Od marca 2015 roku poziom stopy referencyjnej w Polsce wynosi jedynie 1,5 proc. Trzy lata wcześniej, kiedy Rada Polityki Pieniężnej rozpoczęła serię obniżek, było to aż 4,75 proc. Choć w polskiej gospodarce widać coraz wyraźniejsze oznaki ożywienia, to problemem jest panująca już od roku deflacja. Dopiero osiągnięcie celu inflacyjnego NBP stworzy przestrzeń do podwyżek stóp procentowych.
– W zasadzie do końca kadencji obecnej Rady Polityki Pieniężnej mamy jasność, że stopy praktycznie pozostaną bez zmian. Nie widać w tej chwili jakichś istotnych szans na zmianę – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Piotr Bielski, ekonomista BZ WBK.
Podczas lipcowego posiedzenia Rada Polityki Pieniężnej będzie już znała wyniki nowej projekcji inflacyjnej oraz dynamiki PKB. Poprzednia projekcja centralna NBP z marca 2015 roku zakładała, że już w czwartym kwartale bieżącego roku w Polsce pojawi się niewielka inflacja, a wzrost gospodarczy utrzyma się przez ten czas na poziomie przynajmniej 3,5 proc.
Zdaniem Piotra Bielskiego nowe prognozy Narodowego Banku Polskiego będą zakładały lepsze perspektywy wzrostu gospodarczego oraz wyższą ścieżkę inflacji.
– Ale z kolei nie na tyle inne od poprzednich wersji prognoz, żeby to znacząco zmieniło ocenę sytuacji. Myślę, że ostatnie wypowiedzi członków rady bardzo mocno zakotwiczyły oczekiwania dotyczące stóp w Polsce i te oczekiwania są słuszne, że na razie, w najbliższych miesiącach, nie ma co liczyć na zmiany stóp – ocenia ekspert banku BZ WBK.
Wskaźniki gospodarcze Polski wskazują na coraz wyraźniejsze ożywienie, co zdaniem Piotr Bielskiego nie budzi konieczności dalszych obniżek stóp procentowych. Za wcześnie jest natomiast na podniesienie poziomu stóp, gdyż w dalszym ciągu mamy do czynienia z deflacją. Dopiero pojawienie się wyraźnej inflacji może stanowić bodziec do działania ze strony RPP.
– Myślę, że wskaźnik inflacji będzie stopniowo rósł, tylko że zaczynamy z poziomu mocno ujemnego. Więc zanim dojdziemy do celu inflacyjnego, to minie przynajmniej kilka kwartałów. Myślę, że do września lub października inflacja będzie na poziomie poniżej zera. W ostatnich miesiącach roku dopiero wyjdzie na plus – prognozuje Bielski.
Dane za maj 2015 roku pokazują, że deflacja w Polsce, choć słabnie, wciąż jest wyraźna. W lutym osiągnęła minimum na poziomie -1,6 proc. rok do roku, zaś trzy miesiące później wynosiła 0,9 proc. Piotr Bielski uważa, że inflacja pod koniec roku może zbliżyć się do poziomu 1,0 proc. Natomiast w 2016 roku wskaźnik przeciętnego wzrostu cen w Polsce będzie stopniowo zbliżał się do celu inflacyjnego NBP.
– Wychodzenie z deflacji będzie jednak na tyle powolne, że pewnie do pierwszych podwyżek stóp może dojść dopiero pod koniec 2016 roku, być może to będzie wrzesień, być może październik – ocenia ekspert BZ WBK.
Cel inflacyjny Narodowego Banku Polskiego od 2004 roku znajduje się na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym pasmem odchyleń o 1,0 pkt proc. w górę lub w dół.
Za tydzień w Brukseli ruszy dziesiąta runda negocjacji umowy o wolnym handlu między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi. Trwającym od kliku miesięcy pracom nad porozumieniem towarzyszy ogromne zainteresowanie, również sceptyków. Przedstawiciele Komisji Europejskiej przekonują, że na zacieśnieniu współpracy gospodarczej zyskają obie strony, także w kwestii bezpieczeństwa.
– Sojusz transatlantycki to nie tylko sojusz militarny, lecz także sojusz gospodarczy. Im bardziej zacieśnimy więzi współpracy, tym lepiej będziemy w stanie stawić czoła globalnym wyzwaniom, zarówno z Azji, jak i ze Wschodu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wojciech Talko, koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP w Dyrekcji Generalnej ds. Handlu Komisji Europejskiej.
Talko podkreśla jednocześnie, że umowa o wolnym handlu nie jest przeciwko komuś. Większa współpraca gospodarcza między tak poważnymi graczami może jednak wpłynąć na relacje z innymi krajami. Przykładem może być współpraca z Rosją w dziedzinie surowców.
– Współpraca ta rozbije pewien monopol w zakresie gazu. Jeśli mamy monopolistycznego dostawcę, to może on stawiać Polsce czy innym krajom warunki. Im większa dywersyfikacja, im więcej konkurencji, tym ta pozycja monopolistyczna mniejsza, co jest z korzyścią nie tylko dla polityki i bezpieczeństwa, lecz także dla ekonomii. To po prostu może być tańsze – podkreśla Talko.
Negocjatorzy przekonują, że umowa obu stron może przynieść wymierne korzyści. Mimo to negocjowane warunki budzą wiele kontrowersji i obaw, m.in. o to, czy Europa – jako nieco słabszy gracz – poradzi sobie z konkurencją z USA.
– Wiele obaw wynika z przekonania, że Europa jest dużo mniejsza. Natomiast jak się spojrzy na handel, to Europa jest większym eksporterem niż Ameryka. Mamy dziś dodatni bilans handlowy z USA, więc nie ma powodów, żeby patrzeć na Europę jako na tego mniejszego. I nie ma powodów, żeby obawiać się Ameryki – mówi ekspert. – Podobne obawy były w związku z firmami francuskimi czy niemieckimi przed wejściem do UE. Teraz widzimy, że dużo firm odniosło sukces. Daliśmy radę z firmami niemieckimi i francuskimi i dokładnie tak samo być może z Ameryką.
Jak podkreśla, zainteresowanie tą konkretną umową o wolnym handlu jest ogromne, do tej pory niespotykane. Negocjowanym równolegle porozumieniem z Japonią interesuje się o wiele mniej osób.
– To zainteresowanie oczywiście jest oczywiście czymś bardzo dobrym, bardzo się z tego cieszymy, ale to stawia pewne wyzwania przed nami w Komisji Europejskiej dotyczące tego, jak rozmawiać na ten temat z ludźmi, bo to jest bardzo techniczna sprawa i język prawniczy – podkreśla Wojciech Talko.
Na stronach DG ds. Handlu publikowane są wszystkie teksty regulacyjne i propozycje zmian, jednak by dotrzeć do społeczeństw, potrzebne jest zaangażowanie rządów poszczególnych krajów
– Organizujemy masę spotkań i staramy się to robić w całej Europie. Nie jesteśmy jednak w stanie być na każdej debacie. Bardzo ważne jest to, żeby rządy krajów Unii Europejskiej, w tym rząd polski, zaangażowały się w tę debatę i żeby wyjaśniały, o co w tym wszystkim chodzi. Bo TTIP nie jest aż tak straszne, jak go malują przeciwnicy – zapewnia koordynator polityczny ds. negocjacji TTIP w DG ds. handlu.
Dziesiąta runda negocjacji odbędzie się w Brukseli między 13 a 17 lipca.
Kończąca się kadencja rządu nie oznacza wstrzymania prac w Ministerstwie Środowiska. Wprawdzie brak większych inicjatyw legislacyjnych, kończone są jednak rozpoczęte projekty inwestycyjne, m.in. z zakresu gospodarki wodnej. Jednym z przykładów jest zakończenie budowy zbiornika Świnna Poręba w Małopolsce. Ministerstwo wspiera również działania proekologiczne oraz finansuje inicjatywy związane z edukacją i ochroną środowiska.
– Zamykamy niezwykle ważne z punktu widzenia ochrony środowiska i gospodarki wodnej projekty. Mówię o takich wieloletnich inwestycjach jak zbiornik Świnna Poręba, który zabezpiecza ochronę przeciwpowodziową Krakowa – informuje minister środowiska Maciej Grabowski.
Budowa Zbiornika Retencyjnego Świnna Poręba na rzece Skawie to jeden z największych, ale też najdłużej trwających projektów hydrotechnicznych w naszym kraju. Zapora o wysokości 50 metrów pozwala na spiętrzenie 161 milionów metrów sześciennych wody, a maksymalna powierzchnia zbiornika może sięgać 10,35 kilometra kwadratowego.
– Inny projekt to wrocławskie wrota wodne, które również są bardzo istotne z punktu widzenia ochrony powodziowej, czy też ochrona Żuław. To są duże projekty, które w gospodarce wodnej prowadziliśmy wiele lat, a teraz one będą zamykane i ostatecznie zaczną funkcjonować – wymienia minister środowiska.
Maciej Grabowski wskazuje także na rządowe działania wobec parków narodowych, które zostaną uruchomione jeszcze latem bieżącego roku. Jednym z przykładów wsparcia ze strony Ministerstwa Środowiska jest zakończony niedawno, kompleksowy remont najważniejszych bieszczadzkich szlaków turystycznych.
Aktywność resortu związana jest także z edukacją ekologiczną, bo badania wskazują, że przynosi to efekty. Jak podkreśla minister, widać wyraźną zmianę mentalności Polaków w zakresie ochrony środowiska. Ponad 70 proc. osób używa toreb wielokrotnego użytku czy zwraca uwagę na znaki ekologiczne na produktach. Coraz powszechniejsza staje się także segregacja odpadów komunalnych.
– Od lat poprzez Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej finansujemy działania związane z edukacją ekologiczną. We współpracy z MEN-em udostępniamy programy, które nauczyciele mogą wykorzystywać w pracy w szkołach podstawowych i gimnazjach – mówi Maciej Grabowski.
Bardzo dużą popularnością cieszyła się inicjatywa NFOŚiGW o nazwie „Ekologiczny Budżet Obywatelski”. W ramach projektu, którego budżet wyniósł 11,6 miliona złotych (dwukrotnie więcej niż pierwotnie planowano ze względu na duże zainteresowanie) finansowane były lokalne inicjatywy związane z ochroną środowiska i edukacją ekologiczną.
– Były to bardzo różne sprawy, np. rewitalizacja zabytkowych alei drzew czy też rekultywacja pozostałości po robotach budowlanych, albo też zakładanie uli w niektórych zabytkowych miejscach – wymienia minister środowiska.
Wszystkie fundusze w ramach „Ekologicznego Budżetu Obywatelskiego” zostały już wyczerpane. Grabowski podkreśla, że nowe nabory uruchomione zostaną jesienią. Obecnie ze środków NFOŚiGW z tego programu korzystają 24 organizacje, które w całej Polsce realizują aż 480 przedsięwzięć.
Banki coraz więcej wiedzą o swoich klientach. Dzięki analizie danych i specjalnym algorytmom są w stanie ocenić ich przyszłą sytuację finansową – przewidzieć możliwy rozwód czy przyszłe zarobki. W ten sposób mogą lepiej dopasowywać ofertę do potrzeb i możliwości konkretnego klienta. Lepiej oceniają też jego zdolność kredytową.
– Algo-banking będzie sporą rewolucją w zakresie udzielania kredytów i generowanie ofert dla konkretnych klientów – mówi Aleksander Kwiatkowski, partner w Be Poland Think Solve & Execute. – Banki coraz więcej o nas wiedzą. Jest takie powiedzenie w Dolinie Krzemowej, że bank zaczyna więcej wiedzieć o tobie niż twoja żona.
Banki dzięki rozwojowi technologii zdobywają coraz więcej informacji o swoich klientach. Już teraz dzięki analizie dużych zbiorów danych są w stanie przeanalizować, na co klienci wydają pieniądze, oraz z dużym prawdopodobieństwem przewidzieć ich finansową sytuację w przyszłości. Jest to szczególnie istotne przy udzielaniu decyzji kredytowej. Do tej pory bank opierał się głównie na dokumentach dostarczonych przez samego zainteresowanego.
– Banki są w stanie w ramach big data przeanalizować, na co wydajemy pieniądze i co nas może czekać. Mogą po pewnych operacjach przewidzieć rozwód, duży krach w zdolności kredytowej klienta i być może z dużą ostrożnością będą dawać mu kolejny kredyt – wyjaśnia Aleksander Kwiatkowski.
Z drugiej strony, dzięki analizie danych rosną szanse na kredyt osób dobrze zarabiających, ale niezatrudnionych na umowę o prace, np. informatyków.
– Bank już wie, w jaki sposób będą zarabiać w przyszłości, ponieważ wie, jaką wykonują pracę, jakie są trendy na rynku i widzą, który pracodawca płaci na konto. Z tego wyciągają wnioski. Możemy się wtedy spodziewać bardzo interesujących ofert ze strony banku – tłumaczy Kwiatkowski.
Dzięki rozwojowi algo-bankingu banki będą w stanie dużo precyzyjniej dostosować swoje oferty do konkretnego klienta. Mając wiedzę na temat jego przyzwyczajeń czy potencjalnych perspektyw zarobkowych, przedstawią indywidualnie skonfigurowaną ofertę produktową. Ekspert zaznacza, że tego typu rozwiązania już wchodzą na rynek.
– Banki będą po prostu działały bardziej dokładnie. Oprócz tego będą doradcą dla klienta. Praktycznie rzecz biorąc, będą analizowały działania klienta i jego wydatki. Jeżeli ktoś trzeci raz w miesiącu kupuje żonie pierścionek, to delikatnie system zasugeruje: może uważaj, bo nie będziesz mógł spłacić kredytu mieszkaniowego w następnym miesiącu – wyjaśnia Kwiatkowski.
Jak podkreśla, banki działające w Polsce już wprowadzają zaawansowane technologicznie narzędzia służące do analizy danych.
– Rozwiązania software’owe i organizacyjne są w polskich bankach bardzo często o wiele nowocześniejsze niż w innych krajach Zachodu – ocenia Aleksander Kwiatkowski.
Polacy uwielbiają festiwale muzyczne i imprezy sportowe. Rekordy frekwencji notują w tym roku Open’er Festival i Liga Światowa Siatkówki. Na tego typu rozrywki Polacy są skłonni wydawać coraz więcej – w tym roku jest to średnio 250 zł.
Letnie festiwale muzyczne wciąż cieszą się ogromną popularnością wśród Polaków. Zakończony właśnie Open’er Festival zanotował rekordową frekwencję –według organizatorów w Gdyni przez cztery dni miało się bawić blisko 100 tys. osób. Z danych firmy eBilet.pl wynika, że dużym zainteresowaniem cieszą się także wracający po rocznej przerwie Kraków Live Festival, OFF Festival w Katowicach, festiwal muzyki elektronicznej Audioriver w Płocku oraz Jarocin Festiwal.
Zainteresowanie muzycznymi imprezami jest duże, mimo braku wielkich, światowych gwiazd. Jednym z wyjątków jest grupa Linkin Park, która w sierpniu zagra w Rybniku.
– Duże gwiazdy nie koncertują w tym roku. Jest niewiele gwiazd, które wyruszyły na tournée po świecie, w szczególności po Europie. W związku z tym ceny artystów, którzy podróżują po Europie, są wyższe, więc nie możemy zrobić w Polsce koncertów, które są w stanie się spłacić w bogatszych częściach Europy – mówi agencji informacyjnej Newseria Marcin Matuszewski, prezes eBilet.pl.
Polacy pokochali także imprezy sportowe. Coraz chętniej zasiadają na trybunach nie tylko podczas meczów piłki nożnej, lecz także siatkówki, zarówno podczas rozgrywek ponadnarodowych, jak i ligowych. Weekendowe mecze Polska-USA w ramach Ligi Światowej siatkówki obejrzało 15 tys. widzów. Jest to rekord frekwencyjny tegorocznych rozgrywek w Lidze Światowej. Coraz większą popularnością cieszy się wśród Polaków piłka ręczna.
– Zaczęła się sprzedaż biletów na Mistrzostwa Europy w piłce ręcznej, Euro 2016, które cieszy się bardzo dużym zainteresowaniem. To dopiero w następnym roku, jednakże bilety na wiele meczów już zostały wyprzedane. Niewiele zostało, więc na pewno trzeba się spieszyć. Będzie też żużel i piłka nożna, czyli to, co Polacy lubią najbardziej– mówi Marcin Matuszewski.
Bilety na festiwale muzyczne kupują zwłaszcza ludzie młodzi, dla których jest to sposób na spędzenie wakacji. Na imprezę muzyczną wybierają się często w gronie przyjaciół, łącząc udział w festiwalu z wyprawą pod namiot. Wśród bywalców stadionów przeważają natomiast rodziny z dziećmi. Z roku na rok Polacy są skłonni przeznaczać coraz większe kwoty na rozrywkę tego typu.
– Średni koszyk w naszym serwisie to 250 zł. Obserwujemy tendencję wzrostową związaną z tym, że społeczeństwo staje się coraz bogatsze. To znakomity prognostyk wzrostu rynku, w szczególności muzycznego– mówi Marcin Matuszewski.
Zdecydowana większość Polaków bilety na imprezy sportowe i festiwale muzyczne kupuje przez internet. Zdaniem internautów jest to znacznie wygodniejszy i szybszy sposób niż zakup w stacjonarnych punktach sprzedaży.
Pracownik może przerwać pracę, jeśli zbyt wysoka temperatura powoduje jego złe samopoczucie. Nie może też być za to ukarany obniżeniem wynagrodzenia. Polskie prawo nakłada też na pracodawcę obowiązek dostarczania podwładnym wody do picia w upalne dni. W odpowiednich warunkach powinni pracować zarówno pracownicy etatowi, jak i zatrudnieni na umowę zlecenie i dzieło.
Wysokie temperatury mają negatywny wpływ na organizm człowieka: mogą prowadzić do porażenia słonecznego, skurczów cieplnych i udaru cieplnego, zakłócają też pracę układu oddechowego, krążenia i pokarmowego. Upały negatywnie wpływają też na wydajność pracy, zarówno pracowników fizycznych, jak i biurowych. Badania amerykańskiej firmy Captivate Network pokazały, że podczas upałów aż o 20 proc. spada produktywność, a o 19 proc. zdolność koncentracji wśród pracowników biurowych.
Polskie prawo nakłada na pracodawców obowiązek zapewnienia podwładnym odpowiednich warunków pracy w upalne dni. Przede wszystkim muszą oni nieodpłatnie zapewnić wodę do picia – osobom pracującym na otwartej powierzchni, gdy temperatura wynosi powyżej 25 st. C, a pracownikom biurowym, gdy słupek rtęci przekracza 28 st. C.
– Czasami temperatury przewyższają możliwości organizmu i wtedy ludzie pracujący w wyjątkowo ciężkich warunkach otrzymują napoje witaminizowane, energetyzujące w związku z większym wyczerpaniem podczas pracy fizycznej. Pracownicy w budownictwie pracujący na zewnątrz muszą mieć dostarczone około 90 litrów na osobę do umycia się, w okresie letnim pracodawca powinien o tym pamiętać – mówi agencji informacyjnej Newseria Maria Kacprzak-Rawa, rzecznik prasowy Okręgowego Inspektora Pracy w Warszawie.
Źródło wody nie może znajdować się dalej niż 75 m od stanowiska pracy. Pracodawcy nie mają obowiązku skracania dnia pracy w czasie dużych upałów, mogą to jednak zrobić. W takim przypadku nie wolno im jednak zmniejszać wynagrodzenia. Mogą także wyznaczyć dodatkowe przerwy w pracy. Pracodawcy mają też obowiązek zapewnienia dopływu powietrza w pomieszczeniach pracowniczych.
Jednak nawet gdy pracodawcy zapewnią odpowiednie warunki pracy podczas upałów, może się zdarzyć, że pracownik nie będzie w stanie wykonywać obowiązków ze względu na zły stan psychofizyczny. Może on wtedy przerwać pracę, także bez konsekwencji finansowych.
– Warunki BHP powinny być stworzone takie, żeby zapewniały bezpieczną i dobrą pracę. W pomieszczeniach zamkniętych należy pamiętać o świetlikach, o wertikalach, wentylacji czy klimatyzacji, żeby temperatura była dogodna do wykonywania pracy – mówi Maria Kacprzak-Rawa.
Obowiązki pracodawcy w tym zakresie dotyczą wszystkich pracowników – zarówno tych zatrudnionych na umowę o pracę, jak i na podstawie umów cywilno-prawnych.
– Pracodawca może zapłacić grzywnę od 1 tys. do 30 tys. zł kary za nieprzestrzeganie przepisów BHP. Pracownik z kolei powinien porozmawiać z pracodawcą, jeśli on nie wypełnia swoich obowiązków. Jeśli to nie poskutkuje, można złożyć skargę do Okręgowego Inspektora Pracy w Warszawie – mówi Kacprzak-Rawa.
W ciągu dwóch lat sprzedaż cydru w Polsce wzrosła blisko pięciokrotnie. Butelkowany cydr można już kupić w niemal każdym supermarkecie. Coraz więcej lokali gastronomicznych decyduje się także na sprzedaż tego trunku z kija. Zwłaszcza latem cydr przez konsumentów jest wybierany częściej niż inne, bardziej kaloryczne napoje orzeźwiające, jak prosecco czy piwo.
Cydr to napój alkoholowy z przefermentowanego soku jabłkowego bez dodatku cukru. Jest popularny zwłaszcza w Wielkiej Brytanii, która odpowiada za wytwarzanie połowy światowej produkcji cydru, oraz we Francji i Hiszpanii. W Polsce pojawił się stosunkowo niedawno, ale jego popularność rośnie dynamicznie. Dwa lata temu Polacy wypijali ok. 2 mln litrów cydru rocznie, podczas gdy rok później liczba ta wzrosła do blisko 10 mln. Zdaniem ekspertów wynika to głównie z faktu, że Polacy coraz więcej podróżują i coraz chętniej próbują nowych smaków.
– W najbliższych latach cydr stanie się jedną z najbardziej perspektywicznych części rynku alkoholowego w Polsce. Szacujemy, że około 30-50 mln litrów to jest poziom, do którego spodziewamy się w dość krótkim czasie dotrzeć. W maksymalnej perspektywie powinniśmy dorównać rynkowi francuskiemu, czyli drugiemu najbardziej kojarzącemu się z cydrem. Być może spożycie sięgnie nawet 80 mln – mówi agencji informacyjnej Newseria Tomasz Kolecki-Majewicz, mistrz Polski sommelierów.
Rosnąca popularność cydru sprawiła, że coraz więcej barów zdecydowało się na sprzedaż tego trunku z kija. Jest to alternatywa dla lubianego przez Polaków, zwłaszcza latem, prosecco, również sprzedawanego w ten sposób. Cydr tradycyjny ma kwaskowaty, lekko cierpki smak. Cydr przemysłowy natomiast ma smak bardziej delikatny i słodki oraz intensywnie jabłkowy aromat. Na rynku dostępne są również cydry aromatyzowane, np. o smaku malinowym.
Smak tego napoju w dużym stopniu zależy także od sposobu jego spożywania. Pijąc prosto z butelki, odczuwa się przede wszystkim gorycz oraz musowanie – smak jest wówczas bardzo intensywny i orzeźwiający. Cydr pity ze szklanki będzie miał bardziej wyrazisty i mniej musujący smak, ze względu na mniejszą zawartość dwutlenku węgla.
– Jeżeli nalejemy cydr bezpośrednio do szklanki z kostką lodu mocnym strumieniem z góry, zawarty w nim dwutlenek węgla bardzo mocno będzie uciekał. W związku z tym napój stanie się trochę mniej orzeźwiający, mniej musujący, za to jego smak będzie przyjemniejszy, słodszy, bardziej gładki i delikatny – wyjaśnia Tomasz Kolecki-Majewicz.
Cydr należy podawać schłodzony, najlepiej z lodówki. Można go pić samodzielnie, ale pasuje również do wielu dań w zależności od gatunku. Cydry francuskie najlepiej podawać do naleśników i serów, natomiast hiszpańskie świetnie sprawdzą się z rybami. Do deserów idealnie pasować będą słodkie odmiany cydru. Smak tego trunku można dowolnie wzbogacać, dodając do niego różnego rodzaju dodatki, np. owoce sezonowe.
– Możemy sobie zrobić cydr à la sangria, z truskawkami, malinami czy jagodami. Te smaki świetnie się uzupełniają. Znamy takie połączenia przecież nie tylko z alkoholi, więc wiemy, że to jest bardzo smaczne w takim wydaniu, co ma jeszcze dodatkowe walory. Zimą możemy dodać trochę mocniejszy alkohol albo korzenne przyprawy i miód. To będzie bardzo fajne połączenie, krzepiące i bardziej intensywne w smaku – mówi Tomasz Kolecki-Majewicz.
Jak podkreśla, cydr mogą pić nawet osoby dbające o linię. Jest to napój mało kaloryczny – w 100 ml znajduje się tylko 36-42 kcal. Cydr ma także walory zdrowotne, zawiera bowiem naturalne, pochodzące z jabłek, antyoksydanty. Jest też dobrym źródłem potasu, który pozytywnie wpływa na pracę mięśni.
Zaprojektowany przez Centro Stile Fiat, zewnętrzne i wewnętrznie odświeżony projekt jest bez wątpienia Fiatem 500, za to o wiele bardziej atrakcyjnym. Nie jest większy gabarytowo, ale przedstawia bogatszą ofertę w zakresie technologii, układów napędowych i możliwości indywidualizacji: tylko w ten sposób proces rozwoju tej ikony motoryzacji może nadal trwać, dopracowując te cechy, które uczyniły z niej arcydzieło.
Dostępny w wersji hatchback i kabriolet, nowy Fiat 500 w dniu premiery dostępny będzie w dwóch wersjach: Pop i Lounge. Pierwsza z nich proponuje w standardzie: siedem poduszek powietrznych, manualną klimatyzację, system Uconnect Radio 5″ z sześcioma głośnikami, porty AUX-IN i USB, wielofunkcyjną kierownicę i światła do jazdy dziennej LED. Wersja Lounge jest wzbogacona o wyrafinowane detale, takie jak panoramiczny szklany dach, felgi aluminiowe 15″, system Uconnect Radio LIVE 5” z ekranem dotykowym oraz skórzaną kierownicę z przyciskami, które pozwalają Klientowi – dzięki integracji z smartfonem – korzystać z różnych aplikacji w systemie pokładowym, tak by móc być stale połączonym.
Nowy Fiat 500 będzie wyposażony w silniki benzynowe TwinAir o pojemności 0.9 (o mocy 85 KM lub 105 KM) oraz silnik o pojemności 1.2 i o mocy 69 KM, a także w silnik dwupaliwowy zasilany benzyną/LPG o pojemności 1.2 i o mocy 69 KM. W szczególności, silnik dwucylindrowy może pochwalić się rekordową wydajnością z poziomem emisji CO2: 90 g/km dla silnika o mocy 85 KM i 99 g/km dla silnika o mocy 105 KM. Po premierze dostępne będą także wersje z silnikami o pojemności 1.3 Multijet o mocy 95 KM i silnik o pojemności 1.2 o mocy 69 KM w konfiguracji „ECO”, która ogranicza emisję CO2 do 99 gramów na kilometr. Krótko mówiąc, nowy model skupia się jeszcze bardziej, jeśli chodzi o przyszłość, na zrównoważonej mobilności.
Śmiały i uwodzicielski, nowy Fiat 500 zawiera w sobie około 1800 nowych detali, tak opracowanych i przemyślanych, by podkreślić jego oryginalność i nadać modelowi jeszcze bardziej wyrafinowany styl. Nowe są reflektory ze światłami do jazdy dziennej LED, światła tylne, kolory, deska rozdzielcza, kierownica, materiały: zatem znaczące ulepszenia, ale wierne niepowtarzalnemu stylowi Fiata 500. Co więcej, kultowa marka Fiat stała się manifestem nowej koncepcji mobilności; jest to „łagodna” rewolucja na światowych drogach, ponieważ łączy pozornie przeciwstawne wartości.
W związku z tym, dzisiaj, nowy Fiat 500 jest odświeżony pod względem ciągłości estetycznej i postępu technologicznego. Nowa 500-ka jest jak magiczna formuła, to jedyny model, który może spójnie połączyć przeciwieństwa: to ekskluzywny samochód, ale powszechnie dostępny; światowy bestseller o prawdziwie włoskim „sercu”; to produkt elegancki, który jednocześnie może być źródłem rozrywki; jest czymś bardzo osobistym, choć został sprzedany w ilości ponad 1.500.000 egzemplarzy. Co więcej, nowy Fiat 500 łączy w sobie technologię i uczucia, po to, by umocnić się pod każdym względem, jako punkt odniesienia w swoim segmencie.
Połowa osób zatrudnionych w przemyśle ciężkim zarabiała w 2014 roku przynajmniej 4 596 PLN – wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń firmy Sedlak & Sedlak. Z kolei co czwarty pracownik otrzymywał ponad 7 100 PLN brutto miesięcznie.
Kobiety zarabiały w tej branży mniej od mężczyzn przeciętnie o 8%. Mediana płac w przemyśle ciężkim w 2014 roku była wyższa o 96 PLN niż płace w przemyśle lekkim.
Wykres 1. Wynagrodzenia w przemyśle ciężkim w 2014 roku (brutto PLN)
Źródło: Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2014 roku
Najwięcej zarabiali zatrudnieni w przemyśle petrochemicznym – wypłata co drugiego pracownika przekraczała 5 800 PLN brutto miesięcznie. Nieco mniej otrzymywali zatrudnieni w górnictwie i motoryzacji, przeciętnie 5 000 PLN. Mediana wynagrodzeń w 2014 roku w przemyśle lotniczym wynosiła 4 935 PLN, a w okrętowym – 4 789 PLN brutto miesięcznie. Najniższe płace otrzymywali zatrudnieni w hutnictwie i metalurgii – jedynie 3 800 PLN brutto miesięcznie.
Schemat 1. Mediany wynagrodzeń w różnych sekcjach przemysłu ciężkiego oraz procentowa zmiana w porównaniu z ubiegłym rokiem
Źródło: Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2014 roku
Połowa kierowników produkcji zarabiała od 5 700 PLN do 9 500 PLN brutto miesięcznie, w przemyśle ciężkim zarabiali oni przeciętnie o 518 PLN więcej niż w przemyśle lekkim. Mniejsze wynagrodzenia otrzymywali inżynierowie ds. jakości. Mediana ich płac wynosiła 5 300 PLN. Wypłata co drugiego konstruktora nie przekraczała kwoty 4 560 PLN. Średnie zarobki spawaczy wynosiły 3 000 PLN brutto miesięcznie i były niższe o 35% niż mediana wynagrodzeń w całym przemyśle ciężkim.
Tabela 1. Wynagrodzenia w przemyśle ciężkim na różnych stanowiskach
stanowisko
próba
25% zarabia poniżej
mediana
25% zarabia powyżej
kierownik produkcji
106
5 700
7 518
9 500
inżynier ds. jakości
136
4 200
5 300
7 000
konstruktor
580
3 500
4 560
5 900
spawacz
217
2 300
3 000
4 000
Źródło: Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń przeprowadzone przez Sedlak & Sedlak w 2014 roku Andrzej Kuczara
Sedlak&Sedlak Ogólnopolskie Badania Wynagrodzeń
Tylko nieliczne giełdy uchroniły się w czerwcu przed spadkami. To już drugi miesiąc dominacji niedźwiedzi. WIG20 po sięgającej niemal 5 proc. zniżce wrócił do poziomu z końca grudnia ubiegłego roku, kasując cały z trudem wypracowany dorobek. Szans na zyski można upatrywać w powrocie do górnego ograniczenia trendu bocznego oraz selekcji walorów z szerokiego rynku.
Na niewielkim plusie czerwiec kończyło zaledwie kilka giełd, znajdujących się raczej na peryferiach rynku, niż w jego głównym nurcie. Poszczęściło się inwestorom jedynie na parkietach Argentyny, Wietnamu, Pakistanu, Słowacji i Ukrainy, a szczęście liczyło w najlepszym razie 4-5 proc. Indeks światowego rynku akcji MSCI World spadł o 2,5 proc., a straty większości interesujących nas wskaźników były znacznie większe. Niezbyt zaszczytne miejsce w tej klasyfikacji zajął WIG20, który po prawie 5 proc. spadku półrocze kończy z zerowym dorobkiem. Marnym pocieszeniem jest fakt, że S&P500 z niespełna 1 proc. zwyżką jest niewiele lepszy. Wskaźniki głównych parkietów europejskich, mimo sporych czerwcowych spadków, w skali półrocza wciąż są na plusie sięgającym 11-12 proc. Na greckim zamieszaniu ponad 4 proc. stracił niemiecki DAX i to raczej z niego brał przykład indeks naszych największych spółek.
Pocieszenia próżno szukać patrząc na pozostałe segmenty warszawskiego parkietu. Wskaźniki szerokiego rynku oraz mWIG40 poszły w dół po około 4 proc., a indeks najmniejszych firm zniżkował o ponad 6 proc. Jednak biorąc pod uwagę horyzont dłuższy niż miesiąc, sytuacja jest dość zróżnicowana. Tegoroczny dorobek indeksu szerokiego rynku, sięgający wciąż 3 proc., przekraczająca 5 proc. zwyżka mWIG40, czy 7 proc. zysk sWIG80 nie są może imponujące, ale dają dużo jaśniejszy. Wskazują też obszary, w których można spodziewać się powodzenia także w drugiej połowie roku. Cała ta trójka wskaźników nie wygląda też źle z technicznego punktu widzenia, a w każdym razie nie na tyle, by mówić o braku szans na kontynuację pozytywnych tendencji.
Choć w najgorszej sytuacji zdaje się znajdować WIG20, także w jego przypadku można znaleźć mocne argumenty, przemawiające za zwiększeniem zaangażowania w akcje. W momencie największego napięcia, związanego z sytuacją wokół Grecji, indeks dotarł na moment do wsparcia w okolicach 2250 punktów, szybko powracając do poziomu 2300 punktów. Nawet gdyby miało dojść do jeszcze jednej fali spadkowej, można oczekiwać, że dolne ograniczenie trwającego od około trzech lat trendu bocznego, nie zostanie trwale przełamane. Jeśli zaś miałby się on utrzymać, można liczyć na ruch powrotny. Niewykluczone, że jego docelowym zasięgiem byłby poziom 2550 punktów z przełomu kwietnia i maja. To zaś oznaczałoby potencjał rzędu 10-11 proc.
Za realizacją takiego scenariusza przemawia realne prawdopodobieństwo uniknięcia najbardziej drastycznego wariantu rozwoju sytuacji w Grecji. Wówczas byki miałyby czas do jesiennych wyborów parlamentarnych. Ryzyko polityczne oczywiście istnieje i prawdopodobnie będzie dawało znać o sobie, więc na łatwe zyski nie należy raczej liczyć, ale stawka wydaje się być warta ryzyka. Kondycja i perspektywy polskiej gospodarki przy wciąż rekordowo niskich stopach procentowych tworzą korzystne dla kontynuacji wzrostów środowisko. Choć elementem niepewności jest także polityka Fed, jednak tego czynnika nie należy demonizować. Po pierwsze, podwyżka w tym roku wcale nie jest przesądzona. Po drugie, nawet rozpoczęcie zaostrzania polityki pieniężnej w Stanach Zjednoczonych nie musi oznaczać załamania na rynkach akcji.
W dość złożonych warunkach, z jakimi wciąż będziemy mieli do czynienia w najbliższych miesiącach, tym większego znaczenia nabiera dywersyfikacja oraz trafna selekcja spółek do portfela. W pierwszej kwestii, warto zdecydowanie rozważyć udział aktywów mniej ryzykownych, a jednocześnie oferujących stopy zwrotu wyższe niż lokaty, czy instrumenty rynku pieniężnego. Dobrym rozwiązaniem mogą być fundusze aktywnej alokacji, długu korporacyjnego oraz niezależne od rynkowej koniunktury, takie jak fundusze wierzytelności. Selekcję części akcyjnej warto opierać bardziej na analizie kondycji i perspektyw konkretnych spółek, niż wskazówkach sektorowych, czy branżowych. Czerwiec przyniósł kontynuację dobrej passy dotychczasowych branżowych liderów, czyli spółek paliwowych i chemicznych, ale jednocześnie sporą korektę w branżach budowlanej, informatycznej, czy firmach przemysłu spożywczego. Zaskoczeniem nie jest bardzo słaba pozycja spółek surowcowych, jednak o rozczarowaniu można mówić w przypadku energetyki i telekomunikacji. Choć zdecydowana większość indeksów branżowych kończyła czerwiec na sporych minusach, jednocześnie nie brakowało spółek, pozwalających osiągnąć przyzwoite zyski. Patrząc w horyzoncie całego półrocza, na plusie trzyma się ponad połowa walorów warszawskiego parkietu, a niemal jedna trzecia wciąż pozwala cieszyć się zwyżkami przekraczającymi 20 proc. Widać więc, że w ocenie rynku „indeksowa” perspektywa nie zawsze daje w pełni adekwatny obraz inwestycyjnych możliwości.
Operator logistyczny Dachser, wprowadza interesujące dla polskich eksporterów nowe rozwiązania premium dla segmentów business to consumer i business to business: targo on-site, targo on-site plus i targo on-site premium, różnicujące obsługę w ostatnim etapie łańcucha dostaw.
Usługi targo on-site są uzupełnieniem dotychczasowych usług Dachser entargo, świadczonych w ramach Dachser European Logistics. Są to usługi dodatkowe związane z dostawą w uzgodnione miejsce i o określonym czasie, łącznie z zarządzaniem zwrotami, utylizacją opakowań i ewentualnymi innymi usługami dodatkowymi, realizowanymi na indywidualne zapotrzebowanie klientów.
Poszerzenie naszego portfolio usług to odpowiedź na rosnące potrzeby naszych klientów, działających również w segmencie e-commerce – mówi Grzegorz Lichocik, prezes Dachser w Polsce. Dzięki targo on-site nasi klienci mogą zagwarantować odbiorcom swoich produktów dostawę w dokładnie w określonym miejscu i czasie, wraz z usługami dodatkowymi, świadczonymi przez kuriera lub dodatkowego pracownika, który może zająć się montażem czy zwrotem i utylizacją opakowania. To kolejny etap przekazywania czynności związanych z ostatnim etapem łańcucha dostaw operatorowi logistycznemu – wyjaśnia Grzegorz Lichocik.
Targo on-site
W przypadku usługi targo on-site, czas dostawy jest analogiczny jak w przypadku produktu targospeed. Po telefonicznym potwierdzeniu terminu dostawy, jest ona realizowana w godzinach porannych lub popołudniowych. Dotyczy segmentu B2C oraz krajów takich jak Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg i Czechy.
Targo on-site plus
Rozwiązanie to od standardowego targo on-site różni się tym, że oprócz dostaw do południa i po południu, mogą być one realizowane dodatkowo w godzinach wieczornych (16 – 20) oraz w sobotę. Dotyczy segmentów B2C i B2B oraz krajów takich jak Niemcy, Austria, Belgia, Holandia, Luksemburg i Czechy.
Targo on-site premium
Rozwiązanie to realizowane jest we współpracy z siecią Kolb i zapewnia wyjątkowo szybką dostawę, w 3 – 5 dni roboczych w Niemczech i do 7 dni roboczych Austrii. Dotyczy segmentów B2C i B2B oraz tylko Niemiec i Austrii.
W ostatnich 12 miesiącach zarówno najbezpieczniejsze fundusze (gotówkowe i pieniężne), jak i te obarczone wysokim ryzykiem (akcji) przeciętnie zarobiły mniej niż lokaty bankowe. Z analizy Expandera wynika, że wśród najpopularniejszych grup jedynie fundusze absolutnej stopy zwrotu wyraźnie pokonały lokaty. Średnio przyniosły zyski na poziomie 5,41%.
Fundusze akcji polskich zarobiły średnio tylko 1,83%
Według IZFiA w tym roku najpopularniejszą grupą funduszy inwestycyjnych są fundusze akcji uniwersalnych. Niestety spadki cen akcji na warszawskiej giełdzie spowodowały, że ci, którzy je wybrali nie zarobili zbyt wiele. Wynik z ostatnich 12 miesięcy jest wręcz gorszy niż zysk z przeciętnej lokaty bankowej. Średnia stopa zwrotu dla funduszy uniwersalnych akcji polskich wynosi bowiem zaledwie 1,83%. Na standardowym depozycie można było w tym czasie zyskać 2,8%. Trzeba jednak dodać, że były wśród nich takie, które zyskały kilkukrotnie więcej niż nawet najlepsze lokaty bankowe. Osoby, które zainwestowały np. w fundusz Arka Prestiż Akcji Polskich, zyskały w tym czasie aż 13,32%. Były też takie, które przyniosły straty jak np. Caspar Akcji Polskich, którego wynik to -9,33%. Znacznie lepiej niż fundusze uniwersalne poradziły sobie te inwestujące w akcje małych i średnich spółek. Ich średni wynik wyniósł 4,29%.
Najbezpieczniejsze fundusze zarobiły więcej niż akcyjne
Drugą po funduszach akcji najbardziej popularną grupą funduszy w tym roku są te najbezpieczniejsze, czyli fundusze gotówkowe i pieniężne. Ich wyniki zwykle są zbliżone do tego, co można uzyskać na lokacie bankowej. Obecne ich osiągnięcia są jednak nieco słabsze, gdyż średnia stopa zwrotu to 2,24%, a jak już wspominaliśmy, lokaty przed rokiem miały średnie oprocentowanie 2,8%. Najlepszy depozyt w tym okresie dawał natomiast 3,65%. Oznacza to, że tylko trzy fundusze z tej grupy były lepsze niż lokata. Z drugiej jednak strony średnio zarobiły one więcej niż fundusze akcji uniwersalnych.
Kolejne miejsca pod względem popularności zajmują fundusze absolutnej stopy zwrotu oraz fundusze stabilnego wzrostu. Niestety tylko te pierwsze mogą pochwalić się dobrymi wynikami. Średnia z ostatnich 12 miesięcy to 5,41%. Najlepszy fundusz w grupie absolutnej stopy zwrotu – Skarbiec Market Neutral – przyniósł inwestorom aż 17,5% zysku. Fundusze stabilnego wzrostu średnio zyskały natomiast zaledwie 1,35%, notując najsłabszy wynik z tej najpopularniejszej czwórki.
Przy okazji warto dodać, że tradycyjne fundusze inwestycyjne nie są jedyną alternatywą dla deponowania pieniędzy na lokatach. Dwa przykłady innych możliwości inwestowania kapitału przy dość niskim ryzyku to produkty strukturyzowane oraz obligacje przedsiębiorstw. Zaletą tych pierwszych jest to, że dają szansę na uzyskanie atrakcyjnych zysków, ale jednocześnie mają mechanizm zabezpieczający przed stratami. Zwykle polega on na tym, że w najgorszym przypadku po zakończeniu produktu inwestor nie ponosi strat, lecz odzyskuje swoje pieniądze.
W przypadku obligacji przedsiębiorstw zaletą jest przede wszystkim oprocentowanie wyższe od tego na lokatach. Niestety najwyższe jest ono w przypadku tych firm, które nie należą do największych i najstabilniejszych. Warto więc ostrożnie podchodzić do tego typu inwestycji, gdyż w sytuacji, gdy dochodzi do upadłości emitenta, możemy nie odzyskać swoich pieniędzy. Inwestować w takie obligacje można nie tylko samodzielnie, ale również za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych. Ma ona taką zaletę, że w portfelu funduszu znajdują się obligacje wielu firm, a więc kłopoty jednej z nich nie powinny przełożyć się na słaby wynik całej inwestycji.
W dniach 7 i 8 października na EXPO XXI w Warszawie odbędzie się kolejna edycja Mobility Reseller Days. To już drugie tego rodzaju wydarzenie branżowe, które skupia firmy oraz przedsiębiorców branży nowych technologii z Europy Centralnej, Wschodniej oraz Azji. Ideą, która przyświeca Mobility Reseller Days, jest nawiązanie relacji partnerskich i handlowych polskich przedstawicieli z branży. Wydarzenie skupia w sobie również cele edukacyjne – zarówno dla uczestników, jak i gości wydarzenia – które dotyczą rozszerzenia wiedzy o rozwoju lokalnych kanałów sprzedaży, programach partnerskich.
25 czerwca Sejm zdecydował, że program Mieszkanie dla Młodych obejmie również rynek wtórny. Limity cenowe wyniosą 90 procent wskaźnika kosztu odtworzenia 1m2 powierzchni użytkowej budynku mieszkalnego w danej gminie. Zmiany mogą wejść w życie najwcześniej od sierpnia br. Czy oznacza to drastyczne zmiany na rynku?
Zmiany będą pozytywne
Generalnie rynek deweloperski pozytywnie zapatruje się na wprowadzone zmiany. Dzięki nowelizacji program Mieszkanie dla Młodych stanie się popularniejszy, a Klienci będą mogli uzyskać większe benefity. Szczególnie korzystne jest zwiększenie dopłaty przy dwójce dzieci. Dla rodzin wychowujących troje lub więcej pociech dodatkowo zniesiono granicę wieku i warunek posiadania pierwszego mieszkania. Dla rodzin wielodzietnych z 15 do 30 procent zwiększono mnożnik, na podstawie którego wylicza się dopłatę oraz podwyższono dofinansowanie na mieszkania o metrażu do 65 m2. W niektórych przypadkach zmiany te mogą doprowadzić do zwiększenia kwoty wsparcia nawet do ok. 100 tys. zł.
Negatywnie odbieramy natomiast brak zmian w metodologii ustalania limitów cen
w programie MdM, które są zależne od średniego wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia 1m2 powierzchni użytkowej budynków mieszkalnych. Wskaźnik ten jest słabo skorelowany z realnymi cenami za m2 w poszczególnych regionach. To z kolei sprawia, że w niektórych miastach limit cenowy pozwala na zakup nieruchomości nawet blisko centrum, a w innych tylko peryferiach. Obecna metodologia sprawia, że dostępność programu MdM dla ogółu społeczeństwa jest bardzo zróżnicowana.
Skorzystają małe miejscowości
Włączenie do programu mieszkań z rynku wtórnego może być najbardziej odczuwalne w mniejszych miejscowościach, w których rynek deweloperski często jest słabo rozwinięty. Zmiany zwiększą konkurencyjność deweloperów, w związku z tym w mniejszych miastach możliwy jest odpływ klientów do indywidualnych sprzedawców.
W większych miastach bez zmian, ale z wyjątkami
W większych miastach będzie inaczej, ponieważ różnica pomiędzy limitami cenowymi dla rynku pierwotnego i wtórnego będzie na tyle duża, że realna dostępność oferty na tym drugim będzie niewielka. Zmiany mogą stanowić zagrożenie dla deweloperów z mniejszych miast, ale też z kilku większych, jak np. Łódź czy Katowice, w których relatywnie duża część ofert kwalifikuje się do programu MdM.
Liczba mieszkań i ceny po staremu
W związku ze zwiększeniem limitów nie powinna zwiększyć się dostępna w ramach MdM liczba mieszkań. Klienci skorzystają jednak z wyższych dopłat, a także będą mieli możliwość kupna większego lokalu przy zachowaniu analogicznej zdolności kredytowej.
Nie prognozujemy też wzrostu cen najtańszych mieszkań na rynku wtórnym, chociaż w niedużej skali takie ryzyko oczywiście istnieje. Przewidujemy natomiast wzrost popularności samego programu. Do tej pory MdM cieszył się umiarkowanym zainteresowaniem, co było spowodowane faktem, że program był niedostępny dla większego grona Klientów.
Sprzedaż mieszkań przez spółdzielnie mieszkaniowe nie powinna znacząco wpłynąć na rynek. Skala tych działań wciąż pozostanie niewielka.
Piotr Kijanka – Dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Grupie Deweloperskiej GEO
Wśród siedmiu największych miast Polski najmniej na zakup nowych czterech kątów trzeba wydać w Łodzi i Katowicach. Czy to oznacza, że mieszkańcy tych dwóch miast mogą sobie pozwolić na największe mieszkania?
Mieszkańcy Katowic mają najlepiej
Postawione na wstępie pytanie nie do końca oddaje stan faktyczny. W tym wypadku bowiem oprócz samej ceny nowego mieszkania istotna jest wysokość dochodów, która wpływa na poziom zdolności kredytowej. Przeciętne zarobki są jednak różne w różnych miastach. Zgodnie z ogólnie panującą opinią najwięcej zarabia się w Warszawie, dane Głównego Urzędu Statystycznego zdają się jednak zadawać kłam takiemu stanowisku. Analizując wysokość przedstawianego przez GUS przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw widać, że średnie zarobki najwyższy poziom osiągają w… Katowicach.
Stolica jest dopiero na drugim miejscu. Z kolei jeśli chodzi o same ceny mieszkań to Tabela 1 wskazuje, że Warszawa zdecydowanie przewodzi stawce. Taka sytuacja sprawia, że średnio sytuowanych warszawiaków stać na mniejsze mieszkania, niż Ślązaków. Co więcej, relacja maksymalnej zdolności kredytowej i cen mieszkań jest w rozpatrywanym gronie najwyższa właśnie w Katowicach. Niskie ceny lokali mieszkalnych na tle innych większych miast można tłumaczyć specyfiką tego rynku. Ze względu na zanieczyszczenie środowiska, jak i na duże natężenie terenów miejskich, Katowice nie cieszą się opinią wymarzonego miejsca do zamieszkania.
Stanowią one raczej propozycję dla ludzi młodych, którzy dopiero rozpoczynają karierę zawodową i nie posiadają jeszcze odłożonych oszczędności. Warto również porównać Wrocław i Gdańsk. Ceny nowych czterech kątów są zbliżone różniąc się o zaledwie kilkadziesiąt zł za mkw. powierzchni. Z drugiej strony średnia pensja, a co z tym idzie zdolność kredytowa jest w Gdańsku widocznie wyższa, niż w stolicy Dolnego Śląska.
Wysokość raty kredytu na zakup nowego mieszkania w średniej cenie oraz maksymalna zdolność kredytowa 4-osobowej rodziny w poszczególnych miastach*
Miasto
Warszawa
Kraków
Łódź
Wrocław
Poznań
Gdańsk
Katowice
Przeciętne wynagrodzenie x2 (zł)
10 699
8 733
7 378
8 513
9 194
10 454
11 021
Cena mieszkania (zł)
7 396
5 861
4 578
5 988
6 353
5 951
4 795
Cena całkowita za 55 mkw. (zł)
406 758
322 337
251 790
329 340
349 442
327 301
263 705
Okres kredytu (lata)
25
25
25
25
25
25
25
Wysokość raty (zł)
1 932
1 531
1 196
1 565
1 660
1 555
1 253
Maksymalna dolność kredytowa w złotówkach (zł)
516 449
313 628
173 790
290 957
361 240
491 251
549 775
Liczba mkw. dostępnych za maksymalną zdolność kredytową
48
36
24
34
39
47
50
*Dochód gospodarstwa domowego oszacowano jako dwukrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przemysłu w poszczególnych miastach wg GUS narastająco za okres styczeń-marzec 2015 r. Średnie ceny mieszkań za I kw. 2015 r. wg NBP. Rata kredytu oraz maksymalna zdolność kredytowa dla zobowiązania w złotówkach wyznaczona na podstawie kalkulatora kredytowego (10% wkładu własnego, oprocentowanie 4%, raty równe, 4 osobowe gospodarstwo domowe, łączne limity na kartach kredytowych i ROR 5000 zł, miesięczne wydatki na utrzymanie mieszkania 500 zł, inne koszty 2500 zł, okres spłaty 25 lat).
W powyższym zestawieniu przedstawiono także wysokość rat, jakie co miesiąc trafiają z domowego portfela 4-osobowej rodziny do banku, na pokrycie zakupu nowego mieszkania o powierzchni 55 mkw. w średniej cenie. Stawki mieszkań przekładają się na wysokość comiesięcznych wydatków. Dlatego też najwyższe raty kredytowe za zakup nowego lokum znowu muszą zapłacić mieszkańcy stolicy. Na drugim miejscu znajduje się Poznań, gdzie ceny są wyraźnie wyższe, niż w zajmujących kolejne lokaty Wrocławiu, Gdańsku i Krakowie. Najmniejsze kwoty na spłatę zobowiązań w swoim budżecie muszą zarezerwować rodziny z Łodzi i Katowic.
Ile można zyskać na MdM-ie?
Warto sprawdzić, jak na wysokość rat wpływa rządowe wsparcie w ramach programu Mieszkanie dla Młodych. Poniżej zaprezentowano raty za zakup 55-metrowego lokalu mieszkalnego, którego cena równa się limitom programu Mieszkanie dla młodych w poszczególnych miastach. Największe dofinansowanie ma miejsce tam, gdzie cena jest najwyższa czyli w Warszawie i Poznaniu. W tych dwóch miastach pomoc publiczna co miesiąc przekracza 200 zł. Najmniej na każdej racie mogą zaoszczędzić mieszkańcy Łodzi i Katowic – odpowiednio 163 zł i 172 zł.
Porównanie wysokości raty kredytu wraz z dopłatą z MDM i bez dopłaty dla 4-osobowej rodziny w poszczególnych miastach*
Miasto
Warszawa
Kraków
Łódź
Wrocław
Poznań
Gdańsk
Katowice
Limity MDM II kw. 2015 (zł)
6 588
5 112
4 515
5 181
5 924
5 303
4 773
Wartość mieszkania 55 mkw. (zł)
362 340
281 160
248 325
284 955
325 820
291 665
262 515
Kwota kredytu (zł)
326 106
253 044
223 493
256 460
293 238
262 499
236 264
Rata bez dopłaty (zł)
1 721
1 336
1 180
1 354
1 548
1 386
1 247
Rata z dopłatą (zł)
1 484
1 152
1 017
1 167
1 335
1 195
1 075
Różnica (zł)
237
184
163
187
213
191
172
*Dochód gospodarstwa domowego oszacowano jako dwukrotność przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w sektorze przemysłu w poszczególnych miastach wg GUS narastająco za okres styczeń-marzec 2015 r. Ceny mieszkań ustalono na poziomie limitów MdM na II kw. 2015 r. Raty wyznaczono na podstawie kalkulatora kredytowego (10% wkładu własnego, oprocentowanie 4%, raty równe, 4 osobowe gospodarstwo domowe, wiek kredytobiorcy 30 lat, okres spłaty 25 lat).
Warto jednak zaznaczyć, że to właśnie w tych dwóch ostatnich miastach relatywnie łatwiej może być skorzystać z dopłaty MDM na zakup nowego M. Wynika to z faktu, że średnie ceny nowych mieszkań są tam najbliższe limitom MDM, a co za tym idzie liczba lokali mieszczących się w tych limitach powinna więc być większa, niż w pozostałych miejscowościach. Podsumowując warto jeszcze zaznaczyć, że w powyższej analizie przyjęto minimalny ustanowiony przez KNF wkład własny w 2015 r., wynoszący 10%. W najbliższych dwóch latach wymóg ten wzrośnie do poziomu 15%w 2016 r. i 20% w 2017 r.
Tjeerd Bosklopper, prezes zarządów ING Towarzystwo Ubezpieczeń na Życie S.A. i ING Usługi Finansowe S.A., rozpocznie 1 września 2015 roku piastowanie stanowiska szefa NN Individual Life w Holandii.
Tjeerd Bosklopper
Kandydatura nowej osoby, która będzie pełnić jego dotychczasowe funkcje w polskim oddziale towarzystwa, zostanie w najbliższym czasie przedstawiona Komisji Nadzoru Finansowego.
Tjeerd Bosklopper dołączył do grupy ING w 1999 roku. Jest związany z polskim oddziałem ING Życie od 2012 roku. Trzy lata temu objął funkcję prezesa ING Usługi Finansowe, a w następnym roku – także prezesa ING TUnŻ. Jego główną rolą było zapewnienie dalszego wzrostu firmy na polskim rynku oraz wdrażanie strategii wyróżniania się w obszarze doświadczenia klienta.
Wcześniej sprawował szereg funkcji w ramach grupy ING na wielu międzynarodowych rynkach, m.in. w Hong Kongu, Indonezji, Korei Południowej i Holandii.
Ukończył studia „Business Information Technology” ze specjalizacją w Zarządzaniu Informacją oraz Zarządzaniu Międzynarodowym na Uniwersytecie w Twente w Holandii.
W Polsce jest nawet 300 tys. bezdomnych psów. Wiele z nich zostało porzuconych przez swoich właścicieli. Aby do takich sytuacji nie dochodziło, planuje się wprowadzenie wymogu czipowania czworonogów i zapisywania danych zwierząt oraz ich właścicieli w centralnym rejestrze. Prace nad nowelą do Ustawy o ochronie zwierząt, mającą ten obowiązek nałożyć, trwają od kilku lat. Czy nowelizację uda się wreszcie przyjąć?
Dzięki obowiązkowemu znakowaniu czworonogów można by szybko identyfikować właścicieli zwierząt, które uciekły lub zostały porzucone. To z kolei ograniczyłoby wydatki na utrzymywanie schronisk, przepełnionych i często niespełniających standardów. Koszty czipowania pokrywaliby właściciele czworonogów.
Wśród proponowanych zmian w Ustawie znalazł się także zapis o zakazie stałego trzymania psów na uwięzi. „Pies może przebywać zamiast tego w kojcu, w którym będzie miał zapewniony dostęp do jedzenia i wody oraz budę” – mówi serwisowi infoWire.pl poseł Paweł Suski, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt. Po wprowadzeniu nowelizacji zakazane będzie również wykorzystywanie dzikich zwierząt do pracy, np. w cyrku. Zmieni się poza tym system prowadzenia schronisk.
„Proponujemy też zwiększenie sankcji. Znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem dotychczas było zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności. Chcemy podwyższyć to do lat pięciu” – informuje rozmówca. Wprowadzona zostanie ponadto możliwość dożywotniego zakazania posiadania zwierząt.
Od czasu uwolnienia kursu franka szwajcarskiego przez Szwajcarski Bank Narodowy padło wiele propozycji rozwiązań, które miałyby pomóc „frankowiczom”. Niestety, do tej pory żadne z nich nie zostało wprowadzone. Niewykluczone, że już niedługo się to zmieni.
Poprawę sytuacji osób zadłużonych we frankach szwajcarskich może przynieść specjalny fundusz, jeden z dwóch, których stworzenie zaproponował Związek Banków Polskich (ZBP). „W dużym uproszczeniu polegałoby to na tym, że umawialibyśmy się z bankiem, po jakim maksymalnie kursie franka szwajcarskiego jesteśmy w stanie spłacać miesięczne raty. (Sugerowany kurs to ok. 5 zł). Jeśli ten poziom zostałby przekroczony, fundusz dopłacałby nam maksymalnie 50 gr do każdego franka” – tłumaczy w wywiadzie dla serwisu infoWire.pl Michał Krajkowski, główny analityk firmy Notus Doradcy Finansowi.
Drugi fundusz, którego powstania chce ZBP, byłby skierowany do wszystkich zadłużonych (nie tylko „frankowiczów”) mających z przyczyn losowych – np. z powodu choroby – problemy ze spłatą swoich zobowiązań. Mogliby oni liczyć na 1500 zł miesięcznie przez rok. Po odzyskaniu płynności finansowej pożyczone pieniądze trzeba by było jednak zwrócić.
Na razie nie określono jeszcze dokładnie źródeł finansowania obu funduszy. Pomocy udzieliłyby na pewno banki. Opowiadają się one jednak za tym, żeby fundusze te były współfinansowane z budżetu państwa, a to wymaga zmian ustawowych, a co za tym idzie – czasu.
Wszystko wskazuje więc na to, że w najbliższej przyszłości sytuacja osób zadłużonych we frankach szwajcarskich nie ulegnie diametralnej poprawie. Oczywiście, banki patrzą na „frankowiczów” z nieco większą wyrozumiałością: obniżyły spready walutowe (różnice między ceną kupna waluty a ceną jej sprzedaży), uwzględniają ujemny LIBOR (stanowiący podstawę oprocentowania kredytów), wydłużają okresy kredytowania, stosują karencję czy zawieszają na jakiś czas spłatę rat kredytowych. Są to jednak tylko rozwiązania doraźne, tymczasem potrzeba – długofalowych.
Referendum greckie uchodzi za ważne wydarzenie, jednakże jest ono absolutnie niewiążące dla kredytodawców Grecji. Co ciekawe rząd może nawet przegrać to głosowanie, a jak pokazują sondaże wyraźne zwycięstwo i miażdżąca przewaga są nieosiągalne. Czy oznacza to zgodę na ustępstwa? Patrząc na deklaracje głównych partnerów są oni cały czas gotowi do rozmów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk Internetowykantor.pl i Walutomat
W Grecji wiara w pomyślne wyjście z patowej sytuacji jest wciąż żywa. A na pewno jest głośno deklarowana. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na słowa ministra finansów rządu w Atenach – Yanis Varoufakis oświadczył, że banki będą otwarte od wtorku, gdyż od wyniku referendum porozumienie zostanie zawarte w ciągu 48 godzin. Jest to zadziwiająca myśl. Po pierwsze dlatego, że od niedzielnego referendum do wtorku 48h minie dopiero wieczorem. Po drugie – wiara w uszanowanie demokratycznej woli narodu greckiego do niespłacania zaciągniętych zobowiązań jest co najmniej dziwna.
Dla przypomnienia: po fiasku negocjacji w sprawie programu pomocowego wprowadzono ograniczenia przepływu kapitału. Banki są prawie zamknięte. Prawie, gdyż wypłacają między innymi emerytury. Z bankomatów da się wypłacać 60 euro dziennie, a i tak media pokazują stojące do nich kolejki. Już teraz zapadł pierwszy korzystny werdykt KE w sprawie Grecji. Potwierdziła ona, że w takich szczególnych przypadkach można naruszyć swobodę przepływu kapitału.
MFW oszacował potrzeby finansowe Aten gdyby tamtejszy rząd dalej współpracował w taki sam sposób, a raczej nie współpracował. Oprócz koniecznej redukcji długów, gdyż obecny wg większości ekonomistów jest obecnie niespłacalny, znalazła się kwota 52 mld euro. Kwota ta budzi zdumienie, aczkolwiek redukcja długu musiała by wynosić jeszcze raz tyle. W rezultacie do ustabilizowania sytuacji potrzebne jest 100 mld euro. By oddać skalę problemu warto zwrócić uwagę, że polskie wpływy budżetowe wynoszą mniej niż 80 mld euro. Zatem przeszło 3-krotnie mniejszemu narodowi udało się naprawdę “zdrowo” zadłużyć. Jeszcze niedawno mówiło się o nadwyżce w greckim budżecie i powolnym spłacaniu zobowiązań, jednakże teraz po dojściu do władzy Syrizy ani nie widać reform, ani oszczędności, ani wzrostu gospodarczego, który miał być podstawą rozwiązania problemu.
Szykuje się bardzo ciekawy weekend, tym bardziej, że jak pokazały ostatnie sondaże wynik referendum wcale nie jest przesądzony, a w samej Grecji społeczeństwo jest zmęczone ciągłym przeciąganiem tego co wydaje się nieuniknione. Pojawiły się sondaże w których obie grupy mają po około 44% poparcia.
Dzisiaj warto zwrócić uwagę na publikacje wskaźników PMI dla usług. Nie są one tak istotne jak indeksy dla przemysłu jednakże w dalszym ciągu są to ważne barometry gospodarki pozwalające przewidywać przyszłe twarde dane.
EUR/PLN
Wykres kursu średniego EUR/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs EUR/PLN po osiągnięciu minimów na 3,9700 utworzył trend wzrostowy. Oporem dla wzrostów jest ostatnie maksimum na 4,2000, a po jego przebiciu górne ograniczenie kanału na 4,2500. Wsparciem jest linia łącząca minima lokalne na 4,1700.
CHF/PLN
Wykres kursu średniego CHF/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs CHF/PLN od początku marca utworzył trend wzrostowy. Dotychczas okolice 4 zł były skutecznym oporem dla dalszych wzrostów kursów, jednakże problemy Grecji spowodowały, że poziom ten został wyraźnie przekroczony. Oporem dla dalszych wzrostów jest górne ograniczenie kanału przebiegające w okolicach 4,1000. Poziom ten spędza sen z powiek kredytobiorcom frankowym. Wsparciem jest dolne ograniczenie formacji na poziomie 3,9850.
USD/PLN
Wykres kursu średniego USD/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs USD/PLN podobnie jak inne waluty wystrzelił do góry. Opór stanowić będzie majowe maksimum na poziomie 3,8200. W przypadku ruchu w dół wsparciem będzie najpierw linia łącząca minima ostatnich tygodni w okolicach 3,7000 a następnie minima ostatnich tygodni na 3,6500.
GBP/PLN
Wykres kursu średniego GBP/PLN za okres od 03.04.2015 do 03.07.2015
Kurs GBP/PLN znajduje się w szerokim kanale wzrostowym. Wewnątrz tej formacji utworzył się krótkoterminiowy bardziej stromy trend wzrostowy z którego doszło do wybicia górą. Paliwem dla tego ruchu były wydarzenia polityczne i można mieć nadzieję, że w razie uspokojenia nastrojów kurs powróci przynajmniej do wspomnianej formacji. W przypadku ruchu w dół wsparciem jest dolne ograniczenie formacji wzrostowej na 5,8850. Dla ruchu w górę oporem jest wczorajsze maksimum na 5,9400 a następnie psychologiczna bariera 6,0000.
Komentarze walutowe przygotowują dealerzy Currency One SA.
Maciej Przygórzewski – główny dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Niedzielne referendum będzie kluczowe dla sytuacji finansowej Grecji. Zdaniem Moniki Kurtek z Banku Pocztowego jeżeli obywatele zagłosują na „tak”, to rząd Aleksisa Ciprasa prawdopodobnie poda się do dymisji. Nowy, techniczny gabinet miałby mandat do podpisania porozumienia. Negatywna odpowiedź byłaby natomiast potwierdzeniem strategii obranej przez greckiego premiera, co zapewne doprowadziłoby do wyjścia kraju ze strefy euro.
– Sprawa referendum w Grecji i jego wyniku są tak naprawdę kluczowe dla wyjaśnienia tego, czy kraj ten pozostanie w strefie euro, czy będzie z niej wychodzić – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego.
Jeżeli okazałoby się, że obywatele Grecji opowiedzą się za nowym programem pomocowym dla Grecji, wyrażając zgodę na dalsze oszczędności, to rząd Ciprasa, prawdopodobnie będzie musiał podać się do dymisji. Powstałby wówczas, raczej krótkookresowy, gabinet technokratyczny i doszłoby do wcześniejszych wyborów.
– Myślę, że byłaby to sytuacja w miarę pozytywna dla Grecji i rynków finansowych – uważa Kurtek. – Druga opcja jest taka, że Grecy opowiedzą się przeciwko. W tej sytuacji obecny rząd dostanie potwierdzenie, że negocjacje i sposób, w jaki je prowadzono, były pozytywnie odbierane przez naród. W tej sytuacji, niestety, otwiera się droga do wyjścia tego kraju ze strefy euro, bo Grecja nie ma pieniędzy na to, żeby spłacać swoje zobowiązania.
Grecy nie spłacili wartej 1,6 mld euro raty pożyczki na rzecz MFW, którą mieli uregulować do końca czerwca. Kolejna transza pieniędzy, która przez ten kraj powinna być znaleziona, to spłata 3,5 mld euro zobowiązań wobec EBC, których termin upływa 20 lipca br. Na razie EBC utrzymuje płynność greckich banków. Po rozpoczęciu masowego wycofywania depozytów przez obywateli znalazły się bowiem one na granicy bankructwa.
– Gdyby nie została wykonana spłata wobec EBC, oznaczałoby to oficjalną niewypłacalność Grecji i bankructwo, a kroplówka przestałaby działać – zauważa Monika Kurtek. – W takiej sytuacji system bankowy Grecji uległby załamaniu. Bez wspomagania ze strony EBC kraj ten nie ma bowiem pieniędzy nawet na to, by wypłacać emerytury, renty czy pensje urzędnikom. Tak naprawdę nie pozostanie mu nic innego jak wprowadzenie waluty równoległej, w której można by regulować zobowiązania, albo powrót do drachmy.
Grecy mają już obecnie bardzo ograniczony dostęp do pieniędzy w bankach. W tym tygodniu rząd wprowadził kontrolę kapitału: obywatele mogą wypłacić z bankomatów nie więcej niż 60 euro dziennie na osobę. Nie dotyczy to jedynie turystów zagranicznych, którzy nadal mogą otrzymywać większe sumy.
– Jeżeli chodzi o ceny, nie sądzę, żeby miało to jakiś większy wpływ, bo ograniczenie podaży pieniądza powoduje, że spada także popyt na towary i usługi – twierdzi Monika Kurtek. – Natomiast, gdyby się okazało, że Grecja wychodzi ze strefy euro, nastąpiłaby duża dewaluacja. Wówczas ceny rzeczywiście mogłyby bardzo poszybować w górę.
Główna ekonomistka Banku Pocztowego ocenia, że grecka waluta byłaby warta co najwyżej połowę wartości euro.
Grupa Geberit po przejęciu Sanitec Corporation zamierza umocnić swoją pozycję lidera na europejskim rynku produktów sanitarnych i ceramiki łazienkowej. Teraz łączy struktury sprzedaży obu firm, których produkty są komplementarne. Efekt synergii będzie dotyczył przede wszystkim zwiększenia oferty pod jedną marką, logistyki, wsparcia technicznego oraz szkoleń.
– Prace na pierwszym etapie zostały zakończone, a transakcja kapitałowa została sfinalizowana – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Przemysław Powalacz, prezes zarządu Geberit Polska.
Na początku lutego br. Geberit Aktiengesellschaft ogłosiła rozpoczęcie procesu zakupu ponad 99 proc. akcji Sanitec Corporation, właściciela m.in. marek Koło, Keramag i Keramag Design. Warunkiem zakupu było nabycie co najmniej 90 proc. udziałów i praw głosu w Sanitec oraz uzyskanie niezbędnych akceptacji organów ochrony konkurencji. Gotowość do sprzedaży zgłosili akcjonariusze posiadający łącznie ponad 99 mln akcji, co odpowiadało 99,27 proc. wszystkich papierów Sanitec.
– Teraz trwa proces integracji firm – twierdzi Przemysław Powalacz. – Oczywiście w pierwszej kolejności łączymy struktury kontaktujące się ze światem zewnętrznym, czyli zespoły handlowe i obsługi klienta. Jesteśmy w tej chwili na etapie tworzenia organizacji sprzedaży we wszystkich krajach. Jednocześnie pracujemy nad ofertą handlową, z którą na początku 2016 roku wyjdziemy do klientóu;w. Będzie ona wynikiem integracji oferty firm Geberit i Sanitec. Ta druga w Polsce posiada między innymi markę Koło.
Efektem połączenia, jak precyzuje Przemysław Powalacz, będzie zwiększenie skali działalności, rozbudowa oferty produktów pod jedną marką, zintegrowana opieka serwisowa, gwarancyjna oraz wspólny serwis. Także partnerzy biznesowi spółki, jak komentuje prezes zarządu Geberit w Polsce, odczują korzyści z synergii. Dotyczyć one będą między innymi wspólnego składania zamówień, wsparcia technicznego oraz polityki szkoleniowej, która zostanie oparta o nową, szerszą gamę produktów.
– Owocem synergii na pewno będzie racjonalizacja wykorzystywanych zasobów – przekonuje Przemysław Powalacz. – Po stronie organizacyjnej i z punktu widzenia zasobów ludzkich tych synergii nie będzie jednak wiele. Była to transakcja o charakterze bardziej komplementarnym niż substytucyjnym. To były struktury, które zajmowały się w znacznej mierze różnymi produktami i docierały do innych segmentów rynku. Jest to więc raczej połączenie potencjałów.
Przed transakcją tylko w segmencie stelaży podtynkowych, jak zauważa prezes Powalacz, obie firmy konkurowały o tych samych odbiorców. Po przejęciu marki Koło przez Geberit przedsiębiorstwo będzie miało blisko połowę rynku w tej kategorii. W pozostałych segmentach, które ze sobą wcześniej nie kolidowały, Grupa już dzisiaj posiada znaczące udziały rynkowe. Jest między innymi liderem sprzedaży ceramiki sanitarnej z ponad 30-proc. udziałem w Polsce oraz wanien akrylowych (ponad 25 proc.). Ma także pozycję wiodącego gracza w systemach odwodnień dachowych (Pluvia) czy nowo tworzącym się segmencie toalet myjących (AquaClean).
– Koło będzie doskonale uzupełniało ofertę marki Geberit w segmencie na przykład ceramiki łazienkowej – uważa prezes Przemysław Powalacz. – Stelaże i spłuczki podtynkowe Geberit idealnie pasują do wyrobów Koła. Powiem więcej, trudno korzystać z jednego bez drugiego. Synergie są zatem wymuszone trochę przez naturalną funkcjonalność produktów.
Fuzja wzmocni również w sposób zdecydowany, jak wskazuje prezes Powalacz, pozycję przedsiębiorstwa za granicą. Z łącznymi orientacyjnymi obrotami ok. 3 mld franków szwajcarskich grupa stanie się liderem europejskiego rynku.
– Obecnie środek ciężkości jest głównie w Europie Centralnej, ale w innych krajach także pozostajemy bardzo mocnym graczem – mówi Przemysław Powalacz. – W Skandynawii, gdzie Geberit dotychczas nie miał wyjątkowo mocnej pozycji, Sanitec jest niekwestionowanym liderem. W wielu miejscach Europy słabsza pozycja będzie uzupełniona przez dominujące udziały marki przejętej w wyniku transakcji. Ale dzięki połączeniu nastąpi także wyjście na rynki dynamicznie rosnące w Azji Południowo-Wschodniej oraz niektórych krajach Afryki. Nowy potencjał spowoduje, że będziemy mieli dużo lepszą bazę do tego, żeby się tam znaleźć.
W ubiegłym roku Grupa największy wzrost przychodów odnotowała w regionie Bliskiego Wschodu i Afryki – o 21,2 proc. Ten region uważa za najbardziej perspektywiczny. Nieźle wypadła także Polska z dwucyfrową liczbą wzrostu sprzedaży. Notowana na szwajcarskiej giełdzie spółka prowadzi działalność w ponad 40 krajach, zatrudniając obecnie 12 tys. pracowników (dane po przejęciu Grupy Sanitec).
Nawet jeśli Grecy powiedzą w niedzielę „nie” reformom, giełdowe spadki nie powinny być już tak gwałtowne jak na początku tygodnia, a sytuacja w końcu się ustabilizuje, uważa Łukasz Bugaj z DM BOŚ. Grecja nie jest bowiem krajem znaczącym gospodarczo, a hałas wokół niej wiąże się z przynależnością do strefy euro. Jednak nawet, jeśli zdecyduje się pozostać na drodze oszczędności, inwestorzy mogą liczyć tylko na krótkoterminowe wzrosty, bo taka odpowiedź też skomplikuje sytuację w tym kraju.
– Nawet Irak, kraj targany w tym momencie wojną, ma większą gospodarkę niż Grecja – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ. – Jedyne znaczenie Grecji w tym momencie jest takie, że jest w strefie euro i nie wiadomo, jak zakończyć się może jej ewentualne opuszczenie.
Taki precedens zdaniem analityka byłby przykładem dla innych zadłużonych państw. Już teraz jako następną w kolejce do wyjścia wymienia się Portugalię. Stąd niepewność wobec przyszłości Eurolandu i strach inwestorów. Od piątkowego zamknięcia WIG20 stracił 1,75 proc., niemiecki DAX – 3,4 proc., brytyjski FTSE – 1,8 proc., a amerykański S&P 500 – 1,2 proc. Grecja nie jest jednak jedyną przyczyną giełdowych spadków.
– Całe zamieszanie w Grecji wpisuje się w obowiązujący trend spadkowy na giełdzie – mówi analityk. – Ten kraj jest jednym z czynników i niekoniecznie głównym. W tym tygodniu jednak rzeczywiście niepokój wokół Grecji był jedną z głównych przyczyn spadków – dodaje.
Według niego rozwiązanie problemu spłaty długu wobec europejskich wierzycieli pomogłoby ustabilizować sytuację na rynkach, jednak może nie wystarczyć do odwrócenia trendu spadkowego. Przypomina, że na przykład w Polsce sytuacja na giełdzie związana jest także z gorszymi wynikami bardzo ważnego dla warszawskich indeksów sektora bankowego i niepewnością w związku ze zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi.
– Jeśli mówimy o zachodzie Europy, to mamy nieco gorsze dane ze sfery gospodarczej. Także odbicie w Stanach Zjednoczonych jest obserwowane, ale nie w takiej skali, w jakiej oczekiwano – wylicza analityk.
Jak twierdzi Łukasz Bugaj, jeśli nawet dojdzie do wyjścia Grecji ze strefy euro, to sytuacja się w dłuższym terminie ustabilizuje, choć proces ten może potrwać dłużej niż w przypadku jej pozostania w Eurolandzie. Z drugiej strony, nawet jeśli społeczeństwo greckie zagłosuje za przyjęciem pomocy finansowej i zobowiązaniem się do bolesnych reform, także nie uniknie perturbacji politycznych.
– Napięcia na pewno będą miały miejsce, bo wydaje mi się, że trudno będzie nawiązać ponowną nić porozumienia między rządem Aleksisa Ciprasa a Brukselą. Rzeczywiście po minionym weekendzie atmosfera na tej linii wyraźnie się pogorszyła – wyjaśnia analityk. – Wydaje się, że sytuacja jest patowa. W krótkim terminie jednak w przypadku wyrażenia chęci przyjęcia pomocy w referendum możemy spodziewać się wzrostów na rynkach. Oczywiście, potem inwestorzy się zorientują, że sytuacja w Grecji nie jest klarowna. Niemniej, jeżeli będzie odpowiedź na „nie”, to będziemy mieli kontynuację spadków.
Ceny nowych samochodów w Polsce rosną średnio o 2 proc. rocznie – wynika z nowego wskaźnika SAMAR DNB indeks cen auto moto. Miesięczne wahania cenowe są znacznie wyraźniejsze. Zmiany cen są skorelowane z poziomem wynagrodzeń, czyli koncerny starają się dostosować ofertę do możliwości zakupowych konsumentów. Wyniki producentów pokazują, że klienci kupują coraz lepsze i lepiej wyposażone auta.
– W perspektywie roku wzrost cen kształtuje się na poziomie około 2 proc., ale już w skali miesięcznej, bo w takiej częstotliwości będziemy publikować nasz indeks, te zmiany są bardzo znaczące. Chociażby w ostatnim miesiącu średnie ceny aut spadły o 5 proc., a w kwietniu wzrosły o około 4 proc. Jak widać, ta zmienność jest duża, ale można wytyczyć pewien trend. W ostatnich 3-4 latach po kryzysie ceny rosły o około 2 proc. rocznie – mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
W ciągu 10 lat ceny wzrosły średnio o 68,5 proc. Wahania cen u poszczególnych producentów są dużo większe. Wśród ośmiu badanych koncernów w maju najsilniej wzrosły ceny Volkswagena (o 10,9 proc. rok do roku) i Toyoty (9,1 proc.) Ceny samochodów koncernów PSA, Renault i Ford rosły w tempie umiarkowanym 1-2,5 proc., a w przypadku Opla, Hyundaia i Nissana odnotowano spadek cen (odpowiednio o 5,2, 6,9 oraz 9,8 proc.).
– Dysponujemy rzetelnymi danymi od 2004 roku i mierzymy skumulowany indeks za ostatnie 10 lat. Również w tym horyzoncie obserwujemy ciekawe tendencje. Średnie ceny dla marki Hyundai, to jest głównie Kia, wzrosły o 110 proc., Volkswagena – o 90 proc., z kolei marek francuskich raptem między 18 a 22 proc. – wymienia Tomaszewski.
Jak podkreśla, wzrosty te wynikają nie z podnoszenia nominalnych cen oferowanych modeli, lecz ze zmieniających się preferencji zakupowych konsumentów.
– Bogacimy się jako społeczeństwo i kupujemy coraz lepsze marki. Szybciej rośnie segment premium, coraz lepiej sprzedają się auta dobrze wyposażone, w przypadku Volkswagena to jest chociażby podsegment Audi – mówi prezes DNB Bank Polska. – Będziemy chcieli rozwinąć nasz indeks i pokazać go w dwóch obszarach: marki premium, gdzie dominują auta korporacyjne i marki popularne.
Dodaje, że informacje o wahaniach cen u producentów pozwalają ocenić ich strategie cenowe, a to cenna informacja dla dostawców części.
SAMAR DNB indeks cen auto moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Autorem metodologii i jego kalkulacji jest firma doradcza Deloitte. Jest to pierwszy sektorowy wskaźnik oparty na pełnych danych z polskiego rynku. Jego twórcy podkreślają, że precyzyjnie pokazuje on tempo zmian rynku motoryzacyjnego w kraju.
– Obserwujemy silny wzrost w sektorze motoryzacyjnym, zwłaszcza w obszarze producentów i dostawców części dla koncernów samochodowych, tymczasem nie ma jednego indeksu, który dobrze obrazowałby koniunkturę w branży. Doszliśmy do wniosku, że warto taki indeks zbudować – wyjaśnia Artur Tomaszewski.
Indeks wskazuje, że ceny nowych samochodów są ściśle skorelowane z wysokością wynagrodzeń. W maju 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 168,5 (a więc ceny były o 68,5 proc. wyższe niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 172,1 (o 72,1 proc. wyższe). To oznacza, że producenci starają się oferować produkty dopasowane do możliwości zakupowych Polaków. Widać również, że ceny aut nie są powiązane z inflacją CPI (indeks cen towarów i usług konsumpcyjnych), która w ciągu ostatniego roku przybierała wartości ujemne.
– W długim terminie to naturalny zabieg dostosowujący ceny do możliwości zakupowych konsumentów. Oczywiście, auto moto jest branżą globalną, w skali europejskiej mamy tak naprawdę jednolite ceny. Różnice wynikają z różnych poziomów akcyzy czy podatków w poszczególnych krajach, więc jest to element globalnego rynku. Naszym zdaniem ceny w długim terminie pozostaną jednak silnie skorelowane z możliwościami popytu, czyli wynagrodzeniami – ocenia Artur Tomaszewski.
Stabilne prawo, niskie koszty pracy i dostępność pracowników to czynniki, które wspierają rozwój polskiej branży logistycznej. Choć jeszcze 20 lat temu tego sektora prawie w Polsce nie było, teraz jest to już rynek dojrzały. W warunkach bardzo dużej konkurencji i presji na ceny firmy starają się wyróżniać jakością oferowanych usług.
– Rynek zmienił się znacząco w ciągu ostatnich 20 lat. Branża logistyczna w tamtym czasie nie była znana, była kojarzona wyłącznie z armią. Dzisiaj rynek polski jest rynkiem dojrzewającym, a nawet powiedziałbym, że dojrzałym, ponieważ są na nim obecni wszyscy główni gracze, którzy działają w innych krajach europejskich czy na świecie. Nasz rynek jest bardzo atrakcyjny dla każdego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Piotr Sukiennik, dyrektor generalny firmy FM Logistic w Polsce.
Rozwojowi branży logistycznej w kraju sprzyja to, że Polska jest jednym z największych rynków w Europie. Firmy działające na naszym rynku korzystają nie tylko z dużej liczby klientów w Polsce i krajach ościennych, lecz także z niskich kosztów pracy, które wciąż są jedną z naszych największych przewag.
Pracownicy są nie tylko tani, lecz także dostępni. Jak podkreśla Sukiennik, firmy logistyczne nie mają w Polsce problemów ze znalezieniem osób do pracy. Kolejną przewagą naszego kraju jest stabilność prawa regulującego tę branżę. Jak podkreśla dyrektor generalny, zmienia się ono rzadko, przez co firmy logistyczne mogą planować działania w długiej perspektywie.
– Stabilizacja pod względem regulacji zmierza w dobrym kierunku. Nie widzę zbyt wielu utrudnień, z którymi musielibyśmy się zmagać – mówi Sukiennik i dodaje, że rozwój branży ograniczają przede wszystkim czynniki zewnętrzne: – Takie jak trwający od ponad roku konflikt ukraiński. On wpływa bezpośrednio na naszych niektórych klientów i na poziom wolumenów transportu międzynarodowego. To są rzeczy niezależne od nas.
Sukiennik dodaje, że atrakcyjność polskiego rynku przekłada się na jego konkurencyjność. W Polsce obecni są wszyscy najważniejsi gracze międzynarodowi, silna jest też branża krajowa. To powoduje presję na ceny, które są bardzo niskie.
Dlatego firmy logistyczne coraz częściej starają się konkurować już nie tylko niskim kosztem, lecz także jakością usług. Sukiennik ocenia, że to dla wielu klientów podstawowe kryterium wyboru.
– Cena jest kluczowym kryterium, natomiast nie jest numerem jeden. Naszą strategią jest, aby być operatorem, który świadczy usługi na najwyższym poziomie w rozumieniu terminowości i dokładności. To jest kierunek, w którym zmierzamy. Cena jest numerem dwa, pierwszym głównym kryterium jest jakość – podkreśla Sukiennik.
Pierwsze pięć miesięcy roku było wyjątkowe dobre dla rynku farmaceutycznego. Sprzedaż w krajowych aptekach wyniosła prawie 12,5 mld zł i była wyższa o ok. 7 proc. w stosunku do tego samego okresu 2014 roku. Według PharmaExpert w całym roku sprzedaż zwiększy się o ponad 6 proc.
– To był wyjątkowy okres, dawno już takiego nie mieliśmy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Jarosław Frąckowiak, prezes badającej rynek farmaceutyczny i medyczny firmy analitycznej PharmaExpert. – Po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej rynek uległ zapaści, potem wolno wracał do poprzednich poziomów, a teraz odbudowa nastąpiła tak nagle.
Według PharmaExpert całkowita wartość sprzedaży rynku aptecznego w maju wyniosła ponad 2,3 mld zł i była większa o 2,94 proc. od obrotów w analogicznym okresie rok wcześniej. W kwietniu była jednak wyższa o ponad 10 proc., w marcu o 5,77 proc., a w lutym aż o 12,49 proc. Styczniowy wzrost wyniósł 7,40 proc.
– Pierwsze pięć miesięcy roku było rekordowe – zauważa Jarosław Frąckowiak. – To jest prawie 12,5 mld zł wydane na produkty refundowane w aptekach, recepty pełnopłatne, a także w kanale sprzedaży odręcznej.
Zdaniem prezesa PharmaExpert są trzy powody tak dużych wzrostów. Po pierwsze, wzrosły ceny produktów farmaceutycznych. W 2014 roku rosły bardzo wolno, by pod koniec roku praktycznie się już nie zmieniać. Obecnie w segmencie leków refundowanych oraz sprzedaży odręcznej poszły mocno do góry, nadrabiając ubiegłoroczną stagnację. Po drugie był to sezon przeziębień.
– Wiele osób chorowało i w związku z tym kupowało produkty bez recepty bądź antybiotyki – tłumaczy Frąckowiak. – Było to prawdopodobnie około 30 proc. całości wzrostu rynku w pierwszych miesiącach w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego.
Istotną przyczyną było także wprowadzenie do sprzedaży dużej liczby nowych produktów.
– Być może gdyby ich nie było, rynek tak intensywnie by nie urósł – ocenia Frąckowiak. – Bardzo duże parcie, rynek zbytu, potrzeba klientów, szersza oferta, a być może wszystkie te czynniki razem powodują, że produkty po prostu dobrze się sprzedają. Oczywiście chodzi przede wszystkim o sprzedaż odręczną, czyli bez recepty, ale nie tylko.
Dotychczasowe wyniki pozwalają optymistycznie prognozować wzrost rynku w całym roku. Pokazują to również wstępne dane czerwcowe.
– Dynamika wzrostu nadal jest bardzo wysoka – przekonuje prezes Frąckowiak. – Wydaje się, że ten rok zakończy się wynikiem, którego nie pamiętam od lat 90. Według naszych przewidywań może to być nawet ponad 6-proc. wzrost. Ten sukces nie będzie podzielony równo między graczy na rynku farmaceutycznym, ale taki prawdopodobnie będzie wspólny rezultat.
W krakowskim szpitalu im. Ludwika Rydygiera otwarta została nowoczesna pracownia rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej. Ma zapewnić szybszą i bardziej precyzyjną diagnostykę onkologiczną. Zainstalowany tomograf komputerowy jest też bezpieczniejszy dla zdrowia pacjentów, wykorzystuje bowiem znacznie mniejszą dawkę promieniowania rentgenowskiego.
Szpital Specjalistyczny im. Ludwika Rydygiera w Krakowie to jedna z największych małopolskich placówek medycznych. Rocznie hospitalizowanych jest tu ponad 30 tys. chorych, z czego 35 proc. stanowią pacjenci onkologiczni. Nowa pracownia rezonansu magnetycznego i tomografii komputerowej ma zapewnić tym ostatnim kompleksowe, a zarazem precyzyjne badania diagnostyczne. Modernizacja placówki kosztowała ponad 7 mln zł, z czego 5 mln pochodziło z dotacji Ministerstwa Zdrowia. Znaczna część wydatków objęła zakup nowoczesnego sprzętu.
– Jest to sprzęt, który pozwala przeprowadzać diagnostykę bardziej precyzyjnie i szybciej niż do tej pory, co oszczędza czas, nie tylko pacjenta, lecz także pracowników szpitala, a także redukuje koszty. Miejmy nadzieję, że przełoży się to na lepszą dostępność do precyzyjnej diagnostyki obrazowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Agata Polińska z Fundacji Onkologicznej Osób Młodych Alivia.
Nowo powstała pracownia została wyposażona w innowacyjne systemy diagnostyczne firmy Philips. Jednym z nich jest jedyny na rynku w pełni cyfrowy rezonans magnetyczny, który zapewnia większą skuteczność badania oraz o 40 proc. skraca czas jego trwania. Dotychczas szpital musiał korzystać z usług firmy zewnętrznej, nie posiadał bowiem własnego sprzętu do badania rezonansem magnetycznym. Pracownię CT/MR wyposażono także w szybki i niskodawkowy tomograf komputerowy. Daje on możliwość zastosowania niższej dawki promieniowania rentgenowskiego przy zachowaniu wysokiej jakości obrazów.
– Dawka jest znacznie niższa niż u innych tego typu urządzeń. Wraz z rozwojem techniki następuje zmniejszenie ilości dawek, które pacjent otrzymuje, natomiast dokładność diagnozowania i precyzja jest większa, co daje większe możliwości lepszego zaplanowania procesu badania i leczenia pacjenta – mówi Wojciech Szafrański, prezes zarządu Szpitala im. Rydygiera w Krakowie.
Ma to ogromne znaczenie zwłaszcza w onkologii, gdzie opóźnienia diagnostyczne zmniejszają szanse na przeżycie. Obrazy uzyskane nowoczesnym sprzętem diagnostycznym służą też na późniejszym etapie lekarzom chirurgom wykonującym operację i radioterapeutom planującym radioterapię.
– Oczywiście urządzenie nie zastępuje lekarza, ale może oszczędzić mu wiele pracy. Mówimy o dwóch czynnikach, które są istotne dla szpitala. Z jednej strony, można zbadać więcej pacjentów w ciągu dnia, a z drugiej strony, lekarz radiolog, który pacjenta opisuje i sprawdza wynik badania, mniej czasu na to poświęca i może zrobić to dokładniej, szybciej i lepiej w przypadku konkretnego pacjenta – mówi Jarosław Lange, dyrektor generalny Philips Polska Healthcare.
Nowoczesna pracownia CT/MR w Krakowie wpisuje się w ogólnoświatową tendencję w diagnostyce medycznej. Zakłada ona z jednej strony jak najmniejszy stopień inwazyjności badań i zwiększenie komfortu pacjenta, z drugiej – jak największą dokładność. Sprzęt diagnostyczny nowej generacji jest w stanie pokazać lekarzowi ciało pacjenta, tak jak ono wygląda w rzeczywistości, np. dzięki wykorzystaniu rekonstrukcji trójwymiarowej.
– Mamy do czynienia z coraz dokładniejszymi badaniami coraz mniejszych struktur. Poniżej milimetra już dawno zeszliśmy. Z drugiej strony chcielibyśmy widzieć zmiany nieprawidłowe jeszcze wcześniej, np. na poziomie biochemicznym. Powoli zaczyna to działać – mówi prof. Andrzej Urbanik, konsultant wojewódzki ds. spraw radiologii i diagnostyki obrazowej.
Sprzęt w pracowni CT/MR krakowskiego szpitala im. Ludwika Rydygiera sprawdza się nie tylko w diagnostyce onkologicznej. Z powodzeniem może być także wykorzystywany w neurologii, kardiologii i ortopedii.
CI Games pokazało na targach E3 w Los Angeles po raz pierwszy grę „Sniper: Ghost Warrior 3”. Została ona bardzo dobrze przyjęta przez dziennikarzy i dystrybutorów. Gra do sprzedaży trafi w przyszłym roku, być może w II kwartale. Firma skupia się teraz na jej dopracowaniu i promocji, ale ma już w planach kolejną produkcję.
– Na targach E3 pokazywaliśmy po raz pierwszy grę „Sniper: Ghost Warrior 3”. Zebrała bardzo dużo pozytywnych ocen i opinii – relacjonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Tymiński, prezes CI Games. – To są najlepsze targi w historii CI Games. Żadna gra dotychczas nie zebrała tak pozytywnych opinii po pierwszych pokazach.
„Sniper: Ghost Warrior 3” to gra w stylu first person shooter, czyli taka, w której gracz wciela się w uzbrojonego bohatera i musi pokonać wirtualnych wrogów. Tymiński przekonuje jednak, że nie będzie to typowa strzelanka, bo będzie wymagała znacznie więcej planowania i będzie zawierała elementy strategiczne. Pojawią się też innowacyjne tryby gry, na przykład możliwość wykorzystania dronów do rozpoznania wirtualnego pola walki.
Samego strzelania i zabijania wrogów ma być w grze stosunkowo niewiele. Tymiński zwraca uwagę na to, że w około półgodzinnej rozgrywce pokazanej na E3 gracze tylko dwukrotnie musieli wyeliminować wrogów za pomocą strzałów snajperskich.
Właśnie ze względu na te cechy gra została przyjęta bardzo dobrze zarówno przez dziennikarzy branżowych, jak i przez dystrybutorów, co dobrze rokuje sprzedaży tytułu.
– Jest to gra dużo bardziej taktyczna, która wymaga myślenia, planowania, taktyki, a nie wyłącznie chodzenia i eliminacji kolejnych przeciwników. Jednocześnie nie jest grą trudną, np. pod względem sterowania. To jest to, co mocno odróżnia naszą grę od innych – przekonuje Tymiński.
Prezes CI Games nie chce jeszcze ujawniać, kiedy dokładnie nastąpi premiera gry dla szerokiej publiczności. Nastąpi to na pewno w przyszłym roku, najbardziej prawdopodobny jest II kwartał. Tymiński podkreśla jednak, że stanie się to dopiero wtedy, gdy gra będzie dopracowana pod każdym względem.
– Będzie to największa premiera w historii spółki. Wszystko na to wskazuje i tak się to zapowiada – przewiduje Tymiński. – Jesteśmy przekonani, oglądając to, co zrobiliśmy dotychczas, że jest to produkt z ogromnym potencjałem. Z jednej strony trafia do grających w gry first person shooter, a to jest chyba najbardziej popularny gatunek gier w tym momencie na świecie. Z drugiej strony oferuje unikalne podejście w tym gatunku.
Spółka na razie chce się skupić na wypromowaniu „Sniper: Ghost Warrior 3”, ale w dalszych planach ma już kolejny tytuł. Będzie to druga część gry RPG „Lords of the Fallen”. Przy pierwszej części CI Games współpracowało z niemieckim producentem Deck 13. Druga część będzie już jednak produkcją całkowicie polską. Ma ukazać się na rynku w 2017 r.
Tymiński zaznacza, że produkcja polskich gier znajdujących uznanie na światowym rynku jest dużym wyzwaniem, bo w Polsce ta branża dopiero się rozwija. Nie jest ona łatwym rynkiem, tym bardziej że musimy konkurować z wielkimi przedsiębiorstwami, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Jednak raz zdobyte kompetencje pozwalają na utrzymanie pozycji na wiele lat.
– Jest to rynek bardzo specyficzny. Bardzo trudno, i to obserwuję po różnych stanowiskach, jest na nim znaleźć się osobom nie z branży. Doświadczenie to jednak duża przewaga – tłumaczy Tymiński. – Jak już ktoś trafi do tej branży, to pozostaje wiele lat.
Z raportu Polskiego Związku Organizatorów Turystyki wynika, że w ostatnim tygodniu roku szkolnego liczba klientów w biurach podróży wzrosła o 14 proc. Na podstawie doświadczeń z ubiegłego roku PZOT spodziewa się, że pierwsze tygodnie lipca będą pod tym względem jeszcze lepsze. W tym roku połowa tych, którzy zdecydowali się na wypoczynek zagraniczny latem, wybierze ofertę touroperatorów. Ta jest coraz bogatsza i uwzględnia potrzeby różnych grup klientów: singli, rodzin z dziećmi czy bardziej lub mniej zamożnych.
Na podstawie doświadczeń z ubiegłego roku PZOT spodziewa się, że pierwsze tygodnie lipca będą najbardziej intensywnym okresem w biurach podróży. Prognoza na cały rok mówi o 5-proc. wzroście liczby klientów.
– Przede wszystkim przy wyborze wakacji powinniśmy kierować się naszymi potrzebami. Oczywiście budżet odgrywa bardzo dużą rolę. Natomiast ofert na rynku jest w tej chwili tak dużo, tylko w Wakacje.pl są oferty ponad 100 organizatorów, dlatego im lepiej sprecyzujemy nasze potrzeby, czy ma to być hotel blisko plaży, czy bardziej butikowy, czy miejski, tym łatwiej będzie te wakacje znaleźć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Klaudyna Mortka z serwisu Wakacje.pl.
Jak wynika z badania firmy Mondial Assistance, w tym roku na letni wypoczynek uda się blisko 16 mln Polaków, z czego jedna trzecia wybierze kierunki zagraniczne. W tym roku najpopularniejsze destynacje to Grecja, Chorwacja, Włochy i Hiszpania. Większość decyduje się na lot samolotem (61 proc.), a autokary wybierane są zwykle w przypadku wycieczek objazdowych.
– Jeżeli nie planujemy konkretnego kierunku, ale chcemy polecieć gdzieś, gdzie jest słońce, ciepło i gdzie na pewno wypoczniemy, to możemy wybrać ofertę last minute – mówi Mortka.
Taka oferta wiąże się przede wszystkim z promocją cenową, a budżet jest jednym z podstawowych kryterium przy planowaniu wyjazdów. Brak pieniędzy jest główną przyczyną, dla której Polacy rezygnują z wakacji. Średnio na wyjazd wydamy 2,6 tys. zł (o 250 zł więcej niż przed rokiem).
Biura podróży różnicują ofertę w zależności od tego, czy planujemy wyjazd w pojedynkę, we dwoje czy rodzinny, z dziećmi.
– Jeżeli wyjeżdżamy z dzieckiem, należy bardzo dobrze sprawdzić ofertę, czy mamy bezpośredni lot i jak długo będzie trwał. Dlatego bardzo często rodziny wybierają Grecję czy Turcję, gdzie lecimy około 3 godzin. Zwracajmy też uwagę na udogodnienia dla dzieci – mówi Klaudyna Mortka.
Włochy są ważnym partnerem gospodarczym, handlowym i biznesowym Polski. W naszym kraju obecnych jest ponad 1,3 tys. firm z udziałem włoskiego kapitału, zatrudniających ok. 90 tys. pracowników. W 2013 roku Włochy były szóstym co do wielkości inwestorem bezpośrednim w Polsce, z wartością inwestycji przekraczającą 38 mld zł. Zdaniem włoskich inwestorów Polska jest najatrakcyjniejszym krajem inwestycyjnym w regionie, a w przyszłości jej atrakcyjność będzie rosła. Aż 98% badanych przedsiębiorstw ostatnie 20 lat polsko-włoskiej współpracy gospodarczej i biznesowej ocenia pozytywnie.
Włoskie firmy są istotnym zagranicznym pracodawcą w Polsce, szczególnie w branży motoryzacyjnej
W 2013 roku działalność w Polsce prowadziło ponad 1,3 tys. firm z udziałem kapitału włoskiego. Razem zatrudniają one ok. 90 tys. pracowników. Większość przedsiębiorstw (67% w 2013 roku) stanowią mikrofirmy, czyli podmioty zatrudniające do 9 pracowników. W tej grupie obserwowany jest także największy przyrost liczby firm z udziałem kapitału włoskiego w Polsce (wzrost średnio 6% rocznie).
Największe zaangażowanie włoskich przedsiębiorstw w Polsce zauważalne jest w przemyśle motoryzacyjnym. Blisko 20 firm z branży motoryzacyjnej zatrudnia około 15 tys. osób, co stanowi 17% łącznego zatrudnienia firm z włoskim kapitałem działających w naszym kraju . – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Firmy włoskie jako jedne z pierwszych dostrzegły potencjał polskiej gospodarki już na początku lat dziewięćdziesiątych, a w niektórych przypadkach inwestowały tu jeszcze zanim Polska przyjęła ustrój demokratyczny i gospodarkę rynkową. Rezultaty tych działań, przedstawione w niniejszym raporcie, są bardzo zadowalające. Aktualnie jesteśmy jednym z największych inwestorów, a nasze firmy i marki cieszą się bardzo silną pozycją na rynku towarów dla konsumentów, pośredników i inwestorów. Ponadto aktywnie uczestniczymy w wielu projektach infrastrukturalnych przyjętych przez polski rząd. Zarówno duże spółki jak i MŚP znajdują tutaj dobry klimat dla biznesu – mówi Alessandro De Pedys, Ambasador Włoch w Polsce.
Liczba i struktura firm z udziałem kapitału włoskiego w Polsce
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod honorowym patronatem Ministerstwa Gospodarki
Włochy są 6. największym bezpośrednim inwestorem zagranicznym w Polsce
Od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej bezpośrednie inwestycje włoskie w Polsce znacznie wzrosły, przekraczając w 2013 roku 38 mld zł. Z takim wynikiem Włochy plasują się na 6. miejscu pod względem wielkości bezpośrednich inwestycji w Polsce, tuż za Niemcami (114 mld zł), Holandią (107 mld zł), Francją (79 mld zł), Luksemburgiem (64 mld zł) i Hiszpanią (43 mld zł).
Najwięcej inwestycji włoskich ulokowano w sektorze finansowym i ubezpieczeniowym (24 mld zł) oraz w przetwórstwie przemysłowym (11 mld zł).
Polska jest atrakcyjnym i stabilnym partnerem gospodarczym. Tworzymy dobre warunki do rozwoju przedsiębiorczości, dzięki czemu odnotowujemy wzrost eksportu i przyciągamy do kraju nowe inwestycje. Doceniają nas zagraniczne firmy, w tym także włoskie, które decydują się na lokowanie swoich projektów właśnie u nas .
– mówi Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki.
Struktura bezpośrednich inwestycji włoskich w Polsce (2013)
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Polska w oczach włoskich przedsiębiorców jest numerem 1 w regionie Europy Środkowo-Wschodniej
W 5-stopniowej skali (gdzie 1 – bardzo nieatrakcyjny, 5 – bardzo atrakcyjny), włoscy inwestorzy ocenili atrakcyjność inwestycyjną Polski na 3,9. Była to najlepsza ocena spośród wybranych krajów regionu. Nieznacznie niżej oceniana jest atrakcyjność południowych sąsiadów Polski – Czech (3,6) i Słowacji (3,2). Szczególnie korzystnie oceniony został stan polskiej gospodarki – 71% badanych ocenia go pozytywnie lub bardzo pozytywnie.
Silna polska gospodarka i solidne podstawy jej dalszego rozwoju gwarantują opłacalność inwestycji w naszym kraju. Na tle innych państw Unii Europejskiej nasze wyniki prezentują się bardzo dobrze, lokując nas w gronie europejskich liderów wzrostu. Dlatego też światowe koncerny chętnie wybierają Polskę, jako lokalizację swoich nowych inwestycji w Europie.
– mówi Janusz Piechociński, wicepremier, minister gospodarki.
Ocena atrakcyjności poszczególnych obszarów Polski
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Warto zwrócić uwagę na wzajemną otwartość Włochów i Polaków, która umożliwia utrzymywanie dobrych relacji biznesowych i stopniowe zwiększanie zakresu współpracy. Niewątpliwie potwierdzeniem pomyślnych kontaktów biznesowych jest deklaracja aż 94% włoskich respondentów, że poleciliby Polskę firmom zagranicznym, które dotąd nie zdecydowały się rozpocząć tu swojej działalności, jako atrakcyjne miejsce w regionie na inwestycje. – mówi Andrea De Gaspari, menedżer w dziale usług doradczych, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włochy są 4. największym dostawcą towarów do Polski i 5. co do wielkości odbiorcą polskich produktów
Po trzech pierwszych latach obecności Polski w Unii Europejskiej obroty towarów między Polską a Włochami wyraźnie wzrosły. Także w czasie panującego w Europie kryzysu finansowego Polska zgłaszała stabilny popyt na włoskie produkty – od 2007 roku utrzymuje się on na poziomie powyżej 30 mld zł.
Polsko-włoska wymiana towarów (mld zł)
Źródło: Raport KPMG w Polsce pt.”Kierunek rozwój! Polsko-włoska współpraca gospodarcza i biznesowa”, przygotowany we współpracy z ambasadą Włoch w Polsce i pod patronatem Ministerstwa Gospodarki
Jednym z ważnym elementów polsko-włoskiej wymiany handlowej są produkty spożywcze. W 2014 roku Polska zakupiła z Włoch produkty spożywcze warte ponad 2 mld zł. W tej kategorii największy udział miały owoce i orzechy (445 mln zł) oraz napoje alkoholowe, bezalkoholowe i ocet (262 mln zł). Co ciekawe, Polska eksportuje do Włoch więcej produktów spożywczych niż ich importuje. W 2014 roku polski eksport do Włoch był wart 3,6 mld zł, z czego najwięcej stanowiły mięso i podroby (1,6 mld zł) oraz produkty mleczarskie, jaja i miód (0,7 mld zł).
Włosi słyną na świecie z produkcji najwyższej jakości dóbr luksusowych. Spośród obecnych w Polsce marek luksusowych najwięcej (22%) stanowią właśnie marki włoskie. Włoskie samochody luksusowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością – w 2014 roku aż 68% rejestracji samochodów luksusowych w Polsce stanowiły marki włoskie. – mówi Andrea De Gaspari, menedżer w dziale usług doradczych, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włoscy inwestorzy są zadowoleni z dotychczasowej współpracy i planują dalsze inwestycje
Aż 98% badanych włoskich inwestorów pozytywnie ocenia ostatnie 20 lat polsko-włoskiej współpracy gospodarczej i biznesowej. Co więcej, aż 60% z nich zamierza w ciągu najbliższych 3 lat zwiększyć zaangażowanie kapitału w Polsce. W większości (65%) plany inwestycyjne obejmują zwiększanie mocy produkcyjnej.
Do pięciu najbardziej perspektywicznych obszarów, w których zdaniem włoskich inwestorów współpraca polsko-włoska rozwinie się w ciągu najbliższych 10 lat, należą: branża spożywcza (57% wskazań), motoryzacja (52%), rynek dóbr luksusowych (44%), branża odzieżowa i obuwnicza (34%) oraz hotelarstwo, turystyka i rekreacja (25%).
W dłuższym okresie włoscy inwestorzy nie zamierzają opuszczać polskiego rynku. Każdy z badanych zadeklarował, że w perspektywie 10 lat będzie prowadzić działalność w Polsce, a tylko 3% chce przenieść istotny element działalności poza Polskę w ciągu 5 lat. Jednakże, aby efektywnie realizować planowane inwestycje, firmy oczekują większego wsparcia ze strony sektora publicznego – przede wszystkim uproszczenia dostępu do pomocy publicznej i ograniczenia biurokracji. – mówi Jacek Bajger, partner w dziale doradztwa podatkowego, zespół Italian Desk w KPMG w Polsce.
Włoskie firmy bardzo pozytywnie oceniają otoczenie biznesowe w Polsce, chociaż naturalnie od czasu do czasu pojawiają się pewne problemy, głównie związane z odmienną kulturą biznesu, czy różnicami w procedurach prawno-administracyjnych. W takich przypadkach z pozytywnym zwykle skutkiem można skorzystać z pomocy Ambasady. Posiadamy bogatą sieć kontaktów z wieloma oddziałami administracji publicznej i innych instytucji. Chcąc wzmocnić swą obecność na rynku, włoskie firmy mogą też liczyć na wsparcie Włoskiej Agencji ds. Handlu (Italian Trade Agency) i Włoskiej Izby Handlowej. – mówi Alessandro De Pedys, Ambasador Włoch w Polsce.
W 2014 r. największym zainteresowaniem inwestorów na rynku nieruchomości cieszył się segment powierzchni biurowych i handlowych, w którym łączne inwestycje osiągnęły 7,7 mld euro. Polska pozostaje najpopularniejszym celem inwestycji na rynku nieruchomości wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej.
Poza powierzchniami biurowymi i handlowymi znaczące inwestycje zaobserwowaliśmy również w sektorze przemysłowym oraz logistycznym. Dotyczy to w szczególności budowy hal magazynowych. Trend ten utrzyma się także w 2015 roku, głównie za sprawą rozwoju e-handlu. Coraz więcej osób robi zakupy w internecie, co stawia duże wyzwania przed firmami logistycznymi i zmusza je do nowych inwestycji. Inwestorzy będą również kierować swoją uwagę w kierunku centów handlowych typu convenience zgodnie z trendami występującymi w Stanach Zjednoczonych – mówi Honorata Green, partner w KPMG w Polsce.
W regionie Europy Środkowo-Wschodniej najpopularniejszym celem inwestycji na rynku nieruchomości jest Polska oraz Czechy. Zaraz na nimi znajduje się Rumunia, Słowacja i Węgry.
Obecnie już 9,1 mld urządzeń na świecie podłączonych jest do Internetu, a według prognoz International Data Corporation (IDC) do 2020 r. ich liczba może wzrosnąć trzykrotnie. Polska również odważnie wkroczyła w świat technologii. Analitycy firmy IDC szacują, że wydatki na Internet Rzeczy do 2018 r. mogą zostać w Polsce podwojone, sięgając 3,1 mld dolarów.
Do globalnej sieci podpięte są nie tylko komputery, smartfony, czy tablety, ale coraz częściej sprzęt AGD, samochody, czy odzież. Smart rewolucja nie ominęła naszych domów, w tym kuchni. Prognozuje się, że najszybsze tempo rozwoju – jeśli chodzi o wykorzystanie potencjału Internetu Rzeczy – nastąpi m.in. właśnie w obszarze urządzeń gospodarstwa domowego. W przypadku rynku AGD, lata 2014-2018 mogą przynieść wzrost rocznej stopy wydatków na poziomie 46 procent.Andrzej Sas, Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Marketingu
Już teraz nasze domy zaczynają być smart, a będzie coraz lepiej. Do 2020 r. typowy dom może być wypełniony ponad 500 inteligentnymi urządzeniami. Zainteresowanie konsumentów będzie dotyczyło różnorodnych kategorii produktów AGD i RTV, począwszy od telewizorów i sprzętu grającego, poprzez pralki, suszarki, skończywszy na dużym
i drobnym sprzęcie używanym w kuchni: lodówkach, piekarnikach, okapach, kuchenkach[1].
Idea smart home polega na łatwym kontrolowaniu, monitorowaniu i zabezpieczeniu domu z dowolnego miejsca. Kontrolę można sprawować dzięki podłączeniu urządzeń do internetu (za pomocą Wi-Fi czy Bluetooth) i komunikowaniu się z nimi za pomocą dedykowanej aplikacji. Zakres możliwości zdalnego nadzoru będzie dynamicznie się poszerzał i dotyczył coraz większej liczby różnorodnych urządzeń, w tym sprzętów AGD.
Żyjemy w świecie technologii i tego rozpędzonego pociągu nie da się już zatrzymać, z pewnością zaś warto do niego wsiąść. Rozwiązania technologiczne stosowane w urządzeniach AGD, jak choćby możliwość zdalnej kontroli nad urządzeniami, to dziś innowacja, która jutro stanie się standardem, sprzyjającym wygodzie, sprawności i bezpieczeństwu codziennego funkcjonowania w domowej przestrzeni. –komentuje Andrzej Sas, Wiceprezes Zarządu ds. Handlu i Marketingu Amica Wronki S.A. Rynek urządzeń AGD jest wymagający pod tym względem, że pierwsze skrzypce zawsze będzie grać użyteczność urządzeń, a technologiczne rozwiązania mają być urozmaiceniem, a nie zamiennikiem. Nie sztuką jest wyposażyć sprzęt w liczne funkcje, które w praktyce mogą nie znaleźć uznania w oczach użytkownika (lodówka, która sama zamawia w sklepie mleko) i zniechęcić, jeśli ich obsługa będzie zbyt skomplikowana, mało intuicyjna. Wyzwaniem jest tak wykorzystać możliwości jakie kryje w sobie Internet Rzeczy, aby technologia umożliwiła spełnienie autentycznych potrzeb człowieka. Nam się to udało – dodaje Sas.
W połowie maja Amica Wronki S.A. stanęła do wyścigu o konsumenta, sprawnie poruszającego się w świecie technologii, wypuszczając na polski rynek nowoczesną linię Amica IN., w skład której wchodzą: piekarnik, będący sercem całej linii, lodówka, płyta grzejna, okap, zmywarka oraz mały sprzęt AGD.
Urządzenia z nowej linii Amica IN. tworzą inteligentny ekosystem inspirowany Internetem Rzeczy. Poszczególne sprzęty podłączone są do sieci i mogą komunikować się ze sobą bezprzewodowo. W praktyce wygląda to tak, że płyta grzejna współpracuje z okapem, bez absorbowania uwagi użytkownika. Płyta, po uruchomieniu, wysyła sygnał do okapu, który włącza się i automatycznie dostosowuje moc zasysania powietrza do ustawień płyty. Kuchennym centrum dowodzenia jest piekarnik, który można obsługiwać zdalnie z dowolnego miejsca za pomocą smartfona i mobilnej aplikacji. Obsługa jest prosta i intuicyjna. Zdalne sterowanie daje możliwość stałego monitorowania parametrów pracy piekarnika: włączenia i wyłączenia urządzenia, wyboru rodzaju grzania, temperatury czy czasu pracy. Na czytelnym wyświetlaczu, dzięki połączeniu z internetem, można przeglądać przepisy, wgrywać własne, czy przesyłać je dalej, a także sprawdzić aktualny stan pogody. Zamiast przepisów, na ekranie mogą pojawić się zdjęcia najbliższych, wyświetlane w trybie pokazu slajdów. Dzięki wbudowanym w piekarnik głośnikom bluetooth może stać się on prawdziwym centrum rozrywki, komunikując się z tabletem lub smartfonem.
Inteligentne urządzenia coraz odważniej wkraczają w nasz świat i powoli stają się jego nieodłącznym elementem. Wyścig o uwagę konsumenta trwa, a innowacyjne rozwiązania, tworzone dla komfortu i wygody, jeszcze niejednym nas zaskoczą.
[1] Gartner Special Report “Digital Business Technologies”
Zakup nowego mieszkania to poważny wydatek, dlatego większość z nas wspiera się tu zwykle kredytem hipotecznym. To jednak dopiero początek wydatków, wszak nowe lokum trzeba jeszcze odpowiednio urządzić. Skąd wziąć na to pieniądze? Podpowiadamy – tego typu koszty także można ująć w kredycie mieszkaniowym.
Tylko nieliczni wiedzą, że środki na wykończenie nowego mieszkania lub remont mieszkania „z drugiej ręki” można pozyskać właśnie w ramach kredytu hipotecznego. Większość banków gotowa jest wówczas „dorzucić” dodatkowe 10 procent wartości zakupionego lokum, za które to pieniądze możemy przygotować lokal do zamieszkania. Dla przykładu, kupując mieszkanie za 240 000 zł, możemy liczyć na dodatkowe 24 tysiące zł na właśnie ten cel.
Damian Muzyk, doradca kredytowy firmy Alex T. Great Doradcy Finansowi
Warto dodać, że z pomocą doświadczonego doradcy finansowego możliwe jest solidne podniesienie tego limitu. Jak to zrobić? – Rozwiązaniem jest operat szacunkowy przygotowany przez rzeczoznawcę majątkowego wpisanego na listę rzeczoznawców akceptowanych przez bank. I choć koszt opracowania takiego dokumentu to zwykle wydatek 450-550 zł, zapewniam, że z dobrze przygotowanym operatem znacznie łatwiej jest wnioskować o wyższą kwotę dla kredytu remontowego – wyjaśnia Damian Muzyk, doradca kredytowy firmy Alex T. Great Doradcy Finansowi.
Bywa, że banki określają poziom możliwej wysokości kredytu na wykończenie stawką wyliczaną dla jednego metra kwadratowego, zwykle jest to kwota 1000-1500 zł na 1 m2. W przypadku 40-metrowego mieszkania o wartości 240 tys. zł oznacza to dodatkowy kredyt wykończeniowo-remontowy na poziomie od 40 do 60 tys. zł. Jest też grupa banków, która limitów nie określa wcale – wysokość kredytu remontowego ustalają na podstawie średniej. W tym wypadku łączna cena zakupu mieszkania w raz z jego remontem nie powinna odbiegać od przeciętnych cen mieszkań o podobnym metrażu i standardzie znajdujących się w okolicy.
Co ważne, taki „podwójny” kredyt jest dziś najtańszym kredytem na rynku! Mówiąc wprost – chcąc wyposażyć nowo zakupione mieszkanie z pomocą dodatkowej pożyczki, zapłacimy w sumie znacznie więcej, niż w sytuacji, gdy „wpiszemy” koszt zakupu mieszkania wraz z jego wyremontowaniem w jeden duży kredyt mieszkaniowo-wykończeniowy.
A co właściwie można zrobić za te pieniądze? Odpowiadamy – bardzo wiele! To m.in. środki na zakup podłóg, kafli, paneli, wyposażenia łazienki lub kuchni (łącznie z zabudową kuchenną) czy kupno i montaż mebli w zabudowie. Można za nie także dokonać zmian w układzie instalacji elektrycznej, odmalować mieszkanie, wygładzić ściany czy wykonać biały montaż. I to miejsce na jedyną złą informację: na kredyt remontowy nie mogą niestety liczyć nabywcy mieszkań, którzy skorzystali z rządowego programu MdM.
Jak zdobyć kredyt „wykończeniowy”? Odpowiadamy – niezbędny będzie tu kosztorys prac budowlanych, który należy dołączyć do „głównego” wniosku kredytowego. Trzeba tylko pamiętać, że bank skredytuje wyłącznie te zakupy i prace remontowe, które dotyczą stałych elementów lokalu, nie możemy zatem ująć w kosztorysie kupna nowego lustra, łóżka czy sprzętu RTV.
Gdy bank pozytywnie zaakceptuje nasz wniosek kredytowy na zakup mieszkania wraz z jego wykończeniem lub remontem, należna kwota zostaje podzielona i wypłacona w dwóch transzach. – W przypadku zakupu mieszkania na rynku wtórnym, pierwsza część środków, związana z samym zakupem lokalu, trafia na konto zbywcy, czyli osoby, u której kupujemy mieszkanie. Pozostała część kredytu, związana ściśle z jego wyremontowaniem, przekazana zostaje z kolei na konto nowego właściciela. Trzeba przy tym zaznaczyć, że obie transze uruchomione zostają dopiero po dostarczeniu aktu notarialnego zakupu mieszkania – tłumaczy Damian Muzyk z Alex T. Great.
Nieco inaczej sprawa ma się w przypadku zakupu lokalu na rynku pierwotnym – tu pierwsza część kredytu (na zakup mieszkania) zostaje „rozbita” na mniejsze części, zgodnie z zapisami umowy zawartej między klientem a deweloperem. A co z pieniędzmi na wyposażenie mieszkania? Trafiają one do rąk klienta dopiero z chwilą całkowitego rozliczenia z deweloperem. Mamy jednak dobrą informację dla wszystkich tych, którzy, już po zakupie, wciąż słono płacą za wynajem mieszkania w oczekiwaniu na własne „M” – bank chętnie przekaże wam pieniądze na „wykończeniówkę”, gdy tylko otrzyma protokół odbioru lokalu. Oznacza to, że z pierwszymi pracami budowlanymi nie trzeba czekać aż do dnia podpisania aktu notarialnego – można je zacząć znacznie wcześniej, jeszcze przed podpisaniem takiego dokumentu.
Jak widać, jest z tym wszystkim trochę formalności, ale nie ma co kryć – gra jest warta „świeczki”. A po pomoc można poprosić doradcę finansowego – zna dobrze wszelkie bankowe procedury i wie, gdzie najłatwiej zdobyć upragnione pieniądze. – Chętnie służymy pomocą w rzeczowym i fachowym opracowaniu profesjonalnego kosztorysu, który ułatwi pozyskanie kredytu na naprawdę dobrych warunkach – dodaje Damian Muzyk.
Opracował: Tomasz Kulpa, Alex T. Great Doradcy Finansowi
Ceny nowych samochodów (indeks ważony udziałami w sprzedaży) w Polsce spadły w maju 2015 r. średnio o 5% m/m, ale spadek ten nastąpił po uprzednim wzroście cen w kwietniu o 4,4% m/m. W ujęciu rocznym ceny samochodów wzrosły w maju 2015 r. średnio o 1,9% r/r i oznacza to lekkie spowolnienie w porównaniu z dynamiką z kwietnia (2,4% r/r). Maj był czwartym miesiącem z rzędu relatywnie niewielkich zmian (wysokie wzrosty w ujęciu rocznym miały miejsce między październikiem 2014 r. a styczniem 2015 r.).
W przeciwieństwie do innych dóbr konsumpcyjnych, roczne dynamiki Samar DNB indeks cen auto moto wykazują dość dużą zmienność, która wynika ze struktury komponentów indeksu – cen wszystkich nowych aut sprzedawanych na rynku krajowym, co pokazane zostało w postaci zagregowanej do 8 koncernów motoryzacyjnych. Jednak pomimo tak znacznej zmienności, długoterminowy trend wskazuje na wzrost indeksu o około 2% r/r.
Tendencje w sprzedaży poszczególnych koncernów motoryzacyjnych są mocno zróżnicowane. Analizie poddano 8 koncernów, które odpowiadają za 91% sprzedaży w Polsce, tj. Volkswagen, PSA, Toyota, Renault, Opel, Nissan, Hyundai oraz Ford. Spośród wspomnianych koncernów, najsilniej rosły ceny aut Volkswagena (10,9% r/r), co i tak stanowi znaczne spowolnienie w porównaniu z dynamiką odnotowaną w kwietniu br. (21,3% r/r). Znaczny wzrost miał również miejsce w przypadku Toyoty (9,1% r/r). Ceny samochodów koncernów PSA, Renault i Ford rosły w tempie umiarkowanym 1-2,5%. Wśród pozostałych wyróżnionych koncernów motoryzacyjnych obserwowaliśmy spadek cen (Opel: -5,2% r/r, Hyundai: -6,9% r/r, Nissan: -9,8% r/r), podobnie jak w pozostałych segmentach rynku motoryzacyjnego (-10,7% r/r). Ze względu na swoją dużą wagę w sprzedaży (27%) to właśnie podwyżki cen koncernu Volkswagena wpłynęły na wzrost ogólnego indeksu w maju b.r.
Średnie ceny samochodów w salonach są w ostatnich latach dość niezależne od indeksu cen towarów i usług konsumpcyjnych CPI, a jednocześnie wykazują dość silny związek z dynamiką przeciętnego wynagrodzenia w sektorze przedsiębiorstw – można zatem stwierdzić, że koncerny motoryzacyjne sprzedają samochody, na jakie nas stać.
Porównanie indeksu skumulowanego cen aut i dynamiki płac (przy poziomie w roku 2014 = 100) pokazuje, że po okresie relatywnie dynamicznych wzrostów cen samochodów w latach 2004-2007, a potem znacznych przecen w okresie kryzysu, od roku 2010 średnie ceny aut podążają niemal dokładnie za dynamiką płac. W maju 2015 r. skumulowany indeks dla cen aut wyniósł 168,5 (a więc ceny były o 68,5% wyższe niż średnio w 2004 r.), zaś dla płac – 172,1 (o 72,1% wyższe). Przy czym, największy skumulowany wzrost cen miał miejsce w przypadku aut koncernu Hyundai (o 110,5%), Volkswagen (o 90%) i Toyota (o 81,5%) a najniższy wzrost koncernu Renault (o 18,2%) i PSA (22,2%). Zwraca natomiast uwagę skumulowany spadek cen aut koncernu Nissan o 7,5% od 2004 r.
Różne strategie cenowe koncernów motoryzacyjnych w przeciągu znaczącego odcinka okresu można badać przez doszukiwanie się korelacji (dodatnich lub ujemnych). W przypadku rynku motoryzacyjnego w Polsce występuje tylko jeden dodatni związek cen koncernów Nissan i Hyundai oraz znacznie liczniejsze negatywne związki cen aut koncernów: Peugeot i Hyundai, Toyota i Nissan oraz Volkswagen i Peugeot. Wynika to zapewne ze strategii koncernów, które mogą sprzedać na każdym rynku ograniczoną liczbę aut.
Pierwszy w Polsce wskaźnik zmian cen nowych samochodów
SAMAR DNB indeks cen auto-moto to wspólne przedsięwzięcie DNB Bank Polska i Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Firma doradcza Deloitte jest autorem metodologii indeksu i jego kalkulacji. Jest to pierwszy sektorowy wskaźnik oparty na pełnych, a nie częściowych, danych zbieranych na krajowym rynku motoryzacyjnym, a co za tym idzie – precyzyjnie pokazuje tempo zmian całego rynku motoryzacyjnego w Polsce. Indeks będzie wyliczany i publikowany co miesiąc (pod koniec miesiąca) – na podstawie dostarczanych cyklicznie przez SAMAR danych dotyczących wielkości sprzedaży i cen jednostkowych (w tym cen promocyjnych) wszystkich dostępnych marek samochodów osobowych i dostawczych.
– Motoryzacja to dla nas jeden z sektorów strategicznych – specjalizujemy się w obsłudze przedsiębiorstw z tej branży. Dlatego chcemy stworzyć rzetelny i w pełni obiektywny wskaźnik, który mierzył będzie sytuację na rynku nowych samochodów w Polsce. Stąd też pomysł na współpracę z Instytutem SAMAR, który jest w stanie dostarczyć pełne i rzetelne dane. Jestem przekonany, że zarówno dla banku, jak i naszych klientów z sektora motoryzacyjnego, a także mediów i opinii publicznej taka zobiektywizowana miara będzie cennym źródłem informacji o koniunkturze na rynku auto-moto w Polsce, powiedział Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska.
– Celem naszego wspólnego projektu było stworzenie indeksu i wprowadzenie go na rynek jako jednego z indeksów gospodarczych. Dane, które gromadzimy od ponad 20 lat, pozwalają na rzetelne badanie istniejących trendów i szukanie powiązań pomiędzy wskaźnikami opracowanymi dla rynku motoryzacyjnego a gospodarką.Ich znajomość może ułatwić podmiotom działającym na rynku podejmowanie decyzji dotyczących przyszłego rozwoju,powiedział Wojciech Drzewiecki, prezes Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR.
– Indeks jest pierwszym sektorowym wskaźnikiem zmian cen opartym na pełnych statystycznych, a nie częściowych lub ankietowych danych, przez co charakteryzuje się nieporównywalną precyzją w kwestii transparentności i pewności źródeł danych. To prawdziwy barometr bieżącego stanu branży motoryzacyjnej – dodaje Rafał Antczak, Członek Zarządu Deloitte Consulting.
30 czerwca Sygnity zawarło umowę znaczącą z Państwowym Funduszem Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), której wartość nie przekroczy maksymalnej kwoty 52,89 mln PLN. Umowa obowiązuje do 20 grudnia 2018 roku.
Przedmiotem umowy jest przeniesienie autorskich praw majątkowych do Systemu SODiR służącego obsłudze dofinansowania i refundacji oraz wydanie PFRON aktualnych kodów źródłowych, świadczenie usług opracowania i przekazania dokumentacji systemu, jego modyfikacji oraz utrzymania.
Janusz R. Guy, prezes zarządu Sygnity S.A.
Rynek publiczny ewoluuje i otwiera się na nowy model współpracy z partnerami komercyjnymi. Klienci świadomi potrzeby zmiany inwestują w zaawansowane rozwiązania informatyczne i oczekują od partnerów dodatkowych usług, praw do zakupionego rozwiązania oraz współdziałania na wszystkich etapach wdrożenia. To podejście zmienia dotychczasowe zasady współpracy, wymaga otwartego i partnerskiego podejścia. Sygnity, dzięki głębokiej wiedzy i doświadczeniu doskonale to rozumie. Jesteśmy dla swoich klientów doradcą i przewodnikiem wspierającym ich na każdym etapie procesu – od analizy biznesowej, poprzez wdrożenie, kończąc na serwisie – komentuje Janusz R. Guy, Prezes Zarządu Sygnity S.A.
Umowa pomiędzy Sygnity a PFRON jest przykładem właściwie rozumianego partnerstwa pomiędzy klientem z sektora publicznego a komercyjnym wykonawcą. PFRON zyskuje pełną kontrolę nad systemem, poczucie bezpieczeństwa ciągłości działań związanych z wymogami prawa i dostęp do know-how. Sygnity zyskuje kontynuację współpracy w istotnym biznesowo obszarze, a model współpracy wypracowany dzięki temu projektowi może zastosować u innych klientów rynku publicznego.
Na podstawie analizy opublikowanych danych o stanie gospodarki w maju oraz zapotrzebowania na usługi Korporacji w zakresie ochrony transakcji eksportowych szacujemy, że w maju eksport z Polski wyniósł 14,037 mld euro. Był więc o 3,1% mniejszy niż w kwietniu i jednocześnie o 8,6% większy niż w maju 2014 r. Liczony w złotych eksport wyniósł 57,301 mld tj. o 1,8% mniej niż w kwietniu i równocześnie o 6,1% więcej niż przed dwunastoma miesiącami.
Majowy spadek obrotów jest zjawiskiem typowym. Po słabszym początku roku i marcu przynoszącym zazwyczaj silne odreagowanie w górę, sprzedaż kolejno w kwietniu i maju ulega ograniczeniu. Szczyt zaopatrzenia okołoświątecznego mamy już za sobą i handel w kolejnych dwóch miesiącach zbywa raczej wcześniej nagromadzone zapasy. Również w przypadku przedsiębiorstw dopasowywanie stanów magazynowych do portfela zamówień na okres wiosny i lata przypada raczej na marzec, w kolejnych zaś miesiącach – w miarę zbliżania się okresu wakacyjnego – intensywność zakupów ulega ograniczeniu. Korekta majowa okazała się najprawdopodobniej zbliżona do notowanej przed rokiem. Wskazują na to wyniki przemysłu i dane o obrotach handlu hurtowego. W konsekwencji roczna dynamika eksportu mogła okazać się jedynie minimalnie niższa od notowanej w kwietniu (w miejsce 8,7% pojawi się w statystykach 8,6%).
Wyniki eksportu z pierwszych czterech miesięcy roku bieżącego, systematycznie okazywały się lepsze od oczekiwanych. Według statystyk Narodowego Banku Polskiego eksport w okresie I – IV 2015 wyniósł 56.954 mln euro, okazując się o 9,6% większym niż w analogicznym okresie roku ubiegłego. Uwagę zwraca wciąż wyższy niż w ostatnich latach stosunek eksportu do produkcji sprzedanej przemysłu. Ma on miejsce w sytuacji wciąż wątłego wzrostu gospodarczego u naszych najważniejszych partnerów z Unii oraz głębokiego regresu sprzedaży na rynki krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Wciąż sprzyja nam wzrost wyceny dolara wobec euro na światowych rynkach. Słabnące euro poprawiło bowiem pozycję konkurencyjną wielu wytwórców z Unii Europejskiej. Wraz ze wzrostem tamtejszej produkcji eksportowej, zwiększył się popyt na dostawy dóbr zaopatrzeniowych realizowanych z Polski. W tym samym czasie nasze dobra zaopatrzeniowe i konsumpcyjne istotnie zyskały na konkurencyjności w stosunku do sprowadzanych z dalekiego wschodu – zwłaszcza z Chin.
Korporacja oczekuje, że w okresie V – VII 2015 r. eksport okaże się większy niż przed rokiem o 10,7% w euro, a w wymiarze złotowym o 10,0%. Aktualne szacunki potencjału gospodarczego polskich wytwórców oraz zmian w popycie na nasze towary w roku 2015 pozwalają oczekiwać wzrostu eksportu do kwoty 176,6 mld euro, co stanowić będzie wynik o 12,2% wyższy niż w roku 2014. W ujęciu złotowym eksport w roku bieżącym powinien zamknąć się kwotą 727,6 mld, co odpowiadać będzie wzrostowi o 10,4% w stosunku do wyników wypracowanych w roku 2014. Dalsze zwiększenie dynamiki eksportu opierać się będzie na postępującej poprawie koniunktury na rynku europejskim oraz w drugiej połowie roku na długo oczekiwanej normalizacji sytuacji u naszych wschodnich partnerów. Wspomniane czynniki jeszcze silniej oddziaływać będą w roku 2016 – ich wpływ będzie bowiem widoczny w statystykach wszystkich miesięcy. W związku z tym dynamika eksportu, mimo wyjątkowo wysokiej bazy z roku 2015, wciąż pozostawać będzie wysoka na poziomie 10,2% w statystykach prowadzonych w euro. Oznaczać to będzie wypracowanie sprzedaży zagranicznej sięgającej 194,6 mld euro. W statystykach złotowych eksport w roku 2016 prognozowany jest na 778,5 mld, co oznaczać będzie wynik o 7,0% wyższy niż w roku 2015.
Prognozy Korporacji dotyczące wyników eksportu w latach 2015 – 2016 wskazujące na wzrost eksportu ogółem odpowiednio o 12,2% i 10,2% są wynikiem następujących prognozowanych zmian wolumenu eksportu na podstawowych dla naszej gospodarki rynkach:
Niemcy – wzrost eksportu o 13,9% i 9,4%
Pozostałe kraje strefy euro o 13,0% i 9,1%
Pozostałe kraje UE o 13,9% i 9,5%
Pozostałe kraje rozwinięte o 12,9% i 7,6%
Kraje Europy Środkowo – Wschodniej spadek o -15,8% i wzrost o 13,0%
Kraje rozwijające się o 23,0% i 18,0%
Znowelizowana ustawa Prawo zamówień publicznych miała skutecznie naprawić bardzo istotną część polskiego rynku pracy. Cele był jasne: stabilizacja zatrudnienia, zwiększenie bezpieczeństwa pracowników oraz wybór najkorzystniejszej – a nie najtańszej oferty. Niestety – mimo tego, że sytuacja na rynku zamówień publicznych uległa poprawie, nadal nie brakuje przetargów niosących znamiona patologii. Sposób wyboru Wykonawcy, który będzie odpowiadał za ochronę obiektów Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi pokazuje, że wiele decyzji Zamawiających nie wypełnia intencji Ustawodawcy oraz postulatów przedsiębiorców i związków zawodowych.
Niejednokrotnie zwracali oni uwagę na absolutną konieczność kształtowania budżetów w taki sposób, by w pełni uwzględniały koszty pracy – zwłaszcza, że od 1 stycznia 2016 roku obowiązkową składką ZUS zostaną objęte umowy zlecenia. Jak więc wytłumaczyć, że w przetargach publicznych akceptuje się stawkę ustaloną znacznie poniżej płacy minimalnej wynoszącej 13 złotych za roboczogodzinę i nie stosuje się klauzul społecznych gwarantujących zatrudnienie pracowników na etacie?
W przytoczonym przypadku Zamawiający – Wojewoda Łódzki – zdecydował się na podpisanie umowy z podmiotem, który ochronę obiektów Łódzkiego Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi oraz konwojowania przesyłek wycenił – w przeliczeniu na roboczogodzinę zatrudnionego pracownika – na 7,97 złotych. To skandalicznie niska cena biorąc pod uwagę, że płaca minimalna osoby zatrudnionej na umowę o pracę wynosi około 13 złotych za roboczogodzinę, a w 2016 roku wzrośnie do niemal 14 zł. Nie ma to zatem nic wspólnego z intencją Ustawodawcy, który dokonując nowelizacji Ustawy Pzp oraz wprowadzając obowiązkową składkę ZUS we wszystkich umowach cywilnoprawnych, dążył do zwiększenia bezpieczeństwa pracowników – zapewnienia im lepszych warunków pracy oraz pewniejszych etatów.
Tymczasem w zaproponowanej w przetargu cenie Wykonawca musiał zawrzeć nie tylko koszt wynagrodzenia, ale również wydatki m.in. na: wyposażenie, umundurowanie oraz zapewnienie działania minimum dwóch grup interwencyjnych. Co więcej, Zamawiający zastrzegł w SIWZ, że zamówienie może być realizowane tylko przez podmiot, który zagwarantuje pracowników posiadających poświadczenia bezpieczeństwa uprawniające do przetwarzania informacji niejawnych o klauzuli „poufne”, a dodatkowo dwóch pracowników kwalifikowanych (szef ochrony i zastępca szefa ochrony) oraz czterech pracowników kwalifikowanych z uprawnieniami do posiadania broni (odrębne wymogi zostały postawione wobec konwojentów). Nietrudno przewidzieć, że wynagrodzenia osób posiadających dodatkowe umiejętności i doświadczenie są zdecydowanie wyższe, a ich wartość istotnie odbiega od warunków, jakie zostały zaproponowane w przetargu.
Zamawiający nie zawarł w SIWZ wymogu zatrudnienia pracowników na umowę o pracę, choć z treści Specyfikacji i opisu przedmiotu zamówienia wynika jednoznacznie, że czynności realizowane przez pracowników ochrony nosić będą znamiona stosunku pracy.Świadczy o tym m.in.: wymóg nadzoru nad wykonywanymi przez pracowników zadaniami przez przedstawiciela Wykonawcy (szefa ochrony), czy choćby zapisy §8 umowy – dotyczące dyscypliny pracy (charakterystyczne dla stosunku pracy i szczegółowo opisane w Kodeksie pracy).
To jeszcze bardziej uwypukla ułomność zasad przetargu zaproponowanego przez Wojewodę Łódzkiego.
„Konfederacja LEWIATAN, rynkowi eksperci oraz przedstawiciele związków zawodowych i pracodawców wielokrotnie zwracali uwagę na konieczność zwalczania patologii na rynku zamówień publicznych. Wszystkie instytucje w szczególności podkreślały problem wyboru przez instytucje państwowe ofert ze stawkami o rażąco niskiej cenie. Nie można w jakikolwiek sposób racjonalnie uzasadnić praktyki, w której Zamawiający akceptuje stawkę godzinową o ponad 5 złotych niższą niż płaca minimalna – co daje każdemu pracownikowi o ponad 800 zł brutto mniej w skali miesiąca. Zwłaszcza, że na stanowiskach zostaną zatrudnione osoby posiadające dodaktowe kwalifikacje, wiedzę i umiejętności. Ustawodawca wyraźnie wskazał swoje zalecenia – absolutną konieczność uwzględnienia – zarówno w nowych, jak i istniejących już umowach, pełnych kosztów pracy. Niestety, przykład Wojewody Łódzkiego pokazuje, że nadal wielu Zamawiających nie respektuje tych zaleceń i w ten sposób szkodzi wszystkim uczestnikom rynku – w szczególności pracownikom” – komentuje Marek Kowalski, Przewodniczący Rady Zamówień Publicznych przy Konfederacji Lewiatan.
Usługi ochrony stanowią istotny element zamówień zarówno w sferze publicznej, jak i na rzecz sektora prywatnego. Wojsko Polskie, Policja czy samorządy korzystają w swoich obiektach z usług zewnętrznych i certyfikowanych firm. Wieloletnie kontrakty pozwalają m.in. na właściwe zabezpieczenie nieruchomości i ruchomości przez profesjonalnie przygotowane służby. Na outsourcing usług zapewniających czystość, a tym samym także bezpieczeństwo obiektów, bardzo często decydują się z kolei szpitale czy galerie handlowe i supermarkety.
Wszystkie nowe przetargi powinny zatem uwzględniać właściwie skalkulowane stawki za roboczogodzinę, a w przypadkach uzasadnionych także klauzule społeczne, które gwarantują pracownikom zatrudnienie na etacie. Z kolei w odniesieniu do kontraktów w toku instytucje publiczne czy samorządowe, a także uczestnicy sektora prywatnego powinni przeprowadzić przegląd budżetów na usługi oraz rozpocząć negocjacje z Wykonawcami, by zabezpieczyć pracowników – szczególnie tych najmniej zarabiających – przed ewentualną utratą pracy, zepchnięciem do szarej strefy i tym samym wykluczeniem społecznym.
Renegocjacje budżetów przewiduje art. 142 ust. 5 znowelizowanej ustawy Prawo zamówień publicznych. Intencją Ustawodawcy było zabezpieczenie usługodawcy – w tym także pracowników – w przypadku nieprzewidzianych zmian w prawie. Zmiany zasady podlegania ubezpieczeniom społecznym czy wysokości płacy minimalnej – które wejdą w życie od 2016 roku – zobowiązują do waloryzacji trwających kontraktów długoterminowych.
Jedynym sposobem na zabezpieczenie interesu każdej ze stron jest jak najszybsza waloryzacja długoterminowych kontraktów – jeszcze przed końcem 2015 roku.
Warto podkreślić, że Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej – wraz z OPZZ i Konfederacją LEWIATAN zwróciły się z apelem do organów administracji o stosowanie klauzul społecznych w przetargach publicznych w zakresie usług dla administracji oraz o odejście od kryterium najniższej ceny w wyborze najkorzystniejszej oferty. Konfederacja LEWIATAN opracowała także zestaw dobrych praktyk i wzorcowych dokumentów, które pozwolą właściwie wypełnić intencje ustawodawcy w tym zakresie.