Coraz częściej długi firm i osób fizycznych są egzekwowane poprzez zajęcie rachunku bankowego dłużnika. W 2018 zajęto 9.730.711 kont bankowych*. To liczba dwa razy większa niż była jeszcze 4-5 lat temu. Głównym powodem jest uruchomienie w 2016 roku systemu Ognivo, który umożliwia szybką wymianę informacji między bankami, komornikami, ZUS, urzędami skarbowymi, sądami i innymi uprawnionymi.
Dłużnik często dowiaduje się o blokadzie, kiedy nie może zrobić przelewu, wypłacić pieniędzy lub zapłacić kartą debetową. Zanim dotrze do niego pismo wysłane tradycyjną pocztą przez komornika, to na rachunku może już nie być zajętych kwot. Do niedawna wierzyciel mógł dostać pieniądze jeszcze zanim dłużnik dowiedział się o ich zajęciu. Od zeszłego roku bank ma obowiązek ich przekazania komornikowi po upływie 7 dni od dnia doręczenia do niego zawiadomienia o zajęciu. Wyjątkiem są jedynie sytuacje w których dochodzi do egzekucji bieżących rent lub alimentów, wtedy bank nadal ma obowiązek niezwłocznego przekazania środków.
Dodatkowy czas na reakcję dłużnika daje jeszcze jedna zmiana wprowadzona od początku tego roku. Wydłużyła ona z 4 do 14 dni czas, jaki komornik ma na przekazanie wierzycielowi należności wyegzekwowanych z rachunku bankowego. Czas ten liczy się od dnia ich otrzymania z banku. W sumie jest więc 21 dni, które dają właścicielowi zablokowanego rachunku szansę na skuteczne odwołanie. Musi to jednak zrobić w ciągu 7 dni od daty otrzymania tytułu wykonawczego.
Powodem odwołania może być bezzasadność wszczętego postepowania albo wcześniejsze zaspokojenie roszczenia. Komornik nie ma też wiedzy o tym jakie pieniądze znajdują się na rachunku ani na co są przeznaczone. Tymczasem zajęciu nie mogą podlegać na przykład pieniądze uzyskane w ramach programu 500 plus. Pierwszeństwo przed długami mają też wypłaty wynagrodzeń, alimentów, renty lub podatku dochodowego. Aby z tych przepisów skorzystać, to dłużnik musi poinformować o tym komornika i przedstawić wiarygodne dowody, np. listy płac, tytuł wykonawczy lub wyciąg bankowy z ostatnich miesięcy.
Szybka i najlepiej uzgodniona z prawnikiem reakcja dłużnika jest o tyle ważna, że zajęcie wierzytelności dotyczy wszystkich rachunków przedsiębiorcy: firmowych, prywatnych i wspólnych. Bez rachunku bankowego trudno jest funkcjonować osobie prywatnej, a co dopiero firmie. Bank może zrealizować zajęcie również z lokaty terminowej. Zajęcie to realizowane jest w ostatniej kolejności. Przepisy o kwocie wolnej od zajęcia pozwalają zachować dłużnikowi na koncie prywatnym jedynie 75% kwoty minimalnego wynagrodzenia, czyli w 2019 roku jest to 1 687,50 zł (75% z 2 250 zł). Na rachunku firmowym zajęciu podlegają wszystkie środki.
W ostateczności można dochodzić swoich praw już po egzekucji administracyjnej, gdy w ocenie dłużnika zajęcie rachunku zostało przeprowadzone niezgodnie z przepisami. Ewentualne odszkodowanie od organu egzekucyjnego może być orzeczone wtedy przez sąd na podstawie przepisów kodeksu cywilnego.
Autor: Magdalena Flis, Tax Care
*dane udostępnione przez Krajową Radę Komorniczą
Marcin Słomkowski, Prezes spółki oraz dotychczasowy Dyrektor Generalny Inchcape w Polsce awansował na stanowisko Managing Director Distribution of Northern Europe. Dyrektorem generalnym Inchcape Polska został Witold Wcisło.
Marcin Słomkowski
Słomkowski, od blisko 13 lat pełniący funkcję dyrektora generalnego Inchcape Polska, odpowiadał m.in. za wdrożenie globalnej strategii Inchcape w Polsce. Liczne sukcesy polskiego menedżera (oddziały BMW Inchcape w tym czasie zdobyły łącznie 38 nagród BMW), poparte dobrymi wynikami finansowymi, zostały zauważone przez brytyjski koncern już dwa lata temu, kiedy to został awansowany na stanowisko dyrektora zarządzającego marki BMW w Inchcape Northern Europe. W marcu br. prezes Inchcape Polska ponownie został wyróżniony przez Inchcape, otrzymując nominację na stanowisko Managing Director Distributon Northern Europe dla całej marki Inchcape. To najwyższe stanowisko jakie polski menedżer osiągnął w brytyjskim koncernie motoryzacyjnym, działającym w 31 krajach na świecie!
Witold Wcisło
W związku z awansem Marcina Słomkowskiego powołano nowego dyrektora generalnego Inchcape Polska, którym został Witold Wcisło. Wcisło od trzech lat związany jest z Inchcapem i dotychczas pełnił stanowisko zarządzającego warszawskim oddziałem spółki. To pod jego kierownictwem, tylko w 2018 roku, warszawski oddział zdobył aż cztery prestiżowe nagrody przyznawane przez BMW Polska.
Inchcape Polska podczas 13 lat obecności na rodzimym rynku ugruntował sobie pozycję wśród 30 największych dealerów samochodowych w Polsce (za Miesięcznik Dealer), będąc jednym z nielicznych w zestawieniu dealerów koncentrujących się wyłącznie na segmencie premium. To również najbardziej utytułowany dealer BMW – zdobywca 38 nagród BMW, w tym 5 tytułów Dealera Roku BMW.
W ocenie Inchcape to właśnie segment premium ma największe perspektywy wzrostu. Opinię tę potwierdzają dane raportu KPMG, przewidujące dynamiczny wzrost liczby zamożnych i bogatych Polaków, który w 2017 sięgnął ponad 1,3 mln rodaków. Ich łączne dochody netto miały wynieść około 284 mld zł. Wartość rynku dóbr luksusowych szacowana jest na około 25 mld zł.
W ciągu najbliższego roku jeden na czterech managerów w Polsce, podejmując decyzje biznesowe, planuje korzystać z rad sztucznej inteligencji, donoszą najnowsze badania Microsoft. To pokazuje, że firmy coraz chętniej wykorzystują technologię samouczących się algorytmów, a zaawansowane rozwiązania IT rozlewają się na całą gospodarkę, czego najlepszym przykładem jest branża budowlana. Czy ten sektor jest w stanie skutecznie wykorzystać potencjał, jaki oferuje SI?
“Budowlanka” to jedna z najważniejszych gałęzi gospodarki – roczną wartość sektora na całym świecie wycenia się na 10 bilionów USD, podaje amerykańska firma doradcza McKinsey. Firmy z tej branży dają zatrudnienie aż 7% wszystkich ludzi pracujących na całym globie A jak wygląda sytuacja w Polsce? SPECTIS utrzymuje, że roczna wartość rodzimego rynku budowlanego przekracza już 50 mld USD (~200 mld PLN), co czyni go jednym z większych w Europie.
Branża budowlana znalazła się jednak na ostrym zakręcie, sugeruje McKinsey w najnowszym opracowaniu zatytułowanym „Sztuczna inteligencja: kolejna granica technologii budowlanej”. Firma analityczna zapowiada rewolucję, która w znacznym stopniu odmieni sektor budowlany. W badaniu porównano budownictwo do dwunastu innych przodujących branż, takich jak opieka zdrowotna, produkcja, turystyka czy motoryzacja i oceniono, że chociaż dziesięć z nich wyprzedza budownictwo pod kątem tempa i zaangażowania we wdrażanie rozwiązań z zakresu sztucznej inteligencji to bycie ostatnim nie zawsze jest takie złe. Dzięki temu branża budowlana może przyjrzeć się temu, jak inne sektory wykorzystują sztuczną inteligencję, unikając popełnionych przez nie błędów. Wiedząc już co działa, a co nie szybko nadrobi zaległości.
– “Ludzie często obawiają się sztucznej inteligencji. Ja natomiast porównałbym ją do kalkulatora. Czy fakt opracowania tego wynalazku pozbawił kogoś pracy? Nie, to tylko narzędzie, dzięki któremu ludzie mogą szybciej i dokładniej wykonywać obliczenia, które mogliby zrobić ręcznie. Podobnie wygląda sprawa z SI, które stanie się dla nas narzędziem do wykonywania zadań zbyt trudnych lub drogich, abyśmy mogli wykonywać je samodzielnie, np. analizując duże zbiory danych pod kątem predykcji, poszukiwania korelacji lub innych cech.” – uspokaja Marcin Kotarski, Product Manager z Rettig Heating, największego na świecie producenta nowoczesnych rozwiązaniach grzewczych.
Sztuczna inteligencja, prawdziwe problemy
Nic ma nic dziwnego w tym, że przedsiębiorstwa chętnie korzystają z możliwości oferowanych przez sztuczną inteligencję. Dla branży budowlanej, szczególnie interesujące są technologia uczenia maszynowego i analiza predykcyjna. W badaniu PwC 72% liderów biznesu określiło sztuczną inteligencję jako „przewagę biznesową”. Również w najnowszym badaniu marki Microsoft potwierdzono te tendencje, w Polsce już co czwarty manager zapowiada, że w ciągu najbliższego roku planuje wykorzystać sztuczną inteligencję do podejmowania decyzji. Sytuacja ta nie ominie również sektora budowlanego.
– “Oczekuje się, że będzie to długa i pełna wyzwań podróż dla całego sektora, ale z właściwym planem i otwartym umysłem w kierunku nowych technologii. Digitalizacja budownictwa może być bliższa, niż wielu mogłoby się wydawać.” – sądzi Marcin Kotarski, Product Manager z Rettig Heating, właściciela marki Purmo. Następnie dodaje:
– ”Liczba rozwiązań SI mających zastosowanie w zakresie budownictwa jest niemal nieograniczona. Londyn wykorzystuje analitykę Big Data do monitorowania poszczególnych dzielnic, aby lepiej i skuteczniej planować rozbudowę miasta. Gdybyśmy w Polsce mieli taki system… to moglibyśmy zaoszczędzić ponad 84 mld zł rocznie! Właśnie tyle kosztuje nas jako społeczeństwo zła gospodarka przestrzenna, wynika z najnowszego raportu Komitetu Przestrzennego Zagospodarowania Kraju PAN”.
Sztuczna inteligencja – partner w budowie
Ta gałąź gospodarki jest kształtowana przez nowy trend, jakim jest sztuczna inteligencja. Możliwości zastosowania pokazał asystent ALICE, opracowany przez Alice Technologies, startup z Uniwersytetu Stanforda (USA).
Budowa takiej konstrukcji jak wieżowiec wymaga wspólnego wysiłku wielu profesjonalistów: architekci, instalatorzy, operatorzy dźwigów, murarze, elektrycy, kierowcy ciężarówek i wszyscy inni muszą skutecznie współpracować, aby osiągnąć sukces. Jednocześnie materiały budowlane to kolejny złożony obszar, zarówno pod względem dostawców, jak i rzeczywistego wykorzystania, ponieważ duża liczba zmiennych może generować tysiące różnych scenariuszy przy planowaniu i realizacji projektu. Ostateczne koszty mogą ulec znacznym zmianom w zależności od faktycznej organizacji wszystkich tych elementów, i to właśnie w tym pomaga oprogramowanie ALICE.
Począwszy od wstępnego planu budowy, w którym wczesny harmonogram i rozmiar projektu są definiowane przez ludzi, ALICE używa danych wejściowych do obliczania milionów różnych scenariuszy, które normalnie wymagałyby ogromnej ilości roboczogodzin. Po tej masowej analizie liczba opcji jest zawężona do kilkunastu optymalnych scenariuszy, które są tłumaczone na model 4D, tj. model 3D w terminach realizacji.
W projekcie pilotażowym przeprowadzonym przez firmę budowlaną system dostarczył 22 strategie budowlane. Według budowniczych czas realizacji inwestycji skurczył się o 84 dni od pierwotnego harmonogramu, zmniejszając go z 540 do 456 dni.
– “Prawo Murphy’ego mówi, że jeżeli coś ma się wydarzyć, to zapewne się wydarzy”. Losowość zdarzeń i mnogość przeszkód to jedno z praw w życiu, zwłaszcza w przypadku złożonych projektów. Zaletą ALICE jest to, że może przetwarzać nowe zmienne postępu w pracy, dostarczając optymalne scenariusze w locie. Dzięki temu harmonogram pracy może dynamicznie dostosować się do specyficznych wymagań każdej sytuacji w projekcie.” – opisuje Emilia Dudek, Marketing Manager z Rettig Heating.
Branża budowlana przechodzi fundamentalne zmiany. W produkcji są pierwsze budynki tworzone z wykorzystaniem drukarek 3D, coraz mocniej rozwija się i optymalizacja recyklingu odpadów budowlanych, dzięki projektom takim jak HISER. Dzięki olbrzymim możliwościom jakie stoją za wprowadzeniem SI do branży budowlanej, jest niemal pewne, że nowe rozwiązania zostaną szybko zaadaptowane i momentalnie zyskają na popularności, głównie dzięki możliwościom optymalizacyjnym w procesie realizacji projektu.
Marzec z perspektywy inwestorów był miesiącem dużo ciekawszym, chociaż dalece mniej optymistycznym niż poprzednie miesiące tego roku. Można zauważyć dwie główne tendencje, które zarówno skłaniają do myślenia, ale dają też szanse na przyszłość. Po pierwsze, rynki akcji nie pokazywały już takiej siły jak w styczniu i w lutym. Miesięczne stopy zwrotu są albo dodatnie, ale bliskie zeru, albo lekko ujemne, w zależności od rynku. Po drugie, dwa czynniki ryzyka, tj. polityka Fed oraz wojna handlowa, zeszły na dalszy plan. Rynki bardzo często rosną na ścianie strachu, ale jest to często strach nieracjonalny, gdzie pesymizm miesza się z hurra optymizmem. W marcu można śmiało stwierdzić, że inwestorzy spojrzeli ponownie na fundamenty, tj. stopniowo pogarszające się dane gospodarcze. Nie oznacza to końca wzrostów, raczej powrót do normalności, co jest w mojej ocenie dość zdrowym objawem. Dużo więcej obaw budziło ignorowanie kluczowych danych.
Aby lepiej zrozumieć, co się stało na globalnych rynkach akcji, należy spojrzeć na rentowności obligacji. Te, w szczególności na rynkach rozwiniętych, silnie spadały, windując ceny obligacji w górę. Szczególnie było to widoczne w przypadku obligacji japońskich i niemieckich, stanowiących tradycyjne przystanie wolne od ryzyka na rynku długu. Zjawisko to tłumaczy z perspektywy przepływów kapitałów słabsze zachowanie rynków akcyjnych. Inwestorzy uciekali od ryzyka, w obawie o perspektywy globalnego wzrostu gospodarczego, lokując środki w aktywach uważanych powszechnie za bezpieczne. Jednak co zaskakujące, koniec marca był również okresem silnego spadku cen złota, które również uważane jest za bezpieczną przystań.
Na taki scenariusz splotło się kilka czynników. Jednym z winowajców był Fed. Twarde wycofanie się z zapowiadanych na ten rok podwyżek, przy jednoczesnym obniżeniu prognoz dla amerykańskiej gospodarki i potwierdzeniu chęci zakończenia programu redukowania bilansu wystraszyło inwestorów. Jest to o tyle zaskakujące, że przynajmniej pierwszy czynnik jeszcze niedawno byłby przyjęty przez inwestorów z entuzjazmem, wszak to właśnie restrykcyjną politykę Fed spora część rynkowych komentatorów tłumaczyła spadki w drugiej połowie 2018 roku. Teraz jednak przeważyły obawy, że skoro zmiana polityki monetarnej w USA jest tak zdecydowana, to muszą za nią stać twarde czynniki w postaci słabnącej gospodarki. Języczkiem u wagi było chwilowe odwrócenie się krzywej amerykańskich rentowności, co w przypadku trwałego utrzymania się tego zjawiska jest zwiastunem recesji. W mojej ocenie jednak rynki przeceniły płynące z Fed sygnały. Krótkotrwałe odwrócenie krzywej nie jest istotnym sygnałem, a w dłuższym okresie przeważy pozytywny wpływ łagodniejszej polityki Fed. Ponadto, cześć obserwowalnego w danych wyprzedzających spowolnienia wynika z oczekiwań i obaw przedsiębiorców. Pojawienie się pozytywnych monetarnych czynników pozwoli przynajmniej częściowo przywrócić optymizm na rynkach. Trudno oczywiście negować, że cykl gospodarczy jest bardzo zaawansowany, ale nic nie wskazuje na to, by trend miał się gwałtownie odwrócić.
Dużo słabszy obraz gospodarki płynie z europejskich odczytów PMI. Te wskazują na postępujące spowolnienie w Europie Zachodniej. Wstępny PMI dla niemieckiego przemysłu wyniósł 44,7, co jest wartością najniższą od 6 lat. Wszystko wskazuje jednak na to, że obawy o recesję w niemieckim przemyśle są również nieco przesadzone. Niemiecki rynek wewnętrzny utrzymuje mocną kondycję, poprawa w otoczeniu zewnętrznych przy powrocie EBC do stymulacji gospodarki może odwrócić trwający do 15. miesięcy trend spadkowy niemieckiego przemysłu. Pewne nadzieje daje odwrócenie trendu spadkowego odczytów niemieckiego Ifo, który wskazuje na nastroje przedsiębiorców na Renem. Największą obawą pozostaje polityka handlowa Stanów Zjednoczonych, które po osiągnięciu wstępnego porozumienia z Chinami mogą ponownie zwrócić wzrok w kierunku Europy.
Na tym tle Polska gospodarka w dalszym ciągu pokazywała siłę. Dychotomia pomiędzy danymi z twardej gospodarki a wskazaniami PMI stopniowo się pogłębia. Być może wynika to z pewnych zjawisk statystycznych lub niedopasowanej metodologii wskaźnika do struktury krajowej gospodarki. Innym wyjaśnieniem mogą być zaległości krajowych zakładów wytwórczych, które są właśnie nadrabiane. Dualizm ten w dalszym ciągu jest widoczny, jeśli spojrzymy na zachowanie dużych i małych spółek. Te pierwsze poruszały się w marcu mniej więcej zgodnie z globalnymi trendami, podczas gdy małe kontynuowały ruch wzrostowy. Pisząc o polskich spółkach, nie można nie wspomnieć o trwającym sezonie wyników. Najciekawsze rezultaty i prognozy na przyszłość zaprezentowały spółki z ekspozycją na detalicznego konsumenta. Szansą dla tych spółek są programy stymulacji fiskalnej oraz możliwe złagodzenie zakazu handlu w niedzielę. Drugim widocznym trendem jest fakt, że cześć spółek wykazuje ponadprzeciętną zdolność do obrony marż w środowisku rosnących kosztów czynników wytwórczych. Warto je obserwować, gdyż to one właśnie mogą stanowić o sile portfela akcji w 2019 roku.
Co przyniesienie kwiecień? Chciałbym napisać, że rozstrzygnięcie kwestii Brexitu, którego data została obecnie przesunięta na 12 kwietnia. Sytuacja jest jednak na tyle nieprzewidywalna, że trudno jest prognozować przy użyciu tradycyjnych heurystyk. Pewne rozstrzygnięcia możemy poznać w zakresie negocjacji handlowych na linii USA – Chiny. Sygnały płynące z obu źródeł są raczej optymistyczne, ale proces ten może ulec rozciągnięciu w czasie z uwagi na skomplikowaną istotę problemu. Kwiecień będzie jednak ważnym miesiącem dla wielbicieli fundamentów, gdyż rusza wówczas sezon wyników za pierwszy kwartał w USA. Powszechnie oczekuje się spadku dynamiki wzrostu zysków spółek do zaledwie kilku procent. Jak wiadomo, analitycy amerykańscy lubią dość konserwatywne prognozy, które spółki mogą potem pobić. Podczas tego sezonu wyników znajdziemy jednak prawdziwą odpowiedź o sile amerykańskiego rynku akcji w 2019 roku.
Autor: Kamil Hajdamowicz, zarządzający aktywami w Vienna Life TU na Życie S.A. Vienna Insurance Group
Zjawisko rosnącej absencji chorobowej dotyka wszystkich firm, niezależnie od ich wielkości, struktury zatrudnienia i branży. Przy doborze odpowiednich narzędzi jego ograniczania, takich jak dodatkowe premie czy benefity pracownicze, należy najpierw prawidłowo określić rodzaj występującej absencji i strategii zarządzania problemem. Swoją wiedzą i doświadczeniem w tym zakresie dzielą się Mikołaj Zając oraz Edyta Grajek-Mosiołek z firmy konsultingowej Conperio.
Problem absencji chorobowej dotyka znacznej części polskich przedsiębiorstw – zarówno dużych, jak i małych, zatrudniających kadrę wysoko wyspecjalizowaną, jak i pracowników z wykształceniem podstawowym. Mierzyć się z nim muszą pracodawcy dysponujący starzejącym się personelem, a także młodymi pracownikami wchodzącymi dopiero na rynek pracy. – Wśród naszych klientów są przedsiębiorstwa ze wszystkich branż – spożywczej, produkcyjnej, IT, automotive – zatrudniające od 21 do nawet 20 000 pracowników – mówi Mikołaj Zając, prezes Conperio, największej i najbardziej doświadczonej w problematyce absencji chorobowej firmy konsultingowej na polskim rynku.
Rodzaje absencji chorobowych
Aby efektywnie kontrolować i ograniczać liczbę zwolnień lekarskich, należy w pierwszej kolejności określić charakter absencji chorobowej występującej w konkretnym przedsiębiorstwie. – Wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu profesjonalnych audytów pozwoliło nam na określenie jej trzech podstawowych rodzajów – wyjaśnia Mikołaj Zając, wskazując na:
Absencję „szarą” – jej przyczyną jest brak świadomego zarządzania procesami absencji;
Absencję „zawodową” („patologiczną”) – generowaną przez osoby niezainteresowane podejmowaniem czynności zawodowych, które pozostają maksymalnie długo na zwolnieniach chorobowych;
Odpowiednio dobrane do specyfiki konkretnego rodzaju absencji działania naprawcze powodują skrócenie średniego czasu trwania zwolnień i wzrost efektywności przedsiębiorstwa. – Dzięki naszym wskazówkom, jednemu z klientów udało się zaoszczędzić w ten sposób milion złotych w skali roku – mówi Mikołaj Zając.
Premia jako narzędzie ograniczania liczby zwolnień chorobowych
Aby ograniczyć zjawisko absencji chorobowej, należy stale weryfikować i usprawniać procesy wewnętrzne w organizacji, takie jak: system przyznawania urlopów, codzienny grafik, czy warunki panujące w miejscu pracy. Istotną funkcję pełnią również premie dla pracowników, stanowiące formę dodatkowego wynagrodzenia za rzetelne wywiązywanie się ze swoich obowiązków.
– Odpowiednio skonstruowany system premii może być elementem skutecznego zarządzania absencją chorobową, jednak należy się zastanowić, czy chcemy premiować pracowników za ich podstawowy obowiązek, jakim jest obecność w pracy. Pamiętajmy, że dodatkowe benefity muszą być zawsze adekwatne do pensji podstawowej. Z naszych badań wynika, że premia niższa niż 7 % nie wpływa na ograniczenie liczby zwolnień – mówi Edyta Grajek-Mosiołek, koordynator procesów zarządzania absencją chorobową w Conperio. W tym kontekście podkreślić należy, że wysokość przyznawanych premii musi uwzględniać rosnące od lat oczekiwania i aspiracje finansowe pracowników.
Chcąc wykorzystać premie jako narzędzie do optymalizacji funkcjonowania przedsiębiorstwa, należy przede wszystkim unikać podstawowych błędów, które skutkują demotywacją pracowników i powstaniem napięć wewnątrz firmy. Należy do nich tzw. odroczona gratyfikacja, czyli wypłacanie premii po upływie dłuższego czasu. Pracownik, który rozliczany jest np. w systemie półrocznym i po takim okresie otrzymuje premię absencyjną, nie będzie zmotywowany do mocniejszego zaangażowania się w wykonywane obowiązki. – Premia od absencji chorobowej musi dodatkowo uwzględniać specyfikę problemu w danej firmie. Źle zaprojektowana, może zmniejszać tylko niektóre jej rodzaje np. krótkoterminową, w zamian powodując długotrwałe nieobecności, tym samym zmieniając jedynie strukturę absencji, a nie skutkując jej redukcją tłumaczy Edyta Grajek-Mosiołek, zwracając jednocześnie uwagę na fakt, że konieczne jest też zadbanie o przejrzyste zakomunikowanie kadrze zasad przyznawania dodatkowych benefitów finansowych. – Z audytów Conperio prowadzonych w polskich przedsiębiorstwach wynika, że średnio 64% pracowników produkcyjnych nie wie, jak naliczana jest ich ewentualna premia. Ważna jest zatem przejrzysta komunikacja i indywidualizacja systemu benefitów, nie kopiowanie rynkowych trendów – dodaje.
Eksperci Conperio zaznaczają, że znajomość odmiennych rodzajów absencji chorobowej jest podstawą skutecznego i efektywnego zarządzania przedsiębiorstwem. Wśród narzędzi, którymi dysponuje pracodawca chcący trwale zmniejszyć liczbę zwolnień lekarskich, jest system premiowy. Właściwie skonstruowany: przejrzysty i odpowiednio motywujący pracowników, może okazać się bardzo pomocny w kontrolowaniu i ograniczaniu absencji chorobowej. W celu skutecznego określenia czy premie dla pracowników będą odpowiednim rozwiązaniem problemu absencji chorobowej w danej firmie, należy przeprowadzić kompleksowy audyt i badanie struktury absencji. W przeciwnym razie może okazać się, że premie nie przyniosą spodziewanych efektów.
Inflacja w Polsce w marcu przyspieszyła do poziomu 1,7% w ujęciu rocznym, wzrastając szybciej od oczekiwań również w ujęciu miesięcznym (0,3% wobec 0,2%). Wyższa inflacja drugi miesiąc z rzędu jest pozytywnym zaskoczeniem. Jednak nie na niej skupia się dziś rynek.
Inwestorzy wyczekują przede wszystkim wieczornej decyzji agencji Fitch dotyczącej oceny wiarygodności kredytowej Polski. Obecnie bardzo mało prawdopodobna wydaje się zmiana ratingu, czy perspektywy. Fitch nie jest agencją, która najszybciej reaguje na zmiany w kraju. Agencja ocenę wiarygodności kredytowej Polski ostatnim razem zmieniła nieco ponad 12 lat temu. Wtedy to Fitch podniósł rating z poziomu BBB+ do obecnego A-. A i wtedy zmianę oceny poprzedziła zmiana perspektywy, a ta – co warto zaznaczyć – obecnie pozostaje stabilna sprawiając, że zmiana ratingu wydaje się jeszcze mniej prawdopodobna.
Większe zainteresowanie dzisiejszym ruchem Fitch (a także działaniami agencji ratingowych w ogóle) jest związane z pamiętnym rokiem 2016, kiedy to agencja S&P niespodziewanie ścięła ocenę wiarygodności kredytowej Polski i zagroziła ruchem w dół o jeszcze jedno oczko obniżając również perspektywę ratingu. Tamta sytuacja nie powinna stanowić jednak wyznacznika tego, jak funkcjonują oceny ratingowe. „Niespodzianki” o takiej skali zdarzają się bardzo rzadko, zresztą – co dość naturalne – metodologie agencji ratingowych różnią się od siebie. I tak, kwestie instytucjonalne, które dla S&P mają bardzo istotne znaczenie, w 2016 r. zaważyły na ratingu konkretnie tej agencji. Obecnie natomiast raczej nie budzą zbyt wielu obaw czy to S&P, czy też pozostałych agencji tzw. Wielkiej Trójki (Moody’s, Fitch Ratings).
W 2019 r. agencje w swojej retoryce w kontekście Polski skupiają się raczej na innych kwestiach: stabilności fiskalnej oraz perspektywach gospodarczych kraju. W obu tych przypadkach bilans się zmienił: w pierwszym na niekorzyść: „piątka PiS” niemal na pewno pociągnie za sobą istotny wzrost deficytu w 2019 i 2020 r. W drugim na korzyść: negatywne czynniki zewnętrzne obecnie jedynie w ograniczony sposób wpływają na gospodarkę Polski, z kolei dobra sytuacja na rynku pracy i stymulacja fiskalna w postaci wspomnianej „piątki” powinny ten wzrost wspierać.
Agencja zauważa te kwestie. 20 marca podniosła prognozy wzrostu gospodarczego Polski z poziomu 3,8% do 4% w tym roku i z 3% do 3,5% w następnym, a to pomimo widocznego pogorszenia sytuacji i perspektyw gospodarczych w strefie euro. Jednocześnie, co warto zaznaczyć, Fitch nie zmienił swoich prognoz względem wskaźników fiskalnych, spodziewając się deficytu sektora finansów publicznych rzędu 1,7% w 2019 r. i 2,3% w 2020 r. A to, mimo komentarza z początku marca zgodnie z którym brak kompensujących wydatki działań oraz prawdopodobne spowolnienie wzrostu dochodów budżetowych w kraju, mogłoby w 2020 r. doprowadzić do wzrostu deficytu w okolice poziomu 3%. A jego przekroczenie z zasady powinno prowadzić do nałożenia na kraj procedury nadmiernego deficytu przez Komisję Europejską.
W kontekście dzisiejszej decyzji agencji Fitch warto skupić się przede wszystkim na retoryce. Jest zbyt wcześnie, by mówić o zmianie ratingu. Dla inwestorów istotne będą jednak wszelkie sugestie dotyczące zmiany opinii agencji w kwestii perspektyw fiskalnych kraju i potencjalnych ryzyk dla ratingu. Decyzję agencja powinna opublikować dziś wieczorem.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wspólna europejska waluta, mimo, iż w parze ze złotym pozostaje względnie stabilna, w parze z dolarem amerykańskim charakteryzuje się istotną słabością, kontynuując powolny rajd w dół. Wskaźniki, czy to twarde, czy miękkie, z największej gospodarki strefy euro pozostają mieszane. Wczoraj mocno in minus zaskoczyła inflacja CPI w marcu. Dziś z kolei całkiem pozytywnie zaskoczyła sprzedaż detaliczna, dodając do mieszanego obrazu sytuacji.
GBP
Kurs GBP/PLN w czwartek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,98-5,03. W kontekście funta brytyjskiego można wspomnieć o dzisiejszej, lekkiej rewizji dynamiki PKB w IV kwartale br., która zgodnie z nowymi szacunkami wyniosła 1,4% w ujęciu rocznym, a nie 1,3%, jak szacowano wcześniej. Marne to jednak pocieszenie – w całym 2018 r. brytyjska gospodarka i tak rosła najwolniej od sześciu lat.
Odłóżmy dane na bok i wróćmy do najważniejszej kwestii: Brexitu. Dziś brytyjscy posłowie po raz trzeci mają zagłosować w kwestii akceptacji porozumienia May, które ostatnim razem odrzucili 149 głosami, a które później zostało zablokowane przez Johna Bercowa, spikera Izby Gmin, który uznał, że posłowie nie mogą dwa razy głosować nad porozumieniem w niezmienionej formie. Tym samym wymusił pewnego rodzaju obejście „blokady” poprzez głosowanie nad samą umową brexitową, a nie deklaracją polityczną dotyczącą przyszłych relacji Wielkiej Brytanii i UE. Jeśli umowa zostanie przyjęta, otworzy to drogę do uporządkowanego i stosunkowo łagodnego wyjścia Wielkiej Brytanii z UE 22 maja. Jeśli nie – premier May zostanie najpewniej zmuszona do próby dłuższego odsunięcia Brexitu niż 12 kwietnia, kiedy to – jak ustaliły kraje UE27 – Wielka Brytania miałaby opuścić Unię, realizując tym samym najgorszy scenariusz, czyli „twardy Brexit”.
USD
Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,81-3,83. Amerykańska waluta ostatnimi czasy radzi sobie dobrze. A to pomimo nieco słabszych danych płynących z amerykańskiej gospodarki. Co tyczy się tych pierwszych: wczoraj w dół zaktualizowano szacunek dynamiki PKB w IV kwartale ubiegłego roku. Gospodarka USA rosła o 2,2% w ujęciu zanualizowanym, czyli o 0,2 p.p. mniej niż zakładał konsensus i o 0,4 p.p. mniej niż oszacowano miesiąc wcześniej. W centrum uwagi inwestorów pozostają negocjacje USA i Chin w kwestii handlu, jednak w obecnej chwili w tym kontekście brak przełomu.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
13:30 – bazowa inflacja PCE w USA w styczniu
14:25 – przemawia John Williams z FOMC
14:30 – głosowanie w Izbie Gmin ws. Brexitu
14:45 – indeks Chicago PMI w USA w marcu
15:00 – wskaźnik nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan w USA w marcu
15:30 – przemawia Robert Kaplan z FOMC
17:05 – przemawia Randal Quarles z FOMC
Wieczorem – rewizja ratingu Polski agencji Fitch
Projekt nowelizacji Kodeksu Pracy zakłada umieszczenie przez pracodawców informacji o wysokości oferowanego wynagrodzenia już w ogłoszeniu. Dokument trafił do sejmowej komisji, która zajmie się szczegółami nowelizacji. Taka transparentność nie jest niczym nowym za granicą. Czy w Polsce tego typu zmiany mają rację bytu?
Michał Młynarczyk, prezes devire
W sposób oczywisty przeszłość historyczna wpłynęła na sposób w jaki Polacy (nie) mówią o swoich zarobkach, a firmy nie czują konieczności kwestionowania zastanego stanu rzeczy. Jednak niechęć organizacji do ujawnienia siatek płac wynika według mnie także z konieczności wprowadzenia szeregu zmian uspójniających, często chaotyczną, politykę płacową wielu organizacji. Pełna transparentność wynagrodzeń wprowadzona bez wcześniejszego przygotowania i planu jest bowiem książkowym wręcz zarzewiem potencjalnego kryzysu, a pokazywanie widełek płac w ogłoszeniach o pracę może dodatkowo taki proces katalizować.
Mimo tego, ze jestem orędownikiem transparentności wynagrodzeń, to wierzę, ze przed wdrożeniem tego typu zmian konieczne jest ich precyzyjne zaplanowanie. Zacząć warto od jednego z najbardziej newralgicznych obszarów – wyrównania wysokości wynagrodzeń na tych samych stanowiskach, opracowując jednocześnie zbiór klarownych wytycznych, do których menedżerowie będą mogli odwołać się podczas rozmów z pracownikami. A do tych z pewnością dojdzie.
Osobiście, jestem zwolennikiem pełnej transparentności wynagrodzeń. W Devire ponad dwa lata temu wprowadziliśmy przejrzysty system wynagrodzeń, w którym każdy z pracowników może dowiedzieć się ile zarabia się na każdym ze stanowisk w organizacji.
A co z co z ogłoszeniami?
Szacuje się, że jedynie 19% ofert pracy publikowanych w Polsce zawiera informacje o oferowanych widełkach wynagrodzeń. Na stronie Devire około połowa wszystkich ogłoszeń zawiera tego typu informacje. Czy to wystarczający wynik? Z pewnością nie. Dlatego nadal będziemy rozmawiać i przekonywać naszych klientów (ale też pracowników), jak udostępnienie tego typu informacji na początkowym etapie może im pomóc. Dla mnie jednym z głównych argumentów „za” jest przyśpieszenie procesu rekrutacyjnego oraz lepsze dopasowanie kandydatów. Na takim układzie zyskują wszyscy: kandydat, który jest w stanie ocenić czy dana oferta jest dla niego atrakcyjna i pracodawca, który otrzymuje bardziej adekwatne aplikacje.
Zapewne ile osób tyle opinii. Obawy pracodawców, szczególnie tych, którzy wcześniej o tym nie myśleli, przed ujawnianiem wynagrodzeń są zrozumiałe. Czy powinniśmy jednak zaakceptować obecny stan rzeczy i przejść nad nim po porządku dziennego? Niezależnie od kierunku w jakim potoczą się dalsze prace nad nowelizacją KP, wierzę że transparentność – także ta w wymiarze finansowym – może być jednym z filarów budowy nowoczesnego biznesu.
W grupach kapitałowych coraz powszechniejszą praktyką jest wewnątrzgrupowe świadczenie usług IT. Standaryzacja procesów oraz specyficzna wiedza z obszaru informatyki i zarządzania projektami IT sprawiają, że grupy kapitałowe decydują się na powierzenie funkcji IT jednemu podmiotowi i obsługę przez ten podmiot pozostałych. Regulacje wprowadzone do ustawy CIT z dniem 1 stycznia 2018 r. nie sprzyjają jednak takiemu uregulowaniu współpracy w ramach grup w obszarze IT. Zgodnie z art. 15e ust 1 pkt 1) ustawy o CIT podatnicy są obowiązani wyłączyć z kosztów uzyskania przychodów koszty: usług doradczych, badania rynku, usług reklamowych, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczeń o podobnym charakterze. Co do zasady katalog ten nie uwzględnia zatem bezpośrednio usług w zakresie IT. W związku jednak ze wskazaniem w ostatnim zdaniu art. 15e ust 1 pkt 1) ustawy CIT sformułowania „świadczeń o podobnym charakterze”, w zakresie usług IT wykształciła się już spora praktyka organów w zakresie kwalifikacji usług IT do jednej z kategorii wymienionych w tym przepisie.
Help desk
Usługi help desk polegają na świadczeniu usług wsparcia technicznego dla użytkowników. Organy podatkowe wskazują, że usługi pomocy technicznej w zakresie technologii informatycznych i sprzętu komputerowego oraz pozostałe usługi związane z zapewnieniem infrastruktury dla technologii informatycznych i komputerowych znajdują się poza limitem określonym powyżej (por. interpretacja nr 0111-KDIB2-3.4010.124.2018.3.KK, z dnia 26 września 2018 r.). Podobna klasyfikacja została dokonana w stosunku do bieżącego wsparcia IT oraz dostawy sprzętu komputerowego (interpretacja nr 0111-KDIB13.4010.436.2018.1.JKT podobnie 0114-KDIP2-2.4010.365.2018.2.AM z dnia 19 października 2018 r.). Można więc przyjąć, że popularny help desk znajduje się poza limitem.
Systemy informatyczne, programowanie
Systemy informatyczne zapewniane różnym spółkom z grupy stanowią kolejną podgrupę w zakresie usług IT. Fiskus wskazuje, że administrowanie oprogramowaniem ERP z poziomu centralnego, pomoc techniczna w zakresie korzystania z oprogramowania ERP oraz doskonalenie procedur nie jest objęte limitem (nr 0111-KDIB1-2.4010.309.2018.2.PH). Podobnie w stosunku do usług serwisu i utrzymania oprogramowania i systemów informatycznych (interpretacja nr 0111-KDIB1-2.4010.363.2018.1.AW).
Często spotykaną kategorią usług IT jest także programowanie. Co do zasady usługi IT obejmujące usługi związane z projektowaniem, programowaniem i rozwojem oprogramowania nie podlegają opodatkowaniu. Tak wskazał organ w interpretacji nr 0111-KDIB2-3.4010.124.2018.3.KK z dnia 26 września 2018 r.
Doradztwo
Dużą grupą usług IT stanowią usługi związane z doradztwem w zakresie oprogramowania komputerowego. Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN (www.sjp.pwn.pl) pojęcie „doradztwo” oznacza „udzielanie fachowych porad”. Innymi słowy, usługi takie muszą się charakteryzować doradczym charakterem, tzn. muszą z nich wynikać rekomendacje, czy przedstawiać analizę różnych sytuacji. Takie usługi podlegają już limitowi. Na to wskazuje przykładowo stanowisko organu w interpretacji nr 0114-KDIP2-2.4010.345.2018.2.AG z dnia 11 października 2018 r.
Zarządzanie i koordynacja projektów
Ostatnią dużą grupą usług IT są usługi związane z koordynacją projektów IT, zarządzaniem systemami informatycznymi, usługi zarządzania stronami internetowymi (hosting) oraz usługi związane z zarządzaniem siecią. Niestety w tym zakresie fiskus jest bardzo konsekwentny i traktuje takie usługi jako objęte limitem (przykładowo interpretacja nr 0114-KDIP2-3.4010.100.2018.3.MS z dnia 13 lipca 2018 r.).
Zakres usług IT jest bardzo obszerny i w każdym wypadku wymaga indywidualnej analizy. Temat komplikuje dodatkowo niejednolite podejście organów podatkowych oraz fakt, że przepisy CIT nie posługują się pojęciem usług kompleksowych. Zatem co do zasady każda usługa powinna być wyodrębniona, o ile jest to możliwe i odrębnie sklasyfikowana. Dobrą praktyką w tym zakresie jest wystąpienie z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej. Doświadczenie uczy jednak, że przed złożeniem wniosku warto wcześniej wystąpić do Głównego Urzędu Statystycznego o klasyfikację usług. Organy podatkowe próbują, pomimo opisania usług we wniosku oraz wskazania kodu klasyfikacji PKWiU, same dokonywać oceny ekonomicznego sensu świadczenia, wychodząc często w swojej interpretacji poza literalne ramy wykładni pojęć wskazanych w ustawie. Wykorzystują do tego celu definicje funkcjonalne, a nawet systemowe usług stypizowanych w art. 15 e ust 1 pkt 1) ustawy CIT. W związku z powyższym część podatników nie występuje z wnioskami o interpretację, a przygotowuje we współpracy z doradcą podatkowym argumentację podatkową wraz z uzasadnieniem biznesowym na wypadek ewentualnej kontroli (tzw. defense file).
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
ELTA Systems Ltd. – spółka zależna Israel Aerospace Industries Ltd. (IAI), największej izraelskiej firmy przemysłu lotniczego i obronnego – podpisała kontrakt na dostawę kompaktowych radarów wielozadaniowych (C-MMR) ELM-2311 dla fińskich sił zbrojnych. Rozwiązania ELTA zostały wybrane spośród wielu ofert i uznane za najlepsze w procesie przetargowym. Radar został przetestowany w Finlandii wiosną 2018 r. i spełnił wszystkie oczekiwania fińskich wojsk lądowych. System radarowy zostanie dostarczony w 2021 roku.
Sprawdzone operacyjnie radary zapewnią fińskiej armii możliwość lokalizowania i śledzenia rakiet, pocisków artylerii oraz moździerzy. Będą stanowić nadzór powietrzny i ostrzegający dla systemów uzbrojenia obronnego – tym samym istotnie zwiększą skuteczność obrony powietrznej.
Kompaktowy, mobilny system radarowy ELM-2311 w paśmie C wykorzystuje zaawansowaną technologię anteny 3D Active Electronically Steered Array (AESA) i może być transportowany w jednym pojeździe operacyjnych grup manewrowych. Radar w czasie rzeczywistym namierza lokalizację atakujących rakiet i ocenia średni punkt trafienia pocisku oraz miejsce położenia wyrzutni.
Yoav Tourgeman
„Rośnie zapotrzebowanie na mobilne systemy MMR oraz sprawdzone operacyjnie radary ELTA, które są dobrze znane i używane na całym świecie.System MMR odpowiada na szeroki zakres potrzeb sił zbrojnych, lokalizując i śledząc pociski rakietowe i artyleryjskie, a także tworząc kompleksowy obraz sytuacji powietrznej” – powiedział Yoav Tourgeman, wiceprezes Israel Aerospace Industries (IAI) i dyrektor generalny ELTA.
Operacje wojskowe znacząco ewoluowały w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Zagrożenia powietrzne stały się bardziej zróżnicowane, a przeciwdziałanie im jest poważnym wyzwaniem. Nowoczesne radary nie powinny specjalizować się w jednym typie misji – muszą być w stanie równolegle wykonywać różne operacje. Dlatego ELTA stworzyła linię systemów radarowych MMR, do której należy ELM-2311 C-MMR.
ELTA sprzedała dotychczas ponad 100 radarów MMR – systemy zostały rozmieszczane na całym świecie, są w pełni sprawne i sprawdzone w boju.
To, ile przedsiębiorca finalnie zapłaci za usługę, zależy od wielu różnych czynników. Znaczenie odgrywają m.in. wiarygodność kontrahentów i wysokość limitów faktoringowych. Skorzystanie z oferty może oznaczać większe wydatki niż w przypadku kredytu, ale wymagania są mniejsze. Ponadto, decyzja o finansowaniu zapada szybciej. Z analizy rynkowej wynika, że opłata wstępna wynosi nawet 3%, a prowizja operacyjna – od 0,1 do 3%. Trzecim standardowym kosztem tego typu usług są odsetki z tytułu finansowania. Stawka referencyjna, np. WIBOR1M, jest powiększona o marżę wynoszącą 0,5-3%. Na przedsiębiorców czekają też inne rozwiązania, w tym propozycja abonamentowa, która na chwilę obecną w dalszym ciągu jest dość innowacyjną usługą.
Wybór klienta
Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews przy współpracy ekspertów z Polskiego Instytutu Pomocy Konsumentom skontaktowali się z ponad trzydziestoma największymi w Polsce faktorami, w celu sprawdzenia kosztów tego typu usługi. Część z nich nie odpowiedziała na pytania. Niektórzy nie wskazali orientacyjnych, minimalnych czy średnich stawek. Dość częstym tłumaczeniem było indywidualne podejście do klienta, niezależnie od segmentu, z którego pochodzi. Innych kosztów może się spodziewać firma współpracująca z setkami kontrahentów i wystawiająca tysiące faktur niż niewielkie przedsiębiorstwo z kilkoma odbiorcami.
– Koszty są wypadkową kilku parametrów samej transakcji. Zależą m.in. od rodzaju usługi. Może ona polegać na tym, że firma faktoringowa, oprócz finansowania, oferuje swojemu klientowi zabezpieczenie ryzyka niewypłacalności kontrahentów. Tak się dzieje w tzw. faktoringu pełnym. Innym rozwiązaniem jest faktoring z regresem bazujący na ryzyku klienta. Wpływ na koszty mają także zgłaszani kontrahenci, ich wiarygodność, dyscyplina płatnicza, wysokość limitów faktoringowych oraz stosowane na fakturach terminy płatności – informuje Dorota Szcześniak, International Factoring Manager w Santander Factoring.
Z kolei Stanisław Atanasow, prezes zarządu Eurofactor Polska SA, podkreśla że faktoring może być droższy od kredytu bankowego. Ma jednak nad nim zdecydowaną przewagę, ponieważ pozostaje bardziej dostępny, zwłaszcza dla małych i średnich firm. Jak zauważa Dorota Szcześniak, w cenie dla przedsiębiorcy jest ujęty nie tylko koszt finansowania. Obejmuje ona również weryfikację kontrahenta, monitoring spłat, administrowanie i rozliczanie płatności czy w przypadku faktoringu pełnego przejęcie ryzyka niewypłacalności kontrahentów.
– Faktor, który finansuje danego faktoranta, czyli przedsiębiorcę, ponosi większe ryzyko niż bank udzielający kredytu. Potencjalny kredytodawca bardzo wnikliwie analizuje historię kredytową firmy i dopiero na tej podstawie podejmuje ostateczną decyzję. W przypadku faktoringu monitoring nie jest tak dokładny i czasochłonny, a wymagania są dużo mniejsze. To musi więc wpływać na koszty oferowanej usługi – mówi Krzysztof Michrowski, Partner w Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.
W wielu przypadkach formalności są dość ograniczone. Jeden z dużych faktorów na rynku zaznacza, że praktycznie wszystkie transakcje można przeprocesować online. Decyzję dostaje się np. na e-maila. A kwotę do 50 tys. zł otrzymuje się na konto nawet do dwóch godzin.
Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion
– Dla biznesu najważniejsza jest szybkość obrotu pieniędzmi. Czyste przeliczenie kosztów kredytu i faktoringu nie zawsze ma sens. Czasami odzyskane środki szybciej dadzą dużo większy zysk niż uzyskane mniejszym kosztem, dzięki umowie kredytowej – przekonuje Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Podstawowe procenty
Spora część faktorów wskazuje 3 standardowe koszty faktoringu, tj. opłatę wstępną (przygotowawczą, aranżacyjną), prowizję operacyjną oraz odsetki z tytułu finansowania. W przypadku pełnej współpracy dochodzi prowizja za przejęcie ryzyka. Niekiedy trzeba uwzględnić opłaty cennikowe, takie jak koszty dodatkowych raportów oraz czynności administracyjnych związanych z obsługą umowy. Wysokość stawek ustalana jest indywidulanie.
– Co do zasady, większość składników kosztowych faktoringu, m.in. opłata wstępna, prowizja operacyjna oraz marża, jest możliwa do negocjacji. Warto więc aktywnie negocjować warunki dla własnego przedsiębiorstwa – podkreśla Jarosław Poloczek, zastępca dyrektora handlowego ds. faktoringu w Coface.
Prowizja wstępna jest naliczana za przyznanie limitu faktoringowego. Standardowo trzeba ją uiścić raz w roku lub jednorazowo. Powinna być tożsama dla faktoringu eksportowego oraz krajowego. W odpowiedziach otrzymanych od faktorów przeważnie pojawiały się wartości z przedziału 0-3%.
– Im wyższa kwota limitu zostanie przyznana, tym prowizja przygotowawcza jest niższa. To praktyka powszechnie stosowana. Trudno, aby klient z limitem wynoszącym np. 50 mln zł miał takie same warunki, jak ten z 300 tys. zł. Te wysokie prowizje przygotowawcze, jak 2-3%, są bardzo sporadycznie stosowane. Najczęściej są one w przedziale 0,1-1% – wyjaśnia Paweł Kmiecikowski z BOŚ Bank.
Z kolei prowizja operacyjna, zwana także faktoringową, jest pobierana od nabywanych przez faktora wierzytelności (faktur). W tym przypadku eksperci wskazywali przedział od 0,1 do 0,5%. Przedstawiciele branży mówią, że dziś nie stosuje się już wyższych stawek, ponieważ bardzo niekorzystnie wpłynęłoby to na koszt produktu. On nie jest już tak drogi, jak jeszcze wielu przedsiębiorców sądzi.
– Wysokość prowizji operacyjnej jest uzależniona od oferowanych przez klienta terminów płatności. Im są dłuższe, tym prowizja operacyjna, pobierana przez faktorów, będzie wyższa. W przypadku oferowania kontrahentom przez faktorantów różnych terminów płatności, warto poprosić faktora o wprowadzenie do umowy kilku progów prowizji. Przykładowo, dla faktur z terminami płatności do 30 dni – wartość prowizji X, dla faktur z terminami płatności od 31 do 60 dni – wartość prowizji Y – dodaje ekspert z Coface.
Natomiast odsetki z tytułu finansowania odzwierciedlają poziom ryzyka związany z daną transakcją. Oprocentowanie jest oparte na stawkach referencyjnych (WIBOR1M, EURIBOR1M, LIBOR1M), powiększone o ustaloną z faktorem marżę. Ona zwykle wynosi od 0,5 do 3,0% powyżej stawki referencyjnej. Jak podkreśla Stanisław Atanasow, od faktora zależy sposób pobierania odsetek. Może być z góry w formie dyskonta od kwoty wierzytelności brutto za dany okres. Są też naliczane z dołu od faktycznej wysokości finansowania do chwili spłaty przez odbiorcę.
– Stawka referencyjna jest uzależniona od waluty, która stanowi podstawę finansowania. Marże, stosowane przez instytucje finansowe dla walut obcych, są nieznacznie wyższe w porównaniu z PLN. Średnio różnica ta wynosi od 0,2 do 0,4% – analizuje Jarosław Poloczek.
Przegląd ofert
W jednym z banków koszty minimalne faktoringu odpowiednio wynoszą 0,5% miesięcznie, a średnie – 0,65% od wartości finansowania. W innym przypadku u konkurencji średnia cena usług faktoringowych na fakturze 30-dniowej waha się w przedziale od 0,3 do 0,7%.
– Nie tylko w mojej ocenie, koszt faktoringu należałoby naliczać per faktura. Innymi słowy, ile kosztuje mnie jako przedsiębiorcę oddanie takiego dokumentu do faktora. Średnia stawka zależy mocno od terminu płatności. Standardowo wynosi nie więcej niż 1 punkt procentowy, ale najczęściej mniej – wskazuje Paweł Kmiecikowski.
Jak wykazuje analiza, na rynku dostępne są propozycje, w których nie ma żadnych kosztów przygotowawczych, ani stałych związanych z umową. Do zapłaty jest określona stawka za każdy dzień finansowania faktury. Ona zależy od łącznego limitu na umowie oraz wiarygodności odbiorców. Przykładowo w jednej z firm, dla limitu 200 tys. zł stawka wynosi od 2-3% za 30-dniowe finansowanie. W dalszym ciągu innowacją pozostaje usługa faktoringu w formie abonamentowej. Klient może finansować dowolną liczbę faktur w ramach otrzymanego limitu faktoringowego. Opłata abonamentowa jest naliczana w formie procentowej od wysokości limitu. Dzienna prowizja wynosi 0,078% wartości faktury.
– Według mnie, usługa abonamentowa może zyskiwać na popularności głównie ze względu na dużą przejrzystość. Przedsiębiorcy łatwiej jest optymalizować kosztowo tego typu usługę czy zarządzać kosztami finansowania. Jeżeli jesteśmy w stanie przewidzieć liczbę faktur czy wysokość obrotu miesięcznego lub kwartalnego, to prostsze staje się zapanowanie nad strukturą finansowania czy planowanie – komentuje Krzysztof Michrowski.
Z kolei zdaniem Małgorzaty Michalak z Finces.pl, należy zwrócić uwagę na wszystkie składowe oferty faktoringowej lub wybrać tę, która ma najprostszą formę jednej stawki. Bardzo często zdarza się, że finalna kwota, przelewana przedsiębiorcy z faktury, jest inna niż zakładał. Dzieje się tak w przypadkach wyliczania wartości finansowania z kwot netto faktur, a nie brutto.
– Warto pamiętać o elemencie związanym z płatnościami podzielonymi, a więc z tzw. split paymentem. To rozwiązanie jest szczególnie stosowane tam, gdzie istnieje odpowiedzialność solidarna za VAT, np. w branży stalowej. Finansowanie odbywa się tylko w kwocie netto faktury, wówczas prowizje oblicza się od właśnie tej wartości – dodaje Paweł Kmiecikowski.
W opinii Partnera z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office, zawsze warto przeanalizować koszty okołofaktoringowe, czyli różnego rodzaju opłaty administracyjne czy operacyjne, od monitów, włącznie do niewykorzystanego limitu czy zadeklarowanego obrotu. Niska marża nie musi bowiem oznaczać atrakcyjnej oferty.
– Opcje są dwie. Albo faktoring stanie się tańszy, co pewnie nie będzie takie proste, albo nastąpi konsolidacja rynku. Zazwyczaj w takim przypadku, kiedy coś jest en vogue, czyli bardzo na fali, wówczas widzimy wysyp tego typu biznesów. Po pewnym czasie te najsłabsze się wykruszają, jedne przejmują drugie. I tak to wygląda w praktyce. Myślę zatem, że ten kierunek będzie również obowiązywał w faktoringu – podsumowuje główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion.
Znany z popularnych portali konsumenckich model zakupów grupowych swoje najlepsze lata ma już za sobą. Największy boom na tego typu usługi miał miejsce po 2010 roku i nie trwał zbyt długo. Symbolicznym wydarzeniem zwiastującym wyczerpywanie się modelu było zwolnienie w 2013 roku założyciela i CEO serwisu Groupon, Andrew Masona. Przyczyną były słabe wyniki finansowe firmy, ale też przesycenie rynku i degeneracja idei zakupów grupowych. Zjawiska te stały się zauważalne także na polskim rynku. Czy oznacza to, że zakupy grupowe odeszły w niepamięć?
Zaledwie kilka lat trwała popularność modelu biznesowego, który na początku drugiej dekady XXI wieku opanował światowy e-commerce. Rozpoczęta przez Groupon rewolucja wybuchła szeregiem lokalnych serwisów działających na podobnych zasadach i równie gwałtownie załamała się pod swoim własnym ciężarem. Na polskim rynku sygnałem kończącego się modelu działania było zamknięcie w 2014 roku serwisu Citeam uruchomionego 3 lata wcześniej przez Allegro. Nie oznacza to jednak, że zakupy grupowe zniknęły z polskiej mapy handlu. Serwisy takie jak Groupon czy Gruper nadal są u nas obecne, choć ich sposób działania jest już daleki od pierwotnych założeń. Pomysł na ożywienie idei zakupów grupowych znaleźli inni.
Jak klub zakupowy zamienił się w serwis zniżkowy
Idea zakupów grupowych narodziła się w Chinach, gdzie określano ją jako Tuán Gòu – zespołowe czy też kolektywne kupowanie. Pierwotnie oznaczało to jedynie specyficzne podejście do zakupów. Grupa osób chcących nabyć określony produkt, zbierała się, by robiąc większe zamówienie móc negocjować korzystny rabat od sprzedającego. Kontakt między członkami grupy odbywał się za pośrednictwem forów dyskusyjnych i portali społecznościowych. Pomysł został szybko rozwinięty przenosząc się na platformę internetową.
Popularność takiej formy kupowania dostrzegła branża e-commerce, a w Internecie zaczęły powstawać serwisy umożliwiające zakupy w rabatowych cenach. Początkowo rabat uaktywniał się dopiero, gdy zebrała się odpowiednio duża liczby chętnych, jednak dość szybko przerodził się w stałą ofertę zniżkową. Tym samym portale zakupów grupowych przestały de facto grupować klientów chcących taniej kupić określony produkt, a zaczęły grupować firmy oferujące zniżki.
– Zakupy grupowe zostały niepotrzebnie sprowadzone do idei portali zniżkowych. Wszelkie tego typu projekty łączy wspólna cecha: portale te wychodzą od zawarcia sztywnej umowy rabatowej z producentem, z której klient następnie może skorzystać. Takie rozwiązanie nie jest jednak atrakcyjne dla renomowanych marek produkujących sprzęt specjalistyczny. – komentuje Ignac Kowalczuk, współzałożyciel platformy Exabid zajmującej się grupowym zakupem ciężarówek i samochodów dostawczych.
Zakupy grupowe B2C miały wiele wad, na które wskazywali tak kupujący, jak i sprzedawcy. Jedni narzekali na gorszą jakość produktów czy usług oferowanych w tym modelu, drudzy na niską opłacalność takiej formy promocji oraz małą lojalność pozyskanego klienta. Krytykowany był także szeroki zakres oferty zniżkowej, która często rozmijała się z rzeczywistymi potrzebami kupującego. Receptą na kryzys miała się stać zmiana sposobu działania platform zakupów grupowych m.in. poprzez przeobrażanie ich w serwisy tematyczne oferujące np. usługi turystyczne czy IT. Innym pomysłem było przenoszenie sprzedaży na ekrany urządzeń mobilnych. Efekt był jednak ten sam – serwisy, które rozpoczynały jako zakupy grupowe przeradzały się w regularne platformy e-commerce.
Inaczej wygląda to w przypadku nowych inicjatyw, które adresowane są do ściśle określonej branży, a zakupy grupowe oferują w obszarze B2B. – Dla Exabid punktem wyjścia jest potrzeba klientów. W tym najbardziej podstawowym sensie innowacyjność rozwiązania polega na odwróceniu powyższego modelu – zysk zależy nie tyle od wcześniej ustalonej oferty producenta, ile od skali transakcji grupowej. Koncentrując się na niej i działając wyłącznie w interesie konsumentów, w naturalny sposób powracamy do pierwotnej idei zakupów w grupie. – mówi Ignac Kowalczuk z platformy Exabid.
Czy takie podejście do zakupów grupowych stanie się sposobem na ich reaktywację? Na pewno nie należy oczekiwać boomu, jaki miał miejsce kilka lat temu, ale mocno stargetowana oferta B2B może okazać się sukcesem.
Liczba transakcji w e-commerce w niedziele niehandlowe jest o 15 proc. wyższa względem niedziel handlowych.
Niedziela na zakupach w internecie stała się nowym nawykiem Polaków i na stałe wpisała się w struktury e-handlu.
Sprzedaż w polskim internecie szacowana jest od 40 mld do 50 mld zł. Branża e‑commerce rośnie w tempie 20 proc. rocznie.
Wprowadzenie zakazu handlu w niedzielę ruszyło wskaźniki sprzedaży – liczba transakcji w polskim internecie w niedziele bez handlu zwiększyła się średnio o ok. 15 proc. względem niedziel handlowych. Planet Plus podaje, że wartość transakcji dokonanych nad Wisłą we wszystkie niedziele (handlowe i niehandlowe) to 12 proc. łącznej kwoty wydatków w sklepach internetowych. Całkowity wzrost sprzedaży w internecie w niedziele, w stosunku do paralelnego okresu z roku poprzedniego, jest wyższy o 122 proc. W niedziele wartość transakcji jest niższa, ale tego dnia jest ich najwięcej w porównaniu do innych dni tygodnia.
– Zakaz handlu w niedzielę nie objął internetu. Dzięki temu e-commerce zyskało nowych klientów. Przez ostatni rok z nowym prawem sprzedażowym offline – liczba transakcji w niedziele wolne od handlu stanowiła średnio niecałe 60 proc. e-zakupów dokonywanych we wszystkie niedziele. Ci, którzy w tym czasie zaczęli robić zakupy przez internet, zostaną online. Przywrócenie dodatkowych niedziel handlowych nie wpłynie znacząco na ten nowy nawyk Polaków w świecie e-commerce – mówi Paweł Wyborski, prezes QuarticOn, twórca opartych na sztucznej inteligencji systemów wsparcia i personalizacji procesów sprzedaży oraz marketingu internetowego.
Wedle analiz, Polacy nadal najchętniej robią zakupy online w poniedziałek, a firmy kurierskie odnotowują nieznacznie większy ruch w poniedziałki następujące po niedzieli z zakazem handlu. Wówczas liczba zamówień dostaw rośnie o niecałe 8 proc. w stosunku do innych poniedziałków. Sobota? To od lat dla branży e-commerce dzień, w którym konsumenci online są najmniej aktywni.
– Z badań wynika, że branża e-commerce rośnie w tempie ok. 20 proc. rocznie i to niezależnie od decyzji w kwestii handlowych niedziel. Szacuję, że restrykcje w sprzedaży w tradycyjnych sklepach dołożą w tym roku nawet kilka proc. do tego wyniku. Trend wzmacnia też postęp technologiczny w dziedzinie AI. Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom firm sprzedających w internecie, proponujemy kolejne produkty wspierające sprzedaż takie jak m.in. silnik rekomendacji, Google shopping, marketing automation. Co więcej pracujemy nad rozwiązaniem w modelu SaaS przeznaczonym dla mniejszych e-sklepów – dodaje Wyborski.
Sprzedaż w polskim e-commerce szacowana jest na od 40 mld do 50 mld zł. W same niedziele w e-sklepach wydajemy zatem od 4 mld zł do 6 mld zł rocznie. Wg Bisnode w Polsce działa ok. 31 tys. sklepów online – w 2018 r. przybyło ich ok. 2 tys. Ta liczba będzie rosnąć – firmy nadal widzą duży potencjał w online do dalszego wzrostu słupków sprzedaży.
Od stycznia 2019 roku obowiązują w Polsce ostrzejsze przepisy w związku z ustawą o zakazie handlu w niedziele. Od przyszłego roku zakazem handlu mają być objęte wszystkie niedziele, z wyjątkiem 7 niedziel w roku.
Bezrobocie rośnie, a liczba Ukraińców zarejestrowanych w ZUS maleje. Zdaniem ekspertów Personnel Service nie oznacza to powiększania się szarej strefy – rosnąca dostępność Polaków na rodzimym rynku pracy wypiera pracowników z Ukrainy. Naszym rodakom trudniej jest znaleźć pracę na Zachodzie Europy, przygotowującym się do spowolnienia gospodarczego związanego m.in. z brexitem. Jak wskazują eksperci Personnel Service, na koniec 2019 r. z polskiego rynku może odpłynąć maksymalnie 100 tys. pracowników z Ukrainy, ale biorąc pod uwagę wspomniane wcześniej okoliczności, polscy pracodawcy odczują to w bardzo niewielkim stopniu.
Krzysztof Inglot, Prezes Zarządu Personnel Service
– Obywatelom Polski coraz trudniej znaleźć pracę na Zachodzie, szczególnie w przygotowującej się do brexitu Wielkiej Brytanii i poszukujących tańszej niż Polacy siły roboczej Niemczech. Gdy brexit stanie się faktem to sytuacja jeszcze się nasili, a w przypadku wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej bez umowy będziemy mogli zaobserwować szczególnie duży zastrzyk Polaków na rodzimym rynku. Widzimy też wyraźnie, że fala pracowników z Ukrainy nie ustaje. Tylko w naszej firmie mamy obecnie około 2 tys. Ukraińców gotowych do podjęcia pracy w Polsce – mówi Krzysztof Inglot, Prezes Personnel Service, ekspert rynku pracy.
Jak twierdzą niemieccy ekonomiści[1], twardy brexit zagrozi bezpośrednio aż 100 tys. miejsc pracy w ich kraju. Jednocześnie dodają, że ta liczba może okazać się znacznie wyższa – brexit bez umowy spowoduje m.in. powrót cła i innych opłat funkcjonujących poza UE, co pośrednio przełoży się na mniejszą skłonność do inwestycji i wzrost bezrobocia. Takie konsekwencje może mieć też spadek eksportu z UE do UK, który najbardziej odbije się na Niemczech jako największej gospodarce w Unii. Tym samym Niemcy będą werbować pracowników z Ukrainy na dużo mniejszą skalę, niż jeszcze niedawno zapowiadano. W niektórych branżach zatrudnienie może zostać mocno ograniczone, np. w motoryzacji, na którą, zdaniem niemieckich ekonomistów, brexit może mieć wyjątkowo duży wpływ. Taka sytuacja znacząco zmieni dotychczasowy czarny scenariusz dla polskiego rynku pracy, który zakładał wyjazd nawet 250 tys. Ukraińców z naszego kraju do Niemiec na koniec 2019 r. Eksperci Personnel Service szacują, że zamiast tego z kraju odpłynie maksymalnie 100 tys. Ukraińców.
– Tych 100 tys. pracowników z Ukrainy, którzy wyjadą na Zachód, podejmie pracę przede wszystkim w szarej strefie w branżach takich jak budowlanka, ogrodnictwo i rolnictwo. W efekcie Polacy, którzy dotychczas podejmowali takie zatrudnienie w Niemczech, zostaną w Polsce zasilając nasz rynek pracy. Możemy oszacować także, że w wyniku brexitu pracę w Niemczech straci dodatkowo około 20 tys. pracowników z obszarów produkcji i usług, branż automotive i finansowej – dodaje Krzysztof Inglot.
Zmiany, zmiany…?
W ciągu ostatniego kwartału 2018 r. liczba pracowników z Ukrainy zarejestrowanych w ZUS zmniejszyła się o ponad 20 tys. Spadku liczby cudzoziemców ubezpieczonych społecznie w Polsce nie było od czterech lat, ich liczba systematycznie rosła. Bezrobocie w pierwszych dwóch miesiącach 2019 r. utrzymuje swój wzrost (w styczniu i lutym wynosiło 6,1%), podczas gdy w 2018 r. po krótkim wzroście w styczniu spowodowanym zimowym sezonowym przestojem w lutym zaczęło spadać.
Głos Przedsiębiorcy to portal działający w ramach strony biznes.gov.pl. Za jego pośrednictwem polscy przedsiębiorcy mogą zgłaszać swoje propozycje zmian w prawie, które mają eliminować bariery w prowadzeniu działalności gospodarczej.
Ze strony mogą korzystać wszyscy. Inicjatywy poddawane są weryfikacji i analizie przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz Federację Przedsiębiorców Polskich. Dlaczego warto skorzystać z takiej możliwości? Głos Przedsiębiorcy to nie tylko forum do dyskusji w Internecie, ale faktyczny kanał komunikacji z organami administracji rządowej. W ten sposób przedsiębiorcy mogą zgłaszać merytoryczne propozycje zmian, które następnie są analizowane. Za pośrednictwem Głosu Przedsiębiorcy udało się doprowadzić m.in. do możliwości składania wniosku o wydanie zaświadczenia o niezaleganiu w płatnościach podatków za pośrednictwem serwisu internetowego. Wcześniej przedsiębiorcy musieli pokonywać niedogodności związane z załatwianiem tej kwestii w formie papierowej, osobiście w Urzędzie Skarbowym.
– To faktycznie funkcjonujące narzędzie, kilkanaście z zaproponowanych pomysłów zostało już wdrożonych. Kolejnych 30 inicjatyw jest obecnie przedmiotem konsultacji z poszczególnymi resortami – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich – Propozycje zmian zgłaszane przez przedsiębiorców są odbiciem spraw, które najbardziej ich interesują i są najczęściej wskazywane jako przeszkody w prowadzeniu biznesu. Przede wszystkim dotyczą one składek na ubezpieczenie społeczne. Dla firm, które przechodzą trudności i zmagają się z osłabieniem popytu na ich towary i usługi, odprowadzanie stałych sum do ZUS-u niezależnie od efektu finansowego działalności jest szczególnie trudną sytuacją. Pojawia się także wiele innych kwestii. Często są to problemy natury technicznej – dotyczące drobnych poprawek w niektórych ustawach, które często zostają przeoczone przez urzędników. Z perspektywy przedsiębiorców w znaczący sposób utrudniają prowadzenie działalności. Sygnały o zmianie pewnych zapisów są więc bardzo cennym i użytecznym sygnałem dla rządu. Głos Przedsiębiorcy pozwala na wprowadzanie szeregu drobnych, technicznych korekt – których suma składa się na istotną poprawę i eliminację barier dla przedsiębiorców – zaznaczył Kozłowski.
Kupujący domy na rynku wtórnym i pierwotnym kierują się nieco innymi kryteriami. Podczas gdy rynek nowych domów charakteryzuje zmniejszenie się średniego metrażu, to nabywcy domów z drugiej ręki preferują większe nieruchomości. Opracowanie na temat preferencji nabywczych przygotowała agencja Metrohouse i portal RynekPierwotny.pl
Rynek wtórny
Wybieramy wcale nie najnowsze domy
Analiza Metrohouse wskazuje, że w ostatnim roku zmienił się nieco popyt na poszczególne segmenty rynkowe domów. O ile dotychczas największe zapotrzebowanie odnotowywaliśmy na nowe domy, wybudowane po 2010 r., w 2018 r. najwięcej transakcji dotyczy tych wybudowanych pomiędzy 1980 a 2010 r. (45 proc.). Należy zauważyć, że takie domy były wybierane w największych miastach lub w miejscowościach satelickich je okalających. Mniejsze niż przed rokiem zainteresowanie dotyczy domów zbudowanych po 2010 r. (24 proc.). Tylko nieliczni decydowali się na domy starsze niż te wybudowane w latach 50-tych XX w. Wiele z nich to nieruchomości siedliskowe, nie mające raczej większej wartości poza pełnieniem funkcji letniskowej (domy sezonowe).
Dość znamienny jest jednak spadek zainteresowania domami wybudowanymi w ostatniej dekadzie. Z pewnością wpływ na to ma aktywność lokalnych deweloperów, który w ostatnich latach dostarczyli wielu inwestycji osiedli segmentów, które śmiało rywalizują cenowo z istniejącymi domami z rynku wtórnego. Zakup segmentu lub bliźniaka od dewelopera może wydawać się znacznie tańszy niż zakupy na rynku wtórnym, ale należy zwrócić uwagę, że rosnące ceny materiałów budowlanych i robocizny wpływają znacząco na coraz wyższe ceny nowo oddawanych budynków, ale i prac remontowo-aranżacyjnych.
Szukamy coraz większych domów
W porównaniu do poprzednich opracowań na rynku wtórnym wzrasta liczba transakcji domów o największej powierzchni. Według danych Metrohouse, nieco ponad połowa transakcji dotyczy domów o metrażu większym niż 150 m kw., a co trzeci nabywca wybiera zakres pomiędzy 100 a 150 m kw. Preferujemy domy z czterema lub pięcioma pokojami. Są one wybierane przez 49 proc. nabywców. Większa liczba pokoi pojawia się w 27 proc. transakcji.
Odnotowywane w transakcjach ceny domów charakteryzują bardzo szerokie widełki. Średnia cena sprzedawanej nieruchomości w Metrohouse to 405 tys. zł. Z jednej strony dla mieszkańców dużych miast kwota ta jest równowartością 2-3-pokojowego mieszkania, ale na prowincji w tej cenie można kupić naprawdę solidną nieruchomość. Wśród zawieranych transakcji aż 65 proc. miało ceny niższe niż 500 tys. zł., a w zakresie 500-800 tys. znajduje się 21 proc. sprzedawanych domów. 24 proc. domów miało cenę wyższą niż 1 milin złotych. Wiąże się to z większym niż dotychczas zainteresowaniem zakupem domów w obrębie największych miast.
Ile czasu się sprzedaje?
Według statystyk Metrohouse w 2018 r. średni czas sprzedaży domu wyniósł 210 dni. To znacznie dłużej niż w przypadku mieszkań, które sprzedają się średnio w zakresie czasowym 3 miesięcy, a w obecnej sytuacji, gdzie popyt w niektórych segmentach przewyższa podaż, czas sprzedaży jest odpowiednio krótszy. Jednocześnie co piąty dom sprzedawał się krócej niż 2 miesiące. 2 proc. wszystkich transakcji stanowią domy, które na swojego nabywcę czekały 5 lat. Tak jest w przypadku nieruchomości o szczególnie dużych powierzchniach użytkowych, które z racji wysokich kosztów utrzymania cieszą się coraz mniejszym powodzeniem, ale także drogich nieruchomości, które na właściwego klienta muszą czekać znacznie dłużej z uwagi na ograniczoną grupę potencjalnych nabywców.
Rynek pierwotny
Jak wiadomo, domy jednorodzinne to tradycyjnie od lat w Polsce domena inwestorów indywidualnych, budujących na własne potrzeby. Tego typu sytuacja zapewne nie ulegnie zmianie w jakiejkolwiek przewidywalnej perspektywie, choć aktywność deweloperów w tym segmencie nieruchomości mieszkaniowych wprawdzie powoli, to jednak systematycznie rośnie.
W bazie danych portalu RynekPierwotny.pl znajdziemy 2142 oferty deweloperskich domów jednorodzinnych w 214 inwestycjach. Rozkład ofert pod względem powierzchni użytkowej wygląda następująco:
50-120 mkw. – 951 oferty w 93 inwestycjach
120-200 mkw. – 1 017 ofert w 133 inwestycjach
Ponad 200 mkw. – 174 oferty w 27 inwestycjach
Rośnie zainteresowanie domami o niewielkim metrażu
Bardzo ciekawym zjawiskiem, jakie daje się zaobserwować w ostatnim roku, jest postępująca kompresja deweloperskich domów w zabudowie szeregowej. Coraz więcej ofert dotyczy segmentów mieszkalnych o powierzchni zaledwie 60 -70 mkw., a nawet poniżej 60 mkw. Do tej pory to minimum zawierało się w granicach 80-90 mkw. – tłumaczy Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.
W dalszym ciągu w podaży deweloperów zdecydowanie przeważają szeregowce i bliźniaki, których udział w całkowitej ofercie osiąga lub nawet przekracza 80 proc. Reszta to domy wolnostojące. Kolejnym parametrem, który ulega dość wyraźnemu spadkowi, to powierzchnie działek pod deweloperskim budownictwem jednorodzinnym. O ile gros przydomowych działek zawierało się przed rokiem w przedziale 300-400 mkw., to obecnie ten zakres obniżył się do 200-300 mkw. Jeśli chodzi o ceny domów w ofercie deweloperskiej, to minimum w przypadku ofert o wspomnianych najmniejszych powierzchniach wynosi około 300 tys. zł, natomiast domy najdroższe kosztują około 1,5 mln zł.
A może dom w cenie mieszkania…
Z kolei na niedawnych stołecznych targach Murator Expo uwagę zwracała bardzo ciekawa i bogata oferta projektów tanich domów jednorodzinnych wolnostojących, budowanych na zamówienie na działce klienta. Ceny takich domów, co ciekawe często z wykończeniem pod klucz i powierzchni powyżej 100 mkw., odpowiadają cenom niewielkich dwupokojowych mieszkań w Warszawie w przeciętnej lokalizacji i standardzie popularnym.
Firmy w naszej części Europy coraz chętniej sięgają po nowoczesne technologie i stawiają na cyfryzację. To kierunek, na który chce stawiać także polski rząd oraz administracja państwowa. Wykorzystanie sztucznej inteligencji w rodzimym biznesie i usługach to już także realna perspektywa na horyzoncie.
Biznes w Europie Środkowo – Wschodniej polubił media społecznościowe, aplikacje mobilne oraz usługi chmurowe. To wnioski płynące z raportu „Transformacja cyfrowa w Europie Środkowo-Wschodniej” przygotowanego przez firmę DT – Global Business Consulting. Wymienione technologie są najczęściej wykorzystywane w codziennej pracy w firmach naszego regionie. Tuż za podium w tym zestawieniu znalazła się automatyzacja przepływu dokumentów i kierowania pracą. Co trzeci badany przyznał, że jest ona ściśle zintegrowana z działalnością biznesową. Chodzi przede wszystkim o obieg ustrukturyzowanych faktur, zamówień, potwierdzeń. Mnie to w ogóle nie zaskakuje ponieważ tak zwana Elektroniczna Wymiana Danych od wielu lat sprawdza się na masową skalę np. w Skandynawii. Teraz przyszedł czas na naszą część Europy – mówi Tomasz Kuciel, prezes zarządu EDISON S.A. Nasza firma jest członkiem konsorcjum, które przygotowało dla Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii tak zwaną Platformę Elektronicznego Fakturowania. To odpowiedź na wymogi, które przed nami stawia Unia Europejska. Od 18 kwietnia, zgodnie z europejską dyrektywą, administracja publiczna nie będzie mogła odmówić przyjęcia tak zwanej automatycznej e-faktury. Platforma przyspieszy kilkaset razy obieg rozliczeń między zamawiającym i dostawcą towarów lub usług. Według minister Joanny Emilewicz, Polska jest jednym z 10 krajów Europy Środkowo-Wschodniej, który ze względu na swój cyfrowy potencjał, należy do tzw. „cyfrowych challengerów”. Resort Przedsiębiorczości i Technologii szacuje, że do 2025 roku około 12 proc. polskiego PKB ma pochodzić z usług cyfrowych. Przeliczając to na pieniądze daje to ok. 220 mld zł. Według raportów Ministerstwa Cyfryzacji nasz kraj cyfryzuje się dwukrotnie szybciej niż największe państwa Europy. Wdrożenie dyrektywy o obowiązkowym przyjmowaniu automatycznych e-faktur w zamówieniach publicznych ten proces może tylko zdynamizować.
Raport DT – Global Business Consulting porusza także kwestie potencjalnych zagrożeń wynikających z automatyzacji. Według jego autorów największe wątpliwości budzi w tym zakresie potencjalny wzrost bezrobocia. Teza ta zostaje jednak podważona. Tylko 20 proc. przepytanych szefów uważa, że automatyzacja wpłynie na zmniejszenie zatrudnienia w ich firmach. W podsumowaniu czytamy, że „automatyzacja może pozytywnie wpłynąć na kraje Europy Środkowo-Wschodniej, gdyż pomoże firmom radzić sobie z rosnącymi wynagrodzeniami i brakiem rąk do pracy.” Z tym ostatnim boryka się branża informatyczna. Dla nas problem braku specjalistów jest odczuwalny na każdym kroku. Większość naszych pracowników zatrudniana jest zdalnie ponieważ okazało się, że praktycznie niemożliwe jest pozyskiwanie fachowców lokalnie. Dotyczy to programistów, administratorów serwerów i technicznej obsługi klienta – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel częstochowskiej firmy hostingowej Zenbox.
Podobnie jest w wypadku analizy wielkich zbiorów danych (Big Data) czy internetu rzeczy (IoT), które wykorzystuje pomiędzy 40 a 64 proc. badanych firm w Europie Środkowo-Wschodniej. Najmniej popularne są sztuczna inteligencja, zaawansowana robotyka i drukowanie 3D, które wykorzystuje mniej niż jedna czwarta firm. Pozytywnym przykładem jest w tym wypadku Grupa PZU. Ta jedna z największych polskich instytucji finansowych planuje wykorzystywać sztuczną inteligencję w likwidacji szkód komunikacyjnych. Obecnie poszukuje startupów oferujących rozwiązania z wykorzystaniem dużych zbiorów danych, cyfryzacji procesów, a także nowych interakcji z klientami.
Polska chce dawać przykład reszcie Europy i tworzy Fundację Platformy Przemysłu Przyszłości. Fundacja, która będzie miała siedzibę w Radomiu, ma łączyć świat biznesu i nauki oraz pomóc w transformacji polskiej gospodarki w kierunku przemysłu 4.0. Polski rząd chce podwyższyć wskaźniki cyfryzacji, automatyzacji czy robotyzacji polskich przedsiębiorstw. Do tej pory brakowało na tym polu odpowiedniej współpracy.
Zgodnie z wynikami badania IDC, przeprowadzonego na zlecenie Huawei, do 2022 roku macierze all-flash osiągną 55 proc. udziałów w rynku pamięci masowych. Dyski SSD zajmują więc wyraźnie miejsce HDD. O przewadze jednej technologii nad drugą rozmawiano w trakcie wydarzenia Huawei IT Day, które odbyło się 26 marca w Warszawie.
Badanie IDC na temat transformacji cyfrowej
IDC przeprowadziło na zlecenie Huawei badanie dotyczące wpływu transformacji cyfrowej na infrastrukturę IT oraz wykorzystanie macierzy all-flash (AFA). Z zebranych danych wynika m.in., że wśród biznesowych priorytetów europejskich szefów IT jest poprawa doświadczeń klientów i partnerów handlowych, a także efektywności operacyjnej poprzez transformację procesów. Dodatkowo respondenci wskazywali również na napędzanie innowacji poprzez rozwój cyfrowych produktów i usług oraz wzrost produktywności organizacji. Wśród powodów inwestycji w technologię AFA uczestnicy badania wymienili m.in. wysoką wydajność (82,5 proc.), niższe TCO (74,2 proc.), łatwiejszą automatyzację (71,9 proc.) oraz wysoki poziom dostępności do usług (66,4 proc.).
– Dzięki przeskokowi z technologii HDD na SSD możliwe jest zwiększenie wydajności nawet kilkukrotnie. Dyski SSD są nie tylko szybsze, ale również zajmują mniej miejsca, mają mniejsze opóźnienia oraz są o wiele bardziej wytrzymałe niż dyski HDD – mówi Jarek Smulski, Senior Program Manager w IDC Polska. – Sprzedaż rozwiązań tego typu szybko rośnie, a liczba organizacji planujących ich zakup jest równa tym, które już je posiadają – wyjaśnia Jarek Smulski.
Ekspert z firmy IDC Polska podczas prezentacji wskazał również, że na wzrost udziałów w rynku macierzy all-flash będzie mieć wpływ technologia NWMe. Dzięki niej, możliwe jest jeszcze kilkukrotne poprawienie ich wydajności. Według niego będzie to kolejny krok, który nas czeka w cyfrowej transformacji. Zgodnie z wynikami badania, obecnie już ok. 10% firm w regionie CEE planuje wdrożenie macierzy AFA NWMe.
Huawei na rynku macierzy
Jak zauważył Dariusz Dobkowski, dyrektor sprzedaży rozwiązań Data Center w Huawei Polska, obecnie rynek pamięci masowej w Polsce ma się bardzo dobrze. Tylko w 2018 r. urósł on o 12%. W tym samym czasie, Huawei zanotował wzrost o 44% w tym sektorze. Podkreślił także, że firma chce wyjść naprzeciw transformacji cyfrowej i wspierać przedsiębiorców, którzy chcą wprowadzić innowacje do swoich działów IT. W związku z tym, do 30 czerwca br., w cenie dysków twardych HDD Huawei będzie oferować taką samą przestrzeń na dyskach SSD.
– Do tej pory technologia Flash kojarzyła się z tym, że jest wydajna, niezawodna, ale również droższa. Huawei chce to zmienić dzięki programowi Flash Only. Dla przedsiębiorców, którzy chcą nabyć rozwiązania macierzowe, ale budżet danego projektu nie pozwala na zakup dysków all-flash, proponujemy taką samą cenę za dyski SSD, jaką uzyskali na rozwiązania oparte o dyski HDD. To znaczy, że jeżeli klienci będą chcieli kupić macierz o pojemności 100 TB w technologii HDD, zaproponujemy im 100 TB pojemności w technologii SSD – oświadczył Dariusz Dobkowski.
– Aby firmy mogły robić niezwykłe rzeczy, potrzebna jest niezwykła technologia. Taką technologią są rozwiązania all-flash opracowywane przez Huawei. Jeszcze 4 lata temu technologia SSD była 5-krotnie droższa niż dyski wykonane w technologii HDD. Obecnie jest to niecała 2-krotność tej ceny i w następnych latach można się spodziewać dalszej tendencji spadkowej w tej kwestii – dodał dyrektor sprzedaży rozwiązań Data Center w Huawei Polska.
OceanStor Dorado
Wraz z rozwojem i popularyzacją technologii SSD zmienia się więc zarówno podejście, jak i oczekiwania rynku odnośnie wydajnego przechowywania danych. Konrad Tutak, IT Product Manager w Huawei Polska, wskazał podczas spotkania na elementy wyróżniające rozwiązania firmy.
– Macierz Huawei OceanStor Dorado jest obecnie jedną z najszybszych macierzy na świecie, osiągającą czas opóźnienia rzędu 0,3 milisekundy i wydajność transakcyjną 7 mln IOPS, czyli operacji wejścia/wyjścia w czasie jednej sekundy. Stosuje ona także deduplikację oraz kompresję w locie, co powoduje, że jest w stanie efektywnie pomieścić znacznie więcej danych. Przekłada się to z kolei na mniejsze zużycie energii – nawet do 70% – oszczędność miejsca w serwerowni oraz niższy koszt jej utrzymania i mniej czynności administracyjnych – zaznacza Konrad Tutak. – Ponadto, dzięki m.in. wirtualizacyjnej technologii RAID2.0+, która równoważy obciążenie całego systemu i kilkunastokrotnie skraca czas odbudowy danych, tolerancji na jednoczesną awarię trzech dysków bez utraty danych, możliwości budowy systemu wysokiej dostępności Active-Active, firmy mają zapewnioną dostępność swoich usług na poziomie 99,9999%, co przekłada się na maksymalne 31,56 sekund przestoju w ciągu roku. Co ważne, czas potrzebny na administrowanie takim rozwiązaniem jest ograniczony do minimum ze względu na dużą automatyzację procesów – podkreśla IT Product Manager w Huawei Polska.
Ostatni roboczy dzień marca miał być też ostatnim dniem Wielkiej Brytanii w UE, ale, co zostało nam wielokrotnie uwodnione, brytyjscy politycy nie lubią racjonalnego podejścia do problemów. Kiedy faktycznie dojdzie do brexitu wciąż pozostaje sprawą otwartą, choć dziś premier Theresa May podejmie kolejną próbę przekonania posłów Izby Gmin do swojego planu. A przynajmniej jego części.
Rząd wyznaczył na 15:30 głosowanie nad częścią projektu porozumienia Brexitu. Izba Gmin będzie głosować nad tzw. umową rozwodową, określającą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z UE, ale bez Deklaracji Politycznej, które określa przyszłe relacje, gdyby okres przejściowy nie przyniósł rozstrzygnięć w kluczowych kwestiach (np. irlandzki backstop). Premier May stosuje taki zabieg z kilku powodów. Po pierwsze obiecała Brukseli, że zdąży z zatwierdzeniem umowy rozwodowej przed końcem marca, aby móc przeprowadzić brexit 22 maja. W przeciwnym razie do 12 kwietnia musiałaby być przedstawiona alternatywa, która jednak wymagałaby przedłużenia negocjacji o wiele miesięcy. Inaczej w połowie kwietnia doszłoby do chaotycznego brexitu bez jakiejkolwiek umowy. Po drugie, dzieląc projekt porozumienia na dwie części, obchodzi blokadę marszałka Izby Gmin, który sprzeciwiał się głosowaniu po raz trzeci nad tym samym projektem bez „istotnych zmian w zapisach”. Najwyraźniej rozdzielenie dokumentu na dwa jest istotną zmianą. Wreszcie ograniczając głosowanie tylko na umowę rozwodową May nie tylko ma za sobą głosy swoich popleczników, ale też powinna otrzymać poparcie brexitowców, którzy wprawdzie krytykują Deklarację Polityczną, ale większym dla nich złem jest dalsze przeciąganie negocjacji i ryzyko przyjęcia łagodniejszej wersji brexitu (albo nawet rezygnacji z procesu). Wreszcie, jeśli premier May chce przeprowadzić głosowanie, to musi mieć pewność, że ma wystarczająco dużo głosów, co by oznaczało, że przekonała do siebie pojedynczych członków opozycji oraz północnoirlandzkiej partii DUP.
Ta ostatnia część jest największą niewiadomą i niewykluczone, że premier May po raz trzeci poniesie porażkę. W takim przypadku Wielkiej Brytanii zostaną dwa tygodnie na tak naprawdę zgromadzenie większości dla alternatywnego planu (same opcje już istnieją, ale w środę żadna nie zdołała zyskać przychylności większości). Ale także będzie to oznaczać podtrzymanie niepewności, że bezumowny brexit może stać się faktem. Jeśli jednak May dziś wygra, będzie to ogromny sukces, który zdejmie premię za ryzyko polityczne nie tylko z funta i brytyjskich aktywów, ale ogólnie z rynków finansowych. Od jednego głosowania tak naprawdę będzie zależeć, w jakich nastrojach wystartuje drugi kwartał.
Poza brexitową sagą piątkowy kalendarz zawiera sporo danych, w tym PKB z Wielkiej Brytanii i Kanady, inflacja z Eurolandu i PCE Core oraz Chicago PMI z USA. Z Polski poznamy dane o inflacji a na koniec dnia decyzję ws. ratingu poda Fitch. Nie spodziewamy się zmian oceny Fitch. Złoty pozostaje uśpiony z minimalnym śledzeniem wahań nastrojów na rynkach zewnętrznych i EUR/PLN doklejonym do 4,30.
dr hab. Bogdan Fischer, Partner, Radca Prawny w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy
Jak w wielu przypadkach pojęcia użyte w RODO w praktyce stosowania wymagają dużej ostrożności, przy podejmowanych interpretacjach i decyzjach – zwłaszcza, że to administrator danych zgodnie z zasadą ryzyka musi wykazać prawidłowość swojego działania. Niekiedy jednak, tak jak prawdopodobnie w tym przypadku, ostatnie słowo będzie należeć do Sądu, bo inaczej rozumiała „niewspółmierność” ukarana firma, a inaczej PUODO. Jeżeli Sąd nie podzieli podejścia przedsiębiorcy, zgodnie z którym obowiązek informacyjny uniemożliwia realizację celów przetwarzania, w rzeczywistości do miliona kary dojdzie dodatkowych kilka milionów złotych związanych z kosztami przesyłania „papierowych informacji”.
Chociaż kryteria zwolnienia z obowiązku informacyjnego zdecydowanie są nieostre, „niemożliwość” i „nadmiernie duży wysiłek” to przesłanki zwolnienia aktualizujące się w przypadkach, w których informowanie podmiotu danych oznaczałoby szczególne, ponadnormatywne, nieuzasadnione w konkretnych okolicznościach zaangażowanie administratora. Ocena taka musi się odwoływać z jednej strony do obiektywnych miar, z drugiej natomiast brać pod uwagę okoliczności konkretnego przypadku przetwarzania danych osobowych.
Prawodawca daje prymat interesowi administratora przed wartościami, jakimi są przejrzystość przetwarzania danych osobowych i możliwość realizowania przez osobę tzw. samookreślenia informacyjnego. Niemożliwość wtórnego obowiązku informacyjnego (gdy informacje są pozyskane nie od osoby, której dotyczą) eliminuje wiedzę tej osoby co do tego kto, kiedy, skąd, na jakiej podstawie i w jakim zakresie posiada jej dane osobowe. Trzeba więc wykazać, jakie obiektywne powody uniemożliwiały zakomunikowanie podmiotowi tych podstawowych dla niej informacji, tj. o fakcie przetwarzania i jego zasadach. Przez „niewspółmiernie duży wysiłek” należy rozumieć wysiłek nieproporcjonalny i w danym przypadku nieuzasadniony względem celu, dla którego wysiłek ów miałby być podjęty. Prawodawca wskazuje pomocniczo przykłady takich sytuacji, tj. przetwarzania do celów archiwalnych w interesie publicznym, do celów badań naukowych lub historycznych lub do celów statystycznych.
Pracodawcy RP w pełni rozumieją determinację organizatorów i uczestników pikiety, która ma się odbyć pod Sejmem 2 kwietnia br. Tego dnia Minister Zdrowia będzie przedstawiał na Sejmowej Komisji Zdrowia informację dotyczącą odsetka PKB przeznaczanego na ochronę zdrowia. Wywalczony przez lekarzy rezydentów i zapisany w ustawie wzrost wydatków na zdrowie to niestety fikcja.
Rząd bowiem zastosował formalny wybieg, który ma poważne konsekwencje, mianowicie: planując wydatki na 2019 rok, bierze pod uwagę PKB z roku 2017, a nie z 2018. Taka metodologia obliczeń zasadniczo opóźnia wzrost wydatków na zdrowie. Przyjęta zasada pozwala bowiem zaoszczędzić na zdrowiu ponad 7 mld zł. Natomiast nominalny wzrost wydatków w ochronie zdrowia pokryty zostanie z wyższych składek trafiających do Narodowego Funduszu Zdrowia – dzięki wzrostowi gospodarczemu i rosnącym zarobkom. A te „zaoszczędzone” 7 mld złotych to kwota, która mogłaby znacząco poprawić dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej. Obrazując wartość tej kwoty, w tym roku NFZ przeznaczył na specjalistyczną opiekę ambulatoryjną – czyli wizyty u specjalistów w przychodniach oraz badania diagnostyczne – 4,7 mld zł, a na rehabilitację leczniczą – 2,5 mld zł.
Politycy zapowiadali, że realizacja ustawy o 6 proc. PKB przyniesie niespotykany dotąd wzrost wydatków na zdrowie, który przełoży się na poprawę sytuacji pacjentów, podmiotów leczniczych oraz personelu medycznego. Czy faktycznie sytuacja pacjentów uległa poprawie? Czy coś się zmieniło w kwestii dostępności świadczeń? Czy podmiotom leczniczym lepiej się wiedzie? Chyba każdy Polak może sobie odpowiedzieć na to pytanie, a odpowiedź ta nie jest potwierdzeniem zapowiedzi polityków.
To nie jedyna zmiana, która – wbrew zapowiedziom rządzących – nie przyniosła żadnej poprawy w systemie opieki zdrowotnej. Wprowadzenie sieci szpitali doprowadziło do postępującego spadku udziału sektora prywatnego w systemie ochrony zdrowia. Dzisiejsza sytuacja nie pozostawia już żadnych złudzenie: w systemie publicznym nie ma ani pieniędzy, ani odpowiedniej kadry medycznej.
Potrzeby zdrowotne Polaków nie są zaspokajane, choć wydają oni na zdrowie z własnej kieszeni coraz więcej pieniędzy, bo aż około 40 mld zł rocznie (uwzględniając wydatki na leki). Brakuje też odpowiedzi na podstawowe pytanie: Co zamierzamy zrobić, aby zwiększyć dostępność świadczeń, zrównoważyć i poprawić funkcjonowanie całego sytemu opieki zdrowotnej? Wymaga to większych nakładów finansowych, odpowiednio licznej kadry medycznej – dobrze zorganizowanej, zarządzanej i opłacanej – oraz zmiany sposobu finansowania na taki, który uwzględnia efekt leczenia.
Rozwój technologii nieustannie zmienia nasze życie w niemal w każdej dziedzinie. Na rynek wkraczają nowoczesne startupy stawiające na rozwiązania wykorzystujące technologie w branżach które z nią dotąd nie miały wiele wspólnego. Najprostszym przykładem jest rozwój aplikacji kojarzących kierowców z klientami, która szybko zyskała popularność w naszym kraju. Obecnie możemy obserwować pojawienie się nowego trendu w sektorze turystyki. Dynamiczne pakietowanie zaczyna tworzyć całkiem nowy sektor travel-tech. Nie musimy godzić się już na gotowe pakiety „leżące na półce” z określoną długością pobytu i z góry określonymi usługami w cenie. Teraz wszystkie usługi wyszukamy i wybierzemy sami, w tym samym czasie i w jednym miejscu. Wszystko dzięki dynamicznemu pakietowaniu.
Gotowe pakiety turystyczne niebawem mogą odejść do lamusa
Do niedawna wśród Polaków królowały oferty last minute proponowane przez popularne portale turystyczne. Można było w ten sposób znaleźć często tańsze i atrakcyjniejsze oferty niż te proponowane w tzw. wczesnej sprzedaży. Dziś idziemy o krok dalej. W Polsce są już obecne rozwiązania, które z powodzeniem przyjęły się np. w Wielkiej Brytanii czy Irlandii. Mowa dynamicznym pakietowaniu, czyli łączeniu wielu usług turystycznych w jeden pakiet w tym samym czasie, w oparciu o indywidualne preferencje klienta, bez konieczności wcześniejszego udostępnienia gotowych ofert. Takie rozwiązanie wykorzystuje w swojej działalności Click&Go, działające od 8 lat w Irlandii, a które rozpoczęło w 2018 roku działalność na polskim rynku. Rozwiązanie oferowane przez tę firmę to połączenie wyszukiwarki lotów i noclegów z możliwością zarezerwowania dodatkowych usług (takimi jak ubezpieczenie czy transfer). Śmiało można stwierdzić, że wyjazdy z Click&Go to oferty szyte na miarę – nie znajdziemy tu gotowych, ściśle określonych propozycji – klient sam decyduje które usługi wybiera. Rezerwacji można dokonać w pełni online, lub skorzystać z pomocy doświadczonych doradców wakacyjnych.
Zmiany następują tu i teraz
Firma weszła na polski rynek ze względu na perspektywę dynamicznego rozwoju. Prognozy wskazują, że w ciągu najbliższych 5-6 lat liczba turystów może wzrosnąć o 3 do 6 milionów nowych klientów. Jak wynika z badania ,,Wakacyjne zwyczaje Polaków’’ aż 50 proc. wyjeżdżających na wakacje Polaków spędziło je granicą. Te same badania wskazują, że tylko 22 proc. badanych deklaruje, że skorzystało z gotowej oferty biura podróży. Ponad połowa respondentów zadeklarowała organizację wyjazdu samodzielnie. Wynika stąd, że na rynku jest spora grupa klientów preferujących wyjazdy nazywane z języka angielskiego DYI (do it yourself – zrób to sam). Bardzo cenią sobie oni swobodę organizacji wakacji według własnych zasad, o takie oferty trudno w tradycyjnych biurach podróży.
Lepiej i taniej-czy to możliwe?
Nowoczesne metody pozwalają nam nie tylko na wakacje skrojone na miarę, ale również oszczędność czasu i pieniędzy. Dynamiczne pakietowanie pozwala na weryfikację cen lotów, hoteli, transferu, ubezpieczenia i dostępnych terminów w czasie rzeczywistym w jednym miejscu.
–Nasze rozwiązanie największe korzyści daje klientom, którzy sami chcą decydować o każdym aspekcie swojego wyjazdu i zapłacić tylko za te usługi z których będą korzystać. Klient z tzw. grupy DIY najczęściej jest zmuszony kilkakrotnie wprowadzać swoje dane osobowe i kilkakrotnie dokonać transakcji za usługi kupowane oddzielnie. My dajemy możliwość dokonania tego w ramach jednej transakcji, często oferując lepsze ceny niż kupując usługi oddzielnie. – Mówi Michał Głowa – Country Manager Click&Go w Polsce.
To zupełnie inna forma biura turystycznego – ze względu na sprzedaż oferty wyłącznie przez kanały własne i bez udziału biur pośredniczących, oferty z sektora travel-tech są bardzo konkurencyjne oraz realizowane w wysokim standardzie.
City Breaks
Coraz częściej wyjeżdżamy na krótsze podróże. Badania wykazują, że coraz więcej osób jest zainteresowanych krótkimi wyjazdami do 3-4 dni, tzw. ,,city break’’. Ukazuje nam to nowy trend dotyczący długości podróży jak i możliwości dopasowania ich do swoich preferencji. Oznacza to, że jednocześnie będziemy szukać łatwiejszych opcji rezerwacji oraz będziemy bardziej wymagający np. w kwestii wyboru najkorzystniejszych godzin wylotu. Click&Go daje taką możliwość. Osoba wyjeżdżająca na krótszy wyjazd zwróci większą uwagę na lotnisko docelowe, publiczny transport z lotniska jako alternatywę do transferu, czy odpowiednie godziny lotu. Wszystko po to by z krótkiego wyjazdu skorzystać w sposób optymalny. Dzieje się tak ze względu na ograniczoną ilość czasu. Co za tym idzie, coraz krótsze okresy podróży wymuszają na biurach wyższą jakość świadczonych usług, np. w kwestii niezmienności godzin przelotów po dokonaniu rezerwacji, czy decyzji które usługi wliczymy w swój pakiet. Na regularnych przelotach zmiany godzin, jak i opóźnienia są zjawiskiem wielokrotnie rzadszym niż w przypadku rejsów czarterowych. Dynamiczne pakietowanie daje swobodę wyboru spośród wielu połączeń regularnych, jak również w kwestii wyboru usług dodatkowych.
Wielkie możliwości
Siatka połączeń lotniczych w Polsce cały czas się zwiększa, dzięki czemu Click&Go ma w planach wprowadzenie produktów, które będą dawały możliwość podróży po całym świecie oraz rejsów statkami wycieczkowymi. Działania marketingowe w obszarze travel-tech skupiają się głównie na internecie i mediach społecznościowych, w których tkwi duży potencjał.
– Oprócz wyjazdów „szytych na miarę”, w ofercie organizatorów pojawiają się tzw. pakiety dynamiczne, które dają nie tylko możliwość komponowania indywidualnych ofert, ale także elastycznej modyfikacji poszczególnych usług, nawet w trakcie podróży. Przewaga wyjazdu organizowanego z biurem podróży polega przede wszystkim na zapewnieniu poczucia bezpieczeństwa, gdyż z jednej strony zdejmuje z nabywcy problemy związane z organizacją całości jego pobytu w wybranym miejscu, z drugiej – w sytuacjach kryzysowych podróżny nie zostaje sami, ale może liczyć na wsparcie organizatora. Idealnym wyjściem wydaje się więc połączenie technologii – rozwiązania prostego, intuicyjnego i wygodnego, z bezpieczeństwem, które zapewnia legalnie działający organizator turystyki, w pełni odpowiedzialny za realizację umowy – komentuje Paweł Niewiadomski, prezes Polskiej Izby Turystyki
Polacy bardzo chętnie korzystają z rozwiązań proponowanych przez nowe technologie. Nic w tym dziwnego – takie rozwiązania pozwalają zaoszczędzić sporo czasu i często również przynoszą znaczne oszczędności wydatków. Wydaje się że rozwój technologiczny branży turystycznej jest nieunikniony. Za kilka lat wizyta w biurze podróży może nam się wydawać tak samo dziwna jak dziś wizyta w okienku bankowym by dokonać przelewu. Z pewnością pojawienie się pojęcia travel-tech i firm z tego sektora sprawi, że klienci zyskają korzystniejsze rozwiązania, dzięki którym więcej czasu będzie można spędzić wypoczywając, a mniej planując wypoczynek.
Potencjał rynku
W ubiegłym roku dynamika wzrostu sezonu 2017/2018 w zorganizowanej turystyce wyjazdowej wyniosła 35 proc. zgodnie z danymi Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego. Gdyby ta dynamika była nawet 3 krotnie niższa to za 6 lat na rynku będzie niemal dwukrotnie więcej klientów zorganizowanej turystyki wyjazdowej niż dziś. W tym samym czasie Ryanair i WizzAir zamierzają w sposób znaczący zwiększyć swoją flotę. Ryanair deklaruje, że do 2024 roku będzie korzystał z 585 samolotów zamiast obecnych 460, a WizzAir do 2026 chce powiększyć flotę do 300 z obecnych 108.
– W ślad za skokowym rozwojem floty tanich przewoźników będzie musiała pójść rozbudowa siatki połączeń. Polska ze swoim potencjałem wzrostu rynku może stać się jednym z najważniejszych obszarów ekspansji obu tanich przewoźników. Pojawią się nowe trasy, a bilety na obecnych trasach mogą stać się jeszcze tańsze ze względu na walkę o udziały rynkowe linii lotniczych. Nasze rozwiązanie technologiczne – dynamiczne pakietowanie idealnie wpasuje się w taki rozwój rynku i da nam jeszcze większe możliwości oferowania klientom najkorzystniejszych cen wykorzystując zwiększone dostępności miejsc lotniczych. Jednocześnie dla tradycyjnych biur podróży ponoszących ogromne ryzyko wypełnienia wykupionych lotów czarterowych ten okres może być nie lada wyzwaniem, zwłaszcza jeśli trasy lotów czarterowych i tanich przewoźników na kluczowych rynkach będą się pokrywały” – komentuje Michał Głowa – Country Manager Click&Go w Polsce.
Czy deweloperzy oferują pakiety wykończenia mieszkań i systemy inteligentny dom? W jakich cenach? W których projektach są dostępne? Sondę prezentuje serwis nieruchomości dompress.pl
Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.
Mieszkania sprzedajemy w standardzie deweloperskim, współpracujemy jednak z firmami, które zajmują się wykańczaniem mieszkań, w tym doposażeniem nieruchomości w systemy inteligentnego domu. Ceny wykończenia zaczynają się od 735 zł brutto za mkw. Rozwiązania smart home są wyceniane indywidualnie. Najprostsze systemy pozwalające na sterowanie w mieszkaniu światłem i temperaturą wraz z czujkami bezpieczeństwa kosztują w granicach 4-5 tys. zł.
Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, odpowiedzialny za sprzedaż i marketing
W każdym z naszych projektów oferujemy pakiety wykończeniowe we współpracy z renomowanymi firmami. Ich ceny zaczynają się od 490 zł brutto za mkw. Dzięki takim pakietom proces wykończenia lokalu może rozpocząć się od razu po uzyskaniu pozwolenia na użytkowanie i przebiega znacznie szybciej niż w przypadku przeprowadzania prac na własną rękę. Pakiety wykończeniowe cieszą się rosnącym zainteresowaniem, m.in. ze względu na duże trudności w znalezieniu dobrej ekipy remontowej oraz wzrost cen materiałów budowlanych. Współpracujące z nami firmy mogą zaoferować atrakcyjne ceny ze względu na stałą współpracę z podwykonawcami i hurtowe zamówienia materiałów. Dodatkową oszczędność stanowi niższa stawka podatku VAT, która w przypadku zakupu mieszkania z wykończeniem wynosi 8 proc., podczas gdy kupując materiały wykończeniowe na własną rękę klienci muszą zapłacić 23 proc. VAT. Dużym ułatwieniem jest także to, że w przypadku zakupu wykończonego mieszkania klient może wszystkie koszty pokryć jednym kredytem hipotecznym. Z pakietów wykończeniowych chętnie korzystają także osoby poszukujące lokalu w niskiej cenie za mkw., jak w przypadku naszego osiedla Miasto Moje na warszawskiej Białołęce.
Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.
Oferujemy wykończenie mieszkań pod klucz w cenie od 650 zł brutto/mkw. W pakiecie klient otrzymuje indywidualne doradztwo i współpracę z architektem. Zapewniamy również kompleksową obsługę sprawdzonych wykonawców oraz całościową aranżację. Dodatkową zaletą zakupu mieszkania z opcją wykończenia jest to, że można sfinansować je w jednym kredycie razem z kupnem mieszkania.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Wychodząc naprzeciw oczekiwaniom naszych klientów podjęliśmy szeroką współpracę z firmą RedNet i przygotowaliśmy cztery pakiety wykończeniowe, na bazie których wspólnie z projektantem nabywcy mogą optymalnie zaaranżować własne mieszkania. Nasza oferta obejmuje m.in. wykończenie ścian oraz podłóg z wykorzystaniem różnych materiałów, zależnie od wybranego pakietu oraz stolarkę drzwiową i wyposażenie łazienek.
Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska
Pakiety wykończenia wnętrz oferujemy we wszystkich naszych inwestycjach. Dostępne są w zróżnicowanych cenowo pakietach, przygotowanych we współpracy z firmą Deer Design. Systemy inteligentnego domu są natomiast standardowym wyposażeniem w niektórych naszych projektach, jak na przykład Apartamenty Marymont w Warszawie.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
W tej chwili nie oferujemy wykończenia lokali pod klucz. Próbowaliśmy dwukrotnie wprowadzić taką usługę, jednak finalnie okazywało się, że klienci wolą zrobić to we własnym zakresie i nieco taniej. W przypadku inwestycji apartamentowych nabywcy mają zwykle własnego projektanta i zupełnie nie są zainteresowane wykończeniem przez dewelopera.
Hasło „inteligentny dom” stało się ostatnio modne, ale przeważnie jest w znacznym stopniu nadużywane. Tymczasem, inteligentny dom/mieszkanie posiada kompleksowy system sterujący instalacjami grzewczymi, oświetleniem, nagłośnieniem, systemem alarmowym, czy monitoringiem. Posiada rozbudowany system czujników, które w zależności od warunków pogodowych na zewnątrz, sterują na przykład ogrzewaniem czy wilgotnością wewnątrz domu. Wyposażenie lokali w taki system w standardzie znacząco podniosłoby cenę mieszkań, a nie jest to w tej chwili przeważający czynnik przy podejmowaniu decyzji o zakupie. Wielu deweloperów montując np. systemy zdalnego sterowania oświetleniem, czy klimatyzacją określają te rozwiązania mianem inteligentnego domu.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Ściśle współpracujemy z firmą wykończeniową Decoroom, która ma w swojej ofercie różne warianty wykończeniowe. Ceny są zróżnicowane, uzależnione od pakietu, który mają do wyboru klienci.
Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper
Usługę wykończenia mieszkania pod klucz oferujemy we wszystkich naszych inwestycjach. Cena jest uzależniona od standardu i rozpoczyna się od kilkuset złotych za mkw. W ramach usług koordynujemy wszelkie prace wykończeniowe, na które udzielamy 12-miesięcznej gwarancji. Usługa obejmuje także kompleksowe sprzątanie przed odbiorem mieszkania oraz współpracę z doświadczonymi projektantami. W mieszkaniach montujemy również nowoczesne rozwiązania technologiczne. Dla przykładu w gdańskim osiedlu Foresta mieszkania będą wyposażone w inteligentny system sterowania eHOME control, który pozwala na zdalne obsługiwanie ogrzewania i oświetlenia za pomocą smartfona lub tabletu. Podobny system jest zainstalowany również w osiedlu Nowe Rokitki i Młoda Morena Park II w Gdańsku.
Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service
Przy wykończeniach współpracujemy z firmami Excellent i Leroy Merlin. Dbamy o to, aby ta współpraca owocowała realnymi korzyściami dla naszych klientów. Systemy inteligentnego domu proponujemy w Apartamentach Nowa Bonarka w Krakowie oraz w inwestycjach w Michałowicach i Czorsztynie. Ceny zaczynają się od 2300 zł brutto.
Zakup mieszkania na wynajem jest popularną wśród wielu Polaków formą pomnażania kapitału. Pomimo wielu istotnych zalet, ten rodzaj inwestycji nie jest jednak pozbawiony wad. Jakie ryzyka i niebezpieczeństwa powinni brać pod uwagę inwestorzy?
Jak wszystkie metody inwestowania, tak i zakup nieruchomości ma swoje wady, zagrożenia i ograniczenia. Inwestor, kuszony wizją ponadprzeciętnych zysków, nie powinien o nich zapominać. Zanim wyda niemało pieniędzy lub zaciągnie długoletnie zobowiązanie w postaci kredytu, żeby sfinansować zakup mieszkania na wynajem, jego remont lub dostosowanie do wymogów przyszłych najemców, powinien poznać wady inwestowania w nieruchomości na wynajem. Eksperci Rentier.io zebrali sześć najważniejszych kwestii.
Płynność
Nieruchomości, nawet te w najatrakcyjniejszej lokalizacji, cechują się stosunkowo niską płynnością i jest to jedna z ich najistotniejszych wad. Potrzebny jest czas, żeby znaleźć nabywcę i dopełnić wszystkich formalności, zarówno podczas zakupu, jak i sprzedaży. Jeśli myślimy o inwestycji krótkoterminowej to zakup mieszkania na wynajem może nie okazać się najlepszym wyborem. Nawet kiedy mówimy o tzw. flipach – krótkookresowym zakupie i sprzedaży mieszkań, musimy brać pod uwagę minimum kilkumiesięczny horyzont czasowy. Zdarzają się oczywiście transakcje i nieruchomości, które sprzedają się w ciągu kilku godzin (np. dobrze zlokalizowane kawalerki w Warszawie). Niestety, często spotykamy takie, szczególnie w przypadku domów lub większych mieszkań, których sprzedaż może potrwać nawet kilka lat. W przypadku inwestorów, których interesuje krótki interwał czasowy, niska płynność nieruchomości może więc być czynnikiem zniechęcającym do tego rodzaju inwestycji.
Niepodzielność kapitału
Inną wadą jest zamrożenie „większej” gotówki i niepodzielność środków zainwestowanych w nieruchomości. Jeśli inwestor potrzebuje jedynie części pieniędzy, nie może tak jak np. w przypadku środków na koncie oszczędnościowym, wypłacić potrzebnej kwoty. Jedyne rozwiązanie to finalizacja transakcji, tj. sprzedaż mieszkania, celem uzyskania potrzebnego kapitału. Część inwestorów preferuje bardziej elastyczne formy inwestowania tak, aby móc swobodnie dysponować swoim kapitałem i przenosić dowolną część w momencie pojawienia się bardziej intratnej opcji pomnożenia kapitału. Nieruchomości niestety takiej niezależności nie zapewniają.
Znajomość rynku i wiedza
Inwestowanie w lokale mieszkalne wiąże się z koniecznością zdobycia dość unikatowej i co ważne interdyscyplinarnej wiedzy na temat szeroko rozumianego rynku nieruchomości. Jest ona konieczna chociażby po to, aby inwestor mógł ocenić atrakcyjność mieszkania czy rentowność rozważanej nieruchomości. – Przyszły nabywca mieszkania na wynajem, powinien znać rynek oraz wyczuwać tendencje panujące na nim. Musi wiedzieć jak sprawdzić czy rozważane mieszkanie nie jest obciążone hipoteką i czy nie ma innych niespodzianek w księgach wieczystych.Dodatkowo, dobrze byłoby gdyby potencjalny nabywca znał się na przepisach prawnych i podatkowych. Powinien wiedzieć jak wygląda dobra umowa zakupu nieruchomości czy najmu, tak żeby zabezpieczyć swoje interesy oraz z jakiej metody skorzystać, aby najkorzystniej rozliczyć najem. – mówi ekspert Rentier.io. A że jest to bardzo istotna wiedza, której brak może przełożyć się na duże straty, przekonało się już wielu inwestorów. Dla tych więc, którzy nie dysponują ani wiedzą, ani czasem na jej zdobywanie, może być to ewidentna wada tej formy inwestycji. Oczywiście do części z powyższych czynności można zatrudnić ekspertów, np. prawników, rzeczoznawców, pośredników w obrocie nieruchomości, etc. Jednak taka taktyka, wpływa negatywnie na rentowność inwestycji, czyli ją po prostu obniża.
Estymacje i prognozy
Większość inwestorów interesuje się inwestycjami w nieruchomości przede wszystkim ze względu na fakt, iż oferują one ponadprzeciętny zwrot z inwestycji (ROI); zwłaszcza jeżeli porównamy go do zysków z tradycyjnych sposobów pomnażania kapitału, jak lokaty bankowe czy bony skarbowe. Roczne ROI dla wynajmu mieszkań na poziomie przekraczającym 8% nie jest czymś niezwykłym, pomimo znacznego wzrostu cen nieruchomości w ostatnich miesiącach. Za wzrostem bowiem cen zakupu lokali podążają ceny ich najmu. Jednakże, aby realnie uzyskać zwrot z inwestycji na poziomie 8% lub więcej, należy realistycznie estymować zarówno koszty, przychody jak i dynamicznie zmieniającą się sytuację na rynku. Bez odpowiedniej wiedzy, narzędzi analitycznych i doświadczenia ciężko jest oszacować przyszłe ROI, okresy pustostanów oraz faktyczny popyt na nieruchomość.
Warto mieć na uwadze, że części zdarzeń nie jesteśmy w stanie przewidzieć, np. zmian regulacyjnych, bądź spadku atrakcyjności danej dzielnicy. Wbrew przypuszczeniom, także z takimi sytuacjami ma inwestor do czynienia. – Jeszcze kilka lat temu nabywcy w warszawskiej dzielnicy Białołęka kupowali swoje mieszkania w dobrej cenie i w niezłej lokalizacji, pozwalającej dojechać w akceptowalnym czasie do centrum stolicy. Obecnie dzielnica ta została „zalana” przez inwestycje deweloperskie. Coraz gęstsze zaludnienie oraz niedostosowanie do tego odpowiedniej infrastruktury drogowej powoduje duże korki. Co ważne, z taką sytuacją mamy do czynienia nie tylko w stolicy, ale także wielu innych, dużych miastach Polski – podpowiada ekspert Rentier.io. Takiego obrotu sprawy jeszcze kilka lat temu, nie mógł przewidzieć początkujący inwestor. Oczywiście, tej wady inwestowania w nieruchomości nie da się całkowicie wyeliminować, jednak mając doświadczenie na tym rynku, można ją zminimalizować.
Zaangażowanie
Inwestycja w nieruchomości wymaga stałego zarządzania, co oznacza zaangażowanie inwestora lub osoby do tego dedykowanej. Nieruchomości różnią się pod tym względem od inwestowania w fundusze inwestycyjne, deponowania środków na lokatach bankowych czy też kupowania obligacji skarbowych. Raz podjęta decyzja, poświęcony czas i energia, właściwie nie wymaga od inwestora dalszego angażowania. Natomiast, myśląc poważnie o zarabianiu pieniędzy na inwestowaniu w nieruchomości na wynajem, zawsze należy mieć na uwadze, że nie jest to perpetuum mobile i będzie wymagało od inwestora zaangażowania, wprost proporcjonalnego do liczby posiadanych mieszkań, jak i od rodzaju wynajmu – długo czy krótkookresowego. Dla części osób, zwłaszcza tych, którzy nie dysponują czasem jest to ewidentną wadą.
Finansowanie
Inwestowanie w nieruchomości obarczone jest dość wysoką barierą wejścia. Wymaga ono stosunkowo dużej ilości kapitału na początek. Oczywiście rozwiązaniem może być zaciągnięcie, choćby na część inwestycji, kredytu hipotecznego. Dzięki czemu uzyskamy dźwignię finansową. Warto jednak przeliczyć wszystkie koszty przed podjęciem takiej decyzji. Generalna zasada mówi o tym, że zaangażowanie gotówki jest zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jeśli inwestor planuje zakup i szybką odsprzedaż mieszkania. Jeśli natomiast jest zainteresowany najmem długoterminowym, to kredyt pomoże mu zainwestować posiadane pieniądze w większą ilość mieszkań… i w konsekwencji przynieść nawet niezależność finansową. Jednak zaciągniecie kredytu oznacza, że inwestor musi posiadać odpowiednią zdolność kredytową. Jeżeli jej nie posiada, może zacząć swoją inwestycyjną przygodę od podnajmu, bądź wynajmu wolnego pokoju w mieszkaniu, w którym mieszka. Niemniej jednak, aby poważnie myśleć o inwestowaniu w nieruchomości niezbędne jest posiadanie odpowiednich zasobów finansowych.
Przedstawione powyżej wady nie stanowią katalogu zamkniętego. Jednak z drugiej strony, te wymienione niekoniecznie muszą być odbierane przez wszystkich inwestorów jako coś negatywnego. Każdy rodzaj inwestycji ma bowiem swoje minusy, jak i plusy. Najważniejsze jest, aby przed podjęciem decyzji o wyborze danego instrumentu finansowego, być świadomym słabych i mocnych stron oraz ryzyka, które się z nim wiąże.
W rywalizacji o globalne przywództwo w technologiach, takich jak sztuczna inteligencja, prym wiodą Stany Zjednoczone i Chiny. A co z Europą? Czy kiedykolwiek dogoni galopujących faworytów?
To nie będzie takie proste. Gospodarka cyfrowa w Stanach Zjednoczonych ma sporą przewagę: duży rynek krajowy, kulturę inwestycyjną gotową podjąć ryzyko finansowania nowych technologii, a do tego wiele innowacyjnych firm i światowej klasy uniwersytetów. Amerykańskie korporacje jako pierwsze wykorzystały efekty sieciowe ekonomii opartej na platformach internetowych i technologicznych, by zdominować nie tylko USA, ale i wiele innych rynków na całym świecie.
Jedynym wyjątkiem są Chiny. Chińskie regulacje, jak chociażby „Great Firewall” (tzw. Złota Tarcza), która ogranicza dostęp do zagranicznych usług internetowych, a także wsparcie rodzimych firm przez państwo zahamowały ekspansję amerykańskich gigantów technologicznych i umożliwiły Chinom dynamiczny rozwój własnej gospodarki cyfrowej. Chińskie przedsiębiorstwa są obecnie bezpośrednimi konkurentami firm amerykańskich w dziedzinie sztucznej inteligencji i robotyki, mocno walcząc o udział w rynku i przyciąganie największych talentów.
Tymczasem Europa pozostała w tyle. Pomimo dobrej sytuacji ekonomicznej, wykwalifikowanej siły roboczej i doskonałych ośrodków badawczych, brakuje jej własnych gigantów technologicznych. Europa jest drugim co do wielkości rynkiem na świecie, ale rynek ten jest rozdrobniony. Nowe polityki, które mogłyby pomóc jej konkurować globalnie, często tracą na znaczeniu z powodu rozbieżnych interesów narodowych. Finansowanie kapitałowe i skłonność przedsiębiorców do podejmowania ryzyka wciąż są nieporównywalnie mniejsze w Europie niż za Atlantykiem.
A jednak jest nadzieja. Europa ogłosiła wprowadzenie dużych nakładów inwestycyjnych i zainicjowała strategiczne projekty, takie jak AI Alliance, dzięki którym ma wrócić do gry. Jest też pionierem nowych standardów w zakresie regulacji, ochrony danych i konkurencji. Czy tego rodzaju regulacje pobudzają, czy spowalniają gospodarkę danych, okaże się w przyszłości. Jednak w erze skandali dotyczących wykorzystania danych i niepewności konsumentów nie można wykluczyć, że ochrona danych według europejskich standardów może stać się cennym atutem tego trzeciego konia w technologicznym wyścigu.
W Polsce łącznie pracuje 747 tys. osób z ustalonym prawem do emerytury, a blisko 40 proc. z nich jest na etacie. W ciągu dwóch lat liczba pracujących emerytów wzrosła o 25 proc. Eksperci podkreślają, że osoby, które ukończyły wiek emerytalny (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn), mogą dorabiać bez obaw – ich świadczenie nie zostanie zmniejszone ani zawieszone. W przypadku młodszych emerytów istotna jest wysokość przychodów. Jeśli nie przekroczą one 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia, świadczenie jest wypłacane w pełnej wysokości.
– Osoba, która pobiera emeryturę, może dodatkowo pracować. Przepisy ustawy emerytalnej nie zabraniają wykonywania dodatkowej pracy. Jednak osoba, która nie ukończyła powszechnego wieku emerytalnego (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn), powinna powiadomić Zakład Ubezpieczeń Społecznych o tym, że zamierza podjąć dodatkową pracę i o wysokości przychodów. Będzie to potrzebne do rozliczenia się z ZUS – przypomina w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wiesława Lempska z Departamentu Świadczeń Emerytalno-Rentowych w Centrali ZUS.
Coraz więcej emerytów decyduje się na pracę zarobkową. Średnia wysokość emerytur to 1 845 zł w przypadku kobiet i 2 746 zł w przypadku mężczyzn. Z danych Zakładu Ubezpieczeń Społecznych wynika, że liczba emerytów, którzy podejmują pracę zarobkową, systematycznie rośnie. Na koniec 2016 roku było ich 595,9 tys., a w grudniu 2018 roku już 747,2 tys. Dodatkowe przychody emerytów mogą wpływać na wysokość wypłacanego świadczenia.
– Na zawieszenie bądź zmniejszenie wysokości pobieranej emerytury wpływa taki przychód, który podlega obowiązkowo składkom na ubezpieczenia społeczne, między innymi z tytułu wykonywania pracy na podstawie umowy o pracę, umowy o pracę nakładczą, umowy-zlecenia, umowy agencyjnej. Jeżeli prowadzimy własną firmę, to uzyskiwanie takiego przychodu również może wpływać na wysokość naszej emerytury – mówi Wiesława Lempska.
Jeśli przychody nie przekraczają 70 proc. przeciętnego wynagrodzenia (od 1 marca do 31 maja 2019 roku – 3 404,70 zł), świadczenie nie zostanie zmniejszone. Jeśli są wyższe, ale niższe niż 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia (od 1 marca do 31 maja – 6 322,90 zł), emerytura będzie zmniejszona. Tym, którzy zarabiają ponad 130 proc. przeciętnego wynagrodzenia, emerytury zostaną zawieszone. Nie wszyscy emeryci muszą jednak pamiętać o limitach.
– ZUS nie zawiesi ani nie zmniejszy emerytury przyznawanej w powszechnym wieku emerytalnym, a mianowicie w wieku od 60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn. Nie zawiesimy ani nie zmniejszymy też takiego świadczenia jak emerytura częściowa – wymienia Wiesława Lempska.
Dłuższa aktywność zawodowa przekłada się na wyższe świadczenie. Z badania IBRiS przeprowadzonego na zlecenie Nationale-Nederlanden wynika, że 40 proc. Polaków zamierza podjąć dodatkową pracę na emeryturze. Dłuższa aktywność zawodowa to także lepsze samopoczucie.
– Wiele osób sądzi, że to jest jakiś element szczęścia: osiągnąłem wiek emerytalny, więc nie muszę pracować – całe życie jest konstytuowane wokół pracy, realizacji zadań społecznych i jest to ogromnie źle przyjmowane. Jednak osoby, które nie pracują, częściej chorują, zapadają na różnego rodzaju dysfunkcje społeczne, zdrowotne. Praca – ale tylko taka, która nie przekracza możliwości – jest niezwykle istotnym elementem życia – przekonuje Andrzej Tucholski, psycholog.
Osoby starsze, które pozostają aktywne zawodowo, to ratunek dla rynku pracy. W wielu branżach brakuje specjalistów i osób z wykształceniem zawodowym.
– Uzupełnienie braków na rynku pracy osobami, które mają status emeryta, jest bardzo dobrym pomysłem. Największym dobrem każdego społeczeństwa są dobrze wyedukowani i doświadczeni ludzie. Do tej pory nie było takiej tradycji w Polsce, żeby w oparciu o tę potężną grupę osób uzupełniać braki w szczególnie trudnych zawodach. Osoba, która wypracowała sobie emeryturę, ma bezpieczeństwo finansowe i zupełnie inny komfort poświęcenia części swojego wolnego czasu na pracę – ocenia Andrzej Tucholski.
W Polsce jest blisko 2,3 mln mikrofirm, z czego 2/3 to samozatrudnieni przedsiębiorcy. Jako główną barierę dla prowadzonej działalności wskazują m.in. rosnące koszty pracy i wysokie podatki – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Mikroprzedsiębiorcy nie różnią się pod tym względem znacząco od innych firm – ocenia wiceminister Marek Niedużak. Jak podkreśla, resort przedsiębiorczości wprowadził szereg zmian poprawiających otoczenie regulacyjne przedsiębiorstw, a w kolejce są następne, z których najważniejszy jest projekt ustawy ograniczającej zatory płatnicze. Wyzwaniem pozostaje stymulowanie inwestycji i innowacyjności mikroprzedsiębiorców.
Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Mikrofirmy pod lupą”, blisko połowa (47 proc.) mikroprzedsiębiorstw ocenia swoją sytuację finansową jako dobrą lub bardzo dobrą, a 80 proc. z nich nie miało problemów z regulacją swoich zobowiązań w ciągu ostatniego roku. Wiele z nich skarży się jednak na duże obciążenia.
– Wiele barier dla rozwoju, które sygnalizują mikroprzedsiębiorcy, pokrywa się z tymi wskazywanymi przez inne firmy. To m.in. problem ze znalezieniem pracowników, kosztami pracy. Kolejne obciążenie, które wymieniają, to wysokość podatków. To stały element, na który wskazują również więksi przedsiębiorcy i z którym, biorąc pod uwagę efektywną stawkę opodatkowania w Polsce, która oscyluje w okolicach 9 proc. dla PIT, wydaje się, że można dyskutować – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.
Podkreśla, że wiele wprowadzonych i zaproponowanych zmian w otoczeniu regulacyjnym firm koncentrowało się właśnie na segmencie tych najmniejszych podmiotów.
– Warto wspomnieć chociażby o rozwiązaniu, które jest mocno wycelowane w niewielkie, rodzinne firmy, polegającym na możliwości uznania za koszt podatkowy wynagrodzenia zatrudnianego współmałżonka. Taka możliwość weszła w życie z początkiem tego roku w ramach Pakietu MŚP – mówi Marek Niedużak.
Jak ocenia, na plus zdecydowanie należy zaliczyć Konstytucję Biznesu, czyli pakiet pięciu ustaw mających ułatwić przedsiębiorcom prowadzenie działalności oraz wzmocnić zaufanie biznesu do administracji i odwrotnie. Pakiet, który zaczął obowiązywać w kwietniu ubiegłego roku, wprowadził m.in. zasadę „co nie jest prawem zabronione, jest dozwolone”, ulgę na start dla początkujących przedsiębiorców (zwolnienia ze składek na ubezpieczenie społeczne przez pierwsze pół roku prowadzenia działalności gospodarczej) oraz instytucję Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.
– Na etapie prac komitetów rządowych jest obecnie projekt ustawy antyzatorowej. To zbiór rozwiązań z różnych dziedzin prawa, które spina wspólny cel – ograniczenie zatorów płatniczych. Są w nim zawarte zarówno nowe narzędzia dla wierzycieli skierowane przeciwko niepłacącym dłużnikom, rozwiązania z dziedziny prawa podatkowego, takie jak ulga na złe długi, jak i zupełnie nowe narzędzia służące mocniejszej interwencji ze strony państwa. To np. kompetencje dla prezesa UOKiK do prowadzenia postępowań wobec największych firm, które generują zatory i wymierzenie im kar administracyjnych –wyjaśnia Marek Niedużak.
Jak informuje, projekt ustawy ograniczającej zatory płatnicze powinien trafić do Sejmu wiosną. Nieterminowe płatności to jedna z największych bolączek polskich przedsiębiorstw, zwłaszcza małych i średnich. Z danych BIG InfoMonitor wynika, że w IV kwartale ub.r. odsetek firm, których kontrahenci opóźniają płatności powyżej 60 dni, sięgnął 54 proc. i był najwyższy od dwóch lat. Nowe przepisy autorstwa MPiT zakładają, że nierzetelnych płatników ma karać UOKiK, któremu w namierzaniu takich podmiotów pomoże skarbówka.
Zatory płatnicze ograniczają skłonność firm do inwestowania. Z badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego wynika, że jest to pięta achillesowa polskich mikrofirm – 1/3 takich przedsiębiorstw nie prowadzi ani nie planuje żadnych inwestycji. Z drugiej strony, tylko 1/5 mikroprzedsiębiorców uważa się za bardziej innowacyjnych od swoich konkurentów. Największą barierą we wprowadzaniu innowacji są dla nich wysokie koszty, słabe wsparcie innowacyjności przez państwo oraz trudności w pozyskaniu zewnętrznych środków finansowych.
Wiceminister Marek Niedużak ocenia, że częściowym rozwiązaniem tego problemu są preferencje podatkowe dla innowacji i działalności badawczo-rozwojowej, w tym wprowadzona z początkiem roku tzw. ulga IP Box, czyli preferencja podatkowa w zakresie podatku dochodowego dla firm, które generują dochód poprzez sprzedaż czy wprowadzanie na rynek tzw. kwalifikowanej własności intelektualnej.
– Nie można też pominąć roli funduszy unijnych, które wspierają nowatorskie rozwiązania, oraz instytucji rozwoju takich jak PFR, który inwestuje i pomaga innowacyjnym firmom, czy BGK. Nie ma jednego konkretnego działania, które spowoduje, że jak za dotknięciem magicznej różdżki polska gospodarka pod względem innowacyjności dorówna amerykańskiej czy izraelskiej. Jednak stworzyliśmy polski ekosystem dla innowacji, który systematycznie uzupełniamy o różnorodne rozwiązania. Jesteśmy na dobrej drodze do transformacji naszej gospodarki w kierunku coraz większej innowacyjności – mówi Marek Niedużak.
Co roku, w porozumieniu z Ministerstwem Sportu i Turystyki, spółka KGHM Polska Miedź wyłoni 20 stypendystów spośród najbardziej utalentowanych polskich sportowców. Każdy z nich otrzyma wsparcie finansowe w wysokości 50 tys. zł rocznie. Pierwsi laureaci programu Miedziane Rywalizacje zostali przedstawieni w tym tygodniu. Dodatkowe środki zapewnią im spokój i wsparcie w trakcie przygotowań do igrzysk w Tokio i Pekinie w 2020 i 2022 roku.
– To jest projekt unikatowy. Dodatkowe wsparcie, żeby nasi młodzi zawodnicy, reprezentanci, mieli komfort przygotowań w drodze do igrzysk olimpijskich w Tokio i Pekinie. Oprócz środków, które płyną z Ministerstwa Sportu i Turystyki do związków sportowych na ich przygotowania, ważny jest też indywidualny sponsoring. Sportowcy sami decydują, na co mogą przeznaczyć te środki: na rozwój swoich karier, opiekę medyczną czy edukację, tak aby mieli komfort finansowy w trakcie swoich przygotowań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Bańka, minister sportu i turystyki.
Program Miedziane Rywalizacje, prowadzony w porozumieniu z Ministerstwem Sportu i Turystyki, ma wspierać utalentowanych polskich sportowców, przyczyniając się do osiągania sukcesów.
– Ministerstwo Sportu i Turystyki przygotowało listę sportowców, którzy nie są w programie Team 100 i których my rekomendujemy spółkom Skarbu Państwa. Spośród nich spółki wybierają osoby, które będą sponsorować. Tak też było w przypadku KGHM Polska Miedź – wyjaśnia Witold Bańka.
– Łączny budżet przeznaczony na ten cel to 1 mln zł. Stypendia dadzą sportowcom możliwość spokojnego przygotowania się przed letnią olimpiadą w Tokio w 2020 roku – mówi Marcin Chludziński, prezes zarządu KGHM Polska Miedź. – Mamy wioślarzy, strzelców sportowych, ciężarowców, tenisistów. To są sportowcy, którzy ciężko pracują i dzielnie walczą w sportach indywidualnych, dając nam duże nadzieje. Chcemy im pomóc w dostarczaniu nam satysfakcji z wygranych na olimpiadach, mistrzostwach świata i Europy. Stąd nasza inwestycja w tych sportowców.
W tym tygodniu spółka KGHM przedstawiła pierwszych stypendystów programu Miedziane Rywalizacje. Zostali nimi: Tomasz Bartnik (strzelectwo), Damian Bieniek (kolarstwo), Mateusz Biskup (wioślarstwo), Klaudia Breś (strzelectwo), Monika Chabel (wioślarstwo), Natalia Czerwonka (łyżwiarstwo szybkie), Paweł Czyżyk (boks), Joanna Dittmann (wioślarstwo), Radosław Kawęcki (pływanie), Wiesław Kiwacki (sporty siłowe), Kacper Kłos (podnoszenie ciężarów), Kacper Kulpa (tenis), Arkadiusz Michalski (podnoszenie ciężarów), Aleksandra Mierzejewska (podnoszenie ciężarów), Jakub Murias (kolarstwo), Daniel Romańczuk (strzelectwo), Adrian Tekliński (kolarstwo), Ewa Trzebińska (szermierka), Wiktor Woźny (pływanie) oraz Mirosław Ziętarski (wioślarstwo).
15 zawodniczek i zawodników z indywidualnymi kontraktami pochodzi z listy rekomendowanej przez Ministerstwo Sportu i Turystyki. Pozostała piątka została wybrana spośród sportowców z Zagłębia Miedziowego.
– Udział w tym programie bardzo pomoże mi w przyszłości. Teraz wchodzę na pomost ze spokojem w głowie, nie muszę się martwić o kwestie finansowe. To nie jest tak, że my, sportowcy, jesteśmy cały czas na kadrze i nie płacimy rachunków. Płacimy je tak samo jak wszyscy, a nie możemy pogodzić pracy z wyczynowym trenowaniem, bo tego sport nie lubi – mówi Aleksandra Mierzejewska, sztangistka, zawodniczka Legii Warszawa.
– Program stypendialny to docenienie wyników i wysiłku zawodników oraz wiara w ich przyszłe sukcesy, które dzięki tym pieniądzom mogą być jeszcze większe – dodaje Adrian Tekliński, reprezentujący kolarstwo torowe. – W środowisku kolarskim ostatnimi czasy nie działo się zbyt dobrze, więc te problemy z płynnością finansową związku też dotykały bezpośrednio nas, zawodników. Taki program daje nam możliwość, żebyśmy byli trochę bardziej niezależni i mogli realizować program przygotowań, który sobie wyznaczmy.
Jak podkreśla prezes KGHM Polska Miedź, Miedziane Rywalizacje to program stypendialny skierowany w szczególności do sportowców, którzy reprezentują konkretne wartości. Podstawą do otrzymania stypendium są wzorowe osiągnięcia sportowe i zorientowanie na coraz lepsze wyniki.
– Zarówno w biznesie, w życiu osobistym, jak i w sporcie ważne są takie wartości, jak zdolność do uczciwej rywalizacji, ambicja, pracowitość, praca zespołowa, odwaga. Te cechy są istotne także dla nas. Dzięki temu, że mamy odważnych i pracowitych ludzi, generujemy dobre wyniki finansowe i jesteśmy w stanie się tym dzielić – mówi Marcin Chludziński.
Program jest częścią długofalowych działań CSR spółki.
– KGHM działa i generuje zyski na Dolnym Śląsku. Część tych zysków inwestujemy w społeczną odpowiedzialność biznesu, sponsoring, społeczność lokalną czy wydarzenia ogólnopolskie. Jednym z obszarów, na które kładziemy nacisk w kontekście naszej działalności sponsoringowej, jest właśnie sport. Ta inwestycja się spłaca, bo jeśli nasi sportowcy wygrywają, wszyscy jesteśmy zadowoleni z efektów – mówi prezes zarządu KGHM Polska Miedź.
Pacjenci coraz częściej są włączani do debaty na temat sytuacji pacjentów onkologicznych, a także procedur i dostępu do leczenia – to efekt aktywnego działania organizacji pacjenckich przez ostatnią dekadę. Ich doświadczenie w chorobie ma kluczowe znaczenie dla usprawniania procesu diagnostyki i terapii. Wyzwań na następną dekadę nie brakuje – wśród nich są niedobory specjalistów i środków finansowych czy brak refundacji nowoczesnych terapii. Eksperci podkreślają, że potrzebny jest także plan dla onkologii, który kompleksowo zająłby się bolączkami tej dziedziny.
– My, pacjenci, nie jesteśmy ekspertami, chirurgami, radiologami czy prawnikami, ale mamy bogate doświadczenie oddolne, które pokazuje, jaką ścieżkę musi przejść pacjent, który zostaje zdiagnozowany. Bez koordynatora on się w tym systemie trochę gubi – mówi agencji Newseria Biznes Krystyna Wechmann, prezes Polskiej Koalicji Pacjentów Onkologicznych.
Jak podkreśla, pacjenci są obecnie świetnie wyedukowani i coraz bardziej świadomi, dlatego powinni być szerzej włączeni zarówno w proces leczenia, jak i w proces podejmowania decyzji dotyczących funkcjonowania systemu ochrony zdrowia.
– Najwyższy już czas, żeby być partnerem. Wypracowanie relacji pacjent–lekarz trwało jakiś czas, ale szybciej niż relacji pacjent–decydent. W tej dekadzie został poczyniony krok milowy, a zaczęło się od pakietu onkologicznego. Dla nas wypracowanie szybkiej ścieżki to sukces nie do przecenienia. W ostatnim czasie zostaliśmy przydzieleni m.in. do Krajowej Rady ds. Onkologii i powołani przez ministra do kampanii „Wspólnie dla zdrowia” – mówi Krystyna Wechmann. – Dążymy do modelu holenderskiego, gdzie liderzy organizacji pacjenckich wspólnie z profesjonalistami wypracowują stanowisko, które wspólnie przedstawiają politykom, decydentom. To pozwala zdecydowanie przyspieszyć pewne decyzje.
Krajowy Rejestr Nowotworów podaje, że każdego roku w Polsce diagnozę nowotworową słyszy około 160 tys. pacjentów, z których 100–110 tys. umiera. Nowotwory złośliwe stanowią drugą, najczęstszą przyczynę zgonów w Polsce, zaraz po chorobach układu krążenia. Do 2025 roku zachorowalność na choroby onkologiczne wzrośnie o ponad 25 proc., a nowotwory staną się wówczas główną przyczyną zgonów w Polsce.
W Polsce skuteczność leczenia onkologicznego jest gorsza niż w większości pozostałych krajów UE. Uśredniony pięcioletni odsetek przeżyć wśród pacjentów chorych na nowotwór wynosi ok. 43 proc. i jest niższy niż w krajach zachodnioeuropejskich. Z drugiej strony dzięki nowoczesnym terapiom dzisiaj wiele typów nowotworów staje się chorobami przewlekłymi. Przykładem jest szpiczak plazmocytowy (w ostatnich latach na świecie zarejestrowano sześć nowych leków ratujących życie chorych z nawracającym szpiczakiem) czy rak piersi, który w 85 proc. przypadków jest dziś uleczalny.
Lekarze podkreślają, że polska onkologia boryka się z wieloma problemami – od niedofinansowania i mało efektywnego wykorzystania środków po braki kadrowe i sprzętowe. Efektem jest m.in. multiplikowanie świadczeń, nieodpowiednie leczenie powodujące wzrost powikłań lub przedwczesne zgony, co pociąga za sobą ogromne koszty dla budżetu państwa. Brak kompleksowej, koordynowanej opieki onkologicznej oznacza wzrost kosztów pośrednich chorób nowotworowych, takich jak renty i zasiłki dla osób, które nie mogą wrócić do normalnego życia zawodowego i społecznego.
– Potrzebny jest tzw. cancer plan, czyli strategiczny plan leczenia chorób nowotworowych. Kraje, które takie plany stworzyły, odniosły na tym polu sukces. Tam współczynniki umieralności obniżyły się, chociaż zapadalność na nowotwory rośnie, ale przed tym nie jesteśmy w stanie uciec – mówi prof. Tadeusz Pieńkowski, onkolog z Centralnego Klinicznego Szpitala MSWiA w Warszawie. – Takie krajowe cancer plany zapewniają finansowanie w horyzoncie czasowym 10–20 lat, a organizacja, która tymi pieniędzmi dysponuje, jest umocowana na poziomie rządowym bądź parlamentarnym, bo zwalczanie nowotworów to dużo więcej niż medycyna naprawcza. W Polsce powinien być podobny model. Prezydent zapowiedział powstanie takiego planu i należy trzymać kciuki, żeby to się udało.
Prof. Wiesław Jędrzejczak z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zaznacza, że w ostatnich latach doszło do ogromnego postępu w leczeniu nowotworów. Stale pojawiają się nowe leki, cząsteczki i badania kliniczne potwierdzające ich skuteczność, zmieniają się standardy leczenia. Jedną z najpilniejszych potrzeb w polskiej onkologii jest dostęp do tych nowych terapii.
– W ciągu ostatnich 10 lat możliwości leczenia u pacjentów z nowotworami krwi uległy znacznej poprawie. Wprowadzono szereg nowych leków niemal w każdej jednostce chorobowej, co spowodowało, że chorzy żyją dłużej. Z drugiej strony doszło do upowszechnienia przeszczepienia szpiku. W zeszłym roku w Polsce wykonano ponad 1,7 tys. tego typu zabiegów – mówi prof. Wiesław Jędrzejczak.
Według danych NIK, do 70 proc. leków występujących w standardach europejskich polscy pacjenci nie mają dostępu lub jest on znacznie ograniczony. Spośród 19 nowotworów, które są najczęstszą przyczyną śmierci, tylko w jednym przypadku (rak jajnika) pacjenci mogą mieć pewność, że ich leczenie będzie zgodne z aktualną wiedzą medyczną. W 2017 roku ponad połowa z 94 nowoczesnych leków onkologicznych zarejestrowanych w Europie nie była dostępna w Polsce.
– Trudno zrozumieć, dlaczego nowe leki są nierefundowane w Polsce, natomiast są refundowane w Czechach, na Węgrzech, w Bułgarii czy Rumunii, nie mówiąc już o krajach dawnej Unii, do których aspirujemy. Potrzebne jest odpowiednie finansowanie i włączenie w opiekę nad chorymi ośrodków akademickich, uczelni. Tam kształci się lekarzy, a bez większej liczby specjalistów to wszystko nie będzie działało – dodaje prof. Tadeusz Pieńkowski.
Polska Koalicja Pacjentów Onkologicznych po raz 8. zorganizowała w tym roku publiczną debatę dotyczącą sytuacji pacjentów onkologicznych w systemie ochrony zdrowia. Forum Pacjentów Onkologicznych odbyło się w Warszawie 21 marca 2019, gdzie eksperci, pacjenci i politycy dyskutowali o najważniejszych wyzwaniach i problemach związanych z chorobami nowotworowymi.
Mniej niż połowa polskich rodziców dzieci w wieku 5–14 lat rozmawia z nimi o finansach czy oszczędzaniu. Mimo że właściwa edukacja finansowa od najmłodszych lat ma duży wpływ na sytuację ekonomiczną w dorosłym życiu, większość rodziców ogranicza się do zachęcania dziecka, żeby odkładało pieniądze do skarbonki. Często też popełniają przy tym błędy: 16 proc. płaci dzieciom za dobre oceny w szkole, a prawie co piąty – za pomoc w domowych obowiązkach – wynika z badań Santander Bank Polska. Edukacyjny projekt banku Finansiaki ma przybliżyć przyjemne, a przy tym skuteczne metody wprowadzania dzieci w świat pieniędzy, niezależnie od wieku.
– Powinniśmy dawać dziecku regularne kieszonkowe, niezależnie od tego, jakie są jego osiągnięcia w szkole i czy pościeliło swoje łóżko czy nie. W zależności od wieku dziecka pieniądze powinny być wypłacane co tydzień lub co miesiąc, ale regularnie, jak nasza pensja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agata Trzcińska, psycholog ekonomii z Uniwersytetu Warszawskiego. – Błędem często popełnianym przez rodziców jest niepodejmowanie rozmów na tematy finansowe w ogóle. Wielu rodziców stosuje strategię chronienia dzieci przed sprawami finansowymi. Nawet, kiedy dzieci zadają pytania, unikają tematu lub odpowiadają wymijająco.
Jak wynika z badania SW Research na zlecenie Santander Bank Polska, mniej niż połowa (47 proc.) rodziców dzieci w wieku 5–14 lat rozmawia z nimi o finansach, oszczędzaniu i planowaniu zakupów. Psycholog podkreśla, że wielu rodziców traktuje ten temat jako pewne tabu, co jest dla dziecka negatywnym sygnałem. Zamiast postrzegać je jako narzędzie ułatwiające codzienne życie, może np. dojść do wniosku, że pieniądze są czymś złym, przykrym. Dlatego rodzice powinni rozmawiać z dziećmi o finansach swobodnie już od najmłodszych lat, ale dobierając przy tym słowa i przykłady, które są zrozumiałe i adekwatne do ich wieku.
– Pieniądze bywają tematem tabu, często sami nie wiemy, jak rozmawiać na tematy finansowe. Brakuje nam narzędzi, sami nie zawsze przeszliśmy taką edukację ekonomiczną w domu. Często odczuwamy silne emocje związane z finansami, np. niepokój o to, czy wystarczy do pierwszego. Dlatego intuicyjnie staramy się chronić dzieci przed takimi rzeczami, co wcale nie jest dobre, bo one widzą te emocje i zaczynają się w nich doszukiwać czegoś więcej – mówi dr Agata Trzcińska.
Psycholog podkreśla, że choć w badaniach PISA poziom wiedzy polskich nastolatków o finansach wypada całkiem dobrze, to od strony praktycznej sytuacja wygląda już dużo gorzej.
– Aż 47 proc. nastolatków w ogóle nie oszczędza pieniędzy, mimo że dostaje kieszonkowe bądź inne pieniądze od rodziców – mówi dr Agata Trzcińska.
Właściwa edukacja finansowa dziecka od najmłodszych lat ma duży wpływ na jego sytuację ekonomiczną w dorosłym życiu. Tymczasem większość rodziców ogranicza się do zachęcania dziecka do odkładania pieniędzy do skarbonki – robi tak niemal 63 proc. ankietowanych. Wśród najpopularniejszych metod wymieniane jest też dokładanie do odłożonych pieniędzy, żeby dziecko mogło kupić sobie wymarzoną rzecz – w ten sposób oszczędność nagradza 4 na 10 rodziców. Część wskazuje też, że pokazuje dziecku, jak rozsądnie robić codzienne zakupy czy korzystać z promocji.
– 9 na 10 Polaków twierdzi, że uczy swoje dzieci zarządzania finansami, ale z bliska sytuacja nie wygląda już tak różowo – mówi dr Agata Trzcińska. – Są rodzice, którzy edukują ekonomicznie swoje dzieci, ale często popełniają przy tym błędy, choć wydaje im się, że robią to dobrze. Przykładowo, płacą dzieciom za dobre oceny albo za dobre zachowanie. I to jest podstawowy błąd, którego nie powinniśmy popełniać – dobre zachowanie czy sprzątanie w domu to obowiązek, za który nie powinniśmy wynagradzać dzieci pieniędzmi.
Jak wynika z badań Santandera, 15 proc. nie pozwala dzieciom wydawać kieszonkowego na zachcianki, choć psychologowie wskazują, że dziecko powinno móc swobodnie dysponować swoim kieszonkowym w ramach określonych wcześniej zasad, aby nauczyć się odpowiedzialnie i mądrze zarządzać pieniędzmi.
– Edukacja finansowa dzieci jest bardzo ważna, szczególnie w wieku szkolnym, kiedy dzieciaki zaczynają dostawać własne pieniądze. Babcia coś da, dziadek coś dorzuci albo pojawia się temat kieszonkowego, bo kolega czy koleżanka dostaje. Pytanie, co zrobić, żeby to kieszonkowe nie rozeszło się w pół godziny i jak nauczyć dziecko odkładać i inwestować pieniądze – mówi Karolina Malinowska, modelka, mama trójki dzieci. – Rozmowy z dziećmi o pieniądzach nie przychodzą dorosłym łatwo, bo my mamy wrażenie, że to są trudne tematy albo że powinniśmy używać profesjonalnego, ekonomicznego języka.
Aby ułatwić rodzicom i nauczycielom naukę finansów, Santander Bank Polska stworzył projekt edukacyjny Finansiaki, który ma przybliżyć rodzicom i nauczycielom przyjemne, a przy tym skuteczne metody wprowadzania dzieci w świat pieniędzy, niezależnie od wieku.
– Projekt, którego osią jest portal Finansiaki.pl, jest skierowany do rodziców i nauczycieli dzieci w wieku od 3 do 14 roku życia. Część dla rodziców ma formę przystępnych artykułów blogowych, natomiast część dla nauczycieli jest przygotowana w formie scenariuszy lekcji dla dzieci już w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym – mówi Katarzyna Teter, menadżer ds. społecznej odpowiedzialności biznesu w Santander Bank Polska.
Jak podkreśla, do tej pory brakowało takiego narzędzia – skierowanego zarówno do rodziców, jak i nauczycieli – które gromadziłoby wszystkie informacje i porady dotyczące edukacji finansowej najmłodszych, podane w prosty i przystępny sposób.
– Na portalu Finansiaki.pl rodzice mogą przeczytać porady dotyczące tego, jak wplatać edukację finansową w codzienne życie rodziny. Dowiedzą się, jak edukować dzieci podczas zakupów, w jakim wieku należy dawać dzieciom kieszonkowe i jakich błędów przy tym nie należy popełniać. Mamy nadzieję, że dzięki portalowi Finansiaki.pl również rodzice będą mogli poprawić swoją wiedzę na temat finansów, zmienić pewne nawyki na lepsze – mówi Katarzyna Teter. – Z kolei nauczyciele znajdą na portalu proste scenariusze lekcji, które można przeprowadzić z pomocą smartfona, tabletu czy laptopa albo po prostu wydrukować. Nie trzeba mieć w tym celu specjalistycznej wiedzy finansowej ani specjalistycznego przygotowania.
Na portalu Finansiaki.pl dostępnych jest kilkadziesiąt materiałów do nauki zarządzania pieniędzmi: gry planszowe, opowiadania, quizy, animacje czy grafiki. Można je filtrować w zależności od tego, czy chce korzystać z nich rodzic, nauczyciel czy dziecko oraz w zależności od jego wieku. Są także artykuły blogowe dla rodziców i gotowe do użycia scenariusze lekcji dla pedagogów (opracowane zgodnie z podstawą programową), które wystarczy wydrukować i przy ich pomocy prowadzić zajęcia.
– Edukacja finansowa musi być przystępna, kolorowa i podana w fajny sposób, żeby nie była dla dzieci stresująca. Tutaj i trzylatek, i czternastolatek znajdą dla siebie treści edukacyjne – mówi Karolina Malinowska. – Myślę, że w dzisiejszym świecie, w którym co chwila jesteśmy atakowani różnymi ofertami pożyczek czy lokat, edukowanie dzieciaków na etapie przedszkolnym i wczesnoszkolnym jest szalenie ważne. Portal Finansiaki.pl daje nam, rodzicom, wszelkie narzędzia do tego, żebyśmy mogli wkładać naszym milusińskim do głów tę mikrowiedzę ekonomiczną.
Dynamiczny rozwój branży internetu przyczynił się do powstania innowacyjnych rozwiązań w zakresie automatyki przemysłowej. Wdrożenie idei stojących za czwartą rewolucją przemysłową zmieni priorytety rządzące procesami produkcyjnymi, wysuwając na pierwsze miejsce potrzeby człowieka – zarówno po stronie klienta, jak i dostawcy usług. Inteligentne technologie poprawią bezpieczeństwo pracowników, ułatwią im wykonywanie najbardziej wymagających czynności i ułatwią przystosowanie produktów do indywidualnych potrzeb konkretnego producenta. W Polsce założenia przemysłu 4.0 są aktualnie wdrażane.
– Rynek polski w zakresie wprowadzania idei przemysłu 4.0, zwłaszcza na poziomie małych i średnich przedsiębiorstw, niewiele odbiega od innych rynków. Tam też jest problem z przełamaniem zasad organizacyjnych. Podejście prawne czy formalne do zorganizowania nowych ram legislacyjnych dla funkcjonowania przemysłu 4.0 jest wszędzie problemem. Nie jesteśmy absolutnie w tym momencie outsiderami, jeśli chodzi o wdrażanie przemysłu 4.0 – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrzej Soldaty, lider projektu Platforma Przemysłu Przyszłości w Ministerstwie Przedsiębiorczości i Technologii.
Upowszechnienie się rozwiązań stojących za ideą przemysłu 4.0 diametralnie odmieni sposób funkcjonowania całej branży przemysłowej – z jednej strony zautomatyzuje zadania o charakterze powtarzalnym, z drugiej zaś pozwoli spersonalizować procesy przemysłowe. Autonomiczne roboty już dziś cieszą się dużą popularnością na polskim rynku. Dobrym przykładem urzeczywistniania założeń przemysłu 4.0 jest krakowska firma Astor, która zajmuje się produkcją inteligentnych maszyn transportowych na potrzeby fabryk czy inteligentnych magazynów.
Mercedes-Benz natomiast planuje zbudować w Jaworznie fabrykę, która na każdym kroku będzie wspomagała pracowników rozwiązaniami z branży IoT. Koncern w procesie szkoleniowym wykorzysta gogle wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, zbuduje stanowiska pracy dostosowujące się do wymiarów pracownika oraz wykorzysta coboty, czyli maszyny zaprojektowane do harmonijnej współpracy z człowiekiem. Wszystko to ma się przełożyć na zwiększenie efektywności oraz poprawę warunków pracy.
– Stopień zaawansowania technologii w polskich przedsiębiorstwach jest wysoki. W większości przedsiębiorstw krajowych występują elementy technologii związanych z przemysłem 4.0. Czy to druk 3D, czy przetwarzanie danych, czy wykorzystanie wirtualnej albo rozszerzonej rzeczywistości, to się spotyka coraz powszechniej. Ale stworzenie modelu biznesowego, nowej organizacji, nowej architektury produktu, gdzie zamiast produktów fizycznych mówimy np. o serwisach, to już jest przyszłość, do której dążymy – przekonuje ekspert.
Aby ułatwić wdrożenie rozwiązań z zakresu przemysłu 4.0, Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii powołało do życia Fundację Platforma Przemysłu Przyszłości. Jej celem ma być promowanie innowacyjnych technologii przemysłowych, sprawowanie nad nimi nadzoru prawno-regulacyjnego oraz prowadzenie szkoleń biznesowych. Fundacja wpisuje się w założenia programu Digital Europe powołanego przez Komisję Europejską w celu zapewnienia równomiernego rozwoju w zakresie przemysłu 4.0 w krajach unijnych.
Podobne programy realizowane są także w Stanach Zjednoczonych. W marcu powstał program The Factory in a Box (FIAB), pozwalający budować modułowe fabryki. Każdy z modułów wyposażono w inteligentne czujniki, które umożliwiają zdalne kontrolowanie maszyn z dowolnego miejsca na świecie. Zminiaturyzowane linie produkcyjne można zamontować w kontenerach i przewozić za pośrednictwem samochodów ciężarowych tam, gdzie aktualnie będą potrzebne, co pozwala wytwarzać produkty bliżej klienta docelowego.
– Efekty, jakie przynosi przemysł 4.0, to zwiększenie produktywności, która jest dla nas kluczowym wyzwaniem, lepsze wykorzystanie zasobów, uatrakcyjnienie pracy i postawienie człowieka w centrum uwagi, czyli stworzenie bardziej racjonalnych warunków pracy dla wykorzystania możliwości ludzkich. To niewątpliwie jest coś, co będzie tworzyło podstawy konkurencyjności przemysłu – twierdzi Andrzej Soldaty.
Upowszechnienie się inteligentnych maszyn może się przyczynić do zmniejszenia bezrobocia. Autonomiczne maszyny przejmą co prawda najcięższe zadania takie jak załadunek towarów, ale do ich obsługi trzeba będzie zatrudnić nowych pracowników. Zmieni się zatem struktura zatrudnienia, nowe maszyny odciążą człowieka i będą pracowały z nim w symbiozie.
Naukowcy z Saarland University opracowali inteligentne, ultralekkie i elastyczne rękawice z myślą o wykorzystaniu w fabrykach 4.0. Wyposażone w system czujników adaptacyjnych pozwolą pracownikom w sposób naturalny wykorzystywać wirtualną i rozszerzoną rzeczywistość podczas pracy w fabryce. Rękawice pozwolą kontrolować maszyny oraz procesy produkcyjne bez odchodzenia z miejsca pracy.
– Nowe technologie są elementem umożliwiającym wdrażanie idei przemysłu 4.0, ale sam przemysł 4.0 to nie jest technologia, to jest nowe spojrzenie na organizację produkcji, na modele biznesowe, na architekturę produktów. Technologie umożliwiają realizację tej nowej koncepcji – podkreśla Andrzej Soldaty.
Według firmy badawczej MarketsandMarkets wartość globalnego rynku przemysłu 4.0 do 2022 roku wzrośnie do 152 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 15 proc. w skali roku.
Transdermalne podawanie leków z użyciem plastrów naklejanych na ciało zapewnia optymalne uwalnianie leków stosowanych np. w leczeniu przewlekłego bólu. Przezskórnie mogą być jednak podawane również inne farmaceutyki, m.in. stosowane w leczeniu chorób onkologicznych. Przyszłością branży może być farmaceutyczna biżuteria – kolczyki, pierścionki czy bransoletki – oraz implanty, zapewniające przedłużone uwalnianie leku.
– Naszym głównym produktem, którym się obecnie zajmujemy, jest system transdermalny zwiększający biodostępność substancji czynnych. To przede wszystkim poprawa komfortu pacjenta w trakcie terapii. Przyjmujemy mnóstwo tabletek, czasami pacjenci przyjmują po kilkanaście, kilkadziesiąt tabletek w ciągu doby, a droga transdermalna jest drogą opcjonalną, ale ograniczającą działania niepożądane ze strony przewodu pokarmowego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Biernat, prezes start-upu Biotts.
Drogą transdermalną, czyli poprzez skórę, najczęściej podawane są silne leki przeciwbólowe, zwłaszcza te opioidowe. Preparaty o działaniu przeciwbólowym w doustnym podaniu bardzo często prowadzą do podrażnień właśnie przewodu pokarmowego. Podanie przezskórne stosowane jest jednak również w antykoncepcji hormonalnej czy leczeniu uzależnienia od tytoniu. Dla pacjentów jest to bardzo wygodna droga podania substancji czynnej.
– Plastry możemy stosować raz na tydzień, raz na dwa tygodnie, raz na miesiąc. Chcemy zaprojektować plaster, który będzie stosowany raz na kwartał. Mamy naprawdę zaawansowane plany – przekonuje Paweł Biernat.
Naukowcy z Georgia Institute of Technology idą o krok dalej i zamierzają transdermalną drogę podania substancji czynnej wykorzystać do opracowania antykoncepcyjnej biżuterii, wyposażonej w specjalne podkłady odpowiedzialne za dawkowanie leku. Lek podawany za pomocą kolczyków, pierścionków, bransoletek, a nawet zegarków mógłby być podawany w zasadzie niezauważalnie dla pacjenta. Wstępne testy z użyciem kolczyków zostały już przeprowadzone na szczurach.
Farmaceutyczna biżuteria mogłaby być wykorzystywana również do podawania innych substancji niż hormony. Tymczasem polscy naukowcy plastry transdermalne próbują adaptować do prowadzenia kolejnych rodzajów kuracji.
– W 2018 roku udało nam się pozyskać dofinansowanie od inwestorów zewnętrznych oraz z grantów na poziomie 3 mln zł i dzięki temu możemy przeprowadzić badania na trzech produktach. Pierwszy służy do regeneracji tkanek, drugi preparat to produkt znieczulający o przyspieszonym i przedłużonym działaniu znieczulającym. W projekcie jest też preparat stosowany w chorobach onkologicznych, natomiast ten projekt jest trudniejszy, jest on jeszcze w fazie laboratoryjnej – wymienia prezes Biotts.
Zaawansowane leki i leki biologiczne mają wyższą skuteczność przy mniejszej dawce leku, jednak muszą być wspierane przez zaawansowane systemy podawania leków, takie jak np. implanty. Mogą one potencjalnie zapewnić nieprzerwane leczenie i zmniejszenie dawki leku.
Proces przygotowania innowacji medycznych jest jednak żmudny i zwykle zajmuje bardzo dużo czasu, zanim opracowywany produkt trafia na rynek. Wprowadzenie nowego leku czy procedury medycznej trwa standardowo co najmniej kilka lat.
– Start-upy medyczne mają zdecydowanie trudniej niż start-upy z innych dziedzin, chociażby elektroniki bądź IT. Nasze badania, nasze projekty są obwarowane wieloma zależnościami regulacyjnymi, certyfikacją, spełnieniem wymogów urzędowych, już nie tylko polskich, lecz także europejskich, takich jak EMA, FDA, przez co nasze działania są bardzo praco- i czasochłonne – tłumaczy Paweł Biernat.
Z raportu opracowanego przez Research and Markets wynika, że do 2024 r. rynek zaawansowanych systemów dostarczania leków będzie rósł w średniorocznym tempie na poziomie 5 proc. Czynnikami napędzającymi ten rynek będą przede wszystkim: rozwój nowych leków i leków biologicznych, postępy w zrozumieniu ludzkiej biologii i chorób oraz zwiększone wydatki na badania i rozwój.
Brytyjscy posłowie wczoraj nie byli w stanie dojść do porozumienia w kwestii tego, jakiej chcą wersji Brexitu. Izba Gmin odrzuciła osiem scenariuszy, wszystkie które były poddane pod głosowanie.
W obecnej sytuacji kluczowe jest to, czy porozumienie wynegocjowane przez premier May zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament. Premier Wielkiej Brytanii zależy na tym tak bardzo, że ogłosiła, że – aby zyskać głosy m.in. niechętnej frakcji Torysów – poda się do dymisji przed kolejną fazą negocjacji, jeśli jej propozycja zostanie zaakceptowana. Ostatnim razem głosowanie zostało zablokowane przez spikera Izby Gmin, Johna Bercowa, który stwierdził, że Izba nie może ponownie głosować nad porozumieniem, którego forma nie jest istotnie różna od tej na której przyjęcie nie zgodzili się posłowie poprzednim razem. Jeśli głosowanie się nie odbędzie, premier May prawdopodobnie będzie musiała wnieść o ponowne wydłużenie procesu; w przypadku braku akceptacji jej porozumienia Wielka Brytania bowiem opuściłaby UE już 12 kwietnia.
Oprócz ciągłej obserwacji sytuacji w kwestii Brexitu, inwestorzy ponownie zainteresują się wojną handlową. Dziś bowiem rozpoczęła się kolejna, dwudniowa runda negocjacji między USA i Państwem Środka. Trudno stwierdzić w jakim punkcie negocjacje są obecnie. Źródła z Waszyngtonu donoszą, że rozmowy mogą zakończyć się w każdym momencie między kwietniem, a czerwcem.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Ostatnie kilka dni nie przyniosło zbyt wielu informacji ze strefy euro. W obecnej chwili najciekawszą w kontekście wspólnego bloku wydaje się być spora różnica między różnorakimi indeksami makro. I tak w marcu odnotowaliśmy wyraźną poprawę indeksów sentymentu ZEW i Ifo tak dla Niemiec, jak i dla strefy euro. Szczególnie zaskoczył indeks ZEW dla Niemiec dotyczący nastrojów ekonomicznych odnoszących się do przyszłości, który znalazł się na poziomie najwyższym od roku. Równocześnie, w tym samym miesiącu, odnotowaliśmy najniższy poziom indeksu aktywności niemieckiego przemysłu od sześciu lat. Rynek zdaje się skupiać na negatywnych sygnałach, co nakłada na euro dodatkową presję. W relacji do dolara amerykańskiego waluta zbliża się do najniższego poziomu od półtora roku, a to pomimo bardzo gołębiego zwrotu Fed z ostatnich tygodni, który nie sprzyja dolarowi. Od kilku dni również rentowności niemieckich 10-letnich obligacji rządowych pozostają poniżej zera. Są najniżej od 2016 roku, co wskazuje na obawy rynku przed głębszym tąpnięciem europejskich gospodarek i potwierdza, że w takiej sytuacji rynek nie przygotowuje się na żadne zacieśnianie polityki monetarnej ze strony EBC.
W kontekście owej polityki, cały czas warto jednak obserwować odczyty inflacyjne. Dziś po południu poznamy wstępne dane o inflacji CPI/HICP w Niemczech w marcu. Ewentualne pozytywne zaskoczenie raczej nie zmieni rynkowych nastrojów. Z kolei gorszy odczyt może jedynie je pogłębić.
GBP
Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,01-5,06. Brytyjska waluta pozostaje słaba również w relacji do głównych walut. Wszystkiemu winne zamieszanie w kontekście Brexitu. Obecnie wygląda na to, że walutę wesprzeć mogłyby jakiekolwiek konkretne informacje dotyczące dalszych kroków podejmowanych przez brytyjski rząd.
USD
Kurs USD/PLN w środę wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,80-3,82. Handel na USD nie charakteryzuje się ostatnio zbyt dużą zmiennością. Dolar konsekwentnie jednak zyskuje w relacji do słabszego euro kierując się w stronę poziomu 1,12. Środa nie przyniosła zbyt wielu informacji z USA. Można zwrócić uwagę jedynie na styczniowy deficyt w handlu USA, który okazał się nieco niższy od oczekiwań, deficytu zanotowanego w poprzednim miesiącu i deficytu w analogicznym miesiącu roku poprzedniego. Skala różnic (jak na te dane) nie była jednak zbyt duża, rynki na odczyty raczej nie reagowały.
Druga część dnia przyniesie całą masę przemówień członków FOMC. Poznamy również cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA. Inwestorzy skupią się jednak przede wszystkim na danych o dynamice PKB USA w IV kwartale ubiegłego roku oraz na wszelkich informacjach dotyczących negocjacji USA i Chin w kwestii handlu.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
11:00 – wskaźniki zaufania konsumentów i biznesu w strefie euro w marcu
12:15 – przemawia Randal Quarles z FOMC
13:30 – cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
13:30 – dynamika PKB w USA w IV kwartale 2018 r.
14:00 – wstępne dane o inflacji CPI/HICP w Niemczech w marcu
Według corocznego badania europejskiego rynku e-commerce, Barometr E-shopper 2018[1], coraz więcej e-nabywców decyduje się na zwrot zakupionych w Internecie przedmiotów. W 2018 roku na ten krok zdecydowało się 10 proc. europejskich konsumentów. Jest to wynik o 4 p.p. wyższy niż w roku 2017. 52 proc. respondentów uznało, że proces zwrotu był bezproblemowy.
Raport wykazał, że znaczenie zwrotów rośnie we wszystkich krajach i w każdej kategorii produktowej. Ogółem zwracanych jest przeciętnie jedno na dziesięć zamówień. Zwroty popularne są szczególnie w grupie konsumentów, którzy kupują w sieci regularnie. Z badań DPDgroup wynika, że około 16 proc. z nich zwracało kupiony ostatnio produkt. W grupie tzw. nowych nabywców, czyli tych konsumentów, którzy zaczęli kupować w Internecie nie wcześniej niż dwa lata temu, odsetek ten wynosi aż 21 proc.
– Konsumenci są coraz bardziej świadomi swoich praw i w związku z tym chętnie korzystają z możliwości odesłania zamówionego towaru bez podawania przyczyny. Dla e-sklepów zwroty powinny być okazją do interakcji z nabywcą i usprawnienia procesu w taki sposób, aby był on postrzegany jako łatwy i wygodny. Takie oczekiwanie formułują zwłaszcza nowi nabywcy. Trend polegający na popularyzacji zwrotów powinien być więc postrzegany przez e-sklepy jako szansa, a nie wyzwanie – mówi Rafał Nawłoka, prezes zarządu DPD Polska.
[1] [1] O badaniu Barometr E-shopper 2018
Ubiegłoroczne badanie Barometr E-shopper DPDgroup przeprowadziła firma Kantar TNS w dniach 30 maja – 12 lipca 2018 r. Badanie przeprowadzono online na próbie prawie 24,5 tys. internautów z 21 krajów europejskich: Austrii, Belgii, Chorwacji, Czech, Estonii, Francji, Niemiec, Węgier, Irlandii, Łotwy, Włoch, Litwy, Holandii, Polski, Portugalii, Rumunii, Słowacji, Słowenii, Hiszpanii, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii.
Badaniem objęto wyłącznie respondentów powyżej 18 roku życia, którzy od stycznia 2018 r. złożyli i otrzymali co najmniej jedno zamówienie online.
Po serii ośmiu głosowań w brytyjskiej Izbie Gmin oraz nie znalezieniu rozwiązania, premier Theresa May przedstawiła propozycję odejścia w zamian za poparcie. Finansowanie obietnic wyborczych w Polsce budzi coraz większe emocje.
May została złamana
W końcu doszło do tego co przewidywało wielu analityków. May przedstawiła propozycję odejścia ze stanowiska w zamian za poparcie warunków odejścia z Unii Europejskiej. Stało się to po tym jak Izba Gmin odrzuciła w głosowaniach wszystkie 8 sugestii co do rozwiązania problemu Brexitu. Problemem jest fakt, że wiele grup wierzy, że jest w stanie tak długo blokować decyzję aż ich wersja pozostanie na górze. Najbliżej było przegłosowania wersji w której w przyszłości dopiero wypracowane zostaną warunki Unii Celnej. Inwestorzy nie byli zadowoleni z przebiegu głosowań i decyzji Pani premier. Po tym jak tuż przed głosowaniami funt dotarł do 5,06 złotego w wyniku głosowań spadł o niemal 1% sięgając poniżej 5,02 złotego. W zależności od reakcji Izby Gmin powinniśmy obserwować dalsze ruchy funta.
Finansowanie obietnic
Po przedstawieniu tzw. “piątki Kaczyńskiego” jak określane są obecnie propozycje rozszerzenia programów socjalnych w mediach coraz częściej pojawia się temat źródeł finansowania. Bardzo cieszy to merytoryczne podejście do kwestii gwałtownie rosnących wydatków. W rządzie widać spore niepokoje. Z jednej strony niepotwierdzone plotki o dymisji minister finansów z drugiej strony kolejne zapewnienia wysokich urzędników o nieprzekraczalności 3% PKB przez deficyt budżetowy. Jest to bardzo ważny parametr, gdyż jego przekroczenie może się skończyć nałożeniem procedur nadmiernego deficytu przez Unię Europejską. Taki ruch z kolei były niekorzystny dla złotówki oraz dla budżetu, który najprawdopodobniej musiałby się wtedy kredytować drożej niż obecnie co w dalszej perspektywie dalej osłabiłoby złotego.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
13:00 – Czechy – decyzja Czeskiego Banku Narodowego w sprawie stóp procentowych,
13:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Przed nami kolejna fala podwyżek cen benzyny na stacjach paliwowych. Częściowo odpowiada za to blackout w Wenezueli, a częściowo powrót wyższych marż rafineryjnych spowodowanych sytuacją w USA. Na pocieszenie, tym razem podwyżki nie dotkną właścicieli diesli – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.
Na początku marca w Wenezueli przez kilka dni brakowało prądu. Bez energii elektrycznej wydobycie i eksport ropy naftowej z tego pogrążonego w kryzysie kraju było poważnie utrudnione. Gdy wydawało się, że największe problemy zostały zażegnane, Wenezuelę dotknęła druga fala ciemności. Czy jednak teraz wydarzenia w latynoamerykańskim państwie będą wpływać na ceny na polskich stacjach paliw?
Wenezuela bez elektryczności i internetu
Kolejne przerwy w dostawie prądu nawiedziły Wenezuelę w poniedziałek. Totalitarne władze w Caracas upierają się, że to działania zagranicznych przeciwników reżimu prezydenta Nicolasa Maduro. Prawda jest jednak zupełnie inna.
Przez lata elektrownie wodne, które dostarczają większość prądu w Wenezueli, nie były odpowiednio konserwowane. Brakowało zagranicznej waluty w skorumpowanym do granic możliwości kraju, a władze nie płaciły zagranicznym firmom mającym modernizować infrastrukturę energetyczną.
Od ostatniego blackoutu elektrownie i inne newralgiczne miejsca dla energetyki pilnowało nawet wojsko. To jednak nie zapobiegło kolejnej awarii, która praktycznie odcięła od dostaw prądu całe państwo. Bez prądu nie działało metro w Caracas ani sygnalizacja świetlna. Cały handel detaliczny praktycznie zamiera, gdyż przy wysokich temperaturach i wobec braku prądu szybko psuje się żywność i utrudnione są płatności elektroniczne.
Cierpi także transport drogowy, np. ze względu na trudności w nabyciu paliw (brak elektryczności i samego surowca), a pasażerowie lotniska w stolicy kraju oczekiwali na samoloty w ciemnościach. Ministerstwo Informacji z kolei donosiło, że do czwartku włącznie pracownicy części sektora publicznego i uczniowie mają wolne.
Brak zasilania utrudnia ludziom także dostęp do internetu. NetBlocks, który monitoruje ruch w sieci, pokazuje, że w Wenezueli połączenia praktycznie zamarły w ostatnich dniach. Dodatkowo władze, gdy zauważają niepokojącą ilość antyrządowych informacji, blokują dostęp do serwisów społecznościowych i wyszukiwarek.
Kraj umiera w przenośni i dosłownie
Poza tymi niedogodnościami, które są dotkliwe dla społeczeństwa, dochodzi do naprawdę dramatycznych scen. Szpitale, które chociaż mają awaryjne systemy zasilania, od lat były niedofinansowane. Część z nich musiała działać bez prądu. Sieć obiegły materiały wideo o przeprowadzonych operacjach przy świetle z latarek smartfonów.
Bez prądu nie ma także wody w wielu miejscach kraju. Placówki służby zdrowia nie radzą więc sobie z podstawowymi czynnościami, a ludzie na oddziałach szpitalnych dosłownie umierają ze względu na brak leków, środków czystości czy personelu. Znaczna część z lekarzy pochodziła z Kuby i opuścili oni Wenezuelę.
Rynek ropy już wycenił problemy Wenezueli
Humanitarny kryzys Wenezueli dotyczy również globalnej podaży ropy naftowej. Wydobycie surowca z Boliwariańskiej Republiki dramatyczne spadało praktycznie przez wszystkie miesiące ostatnich trzech lat.
Jeszcze w lutym 2016 r. wydobywano w tym kraju 2,3 mln baryłek ropy dziennie (b/d). Na początku tego roku było to 1,2 mln b/d, a w lutym ledwie 1,07 mln. Agencja Bloomberg szacowała, że w kilka dni po pierwszym blackoucie mimo przywrócenia dostaw prądu produkcja ropy w Wenezueli wyniosła tylko 600 tys. b/d.
W rezultacie w marcu ropa podrożała już o ok. 5 proc., a od początku roku o ok. 30 proc. Według doniesień Bloomberga to może być najlepszy kwartał dla tego surowca od 17 lat. Wydaje się jednak, że wzrosty w znacznym stopniu uwzględniają już większość problemów Wenezueli.
Udział południowoamerykańskiego państwa w globalnej podaży ropy naftowej sukcesywnie spada. Gdyby nawet produkcja w Wenezueli zupełnie ustała, nie powinno to w istotny sposób pchać cen w górę. Zwłaszcza że np. w USA wydobycie rośnie bardzo mocno w porównaniu z ubiegłym rokiem (ok. 1,7 mln b/d), a zapasy ropy w Stanach Zjednoczonych według EIA wzrosły o ostatnim badanym tygodniu.
Powodzie i pożary w USA
Chociaż ceny ropy prawdopodobnie już nie będą wyraźnie rosły, to jednak równie ważnym elementem jest fakt, że ostatnio dramatycznie wzrosła marża rafinerii wynikająca z przerobu ropy na paliwa (crack spread). Jeszcze na początku lutego w przypadku benzyny była on na najniższym poziomie w USA od prawie 10 lat i wynosiła na baryłce ropy ledwie 5 dolarów. To dzięki temu benzyna globalnie była stosunkowo tania w porównaniu do cen ropy naftowej i np. diesla. Odczuwalne to także było w Polsce.
Teraz crack spread wzrósł do 20 dolarów na baryłce i przekracza o kilka dolarów wieloletnią średnią. Jest to spowodowane z jednej strony pożarami zbiorników petrochemicznych w Houston, co zaburza transport paliw i ich wytworzenie w tym ważnym regionie, a z drugiej poważnym powodziami na środkowym zachodzie USA (Missouri, Wisconsin, Nebraska), co utrudnia pracę rafineriom i zakłóca dostawy etanolu (dodatek do benzyny).
Ze względu na mniejszą podaż bezołowiówki Amerykanie posiłkują się np. zwiększonym importem z Europy. Według obliczeń Bloomberga wzrósł on do najwyższych poziomów od ponad pół roku. Na Starym Kontynencie, a zatem także w Polsce, ceny benzyny drastycznie rosną w konsekwencji wydarzeń w USA.
Podrożeje głównie benzyna
Według danych Komisji Europejskiej w ubiegłym tygodniu ceny popularnej „bezołowiówki” w Polsce zwiększyły się o ponad 2 proc. (tylko w czterech krajach UE rosły szybciej) do 4,87 zł/itr. Ogólnie jednak, patrząc na średnie ceny benzyny bez podatków, Polska wypada bardzo blisko unijnej średniej, można więc powiedzieć, że ceny ustalone przez polskie stacje nie są zawyżone.
Na rynku globalnym i w polskim hurcie od połowy marca ceny benzyny silnie rosły (przez dwa tygodnie o ponad 20 groszy). I choć wygląda na to, że negatywny trend w hurcie wreszcie się zatrzymał, to prawdopodobnie bariera 5 zł za litr zacznie pękać na stacjach w kolejnych dniach.
Większych ruchów nie widać natomiast na rynku globalnym oleju napędowego. Nie ma więc powodów, by obecna cena ok. 5,10 zł/l miała zostać w najbliższych dniach wyraźniej przekroczona. Tym razem więc w przeciwieństwie do minionych miesięcy głębiej do kieszeni zaczną sięgać właściciele aut napędzanych benzyną niż dieslem.
Jednym z najbardziej nieetycznych działań, które nasiliło się w ostatnich latach jest dezinformacja lub niepełna informacja dotycząca danego produktu czy usługi. Klient, który decyduje o zakupie jest przekonany, że podejmuje decyzję w oparciu o pełne spektrum informacji. W rzeczywistości dysponuje wiedzą fragmentaryczną, ponieważ usługodawca „zapomniał” poinformować go o dodatkowych kosztach lub faktycznym czasie obowiązywania umowy. Takie zachowania powodują, że niezadowolenie klientów objawia się, ale dopiero po dokonaniu zakupu. Sam sprzedający coraz częściej przenosi odpowiedzialność na konsumenta, tłumacząc, że tamten żądał wysokich zysków lub chciał dokonać zakupu tu i teraz, bez pytania o koszty. O działaniach etycznych i nieetycznych, nie tylko w branży finansowej, rozmawiamy z Robertem Majkowskim, Prezesem Funduszu Hipotecznego DOM oraz Wiceprzewodniczącym Komisji Etyki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.
Robert Majkowski, prezes zarządu Funduszu Hipotecznego DOM fot. Adam Cisowski
Unikanie informacji o faktycznym koszcie pożyczek, dystrybuowanie toksycznych produktów inwestycyjnych, sprzedawanie funduszy obarczonych dużym ryzykiem bez ujawniania potencjału strat, oferowanie niedopasowanych polisolokat, a co najważniejsze – niepokazywanie najważniejszych (czasem podstawowych) cech produktów lub usług, z obawy przed tym, że mogą wydać się nieatrakcyjne dla klienta. To kilka z nieetycznych zachowań, które można zaobserwować nie tylko w branży finansowej.
Dlaczego firmy coraz częściej nie podają pełnej informacji na temat produktów i usług?
Przyczyn należy szukać zarówno po stronie usługodawcy, jak i samych konsumentów, którzy chcą mieć wszystko tu i teraz. Chcą dokonać zakupu natychmiast i interesują ich przeważnie wyłącznie korzyści. Chcą również usłyszeć obietnicę jak największego zysku. I znajdują się firmy lub osoby, które im to obiecują. Dopiero czas weryfikuje, że te historie były bajkami. Spójrzmy chociażby na politykę, na 500+ czy dodatkową, „trzynastą” emeryturę. Ludzie chcą usłyszeć, że dostaną dodatkowe 500 zł, ale nie zawsze chcą wiedzieć jakim obciążeniem jest to dla budżetu państwa. Nie chcą wiedzieć jaki jest deficyt, że budżet państwa pęka w szwach, że brakuje środków w kasie ZUS czy na służbę zdrowia. Interesuje ich osobista sytuacja materialna tu i teraz, a nie sytuacja całego społeczeństwa w perspektywie wielu lat. Spójrzmy również na naszą branżę, czyli hipotekę odwróconą. W codziennej pracy wciąż spotykamy się z tym, że senior zdecydował się na ofertę, najczęściej od osoby prywatnej, ponieważ ktoś obiecał mu rentę dożywotnią znacznie wyższą niż nasza. Szybko okazuje się, że sąsiad, czy znajomy nie jest w stanie wypłacać seniorowi takich środków, a już na pewno nie w perspektywie dziesiątek lat. W tej sytuacji zarówno senior, jak i osoba, która oferuje mu rentę, nie myślą o tym co będzie za 10, czy 15 lat, jakie mogą pojawić się ryzyka i jak to skalkulować, by zapewnić bezpieczeństwo na lata. Oni myślą tu i teraz. To największy problem.
Trudno uwierzyć, że firmy decydują się na dezinformację tylko dlatego, że konsumenci chcieliby większych zysków.
Oczywiście, że nie. Firmy również chcą większych zysków. Chcą sprzedawać coraz więcej produktów i usług. Chcą mieć coraz więcej klientów. Nie myślą o tym, że prowadzenie biznesu, to nie tylko osiąganie zysków, ale również społeczna odpowiedzialność, przynoszenie całemu otoczeniu (m.in. akcjonariuszom czy klientom) jakiejś wartości dodanej. Działania nieetyczne nasiliły się w ostatnich latach również w branży finansowej. Jedną z przyczyn było zbyt małe piętnowanie nieetycznych zachowań przez innych uczestników rynku. Od lat pokutuje podejście, że krytykowanie nieetycznych zachowań konkurencji jest działaniem na szkodę całej branży, co w długim terminie jest moim zdaniem twierdzeniem nieprawdziwym. Branża nie powinna być bierna względem nieetycznych firm. Dlaczego? Ponieważ takie podmioty psują renomę całego rynku, a zaufanie klientów trudno odbudować w krótkiej perspektywie czasu. Spójrzmy znów na branżę hipoteki odwróconej. Nieetyczne podmioty, które w niej działają, wciąż psują renomę profesjonalnych i etycznych firm. Co więcej, seniorzy, ze względu na ofertę, często decydują się na wybór kogoś, kto nie działa nieetycznie. Później wciąż słyszymy o nadużyciach.
Istnieje mnóstwo przepisów prawnych (a mogłoby istnieć jeszcze więcej), które pomagają walczyć z nieetycznymi praktykami, jednak najważniejsza jest uczciwość.
Oczywiście przepisy prawne są bardzo ważne. Równie istotne jest funkcjonowanie organów takich jak UOKiK, Komisja Etyki Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych, czy Rzecznicy Praw Konsumenta. Ważne są Zasady Dobrych Praktyk, które powinny dotyczyć coraz większej liczby podmiotów oraz branż i powinny obowiązywać wszystkich usługodawców. Niestety w naszym kraju sami konsumenci przywiązują niewielką wagę do tego, czy dana firma przestrzega dobrych praktyk, czy przynależy do organizacji branżowych. Nadal z dużą nieufnością, jako społeczeństwo, podchodzimy do przedsiębiorców, chociaż z ostatnich badań GUS[1] na temat wartości i zaufania społecznego wynika, że 80 proc. Polaków generalnie ufa innym ludziom. Co ciekawe, w tych badaniach niespełna 18 proc. osób uznało, że uczciwość jest jedną z najważniejszych wartości w życiu. Dla porównania zdrowie i rodzina to wartości ważne dla ponad 80 proc. Polaków.
Przepisy, regulacje, odpowiedni nadzór organizacji rządowych jak i pozarządowych są szalenie ważne, ale musimy pamiętać, że uczciwości nie da się uregulować. Uczciwości, czy też etyki nie da się jednoznacznie zdefiniować i zamknąć w przepisach. Zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie chciał wykorzystać czyjąś niewiedzę. A to jest właśnie podstawa do nieetycznego zachowania. Potrzebna jest zatem zmiana myślenia, zmiana podejścia do prowadzenia biznesu i do budowania naszych wzajemnych, międzyludzkich relacji.
Co może zyskać firma, jeśli będzie etyczna?
Osobiście nie patrzę na etykę jako na przewagę, lecz na standard, który powinien być w każdej firmie. Jeżeli ktoś myśli o swoim biznesie w perspektywie długofalowej, jeśli myśli o społecznej odpowiedzialności, to musi myśleć również o etyce, ponieważ przekłada się ona na stabilny rozwój, lojalność klientów, pracowników, czy kontrahentów. Każdy z nas chce funkcjonować w środowisku, które uznaje za uczciwe.
[1] Wartości i zaufanie społeczne w Polsce w 2015 r., GUS, Warszawa, 20.11.2015
Daniel Bienias, Dyrektor Zarządzający CBRE w Polsce: na tegorocznym MIPIM było wyjątkowo słonecznie. Mowa jednak nie tylko o fantastycznej pogodzie, która nas przyjęła w Cannes, ale także o optymistycznych nastrojach, które można było wyczuć w rozmowach z deweloperami, inwestorami i instytucjami finansowymi. Wszyscy dostrzegają z jaką łatwością branża dostosowuje się do zmieniających trendów i ze spokojem patrzą na swoje plany biznesowe na ten i kolejny rok.
Podczas tej jubileuszowej, już trzydziestej, edycji Międzynarodowych Targów Nieruchomości i Inwestycji MIPIM 2019, w dyskusjach panelowych i kuluarowych najmocniej przebijały się trzy kierunki rozwoju branży. Szeroko omawiany był wpływ nowych technologii, które zmienią sposób w jaki korzystamy z nieruchomości, a także „people centricity”, czyli zorientowanie na człowieka jako klucz do sukcesu. Widoczne było także zainteresowanie inwestorów, a co za tym idzie rosnący nacisk na rozwój kolejnych, wykraczających poza standard, sektorów nieruchomości.
Czas na PropTech
W Polsce koncept PropTechu dopiero raczkuje, ale już teraz możemy stwierdzić, że tak jak było w przypadku wprowadzenia nowoczesnych technologii do branży finansowej, nasz kraj przyjmie te innowacje z otwartymi ramionami. To już pewne, że inteligentne rozwiązania w zakresie powierzchni biurowej i elastycznych miejsc pracy zostaną wprowadzone na szerszą skalę w nadchodzących latach. Co ciekawe, zmiany te będą miały znaczący wpływ na rosnącą koncentrację na potrzebach klientów indywidualnych. PropTech to zatem nie chwilowy trend, tylko naturalna konsekwencja zmiany stylu życia, dostępności i dojrzałości rozwiązań cyfrowych. W praktyce obecnie najchętniej korzystamy z innowacji technologicznych, w tym AI, przy analizie danych. W niedalekiej perspektywie pomoże to uspójnić dane i wiedzę branżową, co wpłynie pozytywnie na transparentność całego rynku.
Człowiek w centrum
Ekologiczne, zielone budownictwo jest już niemal międzynarodowym standardem. Teraz architekci i deweloperzy postawili w centrum swojego zainteresowania nie całe środowisko, a człowieka. Wykracza to poza tradycyjne rozumienie pojęcia „wellbeing”, gdyż nie ogranicza się do sektora biurowego. Trend ten widoczny jest w Polsce w zmieniającym się podejściu do inwestycji typu retail. W dużych miastach odchodzimy powoli od standardowych centrów handlowych, skłaniając się w stronę obiektów o mieszanych funkcjach.
Nowe sektory, nowe wyzwania
Poza tradycyjnym nurtem inwestycji, na tegorocznym MIPIM wiele dyskusji dotyczyło także rozwoju alternatywnych sektorów nieruchomości. Większość widocznych zmian napędzana jest wiodącymi trendami społecznymi oraz poprawiającą się stopą życia młodych ludzi, którzy już nie tak chętnie wiążą się z jedną lokalizacją i nie śpieszą się z zakładaniem rodzin. Nie umyka to uwadze inwestorów, dostrzegających w nowych sektorach szansę na zysk i dywersyfikację portfela. Główne zainteresowanie wzbudzają PRS (Private Residential Sector), mikro apartamenty, domy seniora oraz szerokorozumiane obiekty branży Healthcare. Biorąc pod uwagę globalne statystki zawarte w naszym raporcie „Insights to Student Housing”, w samym sektorze budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego dla studentów wolumen inwestycji przekroczył już 13,5 mld euro.
Pełna wersja raportu „Insights to Student Housing” jest dostępna tutaj: LINK
Federacja Przedsiębiorców Polskich wskazuje, że konieczne jest pilne rozwiązanie problemu nieoskładkowanych umów zleceń i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych osobom, które są zagrożone emeryturą niższą niż minimalna. Takie rozwiązanie to projekt restytucji w ubezpieczeniach społecznych, który zakłada jednoczesne: objęcie umów zlecenia zasadami podlegania ubezpieczeniom społecznym analogicznym do umów o pracę; zaewidencjonowanie na kontach ubezpieczonych w ZUS składek emerytalnych i rentowych naliczonych od podstawy nieoskładkowanych umów zlecenia od 2009 r.; restytucję składkową wobec płatników i ubezpieczonych, obejmującą zaniechanie działań kontrolnych oraz waloryzację umów w zamówieniach publicznych. Należy również zlikwidować szkodliwy art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych.
Funkcjonowanie art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych jest powodem, dla którego istnieje możliwość zatrudniania „tańszych” pracowników – ma to szczególne znaczenie w przetargach i postępowaniach o udzielenie zamówienia publicznego w sytuacji, gdy jednym z kryteriów jest cena. Jest to bez wątpienia jeden z najistotniejszych powodów, dla którego umowy zlecenia są tak często proponowane i zawierane na rynku pracy w Polsce.
Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)
„Rozwiązanie problemu będzie możliwe jedynie w przypadku wprowadzenia kompleksowego rozwiązania restytucji w ubezpieczeniach społecznych. Oznacza to zabezpieczenie przyszłych emerytów i symetryczną naprawę sytuacji prawnej dla przedsiębiorców. W szczególności dotyczy to zaniechania poboru i kontroli w zakresie ozusowania umów zleceń w przeszłości. Budżet państwa będzie mógł liczyć na dodatkowe wpływy w wysokości 2 mld zł z tytułu likwidacji szkodliwego art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych. Tym samym restytucja będzie korzystnasymetrycznie dla pracowników, pracodawców i państwa. Trudno o bardziej sprawiedliwe i efektywne rozwiązanie systemowe – dlatego oczekujemy zdecydowanych działań Ministerstwa Rodziny w tej sprawie. Zwłaszcza, że kontrole i utrzymywanie niepewnego otoczenia prawnego dla przedsiębiorców ani nie rozwiążą problemu, ani też nie zagwarantują nawet kilku procent wpływów, jakie przyniosłaby restytucja” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).
Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie jest gwałtownie narastającym zjawiskiem. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys., wg danych ZUS o w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. Prowadzi to do konkluzji, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie. W marcu 2017 roku nastąpiła znacząca podwyżka emerytury minimalnej, czego konsekwencją jest bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu, który nastąpił w tym samym roku – zwiększyła się ona wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie.
W oparciu o obserwowany dotychczas udział osób, którym przyznawane są świadczenia na poziomie „sub-minimalnym”, a także projekcje demograficzne determinujące liczbę osób przechodzących na emeryturę w kolejnych latach, można prognozować, że jeśli zostanie utrzymane dotychczasowe prawne status quo, w 2020 r. liczba osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom ok. 315 tys. W 2025 r. problem będzie dotyczył już 0,5 mln emerytów, a w 2030 r. liczba pozbawionych prawa do najniższego świadczenia może sięgać 650 tys.
Po publikacji danych makroekonomicznych nastroje na rynku poprawiły się
Indeks sWIG80 urósł 13 proc. od początku roku
Małe i średnie spółki odnotowują wyraźnie lepsze od większych podmiotów wyniki
Pogorszenie koniunktury w Niemczech w Polsce jeszcze nie zauważalne
Maciej Kik, zarządzający subfunduszem UniAkcje Małych i Średnich Spółek Union Investment TFI
Rynki akcji od początku roku zachowują się dość dobrze, przede wszystkim w odniesieniu do małych i średnich spółek. Pojawiły się napływy nowych środków do funduszy, co pomaga rynkom w sytuacji ograniczonej płynności.
Po publikacji najnowszych danych makroekonomicznych nastroje na rynku poprawiły się. Zarysowała się jednocześnie duża polaryzacja, bo: z jednej strony duże spółki raportują słabe wyniki, a mniejsze i średnie opublikowały dobre wyniki, powyżej oczekiwań. To ostatnie może wynikać z kilku czynników. Przede wszystkim mniejsze i średnie spółki zawodziły przez ostatnie kilka kwartałów, a teraz póki co ich wyniki są zdecydowanie lepsze niż oczekiwania wyrażone w konsensusie analityków. Dzięki temu indeks sWIG80 urósł już o 13 proc. od początku roku.
Polskie dane makroekonomiczne są zadziwiająco mocne, nie widać zapowiadanego spowolnienia gospodarczego, mimo że jego symptomy już widzimy w Niemczech,
u naszego największego partnera gospodarczego. Wchodzimy jednocześnie w okres wyborczy, pojawiają się różne propozycje polityków związane np. z pakietami socjalnymi, których celem jest transfer znaczących środków finansowych do obywateli. Zapowiadane przez polityków dodatkowe pieniądze w portfelu Polaków pomogą spółkom, których głównymi klientami są konsumenci detaliczni, takie jak np. branża spożywcza, handlowa, odzieżowa, obuwnicza czy usługowa. Kursy spółek z tych sektorów ostatnio dobrze sobie radzą.
Na sektor handlowy pozytywnie wpływa też scenariusz, mówiący o wycofaniu się rządzących z zaostrzenia lub wręcz złagodzeniu zakazu handlu w niedzielę (np. do poziomu takich rozwiązań, jakie obowiązywały w 2018 r.). Rok temu spółki handlowe zarzekały się, że zakaz handlu w niedzielę nie będzie miał wpływu na ich wyniki. Zakładając, że sprzedaż rozłoży się na pozostałe dni tygodnia, ale w wynikach całej branży wyraźnie widać, że zakaz handlu negatywnie wpłynął na ich wyniki finansowe. Likwidacja lub ograniczenie zakazu z pewnością pomoże branży handlowej.
Choć duże spółki pokazały w sezonie wyników wyraźnie słabsze raporty, to należące do tej grupy banki ujawniły relatywnie dobre wyniki, nieco powyżej konsensusu analityków. Czynnik ten nie ma jednak większego znaczenia, bo w ostatnich tygodniach zmieniła się retoryka NBP. Nie spodziewamy się już podwyżek stóp procentowych, co działa negatywnie na kursy banków.
Maciej Kik, Zarządzający funduszami akcji w Union Investment TFI
Minął rok od wprowadzenia nowych regulacji prawnych ograniczających handel w niedziele. Również rok temu firma Selectivv przeprowadziła badanie, dotyczące analizy zachowań użytkowników smartfonów i tabletów w pierwszą niedzielę bez handlu. Co się od tego czasu zmieniło? Czy Polacy przywykli do zamkniętych sklepów i znaleźli alternatywę dla weekendów spędzanych w centrach handlowych? Z nowej analizy Selectivv, przeprowadzonej rok później, wynika, że przede wszystkim zmienili swoje przyzwyczajenia i nawyki zakupowe.
Powtórne badanie przeprowadzono na tej samej grupie – 511 221 użytkowników, którzy w ciągu 12 miesięcy poprzedzających wprowadzenie zakazu handlu, przynajmniej jedną niedzielę spędzili w punktach handlowych. Jak pokazują dane o lokalizacji pozyskiwane przez Selectivv, osoby te w dużej mierze stały się klientami takich sklepów jak: Biedronka, Lidl czy Kaufland.
Jak pokazują dane Selectivv od marca 2018, z oferty dyskontów korzystało regularnie 78% badanej grupy osób, czyli o 15p.p. (punktów procentowych) więcej niż w analogicznym okresie przed zakazem handlu. Znaczny wzrost stałych klientów w badanej grupie odnotowały również drogerie – Rossmann, Hebe i SuperPharm – 22p.p. więcej regularnie kupujących niż w ubiegłym roku. Może to oznaczać, że Polacy zamiast hipermarketów – w których dokonywali większych zakupów wszelkich niezbędnych produktów – wybierają obecnie szybsze zakupy w łatwiej dostępnych dyskontach spożywczych, a następnie odwiedzają drogerie, które posiadają szerszy wybór asortymentu z zakresu chemii domowej czy kosmetyków.
Wygląda na to, że – mimo zmian w ustawodawstwie – weekend nadal pozostał czasem, który Polacy poświęcają na zakupy. Analizując dane z dni poprzedzających niedziele bez handlu widać, że i w tym przypadku większymi beneficjentami są dyskonty. W piątki poprzedzające niedziele niehandlowe, galerie handlowe odwiedzało 12% badanych osób, co dało wzrost w tym dniu tygodnia na poziomie 7p.p. w skali rok do roku. Natomiast na zakupy w sobotę poprzedzającą dzień niehandlowy decydowało się 21% użytkowników, co przełożyło się na roczny wzrost na poziomie 12p.p. W przypadku danych o użytkownikach odwiedzających w tych dniach dyskonty – było to analogicznie 14% oraz 31% analizowanych użytkowników. Wzrost w piątki o 4p.p., a w soboty aż o 18p.p.
Na zakazie handlu w niedziele, korzystają również stacje benzynowe. W analizowanym okresie w niedziele handlowe ten typ lokalizacji odwiedzało jedynie 9% osób. Natomiast podczas gdy większość sklepów była zamknięta, na stacje benzynowe udawało się aż 31% badanych. Nasuwa się wniosek, że wprowadzony zakaz przyśpiesza transformację stacji paliw w punkty sprzedażowo-usługowe, posiadające coraz bogatszy asortyment produktów spożywczych takich jak pieczywo, owoce czy większą ofertę gastronomiczną.
Coraz częściej robimy także zakupy przez internet. Z tej formy korzysta regularnie już 36% osób ujętych w badaniu, czyli o 7p.p. więcej niż przed wejściem przepisów ograniczających handlowe niedziele.
Zebrane dane pozwoliły również na sprawdzenie, jak Polacy spędzali czas wolny od zakupów, w ciągu minionego roku. W niedziele wolne od handlu na rekreację na świeżym powietrzu decydowało się 35% badanych, podczas gdy w niedziele handlowe relaks w parkach, na placach zabaw czy na terenach spacerowych wybierało o 14p.p. mniej osób. W niedziele wolne od handlu, 2% z badanej grupy osób odwiedza galerie handlowe, głównie by skorzystać z oferty zlokalizowanych tam kin. Można zatem wysnuć wniosek, że zakaz handlu zadziałał na kina pozytywnie, o czym świadczy zwiększona frekwencja w tych miejscach. W dużym stopniu mógł się do tego przyczynić brak konkurencji ze sklepami, które dotychczas wybierali rodzice z dziećmi lub młodzież w niedzielne popołudnia.