Pandemia koronawirusa i wiosenny lockdown były dla wielu polskich firm niewątpliwym wstrząsem, który dla wielu przedsiębiorców oznaczał konieczność przemodelowania swojej działalności, a w niektórych przypadkach doprowadził wręcz do upadłości i bankructw. Dom badawczy Maison&Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, zapytał polskie firmy, czy są dziś przygotowane na ewentualną drugą falę zachorowań na koronawirusa. Prawie połowa (45%) z nich oceniło, że jest dobrze lub bardzo dobrze przygotowana. Co piąta firma (22%) mówi, że jest przygotowana źle lub bardzo źle.
Dwa razy więcej przedstawicieli firm ma poczucie, że firma jest dobrze przygotowana na ewentualną drugą falę zachorowań na COVID-19, niż tych, którzy mają przekonanie o złym przygotowaniu firmy.
– Polscy przedsiębiorcy już nie raz udowodnili, że są w stanie sprostać trudnościom, jakie sprawia im otoczenie rynkowe, wysoka międzynarodowa konkurencja, czy przeszkody prawne i podatkowe. Ich wysoka motywacja oraz umiejętności radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych od lat stanowią o sile polskiej przedsiębiorczości. Tak też dziś, po kilku miesiącach od wybuchu epidemii, dwa razy więcej polskich firm jest już w stanie ocenić, że jest dobrze przygotowana na ewentualną drugą falę zachorowań, niż jest przygotowana źle – ocenia Cezary Kaźmierczak, Prezes ZPP.
Stosunkowo dużo, bo około 1/3 badanych przedsiębiorców, nie miało zdania na ten temat.
– Brak jednoznacznej odpowiedzi 1/3 firm na pytanie dotyczące przygotowań na drugą falę koronawirusa oceniać można dwojako. Optymistyczna hipoteza, pozwala wnioskować, że ich brak zdania wynika z braku zależności pomiędzy kondycją prowadzonego biznesu, a sytuacją epidemiczną – mówi Piotr Palutkiewicz, Zastępca Dyrektora Departamentu Prawa i Legislacji ZPP – Mniej pozytywna interpretacja skłania jednak do twierdzenia, że co trzecia polska firma, po prostu nie myśli o tym co może się stać jesienią. Prowadzi biznes z dnia na dzień.
Najwięcej osób przekonanych o dobrym przygotowaniu firmy jest wśród przedstawicieli przedsiębiorstw o najkrótszym stażu na rynku, choć jednocześnie najmniejszy odsetek deklarujących złe przygotowanie jest wśród firm będących na rynku 6-10 lat. Badanie nie wykazało istotnych różnic w postawach w zależności od wielkości firmy, regionu, ani sektora.
– Najważniejsze, by nauczeni dotychczasowym doświadczeniem nie dopuścić, by sytuacja epidemiczna miała ostatecznie bezpośredni wpływ na polskie firmy. Zachowujmy zdrowy rozsądek i ostrożność, by nie doprowadzać do wzrostu zachorowań. Lockdown gospodarki nie może być brany pod uwagę jako narzędzie walki z epidemią. – twierdzi Cezary Kaźmierczak.
*****
Badanie zostało przeprowadzone przez dom badawcy Maison&Partners na zlecenie Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Badanie metodą CAWI (Computer Assisted Web Interviews). Wielkość próby stanowiło 597 respondentów. Struktura próby w badaniu jest reprezentatywna dla przedsiębiorstw w Polsce ze względu na wielkość firmy (mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa). Badanie zostało zrealizowane w sierpniu 2020.
EBC dostrzega problem w kursie eurodolara. Natłok odczytów zza oceanu. Australia nie jest niezatapialna. Złoty reaguje na walkę możnych tego świata.
Kto by pomyślał?
Kurs głównej pary walutowej globu wreszcie dotarł do długo wyczekiwanego poziomu 1,20 $, po czym, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nastąpił odwrót. Dużą rolę w tym odegrał główny ekonomista EBC, który w dość miękki, acz mocno skuteczny sposób postanowił zainterweniować na rynku. Wystarczyły słowa, że kurs euro do dolara jest istotny dla działań Europejskiego Banku Centralnego, by inwestorzy stracili ochotę do dalszego ciągnięcia kursu na północ. Pana Lane’a na pewno trzeba pochwalić za timing jego wypowiedzi, po pierwsze miała ona miejsce przy kluczowym poziomie dla dalszych losów tej pary walutowej, a po drugie po całkiem przyzwoitych odczytach z USA. Pozwoliło to uzyskać pożądany efekt, względnie niskim nakładem. Kurs EURUSD spadł dziś już do poziomu 1,186 $, a przed nami kolejne odczyty ze Stanów. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na raport ADP, który jest swoistym wstępem przed piątkowymi danymi z rynku pracy. Dodatkowo mamy zamówienia na dobra trwałe oraz te w przemyśle. W jednym i drugim przypadku rynek jest wyraźnie pozytywnie nastawiony, co może dodatkowo wspierać dolara.
103 kwartały i koniec
Na szerokim rynku warto zwrócić uwagę na odczyt australijskiego PKB, który właśnie zakończył najdłuższą na świecie passę kwartalnych odczytów bez recesji. Ponad ćwierć wieku udawało się Australijczykom utrzymywać dodatnią dynamikę PKB, przechodząc suchą nogą przez kolejne globalne kryzysy. Pokazuje to, do jak potężnego załamania doprowadziła pandemia koronawirusa. Największa gospodarka antypodów zmniejszyła się w drugim kwartale 2020 roku o 7%, co jest wyraźnie gorszym wynikiem od oczekiwań analityków. Warto również zwrócić uwagę na dzisiejszy odczyt inflacji w strefie euro, bo ta ostatnio mocno niepokoi ekonomistów. Środowy raport, co prawda, tyczy się zmian cen producenckich, które z jednej strony pozostają gdzieś na obrzeżach zainteresowania EBC. Z drugiej jednak dzisiejsze pozytywne zaskoczenie może trochę uspokoić nastroje wokół indeksu CPI.
Złoty w defensywie
Brak lokalnych impulsów powoduje, że rodzimy złoty koncentruje się przede wszystkim na wydarzeniach wokół głównej pary walutowej świata. Spadki na EURUSD przeważnie oznaczają kłopoty dla naszej waluty i tak też jest dzisiaj. Euro po raz kolejny bez większych przeszkód pokonało poziom 4,40 zł. Dolar dziś drożeje o blisko 4 grosze, dochodząc do poziomu 3,71 zł. Jeszcze więcej zyskuje funt, za którego obecnie płacimy 4,96 zł. Po kilku słabych sesjach odbija także frank, wracając w okolice 4,08 zł.
Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w InternetowyKantor.pl
Konieczność wstrzymywania lub ograniczenia planów rekrutacyjnych, redukcja wynagrodzeń, zniesienie premii – to tylko niektóre skutki pandemii COVID-19, które odczuwają firmy oraz pracownicy. Koronawirus stał się źródłem zmian społecznych, ale także organizacyjnych. Pandemia, niosąc za sobą ogromne skutki w skali makro, przekłada się również na zmianę podejścia do biznesu, nowe obowiązki pracodawców oraz zmiany w potrzebach pracowników.
Na ile bezpieczeństwo zyskuje na znaczeniu?
Pandemia bez wątpienia przyspieszyła procesy wdrażania elastycznych rozwiązań, upowszechniła pracę zdalną, stawiając zupełnie nowe wyzwania zarówno przed pracodawcami, jak i pracownikami. Jak wynika z danych GUS, pod koniec marca br. w Polsce 2,33 mln osób pracowało zdalnie, 71,7 proc. (1,67 mln osób) z nich przyznało, że powodem jest sytuacja związana z koronawirusem. Troska o zdrowie i potrzeba maksymalizacji bezpieczeństwa zdeterminowała model pracy w czasie lockdownu, zaś stopniowe odmrażanie gospodarki i przywracanie pracy stacjonarnej wymusiło na pracodawcach wdrożenie dodatkowych rozwiązań, procedur i środków bezpieczeństwa. Wśród nich są m.in. testy w kierunku Sars-COV-2. Czy zmiany te przekładają się na potrzeby pracowników i zdeterminują trendy w benefitach pozapłacowych?
–Nowa rzeczywistość wymaga nowego kontraktu społecznego, który proponować powinien, aby relacje między jednostką a organizacją, organizacją i społeczeństwem w większym stopniu koncentrowały się na człowieku. W dobie koronawirusa wiele organizacji zaczęło traktować działania z obszaru tego typu priorytetowo i na nim skupiło swoją uwagę. Od tej pory bezpieczeństwo fizyczne, psychiczne i finansowe to kwestie najwyższej wagi. Pandemia wydłużyła dzień pracy, potęgując zmęczenie i wypalenie zawodowe oraz jednocześnie naraziła wielu pracowników na stres z uwagi na konieczność znalezienia równowagi między obowiązkami służbowymi a życiem prywatnym. Przez ostatnie tygodnie jasne rozgraniczenie między zobowiązaniami osobistymi (np. rola rodzica lub opiekuna) a pracą jest praktycznie niemożliwe. Wielu pracowników doświadcza wypalenia zawodowego nasilonego wybuchem epidemii, co sprawia, że zapewnienie dobrego samopoczucia stało się głównym priorytetem w procesie powrotu do pracy – mówi John Guziak, Partner Deloitte, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.
Kierunek zmian może wyznaczać obustronne zrozumienie i określenie wspólnego celu, jakim jest zapewnienie bezpieczeństwa i ciągłości działania przedsiębiorstwa, z korzyścią dla obu stron.
– W ostatnim czasie obserwujemy znaczący wzrost zainteresowania firm wsparciem nie tylko bezpiecznego powrotu do pracy stacjonarnej, ale także zabezpieczenia planu działań interwencyjnych, w przypadku pojawienia się w danej firmie przypadku zakażenia koronawirusem. Kluczowy staje się proces zarządzania ryzykiem i strategia zabezpieczenia ciągłości działania. Wśród branż, które najczęściej zwracają się do nas po pomoc można wymienić m.in.: branżę farmaceutyczną, zakłady produkcyjne, a także usługi finansowe – mówi dr hab. n. med. Anna Wójcicka, współzałożycielka Warsaw Genomics.
Jak wynika z najnowszego badania CBOS poświęconego postawom Polaków wobec epidemii koronawirusa, 62 proc. badanych boi się zarażenia koronawirusem. Mimo, że zachorowalność w Polsce nie maleje, społeczeństwo powoli wychodzi z lockdownu, a coraz więcej przedsiębiorstw wdrożyło lub planuje powrót do pracy stacjonarnej. I mimo, że pracownicy wracają do tego samego miejsca pracy, do normalności jeszcze daleko. Pracodawcy muszą zapewnić już nie tylko stosowanie podstawowych zasad reżimu sanitarnego, ale zmierzyć się z obawami i potrzebami pracowników w kontekście poczucia bezpieczeństwa i komfortu psychicznego podwładnych.
– W zależności od realnych potrzeb, przedsiębiorstwa i organizacje wdrażają indywidualną ścieżkę działań – część z nich decyduje się na przeprowadzenie wśród zatrudnionych badań na obecność przeciwciał IgG i IgM w celu identyfikacji osób uodpornionych i osób w potencjalnie późnej fazie zakażenia. Dla innych kluczowe jest zabezpieczenie działań interwencyjnych w przypadku wykrycia zakażenia koronawirusem i zapewnienie ciągłości działalności firmy – mówi dr n. med. Monika Kolanowska, Kierowniczka zespołu diagnostycznego Warsaw Genomics.
Poczucie, że firma jest przygotowana na zabezpieczenie sytuacji wystąpienia koronawirusa i zaangażowana w działania zwiększające bezpieczeństwo pracowników może korzystnie wpłynąć na komfort pracy oraz motywację zespołu. To szczególnie ważne, w przypadku firm, których obszar działalności nie pozwala na pracę zdalną.
– Nadszedł czas, aby zakorzenić kwestie związane z zapewnieniem bezpieczeństwa oraz dobrego samopoczucia w kulturze organizacyjnej i systemie pracy, jak również, aby dokonać fundamentalnego przemodelowania dotychczasowego podejścia, które koncentrowało się na działaniach, a większego skupienia się na wynikach pracy. Dzięki temu, przed pracownikami otworzy się możliwość zarówno spełnienia w roli prywatnej, jak i zawodowej – mówi John Guziak, Partner Deloitte, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Polsce.
Pandemia sprawiła, że przedsiębiorcy z dnia na dzień zostali postawieni przed wieloma wyzwaniami związanymi z dostosowaniem miejsc pracy w nowym reżimie BHP, przygotowaniem powrotów do pracy stacjonarnej, wykorzystaniem tych doświadczeń, związanych z działalnością podczas pandemii, a jednocześnie obraniem kierunku działań, również w kontekście pracowników. Szerokie spojrzenie i trafna ocena sytuacji, przekute w konkretne działania biznesu mogą odbić się pozytywnie w przyszłości w obszarze działalności firmy, jak również relacjach z pracownikami i otoczeniem biznesowym.
Arval Service Lease Polska, lider branży długoterminowego wynajmu pojazdów z pełną obsługą, należący do Grupy BNP Paribas, kontynnuje ofensywę produktową po „społecznej kwarantannie” i wprowadza nowe rozwiązanie dla klientów, którzy chcą zoptymalizować wykorzystanie floty. Dzięki nowej usłudze Arval Car Sharing możliwe będzie użytkowanie jednego samochodu przez wielu kierowców, a proces wypożyczenia będzie przeprowadzony w całości poprzez aplikację mobilną. Car sharing to nowy element pakietu usług „The Journey Goes On”, stworzonego, by pomóc firmom w powrocie do normalnego funkcjonowania po okresie kilkumiesięcznego przestoju.
Nowe rozwiązanie daje możliwość udostępnienia pracownikom jednego lub kilku samochodów do przejazdów służbowych. Pojazdy mogą być wypożyczone na okres od godziny do kilku dni. Użytkownicy korzystają z wygodnej aplikacji mobilnej, która umożliwia rezerwację auta, uruchomienie pojazdu, a także zgłoszenie ewentualnych uszkodzeń. Menedżerowie floty mają natomiast możliwość monitorowania na bieżąco przebiegu, zużycia paliwa i dostępności aut. Aplikacja dostępna jest dla systemów Android oraz iOS.
Współdzielenie pojazdów to jeden z najbardziej widocznych trendów w mobilności. Ostatnie miesiące, które upłynęły pod znakiem pandemii COVID-19, wywołały jednak wiele obaw o bezpieczeństwo korzystania z ogólnodostępnych samochodów. Car sharing wewnątrz firmy to rozwiązanie dostosowane do tych nietypowych czasów, ponieważ z pojazdów korzystają wyłącznie osoby, które i tak spotykamy w pracy, a same pojazdy mogą być dodatkowo regularnie dezynfekowane. Współdzielenie służbowych aut to także dobry sposób na szybkie zapewnienie mobilności wielu pracownikom, bez konieczności znacznego rozbudowywania floty. Wszystko dzięki bardziej efektywnemu wykorzystaniu samochodów – mówi Daniel Aleks, Procurement, Remarketing & Mobility Director w Arval Service Lease Polska, odpowiedzialny za wprowadzenie usługi.
Klienci Arval mogą wdrożyć usługę firmowego car sharingu w nowo zamówionych samochodach, ale istnieje też możliwość uruchomienia jej dla pojazdów już użytkowanych.
Wdrożenie usługi Arval Car Sharing w firmie odbywa się w kilku krokach. Analizujemy potrzeby klienta oraz jego politykę flotową, a następnie dostosowujemy do nich naszą ofertę i konfigurujemy usługę. Dla fleet managerów to bardzo wygodne rozwiązanie, które nie dokłada im pracy, ponieważ dzięki naszej platformie nie muszą wydawać kluczyków użytkownikom, prowadzić ich do pojazdu, ani opisywać stanu auta w papierowych protokołach. Zamiast tego aplikacja posłuży jako wirtualny kluczyk, wskaże użytkownikowi drogę do wybranego dla niego auta i umożliwi mu zgłoszenie wszelkich uszkodzeń. Ponieważ zakończenie wynajmu odbywa się wyłącznie na wyznaczonych przez firmę parkingach, samochody zawsze dostępne są w tym samym miejscu. Aplikacja Arval Car Sharing ma też specjalną funkcjonalność dla firm korzystających z aut elektrycznych. Pojazdy te są wyróżnione na platformie zupełnie innym layoutem, dlatego użytkownik od razu wie, że wypożycza samochód elektryczny i widzi poziom jego naładowania – wyjaśnia Maciej Przyborowski, MTR Manager w Arval Service Lease Polska, odpowiedzialny za wprowadzenie usługi car sharingu.
Oprócz samego momentu rezerwacji, usługa nie wymaga korzystania z internetu, dlatego aplikacja będzie działała także na parkingach podziemnych i w innych miejscach z ograniczonym zasięgiem. Subskrypcja platformy carsharingowej obejmuje okres od 24 do 60 miesięcy.
SimFabric SA, notowany na NewConnect wydawca i producenta gier wideo z Grupy PlayWay, zawarł umowę z Polską Agencją Handlu. W jej ramach do spółki trafi 200 tys. zł grantu na przygotowanie strategii wejścia na rynek chiński i pozyskanie tam pierwszych kontraktów.Dofinansowanie pochodzi z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020. Jednocześnie SimFabric rozwija strategię zrównoważonego rozwoju. W ostatnich tygodniach spółka poszerzyła działalność o gry mobilne oraz dedykowane wirtualnej rzeczywistości.
– Dynamizujemy swoją działalność na rynkach międzynarodowych. Azja, na czele z Chinami, jest największym rynkiem sprzedaży gier komputerowych i stanowi jeden z kluczowych obszarów działalności naszej firmy w przyjętej strategii rozwoju. Powierzony nam przez Polską Agencję Handlu grant, umożliwi nam podjęcie działań zmierzających do rozszerzenia współpracy m.in. z czołowym światowym koncernem wydawniczym Tencent. To właśnie z tą korporacją podpisaliśmy na targach ChinJoy w Szanghaju list intencyjny o współpracy na nasz czołowy tytuł ElectriX, w wersji dedykowanej na rynek chiński. Przyznany grant umożliwi nam przyspieszenie realizacji zapisów wynikających z listu – informuje Julia Leszczyńska, prezes Zarządu SimFabric S.A.
Grant będzie realizowany przez spółkę przez okres dziewięciu miesięcy. W tym czasie SimFabric przygotuje strategię wejścia spółki na czołowy rynek azjatycki i pozyskania pierwszych kontraktów z firmami z Chin. Kwota grantu wynosi 200 tys. zł. Dofinansowanie pochodzi z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, oś priorytetowa III – Wsparcie innowacji w przedsiębiorstwach.
SimFabric konsekwentnie realizuje strategię zrównoważonego rozwoju, która opiera się na pięciu głównych filarach. Spółka koncentruje się na produkcji własnych nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier, świadczeniu usług portowania w oparciu o umowy wydawnicze na projekty otrzymane od podmiotów zewnętrznych oraz działalności badawczo-rozwojowej. Niedawno firma uruchomiła dwa nowe filary działalności, które realizuje w nowych spółkach zależnych – MobileFabric i VRFabric.
W sierpniu SimFabric zawało umowę z ASI Gaming Investment Group, które zobowiązało się do nabycia 150 tys. akcji serii C MobileFabric oraz 150 tys. akcji serii B VRFabric. Cenę emisyjną ustalono na poziomie 17 zł za akcję. W wyniku transakcji do każdej ze spółek wpłynie kwota 2,55 mln zł. Pieniądze mają zostać przelane na konta firm nie później niż 24 października br. Po dokonaniu płatności, spółki zależne SimFabric są zobligowane do dopełnienia wszelkich czynności niezbędnych do wyemitowania w formie subskrypcji prywatnej wskazanej w umowie liczby akcji.
Już 2 miliony klientów Banku Millennium korzysta regularnie z kanałów elektronicznych, czyli loguje się przynajmniej raz w miesiącu do Millenetu lub aplikacji mobilnej.
Cyfrowi klienci logują się do aplikacji Banku Millennium 3 razy częściej niż do Millenetu. Robią średnio 5 przelewów miesięcznie. Poza tym często sprawdzają historię transakcji, korzystają też chętnie z płatności Blikiem i lubią płacić bez portfela. Korzystają także z szerokiego wachlarza usług dodatkowych, takich jak płatności za bilety komunikacji miejskiej i parkingowe, automatyczne płatności za autostrady Autopay czy zakup ubezpieczeń OC oraz turystycznych.
– Na pierwszy milion klientów aktywnie korzystających z kanałów cyfrowych pracowaliśmy 15 lat, na drugi już tylko 3 lata. Mamy nadzieję, że kolejny milion już wkrótce. Koncentrujemy się na stałym zapewnianiu jak najlepszej obsługi klienta i rozwijamy bankowość elektroniczną. Naszym celem jest, aby wszyscy klienci Banku Millennium wygodnie korzystali z usług cyfrowych – mówi Joao Bras Jorge, Prezes Zarządu Banku Millennium.
Jak podaje internetowa wersja słownika języka polskiego PWN, „small talk” to rozmowa towarzyska na niezobowiązujące tematy. Sama definicja sugeruje, że nie trzeba większego wysiłku, aby taką dyskusję podjąć. Jednak Polacy nie do końca chcą i potrafią prowadzić takie pogawędki, co dowiódł sondaż przeprowadzony przez SW Research na zlecenie Babbel.
Small talk jest szczególnie istotny w krajach anglojęzycznych. To tam często pada sławetne „How are you?”, czyli „Jak się masz?”. W Polsce ten zwrot po polsku jest słyszalny raczej rzadko, a najczęściej od obcokrajowców, którzy dosłownie tłumaczą grzecznościowe pytanie z języka angielskiego. Polacy z kolei nie zawsze potrafią swobodnie na nie odpowiedzieć.
Sondaż przeprowadzony na zlecenie Babbel, aplikacji do nauki języków obcych, na reprezentatywnej grupie 1010 respondentów pokazał, że 30% osób nie lubi i nie czuje się komfortowo, prowadząc small talk. Z drugiej strony podobny odsetek pytanych przyznaje, że jest to naturalne i lubi to robić. Warte podkreślenia jest to, że aż 42% nie wie, jak odpowiedzieć na to pytanie. Czy można wyciągnąć wniosek, że może nie do końcu rozumiemy, o co w small talku chodzi?
– Dla niektórych osób prowadzenie small talków to codzienność zawodowa. To właśnie na tej umiejętności zbudowali swój biznes. Zagajenie rozmowy, poznanie potrzeb swojego rozmówcy oraz sprzedaż jest oparta na takiej rozmowie. Ale podejście do small talków związane jest z uwarunkowaniami kulturowymi, jak i osobistymi przekonaniami. Dla jednych jest to zbyteczna gadka szmatka, a dla innych sposób na poznawanie ludzi i nawiązywanie kontaktów społecznych. Ale prowadzenia small talków można się nauczyć, ponieważ jest bardzo intuicyjne. Wymaga od nas taktu, empatii, uważności i otwarcia na drugą osobę – mówi dr Iwona Tyrna-Łojek, ekspertka ds. komunikacji w Wyższej Szkole Bankowej w Chorzowie.
Komu łatwiej mówić o niczym?
Jak się okazuje, to młodsze pokolenie ma mniej problemów z prowadzeniem small talku. Taka rozmowa jest naturalna dla 40% pytanych w wieku do 20 lat i niemal dla 43% w przedziale 25–34 lat. Z kolei w grupie 50+ tylko 18,7% respondentów odpowiedziało, że lubi rozmowę o niczym i czuje się dobrze, przeprowadzając ją. – Młodsi mogą mieć większa swobodę w takiego typu rozmowach. Jest to spowodowane tym, że grupa ta częściej i intensywniej komunikuje się poprzez komunikatory online, gdzie czasem dyskusje nie są aż tak merytoryczne. Starsi wolą chwycić za telefon i przedyskutować daną sprawę. Oczywiście nie jest to reguła, a pewnie uogólnienie – mówi Katarzyna Grabiec-Clark z Babbel.
Pewna prawidłowość była też widoczna, biorąc pod uwagę wykształcenie i dochód. Im wyższy poziom skończonej edukacji, tym więcej ankietowanych przyznawało, że lubi przeprowadzać small talk i czuje się z tym komfortowo. Podobnie sytuacja kształtuje się w przypadku dochodów – im wyższy dochód, tym wyższy odsetek procentowy Polaków przyznających, że taka rozmowa nie jest dla nich problemem.
Temat rozmowy o niczym to…
Jeśli chodzi o wachlarz tematów, to jest on bardzo szeroki. Należy pamiętać, że nie ze wszystkimi porozmawiamy o wszystkim. Zgodnie z sondażem najczęściej poruszanym tematem podczas rozmowy o niczym jest pogoda. Ponad połowa ankietowanych (57,3%) wskazała tę odpowiedź. Drugie miejsca na podium zajęła tematyka związana z czasem wolnym i rozrywką. Tę odpowiedź wskazało 43,6%. Natomiast częściej niż co trzeci pytany postawił na życie rodzinne i prywatne (33,6%). Na dalszych pozycjach znalazła się praca, ale także polityka, gospodarka i ekonomia oraz podróże. Pytani mogli zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź.
– Small talk powinien dotyczyć tematów neutralnych, a przekaz pozytywny jest zawsze tutaj priorytetem. Nie zawsze trzeba kurczowo trzymać się naszego pomysłu na temat rozmowy, bo może on wyjść dopiero w trakcie nawiązywania kontaktu. Ważne jest, aby dobrze zagaić rozmowę, aktywnie słuchać, powstrzymać się od oceniania drugiej osoby, jak i skupić swoją uwagę na rozmówcy. Dobrym sposobem nawiązania pierwszej rozmowy jest po prostu obdarzenie uśmiechem naszego rozmówcy, obserwowanie jego reakcji oraz mowy ciała. Jeżeli odwzajemni nasz uśmiech, spojrzy w naszą stronę, to znak, że możemy działać. Warto pamiętać, że na samym początku łatwiej też jest utrzymywać small talk niż go inicjować, ale właśnie to nas uczy prowadzenia takich konwersacji – mówi dr Iwona Tyrna-Łojek.
Czy takie konwersacje są potrzebne?
Jak dowiodło badanie, small talk nie jest naturalny dla wszystkich Polaków i nie wszyscy czują się dobrze, przeprowadzając taką rozmowę. Powodów może być wiele – nie jest to zakorzenione w naszej kulturze, nie jesteśmy tak otwartym i rozgadanym narodem czy po prostu wynika to z osobowości poszczególnych jednostek. Pewne jest jednak to, że co drugi Polak (49,5%) uważa, że small talk jest potrzebny i przydatny. Odmiennego zdania jest co piąty pytany. Nadal jednak duży odsetek (31,5%) nie ma opinii na ten temat. Czy z biegiem czasu otworzymy się bardziej na taką rozmowę i będziemy częściej ją przeprowadzać?
Wszyscy uczestnicy obrotu gospodarczego traktowani jako podmioty profesjonalne, a więc przede wszystkim przedsiębiorcy, muszą uważać na ciążącą na nich odpowiedzialność przy prowadzeniu swojej działalności. Podmioty będące drugą stroną łączących ich stosunków prawnych i transakcji mogą bowiem dochodzić zaspokojenia roszczeń odszkodowawczych za utracone w wyniku nienależycie wykonanych usług korzyści. Nawet jeśli to nie obarczony odpowiedzialnością podmiot był zobowiązany do świadczenia, i nawet jeśli strony wiązała jedynie umowa ustna.
Zlecenie czynności związanych z założeniem spółki
Spółka prowadząca działalność gospodarczą zawarła w maju 2015 r. ustną umowę na prowadzenie jej spraw księgowo-kadrowych. Co miesiąc przedsiębiorca lub jej partner osobiście wypłacali księgowej z tego tytułu wynagrodzenie. Księgowa prowadziła m.in. sprawy zleceniodawczyni w przedmiocie założenia przez nią spółki, sporządzania projektów uchwał, a także została prokurentem zawiązanej spółki. Przedsiębiorca była zobowiązana do opłacania składek ZUS oraz dostarczania księgowej wymaganych przez nią do prowadzenia rachunkowości dokumentów.
Czynności zgłoszeniowe do ZUS po terminie
W 2015 r. prowadząca działalność gospodarczą zleceniodawczyni urodziła pierwsze dziecko i do sierpnia 2016 r. korzystała z urlopu macierzyńskiego. W październiku 2016 r. urodziła zaś drugie dziecko. We wrześniu 2015 r. ZUS poinformował ją, że wraz z nabyciem prawa do zasiłku macierzyńskiego zobowiązana była do wyrejestrowania się z ubezpieczeń z tytułu prowadzonej działalności i zgłoszenia się do ubezpieczeń społecznych, w tym dobrowolnego chorobowego i zdrowotnego. Zgłoszenia tego księgowa dokonała po upływie wskazanego w przepisach terminu, również część składek klientka sama uregulowała dopiero po ustawowym terminie, a na wpłatę nie wszystkich składek po terminie zgodę wyraził ZUS.
Blisko 75 tys. zł utraconych świadczeń
Prowadząca działalność gospodarczą w formie spółki klientka wniosła przeciwko swojej księgowej pozew o zapłatę wraz z ustawowymi odsetkami za opóźnienie, tytułem odszkodowania za nienależyte wykonanie zobowiązania w postaci niezgłoszenia przez nią w terminie wniosku o zasiłek macierzyński oraz do ubezpieczeń społecznych w imieniu powódki, wskutek czego powódce odmówiono prawa do zasiłku chorobowego za okres niezdolności do pracy oraz wypłaty zasiłku macierzyńskiego. Na szkodę klientki w wysokości niespełna 75 tys. zł składały się: kwota ponad 15 tys. zł niewypłaconego przez ZUS zasiłku chorobowego oraz blisko 60 tys. zł różnicy pomiędzy zasiłkiem macierzyńskim, który powódka otrzymałaby a zasiłkiem, który rzeczywiście został jej wypłacony.
Świadcząca usługi nie uznała roszczeń
Pozwana nie uznała roszczenia swojej klientki, podnosząc, że strony nie łączyła żadna umowa na świadczenie usług kadrowo-księgowych, a te usługi księgowe, które wyświadczyła, miały jedynie charakter grzecznościowy i okazjonalny, a ich przedmiotem były sprawy kadrowo-księgowe spółki, a nie sprawy bezpośrednio związane z osobą klientki. Pozwana zwróciła również uwagę, że ewentualne konsekwencje za utratę tego typu korzyści ciążyły na jej klientce jako głównej zainteresowanej pobieraniem zasiłku macierzyńskiego. Co więcej, ostatecznie uzyskała ona przedmiotowe świadczenie z tytułu urodzenia drugiego dziecka, stąd jej roszczenie odszkodowawcze nie ma podstaw.
Strony wiązała umowa ustna
Na podstawie zgromadzonych dokumentów oraz zeznań stron i partnera prowadzącej działalność gospodarczą przedsiębiorcy sąd ustalił, że obie strony sporu łączyła ustna umowa, w której pozwana zobowiązała się do świadczenia na rzecz powódki usług kadrowo-księgowych. Łączący strony stosunek nie miał charakteru okazjonalnego, o czym przesądzały wystawiane na rzecz spółki comiesięczne faktury za te usługi.
Sąd Rejonowy Szczecin-Centrum w Szczecinie, Wydział XI Gospodarczy uznał, że intencją klientki od samego początku nawiązania współpracy z pozwaną było scedowanie na nią obowiązków administracyjno-prawnych związanych z rozliczeniem działalności gospodarczej jako na podmiot zajmujący się tym profesjonalnie. Potwierdziła to sama księgowa, zeznając, że doradzała klientce w sprawach założenia spółki, ale i instruując o terminach i wysokości koniecznych do opłacenia składek. Dlatego też orzekł na korzyść powódki, zasądzając na jej rzecz całą objętą żądaniem pozwu kwotę blisko 75 tys. zł.
„…odpowiedzialność za uchybienie terminowi, a w konsekwencji powstanie szkody w majątku powódki obciąża pozwaną jako podmiot profesjonalnie zajmujący się świadczeniem usług księgowych. Zauważyć należy, iż osoby korzystające z tego typu usług w głównej mierze kierując się zaufaniem do profesjonalisty, dążą do przekazania zawiłych spraw księgowych profesjonaliście, który w ich imieniu dokona stosownych czynności administracyjno-prawnych w celu osiągnięcia konkretnego rezultatu, przy zachowaniu należytej staranności …” (wyrok z 15 czerwca 2020 r., sygn. akt XI GC 1836/18).
Podsumowanie
Wyrok szczecińskiego sądu stanowi poważne ostrzeżenie dla wszystkich podmiotów traktowanych w obrocie gospodarczo-prawnym jako podmioty profesjonalne: przedstawicieli wolnych zawodów, a zwłaszcza przedsiębiorców. I nie dotyczy to wyłącznie usługodawców, jak w niniejszej sprawie, lecz wszystkich przyjmujących na siebie w drodze umowy zobowiązanie do określonych działań na rzecz klienta. Mając na uwadze grożącą odpowiedzialność i jej wysokość, warto zadbać o zabezpieczenie interesów swoich i swojej firmy poprzez analizę zawartych, wiążących umów oraz audyt aktualnej sytuacji prawnej. Należałoby też zastanowić się nad wdrożeniem środków ochrony majątku przed przyszłymi wierzycielami.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
W ciągu jednego dnia każdy Polak zużywa średnio 92 litry wody z sieci wodociągowej, to tzw. bezpośrednie zużycie wody. Wartość ta nie uwzględnia wody niezbędnej do produkcji żywności i przedmiotów, które kupujemy. Gdy weźmiemy ją pod uwagę, okazuje się, że tak naprawdę zużywamy nawet 40 razy więcej wody.
Wyprodukowanie żywności pochłania najczęściej kilka tysięcy litrów, a odzieży nawet kilkadziesiąt tysięcy. Wytwarzanie opakowań, które zazwyczaj natychmiast trafiają do naszych śmietników, wymaga już zasobów wodnych szacowanych na 650 do 800 miliardów m3 rocznie. Eksperci rankomat.pl sprawdzili, jaki ślad wodny posiadają mieszkańcy wybranych regionów świata oraz jakie zużycie wody przypada na wybrane produkty spożywcze i przemysłowe. Każdy może również sprawdzić swoje zużycie tzw. wirtualnej wody, korzystając z porównywarki śladu wodnego dostępnej na stronie rankomat.pl/woda.
– W Rankomat od lat pomagamy oszczędzać czas i pieniądze. Dzisiaj, chcemy wykorzystać nasze doświadczenie w znajdowaniu najlepszych rozwiązań do realizacji ważnego, ogólnospołecznego celu. Dlatego zachęcamy do skorzystania z naszej nowej porównywarki, dzięki której każdy w kilka minut może dowiedzieć się, ile wody zużywa każdego dnia,
a także co może zrobić, by korzystać z niej mądrzej i oszczędniej. Mamy nadzieję, że nasze działania zainspirują Polaków do zmiany na lepsze, zwłaszcza w obliczu nadchodzących zmian klimatycznych – komentuje Tomasz Masajło Prezes Zarządu Rankomat
Czym jest ślad wodny i ile wynosi dla mieszkańców Polski?
O tym, ile naprawdę zużywamy wody, mówi nam ślad wodny. Określa on sumę wody zużytej przez nas bezpośrednio i pośrednio (woda wirtualna). Bezpośrednio zużywamy wodę do picia, mycia, prania, czy sprzątania. Możemy łatwo określić jej ilość, ponieważ widzimy, kiedy ją wykorzystujemy. Pośrednio zużywamy wodę wirtualną, która również pochodzi z globalnych, wyczerpywalnych zasobów słodkiej wody.
Średni dzienny ślad wodny jednego mieszkańca/mieszkanki Polski wynosi 3900 litrów wody. Z danych GUS wynika, że przeciętny mieszkaniec naszego kraju zużywa bezpośrednio ok. 92 litry wody. Oznacza to, że pośrednio, czyli w procesie konsumpcji towarów i usług, zużywamy aż 3808 litrów wody dziennie. Zużycie wirtualnej wody w Polsce jest zatem bardzo duże. Są jednak kraje, które wykorzystują jej jeszcze więcej.
Jaki jest ślad wodny mieszkańców wybranych państw?
Średni dzienny ślad wodny mieszkańców USA jest dwukrotnie wyższy niż w Polsce i wynosi 7800 litrów na osobę. Nieco mniejszy odnotowano dla Australii i Włoch (po 6300 l/os.).
W krajach skandynawskich dzienny ślad wodny na osobę wynosi tyle samo co w naszym kraju – 3900 litrów, w Egipcie: 3700 litrów, a w Chinach już tylko 2900 litrów.
Ile litrów wody zużywa się do produkcji poszczególnych produktów spożywczych?
Różnice w śladzie wodnym wybranych produktów spożywczych są znaczące. Przykładowo, jedno jajko (60 g) ma ślad wodny w wysokości 196 litrów wody, 1 kg pomarańczy już 560 l, natomiast 1 kg sera aż 3178 l.
Im bardziej złożony produkt, tym większy jest jego ślad wodny, gdyż na każdym etapie jego produkcji zużywana jest woda. Przykładowo, wyprodukowanie 1 kg wołowiny pochłania 15 415 l wody. Tylko 1% śladu wodnego wołowiny to woda wykorzystywana do pojenia i mycia zwierzęcia oraz utrzymania gospodarstwa i otoczenia, w którym jest chowane. 99% śladu wodnego produktu stanowi woda związana z konsumowanym przez zwierzę pożywieniem.
Jaki jest ślad wodny ubrań?
Ślad wodny mają nie tylko produkty spożywcze, ale także ubrania. Co istotne, produkcja odzieży może pochłaniać znacznie większe zasoby wody niż przemysł spożywczy. Przykładowo, do produkcji 1 kg bawełny (tkaniny) zużywa się 10 000 litrów wody, a ślad wodny skórzanych butów wynosi 14503 litry wody.
Ile wody ulega zanieczyszczeniu wskutek produkcji opakowań?
Rocznie na świecie produkowanych jest 400 milionów ton opakowań. Służą one do przechowywania żywności, ubrań, elektroniki i innych dóbr podczas ich transportu
i magazynowania. Wytwarzanie opakowań pochłania zasoby wodne, które szacuje się na 650 do 800 miliardów m3 rocznie. Oprócz wody użytej na etapie produkcji dochodzi tu także ilość wody, która zostaje zanieczyszczona wskutek produkcji opakowań. Określa ją szary ślad wodny opakowań.
Średni roczny szary ślad wodny poszczególnych opakowań jest tak duży, że niejednokrotnie odpowiada on ilości wody wykorzystywanej przez kilka lat do użytku domowego.
Przykładowo:
wyprodukowanie aluminiowego opakowania pochłania tyle wody, ile wystarczyłoby mieszkańcom Londynu przez 2,5 roku,
średni roczny szary ślad wodny metalowych opakowań odpowiada ilości wody wykorzystywanej do użytku domowego przez mieszkańców Australii przez rok,
produkcja szklanych opakowań (roczny szary ślad) pochłania tyle wody, ile zużywają średnio mieszkańcy Francji przez 2 lata;
na roczną produkcję plastikowych opakowań przeznacza się tyle samo wody co do użytku domowego mieszkańców Chin przez 6 miesięcy.
– Pamiętajmy, że każda rzecz, którą posiadamy, ma własny ślad wodny. Aby być świadomym i odpowiedzialnym konsumentem, trzeba rozsądnie nabywać rzeczy, biorąc pod uwagę ślad wodny (i nie tylko wodny), jaki one generują. Jeśli nie możemy ograniczać konsumpcji, starajmy się wybierać produkty mniej uciążliwe dla środowiska zarówno podczas produkcji, jak i utylizacji.Zastanawiając się nad wymianą działającego telefonu na nowszy model, miejmy w tyle głowy informację, że smartfon generuje ślad wodny
w wysokości 12760 litrów wody, a planując wymianę samochodu na nowszy model, zwróćmy uwagę, że ślad wodny samochodu wynosi aż 380000 litrów wody – komentuje Marek Piątkowski, prezes Fundacji Aeris Futuro.
Pandemia COVID-19 sprawiła, że wiele działań przeniosło się ze świata rzeczywistego do wirtualnego, co stanowi szansę dla biznesu. Klienci pozostawiają po sobie cyfrowy ślad, którego analiza pozwala poprawić ich doświadczenia, przygotować lepszą ofertę, a w efekcie zwiększyć lojalność względem marki. Aby wykorzystać wiedzę drzemiącą w danych generowanych przez użytkowników podczas pandemii, biznes musi wdrożyć skuteczne narzędzia do analiz big data.
(2 września 2020 r.) – Jak wynika z raportu Krajowego Rejestru Długów, podczas pandemii 54% użytkowników dłużej przebywało w sieci. Wydłużył się również czas korzystania z telefonu komórkowego, w przypadku 30% respondentów było to więcej niż 2 do 4 godzin. Dla firm oznacza to wzrost liczby danych generowanych w przestrzeni cyfrowej, które mogą okazać się niezwykle przydatne zarówno w procesie tworzenia planów biznesowych, jak i podczas bieżących działań.
Niestety brak narzędzi analitycznych w polskich firmach sprawia, że potencjał ten nie może być w pełni wykorzystywany. Według Indeksu Gospodarki Cyfrowej i Społeczeństwa Cyfrowego 2020 (DESI 2020), tylko 8% polskich przedsiębiorstw analizuje duże zbiory danych. Średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 12%. Pierwsze miejsce w rankingu DESI zajmuje Malta, gdzie niemal 25% organizacji posiada rozwiązania z zakresu big data. Polska znalazła się na 21. pozycji wyprzedzając m.in. organizacje z Cypru, Węgier, Austrii czy Bułgarii.
Analityka w ciągu kilku godzin
Eksperci SAS podkreślają, że nie można usprawiedliwiać braku narzędzi do analizy dużych zbiorów danych w polskich firmach jedynie wieloletnimi zapóźnieniami technologicznymi względem krajów zachodnich. Wzór stanowi Litwa, która uzyskała wynik powyżej unijnej średniej.
Mimo tego, że według raportu DESI rozwiązania z zakresu big data posiada niemal trzy razy więcej dużych firm niż przedstawicieli sektora MŚP, zdaniem SAS wdrożenie systemów analitycznych nigdy nie było łatwiejsze i wbrew powszechnej opinii nie wymaga znacznych inwestycji początkowych. Wszystko dzięki technologii cloud computing. Przykładowo, platforma analityczna SAS składa się z gotowych komponentów, które pozwalają skrócić czas uruchomienia modelu analitycznego z kilku dni do kilku godzin w wybranych środowiskach chmury publicznej.
Dzięki chmurze łatwo jest rozbudowywać środowisko analityczne wraz ze wzrostem ilości przetwarzanych danych, bez potrzeby inwestowania w kosztowną infrastrukturę IT. Kolejną korzyścią są elastyczne formy finansowania, które sprawiają, że analityka jest łatwiej dostępna również dla mniejszych firm. SAS oferuje rozliczanie kosztów użycia swojego oprogramowania na podstawie liczby użytkowników, grupy konkretnych zastosowań czy w odniesieniu do wielkości biznesu.
W wielu organizacjach pandemia COVID-19 przyspieszyła proces cyfrowej transformacji. Trzeba było niemal z dnia na dzień zapewnić narzędzia do pracy zdalnej, w tym komunikacji czy współdzielenia zasobów. Trudno oczekiwać, że wdrożenie narzędzi analitycznych przebiegnie równie szybko, jednak chmura znacznie skróciła ten czas. Teraz jest idealny moment dla przedsiębiorstw na wykorzystanie potencjału danych. Nigdy wcześniej tyle osób nie korzystało z technologii w pracy i życiu codziennym, generując informacje niezwykle cenne dla biznesu – podsumowuje Patryk Choroś, Business Development Director w SAS Polska.
Źródła:
Indeks gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI) na 2020 r., Komisja Europejska, 2020
Jak Polacy korzystają z telefonu i Internetu w czasie pandemii, Krajowy Rejestr Długów, 2020
Już 4 września wejdą w życie nowe zasady delegowania pracowników w kontekście świadczenia usług i czasowych wyjazdów do spółek w ramach grupy kapitałowej. Z badania przeprowadzonego przez PwC wynika, że przedsiębiorcy obawiają się zmienionych przepisów – jedna piąta respondentów twierdzi, że nowe zasady wpłyną negatywnie na ich biznes poprzez zmniejszenie przychodów lub wzrost kosztów ich usług, a 15% ankietowanych przewiduje, że może to doprowadzić do utraty możliwości konkurowania z podmiotami zagranicznymi.
Nowe zasady delegowania pracowników wynikają z wdrożenia wymogów dyrektywy (UE) 2018/957. Dyrektywa nakłada na pracodawców zwiększone obowiązki informacyjne oraz istotnie zmienia warunki delegowania. Eksperci PwC podkreślają, że nowe obowiązki zgłoszeniowe i zwiększone ryzyko kontroli będa wymagać od przedsiębiorców większej skrupulatności w monitorowaniu zagranicznych wyjazdów pracowników, co dodatkowo komplikują dziesiątki niestandardowych sytuacji pracowników mobilnych wynikające z COVID-19. Ponadto, pracodawcy powinni – wykazując należytą staranność – przeprowadzić przegląd swoich zasad wynagradzania i warunków zatrudnienia pracowników delegowanych. Z jednej strony pozwoli to zidentyfikować, które przepisy (polskie czy zagraniczne) stosować z perspektywy nowych wymagań, z drugiej będzie to dla nich odpowiedzią na pytanie jakie składniki wynagrodzenia należy zapewnić pracownikowi zależnie od długości jego delegowania.
O tym, jakie będą rzeczywiste efekty wprowadzenia nowych przepisów, przekonamy się wraz z upływem czasu. W krótkiej perspektywie możemy bez wątpienia stwierdzić, że samo wdrożenie nowych wymogów, niezależnie od tego jak silny skutek one wywrą na działalność biznesową, będzie dla pracodawców dużym wyzwaniem. Nowelizacja ustawy o delegowaniu pracowników w ramach świadczenia usług wprowadzająca przepisy dyrektywy (UE) 2018/957 nie zawiera szerszych uregulowań dotyczących okresu przejściowego w stosowaniu tych przepisów. Jest wprost przeciwnie – ponieważ nowe wymogi stosuje się do oddelegowań, które będą trwały w momencie ich wejścia w życie, tj. 4 września 2020 r., pracodawcy mają niewiele czasu, aby zaplanować swoje działania w tym obszarze. – Bartosz Siwiak, menedżer w dziale prawno-podatkowym PwC
80% respondentów badania PwC przeprowadzonego wśród 35 firm korzystających z delegowania pracowników, uważa, że nowe wymogi będą stanowiły dla nich dodatkowe obciążenie administracyjne, co przełoży się na wzrost kosztów obsługi oddelegowań. Co piąty badany twierdzi, że nowe zasady wpłyną negatywnie na ich biznes poprzez zmniejszenie przychodów lub wzrost kosztów ich usług. Około 15% ankietowanych przewiduje, że może to doprowadzić do utraty możliwości konkurowania z podmiotami zagranicznymi. Jedynie 10% nie obawia się negatywnych konsekwencji zmiany przepisów.
Normy prawa nie funkcjonują w próżni – zmiana zasad delegowania pracowników w kontekście wymogów wynikających z prawa pracy to nie jedyny punkt widzenia, który należy przyjąć analizując sytuację pracownika delegowanego. To, jak w świetle wyjazdu za granicę czy przyjazdu do Polski będą wyglądały kwestie podatkowe, ubezpieczeniowe czy imigracyjne może mieć równie ważne, jeśli czasem nie ważniejsze znaczenie. Kiedy dołożymy do tego obrazu potencjalne komplikacje wynikłe z dziesiątek scenariuszy rozmaitych sytuacji przed jakimi stanęli pracownicy transgraniczni w dobie COVID-19, można uznać, że rozwikłanie tych problemów z różnych perspektyw wymaga dobrego zorientowania w przepisach i nałożenia na siebie kilku reżimów prawnych jednocześnie.- Michał Balicki, adwokat w kancelarii PwC Legal
Najważniejsze zmiany wynikające z dyrektywy (UE) 2018/957
Warunki oddelegowania
warunki zatrudnienia i składniki wynagrodzenia na poziomie wynikającym z obowiązujących przepisów oraz powszechnie obowiązujących umów zbiorowych
zwiększone wymogi w zakresie warunków zakwaterowania pracowników oraz stawek dodatków / zwrotu wydatków na pokrycie kosztów podróży.
Okres trwania oddelegowania
zróżnicowanie sytuacji pracowników w zależności od okresu oddelegowania:
do 12 miesięcy (z możliwością przedłużenia do 18 miesięcy) – stosowanie rozszerzonych minimalnych wymogów
powyżej 12 (18) miesięcy – stosowanie warunków zatrudnienia wynikających z przepisów państwa przyjmującego
uregulowanie sposobu sumowania okresów delegowania pracowników
Obowiązki zgłoszeniowe/informacyjne
nowe obowiązki w zakresie aktualizowania zgłoszeń do PIP
procedura składania powiadomienia o przedłużeniu okresu stosowania minimalnych wymogów
przekazanie pracodawcy wysyłającemu pracownika do Polski pisemnej informacji o warunkach zatrudnienia
Rusza badanie kliniczne zainicjowane przez naukowców Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego dedykowane pacjentom z ostrą niewydolnością serca. Projekt uzyskał dofinansowanie Agencji Badań Medycznych w ramach konkursu na działalność badawczo–rozwojową w zakresie niekomercyjnych badań klinicznych. Wartość wsparcia to ponad 30 mln zł.
Ostra niewydolność serca, zwłaszcza niewydolność ze znacznie upośledzoną funkcją serca jest rosnącym problemem zdrowia publicznego. Obecnie według szacunków aż 63 miliony ludzi na całym świecie jest dotkniętych tym problemem, z czego 1 milion w Polsce. Ponowne przyjęcia do szpitala z powodu zaostrzenia przebiegu choroby pozostają̨ stałym wyzwaniem w opiece nad pacjentem z niewydolnością serca. Pomimo poprawy tej sytuacji, nadal ponad połowa pacjentów jest przyjmowana ponownie z powodu pojawienia się objawów niewydolności serca w ciągu 6 miesięcy od ostatniego epizodu zaostrzenia.
Hospitalizacja z powodu niewydolności serca jest wskaźnikiem szczególnie niekorzystnego rokowania i z wysokiej śmiertelności po wypisaniu ze szpitala. Hospitalizacje są kosztowne dla świadczeniodawców i stanowią ponad połowę kosztów związanych z leczeniem niewydolności serca.
Ponadto, dotychczasowe badania nie wykazały, że stosowane metody leczenia ostrej niewydolności serca zmniejszają śmiertelność. Obecne leczenie pozwala na złagodzenie objawów, ale nie wpływa na długość życia i rokowanie pacjenta. Ze względu znaczące ryzyko związane z zbyt słabą i nieefektywną pracą serca, istnieje niezaspokojone zapotrzebowanie na terapie modyfikujące przebieg choroby, które mają bezpośredni wpływ na samopoczucie pacjenta bez skutków ubocznych.
Dotychczasowe dane sugerują, że leki stosowane u pacjentów z cukrzycą typu 2, zmniejszają ryzyko hospitalizacji z powodu niewydolności serca i śmiertelności z przyczyn sercowo-naczyniowych. Leki te zmniejszyły również ryzyko wystąpienia niewydolności serca o 30% i spowodowały istotne 35% względne zmniejszenie ryzyka w hospitalizacji z powodu jego niewydolności, a korzystne efekty obserwowane w grupach pacjentów stosujących wydają się występować bardzo szybko po rozpoczęciu leczenia.
Coraz więcej danych wskazuje na bezpośredni wpływ tej grupy leków na mięsień sercowy. Zakładamy, że inhibitory SGLT-2 poprawiają̨ rokowanie pacjentów hospitalizowanych z powodu ostrej niewydolności serca poprzez zmniejszenie występowania złożonego punktu końcowego związanego ze śmiertelnością̨ z przyczyn sercowo-naczyniowych i hospitalizacji z powodu niewydolnością serca. – podsumowują badacze prof. Jolantra Siller-Matula i prof. Marek Postuła z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej WUM.
Badanie kliniczne EMPATHY realizowane przez Warszawski Uniwersytet Medyczny w międzynarodowym konsorcjum zostanie przeprowadzone w populacji pacjentów z ostrą niewydolnością serca, w celu porównania wpływu na rokowanie dwóch leków przeciwcukrzycowych z grupy inhibitorów SGLT-2 oraz placebo.
Badanie będzie prowadzone w 12 ośrodkach kardiologicznych w całym kraju, a włączonych zostanie ponad 1400 pacjentów. Dodatkowo zaplanowano przeprowadzenie badania wielu biomarkerów w celu określenia molekularnych mechanizmów odpowiedzialnych za efekt terapeutyczny badanych leków oraz ich wpływ na przebieg kliniczny.
Badanie zostało zaprojektowane przez zespół naukowców z Katedry i Zakładu Farmakologii Doświadczalnej i Klinicznej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, prof. Jolantę Siller-Matulę, która jest głównym badaczem oraz prof. Marka Postułę. W skład Komitetu naukowego badania wchodzą także: prof. dr hab. n med. Krzysztof J. Filipiak, I Katedra i Klinika Kardiologii WUM, prof. dr. Harald Sourij, Division of Endocrinology and Diabetology Department of Internal Medicine Medical, University of Graz, Austria, prof. dr Dirk von Lewinski, Division of Cardiology Department of Internal Medicine Medical, Medical University of Graz, Austria, dr hab. med. Łukasz Małek, Instytut Kardiologii w Warszawie, prof. dr hab. med. Piotr Ponikowski, Centrum Chorób Serca Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu.
Lipiec był najgorszym miesiącem dolara od dekady. Sierpień nie przyniósł wyraźnej odmiany sytuacji w notowaniach głównych walut: nie odegrała się wyraźna korekta tego rekordowego osłabienia. Wbrew szablonom sezonowym nie doszło również do pogorszenia nastrojów inwestycyjnych.
Początek września to jednak wyraźne odrabianie strat przez amerykańską walutę. Nie ma ono miejsca przy korekcie na rynkach akcji. Wręcz odwrotnie: Nasdaq i S&P500 ustanowiły nowe, historyczne szczyty. Nie towarzyszyło mu również korzystne dla USD podbicie rentowności amerykańskich obligacji. Szerszym tłem, zarysowanym zaledwie w ubiegłym tygodniu pozostaje negatywne dla USD nastawienie władz monetarnych USA. Nie ma ono prawa zmienić się pod wpływem jednego odczytu.
Impulsem do zahamowania i odwrócenia wyprzedaży dolara stał się odczyt ISM dla przemysłu, czyli najważniejszego barometru nastrojów w tym sektorze największej światowej gospodarki. Główny wskaźnik przybrał wyższą wartość od oczekiwań, pozytywnie wypadłą kluczowa składowa nowych zamówień. Słabo – subindeks zatrudnienia.
I to właśnie ta sfera gospodarki będzie w najbliższych dniach na tapecie.
Po pierwsze: piątek to publikacja raportu Departamentu Pracy. Po drugie: dziś odczyt ADP. Na papierze są to dwie pierwszoplanowe figury makro tego tygodnia. Na papierze, gdyż reakcja na NFP ostatnio jest znikoma. Co więcej, szacunki ADP okazują się być marną wskazówką odnośnie do ważniejszych publikacji. Po trzecie, przed nami długi weekend w USA, który nigdy nie sprzyja zwiększaniu ekspozycji przez inwestorów. Wręcz przeciwnie: można go traktować jako pretekst do wygaszania ewentualnego ruchu kierunkowego z poprzednich dni.
W rezultacie zakładamy, że jest zdecydowanie za wcześnie by wieścić koniec słabości dolara. Tym bardziej, że nie tworzy się bardziej sprzyjające otoczenie ze strony rynków długu, czy akcji. Nie widać żadnych symptomów przygasania apetytu na ryzyko. Po cofnięciu się z 1,20 do 1,19 inwestorzy na rynku EUR/USD będą szukać lokalnych dołków. Spodziewamy się kolejnych prób podejść do 1,20. Naszym preferowanym wehikułem do wykorzystania słabości dolara pozostaje funt. Brytyjska waluta ignoruje zagrożenia związane z brexitem a ze względu na swój ryzykowny profil korzysta na nieustającej pogoni za stopą zwrotu.
Najświeższe dane rynkowe wskazują na widoczny efekt osłabienia dynamiki wzrostu na rynku kredytów mieszkaniowych w Polsce w II kwartale 2020 roku. Jest to spowodowane głównie okresem globalnej pandemii i lockdownem gospodarki. Wydaje się on jednak być płytszy niż początkowo można było się spodziewać, co jest dobrą wiadomością w kontekście odbudowy popytu na rynku kredytów hipotecznych w najbliższych miesiącach.
Widoczny jest spadek dynamiki wzrostu wartości ogólnej kwoty zadłużenia z tytułu kredytów mieszkaniowych. O ile zmiana w I kwartale 2020 roku porównując do IV kwartału 2019 roku wynosiła +3,77%, o tyle w II kwartale w stosunku do I kwartału 2020 roku osiągnęła wartość jedynie +0,66%. Wynika to głównie z mniejszej ilości umów zawartych przez banki, których liczba w II kwartale 2020 roku osiągnęła poziom 45 179 i była niższa w stosunku do okresu poprzedniego aż o 19,97% – wskazuje Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.
Wartość globalna kwoty zadłużenia Polaków z tytułu kredytów mieszkaniowych wyniosła 462,532 mld zł, co oznacza wzrost w drugim kwartale o 13,472 mld zł – wynika z raportu AMRON-SARFiN, „Ogólnopolski raport o kredytach mieszkaniowych i cenach transakcyjnych nieruchomości” za II kwartał 2020 roku. Biorąc pod uwagę okres zamknięcia gospodarki spowodowany pandemią COVID-19, te 13,4 mld zł nowych kredytów mieszkaniowych należy i tak odnotować jako sukces.
Na uwagę zasługuje fakt, iż średnia wartość udzielonego kredytu mieszkaniowego w tym okresie wzrosła o 1,27%, osiągając kwotę 297 567 zł. Dodatkowo – co interesujące – średnia cena transakcyjna na rynku nieruchomości za 1 mkw. mieszkania w Warszawie wzrosła o 1,12%, co oznacza słabszą dynamikę wzrostu cen nieruchomości (w poprzednim okresie I kw. 2020/IV kw. 2019 wartość ta wynosiła 2,29%). Nie potwierdziły się, do tej pory, prognozy o nieuchronnym spadku cen na rynku nieruchomości. Można go zaobserwować jedynie na rynku najmu nieruchomości. Cena najmu mieszkania w Warszawie spadła o cały 1% w stosunku do poprzedniego okresu – mówi Kinga Burcan, ekspert kredytowy, Partner Zarządzający w Trinity Finance.
Ponadto, rynek nieruchomości w pierwszym okresie pandemii zachował się bardzo stabilnie. Z uwagi na jego specyfikę warto jednak poczekać z pełną analizą na dane za trzeci, a przede wszystkim czwarty kwartał 2020 roku.
Kinga Burcan, niezależny ekspert kredytowy. Jest jednym z bardziej cenionych ekspertów hipotecznych w Polsce. Obecnie jest Partnerem Zarządzającym w spółce Trinity House & Finance oraz niezależnym Ekspertem Finansowym stale współpracującym z największymi instytucjami finansowymi w Polsce. Ukończyła kierunek Finanse i Bankowość na warszawskiej SGH. Swoją karierę zawodową związała od początku z sektorem finansów, pracując na menedżerskich stanowiskach w banku ING.
W swojej 20 letniej karierze prowadziła wiele projektów z zakresu finansowania nieruchomości. Współtworzyła projekty dużych inwestycji komercyjnych, jak galerie handlowe, oparte o międzynarodowe konsorcja finansowe, oraz projekt fuzji bankowej. Posiada wieloletnie doświadczenie w zakresie kredytów hipotecznych dla Klientów indywidualnych oraz finansów osobistych.
Podczas wirtualnej konferencji w Los Angeles ogłoszono nominacje do 72. nagród Emmy. Tym razem, wśród nominowanych pojawił się polski akcent. W kategorii Dokument / Outstanding New Approaches znalazła się aplikacja mobilna Apollo’s Moon Shot AR, stworzona przez polską firmę Immersion z okazji 50. rocznicy lądowania na księżycu.
Aplikacja przeprowadza użytkownika przez historię programu Apollo, wykorzystując przede wszystkim technologię rozszerzonej rzeczywistości (AR – Augmented Reality), filmy i zdjęcia. Została stworzona na zamówienie Smithsonian Channel, a jej partnerem merytorycznym jest NASA. Jej premiera odbyła się wspólnie z serialem dokumentalnym o tym samym tytule.
Aplikacja Apollo’s Moon Shot AR umożliwia wirtualną podróż na powierzchnie księżyca za pomocą portalu stworzonego w technologii AR, wystrzelenie rakiety Saturn V z własnej kanapy albo ogródka, odwiedziny we wnętrzu kapsuły kosmicznej Apollo, posłuchanie rozmów między Neilem Armstrongiem i Buzzem Aldrinem, a także spróbowanie samodzielnego wylądowania księżycowym lądownikiem.
– Nominacja do nagrody Emmy nie jest pierwszym wyróżnieniem dla aplikacji – wcześniej Apollo’s Moon Shot AR była nominowana m.in. do Webby Awards czy SXSW (South by Southwest). Jesteśmy dumni, że polska myśl techniczna może stawać do walki z gigantami zza wielkiej wody – mówi Piotr Baczyński, CEO Immersion.
Nagrody Emmy są nazywane „telewizyjnymi Oscarami” – to najważniejsza impreza roku dla świata amerykańskiej telewizji. Głównym organizatorem gali jest Stacja ABC. 72. gala rozdania Emmy odbędzie się 20 września, a jej prowadzącym i producentem wykonawczym będzie Jimmy Kimmel, który również współpracuje z polską firmą Immersion przy produkcji aplikacji AR.
Tylko 10% Polaków ankietowanych przez EY Polska spodziewa się, że powrót do pracy jaką znamy sprzed pandemii zajmie kilka lat albo nawet nigdy nie wrócimy do zwyczajów i schematów zgodnie z którymi pracowaliśmy przed marcem 2020 roku. Zdaniem 36% badanych powrót do „normalności w pracy” zajmie miesiące, a 54% Polaków spodziewa się, że nastąpi to bardzo szybko – w ciągu dni bądź tygodni. Choć odpowiedzi respondentów polskiej edycji badania EY zbliżone są wyników światowych, różnimy się jednak w poglądach dotyczących szczegółów funkcjonowania życia zawodowego po pandemii.
Rys 1. Jak szybko możliwy będzie powrót do „normalnej pracy”, kiedy skończy się już pandemia
Mimo że temat pracy zdalnej szeroko obecny jest w przestrzeni publicznej, jedynie 14% Polaków ankietowanych przez EY Polska w ramach polskiej edycji badania Future Consumer Index spodziewa się, że będzie pracować z domu częściej. To zdecydowanie niższy wynik niż średnia globalna. W badaniu światowym takiej zmiany spodziewa się bowiem blisko połowa (48%) ankietowanych.
– Badanie EY Polska zostało przeprowadzone na szerokiej grupie respondentów i objęło osoby reprezentujące różne formy zatrudnienia, przynależące do różnych grup wiekowych i mieszkające niemal w całym kraju, na mniej i bardziej zurbanizowanych obszarach. To pokazuje, że w skali całego kraju praca zdalna nie jest aż tak powszechna, jak można by sądzić patrząc jedynie na firmy zlokalizowane w większych aglomeracjach. Porównując z kolei wyniki z Polski z badaniem globalnym, wyraźnie widać, że w Polsce formy pracy zdalnej i rozwiązania pozwalające na unikanie służbowych kontaktów bezpośrednich nie są tak powszechne jak w innych krajach. Oczywiście dalsze rozpowszechnienie pracy zdalnej zależne będzie zapewne od sytuacji epidemicznej, ale skala oczekiwanych przez Polaków zmian w sposobie pracy, jest obecnie stosunkowo niewielka w porównaniu ze zmianami, jakich spodziewają się respondenci ankietowani przez EY w innych krajach – mówi Łukasz Wojciechowski, Partner EY, Lider Sektora Handlu i Produktów Konsumenckich.
Jedynie 9,3% Polaków zamierza częściej uczestniczyć w wideokonferencjach wewnątrz organizacji, w której pracuje, co jest wynikiem wyraźnie niższym niż średnia światowa, która jest na poziomie 42%. Podobne rozbieżności dotyczą również wideokonferencji zewnętrznych, mających zastąpić bezpośrednie spotkania z klientami czy kontrahentami.
Rys. 2 Oczekiwania Polaków dotyczące zmian w sposobie pracy
Ponieważ Polacy nie spodziewają się masowo wykonywania obowiązków służbowych z domu, również nie oczekują istotnych zmian dotyczących samego podróżowania do miejsca pracy. Rzadszych podróży do biura czy zakładu spodziewa się 39% ankietowanych w badaniu światowym, podczas gdy w Polsce ograniczenia wyjazdów do pracy oczekuje jedynie 7% osób.
Patrząc z kolei na stosunek Polaków do środków komunikacji miejskiej można wnioskować, że nie będą oni unikać poruszania się do pracy autobusami, tramwajami czy pociągami. Nieco połowa z nas (52%) uważa transport publiczny za niekomfortowy albo wręcz bardzo niekomfortowy. Na tle krajów Ameryki Północnej i zachodniej Europy to zdecydowanie wyższa ocena. Tylko dla niespełna 30% mieszkańców tych rejonów świata jest on bowiem komfortowy (73% badanych uznaje go za niekomfortowy lub bardzo niekomfortowy).
13% osób badanych przez EY Polska spodziewa się natomiast, że gdy już powróci do swojego dotychczasowego miejsca pracy, będzie musiało liczyć się z zaostrzonymi rygorami sanitarnymi i przestrzegać specjalnie wdrożonych procedur sanitarnych. O tę samą kwestię EY pytał również uczestników globalnego badania, a wyniki pokazują, że specjalnych procedur sanitarnych w miejscach pracy oczekuje na świecie 54% badanych.
Jak się okazuje, strach przed koronawirusem nie odstrasza nas od przestrzeni co-workingowych. Mniej skłonnych do korzystania z tego typu rozwiązań będzie jedynie 5% badanych Polaków, podczas gdy w skali światowej, będzie się ich obawiać 30% ankietowanych.
Patrząc na wyniki polskiej edycji badania, można wnioskować również, że niewielu z nas spodziewa się zobaczyć korzyści wynikające z wykonywania pracy z domu. Jedynie 9% ankietowanych przez EY Polska uważa, że dzięki temu poprawi się ich zdrowie i równowaga między życiem zawodowym a prywatnym. To zdecydowanie niższy wynik, niż pokazują statystyki globalne – gdzie poprawy zdrowia i samopoczucia spodziewa się 40% ankietowanych. Co ciekawe, 5% Polaków spodziewa się pogorszenia swojej sytuacji w tym zakresie. Pod tym względem wyróżniamy się pozytywnie na tle świata, ponieważ w skali globalnej, negatywnego wpływu częstszej pracy z domu oczekuje 23% ankietowanych.
– Choć wydawać by się mogło, że praca zdalna jest korzystna dla większości osób, trzeba pamiętać o wielu kwestiach, które mogą być kłopotliwe. Organizacja miejsca i czasu pracy, czy konieczność jednoczesnego łączenia opieki nad dziećmi z obowiązkami zawodowymi mogą okazać się dla wielu pracowników sporym i w pełni zrozumiałym wyzwaniem. Po początkowym entuzjazmie związanym z oszczędnością czasu na dojazdy do miejsca pracy, wiele osób zaczęło odczuwać dyskomfort wynikający z izolacji i rozszerzeniem sfery zawodowej na sferę domową. Nowa sytuacja to też nowa rzeczywistość prawna. Niektóre przepisy pozostawiają wiele wątpliwości interpretacyjnych, nawet w zakresie samej pracy zdalnej. Instytucja pracy zdalnej nie została jak dotąd uregulowana w Kodeksie Pracy i nadal zgłaszane są wątpliwości dotyczące tego, w jaki sposób taka praca może być zlecona i wykonywana i w jakim zakresie pracownik może wykonywać ją poza granicami kraju. Taka praca może wygenerować materialne ryzyka podatkowego nie tylko dla pracowników, ale także pracodawców – tłumaczy Karol Raźniewski, Associate Partner w zespole People Advisory Services EY.
O badaniu
Polska edycja badania „EY Future Consumer Index” przygotowana przez EY Polska przeprowadzona została w dniach 22-28 czerwca 2020 roku na grupie 1000 osób w wieku 18-65 lat. Swoim zasięgiem badanie objęło cały kraj i wszystkie grupy społeczne. Respondenci odpowiadali na pytania dotyczące obecnych zachowań dotyczących różnych obszarów życia, a także nastrojów i przewidywanych postaw w najbliższej przyszłości.
Przygotowywana przez KHK SA instalacja odzysku ciepła ze spalin w Ekospalarni to mniej emisji CO2 do środowiska, obniżenie temperatury spalin i duża oszczędność wody. To także znaczny wzrost produkcji energii elektrycznej
i cieplnej. KHK SA otrzymał już decyzję o środowiskowych uwarunkowaniach dla potrzeb tej inwestycji.
– Instalacja odzysku ciepła ze spalin to projekt innowacyjny, który pozwoli nam zwiększyć produkcję ciepła w sezonie grzewczym i prądu w ciepłych miesiącach, bez konieczności zwiększenia zużycia paliwa, czyli w przypadku Ekospalarni – odpadów. W Polsce takich instalacji działa kilka, natomiast jest to rozwiązanie dobrze znane w Europie, przede wszystkim w Skandynawii – zaznacza Tadeusz Trzmiel, prezes Zarządu KHK SA, spółki odpowiedzialnej za eksploatację Ekospalarni.
Odpady komunalne utylizowane w Ekospalarni zawierają ok. 35-45% wilgoci. Obróbka termiczna w kotłach tak wilgotnego „paliwa” powoduje, że część ciepła powstającego
w czasie spalania zużywana jest do odparowania wilgoci zawartej w tym paliwie. Obecnie ciepło to wraz ze spalinami zostaje bezpowrotnie utracone. Przygotowywana instalacja pozwoli schłodzić spaliny i odebrać ciepło w procesie kondensacji pary wodnej w nich zawartej.
– Instalacja odzysku ciepła ze spalin pozwoli na osiągnięcie wielu korzyści, zarówno środowiskowych jak i ekonomicznych. W Ekospalarni zwracamy szczególną uwagę na ochronę środowiska – zakład jest bezpieczny dla ludzi i otoczenia. Stale podnosimy też efektywność energetyczną, chociażby poprzez inwestycje w fotowoltaikę. Staramy się podążać za światowymi trendami i stale się unowocześniać, stąd decyzja o przystąpieniu do realizacji tej inwestycji – zaznacza Jakub Bator, członek Zarządu KHK SA i dyrektor Ekospalarni.
Aktualnie trwa dialog techniczny z firmami, które zgłosiły się w ramach ogłoszonego postępowania. Dialog ma na celu uzyskanie szczegółowych informacji o możliwościach
i ograniczeniach technicznych budowy i eksploatacji instalacji oraz innych uwarunkowań związanych z jej realizacją. – Dzięki dialogowi technicznemu w sposób jasny i optymalny sformułujemy nasze oczekiwania dotyczące dostawy, montażu a później eksploatacji instalacji, zgodnie z warunkami wynikającymi z prawa zamówień publicznych – dodaje Jakub Bator. KHK SA 29 maja złożył wniosek o dofinansowanie przedsięwzięcia w formie pożyczki w NFOŚiGW, w ramach programu priorytetowego nr 5.12.1 „Wsparcie dla innowacji sprzyjających zasoboszczędnej i niskoemisyjnej gospodarce, Część 1) Sokół – wdrożenie innowacyjnych technologii środowiskowych”. Wnioskowana kwota pożyczki to 23 800 000 (85% kosztów kwalifikowanych), oprocentowanie pożyczki na warunkach preferencyjnych. W ramach projektu istnieje możliwość umorzenia spłaty w wysokości
1 mln zł.
Na samym początku pandemii branża gastronomiczna mocno ucierpiała.Trudno było zadbać o klienta, ponieważ brakowało odpowiednich wytycznych z sanepidu albo były one bardzo niejasne. Środki ochrony były zaś bardzo trudno dostępne – brakowało maseczek i środków do dezynfekcji. Zapasowe partie takich preparatów kończyły się po miesiącu. Zabezpieczenie dotyczyło nie tylko konsumentów, ale i pracowników. Obsługujący klientów chcieli czuć się bezpiecznie, a pracodawcy zapewnić im komfort pracy. Środki ochronne były więc zdobywane różnymi, także prywatnymi kanałami od dostawców. Dziś każda firma może być już pod tym względem dobrze przygotowana, a potrzebnego asortymentu jest pod dostatkiem. Dotyczy to także samego działania lokali.
–Przy wejściu do dyspozycji są środki do dezynfekcji rąk, nadal obowiązują zwiększone odległości między stolikami oraz noszenie maseczek, które mogą być zdejmowana dopiero podczas konsumpcji – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Kołaszewski, członek zarządu Bobby Burger. – Lokale zachęcają swoich klientów do siadania w ogródkach oraz korzystania z kanału delivery – czyli ofert z dostawą. Niestety od początku zdarzali się klienci, którzy ignorowali obowiązek zakrywania ust i nosa. Kiedy liczba zakażeń zaczęła wzrastać, ludzie zaczęli zdecydowanie chętniej nosić maseczki. Nadal jednak pojawiają się pewne problemy z niektórymi klientami, jak i brak dyscypliny wśród pracowników. Nie zawsze są oni w stanie w czasie pracy wyegzekwować u gości zastosowanie się do obwiązujących przepisów – wyjaśnia Kołaszewski.
Z raportu agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland i serwisu DING.pl wynika, że w wakacje wieprzowina w sklepach potaniała o przeszło 4%. Zmiana ta dotyczy średnich cen promocyjnych porównanych z ubiegłorocznymi. Spadki na poziomie ponad 11% odnotowano w supermarketach, a o blisko 9% – w sieciach convenience. Natomiast w hipermarketach koszty zakupu nieznacznie wzrosły, tj. o 2,5%, a w dyskontach – o 1%. Eksperci podkreślają, że to pokłosie epidemii ASF-u i zawirowań na światowych rynkach, głównie chińskim. Dodają też, że przyszłe ceny w dużej mierze będą zależały od sytuacji eksportowej, a także od stworzenia szczepionki do walki z ASF-em i od zatrzymania pandemii koronawirusa.
Latem taniej
W porównaniu z poprzednimi wakacjami średnie ceny promocyjne wieprzowiny zmalały w sklepach o 4,1%. Jak podkreśla Witold Choiński, prezes zarządu Związku Polskie Mięso, jeszcze większy spadek nastąpił w skupie i w zakładach. Rolnicy otrzymywali za towar o około 10% mniej r/r, co oznacza, że wyższą marżę generowały dyskonty i supermarkety. Ekspert dodaje, że na to, co się dzieje na rynku, wpływ ma sytuacja na świecie, a przede wszystkim – w Chinach. A tam w ubiegłym roku osiągnięto rekordowe poziomy cen.
– Od kwietnia 2019 roku mieliśmy bardzo silny wzrost cen skupu trzody chlewnej, co wynikało z sytuacji w Chinach. To największy na świecie producent wieprzowiny. Mówiło się, że tam produkowany jest co drugi kilogram tego mięsa. Jednak pogłowie trzody chlewnej w Państwie Środka zmniejszyło się o ponad 1/3 ze względu na rozprzestrzenianie się afrykańskiego pomoru świń. Chińczycy po prostu zwiększyli import wieprzowiny do swojego kraju, a największym ich dostawcą pozostaje UE. Ale zaczęli też dogadywać się z Amerykanami, którzy mają nadprodukcję tego mięsa – komentuje dr Magdalena Kowalewska, analityk sektora rolno-spożywczego w Banku BNP Paribas.
Z kolei według Janusza Rodziewicza, prezesa Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP, trudno porównywać tegoroczne wakacje z ubiegłorocznymi. Dziś mamy do czynienia z pandemią, a wtedy jej nie było. Na rynku krajowym zapotrzebowanie na wieprzowinę nie zmniejszyło się, ale za to mniej eksportujemy do Unii Europejskiej i krajów trzecich. Wpływ na to ma mniejszy popyt na wieprzowinę w Chinach.
– Ceny w Polsce są uzależnione od tego, co dzieje się na rynku unijnym, szczególnie w Niemczech. To nasz główny partner handlowy. A tam za wieprzowinę w detalu trzeba było płacić coraz więcej. Tak działo się w drugiej połowie zeszłego roku i jeszcze na początku tego – dodaje dr Kowalewska.
Jak stwierdza Karol Kamiński, dyrektor zarządzający w Grupie AdRetail, główne przyczyny obniżek w sklepach to koronawirus i epidemia ASF. Do tego dochodzi też specyficzny okres letni, który z reguły skutkuje tym, że są niższe ceny spowodowane mniejszą podażą żywca. Widać też, że na rynkach europejskich nie dochodzi do wzrostów. Sytuacja utrzymuje się na w miarę stabilnym poziomie.
Wpływ pandemii
– W związku z koronawirusem zawalił się eksport z Niemiec do Chin. Okazało się, że za zachodnią granicą można stosunkowo tanio kupić żywiec czy surowiec magazynowy, tj. tusze, półtusze oraz inne składniki. I przemysł to zrobił, dlatego mógł zaproponować niższą cenę i jeszcze zarobić. Mówimy tutaj więc o czynniku pewnej polityki handlowej – mówi dr Maria Andrzej Faliński, prezes Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.
Pandemia koronawirusa spowodowała nadwyżkę produkcji wieprzowiny, co podkreśla Michał Majszczyk, analityk z Hiper-Com Poland. I dodaje, że gastronomia została zamknięta na kilka miesięcy, a niektóre zakłady przetwórcze zmniejszyły produkcję. Ponadto klienci ograniczyli zakup świeżych produktów na rzecz tych bardziej trwałych. Doprowadziło to do nadwyżki wieprzowiny. Ceny spadły, co odczuli nie tylko duzi odbiorcy, ale też zwykli konsumenci.
– Ten rok jest zdecydowanie inny. COVID-19 powoduje, że w części zakładów brakowało pracowników, zwłaszcza na liniach rozbiorowych. Firmy, głównie europejskie, zaczęły sprzedawać elementy z kością, a nie już końcowe, czyli te rozebrane. Możemy powiedzieć, że to nie był surowiec, tylko półsurowiec. I to też spowodowało, że ceny zostały obniżone – dodaje prezes Związku Polskie Mięso.
Natomiast Karol Kamiński zaznacza, że w ostatnim czasie pogorszyła się sytuacja finansowa Polaków. A to z kolei wpływa na mniejszy popyt. Ponadto konsumpcja wieprzowiny się obniża na rzecz innych mięs, w tym głównie drobiowych, które są tańsze. Z kolei prezes Stowarzyszenia Rzeźników i Wędliniarzy RP podkreśla, że generalnie mięso potaniało, nie tylko wieprzowina. W ostatnim czasie w sklepach płaciło się mniej też za wołowinę i drób, co jest swego rodzaju trendem ogólnoeuropejskim.
– Generalnie wieprzowina nie jest droga. W wakacje mamy sezon grillowy, a wiele osób nie pojechało na wczasy, tylko odpoczywa i szuka rozrywek na miejscu. W związku z tym grillowe asortymenty, głównie wieprzowe, stworzyły większą nadpodaż. Sklepy za wszelką cenę chciały sprzedać towar. Zrobiło się tego produktu dużo, a jednocześnie oferowano go taniej, bo konkurencja decydowała się na obniżki – wskazuje dr Faliński.
Ceny pod lupą
Z analizy również wynika, że największe spadki cen zanotowano w supermarketach – o 11,2%, a także w sieciach convenience – o 8,7%. Z kolei w dyskontach i hipermarketach nieznacznie wzrosły koszty zakupu, odpowiednio o 1% i 2,5%. Jak podkreśla dr Faliński, w supermarketach generalnie są relatywnie wysokie ceny. A ten format konkuruje z dyskontami, gdzie z kolei można kupić tańsze produkty. Obniżka jest więc formą ostrej walki o klienta.
– Nie dziwi mnie większy spadek w mniejszych formatach, które nie mają przestrzeni i warunków do przechowywania nadwyżki mięsa. Musiały więc obniżyć ceny, żeby pozbyć się zalegającego towaru. Natomiast hipermarkety, mając lepsze zaplecze magazynowe, nie musiały robić tego aż tak szybko. Z kolei dyskonty oferują w dużej mierze mięso paczkowane. Rzadko są tam lady, na których towar może krócej przebywać, niż jego zamknięte odpowiedniki – analizuje ekspert z Hiper-Com Poland.
Zdaniem Janusza Rodziewicza, w najbliższym czasie ceny raczej pozostaną na obecnym poziomie. Może być inaczej, jeśli Chiny znowu zwiększą import, to wtedy trzeba będzie więcej zapłacić. Natomiast Witold Choiński podkreśla, że jesienią może być różnie. W dobie pandemii pewne kwestie znacznie trudniej też prognozować. Jednak w krótkim okresie, tzn. w najbliższych 4-8 tygodniach, nie powinno się nic zmienić na rynku. Z kolei według eksperta z Grupy AdRetail, to, ile w najbliższym czasie zapłacimy w sklepach, zależeć będzie od dwóch czynników. To stworzenie szczepionki do walki z ASF-em oraz leku, który zatrzyma pandemię koronawirusa.
– Jeżeli odblokuje się eksport, to ceny będą się utrzymywać, a nawet lekko wzrosną, bo wyeliminowana zostanie nadpodaż. Ale taki scenariusz ze względu na COVID-19 i spadek koniunktury na naszych głównych rynkach odbiorczych wygląda pesymistycznie. Jeżeli nie będzie eksportu, to cena wieprzowiny spadnie. Jednak to zadziała wyniszczająco i za kilka miesięcy może wejść w ten trend inflacyjny. Wtedy będzie rosła – przewiduje dr Faliński.
Jak przekonuje dr Kowalewska, w tym momencie nie ma przesłanek do silnego wzrostu cen w sklepach w drugiej połowie roku. W tej prognozie uwzględniono czynniki znane na dziś oraz założono, że nie będzie tak mocnego lockdownu jak wiosną. Ekspert BNP Paribas nie wyklucza, że podrożeje skup żywca wieprzowego. Jednak to nie przełoży się błyskawicznie na ceny detaliczne. One tradycyjnie mogą podskoczyć przed świętami, co wynika z cyklicznego wzrostu popytu na wieprzowinę.
Analizę wykonali eksperci z agencji badawczo-analitycznej Hiper-Com Poland oraz serwisu DING.pl. Porównano ceny promocyjne z okresu 21.06-21.08.2020 roku oraz z analogicznego czasu w ub.r. W sumie sprawdzono blisko 1,4 tys. akcji promocyjnych w dyskontach, hipermarketach, supermarketach, sieciach convenience i cash&carry.
Należący do CPI Property Group, biurowiec Equator IV zlokalizowanyna warszawskiej Ochocie przy Al. Jerozolimskich 100 pozyskał nowego najemcę. Do budynku na początku stycznia przyszłego roku wprowadzi się spółka Mota Engil Real Estate Management (MEREM) – znaczący deweloper na rynku projektów mieszkaniowych i usługowych w Europie Centralnej. Za proces negocjacji z MEREM i podpisanie umowy na wynajem powierzchni odpowiedzialna była firma Karimpol Polska, poprzedni właściciel budynku.
Equator IV
Mota Engil zajmie na 11 piętrze biurowca Equator IV blisko 540 mkw. powierzchni. Tym samym proces komercjalizacji budynku należącego do CPI Property Group powoli dobiega końca, w biurowcu pozostały bowiem ostatnie dwa wolne lokale o powierzchni 600 mkw. i 300 mkw.
MEREM do swojej nowej siedziby wprowadzi się w styczniu 2021 r. Firma specjalizuje się w realizacji projektów mieszkaniowych oraz usługowych i jest częścią grupy Mota-Engil, będącej generalnym wykonawcą w segmencie budownictwa drogowo-mostowego, kubaturowego, oraz elektroenergetycznego. MEREM ma w swoim dorobku na rynku polskim liczne kompleksy mieszkaniowe między innymi w Warszawie, Krakowie, Łodzi, Wrocławiu, Katowicach czy Szczecinie.
– Cieszy nas pozyskanie nowego prestiżowego Najemcy, zwłaszcza w trudnym czasie pandemii. Jesteśmy na finiszu jeśli chodzi o najem, ponieważ w biurowcu pozostały ostatnie metry wolnej powierzchni. Equator IV to niewątpliwie najlepsza lokalizacja na warszawskiej Ochocie i dogodne miejsce do prowadzenia biznesu. Nie dziwi zatem fakt, że budynek wypełnił się wiodącymi na polskim rynku markami – mówi Andrzej Lany, Director of Asset Management w firmie Karimpol Polska, odpowiedzialnej za komercjalizację biurowca.
Equator IV został oddany do użytku w 2018 roku, posiada 20 800 mkw. powierzchni najmu i 226 miejsc parkingowych. Wśród jego najemców znajdują się m.in.: Fiserv – jeden z największych dostawców technologii płatniczych na świecie, JTI – wiodący producent wyrobów tytoniowych, Tivo – oddział notowanej na giełdzie NASDAQ spółki technologicznej, spółka Colian specjalizująca się w produkcji oraz sprzedaży słodyczy, kulinariów i napojów, Inoffice Group działająca na warszawskim rynku branży biur serwisowanych, Unum – wiodąca firma oferująca m.in. ubezpieczenia na życie, Linux Polska – lider otwartych technologii, klub fitness ZDROFIT, Execon One oraz Edwards Lifesciences Polska z branży medycznej. Zarówno biurowiec, jak i cały teren są w pełni przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Equator IV jest certyfikowany w systemie BREEAM na poziomie Very Good. Autorem projektu architektonicznego jest pracownia APA Wojciechowski.
Obiekt w listopadzie 2019 r. został sprzedany CPI Property Group. Poprzedni właściciel biurowca – Karimpol Polska – odpowiada obecnie za komercjalizację dwóch ostatnich wolnych biur.
Od 1 września nowym menadżerem generalnym OTOMOTO jest Przemysław Vonau. W poprzednich latach związany między innymi z AAA Auto, wiodącym w Europie i największym w kraju dealerem samochodów używanych. Pełnił tam funkcję Członka Zarządu oraz Dyrektora Zarządzającego i odpowiadał za wprowadzenie oraz rozwój marki na polskim rynku. Wcześniej, w roli Dyrektora Zarządzającego, prowadził zespoły w Roland Berger, jednej z najbardziej prestiżowych firm doradztwa strategicznego.
– Zawsze byłem pod wrażeniem jak silną marką jest OTOMOTO – mówi Przemysław Vonau, nowy General Manager motoryzacyjnego serwisu ogłoszeniowego. – Wierzę, że wspólnie z zespołem odpowiedzialnym za dotychczasowy sukces, uda nam się rozwinąć firmę w kolejnych, nowych kierunkach i umocnić pozycję w tradycyjnej działalności.
Przemysław Vonau jest absolwentem Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, posiada tytuł MBA zdobyty na INSEAD.
Dotychczasowy menadżer generalny OTOMOTO, Lukas Draginas, objął funkcję GM-a sektora motoryzacyjnego w OLX Europe i odpowiada za rozwój i wzmacnianie biznesu na dotychczasowych rynkach oraz wprowadzanie usług na kolejnych. Serwisy ogłoszeniowe z branży automotive należące do OLX Europe działają w Bośni, Holandii, Polsce, Portugalii, Rumunii, czy na Ukrainie. W Polsce oprócz OTOMOTO do Grupy OLX należą także startup 3-2-1 SPRZEDANE! oraz nowo uruchomiony portal poświęcony kategorii maszyn ciężkich, OTOMOTO Profi.
Lukas Draginas związany jest z firmami znajdującymi się w portfelu koncernu Naspers od 2009 roku. Jest Absolwentem kierunków związanych z finansami przedsiębiorstw Wileńskiego Uniwersytetu Technicznego im. Giedymina oraz Uniwersytetu w Porto.
Semantyczna analiza tekstów w mediach społecznościowych i internecie jest już możliwa, i to na poziomie konkretnych fraz i słów. Semoni Media Intelligence jako pierwsze rozwiązanie na rynku MarTech wskazuje, jakimi konkretnie słowami internauci oceniają markę czy produkt, bez konieczności czytania wszystkich opinii. Platforma znalazła się wśród 17 najlepszych rozwiązań wyróżnionych w kategorii Business Processes w konkursie dla najciekawszych start-upów. Wydarzenie odbywa się w ramach European Tech and Start-up Days, 3-4 września 2020 r.
Semoni Media Intelligence ma tę przewagę nad tradycyjnymi systemami do monitorowania internetu, że automatycznie dokonuje analizy sentymentu na poziomie fraz i słów. Dzięki zaawansowanym algorytmom sztucznej inteligencji i narzędziom przetwarzania języka naturalnego opracowanym przez założycieli – naukowców z Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk – w czasie rzeczywistym analizuje opinie, komentarze i wypowiedzi, jakie pojawiają się w publicznych zasobach internetu. Identyfikuje konkretne słowa i frazy nacechowane emocjonalnie, nadaje im atrybuty: „pozytywny/negatywny”. Wskazuje również kontekst, w jakim marka pojawia się w tych wypowiedziach: nadaje tagi semantyczne i automatycznie przyporządkowuje wyniki do kategorii.
– „Dzięki naszemu innowacyjnemu podejściu do analityki tekstów w internecie marketerzy, analitycy biznesowi, eksperci zarządzający wizerunkiem marki czy relacjami z klientami otrzymują dostęp do unikatowych danych, które do tej pory były poza zasięgiem standardowych systemów do monitoringu internetu i nie podlegały analizie. Dzięki temu będą wiedzieli nie tylko, jak często i w jakich kanałach internauci mówią o marce czy produkcie i jaki jest ogólny sentyment wypowiedzi. Semoni da im przede wszystkim wiedzę, co dokładnie użytkownicy mówią, jakie cechy produktu oceniają i jakich słów używają – bez konieczności czytania wszystkich wypowiedzi” – mówi dr Dariusz Czerski, CEO Semoni i adiunkt w Zakładzie Sztucznej Inteligencji Instytutu Podstaw Informatyki PAN.
Informacje pozyskane dzięki Semoni z pogłębionej analityki tekstów internetowych pozwalają na dotarcie do głębokich insightów konsumenckich. W ten sposób można łatwo i szybko poznać rzeczywiste potrzeby i opinie użytkowników, a także np. ograniczyć etap badań fokusowych, co dla firmy oznacza oszczędność czasu i pieniędzy.
Semoni nie poprzestaje na analityce tekstów. W kolejnych krokach planuje stworzenie algorytmów do monitorowania obrazów oraz analizy wypowiedzi w formie audio-wideo, aby umożliwić efektywną analizę pozostałych pozatekstowych warstw komunikacji. Na ten cel start-up pozyskał właśnie grant na innowacje od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
Do konkursu Start-up Challenge 2020 podczas katowickiego European Tech and Start-up Days (3-4 września 2020 r., Katowice) zgłoszonych zostało prawie 250 młodych firm. Jury wybrało 100 z nich w 6 kategoriach: Business Processes, Client&Lifestyle, Environment, Health&Biotechnology, New Industry, Tradition&Modernity. Platforma Semoni do analityki tekstów w internecie i mediach społecznościowych znalazła się wśród 17 najciekawszych rozwiązań w kategorii Business Processes.
W Polsce na 10 tys. miejsc pracy przypadają 42 roboty, podczas gdy europejska średnia sięga 114, co pokazuje ogromny potencjał wdrażania automatyzacji na krajowym rynku. Bez tego trudno będzie utrzymać konkurencyjność polskiego przemysłu i przyciągać zagraniczne inwestycje. Jak pokazała sytuacja związana z koronawirusem, firmy, które wdrożyły rozwiązania Przemysłu 4.0, w wyniku kryzysu ucierpiały najmniej. Co trzecie małe przedsiębiorstwo planuje w najbliższych latach robotyzację, nie zawsze jednak wie, od czego zacząć. Inteligentne platformy pomagają zarządzać procesami przemysłowymi oraz je optymalizować.
– Do tej pory polski przemysł był głównie związany z montażem. W tej chwili coraz więcej wytwórców pojawia się na naszym rynku, co daje ogromny potencjał do tego, żeby automatyzować i robotyzować. W Europie Środkowej i Wschodniej pod względem robotyzacji wyprzedzają nas Czesi. Mimo że my siebie postrzegamy jako nowoczesny kraj, to w skali europejskiej jeszcze jesteśmy manualnym zaściankiem – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Pollak, prezes zarządu APA Group.
Z raportu Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) wynika, że w polskim przemyśle na koniec 2018 roku na 10 tys. miejsc pracy przypadały 42 roboty. We wszystkich innych branżach to ok. 30 maszyn. Chociaż co roku obserwowany jest dynamiczny wzrost, to wciąż sporo brakuje nam do innych państw. Średnia dla Europy wynosi bowiem 114 robotów, a dla świata – 99. W rankingu wyprzedzają nas m.in. Słowacja i Czechy (ok. 135 maszyn na 10 tys. miejsc pracy) oraz Niemcy, gdzie wskaźnik ten przekracza 330. W Singapurze i Korei Południowej wynosi on odpowiednio 831 i 774.
– Mamy do odrobienia olbrzymią lekcję. Wszystko jest związane z cyfryzacją gospodarki. My rozumiemy cyfryzację w ten sposób, że zaczynamy używać komunikatorów. Ze względu na pandemię przeszliśmy na cyfrowe zarządzanie procesem, a do tego służy właśnie automatyzacja. Została stworzona po to, żeby łatwiej zarządzało się wszystkimi procesami niż do tej pory – tłumaczy Artur Pollak.
Z badania wykonanego na zlecenie Universal Robots „Barometr Robotyzacji MŚP” wynika, że mniejsze firmy w Polsce chcą inwestować w roboty. Co trzecia planuje to zrobić w najbliższych latach. Większość przedsiębiorstw ocenia, że robotyzacja pozwoli im obniżyć koszty produkcji, a tym samym zwiększyć jej efektywność (82,7 proc.), zwiększy wolumen wytwarzanych produktów (71,2 proc.) i skróci czas od zamówienia do realizacji (68,3 proc.).
– Automatyzacja małych i średnich przedsiębiorstw polega na tym, że uzupełniamy park maszynowy automatami, robotami, staramy się wyeliminować punkty trudne w tym procesie albo te, gdzie jakość jest bardzo istotna. Wszędzie tam, gdzie człowieka można zastąpić, powinniśmy to robić, dlatego że maszyny są przystosowane do ciągłej, żmudnej, ciężkiej pracy – przekonuje prezes APA Group.
To nie oznacza jednak wypierania ludzi z miejsc pracy. Proces cyfryzacji i automatyzacji nierozerwalnie jest bowiem związany z zapotrzebowaniem na jego obsługę, czyli wymaga obsługi człowieka.
– W ostatnich 10 latach powstał koncept Przemysłu 4.0, który zakłada, że każdym procesem da się zarządzać cyfrowo, czyli da się zamienić niezrozumiałą maszynę w prosty proces technologiczny – mówi Artur Pollak. – Tylko w momencie, gdy nasza gospodarka będzie przystosowana cyfrowo, będziemy partnerami dla dużych europejskich firm, może również azjatyckich i amerykańskich. To jest warunek konieczny, który musimy jako małe, średnie przedsiębiorstwa zacząć spełniać.
Badanie PSI Polska „Gotowość firm produkcyjnych do wdrożenia rozwiązań Przemysłu 4.0” wskazuje, że 70 proc. firm, które znają koncepcję Przemysłu 4.0, wdraża jego rozwiązania. Jednak słyszała o niej tylko nieco ponad połowa przedsiębiorstw.
– Przemysł 4.0 pozwala wyprzedzać rozwój wydarzeń. Sytuacja związana z COVID-19 pokazała, że zakłady, które już go u siebie zastosowały, najmniej ucierpiały. Zarządzają całym przepływem w sposób cyfrowy, w związku z tym, jeżeli nie ma zapotrzebowania po stronie klientów, to nie mają zbyt dużych magazynów czy ulokowanych środków finansowych w tych miejscach, które są bardzo istotne z punktu widzenia wytwórczego – mówi prezes APA Group.
Zdaniem eksperta, jeśli przejdziemy na gospodarkę cyfrową, mamy szansę przyciągnąć nowych inwestorów, firmy, które chcą przenieść lub zlecić produkcję w innym kraju.
– Wielu przedsiębiorców z MŚP zakłada, że wdrożenie Przemysłu 4.0 wiąże się z dużymi kosztami. Chciałbym ich przekonać, że niekoniecznie. Oni mają parki maszyn, które już funkcjonują. Nie ma potrzeby ich wymieniać. Chcemy dodać narzędzie, które usprawni ich działanie, spowoduje, że będziemy mieli jeszcze większe moce – wyjaśnia Damian Gąsiorek, menadżer R&D w APA Group. – Dzięki temu będziemy potrafili gromadzić dane płynące z maszyn, co pozwoli nam rozszerzyć możliwości całego systemu i przedsiębiorstwa.
Pierwszym prostym krokiem może być wdrożenie platformy, z poziomu której będzie możliwe opracowanie planu wprowadzania innowacyjnych rozwiązań i zarządzanie nimi.
– Platforma Nazca umożliwia oszacowanie kosztów produkcyjnych i przewidywanie niekorzystnej sytuacji, która może się wydarzyć w łańcuchu produkcyjnym. Dzięki niej jesteśmy w stanie dostarczyć wiedzę ekspercką, której w tej chwili jest za mało na rynku – tłumaczy Artur Pollak.
Nazca 4.0 wykorzystuje algorytmy Big Data i machine learning. Zbiera sygnały z całego łańcucha produkcyjnego i sugeruje optymalne rozwiązania, analizuje spływające dane i podpowiada działania, które zapobiegną przestojom. Wersja testowa platformy jest już w użyciu, ale stale wprowadzane są nowe rozwiązania.
– Zapraszamy automatyków, kierowników produkcji, a przede wszystkim właścicieli MŚP do programu pilotażowego Nazca 4.0. Wystarczy skontaktować się z nami. Chętnym nadamy status testera i będziemy zapraszać do poszczególnych etapów projektu. W zamian za opinie i możliwość testowania naszego narzędzia oferujemy możliwość zmodernizowania swojego zakładu produkcyjnego oraz nabycia unikatowej wiedzy od specjalistów, którzy na co dzień automatyzują zakłady największych gigantów na świecie – mówi Damian Gąsiorek.
Lockdown na początku sezonu wiosennego nie napawał optymizmem branży lodziarskiej. – Spodziewaliśmy się nawet 50-proc. spadku obrotów, ale okazało się, że nie będzie aż tak źle – mówi Radosław Charubin, właściciel marki Lody Bonano oraz „u Lodziarzy” Wytwórnia Lodów Polskich. Sezon wakacyjny pozwolił dystrybutorom w dużej części odrobić straty z wiosny, a największe obroty odnotowały punkty zlokalizowane w miejscowościach turystycznych, szczególnie nadmorskich i położonych nad jeziorami.
– Obawialiśmy się najbardziej tego, że sezon trzeba będzie zupełnie spisać na straty. Na szczęście nasze obawy się nie sprawdziły i sprzedaż lodów ruszyła w okresie wakacyjnym – mówi agencji Newseria Biznes Radosław Charubin. – Analiza tegorocznej sprzedaży pokazuje, że wyniki są dosyć dobre. Ludzie chętnie kupowali lody, zarówno w małych miejscowościach, jak i w dużych miastach, a wzmożony ruch w lodziarniach panował w miejscowościach turystycznych.
Wiosenny i wakacyjny sezon był w tym roku bardzo trudny dla branży lodziarskiej. Już na początku, po ogłoszeniu pandemii koronawirusa, pojawiła się niepewność dotycząca funkcjonowania branży w najbliższych miesiącach. Wiele firm produkujących np. wafle, koncentraty czy dodatki do lodów wstrzymało działalność. To odbiło się na funkcjonowaniu sprzedawców również w sezonie
– Czułem się jak za czasów komuny, kiedy wszystkiego brakowało i była walka o produkt, ceny poszły w górę, ale tylko przez chwilę, potem już nasza branża nadrobiła te straty. W marcu brałem pod uwagę najczarniejszy scenariusz, czyli całkowity brak sezonu lodowego i spadek obrotów o 50 proc. Później okazało się, że będą one mniejsze o 10–20 proc. w porównaniu do lat poprzednich, w przypadku naszej firmy i firm zaprzyjaźnionych – podkreśla właściciel marki Lody Bonano
Przedstawiciele branży liczą, że wraz z rozpoczęciem roku szkolnego nie skończy się sezon na lody, ale wiele zależy od warunków pogodowych. Nie obawiają się jednak o dalszy negatywny wpływ pandemii na swoją działalność.
– Moim zdaniem koronawirus nie ma obecnie żadnego wpływu na branżę lodziarską i – cokolwiek by się działo – już nie będzie miał. Zakładamy, że jesień i zima może być trudnym biznesowo okresem z uwagi na koronawirusa, ale wiosną przyszłego roku nie ma już raczej takiego zagrożenia – tym bardziej że słyszymy o pracach nad szczepionką i wszyscy uczymy się żyć z pandemią – więc branża lodziarska nie ucierpi – prognozuje Radosław Charubin.
Ruch w interesie widoczny był również wśród przedsiębiorców. Niektórzy franczyzobiorcy Wytwórni Lodów Polskich i Lodów Bonano notowali w czerwcu i lipcu rekordowe wzrosty obrotów, nawet o 50 proc. Wbrew obawom pojawiło się również sporo chętnych, by zadebiutować na tym rynku, wśród nich osoby, które swój dotychczasowy biznes musiały zamknąć z powodu koronawirusa. Zwykle lipiec uważany jest za schyłek sezonu, kiedy mało jest otwarć nowych punktów, a w tym roku ruszyło kilka nowych lodziarni, m.in. w Mikołajkach, Zambrowie czy Kętrzynie.
Prezes sieci spodziewa się coraz większego zainteresowania franczyzą z uwagi na dużą odporność tej działalności na kryzys wywołany koronawirusem.
– Ludzie na pewno zauważyli kolejki przed naszymi lodziarniami i dostrzegli, że to jest dobry biznes na niepewne czasy – zaznacza. – Najczęściej nasi franczyzobiorcy chcieliby dostać gotowy punkt, czyli kupić od nas lokal wraz z wyposażeniem, żeby nie wykonywać remontów we własnym zakresie i móc rozpocząć działalność już po kilku dniach. W tym roku otwarcia franczyzowe były utrudnione, a mimo to w maju i czerwcu uruchomiliśmy kilkanaście punktów Lodów Bonano i kilkanaście punktów „u Lodziarzy”.
Za miesiąc studenci wrócą na zajęcia. Uczelnie w kolejnych tygodniach będą podejmować decyzję, czy kontynuować tryb zdalny, czy też powrócą do stacjonarnego. Coraz więcej szkół, nie czekając na wytyczne MNiSW, skłania się ku pierwszej opcji. Tak też będzie m.in. na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Bez zakłóceń przebiegają także międzynarodowe projekty na uczelni, a pandemia koronawirusa stworzyła dodatkowe obszary do obserwacji badawczych.
– Obecnie pogłębiamy umiejętności wykorzystania określonych systemów zdalnego nauczania. Dokupiliśmy licencje, które umożliwiają szersze korzystanie z różnych narzędzi. Wierzymy, że jeżeli będzie taka konieczność, to zarówno studenci, jak i nauczyciele akademiccy staną na wysokości zadania. Uczelnia jest gotowa, zarówno od strony infrastrukturalnej, jak i narzędziowej, do zdalnego nauczania na wszystkich poziomach i kierunkach studiów – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. dr hab. Bogusława Drelich-Skulska, prorektor ds. nauki i współpracy z zagranicą Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.
Zgodnie z zarządzeniem rektora UEW wszystkie zajęcia dydaktyczne w semestrze zimowym będą prowadzone w trybie zdalnym. Dotyczy to studiów I i II stopnia, EMBA, studiów doktoranckich, Szkoły Doktorskiej i studiów podyplomowych. Wyjątkiem są zajęcia laboratoryjne na kierunku zarządzanie i inżynieria produkcji, które będą się odbywać stacjonarnie. Jak zapewnia prorektor uczelni, doświadczenia z semestru letniego pokazały, że tryb pracy zdalnej się sprawdza.
– Pracownicy i studenci naszej uczelni bardzo dobrze zdali egzamin ze zdalnego studiowania w poprzednim roku akademickim – mówi prof. dr hab. Bogusława Drelich-Skulska. – Uczelnie wyższe zaczynają kształcenie dopiero pod koniec września, czyli jest jeszcze miesiąc do rozpoczęcia zajęć. Sytuacja zmienia się bardzo dynamicznie, wobec tego Uniwersytet Ekonomiczny we Wrocławiu wraz z innymi uczelniami z Wrocławia i Opola trzyma rękę na pulsie i jest gotowy do bardzo szybkiej reakcji.
Nie pojawiły się jeszcze wytyczne Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz Głównego Inspektoratu Sanitarnego dotyczące nauczania w szkołach wyższych. Ma to jednak nastąpić na dniach. Do czasu przedstawienia nowych wytycznych dla uczelni obowiązują zalecenia dotyczące nauczania zdalnego, które weszły w życie 25 maja i obowiązują do 30 września.
Sytuacja związana z koronawirusem – mimo pewnych utrudnień – nie wpłynęła negatywnie na współpracę Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu z uczelniami zagranicznymi.
– Koronawirus zatrzymał wspólne działania na mniej więcej dwa–trzy tygodnie w marcu, natomiast od kwietnia wszystkie podmioty w Europie i na świecie przeszły na tryb zdalny – informuje prorektor ds. nauki i współpracy z zagranicą UEW. – Nauczyliśmy się zdalnie prowadzić konferencje, sympozja naukowe, a międzynarodowe zespoły badawcze, które stworzyliśmy już w poprzednim roku akademickim, radzą sobie dobrze. Pracują, spotykają się w wirtualnej przestrzeni, ustalają programy badań, prowadzą badania ankietowe, wymieniają poglądy, tworzą artykuły naukowe, czyli można powiedzieć, że na polu nauk ekonomicznych wiele się nie zmieniło. Nasi partnerzy i pracownicy uczelni stanęli na wysokości zadania i w zasadzie potraktowali koronawirusa jako dodatkowy obszar badań naukowych, zarówno w dziedzinie ekonomii, jak i nauk społecznych.
Prof. Bogusława Drelich-Skulska podkreśla, że współpraca z partnerami zagranicznymi jest bardzo ważnym elementem działalności naukowej uczelni. Pozwala na wymianę doświadczeń związanych z warsztatem naukowym, a także informacji dotyczących sposobu prowadzenia badań.
– Aktywność w międzynarodowej przestrzeni naukowej przekłada się na jakość działalności dydaktycznej. Pojawia się także możliwość angażowania w badania naukowe młodszych pokoleń: doktorantów, ale także studentów II stopnia. Wykorzystują oni nasze wspólne doświadczenia w ramach działalności klubów i kół naukowych, których na Uniwersytecie Ekonomicznym jest aż 40 – dodaje prorektor ds. nauki i współpracy z zagranicą UEW.
W morskich farmach wiatrowych w przyszłości produkowana będzie większość energii elektrycznej wykorzystywanej przez państwa leżące w pobliżu obszarów morskich. – W Polsce do 2050 roku mamy szansę osiągnąć 20 GW mocy zainstalowanej na morzu – mówi Mariusz Witoński z Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej. To największy potencjał spośród państw bałtyckich. Efektem rozwoju takich farm wiatrowych dla polskiego rynku może być wygenerowanie nawet 60 tys. nowych miejsc pracy i pobudzenie wielu sektorów gospodarki.
W 2030 roku moc zainstalowana morskich farm wiatrowych może sięgnąć 6 GW, a do 2040 roku dwa albo nawet trzy razy więcej.
– Polska ma duży potencjał związany z możliwością powstawania morskich farm wiatrowych, największy spośród państw bałtyckich. Trudno na razie powiedzieć, czy i w jakim zakresie na przyłączanie nowych mocy pozwoli nasz system przesyłowy. To się okaże w trakcie realizacji planów inwestycyjnych naszego operatora systemu przesyłowego. Niemniej jednak wiele wskazuje na to, że do 2050 roku będziemy mieli szansę osiągnąć 20 GW mocy zainstalowanej na morzu – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Witoński, prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.
Efektem rozwoju morskich farm wiatrowych dla polskiego rynku może być wygenerowanie nawet ok. 60 tys. nowych miejsc pracy. Ocena skutków regulacji przygotowana do ustawy offshore’owej (ustawy o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych) zakłada, że w fazie inwestycyjnej, podczas rozwoju i budowy farm (lata 2024–2033), będzie potrzebnych 34 tys. etatów, natomiast w fazie operacyjnej przy obsłudze gotowych farm, po 2033 roku, będzie to ok. 29 tys.
Jak podkreśla ekspert PTMEW, napędzi to także rozwój całego przemysłu morskiego oraz tradycyjnych gałęzi, jak np. przemysłu elektromaszynowego, ciężkiego czy kablowego.
– Z kolei wysokość inwestycji może w ciągu dekady wynieść 70 mld zł. To jest skala zamówień, o które będą mogły się ubiegać polskie firmy, plus wpływy podatkowe, które bezpośrednio zasilą budżet – mówi. – Jest to interesujący obszar dla wszystkich branżowych inwestorów operujących w skali globalnej w sektorze energetycznym.
Według oceny skutków regulacji pozytywne efekty dla sektora finansów publicznych w formie wpływów z podatków będą widoczne do 2058 roku
Morska energetyka wiatrowa jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów energetyki w Europie.
– W jej przypadku można realizować bardzo duże wolumeny mocy i tworzyć liczne zgrupowania elektrowni wiatrowych, dlatego jest to interesujący obszar dla wszystkich branżowych inwestorów operujących w skali globalnej w sektorze energetycznym. To w morskich farmach wiatrowych w przyszłości produkowane będzie gros energii elektrycznej wykorzystywanej przez państwa leżące w pobliżu obszarów morskich – mówi Mariusz Witoński.
W 2019 roku, zgodnie z danymi Europejskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej WindEurope, na morzu zostało zainstalowanych 3,6 GW nowych mocy (łącznie w 12 krajach było na koniec roku zainstalowanych 22 GW). Do użytku zostało oddanych 10 farm morskich w pięciu krajach. Liderem pozostaje Wielka Brytania, która zainstalowała 1,7 GW nowych mocy, czyli połowę rocznego wyniku w Europie. Niemcy zainstalowały 1,1 GW, Dania – 374 MW, natomiast Belgia – 370 MW.
– Jeśli chodzi o rozwój morskiej energetyki w Europie, z całą pewnością wszystkie oczy zwrócone są na Wielką Brytanię. To w tej chwili lider rynku oraz prekursor wielu rozwiązań regulacyjnych, które spowodowały, że to właśnie morza okalające Zjednoczone Królestwo są największym offshore’owym poligonem inwestycyjnym w Europie – mówi prezes Polskiego Towarzystwa Morskiej Energetyki Wiatrowej.
Ten kraj był inspiracją dla zaproponowania w projekcie polskiej ustawy offshore’owej regulacji dotyczących zapewnienia udziału lokalnego przemysłu w łańcuchu dostaw dla morskiej energetyki wiatrowej. Według zapowiedzi Ministerstwa Klimatu projekt ustawy, w nowej wersji zaprezentowany w lipcu br., ma trafić do Sejmu w październiku. Zakłada ona w pierwszej fazie działania systemu wsparcie dla farm o łącznej mocy 5,9 GW.
– Jeśli chodzi o rozwiązania technologiczne, to ciekawym kierunkiem jest rozwijanie zintegrowanych systemów wyprowadzenia mocy z morskich farm wiatrowych w technologiach prądu stałego. Rozwiązania w tym zakresie w skali systemowej realizowane są przede wszystkim w Niemczech. Wszystko wskazuje na to, że pierwsza faza rozwoju projektów morskich farm wiatrowych w Polsce będzie bazować na rozwiązaniach zmiennoprądowych, natomiast w nieco odleglejszej przyszłości, zwłaszcza w odniesieniu do projektów położonych dalej od brzegu, najprawdopodobniej będziemy mieli do czynienia z rozwojem technologii z wykorzystaniem prądu stałego – mówi Mariusz Witoński.
Global Wind Energy Council ocenia, że w kolejnych latach spodziewany jest dynamiczny rozwój tego sektora energetyki nie tylko w Europie, która jest liderem, ale i w Azji, np. w Chinach, oraz w Ameryce Północnej. Do 2030 roku ma zostać oddanych ponad 230 GW nowych morskich mocy wiatrowych.
Technologia blockchain wymyka się polskiemu systemowi prawnemu, przez co wiele przyszłościowych firm zmuszonych jest przenieść się do krajów, które lepiej uregulowały funkcjonowanie np. rynku kryptowalutowego. Nie jest to jednak problem, z którym zmagają się wyłącznie polscy ustawodawcy. W odpowiedzi na rosnące znaczenie sektora blockchainowego unijni urzędnicy planują przeforsować zapisy, które uregulują tę rozwijającą się gałąź gospodarki.
– Największym wyzwaniem jest to, aby przepisy nie blokowały możliwości rozwoju technologii takich jak blockchain. U nas podstawowym problemem jest to, że firmy związane z blockchainem czy kryptowalutami wycofują się z kraju, przenoszą się do Estonii czy na Maltę. W zeszłym roku największa polska giełda kryptowalut przeniosła się na Maltę. Postulowane byłyby zmiany przepisów, aby takie firmy pozostawały w kraju, a te zagraniczne mogły się rozwijać u nas – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje radca prawny Jacek Harasimowicz.
Przewaga Malty nad innymi unijnymi krajami w sektorze blockchainowym wynika m.in. z błyskawicznego wdrożenia przepisów regulujących funkcjonowanie innowacyjnych biznesów. Maltański rząd już w 2018 roku dostosował krajowe prawo w taki sposób, aby ułatwić prowadzenie firm skupionych wokół technologii blockchainowych oraz kryptowalutowych. Malta była pierwszym krajem Unii Europejskiej, który przeforsował regulacje tego typu, dzięki czemu skutecznie przyciąga do siebie obiecujące biznesy blockchainowe, oferując im stabilne warunki rozwoju.
Polskie Ministerstwo Cyfryzacji dostrzegło potencjał rynku blockchainowego i na początku 2020 roku podjęło działania, które mają przystosować rodzime prawo do nowej technologii. Grupa robocza ds. rejestrów rozproszonych i blockchain ma uregulować m.in. kwestię korzystania z elektronicznych pieczęci wykorzystywanych w obrocie cyfrowym, przyjrzeć się funkcjonowaniu technologii blockchain w kontekście przepisów RODO, zająć się tokenizacją procesów finansowych czy wypracować normy funkcjonowania weksli elektronicznych.
– Regulacje powstają już na poziomie unijnym i mają być wprowadzane na przestrzeni paru miesięcy. Sami jako kraj moglibyśmy wprowadzić je znacznie wcześniej. Jeżeli czymś się zajmuje Unia Europejska, można stwierdzić, że jest to zjawisko już na tyle powszechne, że musi zostać uregulowane na poziomie całej wspólnoty – zauważa ekspert.
Zgodnie z założeniami Komisji Europejskiej projekt ustawy regulującej funkcjonowanie europejskiego rynku blockchainowego ma pojawić się w III kwartale 2020 roku, a dokument roboczy trafił już do przedstawicieli krajów członkowskich. Unijne prawo blockchainowe ma stanowić wsparcie dla rozwoju innowacyjnych biznesów, zapewnić odpowiedni poziom ochrony rynku, klientów i inwestorów oraz pomóc w wypracowaniu norm prawnych, w ramach których funkcjonowałyby firmy z tego sektora gospodarki.
– Regulacje powinny przede wszystkim działać w ten sposób, że przedsiębiorca ma pewność co do prawa, że nie zmieni się ono za pół roku, że dane interpretacje, chociażby przepisów podatkowych, pozostaną takie same. Wobec tego stabilizacja przepisów i jednocześnie wyjaśnienie, jak będą stosowane, są na pewno pożądane i w takim rozumieniu nowe regulacje jak najbardziej mogą pobudzić rynek – przekonuje Jacek Harasimowicz.
Według analityków MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań blockchainowych do 2023 roku wzrośnie do 23,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 80 proc.
Światło ultrafioletowe jest od dziesięcioleci używane do zatrzymywania patogenów. Okazuje się, że jest też skuteczne w zwalczaniu koronawirusa. Opracowane przez zespół naukowców urządzenie UVC PureLight 360 bezpiecznie dezynfekuje powierzchnie i zabija do 99,9 proc. wirusów i bakterii w ciągu kilku minut. – Wykorzystaliśmy unikalne połączenie sprawdzonego, stuletniego indukcyjnego oświetlenia UVC z najnowszą technologią LED, aby stworzyć potężny system dezynfekcji ultrafioletem – tłumaczy Justin Miller, dyrektor ds. technologii i współzałożyciel UVC PureLight 360.
Ultrafiolet już od lat jest wykorzystywany do eliminowania różnych patogenów. Teraz okazuje się, że może być skuteczny także w walce z koronawirusem.
– Światło UVC to sprawdzone i doskonałe rozwiązanie do szybkiej dezynfekcji pomieszczeń i niedrogie, przełomowe uzupełnienie technologii dezynfekcji – podkreśla dr Minghsun Liu, mikrobiolog, specjalista ds. chorób zakaźnych ze Szpitala Południowej Kalifornii w Culver City i Centrum Medycznego Cedars-Sinai.
Światło widzialne należy do wyjątkowego obszaru całego spektrum elektromagnetycznego. Pełne widmo składa się z fal radiowych, mikrofal, podczerwieni, światła widzialnego, ultrafioletu, promieni rentgenowskich i gamma, a wszystkie emitują energię. Spośród nich promienie ultrafioletowe (UV), rentgenowskie i gamma to fale o wysokiej częstotliwości. UVC ma zdolność zabijania zarazków i jest alternatywą dla dezynfekcji chemicznej. Takiego światła można używać do sterylizacji przedmiotów, wody, różnych powierzchni i materiałów.
– Testy przeprowadzone przez Intertek Labs USA potwierdziły skuteczność światła UVC poprzez inaktywację do 99,9 proc. wirusów i bakterii w pomieszczeniu o wymiarach 5 x 5 m w ciągu 5 minut. System jest opłacalnym i wydajnym rozwiązaniem spełniającym wymagania w zakresie bezpieczeństwa i higieny w dzisiejszych, trudnych czasach – przekonuje dr Minghsun Liu.
Badania z 2002 roku potwierdziły np., że UVC po sześciu minutach ekspozycji inaktywuje SARS (ciężki ostry zespół oddechowy). Najnowsze badania wykazały, że światło to jest równie skuteczne w walce z koronawirusem. Zgodnie jednak z zaleceniami Światowej Organizacji Zdrowia, bezpośrednia ekspozycja na promieniowanie UVC nie powinna być stosowana do dezynfekcji jakichkolwiek obszarów skóry. Może być użyte do dezynfekcji powierzchni, istotne jednak, by były to przetestowane urządzenia. Takim jest opracowane niedawno UVC PureLight 360, które eliminuje większość patogenów.
– W obliczu nowej rzeczywistości w czasie pandemii COVID-19 firmy i instytucje nadal polegają na ręcznych i niewystarczających technikach dezynfekcji, które obejmują stosowanie agresywnych chemikaliów i sprayów, które oczyszczają tylko powierzchnie – wskazuje Alan Mandel, dyrektor generalny i współzałożyciel firmy UVC PureLight 360. – Zdaliśmy sobie sprawę, że istnieje lepszy sposób dezynfekcji patogenów bez użycia chemikaliów, w bezpieczny, zautomatyzowany sposób, wykorzystujący moc światła UVC.
Jak podkreślają twórcy urządzenia, łączy ono działanie UVC z nową technologią, dzięki czemu jest znacznie bardziej skuteczne niż inne, podobne urządzenia.
– Wykorzystaliśmy unikalne połączenie sprawdzonego, stuletniego indukcyjnego oświetlenia UVC z najnowszą technologią LED, aby stworzyć potężny system dezynfekcji ultrafioletem – tłumaczy Justin Miller, dyrektor ds. technologii i współzałożyciel UVC PureLight 360.
System jest sterowany ręcznie i bezprzewodowo, przy tym wykorzystuje długo działające żarówki oraz maksymalną wydajność precyzyjnie obliczoną i udowodnioną, że jest skuteczna przeciwko patogenom. Dzięki czujnikom ruchu jest bezpieczny dla człowieka i może być instalowany np. w hotelach.
– Nasz system jest łatwy w obsłudze poprzez panel sterowania na pokładzie lub bezprzewodowo przez Bluetooth czy WiFi za pomocą naszej bezpłatnej aplikacji towarzyszącej. Funkcje bezpieczeństwa obejmują zdalne wyłączanie awaryjne i zintegrowane czujniki 360 stopni, które automatycznie wyłączają światło ultrafioletowe po wykryciu ruchu w pomieszczeniu – mówi Justin Miller.
TP Vision, właściciel marki Philips TV & Sound, zaprezentowało swoje ostatnie wyniki biznesowe. Po 3 latach ciągłego wzrostu, w pierwszej połowie 2020 roku TP Vision kontynuuje ten trend. Philips Sound – nowa inwestycja TP Vision – zaczyna przynosić zyski.
Zysk TP Vision, a także udział firmy w rynku europejskim, wzrósł w ciągu ostatnich trzech lat o 30%.
Firma cały czas utrzymuje rentowność.
Wyniki sprzedaży telewizorów na rynku europejskim w porównaniu z rokiem ubiegłym
(I półrocze 2020 vs. 1 półrocze 2019):
Wzrost o 8%, wobec średniej rynkowej, wynoszącej 4% (w Polsce wzrost o 10%).
Seria telewizorów TV Performance – sprzedaż podwojona w ciągu ostatnich dwóch lat (w Polsce również sprzedaż dwukrotnie wyższa).
Flagowa seria OLED+ z podwojoną sprzedażą w Europie (w Polsce również sprzedaż dwukrotnie wyższa).
Ponad 200 europejskich nagród dla telewizorów OLED.
Dzięki znaczącym inwestycjom oraz odświeżeniu portfolio produktów, od czasu przejęcia marki Philips TV przez TP Vision biznes wzrósł dwukrotnie.
TP Vision z siedzibą w Amsterdamie odpowiada za projektowanie, rozwój, produkcję, sprzedaż oraz marketing telewizorów Philips w Europie, Rosji, na Bliskim Wschodzie, w Afryce Południowej, Indiach oraz niektórych krajach Azji i Pacyfiku. Od niedawna – również produktów audio marki Philips na całym świecie, pod licencją Koninklije Philips N.V.
Przez ostatnie trzy lata Philips TV pozostaje marką telewizorów notującą najwyższy wzrost na rynku. Przez cały ten czas przynosi zyski i wprowadza kolejne innowacje. Przez ostatnich osiem lat, od czasu objęcia marki przez TP Vision, Philips TV powraca do swojej dawnej roli lidera w dziedzinie jakości obrazu, dźwięku, innowacyjności oraz designu.
Ostatnie trzy lata to dla Philips TV okres znaczących wzrostów – sprzedaż na rynku europejskim wzrosła w tym czasie o 21%, a przychody i udziały w rynku – o ponad 30%, a wszystko to przy zachowaniu rentowności. W Polsce w ciągu ostatnich trzech lat nastąpił 24% wzrost sprzedaży jeśli chodzi o liczbę telewizorów, a w ujęciu wartościowym o 40%.
Pozytywne wyniki to zasługa wzrostów w wielu segmentach, z których dwa wydają się jednak najważniejsze. Pierwszy – to telewizory serii Performance, które oferują jakość na poziomie urządzeń premium, są wyposażone w technologię Ambilight, są przy tym oferowane w rozsądnej cenie. W ciągu ostatnich dwóch lat telewizory tej serii odnotowały dwukrotny wzrost sprzedaży.
Podobny sukces osiągnięto w kategorii OLED. Philips opracował serię o nazwie OLED+, która łączy technologię OLED, system Ambilight, nagradzany procesor P5 oraz wysoką jakość dźwięku, uzyskaną dzięki współpracy z wyspecjalizowaną w segmencie dźwięku marką Bower & Wilkins. Seria OLED+ zanotowała w swojej kategorii ponad 50% wzrost sprzedaży rok do roku.
W najbliższym czasie TP Vision, oprócz rozwoju biznesu w segmencie telewizorów, będzie również skupiać się na urządzeniach audio – w ramach marki Philips Sounds, w tym na odrodzeniu marki Philips Fidelio, oferującej słuchawki i soundbary klasy premium.
W kategorii audio TP Vision zapowiada premiery w segmencie soundbarów i słuchawek, w tym serię premium wyciszonych słuchawek Philips Fidelio L3, a także soundbary Phlips Fidelio B95 i B97.
Marka Philips, zarówno w segmencie telewizorów, jak i urządzeń audio, zawsze zajmowała szczególne miejsce na europejskim rynku, była ceniona przez klientów. TP Vision zamierza w dalszym ciągu inwestować i rozwijać kategorię elektroniki użytkowej, wprowadzać innowacje, nowoczesne wzornictwo, dbać o najwyższą jakość – aby zapewnić klientom wyjątkowe doświadczenia w zakresie obrazu i dźwięku.
Psychologiczna bariera dolara i 20 centów za euro jest coraz bliżej. Już teraz amerykańska waluta jest najsłabsza od ponad dwóch lat. Jeszcze niedawno wydawało się, że rynki z ważnymi rozstrzygnięciami poczekają na wybory w USA, ale jak widać nie chcą czekać.
Inflacja w Niemczech
Nasz zachodni sąsiad ostatnimi czasy ustabilizował poziom cen. Miesiąc temu w ujęciu rocznym mieliśmy deflację 0,1% w tym miesiącu dane mówią o równym 0% zmian. Powodem spowolnienia jest oczywiście wpływ pandemii koronawirusa. Nie zmienia to faktu, że jak na duże gospodarki Niemcy radzą sobie wyjątkowo dobrze z kryzysem i często są wskazywane jako wzorzec. To dobra kondycja niemieckiej gospodarki jest jednym z powodów umacniania się euro wobec dolara. Po porannych wzrostach dolar jest najsłabszy względem euro od ponad dwóch lat.
Indeksy PMI z Europy
Indeks PMI dla przemysłu ze strefy euro finalnie wyniósł dokładnie tyle, co oczekiwano, czyli 51,7 pkt. Tak dużej zgodności nie było jednak w głównych gospodarkach. Korekta po wstępnych danych pokazała mniejszy optymizm w Niemczech, ale większy we Francji. Państwa te mają największy wpływa na łączny odczyt. Wynik powyżej 50 pkt jest uznawany za zapowiedź rozwoju, bowiem ponad połowa odpowiedzi jest pozytywna.
Słabsze dane z Polski
Odczyt PMI przemysłowego dla Polski nie był tak dobry jak dla strefy euro. 50,6 pkt to nie jest słaby wynik, wciąż przekracza barierę 50 pkt. Oczekiwania wynosiły jednak 52,9 pkt. W ujęciu rocznym inflacja kolejny miesiąc spada i wynosi obecnie 2,9%. Pomimo tych danych złoty umacnia się względem głównych walut. Jednym z powodów jest odpływ kapitałów z USA do Europy. Pośrednio część z nich płynie dalej do naszej części świata. Stąd też umocnienia dzisiaj nie tylko złotego, ale również forinta węgierskiego, czy korony czeskiej.
Dzisiaj dzień wolny na Słowacji z okazji Dnia Konstytucji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Firma naukowo-technologiczna Merck, działająca w obszarach healthcare, life science oraz zaawansowanych materiałów i technologii, ma nowego prezesa zarządu. Od 1 września br. spółką w Polsce kieruje Phil Krzyzek, pełniąc jednocześnie funkcję dyrektora generalnego Działu Biopharma.
Phil Krzyzek ma ponad dwudziestopięcioletnie doświadczenie w branży farmaceutycznej, zarówno w zakresie łańcucha dystrybucji, jak również w ramach programów bezpośredniego wsparcia pacjentów – w dużych spółkach o ugruntowanej pozycji, a także w startupach. Do Merck dołączył w styczniu 2017 roku obejmując stanowisko Senior Business Unit Director w brytyjskiej spółce, gdzie zarządzał takimi obszarami jak: leczenie niepłodności, endokrynologia oraz leczenie chorób cywilizacyjnych. Działające wówczas odrębnie zespoły przekształcił w jeden dynamicznie rozwijający się dział. Od początku 2020 roku pełnił funkcję Senior Director of Commercial Operations i odpowiadał za wdrożenie specjalnego programu odbudowy związanego z wybuchem pandemii COVID-19.
– „Global specialty innovator” to określenie, które bardzo dobrze oddaje globalne aspiracje naszej firmy. Z pewnością będziemy nadal realizować naszą lokalną rolę w dążeniu do ich realizacji. Jestem bardzo dumny z tego, że dołączam do świetnego zespołu, który z zaangażowaniem tworzy firmę, pomagającą ludziom z myślą o początku, jakości i długości ich życia. Widzimy również naszą rolę w walce z pandemią koronawirusa, i to nie tylko z perspektywy naszego Działu Biopharma, ale także Life Science. Nasze produkty z tego obszaru są wykorzystywane między innymi w pracy nad: ponad 45 szczepionkami kandydackimi i 35 rozwiązaniami z zakresu technologii testowania na całym świecie – mówi Phil Krzyzek, prezes zarządu firmy Merck w Polsce. – Jeśli chodzi omoje zainteresowania zawodowe, to zawsze skupiały się one wokół nauki i technologii. Oba te aspekty łączy w sobie Merck, który na polskim rynku działa już prawie od 30 lat. Przeprowadzka z Wielkiej Brytanii do Polski jest dla mnie także szczególnie ważna z powodów osobistych tj. ze względu na moje polskie korzenie – dodaje.
Phil Krzyzek, zanim dołączył do Merck, pracował dla takich firm jak Pfizer, AstraZeneca czy IQVIA. Zajmował wiele różnorodnych stanowisk, zdobywając doświadczenie zawodowe w obszarach: sprzedaży, marketingu, dystrybucji, rozwoju biznesu, a także zarządzania. Jest absolwentem mikrobiologii i technologii mikrobiologicznej na Uniwersytecie w Warwick. Posiada również tytuł MBA (Open University).
Selen Zeydanli Bisson, dotychczasowa prezes zarządu spółki Merck oraz dyrektor generalna Działu Biopharma, podjęła w ramach struktury firmy nowe wyzwania zawodowe poza Polską.
Zapytaliśmy prezesa polskiego fintechu Provema – Grzegorza Szulika, o przyszłość sektora bankowego w Polsce i w Europie.
Redakcja: W jaki sposób będą się rozwijać bankowe systemy transakcyjne. Czy w tym obszarze istnieją istotne, niezaspokojone potrzeby klientów detalicznych i biznesowych?
Grzegorz Szulik: Z roku na rok przybywa użytkowników bankowości internetowej i mobilnej. Według danych z systemu ELIXIR Krajowej Izby Rozliczeniowej w Polsce co minutę wykonywanych jest prawie 4 tysiące operacji bankowych. Doskonale obrazuje to skalę rozwoju i zapotrzebowania na systemy transakcyjne.
Klienci, od systemów transakcyjnych wymagają wielozadaniowości – prostych, funkcjonalnych i wygodnych rozwiązań, które umożliwią im sprawne operowanie swoimi zasobami finansowymi. Chcą mieć wszystko pod ręką, na przykład szybki dostęp do profilu zaufanego. Z kolei klienci biznesowi oczekują uproszczonych procedur bez konieczności wizyt w oddziałach banków. Digitalizacja usług bankowych i finansowych otwiera szeroki wachlarz możliwości. Zawsze można coś udoskonalić, dodać albo zmienić. Dużo łatwiej jest elastycznie reagować na pojawiające się potrzeby klientów. Należy więc się spodziewać, że systemy bankowe będą w przyszłości zawierać coraz większą ilość funkcjonalności.
Jak się zmienia stopień konkurencyjności sektora bankowego w Polsce i w Unii Europejskiej. Jaki jest w tym zakresie wpływ polskich władz? Jaki jest wpływ repolonizacji sektora na sytuację rynkową? ? Czy w tej chwili jest możliwe wejście na rynek nowych graczy?
Polski sektor bankowy przez ostatnie lata był jednym z najszybciej rozwijających się w Europie. Aktualnie mamy ponad 37 mln internetowych kont bankowych i ponad 10 mln aplikacji mobilnych. Od 2016 roku władze postawiły sobie cel zwiększenia udziału kapitału krajowego w polskim sektorze bankowym. I to się dzieje. Obecnie pod kontrolą Skarbu Państwa jest Alior Bank, PKO BP, Pekao SA, BOŚ Bank SA, Bank Pocztowy SA, BGK. Z kolei Getin Noble Bank, Idea Bank, Plus Bank, Bank BPS i SG Bank należą do krajowych inwestorów. Od ponad roku prawie 54% aktywów banków jest pod kontrolą Skarbu Państwa lub krajowych inwestorów. Jeszcze 10 lat było to niewiele ponad 20%. Mimo wielu fuzji i rynkowych zawirowań, polski sektor bankowy w 2018 roku był wciąż największym płatnikiem podatku CIT w gospodarce. Do budżetu z tego tytułu wpłynęło 5,5 mld złotych. Połączone banki są w stanie wykorzystywać liczne synergie, doskonale sobie radzą inwestując w odpowiednie branże, na przykład w firmy technologiczne.
W przyszłości silniejszą pozycję konkurencyjną będą miały banki, które będą w mądry sposób ograniczać koszty własne, na przykład dzięki wprowadzeniu innowacyjnych systemów opartych o algorytmy sztucznej inteligencji. Banki muszą przejąć filozofię działania charakterystyczną dla branży fintech, która w przeciwieństwie do tradycyjnego sektora bankowego nie odczuła negatywnego wpływu epidemii na swoją działalność.
To oznacza, że ewentualne pojawienie się na rynku nowych graczy możliwe jest tylko wtedy, gdy będą mieli przewagę technologiczną.
Jakie technologie będą miały największy wpływ na rozwój sektora bankowego w najbliższych latach?
Bez wątpienia sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. Nie wyobrażam sobie digitalizacji sektora bankowego bez sprawnego implementowania AI we wszelkie kluczowe procesy.
Technologie oparte na sztucznej inteligencji mogą się przyczynić do ogromnej obniżki kosztów operacyjnych i zwiększenia sprawności działania sektora bankowego.
Provema od dłuższego czasu stosuje algorytmy oparte o sztuczną inteligencję do analizy ryzyka kredytowego na rynku drobnych pożyczek konsumenckich. Dzięki temu decyzja kredytowa może być podjęta bez udziału człowieka, w ciągu kilku sekund. Cały proces jest bardzo sprawny a jego koszty zmienne są bliskie zeru. Ale to nie koniec korzyści. Dobrze skonfigurowany system sztucznej inteligencji działa skuteczniej niż tradycyjne komisje kredytowe. Dzięki temu jesteśmy w stanie znacznie ograniczyć szkodowość udzielanych pożyczek, co wiąże się z kolejnymi oszczędnościami w absolutnie kluczowym obszarze działalności.
Czy automatyczne rozwiązania z użyciem sztucznej inteligencji w najbliższym czasie będą mogły być stosowane do oceny ryzyka kredytowego projektów biznesowych?
Oczywiście. Prawdę mówiąc w pewnym zakresie już to robią. Sztuczna inteligencja to bardzo plastyczne narzędzie. Odpowiednio opracowane i uruchomione będzie nieocenione w wielu procesach.
W porównaniu z rynkiem konsumenckim, ocena ryzyka projektów biznesowych to zagadnienie znacznie bardziej złożone. Pod uwagę należy wziąć znacznie więcej czynników, nie tylko dotyczących kredytobiorcy ale również otoczenia prawnego czy konkurencyjnego. Jednak paradoksalnie im bardziej skomplikowany jest proces analityczny, tym bardziej uwidacznia się przewaga wynikająca z zastosowania technologii. Lata doświadczeń w branży finansowej nauczyły mnie, że poleganie na ludzkiej intuicji przy ocenie ryzyka jest, delikatnie mówiąc, niezbyt efektywne.
Provema ma ambicje przekształcić się w najnowocześniejszy bank w Europie. Rozumiem, że ma to się opierać o przewagę konkurencyjną uzyskaną w oparciu o autorskie rozwiązania informatyczne. W jakich kierunkach planujecie rozwijać te rozwiązania?
Nie ukrywamy, że Provema w niedalekiej przyszłości będzie bankiem. Będziemy chcieli wypracować przewagę konkurencyjną w oparciu o rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, system weryfikacji i odzyskiwania należności a także maksymalnie satysfakcjonującą obsługą klienta.
Technologia wspierana przez sztuczną inteligencję to nasz główny kierunek rozwoju, chcemy zmienić zasady gry i stać się połączeniem banku i nowoczesnego przedsiębiorstwa z branży technologii finansowych. Marketing i dystrybucja naszych usług będzie odbywać się wyłącznie przez internet, co nie tylko obniży nasze koszty ale również ułatwi rozwój. Proszę sobie wyobrazić naszą przewagę kosztową nad bankiem, który utrzymuje kilkadziesiąt oddziałów zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt osób.
Wydaje się, że jeżeli bankowe systemy sztucznej inteligencji mają pełnić coraz bardziej złożone funkcje, to ich rozwój będzie wymagał coraz większych nakładów kapitałowych. Oznacza to, że prawdopodobnie będą one rentowne dopiero przy bardzo dużej skali operacji. Dzięki temu naturalną przewagę na rynku uzyskają międzynarodowe instytucje bankowe. W jaki sposób Provema chce znaleźć dla siebie miejsce na tym rynku?
Sukcesy licznych przedsiębiorstw z branży fintech pokazują, że przełomowe technologie są opracowywane przez niewielkie przedsiębiorstwa, których funkcjonowanie jest oparte o własne zespoły IT. Poza tym rozwój technologii wspieranej przez AI wymaga nakładów proporcjonalnych do skali działalności instytucji która wdraża takie rozwiązania. Międzynarodowe instytucje musza liczyć się z dużo większymi kosztami wdrożenia niż mniejsze, wyspecjalizowane banki, dla których taka technologia jest rdzeniem biznesu.
Międzynarodowe banki, zatrudniające dziesiątki tysięcy osób, mają tak ogromne koszty operacyjne, że ich funkcjonowanie będzie wymagać licznych usprawnień i restrukturyzacji. Wiele z nich nie przetrwałoby epidemii koronawirusa bez pomocy rządów i banków centralnych. Tymczasem dla fintechów epidemia stała się okazją biznesową i motorem rozwoju. Ta sytuacja pokazuje, w jakim kierunku będzie ewoluować światowa branża finansowa.
Jak podaje UNCAD[1] globalne potrzeby inwestycyjne w zakresie infrastruktury transportowej do 2040 roku mogą kosztować nawet 94 biliony dolarów.[2] Chodzi między innymi o poprawę przepustowości tej infrastruktury, która wykorzystywana jest przez branżę logistyczną. Bank Światowy alarmuje, że indeks wydajności logistyki wymaga poprawy, a rosnące zapotrzebowanie na dostawy towarów, obecnie podbijane przez e-commerce oraz last mile delivery, to szansa na rozwój centrów logistycznych, magazynów miejskich czy transportu intermodalnego. Nie bez echa obejdzie się również pakiet mobilności. Jego zmienione zapisy dotyczące konieczności powrotu do bazy co osiem tygodni oraz wymóg korzystania z tachografów w busach sprawią, że krajobraz sektora TSL może się w przyszłości zmienić. Według ekspertów Inelo mogą na przykład powstawać huby przeładunkowe, które umożliwią przewoźnikom sprawne i rentowne realizowanie frachtów na dalekich trasach.
Huby przeładunkowe w transporcie drogowym
Przeładunkami w branży TSL określa się wysyłkę towaru do pośredniego miejsca zanim trafi od do klienta. Zazwyczaj kojarzony jest z wykorzystaniem w tym celu dwóch różnych środków transportu, na przykład kolei i ciężarówki. Jednak nie jest to regułą. Duże centra logistyczne zlokalizowane w pobliżu torów kolejowych lub portów faktycznie przeładowują kontenery ze statków na pociągi towarowe lub ciężarówki. Z uwagi na rozwój infrastruktury logistycznej oraz trendy rynkowe generujące popyt jak e-commerce czy dostawa tego samego dnia, a także zmiany w unijnym prawie drogowym oraz cyfryzację transportu i logistyki powstaje coraz więcej magazynów miejskich usytuowanych w pobliżu dużych aglomeracji miejskich oraz tak zwanych hubów przeładunkowych. Zwłaszcza te ostanie mają szansę na rozkwit, ponieważ nowe regulacje zawarte w pakiecie mobilności mogą wymusić na przedsiębiorcach poszukiwanie takich rozwiązań w realizowaniu zleceń.
Jak zauważa Tomasz Czyż, ekspert Inelo oraz systemu telematycznego GBOX, monitorującego ponad 30 tys. ciężarówek, jeżdżących po UE – Przedsiębiorcy logistyczno-transportowi stoją przed wyzwaniami, jakie stawia im zarówno sytuacja ekonomiczna wywołana koronawirusem, jak zmiany w europejskim prawie drogowym. Pakiet mobilności, którego zapisy o delegowaniu obowiązują od 20 sierpnia 2020 roku, zakłada również między innymi obowiązek powrotu do kraju, tj. miejsca bazy przedsiębiorstwa, samochodu ciężarowego po ośmiu tygodniach w trasie, co może przysparzać przewoźnikom sporo problemów. Już teraz w środowisku spedycyjnym słyszy się głosy, że huby przeładunkowe zlokalizowane na najczęściej uczęszczanych i dalekich trasach, gdzie będzie można doładować naczepę, by nie wracać na pusto lub zostawić ładunek dla innego pojazdu, mogą pomóc zachować rentowność zleceń.
Pakiet mobilności – część przepisów, która wchodzi za 18 miesięcy to m.in.
Powrót każdego pojazdu do centrum operacyjnego firmy w kraju siedziby raz na co najmniej osiem tygodni.
Ograniczenie dostępu do rynku w zakresie kabotażu. Dotychczasowe zasady dla transportu międzynarodowego to możliwość wykonania trzech operacji w ciągu siedmiu dni. UE w pakiecie mobilności dodała czterodniowy okres przerwy pomiędzy kabotażami tym samym pojazdem w tym samym kraju.
Wyłączenie z delegowania operacji tranzytowych, przewozów bilateralnych (z/do PL) oraz maksymalnie dwóch załadunków lub rozładunków towarzyszących przewozom bilateralnym (ten ostatni pod pewnymi warunkami np. inteligentny tachograf 2-gen., w drodze z polski dozwolona maks. 1 dodatkowa operacja).
Objęcie delegowaniem przewozów cross-trade oraz wszelkich operacji kabotażowych.
Korzystanie z pełnych układów zbiorowych przy rozliczaniu płac minimalnych oraz brak możliwości zaliczania diet i ryczałtów.
Rezultat może być taki, by uniknąć objęcia delegowaniem, co wiąże się ze wzrostem kosztów pracowniczych, firmy będą chciały częściej jeździć z ładunkiem na przykład z Polski do Niemiec i z powrotem. Wówczas towar będzie przeładowany i podejmie go inny pojazd, który pojedzie w dalszą trasę. Możliwe jest większe wykorzystanie potencjału hubów przeładunkowych oraz przepinanie naczep. Na to powinni również przygotować się załadowcy i spedytorzy. Jeśli zapis o powrocie samochodu ciężarowego do kraju co najmniej po ośmiu tygodniach pracy utrzyma się, to ograniczy się również dostępność załadunkowa tirów. Trzy czwarte transportu towarów w Europie odbywa się po drogach, a Polacy odpowiadają za największą ilość tonokilometrów przewiezionych w ostatnich latach po starym kontynencie. Krajobraz transporotowo-spedycyjny w najbliższych latach może się zmienić, a huby przeładunkowe są tylko jedną z opcji dostosowania się do nowych warunków – podsumowuje Czyż.
Co ma wspólnego e-commerce i busy z tachografami?
Według McKinsey i World Economic Forum ¼ światowej populacji kupuje online, a udział rynku e-commerce ma wzrosnąć do 17,9 proc. i osiągnąć poziom 20 proc. wszystkich zakupów w 2023 roku. Taki rozwój online shopping spowoduje zwiększone zapotrzebowanie na dostawę tzw. ostatniej mili, w której znaczący udział mają między innymi busy, rozwożące towary po całej Europie. W skali globalnej, do 2030 roku, sektor ten ma wzrosnąć nawet do 78 proc. Analiza The Future of the Last-Mile Ecosystem wskazuje, że znaczenie e-commerce spowoduje większą liczbę (o 36 proc.) samochodów dostawczych i busów w 100 największych miastach na świecie. Dlaczego to istotne informacje dla transportu drogowego?
Rozwój e-commerce ma bezpośredni wpływ na ilość ładunków przewożonych między innymi przez busy, które do tej pory pracują bez rejestrowania czasu pracy i jazdy przy pomocy cyfrowych rejestratorów. Dlatego mogą pokonywać dalekie odległości w dostawach bezpośrednich. Jednak pakiet mobilności to zmieni – mówi ekspert GBox.
Dodatkowe ważne ustalenia pakietu mobilności:
Wymóg stosowania się właścicieli firm przewozowych z tzw. flotą lekką do norm czasu jazdy i odpoczynków, takich jak obecnie obowiązują kierowców ciężarówek (rozporządzenie 561), przy czym należy pamiętać, że obowiązek instalacji i użytkowania tachografu będzie miał zastosowanie od lipca 2026 roku.
W ciągu 21 miesięcy od daty publikacji pakietu mobilności przewoźnicy, dysponujący busami, będą mieć obowiązek spełniania wszystkich wymogów dotyczących wykonywania zawodu przewoźnika drogowego, w tym m.in. posiadać licencję oraz zabezpieczenie finansowe na każdy pojazd.
Europosłowie w pakiecie mobilności zajęli się też pojazdami poniżej 3,5 tony. Zmiany w rozporządzeniu 561/2006. dotyczą czasu prowadzenia busów, odbierania odpoczynków i przerw, co obecnie jest wymagane i stosowane w prowadzeniu ciężarówek. W związku z wejściem w życie pakietu mobilności będą miały zastosowanie również wobec wszystkich samochodów o DMC powyżej 2,4 tony wykorzystywanych w międzynarodowym transporcie drogowym. Na pokładzie busów będą musiały się znaleźć inteligentne tachografy. To duży krok w stronę unifikacji rynku.
Tym samym kierujący busem wyposażonym w tachograf cyfrowy będzie musiał posiadać imienną kartę kierowcy. Na niej zapisywane będą wszystkie aktywności, takie jak czas prowadzenia pojazdu, innej pracy, dyspozycji i postoju. Branża transportu lekkiego będzie musiała się z tym zmierzyć, a pomocne mogą okazać się właśnie huby przeładunkowe oraz magazyny i centra logistyczne, które posiadają zaplecze socjalne do kierowców busów dalej firmy. Duże przedsiębiorstwa logistyczne i spedycyjne mogą na przykład wynajmować część powierzchni magazynowych na najczęściej uczęszczanych kierunkach. Trasa z Polski do Hiszpanii w trybie express może odbywać się właśnie z przystankami na przeładunek w hubie logistycznym. Transport uczy się większej elastyczności i skalowania modelu biznesowego tak, by był opłacalny. Polscy przewoźnicy są odporni na zmiany i sprawnie reagują na wyzwania stawiane przez unijnych legislatorów. Jednak należy obserwować rynek. Huby przeładunkowe to trend obecnie dyskutowany w kręgach przedstawicieli TSL. Ważna jest też większa automatyzacja i cyfryzacja transportu. Jedno jest pewne, zmiany są nieuniknione, a pakiet mobilności tylko je przyspieszył – podsumowuje Tomasz Czyż, Inelo.
[1] Konfederacja Narodów Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju. Organ pomocniczy Organizacji Narodów Zjednoczonych utworzony w 1964 roku w Genewie
[2] Koszty szacowane na podstawie cen produktów i usług z 2015 roku.
,3 na 5 – to ocena jaką polscy pracownicy wystawili swoim pracodawcom za działania w obszarze zdrowia i samopoczucia podczas pandemii – wynika z badania Activy Przyszłość wellbeingu i benefitów pracowniczych – nowe porządki. W nowej rzeczywistości pracujący stawiają przede wszystkim na elastyczne podejście do czasu i miejsca wykonywania pracy oraz usługi medyczne. Dla 70% pracowników najważniejszą potrzebą benefitową jest też regularna aktywność fizyczna, a dla niemal 3/4 wsparcie w zakresie kondycji mentalnej – co staje się nowym trendem na rynku pracy. Jakie rozwiązania firmy mogą zaproponować by sprostać temu wyzwaniu?
Sprawdzian dla pracodawców
Kryzys związany z wybuchem epidemii wystawił firmy na próbę, którą nie wszyscy przeszli. Pomimo deklaracji zarządzających i specjalistów HR w zakresie wspomagania wellbeingu, aż 47,9% pracowników twierdzi, że podejście ich pracodawców w tej kwestii się nie zmieniło, a 19,3% nie ma w tym obszarze zdania. Ocena postawy firmy jest też ściśle powiązana z poziomem własnego samopoczucia pracowników. Ci odczuwający pogorszenie swojego dobrostanu względem czasu sprzed pandemii, ocenili pracodawcę średnio na 2,5 w skali od 1 do 5, a osoby z dobrym samopoczuciem wystawili już ocenę 3,8.
1.Ocena podejścia pracodawcy do aspektów związanych ze zdrowiem i samopoczuciem pracownika na podstawie badania ankietowego na próbie 1200 osób ze 100 polskich firm
Weryfikacja potrzeb i nowe benefity pracownicze
Pomimo trudności związanych z organizacją pracy w domu i izolacją społeczną, potrzeby pracowników przed i po pandemii nie zmieniły się istotnie. To może oznaczać, że tę nową rzeczywistość traktują jako zjawisko przejściowe i nie weryfikują jeszcze pod tym kątem swojego podejścia do życia. Stale najważniejszą potrzebą związaną z wellbeingiem jest
regularna aktywność fizyczna. Na znaczeniu najbardziej zyskała zaś równowaga psychiczna – o 8,5 p.p. więcej osób odczuwa jej deficyt. Pracownicy odzyskali za to czas na przyjemności i aktywności rodzinne – o 9,9 p.p. zmalało wskazanie tej potrzeby. Pandemia pozwoliła także zyskać dystans do świata zawodowego – o 5.7 pp. zmniejszyło się pragnienie poczucia spełnienia w pracy.
2. Procentowy udział potrzeb pracowników przed i po pandemii
Niemniej jednak sytuacja zmieniła nieco stosunek pracowników do oferowanych benefitów i wymusiła na pracodawcach wprowadzenie nowych rozwiązań. Niemal 74% pracowników uważa, że najważniejsze w obecnym pakiecie benefitowym powinno być elastyczne podejście do miejsca i czasu wykonywania pracy. Z oczywistych względów priorytetowe stało się oferowanie przez pracodawcę pakietu medycznego – wskazuje tak 73,3% badanych. Z perspektywy pracodawcy wśród oferowanych benefitów nadal króluje pakiet medyczny (wzrost o 4 p.p.) i karta Multisport. Co ciekawe, firmy bazujące na tych świadczeniach oceniane są jedynie o 5,5% lepiej od średniej w kwestii podejścia do wellbeingu. Dużo lepszą oceną (od 10% do 12% wyższą od przeciętnej) daje natomiast pracodawcy inwestycja w sport (np. wyzwania i sekcje firmowe) czy wsparcie psychologiczne (o 12% lepiej).
Oczekiwania wobec pracodawców najlepiej wyrażają opinie samych pracowników, a te mówią wiele: Aktywność fizyczna traktowana jest jako coś ze sfery prywatnej, gdy moim zdaniem obowiązkiem każdego pracownika powinno być zadbanie o swoje zdrowie w ramach pracy – w tym momencie, przy zadaniowym czasie pracy mamy więcej godzin przed komputerem, a zadbanie o nasze zdrowie, przede wszystkim kręgosłup, jest wypychane do czasu „po pracy”. Niewiele go w rezultacie zostaje – ocenia jeden z uczestników badania.
Wellbeing mentalny czyli dlaczego warto zadbać o zdrowie psychiczne pracownika?
Pandemia obnażyła wiele problemów związanych z kondycją mentalną pracowników, a ta znacząco się pogarsza – na depresję cierpi w Polsce aż 1.5 mln ludzi, a pośrednie koszty tej choroby, wynikające z obniżonej produktywności pracujących czy opuszczonych dni w pracy, ocenia się na ok. 1-2.6 mld złotych rocznie[1]. Kryzys związany z COVID-19 spowodował znaczny wzrost występowania u pracowników zaburzeń na tle lękowym i depresyjnym, a na pracodawców spadła odpowiedzialność wsparcia ich w tym obszarze. Aż 72.6% badanych uważa, że firma powinna zapewnić benefity związane z kondycją psychiczną, podczas gdy przed pandemią oferowało je jedynie ok. 3%, a w nowej rzeczywistości nadal mniej niż 7% organizacji. Co ciekawe, kondycja mentalna jest szczególnie ważna dla millenialsów – jako priorytetową kwestię wskazało ją najwięcej osób w wieku 18-24 lata (71,4%) oraz 25-30 lat (75,6%).
Główna idea, która powinna właśnie teraz przyświecać pracodawcom to zadbanie o zdrowie psychiczne pracowników. Temat ten nie jest nowością, ale pandemia uwypukliła wiele problemów, które wcześniej nie były tak widoczne. Teraz jest czas na działanie. Niestety część firm wciąż nie zauważa tego problemu. Niektórzy pracownicy przeszli przez pandemię w sposób bezproblemowy, ale inni bardzo podupadli na zdrowiu psychicznym, głównie z powodu izolacji, utraty pracy, gorszej sytuacji finansowej. Stres opanował wiele sfer życia – mówi ekspertka raportu Maja Kołodziejczyk, psycholog, HR’owiec, Senior HR Manager w agencji kreatywnej 180heartbeats/JvM.
3. Najbardziej pożądane benefity w nowej rzeczywistości
Jako najbardziej interesujące tematy związane ze sferą mentalną badani wskazali stres i radzenie sobie z nim (54.4%) oraz wyciszenie, spokój i mindfulness (50.3%). Rozwiązania jakich najbardziej oczekiwaliby ze strony pracodawców to w przypadku 40% osób anonimowe konsultacje z psychologami 1:1 oraz dofinansowanie do spotkań z terapeutami (36%).
Zdrowy pracownik to aktywny pracownik
Według danych WHO na całym świecie już 1 na 10 śmierci spowodowana jest brakiem aktywności fizycznej . Tylko w naszym kraju problem kosztuje gospodarkę rocznie 2,2 mld EUR, a według szacunków gdyby tylko 1 na 5 nieaktywnych osób zaczęłaby regularnie uprawiać sport, koszty związane z absencją pracowników zmalałyby o 1,2 mld złotych . Z badania Activy wynika, że aktywność fizyczna pracujących nie zmalała znacząco w okresie pandemii – nadal zdecydowana większość, bo aż 62% osób ćwiczy minimum kilka razy w tygodniu, jednak ponad połowa respondentów (54%) zauważyła, że w nowej rzeczywistości ich rytm ćwiczeń uległ pogorszeniu i problem może się pogłębiać.
Wśród uprawianych aktywności obecnie dominuje jazda na rowerze (68% badanych) oraz bieganie (niemal 40%) na równi z ćwiczeniami domowymi, które praktykuje o 10 p.p. więcej osób, wyprzedzając wizyty na siłowni. Niezależnie od stopnia usportowienia pracowników przed i po pandemii, benefity sportowe są dla nich wyraźnie nadal bardzo ważne. Widmo drugiej fali pandemii może jednak sprawić, że ich realizacja w tradycyjnej formie będzie utrudniona. Dobrym rozwiązaniem tego problemu jest organizacja sesji ćwiczeniowych z trenerami online, zdalne zajęcia fitness, jogi czy wirtualne rozgrywki i wyzwania sportowe.
Według badania Activy wyzwania sportowe w nowej rzeczywistości są już obecne w 1 na 5 polskich firm. Są one dobrym rozwiązaniem dwóch częstych problemów pracowniczych w trakcie pandemii – braku motywacji do aktywności i zdrowego stylu życia oraz ograniczonej możliwości integracji pracowników. Activy dostarcza nie tylko aplikację, ale też wszystkie elementy programu (np. dedykowaną stronę, działania marketingowe, obsługę i sporządzenie raportów) dzięki czemu zabawę w firmie można uruchomić zaledwie w kilka dni. Autorski system grywalizacji oparty o zaangażowanie, a nie poziom zaawansowania sprawia, że inicjatywa trafia do większej liczby pracowników i zachęca nawet tych najbardziej opornych – mówi Igor Pielas CEO, Activy Bike&Run App.
Integracja poprzez zaangażowanie
Pozostając w świecie, gdzie nie mamy możliwości codziennie widywać się ze znajomymi z pracy, powinniśmy postawić jeszcze większy nacisk na integrację i budowanie społeczności. Na dłuższą metę pracownicy nie wytrzymają w izolacji, dlatego będą szukali innych form spotykania się – ocenia Monika Sońta, Akademia Leona Koźmińskiego, konsultantka rozwoju organizacji w komunikujemy.com.
Z badania Activy jasno wynika, że chęć kontaktowania się ze współpracownikami jest nadal aktualna. Aż 89% osób, które swoje obecne samopoczucie w porównaniu do stanu sprzed pandemii oceniają negatywnie, szczególnie dokucza brak integracji z zespołem. 59,4% z nich deklaruje, że chciałoby realizować tę potrzebę także w nowej, utrudnionej rzeczywistości. Najsilniej trend ten widoczny jest u najmłodszych pracowników – 56,3% z nich odczuwa brak integracji względem 29,6% tych najstarszych. Tymczasem wielu pracodawców pomija ten aspekt: Niektórzy pracodawcy już dostrzegają w tym szczególnie duży potencjał do cięcia kosztów, zdając się zapominać o tym, że ludzie to jednak istoty stadne, które potrzebują ze sobą przebywać, nawiązywać relacje i współpracować, bo wtedy wyzwala się w nich najwyższa kreatywność – jeden z badanych pracowników:
Wellbeing w przyszłości czyli długofalowa strategia działań
Firmy chcąc zachować wysoką efektywność i zaangażowanie pracowników będą musiały mądrze przeorganizować dotychczasową politykę benefitową. Główny wniosek płynący z lekcji jaką jest pandemia, to, że benefity powinny być elastycznie dopasowane do potrzeb poszczególnych grup pracowników. Preferencje różnią się w zależności od wieku, płci i sytuacji życiowej pracownika. Na przykład elastyczne godziny pracy jako pożądany benefit wskazuje znacznie więcej kobiet (81%) niż mężczyzn (68%). Podobnie jak aż 81% najmłodszych pracowników ocenia ten aspekt jako najważniejszy, względem jedynie 52% tych najstarszych. Możliwość korzystania z kart sportowych pojawia się wśród mężczyzn na 4 miejscu oczekiwanych benefitów, a u kobiet dopiero na 7.
Badani, którzy uważają, że ich pracodawca zmienił swoje podejście do oferty świadczeń, największe zaangażowanie firmy obserwują w obszarze kondycji psychicznej (wzrost o 19 p.p.), następnie w kwestii dbania o zdrowie (16 p.p.) oraz poczucia bezpieczeństwa (15 p.p.). Wiele wskazuje na to, że będą to nowe trendy w kształtowaniu długoterminowej strategii benefitowej.
Dzięki doświadczeniu pandemii wellbeing w firmach zyskał nowy wymiar. Zdrowie stało się absolutnym priorytetem w każdym wymiarze – fizycznym i psychicznym. Nowa sytuacja uwypukliła problemy, które istniały od zawsze, ale też uświadomiła pracodawcom konieczność holistycznego spojrzenia na pracowników i nauczyła dynamicznie i w elastyczny sposób reagować na ich potrzeby. Przed firmami jeszcze wiele pracy w tym zakresie, ale ziarno zostało zasiane – ocenia inicjatorka i współtwórczyni raportu Dorota Matuła, Co-founder & CMO Activy Bike&Run App
[1] Szacunki Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, https://www.rynekzdrowia.pl/Uslugi-medyczne/depresja-kosztuje-od-ok-1-do-2-6-mld-zl-rocznie,180354,8.html
Praca zdalna i elektroniczne podpisywanie dokumentów to najbardziej popularne usługi zdalne, z których korzystamy w czasach epidemii. 17 proc. badanych deklaruje, że w takiej czy innej formie korzystało również ze zdalnej edukacji realizowanej przez szkoły, jednak widać wyraźnie że niekoniecznie chcą do tego wracać – wynika z badania Blue Media “Finanse Polaków w czasach epidemii”.
Masowa społeczna izolacja w czasie pandemii sprawiła, że wiele firm i instytucji publicznych zostało zmuszonych do wykorzystywania zdalnych rozwiązań, by móc komunikować się ze swoimi klientami i interesariuszami. I to często po raz pierwszy.
Wśród najpopularniejszych usług świadczonych przez internet, z których korzystaliśmy lub korzystamy obecnie, znalazły się kolejno: praca zdalna, elektroniczne podpisywanie dokumentów, edukacja zdalna realizowana przez szkołę, zdalne podpisywanie umów oraz medycyna zdalna.
Praca zdalna
Z deklaracji respondentów wynika, że co czwarty z nich pracuje lub pracował zdalnie. Aż 40 proc. ma zamiar z takiej możliwości skorzystać w przyszłości.
Najczęściej zdalnie pracują obecni 30- i 40-latkowie (30 proc. z tej grupy badanych pracuje z domu), ale najchętniej chcieliby tak pracować najmłodsi badani (tj. osoby między 18 a 34 r.ż., aż 48 proc. z nich wykazuje chęć pracy zdalnej).
Obok pracy zdalnej najwięcej entuzjazmu respondenci wykazują wobec możliwości elektronicznego podpisywanie dokumentów (38 proc. chce skorzystać z takiej możliwości) oraz umów, np. z dostawcą mediów (35 proc. chętnych).
– Sytuacja pandemiczna w Polsce i na świecie wymusiła konieczność ograniczenia kontaktów społecznych, a tym samym zintensyfikowała przenoszenie do internetu wielu procesów biznesowych jak i usług publicznych. W Blue Media zauważyliśmy wzmożone zainteresowanie nie tylko naszymi płatnościami online, co było naturalnie związane z wzrostem aktywności wielu akceptantów w internecie, ale także z takimi usługami jak zdalna weryfikacja tożsamości klientów – zauważa Krzysztof Pycia, Dyrektor Sprzedaży Sektor Finansowy w Blue Media.
Edukacja zdalna
17 proc. badanych miało styczność ze zdalną edukacją realizowaną przez szkoły, jednak niekoniecznie chcą do tego wracać. Chęć korzystania z formalnej edukacji przez internet wykazuje tylko 14 proc. badanych.
Co ciekawe, z pozaszkolnych form edukacji przez internet chce korzystać więcej, bo 18 proc. respondentów, choć doświaczenie z nią miało zaledwie 9 proc. badanych. O ile więc ze szkolnej edukacji skorzystało więcej osób (17 proc), ale 86 proc. nie chce jej już kontynuować, o tyle z pozaszkolnej korzystało mniej respondentów (9 proc.), ale więcej z nich wydaje się być na takie eksperymenty gotowych.
Z edukacji szkolnej realizowanej przez internet wyraźnie częściej korzystały kobiety (zapewne matki) niż mężczyźni oraz osoby z najmłodszej przebadanej grupy wiekowej (respondentów w wieku 18-34 r.ż.; część w tej grupie wiekowej stanowią uczniowie najstarszych klas oraz rodzice najmłodszych uczniów).
Usługi medyczne online
Choć zaledwie 14 proc. skorzystało z porad medycznych online, to aż 35 proc. badanych wykazuje chęć skorzystania z nich w przyszłości. Wyraźnie częściej są to osoby z najstarszej grupy wiekowej (44 proc. wskazań) oraz mieszkańcy dużych miast (47 proc.).
W trakcie procedury ubiegania się o ochronę międzynarodową w Polsce jest obecnie 841 dzieci w wieku szkolnym. Uczęszczają one do 126 szkół publicznych na takich samych zasadach jak dzieci polskie. Zdecydowana większość rozpoczęła nowy rok edukacji w szkołach podstawowych. Wszyscy cudzoziemcy zostali poinformowani o obowiązujących zaleceniach i ograniczeniach związanych ze stanem epidemii.
W ośrodkach dla cudzoziemców ubiegających się o ochronę międzynarodową mieszka obecnie 361 dzieci w wieku szkolnym. Najwięcej przebywa w placówkach w Białymstoku, Łukowie i Bezwoli. Większość stanowią obywatele Rosji (591 osób), Ukrainy (82 os.) oraz Tadżykistanu (58 os.).
Według roku urodzenia, dzieci będące w trakcie procedury uchodźczej klasyfikują się głównie do nauki w szkołach podstawowych – 609 osób. Ponadto, 152 osoby mogą rozpocząć naukę w szkołach ponadpodstawowych, a 80 osób w przygotowaniu przedszkolnym (tzw. zerówka).
Cudzoziemcy otrzymali w zrozumiałych dla siebie językach informacje w sprawie przestrzegania zaleceń GIS, MEN i MZ w związku z obowiązującym stanem epidemii. Wszystkie dzieci zostały także wyposażone w maseczki ochronne.
Cudzoziemcy ubiegający się w Polsce o ochronę międzynarodową mogą korzystać z pomocy socjalnej zapewnianej przez Urząd do Spraw Cudzoziemców, a edukacja jest istotnym elementem tego wsparcia. Urząd zapewnia lekcje języka polskiego, jak również zajęcia przygotowujące nowoprzybyłych uczniów do podjęcia nauki w polskich szkołach. Ponadto, UdSC zaopatruje uczniów w podręczniki oraz tzw. wyprawki szkolne.
Lekcje języka polskiego, które odbywają się w ośrodkach dla cudzoziemców prowadzone są przez szkołę językową. Zatrudnia ona wykwalifikowanych nauczycieli, doświadczonych w nauce języka polskiego jako obcego. Nauczyciel prowadzący zajęcia pozostaje w kontakcie ze szkołami, do których uczęszczają dzieci. Pozwala to na wymianę informacji o postępach i ewentualnych problemach w nauce dając możliwość dostosowania prowadzonych zajęć do potrzeb dzieci.
Na zlecenie urzędu opracowany został także program nauczania języka polskiego wraz z rozwiązaniami metodycznymi dla dzieci rozpoczynających realizację obowiązku szkolnego w Polsce. W jego ramach przygotowany został podręcznik nauczyciela zawierający scenariusze zajęć oraz materiały edukacyjne dla dzieci. Program uwzględnia specyficzne potrzeby komunikacyjne dzieci ubiegających się o ochronę międzynarodową. Uwzględnia również zróżnicowanie wiekowe uczestników.
Dzieci niebędące obywatelami polskimi, a podlegające obowiązkowi nauki oraz słabo znające język polski mają prawo do pomocy udzielanej przez tzw. asystenta międzykulturowego – osobę znającą język kraju pochodzenia dziecka, zatrudnioną w charakterze pomocy nauczyciela. Szkoły będące obwodowymi dla dzieci mieszkających w ośrodkach dla cudzoziemców mogą organizować także oddziały przygotowawcze.
Miniony tydzień zwieńczył niezwykle ciekawy sierpień na rynkach finansowych. Rezerwa Federalna nie pomogła amerykańskiej walucie, ogłaszając gołębi zwrot w przyszłej polityce monetarnej. Z publikacji, które są przed nami, warto będzie zwrócić uwagę przede wszystkim na piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy w sierpniu.
Połączenie łagodzenia polityki pieniężnej na masową skalę ze strony banków centralnych i pewien optymizm dotyczący szczepionki na COVID-19 przełożyły się na największy sierpniowy rajd amerykańskich akcji od dekad. Wpłynęło to jednak negatywnie na waluty safe haven, a zwłaszcza dolara amerykańskiego. Wyprzedaż była szczególnie silna w relacji do walut krajów eksponowanych na zmiany cen surowców, oczekuje się bowiem, że zwiększona tolerancja Fed na presję inflacyjną będzie dla nich pozytywna. Wyjątkiem jest tutaj real brazylijski, na którego presję nakładają obawy fiskalne jak i rozczarowująca reakcja kraju na pandemię.
PLN
Polski złoty w ostatnich dniach nie był najciekawszą walutą do obserwacji – kurs EUR/PLN utrzymuje się w dość wąskich widełkach, oscylując wokół poziomu 4,40.
Ostatnie dane z polskiej gospodarki były mieszane. Miniony tydzień przyniósł wprawdzie informacje o tym, że bezrobocie w ostatnim okresie pomiarów nie wzrosło, dziś jednak opublikowano dość rozczarowujące dane PMI dla przemysłu w sierpniu. Mimo to, nie wydaje się, żeby odbicie napotykało istotne problemy. Póki co jest więcej argumentów za tym, że pandemia z polską gospodarką obeszła się mimo wszystko dość łagodnie, co daje nadzieję względem jej perspektyw.
EUR
Para EUR/USD – która już wcześniej wyraźnie zyskiwała – otrzymała kolejny impuls do wzrostu ze strony Rezerwy Federalnej. Bank centralny ogłosił politykę „elastycznego celu”, w kontekście której Fed będzie bardziej tolerował inflację powyżej celu żeby skompensować okres kiedy inflacja pozostaje poniżej 2%. Chociaż w dłuższej perspektywie pozostajemy optymistyczni względem perspektyw euro, to jednak prędkość z jaką ostatnio postępowała aprecjacja, ogromna wartość krótkich pozycji spekulacyjnych na dolarze, mieszane wieści gospodarcze i z frontu walki z pandemią ze strefy euro mogą sprawić, że waluta w krótkim terminie będzie podatna na obsunięcia.
W międzyczasie, warto dodać, że sierpniowy raport o inflacji, jaki poznaliśmy dziś rano przyniósł sporą niespodziankę – inflacja okazała się znacznie niższa od oczekiwań. W ujęciu rocznym ceny w strefie euro spadły – co jest pierwszym tego typu przypadkiem od 2016 roku. Bezpośrednią reakcją po publikacji była lekka słabość waluty, aczkolwiek nie trwała ona długo – kurs w momencie pisania oscyluje tuż poniżej psychologicznego poziomu 1,20.
Inflacja w strefie euro (2013 – 2020)
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 01/09/2020
USD
Ważna zmiana w kontekście zarządzania inflacją, którą w zeszłym tygodniu ogłosiła Rezerwa Federalna sprawia, że czujemy się bardziej pewnie z naszym długoterminowym negatywnym nastawieniem do perspektyw amerykańskiej waluty. Fed ogłosił, że będzie tolerował wzrost inflacji powyżej 2-procentowego celu, chcąc utrzymać średnią inflację w jego okolicy. Oznacza to, że w średnim terminie trudniej będzie o jakiekolwiek podwyżki stóp procentowych niż zakładał rynek. Wyższa inflacja sama w sobie nie wystarczy już, żeby je uzasadnić. Reakcja rynków w tej sytuacji była przewidywalna – ceny surowców i akcji wzrosły, podczas gdy obligacje o długim terminie zapadalności i dolar doświadczyły wyprzedaży.
W krótkim terminie sądzimy, że opór przed dalszą wyprzedażą dolara amerykańskiego narasta. Pozycje spekulacyjne przeciwko dolarowi są bowiem jeszcze bardziej rozciągnięte. Pozytywny piątkowy raport z amerykańskiego rynku pracy może być katalizatorem pokrywania przez inwestorów krótkich pozycji i doprowadzić do umocnienia amerykańskiej waluty w krótkim terminie.
GBP
Szterling był jednym z głównych beneficjentów poprawy nastroju względem ryzyka, do której doszło latem. Radził on sobie lepiej niż wszystkie niesurowcowe waluty G10, istotnie umacniając się w parze z dolarem amerykańskim. Nastąpiło to pomimo braku widocznego postępu w negocjacjach brexitowych i mieszanych danych z gospodarki. W tym tygodniu raczej nie poznamy świeżych wieści czy to dotyczących pandemii czy negocjacji dot. Brexitu. Biorąc pod uwagę, że spekulanci zdają się być bardzo negatywnie nastawieni do dolara amerykańskiego (co widać po krótkich pozycjach), jak i patrząc na skalę umocnienia szterlinga w ostatnich kilku tygodniach istnieje spora szansa, że dojdzie do tymczasowych ruchów korekcyjnych, które mogą zostać wywołane przez rozczarowujące dane z gospodarki czy wieści dotyczące brexitowych negocjacji.
CHF
Przez większość poprzedniego tygodnia frank szwajcarski w parze z euro pozostawał niemal zupełnie płaski. Zaczął osłabiać się jednak po ogłoszeniu ze strony Fed, doświadczając podobnej deprecjacji co inne waluty safe-haven.
Odczyty makro ze Szwajcarii, jakie poznaliśmy w zeszłym tygodniu były ogólnie bardzo pozytywne. PKB w II kw. doświadczył mniejszego spadku niż oczekiwano, chociaż dane te są obecnie przestarzałe. Bardziej bieżący odczyt – wskaźnik wyprzedzający KOF – podskoczył do 110,2 pkt. w sierpniu, znacznie przekraczając oczekiwania ekonomistów. Dane, które zostały opublikowane dotychczas w tym tygodniu sugerują, że gospodarka rzeczywiście wraca na właściwe tory.
W czwartek poznamy sierpniowe dane o inflacji w Szwajcarii. Warto będzie na nie zwrócić uwagę, chociaż jest mało prawdopodobne, że będą miały istotny wpływ na rynek. Sentyment do ryzyka, wieści dotyczące pandemii i zachowanie głównej pary nadal powinny pozostać kluczowe dla franka szwajcarskiego.
Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury
– OANDA Global Corporation („OANDA”), światowy lider w zakresie usług obrotu wieloma aktywami oraz danych i statystyk dotyczących walut, zawarł umowę dotyczącą nabycia 100% udziałów w Domu Maklerskim TMS Brokers S.A. („TMS”) – jednym z wiodących polskich brokerów obracających wieloma rodzajami aktywów. Transakcja musi zostać zatwierdzona przez organy regulacyjne.
Jeden z czołowych brokerów na polskim rynku wymiany walut i kontraktów CFD (na różnice kursowe akcji) – TMS – działający na rynku od ponad 20 lat jest znany z innowacyjnych produktów i wysokiej jakości obsługi klienta. TMS podlega kontroli Komisji Nadzoru Finansowego (KNF), dzięki czemu ma dostęp do rynków unijnych.
Gavin Bambury, dyrektor generalny OANDA, stwierdził: „Bardzo cieszymy się z transakcji i pragnę osobiście powitać cały zespół TMS na pokładzie OANDA. Europa pozostaje kluczowym strategicznym obszarem priorytetowym dla naszej działalności. Dzięki przejęciu TMS OANDA zajmuje ugruntowaną pozycję na ważnym europejskim rynku oraz stanowi zaplecze dla rozwoju działalności w kolejnych krajach bałtyckich, jako uzupełnienie naszej i tak dobrze prosperującej sieci w Europie Zachodniej”.
Marcin Niewiadomski, dyrektor generalny TMS, powiedział: „Bardzo się cieszymy z wejścia do tak silnej grupy o solidnych zasobach kapitałowych i działającej na całym świecie. Ufamy, że dzięki tej transakcji TMS wzmocni swoją pozycję w Polsce i krajach bałtyckich, udostępniając nowe produkty, nowoczesne technologie i możliwości inwestycyjne na rynkach całego świata naszym dotychczasowym i przyszłym klientom”.
Artur Haze, partner zarządzający ForeVest Capital, stwierdził: „Gdy kierowaliśmy TMS, firma zbudowała solidną bazę klientów w całej Polsce i krajach bałtyckich, jednocześnie rozszerzając swoje ugruntowane kompetencje technologiczne. W związku z tym myślę, że TMS i OANDA nawzajem się strategicznie uzupełniają. Niezwykle się cieszę, że firma będzie mogła dalej realizować swoje obecne kierunki rozwoju w ramach wiodącej ogólnoświatowej działalności brokerskiej”.
Przejęcie TMS to pierwsza z serii strategicznych transakcji, które OANDA planuje zrealizować na przestrzeni najbliższych dwóch lat. Pod przywództwem Bambury’ego struktura operacyjna firmy uległa gruntownej zmianie, skutkującej poszerzeniem jej oferty oraz wzrostem nakładów na marketing w ramach napędzania zrównoważonego, skalowalnego rozwoju.
Wartość transakcji zawartych w sektorze hotelowym w pierwszym półroczu wyniosła 5,7 mld euro.
Inwestorzy europejscy odpowiadali za 78% wolumenu transakcji w pierwszej połowie 2020 roku.
Najbardziej aktywną grupą byli inwestorzy instytucjonalni.
Wielka Brytania nadal największym rynkiem pod względem wolumenu transakcji, ale Niemcy odnotowały najwyższy poziom aktywności inwestycyjnej.
Z najnowszych danych międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield dotyczących transakcji zawartych na europejskim rynku hotelowym wynika, że z powodu niepewności związanej z pandemią COVID-19 w pierwszej połowie 2020 roku znacząco wzrósł odsetek inwestorów koncentrujących się ponownie na rodzimych rynkach – inwestorzy europejscy odpowiadali za 78% odnotowanego wolumenu transakcji inwestycyjnych, który wyniósł 5,7% mld euro (spadek o 55% rok do roku).
Dane zaprezentowane w raporcie „Marketbeat: Europe Hospitality H1 2020” firmy Cushman & Wakefield pokazują, że transakcje uzgodnione przed wybuchem pandemii COVID-19 stanowiły ok. 79% wolumenu transakcyjnego. Niemniej jednak kilka znaczących transakcji zostało uzgodnionych już po jej wybuchu, a ich łączna wartość wyniosła 1,2 mld euro, co potwierdza, że inwestorzy patrzą z optymizmem na perspektywy długoterminowe dla sektora hotelowego.
Spośród największych transakcji, których ostateczne warunki cenowe zostały uzgodnione po wprowadzeniu lockdownu w związku z COVID-19, można wymienić zakup 136-pokojowgo hotelu Ritz London przez inwestora z Kataru oraz zakup berlińskiego hotelu nhow oferującego 304 pokoi przez szwajcarską spółkę giełdową Eastern Property Holdings.
W ciągu ostatnich sześciu miesięcy najbardziej aktywni byli inwestorzy instytucjonalni. Ich udział w łącznym wolumenie transakcji wyniósł 48%. Ta grupa inwestorów ma zazwyczaj łatwiejszy dostęp do kapitału, silną kondycję finansową umożliwiającą przetrwanie przejściowych trudności i często strategię inwestycyjną obejmującą dłuższy horyzont czasowy.
Średnia cena za pokój wzrosła o ok. 26% do 239 tys. euro w porównaniu z 189 tys. euro w roku 2019. Wynika to przede wszystkim z charakteru hoteli sprzedanych w pierwszej połowie 2020 roku – były to głównie najbardziej atrakcyjne obiekty w kluczowych lokalizacjach (na przykład Ritz), w przypadku których obawy o wpływ COVID-19 na wartość nieruchomości w dłuższej perspektywie są mniejsze. Wzrost ten nie sygnalizuje jednak spadku stóp kapitalizacji.
Wielka Brytania utrzymała w pierwszym półroczu pozycję lidera pod względem wolumenu transakcji inwestycyjnych w sektorze hotelowym (1,8 mld euro), pomimo wyraźnego spadku. Zawdzięcza to sprzedaży hotelu Ritz, który odpowiadał za blisko połowę całkowitego wolumenu transakcyjnego. Drugi najwyższy wynik (0,9 mld euro) odnotowano w Niemczech. Były one również rynkiem o największej aktywności inwestycyjnej. To właśnie w Niemczech sprzedano najwięcej hoteli i pokoi. Hiszpania, zajmująca trzecie miejsce, to jeden z nielicznych krajów, które odnotowały wzrost wolumenu inwestycyjnego – o 52%. Do wzrostu przyczynił się w największym stopniu zakup hotelu Madrid EDITION przez Archer Hotel Capital od KKH Property Investors za 220 mln euro.
Kolejnym krajem ze znaczącym wzrostem aktywności inwestycyjnej była Grecja, gdzie sfinalizowano dwie duże transakcje sprzedaży-kupna kurortów wypoczynkowych:
portfolio obejmującego 1094 pokoi w pięciu hotelach nadmorskich na Krecie – zakup w ramach joint venture Henderson Park i Hines;
kurortu Porto Carras oferującego łącznie 990 pokoi, położonego w środkowej części półwyspu Chalkidiki, zakupionego w kwietniu 2020 roku przez Belterra Investment za ponad 200 mln euro. Sprzedającego, firmę Technical Olympic, reprezentował Cushman & Wakefield.
Warunki obu transakcji zostały uzgodnione na początku pandemii i świadczą one o rosnącej popularności kurortów wśród inwestorów. Napędzają ją optymistyczne prognozy długofalowego wzrostu w branży turystycznej, a także przewidywane szybsze tempo ożywienia tego sektora po wygaśnięciu pandemii COVID-19 w porównaniu z popytem ze strony segmentu biznesowo-konferencyjnego.
Jonathan Hubbard, Head of Hospitality EMEA w Cushman & Wakefield, powiedział: sektor hotelowy w całej Europie mocno ucierpiał wskutek lockdownu związanego z COVID-19, który – co zrozumiałe – spowodował gwałtowny spadek wolumenów transakcji inwestycyjnych, ponieważ inwestorzy dokonują oceny sytuacji i czekają na oznaki ożywienia. Niemniej jednak nastroje wśród inwestorów dotyczące średniej perspektywy czasowej dla tego sektora są nadal optymistyczne, a zawarte transakcje potwierdzają ten optymizm. Mimo to, z powodu bardzo niepewnych prognoz dotyczących obrotów w najbliższej przyszłości, wielu inwestorów dysponujących dużym kapitałem liczy na korektę cen, czyli na to, że, z powodu trudnej sytuacji niektórych sprzedających, zakupi obiekty po atrakcyjnej cenie – takie są przewidywania dla rynku na drugą połowę 2020 roku.
Łukasz Bondyra, Senior Hospitality Advisor w Cushman & Wakefield, powiedział: w przeciwieństwie do wielu innych europejskich rynków, pomimo kilku toczących się transakcji będących na zaawansowanym etapie, w pierwszym półroczu 2020 roku nie została w Polsce zamknięta żadna transakcja sprzedaży hotelu. Zawieszenie bądź opóźnienie toczących się transakcji podyktowane było przede wszystkim zwiększoną niepewnością związaną z wpływem COVID-19 na perspektywę rynku. Należy mieć również na uwadze, że w porównaniu do innych europejskich rynków, pomimo wysokiego popytu wśród potencjalnych nabywców, podaż aktywów przeznaczonych na sprzedaż była relatywnie niewielka, co już w 2019 roku skutkowało liczbą transakcji prawie dwukrotnie mniejszą od średniej europejskiej.
We wrześniu 2020 roku Krzysztof Dobies objął funkcję Dyrektora Generalnego Fundacji Avalon – jednej z największych organizacji pozarządowych w Polsce wspierających osoby z niepełnosprawnościami. Specjalista w dziedzinie komunikacji, pasjonat mediów, członek Polskiego Stowarzyszenia Public Relations i były rzecznik prasowy Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy z 20 letnim bagażem umiejętności i doświadczeń dołączył do zespołu Fundacji Avalon.
Niesamowicie miło mi obwieścić, że do naszego zespołu dołączył znakomity specjalista w dziedzinie komunikacji i mediów, doskonale znający środowisko organizacji pozarządowych. Dziś Krzysztof Dobies objął Funkcję Dyrektora Generalnego. Jego wsparcie będzie niezbędne w dalszym budowaniu Fundacji Avalon – organizacji, która powstała po to, by służyć drugiemu człowiekowi, by wspierać osoby z niepełnosprawnościami w całej Polsce. – mówi Łukasz Wielgosz Przedstawiciel Zarządu Fundacji Avalon
Krzysztof Dobies w Fundacji Avalon będzie czuwał nad wizerunkiem, komunikacją, marketingiem i budowaniem relacji z bliższym i dalszym otoczeniem instytucji.
Nasza współpraca skupiać się będzie przede wszystkim, choć nie tylko, na szerokiej przestrzeni wizerunku, komunikacji i marketingu. Będę starał się wpływać na proces budowania jak najlepszych i najbliższych relacji z beneficjentami, darczyńcami, partnerami czy sympatykami Fundacji. Będę odpowiadał za współpracę z tymi, którzy swoim zaangażowaniem pozwolą Fundacji rozwijać skrzydła i realizować swoją misję z jak największym rozmachem. – pisze Krzysztof Dobies Dyrektor Generalny Fundacji Avalon
W Fundacji Avalon czeka go niewątpliwie dużo pracy. Powstała w 2006 roku organizacja z siedzibą w Warszawie swoim wsparciem obejmuje osoby potrzebujące z całej Polski. Fundacja ma szeroki zakres działań. Oferuje pomoc potrzebującym w obszarze finansowym, a także prowadzi szereg programów społecznych i edukacyjnych mających na celu zmianę postrzegania osób z niepełnosprawnościami w polskim społeczeństwie.
Ja już wiem, jak bogaty jest to świat. Jak bardzo ważna jest to organizacja dla grubo ponad 10 tysięcy osób z niepełnosprawnościami w całej Polsce, które bezpośrednio korzystają ze wsparcia Fundacji – czy poprzez mechanizm subkont, czy poprzez platformę Helpuj!, czy w codziennej pracy z fizjoterapeutami w ramach Avalon Active. Wiem też, jak wiele Fundacja robi nie tylko dla samych osób z niepełnosprawnościami, ale i dla idei zmiany postrzegania ich przez polskie społeczeństwo. To pełen adrenaliny i sportowych emocji projekt Avalon Extreme, ale także oparty na wartościach miłości, bliskości i partnerskiej więzi projekt Sekson, poświęcony seksualności i rodzicielstwu OzN. – dodaje Krzysztof Dobies Dyrektor Generalny Fundacji Avalon. Fundacja Avalon do tej pory udzieliła swoim podopiecznym wsparcia finansowego na blisko 180 mln złotych i zorganizowała 18 352 dofinansowanych godzin zajęć z fizjoterapeutami.