Detektory kosmiczne wykryły największe z dotychczasowych źródeł fal grawitacyjnych. Zdaniem naukowców zdarzenie jest bardzo nietypowe

Fale grawitacyjne – zmarszczki w czasoprzestrzeni, których istnienie przewidział Albert Einstein – otwierają nową erę astronomii. Pozwalają naukowcom zobaczyć części Wszechświata, które kiedyś uważano za niewidoczne, m.in. czarne dziury. Niedawno badacze wykryli sygnał z prawdopodobnie najbardziej masywnego połączenia czarnych dziur, jakie dotychczas zaobserwowano. Instrumenty LIGO oraz Virgo ogłosiły wykrycie fal grawitacyjnych z układu dwóch czarnych dziur o masach 66 i 85 mas Słońca.

Już sto lat temu Albert Einstein opracował ogólną teorię względności i przewidział istnienie fal grawitacyjnych. Wytwarzane są przez przyspieszanie obiektów dowolnej wielkości, powodując powstanie „zmarszczek” w czasoprzestrzeni. Większość z tych fal jest jednak zbyt słaba, aby wykryć je eksperymentalnie. Można jedynie wykryć fale grawitacyjne wytwarzane przez najbardziej masywne obiekty poruszające się z prędkością bliską prędkości światła.

Niedawno naukowcy dzięki instrumentom LIGO i Virgo wykryli sygnał z połączenia czarnych dziur (o masach około 85 i 66 mas Słońca), prawdopodobnie najbardziej masywnego, jakie dotychczas zaobserwowano w falach grawitacyjnych. W efekcie powstała masywna czarna dziura o masie 142 mas Słońca i uwolniła ogromną ilość energii, odpowiadającą około ośmiu masom Słońca, rozrzuconą po Wszechświecie w postaci fal grawitacyjnych.

– To, co wykryliśmy, nie brzmi jak dotychczas wykrywane sygnały. To bardziej przypomina „huk” niż „ćwierkanie” i jest to najmocniejszy sygnał, jaki LIGO i Virgo do tej pory przechwyciły – podkreśla Nelson Christensen, członek Virgo, naukowiec z francuskiego Narodowego Centrum Badań Naukowych (CNRS). – Fakt, że dostrzegamy czarną dziurę w tej luce, sprawi, że wielu astrofizyków podrapie się po głowach i spróbuje dowiedzieć się, jak powstały te czarne dziury.

Fala grawitacyjna została zarejestrowana 21 maja 2019 roku przez trzy detektory interferometryczne. Sygnał – nazwany GW190521 – został następnie przeanalizowany przez naukowców, którzy oszacowali odległość źródła sygnału na około 17 mld lat świetlnych. Astrofizycy zwracają uwagę, że powstała czarna dziura należy do klasy czarnych dziur o masie pośredniej (od 100 do 100 tys. mas Słońca). Nigdy wcześniej nie udało się zaobserwować czarnych dziur w takim zakresie – ani za pomocą fal grawitacyjnych, ani obserwacji elektromagnetycznych. Detekcja może pomóc wyjaśnić powstawanie czarnych dziur o masie pośredniej.

– Od czasu, gdy uruchomiliśmy LIGO, wszystko, co zaobserwowaliśmy, to zderzenie czarnych dziur lub gwiazd neutronowych – mówi Alan Weinstein, profesor fizyki z Caltech, członek LIGO. – Jest to jedyne zdarzenie, w przypadku którego nasza analiza dopuszcza możliwość, że nie jest takim zderzeniem.

Do dziś zidentyfikowano dzięki obserwacjom elektromagnetycznym bardzo niewielu kandydatów na czarne dziury o masie pośredniej, a GW190521 jest pierwszą obserwacją takiej czarnej dziury za pomocą fal grawitacyjnych. W porównaniu do poprzednich detekcji fal grawitacyjnych obserwowany sygnał GW190521 trwał dużo krócej, co utrudnia naukowcom analizę. Ze względu na złożony charakter tego sygnału rozważano też inne źródła jego pochodzenia.

– Istnieje prawdopodobieństwo, że odkryliśmy coś zupełnie nowego – mówi Alan Weinstein. – Zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama przyjmujemy, że prostsze rozwiązanie jest lepsze, a w tym przypadku jest to podwójna czarna dziura.

Zdaniem ekspertów obserwacja GW190521 otwiera nowe perspektywy badania masywnych gwiazd i mechanizmów wybuchów supernowych. Pokazuje też skuteczność instrumentów.

– LIGO po raz kolejny zaskakuje nas nie tylko wykrywaniem czarnych dziur o rozmiarach, które są trudne do wyjaśnienia, lecz także samą ich techniką, która nie została zaprojektowana specjalnie do wykrywania połączenia czarnych dziur – mówi Pedro Marronetti, dyrektor programu ds. fizyki grawitacyjnej w amerykańskiej National Science Foundation. – Ma to ogromne znaczenie, ponieważ pokazuje zdolność instrumentu do wykrywania sygnałów z całkowicie nieprzewidzianych zdarzeń astrofizycznych. LIGO pokazuje, że potrafi również obserwować nieoczekiwane.

W zespole Virgo-Polgraw, uczestniczącym w odkryciu, pracuje 16 naukowców z Polski.

Przełom w podawaniu leków za pomocą plastrów coraz bliżej. Nad rozwojem technologii pracuje polski start-up

Firmy z sektora farmaceutycznego eksperymentują z plastrami medycznymi, które pozwolą w kontrolowany sposób aplikować pacjentom mniejsze dawki leków przy takiej samej skuteczności oraz zmniejszyć ryzyko wystąpienia powikłań. Polscy naukowcy mają swój udział w opracowywaniu nośników tego typu. Spółka Biotts opatentowała technologię, która pozwoli jej licencjonować plastry medyczne nowej generacji, dostarczające substancje lecznicze bezpośrednio do kości i mięśni.

– W Biotts projektujemy nośniki dla substancji leczniczych tak, żeby zwiększyć ich biodostępność, co może skutkować zmniejszeniem dawki tej substancji, którą podajemy, przy zachowaniu efektu terapeutycznego i zmniejszeniu działań niepożądanych. W ten sposób będzie można podawać praktycznie wszystkie leki, od antybiotyków po sterydy – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach Paweł Biernat, prezes Biotts.

Wrocławski start-up złożył w Urzędzie Patentowym RP szereg wniosków, które pozwolą zmienić sposób dostarczania substancji czynnych do ludzkiego organizmu. Naukowcy opracowali specjalny plaster, który po przymocowaniu do skóry pacjenta regularnie uwalnia lek do jego organizmu, dzięki czemu ten może szybciej i sprawniej trafić do organów docelowej aplikacji. Zastosowanie tego nośnika samoczynnie uwalniającego lek pozwoliło zmniejszyć skuteczną dawkę substancji czynnych.

Nad podobnym rozwiązaniem pracują naukowcy z Purdue University, którzy eksperymentują z alternatywnymi, nieinwazyjnymi metodami walki z czerniakami. Eksperci opracowali plaster medyczny naszpikowany igłami silikonowymi, które samoczynnie rozpuszczają się w organizmie w ciągu kilku miesięcy od aplikacji plastra.  Naukowcy z University of Pittsburgh School of Medicine testują z kolei szczepionkę na koronawirusa aplikowaną za pośrednictwem plastra z mikroigiełkami. Wstępne testy laboratoryjne wykazały, że po dwóch tygodniach od aplikacji plastra w ciele pacjenta pojawiają się przeciwciała, które skutecznie zabezpieczają przed koronawirusem.

– Jest bardzo dużo ograniczeń w systemach transdermalnych, które istnieją obecnie na rynku. My te ograniczenia i bariery znieśliśmy, dzięki czemu można będzie podawać praktycznie wszystkie rodzaje leków: na nadciśnienie, na cukrzycę, wszystko to, co połykamy w tabletkach, będzie można podać w postaci systemu transdermalnego – mówi Paweł Biernat. – Leki stosowane w cukrzycy typu II będzie można zaaplikować raz na miesiąc na skórę i zapomnieć o przyjmowaniu i o połykaniu tabletek.

Według Biotts plaster jest jedynym rozwiązaniem tego typu na świecie, które pozwala dostarczać do organizmu wszystkie substancje rozpuszczalne w wodzie, w tym m.in. białka oraz przeciwciała.

– System jest już opracowany i opatentowany, dodatkowo tworzymy chmurę patentową w poszczególnych wskazaniach terapeutycznych i pierwszy patent z chmury wszedł już w fazę globalną. Teraz dostosowujemy nośnik do kolejnych substancji czynnych i wskazań terapeutycznych – wskazuje ekspert.

Największą zaletą plastrów medycznych Biotts jest fakt, że są jedynie nośnikiem leków, dlatego proces dopuszczania substancji czynnych będzie kontrolowany przez korporacje farmaceutyczne. Firma planuje licencjonować swoje rozwiązanie podmiotom zewnętrznym, a nie rozpoczynać procesu produkcji autorskich leków.

– Leków nie trzeba opracowywać na nowo, dlatego że rejestrujemy lek ze znaną substancją czynną, więc ona nie musi przechodzić wszystkich badań. My wykonujemy badania podstawowe, określające biodostępność, przenikalność, bezpieczeństwo, i wtedy możemy już rejestrować – tłumaczy Paweł Biernat. – Wprowadzenie każdego nowego preparatu jest jednak długie. Wykorzystując naszą technologię, jesteśmy w stanie skrócić ten czas z 7–10 do pięciu lat.

Według analityków z firmy Polaris Market Research wartość globalnego rynku biotechnologicznego w 2019 roku wyniosła 449 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie do 742 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 6,84 proc.

Rzecznik MŚP wystosował kolejne uwagi i postulaty w zakresie korzystnych rozwiązań dla przedsiębiorców z branży turystycznej i eventowej

Rzecznik MŚP wystosował kolejne uwagi i postulaty do uchwalonej przez Sejm w dniu 14 sierpnia 2020 r. ustawy o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw w zakresie korzystnych rozwiązań dla przedsiębiorców z branży turystycznej i eventowej.

W dniu 14 sierpnia 2020 r. Sejm uchwalił oczekiwaną przez polską branżę turystyczną i eventową ustawę o zmianie ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych oraz niektórych innych ustaw (druk sejmowy nr 559 i 570).

Jeszcze na etapie przed wniesieniem do Sejmu projektu tej ustawy Rzecznik MŚP aktywnie zabiegał o jak najszersze uwzględnienie w niej licznych uwag i postulatów, jakie docierały ze środowiska przedsiębiorców.

Nie kwestionując faktu, że uchwalona ustawa wychodzi naprzeciw wielu problemom, z jakimi borykają się przedsiębiorcy branży turystycznej i eventowej w aktualnej sytuacji związanej z obowiązującym stanem epidemii, wciąż pozostają kwestie wymagające wprowadzenia dodatkowych rozwiązań zaradczych.

Dlatego w dniu 4 września 2020 r. Rzecznik MŚP skierował do Pani Senator Marii Koc, Przewodniczącej Komisji Gospodarki Narodowej i Innowacyjności Senatu RP, dodatkowe uwagi i postulaty uwzględniające propozycje i potrzeby zgłoszone przez przedstawicieli 8 organizacji branżowych i grup firm oraz specjalistów turystycznych, z wnioskiem o ich uwzględnienie w dalszych pracach legislacyjnych.

Dwie twarze bonu turystycznego – kogo wspiera, a kogo uwiera?

Wprowadzenie Bonu Turystycznego spolaryzowało polskie społeczeństwo. Osoby nieposiadające dzieci negatywnie oceniają bon jako formę pomocy rodzinom. Polacy zdecydowanie lepiej postrzegają wprowadzenie Bonu Turystycznego jako wsparcie dla branży turystycznej – wynika z najnowszego barometru nastrojów konsumenckich „Polacy w czasie epidemii” zrealizowanego przez agencję badawczą SW Research.

Bon turystyczny jak działa?

Z końcem lipca rząd wprowadził Bon Turystyczny, który ma na celu wsparcie finansowe polskich rodzin oraz pomoc osłabionej przez skutki pandemii COVID-19 branży turystycznej. Bon Turystyczny ma formę elektroniczną i jest ważny do końca marca 2022 roku. Jego beneficjentami są rodziny z co najmniej jednym dzieckiem. Wynosi on jednorazowo 500 zł na każde dziecko do 18 roku życia. Za pomocą bonu można dokonać płatności za usługi hotelarskie oraz imprezy turystyczne realizowane przez przedsiębiorcę turystycznego lub organizację pożytku publicznego na terenie kraju.

Jak Polacy oceniją wprowadzenie Bonu Turystycznego

Co trzeci Polak negatywnie ocenia wprowadzenie Bonu Turystycznego jako pomocy polskim rodzinom (34%). Odsetek ten jest najwyższy wśród osób nieposiadających dzieci. W przypadku tej grupy, prawie połowa respondentów krytykuje bon jako formę wsparcia rodzin (42%). Odsetek osób przychylnie postrzegających Bon Turystyczny pod kątem wpływu na sytuację materialną polskich rodzin jest wyższy niż odsetek badanych przeciwnego zdania (pozytywna ocena – 37%). Czterech na dziesięciu potencjalnych beneficjentów bonu ma o nim dobrą opinię (41%). Połowa Polaków pozytywnie ocenia Bon Turystyczny jako pomoc branży turystycznej (50%). Odmiennego zdania jest co piąty badany (20%).Polacy zdecydowanie lepiej postrzegają wprowadzenie Bonu Turystycznego jako wsparcie dla branży turystycznej

Początkowo w celu ratowania krajowej turystyki polski rząd planował wprowadzić program 1000+ na wakacje, skierowany do osób zatrudnionych na umowę o pracę, którzy nie zarabiają więcej niż wynosi przeciętne miesięczne wynagrodzenie. Zarzucenie tego programu na rzecz Bonu Turystycznego, którego beneficjentami są wyłącznie rodziny posiadające niepełnoletnie dzieci z pewnością wpłynęło na odnotowany przez nas wysoki odsetek osób bezdzietnych, negatywnie oceniających bon jako formę wsparcia polskich rodzin – komentuje Piotr Zimolzak, Wiceprezes Zarządu SW Research. Co ciekawe odsetek osób pozytywnie oceniających wpływ bonu na branżę turystyczną jest zbliżony w przypadku zarówno beneficjentów, jak i nie-beneficjentów – zauważa Zimolzak.

Bon turystyczny – jak korzystają Polacy?

Wśród osób, które deklarują, że będą korzystać z Bonu Turystycznego, co piąta planuje zrobić to w sierpniu lub wrześniu tego roku (21%). Więcej niż 1/3 badanych chce wykorzystać bon w przyszłoroczne wakacje (36%). Co piąty beneficjent nie wie kiedy wykorzysta Bon Turystyczny (21%). Ponad połowa respondentów deklaruje, że odpowiada im elektroniczna forma bonu (53%). W trakcie epidemii koronawirusa większość Polaków (77%) uważa, że  płacenie bezgotówkowymi metodami jest bezpieczniejsze niż płacenie gotówką.co polacy sądzą o bonie turystycznym

Większość osób, które planują wykorzystać Bon Turystyczny, chce to zrobić dopiero w przyszłym roku. Prawdopodobnie na tę decyzję wpływają odnotowane w ostatnim czasie wzrosty zachorowań na COVID-19 w Polsce. Z naszego badania wynika również, że ponad połowa respondentów jest zadowolona z elektronicznej formy bonu, co może być spowodowane wysokim odsetkiem Polaków, którzy w trakcie epidemii przekonali się do płatności bezgotówkowych – dodaje Zimolzak.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone w dniach 11-17.08.2020 przez SW RESEARCH Agencję Badań Rynku i Opinii metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W badaniu zebrano 1007 ankiet z reprezentatywną próbą grupy Polaków. Badanie ma charakter cykliczny, prezentowane wyniki pochodzą z Pomiaru IX.

„Estoński” CIT tylko z nazwy? Wstępny projekt Ministerstwa Finansów ma wiele warunków i ograniczeń

Inwestycje przedsiębiorstw prywatnych spadną w tym roku do rekordowo niskiego poziomu. Co dalej? Wprowadzenie tzw. estońskiego CIT ma to zmienić. Jednak propozycje Ministerstwa Finansów nie są korzystne dla firm, które osiągną sukces.

Organizacje skupiające przedsiębiorców mają wątpliwości. Oceniają, że takie rozwiązanie, wprowadzone także w innych krajach UE, okaże się estońskim CIT – jedynie pro forma. To z tego powodu, że w Polsce firmy nie będą mogły jednocześnie skorzystać z ulg B+R i ulgi na złe długi.

– Na rozwiązanie to czeka wielu przedsiębiorców, jednak pozostaje wiele wątpliwości – mówi w rozmowie z MarketNews24 Marcin Rozbicki, junior associate w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Z założeń projektu ustawy – która jest kojarzona z wprowadzeniem w Polsce tzw. estońskiego CIT – wynika, że ustawodawca przewiduje wprowadzenie dwóch rozwiązań, promujących rozwój przedsiębiorstw.

Pierwszym rozwiązaniem jest wprowadzenie specjalnego funduszu utworzonego na cele inwestycyjne. Fundusz ma być tworzony z zysku osiągniętego za rok poprzedzający dany rok podatkowy. Środki przeznaczone na fundusz zostaną wpłacone na wyodrębniony w tym celu rachunek w Banku Gospodarstwa Krajowego albo innym banku (który zawarł umowę z BGK o współpracę w zakresie wymiany informacji o środkach gromadzonych na tym rachunku, inny niż rachunek płatniczy podatnika) nie później niż w dniu dokonania tego odpisu. Zgromadzone środki nie mogą pochodzić z pożyczki, kredytu, dotacji, subwencji, dopłat i innych form wsparcia finansowania.

Zgromadzone w roku podatkowym środki muszą zostać wydane na cele inwestycyjne nie później niż w roku podatkowym następującym po roku, w którym dokonano tego odpisu. Jednak nie jest to obligatoryjne, jeżeli zostanie złożona informacja o planowanych inwestycjach wskazująca rok wydatkowania środków oraz wydatkowanie tych środków nastąpi nie później niż trzeciego roku podatkowego, następującego po roku, w którym dokonano tego odpisu, przy czym każdy z tych trzech lat nie może być dłuższy niż 12 miesięcy.

Drugim rozwiązaniem, jest wprowadzenie systemu wzorowanego na rozwiązaniu estońskim. Beneficjentami tego rozwiązani będą przedsiębiorstwa, które spełniają łącznie takie warunki jak:

  • ich roczny przychód nie przekracza 50 mln zł;
  • udziałowcami są wyłącznie osoby fizyczne;
  • forma prowadzenia działalności to spółka kapitałowa (sp. z o.o. bądź s.a.);
  • beneficjent taki, nie posiada udziałów w innych podmiotach jak spółki kapitałowe, fundacje i trusty;
  • zatrudnia co najmniej 3 pracowników (liczonych według pełnych etatów) – nie licząc udziałowców – moglibyśmy się zastanowić, czy przesłanka ta, jest zasadną, ponieważ nierzadko zdarza się, że przedsiębiorstwa rozwijające się, prowadzą działalność operacyjną za pośrednictwem wspólników właśnie;
  • przychody pasywne nie przewyższają przychodów z działalności operacyjnej oraz
  • wykazują nakłady inwestycyjne.

W jakiej sytuacji będą firmy, które osiągną rynkowy sukces i ich przychody przekroczą 50 mln zł w okresie, gdy będą korzystały z estońskiego CIT?

– To nie zostało rozstrzygnięte, musimy poczekać na propozycje Ministerstwa Finansów – wyjaśnia Marcin Rozbicki.

Już wiadomo, że rozwiązanie to, nie jest skierowane do przedsiębiorstw, które:

  • są przedsiębiorstwami finansowymi;
  • instytucjami pożyczkowymi;
  • osiągają dochody z działalności prowadzonej na terenie Specjalnej Strefy Ekonomicznej lub osiągają dochody zwolnione na podstawie decyzji o wsparciu nowych inwestycji;
  • zostały postawione w stan upadłości lub likwidacji.

Wyłączenie czasowe dotyczy również podmiotów, które powstały poprzez podział lub połączenie. Takie podmioty będą zmuszone do wstrzymania się z decyzją o rozpoczęciu korzystania z modelu estońskiego co najmniej 24 miesiące od momentu ich powstania.

Opodatkowanie „estońskim CIT” obejmuje okres bezpośrednio po sobie następujących czterech lat podatkowych. Przedłuża się on na kolejne okresy bezpośrednio po sobie następujących czterech lat podatkowych, chyba że podatnik złoży informację o rezygnacji z tej formy opodatkowania.

Jedną z wielu wątpliwości proponowanego rozwiązania jest to, w jaki sposób należy rozumieć pojęcie nakładów inwestycyjnych. Pod tym pojęciem kryje się poniesienie wydatków wyłącznie na środki trwałe określone w grupach 3-8 klasyfikacji, dotyczącej m.in. wydatków na maszyny, urządzenia czy wyposażenie.

– Może to spowodować, że wielu podatników CIT-u, którzy ponoszą znaczące wydatki na przykład związane z licencjami, prawami autorskimi czy z prawem patentowym, nie będzie mogła z tej regulacji skorzystać – ocenia M.Rozbicki z Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

Z projektu wynika, że podatnik będzie musiał ponosić bezpośrednie nakłady inwestycyjne w kwocie wskazującej na wzrost nakładów o 15%, jednak nie mniej niż 20 000 zł – w okresie dwóch kolejno następujących po sobie lat podatkowych, albo 33%, jednak nie mniej niż 50 000 zł – w okresie czterech lat podatkowych rozliczanych w tej formie.

Opodatkowaniu estońskim CIT będą podlegały m.in. dochody odpowiadające wysokości zysku netto wypracowanego w części, w jakiej zysk ten został przeznaczony do wypłaty udziałowcom/akcjonariuszom lub na pokrycie strat powstałych w okresie poprzedzającym okres opodatkowania ryczałtem.

Dla tych podatników, którzy zdecydują się skorzystać z prezentowanego rozwiązania stawka podatku wyniesie:

*15% – w przypadku małego podatnika oraz podatnika, którego wartość średnich przychodów nie przekracza wartości maksymalnych przychodów określonych dla małego podatnika (2 mln EUR);

*25% – w przypadku pozostałych podatników.

Powyższe stawki mogą zostać obniżone o 5 pkt. proc. (do odpowiednio 10% oraz 20%), w przypadku ponoszenia przez podatnika podwyższonych nakładów inwestycyjnych (50% w okresie dwuletnim lub 110% w okresie czteroletnim).

Bańka spekulacyjna musi pęknąć

Po okresie historycznych rekordów notowań indeksów giełdowych mamy do czynienia z korektą. To zwłaszcza Fed poprzez swą politykę pompował wartość aktywów. Inwestorzy dotąd zachowywali się bardzo optymistycznie. Bańka spekulacyjna musi jednak kiedyś pęknąć.

Niepokojące sygnały napłynęły najpierw z rynku metali szlachetnych. Przed miesiącem złoto kosztowało w okolicach 2 050 USD za uncję. Jego cena zaliczyła dużą korektę, spadając poniżej poziomu 1 950 USD na początku września.

Korekta nastąpiła po okresie bardzo dużych wzrostów. Przed trzema miesiącami złoto kosztowało 1 750 USD.

Niektóre gospodarki skurczyły się o 10-20 proc. i nie wiadomo kiedy wrócimy do poziomów sprzed pandemii. Sytuacja jest wyjątkowa, bo jednocześnie rynki zaliczyły wzrost cen aktywów, podobny do takich, które występowały w okresach najlepszej koniunktury gospodarczej. Rosły ceny akcji, ale też ceny złota. Mamy też dużą zmienność cen aktywów, jak ostatnio także w przypadku srebra.

– To wszystko działo się z powodu przeświadczenia inwestorów, że Fed chce wyższych cen akcji, wyższych cen aktywów i jego programy tym się skończą, niezależnie od konsekwencji ekonomicznych – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jednak jeżeli dojdziemy do ściany i rynki zobaczą, że gospodarka zwalnia pomimo działań banków centralnych, to inwestorzy mogą stracić wiarę, że Fed ma pełnię władzy nad rynkami.

W przeszłości, gdy dochodziło do mocnych spadków cen akcji, to zazwyczaj istniały tzw. bezpieczne przystanie, a taką było złoto. Za taką przystań uważano też obligacje.

– Tym razem jednak możliwy jest taki scenariusz, że ceny wszystkich aktywów będą spadać – komentuje ekspert XTB. – Jednak jak dotąd dominowało przekonanie, że Fed będzie chciał utrzymać dobre nastroje inwestorów co najmniej do czasu wyborów prezydenckich USA.

Na rynkach europejskich sytuacja jest spokojniejsza. To wynika z tego, że wzrost indeksów giełdowych w mniejszym stopniu wynika z notowań spółek technologicznych. Jeżeli jednak dojdzie do wstrząsu, to jego skutki obejmą wszystkie ważniejsze rynki świata.

Bezrobocie stoi w miejscu

Wstępne szacunki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej dotyczące sytuacji na rynku pracy są optymistyczne. Stopa bezrobocia w sierpniu utrzymała się na tym samym poziomie co w lipcu tego roku i wynosi 6,1%.

W powiatowych urzędach pracy jest zarejestrowanych 1 mln 29 tys. osób. Widać więc, że mimo wzrostu zachorowań na COVID-19, rynek pracy stabilizuje się, a przedsiębiorstwa zaadaptowały się do nowej, pandemicznej sytuacji. Analiza danych z lat ubiegłych wskazuje, że lipiec – sierpień z reguły nie przynoszą zmiany wartości stopy bezrobocia lub spadek ten wynosi 0,1 pkt.

Niewątpliwie na dobrą sytuację na rynku pracy miały wpływ środki, jakie zostały zaangażowane przez rząd na utrzymanie przez firmy miejsc pracy. Kolejne wersje tarcz i wypłata środków Funduszu Pracy, Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Społecznych, a następnie Polskiego Funduszu Rozwoju były istotną pomocą w okresie, kiedy firmy odczuwały znaczący spadek obrotów.

Od wypłaty pierwszych pieniędzy wspierających miejsca pracy pojawiało się pytanie na ile te środki będą w sposób trwały chroniły etaty. Pierwsza wersja ustawy przewidywała gwarancje zatrudnienia przez okres wypłaty środków oraz potem jeszcze przez tyle miesięcy, ile trwała wypłata, co w większości przypadków oznaczało łącznie wsparcie przez 6 miesięcy.

W kolejnych wersjach ustawy – gwarancje zatrudnienia obejmowały wyłącznie okres wypłaty środków. Obecnie wiele firm, które korzystało z pomocy, funkcjonuje już bez tych środków, a nie widać nasilonej fali zwolnień. To może oznaczać, że firmy na tyle dobrze zaadaptowały się do nowej sytuacji, że są w stanie utrzymać pracowników.

Warto pamiętać, że jednym z czynników ograniczających zwolnienia jest obawa – wynikająca z przedcovidowej sytuacji na rynku pracy – że w razie potrzeby czy radykalnej poprawy sytuacji, pozyskanie pracownika o tych samych kompetencjach może być kosztowne i długotrwałe, a nawet niemożliwe.

Nadchodząca jesień będzie okresem weryfikacji stabilności zatrudnienia w przedsiębiorstwach. Kończące się prace sezonowe w turystyce i gastronomii, zmniejszone zaangażowanie pracowników w rolnictwie to tylko jedne z czynników, które mogą wpłynąć na wzrost bezrobocia. Kluczowa dla rynku pracy będzie kondycja firm i stopień realizacji zapowiedzi rządu odnośnie ograniczenia zatrudnienia w administracji.

Monika Fedorczuk, Konfederacja Lewiatan

CI Games S.A. dokonała przydziału akcji serii I. Spółka pozyskała od inwestorów ponad 25 mln zł

CI Games S.A. dokonała przydziału 21 mln akcji zwykłych na okaziciela serii I, oferowanych podczas sierpniowej emisji akcji po cenie 1,2 zł. W jej ramach do spółki trafiło 25,2 mln zł. Środki zostaną przeznaczone na produkcję gier w zakresie marek Lords of the Fallen oraz Sniper Ghost Warrior. Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji był Trigon Dom Maklerski.

– Cieszę się, że udało nam się sprzedać wszystkie oferowane akcje nowej emisji przy naprawdę dużym zainteresowaniu ze strony inwestorów. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami pozyskaliśmy dużego i znaczącego inwestora finansowego, który przekroczy próg 5 proc. udziałów w akcjonariacie Spółki. Nazwa towarzystwa funduszy inwestycyjnych, o którym wspominam, zostanie podana do publicznej wiadomości po rejestracji akcji przez sąd i po oficjalnym zawiadomieniu Spółki – mówi Marek Tymiński, prezes CI Games.

Marek Tymiński, zgodnie z deklaracjami, nabył w ramach nowej emisji 420 tys. akcji serii I oraz objął wszystkie posiadane przez siebie akcje lock-upem na okres 6 miesięcy. W wyniku tej emisji będzie posiadał w spółce 53.083.570 akcji, czyli 420.000 akcji więcej niże wymaga umowa z mBankiem dotycząca kredytu odnawialnego Spółki.

– W ciągu najbliższych dni jako akcjonariusz poproszę o zwołanie WZA, na którym zagłosuję za odwołaniem kapitału docelowego. Emisja to bardzo dobra wiadomość zarówno dla Spółki jak i jej akcjonariuszy. Dzięki niej na obecnym etapie będziemy mogli kontynuować prace nad projektami w dwóch dużych markach bez udziału współwydawców i większość zysków pozostawić po stronie CI Games – informuje Marek Tymiński.

Akcje serii I były oferowane w ramach subskrypcji prywatnej, z wyłączeniem prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy Spółki i z zastrzeżeniem ograniczonego prawa pierwszeństwa.  Minimalna wartość zapisu wynosiła 0,5 mln zł. Firmą inwestycyjną pośredniczącą w oferowaniu akcji był Trigon Dom Maklerski.

 

Pozyskane z emisji środki Spółka przeznaczy na produkcję  gier w zakresie dwóch marek – Lords of the Fallen oraz Sniper Ghost Warrior. Już w nadchodzącym tygodniu CI Games rozpocznie kampanię marketingową Sniper Ghost Warrior Contracts 2. Zaplanowane w jej ramach działania będą skoncentrowane na kontynuacji sukcesu SGWC. Gra wydana w listopadzie 2019 roku już w II kwartale br. osiągnęła całkowity zwrot z inwestycji. Premiera tytułu planowana jest w IV kwartale 2020 roku.

Spółka obecnie rozwija dział produkcji gier w dwóch nowych lokalizacjach, gdzie trwają prace nad kontynuacją Lords of the Fallen.

– Z uwagi na przygotowania do emisji przesunęliśmy podanie pierwszych szczegółów na temat studiów pracujących nad Lords of the Fallen 2. W najbliższych dniach przekażemy więcej informacji na ich temat – mówi prezes CI Games.

Nad Lords of the Fallen 2 pracuje dedykowany grze zespół liczący 25 etatowych wysokiej klasy specjalistów, z których prawie wszyscy mają wieloletnie doświadczenie przy grach AAA. CI Games zleciło także współpracę przy projekcie zewnętrznym partnerom outsourcingowym. Premiera projektu planowana jest w 2021 roku.

Zdrojowa Hotels: Sezon wakacyjny 2020 nie był rekordowy, a bon turystyczny nie ratuje polskich hoteli

Zdrojowa Hotels zamyka tegoroczny sezon wakacyjny podsumowaniem, z którego wynika, że obłożenie w hotelach w górach i nad morzem oscylowało między 70 a 90 proc., a do końca sierpnia dokonano płatności bonem turystycznym za pół tysiąca rezerwacji w hotelach tej sieci.

W ocenie spółki, sytuacja w polskim, jak i światowym, hotelarstwie jest nadal bardzo trudna. Z drugiej strony rynek powoli się odbudowuje. W Polsce zdecydowanie lepsze wyniki mają hotele w nadmorskich i górskich kurortach. To ze względu na sezon wakacyjny 2020, który jest porównywalny do zeszłorocznego. Wbrew doniesieniom medialnym lipiec w nadbałtyckich kurortach w kraju był gorszy niż w zeszłym roku, sierpień nieznacznie lepszy, a ceny znacznie niższe niż na Zachodzie.

– Na wrzesień rezerwacje spływają, ale w tym przypadku, i odnośnie kolejnych miesięcy już nic nie jest pewne. Na pewno turyści przyzwyczajają się do „nowej normalności”. Obłożenie w naszych obiektach w sezonie letnim wyniosło między 70 a 90 proc. Obserwujemy, że turyści wybierali z jednej strony apartamenty wakacyjne, które gwarantowały odosobnienie, z drugiej strony hotele sieciowe ze względu na zapewnienie najwyższych standardów bezpieczeństwa – komentuje Adam Pruszkowski, dyrektor regionalny Zdrojowa Hotels, odpowiedzialny za hotele Hilton oraz Radisson z aquaparkiem w Świnoujściu.

Analogicznie do lat ubiegłych w hotelach i obiektach z apartamentami wakacyjnymi Zdrojowej, które dysponują ponad 4,5 tys. miejsc noclegowych, gościli polscy turyści, którzy w tym roku licznie zdecydowali się na wakacje w kraju, ale także Niemcy i Czesi, dla których województwo zachodniopomorskie i Karkonosze były bezpiecznymi destynacjami wakacyjnymi. Zdrojowa ocenia, że to właśnie niemieccy turyści są kluczowi dla odbudowania polskiej turystyki i hotelarstwa. Według tegorocznego Raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego 60 proc. turystów zagranicznych przyjeżdżających do Polski stanowili obywatele państw sąsiednich, a ¼ wszystkich zagranicznych turystów w Polsce to Niemcy.

Wadliwy system bonu turystycznego

Według danych i komunikatów medialnych ZUS bon turystyczny cieszy się dużym zainteresowaniem, gdyż Polacy wydali w ramach tego świadczenia już 142 mln zł. Natomiast jest wykorzystywany zarówno w obiektach wypoczynkowych oraz miejskich hotelach, jak i biurach podróży turystki krajowej. Branża ocenia jednak bon turystyczny na razie jako program socjalny reperujący budżety wyjazdowe Polaków, a nie dźwignię dla branży turystycznej i hotelarskiej, która straciła miliardy przez kryzys gospodarczy wywołany COVID-19.

Sam system obsługujący bon turystyczny jest dużym wyzwaniem dla branży, gdyż pełen jest błędów. Dla przykładu lista i wyszukiwarka podmiotów mających prawo do przyjmowania płatności dokonywanych za pomocą bonu na stronach internetowych Polskiej Organizacji Turystycznej jest nadal wadliwa, gdyż uwzględnia nazwy firm, do których należą obiekty noclegowe i hotele, a nie nazwy tych hoteli czy obiektów. Z tego powodu użytkownik ma problem w znalezieniu konkretnego miejsca, w którym chce zrealizować bon podczas pobytu. Największy problem – jak podaje Zdrojowa – stanowi jednak brak promocji bonu przez jego organizatora w celu stymulowania turystyki poza sezonem. – W wakacje bon nie miał wpływu na rezerwacje w hotelach, gdyż było duże naturalne zainteresowanie wypoczynkiem i bon traktowany był jako rabat. Jak dotąd w naszych hotelach zrealizowano pół tysiąca rezerwacji za jego pomocą. Naszym zdaniem na jesień program będzie bardziej stymulował polską turystkę – zapraszamy do płatności i rezerwacji bonem – podsumowuje Magdalena Rybicka, dyrektor sprzedaży i członek zarządu Zdrojowa Hotels.

Otrzeźwienie, czy chwilowy zawrót głowy?

W ostatnim czasie amerykańskie indeksy giełdowe ignorowały jakiekolwiek negatywne informacje o podłożu fundamentalnym. Obojętnie, czy chodziło o rozwój pandemii, czy też wciąż nieprzekonujący powrót na ścieżkę wzrostową globalnej gospodarki. W ten sposób, co chwilę na nowojorskim parkiecie widzieliśmy nowe rekordy. Jednak wczoraj nastąpił (przynajmniej chwilowy) zwrot akcji.

Sky isn’t a limit?

Jest zdecydowanie za wcześnie, żeby mówić o odwróceniu trendu na giełdach, ale możliwe, że niektórym zapaliła się czerwona lampka. Wczoraj do mniej więcej godz. 15 wszystko jeszcze szło utartymi torami i giełdy zwyżkowały. Jednak, gdy zaczął się normalny handel w Nowym Jorku, sytuacja zmieniła się diametralnie. Stało się to, przed czym część ekspertów ostrzegała od pewnego czasu. Nie jest tajemną wiedzą, że wartość spółek technologicznych, w tym gigantów pokroju Alphabeta, Apple’a czy Tesli jest mocno przeszacowana. To właśnie indeks NASDAQ grupujący tego typu firmy (akcje największych spółek były przeceniane nawet o 10%) zaliczył ostry pik w dół, ciągnąc za sobą wszystkich. Na razie sytuację na rynku kapitałowym można określić jako korektę, co nie powinno dziwić, skoro byliśmy przy samych szczytach. Zapewne część inwestorów wykorzysta sytuację i kupi tańsze akcje, wierząc, że zaraz zarobią, bo przecież giełda musi wrócić na ścieżkę wzrostów. W ten sposób możemy ujrzeć samospełniającą się przepowiednię, bo im więcej chętnych do kupna aktywów, tym ich cena powinna iść mocniej w górę. Jednak wczorajsza sytuacja pokazuje, że do lokowania środków należy zawsze podchodzić ostrożnie. Niektórzy eksperci coraz mniej gryzą się w język i obecny obraz giełdy określają jako “spekulacyjną bańkę”.

Złoty na wyprzedaży

Pierwszy powakacyjny tydzień nie był łatwy dla polskiego złotego. W znikomym stopniu wpływała na to sytuacja wewnętrzna. PLN zwyczajowo dostaje rykoszetem od wydarzeń na szerokim rynku. Ostatnie dni w dużej mierze należały do dolara, a z reguły, gdy on zyskuje, to rodzima waluta traci. Również najnowsze odczyty makro ze Starego Kontynentu pokazują, że przed Europą długa i kręta droga do powrotu na stabilną ścieżkę wzrostową. Nawet przy wciąż dobrych prognozach dla naszej gospodarki na przyszły rok, jeśli inne rynki strefy euro będą cierpiały, to my ostatecznie także to odczujemy. Może być jeszcze za wcześnie na ogłaszanie stałej zmiany trendu na złotym, ale ruchy na parach z głównymi walutami robią wrażenie. Kurs euro od poniedziałku poszybował o 7 groszy w górę i dziś testuje opór przy 4,45 zł. Jeszcze większe wrażenie może robić wykres kursu dolara. USD w 4 dni podrożał aż o 10(!) groszy, dzisiaj bez problemu pokonał 3,75 zł i ma apetyt na więcej. Niewiele gorzej prezentuje się frank szwajcarski, który w tym samym czasie poszedł w górę o 9 groszy i w piątek osiągnął 4,125 zł. Na koniec naszej wyliczanki jeszcze kurs funta szterlinga, który także zwyżkuje o 9 groszy i jest coraz bliżej psychologicznej granicy 5 zł. W tej chwili trudno ocenić, gdzie może być granica przeceny złotego, ale wczorajsze wydarzenia na giełdach pokazują, że na gwałtowną zmianę musimy być gotowi cały czas.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – dane z rynku pracy.

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Mindful minimalism – jak odzyskać radość z pracy?

42%[1] osób odczuwa stres w miejscu pracy, co przekłada się na ich samopoczucie i narastające przytłoczenie nadmiarem obowiązków zarówno w pracy, jak i w domu. Towarzyszy im nieustanne wrażenie presji i niedosytu, które często wynika z ich poczucia obowiązku i chęci dorównania innym. Z samoistnie napędzającego się błędnego koła frustracji można wyjść dzięki wdrożeniu zasad mindful minimalism.

W minimalizmie nie chodzi o pozbycie się wszystkiego, co nas otacza i mogłoby rozpraszać. Jest to szansa na stanie się bardziej uważnym na otaczających nas ludzi, na prowadzenie życia w zgodzie ze swoimi wartościami, na wypracowaniu w sobie pewnych nawyków. Minimalizm uważności to pewien styl życia, oparty na skupieniu się na tym, co ważne. Na koncentracji na chwili obecnej i  kierowaniu się w życiu zasadą: lepiej zrobić mniej, ale uważniej.

Postaw na minimalizm w pracy

Pierwszym krokiem ku minimalizmowi w pracy jest uporządkowanie swojego miejsca pracy.
Na biurku postaraj się pozostawić tylko niezbędne elementy takie, jak laptop i kalendarz, a wszystkie papiery umieść w segregatorach. Zaoszczędzi to twój czas podczas szukania ważnych dokumentów. Następnie pousuwaj zbędne pliki z pulpitu komputera, a pozostałe umieść w odpowiednio podpisanych folderach. Warto zabrać się również za „wirtualne porządki”, czyli usuwanie z naszej poczty elektronicznej emaili, które niepotrzebnie wprowadzają chaos i utrudniają znalezienie potrzebnych konwersacji.

Każdego dnia staraj się ustalać priorytety w pracy, tak aby realizacja zadań była możliwa
do wykonania. Zamiast narastającej frustracji wynikającej z natłoku pracy skoncentrujesz się na zadaniach i stopniowym ich wykonywaniu. Pamiętaj, że niektóre zadania zawsze można przenieść na inny dzień, oddelegować lub zastanowić się, czy są rzeczywiście niezbędne do osiągnięcia naszych celów. Dobra organizacja pracy i ustalenie, które zadania wymagają pierwszeństwa pozwala na wprowadzenie porządku, a co za tym idzie – na bardziej efektywną i wydajną pracę bez stres/”>nadmiernego stresu i niepotrzebnych lęków.

W pracy nie bierz na siebie wszystkich zadań, które współpracownicy tobie zlecają, jeśli sam jesteś już obłożony i czujesz, że zabraknie ci czasu.

– W środowisku korporacyjnym profesjonalnym zachowaniem jest zakomunikowanie braku czasu i nie zgodzenie się na dodatkowe zadania, niż wykonanie je niechlujnie, na szybko, po godzinach, wprawiając się w ogromne poczucie winy, beznadziejności, a w efekcie zwątpienie w swoje kompetencje. Szanując swój czas dobrym rozwiązaniem będzie również podzielenie się obowiązkami z innymi – podkreśla Katarzyna Richter, międzynarodowy specjalista z obszaru HR i  komunikacji międzykulturowej.

Zaproś spokój do swojego życia

Nie jest łatwo się zrelaksować, gdy cała przestrzeń domu wypełniona jest nadmiarem przedmiotów. Kolejnym krokiem ku osiągnieciu stanu minimalizmu uważnego jest stopniowe pozbywanie się niepotrzebnych gadżetów, pozostawiając tylko te, które są nam niezbędne lub mają wartość sentymentalną. Dobrym ćwiczeniem będzie wyrzucanie codziennie jednej rzeczy. Zaczynając od tych przedmiotów, których mamy na przykład więcej niż po jednym lub, których nie użyliśmy w ciągu ostatnich 6 miesięcy.

– Postaraj się zaprowadzić spokój w swoim życiu, by nie tkwić w ciągłym chaosie. Po ciężkim dnu pracy odpocznij od szklanych ekranów i natłoku informacji z social mediów. Zamiast tego skup się na wsłuchaniu w potrzeby swojego organizmu. Zrelaksuj się w ciszy, przy dźwiękach szumu fal, drzew lub muzyki. Każdą chwilę spędzaj w pełni świadomie, delektując się każdym kęsem ulubionej potrawy, na uważnym piciu herbaty czy rozmowie z bliską osobą. Nie pozwól aby twoje myśli wybiegały w przyszłość, rozmyślając o pracy i obowiązkach, które na ciebie czekają. Skup się na tym, co tu i teraz. Doceń te chwile – podsumowuje Katarzyna Richter.

Zamiast kupować kolejne szpilki lub nową torebkę zainwestuj w dobrej jakości zestaw ubrań, które swoją klasyką będą ponadczasowo służyć ci przez lata. A zaoszczędzone pieniądze przeznacz na podróże. Nic tak nie poszerza naszych horyzontów i nie daje szansy by docenić tego, co mamy, jak zderzenie z inną kulturą. Przebywając w innym kraju mamy niepowtarzalną okazję zobaczyć, jak żyją inni ludzie i tym samym nabrać dystansu by docenić to, co sami osiągnęliśmy.

[1] Raport „Bezpieczeństwo Pracy w Polsce 2019” Koalicja Bezpieczni w Pracy, 2019.

INC rozpoczyna współpracę z Genomtec i zapowiada kolejne debiuty na NewConnect

Grupa INC wesprze Genomtec w procesie wprowadzenia akcji na NewConnect. Genomtec chce pozyskać środki od inwestorów na komercjalizację flagowego urządzenia spółki – Genomtec ID. INC, jako autoryzowany doradca, tylko w tym roku wprowadziło na NewConnect cztery spółki. Do końca września tego roku na GPW złożone będą dokumenty kolejnych kilku spółek.

– Zgodnie z naszą strategią koncentrujemy się na współpracy ze spółkami z tzw. nowej ekonomii, w szczególności innowacyjnych projektach technologicznych i medycznych. Genomtec idealnie wpisuje się w ten model oraz obecne trendy na rynku kapitałowym. Spółka ma duży potencjał rozwoju w średnim terminie, ale też potrafiła wykorzystać obecną sytuację związaną z epidemią koronawirusa. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.

Genomtec zajmuje się opracowaniem i komercjalizacją mobilnej genetycznej platformy diagnostycznej oraz testów mających zastosowanie między innymi w wykrywaniu wirusów chorób zakaźnych, w tym COVID-19 spowodowanej wirusem SARS-CoV-2. Flagowym projektem spółki jest mobilny system diagnostyczny Genomtec ID. Analizator jest unikalnym w skali światowej rozwiązaniem w tego typu urządzeniach. Pozwoli on na szybkie i precyzyjne wykonywanie analizy molekularnej poza środowiskiem laboratoryjnym i to bez konieczności zaangażowania wykwalifikowanego personelu laboratoryjnego. System wykorzystuje technologię mikroprzepływową oraz autorską, chronioną patentem, technologię izotermalną SNAAT®. Odpowiednie zaprojektowanie systemu umożliwia przeprowadzenie procesu w rekordowo krótkim czasie tj. nawet w 15 min, przy skuteczności równej, a w niektórych przypadkach przekraczającej, jakość testów laboratoryjnych PCR. Proces rozwoju oraz produkcji przebiegał będzie w ścisłej współpracy z międzynarodową firmą typu CMO (ang. Contract Manufacturing Organization). Zgodnie z założeniami Zarządu Genomtec, komercjalizacja flagowego rozwiązania nastąpi w pierwszym półroczu 2022 r.

– Realizacja naszych projektów zaczyna się dynamizować. Jesteśmy na takim etapie, że musimy poszukać rozwiązań, które będą katalizatorem rozwoju Genomtec. Obecne otoczenie rynkowe i społeczne sprzyja rozwojowi urządzeń diagnostycznych. Polska giełda dojrzewa, a rodzimi inwestorzy coraz częściej chętnie inwestują w projekty bardzo innowacyjne. Dlatego zdecydowaliśmy się na rozwój Genomtec przez giełdę przy wsparciu INC. Dzięki ich doświadczeniu na rynku kapitałowym poczynimy znaczący krok w realizacji naszych celów.– mówi Miron Tokarski, prezes Genomtec.

INC w tym roku wprowadziła na NewConenct 4 spółki – Plantwear, SpyroSoft, GenXone oraz Skinwallet. Łącznie w 2020 r. INC chce wprowadzić na giełdę około 10 spółek.

– Do końca września na GPW planujemy złożyć wnioski kolejnych kilku spółek, które obsługujemy. Z kolei, należący do Grupy INC, Dom Maklerski INC będzie aktywny w obszarze przeprowadzania emisji akcji. Tylko na najbliższe kilka tygodni planowane są do przeprowadzenia oferty akcji o łącznej wartości 25 mln zł. – dodaje Paweł Śliwiński.

Wyniki finansowe Grupy LEGO za pierwsze półrocze 2020 r.

Wczoraj Grupa LEGO przedstawiła wyniki za pierwsze półrocze 2020 roku.  W porównaniu do analogicznego okresu w 2019 roku przychody wzrosły o 7 proc. i wyniosły 15,7 mld koron duńskich (DKK). W sprzedaży konsumenckiej odnotowano wzrost o 14 proc., zysk operacyjny wyniósł 3,9 mld DKK, czyli 11 proc. więcej niż w 2019 roku, a wolne przepływy pieniężne były na poziomie 4,1 mld DKK. Zwiększył się też udział marki w światowym rynku, dzięki czemu wzmocniła się pozycja Grupy LEGO w przemyśle zabawek pozostawiając konkurencję w tyle.

Podczas wirtualnego briefingu prasowego CEO Grupy LEGO, Niels B. Christiansen, przybliżył wyniki finansowe za pierwsze półrocze. Wysoki popyt konsumencki przyczynił się do wzrostu sprzedaży, przychodów, zysku operacyjnego i udziału w rynku, a strategiczne inwestycje długoterminowe pomogły Grupie LEGO dobrze poradzić sobie ze skutkami COVID-19.

Dobre wyniki rezultatem strategicznych inwestycji

Niels B. Christiansen prezentację wyników rozpoczął od podziękowania zespołowi za ogromny wkład i zaangażowanie w trudnym okresie pandemii. Kiedy z powodu COVID-19 zamknięto sklepy i biura, zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby zapewnić bezpieczeństwo, a także zabawę dzieciom i rodzinom na całym świecie.

CEO Grupy LEGO podkreślił, że w pierwszym półroczu dostrzeżono korzyści z inwestycji w długoterminowe inicjatywy rozwojowe, takie jak e-commerce i innowacje produktowe. „Mocne portfolio naszych produktów przemawiało do budowniczych w każdym wieku, a niedawno zmodernizowana platforma e-commerce i sprawny globalny łańcuch dostaw pozwoliły zaspokoić popyt online. Ściśle współpracowaliśmy również z naszymi partnerami handlowymi, aby zapewnić im możliwość dalszego zaopatrywania swoich klientów dokonujących zakupy w sieci” – powiedział Niels B. Christiansen.

Grupa osiągnęła dwucyfrowy wzrost sprzedaży konsumenckiej (14 proc.) na największych rynkach, w tym w obu Amerykach, Europie Zachodniej, regionie Azji i Pacyfiku i w Chinach. Wzrost zysku operacyjnego wynikał z wysokiej sprzedaży, która została zrównoważona przez odważne inwestycje w długofalowe inicjatywy rozwojowe oraz wyższe koszty transportu produktów po tymczasowych zamknięciach fabryk w Meksyku i Chinach, zaordynowanych przez rządy tych państw. Bazowy zysk netto wzrósł o 13 procent. Po uwzględnieniu wpływu wymiany walutowej na pożyczki między przedsiębiorstwami, który nie ma wpływu na gotówkę, zysk netto spadł o 1 procent do 2,6 miliarda DKK. Wolne przepływy pieniężne wyniosły 4,1 mld DKK.

Szerokie portfolio produktów dla dzieci i dorosłych

W całym portfolio najlepsze wyniki osiągnęły produkty z serii: LEGO® Technic, LEGO® Star Wars, LEGO® Classic, LEGO® i Disney Princess, LEGO® Harry Potter i LEGO® Speed Champions. Potwierdza to popularność klocków LEGO wśród fanów w każdym wieku i o różnych zainteresowaniach.

Grupa LEGO uruchomiła również cyfrową inicjatywę „Let’s Build Together”, która ma na celu wspieranie nauki poprzez zabawę i dzieci, których edukacja została przerwana z powodu pandemii. W pierwszej połowie roku około 90 proc. dzieci w wieku szkolnym znajdowało się poza zwykłym środowiskiem nauki. Inicjatywa „Let’s Build Together” to tysiące godzin treści online i pomysłów na zabawę, które docierają do ponad 80 milionów unikalnych użytkowników na całym świecie.

Christiansen wyraził zadowolenie, że LEGO System in Play cieszy się niesłabnącym zainteresowaniem. „W pierwszej połowie roku przyciągnęliśmy nowych konstruktorów w każdym wieku, którzy zainteresowali się LEGO, chcąc przetrwać trudne czasy. Coraz więcej rodzin bawi się i uczy razem z klockami LEGO, a my widzimy coraz więcej dorosłych ludzi, którzy z radością budują nasze bardziej wymagające zestawy” – dodał.

Strategiczne inwestycje w długoterminowy wzrost

W pierwszej połowie 2020 r. Grupa LEGO kontynuowała inwestycje w długoterminowe inicjatywy na rzecz wzrostu, mające na celu dotarcie do większej liczby dzieci na całym świecie. Christiansen powiedział: „Wiele z głównych trendów kształtujących nasz przemysł, takich jak cyfryzacja i handel elektroniczny, nabiera tempa w wyniku pandemii. Byliśmy świadkami silnego wzrostu cyfrowej i tradycyjnej zabawy, szybkiego przejścia na handel elektroniczny oraz znaczenia posiadania prawdziwie globalnego modelu działania”.

Nowością tego okresu było zaprezentowanie LEGO® Super Mario, czyli całkowicie nowego podejścia do zabawy, które łączy grę cyfrową i fizyczną. Grupa zaprezentowała również LEGO® Monkie Kid, pierwszy projekt nawiązujący do chińskiego folkloru. Firma odnotowała wzrost zaangażowania w doświadczenie cyfrowej zabawy. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy liczba pobrań elektronicznych instrukcji budowlanych LEGO podwoiła się do 2 milionów, a co dwie sekundy udostępniana była zawartość aplikacji LEGO Life, która ma ponad 9 milionów użytkowników w 80 krajach.

Wielokanałowy model sprzedaży

Liczba osób odwiedzających platformę e-commerce LEGO.com podwoiła się do ponad 100 milionów w pierwszej połowie 2020 roku, w porównaniu z tym samym okresem poprzedniego roku. Firma planuje również kontynuować tworzenie unikalnych doświadczeń marki dla kupujących w sklepach stacjonarnych i jest na dobrej drodze do otwarcia 120 nowych sklepów detalicznych w 2020 r., z czego 80 będzie zlokalizowanych w Chinach. W pierwszej połowie roku firmie udało się otworzyć już 46 (w tym 30 właśnie tam).

Christianen zapowiedział, że choć w ciągu ostatnich sześciu miesięcy handel detaliczny uległ transformacji, nadal widzi wielką szansę na stworzenie modelu wielokanałowego. Deklaruje inwestycje w unowocześnianie możliwości Grupy LEGO w zakresie handlu elektronicznego, aby wspierać zarówno partnerów detalicznych, własną platformę, a także nadal inwestować w tworzenie fantastycznych rozwiązań dla klientów i fanów marki.

Pomoc potrzebującym

W ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2020 r. grupa LEGO wspierała osoby najbardziej dotknięte przez pandemię. We współpracy z Fundacją LEGO przekazała 50 mln USD na rzecz szeregu organizacji, które udzielają rodzinom pomocy w sytuacjach kryzysowych i wspierają dzieci w nauce poprzez zabawę. Marka LEGO przekazała również ponad 250 000 zestawów LEGO dla dzieci potrzebujących zabawy. Z kolei w swoich zakładach w Danii, Republice Czeskiej, na Węgrzech i w Meksyku grupa wyprodukowała ponad pół miliona przyłbic dla pracowników służby zdrowia, którzy potrzebowali środków ochrony osobistej.

Christianen powiedział: „Pierwsze sześć miesięcy 2020 roku było bezprecedensowe. Jestem niezwykle dumny z zespołu i z tego, jak zareagował. Chroniliśmy się nawzajem, opiekowaliśmy się najbardziej potrzebującymi i robiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, aby zainspirować dzieci i rodziny, których życie zostało wstrzymane, do nauki poprzez zabawę”.

Przedsiębiorcy bardziej optymistycznie myślą o najbliższych miesiącach

W sierpniu wyraźnie spowolniła redukcja etatów. Stabilizuje się liczba zamówień, które trafiają do firm. Przedsiębiorcy bardziej optymistycznie myślą o najbliższych miesiącach.

Indeks PMI dla polskiego przetwórstwa zmniejszył się w sierpniu do 50,6 pkt. wobec 52,8 pkt. w lipcu, kształtując się wyraźnie poniżej oczekiwań rynku (52,9 pkt.). Tym samym indeks już drugi miesiąc z rzędu kształtuje się powyżej granicy 50 pkt. oddzielającej wzrost od spadku aktywności.

Spadek indeksu wynikał z niższych wkładów 4 z 5 jego składowych (dla nowych zamówień, bieżącej produkcji, czasu dostaw oraz zapasów), podczas gdy przeciwny wpływ miał wyższy wkład składowej dla zatrudnienia.

Niższy wkład składowej dla czasu dostaw oznacza skrócenie czasu dostaw, co w obecnych warunkach wskazuje najprawdopodobniej na stopniową odbudowę zerwanych przez pandemię łańcuchów dostaw.

– W strukturze indeksu warto zwrócić uwagę na bardzo istotną informację dotyczącą tendencji na rynku pracy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polski. – W sierpniu wyraźnie spowolniła redukcja etatów i jest to bardzo dobry sygnał, ponieważ sytuacja na rynku pracy jest jednym z najlepszych barometrów oczekiwań przedsiębiorców, czyli ich oczekiwania są już bardziej optymistyczne.

Zgodnie z raportem PMI, wiele ankietowanych firm stwierdziło, że rozluźnienie obostrzeń społecznych oraz poprawa sytuacji na rynkach zagranicznych wpłynęły na wzrost zamówień. Tymczasem inne firmy zauważyły osłabienie popytu na rynku krajowym. Takie tendencje znalazły odzwierciedlenie w stabilizacji poziomu nowych zamówień ogółem (składowa równa 50,0 pkt.) przy jednoczesnym dalszym wzroście – aczkolwiek wolniejszym niż w lipcu – zamówień eksportowych. Stabilizacja zamówień przyczyniła się do spowolnienia wzrostu bieżącej produkcji w sierpniu, po tym jak w lipcu odnotowano jej najszybsze tempo wzrostu od stycznia 2011 r.

Przeciętna wartość indeksu PMI w okresie lipiec-sierpień (51,7 pkt.) ukształtowała się na wyższym poziomie niż w II kw. (39,9 pkt.). Stanowi to wsparcie dla prognoz zakładających silny wzrost dynamiki PKB pomiędzy II i III kw.

Czy wysokie ceny owoców się utrzymają?

Wysokie ceny jabłek i owoców sezonowych w wiosennych miesiącach budziły niepokój. Konsumenci bali się, że powtórzy się sytuacja z czasów, gdy niebotycznie skoczyły ceny pietruszki. Na szczęście tym razem uniknęliśmy długo utrzymujących się, wysokich cen owoców. Po zwiększeniu ilości produktów na rynku – dzięki napływowi siły roboczej i postępowaniu sezonu – ceny jabłek, truskawek i czereśni wróciły do normalności. Co sprawiło jednak, że wysokie ceny tych owoców straszyły nas ze sklepowych półek? W kwietniu, maju i czerwcu – mimo wzrostu cen – popyt na jabłka nie malał, a raczej rósł. Wyciągamy z tego wniosek, który poprzemy później głębszymi analizami, że Polacy chętniej sięgali po jabłka – z obawy przed spadkiem odporności i zachorowaniem na COVID. Przez to cena jabłek wzrosła.

– Żeby doszło do takiego zjawiska jak kiedyś z cenami pietruszki czy jabłek, które poszybowały do bardzo wysokich poziomów, musi nałożyć się na siebie kilka zjawisk. Jest to głównie sytuacja międzynarodowa i mała podaż – powiedział serwisowi eNewsroom Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP. – O cenach decyduje bowiem prawo podaży i popytu. W przypadku pietruszki utrzymywał się stały popyt – więc przy małej podaży, zarówno w Polsce jak i w innych krajach, cena wystrzeliła w górę. Jeżeli chodzi o jabłka przyczynami były niskie zapasy magazynowe w krajach największych producentów, wyeliminowanie niektórych dostawców z rynku przez COVID i stosunkowo mała podaż ze strony polskich sadowników. Przy tym wszystkim cena wzrosła, bo nie spadł popyt na jabłka. Co ciekawe, mogliśmy nawet zauważyć jego lekki wzrost. Na szczęście rynek zapełnił się już nowymi zbiorami i cena za kilogram owoców wróciła do normalności. Podobnie stało się z truskawkami i czereśniami, które po chwilowym kryzysie cenowym zdecydowanie staniały. Nie musimy się więc obawiać w tym sezonie sytuacji analogicznej do słynnej, drogiej pietruszki – uspokaja Maliszewski.

Webex Classrooms – Cisco zwiększa możliwości bezpiecznej nauki na odległość w nowym roku szkolnym

Choć uczniowie w Polsce wrócili do klas wyposażonych w nowe środki bezpieczeństwa oraz dostosowanych do zachowania odpowiedniej odległości, to wciąż niepewna sytuacja pandemiczna może sprawić, że w przyszłości powrócą do nauki zdalnej lub w modelu mieszanym. Aby pomóc nauczycielom w dostosowaniu modelu nauczania do nowej rzeczywistości, Cisco przedstawia Webex Classrooms, platformę odpowiadającą na specyficzne potrzeby nauki online w klasach hybrydowych.

Wirtualne sale lekcyjne Cisco Webex Classrooms to bezpieczne miejsce dla nauczycieli, uczniów i rodziców, które pozwala na bardziej naturalny kontakt. Zapewnia strukturę klas, w których można organizować zajęcia, przeglądać programy nauczania, planować i rozpoczynać lekcje, ale również np. organizować wirtualne dyżury, podczas których nauczyciele są do dyspozycji młodzieży oraz rodziców. Uczniowie mogą łatwo kontaktować się ze sobą lub po prostu uzyskać dostęp do zasobów edukacyjnych. Rodzice mogą natomiast uczestniczyć w wirtualnych zebraniach z kadrą pedagogiczną.

Ponadto Webex Classrooms współpracuje z Webex Meetings, tworząc hybrydowe rozwiązanie edukacyjne i umożliwiając łatwe rozmowy wideo. Szkoły na całym świecie używają Cisco Webex podczas nauki w modelu hybrydowym. Nowe możliwości Webex Meetings dla sektora edukacji wspierają nauczycieli, uczniów, rodziców oraz specjalistów IT w następujący sposób:

Dla Nauczycieli: nowe funkcje Webex Meetings pozwalają skupić się na kształceniu uczniów:

  • Zamykanie drzwi do wirtualnej klasy. Automatyczne blokowanie dostępu do spotkań, aby tylko zalogowani użytkownicy i uczniowie mogli do nich dołączyć. To nauczyciel ustala zasady funkcjonujące w grupie – goście czekają w lobby, aż zostaną przyjęci lub w ogóle nie będą mogli dołączyć do spotkania, co pozwala na ich wcześniejszą weryfikację.
  • Pokoje dla „grup roboczych” dla lepszej nauki. Nauczyciele mają możliwość umieszczania uczestników w małych grupach w celu prowadzenia bardziej ukierunkowanych dyskusji wideo, gdzie mogą wspólnie dzielić się treściami i rozwiązywać problemy. Mogą również monitorować i przyłączać uczniów do pokoi w zależności od potrzeb lub wysyłać wiadomości, aby poinformować uczestników sesji o ważnych aktualizacjach czy zakończeniu danej części zajęć.
  • Porządek w klasie. Dzięki opcjom „twardego” wyciszenia nauczyciele mogą zadbać o to, aby nic nie rozpraszało uczniów i lepiej kontrolować wirtualną klasę. Dodatkowo uczniowie korzystający z funkcji podniesienia ręki znajdą się na samym szczycie listy uczestników, dzięki czemu żadne pytanie nie pozostanie bez odpowiedzi.
  • Energia i motywacja dla klasy. Dzięki urządzeniom Webex nauczyciele mogą w naturalny sposób poruszać się po klasie a urządzenia do prezentacji Webex skupiają się na osobie nauczyciela nie odwracając uwagi uczniów, którzy biorą udział w lekcji zdalnie.

Dla uczniów: uczniowie uczą się najlepiej w środowisku, które jest wciągające, przyjazne i pomaga im w nauce – bezpiecznie i bez ograniczeń.

  • Nauka w swoim własnym tempie. Webex Assistant for Meetings umożliwia sporządzanie transkrypcji na żywo podczas spotkania, dzięki czemu każdy może śledzić jego przebieg bez względu na styl nauki. Lekcje są nagrywane, więc w każdej chwili można łatwo wrócić i przejrzeć materiały.
  • Stały kontakt z przyjaciółmi ze szkoły. Dzięki Webex Teams uczniowie mogą wysyłać wiadomości, udostępniać treści, i dzwonić do członków grupy, z którymi pracują nad wspólnym projektem – wszystko to w ramach jednej aplikacji, dostępnej w dowolnym miejscu i na dowolnym urządzeniu.

Dla rodziców: rodzice odgrywają ogromną rolę w procesie nauczania, pomagają dzieciom w odrabianiu lekcji, przygotowywaniu się do sprawdzianów. Dlatego ważne jest, aby byli na bieżąco z tym co się dzieje w szkole.

  • Wirtualne zebrania rodziców i nauczycieli. Dzięki Webex Teams nauczyciele mogą łatwo tworzyć wirtualne przestrzenie do kontaktu z rodzicami, aby dzielić się informacjami o postępach w nauce ich dzieci, zadaniami i innymi treściami.
  • Lepszy sposób na odrabianie zadań domowych. Webex Assistant ułatwia przeglądanie notatek i najważniejszych wydarzeń w klasie, a nawet oglądanie nagrań z zajęć, aby śledzić postępy w programie nauczania i udzielać wsparcia w razie potrzeby.

Dla specjalistów IT odpowiedzialnych za edukację: Webex Classrooms pozwala stworzyć bezpieczne środowisko nauki dzięki:

  • Prostym i bezpiecznym rozwiązaniom gotowym do pracy od razu po zainstalowaniu. Webex obsługuje predefiniowane szablony edukacyjne i ustawienia zabezpieczeń dla wirtualnej klasy, dzięki czemu, łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej, można bezpiecznie skonfigurować wirtualną klasę.
  • Łatwej integracji z innymi narzędziami IT wykorzystywanymi w edukacji.

Silne spadki na Wall Street rozkręciły spiralę awersji do ryzyka

W tym dziwnym tygodniu pęd ku redukcji ryzyka w końcu dosięgnął rynek akcji. Silne spadki na Wall Street rozkręciły spiralę awersji do ryzyka na skalę globalną, ale przy pozostających bez odpowiedzi pytaniach „dlaczego?” i „jak długo jeszcze?”. Za to rynek FX jest względnie stabilny, odwdzięczając się za niewrażliwość rynku akcji na wcześniejszą korektę USD.

Czwartkowe spadki indeksu Nasdaq 100 (-5,23) było największą jednodniową przeceną od marca, ale sprowadziły indeks zaledwie do poziomów z zeszłego wtorku. Nie nastąpiło nagłe tąpnięcie pod wpływem jednej informacji, a raczej miarowe osuwanie rynku akcji. Taka sytuacja jak zwykle prowadzi do dochodzenia, co było przyczyną? Wygląda na to, że po solidnym rajdzie z ostatnich tygodni także i na rynek akcji zawitały wątpliwości. Zastopowanie niekwestionowanej wyprzedaży USD mogło być pierwszym światłem ostrzegawczym, choć dla wywołania reakcji na giełdach potrzebowało dodatkowych argumentów. Ryzyko dzisiejszego raportu z rynku pracy oraz perspektywa długiego weekendu w USA (Święto Pracy w poniedziałek) mogły nasilać chęć zamknięcia pozycji. Pro-sprzedażowe nastroje podsycały doniesienia o sprzedaży akcji przez jednego z udziałowców Tesli. Pojawiły się też teorie, że przyszedł czas na rotację do spółek technologicznych w kierunku innych segmentów, gdyż postępy prac nad szczepionką osłabia presję na rozwój rozwiązań technologicznych. Wiele mały tematów razem stanowi pretekst do większego ruchu, pod warunkiem oczywiście, że zyska zainteresowanie głównego nurtu. Bo przecież ile było przypadków, kiedy rynek bagatelizował poważniejsze negatywne sygnały. Czyżby powakacyjna depresja dotykała inwestorów, wywołując w nich obawy o kruchość niezrealizowanych zysków? Być może, jednak miarowość wczorajszej wyprzedaży sugeruje, że nie mamy do czynienia z paniką lub zalążkiem takowej. Fundamentalnie podstawy dotychczasowego rajdu pozostają w mocy (odbudowa ożywienia, postęp w pracach nad szczepionkami, ekspansywna polityka monetarna i fiskalna), w efekcie każde dołki będą traktowane jako okazja do odnowienia kupna.

W piątek główna uwaga skupi się na raporcie NFP z USA. Rynek pracy w USA pozostaje w trybie odbudowy, choć wskaźniki ISM nie wysyłają jednoznacznie pozytywnego wydźwięku. Mimo że działalność gospodarcza wzmacnia się po uderzeniu pandemii, w niektórych sektorach nastroje wobec powiększania (nie przywracania) zatrudnienia pozostają negatywne. Netto dzisiejsze dane powinno wskazać na wzrost zatrudnienia w obliczu przywracania stanowisk usuniętych na czas lockdownu. Przy wzroście zatrudnienia w sektorze pozarolniczym o 1,35 mln stopa bezrobocia ma spaść zaledwie o 0,4 pkt proc. do 9,8 proc., jednak nie powinna być to niepokojąca informacja, gdyż sugeruje powrót Amerykanów do aktywnego poszukiwania pracy. Rynek jest przyzwyczajony do lepszych danych, gdyż tylko wzmocnią narrację odbudowy gospodarczej. Większa reakcja może być w obliczu rozczarowujących danych, gdyż podniesie obawy, że tempo ożywienia wyraźnie hamuje. Tego mogą się obawiać inwestorzy z Wall Street, którzy wczoraj nie czekali na oficjalne dane. Z drugiej strony uczestnikom rynku nieobca jest logika szklanki do połowy pełnej i z gorszych danych zawsze może przyjść konkluzja, że Fed musi zrobić więcej, co znów będzie sygnałem do wzrostu wycen akcji. Osobiście oczekiwałbym, że biorąc pod uwagę wczorajsze turbulencje i perspektywę długiego weekendu większym ryzykiem jest, że gorsze dane będą odebrane negatywnie, zanim w kolejnym tygodniu górę wezmą oczekiwania na rozszerzenie ekspansji Fed. Musi być gorzej, żeby było lepiej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jaki jest rzeczywisty cel wprowadzania podatku cukrowego?

W styczniu 2021 roku wchodzi w życie tzw. „podatek cukrowy”, mający być częścią promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów. Zdaniem przedstawicieli handlu oraz części ekspertów nowe przepisy wydają się być niespójne. Czy ustawa ma służyć konsumentom, czy jedynie służyć łataniu budżetu? – pytają przedstawiciele Polskiej Grupy Supermarketów.

Wg Polskiej Federacji Producentów Żywności wprowadzenie opłaty w formie „podatku cukrowego” może wiązać się ze wzrostem cen napojów nawet o 40%. Ustawa budzi spore kontrowersje jednak nie tylko wśród producentów i dystrybutorów FMCG. Niezrozumiała jest zasada opłaty podatku przez detalistów w momencie wprowadzenia produktu do sprzedaży. W ich opinii podatek winien być płacony przez producentów.

Z dużym zdziwieniem przyjęliśmy obecną formę ustawy o promocji prozdrowotnych wyborów konsumentów – mówi Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

– Nasze wątpliwości budzi m.in. limit 300 ml opakowania w przypadku produktów alkoholowych. Wg ustawy firmy zmuszone będą dokonać opłaty m.in. za wprowadzenie do sprzedaży napojów alkoholowych o objętości nieprzekraczającej 300 ml. – Zapis ten pokazuje brak dostatecznego rozpoznania i analizy problemu, w szczególności w kontekście rosnącej sprzedaży alkoholu w butelkach o większej pojemności – dodaje prezes PGS.

Słodziki i kofeina na celowniku

Czy w nazwanej przez premiera Morawieckiego „zdrowotnej opłacie cukrowej” rzeczywiście chodzi o zdrowie i jego promocję wśród Polaków? Wątpliwości co do tego mają m.in. dietetycy.

O ile ograniczenie spożycia cukrów powinno być promowane, ponieważ ich nadmiar negatywnie wpływa na naszą figurę oraz zdrowie, co potwierdzają liczne badania; o tyle zastanawiającym jest fakt dołączenia do listy słodzików oraz kofeiny.

Wg metaanalizy opublikowanej na łamach International Journal of Obecity, napoje słodzone słodzikami mogą hamująco wpływać na apetyt oraz ułatwić odchudzanie. Co więcej, w jednej z prac badawczych osoby pijące przed obiadem napoje ze słodzikami schudły w ciągu roku blisko 2 kilogramy więcej niż badani pijący samą wodę!

Podobnie sprawa ma się z kofeiną, której bezpieczna dawka dobowa szacowana jest na 500 mg u osoby dorosłej, odpowiada to około 5 filiżankom kawy lub 10-12 porcjom (250ml) napoju typu cola. Co więcej, umiarkowane spożycie kofeiny – pomimo działania pobudzającego – nie wpływa negatywnie na osoby zmagające się z nadciśnieniem, a niektóre badania sugerują, że spożywanie jej w umiarkowanych dawkach może przynieść korzystne efekty kontekście występowania wielu chorób przewlekłych, w tym układu krążenia, cukrzycy typu 2 czy otyłości.

– Kolejny raz jesteśmy świadkami bardzo dobrych inicjatyw społecznych, lecz złej realizacji…. Nadrzędnym celem winno być zdrowie konsumentów, nie interes finansowy budżetu państwa – komentują nowe prawo przedstawiciele Polskiej Grupy Supermarketów.

Eesti Energia podpisała przełomową umowę zakupu zielonej energii na Litwie

Grupa Eesti Energia, do której należy działający w Polsce Enefit, podpisała umowę PPA z litewskim przedsiębiorstwem energetyki wiatrowej E energija i przez 10 lat będzie kupować cały wolumen zielonej energii wytwarzanej przez farmę wiatrową Telšiai. To największa tego typu transakcja w historii krajów bałtyckich.

Farma wiatrowa E energija Telšiai, o łącznej mocy zainstalowanej 68,9 MW, zostanie uruchomiona w 2022 roku. Park wiatrowy, zlokalizowany w litewskim regionie Tryškiai,  ma produkować 235 GWh zielonej energii elektrycznej rocznie, co wystarczyłby na pokrycie rocznego zapotrzebowania prawie 80 000 gospodarstw domowych. Będzie to największa farma wiatrowa na Litwie pod względem produkcji energii elektrycznej.

Eesti Energia będzie dostarczać energię wiatrową do gospodarstw domowych oraz do klientów biznesowych, stwarzając przedsiębiorcom możliwość prowadzania działalności bardziej przyjaznej dla środowiska.

To pierwsza w krajach bałtyckich umowa na zakup zielonej energii o takiej skali, zawarta na tak długi czas. Gotowość Eesti Energia do kupowania całego wolumenu energii produkowanej na farmie przez 10 lat (do 2032 r.) była kluczowym czynnikiem dla finansowania parku wiatrowego. Największa umowa zakupu zielonej energii w krajach bałtyckich była możliwa dzięki dobrej współpracy z firmami E energija, SEB i GE.

Eesti Energia, działając za pośrednictwem swojej spółki zależnej Enefi Green, jest wiodącym deweloperem energii odnawialnej w regionie. Enefit Green posiada na terenie Litwy pięć farm wiatrowych, gdzie generowana jest prawie połowa rocznej produkcji energii wiatrowej spółki.

Zdaniem Margusa Valsa, członka zarządu Eesti Energia, dzięki współpracy i długoterminowym umowom zakupu energii z innymi deweloperami, możliwe jest zwiększenie niezależności energetycznej krajów bałtyckich oraz umocnienie ich wiodącej roli w zakresie ograniczenia emisji dwutlenku węgla w Europie. – Jako międzynarodowa firma energetyczna, dążymy do tego, żeby oferować bardziej inteligentne rozwiązania i czystszą produkcję energii na każdym rynku, na którym działamy. Nieustannie szukamy nowych sposobów na rozwój naszego portfolio zielonej energii. Dlatego angażujemy się w projekty z obszaru OZE zarówno w roli producenta energii ze źródeł odnawialnych, jak i jej nabywcy – powiedział Margus Vals.

Cieszymy się z naszej roli w rozwoju zielonej energetyki i z podpisania pierwszej umowy PPA w krajach bałtyckich o tak dużym znaczeniu. Budując pierwszą niesubsydiowaną farmę wiatrową w regionie otwieramy drogę do transformacji całego systemu energetycznego w krajach bałtyckich. Jesteśmy wdzięczni Eesti Energia za wsparcie naszych celów w tym burzliwym okresie – powiedział Gediminas Uloza, CEO E energija.

Celem strategicznym grupy Eesti Energia jest oferowanie najlepszej obsługi klienta za pomocą cyfrowych rozwiązań oraz rozszerzenie do 2024 r. portfolio klientów w krajach bałtyckich do 1 miliona.

Pożyczki pozabankowe – koszty i preferencje Polaków

Pożyczki pozabankowe coraz częściej wygrywają z kredytami bankowymi. Co sprawia, że klienci są skłonni do korzystania z usług firm pozabankowych? Wygoda, atrakcyjne warunki, krótki czas oczekiwania na rozpatrzenie wniosku. Wśród pożyczek pozabankowych także można wyróżnić te, które cieszą się zdecydowanie największym powodzeniem.

  1. Skąd popularność pożyczek pozabankowych?
  2. Jak wybrać pożyczkę długoterminową? Zwróć uwagę na koszty
  3. Preferencje kredytowe – jakie pożyczki wybierają Polacy?

Skąd popularność pożyczek pozabankowych?

Pożyczki pozabankowe przez Internet wygrywają dzisiaj zarówno z chwilówkami, jak i coraz częściej pokonują oferty bankowe. Jak to możliwe? W porównaniu z chwilówkami pożyczki długoterminowe pozwalają rozłożyć płatność na wygodne raty, co stanowi znacznie mniejsze obciążenie dla domowego budżetu. W związku z tym często są to wyższe zadłużenia, które pozwalają na zakup samochodu, zdobycie środków na remont mieszkania czy też wymianę sprzęty AGD/RTV. W porównaniu z kredytami bankowymi z kolei zwraca uwagę znacznie prostsza procedura przyznawania środków finansowych w przypadku pożyczek długoterminowych. Coraz częściej całą procedurę można przeprowadzić online, ewentualnie uzupełniając ją krótką rozmową z konsultantem firmy. Czas oczekiwania na decyzję pożyczkową jest w związku z tym krótszy niż oczekiwanie na decyzję analityków bankowych. W końcu do pożyczki długoterminowej bardzo często nie trzeba składać dodatkowych zaświadczeń o zarobkach, co także upraszcza całą procedurę.

Jak wybrać pożyczkę długoterminową? Zwróć uwagę na koszty

Wiele firm pozabankowych bardzo aktywnie reklamuje swoje usługi. Szczególnie w obecnej sytuacji związanej z nadchodzącym kryzysem gospodarczym coraz więcej osób bierze pod uwagę taki sposób finansowania różnego rodzaju zakupów. Do wzięcia pożyczki długoterminowej należy się jednak bardzo dobrze przygotować. Nie warto decydować się od razu na pierwszą napotkaną ofertę. Zakres rozwiązań, kosztów, dodatkowych zobowiązań z przypadku pożyczki długoterminowej może być bardzo różny. Dlatego wybierając ofertę pożyczki, koniecznie zwróć uwagę na:

  • wysokość raty: wybieraj rozwiązania, które dadzą ci możliwość regularnego i bezproblemowego regulowania należności; krytycznie spójrz na własne możliwości finansowe i dobierz ratę, która nie zaburzy twojego miesięcznego budżetu;
  • oprocentowanie: kluczowa sprawa przy wyborze kredytu, pamiętaj jednak, aby nie brać pod uwagę jedynie podstawowego oprocentowania, a RRSO (czyli całkowitą stopę oprocentowania) uwzględniającą także inne koszty kredytu (prowizje, dodatkowe ubezpieczenia); to że podstawowe oprocentowanie w danej ofercie jest wyjątkowo niskie wcale nie musi oznaczać, że cała oferta jest rzeczywiście najlepszą z dostępnych na rynku;
  • wszystkie zapisy w umowie: koniecznie dokładnie przeczytaj całość umowy, upewnij się, że wszystkie zapisy w niej są zgodne z pierwotnymi ustaleniami i wszystko jest dla ciebie zrozumiałe;
  • opinie o pożyczkodawcy – bardzo ważne jest, aby zweryfikować wiarygodność pożyczkodawcy, sprawdź listę ostrzeżeń Komisji Nadzoru Finansowego, poczytaj opinie innych klientów, możesz także zweryfikować  obecność pożyczkodawcy w KRS.

Z wyborem pożyczki nie warto się śpieszyć. Daj sobie czas na przejrzenie ofert, ich porównanie. Zawsze możesz skorzystać także z porównywarek pożyczek i rankingów, które dają ogólne rozeznanie w aktualnych ofertach pożyczkowych.

Preferencje kredytowe – jakie pożyczki wybierają Polacy?

Według badań przeprowadzonych przez portal get-money.pl Polacy najchętniej wybierają te pożyczki, które umożliwiają im otrzymanie pomocy finansowej bez rozbudowanych formalności. Największą popularnością cieszą się więc

  • pożyczki pozabankowe przez Internet,
  • niewymagające przedstawiania zaświadczenia o dochodach, dołączania skanów i innych dokumentów od pracodawcy
  • w przypadku których decyzja o przyznaniu bądź nie pożyczki zapada w ciągu kilkunastu minut, maksymalnie do jednego dnia.

Jeśli chodzi o wymagania finansowe, to oczywiście Polacy wybierają przede wszystkiem oferty możliwie najtańsze. Coraz częściej kieruję się niskim oprocentowanie pożyczki ratalnej, także w ujęciu całościowym, a więc RRSO. Polacy coraz częściej analizują dokładne parametry pożyczek, choć nadal nie robą tego wszyscy. Znaczenie ma także:

  • niska wysokość rat (nieobciążających zbyt mocno domowego budżetu),
  • przejrzyste i zrozumiałe warunki umowy, czytelny ich opis,
  • rozpoznawalność pożyczkodawcy, opinie innych klientów, wiarygodność instytucji, w której klient ubiega się o pożyczkę.

Znacznie mniejsze znaczenie ma kwestia szybkiej wypłaty gotówki, choć również i w tym zakresie instytucje pozabankowe starają się wychodzi naprzeciw oczekiwaniom klientów. Polacy biorą jednak najczęściej pożyczki o wartości od 2000 do 10000 zł. Nie są to więc z reguły wypłaty, które muszą być natychmiast zrealizowane. Ważniejsze dla klientów jest, aby pożyczka była atrakcyjna finansowo. Większość kredytobiorców stara się pożyczki rozłożone do 24 miesięcy, więc koszty przy 2-letniej pożyczce mają niemałe znaczenie.

Salesforce przedstawia nową generację Field Service

Salesforce ogłasza nową odsłonę usługi Salesforce Field Service, która dzięki wspomaganiu przez sztuczną inteligencję jest w stanie dostarczyć najwyższej jakości narzędzia do usług świadczonych niestacjonarnie. Zbudowany w oparciu o pierwszy na świecie system – CRM Salesforce – Field Service obejmuje nowe możliwości w zakresie planowania i optymalizacji terminów spotkań, zarządzania komunikatami oraz wglądu w wydajność zasobów czy zautomatyzowaną komunikację z klientem. Dzięki tym udogodnieniom, pracownicy mogą wykonywać swoje obowiązki kompleksowo i zawsze na czas.

Wraz z rozpoczęciem pandemii przedsiębiorstwa, których głównym źródłem dochodu było świadczenie usług w terenie musiały wstrzymać swoją działalność. W wyniku nałożonych restrykcji i zaleceń o zachowaniu dystansu społecznego praca opierająca się na kontakcie z klientem była niemożliwa. Takie „zawieszenie” nie mogło potrwać długo – aparaty medyczne, urządzenia klimatyzacyjne, maszyny linii montażowych i inne urządzenia nadal potrzebowały serwisu, naprawy lub wymiany. W związku z tym, aby móc bezpiecznie powrócić do pracy, Salesforce opracował nową generację narzędzia Field Service, przeznaczonego do obsługi i zarządzania zleceniami w terenie. Po początkowym spadku w marcu, Salesforce Field Service odnotował znaczny wzrost (ponad 50%) liczby użytkowników między kwietniem a lipcem 2020 roku. Obecnie firmy starają się nadrobić zaległości powstałe w momencie lockdownu, o czym świadczy 20-procentowy wzrost zainteresowania rozwiązaniem niż przed okresem Covid-19.

Co nowego w Salesforce Field Service?

Dynamic Priority umożliwia dyspozytorom skupienie się na zadaniach, które mają największe znaczenie, dzięki inteligentnym funkcjom planowania i optymalizacji, które automatycznie ustalają priorytety zadań w oparciu o umowę z klientem lub pilność wykonania usługi. Na przykład, jeśli konserwacja jest konieczna lub zbliża się termin wygaśnięcia gwarancji, zlecenie to automatycznie otrzyma wyższy priorytet niż inne.

– Einstein Recommendation Builder umożliwia organizacjom szybkie wdrożenie modeli uczenia maszynowego w celu poprawy jakości usług, w tym wskazówek opartych na sztucznej inteligencji, tak aby zapewnić mobilnym pracownikom zawsze odpowiednie rozwiązania dla danego zadania. Einstein skanuje poprzednie zlecenia w poszukiwaniu podobnych okoliczności, aby na ich podstawie określić komponenty potrzebne do finalizacji bieżącego polecenia.

– Asset 360 to nowy zestaw  zarządzania aktywami stworzony przez ServiceMax we współpracy z Salesforce. Dzięki Asset 360 firmy będą miały pełny wgląd w bazę, umowy serwisowe i wydajność sprzętu. W rezultacie firmy będą mogły zmaksymalizować sprawność wykonania zadania oraz zmniejszyć koszty operacyjne. Więcej szczegółów tutaj.

– Appointment Assistant to funkcja która wykorzystując opcję lokalizacji poprzez GPS automatycznie aktualizuje czas przybycia serwisanta. Taka możliwość ułatwia zachowanie dystansu społecznego i wszelkich zasad bezpieczeństwa – klient odpowiednio wcześnie uprzedzony o wizycie pracowników, może przygotować się na przyjazd zespołu technicznego lub opuścić lokalizację.

Teraz bardziej niż kiedykolwiek ważne jest, aby serwisanci dysponowali niezawodnym sprzętem, informacjami i narzędziami, które usprawnią przebieg realizacji zadania i poprawią wskaźnik napraw. Wieloletnie doświadczenie i innowacje w branży pozwoliły udoskonalić Salesforce Field Service i wzmocnić jego wydajność, tak aby przedsiębiorstwa z różnych sektorów rynku mogły wykonywać swoje obowiązki rzetelnie, na najwyższym poziomie jednocześnie dbając o bezpieczeństwo pracowników i klientów.

W skład innowacji wykorzystanych do tworzenia nowej generacji produktu Salesforce Field Service wchodzi ubiegłoroczne nabycie ClickSoftware – lidera w zarządzaniu usługami mobilnymi. Połączenie sił Salesforce i ClickSoftware umożliwiło opracowanie niezawodnego narzędzia do pracy w terenie, wraz ze wszystkimi wymogami organizacji serwisowych. Potwierdzeniem skuteczności Salesforce Field Service jest przyznanie miana lidera przez Gartner Magic Quadrant for Field Service Management.

W jaki sposób organizacje w różnych branżach i regionach korzystają z usług Salesforce Field Service?

Wielu klientów z różnych regionów i branż korzysta z usług Salesforce Field Service w unikalny sposób, aby dalej stale się rozwijać i zwiększać swój dochód. Poniżej zestawienie kilku przykładów firm, które z powodzeniem wykorzystały Salesforce Field Service w swojej działalności.

AAA Carolinas, regionalny automobilklub w USA od ponad 100 lat, zapewnia swoim członkom pełen zakres usług turystycznych, ubezpieczeniowych, finansowych i motoryzacyjnych. „Salesforce pomaga nam w realizacji naszego celu, jakim jest pogłębianie relacji z klientami”, powiedział George Figueiredo, wiceprezes ds. usług motoryzacyjnych. „Włączenie Salesforce Field Service do naszej oferty usług pomoże nam zapewnić kompleksowe i spójne wsparcie od momentu, gdy klient zadzwoni do nas, aż gdy nasi technicy zapewnią niezbędną obsługę. Nowe możliwości pozwolą zmaksymalizować zasoby i zapewnić, że pracownicy są wyposażeni w odpowiednie informacje i sprzęt, aby jak najlepiej obsługiwać 2,2 miliona członków.”

Greenthumb, firma zajmująca się pracami ogrodowymi, przeprowadza około 2,5 miliona zleceń rocznie od klientów w całej Wielkiej Brytanii. Zaledwie kilka miesięcy po wdrożeniu usługi Salesforce Field Service, Greenthumb zaczął oszczędzać pieniądze i środowisko. Inteligentniejsze planowanie umożliwiło ekipie terenowej wykonywanie co najmniej jednego dodatkowego zlecenia na każdego pracownika dziennie, dzięki czemu firma wygenerowała większy przychód. „Efektywne wyznaczanie tras załogom pozwoli zaoszczędzić prawdopodobnie ponad 400 000 funtów na rocznych kosztach paliwa”, powiedział Paul Edwards, dyrektor zarządzający. „Bez konieczności składania zamówień na papierze – uda nam się nie tylko zaoszczędzić na wydatkach związanych z zakupem arkuszy, ale również będziemy działać bardziej proekologicznie. Stopniowe zastępowanie tradycyjnej poczty cyfrową, zmniejszy zapotrzebowanie na papier aż o trzy miliony arkuszy rocznie. Ponadto, dzięki błyskawicznej pracy systemu jesteśmy w stanie odpowiadać na zapytania klientów średnio o 45 sekund szybciej niż dotychczas”.

Hologic, firma z branży technologii medycznych, koncentrująca się przede wszystkim na zdrowiu kobiet, wybrała Salesforce Field Service, aby przeanalizować wszystkie swoje produkty na stronie danego klienta, ustalić, na jakiej wersji oprogramowania się znajduje i przeanalizować historię swoich usług. Taki poziom widoczności pozwoli pracownikom Hologic na bardziej efektywne świadczenie usług, ponieważ będą mieli wszystkie potrzebne informacje w zasięgu ręki. „Jednym z naszych głównych wyzwań była praca naszego zespołu w oparciu o arkusz kalkulacyjny w trybie offline, co było czasochłonne i niedokładne”, powiedział Matthew Faherty, IS Manager, Customer Experience Solutions. „Dzięki usłudze Salesforce Field Service osiągnęliśmy lepszy czas i jakość obsługi, dzięki czemu mamy pewność, że nasza działalność poprawia stan zdrowia kobiet na całym świecie”.

St. Francis Healthcare System – gdy tylko wybuchła pandemia, St Francis szybko uruchomił nowy program dostarczania posiłków dla seniorów w ciągu zaledwie kilku dni, przy wsparciu partnera Pacific Point i Salesforce Account Team. Korzystając z usług Salesforce Field Service, St. Francis mógł koordynować wysyłkę posiłków z lokalnych restauracji i sprawnie synchronizować pracę dostawców. W trzecim miesiącu od początku powstania projektu, St Francis dostarczył ponad 50.000 posiłków dla seniorów.

W czasie kryzysu COVID-19 pracownicy firmy Wartner rozszerzyli swoje usługi o możliwość wyprania odzieży należącej do personelu medycznego pracującego w paryskich szpitalach. Poprzez zarządzanie zamówieniami przez Salesforce Field Service i Community Cloud, Wartner obsłużył aż 8.000 tysięcy zleceń. W szczytowym momencie, dzięki rozwiązaniu Wartnera medycy mogli czuć się bezpiecznie, dzięki zapewnieniu najwyższego stopnia bezpieczeństwa i higieny. Akcją objętych zostało 60 paryskich szpitali, obsługując tym samym 90.000 pracowników w ciągu jednego tygodnia – oszczędzając czas i pieniądze w momencie, gdy każda sekunda jest na wagę złota.

WBP Group, jedna z największych, niezależnych australijskich firm zajmująca się wyceną i doradztwem w zakresie nieruchomości, musiała zmienić sposób działania, aby zminimalizować kontakt pomiędzy pracownikami a klientami w dobie COVID-19. Usługa Service Cloud pozwoliła na szybkie uruchomienie wirtualnych wycen, realizując bezpieczną, bezkontaktową obsługę klientów, natomiast Salesforce Field Service umożliwił lepszą efektywność planowania terminów spotkań. Rozwiązanie sprawdziło się na tyle dobrze, że firma nie planuje z niego rezygnować.

Toksyczny fundusz VC zniszczy twój biznes

Dobry fundusz VC znacząco przyspieszy rozwój spółki, wzniesie ją na nowy poziom i pozwoli uniknąć wielu typowych błędów. Przeciętny fundusz VC trochę wesprze, da zastrzyk finansowy i nie będzie przeszkadzał. Toksyczny fundusz VC wydrenuje start-up z pieniędzy, utrudni działalność operacyjną, a w skrajnym przypadku zniszczy biznes. Jak je odróżnić?

Sytuacja na polskim rynku VC jest wyjątkowa – ok. 130 działających funduszy to historycznie najlepszy bilans. Środki można pozyskać z wielu źródeł, więc rokowania dla start-upów są generalnie korzystne. Często pokutuje jednak opinia, że to niezwykle trudny proces, dlatego trzeba wysłać decka do wszystkich i przyjmować każdą propozycję, która się pojawi. Założenie nie dość, że błędne to często okazuje się brzemienne w skutkach dla founderów. Obecnie biznes spełniający kryteria VC względnie szybko zbiera rundy, a brak zainteresowania często jest efektem błędów popełnianych przez przedsiębiorców, których można uniknąć. Zakładając jednak pozytywny scenariusz, rozmowy prowadzone będą z kilkoma VC – kluczowe na tym etapie jest to, by zadawać trafne pytania i nabrać pewności, że osoby po drugiej stronie są godnymi partnerami.

Na co zwracać uwagę w pierwszych rozmowach?

Rozmawiając z funduszem, trzeba przede wszystkim zweryfikować, na co możemy liczyć w ramach współpracy poza kapitałem. Dobry VC będzie nas wspierać w wielu aspektach. Przygotowanie strategii marketingowej, optymalizacja struktury spółki, przygotowanie do kolejnej rundy, „otwieranie drzwi” na spotkania – to przykładowe obszary, w ramach których można otrzymać pomoc. Trzeba oczywiście pamiętać, że rolą inwestora jest doradztwo, wskazywanie kierunków, pomoc w rozwiązywaniu problemów – nie aktywne zarządzanie spółką i wykonywanie zadań na poziomie operacyjnym. Chcąc oszacować potencjał, należy zapytać wprost: jak wygląda bieg wydarzeń po kulminacyjnej wizycie u notariusza? Kto będzie bezpośrednim kontaktem po stronie funduszu? Jak często będą spotkania/calle i co się będzie działo w ich ramach? Jakie fundusz ma doświadczenie w interesujących nas obszarach? Jakie przykładowe problemy rozwiązywał w innych spółkach z portfela? Należy uważnie słuchać, a następnie … skontaktować się bezpośrednio ze spółkami portfelowymi, żeby zderzyć odpowiedzi z rzeczywistością. Jeśli pojawia się wyraźny dysonans – lepiej odpuścić zawczasu.

Kolejna kwestia to ludzie. Warto prześledzić background partnerów zarządzających i kluczowego zespołu. To, co robili w przeszłości, bazując choćby na Linkedin, w połączeniu z tym, co znajdziemy w Google, da nam pewien obraz tego, w czym dana osoba się specjalizuje. Jeśli przykładowo widzimy, że ktoś zajmował się wyłącznie pozyskiwaniem dotacji lub controllingiem, możemy wnioskować, że raczej nie pomoże nam on w kwestiach skalowania czy określenia jak targetować sprzedaż na rynku b2b. Optymalnie: zespół powinien być zdywersyfikowany w zakresie umiejętności, by uzyskać pełne spektrum wsparcia. Istotną rolę odgrywają w tym kontekście venture partnerzy – po tym kim są możemy też określić rangę funduszu.

Trzeci aspekt, jaki warto wziąć pod lupę to portfel inwestycyjny. Przede wszystkim powinien być on zbieżny z sektorem, w którym działamy. Tym sposobem nabierzemy pewności, że fundusz ma pragmatyczne doświadczenia w tym, czym chcemy się zajmować. Jeśli strategia jest stricte oportunistyczna, tj. fundusz inwestuje we wszystko, co może przynieść profit, warto zastanowić się, co de facto wie o naszym rynku i jak to przełoży się na potencjalną pomoc. Warto zweryfikować też możliwość współpracy z innymi spółkami portfelowymi – czy jest potencjał do komplementarnych działań, korzystania z ich usług czy wymiany unikalnej wiedzy. To, co powinno wzbudzić wątpliwość, to występowanie podmiotów, które są bezpośrednią konkurencją. Jak wtedy fundusz zamierza im obiektywnie pomagać?

Czego się wystrzegać?

Rozmawiając o współpracy i wsparciu, należy zapytać też o drugą stronę medalu tj. jak wygląda wpływ na działalność operacyjną oraz controlling. Trzeba uważać na podmioty aspirujące do zdominowania codziennego biznesu. Jeśli fundusz już w pierwszych rozmowach mówi np. o zabezpieczeniu sobie miejsca w zarządzie z łączną reprezentacją, a w dodatku przy wysokim wynagrodzeniu, które obciąży spółkę – powinno to wzmożyć naszą czujność. Warto zapytać wprost, czy należy spodziewać się jakichś kosztów związanych z VC w prowadzonej działalności, a jeśli tak, to jakich i w jakiej wysokości – budżet powinien być transparentny.

W zakresie mechanizmów nadzoru, trzeba zweryfikować ich głębokość – czy jest to fundusz typu hands on, który będzie wymagał kontrasygnaty każdego przelewu, w jakie aspekty może ingerować w oparciu o umowę inwestycyjną, jak wyglądają potencjalne KPI dla spółki itd. Trzeba zrozumieć celowość podejmowanych działań, bo jasne jest to, że VC musi dbać o bezpieczeństwo kapitału swoich inwestorów, jednak musi być to wyważone i zgodne ze standardami rynkowymi. Ważna jest również obfitość obowiązków informacyjnych w ramach relacji inwestorskich – jakie dokumenty należy przygotować, w jakiej częstotliwości – grunt, by formalności nie zaczęły przysłaniać realnego biznesu.

Istotnym aspektem jest również strategia rozwoju dla spółki, w kontekście założeń samego funduszu. Jeśli wynika z niej, że ma on niezwykle krótki horyzont inwestycyjny, może próbować na siłę wdrażać działania zwiększające waluację, które są korzystne jedynie w krótkim terminie. Może też stawiać nierealnie ambitne cele spółce połączone z opcją PUT – jeśli founder ich nie osiągnie, zmuszony jest do odkupu udziałów po odpowiednio wysokiej wycenie lub np. zmuszać do jak najszybszego IPO na NewConnect, gdy spółka nie jest jeszcze na to gotowa.

Najważniejszy wniosek jest taki, by proces negocjacji z funduszem był faktycznie rozmową, w ramach której nie tylko opowiadamy, ale również pytamy o fundamentalne kwestie dotyczące potencjalnej współpracy. Jeśli już na wczesnym etapie zapala się wiele sygnałów ostrzegawczych: zdecydowanie należy odpuścić i szukać innego VC, a w skrajnej sytuacji rozważyć inne formy finansowania. Zdecydowanie lepiej jest funkcjonować samodzielnie z ograniczoną pulą środków niż z toksycznym wspólnikiem, który wesprze nas krótkoterminowo poprzez kapitał, a później będzie wyłącznie kulą u nogi hamującą rozwój spółki.

Autor: Szymon Janiak, Dyrektor Zarządzający Czysta3.vc

Usługi na ruchomym majątku rzeczowym w rozumieniu ustawy o podatku VAT

Współpraca międzynarodowa oraz swoboda przepływu usług otwierają nowe możliwości świadczenia usług w różnych krajach. W poszukiwaniu większych zysków polscy podatnicy często decydują się na świadczenie usług na powierzonych materiałach bądź z częściowym wykorzystaniem swoich zasobów. Powstaje pytanie, czy w takich sytuacjach mamy do czynienia ze sprzedażą usług, czy towarów oraz jak prawidłowo rozliczyć tę transakcję na potrzeby podatkowe.

Świadczenie usług a dostawa towarów

Usługi mogą być wykonywane na materiałach własnych oraz powierzonych przez klienta. Takie usługi nie mogą zostać zakwalifikowane jako dostawa towarów. Usługi na ruchomym majątku rzeczowym to świadczenia mające na celu wytworzenie (przetworzenie), uszlachetnianie, przerób, serwis, ulepszenie, usługi montażowe i instalacyjne towarów z materiałów powierzonych.

Rozróżnienie pomiędzy dostawą towarów a świadczeniem usługi jest w tym przypadku trudne i może generować problemy podatkowe. Należy zwrócić uwagę, że świadczenie usługi na ruchomym majątku rzeczowym dotyczy jedynie usługi, czyli jeżeli wraz z usługą transportujemy do danego kraju także niezbędne materiały, mamy wówczas do czynienia zasadniczo z wewnątrzwspólnotową dostawą. Przykładowo więc, jeżeli polski podatnik ma wyprodukować na rzecz litewskiego podatnika określoną liczbę kłódek, to w przypadku, gdy wykona to na materiale kontrahenta, będziemy mieli do czynienia ze świadczeniem usługi na majątku ruchomym. Natomiast w przypadku dostarczenia własnego towaru będzie to WDT.

Trudniejsza kwestia dotyczy wykonania ulepszeń/uszlachetnień/przerobu/montażu na majątku rzeczowym. W sytuacji, gdy podatnik razem ze świadczoną usługą ulepszenia instaluje dodatkowe elementy, które zostały wcześniej przetransportowane z terytorium innego państwa członkowskiego, to jeżeli te dodatkowe elementy stanowią po wykonaniu usługi integralną część majątku rzeczowego, na którym wykonywana była usługa, to w takim przypadku mamy do czynienia jedynie ze świadczeniem usługi na majątku rzeczowym. Przykładem może być ulepszenie maszyny do produkcji kłódek o nowe moduły np. wstawiania dodatkowych zabezpieczeń.

Kolejna sytuacja dotyczy podatnika dodającego swoje materiały do finalnego produktu. Przykładowo w przypadku kłódek polski podatnik dodawałby zasłonkę na kluczyk, która stanowi niewielką część ceny kłódki. W takiej sytuacji również nie ma WDT, a jedynie świadczenie usługi na majątku ruchomym, ponieważ wartość dodawanych przez podatnika materiałów, będących jego własnością jest bardzo niewielka. Niektóre interpretacje mówią nawet o tym, że wartość wykorzystywanych materiałów własnych przez zleceniobiorcę nie może przekroczyć 50% (por. interpretacja z 9 marca 2016 r., sygn. IPTPP2/4512-637/15-3/SM).

Można zatem podsumować, że istotę świadczenia usługi na ruchomym majątku rzeczowym stanowią czynności przetwarzania materiału powierzonego przez zleceniodawcę tak, żeby otrzymać pożądany przez niego wyrób, przy czym wartość wykorzystanych towarów własnych w stosunku do wartości końcowego wyrobu musi być niewielka (a na pewno mniejsza niż 50%).

Miejsce świadczenia i obowiązek podatkowy

Gdy już wiadomo, czy świadczenia na rzecz zagranicznych podmiotów są sprzedażą usług, czy towarów, należy ustalić miejsce opodatkowania usługi. Miejsce opodatkowania w przypadku usług na rzeczowym majątku ruchomym uzależnione jest od statusu nabywcy. Zgodnie z treścią art. 28h pkt 2) ustawy o VAT miejscem opodatkowania usług na rzeczowym majątku ruchomym świadczonych na rzecz podmiotów niebędących podatnikami VAT jest miejsce, gdzie usługi te są faktycznie wykonywane. Oznacza to więc, że polski podatnik musiałby zarejestrować się na potrzeby VAT w kraju, na terytorium którego świadczy usługi na rzecz nie-podatników, zastosować prawidłową stawkę VAT, złożyć deklarację podatkową oraz rozliczyć się z tamtejszym fiskusem. Ten wyjątek od zasady ogólnej uzależniony jest od miejsca faktycznego wykonania usługi. Zatem podatnik decydujący się na świadczenie usług na rzecz zagranicznych osób fizycznych niebędących podatnikami VAT powinien zwrócić szczególną uwagę na ten przepis. Przykładowo w sytuacji przygranicznego zakładu naprawy pojazdów dokonującego napraw zarówno w Polsce, jak i za granicą zastosowanie mogą mieć dwa reżimy podatkowe.

W przypadku usług świadczonych na rzecz podatnika VAT miejscem opodatkowania jest zgodnie z zasadami ogólnymi miejsce, w którym podatnik będący usługobiorcą posiada siedzibę działalności gospodarczej. W takim przypadku polski podatnik wystawi fakturę z informacją o odwrotnym obciążeniu oraz wykaże ją w deklaracji jako niepodlegającą opodatkowaniu w Polsce.

Momentem powstania obowiązku podatkowego jest zgodnie z zasadą ogólną moment wykonania usługi. W tym okresie podatnik powinien wykazać we właściwej deklaracji daną transakcję. Oczywiście w przypadku, gdy miejscem świadczenia będzie terytorium innego kraju, zastosowanie znajdą przepisy właściwe dla tego kraju.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Polski robot na polu kukurydzy

Inteligentny robot polowy pomoże w uprawie kukurydzy. Projekt uzyskał ponad 12 mln zł dofinansowania z Funduszy Europejskich (POIR) w konkursie Narodowego Centrum Badań i Rozwoju „Szybka Ścieżka”.

Precyzja działania robota polowego umożliwi znaczne zmniejszenie zużycia nawozów i środków ochrony roślin. Będzie siał, pielił, monitorował stan uprawy i prowadził selektywne opryski. A wszystko to zgodnie z nowoczesną wiedzą agrotechniczną i ekologią.

– Robot zostanie zbudowany wyłącznie przez polskie podmioty. Z dumą pokażemy światu, że Polak potrafi – zapewnia Michał Zabost, manager ds. innowacji i rozwoju biznesu w UNIA Sp. z o.o.

To właśnie ta firma, o tradycjach sięgających 1882 r., jest liderem konsorcjum, które rozpoczyna pracę nad budową urządzenia. W projekt zaangażowały się ponadto dwa podmioty z Sieci Badawczej Łukasiewicz: Przemysłowy Instytut Maszyn Rolniczych oraz Instytut Lotnictwa.

Umowa podpisana z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju (NCBR) zakłada dofinansowanie wartego 15 830 142,87 zł projektu kwotą 12 068 727,27 zł. Są to środki z Funduszy Europejskich, z Programu Inteligentny Rozwój.

Precyzja upraw, bezpieczeństwo żywności

– Rolnictwo precyzyjne jest branżą przyszłości, szczególnie jeśli chodzi o Polskę. Innowacje w rolnictwie, w tym te związane z automatyzacją maszyn i procesów, to priorytetowy obszar wspierany przez Fundusze Europejskie, które przyspieszają w ten sposób jakościową zmianę na wsi. Warto z tych możliwości korzystać nie tylko z myślą o gromadzeniu know-how niezbędnego do produkcji kolejnych maszyn, ale także dla wzmacniania marki, jaką jest polska zdrowa żywność – mówi Anna Gembicka, pełnomocnik rządu do spraw lokalnych inicjatyw społecznych, wiceminister funduszy i polityki regionalnej odpowiedzialna w MFiPR za POIR.

Prowadzenie upraw zgodnie z celami Rolnictwa 4.0 oznacza m.in. obniżenie kosztów działalności gospodarstwa rolnego i podniesienie jego dochodowości. Przyczynia się też do wzrostu efektywności dzięki przyspieszeniu prac rolnych, w tym zbiorów. Ogranicza problem braku rąk do pracy. Inna korzyść to optymalizacja zużycia surowców i środków produkcji rolnej.

– Patrząc z perspektywy globalnej, autonomiczne roboty polowe to błyskawicznie rozwijająca się dziedzina w obszarze technologii maszyn rolniczych. Obserwujemy, że ten trend coraz śmielej zaznacza się także w projektach, które zgłaszają do NCBR przedsiębiorcy i naukowcy. Prace badawczo-rozwojowe dotyczące robotyzacji, automatyzacji czy uczenia maszynowego już wkrótce będą procentować wdrożeniami ich efektów w polskich gospodarstwach, przyczyniając się do ich konkurencyjności wskazuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. – Mam jeszcze jedną dobrą wiadomość. Już 10 września br. rozpoczynamy nabór wniosków w naszym nowym konkursie, oferującym wsparcie innowacyjnych technologii w sektorze rolnym – Szybka Ścieżka „Agrotech” – dodaje.

Dla dużych i małych

Robot polowy przeznaczony do siewu i pielęgnacji kukurydzy w uprawie szerokorzędowej powstaje z myślą o wykorzystaniu go zarówno w gospodarstwach wielkotowarowych, jak i w małych ekologicznych gospodarstwach.

Jego pomysłodawcy na bieżąco śledzą zmiany zachodzące w rolnictwie, nie tylko w kraju, ale także za granicą. – Kurs na robotyzację w branży agro jest zauważalny od lat. Zaczęło się od wdrażania takich rozwiązań w sektorze produkcji zwierzęcej – głównie w mleczarstwie. Jednak po kilku latach również produkcja roślinna stała się polem do popisu dla robotyki. W naszym przedsiębiorstwie dostrzegliśmy ten trend i gdy pojawiła się okazja stworzenia w pełni polskiego robota, postanowiliśmy z niej skorzystać – relacjonuje Michał Zabost.

Areał zasiewów kukurydzy w Polsce (na ziarno i na paszę) wzrósł od 728 tys. ha w 2010 r. do 1154 tys. ha w 2017 r. przy jednocześnie rosnącym imporcie kukurydzy, co zdaniem pomysłodawców innowacyjnego urządzenia świadczy o potrzebie dalszego rozwoju tej uprawy w naszym kraju.

– Rolnicy uprawiający kukurydzę borykają się dziś z wieloma problemami agrotechnicznymi. Większość z nich rozwiązywana jest za pomocą chemii. Ale wszyscy widzimy, że prawo międzynarodowe (a szczególnie to w Unii Europejskiej) zaczyna bardzo mocno ograniczać możliwości stosowania zabiegów chemicznych w ochronie roślin przed agrofagami, czyli różnymi patogenami, szkodnikami, chwastami. Tu będzie konieczne zdefiniowane problemu ochrony na nowo. Niezbędna będzie choćby bardzo wysoka precyzja w dawkowaniu substancji aktywnych – bezpośrednio na konkretną roślinę. To samo dotyczy aplikacji nawozów sztucznych, na których dziś opiera się rolnictwo. UNIA ma wieloletnie doświadczenie w produkcji sprzętu to precyzyjnego nawożenia i ochronny roślin. Wprowadzimy do projektu naszą najlepszą wiedzę i wybitnych specjalistów – zaznacza Michał Zabost, manager ds. innowacji i rozwoju biznesu w spółce UNIA.

Kukurydza to zaledwie początek. Dalekosiężna wizja rozwoju robota obejmuje szerokie możliwości jego zastosowania, przede wszystkim w przypadku innych upraw szerokorzędowych, takich jak buraki cukrowe, ziemniaki, a także uprawy warzywnicze.

Ze sterowaniem satelitarnym

Maszyna zostanie wyposażona w złożony system sensorów, układ przetwarzający pozyskiwane dane oraz precyzyjny system sterowania realizacją procesów agrotechnicznych. Jej główna zaleta dla użytkowników to precyzja działania, umożliwiająca znaczne zmniejszenie zużycia nawozów i środków ochrony roślin.

– Jeśli ktoś obserwuje rozwój robotyki agrarnej, widzi, że dzisiejsze rozwiązania skupiają się prawie w każdym przypadku na mechanicznym zwalczaniu chwastów. Nasz projekt zakłada zbudowanie robota uniwersalnego, o bardzo szerokim spektrum zastosowań. Robot będzie wyposażony w najnowsze technologie: począwszy od zaawansowanych rozwiązań mechatronicznych, przez spektrofotometrię, aż po sterowanie satelitarne. Wszystko to ma na celu zapewnienie precyzyjnej, inteligentnej i autonomicznej pracy – podkreśla Michał Zabost.

Robot ma być stosowany we wszystkich etapach produkcji rolnej: od siewu aż do zakończenia wegetacji – póki co z wyjątkiem zbioru.

Prace w projekcie już ruszyły. Spotkania grup roboczych w ramach konsorcjum z Łukasiewicz – Instytutu Lotnictwa oraz Łukasiewicz – Przemysłowy Instytut Maszyn Rolniczych odbywają się regularnie od paru miesięcy. – UNIA tak jak każdy z konsorcjantów pracuje nad zagadnieniami, które zostały przypisane w projekcie. Jednak to nasza firma jako lider projektu koordynuje działania, bo w ostatecznym rozrachunku, po zakończeniu projektu, to UNIA będzie odpowiedzialna za wprowadzenie robota na rynek i jego późniejszą komercjalizację – tłumaczy Michał Zabost. Do projektu z naszej strony zaangażowaliśmy naszych najlepszych inżynierów i specjalistów od innowacji w rolnictwie. Są to ludzie, którzy znają się nie tylko na konstrukcji, ale są też swego rodzaju wizjonerami, którzy na podstawie analiz danych są w stanie w dużym stopniu wnioskować o przyszłości i kierunkach rozwoju branży rolnej – dodaje.

Finalizacja prac projektowych ma nastąpić w 2023 roku. Nabywcami robota polowego będą właściciele gospodarstw rolnych zajmujących się produkcją kukurydzy. Wstępne plany sprzedażowe to kilkadziesiąt sztuk urządzenia rocznie.

– Aktualnie obserwujemy, że potencjał rynku jest w fazie początkowego wzrostu. Na świecie działają firmy, które cały czas pracują nad podobnymi rozwiązaniami. Angażują się w to wielkie koncerny, co wyraźnie pokazuje, że jest to właściwy kierunek – mówi przedstawiciel spółki UNIA.

Największe wyzwanie? – Jak zwykle przy tak zaawansowanych projektach największym wyzwaniem jest przyszłość, czyli przewidywanie tego, jak rozwinie się rolnictwo za co najmniej 5-10 lat. Branża rolna przeżywa obecnie istną rewolucję, zarówno jeśli chodzi o dostęp do wysokich technologii, jak i zmiany pokoleniowe oraz mentalnościowe. Prawdziwą sztuką jest dziś przewidzenie oczekiwań potencjalnych użytkowników naszego robota – wskazuje Michał Zabost.

Masz pomysł na innowacje w rolnictwie?

Dobra informacja dla podmiotów, które szukają finansowego wsparcia dla swoich pomysłów z obszaru nowych technologii w sektorze rolnym jest taka, że już od 10 września do 6 listopada br. można będzie aplikować w konkursie Szybka Ścieżka „Agrotech”. 100 mln zł z Funduszy Europejskich (POIR) przeznaczone jest w nim na wsparcie innowacyjnych technologii w sektorze rolnym. Celem tej inicjatywy jest podniesienie konkurencyjności polskich firm pracujących nad projektami z zakresu robotyzacji i automatyzacji, cyfryzacji czy produkcji rolno-spożywczej przyjaznej środowisku.

O dofinansowanie w konkursie Szybka Ścieżka „Agrotech” mogą ubiegać się przedsiębiorstwa, zarówno MŚP, jak i duże firmy, a także konsorcja składające się z przedsiębiorców lub przedsiębiorców i jednostek naukowych.

Z kolei 14 września br. zakończy się nabór wniosków w horyzontalnym, czyli bez ograniczeń tematycznych, konkursie Szybka Ścieżka, także realizowanym ze środków POIR. Jego budżet to 300 mln zł. Trwająca obecnie druga runda naboru to szansa dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw oraz ich konsorcjów, również z udziałem jednostek naukowych. Oba konkursy przeznaczone są dla regionów słabiej rozwiniętych. Oznacza to, że miejsce prowadzenia prac badawczo-rozwojowych musi znajdować się poza województwem mazowieckim.

OCERT – standaryzacja szkoleń w zakresie robotyki chirurgicznej w Europie z udziałem polskiego przedstawiciela Centrum Chirurgii Robotycznej, dr. Pawła Wisza

Właśnie zakończyło się czwarte spotkanie ds. standaryzacji szkoleń w zakresie chirurgii robotycznej w Europie – OCERT IV. OCERT to cykl międzynarodowych spotkań eksperckich zainicjowanych przez centrum szkoleniowe ORSI Academy w Belgii. Celem OCERT IV, podobnie jak poprzednich trzech edycji, jest ustalenie w gronie specjalistów w zakresie robotyki chirurgicznej z całego świata ogólnych zasad standaryzacji, walidacji i certyfikacji szkoleń. Po stronie ekspertów w czwartym spotkaniu cyklu OCERT kolejny raz wziął udział dr Paweł Wisz, specjalista z zakresu urologii robotycznej z Centrum Chirurgii Robotycznej krakowskiego Szpitala na Klinach i międzynarodowy trener w ORSI Academy.

Robotyka chirurgiczna to obecnie jedna z najszybciej rozwijających się nowoczesnych gałęzi medycyny. W związku z rosnącym wśród pacjentów zapotrzebowaniem na precyzyjne i małoinwazyjne operacje przeprowadzane z wykorzystaniem robotów chirurgicznych takich, jak robot da Vinci, rośnie też rola centrów szkoleniowych, w których adepci chirurgii robotycznej mogą zdobywać i podnosić swoje kwalifikacje. Kolejną kwestią jest rosnąca konkurencja na rynku robotyki chirurgicznej. Na horyzoncie widać już 5 potencjalnych konkurentów dla najpowszechniejszego systemu da Vinci. Są to systemy Cambrige, system Medtronic, konsorcjum Google oraz J&J oraz  Avatera. Dużą niespodziankę sprawił światu projekt Medicaroid – „hinotoriTM Surgical Robot System”, który w sierpniu 2020 r. otrzymał zatwierdzenie do użytkowania japońskiego regulatora. Jest to pierwszy wyprodukowany w Japonii zrobotyzowany system chirurgiczny.

Dlatego, by zapewnić jak najwyższe standardy bezpieczeństwa zabiegów, wiodący na świecie Instytut Chirurgii Robotycznej przy belgijskim Szpitalu OLV (ORSI) zainicjował cykl spotkań międzynarodowych ekspertów pod nazwą OCERT (ang. OLV Robotic Surgery Institute (ORSI) Consensus Meeting on European Robotic Training). Ich celem jest ustalenie ogólnych wytycznych dla metodologii szkoleń w zakresie chirurgii robotycznej.

W szczególności dostrzeżono konieczność odejścia od tradycyjnego szkolenia przez obserwację i doświadczenie (zgodnie z regułą zaproponowaną przez słynnego amerykańskiego chirurga przełomu XIX i XX w. Williama Stewarta Halsteda, uznawanego za ojca nowoczesnej chirurgii – „See one, do one, teach one” czyli „Zobacz procedurę, wykonaj ją, ucz jej innych”) na rzecz wyznaczenia standaryzowanych, międzynarodowych ścieżek szkoleń, które będą gwarancją najwyższego poziomu usług przez proces ich walidacji i certyfikacji.

W tym celu eksperci zarekomendowali m.in. wdrożenie tzw. metodologii PBP (proficiency-based progression), czyli systemu systematycznego pomiaru efektywności danego operatora w odniesieniu do wyników najbardziej doświadczonych i najwyżej wykwalifikowanych chirurgów na etapie szkolenia z użyciem symulatorów.

Pozwoli to na zdobycie przez uczestnika szkolenia wymiernego doświadczenia, potwierdzonego odpowiednim certyfikatem, zanim przystąpi on do pracy z pacjentami, zapewniając najwyższe bezpieczeństwo prowadzonych w przyszłości zabiegówmówi dr Paweł Wisz ekspert chirurgii robotycznej, Członek zarządu w Europejskim Robotycznym Towarzystwie Urologicznym (ERUS), odpowiedzialny za kwestie szkoleń.

Wprowadzono m.in. rozróżnienie pomiędzy tzw. podstawowym szkoleniem dotyczącym urządzenia (ang. basic device training, czyli BDT), które pozwala na poznanie sposobu jego obsługi, a podstawowym szkoleniem umiejętności posługiwania się urządzeniem (ang. basic skills training, czyli BST). Ten pierwszy rodzaj szkolenia, zapewniany przez jego producenta, jest obowiązkowy dla wszystkich osób uczestniczących w operacji ma za zadanie nabyć umiejętności posługiwania się danym urządzeniem.

Ustalono również, że szkolenia robotyczne powinny spełniać tzw. regułę czterech A: Awareness, czyli świadomość tego, jak ważne jest zapewnienie najwyższej jakości szkoleń; Agreement – zgoda na to, że szkolenia powinny być prowadzone przez stowarzyszenia naukowe; Accessibility – dostępność szkoleń dla wszystkich adeptów i praktyków chirurgii robotycznej w celu podniesienia jakości zabiegów; oraz Affordability, czyli system wspólnego finansowania szkoleń przez narodowe systemy ochrony zdrowia, stowarzyszenia oraz sektor medyczny.

 – Celem ostatniego spotkania było m.in. omówienie skuteczności i celowości stosowania PBP (proficiency-based progression). W tym celu stworzona została metodologia do poszczególnych etapów operacji a następnie na 2 grupach naukowo udowodniono zdecydowanie większą skuteczność, a co za tym idzie, większe bezpieczeństwo dla pacjentów wśród operatorów szkolonych według PBP vs zwykłe szkolenie dodaje dr Paweł Wisz.

W spotkaniach organizowanych pod egidą ORSI uczestniczą przedstawiciele międzynarodowych stowarzyszeń naukowych, akademii medycznych, sektora medycznego, instytucji rządowych oraz ubezpieczycieli. W gronie ekspertów w spotkaniu uczestniczył  dr Paweł Wisz, pracujący na co dzień w Centrum Chirurgii Robotycznej w krakowskim Szpitalu na Klinach, międzynarodowy trener z akredytacją Akademii ORSI w gronie ekspertów reprezentował praktyków.

Branża budowlana alarmuje: wyhamowywanie inwestycji wywoła wyniszczającą wojnę cenową

Zatrzymanie inwestycji samorządowych w Polsce w wyniku pandemii spowodowało, że firmy budowlane zaczęły w drugiej połowie 2020 roku składać coraz bardziej agresywne oferty w pozostałych ogłaszanych przetargach – przestrzegali uczestnicy debaty podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach (2-4 września 2020 r.).

„Obawiam się, że przez najbliższe 2-3 lata będziemy, jako branża, zabijali się cenowo” – powiedział Artur Popko, wiceprezes Budimex S.A.

Spadek cen oferowanych w przetargach na budowę dróg potwierdził Tomasz Żuchowski, p.o. Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. „W tym roku podpisywaliśmy umowy za budowę drogi kategorii S w cenie rzędu 42-43 mln zł za kilometr. Obecnie te same firmy podają cenę o 10 mln zł niższą” – mówił Żuchowski, podając jako przykład przetarg na S19 na Podlasiu.

Wyraził obawę, że niedoszacowanie kosztów może w przyszłości skutkować problemami z dokończeniem budowy przez wykonawców. Dlatego – jak zapewnił – GDDKiA wszystkie otwarte oferty przekazuje do analizy przez Radę Ekspertów branżowych przy ministrze infrastruktury oraz do zespołów z udziałem przedstawicieli sektora bankowego.
Według Artura Popko, branża budowlana – w której pracuje w Polsce około miliona osób i która odpowiada za 10 proc. polskiego PKB – jest jedną z najmniej dotkniętych przez skutki gospodarcze pandemii koronawirusa (np. w przypadku Budimeksu spadek w wartości realizowanych kontraktów wyniósł jedynie 5 proc. w lipcu, w porównaniu do lipca roku poprzedniego).

Jednak przedsiębiorcy obawiają się, że w kolejnych 2-3 latach zabraknie środków na inwestycje prywatne i samorządowe. „Już dzisiaj zauważamy, że inwestycje samorządowe zostały właściwie zupełnie wstrzymane” – mówił wiceprezes Budimeksu.

Według niego, w tej sytuacji branża bardzo liczy na zapowiedziane przez minister Jadwigę Emilewicz wsparcie samorządów przez rząd od września kwotą 12 mld na inwestycje.
Firmy budowlane apelują też do takich inwestorów jak GDDKiA czy PKP Polskie Linie Kolejowe o przyspieszenie kolejnych inwestycji w nowej unijnej perspektywie finansowej na lata 2021-2027.

„Branża budowlana jest rozpędzona i jest przygotowana do realizacji wielomiliardowych inwestycji, dlatego tak istotna jest dynamika w ogłaszaniu przyszłych przetargów” – powiedziała podczas debaty Marita Szustak, prezes Izby Gospodarczej Transportu Lądowego i firmy Track Tec Construction.

W odpowiedzi p.o. szefa Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad zapowiedział, że już na 16 września zaplanowano kolejne spotkanie z branżą budowlaną, aby poinformować o zadaniach inwestycyjnych planowanych na 2021 rok.

Z kolei członek zarządu ds. inwestycji PKP PLK Arnold Bresch podkreślił, że spółka ma już przygotowane projekty, dokumentacje i studia wykonalności, aby od początku nowej perspektywy finansowej wprowadzać wykonawców na place budowy.

„Pozytywnym sygnałem dla rynku powinny być domykane obecnie nowe programy np. program odbudowy” – mówił Bresch. Według niego, w ramach programu będą realizowane zarówno duże projekty, jak też drobne zadania dla mniejszych firm.

„Jeśli przetargi będą dzielone na mniejsze, to rynek będzie stabilny, a oferowane przez wykonawców ceny będą mniej zróżnicowane” – podsumowała Marita Szustak.

Uczestnicy debaty apelowali też o większą elastyczność do polskiego sektora bankowego, aby obniżył marże dla firm budowlanych na zaliczki niezbędne do rozpoczęcia budowy.
Dyskutowano też o proponowanym przez rząd oraz drogowe i kolejowe spółki skarbu państwa systemie certyfikowania wykonawców. Miałby on premiować w przetargach rzetelne firmy „kosztem tych, co psują rynek”. Zdaniem branży budowlanej, pomysł jest dobry, ale jego wprowadzenie może zająć wiele lat.

Przedstawiciele firm budowlanych pozytywnie oceniali też wprowadzane zmiany w prawie o zamówieniach publicznych. Według wiceprezesa Budimeksu, nowe prawo jest bardzo prowykonawcze i wprowadza partnerstwo obu stron w umowach: zamawiającego i wykonawcy.

„Będziemy mieli waloryzowane kontrakty, będą ograniczone kary, nie zawsze cena będzie decydowała o wyborze i będzie mogło być premiowane skrócenie terminu realizacji projektu” – podkreślał Artur Popko. Apelował do GDDKiA i PKP PLK o wynegocjowanie umów w taki sposób, żeby ryzyko realizacji inwestycji nie spoczywało tylko i wyłącznie na wykonawcy.

W tym kontekście wskazał na proponowane przez wykonawców innowacyjne rozwiązania, wynikające m.in. z polityki ekologicznej Unii Europejskiej. „Takie innowacje kosztują i oczekujemy, że będą one premiowane w przetargach przez zamawiających” – mówił wiceprezes Budimeksu. Według niego, obecnie wykonawcy często nie proponują nowych technologii, ponieważ ich zastosowanie wiąże się z dużym ryzykiem dla wykonawcy, przy oczekiwanej przez inwestora 10-letniej gwarancji.

Stanowisko Zarządu Polskiej Rady Centrów Handlowych w sprawie egzekwowania przepisów dotyczących obowiązku zasłaniania nosa i ust

Polska Rada Centrów Handlowych apeluje o pilne doprecyzowanie przepisów regulujących uprawnienia i obowiązki osób przebywających w miejscach handlu i usług w czasie epidemii oraz określenie konsekwencji dla tych, którzy nie będą ich przestrzegać.

Z zaniepokojeniem obserwujemy coraz większą liczbę klientów, którzy odmawiają zasłaniania nosa i ust w miejscach handlu, zapowiadane są zorganizowane protesty, a odwiedzający nas klienci posługują się specjalnie przygotowanymi oświadczeniami. Ze względu na nieprecyzyjne przepisy jako  branża zostaliśmy postawieni w bardzo trudnej sytuacji. Właściciele, zarządcy i najemcy centrów handlowych nie mają żadnych skutecznych instrumentów, by egzekwować obowiązki zmierzające do ochrony zdrowia i życia klientów oraz pracowników. Pilnie potrzebne są odpowiednie, jednoznaczne regulacje, pozwalające na korzystanie z usług handlowych wyłącznie osobom nie narażającym innych na zakażenie.

Polska Rada Centrów Handlowych zwróciła się na początku sierpnia br. z prośbą do Ministerstwa Zdrowia o wprowadzenie jednoznacznego rozwiązania prawnego, które pozwoli nie wpuścić i nie obsłużyć klientów nienoszących masek ochronnych na terenie sklepów w centrach handlowych. Otrzymaliśmy odpowiedź wskazującą, iż kwestie te uregulowane są w rozporządzeniu Rady Ministrów z 7 sierpnia 2020 r. w sprawie ustanowienia określonych ograniczeń, nakazów i zakazów w związku z wystąpieniem stanu epidemii, które z kolei stanowi wykonanie upoważnienia zawartego w przepisach ustawy z 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi.

Praktyka pokazuje jednak, że egzekwowanie wprowadzonego obowiązku jest istotnie utrudnione, a czasem wręcz nierealne ze względu na możliwą odpowiedzialność sprzedawców, w tym także wykroczeniową, którzy odmawiają obsługi klientów niestosujących się do konieczności zakrywania ust i nosa. Konieczna jest ochrona sprzedawców i usługodawców w takich sytuacjach, a nie zagrożenie grzywną, tak jak to miało miejsce w przypadku wyroku sądu z Suwałk.

Troska o bezpieczeństwo i komfort klientów jest dla nas priorytetem, stąd poza działaniami z zakresu bezpieczeństwa sanitarnego, centra handlowe aktywnie włączyły się w edukowanie klientów i promowanie dobrych praktyk podczas zakupów w ramach ogólnopolskiej akcji #kupujebezpiecznie, nad którą patronat objęło Ministerstwo Zdrowia i Ministerstwo Rozwoju.

Dziękujemy wszystkim Klientom, którzy wyrażają troskę o innych i respektują obowiązek zasłaniania nosa i ust. W tych trudnych czasach kierujmy się rozsądkiem i chrońmy najbliższych oraz szanujmy pracę pracowników wszystkich miejsc handlu i usług, którzy codziennie narażają swoje zdrowie kontaktując się z setkami osób.

Lęk przed koronawirusem spowodował nagły wzrost ubezpieczeń zdrowotnych

Według opublikowanych przez Polską Izbę Ubezpieczeń danych liczba osób objętych w ramach dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych na koniec I półrocza 2020 roku wynosiła ponad 3 mln. To o 13,1% więcej niż rok wcześniej. Wydaliśmy na nie łącznie 500 mln zł.

Ubezpieczenia zdrowotne nieustannie zyskują na popularności, a zmiana sytuacji społeczno-gospodarczej w wyniku pandemii koronawirusa jeszcze ją wzmocniła. Choć w momencie ogłoszenia epidemii zainteresowanie osłabło, to zaledwie po półtora miesiąca nie tylko wróciło do poprzedniego poziomu, ale wręcz wzrosło. Zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i firm. Uważam, że ten trend się utrzyma, ponieważ zagrożenie, z którym wszyscy się mierzymy, spowodowało, że będziemy lepiej dbać o zdrowie, niż dotychczas. Słowo „profilaktyka” nabrało nowego znaczenia i mocy. Dlatego w długofalowej perspektywie spodziewam się jeszcze większego wzrostu sprzedaży ubezpieczeń zdrowotnych, a także na życie.

Usługi zdalne będą podstawą oferty

Zmianie uległo jednak podejście do wyboru polisy. Najważniejszym elementem ubezpieczenia stał się zakres usług zdalnych. Telemedycyna traktowana dotychczas jako dodatek jest jednym z podstawowych świadczeń, z których będą korzystali ubezpieczeni. Spodziewam się zatem, że w najbliższych miesiącach nastąpi dynamiczny rozwój oferty ubezpieczycieli w tym obszarze. Możliwości, jakie dają współczesne rozwiązania technologiczne, powodują, że usługi zdalne nie będą ograniczone wyłącznie do rozmowy z lekarzem przez telefon czy komunikator internetowy. Już teraz dostępne są na rynku urządzenia do stałego, samodzielnego monitorowania stanu zdrowia, np. wykonywania EKG. Wyniki badania są automatycznie wysyłane do lekarza prowadzącego, żeby w razie potrzeby mógł on od razu podjąć stosowne działania. Co więcej, w niektórych przypadkach personel medyczny placówek posiadających wyjątkowo rozwiniętą infrastrukturę medyczną jest w stanie przeprowadzać zdalnie nawet poważne operacje i zabiegi (np. dzięki wykorzystaniu robota daVinci), konsultować działania na sali operacyjnej czy doradzać ratownikom medycznym podczas interwencji związanych np. z ratowaniem ofiar wypadków.

Na znaczeniu zyskuje wsparcie psychologiczne

Innym obszarem, który zyskuje na znaczeniu, jest opieka psychologiczna. Sytuacja kryzysowa wywołana pandemią spowodowała, że więcej osób niż dotychczas zaczęło szukać wsparcia. Nie umknęło to uwadze pracodawców, którzy wiedzą, jak duży wpływ na funkcjonowanie firmy ma równowaga psychiczna pracowników. Stany depresyjne wpływają nie tylko na efektywność i wydajność pracowników. Obniżona koncentracja i przemęczenie mogą prowadzić do sytuacji, w których powstaje wręcz fizyczne zagrożenie dla zatrudnionych. Dlatego świadczenia psychiatryczne i psychologiczne oferowane w ramach grupowego ubezpieczenia zdrowotnego dołączyły do elementów ochrony najbardziej pożądanych przez pracodawców. Jednak samo zapewnienie dostępu do specjalistów to nie wszystko. Pracownicy powinni być też regularnie informowani o możliwościach otrzymania pomocy i zachęcani do skorzystania z niej w razie potrzeby. Dzięki temu będą mieli wsparcie w kryzysowych sytuacjach oraz przełamane zostaną pewne bariery obyczajowe, które dotychczas ograniczały dostęp do świadczeń.

„Nowa profilaktyka”

Przyszłością ubezpieczeń zdrowotnych są zatem zdalna pomoc i samodzielne monitorowanie zdrowia oraz zmiana podejścia do wsparcia psychologicznego. „Nowa profilaktyka” realizowana w większym stopniu z domu będzie szczególnie przydatna w leczeniu chorób przewlekłych, chorób układu oddechowego i układu krążenia, cukrzycy. Z kolei przełamanie kolejnych tabu dotyczących zdrowia psychicznego umożliwi większej liczbie osób otrzymanie pomocy, o którą do tej pory wstydzili się zwrócić.

Robert Łoś, Prezes SALTUS Ubezpieczenia

Ekonomiści o skutkach ewent. jesiennego lockdownu: Czeka nas poważna nawet trzyletnia recesja

Wprowadzenie na jesień lockdownu takiego jak wiosną jest mało prawdopodobne. Jednak eksperci nie wykluczają powtórzenia scenariusza sprzed kilku miesięcy, jeśli gwałtownie wzrośnie liczba zachorowań. Możliwe są za to obostrzenia lokalne i w wybranych branżach. Wiosenna izolacja kosztowała gospodarkę ponad 50 mld zł. W przypadku kolejnego byłoby to nawet 150 mld zł. Państwo nie będzie w stanie pożyczyć takich pieniędzy, a ich dodrukowanie oznaczałoby poważne problemy ekonomiczne. Na ewentualne ograniczenia powinny przygotować się przede wszystkim sektory, w których spotykają się duże grupy osób.

Zamrożenie gospodarki

W przestrzeni publicznej coraz częściej pojawiają się pytania nt. możliwości wprowadzenia lockdownu jesienią. Jak stwierdza prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, mało prawdopodobne jest powtórzenie tak mocnych obostrzeń, jakie były na początku pandemii. One nie gwarantują bezpieczeństwa życia i zdrowia obywateli, a na to powinien być położony główny akcent. Ponadto dziś już wiemy, że walka z wirusem będzie trudna i nie zakończy się raczej w tym roku. A społeczeństwo i gospodarka muszą przecież funkcjonować.

– Jeśli zajdzie konieczność, to nie będzie wyboru i lockdown będzie musiał być zastosowany. Ale tylko w naprawdę czarnym scenariuszu, w którym dojdzie do bardzo dużego wzrostu liczby zachorowań. Wówczas koszty staną się sprawą drugorzędną, bo nie będzie innego wyjścia. Jednak zamrożenie gospodarki to nie jest najlepsza metoda. Skuteczność bardziej zależy od tego, na ile sprawnie działa system ochrony zdrowia w połączeniu z narzędziami, które pozwalają na izolowanie osób zarażonych i najbardziej narażonych – komentuje prof. Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Zdaniem ekonomisty Marka Zubera, nie będzie lockdownu takiego jak wiosną. Ale ekspert wyobraża sobie tzw. model krzyżowy. Oznacza to, że możliwe są wyłączenia wybranych rejonów Polski. Tak zrobiono w Wuhan. Jednocześnie może dojść do ograniczeń na terenie całego kraju w tych branżach, w których bardzo łatwo jest o przenoszenie wirusa.

– Jeśli dojdzie do lockdownu, to będzie się on różnił od tego wiosennego. Natomiast największy problem może być w przypadku zamknięcia szkół. W takiej sytuacji z rynku pracy zostanie wyłączona duża część siły roboczej. Państwo będzie więc musiało rekompensować, głównie kobietom, pozostanie w domu i opiekę nad dziećmi. To niekorzystnie wpłynie na całą gospodarkę, nie mówiąc już o jakości zdalnej edukacji – mówi ekonomista prof. Krzysztof Piech z Uczeni Łazarskiego.

Wysoka cena

Polskie PKB w skali kwartału to ok. 500 mld zł, co podkreśla prof. Orłowski. I dodaje, że wiosenny lockdown kosztował gospodarkę ponad 50 mld zł. Gdyby po raz drugi wprowadzono takie rozwiązanie, to prawdopodobnie koszty byłyby bardzo zbliżone lub nawet większe. Jednak to nie są wszystkie wydatki państwa, dlatego że mamy jeszcze Tarczę Antykryzysową i kredyty na ożywienie inwestycji, po to by zwalczać recesję.

– Budżet państwa wytrzymał 3 miesiące lockdownu. Natomiast na dłuższą metę może być to dużo trudniejsze. Grozi nam dalsze pogłębienie recesji gospodarczej. Ponadto będziemy jeszcze importowali zagraniczne impulsy kryzysowe. Czeka nas dwuletnia czy nawet trzyletnia recesja. W tym roku, wbrew pozorom, będzie jeszcze dość słaba. Najtrudniejszej sytuacji należy spodziewać się w latach 2021-2022, kiedy zjawiska recesyjne będą powoli się rozprzestrzeniały – mówi prof. Piech.

Jak zaznacza Marek Zuber, powtórzenie lockdownu takiego jak wiosną oznaczałoby katastrofę dla gospodarki. Chcąc uratować sytuację, potrzebne byłoby prawdopodobnie ok. 150 mld zł. Ekspert zaznacza, że państwo nie będzie w stanie pożyczyć takiej sumy. Natomiast dodrukowanie pieniędzy, kolejnych dziesiątek a może setek miliardów złotych, musiałoby doprowadzić do zdestabilizowania całej równowagi makroekonomicznej, a także gigantycznego wzrostu inflacji.

– Na ten rok początkowo zakładano budżet z zerowym deficytem. Dziś już wiemy, że przy minusie pojawi się ok. 110 mld złotych. To efekt wydatków antypandemicznych i mniejszych wpływów z różnych podatków, bo spadła produkcja i sprzedaż. Powtórzenie scenariusza z wiosny byłoby właściwie skazaniem wielu przedsiębiorstw na bankructwo, zwłaszcza w turystyce czy sferze rozrywki. Lockdown jest kosztowny oraz niekoniecznie skuteczny, nie zwiększa przecież odporności – podkreśla prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Wirusowe zagrożenie

W opinii Marka Zubera, najbardziej narażone na zamrożenie są branże, w których obcy sobie ludzie spotykają się w dużych grupach. To m.in. turystyka z gastronomią, imprezy masowe, ale również szkoły i uczelnie. Ekspert chroniłby wszystko, co jest związane z przemysłem i z usługami pracującymi dla niego. To jest szalenie istotny element polskiej gospodarki. Gdyby tam dochodziło do wzrostu zachorowań, to trzeba wyłączać poszczególne przedsiębiorstwa i robić przymusową kwarantannę. Coś podobnego było z kopalniami.

– Z myślą o ewentualnych ograniczeniach powinny zabezpieczyć się generalnie branże usługowe. Przy tym turystyka ma już stracony w dużej mierze rok, a wiele firm transportowych ledwo przetrwało. Na początku pandemii panowała duża panika, nie tylko w Polsce. Nie było wiadomo, jak sytuacja się będzie rozwijać. Dziś wiedza z tego zakresu jest szersza. Wbrew pozorom np. zakłady fryzjerskie nie są jakimś dużym epicentrum potencjalnych zakażeń – dodaje prof. Krzysztof Piech.

Z kolei prof. Mączyńska zaznacza, że ogniskami zapalnymi były wesela. Ale rząd nie powinien wprowadzać zakazu ich organizacji, tylko skupić się na nakazie regulacyjnym. Ekspert ma na myśli m.in. ograniczoną liczbę osób czy odpowiednie warunki dystansowania się przestrzennego. Część tych przepisów już funkcjonuje, tylko niestety tragicznie jest lekceważona. Wystarczy popatrzeć, co się działo na nadmorskich plażach i w innych miejscowościach. Tutaj pokazane jest też naigrywanie się z prawa.

– Zamykanie gospodarki to jest kosztowne uderzenie cepem zamiast chirurgicznego działania. Potrzebna jest grupa ekspertów, przede wszystkim epidemiologów oraz ekonomistów, którzy będą w stanie znaleźć optymalne rozwiązania. Powinny one ograniczyć liczbę zachorowań, ale też minimalizować koszty. To oczywiście wymaga analizy poszczególnych sektorów. Dla przykładu, część handlu wciąż jest fatalnie dotknięta przez lockdown, a w tym samym czasie e-commerce kwitnie – stwierdza prof. Orłowski.

Natomiast prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego nie jest pewna, czy rząd powinien w ogóle rozważać kwestie dot. zamrażania gospodarki. W przypadku biznesu lepiej byłoby, żeby przedsiębiorcy sami decydowali. Natomiast rządzący powinni wprowadzić reguły bezpieczeństwa i je rygorystycznie egzekwować. Według prof. Mączyńskiej, lockdown to bardzo prosta, wręcz prostacka metoda, a do tego problematyczna i bardzo zawodna, bo zamyka np. całą turystykę. Znacznie trudniejsze jest wdrożenie regulacji, które pozwolą na funkcjonowanie hoteli w określonych warunkach bezpieczeństwa.

Specjaliści z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi pomogą dzieciom z atopowym zapaleniem skóry

Specjaliści z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, dzięki wsparciu Agencji Badań Medycznych pomogą dzieciom z atopowym zapaleniem skóry. 16 mln grant pozwoli na uruchomienie pierwszego na świecie badania klinicznego u pacjentów z  umiarkowaną i ciężka postacią AZS, od 2 roku życia.

Atopowe zapalenie skóry (AZS) jest ciężką chorobą zapalną, dotyczącą głównie populacji pediatrycznej. Według badań epidemiologicznych choruje na nie około 8% dzieci w Polsce, przy czym zdecydowana większość przypadków rozwija się do 5 roku życia. Jest to choroba charakteryzująca się zmianami zapalnymi na skórze, w najcięższych przypadkach obejmują one nawet 80-90% powierzchni, powodująca dodatkowo przesuszenie skóry oraz silny, uporczywy świąd.

depresja/”>depresja konsekwencją AZS

Zamiany skórne są przyczyną wielu problemów pacjentów z AZS, między innymi ze względu na zaburzenia snu spowodowane świądem, niepokój, zaburzenia zachowania, stany lękowe, a nawet stany subdepresyjne. U części chorych rozwija się depresja, a nawet myśli samobójcze. Ponadto około 30-40% chorych na AZS ma współistnienie innych chorób z kręgu atopii, takich jak nietolerancje, czy alergie pokarmowe, alergiczny nieżyt nosa lub astmę. AZS jest chorobą o bardzo złożonej i wciąż nie do końca poznanej patogenezie, biorą w jego rozwoju udział czynniki genetyczne, immunologiczne oraz środowiskowe.

Bez terapii i refundacji

Mimo wciąż prowadzonych badań nie ma obecnie satysfakcjonujących metod terapeutycznych szczególnie dla populacji pediatrycznej, których skuteczność i bezpieczeństwo potwierdzone byłyby badaniami klinicznymi. Istnieje obecnie jedyny zarejestrowany dla populacji lek – dupilumab – lek biologiczny, który EMA dopuściła do stosowania w Europie dla chorych z umiarkowaną i  ciężka postacią AZS od 6 r.ż.

W Polsce na razie nie jest objęty refundacją, ponadto nie zabezpiecza młodszych dzieci. Doświadczenia kliniczne i stosowana praktyka polega na leczeniu najmłodszych pacjentów lekami immunosupresyjnymi, m.in. metotreksatem i cyklosporyną, jednak off-label, czyli poza wskazaniami refundacyjnymi. Stąd też nasz projekt ma na celu przeprowadzenie pierwszego na świecie, randomizowanego, podwójnie zaślepionego i kontrolowanego placebo badania klinicznego u pacjentów z  umiarkowaną i ciężka postacią AZS, od 2 r.ż.

Holistyczna opieka nad pacjentem

Celem badania jest określenie skuteczności oraz bezpieczeństwa cyklosporyny i metotreksatu w populacji pediatrycznej, ze szczególnym uwzględnieniem najmłodszych pacjentów. W projekcie zaplanowane są liczne badania oraz konsultacje, mające na celu objęcie tej szczególnej grupy chorych opieką holistyczna, tak aby jeszcze bardziej poznać ich problemy w zakresie zdrowia fizycznego oraz psychicznego. Projekt jest unikatowy i uzyskane wyniki będą miały bardzo ważne implikacje kliniczne.

Nasz projekt zakłada przeprowadzenie po raz pierwszy na świecie badania klinicznego w grupie pacjentów pediatrycznych na AZS od 2 roku życia, mającego na celu określenie bezpieczeństwa i skuteczności terapii cyklosporyną i metotreksatem. Przeprowadzone szeroko badania i konsultacje przyczynią się do lepszego zrozumienia istoty choroby i umożliwią klinicystom prowadzenie bezpiecznej i skutecznej terapii w oparciu o uzyskanie obiektywnych wyników badania” – podkreśla koordynator projektu prof. dr hab. n.med. Joanna Narbutt.

Michalewski: kryzys może też stwarzać nowe możliwości rozwoju polskich firm

„Istnieje możliwość połączenia basenu Morza Czarnego z portami Bałtyku, dzięki któremu transport z tamtego rejonu do Gdańska trwałby zaledwie 4-5 dni” – powiedział Sławomir Michalewski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w Zarządzie Morskiego Portu Gdańsk S.A. podczas panelu poświęconego logistyce na XII Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach.

Wyjaśnił, że do realizacji takiego przedsięwzięcia niezbędna byłaby współpraca z Polskimi Kolejami Państwowymi oraz z kolejami ukraińskimi z rejonu Odessy. „To są takie przewagi, których nie ma żaden kraj na zachód od nas i w naszym interesie jest budowanie tych przewag wspólnie z naszymi kontrahentami” – podkreślił wiceprezes Michalewski.

O zaletach położenia Polski dla rozwoju spedycji i logistyki mówił też otwierający dyskusję Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury. „Polska ma szczególne walory geograficzne, które może nie są do końca wykorzystane. Rolą rządu, rolą państwa jest wykorzystanie tego potencjału i wzmacnianie tych obszarów, które mamy dane od Boga i historii” – zaznaczył Andrzej Adamczyk.

Jego zdaniem dobra logistyka to „swoisty silnik rozwoju gospodarczego państwa”. „Państwo powinno wykorzystać wszystkie możliwości, wszystkie atrybuty, które posiada, aby umożliwić funkcjonowanie często bardzo skomplikowanych łańcuchów dostaw, które budują logistycy” – powiedział minister infrastruktury.

Paneliści zastanawiali się też nad wpływem pandemii koronawirusa na skalę przewozów. W opinii Sławomira Michalewskiego wiele jest racji w powiedzeniu, że najlepsze pieniądze robi się w czasie kryzysu. „Pandemia koronawirusa jest pewnego rodzaju kryzysem, więc zasadne jest pytanie, które przedsiębiorstwa wyjdą z niego obronną ręką. Z dużą satysfakcją obserwuję, że polscy przedsiębiorcy wykazują ogromną elastyczność, jeśli chodzi o dostosowywanie się do tych warunków, z którymi się teraz spotkali” – stwierdził Michalewski.

Jak wyjaśnił Port Gdańsk, choć oczywiście odczuł negatywny efekt koronawirusa, to jednak już odrabia straty. „Po pierwszej połowie roku był to spadek przeładunku na poziomie 15 proc., po 7 miesiącach jest to niecałe 14 proc.” – wyjaśnił wiceprezes.

Dodał, że w dziedzinie transportu intermodalnego (przewozy kontenerowe) te spadki były minimalne, na poziomie ok. 4 proc. „Radzimy sobie zdecydowanie lepiej niż nasi zachodni konkurenci, którzy odnotowali kilkunastoprocentowe spadki, jeżeli chodzi o przeładunki kontenerów” – powiedział.

Według Michalewskiego w ostatnim okresie pojawiły się szanse na pozyskanie nowych rynków przez polskich operatorów. „To, że w Polsce buduje się tyle dróg dobrej jakości w kierunkach północ-południe, wschód-zachód oraz rozbudowuje się możliwości przeładunkowe w portach powoduje również, że zmieniają się trasy ładunków do portu – wyjaśniał. – Obserwujemy to choćby na przykładzie bananów, które dotychczas trafiały do Polski w zasadzie tylko przez porty niemieckie. W tej chwili, po siedmiu miesiącach przeładowaliśmy 115 tys. ton bananów, które wchodzą na polski rynek, dzięki polskiej firmie”.

Wiceprezes ds. finansowych Zarządu Morskiego Portu Gdańsk S.A. wyraził też zadowolenie, że w porcie działa największy światowy operator kontenerowy PSA International, ale udziałowcem tego terminala jest również Polski Fundusz Rozwoju. „To też pokazuje, gdzie są nasze granice rozwoju. Teoretycznie nie istnieją, ponieważ za największym na świecie operatorem kontenerowym, który przeładował w ubiegłym roku 80 mln kontenerów, podążają również firmy logistyczne, więc to jest ogromna szansa. Ale można ją wykorzystać tylko wtedy, gdy możemy pokazać tym klientom doskonałą sieć dróg, doskonałą sieć połączeń kolejowych. I to się dzieje – podkreślił Michalewski. – Jesteśmy dużym optymistą, jeśli chodzi o korzyści, które mogą płynąć dla polskiej gospodarki w czasie postcovidowym” – dodał.

Idealne auto elektryczne? Wyniki badania Castrol

W najnowszym badaniu Castrol przeanalizowano czynniki, które mogą przyspieszyć popularyzację samochodów elektrycznych. 

Kierowcy chcieliby, aby cena samochodów elektrycznych wynosiła 130 000 PLN (36 000 USD), a przy tym powinny się one ładować średnio 31 minut i mieć zasięg 469 km

  • Nowe badanie pokazuje warunki, jakie musiałyby zostać spełnione, aby większość konsumentów rozważyła zmianę samochodu na elektryczny.
  • Dyrektor generalny Castrol Mandhir Singh wyjaśnia, w jaki sposób samochody elektryczne mogą odegrać ważną rolę w procesie redukcji emisji dwutlenku węgla w sektorze motoryzacyjnym.
  • Castrol to światowy lider w dziedzinie specjalistycznych olejów przekładniowych, płynów chłodzących i środków smarnych do samochodów elektrycznych.

Opublikowane przez Castrol nowe badanie powstało na podstawie opinii konsumentów, opiekunów flot oraz liderów przemysłu motoryzacyjnego na całym świecie. Ma na celu zaprezentowanie czynników mających wpływ na decyzje dotyczące zakupu pojazdów elektrycznych.

Aby większość społeczeństwa szybko przeszła na samochody elektryczne, cena takich pojazdów nie może przekraczać 130 000 PLN (36 000 USD), czas ładowania 31 minut, a ponadto muszą one zapewniać zasięg 469 km na jednym ładowaniu. Szacuje się, że rynek pojazdów elektrycznych może być wart 367 miliardów USD rocznie do 2025 r.[1], jeśli zostaną spełnione wszystkie trzy wymienione wyżej warunki. Oprócz tego znaczenie ma m.in. odpowiednia infrastruktura: 70% ankietowanych konsumentów uważa, że większość nowych samochodów będzie miała napęd elektryczny, gdy stacje ładowania będą tak łatwo dostępne jak stacje paliw.

Mandhir Singh, dyrektor generalny Castrol, wyjaśnia: „W przypadku branży motoryzacyjnej, na którą pandemia koronawirusa miała znaczny wpływ, samochody elektryczne mogą odgrywać główną rolę w przyspieszeniu redukcji emisji dwutlenku węgla. Badanie przeprowadzone przez Castrol wykazało, że konsumenci mają pozytywne nastawienie do przejścia na samochody elektryczne do 2024 r., jednak aby to pozytywne nastawienie przełożyło się na decyzje dotyczące zakupów, musimy się bardziej zaangażować w ten proces. Trzy warunki wynikające z badania Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych jasno wskazują, na czym branża motoryzacyjna powinna się skupić, aby zwiększyć tempo „rewolucji elektrycznej”.

Badanie Castrol opiera się na ośmiu rynkach pojazdów elektrycznych na świecie (Chiny, Francja, Niemcy, Indie, Japonia, Norwegia, Wielka Brytania, Stany Zjednoczone)  i analizuje pięć kluczowych wyzwań, z którymi należy się zmierzyć, aby wspierać dalszy rozwój rynku samochodów elektrycznych. Wyjaśnia ponadto różnice priorytetów konsumentów i opiekunów flot.

Kluczowe wnioski z badań opinii, które zostały przeprowadzone od grudnia 2019 r. do stycznia 2020 r., są m.in. następujące:

2024 — rok samochodów elektrycznych?

Z badania wynika, że kierowcy rozważają zakup samochodu elektrycznego do 2024 roku. Niemal dwie trzecie (61%) badanych osób mówi jednak, że woli „poczekać i zobaczyć, jak sytuacja się rozwinie”. Z kolei ponad połowa (54%) opiekunów flot mówi, że czekają, aż konkurencja przejdzie na samochody elektryczne, zanim podejmą decyzję.

Cena jest bardzo ważna

Cena jest głównym czynnikiem wpływającym na tempo popularyzacji samochodów elektrycznych. 63% badanych twierdzi, że zakup samochodu elektrycznego przekracza obecnie ich budżet. Badania dowiodły, że błędne wyobrażenia na temat kosztów konserwacji mogą powstrzymywać konsumentów przed przejściem na samochód elektryczny, ponieważ 65% z nich uważa, że utrzymanie samochodu elektrycznego jest bardziej kosztowne niż pojazdu z silnikiem spalinowym.

Chociaż kwota 130 000 PLN (36 000 USD) jest punktem krytycznym, biorąc pod uwagę średnią światową, różni się ona w zależności od rynku. Przeciętny japoński konsument jest gotów zapłacić maksymalnie 160 000 PLN (43 000 USD), podczas gdy konsumenci brytyjscy nie chcą przekraczać 110 000 PLN (30 000 USD).

Wymóg krótszego czasu ładowania

Konsumenci uznali czas ładowania za drugą najważniejszą barierę dla popularyzacji samochodów elektrycznych. Średni maksymalny czas ładowania, jaki osoby biorące udział w badaniu uznały za możliwy do zaakceptowania, wynosi 31 minut. Dwóch na trzech konsumentów uważa, że pojazdy elektryczne będą dominować na drogach tylko, gdy ich naładowanie będzie zajmowało w przybliżeniu tyle samo czasu, co napełnienie zbiornika paliwem w przypadku pojazdów spalinowych.

Konsumenci naprawdę martwią się, czy zasięg pojazdu będzie wystarczający

Zasięg jest trzecim co do ważności czynnikiem dla konsumentów. Trzy z pięciu badanych osób obawiają się, że może to być istotną przeszkodą w popularyzacji samochodów elektrycznych. Przeciętny kierowca oczekuje, że po jednym ładowaniu będzie mógł pokonać 469 km, czyli w przybliżeniu odległość z Londynu do Paryża. Jest to zaledwie 72 km więcej, niż specjaliści z branży samochodów elektrycznych mogą zaoferować już teraz (zgodnie z odpowiedziami, jakich udzielili w ankiecie). Dwóch na trzech konsumentów biorących udział w badaniu korzysta jednak z samochodu głównie podczas dojazdów do pracy lub na krótkich trasach. Może to oznaczać, że właśnie „niepokój dotyczący zasięgu” sprawia, iż preferują oni pojazdy mogące pokonać znaczną odległość na jednym ładowaniu.

Mandhir Singh, dyrektor generalny Castrol, dodaje: „Branża motoryzacyjna już pokazała, jak wiele może osiągnąć. Podczas pandemii koronawirusa udało się przestawić zakłady produkcyjne na produkcję urządzeń medycznych, które były znacznie bardziej potrzebne niż samochody. Wyzwaniem będzie teraz zmniejszenie emisji dwutlenku węgla i przyspieszenie przejścia na samochody elektryczne. Punkt wyjścia jest już dobry — technologie stosowane w samochodach elektrycznych są stale udoskonalane.

Zmniejszenie kosztów i czasu ładowania pojazdów elektrycznych przy jednoczesnym zwiększeniu zasięgu, infrastruktury i oferty pojazdów będzie mieć decydujące znaczenie dla przekonania konsumentów do zmiany”.

Raport Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych zawierający szczegóły badania i jego wyniki można pobrać tutaj: www.castrol.com/EV.

Dodatkowe informacje

Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych: Punkty krytyczne popularyzacji samochodów elektrycznych to pięć kluczowych wyzwań, które należy pokonać, aby przyspieszyć tempo wdrażania tego rodzaju pojazdów. Nasze badanie prezentuje poglądy niemal 10 000 konsumentów, opiekunów flot oraz specjalistów z branży na ośmiu rynkach samochodów elektrycznych na świecie. Koncentrujemy się na tzw. „punktach krytycznych”, czyli cenie, czasie ładowania i zasięgu, które należy osiągnąć, aby samochody elektryczne stały się popularne. Badanie opinii przeprowadzone w grudniu 2019 r. i styczniu 2020 r.

Pozostałe ważne wnioski z badania:

Siedemdziesiąt procent ankietowanych konsumentów uważa, że większość nowych samochodów będzie miała napęd elektryczny, gdy stacje ładowania będą tak łatwo dostępne jak stacje paliw, a dwie trzecie sądzi, że ważnym czynnikiem wpływającym na decyzję o zakupie takiego samochodu jest tempo ładowania w szybkich punktach ładowania. 64% konsumentów stwierdziło, że rozważyłoby zakup samochodu elektrycznego, jeśli infrastruktura stacji ładowania byłaby dostosowana do ich potrzeb. Chociaż preferowaliby ładowanie samochodu w domu, udostępnienie odpowiedniej sieci stacji ładowania znacznie wpłynęłoby na wzrost sprzedaży. Ponadto 6 na 10 konsumentów oczekuje, że energia elektryczna w punktach ładowania będzie pochodzić z odnawialnych źródeł.

[1] Zgodnie z modelem ekonomicznym opracowanym z wykorzystaniem danych historycznych pochodzących sprzed kryzysu związanego z epidemią COVID-19. Pełną metodologię można znaleźć na str. 43 raportu „Accelerating the EVolution” (Przyspieszenie popularyzacji samochodów elektrycznych).

[2] Na podstawie danych LMCA dot. 20 wiodących producentów OEM (sprzedaż nowych samochodów) w 2019 r. Używany do fabrycznego zalania silników OEM

Accenture, wspólnie ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie, uruchamia studia podyplomowe „Transformacja Cyfrowa”

W październiku br. Accenture, wspólnie ze Szkołą Główną Handlową w Warszawie, uruchamia interdyscyplinarny kierunek studiów podyplomowych „Transformacja Cyfrowa”. Celem studiów jest dostarczenie wiedzy i umiejętności pozwalających w sposób świadomy zaplanować oraz przeprowadzić transformację cyfrową w przedsiębiorstwie lub stworzyć całkiem nową cyfrową organizację. Zapisy na studia już trwają.

Studia są przeznaczone dla wszystkich zainteresowanych cyfryzacją i niekoniecznie wymagają wcześniejszego doświadczenia w branży IT. Uczestnicy studiów – przyszli liderzy transformacji cyfrowej – zdobędą wiedzę, a także umiejętności w zakresie tworzenia strategii cyfrowych, rozpoznawania potrzeb klientów, tworzenia innowacyjnych produktów i usług odpowiadających na te potrzeby oraz wykorzystywania najnowszych technologii w usprawnianiu działań operacyjnych w organizacjach.

– Trwa era transformacji cyfrowej, organizacje modyfikują swoje modele biznesowe, wdrażają nowe technologie do usprawnienia działalności operacyjnej czy personalizowania oferty dla klientów. Przez pandemię zmiany te zachodzą szybciej, niż mogliśmy się spodziewać. Będzie miało to swoje odzwierciedlenie na rynku pracy, na którym sukces osiągną ci, którzy będą posiadać interdyscyplinarną wiedzę i doświadczenie – mówi dr Dominika Bosek-Rak, Kierownik Podyplomowych Studiów Transformacja Cyfrowa, Research Specialist, Accenture. – Transformacja cyfrowa obejmuje wszystkie obszary działalności organizacji, dlatego bardzo ważne jest, żeby osoba, która prowadzi ją w firmie czy instytucji, potrafiła odpowiednio zaplanować taki proces, wykorzystać najnowsze technologie oraz, aby rozumiała cele organizacji. Dzięki odpowiednio opracowanemu programowi studiów słuchacze zdobędą niezbędne kompetencje do prowadzenia takich przedsięwzięć. Warto także podkreślić, że kierunek, który jest tworzony we współpracy z partnerem merytorycznym, gwarantuje, iż absolwenci będą gotowi od razu wejść na rynek pracy i wykorzystać wiedzę w praktyce – dodaje dr Dominika Bosek-Rak.

Z uwagi na dynamicznie zachodzące zmiany w dziedzinie nowych technologii oraz kryzys wywołany pandemią, na rynku pracy jest zapotrzebowanie na specjalistów z nowym doświadczeniem. Jak wynika z raportu Accenture „COVID-19: Driving European competitiveness and innovation”, prawie ¾ europejskich przedsiębiorców ma zamiar inwestować w transformację cyfrową. Natomiast aż 81% respondentów wskazało, że szczególną rolę w przyspieszeniu transformacji cyfrowej odegra chmura.

Eksperci podkreślają, że w „nowej, postpandemicznej rzeczywistości” w biznesie liczyć się będzie elastyczność, odporność i zwinność organizacji. 53% firm w Europie zamierza całkowicie przejść na pracę w trybie zdalnym, a tym samym zapewnić swoim klientom oraz pracownikom nowe technologie, które pozwolą dostosowywać się do stale zmieniającej się sytuacji na rynku. Firmy, które zatrudnią pracowników otwartych na zmiany, a także dostosowujących się do sytuacji rynkowej i wymogów organizacji, odniosą największy sukces.

– W Polsce można zauważyć proces cyfryzacji przedsiębiorstw i instytucji publicznych. Potwierdza to chociażby coraz większe wykorzystanie rozwiązań chmurowych oraz inwestycje największych dostawców chmury w Polsce. Mowa tutaj o globalnych graczach, tj. Google, Microsoft, a także Chmurze Krajowej, która odgrywa ważną rolę w rozwoju i wdrażaniu chmury na polskim rynku. Niewątpliwie inwestycje gigantów technologicznych na polskim rynku pomogą w cyfryzacji polskiej gospodarki, a także przyspieszą jej rozwój. Jestem przekonany, że to pociągnie za sobą rozwój gospodarczy i społeczny. Pandemia uświadomiła wielu firmom, że transformacja cyfrowa jest nieunikniona, a te organizacje, które chcą pozostać konkurencyjne, muszą się zmieniać. Wdrażanie nowych technologii to również inwestycja w ludzi. Przedsiębiorstwa muszą zrozumieć funkcjonowanie nowych platform, tak aby móc w pełni korzystać z ich potencjału. Jednocześnie muszą się liczyć z tym, że będą musiały uzupełnić kwalifikacje, tak aby w obszarze IT zapewniony był odpowiednio przygotowany personel – mówi Mariusz Chudy, Managing Director, Intelligent Cloud & Infrastructure, Accenture. – Wiele mówi się o zapotrzebowaniu na specjalistów IT i inwestycji w ludzi. Jednak poza ekspertami zajmującymi się konkretnymi technologiami, potrzebni są również liderzy zmian. Osoby, które mają odpowiednią wiedzę i umiejętności, żeby przeprowadzić firmę przez złożony proces transformacji cyfrowej. Accenture zatrudnia w Polsce ponad 2000 wyspecjalizowanych ekspertów zajmujących się transformacjami chmurowymi oraz nowoczesnymi technologiami. Mamy wiedzę, doświadczenie i odpowiednie zaplecze. Jako partner merytoryczny studiów podyplomowych „Transformacja cyfrowa” chcemy się tą wiedzą dzielić – dodaje Mariusz Chudy.

Gadżety do pracy zdalnej na home office

Pracując w domu, korzysta się z wielu przywilejów – samodzielna organizacja czasu, brak dojazdów czy możliwość zachowania niezależności to najważniejsze i najbardziej doceniane z nich. Dla wydajności wykonywanych obowiązków liczy się ergonomiczna przestrzeń, którą warto odpowiednio zaaranżować. W tym celu przydatne są różne gadżety do pracy zdalnej. Zobacz, w co najlepiej zainwestować, żeby zadbać o swój komfort i efektywność.

Praca zdalna w dobie koronawirusa

W domu pracują nie tylko freelancerzy. Ostatnie wydarzenia związane z pandemią zmusiły wiele osób do wprowadzenia poważnych zmian w życiu zawodowym. Wykonywanie swoich codziennych, biurowych obowiązków w mieszkaniu niejednokrotnie jest sporym wyzwaniem. Trudności towarzyszące wynikają przede wszystkim z tak zwanych rozpraszaczy – czyli nie tylko obecności innych domowników, ale również licznych obowiązków domowych.

Oddzielenie sfery prywatnej od zawodowej zdecydowanie ułatwia skupienie. Warto więc zorganizować sobie małe biuro i wyposażyć je w niezbędne akcesoria.

Pomocne gadżety do pracy na home office

Aby realizować swoje zadania wygodnie i sprawnie, przyda się nie tylko biurko i komfortowe krzesło. Praktyczne gadżety do biura pomogą organizować czas, pamiętać o ważnych terminach oraz umożliwią posiadanie najistotniejszych danych w zasięgu ręki. Zobacz popularne i niezwykle użyteczne przedmioty, które trzeba mieć, pracując zdalnie!

Kamera internetowa

Podstawowe akcesorium do komunikacji ze współpracownikami i klientami w czasach dystansowania społecznego. Większość laptopów w standardzie jest wyposażona w kamery internetowe, jednak jakość rejestrowanego obrazu nie zawsze jest powalająca. Ponadto zewnętrzna kamerka przyda się szczególnie tym, którzy cenią sobie pracę na komputerze stacjonarnym.

Kalendarz

W nim zapiszesz planowane spotkania i konferencje, zanotujesz numery telefonów oraz dane kontrahentów. Przeważnie znajdziesz też miejsce na luźne notatki, gdzie możesz umieścić uwagi lub indywidualne wskazówki dotyczące klientów. Dzięki terminarzowi utrzymasz porządek na biurku, ograniczysz ilość luźnych karteczek z zapiskami. Zyskasz pewność, że wszystkie ważne informacje znajdują się w jednym miejscu.

Pamięć USB/Pendrive

Pracując zdalnie najprawdopodobniej będziesz korzystać z transferu danych w chmurze, jednak są sytuacje, w których klasyczny pendrive sprawdzi się najlepiej. Doskonale nada się do przenoszenia danych między domowymi urządzeniami, a w przypadku awarii drukarki pozwoli zabrać niezbędne dokumenty do najbliższego punktu druku. Wybierając pendrive z nadrukiem, zyskasz nie tylko przenośne centrum danych ale także dodatkową możliwość autopromocji.

Wiatraczek USB

Docenisz go szczególnie w upalne dni. Jeśli przyzwyczaiłeś się do klimatyzacji w biurze, ten gadżet stanowi namiastkę w domowym zaciszu. Większość modeli umożliwia regulację mocy obrotów, dzięki czemu z łatwością dostosujesz ustawienia do swoich preferencji. Co ważne, dzięki wtyczce USB nie potrzebujesz dodatkowego gniazdka, aby wentylator działał!

Słuchawki z mikrofonem

Wyzwaniem, z jakim wiąże się biurowa praca zdalna, jest prowadzenie rozmów i konsultacji telefonicznych, gdy w domu przebywają inni mieszkańcy, a zwłaszcza dzieci. Chcąc nieco wygłuszyć hałas oraz móc w pełni skupić się na rozmówcy, warto mieć słuchawki z mikrofonem. Przydatne gadżety do biura powinny ułatwiać wykonywanie codziennych obowiązków w warunkach domowych.

Gdzie kupić gadżety do zdalnej pracy?

Wiele sklepów internetowych posiada bogatą ofertę funkcjonalnych artykułów do domowego biura, jednak warto rozważyć zaopatrzenie się w nie bezpośrednio u producenta gadżetów reklamowych. Z jednej strony pozwala to zamówić komplet akcesoriów w jednym miejscu, a z drugiej umożliwia obniżenie całkowitego kosztu i dodatkową personalizację produktu. Jest to szczególnie korzystna opcja dla firm, które ze względu na epidemię były zmuszone zmienić tryb pracy na home office.

Kryzys w handlu trwa. Wyniki raportu Handel 2020. Wpływ COVID-19 na handel 2020/2021

Powierzchnie handlowe w centrach handlowych w różnym stopniu dotknięte są skutkami pandemii. Kryzys w handlu trwa. Dalsze samoograniczanie się konsumentów i wstrzymywanie wydatków mogą jeszcze uderzyć w najemców z każdej branży.

Struktura sieci polskiego handlu to ponad 335 tys. sklepów stacjonarnych (oraz 32 tys. sklepów internetowych). Z 437 miliardów złotych wydanych w handlu przed pandemią, około 29 proc. tej kwoty zagospodarowały sklepy w centrach handlowych, a 9 proc. sklepy w kanale e-commerce.

W ramach powyższego krajobrazu polskiego handlu zawsze występowały istotne regionalne różnice w zakresie redystrybucji siły nabywczej. Ograniczenia spowodowane przez pandemię jeszcze bardziej wyostrzają te różnice. Narzucone przez rząd ograniczenia pandemiczne i ograniczona przez konsumentów skłonność do zakupów różnicują regionalną skalę spadków wydatków na handel i usługi nie tylko pomiędzy branżami, ale także w kanałach, w których konsumenci robią zakupy.

I tak w perspektywie regionalnej, w zależności od czasu powrotu aktywności konsumenckiej do poziomów sprzed pandemii, największe straty w wydatkach w handlu) prognozowane są w aglomeracjach krakowskiej, poznańskiej, warszawskiej i wrocławskiej – mogą one sięgnąć tam nawet 21 procent. 17 procent mogą sięgnąć w aglomeracjach szczecińskiej i trójmiejskiej, a 16 procent w aglomeracji łódzkiej i konurbacji katowickiej.

W perspektywie branżowej modelowym przypadkiem dla całej Polski, najlepiej ilustrującym efekty spadków w handlu, jest poznański rynek centrów handlowych. Według analityków GfK ograniczanie wydatków w handlu i kurczenie się „masy” pieniądza proporcjonalnie największe straty wygeneruje w branży jubilersko-biżuteryjnej. Maksymalny spadek siły nabywczej na te kategorie produktów szacowany jest na około 54 proc. (spadek z 26 na 12 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni sklepowej w centrum handlowym). Równie istotny spadek siły nabywczej lokowanej przez konsumentów dotyczy gastronomii i jest szacowany w granicach 50 proc. (spadek z 20 na 10 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni usługowej). Z kolei 40-procentowe spadki są udziałem branży wyposażenia mieszkań (szacowane ograniczenie siły nabywczej z poziomu 15 do poziomu 9 tys. PLN na metr kwadratowy powierzchni) oraz branży rozrywkowej (ograniczenie z dotychczasowego poziomu 7 tys. PLN do poziomu 4 tys. PLN). W pozostałych branżach, które również istotnie i zauważalnie cierpią w okresie pandemii, czyli modowej, obuwniczej oraz art. sportowych, spadki wynikające z ograniczania konsumenckiej siły nabywczej w handlu szacowane są na około 35 proc. z każdego metra kwadratowego powierzchni sklepowej, licząc w stosunku do okresu sprzed pandemii.
Centra handlowe – redukcja liczby sklepówSpadki wydatków konsumenckich w handlu będą zwiększać konkurencję między centrami handlowymi – komentuje Przemysław Dwojak, senior director sales effectiveness w GfK. Wciąż realną groźbą jest redukcja liczby sklepów w branżach najbardziej dotkniętych przez kryzys. To jeden z negatywnych skutków pandemii, z którymi starają się od wielu tygodni uporać najemcy i wynajmujący. Równolegle wzrost popularności kanału online może doprowadzać do odpływu klientów z centrów handlowych. O tym, jak centra handlowe będą sobie radzić z tym negatywnym dla nich trendem będzie decydować charakterystyki ich działalności oraz obszaru handlowego (catchmentu) – specyfika demograficzna mieszkańców, ich zamożność i struktura wydatków w handlu oraz zamiłowanie do zakupów online. Spośród 572 dużych centrów handlowych, 31 proc. centrów o charakterze lifestylowym (szeroka oferta modowa, gastronomiczna i rozrywkowa) oraz 18 proc. centrów o charakterze funkcjonalnym, działa na obszarach o wysokich wydatkach mieszkańców w kanale online. Dla kontrastu, inny segment, obejmuje 15 proc. centrów lifestylowych oraz 13,5 proc. centrów funkcjonalnych, których potencjalni klienci, mimo wysokiej zamożności, przejawiają (a przynajmniej przejawiali przed pandemią) zdecydowanie mniejszą skłonność do zakupów online. Czyli stanowili stabilną bazę klientów offline. Takie różnice w strukturach poszczególnych catchmentów mogą zdecydować o przyszłości poszczególnych centów handlowych.

Outsourcing czy managed services?

W ostatnim czasie obserwujemy coraz większą popularność tzw. managed services, czyli modelu holistycznego outsourcingu. Najczęściej dotyczy on procesów IT. Dlaczego? Aby były maksymalnie zoptymalizowane, wymagają eksperckiej wiedzy oraz zaawansowanej infrastruktury. Obecnie niemal każdy biznes funkcjonuje w mniejszym lub większym stopniu dzięki rozwiązaniom informatycznym. W związku z tym wymagania wobec firm świadczących tego typu usługi znacząco wzrosły.

Managed services, czyli outsourcing 360o

W dużym uproszczeniu managed services to ewolucja klasycznego modelu outsourcingu. W podstawowej formie firma zwraca się do zewnętrznego partnera z prośbą o wykonanie określonego zadnia, np. analizy, audytu czy zarządzania informacją.

W ramach managed services firma świadcząca takie usługi w całości przejmuje procesy IT związane z określonym aspektem działalności zleceniodawcy – mówi Piotr Siarkiewicz, South Branch Director w Avenga. – W przypadku naszej firmy oddelegowujemy dedykowany zespół ludzi do bieżącej pracy w wewnętrznych strukturach biznesu Klienta oraz udostępniamy swoją infrastrukturę, a także narzędzia, dzięki którym przeprowadzamy określone działania.

Świadcząc usługi managed services usługodawca staje się niejako kolejną komórką przedsiębiorstwa zlecającego procesy. Przejmuje tym samym pełną odpowiedzialność za realizację powierzonych zadań.

Wieloaspektowa optymalizacja

Do podstawowych korzyści wynikających z wykorzystania managed services zaliczyć można dostęp do szeroko rozumianego know-how oraz optymalizację finansową. W przypadku procesów IT wiedza oraz infrastruktura są kluczowe dla poprawnej realizacji zadań.

Realizując zlecane nam zadania, przygotowujemy, implementujemy oraz stale rozwijamy i utrzymujemy wdrażane rozwiązania mówi Piotr Siarkiewicz.Dedykowany każdemu klientowi zespół ekspertów monitoruje poprawne działanie systemów oraz czuwa nad ich prawidłowym funkcjonowaniem 24 godziny na dobę, przez 7 dni w tygodniu. Dzięki temu nasi Klienci mogą skoncentrować się na kluczowych aspektach działalności swojej firmy, prowadząc tym samym do rozwoju swojego biznesu. Dużym atutem managed services jest także fakt, iż jako firma zewnętrzna patrzymy na procesy w sposób obiektywny oraz „świeżym okiem”. Możemy dzięki temu w bardzo szybki sposób znaleźć niedoskonałości oraz zaproponować odpowiednie zmiany.

Managed services pozwalają także na optymalizację finansową firm. Nie muszą one tworzyć dedykowanych działów, czy zatrudniać wykwalifikowanych specjalistów. Zlecenie tych zadań na zewnątrz jest tańsze oraz gwarantuje, iż będą one zrealizowane na najwyższym poziomie.

Holistyczne spojrzenie

Coraz więcej firm, także w Polsce, przekonuje się do wykorzystania modelu managed services. Jak estymują eksperci, globalny rynek tego typu usług może zwiększyć się do 2025 roku nawet o 48%, osiągając wartość 329,1 miliarda dolarów[1]. Z czego wynika rosnąca popularność? Jednym z kluczowych czynników są zintegrowane działania, jakie zapewnia ten rodzaj outsourcingu.

Firmy realizujące usługi managed services dysponują własnymi centrami danych, które zapewniają bezpieczeństwo oraz wysoką wydajność środowisk operacyjnych. W związku z coraz popularniejszym modelem prowadzenia biznesu w oparciu o środowiska chmurowe pomagają one także w konfigurowaniu i implementacji określonych narzędzi oraz usług. Dedykowane zespoły specjalistów, poza bieżącą, operacyjną pracą, odpowiedzialne są również za utrzymanie ciągłości realizacji zadań i eliminowanie potencjalnych zagrożeń już na samym początku. – podsumowuje Piotr Siarkiewicz.

[1] https://www.marketsandmarkets.com/Market-Reports/managed-services-market-1141.html

Rozwój portów morskich kluczowy dla strategii transportowej Polski

Konieczność budowy zrównoważonego i spójnego systemu transportu – podkreślali uczestnicy debaty o strategii transportowej dla Polski. Odbyła się ona w ramach XII edycji Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach w dn. 2-4 września 2020 roku.

Otwierający debatę Andrzej Adamczyk, minister infrastruktury, poinformował o wypełnieniu deklaracji z 2015 roku związanej z normalizacją sytuacji na rynku zamówień publicznych dużych inwestycji. W jego opinii polscy przedsiębiorcy mogą z większym spokojem planować swoje działania w odniesieniu do strategii transportowej.

Minister resortu infrastruktury wskazywał na dużą liczbę już gotowych projektów dla nowej perspektywy unijnej, modernizację szlaków kolejowych i drogowych. Przypomniał też kluczowe inwestycje, takie jak droga Via Carpatia czy Centralny Port Komunikacyjny, mające wprowadzić nową jakość w systemie komunikacyjnym państwa.

Grzegorz Witkowski, podsekretarz stanu w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej zaobserwował duży rozmach inwestycyjny, o czym – według niego – świadczy wygospodarowanie w tym roku 20 mld zł na cele związane z gospodarką morską. W przyszłym roku będzie to już 30 mld zł.

„Po raz pierwszy od 50 lat rozwijamy duży program inwestycyjny budowy nowych portów w Gdańsku i Gdyni. W 2019 roku z samym polskich portów budżet państwa otrzymał z opłat celno-skarbowych 40 mld zł. Dla naszych południowych sąsiadów porty w Gdańsku, Gdyni i Świnoujściu stają się główną bramą eksportu” – zaznaczył Witkowski.

Sławomir Michalewski, wiceprezes zarządu ds. finansowych w Zarządzie Morskiego Portu Gdańsk S.A. zaznaczył, że nawet 90 proc. światowego transportu towarów odbywa się drogą morską. To jego zdaniem dobitnie oddaje kluczową rolę żeglugi światowej w całym systemie transportowym.

W kwestii strategii transportowej Michalewski zwracał też uwagę na dłuższą perspektywę inwestycyjną (20-25 lat), a także konieczność połączenia portów morskich z całym zapleczem transportowym. Według danych UNCTAD (Konferencja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju) w 2018 roku drogą morską przewieziono 11 mld ton towarów.

„Port Gdański to największy port w Polsce. W ubiegłym roku przeładowano w nim 52 mln ton. Łącznie wszystkie porty przeładowały 108 mln ton oraz 3 mln kontenerów. Musimy mieć tę świadomość, że bez naszego udziału nadal największym polskim portem byłby Hamburg. Ta struktura się jednak zmienia” – podkreślał Sławomir Michalewski.

W ramach inwestycji o wartości 1,5 mld zł odbywających się na zapleczu Portu Gdańsk budowane jest obecnie 70 km torów, 223 rozjazdy, trzy obiekty mostowe, a także modernizuje się trzy stacje towarowe. Po zakończeniu tego procesu udział transportu kolejowego w obsłudze portu z 35 proc. uda się podnieść ponad poziom 40 proc.

„Bez kolei porty nie istnieją. Musimy mieć świadomość, że statek kontenerowy spędza w porcie średnio 0,7 dnia. Statki masowe spędzają w porcie ponad dwa dni. Szybkość, z jaką dociera ładunek do portu i z niego wyjeżdża oraz rata ładunkowa, jaką jesteśmy w stanie zaoferować, decyduje o konkurencyjności naszego portu” – stwierdził Michalewski.

Port Gdański znalazł się w zestawieniu 15 największych portów kontenerowych w Europie, o czym Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej informowało w lutym tego roku. Ranking przygotował Theo Notteboom, profesor ekonomii portów i gospodarki morskiej oraz zarządzania na Szanghajskim Uniwersytecie Morskim.

Sławomir Michalewski stwierdził, że rekordowa skala inwestycji na zapleczu Portu Gdańskiego świadczy o rosnącej roli Polski jako centrum transportowego dla krajów sąsiadujących bez dostępu do morza. W tym kontekście wspomniał o projekcie Portu Centralnego mającego służyć geopolitycznym celom na kolejne 20-30 lat.

List intencyjny PKN ORLEN i PGNiG w sprawie wspólnych inwestycji w energetykę gazową i biogaz

PKN ORLEN i Polskie Górnictwo Naftowe i Gazownictwo rozpoczynają analizę możliwości realizacji wspólnych inwestycji w energetykę gazową i biogaz. Zarządy obu spółek podpisały list intencyjny dotyczący potencjalnej współpracy przy budowie bloku parowo-gazowego w Ostrołęce oraz rozwoju biogazowni.

– Chcemy maksymalnie wykorzystać potencjały naszych spółek, aby osiągać wymierne korzyści biznesowe. Współpracując możemy efektywniej realizować inwestycje wpisujące się w proces transformacji energetycznej. List intencyjny z PGNiG to kolejny krok PKN ORLEN przybliżający nas do budowy elektrowni Ostrołęka w technologii gazowej, a także do zintensyfikowania działań na rzecz powstania sieci biogazowni. To dobry przykład kooperacji polskich spółek ukierunkowany na rozwój ich działalności i wzmacnianie polskiej gospodarki w zgodzie z europejską polityką energetyczną – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Zgodnie z podpisanym listem, w ramach analizy, strony ustalą najważniejsze zasady potencjalnej współpracy, w tym dotyczące jej warunków prawnych, technicznych i finansowych. Strony zakładają, że w przypadku pozytywnego wyniku analiz, wiążące projekty umów dotyczących współpracy zostaną opracowane do 30 października 2020 roku.

– Możliwe zaangażowanie PGNiG w budowę bloku gazowo-parowego w Elektrowni Ostrołęka postrzegamy jako szansę na budowę wartości spółki i wzmocnienie jej pozycji na rynku gazu ziemnego oraz w segmencie wytwarzania energii – podkreśla Jerzy Kwieciński, Prezes Zarządu PGNiG SA. – Połączenie kompetencji i zasobów PGNiG i PKN ORLEN może też przyczynić się do zdynamizowania krajowego rynku biogazu i efektywnej transformacji polskiej energetyki w oparciu o alternatywne paliwa gazowe.

Zawarty w liście intencyjnym zakres wspólnych projektów obejmuje budowę elektrowni gazowej w Ostrołęce o mocy ok. 750 MW do końca 2024 roku. Zaangażowanie PGNiG i PKN ORLEN w tę inwestycję miałoby charakter wspólnego przedsięwzięcia (joint venture).

Projekt rozwoju biogazowni obejmuje prowadzenie analiz i prac rozwojowych, w tym akwizycje i rozbudowę testowych biogazowni oraz uruchomienie pilotażowej produkcji. Budowa bazy technologicznej, naukowej, prawnej i ekonomicznej ma pozwolić na stworzenie do końca 2025 roku ogólnopolskiej sieci biogazowni.

Projekt wpisuje się w prowadzone przez Grupę ORLEN analizy dotyczące możliwości produkcji biogazu, co jest zgodne ze strategicznym kierunkiem rozwoju nisko i zeroemisyjnych źródeł wytwarzania. Spółka ORLEN Południe w lipcu br. podpisała list intencyjny ze spółką H.CEGIELSKI-POZNAŃ, Krajowym Ośrodkiem Wsparcia Rolnictwa i Uniwersytetem Przyrodniczym w Poznaniu dotyczący możliwości budowy 20 biogazowni rolniczych. Zostałyby one oparte o innowacyjną polską technologię, która umożliwi zagospodarowanie substratów z gospodarstw rolnych i ich przetworzenie na energię elektryczną oraz biometan. Realizacja projektu będzie oznaczała dla spółki ORLEN Południe utworzenie nowej linii biznesowej i wzbogacenie jej portfolio o kolejny bioprodukt. Współpraca z PGNiG w obszarze biogazu oznaczałaby stworzenie kompleksowej bazy, która gwarantowałaby efektywny rozwój tego typu projektów.

Rynek pracownika czy rynek pracodawcy? Nowe różnice na rynku pracy

W związku z pandemią dużo zaczęło się mówić, że to koniec rynku pracownika. Niektórzy pracodawcy odczuli ulgę i celowo przekazywali takie informacje, żeby „zmotywować” pracowników do działania. Pojawiło się wiele publikacji o rynku pracodawcy, a jednocześnie mogliśmy obserwować przekazy o nowych zwolnieniach, co podsycało strach i budziło obawy wśród ludzi. Zagłębiając się jednak w ten temat, okazuje się, że to kwestia znacznie bardziej złożona. Nie można jednoznacznie twierdzić, że nadszedł czas sprzyjający wyłącznie pracodawcom. Pojawia się dużo nowych pytań i niewiadomych.

Czarne i białe

Przyglądając się uważnie kryzysowi i związanym z nim zwolnieniom można wskazać wiele argumentów przemawiających za tym, że trudno ogólnie myśleć o rynku pracy, jak o rynku pracodawcy. W kryzysie szczególnie wyraźnie ujawniły się mocne i słabe strony pracowników oraz różnice pomiędzy pracownikami najlepszymi i ocenianymi jako przeciętni. Nie każdy pracownik w kryzysie jest zagrożony. Najlepsi ludzie zostali w firmach i nadal walczą o siebie i pracodawcę. Dzięki ich ciężkiej pracy firmy wychodzą z kryzysu, a ich pewność siebie i pozycja umacnia się. Czy w takim razie ta grupa ludzi nadal należy do rynku pracownika? Z pewnością po kryzysie będą mogli negocjować nowe warunki pracy z pracodawcami, jeśli kondycja firmy będzie dobra. Na rynku pracy są widoczne awanse, więc pod tym względem nic się nie zmieniło. Najlepsze osoby pomimo kryzysu są stale doceniane.

COVID spowodował, że wiele osób straciło jednak pracę, ale też często był jedynie pretekstem do zwolnienia mniej rokujących pracowników. Firmy zwolniły pracowników, którzy np. od dawna nie realizowali celów biznesowych, ale byli nadal w organizacji ze względu na chęć utrzymania dobrej atmosfery w zespole. Czy pracownicy z oceną poniżej przeciętnej, którzy znów trafili na rynek pracy, wskoczyli na rynek pracodawcy?

Wyniki pracuj.pl pokazują, że wiele zwolnionych osób jest skłonnych przebranżowić się lub przyjąć pracę poniżej kwalifikacji, a nawet obniżyć swoje oczekiwania finansowe, by zdobyć zatrudnienie. Możemy tu mówić o jeszcze większej dysproporcji, jaka ujawnia się pomiędzy najlepszymi fachowcami i osobami ze znacznie niższymi kompetencjami i możliwościami.

Trzecia grupa to taka, gdzie na rynek pracy trafiły całe działy w tym świetni eksperci ponieważ kryzys spowodował, że przedsiębiorstwa zamykały oddziały bądź likwidowały całe działy.

Rodzi się pytanie, w jaki sposób zweryfikować kandydatów do pracy, którzy wrócili na rynek pracy? Którą grupę reprezentują?

Przede wszystkim należy jeszcze mocniej postawić na profesjonalny, wieloetapowy proces rekrutacyjny, podczas którego rekruterzy będą bardzo mocno weryfikować potencjał pracowników. Sprawdzać referencje i powody rozstania z poprzednim pracodawcą, robić Assessment Center i zadania, podczas których będą mogli ocenić kompetencje w praktyce, ale również weryfikować kandydatów pod kątem dopasowania do organizacji. To, że ktoś nie sprawdził się w innej firmie nie oznacza przecież, że w nowej organizacji będzie podobnie.  Od rekrutacji zależy bardzo wiele, jeżeli błędy zostaną popełnione już na stracie potem trudno je będzie naprawić.

Uwypuklone dysproporcje pocovidowe

Kolejna, jaskrawa dysproporcja, jaką możemy dostrzec w obecnej sytuacji dotyczy płci, ale i osób z dziećmi, czy bezdzietnych. Podczas lockdown-u to jednak kobiety w większości pracowały w domu, jednocześnie opiekując się dziećmi. Ich produktywność zawodowa była więc mniejsza w porównaniu z mężczyznami, którzy w tym czasie mogli pracować dłużej i cały swój czas poświęcać firmie. Niezależnie od kompetencji zawodowych obu stron, mężczyźni mogli być oceniani wyżej ze względu na lepsze efekty pracy. Kobiety, które dzieliły swój czas na opiekę nad dziećmi i pracę mogą teraz na tym samym stanowisku zarabiać znacznie mniej niż mężczyźni. Powstaje więc pytanie, czy jest to sprawiedliwe?

Z perspektywy praw człowieka i kobiet, nie do końca. Natomiast z drugiej strony nie ma powodu, aby pracodawca miał za to w pełni odpowiadać. Pracodawca nie może przecież wnikać w życie prywatne pracownika, bo to dane wrażliwe. Przełożony może jedynie oceniać kompetencje i efekty wykonywanej pracy. Porównując więc kilka osób na tym samym stanowisku, nie wchodząc w życie prywatne tych osób, ma prawo oceniać tych pracowników w różny sposób, proporcjonalny do ich wkładu pracy, liczby przepracowanych godzin oraz efektów i wyróżnić najlepszych w jego ocenie.

Wyjątkowość tej sytuacji sprawia, że opinie są niejednoznaczne. Nie wiadomo, czy Państwo powinno pomóc, czy pracodawca powinien przyjąć inne zasady na czas pandemii, czy np. pracownicy powinni przeorganizować swój czas pracy dzieląc go efektywniej na dom i prywatne obowiązki.

W atmosferze COVID-u jeszcze większego znaczenia nabrały również kwestie dotyczące umów. W ostatnim czasie częściej traciły pracę osoby zatrudnione na czas określony czy będące na umowach cywilno-prawnych. Dlatego teraz umowa o pracę będzie jeszcze bardziej pożądana przez pracowników, bo daje większe poczucie bezpieczeństwa.

Wirus dokonał wyraźnego podziału także, jeśli chodzi o rynek pracy w poszczególnych branżach. Możemy obserwować dziś branże, które mają się świetnie, gdzie jest jeszcze większe zapotrzebowanie na pracowników. To m.in. sektor IT i szeroko rozumianych nowoczesnych technologii, a także branża logistyczna, magazynowa i budowlana, czy segment związany z energią odnawialną. Widoczne jest również większe zapotrzebowanie na specjalistów świadczących usługi doradcze dotyczące usprawniania procesów. Firmy potrzebują bowiem analiz, by móc zoptymalizować i przystosować sposób działania do nowych warunków.

Przez COVID najbardziej ucierpiały z kolei firmy związane z różnego rodzaju usługami, czy branża produkcyjna, gdzie wdrażana jest automatyzacja i robotyzacja. Pracę straciło również wielu handlowców, działy rekrutacyjne i HR, czy szeroko rozumiany marketing.

Niepewność po obu stronach

Według badań pracuj.pl około 77 proc. pracowników nadal chętnie zmieniłoby firmę, gdyby otrzymało lepszą ofertę finansową, a 44-60 proc. osób obawia się obniżki warunków bądź utraty obecnej pracy. Z jednej strony widoczny jest więc duży niepokój pracowników, a z drugiej przesłanki do tego, że pracodawcy mogą mieć podstawy do obaw i poczucie braku stabilizacji przy tak dużej ilości pracowników, którzy pójdą za lepiej płatną pracą. Jak zatem połączyć interesy obu stron? Budować bezpieczne środowisko pracy i poczucie przynależności zespołu do marki? Czy sposobem na zwiększenie motywacji pracownika jest podwyżka?

To z jednej strony najszybsze rozwiązanie i zawsze pożądane przez pracowników, ale nie do końca skuteczne, a na pewno nie w dłużej perspektywie. Obecnie również w wielu przypadkach niemożliwe ze względu na duże spowolnienie gospodarki przy jednoczesnych wyższych kosztach utrzymania przedsiębiorstw. Wiele firm po prostu nie stać na podwyżki. Proces natomiast jest bardzo złożony. Przedsiębiorcy powinni postawić na świadome zarządzanie swoją organizacją, usprawnianie procesów, edukację kadry managerskiej, a także opartą na analizie rekrutację pracowników. Tak by do firmy nie trafiały osoby przypadkowe, ale takie które będą świetnie pasowały i współpracowały z resztą zespołu.

Dopasowanie do organizacji będzie bardzo mocno wpływało na motywację i chęć rozwoju w konkretnej firmie. Dbanie o zespół, szacunek do ludzi, wywiązywanie się z obietnic, ale przede wszystkim szczere i dojrzałe rozmowy oraz włączanie pracowników do podejmowania firmowych decyzji czy realizacji wspólnych projektów da im poczucie sprawczości, a co za tym idzie będzie motywowało do pracy w takim zespole.

Pracownicy natomiast, zamiast od razu uciekać do innej firmy w momencie napotkanej trudności czy niezadowolenia z roli bądź wynagrodzenia,  powinni zaufać obecnemu pracodawcy i dać szansę obu stronom na przeanalizowanie swojej pracy i obecnej pozycji oraz znaleźć wspólne rozwiązania, które będą satysfakcjonujące dla obu stron. Bo często nie dostrzegamy możliwości, jakie mamy w obecnej organizacji.

W kryzysie każdy potrzebuje wsparcia, docenienia, czy pochwały. Ta zasada dotyczy również managerów. Pracownicy chcą być docenieni, oczekują szacunku, ale czy pamiętają o tym, by doceniać swoich szefów? Czy potrafią podziękować za poświęcenie i wsparcie?

To nasz wspólny czas

To jest czas, żeby obie strony myślały podobnymi kategoriami. Obie strony pomyślały o drugim człowieku, szanowały się wzajemnie, rozumiały i doceniały swoją, ciężką pracę. To właśnie teraz, zarówno pracodawcy, jak i pracownicy powinni wyciągnąć ręce na pokład i pokazać, że stanowią jedną drużynę. Tylko wspólnie można stworzyć najlepsze inicjatywy, wielkie projekty i odbudować gospodarkę tak, aby nam wszystkim lepiej się żyło, pracowało z uśmiechem i w spełnieniu zawodowym.

Mikroprzedsiębiorcy zaciągnęli w tym roku o 30 proc. kredytów mniej. Akcja kredytowa powoli się ożywia, ale wciąż jest dużo słabsza niż rok temu

W lipcu br. banki udzieliły mikroprzedsiębiorcom o 37 proc. mniej kredytów w ujęciu liczbowym i o prawie 28 proc. w ujęciu wartościowym w porównaniu z lipcem ubiegłego roku. W porównaniu jednak do czerwca br. widoczny jest już dynamiczny wzrost w większości segmentów rynku. Pogarsza się za to indeks jakości kredytów dla mikroprzedsiębiorców, co oznacza, że firmy mają coraz więcej kłopotów ze spłatą zobowiązań. – Może to w przyszłości wpłynąć na politykę banków wobec małych firm i ograniczyć finansowanie tego segmentu gospodarki – mówi dr hab. Waldemar Rogowski, profesor SGH, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Akcję kredytową skierowaną przez banki do mikroprzedsiębiorców w pierwszych siedmiu miesiącach 2020 roku można podzielić na trzy okresy: normalny – od stycznia do połowy marca, okres lockdownowy, czyli marzec, kwiecień i początek maja, oraz okres rozmrażania gospodarki. W tym czasie, w ujęciu rok do roku, niestety akcja kredytowa banków bardzo spadła, bo aż o 32,6 proc. W siedmiu pierwszych miesiącach 2020 roku banki łącznie udzieliły około 74 tys. kredytów na kwotę 9,18 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes dr hab. Waldemar Rogowski.

Spadki dotyczą praktycznie wszystkich segmentów produktów. W segmencie kredytów inwestycyjnych w okresie styczeń–lipiec banki udzieliły 5 tys. kredytów, co oznacza spadek o prawie 31 proc. W ujęciu wartościowym kredyty inwestycyjne opiewały na 1,38 mld zł (spadek o prawie 42 proc.). W przypadku kredytów obrotowych było ich 25,8 tys. (spadek wyniósł 31,7 proc.), a opiewały łącznie na prawie 4 mld zł, czyli o 26 proc. mniej niż przed rokiem. Kredytów w rachunku bieżącym było ok. 20,6 tys. na kwotę około 2,5 mld zł (spadek o ok. 27 proc.).

W ujęciu wartościowym w okresie pierwszych siedmiu miesięcy 2020 roku duże spadki dotyczyły właściwie wszystkich sektorów kredytobiorców, czyli usług, budownictwa i handlu, ale najwyższa ujemna dynamika dotyczyła kredytów udzielanych mikroprzedsiębiorcom sektora przemysłowego, bo tam spadek wynosi około 34 proc. Z kolei w budownictwie dynamika spadku była najniższa – w tej branży banki udzieliły ok. 25 proc. mniej kredytów – dodaje analityk BIK.

Jak podkreśla, widać już pewne symptomy wzrostu akcji kredytowej. W lipcu w stosunku do czerwca tego roku banki udzieliły o 30 proc. więcej kredytów na kwotę wyższą o jedną piątą. W ujęciu liczbowym było to najbardziej widoczne w odniesieniu do kredytów udzielanych firmom z sektora usług (+35 proc.) oraz handlu (+30,9 proc.).

– Także w ujęciu wartościowym najwyższe dynamiki dotyczą kredytów udzielanych w sektorze usług i handlu – wzrost wyniósł odpowiednio 22,3 proc. i 20,4 proc. lipiec 2020 do czerwca 2020 roku. Są to pierwsze symptomy ożywienia akcji kredytowej dla mikroprzedsiębiorców, ale tylko w ujęciu miesiąc do miesiąca tego roku – mówi dr hab. Waldemar Rogowski.

W ujęciu miesięcznym poprawia się również Indeks Jakości Portfeli Kredytów udzielonych mikroprzedsiębiorcom. Ten wskaźnik pozwala ocenić, jak firmy radzą sobie ze spłatą zaciągniętych zobowiązań. Wciąż jednak jest on na wysokim poziomie. Niekorzystnie wypadają kredyty obrotowe, gdzie indeks szkodowości wyniósł w lipcu 13,8 proc. Z kolei w ujęciu sektorowym najgorzej ze spłatą kredytów radzą sobie firmy usługowe, a dodatkowo indeks dla kredytów mikroprzedsiębiorców świadczących usługi uległ wyraźnemu pogorszeniu (wzrost szkodowości o 1,69 proc.). W ostatnich 12 miesiącach polepszył się jedynie Indeks Jakości Kredytów mikroprzedsiębiorców z sektora budowlanego.

Niepokojącym zjawiskiem jest stałe pogarszanie się odczytu Indeksu Jakości Portfeli Kredytów dla mikroprzedsiębiorców. Obserwujemy to zjawisko już od pięciu lat – zauważa analityk BIK. – W 2016 roku średnia wartość indeksu dla wszystkich kredytów udzielanych małym firmom wynosiła 4,84 proc. Lipcowy odczyt wyniósł 6,8 proc. Wzrost szkodowości, który nastąpił w ciągu tych pięciu lat i dalej jest widoczny, może powodować dużą ostrożność banków w zakresie udzielania kredytów małym firmom. Mam na myśli wzrost ceny, czyli marży za ryzyko kredytowe, a ponadto większe mogą być również oczekiwania co do jakości przedstawianych zabezpieczeń.

Zdaniem ekonomisty może to w konsekwencji istotnie ograniczyć finansowanie mikroprzedsiębiorstw, które są szczególnie ważne w czasie odmrażania gospodarki i mogą istotnie przyczynić się do powrotu na ścieżkę wzrostu gospodarczego.