Zakaz papierosów mentolowych może wejść w życie wczesniej niż zapowiadano

CEO Magazyn Polska

Branża tytoniowa obawia się poważnych problemów, związanych z możliwym wejściem w życie dyrektywy tytoniowej Unii Europejskiej.  Zakłada ona stopniowe wycofanie z rynku papierosów mentolowych. Według wstępnych propozycji Brukseli miałyby one całkowicie zniknąć z rynku za osiem lat, ale niewykluczone, że stanie się to dużo wcześniej. Jutro na temat skrócenia okresu przejściowego rozmawiać będą unijni ministrowie zdrowia. 

Po miesiącach prac nad dyrektywą tytoniową Parlament Europejski na początku października br. zadecydował, że papierosy typu slim pozostaną na unijnym rynku bez ograniczeń, natomiast mentolowe znikną z niego w ciągu ośmiu lat.

 – W tej chwili najbardziej obawiamy się drastycznego skrócenia okresu przejściowego na papierosy mentolowe, bo dochodzą nas takie głosy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu.

Taka decyzja może zapaść już jutro podczas szczytu ministrów zdrowia Unii Europejskiej, który odbędzie się w Brukseli. Zarówno dla producentów wyrobów tytoniowych, jak i dla handlowców byłby to duży problem. Szacuje się, że co piąty sprzedany w Polsce papieros to papieros mentolowy.

Przeciwnicy zakazu twierdzą, że na zakazie zyska szara strefa. Podpierają się niedawnymi badaniami instytutu Homo Homini, z których wynika, że 47 proc. konsumentów, którzy nie będą mogli znaleźć w sklepie swoich ulubionych papierosów, będzie ich szukać na czarnym rynku.

 – Oznacza to zatem wzrost szarej strefy sięgającej dziś nawet 15 proc. – ostrzega Ptaszyński. – Więc po pierwsze jest to wzrost przestępczości, spadek przychodów budżetowych, a poza tym spadek obrotów w legalnych sklepach.

Polska Izba Handlu ocenia, że wskutek wprowadzenia zakazu sprzedaży papierosów mentolowych pracę stracić może ponad 560 tys. osób. Zdecydowana większość – ok. 500 tys., to osoby zatrudnione w handlu. 60 tys. to rolnicy, zaś 6-tysięczną grupę stanowić mogą osoby zatrudnione w przemyśle tytoniowym.

Zużycie energii na metr kwadratowy w Polsce ponad pięciokrotnie wyższe niż w Europie Zachodniej

Za siedem lat zgodnie z unijnymi wymogami wszystkie nowe budynki mają mieć niemal zerowe zużycie energii. Dziś w Polsce jest ono w przeliczeniu na metr kwadratowy nawet pięciokrotnie wyższe niż w standardach zachodnich. Eksperci podkreślają, że efektywność energetyczna, w tym m.in. termomodernizacja budynków oraz energetyka rozproszona i odnawialna to rozwiązania tanie i ekologiczne, dzięki którym można przestawić polską gospodarkę na niskoemisyjną.

 – Złotym środkiem, „piątym paliwem’’ jest oszczędność energii. Jesteśmy w stanie w Polsce przeprowadzić termomodernizację, nasze stare budynki zużywają ogromne ilości energii – mamy nawet pięciokrotnie wyższe zużycie kWh na metr kwadratowy niż jest to w standardach zachodnich – mówi Newserii Biznes Jakub Gogolewski, koordynator ds. energii CEE Bankwatch Network/ Polska Zielona Sieć.

Według Krajowej Agencji Poszanowania Energii (KAPE) zużycie energii na metr kwadratowy powierzchni w Polsce jest na poziomie około 120 do 300 kWh rocznie, podczas gdy w rozwiniętych państwach zachodnich jest to około 50 KWh. Zgodnie z unijną dyrektywą do 31 grudnia 2020 roku wszystkie nowe budynki mają mieć niemal zerowe zużycie energii. Natomiast te zajmowane przez władze publiczne oraz będące ich własnością – po 31 grudnia 2018 roku.

 – Wykorzystanie w pełnym stopniu efektywności energetycznej do 2050 roku, pozwala zaoszczędzić całkowite zużycie energii w Polsce, łącznie z ropą, węglem i gazem, na 8 lat. To jest olbrzymi potencjał – mówi Jakub Gogolewski powołując się na publikację Instytutu Na Rzecz Badań Strukturalnych i Instytutu na Rzecz Ekorozwoju „Niskoemisyjna Polska 2050”.

Ekspert przypomina, że w ciągu najbliższych lat Polska musi wymienić przestarzałe elektrownie na nowe, bardziej wydajne, a jednocześnie emitujące mniej dwutlenku węgla. Według Europejskiej Agencji Środowiska wśród dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie aż sześć jest polskich, a Kraków zajmuje trzecią pozycję. Zdaniem Jakuba Gogolewskiego w miejsce starych bloków warto postawić elektrownie wiatrowe, biogazownie i inne odnawialne źródła energii.

 – W Polsce stygmatyzuje się energię odnawialną jako wiatraki, a jest to tylko jeden ze sposobów jej wytwarzania i wcale nie oznacza to, że jest najlepszy. Akurat w tym momencie jest dosyć konkurencyjny cenowo. Niemcy i Dania oddały swoim obywatelom możliwość wyprodukowania energii na własny użytek, tzw. energetyki prosumenckiej. I 41 proc. energetyki odnawialnej w Niemczech jest w posiadaniu społeczności, gmin, farmerów. W Polsce dopiero się to zaczyna, natomiast mamy do dyspozycji biogazownie, które są wielką szansą dla terenów rolniczych, są małe elektrownie biomasowe, możemy korzystać z pomp ciepła – mówi Jakub Gogolewski.

Branża paliwowa w nadchodzącym roku zarobi więcej niż w poprzednich

CEO Magazyn Polska

Ubiegły rok i pierwsza połowa tego roku były dla branży paliwowej wyjątkowo trudne. Przyczynił się do tego rozrost szarej strefy, niskie marże i zapaść w branży budowlanej. Nadzieję na stopniową poprawę sytuacji daje zmiana przepisów, ożywienie gospodarcze i nadchodzące unijne fundusze.

 – Mogą one rozruszać gospodarkę, w tym też budownictwo, a to jest ważny odbiorca paliw. Spodziewamy się, że 2014 rok powinien być dla branży lepszy niż lata poprzednie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl.

W minionym roku i przez pierwsze miesiące bieżącego marże były wyjątkowo niskie i zbliżały się do zera. Małe stacje skupione w Polskiej Izbie Paliw Płynnych (PIPP) oskarżały największe koncerny paliwowe o zaniżanie marż, co miało grozić ich przetrwaniu na rynku. A najwięksi gracze tłumaczyli, że chcą pobudzić konsumpcję paliw, która spadła z powodu spowolnienia gospodarczego. Z danych Polskiej Organizacji Przemysłu i Handlu Naftowego wynika, że w pierwszych dziewięciu miesiącach roku spadła o 4 proc. w porównaniu do sytuacji sprzed roku, do 16,8 mln ton.

 – Stacje odczuły spadek w zeszłym roku, druga połowa tego roku nie wygląda źle. Z naszych obliczeń wynika, że sprzedaż powinna być na satysfakcjonującym dla sprzedawców paliw poziomie. Nie ma jednak wątpliwości, że na sprzedaży paliw dzisiaj nie zarabia się dużo, więc obiekty muszą być wielofunkcyjne: posiadać sklep, myjnię i dodatkowe usługi, które pomagają w tych trudnych czasach przetrwać – tłumaczy Grzegorz Maziak.

W opinii przedstawicieli branży decydujący wpływ na spadek wielkości legalnego obrotu paliwami ma szara strefa. Według szacunków budżet miał stracić w minionym roku około 3 mld zł.

 – Cała branża paliwowa od dłuższego czasu zmaga się z problemem szarej strefy, która przez niektóre organizacje branżowe jest oceniana nawet na około 10 proc. rynku paliwowego w Polsce. To poważny problem uszczuplenia dla budżetu, ale też trudna konkurencja dla legalnie funkcjonujących podmiotów – podkreśla Grzegorz Maziak.

Sytuację ma poprawić nowelizacja ustawy o VAT obowiązująca od początku października. Wprowadziła m.in. instytucję tzw. odpowiedzialności podatkowej nabywcy za zobowiązania podatkowe w podatku VAT sprzedawcy, m.in. w handlu paliwami.

 – Ma to pomóc ograniczyć nadużycia podatkowe w handlu paliwami. Jest więc szansa i nadzieja na to, że sytuacja branży paliwowej poprawi się – przekonuje ekspert. – W nowelizacji pojawił się mechanizm kaucji gwarancyjnej, czyli tzw. „biała lista” publikowana przez Ministerstwo Finansów. To, że znajdą się w niej dane podmioty, ma gwarantować, że działają legalnie, odprowadzają podatki. Inne rozwiązanie to skrócenie okresu rozliczeniowego podatku VAT do jednego miesiąca w przypadku branży paliwowej.

Rynek marek własnych w Polsce rośnie w tempie 17%

Według szacunków zawartych w raporcie PMR „Marki własne detalistów w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”, rynek marek własnych w Polsce wzrośnie o 17% w 2013 roku i osiągnie wartość 41,4 mld zł. W konsekwencji dynamicznego wzrostu sprzedaży rośnie udział tego asortymentu w wartości rynku spożywczego. W 2013 roku wzrósł on jeszcze bardziej niż w latach poprzednich – o 2,4 p.p.

„Wysoka dynamika sprzedaży produktów pod markami detalistów jest efektem kilku czynników. Jednym z nich jest trudniejsza sytuacja ekonomiczna kraju przejawiająca się w niższym niż w 2012 r. wzroście PKB, wyższym poziomie bezrobocia oraz wolniejszym wzroście konsumpcji indywidualnej. To powoduje, że konsumenci starają się oszczędnie gospodarować swoimi budżetami domowymi i częściej sięgają po produkty pod markami własnymi, które pozwalają im nie tylko na tańsze ale również na racjonalne zakupy. Zmienia się podejście kupujących – cena nie jest już podstawowym czy jedynym czynnikiem wyboru. Konsumenci coraz częściej kierują się stosunkiem ceny do jakości, stąd oferta marek własnych średniego segmentu cenowego, charakteryzujących się dobrą jakością, ładnym opakowaniem oraz ceną o 30% niższą od produktów markowych, stała się dla nich naprawdę atrakcyjna. Polacy przekonali się do marek własnych, wiedzą co to za produkty, jakie niosą korzyści i świadomie ich poszukują. Do wzrostu sprzedaży marek własnych przyczynia się również rosnąca oferta detalistów, rozszerzanie i pogłębianie asortymentu, ale również jego weryfikacja i dopasowanie do zmieniających się potrzeb konsumentów”, komentuje Patrycja Nalepa, Starszy analityk handlu w PMR.

Polski rynek marek własnych rozwija się, jednak na drodze jego wzrostu stoją pewne specyficzne uwarunkowania, takie jak duże rozdrobnienie detalistów i stosunkowo mała koncentracja handlu, u których podstaw leży rozkład demograficzny kraju z dużym odsetkiem Polaków mieszkających w małych miasteczkach i na wsiach. Wraz z postępującą konsolidacją handlu udział marek własnych będzie się zwiększał.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Marki własne detalistów w Polsce 2013. Analiza rynku i prognozy rozwoju na lata 2013-2015”.

Jak pogodzić ze sobą życie prywatne i zawodowe? – materiał ekspercki

Presja stale zmieniającego się świata, nieograniczone wręcz możliwości rozwoju i kolejne wyzwania zawodowe w większości przypadków sprawiają, że prędzej czy później w naszym życiu zaczyna brakować równowagi. Na całkowitym oddaniu się pracy cierpią najczęściej relacje rodzinne. Wbrew pozorom jednak nigdy nie stoimy przed wyborem: coś kosztem czegoś. A kluczem do sukcesu może być efektywne zarządzanie czasem.

Zbliżające się Święta Bożego Narodzenia to zwykle okres, w którym zapominamy o pracy i mocniej angażujemy się w życie rodzinne. Cieszymy się z prostych, ale wykonywanych wspólnie czynności, doceniamy ciepło „domowego ogniska” i wzmacniamy nasze relacje z bliskimi.

Takie warunki to także odpowiedni moment, by ocenić siebie nieco z dystansu. Warto zadać sobie pytanie: co zrobić, by takich przyjemnych chwil było jak najwięcej i jak sprawić, by tuż po nowym roku nie wrócić do powtarzanych wcześniej schematów postępowania?

W domu ważna jest przede wszystkim ilość czasu spędzonego z rodziną i przyjaciółmi. Nawet chwile poświęcone na błahe rozmowy znacząco poprawiają nasze więzi społeczne. Zupełnie inaczej jest w pracy – tu liczy się wyłącznie jakość czasu, czyli to jak efektywnie potrafimy wykonywać powierzone nam zadania.

Projektowania swojego czasu nie możemy jednak traktować jako uniwersalnego lekarstwa na wszystkie problemy. To raczej zbiór rozmaitych technik, które są w stanie poprawić skuteczność pracy bez zaniedbywania życia prywatnego. A wybór odpowiedniej metody zależy od naszych indywidualnych potrzeb.

Długofalowe cele i codzienne zadania

Na początku zawsze warto jasno określić stawiane przed nami cele. Pozwoli nam to podjąć świadomą decyzję dotyczącą tego, na czym aktualnie powinniśmy się skupić. Co naturalne, nasze dążenia z czasem będą się zmieniać, nie oznacza to jednak, że powinniśmy postępować bez ułożonego wcześniej planu.

Wiedząc dokąd zmierzamy będziemy bowiem w stanie działać bardziej racjonalnie i efektywnie. Dużo łatwiej przyjdzie nam także odrzucanie wszystkiego, co nie mieści się w zdefiniowanych wcześniej założeniach. Już samo to gwarantuje istotną oszczędność czasu, który możemy poświęcić np. na rodzinę.

Wyznaczenia celi długofalowych ma też niebagatelne znaczenie przy próbie zmierzenia się z kolejnym wyzwaniem: organizacją dnia codziennego. Dalekosiężne myślenie znacznie ułatwia nam określenie priorytetów pomniejszych czynności i daje jasną odpowiedź, jak to nad czym obecnie pracujemy wpłynie na naszą przyszłość.

Punktem wyjścia do zachowania zdrowego balansu pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym jest więc zatrzymanie się na chwilę, uzyskanie właściwej perspektywy i świadome ustalenie, do czego tak naprawdę chcielibyśmy dążyć.

Efektywność prostych czynności

Ową równowagę pozwoli nam przywrócić także rozsądne zarządzanie czasem podczas wykonywania obowiązków służbowych. Po wyznaczeniu celi i zadań powinniśmy zatem pomyśleć, jak poprawić naszą efektywność w pracy.

W większości przypadków ani naszemu pracodawcy, ani tym bardziej nam nie zależy na tym, by w biurze spędzać kolejne nadgodziny. Warto więc przeanalizować swoje nawyki i znaleźć rozwiązania, które zagwarantują nawet drobne oszczędności czasu.

W praktyce sprowadza się to do kilku prostych zachowań. Przykładowo, skupiając się na konkretnym zadaniu powinniśmy, o ile to możliwe, ignorować telefony czy wiadomości e-mail. Kilkukrotne rozproszenie uwagi w znaczący sposób obniża bowiem naszą efektywność.

Stracone minuty, godziny i dni

Kolejną kwestią jest umiejętność posługiwania się sprzętem komputerowym. I choć brzmi to banalnie, to jak się okazuje większość z nas długie chwile traci chociażby na poszukiwaniu jakiejś opcji edytora tekstu czy arkusza kalkulacyjnego. Zamiast tego warto raz a dobrze poznać używane oprogramowanie, co w przyszłości może zaowocować szybszym wyjściem z pracy.

Jak pokazują liczne badania, prawie 2/3 pracowników biurowych nie potrafi także szybko pisać na klawiaturze, tracąc w ten sposób nawet do 2 godzin dziennie. Łatwo policzyć, ile dni w skali roku marnujemy z tak błahego powodu. A rozwiązanie jest proste: kurs bezwzrokowego pisania trwa raptem 15 godzin.

Powyższe problemy, choć z pozoru nieistotne, pokazują pewną prawidłowość. Nasze życie zawodowe wcale nie musi rozwijać się kosztem relacji rodzinnych. Czasem wystarczy jedynie poprawić zarządzanie swoim… czasem.

Autor: Grzegorz Frątczak / CEO Solutions

Mobile Central Europe dla entuzjastów urządzeń mobilnych 11 stycznia 2014 r. w Warszawie

11 stycznia 2014 r., w Warszawie, odbędzie się Mobile Central Europe, unikalna konferencja szkoleniowa, w której weźmie udział kilkudziesięciu światowej klasy ekspertów z dziedziny aplikacji mobilnych z doświadczeniem m.in. z Apple, Amazon, Evernote, Facebook, Google i Microsoft. Goście podzielą się z polskimi inżynierami i programistami praktyczną wiedzą na temat tworzenia aplikacji mobilnych.

W konferencji weźmie udział kilkudziesięciu inżynierów z Ameryki Północnej i Europy, którzy swoje doświadczenie z dziedziny sprzętu, oprogramowania i designu aplikacji mobilnych zdobywali pracując dla takich firm, jak Apple, Amazon, Evernote, Facebook, Google i Microsoft. Goście opowiedzą o programowaniu aplikacji pracujących m.in. pod kontrolą systemów iOS i Android (komórki i tablety). W programie Mobile Central Europe są również sesje poświęcone najnowszym trendom w dziedzinie designu i interakcji oprogramowania z użytkownikami, a także komunikacji telefonów z innymi urządzeniami (tzw. „Internet of Things”).

Dzień przed główną częścią Mobile Central Europe, 10 stycznia 2014 r., odbędzie się tzw. hackaton, czyli sesja interakcji ze sprzętem i programowania urządzeń, które mogą zrewolucjonizować przemysł, handel i komunikację między ludźmi. Uczestnicy zapoznają się z możliwościami Arduino LilyPad – mikrokontrolera, który można wszyć
w ubranie, umieścić w grze planszowej, czy biżuterii, i sprawić, aby stały się interaktywne. Będzie można zaprogramować „beacon” Estimote, który informuje komórki klientów wchodzących do sklepu, gdzie znajduje się szukany przez nich towar. Sesja z Google Glass pozwoli poznać tę innowację Google’a i jej potencjał dla twórców aplikacji. W programie przewidziany jest także blok dla osób chcących spróbować tworzenia projektów i przygotowania do druku przedmiotów w drukarce 3D. Będzie także można programować nowoczesne, humanoidalne roboty NAO.

– To absolutnie wyjątkowe wydarzenie – mówi Jarosław Potiuk, reprezentujący zespół Mobile Central Europe. – Kilkudziesięciu specjalistów światowej klasy z dziedziny oprogramowania, sprzętu i designu, których trudno spotkać w jednym miejscu nawet poza granicami Polski, zgodziło się przyjechać do Warszawy i podzielić swoją wiedzą z polskimi inżynierami, programistami i entuzjastami urządzeń mobilnych. Mobile Central Europe to szansa na wymianę doświadczeń na temat aplikacji mobilnych na niespotykaną dotąd skalę – podsumowuje Jarosław Potiuk.

Dyżurowanie obowiązkiem pracownika – materiał ekspercki

Zdarza się, że pracownik zostaje zobowiązany przez pracodawcę do odbycia dyżuru poza ustalonymi godzinami pracy. Czy w takiej sytuacji pracownikowi przysługuje dodatkowe wynagrodzenie lub inne przywileje? Wątpliwości wyjaśnia ekspert, Agnieszka Janowska, radca prawny i dyrektor Departamentu Prawa Pracy w TGC Corporate Lawyers.

Dyżur poza ramami czasu pracy

Zgodnie z przepisami Kodeksu Pracy czasem pracy jest okres, w którym osoba zatrudniona pozostaje w dyspozycji pracodawcy w zakładzie pracy lub w innym miejscu wyznaczonym do jej wykonywania. Ogólna zasada przewidziana w K.p. mówi, że czas pracy nie może przekraczać 8 godzin na dobę i przeciętnie 40 godzin, w przeciętnie pięciodniowym tygodniu roboczym w przyjętym okresie rozliczeniowym nie przekraczającym 4 miesięcy. Warto mieć jednak na uwadze zastrzeżenie dotyczące szczególnych przypadków pracy np. w obszarze rolnictwa czy ochrony mienia.

Pracodawca może jednak zobowiązać podwładnego do pozostawania do jego dyspozycji poza normalnymi godzinami pracy w ramach dyżuru. Oznacza to, że pracownik jest w gotowości do wykonywania pracy wynikającej z umowy w zakładzie lub w innym miejscu wyznaczonym przez pracodawcę (art. 1515 K.p.). Gotowość oznacza, że osoba ta może w każdej chwili podjąć pracę, co wyklucza sytuacje takie jak np. spożywanie w tym czasie alkoholu.

Maksymalny czas pełnienia dyżuru nie został określony przez ustawodawcę, ale nie może on naruszać prawa pracownika do 11 godzin nieprzerwanego odpoczynku dobowego i 35 godzin nieprzerwanego odpoczynku tygodniowego (art. 132 i 133 K.p.).

WAŻNE! Zakaz naruszania przez pracodawcę tego prawa nie ma zastosowania jednak w przypadku pracowników zarządzających zakładem pracy w imieniu szefa.

Dyżur można pełnić w miejscu pracy lub innym wyznaczonym przez pracodawcę, włączając w to dom podwładnego. Jest to tzw. ,,dyżur pod telefonem”. Co do zasady, jeśli w trakcie dyżuru pracownik przebywał w domu, to nie należy mu się jakiekolwiek wynagrodzenie. Jeżeli jednak zdarzy się, że dyżurujący w domu zostanie wezwany do pracy lub innego miejsca, gdzie będzie wykonywał przydzielone mu obowiązki, wtedy czas ich wykonywania zostanie wliczony do czasu pracy, za który otrzyma on wynagrodzenie wynikające z umowy o pracę.

Jeśli dyżur był pełniony w miejscu pracy lub innym wyznaczonym przez pracodawcę i w czasie jego trwania podwładny wypełniał swoje obowiązki, wtedy czas ten wlicza się do jego czasu pracy i ma on prawo do wynagrodzenia z tego tytułu. Jeśli w związku z wykonywaniem obowiązków służbowych w czasie dyżuru normy czasu pracy ustalone dla tego pracownika zostaną przekroczone, to pracodawca zobowiązany będzie wypłacić mu dodatkowe wynagrodzenie za pracę w godzinach nadliczbowych określone przepisami K.p.

WAŻNE! Zgodnie z Art. 1514 K.p. pracowników zarządzających zakładem pracy w imieniu pracodawcy lub kierowników wyodrębnionych jednostek obowiązują inne niż wymienione powyżej zasady dotyczące wynagrodzenia i dodatku z tytułu pracy w godzinach nadliczbowych.

Gdy podczas dyżuru pracownik nie wykonywał pracy (wyjątkiem jest dyżurowanie w domu), przysługuje mu czas wolny od pracy w wymiarze odpowiadającym długości dyżuru. W razie braku możliwości jego udzielenia – podwładnemu należy się wynagrodzenie wynikające z jego osobistego zaszeregowania, określonego stawką godzinową lub miesięczną. Jeżeli taki składnik uposażenia nie został wyodrębniony przy określaniu warunków płacy, stawka ta wynosi 60% wynagrodzenia. Ponownie zasada ta nie ma zastosowania w stosunku do pracowników zarządzających zakładem w imieniu pracodawcy.

W placówkach medycznych panują inne zasady

Szczególnym przypadkiem dyżurów są dyżury medyczne pełnione przez osoby świadczące pracę w placówkach leczniczych. Kwestii tej nie reguluje już bezpośrednio K.p., lecz Ustawa o działalności leczniczej z 15 kwietnia 2011 r. Dyżur medyczny można zlecić wyłącznie pracownikom wykonującym zawody medyczne i mającym wyższe wykształcenie. Należy rozumieć go jako wykonywanie poza normalnymi godzinami pracy czynności zawodowych. Można stosować go w podmiocie leczniczym wykonującym działalność leczniczą w zakresie stacjonarnych i całodobowych świadczeń zdrowotnych. Wlicza się on do czasu pracy, a osoba pełniąca taki dyżur ma prawo do wynagrodzenia liczonego na zasadach określonych dla wynagrodzenia za pracę w godzinach nadliczbowych, z uwzględnieniem dodatków przewidzianych w K.p. (Art. 1511 §1-3). Zasada ta nie obowiązuje w przypadku lekarzy stażystów, których kwestie wynagrodzenia określają odrębne przepisy.

Podsumowując regulacje prawne dotyczące dyżuru – jego pełnienie jest obowiązkiem pracownika i stanowi dodatkowe zadanie wykonywane po godzinach pracy. Podstawą powstania takiego obowiązku jest polecenie pracodawcy. Jednak musi się ono mieścić w ramach rodzaju pracy określonej przez umowę. Niewykonanie przez pracownika polecenia pełnienia dyżuru może być uznane za naruszenie podstawowych obowiązków pracowniczych.

Jeśli chodzi o czas pracy osób świadczących pracę w placówkach leczniczych, to generalną zasadą jest, iż w okresie rozliczeniowym nie może on przekraczać 7 godzin i 35 minut na dobę i przeciętnie 37 godzin 55 minut na tydzień w przeciętnie pięciodniowym tygodniu pracy, z zastrzeżeniem przypadków określonych Ustawą. Okres rozliczeniowy nie może przekraczać 3 miesięcy.

Czym jest opt-out?

W stosunku do pracowników, którzy mogą pełnić dyżur medyczny istnieje możliwość przedłużenia ich czasu pracy przez tzw. klauzulę opt-out. Rozumie się przez nią pisemne oświadczenie takiego pracownika o wyrażeniu zgody na pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień w przyjętym okresie rozliczeniowym. Okres ten nie może być dłuższy niż 4 miesiące.

WAŻNE! Przedłużenie czasu pracy w tym przypadku jest prawem pracownika, a nie obowiązkiem, tak jak ma to miejsce w przypadku dyżuru. W każdej chwili może on cofnąć swoją zgodę na wydłużony czas pracy. Dzieje się to na drodze pisemnego zawiadomienia pracodawcy (z zachowaniem jednomiesięcznego okresu wypowiedzenia).

Należy pamiętać, że pracodawca ma całkowity zakaz dyskryminowania lub wyciągania konsekwencji w stosunku do pracownika, który nie wyraził zgody na przedłużenie czasu pracy. Do wynagrodzenia za pracę w wymiarze przekraczającym przeciętnie 48 godzin na tydzień w przyjętym okresie rozliczeniowym stosuje się przepisy art. 1511 § 1–3 K.p. (dotyczące wynagrodzenia i dodatku za pracę w godzinach nadliczbowych).

Święta nas stresują: denerwują nas długie kolejki w sklepach i tłumy

Święta nas <a title=stresują: denerwują nas długie kolejki w sklepach i tłumy" title="Święta nas stresują: denerwują nas długie kolejki w sklepach i tłumy" />

Aż 71 proc. Polaków kupno prezentów świątecznych pozostawia na grudzień. Najszybciej w Europie zakupy bożonarodzeniowe rozpoczynają Niemcy i Czesi, najpóźniej Rosjanie, Ukraińcy i Grecy. Jak jednak pokazuje badanie „Zakupy Świąteczne 2013” przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte, z roku na rok rośnie liczba Europejczyków, którzy coraz wcześniej decydują się na zakup prezentów. Mimo że święta to tradycyjny czas relaksu i przyjemności, co czwarty Polak przyznaje, że świąteczne zakupy kosztują go sporo stresu- to wynik badania sieci perfumerii Douglas.

Choć marketingowy okres świąteczny w sklepach i centrach handlowych zaczyna się w Polsce już po 1 listopada, to prawie połowa Polaków (48 proc.) po prezenty dla swoich najbliższych wybierze się w pierwszej połowie grudnia, a 23 proc. zostawi je na okres pomiędzy 16 a 24 grudnia. Tylko 4 proc. z nas kupiło upominki jeszcze przed listopadem, a niespełna jedna czwarta w listopadzie. „Na listopadowe zakupy zdecydowało się więcej kobiet niż mężczyzn. Było to odpowiednio 30 do 18 proc. Mężczyźni zostawiają zakup prezentów na ostatnią chwilę. Zadeklarowało tak 30 proc. badanych, prawie dwa razy większy odsetek niż wśród pań” – wyjaśnia Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte. Dość widoczne różnice występują także biorąc pod uwagę wiek badanych. Ludzie w starszym i średnim wieku chętniej ruszyli do sklepów już w listopadzie (odpowiednio 31 i 26 proc.) niż osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (16 proc.). Prawie jedna trzecia przedstawicieli tej grupy wiekowej zaplanowała świąteczne zakupy na ostatnie dni przed Wigilią.

Najwcześniej, bo przed 30 listopada w sklepach po świąteczne upominki zjawiają się Niemcy (blisko 60 proc.) i nasi południowi sąsiedzi z Czech (ok. 55 proc.). Nieźle na tym tle wypadają także Holendrzy, Szwajcarzy, Irlandczycy i Francuzi. Na drugą połowę grudnia decyzję o prezentach odkładają za to Rosjanie, Ukraińcy oraz Grecy. W przypadku tych dwóch pierwszych nacji jest to zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że obdarowuje się tam prezentami z okazji Nowego Roku. Poza tym świąteczne wyprzedaże zaczynają się w Rosji i na Ukrainie właśnie w okolicy 15 grudnia. Na późniejsze zakupy Greków największy wpływ ma zapewne kryzys gospodarczy, który powoduje, że odkładają oni wydatki na możliwie najbardziej odległy termin. W badaniu firmy doradczej Deloitte od trzech lat coraz bardziej widoczna jest jednak tendencja, wskazująca na to, że wyraźnie rośnie liczba tych mieszkańców Polski, a także reszty Europy, którzy z myślą o Bożym Narodzeniu ruszają już do sklepów w listopadzie, maleje zaś tych, którzy prezenty kupują w ostatnim tygodniu przed świętami.

Jak wynika z badania MillwardBrown dla Douglas, największej w Polsce sieci perfumerii, w tym roku pod choinką znajdziemy przede wszystkim kosmetyki (44 proc. wskazań, głównie kobiety i osoby zamieszkujące miasta powyżej 500 tys.) oraz perfumy (37 proc. Respondentów). W dalszej kolejności zdecydujemy się na: książki/e-booki, płyty z muzyką (40 proc.) „Polacy chętnie decydują się na kosmetyki, bo łączą one korzyści praktyczne z poczuciem prestiżu. To taki mały luksus, na który możemy sobie pozwolić niezależnie od sytuacji ekonomicznej” – wyjaśnia Agnieszka Mosurek-Zava, prezes Douglas Polska. Ponad połowa badanych deklaruje, że planuje kupić po jednym prezencie dla obdarowywanej osoby. Dwa prezenty kupi co piąty Polak, trzy lub więcej prezentów planuje kupić co dziesiąty uczestnik badania. Najczęściej zakup upominku świątecznego będzie miał miejsce w sklepie tradycyjnym (65 proc.). Do perfumerii stacjonarnej wybierze się 42 proc. badanych, a z oferty perfumerii internetowych ma zamiar skorzystać co dziesiąty Polak. Głównie dotyczy to osób z wykształceniem wyższym.

Jak się okazuje Boże Narodzenie to nie tylko miłe spotkania z najbliższymi i świąteczna atmosfera. Dla aż jednej czwartej Polaków (23 proc.) zakup prezentu świątecznego wiąże się z większym lub mniejszym stresem. „Dla 72 proc. tych osób główną przyczyną przedświątecznego stresu jest niepewność co do trafności prezentu oraz tłok w centrum handlowym i kolejki do kas, które zyskały odpowiednio 69 i 68 proc. Na brak fachowej pomocy ze strony obsługi sklepu, która pomoże doradzić przy wyborze prezentu, skarży się 40 proc. badanych spośród tych, którzy przyznają się do przedświątecznego stresu” – mówi Agnieszka Mosurek-Zava. Najczęściej wymienianym lekarstwem na przedświąteczny stres jest przede wszystkim: kompetentny sprzedawca (60 proc.), pakowanie prezentu (47 proc.), spokojna muzyka (43 proc.) oraz gotowe zestawy prezentowe (40 proc.).

Według badania firmy doradczej Deloitte przede wszystkim niska cena, a także lepsze relacje handlowców z klientem oraz dostawa do domu czyni Polaków zadowolonych z zakupów. Najmniej interesuje nas wprowadzenie handlu mobilnego. W czasie świątecznych zakupów mieszkańcy Europy nie zapominają o kwestiach społecznych, szczególnie zwracają uwagę na to, czy przy produkcji kupowanych przez nich prezentów nie pracowały dzieci. Jest to ważne dla 68 proc. obywateli Starego Kontynentu. W Polsce wskaźnik ten wynosi 56 proc. Niemal sześciu na dziesięciu ankietowanych Polaków domaga się rzetelnej informacji o produkcie na jego opakowaniu. W Europie ta kwestia jest ważna dla 67 proc. badanych. Połowa z nas nie chce kupować rzeczy, których produkcja związana jest ze złymi warunkami pracy w krajach rozwijających się. „Cieszy to, że Polacy są coraz bardziej wrażliwi na kwestie zrównoważonego rozwoju, nawet jeżeli mówimy jedynie o deklaracjach. Dla ponad połowy Polaków duże znaczenie mają kwestie związane ze środowiskiem naturalnym i wspieraniem lokalnej przedsiębiorczości i to mimo, że 44 proc. z nas uważa, zrównoważony rozwój za pretekst do wzrostu cen kupowanych przez nas produktów” – podsumowuje Magdalena Jończak, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte.

Prezydent rozpoczyna jutro wizytę gospodarczą w krajach Zatoki Perskiej

Polska wchodzi coraz mocniej nie tylko na rynki afrykańskie i azjatyckie, ale też Bliskiego Wschodu. Rozpoczynająca się jutro wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w krajach Zatoki Perskiej ma przynieść kontrakty dla sektora spożywczego, zbrojeniowego, farmaceutycznego i budowlanego.

 – Kraje Zatoki Perskiej są dla nas bardzo interesujące z dwóch powodów. Z jednej strony jest to szansa na pozyskiwanie kapitału, a z drugiej, jeżeli chodzi o Zjednoczone Emiraty Arabskie, ważne są huby, czyli miejsca rozwożenia towarów na wiele kontynentów, między innymi do Afryki Wschodniej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki.

Bronisław Komorowski rozpoczyna jutro wizytę w Arabii Saudyjskiej, Katarze i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jak zapewniał niedawno w rozmowie z Newserią Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta RP, Polska już jest bardzo istotnym partnerem dla tych krajów, szczególnie na rynku żywnościowym.

 – W zestawie mamy zarówno firmy paliwowe, firmy handlowe, na przykład producentów mebli, producentów towarów spożywczych i oczywiście z zakresu obronności. Mamy przedsiębiorców z branży turystycznej, tak że ten zakres jest bardzo szeroki – informuje Ilona Antoniszyn-Klik.

Polskie firmy szukają nowych rynków zbytu na Bliskim Wchodzie, w tym także na rynku izraelskim. Na początku ubiegłego miesiąca odbyło się tam Polish-Israeli Business Forum z udziałem prezydenta Bronisława Komorowskiego. W spotkaniu uczestniczyło 30 polskich przedsiębiorców, m.in. z bydgoskiej PESY oferującej pojazdy szynowe, Polskiego Holdingu Obronnego, poszukującego nowych obszarów współpracy, informatycznego Asseco oraz firm z branży turystycznej, meblowej i spożywczej.

 – Mieliśmy udane forum gospodarcze, nie tylko jeżeli chodzi o przemysł mechaniczny, mieliśmy także ciekawą rozmowę o małych i średnich przedsiębiorstwach i pozyskiwaniu kapitału. Teraz czekamy na ruchy ze strony izraelskiej, czy partnerzy faktycznie do tych projektów przystąpią – podsumowuje forum Ilona Antoniszyn-Klik. – Tu chodzi o stworzenie kooperacji przedsiębiorców. Ten wyjazd był potrzebny po to, żebyśmy firmy posadzili przy jednym stole, dając im wsparcie państw. Parę firm bardzo mocno się zainteresowało, sądzimy, że zaowocuje to kontraktami.

Instytut Sobieskiego: Zmiany w OFE osłabią wiarygodność finansową Polski

CEO Magazyn Polska

Projekt zmian w OFE błyskawicznie przechodzi przez Sejm. Głosowanie było planowane na dziś, ale ze względu na liczbę poprawek zgłoszonych przez opozycję podczas drugiego czytania, projekt ponownie trafił do Komisji Finansów Publicznych. Zdaniem Marka Rapkiewicza z Instytutu Sobieskiego, posunięcie rządu jednorazowo pomoże finansom publicznym, ale w dłużej perspektywie osłabi wiarygodność finansową Polski.

Zmiany w systemie emerytalnym mają w przyszłym roku poprawić sytuację sektora finansów publicznych i obniżyć deficyt budżetowy. Zdaniem Macieja Rapkiewicza będzie to poprawa wyłącznie na papierze.

 – Ten projekt budzi bardzo poważne kontrowersje. Reforma ta doprowadzi do poważnego osłabienia wiarygodności finansów publicznych i wiarygodności finansowej Polski w średniej i dłuższej perspektywie – twierdzi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Rapkiewicz.

Podobną opinię prezentuje Komisja Europejska. Zgodnie z jej oszacowaniami w 2015 r. w dalszym ciągu będziemy mieli dosyć wysoki deficyt sektora finansów publicznych. Co więcej Komisja już na podstawie doświadczeń węgierskich wprowadziła zmiany sposobu obliczania deficytu sektora finansów publicznych.

 – Proponowane rozwiązania nic nie wniosą. Bez zmian strukturalnych trudno myśleć o zasadniczej zmianie postrzegania Polski – twierdzi Maciej Rapkiewicz. – OFE miały zapewniać znaczącą część wypłat emerytur w przyszłości, a teraz ich rola jako drugiego filaru, na którym opierał się powszechny system emerytalny, znacząco spada.

Ekonomista podkreśla, że w dłuższej perspektywie drugi filar emerytalny może zniknąć. Szczególnie wtedy, kiedy wystąpią duże spadki na giełdach.
Najważniejsze zmiany w OFE szykowane przez rząd, to przekazanie do ZUS 51,5 proc. wartości zgromadzonych aktywów, przede wszystkim obligacji i bonów skarbowych. Dodatkowo ograniczenie składki do 2,92 proc. wynagrodzenia brutto. Każdy obywatel co cztery lata będzie mógł zmieniać decyzję, czy pozostaje w ZUS, czy korzysta z OFE, a same OFE będą inwestować głównie w akcje z zakazem kupowania obligacji skarbowych.

 – Kiedy fundusze będą bardzo mocno zaangażowane w akcje – a zgodnie z nowymi przepisami może być to nawet do 90 proc. – w przypadku poważnej bessy będą bardzo mocno spadać wartości jednostek uczestnictwa. Takie zjawisko może powodować, że wtedy, gdy będzie możliwość dokonywania wyboru między OFE a systemem państwowym, nastąpi masowe przechodzenie do ZUS. To z kolei może negatywnie wpływać na wypłacalność systemu państwowego – tłumaczy członek zarządu Instytutu Sobieskiego.

Warunki demograficzne też nie sprzyjają systemowi emerytalnemu. Już dziś na jednego emeryta przypada trzech pracujących, a za kilkanaście lat liczba ta spadnie do dwóch.

 – Gdy na jednego emeryta będą przypadać dwie osoby – niekoniecznie pracujące, to jeszcze mniej osób będzie opłacało składki. Poza tym w ZUS tak naprawdę nie mamy pieniędzy, tylko zapisy księgowe. To kolejny czynnik ograniczający wypłacalność tej instytucji – dodaje Maciej Rapkiewicz.

By utrzymać ZUS, niezbędne są dotacje. W tym roku to prawie 40 mld zł.

 – ZUS pożycza pieniądze, a rząd wyciąga pieniądze z Funduszu Rezerwy Demograficznej. Przyszłość rysuje się w czarnych barwach – komentuje przedstawiciel Instytutu Sobieskiego.

M. Grendowicz: dobry menedżer musi uczestniczyć w trudnej transformacji firmy

Trudności w gospodarce powodują często konieczność przeprowadzenia zmian w przedsiębiorstwach. To z reguły budzi opór pracowników, którzy zwykle wolą zachować status quo. Jak twierdzą eksperci, dobry menedżer musi unikać nagłych zmian i sam uczestniczyć w ewentualnej transformacji.

 – Zmiana jest czymś niezwykle trudnym, a bronienie się przed nią to normalna ludzka reakcja – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mariusz Grendowicz, prezes Polskich Inwestycji Rozwojowych. – Dlatego też spowodowanie, by została ona zaakceptowana przez jakąkolwiek organizację jest niezwykle trudne – dodaje.

Ciężkie czasy w gospodarce wymagają jednak – niekiedy radykalnych – zmian w przedsiębiorstwach.

 – Sztuką jest przedstawienie konieczności zmian w takiej formie i tempie, by było to do zaakceptowania dla organizacji – mówi Grendowicz. – Niestety nie zawsze to jest możliwe. Czasami są wymagane przemiany piorunujące, w których nie ma czasu na tłumaczenia. Trzeba myśleć przyszłościowo, właśnie po to, by tego typu nagłych sytuacji unikać. Nie powinno się nakładać na organizację zmiany, która jest dla niej niezrozumiała.

Wytłumaczenie pracownikom danej firmy czy instytucji konieczności radykalnych transformacji oraz przekonanie ich o konieczności tychże wymaga przywódczych talentów.

 – Mamy do czynienia z dwoma różnymi typami przywództwa – mówi Grendowicz. – Jeden jest zwany przywództwem typu „come on”, a drugi typu „go on”. Obrazowo mówiąc, pierwszy z nich polega na tym, że lider wyskakuje z okopów razem z żołnierzami, licząc się z tym, że może polec. Drugi typ to przywództwo, w ramach którego lider pozostaje w bezpiecznym punkcie i obserwuje bitwę z daleka – mówi Grendowicz. – Pierwszy typ jest znacznie bardziej efektywny. Dyrektor czy prezes, chcąc zachęcić podwładnych do zmiany i wyrzeczeń, jakie często się z nią wiążą, musi sam w niej uczestniczyć.

Polscy golfiści promują golf wśród najmłodszych

CEO Magazyn Polska

Polscy golfiści, obchodzący w tym roku swoje 20-lecie, zamierzają skoncentrować się na popularyzacji tego sportu wśród najmłodszych. Żeby wykształcić kadrę profesjonalnych zawodników chcą wejść do polskich szkół i przygotować specjalny program rozwoju juniorów przy współpracy z właścicielami pól golfowych oraz ze sponsorami. Liczą też na to, że polski golfista będzie mógł reprezentować kraj na igrzyskach w Rio de Janeiro w 2016 roku.

W obecnym roku polscy golfiści z Polskiego Związku Golfa obchodzą 20. rocznicę istnienia, a ten okres uważają za obfitujący w sukcesy. Podczas drugiego już Okrągłego Stołu Polskiego Golfa, zorganizowanego przez PGA Polska, gracze, trenerzy, sponsorzy i właściciele pól doszli do wniosku, że celem na kolejne lata ma być głównie popularyzacja tego sportu wśród najmłodszych oraz zwiększenie współpracy organizacji, pól golfowych oraz sponsorów.

 – Wspólnym mianownikiem przyszłych działań musi być profesjonalizacja we wszystkich obszarach funkcjonowania tego sportu, czyli od organizacji pól, ich finansowanie, poprzez nabór, selekcję, wychowanie i przygotowanie zawodowej kariery zawodników, po popularyzację gry w golfa wśród amatorów – mówi Jarosław Sroka, prezes PGA Polska, Stowarzyszenia Instruktorów Golfa, zajmującego się szkoleniem profesjonalnych graczy.

Zwiększa się liczba najmłodszych graczy, choć nadal jest ich zbyt mało, by móc liczyć na pojawienie się utalentowanych zawodników mogących rywalizować i wygrywać w międzynarodowych zawodach.

 – Wciąż mamy stosunkowo mało juniorów ale pamiętajmy, że jeszcze parę lat temu było ich zaledwie 40. Dzisiaj w klubach golfowych zrzeszonych w naszym związku trenuje już 260 licencjonowanych zawodników w wieku juniorskim. Niestety to wciąż za mało jeżeli chcemy myśleć poważnie o wychowaniu „polskiego Tigera Woodsa” – uważa Marek Michałowski, prezes PZG.

By wyłuskać tego typu gwiazdy, juniorów powinno być kilka tysięcy. Dlatego Polski Związek Golfa przygotował wraz z partnerami Narodowy Program Rozwoju Juniorów. Inicjatywa wspierana przez PGA Polska, międzynarodową organizację golfową R&A oraz  pola golfowe na terenie całej Polski, skierowana jest do dzieci i młodzieży w wieku 5 – 18 lat  Golfiści starają się wejść z programem do szkół, podpisują umowy z wyższymi uczelniami, czy też tworzą struktury przyszłych juniorskich sekcji golfowych.

 – Uczymy przyszłych nauczycieli WF-u gry w golfa i technik jego nauki chociażby w najprostszym zakresie. Chcemy, żeby ten sport wszedł do szkół, może uda się powołać pierwsze klasy golfowe – liczy Marek Michałowski.

To w przyszłości ma przynieść wymierne korzyści, głównie pomóc w przygotowaniu kadry zawodowców. Prezes PGA Polska liczy, że Polacy zagrają w turniejach golfowych na kolejnych Olimpiadach – dziedzina ta po latach nieobecności wraca na igrzyska już w 2016 roku w Rio de Janeiro.

 – Jest już pokolenie młodych, utalentowanych polskich golfistów, którzy zdobywają swoje szlify, głównie na uniwersytetach amerykańskich. Tam budują swoje kompetencje mogąc jednocześnie grać i uczyć się. To są ludzie którzy docelowo mogą stać się fundamentem polskiej kadry zawodowej. Takie nazwiska jak Szmidt, Gradecki czy Meronk to dziś najjaśniejsze punkty naszej kadry, osoby, z którymi wiążemy największe nadzieje – dodaje Jarosław Sroka.

Wśród kobiet golfistek wymienia się Martynę Mierzwę, która w  ocenie specjalistów ma realne szanse na udział w igrzyskach w Rio De Janeiro.

PZG zapewnia, że nadchodzący rok będzie obfitował w wydarzenia: 13 turniejów z serii mistrzostw Polski, w tym drużynowe mistrzostwa Europy seniorów, reaktywowane po trzech latach klubowe mistrzostwa Polski juniorów.

 – Oprócz organizowanych cyklicznie od prawie 20 lat mistrzostw Polski: drużynowych, indywidualnych, kobiet i mężczyzn, seniorów, juniorów, pojawią się nowe turnieje – zapowiada prezes Polskiego Związku Golfa. – W tym roku po kilkuletniej przerwie reaktywowaliśmy wspólnie z PGA Polska z bardzo dużym sukcesem otwarte mistrzostwa polski zawodowców – Polish Open, które będziemy rozwijać organizacyjnie i sportowo w kolejnych latach. W przyszłym roku wraz z trójmiejskim polem Sierra będziemy gospodarzami bardzo prestiżowych zawodów Europejskiej Federacji Golfa – drużynowych mistrzostw Europy seniorów. Mamy nadzieję, że po tym wydarzeniu, turnieje rangi europejskiej i światowej zagoszczą w Polsce już na stałe.

Wrocław zwiększy w przyszłym roku wydatki. Miasto nie podniesie jednak podatków

W projekcie budżetu Wrocławia na przyszły rok najważniejsze projektem inwestycyjnym będzie m.in. budowa obwodnicy Leśnicy, dokończenie Narodowego Forum Muzyki i modernizacja szkół. 20 mln zł przeznaczono na budżet obywatelski. Miasto nie zamierza podnosić podatków lokalnych ani innych opłat ponoszonych przez mieszkańców.

Cały budżet Wrocławia na 2014 rok to 3,66 mld zł dochodów i 3,80 mld zł wydatków. Najwięcej pieniędzy pójdzie na oświatę – blisko 948 mln zł (24,6 proc), ponad 660 mln zł na transport (17,1 proc.), a ponad 312 mln zł (8,1 proc.) na kulturę.

Na inwestycje miasto chce w przyszłym roku wydac 663 mln zł.

 – Dla nas najważniejszym obszarem są lokalne drogi. W tych drogach największą pozycję stanowi obwodnica. Wydamy na ten cel w programie poprawy stanu technicznego nawierzchni jezdni i chodników ponad 30 mln zł – mówi Marcin Urban, skarbnik Wrocławia.

24 mln zł z budżetu na inwestycje miasto wyda oświatę, w tym na modernizacje i remonty szkół. Jest to związane ze zmianami w systemie oświaty i nowymi wymogami.

  Musimy przystosować się do tych nowych zasad, dotyczących choćby zmniejszenia liczby uczniów w klasach do 25 osób, kwestii logistyki, przemieszczania się, odległości między miejscem zamieszkania a szkołą. Musimy się do tych przepisów odpowiednio dostosować, stąd te inwestycje w naszych szkołach – mówi Urban.

Najbardziej znacząca pozycja inwestycyjna w budżecie miasta na przyszły rok to dokończenie Narodowego Forum Muzyki, w którym będzie sala koncertowa na 1800 miejsc, trzy sale kameralne, sale prób, pomieszczenia konferencyjno-biurowe, studio nagrań, przestrzeń wystawiennicza i parking podziemny. Na ten cel Wrocław przeznaczy w 2014 roku ponad 170 mln zł.

Planowany deficyt w budżecie miasto chce pokryć zaciągając kredyty. Mimo większych wydatków, władze nie planują zwiększenia obciążeń dla mieszkańców, podatki nie wzrosną, nie zmienią się też ceny biletów komunikacji miejskiej.

 – Dochody szczęśliwie rosną, ponieważ więcej osób korzysta z komunikacji, baza podatkowa nam przyrasta, więc wpływy są w tych pozycjach wyższe i nie podwyższamy opłat – wyjaśnia Urban.

Wrocławianie dostaną też możliwość zdecydowania, na co pójdzie 20 milionów złotych przeznaczonych na budżet obywatelski.

 – W tym budżecie również mile widziane są wszelkie inicjatywy mieszkańców, od tych najdrobniejszych: budowy chodnika, skweru przy szkole, wnętrza międzyblokowego, po społeczne projekty. Może to być festyn lokalny w danej dzielnicy – mówi skarbnik Wrocławia.

Wyborowa chce wejść na kolejne rynki. Na celowniku są RPA i Nigeria

Wyborowa, rodzima marka alkoholowa obecna na blisko stu rynkach świata, planuje ekspansję na nowe rynki oraz zwiększanie eksportu na dotychczasowych. Największe perspektywy dla siebie widzi w krajach rozwijających się, również w Afryce, zwłaszcza w RPA i Nigerii.

Choć Wyborowa jest już obecna w prawie stu krajach świata, nie zamierza na tym poprzestać.

 – Chcielibyśmy być przynajmniej w tych krajach, w których, zgodnie z zasadami obowiązującego lokalnie prawa, alkohole się spożywa – podkreśla Andrzej Szumowski, wiceprezes Wyborowej SA oraz prezes Stowarzyszenia Polska Wódka. – Polska wódka powinna być wszędzie tam, gdzie spożywany jest alkohol – taki jest nasz strategiczny cel.

Wyborowa jest w pierwszej dziesiątce najpopularniejszych wódek w Polsce (z 3 proc. udziałem w całym rynku) oraz najpopularniejszą wódką w segmencie Premium (24 proc. udziału). Wśród najważniejszych planów marki na przyszły rok jest umocnienie pozycji marki na obecnych rynkach eksportowych oraz ekspansja na nowe.

 – To oczywiście umocnienie swojej pozycji w mateczniku, czyli Polska, poza tym Unia Europejska, Ameryka Łacińska, Ameryka Północna, Azja. Pamiętajmy o bardzo perspektywicznym rynku, jakim jest szeroko rozumiana Afryka, a szczególnie jej południe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Andrzej Szumowski.

Do najbardziej perspektywicznych rynków z punktu widzenia rozwoju eksportu zalicza natomiast RPA oraz Nigerię.

 – W Republice Południowej Afryki tworzy się fantastyczny rynek, pewnie za kilka lat będziemy mogli powiedzieć, jak bardzo się stabilizuje, jaki szybki i dynamiczny będzie miał wzrost rynek na przykład Nigerii – prognozuje Szumowski. – Pamiętajmy, że konsumpcja alkoholu, a zwłaszcza z wyższej półki, wiąże się ściśle z poziomem ekonomicznym, gospodarczym poszczególnych krajów, a tak naprawdę społeczeństw. Tam gdzie wzrost będzie postępował, tam będą nasze produkty.

Sprzedaż wódki Wyborowej do Afryki ma obecnie jednocyfrowy udział w całości eksportu tej marki. Andrzej Szumowski ocenia, że właśnie teraz jest najlepszy moment do realizacji strategicznych założeń na tym kontynencie.

 – Jeżeli dzisiaj nie zaczniemy, na pewno jutro nas tam nie będzie – dodaje.

Wyborowa należy dziś do najbardziej znanych polskich marek, od ponad 80 lat jest sprzedawana na zagraniczne rynki. Była to również pierwsza wódka eksportowa. Na początku lat 90. Wyborowa była już trzecią najlepiej sprzedającą się wódką na świecie, ze sprzedażą na poziomie blisko 43 mln litrów.

Polfa planuje sprzedaż leków onkologicznych i nowoczesnych urządzeń medycznych. Inwestycje sfinansuje z emisji obligacji

Polfa SA chce w najbliższym czasie wprowadzić na rynek innowacyjne urządzenia medyczne oraz onkologiczne leki refundowane lub sprzedawane w przetargach na wszystkie rynki, na których działa. Kolejnym celem jest rozwój krajowej i zagranicznej sieci sprzedaży.  Ma jej to umożliwić publiczna emisja obligacji serii C, z której spółka zamierza pozyskać 10 mln zł.

Inwestorzy wciąż mają szansę zapisać się na papiery dłużne w publicznej ofercie Polfy. Ci, którzy zdecydują się na zakup obligacji serii C, zarobią w pierwszym okresie odsetkowym ponad 9,5 proc. w skali roku.

 – Czasu jest jeszcze dość kończymy emisję 10 grudnia. Do tego czasu można się zapisywać – potwierdza w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Rafał Bednarczyk, prezes Polfa SA. – Emisja jest na łączną kwotę 10 mln zł. To jest ta kwota, którą chcemy od obligatariuszy pozyskać.

Obligacje serii C Polfy są oferowane inwestorom indywidualnym i instytucjonalnym. Mają 3-letni okres zapadalności, a odsetki będą wypłacane co kwartał. Papiery będą zabezpieczone znakiem towarowym Polfy, którego wartość godziwą wyceniono na ponad 21 mln złotych. Jedna obligacja kosztuje 1000 złotych, taka jest również minimalna wartość zapisu.

Spółka chce pozyskać z rynku 10 mln złotych, które zamierza przeznaczyć na realizację głównych celów strategicznych.

 – Po pierwsze ma być to pozyskane na nowe produkty, które chcemy zakupić. W tej chwili zaczynamy specjalizację w dwóch obszarach, to jest onkologia i bardzo innowacyjne urządzenia medyczne. Trzeci obszar to jest rozwój sieci, którą w tej chwili już mamy – wymienia Rafał Bednarczyk.

W dziedzinie onkologii Polfie chodzi przede wszystkim o inwestycje w leki, które obecnie najlepiej zdobywają rynek.

 – Pieniądze, które z rynku pozyskujemy, dotyczą inwestowania w 2-3 brandy, które już gotowe chcemy zakupić – podkreśla prezes. – Czyli nie mówimy tu o lekach nowych, nie prowadzimy badań. Natomiast to są leki pierwszej potrzeby, onkologiczne, które ciągle są w obrocie i które rzeczywiście notują wzrost.

Firma chce również zainwestować w rozwój swojej sieci sprzedaży urządzeń medycznych. Duże nadzieje pokłada w produkowanych w Holandii innowacyjnych urządzeniach dla pacjentów z problemem nietrzymania moczu. Umożliwiają one wykonanie zabiegu w gabinecie lekarskim, bez konieczności hospitalizacji pacjenta, która obecnie w Polsce jest standardem.

Polfa specjalizuje się w eksporcie, głównie na Wschód. Od kilkudziesięciu lat sprzedaje leki m.in. do krajów byłego ZSRR i Wietnamu. Od niedawna eksportuje też urządzenia medyczne. Spółka przechodzi obecnie proces transformacji, co wiąże się m.in. z restrukturyzacją. Dlatego część środków z emisji zostanie przeznaczonych na zmiany organizacyjne w tym zakresie, a także na rozbudowę sieci sprzedaży.

 – Mamy 7 przedstawicielstw, od Białorusi do Wietnamu. Historycznie to jest właśnie specjalizacja w obrębie Wschodu, zarówno tego bliższego, jak i dalekiego – dodaje Bednarczyk. – Od 17 września 2012 roku, kiedy kupiliśmy firmę od Ciechu, trwa restrukturyzacja i zmiana zarówno sposobu działania, jak i pewnych standardów, w kierunku od firmy państwowej do firmy prywatnej, którą teraz jesteśmy.

Biura podróży miały dobry rok. Obyło się bez bankructw

CEO Magazyn Polska

Znacznie spokojniejszy rok od poprzedniego odnotował sektor turystyczny, który w 2012 r. dotknęła fali bankructw. Mimo konfliktów i zamieszek panujących w północnej Afryce, biura podróży odnotowały dobre wyniki sprzedaży. Spadek liczby wyjazdów do Egiptu czy Tunezji został zrekompensowany przez większą popularność wycieczek do krajów europejskich  zwłaszcza do Grecji, Chorwacji i Hiszpanii.

 – Powróciliśmy do normalności po burzliwym ubiegłym roku. W bieżącym mieliśmy niewiele bankructw biur podróży i touroperatorów. Jeśli już, to upadły podmioty mniejsze, bez istotnego wpływu na rynek. To był generalnie dobry rok dla branży, przede wszystkim ze względu na dodatnie wyniki finansowe firm – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Rosset, sekretarz generalny w Polskiej Izbie Turystyki.

W poprzednim sezonie z powodu utraty płynności finansowej działalność zakończyło kilkanaście biur podróży. Były to również duże i znane od lat na rynku marki. Kłopot z powrotem do kraju miało 7 tys. turystów, a za ich sprowadzenie musiały zapłacić urzędy marszałkowskie. 

W tym roku zdecydowanie więcej wycieczek sprzedawanych było w ofercie first minute, również dzięki odpowiednim zachętom dla klientów ze strony biur podróży. Rynek oczyścił się, biura zaczęły starannie kalkulować koszty, wybór ofert został przez to nieco ograniczony, ale za to staranniej wyselekcjonowany. 

 – Oferta sprzedaje się teraz zwykle wcześniej, co powoduje, że  na last minute pozostaje bardzo niewiele propozycji. Polacy już się zorientowali, że aby było taniej, niekoniecznie trzeba czekać do ostatniej chwili.  Wówczas może się okazać, że nie ma z czego wybierać i paradoksalnie nawet bywa drożej – wyjaśnia Tomasz Rosset.

Hitem sezonu letniego okazała się Grecja, a w szczególności jej liczne wyspy. Z danych portali podróżniczych wynika, że więcej niż co piąty turysta wybrał na cel podróży właśnie ten kraj. Jak co roku dużo podróżnych wyjechało do Turcji i Hiszpanii. Duży wzrost odwiedzających zanotowano w Chorwacji w związku z jej przystąpieniem do Unii Europejskiej. Mimo niespokojnej sytuacji w Egipcie i Tunezji, ciągle wielu turystów wybierało również te kierunki. 

Wbrew prognozom sprzed sezonu, Polacy nie zrezygnowali z usług touroperatorów, by organizować wyjazdy na własną rękę.

 – Polacy chętnie korzystali z usług biur podróży. Jak widać, kryzys na tę branżę i na ten rodzaj wydatków specjalnie się nie przełożył. Kolejny dobry prognostyk to dobrze sprzedająca się oferta zimowa. Miejmy nadzieję że ten wzrostowy trend będzie dotyczył całej polskiej gospodarki – podsumowuje Tomasz Rosset.

Wizyta mikołaja to koszt od 30 do 250 złotych. Dodatkowe atrakcje kosztują nawet pięciokrotnie więcej

Najlepiej przed Bożym Narodzeniem zarobią mikołajowie z dużych miast. Za taką atrakcję w Warszawie średnio trzeba będzie zapłacić od 150 do nawet 200 złotych. Taniej jest w mniejszych miejscowościach, gdzie odwiedziny brodatego gościa można zamówić już za 30 złotych. Podobne różnice między miejscowościami dotyczą usług przedświątecznego sprzątania, zrobienia świątecznych zakupów czy gotowania. Coraz popularniejszym sezonowym zawodem staje się doradca przy zakupach prezentów.

Sezon podarunków zaczął się już wczorajszej, mikołajkowej nocy. Obowiązek wręczenia ich najmłodszym coraz częściej powierzany jest profesjonalnym mikołajom.

  Mikołaj zarabia przeciętnie od 30 do ponad 200 złotych. Wszystko to zależy od miejsca i wielkości miasta, w którym pracuje – mówi agencji informacyjnej Newseria dr Kazimierz Sedlak, dyrektor zajmującej się badaniami rynku pracy firmy Sedlak & Sedlak.

W największych miastach wynajęcie świętego mikołaja to wydatek przeciętnie od 150 do 250 złotych.

 – Jak się okazuje, mikołajowie nie są najdrożsi w Warszawie. W miastach takich jak Poznań, Gdańsk oczekują wyższego honorarium niż w stolicy – podkreśla Kazimierz Sedlak.

By wygrać z konkurencją, wielu mikołajów próbuje uatrakcyjnić swoją ofertę. To jednak oznacza często znacznie wyższą cenę.

  W tym roku znaleźliśmy oferty mikołajów, którzy są gotowi do nas przyjechać w towarzystwie renifera. Taka oferta kosztuje już 1000 złotych – mówi Kazimierz Sedlak. – Mikołaj również może przyjechać do nas saniami, o ile oczywiście jest śnieg i wtedy to kosztuje dodatkowo od 100 do 300 złotych. Może też do dziecka wcześniej zadzwonić i to kosztuje ok. 50 zł.

W mniejszych miejscowościach mikołaj złoży wizytę już od 30 złotych w górę.

Przedświąteczne tygodnie to również okres intensywnych przygotowań. Coraz częściej poszukiwane są osoby, które pomogą w generalnych porządkach w domu.

  Stawki kształtują się też właściwie od wielkości miasta, ale to jest od 10 do 20 złotych za godzinę pracy, przy pracach prostych, jak gotowanie, sprzątanie czy robienie zakupów – wymienia Kazimierz Sedlak.

Pomoc osobistego doradcy, który razem z nami wybierze prezenty, jest znacznie droższa.

 – Taka osoba oczekuje znacznie wyższego honorarium. Ma zdecydowanie wyższe kompetencje zawodowe, bo doradzanie to trudna rzecz, szczególnie kobietom, i wtedy stawki są wyższe – wynoszą od 100 do 200-300 złotych za jedno wspólne wyjście na zakupy – dodaje Kazimierz Sedlak.

Prezydent chce, by o lokalnych inwestycjach decydować na drodze referendum

CEO Magazyn Polska

W przyszłym tygodniu odbędzie się publiczne wysłuchanie prezydenckiego projektu ustawy samorządowej. Zgodnie z nim lokalne referenda byłyby ważne bez względu na liczbę osób, biorących udział w głosowaniu. Wyjątek dotyczyłby tych głosowań, które miałyby decydować o odwołaniu władz samorządowych, wybranych wcześniej w wyborach bezpośrednich. Prezydent ma nadzieję, że dzięki zmianom w ustawie, referenda wykorzystywane będą m.in. przy podejmowaniu decyzji o wydatkowaniu lokalnych środków budżetowych.

Prezydencki projekt ustawy samorządowej jest w tej chwili przedmiotem prac w sejmowych podkomisjach. Propozycje mają sprzyjać rozwojowi społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi o częstsze niż dotąd wykorzystywanie referendów w procesie podejmowania decyzji ważnych dla lokalnej społeczności.

 – Korzyści z referendum lokalnego, z demokracji bezpośredniej należy również zobaczyć jako pozytywne wartości dla efektywnego wydatkowania środków publicznych w kontekście perspektywy finansowej Unii Europejskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Olgierd Dziekoński, sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.

Część spośród 400 mld zł, które mają trafić do nas na przestrzeni najbliższych siedmiu lat, będzie do rozdysponowania na poziomie lokalnym. O celach ich wydatkowania mogłyby, zdaniem głowy państwa, decydować lokalne społeczności w drodze referendum.

 – Mamy świadomość, że to może przedłużać proces decyzyjny, planowania i organizowania, ale warto dla niektórych przedsięwzięć, szczególnie tych, które są związane z rozwojem lokalnym, zintegrowanym rozwojem terytorialnym gmin i otaczających je mniejszych miejscowości,  by środki były przeznaczane i wykorzystywane po zasięgnięciu pogłębionej opinii mieszkańców – mówi Dziekoński.

Zdaniem prezydenckiego ministra, pozwoli to uniknąć realizacji nietrafionych inwestycji. Co więcej, powinno zwiększyć zdolność współfinansowania niektórych inwestycji z pieniędzy lokalnych. 

 – Istnieje propozycja tworzenia mechanizmów referendum tematycznego lokalnego, jak i również stworzenia struktur organizacyjnych, samorządowych, przekraczających granice jednej gminy lub jednego powiatu – tłumaczy sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta.

Prezydencki projekt zakłada zniesienie progów dla referendów tematycznych. Oznaczałoby to w praktyce wprowadzenie modelu szwajcarskiego. Referenda na poziomie kantonów organizowane są tam od lat 30-tych XIX w. Średnio przeprowadza się ich 5 rocznie. W 1948 roku przeprowadzono pierwsze referendum na poziomie centralnym. Tego typu plebiscytów organizowanych jest każdego roku średnio dziesięć.

 – W przypadku prezydentów miast, którzy są wybierani w bezpośrednich wyborach, proponujemy utrzymanie dobrej, starej demokratycznej zasady, że dla odwołania jest potrzebna taka sama ilość osób, jak przy powołaniu danej osoby, czy też członków danej instytucji – mówi Olgierd Dziekoński.

Dziś, by referendum w sprawie odwołania władz lokalnych było wiążące, musi wziąć w nim udział 3/5 liczby osób, uczestniczących w wyborach powołujących te władze.

Nowe przepisy, proponowane przez głowę państwa krytykowane są przez kluby opozycyjne. Zwłaszcza przez Prawo i Sprawiedliwość, Solidarną Polskę i Ruch Palikota.

Azja najatrakcyjniejsza dla zagranicznych inwestorów. Chiny szansą dla firm handlowych i usługowych

Azja pozostaje dziś najatrakcyjniejszym obszarem inwestycyjnym – uważa Jarosław Dąbrowski, Prezes Zarządu Domu Maklerskiego DF Capital. Mimo przejściowych kłopotów z początku roku, są to kraje, które jeszcze przez kolejne dziesięciolecia będą rozwijać się najszybciej na świecie. Zwłaszcza Chiny, które zmieniają specyfikę swojej gospodarki. Przestają być największym światowym producentem, a stają się wymagającym konsumentem.

PKB Chin w III kwartale tego roku wzrósł o 7,5 proc. Zwiększyła się produkcja przemysłowa – w porównaniu z III kwartałem ubiegłego roku o ponad 10 proc. O ponad 13 proc. wzrosła była sprzedaż detaliczna.

 – Konsumpcja rośnie szybciej niż produkcja przemysłowa, co jest bardzo znaczącym faktem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Dąbrowski, szef Domu Maklerskiego DF Capital. – Chiny przestawiają się z kraju, który jest wielką fabryką świata w kierunku kraju, który jest największym rynkiem konsumenckim świata.

Zmiana w chińskiej gospodarce to efekt celowych działań, podejmowanych przez rząd premiera Li Keqianga. Program stymulacji fiskalnej nastawiony jest m.in. na redukcję podatków i rozwój infrastruktury. Szansę na rozwój na konsumenckim rynku Państwa Środka dostrzegają np. amerykańskie największe sieci handlowe i usługowe.

 – Starbucks ogłosił, że w ciągu następnych kilku lat chce mieć piętnaście tysięcy kawiarni w Chinach, a Walmart mówi o kilku tysiącach supermarketów – mówi Dąbrowski. – Amerykanie wiedzą, że przez następne 20, a nawet 30 lat Chiny będą największym rynkiem konsumenckim na świecie.

Podkreśla, że atrakcyjność Azji to nie tylko chłonny rynek chiński. Coraz większą otwartość na zagranicznych inwestorów wykazują inne kraje regionu, jak Tajlandia, Malezja czy Indonezja. Polskim firmom i producentom, zainteresowanym rynkami azjatyckimi, sprzyja wzrost zaufania mieszkańców tych krajów do europejskich produktów, z metką „made in EU”.

Dlatego, według Jarosława Dąbrowskiego, polski rząd nie powinien faworyzować Afryki kosztem Azji.

 – XXI wiek to jeszcze nie będzie wiek Afryki, przynajmniej pierwsza połowa, ale wiek Azji – mówi prezes zarządu Domu Maklerskiego DF Capital.  – Myślę, że dylemat: Afryka czy Azja jest fałszywy. Trzeba działać w obu kierunkach. Należy to jednak poprzedzić bardzo solidną analizą, inaczej będziemy mieli problemy, które uniemożliwią nam zdobycie obu rynków.

Jak dodaje, Afryka podąża śladem rozwoju Azji, ale inwestorów zainteresowanych zaistnieniem na tamtejszym rynku czeka przynajmniej na razie wiele pułapek. To nie tylko kwestia infrastruktury, która w Azji jest nieporównywalnie lepsza. To również inna kultura prowadzenia biznesu: różnice w prawie, zasadach handlowych czy systemie sądowniczym.

Janusz Piechociński chce jak najszybciej zwołania polsko-ukraińskiego forum gospodarczego

Polski resort gospodarki chce jak najszybciej uzgodnić ze stroną ukraińską nowy termin spotkania polskich i ukraińskich przedsiębiorców deklaruje minister gospodarki Janusz Piechociński. Wicepremier odwołał swój wyjazd do Lwowa na zaplanowane na miniony poniedziałek forum. Powód to polityczne napięcie na Ukrainie i trwające w Kijowie i Lwowie prounijne demonstracje. Jednocześnie Ministerstwo Gospodarki podkreśla, że Warszawie zależy na dobrych relacjach z ukraińskim biznesem, zwłaszcza, że polski eksport do tego kraju dynamicznie rośnie.

W polsko-ukraińskim forum gospodarczym mieli wziąć udział prezydenci Bronisław Komorowski i Wiktor Janukowycz. Mieli oni też otworzyć przejście graniczne Budomierz-Hruszew. Bronisław Komorowski chciał porozmawiać z ukraińskim partnerem o decyzji zawieszenia przygotowań do stowarzyszenia z Unią Europejską. Spotkanie nie doszło jednak do skutku, bo prezydent Ukrainy odwołał swój przyjazd. Forum zostało odwołane. Strona polska nie rezygnuje jednak z rozmów z sąsiadem.

 – Kurs Ukrainy na Zachód, podnoszenie standardów, choćby wydolności sądów, transparentności w relacjach między przedsiębiorcami, służy polskiej przedsiębiorczości, więc teraz każde zachwianie, zakłócenie tych zasad może wywołać niepokojące napięcia, stąd moja determinacja, żeby bardzo szybko uzgodnić z wicepremierem Ukrainy spotkanie w ramach zaległego forum – deklaruje wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

Ukraina zrezygnowała z podpisania umowy stowarzyszeniowej na tydzień przed szczytem Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Jako powód władze w Kijowie podały trudną sytuację gospodarczą i brak rekompensaty dla Ukrainy, która po stowarzyszeniu musiałaby wprowadzić bariery w handlu z Rosją.

Argumentem strony polskiej jest przede wszystkim szansa na rozwój gospodarczy. Dlatego politycy nie zamierzają zrywać rozmów z ukraińskimi partnerami.

 – Im więcej będzie dobrych relacji biznesowych i gospodarczych z Ukrainą, tym wyraźniejsze potwierdzenie, że warto być w naszym systemie wartości i warto patrzeć, co w polskiej gospodarce w ostatnich 25 latach pozytywnego się wydarzyło – podkreśla Janusz Piechociński.

Jak podkreśla, również Polsce współpraca z Ukrainą już przynosi wymierne gospodarcze efekty.

 – Trzeba cieszyć się, że przepustowość granicy polsko-ukraińskiej wzrosła o 10 proc.: do 3 tys. samochodów na dobę i do 8 tys. ludzi więcej. To jest ważne dla Podkarpacia i dla okręgu lwowskiego, szczególnie ważne dla powiatu lubaczowskiego – wymienia Janusz Piechociński. – Otwarta granica zewnętrzna jest potrzebna nie tylko dla dobrej wymiany i sąsiedzkich dobrych relacji ludzi, studentów, naukowców, turystów, ale przede wszystkim potrzebna gospodarce.

Utworzenie Polskiego Holdingu Lotniczego nie uratuje LOT-u, a może zaszkodzić Lotnisku Chopina

CEO Magazyn Polska

Propozycja połączenia Polskich Linii Lotniczych LOT i operatora Lotniska Chopina w Polski Holding Lotniczy to złe rozwiązanie – ocenia Jakub Doński-Lesiuk z Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy. Polski narodowy przewoźnik przynosi straty, a warszawskie lotnisko – duże zyski. Utworzenie PHL-u w dłuższej nie uratuje LOT-u perspektywie.

 – W mojej ocenie połączenie PPL i PLL LOT nie jest dobrym rozwiązaniem. Mam obiekcje, czy fundamenty filozofii prawa gospodarczego (tak wspólnotowego, jak i naszego krajowego), w ogóle dadzą możliwość skonstruowania takiego układu, w którym podmiot funkcjonujący dobrze, czyli Lotnisko Chopina i kolos na glinianych nogach, jakim się wydaje LOT, będą mogły stworzyć jednostkę – ocenia w rozmowie z Agencją Informacyjną Newseria Jakub Doński-Lesiuk z Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Stworzenie Polskiego Holdingu Lotniczego jest jedną z rozważanych przez rząd możliwości poprawy kondycji finansowej LOT-u. Minister skarbu przyznał w listopadzie, że takie rozwiązanie wchodzi w grę. Jednak decyzje jeszcze nie zapadły, a pomysł pozostaje w sferze analiz. PHL miałby prawdopodobnie połączyć LOT, PPL lub wydzielone ze spółki Lotnisko Chopina (PPL poza zarządzaniem warszawskim lotniskiem ma także udziały w kilku portach regionalnych), a także mniejsze spółki z branży, zajmujące się m.in. obsługą techniczną samolotów i cateringiem.

Połączenie głównego lotniska i przewoźnika narodowego w jeden holding zostało przeprowadzone w Czechach. Nie wiadomo jednak, czy na taki krok w Polsce zezwoliłyby przepisy, gdyż UE wymaga rozdziału linii lotniczych i zarządców lotnisk.

Doński-Lesiuk dodaje, że poza przeszkodami prawnymi są również wątpliwości ekonomiczne. LOT miał w 2012 r. stratę na działalności podstawowej wynoszącą 146,5 mln zł. Przewoźnik funkcjonuje dzięki otrzymanym w grudniu ubiegłego roku 400 mln zł pomocy publicznej. Tymczasem PPL ma bardzo dobre wyniki – spółka w ubiegłym roku miała zysk na poziomie 62,4 mln zł netto.

 – Wątpię, żeby łączenie dobrze funkcjonującego podmiotu z tonącym okrętem, jakim jest LOT, było ze strategicznego punktu widzenia rozwiązaniem właściwym. Cała ta sytuacja pokazuje raczej, jak bardzo brakuje w Polsce strategicznego myślenia i jak władze skoncentrowane są raczej na gaszeniu pożarów, aniżeli na znajdowaniu systemowych rozwiązań, które są w stanie skutecznie pewne problemy nie tyle nawet przezwyciężyć, co im zapobiegać – podkreśla Doński-Lesiuk.

Dodaje, że problemy, z którymi boryka się LOT od kilku lat, są właśnie dowodem na brak strategicznego myślenia. W jego opinii jeszcze pięć lat temu była szansa na udaną prywatyzację przewoźnika, ale została ona zmarnowana. Przewoźnik po raz ostatni zanotował zysk na działalności podstawowej w 2007 r. – wyniósł on 94 mln zł. Od 2008 r. LOT nieprzerwanie notuje stratę zarówno na działalności podstawowej, jak i netto, choć wyniki w drugiej połowie tego roku są lepsze od zakładanych.

Doński-Lesiuk przewiduje, że linia lotnicza nie poprawi swoich wyników. Pomimo 400 mln zł już otrzymanej pomocy publicznej i przygotowanej drugiej transzy w wysokości 381 mln zł, ekspert ocenia, że sytuacja LOT-u będzie się pogarszać.

 – Nie do końca rozumiem, dlaczego nasze władze tak usilnie starają się ocalić LOT jako naszego narodowego przewoźnika. Ja osobiście wolałbym, żeby z moich podatków nie były dotowane przedsiębiorstwa generujące straty i wydaje mi się, że w XXI wieku, w warunkach gospodarki wolnorynkowej, utrzymywanie na siłę podmiotu będącego kolosem na glinianych nogach tylko dlatego, że jest „narodowy”, nie jest do końca właściwym kierunkiem – ocenia Doński-Lesiuk.

Podkreśla, że LOT stracił szansę na ekspansję na nowych rynkach, m.in. w bogatych surowcowo krajach Kaukazu (Azerbejdżan) i Azji Środkowej (Kazachstan). Natomiast całkiem udanie na tych kierunkach rozwinęły swoją ofertę chociażby czeskie linie lotnicze CSA. Teraz LOT nie może otwierać nowych tras, bo zabrania tego Komisja Europejska. Ograniczenie siatki połączeń to standardowy tzw. mechanizm kompensacyjny narzucany przewoźnikom, którzy otrzymują wsparcie z budżetu państwa.

 – Jesteśmy w sytuacji, że trzeba znowu pilnie „ugasić pożar”, a mało kto się zastanawia, że można było tego pożaru uniknąć podejmując odpowiednie decyzje z wyprzedzeniem. I cały ten pomysł stworzenia holdingu na bazie Lotniska Chopina i LOT-u może odbić się czkawką i dla jednego, i dla drugiego. Czy LOT jest w stanie się uratować, czas pokaże, ja raczej w to wątpię – uważa Doński-Lesiuk.

M. Gronicki: obowiązujący zakaz reklamy aptek jest defektem prawnym

Aptekarze oraz organizacje pacjenckie walczą o uchylenie przepisu o zakazie reklamowania aptek albo jego doprecyzowanie. Tłumaczą, że godzi on przede wszystkim w interesy pacjentów, którzy mają ograniczony dostęp do istotnych dla nich informacji. Bezzasadność obowiązywania przepisu dostrzegają również ekonomiści. – Ta regulacja jest defektem prawnym, więc powinna być uchylona – uważa ekonomista i były szef resortu finansów, Mirosław Gronicki.

Mirosław Gronicki zgadza się z argumentami, podnoszonymi przez branżę farmaceutyczną. Mówi, że nie można wprowadzać zakazu tylko po to, żeby na przykład regulować konkurencję na rynku sprzedaży leków. Tym bardziej, że zakaz przynosi odwrotne niż zamierzone skutki.

 – Cokolwiek będziemy mówić na usprawiedliwienie tego  zakazu, w końcowym efekcie dotknięty najbardziej będzie konsument – mówi ekonomista agencji informacyjnej Newseria Biznes. – Reklama jest formą przekazywania informacji.

Jak podkreśla Mirosław Gronicki, nie jest to jednak jedyne źródło informacji o leku. Pacjent ma możliwość weryfikowania zawartych w reklamie danych, sięgnięcia po inne materiały czy rozmowy z farmaceutą.

Dlatego, zdaniem Gronickiego, zakaz reklamy aptek można traktować jako defekt prawny, który z tego powodu powinien zostać cofnięty.

 – Z punktu widzenia logicznego rozbioru tej regulacji, wszystko wskazuje na to, że ona jest defektem prawnym, więc powinna być uchylona w związku z tym, że jest ona niekorzystna dla konsumentów, a jednocześnie nie jest spójna z prawem, które w Polsce obowiązuje. Z prawem zarówno krajowym i unijnym – mówi Gronicki.

Zakaz reklamy aptek i punktów medycznych obowiązuje od 1 stycznia ubiegłego roku. Od początku obowiązywania budził szereg wątpliwości, zwłaszcza środowiska farmaceutycznego. Aptekarze wielokrotnie apelowali do ministerstwa zdrowia o jego doprecyzowanie. Chcieliby, by zakaz dotyczył – jak wcześniej – jedynie leków refundowanych. Resort zdrowia najpierw przychylił się do ich prośby i umieścił odpowiednie zapisy w projekcie nowelizacji ustawy refundacyjnej, by później się z tego wycofać. W ostatecznej wersji dokumentu, który trafił pod obrady rządu, wspomnianych zapisów nie ma.

 – Rola regulatora polega na tym, żeby określić ramy prawnej działalności, ale nie na zasadzie takiej, że wprowadza się zakazy bądź nakazy działalności – mówi ekonomista. – Na tym polega swoboda działalności gospodarczej, żeby można było optymalizować swoje działania w ramach określonych ograniczeń.

Za złamanie zakazu reklamy grozi do 50 tysięcy złotych kary.

Do Polski popłynie gaz z Kataru, Afryki i Ameryki

CEO Magazyn Polska

Gaz-System przeznaczy na rozbudowę polskiej infrastruktury do końca przyszłego roku 8 mld zł. Dzięki temu będziemy mogli pozyskiwać surowiec także z tak odległych miejsc jak Katar, Afryka czy Ameryka. Inwestycje we wspólny rynek energii mają przede wszystkim doprowadzić do wprowadzenia jednolitych i niższych cen, a także zwiększyć konkurencje.

 –  Do końca 2014 roku łącznie z terminalem LNG w Świnoujściu wydamy 8 mld złotych. Sam terminal będzie kosztował 2,5-3 mld złotych. Ale to jest tylko jedna trzecia wszystkich naszych inwestycji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Chadam, prezes Gaz-Systemu.

Zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego Polski i wyrównanie szans w konkurowaniu na unijnym rynku to główne cele związane z inwestycjami w infrastrukturę. Gaz-System przeznaczy pieniądze m.in. na rozbudowę transgranicznych systemów gazowych z polskimi sąsiadami oraz na budowę ponad 1 tys. km nowoczesnej magistrali gazowej. Istotnym elementem tej infrastruktury jest wspomniany terminal, którego budowa ma zostać ukończona w grudniu 2014 roku.

 – Terminal daje dostęp do rynku globalnego, co oznacza, że będziemy mogli kupić gaz w dowolnym miejscu na świecie, np. w Katarze, bo mamy podpisany jako Polska i PGNiG kontrakt z Katarem, również w Afryce Północnej, w Ameryce Środkowej, czy w przyszłości w Stanach Zjednoczonych – podkreślał Jan Chadam podczas Konferencji Energetycznej EuroPOWER, zorganizowanej przez MM Conferences.

Z dotychczas zakontraktowanych środków na poziomie około 3,6 mld złotych, którymi dysponuje Gaz-System, połowa pochodzi od konsorcjum banków komercyjnych w ramach długoletniego programu emisji obligacji. Pozostałe pieniądze zostały pożyczone od instytucji europejskich, na bardziej preferencyjnych warunkach.

 – Spółka ma wysokie wskaźniki rentowności i to jest przede wszystkim źródło finansów tych projektów. Aplikujemy także o środki unijne i mamy dobre rezultaty, np. dzięki tym dotacjom pozyskaliśmy około 2 mld zł na infrastrukturę. Nie przenosimy więc tych kosztów na ostatecznego odbiorcę. Pozostałe pieniądze pożyczamy na rynku w ramach długoterminowych umów finansowych, przede wszystkim z europejskich instytucji, głównie z  Europejskiego Banku Inwestycyjnego, Europejskiego Banku Odbudowy i Rozwoju, ale również z banków komercyjnych – wymienia Jan Chadam.

„Łowcy głów” znów mają ręce pełne roboty. Firmy zaczynają szukać pracowników na najwyższe stanowiska

Oznaki gospodarczego ożywienia widać w zleceniach dla firm rekrutujących kadrę zarządzającą. Nie tylko przybywa im klientów, ale coraz częściej menadżerów poszukują nowe firmy, często wchodzące na polski rynek lub tworzące nowe działy i stanowiska pracy. W poprzednich, gorszych dla gospodarki, latach do headhunterów zgłaszały się firmy chcące wymienić kadrę zarządzającą, która nie sprawdziła się w kryzysie.

 – Pierwsze kwartały tego roku były nieco spowolnione, teraz zdecydowanie dynamika rynku wzrosła. W tym kwartale widać ożywienie ekonomiczne, którego rezultatem jest większa liczba projektów w naszej branży – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Baranowska, partnerka zarządzająca Horton International Poland, firmy, zajmującej się rekrutacją kadry zarządzającej. – W tym roku mamy więcej projektów start-upowych, dla nowych firm, a nie tylko dotyczących wymiany zatrudnionych.

To tendencja towarzysząca wzrostowi gospodarczemu. Oznaki ożywienia, widoczne już w poprawiających się wskaźnikach makroekonomicznych za III kwartał, zaczynają przekładać się na większy ruch w tworzeniu nowych miejsc pracy. Ostatnie tygodnie roku są jeszcze lepsze.

 – Kryzys sprzyja wymianom na najwyższym szczeblu, a my szukamy wtedy innych ludzi na dane stanowisko. Gdy z kolei gospodarka się rozwija, to powstają nowe przedsiębiorstwa, które potrzebują  kadry zarządzającej – wyjaśnia Baranowska.

Rynek headhunterski rośnie

Jak podkreśla przedstawicielka Horton International Poland, polski rynek usług executive search  jest jeszcze młody i w porównaniu z krajami Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych wciąż mało rozwinięty.

 – Jest tu przestrzeń do rozwoju – przede wszystkim dla tych korporacji, dla których firmy executive search już pracują, a potrzebują dodatkowych usług. Ale to też możliwość edukowania polskich właścicieli firm, pokazywania im jaka jest wartość dodana usług executive search, czyli poszukiwania kandydatów najwyższego szczebla, jakie to może przynieść korzyści dla firmy – mówi Paulina Baranowska.

W listopadzie spółka Executive People, zajmująca się rekrutacją dla kadry zarządzającej wysokiego szczebla, została partnerem międzynarodowej firmy headhunterskiej – Horton International. Jako jej wyłączny partner na rynku polskim będzie kontynuować działalność pod marką Horton International Poland.

 –  Dołączenie do międzynarodowej sieci daje nam przewagę – mówi Baranowska. – W przyszłym roku chcemy pojawić się w nowych sektorach. W tym roku były to branże budowlana i telekomunikacyjna. W przyszłym zamierzamy wejść w sektor energetyczny, logistyczny i paliwowy.

Polscy przedsiębiorcy nie chronią i nie szyfrują danych osobowych

CEO Magazyn Polska

Polscy przedsiębiorcy słabo chronią dane osobowe klientów. Wypływają one nawet z bardzo dużych spółek, takich jak operatorzy teleinformatyczni. Niewiele podmiotów, które gromadzą dane osobowe ma wiedzę o sposobach ich zabezpieczenia lub szyfrowania. Generalny Inspektorat Ochrony Danych Osobowych z niepokojem czeka na wprowadzenie elektronicznego systemu informacji medycznej.

 – Podmioty w zakresie danych osobowych muszą wypełniać podstawowe obowiązki. To znaczy, że np. piekarz, który będzie prowadzić zbiór klientów lojalnościowych, musi wiedzieć, że to jest zbiór danych osobowych, że musi go zabezpieczyć, że nie można korzystać z internetu nie mając zabezpieczenia. Już nie mówię o szyfrowaniu czy innych formach zabezpieczenia. Ludzi stać na internet, na komputer, a na zabezpieczeniu już oszczędzają – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Andrzej Lewiński, zastępca Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych.

Lewiński podkreśla, że rozwój technologii pogłębia problemy związane z ochroną danych osobowych. Rosną możliwości ich przetwarzania, ale przedsiębiorcy nie nadążają z zabezpieczeniami. Powoduje to duże wycieki, takie jak niedawne wypłynięcie danych 400 tys. klientów jednej z firm telekomunikacyjnych. Ujawnione zostały imiona, nazwiska, adresy, numery dowodów i PESEL, a także adresy e-mailowe.

Zgodnie z prawem w takiej sytuacji operatorzy nie tylko muszą zgłosić wyciek do GIODO w ciągu trzech dni, ale również powiadomić osoby, których dane wypłynęły. To może prowadzić do procesu odszkodowawczego. Lewiński podkreśla, że w takiej sytuacji niezbędne jest ustalenie, czy doszło do celowego ujawnienia danych np. przez pracownika firmy, czy też do włamania hakerskiego.

GIODO z niepokojem patrzy też na proces wprowadzania elektronicznej informacji medycznej. System zacznie działać od sierpnia przyszłego roku.

 – Chciałbym zapytać, który lekarz prowadzący dzisiaj praktykę prywatną szyfruje dane w swoim laptopie czy pendrivie. Jeżeli takie dane wypłyną, a są one szczególnie wrażliwe, będą potężne konsekwencje dla posiadającego takie dane. Więc prowadzimy bardzo intensywne próby szkolenia, ale my nie przeszkolimy jako GIODO 80 tysięcy lekarzy prowadzących działalność, muszą to robić izby lekarskie, ich ustawowy samorząd – zaznacza Lewiński.

Podobnie jest w przypadku rzemieślników. Większość zrzeszonych w Związku Rzemiosła Polskiego osób, z których większość zarządza danymi osobowymi swoich klientów. Lewiński ocenia jednak, że większość z nich nie wie nawet o tym, że są takimi administratorami. Nie mają także świadomości obowiązków i grożących im konsekwencji.

 – Trzeba zwiększać świadomość wśród polskich przedsiębiorców. Świadomość o odpowiedzialności i o obowiązkach z tytułu przetwarzania danych osobowych jest mocno niewystarczająca. Po pierwsze, każdy musi wiedzieć, że jest administratorem danych osobowych – mówi Lewiński. – A druga podstawowa rzecz to zabezpieczenia. Nie do przyjęcia jest sytuacja, gdy urzędnik gubi np. pendrive’a służbowego, z wrażliwymi danymi, które nie zostały zaszyfrowane.

Dodaje, że prawo stoi po stronie ochrony danych osobowych. Za niezapewnienie ich bezpieczeństwa grozi według Ustawy o ochronie danych osobowych do roku więzienia.

Ochronę danych osobowych może wzmocnić Unia Europejska. Nad nowym rozporządzeniem w tym zakresie toczy się dyskusja w Parlamencie Europejskim. O przyjęcie prawa jeszcze w tej kadencji, która kończy się w maju przyszłego roku, apelują także polskie władze. Pod koniec października za rozporządzeniem zagłosowali europosłowie Komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych. Rozporządzenie przewiduje m.in. wyższe kary za złe zarządzanie danymi osobowymi oraz wprowadza tzw. „prawo do usunięcia”.

Benzyna może znowu kosztować poniżej 5 zł za litr

Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl

Chociaż trend spadkowy cen na stacjach paliw nieco wyhamował, w ostatnich tygodniach na pojedynczych stacjach kierowcy mogli zatankować za mniej niż 5 zł za litr benzyny. Na razie średnia cena PB95 utrzymuje się na poziomie ok. 40 groszy wyższym, ale analitycy rynku paliw uważają, że w dłuższej perspektywie dalsze obniżki, nawet poniżej granicy 5 zł, są możliwe. Wszystko zależy od sytuacji na Bliskim Wschodzie.

 Ceny paliw do końca tego roku nie powinny ulegać dużym zmianom. W ostatnich tygodniach mieliśmy do czynienia z systematyczną obniżką cen zarówno benzyny bezołowiowej 95, jak i oleju napędowego. W przeciwnym kierunku poruszały się ceny autogazu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Maziak, analityk rynku paliw e-petrol.pl.

W okresie przedświątecznym w przypadku paliw podstawowych, czyli benzyny i diesla, według szacunków eksperta zmienność będzie niewielka – w okolicach 5,30-5,40 zł. Natomiast tendencja wzrostowa cen autogazu z ostatnich tygodni powinna wyhamować do poziomu 2,60 zł-2,65 zł. Taki poziom powinien utrzymać się do końca roku.

 – Na rynku hurtowym w ostatnich tygodniach ceny lekko ruszyły w górę w porównaniu z początkiem listopada. To jest około 150 zł na metrze sześciennym w przypadku benzyny i kilkadziesiąt złotych w przypadku oleju napędowego. Czynnikiem budującym ten wzrost jest głównie sytuacja na rynku naftowym, gdzie drożeje ropa. Na naszym rynku hurtowym ten wzrost już znalazł swoje odzwierciedlenie, ale na stacjach jeszcze nie, bo część sprzedawców paliw rezygnuje ze swoich dosyć wysokich w ostatnim czasie marż – wyjaśnia Grzegorz Maziak.

Według danych e-petrol.pl średnia cena za litr Pb95 wynosi 5,35 zł, a oleju napędowego – 5,39 zł.

 – To stabilizacja raczej bez szans na dalsze obniżki, ale też bez groźby wyraźniejszego ruchu w górę. Nowy rok to zawsze okres, kiedy aktualizowane są stawki akcyzy, opłaty paliwowe. Ale zmian w akcyzie w tym roku się nie spodziewamy, a proponowane zmiany w opłacie paliwowej będą minimalne – tłumaczy ekspert. Oznacza to, że nie powinny wpłynąć znacząco na ceny.

Są szanse na spadki cen

Większe znacznie będą miały wydarzenia z amerykańskiego rynku. 18 grudnia Bank Rezerw Federalnych może zdecydować o ograniczeniu programu luzowania ilościowego. A to mogłoby przełożyć się na spadki cen ropy.

 – Z drugiej strony możemy spodziewać się wtedy osłabienia naszej waluty w relacji do dolara. To są dwa główne czynniki, które decydują o notowaniach paliw w Polsce. Ale bez większych wahań ceny powinny utrzymać się w okolicach 5,30 zł-5,50 zł, bo potencjał obniżkowy jest na razie niezbyt duży i zostaniemy na podobnych poziomach także na początku 2014 roku – prognozuje Grzegorz Maziak.

Wpływ na kształt cen w nadchodzącym roku będzie miała sytuacja geopolityczna, zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. W mijającym roku w tym regionie odpowiadającym za 1/3 światowej produkcji ropy, nie było spokojnie. Jeśli w 2014 roku sytuacja się ustabilizuje, to można liczyć na spadki cen nawet poniżej 5 zł.

 – Na pojedynczych stacjach takie ceny zaczęły pojawiać się jesienią, być może uda się na trwałe zejść poniżej tego poziomu. Jeśli sytuacja w Iranie będzie rozwijać się w dobrym kierunku, to presja na wysokie ceny ropy powinna spadać. Mamy też rosnącą produkcję w Stanach Zjednoczonych dzięki rewolucji łupkowej. Więc w długiej perspektywie jest cień szansy na to, że ceny paliw będą niższe – uważa ekspert.

IKO laureatem Effective Mobile Marketing Awards 2013

Płatności mobilne IKO, innowacyjne rozwiązanie stworzone przez PKO Bank Polski, zostało laureatem międzynarodowego konkursu Effective Mobile Marketing Awards 2013 organizowanego przez Mobile Marketing Magazine. Aplikację IKO nagrodzono w kategorii Most Effective Mobile Payment Solution.

J. Piechociński: nie będziemy zamykać kopalń

Praca dla młodych, modernizacja kopalń i budowanie elektrowni metanowych  to główne zmiany, jakie nastąpią w ciągu najbliższych lat w górnictwie. Wnioski płynące z audytu przeprowadzonego na zlecenie resortu gospodarki w trzech spółkach węglowych: Kompanii Węglowej, Katowickim Holdingu Węglowym i Jastrzębskiej Spółce Węglowej potwierdzają, że bez głębokich zmian polskie górnictwo nie odzyska konkurencyjności.

 – Nie będzie zamknięć kopalń, będzie łączenie, otwieranie nowych ścian, wykorzystanie szybów, które już funkcjonują, bardziej funkcjonalna gospodarka – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Piechociński, wicepremier i minister gospodarki. – Mamy doświadczenie z Wałbrzyskiego Zagłębia Węglowego, to był błąd, że wstrzymano produkcję na Śląsku. Jeszcze długo polski węgiel będzie fundamentem polskiego bezpieczeństwa energetycznego.

Szef resortu gospodarki przypomina, że nawet scenariusze Komisji Europejskiej, które powstały w ramach pakietów klimatyczno-energetycznych mówią, że w 2050 roku minimum 40 proc. energii w polskim miksie energetycznym będzie pochodziło z węgla.

Jednak polskie górnictwo potrzebuje gruntownych zmian, także po to, by dostosować je do unijnych wymogów mówiących o ograniczaniu emisji dwutlenku węgla. Dlatego wicepremier Piechociński zlecił firmie Roland Berger przeprowadzenie audytu, który miał zdiagnozować sytuację konkretnych kopalń oraz węglowych spółek. Wnioski z niego płynące mówią o konieczności modernizacji polskiej energetyki.

 – Najważniejsze są procesy podwyższenia efektywności, rozumne porozumiewanie się na poziomie zakładu, żeby górnictwo węglowe przeszło trudny czas spadku cen na rynkach międzynarodowych – podkreśla Janusz Piechociński. – Musimy mieć świadomość, że w ciągu najbliższych dwóch-trzech lat nie widać możliwości wzrostu cen energii, bo za to zapłaci cała gospodarka i tego nie przyjmie ani gospodarka, ani budżety domowe. Zatem węgiel będzie oscylował w tych granicach 80 dolarów za tonę na ARA (w portach Amsterdam – Rotterdam – Antwerpia) na Morzu Północnym czy na Bałtyku.

Według najnowszych danych GUS-u w październiku ceny w górnictwie i wydobyciu spadły o 0,4 proc., przy wzroście cen w wydobywaniu węgla kamiennego i węgla brunatnego  o 1,8 proc.  w porównaniu do września. A w porównaniu z październikiem ub. roku to spadek o ponad 10 proc.

 – W związku z tym nie tylko górnictwo na Górnym Śląsku, ale nawet konkurencyjna w dalszym ciągu, rozbudowująca swój potencjał najmłodsza „Bogdanka”, muszą ciągle pilnować konkurencyjności, kosztów, wykorzystywać możliwości pozyskania dodatkowych dochodów, choćby z elektrowni metanowych – zapowiada Janusz Piechociński.

Oznacza to wymianę w ciągu najbliższych kliku lat starych, nieefektywnych bloków na nowoczesne, które nie będą emitowały tak dużych ilości CO2, jak obecnie funkcjonujące. To wymaga zmian również na poziomie kadr.

 – Chcemy odmłodzić kadrę, ale też zapewnić płynność w tym obszarze i wprowadzać nową technikę, a to wymaga bardzo dobrze przygotowanych do tego górników. Dotrzymamy gwarancji zatrudnienia górników dołowych i tych, którzy na powierzchni przygotowują cały proces. Ze względu na wymianę pokoleń, będziemy zatrudniać wszystkich górników, którzy kończą szkoły średnie i wyższe na kierunkach górniczych – podkreśla szef resortu gospodarki.

Strefy ekonomiczne nadal z ulgami. Będą musiały być jednak bardziej innowacyjne

Przedsiębiorcy nadal będą mogli korzystać z ulg, prowadząc biznes w specjalnych strefach ekonomicznych, ale mogą one być niższe niż do tej pory, w zależności od regionu kraju. Dodatkowo będą musieli być bardziej innowacyjni. 

 Unia Europejska wyznacza nową mapę pomocy regionalnej i będziemy musieli zmienić intensywność pomocy w poszczególnych regionach. To będzie dotyczyło środków unijnych, ale też każdej pomocy udzielanej z budżetu państwa. Oznacza to, że w niektórych regionach od lipca przyszłego roku będzie można otrzymać mniejszy procent pomocy publicznej niż do tej pory, czyli będzie można odpisać sobie niższy podatek do roku 2026 – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ilona Antoniszyn–Klik, wiceminister gospodarki.

Zmian w funkcjonowaniu specjalnych stref ekonomicznych, czyli w wydzielonych obszarach, na których działalność może być  prowadzona na preferencyjnych warunkach, będzie więcej. Dziś firmy działające w 14 SSE są m.in. zwolnione z 19 proc. podatku dochodowego CIT. We wspomnianym 2026 roku przestaną istnieć na dotychczasowych ulgowych zasadach, a do tego czasu muszą „dostosować się do trendów globalnych”.

 – Będziemy chcieli wyrównać warunki dla tych inwestorów, którzy działali tu przed 2008 rokiem. To oni pomogli nam się rozwijać w trudnych czasach mniejszej prosperity. Chcemy wyrównać ich warunki w zakresie możliwości zmiany zezwolenia, do tych, którzy rozpoczęli działalność po 2008 roku. Będziemy chcieli pomóc dopasowywać kadrę do potrzeb danego przedsiębiorstwa i tu będzie można wykorzystać unijne pieniądze – zapewnia Ilona Antoniszyn–Klik.

Dodaje, że firmy działające w SSE, analogicznie jak działające poza strefami, będą mogły także otrzymać dofinansowanie w ramach „Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020″. Na cały Program zaplanowano kwotę 8,6 mld euro, w tym znaczna kwota będzie przeznaczona na wspieranie innowacji w przedsiębiorstwach oraz prowadzenie przez nie prac badawczo-rozwojowych.

 – Mają to być przedsiębiorstwa o potencjale badawczo-rozwojowym, wdrażające najbardziej innowacyjne produkty – zapowiada wiceminister. – Tradycyjny przemysł nie „wypadnie” ze stref, ale nie będzie miał takiej intensywności pomocy jak do tej pory. Będziemy skłaniali przedsiębiorstwa, które do tej pory wykonywały „prostą” produkcję, żeby inwestowały w tę bardziej zaawansowaną.

Według Eurostatu odsetek przedsiębiorstw przemysłowych, które w latach 2008-2010 wprowadziły innowacje związane z produktami lub metodami działania, wynosi w Polsce 7,9 proc. (5. miejsce od końca rankingu), zaś dla firm usługowych kształtuje się na poziomie 5,1 proc. (4. pozycja od końca).

W SSE przedsiębiorca może otrzymać zwolnienie podatkowe (CIT lub PIT), działkę w pełni przygotowaną pod inwestycje po konkurencyjnej cenie, pomoc przy załatwianiu formalności związanych z inwestycją, zwolnienie od podatku od nieruchomości (na terenie niektórych gmin).

Zwolnienia z podatku dochodowego przyznawane w strefach są tzw. regionalną pomoc publiczną, która ma przyspieszyć rozwój najsłabszych gospodarczo regionów UE poprzez wspieranie nowych inwestycji oraz tworzenie miejsc pracy.

Prof. M. Noga: żądanie ponownej deklaracji ws. OFE jest niekonstytucyjne

CEO Magazyn Polska

Dzisiaj odbędzie się pierwsze posiedzenie rządu w nowym składzie. Zmiana na stanowisku ministra finansów sprzyja dyskusjom na temat polityki rządu choćby ws. reformy OFE. Ta jest uważana za największe wyzwanie stojące przed Mateuszem Szczurkiem. Tym bardziej, że pojawiają się zarzuty o niekonstytucyjność rządowych planów zmian w systemie. Wczoraj w Sejmie nie udało się odrzucić rządowego projektu zmian.

Podczas dzisiejszego posiedzenia rządu w roli ministra finansów zadebiutuje Mateusz Szczurek.

 – Jego atuty to nieortodoksyjne poglądy, dobre przygotowanie do analiz rynkowych i umiejętność myślenia –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Marian Noga, ekonomista z Wyższej Szkoły Bankowej. – Mam tylko żal do niego, że był przeciw zmianom w OFE, a idąc do rządu musiał zmienić swoje zdanie na ten temat. 

Rządowy plan reformy OFE dotyczy przeniesienia do ZUS-u środków, które otwarte fundusze zainwestowały w obligacje rządowe. Planowane jest także wprowadzenie tzw. suwaka bezpieczeństwa, w ramach którego na 10 lat przed emeryturą środki zgromadzone w OFE będą stopniowo przenoszone do ZUS.

Ponadto uczestnictwo w OFE ma zostać uzależnione od zadeklarowania chęci przynależności do II filaru. Deklarację taką będzie można wyrazić od 1 kwietnia przyszłego roku przez 4 miesiące. Zdaniem prof. Nogi wymóg deklarowania chęci przynależności do OFE przez osoby, które już do nich należą, jest sprzeczny z Konstytucją.

 – Podobnie jak nie można być karanym dwa razy za to samo przestępstwo, tak nie można kazać komuś dwa razy wyrażać zdania, że chce wstąpić do OFE – mówi prof. Noga. – Ustawa nie może zmuszać obywatela, by kolejny raz wyrażał zgodę na członkostwo w OFE, a w przeciwnym razie kierować go automatycznie do ZUS. Powtórna zgoda byłaby potrzebna tylko wtedy, gdyby zlikwidowano OFE w ogóle i na jego miejsce wprowadzono inny twór. Jestem przekonany, że plany rządowe są w tej kwestii niekonstytucyjne, co może być problemem dla nowego ministra finansów.

Podczas wczorajszego posiedzenia Sejm nie przyjął wniosku o odrzucenie rządowego projektu zmian w OFE i ustawa trafiła do dalszych prac w komisjach.

KGHM chce utrzymać pozycję lidera w produkcji srebra

Srebro oraz inne surowce towarzyszące rudzie miedzi to coraz ważniejsze źródło przychodów KGHM Polska Miedź. Huta Miedzi „Głogów” produkuje ok. 900 kg złota oraz kilkadziesiąt kilogramów koncentratu palladowo-platynowego, a także 600 tys. ton kwasu siarkowego. KGHM inwestuje w nowe technologie, które poprawią wydajność wydobycia.

 – Niektóre rudy czy metale mają to do siebie, że występują razem z innymi, i tak jest w przypadku miedzi, dlatego tak dużo uwagi poświęcamy metalom szlachetnym i staramy się zamknąć ich obieg wewnątrz KGHM.  Jednocześnie nie ustajemy w poszukiwaniu innych technologii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Roman Grzelczak, dyrektor Huty Miedzy „Głogów”, oddziału KGHM Polska Miedź S.A. – 1273 tony srebra  to wynik produkcji srebra za 2012 rok. To nam daje po raz kolejny  pierwsze miejsce wśród światowych producentów srebra. Wydział Metali Szlachetnych, który w tym roku obchodzi dwudziestolecie, produkuje także około 900 kg  złota i kilkadziesiąt kilogramów produkcji koncentratu palladowo-platynowego. Produktem ubocznym w tej technologii jest również selen, którego produkujemy około 70 ton rocznie – wymienia.

Grzelczak zapowiada, że dzięki nowym technologiom możliwości odzysku innych metali z wydobywanych rud wzrosną. To ważna pozycja w przychodach koncernu zajmującego się przede wszystkim wydobyciem miedzi –  ponad 20 proc. przychodów KGHM  pochodzi ze srebra.

Z tego powodu KGHM rozwija współpracę z naukowcami w zakresie badań laboratoryjnych. Koncern bezpośrednio angażuje się także w badania i rozwój, a wartość tych projektów przekracza 200 mln zł. Powstają również konsorcja z uczelniami, których celem jest poprawa odzysków energetycznych z wydobycia, zwiększenie automatyzacji, bezzałogowe wydobycie oraz inne innowacje.

 – To są wszystko ogromne przedsięwzięcia, bardzo innowacyjne technologicznie. KGHM chce być firmą innowacyjną, bo wiemy, że to daje możliwość uzyskania przewagi rynkowej – podkreśla Grzelczak. – Bardzo szczelnie próbujemy zamknąć całe bogactwo występujących w bilansie metali w ramach technologii stosowanych w Hucie, tak żeby mieć większe możliwości konkurowania. Bardzo istotne jest, żeby z rud umieć pozyskiwać  inne metale, dlatego że one dają dodatkową premię do przychodów i również do oceny rentowności działalności Huty.

Poza srebrem, złotem, koncentratem palladowo-platynowym i niklem w głogowskiej hucie produkowany jest również ołów – nawet 30 tys. ton rocznie. Jego przetwarzanie i oczyszczanie odbywa się w Legnicy. Produkowany jest także siarczan niklu oraz ren. KGHM należy do czołowych producentów tego metalu na świecie.

Bardzo istotnym produktem ubocznym powstającym w procesie wydobycia jest kwas siarkowy. Choć polskie złoża miedzi zawierają stosunkowo mało siarki – nawet trzykrotnie mniej niż złoża zagraniczne – to KGHM rocznie produkuje 600 tys. ton wysokiej jakości kwasu siarkowego.

 – U nas przelicznik ilości wyprodukowanej miedzi do ilości wyprodukowanego kwasu jest 1:1, natomiast w innego typu koncentratach, to jest 1:3, czyli 3 tony kwasu siarkowego na tonę miedzi – zauważa Grzelczak.

By poprawić wyniki sprzedaży kwasu siarkowego, KGHM wybudował nowoczesną bazę przeładunkową w porcie Szczecin. Umożliwia ona załadunek chemikaliowców o wyporności nawet 20-30 tys. ton.

 – Część sprzedawana jest cysternami kolejowymi, część cysternami samochodowymi. Odbiorcy to przede wszystkim przemysł chemiczny w Polsce, również przemysł nawozowy, ale mamy także odbiorców w Ameryce Północnej, w Europie, w Ameryce Południowej – mówi Grzelczak.

Lotos inwestuje w petrochemię. To nisza warta ponad 25 mld zł

CEO Magazyn Polska

Lotos wraz z Grupą Azoty zainwestują ponad 12 mld złotych w polski przemysł petrochemiczny. W nowych zakładach mają powstawać półprodukty, które zmniejszą zapotrzebowanie na import chemikaliów. Obecnie w Polsce jest nisza na produkty chemiczne warta nawet 25 mld zł.

 – To jest kompleks petrochemiczny, nad którym pracujemy. Mówimy o pieniądzach rzędu ponad 12 mld złotych. To poważna inwestycja, również dla polskiej gospodarki, więc żeby nie było jakichkolwiek niedomówień dwie poważne giełdowe firmy mówią o wejściu w poważne rozważania – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Paweł Olechnowicz, prezes Grupy Lotos.

Inwestycja ma zostać zrealizowana głównie w Gdańsku i otrzyma prawdopodobnie wsparcie finansowe Polskich Inwestycji Rozwojowych. Na razie spółki zrealizowały wstępne studium wykonalności projektu. Teraz przystępują do tzw. feasibility study, czyli pełnej oceny wykonalności. Zakończenie całej inwestycji jest przewidziane na rok 2019.

Olechnowicz przekonuje, że dzięki inwestycji Lotosu i Azotów możliwości rozwoju zyska cała polska gospodarka, a w szczególności sektor petrochemiczny.

 – Analiza pokazuje, że na naszym rynku jest nisza, zapotrzebowanie na produkcje petrochemiczne i to jest słuszny rząd wielkości  ponad 6 mld euro. W związku z tym uznaliśmy, że zamiast importować, możemy tworzyć u nas takie przedsiębiorstwa, które będą tworzyć nowe miejsca pracy i tworzyć istotny wkład do produktu narodowego brutto, do naszego budżetu, więc dadzą polskiej gospodarce impuls do istotnego rozwoju – podkreśla Olechnowicz.

Nie została jeszcze ustalona dokładna struktura finansowania inwestycji. Najprawdopodobniej, o ile zgodzi się na to Komisja Europejska, zostanie powołana spółka celowa. Nie wiadomo jeszcze, jaka będzie jej struktura kapitałowa.

Niewykluczone, że do inicjatywy dołączą jeszcze kolejni partnerzy. To wszystko powinno rozstrzygnąć się w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy. Natomiast najpóźniej do jesieni 2015 r. spółki chcą zakończyć studium wykonalności i podjąć ostateczne decyzje.

 – Kiedy będzie feasibility study, kiedy uzyskamy zgody Unii Europejskiej na koncentrację z Grupą Azoty w tym zakresie, bo taka jest potrzeba, kiedy przygotujemy założenia i uruchomimy spółkę specjalnego przeznaczenia, która zajmie się realizacją tego projektu, i kiedy z PIR-em razem opracujemy wstępny model finansowania, wtedy będziemy mogli mówić więcej i o finansowaniu, i o układzie technologicznym – mówi Olechnowicz.

Inwestorzy giełdowi nie zareagowali na wiadomość podaną przez Lotos i Azoty. Notowania akcji Lotosu zamknęły wczorajszą sesję bez zmian, a akcje Azotów straciły ok. 2 proc.

Polacy przekonują się do pracy zdalnej. Na razie tylko 3 proc. pracuje z domu

CEO Magazyn Polska

Co siódma firma w Polsce decyduje się na zatrudnienie pracowników w trybie zdalnym lub stwarza warunki do takiej pracy. Najczęściej są to firmy IT, zajmujące się finansami i księgowością. Często ze stacjonarnego zatrudnienia rezygnują także graficy oraz programiści. Jak pokazują statystki, coraz więcej osób uważa, że praca w domu może być równie efektywna co praca w firmie.

Coraz więcej polskich pracodawców przekonuje się do efektywności pracy z domu. Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez IPSOS Mori na zlecenie Microsoftu, 73 proc. małych i średnich firm przywiązuje uwagę do mobilności oraz pracy zdalnej. Praca na odległość i możliwości stwarzane przez tzw. usługi w chmurze mają, według ankietowanych, pozytywne przełożenie na wyniki pracy. Uważa tak aż 77 proc. respondentów.

Chmura obliczeniowa jest to model przetwarzania danych, pozwalający na wygodny dostęp do informacji, za pośrednictwem internetu. Zasoby te w błyskawiczny sposób mogą być dostarczane i dowolnie zmieniane przez innych, upoważnionych do tego, użytkowników usługi. 

 – Pracownicy chcą pracować mobilnie oraz mieć dostęp do swoich danych niezależnie od tego, w jakim miejscu się znajdują lub z jakiego urządzenia korzystają. Na tzw. „mobility” składają się dwa elementy. Jednym z nich jest mnogość urządzeń, z których mogę wykonywać pracę – komputery, smartfony i tablety. Drugim jest możliwość wykonywania pracy z dowolnego miejsca. Pracownik może to robić przy biurku, ale również będąc w drodze do domu, czy też w trakcie podróży w pociągu lub w jeszcze innym miejscu – mówi Jarosław Sokolnicki z Microsoftu. 

Przedsiębiorstwa coraz częściej rozpoczynają budowę swojej infrastruktury właśnie od stworzenia odpowiedniego systemu dla pracy mobilnej. 65 proc. firm deklaruje używanie chmur obliczeniowych. Taki system przynosi sporo korzyści dla nowych przedsiębiorstw i pozwala pracownikom na swobodne kształtowanie swoich godzin pracy.

 – Jest mnóstwo dedykowanych systemów, do których musimy mieć dostęp niezależnie od miejsca, w jakim się znajdujemy, gdyż są one związane z naszą pracą. Na co dzień potrzebne nam jest odpowiednie oprogramowanie do pracy z dokumentami na dowolnym urządzeniu. Tego typu rozwiązania ułatwiają także komunikowanie w obrębie spotkań większych zespołów. Chmura pozwala na uczestniczenie w konferencjach i spotkaniach bez względu na to, gdzie się znajdujemy. Takie rozwiązania dają nam elastyczność i możliwość wyboru. Możemy pracę wykonywać w godzinach, które nam najbardziej pasują – stwierdza Sokolnicki.

Pracodawcy, którzy nie są przekonani do systemu pracy zdalnej, często narzekają, że system ten uniemożliwia im bezpośrednią kontrolę nad pracownikami w miejscu pracy. Jak się jednak okazuje, minusy, które mogą wynikać z pracy na odległość, nie są w stanie przyćmić korzyści, wynikających z tego rozwiązania. 

 – Dzięki mobilności możemy być bardziej produktywni niż w trakcie pracy przy biurku. Często zdarza się, iż w nietypowych miejscach wpadamy na świetne pomysły i możemy się tymi pomysłami dzielić z innymi. Z drugiej strony, mobilność to pewien model pracy i funkcjonowania przedsiębiorstwa. Jeżeli pracodawca przykładowo chciałby wdrożyć jakiś program, w którym zatrudnia pracujące mamy, technologia przychodzi mu z pomocą. Osoby pracujące zdalnie mogą dzięki najnowszym rozwiązaniom spełniać się zawodowo i normalnie wypełniać swoje obowiązki  – mówi agencji informacyjnej Newseria przedstawiciel Microsoftu.

Niezwykle ważny wydaje się także aspekt finansowy. Z badań przeprowadzonych wśród firm przez IDC wynika, iż korzystanie z chmur obliczeniowych generuje oszczędności rzędu 20 procent.

 – Jednym z głównych czynników jest redukcja kosztów oraz zupełnie nowy sposób współpracy. Wymaga to odpowiednich narzędzi, wspierających użytkowników, aby mogli wspólnie pracować nad dokumentem lub się widzieć, słyszeć i udostępniać prezentacje multimedialne – dodaje Sokolnicki.

Szacuje się, iż w Polsce około 3 proc. wszystkich zatrudnionych pracuje zdalnie. Dla porównania w Europie współczynnik ten wynosi 15 proc.

Więcej rejestracji samochodów osobowych. Może być ich ponad 290 tys. w całym roku

CEO Magazyn Polska

Rośnie liczba rejestrowanych pojazdów. W październiku zarejestrowano ponad 26 tys. samochodów osobowych. W całym roku jest szansa na przekroczenie 290 tys. rejestracji, czyli o niemal 20 tys. więcej niż w ubiegłym. Rynek się stabilizuje, choć Polska wciąż jest daleko w tyle nawet za pogrążoną w kryzysie Hiszpanią.

 – Liczymy, że łączna suma 290 tys. nowych pojazdów zarejestrowanych w Polsce jest jak najbardziej możliwa do uzyskania – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Gos, prezes Exact Systems. – Na pewno spadki w rejestracji i sprzedaży nowych pojazdów zostały zatrzymane, a wszyscy producenci części, komponentów i producenci samochodów myślą o tym, aby wprowadzać nowe modele, a to znaczy, że widać popyt.

Zgodnie z danymi Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, w październiku zarejestrowano 26,4 tys. samochodów osobowych. To aż o 19 proc. więcej niż w tym samym miesiącu ubiegłego roku. Od początku roku zarejestrowano niemal 240 tys. aut osobowych – o 4,8 proc. więcej niż od stycznia do października 2012 r.

Gos podkreśla, że dane uwzględniają pojazdy reeksportowane, czyli te, które są wyrejestrowywane i wywożone poza Polskę. Jednak nawet po ich odliczeniu wyniki są bardzo dobre, a szczególnie cieszą wysokie wzrosty w stosunku do ubiegłego roku. W całym 2012 r. zarejestrowane zostały niecałe 274 tys. samochodów osobowych. Ten wynik z całą pewnością zostanie pobity w tym roku.

 – Rynek motoryzacyjny w Polsce i sprzedaż nowych aut ma już najgorsze za sobą. 19 proc. więcej zarejestrowanych aut w Polsce rok do roku to jest naprawdę spory sukces. Natomiast cały czas Polska wypada trochę gorzej na tle Europy, gdzie w takim kraju jak Hiszpania, zmagającym się od czasu kryzysu z pewnymi problemami, dalej tam sprzedaje się około 600 tys. aut rocznie – zauważa Gos.

Dzięki rosnącej liczbie rejestracji samochodów, Polska stopniowo goni jednak europejską średnią. W Unii wciąż bowiem trwa spowolnienie, choć widać już oznaki trwałej poprawy.

 – Cały czas Europa jest około 3 proc. poniżej kreski. Natomiast bardzo pozytywne sygnały płyną z takich dużych rynków motoryzacyjnych, jak Niemcy, Wielka Brytania, w której już trzeci miesiąc z rzędu mamy prawie 10-procentowy wzrost liczby zarejestrowanych samochodów. To wszystko pokazuje, że im więcej spokoju w Europie, im więcej stabilności, im mniej problemów z Grecją i z kwestią budżetową, tym więcej decyzji o nowym zakupie pojazdów – mówi Gos.

Wzrost sprzedaży samochodów wpływa na kondycję całego sektora motoryzacyjnego. Korzystają również producenci części, podzespołów, a także handlowcy. Gos zauważa, że na niektóre pojazdy, szczególnie marek luksusowych, trzeba obecnie czekać nawet 3-4 miesiące po zamówieniu, co jest oznaką rosnącego popytu.

Exact Systems, firma zajmująca się kontrolą części i jakości oraz ich sortowaniem i ewentualnie naprawą na zasadzie outsourcingu, również korzysta na poprawiającej się koniunkturze.

 – Patrzymy na to, jak rozwija się trend konsumpcji aut na rynkach, nie tylko europejskim, ale również chińskim czy amerykańskim. Nas cieszy to, że naprawdę mamy już moment mocnego wyjścia ku stabilizacji, ku lepszemu – przekonuje Gos.

Prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych: Nasze repozytorium transakcji pomoże polskim firmom dostosować się do wymogów UE

Zarejestrowanie repozytorium założonego przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych ułatwi polskim podmiotom działającym na rynku instrumentów pochodnych raportowanie transakcji wymagane przez UE. KDPW chce, by nie musiały one współpracować z repozytoriami spoza kraju. Samo zaś zamierza wchodzić także na europejskie rynki i promować się za granicą.

 – Po kryzysie regulatorzy europejscy i amerykańscy zaczęli zastanawiać się, jakie nowe zabezpieczenia i regulacje wprowadzić, aby uniknąć sytuacji na rynkach finansowych prowadzących do upadku lub braku transparentności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Iwona Sroka, prezes Krajowego Depozytu Papierów Wartościowych.

Dlatego też w Stanach Zjednoczonych ustanowiono Dodd-Frank Act, a w Europie rozporządzenie – EMIR. Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) nr 648/2012 z dnia 4 lipca 2012 r. w sprawie instrumentów pochodnych będących przedmiotem obrotu poza rynkiem regulowanym, kontrahentów centralnych i repozytoriów transakcji (EMIR) nakłada na podmioty prawne – za wyjątkiem osób fizycznych – obowiązek raportowania kontraktów pochodnych do repozytorium transakcji.

Jedno z takich repozytoriów zostało założone przez Krajowy Depozyt Papierów Wartościowych 2 listopada 2012 r. Rok później, 7 listopada 2013 r. Europejski Urząd Nadzoru Giełd i Papierów Wartościowych ESMA (European Securities Market Authority) zarejestrował Repozytorium Transakcji w KDPW. Oznacza to uznanie zgodności repozytorium KDPW z wymogami, które stawia rozporządzenie EMIR. 

 – EMIR dotyczy instrumentów pochodnych, szczególnie tych, którymi obraca się na rynkach OTC, a także izb rozliczeniowych – mówi Iwona Sroka.  – Wprowadza ono konieczność raportowania transakcji do repozytoriów transakcji, które są autoryzowane przez europejski organ nadzoru. Chodzi o to, by zawsze nadzór, kontrahent, partner miał dostęp do transakcji i do informacji o nich. Zwiększa to transparentność na rynku instrumentów pochodnych.

Obowiązek ten wejdzie w życie 12 lutego 2014 r. Gromadzenie informacji ma umożliwić dostęp do nich w sytuacji kryzysu czy niestabilności finansowej. Uprawnione do kontroli danych są m.in. banki centralne, organy nadzoru finansowego czy kontrahenci.

 – Gdy unijne obligo wejdzie w życie, podmioty nim objęte będą mogły raportować transakcje nam, a więc polskiej instytucji. Mamy nadzieję, że będzie to dla nich spore ułatwienie – twierdzi Sroka.

Podmioty te będą musiały także przekazać informacje dotyczące transakcji, które odbyły się od wejścia w życie rozporządzenia EMIR.

 Mamy już podpisane umowy z kilkunastoma podmiotami, uczestnikami rynku – mówi Sroka. – Naszym celem jest bycie instytucją pierwszego wyboru dla podmiotów polskich, aby nie musiały one szukać droższych i trudniejszych usług za granicą. Planujemy także wchodzenie na inne rynki europejskie i promocję w zagranicznych mediach  – dodaje.

Na rynku pojawiły się ubezpieczenia inwestycyjne. Mają być sposobem na samodzielne oszczędzanie na emeryturę

CEO Magazyn Polska

Samodzielne oszczędzanie na emeryturę w dobie marginalizacji OFE może okazać się koniecznością. Jednym ze sposobów na długoterminowe oszczędzanie mają być ubezpieczenia inwestycyjne. Od niedawna ubezpieczyciele opatrują je specjalną kartą produktu, która ma lepiej informować klientów o charakterze inwestycji.

 – Ubezpieczenie z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym, czyli tzw. ubezpieczenie inwestycyjne, to przede wszystkim produkt zaplanowany jako bardzo długoterminowa inwestycja. Jeżeli ktoś nie zamierza lokować pieniędzy na kilkanaście lat, nie powinien sięgać po taką formę inwestycji – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marcin Tarczyński, analityk z Polskiej Izby Ubezpieczeń (PIU).

Jak każdy produkt inwestycyjny, tak i ubezpieczenia z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym obciążone są ryzykiem. W ekstremalnym przypadku nawet ryzykiem utraty pieniędzy.

 – W związku z tym niedawno Polska Izba Ubezpieczeń, a z nią cały rynek ubezpieczeniowy wdrożyły tak zwane karty produktu, czyli rekomendacje zasad informowania klientów o tym, z jakim ryzykiem wiąże się inwestowanie w polisy inwestycyjne – informuje Marcin Tarczyński. – Dzięki niej klient dowiaduje się z jakimi kosztami ona się wiąże, jak są wysokie, z jakim ryzykiem wiąże się inwestycja w taka polisę, również jeżeli chodzi o ryzyko utraty środków.

Karta produktu musi być przekazana każdemu, kto chciałby kupić taką polisę. Klient dowie się także, czy ten produkt jest przeznaczony dla niego, czy nie należy rozważyć innych możliwości inwestycyjnych.

 – Ważne, że niemal wszystkie zakłady ubezpieczeń zadeklarowały, że chcą wprowadzić u siebie taka kartę produktu – podkreśla Marcin Tarczyński. – One mogą się różnić, w zależności od towarzystwa, szatą graficzną, natomiast zawartość ich powinna być z grubsza taka sama – komentuje analityk PIU.

W efekcie u każdego ubezpieczyciela klient otrzyma komplet informacji, dowie się, że nabywa produkt długoterminowy, który może przynieść zarówno zyski, jak i straty.

Tragiczny wypadek w elektrowni w Kozienicach

Dziś, około godziny 13, podczas prac przy rozbiórce (obniżeniu) komina nr 3 w elektrowni w Kozienicach, doszło do tragicznego wypadku. Zginęły cztery osoby – to pracownicy firm zewnętrznych, którzy wykonywali roboty w środku nieczynnego komina. Spadli, wraz z platformą roboczą, z wysokości około 200 metrów.

Ograniczenie stosowania insektycydów z grupy neonikotynoidów

1 grudnia 2013 roku w Unii Europejskiej weszły w życie częściowe 2-letnie zakazy stosowania trzech insektycydów z grupy neonikotynoidów: tiametoksamu (produkowanego przez koncern Syngenta) oraz imidaklopridu i klotianidyny (produkowanych przez Bayer). Zakazy są spowodowane udowodnionym szkodliwym oddziaływaniem wymienionych pestycydów na pszczoły.

Większość europejskiego krajobrazu jest widocznie zagospodarowana i zdominowana przez uprawę ziemi, najczęściej w niszczących bioróżnorodność monokulturach, co powoduje ograniczenie dostępności pożywienia dla owadów. Taki ekosystem pozbawia owady zapylające podstawowych składników odżywczych, prowadząc do niedożywienia i głodu. Trwa proces postępującego zanikania naturalnych siedlisk pszczół. Wprowadzenie zakazu stosowania niektórych pestycydów będzie miało ograniczony pozytywny efekt, dopóki nie znikną prawdziwe przyczyny, leżące u podstaw spadku populacji owadów zapylających.

Komentarz Głównego Ekonomisty PZU do danych o PKB w III kw. 2013 r.

GUS potwierdził dziś, że dynamika PKB w III kwartale wyniosła 1,9% r/r. Spadek popytu krajowego wreszcie wyhamował – tak jak prognozowaliśmy. Dynamika popytu krajowego (0,5% r/r) była wyższa niż oczekiwałem.

Ten lepszy wynik był możliwy dzięki pierwszemu od II kw. 2012 r., rocznemu wzrostowi inwestycji w środki trwałe (0,6% r/r). Jest to pozytywne zaskoczenie, choć widać było ostatnio pewne sygnały większego zainteresowania przedsiębiorstw inwestycjami. Do tego, tak jak przewidywaliśmy, skala negatywnego wpływu zmiany zapasów na roczną dynamikę PKB w III kw. wyraźnie się zmniejszyła (-0,5 pkt. proc. wobec -2,0 pkt. proc. w II kw.).

Liczyłem na przełamanie stagnacji tempa wzrostu konsumpcji indywidualnej i rzeczywiście – wzrosło ono do 1,0% r/r. Nie jest to jednak wzrost spektakularny. W III kwartale odsezonowana konsumpcja indywidualna powiększyła się w stosunku do II kw. tylko o 0,2% kw/kw – czyli dokładnie tak, jak średnio od końca 2011 r. Dochody gospodarstw domowych przy kontynuacji niskiej inflacji będą jednak realnie nadal rosnąć, widać symptomy poprawy na rynku pracy – przyspieszenie wzrostu konsumpcji jest więc kwestią czasu.

Wyższa dynamika popytu krajowego przełożyła się na ożywienie tempa wzrostu importu. W tej sytuacji, pomimo wyraźnego wzrostu eksportu, skala pozytywnego wpływu salda handlu zagranicznego na dynamikę PKB zmniejszyła się do 1,4 pkt. proc.

Wnioski: Dzisiejsze dane potwierdzają stopniowe umacnianie się wzrostu gospodarczego w Polsce. Cieszy zwłaszcza dodatnia dynamika inwestycji, prawdopodobnie osiągnięta dzięki wzrostowi inwestycji prywatnych. Przyspieszenie dynamiki konsumpcji powinno wkrótce nastąpić. Nastroje konsumenckie są według GUS najlepsze od dwóch lat, realny wzrost wynagrodzeń powinien się utrzymywać, a na rynku pracy widać symptomy poprawy. Wobec lepszej koniunktury zewnętrznej nadal stosunkowo szybko powinien rosnąć eksport. Wydaje się, że dynamika PKB w IV kw. może zbliżyć się do 2,5% r/r, a w całym 2013 roku PKB powinien powiększyć się o 1,4%-1,5%.

Paweł Durjasz,

Główny Ekonomista PZU