Sprzedaż netto spółki SARE wyniosła w ubiegłym roku ponad 25 mln zł i była wyższa o ponad 70 proc. w stosunku do 2013 roku. Rośnie również średnia wartość przychodów przypadających na jednego klienta. Jak zapewnia prezes spółki Tomasz Pruszczyński, jest to jednak efekt korzystania przez klientów z nowych funkcjonalności oferowanych przez SARE, a nie wzrostu cen.
System informatyczny SARE jest kluczowym produktem znajdującym się w ofercie spółki. Narzędzie służy do prowadzenia precyzyjnej komunikacji przy użyciu poczty elektronicznej oraz usług mobilnych.
– Naszym głównym produktem są narzędzia do komunikacji za pomocą e-maila. Oczywiście to jest rozszerzone tak samo o SMS-y, ankiety, ale ogólnie pomagamy naszym klientom pozyskiwać nowych klientów i utrzymywać kontakt z aktualnymi klientami – wyjaśnia Tomasz Pruszczyński, prezes zarządu SARE.
Rosnący wolumen sprzedaży jest potwierdzeniem rosnącego zainteresowania produktami spółki. W skonsolidowanym raporcie rocznym za 2014 rok wykazano przychody ze sprzedaży netto na poziomie ponad 25 mln zł. Oznacza to wzrost o 72 proc. rok do roku. W pierwszym kwartale 2015 r. przychody wyniosły 7,4 mln zł wobec 6,2 mln zł w analogicznym okresie roku ubiegłego, co oznacza wzrost o jedną piątą. Skonsolidowany zysk z działalności operacyjnej wyniósł 948 tys. zł, a zysk netto 604 tys. zł.
– Nie ma branży, która nie korzystałaby z naszych systemów. Oczywiście nasze główne źródła przychodów to są branże standardowe, można powiedzieć, w dziedzinie marketingu czy sprzedaży, czyli branża finansowa, branża FMCG. Mamy też bardzo dużo klientów w branży usługowej – mówi Pruszczyński.
Spółki z Grupy SARE pracują nad poprawą funkcjonalności oferowanych narzędzi. Dzięki temu, że większość usług dostępna jest on-line, wprowadzenie aktualizacji odbywa się niemal natychmiastowo.
– Ostatnio doszły nowe funkcjonalności śledzenia naszych klientów, nie tylko on-line, lecz także offline, czyli poza przeglądarką internetową – informuje prezes SARE.
Statystyki pokazują, że średnia wielkość przychodu uzyskiwanego z jednego klienta spółki systematycznie rośnie. Oznacza to, że osoby korzystają z oferty SARE w coraz większym zakresie.
– To daje nam pewien komfort, ponieważ mamy usługę abonamentową i to powoduje, że koszt abonamentu się zwiększa, ale nie przez to, że jesteśmy coraz drożsi, tylko przez to, że klienci dostrzegają nasze nowe usługi – wyjaśnia prezes.
Pytany o plany inwestycyjne SARE SA Tomasz Pruszczyński wskazuje na intensywny rozwój jednej ze spółek grupy – Mr Target, mocno inwestującej w segment wideo. W przyszłości możemy spodziewać się pełnej integracji usług komunikacyjnych dostępnych przy użycia telewizora.
– Smart TV, video on demand, pay-per-view to elementy, które musimy mocno rozwijać, znając naszych użytkowników dzięki e-mailowi. One są powiązane z SARE w postaci bardziej dokładnego śledzenia naszych klientów, czyli bardziej optymalnego wykorzystania big data i tych usług, które dzisiaj świadczymy naszym klientom – mówi prezes zarządu.
W skład Grupa Kapitałowej SARE wchodzi sześć spółek dostarczających rozwiązania służące do komunikacji z wykorzystaniem poczty elektronicznej oraz sieci komórkowej. Pod koniec czerwca uruchomiono spółkę zależną w Niemczech. SARE od marca 2011 roku obecna jest na rynku NewConnect i ma plany przeniesienia się jeszcze w tym roku na rynek główny warszawskiej giełdy.
Kupiony w marcu br. przez japoński Recruit Holding za 820 mln zł niemiecki serwis rezerwacji Quandoo obecnie współpracuje w Polsce z ponad 500 restauracjami. Do końca br. chce mieć ich około tysiąca. Serwis zakłada zwiększenie w ciągu maksymalnie pięciu lat udziału rezerwacji dokonywanych przez urządzenia mobilne do 90 proc. z obecnych 25 proc.
– Nasz model biznesowy opiera się na współpracy – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Łagowski, wiceprezes zarządu spółki Quandoo. – Dostarczamy restauracjom nowych klientów, których zdobywamy w sieci. Jeśli internauta wpisze w najpopularniejszą wyszukiwarkę na przykład „restauracja azjatycka w Warszawie”, w jej treści pojawią się nasze oferty. Klient wówczas wchodzi na stronę WWW naszej spółki i wybiera jedną z placówek, w której rezerwuje miejsce.
Swoje usługi w Polsce Quandoo zaczęła świadczyć najpierw w Warszawie, potem w Krakowie i Poznaniu. Obecnie spółka rozwija działalność we Wrocławiu, Trójmieście oraz Katowicach. Dzisiaj współpracuje z ponad 500 restauracjami.
– Nasz plan zakłada dojście do około tysiąca [restauracji] – zapowiada Piotr Łagowski. – Obecnie około 25 proc. klientów korzysta z aplikacji mobilnych w momencie rezerwacji, a 75 proc. z desktopów. W ciągu roku, półtora udziały zbliżą się do około 50 proc., tak aby za kolejne trzy lata 90 proc. klientów korzystało tylko z telefonu przy dokonywaniu rezerwacji.
W ciągu pierwszych dwóch lat z usług Quandoo skorzystało 10 mln klientów. Zaledwie po 26 miesiącach od startu niemiecki serwis został sprzedany za około 850 mln zł. Nabywcą został japoński Recruit Holding, którego kapitalizacja wynosi blisko 20 mld dol.
– Pozyskaliśmy wiedzę, którą Japończycy mają na swoim rynku od ponad 25 lat – informuje wiceprezes Łagowski. – Mamy nową osobę stamtąd w zarządzie, która objęła stanowisko szefa strategii. Natomiast bieżąca wizja firmy zgadza się z wcześniejszą. Dajemy restauracjom dodatkowych klientów, przez co ich obroty wrastają. Klienci nie do końca i nie zawsze wiedzą, gdzie chcą iść. Nasza platforma pozwala im wybrać restaurację na podstawie zdjęcia i ocen innych klientów.
Te ostatnie, jak zapewnia Piotr Łagowski, są istotnym elementem serwisu. Restaurację można ocenić tylko wówczas, gdy się w niej było.
– Jeżeli ktoś nie dokonał rezerwacji i realnie jej nie wykorzystał, nie może zamieszczać takich podsumowań – wyjaśnia wiceprezes Łagowski. – Pozwala to na utrzymanie wysokiej jakości ocen oraz ich wiarygodności. Wierzymy w siedem dużych aglomeracji w Polsce, w których ten biznes ma rację bytu. Natomiast, jeżeli chodzi o Europę, największym obecnie rynkiem jest Londyn. Stambuł z kolei ma największy potencjał.
Quandoo to rozwijana od grudnia 2012 roku niemiecka firma, która obecnie znajduje się wśród najlepszych europejskich start-upów, obok serwisu Spotify i BlaBlaCar. W ubiegłym roku system wkroczył do Polski, szybko zdobywając pozycję lidera. Od października 2014 do lutego br. skorzystało z niego ok. 50 tys. osób.
Forma zatrudnienia powinna być coraz ważniejszym kryterium w zamówieniach publicznych – przekonuje rząd i chce zachęcać do tego zarówno zamawiających, jak i oferentów. Poprawiłoby to sytuację pracowników, mogłoby też korzystnie wpłynąć na konkurencję w przetargach. W sytuacji kiedy bezrobocie spada, można się skoncentrować na poprawie jakości i stabilności zatrudnienia.
– Przy każdym zamówieniu publicznym, czy to dotyczy administracji centralnej, czy samorządowej, trzeba zwracać uwagę na to, jak wydaje się publiczne pieniądze, ale cena, a właściwie kryterium najniższej ceny, nie zawsze jest dobrym doradcą – mówi Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji.
Raport Najwyższej Izby Kontroli wskazuje, że w okresie od początku 2012 roku do połowy 2014 roku kryterium najniższej ceny było jedynym w 98 proc. zamówień publicznych. W ostatnich miesiącach coraz częściej zamawiający decydują się na dodatkowe kryteria, wciąż jednak nie jest to popularna praktyka. Eksperci wskazują, że udział czynników pozacenowych jest iluzoryczny.
– Rzecz w tym, żeby to prawo stosować w praktyce. Musimy się bardzo głośno upominać także o kryteria społeczne, o to, czy dany podmiot zatrudnia swoich pracowników w sposób trwały i stały, czyli w oparciu o umowę o pracę – mówi Halicki.
Taką możliwość daje m.in. zmienione w październiku 2014 roku Prawo zamówień publicznych.
Wprowadzenia umowy o pracę jako kluczowego kryterium w zamówieniach publicznych postuluje m.in. organizacja Pracodawcy RP. Mogłoby to ograniczyć liczbę umów cywilnoprawnych. Według Komisji Europejskiej w Polsce jest największy odsetek umów elastycznych (ok. jednej czwartej umów o zatrudnienie). Jak przekonuje minister pracy, w sytuacji gdy bezrobocie spada (jest najniższe od siedmiu lat), można się skoncentrować na poprawie jakości zatrudnienia.
– Wpisywanie w przetargu zatrudnienia na umowę o pracę jako jednego z kryteriów, które podlega ocenie, jest bardzo dobrym krokiem – ocenia minister pracy Władysław Kosiniak-Kamysz. – To wpisuje się w cały zestaw działań, które podjęliśmy – od ograniczenia umów terminowych do 33 miesięcy, ograniczenia liczby umów czasowych, które można zawierać, bo czwarta automatycznie przekształca się w umowę na czas nieokreślony, aż po oskładkowanie umów-zleceń, przynajmniej od minimalnego wynagrodzenia, i zmiany w zamówieniach publicznych.
Podkreśla, że przede wszystkim leży to w interesie pracowników, bo daje większą stabilność zatrudnienia. Jednak skorzystać na tym mogą również pracodawcy, czyli firmy, które w przetargach startują. Poprawi się bowiem konkurencyjność na rynku.
– Nie będzie takiego dualizmu, że w jednej firmie są pracownicy zatrudnieni tylko na umowy cywilno-prawne, a w drugiej na umowy o pracę, w związku z czym konkurencja nie jest możliwa w pełnym wymiarze – wyjaśnia Kosiniak-Kamysz.
Przykładem może być Poczta Polska. Największy w kraju pracodawca zatrudnia 80 tys. osób, z czego 99 proc. na umowach o pracę. Z tego tytułu płaci świadczenia społeczne w wysokości prawie 1 mld zł rocznie. To powoduje, że trudno jest mu w przetargach konkurować najniższą cena z podmiotami mniejszymi, które mają inną politykę zatrudnienia.
– Jeżeli weźmiemy pod uwagę obciążenia socjalne związane ze składką ZUS, ze składką zdrowotną i z innymi elementami ważnymi dla pracownika, to kwota, którą ponosimy jako pracodawca, zatrudniając na umowę o pracę, bywa nawet dwukrotnie większa niż w przypadku zatrudnienia na umowę-zlecenie, zwaną potocznie umową śmieciową. Jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że chcemy konkurować i mieć takie same szanse konkurowania, to kryterium społeczne jest dla nas bardzo ważne – mówi Andrzej Nitecki, dyrektor pionu kapitału ludzkiego w Poczcie Polskiej.
Jak podkreśla minister administracji i cyfryzacji, wybór droższej oferty wcale nie musi oznaczać wyższych wydatków ze strony państwa jako zamawiającego.
– Mimo tego porównania ceny dla państwa koszt [związany z wyborem innej firmy – red.] będzie wyższy, bo będą konieczne środki na zasiłki, opiekę społeczną czy emerytury. Łatwo można dowieść, że to kryterium, patrząc z perspektywy budżetu państwa i podatników, nie okaże się wyborem najtańszym, nie mówiąc o innych konsekwencjach – mówi Andrzej Halicki.
Mimo destabilizacji za wschodnią granicą polskie firmy wciąż nie wycofują się z ukraińskiego rynku i czekają na lepsze czasy. Jak wskazują eksperci, potencjał jest ogromny, począwszy od przemysłu ciężkiego, poprzez chemiczny, a na rolnictwie kończąc. Również dane Banku Światowego wskazują, że choć Ukraina nie jest teraz najlepszym miejscem do prowadzenia interesów, to jest coraz przychylniejsza inwestorom.
– Poziom wymiany między Polską a Ukrainą spada. Dewaluacja hrywny spowodowała, że nasze produkty są tam mniej atrakcyjne, bo są po prostu drogie – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jacek Piechota, prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Z drugiej strony potencjał eksportowy Ukrainy jest osłabiony z powodu konfliktu zbrojnego i kryzysu w całym państwie – dodaje.
Jak podaje Ministerstwo Gospodarki, w pierwszym kwartale eksport polskich towarów na Ukrainę spadł o 16 proc. do 610 mln euro. Tym samym pozycja tego kraju wśród partnerów handlowych Polski również się pogorszyła – teraz zajmuje 18. miejsce. Import w pierwszym kwartale był o ponad 26 proc. mniejszy (spadek do 336 mln euro). Ukraina spadła z 20. na 24. miejsce w rankingu państw, z których importujemy najwięcej.
Piechota ocenia, że problemem jest dziś brak wsparcia dla eksporterów ze strony polskiego rządu. Takie programy z powodzeniem działają np. na rynku rosyjskim i białoruskim.
– Ukraina uznawana jest przez naszą administrację za kraj wysokiego ryzyka i akcja kredytowa, niestety, jest ograniczona – mówi Jacek Piechota. – Nasi inwestorzy nie wycofują się jednak z Ukrainy, czekają z decyzjami na lepsze, bardziej stabilne czasy.
Mimo niekorzystnych danych ukraińska gospodarka wciąż ma dla polskich przedsiębiorców ogromy potencjał. Jednym z perspektywicznych obszarów jest gospodarka komunalna.
– Ukraina przymierza się i wdraża reformę samorządową, lokalne społeczności będą miały coraz więcej możliwości działania, będą miały własne źródła finansowania na wzór polskich samorządów. Wszystko, co wiąże się z gospodarką komunalną, to ogromne wyzwanie dla polskich firm z doświadczeniami – wyjaśnia Piechota.
Polskie firmy mogą skorzystać także na rozwijającym się ukraińskim rolnictwie i przemyśle.
– Ukraina to ogromne doświadczenia w przemyśle lotniczym i zbrojeniowym. To również metalurgia, przemysł chemiczny i nawozowy – wymienia prezes Polsko-Ukraińskiej Izby Gospodarczej. – Tamtejszy przemysł potrzebuje nowych technologii, nowych doświadczeń, ale ma ogromny potencjał.
Ekspert ocenia, że ukraińskie firmy mają szansę zaistnieć w Polsce.
– Nasza izba na początku roku przeprowadziła na Ukrainie konkurs na projekty inwestycyjne w Polsce. Zgłosiło się ponad 100 projektodawców z pomysłami, patentami z bardzo różnych obszarów: od przemysłu ciężkiego, poprzez motoryzacyjny, aż po przemysł rolno-spożywczy – mówi Jacek Piechota.
Według danych Banku Światowego, który co roku przygotowuje Wskaźnik Prowadzenia Interesów, Ukraina jest na 96. miejscu spośród 189 państw pod względem atrakcyjności dla przedsiębiorców. Rok wcześniej znajdowała się na 112. miejscu, a w 2013 roku dopiero na 140. miejscu. Lepsza pozycja w rankingu to efekt poprawy prawa regulującego prowadzenie biznesu i ochronę własności.
Bank Światowy wciąż negatywnie ocenia handel zagraniczny Ukrainy. W tym rankingu kraj ten zajmuje 154. miejsce. Źle jest również z takimi kwestiami, jak podłączenie prądu (185. miejsce na świecie) i ochrona inwestorów (109. miejsce). Największy problem Ukraina ma także ze ściąganiem podatków (108. miejsce na świecie) i w tym zakresie jest jednak postęp, bo rok temu było to 157. pozycja. Z drugiej strony, inwestorom wchodzącym na ukraiński rynek łatwo jest o pozyskanie tam kredytu (17. miejsce na świecie).
W Europie spada poziom bezpieczeństwa żywnościowego. Tylko cztery kraje, w tym Polska, zanotowały tendencję wzrostową. W Polsce w stosunku do roku 2014 poprawił się zwłaszcza dostęp do żywności. Autorzy Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego dość nisko ocenili natomiast nakłady na badania i rozwój w rolnictwie oraz infrastrukturę drogową.
Zgodnie z najnowszą edycją Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego na całym świecie w 2015 roku zwiększył się poziom bezpieczeństwa żywieniowego. Wyjątkiem jest Europa, w której zanotowano tendencję spadkową – wyniki aż 85 proc. krajów były gorsze niż w 2014 roku. Wskaźnik bezpieczeństwa żywnościowego dla 109 krajów na świecie w 2015 roku zwiększył swoją wartość o 1,4 pkt. Na czele rankingu uplasowały się Stany Zjednoczone, na drugim miejscu Singapur, a na trzecim Irlandia. Polska zajęła 28. miejsce i znalazła się w gronie czterech państw europejskich, które zanotowały wzrost bezpieczeństwa żywnościowego.
– Jednym z wysoko ocenionych przez Economist Intelligence Unit czynników jest dostępność rolników do źródeł finansowania, programy żywnościowe, czyli wspieranie i budowa programów żywnościowych, również standardy żywieniowe – to są elementy, którymi przewyższamy inne kraje, zwłaszcza jeśli chodzi o naszych wschodnich sąsiadów. Te czynniki zostały ocenione na 100 punktów na 100 możliwych – mówi agencji informacyjnej Newseria Piotr Gill, dyrektor generalny DuPont.
W Polsce znacząco poprawiła się dostępność do żywności – wskaźnik ten zwiększył się o 3,6 pkt i wynosi obecnie 70 pkt na 100 możliwych. Nieznaczne spadki zanotowały natomiast takie wskaźniki, jak osiągalność cenowa oraz jakość i bezpieczeństwo żywności. W kategorii osiągalność cenowa Polska otrzymała 78,4 pkt, a w kategorii jakość i bezpieczeństwo żywności – 75 pkt. Dość nisko w indeksie oceniono natomiast nakłady na badania i rozwój w rolnictwie. Ten wskaźnik już od czterech lat otrzymuje stosunkowo niskie noty autorów Światowego Indeksu Bezpieczeństwa Żywnościowego.
– Drugim elementem jest infrastruktura drogowa. W ostatnim czteroleciu jesteśmy ocenieni bardzo nisko. Sąsiadujemy z krajami, które mają słabo rozwiniętą infrastrukturę drogową i to wpływa na wielkość tego indeksu – mówi Piotr Gill.
Wynik Polski jest o 0,5 pkt lepszy niż rok wcześniej. W ogólnym rankingu Polska spadła jednak z 26. na 28. miejsce, co spowodowane jest wyższymi notami innych krajów.
Liczba centrów usług wspólnych w Polsce dynamicznie rośnie, a wraz z nią zatrudnienie w branży – średnio 15-18 proc. rocznie. Pod koniec dekady w tego typu ośrodkach w Polsce będzie pracować 250 tys. osób. Praca czeka przede wszystkim na osoby znające języki obce i z doświadczeniem w finansach, księgowości lub informatyce. Krajowym liderem rynku usług wspólnych (SSC) oraz usług dla biznesu (BPO) jest Kraków.
– Centra usług wspólnych w Polsce rozwijają się bardzo dynamicznie. Ostatnie raporty pokazują, że mniej więcej około 150-170 tys. osób jest zatrudnionych w sektorze BPO albo SSC – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiktor Doktór, prezes Fundacji Pro Progressio.
Według raportu ABSL zatrudnienie w centrach usług wspólnych do 2020 roku może osiągnąć w Polsce poziom 250 tysięcy osób. Dynamika wzrostu wynosi około 15-18 proc. rocznie, a od zeszłego roku w kraju powstało 60 nowych centrów usługowych. Łącznie na Wisłą zlokalizowano już ponad 530 centrów, które obecne są w każdym polskim województwie.
– Dobrym przykładem jest MoneyGram, który swoją decyzję o ulokowaniu biznesu w Polsce podjął w ubiegłym roku, a w przeciągu sześciu miesięcy zatrudnił 550 osób i na tym nie poprzestaje. Nadal zwiększa swoje zatrudnienie – informuje Wiktor Doktór.
Oferty pracy w centrach usług wspólnych skierowane są głównie do osób sprawnie posługujących się językami obcymi (głównie angielskim) oraz mających wysokie umiejętności analityczne. Przedsiębiorcy poszukują osób mających doświadczenie m.in. w obsłudze procesów finansowych-księgowych.
– W Polsce większość centrów, prawie 80 proc., świadczy usługi finansowo-księgowe – wyjaśnia prezes Fundacji Pro Progressio.
Pozostała część zajmuje się obsługą procesów IT, usługami typu call i contact center czy obsługą prawniczą. W każdym przypadku centra usług wspólnych mogą stanowić dobry początek kariery dla młodych pracowników, nie tylko absolwentów wyższych uczelni.
– Większość centrów usług wspólnych nie obsługuje jednego procesu, lecz kilka, więc pracownik ma możliwość przenoszenia się pomiędzy departamentami w jednej firmie, czyli w strukturze poziomej. W miarę upływu czasu może też awansować na stanowiska niższej i wyższej kadry kierowniczej – wyjaśnia ekspert.
Zarówno w centrach usług wspólnych, jak i w centrach usług dla biznesu zatrudnienie znajdują również osoby z zagranicy. Związane jest to z obecnością międzynarodowych firm w Polsce i potrzebą zatrudnienia pracowników znających specyfikę danego rynku. Umiejętność swobodnej komunikacji w ojczystym języku usprawnia proces działań operacyjnych przedsiębiorstwa.
– Pytanie o studia dosyć często się pojawia, kiedy mówimy o zatrudnieniu w centrach usług wspólnych. Myślę, że bardzo dobre są wszelkie kierunki specjalistyczne z zakresu finansów, bankowości, ekonomii, ale także filologie obce – wylicza Doktór.
Największym krajowym ośrodkiem pod względem zatrudnienia w centrach typu SSC oraz BPO jest Kraków. W centrach usług z kapitałem zagranicznym pracuje tam niemal 36 tys. osób. Na kolejnych miejscach pod względem wielkości zatrudnienia znajdują się Warszawa (27 tys.) oraz Wrocław (23,7 tys.).
Cena benzyny bezołowiowej 95 na stacjach przekroczyła barierę 5 zł za litr. Jednak i tak ceny paliw są na poziomie o 50-60 groszy niższym niż przed rokiem. Eksperci oceniają, że w ciągu kolejnych dwóch tygodni rozpocznie się cykl obniżek. Jeżeli na świecie nie wydarzy się nic spektakularnie złego, to pod koniec roku ceny 95 Pb i oleju napędowego powinny być o 15-17 proc. niższe niż w 2014 roku.
– Kierowcy nie mogą w tym roku specjalnie narzekać. Ceny są obecnie sporo niższe niż w roku ubiegłym. Różnica wynosi ok. 50-60 groszy w zależności od gatunku paliwa – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Romaniuk, dyrektor ds. analiz rynku paliw w Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego (POPiHN).
Jak wynika z opracowania analizującej rynek paliw platformy e-petrol, kilka dni temu średnia ogólnopolska cena benzyny bezołowiowej 95 po raz pierwszy od listopada 2014 r. przekroczyła wartość 5 zł za litr. W ubiegłym tygodniu wyraźnie jednak wyhamowała obserwowana od pewnego czasu aprecjacja cen benzyn i oleju napędowego w polskich rafineriach.
Obowiązująca w ostatni piątek średnia hurtowa wartość benzyny bezołowiowej 95 wynosiła 3940,60 zł netto i była o 127,40 zł niższa niż tydzień wcześniej (spadek o 3,13 proc.). Za tysiąc litrów diesla trzeba było natomiast zapłacić około 3574 zł, o blisko 1,25 proc. mniej. W rezultacie zmniejszył się dystans między wartością benzyny a diesla.
– W ubiegłym roku już w połowie lipca notowaliśmy spadki cen paliw – przypomina Krzysztof Romaniuk. – Podobnie będzie w tym roku. Diesel w zasadzie już powoli zaczął tanieć. Ceny benzyny pewnie jeszcze ze dwa tygodnie będą utrzymywały się na obecnym poziomie. Potem powinniśmy jednak obserwować spokojne obniżki, aż do poziomów sporo niższych niż dwanaście miesięcy temu.
Jak informuje dyrektor w POPiHN, za pierwsze półrocze ceny detaliczne zarówno benzyny 95, jak i oleju napędowego były niższe o około 12 proc. w stosunku do średnich wartości w całym 2014 roku.
– Druga połowa roku prawdopodobnie przyniesie dalsze obniżki, w związku z czym na koniec roku najprawdopodobniej ceny spadną o 15-17 proc. w porównaniu do ubiegłego roku – prognozuje Krzysztof Romaniuk. – Pod warunkiem że nic spektakularnego na świecie się nie wydarzy. A przypomnijmy, że w 2014 roku wartość paliw również była sporo niższa niż podczas poprzednich dwunastu miesięcy.
W porównaniu do ub. r. cena za baryłkę ropy spadła o połowę. Dobre wiadomości dla kierowców nie przekładają się jednak na ceny paliw w Polsce. Dlaczego za litr benzyny płacimy ponad 5 zł? Odpowiada Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl.
Marcin Lipka, analityk walutowy Cinkciarz.pl
Rewolucja łupkowa w Stanach Zjednoczonych oraz usilne starania o utrzymanie udziału w rynku prowadzone przez Arabię Saudyjską i inne kraje zrzeszone w OPEC, spowodowały, że ropa naftowa jest rekordowo tania. Kosztuje w tej chwili jedynie 56 dol. za baryłkę Brent. Rok temu cena na międzynarodowym rynku wahała się w granicach 110 dol.
Niestety w bardzo niewielkim stopniu korzystają na tym polscy kierowcy, zwłaszcza ci, których samochody tankowane są benzyną bezołowiową. Popularna „95”, według informacji Polskiej Izby Paliw Płynnych, kosztuje średnio 5.05 zł za litr. To zaskakujące, gdy weźmiemy pod uwagę, że kiedy rok temu europejska ropa Brent była dwa razy droższa, za litr “95” płaciliśmy 5.45 zł.
Dlaczego polscy kierowcy nie mogą skorzystać z pozytywnych trendów na rynku paliw?
Można podać przynajmniej kilka powodów. Ceny paliw na stacjach kształtuje nie tylko wartość ropy naftowej, ale także koszty jej przerobu i marże rafineryjne. Wpływ na końcową stawkę mają także opłaty związane z dystrybucją, marże detaliczne, podatki oraz sezonowe zmiany cen. Trzeba też pamiętać o zmianach kursu dolara, ponieważ to w amerykańskiej walucie wyrażana jest wartość surowca na rynku międzynarodowym.
Przede wszystkim warto jednak zwrócić uwagę na to, co się dzieje z paliwami na świecie. Ceny benzyny początkowo spadały w podobnym tempie co wartość ropy Brent, która jest globalnym wyznacznikiem kosztów dla paliw. Na początku roku sytuacja zaczęła się zmieniać. Spadki cen paliw wyhamowały, a ich późniejsze odbicie było bardziej gwałtowne, niż mogło wynikać ze wzrostu wartości podstawowego surowca.
W rezultacie, w czerwcu b.r., mimo że ropa była o 40 proc. tańsza niż przed rokiem, cena benzyny spadła jedynie o 25 proc. Dodatkowo, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że w tym czasie dolar podrożał o kilkanaście procent, to faktyczny koszt benzyny wyrażony w złotówkach był momentami jedynie o 10-15 proc. niższy, niż miało to miejsce rok wcześniej. Na koniec, gdy zauważymy, że na wysokość ceny detalicznej w 50 proc. wpływają stałe podatki, trudno się dziwić, że benzyna jest zaledwie kilka procent tańsza niż w ub.r. Pozostaje jednak podstawowe pytanie…
Dlaczego hurtowa cena paliwa bezołowiowego jest tak wysoka, mimo niskiej ceny ropy?
Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze, według EIA (Amerykańska Agencja ds. Energii) na początku roku mieliśmy więcej przestojów w rafineriach związanych z ich unowocześnieniem. Rynek negatywnie reagował również na strajki w sektorze paliwowym, które wybuchły w USA na przełomie lutego i marca br.
Dodatkowo notowany jest rekordowy wzrost popytu na benzynę w Stanach Zjednoczonych, który powoduje utrzymanie się ceny paliw na wysokim poziomie. Zgodnie z informacjami EIA, liczba mil przejechanych przez Amerykanów podczas wakacji wzrośnie w stosunku rocznym o 2.2 proc, co oznacza ich największy skok od 11 lat.
Silny popyt na produkty ropy naftowej i wspomniane wcześniej zaburzenia rynkowe z początku roku, spowodowały, że koncerny petrochemiczne notują rekordowe marże z jej przerobu. Wpływa to bezpośrednio na cenę detaliczną paliw na całym świecie. Ku uciesze kierowców ta sytuacja na szczęście długo się nie utrzyma. Według IEA (Międzynarodowa Agencja Energetyczna) dodatkowe możliwości przerobowe ropy naftowej, będą w najbliższych miesiącach większe niż zgłaszane przez konsumentów zapotrzebowanie, a to, jak twierdzi IEA, “każe wątpić w utrzymanie się rekordowo wysokich marży rafineryjnych”.
Korzystne dla kierowców wnioski płyną także z „Krótkoterminowej Prognozy EIA” (STEO). Wynika z niej, że średnia cena detaliczna galona benzyny w USA, spadnie z obecnych 2.80 dol. do 2.27 dol. w grudniu br. Dostosowując te informacje do naszego rynku, możemy oczekiwać, że za kilka miesięcy popularna w Polsce „95” może kosztować 4.5 zł za litr.
Opublikowany ubiegłej nocy protokół z posiedzenia Reserve Bank of Australia nie okazał się zbyt inspirujący dla inwestujących w AUD – komunikat był bardzo podobny do czerwcowego i sugerował, że bank centralny jest w pełni zadowolony z obecnego poziomu stóp (2%) i zależności od napływających danych.
Na publikację niemal w ogóle nie zareagowały stopy procentowe, ponieważ w tym momencie wszyscy czekają na dzisiejszy odczyt CPI w II kwartale oraz na wystąpienie prezesa RBA, Glenna Stevensa. W ciągu nocy AUD nieco stracił na wartości, a para AUD/USD znajduje się w okolicach odnotowanych wczoraj minimów cyklu poniżej poziomu 0,7350.
Podobny brak reakcji towarzyszył publikacji protokołu z posiedzenia Bank of Japan, mimo iż niektórzy przedstawiciele BoJ zaczynają zadawać sobie pytanie, czy efekty dotychczasowych bodźców nie zanikają. JPY nadal spokojnie odgrywa rolę niskiej bety USD. W przypadku jena ewentualny rajd może wymagać niekorzystnych zmian w zakresie apetytu na ryzyko, które podtrzymałyby wzrost; z drugiej strony, do zwiększenia zainteresowania sprzedażą konieczne byłyby nowe maksima rentowności.
Para EUR/USD pod koniec sesji azjatyckiej odnotowała nowe minima cyklu, ponieważ USD w większości par znajdował się zasadniczo na mocniejszym końcu obecnego przedziału. W tym tygodniu nie przewidziano publikacji istotnych danych amerykańskich, mimo iż poznamy PMI w Europie i w Stanach Zjednoczonych (przy czym rynek nie przywiązuje większej uwagi do drugiego z tych odczytów, ponieważ są to wyniki badania Markit, konkurencyjnego dla oficjalnych badań ISM).
Na umocnienie kursu USD mogła wpłynąć wczorajsza wypowiedź prezesa Banku Rezerwy Federalnej z St. Louis, Jamesa Bullarda, w której oświadczył, że szanse na podwyżkę stóp we wrześniu są większe, niż 50-50.
Wykres: AUD/USD
Dziś uwaga inwestorów skupia się na AUD w oczekiwaniu na odczyt CPI w II kwartale oraz na wystąpienie prezesa Stevensa z RBA. Dotychczas ogólny wydźwięk komunikatów RBA brzmiał „pożyjemy, zobaczymy”, jednak ewentualnym zaskoczeniem mogłoby być złagodzenie retoryki w dłuższej perspektywie w odniesieniu do nierównowag zewnętrznych Australii wynikających ze spadających ostatnio cen surowców.
Para AUD/USD w zwolnionym tempie traci na wartości i czekamy na impuls, który stanowiłby kolejny argument za spadkiem.
Podsumowanie w koszyku G-10:
USD: waluta jest gotowa na kolejne wzrosty, jednak dziś nie widać żadnego katalizatora poza nastrojami na rynku i apetytem na ryzyko. W wielu parach z USD wkraczamy na interesujące obszary – zobaczymy, czy parze USD/JPY uda się pokonać rejony 124,60/125,00, a parze EUR/USD – poziom 1,0800 podczas dzisiejszej sesji londyńskiej.
EUR: waluta jest słaba, jednak powrót do sprzedaży euro nie jest aż tak zdecydowany, jak przewidywano (w przeciwieństwie np. do sprzedaży AUD czy CAD).
JPY: jen pozostaje w tle – wyraźny kierunek obierze w przypadku pogorszenia/poprawy japońskich danych (i może wpłynąć wreszcie na zmianę oczekiwań BoJ) i/lub apetytu na ryzyko, a także zmiany rentowności obligacji.
GBP: para GBP/USD utrzymuje się w wyższym przedziale po uzyskaniu wsparcia w postaci zniesienia Fibonacciego o 38,2%, natomiast w parze EUR/GBP utrzymuje się tendencja do wyprzedaży.
CHF: czy zachęcające pod względem technicznym transakcje w parze USD/CHF przyciągną uwagę inwestorów? W parze tej nastąpił solidny rajd, mimo iż nie nabrał odpowiednio dużego impetu. Kurs w parze EUR/CHF jest nadal boczny, a słaby CHF może potrzebować kolejnych maksimów cyklu na rynku akcji i/lub wyższych rentowności, podobnie jak w przypadku JPY.
AUD: protokół z posiedzenia RBA nie przyczynił się do wzrostu wolumenu transakcji, jednak dzisiejszy odczyt CPI i wystąpienie prezesa RBA mogą spowodować wzrost zmienności po ostatnim spowolnionym spadku w parze AUD/USD.
CAD: akcja w parze USD/CAD koncentruje się wokół kluczowego obszaru 1,3000 w oczekiwaniu na konsolidację lub ponowne nabranie impetu przez USD. Wsparcie w parze USD/CAD pojawia się w obszarze 1,2900.
NZD: czekam na okazję do sprzedaży w parze NZD/USD, istnieje jednak ryzyko typu „sprzedawaj plotki, kupuj fakty” w związku z jutrzejszym posiedzeniem RBNZ (dla inwestorów z Azji będzie to czwartek rano), mimo iż zasadniczo NZD wykazuje trend spadkowy. Obszar 0,6600/50 może stanowić opór.
SEK: nie ma pretekstu do zawierania transakcji, ponieważ para EUR/SEK utrzymuje się w połowie przedziału.
NOK: niskie ceny ropy i surowców wpływają na osłabienie NOK, mimo iż pod pewnymi względami waluta ta jest niedoceniona.
Dobra passa w IT trwa. Liczba ofert pracy opublikowanych na portalu monsterpolska.pl w tej kategorii wciąż rośnie i w II kwartale była wyższa aż o 24% w stosunku do I kwartału. Duży wzrost (11%) zanotowały także HRy w wyniku wzmożonych poszukiwań rekruterów specjalizujących się w pozyskiwaniu kandydatów IT. Całkowita liczba opublikowanych ofert pracy w porównaniu do ubiegłego kwartału wzrosła o 6%.
IT nadal na pozycji lidera
Liczba ofert pracy z tej kategorii wciąż się zwiększa, ale już nie tak dynamicznie jak w poprzednich okresach. Nie świadczy to jednak o spadającym braku zainteresowania kandydatami o profilu IT, a jest jedynie wynikiem zmian metod ich poszukiwania, co widać chociażby po zwiększonym zapotrzebowaniu na rekruterów do tej branży. Aby znaleźć pracownika pracodawcy muszą aktywnie przeszukiwać zasoby i wychodzić do kandydatów. W tym, bowiem przypadku od dłuższego już czasu mamy do czynienia z rynkiem pracownika. Udział liczby ofert pracy, w ogólnej puli ogłoszeń, skierowanych do kandydatów o profilu IT od kwietnia do czerwca wyniósł 37%. Pracodawcy najczęściej poszukiwali pracowników na stanowiska Programisty i Inżyniera oprogramowania.
Spadek w Sprzedaży, duży wzrost w Finansach i Księgowości
Na drugiej pozycji w zestawieniu portalu monsterpolska.pl uplasowała się, tak jak w poprzednim kwartale, Sprzedaż / Sprzedaż detaliczna z udziałem na poziomie 16%. Liczba ofert pracy spadła jednak o 8% w stosunku do trzech pierwszych miesięcy tego roku. O 2/3 wzrosła natomiast liczba ofert pracy w kategorii Finanse / Księgowość. To przede wszystkim zasługa firm outsourcingowych oraz Centrów Usług Wspólnych, które wygenerowały większą liczbę ofert pracy dla tej kategorii.
Praca w dużych miastach
Niezmiennie największa liczba ofert pracy opublikowanych na portalu monsterpolska.pl dotyczyła największych miast Polski. Najwięcej pracowników poszukiwano w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Łodzi i Poznaniu.
Top zawody
W minionym kwartale najwięcej ofert pracy skierowanych było do Programistów. W rankingu pięciu najbardziej pożądanych specjalizacji znaleźli się także Doradcy Klienta, Księgowi, Inżynierowie oprogramowania oraz Przedstawiciele handlowi, którzy zamykają ranking. Rosnącym zainteresowaniem pracodawców, chociaż poza zestawieniem TOP 5, cieszyli się Analitycy biznesowi, dla których liczba ofert pracy prawie się podwoiła.
Mniej pracy w Logistyce i Marketingu
W odróżnieniu od specjalistów IT, z kłopotami ze znalezieniem pracy musieli się liczyć pracownicy branży Logistyka / Zakupy/ Transport, a także Marketingowcy i Specjaliści PR. Trudniej było także o pracę w Administracji.
Wtorkowy handel na większości rynków przyniósł spore zmiany, idące w kierunku przeciwnym do dotychczasowych tendencji. W większości przypadków ruchy te nie były związane z żadnym konkretnym impulsem, co wskazuje, że miały charakter korekcyjnego odreagowania.
Najbardziej widowiskowego zwrotu dokonał dolar, osłabiając się wobec euro o ponad 1 proc., mając najmniej powodów do takiej wolty poza tym, że wcześniej zyskiwał na wartości przez ponad miesiąc. Logiczną konsekwencją wczorajszego ruchu były niemal powszechne zwyżki na giełdach towarowych, które także miały co odreagowywać. Notowania złota z trudem jednak próbowały utrzymać się powyżej poziomu 1100 dolarów za uncję, a z czasem słabła dynamika wzrostów ropy naftowej i kontraktów na miedź. W środę rano widać zdecydowany powrót do spadkowej tendencji na rynkach niemal wszystkich towarów, mimo kontynuacji osłabienia dolara.
Po mocnych poniedziałkowych spadkach, równie silnie w górę poszły rentowności obligacji większości państw europejskich. W odwrotnym kierunku zmieniała się rentowność papierów amerykańskich, które dzień wcześniej taniały.
Więcej logiki widać było na rynkach akcji, gdzie Dow Jones tracił 1 proc., miedzy innymi wskutek 5-6 proc. przeceny papierów IBM i United Technologies, spowodowanej słabymi wynikami kwartalnymi i prognozami. Apple jedynie minimalnie przekroczył prognozy analityków, a reakcją był ponad 6 proc. spadek w handlu pozasesyjnym. Widoki na dziś także nie są więc najlepsze, tym bardziej że rozczarowały także Microsoft i Yahoo.
Ze spadkowej stawki europejskiej włamały się giełdy węgierska, czeska, bułgarska i turecka. W tym kontekście łatwiej dopatrywać się źródła lepszego zachowania się WIG20, przy jednoczesnej słabości mWIG40 i sWIG80.
dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska
Gdy za oknem świeci słońce, a dni należą do najdłuższych w roku, naturalnym odruchem jest gaszenie światła. Jednak czy z punktu widzenia norm oświetleniowych jest to dopuszczalne? Skąd mieć pewność, że wyłączenie lamp nie sprowadzi na pracowników zagrożenia i nie stanie się podstawą do zarzutów ze strony Inspekcji Pracy?
Choć oświetlenie sztuczne wykorzystywane jest w pomieszczeniach komercyjnych niezależnie od pory roku, latem wygasza się je dużo częściej. Według ankiety przeprowadzonej wśród pracowników biurowych przez jednego z producentów opraw oświetleniowych, zimą pozostają one włączone przez ponad 6 h / dzień w 72% przypadków. Wiosną i latem oświetlenie sztuczne działa przez ¾ czasu pracy zaledwie w co trzecim biurze. Choć zgaszenie lamp, gdy światło dzienne jest wystarczające, jest naturalnym, korzystnym z punktu widzenia oszczędności i ekologii odruchem, powstaje pytanie – na jakiej podstawie można stwierdzić, czy warunki oświetleniowe po ich wyłączeniu spełniają wymagania normatywne?
Parametry, normy i pomiary
Według normy PN-EN 12464-1:2012, parametry oświetleniowe wymagane dla stanowisk, na których wykonuje się takie zadania, jak: pisanie ręczne, na maszynie, czytanie, obsługiwanie klawiatury, są niezmienne w ciągu roku. Pracodawca powinien zapewnić światło o natężeniu na poziomie 500 lx, współczynniku odzwierciedlenia barw Ra wynoszącym co najmniej 80 oraz wskaźniku olśnień UGR nie przekraczającym 19.
W najnowszej wersji dokumentu po raz pierwszy wspomina się o korzyściach związanych z wykorzystaniem do oświetlenia stanowisk światła dziennego, takich jak oszczędności energetyczne oraz pozytywny wpływ naturalnego światła na zdrowie i samopoczucie pracowników. – Z unijnych przepisów wynika, że odpowiednie oświetlenie stanowisk pracy może być wytworzone przez światło dzienne, sztuczne lub kombinację obu rodzajów. Tam, gdzie to możliwe, zaleca się wręcz wykorzystanie okien. Ich zastosowanie jest korzystne przede wszystkim ze względu na pozytywne oddziaływanie na osoby zatrudnione wizualnego kontaktu ze światem zewnętrznym – mówi Maciej Gronert, projektant oświetlenia w firmie TRILUX Polska. Światło dzienne charakteryzuje się jednak dużą zmiennością. Różnice w jego natężeniu w zależności od pory dnia, pory roku i warunków atmosferycznych są bardzo znaczące. Przykładowo – szacuje się, że zachmurzenie może czterokrotnie zmniejszyć ilość światła docierającego na daną powierzchnię.
W związku z tak dużą zmiennością światła dziennego, nie uwzględnia się go dokonując pomiarów natężenia światła na stanowisku pracy, a pracodawca ma obowiązek zapewnić oświetlenie elektryczne o parametrach zgodnych z Polskimi Normami niezależnie od oświetlenia dziennego (rozporządzenie Ministra Pracy i Polityki Socjalnej w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy – tekst jedn.: Dz. U. z 2003 r. Nr 169, poz. 1650 z późn. zm., § 26 ust. 2). Pomiarów natężenia oświetlenia elektrycznego dokonuje się więc w nocy bądź po szczelnym zasłonięciu okien znajdujących się w pomieszczeniu. Czynności tego typu podejmuje się zazwyczaj uruchamiając nowe stanowiska pracy. Utrzymują one ważność do czasu zmiany ustawienia stanowisk pracy lub zmiany rodzaju oświetlenia. Przepisy jasno mówią więc, że obowiązkiem zatrudniającego jest zapewnić sztuczne światło o odpowiednich parametrach, nie odpowiadają jednak na pytanie, czy można je wyłączyć latem.
Zdrowy rozsądek i systemy zarządzania
Wydaje się, że z punktu widzenia przepisów, wystarczającym jest zaopatrzenie biura w oświetlenie elektryczne spełniające wymagania normatywne. Mile widziana jest maksymalizacja dostępności oświetlenia dziennego, choć zgodnie ze sztuką nie uwzględnia się jego roli w zapewnieniu odpowiednich warunków pracy. Wskazówką co do tego, czy oświetlenie dzienne jest w danym dniu wystarczające, mogą być odczucia osób zatrudnionych. Stan pożądany, jakim jest wygoda widzenia, występuje wtedy, gdy zdolność rozróżniania szczegółów jest pełna, spostrzeganie przebiega sprawnie i szybko oraz nie prowadzi do odczucia przykrości, niewygody czy nadmiernego zmęczenia.
Aby mieć pewność zapewnienia odpowiednich warunków oświetleniowych i w pełni wykorzystać oszczędnościowy potencjał dłuższych dni, warto rozważyć zastosowanie w biurze czujników natężenia światła. – Automatyczne sterowanie oświetleniem w oparciu o czujniki, stale dokonujące pomiarów natężenia światła w pomieszczeniu, pozwala dostosować intensywność pracy opraw do zastanych warunków – mówi Maciej Gronert. –Jeśli światło dzienne osiąga niezbędną do pracy przy komputerze wartość 500 lx, lampy zostaną całkowicie wygaszone. Kiedy z odczytów wynika, że wymagane jest częściowe doświetlenie pomieszczenia, układy kontrolne dopasowują moc opraw – tak, by osiągały one zadane parametry –tłumaczy projektant oświetlenia TRILUX Polska. Wdrożenie tego typu rozwiązania nie tylko zapewnia spełnienie wymagań normatywnych, ale również przekłada się na znaczące oszczędności. Jak szacują branżowi eksperci, wykorzystując systemy zarządzania oświetleniem z funkcją częściowego i całkowitego wygaszania opraw, można obniżyć zużycie energii elektrycznej nawet o kilkadziesiąt procent.
Dariusz Lasek, dyrektor inwestycyjny ds. papierów dłużnych Union Investment TFI
Porozumienie z Grecją znacząco pomogło rynkom długu. Także polskie obligacje w ostatnich dniach zachowują się pozytywnie. Od zeszłego tygodnia rentowności 10-letnich papierów skarbowych spadły z ok. 3,1% do ok. 2,9%. To przełożyło się na wzrosty jednostek uczestnictwa polskich funduszy obligacyjnych i pozwoliło im na odrobienie w znacznym stopniu tegorocznych spadków. Radość z tymczasowego wyeliminowania greckiego ryzyka może jeszcze trochę potrwać i robimy wszystko, żeby ją należycie wykorzystać. Natomiast w dalszym ciągu twierdzimy, że nie jest to najlepszy rok dla obligacji skarbowych. Dlatego obecnie stawiamy przede wszystkim na fundusze obligacji korporacyjnych (w tym papierów high yield) oraz na fundusze pieniężne.
Siła Polski rośnie
W maju odnotowaliśmy nieobserwowaną od kilkunastu lat nadwyżkę w handlu towarowym (946 mln euro), do czego przyczynił się dynamiczny wzrost polskiego eksportu. Powinno to znaleźć odzwierciedlenie w odczycie PKB, ale kluczowe znaczenie ma to, że tak dobry wynik eksportowy przełożył się na wysokie, dodatnie saldo na rachunku obrotów bieżących Polski. Majowa nadwyżka wyniosła ponad miliard euro – to wartość spektakularna i o tyle istotna dla gospodarki, że zwiększa rezerwy walutowe kraju, a tym samym działa stabilizująco na rynki.
21 lipca 2015 roku Netia SA podpisała umowę nabycia 100% akcji spółki TK Telekom Sp. z o.o. Po podpisaniu 8 maja 2015 r. przedwstępnej umowy sprzedaży udziałów pomiędzy PKP SA i Netia SA, strony oczekiwały na zgodę Walnego Zgromadzenia PKP SA oraz zielone światło ze strony Urzędu Ochrony Konsumentów i Konkurencji. Ostateczna cena nabycia 100% udziałów wyniosła niecałe PLN 222 mln złotych. Transakcja została sfinansowana z dostępnych linii kredytowych oraz środków własnych.
Bogusława Matuszewska, Prezes Zarządu Netii
„Przed nami proces integracji firm. Wybierzemy rozwiązanie, który będzie korzystne dla klientów oraz spółek Grupy Netia. W najbliższych miesiącach podejmiemy decyzję o optymalnym modelu. Jednak już dziś jestem pewna, że powiększenie Grupy o aktywa TK Telekom zwiększy efektywność jej działania na rynku i dobrze wpisze się w skuteczną realizację założonej przez Grupę Netia strategii na kolejne lata.” – powiedziała Bogusława Matuszewska, Prezes Zarządu Netii.
Grupa Netia, po przejęciu TK Telekom znacząco zwiększy swój potencjał. Zasięg sieci szkieletowej Grupy zwiększy się o około 7,5 tys. km linii światłowodowych. Skala działalności Grupy Netia w segmencie klientów biznesowych zwiększy się nawet o ponad 28 procent (bazując na danych za 2014 rok finansowy, pro forma).
„Kolejny krok w ramach konsolidacji aktywów stacjonarnych na polskim rynku telekomunikacyjnym został dokonany, zgodnie z założeniami strategicznymi Grupy Netia. Rozległa sieć światłowodowa oraz portfel klientów o strategicznym znaczeniu umocnią pozycję Grupy w segmencie klientów biznesowych. Co istotne, po wypłacie dywidendy w wysokości 60 groszy na akcję oraz dokonaniu akwizycji TK Telekom, lewarowanie finansowe Grupy Netia pozostaje nadal na komfortowym poziomie.” – powiedział Andrzej Kondracki, Dyrektor ds. Strategii i Rozwoju Grupy.
Niezwłocznie po zamknięciu transakcji Grupa Netia rozpocznie szereg szczegółowych analiz, pozwalających na określenie docelowego modelu integracji TK Telekom w Grupie Netia. Szczegółowy plan zostanie zaprezentowany do końca 2015 roku.
– Firmy boją się ataków DDoS, czyli rozproszonej odmowy dostępu. Mało które zdarzenie potrafi tak bardzo sparaliżować biznes – twierdzi Łukasz Formas, Główny Inżynier Sprzedaży w Integrated Solutions (IS).
Łukasz Formas, Główny Inżynier Sprzedaży w Integrated Solutions (IS)
Zdaniem Łukasza Formasa z IS, integratora należącego do Orange Polska, obok spamu i malware DDoS to jedno z zagrożeń, które w ostatnim czasie czyni największe spustoszenie na rynku. W przeciwieństwie do pozostałych skupia się na wyłączeniu dostępu do usługi, szczególnie biznesowej, co bezpośrednio przekłada się na straty.
– To są ataki, których żniwa firmy liczą w kilku milionowych stratach. Niestety z naszych doświadczeń wynika, że stają się coraz bardziej wyrafinowane. Mogą być też wykorzystywane jako odwrócenie uwagi w przypadku chęci włamania się hakerów do serwerów danego przedsiębiorstwa – twierdzi Łukasz Formas.
Tylko w 2014 roku CERT Orange Polska zidentyfikował 106 768 alertów DDoS dotyczących sieci Orange, czyli ostrzeżeń charakterystycznych dla tego rodzaju ataków. To ponad 24 alerty odbierane każdego dnia.
Najbardziej na ataki narażone są banki, instytucje publiczne, firmy usługowe, e-commerce i serwisy aukcyjne. Im bardziej biznes uzależniony od internetu, tym większe ryzyko ataku.
– Od strony użytkownika DDoS jest jednym z mniej szkodliwych zagrożeń, zupełnie inaczej ranking ten wygląda w przypadku firm. Z punktu klienta końcowego informacja np. o niemożliwości zrealizowania przelewu skutkuje irytacją i stratą czasu. Dla banku to dotkliwa porażka wizerunkowa i finansowa – dodaje główny inżynier z Integrated Solutions.
Analizy prowadzone przez integratora wskazują jednak, że zmienia się nastawienie polskich przedsiębiorców do cyberzagrożeń – z interwencji na prewencję.
– Łącząc dane Orange CERT z bezpośrednią opinią klientów jesteśmy w stanie określić trendy na rynku i skategoryzować zagrożenia. Pocieszające jest to, że świadomość biznesu na temat skutków cyberataków wzrasta, a firmy coraz częściej patrzą na obszar bezpieczeństwa teleinformatycznego przez pryzmat nie tylko działań, które należy podjąć w razie ataku, ale przede wszystkim tych, które pozwolą ich po prostu uniknąć – podsumowuje Łukasz Formas z IS.
Z najnowszego badania KPMG International wynika, że CEO globalnych spółek są pewni, że w ciągu najbliższych trzech lat ich firmy utrzymają się na fali wzrostu. 78% z nich spodziewa się większej liczby procesów rekrutacyjnych do połowy 2018 roku. Wedle nieustająco rosnącej konkurencji, zarządzający podejmują działania mające na celu transformację swoich organizacji. Do kwestii budzących największe obawy wśród CEO należą między innymi utrzymanie lojalności konsumentów, nadążanie za rozwojem nowych technologii oraz dopasowanie usług i produktów do potrzeb rynku. Z badania wynika także, że największą część kapitału spółek w najbliższej przyszłości pochłonie ich ekspansja poza krajowy rynek.
Fala wzrostu się utrzyma
Z badania KPMG, przeprowadzonego wśród 1 278 menedżerów z całego świata wynika, że zarządzający globalnymi biznesami są pewni, że ich firmy utrzymają się na fali wzrostu przez najbliższe trzy lata. Co więcej, 69% CEO w Europie, 66% CEO w regionie Azja-Pacyfik i 52% CEO w Stanach Zjednoczonych wykazuje większy niż rok temu optymizm związany z perspektywami wzrostu całej światowej gospodarki. Oceniając sytuację własnej firmy i potencjał jej rozwoju, 70% menedżerów z Europy, 68% menedżerów z regionu Azja-Pacyfik i 19% menedżerów ze Stanów Zjednoczonych z większą niż roku temu ufnością patrzy w przyszłość. Prezesi spółek na świecie nastawiają się przede wszystkim na wzrost zatrudnienia – aż 78% respondentów spodziewa się fali procesów rekrutacyjnych trwających aż do połowy 2018 roku.
Główny przekaz od zarządzających biznesami z całego świata brzmi następująco: gospodarka będzie miała się dobrze w ciągu najbliższych trzech lat. Co ważniejsze, menedżerowie planują zwiększać zatrudnienie – mówi John Veihmeyer, Global Chairman w KPMG International
– i dodaje – Poprawa nastrojów w porównaniu do zeszłego roku jest bardziej widoczna w Europie i Azji niż w Stanach Zjednoczonych. Po części odzwierciedla to fakt, że Stany znajdują się na bardziej zaawansowanym etapie ożywienia gospodarczego.
Według badania KPMG prezesi spółek stawiają czoła dynamicznie rosnącym naciskom ze strony konkurencji. Okazuje się, że aż 86% z nich martwi się o lojalność swoich klientów, 74% obawia się nowych wejść na rynek, 72% wśród swoich obaw wskazuje nadążanie za rozwojem nowych technologii, 68% niepokoi się, że konkurenci odbiorą im część rynku, a 66% martwi się o to, czy ich produkty lub usługi będą wciąż dobrze dopasowane do potrzeb rynku na przestrzeni najbliższych trzech lat.
Utrzymanie status quo? Ryzykowna gra
44% prezesów spółek przyznało, że są zaledwie „dość pewni” modeli biznesowych, na których opierają się ich firmy, podczas gdy 5% wyraziło wręcz całkowity brak pewności co do stosowanych rozwiązań. Według badania KPMG, 29% CEO planuje na przestrzeni trzech nadchodzących lat przeprowadzić znaczącą transformację swojej spółki.
Pomimo, że menedżerowie na świecie są w pełni świadomi potrzeby zmian w swoich organizacjach, prawie jedna trzecia z nich zasygnalizowała, że w ich przedsiębiorstwach nie podejmuje się wystarczającego ryzyka związanego ze strategią globalnego wzrostu. 56% prezesów spółek przyznała, że w ich organizacjach nie został jeszcze w pełni zaimplementowany proces wdrażania innowacji. Połowa respondentów zwróciła uwagę na nowe dodatkowe wyzwania, z którymi muszą się zmierzyć, a które wynikają m.in. z potrzeby lepszego wykorzystania analityki danych, a także tworzenia zabezpieczeń przed cyberprzestępczością.
CEO zmagają się z niezwykle złożonymi wyzwaniami biznesowymi i są to sytuacje bez precedensu. Wielu prezesów z naszego badania powtarza to, co nieustannie słyszę podczas spotkań z osobami odpowiedzialnymi za kierownictwo w organizacjach, a mianowicie, że potrzebne jest podejmowanie ryzyka w oparciu o kalkulacje. Prezesi wiedzą, że muszą zmienić swój sposób działania. Uparcie wpatrują się w swoje firmy w poszukiwaniu obszarów wymagających transformacji, dzięki której możliwe będzie utrzymanie i wzmocnienie pozycji całej spółki względem konkurentów
– dodaje John Veihmeyer, Global Chairman w KPMG International.
Priorytety strategiczne na najbliższy okres
Priorytety strategiczne w perspektywie trzech lat obejmują (od najważniejszego): rozwijanie nowych strategii wzrostu, silne skoncentrowanie na kliencie, ekspansję geograficzną, redukcję kosztów, poprawę szybkości docierania na rynek, a także wspieranie innowacji. CEO zapytani w badaniu, czy zamierzają się skupiać w większym stopniu na wzroście czy na efektywności operacyjnej w ciągu najbliższych trzech lat, 94% prezesów spółek ze Stanów Zjednoczonych wskazało na wzrost, podczas gdy reprezentanci Azji i Europy powiedzieli, że skoncentrują się bardziej na efektywności operacyjnej. Do najczęściej wskazywanych obszarów, które w opinii liderów będą miały największy wpływ na wyniki firmy, należą: wzrost światowej gospodarki, regulacje środowiskowe, a także rozwój nowoczesnych technologii.
Europa Środkowa na celowniku amerykańskich spółek
Z badania KPMG wynika, że działaniem firmy, które pochłonie największą część kapitału w ciągu następnych trzech lat, jest ekspansja poza krajowy rynek. Zarządzający ze Stanów Zjednoczonych w pierwszej kolejności skoncentrują się na Europie, szczególnie jej centralnej części.
Ukierunkowanie ekspansji CEO ze Stanów Zjednoczonych w stronę Europy Centralnej, to dla Polski bardzo dobra wiadomość. Z badań KPMG wynika, że Polska stanowi najbardziej atrakcyjny pod względem inwestycji kraj w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. Napływ kapitału amerykańskiego i dalsze zacieśnianie stosunków biznesowych ze Stanami Zjednoczonymi może okazać się bardzo korzystne dla utrzymania tempa rozwoju gospodarczego
– podkreśla Leszek Wroński, partner, szef usług doradczych w KPMG w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej.
Dla menedżerów z Chin, Japonii, Wielkiej Brytanii, Niemiec i Francji, największy potencjał wzrostu oferują Stany Zjednoczone.
PZU jest zainteresowany przejęciem Banku Ochrony Środowiska – informuje Blooomberg. Na razie nie ma żadnych oficjalnych infromacji w tej sprawie. Największy polski ubezpieczyciel kontynuuje rozbudowę swojego portfolio bankowego.
Pod koniec maja PZU podpisał przedwstępną umowę zakupu 25,25 proc. akcji Alior Banku za 1,63 mld. „PZU chce konsolidować sektor bankowy i stworzyć bank, który byłby w piątce największych w Polsce pod względem wielkości aktywów. PZU liczy, że do końca roku kupi akcje kolejnego banku” – informował w maju Andrzej Klesyk, prezes PZU.
Jak mówił Klesyk w najbliższych latach nastąpi konsolidacja sektora bankowego w Polsce. „Banki pomiędzy miejscem 6 a 20 nie mają racji bytu. Jeśli one się nie skonsolidują, nie będą w stanie przetrwać przy obecnych wymaganiach biznesowych. Po prostu duży ma większą moc i ta konsolidacja musi nastąpić” – ocenił.
W minionym roku podatkowym (zakończonym najpóźniej w czerwcu 2014 r.) wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły 214,2 mld dolarów wobec blisko 172 mld dolarów rok wcześniej. Autorzy drugiej edycji raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2015. Engaging the future luxury consumer” sygnalizują, że sektor ten, aby zdobyć klientów z pokolenia Y i zyskać przewagę konkurencyjną, musi w szerszym niż dotąd stopniu korzystać z nowoczesnych technologii i to nie tylko w obszarze marketingu.
Wzrost sprzedaży w minionym roku podatkowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 8,2 proc. (porównanie rok do roku). Rok wcześniej było to 12,6 proc. Mimo tego spowolnienia sektor dóbr luksusowych jest i tak w lepszej kondycji niż producenci dóbr konsumpcyjnych, którzy w tym samym czasie zanotowali wzrost sprzedaży jedynie o 5,6 proc. Różnica wynika stąd, że branża produktów luksusowych nie ulega tak bardzo wahaniom koniunktury gospodarczej, choć niewątpliwie sprzyja jej okres prosperity. Miniony rok podatkowy nie był jednak najbardziej udany dla tego sektora, skoro aż 63 proc. firm z zestawienia zanotowało wolniejszy wzrost sprzedaży niż rok wcześniej – mówi Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.
Średni zysk netto dla całego TOP 100 (sto największych pod względem przychodów producentów marek premium na świecie) wyniósł 10,3 proc. Średnia wartość sprzedaży przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,1 mld dolarów, a żeby znaleźć się w zestawieniu trzeba było osiągnąć przychody na poziomie co najmniej 142 mln dolarów.
Jak oceniają eksperci Deloitte marki luksusowe muszą dotrzymywać kroku zmianom technologicznym i stale unowocześniać swoje produkty, nie tracąc przy tym ich unikatowego charakteru.
Szefowie firm z tej branży zdają sobie sprawę, że ryzyko utraty reputacji w mediach społecznościowych jest największym z ryzyk wynikających z internetowej dystrybucji i sprzedaży produktów. Branża dóbr luksusowych uchodzi za jedną z najbardziej celowo „opóźnionych cyfrowo”. Opóźnienie to wynikało głównie z potrzeby chronienia dziedzictwa i wyjątkowości marek. Od kilku lat firmy z tego sektora próbują nadrobić stracony czas. Wielu z nich zdaje sobie sprawę, że tylko tak są w stanie dotrzeć do nowego pokolenia klientów – mówi Magdalena Jończak.
Jak wskazuje raport, nowoczesne technologie mogą pomóc producentom dóbr luksusowych dotrzeć do nowych odbiorców i budować wśród nich świadomość marki, ale powinny być wykorzystywane nie tylko w marketingu. Równie ważne są na etapie budowania produktu, w systemach CRM, a także w procesie poznawania i zgłębienia doświadczeń klientów.
Ważnym zagadnieniem dla branży dóbr luksusowych jest zdobywanie klientów wśród przedstawicieli pokolenia Y. Jak wynika z badania Deloitte Luxury Consumption among European High Earners prawie sześciu na dziesięciu reprezentantów tej generacji informacji o towarach luksusowych poszukuje w Internecie, a jedna trzecia zbiera informacje o promocjach i rabatach w mediach społecznościowych. Dla porównania w starszych pokoleniach postępuje tak zaledwie 10 proc. konsumentów. W skutecznym dotarciu do grupy klientów z pokolenia Y, którzy w ciągu kilku lat staną się liderami w wielu branżach, może pomóc dogłębna analiza ich nawyków zakupowych. Jednym z pionierów w tym obszarze jest Marc Jacobs, który stworzył projekt Tweet Shop, pozwalający wymieniać tweety na produkty tego projektanta – wyjaśnia Magdalena Jończak.
Eksperci Deloitte zwracają także uwagę na stałą ewolucję kanałów sprzedaży dóbr luksusowych, co oznacza, że firmy muszą analizować zmiany upodobań, zachowań i kanałów dystrybucji wykorzystywanych przez swoich klientów. Choć tradycyjne kanały marketingu, takie jak czasopisma (57 proc.) czy sklepy (48 proc.) nadal stanowią ważne źródło pozyskiwania przez nich informacji o markach luksusowych, to aż 45 proc. uczestników badania Luxury Consumption among European High Earners czerpie wiedzę na ten temat z Internetu. Można jednak wysnuć wniosek, że w tym sektorze sprzedaż tradycyjna jest silniejsza niż w pozostałych. Aż 75 proc. badanych wskazało, że możliwość zetknięcia się z towarem w sklepie i dotknięcia go jest dla nich bardzo ważna. Dla połowy respondentów ważne było także to, że produkt po zakupie natychmiast trafia do ich rąk. Z kolei dla 51 proc. badanych największą zaletą zakupów online była wygoda oraz lepsze ceny.
Autorzy raportu wskazują, że źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące. Choć jednocześnie największymi rynkami w tym sektorze pozostaje Europa: Włochy (29 firm w zestawieniu), Francja (11) oraz USA (15). Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (23,2 proc.) oraz amerykańskie (20,5 proc.). Jednak największy wzrost zanotowały firmy z Chin (o 33,4 proc.)
Coraz ważniejsi dla sprzedawców z Europy czy USA są zresztą turyści z tego kraju. Według szacunków w minionym roku finansowym ich wydatki w sklepach z towarami luksusowymi wzrosły o 18 proc. w porównaniu rok do roku, a w samym tylko grudniu o 50 proc.
W minionym roku podatkowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazły się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała nieco większy wzrost przychodów niż TOP 100, który wyniósł 8,4 proc. Była to zasługa jednak tylko dwóch firm, które po raz pierwszy znalazły się w TOP 10: chińskiego jubilera Chow Tai Fook Jewellery Group Limited (wzrost o 34,8 proc.) oraz amerykańskiego koncernu PVH Corp. (wzrost o 42 proc.). Z pierwszej dziesiątki wypadły za to firmy Shiseido oraz Rolex.
W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. Wśród nich niekwestionowanym liderem pozostaje Michael Kors Holdings, którego przychody w ciągu roku wzrosły o 51,8 proc., a w latach 2011-2013 o 59,4 proc.
TOP 10 rankingu Global Powers of Luxury Goods 2015
W zestawieniu TOP 100 największych producentów dóbr luksusowych na świecie pojawiło się w tym roku 14 nowych firm. Aż pięć z nich to spółki z Chin i Hong Kongu. Najwięcej firm w zestawieniu to producenci ubrań i butów (36 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci biżuterii i zegarków (o 13,5 proc.).
Raport analizuje również transakcje na rynku M&A w sektorze dóbr luksusowych. Dużą rolę w tym zakresie nadal odgrywają fundusze private equity, które w tej branży poszukują firm, mogących zagwarantować szybki wzrost i zwrot z zainwestowanego kapitału. Największą popularnością wśród nabywców cieszą się marki niszowe oraz firmy należące do młodych projektantów. Ważnym elementem rynku M&A jest integracja łańcuchów dostaw. Producenci dóbr luksusowych dokładnie kontrolują wszystkie dziedziny działalności – od fazy projektowania i pozyskiwania surowców, poprzez produkcję, sprzedaż – aż do dystrybucji. Widocznym trendem stały się więc przejęcia poddostawców, z usług których korzysta dana firma.
Eksperci Deloitte wskazują, że miniony rok finansowy pod względem liczby i wartości transakcji nie był tak udany jak poprzednie lata. W tym czasie tylko cztery transakcje osiągnęły wartość wyższą niż 100 mln dolarów. Największą z nich był zakup za 235 mln dolarów przez Essilor International firmy Costa (producent sportowych okularów przeciwsłonecznych). Wszystko wskazuje na to, że obecnie trwający rok finansowy będzie na rynku M&A dużo bardziej dynamiczny. Tylko do kwietnia 2015 roku doszło do siedmiu transakcji, których wartość sięgnęła powyżej 100 mln dolarów. Największą z nich było przejęcie za 530 mln dolarów producenta butów Stuart Weitzman Holdings przez firmę Coach Inc.
Dodatkowe informacje o raporcie:
Raport skupia się na czterech szeroko pojmowanych kategoriach dóbr luksusowych: ekskluzywnej odzieży, torebkach
i akcesoriach, biżuterii i zegarkach oraz kosmetykach i perfumach. W raporcie nie uwzględnia się luksusowych samochodów, podróży i obsługi turystycznej, łodzi i jachtów, sztuki i kolekcjonerstwa oraz luksusowych win, wódek i koniaków.
Źródłowa informacja prasowa: Luxury brands must navigate a ‘decade of change’ driven by technology and consumer forces to remain competitive, according to Deloitte report (Nowy Jork, 9 czerwca 2015 r.).
Jak pokazują wyniki badania Samsung Techonomic Index, Europejczycy posiadają coraz więcej urządzeń i poświęcają coraz więcej czasu na ich używanie. Jednak czy jesteśmy świadomi wszystkich możliwości, które otwiera przed nami nowoczesna technologia?
Samsung Techonomic Index to szczegółowe badanie poświęcone technologii w gospodarstwach domowych oraz sposobom jej wykorzystania. Przeprowadzono je w 18 krajach Europy. Nie będzie niespodzianką, że jesteśmy otwarci na nowe technologie – gospodarstwa domowe w Europie posiadają obecnie średnio 19 urządzeń, czyli o jedno więcej niż w ubiegłym roku.
Europejczycy korzystają z urządzeń coraz dłużej…
Telefony komórkowe, komputery osobiste, laptopy, urządzenia gospodarstwa domowego oraz telewizory są prawie w każdym domu w Europie. Korzystamy z nich coraz częściej – długość codziennego korzystania z urządzeń elektronicznych wzrosła w 2015 r. o 24% – do 9h 31min dziennie. Wyniki Techonomic Index pokazują, że europejskie domy są nie tylko miejscem, gdzie jemy, śpimy czy relaksujemy się. Przy rosnącej liczbie sprzętów podłączonych do Internetu, takich jak Smart TV czy tablety, domy stały się spersonalizowanym centrum kultury.
…i stawiają na funkcjonalność
Jeżeli chodzi o decyzje zakupowe, jedna trzecia konsumentów wskazała, że parametry, charakterystyka oraz innowacyjność są dla nich najważniejsze przy wyborze nowych urządzeń. Bez względu na to, czy chodzi o smartfon, czy o nową kuchenkę – najważniejsza jest funkcjonalność. Rozwiązaniem, które w bliskiej przyszłości zapewni wiele nowych możliwości, jest Internet rzeczy (ang. Internet of Things lub IoT).
A jednak 85% wciąż nie wie…
Stoimy u progu nowej ery, w której dzięki inteligentnym funkcjom urządzenia będą automatycznie łączyć się z Internetem i ze sobą nawzajem. Wyniki badania Techonomic Index wskazują, że ponad dwie trzecie (85%) badanych deklaruje, że nie wie, czym jest Internet rzeczy. Wielu ludzi już korzysta z inteligentnych urządzeń, które staną się częścią tego przyszłego połączonego ekosystemu, jednak nadal nie zdaje sobie sprawy, jak ogromne dają one możliwości.
Wkrótce będziemy żyć w świecie, w którym można przesłać wytyczne z samochodu do kuchenki, a ta automatycznie przełączy się w stan nagrzewania. Następnie piekarnik połączy się z telewizorem, aby sprawdzić, czy film wybrany na wieczór będzie gotowy do odtworzenia w momencie, gdy posiłek już będzie stał na stole. Wszystkie te czynności mogą być sterowane przez prostą aplikację w smartfonie – powiedział Olaf Krynicki, rzecznik prasowy Samsung Electronics Polska.
Legg Mason Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych przeprowadziło sondę internetową, w której zbadano przyzwyczajenia i oczekiwania internautów wobec oszczędzania na przyszłość. Do 200 złotych miesięcznie – taką kwotę na późniejsze wydatki, w tym również emeryturę, zamierza odkładać najwięcej respondentów badania (36%) w 2015 roku. Z kolei w pytaniu dotyczącym kwoty, którą respondenci mogliby swobodnie wygospodarować w budżecie miesięcznym, najwięcej ankietowanych (34%) wskazało 100 złotych.
Jakie kwoty chcieliby odkładać ankietowani, a jakie rzeczywiście odkładają? Ile trzeba samodzielnie odłożyć poza ZUS i OFE, aby godnie żyć na emeryturze? To tylko niektóre z pytań, z jakimi zmierzyli się respondenci.
„Coraz więcej osób decyduje się na indywidualne oszczędzanie w celu zabezpieczenia swojej przyszłości. W 2010 roku Izba Zarządzających Funduszami i Aktywami przeprowadziła badanie, z którego wynikało, że aż 55%[1] Polaków nie oszczędzało i nie planowało odkładania dodatkowych środków finansowych z myślą o emeryturze. Z kolei według najnowszego badania Izby, liczba osób gromadzących środki na przyszłość znacznie wzrosła. W chwili obecnej już tylko 20%[2] w ogóle nie myśli o indywidualnym oszczędzaniu, licząc na zadowalające wypłaty z ZUS lub OFE. Uważam, że nasza świadomość emerytalna z roku na rok rośnie i coraz częściej zdajemy sobie sprawę z faktu, że nie trzeba odkładać dużych sum, a kluczowe dla naszej przyszłości jest to, że w ogóle podejmujemy działania w celu gromadzenia dodatkowych środków” – mówi Jacek Treumann, członek zarządu Legg Mason TFI SA.
Według większości respondentów badania Legg Mason, aby godnie żyć na emeryturze, należy (poza ZUS i OFE) zaoszczędzić ok. 500 tys. złotych. Kwota wydaje się ogromna, jednak wspierając się niektórymi dostępnymi narzędziami, takimi jak na przykład Indywidualne Konto Emerytalne, czy Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego, możemy znacząco przybliżyć się do wymarzonej sumy. Ciekawym udogodnieniem, które posiadają oba produkty, jest optymalizacja podatkowa – ulga w przypadku IKZE lub zwolnienie z podatku od zysków na IKE. Zaletą obu kont jest możliwość pomnażania zebranego kapitału.
„Korzyści z IKZE najlepiej obrazują liczby: odkładając np. 200 złotych miesięcznie, po 35 latach nasz kapitał może wynieść nawet 288 tys. złotych (przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w wysokości 6%). Co więcej, szacowana suma ulg podatkowych w całym okresie oszczędzania to aż 15 120 zł (przy opodatkowaniu PIT w stawce 18%) lub 26 880 zł (przy opodatkowaniu PIT w stawce 32%). Przy dokonywaniu regularnych wypłat miesięcznych ze zgromadzonej sumy na emeryturze przez 20 lat, miesięczny dodatek do emerytury może wynieść nawet 1 575 zł (przy założeniu średniorocznej stopy zwrotu w wysokości 4% w okresie wypłat)” – dodaje Jacek Treumann.
Ważna informacja
Użyte w materiale wyrażenie „podatek od zysków” odnosi się do podatku od dochodu z tytułu udziału w funduszach kapitałowych (Ust. z dn. 26 lipca 1991 r. o podatku dochodowym od osób fizycznych, tekst jedn. Dz.U. z 2012 r. poz. 361, z późn. zm.). Niniejszy materiał ma wyłącznie charakter promocyjny, a zestawienia w nim zawarte należy traktować jako ilustrację, nie prognozę. Materiał ten nie stanowi oferty w rozumieniu Kodeksu cywilnego ani oferty publicznej w rozumieniu ustawy o ofercie publicznej i warunkach wprowadzania instrumentów finansowych do zorganizowanego systemu obrotu oraz o spółkach publicznych, doradztwa inwestycyjnego, innego rodzaju doradztwa, ani rekomendacji do zawarcia transakcji kupna lub sprzedaży jakiegokolwiek instrumentu finansowego. W celu uzyskania szczegółowych informacji o możliwościach skorzystania z ulgi podatkowej na Indywidualnym Koncie Zabezpieczenia Emerytalnego i dokładnych wyliczeń korzyści podatkowych prosimy o kontakt z kwalifikowanym doradcą podatkowym. Opodatkowanie zależy od indywidualnej sytuacji podatnika i może ulec zmianie w przyszłości. Podatek ryczałtowy w wysokości 10% pobierany jest od kwoty wypłaty (jednorazowej lub w ratach) z IKZE. W przypadku wcześniejszego zwrotu z IKZE, otrzymaną kwotę (wpłaty z uwzględnieniem zysków/straty) należy doliczyć do dochodu przy rocznym rozliczeniu PIT. Źródło danych – obliczenia własne Legg Mason TFI SA. Legg Mason TFI SA działa na podstawie decyzji z dnia 18.06.1998 r. wydanej przez Komisję Papierów Wartościowych i Giełd.
Po wstępnym ustabilizowaniu się sytuacji w Grecji oraz na giełdzie w Chinach na pierwszy plan rynkowych tematów wchodzą surowce. Po kilku latach hossy przyszedł czas na gwałtowny spadek cen. Powodów jest kilka. Spowolnienie gospodarcze w Chinach, będących ważnym importerem surowców nie pomaga. Również powrót Iranu na rynek ropy dusi ceny tego ważnego surowca.
Grecy zgodnie z zapowiedziami wydali wczoraj większość otrzymanej pomocy na spłatę zaległych rat. W rezultacie kraj ten przestał być niewypłacalny. Otwarte pozostaje pytanie co dalej, gdyż czekają nas negocjacje w ramach głównego programu pomocowego. Na razie rynki wierzą w porozumienie, a rząd Syrizy wdraża kolejne reformy. Wczoraj konsultowano właściwie pewny projekt, pozwalający na ujawnianie majątków urzędników, ułatwiający walkę z korupcją.
Iran ogłosił, że po zdjęciu sankcji będzie dążył do zwiększenia produkcji ropy z 2,85 mln baryłek dziennie do 4,7 mln w perspektywie najbliższych lat. Byłoby to zwiększenie światowej produkcji tego surowca o 2%. W sytuacji, gdy mamy do czynienia z nadpodażą na rynku taki ruch będzie powodował spadek cen ropy. Już teraz informacje te spowodowały, że surowiec ten testuje poziom 50 USD za baryłkę. Niższe ceny ropy przekładają się na problemy gospodarcze Rosji. Rubel, który odbił już w okolice 7,5 gr obecnie znów znajduje się grosz niżej.
Surowce obecnie w ogóle są w defensywie. Jako główny powód tak silnych spadków uważa się oczekiwania co do wzrostu stóp procentowych w USA. Warto natomiast zwrócić uwagę, że cena wielu z nich była oderwana od kosztów pozyskania i stanowiła regularny instrument spekulacyjny/inwestycyjny. Na pytanie gdzie te pieniądze są inwestowane odpowiedź jest prosta, patrząc co dzieje się ne giełdach. S&P ustanawia kolejne maksima.
Wpływ spowolnienia w Rosji odbija się na jej sąsiadach. Białoruski Państwowy Urząd Statystyczny poinformował, że w pierwszym półroczu PKB tego kraju spadło o 3,3%. Jest to głównie wynik załamania się eksportu na Wschód. Pogrążony we własnych problemach partner nie jest wstanie jak kiedyś wspierać Mińska tanimi kredytami i preferencyjnymi cenami.
Amerykańska Rezerwa Federalna wydała rozporządzenie wymuszające na największych bankach posiadanie odpowiedniej pozycji kapitałowej. Większe depozyty, zależne od wielkości i średniego ryzyka portfela mają na celu niedopuszczenie do sytuacji z 2008 roku, gdzie Lehman’s Brothers bankrutował na koszt innych. Warto zwrócić uwagę, że spośród 8 największych banków objętych nowymi przepisami, tylko jeden nie spełnia ich już teraz.
Dzisiaj kalendarz danych makroekonomicznych nie jest imponujący. Warto natomiast zwrócić o godzinie 10:00 uwagę na stopę bezrobocia w Polsce.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 21.04.2015 do 21.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2400. Wsparciem do wybicia była linia na 4,1450. Kolejnego wsparcia należy oczekiwać w okolicach 4,1000 – 4,1050, gdzie w ostatnich dwóch miesiącach znajdowały się ważne minima.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 21.04.2015 do 21.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy, z którego doszło do wybicia w dół. Najbliższym wsparciem dla ruchu spadkowego są ważne minima na 3,9200.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 21.04.2015 do 21.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie maksimum na poziomie 3,8500. Korekta przebiła wsparcie na poziomie 3,7300. Kolejnym wsparciem są ważne maksima na 3,6500.
GBP/PLNWykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 21.04.2015 do 21.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w trendzie wzrostowym. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 5,9400. W przypadków spadków najbliższym wsparciem jest dolne ograniczenie kanału na 5,8000.
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
Zastanów się, jak duży płacisz podatek od nieruchomości. A teraz wyobraź sobie, że ta kwota jest kilkadziesiąt razy większa. Właśnie tyle pieniędzy będziesz musiał oddać państwu, jeśli zostanie wprowadzony podatek katastralny.
W Polsce podstawą opodatkowania podatkiem od nieruchomości jest obecnie powierzchnia. W wielu innych krajach europejskich obowiązuje natomiast podatek katastralny – przy obliczaniu wysokości opodatkowania bierze się pod uwagę wartość nieruchomości. Mówi się o tym, że podatek ten ma zostać wprowadzony także w Polsce. Jego stawka miałaby wynosić ok. 1%. W praktyce oznaczałoby to, że dla przeciętnego Polaka obciążenie podatkiem od nieruchomości byłoby o kilka tysięcy złotych większe niż teraz.
„Wprowadzenie podatku katastralnego to generalnie dobry pomysł, ale na pewno nie na ten moment. Może za 30–40 lat, kiedy poziom życia w Polsce i siła nabywcza Polaków będą takie jak w innych, bardziej rozwiniętych krajach […]. Obecnie nie stać obywateli na płacenie tego podatku” – mówi serwisowi infoWire.pl doradca podatkowy Paweł Dymlang z Kancelarii Paweł Dymlang Doradztwo Podatkowe.
Chociaż w założeniu ma uregulować rynek nieruchomości, wprowadzenie podatku katastralnego może być przyczyną sporego zamieszania. „Powstanie duży ruch na rynku. Niektóre osoby będą chciały sprzedać nieruchomości, co na pewno spowoduje obniżenie ich cen. Poza tym może dojść do zahamowania rozwoju branży deweloperskiej czy też branży budowlanej” – zauważa ekspert. Państwo osiągnie więc dochody z pobierania nowego podatku, ale przypuszczalnie spadną te związane z inwestycjami na rynku nieruchomości.
Czy podatek katastralny zostanie w Polsce wprowadzony? Ministerstwo Finansów twierdzi, że tego nie planuje. Temat co jakiś czas (nie tylko przed wyborami parlamentarnymi) jest jednak wywoływany, więc nigdy nic nie wiadomo.
W czerwcu 2015 roku według Rankingu Cytowań i Informacji NEWTON Media liderem zestawienia w grupie dzienników ogólnopolskich została po raz kolejny Gazeta Wyborcza. Na dalszych pozycjach pojawiły się Rzeczpospolita oraz Dziennik Gazeta Prawna. Wśród dzienników regionalnych najczęściej cytowano: PolskaGłos Wielkopolski, DziennikPolski oraz Polska Gazeta Krakowska.Wśród tygodników ogólnopolskich najchętniej powoływano się na Wprost, Politykę oraz Do Rzeczy.
W minionym miesiącu na pierwszym miejscu wśród dzienników ogólnopolskich znalazła się Gazeta Wyborcza (157). Dziennikarze odnieśli się do tematu braku zaufania Ewy Kopacz do szefa CBA, Pawła Wojtunika. Przytaczano także i komentowano cykl „Osaczeni przez tabloid”, na który mocno zareagował Super Express. Drugie miejsce zajęła Rzeczpospolita (124), a na trzecim uplasował się Dziennik GazetaPrawna(61). Na kolejnych pozycjach znalazły się: SuperExpress (58), Fakt (56), Przegląd Sportowy (30), NaszDziennik (24), PulsBiznesu (11), Polska The Times (7), GazetaPolskaCodziennie (6), Trybuna (3) oraz Parkiet (1).
Liczba cytowań dzienników ogólnopolskich czerwiec 2015
Wśród dzienników regionalnych na pierwszym miejscu pojawiły się Polska Głos Wielkopolski(18). Drugie miejsce zajęły jednocześnie Dziennik Polski iPolska Gazeta Krakowska (po 5). Na trzecim miejscu znalazły się:PolskaDziennik Zachodni oraz Polska Dziennik Łódzki (po 4).
Liczba cytowań dzienników regionalnych czerwiec 2015
Wśród tygodników ogólnopolskich na pierwszym miejscu znalazł się Wprost(54). Wracano do afery taśmowej, głównie z powodu kampanii wyborczej (minął już rok od ujawnienia zapisów nagrań przez Wprost) oraz przytoczenia przez BBC fragmentów podsłuchanych wypowiedzi Radosława Sikorskiego na temat Davida Camerona. Drugie miejsce zajął tygodnikPolityka(47), a trzecie Do Rzeczy (32).
Liczba cytowań tygodników ogólnopolskich czerwiec 2015
W zestawieniu największej liczby informacji poświęconych poszczególnym tytułom znalazły się: wśród dzienników ogólnopolskich – Gazeta Wyborcza (178), dzienników regionalnych – Dziennik Polski (19), a tygodników opinii – Polityka (83).
Liczba cytowań informacji na temat tygodników ogólnopolskich czerwiec 2015
Liczba cytowań informacji na temat dzienników regionalnych czerwiec 2015
Liczba cytowań informacji na temat dzienników ogólnopolskich czerwiec 2015
Badanie zostało przeprowadzone na podstawie dzienników i tygodników ogólnopolskich oraz dzienników regionalnych. Uwzględniono wszystkie artykuły, które ukazały się w mediach w okresie od 1 do 30 czerwca 2015 r., w których cytuje się i powołuje na badane media.
Powierzchnie handlowo-usługowe sprzedają się już na wczesnych etapach budowy osiedli deweloperskich. Nic dziwnego, bo takie inwestycje mogą przynieść nawet 15 proc. stopę zwrotu kapitału w skali roku.
Choć na rynku inwestycyjnym prym wiodą mieszkania na wynajem, deweloperzy od kilku lat notują spore zainteresowanie lokalami użytkowymi. Inwestorzy szukają atrakcyjnych ofert przede wszystkim w największych aglomeracjach i ich satelickich miastach. Potencjalne stopy zwrotu kuszą: podczas gdy mieszkania na wynajem przynoszą średnią rentowność rzędu ok. 5 proc. rocznie, na lokalach użytkowych można zarobić przeciętnie 6 – 8 proc. A przy dobrym wyborze powierzchni nawet i 15 proc. w roku. Według szacunków deweloperów, inwestorzy nastawieni na czerpanie zysku z najmu stanowią ok. 75 proc. Klientów, kupujących powierzchnie handlowe w budynkach mieszkaniowych. Z kolei zdaniem doradców, powierzchnie użytkowe w nowych projektach deweloperskich sprzedają się nawet lepiej niż mieszkania.
– Najbardziej pożądane są lokale od dewelopera i to na etapie pozwolenia na budowę. Więksi gracze poszukują najemców na takie lokale, podpisują listy intencyjne i nabywają taki lokal. Często też od razu go sprzedają po wyższej cenie – ponieważ jest już „wynajęty”. O dobry lokal z rynku „wtórnego” w tej chwili jest bardzo trudno. Inwestorzy nie chcą się ich pozbywać, bo nie mają lepszych alternatywnych sposobów lokowania gotówki – wyjaśnia Anna Szczęsna, dyrektor Działu Nieruchomości Komercyjnych w Metrohouse.
W jaką powierzchnię zainwestować swój kapitał? Szczególnie atrakcyjne stopy zwrotu przynoszą oferty przy głównych ulicach handlowych, ciągach pieszych lub na rozwijających się osiedlach mieszkaniowych.
– Warto mieć na uwadze, że lokale w nowych osiedlach oferują wyższy standard. A jeśli kupujemy je na etapie „dziury w ziemi” – dodatkowo możemy liczyć na wzrost ich wartości – sugeruje Tomasz Sznajder, wiceprezes Polnordu.
Najlepiej jeśli lokal znajduje się od frontu inwestycji, ma świetnie widoczną witrynę na parterze i można przy nim swobodnie zaparkować samochód. Atrakcyjność lokalizacji podniesie sąsiedztwo przystanków komunikacji miejskiej a także standard oraz renoma zarówno budynku jak i całej okolicy.
Istotny jest również metraż lokalu – znacznie trudniej znaleźć dziś najemcę na duże powierzchnie liczące 300 metrów i więcej. Natomiast nie brak chętnych na niewielkie pomieszczenia np. o powierzchni 40 czy 60 – 80 metrów. Udanym przedsięwzięciem będą także i stumetrowe lokale a nawet liczące 180 mkw. Takimi ofertami interesują się m.in. duże instytucje finansowe (banki), uchodzące za solidnych najemców, z którymi można podpisać umowę na wiele lat.
– Notujemy coraz więcej zapytań o lokale handlowe. Inwestorzy są przy tym bardzo rozważni. Często najpierw szukają najemcy, kalkulują opłacalność przedsięwzięcia i dopiero na tej podstawie negocjują warunki zakupu powierzchni – opowiada Tomasz Sznajder – Biorąc pod uwagę wysoki popyt na tego typu lokale, projektujemy je w większości naszych inwestycji – zaznacza.
Polnord w kolejnym etapie osiedla Neptun w podwarszawskich Ząbkach, planuje wprowadzić w najbliższym czasie na rynek atrakcyjne lokale usługowe, na których będzie można zarabiać 10 proc. w skali roku. Inwestycja ta będzie gotowa w 2017 r.
Deweloper oferuje również atrakcyjne powierzchnie usługowe w jednej ze swych najnowszych inwestycji realizowanej w Warszawie, w Miasteczku Wilanów – w projekcie Brzozowy Zakątek, powstającym między ulicą Zdrową a Branickiego do kupienia są popularne wśród inwestorów lokale użytkowe o niewielkich powierzchniach. Duży popyt na mieszkania na Polach Wilanowskich i szybko rozwijająca się infrastruktura miejska w tej lokalizacji gwarantują wysokie stopy zwrotu inwestycji w powierzchnie komercyjne.
W cieniu Azji, krajów arabskich czy Europy Zachodniej po cichu rozwija się – w I kw. 2015 r. aż o 12,9 proc. r/r – eksport do Rumunii. Już teraz jego wartość jest porównywalna do wywozu do Turcji i większa niż cały eksport do… Chin! Instytucja płatnicza AKCENTA wskazuje, że polskie firmy powinny interesować się tym kierunkiem i równocześnie rozważyć rozliczanie się z rumuńskimi partnerami bezpośrednio w lokalnej walucie, czyli lejach.
Wg danych GUS w 2014 r. Rumunia była na 18. miejscu na liście naszych największych odbiorców a wartość wywozu polskich towarów do tego kraju przekroczyła 10 mld zł. W I kw. obecnego roku kraj ten znalazł się już na 17. miejscu a udział Rumunii w całości naszego eksportu wyniósł 1,5 proc., czyli tyle co wywóz do Turcji i więcej niż udział kierowany na ogromny rynek Państwa Środka (1 proc.).
Rumunia będzie się zmieniać
Dlaczego warto, aby polskie firmy zainteresowały się Rumunią skoro na razie jest ona jednym z najuboższych krajów Unii Europejskiej? Według Radosława Jaremy, dyrektora zarządzającego instytucji płatniczej AKCENTA w Polsce, potencjał Rumunii jako kierunku wymiany handlowej bierze się ze zmian zachodzących w tym kraju. – Mówi się, że wiele kierunków jest atrakcyjnych dla eksporterów ze względu na rosnącą siłę nabywczą tamtejszych konsumentów. Warto już teraz patrzeć na Rumunię właśnie pod tym kątem. Jest to kraj, który bardzo dynamicznie się zmienia, zarówno pod względem społecznym, jak i gospodarczym – podkreśla Jarema.
Omawiając perspektywy rozwoju Rumunii przedstawiciel AKCENTY przywołuje przykład Polski, która w momencie przystąpienia do Wspólnoty była jednym z najbiedniejszych krajów UE. Teraz polski PKB per capita wynosi już 67 proc. średniej dla całej UE. – Rumunia przystąpiła do UE później niż Polska, więc ma kilka lat zaległości. Dodatkowo moment jej wejścia do Unii zbiegł się z początkiem światowego kryzysu. Dlatego też wydaje mi się, że kraj ten nie pokazał jeszcze swojego pełnego potencjału i w najbliższych latach można spodziewać się wyższego wzrostu gospodarczego w Rumunii, na czym mogą skorzystać m.in. polskie firmy – twierdzi Jarema. Do tego kraj ten jest sporym rynkiem. Około dwudziestomilionowa Rumunia jest obecnie 7. krajem pod względem liczby ludności w UE.
Rumunia już dawno zwróciła uwagę samej AKCENTY, która postrzega ten rynek jako bardzo atrakcyjny pod kątem rozwoju własnego biznesu czyli obsługi transakcji walutowych. – Spodziewamy się, że Rumunia będzie dużo importować, także z Polski, oraz że ma przed sobą rozwój eksportu. Właśnie dlatego pod koniec 2014 r. rozpoczęliśmy działalność na tym rynku. To, że AKCENTA jest w Rumunii oznacza konkretne korzyści dla polskich przedsiębiorców: płatności między Polską i Rumunią w rodzimych walutach są nie dość że darmowe, to jeszcze ekspresowe. Wymianę walut realizujemy po bardzo dobrych kursach, które dodatkowo można negocjować. Dzięki temu polscy przedsiębiorcy mogą wysyłać i odbierać swoje transfery szybciej i taniej niż za pośrednictwem banków – mówi Radosław Jarema. Oprócz Polski i Rumunii AKCENTA jest obecna także w Czechach, na Węgrzech i Słowacji. Na bezkonkurencyjnie dobrych warunkach realizowane są wszystkie płatności między tymi krajami (w CZK, PLN, RON, HUF i EUR). AKCENTA oferuje też bardzo atrakcyjne warunki wymiany walut i płatności zagranicznych w pozostałych 131 walutach do innych krajów na świecie.
Radosław Jarema zwraca uwagę, że obecność polskich firm w Rumunii może być atrakcyjna biznesowo ze względu na położenie tego kraju w sąsiedztwie państw Półwyspu Bałkańskiego. Z drugiej strony rumuńskie porty takie jak Konstanca otwierają drogę do basenu Morza Czarnego, czyli np. ogromnego rynku tureckiego. – Wejście na rynek rumuński jest zdecydowanie łatwiejsze ze względu na przynależność tego kraju do UE. To dobra rozgrzewka dla polskich firm chcących rozwijać się w tym regionie, która pozwoli poznać specyfikę oraz zweryfikować swoją strategię ekspansji w tej części Europy – dodaje Radosław Jarema.
Czy rozliczać się w leju?
Oficjalne stanowisko rumuńskich władz mówi o planie zastąpienia rodzimej waluty euro w 2019 r. Na razie jednak polskie firmy mogą rozliczać się z rumuńskimi kontrahentami w rodzimej walucie. Dlaczego tego nie robią? Odpowiedź jest zaskakująco prosta: wiele firm nie ma w swoim banku takiej możliwości. Tylko niektóre instytucje finansowe oferują płatności w RON i to zwykle z wysokimi kosztami przelewów międzynarodowych w tej walucie. – Dzięki rozwojowi pozabankowych usług wymiany walut przedsiębiorcy, którzy chcą rozliczać się z rumuńskimi partnerami w ich rodzimej walucie, mogą to robić. Dodatkowo mogą skorzystać narzędzi minimalizowania ryzyka kursowego w postaci zabezpieczenia kursu wymiany za pomocą transakcji forward – podkreśla Radosław Jarema.
Analitycy AKCENTY zwracają uwagę, że przedsiębiorcy, którzy myślą o rozliczaniu się ze swoimi rumuńskimi kontrahentami w ich lokalnej walucie powinni obserwować przede wszystkim kurs euro. – Kurs tej waluty w stosunku do EUR zachowywał się w tym roku stabilnie. Handel na parze EURRON przebiegał nieznacznie pod poziomem 4,45 RON/EUR i nie spodziewamy się żadnych wyraźniejszych zmian wartości tej pary także w nadchodzących tygodniach. Kurs rumuńskiej waluty wobec złotego będzie w najbliższym czasie zależał w głównej mierze od siły polskiej waluty – twierdzi Miroslav Novak, analityk AKCENTY. Wg prognoz AKCENTY kurs RON w ciągu najbliższych 6. miesięcy będzie oscylował wokół 0,897 zł a w perspektywie 12. miesięcy w granicach 0,920 zł.
Wielu Polaków ma na tyle napięty domowy budżet, że zmuszeni są do życia „od pierwszego do pierwszego”. Z pensji co miesiąc opłacamy bieżące wydatki bez możliwości odłożenia określonej sumy na konto oszczędnościowe. Potwierdzają to badania Fundacji Kronenberga z 2014 r., z których wynika, że tylko co ósmy Polak oszczędza regularnie, tymczasem co dwudziesty wydaje więcej niż zarabia. Dlatego z naszych ust często pada usprawiedliwiające stwierdzenie: „nie umiem oszczędzać”. Czy oszczędzania można się nauczyć? Eksperci Casus Finanse przekonują, że jest to możliwe i dają kilka praktycznych wskazówek, które pomogą nam urzeczywistnić plany o zgromadzeniu środków na przyszłe miesiące czy lata.
Warto podjąć trud oszczędzania, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo finansowe. Aby to osiągnąć nie trzeba diametralnie zmieniać swojego stylu życia – wystarczy, że wprowadzimy do niego kilka zasad lub zmienimy nieco nasze przyzwyczajenia.
Analiza wydatków i przyjemności
Oszczędzanie powinniśmy rozpocząć od przeanalizowania naszych codziennych wydatków, które warto spisywać. W ten sposób możemy określić, które z nich są zbędne. Warto też, przed wyjściem do sklepu, zaszczepić w sobie zwyczaj robienia listy niezbędnych zakupów, dzięki czemu będą one bardziej przemyślane. Jeśli wybieramy się na zakupy spontanicznie, istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że nasz koszyk wypełnimy wieloma „promocyjnymi” produktami, których w rzeczywistości wcale nie potrzebujmy. Zakupów należy też unikać, kiedy jesteśmy… głodni – badania udowadniają, że wybierając się na zakupy z uczuciem sytości, mniej ulegamy zakupowym zachciankom. Bardziej opłacalne jest również robienie dużych zakupów raz w tygodniu. W ten sposób oszczędzamy, ponieważ rezygnujemy z robienia codziennych sprawunków w osiedlowych sklepikach, które mają zazwyczaj zawyżone ceny. Mniej wydamy także na paliwo, jeśli zamiast kilka razy w tygodniu jechać do marketu, wybieramy się tam raz. Poza tym wydana jednorazowo spora suma pieniędzy robi na nas większe wrażenie (niż wielokrotne wydanie drobnej kwoty), w ten sposób stajemy się bardziej powściągliwi w ich trwonieniu.
Pamiętajmy! Jeśli znaleźliśmy sposób na oszczędzanie, poprzez przemyślane kupowanie – np. żywności, powinniśmy oszacować, ile mniej więcej oszczędziliśmy i przelać te pieniądze na konto oszczędnościowe. Wiele osób robi błąd, gdyż zamiast odłożyć zaoszczędzone kwoty, wydaje na przyjemności. A oszczędzanie wiążę się z odmawianiem sobie spontanicznych zachcianek. Dlatego warto je przeanalizować (szczególnie te, na które przeznaczamy regularnie określoną sumę pieniędzy). Wówczas szybko może się okazać, że rezygnując lub nieco ograniczając ich liczbę – jesteśmy w stanie odłożyć wcale niemałą sumę pieniędzy.
Ustalenie kwoty i celu
Warto ustalić cel naszego oszczędzania oraz miesięczną kwotę, która powinna trafić na konto oszczędnościowe. Założenie z góry wielkiej kwoty do odłożenia np. kilkunastu tysięcy złotych na zmianę auta, może mieć odwrotny skutek – perspektywa, że będziemy musieli gromadzić je latami może nas zniechęcić. Dlatego ustalenie miesięcznej kwoty realnej do odłożenia, jest lepszym pomysłem – co kilka miesięcy należy sprawdzać, czy zaoszczędzona kwota odpowiada już wartości założonego przez nas celu (np. ww. samochodu) lub ile nam jeszcze brakuje do pełnego sukcesu. Nasza motywacja zapewne będzie większa, kiedy uświadomimy sobie, że mamy już zebraną np. ¼ czy ½ założonej kwoty.
Bank może pomóc w oszczędzaniu
Jeśli nie mamy czasu na analizowanie wydatków i szukanie substytutów, można wybrać nieco łatwiejszy sposób. Możemy w banku zgłosić zlecenie comiesięcznego przelewu. Po wpływie wynagrodzenia, bank będzie automatycznie przekazywał ustaloną kwotę na konto oszczędnościowe. Na początku może być ciężko gospodarować budżetem, uszczuplonym np. o 400 zł. Z czasem jednak, może nas zaskoczyć fakt, że nauczyliśmy się żyć za mniejszą kwotę pieniędzy. Kolejne ciekawe rozwiązanie oferowane przez banki to usługa tzw. automatycznego oszczędzania. Za każdym razem, gdy wydajemy pieniądze, płacąc kartą czy wykonując przelew, bank automatycznie pobiera określony procent wydanej kwoty (który wcześniej sami ustaliliśmy – np. 10% od każdej transakcji), następnie przekazuje ją na konto czy rachunek oszczędnościowy.
Brak skłonności do oszczędzania może doprowadzić do tarapatów finansowych
Dlaczego ludzie nie oszczędzają? Bardzo często wynika to z ich beztroski i braku perspektywicznego myślenia. Jeśli mamy pracę i nasze wynagrodzenie wystarcza nam na opłacenie bieżących potrzeb, sądzimy, że nie musimy oszczędzać. Polacy, zwłaszcza Ci, którzy wierzą, że ich sytuacja zawodowa, a co za tym idzie finansowa, w najbliższym czasie się polepszy, mają podejście konsumpcyjne i nie planują swoich wydatków. Często też, w przypadku pojawienia się niezaplanowanych wydatków, zaciągają kredyt, pożyczkę lub korzystają z karty kredytowej. Niestety, może to doprowadzić do utraty płynności finansowej. Wystarczy, że weźmiemy pożyczkę na wakacje i w niedługim czasie pojawi się jakiś niezaplanowany wydatek, jak np. naprawa auta czy leczenie. Wówczas może się okazać, że tych dwóch zobowiązań nasz budżet domowy nie jest w stanie udźwignąć. Dlatego warto pamiętać, że dzięki odłożonym na lokacie nawet niewielkim kwotom takim jak kilkadziesiąt złotych miesięcznie można spać bezpiecznie.
Oszczędzanie nie należy ani do najprzyjemniejszych, ani do najłatwiejszych rzeczy. Wymaga przede wszystkim sumienności, systematyczności i wytrwałości. Zamiast jednak powtarzać utarty slogan „nie mam oszczędności, bo nie potrafię oszczędzać”, warto spróbować podjąć ten wysiłek, zaczynając na początku od mniej ambitnych celów i kwot. Jeśli za odłożone pieniądze uda nam się np. sfinansować wakacje marzeń – uświadomimy sobie, że było warto i będziemy mogli wyznaczyć kolejny cel. Poza tym uczucie bezpieczeństwa finansowego – na wypadek utraty pracy czy nagłego wydatku – jest bezcenne.
Usługa zarządzania flotą polegająca na dzierżawie i obsłudze urządzeń produkcyjnych ma stanowić jedno z głównych źródeł przychodów Hilti w Polsce. Strategia spółki zakłada dynamiczny wzrost sprzedaży, z czego docelowo 50 proc. ma przypadać na handel internetowy. W 2020 roku przychody firmy mają osiągnąć poziom niemal 400 milionów złotych. Poziom zatrudnienia wzrośnie do tego czasu o 150 osób.
– W przyszłości chcemy skupiać się nie tylko na produkcie, lecz także na usługach oraz oprogramowaniu. To będzie kompleksowa usługa dla klienta – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Tomas Trocil, prezes Hilti Poland, pytany o rozwój oferty produktowej spółki.
Rozwój oferty dotyczyć ma nie tylko samych produktów, lecz także usług oraz oprogramowania. Celem firmy jest zaoferowanie software’u pozwalającego na pełną optymalizację parku urządzeń oraz pracy robotów budowlanych.
– Oznacza to, że klient będzie mógł wykorzystać wszystkie możliwości od strony software’u, żeby zoptymalizować swój park urządzeń czy pracę swoich maszyn na budowie, żeby jak więcej zarobić – mówi przedstawiciel Hilti Poland.
Elementem oferty spółki Hilti jest usługa o nazwie Fleet Management. W jej ramach firma wynajmuje klientowi urządzenia na trzyletni okres, a ten płaci miesięczną opłatę za użytkowanie. Dostawca zajmuje się pełnym serwisem wynajętych urządzeń oraz optymalizacją pracy maszyn.
– Myślę, że w przyszłości ta usługa może być hitem sprzedażowym, dlatego że to jest nowość. Parę lat temu wprowadziliśmy system flotowy dla klienta, widzimy tam ogromne możliwości. To jest rozwiązanie, które optymalizuje park urządzeń klienta, a to daje ogromne możliwości – mówi Trocil. –Mamy swoich stabilnych klientów, wśród których chcemy działać. Mamy tzw. partnerów, których chcemy obsługiwać kompleksowo, aby odnieśli większy sukces.
Szef Hilti w Polsce liczy na zwiększenie bazy partnerów biznesowych. Obecnie w Polsce jest ich 20 tysięcy. Strategia spółki obejmująca okres do 2020 roku zakłada wzrost wolumenu sprzedaży spółki. Prognozy mówią o tym, że w ciągu najbliższych pięciu lat Hilti notować będzie dwucyfrowy wzrost, a wartość przychodów pod koniec dekady osiągnie 400 milionów złotych. Strategia zakłada także stworzenie dodatkowych 150 miejsc pracy, zwiększenie przychodów przypadających na jednego pracownika, a także wzrost udziału sprzedaży internetowej.
– Ponad 50 proc. biznesu chcemy realizować przez Hilti online. Ale nie mamy żadnych ograniczeń – mówi dyrektor Hilti Polska w odpowiedzi na pytanie o rolę sprzedaży internetowej w strukturze przychodów spółki.
Obecnie w ten sposób realizowanych jest niespełna 30 proc. sprzedaży.
Hilti Poland jest częścią międzynarodowego koncernu Hilti, którego centrala zlokalizowana jest w Liechtensteinie. Spółka na całym świecie zatrudnia ponad 20 tysięcy osób, a łączne przychody ze sprzedaży w 2014 roku wyniosły 4,5 miliarda franków szwajcarskich. Hilti zwiększyła swój zysk operacyjny w ubiegłym roku o 27 proc. do 537 mln franków. W pierwszych czterech miesiącach 2015 roku zwiększyła sprzedaż w walutach lokalnych o 4,5 proc. Przychody liczone we frankach spadły o 2,3 proc. do 1,4 mld z powodu umocnienia szwajcarskiej waluty.
Wrocławski Geotrans powinien zadebiutować na rynku NewConnect jeszcze w sierpniu. Spółka zajmująca się zagospodarowaniem odpadów poprocesowych w ofercie prywatnej sprzedała istniejące akcje o wartości 1,2 mln złotych i nie planuje na razie emisji nowych papierów. Wyjątkiem mogą być oferty skierowane bezpośrednio do funduszy inwestycyjnych i emerytalnych. Pozyskane środki posłużą do ewentualnych akwizycji. Spółka obiecuje również wypłatę dywidendy, jednak jej poziom uzależniony będzie od planów inwestycyjnych.
– Jesteśmy po złożeniu dokumentu informacyjnego na giełdę, czekamy teraz na decyzję GPW. Jesteśmy gotowi do debiutu w przeciągu miesiąca – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Weremczuk.
W ramach oferty skierowanej do prywatnych inwestorów sprzedano łącznie 200 tys. akcji o łącznej wartości 1,2 mln złotych. Obecny kapitał spółki podzielony jest na 5 mln akcji. W zeszłym roku Geotrans osiągnął przychód wynoszący 5,2 mln złotych oraz 1,07 mln złotych zysku. Z tej kwoty akcjonariuszom została wypłacona dywidenda w łącznej wysokości 1 mln zł.
– Planujemy w przyszłych latach wypłatę dywidendy, aczkolwiek jej wysokość będzie uzależniona od planów rozwojowych – tłumaczy prezes.
W przypadku planowanych inwestycji lub potencjalnych przejęć innego podmiotu do akcjonariuszy trafi mniej pieniędzy niż w obecnym roku. Mowa jest tutaj o dywidendzie na poziomie 20 proc. zysku netto.
Główny udziałowiec spółki Geotrans SA nie planuje w najbliższej przyszłości podniesienia kapitału spółki. Ewentualne emisje akcji mogą być skierowane do instytucji finansowych, takich jak OFE i TFI. Zdobyte w ten sposób środki zostaną wtedy przeznaczone na cele akwizycyjne.
Spółka opiera swoją działalność na trzech segmentach: zagospodarowaniu odpadów ściekowych, rekultywacji i zagospodarowaniu produktów ubocznych spalania.
– Systematycznie zwiększamy liczbę obsługiwanych kontraktów dotyczących zagospodarowania komunalnych osadów ściekowych i to jest nasz core biznes, ten kierunek będzie rozwijany najmocniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Weremczuk, prezes spółki Geotrans.
Przemysław Weremczuk największy potencjał wzrostu w najbliższych latach upatruje właśnie w segmencie zagospodarowania produktów ubocznych spalania, choć zaznacza, że marżowość tej działalności jest niższa niż w pozostałych segmentach, którymi zajmuje się spółka.
– Trudno mi jest jednak powiedzieć na tym etapie, jaka będzie dynamika przychodów, ponieważ większość kontraktów, które zdobywamy, to są przetargi publiczne. Nie wiemy, jak zachowa się konkurencja i jaka będzie polityka cenowa konkurencji – mówi Weremczuk.
Obecnie najważniejszym kierunkiem biznesowym spółki jest Śląsk. Specyfika regionu wiąże się z wytwarzaniem bardzo dużej ilości odpadów, zarówno ściekowych, jak i ubocznych produktów spalania. Prezes spółki właśnie na Śląsku widzi największy potencjał dla działalności spółki Geotrans. Także z tego powodu spółka nie planuje na razie wyjścia z działalnością poza granice Polski.
– Mamy tak dużo do zrobienia jeszcze na rynku polskim, że o zagranicy na razie nie myślimy – mówi Weremczuk.
Polska planuje wydać na trzy okręty podwodne 7,5 mld zł. Dostawy są zaplanowane na lata 2020-2025. Przetarg na okręty może zostać rozpisany jesienią, podpisanie umowy miałoby zaś nastąpić najpóźniej na początku 2017 r. Jedynym oferentem, który zaproponował okręty posiadające zintegrowane pociski manewrujące, jest francuski DCNS.
Polska Marynarka Wojenna może być drugą na świecie wyposażoną w nowoczesne pociski manewrujące MdCN, produkcji francuskiego oddziału koncernu MBDA. Są one oferowane na wyposażeniu okrętów podwodnych typu Scorpène, które polskiej flocie proponuje stocznia DCNS. Francuska firma zapewnia, że po wygranym przetargu na budowę trzech okrętów podwodnych stworzy w Polsce co najmniej 1000 miejsc pracy.
– Jeśli Polska wybierze okręty DCNS, będzie drugą marynarką wyposażoną w okręty podwodne z europejskimi pociskami manewrującymi NCM – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alain Fougeron, wiceprezes DCNS. – We Francji realizujemy aktualnie program budowy okrętów podwodnych dla marynarki francuskiej o nazwie Barracuda. To nowy program, w ramach którego wyposażamy okręty w ten sam rodzaj pocisków manewrujących, który dostałaby Polska.
W postępowaniu na zakup trzech okrętów podwodnych dla polskiej marynarki DCNS jest jedynym producentem, który oferuje okręty wraz z pociskami manewrującymi. Ministerstwo Obrony Narodowej planuje kupić jednostki wyposażone w taką broń. Inni producenci – niemiecki TKMS oraz szwedzki Saab – oferują montaż pocisków zakupionych od innej firmy (np. amerykańskich Tomahawków).
Francuzi dzięki współpracy DCNS i MBDA oferują pociski wraz z okrętem. Takie rozwiązanie oznacza korzyści finansowe dla odbiorcy, a przede wszystkim gwarancję poprawnego działania okrętów razem z pociskami.
Same pociski manewrujące są niezbędne, by polskie okręty pełniły funkcję odstraszającą.
– Istnieje ogromna różnica pomiędzy okrętami podwodnymi wyposażonymi w pociski manewrujące a jednostkami bez nich. Ta różnica to zdolność odstraszania. Dodatkowe wyposażenie okrętów pozwoli wystrzelić pociski dalekiego zasięgu z bardzo precyzyjnie określonym celem. Potencjał odstraszania jest więc zupełnie inny – tłumaczy Fougeron.
Przekonuje, że pociski manewrujące o zasięgu wielu setek kilometrów umożliwiają atak na cele położone nawet w głębi lądu, a dzięki umieszczeniu ich na okrętach podwodnych są bardzo trudne do wykrycia przez nieprzyjaciela.
Fougeron dodaje, że przewagą oferty DCNS jest nie tylko możliwość równoczesnego zakupu zintegrowanych z okrętami pocisków. Francuska stocznia chce stworzyć w Polsce także nowoczesne centrum szkolenia oraz dokonać transferu technologii na dużą skalę.
– Wasza Marynarka Wojenna będzie musiała zostać przeszkolona. Sądzimy, że najlepiej jest korzystać z symulatorów, tak jak robimy to w przypadku marynarki francuskiej – mówi Fougeron. – Po pierwsze, to o wiele tańsze rozwiązanie, po drugie, symulatory są bardziej efektywne, ponieważ można na nich trenować wszystkie sytuacje, również te ekstremalne. Po trzecie, w czasie szkolenia na symulatorach okręt może być w morzu i wykonywać zadania operacyjne.
DCNS planuje zbudować okręty w gdyńskiej stoczni Nauta. Pierwsza jednostka powstanie w większości we Francji, ale z dużym udziałem polskich pracowników, a kolejne dwie w większości w stoczni w Gdyni.
– Dyskutujemy o szczegółach współpracy, podziale prac, niezbędnych inwestycjach, szkoleniu pracowników, a także o wyposażeniu, które mogłoby być zakupione w Polsce. Prognozujemy, że taki program mógłby przynieść około 1000 miejsc pracy w okresie budowy okrętów. Chcemy również, by okręty były w całości i w sposób całkowicie niezależny serwisowane w Polsce, a to przyniesie kolejnych 300 miejsc pracy w perspektywie 30-40 lat – zapowiada Fougeron.
Specjalizująca się w prowadzeniu relacji inwestorskich spółka CC Group zaoferuje polskim spółkom giełdowym usługę polegającą na przygotowaniu raportów analitycznych na ich temat. Wykonawcą będzie niezależna, międzynarodowa spółka analityczna Edison Investment Research z siedzibą w Londynie. Przedsiębiorcy korzystający z usług doradczej firmy otrzymają także dostęp do szerokiego grona zagranicznych inwestorów, zaś inwestorzy – do danych spółek.
– Edison Investment Research jest jedną z największych firm, które zajmuje się w Europie i na świecie niezależnymi analizami giełdowych spółek– mówi Adam Kalkusiński, prezes zarządu CC Group.
Brytyjska spółka zajmuje się głównie publikacją raportów analitycznych na temat spółek z całego świata notowanych na giełdach. W przypadku polskiego rynku z jej usług korzysta jak dotąd jedynie jeden podmiot – spółka Selvita.
– Wydaje nam się, że rynek dojrzewa do tego, żeby więcej polskich spółek było zainteresowanych usługą Edisona. Naszym zadaniem będzie identyfikacja na potrzeby Edisona tych spółek, które byłyby dobrymi celami dla analiz – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes CC Group Adam Kalkusiński.
Działania prowadzone przez CC Group mają za zadanie wprowadzenie oferty londyńskiej firmy na polski rynek oraz przekonanie polskich spółek notowanych na GPW do skorzystania z jej usług. Oprócz regularnie otrzymywanych analiz korzyścią dla krajowych firm będzie poszerzenie grona potencjalnych inwestorów.
– Raporty w języku angielskim przygotowane przez specjalistów będą docierały do bazy dystrybucyjnej Edisona, która obejmuje ponad 5 tys. podmiotów, takich jak fundusze inwestycyjne i emerytalne na całym świecie, a także venture capital czy private equity – mówi Kalkusiński..
Inną korzyścią dla spółek jest duża baza międzynarodowych mediów, do których trafiają opracowywane raporty.
– Taki raport może być door openerem, czyli otwieraczem drzwi, może budować wizerunek takiej firmy, zarówno inwestycyjny, jak i ogólnobiznesowy – wyjaśnia Kalkusiński.
Na oferowanych usługach skorzystać mogą także polscy inwestorzy. Raporty publikowane przez Edison Investment Research dotyczą kilkuset spółek na całym świecie i stanowią źródło wiedzy o tych spółkach. Popularyzacja usług spółki w Polsce pozwoli krajowym inwestorom na dostęp do analiz na temat zagranicznych przedsiębiorstw.
– Mamy coś takiego jak globalizacja inwestowania. Nasze fundusze inwestują coraz więcej za granicą, z kolei coraz więcej funduszy zagranicznych, nawet z krajów dosyć egzotycznych, nie tylko z Londynu czy Nowego Jorku, inwestuje w polskie spółki – wyjaśnia prezes zarządu CC Group.
Edison Investment Research publikuje raporty na temat spółek aktywnych w różnych sektorach gospodarki. Najwięcej z nich dotyczy sektorów biotechnologii i ochrony zdrowia, sektora technologicznego, mediów, a także spółek surowcowych, energetycznych oraz niebankowych instytucji finansowych.
– Przykłady z rynku amerykańskiego pokazują, że dobra komunikacja spółek z rynkiem, czy to w rozumieniu relacji inwestorskich, czy PR, czy ilości analiz, poprawia biznesowe postrzeganie spółki, postrzeganie przez inwestorów i podnosi jej wycenę średnio o 20-30 proc. – wyjaśnia ekspert w odpowiedzi na pytanie o wpływ analiz na rynkową wartość przedsiębiorstwa.
W przypadku wejścia na polski rynek spółki Edison Investment Research przygotowywane analizy będą dostępne w języku angielskim. Umożliwi to przedsiębiorstwom korzystającym z jej usług dotarcie do szerokiego grona inwestorów z zagranicy.
Postrzeganie spółki przez inwestorów w dużej mierze uzależnione jest od sposobu jej komunikacji z rynkiem. Duża liczba dostępnych tekstów i analiz na temat danego przedsiębiorstwa może podnieść jej wartość nawet o 20-30 proc. – pokazują amerykańskie przykłady. Usługi niezależnych firm analitycznych prowadzą nie tylko do poprawy wizerunku, lecz także do poszerzenia grona potencjalnych inwestorów w kraju i za granicą.
– Przykłady z rynku amerykańskiego pokazują, że dobra komunikacja spółek z rynkiem, czy to w rozumieniu relacji inwestorskich, czy PR, czy ilości analiz, poprawia biznesowe postrzeganie spółki, postrzeganie przez inwestorów i podnosi jej wycenę średnio o 20-30 proc. – mówi agencji informacyjnej Newseria prezes CC Group Adam Kalkusiński.
Specjalizująca się w prowadzeniu relacji inwestorskich spółka CC Group zaoferuje polskim spółkom giełdowym usługę polegającą na przygotowaniu raportów analitycznych na ich temat. Wykonawcą będzie niezależne, międzynarodowe biuro analityczne Edison Investment Research z siedzibą w Londynie. Przedsiębiorcy korzystający z usług firmy doradczej otrzymają także dostęp do szerokiego grona zagranicznych inwestorów, zaś inwestorzy – do danych spółek.
– Edison Investment Research jest jedną z największych firm, która zajmuje się w Europie i na świecie niezależnymi analizami – mówi Adam Kalkusiński. – Wydaje nam się, że rynek dojrzewa do tego, żeby więcej polskich spółek było zainteresowanych obsługą Edisona. Naszym zadaniem będzie identyfikacja na potrzeby Edisona tych giełdowych spółek, które byłyby dobrymi celami dla analiz.
Brytyjska spółka zajmuje się głównie publikacją raportów analitycznych na temat spółek giełdowych z całego świata. W przypadku polskiego rynku z jej usług korzysta jak dotąd jedynie jeden podmiot – spółka Selvita.
Działania prowadzone przez CC Group mają za zadanie wprowadzenie londyńskiej firmy na polski rynek oraz przekonanie rodzimych przedsiębiorców do skorzystania z jej usług. Oprócz regularnie otrzymywanych analiz, korzyścią dla krajowych spółek będzie poszerzenie grona potencjalnych inwestorów.
– Polskie spółki powinny odnieść dwojaką korzyść – mówi Kalkusiński. – Jedna z nich jest taka, że raporty w języku angielskim pisane przez specjalistów będą docierały do bazy dystrybucyjnej Edisona, która obejmuje ponad 5 tys. podmiotów, takich jak fundusze inwestycyjne i emerytalne na całym świecie, a także venture capital czy private equity.
Kolejną korzyścią dla spółek jest duża baza międzynarodowych mediów, do których trafiają opracowywane raporty.
– Taki raport może być takim door openerem, czyli otwieraczem drzwi, może budować wizerunek takiej firmy, zarówno inwestycyjny, jak i ogólnobiznesowy – wyjaśnia Kalkusiński.
Na oferowanych usługach skorzystać mogą także polscy inwestorzy. Raporty publikowane przez Edison Investment Research dotyczą kilkuset spółek na całym świecie i stanowią źródło wiedzy o tych spółkach. Popularyzacja usług spółki w Polsce pozwoli krajowym inwestorom na dostęp do analiz na temat zagranicznych przedsiębiorstw.
– Mamy do czynienia z globalizacją inwestowania. Nasze fundusze inwestują coraz więcej za granicą, z kolei coraz więcej funduszy zagranicznych, nawet z miejsc dosyć egzotycznych, nie tylko z Londynu czy Nowego Jorku, inwestuje w polskie spółki – wyjaśnia prezes zarządu CC Group.
Edison Investment Research publikuje raporty na temat spółek aktywnych w różnych sektorach gospodarki. Najwięcej z nich dotyczy sektorów biotechnologii i ochrony zdrowia, sektora technologicznego, mediów, a także spółek surowcowych, energetycznych oraz niebankowych instytucji finansowych.
W przypadku wejścia na polski rynek spółki Edison Investment Research przygotowywane analizy będą dostępne w języku angielskim. Umożliwi to przedsiębiorstwom korzystającym z jej usług dotarcie do szerokiego grona inwestorów z zagranicy.
Na polski rynek trafia nawet do 200 tys. ton opon rocznie. Na ich producentów nałożony jest obowiązek odzysku z rynku trzech czwartych z nich, z czego minimum 15 proc. podlega recyklingowi. Według firm z branży to zdecydowanie za mało.
Centrum Utylizacji Opon Organizacji Odzysku podaje, że rocznie na świecie produkuje się nawet 22,5 mln ton opon. Z czego na rodzimy rynek trafia około 180 tys. ton. Z powodu wzrostu liczby pojazdów mechanicznych, liczba ta będzie wzrastać.
Z ostatniej prognozy Krajowego Planu Gospodarki Odpadami wynika, że w 2014 roku masa zużytych opon wyniosła 196,2 tys. ton. W tym roku ma to być 198,1 tys. ton, a za rok – 199,4 tys. ton. Za siedem lat liczba ta będzie oscylowała wokół 212,4 tys. ton.
W związku z ciągłym wzrostem liczby eksploatowanych opon ze względu na rozwój gospodarczy i długi czas ich biodegradacji, wynoszący nawet do stu lat, stare opony są istotnym zagrożeniem dla środowiska. Stąd zakazane jest ich wyrzucanie nawet na wysypiskach śmieci.
Ustawa z 2001 roku o obowiązkach przedsiębiorców w zakresie gospodarowania niektórymi odpadami oraz o opłacie produktowej i depozytowej nakłada na nich obowiązek odzysku 75 proc. tonażu wprowadzonych na rynek opon.
– Z czego około 15 proc. podlega recyklingowi materiałowemu, czyli odzyskiwaniu surowców wtórnych. To za mało – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Jasiewicz, prezes zarządu Recykl Organizacja Odzysku i wiceprezes Grupy Recykl. – Chcielibyśmy, aby większy procent naszej produkcji był ulokowany w recyklingu materiałowym. Niestety, nie pomagają przepisy, które ograniczają obowiązek recyklingu do wspomnianych 15 proc. Zmiana wymaga rozporządzenia ministra środowiska, który – mamy nadzieje – w najbliższym czasie określi wyższe poziomy recyklingu właśnie dla odpadów ze zużytych opon – wyjaśnia.
Przerób opon w Grupie Recykl wynosi blisko 60 tys. ton rocznie.
– Rynek możemy podzielić na dwa segmenty, czyli na rynek produktów i rynek usług. Rynek usług szacujemy na kwotę 30 mln zł, rynek produktów – na ok. 70 mln zł. Przy rynku usług mamy udział 10-proc., ale chcemy go w przeciągu kilku najbliższych lat zwiększyć. W rynku wyrobów mamy udział na poziomie 40 proc. i chcielibyśmy też dojść do wyższego poziomu wykorzystania – mówi Jasiewicz.
Jak dodaje Maciej Jasiewicz, w Polsce większość zużytych opon podlega odzyskowi energetycznemu, a około 20 procent poddawanych jest recyklingowi materiałowemu. Odzysk energetyczny to przede wszystkim wykorzystanie materiałów ze starych opon do uzyskiwania energii cieplnej.
– Recykling materiałowy bardzo nas interesuje. Mówimy o przejęciu producenta wyrobów gotowych z większą możliwością wykorzystania naszego granulatu do recyklingu materiałowego – tłumaczy Jasiewicz. – Część naszej produkcji cały czas jeszcze jest ulokowana w cementowniach, dla których produkujemy paliwo alternatywne. To biznes, który nam się bardzo dobrze rozwija, ale chcielibyśmy, aby większy procent naszej produkcji trafiał do producentów wyrobów gotowych.
Grupa Recykl jest partnerem strategicznym Centrum Utylizacji Opon. Wykonuje na rzecz centrum nie tylko usługę odzysku i recyklingu, lecz także usługi logistyczne, czyli zbieranie opon z określonego terenu i dostarczanie ich do miejsc odzysku. Grupa obsługuje ponad tysiąc punktów na terenie kraju. Ma też dostawców surowca z Niemiec i Litwy.
Rośnie zainteresowanie Polaków dobrym wyglądem i zdrowym trybem życia, a wiedzy na ten temat szukają głównie w internecie. Największą inspiracją pozostaje dla nich Ewa Chodakowska. Jej porad internauci szukają znacznie częściej niż Anny Lewandowskiej. W ciągu ostatnich czterech miesięcy w internecie ukazało się aż 13 tys. wpisów dotyczących Chodakowskiej, a 4 tys. na temat Anny Lewandowskiej.
Z analizy Instytutu Monitorowania Mediów wynika, że w okresie od 1 marca do 1 lipca na temat odchudzania w internecie i social mediach pojawiło się ponad 320 tys. informacji, z czego aż 290 tys. na samych portalach społecznościowych. O zdrowym stylu życia i sposobach na zrzucenie zbędnych kilogramów Polacy najchętniej rozmawiali na Facebooku – znalazło się tam aż 170 tys. wzmianek na ten temat. O dobrą formę na wakacje Polacy zadbali wcześnie – najwięcej wzmianek o odchudzaniu pojawiło się bowiem między 9 a 15 marca. Na pytania internautów odpowiadały m.in. najpopularniejsze trenerki – Ewa Chodakowska i Anna Lewandowska. Na ich temat ukazało się blisko 20 tys. informacji, większość komentarzy miał wydźwięk pozytywny.
– Na temat Ewy Chodakowskiej pojawiło się ok. 13,5 tys. publikacji, a na temat Anny Lewandowskiej – ok. 4,5 tys. Jeśli już pojawiały się negatywne komentarze, to dotyczyły głównie rywalizacji pomiędzy trenerkami, jednak obie panie od tego się odżegnują, stwierdzając, że każda robi swoje i szanują nawzajem swoją aktywność – mówi agencji informacyjnej Newseria Karolina Masalska z Instytutu Monitorowania Mediów.
Obie trenerki zyskały bardzo dużą popularność na portalach społecznościowych, a w szczególności na Facebooku i Instagramie, na których skupia się ich działalność. Ewa Chodakowska ma na Facebooku ponad 1,6 mln fanów, a Anna Lewandowska – ponad 0,5 mln. Chodakowska skupia się przede wszystkim na pokazywaniu efektów swoich działań poprzez umieszczanie na Facebooku metamorfoz swoich fanek. Anna Lewandowska natomiast koncentruje się na przekazywaniu informacji dotyczących diet.
– Polacy chętnie spędzają czas na otwartej przestrzeni, w parkach czy restauracjach ze zdrową żywnością. Poruszają głównie tematy związane z byciem fit, czyli diety i ćwiczenia. Obie trenerki pomagają Polakom w efektywnym zachowaniu formy i sprawiają, że bycie fit stawiamy ponad inne nasze aktywności – mówi Karolina Masalska.
W internecie Polacy szukają przede wszystkim informacji dotyczących diety. Chcą wiedzieć, jakie produkty należy wyeliminować z jadłospisu, aby schudnąć, które składniki diety są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania organizmu oraz jakich suplementów warto używać.
W wakacje przy pracach sezonowych nieprawidłowości związane z zawieraniem umów lub ich brakiem zdarzają się częściej. Państwowa Inspekcja Pracy przypomina, że każda praca, nawet na próbę, wymaga sporządzenia umowy na piśmie. Umowy cywilno-prawne powinny zawierać podstawowe informacje o pracodawcy i warunkach zatrudnienia. Tylko na podstawie podpisanego dokumentu będzie można dochodzić swoich praw czy wyegzekwować wynagrodzenie.
– Przy każdej pracy, nawet tej na próbę, która trwa trzy miesiące, powinna być podpisana umowa między stronami. Młodzi ludzie, którzy kończą szkołę i wchodzą na rynek pracy, często o tym nie wiedzą, również osoby powracające na rynek pracy ufają formalnym rozmowom z pracodawcą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Maria Kacprzak-Rawa, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektora Pracy w Warszawie.
Podpisana umowa chroni przede wszystkim pracownika. W przypadku nieuczciwego pracodawcy jest podstawą do roszczenia wypłaty zaległego wynagrodzenia. Ekspertka przypomina, że w każdej umowie powinny być zawarte wszystkie informacje o pracodawcy, miejscu zatrudnienia i warunkach pracy, czyli liczbie godzin oraz wynagrodzeniu.
– Chciałabym przestrzec przed rozmowami pracodawców z pracownikami podejmującymi prace sezonowe, żeby każda umowa była podpisana. Także umowa cywilno-prawna powinna zawierać podstawowe dane dotyczące stron, żeby można było później dociekać swoich roszczeń – mówi Kacprzak-Rawa.
W tym roku PIP przeprowadził kontrolę 250 przedsiębiorców działających w branży turystycznej w nadmorskich miejscowościach. Odnotowano 770 przypadków niezgłoszenia pracowników do ubezpieczenia, a ponad 600 pracowników sezonowych pracowało nielegalnie albo bez właściwej umowy.
– Trudno jest wyegzekwować od pracodawcy pieniądze, jeżeli nie ma umowy zawartej między stronami. W sezonie letnim mamy kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt takich sytuacji – przyznaje ekspertka.
Z danych PIP wynika, że w 2014 roku już co piąty pracodawca naruszył prawo pracy przy zawieraniu umów. O 11 proc. wzrosła też liczba firm, gdzie pracownikom proponowana jest umowa-zlecenie, choć biorąc pod uwagę charakter wykonywanej pracy, powinna być to umowa o pracę. Na 52 tys. sprawdzonych umów, w 15 proc. z nich PIP stwierdził błąd.
– Jeżeli taka sytuacja ma miejsce, to należy się zgłaszać do Okręgowego Inspektoratu Pracy, ponieważ zatrudnienie ma znamiona stosunku pracy. Inspektor pomaga, często pisze pozew do sądu, a dzięki temu pracodawca zatrudnia na umowę o pracę, a nie umowę-zlecenie – tłumaczy ekspertka OIP.
Własny samochód to dla większości Polaków najwygodniejszy wakacyjny środek transportu. W tym roku na urlop uda się autem 60 proc. Polaków. Podróż ułatwiają aplikacje mobilne, a tychjest coraz więcej i mają coraz więcej zastosowań. W przeciwieństwie do nawigacji samochodowych można je mieć zawsze przy sobie, co ułatwia zwiedzanie.
Z badań firmy Eniro wynika, że 78 proc. respondentów uważa samochód za najwygodniejszą formę transportu, dającą poczucie niezależności i swobody. 59 proc. badanych w tej formie podróżowania docenia możliwość dotarcia w mniej popularne turystycznie miejsca. W tym roku na wakacyjny wypoczynek własnym samochodem uda się 60 proc. Polaków. Plasuje to Polskę na drugim miejscu w Europie, tuż za Francją.
– Polacy wybierają ten środek lokomocji, ponieważ daje im to dużą niezależność, swobodę, bo mogą dojechać w każde miejsce, które ich interesuje, i mogą zabrać tyle bagażu, ile chcą. Jest to szczególnie wygodne, kiedy podróżujemy z dziećmi – mówi agencji informacyjnej Newseria Magdalena Wypychowicz, dyrektor ds. strategii rozwoju rynku w Eniro Polska.
Podróżowanie własnym autem znacznie ułatwiają nawigacje samochodowe. Ostatnio coraz większą popularnością cieszą nawigacje mobilne, które można zainstalować w smartfonie. W przeciwieństwie do tych samochodowych są one dostępne bezpłatnie. Mając nawigację w telefonie, można ją wykorzystać nie tylko podczas jazdy samochodem, lecz także w pieszym zwiedzaniu nowych miejsc. Dzięki aplikacjom na smartfona można łatwo zlokalizować najbliższą stację paliw lub hotel.
– Aplikacja nawigacyjna ma zastosowanie nie tylko wtedy, gdy jedziemy gdzieś na wakacje i chcemy dojechać w interesujące nas miejsce, lecz także wówczas, gdy jesteśmy już na miejscu i potrzebujemy dotrzeć do jakiegoś punktu adresowego lub atrakcji turystycznej – mówi Magdalena Wypychowicz.
Zaletą aplikacji mobilnych jest także możliwość korzystania z nich w trybie offline. Nie trzeba się więc martwić o dostęp do aktywnego łącza internetowego ani o jakość połączenia czy dodatkowe koszty. Większość nawigacji mobilnych posiada bezpłatne mapy Polski, natomiast mapy innych krajów można dokupić już z poziomu aplikacji.
Wielu inwestorom, szczególnie w farmy wiatrowe i biogazownie grozi utrata możliwości spłaty kredytów, a rynek producentów i dostawców biomasy praktycznie zanika, ponieważ wykorzystanie energetyczne biomasy stało się nieopłacalne. Na ryzyko poniesienia znacznych strat, a w konsekwencji konieczność zamykania instalacji wytwórczych lub ich odsprzedaż, narażeni są szczególnie wytwórcy mali i niezależni – napisała w liście do premier Ewy Kopacz Rada OZE przy Konfederacji Lewiatan.
– Jesteśmy zaniepokojeni brakiem reakcji rządu na pogłębiający się kryzys na rynku świadectw pochodzenia energii odnawialnej. Narastająca nadwyżka praw majątkowych energii odnawialnej, wynosząca już ok. 15 TWh, a więc prawie równa rocznemu popytowi określonemu w ustawie OZE, doprowadziła do drastycznego spadku cen praw majątkowych, co może oznaczać, że za kilka miesięcy będą one całkowicie bezwartościowe – mówi Daria Kulczycka, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu Konfederacji Lewiatan.
Ceny świadectw na sesjach w lipcu 2015 r. spadły poniżej 100 zł/MWh co, przy niskich cenach energii „czarnej”, dla większości producentów oznacza zejście poniżej progu rentowności. W ślad za szybką deprecjacją wartości świadectw w obrocie sesyjnym podążają ceny w kontraktach dwustronnych, czyli w transakcjach pozasesyjnych.
Wśród przyczyn kryzysu są między innymi wadliwe, nieskorygowane w porę regulacje:
• otwarty i neutralny technologicznie charakter systemu wsparcia, który przyczynił się do zbyt szybkiego rozwoju niektórych technologii odnawialnych;
• brak ceny minimalnej świadectw pochodzenia;
• możliwość rozliczania obowiązku poprzez wniesienie opłaty zastępczej, mimo nadprodukcji energii odnawialnej;
• nieprecyzyjne przepisy dotyczące dokumentowania pochodzenia biomasy leśnej, które przyczyniły się do powstania wielomiesięcznych opóźnień w wydawaniu przez Urząd Regulacji Energetyki świadectw pochodzenia energii wyprodukowanej z biomasy;
• brak transparentnej, bieżącej informacji rynkowej o ilości wyprodukowanej energii odnawialnej w danym roku i rozpatrywanych wnioskach o wydanie świadectw pochodzenia.
Biorąc pod uwagę, że rozwój OZE uzależniony był od istnienia systemu wsparcia, nie można w tym przypadku mówić o „zadziałaniu mechanizmów rynkowych”. Bez wdrożenia obowiązku zakupu energii z OZE i wdrożenia zachęt finansowych, przedsiębiorcy nie zrealizowaliby żadnej inwestycji w OZE na warunkach czysto rynkowych. Stąd, uzasadniona jest interwencja rządu, a przynajmniej podjęcie poważnej dyskusji nad możliwymi sposobami rozwiązania problemu.
Kluczowym dla dalszego funkcjonowania wytwórców energii odnawialnej będzie określenie przez ministra gospodarki poziomu obowiązkowego udziału energii odnawialnej w sprzedaży do odbiorców końcowych w latach 2017-2020, na możliwie wysokim poziomie, ok. 19-20%, przynajmniej w pierwszych dwóch latach tego okresu. Rada OZE przy Konfederacji Lewiatan, zaproponowała zmianę legislacyjną w art. 60 ustawy o OZE, która pozwoliłaby na kontrolowaną redukcję nadwyżki i powolny powrót cen praw majątkowych do poziomu zapewniającego rentowność instalacji OZE. Zmiana ta polega w praktyce na utrzymaniu obowiązkowego udziału w wysokości 20% w do czasu powrotu cen świadectw do poziomu ok. 60% opłaty zastępczej. Inne możliwe rozwiązanie to znaczne przyspieszenie przechodzenia istniejących instalacji do systemu aukcyjnego, tak aby proces ten objął co najmniej 2 TWh produkowanej energii odnawialnej rocznie.
Przedstawiciele banków, firm windykacyjnych, operatorów telekomunikacyjnych oraz samorządów finansowych weszli w skład Rady Programowej Kongresu Zarządzania Wierzytelnościami, który zorganizuje Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych. To największy branżowy projekt konferencyjny, gromadzący co roku nie tylko ekspertów i praktyków biznesowych sektora windykacji, ale znacznie szersze grono uczestników.
Bardzo silnie reprezentowany jest sektor bankowy, banków spółdzielczych, pożyczkowy, leasingowy, telekomunikacyjny, dostawców innych usług masowych, jak choćby dostawcy energii. Grono uczestników nie zamyka się wokół praktyki gospodarczej, bowiem do kongresowej debaty dołącza wielu interesariuszy rynku zarządzania wierzytelnościami, w tym organizacje samorządowe przedsiębiorców, znakomite grono przedstawicieli środowiska komorników, syndyków, uznanych firm doradczych, funduszy inwestycyjnych, sekurytyzacyjnych, kancelarii prawnych. Są w gronie uczestników także znakomici przedstawiciele najwyższych urzędów, odpowiedzialnych za ten rynek. Szósta edycja tego wydarzenia odbędzie się w dniach 16-17 listopada 2015 roku w Warszawie.
Kongres stał się uznaną w środowisku wierzycieli pierwotnych i wtórnych platformą wymiany doświadczeń w zakresie obrotu wierzytelnościami, źródłem wiedzy o międzynarodowych tendencjach, ale przede wszystkim forum otwartej dyskusji na temat obecnego stanu sektora i jego perspektyw, także w kontekście zmian w otoczeniu prawnym, w sposób znaczący wpływających na funkcjonowanie biznesu, jak rozwiązania w zakresie bankowego tytułu egzekucyjnego po orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego, podatku VAT na usługi komornicze, informatyzacja postępowań sądowych i egzekucyjnych w świetle nowego brzmienia Kodeksu postępowania cywilnego czy nowych rozwiązań w zakresie konstrukcji maksymalnych odsetek. – Na obecnym etapie toczy się wiele procesów legislacyjnych regulacji, które będą miały wpływ na funkcjonowanie firm zarządzających wierzytelnościami w przyszłości. Podczas Kongresu z pewnością będziemy znali ostateczny kształt wielu z tych aktów prawnych, stąd będziemy w stanie określić skutki ich wejścia w życie dla branży. Od zawsze bowiem postrzegamy Kongres Zarządzania Wierzytelnościami jako miejsce, gdzie sygnalizujemy i rozmawiamy o najważniejszych regulacjach prawnych, które będą miały wpływ na prowadzenie biznesu– powiedział mec. Marcin Czugan, Dyrektor Departamentu Prawno – Legislacyjnego KPF.
Trendy obserwowane na polskim rynku zarządzania wierzytelnościami wskazują, że jest on nadal postrzegany jako interesujący w zakresie inwestycji zagranicznych podmiotów finansowych. Równocześnie rodzime przedsiębiorstwa zajmujące się zarządzaniem wierzytelnościami coraz częściej rozszerzają zasięg swojej działalności na inne kraje europejskie. W związku z tym proces odzyskiwania należności coraz mocniej jest prowadzony j jako biznes globalny, a nie wyłącznie lokalny.
Jego liderzy znaleźli się w Radzie Programowej VI Kongresu Zarządzania Wierzytelnościami, która rozpoczęła intensywną pracę nad szczegółową agendę wydarzenia. W skład Rady weszło 14 reprezentantów banków, spółek zarządzających wierzytelnościami oraz organizacji samorządu finansowego, a jego Partnerem Merytorycznym będzie firma doradcza KPMG.
Mieczysław Groszek – Związek Banków Polskich
Mirosław A. Bieszki – Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych
Krzysztof Borusowski – BEST S.A.
Małgorzata Drozdowska – SGB CDR Investment Sp. z o.o.
Piotr Gajda – Intrum Justitia Sp. z o.o.
Krzysztof Gradzik – Polkomtel Sp. z o.o.
Tomasz Janiszewski – KPMG Sp. z o.o.
Konrad Kąkolewski – getBACK S.A.
Radosław Kudła – Deutsche Bank S.A.
Emilia Niesterowicz-Panek – Bank Zachodni WBK S.A.
Urszula Okarma – KRUK S.A.
Joanna Syzdół – EOS&M. Witoń Kancelaria Prawna Sp. k.
Marcin Smolarek – Wardyński i Wspólnicy Sp. k.
Paweł Szewczyk – Kredyt Inkaso S.A.
Ewolucję, wyraźną profesjonalizację i dynamiczny rozwój rynku zarządzania wierzytelnościami oddają dane z raportu „Wielkość polskiego rynku wierzytelności„, realizowanego w cyklu kwartalnym przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych. Wynika z nich, że firmy, zrzeszone w KPF, objęte badaniem mają w obsłudze wierzytelności o wartości nominalnej 57 mld PLN, podczas gdy kwartał wcześniej ich wartość nieznacznie przekroczyła 50 mld PLN. W trakcie kongresu zapewne będzie dostępny dla uczestników najnowszy raport, pozwalający na ocenę aktualnej sytuacji tego rynku i oszacowanie własnej pozycji rynkowej poszczególnym firmom, jego uczestnikom.
Rosnący poziom kultury korporacyjnej, poziom technologiczny procesów i operacji, wymaga od uczestników rynku ciągłego podnoszenia jakości stosowanych standardów praktyk biznesowych. Te ostatnie bowiem są fundamentem stabilnego wzrostem rynku, klimatu zaufania do branży. Takie wartości są u podstaw ciągłego wzrostu popytu na usługi sektora zarządzania wierzytelnościami. CESSIO, honorowy laur, wręczany wierzycielom pierwotnym pierwszego dnia kongresowego to ważny element realizowanej przez KPF Misji. Dzięki udziałowi reprezentantów sektora bankowego, spółdzielczego, pożyczkowego, ubezpieczeniowego, leasingowego, faktoringu, dostawców mediów i telekomów, Kongres Zarządzania Wierzytelnościami stał się wydarzeniem o charakterze międzysektorowym, zyskując miano Kongresu rynku zarządzania wierzytelnościami. W dotychczasowych pięciu edycjach zgromadził około 1000 uczestników.
Kolejna – szósta – odbędzie się w dniach 16-17 listopada w Hotelu Marriott w Warszawie.