Prof. Władysław Teofil Bartoszewski: dyplomata musi być profesjonalistą. Nasze miejsce jest przy głównym stole

Mariusz Marszałkowski: panie profesorze jakimi cechami powinien odznaczać się dobry dyplomata?

Prof. Władysław Teofil Bartoszewski: dyplomacja jest wykonawcą polityki zagranicznej państwa, a ta jest oparta na kontynuacji, dlatego nie może być ona ani rewolucyjna, ani zbyt często zmieniana. Jedną z najlepszych służb dyplomatycznych mają Rosjanie. Służba dyplomatyczna w Rosji powstała za czasów cara Aleksandra I i była stworzona przez księcia Adama Czartoryskiego. W Rosji, a potem w Związku Sowieckim, dyplomacja była utrzymywana na bardzo wysokim poziomie. To znaczy, była (niestety dla nas) skuteczna w realizowaniu celów polityki zagranicznej swego państwa. Dyplomacja musi być kontynuacją tego, co było wcześniej wraz ze zrozumieniem tego, co może się wydarzyć. Dyplomaci z Chin świetnie wiedzą, co zaszło w relacjach między krajem gdzie pracują, a Chinami w ostatnich 30 latach, albo i dłużej. Ważne jest zrozumienie tego, na czym polega interes kraju. Nasza dyplomacja w ciągu ostatnich kilku lat jest niestety w stanie rozpadu. Źle się stało, że od jakiegoś czasu nad względami merytorycznymi zaczęły przeważać względy ideologiczne. Dyplomata musi być profesjonalistą. Nieważne są jego poglądy polityczne. Zaczęliśmy demontować kadrę dyplomatyczną z tego powodu, że rzekomo nie wspierała wystarczająco rządu. A to jest duży błąd, bo poglądy polityczne dyplomatów nikogo nie powinny interesować. Z drugiej strony, dyplomaci nie powinni mieć wystąpień politycznych. Znam dobrze wielu dyplomatów z państw Unii Europejskiej i bardzo często nie wiem, na jakie partie głosowali. Polityka zagraniczna jest długofalowa i pro-państwowa, a nie partyjna i tutaj nie może być mowy o żadnej rewolucji, bo to jest bardzo szkodliwe.

Marszałkowski: jak według pana polska dyplomacja ma się w tej dobie rewolucji nowoczesności?

Bartoszewski: nasze problemy polegają nie tyle na rewolucji nowoczesności, raczej na rewolucji kadrowej, która jest dużym problemem, dlatego, że wyeliminowano z gry wielu doświadczonych dyplomatów. Dyplomata powinien służyć państwu, a nie partii. Jego pracą ma być realizacja zadań, które są wyznaczane przez ministra spraw zagranicznych i premiera. Ważne jest by dyplomata był również sprawny językowo. Są takie ambasady jak np. niegdyś ambasada Szwecji w Warszawie, gdzie wszyscy pracownicy dyplomatyczni – Szwedzi – mówili po polsku. Ambasador powiedział mi, że Polska jest bardzo ważnym partnerem dla Szwecji, dlatego każdy pracownik dobrze znał język polski. Dyplomaci angielscy i rosyjscy, ale i inni, mówią świetnie w wielu, często trudnych językach. Dobrze byłoby, żeby ludzie, których my wysyłamy do różnych ambasad posiadali podobne umiejętności. Płynne mówienie w języku, w którym się przebywa pomaga w osiąganiu sukcesów w dyplomacji, która jest oparta na nieformalnych kontaktach w kraju akredytacji. Dobrym przykładem jest nasz ambasador w Tel Awiwie Marek Magierowski, który w krótkim czasie nauczył się języka hebrajskiego i płynnie się nim posługuje. Tego należy oczekiwać od służby dyplomatycznej. W taki sposób łatwiej jest się zintegrować z miejscową społecznością i rozmawiać o współpracy.

Marszałkowski: czego dyplomata nie powinien robić? I co należy wziąć pod uwagę wykonując tę pracę?

Bartoszewski: jest rzeczą absolutnie niestosowną, aby dyplomaci krytykowali państwo, w którym są akredytowani w sposób publiczny i w mediach. To się niestety zdarza. A to jest rzecz kompletnie niedopuszczalna. Jeżeli chce się ostro zareagować przeciwko jakimś wypowiedziom innego państwa, to robi się to dyskretnie, przy zamkniętych drzwiach. Wtedy osiąga się najlepsze efekty, a nie przy świetle reflektorów. Nigdy nie należy tego robić publicznie, bo to ma odmienny skutek od zamierzonego. Wszystkie ważne sprawy ustala się „po cichu” wówczas można powiedzieć, że taka dyplomacja jest skuteczna. Żaden polski minister spraw zagranicznych nie dostał od MSZ Federacji Rosyjskiej złotego medalu za wyjątkiem mojego ojca – Władysława Bartoszewskiego. Ojciec był bardzo twardy w relacjach z Rosją, ale robił to prywatnie tzn. w gabinecie podczas rozmów ze swoim odpowiednikiem ministrem. Nigdy nie robił tego publicznie. Rosjanie to doceniali, ponieważ oni lubią przewidywalnych i stanowczych przeciwników. Dyplomaci powinni wiedzieć, jakim sposobem osiągnąć cele wyznaczone przez ministra spraw zagranicznych i dlatego muszą świetnie znać państwo, w którym są akredytowani i utrzymywać tam stosunki z całą masą wpływowych ludzi. Dyplomacja jest jedynie narzędziem, by osiągać cele polityki zagranicznej państwa. Z tego powodu, rolą dyplomaty jest również tłumaczenie MSZ, co można realnie osiągnąć, a co nie, bo politycy miewają czasem całkiem nierealistyczne pomysły. Kompletną aberracją jest natomiast krytykowanie przez dyplomatę Polski w państwie, w którym jest akredytowany. To już jest powód do dymisji.

Marszałkowski: jakie cele powinna mieć polska dyplomacja?

Bartoszewski: w naszej dyplomacji nie bardzo wiadomo, jakie są cele, bo MSZ ich nie wyznacza. Wyznacza ją partia polityczna, której prominentni członkowie nie interesują się polityką zagraniczną. Oni chcą rozgrywać politykę wewnętrzną Polski za granicą. To jest kompletne nieporozumienie. Najważniejszym dla Polski państwem w Europie są Niemcy. Niemcy są naszym największym partnerem handlowym, jak również naszym największym sojusznikiem w ramach Unii Europejskiej. Popierali akcesję Polski do NATO oraz UE. Od pewnego czasu staramy się konsekwentnie prowadzić politykę, która jest antyniemiecka. Pojawia się pytanie, co Polska chce przez to osiągnąć? Obecny ambasador Niemiec w Polsce czekał na „agrément” przez trzy miesiące, co jest niespotykane. Ambasador bardzo ważnego i zaprzyjaźnionego z Polską państwa spytał mnie nieformalnie, co chcemy dzięki temu uzyskać od Niemców. Bo w dyplomacji można się czasem zachowywać twardo, a nawet brutalnie, ale tylko po to, żeby coś konkretnego uzyskać. To był przykład, jak się nie prowadzi polityki zagranicznej. Inny przykład z końca października. Jeżeli publicznie nie mówimy o tym, że cały parlament niemiecki zagłosował za specjalnym upamiętnieniem polskich ofiar II wojny światowej, tylko komentujemy jeden negatywny występ w mediach społecznościowych posłanki jednej z partii, to jest to jakieś niezrozumienie co jest naprawdę dla Polski ważne. Naszym celem powinno być utrzymywanie jak najlepszych stosunków z Republiką Federalną Niemiec, by następnie poprawiać nasza pozycję w Unii Europejskiej. Jeśli Niemcy pierwsi występują do Polski z pozytywnym gestem, to powinniśmy to nagłaśniać i wykorzystywać chociażby w naszej polityce historycznej, o której tyle się mówi.

Marszałkowski: w takim razie panie profesorze jak należy budować dobre relacje i trwałe więzi z innymi państwami?

Bartoszewski: na początku poprzedniej kadencji rządu Zjednoczonej Prawicy (2015 rok) był taki przekaz (niepubliczny, ale zakomunikowany służbie dyplomatycznej), że najważniejszymi partnerami w naszej polityce zagranicznej są Stany Zjednoczone i Izrael. I to był bardzo mądry przekaz. Jeżeli mamy dobre stosunki z Izraelem, to bardzo trudno będzie usiłować komuś pogarszać nasze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. I nagle powstała ustawa o IPN, która nie była przemyślanym pomysłem. Wielokrotnie mówiłem o tym publicznie, że taka ustawa nie będzie dla nas dobra. I tak się stało. Popsuły się przez to nasze stosunki z Izraelem, z Diasporą Żydowską na świecie i ze Stanami Zjednoczonymi. Trudno powiedzieć, żeby w taki sposób cele naszej polityki zagranicznej mogły być dobrze realizowane. Prowadzimy politykę zagraniczną od kilku lat wyłącznie ze względu na politykę wewnętrzną, która przynosi nam właśnie takie skutki. Nie możemy patrzeć na reakcje na takie sytuację w kraju, nie patrząc, jakie to będzie miało konsekwencje za granicą. W polityce zagranicznej polska ma swoje interesy niezależnie od tego, kto w danej chwili rządzi krajem. Nie powinno mieszać się polityki krajowej z zagraniczną. Naszym wspólnym interesem jest silna pozycja Polski w Unii Europejskiej, żeby Polska miała dobre relacje: ze Stanami Zjednoczonymi, Niemcami, z Izraelem, z najbliższymi sąsiadami, w tym ze Szwecją oraz aby odgrywała ważną rolę w NATO.

Marszałkowski: na jakich zasadach powinna opierać się nasza współpraca z Niemcami?

Bartoszewski: uchwała Bundstagu z końca października mówiła jasno, że tylko Polska, tak jak i Francja, są i będą centralnymi partnerami Niemiec w Europie. To oznacza, że parlament Niemiec stawia nas na poziomie Francji, która jest najbliższym sojusznikiem Niemiec od kilkudziesięciu lat. To jest szansa na reaktywację Trójkąta Weimarskiego. Jeśli uda nam się odnowić ten sojusz i zacieśnić współpracę z Niemcami oraz Francją, to Polska może na tym tylko zyskać. To zapewnia nam przejście z pozycji średniej wielkości kraju z nie za dużym PKB do roli jednego z decydentów tego, co się będzie działo w Europie. Wzmocni to naszą pozycję w Unii Europejskiej. Te dwa państwa są w stanie przestawić politykę europejską w dowolnym kierunku. W sytuacji, w której mamy po swojej stronie Niemcy i Francję, a także „Grupę Wyszechradzką” (Polska, Czechy, Słowacja, Węgry) oraz dobrą współpracę z państwami bałtyckimi, to wówczas wspólnie decydujemy o losach Europy. To jest bardzo dobra strategia. Za prezydentury śp. prezydenta, profesora Lecha Kaczyńskiego, który bardzo interesował się polityką zagraniczną sytuacja była zgoła inna. Owszem, pojawiły się wtedy problemy z Trójkątem Weimarskim, ale mieliśmy wówczas doskonałe stosunki np. z Izraelem. On się tym bardzo interesował i był bardzo zaangażowany w to, także osobiście. Podczas swojego oficjalnego pobytu w Izraelu prezydent Lech Kaczyński stwierdził, że stolicą Państwa Izrael jest Jerozolima. Dziesięć lat później to samo powiedział prezydent USA Donald Trump. To wywołało pewnego rodzaju zamieszanie dyplomatyczne, ale to było jego prawdziwe odczucie, które wskazywało na jego głębokie zainteresowanie tą problematyką.

Marszałkowski: panie profesorze w takim razie jak należy układać sobie relacje z innymi krajami?

Bartoszewski: z każdym państwem jest zupełnie inaczej. W przypadku Stanów Zjednoczonych trudno jest mówić o relacjach partnerskich. Żadne państwo w Europie nie jest równym partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Mówił o tym Zbigniew Brzeziński, który się świetnie znał na polityce amerykańskiej. Polska dla Stanów Zjednoczonych jest przyjaznym krajem o średniej wielkości. Bardzo dobrze, że jesteśmy w dobrych stosunkach, ale partnerem to nie jest dla nich nawet Wielka Brytania, która jest najbliższym wojskowym sojusznikiem Stanów Zjednoczonych. Polska jest częścią Unii Europejskiej i powinniśmy szukać sojuszników w swoim najbliższym otoczeniu. Wspólnota ze względu na swoją wielkość ma moc m.in. w wymianie handlowej. Jeżeli Polska ma bardzo dobre relacje z Izraelem, który jest najbliższym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie to mamy automatycznie pewne przełożenie w USA jako sojusznik Izraela. Jest to dodatkowy atut w rozmowach czy w negocjacjach. Zawsze najważniejsze jest szukanie elementów wspólnych. Nie musimy się zgadzać we wszystkim ze wszystkimi państwami w Europie, ale zawsze trzeba szukać tego, co nas łączy i na tym budować oraz załatwiać istotne dla nas interesy, w oparciu o wspólne poglądy czy cele. Tak krok po kroku buduje się zaufanie. Jak się ma większe zaufanie, to pewne nawet sporne rzeczy, jest łatwiej załatwić. I na tym polega właśnie dyplomacja, to trochę taka ciężka zakulisowa praca. Na przykład nasze stosunki z Litwą są obecnie dużo lepsze niż były kiedyś. Podkreślamy i doceniamy, że byliśmy równymi partnerami w Unii Polsko-Litewskiej.

Marszałkowski: to wszystko oznacza, że jest sporo tych dylematów polskiej polityki zagranicznej. Jak postrzega to pan profesor?

Bartoszewski: ogólne cele polskiej polityki zagranicznej są jasno określone i dla większości nie powinny być one kontrowersyjne. Ważna jest kwestia zrozumienia mechanizmu tej polityki. Po pandemii świat zmienił się błyskawicznie. Wszyscy mówili o tym czy Europa powinna być państw narodowych czy może raczej federalizacja. Teraz de facto nastąpiła federalizacja poprzez zaciągnięcie wspólnego długu i do tego się trzeba dostosować. Jest to kolosalna zmiana jakościowa, która stwarza różnego rodzaju możliwości, ale i potencjalne zagrożenia. Dlatego Polska musi dołączyć do głównego stolika, abyśmy mogli współdecydować o naszym losie. Nie możemy być na peryferiach, bo wtedy będą podejmowane decyzje, które są sprzeczne z naszym interesem państwowym. Nasze miejsce jest przy głównym stole. Jest jedno duże niebezpieczeństwo dla nas w tej chwili. To niebezpieczeństwo polega na tym, że część starych państw Unii Europejskiej wolałoby stworzyć Unię tylko wokół strefy Euro, albo jeszcze gorzej, wrócić do koncepcji małej Unii czyli sześciu państw założycieli. Taka sytuacja byłaby dla Polski wielką katastrofą. Muszę także pochwalić poprzedni rząd za podpisanie bilateralnej umowy wojskowej i bezpieczeństwa z Wielką Brytanią. To było bardzo rozsądne z tego powodu, że Wielka Brytania poza Francją to jedyna siła wojskowa w Europie, która ma jakieś znaczenie.

Marszałkowski: czy zdaniem pana profesora dołączenie do „głównego stolika” zapewni Polsce lepszą pozycję w tej globalnej grze?

Bartoszewski: powrót do tego stołu powinien być jednym z priorytetów polskiej polityki zagranicznej. My od tego stołu odeszliśmy na własne życzenie, a teraz mamy możliwość powrotu. Jeżeli odpowiemy pozytywnie propozycje Niemiec i zdecydujemy się na współpracę w ramach Trójkąta Weimarskiego to my automatycznie staniemy się jednym z głównych rozgrywających. Jesteśmy w sytuacji, w której ani Niemcy nie są tak silne jak były, ani Francja nie jest tym samym silnym państwem. Jeżeli oni nas ponownie zapraszają, to powinniśmy to zaproszenie przyjąć i realizować wspólnie nasze interesy. Taka sytuacja zapewni nam możliwość realnego decydowania o naszym losie w Europie i na świecie. Stosując piłkarskie określenia to trzeba przyznać, że Polska powinna grać w Lidze Mistrzów. Co oznacza, że powinniśmy umiejętnie wykorzystywać nasze atuty (intelekt, sprawność), żeby być bardziej znaczący politycznie krajem niż to teoretycznie wynika z naszego poziomu PKB czy ilości mieszkańców. Powinniśmy tak wykorzystywać nasze siły miękkie, żeby grać z największymi partnerami, a nie przez brutalną siłę, której i tak nie posiadamy.

Władysław Teofil Bartoszewski – antropolog, historyk, samodzielny pracownik naukowy Uniwersytetu Oksfordzkiego i Warwick, były konsultant ds. zarządzania, bankowiec, menadżer, współkierownik katedry w Collegium Civitas, poseł na Sejm R.P.

Nauka sposobem na rozwiązanie realnych problemów. Tak uważa coraz więcej Polaków

Znalezienie leku na COVID-19 i nowotwory, ograniczenie zanieczyszczeń powietrza i stosowania plastiku oraz dobre wykształcenie dla kolejnych pokoleń. Aż dziewięciu na dziesięciu Polaków liczy, że to wszystko może zapewnić nam nauka. Dwie trzecie badanych wierzy z kolei, że nauka poprawi jakość ich życia. Tak wynika z najnowszych wyników cyklicznego badania postaw społecznych wobec nauki – State of Science Index.

Od 2018 roku firma 3M pyta ponad 1000 Polaków o ich stosunek do nauki. Badanie State of Science Index jest realizowane jednocześnie w 14 krajach na łącznej próbie 14 tys. osób w wieku powyżej 18 r.ż. W tym roku firma przeprowadziła dwie edycje – przed (sierpień-październik 2019 r.) i podczas (lipiec-sierpień 2020 r.) pandemii COVID-19 w 11 krajach.

Pandemia zwiększyła poziom zaufania do nauki

Z badań wynika, że w okresie pandemii poziom zaufania Polaków do nauki wzrósł z 85 do 90 proc. (dane z okresu sierpień-październik 2019 r. vs. lipiec-sierpień 2020 r.). Największym zaufaniem nauka cieszy się wśród osób z wyższym wykształceniem (95 proc.) oraz w wieku 35-50 lat (94 proc.). W ciągu dwóch lat znaczenie nauki w codziennym życiu Polaków wzrosło niemal o połowę – z 37 do 54 proc. Dostrzegamy rolę nauki w większym stopniu niż np. Brytyjczycy (46 proc.), Niemcy (44 proc.) czy Japończycy (31 proc.).

Od 2018 roku rósł sceptycyzm Polaków do nauki. Pandemia odwróciła ten trend. Podobnie w Niemczech, UK, Japonii i USA – spadki sięgają nawet o 11 p.p. W okresie przed pandemią największymi sceptykami byli Brytyjczycy (40 proc. badanych przyznało się do takiej postawy) i Amerykanie (39 proc.). Poziom sceptycyzmu Polaków spadł w porównaniu do okresu przed pandemii o 7 p.p. i aktualnie znajduje się na poziomie 20 proc.

Nie tylko szczepionka na COVID-19, ale też lek na raka

Pandemia COVID-19 spowodowała, że blisko czterech na pięciu Polaków uważa, że nauka odgrywa kluczową rolę w rozwiązywaniu kryzysów zdrowia publicznego. To ponad trzy czwarte (77 proc.) badanych. Podczas gdy na świecie osiem na dziesięć osób oczekuje od nauki znalezienia leku na COVID-19 (80 proc. respondentów z 11 krajów, w Polsce 73 proc.), Polacy równie mocno liczą na znalezienie skutecznego lekarstwa na istniejące już choroby, takie jak nowotwory złośliwe czy choroby serca (71 proc.).

– Stoimy w obliczu najtrudniejszego kryzysu zdrowotnego w naszym życiu. Świat, który wydawał się coraz bardziej sceptyczny wobec nauki, dzisiaj powoli zaczyna dostrzegać jej znaczenie – mówi Mike Roman, prezes zarządu i dyrektor generalny 3M.

Świeże powietrze priorytetem dla Polaków

Zapewnienie czystego powietrza jest dla Polaków tak samo ważne, jak zapewnienie przystępnej cenowo opieki zdrowotnej (89 proc.). Z raportu State of Science Index wynika, że 92 proc. kobiet oczekuje od państwa działań na rzecz poprawy jakości powietrza. Podobnie myślą Niemcy (80 proc.), Brytyjczycy (86 proc.) czy obywatele Chin (79 proc).

Korporacje powinny stawiać na zrównoważony rozwój

Od korporacji Polacy oczekują zmniejszenia ilości produkowanego plastiku (40 proc.), wykorzystywania odnawialnych źródeł energii do zasilania obiektów (34 proc.), zmniejszenia ilości wytwarzanych odpadów (32 proc.), a także wykorzystywania materiałów pochodzących z recyklingu (28 proc.).

– Od 1972 roku ONZ apeluje, że emisje gazów cieplarnianych mogą spowodować kryzys klimatyczny, którego nie będziemy w stanie kontrolować i który może doprowadzić do katastrofalnych skutków. Od 1992 roku trwa proces klimatyczny prowadzony przez ONZ w oparciu o konsensus naukowy, wskazujący na kluczową rolę człowieka w emisji gazów cieplarnianych i w konsekwencji gwałtownego wzrostu temperatur. Dzięki wiedzy i prowadzonym badaniom wiemy, że mamy czas do 2030 roku, aby zawrócić ludzkość z kursu kolizyjnego i utrzymać wzrost temperatur poniżej 1,5 stopnia Celsiusa. Jeśli nie uda nam się tego dokonać w 2100 roku temperatury będą wyższe o 3,7 stopnia Celsiusa, rozpoczną się wielkie migracje klimatyczne szacowane na poziomie 2 miliardów ludzi. Zacznie się era wojen o wodę, żywność i terytoria, gdzie będzie panować temperatura pozwalająca na funkcjonowanie stałocieplnych ssaków, w tym gatunku homo sapiens – zaznacza Kamil Wyszkowski, Przedstawiciel Krajowy i Prezes Zarządu UN Global Compact Network Poland. – Żeby uchronić przyszłe pokolenia, nasze dzieci, wnuki i prawnuki przed dramatycznymi wyborami trzeba działać tu i teraz. Trzeba wdrożyć porozumienia paryskie z 2015 i 17 Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ. Bez nauki i biznesu to się nie uda – dodaje.

Potrzebujemy umysłów ścisłych, aby to wszystko osiągnąć

Niemal trzy czwarte Polaków (72 proc.) jest skłonnych zgodzić się z twierdzeniem, że najwięcej korzyści przyniosą społeczeństwu osoby z wykształceniem ścisłym w obszarze nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki, które generują innowacje.

Znaczenie nauki w życiu codziennym dostrzega 54 proc. Polaków, w tym 60 proc. osób w wieku 18-34 lat oraz 62 proc. rodziców. Co piąta osoba (22 proc.) deklaruje jednak, że na etapie szkoły podstawowej zostały one skutecznie zniechęcone do dalszego rozwoju w zakresie nauk ścisłych. Wśród nich 39 proc. stanowią osoby w wieku 18-34 lat. Aż 38 proc. spośród wszystkich przebadanych osób jest zdania, że sugerowano im, iż nie są wystarczająco inteligentni, a 31 proc., że nauka jest dla „geeków” i „nerdów”. W efekcie w Polsce tego typu kwalifikacjami może się pochwalić dzisiaj zaledwie co piąta osoba.

Nauka w teorii jest nudna

Niemal trzy czwarte badanych (74 proc.) oczekuje od państwa zapewnienia lepszego dostępu do kształcenia w zakresie nauk przyrodniczych, technologii, inżynierii i matematyki dla kobiet. Natomiast 45 proc. z nas uważa, że w tworzenie sprzyjających warunków do nauki powinny być zaangażowane firmy i międzynarodowe korporacje.

Równocześnie trzy czwarte badanych wskazuje, że konieczna jest większa motywacja przy nauce przedmiotów ścisłych w szkołach. Połowa badanych (50 proc.) przyznała, że byłaby skłonna do nauki, gdyby lekcje były prowadzone w ciekawszy sposób z uwzględnieniem przykładów z życia codziennego (44 proc.), ukazywania nauki jako sposobu na zmienianie świata (47 proc.), ale także wskazania, jak nauka pozwoli rozwijać się zawodowo (43 proc.).

− Pandemia COVID-19 pokazała nam wyraźnie, jak wiele zawdzięczamy nauce i jak bardzo potrzebujemy naukowców oraz inżynierów, którzy pomogą nam odpowiedzieć na wyzwania dzisiejszego świata. Jako firma oparta na nauce czujemy się odpowiedzialni za komunikowanie roli, jaką innowacyjne rozwiązania odgrywają w naszym życiu – podsumował Alain Simonnet, Dyrektor Zarządzający regionu Europy Wschodniej w 3M.

Badanie State of Science Index realizowane jest jednocześnie w 14 krajach na łącznej próbie 14 tys. osób w wieku powyżej 18 r.ż. W tym roku firma 3M przeprowadziła dwie edycje – przed (sierpień-październik 2019 r.) i podczas (lipiec-sierpień 2020 r.) pandemii COVID-19 w 11 krajach.

Przedstawione poniżej wnioski z najnowszych badań postaw społecznych wobec nauki – State of Science Index dotyczą wyników uzyskanych w Polsce na tle wybranych krajów: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Japonii, Chin i Stanów Zjednoczonych.

  1. Badani ufają nauce. Największy odsetek osób, które deklarują taką postawę to Chińczycy (93 proc.), a także Polacy i Brytyjczycy (90 proc.). We wszystkich analizowanych krajach pandemia pozytywnie wpłynęła na poziom zaufania wobec nauki. Największym zaufaniem nauka cieszy się w Polsce wśród osób z wyższym wykształceniem (95 proc.) oraz w wieku 35-50 lat (94 proc.).
  2. Choć badaczom ufamy mniej niż samej nauce, dane pokazują, że pod wpływem pandemii znacząco wzrósł poziom zaufania wobec naukowców – w Polsce o 7 p.p. (dane z okresu sierpień-październik 2019 r. w porównaniu do lipiec-sierpień 2020 r.) i 9 p.p. w porównaniu z wynikami z 2018 r. Aktualny poziom zaufania Polaków do naukowców wynosi 85 proc. i jest wyższy w porównaniu z Japonią o 8 p.p. (77 proc.), ale niższy, niż w Chinach o 7 pp.(91 proc.).
  3. Od 2018 roku rósł sceptycyzm Polaków do nauki. Pandemia odwróciła ten trend. Podobnie w Niemczech, UK, Japonii i USA – spadki nawet o 11 pp. W okresie przed pandemią największymi sceptykami byli Brytyjczycy (40 proc. badanych przyznało się do takiej postawy) i Amerykanie (39 proc.). Poziom sceptycyzmu Polaków spadł w porównaniu do okresu sprzed pandemii o 7 p.p. i aktualnie znajduje się na niskim poziomie 20 proc.
  4. W ciągu dwóch lat znaczenie nauki w codziennym życiu Polaków wzrosło niemal o połowę – z 37 do 54 proc. Dostrzegamy rolę nauki w większym stopniu niż Brytyjczycy (46 proc.), Niemcy (44 proc.) czy Japończycy (31 proc.).
  5. Spora część badanych wierzy w naukę, która jest zgodna z ich osobistymi przekonaniami. Taką postawę wykazują przede wszystkim Chińczycy (49 proc.). Równocześnie w analizowanych krajach widać, że pod wpływem pandemii spadła liczba osób, które przyznają się do takiego sposobu myślenia. W Polsce osiągnięto wyniki na poziomie 43 proc., ale już w Wielkiej Brytanii wynosi on zaledwie 28 proc., a w Japonii jeszcze mniej – 25 proc.
  6. Polacy są przekonani, że trzeba postępować zgodnie z badaniami naukowymi, aby powstrzymać rozprzestrzenianie się koronawirusa (91 proc.). Najwięcej osób z analizowanych krajów zgadza się z tym stwierdzeniem w Chinach (96 proc.), a najmniej w Niemczech, Japonii i USA (po 90 proc.)
  7. Zdaniem badanych największe wyzwania dziś, pod wpływem pandemii, to dla Polaków znalezienie leku na COVID-19 (73 proc.). Polacy równie mocno liczą na znalezienie skutecznego lekarstwa na istniejące już choroby, takie jak nowotwory złośliwe czy choroby serca (71 proc.). W Japonii to oczekiwanie kształtuje się na poziomie 51 proc., a w Wielkiej Brytanii to 69 proc.
  8. Warto również zwrócić uwagę na wagę problemów związanych z nauką w poszczególnych krajach. Dostęp do edukacji STEM – w Japonii jest mało ważny na tle innych krajów (26 proc. – co może wynikać z tego, że kraj jest b. rozwinięty technologicznie), a w Chinach najważniejszy (62 proc.). Łagodzenie skutków zmian klimatycznych jest istotne dla Niemców (64 proc.), ale o wiele mniej dla Amerykanów (43 proc.).
  9. Większość badanych w każdym z analizowanych krajów uważa, że niedocenianie nauki doprowadzi do negatywnych skutków. Do tego twierdzenia najbardziej przekonani są Chińczycy (89 proc.), a najmniej Japończycy (70 proc.). W Polsce uważa tak 87 proc. badanych. Jedynie co dziesiąty Polak nie zgadza się z tą tezą (13 proc.).
  10. Zdaniem Polaków niedocenianie nauki może szkodzić przede wszystkim środowisku (62 proc.). Tak samo uważają Brytyjczycy i Japończycy (po 79 proc.). Polacy są wśród analizowanych nacji najbardziej przekonani, że konsekwencją może być kryzysy gospodarczy (52 proc.). Z kolei kryzys gospodarczy z niedocenianiem nauki w najmniejszym stopniu wiążą ze sobą Niemcy (33 proc.).
  11. 85 proc. Polaków za wiarygodne źródło informacji o nauce uznają najczęściej naukowców (85 proc.), dokumentalistów (84 proc.), regularnie odwiedzane media (66 proc.) oraz rodzinę i przyjaciół (62 proc.). Najmniej wiarygodnym źródłem o nauce są celebryci (11 proc.), politycy (14 proc.), posty w mediach społecznościowych (24 proc.), strony firmowe (42 proc.), znajomi (39 proc.), urzędnicy zajmujący się ochroną zdrowia (47 proc.). Równocześnie widać, że urzędnicy są bardziej wiarygodni niż politycy, tradycyjne media bardziej niż media społecznościowe, a rodzina i przyjaciele bardziej niż znajomi. Naukowcy są najważniejsi w przekazie – to im najbardziej wierzymy i ich autorytet rośnie. Wyniki pokazują źródła informacji zyskały w Polsce na znaczeniu na przestrzeni ostatnich 3 lat. Celebryci są postrzegani jako najmniej wiarygodne źródło informacji o nauce w Polsce, a politycy są wiarygodni najbardziej w Chinach (76 proc.) oraz Niemczech (29 proc.) i UK (28 proc.). Najbardziej odstają Chiny – tam połowa obywateli ufa celebrytom (50 proc.), ponad trzy czwarte politykom (76 proc.), a urzędnicy (84 proc.) są prawie tak samo wiarygodni, jak naukowcy (90 proc).
  12. Ponad połowa obywateli analizowanych krajów przyznaje, że pod wpływem pandemii chętniej słucha/czyta wiadomości o nauce. W Chinach aż 80 proc. osób. W Polsce to 61 proc., więcej niż w Niemczech (58 proc.) i tyle samo co w UK (61 proc.).
  13. Korporacjom przypisuje się ważną rolę w walce z problemami, które nas otaczają. W Polsce oczekujemy, że firmy zaangażują się w przygotowania kraju na przyszłe pandemie/epidemie (63 proc.), walkę ze zmianami klimatu (53 proc.) i współpracę międzynarodową (43 proc.), która w skali makro będzie zwalczać globalne problemy. Te 3 wyzwania pojawią się także jako top 3 w odpowiedziach badanych z innych krajów. Warto zobaczyć, które priorytety są w największym, a które w najmniejszym stopniu przypisywane korporacjom w analizowanych krajach. Przygotowanie na przyszłe pandemie to priorytet dla dużych firm w opinii Japończyków (74 proc.). Po drugiej stronie osi są Chiny – 50 proc. Współpraca z rządami w celu wspierania polityk, które pomagają rozwiązywać globalne wyzwania (63 proc.) to priorytet korporacji zdaniem Niemców, a najmniej ważny dla Chińczyków (57 proc).
  14. Dwie trzecie badanych (63 proc.) wierzy, że nauka poprawi jakość ich życia w ciągu najbliższych 10 lat. Jednak na tle innych analizowanych krajów nasz wynik jest jednym z najniższych. W Chinach wiara w siłę nauki w dłuższej perspektywie sięga aż 88 proc.
  15. Co piąty Polak twierdzi, że w szkole był zniechęcany do kontynuowania edukacji w obszarze nauk ścisłych (22 proc.), głównie osoby w wieku 18-34 (39 proc.). To zdecydowanie więcej, niż w Japonii (4 proc.), Niemczech (8 proc.) oraz Chinach (9 proc). W Polsce co trzeciej osobie (31 proc.) mówiono, że nauka jest dla „geeków” i „nerdów”, podczas gdy w Japonii taką opinię usłyszało zaledwie 9 proc. uczniów.
  16. Polacy uważają, że inne kraje przykładają większą uwagę do nauki niż ich kraj (61 proc.), podczas gdy wśród Niemców sądzi tak co czwarta osoba (44 proc.).

Link do badania: https://www.3m.com/3M/en_US/state-of-science-index-survey/

Metodologia badania

Badanie State of Science Index zostało przeprowadzone przed pandemią wśród 1000 dorosłych mieszkańców populacji ogólnej (18+) w 14 krajach: Brazylia, Kanada, Chiny, Niemcy, Indie, Japonia, Meksyk, Polska, Singapur, Republika Południowej Afryki, Korea Południowa, Hiszpania, Wielka Brytania i USA.

Badanie w okresie pandemicznym 2020 przeprowadzono wśród 1000 dorosłych mieszkańców populacji ogólnej (18+) w 11 z 14 krajów z badania prepandemicznego w 2020 r. Kraje wyłączone z tego badania to Indie, Meksyk i Republika Południowej Afryki.

Badań w okresie przed pandemią zostały przeprowadzone w okresie sierpień – październik 2019 r., a wyniki w trakcie pandemii w okresie lipiec – sierpień 2020 r.

Od 1 stycznia nowe Warunki Techniczne. Co się zmieni?

1 stycznia z jednej strony żegnamy niefortunny rok 2020, z drugiej – witamy nowe Warunki Techniczne, które modyfikują m.in. wymagania cieplne względem dachów i ścian zewnętrznych budynków. Jak wyglądają zmiany i co oznaczają one w praktyce dla osób budujących lub rozważających budowę domu w niedalekiej przyszłości?

Nadchodząca aktualizacja rozporządzenia w sprawie warunków technicznych, jakim powinny odpowiadać budynki, stanowi kulminację zmian zapoczątkowanych jeszcze w 2014 roku. W międzyczasie stopniowo podwyższane były wymagania dotyczące standardów energetycznych budynków – tak, aby inwestorom indywidualnym dać odpowiedni bufor czasowy na przystosowanie swoich projektów do obowiązujących standardów.

Osoby, które złożyły wniosek i otrzymały pozwolenie na budowę jeszcze w tym roku, w przyszłym roku będą mogły przystąpić do realizacji swojego projektu w niezmienionym kształcie. Domy i obiekty użyteczności publicznej, na budowę których inwestorzy wystąpią o pozwolenie po 1 stycznia, będą musiały już spełniać nowe, wyższe wymagania, dzięki którym ich zapotrzebowanie na energię będzie niższe. O jakie parametry konkretnie chodzi?

Zatrzymać ciepło w budynku

Charakterystykę energetyczną budynków określa szereg parametrów, jednak tym, który odgrywa kluczową rolę i przekłada się na odczuwalny komfort użytkowników, jest współczynnik przenikania ciepła U. – Parametr określa skuteczność konstrukcji w zapobieganiu ucieczce ciepła na zewnątrz – wyjaśnia Adam Buszko, ekspert firmy Paroc Polska, producenta izolacji budowlanych. – Im mniejsza wartość U, tym lepszą izolację zapewnia dana ściana zewnętrzna lub dach, a im lepsza izolacyjność, tym wyższy komfort cieplny domowników i niższe rachunki za ogrzewanie ­– dodaje.

Jak kształtują się docelowe wymagania dla poszczególnych przegród, prezentuje poniższa tabela.nowe Warunki Techniczne

O ile wymagania izolacyjności dla podłóg na gruncie pozostaną takie same, zmiany dotkną izolacje ścian zewnętrznych i dachów. Jak podkreślają eksperci, są to zmiany uzasadnione. – Średnio poprzez konstrukcję i połać dachową ucieka od 1/4 do nawet 1/3 całości energii przeznaczanej na ogrzewanie – przestrzega Adam Buszko. – Zadbanie o odpowiedni standard energetyczny w tej strefie to nie tylko oszczędność pieniędzy, paliw nieodnawialnych i ewentualnych emisji, lecz także możliwość zagospodarowania cennej przestrzeni na strychu na cele mieszkaniowe – dodaje.

Co to wszystko oznacza w praktyce?

W praktyce obniżenie dopuszczalnych współczynników przenikania ciepła spowoduje zwiększenie minimalnej grubości izolacji ścian zewnętrznych i dachów. Poniższa tabela prezentuje orientacyjny rozkład grubości izolacji, wymaganych dla poszczególnych konstrukcji w poszczególnych latach, w tym docelowe wymagania WT 2021.
wymagania WT 2021

Jak podkreślają eksperci, inwestorzy nie powinni obawiać się znacząco wyższych kosztów budowy. – Jak wynika z obliczeń Stowarzyszenia Producentów Wełny Mineralnej MIWO, zwiększenie minimalnej grubości izolacji ścian zewnętrznych o około 2 cm, a dachów i stropodachów o 4-5 cm zwiększy koszt typowej inwestycji o 1-1,5 promila, co i tak zwróci się w szybkim czasie w postaci niższych kosztów eksploatacyjnych – tłumaczy Adam Buszko.

Oszczędności większe, niż ustawa przewiduje

Bilans kosztów i zysków okazuje się na tyle korzystny, że w ostatnich latach część inwestorów decydowała się wręcz wyprzedzać nadchodzące wymagania, stawiając na optymalną ekonomicznie grubość izolacji. – Ogrzewanie domów jednorodzinnych pochłania niekiedy nawet 80% wszystkich kosztów eksploatacyjnych, dlatego w pierwszej kolejności powinniśmy skupić się na „załataniu” przepuszczających ciepło przegród – podkreśla Adam Buszko. – Inwestorom zalecamy stosowanie wełny kamiennej o grubości 20 cm dla fasad, 30 cm dla poddasza oraz 15 cm dla podłóg. Poprawnie i kompleksowo wykonana termomodernizacja może obniżyć koszty ogrzewania nawet o połowę, a czas zwrotu takiej inwestycji za sprawą niższych rachunków wynosi zazwyczaj 7 lat – podsumowuje ekspert firmy Paroc Polska.

Drugi etap połączenia Przelewy24, Dotpay i eCard

Dalsze zmiany w ramach połączenia czołowych operatorów płatności w Polsce: Przelewy24 i Dotpay: kolejny etap integracji będzie zachodzić na poziomie formalnym, a wszystkie brandy będą dalej obecne na rynku.

W najbliższych tygodniach zakończony zostanie kolejny etap integracji w ramach połączenia Przelewy24 i Dotpay.  W styczniu 2021 roku dopełnione zostaną kwestie formalne integracji Dotpay Sp. z o.o. z PayPro S.A. (działającą pod marką Przelewy24). Marka Dotpay cały czas będzie obecna na rynku, jednak obsługa klientów oraz Merchantów spółki będzie realizowana przez PayPro S.A.

Jest to zamknięcie kolejnego etapu integracji oraz następny krok do umocnienia naszej współpracy w ramach połączonych spółek. Wszelkie działania jakie podejmujemy mają na celu zapewnienie jak najlepszego poziomu obsługi oraz dostarczanie nowoczesnych rozwiązań płatniczych będących odpowiedzią na potrzeby kupujących i sprzedawców–komentuje Jacek Kinecki CCO.

Od samego początku konsekwentnie realizowane są działania zmierzające do ujednolicenia oferty oraz rozbudowania portfolio usług płatniczych w oparciu o know-how operatorów. Wcześniej w tym roku przeprowadzone zostało m.in. wskazanie brandu wiodącego, przebudowa procesów obsługowych i sprzedażowych, odświeżenie stron internetowych Przelewy24, Dotpay i eCard, co również stanowi kontynuację ujednolicenia komunikacji połączonych firm.

Z punktu widzenia klientów sklepów obsługiwanych przez Dotpay w zasadzie nic się nie zmieni. Zachowana zostanie dotychczasowa, dobrze znana formatka płatnicza, a sam brand będzie dalej obecny na rynku. Również Partnerzy Dotpay nie odczują znaczących zmian, bowiem wszystkie usługi płatnicze i systemy administrowania transakcjami zostają zachowane –mówi Michał Bzowy CIO/COO spółki. 

Zmiana formalna procesowana pomiędzy spółkami Dotpay Sp. z o.o., a PayPro S.A. jest kontynuacją konsolidacji serwisów Przelewy24, Dotpay i eCard, która wynika z włączenia w struktury duńskiej grupy Nets – lidera rynku usług płatniczych w krajach nordyckich i regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria).

KNF zatwierdziła Prospekt Answear.com

Komisja Nadzoru Finansowego zatwierdziła Prospekt Answear.com S.A. w związku z planowaną Ofertą Publiczną. Spółka ubiega się o wprowadzenie akcji do obrotu na głównym rynku GPW i planuje zakończenie oferty do świąt Bożego Narodzenia. Publikacja Prospektu zaplanowana jest na środę 9 grudnia. Globalnymi koordynatorami oferty, prowadzącymi księgę popytu jest mBank oraz Trigon Dom Maklerski.

Answear.com to wiodąca platforma cyfrowej sprzedaży markowej odzieży, obuwia oraz akcesoriów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej. W swojej ofercie posiada około 90 tys. produktów ponad 350 światowych marek. Spółka prowadzi działalność w Bułgarii, Czechach, Polsce, Rumunii, Słowacji, Ukrainie oraz na Węgrzech. Sprzedaż jest zdywersyfikowana geograficznie, żaden z rynków nie stanowi więcej niż 30 proc. udziału w całkowitych przychodach.

Cieszymy się z zatwierdzenia Prospektu. W ciągu najbliższych dni rozpocznie się Oferta Publiczna Answear.com. Jesteśmy przekonani, że to dobry moment, by wejść na giełdę. Zarówno biorąc pod uwagę rozwój naszej firmy, jak i obecne warunki rynkowe. Do świąt Bożego Narodzenia planujemy zakończyć ofertę. Z kolei w pierwszych dniach stycznia 2021 r. spodziewamy się pierwszego dnia notowań akcji. – komentuje Krzysztof Bajołek, prezes zarządu Answear.com.

Spółka planuje dalszą ekspansję zagraniczną. Do 2024 r. zamierza wejść do 11 nowych rynków i być obecną praktycznie w każdym kraju Europy Środkowo-Wschodniej. W porównaniu z Europą Zachodnią są to dynamicznie rosnące rynki, z niską penetracją e-commerce i niższym kosztem dotarcia do klienta.

Mamy ambicję być liderem wśród e-commerce sprzedających modę w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, posiadającym szeroką ofertą produktową, w tym bogatą paletę marek premium, które pozytywnie wpływają na wartość koszyka i rentowność. Dodatkowo chcemy dalej rozwijać naszą markę własną Answear LAB, dzięki której jesteśmy w stanie generować relatywnie wysokie marże. Środki pozyskane z IPO z pewnością przybliżą nas do realizacji tych celów. – dodaje Krzysztof Bajołek.

Answear.com za ostatnie 12 miesięcy (liczone do końca września 2020 r.) odnotował 369 mln zł przychodów oraz 23,4 mln zł EBITDA. Listopad był rekordowym miesiącem, w którym Spółka osiągnęła o ponad 60 proc. większe wyniki sprzedaży w porównaniu do analogicznego miesiąca poprzedniego roku. Pozwala to spółce z dużym optymizmem patrzeć na wyniki za IV kw., który z reguły jest najlepszy w branży odzieżowej.

Na środę 9 grudnia planowane jest opublikowanie Prospektu na stronie internetowej Spółki https://answear.com/relacje-inwestorskie

Oferta Publiczna Answear.com związana będzie z emisją nowych akcji oraz sprzedażą do 50 proc. Pakietu akcji przez fundusz MCI Capital (MCI. TechVentures 1.0). Główny akcjonariusz Spółki, powiązany z prezesem Krzysztofem Bajołkiem oraz członkiem rady nadzorczej Arkadiuszem Bajołkiem, nie będzie uczestniczył w transakcji.

Globalnymi Koordynatorami oferty, prowadzącymi księgę popytu jest mBank oraz Trigon Dom Maklerski. Doradcą prawnym Spółki w tym procesie jest Kancelaria Prawna Dubiński Jeleński Masiarz i Wspólnicy. Audytorem Spółki jest Grant Thornton.

W Warszawie powstaną dwa nowe projekty PRS

Firma Heimstaden Bostad została partnerem inwestycyjnym Eiffage Immobilier Polska i w ramach współpracy sfinansuje budowę, a następnie zostanie właścicielem dwóch projektów mieszkaniowych zlokalizowanych w Warszawie, które dostarczą ok. 640 apartamentów na instytucjonalny wynajem. W procesie poszukiwania inwestora firmie Eiffage Immobilier Polska doradzała firma Savills. Przybliżona wartość transakcji wynosi 65 milionów euro.

Pierwsza nieruchomość liczyć będzie ponad 15 000 m kw. i powstanie na Mokotowie. Termin ukończenia przewidziany jest na pierwszy kwartał 2023 roku. W ramach inwestycji powstać ma również zaplecze handlowo-usługowe i siłownia dla mieszkańców. Drugi projekt zlokalizowany będzie na Pradze Północ. Termin oddania liczącego ok. 8000 m kw. obiektu planowany jest na pierwszy kwartał 2022 r.

„Cieszymy się, że mogliśmy doradzać firmie Eiffage Immobilier Polska w tej transakcji i gratulujemy firmie Heimstaden Bostad nabycia pierwszych aktywów na polskim rynku. W Polsce rośnie popularność rynku najmu nieruchomości mieszkaniowych, co stwarza dobre perspektywy do rozwoju najmu instytucjonalnego” – mówi Kamil Kowa, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills w Polsce.

„Nieruchomości mieszkaniowe okazały się jednym z najbardziej odpornych sektorów na negatywne skutki pandemii Covid-19 a podaż takich obiektów w Polska jest wciąż niewystarczająca. Ta transakcja ma szansę być przełomowa dla dalszego rozwoju rynku instytucjonalnego najmu mieszkań nie tylko w Polsce, ale i całej Europie Środkowo-Wschodniej” – mówi Aurelio Di Napoli, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego w segmencie nieruchomości operacyjnych w Savills.

Czego zarządzający centrami danych mogą się nauczyć od superkomputerów?

Superkomputery wciąż odbiegają od niektórych wyobrażeń z futurystycznych filmów i daleko im do przejęcia władzy nad światem, ale już teraz znajdują istotne zastosowanie w wielu branżach. Stosuje się je m.in. w poszukiwaniach ropy naftowej i gazu, prognozach pogody, skomplikowanych analizach rynków finansowych, a także po prostu – w rozwoju nowych technologii. Istotne znaczenie mają rosnące możliwości przetwarzania danych, które wpływają z kolei na rozwój technologii superkomputerów – obszary te wzajemnie się przenikają. Czego więc od superkomputerów mogliby nauczyć się zarządzający centrami danych?

W świecie superkomputerów najważniejsze jest dostosowanie do indywidualnych potrzeb i zastosowań. Ich znajomość jest pierwszym krokiem do uzyskiwania wysokowydajnych i stabilnych infrastruktur. Bez względu na wielkość centrum danych, ważne jest, aby traktować je jako obiekt o kluczowym znaczeniu. W kontekście generowania, przechowywania czy udostępniania danych, można je również postrzegać w kategoriach superkomputera.

  1. Superkomputery są projektowane specjalnie z myślą o stabilności

Większość platform opartych na chmurze, stworzonych do obsługi różnych aplikacji, może korzystać ze współdzielonych zasobów i infrastruktur. Z kolei większość superkomputerów powstała z myślą o określonych potrzebach. Jest to widoczne nawet na liście TOP 500[1] najszybszych superkomputerów na świecie (odtajnionych i znanych publicznie), która zawiera nie tylko informacje dotyczące lokalizacji czy szybkości urządzenia, ale także główny obszar jego zastosowania.

Maszyny te nie są więc uniwersalnymi konstrukcjami. Są budowane w celu wykonywania określonych rodzajów obliczeń na precyzyjnie określonych zestawach danych — w czasie rzeczywistym lub w obliczeniach asynchronicznych. Pojemności ich pamięci mierzy się w eksabajtach, co daleko wykracza poza wartości petabajtowe w nowoczesnych hurtowniach danych. Systemy takie jak Frontera nie muszą osiągać maksymalnych prędkości przy szczytowym obciążeniu obliczeniowym, ale za to powinny ze stabilną wydajnością odczytywać ogromne ilości danych w celu uzyskania końcowego wyniku. Skok wydajności obliczeniowej mógłby powodować błędy w wynikach, dlatego kładzie się duży nacisk na stabilność. Jakie wnioski mogą wyciągnąć z tego dla siebie zarządzający centrami danych?

W pierwszej kolejności warto sobie zadać pytanie: „do czego będziemy wykorzystywać system?”, aby następnie móc go zaprojektować, zarządzać zasobami i stworzyć niezawodne zabezpieczenia przed awarią.

W przypadku data centers należy rozważyć, w jaki sposób uzyskać stabilną wydajność bez konieczności stosowania niestandardowych konfiguracji. Najwięksi gracze na rynku mogą pozwolić sobie na tworzenie niestandardowych infrastruktur obliczeniowych lub pamięci masowych, ale większość dostawców usług musi w selektywny sposób korzystać z gotowych rozwiązań. Pomocne byłoby tu ustalenie ścisłych kryteriów testów porównawczych wydajności, które pozwolą rozwiązać problem jakości usług i sprawią, że oprócz szybkości obliczeniowej i opóźnienia, równie ważnym czynnikiem będzie stabilność działania.

  1. Przetwarzanie w czasie rzeczywistym – zapisywanie modeli, a nie strumieni danych

W przypadku superkomputerów wiele przykładów zastosowania przetwarzania danych w czasie rzeczywistym ma poważne implikacje np. zatrzymanie reakcji jądrowej czy dane telemetryczne podczas startu rakiety. Każde opóźnienie w obliczeniach mogłoby mieć katastrofalne następstwa, a operacje odbywają się na ogromnych zbiorach danych. Ich strumienie nie pochodzą z jednego źródła, często są dostarczane z sieci węzłów raportujących.

Istotne jest to, że mają one krótką żywotność. Podczas przetwarzania danych przesyłanych w czasie rzeczywistym większość z nich jest przechowywana tylko przez określony czas. Dane są przetwarzane partiami, a obliczenia mają na celu uzyskanie wyniku (np. średniej, modelu statystycznego lub algorytmu) — i dopiero on jest przechowywany na dłużej.

Można zobrazować to na przykładzie prognozy pogody, gdzie superkomputer nie przechowuje wszystkich danych dotyczących czynników meteorologicznych jak opady atmosferyczne, temperatura powietrza, wiatr itd. Zmieniają się one nieustannie i są przesyłane jako strumień danych, jednak przechowywane są wyłącznie modele prognostyczne tworzone na ich podstawie. Lokalni meteorolodzy opierają się następnie o te modele ograniczone do konkretnego obszaru i uzupełniają je o informacje z lokalnych stacji pogodowych, żeby doprecyzować prognozę pogody o mikroklimat.

Ten sam model przetwarzania danych w czasie rzeczywistym można zastosować do handlu akcjami czy modeli finansowych. Opierają się one na średnich ruchomych — każdy z wbudowanymi określonymi wskaźnikami i czynnikami wyzwalającymi, w oparciu o określone parametry dla dopuszczalnych wartości progowych zachowań rynku.

Projektowanie systemu wykorzystującego dane w czasie rzeczywistym nie musi więc uwzględniać przechowywania wszystkich informacji, które do niego spływają. Powinien on wykorzystywać nieulotną pamięć o dostępie swobodnym (NVRAM) oraz pamięć dynamiczną (DRAM) do bieżącego buforowania i przetwarzania danych, aby następnie zapisywać uzyskane wyniki w pamięci masowej.

  1. Wartości progowe opóźnień, pamięć flash NAND i dostrajanie pamięci DRAM

Superkomputery działają przy z góry określonym obciążeniu dla danego poziomu usług — niezależnie od tego, czy chodzi o opóźnienie, zasoby obliczeniowe, pamięć masową, czy przepustowość. Podczas obliczeń uwzględniają błędy, w których system może przekierowywać strumienie danych dla uzyskania optymalnych warunków opóźnienia, przechodząc na asynchroniczne modele obliczeniowe lub nadając priorytet zasobom obliczeniowym, żeby zapewnić wystarczają moc przetwarzania lub przepustowość dla określonych zadań.

Zarówno w przypadku wysokiej klasy stacji roboczych, wysoko wydajnych serwerów, czy obciążeń w środowiskach HPC i badań naukowych, duże komputery i przetwarzanie typu Big Data wymagają potężnych zasobów pamięci DRAM. Sposoby, w jakie twórcy superkomputerów precyzyjnie dostosowują strukturę sprzętu i kontrolera pamięci, są unikalne dla projektowanego zastosowania. Często określone zadania obliczeniowe, w których dostęp do dysku stanowi poważne wąskie gardło z związku z wymaganiami pamięci RAM, sprawiają, że pamięć DRAM staje się niepraktyczna, ale są wystarczająco małe, aby można było wykorzystać pamięci flash NAND. Klastry FPGA są również dostrajane do każdego konkretnego obciążenia, aby dużym zestawom danych towarzyszył potężny wzrost wydajności, jeśli konieczne będzie ich pobieranie z tradycyjnych nośników.

Współpracujące zespoły z Uniwersytetu Utah, Lawrence Berkeley Lab, Uniwersytetu Południowej Kalifornii i Argonne National Lab przedstawiły nowe modele automatycznego dostosowywania wydajności (lub inaczej autodostrajania) jako skutecznego sposobu na przenoszenie wydajności między architekturami. Zamiast zależeć od kompilatora, który może zapewnić optymalną wydajność w nowszych architekturach wielordzeniowych, automatycznie dostrajające się jądra i aplikacje mogą automatycznie dostroić docelowy procesor, sieć i model programowania.

  1. Wiele warstw zabezpieczeń przed awarią

Coraz większym wyzwaniem w centrach danych HPC staje się dystrybucja energii — zwłaszcza w przypadku infrastruktur wykorzystywanych jako zasoby wspólne. Infrastruktury dedykowane lub centra danych udostępniające swoje usługi muszą zapewniać ciągłą pracę i minimalizować ryzyko wszelkich awarii. Kopie zapasowe w przypadku centrów danych stają się terminem operacyjnym. Podobnie jak w przypadku superkomputerów data centers powinny być zabezpieczane na wielu poziomach.

Obecnie większość centrów danych wykorzystuje struktury RAID wysokiego poziomu, aby zapewnić ciągłe i niemal jednoczesne zapisy w różnych macierzach pamięci. Ponadto infrastruktury HPC wykorzystują duże ilości pamięci NVRAM do buforowania danych podczas przetwarzania, które są albo strumieniami danych na żywo, nieprzesyłanymi między macierzami pamięci, albo przetwarzanymi równolegle informacjami z wykorzystaniem dyskowej przestrzeni tymczasowej (tzw. scratch) co pozwala zwalniać dodatkowe zasoby obliczeniowe.

Większość infrastruktur HPC eliminuje również ryzyko awarii sprzętu związane z zastosowaniem dysków obrotowych, przechodząc całkowicie na macierze półprzewodnikowe i bloki pamięci flash. Te rozwiązania pamięci masowej zapewniają stabilne wartości IOPS i przewidywalne opóźnienia, które mieszczą się w przedziałach wartości progowych opóźnień właściwych dla danego zastosowania. Wiele superkomputerów korzysta również z licznych bibliotek taśmowych (o pojemności skalowalnej do eksabajta lub większej) w celu zapewnienia niezawodnej archiwizacji każdego przetwarzanego i przechowywanego bitu.

Również w wielu systemach, na wypadek awarii całego łańcucha zabezpieczeń, przy dyskach SSD i pamięciach DRAM instaluje się kondensatory podtrzymujące zasilanie, które umożliwiają napędom (niezależnym lub w ramach macierzy) na ukończenie zapisu w toku, zmniejszając w ten sposób ilość potencjalnie utraconych danych na skutek krytycznej usterki.

Robert Sepeta, Business Development Manager w Kingston Technology w Polsce

[1] https://www.top500.org/

Czeski Unipetrol od 1 stycznia 2021 r. zmienia nazwę na ORLEN Unipetrol

Jedna z sześciu największych firm w Czechach, z rocznymi przychodami na poziomie ponad 20 mld zł, już od 1 stycznia 2021 r. zmieni nazwę na ORLEN Unipetrol. To ważny element wzmacniania globalnej rozpoznawalności marki ORLEN, co umożliwia dalszy rozwój Grupy Kapitałowej na rynkach zagranicznych.

– Publikacją strategii do 2030 r., otworzyliśmy nowy rozdział w historii Grupy ORLEN. Budujemy zrównoważony koncern multienergetyczny pod jedną silną marką. Już dzisiaj 60 proc. przychodów Grupy ORLEN pochodzi spoza Polski, ale bez jednego, spójnego wizerunku nie wykorzystamy w pełni naszego potencjału. Dlatego przeprowadziliśmy  proces rebrandingu stacji paliw w europejskiej sieci, w ramach którego marka ORLEN jest już obecna na wszystkich rynkach. Chcemy w pełni wykorzystać potencjał marki ORLEN w obszarze biznesowym, finansowym czy marketingowym na globalnych rynkach.  Dlatego kolejnym krokiem do wzmacniania wizerunku będzie pojawienie się w Grupie od początku 2021 r. marki ORLEN Unipetrol – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Dzięki zmianie nazwy, czeska spółka z Grupy Kapitałowej będzie mogła korzystać z najsilniejszych atrybutów przypisywanych marce ORLEN przez klientów, jak nowoczesność, zaufanie, przyjazność, szeroka oferta oraz wysoka jakość produktów i usług.

– Od objęcia przez PKN ORLEN 100 proc. udziałów w Unipetrol, korzystamy z efektów synergii w badaniach i rozwoju, wspólnych zakupach surowców i usług czy wreszcie w produkcji i sprzedaży swoich produktów. Nowe logo ORLEN Unipetrol ułatwi wdrażanie i komunikację międzynarodowych projektów marketingowych. Jestem przekonany, że nasze nowo logo ORLEN-Unipetrol, w którym będzie tak silna marka jak ORLEN  zwiększy nie tylko rozpoznawalność, ale przełoży się na korzyści biznesowe – mówi Tomasz Wiatrak, Prezes Zarządu Unipetrolu, a od 1 stycznia 2021 r. ORLEN Unipetrol.

Unipetrol jest największym w Czechach koncernem rafineryjno-petrochemicznym, zatrudniającym ponad 4,8 tys. pracowników. Z przychodami na poziomie 21,7 mld zł w 2019 r. Unipetrol znajduje się wśród sześciu największych czeskich firm. Spółka zarządza rafineriami w Litvínovie i Kralupach, spółką Spolana, jest także jedynym producentem PCW i kaprolaktamu na czeskim rynku. Działalność petrochemiczna opiera się m.in. na sfinalizowanej w 2020 r. jednej z najnowocześniejszych instalacji produkcyjnych PE3 w Litvinowie. W skład Grupy wchodzą także dwa centra badawcze w Litvínovie i Brnie. Unipetrol zarządza również największą na czeskim rynku siecią 416 stacji paliw Benzina-Grupa ORLEN oraz 13 stacjami na Słowacji. Najwyższą jakość produktów i obsługi kierowców na stacjach paliw Benzina – Grupa ORLEN potwierdza przyznany po raz czwarty tytuł „Marka Godna Zaufania”.

Etapy przejęcia akcji Unipetrolu:

  • 12.12.2017 – PKN ORLEN, posiadający 62,9 proc. akcji Unipetrol rozpoczął procedurę ogłoszenia dobrowolnego warunkowego wezwania na akcje czeskiej spółki.
  • 23. 02. 2018 – PKN ORLEN zrealizował płatności na rzecz akcjonariuszy mniejszościowych, którzy odpowiedzieli na ogłoszone dobrowolne wezwanie na wykup pakietu akcji Unipetrol. Łączna wartość transakcji wyniosła ok. 3,5 mld PLN. W ten sposób Koncern osiągnął warunkowy próg wezwania zapewniając sobie 94,03% udziałów w akcjonariacie czeskiej spółki.
  • 22.05.2018 – Rada Nadzorcza PKN ORLEN wyraziła zgodę na nabycie przez Koncern pozostałych akcji spółki Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego.
  • 23.05.2018 – PKN ORLEN złożył wniosek do Czeskiego Banku Narodowego o przeprowadzenie wykupu akcji Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego spółki
  • 20.06.2018 – PKN ORLEN otrzymał zgodę od Czeskiego Banku Narodowego na przeprowadzenie wykupu akcji Unipetrol reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego spółki.
  • 28.08.2018 – Walne Zgromadzenie Unipetrolu wyraziło zgodę na przeprowadzenie wykupu przez PKN ORLEN akcji tej spółki reprezentujących ok. 5,97% kapitału zakładowego.
  • 01.10.2018 – PKN ORLEN sfinalizował zakup 100% akcji Unipetrolu

88 proc. kobiecych biznesów to mikrofirmy. Portret leasingobiorczyń EFL

Co piąta firma, która skorzystała w ubiegłym roku z finansowania EFL, jest zarządzana przez kobietę. Zdecydowana większość tych biznesów to mikrofirmy (88 proc.) i z obrotami poniżej 1 mln zł (67 proc.). Leasingobiorczynie najczęściej działają w obszarze sprzedaży detalicznej, opieki zdrowotnej i usług transportowych. EFL chce skłonić jeszcze więcej Polek do inwestowania we własną działalność. Leasingodawca realizuje program „Kobiety w biznesie” oraz proponuje specjalną usługę finansową wspólnie z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym.

– Mogę śmiało powiedzieć, że Polki mają zdolności przywódcze w swoim DNA. Mamy się czym chwalić bo jak pokazuje ostatnie badanie Grant Thornton, Polska na tle Europy zajmuje trzecie miejsce, jeśli chodzi o awansowanie kobiet na stanowiska kierownicze. Jednak kobiety na wysokich stanowiskach w firmach to jedno, a drugie to kobiety przedsiębiorcze, które stawiają na własny biznes Sfinansowane przez nas w ubiegłym roku inwestycje firm zarządzanych przez kobiety stanowiły jedynie 20% co jeszcze optymizmem nie napawa. Optymistycznym jest natomiast fakt, że jeśli przyjrzymy się, jakie rodzaje działalności wykonują, to na liście są nie tylko „kobiece biznesy” jak salony kosmetyczne, ale również te uchodzące za bardziej męskie jak sprzedaż pojazdów czy usługi transportowe. Każdy z nich wspieramy w EFL, między innymi przygotowując z Europejskim Bankiem Inwestycyjnym ofertę, skierowaną w szczególności do przedsiębiorczych kobiet, czy realizując projekt „Kobiety w biznesie” – powiedział Wojciech Przybył, członek zarządu ds. marketingu, innowacji i ubezpieczeń w EFL.

Portret leasingobiorczyń EFL

Z wewnętrznych danych EFL wynika, że zdecydowana większość firm prowadzonych przez kobiety, które skorzystały z finansowania EFL, to mikroprzedsiębiorstwa zatrudniające do 9 pracowników (88 proc.). Co trzeci biznes to jednoosobowa działalność gospodarcza (37 proc.). Biorąc pod uwagę obroty, 2 na 3 kobiece biznesy znajdują się w progu poniżej 1 mln zł. Obroty od 1 do 5 mln zł generuje co czwarta firma, a powyżej 20 mln zł – 1 proc. Niemal połowa leasingobiorczyń finansowała przy wsparciu EFL auta osobowe i dostawcze, 28 proc. – maszyny i urządzenia, a co piątym przedmiotem leasingu były pojazdy ciężkie.

Kobiece biznesy nie są jednorodne, jeśli spojrzymy na rodzaj wykonywanej działalności. 15 proc. klientek EFL działa w obszarze sprzedaży detalicznej , 14 proc. to prywatny i publiczny sektor opieki zdrowotnej, a 8 proc. to usługi transportowe. Co dwudziesty biznes związany jest z usługami finansowymi, m.in. biurami rachunkowymi, doradztwem podatkowym i pośrednictwem finansowym. Restauracje, hotele i catering to obszar działania 5 proc kobiecych firm.

Biorąc pod uwagę miejsce wykonywanej działalności, dominują większe miasta. 5 proc. biznesów jest zarejestrowanych w Warszawie, 3 proc. we Wrocławiu i po 2 proc. w Krakowie, Poznaniu, Łodzi i Szczecinie.

Zostań kobietą sukcesu

EFL prowadzi projekt „Kobiety w biznesie”, w ramach którego porusza takie kwestie jak promowanie różnorodności płci w środowisku pracy, rozwijanie się w biznesie, a także potrzeba wypoczynku. Wspólnie z ekspertkami, które już od wielu lat z sukcesem prowadzą swoje firmy, podpowiada Polkom, jak zabrać się do otworzenia własnego biznesu i jakie kroki warto postawić na początku, żeby osiągnąć postawiony cel. Ekspertki, m.in. Magdalena Szewczuk, CEO Czerwonej Szpilki, i Małgorzata Czernecka, CEO Human Power, dzielą się swoimi sposobami na sukces oraz tym, jak utrzymać balans między życiem prywatnym i zawodowym. Wśród przedsiębiorczych leasingobiorczyń są również takie, które rozwijają rodzinne biznesy jak GTA Gaztechnika. Właścicielka firmy Renata Owczarek-Stefaniak mówi, że trzeba mieć dobry pomysł i sprawdzić, czy jest na niego zapotrzebowanie na rynku., że na charakter firmy ma wpływ osobowość właściciela.

– Uczestniczę w rozmowach z klientami i często uświadamiam sobie, że przydają się cechy, które są właściwe kobietom. Staram się w łagodny, otwarty, aczkolwiek zdecydowany i kompetentny, sposób udzielać informacji klientom, aby w pełni czuli się doinformowani. Cechuje się większą dokładnością i precyzją niż mężczyźni, którzy czasami bywają impulsywni – mówi Renata Owczarek-Stefaniak.

Praca w czasie pandemii: home office oznacza nadgodziny dla 42% badanych

Brak dostępu do odpowiednich narzędzi usprawniających współpracę i zapewniających dostępność do kluczowych danych obniża efektywność, rodzi frustrację i źle wpływa na nastawienie do pracy. To wnioski z badań zrealizowanych na zlecenie Ricoh. Grupa badawcza obejmowała 632 pracowników z firm zatrudniających od 250 do 999 osób.  Aż 42% badanych przyznało, że podczas pracy z domu na realizację służbowych obowiązków poświęca więcej godzin niż w biurze. Natomiast 31% odczuwa zniechęcenie i brak motywacji ze względu na problemy z korzystaniem ze sprzętu i systemów. Problemem jest również brak odpowiedniego wsparcia działów IT – 30% badanych skarży się na utrudniony kontakt i trudność z uzyskaniem szybkiej pomocy.

Dlatego kluczowe jest stworzenie optymalnych warunków, które pozwolą pracownikom elastycznie przełączać się między pracą z domu i z biura. Niestety wiele firm nie sprostało na razie temu zadaniu. Aż 24% badanych wskazało, że nie dysponuje odpowiednimi narzędziami aby zapewnić odpowiedni poziom usług dla swoich klientów. Natomiast 27% potwierdziło, że nie może w pełni efektywnie współpracować w zespole. Te statystyki pokazują potrzebę gruntownych zmian i inwestycji w nowe technologie. Bez nich przyszły sukces firmy stoi pod dużym znakiem zapytania.

Problemy techniczne to również zagrożenie dla bezpieczeństwa danych. 27% badanych przyznaje, że przez braki w tym obszarze nie może działać zgodnie z procedurami obowiązującymi w  firmie.

„Firmy muszą wyposażyć swoich ludzi w narzędzia, które pozwolą im pracować mądrzej i będą dla nich wsparciem. Technologie, z których korzystają nie mogą generować dodatkowych problemów. To powoduje frustracje i kradnie czas potrzebny na wykonanie ważnej z perspektywy biznesowej pracy. Żadna firma nie może sobie pozwolić na coś takiego” – powiedział David Mills, CEO w Ricoh Europe.

Fala ataków na sklepy internetowe

Przedświąteczny okres zakupowy to czas największej aktywności cyberprzestępców. Sięgają oni zarówno po sprawdzone i skuteczne metody ataków, jak i po nowe narzędzia. Analitycy z FortiGuard Labs firmy Fortinet przygotowali kilka porad, które mogą pomóc w zachowaniu bezpieczeństwa w trakcie gorączki świątecznych zakupów.

Jak rozwijają się zagrożenia związane z e-commerce?

Derek Manky: Z powodu pandemii użytkownicy w naturalny sposób zaczęli częściej korzystać z usług online, w tym zakupów. Od początku września, dzięki badaniom FortiGuard Labs, widzimy falę ataków na sektor e-commerce. W październiku zanotowaliśmy ponad miliard takich prób – niemal 140% więcej w porównaniu z poprzednim miesiącem. Za cel obierani są kupujący, zaś jako narzędzie rozpoczęcia ataku służą phishing oraz fałszywe reklamy.

Jakie trendy zauważono w kontekście cyberataków ukierunkowanych na e-commerce?

Aamir Lakhani: Można odnieść wrażenie, że cały rok 2020 był jednym, nieustannym sezonem wyprzedaży. Ludzie czekają w wirtualnych kolejkach, wiele produktów szybko staje się niedostępnych, a strony internetowe działają wolniej ze względu na zwiększony ruch. Przestępcy wykorzystują ten stan rzeczy i nieustannie przeprowadzają próby ataków na kupujących online. Najpowszechniejsze metody to phishing, malware lub tzw. ataki „man-in-the-middle”, mające na celu przejęcie serwerów bezprzewodowych lub proxy. Hakerzy próbują kierować ruch internetowy w określone miejsca i przechwytywać transakcje. Na kradzież danych narażone są również firmy. Sezon świątecznych zakupów to zazwyczaj bardzo zyskowny okres dla sprzedawców detalicznych, ale cyberataki mogą to niestety zmienić.

Derek: Złośliwe oprogramowanie internetowe jest bardzo popularne w sezonie wyprzedaży. Cyberprzestępcy umieszczają niebezpieczne linki lub reklamy, aby odciągnąć kupujących od bezpiecznej witryny. Takie pułapki często pojawiają się pod postacią zachęcających promocji – to łatwa i dobrze sprawdzona metoda. Zauważyliśmy też większą liczbę ataków na routery oraz urządzenia IoT, ponieważ więcej osób korzysta obecnie z domowych sieci do pracy lub nauki. Napastnicy chcą uzyskać za ich pomocą dostęp do danych firmowych.

Jakie porady macie dla klientów internetowych sklepów w sezonie świątecznym?

Aamir: Warto zwracać uwagę na strony, jakie się odwiedza. Tak jak w galeriach handlowych można zapomnieć się w zakupowym szale, tak w internecie można w pośpiechu nie zauważyć, że trafiło się na podejrzaną stronę. Nie ufaj od razu ofertom i promocjom, które wydają się zbyt dobre, aby były prawdziwe. Odwiedzaj sklepy internetowe, które dobrze znasz, bo zawsze będą bezpieczniejsze – osobiście staram się robić zakupy tylko na stronach znanych i zaufanych firm. Zainstaluj w swoim systemie dobre oprogramowanie zabezpieczające, które będzie wykrywać szkodliwe linki, próby phishingu i inne rodzaje ataków. Dobrze jest rozważyć bezpieczne metody płatności, np. niektóre banki zaczęły oferować opcję jednorazowych numerów kart płatniczych. Warto też odbyć szkolenie w zakresie świadomości o zagrożeniach IT, jeśli istnieje taka możliwość.

Derek: Zgadzam się, że świadomość ryzyka jest kluczowa. Wiele osób ma fałszywe poczucie bezpieczeństwa w wirtualnym świecie. Oprócz tego trzeba upewnić się, że wszystkie urządzenia mają zainstalowane aktualne oprogramowanie. Niebezpieczne jest też łączenie się z publiczną siecią Wi-Fi z urządzeń służbowych lub prywatnych – cyberprzestępcy mogą wykorzystywać fałszywe punkty dostępu, aby włamać się na komputer lub smartfon. W takich wypadkach przydaje się bezpieczne połączenie VPN. Przede wszystkim trzeba być jednak świadomym zagrożeń i metod ochrony przed nimi.

Co powinny robić firmy, aby w przyszłości chronić dane użytkowników?

Derek: Głównym powodem powtarzających się cyberataków są przestarzałe zabezpieczenia. Wciąż regularnie zauważamy błędne konfiguracje zasobów pamięci masowych i systemów dostępu do chmury publicznej. Niektóre firmy muszą zaktualizować swoje systemy, aby unikać ataków wykorzystujących luki w ich zabezpieczeniach. Uwierzytelnianie wieloskładnikowe to również stosunkowo łatwa i coraz powszechniej wykorzystywana przez firmy metoda ochrony ruchu w sieci.

Aamir: Posiadanie aktualnej infrastruktury ma zdecydowanie duży wpływ na zabezpieczenia. Podczas aktualizowania stron internetowych często zwraca się uwagę na back-end, czyli np. bazy danych, ale nie elementy odpowiedzialne za sprzedaż, czyli przede wszystkim witrynę i mechanizm obsługi klienta. Systemy e-commerce są skomplikowane i mogą zawierać np. oprogramowanie lub moduły, które aktualizuje się osobno. Czasami można od razu uaktualnić cały pakiet aplikacji, ale kiedy indziej w ramach zarządzania trzeba sprawdzać poszczególne systemy, strony, bazy danych, moduły i inne oprogramowanie. W najlepszym przypadku trzeba tylko pobrać aktualizację dla plug-inu. W najgorszym można natrafić na spersonalizowany kod, zintegrowany z samym systemem, więc trudno jest przeprowadzić aktualizację. Nawet doświadczeni specjaliści ds. bezpieczeństwa mają czasem trudności z zabezpieczeniem wszystkich elementów bardziej skomplikowanych systemów, a bywa, że luki pozostają niezałatane przez bardzo długi czas. Napastnicy zdają sobie z tego sprawę, dlatego wracają do starych i sprawdzonych metod, które już wcześniej pozwalały im odnieść sukces.

Jabłoński: prawo UE nie radzi sobie z działaniami dyskryminującymi, realizowanymi pod pretekstem walki z pandemią

Mariusz Marszałkowski: Jak zmieniła się europejska gospodarka w czasie pandemii? Czy już widać jakieś strukturalne zmiany?

Michał Jabłoński: To, że się zmieniła, to oczywiste. Mamy do czynienia z bezprecedensowym przerwaniem łańcuchów dostaw, zatorami płatniczymi, czy zmianami w zachowaniach konsumentów. Faktycznie wiele przedsiębiorstw przestało funkcjonować. Pytanie, czy ten stan utrzyma się po zakończeniu okresu pandemicznego, a zatem czy te zmiany będą rzeczywiście strukturalne i długofalowe. Myślę, że tak będzie. Na wstępie warto podkreślić, że – mimo pandemii – niektóre gałęzie gospodarki radzą sobie całkiem dobrze, czasem jeszcze lepiej niż przed pandemią, z kolei inne radzą sobie fatalnie. Ogromne znaczenie dla przyszłości będą miały dwie kwestie. Pierwsza to potencjalnie długofalowa zmiana preferencji konsumentów – należy oczekiwać, że wygaszenie pandemii nie spowoduje automatycznie, że konsumenci od razu wrócą do swoich przyzwyczajeń zakupowych, czy korzystania z określonych usług, tak jak przed COVID-19. To będzie powolny proces, choć w pewnym zakresie prawdopodobnie będziemy mieli do czynienia z krótkim „boomem”, gdyż każdy z nas będzie chciał „odżyć”. Kwestia druga to prawdopodobna zmiana podejścia inwestorów. Chodzi o to, że niektóre rodzaje inwestycji przed pandemią wydawały się niezachwiane i niosące perspektywę pewnego zysku, np. budowa hotelu w kurorcie turystycznym. Okazało się teraz, że doszło do degradacji turystyki, w konsekwencji te inwestycje nie zarabiają, a przynoszą ogromne straty. Sądzę, że inwestorzy będą ostrożniej wybierali cele inwestycyjne z obawy o powtórkę epidemii. Może być więc tak, że po ustąpieniu pandemii zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy jeszcze przez jakiś czas będą podejmowali decyzje zachowawczo. Na razie trudno powiedzieć jaka będzie tego skala, ale z pewnością powrót do pełnej normalności potrwa bardzo długo.

M.M.: Jak do inwestycji będą podchodzić sami przedsiębiorcy?

M. J.: No właśnie, oni będą się zastanawiali czy pewne inwestycje nie wiążą się z ryzykiem w przyszłości, zwłaszcza, że nie ma gwarancji, że taka sytuacja nie będzie się powtarzać częściej. To wpłynie na alokowanie zasobów w gospodarce, na cele inwestycyjne. Inwestorzy będą starali się szukać branż, które będą odporne na takie ryzyka. Ja zakładam, że jeżeli nie dojdzie do powtórek podobnego kryzysu, to wszystko wróci do normy w ciągu około dekady. Z pewnością jednak po tego rodzaju okresie „przejściowym” wszystko wróci do normy, gdyż na dłuższą metę biznes napędzany jest zyskiem.

M.M.: Czy widać już ze strony rządów państw UE działania protekcjonistyczne?

M. J.: Takie działania widać już teraz, one przybierają różne formy. Nie zawsze są to działania legislacyjne, chociaż i takie bywają. Już zauważamy takie zjawiska np. w branży spożywczej czy transportowej, one nie mają jeszcze formuły opartej na regulacji, ale wystarczy, że państwo w imię (czy też pod pozorem) walki z pandemią będzie bardziej rygorystycznie podchodzić np. do kontroli pewnych branż. To bardzo łatwo może prowadzić do działań protekcjonistycznych, choćby przez bardziej „skrupulatny” nadzór nad przedsiębiorcami zagranicznymi, względem krajowych. To może ewoluować w kierunku modelu znanego z niektórych krajów pozaunijnych, gdzie np. kontrole fitosanitarne traktowane są nie jako środek dbania o zdrowie konsumentów, a raczej narzędzie polityki, czy ochrony własnych firm. W UE oczywiście to nie działa w takiej skali, ale widać, że w niektórych sektorach kontrole prowadzą do wykluczania usług i towarów z innych państw, z powołaniem się na walkę z pandemią.

Do tego dochodzą rozwiązania legislacyjne. Te mechanizmy pojawiają się w branżach, które dany rząd uznaje za strategicznie ważne z perspektywy bezpieczeństwa państwa. Do niedawna to kojarzyło się nam z obronnością, telekomunikacją, itp. Teraz paleta branż strategicznych jest znacznie szersza. Już teraz wprowadza się ograniczenia, np. w branży medycznej, choćby poprzez ograniczenia eksportowe.

Trzecim elementem protekcjonizmu jest tworzenie pewnego rodzaju atmosfery przez rządzących. Oczywiście, ona nie może być oceniana wyłącznie negatywnie, choć prowadzi do protekcjonizmu. Mówię tutaj np. o nawoływaniu obywateli do zakupu towarów pochodzących z danego państwa. To tak zwany patriotyzm gospodarczy. To nie jest do końca złe, bo np. zachęcanie społeczeństwa do kupowania u sąsiada, czy w restauracji osiedlowej na wynos nie jest w zamyśle złym działaniem, ale w szerszym zakresie wspieranie, np. polskich, niemieckich, czy francuskich produktów odbywa się kosztem kogoś innego. Jeżeli politycy czescy nawołują do kupowania tylko czeskich produktów żywnościowych, to oczywistym jest, że uderza to w polskich eksporterów żywności, którzy są największymi dostawcami spożywczymi do Czech. Podobny skutek ma np. oznaczanie produktów, co do tego czy pochodzą z danego kraju. To jest co do zasady neutralne, bo konsument nie ma przecież obowiązku wyboru takiego produktu ze względu na pochodzenie, ale niewątpliwie prowadzi to do takiego „miękkiego” faworyzowania własnej produkcji.

M.M.: Czy w przypadku Polski widać takie działania protekcjonistyczne?

M. J.: Nie mamy strukturalnego protekcjonizmu w Polsce, bowiem prawo UE ogranicza taką możliwość. Jednak pewne próby, czy plany działań protekcjonistycznych pojawiają się, czego dowodzi np. koncepcja państwowych sklepów spożywczych, która pojawiła się tej wiosny. To oczywiście pomysł etatystyczny, ale jest bez wątpienia również wymierzony w zagraniczne sieci detaliczne. Mamy też w niektórych branżach działania państwa, które nie wyglądają wprost na protekcjonistyczne, ale de facto nimi są. Przykładowo, na początku pandemii wprowadzono przepisy dotyczące czynszu najmu w galeriach handlowych. Wydaje się, że to regulacja neutralna, skoro jednak większość właścicieli galerii handlowych to firmy zagraniczne, a najemcami przestrzeni handlowych są głównie przedsiębiorcy krajowi, można wysnuć wniosek, że chodziło o ochronę rodzimego biznesu kosztem inwestorów zagranicznych.

Polski protekcjonizm zatem się pojawia i jest zarówno związany z pandemią, jak też czasami wynika z określonej polityki rządu.

M.M.: Czy Unia Europejska reaguje na działania protekcjonistyczne i jakie ma do tego narzędzia?

M. J.: Mam wrażenie, że UE jeszcze do końca nie przyjrzała się tego typu działaniom podejmowanym przez poszczególne rządy. Są oczywiście wypowiedzi polityków i ekspertów europejskich, z których wynika, że ryzyko powrotu protekcjonizmu jest dostrzegane. Ale widać jednocześnie, że Komisja Europejska, póki co, nie podejmuje w tym kierunku żadnych poważniejszych działań. Problemem jest, że regulacje występujące w państwach UE zmieniają się bardzo szybko. Czas życia takich regulacji jest czasami krótszy niż kilka-kilkanaście tygodni, co utrudnia zbadanie skutków takich działań dla wspólnego rynku. Komisja Europejska ma oczywiście instrumenty do reakcji, gdyby zostały naruszone regulacje traktatowe związane z handlem. Takim narzędziem jest np. składanie skarg do Trybunału Sprawiedliwości UE na ewentualne łamanie swobód traktatowych przez państwo członkowskie. Ta procedura jednak trwa na tyle długo, że istnieje ryzyko, że zanim Trybunał zajmie się danym naruszeniem, to ta regulacja może już dawno stać się nieaktualna.

M.M.: A czy sami przedsiębiorcy mają możliwość walki z ryzykiem protekcjonizmu?

M. J.: Tak, mają możliwość np. wytaczania powództw odszkodowawczych przed sądami danego państwa (jako sądami UE) w ramach ścieżki prawa krajowego. Nie widać na razie takich powództw opartych o zarzut naruszenia prawa UE, podczas gdy np. w Polsce dużo mówiło się o zastrzeżeniach związanych z ograniczeniem swobód obywatelskich, ale raczej w kontekście możliwego naruszenia Konstytucji. Głośno było w tym zakresie, np. o pozwie branży turystycznej. Nie ma jednak na razie, wg mojej wiedzy, spraw sądowych dotyczących ograniczeń związanych z COVID-19, opartych głównie na tezie, że doszło do dyskryminującej działalności państwa wobec przedsiębiorstw z innych państw członkowskich. Tego na razie nie widać, chociaż taki problem już zapewne występuje i jest przedmiotem przedprocesowych analiz niektórych przedsiębiorców. Mam przy tym wrażenie, że UE zapomniała, że poza rzuceniem na rynek miliardów euro w ramach pomocy gospodarce unijnej, wypadałoby jednak przyjąć w jakimś przyspieszonym tempie regulacje prawne, które harmonizowałyby, albo w pewnym zakresie nawet ujednolicały zasady wprowadzania obostrzeń pandemicznych względem firm w zakresie, który ma znaczenie dla obrotu wewnątrzunijnego. Tego na razie nie ma. Są oczywiście ogólne zasady traktatowe, które muszą być przestrzegane, np. zasady swobody przepływu osób, usług i kapitału. Od tych zasad są jednak wyjątki usprawiedliwiające wprowadzenie pewnych ograniczeń. Do tych wyjątków należą m.in. względy ochrony zdrowia publicznego. Uzasadniona takim ważnym interesem publicznym restrykcja nie przejdzie jednak testu zgodności z prawem UE, jeśli będzie miała charakter dyskryminacyjny. Przepisy prawa krajowego nie mogą mieć bowiem ani celu ani skutku dyskryminującego przedsiębiorców z innych państw UE. Procedura podważenia takiej legislacji przez przedsiębiorców jest jednak bardzo długa. Wymaga najpierw uruchomienia postępowania przed sądem krajowym danego państwa i dopiero sąd, w trybie prejudycjalnym, może tę kwestę przedstawić Trybunałowi Sprawiedliwości UE. Przedsiębiorca nie może uruchomić sam działania przed sądem UE czy TSUE. Ewentualnie, może skarżyć się do KE, jednak ta ścieżka również jest długa i nie ma gwarancji, że Komisja podejmie oczekiwane działania.

Obecne prawo UE nie radzi sobie zatem z działaniami dyskryminującymi państw, realizowanymi pod pozorem walki z pandemią. Zwłaszcza, że w każdym kraju są różne obostrzenia, co utrudnia skoordynowane działanie.

M.M.: Czy przedsiębiorcy, nawet jeżeli nie wystąpią na drogę sądową, mogą oczekiwać jakiejś kompensaty finansowej?

M. J.: Oczywiście mogą to robić przed sądami krajowymi. W Polsce jest to w ogóle bardzo mało realne. Nasz system odszkodowań za niezgodne z prawem działania państwa kuleje. W praktyce sądy bardzo rzadko uwzględniają takie powództwa. To jest kilka do kilkunastu procent wygranych spraw tego rodzaju. Dawniej inwestorzy zagraniczni mieli tzw. Umowy o wzajemnym popieraniu inwestycji. Na podstawie tych traktatów inwestorzy mogli dochodzić kompensaty przed trybunałem arbitrażowym. Było to szybsze działanie i bardziej ryzykowne dla państwa przyjmującego inwestora. Jednak teraz tego instrumentu w ramach UE już nie ma. Jeżeli zakładamy, że w niektórych państwach UE jest problem z wymiarem sprawiedliwości i nie mam tu na myśli tylko Polski (mogą to być problemy związane z efektywnością wymiaru sprawiedliwości), to dochodzenie odszkodowania przez zagranicznego inwestora przed sądem danego państwa może być fikcją. Jeżeli inwestor wie, że nie może skutecznie podważyć legislacji w danym państwie, to dla niego rozwiązaniem jest zamknięcie biznesu w danym państwie, albo pogodzenie się z niesprawiedliwym traktowaniem. Mówi się, że luka po systemie sądów arbitrażowych w ramach UE powinna być jakoś uzupełniona. Sądy UE nie są odpowiednikami np. amerykańskich sądów federalnych. Nie jest tak, że strona niezadowolona, np. z wyroku polskiego sądu, może się odwołać do sądu UE. Tak to nie działa. Albo pewnego dnia dojdzie do większego sfederalizowania unijnego wymiaru sprawiedliwości, albo będzie tak, że zostanie stworzony na podstawie prawa UE rodzaj sądu arbitrażowego, który rozstrzygałby spory inwestycyjne wewnątrz UE. To jest konieczne działanie, aby przedsiębiorcy mogli skutecznie walczyć o kompensaty wynikające ze złego prawa i działań protekcjonistycznych.

Michał Jabłoński

Partner w kancelarii Jabłoński Koźmiński sp.p.

Doktor nauk prawnych, adwokat, posiadający wcześniej kilkanaście lat doświadczenia w obsłudze sporów sądowych i administracyjnych w jednej z największych kancelarii prawnych na świecie, reprezentujący klientów m.in. przed Naczelnym Sądem Administracyjnym, Sądem Najwyższym, Trybunałem Konstytucyjnym i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Specjalista w zakresie prawa publicznego i zagadnień dotyczących postępowań sądowych. Wieloletni wykładowca i autor wielu publikacji naukowych. Prowadził wykłady m.in. na Uniwersytecie Warszawskim, a także na zaproszenie uczelni zagranicznych.

Wiceprezes Fundacji „Laboratorium Prawa i Administracji”, współkierujący największymi projektami naukowo-badawczymi Fundacji.

Nominowany w rankingu Rising Stars – Prawnicy Liderzy Jutra 2019.

Branża cyfrowa Grupy V4 wspiera kandydaturę Polski ws. europejskiego centrum cyberbezpieczeństwa

Organizacje branży cyfrowej z Polski, Czech i Węgier zrzeszone w Grupie Digital V4 popierają polskie starania, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa powstała w naszym kraju. Jak argumentują, byłoby to ważne wzmocnienie roli całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej w Unii Europejskiej.

Grupa Digital V4 to inicjatywa organizacji z branży cyfrowej i nowoczesnych technologii krajów Grupy Wyszehradzkiej, której wspólnym celem jest tworzenie polityki wspierającej innowacyjność i cyfryzację w Europie Środkowo-Wschodniej oraz zacieśnianie współpracy politycznej i gospodarczej w ramach Grupy Wyszehradzkiej. –  Czesi i Węgrzy w ramach naszej Grupy Digital V4 popierają starania Polski, by to w Warszawie mieściła się siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa – mówi prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik, którego organizacja wchodzi w skład Digital V4. I dodaje: – Wspieranie polskiej kandydatury jest w naszym wspólnym interesie, bo lokalizacja Centrum w Polsce pomoże wypełnić misję grupy Digital V4 i zacieśnić współpracę polityczną, naukową i przemysłową w naszym regionie.

Europejskie Centrum Kompetencji ds. Cyberbezpieczeństwa w dziedzinie Przemysłu, Technologii i Badań Naukowych (ECCC) będzie miało na celu poprawę koordynacji na europejskim poziomie cyberbezpieczeństwa projektów badawczo-rozwojowych, wspieranie wdrażania innowacyjnych rozwiązań w Europie oraz wdrażanie funduszy cyberbezpieczeństwa z programu Cyfrowa Europa i Horyzont Europa.

Polska z szerokim zapleczem eksperckim

Jak podkreśla w stanowisku Grupa Digital V4, pod którym podpisały się przedstawiciele branży cyfrowej z Czech, Polski i Słowacji, kraje Grupy Wyszehradzkiej mają wiele zbieżnych interesów, jak m.in. budowanie infrastruktury cyfrowej w naszym regionie oraz potencjału badawczo-rozwojowego jako zaplecza techniczno-naukowego, gdzie innowacyjne pomysły z zakresu np. sztucznej inteligencji i robotyki będą następnie wykorzystywane w UE i poza nią.

Digital V4 argumentuje, że w Polsce z roku na rok rośnie w siłę społeczność podmiotów przemysłowych, badawczych i rozwojowych oraz świadczących usługi cyfrowe. Istnieje też znaczące zaplecze eksperckie, jak np. Związek Cyfrowa Polska czy #CyberMadeinPoland, który zrzesza 44 innowacyjnych firm z branży cyberbezpieczeństwa. W Polsce istnieje też około 30 hubów IT oraz ponad 20 instytutów badawczych, w tym np. NASK, Państwowy Instytut Łączności czy Wojskowa Akademia Techniczna. Ponadto Polska prowadzi w pełni finansowany przez państwo program badawczo-rozwojowy o nazwie CyberSecIdent. Od 2017 roku Polska zainwestowała ponad 60 mln euro w projekty badawczo-rozwojowe w obszarze cyberbezpieczeństwa, w tym pierwsze w kraju laboratorium do testowania i oceny produktów ICT.

Polska ważna dla regionu Europy Środkowo-Wschodniej

„Jako organizacje z Czech, Węgier i Polski doceniamy fakt, że Polska jest bardzo aktywna w obszarze cyberbezpieczeństwa na szczeblu UE. Oceniamy, że umiejscowienie Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie cyberbezpieczeństwa będzie miało pozytywny wpływ na rozwój całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej i będzie świetną okazję do rozwoju i wzmocnienia cyberbezpieczeństwa” – napisano stanowisku Grupy. Zdaniem Digital V4, przełoży się to również na zwiększone możliwości współpracy z partnerami na całym świecie. Jednocześnie kraje regionu będą miały możliwość aktywniejszego udziału w procesie decyzyjnym w Centrum, dzięki czemu będą mieć jeszcze większy wpływ na kierunki jego pracy i działań. „Dlatego jako Digital V4 wyrażamy pełne poparcie dla kandydatury Polski w staraniach, by siedziba Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa Przemysłowego, Technologicznego i Badawczego mieściła się w Warszawie” – zadeklarowano.

Jak Polacy planują spędzić Sylwestera 2020/21

Polacy sceptycznie podchodzą do uczestnictwa imprezach sylwestrowych w czasie pandemii koronawirusa, przeszło 63% badanych wskazało, że nie wybierze się na uroczystości związane ze świętowaniem Nowego Roku.

To podejście jest silnie zróżnicowane między pokoleniami. Spośród wszystkich badanych 15% wybiera się na imprezę sylwestrową, organizowaną np. w formie balu, domówki, imprezy tanecznej, zaś w przypadku osób w wieku do 24 lat podobne plany ma już 38%, z kolei analogiczny wskaźnik dla osób 50 lat + wynosi jedynie 8%.

Co ciekawe, mężczyźni (18%) częściej niż kobiety (11%) wskazywali, że wybierają się na imprezę sylwestrową. 22% respondentów wskazało, że jeszcze nie podjęli żadnych decyzji związanych ze świętowaniem nadejścia Nowego Roku.IP Sylwester

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Polacy z dystansem podeszli do ponownego otwarcia centrów handlowych. Im młodsi badani, tym częściej odwiedzili galerie w ostatnim czasie

Od soboty 28-ego listopada zgodnie z decyzją rządu czynne mogą być centra handlowe. Przeszło 12% badanych zadeklarowało, że odwiedzili galerię tego samego dnia. Kolejne 16% udało się do centrum handlowego po ponownym otwarciu w inny dzień. 72% Polaków nie odwiedziło jeszcze żadnej galerii.

Centra handlowe w dniu ponownego otwarcia najsilniej przyciągały ludzi młodych. 19% spośród osób w wieku do 24 lat wskazało wizytę już w sobotę, z kolei osoby w wieku 50 lat + nie śpieszyły się na zakupy w galerii w tym dniu (9%).IP Galerie

Nota metodologiczna:

Badanie zostało zrealizowane w dniach 1-3.12.2020 r. przez agencję badawczą SW Research na reprezentatywnej próbie n=1110 dorosłych Polaków w ramach badania omnibusowego OmniWatch48.  Metoda: wywiady online, CAWI. Źródło próby: panel badawczy SW PANEL.

Polacy nie wierzą statystykom podawanym przez Ministerstwo Zdrowia

Zaledwie 16 proc. badanych deklaruje, że wierzy w statystyki zawarte w regularnych raportach Ministerstwa Zdrowia dotyczących nowych rozpoznanych przypadków COVID-19 – wynika z najnowszego badania omnibusowego, zrealizowanego przez agencję SW Research.

W ostatnim tygodniu powstało wiele kontrowersji wokół dziennej liczby zachorowań na COVID-19 raportowanej przez Ministerstwo Zdrowia.  Jednym z powodów są zastanawiające istotne wahania statystyk w stosunkowo krótkim czasie. Przykładowo w dniach 28 i 29 listopada było między ok. 11, a 16 tys. nowych przypadków, w kolejnych dwóch dniach zaledwie ok.  6-9 tys.  zachorowań, a między 2. a 4. grudnia ta liczba wróciła do poprzedniego poziomu ok. 12-14 tys. wykrytych przypadków. Warto wspomnieć, że w tym czasie nie dokonano żadnych zmian w obostrzeniach czy zaleceniach GIS czy Sanepidu, a liczba dziennie wykonywanych testów utrzymywała się w tym czasie na podobnym poziomie. Co więcej, dotychczasowe dane Ministerstwa Zdrowia zostały skutecznie zakwestionowane przez p. Michała Rogalskiego, 19-letniego studenta, twórcy najbardziej kompletnego arkusza danych o epidemii  „COVID-19 w Polsce”.

Wyżej wymienione zjawiska mogły mieć istotny wpływ na odbiór publikowanych danych w całym społeczeństwa. Jak pokazują najnowsze badania SW Research,  co drugi Polak (52 proc.) nie wierzy w dzienne raporty Ministerstwa Zdrowia, co trzeci (32 proc) nie ma wyrobionej opinii, a zaledwie co szósty (16 proc.) jest przekonany o prawdziwości danych o zakażeniach. Najbardziej nieufni są najmłodsi uczestnicy życia społecznego – w grupie 18-24 latków nieufnych jest 54 proc, a wśród 25-34 latków już 57 proc. Najbardziej sceptyczni są mieszkańcy średnich miast – wśród mieszkańców miejscowości 100-200 tys. mieszkańców 57 proc. nie wierzy w dane Ministerstwa, a miastach 200-500 tys. mieszkańców ten poziom wynosi 55 proc.

IP Ministerstwo dane

PKN ORLEN wyemituje obligacje z najniższym oprocentowaniem w historii Koncernu

PKN ORLEN zakończył budowanie książki popytu i jeszcze w tym roku przeprowadzi emisję obligacji o wartości 1 mld zł i marży na poziomie 90 punktów bazowych ponad  6-miesięczny Wibor. Koncern uzyskał bardzo korzystne warunki finansowania – najniższe oprocentowanie w historii spółki i jednocześnie najniższą marżę od czasu kryzysu finansowego w 2008 roku. Będzie to również pierwsza w historii Europy Środkowej emisja korporacyjnych obligacji zrównoważonych, których oprocentowanie będzie oparte na niezależnym ratingu ESG, czyli ocenie zaangażowania emitenta w obszarze zrównoważonego rozwoju i odpowiedzialnego biznesu. Środki z emisji zostaną przeznaczone m.in. na bieżące projekty inwestycyjne, zgodne z przyjętą strategią osiągnięcia przez koncern neutralności emisyjnej do 2050 r.

Skierowana do inwestorów kwalifikowanych emisja spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem ze strony uczestników rynku kapitałowego. Zapisy na obligacje PKN ORLEN złożyły 54 podmioty. Łączna wartość zapisów wyniosła 2,2 mld zł, co oznacza ponad 2-krotną nadsubskrypcję.

– Odnotowaliśmy bardzo duże zainteresowanie inwestorów, pomimo tak niestabilnego dla rynku kapitałowego okresu, wywołanego pandemią COVID-19. Jest to dla nas wyraźny sygnał, świadczący o słuszności przyjętych kierunków rozwoju i podejmowanych przez PKN ORLEN działań biznesowych. Potwierdzeniem tego jest również kurs naszych akcji, który od ogłoszenia nowej strategii wzrósł o blisko 20%, a od październikowego minimum o ponad 60%. Jesteśmy też dumni z faktu, że jako pierwsza firma w Europie Środkowej wyemitujemy obligacje oparte na ratingu ESG. Aktywnie uczestniczymy w transformacji energetycznej, postrzegając ten proces nie tylko przez pryzmat wyzwań, ale przede wszystkim szansy na dalszy, zrównoważony rozwój PKN ORLEN. Zgodnie z naszą długoterminową strategią, realizujemy ambitne projekty, które umożliwią nam osiągnięcie neutralności emisyjnej do 2050 roku. Jesteśmy wiarygodnym i stabilnym partnerem, prowadzimy nowoczesny biznes, dlatego finansowanie inwestycji będzie opierać się m.in. na środkach pochodzących z emisji obligacji zrównoważonego rozwoju – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Koncern wyemituje na rynku polskim obligacje na okaziciela z 5-letnim okresem zapadalności. Emisja przeprowadzona będzie w ramach umowy istniejącego krajowego programu emisji obligacji spółki. Obligacje zostaną wprowadzone do obrotu w alternatywnym systemie obrotu prowadzonym przez GPW. Do emisji zostaną wprowadzone elementy ESG. Poziom marży uzależniony będzie od ratingu ESG nadawanego przez agencję MSCI.

PKN ORLEN konsekwentnie dąży do neutralności ekologicznej, efektywności energetycznej i wysokich standardów bezpieczeństwa. Rosnące kompetencje koncernu w obszarze ESG odzwierciedla poprawa oceny ratingowej agencji Sustainaltytics z 2020 r. PKN ORLEN uplasował się na piątej pozycji spośród 86 firm z segmentu Oil & Gas Refining and Marketing (kategoria Refiners & Pipelines). Jednocześnie koncern awansował do kategorii ocen „Medium Risk” (w 2019 r. znajdował się w kategorii „High Risk”), dla której istnieje średnie ryzyko wystąpienia negatywnych skutków finansowych ze względu na czynnik ESG).

Zrównoważony rozwój i odpowiedzialny biznes to kluczowe elementy strategii neutralności emisyjnej spółki do 2050 r. W ramach jej realizacji, na początku września br. PKN ORLEN zadeklarował do 2030 r. redukcję emisji CO2 o 20% z obecnych aktywów rafineryjnych i petrochemicznych oraz o 33% CO2/MWh z produkcji energii elektrycznej. Zgodnie z założeniami, inwestycje realizowane w ramach strategii neutralności emisyjnej będą współfinasowane m.in. poprzez obligacje zrównoważonego rozwoju i zielone obligacje emitowane przez PKN ORLEN na europejskim rynku kapitałowym.

Ailleron przyspiesza rozwój – wydziela i znacząco dokapitalizowuje Software Mind wraz z Enterprise Investors

Spółka Ailleron podpisała z Polish Enterprise Fund VIII, funduszem private equity zarządzanym przez Enterprise Investors (EI) przedwstępną umowę sprzedaży udziałów i inwestycji w Software Mind. Transakcja zakłada wydzielenie całego segmentu działalności Ailleron – Enterprise Services do spółki Software Mind (po uzyskaniu zgody walnego zgromadzenia akcjonariuszy Ailleron). Wartość wydzielonej części biznesu została wyceniona na 150 mln zł (221 mln po wniesieniu środków). Enterprise Investors odkupi od Ailleron za 40 mln zł 26,7% akcji Software Mind, a następnie dokapitalizuje spółkę kwotą 71 mln zł, co zwiększy udział funduszu do 50,2%.

Enterprise Investors to jedna z największych firm private equity w Europie Środkowo-Wschodniej. Swoją działalność rozpoczęła w 1990 roku i od tego czasu utworzyła dziewięć funduszy o łącznym kapitale przekraczającym 2,5 miliarda EUR. Fundusze EI zainwestowały 2 miliardy EUR w 146 spółek działających w różnych sektorach gospodarki oraz zakończyły inwestycje w 134 spółkach, uzyskując przychody brutto w wysokości 4,1 miliarda EUR. Do tej pory zarządzane przez Enterprise Investors fundusze zainwestowały 112,5 mln EUR w 17 spółek z branży IT, takich jak m.in. AVG Technologies, BLStream czy intive.

Segment Enterprise Services odpowiada za kompleksowe usługi budowy, rozwoju i utrzymania dedykowanych systemów informatycznych dla branży finansowej, telekomunikacyjnej oraz „jednorożców” z Doliny Krzemowej. Spółka nawiązuje z klientami długoterminowe partnerstwa, pomagając skalować dynamicznie rozwijające się biznesy. Segment może poszczycić się bogatymi doświadczeniami związanymi ze wspieraniem procesów cyfrowej transformacji firm na całym świecie budując wspólnie z klientami zespoły badawczo-rozwojowe. Zakres świadczonych usług obejmuje całe spektrum potrzeb klientów chcących przetransformować swoje organizacje i dostosować sposób oferowania produktów do nowoczesnych kanałów elektronicznych. Enterprise Services współpracuje z wieloma klientami na całym świecie m.in. w krajach takich jak Stany Zjednoczone, Wielka Brytania, Szwajcaria czy Skandynawia. Ponadto aktywnie wspiera największych operatorów sieci komórkowy w Polsce oraz kilkunastu poza granicami kraju.

Celem działań podjętych przez Grupę Ailleron jest dalszy rozwój części usługowej oraz produktowej jako niezależnie działających podmiotów z jasno zdefiniowanymi, indywidualnymi strategiami działania. Pod marką Ailleron rozwijany będzie obszar działalności o charakterze produktowym, skupiony obecnie w ramach dywizji FinTech. Software Mind natomiast rozwijał będzie działalność o charakterze usługowym obejmującą swoim zakresem obszar rozwijany przez dywizję Enterprise Services. Ailleron w segmencie FinTech dostarcza m.in. systemy bankowości internetowej i mobilnej, zdalne kanały obsługi klientów z wykorzystaniem wideokomunikacji, oferujące najnowsze technologie i rozwiązania wspierające sprzedaż produktów finansowych i leasingowych.

Prowadzenie wspólnego przedsięwzięcia z EI będzie skutkowało efektywniejszym wykorzystaniem potencjału Spółki w celu dalszego dynamicznego rozwoju segmentu Enterprise Services w działalności grupy kapitałowej, co wpłynie na jeszcze lepsze wyniki w efekcie ich konsolidacji na poziomie Grupy Ailleron.

–  Obszar Enterprise Services odnotowuje od wielu lat dynamiczny wzrost organiczny poprzez rozwój współpracy z dotychczasowymi partnerami biznesowymi oraz pozyskiwanie nowych klientów. Na przestrzeni ostatnich 2,5 roku podwoiliśmy skalę działalności w tym obszarze. Jestem przekonany, że pozyskane fundusze pozwolą na dalszy, dynamiczny rozwój na strategicznych rynkach dzięki akwizycjom oraz wzrostowi organicznemu. Celem długoterminowym jest zbudowanie wiodącej Grupy na polskim rynku software house’ów, która będzie liderem w wybranych specjalizacjach i osiągnie kilkukrotnie większą skalę działalności. Ailleron będzie aktywnie wspierał rozwój tej części biznesu. Będzie też dostarczał obsługę back-office-ową do czasu osiągnięcia pełnej niezależności – powiedział Rafał Styczeń, Prezes Zarządu Ailleron. Pozyskane przez Ailleron środki pozwolą Spółce na rozwój i realizację strategii w obszarze segmentu FinTech w ramach obecnie istniejących linii produktowych jak również dzięki akwizycjom poszerzającym obecną ofertę firmy zwłaszcza w obszarze zdalnych kanałów obsługi klientów, w którym obecnie zauważalne jest wzmożone zainteresowanie rozwiązaniami Spółki wpisującymi się znakomicie w trwającą transformację cyfrową – dodał.

Cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Pandemia nie wpłynęła negatywnie na plany dotyczące zakupu nowych mieszkań lub domów. Nawet 1,7 miliona osób w naszym kraju, czyli blisko 7 proc. dorosłych Polaków zamierza w ciągu najbliższych 12 miesięcy zainwestować we własną nieruchomość. Obecnie14 proc. pełnoletnich mieszkańców Polski wciąż mieszka z rodzicami, kolejne 12 proc. najmuje lokal. Wśród kryteriów wyboru miejsca zamieszkania kierujemy się m.in. sąsiedztwem terenów zielonych, punktów opieki zdrowotnej oraz transportu publicznego – wynika z raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przygotowanego przez Clear Communication Group.

Rynek budownictwa mieszkaniowego w Polsce od wielu lat przeżywa niesamowity rozkwit. Nie tylko w największych miastach, gdzie jak grzyby po deszczu powstają nowe osiedla, ale także w mniejszych miejscowościach. Tam również coraz częściej, obok indywidualnych inwestycji, powstają mini osiedla domów jednorodzinnych czy segmentów oraz bloki mieszkalne.

Zapotrzebowanie na mieszkania w Polsce jest ogromne. Od dawna mówi się, że realnie wciąż brakuje nawet do miliona lokali. Rynek ten tak naprawdę nigdy nie będzie w stanie się nasycić. Zmieniają się bowiem nie tylko preferencje lokalowe, ale także bardzo szybko rozwijają się duże ośrodki miejskie.

Rynek mieszkaniowy przechodzi COVID bezobjawowo

O dużym potencjale rynku świadczy fakt, że pandemia koronawirusa, która bardzo negatywnie wpłynęła na większość branż, tylko na chwilę wstrzymała ruch w budownictwie. I było to wyłącznie zatrzymanie wynikające z konieczności szybkiego przestawienia się na nowy tryb działania oraz zapewne potrzeby oceny przez firmy deweloperskie, na ile długotrwały będzie wpływ marcowego lockdownu na rynek.

Jednak szybko okazało się j, że warunki do dalszej działalności istnieją, a długość procesu inwestycyjnego powoduje, że nawet chwilowe załamanie popytu nie jest powodem do wstrzymania działalności. Oczywiście nie można mówić, że branża nie odczuwa negatywnych skutków pandemii. Jednak ostatnie dane o rekordowej liczbie nowo rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych pokazują, że dostosowanie do nowej normalności było błyskawiczne.

Nie bez znaczenia pozostaje wpływ na ten sektor praktycznie zerowych stóp procentowych. To przekonuje część osób do inwestycji w nieruchomości, a więc stymuluje popyt. Nie wiadomo, jak długo taka sytuacja potrwa, z uwagi na to, że druga fala pandemii będzie oddziaływać na nastroje kupujących. Już teraz widać także, że wpływa na zmianę preferencji co do wyboru mieszkań. O ile w ostatnich latach mieliśmy do czynienia z ogromnym popytem na małe mieszkania – na co wpływały rosnące ceny nieruchomości, tak dziś konieczność spędzania większości czasu w domu, może odwrócić ten trend.

Wyniki badania zrealizowanego w połowie października dla firmy doradczej Clear Communication Group przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych pokazują, że obecnie cena za metr kwadratowy jest istotna wyłącznie dla jednej piątej Polaków. Kluczowe stało się usytuowanie mieszkania lub domu – pod kątem dostępu do terenów zielonych (39 proc. wskazań) oraz – co zapewne ma związek z pandemią – bliskość placówek opieki medycznej.cena już nie jest kluczowym czynnikiem decydującym o zakupie mieszkania

Wiele wskazuje na to, że pandemia może trwale wpłynąć na preferencje Polaków dotyczące miejsca, w którym mieszkają. Dlatego firmy deweloperskie powinny zwracać uwagę na zmieniające się potrzeby klientów oraz brać je pod uwagę, planując przyszłe inwestycje. Powinny także uwzględnić to w swojej komunikacji – eksponując nie tylko kwestie związane ze standardem oferowanej nieruchomości, ale także otoczeniem, w jakim jest ona usytuowana. – mówi Marek Gieorgica, partner zarządzający w Clear Communication Group, współautor raportu

Gdzie mieszkają Polacy?gdzie mieszkają polacy

Wyniki badania pokazują, że zdecydowana większość z nas – bo aż blisko 70 proc. ma własne mieszkanie lub dom. Jednak w grupie osób między 18 a 29 rokiem życia odsetek ten spada do zaledwie 17 proc.

Jednak, aż 14 proc. pełnoletnich Polaków przyznaje, że wciąż mieszka z rodzicami. W tej grupie jest o wiele więcej mężczyzn (19 proc.) niż kobiet (8 proc.). Co dość oczywiste najczęściej z rodzicami mieszkają ludzie młodzi, do 29 roku życia. Odpowiedź taką w badaniu wskazało 57 proc. osób w tym wieku. Ale także aż 20 proc. Polaków pomiędzy 30 a 39 rokiem życia mieszka z rodzicami.

Prawie 13 proc Polaków najmuje mieszkania. Zdecydowanie częściej są to mężczyźni (17 proc.) niż kobiety (8 proc.) oraz ludzie młodzi (27 proc. osób do 30 roku życia oraz 22 proc. pomiędzy 30 a 40 rokiem życia). Powyżej średniej sytuuje się jednak także grupa najemców między 40 a 49 rokiem życia. Aż jedna czwarta mieszkańców największych polskich miast żyje w najmowanych mieszkaniach.

instetne wybory nieruchomościW badaniu zrealizowanym dla Clear Communication Group badani opowiadali o swoich planach w zakresie zakupu nowego mieszkania lub domu. W ciągu najbliższych 12 miesięcy na taki ruch chce zdecydować się blisko 7 proc. badanych. To spora zbiorowość zważywszy na okoliczności, w jakich znaleźliśmy się w związku z pandemią. W 2019 r. w Polsce żyło nieco ponad 24 miliony osób w wieku produkcyjnym, także 7 proc. to ok. 1,7 miliona.

Aż jedna piąta osób pomiędzy 30 a 39 rokiem życia myśli o zakupie nowego mieszkania lub domu w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Powyżej średniej znajduje się także grupa najmłodszych, wśród nich – 10 proc. zamierza kupić mieszkanie w ciągu roku. Plany zakupowe są szczególnie widoczne wśród rodziców. Aż jedna czwarta tej grupy zamierza kupić nowe mieszkanie w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Z badania wynika, że znacznie powyżej średniej w tym zakresie plasuje się grupa osób prowadzących własną działalność gospodarczą (24 proc. badanych, którzy jako główne źródło dochodów wskazało własną firmę).

Nie każda z osób, które planuje w ciągu najbliższego roku kupić mieszkanie, zdecyduje się na rynek pierwotny, jednak z pewnością istotny odsetek wybierze taką właśnie opcję. Jeśli nawet połowa z nich realnie zrealizuje swoje zapowiedzi, to i tak mamy zapotrzebowanie na kilkaset tysięcy nowych mieszkań. Rynek budowlany powinien więc rozwijać się stabilnie, co z pewnością będzie przekładać się na inne gałęzie gospodarki – podsumowuje Marek Gieorgica

Badanie zostało przeprowadzone na potrzeby raportu „Budowanie emocji i doświadczeń – rynek nieruchomości i budownictwa mieszkaniowego w czasie pandemii” przez Instytut Badań Rynkowych i Społecznych (IBRIS) na zlecenie Clear Communication Group na reprezentatywnej próbie dla ogółu dorosłej populacji Polski wynoszącej (N=1100 osób). Badanie realizowane w dniach 17-18 października metodą telefonicznych, standaryzowanych wywiadów kwestionariuszowych, wspomaganych komputerowo (CATI).

Przedsiębiorcy nie chcą zwalniać pracowników. Dlatego wypożyczają ich innym firmom

Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie rozpoczęła kolejną akcję – Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Jej celem jest szerzenie wiedzy na temat idei outplacementu. Polega on dna dwóch rodzajach działania: tymczasowym „wypożyczaniu” pracowników między firmami lub pomocom pracownikom w znalezieniu nowego miejsca pracy. Obie inicjatywy są przejawem odpowiedzialności pracodawców za swój zespół. – To poszerzona społeczna odpowiedzialność biznesu – mówi dr Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

Pracodawcy nie chcą zwalniać swoich pracowników. „Szkolili ich, wiedzą jak wielkim skarbem są dobre kadry”

Rok temu sytuacja na rynku pracy wyglądała tak, że pracownicy mogli dyktować warunki pracodawcom. Rynek pracownika był rozpędzony, stale rosły pensje, a w interesie menadżerów i kierowników było zdobywanie nowych kadr oraz szkolenie kolejnych osób gotowych i chętnych do podjęcia pracy. Wszystko zmieniło się przez pandemię koronawirusa. Wiele firm zmuszone było do zwolnień, a inne szukają sposobów jak nie zwalniać pracowników, ale jednocześnie nie tracić pieniędzy. Jak mówi dyrektor Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie dr Piotr Wolny do Izby zgłasza się ogromna liczba przedsiębiorców, którzy proszą o pomoc w pośrednictwie w „wypożyczeniu” pracowników do innej firmy. Zjawisko outplacementu jest coraz częstsze i jest jednym z aktów solidarności między przedsiębiorcami.

– Pracodawcy są mocno zżyci ze swoimi pracownikami. Wiedzą, że dobre kadry są na wagę złota i liczą na to, że będą mogli wrócić do pracy w standardowym stanie sprzed pandemii. Chęć utrzymania zespołu powoduje, że przedsiębiorcy szukają nowych rozwiązań takich jak outplacement, czyli wypożyczanie pracowników do innych firm w zamian za pokrycie kosztów ich zatrudnienia – mówi Piotr Wolny, dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. – To dobra alternatywa, bo niektóre firmy nadal poszukują kadr, a inne nie chcą zwalniać. Taki „barter” zadowala więc wszystkie strony; gwarantuje pracę dla pracowników oraz wsparcie dla firm, które potrzebują zasilenia tymczasową kadrą. Outplacement wymaga zaufania i odpowiednich umów, partnerzy muszą traktować się uczciwie. Póki co, mamy w Szczecinie same pozytywne przykłady takiego działania – mówi dyrektor Izby.

Piotr Wolny podaje kilka przykładów: – Uruchomiliśmy akcję Potrzebna Pomoc Przedsiębiorcy. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę. Nasz przedsiębiorca bardzo nie chciał zwalniać pracowników, ale czuł, że będzie musiał uszczuplić kadrę o ok. 40 osób, bo tyle może potrwać przestój w jego branży. Umieściliśmy jego ogłoszenie i kilka dni później jego pracownicy byli wypożyczeni innej firmie na bardzo partnerskich zasadach. Wszyscy są zadowoleni, choć takie działanie wymaga otwartości. Pracownicy na jakiś czas zmieniają pracodawcę. Wiemy już, że inne firmy są zainteresowane takim rozwiązaniem – mówi Dyrektor Piotr Wolny.

„Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie”

Specjaliści od HR potwierdzają – outplacement to sposób na przetrwanie kryzysu. Wiele firm decyduje się na takie działanie. Grupy pracowników są wypożyczanie zarówno w przemyśle jak i np. handlu. To praktyka na świecie znana od dawna, ale w Polsce szerzej stosowana dopiero od kilku miesięcy. To zmiana wywołana pandemią koronawirusa. Zdarza się jednak, że pracodawcy decydują się na stałe przekazanie swoich pracowników innej firmie. Takie działanie jest tożsame z wewnętrzną, społeczną odpowiedzialnością biznesu.

–  Są branże, których reprezentanci od wielu tygodni walczą o przetrwanie. Mówię tu o firmach związanych z turystyką biznesową, zajmujących się transportem zbiorowym, hotelach, klubach fitness.  W tej trudnej dla obu stron sytuacji, część pracodawców podejmuje decyzję o wdrożeniu outplacementu, czyli programu pomocy zwalnianym, którego celem jest szybsze znalezienie nowego zatrudnienia przez zwalnianego pracownika.

Z naszego doświadczenia wynika, że program outplacementowy powinien być podzielony na trzy etapy. Pierwszy to przede wszystkim rozmowa z doświadczonym doradcą zawodowym, który pomoże w stworzeniu dobrego CV oraz przekaże wiarygodne informacje na temat lokalnego rynku pracy ze wskazaniem potencjalnych pracodawców – mówi Aleksandra Kowalczykowska z firmy LSJ HR Group. Kolejne etapy to praca nad marką osobistą w social media, coaching oraz wreszcie rozmowy o pracę w firmach w których chcemy pracować – dodaje ekspertka LSJ HR Group.

– Każde z tych działań wspiera zwalnianych pracowników w jak najszybszym znalezieniu nowego zatrudnienia oraz pomaga w zarządzeniu stresem związanym z utratą pracy. Na ich przeprowadzeniu zyskują jednak nie tylko zwalniani, ale i pracodawcy. Co zyskują ci drudzy? Uspokojenie nastrojów i zapobieżenie powstawaniu negatywnego nastawienia u pozostałych pracowników – dodaje Aleksandra Kowalczykowska.

SunRoof wchodzi do Niemiec

  • SunRoof, startup tworzący dachy solarne 2w1 i innowacyjne fasady, które produkują „zieloną” energię ze słońca, otwiera oddział w Niemczech:
  • Dach solarny SunRoof zastępuje tradycyjny dach i produkuje prąd ze słońca bez instalowania na jego powierzchni paneli fotowoltaicznych.
  • Technologia dachów solarnych opracowana przez SunRoof jest już z powodzeniem stosowana w ponad 100 domach w Szwecji, Norwegii, Polsce i Szwajcarii.

Niemcy są kolejnym rynkiem, na którym klienci dostaną szansę stworzenia samowystarczalnego energetycznie i inteligentnego domu dzięki solarnym innowacjom oferowanym przez SunRoof.

O sukcesie dachu solarnego 2w1 decydują jego kluczowe zalety: pełni funkcję dachu i jednocześnie wytwarza energię elektryczną ze słońca bez dodatkowych instalacji PV, wyróżnia go doskonały szwedzki design i wygląda jak nowoczesna dachówka, a ponadto do jego budowy potrzeba mniej materiałów niż w przypadku standardowego dachu i paneli fotowoltaicznych. SunRoof ma najmniejszy ślad węglowy CO2 w swojej kategorii i pomaga osiągnąć neutralność klimatyczną.

Kiedy w październiku 2016 roku Tesla zaprezentowała swój dach solarny, przyciągnęła uwagę całego świata. Jednak od tego czasu dachy solarne zostały zainstalowane tylko w kilku stanach USA. Plan wprowadzenia do Europy i Australii nie został jeszcze oficjalnie ogłoszony. Nadal pozostaje więc ważne pytanie: jeśli budynek ma produkować energię słoneczną, to po co mu kolejna warstwa dachówki?

Innowacja firmy SunRoof wypełni tę lukę. Grupą docelową zintegrowanego dachu solarnego są nie tylko ludzie, którzy szukają dachu premium – to rozwiązanie dla wszystkich zainteresowanych wyjątkowym designem.

Z technologicznego punktu widzenia dach solarny SunRoof składa się z trzech warstw. Pierwsza warstwa to system izolacji zapewniający 100% wodoszczelność. Warstwa środkowa to podkonstrukcja montażowa. Natomiast zewnętrzna warstwa zbudowana jest z modułów monokrystalicznych typu glass-glass, które przekształcają promienie słoneczne w energię elektryczną. Dach solarny SunRoof przejmuje funkcję dachówki i standardowego systemu fotowoltaicznego.

SunRoof tworzy cały ekosystem rozwiązań wspierających inteligentne zarządzanie energią – począwszy od dachu solarnego, przez aplikację do monitorowania i zarządzania prądem, po unikatowy na europejską skalę marketplace energetyczny, który umożliwi sprzedaż nadwyżek energii produkowanej przez dachy solarne.

SunRoof rozwija się w rekordowym tempie

SunRoof powstał w 2013 roku w Szwecji z misją stworzenia dachu solarnego w nowoczesnym designie, zintegrowanego z architekturą domu i zapewnienia wszystkim dostępu do zrównoważonej energii. Pierwsze lata jego działalności upłynęły głównie na opracowywaniu i testowaniu autorskiej technologii. SunRoof nabrał rozpędu w 2018 roku po tym, jak dołączył do niego Lech Kaniuk.

Lech Kaniuk już wcześniej z sukcesami budował takie marki jak Delivery Hero, PizzaPortal czy iTaxi, a także inwestował i zarządzał wieloma nagradzanymi spółkami.

Już rok po tym, jak doświadczony przedsiębiorca i inwestor dołączył do SunRoof, startup odnotował wzrost 500% r/r i to zanim jeszcze rozpoczął ekspansję zagraniczną. W październiku tego roku poinformował o pozyskaniu 2 mln euro finansowania od czołowych europejskich funduszy VC, które chce przeznaczyć m.in. na rozwój działalności na kolejnych rynkach. Planuje też pozyskać finansowanie serii A na przełomie Q1/Q2 2021 r., aby zapewnić tę wyjątkową technologię solarną w poszczególnych krajach.

Niemcy są pionierem we wdrażaniu rewolucji energetycznej. Zintegrowane rozwiązania to przyszłość ekologicznego budownictwa, dlatego wprowadzamy skandynawską technologię na niemiecki rynek. Łącząc innowacje i dobry design, chcemy aktywnie uczestniczyć w tworzeniu zrównoważonych miast przyszłości i przyspieszyć przejście na odnawialne źródła energii. Jestem przekonany, że mając na pokładzie Roberta Bruchnera, który będzie odpowiedzialny za działalność biznesową w Niemczech i który rozumie, jak ważny jest dla nas rozwój czystych technologii, wzmocnimy nasz udział w zielonej transformacji energetycznej – mówi Lech Kaniuk, CEO SunRoof.

Robert Bruchner posiada 13-letnie doświadczenie zdobyte w różnych firmach i na różnych stanowiskach w branży solarnej i magazynowej. Zanim nowy Country Manager SunRoof na Niemcy rozpoczął swoją pierwszą pracę w sektorze fotowoltaicznym w 2007 roku, zainstalował system solarny w domu swoich rodziców, aby zdobyć praktyczne doświadczenie. Przez ostatnie cztery lata był odpowiedzialny za wprowadzenie Tesla Powerwall 1&2 w regionie DACH (Niemcy, Austria, Szwajcaria) i zbudowanie zespołu sprzedaży Powerwall.

Cieszę się, że dzięki SunRoof mogę wprowadzić na niemiecki rynek produkt, który daje tak wiele korzyści. Zintegrowany dach solarny budujemy bez zbędnych dachówek i systemu do montażu instalacji fotowoltaicznych. Korzystamy z najwyższej klasy falowników, jak również optymalizatorów mocy. Możemy także wyposażyć nasz system w magazyny energii, pompy ciepła i ładowarki do samochodów elektrycznych. Każdy, kto otrzyma wycenę, będzie pozytywnie zaskoczony atrakcyjną ceną naszego rozwiązania – mówi Robert Bruchner, Country Manager Germany SunRoof.

Warszawski rynek mieszkaniowy uodpornił się na COVID-19

Jak dotąd jesienny atak COVID-19 jest praktycznie niezauważalny na mieszkaniowym rynku wtórnym w Warszawie. Ceny są stabilne, a chętnych na zakup mieszkań nie brakuje.

Marcowy lockdown spowodowany pandemią koronawirusa był dla warszawskich pośredników ogromnym zaskoczeniem. Z ich biur nagle zniknęli klienci kupujący mieszkania. Zamknęły się urzędy i biura notarialne.

Początek pandemii wprowadził wiele niepewności o naszą przyszłość – przyznaje Grzegorz Pogorzelski, właściciel agencji Pogorzelski Nieruchomości. – Na szczęście lockdown nie trwał długo. Od maja obserwowaliśmy niesłabnące zainteresowanie zakupem nieruchomości.

– Różnica jest taka, że większość prezentacji mieszkań przeniosło się do Internetu – dodaje Tomasz Obarski, Warszawski Agent Nieruchomości.

Dyrektor zarządzający Alfa Home Nieruchomości Jan Czajkowski, w najnowszej sondzie GetHome.pl na temat II fali koronawirusa na warszawskim rynku nieruchomości przyznaje, że obecnie każde szanujące się biuro proponuje osobom zainteresowanym zakupem mieszkania prezentację online w formie wirtualnego spaceru.

Jeśli mieszkanie spodoba się zainteresowanemu, pokazujemy mu je na żywo – wyjaśnia Jan Czajkowski. I dodaje, że choć takich spotkań jest mniej, to niejednokrotnie bywają one tylko formalnością. Dzięki wirtualnym spacerom klienci są bowiem bardziej zdecydowani niż wcześniej.

Październik był miesiącem absolutnego rekordu pod względem obrotu w całej historii firmy. Nasz wynik wzrósł o 13% względem analogicznego okresu w zeszłym roku – chwali się Paweł Madejek, specjalista ds. sprzedaży i wynajmu nieruchomości w Nowodworski Estates.

Wśród warszawskich pośredników przeważa jednak opinia, że pod względem obrotów ten rok będzie trochę słabszy od poprzedniego.

Okres od maja do września to czas, kiedy obserwowaliśmy zdecydowanie wzmożone zainteresowanie zakupem nieruchomości. Październik jest natomiast podobny do marca 2020 r. Zainteresowanie oglądających wyraźnie spadło – mówi Krystian Podbielski, współwłaściciel agencji En Casa.

Pośrednicy zgodnie przyznają, że i tak sytuacja na rynku jest zdecydowanie lepsza, niż podczas pierwszej fali pandemii koronawirusa. Tomasz Obarski zwraca uwagę, że wiosną dość powszechne było oczekiwanie spadku cen mieszkań. Tak się jednak nie stało.

– Ceny mieszkań pozostają bez większych zmian – potwierdza Jan Czajkowski.srednia-cena

Dlatego wielu z tych, którzy wstrzymali się z zakupem mieszkania, jesienią wróciło na rynek.

– W decyzji zakupowej pomagają niskie stopy procentowe – podkreśla Tomasz Obarski.

Dane Biura Informacji Kredytowej (BIK) wskazują, że po wybuchu pandemii wyraźnie spadła liczba udzielonych kredytów mieszkaniowych. Jednak w sierpniu banki poluzowały swoje wymagania (m.in. dotyczące wysokości wkładu własnego). Efekt tego widać w wynikach za wrzesień i październik.liczba-udzielonych-kredytow (1)

Co ważne, także w listopadzie w BIK spodziewają się wzrostu akcji kredytowej. Czy ta tendencja utrzyma się w kolejnych miesiącach? W BIK odpowiadają, że to zależy od banków – jak zareagują na nawrót pandemii w postaci tzw. drugiej fali.

– Jak widać zapotrzebowanie na zakup nieruchomości nie spadło, zmianie uległy preferencje klientów – komentuje Paweł Madejek. Według niego, zdecydowanie więcej osób zwraca teraz uwagę na lokale z ogródkiem, tarasem lub szuka lokalizacji z bliskością terenów zielonych. Wzrosło też zainteresowanie działkami pod budowę domów jednorodzinnych oraz terenów rekreacyjnych w odległości do 30 km od Warszawy.

Podobny trend, jeśli chodzi o działki, zaobserwował Tomasz Obarski. Jego zdaniem spadło za to zainteresowanie zakupem mieszkań pod wynajem.

Właściciel agencji Goeste Nieruchomości Michał Spodymek nie ma wątpliwości, że przyczyną są wzrosty cen. – Osiągnęły one poziom, który nie gwarantuje zadowalających stóp zwrotu – wyjaśnia Michał Spodymek. Według niego, prawie do zera spadło zainteresowanie mieszkaniami przeznaczonymi na cele biurowe.

Tymczasem Jan Czajkowski zaobserwował, że wśród kupujących mieszkania jest coraz więcej tzw. klientów gotówkowych.

– Gdy oprocentowanie lokat bankowych nie rekompensuje skutków inflacji, nieruchomość jest jedną z lepszych form ulokowania kapitału – tłumaczy Grzegorz Pogorzelski, właściciel agencji Pogorzelski Nieruchomości.

Autor/Źródło: GetHome.pl

Jaki rynek pracy przyniesie nowy rok?

W pierwszym kwartale nowego roku 6% firm będzie powiększać swoje zespoły, a 4% chce redukować etaty – to dane z najnowszej analizy prognostycznej rynku pracy w Polsce, opublikowanej dziś przez ManpowerGroup w ramach raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”. Czas od stycznia do marca przyniesie najmocniejszy rynek pracy w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w handlu detalicznym i hurtowym. To w tych sektorach przedsiębiorstwa będą zatrudniać najwięcej nowych pracowników. Najsłabsze perspektywy czekają natomiast na poszukujących pracy w restauracjach i hotelach.

W pierwszym kwartale nowego roku 6% firm chce poszukiwać nowych pracowników i powiększać swoje zespoły, 4% myśli o redukowaniu etatów, 86% nie planuje zmian personalnych a 4% nie wie, co przyniosą najbliższe miesiące. Prognoza netto zatrudnienia po korekcie sezonowej wynosi +5% i jest na takim samym poziomie jak w ubiegłym kwartale. To dane płynące z opublikowanego dziś raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”, prezentującego plany rekrutacyjne firm na okres od stycznia do marca.

Budownictwo, produkcja przemysłowa i handel z największym zapotrzebowaniem na ręce do pracy

W ramach raportu przedstawiono prognozy także dla siedmiu sektorów rynku. Najbardziej optymistyczne plany rekrutacyjne, podobnie jak w minionym kwartale, wskazali przedstawiciele budownictwa (prognoza netto na poziomie +18%), produkcji przemysłowej (+11%) oraz handlu detalicznego i hurtowego (+9%). To dobra wiadomość dla osób, które myślą o zmianie pracodawcy i rotacji do przedsiębiorstw z tych branż, ponieważ mogą oczekiwać znacznej liczby ofert pracy. To także informacja dla pracowników zatrudnionych w tych organizacjach, zapowiadająca okres stabilny w kontekście zatrudnienia. Prognozy świadczące o chęci powiększania zespołów wskazały także firmy związane z finansami i usługami dla biznesu (+5%), niewielkie wzrosty deklarują przedstawiciele innych usług (+2%) i innych obszarów produkcji (+1%). Jedyny sektor, gdzie przedsiębiorstwa planują zmniejszać zespoły to restauracje i hotele, z prognozą na poziomie -7%, która jest zapowiedzią znaczących redukcji etatów.Budownictwo, produkcja przemysłowa i handel z największym zapotrzebowaniem na ręce do pracy

– Prognozy zatrudnienia potwierdzają, że nadal więcej firm będzie poszukiwać nowych pracowników, a ogólny wynik dla Polski jest na stabilnym poziomie, podobnym jak ten deklarowany przez firmy rok temu, przed wybuchem pandemii. Patrząc na plany rekrutacyjne przedsiębiorstw na przestrzeni ostatniego roku widzimy, że czasem największej niepewności a jednocześnie okresem największych redukcji etatów był trzeci kwartał 2020 roku. Teraz organizacje powoli się stabilizują i większość chce wzmacniać swoje zespoły – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce.

– Kolejny kwartał z rzędu liderem w zakresie prognozy zatrudnienia jest budownictwo, które zgłasza największe zapotrzebowanie na ręce do pracy. Co więcej plany rekrutacyjne firm z tego sektora uwzględniają zatrudnienie pracowników na większą skalę niż działo się to jeszcze przed pandemią. Na znalezienie nowej pracy będą mogli liczyć nie tylko pracownicy fizyczni, lecz także specjaliści jak na przykład inżynierowie budowy, specjaliści do spraw kosztorysowania, projektanci instalacji, także kierownicy robót, kierownicy kontraktu. Budownictwo to jednocześnie sektor, który mierzy się ze znacznym niedoborem rąk do pracy, a wykwalifikowani oraz niewykwalifikowani pracownicy fizyczni od lat znajdują się w czołówce zawodów dotkniętych największym niedoborem talentów. Z kolei produkcja przemysłowa jeszcze wzmocniła swoją prognozę wskazywaną na końcówkę roku, czyli czas zwykle bardzo intensywny w tym sektorze. Rosnący optymizm pracodawców z tej branży to dobry znak dla polskiej gospodarki. Optymistyczne prognozy wskazali także przedstawiciele handlu, gdzie znaczne potrzeby personalne zgłasza zyskujący w pandemii e-commerce. Mówiąc o perspektywach na pierwszy kwartał roku będzie to dobry czas dla specjalistów do spraw sprzedaży ze znajomością języków obcych, inżynierów sprzedaży, osób odpowiedzialnych za sprzedaż w regionie, przedstawicieli handlowych – dodaje Iwona Janas.

W ujęciu kwartalnym prognozy rekrutacyjne są bardziej optymistyczne jedynie w dwóch obszarach. Najwyższy wzrost zanotowały firmy z produkcji przemysłowej (o 5 punktów procentowych), mniejszy wskazali przedstawiciele innych usług (1 pp.). Spadek nastrojów rekrutacyjnych firm jest widoczny w czterech z siedmiu sektorów. Największy, o 9 pp., dotyczy restauracji i hoteli. Mniej niż w ubiegłym kwartale pracowników będą poszukiwać przedsiębiorstwa z handlu detalicznego i hurtowego (spadek o 3 pp.) oraz budownictwa (2 pp.). Wynik dla innych obszarów produkcji oraz finansów i usług dla biznesu pozostaje na relatywnie podobnym poziomie.

Pracodawcy w trzech z siedmiu badanych sektorów będą poszukiwać większej liczby pracowników niż rok temu, przed wybuchem pandemii. Mowa o budownictwie (gdzie prognoza wzrosła w ujęciu rocznym o 6 pp.), handlu detalicznym i hurtowym (4 pp.) oraz produkcji przemysłowej (2 pp.). Z kolei w trzech sektorach w ujęciu rocznym zmniejszyło się zapotrzebowanie na nowych pracowników, najbardziej w restauracjach i hotelach (9 pp.), a także w innych obszarach produkcji (4 pp.) i innych usługach (3 pp.).

Polska siódma w europejskim rankingu

W zestawieniu dla regionu EMEA (Europa, Bliski Wschód i Afryka) prognoza dla Polski daje nam siódme miejsce w rankingu rynków, gdzie w najbliższym kwartale będzie najłatwiej o pracę. Najwięcej nowych pracowników będą poszukiwać organizacje w Grecji (+9%), Niemczech (+8%) i Turcji (+8%). Biorąc pod uwagę dane dla południowych sąsiadów Polski to w Czechach firmy deklarują prognozę na poziomie +1%, a w Słowacji -1%. Najgorszych perspektyw na rynku pracy mogą się spodziewać mieszkańcy Wielkiej Brytanii (-6%), Szwajcarii (-4%), Austrii (-2%) i Hiszpanii (-1%). To rynki, gdzie więcej firm będzie redukować zespoły niż zatrudniać nowych pracowników.

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Sieć Badawcza Łukasiewicz i GPW będą promować innowacyjność spółek giełdowych

  • Wspólna inicjatywa Łukasiewicza i Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW) ma doprowadzić do rozpoczęcia obliczania i publikacji indeksu obejmującego spółki giełdowe zaangażowane w działalność badawczo-rozwojową prowadzoną we współpracy z Siecią Badawczą Łukasiewicz
  • Powstanie „Indeks Łukasiewicza”

Koncepcję „Indeksu Łukasiewicza” zaprezentowali Piotr Dardziński, Prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz i Marek Dietl, Prezes Zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie podczas konferencji „Debiut Łukasiewicza” – pierwszego spotkania naukowców i inżynierów Łukasiewicza z przedstawicielami spółek notowanych na warszawskim parkiecie.

Poziom innowacyjności nie od dziś bezpośrednio wpływa na jej rynkowy sukces i przyciąga uwagę inwestorów. Inicjując, wraz z Giełdą Papierów Wartościowych w Warszawie, powołanie indeksu najbardziej innowacyjnych firm na warszawskim parkiecie, chcemy docenić i wyróżnić ich zaangażowanie w działalność badawczo- rozwojową oraz zachęcić pozostałe firmy do rozwijana własnego potencjału w oparciu o wiedzę i kompetencje naukowców Łukasiewicza, największego w Polsce dostawcy innowacyjnych rozwiązań B+R. Chcemy, aby naturalnym odruchem każdej spółki, która myśli o modernizacji swojej firmy i wzroście wartości dla akcjonariuszy stało się rzucenie wyzwania Łukasiewiczowi. Cieszę się, że możemy realizować ten ambitny cel wspólnie z instytucją, której zasługa w promowaniu innowacyjności wśród polskich firm jest nieoceniona – uzasadnia inicjatywę powołania nowego indeksu giełdowego, Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Wprowadzenie „Indeksu Łukasiewicza” grupującego najbardziej innowacyjne spółki na GPW wpisuje się w trendy zachodzące w gospodarce oraz na rynku kapitałowym. My również stawiamy na nowoczesne rozwiązania i technologie, a jedną z naszych najważniejszych innowacji jest nowa wersja kalkulatora indeksów giełdowych stosowanego przez GPW Benchmark. Dzięki temu rozwiązaniu będziemy mogli od II kwartału 2021 roku zwiększyć zakres usług „fabryki szytych na miarę” indeksów i wskaźników referencyjnych dla banków, towarzystw ubezpieczeniowych i towarzystw funduszy inwestycyjnych – mówi Marek Dietl, Prezes Zarządu GPW.

Według wstępnych założeń w skład indeksu wejdą spółki notowane na Głównym Rynku oraz na rynku NewConnect, które współpracują z Łukasiewiczem. Aktualizacja listy uczestników będzie przeprowadzana co pół roku. Wartości indeksu będą obliczane raz dziennie na podstawie kursów zamknięcia. Ambicją autorów projektu jest, aby pierwszy skład portfela indeksu został opublikowany 1 kwietnia 2021 r., w drugą rocznicę powołania Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Spółki notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie to firmy, które z jednej strony są najbardziej na rynku transparentne, a z drugiej nie boją się podejmować ryzyka i już dziś posiadają własne innowacyjne technologie, często unikatowe na skalę świata. My chcemy ten gen nowoczesności wzmocnić, oferując to co w Łukasiewiczu najcenniejsze – zespół ponad 4500 kreatywnych ludzi, którzy tworzą z pasją rozwiązania dla biznesu poszukującego innowacyjnych rozwiązań. Dwanaście starannie wyselekcjonowanych, gotowych do wdrożenia projektów nowoczesnych technologii zaprezentowaliśmy dziś uczestnikom Debiutu Łukasiewicza. Są wśród nich rozwiązania dotyczące elektrochemioterapii, czyli chemioterapii nowotworowej wspomaganej elektroporacją, technologie odzysku ciepła odpadowego z procesów przemysłowych czy miniautobus elektryczny z funkcją cargo. Jestem przekonany, że już wkrótce będą one pracować na zyski spółek, które zdecydowały się w nie zainwestować – podkreślił Piotr Dardziński.

Na ofertę Sieci Badawczej Łukasiewicz składa się unikalny system Wyzwań Łukasiewicza, dzięki któremu grupa naukowców w nie więcej niż 15 dni roboczych przygotowuje dla przedsiębiorcy propozycję opracowania skutecznego rozwiązania wdrożeniowego w ramach czterech kierunków działalności – transformacji cyfrowej, inteligentnej mobilności, zdrowia oraz zrównoważonej gospodarki i energii. Angażuje przy tym najwyższe w Polsce kompetencje naukowców i unikalną w skali kraju aparaturę naukową. Przedsiębiorca nie ponosi żadnych kosztów związanych z opracowaniem pomysłu na prace badawcze.

– VIGO System od lat dziewięćdziesiątych współpracuje na poziomie badawczo-rozwojowym z instytutami, które dziś tworzą Łukasiewicz – Instytut Mikroelektroniki i Fotoniki. Dzięki tej kooperacji, udało nam się rozwinąć nowe technologie oraz stworzyć nowe innowacyjne produkty. Bardzo istotną rzeczą przy naszej współpracy jest dostęp do ogromnego zaplecza badawczo-rozwojowego. Realizując długofalową strategię rozwoju firmy zaczynamy nowy projekt z Łukasiewicz-IMIF i Politechniką Warszawską o całkowitym budżecie około 30 mln zł. Ma on na celu stworzenie zintegrowanych układów fotonicznych w zastosowaniach codziennego użytku. To otwiera nowy rozdział naszej współpracy. Jestem przekonany, że dalsze wspólne działania przyczynią się do wielu sukcesów i pozwolą budować innowacyjne środowisko dla rozwoju polskiej fotoniki – mówi Adam Piotrowski, prezes Vigo System S.A.

Lista projektów zaprezentowanych podczas konferencji:

Zdrowie:

  • Poszukiwanie nowych celów molekularnych w terapii depresji;
  • Technologie leków generycznych zabezpieczających dostępność terapii chorób cywilizacyjnych;
  • Elektrochemioterapia (ECT), czyli chemioterapia nowotworowa wspomagana elektroporacją odwracalną.

Transformacja Cyfrowa

  • Inteligentna fabryka – magazyny i zapasy;
  • Inteligentna fabryka – sieć dystrybucji i logistyka;
  • Inteligentna fabryka – cyfrowe łańcuchy dostaw.                    

Inteligentna Mobilność

  • EV600 – Mini autobus elektryczny z funkcją Cargo przeznaczony do transportu zbiorowego w obszarach podmiejskich, turystycznych, uzdrowiskowych, lotniskach;
  • Platforma Autonomiczna Wsparcia Operacyjnego poruszająca się w trybie zdalnego sterowania lub w trybie autonomicznym;
  • Inteligentne zatoczki rozładunkowe redukujące kongestię i poprawiające bezpieczeństwo w centrum miasta.

Zrównoważona gospodarka i energia

  • Polimery i biododatki do biodegradowalnych tworzyw sztucznych nowej generacji;
  • Technologia odzysku ciepła odpadowego z procesów przemysłowych;
  • Opracowanie metod odzysku jonów metali ze strumieni technologicznych i ścieków procesowych.

Ostatnia mila w logistyce e-commerce

Można powiedzieć, że ostatnia mila oznacza „tylko” końcowy etap dostarczania towaru do klienta. Jednak w przypadku zakupów internetowych właśnie ten finał okazuje się najbardziej istotny, kosztowny i skomplikowany w całym procesie logistycznym.

Gdy klikamy „kup teraz”, zupełnie nie myślimy o tym, jak skomplikowany proces uruchamiamy. A przecież od tego momentu rozpoczyna się walka z czasem, w efekcie której wybrany produkt powinien trafić w nasze ręce w 48 godzin, a coraz częściej w ciągu jednej doby. Nie jest to łatwe wyzwanie!

Jeszcze trudniejsze staje się obecnie, gdy z powodu pandemii wiele osób pracuje zdalnie. Nie tylko praca, ale także zakupy mogą być bezpieczniejsze, jeśli będą wykonywane przez Internet. Dodatkowo, na wzrost zainteresowania zakupami on-line w Polsce wpływ mogło mieć ograniczenie stacjonarnego handlu w niedzielę.

Z raportu Global Ecommerce 2020 wynika, że najwyższy na świecie wzrost sprzedaży w kanale e-commerce odnotuje w tym roku Europa Środkowo-Wschodnia – aż o 21,5% w stosunku do roku ubiegłego. Niektórzy analitycy przewidują, że te wyniki będą jeszcze bardziej spektakularne. Problem w tym, że ktoś ten wzrost musi obsłużyć.

Dlaczego ostatnia mila jest taka ważna?

Droga towaru od zamówienia do dostarczenia jest zazwyczaj długa. Dlaczego więc właśnie ostatnią milę uważa się za tak istotną?

– Przede wszystkim dlatego, że ten etap stanowi punkt styku pomiędzy sprzedawcą a klientem. Jego zadowolenie będzie zależało w dużej mierze od punktualności dostawy, od tego czy paczka trafi pod właściwy adres, od stanu przesyłki, czy też od kultury osobistej kuriera – mówi Urszula Rąbkowska z firmy logistycznej XBS Group.

Dostarczenie przesyłki do punktu odbioru lub pod drzwi klienta w obiecywanym terminie zależy nie tylko od sklepu, ale często także od kilku pośredników (magazyn, firma transportowa, kurier). A jednak, ostatecznie, klient będzie wystawiał opinię sklepowi. Może to zrobić w wyszukiwarce, w mediach społecznościowych, w porównywarce cenowej, czy też na platformie sprzedażowej, a negatywne oceny mogą mieć duży wpływ na decyzje innych potencjalnych klientów.

Z drugiej strony, sprawna logistyka może być elementem szeroko pojętej obsługi klienta i przewagą konkurencyjną firmy. Klient chętnie będzie zamawiał produkty w sklepie, który dostarcza paczki szybko, bezbłędnie, a kurier jest zarówno punktualny, jak i miły. W związku z tym etap ostatniej mili ma dla sklepu największe znaczenie ze względu na wizerunek czy reputację, a pośrednio ma wpływ także na przychody. W końcu ostatecznie do sklepu wróci tylko klient zadowolony.

Dlaczego ostatnia mila jest taka skomplikowana?

Skoro ostatni etap dostarczania przesyłek jest tak ważny, to z czego wynikają trudności?

– Wcześniejsze etapy, choć niezwykle ważne, można dość dokładnie zaplanować – zauważa Urszula Rąbkowska. – Przekazywanie informacji o zamówieniach ze sklepu on-line do magazynu można zautomatyzować. W magazynie proces kompletowania zamówień, a następnie ich pakowania i wydawania do wysyłki można poddać niemal bezbłędnym procedurom. Sam transport towaru do danego miasta również odbywa się najczęściej bez problemów, a współczesne systemy nawigacyjne pomagają przewidzieć i ominąć ewentualne utrudnienia na trasie. Komplikacje pojawiają się dopiero później – podkreśla.

Istotnym problemem jest chociażby rozdrobnienie punktów odbioru. Niegdyś towar był przewożony z magazynu do sklepu, w którym klienci robili zakupy. Obecnie, samo dotarcie transportu do danego miasta nie wystarczy – część klientów będzie chciała odebrać produkt w sklepie, część zamawia kuriera, jeszcze inni wskazują paczkomat lub inny punkt odbioru. W związku z tym dostawy z jednego sklepu do konkretnego miasta (nawet niewielkiego) trzeba podzielić na różne kanały dostawy. To generuje koszty i wyzwania organizacyjne.

Poza tym transport w mieście jest utrudniony przez wiele czynników. Niektóre korki da się przewidzieć, ponieważ powstają codziennie, ale już zatory wywołane kolizjami to zdarzenia losowe. Poza tym transport w dużych miastach może być utrudniony przez problemy związane z parkowaniem, czy też zakazy wjazdów obowiązujące ciężarówki w określonych miejscach, czy też w określonych godzinach.

Gdy przesyłki dostarczane są do punktów odbioru czy automatów, może się okazać, że niektóre z nich są przepełnione lub też, że brakuje miejsca na paczki o określonych gabarytach. Z kolei odwiedzając odbiorcę bezpośrednio, kurierzy często muszą fatygować się w dane miejsce kilkukrotnie, zanim zastaną adresata. 3-krotny powrót pod ten sam adres nie należy do rzadkości. Każda powtórna dostawa to także dodatkowe koszty i dodatkowy czas pracy kuriera. Opóźnienie w jednym miejscu, niczym domino, spowoduje kolejne opóźnienia.

Jeszcze inne problemy mogą dotyczyć produktów o krótkiej trwałości – np. spożywczych. W ich przypadku dostawa powinna być szczególnie szybka, a wszelkie błędy lub utrudnienia mogą sprawić, że towar w ogóle nie dotrze do adresata w formie nadającej się do użytku lub spożycia.

Na końcu mamy jeszcze wspomniany punkt styku osoby wydającej towar z odbiorcą końcowym – bez względu na to czy paczkę wyda sprzedawca w osiedlowym sklepie czy kurier, zachowanie takiej osoby może mieć znaczący wpływ na zadowolenie klienta z całej transakcji.

Kluczowe procesy dzieją się wcześniej

Co może pomóc w usprawnieniu logistyki na ostatniej mili? Na pewno korzystna jest rosnąca popularność automatów czy też punktów odbioru, dzięki którym klienci mogą odbierać przesyłki w dogodnym dla siebie miejscu i czasie. Więcej przesyłek zgromadzonych w jednym punkcie to znaczne ułatwienie dla kurierów. Natomiast tam, gdzie klienci życzą sobie dostawy bezpośredniej, ułatwieniem może być możliwość wcześniejszego ustalenia, w jakich godzinach odbiorca będzie dostępny pod danym adresem.

Choć jednak rozmaite udogodnienia mogą usprawnić terminowe dostawy, kluczowe okazują się operacje dokonywane na wcześniejszych etapach. Jeśli sam proces magazynowania i kompletowania zamówienia będzie przebiegał sprawnie i nie będzie generował wysokich kosztów, prawdopodobnie mniej problemów wystąpi także na ostatniej mili.

– Na organizację i koszty wpływać może choćby liczba magazynów, a więc konieczność przewożenia towarów między nimi – mówi Urszula Rąbkowska – Dlatego bardziej opłacalne może być utrzymywanie jednego magazynu centralnego zamiast kilku lokalnych. Wielu naszych klientów zanotowało duże oszczędności właśnie poprzez centralizację magazynowania – podkreśla przedstawicielka XBS Group.

Sam magazyn powinien być optymalnie wykorzystany. Wysokie półki i wąskie alejki przekładają się na niższe koszty składowania.  Z kolei usługi dodatkowe, oferowane przez niektóre firmy logistyczne, takie jak co-packing, sprawiają że sklep nie musi zatrudniać własnych pracowników np. do przygotowywania pakietów promocyjnych (w tym zestawów świątecznych).

Niezwykle ważne okazuje się także odpowiednie oprogramowanie, w którym wszystkie dane dotyczące m.in. stanów magazynowych, zamówień, przesyłek są ze sobą zintegrowane. Dzięki współpracującymi ze sobą systemom WMS oraz ERP można wygodnie śledzić drogę każdej przesyłki od złożenia zamówienia przez klienta, aż do momentu odbioru.

Ewentualnie, z magazynu produkty mogą trafiać do mniejszego centrum przeładunkowego w danym mieście, gdzie dopiero zostaną podzielone na różne formy dostawy. W takim przypadku mówimy jednak o znacznie mniejszych i tańszych w utrzymaniu obiektach niż oddzielne magazyny regionalne.

Istotne jest także planowanie tras wysyłek wspólnie z firmami transportowymi. Chodzi o to, aby trasy były możliwie efektywne. Co to znaczy? Otóż, lepiej wypuścić ciężarówkę w pełni załadowaną, która po drodze obsłuży kilka miast, niż wysyłać dwa lub trzy transporty wypełnione częściowo, gdzie każdy pojazd wyruszy do innego miasta. Konsolidowanie tras przekłada się zarówno na niższe koszty, jak i na mniejsze obciążenie dla środowiska, a przy dobrym rozplanowaniu, czas transportu może być w wielu przypadkach podobny.

Niektóre dane wskazują, że sama logistyka ostatniej mili generuje aż 40% wszystkich kosztów logistycznych. Niestety, uzyskanie większych oszczędności na tym etapie jest bardzo trudne. Nie zapominajmy jednak, że pozostaje jeszcze 60% kosztów, nad którymi zapanować jest znacznie łatwiej. Współpracując z odpowiednimi firmami i integrując wszystkie działania w jeden system, sklepy internetowe mogą dokonać znacznych oszczędności a zarazem skrócić czas dostawy towaru.

I choć pozornie te wcześniejsze etapy nie dotyczą problemu ostatniej mili, to jednak w praktyce mogą znacznie zmniejszyć ryzyko związane np. z opóźnieniami czy pomyłkami. Poza tym, jeśli pierwsze etapy zostaną zrealizowane sprawnie i bezbłędnie, kurier jadący do odbiorcy zyska więcej czasu. Nawet więc, jeśli straci w korku więcej czasu niż planował, nadal będzie miał większe szanse, że dotrze do celu jeszcze zanim wybije ta kluczowa dwudziesta czwarta lub czterdziesta ósma godzina od złożenia zamówienia przez klienta.

Deweloperzy są aktywni również w mniejszych miastach

Działalność deweloperów jest kojarzona głównie z miastami wojewódzkimi. Warto jednak pamiętać, że niektóre mniejsze ośrodki miejskie także bardzo skutecznie przyciągają inwestorów.

 

Aktywność krajowych deweloperów zwykle bywa analizowana w kontekście sześciu największych metropolii albo 16 – 18 miast wojewódzkich. Trudno się temu dziwić, bo wspomniane ośrodki miejskie są bardzo ważne dla wyników całej branży deweloperskiej. Niemniej jednak, czasem warto porzucić wielkomiejską perspektywę i przyjrzeć się aktywności firm deweloperskich na terenie mniejszych ośrodków. Analiza ekspertów portalu RynekPierwotny.pl wskazuje, że niektóre miasta liczące sobie poniżej 100 000 mieszkańców pod względem intensywności działań deweloperów wyprzedzają nawet znacznie większe miejscowości.Mapa 1 – Liczba domów i mieszkań wybudowanych w latach 2015-2019

Relatywnie dużo buduje się m.in. w Kołobrzegu oraz Ząbkach

Podczas swoich obliczeń bazujących na danych GUS-u, analitycy portalu RynekPierwotny.pl wzięli pod uwagę wszystkie krajowe miasta liczące poniżej 100 000 mieszkańców. W przypadku badanych ośrodków miejskich, obliczono między innymi łączną liczbę mieszkań ukończonych przez deweloperów od 2015 roku do 2019 roku, a także średnią liczbę ludności miasta w tym okresie. Po sprawdzeniu wszystkich miast, na terenie których domy i lokale wybudowali deweloperzy okazało się, że największą liczbą nowych mieszkań cechowały się następujące ośrodki miejskie, zaprezentowane na mapie.

Jeżeli chodzi o ścisłą czołówkę, to pewną niespodzianką może być wynik Siedlec. Warto jednak pamiętać, że wspomniane miasto jest jednym z większych ośrodków w badanej grupie. Poza tym w pierwszej dziesiątce znajdziemy prawie wyłącznie ośrodki miejskie, które mają charakter turystyczny i/lub są zlokalizowane blisko metropolii. Korzystnym umiejscowieniem charakteryzuje się też większość miast zajmujących pozycje 11 – 20 (patrz powyżej).

Pod względem liczby mieszkań na 1000 osób prowadzi Mielno

W badanej grupie ośrodków miejskich posiadających do 100 000 mieszkańców, eksperci RynekPierwotny.pl dostrzegli także miasta, gdzie przez 5 lat (2015 r. – 2019 r.) deweloperzy wybudowali bardzo dużo domów i lokali w przeliczeniu na 1000 osób. Pod tym względem najlepiej prezentuje się dwadzieścia miast zaprezentowanych na poniższej mapie.Mapa 2 – Liczba domów i mieszkań wybudowanych w latach 2015-2019.png

Podobnie jak w poprzednim przypadku, bardzo ważnym czynnikiem okazała się bliskość metropolii lub atrakcyjność turystyczna dwudziestu wiodących miast. Warto odnotować, że takie miejscowości jak Mielno, Siechnice, Szklarska Poręba, Międzyzdroje oraz Dziwnów pod względem relacji liczby ludności oraz wybudowanych lokali i domów deweloperskich, zdecydowanie wyprzedziły nawet wiodące metropolie. Ciekawy jest też przykład Ożarowa Mazowieckiego, Ząbek i Marek, gdzie w przeliczeniu na 1000 osób deweloperzy budują znacznie więcej lokali i domów niż na terenie pobliskiej Warszawy.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Negocjacji ciąg dalszy

Po burzliwym poniedziałku, którzy zaczął się ucieczką do ryzyka, a skończył odreagowaniem i powrotem przeceny USD, ostatnie godziny przynoszą uspokojenie, choć w ostrożnej atmosferze. Katalizatorów zmienności nie brakuje w tym tygodniu z brexitem, decyzją EBC, szczytem UE i pakietem fiskalnym w USA. O ile nie mówimy o funcie, inwestorzy tonują emocje.

Wczorajsze wstrząsy nie utrzymały się na długo. Poranna ucieczka od ryzyka, dla której katalizatorem była przecena funta po niepokojących wieści znad stołu negocjacyjnego brexitu, zaczęła przemijać wraz z przebudzeniem handlu w Nowym Jorku. Takie szybkie wygaszenie korekty sugeruje, że mieliśmy do czynienia z dostosowaniem pozycji (prawdopodobna realizacja zysków z ostatnich, mocnych ruchów) niż z istotną zmianą nastawienia inwestorów. Potwierdza to różnica w zachowaniu walut G10 z rynkami wschodzącymi. Choć ruchy par walut emerging markets z dolarem dochodziły do 1 proc., to po oczyszczeniu z korekty wartości dolara nie było widać dodatkowej presji na wyprzedaż ryzykownych aktywów. Szybkie odbicie, jak tylko sentyment wobec USD się odwrócił, a także umiarkowane wahania rynku akcji implikują, że nie doszło do istotnej zmiany zasad gry. Co najwyżej został zagubiony kierunek w obliczu mnożących się czynników ryzyka.

We wtorek nieco przycichło na froncie brexitu. Spekulacje o zerwaniu negocjacji przez brytyjskiego premiera Johnsona nie materializują się, a wręcz przeciwnie, BoJo przystąpił do bezpośrednich rozmów z szefową Komisji Europejskiej von der Leyen. Wczorajsza rozmowa telefoniczna nie przyniosła przełomu, ale sam fakt, ze strony chcą rozmawiać dalej jest już pozytywnie odbierany przez rynek. Kolejna tura rozmów ma być już w cztery oczy, prawdopodobnie podczas unijnego szczytu (czwartek-piątek), ale determinacja stron pokazuje, że wszystkim zależy na uzyskaniu porozumienia. Jedocześnie wydaje się oczywiste, że w kluczowych tematach rybołówstwa i subwencji publicznych dla firm każda ze strony będzie musiała pójść na jakieś ustępstwa. Nie będzie łatwo, nie będzie brakować zaskakujących nagłówków prasowych, jednak fakt, jak łatwo rynek podnosi GBP/USD pokazuje, że zakłady inwestorów są po pozytywnej stronie.

W USA polityka fiskalna jest w centrum uwagi, a politycy zdają się być zmobilizowani, by osiągnąć międzypartyjne porozumienie. Decyzja Izba Reprezentantów o zapewnieniu o jedne tydzień dłużej finansowania administracji państwowej bez nowej ustawy budżetowej (termin mijał 11 grudnia), jest dobrą informacją. Kongres daje sobie dodatkowy czas na uzgodnienie pakietu pomocowego, który ma być elementem ustawy budżetowej. Nowy termin do obserwacji do 18 grudnia, ale już teraz sygnały z Waszyngtonu dają nadzieję, że gospodarka USA wkrótce otrzyma fiskalne wsparcie. To dobra wiadomość dla USA i apetytu na ryzyko, ale jednocześnie przyhamuje korektę USD.

Czy polskie weto wobec unijnego budżetu może zostać wycofane? Prasa sugeruje, że taka opcja istnieje, jeśli powiązanie wypłat z przestrzeganiem zasad praworządności zostanie zawężone tylko do przypadków defraudacji środków. Tymczasem dziś rano rzecznik prasowy rządu informuje, że podejście Polski do rozmów o budżecie nie uległo zmianie. Czas goni, gdyż Bruksela do dziś dało Polsce i Węgrom czas na wycofanie weta, inaczej rozpocznie się realizacja planu B, tj. konstruowania Funduszu Odbudowy z pominięciem obu krajów. Próba sił zapewne będzie trwać do unijnego szczytu 10-11 grudnia, a możliwe i rozmowy przeciągną się na weekend. Rynek walutowy dalej widzi światełko w tunelu i liczy na ostateczny konsensus. W efekcie EUR/PLN utrzymuje trend boczny, choć im bliżej końca tygodnia kurs może odpływać w wyższe zakresy konsolidacji, tj. 4,49-4,50.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Z rynku do samorządu, z samorządu do inspekcji, z inspekcji z powrotem na rynek – zjawisko obrotowych drzwi w sektorze aptecznym i jego konsekwencje

byt szeroki zakres kompetencji samorządu aptekarskiego, dążenie do zamykania rynku, a także „obrotowe drzwi” polegające na przepływie osób między organami samorządu zawodowego a instytucjami inspekcji, tworzą „aptekarski układ zamknięty” uderzający zarówno w przedsiębiorców będących właścicielami aptek, jak i w pacjentów – to podstawowy wniosek z opublikowanych dzisiaj raportów Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Nie ulega wątpliwości, że w Polsce trwa obecnie spór dotyczący kształtu regulacji rynku aptecznego. Jedna z jego stron optuje za rynkiem otwartym, konkurencyjnym i propacjenckim. Druga forsuje model rynku zamkniętego i skoncentrowanego na realizacji interesów wąskiej grupy farmaceutów. W ciągu ostatnich lat prawodawca przychylał się raczej do tej drugiej koncepcji, osiągając zresztą rezultaty odwrotne do zamierzonych. Najlepszym przykładem może być „apteka dla aptekarza”, która – będąc regulacją mającą poprawić dostępność aptek na terenach wsi i małych miasteczek – doprowadziła do likwidacji ponad tysiąca placówek, w kilkudziesięciu przypadkach będących jedyną w okolicy.

Równolegle, coraz większą rolę w polskim systemie aptecznym odgrywa samorząd zawodowy aptekarzy. Jak wskazano w opublikowanym opracowaniu, konstytucyjnym zadaniem samorządów zawodowych jest reprezentowanie osób wykonujących zawody zaufania publicznego i sprawowanie pieczy nad właściwym wykonywaniem tych zawodów. Samorząd aptekarzy rości sobie tymczasem prawo m.in. do dokonywania wiążącej wykładni przepisów. Przykładem mogą być choćby przepisy antykoncentracyjne (słynny 1% aptek w województwie), z których brzmienia wprost wynika, że zakazują one wydawania nowych zezwoleń na prowadzenie apteki podmiotom, które już posiadają powyżej 1% aptek ogólnodostępnych w województwie. Samorząd aptekarski forsuje tymczasem interpretację sprzeczną z literalnym brzmieniem regulacji, zgodnie z którą zakazane miałoby być posiadanie więcej, niż 1% aptek w województwie. Organy samorządu wydają się przy tym nie zważać na orzeczenia NSA, czy chociażby fakt, że ustawodawca podejmował już kilkukrotne próby modyfikacji przepisów Prawa farmaceutycznego tak, by odpowiadały one wykładni forsowanej przez samorząd aptekarski.

Eksperci ZPP podkreślają, że na promowaniu sprzecznej z klarownym brzmieniem przepisu interpretacji, ponadstandardowa aktywność samorządu aptekarskiego się jednak nie kończy. Coraz częściej pragnie on de facto przejmować rolę regulatora rynku, wykraczając poza przewidzianą przepisami konstytucji rolę samorządu zawodowego. Przykładem takiego działania może być choćby uchwała Krajowego Zjazdu Aptekarzy ze stycznia 2020 roku, która stanowi że farmaceuta związany umową franczyzy nie daje rękojmi prawidłowego prowadzenia apteki. Teoretycznie nie istnieje żadna podstawa prawna ku temu, by samorząd mógł weryfikować rękojmię farmaceuty – w przypadku zawodów zaufania publicznego przyjmuje się, że uzyskanie prawa do wykonywania zawodu jest równoznaczne z uzyskaniem rękojmi, którą utracić można wyłącznie w rezultacie postępowania dyscyplinarnego. Samorząd apteczny jednak, bazując na zawartym z Głównym Inspektorem Farmaceutycznym porozumieniu, opiniuje wnioski o wydanie zezwolenia na prowadzenie apteki, dokonując w praktyce oceny, czy wnioskodawca daje rękojmię prawidłowego prowadzenia placówki.

Powyższemu zjawisku, tj. konsekwentnym próbom poszerzania zakresu kompetencji samorządu zawodowego, towarzyszy zjawisko „drzwi obrotowych” na rynku aptecznym. Polega ono na stosunkowo swobodnym przepływie osób pomiędzy poszczególnymi podmiotami budującymi rynek apteczny i wykonywaniu przez te same osoby wielu funkcji w relatywnie krótkich odstępach czasu. Farmaceuta prowadzący aptekę (będący zatem przedsiębiorcą) może stać się członkiem organu władz samorządu aptekarskiego, który z kolei dzięki swoim szerokim kompetencjom ma możliwość skutecznego ustanawiania reguł funkcjonowania na rynku. Nic nie stoi na przeszkodzie, by farmaceuta taki w kolejnym kroku objął stanowisko Wojewódzkiego, czy nawet Głównego Inspektora Farmaceutycznego, czyli realizował funkcję nadzoru nad rynkiem. Przepisy stanowią bowiem wprost, że inspektorem farmaceutycznym może być wyłącznie farmaceuta. Po zakończeniu pracy jako Inspektor, farmaceuta może wrócić do funkcjonowania na rynku jako przedsiębiorca prowadzący aptekę. W rezultacie, Główny Inspektor Farmaceutyczny może być byłym przedstawicielem władz samorządu aptecznego, a przedstawiciel władz samorządu aptecznego – byłym Inspektorem. Taka sytuacja tworzy swoisty „układ zamknięty”, którego ofiarami stają się w pierwszej kolejności właściciele aptek, dla których organy samorządu nie widzą na rynku miejsca, a w drugiej kolejności – pacjenci, dla których dostępność leków zmniejsza się.

Od tego, którą wizję rynku aptecznego przyjmie regulator, zależy zatem ostatecznie dobrostan pacjentów. Przykład Irlandii pokazuje, że rynek zamknięty powoduje zmniejszenie liczby placówek i zwiększenie cen leków nierefundowanych – dlatego właśnie irlandzki ustawodawca wycofał się z ustawy analogicznej do polskiej „apteki dla aptekarza”.

Mając na uwadze powyższe, eksperci ZPP apelują do prawodawcy o uznanie, że ostatecznym celem każdej regulacji rynku aptecznego nie powinien być komfort farmaceutów i właścicieli aptek, lecz dobro pacjentów i wysoka dostępność leków – zarówno w kontekście procedowanej ustawy o zawodzie farmaceuty, jak i przyszłych inicjatyw legislacyjnych.

Ostatnia mila – e-logistyka w 2020 i 2021 roku

E-commerce rośnie w siłę, to stwierdzenie niepodlegające dyskusji. W 2019 roku liczba e-sklepów wyniosła prawie 32 tys., a w tym roku, zgodnie z szacunkami, liczba nowopowstałych sklepów internetowych przekroczy 10 tys. Przewidywany wzrost przychodu generowanego przez polski e-commerce sięgnie aż 40%, co przełoży się na wygenerowanie wartości bliskiej 100 mld zł (szacunki przed pandemią mówiły o wartości 70 mld zł). Nowe regulacje prawne i zmiany w handlu stacjonarnym, wynikające z działań mających na celu ograniczenie rozprzestrzeniania się pandemii COVID-19 sprawiły, że struktura zakupów przeniosła się do sieci. Wszystko wskazuje na to, że ten trend zostanie z nami na dłużej. Jakie działania mogą pomóc sklepom stacjonarnym zachęcić konsumentów do przejścia z online do offline? Oferowanie nowych, pożądanych przez e-klientów usług, np. możliwości nadania i odbioru przesyłki kurierskiej.

Wzrost e-handlu wpłynął bezpośrednio na liczbę placówek nadawczo-odbiorczych w całej Polsce, które coraz częściej są wskazywane jako preferowana forma odbioru paczek. Z danych własnych Poczty Polskiej wynika, że sklepy partnerskie Żabka, należące do sieci spółki, stanowiły 48% całościowego udziału. To one zanotowały największą dynamikę wzrostu, która wyniosła ponad 18% rok do roku. Do sieci – oprócz sklepów Żabka, należą też stacje Orlen oraz kioski, placówki pocztowe i saloniki prasowe Ruchu. Inne autonomiczne sieci handlowe, takie jak np. Dino, Livio, marka „abc” czy Kaufland – zyskując status placówki pocztowej – również w ten sposób starają się utrzymać dotychczasowych klientów i zainteresować nową grupę konsumentów.

Dostawy do punktu

Widocznym kierunkiem w obszarze budowania łańcucha dostaw przez przewoźników, jest szukanie rozwiązań obniżających koszty dostarczenia przesyłek. Ostatnia mila to jedna z najważniejszych faz procesu realizacji zamówienia internetowego, która odpowiednio zorganizowana, może znacznie obniżyć koszty operacyjne firm kurierskich. Kilkukrotne próby dostarczenia paczki w momencie braku odbiorcy pod wskazanym adresem nie tylko generują dodatkowe koszty, ale wywołują frustrację obu stron procesu. Optymalizując własne procesy, w tym kładąc nacisk na efektywność kosztową, jak również kierując się oczekiwaniami konsumentów, przewoźnicy rozwijają usługę „odbioru w punkcie” rozumianą szeroko, nie tylko przez pryzmat automatów paczkowych. Dzięki temu, e-klient może odebrać przesyłkę w dowolnym momencie, w wybranym przez siebie miejscu.

Liczba punktów odbioru przesyłek cały czas rośnie, gdyż jest odpowiedzią na oczekiwania e-konsumentów w zakresie wygody i łatwości odbioru, jak również z uwagi na masowo realizowane zakupy online i zwiększenie liczby przesyłek pojawiających się w obrocie. Możliwości punktów nadawczo-odbiorczych, czy to maszyn paczkowych czy punktów retail są ograniczone, stąd konieczność uruchamiania nowych. Odbywa się to nie tylko poprzez ich budowanie od podstaw (np. stawianie nowych maszyn), lecz także poprzez wykorzystanie już dostępnej infrastruktury handlu stacjonarnego. Dziś, dzięki odpowiedniej technologii, każdy sklep czy sieć handlowa może stać się punktem nadawczo-odbiorczym, zwiększając zakres swoich usług i poszerzając grono potencjalnych klientów.

Jak wynika z badania Global State of the Consumer Tracker, realizowanego przez Deloitte na przełomie października i listopada br., zdecydowana większość (89%) polskich konsumentów decyduje się kupować żywność w sklepach stacjonarnych. Choć dość ostrożnie podchodzimy do robienia zakupów spożywczych online (7% ankietowanych), jest to trend, którego nie należy lekceważyć. Przemawia za tym sytuacja w dużych miastach, gdzie sklepy z żywnością zaczęły tracić klientów, a na wielkoformatowe obiekty zostały nałożone dodatkowe restrykcje sanitarne. Może to przełożyć się na niższy komfort robienia tradycyjnych zakupów offline i przejście konsumenta do online. Oferowanie przez sklepy dodatkowych usług, np. nadania lub odbioru paczki sprawi, że motywacja e-konsumenta, by wybrać daną placówkę zamiast zakupów internetowych wzrośnie.

E-logistyka przyszłości

Popularyzacja punktów odbioru jako preferowanej formy dostawy oraz migracja klienta w kierunku zakupów online powoduje, że branża logistyczna szuka optymalnych rozwiązań e-logistycznych, mających połączyć wszystkie składowe, tj.: konsumenta e-commerce, placówki sieci detalicznej oraz branżę KEP – w jedną spójną całość.

Przewoźnicy, dywersyfikując swoją ofertę, stawiają na współpracę z sieciami i sklepami stacjonarnymi – do tego celu wykorzystują dostępne już obiekty, zamiast budowania nowych punktów nadawczo-odbiorczych lub stawiania własnych maszyn paczkowych. To maksymalizacja potencjału rynku w funkcjonującej strukturze sprzedaży punktów stacjonarnych. Połączenie świata online z offline przekłada się na zbiór nazwanych i oczywistych korzyści wynikających z powstałej synergii.

Jak to wygląda w praktyce?

Sklep lub sieć detaliczna musi być widoczna na mapie prezentującej dostępne punkty odbioru przesyłki zamówionej online. Usługę lokalizacji punktu na mapie oferuje np. Bliskapaczka.pl, należąca do Sendit S.A. Dzięki takiemu rozwiązaniu e-klient, chcąc odebrać swoją przesyłkę, w procesie składania zamówienia online będzie mógł wybrać nie tylko popularne już maszyny paczkowe czy znane mu i obecne na mapie sieci partnerskie, lecz np. swój osiedlowy sklep, do którego mu najbliżej. Odbierając zamówienie, z dużym prawdopodobieństwem dokona tam też zakupów, przyczyniając się do zwiększenia obrotów danego biznesu. W naturalny sposób budowany jest dodatkowy napływ e-klienta w danej placówce sieci i to bez konieczności ponoszenia przez nią dodatkowych, płatnych działań marketingowych.

Trójstronne korzyści

Wprowadziliśmy niedawno na rynek system Smart-Points, który w powiązaniu z projektem BliskaPaczka.pl stał się nowoczesnym rozwiązaniem e-logistyki, przynoszącym korzyści dla wszystkich podmiotów transakcji kupna-sprzedaży. Projekt łączy potrzeby oraz oczekiwania zarówno e-klienta, dążącego do wygody odbioru przesyłki w wybranym przez siebie momencie i miejscu, e-sklepu, dbającego o satysfakcję oraz lojalność konsumenta oraz tradycyjnego sklepu offline, który przystępując do Smart-Points wprowadza u siebie nową usługę. Występując tym samym w roli placówki pocztowej, tradycyjny handel zyskuje możliwość pozyskania grona nowych klientów oraz generowania dodatkowego przychodu wynikającego z samego faktu obsłużenia e-klienta – zarówno w kontekście świadczenia usługi odbioru. jak również w ramach sprzedaży artykułów z własnej oferty.

Smart-Points ze swoją ideą naturalnie wpisuje się w trend popularyzacji odbioru przesyłek w punkcie. Kto wie, może ten model jest „biznesową witaminą”, dzięki której handel tradycyjny zmniejszy straty lub – co więcej – poprawi swoją kondycję spowodowaną utratą klientów w okresie pandemii? Czas pokaże.

Michał Goldmann, Prezes Zarządu, Sendit S.A.

Kto się boi nowego Prawa zamówień publicznych?

Nowa ustawa Prawo zamówień publicznych (PZP) zgodnie z planem powinna wejść w życie od 1 stycznia. Tymczasem wiele samorządów czy miast w ostatnich dniach apelowało o wydłużenie vacatio legis. „Dyskusja na temat późniejszego wprowadzenia nowej ustawy Prawo  zamówień publicznych to najczęściej efekt braku rozporządzeń wykonawczych do ustawy, oraz braku wiedzy jak przygotować dokumenty według nowej ustawy i w efekcie strach zamawiających przed nowymi przepisami – zauważa Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska założyciel kancelarii DABSKA.LEGAL, która specjalizuje się w Prawie zamówień publicznych. „Prace nad przygotowaniem dokumentacji postępowań według nowej ustawy, w przypadku zamawiających ruszyły tak naprawdę dopiero kilkanaście dni temu” – dodaje ekspert.

Nowe przepisy dotyczące zamówień publicznych uchwalono już we wrześniu 2019. Obecnie trwają prace nad nowelizacją części przepisów, ale dotyczą one niewielkiego wycinka nowej ustawy. Zapewniono vacatio legis który powinien pozwolić przygotować się do nowych procedur. Tymczasem pod koniec listopada br. Związek Miast Polskich zaapelował o przesuniecie, o co najmniej 6 miesięcy terminu wejścia w życie nowej ustawy. Jak wynika z doniesień medialnych za dłuższym terminem opowiada się m.in. Warszawa, Gdynia, Łódź, Kołobrzeg czy Białystok, a włodarze miejscy wytykają rządowi chaos legislacyjny[1].

„Nowe przepisy będą dotyczyły tylko tych przetargów i zamówień, które zostaną ogłoszone po 1 stycznia 2021 r., o ile nie zostanie wydłużone vacatio legis. Wcześniejsze postępowania będą się odbywały na dotychczasowych zasadach. Może to skutkować przesunięciem ogłoszenia części zamówień na ten rok, by uniknąć nowych regulacji. Tych z niecierpliwością oczekują zwłaszcza wykonawcy, którzy będą mogli w większym stopniu wpływać na przebieg przetargu dzięki np. nowej procedurze negocjacji. Z kolei zamawiający obawiają się zmian, bo nowe przepisy nakładają na nich obowiązek precyzyjnego opisu przedmiotu zamówienia oraz przewidują konsekwencje niezachowania obowiązków należytego przygotowania. Problemem jest również na pewno brak przygotowania wcześniejszych szkoleń, dostosowanych do nowej ustawy  które tak naprawdę ruszyły w ostatnich tygodniach i dniach” – tłumaczy Małgorzata Dobrzyńska-Dąbska.

Część ekspertów, jak min. Stowarzyszenie Prawa Zamówień Publicznych przekonuje, że wydłużanie okresu wejścia w życie nowych przepisów będzie szkodliwe i zajmują zdecydowane stanowisko za utrzymaniem planowanego vacatio legis.

Jedną z kluczowych zmian, w PZP jest wprowadzenie przetargu nieograniczonego z negocjacjami, czyli trybu podstawowego zamówienia dopuszczającego negocjacje, w celu ulepszenia treści ofert, które podlegają ocenie w ramach kryteriów oceny ofert.

„To ważny przepis dla wykonawców, bo na odpowiednim etapie postępowania mogą mieć większy wpływ na określenie potrzeb zamawiającego, które często wynikają z bardzo precyzyjnych warunków technicznych oraz braku pełnej wiedzy zamawiających jak wygląda rynek produktu lub usługi i jakich rozwiązań mogą oczekiwać. Tak dzieje się np. przy okazji zamówień w służbie zdrowia, gdzie dostęp do oprogramowania czy sprzętu jest kluczowy dla jakości wykonanych usług, o czym zamawiający może nie mieć pełnej wiedzy. W przypadku zastosowana postępowania bez tego trybu, to na zamawiającym, jak dotychczas będzie ciążył obowiązek właściwego opisu przedmiotu zamówienia. Zamawiający nie są przygotowani do prowadzenia negocjacji i mają obawy przed specjalistami reprezentującymi wykonawców, którzy będą dążyć do narzucenia warunków postępowania jakie będą mogli spełnić.  Jeśli dodamy do tego że zamawiający podlega pod szereg regulacji w tym pod ustawę o odpowiedzialności za naruszenie dyscypliny finansów publicznych, to w efekcie możemy wywnioskować, skąd bierze się opór dotyczący nowych przepisów o zamówieniach publicznych” – dodaje ekspert.

Nowe przepisy stanowią, ze postępowanie w trybie podstawowym z obligatoryjnymi negocjacjami będzie miało miejsce gdy potrzeby zamawiającego oraz specyfika przedmiotu zamówienia uniemożliwiają lub utrudniają precyzyjne opisanie warunków. W takiej sytuacji zamawiający będzie przygotowywał opis potrzeb i wymagań, w którym w szczególności określa minimalne wymagania, które muszą spełnić wszyscy wykonawcy oraz kryterium oceny ofert.

„W przypadku gdy negocjacje są wymuszane przez nowe przepisy ich przedmiotem mogą być zasadniczo wszystkie elementy zamówienia. Wykonawcy mogą negocjować wagi przypisane kryteriom oceny ofert, ale również aktywnie uczestniczyć w procesie tworzenia warunków zamówienia, co ma zapewnić efektywność realizowanego zamówienia. Oczywiście możliwe będzie przeprowadzenia postępowania bez negocjacji, ale tylko gdy zamawiający precyzyjnie określi przedmiot i warunki zamówienia na etapie wszczęcia postępowania. Zamawiający powinni być lepiej przygotowani do prowadzenia takich negocjacji, aby proponowane przepisy nie okazały się martwe.  To jest bardzo dobre rozwiązanie, ale zawsze będzie po stronie zamawiających obawa, czy na pewno kontrola zamówienia nie zakwestionuje ustaleń po negocjacjach. Nie ma w tej chwili rozwiązań, które zachęcałyby zamawiających do stosowania tego trybu” – podsumowuje  Dobrzyńska-Dąbska.

Prace nad nowelizacją ustawy Prawo zamówień publicznych zostały zakończone i oczekuje ona na podpis Prezydenta.

[1] RP.pl https://regiony.rp.pl/finanse/32796-znowu-kontrowersyjne-prawo-jeszcze-nie-obowiazuje-a-juz-je-nowelizowano?utm_source=rp&utm_medium=teaser_redirect

Współpraca CPK z powiatami w sprawie pozyskiwania danych ewidencyjnych nieruchomości

Przedstawiciele spółki Centralny Port Komunikacyjny podpisali dziś porozumienia ze starostami powiatów: sochaczewskiego, żyrardowskiego i grodziskiego w sprawie pozyskiwania danych geodezyjnych i kartograficznych z zasobów tych samorządów. To następny krok w ramach uruchomionego w ubiegłym tygodniu Programu Dobrowolnych Nabyć.

Dzięki dzisiejszym ustaleniom spółka Centralny Port Komunikacyjny będzie otrzymywać od powiatów informacje na temat nieruchomości na terenie Programu Dobrowolnych Nabyć (PDN). W spotkaniu w formie telekonferencji wzięli udział wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. CPK Marcin Horała, prezes spółki CPK Mikołaj Wild i członek zarządu CPK ds. nieruchomości Patryk Demski. Ze strony samorządowej porozumienia zostały zawarte w imieniu starostów: sochaczewskiego Jolanty Gonty, żyrardowskiego Krzysztofa Dziwisza i grodziskiego Marka Wieżbickiego.

 

Zawarte dziś porozumienia będą obowiązywały do końca 2023 r., podobnie jak uruchomiony w ubiegłym tygodniu Program Dobrowolnych Nabyć, w ramach którego otrzymaliśmy już pierwsze zgłoszenia od właścicieli zainteresowanych sprzedażą nieruchomości. Jest to istotny krok w procesie nabywania nieruchomości i planowania przestrzennego związanego z budową nowego lotniska i węzła kolejowego – mówi Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Porozumienia z powiatami to kolejny, konsekwentny krok w ramach przygotowań do realizacji CPK. Będziemy korzystać z danych kartograficznych i geodezyjnych od powiatów podczas pozyskiwania gruntów pod budowę Portu Solidarność. Naszym celem jest sprawna budowa CPK, ale także jak najlepsze zagospodarowanie terenu wokół lotniska w ścisłej współpracy z przedstawicielami lokalnych władz – wyjaśnia Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Jak wynika z założeń PDN, osoby zainteresowane szybką sprzedażą nieruchomości na rzecz CPK, które nie chcą w niepewności czekać na decyzję lokalizacyjną i wywłaszczenie, będą mogły zbyć ziemię wcześniej, otrzymując cenę opartą o jej wartość rynkową. W każdym przypadku wartość nieruchomości będzie określana w formie operatu szacunkowego, sporządzonego przez rzeczoznawcę majątkowego.

Spółka CPK nabywa nieruchomości z obszaru położonego na zachód od Warszawy, leżące między miastami Żyrardów, Grodzisk Mazowiecki i Sochaczew. Teren ten ograniczają: od południa autostrada A2, od zachodu droga krajowa nr 50, od północy wieś Szymanów i rzeka Pisia, a od wschodu – rzeka Pisia Tuczna i miejscowość Baranów.

Mobilny Bankowiec – wspólny projekt Banku Pocztowego i Poczty Polskiej – nabiera rozpędu

Dzięki tzw. leadom pozyskanym za pośrednictwem Mobilnego Bankowca, udzielono już kredyty o łącznej wartość blisko 3 mln zł, czyli 10-krotnie więcej niż po pierwszym miesiącu funkcjonowania projektu. Do aplikacji umożliwiającej zbieranie danych kontaktowych osób potencjalnie zainteresowanych uzyskaniem dodatkowego finansowania ma dostęp już 20 tysięcy listonoszy.

– Projekt, który był od podstaw tworzony z naszym strategicznym partnerem Pocztą Polską, nabiera rozpędu. Pod koniec sierpnia, czyli po pierwszym miesiącu działania Mobilnego Bankowca, dzięki uzyskanym za pośrednictwem aplikacji leadów Bank Pocztowy udzielił kredytów o łącznej wartości ponad 300 tysięcy złotych. Teraz dzięki Mobilnym Bankowcom wartość kredytów udzielonych z wykorzystaniem pozyskanych w ten sposób kontaktom wzrosła do 2,9 mln zł mówi Marcin Ledworowski, Członek Zarządu Banku Pocztowego.

Uruchomiony w połowie wakacji projekt to efekt strategicznej współpracy między spółkami z grupy Poczty Polskiej. Został stworzony tak, by korzyści z niego mogła czerpać jak największa grupa obywateli. Klienci uzyskują dostęp do produktów kredytowych Banku Pocztowego, doradcy Banku i Poczty dostęp do tzw. leadów kredytowych, a listonosze prowizję za pozyskanie kontaktu.

Mobilny Bankowiec to przykład wykorzystywania synergii między Pocztą Polską i Bankiem Pocztowym. To jeden z elementów ułatwiających rozwój bankowości pocztowej w Polsce, tak popularnej także w Europie, między innymi we Francji i Szwajcarii – mówi Andrzej Bodziony, Wiceprezes Zarządu Poczty Polskiej.  

W ramach projektu Mobilny Bankowiec,  została specjalnie przygotowana aplikacja na tablety. Listonosze z całego kraju mogą za jej pomocą zbierać dane kontaktowe osób potencjalnie zainteresowanych skorzystaniem z oferty kredytu gotówkowego. Imiona i nazwiska oraz inne informacje, jak dane kontaktowe i numer telefonu, są wpisywane w specjalny formularz na tablecie i za zgodą klienta przesyłane są bezpośrednio do doradcy. Ten kontaktuje się później z klientem w celu umówienia spotkania w dogodnym dla niego czasie w wybranej placówce Poczty Polskiej.

– Mobilny Bankowiec jest odpowiedzią Poczty Polskiej na coraz większe zainteresowanie naszych klientów usługami realizowanymi z użyciem nowoczesnych narzędzi komunikacji. To również wspólny wkład Poczty Polskiej i Banku Pocztowego w przeciwdziałanie cyfrowemu wykluczeniu niektórych grup społecznych oraz w zakresie korzystania z usług finansowych – dodaje Krzysztof Falkowski, wiceprezes zarządu Poczty Polskiej.

Na wzrost inflacji mają wpływ drożejące usługi

Podwyższona inflacja przywodzi na myśl głównie ceny produktów. Słabnąca pozycja waluty ma być związana z drożejącymi produktami na półkach sklepowych. Jednak w przypadku obecnej inflacji mamy do czynienia z innym mechanizmem. Można to zauważyć, analizując tegoroczne sprawozdania z cen towarów. Okazuje się, że wzrost ich cen w tym roku nie przekroczył nawet 1%. To bardzo mało – zważywszy, że aktualnie obserwujemy ponad 3% wzrost inflacji. Co ją w takim razie spowodowało?

– Jeżeli popatrzymy na to, co się dzieje w usługach – to tam w ujęciu rocznym obserwujemy 7% wzrost cen. Część z nich to usługi, na które państwo ma wpływ – na przykład wywóz śmieci, za który płacimy 50% więcej niż przed rokiem – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.  Do tego przyczynił się wzrost kosztów za składowanie śmieci. Ale podrożały też inne usługi – głównie z powodu ostrej podwyżki płacy minimalnejOd stycznia jest ona podniesiona o przeszło 16%. To dużo więcej niż inflacja i przeciętny poziom płac. To zaowocowało podniesieniem płac tam, gdzie one były stosunkowo niewysokie i gdzie stanowią dużą część kosztu usługi. Jako społeczeństwo nie jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że usługi są drogie. Jeżeli usługodawcy podnosili ceny – szliśmy tam, gdzie ta cena została w miejscu. Jednak przy ostrym podniesieniu płac tego nie dało się tego utrzymać. Ceny usług rosną również przez pandemię. Wymagania higieniczne przekładają się na dodatkowe koszty zakładów usługowych. W jednostce czasu można obsłużyć mniej klientów, a to przekłada się na wzrost ceny. Przedsiębiorstwa ponoszą również dodatkowe koszty pozapłacowe – takie jak droższa energia, śmieci i woda. Dlatego analizując aktualny poziom inflacji należy pamiętać, że na jej wzrost wpływ mają przede wszystkim usługi: wzrost płacy minimalnej i cen usług państwowych – wyjaśnia Soroczyński.

Branża transportowa w nowych realiach – jak TSL radzi sobie na home office?

Wykonywanie obowiązków poza obszarem firmy staje się coraz bardziej popularne. Według badań nawet 57% pracodawców jest chętnych do wprowadzenia pracy zdalnej długofalowo[i]. Ma to oczywiście związek z pandemią koronawirusa, która przyczyniła się do wielu zmian w funkcjonowaniu wszystkich sektorów życia zawodowego. Jednak nie każdy miał okazję komfortowo dostosować się do nowych realiów. 39 proc. pracowników, w momencie wprowadzenia pracy zdalnej nie czuło się do niej przygotowanych ze względu na brak odpowiednich rozwiązań technologicznych[ii]. Branża TSL to z kolei jeden z największych sektorów w Polsce, który musiał dostosować się do nowych realiów Jakie rozwiązania wprowadziły firmy transportowe? Jak skutecznie organizować zdalny back-office w TSL? Odpowiada Dawid Kochalski, ekspert Grupy INELO.

Nie każde polskie przedsiębiorstwo transportowe było przygotowane na zmiany spowodowane pandemią koronawirusa. TSL to obecnie jedna z największych branż w Polsce z ogromnym znaczeniem dla polskiej gospodarki, dlatego ważne było znalezienie rozwiązań, które pomogą jej w skuteczny sposób organizować pracę nie tylko w trasie, ale także w biurach. ­– Transport, logistyka i spedycja to podstawa funkcjonowania gospodarek na całym świecie. Łatwo zauważyć, że mimo obecnej sytuacji na świecie popyt na usługi TSL nie słabnie, jednak mocno zmienia się organizacja pracy w tym sektorze. Wiele firm, szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa nie były przygotowane na tak dynamiczne zmiany. Część z nich może nie poradzić sobie z wdrożeniem nowych rozwiązań. Aby utrzymać konkurencyjność na rynku przedsiębiorcy muszą jak najszybciej dostosować się do obecnie obowiązujących realiów wprowadzając zmiany, które poprawią komfort pracy zdalnej oraz maksymalnie zautomatyzują procesy logistyczne i transportowe ­– komentuje Dawid Kochalski, ekspert Grupy INELO.

Branża TSL vs. praca zdalna

Przeniesienie pracy z biura do domu niejednokrotnie stanowiło ogromne wyzwanie dla wielu firm transportowych, w szczególności, kiedy transport sprzętu potrzebnego do wykonywania obowiązków służbowych do domu pracownika nie był możliwy. Według raportu Future Busines Institute 18% badanych jako problem związany z pracą zdalną wskazuje na brak odpowiednich technologii, które ułatwiłyby pracę poza biurem. Problemy ze sprzętem ciągną za sobą konieczność inwestowania w narzędzia, które pozwolą na łatwy dostęp do programów potrzebnych do realizacji frachtów oraz organizacji pracy całej firmy. – Przedsiębiorstwa z branży TSL obawiały się zaburzenia procesów komunikacji oraz spadku efektywności pracy swoich pracowników. Istnieje jednak duża liczba programów oraz aplikacji, które wspomagają monitorowanie aktywności pracy, czy wspierają komunikację między pracownikami. Dzięki odpowiednim narzędziom jesteśmy w stanie planować zadania oraz sprawdzać status ich realizacji, aby zminimalizować prawdopodobieństwo opóźnień czasowych. Obawy te jednak szybko zamieniły się w działania. Firmy zainwestowały w odpowiedni sprzęt aby umożliwić swoim pracownikom pracę zdalną. Doskonałym rozwiązaniem okazała się także inwestycja w nowe technologie. Systemy, takie jak TMS pozwalają zarządzać procesami w firmie z dowolnego miejsca na świecie z dostępem do internetu Co więcej, wiele firm bało się także o bezpieczeństwo danych i przepływ dokumentów poza miejscem pracy. Tutaj znów ogromnym wsparciem okazały się nowe technologie w transporcie. Informacje z systemów TMS przechowywane są na w wewnętrznych serwerach, a dane telematyczne zapisywane są w chmurze, do której dostęp ma tylko administrator. Dużą rolę odgrywa także szyfrowanie wszystkich danych, dzięki czemu osoby trzecie nie mają dostępu do poufnych informacji – dodaje Dawid Kochalski.

Czy koniec pandemii pogrzebie pracę zdalną?

Zarówno pracodawcy oraz pracownicy przyzwyczaili się do nowego modelu pracy, a raporty i badania wskazują, że w momencie powrotu do względnej normalności, chcieliby mieć możliwość jej kontynuowania. 57% badanych uważa, że mogliby utrzymać taki system pracy po zakończeniu pandemii. Takie dane wskazują na korzyść home office, które mimo pierwotnych problemów i zamieszania przy wprowadzaniu tego modelu, okazało się dobrą alternatywą pracy, która przynosi satysfakcję pracownikom oraz pracodawcom. Wcześniejsze obawy o spadek efektywności również wydają się być bezpodstawne, badanie Bezpieczni w Pracy wskazuje, że blisko 80 proc. pracodawców nie odnotowało jej spadku a aż 17 proc. zauważa jej poprawę. W badaniu Future Business Institute ponad 50 proc. respondentów uważa, że praca zdalna pobudza innowacyjność. Pandemia przeprowadziła także rewolucję w procesie rekrutacji, duża liczba przedsiębiorstw wprowadziła całkowicie zdalne procesy rekrutacyjne. Dane wskazują, że blisko 50 proc. ankietowanych twierdzi że całkowicie zdalna rekrutacja zachęca ich do aplikowania na dane stanowisko[iii]. – Takie dane mają ogromne znaczenie dla przyszłego kształtowania wyglądu zespołu. Niejednokrotnie lokalizacja firmy blokuje możliwość znalezienia specjalistów, którzy mogliby wspierać rozwój i działania firmy. Dzięki rekrutacji online oraz pracy zdalnej możliwe będzie zatrudnienie pracowników nie tylko z najbliższej okolicy, ale praktycznie z całej Polski i nie tylko. To sprawia także, że konkurencja oraz rynek pracy staje się znacznie bardzie otwarty, co daje dużo więcej możliwości. Warto zaznaczyć także, że coraz więcej przedsiębiorstw transportowych korzysta z systemów telematycznych oraz nowoczesnych technologii, które skutecznie wspierają automatyzację procesów w firmie. Cyfryzacja jest kluczem do pracy zdalnej, więc podmiotów korzystających z tych rozwiązań przeszło transformację z „normalnego” trybu pracy na „covidowy” zupełnie bezboleśnie – mówi Kochalski, ekspert Grupy INELO.

[i] http://bezpieczniwpracy.pl/wp-content/uploads/2020/10/Raport-Bezpieczeństwo-Pracy-w-Polsce-2020.pdf

[ii] http://www.pte.pl/pliki/2/36/Future_Business_Institute.pdf

[iii] https://prowly-uploads.s3.eu-west-1.amazonaws.com/uploads/landing_page_image/image/266143/f8f1b4f13d3af3f28575dea557d6ac27.pdf

Kupujemy mniej mieszkań. W listopadzie znaczny spadek wnioskujących o kredyt mieszkaniowy

Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Przedostatni w tym roku, jedenasty odczyt Indeksu wyniósł -4,4%, co oznacza, że w listopadzie 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 4,4% w porównaniu z listopadem 2019 r.

W listopadzie 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 31,72 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 33,60 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -5,6%. W porównaniu do października 2020 r., liczba wnioskujących spadła o 17,5%, zaś w stosunku do minimum z kwietnia 2020 r. wzrosła o 14,0%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w listopadzie br. wyniosła 300,21 tys. zł i była o 6,6% wyższa niż w listopadzie 2019 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, która ponownie (po kwietniu br.) przebiła barierę 300 tys. zł. Natomiast negatywny wpływ miał spadek liczby wnioskodawców. Listopadowy odczyt Indeksu jest ponownie ujemny. Nie ma więc kontynuacji optymizmu, jaki obserwowaliśmy we wrześniowym, a jeszcze wyraźniej w październikowym odczycie, które były dodatnie po serii ujemnych odczytów z okresu marzec – sierpień.

Mamy więc pierwszy sygnał ostrzegawczy wskazujący, że odbudowa popytu (ujęcie wartościowe) na rynku kredytów mieszkaniowych przyjmie raczej kształt litery W. Potwierdza się więc moja ostrożność co do optymizmu, wzmiankowana w poprzedniej – październikowej informacji o BIK Indeksie. Na razie mamy labilność popytu na kredyty mieszkaniowe: w styczniu i lutym duże wzrosty, w marcu lekki spadek, w kwietniu – głęboki spadek, w maju lekka poprawa, w czerwcu wyraźna poprawa, stabilizacja w miesiącach wakacyjnych lipcu i sierpniu, we wrześniu i październiku odczyty dodatnie i ponowny spadek w listopadzie.

Dużą niewiadomą będzie sytuacja w grudniu, jednak wygląda na to, że w 2021 rok wejdziemy raczej w pesymistycznych nastrojach – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

– Trzeba również pamiętać, że Indeks opisuje jedynie stronę popytową rynku kredytów mieszkaniowych i to tylko w wymiarze wartościowym. Warto zwrócić uwagę na wzrost wartości średniej kwoty wnioskowanego kredytu, co częściowo może być związane z poluzowaniem przez część banków wymagań co do udziału własnego – a tym samym wzrostu akceptowalnego poziomu wskaźnika LtV – dodaje prof. Rogowski.

BIK Indeks – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe wyniósł w listopadzie 2020Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Banki centralne wznowiły skup złota

Środowe posiedzenie RPP nie przyniosło niespodzianki. Stopy procentowe zostały utrzymane na niezmienionym poziomie, a Rada Polityki Pieniężnej jest gotowa do dalszego wspierania gospodarki jeśli sytuacja będzie tego wymagać. Zarówno w Polsce, jak i na rynkach globalnych utrzymuje się silny apetyt na ryzyko, obecny od czasów amerykańskich wyborów prezydenckich. W piątek poznaliśmy dane z amerykańskiego rynku pracy. Mimo słabego odczytu i dużo niższej od oczekiwań kreacji nowych miejsc pracy indeksy amerykańskie zakończyły tydzień na rekordowych poziomach.

Silne wzrosty na rynkach wschodzących nie omijają Polski. Indeks szerokiego rynku WIG zakończył tydzień wzrostem o 3,76% i był to piąty wzrostowy tydzień z rzędu, a łącznie od początku listopada WIG wzrósł o 25,41%.Ciągle jednak indeks w tym roku pozostaje pod kreską na poziomie blisko -4,34%.

Warto zauważyć, że według raportu World Gold Council, po dwóch kolejnych miesiącach sprzedaży netto banki centralne wznowiły skup złota. Pojawiający się popyt ze strony tak dużych inwestorów oraz perspektywa kolejnych programów stymulacyjnych sprawia, że perspektywy dla wzrostu cen metali szlachetnych pozostają sprzyjające.

W tym tygodniu oczy inwestorów będą skierowane na negocjacje Unii Europejskiej z Wielką Brytanią w kwestii umowy handlowej. Brak porozumienia sprawi, że od 1 stycznia relacje handlowe między stronami napotkają szereg barier, które utrudnią swobodny handel. Również w tym tygodniu odbędzie się posiedzenie ECB, który podejmie decyzje w sprawie stóp procentowych (czwartek). Rynki oczekują gołębiej komunikacji i zwiększenia poziomu skupu aktywów.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Zapłata podatku przez osobę trzecią

Obowiązek zapłaty podatku ciąży na każdym podatniku. Podstawą prawną tego obowiązku jest art. 84 Konstytucji RP. Wspomniany przepis Konstytucji RP w zakresie powstania obowiązku podatkowego oraz zobowiązania podatkowego odsyła już do poszczególnych ustaw podatkowych, w tym w szczególności do ustawy – Ordynacja podatkowa. Czy prawnie dopuszczalne jest zapłacenie podatku nie bezpośrednio przez podatnika, a przez osobę trzecią? Jeżeli możliwość taka istnieje, to czy prawo przewiduje jakieś warunki dla zapłaty podatku przez osobę trzecią?

Zapłata podatku przez inny podmiot niż podatnik

Obowiązujące obecnie w Polsce przepisy prawa podatkowego przewidują możliwość zapłaty podatku nie tylko przez podatnika, ale również przez osobę trzecią. Wyróżnić możemy dwie grupy osób, które w zależności od przynależności do jednej z nich będą mogły zapłacić za podatnika podatek wyłącznie do określonej kwoty lub bez ograniczeń kwotowych. Pierwsza grupa to osoby bliskie dla podatnika. Należą do nich małżonek podatnika, jego zstępni, wstępni, pasierb, rodzeństwo, ojczym oraz macocha. Każda z tych osób może zapłacić podatek za podatnika niezależnie od wysokości tego podatku. Druga grupa to wszystkie pozostałe osoby niespokrewnione z podatnikiem i nienależące do jego rodziny. Osoby obce dla podatnika mogą również zapłacić za niego podatek z tym, że w takim przypadku obowiązuje już limit, który wynosi 1000 zł – wyjaśnia adwokat Marek Szymała z Kancelarii Adwokatów i Radców Prawnych Szymała Zaremba.

Należy pamiętać o tym, że rozwiązanie prawne umożliwiające osobom trzecim zapłatę podatku, który dotyczy samego podatnika, został wprowadzony do Ordynacji podatkowej 1 stycznia 2016 roku. Przed tą datą przepisy podatkowe nie przewidywały w ogóle możliwości zapłaty podatku przez kogoś innego niż sam podatnik.

Skutki zapłaty podatku przez osobę trzecią

Zapłata podatku przez osobę trzecią odnosi bezpośredni skutek wobec zobowiązań podatkowych podatnika. Skuteczność ta nie jest uzależniona od wyrażenia przez podatnika albo organ podatkowy zgody na zapłatę podatku przez osobę trzecią. Z chwilą zapłaty podatku przez osobę trzecią zobowiązanie podatkowe podatnika wygasa z mocy prawa, zatem późniejsza wpłata dokonana już przez samego podatnika, dotycząca tego samego zobowiązania podatkowego za ten sam okres podatkowy, będzie traktowana jako wpłata nienależna (powstanie nadpłata podatku do zwrotu na rachunek podatnika).  

Treść dowodu zapłaty

Obowiązkiem osoby bliskiej, zamierzającej uwolnić podatnika od ciążącego na nim zobowiązania podatkowego poprzez zapłatę należności, jest wskazanie takiej okoliczności na dowodzie zapłaty. W razie umieszczenia takiej adnotacji i braku wątpliwości co do przeznaczenia wpłaty, należy przyjmować, że wpłata nastąpiła ze środków podatnika. Tym samym istotnego znaczenia dla oceny, czy określona zapłata osoby trzeciej stanowiła w rzeczywistości uiszczenie podatku, który obciążał podatnika, czy też była innego rodzaju świadczeniem pieniężnym, stanowić będzie informacja zawarta w tytule przelewu. Dopisek informujący, że przelew stanowi zapłatę określonego podatku wymienionej z imienia i nazwiska osoby (oczywiście innej niż sam wpłacający), będzie wystarczający dla uznania, że przelew ten jest zapłatą cudzego podatku. W konsekwencji tak wykonany przelew pieniędzy na mikrorachunek podatkowy podatnika stanowić będzie zapłatę podatku podatnika przez osobę trzecią. Środki przelane w ramach takiego przelewu traktowane będą tak jakby pochodziły od samego podatnika.

Zapłata podatku przez osobę trzecią a egzekucja z pieniędzy

Przepisy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji jako jeden ze środków egzekucyjnych przewidują egzekucję z pieniędzy. Organ egzekucyjny stosuje egzekucję z pieniędzy poza siedzibą tego organu poprzez ustne wezwanie zobowiązanego do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, odsetek z tytułu niezapłacenia jej w terminie, kosztów upomnienia i kosztów egzekucyjnych oraz pobranie od zobowiązanego tych należności. Pobranie należności pieniężnej nastąpić może gotówką lub bezgotówkowo przy użyciu terminala płatniczego. W związku z powyższym zadać można pytanie, kiedy dana wpłata – np. przy użyciu terminala płatniczego – będzie, a kiedy nie będzie stanowiła egzekucji z pieniędzy. Odpowiedź na to pytanie ma doniosłe konsekwencje dla podatnika, gdyż zastosowanie środka egzekucyjnego (a takim jest egzekucja z pieniędzy), o którym podatnik został zawiadomiony, przerywa bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Odpowiadając na to pytanie, należy w pierwszej kolejności zwrócić uwagę na to, że ustne wezwanie do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, np. zaległości podatkowej, musi nastąpić wobec samego zobowiązanego (podatnika), a nie wobec innej osoby. Jeżeli więc wezwanie do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej nie zostanie wyrażone ustnie wobec zobowiązanego (podatnika), a np. wobec osoby trzeciej, która chwilę później dokona wpłaty zaległości podatkowej poborcy skarbowemu traktując ją jako zapłatę podatku dotyczącego podatnika, to czynność ta nie będzie stanowiła egzekucji z pieniędzy. Inaczej będzie natomiast w sytuacji, gdy poborca skarbowy wezwie zobowiązanego (podatnika) do zapłaty egzekwowanej należności pieniężnej, a ten zdecyduje się wpłacić pieniądze gotówką lub bezgotówkowo przez terminal płatniczy. Wówczas spełnione zostaną wszystkie warunki by traktować taką wpłatę dokonaną przez samego podatnika (zobowiązanego) jako egzekucję z pieniędzy. Co więcej, w takiej sytuacji przyjąć należy, że podatnik został zawiadomiony o zastosowanym środku egzekucyjnym (egzekucji z pieniędzy), gdyż na pokwitowaniu pobrania pieniędzy znajdować się będzie podpis zobowiązanego (podatnika). Tak przeprowadzona czynność egzekucyjna spowoduje przerwanie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego.

Agregator bankowych API firmy Savangard otwiera drogę do nowych możliwości biznesowych, nie tylko dla sektora finansowego

Firma Savangard właśnie wprowadza na rynek nowe rozwiązanie z zakresu otwartej bankowości. Whizzapi to gotowy agregator API, który pozwala na szybką integrację ze wszystkimi API bankowymi w Polsce przy użyciu jednego interfejsu. Otwiera to całkowicie nowe możliwości, nie tylko bankom, ale również firmom z innych sektorów, m.in. ubezpieczeniowego czy energetycznego, które mogą od teraz zyskać dostęp do pełnego potencjału otwartej bankowości.

Sektor bankowy w Polsce jest od dawna pionierem nowych technologii oraz siłą napędową cyfrowej transformacji gospodarki, dzięki czemu możliwy był rozwój tzw. otwartej bankowości. Dzięki unijnej dyrektywie PSD2 i wiążącej się z nią możliwości budowania aplikacji opartych o dane bankowe także przez strony trzecie (TPP – Third Party Provider), coraz więcej firm może wykorzystać potencjał open bankingu. Kluczem do sukcesu dla przedsiębiorstw chcących np. świadczyć usługę dostępu do informacji o rachunku są wydajne agregatory API, pozwalające w kilka sekund zintegrować się i przetworzyć dane pochodzące z różnych banków przy wykonaniu tylko jednej interakcji.

Otwarta bankowość dla firm

Przykładem takiego agregatora może być stworzone przez firmę Savangard Whizzapi. Rozwiązanie zapewnia szybkie i optymalne połączenie z API bankowymi i wejście w świat otwartej bankowości bez konieczności uwzględniania różnic implementacyjnych pomiędzy bankami. Whizzapi realizuje dyrektywę PSD2 z perspektywy TPP, zapewniając najwyższe standardy bezpieczeństwa. Zgodnie ze wspomnianą dyrektywą w ramach usług oferowanych jako licencjonowana strona trzecia, Whizzapi umożliwia ich dwa typy: AIS (Account Information Service), czyli dostęp do rachunku, oraz PIS (Payment Initiation Service), która umożliwia inicjowanie płatności.

– Polscy przedsiębiorcy już przyzwyczaili się do korzystania z dobrodziejstw cyfrowej bankowości, chętnie wybierają nowoczesne metody płatności, czy korzystają z profilu zaufanego. Nadszedł czas, aby poznali także zalety otwartej bankowości. Dzięki Whizzapi mogą oni w prosty sposób, za zgodą klienta, korzystać z informacji o jego rachunku, ułatwiając mu w ten sposób realizację wielu usług, takich jak choćby zakup ubezpieczenia czy opłatę rachunków bezpośrednio w aplikacji dostawcy – podkreśla Janusz Konik, Prezes Zarządu Savangard.   

Zalety dla małych i dużych przedsiębiorstw

W jakich sektorach w szczególności można wykorzystać zalety otwartej bankowości? Oprócz wspomnianych już branż: ubezpieczeniowej (m.in. ocena ryzyka danej osoby na podstawie jej wydatków na poszczególne kategorie produktów) czy energetycznej (m.in. zapłata za rachunki, bezpośrednio w aplikacji dostawcy, bez potrzeby przekierowywania do banku), Whizzapi może wspierać także klientów związanych z rynkiem franczyzy, pożyczek, windykacji czy księgowości.

– Tak naprawdę, potencjał agregatora API może być wykorzystany w każdym przedsiębiorstwie, które zechce ułatwić w ten sposób klientom dostęp do swoich usług. Franczyzodawcy mogą dzięki temu zweryfikować płynność finansową potencjalnych partnerów, windykatorzy oszacują zdolność finansową dłużnika i zaproponują optymalny harmonogram spłat, a księgowi w łatwy sposób pobiorą wyciągi. To dodatkowy komfort dla finalnego klienta, który w uwierzytelniony i bezpieczny sposób udostępnia dane rachunku, a dla firmy szansa na zbudowanie dodatkowej przewagi konkurencyjnej i optymalizacja kosztów obsługi – dodaje Janusz Konik.

 

Whizzapi jest już dostępne dla małych, jak i dużych firm – może być zaimplementowane lokalnie lub w chmurze.

Polacy ufają doniesieniom naukowców. Coraz częściej zauważają wpływ ich badań na codzienne życie

Polscy naukowcy mają na swoim koncie coraz więcej przełomowych osiągnięć w skali świata. Zidentyfikowanie genu, który odpowiada za odporność roślin na chorobę zwaną rakiem ziemniaka, oraz optymalizacja kwalifikacji do zabiegów przezskórnego otwarcia przewlekle zamkniętych tętnic wieńcowych na podstawie nieinwazyjnej tomografii komputerowej serca – to dwa rozwiązania wyróżnione w tegorocznych konkursach naukowych. Oba będą mieć duży wpływ na życie codzienne milionów ludzi. W mediach społecznościowych startuje właśnie akcja #ThankYouScience, w ramach której można podziękować naukowcom za ich osiągnięcia i wybitny wkład w zmienianie świata na lepsze. 

– Świadomość istotności i wpływu badań naukowych na życie codzienne jest w społeczeństwie coraz większa. Niemniej przydałoby się więcej akcji, które popularyzują naukę, przekazują wiedzę naukową w sposób prosty, zrozumiały i pokazują korzyści z prowadzenia badań naukowych. Jedną z takich akcji jest #ThankYouScience, gdzie prezentowane są badania naukowe i ich wpływ na życie codzienne każdego z nas – mówi agencji Newseria Biznes dr Jarosław Plich, laureat Nagrody AgroBioTop Komitetu Biotechnologii Polskiej Akademii Nauk.

Z badań opinii społecznej przeprowadzonych przez instytut Kantar na zlecenie firmy Bayer wynika, że Polacy najbardziej ufają doniesieniom naukowców. Wskazało tak 78 proc. respondentów. Badanie, które miało na celu sprawdzić, jakie jest społeczne podejście do wiedzy naukowej, pokazało, że w kwestii wyzwań współczesnego świata Polacy polegają głównie na nauce.

– Społeczeństwo ma coraz większą świadomość, jak ważni są naukowcy i ich odkrycia, jaki mają one wpływ na funkcjonowanie społeczeństwa. Dlatego tak pozytywnie oceniam wszelkie inicjatywy, które wspierają naukę i naukowców, w tym #ThankYouScience – mówi dr hab. n. med. Maksymilian Opolski, kardiolog, laureat Nagrody Prezesów Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego.

Inicjatywa ta, zainicjowana przez firmę Bayer, wystartowała w mediach i kanałach społecznościowych na początku grudnia i potrwa do 15 stycznia. Jej celem jest wyrażenie wdzięczności naukowcom za ich zaangażowanie, dociekliwość i wiarę w przełomowe odkrycia. Inicjatorzy zachęcają, żeby w ramach akcji pokazywać w mediach społecznościowych, jak ich praca zmienia nasze codzienne życie.

– Akcja #ThankYouScience narodziła się w celu podziękowania ludziom nauki. Ludziom, którzy często stoją gdzieś w tle, ale pracują z ogromną pasją i wieloma wyrzeczeniami. Jak wiadomo, nie zawsze wszystkie ich osiągnięcia są pozytywne – 90 proc. pracy naukowców ląduje w koszu, a tylko te 10 proc. powoduje, że nasze życie staje się lepsze. Dobrze więc połączyć siły, żeby tym ludziom dodać jeszcze więcej energii – mówi Monika Lechowska-Wróbel, dyrektor ds. komunikacji w Bayer. – Aby dołączyć do grona osób, które chciałyby podziękować ludziom nauki, wystarczy wpisać #ThankYouScience i na YouTubie lub Facebooku obejrzeć filmy przybliżające postaci laureatów dwóch tegorocznych konkursów naukowych i ich osiągnięcia.

Jak wskazuje, przyczynkiem do akcji #ThankYouScience była współorganizowana od 20 lat przez Bayer i Polskie Towarzystwo Kardiologiczne gala nagród, wyróżniająca najlepsze osiągnięcia kardiologów, oraz gala rozdania nagród AgroBioTop Komitetu Biotechnologii PAN. W tym roku ze względu na pandemię koronawirusa oba wydarzenia – po raz pierwszy od dwóch dekad – się nie odbędą.

– Postanowiliśmy więc przenieść je do mediów społecznościowych, gdzie wszyscy jesteśmy obecni. Tam masowo możemy podziękować tym ludziom – mówi Monika Lechowska-Wróbel.

Bohaterami akcji są właśnie jurorzy i laureaci dwóch prestiżowych nagród naukowych – kardiologicznej i agrobiotechnologicznej – którzy w jej ramach dzielą się swoją wiedzą, motywacjami i planami.

– Moje główne osiągnięcie to wprowadzenie do użytku klinicznego tzw. tomograficznej skali o nazwie CT-RECTOR, która przewiduje wynik zabiegu otwarcia zamkniętej tętnicy wieńcowej za pomocą metod kardiologii interwencyjnej. To są zabiegi dość trudne technicznie i czasochłonne, wymagające zarówno pod względem manualnym, jak i mentalnym, które wiążą się z koniecznością użycia dużej ilości sprzętu zabiegowego. Dlatego warto wcześniej przewidywać, jakie jest prawdopodobieństwo skutecznego wykonania tego zabiegu, którego celem jest poprawa jakości życia pacjentów z chorobą wieńcową – mówi dr hab. Maksymilian Opolski.

Kardiolog jest adiunktem w Klinice Kardiologii i Angiologii Interwencyjnej w Narodowym Instytucie Kardiologii w Warszawie. Specjalizuje się w kardiologii interwencyjnej i obrazowaniu. Drugim osiągnięciem, za które został wyróżniony nagrodą PTK, było wprowadzenie na użytek kliniczny optycznej koherentnej tomografii w diagnostyce pacjentów z zawałem serca bez istotnych zwężeń w tętnicach wieńcowych. Oba dokonania spotkały się z dużym zainteresowaniem kardiologów interwencyjnych na całym świecie.

Bohaterem akcji #ThankYouScience jest również dr Jarosław Plich z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Młochowie. W tym roku został laureatem prestiżowej nagrody naukowej AgroBioTop, przyznawanej przez Komitet Biotechnologii PAN dla naukowców, których dokonania wnoszą wybitny wkład w rozwój rolnictwa.

– Istotą nagrodzonego osiągnięcia jest zidentyfikowanie nowego genu odporności Sen2. Gen ten warunkuje odporność roślin ziemniaka na patogen grzybowy o łacińskiej nazwie Synchytrium endobioticum, który wywołuje chorobę zwaną rakiem ziemniaka. Objawia się ona formowaniem na bulwach rakowych narośli. W skrajnych przypadkach cała bulwa przekształca się w taką zrakowaciałą tkankę, która wypełniona jest zarodniami, czyli przetrwalnikowymi formami grzyba, mogącymi przetrwać w glebie przez ponad 40 lat. Przez cały ten okres są żywotne i są w stanie infekować nowe podatne rośliny żywicielskie, czyli uprawiane na tym polu rośliny ziemniaka – wyjaśnia dr Jarosław Plich.

Grzyb powodujący raka ziemniaków występuje niemal we wszystkich krajach świata, znajduje się na listach organizmów kwarantannowych. Badacz z Instytutu Hodowli i Aklimatyzacji Roślin w Młochowie nie tylko zidentyfikował gen Sen2 , który warunkuje odporność roślin ziemniaka na patogen, ale opracował również łatwy w użyciu molekularny test pozwalający zidentyfikować jego obecność w roślinach.

– Rak ziemniaka powoduje też całkowitą utratę wartości użytkowej plonów, a także wieloletnie zanieczyszczenie pól, które muszą zostać wyłączone na co najmniej 20–30 lat z upraw rolniczych – wskazuje biotechnolog.

Liczba transakcji na rynku biurowym wciąż niewielka. Wynajmujący oferują lepsze warunki najmu niż przed pandemią

Chociaż ostatnie miesiące charakteryzują się znacznie mniejszą aktywnością najemców, to rozbudowa powierzchni biurowych w polskich miastach nie zwalnia. W rezultacie rośnie liczba pustostanów na rynku, bo niepewność związana z COVID-19 i przeniesienie się części pracowników na pracę zdalną  spowodowały wstrzymanie decyzji firm o zmianie siedziby lub dalszej ekspansji. – Dla tych, które nie odczuwają spowolnienia, to dobry moment na taką decyzję – oferta wynajmujących jest dziś zdecydowanie atrakcyjniejsza niż przed pandemią – mówi Mateusz Strzelecki z Walter Herz.

 Zdecydowanie spadła liczba zawieranych umów, ponieważ wszyscy jesteśmy w fazie niepewności. Każdy klient, który ma jeszcze kilka czy kilkanaście miesięcy do wygaśnięcia obecnej umowy najmu, czeka i obserwuje obecną sytuację. Nie spadło samo zainteresowanie, natomiast zdecydowanie wydłużył się okres podejmowania decyzji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Strzelecki, partner, head of regional markets w Walter Herz.

Sytuacja związana z pandemią koronawirusa spowodowała, że na większości rynków można obserwować znacznie mniejszą aktywność najemców. Ma to związek nie tylko z niepewnością co do sytuacji gospodarczej, lecz także z upowszechnieniem się na szeroką skalę pracy zdalnej, co ograniczyło zapotrzebowanie firm na nowe powierzchnie.

Raport Walter Herz „Rynek biurowy, Polska 1–3 kw. 2020” wskazuje, że tylko w Warszawie w III kwartale br. podpisano umowy na 113 tys. mkw. powierzchni, co jest jednym z najniższych wyników w ciągu ostatniej dekady. Współczynnik pustostanów sięgnął 9,6 proc. (wzrost o 1,8 pkt proc.). Na lokalnych rynkach sytuacja jest tylko niewiele lepsza. Chociaż Wrocław i Trójmiasto odnotowały całkiem wysoką aktywność najemców w III kwartale, to również tam obserwowany jest wzrost współczynnika pustostanów. Wyjątkiem jest tylko Poznań, który zanotował spadek.

Stosunkowo niskie zainteresowanie najemców oraz wzrastająca ilość przestrzeni niewynajętej powoduje nacisk na wynajmujących, którzy coraz częściej oferują szerszy pakiet zachęt niż przed pandemią. Czynsze są niższe, tańsze są też oferty firm fit-outowych, które zajmują się aranżacją wnętrz.

– Jeżeli jesteśmy pewni naszego biznesu, tego, w jaki sposób będzie wyglądał za kilka- czy kilkanaście miesięcy, to jest to bardzo dobry okres, żeby podejmować takie decyzje. Warunki najmu będą zdecydowanie korzystniejsze niż jeszcze kilka miesięcy temu – przekonuje partner w Walter Herz.

Tym bardziej że podaż na głównych rynkach w Polsce nie zwalnia. W Warszawie w tym i przyszłym roku zostanie oddanych do użytku po ok. 375 tys. mkw. powierzchni, co jest jednym z najlepszych wyników w historii stołecznego rynku. Wiele nowych biur powstaje także w Krakowie, Trójmieście czy Wrocławiu.

W kwestii przyszłości rynku powierzchni biurowych staram się być realistą, czyli ani nie będzie zdecydowanie lepiej, ani zdecydowanie gorzej, niż było przed pandemią. Obecna sytuacja jest szansą dla Polski, żeby przyciągnąć nowe inwestycje. Bardzo dobrze poradziliśmy sobie z przejściem na pracę zdalną i kryzysem wywołanym pandemią, a wiele zagranicznych firm, które miały ulokowany biznes w Azji, coraz mocniej myśli o przeniesieniu go do Europy. Z jednej strony biorą one pod uwagę koszty pracownika czy najmu powierzchni biurowej, z drugiej – pewność prowadzenia biznesu i obsługi kontrahenta. To może być dla nas szansa – wyjaśnia Mateusz Strzelecki.

Jak podkreśla ekspert Walter Herz, w trudnych czasach najemcy coraz częściej decydują się na podnajem swoich powierzchni. Na koniec III kwartału w Warszawie oferta podnajmów przekraczała 100 tys. mkw. (na 5,5 mln mkw. powierzchni biurowej). Z danych platformy REDD wynika, że w takim przypadku czynsze są o 8–15 proc. niższe od pierwotnej stawki najmu. Wszystko zależy jednak od lokalizacji i klasy budynku.

Aby podnajem miał wartość dodaną dla klienta, to powinna być oferta, która nie była dostępna w normalnych realiach na rynku, czyli np. w budynku w bardzo dobrej lokalizacji, który był w stu procentach wynajęty i przez najbliższe kilka lat nie było okazji znaleźć się w prestiżowym gronie najemców, albo po prostu ten podnajem musi być zdecydowanie tańszy niż stawki rynkowe – przekonuje.

Choć pandemia znacząco wpłynęła na rynek najmu powierzchni biurowej, zdaniem eksperta nie oznacza końca tradycyjnych biur, zmieni się nieco ich funkcja. Mimo że COVID-19 pokazał, iż firmy równie dobrze funkcjonują przy pracy zdalnej, to biura wciąż będą oferować wartość dodaną – pracownik w otoczeniu współpracowników, przy stałym rytmie dnia, jest w lepszej kondycji psychicznej.

Biuro buduje siatkę powiązań, identyfikację pracowników z organizacją, buduje relacje pomiędzy pracownikami, ale też pozwala im rozgraniczyć życie prywatne od życia biurowego. Osoby, które nie mają w mieszkaniu odpowiednich warunków do pracy, chcą już wrócić do biura mimo obecnej sytuacji epidemiologicznej – podkreśla Mateusz Strzelecki.