Usługi pocztowe w Polsce ciągle jednymi z najdroższych w Europie

0

Biorąc pod uwagę koszty pracy i siłę nabywczą pieniądza, jesteśmy na szóstym miejscu pod względem wysokości cen usług pocztowych w Europie. Najdrożej jest w Danii, a przed nami figurują jeszcze takie kraje jak: Łotwa, Grecja, Finlandia i Włochy. Opublikowany przez Deutsche Post [1] raport porównuje sytuację w 31 europejskich krajach.

Raport niemieckiej poczty kalkuluje aktualną cenę standardowego listu krajowego w Polsce na 95 eurocentów. Mimo, że jest to poniżej europejskiej średniej, która wynosi 1,12 euro, daleko nam do takich krajów jak, najtańsze pod tym względem Malta (30 eurocentów) i Cypr (41 eurocentów). Taniej niż w Polsce list wyślemy, w dużo bogatszych od nas, Szwajcarii (90 eurocentów), Luksemburgu czy Niemczech (oba 80 eurocentów).

Cena rośnie po uwzględnieniu kosztów pracy i siły nabywczej

Pod względem ceny nominalnej listu plasujemy się nieco poniżej średniej. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę koszty pracy oraz siłę nabywczą, okazuje się, że jesteśmy w czołówce najdroższych państw Europy. Według analizy Deutsche Post, na przestrzeni ostatnich 5 lat ceny nominalne usług pocztowych w Polsce wzrosły o 74 proc. Licząc od roku 2015, najbardziej podrożało we Włoszech – aż o 250 proc. Dla porównania, w Niemczech ceny podniosły się w tym czasie o niecałe 29 proc., a w Szwajcarii i na Cyprze pozostały bez zmian.

– Wzrost cen usług pocztowych w Polsce potwierdza coroczny raport Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Zgodnie z jego wynikami, polski rynek przesyłek listowych regularnie się kurczy, lecz co ciekawe, jego wartość w 2019 wzrosła o prawie 5 proc., do poziomu 3,77 mld zł. Niewątpliwie istotny wpływ na to miała modyfikacja cennika usług powszechnych i wzrost opłat za niektóre usługi. Rosnące ceny odczuwają w szczególności nadawcy biznesowi i instytucjonalni, którzy starają się redukować koszty firmowej korespondencji. Na ofertę alternatywną względem Poczty Polskiej coraz częściej decydują się banki, operatorzy telekomunikacyjni, firmy ubezpieczeniowe, ale też jednostki samorządowe – mówi Janusz Konopka, prezes firmy Speedmail, która jest największym w Polsce alternatywnym operatorem pocztowym.

Cena nominalna listu nie odzwierciedla jednak faktycznych różnic w kosztach nadania w poszczególnych krajach. Analitycy Deutsche Post w corocznym raporcie uwzględnili również takie kryteria jak koszty pracy i siłę nabywczą. Pod tym względem jesteśmy w czołówce, a obliczona w ten sposób cena listu wynosi w Polsce ponad 2,07 euro, co plasuje nasz kraj na szóstym miejscu pod względem wysokości ceny za wysłanie listu. Na pierwszym miejscu skonsolidowanego zestawienia nalazła się Dania (3,28 euro), a na ostatnim Malta (0,47 euro). Średnia europejska to 1,40 euro.

Żeby wysłać list musimy pracować ponad 7 minut

Zgodnie z unijną dyrektywą dotyczącą usług pocztowych, ceny usług powszechnych muszą być przystępne i w zasięgu obywatela każdego z państw członkowskich. Wspomniana dostępność jest kwestią mocno szacunkową, dlatego raport Deutsche Post wziął pod uwagę różny poziom wynagrodzeń oraz to, ile czasu trzeba pracować w danym kraju, by zarobić na wysłanie listu. Państwem, w którym trzeba pracować najdłużej, by pokryć koszt standardowego listu jest Grecja z wynikiem ponad 9 minut. W Polsce, będącej na szóstym miejscu zestawienia, jest to 7,67 minuty. Europejska średnia wynosi 4,32 minuty, a najkrócej na wysłanie listu trzeba pracować w Szwajcarii (1,35 min.), na Malcie (1,43 min.) i w Niemczech (1,48 min).

[1] Raport Deutsche Post „Letter prices in Europe 2020”

Autor: Michał Zębik

Jest porozumienie, euro traci, złoty zyskuje

0

W końcu mamy porozumienie. Po niemal rekordowo długim szczycie przywódców państw UE osiągnięto kompromis w kwestii kompozycji unijnego funduszu naprawczego. Razem z postępami na polu badań prototypów szczepionek na wirusa, rynki finansowe pozostają w aurze pozytywnych informacji. Ale dla EUR dzień zaczyna się od spadków, gdyż inwestorzy sprzedają fakty.

To nie jest tak, że uzgodnienia na unijnym szczycie są rozczarowaniem. Wbrew wczorajszym plotkom utrzymana została pierwotna wielkość funduszu na 750 mld EUR, ale obniżono pule bezzwrotnych grantów z 500 mld EUR do 390 mld EUR. Prezydent Francji Macron nazwał porozumienie „historycznym”, a kanclerz Niemiec Merkel określiła umowę jako podstawę dla „nadziei” i „odwagi”. Jednak poza wstępnym podbicie EUR/USD 1,1470 kolejne minuty upłynęły już na spadkach kursu. W uzgodnionych szczegółach brakuje elementu zaskoczenia, gdyż sprawdziła się większość przecieków z poprzednich dni. Innymi słowy rynek był przygotowany na finalną kompozycję funduszu, ale też od tygodni liczył się z tym, że rozmowy prędzej czy później przyniosą kompromis. Można zatem rzec, że we wzrostach EUR/USD od 1,09 pod koniec maja sporo jest już zdyskontowania idei funduszu. By pociągnąć kurs wyżej potrzeba przekonujących oznak, że perspektywy gospodarcze strefy euro ulegną wyraźnej poprawie. Ale też generalna ocena apetytu na ryzyko jest niezbędna (przynajmniej od strony uruchomienia odpływu kapitału z USD). Wczorajsze rewelacje związane z pomyślnymi rezultatami badań szczepionek wystarczyły tylko do wystrzału spółek technologicznych na Wall Street. Na szerokim rynku przeważa ostrożny optymizm. I ta zachowawczość może uwiązać EUR/USD pod 1,15 do czasu kolejnej pozytywnej niespodzianki.

Złoty umacnia asie do 4,44 za euro przy splocie korzystnych czynników zagranicznych i krajowych. Ustalenia na unijnym szczycie dotyczyły też budżetu na lata 2021-2027, w ramach którego Polska otrzyma prawie 160 mld EUR, tylko ok. 3 proc. mniej od pierwotnie szacowanej kwoty. Choć KE przeforsowała powiązanie wypłaty środków od przestrzegania zasady praworządności, co mogłoby uderzyć w Polskę, to ostateczne warunki zostały złagodzone. To dobra wiadomość, która obniża premię za ryzyko konfliktu rządu z UE w przyszłości. Z kolei w kraju uwadze nie umknęło zaskakująco silne odbicie produkcji przemysłowej w czerwcu – o 13,9 proc. m/m, dając roczną zmianę na poziomie 0,5 proc., dużo powyżej konsensu -6,4 proc. Dane sugerują, że gospodarka realizuje V-kształtne odbicie i szybciej wyciąga się z marcowo-kwietniowej zapaści. Oczekujemy, że równie optymistyczne dane mogą dziś napłynąć ze sprzedaży detalicznej, biorąc pod uwagę, że w raporcie o produkcji najsilniejszą pozycją było wytwarzanie dóbr konsumpcyjnych trwałych. Pozytywny splot czynników zewnętrznych i wewnętrznych pomaga oczyści rynek złotego z nawisu pozycji sprzedaży, choć widzimy ograniczone pole do dalszego umocnienia. Wciąż nie znika podstawowa „skaza” złotego, jaka jest gołębiość Rady Polityki Pieniężnej, niemal zerowe stopy procentowe i zgłaszane przez bank centralny niezadowolenie z siły złotego. Sądzimy, że presja na sprzedaż złotego wróci, kiedy inwestorzy zaczną odnawiać pozycje po lepszych poziomach (4,42-4,43).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz bliżej mobilnego zasobnika wodoru. Program Magazynowanie Wodoru wkracza w ostatnią fazę.

0

16 lipca rozpoczęła się trzecia, finalna faza programu Magazynowanie Wodoru, realizowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, w ramach środków Funduszy Europejskich – Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój. Dwóch wykonawców – Stako Sp. z o.o. oraz Instytut Wysokich Ciśnień „Unipress” zostało zakwalifikowanych do trzeciej fazy, której wynikiem ma być demonstracja działającego prototypu. 

Celem realizacji programu jest rozwinięcie technologii magazynowania wodoru, które umożliwią stworzenie efektywnego, taniego, a przede wszystkim bezpiecznego zasobnika wodoru do zastosowania w urządzeniach mobilnych. W praktyce oznacza to, że opracowana technologia powinna być  gotowa do zastosowania w pojazdach z napędem wodorowym wykorzystujące ognia paliwowe.

Z założenia, prowadzone w trybie zamówień przedkomercyjnych postępowanie w programie Magazynowanie Wodoru podzielone zostało na trzy fazy, w których liczba wykonawców po każdym etapie jest zmniejszana po weryfikacji osiąganych wyników. NCBR, obserwując światowe trendy w obszarze zastosowania wodoru jako nośnika energii, dał wszystkim zainteresowanym podmiotom możliwość rozpoczęcia prac nad tą technologią. Jej opracowania podjęły się polskie przedsiębiorstwa i jednostki naukowe. W pierwszym, koncepcyjnym etapie uczestniczyło 7 podmiotów. Do drugiej fazy, zakładającej realizację prac badawczo-rozwojowych, której efektem miała być demonstracja rozwijanych technologii, zakwalifikowało się pięć z nich. Do ostatniej, trzeciej fazy programu, której efektem ma być demonstracja działających prototypów w obiektach mobilnych, przeszło dwóch wykonawców – Stako Sp. z o.o. oraz Instytut Wysokich Ciśnień „Unipress”.

Wodór jest efektywnym i ekologicznym paliwem przyszłości, a technologie jego wykorzystania rozwijają giganci światowej gospodarki. Polska, jako jeden z największych producentów wodoru na świecie, również powinna prowadzić badania, mające na celu jego upowszechnienie. Celem realizacji programu jest rozwijanie technologii wartościowej i przyjaznej środowisku, która w przeciągu najbliższych lat może zrewolucjonizować rynek mobilności – powiedział dr inż. Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. 

W trzeciej fazie Stako Sp. z o.o. rozwijać będzie swój projekt „Zasobnika do magazynowania 3,33 kg wodoru sprężonego do zasilania ogniwa paliwowego pojazdu samochodowego, zbudowanego w oparciu o kompozytowe zbiorniki typu IV o ciśnieniu serwisowym 700 bar”, a Instytut Wysokich Ciśnień „Unipress” projekt „Bezpiecznego hybrydowego zasobnika wodoru o wysokiej gęstości zmagazynowanej energii z ciągłym monitorowaniem szczelności”. Po zakończeniu prac wykonawcy powinni przedstawić swoje zasobniki wodoru w obiektach mobilnych (np. w samochodzie) i wykorzystać zmagazynowany wodór jako źródło energii. Prace w trzeciej fazie programu potrwają 20 miesięcy. Ze względu na przeciwności związane z pandemią COVID-19, realizacja programu została przedłużona do 2022 roku.

Program jest współfinansowany ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego w ramach poddziałania 4.1.3 Innowacyjne metody zarządzania badaniami Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój 2014-2020, w ramach projektu pn. Podniesienie poziomu innowacyjności gospodarki poprzez wdrożenie nowego modelu finansowania przełomowych projektów badawczych (nr POIR.04.01.03-00-0001/16).

Psychologia kolorów: jakich kolorów unikać w CV, a jakie warto umieścić?

0

Kolory to coś więcej niż marketing. Wykraczają one daleko poza zjawisko optyczne, gdyż stymulują nasz mózg na różne sposoby. Barwy mogą być głęboko zakorzenione w ludzkiej psychice, w rezultacie potrafią wywoływać skrajne emocje, od niepokoju do radości. Każdy odcień ma na nas znaczący wpływ, dlatego psychologia koloru jest dziś niezbędnym narzędziem neuromarketingu. Aby odpowiednio zadziałać na odbiorcę, warto wiedzieć jakich kolorów użyć, np. by przekonać pracodawcę, że to właśnie my sprawdzimy się najlepiej na konkretnym stanowisku.

Pojawienie się kolorów w CV można porównać do zmian, jakie śledzimy we wciąż rozwijającej się technologii . Kiedyś używanie różnych barw było oznaką prestiżu, dzisiaj jest powszechnie przyjętym standardem. Wygląd spisanego życiorysu ewoluuje tak, jak np. wygląd telewizji. W dobie kolorowych wyświetlaczy telefonów komórkowych, nikt nie zainteresowałby się programem emitowanym w czarno-białych barwach. Podobnie z CV, które według najnowszych trendów powinno zawierać 3 barwy: dwie podstawowe i jedną przełamującą.

Należy pamiętać, że CV nie jest ani formularzem, ani urzędowym drukiem, tylko reprezentacją, “wizytówką” nas samych. Przygotowując ten dokument tworzymy obraz nas, jako kandydatów, więc oprócz przedstawienia kwalifikacji i  doświadczenia, powinniśmy przedstawić się jako osoby odpowiednie na konkretne stanowisko.

Odpowiedni dobór barw

CV to rodzaj  oferty, którą składamy potencjalnemu pracodawcy, dlatego powinno być przyjemne w odbiorze. Choć obecność kolorów może wydawać się pospolita, tak ich brak jest po prostu nudny. Dlatego, zamiast podkreślać swoją kreatywność tylko za pomocą słów, warto pokazać tę cechę przy użyciu odpowiednich barw.

Jeżeli potencjalny pracodawca zobaczy, że nasze CV zostało przygotowane w sposób profesjonalny, a użyte kolory są adekwatne do powagi stanowiska, o które się ubiegamy, to ma większą pewność, że jesteśmy osobą odpowiednią na daną posadę oraz, że będziemy dbać o wizerunek firmy w taki sposób, w jaki zadbaliśmy o reprezentujący nas dokument.

Dobór barw nie może być przypadkowy. Całość powinna tworzyć harmonijny obraz z uwzględnieniem : kolorów umieszczonego zdjęcia, powagi i rodzaju stanowiska, o które się ubiegamy oraz naszego temperamentu i osobowości. Barwy można rozmieścić na wiele sposobów, np. wyróżniając najważniejsze elementy CV. Czym się zatem kierować? Dokument powinien być przede wszystkim czytelny, dlatego każda jego część musi ze sobą współgrać.

Wybierając  kolory warto zastanowić się, czy chcemy, by nasze CV było utrzymane w klasycznym tonie, czy może wolimy bardziej kreatywną opcję. W przypadku wyboru pierwszej wersji, najlepiej sprawdzą się stonowane barwy, które nadadzą powagi naszemu CV. Szary pasek ze zdjęciem oraz informacjami kontaktowymi będzie stanowił lekki kontrast dla biało-czarnego dokumentu oraz zwróci uwagę na nasze dane osobowe. W klasycznych CV doskonale sprawdzi się także jasno granatowy/ciemno niebieski kolor, za pomocą którego możemy wyróżnić odpowiednie elementy, zwłaszcza w dokumentach, gdzie obszernie opisujemy nasze doświadczenie i kwalifikacje. Ubiegając się o pracę w bardziej konserwatywnych firmach należy unikać nadmiaru nasyconych barw takich jak czerwony, żółty czy turkusowy. Warto również postawić na minimalizm i wybrać jeden dodatkowy kolor, oprócz standardowej bieli i czerni.

Natomiast jeżeli decydujemy się na kreatywny życiorys zawodowy, wybór kolorów jest znacznie większy. Ubiegając się o pracę np. w mediach można sięgnąć po wyraźne, ciepłe barwy takie jak pomarańczowy i żółty. Zdecydowane kolory oraz odpowiedni szablon mogą odwrócić uwagę od pewnych luk w naszym CV. Chcąc wyróżnić się spośród innych aplikantów, możemy użyć takich kolorów jak czerwony i bordowy. Nasz nietuzinkowo wyglądający życiorys z pewnością przyciągnie wzrok potencjalnego pracodawcy. Taki zabieg sprawdzi się w przypadku ubiegania o posadę w agencji reklamowej, a także dla studentów aplikujących na staż. W kreatywnie wyglądających CV połączenia różnych kolorów, jak np. pomarańczowy z granatowym lub w obrębie jednej barwy, poprzez użycie dwóch odcieni niebieskiego czy pomarańczowego, jest jak najbardziej dopuszczalne. Jednak najważniejsza jest przejrzystość dokumentu, dlatego warto wybrać pasujące tony.

CV jest najważniejszą częścią podania o pracę. Nie tylko to, co w nim zawrzemy, ale także sposób, w jaki to zrobimy, ma znaczący wpływ na odbiór naszej osoby. Samodzielne stworzenie profesjonalnego oraz dopracowanego życiorysu nie należy do łatwych zadań. Odpowiedni wygląd, rozmieszczenie informacji, a przede wszystkim dobór kolorów, mogą stanowić wyzwanie. Dlatego warto skorzystać z pomocy fachowców, którzy specjalizują się w wykonywaniu takich dokumentów. Na stronie www.cvhero.com mamy możliwość stworzenia indywidualnego, bezbłędnego CV, które będzie dopasowane do wymagań naszego potencjalnego pracodawcy. Dowiemy się tu także, w jaki sposób pisać o naszych kompetencjach, umiejętnościach i mocnych stronach, a eksperci udzielą nam rad, czego unikać w tworzeniu CV oraz rozwieją wszelkie wątpliwości dotyczące sposobu zamieszczania informacji. Wielką zaletą oferty CVhero  jest możliwość stworzenia szablonu, z odpowiednim doborem barw, który sprawdzi się w aplikacji na każde stanowisko.

Warszawa siedzibą unijnej instytucji zajmującej się cyberbezpieczeństwem? Polska branża cyfrowa wspiera

0

Związek Cyfrowa Polska, który reprezentuje polską branżę cyfrową,  poparł starania polskiego rządu o lokalizację w naszym kraju siedziby Europejskiego Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa w kwestiach Przemysłu, Technologii i Badań Naukowych. – To wzmocni rozwój sektora bezpieczeństwa cyfrowego w naszym kraju – oceniła organizacja w opinii skierowanej do Ministerstwa Cyfryzacji. 

Europejskie Centrum Kompetencji w dziedzinie Cyberbezpieczeństwa ma być nowy unijną instytucją, której celem będzie wzmocnienie współpracy w zakresie bezpieczeństwa cyfrowego między różnymi branżami i środowiskami naukowymi. Zasadniczą jego rola polegać będzie na dystrybuowaniu funduszy europejskich w tym zakresie pomiędzy kraje członkowskie. Dodatkowo ma być swoistym centrum unijnym gromadzącym wiedzę i kompetencje w obszarze cyberbezpieczeństwa.

O siedzibę Centrum ubiega się już kilka krajów europejskich, w tym Litwa, Rumunia, Belgia oraz Luksemburg. Swoją ofertę złoży także Polska. Ministerstwo Cyfryzacji w trybie pilnym przeprowadziło publiczne konsultacje w tej sprawie.

Rośnie znaczenie cyberochrony, gospodarka może na tym skorzystać

Polska branża cyfrowa poparła wniosek polskiego rządu w tej sprawie. Związek Cyfrowa Polska w przesłanym do resortu stanowisku ocenił, że „to decyzja słuszna i szczególnie istotna dla rozwoju gospodarki cyfrowej w Polsce”. Jak przypomniał podpisany pod pismem prezes Związku Michał Kanownik, z uwagi na coraz większą liczbę cyfrowych usług i rozwiązań, a przy tym wzmożoną aktywność hakerów, na całym świecie rośnie znaczenie kwestii cyberbezpieczeństwa stosowanego przez państwo i biznes. Na całym świecie poszukiwane są konkretne systemowe rozwiązania, które, aby były skuteczne, muszą nadążać za nowymi metodami stosowanymi przez hakerów i ogólnym postępem technologicznym” – zauważył.

Zdaniem Cyfrowej Polski taka sytuacja stwarza olbrzymią szansę rozwojową dla przedsiębiorców ściśle związanych z bezpieczeństwem cyfrowym. Tymczasem – jak podkreśla organizacja – to właśnie Polska może dziś pochwalić się silnym oraz innowacyjnym sektorem cyberbezpieczeństwa. Wiele polskich firm działających w tym obszarze praktycznie nie odbiega już od światowych konkurentów, a czasami oferuje nawet rozwiązania lepsze niż zachodnie przedsiębiorstwa. Budowa Europejskiego Centrum Kompetencji byłaby swoistym dla nich impulsem do dalszego rozwoju. Utworzenie takiej instytucji w naszym kraju powinno ułatwić ściślejsze współdziałanie świata akademickiego z biznesowym w obszarze cyberbezpieczeństwa” – twierdzi Cyfrowa Polska.

Motywuję, zatrudniam, zwalniam. Jak przedsiębiorcy zarządzają zespołami w czasie pandemii

0

Co dziewiątą firmę kryzys zmusił do zwolnień. Problem dotknął szczególnie dużych podmiotów. Jednocześnie to one nie rezygnowały z rekrutacji – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Warsaw Equity Group. Utrzymywanie motywacji w zespole – to jeden z trzech czynników wskazywanych przez przedsiębiorców jako kluczowy, by odnieść rynkowy sukces czy też odbudować pozycję firmy w czasie pandemii. Jak motywują pracowników?

Co dziewiąty ankietowany (11 proc.) w ankiecie “Nastroje w polskich firmach w II kwartale 2020” przeprowadzonej przez Warsaw Equity Group przyznał, że był zmuszony zredukować liczbę pracowników w związku z pandemią. Najczęściej taką decyzję podejmowały firmy z przychodami od 2 do 5 mln zł (18,2 proc.) i powyżej 5 mln zł (17,9 proc.). Najbezpieczniej mogli się czuć pracownicy najmniejszych przebadanych firm, z przychodami poniżej 1 mln zł.
Widmo zwolnień ciągle wisi nad pracodawcami – potencjalną konieczność redukcji zatrudnienia uznaje za wyzwaniem co siódma badana firma (13,9 proc.). – Mamy do czynienia z pełzającym kryzysem, niepewność sytuacji na rynku przekłada się na obawy związane z utrzymaniem zespołów. Niepewność odczuwają zarówno pracodawcy, jak i pracownicy, którym często został obniżony wymiar pracy, a co za tym idzie, wynagrodzenie. W tej sytuacji zarządzający firmami stoją przed ogromnym wyzwaniem zadbania jednocześnie o interes firmy oraz o nastroje członków zespołu. To on stoi przecież za osiąganymi wynikami – zauważa Dawid Bieńkowski, Head of People & Culture w prywatnej grupie inwestycyjnej Warsaw Equity Group.

warsaweguality1
Źródło: Warsaw Equity Group

Poszerzanie zespołów

Wśród firm, które nie musiały zmniejszać liczebności kadry, aż 24,6 proc. powiększyło zespół. Najczęściej liczba pracowników powiększała się o maksymalnie 5 proc.

warsaweguality4
Źródło: Warsaw Equity Group

Mimo że firmy z największymi przychodami zwalniały najczęściej, również tam było łatwiej znaleźć pracę. Aż 47,8 proc. firm z przychodami powyżej 5 mln zł (spośród tych, które nie przeprowadziły redukcji zatrudnienia) rozszerzyło zespół. Najczęściej powiększał się on o 0-5 proc. – Blisko jedna czwarta ankietowanych przyznała, że rozbudowanie zespołu o ekspertów jest w obecnej sytuacji jednym z głównych czynników pozwalających odnieść sukces lub odbudować pozycję firmy. Nowe kompetencje wnoszone przez pracowników są obecnie niezbędne do poszerzania lub zmiany zakresu oferowanych przez firmy usług i produktów oraz trafiania do nowych grup klientów – tłumaczy Dawid Bieńkowski.

warsaweguality5
Źródło: Warsaw Equity Group

Motywacja zespołu okazała się szczególnie ważna dla podmiotów o przychodach powyżej 5 mln złotych rocznie. Martwił się o nią i wskazywał jako drugie najpoważniejsze wyzwanie prawie co drugi przedsiębiorca. Dla firm najmniejszych, o obrotach poniżej 1 mln, motywacja pracowników okazała się marginalnym wyzwaniem, które ustępowało przed troskami o sprzedaż, popyt czy utrzymywanie płynności finansowej.

Pracownik motywowany

W badaniu zapytano o to, jakie działania firmy podejmują, by podtrzymywać motywację w zespole. Pytanie było otwarte, zatem przedstawiciele firm mieli możliwość rozwinięcia wypowiedzi.

Odpowiedzią przedsiębiorców była często większa elastyczność w stosunku do pracowników – zarówno jeśli chodzi o czas, jak i miejsce pracy. Niektóre firmy wprowadziły również inne udogodnienia – np. “nowe rozwiązania technologiczne mające na celu polepszenie warunków pracy”. W wielu firmach poprawiono komunikację wewnętrzną i transparentność, jeśli chodzi o “nakreślenie nowej wizji”, “informowanie o zmianach”, “budowanie szczegółowej świadomości co do strategii organizacji i planu rozwoju firmy”.

Dostrzeżono, że istotne jest “elastyczne reagowanie na potrzeby pracowników, pozytywny feedback, pokazywanie roli w rozwoju firmy”. Przełożyło się to m.in. na zwiększenie częstotliwości spotkań, w trakcie których informuje się wszystkich o ewentualnych zmianach i planach.

– Dla pracowników najważniejsza jest transparentność i uczciwość ich pracodawców. Jestem przekonany, że wielu pracowników, jeżeli utożsamia się z pracodawcą, wizją i kierunkiem działań, doceni otwartą komunikację i okaże gotowość pójścia na wiele ustępstw – często kosztem swojego czasu i niejednokrotnie pensji. W sytuacji tak nieprzewidywalnej jak pandemia, gwałtowny spadek sprzedaży czy w obliczu zwolnień, zaufanie zawsze jest najmocniejszym argumentem jaki pracodawcy mają w rozmowie z pracownikami – podkreśla ekspert z Warsaw Equity Group.

Metodyka: Badanie metodą CAWI (internetowa ankieta na grupie). Odpowiedzieli między innymi właściciele/ki, prezesi, dyrektorzy generalni i menedżerowie wysokiego szczebla 73 polskich firm. Największą częścią ankietowanych byli przedstawiciele firm z przychodami powyżej 5 mln zł rocznie. Najliczniejszą grupę stanowili reprezentanci firm z branż związanych z IT, mobile i technologiami (30,1 proc.), marketingiem i reklamą (20,5 proc.) i e-commerce (11 proc.). Zdecydowana większość (72,6 proc.) oceniła kondycję swojej firmy przed wybuchem między 5 a 7 w skali 1-7, gdzie 0 oznacza firmę w trakcie przeprowadzania procesu upadłości, a 7 – kondycję rewelacyjną.

warsaweguality3
Źródło: Warsaw Equity Group

40% Polaków co najmniej raz w tygodniu zamawia jedzenie z dostawą – a co z zakupami?

0

Pizza na telefon to klasyczna i dobrze znana usługa, która od dziesięcioleci ratuje spotkania z rodziną, znajomymi czy imprezę w szerszym gronie. Potwierdza to badanie pt. Jedzenie i zakupy z dostawą do domu” przeprowadzone w lipcu 2020 roku przez SW Research dla Glovo, aplikacji mobilnej dostarczającej produkty na życzenie. Prawie 90% respondentów przyznało, że zamawia jedzenie z dostawą. Z kolei zakupy spożywcze i inne, np. prezenty, kwiaty – niemal 80% Polaków.

Restauracja w domu

Wyniki sondażu przeprowadzonego na grupie 1012 ankietowanych pokazują, że największe zainteresowanie dostawą jedzenia występuje w grupie wiekowej do 34 lat. Ponad 40% Polaków z tego pokolenia przyznaje, że dania z dowozem zamawia co najmniej raz w tygodniu. Wpływ na to może mieć powszechne używanie internetu i łatwy dostęp do urządzeń mobilnych. Warto jednak zauważyć, że w grupie 50+ co czwarty pytany przyznał, że w tygodniu minimum raz zamawia dania z restauracji do domu. Świadczy to o sporej popularności dowozu dań także w tej grupie. Różnica z młodszym pokoleniem wynosi kilkanaście procent.

Dostawa lekiem na całe zło?

Żyjemy w pośpiechu, realizujemy długie listy obowiązków i trzymamy w ręku smartfony, będąc często online. Szukamy opcji, które pozwolą nam żyć łatwiej i zyskać bezcenny dziś czas. Rozwiązaniem okazuje się dostawa, ale… nie tylko jedzenia, a wręcz wszystkiego: zakupów spożywczych, kwiatów, prezentów, prania z pralni, czy nawet zapomnianych z biura kluczy.

Dostawa do domu nie jest dziś przywilejem, stała się normą i czasem koniecznością. Kojarzona wcześniej z wygodą, dziś jest powszechną usługą. A zamawiamy niemal wszystko od pizzy do naparstka krawieckiego, nie ma żadnych ograniczeń, bo, co najważniejsze, usługa ta jest zwyczajnie tania. Przy okazji także daje poczucie bezpieczeństwa, choć pozbawia nas emocji towarzyszących poszukiwaniu i dokonywania wyboru wśród innych konsumentów – tłumaczy dr Tomasz Marcysiak socjolog z Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Poproszę cokolwiek z dostawą

Mimo że jedzenie było „pierwsze”, obecnie zamawianie innych produktów z dowozem także staje się normą. Co ważne, coraz większą rolę odgrywa czas dostawy. Chcemy mieć wybrane produkty jak najszybciej, a nie czekać na ich dostarczenie kilka dni.

Aktualnie zakupy spożywcze i inne artykuły, mimo że różnica jest niewielka, zamawia więcej mężczyzn niż kobiet (twierdząco odpowiedziało 80,9% z całej grupy pytanych mężczyzn oraz 77,6% ankietowanych kobiet). Z kolei najczęściej (co najmniej raz w tygodniu) takie zamówienie składają Polacy w wieku od 25-34 lat – 27% pytanych. Za opcją raz w miesiącu opowiedziało się 38,3% tej grupy. Ma to także odzwierciedlenie w statystykach Glovo, aplikacji mobilnej działającej w wielu krajach, dzięki której z dostawą można zamówić niemal wszystko (zakupy, kwiaty, prezenty, książki). Na tle innych państw, jeśli chodzi o liczbę użytkowników aplikacji w grupie wiekowej 20-29, Polska wiedzie prym –  stanowią oni 73% całości. Dla porównania w Hiszpanii jest to 48%, a we Włoszech 51%.

Inne grupy wiekowe także sięgają po dostawę zakupów i innych produktów. Minimum raz w tygodniu robi to co piąty Polak w wieku do 24 lat (44,5% raz w miesiącu) oraz co czwarty w wieku 35-49 lat (raz w miesiącu – 38,3%). Natomiast zaledwie 14% ankietowanych powyżej 50 roku życia z takiej możliwości korzysta raz w tygodniu – raz w miesiącu robi to 27% pytanych.

Możliwość zamówienia czegokolwiek jest czymś nowym na polskim rynku i na chwilę obecną jedzenie (bez zakupów spożywczych) to 80% zamówień Glovo w Polsce. Widzimy, że na rynkach, na których jesteśmy dłużej, zainteresowanie zamówieniami z kategorii non-food jest większe. Naszym celem jest zapewnienie użytkownikom dostępu do wszystkiego w mieście, nie tylko jedzenia, w przeciągu godziny i ciągle rozszerzamy dostępność nowych partnerów w aplikacji – wyjaśnia Maria Raszdorf, Marketing Manager w Glovo.

Patrząc w przyszłość

Przyszłość rynku maluje się w różowych barwach – 94% Polaków zgadza się ze stwierdzeniem: jedzenie i zakupy z dostawą to przyszłość na polskim rynku”. Oprócz upowszechnienia usługi, ważny jest także szeroki wybór, dostęp do wielu kategorii produktów i możliwość spróbowania nowych rzeczy – także na dowóz.

Obecnie towaru jest nadmiar. Człowiek jednak potrzebuje wybierać, przebierać i wyrabiać osobisty gust, który nie może w dobie masowej konsumpcji pozostać stały i niekontrolowany. Wszystko musi się zmieniać nawet smak tej samej kawy. Inaczej klient zacznie rzadziej dokonywać wyboru. A to jest niezgodne z ideą „magicznego koła pokusy” wzbudzającego coraz to nowe wrażenia – podsumowuje dr Tomasz Marcysiak socjolog z Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

KIH: powołanie podkomisji do rozpatrzenia ustawy o Funduszu Medycznym szansą na niezbędny dialog

0

Koalicja Izb Handlowych, skupiająca pięć międzynarodowych organizacji gospodarczych, pozytywnie odnosi się do decyzji sejmowej Komisji Zdrowia o powołaniu podkomisji do rozpatrzenia projektu ustawy o Funduszu Medycznym. Zdaniem Koalicji jest to szansa na rzetelny dialog z udziałem wszystkich zainteresowanych stron oraz wypracowanie rozwiązań korzystnych przede wszystkim dla pacjentów.

Brak konsultacji publicznych

Prezydencki projekt ustawy o Funduszu Medycznym zgodnie z obowiązującymi procedurami nie podlegał konsultacjom publicznym. Z tego powodu, po publikacji projektu na stronie Kancelarii Prezydenta RP, w dniu 13 lipca 2020 roku Koalicja Izb Handlowych przekazała swoje stanowisko do Przewodniczącego sejmowej Komisji Zdrowia Tomasza Latosa. Organizacje doceniły propozycję regulacji, szczególnie ze względu na możliwą poprawę dostępności nowoczesnych terapii dla chorych, jednak projekt budzi wiele zastrzeżeń.

Po pierwsze, planuje się, by środki przeznaczone na Fundusz Medyczny pochodziły z budżetu państwa, w części której dysponentem jest minister zdrowia. Oznacza to, że finansowanie celów Funduszu Medycznego odbywać się będzie w ramach posiadanych środków, bez uwzględnienia dodatkowych źródeł zasilenia. Oznacza to w konsekwencji ryzyko ograniczenia finansowania pozostałych zadań w ochronie zdrowia. Zdaniem Koalicji faktyczna realizacja celów stawianych przed Funduszem Medycznym będzie możliwa jedynie w przypadku zwiększenie finansowania, co wymagałoby zmian w ustawie o minimalnych nakładach na ochronę zdrowia, czego projekt ustawy o Funduszu Medycznym nie uwzględnia.

Po drugie, projekt przewiduje zasadnicze zmiany w ustawie refundacyjnej, które Koalicja uznaje za nadmiarowe i niezwiązane z Funduszem Medycznym. Nie kwestionując potrzeby zmian w ustawie, zgłaszanych od wielu lat także przez przedstawicieli sektora farmaceutycznego oraz inne grupy interesariuszy, Koalicja apeluje o kompleksowe prace nad tą regulacją, nie prowadzone w sposób nieskoordynowany i wyrywkowy. Przyjęcie zmian w obecnym kształcie może prowadzić do zmniejszenia liczby innowacyjnych terapii dostępnych dla polskich pacjentów. Obecnie dostęp do nowoczesnych technologii lekowych jest zdecydowanie gorszy niż w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej, również tych sąsiadujących z Polską. Skutkiem tego jest niewątpliwy wpływ na długość oraz jakość życia pacjentów. Kierunek proponowanych w projekcie ustawy o Funduszu Medycznym zmian nie zapewnia możliwości lepszego dostępu do innowacyjnych terapii i poprawy wskaźników zdrowotnych. Przyjęcie przepisów w obecnym trybie i brzmieniu mogłoby także doprowadzić do ograniczenia zaufania inwestorów, dla których kluczowym elementem otoczenia regulacyjnego jest jego stabilność i przejrzystość.

Szansa na dialog

Sejmowa Komisja Zdrowia podczas posiedzenia 20 lipca 2020 roku podjęła decyzję o powołaniu Podkomisji nadzwyczajnej do rozpatrzenia projektu ustawy o Funduszu Medycznym. Koalicja Izb Handlowych podjętą decyzję przyjęła pozytywnie. Posiedzenie Komisji pokazało, że w obecnym kształcie proponowane przepisy generują pytania ze strony wielu interesariuszy. Powołanie podkomisji oraz przeniesienie dyskusji do przestrzeni umożliwiającej spokojny dialog oraz przejrzystość procesu legislacyjnego z udziałem wszystkich zainteresowanych stron jest szansą na dostosowanie ostatecznego kształtu projektu do potrzeb pacjentów. Liczymy, że troska o stabilne otoczenie dla działalności badawczo-rozwojowej oraz inwestycji sektora farmaceutycznego znajdzie swoje odbicie na kolejnych etapach procesu legislacyjnego. Koalicja Izb Handlowych liczy na wysłuchanie głosu swojego środowiska podczas dalszych prac – mówi Jacek Graliński, przedstawiciel Koalicji Izb Handlowych, Przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego AmCham. Koalicja planuje wystąpienie w sprawie umożliwienia uczestnictwa przedstawiciela inicjatywy w pracach podkomisji.

W poniedziałkowym posiedzeniu wzięli udział przedstawiciele Kancelarii Prezydenta, Rządu, Sejmu oraz przedstawicieli strony społecznej. Zgodnie z decyzją Komisji do składu podkomisji zostanie powołanych siedmiu posłów. Termin rozpoczęcia prac nie został wskazany.

Afrykański pomór świń wciąż zagraża polskiej hodowli trzody chlewnej. Ciężar walki z chorobą obciąża polskich rolników

Sześć lat po pojawieniu się afrykańskiego pomoru świń u polskich dzików resort rolnictwa ogłosił odwrót choroby. Rolnicy i hodowcy przedstawiają zupełnie inny obraz sytuacji. Ich zdaniem ASF wciąż się szerzy, a służby państwowe i weterynaryjne nie radzą sobie z tym problemem. W efekcie rolnicy tracą majątki życia, a produkcja polskiej wieprzowiny staje się coraz bardziej ograniczona. Zdaniem ekspertów Polsce grozi zapaść w eksporcie tego produktu.

10 lipca Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi umieściło na Twitterze post informujący o zmniejszeniu liczby ognisk ASF o ponad połowę zarówno w 2019 roku wobec 2018 roku, jak i od początku roku wobec analogicznego okresu w poprzednim. Wpis spowodował natychmiastową reakcję rolników, niezgadzających się z optymistyczną oceną resortu. Z danych Głównego Lekarza Weterynarii wynika, że w tym roku na terenie Polski odnotowano już 2811 (do 9 lipca) przypadków zachorowań u dzików, o 334 więcej niż w całym 2019 roku. Chorobą lub zagrożeniem nią objęta jest już połowa kraju, co gorsza wirus przedostał się do zachodniej części kraju i występuje już w kluczowym dla hodowli trzody chlewnej województwie wielkopolskim.

ASF niestety się rozszerza. Ministerstwo Rolnictwa mówi, że sytuacja jest pod kontrolą, co nie do końca jest prawdą – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Wojciechowski, prezes zarządu Fundacji Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności.

W ubiegłym tygodniu Główny Inspektorat Weterynarii potwierdził kolejne przypadki ASF, tym razem w województwie warmińsko-mazurskim.

– Wirus jest już także w województwie wielkopolskim, a więc największym zagłębiu hodowli trzody chlewnej. Grozi nam to, że przestaniemy w ogóle być eksporterem hodowli trzody chlewnej – podkreśla Tadeusz Wojciechowski.

Jego zdaniem dodatkowym problemem – niezależnym od ASF – jest to, że polskie hodowle zależne są od importowanego materiału genetycznego, bo 85 proc. warchlaków przyjeżdża do nas z Danii. To 9 mln sztuk rocznie.

W grudniu 2019 roku w Polsce stada trzody chlewnej, według Głównego Urzędu Statystycznego, liczyły 11,215 mln świń. Było to wprawdzie nieco więcej niż rok wcześniej (o 1,7 proc.) i o 4 proc. więcej niż pół roku wcześniej, ale liczba prosiąt do 20 kg spadła o 5,4 proc., a loch prośnych – o 2,1 proc. Choć liczbowo jest to nieco więcej niż w 2014 roku, to zmniejszyła się liczba stad.

Jak podkreśla ekspert, trzeba ponownie przyjrzeć się kwestii walki z ASF.

 Brakuje spójności działań Lasów Państwowych, inspekcji weterynaryjnej i Ministerstwa Rolnictwa. Właściwie od 2014 roku, kiedy ASF dotarł do Polski, choroba ta coraz bardziej się rozszerza – mówi prezes Fundacji Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Doskonale wiemy, że nie wszystko zależy od rolników. Są też służby, które powinny stać na straży bioasekuracji. Takim przykładem są lekarze weterynarii, którzy sami niestety nie przestrzegają procedur, często są nieprzeszkoleni w tym zakresie. Oni powinni być na pierwszej linii walk, tymczasem właściwie wszystko skupia się na rolnikach. Poza tym, jeśli prawdą jest, że muchy są wektorem przenoszenia ASF-u – a wszystko na to wskazuje, bo również badania duńskie o tym donoszą – to zwykła bioasekuracja w postaci mat nie załatwia problemu.

Zgodnie z przepisami rolnicy mogą uzyskać odszkodowanie w wypadku zrezygnowania z hodowli świń. Maksymalna kwota dotacji to 100 tys. zł w stadach liczących co najmniej 50 zwierząt lub 60 tys. zł w przypadku restrukturyzacji małych gospodarstw. Trzeba się zobowiązać, że przez pięć lat nie będzie się hodować trzody chlewnej. Innym rozwiązaniem jest rozpoczęcie pozarolniczej działalności gospodarczej, na co – w przypadku utworzenia miejsca pracy – można otrzymać 150 tys. zł plus 50 tys. zł za każde kolejne utworzone stanowisko.

Nie jest tak łatwo zlikwidować hodowlę trzody chlewnej, przestawić się na inny gatunek zwierząt. Poza tym jest mnóstwo dylematów, np. czy zdrowe świnie, które nie są dotknięte ASF-em, ale znalazły się w jej strefie, powinny być poddawane utylizacji. W takiej sytuacji właściwie dorobek życia rolnika jest niweczony, bo często nie dostaje on odszkodowania – mówi Tadeusz Wojciechowski. – Przede wszystkim nie powinno się utylizować zdrowych zwierząt. One mogą być przeznaczone do konsumpcji.

Jeżeli lekarz weterynarii nakaże wybicie co najmniej 30 proc. stada, rolnik może się też ubiegać o odszkodowanie w wysokości 80 proc. kosztów kwalifikowanych, maksymalnie do 300 tys. zł.

Rolnicy są bezradni i nie są winni temu, że w ich gospodarstwach przenoszony jest ASF – tłumaczy prezes Fundacji Polskie Forum Bezpieczeństwa Żywności. – Wydaje mi się, że powinna być inna pomoc dla rolników, inny poziom odszkodowań w przypadku utraty trzody chlewnej czy możliwości jej hodowli. Każda taka sytuacja powinna być bardzo mocno analizowana także z Państwowym Instytutem Weterynaryjnym w Puławach, który do tej pory nie zbadał, czy rzeczywiście muchy są wektorem przenoszenia ASF-u, bo to jest sprawa fundamentalna. Jeśli tak jest, to trzeba zupełnie inaczej się chronić przed tym wirusem.

Przewoźnicy autokarowi w głębokim kryzysie. Połowie firm w branży grozi upadłość, a bez pracy może zostać nawet 8 tys. osób

Około 3 tys. firm przewozowych zostało szczególnie dotkniętych kryzysem z powodu pandemii koronawirusa i zastoju w turystyce, w tym co najmniej tysiąc przedsiębiorstw jest w bardzo złej kondycji finansowej – mówi Rafał Jańczuk z Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych. Sytuacja jest tym poważniejsza, że branża spodziewa się odmrożenia najwcześniej w kwietniu 2021 roku. Dziś firmy przewozowe nie są w stanie na siebie zarobić, a pomoc ze strony państwa się kończy. Wprawdzie banki odmrażają finansowanie, ale bez dodatkowego wsparcia rządowego branża nie da sobie rady.

Wnioskujemy o pomoc finansową, które pozwoli nam uratować miejsca pracy, czyli kontynuację dopłat do wynagrodzeń oraz zwolnienie z opłacania składek ZUS. Kolejna prośba to subwencja do autokarów, które nie są użytkowane, a generują koszty – precyzuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Rafał Jańczuk, prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych i firmy Raf Trans. – Chcielibyśmy otrzymać podobne wsparcie jak firmy niemieckie. Tamtejszy rząd przeznaczył na ratowanie firm autokarowych 170 mln euro, a my postulujemy o 25 proc. tej kwoty.

Branża autokarowa przetrwała pierwsze miesiące kryzysu dzięki wsparciu z tarcz antykryzysowych, m.in. z Polskiego Funduszu Rozwoju, oraz kredytom udzielonym już wcześniej przez banki. Uzyskanie kolejnego finansowania zewnętrznego było utrudnione, bo jeszcze do niedawna kredytodawcy odmawiali finansowania branży autokarowej.

 Sytuacja powoli się zmienia i banki zaczynają udzielać kredytów, ale w dalszym ciągu brakuje zleceń. Obawiam się, że w sierpniu i wrześniu firmy nie będą miały z czego regulować swoich zobowiązań. Szukamy rozwiązań i instrumentów. Rozmawiamy z Bankiem Gospodarstwa Krajowego oraz z Agencją Rozwoju Przemysłu. Te dwie instytucje próbują z nami współpracować, ułatwić nam dostęp do tych środków finansowych, które mogą nas uratować – informuje ekspert. – Firmy leasingowe też zdają sobie sprawę z kłopotu, obecnie przekładają nam spłatę rat, ale okres karencji już się kończy – niektórym w sierpniu, innym w październiku.

Jak podkreśla, trwają rozmowy z wicepremier i minister rozwoju Jadwigą Emilewicz, jednak w podobnym kryzysie jest cała branża turystyczna. Zgodnie z ostatnimi zapowiedziami firmy z tego sektora będą mogły liczyć na zwolnienie ze składek ZUS przez kolejne trzy miesiące.

Boję się, że jeżeli zostaniemy porzuceni, to 50 proc. firm będzie musiało ogłosić upadłość – mówi Rafał Jańczuk. – Szacujemy, że 3 tys. firm zostało dotkniętych kryzysem, a na pewno tysiąc jest w bardzo złej kondycji. Około 8 tys. pracowników jest zagrożonych.

W obecnej sytuacji, z uwagi na załamanie rynku turystycznego, firmy autokarowe nie mają możliwości zarabiania. Jak ocenia prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych, w poszczególnych firmach jeżdżą zwykle pojedyncze autobusy.

Dziś linie odmroziły się w 30 proc. i to są przewozy regularne, a turystyka praktycznie w 1–2 proc. To nie są tylko dane z Polski, ale i z całej Europy, a nawet świata, bo rozmawiamy z przewoźnikami z różnych krajów. Turystyki nie ma i w tym roku nie będzie – podkreśla Rafał Jańczuk. – Trwają rozmowy o przyszłym roku. Liczymy, że przyszły rok pozwoli nam pracować na 40 proc. poziomu z 2019 roku. To satysfakcjonuje firmy, bo wtedy już damy radę przeżyć.

Trudno jednak mówić o powrocie do sytuacji sprzed pandemii, kiedy polskie firmy autokarowe były liderem w przewozach w Europie.

Obsługiwaliśmy wszystkie największe firmy turystyczne, które organizowały spotkania w Europie. Jako branża byliśmy wizytówką Polski – najwyższa jakość i najlepszy serwis. Do tej pory przedsiębiorcy radzili sobie znakomicie i nie potrzebowali pomocy, ale trzeba zaznaczyć, że zakup autokaru to wydatek na poziomie 1,3 mln zł netto. Obecnie te pojazdy praktycznie nie mają wartości, firmy autobusowe nie mają zleceń, nie osiągają przychodów, a muszą pokryć stałe koszty działalności, które są bardzo wysokie. Znaleźliśmy się pod ścianą – zaznacza prezes firmy Raf Trans.

W dużych miastach popyt na nieruchomości wciąż wysoki. Na rynku brakuje 2 mln mieszkań

Wyniki sprzedażowe deweloperów notowanych na giełdzie za I półrocze nie napawają optymizmem. Z analizy raportów spółek przeprowadzonej przez RynekPierwotny.pl wynika, że sprzedaż była średnio o 15 proc. mniejsza, choć w marcu prognozowano spadek nawet o połowę. Nie wszyscy deweloperzy odnotowali załamanie. Budimex Nieruchomości w I półroczu podpisał o ponad 11 proc. więcej umów przedsprzedaży niż przed rokiem. Sprzedaż jest napędzana przez wysoki popyt w największych polskich miastach.

– W II kwartale zauważyliśmy negatywny wpływ pandemii na zainteresowanie mieszkaniami, co jednak nie zmienia faktu, że I półrocze przyniosło nam wzrost sprzedaży o ponad 11 proc. – mówi Damian Kapitan, prezes zarządu Budimex Nieruchomości. – Ten wynik jest efektem utrzymującego się popytu na mieszkania w największych miastach Polski. Potwierdza tym samym, że zapotrzebowanie to wynika w dużej mierze ze strukturalnego braku mieszkań, który jest szacowany na ok. 2 mln lokali.

Z danych JLL wynika, że pierwszy kwartał był jeszcze dla deweloperów w branży mieszkaniowej bardzo dobrym okresem pod względem sprzedażowym. Na sześciu największych rynkach w Polsce sprzedali o 7 proc. nieruchomości więcej niż w I kwartale 2019 roku i o 14 proc. więcej niż w IV kwartale 2019 roku. Był to wynik niewiele gorszy od rekordowego IV kwartału 2017 roku, kiedy sprzedaż wspierał rządowy program Mieszkanie dla Młodych.

Danych za II kwartał br. jeszcze nie ma, ale deweloperzy zauważyli zmniejszony popyt ze strony klientów, niektórzy znacząco. Zestawienie przygotowane przez analityków serwisu RynekPierwotny.pl wskazuje na załamanie statystyk sprzedażowych wśród spółek deweloperskich notowanych na GPW. W niektórych przypadkach spadki przekraczały nawet 60 proc. Eksperci wskazują jednak, że wyniki półroczne – za sprawą dobrego pierwszego kwartału – nie wyglądają już tak źle, bo średni spadek wynosi ok. 15 proc. r/r, co wydaje się stratą do nadrobienia w kolejnych miesiącach.

– Budimex Nieruchomości konsekwentnie realizuje plan sprzedaży założony na rok 2020. Dane dotyczące dynamiki sprzedaży pozwalają nam optymistycznie patrzeć na spodziewany wynik końcowy – podkreśla Damian Kapitan.

Budimex w I połowie roku podpisał 816 umów przedsprzedaży, podczas gdy w analogicznym okresie roku 2019 było ich 731. Taki wynik firma osiągnęła mimo kwietniowego spadku zainteresowania klientów nowymi mieszkaniami o blisko 50 proc.

– Obecnie w ofercie mamy 1450 mieszkań w inwestycjach w pięciu miastach Polski: Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Gdańsku i Wrocławiu. Jednocześnie planujemy kolejne osiedla. W II połowie roku do sprzedaży wprowadzimy nowe projekty, a liczba dostępnych mieszkań zwiększy się do ponad 2,5 tys. – zapowiada prezes zarządu Budimex Nieruchomości.

Jak podkreślają przedstawiciele spółki, popyt na mieszkania stopniowo się odbudowuje. Mogą o tym świadczyć również dane o zainteresowaniu kredytami mieszkaniowymi. Biuro Informacji Kredytowej wskazuje, że w czerwcu wnioskowało o nie 36,1 tys. klientów, czyli o 2,6 proc. więcej niż rok temu. W porównaniu do kwietnia i maja liczba wnioskujących wzrosła odpowiednio o 29,9 i 25,9 proc.

Dane serwisu Gratka.pl wskazują na rosnące zainteresowanie większymi powierzchniami lokali. W marcu najczęściej poszukiwaną minimalną wielkością mieszkania na rynku pierwotnym było 40 mkw., podczas gdy w kwietniu – 55 mkw.

– Obecnie klienci jeszcze chętniej pytają o dobrze zaprojektowane, rodzinne mieszkania z dużymi balkonami i tarasami. Takie lokale zawsze cieszyły się zainteresowaniem kupujących, niemniej teraz popyt na nie jest większy – są rezerwowane jako pierwsze – podkreśla Ewa Perkowska, dyrektor pionu handlowego Budimex Nieruchomości. – Dziś jeszcze więcej uwagi poświęcamy rozkładom poszczególnych mieszkań.

Klienci, którzy planują zakup nieruchomości, nie muszą martwić się o ograniczoną ofertę na rynku. Wprawdzie – jak wskazuje raport JLL – w I kwartale wprowadzono do sprzedaży 13 tys. nowych mieszkań, czyli o 23 proc. mniej niż przed rokiem, przez co znacząco zmniejszyła się dostępna na rynku oferta, jednak dane GUS za kolejne miesiące pokazują już odbicie. Ze wstępnego raportu urzędu za okres styczeń – maj br. wynika, że liczba mieszkań oddanych do użytkowania jest tylko o 0,3 proc. niższa niż przed rokiem. Z kolei w samym maju wzrosła ona o 10 proc. (i o ponad 20 proc. m/m).

Nieco niższa pozostaje liczba mieszkań, na których budowę wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia w pierwszych pięciu miesiącach roku albo których budowę rozpoczęto w tym okresie. Jednak dane za maj pokazują wyraźną dynamikę wzrostu w porównaniu do kwietnia br.

Szkoły nie są gotowe na drugą falę pandemii. Krytyczna ocena nauczycieli

Blisko połowa nauczycieli uważa, że szkoły nie były w żaden sposób przygotowane do przejścia na nauczanie zdalne – wynika z ankiety przeprowadzonej przez Skriware. Ponad 70 proc. nigdy wcześniej nie prowadziło zajęć w ten sposób. Większość ankietowanych ocenia, że wsparcie instytucji rządowych było niewystarczające, wielu z nich mogło za to liczyć na pomoc kolegów po fachu. Przed ewentualną drugą falą pandemii szkoły muszą jeszcze odrobić lekcje – według rekomendacji nauczycieli konieczne jest ujednolicenie stosowanych narzędzi, zapewnienie pomocy metodyków i zadbanie o dostęp do sprzętu dla uczniów.

 Chcieliśmy sprawdzić, jak nauczyciele oceniają przygotowanie do nauki zdalnej. Była to zupełnie nowa sytuacja w zasadzie dla każdego, zarówno dla szkół, jak i dla nich. Ponad 70 proc. ankietowanych nigdy nie miało do czynienia z nauką zdalną, a tylko kilka procent robiło to w miarę regularnie. Zabrakło więc nawet kompetencji i przygotowania nauczycieli – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Rybiński, prezes Skriware, warszawskiego start-upu edukacyjnego.

Z ankiety, którą przeprowadził Skriware, wynika, że blisko połowa nauczycieli wystawiła szkole jedynkę (w skali pięciostopniowej) za przygotowanie do nauczania zdalnego, gdy zapadła decyzja o zamknięciu szkół. Tylko co 10. ocenił je na 4 lub 5. Problematyczny był przede wszystkim krótki czas na wdrożenie zmian, bo szkoły zamknięto z dnia na dzień, oraz niepewność co do czasu trwania tej sytuacji.

– Przed pandemią nauka zdalna była bardzo niszowa, nie była powszechnie wykorzystywana, nie było wypracowanych standardów. W szkołach publicznych ta forma nauczania wcześniej praktycznie nie istniała – wskazuje Mateusz Rybiński.

Nieco ponad 40 proc. nauczycieli ocenia, że udało im się całkowicie przenieść zajęcia do sieci. Zdecydowana większość zawdzięcza to jednak samym sobie. Blisko połowa (48 proc.) mogła liczyć na wsparcie kolegów po fachu, a 30 proc. – na wsparcie ze strony personelu technicznego szkoły. Jak wskazuje dwie trzecie nauczycieli, pomoc ze strony instytucji rządowych była niewystarczająca.

– Zabrakło wytycznych ze strony ministerstwa czy jakiegoś ustrukturyzowanego systemu. Z jednej strony to może i dobrze, bo pozostawiono trochę swobody, z drugiej strony nauczyciel, który nigdy wcześniej nie miał do czynienia ze zdalnym nauczaniem, był zagubiony. W tej sytuacji zadziałało społeczeństwo i pomoc koleżeńska. Nauczyciele ewidentnie wskazywali, że duża była pomoc ze strony innych nauczycieli, zarówno we własnej szkole, jak i na grupach w mediach społecznościowych – zauważa ekspert.

Nauczyciele musieli w większości sami testować i opanowywać nowe narzędzia do nauczania zdalnego. Rzadko przesyłali karty pracy do wydruku, wykorzystywali natomiast e-dziennik (blisko 70 proc.), narzędzia  do współpracy zespołowej (66 proc.) czy nagrania wideo i  webinaria (57 proc.).

Kolejny poważny problem to braki sprzętowe i techniczne, np. brak dostępu do szybkiego internetu – zarówno po stronie nauczycieli, jak i uczniów. 72 proc. kadry wskazało, że brak zaplecza technicznego u dzieci utrudniał prowadzenie zajęć zdalnych – albo w domu w ogóle nie było komputerów, albo z jednego urządzenia musiało korzystać kilkoro dzieci.

– Trzeba przyznać, że na to jako państwo w miarę sprawnie zareagowaliśmy. Były programy, w ramach których dostarczano dzieciom laptopy. Jednak nadal to nie są wystarczające działania, by nauka zdalna mogła przebiegać tak dobrze, jakbyśmy jeden do jednego przełożyli tradycyjne lekcje – przekonuje Rybiński.

Przykładem takiego wsparcia był program „Zdalna szkoła”, w ramach którego od 1 kwietnia br. samorządy mogły starać się o pieniądze na zakup sprzętu dla uczniów i nauczycieli do zdalnej nauki. Budżet programu wynosił 186 mln zł, a w zależności od liczby uczniów samorządy mogły dostać od 35 do 100 tys. zł.

Jak wynika z ankiety Skriware, rozwiązanie problemów ze sprzętem nie oznacza, że w przypadku drugiej fali pandemii koronawirusa nauka zdalna będzie przebiegać sprawnie. Nauczyciele postulują ujednolicenie stosowanych w Polsce narzędzi i platform, zadbanie o szkolenia z ich obsługi oraz pomoc metodyków.

 Kompetencje są różne u różnych nauczycieli i to powinno być wyrównane do góry. Chodzi o to, by dostali takie narzędzia, dzięki którym będą mogli skutecznie prowadzić edukację – przekonuje prezes Skriware.

Kluczowe są też uwzględnienie nowej sytuacji w procesie oceniania i większa swoboda przy realizacji podstawy programowej. Nauczyciele zwracali także uwagę na przeciążenia psychiczne, wycieńczenie spowodowane pracą po 12–14 godzin i brak czasu dla rodziny, a nawet sięganie po środki uspokajające. 58 proc. ankietowanych wskazało, że nauczanie zdalne jest zdecydowanie trudniejsze niż tradycyjne, a 84 proc. – że wymaga ono zdecydowanie więcej czasu na przygotowanie zajęć.

Choć nauczanie zdalne sprawiało zarówno nauczycielom, jak i uczniom sporo problemów, to w dłuższej perspektywie może przynieść sporo korzyści. Skorzystały na nim np. dzieci obłożnie chore lub wycofane, którym obecność w grupie sprawia trudność.

 Plusami mogą być modernizacja technologiczna i podniesienie kompetencji cyfrowych nauczycieli, bo teraz zostali po prostu do tego zmuszeni. Na pewno zaowocuje to tym, że w przyszłości lekcje, nawet offline, okażą się ciekawe i bardziej dostosowane do tego, w jaki sposób pracujemy, czyli z laptopem, smartfonem i internetem. Do tej pory w szkole tego brakowało – mówi Mateusz Rybiński.

Ankietowani postulowali, że nawet jeśli od września tradycyjne zajęcia wrócą do szkół, warto rozważyć wprowadzenie nauczania zdalnego na stałe, np. w cyklu jeden tydzień raz na dwa miesiące.

Wkrótce pierwsze specyfikacje techniczne sieci 5G. Szybsze wdrożenie może mieć kluczowe znaczenie dla walki z gospodarczymi skutkami koronawirusa

5G Future Forum wkrótce opublikuje pierwsze specyfikacje techniczne dotyczące sieci 5G. Tym samym wdrożenie sieci przyszłości może znacznie przyspieszyć. Obecnie, jak wynika z raportu GSMA, już 46 operatorów na 24 rynkach uruchomiło komercyjnie dostępne sieci 5G. – Szybkość i pojemność 5G, w połączeniu z natychmiastowym wielodostępowym przetwarzaniem brzegowym, mogą pomóc gospodarkom odzyskać siły po pandemii koronawirusa – przekonuje Johan Wibergh, dyrektor ds. technologii w Vodafone Group.

– 5G to kluczowy czynnik umożliwiający następną rewolucję przemysłową, w której technologia powinna zmienić sposób, w jaki żyjemy i pracujemy, dzięki zastosowaniom obejmującym uczenie maszynowe, autonomiczne urządzenia przemysłowe, inteligentne samochody i miasta, internet rzeczy (IoT) oraz rozszerzoną i wirtualną rzeczywistość. Wydanie pierwszych specyfikacji jest ważnym krokiem, który ma pomóc firmom na całym świecie w tworzeniu globalnych rozwiązań dla ich klientów – twierdzi Rima Qureshi, dyrektor ds. strategii w Verizon.

Sieć 5G ma zrewolucjonizować dostęp do internetu, przyspieszyć rozwój internetu rzeczy oraz inteligentnych miast. W porównaniu z dzisiejszymi 4G i 4,5G (zaawansowane LTE) oznacza ona znacznie mniejsze opóźnienie w przesyłaniu danych – z  200 milisekund dla 4G do 1 milisekundy w 5G. Dla porównania średni czas reakcji człowieka na bodziec wzrokowy wynosi 250 ms. Tym samym sieć 5G umożliwi np. wprowadzenie na szeroką skalę autonomicznych, komunikujących się ze sobą samochodów. Może być też rewolucją w świecie inteligentnych urządzeń.

Już w sierpniu 5G Future Forum, grupa światowych liderów 5G, opublikuje swoje pierwsze specyfikacje techniczne, co przyspieszy globalne wprowadzenie rozwiązań z obsługą Multi-Access Edge Computing (MEC). Umożliwi to globalną interoperacyjność w zakresie wdrażania 5G i MEC, aby zapewnić wydajne i innowacyjne usługi klientom końcowym. Dzięki specyfikacjom technicznym wprowadzenie sieci 5G może przyspieszyć, to zaś może mieć kluczowe znaczenie dla światowych gospodarek, które walczą ze skutkami kryzysu wywołanego przez pandemię SARS-CoV-2.

– Szybkość i pojemność 5G, w połączeniu z natychmiastowym wielodostępowym przetwarzaniem brzegowym (MEC), mogą zapewnić gospodarkom wzrost produktywności potrzebny do odzyskania sił po pandemii koronawirusa. Dzięki większej interoperacyjności i bliższej współpracy możemy skrócić czas potrzebny do opracowania nowych usług z wykorzystaniem tych technologii i udostępnienia ich wielu klientom na większym obszarze geograficznym – przekonuje Johan Wibergh.

Specyfikacja techniczna „MEC Experience Management” definiuje zestaw interfejsów API, z kolei „MEC Deployment” definiuje zestaw specyfikacji umożliwiających dostawcom usług wdrażanie i integrację fizycznych ram wielodostępowego przetwarzania brzegowego, monitorowania, kwestii operacyjnych i bezpieczeństwa. Wielodostępowe przetwarzanie brzegowe zapewni możliwość przetwarzania danych lokalnie, znacznie bliżej użytkownika końcowego, a nie jak do tej pory na odległych serwerach w chmurze obliczeniowej. To pozwoli osiągnąć opóźnienia rzędu 1 ms.

– 5G Future Forum zostało utworzone po to, aby uwolnić pełny potencjał zastosowań i rozwiązań 5G i wielodostępowego przetwarzania brzegowego (MEC) na całym świecie – wskazuje Rima Qureshi.

5G Future Forum zostało założone w styczniu 2020 roku przez operatorów América Móvil, KT Corp., Rogers, Telstra, Verizon i Vodafone w celu opracowania specyfikacji interoperacyjności 5G, co ma przyspieszyć dostarczanie rozwiązań 5G i MEC na całym świecie. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy jego członkowie założyciele pracowali m.in. nad technicznymi wytycznymi sieci 5G, przeznaczonymi dla dostawców usług telekomunikacyjnych 5G, dostawców usług w chmurze, programistów i przedsiębiorstw.

Jak wynika z danych GSMA, 46 operatorów na 24 rynkach uruchomiło już komercyjnie dostępne sieci 5G. Przewiduje się, że do 2025 roku jedno na pięć połączeń mobilnych będzie działać w sieciach 5G.

Pandemia koronawirusa napędza wdrażanie sztucznej inteligencji w obsłudze klienta. Konsumenci już oczekują interakcji z SI

Już ponad połowa konsumentów podczas kontaktów z dostawcami usług i towarów wchodzi w interakcje ze sztuczną inteligencją. Wybuch pandemii koronawirusa znacznie przyspieszył prace nad wdrażaniem takich technologii w procesie obsługi klienta. – Wykorzystanie sztucznej inteligencji do obsługi klienta już z nami zostanie. Zmiany w zachowaniu konsumentów wymuszone przez kryzys stworzyły wyraźną okazję do skalowania wdrożeń SI – przekonują eksperci.

– Oczekiwania klientów ewoluowały do ​​tego stopnia, że oczekują już interakcji ze sztuczną inteligencją. Kiedy więc faktycznie napotkają SI w codziennym życiu, są bardzo mile zaskoczeni, a czasem zszokowani. To jasno pokazuje, że chatboty, przetwarzanie języka naturalnego i sztuczna inteligencja robią postępy i ewoluowały – wskazuje Kelly Anderson, dyrektor działu przetwarzania danych i sztucznej inteligencji w Procter & Gamble.

Szczególne znaczenie w dobie pandemii SARS-CoV-2 zyskały rozwiązania wykorzystujące interfejsy bezdotykowe. Z badania Capgemini „Sztuka sztucznej inteligencji zorientowanej na klienta: jak organizacje mogą uwolnić pełny potencjał sztucznej inteligencji w obsłudze klienta” wynika, że 77 proc. klientów oczekuje zwiększenia dostępu do rozwiązań z zakresu SI, które wykorzystują asystentów głosowych czy rozpoznawanie twarzy.

Choć oczekiwania klientów co do bezkontaktowej i bezdotykowej obsługi wynikają obecnie przede wszystkim z obawy przed zakażeniem koronawirusem, to ta sytuacja może wpłynąć na stałą zmianę zachowań konsumenckich. 66 proc. ankietowanych już dziś deklaruje, że po ustaniu pandemii nadal będzie z tych technologii korzystać.

– Zastosowanie sztucznej inteligencji do obsługi klienta już z nami zostanie. COVID-19 był katalizatorem w dążeniu organizacji do jej wdrażania, a zmiany w zachowaniu konsumentów wymuszone przez kryzys stworzyły wyraźną okazję do skalowania wdrożeń SI – twierdzi Darshan Shankavaram, szef globalnej obsługi cyfrowego klienta w Capgemini.

Dzięki chatbotom obsługującym klientów firmy uzyskały znaczące wsparcie w opiece nad konsumentami, a wdrażanie takich rozwiązań nie jest już bardzo długotrwałym procesem. Najczęściej zajmuje zaledwie kilka dni. Chatboty wykorzystujące możliwości SI mogą być ponadto zintegrowane z systemami, na których pracują firmy zewnętrzne, co jeszcze bardziej usprawnia proces obsługi.

– Ważne jest, aby firmy skupiały się na korzystaniu ze sztucznej inteligencji, aby tworzyć lepsze interakcje z klientem, zamiast używać jej po prostu do zajmowania się wolumenem i szybkością obsługi lub jako sztuczki. Oznacza to dalsze inwestowanie w technologię SI jak najbardziej podobnej do człowieka i stosowanie bardziej wyrafinowanych wskaźników KPI. Tego typu zmiany zwiększą satysfakcję klientów i ich otwartość na korzystanie ze sztucznej inteligencji w całym procesie customer journey – przekonuje Darshan Shankavaram.

Z danych boost.ai wynika, że rynek rozwiązań z zakresu konwersacyjnej sztucznej inteligencji do 2024 roku osiągnie wartość 15,7 mld dol. Jak zaznaczają autorzy raportu, branża ta nie odczuje żadnych skutków związanych ze spowolnieniem gospodarczym.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców: ostatecznymi beneficjentami systemu ROP muszą być obywatele i środowisko

0

5 lipca br. minął termin wprowadzenia przez Polskę przepisów europejskiej dyrektywy wdrażającej rozszerzoną odpowiedzialność producenta (ROP), a na zmianę obecnego systemu mamy niecałe trzy lata. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców (ZPP) przedstawia swoją propozycję dotyczącą systemu ROP, uwzględniającą postulaty przedsiębiorców oraz organizacji reprezentujących firmy gospodarujące odpadami.

W obliczu konieczności wprowadzenia do ustawodawstwa polskiego Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, Polska stoi przed szansą uzdrowienia systemu gospodarki odpadami i eliminacji obecnych nieprawidłowości. Celem usprawnienia systemu ROP jest zwiększanie efektywności zbierania, przygotowania do recyklingu i samego recyklingu odpadów opakowaniowych, tak aby osiągać coraz wyższe poziomy recyklingu określone w prawie unijnym, a tym samym przywracać cenny materiał do gospodarki i chronić środowisko.

Obowiązujący obecnie w Polsce, szczątkowy system ROP, oparty jedynie na obowiązku realizacji poziomów recyklingu bez powiązania z ekonomią realizacji tych celów, nie spełnia podstawowych wymogów unijnych. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców i funkcjonująca w jego ramach Grupa Robocza ds. Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, w której uczestniczą organizacje reprezentujące producentów produktów w opakowaniach (m.in. z branży spożywczej, farmaceutycznej, kosmetycznej czy detergentowej) oraz organizacje reprezentujące firmy gospodarujące odpadami, przedstawiły postulaty i propozycje przedsiębiorców dotyczące usprawnienia tego sytemu, zgodne z wymaganiami zawartymi w art. 8a dyrektywy odpadowej.

Według ZPP model ROP powinien spełniać następujące kryteria:

– system musi być prosty i zgodny z dyrektywą, a w szczególności z art. 8a,

– ostatecznymi beneficjentami systemu powinni być obywatele i środowisko (dlatego m.in. organizacje ROP powinny działać w formule not for profit),

– odpowiedzialność uczestników systemu powinna być dostosowana do zakresu, w którym mogą oni wnieść największą wartość dodaną, a co więcej, wraz z odpowiedzialnością powinna iść możliwość faktycznego wywierania wpływu na efektywność w obszarze objętym tą odpowiedzialnością,

– system ROP powinien maksymalnie wykorzystywać synergię między działaniami poszczególnych uczestników systemu,

– system musi być efektywny kosztowo w całym łańcuchu wartości (pieniądze idą za odpadem).

Myśląc o stworzeniu systemu ROP należy mieć na uwadze, oprócz celów środowiskowych, efektywność kosztową całego łańcucha.

„W ramach debaty publicznej proponowanych jest wiele modeli ROP, łącznie ze skrajnie nieefektywnym modelem opartym na centralnie wyznaczanej opłacie (para-podatku) i jego arbitralnej redystrybucji – podkreśla Marcin Nowacki, wiceprezes ZPP – Dlatego ZPP postuluje, aby wszystkie minimalne wymagania zawarte w art. 8a zostały uwzględnione w polskiej ustawie, gdyż tylko prawidłowo wdrożony system ROP zapewni osiągnięcie celów środowiskowych przy zachowaniu efektywności ekonomicznej pomiędzy wszystkimi jego uczestnikami”.

Model zaproponowany przez ZPP opiera się na synergii działań między wszystkimi interesariuszami, od Regulatora i Gmin, do producentów produktów w opakowaniach oraz działających w formule not for profit i licencjonowanych przez Regulatora Organizacji ROP.

Do zadań regulatora należałyby funkcje kontrolno-nadzorcze, w tym przede wszystkim w zakresie kosztów gospodarki odpadami, a także zapewnienie transparentności systemu oraz wdrożenie systemów nadzoru, audytu i kontroli. Regulator powinien być organem administracji rządowej podlegającym bezpośrednio ministrowi właściwemu ds. środowiska. Do zadań gmin jako publicznego uczestnika systemu należałaby m.in. współpraca z organizacjami ROP – samorządy gminne w porozumieniu z nimi wprowadzałyby standaryzację selektywnej zbiórki i koordynowały działania edukacyjne i informacyjne. Samorządy uczestniczyłyby także w organizowaniu przetargów łącznych na zbiórkę odpadów opakowaniowych.

Producenci wnosiliby do organizacji ROP opłaty zgodnie z obowiązującymi stawkami i raportowali liczbę opakowań wprowadzanych na rynek w podziale na poszczególne strumienie (gospodarstwa domowe i biznes).

Kolejne w systemie, działające w formule not for profit i licencjonowane przez regulatora organizacje ROP, przejmowałyby obowiązki od producentów i pokrywały koszty systemu gospodarki odpadami opakowaniowymi z gospodarstw domowych, ale również realizowały obowiązki w zakresie recyklingu odnośnie całego strumienia opakowań, czyli również opakowań zbiorczych i transportowych. Organizacje ROP ustalałyby, pod nadzorem regulatora, stawki ROP dla producentów opakowań odzwierciedlające rzeczywisty koszt netto zbiórki i zagospodarowania odpadu opakowaniowego.

Ważną rolę w zaprojektowanym przez ZPP modelu odgrywałby także Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, który dysponowałby specjalnym funduszem zasilanym przez organizacje ROP, z które środki mogłyby być przeznaczane na badania i rozwój w dziedzinie ekodesignu, czy recyklingu.

Członkom ZPP zależy na wprowadzeniu w Polsce Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta, który przede wszystkim spełni cele środowiskowe. Wnoszone przez producentów opłaty powinny być motywatorem do wprowadzania opakowań nadających się do recyklingu. Z drugiej strony, środki z nich uzyskane powinny być przeznaczone na przetwarzanie odpadu na surowiec wtórny odpowiedniej jakości nadający się do ponownego użycia.

Model zaproponowany przez członków ZPP gwarantuje także transparentność i efektywność kosztową dla wszystkich uczestników systemu. Aby to osiągnąć, opłaty od producentów nie mogą być wprowadzane arbitralnie w oderwaniu od realiów środowiskowych i rynkowych, gdyż wykreuje to nieefektywności, za które w ostatecznym rozrachunku zapłaci obywatel (w roli mieszkańca i konsumenta).

Źródło informacji: Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

Pandemia przyspiesza zmiany w handlu

0

Nowe okoliczności mogą wykorzystać deweloperzy centrów convenience i parków handlowych.Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na rynku nieruchomości handlowych w Polsce na koniec pierwszego półrocza 2020.

Zakupy tradycyjne górą?

Wraz z luzowaniem z początkiem maja obostrzeń w handlu tradycyjnym, łączna sprzedaż detaliczna wzrosła o 14,9% m-d-m. Co ciekawe, udział e-commerce spadł w maju do poziomu 9,1% z 11,9% w kwietniu.

-Rozwój e-commerce w Polsce jest faktem, niemniej jednak handel stacjonarny jest nadal najchętniej wybieranym przez polskich klientów. Marcowy wybuch pandemii uwypuklił wyzwania, z którymi rynek, nie tylko w kraju, mierzył się już od dawna. Chodzi tu nie tylko o zwiększenie aktywności sieci handlowych w kanale online i sprzedaży wielokanałowej, ale również o poszukiwanie nowych formatów sprzedaży i lokalizacji, które pozwolą markom otworzyć się na nowe grupy docelowe. – komentuje Anna Wysocka, Dyrektor Działu Wynajmu Powierzchni Handlowych, JLL

Podaż – deweloperzy dywersyfikują portfolio

-Chociaż wybuch pandemii spowolnił aktywność budowlaną, to jednak w pierwszej połowie roku deweloperzy oddali w Polsce do użytku blisko 148 000 mkw. nowoczesnej powierzchni handlowej w ramach dużych projektów. Blisko 77 000 mkw. z tego wolumenu zostało zrealizowane w drugim kwartale. Niewątpliwie jednym z najważniejszych wydarzeń nie tylko tego półrocza, ale i roku, było otwarcie długo oczekiwanej przez mieszkańców Warszawy Elektrowni Powiśle. Dotyczy centrów handlowych, parków handlowych, wolnostojących magazynów handlowych i centrów wyprzedażowych. – tłumaczy Joanna Tomczyk, Starszy Analityk Rynku, JLL

W tym samym czasie zamknięto cztery sklepy Tesco – w Gorzowie Wielkopolskim, Piastowie, Lesznie i Puławach oraz centrum handlowe Sukcesja w Łodzi.

Obecnie całkowita podaż powierzchni handlowej w budowie z terminem ukończenia w tym lub przyszłym roku wynosi łącznie prawie 490 000 mkw. Niektóre otwarcia mogą jednak zostać przesunięte w czasie.

-Ciekawym trendem, pomimo trwającej pandemii, jest kontynuacja dynamicznego rozwoju centrów convenience. Do końca pierwszego półrocza polski rynek wzbogacił się o blisko 40 000 mkw. w ramach 13 tego typu projektów, a około 73 000 mkw. pozostaje w budowie. Dowodzi to, że mniejsze obiekty handlowe bardzo dobrze odpowiadają na potrzeby klientów, jeśli chodzi o wygodne i codzienne zakupy. – dodaje Joanna Tomczyk

Popyt – niektórzy z najemców kontynuują ekspansję

Nie stanowi zaskoczenia fakt, że pandemia wpłynęła również na poziom popytu na powierzchnię handlową ze strony najemców. Spadek odwiedzalności w dużej części obiektów handlowych połączony ze spadkiem obrotów, a także trwające wciąż rozmowy najemców z właścicielami centrów, spowodowały spowolnienie lub czasowe wstrzymanie planów rozwojowych niektórych operatorów, szczególnie z sektora mody.

-Należy jednak zaznaczyć, że część najemców, w szczególności operatorów sieci spożywczych lub tzw. value retailers, takich jak Tedi, Pepco, Dealz czy Action, nadal aktywnie poszukuje nowych lokalizacji. Największym zainteresowaniem cieszą się obiekty typu convenience, parki handlowe, centra outletowe oraz galerie handlowe w mniejszych miastach. Co ważne, to właśnie te obiekty po okresie blokady najszybciej zaczęły wracać do poziomów odwiedzialności zbliżonych do tych sprzed pandemii. – dodaje Anna Wysocka

Na polskim rynku można też zaobserwować wzrost zainteresowania umowami i lokalizacjami typu pop-up, które pomagają najemcom w wyprzedaży towaru zalegającego w magazynach oraz testowaniu nowych opcji.

Rynek inwestycyjny

-Łączna wartość transakcji inwestycyjnych w sektorze nieruchomości handlowych w pierwszej połowie roku wyniosła ok. 430 mln euro, z czego dominujący był zakup 61,49% udziałów w spółce GTC, która jest właścicielem Galerii Jurajskiej w Częstochowie oraz Galerii Północnej w Warszawie. Warto też zauważyć, że Tesco ogłosiło sprzedaż swojego polskiego biznesu do duńskiej korporacji Salling Group, właściciela sieci Netto. Transakcja obejmuje przejęcie 301 sklepów sieciowych wraz z centrami dystrybucyjnymi oraz siedzibą firmy za łączną kwotę 900 mln zł, przy czym nie jest ona klasyfikowana jako transakcja inwestycyjna na rynku nieruchomości handlowych. – komentuje Andrzej Bzowski, Starszy Analityk Finansowy, JLL

Poza sprzedażą udziałów w spółce GTC, w II kwartale zamknięto kilka mniejszych transakcji, dotyczących obiektów typu convenience, sklepów spożywczych, parków handlowych oraz obiektów przeznaczonych pod przebudowę.

Stopy kapitalizacji za najlepsze centra handlowe w Polsce szacowane są aktualnie na 5,15%, a za najlepsze parki handlowe na stabilnym poziomie ok. 6,8%. W II kw. nie odnotowano jednak transakcji, których przedmiotem były centra handlowe, poza wspomnianą transakcją sprzedaży udziałów GTC.

Autor : Agnieszka Ratajczyk

Większa grupa przedsiębiorców będzie mogła skorzystać z programów grantowych Marszałka Województwa

0

Dzisiaj odbyło się spotkanie przedstawicieli organizacji zrzeszających przedsiębiorców, samorządowców oraz Marszałka Województwa Olgierda Geblewicza. Tematem była przyszłość programu grantowego przygotowanego przez Urząd Marszałkowski z pieniędzy z RPO. Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apelowała do Marszałka o zmniejszenie progu starania się o środki z 70% do 50%. Przedsiębiorca musiałby wykazać, że przez trzy miesiące zanotował spadek przychodów minimum o połowę. – To sukces Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie. Kolejny raz udowadniamy, że jesteśmy instytucją skuteczną. Bardzo dziękujemy Panu Marszałkowi Olgierdowi Geblewiczowi za wysłuchanie naszych argumentów – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Jarosław Tarczyński.

Północna Izba Gospodarcza apelowała o zmianę kryterium konkursu grantowego Marszałka Województwa, by umożliwić udział w naborze większej grupie przedsiębiorców. – Każda pomoc w czasach pandemii koronawirusa jest dla przedsiębiorców na wagę złota. Konkurs grantowy Marszałka Województwa to 50 milionów złotych, które zasilą zachodniopomorskich przedsiębiorców. Uważamy, że ograniczenie uczestnictwa w projekcie grantowych tylko do firm, które odnotowały stratę w wysokości 70% trzy miesiące z rzędu bardzo mocno ogranicza dostępność tych pieniędzy. Mogłyby starać się o nie właściwie tylko firmy z branży turystycznej, hotelarstwa i ewentualnie branży szkoleniowej i eventowej – mówi Prezes Jarosław Tarczyński.

– Wielkie straty odnotował także przemysł, transport, logistyka, produkcja, branża budowlana. Te firmy jednak nie zawsze w 100% zawieszały działalność, a walczyły jak lwy o klientów i utrzymanie kontraktów. Aktywnie ruszyły do działania, gdy rozpoczęło się „odmrażanie gospodarki”. Naszym zdaniem obniżenie kryterium uczestnictwa w grancie do 50% da im szanse na pozyskanie pieniędzy – dodaje Prezes Jarosław Tarczyński. – Odrzucamy argumentacje, że im wyższe kryteria, tym bardziej potrzebujące firmy skorzystają. Wychodzimy z założenia, że granty mają być elementem pomagającym przetrwać, ale mają być także dźwignią rozwoju i wsparciem dla utrzymywania miejsc pracy– dodaje Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie.

– Jako samorząd gospodarczy działający w imieniu i interesie zachodniopomorskich przedsiębiorców jesteśmy bardzo zadowoleni, że głos i argumenty przedsiębiorców zostały wysłuchane przez Pana Marszałka i kryteria dostępu będą zmienione. Rolą takich instytucji jak Północna Izba Gospodarcza jest właśnie prezentowanie wypracowanych i konsultowanych, wspólnych stanowisk przedsiębiorców. Narzędzie finansowe w postaci grantów na kapitał obrotowy musi mieć oczywiście jakieś ramy i kryteria, natomiast musi także zapewniać równość dostępu, nie tylko z uwagi na stopień spadków przychodów, ale także z uwagi na branże i miejsce prowadzenia działalności. Mamy również świadomość, że trudno jest wszystkie rodzaje działalności i ich relacje przychodów do kosztów i zatrudnienia zmierzyć jedną miarą i zbudować idealny mechanizm wsparcia. Uważamy jednak, że wypracowany kompromis jest dobry i pozwoli na wsparcie firm z różnych sektorów i różnych części naszego województwa – dodaje dyrektor biura Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Piotr Wolny.

Państwowy Instytut Geologiczny pomoże w realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego

0

Państwowy Instytut Geologiczny i spółka CPK podpisały umowę o współpracy przy planowaniu, projektowaniu i budowie portu lotniczego oraz związanych z nim inwestycji kolejowych i drogowych. Obejmuje ona m.in. udział w badaniach terenowych i specjalistyczne doradztwo przy rozpoznaniu podłoża. 

Wsparcie merytoryczne Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego (PIG-PIB) będzie dotyczyć przede wszystkim zakresu geologii inżynierskiej, hydrogeologii i badań podłoża. PIG-PIB wypełnia w Polsce zadania państwowej służby geologicznej oraz państwowej służby hydrogeologicznej.

Umowa CPK i PIG-PIB to zapowiedź merytorycznej współpracy, która musi przełożyć się na szybki postęp prac przy tym ważnym infrastrukturalnym projekcie – mówi wiceminister infrastruktury Marcin Horała, pełnomocnik rządu ds. CPK.

Celem współpracy jest konsultacja i wybór wysokiej jakości metod badawczych, a także optymalizacja standardu badań terenowych, jakie będą realizować wykonawcy. CPK i PIG-PIB zobowiązały się do powołania zespołu roboczego, który zajmie się realizacją ustaleń zapisanych w umowie.

Doradztwo PIG-PIB będzie potrzebne już na etapie przygotowania założeń do współpracy z doradcą ds. badań terenu na potrzeby przygotowywania master planu Portu Lotniczego Solidarność, którego wykonawca ma zostać wybrany na przełomie III i IV kwartału br. Zadaniem wykonawcy badań terenu będzie przygotowanie we współpracy z CPK m.in. wkładu do dokumentacji geologicznej i geofizycznej, map do celów projektowych, oceny stanu technicznego obiektów budowlanych, badań archeologicznych i rozpoznania saperskiego.

CPK to nie tylko port lotniczy, ale cały system transportowy, który zrewolucjonizuje podróżowanie po Polsce. Przygotowujemy projekt infrastrukturalny o łącznej wartości nakładów inwestycyjnych przekraczającej 100 mld zł. W celu sprawnej realizacji niezbędna jest szeroka współpraca z ekspertami w swoich dziedzinach, a takich zapewnia PIG-PIB – mówi Mikołaj Wild, prezes spółki CPK.

Posiadamy ponad stuletnie doświadczenie, wiedzę i wybitnych ekspertów z zakresu geologii inżynierskiej, hydrogeologii i geozagrożeń. Skutecznie doradzimy, jakie czynniki geologiczne powinny być uwzględnione w procesie planowania, przygotowywania i prowadzenia inwestycji oraz pomożemy w interpretacji danych geologicznych pozyskanych w trakcie prac – podkreśla dyrektor Instytutu dr inż. Mateusz Damrat, który w imieniu PIG-PIB podpisał umowę o współpracy z CPK.

Umowa będzie obowiązywała przez cały okres trwania inwestycji CPK. Jak wynika z harmonogramów przedstawionych przez spółkę CPK w czerwcu br., uruchomienie pierwszego etapu lotniska (dwóch dróg startowych wraz z niezbędną infrastrukturą, która umożliwi obsługę do 45 mln pasażerów rocznie) jest przewidywane na koniec 2027 r. Inwestycje kolejowe CPK zostały zaplanowane na lata 2020-2034, przy czym część spośród odcinków ma być gotowa wraz z otwarciem lotniska.

To już kolejna umowa o współpracy podpisana przez spółkę CPK z państwowymi podmiotami. W marcu 2020 r. CPK i Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad (GDDKiA) zawarły porozumienie dotyczące koordynacji inwestycji, np. poszerzenia autostrady A2 na odcinku Warszawa-Łódź i budowy Obwodnicy Aglomeracji Warszawskiej. CPK współpracuje też m.in. z Instytutem Meteorologii i Gospodarki Wodnej (IMGW), pozyskując od niego dane niezbędne do planowania lotniska.

Spółka CPK jest obecnie w trakcie dialogu konkurencyjnego z lotniskami Incheon w Seulu i Narita w Tokio, których efektem będzie wybranie w tym roku doradcy strategicznego. W części lotniskowej projektu trwa m.in. postępowanie, którego celem jest wybór konsultanta technicznego ds. master planu (opracowania określającego m.in. szczegółowe parametry portu lotniczego, obszar inwestycji, wymiary i lokalizację elementów infrastruktury, prognozy ruchu, plan etapowania budowy i koncepcję zagospodarowania terenów wokół lotniska).

W części kolejowej projektu spółka m.in. kończy analizę uwag i opinii w ramach ogólnopolskich konsultacji kolejowo-drogowego Strategicznego Studium Lokalizacyjnego (SSL). Trwają przygotowania do inwentaryzacji przyrodniczych dla odcinków linii kolejowych, które będą realizowane w pierwszej kolejności i dla których pierwsze roboty budowlane mają ruszać w 2023 r.

Spadek wydobycia ropy w USA

Każdy kolejny raport na temat liczby odwiertów w USA potwierdza, że przy tak niskich poziomach często lepiej się wstrzymać i ograniczyć produkcję. Tym razem spadek był niewielki, aczkolwiek odczuwalny dla cen ropy.

Kolejne odbicie na złotym

Polska waluta znów ucieka od bariery 4,50 zł za euro. Dzisiaj znajduje się trzy grosze poniżej tego pułapu stanowiącego najwyższy poziom od maja. Z drugiej strony zarówno frank jak i dolar są blisko ostatnich minimów. Wynika to z siły euro względem tych walut, a nie dobrej dyspozycji złotego. Nie zmienia to faktu, że niemal najtańszy frank od połowy czerwca, czy dolar wyrównujący najniższe poziomy od marca, cieszą osoby zainteresowane zakupem tych walut.

Kolejne dołki liczby wież wiertniczych

W USA liczba wież wiertniczych jest najniższa od ponad dekady. Powodem jest niska cena surowca, która powoduje, że wydobycie nie jest tak opłacalne. Przy tym poziomie z niektórych złóż w ogóle nie opłaca się wydobywać. Cena ropy tym razem nie reagowała, ale należy zwrócić uwagę, że spadek wyraźnie spowalnia. Wygląda bowiem na to, że jesteśmy blisko dna, o ile okolice 40 dolarów za baryłkę amerykańskiej ropy zostaną utrzymane.

Rynek budowlany dalej rośnie

Rynek nieruchomości jest pilnie obserwowany w USA podczas każdego potencjalnego spowolnienia gospodarczego. Ostatni kryzys był z nim silnie związany, więc i teraz szuka się analogii. Problem ten teraz jednak nie występuje. W dalszym ciągu sprzedaż domów nie załamała się, a budowy nowych wciąż są rozpoczynane. Pomimo tych danych dolar tracił na wartości względem euro.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

 

Produkcja wzrosła, ale na huraoptymizm za wcześnie

0

W świetle dzisiejszej informacji GUS, w czerwcu br. produkcja sprzedana przemysłu wzrosła o 0,5% r/r oraz 13,9% m/m.

Komentarz dr Sonii Buchholtz, ekspertki Konfederacji Lewiatan:

Odsezonowanie wskaźników przynosi korektę do poziomów -4,9% r/r oraz +9,7% m/m. Potwierdza to dominującą w gospodarce obserwację, że nawet dla niektórych branż popyt jest wciąż daleki od okresu przedpandemicznego.

Zwiększamy moce produkcyjne, ale co ważniejsze – systematycznie budzi się zapotrzebowanie na nasze dobra. Potwierdza tę hipotezę wynik przetwórstwa, które w stosunku do maja urosło o 15,9% i 0,9% na przestrzeni roku (dane nieodsezonowane). Dobry sygnał daje produkcja dóbr konsumpcyjnych trwałych (+16,2% r/r), bo niepewność zazwyczaj powoduje odroczenie zakupów z tej kategorii. Spadki dóbr inwestycyjnych (o -8,6% r/r) tonują jednak ewentualny hurraoptymizm. Firmy ewidentnie wciąż odczuwają znaczącą niepewność. Ewentualny wzrost zapotrzebowania łatają naprawiając i konserwując maszyny i narzędzia (+6,9% r/r), aniżeli kupując nowe.

Naturalnie sytuacja poszczególnych gałęzi pozostaje bardzo zróżnicowana: na plusie w horyzoncie roku są 21 na 34 gałęzie tworzące niemal 70% wartości krajowego przemysłu (dla przypomnienia, w kwietniu ponad 88% kategorii generujących 96,9% wartości). Czerwcowe wzrosty stały się udziałem m.in. produkcji mebli (19,3%) w dużym stopniu eksportowanej (a więc jej wielkość zależy od zapotrzebowania konsumentów zagranicznych) i urządzeń elektrycznych 16,9%. Na niewielkim plusie jest produkcja spożywcza – przy czym w jej wypadku nie odnotowaliśmy istotnych zmienności wywołanych epidemią koronawirusa.

Tym niemniej, wiele istotnych branż notuje wciąż negatywną dynamikę. Wśród nich produkcja wyrobów tytoniowych (-17,5%), czego przyczyny są różnorodne – ograniczenia w handlu międzynarodowym, wyższa akcyza, mniejsza liczba palaczy (migranci) i zmiana wzorców konsumpcji – tylko część z nich ma charakter przejściowy. Spadek dotknął również motoryzację (-15,2%), chociaż po kwietniowych spadkach sięgających nawet -80% to jak powrót z dalekiej podróży. Na minusie jest także produkcja maszyn i urządzeń (-13,0%). Sprzedaż w obu gałęziach jest mocno uzależniona od zapotrzebowania za granicą lub innych działów krajowej gospodarki.

Wzorzec wychodzenia z dołka pozostaje bardzo zróżnicowany w zależności od charakteru dóbr i zapotrzebowania z nim związanego. Stąd też struktura krajowego przetwórstwa ma duże znacznie dla tempa wychodzenia z recesji.

Konfederacja Lewiatan

Cyfryzacja zasobów informacji coraz bardziej popularna wśród polskich firm – rozmowa z Przemysławem Kędziorem

0

Przemysław Kędzior – Menadżer sprzedaży z wieloletnim doświadczeniem, które zdobywał w firmach takich jak Pekao, Bank Pocztowy czy Iron Mountain Polska. Od 2019 rozwija polskie przedstawicielstwo szwajcarskiej firmy TCG Process, będącej dostawcą światowej klasy rozwiązania klasy input management – DocProStar®. Jest absolwentem Wydziału Prawa Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie oraz studiów podyplomowych z zakresu Zarządzania Projektami w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. W rozmowie opowiada o cyfrowych zasobach informacji na których najchętniej pracują polskie firmy, coraz częściej wybieranych rozwiązaniach typu „input management” oraz o trwającej rewolucji cyfrowej, której, jak podkreśla, nie należy się obawiać.

Czym zajmuje się firma TCG?

Jesteśmy firmą, która dostarcza jedno z wiodących narzędzi klasy „input management”. Obecnie posiadamy już niemal 300 wdrożeń na całym świecie oraz stałe biura na 3 kontynentach. Wśród firm korzystających z naszej platformy znajdują się wiodące, globalne instytucje z takich branż jak finanse, ubezpieczenia, firmy telekomunikacyjne czy przemysł. Jednym z największych klientów jest wiodąca w Europie sieć z branży retail. DocProStar wykorzystywany jest również szeroko w takich branżach jak ochrona zdrowia czy jednostki rządowe oraz edukacja. Teraz działamy również na polskim rynku. Za wcześnie, aby mówić o naszych klientach, ale już dziś mogę zdradzić, że widzimy duże zainteresowanie rozwiązaniami typu „input management”.

Co skłoniło TCG do wejścia na polski rynek?

Polska jest dużym i dojrzałym rynkiem, z dobrymi perspektywami dalszego wzrostu. Jest tutaj również rozwinięty sektor BPO/SSC, które są obok szeroko pojętej branży finansowej strategicznym odbiorcą platformy, którą rozwijamy we wszystkich krajach. W Polsce jest ponad 300 tys. pracowników zatrudnionych w tym sektorze w 2019 r. oraz prognozowany przed epidemią wzrost o 10 proc. na 2020. Cenimy wykwalifikowaną kadrę i bogate zaplecze akademickie.

Równolegle widać wyraźny trend w automatyzacji procesów, zarówno wewnątrz branży BPO, która próbuje w ten sposób odpowiedzieć na wzrost wynagrodzeń, ale również wewnątrz przedsiębiorstw, w których wysoki poziom automatyzacji ma w założeniu eliminować potrzebę outsourcowania procesów. Wydaje się, że sektor BPO/SSC w dłuższej perspektywie nie ma innego kierunku niż wprowadzanie usprawnień szybciej niż ich klienci. Widzimy tutaj rolę dla naszej platformy DocProStar, która dzięki technologiom opartym o min. o machinę learning pozwala zautomatyzować proces odbioru napływający do przedsiębiorstw niezależnie czy mówimy o modelu outsourcingowym czy insourcingowym.

Jakie są wyróżniki polskiego rynku w kontekście branży zarządzania informacją oraz cyfryzacją zasobów informacji?

Firmy w coraz większym stopniu operują na danych cyfrowych – z naszego punktu widzenia jest to wyraźnie widoczne, ponieważ obserwujemy zmiany w charakterze i źródłach tzw. „inputu” informacji. O ile jeszcze parę lat temu w zasadzie niepodzielnie królującym źródłem były dokumenty papierowe, to w tej chwili wyraźnie widać wzrost znaczenia kanałów www, mobilnych, wszelkich integracji systemowych itp. Jest to trend występujący oczywiście nie tylko w Polsce, natomiast nas wyróżnia otwartość na szybkie wdrażanie i stosowanie nowych technologii i tu widzimy miejsce dla siebie. Klienci wręcz oczekują od swoich partnerów dbałości o to, by rozwiązania, z których korzystają były w technologicznej czołówce nie tylko w kraju, ale również na świecie. Jest to element, na którym przedsiębiorstwa coraz częściej opierają swoją konkurencyjność.

Pod tym względem przypominamy pewnie bardziej dynamiczne rynki Ameryki Południowej, które szybko i sprawnie wdrażają najnowsze rozwiązania. Ponadto łącząc to z dojrzałością systemu prawnego, który wymusza kontrolę ich jakości i bezpieczeństwa (szczególnie w sektorze finansowym).

Na jakich cyfrowych zasobach informacji najchętniej pracują polskie firmy? Jaki rodzaj dokumentów najczęściej zasila DPS? Jakie branże najchętniej korzystają z produktów input management?

Trudno jest wskazać konkretną kategorię informacji, która byłaby pomijana przy tego typu procesach. Kryteria, dzięki którym firmy wybierają obszary digitalizacji to wymierne oszczędności w obsłudze back office oraz możliwość skoncentrowania się na działalności głównej.  W związku z tym w przypadku banków czy firm ubezpieczeniowych będzie to np. dokumentacja kredytowa, pożyczkowa czy polisy. W przypadku retail – automatyzacja procesu obsługi faktur.

Najnowszym trendem, który widzimy nie tylko w Polsce to zainteresowanie rozwiązaniami tzw. kancelarii cyfrowych, tj. możliwie w pełni zautomatyzowanym przyjmowaniu i kategoryzowaniu informacji napływającej do przedsiębiorstw. Kolejnym jest przenoszenie do świata cyfrowego coraz bardziej zaawansowanych procesów – np. otwieranie rachunków bankowy z potwierdzeniem tożsamości za pomocą selfie czy użycie telefonów komórkowych jako jednego z kanałów wytwarzania informacji w procesie.

Firmy zdają sobie obecnie sprawę, że dobry obieg informacji wewnątrz ich organizacji na konkurencyjnym rynku przekłada się bardzo bezpośrednio na jakość i szybkość obsługi/utrzymania klienta, a także na pierwsze wrażenie jakie wywrą na potencjalnych partnerach. Zdecydowanie innowacyjność jest elementem konkurencyjności.

Jakie korzyści daje biznesowi wykorzystywanie zaawansowanych platform do zarządzania danymi?

Szybkość podejmowania decyzji, a co za tym idzie: przewaga konkurencyjna. W dzisiejszych czasach to czy jesteśmy w stanie szybko reagować na potrzeby konsumentów determinuje to czy konsumenci w ogóle będą korzystać z naszych usług. W obecnych realiach biznesowych bez wykorzystania automatyzacji procesów nie ma możliwości skutecznego konkurowania z innymi firmami, które wykorzystują potencjał tego typu rozwiązań. Ma to znaczenie również wizerunkowe.

Do tego należy dodać oczywiście kwestie związane z łatwością i przewidywalnością zarządzania bazą kosztową. W przypadku oparcia się operacyjnie na zautomatyzowanych systemach, w dużym stopniu jesteśmy w stanie ograniczyć nieprzewidywalność czynnika ludzkiego oraz fluktuacje w samych procesach – np. nieprzewidzianych wzrostów. Oczywiście w naszej ocenie automatyzacja jeszcze długo będzie oznaczała współpracę człowieka i maszyny, a przewagę będą miały systemy, które w intuicyjny i łatwy sposób będą potrafiły wesprzeć proces decyzyjny dla wyjątków procesowych itp.

Czy pandemia może stanowić bodziec do jeszcze szybszej implementacji cyfrowych rozwiązań związanych z zarzadzaniem informacją? Jaki jest w tym kontekście feedback polskiego biznesu?

Pandemia na całym świecie przyczynia się do popularyzacji pracy zdalnej i modeli rozproszonych, a co za tym idzie wykorzystywania danych cyfrowych. To samo dotyczy konsumentów – jeszcze więcej kwestii chcemy załatwiać bez wychodzenia z domu. Taki model generuje olbrzymie ilości danych cyfrowych, które trzeba przetwarzać w sposób zautomatyzowany.

O pozytywnym feedbacku może świadczyć duże zainteresowanie firm na polskim rynku rozwiązaniami z obszaru input management.

Mówi się o rewolucji w kontekście organizacji pracy i rozwoju nowych technologii, czy już teraz możemy spodziewać się permanentnych zmian?

Jesteśmy w trakcie rewolucji. W czasie pandemii i zupełnego lockdownu wiele firm zrozumiało, że praca w biurze nie jest koniecznością. Przy posiadaniu odpowiedniego sprzętu oraz narzędzi, w tym wysokiej klasy rozwiązań online możliwa jest intensywna i wydajna praca z dowolnego miejsca: domu, kawiarni czy open space.  Ostatni czas pokazał również, że nie liczba przepracowanych godzin jest istotna a efekty pracy. Niemieckie związki zawodowe już teraz wynegocjowały dla swoich członków 28-godzinny tydzień pracy. Polska nie jest jeszcze na to gotowa, chociaż robimy już krok do przodu. Jeszcze 20 lat temu wg Polskiego Instytutu Ekonomicznego Polacy pracowali średnio po 42 godziny, a dziś to 39 godzin tygodniowo. Obserwujemy zmiany w podejściu pracodawców i mamy nadzieję, że ta rewolucja będzie trwała.

Jak zmiana naszego trybu pracy wpłynie na rozwój technologii zarządzaniem informacją i kwestiami organizacji działalności firmy?

Już obecnie widoczny jest bardzo wyraźny trend do automatyzacji procesów. Z jednej strony przyspieszamy je oraz optymalizujemy, a z drugiej pomagamy w utrzymaniu ciągłości działania. Naszym zdaniem udział oraz nadzór człowieka nad takimi systemami będzie konieczny jeszcze długo natomiast dzięki wsparciu odpowiednich platform łatwe jest dopasowanie modelu pracy do otoczenia i działanie w modelu rozproszonym ( np. z domu ). Na pewno z ciekawością będziemy przyglądać się ewolucji branży BPO/SSC w kontekście pandemii – widzimy dużą otwartość na poszukiwanie nowych technologii i rozwiązań.

Większość polskich managerów uważa, że w ciągu najbliższych 4 lat wielu pracowników administracji będzie zmuszonych do przebranżowienia. Jak nowe technologie mogą wpłynąć na zatrudnienie i wynagrodzenie pracowników?

Według ogólnoświatowych trendów każdy z nas powinien być otwarty na zmiany i przebranżowienie się, jeśli będzie wymagała tego sytuacja. Nowe technologie ułatwią tak naprawdę pracę pracownikom administracji. Dziś w czasie lockdownu spora część firm z powodu braku odpowiednich narzędzi nie mogła pracować online. Wprowadzenie do swojej firmy elektronicznego obiegu dokumentów umożliwia pracę zdalną, również dla pracowników administracyjnych. Coraz częściej staje się popularne pojęcie „e-administracji”.  Wykwalifikowane i zautomatyzowane społeczeństwo to nowoczesne społeczeństwo. Uważam, że nie powinniśmy się bać zmian, jakie nadchodzą w obszarze nowych technologii.

Czy skup węglika spiekanego to opłacalny biznes?

0

W Polsce coraz więcej osób szuka alternatywnych sposobów na pomnażanie majątku. Ludzie posiadający oszczędności próbują sił w przeróżnych branżach. Jedną z nich jest m.in. skup złomu. Czy to wciąż opłacalny interes, który może stać się sposobem na dostatnie życie?

Przybliżymy w tym materiale obecne statystyki, wartość rynku i możliwości. Zwrócimy również uwagę na jeden z najpopularniejszych surowców, którym jest węglik spiekany. Jeżeli więc interesuje Cię praca w skupie złomu od wewnątrz i realia rynku, zapraszamy serdecznie do lektury.

Czy skup złomu jest wciąż opłacalny?

Wszystko, co dobre, szybko się kończy. Czy na pewno? Coraz głośniej mówi się o tym, że zbliża się wielki kryzys w branży złomu. Dlaczego? Za sprawą coraz mniejszej ilości produkowanej stali. Rynki wykazują spadki cen metali, a niewielkie skupy w małych miejscowościach coraz częściej ogłaszają upadłość. Jeżeli więc chcesz wejść w ten biznes, musisz dokładnie przeanalizować konkurencję w swojej okolicy, potencjał lokalnego rynku i zaoferować klientom to, czego jeszcze nie widzieli. Coraz więcej działalności z bogatą historią zaczyna specjalizować się w konkretnych metalach, wybierając metale szlachetne lub skup węglika spiekanego.

Jak założyć skup złomu?

Chcesz otworzyć skup złomu? W pierwszej kolejności należy założyć firmę lub spółkę (za wyjątkiem spółki partnerskiej), która będzie dysponować odpowiednio dopasowanym PKD. Dla skupów złomów (i innych surowców wtórnych) jest to 38.11.Z. – zbieranie odpadów innych niż niebezpieczne. Biorąc jednak pod uwagę aspekt ekologicznych (gdyż składowanie odpadów może mieć negatywny wpływ na otoczenie), niezbędna jest decyzja o uwarunkowaniach środowiskowych lokalizacji skupu. Dla szczególnie niebezpiecznych komponentów (np. akumulatorów), należy wyznaczyć oddzielną strefę odbioru i przechowywania. Powinna być ona niedostępna dla osób niepowołanych i zwierząt oraz zabezpieczona na wypadek ewentualnego wycieku zawartości akumulatorów.

Czy to wszystko? Oczywiście pozostają jeszcze kwestie inwestycyjne. Na liście znajdziemy m.in.:

  • uzyskanie zezwolenia na zbieranie odpadów (616 zł),
  • zakup lub wynajem kontenerów,
  • ogrodzenie i zabezpieczenie terenu oraz nieruchomości,
  • środki bezpieczeństwa,
  • wagi i pozostałe narzędzia pozwalające na pracę (np. komputery, drukarki itp.).

Pamiętaj, by potwierdzać każdą transakcję umową kupna-sprzedaży. Pozwoli Ci to zabezpieczyć się na ewentualność przyjęcia mienia pochodzącego z kradzieży.

Warto oddzielić skup złomu od skupu metali kolorowych. Chociaż metale kolorowe są o wiele cenniejsze i gwarantują szybszą oraz większą stopę zwrotu, na przedsiębiorców czeka wiele pułapek. Przykładem mogą być m.in. podrabiane kruszce, czy towar wątpliwego pochodzenia. Jest to jednak tak rozległy temat, że warto mu poświęcić cały materiał. Nie będziemy więc skupiać się na nim w tej części. Przeznaczymy ją na złom węglika spiekanego, który jest coraz popularniejszy w branży recyklingu metali.

Co to jest węglik spiekany?

Węglik spiekany to tworzywo powstałe w procesie metalurgii proszków. W jego składzie znajdziemy m.in. takie pierwiastki jak: wolfram, tytan, chrom, cyrkon, tantal, niob. Wykorzystywany jest on do produkcji narzędzi i akcesoriów stosowanych podczas obróbki skrawaniem, np. wierteł, frezów, tarcz, noży itp.

Recykling węglika spiekanego – znaczenie dla ekologii i ekonomii

Nie trzeba być wykwalifikowanym ekologiem, by wiedzieć, że jakakolwiek działalność wydobywcza powoduje ogromne zniszczenia dla środowiska. Duża ilość powstających zanieczyszczeń i gazów oraz straty energii to nie jedyne problemy. W większości przypadków chodzi o złoża surowców nieodnawialnych, które powinniśmy zachować. Recykling to ogromne wsparcie dla przemysłu i nas samych. Należy mieć to na uwadze.

Warto zaznaczyć, że dla producentów narzędzi i akcesoriów wykorzystujących węglik spiekany, skup materiałów z rynku wtórnego jest bardziej opłacalny niż inwestycja w surowce pochodzące od wydobywców. Minimalizacja kosztów produkcji przy zachowaniu identycznych właściwości to ogromny atut pozwalający na obniżenie ceny produktów i maksymalizację zarobków.

Jakie przedmioty można sprzedać w ramach oferty skupu węglika spiekanego? Na liście znajdują się m.in.:

  • płytki wieloostrzowe do noży wymiennych,
  • frezy,
  • wiertła,
  • wkładki do ciągadeł,
  • walce do drutu,
  • wkładki do matryc,
  • matryce,
  • płytki wlutowywane do noży,
  • kulki i groty wlutowywane do głowic wiertniczych.

Jak widać, skup złomu (w tym węglika spiekanego) w obecnych czasach nie jest tak dochodowy i prosty, jak kilka lub kilkanaście lat temu. Konkurencja w branży jest niezwykle duża, a możliwości dla osób zbierających złom coraz mniejsze. Czy to znaczy, że prowadzenie skupu jest nieopłacalne? Osoby z wypracowaną marką, które szanują klientów i zapewniają im zadowalające warunki transakcji, zawsze znajdą swoje miejsce. Jeżeli chcesz dowiedzieć się więcej na temat naszej oferty, skontaktuj się z nami już dziś. Nie ma na co czekać!

Czy Europa Środkowa ma szansę stać się lokalnym liderem we wdrażaniu chmury cyfrowej?

0

„Przyszłość technologii to chmura” – takie słowa zaczynają powoli brzmieć jak truizm dla każdego, kto interesuje się kwestią cyfryzacji. Globalnie wydatki na tę technologię rosną w tempie kilkunastu procent rocznie, a rozwiązania chmurowe w wielu przypadkach zdominowały budżety IT firm. Rewolucja jednak nie wszędzie przebiega tak samo intensywnie, co szczególnie widać w Europie. Według danych Eurostatu[1] w krajach skandynawskich, jak Dania czy Szwecja, ponad połowa firm korzystała z chmury w swojej działalności, a w całej Europie przeciętnie co czwarta. Polska niestety w tym zestawieniu wygląda zdecydowanie gorzej, zajmując miejsce jedynie przed Rumunią i Bułgarią z wynikiem 11 proc. Czy naprawdę tak bardzo odstajemy od reszty krajów?

By to sprawdzić, postanowiliśmy przebadać trzy środkowoeuropejskie rynki: Polskę, Czechy i Węgry i zapytać tamtejsze firmy o ich doświadczenie, nadzieje i obawy związane z chmurą. Skupiliśmy się na średnich i dużych przedsiębiorstwach, by lepiej poznać trendy w dojrzałych organizacjach. Z naszych badań wyłoniły się trzy interesujące wnioski, które mogą skłaniać do optymizmu w myśleniu o przyszłości transformacji cyfrowej w regionie.

Przede wszystkim cyberbezpieczeństwo

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy to zaskakująca wysoka świadomość w obszarze cyberbezpieczeństwa. Firmy z naszego regionu zdają sobie sprawę z tego, jak bardzo istotny jest ten obszar dla kondycji firmy, a w skrajnych przypadkach dla jej przetrwania. Aż 53 proc. wszystkich badanych firm planuje w najbliższym czasie inwestycje w zwiększenie cyberbezpieczeństwa. Nasi rodacy stawiają na zabezpieczenia sieciowe (25 proc.), szkolenie pracowników (24 proc.) i regularne aktualizacje. Dla porównania odpowiednią ochronę sieci wdrożyło 19 proc. Czechów i jedynie 4 proc. Węgrów. Dlaczego to takie ważne z punktu widzenia rozwoju chmury? Ponieważ właśnie to środowisko jest najlepszym rozwiązaniem, które może spełnić potrzeby lokalnych przedsiębiorców w obszarze cyberbezpieczeństwa. Przykład? Jako kluczowe zagrożenia badani wskazują złośliwe oprogramowanie, kradzież danych i szyfrowanie plików przez ransomware. W sytuacji, kiedy system nie poradzi sobie z wykryciem złośliwego oprogramowania lub zostanie ono nieświadomie pobrane przez pracownika, często jedyną radą na uniknięcie strat jest przywrócenie danych sprzed awarii. Jest to możliwe, jeśli firma wykonuje regularny backup swoich plików. Najlepsze narzędzia do tego daje właśnie chmura. Środowisko to pozwala na automatyczny, regularny i kompletny backup, którego koszty zaczynają się od dosłownie kilku złotych miesięcznie. Jeśli przedsiębiorcy rzeczywiście poważnie podejdą do kwestii ochrony swoich danych przed cyber zagrożeniami, chmura będzie dla nich naturalnym kierunkiem.

Niskie uzależnienie od technologii on-premise

Dla wielu firm, które swoją podróż w kierunku cyfrowej transformacji rozpoczęły już kilkanaście lat temu, poważną przeszkodą przed migracją do chmury jest istniejąca już infrastruktura IT. W sprzęt zainwestowano potężne środki, zatrudniono ekspertów specjalnie do jego obsługi, a przeszkolenie pracowników w nowych rozwiązaniach może być czasochłonne i kosztowne. W naszym regionie funkcjonujące rozwiązania nie są jednak przeszkodą. W Polsce jedynie 3 proc. ankietowanych wskazało ten powód, podobnego zdania jest 2 proc. wśród Czechów i 15 proc. Węgrów. Daje to krajom regionu bardzo dobry punkt wyjścia do transformacji opartej o bardziej zaawansowane, elastyczne i skalowalne rozwiązania. Dla lokalnych firm jest to szansa na wyjątkowo proste i optymalne kosztowo wykonanie dużego technologicznego skoku w przód.

Rosnące zaufanie

Przez lata jako główną przyczynę pozostawania przy własnej infrastrukturze przedsiębiorcy wskazywali brak zaufania do dostawców chmurowych. Obecnie jednak powoli się to zmienia. Z badania wynika, że główną barierą dla firm są ich wewnętrzne procedury, tak wskazuje 34 proc. Polaków, 25 proc. Czechów i 19 proc. Węgrów. Deficyt zaufania staje się mniej istotnym problemem, dla 27 proc. firm z Polski i jedynie 5 proc. z Czech stanowi on przeszkodę. Rosnące zaufanie do chmury to zdecydowanie korzystny trend i efekt edukacji w tym obszarze. Nie bez znaczenia jest także fakt, że coraz więcej ludzi uświadamia sobie, że korzysta z chmury w codziennym życiu, czy to korzystając z poczty, czy komunikatora w pracy. Ten trend z pewnością zostanie jeszcze wzmocniony przez epidemię Covid-19, który postawił wiele firm w sytuacji, w której musiały się one odważyć na skorzystanie z chmury.

Czy więc organizacje z Europy Środkowej mają szansę stać się liderem we wdrażaniu rozwiązań chmurowych? Na chwilę obecną ciężko przewidywać jak będzie wyglądała przyszłość. Zmieniające się dynamicznie warunki związane, chociażby z ochroną zdrowia czy nasilająca się polaryzacja technologiczna pomiędzy USA a Chinami powodują, że przyszłość transformacji cyfrowej w Europie może przebiegać bardzo różnie. Jednak istnieje kilka przesłanek, które mogą napawać nas optymizmem. Jeśli dotychczasowe trendy się utrzymają, to polskie, czeskie i węgierskie firmy mogą stać się niespodziewanym czarnym koniem technologicznego wyścigu.

Marcin Zmaczyński, Head of Marketing CEE w Aruba Cloud

[1] https://ec.europa.eu/eurostat/documents/2995521/9447642/9-13122018-BP-EN.pdf/731844ac-86ad-4095-b188-e03f9f713235

Pracodawcy apelują o wprowadzenie stałych rozwiązań w zakresie pracy zdalnej

0

COVID – 19 znacząco wpłynął na sytuację na rynku pracy.  Początkowo pracodawcy stanęli przed wyzwaniem zapewnienia swoim pracownikom bezpiecznych warunków pracy. Świetnie sprawdziło się tutaj rozwiązanie w postaci pracy zdalnej, tymczasowo uregulowane w tarczy antykryzysowej. Doświadczenie ostatnich miesięcy pokazało jednak, że możemy mieć do czynienia z trwałą zmianą modelu pracy. PwC wskazuje, że aż 74% firm ma w planach zwiększenie zakresu pracy zdalnej po zakończeniu pandemii. Odpowiedzią na nową rzeczywistość muszą być zmiany prawne, o które apelują dziś pracodawcy.

W trakcie prac nad projektem „Bezpieczny powrót do pracy” organizacje pracodawców:

  • American Chamber of Commerce (AmCham)
  • Business Center Club
  • Francusko-Polska Izba Gospodarcza
  • Konfederacja Lewiatan
  • Polskie Forum HR
  • Polsko-Szwajcarska Izba Gospodarcza
  • Pracodawcy RP
  • Związek Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL)

dokonały przeglądu obowiązujących regulacji, spośród których wyróżniły te, które wymagają stałych zmian w polskim prawie. Za cel postawiły opracowanie takich rozwiązań legislacyjnych, które będą stanowić wsparcie pracowników oraz pracodawców w możliwie jak najbardziej płynnym i normalnym funkcjonowaniu. Wśród tych najbardziej pilnych wyróżniono obszar pracy zdalnej oraz mierzenia temperatury i wykonywania testów na COVID-19.

Praca zdalna

Jak pokazały doświadczenia ostatnich miesięcy, praca zdalna była i jest szeroko wykorzystywanym narzędziem organizacji pracy. Co więcej, jak wynika z raportu Devire, dwóch na trzech kandydatów chętniej wybierze ofertę, która zapewnia częściowy lub pełny wymiar pracy zdalnej. Oznacza to, że jest to rozwiązanie pożądane przez pracowników, zwiększające atrakcyjność danego stanowiska pracy. Wszystko wskazuje na to, że praca zdalna stanie się stałym elementem rynku pracy, nie tylko zwiększającym bezpieczeństwo w momentach tak trudnych jak obecny, i wpisze się w rzeczywistość wielu firm.

Niesie ona za sobą ogromne wyzwania natury legislacyjnej. Ustawy w ramach tarczy antykryzysowej wprowadziły pewne narzędzia prawne, odpowiadające na potrzeby pracodawców i pracowników, są to jednak rozwiązania tymczasowe, których obowiązywanie kończy się 4 września br. Kodeksowe zapisy dotyczące telepracy są zbyt wąskie, aby objąć wszystkie przypadki, gdzie praca zdalna może mieć zastosowanie, a ich treść nie zawsze jest możliwa do zastosowania. Praca zdalna może być wykonywana w dowolnym miejscu, ma charakter mniej lub bardziej nieregularny, a jej zastosowanie zależy głównie od dwóch czynników: charakteru wykonywanych prac oraz preferencji pracowników i pracodawców co do jej częstotliwości. Definicja tej formy organizacji pracy powinna wziąć pod uwagę szereg możliwości, które praca zdalna oferuje. Dodatkowo, w opinii organizacji pracodawców, większość elementów jej dotyczących powinna być przedmiotem indywidualnych ustaleń między pracownikiem a pracodawcą. Dotyczy to przede wszystkim jej częstotliwości, miejsca wykonywania, bezpieczeństwa danych, czy ewentualnych kosztów ponoszonych przez pracowników.

Jednym z kluczowych elementów, które wymagają regulacji jest też obszar bezpieczeństwa i higieny pracy. W związku z tym, że pracodawca nie ma pełnej kontroli nad warunkami panującymi w miejscu pracy, nie ma możliwości zastosowania wszystkich przepisów dot. BHP wynikających z Kodeksu pracy i innych aktów prawnych. Stąd też pracodawcy składają propozycję rozwiązań bardziej odpowiadających rzeczywistości pracy zdalnej, m.in.  w zakresie postępowania wypadkowego i dokonania kwalifikacji, czy zdarzenie miało charakter wypadku przy pracy.

Brak jasnej podstawy prawnej mierzenia temperatury i wykonywania testów

Różne podejścia urzędów sprawiają, że brak jest jasnych zasad, które powinny stanowić podstawę prawną mierzenia temperatury ciała i wykonywaniu testów na COVID – 19, w szczególności w zakresie przetwarzania danych. Zdaniem GIS, pracodawca musi uzyskać zgodę pracownika na pomiar. Innego zdania jest UODO, który w swoim stanowisku wskazuje, iż zgoda nie może być podstawą przetwarzania danych, a mogą nią być, zgodnie z art. 9 ust. 2 lit. i) RODO, przepisy obowiązującego prawa. Konieczne zatem jest wprowadzenie w Kodeksie pracy instrumentu prawnego, który pozwoli na podejmowanie przez pracodawców powyższych działań w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia oraz w celu ochrony tych dóbr w stosunku do ogółu zatrudnionych przebywających na terenie zakładów pracy.

Podmioty powiązane w rozumieniu ustawy o podatku dochodowym

0

Przepisy dotyczące wyznaczania cen transferowych oraz sposobu ich dokumentacji dotyczą krajowych i zagranicznych podmiotów powiązanych. W przeszłości o powiązaniach pomiędzy podmiotami decydowały głównie powiązania kapitałowe. Od 2018 r. znaczenia nabrały także inne kryteria, które mają różną postać. W związku z tym, rozpoczynając współpracę z kontrahentem, w pierwszej kolejności powinno się ustalić, czy jest to podmiot powiązany i w konsekwencji określić specjalne warunki transakcji oparte o przepisy o cenach transferowych.

Definicja ustawowa

Zgodnie z art. 11a ust. 1 pkt 4) ustawy o CIT oraz analogicznym art. 23m ust. 1 pkt 4) ustawy o PIT podmioty powiązane są charakteryzowane przez jedno z czterech kryteriów:

  • znaczący wpływ – jeden podmiot wywiera znaczący wpływ na co najmniej jeden inny podmiot;
  • podmioty, na które wywiera znaczący wpływ ten sam podmiot, lub członek rodziny do drugiego stopnia wywiera znaczący wpływ;
  • spółka niemająca osobowości prawnej i jej wspólnik;
  • podatnik i jego zagraniczny zakład.

Z powyższego katalogu wynika, że zakres kryteriów decydujących o podmiotach powiązanych jest bardzo szeroki i nie odnosi się wyłącznie do relacji kapitałowych.

Wywieranie znaczącego wpływu

Istotną rolę odgrywa wywieranie znaczącego wpływu, które może być rozumiane w różny sposób. W tym zakresie ustawodawca określił w ustawie przypadki, kiedy występuje wywieranie znaczącego wpływu. W pierwszej kolejności istotne są powiązania kapitałowe, ale nie tylko one determinują stopień powiązania pomiędzy podmiotami. O podmiotach powiązanych można mówić w sytuacji, gdy jeden z nich spełnia jedno z kryteriów: udziałów (posiada bezpośrednio lub pośrednio co najmniej 25% udziałów w kapitale), praw głosu (25% głosów w organach kontrolnych, stanowiących lub zarządzających) lub zysku (25% udziału w zyskach lub ekspektatywę takiego prawa).

W efekcie, aby zweryfikować powiązania pomiędzy podmiotami, należy znać nie tylko szczegółową strukturę właścicielską, ale także sposób podziału zysku czy prawa głosu. Dodatkowo poziom trudności podnosi możliwość wystąpienia takiego wpływu nie tylko w sposób bezpośredni, lecz także w sposób pośredni. Oznacza to więc, że w sytuacji, gdy podmiot posiada w jednym podmiocie 27% udziałów bezpośrednio oraz 30% praw głosu w innym podmiocie, to te dwa podmioty są powiązane, pomimo iż nie łączą ich bezpośrednie relacje.

Wpływ na decyzje gospodarcze

Kolejne kryterium powiązań pomiędzy podmiotami przewiduje możliwość wpływania osoby fizycznej na decyzje gospodarcze podmiotu. Osoby te nie muszą występować jako członkowie organów zarządzających, nadzorczych lub stanowiących. Jedynym kryterium jest wpływ na podejmowanie kluczowych decyzji gospodarczych przez osobę prawną lub jednostkę nieposiadającą osobowości prawnej. Ustalenie tego kryterium jest bardzo ciężkie w szczególności w przypadku, jeżeli podmiot nie został ujawniony w oficjalnych rejestrach. Można wyobrazić sobie sytuację, gdy podmiot będący członkiem zarządu jednego podmiotu bierze udział formalnie w podejmowaniu kluczowych decyzji przez inny podmiot np. jako doradca. W takiej sytuacji w przypadku transakcji pomiędzy podmiotami może pojawić się ryzyko występowania powiązań i konieczność odpowiedniego dostosowania transakcji i przygotowania dokumentacji cen transferowych. Brak definicji w tym zakresie prowadzić może do sporów wynikających z uznaniowości decyzji. Przykładowo jedną z oznak wywierania znaczącego wpływu może być wpływ na wybór podmiotów zarządzających, nadzorujących, wpływ na strukturę podmiotu czy zmuszanie członków organów do rezygnacji. Istotne jest jednak, że w porównywalnym przypadku dotyczącym podmiotów niepowiązanych takie zachowania nie miałyby miejsca.

Powiązania rodzinne

O powiązaniach pomiędzy podmiotami może świadczyć pozostawanie w stosunku małżeństwa lub pokrewieństwa lub powinowactwa do drugiego stopnia. Nie ma tu żadnego dodatkowego kryterium. Wystarczy jedynie sam fakt wystąpienia związków o charakterze rodzinnym pomiędzy dwoma podmiotami. Powiązania te dotyczą także podmiotów transgranicznych.

Oznacza to, że jeżeli jeden małżonek jest członkiem zarządu jednej spółki, a drugi małżonek członkiem zarządu innej spółki, to pomimo braku istnienia powiązań kapitałowych, spółki te są powiązane i jeżeli będą ze sobą realizowały transakcje, należy zastosować przepisy o cenach transferowych. Ustalenie stosunków rodzinnych może być trudne, ponieważ wymaga znajomości sytuacji rodzinnej pracowników podmiotu.

Sztuczna struktura właścicielska

Zgodnie z brzemieniem przepisów o podmiotach powiązanych w sytuacji, gdy pomiędzy podmiotami wystąpią relacje ustanawiane lub utrzymywane, które nie wynikają z potrzeb ekonomicznych, dochodzi do manipulowania strukturą właścicielską. Wówczas takie podmioty uznaje się za powiązane (por. interpretacja indywidualna z 18 kwietnia 2019 r., sygn. 0114-KDIP2-2.4010.97.2019.2.SJ). W szczególności należy zwrócić uwagę na podmioty, których przychody są osiągane w większości od jednego klienta, gdyż właśnie te podmioty są pod szczególnym nadzorem fiskusa.

Kontrahent z raju podatkowego

Na zakończenie warto wskazać, że w przypadku zapłaty na rzecz podmiotu z raju podatkowego na łączną kwotę powyżej 100 tys. zł lub zawierania umowy wspólnego przedsięwzięcia na taką kwotę występują powiązania z mocy ustawy, bez występowania szczególnych relacji określonych powyżej. Wprowadzenie stosunkowo niskiego progu takich transakcji powoduje, że bardzo duża część transakcji z takimi kontrahentami będzie podlegała raportowaniu z uwagi na powiązania kapitałowe. Można więc uznać, że w przypadku kontrahenta z raju podatkowego każdorazowo należy rozważyć przepisy o cenach transferowych pod kątem występowania powiązań.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Salesforce Shopping Index Q2 – sprzedaż w Internecie wzrosła aż o 71%

0

COVID-19 na zawsze zmienił handel tradycyjny oraz ten w kanale cyfrowym. W pierwszym kwartale tego roku zaobserwowaliśmy pierwszy wpływ pandemii na sprzedaż detaliczną, gdzie przychody z handlu elektronicznego wzrosły wówczas o 20%. W lipcu 2020 r. publikujemy nasz Indeks Zakupów obejmujący analizę drugiego kwartału 2020 r, który pokazuje trendy w handlu detalicznym w kwietniu, maju i czerwcu. Wskazuje on na gwałtowny wzrost aktywności w handlu internetowym, co nie pozostanie bez znaczenia dla jesiennego i wakacyjnego okresu zakupowego. Kluczowe wnioski z Salesforce Shopping Index Q2:

Przychody z handlu elektronicznego nadal rosną

Przychody z cyfrowych kanałów sprzedaży w II kwartale 2020 r. wzrosły o bezprecedensowe 71% w porównaniu z poprzednim rokiem. To największy przyrost, jaki odnotowaliśmy od czasu uruchomienia Indeksu Zakupów siedem lat temu. Ruch (+37%), konwersja (+35%) i wydatki (+34%) także odnotowały historyczne wzrosty rok do roku w II kwartale 2020, szczególnie w porównaniu ze wzrostami, jakie śledzimy od 2013 r.

Opcja „Kup online – odbierz w sklepie” przynosi ogromne zalety sprzedawcom detalicznym

Przychody witryn internetowych oferujących opcję kupna przez Internet i odbioru gotowego zamówienia w sklepie wzrosły w II kwartale o 127% w porównaniu z II kwartałem 2019 r. Tymczasem przychody witryn internetowych, które obsługują fizyczne sklepy, ale nie oferują opcji odbioru, wzrosły tylko o 54%.

Cyfrowi konsumenci robią świadome zakupy w czasie pandemii

Podczas gdy duży wzrost ruchu, jaki notuje się np. w okresie wakacyjnym, oznacza zazwyczaj spadek współczynnika konwersji, drugi kwartał 2020 zmienił ten trend. W porównaniu z analogicznym okresem 2019 r. sprzedawcy detaliczni odnotowali 37% wzrost ruchu w kanale cyfrowym, a wskaźnik konwersji osiągnął 3%, co oznacza wzrost o 35% w stosunku do zeszłorocznego poziomu 2,2% (przy czym serwisy zdrowotne i kosmetyczne osiągnęły konwersję na poziomie blisko 4,1%).

Skala rabatów rośnie, wraz ze wzrostem płynności produktów

Globalna skala przecen nadal rosła w II kwartale, wzrastając o 13% w porównaniu z II kwartałem 2019 r. do średnio 18%. Największe prawdopodobieństwo pojawienia się rabatów dotyczyło artykułów odzieżowych (średnio 22% w całym kwartale), a następnie artykułów luksusowych (17%). Natomiast najmniejsze rabaty zanotowała kategoria „gry i zabawki” oraz artykuły wyposażenia wnętrz – odpowiednio 9% i 10% (średnia).

Rośnie skala zakupów w kanałach cyfrowych

Konsumenci w drugim kwartale 2020 częściej niż poprzedni zwracali się w kierunku kanałów cyfrowych. Od drugiego kwartału 2019 r. globalne wydatki na artykuły pierwszej potrzeby (w tym żywność, środki higieny osobistej i inne artykuły powszechnie dostępne w sklepach spożywczych) w formacie cyfrowym wzrosły o 154%, w porównaniu z 66% wzrostem wydatków na inne towary.

Zabawki i gry oraz artykuły wyposażenia domu z wysokim popytem

Ponieważ ludzie na całym świecie nadal spędzają czas w domu, popyt na rozrywkę i komfort pozostał wysoki. Przychody w kategorii  „Zabawki i gry” wzrosły w II kwartale o 181% w porównaniu do poprzedniego roku, a wydatki na artykuły gospodarstwa domowego wzrosły o 134%. Co ciekawe, kategoria „Zdrowie i uroda” utrzymała tempo wzrostu na poziomie 138%.

Powstaną uczelniane centra dostępności

0

30 mln zł z Funduszy Europejskich na centra wiedzy o dostępności zakładane przez uczelnie wyższe. Startuje nowy konkurs Narodowego Centrum Badań i Rozwoju (NCBR).

Uczelnie mogą się w nim ubiegać o środki na projekty, które obejmują utworzenie i wsparcie funkcjonowania centrum wiedzy o dostępności jako jednostki wspierającej stosowanie i upowszechnianie zasad projektowania uniwersalnego w obszarze kształcenia na poziomie wyższym. Nabór wniosków w konkursie „Centrum wiedzy o dostępności” rozpocznie się 24 sierpnia i potrwa do 20 października br.

Przeciw wykluczeniu

Inicjatywa NCBR, agencji wykonawczej ministra nauki i szkolnictwa wyższego, realizowana jest w ramach rządowego Programu Dostępność Plus. Stawia on sobie za cel zapewnienie swobodnego dostępu do dóbr, usług oraz możliwości udziału w życiu społecznym i publicznym osób o szczególnych potrzebach. Program ten przewiduje m.in. tworzenie centrów wiedzy projektowania uniwersalnego, które mają służyć podniesieniu kompetencji przedsiębiorców, producentów urządzeń i produktów w zakresie dostępności.

Istota projektowania uniwersalnego polega na przeciwdziałaniu wykluczeniu społecznemu poprzez przyjazne tworzenie produktów, usług czy elementów otoczenia, tak aby mogli z nich korzystać możliwie wszyscy.

Zachęcamy do projektowania usług, produktów, urządzeń i przedmiotów przyjaznych ludziom starszym i z niepełnosprawnościami. Zapraszamy przedsiębiorców do włączenia się w tworzenie dostępnego otoczenia mówi Małgorzata Jarosińska-Jedynak, minister funduszy i polityki regionalnej. I dodaje: Dlatego dodatkowe środki z Funduszy Europejskich kierujemy do uczelni wyższych. Niektóre z nich realizują już programy nauczania z wykorzystaniem projektowania uniwersalnego. A nowe centra wiedzy o dostępności, które powstaną w wybranych szkołach wyższych, będą służyć pomocą w tworzeniu i projektowaniu dostępnych produktów czy usług i upowszechnianiu standardów dostępnościowych.

Pięć obszarów tematycznych

Wnioski w konkursie mogą składać uczelnie, które chcą w swoich strukturach powołać centrum wiedzy o dostępności, wyspecjalizowane w jednym, wybranym przez siebie obszarze tematycznym. Wskazano pięć takich branż, istotnych dla codziennego funkcjonowania osób o szczególnych potrzebach:

  • architektura i budownictwo;
  • cyfryzacja i komunikacja;
  • transport i mobilność;
  • design i przedmioty codziennego użytku;
  • zdrowie

Wnioskodawcy będą realizować projekty w partnerstwie z co najmniej jedną uczelnią.

– Partnerstwo międzyuczelniane wzmocni potencjał centrów wiedzy o dostępności, wniesie bowiem interdyscyplinarne podejście do projektowania uniwersalnego w danym obszarze. Jestem przekonany, że nasi naukowcy podejmą to wyzwanie. Dzieląc się swoją wiedzą np. z przedsiębiorcami i specjalistami, przyczynią się do ułatwienia życia osób o szczególnych potrzebach – wyjaśnia Wojciech Murdzek, minister nauki i szkolnictwa wyższego. 

Konkurs „Centrum wiedzy o dostępności” finansowany jest z Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój (PO WER). Budżet przedsięwzięcia to 30 mln zł, przy czym można uzyskać do 6 mln zł dofinansowania na dany obszar tematyczny. Maksymalny dopuszczalny poziom dofinansowania projektu wynosi 97 proc., a wkład własny to minimum 3 proc. wydatków kwalifikowalnych. 

Na co można przeznaczyć przyznane środki? Ważnym zadaniem stojącym przed przyszłymi beneficjentami będzie upowszechnianie zasad projektowania uniwersalnego i podnoszenie kompetencji kadry uczelni w tym zakresie. Centra będą też podejmowały współpracę z otoczeniem społeczno-gospodarczym szkół wyższych w celu wypracowania innowacyjnych produktów i standardów dla usług zgodnie z zasadami projektowania uniwersalnego. Będą przy nich działały punkty informacyjno-konsultacyjne dla podmiotów zewnętrznych. Centra mają ponadto wspierać uczelnie w prowadzeniu kształcenia i działalności szkoleniowej w zakresie projektowania uniwersalnego i dostępności, z wykorzystaniem wiedzy i doświadczenia ekspertów z Polski i zagranicy.

Fachowo i z empatią

Całemu zamierzeniu przyświeca idea, by działać długofalowo. Wprawdzie projekt może trwać nie dłużej niż dwa lata, ale musi zakładać funkcjonowanie danego ośrodka przez co najmniej trzy lata po zakończeniu jego realizacji.

– Nasz konkurs ma charakter pilotażowy. W jego efekcie ma powstać pięć centrów wiedzy o dostępności. Chcemy, żeby ich działalność na trwałe wpisała się w akademicką mapę Polski. Aby rzeczywiście tak się stało, nie wystarczy, że dane centrum powstanie. Kluczowe jest zapewnienie jakości i ciągłości jego pracy – akcentuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

O środki mogą ubiegać się uczelnie publiczne i niepubliczne, które są wiodące we wdrażaniu idei dostępności. Oznacza to, że wnioskodawca od co najmniej trzech lat posiada biuro ds. osób z niepełnosprawnościami lub inną jednostkę ds. dostępności. Uczelnia ma też obowiązek wykazać, że w działania centrum zostanie zaangażowana kadra mająca doświadczenie na gruncie zawodowym we współpracy z osobami z niepełnosprawnościami lub organizacjami, które działają na ich rzecz. Od aplikujących wymagane jest wreszcie realizowanie elementów projektowania uniwersalnego na przynajmniej jednym kierunku spośród obszarów objętych zakresem konkursu.

– Zależy nam na tym, aby centra były tworzone przez uczelnie z dużym zaangażowaniem i doświadczeniem w obszarze projektowania uniwersalnego i dostępności. Dlatego przy wyborze projektów będziemy to doświadczenie premiować. Zwracamy też uwagę na to, czy w projekcie zatrudnione będą osoby z niepełnosprawnością oraz czy uczelnie przewidują wspólne działania z podmiotami działającymi na rzecz osób o szczególnych potrzebach – mówi dyrektor Kamieniecki.

Małe i średnie firmy w lepszych nastrojach niż na początku roku. Poziom Barometru EFL na III kwartał 2020 wyższy niż przed wybuchem pandemii

0

Na trzeci w tym roku pomiar Barometru EFL decydujący i pozytywny wpływ miało zniesienie ograniczeń związanych z powszechną kwarantanną oraz pakiety pomocowe dla firm. Po marcowym gwałtownym spadku do poziomu 32,5 pkt., główny indeks stopniowo rósł (do 40,8 pkt. pod koniec kwietnia i 47,1 pkt. w maju), aby jego wartość na III kwartał br. wyniosła 50,2 pkt. Obecny wskaźnik jest wyższy niż pomiar sprzed pandemii – 49,9 pkt. w I kwartale br. Przedstawiciele EFL zwracają uwagę, że po raz pierwszy od roku (od III kwartału 2019 roku) został przekroczony próg 50 pkt., co oznacza, że warunki do rozwoju sektora MŚP są oceniane jako, minimalnie, ale jednak, korzystne.

– Patrząc na pomiary w ostatnich czterech latach, pomiędzy II a III kwartałem następowało obniżenie wartości głównego wskaźnika. Najczęściej spowodowane było to okresem wakacyjnym przypadającym na początek drugiego półrocza. W tym roku, z uwagi na trwający czas pandemii, jakiekolwiek trendy z poprzednich lat nie mają zastosowania, co widać w najnowszym odczycie. Nie dość, że główny indeks Barometru na III kwartał wzrósł w porównaniu do poprzedniego pomiaru, to w dodatku jest wyższy niż na początku tego roku i na końcu poprzedniego. Widać, że nastroje wyraźnie się poprawiają, przedsiębiorcy powoli próbują powrócić do normalności korzystając zarówno z rządowych pakietów pomocowych jak i wsparcia prywatnych instytucji, w tym finansowych. Miarą powrotu do punktu wyjścia będzie jednak powrót do inwestycji i większego zatrudnienia, a na te ruchy zarządzających mikro, małymi i średnimi firmami możemy poczekać w przypadku wybranych branż nawet 2-3 lata – powiedział Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

Odbijamy się od dna?

Próg OR to poziom ograniczonego rozwoju firm z sektora MŚP, który wynosi co najmniej 50 pkt. w Barometrze EFL. Stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców dotyczących 4 sfer: poziomu sprzedaży, planowanych inwestycji w środki trwałe, płynności finansowej i zapotrzebowania na zewnętrzne finansowanie. Przyjmuje wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Poziom 50,2 pkt. osiągnięty w III kwartale tego roku przekroczył próg OR, co oznacza, że mikro, małe i średnie przedsiębiorstwa widzą szanse na rozwój w najbliższych tygodniach i miesiącach. Ostatni raz próg OR został przekroczony w III kwartale 2019 roku.

Inwestycje jeszcze nie ruszą

Zdecydowana większość respondentów Barometru na III kwartał br. (81 proc.) planuje zachować dotychczasowy poziom inwestycji i większość z nich (78 proc.) spodziewa się utrzymać podobne jak w ostatnich miesiącach zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne. W tych obszarach polscy przedsiębiorcy zachowują ostrożność.

W porównaniu z marcowym pomiarem (na II kwartał br., badanie zrealizowane już po wybuchu epidemii) zdecydowanie poprawiły się prognozy dotyczące sprzedaży i płynności finansowej. Zwiększenia zamówień w ciągu najbliższych miesięcy oczekuje 1 na 4 zapytanych przedsiębiorców (26 proc.). W marcu tego zdania było niecałe 5 proc. respondentów. Niższego poziomu sprzedaży spodziewa się 27,5 proc. zapytanych, podczas gdy w II kwartale odsetek ten wyniósł aż 73 proc.  Warto zwrócić uwagę, że odsetek optymistów sprzedażowych powrócił do poziomu z I kwartału br. W badaniu przed okresem epidemii wynosił on 25 proc.

W najnowszym pomiarze więcej, niż na początku okresu epidemii, przedsiębiorców optymistyczniej patrzy na płynność finansową swoich biznesów. Prawie 17 proc. liczy na lepszą sytuację finansową, w marcu br. – tylko niecałe 3 proc. Jednak jest to słabszy wynik niż na początku tego roku – w I kwartale wyniósł 20 proc.

Lepiej niezależnie od wielkości biznesu

Wskaźniki dla firm mikro i średnich przekroczyły granicę „pesymizm-optymizm”, z minimalnym wskazaniem na nastroje optymistyczne (50,1 pkt. dla firm mikro i 52,4 pkt. dla firm średnich). Nieco mniejszy optymizm można zaobserwować́ w przypadku firm małych (49,3 pkt.), jednak wynik ten jest zbliżony do poziomu z początku roku.

Powrót do wzrostu PKB Polski to nadal niewiadoma

Budżet skarbu państwa zawsze ulega zmianie pod wpływem wydarzeń losowych. W tym roku dotknęła nas epidemia, co będzie mieć ogromny wpływ na tegoroczne wydatki rządu. Trzeba również zauważyć, że zmieni się dochodowa strona budżetu – zamrożenie gospodarki oznacza brak wpływu podatków z wielu sektorów. To znacząco zachwieje równowagą budżetową. Analitycy wskazują, że z powodu epidemii rząd nie wykona wielu planowanych wydatków. To może nieco ulepszyć sytuację skarbu państwa, ale na pewno nie zrównoważy poniesionych strat. Realistycznym założeniem jest, że rok 2020 zamknie się z deficytem – w  niektórych okresach całkiem sporym. Jednak prognozy dla roku bieżącego są bardzo różne. Spadek PKB dosyć istotnie się spłaszczył i pozostaje pomiędzy -2 a -6%. Ale wciąż nie wiadomo, w którym momencie nasza gospodarka wyjdzie na plus.

– Alarmistyczne prognozy mówią, że wzrost PKB zaczniemy notować dopiero na przełomie pierwszego i drugiego kwartału przyszłego roku. Część tych bardziej optymistycznych mówi, że pierwsze plusy pojawić się mogą w tym roku. Skrajni optymiści mówią nawet o październiku i listopadzie – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Tak duża różnica w prognozach utrudnia podjęcie kroków zapobiegawczych. Jestem przekonany, że w kalkulacjach rządowych jest liczony spory udział środków, które daje nam do dyspozycji Unia Europejska. Nie wiadomo jednak, na ile nam te środki wystarczą. Z natury przy kalkulowaniu budżetu przyjmuje się dosyć pesymistyczne założenia co do wzrostu gospodarczego, inflacji i dodatkowych środków finansowych – na które gospodarka może liczyć. Mam nadzieję, że takie konserwatywne podejście będzie utrzymane – dzięki temu deficyt może okazać się mniejszy niż się spodziewaliśmy, a wyjście na prostą będzie trochę szybsze – prognozuje Soroczyński.

Kryzys na razie omija warszawską giełdę

0

Warszawska giełda nie miała w ostatnich latach najlepszej opinii wśród inwestorów. Jej najważniejszy indeks – WIG 20 jest w trendzie spadkowym od 2007 roku. Obecna wartość indeksu, nieco ponad 1800 punktów oznacza spadek o około 54% w porównaniu z rekordowym wynikiem z października 2007. Tak złe wyniki GPW, zupełnie odbiegające od trendów panujących na najważniejszych rynkach świata, są efektem niskich wycen najważniejszych notowanych przedsiębiorstw – spółek skarbu państwa. Niektórzy inwestorzy źle oceniają ich polityczne zależności oraz postępujące zmiany prawne związane z polskim rynkiem energetycznym.

Jednak wygląda na to, że od kilku miesięcy coś na warszawskim parkiecie się zmienia. Niebywałe jest to, że akurat w czasie największego kryzysu, od końca marca do końca maja 2020, WIG 20 wzrósł aż o 17%. Indeks spółek paliwowych i chemicznych WIG MS-PET wzrósł w tym samym czasie aż o 30%. O 31% wzrosła z kolei wartość indeksu WIG MS-BAS, obejmującego niedoceniane do tej pory firmy energetyczne i górnicze. Jeszcze większe pieniądze można było zarobić na spółkach z indeksu WIG GAMES, obejmującego pięć najbardziej płynnych spółek z branży produkcji gier komputerowych. Ten Indeks wzrósł w analizowanym okresie aż o 49%, co w dużej części jest zasługą CD Projektu. Ta spółka staje się prawdziwą lokomotywą warszawskiego parkietu. Jej wartość w analizowanym okresie wzrosła o 39%, a obrót jej akcjami stanowi już ponad 10% całkowitych obrotów giełdy. W czasie kryzysu CD Projekt wyprzedził pod tym względem dotychczasowych liderów – PKO BP i PKN Orlen.

Dlaczego giełda notuje tak doskonałe wyniki akurat teraz? Wygląda na to, że GPW po raz pierwszy od dłuższego czasu zaczyna się zachowywać podobnie do najważniejszych światowych parkietów. A te, po krachu z początku marca, zaczęły dość szybko odrabiać straty, gdy amerykańska Rezerwa Federalna ogłosiła w zasadzie nieograniczoną kreację pieniądza. W praktyce oznaczało to, że amerykański bank centralny obniżył po raz kolejny swoje stopy procentowe oraz zaczął skupować papiery wartościowe gwarantowane przez rząd, pompując ogromne ilości gotówki do systemu bankowego.

Te same instrumenty, po raz pierwszy w swojej historii, zastosował Narodowy Bank Polski. Ostatnie kilka miesięcy to okres szybkiego wzrostu podaży pieniądza w Polsce. Jego ilość, mierzona agregatem M2, wzrosła o 9,1% w ciągu zaledwie dwóch miesięcy, od marca do maja 2020. Wcześniejszy wzrost był znacznie wolniejszy i wyniósł 48% w ciągu pięciu lat od grudnia 2014 do grudnia 2019.

Problem polega na tym, że nie bardzo wiadomo, co zrobić z pieniądzem, który nagle pojawił się w systemie bankowym. W czasie kryzysu banki, bojąc się zwiększonego ryzyka, nie chcą rozszerzać akcji kredytowej. Wiele z nich wyraźnie zaostrzyło swoje kryteria dla potencjalnych kredytobiorców. Również klienci, bojąc się utraty zdolności kredytowej, nie są chętni, aby się zadłużać w czasie kryzysu. Wydrukowany pieniądz nie trafia więc na rynki dóbr konsumpcyjnych i nie powoduje inflacji.

Inaczej jest z rynkami kapitałowymi. Są wyraźne dowody na to, że pieniądze wydrukowane przez amerykański FED trafiają na giełdy przyczyniając się do wzrostu indeksów. Wygląda na to, że od kilku miesięcy podobnie jest również w Polsce. Niewykluczone więc, że możemy mieć do czynienia z odwróceniem wieloletniego trendu spadkowego.

Autor: Łukasz Blichewicz – prezes zarządu w alternatywnej spółce inwestycyjnej Assay

Enefit podpisał umowę sprzedaży energii z Orange Polska i pokryje całe zapotrzebowanie energetyczne operatora usług telekomunikacyjnych   

0

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, jednego z największych wytwórców energii elektrycznej w krajach bałtyckich, podpisał umowę na dostawę energii elektrycznej dla firmy Orange Polska. Enefit dostarczy 510 GWh energii rocznie, pozyskanych z rynku energii oraz ze źródeł odnawialnych wpd, pokrywając tym samym całe zapotrzebowanie energetyczne Orange Polska. Elementem umowy będzie także umożliwienie realizacji jednego z pierwszych na polskim rynku w 100% fizycznych kontraktów typu Corporate PPA.

Umowa pomiędzy Orange Polska i Enefit została podpisana na okres trzech lat. Obejmuje dostawę 510 GWh energii elektrycznej rocznie do blisko 18 tysięcy punktów odbioru w infrastrukturze Orange Polska, w tym: serwerowni, stacji bazowych telefonii mobilnej, szaf dostępowych, czy biur lub punktów obsługi klienta, znajdujących się na terenie całej Polski.

Część zapotrzebowania energetycznego Orange Polska (50 GWh) zostanie dostarczona przez Enefit w ramach kontraktu Corporate PPA. Dzięki temu rozwiązaniu Orange pozyska zieloną energię pochodzącą bezpośrednio z będących w budowie farm wiatrowych Jarocin Wschód i Krotoszyn należących do spółki wpd. Ich łączna moc zainstalowana, która wyniesie 15 MW, umożliwi użytkownikom telefonów komórkowych przesłanie 265 petabajtów danych. To pierwsza na polskim rynku Corporate PPA, która zapewnia dostawy energii do kilkunastu tysięcy rozproszonych punktów odbioru. Energia wyprodukowana przez turbiny wiatrowe wpd trafi do Orange na początku 2021 roku.

Jak podkreśliła Agnes Roos, członkini zarządu Grupy Eesti Energia, kontrakt podpisany z Orange Polska jest pod wieloma względami przełomowy nie tylko dla Enefitu, ale również dla całej Grupy. – To największa umowa sprzedaży energii elektrycznej w historii Eesti Energia. Polska, jako drugi po Estonii największy pod względem sprzedaży rynek, jest dla nas bardzo ważna. Obserwujemy nad Wisłą najszybszy wzrost sprzedaży i dostrzegamy tu duży potencjał w zakresie odnawialnych źródeł energii oraz dostarczania rozwiązań energetycznych naszym klientom.   

Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce, dodał: – W ciągu trzech lat obowiązywania umowy Enefit dostarczy Orange Polska 510 GWh energii rocznie pozyskanych z rynku oraz źródeł wpd, co stanowi 25% dostaw zakontraktowanych przez nas w całym ubiegłym roku. Elementem umowy jest także umożliwienie realizacji jednego z pierwszych na polskim rynku, w pełni fizycznego kontraktu Corporate PPA, będącego także wdrożeniem dyrektywy RED II. Cieszymy się, że coraz więcej firm stawiających na zieloną energię postrzega nas jako zaufanego i doświadczonego partnera, który pomaga im znaleźć optymalne rozwiązania energetyczne.

Trzyletnia umowa nadaje Enefitowi rolę integratora umożliwiającego Orange Polska podpisywanie w tym czasie kontraktów Corporate PPA z kolejnymi wytwórcami energii z OZE. Jako spółka obrotu, Enefit posiada odpowiednie kompetencje, by zapewnić wszelkie usługi, niezbędne do poprawnego działania takiego rozwiązania.

– W Orange Polska podejmujemy wiele działań w celu zmniejszenia naszego śladu węglowego. Kluczowym elementem tych starań jest mądrzejsze i bardziej racjonalne zarządzanie energią, jakiej potrzebujemy do działania. Już dziś w Wielkopolsce powstają dwie nowe farmy wiatrowe, które będą zasilać elementy naszej infrastruktury. Dzięki nowej umowie i współpracy z Enefit będziemy mogli bardziej elastycznie zarządzać naszym miksem energetycznym, aby stawać się coraz bardziej zielonym operatorem – powiedział Piotr Jaworski, Członek Zarządu ds. Sieci i Technologii w Orange Polska.

Corporate PPA to naturalny etap w ewolucji rynku energetycznego, odpowiadający na unijne wymogi regulacyjne. To przyszłościowe rozwiązanie, które pozwala na dalszy rozwój energetyki odnawialnej, jednocześnie generując korzyści dla wszystkich zaangażowanych stron. – Duże korporacje zyskują dostęp do zielonej energii w dobrej cenie i z gwarancją pochodzenia, a deweloper ma zapewnione bezpieczeństwo odbioru oraz długoterminowy kontrakt na finansowanie źródła. Znaczenie takich umów będzie coraz większe, zwłaszcza biorąc pod uwagę rosnące koszty uprawnień do emisji CO2 – stwierdził Maciej Kowalski.

Eesti Energia jest obecna poza granicami Estonii za pośrednictwem spółki zależnej Enefit, działającej na polskim rynku od 2016 roku. Oferta Enefit w Polsce jest skierowana do klientów biznesowych i obejmuje zakup energii, a także rozwiązania oraz usługi energetyczne. Spółka operuje także na Łotwie, Litwie i w Finlandii.

Drugą działającą na polskim rynku spółką, należącą do Grupy Eesti Energia, jest Enefit Green. Jej działalność skupia się na pozyskiwaniu energii ze źródeł odnawialnych. Na terenie Polski Enefit Green posiada 20 elektrowni słonecznych o łącznej mocy zainstalowanej 19 MW. Grupa Eesti Energia ma ambicje zwiększenia produkcji zielonej energii w Polsce i planuje kolejne inwestycje w tym obszarze, głównie w zakresie energii słonecznej.

Grupa Santander i KUKE wspierają ekspansję Pesy na białoruskim rynku

0

Ponad 32 mln euro otrzyma bydgoska Pesa za dostawę kolejnych trzech nowoczesnych pociągów na Białoruś w kontrakcie eksportowym ubezpieczanym i finansowanym przez KUKE i Grupę Santander.

Pesa kontynuuje dostawy taboru kolejowego na Białoruś w ramach kontraktu o wartości 65,1 mln euro na dostawę sześciu pojazdów 760M. To sześcioczłonowe spalinowe zespoły trakcyjne klasy biznes przeznaczone dla ruchu regionalnego. Nabywcą pociągów jest współpracująca z Kolejami Białoruskimi firma leasingowa należąca do białoruskiego banku państwowego, który jest jednocześnie gwarantem transakcji. Całość środków na sfinansowanie zakupu pociągów Pesy zapewnia białoruskiej stronie Grupa Santander. Z kolei KUKE, jako instytucja wspierająca, w imieniu skarbu państwa, polskich eksporterów, udziela ubezpieczenia 6-letniego kredytu, co chroni bank przed brakiem jego spłaty lub opóźnieniami w płatnościach w razie urzeczywistnienia się ryzyka handlowego lub politycznego.

– Grupa Santander jest światowym liderem w finansowaniach objętych ubezpieczeniem agencji wsparcia eksportu. Współpracujemy z tego typu agencjami z całego świata i finansujemy bardzo różnorodne projekty, jednak zawsze kluczową kwestią jest dla nas wsparcie jakie zapewniamy naszym klientom. Bardzo cieszy nas fakt, że poprzez udostępnienie produktów oferowanych przez Grupę Santander wsparliśmy sprzedaż eksportową Pesy. Dodatkowo jest to dla Grupy Santander szczególnie istotna transakcja pod względem obecności na nowym rynku, jakim jest dla nas Białoruś. Jesteśmy przekonani, że ten rok będzie owocny w podobne transakcje, w których Grupa Santander weźmie udział – komentuje Grzegorz Pojnar, menedżer trade finance w Pionie Bankowości Korporacyjnej i Inwestycyjnej Santander Bank Polska S.A.

Sfinalizowana właśnie umowa jest kolejną – po zrealizowanych w latach 2013, 2016 i 2019 – transakcją ubezpieczoną przez KUKE na dostawy pojazdów szynowych Pesy na Białoruś. 

– Schemat transakcji pozostaje niezmienny, co oznacza, że doskonale sprawdza się w praktyce i jest korzystny dla wszystkich stron, biorąc pod uwagę strukturę transakcji, jak i koszt finansowania. Warto podkreślić, że ubezpieczone w poprzednich latach dostawy realizowane przez Pesę sfinansowane zostały kredytami udzielonymi przez różne krajowe instytucje, udowadniając, że Białoruś to atrakcyjny i perspektywiczny rynek tak dla banków, jak i producenta – podkreśla Krzysztof Kwaterski z Departamentu Ubezpieczeń i Współpracy Międzynarodowej KUKE.

Najnowsza dostawa, w której finansowanie zaangażowane są KUKE i Grupa Santander, obejmuje dostawę trzech pojazdów.

– Transakcja ta jest doskonałym przykładem kompleksowej realizacji dostawy produktów na jeden z rynków Europy Wschodniej, realizowanej przez polskiego producenta. Wspólne działanie kilku podmiotów obejmuje cały proces – począwszy od projektu, przez produkcję do dostawy finalnego produktu łącznie z jego finansowaniem. Dzięki zaangażowaniu KUKE i Grupy Santander, Pesa ma możliwość zarówno wzmacniania swojej pozycji, jak i rozszerzenia oferty o instrumenty finansowe. Efektem jest nie tylko ta transakcja, ale również, przynoszące obopólne korzyści, budowanie trwałych relacji z zagranicznymi partnerami, otwierające możliwości kolejnych kontraktów w przyszłości – wskazuje Dariusz Skotnicki, Dyrektor Sprzedaży Rynku Wschodniego Pesa Bydgoszcz S.A.

Na białoruskim rynku KUKE ubezpieczała w tym roku m.in. kontrakt polskiej spółki Trasko Inwest na budowę centrum handlowego o wartości 49 mln euro. W najbliższym czasie podobne inwestycje na wschodnich rynkach planują ze wsparciem KUKE również inne firmy budowlane.

Polski rynek second home nabiera tempa

Mimo sytuacji wywołanej koronawirusem, polski rynek second home nabiera tempa. Co więcej, pandemia dla wielu osób jest dodatkową motywacją, żeby kupić własny, wakacyjny apartament nad morzem. Inwestycje second home to nie tylko atrakcyjne miejsce na bezpieczne i spokojne wakacje, ale też dobra lokata kapitału.

Dlaczego second home?

Motywów zakupu drugiego domu jest przynajmniej kilka. Najbardziej popularnym jest wypoczynek i wspólne spędzanie wakacji lub weekend break z rodziną i przyjaciółmi. Część Polaków kupuje też second home z myślą o planowanej emeryturze. Po uwolnieniu się z obowiązków zawodowych, mogą wyprowadzić się do wymarzonego miejsca blisko natury i tam realizować swoje pasje. Są też osoby, które łączą prywatne użytkowanie drugiego domu z jego wynajmem, zarabiając na tym.

Dla wielu second home to już nie tyle drugie, co alternatywne lub nawet ważniejsze miejsce do mieszkania, znacznie podnoszące komfort życia. Lockdown wywołany pandemią koronawirusa dodatkowo wzmocnił tęsknotę za bliskością natury, własnym ogrodem lub atrakcyjnym tarasem z widokiem. Przestawienie trybu pracy na tzw. home office pokazało jak ważna jest odpowiednia przestrzeń w mieszkaniu, która pozwala wszystkim domownikom na swobodną realizację codziennych obowiązków i aktywności. Dodatkowo, zagrożenie wywołane epidemią zachęciło Polaków do poszukiwania bezpiecznych opcji wakacyjnych w kraju. Second home jest rozwiązaniem na tego typu bolączki, ponieważ nie tylko pozwala przenieść się do atrakcyjnie położonego miejsca tylko dla nas, gdzie możemy odpocząć, ale daje też dodatkową przestrzeń do pracy i realizacji pasji. Dobrze wybrany drugi dom może łączyć wszystkie te funkcje. Przykładem takiej multifunkcjonalnej inwestycji są Tarasy Bałtyku w Gdańsku. Nowoczesny apartamentowiec jest budowany w sercu miasta, a równocześnie blisko natury – nadmorskiej plaży i Parku Reagana ze ścieżkami spacerowymi i rowerowymi. Szybko można dostać się stąd zarówno do centrum biznesowego, jak i Starego Miasta, kina czy teatru. Dostępne w budynku prywatne atrakcje, jak salon fitness czy sauny pozwalają zrelaksować się o dowolnej porze dnia.

Dla kogo second home?

Jak pokazują analizy, posiadanie drugiego domu jest domeną małżeństw bez dzieci oraz rodzin. Częściej na zakup second home decydują się też mieszkańcy miast, zwłaszcza największych ośrodków, powyżej 500 tysięcy osób. Zmęczenie szybkim tempem życia powoduje chęć ucieczki do miejsca, gdzie w krajobrazie dominuje natura, a powietrze jest czyste i zdrowe. Wśród nabywców second home dominują też przedsiębiorcy i managerowie. To właśnie oni bardzo często poszukują komfortowego miejsca do odpoczynku od pracy, a przy tym posiadają odpowiednie środki finansowe do zakupu tego typu inwestycji. Do tego często dochodzi wiedza na temat rynku i świadomość, że nieruchomości to obecnie jedna z najlepszych i najbardziej stabilnych form inwestycji. Dobrze widać to porównując dane z poprzednich kryzysów. Podczas ostatniej recesji inwestorzy najwięcej stracili na ropie naftowej – aż ok. 75%. Indeks WIG w ciągu zaledwie 2 lat odnotował spadek rzędu 70%. Wartości srebra i globalnego rynku akcji zmalały o 55%, a polskiego złotego – o 15%. Tymczasem, w 2009 roku inwestorzy stracili na nieruchomościach najwyżej 8%. Warto też dodać, że wynik ten uwzględnia zarówno segment nieruchomości ekonomicznych, popularnych, jak i premium. Ten ostatni jest najbardziej odporny na wahania rynku.

Gdzie second home?

Rynek second home w Polsce przez ostatnia lata bardzo ewoluował. Popularne dacze nad jeziorem coraz częściej zastępują luksusowe apartamenty z pełną infrastrakturą i udogodnieniami. Wciąż najważniejszym elementem second home i gwarantem jego atrakcyjności jest lokalizacja. Polacy najchętniej kupują apartamenty w swoim kraju, jak np. Amerykanie, Włosi, Brazylijczycy czy Francuzi. Jesteśmy pod tym względem przeciwieństwem Belgów, którzy w zdecydowanej większości (87%) poszukują drugiego domu za granicą. W naszym państwie najczęściej kupowane są wakacyjne nieruchomości w górach bądź nad morzem. Jak pokazują dane, wyższy zysk z inwestycji daje ta druga opcja.

Jednym z istotnych warunków przy zakupie second home jest też dostępność. Drugi dom powinien być miejscem, do którego można szybko przenieść się na weekend, nie marnując za dużo czasu na dojazdy. Dobrym rozwiązaniem będzie więc świetnie skomunikowane Trójmiasto. Zamiast obleganych kurortów na Półwyspie Helskim, do których co roku prowadzą kilkugodzinne korki, lepiej rozważyć całoroczne miejscowości położone bliżej metropolii trójmiejskiej, a równie malownicze, np. Puck.

Kolejnym istotnym elementem second home jest oferta rekreacyjna, a więc możliwości spędzania czasu wolnego. To następny argument przemawiający za Trójmiastem. Nie ma nad polskim morzem ośrodka, który dorównałby metropolii trójmiejskiej ofertą rozrywkową, kulturalną, sportową i biznesową. Co ważne, ta rozwinięta infrastruktura w tym wypadku łączy się z czystym powietrzem i bogatymi walorami naturalnymi – zarówno w postaci nadmorskich plaż, jak i parków, ścieżek rowerowych, lasów i pobliskich jezior. Odpowiedni second home powinien mieć też szereg własnych udogodnień. Warto inwestować we wspomniane już apartamenty premium, które dają nie tylko gwarancję najwyższej jakości wykończenia, ale też liczne dodatki, jak prywatny fitness, sauny czy strefę relaksu. Tego typu nieruchomości dają większe szanse na zysk.

Ostatni czynnik, ale nie mniej ważny to tzw. „one milion dolar view”. Określeniem tym branża nieruchomości nazywa widok za oknem, który przekona nawet największych sceptyków, że mieszkanie jest wyjątkowe. Może to być krajobraz wybrzeża morskiego, lasów czy atrakcyjna panorama miasta. To niezastąpiony walor, który uatrakcyjnia drugi dom, ale też znacznie podnosi jego wartość i czyni go ponadczasową inwestycją. Tego typu widoki w Gdańsku oferują wspomniane Tarasy Bałtyku. Bryła apartamentowca została zaprojektowana tak, by każdy z mieszkańców mógł podziwiać ze swojego mieszkania morze, morenowe wzgórza lub panoramę miasta. Do takiego second home chce się wracać co weekend.

Onboarding – czyli coś więcej niż „tylko” wdrożenie – opinie Etisoft

0

Kiedy zatrudnimy nową osobę do pracy, czas na kolejny krok, którym jest adaptacja i wdrożenie. Onboarding ma olbrzymie znaczenie dla organizacji, ponieważ od pierwszych chwil pracownika w nowym miejscu pracy zależy, jak szybko stanie się on częścią zespołu, po jakim czasie będzie samodzielny, innymi słowy – jak szybko stanie się efektywnym członkiem organizacji. A jak wygląda to w praktyce? Sprawdźcie opinie Etisoft.

W Etisoft, zależy nam na miękkim lądowaniu rekruta w szeregach naszej firmy, tak, aby pozostał z nami na dłużej. Dlatego, przykładamy dużą wagę do samego procesu wdrożenia, jaki i kontynuacji badania wymiaru dopasowania suplementarnego jak i komplementarnego pomiędzy pracodawcą a pracownikiem. 

Skuteczny onboarding -opinie Etisoft na temat procesu

W 2019 roku wprowadziliśmy dodatkowy element wspierający proces wdrożenia, którym jest Onboarding Interview, przeprowadzany prawie w całości w formie wywiadu ustrukturyzowanego– mówi ekspert z Etisoft. Jednym z impulsów do zainicjowania tego rozwiązania był wskaźnik retencji pracowników ze stażem pracy poniżej roku. W ramach procesu spotykamy się z nowozatrudnionymi pracownikami by poznać ich opinię po pierwszych miesiącach pracy w naszej firmie.

Pracownik dokonuje oceny spełnienia swoich potrzeb w 3 obszarach, w których występują pewne czynniki tj.:

  • obszarze dopasowania do organizacji m.in.: zgodności celów i wartości organizacji z swoimi celami i wartościami;
  • obszarze dopasowania do kultury organizacyjnej m.in.: stylu zarządzania, formy/sposobu komunikacji;
  • obszarze dopasowania do pracy m.in.: obowiązków zawodowych a swoich kompetencji, swoich możliwości i potrzeb zawodowych.

Podczas spotkań rozmawiamy o szkoleniach wprowadzających do firmy, przygotowujących do pracy na stanowisku, pytamy o przebieg części praktycznej wdrożenia oraz zaangażowanie przełożonego i współpracowników w cały proces wdrożenia. Dzięki temu możemy dokonywać ewaluacji i poprawy procesu wdrożenia na bieżąco.

Onboarding oczami nowozatrudnionych pracowników – opinie Etisoft

Czytając i analizując opinie nowozatrudnionych pracowników Etisoft, można zauważyć, jakie aspekty pracy w naszej organizacji cenią sobie oni najbardziej i jak je oceniają:

94 % osób uważa, że może liczyć na pomoc i wsparcie współpracowników

92 % osób bardzo dobrze ocenia współpracę w firmie

90 % osób bardzo dobrze ocenia wsparcie przełożonego podczas wdrożenia

82% osób bardzo dobrze ocenia atmosferę panującą w swoim zespole

Onboarding oczami nowozatrudnionych pracowników– opinie Etisoft

100 % osób uważa, że:

  • informacje przekazane podczas szkoleń wprowadzających są przydatne w ich pracy
  • szkolenia przygotowujące do pracy na stanowisku pracy są przydatne w ich pracy

 85 % osób uważa, że:

  • komunikacja w firmie jest jasna i przejrzysta 
  • % bardzo wysoko ocenia przebieg części praktycznej wdrożenia na stanowisku pracy

Wyniki takie cieszą, ale wiemy, że jeszcze wiele pracy przed nami- dodaje ekspert. 

Ciągłe doskonalenie procesów – opinie Etisoft

Onboarding Interview, to nie tylko element ewaluacji samego procesu wdrożenia. Nowy pracownik jest dla nas znakomitym „audytorem”, ponieważ świeżym okiem dostrzega zalety pracy w firmie, jak również obszary, które warto poprawić. Dlatego z uzyskanymi opiniami podczas wywiadów dzielimy się z pozostałą częścią biznesu, by informacje przyczyniły się do usprawnienia różnych obszarów działania całej organizacji.

W Etisoft, opinie naszych pracowników, są dla nas na wagę złota. Dzięki nim kreowanie środowiska pracy, wychodzącego naprzeciw oczekiwaniom pracowników, może przebiegać szybciej i sprawniej.  Tym samym wyższy poziom zaangażowania, dobre samopoczucie, czy satysfakcja z pracy pracowników są podwaliną do osiągnięcia sukcesu naszej organizacji– dodaje ekspert.

Zespół Zarządzania Zasobami Ludzkimi w Etisoft

Blisko 75 proc. Polaków uważa, że będzie druga fala pandemii i to się odbije na ich sytuacji finansowej

0

Niemal 75% Polaków obawia się, że jesienią nastąpi druga fala pandemii. Natomiast prawie 60% osób nie boi się, że wraz z jej ewentualnym nadejściem utraci pracę. Niepokoje dotyczące tej kwestii wyraziło blisko 27% respondentów. Z kolei ponad 58% ankietowanych martwi się, że pogorszy się ich obecna sytuacja materialna. Takie wnioski płyną z ogólnopolskiego badania, przeprowadzonego przez UCE RESEARCH i SYNO Poland dla Grupy Kapitałowej DGA S.A.

Aż 74,9% Polaków obawia się, że jesienią br. nastąpi druga fala pandemii koronawirusa. Z kolei 16,9% respondentów nie boi się takiego scenariusza. Pozostała część, a więc 8,2% badanych, nie ma zdania w tej kwestii. Jak stwierdza dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP, wyniki te nie są zaskoczeniem. W przestrzeni publicznej pojawiają się głosy naukowców o możliwej drugiej fali. Obawy konsumentów niekorzystnie wpływają na gospodarkę. W takiej sytuacji spada konsumpcja, pojawiają się oszczędności przezornościowe. To sprawia, że wychodzenie z recesji może potrwać dłużej.

– Te dane jednoznacznie świadczą o niepokoju społeczeństwa. Nie można tego inaczej interpretować, skoro 3/4 respondentów ma obawy, a innego zdania jest znacznie mniejsza grupa, licząca kilkanaście procent. Ludzie boją się jutra – komentuje Zbigniew W. Żurek, wiceprezes BCC, ekspert ds. rynku pracy i dialogu społecznego.

Respondenci zostali też zapytani o to, czy obawiają się, że wraz z nadejściem drugiej fali pandemii utracą pracę. 58% z nich wybrało odpowiedzi przeczące, a 26,8% – twierdzące. Z kolei 15,2% badanych nie ma zdania w tym temacie. Do pandemii nie byliśmy przygotowani, co podkreśla Anna Szymańska, wiceprezes DGA S.A. Jednak wiele firm podjęło już działania reorganizujące pracę, zabezpieczając się przed ewentualnymi zagrożeniami. Wydaje się, że gdyby nadeszła druga fala, to np. nowe formy pracy zdalnej nie będą już takim zaskoczeniem.

– Z rozmów, choćby z naszymi członkami, wiemy, że przedsiębiorcy w połączeniu z pracownikami położyli główny nacisk na utrzymanie miejsc pracy. Wykorzystali do tego w mniejszym lub większym stopniu możliwości kolejnych tarcz rządowych. Jednak przede wszystkim stworzyli wewnętrzną osłonę przeciw zwalnianiu. Poszli sobie wzajemnie na rękę, ponieważ wyznaczyli wspólny cel – przejście przez pandemię i pozostanie w tym samym składzie. Można tu powiedzieć o instynkcie samozachowawczym – informuje ekspert z BCC.

Jak zaznacza dr Dudek, problemy rynku pracy ujawniają się z kilkumiesięcznym opóźnieniem. W tym momencie działają jeszcze mechanizmy wsparcia, pozwalające na utrzymanie zatrudnienia. Ponadto pracownicy mają zapewnione okresy wypowiedzenia. Niemniej jednak prawie 27% osób obawiających się utraty pracy to sporo, choć nie wygląda to tak dramatycznie, jak w przypadku pytania dot. drugiej fali pandemii.

– Patrząc na to z innej strony, wynik badania ma w pewnym zakresie optymistyczny wydźwięk. Prawie 60% pracowników czuje się bezpiecznie. Jeżeli za tym pójdzie entuzjazm do samej pracy, to przedsiębiorcy powinni się cieszyć – dodaje Anna Szymańska.

Natomiast 58,4% respondentów obawia się, że wraz z nadejściem drugiej fali pandemii pogorszy się ich sytuacja materialna. Blisko 2 razy mniej osób, bo 33,6%, jest przeciwnego zdania. Z kolei 8% ankietowanych nie ma opinii na ten temat. Jak przekonuje Zbigniew W. Żurek, zebrane dane świadczą o wspomnianej wcześniej strategii na rynku pracy. Ludzie liczą się z tym, że zarobią mniej, ale pracy nie stracą.

– Firmy ograniczają wszelkie koszty. W zależności od branży i priorytetów, mogą zawieszać budżety na szkolenia czy na dodatkowe działania promocyjne, a także zmniejszać wymiar etatów. Pracownicy mają też świadomość tego, że w tym okresie są mniejsze szanse na podwyżki czy premie. Mierząc się z istniejącą, a pewnie i rosnącą w najbliższych miesiącach inflacją, realnie w portfelach zostanie więc mniej pieniędzy. Z tego mogą wynikać odczucia większości badanych – podkreśla Joanna Juszczyszyn-Klimek, dyrektor Departamentu Zarządzania Projektami w DGA S.A.

Z kolei dr Dudek zwraca uwagę na tarcze antykryzysowe. One wspomagają utrzymanie zatrudnienia, ale zakładają też obniżenie wymiaru czasu pracy, czyli de facto redukcję wynagrodzenia. Ekspert Pracodawców RP zaznacza, że przy kryzysach gospodarczych ujawnia się tzw. zjawisko chomikowania pracy. Firmy odczuwają spadek sprzedaży, więc odkładają część zadań na lepsze czasy. Ponoszą przy tym większe koszty, ale też zakładają, że nastąpi odbicie w gospodarce.

Badanie zostało wykonane metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland na zlecenie Grupy Kapitałowej DGA S.A. w dniach 08-09.07.2020 roku na reprezentatywnej próbie 1 032 dorosłych Polaków.

Czekając na przełom – sytuacja na rynku walutowym

0

Przywódcy państw UE jeszcze nie uzgodnili kompozycji Funduszu Naprawczego, ale rozmowy zostaną dziś wznowione i jest nadzieja na przełom. Z perspektywy rynków to jednak za mało, by zaczepić świeży rajd ryzyka i zastój może sugerować, że wiele sporo optymizmu jest już w cenach.

Na starcie tygodnia na rynkach nie widać jednoznacznego motywu i kontynuowany jest umiarkowany dryf z lekko pozytywnym zabarwieniem. Rosnąca liczba przypadków zachorowań na COVID-19 w dalszym ciągu nie stanowi powodu do zainicjowania korekty, a przeciwwagą są pozytywne zaskoczenia w wynikach kwartalnych spółek, postępy w pracach nad szczepionką i oczekiwania na rozszerzenie ekspansji fiskalnej. W tej ostatniej kwestii weekendowe negocjacje przywódców państw UE nad Funduszem Naprawczym nie przyniosły jeszcze rozstrzygnięcia, choć ostatnie doniesienia sugerują duże szanse na przełom. Powodem sporu jest kompozycja funduszu, gdyż „Oszczędna Czwórka” na czele z Holandią nie zgadza się na 500 mld EUR w bezzwrotnym grancie i 250 mld w pożyczkach. Na podział 350 mld EUR do 350 mld EUR (czyli już o 50 mld EUR mniej) nie zgadza się z kolei Francja. Nowa propozycja to 390 mld EUR w grancie, o czym liderzy mają dyskutować ponownie dziś od 16:00. EUR/USD jest minimalnie wyżej po weekendzie, co może sugerować, że rynek czeka z reakcją na ostateczne rozstrzygnięcie. Ale osobiście bardziej przychylałbym się do tezy, że dla EUR istotna jest sama idea funduszu i ona już została zdyskontowana. Kompozycja nie ma już większego znaczenia – bardziej liczy się to, że państwa UE będą w stanie uzgodnić wspólne stanowisko. Może już teraz, a może za miesiąc. Nieważne. Zdecydowaniem większym czynnikiem ryzyka dla EUR jest groźba rozpadu unii walutowej z powodu niemożliwych do rozwiązania sporów. Jednak przebieg weekendowych rozmów świadczy o czymś zupełnie innym.

Potencjalna finalizacja rozmów dziś wieczorem może zatem być zbyt słabym impulsem, by pociągnąć EUR/USD dużo wyżej. Do tego potrzeba rozruszania zmienności i przywrócenia rajdu ryzyka, o co na wakacyjnym rynku trudno. Poprzedni tydzień pokazał zastój na rynku akcji (głównie Wall Street), co pozostawiło bez kierunku inne klasy aktywów (np. waluty, ropa naftowa, złoto). Jak na razie wyniki kwartalne spółek z USA nie powalają i nie stwarzają wrażenia, że odbicie gospodarze następuje szybko. Optymizmu nie podsycił też indeks nastrojów konsumentów Uniwersytetu Michigan, który spadł w lipcu, sugerując, że rozprzestrzenianie się wirusa w stanach odbija się na konsumentach. Być może powrót Kongresu po przerwie odmieni sytuację, gdyż niewykluczone jest przyspieszenie prac nad Fazą 4. pakietu fiskalnego. Mówi się o 1 bln USD dodatkowych wydatków, czeków dla Amerykanów i obniżek podatków. Jeśli coś miałoby wyrwać Wall Street z dryfu, to solidny zastrzyk fiskalny.

Poza tym inwestorzy czekają na postępy w pracach nad szczepionką. Dziś mają pojawić się wstępne rezultaty z testów szczepionki przez firmę AstraZeneca we współpracy z Uniwersytetem Michigan. Jakiekolwiek informacje o skuteczności szczepionkę w produkcji przeciwciał mogą dać impuls dla apetytu na ryzyko na początku tygodnia.

Na rynku złotego zmienność także wyraźnie przygasła, nie tylko w kategoriach absolutnych, ale także na tle innych walut emerging markets. Obowiązuje wąski przedział wahań EUR/PLN i dominuje strategia wygaszania podejść w kierunku 4,50, ale brak silniejszego odreagowania w sprzyjającym środowisku zewnętrznym należy uznawać za czynnik ryzyka przy ewentualnym pogorszeniu nastrojów inwestycyjnych na świecie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kolejny wyrok WSA uchylający decyzję w sprawie odmowy zwrotu nadpłaty w podatku akcyzowym od piwa smakowego wydany w postępowaniu przy udziale Rzecznika MŚP

0

Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców na wniosek przedsiębiorcy, browaru regionalnego wstąpił do postępowania przed Wojewódzkim Sądem Administracyjnym w Warszawie ze skargi na decyzję odmawiającą mu zwrotu nadpłaty w podatku akcyzowym od piwa smakowego.

Zdaniem organów, okoliczność uiszczenia przez spółkę podatku akcyzowego w wysokości wyższej niż należna nie stanowiła nadpłaty w rozumieniu art. 72 § 1 pkt 1 O.p. Organy podnosiły, że w świetle uchwały pełnej Izby Gospodarczej sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 22 czerwca 2011 r., I GPS 1/11 (dalej uchwała I GPS 1/11) dla stwierdzenia nadpłaty w podatku akcyzowym, konieczne było spełnienie dodatkowego warunku w postaci zubożenia podatnika. Zdaniem organów, teza uchwały miała zastosowanie w analizowanej sprawie,  a wynikająca z niej przesłanka zubożenia spółki nie została spełniona.

Zdaniem Rzecznika, moc wiążąca uchwały I GPS 1/11 powinna odnosić się tylko do nadpłaty w podatku akcyzowym od energii elektrycznej. Uchwała ta zapadła w trybie tzw. uchwały konkretnej tj. w celu wyjaśnienia istotnego zagadnienia prawnego jakim był zwrot nadpłaty akcyzy od energii elektrycznej i powinna być stosowana tylko w tym zakresie. W szczególności nie powinna być rozszerzana na inne wyroby akcyzowe. Rzecznik podkreślił, że Izba Finansowa NSA konsekwentnie odmawiała stosowania przedmiotowej uchwały do nadpłat na gruncie podatku od towarów i usług.

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyniku rozpoznania skargi spółki uchylił zaskarżoną decyzję. W ustnych motywach wyroku Sąd podniósł między innymi, że teza uchwały I GPS 1/11 nie ma zastosowania w stanie faktycznym, w którym wniosek o stwierdzenie nadpłaty dotyczy podatku akcyzowego od piwa. Podkreślił, że uchwała ta powinna być stosowana ściśle, zgodnie z jej tezą, a jej zakres nie powinien być rozszerzany na wyroby nie będące energią elektryczną. Podkreślił, że konstrukcja opodatkowania energii elektrycznej akcyzą jest inna niż opodatkowania piwa przedmiotowym podatkiem. Zdaniem sądu w stanie faktycznym sprawy akcyza się fiskusowi nie należała, a to co nie jest pobrane należnie stanowi nadpłatę podlegająca zwrotowi. WSA połączył do wspólnego rozpoznania 10 spraw, dotyczących tego samego przedsiębiorcy, w których wydał analogiczne wyroki (wyrok WSA w Warszawie z dnia 16 lipca 2020 r., V SA/Wa 2271/19).

Kolejne wyroki sądów administracyjnych w sprawie nadpłaty akcyzy wytaczają nową proprzedsiębiorczą linię orzeczniczą. Co istotne orzeczenia te uwzględniają między innymi specyfikę prowadzenia działalności gospodarczej przez poszczególnych przedsiębiorców. To niezwykłe istotne, ponieważ ten element jest często pomijany przez organy podatkowe w wydawanych decyzjach – komentuje Jacek Cieplak, Zastępca Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców.

W branży hotelarskiej i gastronomicznej płace prawie się zatrzymały

Według danych GUS tegoroczny czerwiec przyniósł dalszy spadek przeciętnego zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw. Obecnie pracuje w nim 6 185,8 tys. osób. W porównaniu z analogicznym miesiącem ubiegłego roku liczba pracujących zmniejszyła się o 208 tys. osób. Oznacza to spadek r/r o 3,3%.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan :

Niewątpliwie zmniejszenie zatrudnienia ma związek z pandemią COVID-19. Czerwiec to trzeci z kolei miesiąc ograniczania zatrudnienia w przedsiębiorstwach, które – z uwagi na zmniejszające się lub brak zamówień – jest i będzie stopniowo dostosowywane do potrzeb. Na razie nie ma dużego przyrostu bezrobotnych, co oznacza, że kolejne tarcze spełniły swoją rolę, przynajmniej w perspektywie krótkoterminowej. Ze strony pracodawców widać wyczekiwanie na rozwój sytuacji epidemicznej – nie ma fali zwolnień grupowych, a jedynie próba dostosowania poziomu zatrudnienia do obecnej sytuacji.

Po zakończeniu obowiązywania tarcz antykryzysowych okaże się na ile przedsiębiorstwa poradziły sobie z zamrożeniem gospodarki, a potem ze stopniowym jej odmrażaniem. Jeśli będziemy mieli w Polsce – co jest prawdopodobne patrząc na sytuację w innych krajach – drugą falę zachorowań i związane z tym równie restrykcyjne jak wiosną ograniczenia prowadzenia działalności gospodarczej, spadek poziomu zatrudnienia może być znacząco większy.

Przeciętne wynagrodzenie w czerwcu w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 5286 zł i było wyższe od wynagrodzeń wypłaconych rok wcześniej o 3,6%. Rok wcześniej płace wzrosły r/r o 5,3%. Widać różnice w poziomie wzrostu płac – od początku roku 2020 najmniej wzrosło ono w sekcji „zakwaterowanie i gastronomia” (1,3%), co jest miernikiem problemów jakich doświadcza ta branża, najwięcej w sekcji „Administrowanie i działalność wspierająca” (9,3%). W sektorze „rolnictwo, leśnictwo, łowiectwo i rybactwo od początku roku wynagrodzenia spadły o 3,4%.

Wzrost wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw na przełomie maja (kiedy to wysokość płac spadła w stosunku do kwietnia br.) i czerwca – jak wskazuje GUS – był spowodowany m.in. wypłatą premii, nagród kwartalnych, rocznych i jubileuszowych, a także przywracaniem wysokości wynagrodzeń do poziomu sprzed okresu znacznego zamrożenia gospodarki.

Dynamika płac w kolejnych miesiącach zależeć będzie przede wszystkim od przebiegu epidemii i zakresu wsparcia udzielanego przez państwo tym przedsiębiorstwom, które tego potrzebują. Niewątpliwie COVID-19 spowodował zahamowanie wysokiego tempa wzrostu wynagrodzeń i zmniejszenie presji płacowej

Konfederacja Lewiatan

Nowoczesne technologie, wyższe standardy higieny – zakupy nie będą już takie same jak wcześniej

0

Pandemia koronawirusa Covid-19 wpłynęła na nasze zachowania. Zmieniły się nawet nasze nawyki zakupowe. Mimo złagodzenia przez rząd restrykcji, nie wróciły one do dawnej normy. Jak wynika z raportu pt. „Global State of the Consumer Tracker” firmy doradczej Deloitte ponad jedna czwarta Polaków nie czuje się bezpiecznie podczas zakupów w sklepach stacjonarnych. Jak powinny wyglądać nasze wizyty w sklepie, aby nie zagrażały naszemu zdrowiu? Czego oczekują konsumenci od sieci sprzedaży?

Nasze decyzje zakupowe są obecnie głównie determinowane przez obawy o zdrowie rodziny. Aż trzy czwarte Polaków wciąż obawia się o bezpieczeństwo swoich bliskich. To najwyższy wskaźnik w Europie. Większy niepokój wykazują pod tym względem jedynie Indie (80 proc.) – wynika z raportu Deloitte.

Jak robimy i jak będziemy robić zakupy? Według podanych danych po produkty spożywcze nadal będziemy wybierać się do punków stacjonarnych. Globalnie jedynie 14 proc. osób wskazuje, że wybierze drogę online. W Polsce jedzenie w sieci kupuje zaledwie 4 proc. klientów. Większość (83 proc.) decyduje się na wizytę w offline.

W marcu w sklepach stacjonarnych zostały wprowadzone odpowiednie przepisy mające uchronić klientów przed zakażeniem Covid-19. Zalecane jest płacenie kartą płatniczą metodą zbliżeniową, przy kasach stanęły plastikowe przesłony, a na podłogach linie wskazujące prawidłową odległość pomiędzy klientami. Sklepy coraz częściej wprowadzają również nowoczesne rozwiązania, np. do dezynfekcji wózków sklepowych, czy związane z odbiorem zamówienia dokonanego online.

Jedno jest pewne. Punkty sprzedaży, które chcą zyskać zaufanie swoich klientów, muszą zadbać o najwyższe standardy bezpieczeństwa i zapewnić szybką, bezinwazyjną obsługę. Osoby odwiedzające placówki wymagają m.in. ograniczenia do minimum kontaktów z personelem i innymi klientami oraz zapewnienia odpowiednich środków do ochrony i dezynfekcji.

Postcovidowa rzeczywistość kreuje nowe trendy i realia w sektorze handlu. O tym, czy pójdziemy do sklepu i czy będziemy do niego chętnie wracać w ogromnej mierze decyduje dziś poczucie, że jest w nim zachowana odpowiedni poziom higieny i bezpieczeństwo – mówi Marcin Zieliński, Head od Sales w Terytorium Sp. z o. o., jeden z twórców streamPRO+. W branży można usłyszeć głosy, że koronawirus zapoczątkował koniec handlu w formule tradycyjnej. Nie jest to prawda. Wiele badań wskazuje, że duża część społeczeństwa nie wyobraża sobie innej formy zakupów niż te w sklepie stacjonarnym. Możemy jednak spodziewać się, że wiele placówek będzie musiało na nowo przeanalizować swoje strategie i wprowadzić rozwiązania dopasowane do aktualnych oczekiwań klientów – dodaje.

Dlaczego higiena w sklepach jest i będzie tak ważna? Według danych Polskiej Rady Centrów Handlowych, każdego miesiąca centra handlowe odwiedza średnio około 120-150 mln osób. Część z nich korzysta ze sklepów spożywczych znajdujących się na ich terenie dotykając produktów, koszyków i wózków sklepowych. Pozostawiając na nich bakterie, wirusy i inne zagrożenia.

Sektor handlowy nie był przygotowany na pandemię. Obecnie jednak sieci handlowe stawiają na rozwój narzędzi, które pozwolą im efektywnie funkcjonować w post-covidowej rzeczywistości. Kluczowa w najbliższym czasie będzie transformacja cyfrowa placówek – wprowadzanie aplikacji, kas samoobsługowych, bramek RFID, które same będą identyfikowały ceny towarów, oraz systemów rejestrujących liczbę klientów.

Liczba specjalistów IT w Polsce poniżej średniej unijnej, tylko 0,9% sektora stanowią kobiety

0

Chwalą nas za szybki internet, gorzej oceniają za umiejętności cyfrowe i obsadę stanowisk związanych z nowymi technologiami. Specjaliści IT stanowią zaledwie 3% siły roboczej w Polsce i choć odnotowaliśmy nieznaczny awans w opublikowanym przez Komisję Europejską indeksie, nadal mamy zbyt mało programistów, aby zaspokoić potrzeby rynku pracy – oceniają eksperci.

  1. miejsce na 28 państw członkowskich – w ciągu roku Polska zyskała dwa oczka w unijnym indeksie gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego DESI 2020. Zdaniem Komisji Europejskiej, która przygotowała raport, naszym największym atutem są mobilne usługi szerokopasmowe. Poziom ich wykorzystania został oceniony jako najwyższy w skali UE. Wzrosła również ocena cyfrowych usług publicznych. Niestety nie na wszystkich polach radzimy sobie tak dobrze.

Blisko połowa Polaków nie posiada podstawowych umiejętności cyfrowych

O ile całkiem nieźle idzie nam z infrastrukturą, o tyle wciąż słabiej radzimy sobie z kapitałem ludzkim. Z raportu wynika, że 15% Polaków nie korzysta z internetu, a podstawowe umiejętności cyfrowe posiada mniej niż połowa społeczeństwa w wieku od 16 do 74 lat (44%). Średnia dla UE wynosi 58% i dlatego pod tym względem w unijnym rankingu Polska znalazła się dopiero na 22. miejscu.

wykres_desi
Źródło: Komisja Europejska, raport DESI 2020

Dodajmy, że nadal nie zmieniono oficjalnych szacunków unijnych, które mówią o luce w branży IT sięgającej 600 tys. wakatów. W Polsce ten niedobór oceniany jest na 50 tys. i choć na rynku przybywa specjalistów w dziedzinie nowych technologii, ich liczba wciąż jest poniżej średniej UE, jak czytamy w raporcie DESI 2020.

W Polsce specjaliści IT stanowią 3% wszystkich pracowników. W Unii Europejskiej średnia ta wynosi 3,9%. – W dodatku na stanowiskach związanych z IT zatrudnionych jest w Polsce zaledwie 0,9% kobiet – komentuje Magdalena Rogóż, ekspertka ds. rynku IT ze szkoły programowania Kodilla.com. Jak tłumaczy, choć kobiet w IT przybywa, nadal zbyt mało pań decyduje się na karierę w tej branży. – Barierą wydaje się być stereotypowe myślenie czy przeświadczenie, że aby wystartować sektorze IT potrzebne są lata nauki. Tymczasem dziś dla pracodawców wartością nie są dyplomy ukończenia studiów, dotychczasowe doświadczenie techniczne, ani tym bardziej płeć. Najistotniejsze są faktyczne umiejętności i kompetencje kandydatów. Przebranżowić do IT może się każdy. Na naszych kursach widzimy i kobiety i mężczyzn mieliśmy już operatorów wózków widłowych, nauczycieli WF-u, kelnerki, malarzy, grafików, managerki i managerów. To pokazuje rosnącą świadomość kandydatów, którzy wiedzą, że zmiana branży jest możliwa. 

„Prawdziwym liderem stanie się specjalista IT z umiejętnościami miękkimi”

W Polsce wysoce ucyfryzowanych firm jest 11% (w UE 26%). Niskim stopniem cyfryzacji charakteryzuje się sporo, bo 60% polskich przedsiębiorstw. W Unii Europejskiej ten wskaźnik wynosi 39%. Mimo tego zapotrzebowanie na specjalistów IT jest ogromne. Aby się przekonać, jaki potencjał drzemie w nowych technologiach, wystarczy spojrzeć na najnowszy raport ABSL, poświęcony sektorowi nowoczesnych usług biznesowych w Polsce. W 2008 roku polska branża związana z tą działalnością zatrudniała 50 tys. osób. Na koniec I kwartału 2020 r. było to już 338 tys. osób w ponad 1,5 tys. centrach. Według najnowszych szacunków ABSL sektor nowoczesnych usług biznesowych odpowiada za 3,0-3,5% PKB Polski. A taki wynik nie byłby możliwy, gdyby nie programiści, bo ten wzrost jest w szczególności zasługą centrów IT, które w bazie ABSL występują najczęściej (46,5%).

wykres_absl

„Prawdziwym liderem stanie się specjalista IT z umiejętnościami miękkimi, który będzie w stanie przełożyć problem klienta na najbardziej efektywne rozwiązanie i przekształcić je w kod” – pisze ABSL, zwracając jednak uwagę, że do nowych potrzeb i wymagań musi zostać dostosowany system edukacji w Polsce: „Znając jednak jego jakość, firmy muszą niezależnie przejąć inicjatywę w szkoleniu pracowników. Poszukiwane będą kompetencje i umiejętności przyszłości. Jednocześnie coraz większą rolę odgrywać będą umiejętności miękkie”.

Jak zauważa Magdalena Rogóż z Kodilla.com, jeszcze niedawno pracodawcy stawiali na wysoko wykwalifikowanych specjalistów i seniorów z wieloletnim stażem. Dziś sytuacja wygląda zgoła inaczej: – Pracodawcy zauważają, że najlepszym sposobem na uzupełnienie braków kadrowych jest rekrutowanie osób początkujących, które posiadają podstawową wiedzę pozwalającą na jej dalsze szlifowanie i zdobywanie doświadczenia. Coraz większą uwagę poświęcają także kształceniu własnych pracowników, którzy znają specyfikę firmy oraz posiadają predyspozycje do pracy w IT – tłumaczy ekspertka.

Co ciekawe, dziś do najbardziej pożądanych kompetencji kandydatów pracodawcy zaliczają umiejętność rozwiązywania problemów, empatię i komunikatywność. Kładą również większy nacisk na kompetencje cyfrowe i rozwój. Badanie 2020 Talent Trends wykazało, że 56% firm szkoliło pracowników pod kątem wyższych stanowisk, zaś 38% przekwalifikowało pracowników pod kątem innych ról.

W tych branżach nadal rekrutują

Według ostatnich badań ABSL tempo zatrudnienia w czasie pandemii generalnie spadło, a 41% firm w Polsce zawiesiło rekrutacje. Jednak w niektórych sektorach o wysokim popycie na specjalistów zatrudnienie wzrosło.

Gdzie pojawiało się najwięcej ofert? Tu informacji dostarcza raport Pracuj.pl za maj 2020, opracowany na podstawie 39 282 ogłoszeń. Dane świadczą o „poprawie na rynku pracy w Polsce po czasie lockdownu, w którym najsilniej odczuwane były krótkoterminowe konsekwencje biznesowe epidemii koronawirusa”. 

Na podium najczęściej poszukiwanych specjalizacji w maju znalazły się handel i sprzedaż (37%), obsługa klienta (18%), a także IT oraz finanse (po 12% wszystkich ogłoszeń). Szczególną uwagę przyciąga majowy wzrost rekrutacji w branży IT, w której w drugiej połowie marca i w kwietniu po raz pierwszy od lat można było zaobserwować stosunkowo częste przypadki zamrażania procesów rekrutacyjnych. Jednocześnie jednak to właśnie w niej kandydaci i rekruterzy mieli największą praktykę w obszarze rekrutacji zdalnej, powszechnie stosowanej w branży nowych technologii – omawia Pracuj.pl.

wykres_pracuj

Eksperci podkreślają, że nawet mimo kryzysu związanego z pandemią, w takich branżach jak IT problemem wciąż nie są problemy ekonomiczne pracodawców, a kłopoty ze znalezieniem pracowników. Co prawda relacje się lekko przesunęły i poszukiwani są obecnie przede wszystkim najlepiej wykwalifikowani specjaliści, ale sektor nowych technologii ma ogromne potrzeby. Nie da się ich zaspokoić bez nowych kadr, które tworzą także osoby początkujące. – Dzięki historiom naszych absolwentów wiemy, że także i oni zasilają te potrzeby. Pracodawcom zależy na umiejętnościach praktycznych i osobach, które można szybko wdrożyć do zadań biznesowych. Do tego nie trzeba wieloletnich studiów, wystarczy dobrze skonstruowany program szkolenia i determinacja ze strony osoby uczącej się programowania – podsumowuje Magdalena Rogóż.

oprac. Kodilla.com