Polska w czołówce państw w Europie pod względem liczby samobójstw i prób samobójczych młodych ludzi. Problem w czasie pandemii może narastać

Permanentne obniżenie nastroju i poczucie lęku wśród dzieci i młodzieży jest coraz częstszym problemem w Polsce. Według wyników badania Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę z 2018 roku co szósty nastolatek przynajmniej raz w życiu się okaleczał, 7 proc. badanych próbowało popełnić samobójstwo. Pandemia koronawirusa może przyczynić się do pogłębiania kryzysu. Psychoterapeutka i specjalistka od uzależnień Magdalena Waszczyńska-Warda tłumaczy, że dzieci bardzo potrzebują wsparcia rodziny oraz rówieśników. Pozostawione same sobie często nie potrafią poradzić sobie z otaczającymi je problemami.

– Problem samobójstw wśród nastolatków oraz młodszych dzieci niestety jest coraz większy. Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że Polska jest na niechlubnym drugim miejscu w Europie pod względem liczby samobójstw i prób samobójczych młodych ludzi – mówi agencji Newseria Lifestyle Magdalena Waszczyńska-Warda, psychoterapeutka dzieci i młodzieży, specjalistka terapii uzależnień w Zakładzie Medycznym „KAAR-MED”.

Z raportu Komendy Głównej Policji wynika, że tylko w 2019 roku w przedziale wiekowym od 13. do 19. roku życia samobójstwo popełniły 94 osoby, natomiast w przedziale od 19 do 24 lat aż 360. Dane z roku na rok są porównywalne, co oznacza, że problem nie maleje.

Do jego narastania może przyczynić się okres pandemii, który był i jest niezwykle trudnym czasem dla dzieci. Zamknięcie w domach mogło przyczynić się do pogorszenia stanu psychicznego oraz obniżenia nastroju.

– Nie ma badań, które pokazują, czy problem nasilił się w czasie pandemii. Będzie można to stwierdzić, gdy zapanujemy nad COVID-em. Obecnie jednak przypuszczamy, że tak się stało, ponieważ dzieci zamknięte w domu nie miały dostępu do relacji społecznych. Jeżeli więź z rodzicami już wcześniej była zaburzona, gdy dziecko musiało przebywać z nimi przez cały czas i nie mogło porozmawiać ze swoimi rówieśnikami, stało się jeszcze bardziej wycofane – tłumaczy psychoterapeutka.

Czasem przyczyną złego samopoczucia jest odwrotna sytuacja, kiedy dziecko nie radzi sobie w szkole, w kontaktach z rówieśnikami. Wtedy powinno liczyć na wsparcie w domu. Szkoła i dom to główne obszary funkcjonowania dziecka. Gdy zarówno w jednym, jak i drugim miejscu młody człowiek czuje się porzucony, prawdopodobieństwo myśli samobójczych znacznie wzrasta. Nastolatek ma poczucie samotności i nie wie, do kogo zwrócić się z prośbą o pomoc. Z badań Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę wynika, że aż 57 proc. badanych nastolatków doświadczyło przemocy rówieśniczej, natomiast 41 proc. z nich padło ofiarami przemocy ze strony bliskich dorosłych. Ponadto 7 proc. nastolatków doświadczyło wykorzystywania seksualnego.

– Czasem bywa tak, że dziecko w kontaktach z rówieśnikami zachowuje się normalnie, jest pogodne i radosne. Jednak w środku odczuwa pustkę, napięcie i obniżony nastrój ostrzega Magdalena Waszczyńska-Warda. – Czasami ofiary samobójstw przed ich popełnieniem mają dobry nastrój, ponieważ podjęły już decyzję o targnięciu się na swoje życie. To paradoks, który należy wziąć pod uwagę. Jeżeli zatem dziecko przez długi czas ma obniżone samopoczucie i następuje nagła, nieuzasadniona poprawa,  powinniśmy mieć się na baczności.

Relacje z najbliższymi mają największe znaczenie przy identyfikacji problemu i zapobieganiu najgorszemu scenariuszowi. Rodzice powinni obserwować zmiany nastrojów swojego dziecka i pod żadnym pozorem nie mogą ich lekceważyć. To właśnie one są pierwszym symptomem myśli samobójczych.

– Sygnałem alarmowym jest wycofanie. Kiedy dziecko zamyka się w pokoju, nie chce rozmawiać, nie ma z nim kontaktu emocjonalnego, jest rozdrażnione, leży na łóżku i patrzy w jeden punkt albo skupia się tylko na jednej czynności, na przykład na telefonie, powinniśmy się zaniepokoić. Groźnym symptomem jest również samookaleczanie, chociaż ono nie zawsze świadczy o chęci popełnienia samobójstwa – zaznacza psychoterapeutka.

Organizatorzy sportowych imprez masowych liczą straty. W Polsce od marca odwołano lub przełożono kilka tysięcy wydarzeń

0

Od marca odwołano lub przeniesiono kilka tysięcy masowych imprez sportowych. Dla kilkudziesięciu tysięcy osób, które pracują nie tylko po stronie organizatorów wydarzenia, ale też jako podwykonawcy, zamrożenie imprez masowych oznacza ogromne straty. Niedawno powołany Związek Organizatorów Sportu Masowego postuluje zwiększenie limitu uczestników imprez, który dziś wynosi 250 osób, i opracowanie standardów pozwalających odblokować branżę. – Powinniśmy patrzeć w perspektywie roku 2021, bo ten jest już spisany na straty – przekonuje Piotr Jakóbik ze Sport Evolution.

– W obecnych uwarunkowaniach prawnych mogą się odbywać jedynie małe, lokalne wydarzenia do 250 osób, a to oznacza, że duzi organizatorzy, którzy posiadają eventy o skali kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu tysięcy uczestników, mają związane ręce – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Jakóbik, dyrektor marketingu Sport Evolution, organizatora m.in. zawodów IRONMAN.

Imprezy masowe, w tym również sportowe, jako pierwsze były odwoływane w związku z pandemią koronawirusa. Choć większość branż wróciła lub wraca do normalności, w przypadku dużych eventów obostrzenia nie zostały poluzowane. Obecne przepisy pozwalają na start w imprezach masowych maksymalnie 250 osobom.

– Wielu z nas funkcjonuje wyłącznie dzięki tymczasowej, doraźnej pomocy rządowej, którą udało się w ostatnich miesiącach otrzymać. Najgorsze w tym wszystkim, że cały czas nie wiemy, co dalej. W przeciwieństwie do wielu branż, które w ostatnich tygodniach zostały przywrócone do życia, my nadal działamy w zawieszeniu – mówi dyrektor marketingu Sport Evolution.

Szacuje się, że w imprezach sportowych – biegowych, przeszkodowych czy kolarskich –  w Polsce co roku bierze udział ok. 1,5 mln zawodników. W całym sektorze pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób – to nie tylko organizatorzy wydarzeń, ale i firmy związane z turystyką, gastronomią czy podwykonawcy – np. producenci  gadżetów, które otrzymują zawodnicy. Większość mogła liczyć na wsparcie w ramach tarczy antykryzysowej, ale takie samo jak wszystkie pozostałe branże.

– Według obecnych zapowiedzi rządowych taka pomoc nie będzie już kontynuowana. I tu pojawia się problem, bo na horyzoncie nie ma nowej pomocy, ale nie widać też światełka w tunelu, abyśmy mogli zacząć normalnie działać – ocenia Piotr Jakóbik.

Przedstawiciele branży, w tym Sport Evolution, połączyli siły i założyli Związek Organizatorów Sportu Masowego. Jego celem było wypracowanie wspólnych postulatów i procedur, które pozwolą na normalne funkcjonowanie w nowym reżimie sanitarnym. Zostały one już przedstawione stronie rządowej. Związek chce m.in. zwiększenia limitu uczestników imprez do 5 tys. osób czy wypracowania bazowego standardu w zakresie reżimu sanitarnego.

–  Nie widzimy logiki w tym, że wiele podobnych branż zostało odblokowanych, a my nadal stoimy w miejscu. Możemy dać przykład chociażby Ekstraklasy piłkarskiej. Na ostatnim meczu Legii i Jagiellonii mieliśmy 10 tys. kibiców siedzących na jednym stadionie, a my nadal tkwimy w sytuacji, w której możemy wpuścić na trasę biegu czy wyścigu kolarskiego tylko 250 uczestników – podkreśla przedstawiciel Sport Evolution..

Mimo restrykcyjnych obostrzeń branża stara się powoli wracać do organizacji imprez. W najbliższy weekend w Gdyni odbędzie się Enea IRONMAN, do tej pory największa triathlonowa impreza w Polsce. Organizatorzy wspólnie z miastem, służbami i sanepidem ustaliły na początku sierpnia szczegółowy plan działań i zmian w trasach biegowych i kolarskich oraz zmian w programie imprezy w nowym reżimie sanitarnym. Triathloniści będą startować w grupach do 250 osób, a przed startem będą zobowiązani do noszenia maseczek. Ograniczono także liczbę personelu i wolontariuszy.

Związek liczy, że uda się wypracować porozumienie z rządem, tym samym imprezy masowe będą mogły być już wkrótce organizowane przy złagodzonych obostrzeniach.

– Wydaje się, że sezon 2020 jest dla nas stracony. Mamy już prawie końcówkę roku i większość dużych imprez sportowych została już odwołana lub przeniesiona na kolejny sezon. Powinniśmy patrzeć w perspektywie roku 2021 tak, abyśmy w przyszły sezon weszli z gotowymi standardami i procedurami, które pozwolą na organizację takich imprez w sposób bezpieczny – mówi Piotr Jakóbik.

Rząd musi szukać nowych sposobów na pobudzenie wzrostu gospodarki. Motorem mogą być inwestycje w technologie niskoemisyjne

Według lipcowej prognozy Komisji Europejskiej i założeń rządu w tym roku polskie PKB skurczy się o 4,6 proc. Poradzenie sobie ze spowolnieniem wywołanym pandemią SARS-CoV-2 nie jest jednak jedynym wyzwaniem dla polskiej gospodarki. Jest nim też konieczność odchodzenia od węgla i coraz ostrzejsza polityka klimatyczna UE. Jak podkreśla prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych Marcin Korolec, oba te wyzwania można połączyć, a środkiem do celu może być budowanie innowacyjnej gospodarki. Jednym ze sposobów dojścia do niej może być na przykład program przechodzenia na elektryczny transport publiczny.

– Wchodzimy w kryzys wywołany pandemią i próbujemy kształtować różne instrumenty pomocowe dla firm. Dla branż dotkniętych skutkami kryzysu należałoby szukać takich instrumentów wsparcia, aby przy okazji zmieniać polską gospodarkę w kierunku niskoemisyjnej, tańszej, która również w długiej perspektywie może mieć przewagę na jednolitym rynku europejskim. Trzeba szukać obszarów, które mogą być motorami wzrostu gospodarczego, łącząc różne wyzwania – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Korolec.

Według lipcowej prognozy Komisji Europejskiej w tym roku polskie PKB skurczy się o 4,6 proc. To oznacza pogorszenie o 0,3 pkt proc. względem wiosennej prognozy. Z kolei na 2021 rok prognozowany jest 4,3-proc. wzrost (wobec +4,1 proc. wcześniej). Według danych GUS polski PKB w II kwartale br. skurczył się ponad 8 proc. r/r. Można wnioskować, że w ocenie KE polska gospodarka dość szybko odrobi straty wywołane pandemią SARS-CoV-2, a na tle całej Unii (dla której w tym roku prognozowany jest spadek -8,7 proc.) wypada relatywnie dobrze.

Spodziewana recesja, wywołana pandemią koronawirusa i trzymiesięcznym lockdownem, nie jest jednak jedynym wyzwaniem dla polskiej gospodarki. W dłuższej perspektywie jest nim też konieczność odchodzenia od wysokoemisyjnych źródeł energii i coraz ostrzejsza polityka klimatyczna Unii Europejskiej, do której Polska będzie musiała się dostosować.

Powinniśmy szukać takich programów, które łączą różne elementy: miejsca pracy, perspektywę obniżania kosztów i ochronę środowiska – mówi prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Wyobrażam sobie, że idealnym projektem byłoby wprowadzenie programu masowej elektryfikacji transportu publicznego w Polsce. Jesteśmy wśród największych producentów autobusów w Europie, mamy znakomite fabryki, a finanse samorządów są dziś mocno uszczuplone obniżką wpływów z podatków. Przy założeniu, że wymieniamy cały tabor na elektryczny, zadbalibyśmy o miejsca pracy, obniżylibyśmy emisję i poprawili  jakość powietrza. Przy okazji napęd elektryczny jest ok. 60–80 proc. tańszy od spalinowego, więc byłaby to też pomoc dla samorządów.

Jak podkreśla, Polska musi szukać takich dróg wychodzenia z kryzysu, które będą budować przewagę konkurencyjną krajowej gospodarki w długiej perspektywie i przyczynią się do jej stabilnego wzrostu. Powinniśmy też jak najszybciej włączyć się w realizację polityki klimatycznej UE, co odbędzie się nie tylko z korzyścią dla środowiska, ale i przyczyni się do wzrostu innowacyjności.

– Najlepszym instrumentem, żeby promować transformację polskiej gospodarki i pomagać wychodzić z kryzysu, jest system dotacji albo obniżenia podatków. Jednak pierwszoplanową decyzją rządu powinno być jednoznaczne przyłączenie się do europejskiego dążenia do neutralności klimatycznej Europy w 2050 roku – mówi Marcin Korolec. – Program wychodzenia z kryzysu, który został zaproponowany przez Komisję Europejską, to są ogromne środki finansowe, warunkowane jednak realizacją tego wielkiego celu.

Unia Europejska upatruje szansy rozwoju gospodarczego właśnie w transformacji energetyki. Na lipcowym szczycie przywódców państw członkowskich uzgodniono szczegóły wieloletniego budżetu UE na lata 2021–2027 oraz Europejskiego Instrumentu na rzecz Odbudowy. Jak poinformowała Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Polska będzie mogła skorzystać z ok. 139 mld euro w formie dotacji i 34 mld euro w pożyczkach (w cenach bieżących). W tym są środki przeznaczone na sprawiedliwą transformację klimatyczną.

– Jeśli chcemy korzystać z tych środków europejskich, musimy wpisać się w realizację tego celu – podkreśla prezes Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych. – Nic nie stoi na przeszkodzie, aby rozwijać i dalej rozszerzać programy takie jak np. Mój Prąd. Zadbalibyśmy o miejsca pracy, a jednocześnie obniżalibyśmy cenę prądu w polskiej sieci. Tym sposobem myślenia powinien się kierować polski rząd.

Jak wskazuje raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego, Polska ma szansę osiągnąć neutralność sektora energii w 2056 roku. To optymistyczny wariant kalkulacji opartych na zakładanym roku dekarbonizacji w pozostałych krajach UE oraz wynikach wskaźnika Energy Transition Index Światowego Forum Ekonomicznego. Dziś w tym rankingu Polska zajmuje 75. miejsce wśród 115 krajów, ale w samej UE zajmuje przedostatnią pozycję. Eksperci PIE podkreślają, że jako jedyny kraj nie podała planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. Tylko trzy kraje UE deklarują, że zrobią to wcześniej, niż zakłada cel, czyli przed 2050 rokiem. Najwcześniej ma szansę osiągnąć neutralność Finlandia w 2035 roku, pięć lat później Austria, a 10 lat potem Szwecja.

Drukowane panele fotowoltaiczne zrewolucjonizują rynek. Już wkrótce pojawią się na budynkach, samochodach czy sprzętach elektronicznych

Panele fotowoltaiczne pierwszej generacji nie nadążają za dynamicznym rozwojem sektora zielonej energii. Aby zauważalnie zwiększyć udział OZE w miksie energetycznym, konieczne będzie wdrożenie nowych metod produkcyjnych, które pozwolą efektywniej wykorzystać energię słoneczną. Pomóc mogą w tym panele perowskitowe przystosowane do pracy w nietypowych warunkach. Dzięki lżejszej konstrukcji, elastycznej strukturze i częściowej przezroczystości można stosować je m.in. w sektorze budowlanym czy transportowym. Dodatkowo można je drukować.

– Panele fotowoltaiczne to przyszłość, ponieważ energia ze słońca jest nieograniczona. Ograniczone są natomiast miejsca, gdzie można zainstalować tradycyjne panele – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies.

Główną przewagą paneli perowskitowych nad tymi krzemowymi jest ich wszechstronność. Ogniwa wykonane przy wykorzystaniu tego minerału krystalicznego potrafią pobierać energię nawet przy niepełnym nasłonecznieniu. Z tego powodu nadają się do stosowania w krajach, w których wykorzystanie paneli krzemowych do zwiększenia udziału OZE w miksie energetycznym byłoby nieefektywne. Ponadto najcieńsze ogniwa perowskitowe wykonane w technologii ekstrakcji mają postać cienkiego, 20-nanometrowego filmu. Dzięki temu nadają się do stosowania m.in. na elewacjach przeszklonych budynków, gdyż w takiej formie są częściowo przezroczyste.

– Potrzebne są nowe rozwiązania, bo jest jeszcze mnóstwo obszarów, które moglibyśmy wykorzystać na panele oparte na nowych technologiach. Moglibyśmy pokrywać nimi te budynki, dla których zwykłe panele są za ciężkie. Albo w miastach, na zurbanizowanych obszarach, na fasadach budynków. Moglibyśmy pokrywać nimi również mniejsze rzeczy – sprzęty elektroniczne, samochody czy żagle – wymienia Olga Malinkiewicz.

Firma Skanska już w 2018 roku rozpoczęła program testów pilotażowych technologii perowskitowej od Saule Technologies. Deweloper pokrył fasadę warszawskiego biurowca Spark prototypowymi ogniwami, aby przekonać się, jak wykorzystanie paneli tego typu wpłynie na projektowanie budynków. Testy zakończyły się sukcesem i dowiodły, że ogniwa perowskitowe nadają się do ścisłej integracji z fasadą biurowców.

– Technologia perowskitowa tak bardzo poszerzy zakres zastosowań paneli słonecznych, że będzie stosowana na szeroką skalę. Najpierw w obszarach, w których niemożliwe jest wykorzystanie zwykłej technologii krzemowej, a następnie również zamiast samego krzemu. W dalszej przyszłości można perowskit połączyć z krzemem, mamy tutaj nieograniczone możliwości. Obecnie pierwsze moduły schodzą z pierwszej linii produkcyjnej na świecie i od tego momentu zaczynamy odliczanie. W ciągu kilku lat na pewno będziemy mieli tę technologię widoczną na budynkach – przekonuje ekspertka.

Potencjałem perowskitów zainteresowała się krakowska spółka z sektora energetyki odnawialnej Columbus Energy, która zainwestuje 10 mln euro w rozwój Saule Technologies. Tym samym stała się największym udziałowcem firmy i zyskała prawo do pierwszeństwa zakupu nowych ogniw. Columbus Energy planuje rozpocząć dystrybucję polskich ogniw perowskitowych.

– Stworzyliśmy ogniwo, które jest cienkie, elastyczne, kolorowe i niemal nic nie waży. A jednocześnie jego wydajność jest taka jak paneli krzemowych. I trzeba zaznaczyć, że jest wydrukowane. Dużą siłą tej technologii jest metoda produkcji, która nie powoduje zatruwania środowiska ani powstawania odpadów, do której nie potrzeba ciężkiego przemysłu, a służy do generowania energii elektrycznej – podkreśla Olga Malinkiewicz.

Pierwsze ogniwa od Saule Technologies powinny trafić na rynek na początku 2021 roku. Firma podpisała umowę z producentami urządzeń z zakresu internetu rzeczy, którzy planują wykorzystać panele do produkcji inteligentnych czujników nowej generacji przeznaczonych m.in. do użytku wewnątrz budynków.

Drukowane w 3D panele fotowoltaiczne zrewolucjonizują rynek. Już wkrótce pojawią się na budynkach, samochodach czy sprzętach elektronicznych

Panele fotowoltaiczne pierwszej generacji nie nadążają za dynamicznym rozwojem sektora zielonej energii. Aby zauważalnie zwiększyć udział OZE w miksie energetycznym, konieczne będzie wdrożenie nowych metod produkcyjnych, które pozwolą efektywniej wykorzystać energię słoneczną. Pomóc mogą w tym panele perowskitowe przystosowane do pracy w nietypowych warunkach. Dzięki lżejszej konstrukcji, elastycznej strukturze i częściowej przezroczystości można stosować je m.in. w sektorze budowlanym czy transportowym. Dodatkowo można je drukować w 3D.

– Panele fotowoltaiczne to przyszłość, ponieważ energia ze słońca jest nieograniczona. Ograniczone są natomiast miejsca, gdzie można zainstalować tradycyjne panele – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies.

Główną przewagą paneli perowskitowych nad tymi krzemowymi jest ich wszechstronność. Ogniwa wykonane przy wykorzystaniu tego minerału krystalicznego potrafią pobierać energię nawet przy niepełnym nasłonecznieniu. Z tego powodu nadają się do stosowania w krajach, w których wykorzystanie paneli krzemowych do zwiększenia udziału OZE w miksie energetycznym byłoby nieefektywne. Ponadto najcieńsze ogniwa perowskitowe wykonane w technologii ekstrakcji mają postać cienkiego, 20-nanometrowego filmu. Dzięki temu nadają się do stosowania m.in. na elewacjach przeszklonych budynków, gdyż w takiej formie są częściowo przezroczyste.

– Potrzebne są nowe rozwiązania, bo jest jeszcze mnóstwo obszarów, które moglibyśmy wykorzystać na panele oparte na nowych technologiach. Moglibyśmy pokrywać nimi te budynki, dla których zwykłe panele są za ciężkie. Albo w miastach, na zurbanizowanych obszarach, na fasadach budynków. Moglibyśmy pokrywać nimi również mniejsze rzeczy – sprzęty elektroniczne, samochody czy żagle – wymienia Olga Malinkiewicz.

Firma Skanska już w 2018 roku rozpoczęła program testów pilotażowych technologii perowskitowej od Saule Technologies. Deweloper pokrył fasadę warszawskiego biurowca Spark prototypowymi ogniwami, aby przekonać się, jak wykorzystanie paneli tego typu wpłynie na projektowanie budynków. Testy zakończyły się sukcesem i dowiodły, że ogniwa perowskitowe nadają się do ścisłej integracji z fasadą biurowców.

– Technologia perowskitowa tak bardzo poszerzy zakres zastosowań paneli słonecznych, że będzie stosowana na szeroką skalę. Najpierw w obszarach, w których niemożliwe jest wykorzystanie zwykłej technologii krzemowej, a następnie również zamiast samego krzemu. W dalszej przyszłości można perowskit połączyć z krzemem, mamy tutaj nieograniczone możliwości. Obecnie pierwsze moduły schodzą z pierwszej linii produkcyjnej na świecie i od tego momentu zaczynamy odliczanie. W ciągu kilku lat na pewno będziemy mieli tę technologię widoczną na budynkach – przekonuje ekspertka.

Potencjałem perowskitów zainteresowała się krakowska spółka z sektora energetyki odnawialnej Columbus Energy, która zainwestuje 10 mln euro w rozwój Saule Technologies. Tym samym stała się największym udziałowcem firmy i zyskała prawo do pierwszeństwa zakupu nowych ogniw. Columbus Energy planuje rozpocząć dystrybucję polskich ogniw perowskitowych.

– Stworzyliśmy ogniwo, które jest cienkie, elastyczne, kolorowe i niemal nic nie waży. A jednocześnie jego wydajność jest taka jak paneli krzemowych. I trzeba zaznaczyć, że jest wydrukowane. Dużą siłą tej technologii jest metoda produkcji, która nie powoduje zatruwania środowiska ani powstawania odpadów, do której nie potrzeba ciężkiego przemysłu, a służy do generowania energii elektrycznej – podkreśla Olga Malinkiewicz.

Pierwsze ogniwa od Saule Technologies powinny trafić na rynek na początku 2021 roku. Firma podpisała umowę z producentami urządzeń z zakresu internetu rzeczy, którzy planują wykorzystać panele do produkcji inteligentnych czujników nowej generacji przeznaczonych m.in. do użytku wewnątrz budynków.

Żel antybakteryjny na bazie roślin zabija koronawirusa równie skutecznie, co środki na bazie alkoholu. Niszczy też inne wirusy i bakterie [DEPESZA]

Od bioluminescencyjnych zestawów po dezynfekujące roboty – największe firmy na świecie badają innowacyjne technologie, które mogą pomóc w skutecznej walce z koronawirusem. Naukowcy odkryli, że dla wirusów zabójcze może okazać się światło UV-C, powstają specjalne powłoki antybakteryjne. Okazuje się, że także część roślin wykazuje właściwości, które mogą zabijać koronawirusa. Firma Hydromer ogłosiła, że jej roślinna linia produktów do dezynfekcji zabija niemal w 100 proc. wirusa SARS-Cov-2.

Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska udostępniła przeszukiwalną bazę danych produktów, które okazały się skuteczne przeciwko koronawirusowi. Lista zawiera kilka ekologicznych środków czyszczących, które powstały na bazie roślin. Pomagają  w dezynfekcji, jednak nieznana jest ich skuteczność w zabijaniu wirusów. Eksperci z Emory School of Medicine twierdzą, że wciąż jeszcze potrzeba badań nad skutecznością naturalnych produktów z roślin przeciwko koronawirusowi. Jak dotąd lista EPA zawiera pewne „bezpieczniejsze” środki dezynfekujące, takie jak kwas cytrynowy i alkohol.

Okazuje się jednak, że rośliny mogą być całkiem skuteczne w zwalczaniu koronawirusa. Firma Hydromer ogłosiła, że linia produktów EscenciaProtect wykazała znaczne zmniejszenie wzrostu wirusa wywołującego COVID-19. Testy , które przeprowadziło zewnętrzne laboratorium „Institute for Antiviral Research” na Uniwersytecie Utah wykazało, że przy rozcieńczeniach w 15-minutowych i 1-godzinnych odstępach czasu, ilość koronawirusa zmniejszała się poniżej granicy wykrywalności.

– Posiadamy jedną z pierwszych bardziej ekologicznych alternatyw dla środków odkażających na bazie alkoholu, którą przetestowaliśmy i wprowadziliśmy do globalnej sprzedaży jako odpowiedź na pandemię COVID-19 – podkreśla Peter M. von Dyck, dyrektor generalny Hydromer.

Produkty Hydromer mogą być stosowane niemal we wszystkich pomieszczeniach, także tam gdzie dezynfekcja alkoholem nie jest najlepszym rozwiązaniem. Może też być wykorzystywana znacznie szerzej, niż np. dostępne już na rynku samojeżdżące roboty, które dezynfekują pomieszczenia światłem UV-C.  

Wcześniejsze testy przeprowadzone przez inne zewnętrzne laboratoria wykazały, że produkty EscenciaProtect są również skuteczne przeciwko wielu innym drobnoustrojom, w tym w walce z Salmonellą czy E-Colą.

– Przy tak wielu segmentach rynku zdesperowanych w poszukiwaniu bezalkoholowych środków odkażających, takich jak szkoły, sklepy detaliczne, linie lotnicze i wiele innych, zdaliśmy sobie sprawę, jak ważne było przetestowanie naszej zastrzeżonej technologii pod kątem tego konkretnego wirusa – wskazuje Peter M. von Dyck. – Dostarczamy więc bardzo potrzebną alternatywę dla rozwijającego się rynku środków odkażających.

TMS Brokers rozszerza ofertę o kolejne kontrakty na fundusze ETF

Popularność inwestowania w fundusze ETF rośnie. Między innymi dlatego, że zarządzane są pasywnie, co oznacza mniejsze koszty dla inwestora, a także dlatego, że są dobrym narzędziem do dywersyfikacji portfela inwestycyjnego. Za pośrednictwem funduszy można inwestować, np. w sektor technologiczny, w złoto, czy w firmy transportowe. Dom Maklerski TMS Brokers wychodzi więc naprzeciw oczekiwaniom klientów i rozszerza ofertę o nowe możliwości inwestowania w kontrakty na fundusze ETF za pomocą intuicyjnej aplikacji.

Fundusze ETF  (ang. Exchange Traded Fund) to rodzaj funduszu inwestycyjnego, którego głównym celem jest naśladowanie zachowania wyznaczonego indeksu. Zyskały ogromną popularność, gdyż cechują je niskie koszty zarządzania i umożliwiają wygodną dywersyfikację portfela.

ETF, tak jak akcje, są notowane na giełdach papierów wartościowych i podlegają regulacjom unijnym. Inwestycja w ETF danego typu nie oznacza włożenia środków w jedną spółkę, tylko przeznaczenia ich na najważniejszych przedstawicieli całego sektora (w odpowiednich proporcjach).

Alternatywa dla ETF

W związku z rosnącą popularnością funduszy ETF – ich ceny poszybowały w górę, dlatego alternatywą są kontrakty CFD oparte o ETF. Podstawową różnicą między nimi jest to, że pierwszy z tych instrumentów jest notowany na giełdzie, natomiast drugi funkcjonuje tylko na rynku pozagiełdowym (OTC). Jak to działa?

– Inwestowanie w ETF polega na tym, że jednym zleceniem można kupić kontrakt na największe światowe koszyki akcji z najciekawszych rynków: nowej technologii, ochrony zdrowia, surowców czy sektora biotechnologii. Alternatywą – angażującą mniej kapitału w transakcję – jest zakup ETF poprzez kontrakty CFD. Na przykład kontrakt CFD na DIA.ETF, czyli kontrakt odzwierciedlający wyniki najstarszego indeksu giełdowego Dow Industrial, który posiada ekspozycję na 30 akcji amerykańskich spółek przemysłowych wchodzących w skład indeksu Dow Jones Industrial. A wszystko z poziomu intuicyjnej aplikacji do mobilnego tradingu TMS Brokers, w której każdy ETF jest dokładnie opisany – tłumaczy Łukasz Zembik, ekspert rynku OTC w TMS Brokers, autor „Przewodnika po funduszach ETF”.

Kontrakty CFD na ETF, dzięki zastosowaniu dźwigni finansowej, dają większe możliwości zysku, ale zwiększają też ryzyko straty. Przede wszystkim zalety kontraktów CFD  na fundusze ETF to możliwość wykorzystania potencjału różnych sektorów z całego świata. Dzięki nim można budować swój koszyk papierów wartościowych, a w przypadku losowym, np. zamknięcia spółki, zaliczanej do danego funduszu ETF, zarządzający funduszem zastępują ten podmiot innym, spełniającym konkretne warunki. Np. funduszem typu ETF, który replikuje indeks 300 największych i najbardziej płynnych chińskich akcji spółek notowanych na giełdzie w Szanghaju oraz Shenzhen lub Market Vectors Russia, czyli ETF-em, który umożliwiał inwestorom ekspozycję na rosyjski rynek akcyjny. Inwestor nie musi więc przez cały czas przejmować się rynkową zmiennością.

– Jednocześnie – dzięki zastosowaniu mechanizmu dźwigni – można angażować mniejszy kapitał w inwestycje w CFD na ETF niż w regularne fundusze ETF. Kupując CFD na ETF można grać zarówno na wzrosty, jak i na spadki (na niektórych kontraktach na ETF) i w ten sposób wykorzystywać potencjał różnych sektorów z całego świata i dywersyfikować swój portfel inwestycyjny – tłumaczy Zembik i dodaje, że „przygoda z ETF-ami początkującym może kojarzyć się z przytłaczającą ilością informacji, ale to nieprawda. Fundusze ETF zrewolucjonizowały podejście do inwestowania na całym świecie. Za ich pomocą możemy mieć ekspozycję na zagraniczne indeksy, surowce, całe sektory gospodarek, więc warto dowiedzieć się o nich więcej”.

Tylko co dziesiąty pracownik chciałby wrócić z home-office do biura na stałe

Polacy chcieliby pracować zdalnie w większym wymiarze, niż planują to im zaoferować w przyszłości pracodawcy. Podczas gdy połowa firm chciałaby proponować swoim pracownikom pracę zdalną, w różnym wymiarze, tak o potrzebie home-office mówi dziewięciu na 10 zatrudnionych. Najpopularniejszym rozwiązaniem wskazywanym zarówno przez pracowników, jak i pracodawców jest model hybrydowy – pracę w biurze oraz w domu chciałoby łączyć 75% osób, zastosowanie tego rozwiązania planuje 53% firm. To informacje płynące z jeszcze nieopublikowanego raportu ManpowerGroup i HRlink o tym, jak pandemia zmieniła podejście Polaków oraz pracodawców do pracy.

Firmy ManpowerGroup oraz HRlink zapytały polskich pracowników oraz pracodawców o to, jak pandemia zmieniła ich podejście do pracy, również w kontekście planów i oczekiwań dotyczących zdalnego wykonywania obowiązków. Pierwsze wnioski potwierdzają duże różnice w zakresie tego, co zamierzają wdrożyć firmy, a czego oczekują od nich pracownicy.

Aż 88% zapytanych przez ManpowerGroup i HRlink zatrudnionych chciałoby pozostać, w różnym zakresie, przy home-office. W tej grupie 13% osób oczekuje, że będzie mogło pracować z domu w pełnym wymiarze swojego czasu pracy. O modelu hybrydowym, czyli częściowo w biurze i częściowo w trybie zdalnym, mówi 75% ankietowanych. Wśród pracowników stawiających na pracę rotacyjną 54% chciałoby pracować zdalnie do 10 dni w miesiącu, a 46% preferowałoby większą liczbę dni pracy w zaciszu domowym. 12% badanych chciałoby powrócić do biura w pełnym wymiarze swojego czasu pracy.

– Polscy pracownicy dobrze zaadaptowali się do pracy zdalnej i oczekują, aby ten model został wprowadzony przez pracodawców na stałe. Dzięki możliwości home-office zatrudnieni zyskują większą elastyczność, która jest jednym z kluczowych oczekiwań na rynku pracy – mówi Katarzyna Pączkowska, dyrektor rekrutacji stałej w Manpower. – Organizacje wyrażają jednak mniejszą gotowość zaimplementowania rozwiązań z czasów pandemii w nowej rzeczywistości. Może się to wiązać z potrzebą głębszej integracji zespołu i budowania kultury organizacyjnej poprzez wspólną pracę w biurze. Tradycyjna formuła pracy daje poczucie większej kontroli nad pracownikami i łatwiejszej możliwości weryfikowania realizacji obowiązków czy wyznaczonych celów – dodaje ekspert.

Co na to pracodawcy? 55% z nich planuje pozostać przy pracy zdalnej, w różnym zakresie, z czego 2% chce kontynuować home-office w pełnym wymiarze czasu pracy, a 53% planuje zastosowanie modelu rotacyjnego. Wśród organizacji, które myślą o pracy hybrydowej, 54% chce zaproponować swoim pracownikom do 10 dni pracy z domu, a 46% zamierza oferować większy wymiar dni na home-office. Co czwarta organizacja planuje powrót do pracy z biura w pełnym zakresie, a co piąta nie zna jeszcze swoich planów.

– W „starej rzeczywistości”, przed pojawieniem się wirusa COVID-19, niewiele organizacji pracowało w trybie pracy zdalnej. Wynikało to z różnych przekonań lub stereotypów, z małej wiary w efektywność takiego modelu oraz z niewystarczającego zaufania do pracowników. Pandemia i lockdown zmusiły firmy do nagłego, często z dnia na dzień i bez wcześniejszego przygotowania, przejścia do pracy w pełni zdalnej lub hybrydowej – mówi Arkadiusz Kuchto, założyciel i prezes HRlink. – Po kilku miesiącach okazało się, że ten model sprawdza się oraz dodatkowo poprawia efektywność i wyniki. Ponad połowa ankietowanych przez nas firm i kandydatów deklaruje, że chce pozostać w modelu pracy zdalnej lub hybrydowej oraz wprowadzić to rozwiązanie na stałe. Model pracy zdalnej lub hybrydowej niesie jednak za sobą wiele wyzwań. Wymaga zmiany nastawienia, reorganizacji procesów i zespołów. Przede wszystkim oznacza stałą zmianę w dotychczasowych trendach na przykład dotyczących przeznaczenia powierzchni biurowej i potrzeby bycia w biurze, stosowanych narzędzi i form komunikacji, zmian w systemach motywacyjnych i benefitach, innego podejścia do rekrutacji oraz zupełnie nowego podejścia do budowania i utrzymania relacji w zespole. W nowej rzeczywistości coraz więcej firm będzie sięgało po ten model, jednocześnie coraz lepiej radząc sobie z wyzwaniami i doceniając korzyści wynikające z pracy zdalnej – dodaje przedstawiciel HRlink.

− Pracodawcy przez ostatnie lata inwestowali w powierzchnie biurowe, aby zapewniać coraz większy komfort pracy. W nowoczesnych biurowcach powstawały pokoje do pracy w ciszy, zadań zespołowych, a także przestrzenie do integracji czy wspólnego wypoczynku. Dlatego firmy rozważają całkowity powrót do biur lub wprowadzenie modelu hybrydowego, w ramach którego zespoły mogą pracować rotacyjnie, czyli częściowo w biurze, a częściowo w trybie zdalnym. Takie rozwiązanie jest w stanie pogodzić różne interesy zarówno te związane z elastycznością pracy, jak i te dotyczące integracji czy kontroli pracy. Pozwoli to także na zadbanie o bezpieczeństwo pracowników i zachowanie odpowiedniego dystansu społecznego w przestrzeniach biurowych. Prognozujemy, że mieszany model pracy będzie często spotykanym rozwiązaniem, zwłaszcza w sektorze usług dla biznesu, nowych technologii, finansów, telekomunikacji. Niezbędna będzie dalsza inwestycja w rozwój kompetencji kierowniczych w warunkach zmieniającej się rzeczywistości oraz zadbanie o wzmacnianie motywacji i samodyscypliny pracowników. Kluczowe przy tym jest także utrzymywanie odpowiedniego balansu pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Wiele organizacji będzie stawało przed wyzwaniem związanym ze zmianą kultury organizacyjnej oraz definiowaniem w nowy sposób wizji i strategii z uwzględnieniem nowych form pracy – podsumowuje ekspert Manpower.

Badanie ManpowerGroup i HRlink zostało przeprowadzone w dn. 7-24 sierpnia br. na reprezentatywnej grupie 130 firm oraz 558 pracowników. Przeprowadzone z wykorzystaniem metody CAWI (badanie online).

Badanie Michael Page: Czy Polacy polubili home office?

Firma rekrutacyjna Michael Page zapytała polskich pracowników o to, jak wyglądała ich praca w czasie izolacji społecznej i jak oceniają swoje doświadczenia związane z „home office”. 67% respondentów przyznało, że w czasie kwarantanny społecznej pracowało zdalnie. 73% mogło realizować swoje obowiązki w elastycznych godzinach, a blisko 13% ankietowanych miało zredukowany czas pracy – pokazuje badanie Confidence Index zrealizowane w między lipcem, a sierpniem 2020 r. Czy nowy model wykonywania zadań wpłynął na efektywność pracowników?

Bardziej produktywni, mocniej zmotywowani i usatysfakcjonowani pracą

Okazuje się, że Polacy dobrze odnaleźli się w nowej rzeczywistości i szybko zaadaptowali się w swoich domowych biurach. Większość z nich jest zdania, że pod względem jakości pracy home office zachował status quo lub poprawił wskaźniki. 37% badanych przyznało, że uelastycznienie harmonogramu pracy i wprowadzenie home office wpłynęło na wzrost produktywności, a 52% Polaków nie zauważyło różnicy w efektywności pracy. Jeśli chodzi o kwestię satysfakcji z wykonywanych obowiązków, w przypadku niemal połowy ankietowanych (46%) wskaźnik zadowolenia pozostał na takim samym poziomie, a niemal u co trzeciego respondenta (33%) poprawił się.  Większość badanych (57%) nie odczuła zmian pod kątem motywacji do pracy, jednak już 28% stwierdziło, że ich motywacja wzrosła – pokazuje badanie Michael Page.

Praca w domu wymaga większej samodyscypliny i samodzielności oraz jest niejako kredytem zaufania przyznawanym pracownikowi. Osoba realizująca obowiązki zdalnie ma więcej swobody i elastyczności, co dla niektórych może okazać się motorem napędzającym do działania. Warto jednak pamiętać o tym, że zmiana modelu pracy i brak kontroli oraz konieczność samodzielnej organizacji dnia nie wszystkim pracownikom wychodzi na dobre. Co 10 ankietowany zauważył, że pracując z domu, jego produktywność spadła, a co trzeci (33%) przyznał, że trudno odnaleźć mu się w nowej rutynie domowego biura – komentuje Magdalena Wołowiec, Senior Marketing Executive z Michael Page.

Bolączki domowego biura

Respondenci, którzy wzięli udział w badaniu Michael Page zostali również poproszeni o wskazanie niedogodności wynikających z home office, które mogą wpływać na spadek produktywności. Wg ankietowanych największym problemem jest brak odpowiedniego środowiska pracy (78% wskazań) oraz brak dostępu do profesjonalnych narzędzi, urządzeń czy szybkiej sieci internetowej (56% wskazań). Co oczywiste, realizację zadań zawodowych w domu utrudniała również konieczność opiekowania się dziećmi w tym samym czasie (44% odpowiedzi). Taki sam odsetek badanych (44%) przyznał również, że stres i niepokój związany z sytuacją w kraju i na świecie utrudniał funkcjonowanie.

43% Polaków przyznało, że nie miało żadnego problemu z utrzymaniem wysokiej jakości pracy, realizując zadania z domu. Jednak już 15% stwierdziło, że włożyło ogromny wysiłek w to, aby zachować swoją efektywność. Doświadczenia ostatnich miesięcy dla wielu pracodawców i pracowników były prawdziwym testem pracy zdalnej. Jeszcze przed wprowadzeniem przymusowej izolacji, home office traktowany był jako benefit. Wg ankietowanych tylko 23% firm oferowało pracownikom możliwość stałego przejścia na pracę zdalną, a ponad połowa organizacji pozwala na okazjonalne korzystanie z pracy w domu. Możemy przypuszczać, że teraz zwiększy się odsetek firm oferujących „home office” jako częściowy model realizacji obowiązków – dodaje Magdalena Wołowiec z Michael Page.

82% pracowników jest zdania, że home office odgrywa teraz dużo większą rolę w ich firmie. Niemal 66% przyznało, że nadal chciałoby mieć możliwość korzystania z pracy zdalnej, a 65% respondentów nie miałoby problemu zaakceptować ofertę w całości opartą na pracy z domu.

– Rynek pracy ewoluuje tak, jak i modele realizacji obowiązków. Pracodawcy powinni w miarę możliwości dostosowywać się do preferencji pracowników, mając na uwadze również długofalowe skutki zdalnego zarządzania. Słabsza integracja zespołu czy mniej skuteczna umiejętność kooperacji i pracy w grupie to tylko jedne z wielu efektów ubocznych długookresowego home office. Z perspektywy biznesowej rozsądnym rozwiązaniem jest zachowanie zdrowego balansu. Natomiast, mając na uwadze dobro pracowników, skuteczne wydaje się zaoferowanie możliwości wyboru – w końcu nie wszyscy dobrze odnajdują się w domowych biurach i nie wszyscy mają możliwość zorganizowania go sobie w mieszkaniu – podsumowuje Magdalena Wołowiec.

MINUTOR Energia zmierza na rynek NewConnect

MINUTOR Energia Sp. z o.o., Spółka działająca w branży OZE, specjalizująca się w montażach instalacji fotowoltaicznych, planuje zadebiutować na rynku NewConnect. Spółka rozważa upublicznienie poprzez samodzielny debiut lub przez odwrotne połączenie z podmiotem notowanym.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. to spółka wywodząca się z Grupy MINUTOR Sp. z o.o., świadczącej wysoko wyspecjalizowane usługi techniczne dla przemysłu, która jest rozpoznawalną marką w branży wydobywczej. MINUTOR Energia Sp. z o.o. realizuje montaże instalacji fotowoltaicznych dla klientów indywidualnych oraz biznesowych. Spółka rozpoczęła również realizacją projektów farm fotowoltaicznych i posiada kompetencje do prowadzenia tych przedsięwzięć na każdym ich etapie. Zarząd MINUTOR Energia Sp. z o.o. podjął decyzję o upublicznieniu na rynku NewConnect, bowiem dostrzega wysoki potencjał w wykorzystaniu obecności na rynku publicznym do dalszego rozwoju Spółki i zwiększenia możliwości pozyskiwania kapitału.

„Po latach pracy dla przemysłu wydobywczego, wyciągając wnioski oraz zdobyte doświadczenie w podziemnych zakładach górniczych, postanowiliśmy już w listopadzie 2019 roku, czyli na początku kryzysu w branży górniczej, zwłaszcza w zakresie węgla energetycznego, wykorzystać nasze zasoby, zaplecze techniczne, management przy pełnym wsparciu naszego działu energomechanicznego na budowę nowej odnogi MINUTOR Sp. z o.o., z której się wywodzimy. Nowy oddział w ramach firmy miał za zadani rozwinięcie usług związanych z instalacjami fotowoltaicznymi dla przemysłu, biznesu i gospodarstw domowych. Udało nam się to na tyle, że powołaliśmy do życia spółkę MINUTOR Energia Sp. z o.o., która w 100% przejmuje kompetencje powołanej w zeszłym roku marki, tak by przez dalszy wzrost sprzedaży, rozrost działu wykonawczego, a co najważniejsze zrealizowania planów inwestycji w farmy fotowoltaiczne, zapewnić stabilny przychód na kolejne lata dla Spółki i wygenerować realną, a zarazem wysoką wartość dla wszystkich inwestorów, którzy w nas uwierzą na tym, jak i każdym z późniejszych etapów.” – komentuje Zbisław Lasek, Prezes Zarządu Spółki MINUTOR Energia Sp. z o.o.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. rozważa dwie możliwości wejścia na rynek NewConnect. Pierwszą z nich jest klasyczny debiut, który byłby poprzedzony przekształceniem w spółkę akcyjną i ofertą prywatną. Pozyskane z niej środki zostałyby przeznaczone na dalszy rozwój prowadzonego biznesu. Drugim wariantem jest odwrotne połączenie z podmiotem już notowanym na rynku NewConnect. Zarząd Spółki obecnie nie wyklucza żadnej ze ścieżek.

„Rynek NewConnect i obecność na nim sprzyjają rozwojowi spółek z branży tzw. „zielonej energii”. Chcemy wykorzystać tą koniunkturę do upublicznienia Spółki, co z pewnością pozwoli nam na przyśpieszenie ekspansji terytorialnej oraz realizowanie nowych projektów farm fotowoltaicznych. Wywodzimy się z branży górniczej, ale dostrzegamy zmiany klimatyczne i chcemy wykorzystać nasze kompetencje oraz zasoby do budowy odnawialnych źródeł energii. O kolejnych krokach związanych z naszym debiutem na rynku NewConnect będziemy na bieżąco informowali rynek.” – zakończył Prezes Zarządu MINUTOR Energia Sp. z o.o.

MINUTOR Energia Sp. z o.o. to podmiot działający w branży odnawialnych źródeł energii i specjalizujący się w montażach instalacji fotowoltaicznych dla domów, klientów biznesowych oraz realizowaniu farm fotowoltaicznych. Marka MINUTOR Energia została powołana w 2019 r. przez MINUTOR Sp. z o.o. – podmiot świadczący wysoko wyspecjalizowane usługi techniczne dla przemysłu, głównie wydobywczego. Jednym z inwestorów MINUTOR Energia Sp. z o.o. jest Artur Górski specjalizujący się transakcjach M&A na rynku NewConnect oraz GPW.

Do śląskich sądów trafiło mniej wniosków o ogłoszenie upadłości. Eksperci: Uderzenie nadejdzie jesienią

W ciągu trzech miesięcy o 37% zmalała liczba złożonych wniosków o ogłoszenie upadłości wśród śląskich firm. W drugim kwartale br. do sądów rejonowych na terenie województwa wpłynęło ich 75, a w pierwszym – 119. W sumie daje to 194 takie przypadki od stycznia do czerwca, czyli o 3 mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Natomiast w drugim kwartale br. złożono 21 wniosków o restrukturyzację, czyli tyle samo co od początku roku do końca marca. Z kolei w pierwszej połowie 2019 roku było ich łącznie 58. 

W drugim kwartale br. do sądów rejonowych na terenie województwa śląskiego dotarło 75 wniosków o ogłoszenie upadłości firm. To o 44 mniej niż w pierwszych trzech miesiącach tego roku, kiedy było ich 119. W Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach liczba takich przypadków od 1 kwietnia do 30 czerwca br. wyniosła 44 (wcześniej – 58), a w Gliwicach – 16 (28). Z kolei w sądzie w Częstochowie odnotowano ich ostatnio 8 (16), a w Bielsku-Białej – 7 (17).

– Jest jeszcze za wcześnie, aby na naszym terenie obserwować drastyczny wzrost składanych wniosków o upadłość i restrukturyzację. W początkowym okresie lockdownu naturalnym zachowaniem przedsiębiorców było podjęcie próby ratowania się. Nikt nie wiedział, jak długo potrwa epidemia. Spodziewano się raczej, że obostrzenia będą dotyczyć krótkiego okresu – komentuje Marek Niczyporuk, radca prawny z bielskiej Kancelarii Ars AEQUI.

Natomiast Adrian Parol, doradca restrukturyzacyjny z Jaworzna, podkreśla, że śląskie firmy skorzystały ze środków finansowych w ramach programu rządowego. Został on wprowadzony na podstawie Ustawy o SIR w celu wsparcia mikrofirm oraz małych i średnich przedsiębiorstw, które ucierpiały na skutek pandemii. Zdaniem eksperta, to sprawiło, że w pierwszym półroczu nie nastąpił dynamiczny wzrost liczby wniosków o ogłoszenie upadłości. Dopiero w drugiej połowie br. będzie można zaobserwować znacznie więcej takich przypadków.

– Środki zastosowane w związku z obecnym kryzysem opóźnią pewne procesy. To dotyczy m.in. wniosków o upadłość firm. Tak dzieje się nie tylko w Polsce, ale też np. w Niemczech. Ostatnio przedstawiciel tamtejszego rządu powiedział, że jeśli chodzi o upadłości, to niestety najgorsze jest przed nimi. Mamy pełną świadomość tego, że w kraju będzie takich przypadków znacznie więcej niż rok czy 2 lata temu. To już zaczyna się dziać. Ale na ocenę wpływu koronawirusa na ww. proces trzeba będzie poczekać, co najmniej do listopada czy grudnia – stwierdza ekonomista Marek Zuber.

W pierwszej połowie br. do śląskich sądów złożono 194 wnioski o ogłoszenie upadłości. Natomiast w analogicznym okresie 2019 roku wpłynęło ich 197. Jedynie w Sądzie Rejonowym Katowice-Wschód w Katowicach więcej takich przypadków było ostatnio (102) niż wcześniej (93). Z kolei w Gliwicach odnotowano ich w analizowanych okresach tyle samo (po 44). Natomiast w sądzie w Bielsku-Białej mniej wniosków było w pierwszym półroczu br. (24) niż w tym samym okresie ub.r. (32). Podobnie sytuacja wyglądała w Częstochowie (odpowiednio 24 i 28).

– Można postawić tezę, że wielu lokalnych przedsiębiorców obecnie podejmuje działania mające na celu utrzymanie swojego biznesu. Odbywa się to poprzez drastyczną redukcję kosztów, w tym zwolnienia, korzystanie z programów pomocowych czy też uzyskanie kredytu kupieckiego. Ale część rządowej pomocy, jak dofinansowania z PFR, trzeba będzie oddać. Z kolei sektor bankowy bardziej restrykcyjnie patrzy na podmioty ubiegające się o kredyty. A kontrahenci nie są w stanie długo tolerować zaległości płatniczych – dodaje mec. Niczyporuk.

W drugim kwartale br. do śląskich sądów wpłynęło 21 wniosków o restrukturyzację. Tyle samo było ich w pierwszych trzech miesiącach tego roku. Do sądu w Katowicach dotarło ich ostatnio 6 (wcześniej 11), do Gliwic również 6 (5). Natomiast w Sądzie Rejonowym w Częstochowie liczba wniosków wyniosła 1 (1 poprzednio), a w Bielsku-Białej – 8 (4).

– Z wnioskami o restrukturyzację jest podobnie jak z tymi o upadłość, tj. pewne procesy nastąpią później. Wśród przedsiębiorców dostrzegam takie przekonanie, że mamy do czynienia z absolutnie nadzwyczajnym momentem, a więc i działania będą inne niż zawsze. Na pewno firmy otrzymały realne wsparcie odgórnymi decyzjami rządu i gmin. Wierzę, że może dojść do paradoksalnych sytuacji. Środki otrzymane w okresie kryzysu pomogą w restrukturyzacji przedsiębiorstw, co pozwoli uniknąć składania wniosków o upadłość – mówi Marek Zuber.

Z danych wynika, że 42 wnioski o restrukturyzację wpłynęły do sądów w ciągu pierwszej połowy br. To o 16 mniej niż w analogicznym okresie 2019 roku, kiedy było ich 58. Od stycznia do czerwca tego roku w Katowicach złożono ich 17 (wcześniej 26), a w Gliwicach – 11 (10). Z kolei w Sądzie Rejonowym w Bielsku-Białej odnotowano takich przypadków 12 (poprzednio 11), a w Częstochowie – 2 (11).

– Zmniejszona liczna wniosków nie jest zaskakująca. Sporo przedsiębiorców skorzystało z środków pomocowych w ramach tzw. tarcz antykryzysowych. Pozostała część wstrzymała się ze złożeniem wniosków o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Sytuacja epidemiczna w pierwszym półroczu uniemożliwiała podjęcie skutecznych tego typu działań. Wzrost liczby wniosków niestety będzie widoczny dopiero w trzecim i czwartym kwartale – wyjaśnia Adrian Parol.

Wpływ na decyzję ws. wnioskowania o upadłość lub restrukturyzację może mieć obszar rozliczeń podatkowych, o czym przekonuje mec. Niczyporuk. I wskazuje na opublikowane przez Ministerstwo Finansów dane dotyczące wykonania budżetu państwa. Wynika z nich, że w okresie od stycznia do maja br. odnotowano zdecydowanie mniejsze wpływy z podatków niż zakładano. Zdaniem eksperta, to rodzi ryzyko, że organy skarbowe będą chciały maksymalnie wypełnić powstałą lukę w ramach kontroli oraz postępowań podatkowych. Może zatem dojść do swoistego polowania na przedsiębiorców poprzez instrumentalne stosowanie przepisów i ich dowolną interpretację.

Jak inteligentna automatyzacja procesów wspiera biznes w nowych realiach?

wiatowy kryzys zdrowotny odcisnął swoje piętno na każdej sferze życia – także na biznesie. Usprawnienie operacji biznesowych przy wsparciu inteligentnych technologii stało się ważniejsze, niż kiedykolwiek wcześniej, ponieważ firmy wykorzystujące nowoczesne rozwiązania są znacznie bardziej odporne na wstrząsy. Co to oznacza? Jakie inteligentne rozwiązania wspierają biznes w nowej rzeczywistości?

– Cyfrowe wsparcie procesów biznesowych może pomóc firmom stać się mniej wrażliwymi na dynamiczną sytuację gospodarczą, a także jest dla nich nieocenionym wsparciem w nowej rzeczywistości. Przedsiębiorstwa zdają się doskonale o tym wiedzieć, bo szacuje się, że wartość globalnego rynku automatyzacji procesów (Intelligent Automation) do 2026 osiągnie wartość 6,81 mld USD – twierdzi dr Adam Bujak, wiceprezydent i globalny lider inteligentnej automatyzacji procesów w Capgemini.

W 2019 r. wartość rynku automatyzacji procesów zrobotyzowanych została wyceniona na 1,40 mld USD, zaś aktualnie wartość ta jest nawet o 70 proc. większa. Wszelkie prognozy oceniają, że segment ten będzie wykazywał roczną stopę wzrostu na poziomie ok. 40 proc. do 2027 r. Wiele czynników decyduje o tak szybko rosnącej popularności automatyzacji procesów biurowych, aczkolwiek globalny kryzys wywołany pandemią dla wielu przedsiębiorstw dał wyraźny znak, że swoje plany inwestycyjne w zakresie automatyzacji powinny realizować jak najszybciej.

Firma w obliczu kryzysu

Według dr Adama Bujaka, eksperta ds. inteligentnej automatyzacji, transformacji procesów biznesowych i zarządzania strategicznego, przedsiębiorstwa w związku z istniejącym wciąż kryzysem globalnym podejmują kroki na trzech etapach:

Pierwszym z nich jest wprowadzenie większej elastyczności pracy zdalnej oraz podjęcie działań w kierunku umożliwienia współpracy wirtualnej. Przedsiębiorcy na tym etapie stymulują poziom zaangażowania kadry i przywracają obsługę krytycznych funkcji biznesowych. Na tym etapie wdrażane są nowe narzędzia umożliwiające pracę zdalną oraz zintensyfikowanie wykorzystania możliwości usprawniających pracę na odległość. Jest to faza ograniczenia zakłóceń, którą skutecznie wprowadziła większość firm na świecie.

Drugim z etapów jest stabilizacja i powrót do codzienności biznesowej – na tym etapie konieczne jest dokładne zweryfikowanie, czy wdrożone narzędzia do pracy zdalnej są w stanie zapewnić satysfakcjonujące rozwiązania z punktu widzenia klientów. Firmy zmuszone są do obiektywnej oceny swoich możliwości oraz zaimplementowanych rozwiązań, by móc określić swoje słabe strony i opracować plan dalszej transformacji.

Faza trzecia to przekroczenie poziomu sprzed kryzysu w kontekście satysfakcji klientów oraz efektywności procesów biznesowych. Na tym etapie organizacje wdrażają najwydajniejszą kombinację pracowników wirtualnych z zasobami ludzkimi, stosując dostępne technologie robotyzacji procesów oraz sztucznej inteligencji.

Inteligentna automatyzacja wspiera biznes

Innowacyjne rozwiązania charakteryzują się tym, że wykorzystując mocne strony organizacji, zwiększają jeszcze bardziej jej wydajność, optymalizują szereg procesów i przejmują te działania, którymi mogą odciążyć pracowników. Warto tutaj podkreślić, że ich celem nie jest zastąpienie człowieka, a współpraca na linii pracownik – wirtualny asystent. Dzięki temu tworzą się wzajemnie napędzające się siły robocze – wirtualna i ludzka, co skutkuje hiperproduktywnością.

– W Capgemini nazywamy takie zjawisko pomnożonymi zasobami siły roboczej (digitally augmented workforce). Wzajemna współpraca ludzi i zautomatyzowanych rozwiązań błyskawicznie generuje dla klientów wartość dodaną. Dzięki wykorzystaniu inteligentnej automatyzacji procesów i zaawansowanych działań analitycznych powstaje zintegrowana inteligencja procesowa na najwyższym z dostępnych poziomów – mówi dr Adam Bujak, Capgemini.

Maszyny od wieków zwiększają produktywność i efektywność pracy człowieka. Dziś za pomocą cyfrowego przyspieszenia uzyskuje się znacznie lepsze efekty, przy okazji redefiniując wartość dodaną ludzkiej pracy. Poprzez odciążanie i przejęcie części powtarzalnych obowiązków przez wirtualnych pracowników, pozycja kadr ludzkich zostaje podniesiona z naciskiem na bardziej zaawansowane i kreatywne procesy, wymagające zaawansowanego poziomu intelektu. Zwiększenie zakresu wydajności przy jednoczesnej optymalizacji kosztów to idealna sytuacja dla biznesu w tak dynamicznie zmieniających się czasach, w których obecnie się znaleźliśmy.

Kryzys jako cenna lekcja

Firmy, które przejdą przez trzyetapowy proces transformacji, zdefiniowany powyżej przez dr Adama Bujaka, staną się skuteczniejsze, bardziej elastyczne i skoncentrowane na wartości dodanej dla klienta. W tym przypadku kryzys może być dla biznesu najcenniejszą lekcją, która podniesie możliwości, zoptymalizuje finanse i zapewni firmie stabilność w trudnych czasach.

Przedsiębiorstwa coraz chętniej sięgają po inteligentne rozwiązania, mając na uwadze przyszłe skalowanie biznesu, zwiększoną elastyczność i przyspieszenie procesów. Pracownicy nie muszą wykonywać już żmudnych, powtarzalnych i monotonnych zadań, ponieważ można je bez przeszkód zautomatyzować, natomiast kadra zajmuje się skuteczniej klientem, zwiększając konkurencyjność swojej organizacji. Taki porządek rzeczy pozwala każdej organizacji na efektywne funkcjonowanie nie tylko w nowej rzeczywistości wywołanej pandemią, ale otwiera się ją na przyszłość, adresując zmienne potrzeby rynku i nowe trendy w obszarze moderowania zasobami ludzkimi.

Letus Capital chce uzyskać amerykański patent na system zabezpieczeń ETOS

Letus Capital, spółka łącząca działalność z zakresu finansów i technologii, podpisała umowę z podmiotem, który będzie prowadził postępowanie patentowe dotyczące systemu zabezpieczeń ETOS w USA. Wcześniej spółka podpisała z wynalazcami systemu wyłączną umowę licencyjną na budowę prototypu, przeprowadzenie badań laboratoryjnych oraz komercjalizacje i sprzedaż urządzenia.

Letus prowadzi prace nad komercjalizację innowacyjnego systemu bezpieczeństwa ETOS. Spółka prowadzi prace nad opracowaniem prototypu urządzenia oraz jest w trakcie uzyskania ochrony patentowej na terenie Unii Europejskiej. Dzięki pozyskaniu amerykańskiego partnera, równolegle będą prowadzone prace w zakresie uzyskania ochrony patentowej w Stanach Zjednoczonych. Równolegle do postępowania patentowego Letus Capital będzie prowadził działania mające na celu pozyskanie kontrahenta na udzielenie licencji i sprzedaż urządzenia ETOS na terenie USA.

– Pomysł na autonomiczny wyłącznik bezpieczeństwa jest unikalny na skalę światową, widzimy  w nim duży potencjał komercyjny, dlatego też chcemy jak najszybciej uzyskać międzynarodową ochronę patentową. Celem naszego inkubatora innowacyjności jest wsparcie innowacyjnych projektów tak, by mogły wypłynąć na globalny rynek. – komentuje Tomasz Andrzejczak, prezes Letus Capital.

ETOS to system zabezpieczania urządzeń elektrycznych, prowadzący nasłuch dźwięków z otoczenia, odfiltrowując dźwięki o częstotliwości różnej od częstotliwości ludzkiego głosu. W przypadku wykrycia zgodności zarejestrowanego dźwięku z ludzkim krzykiem wywołanym bólem lub strachem, system odcina zasilanie od przypiętego do niego urządzenia. Jego zastosowanie znajdzie się przede wszystkim, przy liniach produkcyjnych, gdzie pracownik jest narażony na różne zagrożenia, ale także w urządzeniach domowych jak np. mikser. System przyśpiesza proces odcięcia zasilania, w rezultacie ograniczając ryzyko utraty zdrowia.

– ETOS to projekt, z którym wiążemy wielkie nadzieje. Intensyfikujemy nasze działania, aby szybciej przygotować jego prototyp, a następnie jego komercyjną wersję. Posiadamy wyłączną licencję od wynalazcy systemu, który możemy skomercjalizować przygotowując gotowe produkty lub udzielając licencji na wybrane rynku lub branże. – dodaje Tomasz Andrzejczak.

W lipcu Letus Capital podpisał wyłączną umowę licencyjną na korzystanie z patentu systemu zabezpieczeń urządzeń elektrycznych ETOS. Umożliwia ona spółce udzielanie licencji do zbudowania prototypu, przeprowadzenia badań laboratoryjnych, opracowania urządzenia, a następnie jego dalszej komercjalizacji oraz sprzedaży.

Przedsiębiorcy szukają oszczędności w zarządzaniu nieruchomościami

Coraz więcej firm szuka oszczędności w obszarze zarządzania nieruchomością. Znajduje je w połączeniu wielu serwisów w jedną kompleksową opiekę – modelu zintegrowanym. Kluczem do oszczędności jest zastępowalność, współpraca i koordynacja pracy różnych zespołów przez jedną osobę.

Do wielu przedsiębiorców przemawia zależność: w pakiecie taniej niż osobno. Ile zatem można zaoszczędzić przechodząc z sytemu rozwodnionego na zintegrowany? To oczywiście kwestia bardzo indywidualna. Zdarza się, że firmom udaje się uzyskać oszczędności mieszczące się w przedziale od kilku do kilkunastu procent. Korzyścią finansową może być także utrzymanie stałego kosztu zarządzania nieruchomością pomimo wzrostu płacy minimalnej oraz cen. Spokój właściciela nieruchomości oraz możliwość skupienia się na ważniejszych sprawach jest natomiast wartością niepoliczalną.

Wsparcie techniczne, ochrona i serwis sprzątający – to trzy podstawowe zakresy opieki nad nieruchomością. Zamawiane oddzielnie są często droższe, a na pewno powodują konieczność negocjowania, kontaktu i bieżącej współpracy z trzema odrębnymi firmami. Potrzeba wielu pracowników, co zwiększa koszty, a do tego często wywołuje problem z podziałem pracy i przerzucaniem odpowiedzialności. Mając świadomość mankamentów rozwodnionego modelu zarządzania obiektami, coraz więcej firm decyduje się na inne, bardziej efektywne i bardziej opłacalne rozwiązanie. Wiedząc, że lepiej w pakiecie niż osobno, wybierają zintegrowaną obsługę nieruchomości, przede wszystkim ze względu na jej opłacalność i wygodę we współpracy z dostawcą. – Model zintegrowany pozwala generować oszczędności w dwóch obszarach: operacyjnym i stricte finansowym – wymienia Robert Mazur, dyrektor handlowy Zintegrowanej Obsługi Nieruchomości w spółce Impel Synergies.

Zastępowalność i współpraca

Oszczędności operacyjne wynikają z możliwości wyręczania pracownika przypisanego do jednego serwisu przez osobę z innego zespołu. W sytuacjach awaryjnych to technik lub ochroniarz może wykonać prace porządkowe, gdy na terenie nieruchomości nie ma akurat zespołu sprzątającego, który w modelu zintegrowanym często jest grupą mobilną. Takie grupy pracują zgodnie z ustalonym harmonogramem. Integracja usług pozwala je zastąpić w przypadku zdarzenia losowego. Innym przykładem są obowiązki technika, który pewnych czynności – ze względu na przepisy BHP – nie może wykonywać w pojedynkę. – Asysta drugiego technika jest trudna do zorganizowania i droga, ale w ZON może go zastąpić ochroniarz, wtedy drugi technik przyjeżdżać nie musi, dzięki czemu oszczędzamy. Działa to też w drugą stronę: po odpowiednim szkoleniu technik może zastąpić w dyżurce ochroniarza, gdy ten wychodzi do alarmu – tłumaczy ekspert.

Zastępowalność to jedna korzyść, drugą jest współpraca. W aspekcie współpracy także nietrudno o często występujący przykład – remont. Jeżeli prace są nieco bardziej wymagające, konieczne jest zabezpieczenie terenu, zaangażowanie podwykonawców i dodatkowych grup sprzątających. Aby wjechać na teren nieruchomości, muszą się zapowiedzieć i przejść weryfikację. Do kontroli niezbędna jest współpraca kilku zespołów pracujących na obiekcie. Pracę wszystkich należy zorganizować i skoordynować. – W przypadku zamawiania usług osobno, to zadanie leży po stornie właściciela lub zarządcy nieruchomości. Jeżeli korzystamy z ZON, to zajmuje się tym jedna, specjalnie powołana do tego celu osoba – wyjaśnia Robert Mazur. – Jeśli nieruchomością opiekuje się Menadżer ZON, właściciel obiektu może po prostu ocenić efekt koordynacji różnych zadań, a nie martwić się sposobem jej przeprowadzenia – dodaje.

Trzecią korzyścią jest lepsze zapewnianie bezpieczeństwa funkcjonowania obiektu i jego użytkowników, co ma kluczowe znaczenie w obliczu sytuacji nieprzewidzianych (np. pandemii). Współpraca służb umożliwia dokładniejsze sprzątanie, dodatkowe odkażanie, skrupulatniejszą weryfikację gości, częstsze przeglądy i dezynfekcje instalacji itp. W ZON wchodzą bowiem, oprócz podstawowych, dodatkowe usługi specjalistyczne, które można włączać w zależności od potrzeb.

Korzystniej w zestawie

Opieka Menedżera ZON niesie ze sobą wymierną korzyść w drugim obszarze – oszczędności stricte finansowych. Mając go na obiekcie, zbędnym staje się zatrudnianie kilku managerów do poszczególnych serwisów. To samo dotyczy oszczędności na etatach ochroniarzy, techników i osób sprzątających. Model rozproszony potrzebuje ich więcej, natomiast zintegrowany – mniej. Podobny efekt uzyskuje się, gdy zespół zajmujący się sprzątaniem, serwisem technicznym, utrzymaniem terenów zielonych, a nawet ochroną jest grupą nie stałą, a mobilną. – Usługi świadczone przez grupy mobilne są tańsze, ponieważ jedna ekipa może obsługiwać kilka obiektów – zapewnia Robert Mazur. – Grupa mobilna ma jednak sens tylko wtedy, gdy pod jej nieobecność można ją zastąpić w nagłych przypadkach. I to jest właśnie kwintesencja zintegrowanej obsługi nieruchomości – podsumowuje.

Ubezpieczenia zdrowotne po II kw. 2020 r.

W I półroczu 2020 r. przeznaczyliśmy prawie pół miliarda złotych na ubezpieczenia zdrowotne – wynika z danych Polskiej Izby Ubezpieczeń. Takie polisy ma już ponad 3 mln Polaków, o 13,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Pomimo kryzysu, ubezpieczenia zdrowotne zyskały na znaczeniu. Ubezpieczyciele szybko dopasowali ofertę do potrzeb klientów, m.in. poprzez telemedycynę.

Pomimo kryzysu, Polacy nie zrezygnowali z ubezpieczeń zdrowotnych. Zainteresowanie tymi polisami wzrosło, zwłaszcza w początkowym okresie lockdownu, ponieważ ludzie przykładali większą wagę do swojego stanu zdrowia. Trend ten zaobserwowaliśmy zarówno w ubezpieczeniach indywidualnych, jak i grupowych. Podczas pandemii wzrosło znaczenie polisy zdrowotnej również jako benefitu pracowniczego. Wielu pracodawców zdecydowało się na jej zakup dla pracowników – mówi Dorota M. Fal, doradca zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Inwestycja w zdrowie

Główną zaletą ubezpieczenia zdrowotnego jest dostęp do wysokiej jakości, specjalistycznej opieki bez konieczności długiego oczekiwania na wizytę. Zaraz po wybuchu pandemii, ubezpieczyciele dostosowali ofertę do nowych warunków, m.in. sprawnie przeszli na obsługę online i rozszerzyli zakres usług telemedycznych. Część firm zaoferowała też pomoc psychologiczną osobom, które miały kłopot w odnalezieniu się w nowej sytuacji.

– Możliwość zarażenia się i lęk przed koronawirusem spowodował nagły wzrost zapotrzebowania na usługi telemedyczne. W początkowej fazie pandemii ok. 80-90 proc. konsultacji z lekarzami odbywało się zdalnie. Obecnie obserwujemy powrót do wizyt stacjonarnych, ale telemedycyna nadal cieszy się większą popularnością i zaufaniem niż przed wybuchem epidemii. Tego typu usługi będą się rozwijać – podkreśla Dorota M. Fal. – Obserwujemy także niekorzystny trend. Mnóstwo osób zrezygnowało z badań profilaktycznych i nadal odkłada je na później. W efekcie maleje szansa na wczesne zdiagnozowanie potencjalnej poważnej choroby – dodaje Dorota M. Fal.

Ubezpieczenie zdrowotne pozwala też efektywnie zarządzać wydatkami na opiekę medyczną. Jest to szczególnie ważne teraz, kiedy świadczenia zdrowotne drożeją z powodu inflacji. – Finansowanie opieki zdrowotnej z własnej kieszeni, bez ubezpieczenia, będzie jeszcze mniej opłacalne – podsumowuje Dorota M. Fal.

Żaden trend nie przebiega w prostej linii

Nie hamuje korekta wakacyjnej słabości dolara, na czym cierpią zarówno waluty G10, jak i rynków wschodzących. Trwa debata, na ile mamy do czynienia z efektem kuli śnieżnej pozycji krótkich w dolarze, a na ile jest to cos większego. Komentarze z EBC podsycają zamieszanie. Niezależnie od sytuacji na FX rynek akcji kontynuuje rajd.

Zerwanie korelacji słabości USD z siłą rynku akcji sugeruje, że w ostatnich 48 godzinach nie mamy do czynienia z klasycznym załamaniem apetytu na ryzyko i wzrostem zainteresowania bezpiecznymi przystaniami. Tak samo należy też podchodzić do spadku cen surowców… wyrażonych w dolarze. Czy wrzesień jest już tym momentem, by kwestionować skalę przeceny dolara? Wygląda na to, że póki sierpień był pozbawiony świeżych impulsów, wygodnym było podtrzymanie dotychczasowego schematu „USD jest zły”. Jednak wraz z (teoretycznym) powrotem normalnej płynności można już dyskontować potencjalne czynniki ryzyka czyhające w kolejnych tygodniach. Czynniki, które tak łatwo były bagatelizowane w poprzednim miesiącu, a które pojawiały się w komentarzach (także i moim) głównie z braku innych tematów do poruszania. Wyliczałem te ryzyka, ale też wymieniałem powody, dla których były one (słusznie) bagatelizowane. Jeśli nagle teraz mają one (wybory w USA, siła ożywienia USA, brexit) być warte dyskontowania, to co to mówi o efektywności informacyjnej rynków? I jak to odnieść do założeń polityki Fed, która dzięki zmianom w strategii pozostanie bardzo gołębia i będzie ciążyć na USD w długim terminie?

Kiedy brak jasnych odpowiedzi i zaczynają piętrzyć się wątpliwości, łatwiej jest podciągnąć nowe fakty pod stare ruchy. Korekta USD trwa od poniedziałku (pod pretekstem lepszego od oczekiwań odczytu ISM dla przemysłu), a dziś rano nową presję na spadek EUR/USD przysparza raport Financial Times, według którego wzrost euro grozi zahamowaniem ożywienia gospodarczego w strefie euro i prawdopodobnie będzie wymagał od EBC dalszego obniżenia prognoz inflacji. Nie jest tajemnicą, że kurs EUR ma duże znaczenie gospodarcze – handel zagraniczny (jako suma eksportu i importu dóbr i usług) generuje prawie 90 proc. PKB strefy euro. Rajd EUR/USD o 11 proc. od maja (choć tylko ok. 6 proc. od początku roku) i skok nominalnego kursu efektywnego do poziomów niewidzianych od 2009 r. nie mogły ujść uwadze decydentów z EBC. Werbalne interwencje to najtańsza forma obrony przed aprecjacją waluty, ale kryzys COVID-19 i starania wsparcia ożywienia mogą być dobrą przykrywką dla działań na rzecz osłabienia waluty poprzez zwiększanie ekspansji monetarnej. EBC ma narzędzia i choć może nie być w stanie przebić deklaracji Fed o nielimitowanym skupie aktywów, tak w temacie głębokości cięć stóp procentowych to EBC wykazuje większą śmiałość (stopa depozytowa -0,50 proc.). Pytanie tylko, czy determinacja władz EBC będzie na tyle silna, szczególnie biorąc pod uwagę opory niektórych członków Rady Zarządzającej do przesadnego luzowania polityki. Sądzę, że aktualnie bilans czynników dalej przemawia za wyższym poziomem EUR/USD, ale najpierw kula śnieżna domykanych krótkich pozycji w USD musi wytracić pęd. Żaden trend nie przebiega w prostej linii.

Wystrzał EUR/PLN do 4,42 jest idealnym potwierdzeniem często powtarzanej przeze mnie tezy, że dla złotego liczy się tylko kierunek, jaki obiera EUR/USD (jak się kształtuje pozycja dolara). Inwestorzy spłycili analizę warunków dla walut rynków wschodzących i o ile nie ma dodatkowych czynników (jak np. potencjalne sankcje na Rosję), dominował prosty handel zbieżny z wahaniami risk-on/risk-off. Przetasowania w pozycjonowaniu inwestorów krótkoterminowych stanowią ryzyko mocniejszego odejścia EUR/PLN od 4,40, ale wzrosty zostaną zatrzymane, jak tylko zakończy się korekta na EUR/USD. Głębsza analiza przyczyn jest bezcelowa.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nieprzestrzeganie zapisów umownych a opodatkowanie VAT

Opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług podlega między innymi odpłatna dostawa towarów i świadczenie usług. Zatem co do zasady powinna występować ekwiwalentność świadczeń. W związku z takim podejściem zasadniczo roszczenia o charakterze odszkodowawczym zostały wyłączone z przepisów ustawy o VAT, ponieważ w takich przypadkach brak jest ekwiwalentności – wypłata roszczenia odszkodowawczego następuje w związku z realizacją określonego zdarzenia. Jednakże jak pokazuje praktyka sądownicza, powyższa tematyka nie zawsze jest jednoznaczna. Ewentualne nieprawidłowości w tym zakresie generują duże ryzyko podatkowe dla obu stron transakcji. Problematyka opodatkowania roszczeń o charakterze podobnym do roszczeń odszkodowawczych budzi wątpliwości nie tylko w Polsce, czego efektem jest sprawa, która zawisła przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej – Vodafone Portugal – Comunicações Pessoais SA; sprawa C‑43/19.

Stan faktyczny sprawy

Przedmiotem działalności spółki Vodafone jest świadczenie usług łączności elektronicznej, telefonii stacjonarnej i bezprzewodowego dostępu do internetu. Spółka w ramach swojej działalności zawiera umowy, z których niektóre obejmują specjalne promocje, tj. udzielenie specjalnych warunków przez określony minimalny okres. W zamian klienci zobowiązują się do korzystania z towarów i usług dostarczonych przez spółkę w tym okresie za tę cenę. Niedotrzymanie przez klientów okresu związania umową z przyczyn leżących po ich stronie powoduje konieczność zapłaty kwoty przewidzianej w umowie. Kwoty te mają charakter prewencyjny/odstraszający i obliczane są w sposób proporcjonalny do okresu trwania umowy.

Istota sporu

Główną osią sporu zakończoną pytaniem wstępnym do TSUE była konieczność ustalenia, czy kwoty będące przedmiotem postępowania głównego stanowią wynagrodzenie za odpłatne świadczenie usług podlegające podatkowi od towarów i usług. Innymi słowy, pytanie dotyczyło tego, czy kwoty otrzymane przez podmiot gospodarczy w przypadku wcześniejszego rozwiązania umowy z przyczyn leżących po stronie klienta należy uznać za wynagrodzenie za odpłatne świadczenie usług w rozumieniu przepisu art. 2 ust. 1 lit. c) oraz art. 9, 24, 72 i 73 Dyrektywy VAT. Pytanie to dotyczy także tematyki zwrotu ulg uzyskanych w związku z zawarciem umowy na preferencyjnych warunkach.

Stanowisko TSUE

TSUE w wyroku z dnia 11 czerwca 2020 r. w sprawie C‑43/19 zwrócił uwagę, że kwoty będące przedmiotem postępowania głównego są obliczane według wzoru określonego w umowie, z zachowaniem określonych warunków. W związku z tym kwoty te nie odzwierciedlają automatycznie ani całkowitej wartości rat pozostających do spłaty na dzień rozwiązania umowy, ani kwot, które usługodawca otrzymałby do końca pierwotnego okresu. Dodatkowo wynikają one z ustawowych zapisów o konieczności zwrotu uzyskanych preferencji w odpowiedniej proporcji.

TSUE wskazał, że w tym przypadku mamy do czynienia z dwoma świadczeniami. Z jednej strony Vodafone zobowiązała się do świadczenia na rzecz swoich klientów usług uzgodnionych w zawartych z nimi umowach i na korzystnych warunkach określonych w tych umowach. Z drugiej strony klienci zobowiązują się do płacenia miesięcznych rat przewidzianych w umowach oraz w razie potrzeby innych kwot należnych, w tym w szczególności w przypadku, gdy umowy zostały rozwiązane przed końcem okresu z winy klientów do zwrotu udzielonych ulg. W przypadku przedterminowego rozwiązania umowy TSUE uznał kwoty zwrócone przez klientów za część kosztu usługi, którą usługodawca zobowiązał się świadczyć swoim klientom. W tych okolicznościach celem obciążenia klientów tymi kwotami było analogicznie do miesięcznych rat umożliwienie korzystania z warunków handlowych wynikających z umowy w określonym czasie. TSUE zwrócił uwagę na ekwiwalentność świadczenia oraz integralność wynagrodzenia za wcześniejsze rozwiązanie umowy z wynagrodzeniem określonym w umowie, które klient zobowiązał się płacić. Tym samym TSUE potwierdził, że wynagrodzenie za wcześniejsze rozwiązanie umowy podlegać będzie opodatkowaniu VAT tak jak usługa pierwotnie świadczona.

Komentarz

Sprawa rozstrzygnięta przez TSUE może mieć znaczący wpływ na stanowisko fiskusa w kontekście tzw. ulg w telekomunikacji. Organy podatkowe w interpretacjach potwierdzały, że roszczenie o zwrot wypłaconych ulg w związku z przedterminowym rozwiązaniem umowy jest czynnością znajdującą się poza VAT (por. interpretacja indywidualna z dnia 27 września 2019 r. nr 0111-KDIB3-2.4012.547.2019.1.AZ). W ocenie TSUE takie roszczenia o zwrot ulgi powinny być opodatkowane VAT. Dlatego podatnicy, którzy zawierają umowy przewidujące, że w razie ich rozwiązania klient będzie musiał zwrócić kwoty stanowiące równowartość udzielonych ulg czy benefitów, powinni dokładnie je przeanalizować i zabezpieczyć np. poprzez wystąpienie z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Anna Dużyńska na czele Equilis Poland

W lipcu 2020 Equilis wzmocnił swoje struktury w Polsce. Kierunek rozwoju belgijskiej spółki nad Wisłą to przede wszystkim dalsza realizacja innowacyjnych, wysoce estetycznych projektów, zgodnych z ideą zrównoważonego budownictwa. W portfolio Equilis znajdują się zarówno inwestycje mieszkaniowe, jak i obiekty biurowe i handlowe.

Polska nowym kierunkiem rozwoju

Swoje biuro w Polsce Equilis otworzył w roku 2016. Po czterech latach działalności w naszym kraju ten belgijski deweloper, który realizuje obiekty handlowe oraz projekty mieszkaniowe i biurowe w całej Europie, potwierdza swoją pozycję na rynku i wzmacnia swoje lokalne struktury. Zarządzanie ich funkcjonowaniem powierzono Annie Dużyńskiej.

Z wielką przyjemnością witamy Annę w naszym zespole. Jej 20-letnie doświadczenie w doradztwie transakcyjnym i zarządzaniu rozwojem projektów na rynku nieruchomości, zdobyte dzięki pełnieniu kluczowych funkcji w Polskim Holdingu Nieruchomości, Capital Park czy Polnord, będzie nieocenione dla dalszego rozwoju naszego portfolio i portfela operacji w Polsce. – mówi Olivier Beguin, CEO Equilis Europe.

Anna Dużyńska, nowo powołana CEO Equilis Poland, ma jasną wizję rozwoju marki na rodzimym rynku: Chcemy skoncentrować się przede wszystkim na wzmocnieniu oferty mieszkaniowej segmentu, w którym z powodzeniem funkcjonujemy w kilku europejskich krajach. Misja Equilis to budowanie nie tylko obiektów, ale przede wszystkim miejsc i ich historii. Kształtowanie przestrzeni do życia i przeżywania. Odbiorca na polskim rynku pierwotnym jest coraz bardziej świadomy i jego wybór przyszłego lokum jest podyktowany aspektami, które dla Equilis są kluczowe: innowacyjnością projektu, jego spójnością z otoczeniem, zastosowaniem rozwiązań proekologicznych, elementów budownictwa pasywnego. Konkurencja jest spora, ale z radością podejmuję wyzwanie umocnienia na polskim rynku spółki o bogatym doświadczeniu na zachodzie Europy.

Odpowiedzialne projektowanie

Firma Equilis powstała w 2006 roku w Belgii, a jej założycielem jest Carl Mestdagh. Obecnie deweloper prowadzi działalność w kilku europejskich krajach, posiadając swoje biura w Belgii, Hiszpanii, Niemczech, Holandii, we Francji oraz w Polsce. „Inspirujemy się tymi, którzy zamieszkują nasze obiekty. Dlatego ogromną wagę przykładamy do poszanowania odnawialnych źródeł energii i jesteśmy świadomi wpływu, jakie nasze projekty mają na środowisko od gospodarki zasobami wodnymi, przez nadanie nowego kształtu terenom poprzemysłowym, aż po wpływ na lokalną gospodarkę i społeczności. Działamy zawsze z poszanowaniem lokalnej specyfiki, ale w oparciu o europejskie standardy. Poza ekologią, filarem działalności Equilis jest także zapewnienie wysokiego poziomu estetycznego projektów. Bierzemy pełną odpowiedzialność za to, by nasze inwestycje harmonijnie komponowały się z otoczeniem, mając na uwadze nie tylko względy urbanistyczne, ale i kontekst kulturowy.” – możemy przeczytać w manifeście dewelopera.

Wraz z rozwojem swoich struktur i operacji w regionalnych biurach na Starym Kontynencie, Equilis chce kontynuować swoją misję i zaznaczać realny wkład w rozwój zrównoważonego budownictwa w Europie. – mówi Carl Mestdagh, Prezes Zarządu i założyciel firmy. Cieszy nas możliwość realizacji naszej wizji i rozwoju projektów na polskim rynku. W Equilis wierzymy, że tworząc przestrzenie i budynki, budujemy czyjeś poczucie bezpieczeństwa i spełnienia. Chcemy, by nasze inwestycje były komfortowe nie tylko dla tych, którzy w nich zamieszkają.

Dolar ma moc

Niektórzy wieszczyli, że wspólna waluta jeszcze jakiś czas będzie miała nieposkromiony apetyt, co pozwoliłoby EUR/USD dojść nawet do 1,25 $. Jak się jednak okazało poziom 1,20 $ był punktem zwrotnym, a nowy miesiąc przyniósł zmianę trendu i deprecjację euro.

Kurs EUR/USD

Sama końcówka sierpnia niewątpliwie należała do wspólnej waluty, ale tak jak szybko kurs EUR/USD dotarł do poziomów widzianych ostatnio ponad 2 lata temu, tak samo błyskawicznie oddał praktycznie cały ten ruch. W ten sposób dziś rano dotarliśmy do 1,18 $, co jak na razie okazało się wystarczającym wsparciem dla euro. Jednak nie możemy wykluczyć kolejnych ataków na ten poziom w trakcie dzisiejszej sesji. Mimo wszystko nie powinniśmy jeszcze obwieszczać stałej zmiany trendu na głównej parze walutowej świata, ponieważ przyczyny aprecjacji dolara trudno określić jako fundamentalne. W komentarzach wylicza się m.in. realizację zysków przez inwestorów po dotarciu do 1,20 $, wypowiedź głównego ekonomisty EBC Philipa R. Lane’a, który zasygnalizował, że EBC będzie się starało zapobiegać zbyt silnemu euro, czy wreszcie lepsze od europejskich odczyty makro zza oceanu. W tym kontekście ciekawie zapowiada się posiedzenie europejskiej władzy monetarnej w przyszłym tygodniu, na którym może nie zapadną żadne twarde decyzje, ale warto będzie posłuchać przekazu, który zaprezentuje prezes Christine Lagarde.

Euro w odwrocie

Wspólnej walucie specjalnie nie pomagają dzisiejsze odczyty PMI ze Starego Kontynentu, które krótko można określić jako mieszane. Zarówno Hiszpania, jak i Włochy nie dość, że wykazały wyniki poniżej oczekiwań, to też znalazły się one zdecydowanie poniżej granicy 50 pkt, która oddziela rozwój od recesji. Za to powyżej tego pułapu, ale minimalnie gorzej od konsensusu rynkowego wypadła Francja. Nie najlepsze wrażenie zacierają przyzwoite wskaźniki dla Niemiec i całej strefy euro, które przebiły prognozy i znajdują się na ścieżce wzrostowej. Chociaż gorzej od oczekiwań, to wciąż bardzo dobrze w tym zestawieniu wypada Wielka Brytania, której rezultaty w dalszym ciągu znajdują się lekko poniżej 60 pkt. Niestety słabo wygląda europejska sprzedaż detaliczna za lipiec, która w ujęciu miesięcznym spadła o 1,3%, a w ujęciu rocznym wzrosła jedynie o 0,4%. Dodatkowo są to wyniki o wiele słabsze od prognozowanych.

Ropa w dół

Po pięciu wzrostowych miesiącach na cenie ropy wrzesień otwieramy spadkami. Trendu nie zatrzymały zaskakujące dane o wyraźnie zmniejszonych zapasach ropy w USA (ponad 9 mln baryłek mniej przy oczekiwanych niecałych 2 mln). Dziś po godz. 11 dwa główne indeksy czarnego złota zniżkują już o ponad 1,5%, co sprawia, że ropa WTI (USA) jest już poniżej 41 USD za baryłkę, a ropa Brent (Londyn) poniżej 44 USD.

Adam Fuchs, analityk walutowy InternetowyKantor.pl

Część inwestycji hotelowych z powodu pandemii została wstrzymana. Inwestorzy są zainteresowani, ale wyzwaniem może być otrzymanie finansowania

Zakaz podróżowania zmniejszył popyt na usługi hotelowe i sprawił, że część inwestycji w ten rynek została odwołana lub się opóźni. Tym bardziej że banki niechętnie finansują dzisiaj projekty hotelowe. Jednak w Polsce wciąż mamy niedobór hoteli, więc powstawanie nowych obiektów nadal ma sens. Inwestorzy chcą angażować się w ten rynek, pomimo że koronawirus wielu z nich pomieszał szyki.

Na rynku hotelowym wciąż jest chęć do inwestowania. Nie widzimy dużej różnicy w liczbie inwestycji, chociaż na pewno wiele procesów się wydłuży. Transakcje, które miały się zamknąć w tym roku, mogą się opóźnić o kilka miesięcy – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Szymczyk, zastępca dyrektora Investment & Hospitality w Walter Herz.

Ponadto ze względu na brak możliwości podróżowania została wstrzymana część rozmów odnośnie do zakupu gruntów czy nieruchomości pod nowe obiekty. Ekspert Walter Herz podkreśla, że realizacja części projektów planowanych na najbliższe lata zostanie odłożona w czasie albo nigdy już nie powstanie. Tym bardziej że finansowanie bankowe tego segmentu zostało wstrzymane w pewnych przypadkach. Z raportu NBP na temat sytuacji na rynku kredytowym wynika, że w drugim kwartale tego roku zdecydowana większość banków zaostrzyła – często znacząco – kryteria polityki kredytowej oraz gros warunków udzielania kredytów, przy czym najczęściej podniosła marżę kredytową i wymagane zabezpieczenia. O kredyt trudno przede wszystkim firmom, które działają w branżach szczególnie poszkodowanych przez COVID-19. Nie jest to jednak niemożliwe, co potwierdzają przypadki otrzymania finansowania w tym czasie.

– W Polsce wciąż jeszcze mamy niedosyt hoteli w odpowiednim standardzie, a nie ich nadmiar – mówi Andrzej Szymczyk.

Część istniejących obiektów będzie miała trudności z utrzymaniem się na rynku. Kłopoty mogą mieć te lokalne rynki, które w ostatnich latach rosły w najszybszym tempie, jak Trójmiasto czy Warszawa. Raport Walter Herz na temat polskiego rynku hotelowego w 2019 roku pokazuje, że od 2012 roku liczba skategoryzowanych obiektów hotelowych w Polsce wzrosła o ponad  30 proc. W lipcu minionego roku w kraju było 2635 hoteli. Dominowały wśród nich obiekty z trzema gwiazdkami, które stanowiły prawie połowę placówek. Hotele czterogwiazdkowe, których w połowie ubiegłego roku mieliśmy w kraju 418, to kategoria, która w ostatnich latach odnotowała największy wzrost i w największym stopniu wzbogaciła ofertę rynkową. Od 2012 roku ich liczba wzrosła w Polsce niemal dwukrotnie. Obiektów w najwyższej kategorii pięciu gwiazdek mamy natomiast w kraju wciąż niezbyt dużo, bo tylko 76.

Co prawda Warszawa zbliża się do stanu, w którym poziom nasycenia hotelami osiągnie optimum, wciąż są jednak miejsca w Polsce, gdzie brakuje obiektów np. trzygwiazdkowych o prostej strukturze wykorzystywanych szeroko przez klientów biznesowych.

Mamy też obszary niedoceniane, jak Warmia i Mazury, gdzie brakuje ciekawego obiektu wypoczynkowo-konferencyjnego. Z kolei w Krakowie jest dość duży popyt na hotele, ale brakuje odpowiednich nieruchomości. Jak tylko wrócą zagraniczni klienci, to inwestycje tam będą nadal miały sens – mówi ekspert Walter Herz.

Jego zdaniem największą uwagą inwestorów, zwłaszcza zagranicznych, nadal będzie się cieszyło inwestowanie w hotele w dużych miastach.

Warto jednak przyglądać się każdej lokalizacji pod kątem tego, jak potencjalny rozwój pandemii może wpłynąć na popyt w danym miejscu. Nie mówimy nawet o mieście czy regionie, ale o konkretnym miejscu – mówi Andrzej Szymczyk. – Trzeba się zastanowić, skąd można wytworzyć popyt i czy jest szansa na przestawienie się na inny segment gościa w razie realizacji czarnego scenariusza.

Przekop Mierzei Wiślanej idzie zgodnie z planem. Projekt ma pobudzić gospodarczo i turystycznie cały region

– Po uruchomieniu nowego kanału żeglugowego i otwarciu Zalewu Wiślanego na Morze Bałtyckie spodziewamy się większej liczby turystów – mówi Katarzyna Krzywda z Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. Przekop Mierzei Wiślanej ma także pozytywnie wpłynąć na rozwój gospodarczy całego regionu. Pojawiają się inwestorzy chętni do budowy terminali w elbląskim porcie.

– Projekt jest procedowany przez inwestora, czyli przez dyrektora Urzędu Morskiego w Gdyni, zgodnie z harmonogramem. W tej chwili trwa budowa portu zewnętrznego, wbijanie ścianek szczelnych i obudowa wyspy, tak że prace postępują bardzo dynamicznie i mamy nadzieję, że zostaną zakończone zgodnie z harmonogramem – mówi agencji Newseria Biznes Katarzyna Krzywda, dyrektor Departamentu Gospodarki Morskiej w Ministerstwie Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Jak wynika z ostatnich informacji generalnego wykonawcy – polsko-belgijskiego konsorcjum NDI/Besix – podawanych przez resort gospodarki morskiej, teraz trwa budowa portu osłonowego (falochron wschodni i zachodni, na którym wykonano już 65 proc. prac). W najbliższych planach jest rozpoczęcie głównych robót czerpalnych, które pozwolą na przyjęcie statków ze Skandynawii z kamieniem hydrotechnicznym. Zostanie on wykorzystany do budowy narzutów na falochronie wschodnim i zachodnim. Poza tym realizowane są dostawy kamienia z polskich kopalń na południu kraju, a na terenie budowy stanął węzeł betoniarski, aby zmniejszyć ciężki transport betonu na lokalnych drogach.

Prace przy kanale żeglugowym toczą się zgodnie z harmonogramem. W części północnej i południowej wykonywane są roboty ziemne i pogrążane są kolejne ścianki, a w miejscu wykonywanej śluzy powstaje szczelna przesłona, która ma wzmocnić podłoże gruntowe. Trwa również budowa dwóch mostów obrotowych, które umożliwią ciągłe utrzymanie ruchu samochodowego w rejonie kanału. W połowie przyszłego roku, przed rozpoczęciem sezonu turystycznego, mostem południowym przejadą pierwsze samochody.

Przekop Mierzei Wiślanej jest realizowany przede wszystkim ze względu na nadrzędny interes publiczny, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa publicznego państwa. Oczywiście spodziewamy się również pozytywnych skutków ekonomicznych: większej liczby przeładunków w Porcie Elbląg, co przyczyni się do rozwoju gospodarczego całego regionu. Już dziś pojawiają się zagraniczni inwestorzy, którzy są zainteresowani budową terminali w tym porcie, aby stąd prowadzić transport towarów – podkreśla Katarzyna Krzywda.

Jak podkreśla, z pewnością nastąpi także rozwój turystyki w regionie. Większy ruch turystyczny to szansa dla małych portów jachtowych, które zostały wybudowane w obszarze Zalewu Wiślanego i nie są obecnie wykorzystywane, bo żegluga jest ograniczona i obecnie może się odbywać tylko między portami polskimi.

Po uruchomieniu nowego kanału żeglugowego i otwarciu Zalewu Wiślanego na Morze Bałtyckie spodziewamy się większej liczby turystów. Gminy nadzalewowe, zwłaszcza gminy zlokalizowane na Mierzei Wiślanej, obawiały się o ruch turystyczny po rozpoczęciu budowy, ale okazało się, że inwestycja przyciąga ogromną liczbę turystów, którzy przyjeżdżają zobaczyć ten teren i już obiecują, że powrócą po zakończeniu prac – zauważa Katarzyna Krzywda.

Przekop Mierzei Wiślanej to strategiczna inwestycja finansowana z budżetu państwa. Inwestorem jest Urząd Morski w Gdyni, a projekt nadzoruje Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej.

Ministerstwo wspiera zarząd Portu w Elblągu. Zgodnie z ustawą o portach i przystaniach morskich sam zarząd portu ma możliwość pozyskania środków, chociażby unijnych, na jego rozbudowę. Z budżetu państwa budowana jest droga wodna i myślę, że również w ramach Krajowego Planu Odbudowy, który jest formułowany, zarząd portu i miasto będą w stanie pozyskać środki do jego rozbudowy – mówi Katarzyna Krzywda.

Na obecnym etapie inwestycja obejmuje budowę portu osłonowego od strony Zatoki Gdańskiej oraz kanału żeglugowego ze śluzą i konstrukcją zamknięć wraz ze stanowiskami oczekiwania od strony Zatoki Gdańskiej i Zalewu Wiślanego. W ramach projektu powstanie także nowy układ drogowy z obrotowymi mostami o konstrukcji stalowej, które umożliwią przejazd nad kanałem przed śluzą i za śluzą, oraz sztuczna wyspa na Zalewie Wiślanym. Nowy kanał żeglugowy, który połączy Zalew Wiślany i Zatokę Gdańską, będzie miał ok. 1 km długości i 5 m głębokości. Całkowita długość nowej drogi wodnej to prawie 23 km.

Jeszcze we wrześniu ma ruszyć internetowe głosowanie w ramach konkursu na nazwę dla nowej wyspy, która zostanie usypana na Zalewie Wiślanym podczas budowy kanału. Propozycje można było przesyłać na adres Ministerstwa Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej do 31 sierpnia. We wrześniu komisja konkursowa wybierze najciekawsze i najczęściej powtarzające się propozycje. Drugi etap – ogólnopolskie internetowe głosowanie –  zaplanowany jest na wrzesień.

Miesięczne dane z gospodarki wskazują na poprawę jej kondycji w III kwartale. W centrum uwagi rządu powinien się znaleźć rynek pracy

Z danych GUS wynika, że w II kwartale polska gospodarka skurczyła się rok do roku o 8,2 proc. Zdaniem głównego ekonomisty Banku Pekao SA Ernesta Pytlarczyka miesięczne dane, które spływają z gospodarki, świadczą o tym, że między lipcem a wrześniem spadek w ujęciu rocznym będzie o ponad połowę niższy, choć należy się spodziewać, że dalsze ożywienie będzie mniej dynamiczne niż zaraz po lockdownie. Rozczarowujący okazał się odczyt wskaźnika PMI, niższy niż w sierpniu i sporo niższy od oczekiwań, choć wciąż wskazujący na rozwój sektora. Według ekonomisty priorytetem dla rządu powinna być troska o rynek pracy nawet w przypadku drugiej fali zakażeń.

– Widzimy po danych miesięcznych, że w III kwartale będzie istotna poprawa. Roczny wskaźnik PKB mógł spaść o jakieś 4–3,5 proc., więc jest to wyraźna poprawa nawet w ujęciu kwartalnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Ernest Pytlarczyk. – Po zniesieniu lockdownu gospodarka bardzo szybko powracała do wzrostu, mieliśmy zakupy związane z odłożonym popytem, to zostało już zaspokojone i prawdopodobnie czeka nas okres nieco mniej dynamicznego wzrostu.

W II kwartale 2020 roku polska gospodarka po raz pierwszy w historii wolnego rynku odnotowała spadek. GUS podał, że produkt krajowy brutto zmniejszył się rok do roku o 8,2 proc. i choć była to liczba znana już od dwóch tygodni, wielu ekonomistów liczyło na płytszą regresję. W dodatku opublikowany 1 września wskaźnik PMI, obrazujący nastroje menedżerów zajmujących się zakupami, czyli mających wiedzę o skali przyszłej produkcji, ukształtował się na poziomie 50,6, podczas gdy spodziewano się wzrostu z 52,8 w sierpniu do 52,9.

Moim zdaniem bieżąca zdolność predykcyjna wskaźnika PMI jest ograniczona. Były okresy, kiedy PMI wyraźnie spadał, a PKB się utrzymywał. W PMI jest nadreprezentacja firm eksportowych. To jest zresztą dość mała próbka ankietowanych przedsiębiorstw, prawdopodobnie mniej niż 300 – przekonuje główny ekonomista Banku Pekao SA.

Jak podkreśla, to spowolnienie odbicia jest naturalne i charakterystyczne nie tylko dla naszego kraju.

– Dane, które napływają z gospodarek europejskich, wskazują na pewną stabilizację, wypłaszczenie trajektorii ożywienia. Nie jest to dziwne, gdyż mamy tam do czynienia ze wzrostem liczby zachorowań, szczególnie w takich krajach jak Hiszpania i Francja, co studzi optymizm. Dodatkowo trzeba się liczyć z tym, że nie każdy kraj będzie stać na wydłużenie pakietów ochronnych, szczególnie dla rynku pracy – przewiduje dr Ernest Pytlarczyk. – Otoczenie jest chłodniejsze niż było jeszcze dwa–trzy miesiące temu. To wypłaszczenie najpierw będzie dotyczyło konsumpcji, bo ten popyt odłożony został zrealizowany. Przemysł i eksport bardzo pozytywnie nas zaskakują, w dużym stopniu jest to połączone z ożywieniem w gospodarce niemieckiej.

Niemcy odpowiadały w I połowie 2020 roku za 28,2 proc. odbioru polskiego eksportu, a to o 0,5 pkt proc. więcej niż rok wcześniej. Dla porównania następne w kolejności Czechy mają tylko 6-proc. udział. W tym wypadku  dobra wiadomość jest taka, że pod koniec sierpnia nasi zachodni sąsiedzi zdecydowali o przedłużeniu pakietu pomocowego dla firm do końca 2021 roku – chodzi o dopłaty do pracy krótkoterminowej oraz zamrożenie przepisów o niewypłacalności firm. Dodatkowe środki mają wynieść 10 mld euro.

Niemcy starają się tchnąć energię w kurczącą się gospodarkę – według najnowszych prognoz rządu w Berlinie PKB tego kraju spadnie w tym roku o 5,8 proc., czyli mocniej niż w Polsce, choć wcześniej zakładano spadek o 6,3 proc. W przyszłym roku jednak wzrost gospodarczy ma wynieść tylko 4,4 proc. wobec prognozowanych wcześniej 5,2 proc. Polski rząd zakłada natomiast wzrost gospodarki w 2021 roku o 4 proc. i deficyt budżetowy na poziomie 82,3 mld zł. To mniej niż w tym roku, gdy niedobór wpływów do wydatków budżetowych zapowiedziany został na 109,3 mld zł.

 W takiej sytuacji jak obecnie ciężko oceniać, czy założenia makroekonomiczne Ministerstwa Finansów i Ministerstwa Rozwoju są realistyczne. Niemniej jednak wydaje się, że są one dość zbliżone do konsensusu rynkowego – ocenia główny ekonomista Banku Pekao SA. – Co więcej, te projekcje budżetowe na ten i przyszły rok są oceniane jako konserwatywne przez uczestników rynku i powszechnie raczej oczekuje się, że deficyt jest założony z pewną górką, a więc realizacja będzie i w tym, i w przyszłym roku lepsza, niż zakłada minister finansów.

Według ekonomisty kluczem do złagodzenia skutków wirusa SARS-CoV-2 jest wspieranie rynku pracy. W II kwartale liczba bezrobotnych w Polsce wprawdzie nie wzrosła znacząco, ale zwiększyło się za to grono osób biernych zawodowo. Niemal 700 tys. zatrudnionych nie wykonywało pracy z powodu przerwy w działalności pracodawcy, a to niemal 100 razy więcej niż rok wcześniej, natomiast ponad 0,5 mln pracowało w zmniejszonym wymiarze czasu pracy (513 tys. wobec 18 tys. rok wcześniej).

Zagrożeniem na drodze wychodzenia gospodarek z kryzysu są czynniki związane stricte z pandemią, czyli decyzje polityczne, czy zamykamy gospodarkę, czy stosujemy wybiórcze, regionalne lockdowny. Zagrozić mogą również decyzje na poziomie europejskim co do kontynuacji poluzowania fiskalnego – wylicza ekonomista. – Prawdopodobnie jesteśmy w dość wrażliwej fazie, jeżeli chodzi o wychodzenie z kryzysu, i łatwo pogorszyć nastroje zbyt szybkim wycofaniem pakietów stymulacyjnych. Cały nasz sukces w wychodzeniu z lockdownu w dużej mierze bazował na tym, że udało się zahibernować rynek pracy. On powinien być obszarem szczególnej troski ze strony polityki gospodarczej, dlatego że rzutuje później na bardzo wiele procesów w gospodarce, a więc i konsumpcję, i prawdopodobnie inwestycje.

Praca zdalna lub łączona pozostanie standardem w większości firm po pandemii. To wymusza inwestycje w bezpieczeństwo systemów IT

Blisko 90 proc. firm chce zwiększyć możliwość pracy zdalnej po ustaniu pandemii – wynika z badania „Odmrażanie pracy” CIONET, Deloitte i VMware. To nie tylko konieczność wymuszona bezpieczeństwem pracowników i ich oczekiwaniami, lecz także zmiana na lepsze. Prawie co czwarta firma zaobserwowała bowiem wzrost produktywności podczas przymusowej kwarantanny. Zmiany na rynku pracy spowodują wzrost zapotrzebowania na narzędzia IT – digitalizację procesów, zarządzanie rotacją pracowników czy rozliczanie czasu pracy. – Wielkim obszarem inwestycji dla firm będą systemy bezpieczeństwa – zapowiada Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

– Jednym z przedmiotów naszego badania było to, jak praca zdalna przekłada się na produktywność osób i zespołów. I tu duże zaskoczenie. Okazało się, że po dwóch, a w niektórych przypadkach po trzech miesiącach izolacji większość szefów IT i HR nie dostrzega spadku produktywności i efektywności związanej z nowym trybem pracy – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Frydrychowicz.

Z badania „Odmrażanie pracy” przeprowadzonego przez CIONET, Deloitte i VMware wynika, że przymusowa pandemia, a tym samym przejście na pracę zdalną, nie wpłynęło negatywnie na produktywność – takiego zdania jest niemal połowa badanych. W opinii 26 proc. praca zdalna przełożyła się nawet na wzrost produktywności. W efekcie 88 proc. firm zapowiada zmianę polityki pracy po zakończeniu pandemii i chce zwiększyć możliwość pracy zdalnej.

– Niewątpliwie wpłynie to nie tylko na to, jak firmy organizują się wewnętrznie, ale również jak kandydaci będą rozpatrywać oferty pojawiające się na rynku. Z pewnością te firmy, które dadzą więcej elastyczności, będą wygrywać w wyścigu o dobrych pracowników, zwłaszcza w sektorze informatycznym – przekonuje partner zarządzający CIONET Polska.

Z badania Grafton Recruitment wynika, że 26 proc. wróciło do pracy w pełnym wymiarze. 64 proc. zdecydowało się na tryb mieszany, który łączy pracę zdalną i stacjonarną. Pracę zdalną w pełni wprowadziło 10 proc. firm i to głównie z sektora IT. Ta branża przoduje także pod względem zatrudniania nowych pracowników. Tylko 17 proc. przedsiębiorstw IT nie prowadzi nowych rekrutacji.

Raport CIONET Polska wskazuje, że 40 proc. firm zapowiada, iż wprowadzi zmianowy system pracy (z czego 60 proc. zmiany tygodniowe, a 40 proc. – dzienne), zaś 16 proc. pozwoli pracownikom pracować zdalnie według ich uznania.

– Wśród 100 firm, które brały udział w badaniu, nie znaleźliśmy przykładu takich, które radykalnie zmieniły sposób rozliczania pracowników – wprowadziły bardzo precyzyjne systemy pomiaru ich pracy, efektywności czy obecności przy biurku – zaznacza Krzysztof Frydrychowicz.

Częstsza praca zdalna wymusi jednak na pracodawcach wprowadzenie nowych systemów zarządzania pracą. To m.in. rozliczanie czasu pracy w przypadku systemów zmianowych, digitalizacja procesów (np. telemedycyna w przypadku zakażenia czy organizacja zdalnych spotkań), a także zarządzanie rotacją i przestrzenią, czyli zarządzanie zmianami czy wprowadzenie systemów rezerwacji biurek.

 Wielkim obszarem inwestycji dla firm będą także systemy bezpieczeństwa, dzięki którym pracownik będzie tak dobrze identyfikowany w środowisku pracy zdalnej, jak był do tej pory w biurze. Wszystkie systemy dotyczące bezpieczeństwa sieci, ale również identyfikacji osoby, która z niej korzysta, będą miały zasadnicze znaczenie dla rozwoju systemów informatycznych w przedsiębiorstwach – przekonuje partner zarządzający CIONET Polska.

Według „Raportu o cyberbezpieczeństwie pracy zdalnej 2020” firmy Fortinet 60 proc. przedsiębiorstw doświadczyło w okresie pandemii prób naruszenia bezpieczeństwa IT w związku z przejściem na pracę zdalną. Jako największe wyzwania wskazywały one zapewnienie bezpiecznych połączeń, ciągłości działania i dostępu do aplikacji o krytycznym znaczeniu dla biznesu. To wymusiło inwestycje w kluczowe technologie. Połowa firm przeznaczyła kolejne środki na rozwiązania VPN i bezpieczeństwo chmury obliczeniowej, a 40 proc. zatrudniło wykwalifikowanych specjalistów IT lub kupiło rozwiązania kontrolujące dostęp do sieci. Niemal wszystkie deklarują, że będą dalej inwestować w ten obszar.

Rdzeń Ziemi starszy, niż się wydawało. Naukowcy obliczyli, że może liczyć nawet 1,3 mld lat

Jedną z tajemnic Ziemi jest wiek jej wewnętrznego jądra. Naukowcy od dawna uważają, że rdzeń Ziemi odgrywa istotną rolę w tworzeniu osłony magnetycznej, która sprawia, że planeta nadaje się do zamieszkania. Różne były jednak szacunki, kiedy faktycznie uformował się jej rdzeń wewnętrzny. Najnowsze badania wykazały, że jest on znacznie starszy, niż wydawało się do tej pory – zamiast 565 mln lat liczy ich nawet dwukrotnie więcej.

W ciągu 4,5 mld lat historii Ziemi jej całkowicie płynne żelazne jądro ostygło na tyle, że utworzyło w środku stałą kulę. Obecnie jądro naszej planety składa się z litego wewnętrznego jądra żelaznego otoczonego rdzeniem zewnętrznym ze stopionego żelaza.

Rdzeń pełni istotną rolę, bo tworzy osłonę magnetyczną, która chroni naszą planetę przed szkodliwymi strumieniami promieniowania słonecznego. To dzięki temu ​​Ziemia nadaje się do zamieszkania. Naukowcy mają jednak problem z oszacowaniem wieku jądra naszej planety. Niedawno amerykańscy badacze stworzyli w laboratorium warunki zbliżone do centrum Ziemi i ustalili, że jądro jest znacznie starsze, niż wydawało się do tej pory. Wcześniejsze badania mówiły, że liczy ono 565 mln lat, jednak okazuje się, że może mieć nawet 1,3 mld lat.

Wyniki badań pomogą określić sposób, w jaki rdzeń przewodzi ciepło oraz źródła energii, które zasilają geodynamikę planety, czyli mechanizm podtrzymujący pole magnetyczne Ziemi.

– Ludzie są bardzo ciekawi wiedzy o pochodzeniu geodynamiki, sile pola magnetycznego, ponieważ przyczyniają się one do przystosowania planety do życia – tłumaczy Jung-Fu Lin, profesor na Uniwersytecie Teksasu, który kierował badaniami.

Obecnie w jądrze Ziemi występują dwa rodzaje konwekcji: termiczna, generowana przez wahania temperatury, oraz kompozycyjna, w której lżejsze pierwiastki uwolnione na granicy wewnętrznego rdzenia wznoszą się przez płynny rdzeń zewnętrzny. W obu przypadkach wytwarzane są prądy elektryczne, które ładują rdzeń. Zanim jednak wykrystalizował się stały rdzeń, w jądrze Ziemi możliwa była tylko konwekcja termiczna.

Aby przewodzić i utrzymywać takie temperatury, które pozwolą generować geodynamo, przewodność cieplna żelaza musi być bardzo wysoka. Zespół amerykańskich naukowców  postanowił przyjrzeć się przewodności cieplnej żelaza pod ciśnieniem i w temperaturach zbliżonych do temperatur w rdzeniu. Osiągnęli to poprzez ściskanie podgrzanych laserem próbek żelaza między dwoma diamentowymi kowadłami.

– Gdy oszacowaliśmy, ile ciepła przepływa z zewnętrznego jądra do dolnego płaszcza ziemskiego, mogliśmy określić, kiedy Ziemia ostygła dostatecznie do tego stopnia, że rdzeń wewnętrzny zaczął się krystalizować – tłumaczy Jung-Fu Lin. – Dzięki lepszym informacjom na temat przewodnictwa i strumienia ciepła mogliśmy dokładniej oszacować wiek wewnętrznego rdzenia Ziemi.

Naukowcom udało się zmierzyć przewodność elektryczną i cieplną próbki pod ciśnieniem 170 gigapaskali (1,7 mln razy większe niż ciśnienie atmosferyczne) oraz w temperaturze 3 tys. kelwinów. Kiedy zmierzyli przewodnictwo w próbce, okazało się, że jest ono nawet o 50 proc. niższe niż to, co byłoby wymagane dla oszacowania wieku rdzenia wewnętrznego na 565 mln lat. Naukowcy ustalili górną granicę przewodnictwa cieplnego ciekłego żelaza w warunkach rdzenia, a dzięki temu mogli oszacować wiek wewnętrznego jądra Ziemi na 1–1,3 mld lat.

Sztuczna inteligencja usprawnia i automatyzuje obsługę w e-handlu. Coraz szerzej wykorzystywana jest także w procesie płatności

W 2020 roku już 73 proc. internautów wykonuje zakupy za pośrednictwem internetu, o 11 proc. więcej niż w 2019 roku. Wraz ze wzrostem zainteresowania tą gałęzią gospodarki rośnie zapotrzebowanie na narzędzia, które ułatwią komunikację i zawieranie transakcji z klientami. W udoskonaleniu oraz automatyzacji procesów sprzedażowych pomogą systemy sztucznej inteligencji usprawniające weryfikację klientów, zbieranie opinii czy obsługę przedsprzedażową.

Według raportu „E-Commerce w Polsce 2020. Gemius dla e-Commerce Polska” w 2020 roku już 73 proc. internautów wykonuje zakupy za pośrednictwem internetu, o 11 proc. więcej niż w 2019 roku. Wraz z rozwojem rynku rośnie zapotrzebowanie także na nowoczesne narzędzia, oparte na uczeniu maszynowym i sztucznej inteligencji.

– Wykorzystanie sztucznej inteligencji dla klienta oznacza przede wszystkim komfort oraz zrozumienie jego potrzeb. Chodzi o to, żeby była naszym osobistym concierge, domyśliła się pewnych rzeczy, które chcemy wykonać, i zrobiła je za nas, albo zapytała się, czy chcemy to wykonać. I to jest bankowość XXI wieku. Sztuczna inteligencja jest pośrednikiem pomiędzy klientem a rzeczami, które musimy wykonywać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Grzegorz Szulik, prezes zarządu Provema.

Systemy sztucznej inteligencji pozwoliły w pełni zautomatyzować proces obsługi klientów korzystających z oferty Provema. Firma wykorzystuje inteligentne algorytmy w procesie weryfikacji i autoryzacji dokumentów. Oprogramowanie wyszkolono do porównywania podpisów z bazą referencyjną oraz sprawdzania, czy złożono je we właściwym miejscu, automatycznej weryfikacji podlega również skan dowodu osobistego. W razie wystąpienia jakichś nieprawidłowości klient proszony jest o poprawienie wskazanych błędów, zanim dokumenty zostaną przesłane do ostatecznego rozpatrzenia.

– Od samego początku skupialiśmy się na sztucznej inteligencji. Staramy się zaszywać ją w wielu procesach, nawet takich, które nie do końca są po stronie użytkownika. Pozwala nam eliminować błędy, zmniejszać koszty i poprawiać user experience. Wdrożyliśmy powiadomienia w aplikacji, system antyfraudowy czy podpowiadanie transakcji, które użytkownik powinien wykonać ze względu na swoją cykliczność  mówi Grzegorz Szulik.

Nad usprawnieniem procesu obsługi klientów z branży e-commerce pracują również inżynierowie firmy Vica, którzy wdrożyli technologię Smarter Stand-in Processing. Nowe rozwiązanie wykorzystuje inteligentne algorytmy do zredukowania liczby odrzuconych transakcji online w czasie awarii bankowych systemów płatności. W wypadku niedostępności systemów płatniczych Smarter STIP skanuje dotychczasowe transakcje wykonane za pośrednictwem danej karty i na podstawie dogłębnej analizy historycznej wyręcza dostawcę karty w podejmowaniu decyzji o zatwierdzeniu konkretnej transakcji.

Potencjał sztucznej inteligencji doceniła również firma Mastercard, która nawiązała współpracę partnerską z Microsoftem w celu rozwoju nowych, innowacyjnych technologii na rynek fintechowy. Firmy planują usprawnić i przyspieszyć przebieg całego procesu sprzedażowego, wykorzystując potencjał technologii automatyzujących obsługę klienta funkcjonujących w ramach platformy chmurowej Azure wspieranej przez sztuczną inteligencję.

SI coraz częściej znajduje także zastosowanie w płatnościach na rynku e-commerce, którego potencjał zwłaszcza w czasie pandemii błyskawicznie rośnie.

– To jest ułatwienie sposobu bankowania, wykonywania przelewów i transakcji, czyli implementacja tej sztucznej inteligencji w to, żeby te procesy zachodziły szybciej i sprawniej oraz żeby błędów było jak najmniej – zauważa Grzegorz Szulik.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Rośnie liczba Ukraińców przyjeżdżających do Polski, aby legalnie pracować

Coraz więcej Ukraińców wraca do Polski do pracy. Według danych ZUS w samym lipcu zarejestrowano o 22 tys. więcej zagranicznych migrantów zarobkowych. W rejestrze figuruje łącznie 628 tys. cudzoziemców, z czego najliczniejszą grupę płatników stanowią Ukraińcy – informuje Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal.

Jak stwierdziło we wcześniejszych badaniach Centrum analityczne Gremi Personal: „Pandemia jest szansą dla polskich pracodawców na zatrzymanie migrantów zarobkowych, którzy wcześniej planowali podjęcie pracy w innych krajach. Jeśli jednak na szczeblu państwowym nie powstanie bardziej lojalny program wizowy, a także ułatwienia w asymilacji Ukraińców, to po zniesieniu kwarantanny coraz częściej będą oni wybierać nie Polskę, ale np. Czechy i Niemcy.

Jak dotąd napływ Ukraińców do Polski jest najbardziej stabilny ze względu na najdogodniejszą logistykę i relatywnie stabilną sytuację gospodarczą w Polsce. Jednocześnie rośnie liczba miejsc pracy oferowanych przez polskich pracodawców z sektorów tj. logistyka, przetwórstwo spożywcze, przemysł meblarski, AGD i budownictwo. W tych branżach miejsca pracy dla Ukraińców będą zapewnione do końca roku.

„Odnotowaliśmy również, że w sierpniu tego roku znacznie mniej Ukraińców pracujących w Polsce wyjeżdżało tymczasowo na Ukrainę w celu przygotowania dzieci do nowego roku szkolnego. Jednocześnie odczuwalny wzrost liczby migrantów zarobkowych spodziewany jest od września, kiedy to Ukraińcy tradycyjnie wyjeżdżają do pracy w Polsce, a polskie przedsiębiorstwa zatrudniające Ukraińców zwiększają produkcję przed Bożym Narodzeniem”- mówi Evgenij Kirichenko, właściciel firmy Gremi Personal.

Centrum analityczne agencji zatrudnienia międzynarodowego Gremi Personal

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – sierpień 2020 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 7,3% rdr do 17,4 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 1238,7% do 1,7 mld zł
  • Spadek wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 23,9% rdr do poziomu 490,0 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 56,3% rdr do 211,7 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 87,5% rdr do 26,5 mln zł
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 28,6% do poziomu 15,2 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 37,7% rdr do 9,3 TWh

W sierpniu 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 17,5 mld zł, czyli o 6,9% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 7,3% rdr do poziomu 17,4 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 827,8 mld zł, o 7,3% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec sierpnia wyniosła 51 629,45 pkt i była o 9,0% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w sierpniu odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 1174,9% rdr do poziomu 1757,9 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 1238,7% rdr i wyniosła 1729,3 mln zł (tj. 1,7 mld zł).

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w sierpniu wyniósł 490,0 tys. szt., czyli o 23,9% mniej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy spadł o 26,3% rdr do poziomu 279,1 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje spadł o 19,8% rdr do 108,9 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty spadł o 17,1% rdr do 80,1 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 33,9% rdr do 21,9 tys. szt.

W sierpniu zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 56,3% rdr do poziomu 211,7 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 87,5% rdr do 26,5 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec sierpnia 94,9 mld zł wobec 91,7 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń spadła o 16,0% rdr do poziomu 202,6 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła 8,3 mld zł wobec 18,5 mld zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 55,4% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł 15,2 TWh, co oznacza spadek o 28,6% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 7,6% rdr do poziomu 2,7 TWh. Na rynku forward wolumen spadł o 33,5% rdr do poziomu 12,4 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł w sierpniu o 37,7% rdr do 9,3 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu spadł o 20,7% do poziomu 1,0 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 39,3% rdr do poziomu 8,3 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł 2,1 TWh, co oznacza wzrost o 35,0% rdr.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł w sierpniu do poziomu 7,1 ktoe[3] wobec 70,7 ktoe rok wcześniej.

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE spadł o 20,9% rdr, do wolumenu 0,7 TWh.

Kapitalizacja 389 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec sierpnia wyniosła 489,7 mld zł (111,4 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 437 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 853,8 mld zł (194,2 mld EUR).

Na rynku NewConnect w sierpniu zadebiutowały akcje spółek: Pyramid Games (wartość oferty 3,41 mln zł), Starward Industries (wartość oferty publicznej 2,99 mln zł), genXone (wartość oferty 7,35 mln zł) i Polyslash (wartość oferty 2,1 mln zł).

W ubiegłym miesiącu na GPW odbyło się 21 sesji giełdowych, tyle samo, co rok wcześniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych
2 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

3 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

***

Grupa Kapitałowa GPW (GK GPW) prowadzi platformy obrotu akcjami, obligacjami skarbowymi i korporacyjnymi, instrumentami pochodnymi, energią elektryczną i gazem ziemnym oraz dostarcza indeksy i wskaźniki referencyjne, m.in. WIBID i WIBOR. W 2018 r. Agencja indeksowa FTSE Russell zakwalifikowała polski rynek kapitałowy do grona rynków rozwiniętych. Prowadzone przez GK GPW rynki są największymi w Europie Środkowej i Wschodniej.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Maseczki – Rząd oraz GIS winny ujednolicać prawo i wprowadzić nowe rekomendacje

Choć maseczki chronią przed rozprzestrzenianiem się wirusów, to coraz więcej osób odmawia korzystania z nich, bynajmniej nie z powodów zdrowotnych. Sprzeczne przepisy powodują niemałe zamieszanie, dlatego Polska Grupa Supermarketów (PGS) apeluje do Rządu oraz GIS o ujednolicenie prawa i wprowadzenie nowych rekomendacji.

Za brak maseczki można otrzymać mandat w wysokości do 500 zł, natomiast Powiatowy Inspektor Sanitarny może nanieść grzywnę od 5 do 30 tys. złotych, w przypadku, gdy uzna, że w konkretnej placówce nie przestrzega się procedur oraz nie ma reakcji pracowników na nieprzestrzeganie zaleceń przez klientów.

Tymczasem w ostatnich dniach media szumnie informowały o sprawie ekspedientki z województwa podlaskiego, która została skazana na grzywnę w wysokości 100 zł, za odmowę obsłużenia klientki bez maseczki.

– Należy jak najszybciej wyjaśnić i usunąć brak spójności w przepisach. Nie możemy narażać tysięcy pracowników handlu i usług na ewentualne procesy sądowe – apeluje Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Jaki jest rzeczywisty stan prawny? Jak wskazuje portal Dogmaty Karnisty aktualnie obowiązujące rozporządzenie Rady Ministrów, w zakresie nałożenia na wszystkich obywateli obowiązku zakrywania ust i nosa wykracza poza delegację ustawową i jest w związku z tym bezprawne.

W czasach pandemii powszechne używanie maseczek jest zasadne, ponieważ jak wskazują liczne dowody naukowe, ogranicza to możliwość rozpowszechniania patogenów. Jednocześnie eksperci z Dogmatu Karnisty dodają, że skuteczne sposoby walki z koronawirusem powinny być ustanawiane w sposób zgodny z prawem. Jednym z nich mogłoby być formalne wprowadzenie stanu klęski żywiołowej, w którym obowiązek zakrywania ust i nosa przez wszystkich obywateli byłby zgodny z delegacją ustawową.

Przedstawiciele Polskiej Grupy Supermarketów wskazują, że bieżąca sytuacja prawna nie gwarantuje bezpieczeństwa epidemiologicznego, a jednocześnie dyskryminuje pracowników handlu i usług w stosunku do klientów. Co więcej, w przypadku przestrzegania zaleceń GIS-u – jak w przypadku wspomnianej ekspedientki – naraża ich na pozew na podstawie kodeksu wykroczeń.

Jednocześnie PGS wzywa GIS do zaktualizowania zaleceń dotyczących środków bezpieczeństwa, w tym używania masek. Czy pracownicy noszący maseczki przez 8 godzin pracy przy rosnącej wilgotności powietrza nie są narażeni na osłabienie i infekcję dróg oddechowych – pyta prezes PGS w trosce o zdrowie pracowników.

DB Schenker na Ukrainie z nową dyrektor zarządzającą

Julia Aglichanowa od 1 września 2020 roku pełni funkcję Dyrektor Zarządzającej w DB Schenker na Ukrainie (Managing Director Ukraine w DB Schenker) To pierwsza kobieta na tym stanowisku w strukturach operatora logistycznego w klastrze Europy Północno-Wschodniej

Julia Aglichanowa posiada ponad 10-letnie doświadczenie pracy w międzynarodowych korporacjach z branży logistycznej na Ukrainie. Zajmowała wysokie stanowiska menedżerskie w firmach: Fiege, XPO Logistics i Raben. Odpowiadała m.in. za rozwój biznesu, sprzedaż i marketing, przetargi oraz zarządzanie projektami. Przez ostatnie 5 lat pełniła funkcję CEO w CAT Cargo Logistics Ukraine, przyczyniając się do znacznego zwiększenia udziału firmy w branży automotive.

Nowa Dyrektor Zarządzająca ukończyła Narodowy Uniwersytet Techniczny Ukrainy „Politechnika Kijowska” na kierunku Industrial Marketing. Julia Aglichanowa biegle posługuje się językiem ukraińskim, rosyjskim, angielskim i francuskim.

O DB Schenker

DB Schenker działa na Ukrainie od 24 lat i posiada w tym kraju 3 oddziały: w obwodzie kijowskim (Biełogorodka), w Odessie oraz terminal w porcie lotniczym Boryspol.

Jako wiodący dostawca zintegrowanych usług logistycznych operator obsługuje największą w Europie sieć transportową i drobnicową. Firma oferuje kompleksowe rozwiązania obejmujące transport lądowy, oceaniczny, lotniczy i logistykę magazynową oraz usługi celne.

Nowe prawo komunikacji elektronicznej powinno wejść w życie później

  • Przepisy zawarte w projekcie ustawy Prawo komunikacji elektronicznej powinny wejść w życie po 9 miesiącach od dnia publikacji ustawy. Dłuższe vacatio legis pozwoli firmom działającym w sektorze komunikacji elektronicznej, w tym telekomunikacyjnym, na dostosowanie się do nowych regulacji – uważa Konfederacja Lewiatan.
  • Niepokój przedsiębiorców budzi możliwość ingerencji w umowy już zawarte z abonentami, wprowadzenie formy dokumentowej przy zawieraniu umów, a także nadmierna regulacja dotycząca usługi dodatkowego obciążania rachunku.

Konfederacja Lewiatan przygotowała opinie do projektu ustawy Prawo komunikacji elektronicznej oraz przepisów ją wprowadzających. Nowe regulacje wdrażają w naszym kraju Europejski Kodeks Łączności Elektronicznej.

– Przedsiębiorcy nie zdążą dostosować się do nowych przepisów do 21 grudnia br. Trudno robić to w oparciu o projekt ustawy. Tym bardziej, że zmiany mają dotyczyć obsługi klienta, zawierania umów i ofert. Przedsiębiorcy będą mogli realnie ocenić jakie zmiany muszą wprowadzić oraz zlecić rozpoczęcie prac wdrożeniowych dopiero jak przepisy zostaną opublikowane w Dzienniku Ustaw. Ministerstwo powinno brać tę kwestię pod uwagę i nie zmuszać firm do rozpoczynania wielomilionowych projektów implementacyjnych wyłącznie w oparciu o projektowaną treść ustawy, która na kolejnych etapach prac legislacyjnych będzie ulegała zmianom – mówi dr Aleksandra Musielak, ekspertka Konfederacji Lewiatan.

Konfederacja Lewiatan postuluje więc dłuższe vacatio legis obejmujące 9 miesięcy od dnia publikacji ustawy. Wdrożenie Europejskiego Kodeksu Łączności Elektronicznej będzie największą regulacją od ponad 15 lat. Dłuższe vacatio legis pozwoli przedsiębiorcom telekomunikacyjnym na dostosowanie się do nowych regulacji w sposób racjonalny i przewidywalny.

Pracodawców niepokoją również przepisy przewidujące ingerencję w trwające umowy pomiędzy przedsiębiorcami a klientami. Łamią one zasadę, że prawo nie działa wstecz. Zastosowanie przepisów Prawa komunikacji elektronicznej do umów zawartych przed dniem wejścia w życie nowej ustawy doprowadzi do naruszenia standardów i zasad wynikających z Konstytucji RP oraz Karty Praw Podstawowych Unii Europejskiej. Taki przepis naruszy prawa nabyte przedsiębiorców telekomunikacyjnych, ograniczy swobodę działalności gospodarczej.

Zdaniem Konfederacji Lewiatan nie powinno dojść do automatycznego skracania do 24 miesięcy umów zawartych z klientami przed wejściem w życie zmian w Prawie komunikacji elektronicznej. Biorąc pod uwagę, że zmianie miałaby ulec treść umów i wzorców w postaci regulaminów i cenników (cenniki i regulaminy przestaną być stosowane), w praktyce będzie to niemożliwe do zrobienia. Mamy bowiem do czynienia z rynkiem masowym.

Zaproponowana przez Ministerstwo Cyfryzacji restrykcyjna i nadmierna regulacja dotycząca usługi dodatkowego obciążania rachunku doprowadzić może do zamknięcia prowadzenia usług tzw. direct billing. Jest to propozycja wykraczająca poza regulacje unijne, wobec czego jej przyjęcie spowoduje nieuzasadnione różnicowanie sytuacji przedsiębiorców polskich względem firm funkcjonujących w innych krajach UE. W ustawie powinna zostać przewidziana jedynie regulacja nakładająca obowiązek prawny co do możliwości zgłoszenia przez abonentów blokady usług dodatkowego obciążenia rachunku.

Savills Investment Management kupił od Invesco Real Estate centrum logistyczne w Łodzi

  • Savills Investment Management w imieniu funduszu ELF 2 nabył nowoczesne centrum logistyczne o powierzchni ponad 38 tys. mkw.
  • Jest to trzecia w ostatnich tygodniach inwestycja firmy na rynku łódzkim.
  • W Polsce Savills Investment Management zarządza obecnie aktywami o łącznej wartości 5 mld EUR, z czego 700 mln EUR stanowią nieruchomości magazynowe.

Savills Investment Management (Savills IM), międzynarodowy menedżer inwestycyjny działający na rynku nieruchomości, nabył kolejne centrum logistyczne w Łodzi. Nieruchomość została zakupiona od Invesco Real Estate – globalnego menedżera inwestycyjnego, w imieniu funduszu logistycznego Savills IM European Logistics Fund 2 (ELF 2), który obecnie posiada w Europie 26 obiektów.

Magazyn, którego powierzchnia wynosi ponad 38 000 mkw. został oddany do użytkowania
w 2017 roku. Nieruchomość stanowi część tzw. Central European Logistics Hub i jest położona w sąsiedztwie terminalu intermodalnego Spedcont, stanowiącego ważny element kolejowego „Nowego Jedwabnego Szlaku”, łączącego rynki europejskie z Azją. Ponadto, obiekt usytuowany jest zaledwie 30 km od węzła drogowego łączącego autostrady A1 i A2,
w doskonałej lokalizacji w centrum Polski z dogodnym dostępem do skrzyżowania europejskich szlaków wschód-zachód i północ-południe.

Centrum logistyczne zakupione przez Savills Investment Management jest w pełni wynajęte na długoterminowych umowach przez globalną firmę z branży AGD – Whirlpool oraz międzynarodowego producenta foteli i wyposażenia wnętrz dla pojazdów transportu publicznego – Compin.

Piotr Trzciński, Head of Investment – Poland, Savills Investment Management, powiedział:

Jestem niezmiernie zadowolony, że ten obiekt dołącza do naszego portfela w Polsce i uzupełnia dywersyfikację geograficzną funduszu. Jest to nasza piąta akwizycja logistyczna w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy i trzecia na rynku łódzkim. Względna odporność sektora magazynowego na skutki pandemii COVID-19 oraz perspektywy jego wzrostu powodują, że jest on pożądanym elementem pan-europejskich strategii naszych inwestorów. Tylko w tym roku, w Polsce, alokowaliśmy w tym sektorze niemal 430 milionów EUR. Fundusz ELF 2 i jego następca ELF 3 są w trakcie kolejnych zakupów, ugruntowując naszą pozycję jako jednego z największych w Europie menedżerów inwestycyjnych w sektorze logistycznym, z aktywami przekraczającymi 4.4 mld EUR.

Petr Sramek, Director, CEE Transactions w Invesco Real Estate, dodał:

„Polski rynek jest ważnym elementem naszego ogólnoeuropejskiego portfolio. Obecnie posiadamy tu 12 aktywów o łącznej wartości ponad 1 mld EUR. Centrum logistyczne w Łodzi było dla nas interesującym projektem value-add – nabyliśmy grunt, współpracowaliśmy z Panattoni w celu wybudowania obiektu, osiągając pełne wynajęcie z chwilą jego ukończenia. Wielu z naszych inwestorów wskazuje, że Polska jest kluczowym rynkiem inwestycyjnym, zarówno dla inwestycji typu core, jak i value-add. Od 2016 roku oddaliśmy do użytku około 950 000 mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej w Polsce i nadal dostrzegamy w tym regionie interesujące możliwości.”

W Polsce Savills Investment Management zarządza obecnie aktywami logistycznymi o łącznej powierzchni ponad 850 tys. mkw. i wartości ponad 700 mln EUR.

Podczas transakcji Savills Investment Management doradzały firmy: Dentons, DiL, Savills oraz EY / ATA. Sprzedającego reprezentowały natomiast: Greenberg Traurig, Gleeds, PwC oraz AFM.

Najemcy wybierają A-klasę. Warszawa bezkonkurencyjna

Warszawa jest w czołówce miast pod względem nowych umów najmu. W sierpniu w bazie REDD zarejestrowano rekordową liczbę nowych umów najmu, aż 280, z czego ponad połowę w Warszawie. Najwięcej sierpniowych transakcji na rynku biurowych zarejestrowano w budynkach klasy A. Jak pokazują dane REDD, rynek biurowy nie miał „urlopu”.
Dane REDD wskazują, że na polskim rynku dostępnych jest obecnie 4542 modułów biurowych o łącznej powierzchni 2.50 mln m2. W sierpniu 2020, rynek zasiliły 52 moduły biurowe, które nie zostały zaabsorbowane przez nowe umowy najmu. Tym samym, zasoby wolnej powierzchni zwiększyły się o 25,000 m2.
REDD1— Spośród ponad 25 rynków regionalnych monitorowanych przez REDD, największy negatywny bilans wynajętych i zwolnionych biur w sierpniu zanotowały Wrocław (-23,214 m2), Warszawa (-18,126 m2) i Łódź (-6,434 m2) — wylicza Piotr Smagała, dyrektor zarządzający REDD. REDD2

Warszawa: Najwięcej nowych umów najmu w stolicy

Mimo negatywnego bilansu w Warszawie, stolica jest liderem rynków regionalnych pod względem nowych umów najmu, gdzie zawarto ponad 55% (154 z 280) ze wszystkich zarejestrowanych w sierpniu.
REDD3REDD4

Najemcy wybierają A-klasę. 84% transakcji w biurowcach o wysokim standardzie

Najwięcej sierpniowych transakcji na rynku biurowych zarejestrowano w budynkach klasy A (138) zlokalizowanych głównie w Warszawie (72).

Analizując poniższe zestawienie danych warto zwrócić również uwagę na nowe umowy najmu w warszawskich budynkach B-klasowych (75) — takich transakcji zawarto więcej niż w obiektach o wysokim standardzie. Przy czym, należy zauważyć ogromną dysproporcję w wolumenie wynajętej powierzchni.

— Umowy najmu w budynkach wysokiego standardu dotyczą dużych przestrzeni biurowych o średniej powierzchni 667 m2, podczas gdy zawierane umowy w obiektach B-klasowych dotyczą małych modułów. W sierpniu, średnia wielkość wynajętego biura w takim obiekcie wyniosła zaledwie 85 m2. — mówi Judyta Bartnicka, analityczka REDD.
REDD5

Polacy coraz częściej inwestują w nieruchomości „na spółkę” (poprzez crowdfunding)

Crowdfunding dotyczący nieruchomości zyskuje coraz większą popularność. Wyjaśniamy, czym w polskich warunkach cechuje się ta forma inwestowania.

Jeszcze niedawno, inwestycyjny crowdfunding był w Polsce zupełnie nowym zjawiskiem. Teraz sytuacja przedstawia się już nieco inaczej. Świadczy o tym między innymi stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego, która niedawno zwróciła uwagę na popularność zbiorowego inwestowania w instrumenty finansowe. Wspólny zakup nieruchomości przez wielu inwestorów jeszcze nie doczekał się podobnego zainteresowania ze strony nadzoru finansowego. Warto jednak pamiętać, że taka forma crowdfundingu również staje się coraz bardziej powszechna. Wyjaśniamy, dlaczego dekoniunktura gospodarcza może zwiększyć jej popularność.

Wiele finansowych innowacji trafia do nas z opóźnieniem

Trudno ukryć, że Polska nie jest globalnym liderem pod względem wspólnego inwestowania w nieruchomości. Taka sytuacja nie powinna jednak dziwić, bo wiele inwestycyjnych i finansowych nowości trafia do naszego kraju z pewnym opóźnieniem. Jeżeli chodzi o wspólne inwestowanie w nieruchomości (nieruchomościowy crowdfunding), to jego korzeni trzeba szukać na amerykańskim rynku nieruchomości. To właśnie w USA powstały pierwsze platformy internetowe zrzeszające inwestorów zainteresowanych wspólnym zakupem domów, mieszkań lub działek. „Trudno się temu dziwić, ponieważ amerykański rynek nieruchomości mieszkaniowych pod względem wartości zajmuje drugą pozycję na świecie (za chińskim) i jest bardzo dobrze rozwinięty” – mówi Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Polski crowdfunding nieruchomości zaczął się 5 lat temu

Trzeba podkreślić, że pierwsze inwestycje crowdfundingowe w nieruchomości datuje się na lata 2010 – 2012. Był to trudny czas dla rynku nieruchomości (nie tylko amerykańskiego). W odpowiedzi na wzrost ryzyka inwestycyjnego, część posiadaczy kapitału słusznie stwierdziła, że bezpieczniej jest zakupić udziały dotyczące kilku albo nawet kilkunastu różnych nieruchomości. Ten sposób inwestowania w ciągu kolejnych 3 lat – 5 lat dobrze przyjął się na terenie Europy Zachodniej. Połowa dekady to również czas, w którym zaczęły powstawać pierwsze polskie inicjatywy związane z crowdfundingiem nieruchomościowym. Najlepszym przykładem są działania firmy Mzuri, którą można określić jako lidera rodzimego sektora crowdfundingowego. Grupa Mzuri już w grudniu 2014 r. uruchomiła pierwszą spółkę celową opartą na idei crowdfundingu. „Przez kolejne lata, wspomniana grupa zebrała od inwestorów 60 mln zł i wygenerowała crowdfundingowe zyski na poziomie około 3,5 mln zł” – podaje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Kryzys może zwiększyć zainteresowanie crowdfundingiem

Wzrost popularności nieruchomościowego crowdfundingu w warunkach kryzysu na amerykańskim i zachodnioeuropejskim rynku nieruchomości (lata 2010 – 2014) stanowi też pewien prognostyk dotyczący znaczenia tej formy inwestowania w Polsce. Istnieje bowiem duże prawdopodobieństwo, że dekoniunktura panująca obecnie na polskim rynku gruntów i nieruchomości mieszkaniowych zwiększy zainteresowanie inwestowaniem zbiorowym. Czasy bardzo łatwego zarabiania na nieruchomościach na razie się bowiem skończyły. Co więcej, wciąż nie wiadomo, czy dobra koniunktura już za 12 miesięcy – 18 miesięcy powróci na polski rynek nieruchomości. W takich warunkach, wielu posiadaczy kapitału będzie chciało rozproszyć ryzyko inwestycyjne (poprzez nabycie udziałów w firmach kupujących nieruchomości) i powierzyć profesjonalistom zarządzenie inwestycją. Na popularność crowdfundingu może również pozytywnie wpłynąć bardzo niskie oprocentowanie lokat. „Jeżeli przeciętny posiadacz oszczędności ma problemy ze znalezieniem dużej lokaty zapewniającej stawkę oprocentowania większą niż 1,00% (bez dodatkowych wymagań), to można spodziewać się większego zainteresowania alternatywnymi wariantami lokowania środków” – zwraca uwagę Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Crowdfunding to alternatywa dla opóźnionych REIT-ów?

W ramach podsumowania, warto również zwrócić uwagę, że pojawienie się w Polsce crowdfundingu nieruchomościowego częściowo kompensuje problemy związane z brakiem prawnych ram działania dla spółek typu REIT. Wbrew temu, co czasem można przeczytać w mediach, przepisy regulujące zasady działania polskich REIT-ów (firm inwestujących w najem nieruchomości) wcale nie weszły jeszcze w życie. „Rządowy projekt ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości (zobacz druk sejmowy numer 2855) wpłynął do Sejmu 25 września 2018 r. Sprawozdanie komisji sejmowej z października 2018 r. było ostatnim przejawem aktywności posłów w sprawie polskich REIT-ów” – informuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Tak długi okres bez konkretnych działań legislacyjnych sugeruje, że nieprędko doczekamy się działalności spółek inwestujących w wynajem nieruchomości, które będą posiadały preferencyjne zasady opodatkowania. Opisywana sytuacja dodatkowo zwiększy zainteresowanie alternatywą dla REIT-ów, jaką jest crowdfunding nieruchomości. Oczywiście nie oznacza to, że krajowi politycy powinni zrezygnować z działań mających na celu utworzenie REIT-ów. „Większa liczba dostępnych wariantów oznacza bowiem korzyści dla krajowych inwestorów. Chodzi nie tylko o bardzo zamożne osoby, ale również o Polaków, którzy poprzez inwestycje nieruchomościowe próbują zgromadzić kapitał emerytalny” – podsumowuje Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Magdalena Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Gdzie i jakie mieszkania drożeją mimo pandemii?

Z zagranicy zaczynają już napływać pierwsze informacje o cenach mieszkań w II kw. 2020 r. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, gdzie na świecie nieruchomości mieszkaniowe drożały mimo pandemii.

Narodowy Bank Polski niedawno podał informacje o zmianach cen mieszkań z największych polskich miast w okresie kwiecień – czerwiec 2020 r. Zagraniczne banki centralne, urzędy statystyczne oraz podobne instytucje też zaczynają publikować podobne dane z II kw. 2020 r. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak wygląda sytuacja cenowa największych rynków nieruchomości. Taka analiza czasem prowadzi do dość zaskakujących wniosków. Okazuje się bowiem, że w niektórych krajach metraż podrożał mimo wpływu pandemii.  

Wzrosty odnotowano za naszą zachodnią granicą

Przegląd sytuacji panującej na największych rynkach nieruchomości warto rozpocząć od Niemiec. Nasz zachodni sąsiad cechuje się dużym rynkiem nieruchomości mieszkaniowych, na którym przez ostatnie lata były widoczne szybkie wzrosty cen. Najnowsze dane niemieckiego urzędu statystycznego (Destatis) sugerują, że w II kw. 2020 r. metraż nadal drożał pomimo epidemii koronawirusa i związanego z nią kryzysu. Destatis podaje, że w stosunku do II kw. 2019 r. niemieckie nieruchomości mieszkaniowe podrożały o 5,6%. Analogiczna zmiana liczona względem I kw. 2020 r. była znacznie mniejsza (+1,4%). Porównywalne wyniki dotyczące I kw. 2020 r. wynosiły odpowiednio +6,8% (rocznie) oraz +0,3% (kwartalnie). Zatem w II kw. 2020 r. można było zauważyć wzrost krótkookresowej dynamiki cen niemieckich mieszkań.

Na największych rynkach też notowano podwyżki

Warto wiedzieć, że cenowe informacje OECD z II kw. 2020 r. są już dostępne dla dwóch największych rynków mieszkaniowych na świecie. Mowa o rynku chińskim oraz amerykańskim. Jeżeli chodzi o Państwo Środka, które jako pierwsze mocno ucierpiało na skutek koronawirusa, to w I kw. oraz II kw. 2020 r. odnotowano takie same trzymiesięczne wzrosty cen nieruchomości mieszkaniowych wynoszące 0,8%. Warto podkreślić, że mówimy o nominalnych zmianach. Tym niemniej, wzrosty cen chińskiego metrażu zasługują na uwagę. Dodatnie zmiany cen nieruchomości mieszkaniowych odnotowano również w przypadku Stanów Zjednoczonych. W I kw. 2020 r. był to trzymiesięczny wzrost wynoszący 1,7%. Kolejny kwartał przyniósł cenową zmianę na takim poziomie, jak w Chinach (+0,8% względem I kw. 2020 r.).

Podrożały m.in. mieszkania z Kanady oraz Brazylii

Wciąż brakuje nam informacji o ostatnich zmianach cen mieszkań na kilku ważnych europejskich rynkach (np. francuskim oraz włoskim). Dysponujemy natomiast danymi OECD, które dotyczą kilku innych krajów będących ważnymi gospodarkami w ujęciu globalnym. Przykład stanowi Kanada, gdzie nieruchomości mieszkaniowe nominalnie podrożały o 1,8% (I kw. 2020 r./IV kw. 2019 r.) oraz 2,2% (II kw. 2020 r./I kw. 2020 r.). Ciekawie prezentują się też statystyki dla Brazylii. Tamtejszy rynek mieszkaniowy zarówno w I kw. 2020 roku, jak i II kw. 2020 roku odnotował wzrosty nominalnych cen domów i lokali. Mowa o zmianach wynoszących odpowiednio 0,2% oraz 0,5%.

Wzrosty dotyczące polskich „M” nie powinny dziwić

Tytułem podsumowania, warto odnieść się do informacji dotyczących Polski. W przypadku naszego kraju, nie dysponujemy jeszcze danymi dla całego rynku mieszkaniowego. Narodowy Bank Polski podał natomiast informacje o kwartalnych zmianach z trzech grup rynków lokalnych. Dane NBP wskazują, że średnie transakcyjne ceny 1 mkw. mieszkań zmieniły się następująco:

  • rynek stołeczny (Warszawa) – spadek o 3,9% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 0,2% (używane mieszkania)
  • sześć największych rynków poza Warszawą (Gdańsk, Gdynia, Kraków, Łódź, Poznań i Wrocław) – wzrost o 0,3% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 3,5% (używane mieszkania)
  • dziesięć mniejszych rynków regionalnych (Białystok, Bydgoszcz, Katowice, Kielce, Lublin, Olsztyn, Opole, Rzeszów, Szczecin i Zielona Góra) – spadek o 1,2% względem I kw. 2020 r. (nowe mieszkania)/wzrost o 4,5% (używane mieszkania)

Dodatnie zmiany widoczne powyżej (głównie na rynku wtórnym) nie powinny dziwić. Przykłady z zagranicy potwierdzają bowiem, że spadki cen metrażu nie muszą być widoczne natychmiast po rozpoczęciu kryzysu gospodarczego. Warto pamiętać, że rynek nieruchomości cechuje się swoistą bezwładnością. Co więcej, nieruchomości wciąż bywają postrzegane jako bezpieczna lokata kapitału w czasach turbulencji na rynkach finansowych i niskiego oprocentowania depozytów.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Polski robot UV-C gotowy do walki z wirusami w przemyśle, handlu i turystyce

Pracuje samodzielnie i szybko, a jego skuteczność potwierdzają opinie medyków. Mobilny i autonomiczny robot UV-C polskiej firmy ControlTec już odkaża przestrzenie z wirusów i bakterii we wrocławskim szpitalu zakaźnym. Niebawem z jego zalet będą mogły skorzystać m.in. zakłady przemysłowe, obiekty handlowe i turystyczne.

Autonomiczny robot porusza się samodzielnie, emitując promieniowanie UV typu C – zabójcze dla wirusów (w tym SARS-CoV-2), bakterii i innych groźnych drobnoustrojów. Jego niemal stuprocentowa skuteczność jest udowodniona badaniami laboratoryjnymi i mikrobiologicznymi.

Jako pierwsi w Polsce urządzenie tego typu skonstruowali doświadczeni inżynierowie z wrocławskiej firmy ControlTec, największego niezależnego integratora systemów automatyki w Polsce, którzy połączyli jeżdżącą platformę z systemem 16 lamp i napisali do tego autorskie oprogramowanie sterujące. Robot UV-C ControlTec dezynfekuje pomieszczenia i sprzęt w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym przy ul. Koszarowej we Wrocławiu, gdzie w okresie pandemii leżą chorzy na COVID-19. Robot zebrał od pracowników szpitala bardzo pozytywne opinie potwierdzone pisemną rekomendacją.

Robot udowodnił w szpitalu, że sprawdza się w najbardziej wymagających warunkach. – Z jego zalet mogą korzystać przedstawiciele wielu innych branż. Technologia dezynfekcji w zakresie 360 stopni połączona z umiejętnością dostosowania pracy lampy do odkażanego otoczenia powala mu utrzymywać higienę i bezpieczeństwo w obiektach o każdej skali i przeznaczeniu. – zapewnia Grzegorz Góral, wiceprezes i założyciel firmy ControlTec. – Nasz robot wyznacza nowe standardy w dezynfekcji budynków i pomieszczeń. Zdalnie sterowany system lamp pozwala na szybką, bardzo dokładną i obecnie najbardziej bezpieczną metodę odkażania – dodaje.

Robot z powodzeniem poradzi sobie w galeriach handlowych, obiektach przemysłowych, gabinetach medycznych, dentystycznych i kosmetycznych, hotelach i restauracjach, halach sportowych, instytucjach kultury, zakładach fryzjerskich, centrach SPA i w wielu innych miejscach.

Obiekty handlowe

Dzięki zasięgowi świecenia lamp w promieniu 4 metrów i umiejętności pracy w grupach (flotach), robot znakomicie sprawdzi się w galeriach i centrach handlowych – niezależnie od ich wielkości. – To opłacalna metoda na dużych przestrzeniach – twierdzi Grzegorz Góral. – Jego użycie może przyczynić się do zwiększenia liczby odwiedzających i zaufania klientów, co przekłada się na zysk. Co więcej, zdalnie obsługiwany robot odkaża bez obecności człowieka, więc jest to metoda bezpieczna dla pracowników – dodaje.

Założyciel firmy ControlTec twierdzi, że metoda odkażania robotem jest zdecydowanie wygodniejsza i szybsza niż tradycyjne metody dezynfekcji przeprowadzane w centrach handlowych przez personel. Użycie robota zwiększa bezpieczeństwo korzystania z centrum oraz podnosi jego prestiż w oczach klientów.

Hotele i restauracje

Robot zapamiętuje trasy przejazdu i omija przeszkody, dlatego może pracować nawet w najmniejszych pomieszczeniach i korytarzach. Na jednym ładowaniu jest w stanie zdezynfekować 10 pokoi hotelowych (o wielkości do 30 mkw.). Ładowanie przebiega automatycznie (robot podjeżdża do stacji ładowania samodzielnie) lub ręcznie (wymiana akumulatora). Naładowane urządzenie może pracować do 4 godzin. Czas ładowania do 70% to 30 minut (do 100% 3,5 godziny). – O włączeniu robota do załogi powinny pomyśleć także firmy sprzątające, ponieważ da im to przewagę nad konkurentami – sugeruje Grzegorz Góral.

Aby robot zdezynfekował pokój, wystarczy go do niego wpuścić i zdalnie włączyć lampy. Robot powiadomi o skończonej pracy. Pojedzie do następnego pokoju, a po drodze zdezynfekuje korytarz. To wszystko może robić nocą – a więc bezpiecznie dla gości i personelu.

Przemysł

Wspomniana hala produkcyjna to tylko jeden typ obiektu przemysłowego, które warto dezynfekować robotem. Pozostałe to m.in. fabryki, warsztaty i magazyny. Szybkie odkażanie zwiększa ciągłość produkcji i bezpieczeństwo załogi, ponieważ zmniejsza ryzyko wysłania dużej liczby pracowników na przymusową kwarantannę. Kolejna korzyścią jest to, że robot dotrze z promieniowaniem do wszystkich zakamarków. A ponadto robota można wykorzystać do innych celów. – Zanim dołączyliśmy system lamp odkażających, konstruowaliśmy urządzenie transportowe do fabryki silników samochodowych – wspomina Grzegorz Góral.

Zainteresowanie za granicą

Skąd tak szerokie zastosowanie? To zasługa nowoczesnego oprogramowania, które umożliwia personalizację robota i dostosowanie jego pracy do indywidualnych potrzeb i zadań specjalnych. Komunikacja przebiega przez Wi-Fi, LAN lub złącze RS-232. Urządzeniem zarządza się zdalnie (tablet z aplikacją) lub lokalnie (komputer).

Liczne zalety tego innowacyjnego urządzenia dostrzegają nie tylko firmy polskie, ale także zagraniczne. – Sukces w szpitalu odbił się głośnym echem nie tylko w Polsce. Robot wzbudza zainteresowanie za granicą. Chcą go mieć firmy z różnych branż, bo wiedzą, że w nowa rzeczywistość wymaga jeszcze większej dbałości o dezynfekcję niż do tej pory. Wiedzą też, że robot sprawdzi się w ich przemysłowych, handlowych czy turystycznych obiektach tak dobrze jak zrobił to w obiekcie medycznym – podsumowuje Grzegorz Góral.

Ogólnopolski Szczyt Gospodarczy OSG 2020

W dniach 5-6 października odbędzie się po raz szósty Ogólnopolski Szczyt Gospodarczy OSG 2020. Szczyt odbędzie się w Lublinie w Międzynarodowych Targach Lubelskich, zaś temat przewodni Wydarzenia brzmi: „Państwo – Gospodarka – Bezpieczeństwo: Filary polskiej gospodarki przyszłości”.

osg 2020Już po raz szósty Europejskie Centrum Biznesu pragnie zaprosić czołowych przedstawicieli świata polityki, gospodarki, nauki i biznesu na Szczyt. W ramach tegorocznej edycji zamierzamy skoncentrować się na filarach polskiej gospodarki przyszłości, czyli branżach, firmach i instytucjach, które swoją działalnością i determinacją przyczyniają się do rozwoju gospodarczego kraju. Pragniemy w ramach zaplanowanych debat przeprowadzić dyskusje poświęcone zabezpieczeniu polskiej gospodarki w dobie pandemii pod kątem ryzyk wynikających z niepewności inwestycyjnej, sytuacji międzynarodowej, bezpieczeństwa gospodarczego, energetycznego i finansowego jak również potencjału infrastrukturalnego i innowacyjnego. Temat przewodni Szczytu: Państwo-Gospodarka-Bezpieczeństwo to wspólny mianownik dla wielu inicjatyw, projektów i strategii realizowanych przez Rząd i poszczególne resorty, a tym samym doskonały temat zapewniający niezwykle ciekawą i inspirującą dyskusję na wielu płaszczyznach. Na zakończenie pierwszego dnia Szczytu odbędzie się Gala wręczenia statuetek Bursztyn Polskiej Gospodarki 2020.

Szczegółowe informacje: www.osg2020.pl

Ryzyko utraty pracy w oczach Polaków rośnie. Raport nt. obaw Polaków przed drugą falą pandemii COVID

Aż 53% badanych boi się utraty pracy z powodu kryzysu gospodarczego po pandemii COVID-19. Polacy, jako główne obawy związane z ryzykiem utraty pracy wskazują: recesję (59,6%) dłuższą izolację wywołaną zakażeniem (41,6%) oraz automatyzację ich stanowiska pracy (18,7%). Blisko 40% badanych wskazuje, że z powodu wszechobecnej pandemii do ich pracy zostały wprowadzone nowe narzędzia technologiczne. Dwóch na trzech badanych przyznaje, że obecna sytuacja zmusiła ich do częstszego korzystania ze smartfonu
i komputera. Jednocześnie w pracy zdalnej pracują oni znacznie dłużej i ciężej niż dotychczas – wynika z raportu Procontent Communication pt. „Pandemia automatyzuje Polskę?”.

Okres pandemii wiąże się z redukcją etatów oraz oszczędnościami wprowadzanymi przez wiele firm. Ponad połowa Polaków boi się utraty pracy. Jako potencjalny powód podają oni recesję i kryzys gospodarczy. Jednocześnie Polacy boją się przymusowej izolacji, aż 41,6% obawia się zakażenia wirusem, bądź kontaktu z osobą zarażoną, co wymusi pozostanie na kwarantannie.

Roboty nie chorują, nie męczą się, ani nie przenoszą wirusa – ze względu na te właśnie zalety stanowią idealną odpowiedź na czasy pandemii. Aspekt ten jest widoczny, wśród pracowników, gdyż prawie, co piąty badany (18,7%) obawia się zautomatyzowania swojego stanowiska, które może zostać zastąpione przez nową technologię. Należy jednocześnie podkreślić, że na automatyzację pracy wskazało więcej respondentów obawiających się utraty zatrudnienia niż na ucieczkę inwestorów z naszego rynku (15,9%). Jeszcze mniej badanych, gdyż jedynie 11,3% obawia się konkurencji ze strony imigrantów zarobkowych.

„Wyniki raportu pokazują, że nasze społeczeństwo jest coraz bardziej świadome zagrożeń, jakie mogą występować przy wdrażaniu nowych rozwiązań technologicznych. Ze względu na ryzyko utraty pracy w pandemii więcej Polaków dostrzega zagrożenia płynące z cyfryzacji i automatyzacji procesów oraz więcej badanych obawia się wdrożenia nowych technologii w firmach, w których są zatrudnieni. Pracodawcy decydujący się na pracę zdalną i automatyzację stanowisk pracy mogą się, więc liczyć z dużym stresem w zespołach. Oznacza to konieczność edukacji i wdrażania odpowiedzialnej polityki cyfrowej w firmach” – podkreśla Iwona Kubicz z Procontent Communication.

Pandemia sprawiła, że znacznie więcej czasu spędzam przed komputerem i smartfonem” –
z tym stwierdzeniem zgodziło się ponad 2/3 badanych. Na to wpływ bez wątpienia miała praca zdalna, z której, jak wynika z raportu Procontent, w ostatnim czasie korzystał, co drugi ankietowany. Polakom jednak ta forma pracy odpowiada coraz mniej. Ponad połowa z nich (52%) potwierdza, że przez zdalne wykonywanie obowiązków pracowali oni ciężej i dłużej niż zwykle.

Jednocześnie ankietowani w wyniku wzmożonego kontaktu z technologią podczas pandemii coraz bardziej obawiają się cyfrowej manipulacji. Aż 56 proc. badanych jest zdania, że firmy projektujące i kontrolujące technologie wykorzystują je do manipulowania użytkownikami. Z takim wnioskiem zdecydowanie nie zgadza się jedynie 2% Polaków.

Dodatkowo, przez obecną sytuację gospodarczą Polacy chcą ograniczać wydatki. Ponad połowa badanych (52%) deklaruje, że oszczędza w strachu przed drugą falą epidemii. Obawy przed drugą falą wpływają również na priorytety w naszym życiu zawodowym. Od swoich pracodawców Polacy wymagają dziś przede wszystkim przygotowania się na druga falę epidemii COVID-19 (56,1%) oraz poradzenia sobie z kryzysem gospodarczym i odbudową gospodarki (53,8%). Istotnym aspektem jest też dbanie o dobrostan pracowników i ich samopoczucie psychiczne po izolacji (47,3%). Tylko nieliczni wskazali zmiany klimatyczne (21,1%), jako istotny temat, którym powinni się obecnie zajmować pracodawcy.

„Obrazuje to fakt, iż w wyniku pandemii zepchnęliśmy tematy kiedyś kluczowe na drugi tor. Najważniejszym dla społeczeństwa jest dziś, bowiem zapewnienie bezpieczeństwa finansowego i stabilizacja zatrudnienia. Tematy kluczowe dotyczące bezpieczeństwa zatrudnienia oraz wizji radzenia sobie z kryzysem, powinny zostać zaadresowane
w komunikacji wewnętrznej i korporacyjnej firm, które chcą by pracownicy koncentrowali się na działaniu i pozostali produktywni”
– komentuje Iwona Kubicz.

„Ponad 1/3 badanych stwierdza, że stosunek firm do pracowników w wyniku pandemii uległ znacznemu pogorszeniu. To bardzo niepokojące dane związane ze zmieniającym się trendem i najprawdopodobniej kończącym się rynkiem pracownika. Zaufanie do pracodawcy nadwyrężyło zaledwie kilka miesięcy od wybuchu epidemii, jednak jego odbudowa może potrwać lata, choć dobra gospodarcza koniunktura może powrócić wraz ze spodziewaną skuteczną szczepionką. Kluczową kwestią podczas epidemii, w momencie niepokoju i obawy jest mądre zarządzanie reputacją firmy. To właśnie rolą szefów jest zadbanie o bezpieczeństwo pracowników i zminimalizowanie strat wizerunkowych dla przedsiębiorstw” – dodaje Iwona Kubicz, prezes Procontent Communication.Czy przez pandemię zastąpią nas roboty

Kryzys gospodarczy spowodowany pandemią może zaostrzyć trend ku automatyzacji
i robotyzacji procesów, ponieważ firmy szukają sposobów, aby zredukować zatrudnienie i być bardziej konkurencyjnymi. Jednocześnie wiele firm, które wprowadzi nowe technologie
i zainwestuje w automatyzację może nigdy nie wrócić do starych nawyków.

Branża cyfrowa Grupy Wyszehradzkiej apeluje do rządów i KE o reformę opłaty reprograficznej

Branża cyfrowa i nowoczesnych technologii z Polski, Czech, Słowacji i Węgier – Digital V4 – zaapelowała do rządów swoich państw oraz do Komisji Europejskiej o rozpoczęcie prac nad reformą systemu finansowania pracy artystów opartego o opłatę reprograficzną. Ich zdaniem dzisiejsza opłata jest przestarzała, nie przystaje do teraźniejszości oraz nie nadąża za gwałtownym rozwojem nowych, cyfrowych modeli biznesowych i usługowych.

Digital V4 to inicjatywa organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej: Polski, Czech, Słowacji i Węgier, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Grupy Wyszehradzkiej. Zdaniem Digital V4 obowiązujące rozwiązanie wymaga gruntownego przemodelowania, gdyż powstała w latach 60. XX wieku opłata reprograficzna nie odpowiada zmianom technologicznym, które zaszły od czasu jej wdrożenia, a współczesne i nadchodzące cyfrowe rozwiązania technologiczne wymykają się jej przestarzałym ramom. „Jesteśmy w obowiązku zwrócić naszym rządom i Komisji Europejskiej uwagę na fakt, że archaiczny model opłaty reprograficznej nie dotrzymuje również kroku gwałtownemu rozwojowi nowych cyfrowych modeli biznesowych i usługowych. Konieczne jest zatem natychmiastowe dostosowanie systemu do nowych realiów technologicznych oraz metod dystrybucji kultury w sieci” – napisano we wspólnym stanowisku.

Branża: stałe poszerzanie listy urządzeń – toporne i niewydajne

Jak zauważa branża cyfrowa Grupy Wyszehradzkiej, od lat boryka się ona z ciągłą walką o wydłużanie listy urządzeń objętych stosowanymi regulacjami. Stałe poszerzanie zakresu urządzeń i nośników objętych opłatą reprograficzną jest jednak rozwiązaniem topornym i bardzo wrażliwym na upływ czasu. Metoda ta jest niewydajna legislacyjne i skazana na niepowodzenie w obliczu cyfryzacji i dynamicznie rozwijającego się rynku, na którym nowe rozwiązania pojawiają się, zanim regulacje prawne zostaną dostosowane do istniejących już produktów i usług. – Przepisy już dziś odbiegają od realiów technologicznych i aktualnych metod odbioru dzieł kultury. Proces ten będzie z czasem przybierał na tempie i uwydatniał luki dzisiejszego systemu – komentuje Michał Kanownik ze Związku Cyfrowa Polska, który podpisał się pod apelem.

Prezes Cyfrowej Polski zauważa, że kopiowanie utworów staje się dziś reliktem przeszłości. – Skala kopiowania daleko odbiega od czasów powszechnego stosowania kaset czy płyt CD i staje się zjawiskiem marginalnym. Obywatele państw Grupy Wyszehradzkiej i Unii Europejskiej korzystają dziś z owoców pracy artystów za pomocą nowych kanałów, głównie za pomocą usług streamingowych, których popularność stale wzrasta i konsekwentnie wypiera kopiowanie – podkreśla Michał Kanownik. Digital V4 zwraca też uwagę na fakt, że za obcowanie z dziełami kultury, konsumenci ponoszą dziś koszty w postaci comiesięcznych abonamentów, opłat za czasowy dostęp, czy godzą się na oglądanie reklam w ramach usługi. Nie ma zatem uzasadnienia dla utrzymania systemu opartego o zanikające zjawisko, któremu wymykają się dzisiejsze formy odbioru kultury oraz zdobycze postępu technologicznego.

Opłata w sprzeczności z Jednolitym Rynkiem Cyfrowym

Kolejnym problemem jest to, że opłata reprograficzna ma niejednolity charakter prawny w UE. A to stoi w sprzeczności ze staraniami Unii Europejskiej na rzecz budowania Jednolitego Rynku Cyfrowego i pogłębiania integracji. „Jako organizacje działające w obrębie stale rozwijającego się Jednolitego Rynku Cyfrowego, dostrzegamy głęboką potrzebę stworzenia na nowo wydajnego systemu i ujednolicenia przepisów oraz mechanizmów w nowoczesnej Unii Europejskiej wkraczającej w erę cyfryzacji” – argumentuje w swoim stanowisku Digital V4.

Co się zmieniło w branży IT przez ostatnie 15 lat?

Smartfony wypierają komputery, aplikacje w chmurze zastąpiły programy instalowane na dysku, a media społecznościowe wyrosły na główne źródło informacji. Jak ostatnie 15 lat w nowych technologiach wyglądało od kuchni branży IT? Eksperci firmy 7N, która działa w Polsce już od półtorej dekady, podsumowują, jak przez ten czas zmieniła się praca programistów.

Ostatnie 15 lat przyniosło wiele istotnych zmian. W efekcie medialnego zainteresowania nowymi technologiami, co roku słyszymy o kolejnych trendach. Tymczasem, zdaniem Grzegorza Pyzla, Vice President w 7N potrzeba dopiero kilku lat, by dostrzec naprawdę istotne procesy, takie jak przetasowania w popularności języków programowania czy wzrost znaczenia rozwiązań chmurowych. Polski oddział duńskiej firmy 7N powstał w 2005 r. Od tego czasu, bacznie obserwuje praktyki na polskim rynku IT. Jakie zmiany dostrzega?

Coraz więcej programistów

Według analiz Evans Data Corporation liczba programistów na świecie w ciągu minionej półtorej dekady uległa podwojeniu, przekraczając w ubiegłym roku 24 miliony osób. Ale nawet tak spektakularny wzrost nie nadąża za popytem na pracę deweloperów. W branży IT to wciąż pracodawcy muszą zabiegać mocno o pracownika.

To sprawia, że coraz więcej młodych ludzi decyduje się na karierę w IT. Przez ostatnich 15 lat znacząco wzrosła liczba absolwentów kierunków teleinformatycznych. Od kilku lat co roku mury polskich uczelni opuszcza kilkanaście tysięcy adeptów informatyki i kierunków pokrewnych. Do tego należy dodać osoby, które ukończyły różne, szkolenia, np. w ramach popularnych w Polsce szkół programowania. Według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości obecnie branża IT liczy ponad 430 tys. pracowników.

Rewolucja w formie zatrudnienia

Na przestrzeni lat ewoluowały również modele zatrudnienia, które obecnie zmierzają w kierunku projektowych i bardziej elastycznych form współpracy. W Polsce w tym obszarze pionierem zmian była firma 7N, która od początku oferowała programistom pracę w modelu kontraktowym.

– Gdy zaczynaliśmy działać w Polsce, model kontraktowy był jeszcze mało popularny w zawodach związanych z technologiami. Staliśmy się zatem edukatorami wyjaśniającymi, na czym on polega, jakie są plusy i minusy różnych form zatrudnienia. Na tym polu zaszła gigantyczna zmiana. Obecnie około 50 proc. osób związanych z rozwojem oprogramowania pracuje na kontraktach – zauważa Grzegorz Pyzel, Vice President w 7N.

Jawność wynagrodzeń i transparentność

7N od początku swojej obecności w Polsce, zgodnie ze skandynawskim zwyczajem, podawało w ogłoszeniach o pracę wysokość przyszłych zarobków konsultantów
– Gdy zaczęliśmy publikować stawki wynagrodzeń, część klientów tego nie rozumiała. Czasami nawet zdarzały się prośby o zaprzestanie tych praktyk. Teraz coraz trudniej w IT znaleźć ogłoszenie bez podanej stawki lub chociaż widełek płacowych – wspomina Grzegorz Pyzel – Podobnie było z jawnością naszej marży. Można więc śmiało powiedzieć, że byliśmy pionierami transparentności, która pomimo upływu 15 lat dziś nie wszystkim wydaje się oczywista – ocenia ekspert.

Programista partnerem dla biznesu

Ekspert 7N wskazuje również, że zmiana organizacji pracy w branży IT przyczyniła się do modyfikacji jej charakteru. Programiści nie są, jak dawniej, wyłącznie skupionymi na kodowaniu fachowcami, czekającymi, aż ktoś zleci im kolejne zadanie. Popularyzacja zwinnych metodyk zarządzania sprawiła, że osoby te są dużo bliżej biznesu.
– Skoro rozwinęła się strona biznesowa odpowiedzialna za IT, to analogicznie można zauważyć wzrost świadomości rozwoju osobistego po stronie programistów. Już nie tylko certyfikaty potwierdzające wiedzę techniczną, ale i nastawienie na umiejętności miękkie decyduje o roli w projekcie. Rynek potrzebował takiego zaangażowania ze strony tych, którzy mają tak duży wpływ na funkcjonowanie produktów, procesów, a nawet całych biznesów. Edukacja, jaką oferujemy w ramach opieki agentów, ma na celu skłonić konsultantów do bardziej proaktywnego podejścia. Analogiczny proces można zauważyć po stronie klientów. Kiedyś przeciętna osoba nie do końca rozumiała, czym dokładnie się zajmują programiści. Dziś jest zupełnie inaczej, dużo się mówi i pisze o technologiach, aplikacjach i startupach – ocenia Grzegorz Pyzel.

Polska ważnym graczem na mapie IT

Istotną zmianą minionego 15-lecia jest przesunięcie Polski z roli kraju wchodzącego w globalny świat IT w kierunku jego centrum. Jak pokazał raport „Executive Brief Outsourcing IT” obejmujący 50 krajów, Polska zajmuje czołowe miejsce, jeśli chodzi o outsourcing usług informatycznych w modelu nearshoringowym czy offshoringowym. Pomiędzy rodzimymi firmami IT a spółkami zagranicznymi trwa ostra konkurencja o pracownika.
– W 2005 r., gdy otworzyliśmy biuro 7N w Polsce, obsługiwaliśmy trzech klientów z Danii i ani jednego z Polski. Obecnie obsługujemy ponad 50 klientów z czego około 30 proc. to klienci zagraniczni. Polska w coraz większym stopniu staje się hubem branży IT w całym regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Z jednej strony globalne firmy technologiczne budują nad Wisłą swoje centra kompetencyjne, zatrudniając najlepszych ekspertów IT. Z drugiej, prężnie rozwijają się także lokalne firmy, inwestując w technologie i poszerzając zakres swoich usług, np. w projektowaniu nowych produktów – zauważa Grzegorz Pyzel.

Ponadprzeciętny wzrost

Zaawansowanie branży widać także na przykładzie polskiego oddziału 7N, który rośnie szybciej niż inne zagraniczne oddziały. Pod koniec ubiegłego roku współpracowało z nim ponad 800 konsultantów, czyli już ponad połowa wszystkich konsultantów tej globalnej firmy.

– Misją 7N jest praca z 3 proc. najlepszych specjalistów na rynku. Liczba konsultantów, którymi się opiekujemy, to tylko jeden ze wskaźników ilustrujących, jak bardzo zwiększyło się w naszym kraju grono specjalistów IT z najwyższymi umiejętnościami – tłumaczy Grzegorz Pyzel, Vice President w 7N.

Toyota Lunar Cruiser – wodorowy pojazd do eksploracji Księżyca

Można powiedzieć, że wszystkim. Lunar Cruiser to załogowy łazik ciśnieniowy do eksploracji Księżyca, nad którym Toyota pracuje wspólnie z Japońską Agencją Kosmiczną JAXA. Pojazd wielkości dużego auta dostawczego otrzyma napęd na wodorowe ogniwa paliwowe i ma mieć zasięg nawet 10 tys. km. Natomiast Land Cruiser to słynna terenówka Toyoty, znana z niezrównanej trwałości i niezawodności oraz możliwości off-roadowych. Oba pojazdy łączy ten sam producent oraz zdolność do radzenia sobie w księżycowym krajobrazie.

Koncepcja załogowego łazika japońskiej produkcji powstała w 2019 roku, kiedy Toyota i JAXA postanowiły połączyć siły i opracować wodorowy pojazd do eksploracji Księżyca z napędem na ogniwa paliwowe Toyoty. Ma on zapewnić ogromny zasięg do 10 tysięcy kilometrów i miejsce dla czworga astronautów. Teraz twórcy łazika ogłosili jego nazwę – Lunar Cruiser.Toyota Lunar Cruiser (1) Toyota Lunar Cruiser (3)

Krążownik, na którym można polegać

Nazwa Lunar Cruiser została wybrana ze względu na to, że dobrze się kojarzyła inżynierom i innym pracownikom Toyoty i JAXA zaangażowanym w ten projekt. Toyota uznała, że podobne skojarzenia będzie miała także szeroka publiczność. Chodzi oczywiście o nawiązanie do Land Cruisera, znanego na całym świecie samochodu terenowego, którego tradycja sięga 1951 roku. Po Land Cruisera sięgają ludzie pod każdą szerokością geograficzną potrzebujący niezmordowanego narzędzia transportu, które poradzi sobie nawet w najbardziej niedostępnych okolicach – jak góry, skute lodem strefy biegunowe, pustynie czy tropikalne dżungle. Jeśli jest na świecie samochód dający gwarancję powodzenia każdej wyprawy, to jest to właśnie Land Cruiser – samochód o świetnych możliwościach terenowych, odpornej konstrukcji i wysokiej jakości przekładającej się na niezawodność. Najwyraźniej Toyota i Japońska Agencja Kosmiczna liczą na to, że Lunar Cruiser zapewni eksploratorom Księżyca to samo – gwarancję udanej misji i bezpiecznego powrotu.

Przygotowania do pierwszej misji na Księżycu

Plan zbudowania załogowego ciśnieniowego łazika z napędem na wodorowe ogniwa paliwowe został ogłoszony 13 czerwca 2019 roku. Gotowy pojazd zostanie pokazany w drugiej połowie lat 2020, a następnie zostaną przeprowadzone testy. W swoją pierwszą misję Lunar Cruiser wyruszy pod koniec dekady. Jeszcze w tym roku specjaliści Toyoty i JAXA opracują zestaw procedur testowych do sprawdzenia każdego elementu oraz działania pojazdu jako całości. Obejmą one zarówno testy fizyczne, jak i symulacje cyfrowe. Toyota ma w tej dziedzinie sporo doświadczenia – jako pierwsza wprowadziła do branży motoryzacyjnej oprogramowanie do wirtualnych testów zderzeniowych wraz z serią zaawansowanych cyfrowych manekinów, które odzwierciedlają dynamiczny wpływ różnego rodzaju kolizji na wszystkie kluczowe organy wewnętrzne oraz tkanki u dzieci i dorosłych obu płci w różnym wieku. Pozwala to lepiej ocenić rzeczywisty wpływ wypadku na stan zdrowia kierowcy i pasażerów niż testy zderzeniowe z plastikowymi manekinami.

Wodorowy Lunar Cruiser

Lunar Cruiser będzie miał długość 6 m, szerokość 5,2 m i wysokość 3,8 m. Pojemność kabiny dla kosmonautów wyniesie około 13 m3. Pojazd jest projektowany dla dwóch pasażerów, ale w nagłej sytuacji będzie mógł pomieścić 4 osoby. Będą w nim panowały warunki umożliwiające funkcjonowanie bez kombinezonu kosmicznego. Astronauci będą mogli z łazika swobodnie wysiadać w kombinezonach oraz poruszać się nim po Księżycu, również z wykorzystaniem autopilota.

Pojazd otrzyma układ napędowy zasilany ogniwami paliwowymi – jest to wydajne i bezemisyjne rozwiązanie, które pozwala generować prąd na bieżąco na pokładzie pojazdu w reakcji wodoru i tlenu. Efektem ubocznym jego działania jest woda. Dzięki wysokiej gęstości energii ogniwa bardzo dobrze nadają się do zastosowań kosmicznych. Toyota jest największym producentem pojazdów wodorowych, odkąd w 2014 roku zadebiutował model Mirai. Ten średniej wielkości sedan z elektrycznym silnikiem o mocy 154 KM ma zasięg co najmniej 500 km. Do dziś Toyota sprzedała ponad 10 tys. egzemplarzy, a w tym roku zadebiutuje jego druga, o 30% wydajniejsza generacja.

Toyota nie ogranicza się do produkcji osobowych samochodów na ogniwa paliwowe. Firma sprzedaje także już drugą generację wodorowych autobusów miejskich oraz testuje wodorowe ciężarówki. W tym roku opracowała specjalną wersję ogniw paliwowych do eksperymentalnego jachtu oceanicznego – zestaw jest odporny na wodę morską i trudne warunki panujące na otwartym oceanie.