Skąd nadejdą kryzysy wizerunkowe 2021 roku?

Znaczący i negatywny wpływ polityki na życie organizacji, kryzysy wywodzące się z Internetu oraz trudności gospodarcze związane z pandemią COVID-19 – to główne zagrożenia, jakich w 2021 roku spodziewają się specjaliści ds. komunikacji z ponad stu wiodących polskich firm, instytucji i organizacji pozarządowych. Rośnie też poziom obaw rzeczników prasowych i managerów public relations. Kryzysometr – indeks opracowywany corocznie przez Agencję Alert Media Communications – wzrósł z 52 do 55%.

Kryzys wizerunkowy jest coraz bardziej prawdopodobny – zwłaszcza w instytucjach publicznych

Osoby odpowiadające za komunikację w wiodących polskich firmach, instytucjach i organizacjach pozarządowych, bardziej obawiają się kryzysów wizerunkowych niż przed rokiem. Taki główny wniosek płynie z badania przeprowadzonego przez Alert Media Communications – warszawską agencję PR, specjalizującą się w komunikacji kryzysowej i strategicznym PR.

W ostatnich dniach listopada agencja przeprowadziła kolejną edycję badania Kryzysometr, pozwalającego ocenić poziom prawdopodobieństwa wystąpienia kryzysów wizerunkowych.  Jest on szacowany przez specjalistów ds. komunikacji[1], którzy oceniają ryzyko wybuchu kryzysu wizerunkowego w swoich organizacjach w skali od 1 do 100. Ze średniej opinii wszystkich uczestników badania powstaje indeks: Kryzysometr, który w 2021 wyniósł aż 55%. Oznacza to, że ankietowani uważają, że jest bardziej prawdopodobne, że kryzys w ich organizacjach wystąpi, niż że nie wystąpi.

Większe obawy przed kryzysem wizerunkowym mają przedstawiciele instytucji publicznych, którzy prawdopodobieństwo wystąpienia negatywnych zdarzeń w swoich organizacjach oceniają aż na 69% (wzrost o 8 punktów procentowych w stosunku rok do roku). Bardziej optymistycznie na rozpoczynający się rok patrzą przedstawiciele biznesu
– w tym gronie prawdopodobieństwo wystąpienia kryzysu oceniane jest na 46% (identyczny wynik, jak w ubiegłym roku).

Kryzysometr to wskaźnik, który tworzymy w kolejnym już roku, na wzór indeksów badających nastroje inwestorów giełdowych. Sprawdza on skalę optymizmu lub obaw, z jakimi specjaliści od komunikacji wchodzą w kolejny rok oraz pozwala na porównania do wcześniejszych okresów i pokazanie trendów. Obecnie widzimy, że prognozy są dość pesymistyczne, a ponadto ankietowani wskazują na szereg nowych zagrożeń, z jakimi będą musiały mierzyć się ich organizacje” – powiedział Adam Łaszyn, Prezes Zarządu Alert Media Communications.

Gdzie licho się czai, czyli lista prognozowanych zagrożeń

Uczestnicy badania określali również prognozowane źródła kryzysów wizerunkowych na 2021 rok. Zdecydowanie wyróżniają się tutaj trzy przyczyny. Po pierwsze jest to znaczący wpływ polityki na życie organizacji, czyli na przykład kwestie światopoglądowe, niekorzystne regulacje, czy ataki polityków – na takie ryzyko wskazało aż 59% respondentów. Ponad połowa ankietowanych (55%)[2] obawia się także kryzysów online, czyli takich których źródło leżeć będzie w Internecie oraz problemów komunikacyjnych wynikających z trudności gospodarczych związanych z pandemią COVID-19 (51%  wskazań).

Dużo mniejsze obawy wiążą się z „tradycyjnymi” przyczynami występowania kryzysów, czyli zdarzeniami, od których większość firm zaczynała dotychczas tworzenie swoich instrukcji zarządzania komunikacją w sytuacjach kryzysowych. Na niewłaściwą obsługę Klienta, jako przyczynę kryzysów wskazało 22,5% ankietowanych; konflikty
z pracownikami, w tym związkami zawodowymi to 14% wskazań, a problemy z produktem: 12%. Duży spadek obaw dotyczy kwestii związanych z ochroną środowiska.
W ubiegłorocznym badaniu ryzyko oskarżeń o zanieczyszczanie środowiska, jako główne źródło kryzysów wizerunkowych wskazało, aż 61% ankietowanych, w tym roku tylko 15%.

„Rok 2020 pokazał wszystkim, że kryzysy „czają się za rogiem”, a organizacje mają coraz mniejszy wpływ na ich wystąpienie. Stąd nie dziwi relatywnie niski poziom obaw przed kryzysami wynikającymi z własnych błędów, takich jak problemy z produktami, jakością obsługi, czy standardami środowiskowymi. Specjaliści, po doświadczeniach z tego roku, bardziej obawiają się problemów zewnętrznych. Paradoksalnie jest to dobra wiadomość dla działów komunikacji, bo o sukcesie w skutecznym zarządzaniu kryzysem decyduje nie samo wydarzenie, ale nasz sposób reakcji na nie. A przygotowanie i wdrożenie odpowiedniej reakcji to właśnie miejsce dla osób zajmujących się komunikacją i agencji Public Relations  – komentuje Krzysztof Tomczyński, Partner i Account Director w Alert Media Communications.

Więcej przygotowań kryzysowych, mniej eventów – plany na 2021 rok

W badaniu sprawdzono również plany rzeczników prasowych i managerów Public Relations w zakresie narzędzi komunikacyjnych wykorzystywanych w 2021 roku. Na uwagę zasługuje przede wszystkim zakładany wzrost zastosowania narzędzi komunikacji kryzysowej. Blisko połowa ankietowanych (47%) planuje zwiększyć częstotliwość organizacji szkoleń online z komunikacji kryzysowej; 33% respondentów zamierza częściej niż dotychczas tworzyć dokumenty QA do bieżących sytuacji kryzysowych, a 32% ankietowanych zakłada wzrost częstotliwości aktualizacji lub tworzenia manuali kryzysowych.

W związku z sytuacją COVIDową ponad połowa ankietowanych (57%) planuje ograniczać organizację konferencji prasowych oraz eventów. Częściowo może to być kompensowane przez zakładaną większą ilość informacji prasowych: 36% specjalistów od komunikacji, chce wysyłać je częściej niż dotychczas.

***

W badaniu Kryzysometr 2021, przeprowadzonym przez agencję Alert Media Communications, wzięło udział 113 rzeczników, dyrektorów i managerów PR z wiodących polskich firm, instytucji państwowych i samorządowych oraz organizacji pozarządowych. Badanie zostało przeprowadzone w drugiej połowie listopada 2020 roku.

[1] [1]W badaniu respondentami byli wyłącznie specjaliści PR tzw. in house, czyli zatrudnieni w korporacjach lub instytucjach. Nie brali w nim udziału usługodawcy PR, czyli pracownicy agencji PR.

[2] W odpowiedzi na pytanie można było wskazać do trzech ryzyk – dlatego procenty nie sumują się do 100

Po dwóch latach Polacy znowu na podium pracy tymczasowej, ale…

Prawie 52 proc. – właśnie tylu Polaków znajduje się w grupie wszystkich pracowników tymczasowych, aktywnych zawodowo w naszym kraju w 2020 r., wynika z raportu Grupy Progres. Jeszcze w 2019 r. najwięcej było Ukraińców (52 proc.). W tym roku to nasi rodacy dominują na rynku pracy tymczasowej. Polacy – w dobie pandemii – coraz częściej podejmują tę formę zatrudnienia, bo stają w obliczu kryzysu finansowego oraz zawodowego i intensywnie poszukują alternatywnego zatrudnienia.

Na polskim rynku pracy tymczasowej doszło do zmiany warty. Ubiegły rok został zdominowany przez Ukraińców, którzy stanowili 52 proc. wszystkich zatrudnionych i było ich o 11 proc. więcej niż Polaków (41 proc.), wynika z danych Grupy Progres. W tym roku sytuacja uległa zmianie – w sumie od stycznia do końca października – Polacy stanowili niemal 52 proc. wszystkich zatrudnionych pracowników tymczasowych, a Ukraińcy 39 proc. Wyłączając naszych wschodnich sąsiadów, pracownicy pozostałych narodowości stanowią 9 proc. aktywnych zawodowo, w ubiegłym roku – 7 proc.

Koronawirus argumentem do czasowego zatrudnienia

Większe zainteresowanie Polaków pracą tymczasową spowodowane jest przede wszystkim sytuacją gospodarczą w kraju wywołaną pandemią koronawirusa. Przez ostatnie miesiące pracodawcy liczyli straty, firmy zwalniały kadrę, wysyłały całe zespoły na bezpłatne urlopy lub obniżały wynagrodzenia. Brak możliwości zarobkowania w dotychczasowym miejscu zatrudnienia sprawiły, że – analizując poszczególne miesiące – liczba Polaków pracujących tymczasowo w marcu 2020 r. wzrosła o 43 proc. – w porównaniu z lutym br. – i do końca października utrzymywała się na podobnym poziomie.

Ostatnia przewaga liczebna Polaków była odnotowana w 2017 r., gdy stanowili oni 59 proc. osób zatrudnionych tymczasowo. W 2018 r. nastąpił spadek do 40 proc. a nasi rodacy stali się mniejszość narodową na krajowym rynku pracy tymczasowej, ustępując pola Ukraińcom. W 2019 r. odnotowano minimalny wzrost liczby Polaków zatrudnianych tymczasowo – było ich 41 proc.

Wzmożone zainteresowanie Polaków pracą tymczasową, w dobie pandemii, wynikało i nadal wynika przede wszystkim z całkowitego zamknięcia niektórych branż tj. hotelarstwo, gastronomia, rozrywka, rekreacja – siłownie i kluby fitness, turystyka oraz ograniczeń wprowadzonych w galeriach handlowych. To właśnie z tych obszarów gospodarki o pracę tymczasową starało się najwięcej osób – mówi Paweł Dąbrowski, Dyrektor Zarządzający w Grupie Progres. – Nie bez znaczenia były również duże utrudnienia formalno-organizacyjne związane ze sprowadzeniem nowych pracowników zza wschodniej granicy, które poniekąd trwają do dziś – podkreśla Paweł Dąbrowski.

Ukraińcy odzyskają przewagę?

Polska, z punktu widzenia Ukraińców, była atrakcyjnym kierunkiem emigracji zarobkowej z wielu względów tj. szansa na wyższe zarobki i lepszą pracę, bliskość kulturowa czy niewielka odległość od ojczyzny. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem COVID-19, gdy Ukraińcy lawinowo zaczęli wyjeżdżać z Polski, a ich rodacy nie przyjeżdżali już tak licznie, jak miało to miejsce w latach ubiegłych. W 2018 r. i 2019 r. nasi wschodni sąsiedzi dominowali na polskim rynku pracy tymczasowej – w 2018 r. stanowili 54 proc. wszystkich pracowników tymczasowych aktywnych zawodowo w Polsce, a rok później niemal 52 proc. W 2020 r. jest ich o 13 proc. mniej (39 proc.).

W ciągu 6 miesięcy – od marca do końca sierpnia – odnotowaliśmy znaczny „odpływ” cudzoziemców, głównie obywateli Ukrainy, którzy masowo wracali do swojej ojczyzny. Liczba obcokrajowców pracujących tymczasowo, w tych miesiącach, spadła nawet o 40 proc. w porównaniu do czasu sprzed pandemii – zaznacza Paweł Dąbrowski. – Obecnie obserwujemy tendencję wzrostową – podobną do tej poprzedzającej pierwszy lockdown. Cudzoziemcy znów chętnie przyjeżdżają do Polski w celu podjęcia pracy, jedynym utrudnieniem jest teraz obowiązkowa kwarantanna dla wszystkich obywateli spoza UE. Wszystko wskazuje na to, że popularność pracy w Polsce cieszyć się będzie nie mniejszym zainteresowaniem niż to, do którego przywykliśmy – podsumowuje ekspert.

Polacy nadal na podium, ale…

Rosnące bezrobocie na Ukrainie, niskie zarobki i małe szanse na znalezienie pracy sprawiają, że Ukraińcy, mimo utrudnień, wracają do Polski. W porównaniu z sierpniem br. – we wrześniu i październiku – liczba pracowników tymczasowych z Ukrainy wzrosła kolejno o 16 proc. i 26 proc. Jednak, nadal nie jest to poziom, który obserwowany był w analogicznym okresie 2019 r. – liczba pracowników ze Wschodu w we wrześniu była wyższa o 36 proc. (w porównaniu do września 2020 r.), a w październiku o 33 proc. (w porównaniu do października 2020 r.). Tę lukę wypełniają obecnie Polacy, którzy w obawie przed prognozowanym wzrostem bezrobocia podejmują pracę tymczasową i w zależności od rozwoju koronawirusowej sytuacji, nadal będą wybierać tę formę zatrudnienia.

Rzecznik MŚP publikuje raport dotyczący nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców w systemie SENT

Raport „System SENT. Problematyka nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców”, przygotowany przez Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców przy współpracy z Zespołem ds. Transportu Rady Przedsiębiorców przy Rzeczniku MŚP, został zaprezentowany podczas posiedzenia ww. Zespołu w dniu 9 grudnia 2020 r. Powodem powstania raportu były napływające do Rzecznika MŚP sygnały i sprawy interwencyjne, z których wynika, że karami pieniężnymi obciążani są także uczciwi przedsiębiorcy, którzy popełnili drobne uchybienia formalne w zgłoszeniach w systemie SENT.

Publikacja dotyczy w głównej mierze przypadków, w których, zdaniem Rzecznika MŚP, dochodziło do naruszeń i nieprawidłowości w zakresie nakładania na przedsiębiorców kar pieniężnych na podstawie ustawy o systemie monitorowania drogowego i kolejowego przewozu towarów oraz obrotu paliwami opałowymi. Raport ma na celu zainicjowanie dyskusji przedsiębiorców z administracją publiczną w zakresie filozofii nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców (nie tylko w zakresie SENT).

SENT, czyli System Elektronicznego Nadzoru Transportu, który funkcjonuje w Polsce już ponad trzy lata, okazał się bardzo skutecznym narzędziem walki z wyłudzeniami podatkowymi. Dzięki objęciu transportu tzw. towarów wrażliwych (czyli towarów, które najczęściej są przedmiotem wyłudzeń podatkowych i obrotu w szarej strefie, takich jak np. paliwo, alkohol czy susz tytoniowy) monitoringiem udało się skutecznie wyeliminować lub bardzo ograniczyć niekorzystną dla budżetu Państwa przestępczość podatkową.

Biorąc pod uwagę, iż kary pieniężne przewidziane w ustawie, ze względu m.in. na swoją wysokość mają charakter prewencyjny, mikro, mali i średni przedsiębiorcy są często karani wysokimi karami, choć popełnione przez nich naruszenia nie powodowały zagrożenia uszczupleniami podatkowymi, a wynikały przeważnie z ludzkich pomyłek. Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców podejmuje interwencje we wszystkich sprawach dotyczących SENT, w których dochodzi do naruszenia praw przedsiębiorców i zasad przewidzianych w Konstytucji Biznesu. Najczęściej naruszaną w tym względzie, w opinii Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców, jest zasada proporcjonalności oraz zasada prowadzenia postępowania w sposób budzący zaufanie przedsiębiorców do władzy publicznej, przewidziane w ustawie z dnia 6 marca 2018 r. Prawo przedsiębiorców.

– Pragniemy rozpocząć ogólną dyskusję, zaczynając od przykładów mających swe źródło w ustawie SENT, na temat takiego modelu stosowania kar pieniężnych przez organy administracji wobec przedsiębiorców, który będzie uwzględniać słuszne interesy mikroprzedsiębiorców oraz małych i średnich przedsiębiorców, a także pogłębi zaufanie tych przedsiębiorców do władzy publicznej. (…) Mam nadzieję, że przykłady te będą asumptem do rozpoczęcia konstruktywnej dyskusji środowiska przedsiębiorców z przedstawicielami administracji publicznej na temat racjonalnego nakładania kar pieniężnych na przedsiębiorców sektora MŚP – wskazał we wstępie do Raportu Adam Abramowicz, Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców.

Praca zdalna obciąża bardziej, niż praca w biurze

Schorzenia układu mięśniowo-szkieletowego to szczególnie ważny temat, gdy większość pracowników biurowych przeszło na pracę zdalną. Swoje obowiązki zawodowe w domu wykonuje około 90% pracowników – częściowo całkowicie, a częściowo dzieląc swój czas pomiędzy pracę zdalną a pracę w siedzibie firmy. Z tej sytuacji zadowolonych jest aż 70% pracowników – tylu z nich deklaruje chęć pozostania przy pracy zdalnej lub hybrydowej po pandemii. Te liczby każą zastanowić się poważnie nad zagrożeniami, jakie mogą płynąć z wykonywania pracy zdalnej. Przeniesienia biura do domu może bowiem zwiększyć ryzyko bólów mięśni, stawów i kręgosłupa, a także depresji

– Praca zdalna wiąże się z wieloma zagrożeniami. Pierwszym jest nieergonomiczne stanowisko pracy. Często siedzimy przy stole kuchennym, na nieodpowiednim krześle. Drugi problem to zbyt długi czas utrzymywania pozycji siedzącej i pozycji nieruchomej. Nawet 30% pracowników pracuje w domu w pozycji siedzącej dłużej, niż pracowało w siedzibie pracodawcy. Kolejny problem to brak aktywności fizycznej. Podczas epidemii o 10% wzrosła liczba osób, które nie podejmują żadnej aktywności fizycznej, a aż 40% uprawia ją tylko sporadycznie – powiedziała serwisowi eNewsroom dr inż. Joanna Kamińska, Zakład Ergonomii CIOP-PIB. – W związku z tym musimy zwrócić uwagę na to, żeby zmienić i dostosować swoje stanowisko pracy – więcej się ruszać, by aktywność fizyczna była w naszym życiu bardziej obecna. Obciążenie fizyczne jest związane także z psychicznym. Badania pokazały, że osoby, które robią więcej niż 7,5 tysiąca kroków dziennie, są o połowę mniej narażone na ryzyko depresji niż osoby, które robią tych kroków poniżej 5 tysięcy. Dlatego pracownicy w home-office powinni więcej się ruszać, by przeciwdziałać zarówno dolegliwościom układu mięśniowo szkieletowego, jak i ryzyku depresji – wyjaśnia Kamińska.

Potencjalny kompromis wspiera złotego. Euro najtańsze od września

Po plotkach o porozumieniu z Unią w sprawie praworządności i niewetowaniu budżetu złoty idzie wyraźnie w górę. PLN względem większości głównych walut jest najsilniejszy od września.

Euro najtańsze od września

Wczoraj niespodziewanie doszło do wyraźnego umocnienia się złotego względem głównych walut. Ruch ten jest kontynuowany dzisiaj rano. W rezultacie, euro kosztuje 4,44 zł i jest najtańsze od września. Dolar zatrzymał się tylko ułamek grosza ponad najniższym poziomem od września, gdyby spadł jeszcze niecałe pół grosza, byłby najtańszy również od września, tyle że 2018 roku. Analitycy nie są zgodni, co stoi za nagłą poprawą sentymentu względem złotego. Część wskazuje na plotki o “pokojowym” rozwiązaniu obecnego napięcia z Unią. Warto jednak pamiętać, że w obozie rządowym jest wielu przeciwników zmiękczania stanowiska. Gdyby do tego doszło można by się spodziewać szybkiej korekty złotego.

Rosną ryzyka na rynku

Para EURCHF będąca swoistym barometrem nastrojów na rynku jest od ponad tygodnia w odwrocie. Inwestorzy znacznie chętniej wybierają franka zamiast euro, co powoduje spadki. Lokowanie środków w helweckiej walucie jest uważane za bezpieczną przystań na trudne czasy. Powody są dwa, z jednej strony strach przed zawetowaniem unijnego budżetu i bałagan spowodowany przez tę decyzję. Z drugiej mamy brexit, który jest wymieniany jako powód wielu zjawisk na rynkach. Tym razem, patrząc jednak na kalendarz i nikłe szanse na uzyskanie porozumienia, ryzyko jeszcze większego bałaganu jest bardzo istotne.

Ropa znów drożeje

Optymistyczne nastroje na rynkach po rozpoczęciu szczepień przeciwko covidowi najwyraźniej widać na surowcach energetycznych i metalach zarówno szlachetnych, jak i przemysłowych. W przypadku rynków walutowych najważniejsze wydają się jednak zmiany na ropie naftowej. Rosnąca cena surowca spowodowana jest potencjalnym wzrostem popytu, związanym z potencjalnym otwieraniem gospodarki po ograniczeniach covidowych. W górę idą waluty państw wydobywających czarne złoto. Jest to szczególnie widoczne na rosyjskim rublu i koronie norweskiej.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
16:00 – Kanada – decyzja Banku Kanady w sprawie stóp procentowych,
16:30 – USA – tygodniowa zmiana zapasów paliw.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Hybrydy i elektryki hitem polskiego rynku w 2020 r.

Producenci hybryd, hybryd plug-in i aut elektrycznych mogą pochwalić się dużym sukcesem sprzedażowym na rynku polskim w 2020 r. Mowa o wzrostach rzędu nawet 214 proc. Dowód na poparcie tej tezy przynosi najnowszy raport przygotowany przez Europejskie Stowarzyszenie Producentów Pojazdów (ACEA).

Polski rynek motoryzacyjny kojarzy się przede wszystkim z napędami konwencjonalnymi. Zresztą nie bez powodu – według raportu PZPM, w kraju nad Wisłą eksploatowanych jest ponad 8 milionów aut zasilanych benzyną, 7,3 miliona diesli oraz 2,6 miliona pojazdów korzystających z LPG. Sytuacja zaczyna się jednak powoli zmieniać.

Eksperci rankomat.pl przeanalizowali najnowszy raport ACEA i okazuje się, że w Polsce wzrasta zainteresowanie eko-samochodami. Tylko w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku nowych nabywców znalazły 2173 auta elektryczne. To oznacza wzrost o blisko 83 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku 2019.

Zainteresowanie hybrydami plug-in wzrosło o 214 proc.!

Najwyższym wzrostem sprzedaży w Polsce pochwalić się mogą producenci hybryd typu plug-in. Modele posiadające silnik spalinowo-elektryczny i dające możliwość ładowania pokładowej baterii z gniazdka, według danych ACEA, między styczniem a wrześniem 2020 roku znalazły blisko 2400 nabywców. Jako że w analogicznym okresie roku 2019 zbyt tego typu pojazdów w Polsce wyniósł 763 sztuki, rynek powiększył się o rekordowe 214 proc.Liczba sprzedanych samochodów elektrycznych i hybryd w Polsce_v2

W kategorii samochodów ekologicznych największy wolumen sprzedaży wygenerowały klasyczne hybrydy. W pierwszych trzech kwartałach roku 2020 napęd spalinowo-elektryczny został wybrany w Polsce przez 38 866 kierowców. To oznacza wzrost o ponad 10 tysięcy sztuk oraz 37,1 proc. w stosunku do roku 2019. Warto podkreślić, że wynik uzyskany przez hybrydy stanowi jedną czwartą rynku zajętego przez napęd benzynowy.

Hybrydy od lat odnoszą sukces na naszym rynku motoryzacyjnym. Tym samym w oczach polskich kierowców ocieplają wizerunek e-samochodów. Rosnące wyniki sprzedaży to jednak nie tylko zasługa wysokiej jakości hybryd, ale i po części producentów – ceny samochodów ekologicznych stają się z biegiem lat coraz bardziej przystępne dla osób wybierających nowe auta w Polsce.

e-Auta ze wzrostami, benzyna i diesel z poważnymi spadkami

Kierowcy w Polsce interesują się samochodami ekologicznymi, a to w naturalny sposób musi się przełożyć na stratę dla napędów benzynowych i diesla. Między styczniem a wrześniem 2020 roku w Polsce sprzedały się blisko 192 tysiące pojazdów napędzanych motorem benzynowym. To o prawie 100 tysięcy sztuk mniej niż w analogicznym okresie roku 2019 (spadek o ok. 34 proc.). Diesle w tym czasie osiągnęły zbyt na poziomie 55 230 sztuk. Tym samym zainteresowanie napędami wysokoprężnymi zmalało o 32,8 proc. w stosunku do roku 2019.Liczba sprzedanych samochodów z silnikiem benzynowym i diesla w Polsce_v2

Pierwsze 9 miesięcy roku 2020 zakończyło się dla segmentu pojazdów o napędzie konwencjonalnym wynikiem na poziomie 247 024 sprzedanych sztuk. Spadek sprzedaży sięgnął tym samym 33,7 proc. Rynek e-pojazdów wygenerował natomiast w tym samym okresie wolumen oszacowany w raporcie ACEA na 47 900 sztuk, co oznacza wzrost o 25,8 proc.

Nadal jednak, między napędami konwencjonalnymi i ekologicznymi występuje dysproporcja. Pierwszy rynek jest pięciokrotnie większy. W najbliższych latach różnica może jednak maleć, a sygnałem zmiany jest rosnące zainteresowanie e-autami i to pomimo ich wyższej ceny.Liczba sprzedanych samochodów z napędem konwencjonalnym i alternatywnym w Polsce_v2

Różnice kosztu zakupu między napędami konwencjonalnymi a elektrycznymi na przestrzeni lat zmalały. Nadal potrafią być jednak duże. Przykładowo, 130-konny, benzynowy Opel Corsa kosztuje 80 tysięcy złotych, a za 136-konną elektryczną wersję trzeba zapłacić co najmniej 123 tysiące złotych. Dlaczego zatem kierowcy mimo wszystko decydują się na e-samochody?

e-Samochody stają się popularne, bo pozwalają oszczędzać

Choć samochody hybrydowe czy elektryczne oznaczają wyższą nawet o kilkadziesiąt procent cenę zakupu, z eksploatacyjnego punktu widzenia przynoszą dodatkowe korzyści właścicielowi. Auto o napędzie bateryjnym jest w stanie pokonać 100 kilometrów za równowartość 8 złotych. Nowoczesne hybrydy mają spalanie w mieście ograniczone do mniej więcej 4 litrów benzyny. A na samym zakupie paliwa potencjalne zyski nie kończą się.

– Ważnym polem do oszczędzania jest m.in. ubezpieczenie. W III kwartale 2020 roku średnia cena ubezpieczenia oc dla samochodu o napędzie benzynowym wyniosła 660 złotych. W przypadku pojazdów zasilanych jednostką diesla obowiązkowe ubezpieczenie kosztowało więcej, bo 682 zł. W tym samym czasie na OC auta elektrycznego kierowcy wydawali średnio zaledwie 491 zł – komentuje Tomasz Kroplewski, kierownik ds. rozwoju sprzedaży rankomat.pl.Rodzaj paliwa a cena OC_v2

Czysta3.vc inwestuje milion złotych w Staffly, startup elastycznej pracy tymczasowej

Gig economy to obszar rynku pracy, który opiera się na zarabianiu ,,na zleceniach” u nieokreślonej liczby pracodawców przez nieokreślony czas. Staffly, startup HR tech, ma plan by pomóc wprowadzić ten model zatrudnienia do Polski. Chce uruchomić system, który połączy pracowników z pracodawcami, wykorzystując do tego sztuczną inteligencję, analizę czynników psychometrycznych i machine learning.

Skupiając się wyłącznie na tradycyjnej definicji pracy zawodowej pomijane są dziesiątki milionów osób, których dochody bazują na zarobkach z różnych źródeł i które świadomie kształtują własne życie zawodowe. Chociaż praca tymczasowa nie jest wcale nowym zjawiskiem, nie pasuje ona do oficjalnych definicji i statystyk pracy. Z badań wynika jednak, że ​​od 20 do 30 procent populacji w wieku produkcyjnym, wykonuje pracę niezależną (McKinsey & Company, 2016). W raporcie EY Global Contingent Workforce Study (2018) pojawia się nawet określenie ,,giggersów” jako społeczności. Tworzą ją głównie osoby urodzone po 1980 roku – znające języki obce, stale poszukujące nowych wyzwań, ukierunkowane na zawodową elastyczność.

Mimo, że model zatrudnienia tymczasowego zyskuje na popularności, to oferujący go pracodawcy borykają się z wieloma wyzwaniami, dla których brakuje obecnie rozwiązań.

– Research rynku pokazał, że w segmencie pracy tymczasowej istnieje gigantyczny problem z pojawianiem się pracowników w wyznaczonym miejscu na ustalone rozpoczęcie pracy. Dla przykładu, pracodawca umawia na kolejny dzień 10 osób, rekrutując je za pomocą portali społecznościowych lub ogłoszeniowych, z czego na miejscu pojawiają się zaledwie 3. Często także pracownik, po jednym, dwóch dniach rezygnuje z pracy. I wydaje się, że niewiele można z tym zrobić – mówi Filip Sobel, pomysłodawca i CEO Staffly.

Zespół Staffly wykorzystując swoją wiedzę, wnioski z obserwacji i badań obszaru pracy tymczasowej proponuje narzędzie, które dzięki swojej uniwersalności i innowacyjności ma potencjał by zrewolucjonizować funkcjonowanie obszaru pracy tymczasowej i rozwiązać najpowszechniejsze problemy pracodawców. System, nad którym pracują, ma sprawić, by każdy pracownik był bardziej świadomy swoich potrzeb, a w dalszej perspektywie usatysfakcjonowany i zadowolony z pracy dorywczej, którą podejmie. Platforma stworzy własną społeczność pracowników, zwanych Stafferami. Kluczem do sukcesu rozwiązania ma być elastyczność i algorytm dopasowujący pracowników do zleceń na podstawie zmiennych psychometrycznych.

Prognozy rynkowe mówią, że giggersi będą stanowić 20 proc. całkowitej liczby pracowników, a wartość gig economy ma osiągnąć poziom 2,7 biliona dolarów w 2025 roku (Forsal, 2019).

– Dziś pojęcie pracy tymczasowej wciąż jeszcze kojarzy się z najmniej pożądanymi zajęciami i niskimi kwalifikacjami. Od kilku dekad obserwujemy zmianę struktury rynku pracy i coraz większą jego segmentację. Elastyczność, tymczasowość zatrudnienia – zarówno ze względu na sam charakter pracy, jak i zmiany podejścia do aktywności zawodowej pracowników – wydaje się tworzyć nowy standard w tym obszarze. Gig economy nie jest już tylko ciekawą zajawką badaczy, a powoli staje się standardem na rynku pracy, zmieniając jego paradygmat. W tej nowej rzeczywistości chcemy zaadresować jedne z największych wyzwań branży i skupić się na dopasowaniu oczekiwań pracodawcy i potrzeb pracowników. Wierzymy, że poznając lepiej pracownika – m.in. poziom jego kompetencji, ambicje i potrzeby rozwoju zawodowego – będziemy w stanie zbudować jego pełniejszy profil, który pozwoli nam na celniejsze dopasowanie ofert. Mamy ciekawe pomysły, jak to zrobić i już intensywnie pracujemy nad modelem takiego narzędzia – wyjaśnia Łukasz Zygiel, Product Design Lead projektu. – W centrum obszaru gig economy stawiamy właśnie naszego współczesnego, elastycznego pracownika – dodaje Łukasz Olejarczuk, CTO Staffly.

Technologia wykorzystana w platformie umożliwia pogłębioną analizę Stafferów – użytkowników korzystających z portalu agencji pracy tymczasowej Staffly. Uzyskane dane posłużą do lepszego poznania pracowników – będą zasilać silnik rekomendacji ofert pracy. System w spójny i efektywny sposób łączyć będzie wyniki badań psychologicznych z danymi behawioralnymi oraz informacjami dostarczonymi przez samych użytkowników.

Staffly wpisuje się również w trend paperless – wszystkie dokumenty (także umowy z pracownikami) w ramach platformy podpisywane będą elektronicznie za pomocą dedykowanego narzędzia.

– W projekcie Staffly doceniamy przede wszystkim stworzenie nowej kategorii, wyróżniającej platformę na tle innych systemów rekrutacyjnych, gdzie wyniki opierają się na konkretnej wiedzy o użytkowniku, a nie tylko zagregowanych danych ilościowych. Potencjał do wykorzystania takiego produktu jest właściwie w każdej branży, bo praca tymczasowa dotyczy także zleceń eksperckich – wyjaśnia Szymon Janiak, dyrektor zarządzający Czysta3.vc. – W okresie pandemii zainteresowanie prowadzeniem elastycznego życia zawodowego wzrosło, z różnych przyczyn. Z badań i naszych analiz wynika, że trend ten będzie się w przyszłości pogłębiał. Warto także dodać, że ostatnimi czasy, technologia, ze szczególnym uwzględnieniem automatyzacji i algorytmów dopasowania, odgrywa w rekrutacji znaczącą rolę. W oba te konteksty projekt Staffly wpisuje się doskonale – dodaje.

Pierwsze efekty pracy zespołu spodziewane są za 10-12 miesięcy.

Nasz pomysł nie wszedłby tak szybko w fazę realizacji bez wsparcia Czysta3.vc. Największą wartością dodaną ze współpracy z funduszem jest dla nas ekspercka wiedza oraz bogate doświadczenie biznesowe i projektowe, z którego będziemy mieli możliwość skorzystać podczas tworzenia Staffly. Mamy nadzieję, że wspólnie uda nam się zrewolucjonizować rynek pracy tymczasowej w Polsce zgodnie z maksymą „by poznać odpowiednich ludzi w odpowiednim czasie” – wskazuje Filip Sobel.

Pandemia przyspiesza zmiany, ale nie dodaje odwagi. Czy cała branża e-commerce zbiera laury?

Pierwszy lockdown wywołany pandemią stał się wyjątkowo skutecznym paliwem napędowym dla przedsiębiorców z branży e-commerce. Analitycy byli zgodni — koronawirus przyspieszył zmiany rynkowe oraz ewolucję przyzwyczajeń zakupowych, jednak czy wszyscy skorzystali z nadarzającej się okazji i z sukcesami przenieśli swoje usługi do internetu? Okazuje się, że na przysłowiowym lodzie pozostali głównie branżowi nowicjusze.

W sieci zadłużenia

Początki rozwoju niszy nad Wisłą nie należały do najbardziej spektakularnych. Z jednej strony, tylko między 2010 a 2018 rokiem liczba przedsiębiorstw z branży e-commerce wzrosła o ponad 30 proc. Jednakże, o ile ostatnia dekada przyniosła na krajowy rynek grubo ponad 7,6 tys. sklepów internetowych, to po średnio 8 latach działalności, wyłącznie 2,3 tys. zarejestrowanych w tamtym okresie przedsiębiorstw zdołało utrzymać się na powierzchni. Powód?

Jeszcze 2 lata temu redakcja Polska Times podawała, że w grudniu 2017 roku stopień zadłużenia krajowej branży e-commerce wynosił niebagatelne 106 913 730 zł. W tamtym okresie problemy z wypłacalnością miały przedsiębiorstwa głównie z Wielkopolski i Mazowsza. Rekordzista? Aż 2,4 mln zł na minusie. Salda ujemne redukowano transakcjami w okresie przedświątecznym, jednak znaczące zmiany miały dopiero nadejść. W końcu przyszedł pierwszy kwartał 2020 roku, a co za tym idzie — zamknięcie sklepów stacjonarnych podczas marcowego lockdownu.

Odbicie?

Umiarkowanie entuzjastycznymi analizami dzielili się m.in. analitycy z Centre for Retail Research (CRR). Pierwotnie zakładano, że branża e-commerce w Europie Zachodniej będzie stanowić 15,3 proc. całego rynku detalicznego do roku 2022. CRR przewiduje, że za sprawą pandemii przedsiębiorstwa internetowe osiągną ten pułap już pod koniec 2021 roku. Jeśli chodzi o sytuację w Polsce, redakcja portalu dlahandlu.pl podaje, że o ile w pierwszej połowie 2019 roku e-commerce notowało 6 proc. udziałów w popycie brutto, to już w 2020 roku wskaźnik wzrósł do 15 proc.

Głównymi beneficjentami lockdownu są przedsiębiorcy zajmujący się dystrybucją książek i multimediów, a także nisza spożywcza, o której mówi się, że notuje aż 239-proc. wzrost zamówień. Dobrze trzymają się także produkty spod znaku “zdrowie i uroda”, jednak u niektórych nadal dominuje rynkowa flauta. Duże problemy mają szczególnie młodzi przedsiębiorcy z niszy sportowej i turystycznej. Co ciekawe, przed sporym wyzwaniem stanęli również debiutanci sprzedający odzież.

Przetrwają najsilniejsi

Wydaje się, że najbardziej stabilną sytuację mają duże marketplace’y. Na polskim rynku sztandarowym przykładem jest Allegro, choć szczególnie młodsi konsumenci szukają alternatyw. Coraz częściej mniejsze podmioty wyprzedzają “starszych braci”, jednak bazują głównie na mocnej marce osobistej. Są to m.in. sklepy influencerów i znanych już marek, więc mniej przestrzeni pozostaje dla całkowitych debiutantów. To głównie oni napędzali mało optymistyczne statystyki upadłości jeszcze sprzed pandemii.

Podstawowym problemem nowicjuszy zarówno sprzed pandemii, jak i z okresu lockdownu były koszta utrzymania sklepu. Pomimo kilku programów unijnych, branża nadal nie ma dostępu do skutecznych rozwiązań systemowych, które mogłyby realnie wesprzeć początkujących graczy e-commerce. W przeważającej części także rynek komercyjny nie przewiduje narzędzi dla debiutantów, choć ciekawą propozycją może pochwalić się zespół spółki Provema. Katowicki fintech systematycznie rozwija model LoanByLink, który pozwala na proste przekształcenie dowolnej witryny w pełnoprawny sklep internetowy. Jak deklarują sami twórcy projektu, ich system wychodzi naprzeciw oczekiwaniom branży, ponieważ w znacznym stopniu ułatwia pierwsze kroki początkującym na rynku e-commerce. Jest spora szansa, że właśnie takie podejście może realnie wspomóc branżę, a co więcej — przyczynić się do rozwoju kolejnych innowacji sektora.

Czy są jeszcze szanse dla pretendentów do wejścia na rynek e-commerce? Z jednej strony pandemia wielu dodała skrzydeł, jednak są to przeważnie już duzi gracze. O ile branża notuje coraz większe wzrosty, to jej oferta wydaje się pomijać dopiero raczkujących kolegów po fachu.

Autor: Grzegorz Szulik, prezes w polskim fintech’u Provema

Czy „big pharma” przejdzie do historii?

Inwestorzy w zasadzie już zdecydowali. W miejsce wielkich koncernów farmaceutycznych w ich portfelach pojawiły się nowoczesne przedsiębiorstwa z sektora med-tech.

Bardzo często można się spotkać z opinią, że w okresie pandemii inwestycje w akcje dużych firm farmaceutycznych mogą być bardzo rentowne. W tej branży inwestorzy od kilkudziesięciu lat są przyzwyczajeni do solidnych zysków. Ponadto, logiczne jest założenie, że akcje firm farmaceutycznych powinny zyskiwać na wartości w okresie globalnego kryzysu zdrowotnego. Jednak nawet pobieżny rzut oka na dane z rynków kapitałowych pokazuje, że coś z tym rozumowaniem jest nie tak.

Jeśli weźmiemy pod uwagę dziesięć największych firm farmaceutycznych świata, w ciągu ostatnich pięciu lat przyzwoity zwrot z inwestycji można było uzyskać tylko na trzech. Wszystkie trzy są firmami amerykańskimi. Liderem jest biotechnologiczna firma Abbvie (obecnie dziewiąta największa firma farmaceutyczna świata). Wartość jej akcji w ciągu ostatnich 5 lat wzrosła z 57 do 104 dolarów, co znaczy, że inwestorzy mogli zarobić 82% (średnio 16,4% rocznie). Akcje Johnson & Johnson podrożały w tym samym czasie o 46%, z kolei największa firma farmaceutyczna świata – Pfizer przyniosła swoim inwestorom 42%. Biorąc pod uwagę fakt, że indeks giełdowy S&P500 traktowany przez inwestorów jako odzwierciedlenie ogólnego obrazu rynku giełdowego, w tym samym czasie wzrósł o prawie 91%, widać wyraźnie, że wielkie amerykańskie firmy farmaceutyczne nie rozwijają się tak, jak do tej pory. Jeszcze bardziej rozczarowują firmy europejskie. Akcje szwajcarskich gigantów Roche i Novartis podrożały przez ostatnie 5 lat odpowiednio o 11% i 7%. Inwestorzy francuskiego Sanofi muszą się zadowolić niecałymi sześcioma procentami, a brytyjskiego Glaxo Smith Kline – pięcioma.

Nie ulega wątpliwości, że w doskonale dotąd funkcjonującym sektorze farmaceutycznym coś się zacięło. Firmy przyzwyczajone do opierania swojej strategii sprzedażowej na drogich innowacyjnych lekach, borykają się z wygasaniem patentów i brakiem nowych, przełomowych substancji. Muszą przeformułować swoje strategie, ściąć koszty i odnaleźć się na bardzo konkurencyjnym, nisko-marżowym rynku leków generycznych. Ponadto, jeżeli ich akcje tak słabo sobie radzą w okresie ogólnoświatowej hossy, to również są pierwszymi kandydatami do dużych spadków w momencie załamania koniunktury. Inaczej mówiąc, akcje „big pharma”, mimo że cały czas przynoszą inwestorom dochód, stały się ostatnio instrumentami bardzo ryzykownymi.

Jednak nasze zdrowie zależy nie tylko od wielkich firm farmaceutycznych. Według serwisu internetowego PitchBook, tylko w Stanach Zjednoczonych fundusze Venture Capital w zeszłym roku zainwestowały 11,3 miliarda dolarów w 1070 spółek z sektora technologii medycznych. Lokując kapitał w akcjach firm działających na styku technologii i medycyny, inwestorzy mogą oczekiwać szalonych stóp zwrotu. Na przykład akcje spółki Intuitive Surgical, produkującej roboty chirurgiczne, przez ostatnie 5 lat podrożały ze 173 do 758 dolarów, a więc o 338%. Akcjonariusze firmy Abiomed – producenta sprzętu do operacji kardiochirurgicznych również zarobili aż 220%.

Bardzo rentowne są też spółki z sektora CRO (contract research organization). Specjalizują się w prowadzeniu badań klinicznych. Absolutną gwiazdą wśród nich jest firma Medpace Holdings, na której akcjach w ciągu ostatnich pięciu lat można było zarobić prawie pięć razy. Z kolei ponad trzy razy zarobili akcjonariusze irlandzkiej firmy Icon. Do najdynamiczniej rozwijających się firm świata należą również firmy z pogranicza farmacji i biotechnologii, w tym Vertex Pharmaceuticals produkujący leki na choroby metaboliczne i Corcept Therapeutics – producent leków nowotworowych.

Widać wyraźnie, że na rynku farmaceutycznym zachodzą podobne zjawiska, jak na rynkach finansowych lub w branży handlu detalicznego. Ogromne koncerny coraz mocniej odczuwają konkurencję ze strony niewielkich, dynamicznych przedsiębiorstw technologicznych. Oznacza to, że w najbliższych latach struktura rynku może ulec poważnym zmianom.

Autor: Łukasz Blichewicz – współzałożyciel i prezes zarządu Grupy Assay, ekspert w zakresie rozwoju i finansowania spółek technologicznych

Zielony handel szansą na rozwojowy skok Polski

Zielony handel to liczony w setkach miliardów euro sektor, który stanie się filarem odbudowy światowej gospodarki po ustaniu globalnej pandemii koronawirusa. Polska, choć na razie plasuje się w ogonie rankingu najbardziej „zielonych” państw świata, jest jednym z największych eksporterów dóbr ekologicznych w Europie i na świecie. O sektorze wartym nawet 1,5 bln dolarów, którego przyszłości zagraża chińska kontrola eksportu metali ziem rzadkich opowiada najnowszy raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego pt. „Polska na mapie „zielonego” handlu”.  

Około 8 proc. światowego eksportu stanowią produkty „zielone”, co przekłada się na 1,5 biliona dolarów.  Unia Europejska jest jednym z regionów, którego ambicją jest bycie światowym liderem tego sektora – w 2018 roku nadwyżka handlowa w tej części gospodarki wyniosła aż 100 mld dolarów. Polska jest jednym z czołowych „zielonych” eksporterów na świecie, sprzedając między innymi urządzenia do produkcji energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych czy też elementy filtrujące gazy. Dla przykładu, eksport tych drugich wyniósł 757 mln dolarów w 2018 roku.

Znacząca rola Polski

Polska zajmuje 5. pozycję wśród unijnych eksporterów pod względem wartości eksportu produktów zielonych i 15. na świecie odpowiadając za 2 proc. światowego handlu. W latach 2010-2018 wartość polskiego eksportu produktów przyjaznych środowisku i klimatowi podwoiła się i osiągnęła 26 mld USD. Eksport produktów do generowania energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych w tym okresie osiągnął wartość 2,7 mld USD. . Tempo wzrostu eksportu w obu przypadkach przewyższało wzrost polskiego eksportu ogółem i w analizowanym okresie wyniosło odpowiednio 78 i 122 proc. Waga produktów przyjaznych środowisku w Polskim eksporcie sięga 10 proc. w 2019 r.

Choć w globalnym rankingu „zielonych gospodarek” zajmujemy dopiero 106.miejsce na 130 znajdujących się w zestawieniu państw. Eksport zielonych produktów pozytywnie wpływa na dwa podstawowe wskaźniki makroekonomiczne Polski: PKB i stopę bezrobocia. Polska jest krajem, który przez finansowanie handlu powinien wspierać produkcję technologii i towarów przyjaznych środowisku. Może to pomóc eksporterom w większym wykorzystaniu „zielonych” możliwości eksportowych, co w perspektywie długofalowej przyniesie wymierne korzyści środowisku i gospodarce – uważa Maciej Miniszewski, analityk PIE.

Analiza struktury towarowej polskiego eksportu wskazuje na brak jednoznacznych hitów eksportowych i dość duże różnice wśród głównych produktów w zależności od wybranej listy. Wśród produktów powiązanych z energią ze źródeł odnawialnych Polska skutecznie buduje potencjał eksportowy akumulatorów. Biorąc pod uwagę rosnące przewagi komparatywne i wzrost udziału w eksporcie tych produktów, Polska jest na dobrej pozycji do przyciągania dalszych inwestycji w sektorach prośrodowiskowych.

Czym jest „zielona gospodarka”?

Debata o zielonej gospodarce nabrała rozgłosu po kryzysie finansowym w latach 2008- 2010, który uwidocznił problemy strukturalne gospodarek i społeczeństw. Dwa kluczowe wyzwania przyszłości wtedy zdefiniowane, obejmują postępujące zmiany klimatyczne i uzależnienie od tradycyjnych surowców energetycznych. W koncepcji zielonej gospodarki dostrzeżono możliwe do realizacji remedium na nawarstwione problemy. Kluczowymi cechami green economy są:

  • poprawa efektywności materiałowej i energetycznej (oddzielenie zużycia zasobów od wzrostu gospodarczego),
  • przejście do gospodarki o obiegu zamkniętym,
  • przenoszenie kosztów na sprawców zanieczyszczeń i emisji gazów cieplarnianych,
  • transformacja energetyczna i zastąpienie źródeł nieodnawialnych odnawialnymi
Zielony handel szansą na rozwojowy skok Polski
Rys. 1. Koncept „zielonej gospodarki” w kontekście zrównoważonego rozwoju.

 

Niepewna globalna przyszłość

Dotychczasowe osiągnięcia – np. w rozwoju odnawialnych źródeł energii – nastąpiły dzięki handlowi międzynarodowemu – spadek cen technologii zwiększył ich konkurencyjność względem konwencjonalnej energetyki. W najbliższych latach „zielony handel” będzie zyskiwał na znaczeniu dzięki inwestycjom w transformację niskoemisyjną w ramach odbudowy gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19.

W zależności od zakresu definicji produktów „zielonych” ich eksport wyniósł w 2018 r. od 0,5 bln do 1,5 bln USD i stanowił 3-8 proc. światowego eksportu. Ich wartość wzrosła w latach 2010-2018 o 10-32 proc. W przypadku szerokiego rozumienia zielonej gospodarki dynamika ta przewyższyła wzrost światowego handlu ogółem, który wyniósł 24,5 proc

Czynniki takie jak wzrost produktywności paneli fotowoltaicznych oraz osiąganie korzyści skali produkcji spowodowały, że cena jednostkowa spadła o 85 proc. w latach 2009-2019. Chociaż wartość eksportu paneli fotowoltaicznych spadła o ponad 28 proc. w latach 2010-2018, jego wolumen wzrósł aż o 52 proc. Prawdopodobne wyhamowanie dalszego spadku cen i utrzymanie rosnącego znaczenia OZE spowoduje ponowny wzrost wartości handlu tymi produktami – mówi Marek Wąsiński, kierownik zespołu handlu międzynarodowego Polskiego Instytutu Ekonomicznego

Wpływ na to będą miały również czynniki polityczne. Ponieważ Chiny są największym producentem metali ziem rzadkich wykorzystywanych m.in. w technologiach niskoemisyjnych, istnieje ryzyko, że Pekin zdecyduje o ograniczeniu dostaw metali ziem rzadkich i niektórych wytwarzanych z nich produktów. Może to wywołać wzrost cen wielu technologii przyjaznych dla środowiska, a w konsekwencji spowolnić zieloną transformację gospodarki. Dlatego uniezależnienie od dostaw z Chin jest jednym z ważniejszych celów polityki handlowej zarówno UE, jak i USA. Jest to jednak proces długotrwały i kosztowny, a pandemia COVID-19 może go utrudnić.

Dominującymi podmiotami w handlu zielonymi produktami są największe gospodarki świata. UE, Chiny i USA odpowiadają za ponad 60 proc. światowego eksportu tych produktów (licząc eksport wewnętrzny i zewnętrzny UE). Pięć gospodarek wraz z Japonią i Koreą Płd. odpowiada za 3/4 światowego eksportu. UE ma dodatnie saldo obrotów handlowych w zakresie towarów zielonych, Chiny – zależnie od przyjętej definicji zielonego handlu, a USA notują deficyt w każdym przypadku.

Świadczenie usług elektronicznych a opodatkowanie VAT

Świadczenie zautomatyzowanych, niewymagających dużego wkładu ze strony człowieka usług za pomocą środków komunikacji elektronicznej (Internetu/sieci elektronicznej) uznawane jest za świadczenie usług elektronicznych w rozumieniu przepisów o VAT. Usługi elektroniczne, podobnie jak inne usługi, podlegają opodatkowaniu VAT. Jednak zasady ich opodatkowania są specyficzne i zależą od wielu czynników.

Obowiązek podatkowy

W ustawie o VAT, a także w przepisach unijnych nie zostały przewidziane szczególne regulacje w zakresie momentu powstawania obowiązku podatkowego w przypadku świadczenia usług drogą elektroniczną. Dlatego w tym zakresie należy odnieść się do zasad ogólnych, tzn. obowiązek podatkowy powstaje w dacie świadczenia usługi. W przypadku usług elektronicznych często dochodzi do przedpłaty i w takich sytuacjach obowiązek podatkowy powstaje w dacie dokonania płatności.

Miejsce świadczenia usługi

Zgodnie z art. 28k pkt 1 ustawy o VAT miejscem świadczenia usług drogą elektroniczną na rzecz osób niebędących podatnikami powinno być terytorium państwa, w którym usługobiorca ma siedzibę, stały adres lub zwykle zamieszkuje. Zasady te należy stosować w przypadku, gdy wartość sprzedawanych usług elektronicznych netto przekracza 42 000 zł rocznie. Do tego progu należy wliczyć wartość wszystkich sprzedawanych usług, a nie tylko usług sprzedanych do jednego kontrahenta.

Jeżeli wartość netto usług świadczonych drogą elektroniczną nie przekracza 42 000 zł rocznie, należy stosować ogólne zasady dotyczące miejsca świadczenia usług na rzecz osób niebędących podatnikami. Zgodnie z art. 28c pkt 1 ustawy o VAT w takim przypadku należy wskazać miejsce świadczenia w kraju siedziby usługodawcy. W przypadku osiągnięcia progu 42 000 zł rocznie w trakcie roku zaczynają obowiązywać zasady wskazujące miejsce świadczenia w kraju klienta.

Zgodnie z art. 24b lit. b wprowadzonym do Rozporządzenia wykonawczego Rady (UE) nr 282/2011 rozporządzeniem nr 1042/2013, jeżeli usługi świadczone drogą elektroniczną są świadczone na rzecz osoby niebędącej podatnikiem za pośrednictwem sieci komórkowej, domniemywa się, że miejsce, w którym klient ma swoją siedzibę, stały adres lub zazwyczaj zamieszkuje, jest kraj określony kodem MCC karty SIM używanym podczas otrzymywania tych usług. Zgodnie z art. 24d pkt 1 rozporządzenia nr 282/2011 ww. domniemanie może jednak zostać obalone przez zebranie trzech niesprzecznych dowodów wskazujących na miejsce inne niż kraj wskazany przez MCC karty SIM spośród niżej wymienionych:

  • adres rozliczeniowy klienta;
  • adres IP urządzenia, z którego korzysta klient lub jakikolwiek inny sposób geolokalizacji;
  • dane bankowe, takie jak lokalizacja konta bankowego używanego do płatności za usługi lub adres rozliczeniowy klienta znajdujący się w tym banku;
  • MCC międzynarodowego identyfikatora abonenta mobilnego (IMSI) na karcie SIM używanej przez klienta;
  • lokalizacja telefonu stacjonarnego wykorzystywanego do świadczenia usług;
  • inne informacje istotne z handlowego punktu widzenia.

Zgodnie z notami wyjaśniającymi wydanymi przez Komisję Europejską w odniesieniu do przepisów o miejscu świadczenia usług drogą elektroniczną usługodawca nie ma obowiązku obalenia tego domniemania, ale nadal można je stosować w przypadkach, jeżeli usługodawca posiada już dowody, które mogą być wystarczające do obalenia domniemania. Usługodawca może zignorować dowody przeciwne do domniemania. Nie ma on obowiązku gromadzenia ani oceny dowodów, które mogą posłużyć do obalenia domniemania.

Jednakże powyższe domniemanie może zostać obalone również przez organy podatkowe w przypadkach, gdy istnieją przesłanki, że domniemanie jest nadużywane lub nadużywane przez usługodawcę (art. 24d pkt 2 rozporządzenia nr 282/2011). Jak wskazano w objaśnieniach, np. nadużycie może polegać na celowym ustanowieniu niewłaściwego procesu ustalania miejsca świadczenia usług w stosunku do nieistotnej liczby świadczonych usług.

Procedura MOSS

Podatnicy świadczący usługi elektroniczne na rzecz osób fizycznych nieprowadzących działalności gospodarczej mogą być zobowiązani do rozliczania podatku na terytorium innego państwa. W celu ułatwienia rozliczeń mogą oni skorzystać z procedury MOSS. Deklarację w systemie składa się kwartalnie do 20 dnia po zakończeniu kwartału. Rozliczenia dokonuje się w euro na konto polskiego urzędu.

Sposób dokumentacji

Co do zasady zgodnie z art. 111 pkt 1 ustawy o VAT sprzedaż do osób fizycznych niebędących podatnikami VAT powinna być udokumentowana przy pomocy kas fiskalnych. Jednak usługi świadczone na rzecz osób niebędących podatnikami nie muszą być dokumentowane paragonem, jeśli dostawca otrzyma całą płatność za usługę za pośrednictwem konta bankowego i płatność może być jednoznacznie przypisana do konkretnego świadczenia usług. Innymi słowy, polskie przepisy nie wymagają dokumentowania świadczenia usług elektronicznych na rzecz konsumentów poprzez wystawianie paragonów fiskalnych. Wystarczająca jest imienna faktura.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kapitał zgromadzony w IKE i IKZE realnym wsparciem na emeryturze

Prognozy ekonomiczne nie pozostawiają złudzeń. Wypłaty z systemu emerytalnego będą niewystarczające dla tych, którzy po zakończeniu aktywności zawodowej zechcą zrealizować wszystkie swoje plany i potrzeby. Średnia emerytura w Polsce wypłacana w 2020 r. wynosi 2 463 zł brutto, natomiast stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do średniego wynagrodzenia, około 56%. Według przewidywań Zakładu Ubezpieczeń Społecznych z biegiem lat sytuacja stanie się jeszcze trudniejsza – w 2040 r. emeryci będą otrzymywać świadczenie w wysokości 37% średniego wynagrodzenia, a w 2060 r. – 24,6%. Dlatego eksperci od lat zachęcają, aby kapitał na emeryturę odkładać także we własnym zakresie, bowiem świadczenia wypłacane z ZUS nie tylko nie dadzą poczucia komfortu finansowego, ale mogą nie wystarczyć na podstawowe potrzeby.

Chcąc oszczędzać na emeryturę, warto skorzystać z dostępnych na rynku produktów – indywidualnych kont emerytalnych (IKE) oraz indywidualnych kont zabezpieczenia emerytalnego (IKZE). W ramach IKE i IKZE kapitał jest zarządzany przez wyspecjalizowane instytucje finansowe – tak by stopniowo jego wartość mogła rosnąć. Dodatkowo IKE i IKZE oferują korzyści podatkowe. IKE umożliwia uzyskanie zwolnienia wypracowanych zysków z podatku od dochodów kapitałowych przy wypłacie na koniec oszczędzania. W IKZE korzyści odczujemy jeszcze szybciej – konto daje bowiem korzyści podatkowe już w trakcie oszczędzania. Produkt ten pozwala skorzystać z ulgi podatkowej w PIT – wpłaty na konto z danego roku kalendarzowego można odliczyć od podstawy opodatkowania za dany rok. I właśnie ze względu na te korzyści podatkowe, IKZE cieszy się największą popularnością dopiero na koniec roku. Wysokość ulgi podatkowej z tytułu wpłat na IKZE zależy od wysokości naszych zarobków i tym samym stawki podatku dochodowego, a także od tego, ile wpłaciliśmy. W 2020 r. ulgę w wysokości 2007 zł uzyskają te osoby, które wpłacą maksymalną wysokość limitu wpłat, czyli 6 272,40 zł oraz które są opodatkowane stawką 32 proc. od pierwszego miesiąca uzyskiwania przychodów.

Mimo dostępnych możliwości, budowanie poduszki finansowej na przyszłe lata nie jest priorytetem Polaków i wciąż stosunkowo niewiele osób decyduje się na rozwiązania III filaru. Według danych KNF na koniec czerwca br. instytucje finansowe prowadziły 861,5 tys. IKE i blisko 547 tys. IKZE. W 2020 r. na założenie IKE i IKZE zdecydowało się odpowiednio – 38,5 tys. i 16,5 tys. osób – jak widać to wciąż kropla w morzu potrzeb 38-milionowego kraju, w którym obecnie blisko 6 mln osób pobiera świadczenia z ZUS.

Dane KNF wyraźnie pokazują, że skłonność Polaków do oszczędzania jest bardzo niska. Tymczasem odkładanie pieniędzy na czas po zakończeniu aktywności zawodowej to kwestia, o której powinniśmy pamiętać przez cały rok. To, ile zdecydujemy się przeznaczyć na przyszłą emeryturę i z jakich produktów skorzystamy w tym celu, zależy wyłącznie od nas. Mając jednak na względzie niezbyt optymistyczne prognozy ekonomistów i trudne okoliczności pandemii, warto pomyśleć o finansowym zabezpieczeniu swojej przyszłości najszybciej jak to możliwe. Zaletą rozwiązań III filaru, czyli IKE, IKZE i PPK jest inwestowanie kapitału, a więc szansa na jego pomnożenie. Natomiast jak wynika z ostatniego badania Nationale-Nederlanden, część Polaków wciąż jest nieufna wobec funduszy inwestycyjnych i programów długoterminowego oszczędzania. Osoby, które noszą się z zamiarem odkładania pieniędzy, myślą głównie o takich sposobach jak konto oszczędnościowe (40 proc.) czy gromadzenie gotówki (31 proc.). Warto jednak skorzystać z programów, które umożliwiają zbudowanie większych oszczędności niż te, które otrzymamy z ZUS na koniec kariery zawodowej.

Katarzyna Czupa, analityk ds. programów emerytalnych w Nationale-Nederlanden PTE

Ile mieszkań sprzedadzą w tym roku deweloperzy?

Jaki poziom sprzedaży mieszkań odnotują w tym roku deweloperzy? Czy wstępne podsumowania wskazują na niższe wyniki niż ubiegłoroczne? Jak duża będzie korekta? Czy oferta firm jest dziś mniejsza niż przed rokiem? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Mirosław Kujawski, członek zarządu Develii

Ze względu na pandemię i dużą niepewność na rynku, pierwsze półrocze br. było wymagające, a sprzedaż słabsza w porównaniu do poprzedniego roku. W III kwartale sytuacja na rynku nieruchomości znacząco się poprawiła. Odnotowaliśmy 15 procentowy wzrost sprzedaży w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. W IV kwartale br. nastąpiło pogorszenie sytuacji pandemicznej i nie pozostanie to bez wpływu na nastroje konsumenckie. Mimo to, liczymy na dobrą końcówkę roku.

Osiągnięcie dobrej sprzedaży w ostatnim kwartale będzie możliwe dzięki dużej liczbie rezerwacji na koniec poprzedniego kwartału i wprowadzeniu do oferty nowych inwestycji, w tym kolejnych etapów projektów Ceglana Park w Katowicach i Osiedla Latarników w Gdańsku oraz nowej inwestycji Prestovia House w Warszawie. Na koniec III kwartału 2019 roku w ofercie Develii dostępnych było 2136 mieszkań, w tym roku na koniec września w sprzedaży mieliśmy 1641 lokali.

Angelika Kliś, dyrektor zarządzająca ds. Sprzedaży i Marketingu w Atal

Nadzwyczajna, pandemiczna sytuacja będzie miała przełożenie na niższy poziom kontraktacji w tym roku. Zakładamy korektę o około 10 proc. wobec naszych założeń z początku roku. W związku z czym spodziewamy się, że w całym 2020 roku liczba podpisanych umów deweloperskich wyniesie około 2,8-3 tys.

Zgodnie z przyjętym na ten rok planem realizujemy i jednocześnie rozpoczynamy przedsięwzięcia inwestycyjne we wszystkich siedmiu aglomeracjach, gdzie prowadzimy działalność. Jednocześnie staramy się, aby poziom oferty niezmiennie utrzymywała się w zakresie 3500-4300 mieszkań i lokali. Co istotne, poziom aktualnej oferty jest zbliżony do zeszłorocznego. W sprzedaży mamy aktualnie około 3900 mieszkań i lokali usługowych. Dla porównania, w roku ubiegłym oferta wynosiła 4254 mieszkania, ale w listopadzie zmniejszyła się do 3988 lokali.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

W tym roku spodziewam się rezultatu sprzedaży gorszego niż ubiegłoroczny. Wynika to przede wszystkim z dostępnej oferty, która jest znacznie mniejsza niż przed rokiem. Z uwagi na liczne bariery wynikające z czasu pandemii, a w szczególności wydłużenia czasu oczekiwania na pozwolenie na budowę, nie udało nam się uruchomić kilku nowych projektów. A to w istotny sposób wpłynęło na zubożenie oferty. Mieszkania szybko się wyprzedają, szczególnie w inwestycjach, których ukończenie zaplanowaliśmy na koniec tego roku. W Osiedlu Nowe Tysiąclecie w Katowicach zostało tylko 8 proc. mieszkań, a niespełna 10 proc. w Hanza Tower, najwyższym budynku w Szczecinie. Mieszkania w kameralnym budynku Willa Wiślana na warszawskim Tarchominie są wyprzedane, do kupienia są tylko lokale usługowe. W 80 proc. została sprzedana również oferta w budynku Bliska Wola Tower w Warszawie, którego ukończenie planujemy na koniec 2021 roku.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Tegoroczna sprzedaż mieszkań będzie z pewnością niższa od ubiegłorocznej. Z jednej strony rosnące wymagania banków ograniczyły akcję kredytową. Klienci byli również bardziej ostrożni w podejmowaniu decyzji zakupowych. Z kolei zamrożenie gospodarki, w tym zmiany w pracy organów administracji wydłużyły proces uzyskiwania niezbędnych decyzji administracyjnych, takich jak pozwolenia na budowę czy pozwolenia na użytkowanie. Widać jednak, że popyt jest cały czas wysoki i klienci szukają atrakcyjnych nieruchomości. Na koniec września br. w ofercie sprzedażowej mieliśmy 194 lokale, czyli nieco mniej niż przed rokiem.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Pierwszy kwartał 2020 był rekordowy, jeżeli chodzi o sprzedaż nowych mieszkań, zostało wówczas sprzedanych najwięcej mieszkań od 2 lat. W drugim kwartale wielu klientów zrezygnowało z planów zakupowych, obawiając się pandemii lub swojej przyszłości. Jak pokazują wyniki sprzedaży za trzeci kwartał, zdążyliśmy się już oswoić z epidemią. Jednak załamanie sprzedaży, które miało miejsce w drugim kwartale z pewnością spowoduje że wyniki sprzedaży mogą być porównywalne lub nieco niższe w porównaniu do roku poprzedniego.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Szacujemy, że tegoroczne wyniki sprzedaży będą porównywalne z ubiegłorocznymi. Oczywiście, gdyby nie pandemia sprzedaż pewnie byłaby zdecydowanie lepsza. Natomiast cieszymy się z obecnej sytuacji, ponieważ wygląda jak dotąd bardzo dobrze. W ofercie mamy kilkaset mieszkań na terenie Warszawy, w inwestycjach na Woli, Bielanach i Targówku. Wszystkie lokalizacje cieszą się dużym zainteresowaniem, gdyż znajdują się w pobliżu stacji metra oraz otoczeniu pełnej infrastruktury, niezbędnej do codziennego funkcjonowania. Mieszkania w naszych projektach są idealną propozycją, zarówno dla inwestorów, jak i osób szukających docelowego lokum dla siebie czy rodziny.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Szacujemy, że tegoroczne podsumowanie sprzedaży będzie na poziomie o 20-25 proc. niższym niż rok temu. Największy spadek sprzedaży odnotowany został w drugim kwartale roku, gdy kontakt z klientem był utrudniony, a przemieszczenie praktycznie niemożliwe. Jednak po tym okresie sprzedaż ustabilizowała się. W naszych inwestycjach, które zbliżają się do uzyskania pozwolenia na użytkowanie, mamy sprzedanych większość lokali. Sukcesywnie wprowadzamy do oferty nowe inwestycje, aby klienci mieli szeroki wybór mieszkań i lokali usługowych.

Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska

Nie tylko szacujemy, ale tak już wiemy, że będzie to dobry wynik. W przeciwieństwie do wielu deweloperów, nie wstrzymywaliśmy wprowadzania nowych projektów na rynek i konsekwentnie realizujemy naszą strategię rozwoju portfolio nowych lokalizacji. Dzięki temu znacząco podnieśliśmy wyniki sprzedaży w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym. Kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na wynik jest zakończona w drugim kwartale transakcja typu PRS(Private Rented Sector) skierowana do klienta instytucjonalnego, dotycząca sprzedaży budynku Puławska 186. Dzięki temu jedną umową zrealizowaliśmy sprzedaż 200 lokali.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Realizujemy plan sprzedaży zgodnie z założeniami i mimo kwietniowo-majowych spadków dobry trzeci kwartał pozwolił nam odrobić spowolnienie, a czwarty kwartał wygląda równie obiecująco. Wszystko wskazuje na to, że podobnie, jak w zeszłym roku zrealizujemy nasze cele sprzedażowe. Jeśli chodzi o wielkość oferty, klienci mają teraz większy wybór niż rok temu, ponieważ w ostatnim czasie weszły do sprzedaży dwa nowe projekty deweloperskie: ST_ART Piątkowo i Zbrojowa.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Nasza oferta mieszkań jest stabilna, obecnie proponujemy klientom wybór spośród ponad 1700 mieszkań, a cały bank ziemi w naszym posiadaniu przekracza 17000 lokali. Mamy nadzieję, że wpływ pandemii koronawirusa, zanotowany w drugim kwartale br., nie będzie znaczący w skali całego roku. Trudno jednak obecnie szacować całoroczną sprzedaż. Dostosowaliśmy nasze projekty do oczekiwań klientów i cały czas wprowadzamy do sprzedaży kolejne etapy inwestycji, zarówno w Warszawie, jak i Gdańsku czy Wrocławiu. W budowie mamy ponad 6500 mieszkań, a wszystkie prace przebiegają zgodnie z harmonogramami.

Klienci nie rezygnują ze swoich planów mieszkaniowych, a popyt inwestycyjny rośnie. Poza tym, klienci poszukują coraz lepszych projektów, z balkonami i tarasami w dobrych lokalizacjach. Oczekują dobrze zaprojektowanych mieszkań, by w razie potrzeby korzystać z nich także w ramach pracy zdalnej.

Sylwester Śniadecki, prezes Śniadecki Development i Śniadecki Investment Group

Rok 2020 już się kończy, więc mamy dane by porównać tegoroczną sprzedaż z ubiegłoroczną. Wbrew początkowym obawom, które na początku pandemii towarzyszyły, zarówno przedsiębiorcom, jak i ekspertom dla nas rok 2020 kończy się niezwykle pomyślnie. Odnotowaliśmy bowiem niemal 40 proc. wzrost sprzedaży. Tak znaczący progres jest z pewnością efektem zmiany preferencji kupujących, a nasza oferta domów z ogrodami trafia w aktualne rynkowe zapotrzebowania. Obecnie prowadzimy trzy inwestycje, a pięć kolejnych jest w zaawansowanej fazie projektowej. Nasza oferta jest zatem większa niż w 2019 roku.

Małgorzata Nowodworska, dyrektor sprzedaży i marketingu Angel Poland Group w Krakowie

Poziom sprzedaży w 2020 roku z pewnością będzie wyższy w stosunku do roku poprzedniego z uwagi na popularność segmentu premium w obliczu kryzysu, ale przede wszystkim dlatego, że nasza oferta mieszkaniowa była szersza niż w roku ubiegłym. W tym roku sprzedajemy trzy inwestycje: Angel Stradom, Angel Green w Krakowie oraz Angel City we Wrocławiu.

Robert Stachowiak, prezes zarządu SGI

W 2019 roku z sukcesem zakończyliśmy sprzedaż mieszkań w inwestycjach realizowanych poza Warszawą. W latach 2020 i 2021 skupiamy się na najbardziej płynnym rynku – stołecznym. Obecnie mamy w sprzedaży dwa projekty na warszawskich Siekierkach – Nova Bluszczańska oraz Ustronie Mokotów. Oceniamy, że w obu przypadkach sprzedaż w 2020 roku będzie podobna do zeszłorocznej. Widzimy też duże zainteresowanie kolejnymi projektami. Klienci, którzy nie zdążyli znaleźć dla siebie odpowiedniego metrażu, pytają o przyszłe inwestycje firmy.

Jarosław Kozak, wiceprezes zarządu Waryński S.A. Grupa Holdingowa

Niezależnie od trwającej przez ostatnie miesiące sytuacji pandemicznej, kontynuując sprzedaż wciąż zmierzamy do zmniejszania się wolumenu dostępnych na rynku mieszkań. Żaden z deweloperów nie dostrzegł całkowitego zatrzymania sprzedaży, nawet podczas kryzysu w 2008 roku. Możemy jednak mówić o zwolnieniu tempa sprzedaży, co wiąże się przede wszystkim z ostrożnością kupujących w podejmowaniu decyzji zakupowych.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

W tym roku w Osiedlu Łomianki podwoiliśmy sprzedaż mieszkań. Szacujemy, że do końca grudnia br. zwiększymy sprzedaż o 140 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim. Zakończyliśmy sprzedaż w Osiedlu Natura 1. Wszystkie mieszkania zostały wyprzedane przed uzyskaniem pozwolenia na użytkowanie. Rozpoczęliśmy też sprzedaż Nowego Osiedla Natura 2, gdzie tylko w pierwszych dwóch tygodniach sprzedaży podpisaliśmy umowy rezerwacyjne na ponad 15 proc. mieszkań.

Mariola Żak, dyrektor sprzedaży i marketingu Aurec Home

Miasteczko Jutrzenki przez ekspertów rynku nieruchomości mieszkaniowych uznane zostało za jeden z najlepszych debiutów mieszkaniowych w Warszawie i jedną z najlepiej sprzedających się inwestycji. Nie spodziewamy się nagłego wyhamowania sprzedaży.

Wojciech Dzioba, prezes zarządu TBV Investment

Spodziewamy się, że w tym roku utrzymamy porównywalny poziom sprzedaży do zeszłorocznego. Warto jednak zauważyć, że w naszej tegorocznej ofercie znajduje się o około 40 proc. więcej mieszkań niż w roku minionym. Nowe inwestycje budujemy w kilku różnych lokalizacjach Lublina.

 

Autor: Dompress.pl

Rusza IPO Answear.com. Spółka chce pozyskać ok. 65 ml zł na rozwój

Answear.com, wiodący e-commerce sprzedający modę w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, rozpoczyna Pierwszą Ofertę Publiczną Akcji. Z emisji nowych akcji Spółka oczekuje pozyskać ok. 65 mln zł na dalszy rozwój, a wartość całej Oferty może wynieść nawet do 159 mln zł. Zapisy dla inwestorów indywidualnych będą prowadzone w dniach 10‑17 grudnia.

– Dziś startuje nasza Oferta Publiczna, której zakończenie planujemy do 23 grudnia, kiedy ma nastąpić przydział akcji. Debiut na GPW zakładamy w pierwszych dniach stycznia 2021. Wierzymy, że dzięki wsparciu inwestorów będziemy mogli kontynuować dynamiczny rozwój Answear.com. Z emisji nowych akcji chcemy pozyskać ok. 65 mln zł wpływów netto. Lwią część kwoty zamierzamy przeznaczyć na powiększenie oferty produktowej oraz wydatki marketingowe. W planach mamy też wydatki na rozwój działalności na nowych rynkach, rozwój marki własnej oraz inwestycje w infrastrukturę magazynową oraz IT. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com.

W ramach IPO zaoferowanych jest od 1.000.000 do 1.841.000 nowo emitowanych akcji serii D. Dodatkowo w skład oferty wchodzi do 2.523.500 akcji serii A należących do funduszu MCI.PrivateVentures FIZ (subfundusz MCI.TechVentures 1.0), stanowiących do 16,44 proc. kapitału spółki i uprawniających do analogicznej liczby głosów na Walnym Zgromadzeniu. Wszystkie istniejące akcje Spółki, w tym należące do Forum X FIZ oraz MCI.PrivateVentures FIZ, oraz nowo emitowane akcje serii D mają w intencji Spółki zostać wprowadzone do obrotu na rynku regulowanym prowadzonym przez GPW (na warunkach określonych w Prospekcie). Globalnymi Koordynatorami oferty, prowadzącymi księgę popytu jest mBank oraz Trigon Dom Maklerski. Finalny skład konsorcjum detalicznego zostanie ogłoszony do 10 grudnia.

Cenę maksymalną dla jednej akcji ustalono na 36,5 zł. Oznacza to, że łączna wartość Oferty może wynieść nawet 159 mln zł i implikuje potencjalną wycenę całej Spółki na poziomie około 645 mln zł.

Harmonogram Oferty Answear.com:

9 grudnia 2020 Publikacja Prospektu.
10-17 grudnia 2020 Zapisy dla inwestorów indywidualnych.
do 18 grudnia 2020 Publikacja ostatecznej ceny i liczy akcji oferowanych.
18-22 grudnia 2020 Zapisy w transzy dla inwestorów instytucjonalnych.
do 23 grudnia 2020 Przydział akcji oferowanych.
około 8 stycznia 2021 Pierwszy dzień notowań akcji na GPW.

Answear.com to założony w 2011 e-commerce zajmujący się sprzedażą markowej odzieży, obuwia oraz akcesoriów. Spółka prowadzi obecnie działalność w 7 krajach Europy Środkowo-Wschodniej: Bułgarii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji, Ukrainie oraz Węgrzech. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, a żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 % udziału w całkowitych przychodach Spółki. Answear w najbliższych latach planuje kontynuować ekspansję zagraniczną. Plany rozwoju obejmują wejście platformy do: Rosji, Kazachstanu, Chorwacji, Słowenii, Grecji, Litwy, Łotwy, Estonii, Serbii, Mołdawii oraz Bośni i Hercegowiny. Wszystkie wymienione rynki będą mogły być obsługiwane na analogicznych zasadach jak pozostałe, czyli z magazynu centralnego pod Krakowem.

Widzimy, że na wzrost naszego biznesu wpływ ma dostępna oferta produktowa. Dlatego planujemy jej poszerzenie do 500 marek i 150 tys. produktów. Szczególnie duży nacisk chcemy położyć na marki premium, które pozytywie wpływają na rentowość i średni koszyk zamówienia. Dodatkowo zamierzamy mocniej zwiększać świadomość marki Answear na rynkach, na których istniejemy m.in. poprzez kampanię TV, która wystartuje w ciągu najbliższych tygodni. – dodaje Krzysztof Bajołek.

Answear.com za ostatnie 12 miesięcy (liczone do końca września 2020) odnotował 369 mln zł przychodów oraz 23,4 mln zł EBITDA. Ostatni kwartał 2020 zapowiada się bardzo dobrze, gdyż listopad był rekordowym miesiącem pod względem przychodów, które wzrosły o ponad 60% w porównaniu do analogicznego miesiąca zeszłego roku.

Wyniki finansowe Answear.com (w tys. PLN)

2017 2018 2019 9M 2020*
Przychody 145 040  220 796  311 207 263 433
Zysk brutto ze sprzedaży -6 722 -6 292 6 914 13 144
EBIT -7 834 -6 998 4 374 12 092
EBITDA -4 607 -3 417 9 614 18 244
Zysk netto -8 876 -8 280 10 874 4 353

Źródło: Prospekt Answear.com

*niezbadane

Ostrożnościowe podejście banków w dobie pandemii

Nabierająca od roku rozpędu pandemia, która w marcu dotarła również do Polski, mniej i bardziej dotkliwie dotknęła większość sektorów gospodarki. System domina powoduje, że podmioty współpracujące z branżami przeżywającymi obecnie kryzys również go odczuwają. Jak na pandemię zareagowały instytucje finansowe, które są nieodłącznym partnerem inwestorów na rynku inwestycyjnym w obszarze nieruchomości?

Zakończony rekordem rok 2019, rozpoczęte transakcje i plany inwestycyjne dużych międzynarodowych podmiotów pozwalały spodziewać się kolejnego sukcesu w tym obszarze. Jednak rozprzestrzeniająca się pandemia Covid-19 wyhamowała toczące się transakcje. Należy przy tym zaznaczyć, że spowolnienie było narzucone sytuacją, z którą do tej pory nie spotkaliśmy się na taką skalę. Wprowadzone ograniczenia w przemieszczaniu się, a przez to utrudniony dostęp do nieruchomości i niezbędnych urzędów, wydłużył lub odłożył w czasie proces podejmowania decyzji przez inwestorów. Również instytucje finansowe zaczęły bardziej ostrożnie podchodzić do nowych projektów.

„W początkowym okresie pandemii banki zaczęły, z oczywistych względów, formułować oczekiwania co do pogłębionych analiz rynku. Dodatkowo pojawiły się wymogi odnośnie analizy wrażliwości wartości nieruchomości oraz wpływu stóp kapitalizacji i czynszu. Spotkaliśmy się również z taką sytuacją, że sektorowe organizacje zawodowe zrzeszające rzeczoznawców, np. RICS, zaleciły stosowanie w raportach z wycen nieruchomości dodatkowych klauzul, które były i są określane jako klauzule dotyczące istotnej niepewności wyceny ze względu na pandemię. W tym kontekście zjawisko te, traktowane jako bez precedensu, utrudniało zebranie odpowiednich danych porównawczych i transakcyjnych, jeżeli chodzi o czynsze i transakcje nieruchomościami w początkowym okresie. Cieszyć należy fakt, że widoczny już powoli powrót rynku do swojej aktywności oraz zwiększone zainteresowanie transakcjami w kilku segmentach spowodowało, że wspomniana klauzula, która budziła sporo kontrowersji i pytań ze strony odbiorów wyceny, została zamieniona na komenatrz dotyczący sytuacji rynkowej” – komentuje Grzegorz Chmielak, Partner, Dyrektor Działu Wycen na region Europy Środkowo-Wschodniej w Knight Frank.

Jak można było łatwo zaobserwować, rynek na pandemię zareagował bardzo szybko, a pierwszą reakcją banków był wzrost kosztów finansowania. Co spowodowało wzrost marż przy kredytach udzielanych na finansowanie nieruchomości komercyjnych? Jaki inne parametry miały wpływ na wspomniany wzrost? Czy z perspektywy czasu, który upłynął od początku pandemii, podejście banków zmieniło się i jakie są perspektywy na przeszłość?

Zdaniem Bartomieja Bareja, Dyrektora w Departamencie Nieruchomości w Santander Bank Polska „To jest bardzo trudny rok, nietypowy pod kątem samej sytuacji i niepewności na rynku. Po początkowym szoku, który wszyscy przeżyli w marcu, kiedy rynek chwilowo zamarł, a finansowanie transakcji zostało wtrzymane, wszystko powoli zaczęło wracać na właściwe tory. Marże banków wzrosły w stosunku do trudniejszych projektów i wynika to m.in. ze wzrostu ryzyka i niepewności, które pojawiły się na rynku. O ile na początku ostrożnie podchodziliśmy w ogóle do nowego finansowania, o tyle obecnie indywidualnie analizujemy każdy sektor. Najbardziej dotknięty sytuacją sektor handlowy będzie odczuwać skutki pandemii jeszcze przez dłuższy czas, a ostrożność banków w jego przypadku będzie wzmożona. Pozostałe sektory, takie jak magazynowy, mieszkaniowy czy biurowy, które nie ucierpiały tak bardzo, mogą z czasem liczyć na bardziej agresywne podejście banków.”

Znaczących zawirowań nie zauważyli eksperci banku PKO Bank Polski. Szczegółowo wyjaśnia to Agata Gola, Head of Property Finance – „Z naszej perspektywy okres zawieszenia trwał bardzo krótko. Może to wynikać z faktu, że jako wiodący bank w Polsce, od lat stabilnie osadzona w polskiej gospodarce, jesteśmy w stanie dość szybko pewne trendy wychwycić, a co za tym idzie szybciej na nie reagować, w porównaniu z instytucjami działającymi na globalnych rynkach. Cały czas pozostawaliśmy w dialogu z naszymi obecnymi klientami, szczególnie jeżeli wymagali dodatkowego wsparcia. Procesy kredytowe rzeczywiście trochę się wydłużyły, ale wynikało to z dość dokładnej analizy projektów. Obecnie proponujemy mniej agresywne struktury, niż te oferowane przed pandemią. W przypadku naszej instytucji klienci nie odczuli  znaczącego wzrostu marż. Przy okazji, warto tutaj odnieść się i porównać sytuacje dotyczące zawirowania rynkowego w 2008 roku i obecnie. Jeżeli mówimy o marżach, to są one wypadkową różnych elementów, a jednym z bardziej znaczących jest płynność sektora. Obie sytuacje różnią się diametralnie, gdyż w 2008 roku sektor zamarł, a płynność była właściwie zerowa. Sytuacja w 2020 roku jest inna, zarówno w początkowej fazie pandemii, jak i na wczesnym etapie stabilizacji, płynność polskiego sektora bankowego była olbrzymia. Mamy obecnie w sektorze bankowym w Polsce najniższy wskaźnik kredytów do depozytów w historii. Kluczowe natomiast jest to, jak banki oceniają ryzyko danego sektora i jaka jest ich skłonność do jego finansowania.”

Do kwestii płynności finansowej nawiązuje również Artur Niski, Director, Real Estate Finance w ING Bank Śląski – „W początkowym okresie pandemii rzeczywiście płynność była ograniczona. Wynikało to z tego, że banki analizowały wpływ całej sytuacji na istniejący portfel kredytowy oraz na miary kapitałowe i regulacyjne. Zaobserwowaliśmy na rynku zjawisko – duże firmy w całości wykorzystywały zapasowe odnawialne linie kredytowe, z których wcześniej nie korzystały. Spowodowało to krótkoterminowy odpływ środków, a co za tym idzie banki chciały przeanalizować, jak wpłynie to na ich płynność i wszystkie miary regulacyjne. Drugim czynnikiem, który wpłynął na dostępność i  ceny finansowania był wzrost niepewności, a przez to wzrost oczekiwanej premii za ryzyko. Na pewno też w tym wczesnym okresie wzrosły koszty refinansowania przez banki. Na rynku listów zastawnych obserwowaliśmy wzrost rentowności co przekładało się na koszty pozyskania finansowania przez banki hipoteczne. Od zawsze instytucje finansowe preferowały podejście ostrożnościowe, stawiając na pierwszym miejscu bezpieczeństwo depozytów. Obecnie procesowanie transakcji uzależnione jest od sektora nieruchomości. Z tym wiążą się również koszty finansowania, gdzie dostrzec można pewną polaryzację. W przypadku bardziej oportunistycznych projektów, w tym deweloperskich, marże rzeczywiście wzrosły, często znacząco. Natomiast dla najbardziej defensywnych projektów, poszukiwanych zarówno przez inwestorów, jak i przez banki, gdzie konkurencja jest bardzo duża, koszty finansowania nie zmieniły się i są na poziomie porównywalnym do tych przed pandemią.”

O jedną czwartą klientów mniej w centrach handlowych

O jedną czwartą klientów mniej w centrach handlowych – podsumowanie odwiedzalności w pierwszym tygodniu po ponownym uruchomieniu. Niedziela handlowa okazała się dobrą decyzją – ruch w galeriach rozłożył się na dwa dni.

Wskaźniki odwiedzalności z pierwszego pełnego tygodnia po ponownym uruchomieniu sklepów w centrach handlowych utrzymują się na poziomie o 25-30 proc. niższym, w stosunku do  analogicznego okresu  2019 roku. Klienci skorzystali z możliwości zrobienia zakupów także w niedzielę, dzięki czemu ruch na terenie obiektów handlowych rozłożył się na dwa dni – w sobotę odwiedzalność wyniosła 77 proc., a w niedzielę 69 proc. wartości odnotowanych w odpowiednio porównywalnych dniach 2019 r. Pierwszy weekend grudnia pokazał też, że zdecydowana większość klientów stosuje się do wytycznych sanitarnych, reaguje na polecenia i  korzysta ze wskazówek podkreślających zasady DDM – dystans, dezynfekcja, maseczka.

Średni tygodniowy footfall w dniach 30 listopada – 6 grudnia 2020 r. wyniósł 76 proc. w porównaniu do odwiedzalności w tym samym okresie w 2019 roku. W niedzielę handlową, która w bieżącym roku została wyjątkowo wprowadzona 6 grudnia,  odnotowano odwiedzalność na poziomie 69 proc. w porównaniu do niedzieli handlowej 24 listopada 2019 r. (to najbliższa porównywalna niedziela handlowa z 2019 r.). Dzięki temu, że klienci skorzystali z możliwości robienia zakupów także w niedzielę, ruch w obiektach handlowych rozłożył się na dwa dni weekendu. Dla porównania w sobotę w centrach handlowych pojawiło się 77 proc. klientów w odniesieniu do analogicznej soboty w 2019 r., a tydzień wcześniej (28 listopada) w pierwszym dniu po otwarciu centrów handlowych 73 proc.

Obiekty średnie i mniejsze cieszą się większą popularnością – średnia tygodniowa odwiedzalność wyniosła 79 proc., niż duże i bardzo duże, które odnotowały ją na poziomie 72 proc. Najwięcej osób skorzystało z możliwości zrobienia przedświątecznych zakupów w regionach Południowym i Centralnym.

Klienci dostosowali się do reżimu sanitarnego i zmienili sposób korzystania z centrów handlowych. Zakupy robiły pojedyncze osoby, które stosowały się do zasad DDM, utrzymywały dystans, nosiły maseczki i dezynfekowały ręce. Galerie i sklepy skrupulatnie przestrzegały obostrzeń dotyczących liczby osób przypadających na 1 mkw.

Równolegle w ramach kampanii „Bezpieczeństwo – Kupuję To!” – #KupujęBezpiecznie, pod honorowym patronatem Ministerstwa Zdrowia i Ministerstwa Rozwoju, Pracy i Technologii, Polska Rada Centrów Handlowych oraz członkowie PRCH i organizacje branżowe  aktywnie edukowały i edukują klientów promując  zasadę  DDM – dystans, dezynfekcja, maseczki oraz przekazując  praktyczne porady jak przygotować się do Świąt dokonując bezpiecznych zakupów.

„Obserwujemy zmianę postaw klientów, którzy w sposób odpowiedzialny podchodzą do zasad rygoru sanitarnego obowiązującego w centrach handlowych. Cieszymy się, że podjęte przez nas działania, realizujące kampanię edukacyjną skierowaną do klientów oraz akcje informacyjne poszczególnych galerii handlowych i najemców, przynoszą efekty. Dziesiątki tysięcy plakatów, naklejek ułatwiających poruszanie się i zachowywanie dystansu, komunikaty głosowe i co bardzo ważne ogromne zaangażowanie pracowników galerii, którzy dbają o codzienne bezpieczeństwo w przestrzeni obiektów handlowych, przyczyniają się do tego, że centra  są jednymi z najbezpieczniejszych miejsc w przestrzeni publicznej” – powiedział Radosław Knap, Dyrektor Generalny PRCH.

„Nowa normalność” zostanie z nami przez co najmniej kilka lat. Jakie są główne wyzwania dla działów IT?

Pandemia przyspieszyła cyfrową transformację i zmusiła firmy do większych wydatków na bezpieczeństwo sieciowe. Największym wyzwaniem wciąż praca zdalna.

„Nowa normalność” zostanie z nami przez co najmniej kilka lat a zabezpieczanie pracowników zdalnych i ochrona wdrożeń w chmurze to główne wyzwania cybernetyczne dla firm w ciągu najbliższych trzech lat – wynika z międzynarodowego badania firmy Check Point. Zdecydowana większość przedstawicieli firm uważa, że świat sprzed pandemii już nie powróci.

Firma Check Point przedstawiła wyniki nowej międzynarodowej ankiety, ukazującej kluczowe priorytety i wyzwania w zakresie bezpieczeństwa cybernetycznego na lata 2021-2023. Ponad połowa respondentów badania stwierdziła, że ich organizacje są obecnie świadkami większej liczby ataków i zagrożeń niż na początku 2020 r. Jednocześnie zdecydowana większość badanych zauważa, że podejście do bezpieczeństwa nie powróci do stanu sprzed pandemii. Poważne zmiany w infrastrukturze IT potwierdza również KPMG, który szacuje, że podczas pierwszej fali pandemii firmy wydawały dodatkowo około 15 mld dolarów tygodniowo więcej na technologie, aby zapewnić skuteczną i bezpieczną pracę zdalną. KPMG zauważa, że wg ponad połowy szefów działów IT w polskich firmach, pandemia trwale przyspieszyła transformację cyfrową i przyswajanie nowych technologii takich jak sztuczna inteligencja, blockchain czy automatyzacja.

Tymczasem ankieta przeprowadzona przez firmę Check Point wśród ponad 600 specjalistów IT na całym świecie ujawniła, że największym wyzwaniem bezpieczeństwa organizacji w najbliższych latach będzie zapewnienie bezpieczeństwa pracowników zdalnych na szeroką skalę (47%). Przedstawiciele firm uważają, że w dalszej kolejności trudnością może być zapobieganie atakom phishingowym i socjotechnicznym (42%), utrzymywanie bezpiecznego dostępu zdalnego (41%) oraz ochrona aplikacji i infrastruktury w chmurze (39%).

Dla szefów działów IT i bezpieczeństwa głównymi priorytetami na lata 2021-2023 będą zabezpieczenia pracy zdalnej, bezpieczeństwo punktów końcowych i urządzeń mobilnych oraz zabezpieczenie chmur publicznych. Powyższe kwestie wydają się być istotniejsze niż m.in. wsparcie bezpieczeństwa dla Internetu Rzeczy czy dalsze wzmacnianie bezpieczeństwa poczty elektronicznej.

Aż 95 % respondentów uznało, że ich strategie zarządzania siecią firmową zmieniły się w drugiej połowie roku. Co ciekawe tylko nieco ponad jedna czwarta stwierdziła, że przyspieszyła istniejące projekty bezpieczeństwa w 2020 r., co może wskazywać, że dla większości ich reakcja na pandemię obejmowała nieplanowaną zmianę modelu biznesowego.

Około połowa wszystkich respondentów uważała, że ich podejście do bezpieczeństwa nie wróci do norm sprzed pandemii. Niecałe 30% zapewniło, że spodziewa się powrotu do funkcjonowania znanego sprzed epidemii Covid w bliżej nieokreślonej przyszłości, a jedynie 20% uważa, że ich model działania wrócił już do dawnych norm.

24% firm powstrzymuje się od inwestycji w zielone technologie z powodu deficytu wiedzy

Wiedza biznesu na temat Europejskiego Zielonego Ładu jest zróżnicowana. Dlatego rząd powinien podjąć w tym zakresie intensywne działania informacyjne

24% nieinwestujących firm powstrzymuje się od inwestycji w technologie proklimatyczne, ponieważ brakuje im odpowiedniej wiedzy na ten temat – wynika z badania przeprowadzonego przez Konfederację Lewiatan.

Przedsiębiorstwa planują inwestycje m.in. w OZE, elektryfikację, fotowoltaikę, magazyny energii, energię z wodoru czy pompy ciepła. Prawie jedna czwarta firm powstrzymuje się jednak od takich inwestycji z powodu braku odpowiedniej wiedzy na temat zielonej gospodarki.

Firmy odczuwają szczególnie deficyt informacji o polityce klimatycznej, celach redukcyjnych, transformacji sektora energetycznego, sprawiedliwej transformacji, gospodarce o obiegu zamkniętym, zrównoważonej mobilności, nowych technologiach, dostępnych źródłach finansowania oraz wsparciu inwestycji.

– W zielonej transformacji kluczową rolę będzie pełnić wiedza o innowacyjnych technologiach, edukacja i transformacja społeczna. Jednak bez szerokiej kampanii informacyjnej, co wynika z naszego badania, część firm zrezygnuje z inwestycji w zielone technologie właśnie z powodu deficytu wiedzy. Tę lukę aktualnie wypełnia Rada ds. Zielonej Transformacji w Lewiatanie – mówi Dorota Zawadzka-Stępniak, dyrektorka departamentu energii i zmian klimatu w Konfederacji Lewiatan.

Jak dotąd w inwestowaniu w zielone technologie nie przeszkadza firmom niedobór pracowników. Na tę barierę wskazywało jedynie 8% nieinwestujących firm.

– Niedobór pracowników nie jest obecnie postrzegany jako bariera dokonywania inwestycji proklimatycznych. Warto jednak mieć świadomość, że pełne wykorzystanie potencjału płynącego z transformacji energetycznej będzie wymagać nowych kompetencji. Tym bardziej zaawansowanych, im bardziej innowacyjne produkty i usługi będziemy dostarczać. Dlatego już teraz należy przygotować program wspierający w przekwalifikowaniu pracowników schyłkowych zawodów oraz bezrobotnych do potrzeb zielonej gospodarki. To warunek konieczny sprawiedliwej transformacji, która nikogo nie zostawia w tyle – dodaje Monika Fedorczuk, ekspertka rynku pracy Konfederacji Lewiatan.

Jutro przywódcy UE spotkają się w Brukseli na dwudniowym szczycie i rozmawiać będą m.in. o walce ze zmianą klimatu, budżecie na lata 2021-2027 i Funduszu Odbudowy.

Badanie „Wpływ Europejskiego Zielonego Ładu na funkcjonowanie firm” zostało przeprowadzone w listopadzie br. wśród przedsiębiorstw reprezentujących kluczowe branże.

Na czym polega ranking kredytów gotówkowych, co decyduje o miejscu w rankingu kredytu gotówkowego?

Jeśli szukasz korzystnej oferty kredytu gotówkowego, możesz sprawdzić rankingi, które podpowiedzą, gdzie warto wysłać wniosek. Jak się je tworzy, według jakich parametrów oferty są oceniane? Sprawdzamy.

Na czym polega ranking kredytów gotówkowych?

Ranking kredytów gotówkowych to zestawianie kilku różnych ofert, ocenianych pod kątem wybranych parametrów. Mogą być tworzone na dwa sposoby: „ręczny” i automatyczny.

W pierwszym przypadku ranking opracowują najczęściej specjaliści, którzy śledzą oferty bankowe. Na podstawie warunków, przykładu reprezentatywnego analizują kredyty, biorąc pod uwagę wskazane parametry. Na końcu przedstawiają całość w formie przejrzystego rankingu. Na pierwszym miejscu znajduje się kredyt, który „wygrał” w danym miesiącu, natomiast na kolejnych miejscach są już mniej korzystne, ale dalej atrakcyjne na tle innych oferty.

Obecnie niewiele serwisów publikuje takie comiesięczne zestawienia, przygotowane przez ekspertów, częściej generowane są one automatyczne. W jaki sposób? Narzędzie internetowe zbiera oferty, analizuje konkretne parametry i przedstawia kredyty w kolejności od najkorzystniejszego do najbardziej kosztownego. Minusem jest brak komentarza, zebranych wniosków przez ekspertów. Plusem natomiast to, że w takim rankingu przedstawionych jest zwykle więcej ofert, może być on także aktualizowany w trakcie miesiąca, jeśli warunki banku się zmienią. Sprawdź ranking kredytów gotówkowych na Wnioskomat.com, aby przekonać się, jak to działa.

Jak oceniane są oferty w rankingu kredytów?

Podczas tworzenia rankingów, brane są pod uwagę różne koszty wpływające na wysokość kredytu: oprocentowanie, prowizja, RRSO. Jednak, aby lista była jak najbardziej obiektywna, każdą ofertę trzeba rozpatrywać pod tym samym kątem.

Najczęstszymi parametrami, branymi pod uwagę w trakcie oceny ofert, jest wysokość zobowiązania, a także okres spłaty kredytu. Tak jest w przypadku automatycznych narzędzi, gdy analizy dokonuje ekspert, może uwzględnić także dodatkowe czynniki, aczkolwiek informacje o tym zawsze znajdziesz we wstępie. Najważniejsze jest, aby każdą ofertę ocenić na podstawie dokładnie tych samych czynników.

Dobry ranking, czyli jaki?

W sieci znajdziesz wiele różnych rankingów, któremu zaufać? Mamy kilka porad, które powinny ci się przydać.

Najważniejszą cechą rankingu jest aktualność – jeśli porównanie jest sprzed miesiąca, warunki mogły się zmienić. Dużą zaletą internetowych narzędzi rankingowych jest to, że jeśli bank w trakcie miesiąca wprowadzi promocje, albo zmieni prowizję, dane te automatycznie się zaktualizują, nierzadko powodując „przetasowania” na liście.

Drugą rzeczą, na którą musisz zwrócić uwagę, jest to, czy ranking podaje, na podstawie jakich parametrów dokonano analizy. Taka informacja powinna być umieszczona na samym początku.

Ostatnią kwestią jest to, ile ofert zostało wziętych pod uwagę: im więcej, tym zestawienie jest bardziej wiarygodne. W przypadku narzędzi automatycznych dużo zależy od tego, z iloma bankami współpracuje serwis, a więc w praktyce – z ilu pobiera dane do oceny.

Światem rządzi eCommerce? Podsumowanie konferencji GMC Live! vol. 3

Na to wszystko wskazuje, a przynajmniej w świecie marketingu. To właśnie bardzo prężnie rozwijające się w ostatnich miesiącach środowisko eCommerce zdominowało trzecią już edycję bezpłatnej konferencji online, GMC Live! Twórca jednej z największych konferencji marketingowych w Polsce, Grupa MTP, postanowił czasowo przenieść swój format do sieci i robić to co umie najlepiej – przekazać wiedzę, podzielić się trendami i zainspirować do działania.

3 grudnia na fan page’u oraz na kanale YouTube Golden Marketing Conference punktualnie o 10:00 rozpoczęło się wydarzenie GMC Live! vol. 3, które od pierwszych dni promocji stawiało na dużą dawkę wiedzy z zakresu eCommerce. I organizator dotrzymał słowa. Transmisję rozpoczęła prelekcja „Pytania o eCommerce – jaką platformę sprzedażową wybrać?” Tymoteusza Stengerta, New Business Lead  w Sylius oraz Tomasza Grzemskiego, CEO i Co-Founder, Macopedia. Mogliśmy się z niej dowiedzieć jakie platformy sprzedażowe dostępne są na rynku,  jaka platforma sprzedażowa jest odpowiednia na dla konkretnego rodzaju eCommercu oraz o czym warto pamiętać planując rozwój eCommerce. Kolejne prelekcje dotyczyły wsparcia sprzedaży w handlu elektronicznym przez kampanie prowadzone przez Facebook Ads, tu wykład wygłosiła Monika Czaplicka, CEO
w Wobuzz. Natomiast o wsparciu eCommerce przez narzędzia Google opowiedział CEO DevaGroup, Krzysztof Marzec. Kolejnym prelegentem, który wystąpił na wirtualnej konferencji był Dawid Fucia, Sales Team Leader w edrone. Przedstawił on w jaki sposób zbierać dane w czasach gdy jesteśmy bardzo mocno oszczędni w przekazywaniu informacji o sobie, a największy sukces odnoszą Ci, którzy komunikację szyją na miarę swoich odbiorców. Skoro mamy już dane o naszych klientach to jak je analizować i poszukać nowych źródeł by do perfekcji zoptymalizować sprzedaż? Jak sprawić by klienci wracali z poczuciem potrzeby kolejnego zakupu? O tym wszystkim na podstawie kampanii Facebook Ads oraz Google Ads opowiedziała Marta Burchard, Digital Specialist w ToBilet.pl oraz Agencji r360 w temacie „Powracający klient „cytryną” w customersowej lemoniadzie”.

Bardzo pozytywnym urozmaiceniem konferencji były tematy z branży, której ogromy potencjał marketingowy jest dopiero co zauważany, mianowicie gaming. O metodach komunikacji w esporcie opowiedziały Karolina Kałużyńska, PR Manager, Gameset oraz Justyna Oracz, Head of Communications w  Fantasyexpo. O tym jak trudno wejść na rynek produktów, który już wszystko widział a przy okazji nie rozpychać się łokciami i ugryźć dla siebie kawałek tortu opowiedziała Emilia Kusion, Brand Director w CityDiet.  Projekt Golden Marketing Conference od pewnego czasu zahacza także o tematy niezwykle rzadkie na konferencjach, czyli prawo w marketingu. Nie inaczej było tym razem, bo ostatnie dwa 2 lata to prawny roller-coaster dla marketingu. Mityczne RODO nadal utrudnia zamiast ułatwiać, a pod koniec grudnia 2020 r. pojawi się jeszcze jego młodszy brat – Prawo komunikacji elektronicznej. Właśnie o tym w prelekcji „3 kroki do prostszego marketingu, które od dawna są zapisane w RODO.” opowiadał Bartosz Pilc, Radca prawny i partner w Core Law. Następnie Paulina Mazur poruszyła temat wiarygodnego Employer Brandingu, czyli co trzeba zrobić, aby kandydaci uwierzyli, że marka pracodawcy jest atrakcyjna, a Piotr Bucki wprowadził nas w świat błędów poznawczych wpływających na decyzje zakupowe. Natomiast Łukasz Sokołowski, Digital Brand Manager w Citi Handlowy przedstawił jak pochodzić do tworzenia interesujących treści niosących wartość dla odbiorców oraz jak w działaniach tych wykorzystać wizerunek influencerów. Dzień konferencyjny zamknęła rozmowa z Danielem Bossy o lejkach sprzedażowy, czyli jak zbudować długoterminową strategię która zarabia – i to wszystko, oczywiście, w kontekście eCommerce.

Projekt GMC Live! powstał w odpowiedzi na potrzeby rynku marketingowo-eventowego, który w czasie największych obostrzeń wynikających ze światowej pandemii został zobligowany do przeniesienia swoich stacjonarnych spotkań na inne terminy. By móc kontynuować swoją misję prowadzenia rozmów o najnowszych trendach w branży oraz dzielić się dobrymi praktykami marketingowymi stworzyliśmy formułę spotkań online, które mają zagwarantować możliwość nieustannego wzbogacania wiedzy marketingowców i bezpłatnego podnoszenia kwalifikacji.

Badanie wizyt w sklepach: Polacy zdecydowanie omijają soboty. Największy ruch jest w piątki

Jak wynika z badania firmy technologicznej Proxi.cloud, istnieje silny związek między liczbą nowych przypadków COVID-19 a ruchem w sklepach. Wzrost zachorowań wpływa negatywnie zarówno na dzienną, jak i tygodniową liczbę klientów. Korelację zdecydowanie najmocniej widać w miastach liczących ponad 500 tys. mieszkańców. Natomiast na końcu zestawienia znajdują się ośrodki, w których mieszka od 50 do 100 tys. osób. Do tego wyraźnie widać, że najczęściej wybieranym dniem na weekendowe zakupy nie jest już sobota. Teraz największych ruch notuje się w piątek.

Z badania, przeprowadzonego na próbie blisko 2 mln konsumentów, wychodzi, że -0,55 wynosi korelacja między nowymi zakażeniami a ruchem w sklepach wielkopowierzchniowych w całym kraju. Z zebranych danych wynika, że istnieje silny związek pomiędzy wzrostem stwierdzanych przypadków SARS-CoV-2 a spadającą liczbą wizyt w placówkach handlowych.

– Największą zależność, tj. na poziomie -0,87, obserwujemy w miastach mających powyżej 500 tys. mieszkańców. Może to oznaczać, że tam ludzie są najbardziej świadomi zagrożenia. Ponadto w przypadku dużych skupisk ryzyko zakażenia jest wyższe. Dodatkowo, przez wysokie zagęszczenie placówek handlowych, spadki ruchu są bardziej zauważalne. Klienci odwiedzają mniej takich miejsc niż zwykle oraz robią to rzadziej – mówi dr Krzysztof Łuczak z firmy Proxi.cloud.

Z kolei dr Andrzej Maria Faliński ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego zwraca uwagę na specyfikę funkcjonowania sklepów w największych miastach. Tam standardowo jest ogromny ruch osób, towarów oraz pieniędzy. To sprawia, że jest sporo miejsc, gdzie mikroby mogą być zaszczepione. A gdy publikowane są statystyki z większą liczbą zachorowań, to część ludzi ogranicza wyjścia z domu.

– Praca zdalna niejako zmusza do wyboru sklepu blisko miejsca zamieszkania. Dodatkowo miasta powyżej 500 tys. mieszkańców mają największą dostępność usług dostawy zakupów spożywczych do domu. To też może wpływać na mniejszą liczbę wizyt w sklepach stacjonarnych – podkreśla dr Łuczak.

Jak wynika z zebranych danych, korelacja dla pozostałych obszarów jest dość silna. Za największymi aglomeracjami widzimy ośrodki liczące 100-500 tys. mieszkańców (-0,65). Dalej są miasta do 50 tys. mieszkańców (-0,63), wsie (-0,62) oraz miasta 50-100 tys. mieszkańców (-0,51). Dr Paweł Prociów z Proxi.cloud porównuje te wskaźniki z wynikami dla krótszego okresu. I zaznacza, że w całej Polsce nastroje względem COVID-19 są z czasem gorsze.

– W mniejszych miejscowościach istotne jest wzmocnienie kontaktów bezpośrednich. Do zakażeń może więc dochodzić poza placówkami handlowymi. Jednocześnie dostawy do sklepów na takich obszarach nie są mocno skoncentrowane. Towar dociera od licznych, często małych, więc o uboższych zabezpieczeniach, dostawców. A to może być czynnikiem zwiększającym transmisję koronawirusa – dodaje dr Faliński.

Z analiz Proxi.cloud również wynika, że zmiany wywołane COVID-19 zaczęły się 25 września, tj. w momencie przekroczenia 1500 potwierdzonych przypadków dziennych zakażeń. Natomiast wyraźny spadek wizyt w sklepach widać od 12 października br. Jak wskazuje dr Prociów, mogło to być efektem nowych obostrzeń na terenie całego kraju. 2 dni wcześniej strefa czerwona objęła 32 powiaty i 6 miast, a pozostały obszar kraju – znalazł się w strefie żółtej. Dodatkowo zwiększono obostrzenia w obu tych strefach, również dla handlu. Pojawiły się też nowe wytyczne dotyczące liczby osób przebywających w sklepach.

– 19 października poziom wizyt w sklepach spadł nawet o 25% w porównaniu ze średnią. 5 dni później cała Polska została objęta strefą czerwoną. W przeddzień wprowadzenia tych restrykcji liczba wizyt w placówkach handlowych na chwilę wzrosła. To może oznaczać, że wielu Polaków postanowiło zrobić zakupy na zapas. Od tego momentu zaczęto odnotowywać ciągły spadek wizyt, a ich liczba utrzymuje się wciąż poniżej średniej – analizuje ekspert z Proxi.cloud.

Jak dodaje dr Łuczak, można obserwować wzrosty ponad normę. Dzieje się tak wyłącznie w piątki oraz w dni przed świętami, w których sklepy są zamknięte. Tak było np. 30 października i 10 listopada br. Natomiast największe spadki dotyczą sobót. Zdaniem eksperta, prawdopodobnie ludzie chcą unikać największej liczby klientów robiących zakupy na koniec tygodnia handlowego.

– Przed wprowadzeniem zakazu handlu w niedziele, zakupy były rozłożone na 3 dni weekendu. Wtedy w piątek nie kupowało się tak dużo, bo każdy chciał się dostać do domu. Wizyty w sklepach odbywały się przede wszystkim w sobotę. Teraz wygląda to inaczej. Większy ruch jest w piątek. Część ludzi traktuje go jak dawniej sobotę, a ta bardziej przypomina im niedzielę. Ale w grudniu to się może chwilowo zmienić, bo handel będzie odbywał się praktycznie codziennie – dodaje ekspert ze Stowarzyszenia Forum Dialogu Gospodarczego.

Analitycy Proxi.cloud przyjrzeli się też korelacji między tygodniową liczbą klientów a liczbą nowych zakażeń. W tym przypadku wskaźnik wynosi -0,49 i wskazuje na umiarkowanie silny związek. Najsilniejszy jest on dla miast powyżej 500 tys. mieszkańców (-0,80). Oznacza to, że przy rosnącej tygodniowej liczbie zachorowań, spada liczba osób odwiedzających sklepy.

– W tym przypadku wytłumaczeniem może być również większa dostępność zakupów spożywczych zamawianych przez Internet i dostarczanych pod drzwi. Najmniejszy, choć wciąż silny związek, widać w miastach od 50 tys. do 100 tys. mieszkańców. Tu mamy wskaźnik -0,57 – podsumowuje dr Paweł Prociów.

Badanie było prowadzone w dniach od 19 sierpnia do 21 listopada br. we wszystkich 16 województwach na próbie blisko 2 mln unikalnych konsumentów (w wieku od 18 do 65 lat). Mieli oni zainstalowaną w telefonie przynajmniej jedną aplikację mobilną oraz wyrazili zgodę na dostęp do usług lokalizacji. Dane zbierano za pośrednictwem tzw. geofencingów, czyli wirtualnych punktów na mapie.

63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej

Badanie: aż 60 proc. pracowników oczekuje od pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowego i aktywnego stylu życia.

Aktywni fizycznie pracownicy rzadziej doświadczają negatywnych skutków pracy zdalnej – aż 79 proc. ćwiczących Polaków wskazuje, że sport poprawia ich samopoczucie i efektywność w pracy. W rezultacie aż 16,6 mln (60 proc.) aktywnych zawodowo mieszkańców Polski oczekuje od pracodawców większego wsparcia w zakresie zdrowia i aktywności fizycznej w czasie pandemii – wynika z najnowszej edycji badania MultiSport Index 2020 przeprowadzonego przez Kantar na zlecenie Benefit Systems.

Utrzymanie zdrowia, efektywności i motywacji pracowników należą do najważniejszych wyzwań, z którymi mierzą się obecnie firmy – negatywne skutki pracy poza biurem dotykają średnio 63 proc. zatrudnionych. Im więcej dni tygodnia przepracowanych w domu, tym wyższy jest ten odsetek. W przypadku osób, które pracują zdalnie 3-4 dni w tygodniu, aż 74 proc. odczuwa negatywne konsekwencje pracy w warunkach domowych. Obecnie, według badania MultiSport Index 2020, aż 40 proc. aktywnych zawodowo Polaków pracuje w warunkach domowych, a 64 proc. z nich przebywa na home office z powodu trwającej pandemii.

Negatywne skutki pracy zdalnej63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej 2

Aktywność fizyczna łagodzi negatywne skutki pracy zdalnej

W grupie osób, które są aktywne fizycznie, czyli korzystających z ruchu przynajmniej raz w miesiącu, 42 proc. przyznaje, że nie odczuwa żadnych negatywnych skutków home office. Tymczasem wśród pracowników, którzy nie ćwiczą jedynie 29 proc. deklaruje taką odpowiedź.63% pracowników na home office odczuwa negatywne skutki pracy zdalnej

– Zdrowe nawyki i aktywny styl życia mają także istotny wpływ na sferę zawodową – wspierają efektywne zarządzanie czasem pracy, redukują absencję chorobową czy stres, który jest jedną z wiodących przyczyn wypalenia zawodowego. W czasie pandemii aż 79 proc. ćwiczących Polaków odczuwa pozytywny wpływ ruchu na samopoczucie i produktywność w pracy. Najnowsze badanie MultiSport Index 2020 pokazało, że aktywni pracownicy rzadziej zmagają się z negatywnymi skutkami pracy zdalnej. Największe różnice widoczne są w przypadku problemów zdrowotnych (-15 p.p.), związanych z prawidłowym odżywianiem (-14 p.p) czy też z poziomem stresu (-10 p.p.) – komentuje Emilia Rogalewicz, Członek Zarządu Benefit Systems, firmy będącej twórcą Programu MultiSport.

Z badanie MultiSport Index 2020 wynika, że aż 41 proc. aktywnych fizycznie Polaków odnalazło w sporcie sposób na łagodzenie stresu związanego z pandemią.

– To bardzo dobry trop, ponieważ wysiłek fizyczny sprzyja relaksowi i powoduje wydzielanie hormonów szczęścia, takich jak endorfiny, czy oksytocyna – czyli hormon bliskości. Dzięki aktywności fizycznej możemy wesprzeć nie tylko nasze samopoczucie psychiczne, ale także nasze zdolności poznawcze. Podczas wysiłku pobudzamy pracę mózgu i dotleniamy organizm, w efekcie pamięć czy koncentracja działają sprawniej, a to bezpośrednio wspiera naszą efektywność w czasie wykonywania obowiązków zawodowych – mówi Mateusz Banaszkiewicz, psycholog zdrowia.

Popularność sportowych benefitów

Jednym z najpopularniejszych świadczeń pozapłacowych wspierających aktywność fizyczną są obecnie karty sportowe. Ma do nich dostęp 60 proc. pracowników dużych firm i co czwarta osoba pracująca w Polsce. Drugą najczęściej oferowaną przez pracodawców formą sportowego wsparcia jest infrastruktura rowerowa – np. stojaki na rowery.

Dostępność benefitów pozapłacowych z zakresu sportuDostępność benefitów pozapłacowych z zakresu sportu

Jednocześnie 47 proc. pracowników uznaje, że ich pracodawca nie podejmuje wystarczających działań w obszarze promocji aktywności fizycznej wśród pracowników. 60 proc. zatrudnionych oczekuje od firm większego wsparcia w zakresie zdrowia i sportu, a 75 proc. aktywnych fizycznie pracowników zapewnia, że niezależnie od rozwoju sytuacji epidemicznej, nie zamierza rezygnować z ćwiczeń.

– Tak zdecydowane deklaracje sportowych potrzeb wynikają w dużej mierze z doświadczeń pracowników, nagromadzonych w ostatnich miesiącach. Chęć zadbania o nadwyrężone w okresie pandemii zdrowie fizyczne i psychiczne jest w tej chwili dla Polaków najważniejszą motywacją do ćwiczeń. Możliwość łagodzenia skutków pracy zdalnej poprzez aktywność fizyczną, a także jej wpływ na efektywność pracy, również nie pozostają bez znaczenia. Podczas wiosennego lockdownu, w związku z zamknięciem obiektów sportowych, aż 43 proc. aktywnych fizycznie Polaków ograniczyło częstotliwość treningów. Większość z tych osób bardzo szybko odczuła wpływ zmiany sportowych nawyków na samopoczucie, zdrowie i sylwetkę. Dziś, zgodnie z deklaracjami, wiele osób chce uniknąć ponownych zmian w sportowej rutynie, tym bardziej że w okresie pandemii benefity, takie jak Program MultiSport, dostosowały swoją ofertę do zmiennych warunków. Obecnie umożliwiają podejmowanie aktywności fizycznej zarówno w obiektach sportowych, jak i w warunkach domowych. Użytkownicy chętnie korzystają z tych funkcjonalności, co widzimy m.in. po statystykach odtwarzania treningów online, dostępnych za pośrednictwem platformy kartamultisport.pl  – mówi  Emilia Rogalewicz.

Od początku pandemii z treningów online skorzystało 74 proc. MultiSportowców. W październiku, czyli w momencie ponownego zaostrzenia restrykcji związanych z pracą biurową oraz funkcjonowaniem obiektów sportowych, popularność internetowych treningów wzrosła o ponad 100 proc. w porównaniu z wrześniem bieżącego roku. Użytkownicy Programu MultiSport wciąż korzystają także ze stacjonarnych obiektów sportowych, które działają w różnorodnej formule. Szkoły jogi, szkoły sztuk walki, ścianki wspinaczkowe, korty do tenisa czy squasha działają bez przeszkód, stosując wyśrubowanie wytyczne sanitarne. Działa także część siłowni i klubów fitness, które zgodnie z obowiązującym rozporządzeniem, prowadzą np. zorganizowane zajęcia sportowe pod okiem trenera.  Warto podkreślić, że 94 proc. Polaków, którzy od zakończenia pierwszego lockdownu odwiedzili obiekty sportowe potwierdza, że czuje się w nich bezpiecznie.

Badanie MultiSport Index 2020 „Aktywność fizyczna Polaków wymaga wsparcia” zostało zrealizowane przez Kantar na zlecenie Benefit Systems (twórcy Programu MultiSport) na reprezentatywnej, losowej próbie 1200 Polaków powyżej 18. roku życia (wrzesień 2020), losowej próbie 1000 Polaków powyżej 18. roku życia (kwiecień 2020) oraz losowej próbie 1800 Polaków powyżej 18. roku życia (styczeń 2020). Badania przeprowadzono z wykorzystaniem techniki wywiadu telefonicznego wspomaganego komputerowo (CATI) w dniach od 15 stycznia do 29 stycznia 2020 roku, od 23 do 30 kwietnia 2020 roku oraz od 21 sierpnia do 7 września 2020 roku.

Zaległości firm po pół roku pandemii

O 1,22 mld zł do 34,38 mld zł podwyższyły się zaległości przedsiębiorstw widoczne w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK w drugim i trzecim kwartale. Przyrost zaległości nie przekroczył 4 proc. i był tylko nieznacznie wyższy niż przed rokiem. Tym razem jednak rozłożył się bardzo nierównomiernie pomiędzy sektorami i branżami. Najbardziej ucierpiały te dotknięte ograniczeniami wynikającymi z pandemii: rekreacja (19,1 proc.), turystyka (18,4 proc.) i kultura (13,1 proc.), a wśród dużych sektorów transport. Z wypłacalnością kontrahentów nie jest jednak najgorzej – wynika z badania dla BIG InfoMonitor. Większość firm jest zadowolona z jakości rozliczeń B2B, na negatywny wpływ pandemii wskazuje 18 proc. przedsiębiorstw MSP.

Zaległości firm w pół roku pandemiiW okresie od marca do września w największym stopniu zaległości B2B wzrosły w pierwszym pełnym miesiącu lockdownu. Z puli 1,22 mld zł, o którą podwyższyły się przeterminowane zobowiązania przedsiębiorstw przez pół roku – 0,57 mld zł przypadło na kwiecień, przed uruchomieniem pomocy państwa i wakacji kredytowych. Później było to ok. 130 mln zł miesięcznie, by na koniec września suma zaległości sięgnęła 34,38 mld zł. Mowa tu o nieopłaconych fakturach zgłoszonych przez wierzycieli do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz widocznych w BIK ratach kredytów opóźnionych przez co najmniej 30 dni na kwotę min. 500 zł. Od maja pomogła Tarcza Antykryzysowa, możliwość przełożenia spłaty rat kredytów o 3 lub 6 miesięcy, a także większe zaangażowanie przedsiębiorców w ściąganie należności, poza tym ograniczenie sprzedaży z odroczonym terminem płatności, no i ogólny spadek liczby faktur. Poza tym firmy same z siebie również starały się, o ile to możliwe, płacić na czas, by nie narażać dostawców na utratę płynności finansowej, a siebie na przerwanie łańcucha dostaw. W rezultacie kwota zaległości w okresie pandemii wzrosła o 3,7 proc., czyli niewiele bardziej niż w drugim i trzecim kwartale 2019 r., kiedy było to 3,5 proc. (1,07 mld zł). Ogromne znaczenie ma tu również fakt, że skutki pandemii nie dotknęły równie silnie wszystkich branż, bo jeśli tak by się stało, statystyki z pewnością wyglądałyby dużo gorzej. W kilku przypadkach zaległości nawet stopniały. Zmniejszył je sektor wytwarzający i dostarczający energię, gaz i gorącą wodę, górnictwo, a także obsługa rynku nieruchomości. – Gdyby oceniać sytuację pod kątem zaległości przedsiębiorstw, to widać, że szereg elementów: oszczędności firm, umiejętność zarządzania, pomoc państwa oraz wakacje kredytowe sprawiły, że nie jest tak źle jak można było zakładać. Ostatecznie bowiem wzrost kwoty przeterminowanych płatności, w czasie pierwszych sześciu miesięcy pandemi, był porównywalny do obserwowanego w analogicznym okresie minionego roku. A sytuacja nie jest porównywalna, dlatego niestety należy się obawiać, że z czasem wraz z finalizowaniem wakacji kredytowych i ograniczaniem pomocy państwa przełoży się na problemy w rozliczeniach – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Na koniec września wciąż aktywne wakacje kredytowe miało 29 066 firm (3,12 proc.). Zawieszenie spłaty rat dotyczyło 39 464 linii kredytowych (2,56 proc.) na łączną kwotę 17,8 mld zł (5,5 proc.). W szczytowym momencie tego typu rozwiązanie dotyczyło 88 tys. kredytów o wartości niemal 24 mld zł.

Jeśli chodzi o liczbę firm w kłopotach finansowych, to w stosunku do I kw. tego roku doszło do sporej zmiany, przybyło ponad 6 tys. przedsiębiorstw opóźniających płatności. Łącznie niemal 320,6 tys. przedsiębiorstw (działających, zawieszonych i zamkniętych) ma długi wobec dostawców lub nieuregulowane w terminie raty kredytów. Dla porównania, w zeszłym roku, w okresie od marca do września przybyło 1,9 tys. niesolidnych płatników.

– Należy podkreślić, że nie zawsze kłopoty szybko przekładają się na zaległości. Szczególnie mali przedsiębiorcy długo wahają się, czy informację o długu swojego zleceniodawcy zgłosić do rejestru. Pomijając jeszcze fakt, że część dalej korzystała z zawieszania spłaty rat kredytowych, co daje im większą swobodę w rozliczeniach i pozwala nadal stać po stronie solidnych płatniczo. Pandemia nie uderza też w taki sam sposób w każda branżę, a nawet w poszczególnych branżach dla jednych firm jest większym, a dla innych mniejszym wyzwaniem – tłumaczy Sławomir Grzelczak.

Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK, największe zaległości mają: handel – 8,1 mld zł (23,6 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł – 6 mld zł (17,4 proc.), budownictwo – 5,3 mld zł (15,3 proc.) oraz transport – 2,2 mld zł (6,4 proc.). Kwoty ich przeterminowanych zobowiązań w II i III kw. wzrosły od 3,9 do 7,5 proc., w najmniejszym stopniu w przemyśle, następnie w budownictwie i handlu, a najbardziej w transporcie. Tak samo było w zeszłym roku, lecz mniejszy był zakres zmian – od 4,4 proc. do 6,3 proc. Tym razem jednak transportowi, któremu w normalnych czasach również pod względem rozliczeń z partnerami biznesowymi i bankami nie szło najlepiej, dodatkowo płynność finansową pogarsza pandemia. Szczególnie silnie obostrzeniami i zmianą stylu życia dotknięty został przewóz pasażerów. Efekt? Transport odnotował czwarty co do wysokości wzrost zaległości wśród 18 prezentowanych sektorów.
Transport jest również sektorem, w którym najwięcej firm – 9,1 proc. – ma problemy z przeterminowanymi zobowiązaniami. Ryzyko sprzedaży z odroczonym terminem płatności na rzecz firm transportowych przedstawia się więc stosunkowo wysoko. Drugi w tym zestawieniu jest sektor dostawy energii, gazu i gorącej wody, gdzie udział niesolidnych płatników wynosi 8,6 proc., a trzecie górnictwo z 8 proc. odsetkiem opóźniających płatności. Wśród ogółu firm jest to obecnie 5,9 proc., o 0,1 p.p. więcej niż w marcu.Zaległości firm w pół roku pandemii 2020O ile w drugim i trzecim kwartale zeszłego roku na 1,072 mld zł nowych zaległości 0,979 mld zł przypadło na cztery największe sektory: handel, przemysł, budownictwo oraz transport, tym razem ich udział w 1,220 mld zł wyniósł 0,945 mld zł.

W kwocie pozostałych 285 mln zł przeterminowanych zobowiązań sporo waży sektor Działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca. Jego przeterminowane zobowiązania podwyższyły się w pół roku o 15,9 proc. (ponad 101 mln zł). Mieści się w tym sektorze m.in. turystyka, która zanotowała wzrost zaległości o 18,4 proc. (15 mln zł), ale także branża wynajmu i dzierżawy, której opóźnione zobowiązania podniosły się o 39,9 proc. (61 mln zł). Absolutnym rekordzistą wzrostów jest bowiem znajdujące się tu wypożyczanie i dzierżawa sprzętu rekreacyjnego i sportowego, gdzie 75 podmiotów na koniec września ma przeterminowane zobowiązania wobec partnerów wyższe o 2199 proc. niż w marcu br. Mocno poszkodowani są także wykonujący fotokopie – ponad 29 proc. wzrostu zaległości (1 mln zł) oraz organizatorzy wystaw, targów i kongresów – 14 proc. (1,9 mln zł).

Nie mniej doświadczony przez wprowadzane obostrzenia pandemiczne sektor Kultura, rozrywka i rekreacja zanotował 15,6-proc. zmianę nieuregulowanych zobowiązań (o ponad 22 mln zł). W tej akurat grupie firm, te zajmujące się twórczością artystyczną i literacką zanotowały 48,3 proc. zmiany, a prowadzące obiekty sportowe – 34,4 proc.

Znacząco, bo o 17,9 proc. (88,8 mln zł) podwyższyły się też nieopłacone na czas zobowiązania rolnictwa.

Na piątą pozycję sektorów z największymi zaległościami awansowała Działalność profesjonalna, naukowa i techniczna. Po tym jak jego kwota przeterminowanych zobowiązań podwyższyła się o 5 proc., czyli 86,2 mln zł wyprzedził Obsługę rynku nieruchomości. Wśród przedsiębiorstw tego sektora są m.in. agencje PR, fotografowie, tłumacze, projektanci, prawnicy i weterynarze. W ich przypadku nieopłacone na czas faktury i raty wzrosły w pół roku między 8 a 11 proc.

Idące w setki, a nawet tysiące procent wzrosty zaległości w minionych 6 miesiącach dotyczą węższych branż, szczególnie z produkcji przemysłowej. Producenci piwa mają o 1349 proc. (18,6 mln zł) nieopłaconych zobowiązań więcej, producenci zegarków i zegarów o 181 proc. (0,12 mln zł), a producenci maszyn do obróbki gumy lub tworzyw sztucznych oraz wytwarzania wyrobów z tych materiałów o 100 proc. (1,5 mln zł).

W II i III kwartale cztery z 18 sektorów zmniejszyły zaległości. Firmy zajmujące się wytwarzaniem i dostawą energii, gazu i gorącej wody zanotowały spadek rzędu 62,9 proc., górnictwo – 21,5 proc., obsługa rynku nieruchomości – 8,7 proc., a zakwaterowanie i gastronomia, głównie za sprawą wypadających dobrze, jeśli chodzi o terminowość rozliczeń, hoteli i obiektów noclegowych, o 1,4 proc. W ciągu 6 miesięcy zobowiązania hoteli i obiektów noclegowych obniżyły się o 6,6 proc. (73,6 mln zł) do 950 mln zł, podczas gdy w gastronomii wzrosły o 7,5 proc. (48,2 mln zł) do prawie 696 mln zł.

– Dla wielu firm pogorszenie się koniunktury gospodarczej, a szczególnie nałożenie ograniczeń w funkcjonowaniu, wiązało się z koniecznością zamknięcia lub zawieszenia działalności. Nie oznacza to, że ich zaległości zniknęły z rejestrów BIG InfoMonitor, ale taka sytuacja powoduje, że nie odnotowujemy ich przyrostu. Najlepszym przykładem jest Działalność związana z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi, która na koniec września miała nawet spadek nieuregulowanych zaległości o 1,4 proc., ale to właśnie wśród tych przedsiębiorstw, we wrześniu było najwięcej nowo zawieszonych firm. Jak wynika z danych GUS, to również jedyna kategoria, w której liczba podmiotów wyrejestrowanych przekroczyła liczbę nowych – zauważa Sławomir Grzelczak.

Terminowość płatności B2B a pandemia w badaniu

Zrealizowane na zlecenie BIG InfoMonitor badanie research&grow sprawdziło, jak koronawirus wpłynął na rozliczenia B2B w odczuciu mikro, małych i średnich firm. Wyniki wrześniowej ankiety pokazują, że dla 51 proc. firm jest tak samo dobrze jak przed wybuchem epidemii, a w 6 proc. przypadków nawet lepiej. Ale już 43 proc. firm uważa, że jest równie źle jak było wcześniej lub nawet gorzej. Za pogorszenie ściągalności należności pandemię obwinia niemal co piąte przedsiębiorstwo MSP (18 proc.), a w branży usługowej nawet co czwarte.

Terminowość płatności B2B a pandemia w badaniu

Zakupy świąteczne 2020: Żywność i produkty do domu kupimy w sklepach stacjonarnych, a smartfony, gadżety elektroniczne oraz zabawki nabędziemy online

W tym roku na prezenty, żywność, podróże oraz spotkania z najbliższymi zamierzamy przeznaczyć średnio 1 318 zł, czyli o 29 proc. mniej niż wydaliśmy rok temu. Tegoroczne Boże Narodzenie, ze względu na pandemię, będzie miało wyjątkowy charakter. Dotyczy to także naszych zwyczajów zakupowych. Jak pokazuje kolejna edycja międzynarodowego badania „Zakupy świąteczne 2020”, przeprowadzonego przez firmę doradczą Deloitte, 56 proc. Polaków preferuje zakupy w sklepach stacjonarnych, a 44 proc. wskazuje częściej na e-commerce. Decydując się na zakupy internetowe, najczęściej wybieramy platformy typu marketplace i e-sklepy znanych marek.

Ponad połowę z kwoty 1 318 zł pochłoną prezenty, a jedną trzecią żywność i napoje. – Ten rok jest wyjątkowy pod wieloma względami. Pandemia zmieniła nasze zwyczaje zakupowe i prawdopodobnie będzie miało to też odzwierciedlenie w wydatkach świątecznych. Na wzmożony ruch już w listopadzie nastawiły się sklepy internetowe, licząc, że Polacy z rozsądku i w obawie o zdrowie nie będą szturmować sklepów stacjonarnych. Te ostatnie z kolei chcą zrekompensować sobie październikowe i listopadowe tygodnie, podczas których były zamknięte – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale Konsultingu Deloitte. Wpływ na ostateczne rozłożenie sił pomiędzy e-commerce a sklepami stacjonarnymi będą miały także niedziele handlowe. Za nami już jedna z nich – wprowadzona dodatkowo zgodnie z postulatami handlowców. Przed świętami jeszcze dwa razy będzie można zrobić zakupy w niedzielę – 13 oraz 20 grudnia.

Elektronikę i zabawki kupujemy online

Badanie Deloitte pokazuje, że 56 proc. Polaków, myśląc o bożonarodzeniowym szaleństwie zakupowym, preferuje raczej sklepy stacjonarne, a 44 proc. woli online. Należy jednak zaznaczyć, że w zależności od kategorii produktów proporcje te rozkładają się inaczej.

W sklepach fizycznych kupujemy najczęściej produkty do domu (66 proc.), kosmetyki i perfumy (63 proc.) czy dobra luksusowe (59 proc.). Największa dysproporcja widoczna jest jednak przede wszystkim w kategorii żywność oraz napoje. Aż 83 proc. Polaków uda się po nie do sklepów stacjonarnych, a jedynie 17 proc. kupi je w sklepach internetowych. W grupie ankietowanych powyżej 55 roku życia, odsetek ten sięgnie prawie 90 proc.

Z kolei kanały online najczęściej wybieramy w przypadku elektroniki (telefony komórkowe i akcesoria). W badaniu Deloitte było to odpowiednio 53 i 57 proc. Kategorią, w której Polacy częściej wybiorą e-commerce zamiast wizyty w tradycyjnym sklepie są także zabawki i prezenty związane z hobby (51 proc.). Ci, którzy decydują się na zakup odzieży i obuwia oraz akcesoriów sportowych, sklepy online wskazywali niemal równie często co stacjonarne (47 vs. 53 proc.). Podobnie było w przypadku kart podarunkowych i subskrypcji (49 vs. 51 proc.).

Kobiety na świątecznych e-zakupach

Badanie Deloitte pokazuje, że to kobiety są bardziej otwarte na zakupy internetowe. Ponad połowa z nich (56 proc.) kupi przed świętami odzież i obuwie w Internecie. Taką deklarację złożyło o 19 pp. mniej mężczyzn. Kobiety najczęściej wybierają do tego typu zakupów strony typu marketplace i w równym stopniu sklepy online znanych marek, które prowadzą również sprzedaż stacjonarną. – W niemal wszystkich wiodących kategoriach kobiety częściej niż mężczyźni wybierały e-commerce. W niektórych przypadkach, jak właśnie odzież czy kosmetyki i perfumy różnice te były naprawdę znaczące i sięgały co najmniej kilkunastu procent. Może to oznaczać, że kobiety w Internecie kupują produkty, które znają lub, że korzystają z tego, że obecnie zwroty lub wymiana towarów kupionych w sieci nie stanowi żadnego problemu – wyjaśnia Natalia Załęcka, CMO Advisory Leader, Head of Marketing Transformation, Deloitte.

Niespodzianką nie jest fakt, że bardziej na zakupy internetowe nastawione są osoby młodsze i w średnim wieku. Niemal we wszystkich kategoriach produktowych respondenci po 55. roku życia znacznie częściej niż inni wskazywali sklepy stacjonarne. Było tak nawet w przypadku zakupu smartfonu czy akcesoriów i gadżetów elektronicznych, w których dla ogółu badanych wygrał online. Tymczasem osoby starsze niż 55-letnie także w tych kategoriach częściej wybierały sklepy stacjonarne (57 proc. w przypadku smartfonów i 52 proc. w przypadku akcesoriów elektronicznych).

W e-commerce królują platformy zakupowe

Jeśli już jednak decydujemy się na e-commerce, głównym kanałem wybieranym przez respondentów są strony typu marketplace – tam najczęściej kupujemy m.in. zabawki (65 proc.), akcesoria sportowe (62 proc.) czy kosmetyki i perfumy oraz akcesoria do domu (56 proc). Popularne są także sklepy online znanych marek prowadzące również sprzedaż stacjonarną, w których kupujemy ubrania i buty (36 proc.) oraz dobra luksusowe (25 proc.). – Aplikacje mobilne czy też marketplace w mediach społecznościowych wciąż czekają na swój czas, jeżeli chodzi o udział w koszyku zakupowym. W tej chwili nie przekracza on kilkunastu procent w najpopularniejszych kategoriach. Wyjątkiem są nasze aktywności związane z działalnością charytatywną. Ten sposób przekazywania pieniędzy wybiera aż 38 proc. osób – mówi Bartek Bobczyński, Dyrektor, Deloitte Digital.

Z kolei w przypadku sprzedaży stacjonarnej królują sklepy specjalistyczne, co oznacza, że na zakupy udajemy się zazwyczaj z konkretnym pomysłem na to, co chcemy kupić. Wybór kategorii zakupowej rzadko podyktowany jest impulsem (zwłaszcza gdy chodzi o elektronikę, sport i dobra luksusowe). Z kolei produkty spożywcze kupujemy zarówno w sklepach wielkopowierzchniowych (40 proc.), jak i sklepach lokalnych (38 proc.). W super- i hipermarketach najczęściej zaopatrujemy się także w karty podarunkowe i subskrypcje (28 proc.) oraz zabawki (27 proc.). Z kolei tylko 13 proc. z nas szuka tam produktów luksusowych oraz smartfonów.

Informacje o badaniu:
Badanie online przeprowadzono w dniach 29 października – 4 listopada 2020 roku, wśród blisko 5 tys. respondentów w przedziale wiekowym od 18 do 65 lat. Tegoroczna edycja analizuje dane z pięciu krajów europejskich (Niemcy, Włochy, Polska, Hiszpania i Holandia).

Sklep internetowy – skąd pozyskać wiedzę o e-commerce?

Coraz większa część obrotu handlowego przenosi się do Internetu. Praktycznie każdy biznes może tu znaleźć dodatkowe możliwości dla dalszego rozwoju oraz ekspansji na nowe rynki. Bez względu na to, czy zamierzamy sprzedawać nasze produkty albo usługi lokalnie, czy też marzy nam się sprzedaż w większym zakresie, warto pomyśleć o zapleczu w postaci sklepu internetowego. Dobrze zaprojektowany e-sklep w sieci na pewno wpłynie na nasze postrzeganie w świecie internetowego handlu, a nasze zyski powinny być dzięki temu zdecydowanie większe. Warto uwzględnić ją od razu w naszym biznesowym pomyśle.

  1. E-commerce rośnie w siłę
  2. Książki, które warto przeczytać, by odnieść sukces w e-commerce
  3. Im więcej wiedzy, tym mniej błędów

    1. E-commerce rośnie w siłę

    Branża e-commerce cały czas zyskuje na popularności. Pozwala on bowiem na sprzedaż produktów oraz usług na niespotykaną dotychczas skalę. Odpowiednio zaprojektowany oraz wypromowany sklep internetowy daje szansę na duży zysk w niedalekiej przyszłości. Aby taką witrynę otworzyć, trzeba dysponować dość szeroką wiedzą, która nam to umożliwi. Warto więc skorzystać z różnorodnych źródeł profesjonalnej wiedzy, co pozwoli nam na rozpoczęcie własnego biznesu.

    W tym celu dobrze by było sięgnąć po wartościowe książki e-commerce, w których krok po kroku wytłumaczone są podstawy postępowania w internetowym świecie handlu oraz usług. Pomocą tutaj mogą także służyć profesjonalne blogi oraz vlogi, prowadzone przez ludzi, dla których e-commerce nie ma żadnych tajemnic. Dla tych z nas, którzy mogą sobie pozwolić na większe wydatki, a niekoniecznie mają know-how, jak założyć własny sklep internetowy, są dostępne inne rozwiązania. Można skorzystać z platform sprzedażowych, ułatwiających otwarcie własnego sklepu albo sięgnąć po pomoc specjalistycznych firm, projektujących takie witryny od A do Z. Zwłaszcza to ostatnie rozwiązanie ma sens, gdyż nie musimy się niczym przejmować, bo mamy pewność, że nasz sklep zostanie zorganizowany w najdrobniejszych szczegółach.

    2. Książki, które warto przeczytać, by odnieść sukces w e-commerce

    Przystępując do planu powołania własnej przestrzeni sprzedażowej, warto także się zastanowić, po jakie książki e-commerce wyciągnąć rękę. W tym celu dobrze jest odwiedzić profesjonalne miejsca w Internecie, takie jak np. blog Ekomersiak.pl. Znajdziemy tam całą masę przydatnych porad, dzięki którym na pewno łatwiej będzie nam się poruszać w świecie internetowej sprzedaży. Jeśli chodzi o książki omawiające meandry e-handlu można skorzystać z klasycznych tytułów, takich jak „Nie każ mi myśleć” Steve’a Kruga z 2000 roku, która nic a nic nie straciła ze swojej aktualności, zwłaszcza w kwestiach użyteczności stron sieciowych. Inną pozycją, dla niektórych – podstawową – jeśli chodzi o handel w sieci, jest książka „Dawaj innym szczęście – ścieżka pasji, zysku i celu” autorstwa Tony’ego Hiseha.

    Napisał ją on na podstawie własnych doświadczeń związanych z budową giganta sieciowego, jeśli chodzi o sprzedaż obuwia w USA. Książek tego typu jest nieco więcej, warto więc przejrzeć profesjonalne porady, które pomogą nam w wyborze tych najlepszych pozycji. Nabycie ich nie powinno być większym problemem. Możemy w tym celu skorzystać z księgarni internetowych albo wybrać się do sieciowego antykwariatu, by nabyć nieco taniej używany egzemplarz książki. Bez względu na to w jaki sposób wejdziemy w posiadanie wybranej książki, wiedza którą zyskamy jej dzięki lekturze, będzie pierwszej wody. Odpowiednio zastosowana, powinna przynieść nam określone efekty w praktyce.

    3. Im więcej wiedzy, tym mniej błędów

    Dobrym rozwiązaniem może być tutaj także zasubskrybowanie profesjonalnego bloga o e-commerce, podcastu lub vloga, gdzie będzie można się dowiedzieć jak założyć własny sklep internetowy? To pozwoli nam być na bieżąco z wiadomościami, które na pewno nam się przydadzą. Handel w sieci podlega ciągłym zminaom, co i rusz pojawiają się nowinki, dzięki którym można poprawić to i owo. Zadowolony klient lub klientka, mający możność skorzystania z dobrze urządzonej witryny internetowej, na pewno wkrótce do nas wrócą.

    Ważną sprawą jest także to, że mogą polecić stronę swoim znajomym czy też przyjaciołom. Marketing szeptany w przypadku e-commerce ma duże znaczenie, a w dobie ciągłego rozwoju mediów społecznościowych może nam przynieść dodatkowe zyski. Jeśli zainteresuje nas właśnie ten temat, dobrym pomysłem będzie sięgnięcie po książkę Nira Eyala „Skuszeni”. Lektura tej pozycji uświadomi nam, jak możemy starać się utrzymać użytkowników naszej strony cały czas blisko naszego biznesu. Strategie tego typu są bardzo przydatne w każdym biznesie, a zwłaszcza tym, który swą potęgę buduje w oparciu o sieć.

    Budując nawet najmniejsze przedsięwzięcie warto skupić się na tym, by przynosiło nam ono satysfakcję. Pasja połączona z pracą, generującą zadowolenie oraz zysk, to coś o co warto powalczyć. E-commerce daje możliwości, których nie mieli nasi ojcowie oraz matki. Warto więc przyjrzeć się temu zagadnieniu z bliska oraz wykorzystać wszystko to, co z sobą niesie. Dzięki temu znajdziemy się tam, gdzie zawsze chcieliśmy być.

Przedświąteczne porządki frankowiczów. Polacy chcą się pozbyć uciążliwych kredytów

  • W tym roku na 10 spraw sądowych dotyczących kredytów w szwajcarskiej walucie konsumenci wygrywają średnio prawie 9.
  • Tak wielka przewaga kredytobiorców zachęca kolejne osoby do wytaczania procesów bankom. Sprzyja temu także druga fala pandemii, rosnący i zmienny kurs franka, koniec roku kalendarzowego i sytuacja sądów.
  • Wniosek o zabezpieczenie roszczeń warto złożyć jak najszybciej, bo ze względu na ogromną liczbę pozwów czas oczekiwania na rozprawę jest długi – w sądach brakuje pracowników, na rozstrzygnięcie trzeba czekać nawet dwa i pół roku.

Od końca ubiegłego roku, od wyroku TSUE (Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej) w sprawie Państwa Dziubaków, kredytobiorcy wygrywają z bankami 88 proc. spraw*. Z każdym kolejnym miesiącem tego roku zwiększa się liczba postępowań związanych z kredytami w szwajcarskiej walucie (CHF), jak również procent sporów wygranych przez konsumentów. Ogromne zainteresowanie możliwościami rozwiązania i waloryzowania umów hipotecznych potwierdzają kancelarie prawne specjalizujące się w pomocy frankowiczom.

Liczba zleceń ze strony frankowiczów rośnie z miesiąca na miesiąc. Tylko w październiku w sprawie umów w szwajcarskiej walucie kontaktowało się z nami dwa i pół razy więcej osób niż we wrześniu. Od czerwca mamy aż sześciokrotny wzrost zapytań w sprawie wsparcia frankowiczów w sporach z bankami. Kolejne miesiące przynoszą coraz więcej wygranych w sądach. Wpływa to na decyzje kolejnych kredytobiorców. Spodziewamy się, że do końca roku odnotujemy rekord zapytań w sprawie umów hipotecznych w CHF — mówi Piotr Maciągowski – Prezes Zarządu E-Kancelaria Grupa Prawno – Finansowa sp. z o.o.

Pandemia, wysoki kurs franka i zamykanie spraw pod koniec roku

Wielu Polaków, zachęconych przychylnością sądów chce się pozbyć problemu raz na zawsze. Niepokojące prognozy wysokiego wzrostu kursu franka zapowiadają coraz wyższe raty, a pandemia — jeśli jeszcze tego nie zrobiła — w każdej chwili może przyczynić się do spadku dochodów. Kredytobiorcy nie czekają na lepsze czasy, żeby spłacać kredyt. A koniec roku jest kolejnym impulsem, aby zacząć w tej sprawie działać. Tym bardziej, że wszystko wskazuje, że banki są na przegranej pozycji i same o tym wiedzą – ich rezerwy finansowe przygotowane na wypłaty w toczonych z kredytobiorcami CHF sprawach, to już ponad 4 mld zł.

Jak pozbyć się kredytu we frankach – pierwsze kroki

Najważniejsza jest analiza umowy pod względem klauzul abuzywnych (niedozwolonych) wykonana przez profesjonalną i specjalizującą się w kredytach hipotecznych kancelarią prawną. Wiele umów frankowych zawiera takie klauzule i jest to podstawa do założenia sprawy o unieważnienie kredytu. Na tym etapie lub jeszcze przed nim, warto zgłosić wniosek o zabezpieczenie roszczeń. Podstawą prawną do tego jest art. 755 k.p.c., który mówi o umożliwieniu unormowania praw i obowiązków kredytobiorcy na czas trwania sprawy sądowej. Rozpatrzony pozytywnie wniosek oznacza w praktyce odroczenie spłaty rat zobowiązania na czas procesu. Co więcej, bank nie może w tym czasie wypowiedzieć umowy, a zwykle także zgłosić zadłużenia klienta do BIK-u. Sądy przychylnie rozpatrują te wnioski, a koszt złożenia pisma jest niewielki – wynosi 100 zł.

Jeśli chcemy uzyskać decyzję o zawieszeniu spłaty, trzeba uprawdopodobnić swój interes prawny i konieczność ochrony praw majątkowych – wyjaśnia Piotr Maciągowski z E-Kancelarii – Najważniejsze jest wykazanie, że w umowie z bankiem zawarte są niedozwolone klauzule. Liczą się też spłacone dotychczas raty kredytu. Możliwość otrzymania zabezpieczenia zwiększa się również, gdy klient banku spłacił wartość nominalną zaciągniętej kwoty kredytu.

Wniosek o zabezpieczenie roszczeń warto złożyć jak najszybciej, bo ze względu na ogromną ilość pozwów czas oczekiwania na rozprawę jest długi. W Sądzie Okręgowym w Warszawie, gdzie ze względu na siedziby banków składana jest większość roszczeń, od momentu złożenia pozwu do rozprawy może minąć nawet dwa i pół roku.

Można wygrać już w sądzie I instancji – co można uzyskać na drodze sądowej

Gdy sprawa trafi do sądu I instancji, już tam może mieć swój finał oczekiwany przez konsumenta. Jeśli jednak któraś ze stron wniesie apelację i sprawa trafi do II instancji, również duże szanse na wygraną ma kredytobiorca.

Najwyższą stawką w sporze o hipotekę frankową jest całkowite unieważnienie kredytu. Umowę uznaje się wtedy za nieważną, a nieruchomość przestaje być zabezpieczeniem hipotecznym. Szacunkowe liczby spraw, które przyniosły taki efekt to 75 proc.

Kredytobiorcy walczą też o odfrankowienie zobowiązania. Po wygraniu takiej sprawy umowa kredytowa wciąż obowiązuje, ale nie ma w niej klauzul walutowych niekorzystnych dla klienta. Kredytobiorca może więc ubiegać się o zwrot nadpłaty, która powstała przy płaceniu rat naliczanych według tych klauzul. Natomiast raty, które pozostały do spłacenia, mogą być obniżone, bo nie będą już naliczane zgodnie z dotychczasowymi klauzulami. Odfrankowienie nie zwalnia nieruchomości z zabezpieczenia hipotecznego.

Kto może pomóc

W walce z bankami konsumentów wspiera m.in. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. UOKiK wydaje opinie w poszczególnych sprawach. Od pamiętnego wyroku TSUE wydał ponad 500 takich opinii. Poglądy w sprawach kredytów frankowych wydaje również instytucja Rzecznika Finansowego. Uzyskana z UOKiK i od Rzecznika Finansowego dokumentacja jest cennym narzędziem w sporze sądowym z instytucją bankową. Analizę umowy, zgłoszenie wniosku o odroczenie spłaty rat na czas procesu oraz reprezentowaniem w sądzie zajmują się m.in. kancelarie prawne.

Spraw związanych z umowami frankowymi jeszcze nigdy nie było tak dużo. Stale zwiększamy moce naszego zespoły, żeby sprostać dużej liczbie umów kierowanych do nas do analizy przez frankowiczów. Rozumiemy, że teraz otworzyło się dla nich okno, które daje ogromną jak nigdy do tej pory możliwość uwolnienia się od niekorzystnej umowy kredytowej – dodaje Piotr Maciągowski z E-Kancelarii.

* Dane Stop Bankowemu Bezprawiu

Nowy raport “Logistyka 2040” opisuje trzy scenariusze przyszłości logistyki

Świat, w którym wszechobecna technologia rozwiązała wszystkie bieżące problemy, świat zerowego wzrostu lub świat bez wystarczającej współpracy międzynarodowej. Oto scenariusze przyszłości nakreślone w nowym raporcie „Logistyka 2040” opublikowanym dziś przez FM Logistic CE przy współpracy z ekspertami specjalizującymi się w foresighcie strategicznym z firmy 4CF. Raport zachęca do dyskusji związanej z rozważaniami na temat przyszłości logistyki i jej roli w gospodarce Europy na przestrzeni najbliższych dwóch dekad.

Scenariusze powstały na bazie analizy insightów branżowych, istniejącej literatury naukowej, a także pogłębionych rozmów z ekspertami FM Logistic. Następnie specjaliści z 4CF zdefiniowali 3 możliwe kierunki rozwoju sytuacji na świecie, które będą miały wpływ na sektor logistyki:

  • Świat hi-tech, w którym większość problemów roku 2020 została już rozwiązana dzięki nadzwyczajnemu postępowi technologicznemu. Jest to wizja świata zakładająca ścisłe połączenie produkcji z logistyką. Usługi, jakimi dysponować będą operatorzy logistyczni, będą mocno wyspecjalizowane.
  • Świat “zerowego wzrostu”, w którym gospodarka i społeczeństwo są podporządkowane walce ze zmianami klimatu. Świat ten pokazuje rolę, jaką będą wywierać działania z zakresu zrównoważonego rozwoju i kapitału społecznego na gospodarkę, w tym na operatorów logistycznych. Dzięki zeroemisyjnym systemom transportu logistyka odegra decydującą rolę w rozwoju zielonych miast oraz umożliwi firmom osiągnięcie neutralności klimatycznej.
  • Świat, w którym poziom współpracy międzynarodowej jest niewystarczający, aby z powodzeniem rozwijać się i rozwiązywać najważniejsze problemy globalne. Świat ten jest wizją koncentracji logistyki w rękach najsilniejszych graczy, których przewagą będzie uzyskanie odpowiednich certyfikatów i licencji środowiskowo – operacyjnych. Do 2040 roku firmy logistyczne będą działały w oparciu o koncesje, dzięki czemu tylko największe podmioty będą mogły zaoferować dostęp do wszystkich kanałów dystrybucji oraz e-commerce.

Rynek logistyczny we wszystkich trzech scenariuszach bardzo różni się od tego, co znamy dzisiaj, a dzieli go od naszych czasów zaledwie 20 lat. Scenariusze to panoramiczne spojrzenie na świat przyszłości, ich celem nie jest dawanie wszystkich odpowiedzi. Zamiast tego powinny intrygować i zachęcać do zadawania nowych pytań, które wcześniej nie przyszłyby nam do głowy.

Logistyka wpływa dzisiaj na prawie wszystkie sektory rynku, a jej rozwój jest niemal jednoznaczny ze zmianą w wielu innych obszarach, dla których jest ona istotną częścią działalności operacyjnej i modelu biznesowego. Naszą intencją jest, aby opracowanie “Logistyka 2040” stanowiło wyzwanie dla wcześniejszych założeń, skłaniało do zastanowienia się, jak może rozwijać się handel i logistyka oraz inspirować do poszukiwania innowacyjnych rozwiązań na przyszłość – powiedział Daniel Franke, Managing Director FM Logistic CE.

Scenariusze zawarte w raporcie “Logistyka 2040” nie powinny być traktowane jako prognozy na przyszłość. Są one wariantami przyszłości, które stanowią największe wyzwanie dla operatorów logistycznych i ich klientów. Są to wersje świata przyszłości, które mogą wymagać ogromnych inwestycji, odważnych zmian w modelach biznesowych, nawiązania lub wzmocnienia partnerstwa strategicznego, zdobycia nowych kompetencji i ciągłego rozwoju.

Raport “Logistyka 2040” dostępny jest online pod adresem: link

Luma Automation zwiększa potencjał produkcyjny

Grupa Kapitałowa Luma Automation SA inwestuje w firmy z sektora zaawansowanych technologii produkcji i obróbki metali. Pod koniec listopada zamknęła transakcję nabycia warszawskiej spółki Hydomat.

Powstała w 1966 r. firma jest producentem części tłoczonych oraz narzędzi do obróbki plastycznej m.in. dla branży motoryzacyjnej, gospodarstwa domowego, budownictwa i przemysłu, dla odbiorców zarówno krajowych, jak i zagranicznych.

– Jestem przekonany, że wykorzystanie części metalowych w obsługiwanych przez nas branżach, a szczególnie w tej części Europy,  ma olbrzymie perspektywy rozwoju. Spowodowane pandemią zawirowania na rynku pokazały wyraźnie, że przyszłość należy do tych, którzy mogą zaoferować jak najpełniejszy portfel usług. To odpowiedź na nadmiernie wydłużane i rozdrabniane ostatnimi laty łańcuchy dostaw, które w tym roku stały się przyczyną kryzysu wielu branż – stwierdził Wojciech Derda, prezes zarządu Grupy Kapitałowej Luma Automation.

Dzięki zakupowi warszawskiego przedsiębiorstwa Grupa Luma Automation poszerzy możliwości w usługach tłoczenia, opierając się na synergii z gliwickimi Zakładami Metalowymi Postęp oraz rozwinie kompetencje narzędziowe związane z projektowaniem i wykonywaniem różnego rodzaju tłoczników dla przemysłu. Wśród odbiorców są m.in. duże międzynarodowe korporacje: Valeo, B/S/H/ i Trelleborg.

–  Jako Grupa Kapitałowa chcemy się rozwijać w szeroko rozumianej branży produkcji i obróbki metali. Owszem, zarówno polska, jak i światowa gospodarka funkcjonują w tym roku w szczególnych warunkach, w których wyjątkowego znaczenia nabierają elastyczność i wszechstronność, ale jest to także czas na konsolidację – dodaje prezes W. Derda.

Grupa Kapitałowa Luma Automation inwestuje w firmy, które specjalizują się w zaawansowanych technologiach produkcji i obróbki metali, i wspiera je. Grupa wciąż się rozwija, zarówno organicznie, jak i poprzez akwizycje. Konsolidując rynek małych i średnich firm, stwarza możliwości wzajemnego rozwoju na podstawie synergii w warunkach stabilności finansowej. Obecnie Grupę tworzy pięć spółek: Odlewnia Kutno, odlewnia cynku i aluminium Saga Poland, narzędziownia Luma Tools, ZM Postęp w Gliwicach oraz Hydomat z Warszawy.

Co roku na Boże Narodzenie wycina się miliony drzewek. Rozwiązaniem są coraz popularniejsze wypożyczalnie choinek

Większość Polaków nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia bez choinki. Co roku w ramach świątecznej tradycji wycina się w naszym kraju kilka milionów drzewek, bo zdecydowana większość społeczeństwa woli choinki żywe. Każde ścięte drzewko to jednak mniej tlenu, a więcej dwutlenku węgla w atmosferze. Rozwiązaniem może być wypożyczenie świątecznego drzewka, które po Bożym Narodzeniu trafi z powrotem do szkółki. Volvo po raz czwarty rusza z tego typu ekologiczną akcją. Firma przygotowała 1,3 tys. drzewek, a za każdą wypożyczoną choinkę zobowiązuje się zasadzić 10 kolejnych.

Od 17 do 19 grudnia z salonów Volvo będzie można wypożyczyć najpopularniejsze bożonarodzeniowe drzewko, czyli świerk pospolity. To już czwarta edycja akcji „Wypożyczalnia choinek”, a Volvo z każdym rokiem zwiększa jej zasięg – w tym roku firma przygotowała 1,3 tys. choinek, czyli o 100 więcej niż w 2019 roku.

– Każdego roku w Polsce ścina się kilka milionów drzew tylko po to, by służyły nam dwa tygodnie i wylądowały na śmietniku. „Wypożyczalnia choinek” Volvo to akcja, którą prowadzimy po raz czwarty. Namawiamy Polaków, aby nie kupowali ściętych drzew, tylko aby wypożyczyli żywe drzewka w donicach i następnie oddali je naturze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Stanisław Dojs, PR manager Volvo Car Poland.

Polacy są przywiązani do świątecznych tradycji. Nie wyobrażają sobie Bożego Narodzenia bez łamania się opłatkiem czy prezentów. Z raportu Homebook.pl „Jak Polacy dekorują swój dom na święta?” wynika, że coraz częściej decydujemy się na żywe drzewka. Wybiera je 64 proc. ankietowanych. Tylko 27 proc. deklaruje, że zakupi na święta sztuczną choinkę. W efekcie każdego roku wycina się ok. 6 mln drzewek.

Szacuje się, że jedno drzewo do 25 metrów wysokości usuwa w ciągu dnia tyle dwutlenku węgla, ile emitują dwa jednorodzinne domy, a ok. 60-letnia sosna produkuje tyle tlenu, ile potrzebują trzy osoby. Każde ścięte drzewko oznacza więc mniej tlenu, a więcej dwutlenku węgla.

Naszą akcją chcemy uczulić wszystkich, że swoją postawą można zmienić świat. To zaczyna się właśnie od takich małych gestów, które proponujemy. Możemy drzewko wypożyczyć i ulżyć naturze – mówi Stanisław Dojs.

W akcji wypożyczania choinek weźmie udział większość salonów Volvo, przy zachowaniu wszystkich zasad bezpieczeństwa, które mają zminimalizować ryzyko zakażenia koronawirusem. Jej patronami po raz kolejny zostały organizacja ekologiczna Klub Gaja oraz Ambasada Szwecji w Polsce.

 Aby zwiększyć szansę na przeżycie drzewka, należy otoczyć je troską: podlewać dwa razy w tygodniu, odsunąć od źródeł ciepła, takich jak kominek czy kaloryfer. Pomoże też łagodne, stopniowe przyzwyczajenie drzewa do temperatury, czyli lepiej nie wstawiać go z zimnego dworu od razu do bardzo ciepłego pokoju. Zalecamy też, by choinek mocno nie obciążać – radzi PR manager Volvo Car Poland.

Koncern zobowiązuje się, że za każde wypożyczone drzewko zasadzi 10 kolejnych. Dotychczas w trzech edycjach akcji Volvo wypożyczyło ponad 2 tys. choinek, co przyczyniło się do zasadzenia dwóch lasów z 20 tys. drzewek o łącznej powierzchni ponad 3 ha w nadleśnictwie Cewice oraz w sąsiedztwie Doliny Chochołowskiej.

– Drzewka, które są w donicach, trafiają w zupełnie inne miejsce. To nie są drzewa, za pomocą których dokonuje się nasadzeń w lasach. Te lasy, które odbudowujemy, to najczęściej te, które nawiedziły silne huragany i gdzie drzewa są połamane. Las by się odbudował, ale trwałoby to latami. Dzięki temu, że kupujemy pewną partię sadzonek, malutkich drzewek do 40 cm, to odbudowa odbywa się dużo szybciej – tłumaczy Stanisław Dojs.

Akcja „Wypożyczalnia choinek” to tylko część ekologicznych działań Volvo.

– Do 2025 roku chcemy zmniejszyć ślad węglowy, całą emisję CO2 aż o 40 proc. w porównaniu do emisji z 2018 roku. W ciągu kilkunastu lat chcemy być całkowicie neutralni klimatycznie i równoważyć dwutlenek węgla, który jest emitowany podczas procesu produkcyjnego. Chodzi o to, aby nasza działalność zarówno przemysłowa, jak i biznesowa była bez śladu CO2 dla naszej planety. Akcja „Wypożyczalnia choinek” Volvo doskonale wpisuje się w priorytety firmy – podkreśla PR manager Volvo.

Rozwój sztucznej inteligencji błyskawicznie zwiększa ilość danych. Wybór odpowiednio szybkiej i wydajnej infrastruktury to spore wyzwanie dla firm

Przewiduje się, że za pięć lat ilość danych zwiększy się 10-krotnie. Już dziś pandemia przyspiesza proces zbierania i wykorzystywania danych, a nakładają się na to także rosnące wymagania cyfrowej gospodarki, rozwój sztucznej inteligencji oraz Big Data. To wszystko sprawia, że firmy stanęły przed dużymi wyzwaniami w zakresie infrastruktury IT. Choć sama pandemia i konieczność pracy zdalnej wymusiła zmiany bardziej w zakresie łączności internetowej, narzędzi do komunikacji czy zdalnego dostępu, to obecne wyzwania łączą się także z potrzebą przechowywania i przetwarzania coraz większej ilości danych. Dla firm kluczowy jest bezpieczny i szybki dostęp do nich, a także skalowalność rozwiązań do ich przechowywania.

Pandemia i związana z nią praca zdalna z pewnością wymusza na firmach zmiany w infrastrukturze IT. Najważniejszymi kwestiami były jednak wprowadzenie zmian w systemach zdalnego dostępu, wzmocnienie bezpieczeństwa dostępu, zapewnienie płynności połączeń, szczególnie na spotkaniach online. Istotne jest także zapewnienie platformy do pracy grupowej na dokumentach dla całych zespołów czy działów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Andrzej Syta, presales manager w GoldenOre.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Gumtree.pl wynika, że przed pandemią SARS-CoV-2 tylko 19 proc. pracowników w Polsce wykonywało swoją pracę głównie w trybie zdalnym, a 29 proc. miało taką możliwość przez kilka dni w miesiącu. Koronawirus zmienił te statystyki. W pierwszych tygodniach marca tysiące polskich pracowników i firm niemal z dnia na dzień musiało przejść w tryb pracy zdalnej. Pod koniec kwietnia ponad 3/4 pracowników umysłowych w Polsce pracowało w tym modelu. Z badania „Odmrażanie pracy” CIONET, Deloitte i VMware wynika z kolei, że blisko 90 proc. firm chce zwiększyć możliwość pracy spoza biura po ustaniu pandemii.

– Popularność pracy zdalnej to dla firm całkiem korzystna sytuacja ze względu na zmniejszenie kosztów obsługi i wynajmu przestrzeni biurowej, dla pracowników to z kolei oszczędność czasu na dojazdach – wskazuje Andrzej Syta. – Do utrzymania pracy zdalnej bardzo istotne jest połączenie internetowe. Nie możemy jednak zapominać o systemach do pracy rozproszonej, odpowiednich narzędziach do komunikacji dla pracowników czy do zarządzania środowiskiem klienta dla administratorów.

– IBM Storage Insight to narzędzie do zarządzania zasobami dyskowymi – dzięki niemu możemy uzyskać lepsze wykorzystanie zasobów, zmniejszyć utylizację przechowywanych danych, mieć pełny monitoring na nowoczesnych dashboardach, a także szybciej reagować na problemy i potencjalne awarie. Storage Insight umożliwia zarządzanie rozwiązaniami różnych producentów. W czasie pracy zdalnej pozwala administratorowi np. na dostęp do jednego panelu sterowania i zarządzanie wszystkimi danymi organizacji z dowolnego miejsca – domu, hotelu czy kawiarni – dodaje Jakub Grzywacz, solution architect w GoldenOre.

Oparte na chmurze IBM Storage Insights umożliwia zdalne monitorowanie pamięci masowej i powiadamianie o zdarzeniach wymagających uwagi. Pracownik z działu IT ma do dyspozycji panel kontrolny, by w odpowiednim czasie podejmować stosowne działania i przesyłać dane szybciej i wydajniej. Można tego dokonywać także zdalnie, co jest istotne zwłaszcza w czasie pandemii koronawirusa. Rozwiązanie w wersji Pro, które tymczasowo IBM udostępnia bezpłatnie wszystkim użytkownikom wersji podstawowej, opiera się na algorytmach sztucznej inteligencji i analizie predykcyjnej.

Firmy coraz chętniej sięgają po rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji i Big Data. Według raportu Instytutu Badawczego Capgemini z lutego br. ponad 50 proc. największych światowych producentów w Europie wdraża co najmniej jedno rozwiązanie z obszaru sztucznej inteligencji. Wymaga ona jednak zbierania i przetwarzania ogromnej ilości danych, co z kolei wymusza na firmach także inwestycje w miejsce do ich przechowywania.

W bardziej skutecznym zarządzaniu danymi w firmie pomagają np. pamięci masowe IBM FlashSystem. Optymalizują infrastrukturę IT i zapewniają w prosty i bezpieczny sposób dostęp do potrzebnych danych w prywatnej chmurze lub środowisku wielochmurowym. Zastosowane w projektach związanych ze sztuczną inteligencją zapewniają wydajność, elastyczność i skalowalność – mówi Jakub Grzywacz.

Ilość danych rośnie w ogromnym tempie. Według dotychczasowych szacunków IDC globalna baza danych miała zwiększyć się z 45 zetabajtów w ubiegłym roku do 175 w 2025 roku. Nowsze prognozy pokazują jednak, że tylko w tym roku na całym świecie zostanie przetworzonych 59 ZB danych. Do tego wzrostu przyczyniła się pandemia COVID-19.

Większa ilość danych to wyzwanie dla firm, które muszą inwestować w dyski i serwery o coraz większej pojemności. Rozwiązaniem może być jednak także kompresja danych.

Rozwiązania IBM FlashSystem są skalowalne, co pozwala na przechowywanie większej ilości danych i dopasowanie ilości i rodzaju pamięci masowej w zależności od potrzeb. Przechowywanie większej ilości danych na mniejszej ilości sprzętu odbywa się z nawet pięciokrotną redukcją danych, szczególnie z wykorzystaniem modułów NVMe FCM oferujących kompresję bez wpływu na wydajność – tłumaczy solution architect w GoldenOre. – Elastyczna i skalowalna platforma o wysokiej wydajności pozwala na łatwe, szybkie wdrożenie i dostosowanie infrastruktury IT naszych klientów do potrzeb zmieniającego się otoczenia – bez wielkich nakładów budżetowych.

Rodzina pamięci masowych FlashSystem składa się z wielu modeli o różnych parametrach, które mogą być dopasowane do potrzeb zarówno małych, jak i dużych firm. W doborze najlepszych rozwiązań do istniejącej infrastruktury IT oraz strategii i budżetu firmy specjalizuje się GoldenOre.

Innowacyjny system zwiększy bezpieczeństwo pociągów Pendolino. Nowatorskie w skali europejskiej rozwiązanie pozwoli przewidzieć awarie i usterki

TrainScanner, czyli innowacyjne urządzenie do oceny i kontroli stanu technicznego pociągów, rozpoczął pracę na stacji techniczno-postojowej PKP Intercity na warszawskiej Olszynce Grochowskiej. Będzie na bieżąco monitorować stan 20 pociągów Pendolino i pozwoli m.in. przewidywać możliwe awarie oraz usterki, jeszcze zanim się pojawią. To zwiększy bezpieczeństwo przejazdów i skróci kosztowne przestoje w pracy składów. Innowacyjne urządzenie, które może posłużyć do każdego rodzaju pociągów, to nowość na skalę europejską.

– TrainScanner jest jednym z najnowocześniejszych urządzeń tego typu na rynku. Jest to nasza kolejna innowacja, krok w kierunku Przemysłu 4.0. To urządzenie jest jedynym na Starym Kontynencie. Podobne mamy tylko w Wielkiej Brytanii, gdzie jest wykorzystywane do serwisowania floty Pendolino w Avanti West Coast – mówi agencji Newseria Biznes Artur Fryczkowski, prezes zarządu i dyrektor zarządzający Alstom w Polsce i na Ukrainie.

TrainScanner, czyli skaner taboru produkcji Alstom, posłuży do obsługi utrzymaniowej 20 pociągów Pendolino, które jeżdżą w barwach PKP Intercity od sześciu lat. Innowacyjne urządzenie już rozpoczęło pracę na stacji techniczno-postojowej PKP Intercity na warszawskiej Olszynce Grochowskiej.

– TrainScanner pozwala na codzienną analizę stanu technicznego taboru, dzięki czemu jesteśmy pewni, że oddajemy pociąg w pełni sprawny – tłumaczy Michał Guzek, dyrektor zarządzający serwisami Alstom w Polsce. – Pociągi codziennie przejeżdżają około 20 tys. km, odwiedzając 34 miasta. Gdy tylko pociąg znajduje się w Olszynce Grochowskiej, przejeżdża przez TrainScanner.

Innowacyjne urządzenie pozwoli na bieżąco kontrolować stan pociągów i przewidywać usterki, zanim się pojawią. Dzięki cyfrowej analizie danych wskaże optymalny moment – z dokładnością do jednej godziny – wymiany komponentów, aby nie dopuścić do ich awarii. To zaś pozwoli uniknąć przestojów, zwiększyć bezpieczeństwo podróżnych i dostępność taboru, a PKP Intercity zapewni dodatkowe oszczędności.

– Czujniki laserowe i kamery sprawdzają integralność poszycia, wózków jezdnych, dokonują pomiarów nakładki pantografu, grubości tarcz hamulcowych i klocków oraz profilu koła. Na podstawie tych pomiarów otrzymujemy automatyczne raporty w postaci liczb i profili 3D – wyjaśnia Michał Guzek.

– Na podstawie tych informacji, przetworzonych cyfrowo, tworzymy następnie bazę danych, która pozwala nam z wyprzedzeniem określić zużycie materiałów i optymalny moment ich wymiany. Dzięki temu zwiększamy dostępność i niezawodność floty – dodaje Artur Fryczkowski.

Zgromadzone dane z podzespołów są przesyłane do platformy Alstom HealthHub, która dzięki specjalnym algorytmom przekształca je w przydatne informacje i oblicza wskaźnik kondycji dla każdego sprawdzanego elementu.

– Z uwagi na to, że pociągi przejeżdżają przez TrainScanner codziennie, doskonale wiemy, kiedy dany element dojdzie do swojego wymiaru granicznego, i w tym momencie go wymienimy – mówi dyrektor zarządzający serwisami Alstom w Polsce.

Eksperci podkreślają, że skuteczne skanowanie jest szczególnie istotne w pociągach kolei dużych prędkości, ale skaner może być wykorzystywany także przy innych rodzajach flot.

– Jedno urządzenie może być zaprojektowane dla kilku różnych rodzajów taboru. I taki jest cel – aby nie świadczyć usług tylko dla jednego typu floty, ale dla wielu. Jest to oferta kierowana dla operatorów i właścicieli taboru, żeby optymalizować jego wykorzystanie i utrzymanie, które ma duży udział w kosztach całego cyklu życia pojazdów – mówi prezes i dyrektor zarządzający Alstom w Polsce i na Ukrainie.

Jak podkreśla, istotne oszczędności na najdroższych komponentach pociągu, takich jak klocki hamulcowe, sprawiają, że inwestycja zwróci się w ciągu 10 lat kontraktu utrzymaniowego z PKP Intercity.

ZPP: Polski rynek aptekarski wymaga zmian. Obecne regulacje mogą ograniczyć dostęp pacjentów do leków

Eksperci oceniają, że w Polsce rynek aptekarski wymaga zmian regulacji, które dziś ograniczają swobodę prowadzenia działalności, a co za tym idzie dostęp pacjentów do leków. Jednym z postulatów części branży jest więc ograniczenie bardzo szerokich kompetencji samorządu aptekarskiego, który reguluje nie tylko kwestie dostępu do zawodu i jego wykonywania, lecz również ma wpływ na regulacje dotyczące rynku. Ze względu na to, że w samorządzie często zasiadają przedsiębiorcy prowadzący apteki, może to prowadzić do konfliktu interesów – podkreślają eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.  

– Mamy w tej chwili dyskusję dotyczącą kształtu rynku aptecznego w Polsce. Z jednej strony są zwolennicy modelu rynku zamkniętego, w którym najważniejszy jest farmaceuta, natomiast interes pacjenta jest podrzędny. Z drugiej strony jest koncepcja rynku otwartego, w którym farmaceuta traci pewien komfort, natomiast zyskuje pacjent. W ostatnich latach – wskutek wprowadzenia „Apteki dla aptekarza” i coraz bardziej ekspansywnej kampanii samorządu aptekarskiego – zmierzamy niebezpiecznie w kierunku koncepcji rynku zamkniętego. To wbrew trendom funkcjonującym w Europie – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bińkowski, dyrektor Departamentu Prawa i Legislacji ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Źródłem konfliktu jest rozbieżność wizji kształtu rynku aptecznego. Jedna ze stron optuje za rynkiem otwartym, konkurencyjnym i propacjenckim. Druga forsuje model rynku zamkniętego i skoncentrowanego na farmaceutach. Przejawem tej drugiej koncepcji jest np. regulacja „Apteka dla aptekarza”, mająca poprawić dostępność aptek na terenach wsi i małych miasteczek, a w efekcie której zlikwidowano ponad tysiąc placówek, w kilkudziesięciu przypadkach będących jedyną w danej okolicy.

– W większości państw funkcjonuje rynek otwarty, a ten zamknięty stanowi regulacyjną skamielinę z przeszłości. Mam nadzieję, że zmienimy ten kierunek, bo na razie mamy do czynienia ze stopniowym zamykaniem rynku aptecznego w Polsce – przekonuje Jakub Bińkowski.

Jak podkreśla, koncepcja zamkniętego rynku aptecznego, która wiąże się ze szkodami dla pacjentów, jest forsowana przez samorząd aptekarski. Ten ma w Polsce znacznie szersze kompetencje niż inne samorządy zawodowe.

– Rola samorządów zawodowych w Polsce, które są usankcjonowane konstytucyjnie, polega na regulowaniu sposobu wykonywania zawodu, wychwytywaniu patologii, pilnowaniu jakości wykonywania zawodu. Niestety bardzo często działania samorządu aptekarskiego wychodzą poza regulację zawodu i starają się regulować rynek. Mamy tu do czynienia z sytuacją, że wielu członków samorządu posiada apteki, a więc jest też przedsiębiorcami. Wielokrotnie w tej sprawie wypowiadał się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który uznał Izbę Aptekarską w pewnych sytuacjach za organizację przedsiębiorców. Powinno być to rozdzielone – mówi Marcin Piskorski, prezes Związku Pracodawców Aptecznych PharmaNET.

W wielu krajach, np. w Wielkiej Brytanii czy Holandii, równolegle z samorządem zawodowym istnieje także urząd regulujący rynek aptekarski. Obie te instytucje działają niezależnie od siebie i nie przenikają się, co zwiększa poziom kontroli.

– W Polsce też powinniśmy do tego dążyć – postuluje Marcin Piskorski. – Tymczasem inspektorem farmaceutycznym w Polsce może zostać tylko farmaceuta, a więc członek korporacji, który z tej korporacji wychodzi, a potem do niej wraca. W przypadku innych zawodów czy innych instytucji nie mamy tak wąskiego zakreślenia. Przykładowo prezesem Urzędu Rejestracji Leków może być farmaceuta bądź lekarz, a minister zdrowia może być ekonomistą. W przypadku Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej także powinno być to poszerzone przynajmniej o pozostałe zawody medyczne.

Eksperci ZPP podkreślają, że obecne regulacje – łącznie z modelem funkcjonowania samorządu aptekarskiego – mogą ograniczać rynkową konkurencję i w dużej mierze godzić w interesy pacjentów. Są także barierą w rozwoju otwartego rynku aptecznego w Polsce.

– W ramach rynku aptecznego mamy do czynienia z rozmaitością modeli, w których apteki funkcjonują. Mamy apteki sieciowe, apteki prowadzone w ramach modeli franczyzowych, mamy też grupy zakupowe i rozmaite formy współpracy. Mamy również apteki indywidualne, prowadzone przez jednego farmaceutę, dla którego jest to jedyna placówka, którą dysponuje. Coraz popularniejsze będą te apteki, które będą najlepiej odpowiadały na potrzeby klientów. To od pacjenta powinno zależeć, z którego rodzaju placówki będzie chciał skorzystać i która najlepiej odpowie na jego oczekiwania – mówi Jakub Bińkowski.

Według marcowego raportu IQVIA („Opieka farmaceutyczna w Polsce 2020”) w Polsce na rynku funkcjonuje 12,5 tys. aptek (nie licząc punktów aptecznych). Apteki sieciowe stanowią w tej chwili mniej niż połowę wszystkich placówek w Polsce, a większość sieci aptecznych to polskie małe i średnie przedsiębiorstwa. Tylko dziewięć sieci w skali całego kraju posiada więcej niż 100 aptek.

– W branży aptecznej coraz ważniejsza jest franczyza, bo posiadanie know-how jest szczególnie istotne, a jego zdobycie jest drogie – podkreśla prof. Robert Gwiazdowski, szef Rady Programowej Warsaw Enterprise Institute. – Pojedynczy przedsiębiorcy często nie mają szans na pozyskanie środków finansowych, które pozwoliłyby im zdobyć taką wiedzę, jaką mają ci, którzy prowadzą sieci aptek w różnych miejscach na świecie i wiedzą, w jaki sposób apteka powinna być prowadzona, jak klient powinien być obsługiwany. To szczególnie istotne w dobie, w której coraz większe znaczenie mają usługi farmaceutyczne.

– Pewna przewaga modeli franczyzowych polega na tym, że one pozwalają na połączenie efektu związanego z wykorzystaniem gromadzonego latami know-how i często nowoczesnych rozwiązań z wykorzystaniem znanej marki, ale mogącej dostosować swoją działalność do potrzeb lokalnej społeczności – dodaje dyrektor ze Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Potwierdzono wpływ neutrin na powstawanie i rozszerzanie się Wszechświata. Może to stanowić przełom w jego symulowaniu

Neutrina rzadko reagują z normalną materią. Dlatego uznawane są za najlepsze przekaźniki zjawisk zachodzących daleko poza naszą galaktyką. Są jednak przy tym stosunkowo mało poznane. Dotychczasowe symulacje komputerowe miały trudności z uchwyceniem wpływu neutrin na powstawanie i wzrost struktury Wszechświata. Badacze z Japonii przedstawili symulacje, które dokładnie obrazują rolę neutrin, przedstawiają funkcję rozkładu ich prędkości i śledzą jej ewolucję w czasie.

Neutrina rzadko reagują z normalną materią, co czyni je świetnymi przekaźnikami zjawisk zachodzących daleko poza naszą galaktyką. Kosmiczne neutrina są generowane przez promienie kosmiczne w źródłach pozagalaktycznych. Przenoszą przy tym ogromne ilości energii. Wskazują na intensywne wydarzenia w kosmosie, takie jak czarne dziury, pulsary, pozostałości supernowych czy aktywne jądra galaktyczne.

Najbardziej energetycznymi neutrinami, jakie kiedykolwiek zaobserwowano, były kosmiczne neutrina przechwycone przez teleskop IceCube – miały energię petaelektronowoltów, czyli tysiąca bilionów elektronowoltów. To olbrzymia ilość energii. Dla porównania typowe neutrino atmosferyczne ma około 1 do 10 bln elektronowoltów. Wielki Zderzacz Hadronów, najpotężniejszy akcelerator cząstek na świecie, rozbija cząstki ze sobą przy ok. 13 bln elektronowoltów.

Choć rola neutrin w procesie powstawania Wszechświata może być ogromna, wiadomo o nich stosunkowo niewiele. Dotychczasowe symulacje komputerowe miały trudności z uchwyceniem ich wpływu na powstawanie i wzrost struktury Wszechświata. Zespół badaczy z Japonii opracował właśnie metodę, która pokonuje tę przeszkodę.

– Wcześniejsze symulacje dotyczące neutrin opierały się na pewnych przybliżeniach, które mogły nie być dokładne – mówi Kohji Yoshikawa, wykładowca na Uniwersytecie Tsukuby. – W naszej pracy uniknęliśmy tych przybliżeń, stosując technikę, która dokładnie przedstawia funkcję rozkładu prędkości neutrin i śledzi jej ewolucję w czasie.

Symulacje są o tyle istotne, że mogą nałożyć ograniczenia na obecnie nieznaną masę neutrin. Jeśli ta wielkość jest ustawiona na określoną wartość, a wyniki symulacji różnią się od obserwacji, można wykluczyć tę wartość. Takim ograniczeniom można ufać jednak tylko wtedy, gdy symulacje są dokładne. Japoński zespół naukowców z Uniwersytetu w Tsukubie rozwiązał układ równań Własowa–Poissona, które opisują sposób poruszania się cząstek we Wszechświecie. Następnie przeprowadził symulacje dla różnych wartości masy neutrin i systematycznie badał ich wpływ na strukturę Wszechświata.

Wyniki symulacji pokazały, że neutrina tłumią skupianie się ciemnej materii. Udowadniają też, że obszary bogate w nie są silnie skorelowane z masywnymi gromadami galaktyk, a efektywna temperatura neutrin znacznie się różni w zależności od masy.

– Nasze odkrycia sugerują, że neutrina w znacznym stopniu wpływają na formowanie się wielkoskalowych struktur, a nasze symulacje dostarczają dokładnych informacji o ich istotnym wpływie na kształtowanie się Wszechświata – przekonuje Kohji Yoshikawa. – Nasze nowe wyniki są spójne z wynikami uzyskanymi w przypadku zupełnie innych podejść do symulacji, co zwiększa ich wiarygodność.

Zdaniem naukowców opracowanie japońskiego zespołu może stanowić przełom w symulowaniu Wszechświata. Może też rozpocząć erę kolejnych badań nad wpływem neutrin na tworzenie innych wielkoskalowych struktur. Nowe symulacje można byłoby wykorzystać do badania dynamiki neutrin i niekonwencjonalnych typów ciemnej materii.

Polska jednym z najlepszych miejsc do rozwoju rynku dronów na świecie. Pomaga w tym także pandemia

Z najnowszego raportu Drone Industry Insights wynika, że Polska jest drugim najbardziej przyjaznym krajem dla rozwoju sektora dronowego i najlepszym miejscem do rozwoju tej technologii w Europie. Wśród 35 przebadanych rynków tylko Singapur uzyskał wyższe noty. Tak  dobra ocena rodzimego sektora branży może przyczynić się do dynamicznego rozwoju bezzałogowych systemów monitoringu, które sprawdzą się zarówno w czasie pandemii, np. przy wykrywaniu dużych skupisk ludzi, jak i po jej zakończeniu.

– W Instytucie Lotnictwa opracowano system do małego wielowirnikowca, który jest w stanie wykrywać duże skupiska ludzi. Bardzo często zdarza się, że ludzie gromadzą się przez przypadek, to może być np. źle wyregulowane przejście dla pieszych. I nikt się nie zorientuje, że są takie miejsca w mieście. Bezzałogowe statki powietrzne mogą latać nad miastem i sprawdzać, gdzie ludzie się gromadzą. Takiego drona można też wyposażyć w głośnik, dzięki któremu można by zwrócić uwagę pieszemu, że nie ma założonej maseczki – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje prof. dr hab. inż. Cezary Galiński, kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale MEiL Politechniki Warszawskiej

Już na początku pierwszej fali pandemii koronawirusa podjęto pierwsze próby wdrożeniowe systemów zdalnego monitoringu tłumu. Włoski Urząd Lotnictwa Cywilnego dopuścił od 3 kwietnia używanie dronów na szeroką skalę, aby przyspieszyć proces wykrywania potencjalnych ognisk zapalnych i wyłapać osoby, które łamią restrykcje pandemiczne. Drony do monitoringu wykorzystuje również gdańska policja, a włodarze Madrytu i Nicei testowali systemy głosowej kontroli tłumu instalowane na bezzałogowych pojazdach latających.

Tak dynamiczny rozwój branży dronowej w czasie pandemii jest możliwy m.in. dzięki regulacjom prawnym, które ułatwiają inwestowanie w projekty z tego sektora gospodarki.

– Bezzałogowe statki powietrzne będą się rozwijały dość dynamicznie. Sprzyja temu fakt, że pojawiły się przepisy dotyczące ich wykorzystywania, dzięki którym można wszystkie procedury, ubezpieczenia załatwiać w sposób legalny, bardziej kontrolowany i bezpieczny – mówi prof. Cezary Galiński.

Eksperci odpowiedzialni za raport Drone Industry Insights przyznali Polsce najwyższą ocenę za przejrzyste procedury przyznawania uprawnień do obsługi dronów oraz standardy integracji infrastruktury lotniczej. Wysoko oceniono również kompetencje w zakresie HR, czyli odsetek operatorów w społeczeństwie oraz przebieg procesu szkoleniowego.

Polskie władze rozpoczęły proces regulacji rynku na długo przed wejściem w życie rozporządzenia Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego dotyczącego funkcjonowania rynku dronowego, które zaczną obowiązywać od 2021 roku. W Polsce już od 31 stycznia 2019 roku uchwalono przepisy regulujące zasady wykonywania lotów specjalistycznych oraz autonomicznych, które pozwalają na szeroką skalę wykorzystać narzędzia tego typu m.in. w procesie monitoringu powietrznego.

– Najbardziej dynamicznie będą się rozwijały zastosowania związane np. z fotogrametrią, czyli wykonywaniem zdjęć na dużych obszarach. Poczynając od czysto urbanistycznych zastosowań, aż po np. dopilnowywanie różnego rodzaju składowisk materiałów palnych, które czasami mają tendencję do znikania. System bezzałogowy potrafi zrobić bardzo dobrą ortofotomapę, na podstawie której można określić kształt każdego obiektu. W związku z tym od razu wiadomo, czy coś zniknęło, a nawet można znaleźć osobę, która to spowodowała – tłumaczy kierownik Zakładu Samolotów i Śmigłowców na Wydziale MEiL Politechniki Warszawskiej

Z szacunków przeprowadzonych przez Polski Instytut Ekonomiczny wynika, że wartość rynku dronów w 2026 roku wyniesie 3,26 mld zł, a całościowe zyski z rozwoju tej branży mogą sięgnąć 576 mld zł.

Obniżać czy podwyższać podatki? Czesi i Niemcy się cieszą, Polacy płac(z)ą

Obniżanie podatków dochodowych szczególnie dla osób najmniej zarabiających byłoby najlepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki przy wychodzeniu z kryzysu. Prawdopodobnie pójdziemy jednak inną drogą niż wiele państw.

– Wszędzie widzimy bardzo dużo interwencjonizmu, ale ten przybiera bardzo różną formę – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Są państwa, które chcą decydować nie tylko o tym dokąd trafiają pieniądze, ale też jak mają być wydawane.

Podejścia są różne, są również kraje, które pozostawiają sposób wydawania pieniędzy gospodarstwom domowym i prawom rynku.

W Niemczech od 1 lipca wprowadzono obniżkę podatku VAT. Na obniżkę tego podatku stawiają też Czechy. W tych krajach państwo chce pozostawić więcej pieniędzy w kieszeniach obywateli, aby w ten sposób wspomóc gospodarkę.

Pomysłów jest wiele, a związane są także z podejściem do problemu zwiększonego krajowego deficytu budżetowego.

– W przypadku Polski ten interwencjonizm państwowy jest bardziej scentralizowany, a netto ma dojść do podwyżki podatków – dodaje ekspert XTB. – Jesteśmy jako kraj na podobnym jak Czechy etapie i powinniśmy iść w podobnym kierunku.

Polska podąża swoja własną drogą. U nas dyskusja koncentruje się na roli transferów finansowych i płacy minimalnej, a nie na konsekwencjach obniżaniu podatków obciążających konsumentów.

– Obniżanie podatków dochodowych szczególnie dla osób najmniej zarabiających jest najlepszym rozwiązaniem dla polskiej gospodarki – ocenia P.Kwiecień.

Polacy przeciw upolitycznieniu protestów Strajku Kobiet

Tylko co szósty Polak (17 proc.) uważa, że jeżeli protestujący mają zrealizować swoje postulaty, to na ich czele powinna stanąć partia polityczna – wynika z najnowszego sondażu SW Research, zrealizowanego w dniach 1-3.12.20 na próbie 1100 dorosłych Polaków.

Strajk Kobiet – oddolny ruch społeczny, zainicjowany na skutek kontrowersyjnej decyzji Trybunału Konstytucyjnego, w ciągu 1,5-miesięcznej działalności zmotywował przedstawicieli świata polityki do różnych deklaracji i pomysłów rozwiązania trwającego sporu. Nierzadko próby identyfikacji czy solidaryzowania się z protestującymi kończyły się ostrą wymianą zdań. Niemniej jednak opinia publiczna nieustannie zadaje sobie pytania o przyszłość protestów i polityczne konsekwencje ruchu kobiet.

Z badania SW Research wynika, że co trzeci ankietowany (33 proc.) nie widzi konieczności objęcia przywództwa nad strajkiem przez ugrupowanie polityczne, aby zostały osiągnięte cele protestujących. Najliczniejszą grupę stanowią jednak osoby bez wyrobionego poglądu (37 proc.), a najmniej, bo tylko 13 proc. badanych twierdzi, że nie wie, jakie są postulaty protestujących.

Biorąc pod uwagę genezę protestów, zaskakuje wysoki odsetek niezdecydowanych wśród kobiet – aż 41 proc. z nich deklaruje brak zdania. Odsetek niezdecydowanych rośnie również wraz ze spadkiem poziomu wykształcenia – wśród  z wykształceniem zasadniczym zawodowym niemal co drugi ankietowany (46 proc.) nie potrafi się ustosunkować jednoznacznie wobec kwestii upolitycznienia protestów.

Wśród mężczyzn (16 proc.) znacznie częściej niż wśród kobiet (10 proc.) pojawia się deklarowany brak wiedzy na tematów celów Strajku Kobiet. Widać także wyraźną korelację z wiekiem ankietowanych – wśród 18-24 latków tylko 5 proc. przyznaje, że nie zna postulatów protestujących, podczas gdy w najstarszej grupie badanych, tj. pow. 50 roku życia,  ten odsetek wynosi już 16 proc. Deklarowana nieznajomość postulatów rośnie wraz ze spadkiem poziomu wykształcenia – wśród osób o wykształceniu zasadniczym zawodowym odsetek ten wynosi aż 20 proc.

Najwięcej zwolenników partyjnego przywództwa protestów jest wśród najmłodszej grupy badanych, tj. 18-24 latków – pomysł ten popiera niemal co trzeci badany (31 proc.) z tej kategorii wiekowej.

Mimo, że pytanie w sondażu dotyczyło politycznego kontekstu przyszłości protestów Strajku Kobiet, to po raz kolejny ukazało ono społeczny sceptycyzm wobec angażowania polityki do oddolnych inicjatyw – komentuje Piotr Zimolzak, wiceprezes agencji SW Research.  Na ten moment społeczeństwo nie daje „zielonego światła” żadnej partii do oficjalnego reprezentowania ruchu na arenie politycznej. Przyszłość protestów nie jest jednak jasna, na co wskazuje liczba grupa osób niezdecydowanych. Na tym tle nie sposób jednak nie zauważyć specyfiki młodego pokolenia o bardziej sprecyzowanych poglądach – dodaje Zimolzak.IP Strajk Kobiet

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Oświadczenie o rynkowości stosowanych cen – ryzyko i metody zabezpieczeń

Przepisy w zakresie cen transferowych w ostatnich latach zmieniają się bardzo dynamicznie. Dlatego też przygotowanie dokumentacji i wypełnienie innych obowiązków w tym zakresie wygląda nieco inaczej w każdym roku. Z początkiem 2019 r. weszły w życie nowe przepisy w zakresie cen transferowych. Istotną dla podatników zmianą było między innymi wprowadzenie modyfikacji do oświadczenia o sporządzeniu dokumentacji cen transferowych poprzez jego rozszerzenie o konieczność deklarowania, że w transakcjach objętych dokumentacją zastosowane zostały ceny rynkowe. Takie oświadczenie będą musieli złożyć w formie elektronicznej wszyscy członkowie zarządu (lub innego organu zarządzającego), jeżeli podatnik był zobowiązany do sporządzenia lokalnej dokumentacji cen transferowych.

Termin na złożenie oświadczenia

Zgodnie z ustawą podatnicy mają czas na sporządzenie oświadczenia o rynkowości stosowanych cen w transakcjach z podmiotami powiązanymi w terminie 9 miesięcy od zakończenia roku obrotowego. W związku z przepisami tzw. Tarczy Antykryzysowej 4.0. termin ten został wydłużony o 3 miesiące. Zatem w przypadku podatników, gdzie rok obrotowy jest równy rokowi kalendarzowemu, termin został przesunięty z 30 września na 31 grudnia 2020 r.

Oświadczenia nie można złożyć w formie papierowej. Należy je podpisać za pomocą podpisu zaufanego lub certyfikatu kwalifikowanego i złożyć w formie elektronicznej za pośrednictwem Elektronicznej Platformy Usług Administracji Publicznej.

Odpowiedzialność

W zakresie odpowiedzialności kierownictwa jednostki dotyczącej powyższego oświadczenia ustawodawca przewidział osobny artykuł w Kodeksie karno-skarbowym. Zgodnie z art. 56c KKS karze podlega ten, kto nie składa właściwemu organowi podatkowemu oświadczenia albo składa je po terminie lub poświadcza informacje niezgodne ze stanem rzeczywistym. Ustawodawca przewidział bardzo wysoką karę grzywny za niedopełnienie powyższych obowiązków w wysokości 720 stawek dziennych, czyli prawie 25 mln zł. Należy zaznaczyć, że kary z tego przepisu można wymierzyć w przypadku działania umyślnego. W przypadku braku złożenia oświadczenia podatnik nie może tłumaczyć się brakiem wiedzy w zakresie przepisów. Z kolei w przypadku złożenia oświadczenia po terminie należy jak najszybciej złożyć oświadczenie wraz z czynnym żalem, który w tym przypadku powinien mieć zastosowanie i pozwoli uniknąć odpowiedzialności. Złożenie oświadczenia niezgodnego ze stanem rzeczywistym jest kwestią wynikającą z ewentualnej kontroli podatkowej, czyli organy podatkowe w pierwszej kolejności muszą wykazać, że oświadczenie jest niezgodne ze stanem rzeczywistym, a osoby zarządzające złożyły je umyślnie. W związku z tym organy zarządzające powinny podjąć odpowiednie działania ograniczające ryzyko w tym zakresie.

Działania ograniczające ryzyko

Dochowanie należytej staranności przy kalkulowaniu cen transferowych pomiędzy podmiotami powiązanymi jest bardzo istotne. W szczególności ma to na celu wykazanie nieumyślności działania poprzez podjęcie szczególnych zasad ostrożności w przypadku tematu cen transferowych. W tym zakresie dobrą praktyką jest przygotowanie spójnej polityki cen transferowych, regulującej zakres transakcji występujących w przedsiębiorstwie oraz sposób określania/kalkulacji cen, a także ryzyka, aktywa i inne niezbędne elementy dokumentacji. Polityka powinna przewidywać także procedury nadzoru oraz kontroli w zakresie kalkulacji cen.

Część przedsiębiorców decyduje się na oddzielne audyty podatkowe w zakresie cen transferowych, prowadzone przez zewnętrznych doradców podatkowych. Rekomendacje audytu winny być przedstawione zarządowi. Powinny być też wdrażane działania ograniczające ryzyko. W zakresie współpracy z doradcami zewnętrznymi można się także zdecydować na certyfikacje, czyli specjalne narzędzie, w którym doradca określi poziom ryzyka w zakresie cen transferowych.

Nieodpłatne świadczenia

Warto zwrócić uwagę na ostatnie stanowisko fiskusa prezentowane w interpretacjach indywidualnych Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej z 28 lutego 2020 r., 0111-KDIB1-2.4010.495.2019.1.AW, 0111-KDIB1-1.4010.544.2019.1.BK, zgodnie z którym w przypadku osiągania przychodu z nieodpłatnych świadczeń podatnik nie będzie zobowiązany do złożenia wyżej wymienionego oświadczenia, ponieważ w ocenie organu właściwym postępowaniem byłoby ustalenie ceny na warunkach rynkowych. Jeżeli taki pogląd się utrzyma, to rodzi się wątpliwość, co dalej z transakcjami nieodpłatnymi pomiędzy podmiotami powiązanymi. Czy będą one dalej funkcjonowały, czy konieczne będzie każdorazowe ustalanie ceny. Zdaje się jednak, że w tym przypadku organy poszły zbyt daleko, uznając, że w przypadku nieodpłatnego świadczenia nie można złożyć oświadczenia o ustaleniu cen na warunkach rynkowych.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dwie kolejne aplikacje podchorążych WAT wspierają WOT w walce z pandemią

Podchorążowie Wojskowej Akademii Technicznej, skierowani do wsparcia działań Dowództwa Wojsk Oborny Terytorialnej w Zegrzu, opracowali narzędzia informatyczne wykorzystywane w przeciwdziałaniu rozprzestrzeniania się wirusa SARS-CoV‑2. To aplikacja meldunkowa oraz portal prezentujący dane przestrzenne realizowanych zadań. Oba rozwiązania wykorzystywane są przez jednostki podległe DWOT.

Aplikacja meldunkowa opracowana przez studentów wojskowych WAT umożliwia monitorowanie wykorzystania zasobów – sił i środków, poszczególnych brygad oraz stanu zdrowia żołnierzy. „Podczas współpracy z Dowództwem Wojsk Obrony Terytorialnej naszym zadaniem było przygotowanie i wdrożenie rozwiązania wspierającego system meldunkowy na szczeblu brygady. Zbierane informacje monitorowały działania żołnierzy WOT w ramach łagodzenia skutków pandemii COVID-19 oraz wzmacniania odporności społecznej na kryzys. Zbudowane rozwiązanie zostało oparte o dostępną w sieci wojskowej infrastrukturę udostępnianą przez firmę Microsoft” – tłumaczą podchorążowie Wydziału Cybernetyki WAT sierż. pchor. Michał Bryła i sierż. pchor. Rafał Huk. Dodatkowo studenci przygotowali instrukcję pozwalającą użytkownikom zapoznać się z prawidłową obsługą aplikacji.
Dwie kolejne aplikacje podchorążych WAT wspierają WOT w walce z pandemią
W ramach uznania za wykonaną pracę, podchorążowie Wydziału Cybernetyki WAT otrzymali podziękowania ze strony Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej. „Pańskie umiejętności i fachowa wiedza o systemach funkcjonujących we współczesnym środowisku teleinformatycznym zasługują na najwyższe uznanie. Swoją postawą wyznacza Pan pożądany kierunek osobistego rozwoju i właściwego przygotowania do wyzwań stojących współcześnie przed oficerem Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej” – napisali do każdego zaangażowanego w opracowanie aplikacji studenta płk Czesław Perłak, szef Oddziału Wsparcia Dowodzenia i Łączności oraz płk dypl. Arkadiusz Mikołajczyk, szef Sztabu DWOT.

Portal umożliwiający wizualizację udziału żołnierzy w działaniach mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się SARS-CoV 2 to kolejne rozwiązanie opracowane przez podchorążych i używane przez Wojska Obrony Terytorialnej. Studenci stworzyli aplikację, która w czasie rzeczywistym daje możliwość integracji danych pochodzących ze wszystkich Brygad Obrony Terytorialnej. Zintegrowane dane są prezentowane w postaci geoportalu z interaktywną mapą. Można na niej odnaleźć informacje nt. aktualnej liczby żołnierzy zaangażowanych w pomoc w szpitalach, punktach poboru wymazów, czy domach opieki społecznej. „Jest to intuicyjne rozwiązanie, które w skuteczny sposób umożliwia wsparcie procesu dowodzenia informacjami przestrzennymi obrazującymi zaangażowanie wojska w przeciwdziałaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Aplikacja jest skalowalna i daje możliwość szybkiej integracji z funkcjonującymi w SZ RP rozwiązaniami tego typu” – zaznacza kpt. Marek Wyszyński z Wydziału Inżynierii Lądowej i Geodezji WAT, koordynujący pracę studentów.

Nad aplikacją pracowała grupa czterech podchorążych WAT: dwóch z Wydziału Cybernetyki – plut. pchor. Rafał Szczepański i st. kpr. pchor. Damian Tomasik oraz dwóch z Wydziału Inżynierii Lądowej i Geodezji – sierż. pchor. Michał Słomski oraz st. kpr. pchor. Patryk Szempruch.

„Podchorążowie WAT skierowani do wsparcia utrzymania i rozbudowy systemów teleinformatycznych Dowództwa WOT oraz pomocy w zobrazowaniu wsparcia społeczeństwa przez jednostki podległe dowództwu, w przeciągu niespełna trzech tygodni zdołali zbudować dwa autorskie rozwiązania ułatwiające monitorowanie wykorzystania oraz położenia sił i środków WOT. Jest to dowód na aplikacyjność wiedzy i umiejętności jakie nabywają kandydaci na żołnierzy zawodowych kształceni w Wojskowej Akademii Technicznej. Jesteśmy przekonani, że technologiczna rewolucja jaka następuje w Wojsku Polskim, pozwoli na pełne wykorzystanie kompetencji naszych absolwentów. Z kolei absolwenci WAT nadadzą właściwy kierunek (i zwrot chcąc być precyzyjnym) procesowi transformacji Sił Zbrojnych RP, zdolnych do realizacji swoich konstytucyjnych zadań w dynamicznie zmieniającym się środowisku bezpieczeństwa” – podkreśla ppłk dr inż. Rafał Kasprzyk, zastępca dziekana Wydziału Cybernetyki WAT.

To już kolejne rozwiązania informatyczne opracowane przez podchorążych WAT dla Dowództwa Wojsk Obrony Terytorialnej w ramach działań związanych z zapobieganiem rozprzestrzeniania się wirusa. W marcu br. studenci Wydziału Cybernetyki WAT oddelegowani do służby w DWOT opracowali mobilną aplikację ułatwiającą dotarcie z pomocą do osób pozostających w izolacji.

Rubel najdroższy od października

Ogólnie dobra dyspozycja ropy naftowej i wzrost wydobycia to bardzo dobre sygnały dla Rosji. W rezultacie, nie można się dziwić, że rosyjski rubel jest blisko historycznych maksimów.

Lepsze dane z Niemiec

Wczoraj poznaliśmy dane na temat produkcji przemysłowej, która w skali miesiąca rośnie szybciej, niż oczekiwano. Nie zmienia to faktu, że w ujęciu rocznym jest to nadal 2,2% spadku. Dzisiaj do tych danych doszedł lepszy od oczekiwań wynik indeksu ZEW, który przekroczył oczekiwania analityków o imponujące 9,5 pkt, osiągając 55 pkt. W rezultacie, doszło do stabilizacji na głównej parze walutowej świata, pomimo tego, że wczorajsze zachowanie analityków wskazywało na realizację zysków i związaną z tym korektę.

PKB w Unii bez niespodzianek

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat dynamiki PKB w strefie euro. Wynosi ona w skali roku -4,3%, pomimo bardzo dobrego trzeciego kwartału ze wzrostem na poziomie 12,5%. Jak widać, dotychczasowe czarne scenariusze nie realizują się w pełni. Nie można jednak wykluczyć, że kolejne kwartały kryzysu spowodują, że dane będą jeszcze słabsze.

Wzrosty na rublu

Dane z rynku ropy nie pomagają ostatnimi dniami notowaniom ropy. W górę idzie za to rosyjski rubel. Przeważnie waluta ta jest silnie związana z notowaniami ropy. Teraz jednak inwestorzy zwracają uwagę, że spadek cen ropy nie jest na tyle duży, by podwyżka wydobycia nie zrekompensowała tego Rosji. Jest to zatem korzystna informacja dla rynków, z drugiej strony warto zwrócić uwagę, że od początku roku rosyjski rubel stracił grosz na wartości względem złotego. Nie byłaby to zła wiadomość dla euro, ale tutaj jest to strata z 6 na 5 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Prof. Edward Haliżak: Chiny oczekują ułożenia stosunków z USA na nowych zasadach

Mariusz Marszałkowski/Instytut Jagielloński: Jak może zmienić się polityka USA w stosunku do Chin podczas prezydentury Joe Bidena?

Prof. Edward Haliżak: Przy zmianie władzy prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych mamy zawsze do czynienia ze zmianą i kontynuacją polityki zarazem. Podobnie będzie w stosunku do Państwa Środka. Chiny dla amerykańskiej globalnej strategii są największym wyzwaniem, dlatego że dzięki postępowi w reformach gospodarczych przekształciły swoją gospodarkę w dobrze funkcjonujący organizm i stały się drugą potęgą gospodarczą w świecie. Dzięki temu gospodarka chińska kumuluje duże dochody, które są przeznaczane na realizację globalnej strategii tego państwa. To, co jest najważniejsze dla Ameryki to to, że pod koniec dekady Chiny, jeśli utrzymają obecną dynamikę wzrostu, prześcigną Amerykę pod względem wielkości dochodu narodowego. Perspektywa, że chińska gospodarka będzie numerem jeden, wcale nie jest odległa. To właśnie bardzo martwi Amerykę, ponieważ z tym wiąże się przyszły kształt międzynarodowej strategii Chin.

Jak Stany Zjednoczone postrzegają Chiny?

Chiny postrzegane są jako główny rywal Stanów Zjednoczonych. Nie są widziane jako nieprzyjaciel, a jako rywal. Takie postrzeganie zaczęło się już kształtować w okresie administracji demokratycznej Baracka Obamy. Owa administracja w 2010 roku ogłosiła strategię pivotu, której celem jest ewentualne powstrzymanie Chin jako mocarstwa poprzez niedopuszczenie do utworzenia w rejonie Azji i Pacyfiku wyłącznej strefy wpływu Chin i wyeliminowanie Ameryki z Azji Wschodniej. Taka była istota tej strategii i to będzie kontynuowane. Jednocześnie Stany Zjednoczone nie mogą wyzbyć się elementów współpracy i to jest kluczowa kwestia. Chiny są dla Ameryki jednocześnie rywalem i partnerem. I jakby to nie brzmiało paradoksalnie, jest tak w coraz większej ilości dziedzin. Ameryka zdaje sobie sprawę, że z Chinami można robić interesy. Lobbuje za tym wielki amerykański biznes. Wielkie firmy amerykańskie optują za rozwijaniem współpracy z Chinami, bo tam można zarobić wielkie pieniądze.

Elon Musk, marzyciel, twórca programu kosmicznego jest też właścicielem fabryki samochodów Tesla w Szanghaju, której wydajność zbliża się do 500 tysięcy samochodów elektrycznych rocznie. Technologia jest amerykańska, ale wszystkie elementy są produkowane na miejscu w Chinach. Pół miliona samochodów na rynek chiński i na eksport. Ważne jest, by zwrócić uwagę, że rząd Chin dopłacił do tej inwestycji 20 procent. W związku z tym program Elona Muska jest finansowany z zysków i pieniędzy wypracowanych w Chinach. To jest pewnego rodzaju paradoks, ale taka jest po prostu prawda. Kiedy administracja Donalda Trumpa przystąpiła do wojny handlowej, gospodarczej z Chinami, napotkała opór największych amerykańskich korporacji (w tym Apple), które boją się utraty dostępu do chińskiego rynku. Te przykłady pokazują, że Ameryka ma niełatwy strategicznie wybór. Nie wiadomo na czym dokładnie miałaby polegać strategia: na ile powstrzymywać Chiny, a na ile rozwijać z nimi współpracę. To drugie jest bardzo ważne, ponieważ chodzi o bardzo duże pieniądze. Chiny ogłosiły, że do 2030 roku zamierzają zaimportować towary o wartości 22 bilionów dolarów, ponieważ przestawiają się na inny model gospodarczy, w którym popyt wewnętrzny i import będą odgrywać ważną rolę. Te 22 biliony stoją przed oczyma menadżerów wielkich, amerykańskich korporacji, którzy upatrują szanse na sprzedaż i realizację zysków na wielkim rynku chińskim. To właśnie oni będą wywierać presję na administrację prezydencką, żeby powstrzymywała się przed nakładaniem sankcji, czy też kontynuowaniem wojny handlowej z Chinami.

Jak Chiny patrzą na Stany Zjednoczone po tym resecie i wyborze Joe Bidena? Czym Ameryka jest dla Chin?

Od czasów powstania Chińskiej Republiki Ludowej 1 października 1949 roku komuniści chińscy zawsze bardziej łaskawie spoglądali na Amerykę niż na ZSRR. To są fakty historyczne. Ktoś kiedyś napisał właśnie o tej postawie Chińczyków publikację pt. „Beautiful imperialist”, czyli „Piękni imperialiści”. Tak Chińczycy postrzegają Stany Zjednoczone. W sensie politycznym, strategicznym, a także ze względu na popularność, większość młodzieży chińskiej wybiera studia w Ameryce. To jest 250 tysięcy młodych ludzi, którzy studiują w USA. To wynika z postrzegania pozytywnego. Oczywiście w sferach politycznych, w kręgach decydenckich Ameryka jest postrzegana jako rywal. To negatywne postrzeganie Ameryki nasiliło się w okresie administracji prezydenta Donalda Trumpa, która przystąpiła do nierealistycznej strategii ograniczenia możliwości wzrostu gospodarczego Chin, po to, żeby Chiny nie rozwijały się zbyt szybko i żeby ten moment pościgu za Ameryką maksymalnie wydłużyć. Zatem to negatywne postrzeganie Ameryki się zmieniło, ale Chińczycy jako społeczeństwo generalnie patrzą na Stany Zjednoczone raczej w sposób pozytywny. Chiny nie deklarują, nie określają Stanów Zjednoczonych mianem wroga. Chińczycy mówią, że świat jest zbyt wielki, a Pacyfik i Azja są na tyle pojemne, że jest tam miejsce dla dwóch supermocarstw: dla Chin i dla USA. Władze Chin, decydenci zdają sobie doskonale sprawę z istniejącej jeszcze luki między Chinami, a USA. I ta realistyczna ocena sprawia, że Chiny powściągają się w pewnych reakcjach. Chińscy autorzy, badacze w swoich publikacjach zwracają uwagę na to, że Chiny są jeszcze na dorobku, są w fazie wzrostowej. Wiedzą o tym, że Ameryka nadal ma przewagę nad nimi. Dominuje realistyczna ocena, ale Chińczycy uważają, że nastał czas, aby stosunki między tymi dwoma wielkimi mocarstwami ułożyć na nowych zasadach. Chińczycy podkreślają, że stosunki z USA są dla nich bardzo ważne i traktują je priorytetowo, z największą uwagą i poświęcają temu najwięcej uwagi oraz środków.

Czy wygrana Joe Bidena jest szansą dla, np. Polski do powrotu do relacji z Chinami z poziomu sprzed prezydentury Donalda Trumpa? Czy zmiana w Białym Domu może na to jakoś wpłynąć? Czy może się coś zmienić w stosunkach między Polską a Chinami?

Wpływ stosunków polsko-amerykańskich na stosunki polsko-chińskie da się zidentyfikować, ale nie przeceniałbym tego w sposób znaczący. Po pierwsze między Chinami a USA toczy się wojna technologiczna. W tej chwili to jest jedyna dziedzina, w której obydwa mocarstwa bardzo ze sobą rywalizują. Amerykanie obawiają się wzrostu postępu Chin w tej dziedzinie. Wyścig technologiczny to jest istota współczesnych stosunków. W związku z tym Amerykanie przystąpili do polityki blokady i polityki rugowania chińskich firm technologicznych z rynku światowego. Przykładem jest Huawei. Stany Zjednoczone blokują technologicznie Chiny, ale chcą rozwijać się i robić biznesy w tradycyjnych dziedzinach gospodarki, jak handel, rolnictwo, energetyka, sprzedaż surowców. To jest pewnego rodzaju dwoistość w postawie władz amerykańskich. Można powiedzieć, że Polskę pośrednio ten związek interesów chińsko-amerykańskich blokuje. Amerykanie blokują na całym świecie technologię 5G autorstwa Chin. Nie chcą dopuścić, żeby za pomocą tej technologii zdobyły duży udział w rynku. Chodzi tu o dostęp do danych, ale przede wszystkim o ograniczenie zysków Chin, czyli dochodów, jakie chińska firma może otrzymać z tytułu kontraktów. To są dwa cele wyrugowania Chin. W związku z tym polski rząd w pośredni sposób zasugerował, że chińska firma może dostać kontrakt, ale tylko gdy spełni określone warunki. Jest jeszcze jeden aspekt. Polska poparła Amerykanów, ale nie w bezpośredni sposób. Zostawiliśmy sobie otwartą furtkę do negocjacji w tej sprawie. Myślę, że duży związek z tym ma perspektywa budowania Centralnego Portu Lotniczego, w którym pewnie rozpatruje się także udział kapitału chińskiego. Chińczycy bardzo chętnie zainwestowaliby w taki projekt. Być może są to tylko spekulacje, ale myślę jednak, że coś jest na rzeczy. W momencie kiedy administracja demokratyczna będzie kontynuowała politykę blokady technologicznej z Chinami, ale przy jednoczesnym rozwoju współpracy w innych dziedzinach, zwłaszcza w sprawach klimatu, wówczas wznowiony zostanie dialog amerykańsko-chiński. Może wtedy dojść do spotkań na szczeblu ministrów i przywódców. To z pewnością przełoży się na odważniejsze decyzje naszego rządu w stosunku do Chin. Ożywienie w stosunkach amerykańsko-chińskich w jakimś stopniu przełoży się także na ożywienie relacji polsko-chińskich.

Edward Haliżak, politolog, profesor nauk humanistycznych, nauczyciel akademicki, wykładowca na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.