Nieruchomości, kryptowaluty, złoto, akcje? W co inwestować?

Dziś – w dobie nisko oprocentowanych lokat bankowych, depozytów i obligacji – na popularności zyskują już sprawdzone inwestycje w złoto i nieruchomości oraz kryptowaluty. Co je wyróżnia na tle innych możliwości? Jak uciec przed inflacją, która obecnie w Polsce jest najwyższa od 2011 roku? Rozwiązań jest kilka i każde z nich charakteryzuje się innym stopniem ryzyka.

Sztabka zaufania

Złoto to od dawna jedna z najlepszych, długofalowych inwestycji. Warto jednak pamiętać, że nie zawsze przyniesie nam zysk w krótkiej perspektywie – wskazuje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex. Udostępnia solidne stopy zwrotu długoterminowym, cierpliwym inwestorom. Co ciekawe, ostatnio jego zalety doceniają również niektóre banki centralne – liderami w tym przypadku są Rosja i Chiny – dodaje.

Obecnie złoto odnotowuje tendencje wzrostowe – w ciągu ostatnich trzech miesięcy jego wartość zwiększyła się o prawie 10%. Długoterminowo chroni pieniądze przed inflacją. W obliczu, której gotówka traci siłę nabywczą. Ponadto na inwestycji w kruszec można zarobić. Sztabki złota i złote monety w ostatniej dekadzie znacznie zyskały na wartości, dzięki czemu inwestorzy mogą cieszyć się wysokimi stopami zwrotu.

Jak każde inne dobro, złoto ulega procesom rynkowym i jego cena czasem może się wahać. Warto jednak podkreślić, że w porównaniu np. do sytuacji na amerykańskiej giełdzie, czy do cen ropy naftowej spadki wartości kruszcu są nieznaczne. Cena ropy naftowej spadła niedawno aż o 20%, co w konsekwencji przyczyniło się do obniżenia akcji w USA o ponad 7,5% (najwięcej od czasu kryzysu finansowego) – wynika z danych bloomberg.com. W tym samym czasie złoto straciło jedynie trochę ponad 2% wartości.

Analizując zależności pomiędzy cenami kruszcu a wycenami głównych indeksów na Wall Street, możemy zaobserwować, że złoto drożeje, gdy mamy do czynienia z różnego rodzaju kryzysami. Uzupełniając regularnie swoje zasoby o niewielkie ilości kruszcu, jesteśmy w stanie zabezpieczyć się przed spadkiem wartości posiadanych oszczędności – dodaje Aleksander Pawlak, Prezes Zarządu Tavex.

A co z nieruchomościami?

Nieruchomości są postrzegane jako równie atrakcyjne rozwiązanie jak lokowanie oszczędności w złocie. W dłuższej perspektywie ich wartość rośnie szybciej niż ceny w sklepach. Co więcej, kupując mieszkanie pod inwestycje możemy je wynająć i czerpać dodatkowy zysk. Jednak – podobnie jak w przypadku złota – musimy brać pod uwagę, że jest to działanie długoterminowe. Jeżeli chcemy kupić nieruchomość i już za rok lub dwa lata ją upłynnić to nie przyniesie nam ona dodatkowych benefitów. Przyczyna jest prosta – koszty transakcyjne są bardzo duże.

Stosunek ryzyka do zysku w przypadku nieruchomości jest niski. Jeżeli przed zakupem w odpowiedni sposób przeanalizujemy naszą inwestycję pod kątem prawnym oraz atrakcyjności możemy być prawie pewni, że za kilka lat sprzedamy ją z zyskiem. Prognozy pokazują, że wartość mieszkań z roku na rok będzie rosła. Warto dodać, że współczynnik zmienności kwartalnej stopy zwrotu, wskazuje, że mieszkanie na wynajem należy do najbardziej stabilnych aktywów.

Jednak musimy pamiętać, że i w tym przypadku istnieje ryzyko. Jest ono najczęściej związane z wynajmem nieruchomości. Nasz lokal może zostać zniszczony lub możemy mieć problem z pozbyciem się niesfornego najemcy. Do tego dochodzi ryzyko wzrostu podatków oraz braku zainteresowania naszą ofertą – co jest równoznaczne z tym, że to my wówczas ponosimy wszystkie koszty utrzymania mieszkania.

Może kryptowaluty…

Zdecydowanie są to najmłodsze ze wszystkich instrumentów inwestowania. Należy wspomnieć, że niektóre z państw nie uznają ich za jednostkę walutową czy nawet pieniądz elektroniczny. W Unii Europejskiej, wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości, kryptowaluty są traktowane jako prawny środek płatniczy w zakresie opodatkowania VAT i tym samym są z niego zwolnione.

W przeciągu ostatnich kilku lat krypotowaluty zyskały dość dużą popularność. Jednak test na to, czy mogą być traktowane jako bezpieczne inwestycje trwa i jest nim pandemia Covid-19. Coraz częściej okazuje się, że wbrew analizom podążają za amerykańską giełdą i indeksem S&P500 (w skład, którego wchodzi 500 przedsiębiorstw o największej kapitalizacji, notowanych na New York Stock Exchange i NASDAQ).

Decydując się więc na ten sposób ulokowania swoich oszczędności warto na samym początku przeanalizować ostatnie wahania w cenach oraz panujące tendencje.

Dolar pod ostrzałem. Zadyszka na dłużej?

Co się stało, że kurs USD/PLN w krótkim czasie spadł z 4,23 zł do 3,90 zł? Amerykańska waluta traci zresztą nie tylko w relacji ze złotym, a wskaźnik siły dolara w postaci kontraktu terminowego na indeks USD spada już piąty dzień z rzędu. Słabość USD zdaje się iść w parze z wyprzedażą amerykańskich obligacji – pisze Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia Ltd. (usługa Forex Cinkciarz.pl).

Perspektywy zwiększenia stymulacji gospodarki ze strony rządów i ultraluźna polityka monetarna wraz z perspektywą globalnego ożywienia gospodarczego zdają się pchać inwestorów do zwiększenia zaangażowania w bardziej ryzykowne aktywa i do porzucenia m.in. amerykańskich obligacji skarbowych oraz USD.

Australia, Polska, strefa euro, czyli kto ma widoki na szybszy powrót

Warto zwrócić uwagę również na to, że dolar australijski wzrósł do pięciomiesięcznego maksimum w stosunku do dolara amerykańskiego. Wiele wskazuje na to, że inwestorzy skierowali się w stronę gospodarek, które najszybciej odzyskują formę po pandemii koronawirusa i wydają się wracać na właściwe tory wzrostu. Podobnie może być z polskim złotym, który także zaczął się umacniać i nie przeszkodziła w tym niespodziewana obniżka stóp procentowych. Kurs EUR/PLN w krótkim czasie spadł z 4,56 do 4,37, a USD/PLN z 4,23 do 3,90.

Z kolei euro w relacji do dolara umocniło się do najwyższego poziomu od prawie trzech miesięcy w nadziei, że Europejski Bank Centralny będzie wspierać najsłabsze gospodarki strefy euro zakupami obligacji, aby utrzymać ich niskie rentowności. Rynek spodziewa się, że EBC zwiększy program skupu PEPP (Pandemic emergency purchase programme) o wartości 750 mld euro o ok. 500 mld euro, i to już w czwartek, 4 czerwca.

Kurs EUR/USD rośnie dziś już powyżej 1,12, czyli do najwyższego poziomu od połowy marca.

Związek zamieszek w USA z notowaniami walut

Dolar nieznacznie osłabił się dziś również w stosunku do bezpiecznych walut, jak frank szwajcarski czy jen, ze względu na obawy związane z rosnącym wpływem na gospodarkę protestów w Stanach Zjednoczonych, które przybierają na sile. Departament Obrony USA przeniósł ok. 1600 żołnierzy armii amerykańskiej w rejon Waszyngtonu, jak powiedział Pentagon we wtorek, po kilku nocach gwałtownych protestów. Prezydent Donald Trump zagroził, że użyje wojska, aby stłumić szerzące się protesty przeciwko rasizmowi i brutalności policji.

Zadyszka na dłużej – co dalej z dolarem?

Z punktu widzenia długoterminowego, na wspomnianym kontrakcie terminowym na indeks USD obserwowaliśmy systematyczną redukcję zaangażowania w pozycje, które mogłyby zyskiwać wraz ze wzrostem ceny. Może to oznaczać, że inwestorzy już od kilku miesięcy szykowali się na spadek USD, który w konsekwencji może trwać znacznie dłużej i być głębszy niż to, co do tej pory obserwowaliśmy.

Warszawska uczelnia wprowadza e-sport do oferty zajęć wychowania fizycznego

W dobie pandemii uczelnie przeniosły większość zajęć do świata wirtualnego. Co ciekawe, zdalnie można zaliczyć również WF: poprzez wideo-ćwiczenia z trenerem lub dzięki rozgrywkom e-sportowym. Studenci Akademii Leona Koźmińskiego, którzy zdecydują się na tę drugą opcję, mają do wyboru wirtualny ping pong i bitewne potyczki na arenie rodem z filmu science-fiction.

Centrum Gier Symulacyjnych i Gamifikacji Akademii Leona Koźmińskiego oraz Centrum Sportu ALK wynoszą zajęcia z WF na zupełnie nowy poziom. Dzięki współpracy z warszawskim twórcą gier, firmą DaftMobile z portfolio Daftcode, umożliwiają swoim studentom zaliczenie brakujących godzin WF-u zdalnie, m.in. poprzez uczestnictwo w rozgrywkach e-sportowych.

– W ten sposób Akademia Leona Koźmińskiego wychodzi naprzeciw studentom, którzy ze względu na pandemię potrzebowali alternatywnej formy uczestnictwa w zajęciach sportowych. Mogą oni uczestniczyć w zajęciach WF, grając w gry online i rywalizując ze sobą w ramach wirtualnych rozgrywek – tłumaczy dr Marcin Wardaszko z Akademii Leona Koźmińskiego.

W ramach zdalnego WF-u, w specjalnie zorganizowanych sesjach studenci ALK mogą nie tylko grać, ale też dyskutować oraz dzielić się swoimi wrażeniami i uwagami na temat gier. Jak podaje Green Man Gamin, odbiorcami tego typu gier jest już ponad 433 milionów osób w skali świata[1], wkroczenie e-sportu w akademickie mury było tylko kwestią czasu. – Akademia Leona Koźmińskiego jest otwarta na takie nowości. Prowadzi nawet sekcję e-sportową i ma profesjonalnie wyposażony gaming room – dodaje dr Wardaszko.

– E-sport to gry zespołowe na miarę czasów społecznego dystansowania się – mówi Michał Dąbrowski, CEO DaftMobile. Studenci w ramach zaliczenia mogą grać w dwie mobilne gry e-sportowe stworzone i wyprodukowane przez jego firmę. Są to: gra w czasie rzeczywistym SpeedPong oraz gra taktyczna Legendary Tactical Arena. Ta druga jest turową areną bitewną, a w ramach rozgrywki uczestnicy ścierają swoje zespoły unikalnych bohaterów w ramach bitewnego pojedynku.

To nie pierwsza współpraca DaftMobile z uczelniami. Przedstawiciele firmy od 5 lat uczą programowania studentów m.in. Politechniki Warszawskiej, w ramach organizowanych przez Daftcode kursów DaftAcademy. Skupiają się przy tym na stronie praktycznej i kompetencjach potrzebnych młodemu programiście przy wejściu na rynek pracy. DaftMobile realizuje także projekt badawczo-rozwojowy Elympics współfinansowany ze środków NCBR. Dotyczy on do inteligentnego doboru graczy i zapobiegania „dopingowi” w mobilnym e-sporcie.

[1] Źródło: Global Esports Revenue Reaches More Than $1 Billion As Audience Figures Exceed 433 Million, Forbes.com

Uszczelnianie VAT nie sfinansuje nawet 500+

Koniec „bajońskich” zysków budżetu z uszczelniania VAT. W 2019 r. przyniosło ono zaledwie 0,1 mld zł wobec zakładanych 4,6 mld zł. W tym roku rząd oczekuje 7,9 mld zł. W rzeczywistości będzie to najpewniej zaledwie kilka procent tej kwoty. Nie wystarczy to na sfinansowanie najskromniejszego nawet programu społecznego. Potrzebne będą więc nowe podatki, bo VAT-u tak łatwo bardziej uszczelnić się nie da.

To, że efekty uszczelniania VAT będą mizerne, sygnalizowałem już w lutym tego roku. Do dokładnych obliczeń potrzebne były jednak pełne informacje o składowych PKB oraz o dynamice podatku VAT wg metodologii europejskiej ESA2010. Kwestia metodologii jest tutaj kluczowa, bowiem unijne procedury pozwalają wykryć i usunąć wszelkie „zabiegi księgowe”, służące temu by statystyki wyglądały lepiej niż rzeczywistość.

Właśnie dlatego część ekonomistów zastanawiała się, czy czasem Krajowa Administracja Skarbowa nie dokonywała pod koniec 2019 r. operacji związanych z przesuwaniem w czasie zwrotów, po to by poprawić wynik VAT.

Posiadając dziś dane GUS/EUROSTAT oraz ogólnie dostępne dane MF o kasowych dochodach z VAT można już obliczyć, że korekta była jednak zerowa (wykres 1).

Wykres 1. Dochody VAT (mld zł)

Uszczelnianie VAT nie sfinansuje nawet 500 plus
Źródło: obliczenia dr. Sławomira Dudka na podstawie danych MF i EUROSTAT.

Czy to oznacza, że wyników nie „poprawiano”? Nie, tylko uczyniono to w inny sposób. Korekta związana z przesuwaniem zwrotów wystąpiła, ale w poprzednim roku – w kwocie aż ok. 5 mld zł. To poprawiło bazę dla dynamiki VAT w 2019 r.

W rezultacie dochody z tytułu VAT według ujęcia europejskiego, które są bazą do wyliczenia luki VAT, wzrosły o 5,8 proc. r/r w 2019 r. Czyli dużo szybciej niż wskazywałyby na to dane kasowe VAT (3,4 proc. r/r). A to właśnie te ostatnie prezentowane są dla opinii publicznej w corocznych ustawach budżetowych czy też publikacjach MF nt. wykonania budżetu (wykres 2). Wynika stąd też inny wniosek – że VAT kasowy w 2018 r. był po prostu zawyżony.

To pokazuje, jak ważna jest niezależna instytucja, tj. EUROSTAT, który wyłapuje w statystykach krajowych różnego rodzaju operacje księgowe zniekształcające statystyki budżetowe. Metodologia ESA2010 jest na to odporna i dlatego to ona jest wykorzystywana do oceny stanu finansów publicznych – a nie krajowe statystyki budżetu państwa. Wykres 1 pokazuje, że od 2016 r. czynnik „operacji na zwrotach” był bardzo duży i istotnie zakłócał prawdziwy obraz dynamiki VAT.

Wykres 2. Dochody VAT (r/r).

Dochody VAT
Źródło: obliczenia dr. Sławomira Dudka na podstawie danych MF i EUROSTAT.

Obecnie znamy też strukturę nominalnego PKB w 2019 r. O ile łączny PKB wzrósł aż o 7,2 proc., to jednak poszczególne składowe, istotne z punktu widzenia bazy makroekonomicznej podatku VAT zwiększyły się w dużo mniejszym tempie. Najważniejszą bazą makroekonomiczną podatku VAT jest finalna konsumpcja gospodarstw domowych (ok. 70 proc. teoretycznego VAT), która w 2019 r. wzrosła nominalnie o 5,8 proc. r/r. Istotnym elementem są też inwestycje oraz wydatki bieżące sektora publicznego na zakup dóbr i usług (ok. 14 proc.). W 2019 r. inwestycje sektora finansów publicznych niestety zmniejszyły się o ok. 2 proc., a wydatki bieżące wzrosły o ok. 5,3 proc. r/r.

Ministerstwo Finansów 1 czerwca br. w „Sprawozdaniu z wykonania budżetu państwa za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2019” opublikowało własne szacunki luki VAT w 2018 r. i 2019 r. Dotychczas MF publikował te szacunki już 1 maja wraz z Wieloletnim Planem Finansów Państwa (WPFP) i Aktualizacją Programu Konwergencji (APK). Jednak tym razem tych szacunków w APK nie przedstawiono.

Bazując na danych MF można oszacować, że potencjalne wpływy z VAT (VTTL – VAT Total Tax Liability) w 2019 r. zwiększyły się o ok. 5,7 proc. r/r. W rezultacie wartość luki VAT w 2019 r. można oszacować na ok. 25 mld zł (wykres 3), wobec szacowanych ok. 24 mld zł w 2018 r. Czyli nominalna luka VAT nawet wzrosła. Musimy mieć jednak na uwadze, że wraz ze wzrostem bazy makroekonomicznej rosną też nominalne wpływ z VAT, stąd luka VAT w ujęciu procentowym zmalała z 12,08 do 12,03 proc.VTTL (wykres 4).

Wykres 3. Luka VAT (mld zł)

Luka VAT
Źródło: obliczenia dr. Sławomira Dudka na podstawie danych MF, GUS, EUROSTAT.

Wykres 4. Luka VAT, efekty „uszczelniania”

Wykres 4. Luka VAT, efekty „uszczelniania”
Źródło: obliczenia dr. Sławomira Dudka na podstawie danych MF. Luka VAT (VATGAP): 2013-2017 Wieloletni Plan Finansowy Państwa na lata 2019-2022, 2018-2019 Sprawozdanie z wykonania budżetu państwa za okres od 1 stycznia do 31 grudnia 2019.

To oznacza, że efekt „uszczelniania” (tax compliance effect) wyliczony na bazie metodologii KE w 2019 r, wyniósł zaledwie 0,1 mld zł wobec zakładanych 4,6 mld zł, czyli w 2019 r. zrealizowano zaledwie 2,2 proc. (sic!) planu w zakresie uszczelniania podatku VAT.

Na 2020 r. w regule wydatkowej założono kolejne efekty uszczelnienia na 7,9 mld zł. Jednak powyższe obliczenia wykazują, że proste rezerwy w uszczelnianiu podatku VAT już się wyczerpały. Wygoniliśmy mafie vatowskie z Polski, zlikwidowano oszustwa i poważne przestępstwa w zakresie VAT. Teraz doszliśmy do ściany. W 2020 r. nie ma szans na dalsze efekty uszczelniania. Dalsza redukcja luki VAT to już nie są „grube ryby”, to już raczej masa drobnych transakcji. Aby to uszczelnić nie wystarczą mechanizmy represyjne. Teraz konieczne jest krzewienie w Polakach tzw. moralności podatkowej, czyli rozliczania się nawet za drobne rzeczy paragonem w imię bycia fair wobec własnego państwa. Ale do tego trzeba mieć zaufanie do ludzi, potrzebny jest kapitał społeczny. Wygląda niestety na to, że konflikt polityczny zniszczył w Polsce ten kapitał do zera. Już kilkanaście tygodni temu pisałem, że bez tego kapitału nigdy nie dogonimy Niemiec. Teraz z tego powodu nie osiągniemy poziomu luki VAT w najlepszych systemach podatkowych w UE.

Ewentualne mechanizmy represyjne musiałyby dotknąć też wielu uczciwych, drobnych podatników, budowlańców, sklepikarzy, wszelkie usługi dla ludności. Będzie to trudne też z powodów politycznych, gdyż mechanizmy represyjne mogą dotyczyć szerokiej grupy społeczeństwa, co może wywoływać pewne opory społeczne.

Przyjmując szacunki luki VAT Ministerstwa Finansów za lata 2016-2019, można oszacować łączne efekty „uszczelnienia” na kwotę ok. 22 mld zł. W 2020 r. przy takiej skali recesji nie da się osiągnąć żadnych efektów uszczelniania. Patrząc na te 22 miliardy warto przypomnieć, że podstawowe filary programu socjalnego (500+, 13-ta i 14-ta emerytura) to ponad 60 mld zł rocznie, z czego program 500+ to ponad 40 mld zł.

„Uszczelnianie” VAT sfinansowało więc nieco ponad 50 proc. programu 500+. Niestety nie ma szans aby efektami „uszczelnienia” VAT sfinansować drugą połowę 500+, nie mówiąc już o 13-tej, 14-tej emeryturze. Nawet gdyby przyjąć za dobrą monetę zapowiedzi MF sprzed kilkunastu tygodni, że celem jest osiągnięcie 5 proc. luki VAT, to efekty mogą dać co najwyżej 10-11 mld zł.

To oznacza, że programy socjalne nie mają trwałych źródeł finansowanie. Finansowane są na kredyt przyszłych pokoleń. Częściowo tą lukę pokrywają dotychczas wprowadzone podatki sektorowe. Chyba, że po kryzysie pojawią się nowe podatki, być może dla firm.

Dr Sławomir Dudek, główny ekonomista Pracodawców RP

Czego potrzebują scale-upy, aby jeszcze szybciej rosnąć i zmienić świat?

Obecna sytuacja na świecie, wywołana przez pandemię COVID-19, stworzyła nowe wyzwania i wysunęła na pierwszy plan bardzo konkretne problemy – problemy, którymi należy się jak najszybciej zająć, aby ustabilizować gospodarkę i zapewnić bezpieczeństwo społeczeństwa. Niektóre gałęzie biznesu będą zmuszone do znacznych zmian, a szybsza transformacja technologiczna i cyfrowa jest nieunikniona. Jest to silny katalizator dla innowacji na wielu poziomach globalnego ekosystemu. Łatwy dostęp do wiedzy, finansowania i sieci innowatorów to kluczowe elementy, których potrzebują scale-upy, aby tworzyć innowacje na całym świecie, które sprostają obecnym i przyszłym wyzwaniom.

Według raportu European Scale-up Report, w Europie działa ponad 80 000 scale-upów. Nie są to tylko firmy informatyczne: tylko 1 na 10 europejskich scale-upów działa w sektorze IT i tylko 4% w sektorze biotechnologii oraz opieki zdrowotnej. Jak pokazuje lista The Global Unicorn Club, na całym świecie obecnie 472 firmy prywatne są wyceniane na ponad 1 mld USD, z czego około 100 ma siedzibę w Europie. Większość z tych europejskich jednorożców to scale-upy.

Czym jest scale-up? Jest to firma, która od początku swego istnienia zebrała od inwestorów co najmniej 1 milion dolarów lub generuje średni roczny wzrost sprzedaży lub zatrudnienia na poziomie co najmniej 20% w ciągu 3 lat. To przedsiębiorstwo, które ma sprawdzony model biznesowy, wykazało się dobrą trakcją stałych przychodów, znalazło uznanie w oczach inwestorów i przetrwało na tyle długo, że przestało być postrzegane jako start-up.

Wyzwania, przed jakimi stoją scale-upy

Scale-upy są aktywne w każdym sektorze europejskiej gospodarki, wykorzystując w dynamicznym wzroście zarówno nowe technologie, jak i tradycyjne modele biznesowe. Stanowią one podstawę naszych społeczeństw, tworząc miejsca pracy i podejmując obecne i przyszłe wyzwania. Muszą one również stawić czoła wielu wyzwaniom biznesowym. W opracowaniu European Scale-up Report określono 5 głównych obszarów, w których dynamicznie rosnące firmy potrzebują największego wsparcia:
Rekrutacja i zarządzanie talentami

  • Finansowanie
  • Dostęp do rynku
  • Przywództwo
  • Infrastruktura

Scale-upy to te przedsiębiorstwa, które pomogą światowej gospodarce przetrwać pandemię i wrócić na ścieżkę wzrostu. Są one liderami w głównych i istotnych branżach, takich jak opieka zdrowotna, biotechnologia i praca zdalna. Jestem pewien, że w nadchodzących miesiącach będziemy świadkami rozkwitu innowacji poprawiających jakość powietrza, tworzących bezpieczniejsze doświadczenia w handlu detalicznym dla klientów i nowe doświadczenia biurowe dla pracowników oraz rozwijających e-commerce, które stworzą scale-upy. Jednakże, aby ulepszyć nasz świat, tego typu firmy muszą działać we właściwym środowisku. – Jerzy Brodzikowski, General Manager CIC Warsaw

CIC Warsaw pozwala scale-upom się… skalować

CIC Warsaw jest katalizatorem innowacji. Wykorzystując siłę pracy w tym samym otoczeniu różnych podmiotów, zaufania i współpracy, tworzy warunki szczególnie sprzyjające rozwojowi przedsiębiorstw działających w obszarze technologii. W swoim ekosystemie, we współpracy z różnorodnymi partnerami, wspiera firmy działające w obszarach najważniejszych dla tworzenia innowacji.

Kampus CIC Warsaw, który jest zlokalizowany w kompleksie Varso Tower, wspomaga polskie i międzynarodowe scale-upy, oferując światowej klasy infrastrukturę do tworzenia innowacji i społeczności innowatorów. Prywatne biura i pomieszczenia do pracy zespołowej, w pełni wyposażone kuchnie oraz wygodne sale konferencyjne zapewniają możliwość skoncentrowania się na biznesie, bez rozpraszania uwagi.

Najważniejszym składnikiem tego ekosystemu jest społeczność CIC. Jest ona budowana przez ekspertów skoncentrowanych na innowacjach: przedstawicieli korporacji, małe i średnie firmy, niezależnych przedsiębiorców, inwestorów, założycieli start-upów i scale-upów, naukowców, działaczy organizacji pozarządowych, przedstawicieli sektora publicznego i przedstawicieli administracji publicznej. Bliskie sąsiedztwo i ukierunkowane programy promują współpracę, która napędza innowacje.

CIC zaprojektowało przestrzenie, które spełniają wymagania scale-upów i są dopasowane do ich potrzeb. Oprócz oferowania elastycznych powierzchni biurowych i wspólnych, CIC Warsaw tworzy społeczność złożoną z osób transformujących różne gałęzie gospodarki. Ludzie, wiedza i projekty będą współdziałać oraz rozwijać się wokół konkretnych obszarów, takich jak PropTech czy Internet Rzeczy.

Jednym z głównych celów funkcjonowania nowej przestrzeni jest znalezienie odpowiednich osób, które pomogą scale-upom w rozwoju biznesu: inwestorów, potencjalnych klientów, ekspertów w różnych dziedzinach, przedstawicieli agencji rządowych i środowiska akademickiego. Wierzymy, że stworzenie kultury produktywnej współpracy napędzanej przez zróżnicowaną społeczność i osadzonej w odpowiedniej przestrzeni jest kluczem do wspierania innowacji. – Jerzy Brodzikowski, General Manager CIC Warsaw

Marcin Nieplowicz, EFL: Pandemia ciosem dla polskiego leasingu. Na odbudowę branża może potrzebować nawet 5 lat

Polska branża leasingowa na uzyskanie poziomu finansowania sprzed kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa będzie potrzebowała więcej czasu niż miało to miejsce po upadku banku Lehman Brothers. Wówczas na powrót do wyniku przedkryzysowego potrzebowaliśmy 4 lat. Tym razem wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe może przekroczyć poziom z 2019 roku dopiero w 2025 roku.

Marcin Nieplowicz
Marcin Nieplowicz, główny ekonomista EFL

Zakładamy, że w 2020 roku nasza branża udzieli finansowania w wysokości ponad 51 mld zł, czyli o 34 proc. mniej niż rok wcześniej. Dodatnią dynamikę rynku leasingu powinniśmy zobaczyć już na początku 2021 roku, jednak w przyszłym roku wartość sfinansowanych środków trwałych przez firmy leasingowe będzie znacznie niższa niż w 2019 roku. Sytuacja będzie rozwijać się podobnie do tej podczas kryzysu finansowego po upadku banku Lehman Brothers w 2008 roku. Wówczas rynek leasingu w Polsce potrzebował 4 lat, aby odrobić straty – wartość inwestycji sfinansowanych przez firmy leasingowe dopiero w 2013 roku przekroczyła poziom z 2008 roku.

Dzisiaj widzimy, jak uderzenie COVID-19 jest niszczące dla naszej gospodarki. Przede wszystkim pokazują to wyniki sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej za kwiecień, gdzie w obu przypadkach spadki znacznie przekroczyły 20 proc. w ujęciu rocznym. Pandemia koronawirusa jest bardzo destrukcyjna na tak elementarnym poziomie jak nastroje społeczne i zaufanie do przyszłości. Mocno uderza to w ufność konsumencką, a przez to w konsumpcję prywatną i plany inwestycyjne przedsiębiorców.

Jakby tego było mało, w najbliższych latach mamy splot kilku, niesprzyjających dla branży leasingowej czynników. Przede wszystkim zaakceptowany przez Parlament Europejski Pakiet Mobilności będzie długotrwałym czynnikiem ograniczającym rozwój polskich firm transportowych. A finansowanie branży transportowej jest istotnym obszarem działalności firm leasingowych. Po drugie, powoli będziemy kończyć perspektywę unijną 2014-2020. Wydatkowanie będzie trwało co prawda do 2023 roku, ale już przy coraz niższych wolumenach inwestycji współfinansowanych z Unii Europejskiej. I na koniec, widzimy jak ogromna jest skala środków pomocowych uruchamianych przez rządy państw europejskich. To w perspektywie 2-3 lat doprowadzi do dużych napięć budżetowych, a w rezultacie do istotnego spowolnienia, a być może nawet do niewielkiej recesji w strefie euro.

W związku z tym zakładamy, że w kolejnych latach tempo rozwoju rynku leasingu pozostanie umiarkowane, a poziom finansowania z 2019 roku (77,8 mld zł) może zostać osiągnięty nawet dopiero w 2025 roku.

Skutki wyroku Trybunału Konstytucyjnego stwierdzającego niezgodność przepisu ustawy podatkowej z Konstytucją RP lub umową międzynarodową

W art. 240 Ordynacji podatkowej (dalej „O.p.”) ustawodawca wymienił przesłanki wznowienia postępowania podatkowego. Wznowienie postępowania jest jednym z nadzwyczajnych trybów postępowania podatkowego, mogących skutkować wzruszaniem decyzji ostatecznych. Celem wznowienia postępowania jest ponowne rozpatrzenie sprawy, zmierzające do usunięcia ciężkich wad postępowania podatkowego, ujawnionych po wydaniu decyzji.

Jedną z przesłanek wznowienia postępowania jest wyrok Trybunału Konstytucyjnego stwierdzający niezgodność przepisu, na podstawie którego została wydana decyzja ostateczna z Konstytucją Rzeczypospolitej lub ratyfikowaną umową międzynarodową (art. 240 § 1 pkt 8 O.p.).

Wznowienie postępowania na podstawie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niezgodności przepisu ustawy podatkowej z Konstytucją może nastąpić jedynie na wniosek strony. Możliwość wniesienia powyższego żądania jest ograniczona w czasie – można tego dokonać w terminie miesiąca od dnia wejścia w życie orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego (art. 241 § 2 pkt 2 O.p.).

Odroczenie daty utraty mocy obowiązującej przepisu

Orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego o niezgodności przepisu z Konstytucją co do zasady wchodzą w życie z dniem ich ogłoszenia. Trybunał Konstytucyjny może jednak w swym orzeczeniu odroczyć datę utraty mocy obowiązującej danego aktu normatywnego, o którym orzekał. Taka możliwość wynika bezpośrednio z art. 190 ust. 3 Konstytucji RP. Termin odroczenia nie może przekroczyć 18 miesięcy w przypadku ustaw i 12 miesięcy w przypadku innych aktów normatywnych.

W związku z takimi przepisami w orzecznictwie Naczelnego Sądu Administracyjnego powstały różne kierunki co do terminu na wniesienie wniosku o wznowienie postępowania. Pierwszy pogląd zakłada, że nie można utożsamiać uprawnienia Trybunału Konstytucyjnego do odroczenia terminu utraty mocy obowiązującej ustawy z datą wejścia w życie wyroku. Zgodnie z takim podejściem początek biegu terminu na złożenie wniosku o wznowienie postępowania powinien być liczony od daty ogłoszenia wyroku Trybunału. Taki pogląd został wyrażony m.in. w wyroku NSA z dnia 12 września 2018 r., sygn. II FSK 1897/17, w wyroku NSA z dnia 15 lutego 2018 r. sygn. II FSK 2367/16 czy w wyroku NSA z 7 grudnia 2017 r., sygn. II FSK 3276/15.

Druga linia orzecznicza zakłada, że początkiem biegu terminu na złożenie wniosku o wznowienie postępowania w przypadku odroczenia przez Trybunał Konstytucyjny daty utraty mocy obowiązującej przepisu jest właśnie dzień utraty mocy obowiązującej przepisu. Uzasadnieniem takiego podejścia jest stwierdzenie, że skoro dany przepis obowiązuje jeszcze do określonej daty, to nie jest możliwe wnioskowanie o wznowienie postępowania, zarzucając bezprawność działania. Innymi słowy, zwolennicy tej teorii uznają, że skoro Trybunał Konstytucyjny odroczył w czasie utratę mocy obowiązującej przepisu, to wnioskowanie o wznowienie postępowania po ogłoszeniu wyroku niweczyłoby orzeczenie Trybunału, a ponadto w takim przypadku ustawodawca mógłby sam wycofać przepis i w konsekwencji wnioskowanie o wznowienie byłoby niecelowe. Takie stanowisko zajął NSA w wyrokach z 1 marca 2019 r., sygn. II FSK 765/17, z 23 października 2018 r., sygn. II FSK 3069/16 czy z 26 stycznia 2018 r., sygn. II FSK 194/17.

Brak jednolitej linii orzeczniczej powoduje, że problematyczne staje się określenie terminu, od którego należy liczyć czas na złożenie wniosku o wznowienie postępowania w przypadku odroczenia przez Trybunał Konstytucyjny daty utraty mocy obowiązującej przepisu. W konsekwencji najbardziej uzasadnione w takiej sytuacji wydaje się podejście liczenia terminu od daty ogłoszenia wyroku, ponieważ podmiot składający wniosek w takim terminie może uzyskać odpowiedź organu podatkowego przed upływem odroczonego terminu.

Koszty egzekucyjne

Zdarza się, że na skutek postępowania podatkowego wszczynane jest postępowanie egzekucyjne. Wątpliwości powstają w przypadku uchylenia tytułu egzekucyjnego będącego podstawą tytułu wykonawczego (np. decyzji podatkowej) na skutek orzeczenia o niekonstytucyjności przepisu. Zgodnie z art. 64c § 3 ustawy z dnia 17 czerwca 1966 r. o postępowaniu egzekucyjnym w administracji w sytuacji, gdy wszczęcie i prowadzenie egzekucji było niezgodne z prawem, organ powinien zwrócić pobrane wcześniej należności.

Z tego przepisu wywiedziony został korzystny dla podatników kierunek orzeczniczy, zgodnie z którym w przypadku zwrotu podatku na podstawie niekonstytucyjnych przepisów należy także zwrócić koszty egzekucyjne. Takie podejście wynika przede wszystkim z zasady praworządności. W konsekwencji sądy administracyjne twierdzą, że skoro podstawa egzekucji była wadliwa, to nie powinna ona mieć miejsca, a w konsekwencji strona powinna otrzymać pobrane wcześniej koszty. Podobnie orzekał NSA w wyroku z 25 maja 2017 r., sygn. II FSK 1178/15 czy w wyroku z 4 sierpnia 2017 r., sygn. II FSK 1798/15.

Należy jednak zwrócić uwagę na kontrowersyjny pogląd NSA wynikający z wyroku z 14 października 2016 r., sygn. II GSK 804/15, w którym NSA stwierdził, że postępowanie podatkowe i postępowanie egzekucyjne to dwa różne postępowania, a stwierdzenie niezgodności z prawem decyzji wymiarowej nie powoduje automatycznie stwierdzenia niezgodności z prawem postępowania egzekucyjnego. W konsekwencji organ egzekucyjny nie jest zobowiązany do zwrotu kosztów postępowania egzekucyjnego w przypadku wydania przez Trybunał Konstytucyjny orzeczenia o niezgodności z prawem przepisu ustawy podatkowej. Biorąc powyższe pod uwagę, warto za każdym razem kwestionować podstawę prawną wszczynanej egzekucji. W przeciwnym wypadku sądy mogą stwierdzić, że strona zaakceptowała wszczęcie postępowania egzekucyjnego, czyli zgodziła się z tym, że zostało ono wszczęte zgodnie z prawem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Ponad połowa firm biotechnologicznych w Europie znajduje się we Francji, Wielkiej Brytanii i Niemczech – Polska daleko za liderami

Polskie firmy wydały w 2017 r. na badania i rozwój związane z biotechnologią 240 mln dol., czyli 200 razy mniej niż amerykańskie i 6 razy mniej niż niemieckie. W zeszłorocznym rankingu Industrial Research and Development Scoreboard nie znalazło się żadne polskie przedsiębiorstwo z sektora biotechnologii i farmacji. Polska potrzebuje ambitnej strategii rozwoju biotechnologii, za którą pójdzie skoordynowana inwestycja środków publicznych i prywatnych  w wybrane obszary biotechnologii medycznej, przemysłowej i rolniczej. Polska powinna dążyć do osiągnięcia statusu światowego lidera w zaawansowanej analizie danych na potrzeby ochrony zdrowia – takie wnioski płyną z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Biotechnologiczny skok w przyszłość czy dryf? Polska potrzebuje strategii rozwoju biotechnologii” przedstawionego podczas Impact re:action.

Biotechnologia, już przed epidemią była obok ICT jednym z najdynamiczniej rozwijających się sektorów na świecie. Kryzys pandemiczny sprawił, że instytucje publiczne i prywatni inwestorzy skierowali swój wzrok ku firmom biotechnologicznym, które stanęły w pierwszym szeregu prac nad szczepionkami, testami diagnostycznymi i lekami na COVID-19. W niektórych państwach wysoki potencjał środowiska biotechnologicznego stał się jednym z kluczowych narzędzi skutecznej reakcji na epidemię. Jednocześnie w wymiarze geopolitycznym rozgorzały debaty o nowej konfiguracji łańcuchów dostaw, w tym produktów medycznych.

„Odkrycia biotechnologii stosowane w medycynie, rolnictwie czy przemyśle dają nadzieję na rozwiązanie najważniejszych współczesnych wyzwań: leczenie chorób i zapewnienie dobrej jakości życia starzejącym się społeczeństwom, przeciwdziałanie zmianom klimatycznym i walkę z ich skutkami, np. suszą, tworzenie wysokiej jakości miejsc pracy. Nic dziwnego, że wiele państw na świecie wpisuje biotechnologię w swoje strategie rozwoju” – powiedział Paweł Śliwowski, kierownik Zespołu Strategii w Polskim Instytucie Ekonomicznym.

Wykres 1  Wzrost światowego finansowania venture capital w sektorze biotechnologii

Wzrost światowego finansowania venture capital w sektorze biotechnologii
Źródło: Senior (2020)

Ostatnie lata były pod wieloma względami rekordowe dla sektora biotechnologicznego. Jeszcze w 2010 roku wartość finansowania venture capital wynosiła 3,4 mld dol., podczas gdy w roku 2019 było to już prawie 19 mld dol.

Polska daleko za czołówką wyścigu biotechnologicznego

Niestety Polska nie jest dotychczas aktywnym uczestnikiem tego biotechnologicznego wyścigu. Według ostatnich danych OECD, w 2017 roku polskie przedsiębiorstwa wydały 240 mln USD (wg PPP) – To sześć razy mniej od biznesu niemieckiego i ponad dwieście razy mniej od firm amerykańskich. Intensywność badań i rozwoju w Polsce jest prawie trzykrotnie niższa niż na Litwie i ponad trzynastokrotnie niższa niż w USA.

Wykres 2  Intensywność badań i rozwoju w biotechnologii w sektorze przedsiębiorstw jako proc. udział wartości dodanej przemysłu

Intensywność badań i rozwoju w biotechnologii w sektorze przedsiębiorstw
Źródło: Opracowanie własne na podstawie danych OECD

Koncentracja i specjalizacja są nieuniknione

Tworzenie wiedzy i wartości intelektualnej a także zdobywanie finansowania i komercjalizacja są procesem długotrwałym i wymagającym unikalnych umiejętności. Konieczność połączenia umiejętności, zasobów i infrastruktury prowadzi do powstania centrów specjalistycznych jak np. Boston czy miasta Kalifornii w USA, Szanghaj i Pekin w Chinach czy Hajdarabad w Indiach.

W Europie również dochodzi do koncentracji i specjalizacji w poszczególnych regionach i krajach. Ponad 35 proc. nowych firm (start-upów) w sektorze biotechnologii jest zarejestrowanych w Wielkiej Brytanii, a łącznie ponad połowa europejskich firm biotechnologicznych jest w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech.

Polska potrzebuje strategii rozwoju biotechnologii

Należymy do grupy krajów europejskich, które nie opracowały jeszcze strategii rozwoju biotechnologii. Oprócz nas są to Bułgaria, Chorwacja, Czechy, Grecja, Luksemburg, Łotwa, Rumunia, Słowenia i Węgry. Polska ze względu na obecne możliwości naukowe, techniczne, organizacyjne i finansowe może nie znaleźć adekwatnego dla siebie miejsca w obecnych regionalnych i ponadregionalnych systemach ekonomicznych w obszarach wykorzystujących biotechnologię. W związku z wieloma czynnikami, które w najbliższej przyszłości mogą w znaczący sposób zmienić modele ekonomiczne w tych sektorach nieadekwatne będzie podejście oparte o próby “zrównania” z państwami o zaawansowanych ekonomiach; państwo polskie powinno sformułować swoją strategię w oparciu o koncept “skoku technologicznego” (leapfrogging), aby móc wpisać się w łańcuchy wartości Medycyny, Przemysłu i Rolnictwa przyszłości.” – powiedział dr Maciej Drożdż z Wirtualnego Instytutu Badawczego, jeden z autorów badania.

Pierwszym celem powinno być osiągnięcie pozycji regionalnego lidera w wybranym obszarze biotechnologii medycznej lub farmaceutyki o najwyższej wartości dodanej. Taką sferą są m.in. terapie lecznicze w chorobach genetycznych, terapie stabilizujące lub odwracające proces starzenia czy też terapie odwracające skutki zmian chorobowych.

Po drugie, Polska powinna dążyć do osiągnięcia statusu światowego lidera w zaawansowanej analizie danych na potrzeby ochrony zdrowia.

Trzecim celem strategicznym powinno być dążenie do pozycji regionalnego lidera wykorzystującego biotechnologię przemysłową do tworzenia i rozwijania procesów, produktów i usług o wysokiej wartości dodanej. Priorytetem w tym zakresie powinno być wykorzystanie enzymów, mikroorganizmów i hodowli komórkowych do przetwarzania odpadów, biomasy lub wytwarzania produktów użytecznych takich jak: energia, surowce, materiały i chemikalia, a także wykorzystanie i doskonalenie technik biotechnologii stosowanych do oczyszczania ścieków, gazów, unieszkodliwiania odpadów, uzdatniania wody i remediacji gruntów z zanieczyszczeń.

Ostatni cel to umocnienie pozycji regionalnego lidera w obszarze biotechnologii rolniczej i produkcji żywności, co nie tylko przyniesie korzyści gospodarcze, ale przyczyni się do obniżenia negatywnego wpływu rolnictwa na środowisko.

Określenie celów jest ważne, ale to tylko połowa sukcesu

Realizacja powyższych zamierzeń wymaga długiego czasu, dlatego niezbędne jest również projektowanie działań na okres nie krótszy niż 10-15 lat. Pierwszym etapem powinna być szczegółowa diagnoza aktualnego stanu rzeczy oraz zaprojektowanie rozwiązań legislacyjnych, organizacyjnych i finansowych, które doprowadzą do integracji krajowego potencjału. Dobrym pomysłem na inaugurację tego procesu byłoby powołanie dedykowanego tym zadaniom zespołu ekspertów pracującego pod patronatem Ministerstwa Rozwoju.

Działaniami krótkookresowymi, które pomogłyby polepszyć położenie Polski na globalnej mapie biotechnologicznej są zachęty podatkowe dla inwestorów w tym sektorze oraz ukierunkowanie na promowanie inwestycji kapitałowych i zatrudnianie wysoko wykwalifikowanych kadr.

Wehikułem instytucjonalnym integrującym potencjał kadrowy i intelektualny w zakresie programowania, matematyki i statystyki mogłoby być proponowane Narodowe Centrum Bioinformatyki. Instytut powinien zajmować się budowaniem potencjału technologicznego i organizacyjnego w zakresie wykorzystania danych, a jednocześnie stać się platformą promującą polskie talenty i przyciągającą najlepszych kooperantów z międzynarodowych instytucji.

Dlaczego warto zainwestować w zegarek marki Citizen?

Wiele osób twierdzi, że zegarek to jedynie elegancki element, którego zadaniem jest dopełnienie konkretnej stylizacji. Prawda jest jednak taka, że czasomierz powinien być również funkcjonalnym dodatkiem. Na rynku nie brakuje firm, które oferują zegarki, jednak właśnie w tej dziedzinie przoduje marka Citizen, czyli ceniona firma pochodząca z Azji. Ich zegarki to zarówno elegancja, jak i modernistyczne rozwiązania, które zadowolą fanów technologii. Dlaczego warto na nie postawić?

Niesamowita precyzja zegarków Citizen

Pojedyncze modele marki Citizen wymagają wielu miesięcy rzemieślniczej pracy. Takie działanie sprawia, że każdy zegarek tej marki charakteryzuje się swoim niepowtarzalnym charakterem oraz urzekającą duszą. Przywiązanie do detali oraz niesamowita precyzja zachwyca nawet najbardziej wymagających dżentelmenów. Jednym z takich modeli jest męski zegarek Citizen Eco Drive Radio Controled. Wyżej wymieniona praca nad detalami w tym wypadku naprawdę jest widoczna. Na eleganckiej czarnej tarczy możemy spotkać się ze wskaźnikiem światowego czasu, datownikiem wraz z wiecznym kalendarzem, a także sub-tarczą chronografu. Dobranie idealnych barw sprawia, że kolorystyka tego zegarka jest wręcz bezbłędna. Różowe złoto, jakie zostało wykorzystane w czasie tworzenia indeksów, sprawia, że wskazówki świetnie współgrają z resztą zegarka. Nietypowa jest również wskazówka sekundnika, który swoim nieszablonowym wyglądem przypomina niedużą szablę. Czasomierz może także pochwalić się wieloma funkcjami, które są naprawdę bardzo funkcjonalne. Czas 24-godzinny czy klasyczny datownik to zupełny standard, jednak zastosowanie czasu światowego, pozwala nam na odczytywanie godzin z przeróżnych stref czasowych. Jest to zatem idealna propozycja dla osób, które często podróżują. Jak sama nazwa wskazuje, w zegarku została zaimplementowana także funkcja Radio Controlled. Umożliwia nam ona synchronizację naszego czasomierza z atomowym zegarkiem za pomocą fal radiowych. Co nam to daje? Absolutną gwarancję, precyzyjnego odmierzania czasu. Gdzie możemy zakupić takie urządzenie. Warto również wspomnieć o ekologii. Zegarek jest wyposażony w funkcję ECO DRIVE. Pozwala nam ona na czerpanie energii z zupełnie dowolnego źródła za pomocą tarczy zegarka. Co dzięki temu zyskujemy? Możemy zapomnieć o wymianie baterii, a co za tym idzie, żyć w zgodzie z naturą.

citizen-zegarekZegarek Citizen dla aktywnych mężczyzn

Zegarki marki Citizen to rozwiązanie dla mężczyzn, którzy lubią luksusowe dodatki i chcą poprawić swój dress code. Oferta marki jest naprawdę szeroka, dlatego każdy bez większego problemu znajdzie coś, co wpadnie mu w oko. Firma Citizen oferuje swoim klientom zarówno urządzenia, w sportowym charakterze, jak i znacznie bardziej eleganckie oraz wysublimowane zegarki, które sprawdzą się w przypadku wieczorowych stylizacji. Każdy, kto założy zegarek tej marki, poczuje, że jego styl jest na miarę aktualnych czasów, dzięki czemu jego samoocena również wzrośnie. Marka Citizen ciągle udowadnia, że elegancja może iść w parze z nowoczesnością, dlatego stale nadąża za tak szybko zmieniającą się modą.

Dlaczego warto zainwestować w zegarek marki Citizen?

Zegarki Citizen to przede wszystkim jakość stojąca na najwyższym poziomie wraz z modernistycznymi rozwiązaniami technologicznymi. Citizen to niezawodny azjatycki producent, który już od wielu lat wypracowuje sobie wysoką pozycję na zegarmistrzowskim rynku. Setki tysięcy osób, jakie zaufały tej firmie do dzisiaj cieszą się swoimi czasomierzami. Warto również wspomnieć o samej kolekcji. Jest ona naprawdę ogromna, dlatego każdy mężczyzna znajdzie coś dla siebie. Osoby stawiające na funkcjonalność, a elegancję odsuwają na dalszy plan, również będą zadowolone z zegarków tej marki. Dlaczego? Zegarki Citizen mogą pochwalić się niezawodnym oraz popularnym mechanizmem kwarcowym, który działa z pomocą świetnej baterii. To jednak nie wszystko, jeśli takie rozwiązanie nam nie odpowiada, możemy postawić na mechanizm solarny czy automatyczny. Nie możemy również nie wspomnieć o szkiełkach, których zadaniem jest zabezpieczenie tarczy. Do wyboru mamy: szkiełko hesalitowe, szkiełko szafirowe oraz szkiełko mineralne. Warto także wspomnieć o wodoszczelności, która w niektórych modelach tej marki sięga nawet 200 metrów.

Zegarki marki Citizen to nic innego, jak wiele lat doświadczenia, które pozwalają zaufać tej firmie. Wybór tej marki zapewni nam jedyny w swoim rodzaju design, a także gwarancję najlepszej jakości. Każda osoba, która przepada za zegarki z wysokiej półki, z pewnością będzie zadowolona z takiego czasomierza.

Karen Reddington nową prezes FedEx Express w Europie oraz CEO TNT

FedEx Express, poinformował o powołaniu Karen Reddington na stanowiska Regional President FedEx Express Europe oraz CEO TNT.

Karen Reddington pracuje w FedEx Express od 23 lat, a ostatnio pełniła funkcję Regional President w regionie Azji i Pacyfiku. Z dniem 1 czerwca zastąpiła na nowym stanowisku Berta Nappiera, który po dwóch latach pełnienia funkcji Regional President w Europie i CEO TNT objął stanowisko Executive Vice President i będzie odpowiedzialny za rozwój biznesu oraz obszar finansów i podatków w FedEx Corp. w centrali spółki w Memphis.

W nowej roli, Karen będzie nadzorowała pracę ponad 50 tys. członków zespołu FedEx w blisko 50 krajach. Będzie odpowiedzialna za kontynuację realizacji strategii regionalnej, w tym ekspansję firmy w sektorze e-commerce i kolejne inwestycje w sieć połączeń drogowych i lotniczych.

„Karen Reddington jest znakomitym managerem z uznanym doświadczeniem kierowniczym w środowisku międzynarodowym – powiedział Don Colleran, prezes i CEO FedEx Express. – „Jestem przekonany o tym, że będzie znakomicie kontynuować pracę rozpoczętą przez Berta w tym kluczowym dla FedEx Express w Europie momencie”.

„Europa oferuje ogromne możliwości dla rozwoju FedEx, i choć z ciężkim sercem żegnam kolegów i koleżanki w regionie APAC, jednocześnie cieszę się, że mogę dołączyć do tak utalentowanego zespołu – powiedziała Karen Reddington. „Mamy silną pozycję w Europie, co daje dobrą podstawę do dalszego rozwoju naszego biznesu, z korzyścią dla naszych klientów.”

Reddington dołączyła do FedEx w 1997 r. na stanowisku Operations Research Adviser w Hong Kongu. W kolejnych latach awansowała w strukturze firmy w regionie Azji i Pacyfiku, a w 2015 roku objęła w tym regionie funkcję Regional President. W tym okresie kierowała regionalną integracją TNT, wprowadzeniem rozszerzonych usług dla małych i średnich przedsiębiorstw (MŚP) oraz działaniami FedEx związanymi z reakcją na pandemię COVID-19 w tym regionie.

Zadowolony klient zostawia więcej, ale jest jeden warunek. Raport VMware pokazuje jaki

W czasach, gdy nawet podatki przestały być pewne, firmy muszą zabiegać o klientów wszelkimi sposobami, by przetrwać. Jednym z nich jest budowanie pozytywnych doznań. Ponad 82 proc. menadżerów wyższego szczebla podkreśla, że dbałość o customer experience (CX) wyraźnie podnosi wyniki finansowe. Takie wnioski płyną z najnowszego raportu firmy VMware, ale jest pewien warunek. To inwestycje w rozwój aplikacji. Tylko tak klient będzie zadowolony z interakcji z marką – takiego zdania jest prawie 90 proc. ankietowanych.

W czasach, gdy zachowania konsumenckie wspiera ponad 330 mln aplikacji, rozsianych po milionach różnych urządzeń mobilnych, CX nie jest już tylko modnym sloganem. Już nie cena usługi, ale właśnie zadowolenie klienta z interakcji z marką najbardziej wpływa na organizacje oraz ich przychody. W efekcie, 78 proc. menadżerów wyższego szczebla (CIO, CTO, SVP), ankietowanych przez firmę Forrester, na zlecenie VMware, traktuje rozwój biznesowych aplikacji jako najwyższy biznesowy priorytet.

Aplikacje stają się głównym orężem w konkurencji rynkowej. Zwłaszcza, że osią, wokół której biznes się kręci, jest klient z komputerem stale podłączonym do Internetu i to noszonym w kieszeni. Właśnie dzięki temu coraz więcej o nim wiemy i mamy z nim stały kontakt – komentuje Arkadiusz Sikora, Dyrektor Generalny VMware Polska. Na krajowym gruncie taki sposób działania przyswajają sobie banki, a ich aplikacje, oferowane klientom funkcjonalności oraz możliwości są obecnie miarą pozycjonowania i siły marek bankowych – dodaje.

Jak Cię widzą, tak Cię wyceniają

Jak wynika z najnowszego raportu VMware „Improving Customer Experience And Revenue Starts With The App Portfolio”, dyrektorzy ds. informatyki i technologii(CIO/CTO), którzy zaczęli inwestować w rozwój aplikacji klienckich, odnotowali szereg korzyści dla swoich firm. 40 proc. z nich zauważyło realny wzrost przychodów, 37 proc. podniesienie satysfakcji klientów, a według 32 proc. – modernizacja aplikacji przekonała do marki nowych klientów.

Rok 2020 stał się prawdziwym testem firmowej gotowości na radykalne i szybkie zmiany. Ci, którzy znaleźli sposób efektywnego wykorzystania nowoczesnych aplikacji, by utrzymać, a nawet rozwinąć, swoje kontakty z klientami, dzisiaj są prawdziwymi zwycięzcami – komentuje, Ed Hoppitt, dyrektor ds. rozwoju aplikacji natywnie chmurowych w VMware EMEA. Aby przyspieszyć tempo innowacji, większość firm musi jednak uprościć zarządzanie swoimi środowiskami IT. Im łatwiej będzie można połączyć różne technologiczne kropki, tym skuteczniej firmy będą wprowadzać nowe usługi i podnosić satysfakcję klientów. Na szali jest nie tylko przetrwanie, ale także dalszy rozwój biznesu.

Mimo znajomości korzyści jakie niesie rozwój firmowych aplikacji, 48 proc. firm od ponad roku nie modernizowało swoich aplikacji. 34 proc. badanych nie wie nawet, czy jakiekolwiek działania, choćby projektowe, zostały podjęte. W efekcie, niemal połowa (46 proc.) ankietowanych mówi wprost – firmy są tylko częściowo, a czasem nie są wcale, gotowe na rozwój dobrych praktyk z zakresu customer experience.

To nie jest kraj dla starych aplikacji

Dla 76 proc. ankietowanych liderów biznesu, główną przeszkodą w rozwoju aplikacji i praktyk customer experience jest brak funduszy. 72 proc. Respondentów wskazuje na brak współpracy pomiędzy różnymi firmowymi działami. Równie dużo, bo 70 proc. ankietowanych, napotyka również opór ze strony działów IT, które zgłaszają szereg przeciwności. Zbyt duże nakłady na utrzymanie przestarzałych systemów aplikacyjnych, trudności w zabezpieczeniu wrażliwych danych oraz braki specjalistycznej wiedzy z zakresu chmury obliczeniowej są głównym hamulcem. To z kolei może mieć negatywny wpływ na relacje z klientami.

Współczesny konsument nie lubi czekać, nie lubi, gdy coś nie działa po jego myśli. Według badań, dla ponad 57% klientów firm z branży handlowej najważniejszy jest szybki dostęp do strony internetowej detalisty i to najlepiej z możliwością zakupów online  – mówi Wojciech Buczkowski, Prezes Zarządu Komputronik S.A. Firma w ostatnich miesiącach postanowiła zmodernizować swoje środowisko IT, by usprawnić obsługę klientów zarówno w sklepach stacjonarnych, jak i w sieci.

Dzięki hiperkonwergentnym technologiom VMware i Dell EMC, Komputronik zyskuje większą przestrzeń dla innowacji i może szybciej uruchamiać nowe firmowe aplikacje, usługi dla klientów czy inne istotne elementy, pozwalające organizacji sprawniej działać i podnosić jej atrakcyjność na tle konkurencji – konkluduje Sebastian Pawłowski, wiceprezes zarządu Komputronik Biznes.

Sztuczna inteligencja poprawi CX

Większość ankietowanych przez VMware menadżerów pomocy w zakresie budowania pozytywnych doświadczeń (CX) upatruje w najnowszych technologiach. Dla 70 proc. to sztuczna inteligencja będzie miała największy wpływ na rozwój aplikacji klienckich. Na drugim miejscu (66 proc.) plasuje się Internet Rzeczy. Na kolejnych pozycjach wymienione zostały również technologie brzegowe oraz uczenie maszynowe. Dzięki tego typu innowacjom firmy będą mogły tworzyć bardziej niezawodne i spersonalizowane relacje z klientami. Według prognoz Gartnera, do końca 2020 roku 85% interakcji z klientem będzie odbywać się bez wsparcia ludzi.

O badaniu VMware

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę Forrester Consulting na zlecenie VMware jesienią 2019 r. Podstawą były wywiady pogłębione na grupie 614 przedstawicieli kadry zarządzającej (CIO, CTO, SVP) z firm o zatrudnieniu powyżej 2500 osób. Zakresem geograficznym badanie objęło organizacji z Ameryki Północnej I regionów EMEA oraz APAC. Ankietowani reprezentowali instytucje publiczne oraz organizacje z takich branż jak usługi finansowe, służba zdrowia, telekomunikacja oraz handel.

Dolne Młyny: Wojewódzki Nadzór Budowlany w Krakowie nakazuje usuniecie nielegalnego zbiornika z gazem przy „TAO Restaurant & Club”

Trzeba usunąć nielegalnie zamontowany zbiornik z gazem, jaki znajduje się w krakowskiej restauracji TAO. Nakaz w tej sprawie podtrzymał Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego, odrzucając odwołanie restauratora. Wcześniej decyzję taką wydał Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego w Krakowie. Teraz, jak napisał Urząd, jest ona ostateczna w administracyjnym toku instancji.

Zbiornik na płynny gaz o pojemności niemal trzech tysięcy litrów umieszczony jest na dziedzińcu przy samej ścianie budynku, w którym znajduje się popularny lokal „Tao Restaurant & Club”. Restaurator wykorzystuje go do zasilania urządzeń na gaz w lokalu. Restauracja mieści się w jednym z zabytkowych budynków usytuowanych na terenie pofabrycznego kompleksu przy ulicy Dolnych Młynów, w samym centrum starego Krakowa. W lutym Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego nakazał rozbiórkę tego zbiornika, wskazując, że zajmujący lokal „Tao Restaurant & Club” podmiot umieścił go bez wymaganych prawem pozwoleń. Niedawno nakaz Powiatowego Inspektoratu podtrzymał nadrzędny wobec niego Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego.

– Urząd w całości uznał naszą argumentację. Zbiorniki wybudowano tam nielegalnie, co przyczynić się może do dewastacji zabytkowego obiektu, w którym do tego doszło. Poza tym ma to zdecydowanie negatywny wpływ na bezpieczeństwo całego kompleksu, jak i przebywających na jego terenie osób – mówi Aldo Ibañez z Immobiliaria Camins Polska (ICP), spółki będącej właścicielem dziewiętnastowiecznych budynków przy ul. Dolnych Młynów w Krakowie.

Zbiornik musi więc zniknąć. Obowiązek rozbiórki ciąży na właścicielu obiektów. Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego stwierdził także, że inwestor, a więc restaurator, nie posiada zgody na dysponowanie nieruchomością od Immobiliaria Camins Polska. Praktycznie zamyka mu to więc drogę do jakichkolwiek prób legalizacji tej samowoli budowlanej.

W uzasadnieniu nakazu, Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego przytoczył fragment oświadczenia prezesa „fundacji” Tytano, która zajmuje cały kompleks przy ul. Dolnych Młynów, powołując się na zawartą z Immobiliaria Camins Polska w 2015 roku umowę najmu. W 2018 roku spółka wypowiedziała jednak ten kontrakt, zarzucając „fundacji” złamanie jego postanowień. Z oświadczenia wynika m.in., że nie posiada on informacji, czy restaurator miał stosowne zezwolenia na wykonanie prac budowlanych na terenie nieruchomości.

– To klasyczne „umywanie rąk”, takie samo jak np. twierdzenie, że się czegoś nie zauważyło. A  obowiązkiem biorącego odpowiedzialność za utrzymanie tych zabytkowych budynków był przecież nadzór nad wszystkimi pracami, tym bardziej, że – jak stwierdził Nadzór Budowlany – doszło do nich po 30 marca 2016 roku – dodaje Aldo Ibañez.

Użytkownik lokalu, w którym mieści się restauracja TAO, próbował wcześniej odwoływać się od wydanej przez Nadzór Budowlany decyzji w pierwszej instancji, powołując się m.in. na nieważne od kilku lat pełnomocnictwo, którym próbował posługiwać się prezes zajmującej cały ten kompleks „fundacji” Tytano. Wydający w drugiej instancji Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego stwierdził, że ważność tego dokumentu wygasła blisko 3 lata temu, zwracając jednocześnie uwagę, że jedynymi pełnomocnikami są obecnie tylko osoby wymienione w oświadczeniach przez Immobiliaria Camins Polska. Urząd przypomniał również, że administracyjne nakazy – np. dotyczące konieczności przeprowadzenia stosownych prac budowlanych w zabytkowych obiektach mają charakter niezależny wobec innych orzeczeń mogących zapaść np. w postępowaniach cywilnych dotyczących tej nieruchomości.

– To podstawowa zasada prawna. Naszym głównym celem jest przecież przede wszystkim usunięcie skutków wszystkich samowoli budowlanych, do jakich doszło w Dolnych Młynach w ciągu ostatnich blisko 5 lat, a także przywrócenie tam bezpieczeństwa – podsumowuje Aldo Ibañez i przytacza niedawne orzeczenie krakowskiego sądu rejonowego, które rozwiewa wszelkie wątpliwości i pozwala właścicielowi zabytkowych budynków przy Dolnych Młynów na prowadzenie tam prac budowlanych.

Jak przypomina w uzasadnieniu Wojewódzki Nadzór Budowlany, przeciw zajmującym restaurację TAO osobom toczyły się też inne postępowania dot. nakazów usunięcia samowoli budowlanych w tym samym lokalu. Podtrzymana zaś przez Urząd decyzja dotycząca konieczności rozbiórki trzy tysiące litrowego zbiornika z gazem jest ostateczna, a więc – już wykonalna. O możliwym zagrożeniu, jakie stwarza on dla zabytkowego budynku, a także znajdujących się w nim i jego pobliżu osób, właściciel obiektów alarmował wielokrotnie uprawnione służby.

PIU: Wyniki rynku ubezpieczeniowego po I kw. 2020

W I kw. 2020 r. Polacy otrzymali prawie 10,6 mld zł odszkodowań i świadczeń ubezpieczeniowych. Odszkodowania z samego OC komunikacyjnego wyniosły 2,5 mld zł i były o 6,6 proc. wyższe niż rok wcześniej.

Najważniejsze dane dotyczące rynku ubezpieczeń po I kw. 2020 r.

  • 10,6 mld zł dla poszkodowanych, w tym:
    • 4,7 mld zł z ubezpieczeń na życie
    • 4 mld zł z ubezpieczeń komunikacyjnych (OC+AC)
    • 1,9 mld zł z pozostałych ubezpieczeń
  • 78,3 mld zł aktywów ubezpieczyciele ulokowali w obligacjach i innych papierach wartościowych o stałej kwocie dochodu, wspierających gospodarkę i finanse publiczne
  • 15,7 mld zł aktywów ulokowanych w akcjach spółek z GPW i innych papierach o zmiennej kwocie dochodu
  • Ponad 322 mln zł podatku dochodowego dla budżetu państwa

Wyższe odszkodowania z ubezpieczeń komunikacyjnych

Odszkodowania zarówno z OC komunikacyjnego, jak i z autocasco są wyższe niż rok temu, mimo że dane obejmują również marzec, czyli początek pandemii, kiedy przemieszczanie się było ograniczone – mówi J. Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Na ochronę swoich pojazdów Polacy wydali w I kw. 2020 r. 5,9 mld zł, z czego ok. 3,7 mld zł stanowiły składki na OC, a 2,2 mld zł – składki na autocasco. Za prawie 1,2 mld zł kupiliśmy ubezpieczenia chroniące domy, mieszkania i firmy przed skutkami żywiołów. – W wynikach za I kw. 2020 r. widać wyraźny wzrost odszkodowań i świadczeń, spowodowany szkodami rolnymi. Miejmy nadzieję, że reszta roku będzie spokojna pod względem zjawisk pogodowych – mówi Andrzej Maciążek, wiceprezes zarządu PIU.

Na ochronę życia wydajemy tyle samo

Na ubezpieczenia na życie Polacy wydali w I kw. 2020 r. ponad 5,2 mld zł, niemal tyle samo co rok temu. – Ostatnie miesiące uświadomiły nam, że ochrona własnego zdrowia i życia jest kluczowa. Właściwe ubezpieczenie na życie i ubezpieczenie zdrowotne powinno być standardem – podkreśla J. Grzegorz Prądzyński.

Polscy ubezpieczyciele wypracowali w I kw. 2019 r. ok. 1,1 mld zł zysku netto – o ponad 7 proc. mniej niż rok wcześniej. Do budżetu państwa odprowadzili ponad 322 mln zł podatku dochodowego.

7Levels zapowiada nową autorską grę

7Levels, krakowskie studio specjalizujące się w produkcji i wydawaniu gier na konsolę Nintendo Switch, ujawniło tytuł i ogłosiło datę wydania swojej nowej autorskiej gry, Destrobots. Premierę tytułu na Nintendo Switch zaplanowano na 18.06.2020r. Gra będzie dostępna w Europie, Australii oraz Ameryce Północnej w cenie 9,99 USD/EUR.

Nowy projekt studia to emocjonująca strzelanka, w której gracze będą mogli wykorzystać swój refleks żeby zmierzyć się z hordami wrogich robotów lub toczyć zacięte bitwy między sobą, nawet do 4. osób jednocześnie. Gra ma pojawić się w Nintendo eShop jeszcze w tym miesiącu.

Chcieliśmy stworzyć unikalną grę, która jednocześnie wykorzystywałaby możliwości konsoli w oryginalny, kreatywny sposób i oferowała prostą mechanikę rozgrywki. W Destrobots umiejętność strzelania nie wystarczy. Wciągające tryby gry zmuszają tak do skupienia się na przeciwniku, jak również na różnego rodzaju power-up’ach, które w znacznym stopniu urozmaicą zabawę. Sądzimy, że tytuł ten, chociaż nie jest naszym największym projektem w tym roku, pozwoli fanom Nintendo czerpać maksimum radość z rozgrywki. To też kolejny krok na drodze do zoptymalizowania naszego portfolio – komentuje Krzysztof Król, wiceprezes 7Levels.

Jak zapowiedziano wcześniej, do końca roku krakowskie studio planuje jeszcze kilka kolejnych switch’owych premier. Za pośrednictwem spółki na japońską konsolę zmierzają m.in. tytuły katowickiego studia Incuvo oraz słowackiego Inlogic. W niedalekiej przyszłości 7Levels ma zdradzić również pierwsze szczegóły trzeciego, po Castle of Heart i Jet Kave Adventure, dużego tytułu własnej produkcji.

Odmrażanie pracy, czyli jak polskie firmy wracają do biur – raport

Większość polskich dużych przedsiębiorstw planuje powrót do biur do końca czerwca, ale będzie to proces stopniowy, w znacznej części dobrowolny i nie obejmie pracowników, którym warunki rodzinne i środowiskowe na to nie pozwalają. To, jak pracujemy, zmieni się na zawsze – tak wynika z badania przeprowadzonego przez CIONET, Deloitte i VMware wśród ponad 100 dużych i średnich firm z różnych sektorów.

Podczas, gdy rząd odmraża gospodarkę, polskie firmy planują powrót do biur. Według badania przeprowadzonego wśród członków CIONET Polska, społeczności kilkuset szefów IT z największych firm i instytucji w Polsce, taki plan ma już gotowy 56% przebadanych firm, a 30% ma plan częściowy. Prawie połowa decyzję o powrocie traktuje jako tymczasową i czeka na rozwój sytuacji epidemicznej, otwarcie szkół i przedszkoli oraz na kształtowanie się rządowych zaleceń bezpieczeństwa związanych z COVID-19.Badanie_powrot_do_biur_infografika_01_daty

Plany powrotu są wieloetapowe, uzależnione od oceny ryzyka i możliwości logistycznych firmy. Przy zachowaniu reżimu sanitarnego i dystansu społecznego, prawie żadne biuro nie pomieści kadr w normalnym wymiarze. W pierwszych etapach powrotu, pracownicy 41% firm mogą nadal pozostać w domu, jeśli chcą. 26% firm będzie oczekiwać pracy z biura od osób z wybranych grup – tych, których zadania wymagają obecności na miejscu. Ok 20% firm obowiązkiem powrotu – w trybie zmianowym – objęło cały personel (z wyjątkiem pracowników z grup ryzyka i opiekujących się dziećmi lub osobami zależnymi).Badanie_powrot_do_biur_infografika_02_decyzja

Jeszcze nie będzie normalnie: wyzwania powrotu

Wszystkie firmy wprowadzają podstawowe środki higieny (maseczki, rękawiczki, regularne odkażanie i rezerwacja biurek), przeprojektowany został też rozkład biurek. Wiele organizacji ograniczyło do minimum korzystanie z przestrzeni wspólnych (windy, kuchnie, kafeterie), a niektóre dodatkowo zainstalowały systemy pomiaru temperatury ciała i pracują nad zabezpieczeniem podróży pracowników do pracy.

Proces powrotu do biura powinien uwzględniać trzy kluczowe elementy: regulacje na linii pracodawca-pracownik dające możliwość pracy zdalnej, lub zmianowej – częściowo z biura, częściowo z domu; dostosowanie operacji firmy i celów biznesowych do funkcjonowania w „nowej normalności”; uwzględnienie wymogów regulacyjnych, w tym wytycznych Państwowej Inspekcji Pracy, czy Głównego Inspektora Sanitarnego związane z reżimem sanitarnym i środkami bezpieczeństwa. – mówi Mariusz Ustyjańczuk, Partner, Lider Risk Advisory w Deloitte. – Konieczna będzie również ocena niezbędnych technologii i narzędzi wsparcia, umożliwiających efektywną współpracę oraz zarządzanie realizacją zadań zarówno na miejscu w firmie, jak i przez pracowników pozostających w domach – dodaje.

Powrót czy ewolucja?

Marcowe wymuszone przejście na pracę z domu to nie tymczasowa zmiana, a początek transformacji tego, jak pracujemy. 88% firm w badaniu zamierza zwiększyć możliwości pracy zdalnej na stałe, nawet po powrocie do “normalności” po COVID-19. Ponad 70% będzie też mniej podróżować służbowo i odbywać mniej spotkań biznesowych.

Badanie_powrot_do_biur_infografika_03_po_covid-19

Wiele wskazuje na to, że polskie firmy w zakresie pracy zdalnej czeka rewolucja na miarę wprowadzenia 8-godzinnego dnia pracy w XIX w, a praca wreszcie zacznie być kojarzoną bardziej z czynnością, niż miejscem. – mówi Tomasz Lorek, EUC Enterprise Sales w VMware. – Większość z nas na własnym przykładzie przekonała się, że wiele spraw da się bowiem załatwić bez konieczności osobistego kontaktu. Tylko dzięki Internetowi możemy pracować na wiele nowych sposobów. Telekonferencje możemy zorganizować zarówno z poziomu specjalistycznych platform, jak i zwykłych komunikatorów social media. Codzienne zadania możemy z kolei wykonywać z poziomu aplikacji chmurowych dostępnych na smartfonie. Biorąc to pod uwagę, polski rynek czeka wzrost zainteresowania rozwiązaniami do wirtualizacji stanowisk pracy, cyfrowych asystentów czy po prostu do odbywania spotkań online.

Rozszerzenie możliwości pracy zdalnej nie wynika jednak wprost z przekonania o jej wyższości nad stacjonarną (26% osób w badaniu zauważyło poprawę produktywności na home office, 46% nie zauważyło zmiany, ale tylko 3% twierdzi, że home office pogorszył produktywność zespołu). Pracownicy od lat chcieli więcej pracować z domu, ale umożliwienie takiego trybu wymagało inwestycji w infrastrukturę, aplikacje, zasady pracy i kompetencje, które – jak mówią szefowie IT – od lat były odkładane na półkę. Migracja pracowników do home office wymuszona przez marcowy lockdown, sprawiła, że bariera technologiczna została w większości wyeliminowana.

Nasze badanie potwierdziło to, co wszystkim nam wydawało się już od dłuższego czasu: praca zdalna jest absolutnie możliwa w przypadku większości firm, co więcej: jest tak samo produktywna i wydajna. To właśnie praca zdalna stała się symbolem tzw. „nowej normalności.” – mówi Krzysztof Frydrychowicz, partner zarządzający CIONET Polska.

Na pewno jeszcze większy nacisk zostanie położony na bezpieczeństwo. Zmieni się system zarządzania zespołami, ale także system motywowania czy dbania o morale zespołu. Technicznie sytuacja jest opanowana. Wyzwaniem będzie to jak dbać o poczucie przynależności do zespołu, kiedy pracownicy zostali podzieleni na dywizje i przeszli na rotacyjny tryb zmianowy. Myślę, że na polu HR, Employer Brandingu i zarządzania będą teraz dziać się najciekawsze zmiany.

Ciekawym trendem jest zmiana głównej funkcji, jaką będą teraz pełnić biura. Staną się miejscami do interakcji i integracji, czyli tym, czego najbardziej brakuje w przymusowej pracy z domu. W biurach pojawi się więcej hot-desków, a pracownicy będą do niego wpadać głównie po to, by na żywo zobaczyć się z kolegami i koleżankami z zespołu.

Co zatrzyma rajd ryzykownych aktywów?

Wygląda na to, że na rynku wyraźnie brakuje konkretnych negatywnych katalizatorów. Pomimo trwających protestów w USA postępuje przywracanie działalności gospodarczej, co jest traktowane jako główne wsparcie dla motywu odbudowy globalnego ożywienia. Brak nowych doniesień na froncie USA-Chiny także pomaga zachować optymizm. Jedyne co teraz może zatrzymać rajd ryzykownych aktywów, to przekonanie o wykupieniu i konieczność technicznej korekty.

W tym tygodniu widzieliśmy klika przypadków, gdzie presja z tytułu odwracania/domykania pozycji prowokowała nadzwyczajne ruchy na rynku walutowym. W sytuacji niepohamowanego rajdu ryzyka czynniki fundamentalne przestają się liczyć, a ucieczka z USD wyrzuca z rynku posiadaczy krótkich pozycji m.in. na GBP/USD. Tzw. short squeeze wypchnął kurs GBP/USD pond 1,26 i dopiero średnia 100d stała się barierą, która przynosi pierwsze próby sprzedawania górki. Funt ma szczęście, bo gdyby nie silny risk-on i presja na osłabienie dolara, brytyjska waluta nie miałaby nic na swoją obronę. Złe zarządzaniem kryzysem w Wielkiej Brytanii, problemy z brexitem, gołębi BoE były do niedawna wystarczającymi argumentami, by fundamentalnie przemawiać za deprecjacją GBP. Te czynniki w końcu wrócą, szczególnie że czerwiec jest ostatnim miesiącem, kiedy Wielka Brytania może zgłosić chęć przedłużenia negocjacji z UE i odroczenia momentu przejścia na nowe (nieustalone) warunki handlowe. Dotychczasowe stanowisko Londynu sugeruje jednak, że rząd premiera Johnsona dąży do rozstania z UE od 1 stycznia 2021 r. z wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Ostatni runda negocjacji kończy się w ten piątek i prawdopodobnie przyniesie potwierdzenie, że umowy handlowej nie ma. Jeśli gdzieś gorączka rajdu ryzyka ma być studzona, to najszybciej nastąpi to w przypadku funta.

Na razie jednak nie ma co stawać na przeciw rozpędzonym rynkom. Indeksy akcyjne szybują, dolar jest najsłabszy od końca marca, ropa Brent pierwszy raz od trzech miesięcy wraca ponad 40 USD/b. Entuzjazm nie ma słabych punktów i dziś nie zanosi się, aby miał być zaburzony. Kalendarz makro zawierają kilka ważnych odczytów, choć prawdopodobnie będą traktowane jedynie jako stwierdzenie faktu, z jakiego dołka wychodzi globalna gospodarka. Europa zaczyna od uzupełnienia majowych PMI z sektora usługowego. Najuważniej śledzony będzie jednak ISM z USA po południu z uwagi na duże znaczenie sektora dla całej gospodarki. Po drodze raport ADP będzie pierwszym zwiastunem przed piątkowym NFP. W Kanadzie bank centralny podejmuje decyzję, ale nie oczekuje się zmian w polityce. Będzie to pierwsze posiedzenia BoC pod przewodnictwem nowego prezesa Tiffa Macklema, co sugeruje spokojny start z utrzymanie stopy procentowej na technicznym dolnym limicie 0,25 proc. W komunikacie bank powinien dalej podkreślać, że pozostaje w gotowości do działania, jeśli będzie to konieczne, ale na razie uzna za zasadne poczekać na wyklarowanie sytuacji w gospodarce. Nie widzimy, aby decyzja mogła zakłócić umocnienie CAD oparte o lepsze nastroje i wzrosty cen ropy naftowej.

Dziś rano złoty kontynuuje umocnienie i EUR/PLN schodzi poniżej 4,38. Widać powszechny trend napływu kapitału na rynki wschodzące, a skala wczorajszego umocnienia złotego był w granicach średniej dla segmentu, co jest warte zaznaczenia, biorąc pod uwagę, że licząc o początku ubiegłego tygodnia złoty zyskał najwięcej spośród walut emerging markets. Innymi słowy główny ruch aprecjacyjny oparty o czynniki indywidualne już się dokonał i obecnie zmiany na złotym pozostają zbieżne z globalnym nurtem. Ponieważ fundamenty złotego nie są na rynku dobrze oceniane (niemal zerowe stopy procentowe, wysoka inflacja, spory rządu z UE), złoty może być atrakcyjną pozycją do sprzedaży, kiedy nastroje rynkowe się odwrócą.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

AmCham: Bezpieczeństwo pacjentów to fundament zrównoważonego rozwoju Polski

W ostatnich dniach instytucje publiczne opublikowały szereg danych statystycznych, które niosą perspektywę konieczności modyfikacji planów utrzymania stabilności i sukcesywnego zwiększania publicznego finansowania systemu ochrony zdrowia. Utrzymanie dotychczasowego kursu i ustanowienie zdrowia priorytetową dziedziną administracji rządowej jest konieczne. Zabezpieczenie potrzeb pacjentów jest niezbędne do walki z obecnym kryzysem zdrowotno-gospodarczym oraz fundamentem zrównoważonego rozwoju Polski w warunkach „nowej normalności”.

Jacek Graliński, przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce
Jacek Graliński, przewodniczący Komitetu Farmaceutycznego Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce

Dane opublikowane przez Główny Urząd Statystyczny, Zakład Ubezpieczeń Społecznych oraz Ministerstwo Finansów pozwoliły na przygotowanie analiz dotyczących wpływu kryzysu gospodarczego na stabilność finansowania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Mechanizm składkowy, uzależniający przychody Narodowego Funduszu Zdrowia od stanu zatrudnienia oraz wysokości wynagrodzeń sprawił, że utrzymanie dotychczasowego wzrostu nakładów publicznych na ochronę zdrowia będzie znaczącym wyzwaniem.

Niektóre szacunki wskazują na realną perspektywę spadku przychodów Narodowego Funduszu Zdrowia nawet o kilkanaście miliardów złotych – tylko w bieżącym roku. Wskazywać ma na to między innymi spadek przychodów za kwiecień 2020 roku, kiedy to wartość składek przekazanych przez ZUS do NFZ była niższa o ponad miliard złotych od zaplanowanej. Jest to wartość znacząca, a i perspektywy na kolejne miesiące nie napawają optymizmem. Potwierdzają to wypowiedzi kolejnych członków rządu, którzy zapowiadają, że w Polsce, podobnie jak w innych państwach członkowskich Unii Europejskiej, to drugi kwartał będzie najtrudniejszym okresem w gospodarce od trzydziestu lat.

W poprzedniej kadencji parlamentarnej dokonano kluczowego kroku dla zapewnienia stabilnego wzrostu nakładów na ochronę zdrowia. Celem tak zwanej ustawy „6 proc. PKB na zdrowie” miało być stworzenie ramy dla transformacji systemu, polegającej na zwiększaniu dostępności opieki dla pacjentów oraz trwałego inwestowania w jakość usług publicznych w tym obszarze. Było i w dalszym ciągu jest to również znaczące zobowiązanie dla budżetu państwa, który miał być źródłem dotacji dla Narodowego Funduszu Zdrowia. Zmiana sytuacji gospodarczej sprawiła, że konieczność dokonania takiego uzupełnienia środków finansowych płatnika publicznego pojawi się szybciej, niż można było przypuszczać.

Coraz częściej słychać postulaty o konieczności poniesienia odpowiedzialności przez państwo za bezpieczeństwo zdrowotne obywateli. Jest to niewątpliwie okres testu dla przyjętych ram finansowych, które mają zapewnić stabilność i sukcesywne wzmacnianie sektora opieki zdrowotnej. Dla całego systemu ramy te stanowi ustawa „6 proc. PKB na zdrowie”, a dla sektora farmaceutycznego zapewnienie utrzymania odpowiedniego finansowania, ujęte w przyjętej przez Radę Ministrów strategii „Polityka Lekowa Państwa na lata 2018-2022”.

Zastosowanie się do przepisów ustawy „6 proc. PKB na zdrowie”, przewidującej finansowanie systemu ochrony zdrowia w korelacji do wskaźnika PKB, jest gwarantem bezpieczeństwa zdrowotnego obywateli i zrównoważonego rozwoju państwa. Przyjęte w ustawie regulacje pozytywnie wyróżniają Polskę na tle innych systemów składkowych. Wzmacniają gwarancje budżetowe dla utrzymania stabilności i sukcesywnego wzmacniania polskiego systemu ochrony zdrowia. Możliwość zaufania i oparcia się na przyjętych i realizowanych regulacjach ma tym większe znaczenie w kontekście rosnących potrzeb zdrowotnych obywateli. Czas epidemii nie sprawił, że strategiczne wyzwania, z których najpoważniejszym wydaje się starzenie się polskiego społeczeństwa, zniknęły.

Potencjalne ograniczanie finansowania ochrony zdrowia przyniosłoby dodatkowe pogłębienie trudności, z jakimi już dziś mierzy się polski system ochrony zdrowia. Konieczność zaangażowania w opiekę nad pacjentami ze strony bliskich wpływa na ograniczenie aktywności społecznej i zawodowej chorych, ale także ich rodzin. To oznacza potencjalnie jeszcze mniej wpływów ze składek zdrowotnych i w efekcie pogłębione uszczuplenie budżetu płatnika publicznego. W takich warunkach instytucjom publicznym tym trudniej będzie decydować o najbardziej efektywnym i gospodarnym inwestowaniu środków w opiekę zdrowotną.

Od lat podnosi się znaczenie inwestycji w najbardziej optymalne rozwiązania terapeutyczne. Paradoksalnie, im dany płatnik dysponuje mniejszym budżetem, tym jego inwestycje powinny być bardziej efektywne. W ostatnich tygodniach podjęto ważne decyzje dotyczące zabezpieczenia ciągłości finansowania szpitali, opieki ambulatoryjnej oraz podstawowej opieki zdrowotnej. Pacjenci zaczynają ponownie korzystać ze świadczeń rehabilitacyjnych oraz leczenia uzdrowiskowego. System gwarancji stabilnego otoczenia budżetowego musi również obejmować finansowanie skutecznych i bezpiecznych technologii lekowych. W ostatnich kilku latach doszło do bezprecedensowego zwiększenia dostępności terapii dla polskich pacjentów, jednak wiele potrzeb nadal pozostaje niezaspokojonych. Dążąc do zabezpieczenia potrzeb chorych, nie można zatrzymać się w pół drogi. Zdrowie powinno być istotnym elementem kolejnych edycji rządowej Tarczy antykryzysowej. Stabilny i wydajny system ochrony zdrowia stanowi również istotny element przygotowania państwa na spodziewaną nową falę zakażeń koronawirusem lub inne epidemie. Bezpieczeństwo pacjentów, zwłaszcza osób z chorobami przewlekłymi, stanowiącymi dodatkowe ryzyko i obciążenie związane z przebiegiem zakażenia COVID-19, to zdecydowanie podstawa zrównoważonego rozwoju Polski.

Rynek pracy wróci do elastycznych form zatrudnienia

Covid-19 dotkliwie dotknął polską i światową gospodarkę. Niemal każde przedsiębiorstwo musi się teraz zmierzyć z kryzysem finansowym i odbudową pozycji. Niepewne czasy powodują, że firmy zaczynają szukać bardziej elastycznych form zatrudnienia. Wiele wskazuje na to, że zamiast ponownie zatrudniać na etaty sięgną po pracowników tymczasowych.

Kryzys gospodarczy związany z pandemią spowodował stagnację wielu przedsiębiorstw, upadłość małych firm i drastyczną redukcję etatów. Obecnie, na etapie odmrażania gospodarki, większość przedsiębiorstw skupia się na walce o utrzymanie się na rynku i zachowanie płynności finansowej. Polska gospodarka w końcu zacznie się odbijać, ale będziemy mieć już do czynienia z innym rynkiem pracy. Prognozy wskazują, że pracodawcy chętniej skorzystają z potencjału pracowników tymczasowych niż z zatrudnienia na etat we własnym przedsiębiorstwie. Skłoni ich do tego niepewność na rynku, obawa przed kolejną falą epidemii oraz redukcja kosztów.

Kryzys związany z pandemią spowodował stagnację wielu przedsiębiorstw, także my jako agencja pracy, odczuliśmy jego konsekwencje. Drastycznie spadło zatrudnienie pracowników w produkcji, jednym z najważniejszych odbiorców pracy tymczasowej. Obecnie obserwujemy pierwsze efekty odmrażania gospodarki, a część firm już uruchomiła linie produkcyjne. Za chwilę ponownie pojawi się zapotrzebowanie na pracowników, tyle, że firmy, skupione na odrabianiu strat i wciąż niepewnej sytuacji rynkowej, będą dużo ostrożniej szacować koszty i sięgną po bardziej elastyczne formy współpracy” mówi Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force.

Zmiany na rynku pracy tymczasowej

Polski rynek pracy czeka przemodelowanie. Zniknie wiele małych agencji pracy, które świadczyły usługi jedynie dla kilku klientów, i nie miały odpowiedniego zaplecza finansowego. Na rynku utrzymają się duże podmioty, stabilne finansowo i strukturalnie, o zdywersyfikowanej ofercie. Wiele wskazuje na to, że na popularności ponownie zyska usługa pracy tymczasowej, choć eksperci, przed kryzysem gospodarczym, nie spodziewali się wzrostów w tym segmencie. W obecnej sytuacji usługi pracy tymczasowej będą w stanie zapewnić polskim firmom elastyczność organizacyjną i kosztową, a w efekcie poczucie bezpieczeństwa tak potrzebne w nowej rzeczywistości rynkowej.

“Usługa pracy tymczasowej pozwala na dostosowanie zatrudnienia do zmieniających się potrzeb w firmie Klienta. Taka forma umożliwia elastyczne zarządzanie pracownikami, gwarantując ciągłość prowadzenia biznesu i optymalizację kosztów zatrudnienia. Klient zyskuje stałe zaplecze wykwalifikowanych pracowników, ale o ilości zatrudnionych osób może decydować na bieżąco w zależności od sytuacji rynkowej czy sezonowości. Może sobie pozwolić na szybkie zatrudnienie, jak i redukcję etatów, nie ponosząc przy tym kosztów okresów wypowiedzenia czy odpraw. Agencja przejmuje też za niego obszar rekrutacji i obsługi kadrowo-płacowej” – wyjaśnia Tomasz Dudek, Dyrektor Zarządzający OTTO Work Force Polska.

Koronawirus wymówką by zwolnić pracownika? Coraz więcej zgłoszeń o naruszenie prawa pracy

Kryzys gospodarczy, który dotknął wiele firm jest sprawą oczywistą – wypowiedzenia jeszcze kilka tygodni temu dosłownie „sypały” się zarówno w gastronomii, hotelarstwie, turystyce, firmach transportowych, mediach jak i w wielkich korporacjach. Przedsiębiorcy otrzymali uprawnienia do optymalizowania swoich zespołów poza standardowym trybem zwolnień wynikającym z prawa pracy. Nie zmienia to jednak faktu, że pracodawcy nie mogą prawa do zwolnień jeżeli nie są w stanie udowodnić, że pandemia koronawirusa realnie wpływa na ich przychody.

  • Pracodawcy w początkowym etapie pandemii zwalniali pracowników dyscyplinarnie z nieprawidłowych powodów, tylko dlatego, że chcieli szybko zoptymalizować swój zespół
  • Zwolnienia w czasie kryzysu są możliwe, ale nie można wszystkiego tłumaczyć „koronawirusem”. Pandemia nie jest wystarczającym uzasadnieniem zwolnień, a dopiero jej efekty, które należy przedstawić
  • Pracownicy muszą być świadomi, że pracodawca w czasie kryzysu ma prawo do zwolnień. Prawa pracownicze np. do odprawy czy rozmaitych ekwiwalentów muszą zostać dotrzymane
  • Stowarzyszenie STOP Nieuczciwym Pracodawcom od marca do końca maja odebrało ponad 100 zgłoszeń od pracowników, które czują się pokrzywdzone działaniem swoich pracodawców. Wszystkich mieszkańców miasta i regionu zachęcamy do bezpłatnych konsultacji

Pracodawcy nadużywają zwolnień dyscyplinarnych by pozbywać się pracowników. Mają także problem ze znajomością przepisów

Zwolnienia dyscyplinarne i brak wypłaty wynagrodzeń w trybie regularnym – to najczęstsze zgłoszenia w ostatnim czasie do Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom. Nasza organizacja działa bez przerwy, ale nie da się ukryć, że to właśnie czas pandemii koronawirusa jest czasem naszej wzmożonej aktywności. Od marca do końca maja przyjęliśmy ponad 100 zgłoszeń od osób z całej Polski, które poczuły się pokrzywdzone działaniami swoich pracodawców. Najwięcej spraw dotyczy pieniędzy – pracodawcy nie regulują swoich zobowiązań lub nie robią tego w całości. Coraz częściej dochodzi także do zwolnień w trybie, który nie jest w przewidziany w prawie pracy i w żadnym z czterech modułów tarczy antykryzysowej: – Pracodawca używa byle pretekstu by zwolnić pracownika dyscyplinarnie. To powoduje, że nie musi mu wypłacać ekwiwalentów jak przy rozstaniu za porozumieniem stron i nie musi wypłacać mu wynagrodzenia za okres wypowiedzenia. Oczywiście zwolnienie dyscyplinarne to zwolnienie w trybie nadzwyczajnym, ale zdarzają się przypadki, że do znalezienia powodu by zwolnić pracownika wykorzystywana jest np. praca zdalna. Mieliśmy przypadek, gdy mieszkanka Szczecina została zwolniona dyscyplinarnie, bo nie stawiła się do pracy przez ponad tydzień. Oczywiście w tym czasie cały jej zespół przebywał na pracy zdalnej. Pracodawca tłumaczył się tak, że zespół owszem pracował zdalnie, ale skąd przeświadczenie, że akurat ta Pani również? Oczywiście takie zwolnienie jest przez nas zakwestionowane – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom.

Pracodawcy mają szersze możliwości jeżeli chodzi o kreowanie swojego zespołu w czasie po pandemii. Jesteśmy w czasie gospodarczego kryzysu i jest duże prawdopodobieństwo, że wiele osób straci pracę. Pracodawca musi jednak trzymać się zasad prawa pracy i powinien prowadzić proces optymalizacyjny tak, by nie działać na szkodę pracownika: – Kodeks pracy przewiduje, że zwolnienie dyscyplinarne może występować jeżeli dojdzie do konkretnego przewinienia ze strony pracownika. Widzimy, że ten okres pandemiczny trochę daję możliwość pracodawcom „pozbycia się” niechcianych pracowników. Zapis jednej z tarcz antykryzysowych umożliwia pracodawcom zwolnienie pracownika powołując się na złą sytuację gospodarczą, ale nie może być ten argument nadużywany. Spodziewam się fali procesów, w których pracownik będzie udowadniać pracodawcy, że jego przypadek był nieuzasadniony – wyjaśnia mec. Mateusz Galikowski, działający na rzecz naszego stowarzyszenia.

Zwalniam Cię! Powód? Koronawirus! – specjaliści radzą: pandemia sama w sobie nie jest powodem do zwolnienia pracownika

Pracownicy w czasach pandemii muszą wykazać się daleko idącym rozsądkiem i zrozumieniem dla swoich pracodawców, ale Ci drudzy nie mogą nadużywać przepisów prawa i zapisów ustaw specjalnych przygotowanych w czasie pandemii koronawirusa by np. nie wypłacać pracownikom świadczeń czy by dokonywać redukcji zatrudnienia z pominięciem praw pracowniczych. Jak mówi mec. Mateusz Galikowski zwolnienie musi być uzasadnione.  – Zwolnienie dyscyplinarne jest efektem konkretnego zachowania. U niektórych pracodawców procesy optymalizacji dochodzą bez zagłębienia się w przepisy np. tarcz antykryzysowych. Wielu przedsiębiorców, zwykle tych mniejszych, opiera się na doniesieniach medialnych albo informacjach zasłyszanych i działa bez pewnej wiedzy – mówi mec. Galikowski. Pracodawca powinien w wypowiedzeniu wskazać przyczynę rozstania oraz podstawa prawna. Mec. Galikowski radzi unikanie uogólnień: – Nie można pisać we wszystkich uzasadnieniach „trudna sytuacja gospodarcza wynikająca z pandemii koronawirusa”. Sąd ma prawo zbadać czy taka sytuacja ma rzeczywiście miejsce. Sugerowałbym rozwinięcie tego zdania – dodaje mec. Galikowski.

Pracownicy często czują się pokrzywdzeni zwolnieniem. To kwestia tego, że w czasach kryzysu nie zwalnia się „złych pracowników”, ale i redukuje się stanowiska mniej istotne dla działania całej firmy lub dokonuje się redukcji etatów według klucza efektywności. – Wielu pracowników skarży się, że zostali zwolnieni, a przecież wykonywali sumiennie swoje obowiązki. Jesteśmy od tego by dobrze prawnie zweryfikować czy opisywana sytuacja ma miejsce i czy pracodawca postąpił wobec pracownika nieuczciwie. Wiele firm zwalnia swoich pracowników, takie są niestety realia – dodaje Małgorzata Marczulewska.

Tylko 26 proc. polskich firm jest gotowych na zakończenie zdalnej formy pracy

Firmy, które jeszcze niedawno zmagały się z wywołanym epidemią sprawnym przeniesieniem pracy na tryb zdalny, teraz stoją w obliczu nowego wyzwania – ponownego podjęcia pracy w biurze. Przed kadrą zarządzającą powstaje konieczność zapewnienia pracownikom szybkiego bezpiecznego powrotu na stanowiska pracy. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez ekspertów firmy doradczej Deloitte podczas webinaru „Office reopening – czyli bezpieczny powrót do pracy po pandemii”, ponad 30 proc. zapytanych nie podjęło w tym kierunku jeszcze żadnych kroków. 

Opracowanie strategii powrotu do biur wymaga uwględnienia szeregu czynników, takich jak: zmiany w umowie społecznej, makroekonomiczne skutki epidemii, przepisy dotyczące ochrony zdrowia, a także preferencji i obaw pracowników. Eksperci Deloitte, by możliwie uprościć ten proces rekomendują podzielić go na trzy etapy.

Nowa umowa społeczna między pracodawcą a pracownikiem

Jak zauważają eksperci firmy doradczej, zmiana umowy społecznej między pracodawcą a pracownikami,  jest jedną z najważniejszych zmian, spowodowanych pandemią. Warto przeanalizować, jak głębokiej transformacji ona uległa. Z dnia na dzień znikają uprzedzenia dotyczące pracy z domu. Wiele firm, wbrew początkowym obawom kadry zarządzającej, odnotowało wzrost wydajności pracowników. Z drugiej strony, za sprawą tak częstych w ostatnich miesiącach wideokonferencji znacznemu zatarciu uległy granice między pracą a życiem osobistym.

Dobre samopoczucie pracowników stało się widocznym priorytetem, zwłaszcza że wielu z nich boryka się z problemem utraty kontaktu z rodziną i przyjaciółmi. Zauważalny jest także wzrost oczekiwań  dotyczących bezpieczeństwa. I to rozumianego bardzo szeroko – fizycznego, emocjonalnego, finansowego i cyfrowego – mówi Konrad Pszenny, Partner Associate w Dziale Risk Advisory w Deloitte.

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez ekspertów Deloitte wśród ponad pół tysiąca uczestników webinaru „Office reopening – czyli bezpieczny powrót do pracy po pandemii”, właśnie zapewnienie poczucia bezpieczeństwa jest największym wyzwaniem dla firm w związku z powrotem do biur. Przyznało tak aż 49 proc. ankietowanych. Kolejne 20 proc. obawia się dostosowania procesów biznesowych do nowej rzeczywistości. Najmniejszym problemem zdają się być przygotowanie biura oraz dostosowanie wszystkich procedur i regulaminów pracy. Za wyzwanie uważa to odpowiednio 15 proc. i 14 proc. uczestników webinaru.

Trzeba mieć plan

Zdaniem ekspertów firmy doradczej konieczne jest sprawne opracowanie i przekazanie pracownikom jasnych zasad, dotyczących podstawowych kwestii, takich jak działania podejmowane przez specjalne grupy robocze, zmierzające do otwarcia firmy. Do najważniejszych pytań, jakie powinien sobie zadać pracodawca, należy to, w jaki sposób zaplanować powrót do firmy.

– Konieczne jest zdecydowanie praca jakich pionów, funkcji i stanowisk jest konieczna na miejscu ze względu na efektywność, a kto może nadal pracować zdalnie. Kolejnym krokiem będzie ocena rodzajów zadań, które zespoły muszą wykonywać na miejscu dla zapewnienia ciągłości funkcjonowania oraz systematycznego powrotu do biura. Należy przy tym pamiętać, że zespoły pracujące zdalnie nadal potrzebują wsparcia i konieczne jest określenie zasad ich działania, a nawet przeprowadzenie szkoleń z efektywnej i wygodnej pracy z domu – mówi Piotr Potejko, Doradca Zarządu ds. bezpieczeństwa, Deloitte. Ekspert dodaje, że stopniowe wprowadzanie pracowników do firmy powinno przebiegać w oparciu o wytyczne dotyczące testowania, monitoringu stanu zdrowia, zagospodarowania przestrzeni i zarządzania miejscem pracy. Opracować należy również zasady przyjmowania gości, uwzględniające wydajność oraz bezpieczeństwo fizyczne i emocjonalne zarówno klientów zewnętrznych jak i pracowników.

Z ankiety przeprowadzonej wśród uczestników webinaru wynika, że aż w 69 proc. organizacji procedury związane z powrotem do biura będą wdrażane poprzez przekazanie pracownikom zaleceń i wytycznych. Tylko 15 proc. planuje przyjąć w tym celu odrębne procedury, a jedynie 1 proc. myśli o zmianie regulaminu pracy. Z kolei 13 proc. nie podjęło jeszcze decyzji w tej sprawie.

Nie tylko maski i rękawiczki

Proces powrotu do pracy stacjonarnej powinien uwzględniać scenariusze gospodarcze i aktualne informacje o przepisach obowiązujących w Polsce. Do takich należą zalecenia Głównego Inspektora Pracy. To wytyczne dla pracodawców, które zostały podzielone na dwie grupy. Pierwsza z nich obejmuje czynności konieczne do przeprowadzenia jeszcze przed powrotem pracowników do miejsca pracy. Należy do nich m. in. stworzenie planu działań obejmującego wdrożenie właściwych środków bezpieczeństwa i kontroli, takich jak środki techniczne (np. obudowy pleksiglasowe, oddzielanie stanowisk pracy przegrodami), środki organizacyjne (np. zmianowość na stanowiskach pracy, zwiększenie czasu trwania i liczby przerw), środki ochrony osobistej (np. maseczki, rękawiczki) czy środki behawioralne (np. obserwacje przestrzegania reguł i wytycznych kierownictwa, nadzór nad pracownikami).

Już po powrocie GIP zaleca m.in. wykonywanie tylko niezbędnych prac i przełożenie zadań mniej pilnych na później; rekomendację pracy zdalnej, szczególnie dla grup wysokiego ryzyka; przestrzeganie przepisów w zakresie czasu pracy i okresów odpoczynku, a także minimalizowanie obecności osób trzecich w biurze oraz kontaktu fizycznego między pracownikami. – Szczególną uwagę powinny poświęcić tym wytycznym firmy, których wszyscy lub niemal wszyscy pracownicy wykonywali w ostatnich tygodniach pracę zdalną. W naszej ankiecie aż 26 proc. organizacji zadeklarowało, że są gotowe do powrotu do biura lub od kilku dni pracują stacjonarnie. Kolejne 42 proc. przeprowadziło wśród pracowników ankiety i jest w trakcie weryfikacji wyników – mówi Jakub Kowal, Radca prawny, Senior Associate w Deloitte Legal. Ekspert dodaje, że 31 proc. organizacji nie podjęło jeszcze żadnych kroków w kierunku powrotu do biura.

Nadchodzi era konopi? Polska ma tu duży potencjał

Jeszcze do lat 60. XX wieku konopie siewne były jednym z filarów polskiego rolnictwa. Od kilku lat znów wracają na nasze pola, a popularność wyrobów z tej rośliny wzrasta na całym świecie. Czy Polska ma szansę stać się ważnym graczem na konopnym rynku, a nadciągające kryzysy: ekonomiczny i ekologiczny przyczynią się do renesansu konopi?

W stwierdzeniu, że rynek konopi siewnych (przemysłowych / włóknistych), przeżywa w ostatnich latach prawdziwy boom nie ma żadnej przesady. W Kanadzie, państwie o zbliżonej do Polski liczbie ludności, samych tylko znaczących firm, które zajmują się konopiami jest dziś około 80.  Spółka Nielsen, zajmująca się analizą danych przewiduje, że w 2020 roku rynek konopi w USA oparty o produkty z CBD może osiągnąć wartość od 2,25 do 2,75 miliarda dolarów.

Uprawa konopi i produkcja wyrobów z nich prężnie rozwija się także w Europie Zachodniej. – Liderami na gruncie międzynarodowym są między innymi Portugalia, Niemcy czy Dania – mówi Andrew de Roy, organizator czerwcowej CECF – największej wirtualnej konferencji o konopiach w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. Zdaniem ekspertów duże szanse na skorzystanie z konopnej hossy ma także Polska.

Polskie prawo – po środku

Stelios Alewras, adwokat specjalizujący się tematyce konopi i jeden z pionierów rozwijającej się gałęzi prawa konopnego zauważa, że sytuacja w naszym kraju jest bardzo dynamiczna. Przede wszystkim dlatego, że konopie włókniste i wytwarzane z nich produkty są dostępne w legalnym obrocie dopiero od kilku lat.

Polskie prawo dotyczące konopi jest bardziej liberalne niż na Białorusi czy w Rosji, ale i mniej niż w znakomitej większości państw zachodnich. Na sytuację w naszym kraju ma z pewnością wpływ status konopi na świecie, gdzie stopniowo postępuje odkłamywanie tej rośliny, legalizacja jej posiadania czy uprawy i postępują badania na temat jej właściwości – mówi Stelios Alewras.

Dodaje, że największą zaletą, której świadomość w społeczeństwie rośnie jest to, że zawarte w konopiach kannabinoidy są coraz częściej naturalną alternatywą w leczeniu chorób cywilizacyjnych XXI wieku.

– Ludzie coraz chętniej sięgają po tę roślinę, a w niedalekiej przyszłości sędziowie, którzy nadal skazują na bardzo surowe kary za konopie (oczywiście nie wszyscy), sami będą korzystać z ich dobrodziejstwa – uważa Alewras i podkreśla, że polską siłą w rozwoju branży są przedsiębiorcy i wszyscy, którzy codziennie działają na rzecz poszerzania świadomości społecznej na temat niedocenianych właściwości konopi.

Konopie uczą pokory

Branża konopi przemysłowych jest bardzo dobrze znana poznańskiemu Instytutowi Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich, który od lat działa w tym sektorze globalnie (Europa, Ameryka Północna i Południowa) w zakresie sprzedaży wysokiej jakości materiału nasiennego odmian należących do IWNIRZ.

– Obecnie głównym rynkiem zbytu dla naszych nasion jest rynek Stanów Zjednoczonych, gdzie posiadamy własnych licencjobiorców i dystrybutorów – mówi Witold Czeszak, Kierownik powołanego w 2018 roku Programu Konopnego (programkonopny.pl). Celem Programu jest rozwój polskiego rolnictwa w obszarze upraw konopi przemysłowych i budowanie pozycji Polski jako globalnego producenta i eksportera nasion.

Zdaniem Witolda Czeszaka, w ostatnich latach zwiększało się zainteresowanie upraw pod kątem CBD, co wynikało z rosnącego popytu na produkty gotowe.

– Plantatorzy powinni jednak podchodzić do tematu z pokorą, ponieważ pomimo faktu, że do zeszłego roku bardzo popularne w naszym kraju były uprawy konopi na CBD, jednak w 2019 roku rynek CBD się załamał. Przyczyną tego były m.in. regulacje novel foods wprowadzone przez parlament UE, wprowadzające szereg wymogów formalnych wobec producentów wyrobów gotowych, a także znaczna nadprodukcja. Wielu plantatorów pozostało z niesprzedanym surowcem, co mogło zniechęcić do kontynuacji przygody z tą rośliną. W konsekwencji w bieżącym roku zauważamy duże zainteresowanie uprawami, których celem jest pozyskanie ziarna dla sektora spożywczego – mówi Czeszak.

Potencjał konopi tkwi w ogromnej gamie możliwości ich zastosowania m.in. w branży spożywczej, budowlanej, kosmetycznej oraz włókienniczej. Ostatni z wymienionych obszarów jest bardzo obiecujący, głównie z uwagi na olbrzymi popyt na produkty tekstylne z konopi, jednak dla przetwórców wiąże się z barierą technologiczną, a także dużą skalą inwestycji.

Siła w lokalności

Ewa Melania Gryt, założycielka spółki General Hemp Marketing zajmującej się uprawą i przetwórstwem konopi oraz marki DobreKonopie.pl – jednego z pierwszych i największych dziś sklepów internetowych z wyrobami konopnymi podkreśla, że odradzanie się upraw tej rośliny w Polsce, to po prostu powrót do wielowiekowej tradycji.

– Chodzi nie tylko o CBD, ale też wzrost popularności takich technologii, jak budowanie domów z tzw. „hempcrete”, czyli cegieł z konopi i wapna.  Z drugiej strony powstaje coraz więcej nowych zastosowań, które rodzą się wraz z rozwojem technologii, np. zastępowanie włóknem konopnym włókna szklanego, czy wytwarzania z nich grafenu stosowanego już z powodzeniem w informatyce – mówi Ewa Melania Gryt.

Ogromnym wyzwaniem branży są jednak wysokie koszty transportu surowca. Pomimo dużego popytu na słomę konopną, eksport nie jest opłacalny. Specjalistyczne tłokowe wytłaczarki pozwalające na uzyskanie najlepszej jakości olejów dostępne są najbliżej Polski – w Austrii i na Litwie. Do ceny transportu surowca należy doliczyć też cenę samej usługi. Ekonomiczny sens w tej sytuacji ma przede wszystkim przetwórstwo lokalne. Niestety żadnego z polskich producentów nie stać dziś na zbudowanie technologicznej linii z prawdziwego zdarzenia do przetwórstwa konopi.

Aby najlepiej się rozwinąć na rynku powinniśmy skupić się na rzemiośle i budowaniu zaufania do lokalnych producentów. Bo naszą siłą są dobrej jakości produkty. Pokazaliśmy już swoją odrębność produkując chociażby pierwsze w Europie wino z intraktem z konopi siewnych. Jeśli tylko przekroczymy mur opinii publicznej, to zacznie się w Polsce prawdziwa era konopi – uważa Ewa Melania Gryt.

Stelios Alewras dodaje, że w rozwoju rynku konopnego w Polsce przeszkadza rejonizacja upraw, konieczność uzyskiwania zezwoleń na uprawę i niezrozumienie przez organy ścigania różnicy między konopiami włóknistymi i innymi gatunkami.

Do tego dochodzi niejasna sytuacja prawna niektórych produktów z konopi oraz wątpliwości prawne w zakresie przetwarzania konopi włóknistych – wymienia Stelios Alewras.

O tym, że Polska ma wyjątkowe warunki dla upraw Cannabis Sativa L. przekonana jest Samia Al-Hameri, farmaceutka zajmująca się edukacją w obszarze konopni.

Konopie mogą rosnąć tu naturalnie, bez obawy o przesuszenie i bez potrzeby stosowania hodowli typu indoor, jak to ma miejsce np. w Hiszpanii czy Portugalii. Musimy otworzyć się na tę roślinę, zwłaszcza, że polskie konopie mają według mnie najlepszą jakość – mówi Samia Al-Hameri.

Prezes InventionMed kupuje akcje spółki

Prezes spółki InventionMed, Tomasz Kierul zakupił na rynku NewConnect akcje kierowanej przez siebie firmy o wartości ponad 100 tys. zł. InventionMed realizuje ambitny plan rozwoju obejmujący komercjalizację projektu TutorDerm oraz wirtualnej strzykawki, a także budowę Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych VR i AR w Bydgoszczy.

InventionMed to spółka z bardzo dużym potencjałem – szczerze wierzę, że opracowywane przez firmę rozwiązania zrewolucjonizują branżę szkoleniową w medycynie, szczególnie w czasie gdy coraz większe znaczenie mają rozwiązania nauczania zdalnego. Przed nami dużo planów, których realizacja umocni naszą pozycję na rynku. W związku z intensywnym rozwojem kierowanej przeze mnie spółki, nie wykluczam dalszego zwiększenia zaangażowania i wsparcia finansowego spółki. – komentuje Tomasz Kierul, Prezes Zarządu InventionMed.

InventionMed przygotowuje się do budowy Centrum Innowacyjnych Symulacji Medycznych w Bydgoszczy. Będzie to miejsce wyposażone najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne i prototypowe symulatory medyczne w oparciu o VR (virtual reality) i AR (augmented reality) oraz autorską technologię InventionMed – podwójną immersję. Wsparcie w realizacji inwestycji zadeklarowała spółka Softblue, która zapewni technologiczne wsparcie oraz dostęp do posiadanych zasobów IT. Projekt został dofinansowany przez Ministerstwo Rozwoju kwotą 16 mln zł, a dzięki zaangażowaniu inwestora, możliwe będzie rozpoczęcie prac rozwojowych i budowlanych.

Równolegle, trwają prace nad flagowym projektem – TutorDerm. Rozwiązanie stworzone przez zespół InventionMed ma służyć edukacji przyszłych lekarzy dermatologów i specjalistów medycyny estetycznej. Projekt jest ciągle udoskonalany, prowadzone są również programy pilotażowe. Spółka jest również w trakcie opracowywania wirtualnej strzykawki – rewolucyjne na skalę światową urządzenie szkoleniowe, które pozwoli na ćwiczenie zastrzyków podskórnych z pominięciem praktyki na organizmach żywych.

Fala bankructw firm dopiero przed nami. Pod koniec roku czeka nas dwucyfrowy przyrost upadłości

Liczba bankrutujących firm zmalała. To sytuacja przejściowa. Kumulacja nastąpi dopiero w przyszłym roku. Wielką niewiadomą jest rynek mieszkaniowy.

W I kw. br. ogłoszono upadłości i restrukturyzacje 230 przedsiębiorstw. Ich liczba zaczęła maleć w marcu. To dlatego, że wprowadzono takie rozwiązania prawne, że przejściowo nie ma obowiązku zgłaszania wniosków o upadłość. Ten obowiązek został przesunięty na czas, gdy pandemia ustanie. Także sądy działały w sposób bardzo ograniczony. Nie były rozpatrywane wnioski o upadłość czy restrukturyzację, nawet gdyby przedsiębiorcy w ten sposób chcieli ratować swą sytuację.

Statystyki za pierwszy kwartał nie odzwierciedlają jeszcze skutków pandemii. Dopiero kolejne miesiące pokażą prawdziwy obraz pandemii, jej wpływ na płynność finansową przedsiębiorstw. Sytuacja zacznie się zmieniać, gdy „odmrożona” zostanie działalność sądów.

– Z sygnałów napływających do nas od firm wiemy, że sytuacja płynnościowa firm ulega pogorszeniu, pomimo wprowadzenia tarcz antykryzysowych i tarczy finansowej – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Dużego przyrostu upadłości oczekiwałbym dopiero w 2021 r., gdy rozwiązania prawne nie będą już tak bardzo chronić przedsiębiorstw.

W 2009 r., podczas światowego kryzysu finansowego, z którego Polska wyszła obronną ręką, liczba upadłości wzrosła o 68 proc. Tym razem skala tego zjawiska w Polsce będzie dużo większa, zwłaszcza że nie ominie nas recesja.

– Prognozowanie liczby bankructw jest obciążone bardzo dużym ryzykiem. Pod koniec roku będziemy mieli dwucyfrowy przyrost upadłości – wyjaśnia ekspert Coface. – Ucierpi bardzo przemysł przetwórczy i handel, a szczególną niewiadomą jest rynek mieszkaniowy i sytuacja deweloperów.

Po epidemii rynek pracy na pewno będzie wyglądał inaczej

Rynek pracy po kryzysie epidemicznym może się zmienić. Eksperci wskazują elementy, które powinniśmy przedyskutować i zmienić po ustąpieniu niebezpieczeństwa. Pierwszą z nich jest kwestia pracy zdalnej, która spopularyzowała się podczas lockdownu i czasu dystansu społecznego. Już pierwsza ustawa antykryzysowa, będąca reakcja rządu na nowe warunki funkcjonowania gospodarki, wprowadziła pojęcie pracy zdalnej i określiła jej prawne granice. Praca zdalna mogłaby się więc po kryzysie znaleźć na rynku pracy jako pełnoprawna forma zatrudnienia. To jednak nie jedyny wniosek, który możemy wyciągnąć z kryzysowego funkcjonowania gospodarki. Należy bowiem pamiętać, że możliwość pracy zdalnej dotyczy tylko około jednej czwartej pracowników. Jakie usprawnienia i nowelizacje na rynku pracy powinniśmy wprowadzić, by przyszłe kryzysy nie stanowiły dla Polaków takiego zagrożenia finansowego ?

– Z pracy zdalnej w Polsce jest w stanie korzystać około 25% polskiego rynku pracy. To są głównie sektory skupiające białe kołnierzyki. Dlatego tak ważny do przedyskutowania jest drugi element, obnażony przez obecny kryzys: kwestia form zatrudnienia – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Kubisiak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – W Polsce około dwóch milionów osób nie ma odpowiednich zabezpieczeń, które okazały się niezbędne podczas epidemii. Są to osoby samozatrudnione i pracujące w ramach umów cywilnoprawnych. To ci pracownicy w pierwszej kolejności pozostali bez jakiegokolwiek zabezpieczenia swoich miejsc pracy – nie mając okresu wypowiedzenia i świadczeń od pracodawców. Ten element wymaga zmian i modyfikacji, by kolejne kryzysy nie pozostawiały milionów osób na finansowym lodzie. Legislatorzy powinni też przedyskutować trzeci element – kwestię obciążeń podatkowych, które wpływają na umowy i formy zatrudnienia. To są elementy, z którymi będziemy musieli się zmierzyć po kryzysie. Rynek pracy na pewno będzie wyglądał inaczej – ale nie znaczy to, że musi wyglądać gorzej. Możemy wzmocnić procesy automatyzacyjne, rewolucję technologiczną, zmienić formy zatrudnienia i doprowadzić do większego zrównoważenia rynku – zaleca Kubisiak.

Szpitale przygotowują się na drugą falę pandemii. Z pomocą biznesu Caritas przekazuje im właśnie kolejne z setki zamówionych respiratorów

W czasie pandemii jednym z głównych problemów jest dostępność sprzętu medycznego. Już dzisiaj szpitale przygotowują się na drugą falę zachorowań, która według ministra zdrowia może nadejść jesienią. Nie mają jednak w swoich budżetach wystarczających środków na zakup respiratorów. Dlatego w pomoc zaangażował się biznes: wiele firm zdecydowało się na zakup respiratorów i przekazanie ich do najbardziej potrzebujących szpitali. Do polskich placówek pierwsze z ponad setki takich urządzeń, zamówionych jeszcze w kwietniu, dostarcza już Caritas w ramach akcji HASHWdzięczniMedykom. Prawie połowa z nich została zakupiona ze środków przekazanych przez Generali Polska.

– Koronawirus powoduje ostrą niewydolność oddechową. Takich pacjentów należy zawsze zaintubować i dalej prowadzić za pomocą respiratora. Jest to sprzęt niezbędny do ratowania życia pacjentów z tą chorobą – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Anna Drobińska, lekarz, koordynator SOR-u Filii w Ełku 1. Wojskowego Szpitala Klinicznego z Polikliniką SPZOZ w Lublinie.

W czasie trzech miesięcy trwania pandemii w Polsce zakażonych zostało ponad 24,1 tys. osób. Blisko 2,2 tys. pacjentów wciąż jest hospitalizowanych. Osoby, których stan wymaga pobytu w szpitalu, trafiają do szpitali zakaźnych oraz przekształconych na zakaźne szpitali jednoimiennych. W tych placówkach dla zakażonych koronawirusem w gotowości jest 10 tys. łóżek i 1,3 tys. respiratorów. To urządzenia, które wspomagają lub zastępują mięśnie pacjenta w pracy oddechowej. Dla pacjentów z Covid-19, u których rozwinęła się ciężka niewydolność oddechowa, są one niezbędne do przeżycia.

– Respirator, czyli sztuczne płuco, służy do ratowania życia i zdrowia ludzi. Jest urządzeniem medycznym, które pomaga w prowadzeniu czynności oddechowych. Może być wykorzystywany na szpitalnym oddziale ratunkowym, przez zespoły ratownictwa medycznego, na oddziale intensywnej terapii i salach operacyjnych. Każdy taki sprzęt jest w tej chwili na wagę złota – mówi płk Robert Trela, komendant Filii w Ełku 1. Wojskowego Szpitala Klinicznego z Polikliniką SPZOZ w Lublinie.

W wielu krajach na początku pandemii, kiedy przypadki nowych zakażeń były liczone w tysiącach dziennie, to właśnie dostępność respiratorów dla najciężej chorych była dużym problemem. Lekarze nierzadko musieli decydować, których pacjentów do nich podłączać. W pomoc włączyło się pospolite ruszenie biznesu. Prace nad skonstruowaniem urządzeń wspomagających oddech rozpoczęli m.in. inżynierowie Tesli pracujący dla Elona Muska i zespół z Formuły 1, w skład którego weszli specjaliści Mercedesa, Red Bulla i Renault.

Już teraz warto zacząć przygotowywać się na drugą falę pandemii, która według epidemiologów i samego ministra zdrowia spodziewana jest na jesieni. Już wcześniej wiele firm zdecydowało się na zakup respiratorów i przekazanie ich do najbardziej potrzebujących szpitali. Do polskich placówek pierwsze z setki takich urządzeń, zamówionych jeszcze w kwietniu, dostarcza Caritas w ramach akcji HASHWdzięczniMedykom.

– Krótko po rozpoczęciu pandemii koronawirusa Caritas Polska zamówił 100 respiratorów, które trafiają już do naszych szpitali. Dzięki współpracy z Generali Polska mogliśmy kupić aż 48 takich urządzeń – mówi ks. Marcin Iżycki, dyrektor Caritas Polska.

Już na początku kwietnia spółki Generali w Polsce wsparły zakup ośmiu respiratorów dla szpitali w Poznaniu i w Lublinie, a w kolejnym etapie sfinansowały zamówienie jeszcze 40 urządzeń.

– Dostaliśmy respirator transportowy, który ratuje życie i umożliwia wentylację mechaniczną płuc pacjentów z ostrą niewydolnością oddechową, ale pozwala również na transportowanie ich w stanie zagrożenia życia, np. do karetki, między szpitalami czy w obrębie danej placówki – mówi dr Anna Drobińska.

– Z medycznego punktu widzenia w czasie pandemii jest to sprzęt bardzo ważny, który pozwala nam na ratowanie życia i zdrowia ludzi – dodaje płk Robert Trela.

Taka pomoc jest istotna o tyle, że kryzys wywołany przez pandemię SARS-CoV-2 nie pozwala placówkom wygospodarować w swoim budżecie wystarczających środków na zakup takiego sprzętu. Jak podkreśla prezes Generali Polska, pomoc ze strony firmy ma na celu nie tylko wesprzeć szpitale w odpowiednim ich wyposażeniu, lecz również okazać wdzięczność lekarzom i personelowi medycznemu za ciężką pracę i zaangażowanie w ratowanie życia innych w czasie pandemii.

– W ramach tych podziękowań dołączyliśmy do inicjatywy Caritas HASHWdzięczniMedykom i postanowiliśmy sfinansować zakup respiratorów dla polskich szpitali. Przeznaczyliśmy na ten cel ponad 1,5 mln zł. Było to możliwe dzięki specjalnemu funduszowi całej Grupy Generali, w ramach którego dedykowaliśmy 100 mln euro na walkę z koronawirusem na całym świecie – podkreśla Andrea Simoncelli, prezes Generali.

Akcja #WdzięczniMedykom została uruchomiona przez Caritas Polska w odpowiedzi na zapotrzebowanie szpitali i placówek, które tworzą pierwszy front w walce z pandemią koronawirusa. Celem jest dostarczenie im sprzętu i wyposażenia dla personelu medycznego. Do tej pory akcję wsparło 12 partnerów biznesowych, w tym właśnie Generali i Concordia. Równolegle Caritas Polska uruchomił też zbiórkę pieniędzy dla darczyńców indywidualnych. W sumie zebrane środki pozwolą na przekazanie szpitalom i placówkom w całej Polsce m.in. ponad 100 respiratorów, 300 tys. maseczek chirurgicznych, 50 tys. masek KN95, 200 tys. rękawiczek ochronnych, 10 tys. kombinezonów ochronnych, 2 tys. przyłbic oraz kilkunastu specjalistycznych łóżek szpitalnych do intensywnej terapii.

Popyt na Kredyty Mieszkaniowe w maju 2020 spadł o 24,2% r/r

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Piąty w tym roku – majowy odczyt Indeksu wyniósł -24,2%, co oznacza, że w kwietniu 2020 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę niższą o 24,2% w porównaniu z majem 2019 r.

W maju 2020 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 28,69 tys. klientów, w porównaniu do 40,40 tys. rok wcześniej – jest to spadek o -29,0% i jednocześnie jedenasty najniższy wynik liczby wnioskujących, od stycznia 2007 r. W porównaniu do kwietnia br. liczba wnioskujących wzrosła o 3,2%. Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego w maju br. wyniosła 278,3 tys. zł tj. o 1,6% więcej niż w maju 2019 r. W porównaniu do kwietnia 2020 r. średnia kwota kredytu spadła o -7,9%.

Majowa wartość Indeksu jest o 3,4 p.p. wyższa od wartości z kwietnia 2020 r. -27,6%. Na obecną wartość indeksu na poziomie -24,2% negatywnie wpływa bardzo duży spadek liczby osób wnioskujących o kredyt, pozytywnie zaś niewielki wzrost średniej wartości wnioskowanego kredytu mieszkaniowego.Popyt na Kredyty Mieszkaniowe w maju 2020– Kwiecień br. był pierwszym pełnym miesiącem pandemicznym z lockdownem, a maj – pierwszym miesiącem odmrażania gospodarki. Odczyt kwietniowy był najniższy w kilkuletniej już historii Indeksu, a odczyt majowy jest już o kilka p.p. wyższy. Daleko mu jednak do odczytu z lutego br. (+27,6%), który zakończył wzrostowy trend popytu na kredyty mieszkaniowe. Otwartym pytaniem pozostaje, czy majowy wynik jest zwiastunem powrotu trendu. Na razie mamy swoisty rollercoaster: w lutym – euforia, w kwietniu – głęboka depresja a w maju lekka poprawa – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk BIK.

– Pojawienie się w marcu 2020 r. „czarnego łabędzia”, jakim jest koronawirus, przerwało sześciomiesięczny trend wzrostowy wartości Indeksu (sierpień 2019 r. – luty 2020 r.), wyprowadzając Indeks na bardzo niski poziom. Podjęte działania związane z przeciwdziałaniem pandemii miały charakter nagły i symetryczny, dotyczyły praktycznie wszystkich obszarów aktywności gospodarczej i społecznej. Kwiecień był miesiącem lockdownu i ogromnej niepewności. Maj przyniósł etapowy i fazowy, a przede wszystkim niesymetryczny defrosting, który poprawił nastroje gospodarstw domowych. Dzięki programowi wsparcia oraz elastycznej i adaptacyjnej postawy przedsiębiorców zmniejszyła się niepewność, a co za tym idzie, wzrosło poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego gospodarstw domowych, które jeszcze w drugiej połowie marca oraz w kwietniu było niskie. Podjęte przez banki, z własnej inicjatywy, działania związane z udzielaniem czasowego odroczenia spłaty zobowiązań kredytowych zwiększyły również poziom zaufania do instytucji finansowych. Czy kwiecień był tym najgorszym miesiącem 2020 roku – zobaczymy. Wszystko zależy od tego czy nie będziemy mieli na jesieni powrotu drugiej fali pandemii. Na razie nastroje na rynku, również rynku kredytów mieszkaniowych po jego popytowej stronie poprawiają się, co mogliśmy obserwować w poszczególnych tygodniach maja. W trzech pierwszych tygodniach maja br. mieliśmy małe wzrosty liczby zapytań w stosunku do poprzedzającego tygodnia. W ostatnim był już jednak mały spadek – dodaje prof. Rogowski.

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Ruch w biurach sprzedaży mieszkań powraca do poziomów sprzed pandemii. Nie ma co liczyć na spadki cen

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała rynkiem deweloperskim. W kwietniu liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, spadła o prawie 40 proc. w porównaniu z ubiegłym rokiem, a statystyki wskazywały na malejące zainteresowanie kredytami hipotecznymi. Powoli widać jednak odbicie – klienci wracają do biur sprzedaży zainteresowani zakupem mieszkania. Nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen w związku z koronawirusem. Tym, na co warto zwrócić uwagę przy zakupie, jest za to pozycja i sytuacja finansowa dewelopera oraz terminowość realizacji inwestycji. Z tym ostatnim nie ma raczej problemów, bo pandemia nie wstrzymała prac na budowach.

 Od momentu wybuchu pandemii mieliśmy do czynienia ze wstrzymaniem się naszych klientów z zakupem mieszkań. Jednak to jest okres przejściowy, bo w Polsce brakuje mieszkań – mamy ich tylko ok. 380 na 1 tys. mieszkańców, co jest jednym z najniższych współczynników w Europie. Dzisiaj klienci już do nas wracają. Widzimy większy ruch w naszych biurach sprzedaży, a ruch na stronach internetowych powrócił do poziomu sprzed pandemii. W aktualnej sytuacji mieszkania są najlepszym sposobem inwestowania i oszczędzania pieniędzy, który długofalowo przynosi bardzo godziwe zyski – mówi agencji Newseria Biznes Damian Kapitan, prezes zarządu Budimex Nieruchomości.

W ostatnich kilku latach polski rynek nieruchomości był nieprzerwanie w fazie hossy, której nie zahamował nawet systematyczny wzrost cen mieszkań. Tylko w ubiegłym roku oddano do użytkowania 207,2 tys. mieszkań, co oznaczało 12-proc. wzrost r/r. Według JLL pod względem sprzedaży był to drugi najlepszy rok w historii rynku deweloperskiego. Sprzyjały temu m.in. dobra koniunktura, wysoka podaż pieniądza na rynku, jak i duży popyt i niedobór powierzchni mieszkaniowej. Według danych BGK w Polsce na tysiąc osób przypadają 363 mieszkania, natomiast mediana w Unii Europejskiej wynosi 435. W ubiegłym roku wicepremier Jadwiga Emilewicz szacowała, że na rynku wciąż brakuje ich około 2 mln.

Pandemia SARS-CoV-2 chwilowo zachwiała jednak rynkiem, co ma odzwierciedlenie w statystykach. Według GUS liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w kwietniu, spadła o 37,8 proc. rok do roku i o 27,3 proc. w ujęciu miesięcznym. Z kolei dane BIK wskazują na spadające zainteresowanie kredytami hipotecznymi. W marcu liczba wnioskowanych kredytów mieszkaniowych była o 7,6 proc. niższa niż rok wcześniej. Jednak w kwietniu znacząco spadła nie tylko liczba (o 23 proc.), ale i wartość (o 14,6 proc.) udzielanych kredytów mieszkaniowych.

Powoli widać jednak odbicie: na początku maja liczba zapytań o nowe kredyty hipoteczne wzrosła o 25 proc. w porównaniu do tygodnia wcześniej. Klienci, którzy w czasie kwarantanny mieli dużo czasu na zapoznanie się z ofertą deweloperów, wracają też do otwartych biur sprzedaży. Zdaniem analityków nie powinni jednak liczyć na duże spadki cen mieszkań w związku z pandemią SARS-CoV-2.

– Ceny nieruchomości są dzisiaj na stabilnym poziomie z kilku przyczyn. Przede wszystkim mniejsza jest oferta deweloperów w dużych miastach. Już na koniec I kwartału br. szczególnie w Warszawie i Krakowie mieliśmy do czynienia z najmniejszą ofertą, która w kwietniu dodatkowo spadła, ponieważ deweloperzy uruchomili o 46 proc. mniej projektów niż normalnie. Ponadto nie zaczynają oni dzisiaj dużych projektów, koncentrują się na tych mniejszych, które dostosowują się do rynku. To wszystko będzie powodować, że ceny pozostaną na poziomie zbliżonym do obecnego – mówi Damian Kapitan.

Prezes Budimeksu Nieruchomości podkreśla, że pomimo zamrożenia gospodarki terminy oddania do użytku prowadzonych inwestycji nie zmieniły się i klienci będą w terminie odbierać klucze do swoich lokali.

– W okresie pandemii cały przemysł budowlany działał praktycznie bez zmian, budowy są kontynuowane. Wszystkie nasze inwestycje zostaną oddane w terminach i klienci dostaną klucze do swoich lokali bez opóźnień. Dzięki temu, że mieliśmy stosunkowo łagodną zimę i bardzo dobre warunki pogodowe na wiosnę, duża część naszych inwestycji ma nawet lekkie przyspieszenie – mówi.

Deweloper, który należy do największego w Polsce holdingu budowlanego, bez zakłóceń kontynuuje prace na wszystkich budowach. Jak podkreśla, robi to bezpiecznie, z zachowaniem procedur i środków ochrony dla pracowników. Projekty nie mają przestojów w związku z pandemią koronawirusa, niezagrożone są też dostawy materiałów budowlanych, a sytuacja finansowa jest stabilna. O zwracanie uwagi na tę stabilność i bezpieczeństwo zakupu w trakcie procesu nabywania mieszkania deweloper apeluje też do klientów.

Wyszliśmy z kampanią „Zawsze bezpiecznie, zawsze pewnie”, chcąc zwrócić uwagę klientów na to, że jesteśmy z nimi nie tylko na etapie reklam, ale także podczas zawierania i realizacji, przekazywania kluczy oraz realizowania uprawnień z tytułu pięcioletniej rękojmi. Budimex Nieruchomości jest na rynku prawie 20 lat. W tych trudnych czasach, które dzisiaj mamy, bycie odpowiedzialnym jest dla nas najważniejsze i chcemy to wszystkim przekazać – podkreśla Damian Kapitan.

ORLEN deklaruje udział w finansowaniu budowy elektrowni Ostrołęka

PKN ORLEN deklaruje udział w finansowaniu projektu budowy elektrowni Ostrołęka oraz przystąpienie do inwestycji w charakterze wspólnika. Warunkiem do podjęcia dalszych działań będzie wykorzystanie technologii opartej na paliwie gazowym oraz uzyskanie niezbędnych zgód korporacyjnych.

– Chcemy aktywnie uczestniczyć w procesie transformacji energetycznej w Polsce. Dlatego w naszej strategii stawiamy na rozwój aktywów energetycznych w kierunku źródeł nisko i zeroemisyjnych. W wielu krajach elektrownie gazowe są preferowanym rozwiązaniem przejściowym, które znacząco zmniejsza poziom emisji, a jednocześnie daje krajom czas na rozwój infrastruktury Odnawialnych Źródeł Energii. Zgodnie z zapowiedziami będziemy realizować inwestycję w Ostrołęce, ale musimy brać przy tym pod uwagę potencjalne korzyści biznesowe i aspekty regulacyjne. Budowa nowych niskoemisyjnych źródeł to dobry kierunek, który przyczyni się do wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego zarówno Polski, jak i całego regionu – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

PKN ORLEN zawarł porozumienie z dotychczasowymi właścicielami projektu – spółkami ENERGA i ENEA. Zakłada ono, że docelowo przeprowadzone zostaną zmiany struktury organizacyjnej spółki Elektrownia Ostrołęka po uzyskaniu niezbędnych zgód korporacyjnych. Zgodnie z zapisami porozumienia PKN ORLEN nie będzie uczestniczył w rozliczeniach z dotychczasowymi wykonawcami inwestycji, te będą rozliczane na dotychczasowych zasadach ustalonych pomiędzy ENEA i ENERGA. Jako docelowy wspólnik projektu Koncern będzie jednak współdecydował o ich zakresie. Zawarcie porozumienia otwiera drogę do dalszych rozmów wspólników dotyczących inwestycji, w wyniku których zawarta zostanie umowa inwestycyjna regulująca szczegółowo zasady zarządzania, w tym kontroli nad podmiotem realizującym inwestycję, finansowania, oraz realizowania inwestycji. Porozumienie ogranicza również udział i zaangażowanie finansowe ENEA. Niezależnie od treści porozumienia, nie należy też wykluczyć, iż projekt ten będzie realizowany z udziałem innych inwestorów.

Znaczenie źródeł nisko i zeroemisyjnych będzie rosło w związku z restrykcyjną polityką klimatyczną na świecie. Realizacja jej założeń jest procesem długofalowym, który będzie łączył transformację sektora wytwarzania w Unii Europejskiej z koniecznością zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego. Oznacza to stopniowe zmiany w miksie wytwarzania, w którym coraz większą rolę będą odgrywały nowe źródła niskoemisyjne oraz źródła regulacyjne a w przyszłości duże magazyny energii. Według prognoz Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) do 2040 r. segment energetyki oparty na gazie będzie rósł w tempie 1,4 % r/r. Wskazuje to na niewątpliwą potrzebę wykorzystania źródeł gazowych w niektórych obszarach geograficznych.

Obecnie w Polsce średnia emisyjność jednostek wytwórczych opartych o gaz ziemny jest ponad dwukrotnie niższa w porównaniu do funkcjonujących bloków węglowych. Dodatkowo przy uwzględnieniu obecnych i prognozowanych cen gazu, emisji i węgla, technologia oparta o gaz ziemny pozwala wytwarzać energię taniej niż rozwiązania bazujące na węglu kamiennym. Na rzecz rozwiązania gazowego przemawiają niższe koszty kapitałowe oraz większa elastyczność bloków gazowych, umożliwiająca bilansowanie energii ze źródeł odnawialnych. Nawet w długim horyzoncie, w którym Odnawialne Źródła Energii mogą ogrywać wiodącą rolę, elektrownie gazowe stanowiłyby więc istotne, a czasami niezbędne wsparcie. To powoduje, iż jednostkowy koszt wytwarzania energii elektrycznej jest wyraźnie niższy dla bloku parowo-gazowego niż węglowego.

Grupa ENERGA, której od 30 kwietnia br. większościowym udziałowcem jest PKN ORLEN, posiada łącznie ponad 50 aktywów produkujących energię z odnawialnych źródeł, w tym przede wszystkim elektrownie wodne, lądowe farmy wiatrowe i farmy fotowoltaiczne. Ponad 30% produkowanego przez Grupę ENERGA wolumenu energii elektrycznej pochodzi z odnawialnych źródeł i jest to najwyższy udział spośród jej głównych konkurentów. Jednocześnie Koncern planuje dalszy rozwój obszarów, w których ORLEN i ENERGA są już aktywne, np. elektromobilność, ale też wejście w nowe projekty, np. morskie farmy wiatrowe. W tym kontekście kluczowe będzie bilansowanie portfela OZE z wykorzystaniem aktywów konwencjonalnych, w tym na przykład bloków parowo-gazowych w Płocku i Włocławku lub nowych inwestycji opartych o gaz ziemny.

PKN ORLEN ogłosił wezwanie na 100 proc. akcji Grupy ENERGA 5 grudnia 2019 r. Pierwotnie miało ono potrwać do 9 kwietnia br. W związku z sytuacją spowodowaną epidemią koronawirusa, 26 marca br. termin przyjmowania zapisów na akcje pomorskiej Grupy został wydłużony do 22 kwietnia 2020 r. Bezwarunkową zgodę Komisji Europejskiej na przeprowadzenie transakcji Koncern otrzymał 31 marca br. Cena za jedną akcję gdańskiej grupy w wezwaniu została 15 kwietnia br. podwyższona z 7 do 8,35 zł. Z kolei 18 kwietnia br. podpisane zostało porozumienie ze Skarbem Państwa dotyczące kontynuacji strategicznych inwestycji Grupy ENERGA i utrzymania polityki zatrudnienia zapewniającej prawidłowe funkcjonowanie jej spółek. Ostatni warunek zawieszający, czyli osiągnięcie progu 66 proc. akcji objętych wezwaniem, został spełniony 20 kwietnia br. Formalnie transakcja sfinalizowana została 30 kwietnia br. nabyciem akcji ENERGA stanowiących około 80% kapitału zakładowego spółki oraz około 85% ogólnej liczby głosów na walnym zgromadzeniu. Cena wszystkich nabytych akcji wyniosła około 2,77 mld zł i została pokryta przez Spółkę gotówką pochodzącą ze środków własnych oraz z dostępnego kredytu konsorcjalnego.

Liczba rejestracji nowych samochodów najniższa od kilkunastu lat. Sprzedaż w tym roku spadnie co najmniej o kilkadziesiąt procent

Pandemia koronawirusa mocno uderzyła w branżę motoryzacyjną. Tegoroczny kwiecień był najsłabszym miesiącem od 15 lat. Sprzedaż samochodów osobowych spadła o 67 proc., a dostawczych – o 55 proc. W połączeniu ze wzrostem cen aut ze względu na wyższe normy bezpieczeństwa czy emisji CO2 spadku sprzedaży może nie udać się odrobić. – Nawet jeśli założymy najbardziej optymistyczny scenariusz, to spadek w całym roku wyniesie kilkadziesiąt procent – ocenia Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.

– Dane za kwiecień pokazują, że w przypadku samochodów osobowych spadek sprzedaży wyniósł 67 proc., w przypadku samochodów ciężarowych nawet więcej, a dostawczych – o ok. 50 proc. Spodziewamy się, że wyniki majowe będą podobne, może nieco lepsze, ale w dalszym ciągu w salonach jest bardzo mało kupujących – mówi agencji Newseria Biznes Jakub Faryś.

Kwietniowe dane na temat rejestracji nowych samochodów osobowych są najgorsze od 2005 roku, a te dotyczące dostawczych – od września 2012 roku. Od stycznia do kwietnia zarejestrowano w Polsce nieco ponad 122 tys. aut osobowych przy 186 tys. w analogicznym okresie 2019 roku – o 34 proc. mniej. W tym samym okresie zarejestrowano 16 tys. samochodów dostawczych przy blisko 23 tys. rok wcześniej (spadek o 30 proc.).

– Pamiętajmy, że w Polsce 3/4 klientów stanowią firmy. Jeżeli one nie będą wymieniały samochodów, nie będą chciały w nie inwestować, to sprzedaż będzie znacznie niższa. Trudno powiedzieć, jak będzie wyglądało drugie półrocze, nie wiemy, jak szybko będą zdejmowane ograniczenia, czy nie pojawi się druga fala pandemii. Jeśli założymy najbardziej optymistyczny scenariusz, spadek w całym roku w stosunku do poprzedniego wyniesie kilkadziesiąt procent – ocenia prezes PZPM.

Dane z 20 pierwszych dni maja również nie napawają optymizmem. Liczba rejestracji samochodów osobowych spadła o nieco ponad 50 proc. r/r, samochodów dostawczych – o 31,5 proc., natomiast ciężarowych – o 67,7 proc. W liczbie średniej liczby rejestracji dziennie spadki są jeszcze większe – odpowiednio o 54,5 proc., 36,7 proc. oraz 70,1 proc. Jednak w porównaniu do kwietnia odbicie jest wyraźne.

– Druga połowa roku może być bardzo trudna, bo widać po kwietniu i maju, że liczba kupujących jest bardzo mała – wskazuje Jakub Faryś. – Biorąc pod uwagę bardzo złe, żeby nie powiedzieć, że najgorsze w powojennej historii miesiące, czyli kwiecień, maj, być może czerwiec, cały rok na pewno zamkniemy na sporym minusie.

Spadki sprzedaży z czasów pandemii może być ciężko odrobić, zwłaszcza że ceny samochodów idą w górę. Od 2021 roku średnia emisja CO2 deklarowana dla wszystkich sprzedanych samochodów danej marki nie powinna przekraczać 95 g CO2/km. W przyszłym roku mają też zacząć obowiązywać regulacje, które wymuszą na producentach montowanie nowych technologii. To wszystko sprawia, że samochody drożeją.

– Niestety ze względu na te wymagania samochody na pewno będą drożały. Pytanie tylko, czy zdrożeją ze względu na koronawirusa? Bezpośredniej przyczyny nie ma, ale należy liczyć się z tym, że rynek będzie zaburzony, niektórzy producenci części czy podzespołów będą starali się zrekompensować straty. Zrobimy wszystko, żeby ceny nie poszły w górę. Zależy nam, żeby klienci przychodzili i kupowali samochody, bo od tego zależy sukces branży motoryzacyjnej. Trudno jednak powiedzieć, jaka będzie przyszłość – mówi prezes PZPM.

Efekt koronawirusa: ogromny problem z odzyskiwaniem długów i sprawy sądowe przesuwane nawet o rok

Sądy wracają do pracy. To nie oznacza jednak, że piętrzące się na biurkach wnioski przedsiębiorców o postępowania windykacyjne będą szybciej rozpatrywane. Specjaliści obawiają się, że sprawy, które miały być rozpatrzone wiosną trafią na wokandę dopiero za kilka miesięcy. Jakie będą efekty? Dla gospodarki i kondycji przedsiębiorców fatalne. Mec. Mateusz Galikowski uważa, że dramatycznie wzrośnie ilość dłużników, a Prezes Zarządu Grupy AVERTO dodaje, że koronawirus okazał się prezentem dla dłużników, którzy miesiącami unikali płacenia swoich zobowiązań.

  • Wstrzymanie postępowań przed sądem to fatalna wiadomość dla przedsiębiorców, którzy czekają na wyrok sądowy rozpoczynający proces egzekucyjny. „Odmrożenie” sądów daje nadzieje na przyspieszenie toku spraw
  • Każdy miesiąc zaniechania procesów egzekucyjnych skutkuje zmniejszeniem prawdopodobieństwa, że pieniądze uda się odzyskać
  • Koronawirus stał się więc dla dłużników sprzymierzeńcem – brak rozpraw, brak egzekucji, brak możliwości skutecznego odzyskiwania pieniędzy
  • Przedstawiciele AVERTO zapewniają jednak, że istnieje szereg sposobów działania, które mogą wesprzeć przedsiębiorców. Należy jednak działać aktywnie, zwłoka powoduje, że szanse na odzyskanie pieniędzy są coraz mniejsze.
  • „Szybkość postępowania ma przełożenie na procent odzyskania należności” – przekonuje Prezes Małgorzata Marczulewska

Radość dłużników, rozczarowanie wierzycieli. Sądy wracają do pracy, ale na rozprawy przyjdzie czekać długie miesiące

Pandemia koronawirusa sprawiła, że sądy działały w mocno ograniczonym trybie. Rozpatrywane były w większości tylko sprawy karne, rodzinne i te o statusie najpilniejszym. To zła wiadomość dla przedsiębiorców, którzy od miesięcy próbują uzyskać wyroki, które pozwolą na rozpoczęcie procesów windykacyjnych. Jak mówią specjaliści stowarzyszenia STOP Nieuczciwym Pracodawcom i firmy AVERTO, sytuacja jest poważna, bo sprawy, które miały odbyć się na przykład w marcu lub kwietniu przesuwane są na późną jesień lub nawet na rok 2021. Co to oznacza w praktyce? Radość dłużników, bo czują się nieuchwytni i rozczarowanie przedsiębiorców, bo dłużej czekają na swoje pieniądze.  Istnieje poważne zagrożenie, że wielu długów nie da się odzyskać, bo w tzw. „międzyczasie” dłużnicy zdążą ogłosić upadłość i zakończyć działalność gospodarczą lub popadną w jeszcze większe długi.

Sądy powoli wracają do pracy. Czy to oznacza, że dynamicznie ruszy rozpatrywanie pozwów przedsiębiorców? – Kalendarz jest już zapełniony. Rozpraw odbywa się mniej, bo ze względów epidemicznych ilość spraw została ograniczona, a po każdej rozprawie sala musi być zdezynfekowana. Siłą rzeczy więc sądy nie wrócą do swojej standardowej pracy. Nie możemy także zapominać, że zbliża się sezon urlopowy, a sędziowie mają rozpisane wolne od czasu jeszcze przed pandemią. Większość rozpraw, które miałyby się odbywać teraz będą mieć miejsce najwcześniej jesienią – wyjaśnia mec. Mateusz Galikowski.

Co w praktyce dla przedsiębiorców oznacza paraliż decyzyjności sądów? Procedury windykacyjne będą przeciągać się o kolejne miesiące. To bardzo niebezpieczna gospodarczo sytuacja gdyż wielu przedsiębiorców bardzo potrzebuje pieniędzy. Zatory płatnicze mogą doprowadzić do szeregu upadłości: – W najtrudniejszej sytuacji są wierzyciele , których dłużnik jest na granicy upadłości. Bez nakazu zapłaty, za rok nie będzie już od kogo tych pieniędzy odzyskać. Wielu przedsiębiorców bankrutuje, im dłużej trwać będzie proces odzyskiwania zaległości, tym większa obawa, że niestety windykacja nie będzie skuteczna – mówi Małgorzata Marczulewska, Prezes Zarządu Grupy AVERTO.  Firmom windykacyjnym pozostaje wnosić o zabezpieczenie należności, podejmowanie negocjacji lub po prostu czekanie na decyzje sądu, co w czasie pandemii trwa zdecydowanie dłużej niż wcześniej.

Specjaliści o „efekcie koronawirusa” – wierzyciele przestają wierzyć, że odzyskają swoje pieniądze

Gospodarczy „efekt koronawirusa” odczuwalny jest na wielu płaszczyznach. Jak mówi mec. Galikowski oraz Prezes Marczulewska przez to, że postępowania sądowe przeciągają się w czasie, wielu dłużników może uniknąć zapłacenia swoich zobowiązań. Stąd też ważne jest żeby wierzyciele nie ignorowali przedawnionych faktur i pilnowali by należności były regulowane na czas. Obecny kryzys gospodarczy może powodować, że wielu przedsiębiorców będzie mieć opóźnienia w opłacaniu produktów czy usług. Najgorsze jest pozwolenie na uruchomienie spirali zadłużenia.

– Jeżeli firma ogłosi upadłość lub dłużnik zakończy działalność to prawdopodobne jest, że uregulowanie zaległości będzie problemowe. Jeżeli dłużnik nie ureguluje wysokiej zaległości to do dyspozycji mamy również biuro detektywistyczne, które sprawdzi „ciche źródła dochodu” czy sytuacje dotycząc np. przepisywania majątku. Wierzyciele na obecną sytuację reagują bardzo źle, bo liczą się z tym, że odroczenie terminu rozprawy może oznaczać, że nie odzyskają pieniędzy. Mają pretensje do systemu. Cieszą się dłużnicy, bo czują się bezkarni. Warto też wspomnieć o dłużnikach, którzy chcą uregulować swoje zobowiązania. Dla nich obecna sytuacja jest okazją do porozumienia z wierzycielem i zebrania zaległych pieniędzy – wyjaśnia Małgorzata Marczulewska.  – Korzystają oszuści, a tracą uczciwi przedsiębiorcy – dodaje.

– Będzie wysyp zaległości zobowiązań, które będą ściągane przez dwa-trzy lata. Już widzimy, że osoby nieuczciwe dostały dodatkowe narzędzia do tego by uwolnić się od swoich zobowiązań – dodaje mec. Mateusz Galikowski. Specjaliści zwracają uwagę, że obecnie trudno jest oszacować kiedy odbędą się rozprawy, zdarzają się sytuacje, że niektóre terminy to już pierwszy kwartał 2021 roku. Oczywistym jest więc, że jeszcze trudniej odzyskać w roku 2021 dług, który już w roku 2020 był trudny do windykacji. Nie jest także wykluczone, że wiele spraw dotyczących konfliktów wynikających z  nieuregulowanych zobowiązań będzie kierowanych do mediatorów.

„Dramatycznie wzrośnie ilość niewypłacalnych dłużników”

Przedsiębiorcy zwracają także uwagę na to, że wstrzymanie postępowań sądowych mogło doprowadzić do tego, że przedsiębiorcy nie odzyskają swoich pieniędzy. Nie można bowiem wykluczyć, że gdyby rozprawa odbyła się w marcu 2020 roku to windykacja skutecznie doszłaby do skutku, taki sam wyrok jesienią 2020 lub wiosną 2021 może być już nieefektywny, bo dłużnik będzie już niewypłacalny lub zakończy swoją działalność. Trudno mieć tutaj pretensje do sądu, pandemia koronawirusa definiowana jest bowiem jako „siła wyższa”. Przedsiębiorcy są jednak rozczarowani i mają poczucie, że często pozostali sami ze swoimi problemami.

– Szybkość postępowania ma przełożenie na procent odzyskania należności. Czym szybciej postępowanie jest przeprowadzone, tym większa jest szansa na udaną windykację. Dramatycznie wzrośnie ilość niewypłacalnych dłużników, jest wiele branż które ucierpiały i będą niewypłacalne – mówi mec. Galikowski. – Mamy sytuacje, że sprawy z marca 2020 zostały przełożone na luty 2021, a to pierwszy termin, gdzie przecież wiele spraw się nie kończy po pierwszej rozprawie. Windykacja będzie więc skuteczna może za dwa lata – dodaje Prezes Marczulewska.

Polscy naukowcy badają pracę mózgu u dzieci z dysleksją. Chcą opracować metodę wczesnego wykrywania zaburzeń w nauce czytania

Około 10 proc. dzieci w Polsce może mieć problemy z nauką czytania, co często powoduje niechęć do nauki, kompleksy i problemy emocjonalne. – Diagnoza dysleksji możliwa jest dopiero od trzeciej klasy szkoły podstawowej, a to dość późno, żeby wprowadzać trening i terapię – mówi Katarzyna Chyl, doktorantka w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. Dzięki jej badaniom, które wykazały zmienione działania lewej półkuli mózgu u dzieci z dysleksją, możliwe będzie opracowanie testów przesiewowych do stosowania na wcześniejszym etapie edukacji. Za tę pracę ekspertka otrzymała stypendium w ramach programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.

Naukowcy z Instytutu Biologii Doświadczalnej PAN w Warszawie od wielu lat zajmują się zagadnieniami dotyczącymi dysleksji rozwojowej. Ostatnie badania umożliwiły pierwszą kompleksową ocenę czynników odpowiedzialnych za rozwój zaburzeń w czytaniu.

– Udało nam się lepiej zrozumieć, jak działa mózg małego dziecka, kiedy uczy się czytać, oraz co dzieje się w mózgu tych dzieci, którym czytanie sprawia szczególną trudność, a więc tych, u których diagnozowana jest dysleksja rozwojowa – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Chyl, doktorantka w Pracowni Neurobiologii Procesów Językowych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN. – Używamy techniki funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, dzięki czemu możemy niejako wejrzeć w mózg małego dziecka, które uczy się czytać.

Badacze odkryli, że mózg dziecka z dysleksją działa nieco inaczej w trakcie czytania niż dziecka bez zaburzeń. Różnice są widoczne bez względu na to, czy porównamy grupę dzieci z dysleksją do dzieci w tym samym wieku czytających lepiej, czy do młodszych czytających na podobnym poziomie.

– W obu tych sytuacjach obserwujemy podobny obniżony wzorzec aktywności lewopółkulowej sieci językowej w trakcie czytania – uściśla badaczka. – Nasze spostrzeżenia dowodzą, że mózg dziecka z dysleksją działa nieco inaczej i jest inaczej zbudowany. Być może pomoże to walczyć z przekonaniem, że dzieci z dysleksją są leniwe i nie wkładają pracy w naukę. Wiemy, że czytanie jest dla nich trudniejsze z powodów neurobiologicznych czy genetycznych. Nauczyciele i wychowawcy także coraz bardziej zdają sobie z tego sprawę.

W badaniach uczestniczyło kilkuset uczniów pierwszych pięciu klas szkoły podstawowej, zarówno z grup o podwyższonym ryzyku wystąpienia dysleksji, jak i wykazujących umiejętności percepcji tekstu typowe dla swego wieku. Polegały one na serii testów w formie gier komputerowych opracowanych specjalnie dla potrzeb projektu, angażujących te funkcje mózgu, które mogą być zaburzone w dysleksji. Część badań została przeprowadzona z użyciem aparatury okulograficznej, pozwalającej śledzić ruchy oczu podczas czytania. Aktywność i budowa mózgu były monitorowane za pomocą nowoczesnego skanera rezonansu magnetycznego.

– Przez kolejne lata śledziłyśmy postępy dzieci w nauce czytania, ale także w nabywaniu innych, powiązanych z czytaniem umiejętności szkolnych. W trzeciej klasie, kiedy możliwa już była diagnoza dysleksji, mogłyśmy też ocenić, z jakimi zadaniami dzieci, które później rozwinęły dysleksję, radziły sobie gorzej już w zerówce i w pierwszej klasie. Dzięki temu chcemy opracować testy przesiewowe do stosowania w wieku przedszkolnym, kiedy dzieci jeszcze nie czytają i zaczynają naukę, aby jak najwcześniej ocenić, które z nich obarczone są większym ryzykiem dysleksji. Wczesna diagnoza umożliwi pracę z nimi już na początku edukacji w szkole podstawowej – tłumaczy Katarzyna Chyl.

Dysleksja rozwojowa ma podłoże genetyczne, występuje u około 10 proc. populacji i nie przemija z wiekiem. W rodzinach, w których dysleksja już występowała, ryzyko dziedziczenia może sięgać aż 50 proc. U części osób może być ona wynikiem wystąpienia pojedynczego, bardzo wyraźnego czynnika związanego z funkcjami mózgu, u innych pojawi się wskutek szeregu drobniejszych zmian o zróżnicowanej naturze. Warszawscy naukowcy po raz pierwszy na świecie próbują podejść do zagadnienia kompleksowo – zbadać wpływ wszystkich znanych grup czynników: deficytów poznawczych, objawów behawioralnych i zmian neurologicznych w mózgu.

– Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę z tego, że dysleksja to ważny problem. Jeżeli dziecko ma tę szczególną trudność w nauce czytania, może się zniechęcić do szkoły, mieć kompleksy czy problemy emocjonalne. Dlatego nauczyciele i rodzice poszukują wiedzy nie tylko w publikacjach naukowych, do czego zachęcamy, ale również w mediach społecznościowych czy podczas Dni Mózgu organizowanych w naszym instytucie – dodaje doktorantka.

Za badania nad dysleksją Katarzyna Chyl otrzymała Stypendium im. Barbary Skargi w ramach programu START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej. Wyróżnienie to przyznawane jest za osiągnięcia naukowe, które charakteryzują się odważnym przekraczaniem granic pomiędzy różnymi dziedzinami nauki, otwierają nowe perspektywy badawcze i tworzą nowe wartości w nauce. Roczne stypendium wynosi 36 tys. zł.

Program START Fundacji na rzecz Nauki Polskiej jest najstarszym w Polsce programem stypendialnym dla najlepszych młodych naukowców reprezentujących wszystkie dziedziny nauki. Jego celem jest wspieranie wybitnych młodych uczonych i zachęcanie ich do dalszego rozwoju naukowego. W ciągu 28 lat realizacji programu prestiżowe stypendia zdobyło ponad 3100 wybitnych badaczy, którym FNP przekazała w sumie ponad 84,5 mln zł.

Do sprzedaży trafi przenośny oczyszczacz powietrza zabijający koronawirusa. Zastosowana w nim technologia może też pomóc w sterylizacji wody [DEPESZA]

Diody LED UV są śmiertelnie niebezpieczne dla wirusów i bakterii. Pasmo C o długości 100–280 nanometrów niszczy ich materiał genetyczny. Jest też jednak silnie pochłaniane przez azot w powietrzu, więc aby mogło działać na odległość, źródło światła musi być potężne. Firma SETi we współpracy z naukowcami z Korea University w Seulu opracowała przenośny oczyszczacz powietrza VAC. Wykorzystane w nim moduły LED eliminują 99,9 proc. koronawirusa w 30 sekund z odległości 3 centymetrów.

Naukowcy udowodnili już, że światło ultrafioletowe zabija koronawirusa. Niedawno pomyślnie zakończył się test robota LightStrike, który emituje światło o długości fali od 200 do 315 nanometrów i odkaża łóżka, klamki i duże powierzchnie. Zastosowanie znajdzie jednak wyłącznie w szpitalach, fabrykach czy magazynach. Trwają też prace nad urządzeniami, które można byłoby wykorzystywać do dezynfekcji w domu. Maszyny, które odkażają duże przestrzenie, używają energochłonnych lamp rtęciowych do wytwarzania światła ultrafioletowego C. Firmy na całym świecie pracują nad poprawą zdolności diod LED emitujących promieniowanie UV-C, aby zaoferować bardziej kompaktową i wydajną alternatywę.

Firma SETi we współpracy z naukowcami z Korea University w Seulu jako pierwsza stworzyła przenośny oczyszczacz powietrza, który niemal w całości zabija koronawirusa.

– Po raz pierwszy na świecie pojawiły się liczne trudności w opracowaniu i masowej produkcji półprzewodnikowych diod LED UV. Jako jedyna na świecie produkuje je obecnie amerykańska firma SETi. Dzięki współpracy opracowaliśmy technologię sterylizacji, która oczyszcza z wirusa SARS-Cov-2 – podkreśla Chae Hon Kim z firmy Seoul Viosys.

Diody UV są śmiertelnie niebezpieczne dla wirusów i bakterii –  pasmo C o długości 100–280 nanometrów niszczy ich materiał genetyczny. Pasmo jest też jednak silnie pochłaniane przez azot w powietrzu, dlatego źródła promieniowania muszą być potężne. Przykładowo promieniowanie UV-C słońca nie dociera do powierzchni Ziemi, bo barierą nie do przejścia jest właśnie powietrze.

Amerykańska firma stworzyła zaś takie moduły LED, które eliminują 99,9 proc. koronawirusa w 30 sekund z odległości 3 centymetrów. Co więcej, przenośny oczyszczacz zabija też większość bakterii w przeciwieństwie do tradycyjnych tego typu urządzeń. Zazwyczaj oczyszczacze odfiltrowują kropelki o wielkości większej niż 0,3 μm, ale wirusy o wielkości 0,1 μm mogą przedostać się przez ich filtr. W urządzeniu VAC wirusy skutecznie zabija światło ultrafioletowe. Użyta w nim technologia może też okazać się przydatna np. w odkażaniu wody.

– Aby ograniczyć rozprzestrzenianie się SARS-CoV-2, postanowiliśmy tymczasowo wprowadzić produkt na rynek, radykalnie ograniczając proces merchandisingu – dodaje Young Joo Lee, prezes zarządu Seoul Viosys. – Będziemy szukać globalnych partnerów w celu szerszej sprzedaży.

Sprzedaż online oczyszczacza ruszy już w czerwcu w Korei Południowej i Stanach Zjednoczonych. Firma nie wyklucza jednak, że urządzenie wkrótce trafi też na inne rynki.

Wzrost bezpośrednich rezerwacji online w polskich hotelach – branża wraca do normalności

Profitroom, należący do technologicznej grupy R22, odnotował w ostatnich dniach silny wzrost rezerwacji pokoi hotelowych przeprowadzonych przez własne narzędzie umożliwiające hotelom bezpośrednią sprzedaż pokoi na własnych stronach internetowych. 30 maja wzrost osiągnął aż +35 proc. r/r. pod względem ilościowym i rekordowo wysokie +90 proc. r/r pod względem wartościowym.

– Od drugiego tygodnia marca obserwowaliśmy spadek liczby rezerwacji związany z lockdownem, który osiągnął nawet -96 proc. r/r. Jednak w maju statystyki rosły, by w ostatnich dniach znacząco przebić obroty roku ubiegłego. 30 maja wzrost osiągnął aż +35 proc. r/r. pod względem ilościowym i rekordowo wysoki przyrost wartościowy +90 proc. r/r. Zwiększenie obrotów związane jest z rozwojem turystyki krajowej kosztem niepewnych dzisiaj wyjazdów zagranicznych. Można powiedzieć, że w obiektach wypoczynkowych kryzys się zakończył, szczęśliwie tuż przed sezonem. Na powrót koniunktury w hotelach typowo-biznesowych musimy poczekać przynajmniej do września – mówi Marcin Dragan, Przewodniczący Rady Nadzorczej Profitroom.

Jak zaznacza Marcin Dragan, w czasach kryzysu szczególnie istotną rolę pełnią rezerwacje bezpośrednie, pomijające portale pośredników. Hotelarze mogą zwiększyć ich liczbę dzięki systemom rezerwacyjnym o wysokiej konwersji, czy systemom klasy CRM.

– Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami w perspektywie najbliższych kilku miesięcy oczekujemy pozytywnych trendów rynkowych, związanych ze wzrostem krajowego ruchu turystycznego. Ten właśnie efekt widać już w notowanym wzroście liczbie rezerwacji pokoi hotelowych. Dlatego chcemy dalej rozwijać działalność Profitroom, zarówno w Polsce, jak i na zagranicznych rynkach. – komentuje Jakub Dwernicki, prezes Grupy R22.

Profitroom to rozwiązania e-commerce dla branży hotelarskiej, które umożliwia sprzedaż pokoi online na stronie internetowej hotelu, zarządzanie kanałami sprzedaży internetowej, obsługę gości przez system CRM, obsługę płatności internetowych oraz automatyzacje procesów zarządczych. Z rozwiązań Profitroom korzysta ponad 2 tys. hoteli – głównie są to polskie hotele, ale jest też ponad 200 klientów zagranicznych.

W ostatnich miesiącach Grupa R22 odnotowała również wzmożone zainteresowanie usługami hostingowymi oraz wielokanałowej komunikacji. Na początku marca klienci Grupy wygenerowali rekordową liczbę wysłanych komunikatów SMS i e-mail. Również w kolejnych tygodniach wolumeny wysyłek pozostały na wysokim poziomie, co wynika przede wszystkim z większej aktywności konsumentów w obszarze zakupów internetowych. Według Jakuba Dwernickiego w średnim i długim terminie epidemia i tzw. lockdown przełożą się na zwiększone zainteresowanie rozwiązaniami w obszarze automatyzacji i cyfryzacji procesów biznesowych w zasadzie we wszystkich branżach.

Raport gospodarczy dot. COVID-19 – Łukasz Blichewicz, ASSAY

W historii epidemie zdarzały się często i zawsze miały znaczący, negatywny wpływ na gospodarkę. Obecny kryzys ekonomiczny jest jednak z kilku powodów wydarzeniem bezprecedensowym. Oparte na usługach, nowoczesne gospodarki są w ogromnym stopniu uzależnione od powiązań społecznych. A to właśnie w nie uderza koronawirus, wymagając przemodelowania najistotniejszych procesów biznesowych. Poziom ryzyka związanego z zarządzaniem przedsiębiorstwami wymknął się spod kontroli. Zakłócenia dotyczą zarówno globalnych łańcuchów wartości, jak i najmniejszych organizacji, takich jak zakłady fryzjerskie. Często brak jest danych niezbędnych do podejmowania kluczowych decyzji na poziomie pojedynczych przedsiębiorstw, jak i całych gospodarek. Wszyscy jesteśmy zmuszeni do działania w warunkach coraz większej niepewności. Jednak z globalnego chaosu powoli wyłania się obraz gospodarki po pandemii. Zaczyna się czas odbudowy i szybkiego wzrostu gospodarczego.

Opis zjawiska

Epidemia jest w odwrocie w większości krajów świata.

W grudniu 2019 roku, w Wuhan we wschodnich Chinach, po raz pierwszy zidentyfikowano ognisko SARS-CoV-2 (wirusa mogącego wywołać ostrą chorobę układu oddechowego). Od tego czasu wirus stopniowo rozprzestrzeniał się najpierw w Chinach, a następnie po całym świecie. 11 marca Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła stan pandemii.

COVID-19 nierównomiernie dotknął różne regiony świata. Na dzień 17 maja 2020 r. najwięcej potwierdzonych przypadków infekcji zanotowano w Europie Zachodniej
i Ameryce Północnej. Najmniej zachorowań udokumentowano natomiast w Afryce. W dziesięciu krajach liczba potwierdzonych zakażeń przekroczyła 100.000. Są to: USA, Rosja, Wielka Brytania, Brazylia, Hiszpania, Włochy, Niemcy, Turcja, Francja i Iran.

Wskaźnik śmiertelności COVID-19 w stosunku do ilości stwierdzonych przypadków jest różny w poszczególnych krajach. Wśród dziesięciu krajów z największa liczbą zakażeń, najwyższą śmiertelność zanotowano we Francji – 18,8 zgonów na 100 przypadków infekcji. Ogólnoświatowa średnia wynosi 6,5%.

Obecnie w USA i prawie wszystkich krajach Europy Zachodniej obserwujemy dynamiczny spadek liczby przypadków. W USA, gdzie pod koniec kwietnia 2020 roku diagnozowano ponad 30000 zakażeń dziennie, obecnie liczba potwierdzonych zakażeń kształtuje się na poziomie pomiędzy 20000 a 25000. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, gdzie średnia dzienna liczba potwierdzonych przypadków spadła z 6000 do 3000. We Włoszech odnotowano spadek z 6000 do 500 przypadków na dobę, w Hiszpanii z 7000 do niecałych 500.

Wzrost liczby potwierdzonych przypadków ma miejsce obecnie w Ameryce Południowej, głównie w Brazylii, Argentynie, Chile, Peru i Wenezueli. Podobnie jest w południowej Azji, między innymi w Indiach, Pakistanie i Bangladeszu. Sytuacja nie jest jeszcze opanowana w Rosji, a w Iranie obserwujemy ponowny wzrost liczby zachorowań od początku maja. Na dzień 27 maja 2020 r. zgłoszono prawie 5,5 mln przypadków zachorowań w ponad 188 krajach, co spowodowało prawie 350 tys. zgonów.

Źródło: WHO – Coronavirus Disease (COVID-19) Situation Report – 128 (27 maja 2020); coronavirus.jhu.edu

Aktualna sytuacja

Światowe giełdy po marcowym załamaniu dynamicznie odrabiają straty.

Pandemia szkodzi gospodarce na dwa sposoby. Pierwszy z nich związany jest bezpośrednio z zachorowaniami. Według przeprowadzonych analiz 15 pandemii, które od XIV wieku pochłonęły ponad 100 tys. ofiar, ich wpływ na wycenę aktywów może trwać nawet przez 40 lat. Spada wartość dóbr inwestycyjnych oraz pieniądza, wzrasta dług publiczny. Spowolnienie gospodarcze wynika z ubytków w ludności czynnej zawodowo, a także ze zwiększonej absencji chorobowej. Obecna pandemia jednak w niewielkim stopniu zagraża ludności w wieku produkcyjnym. Większość zgonów dotyczy osób najstarszych, z reguły niepracujących.

Druga kategoria konsekwencji, o zdecydowanie większej skali wpływu, spowodowana jest działaniami ograniczającymi rozprzestrzenianie się koronawirusa. Począwszy od wstrzymania ruchu lotniczego, przez zamykanie granic, odwoływanie wydarzeń sportowych, zakazy zgromadzeń, zamykanie sklepów, restauracji i barów, aż po wyłączenie całej działalności gospodarczej poza niezbędną do zapewnienia podstawowych środków. Stopniowe wyłączanie gospodarki jest działaniem absolutnie bez precedensu.

Uważa się, że obecnie około 3 mld ludzi, czyli ponad 1/3 światowej populacji, jest poddana różnego rodzaju ograniczeniom. Aż 188 krajów zamknęło szkoły, co dotknęło ponad 1,5 mld uczniów – 91,3% wszystkich. Negatywne skutki społeczne i gospodarcze mogą objawiać się jeszcze na wiele lat po ustąpieniu pandemii.

COVID-19 ma widoczny wpływ na ogólną kondycję światowej gospodarki, mając przełożenie na rynki kapitałowe, surowcowe, rynek pracy, walut oraz nieruchomości.

Produkt krajowy brutto

Dostępne dane Banku Rezerwy Federalnej w St Louis, odpowiedzialnego za zbieranie danych o gospodarce amerykańskiej wskazują, że PKB Stanów Zjednoczonych w pierwszym kwartale 2020 roku był mniejszy niż w czwartym kwartale 2019 o niecałe 2,3%. Cały czas jednak pozostał wyższy o 0,2% niż w pierwszym kwartale 2019.

Eurostat nie opublikował jeszcze danych ze wszystkich państw europejskich. Spośród dostępnych, najciekawsze są dane z Niemiec. Wskazują one na takie same tendencje, jakie są widoczne w USA. Spadek PKB Niemiec w pierwszym kwartale 2020 wyniósł 3,9% w porównaniu z czwartym kwartałem 2019. Był jednak wyższy o 0,5% w porównaniu z pierwszym kwartałem ubiegłego roku.

Na niekorzyść danych wskazuje to, że spowolnienie gospodarcze zarówno w Europie, jak i w Stanach Zjednoczonych rozpoczęło się dopiero od marca. Tak naprawdę interesujące będą więc dopiero dane za drugi kwartał. Pokażą one nie tylko skalę załamania, ale również reakcję gospodarek na znoszenie ograniczeń od maja 2020.

Rynek kapitałowy

Od pierwszej połowy lutego najważniejsze amerykańskie indeksy giełdowe zaczęły notować poważne spadki. Najgorszym dniem na giełdach był 23 marca, kiedy licząc od początku roku, DJIA tracił 34,85%, S&P500 24,36%

a NASDAQ 23,54%. Spadki te są porównywalne z największymi dotychczasowymi krachami giełdowymi z 1929, 1987 oraz 2008 roku. Od 23 marca wszystkie omawiane indeksy zaczęły dość dynamicznie rosnąć, co było konsekwencją ogłoszenia przez amerykańską rezerwę federalną nieograniczonego dodruku pieniądza oraz nieograniczonego wykupu papierów wartościowych emitowanych przez rząd Stanów Zjednoczonych.

Skala spadków europejskich indeksów była bardzo podobna. Brytyjski indeks FTSE, licząc od początku roku, w najgorszym momencie tracił 33,79%, niemiecki DAX 36,94%, francuski CAC40 37,19%.

Jeden z najgorszych wyników na świecie osiągnął warszawski WIG20, który tracił aż 40,65%. W Polsce obawy inwestorów związane z koronawirusem nałożyły się na ich niewielkie zaufanie dla notowanych na warszawskiej giełdzie spółek skarbu państwa. Te spółki mają kluczowy wpływ na wartość indeksu, a inwestorzy źle wyceniają ich upolitycznienie, jak również zmiany prawne dotyczące największych spółek energetycznych.

Z ogólnoświatowego trendu nie wyłamały się również największe indeksy azjatyckie. Chiński Shanghai SECI zanotował spadek o 12,78%. Japoński indeks NIKKEI 225 zanotował obniżkę wartości o 28,67%.

Obecnie wszystkie indeksy znajdują się w fazie odbicia, niemniej z wyjątkiem technologicznego NASDAQ nadal nie powróciły do poziomów z początku roku.

Wyraźnie widać, że zachowanie indeksów giełdowych jest uzależnione od emisji pieniądza przez banki centralne państw rozwiniętych. Również zapewnienie płynności systemowi bankowemu w czasie kryzysu, prawdopodobnie uchroniło światowe giełdy przed dalszym załamaniem.

Towary i surowce

Indeks towarów wolnorynkowych (UNCTAD Free Market Commodity Price Index) mierzący ceny towarów

i surowców eksportowanych przez kraje rozwijające się, stracił w styczniu 1,2% swojej wartości, w lutym kolejne 8,5%, a w marcu załamał się notując spadek aż o 20,4%. Głównym motorem spadków były ceny paliw, które w marcu zanurkowały aż o 33,2%.

W historii FMCPI ponad dwudziestoprocentowy spadek w ciągu jednego miesiąca jest zjawiskiem wyjątkowym. W czasie światowego kryzysu finansowego z 2008 roku utrata wartości miesiąc do miesiąca wyniosła maksymalnie 18,6%. W tamtym czasie okres spadków trwał sześć miesięcy. Świadczy to o silnym deflacyjnym charakterze obecnego kryzysu ekonomicznego.

Maksymalna strata wartości indeksu Brent Oil w okresie ostatnich 6 miesięcy (grudzień 2019 – maj 2020) wyniosła aż 69,78%.

Cena ropy Brent osiągnęła wartość najniższą od 21 lat (20,59$ za baryłkę). Wskaźnik Brent Oil jest benchmarkiem wykorzystywanym przez Europę i resztę świata.

W Stanach Zjednoczonych cena baryłki WTI Oil w kontraktach terminowych z dostawą na maj 2020 po raz pierwszy w historii osiągnęła wartości ujemne. Wydarzenie to, choć powszechnie komentowane w mediach, nie miało dużego wpływu na realną sytuację inwestorów. Spadek miał miejsce na krótko przed terminem zapadalności kontraktu, kiedy jego płynność była bardzo ograniczona. Większość brokerów handlowała już wtedy tylko kontraktem czerwcowym, którego wartość spadła w najgorszym momencie do około 12 dolarów.

Rynek pracy

Bezprecedensowy szok wstrząsnął również rynkiem pracy, wyrażając się największym spadkiem zatrudnienia od czasów II wojny światowej. Zamrożenie niektórych gałęzi gospodarki z powodu pandemii miało natychmiastowy i znaczący wpływ na zatrudnienie.

Łączna liczba roboczogodzin na świecie w drugim kwartale 2020 roku może spaść nawet o 10,5%, co odpowiada liczbie 305 milionów pracowników zatrudnionych w pełnym wymiarze, w 48 godzinnym tygodniu pracy.

Wpływ COVID-19 na zatrudnienie jest głęboki, dalekosiężny i dotąd niespotykany. Ponadto ma on charakter natychmiastowy i gwałtowny. Jego źródłem były głównie wprowadzone ograniczenia. Spadek zatrudnienia oznacza, że wielu pracowników na całym świecie zmaga się z utratą dochodów. W wielu przypadkach prowadzi ich oraz ich rodziny do ubóstwa. W negatywnym scenariuszu Światowej Organizacji Pracy z połowy marca 2020 roku, w następstwie pandemii może pojawić się nawet 24,7 mln nowych bezrobotnych. Podczas kryzysu 2007-2009 wzrost wyniósł 22 mln.

Handel międzynarodowy i łańcuch dostaw

Pandemia COVID-19 niewątpliwie powoduje poważne reperkusje dla gospodarki światowej, nie tylko krótkoterminowe

– w postaci globalnej recesji, której skalę i okres trwania trudno jest ocenić, ale także obejmujące zapoczątkowane już dostosowawcze procesy długoterminowe o charakterze systemowym i strukturalnym. Obszarem bardzo mocno dotkniętym następstwami obecności pandemii, jest światowy handel oraz siatka międzynarodowych zależności produkcyjnych w ramach globalnych łańcuchów dostaw.

W przeszłości pandemie i inne naturalne katastrofy powodowały także zakłócenia w dostawach, jednak działo się to w mniejszym stopniu niż obecnie. Zaburzenia miały charakter lokalny i dotyczyły dostaw dla poszczególnych gałęzi przemysłu. Tymczasem rozmiar oddziaływania gospodarczego związanego z epidemią COVID-19 jest niespotykany. Według niektórych szacunków wirus może dotknąć ponad 60% światowej populacji. Światowa Organizacja Handlu prognozuje deprecjację światowego handlu o 13-32% w 2020 r. Oszacowano, że 75% przedsiębiorstw w USA zgłaszało zakłócenia związane z łańcuchem dostaw wynikające z pandemii koronawirusa.

Pandemia COVID-19, pod względem liczby dotkniętych osób, zasięgu geograficznego i okresu trwania jest dużo bardziej rozległa niż dotychczasowe pandemie, jakie miały miejsce po II wojnie światowej. Także implikacje ekonomiczne osiągną większą skalę ze względu na większą rolę międzynarodowych powiązań w gospodarce. Należy być gotowym, że w obszarze handlu międzynarodowego dokona się przyspieszenie i zintensyfikowanie trendów, które były widoczne już wcześniej.

W szczególności można spodziewać się takich tendencji i zjawisk, jak:

  • deprecjacja wolumenu handlu międzynarodowego, jego deglobalizacja, dywersyfikacja łańcuchów dostaw oraz wzrost protekcjonizmu,
  • spadek znaczenia Chin w światowych łańcuchach dostaw,
  • zwiększenie nacisku na bezpieczeństwo dostaw w sektorach strategicznych w polityce handlowej państw,
  • pogłębienie kryzysu Światowej Organizacji Handlu.

Wpływ COVID-19 na poszczególne branże

PRZEMYSŁ LOTNICZY

Przemysł lotniczy boryka się z najgłębszym kryzysem w historii, ponosząc ciężar konsekwencji wybuchu epidemii w większym stopniu niż inne branże. Przy uziemieniu około 90% floty i prawie zerowym popycie na podróże, ograniczenie ruchu znacznie przekroczyło poziom obserwowany w czasie takich zdarzeń, jak SARS i ataki terrorystyczne z 11 września 2001 r. Analiza wpływu ekonomicznego COVID-19 na lotnictwo przeprowadzona przez Międzynarodową Organizację Lotnictwa Cywilnego (ICAO) wskazuje, że w 2020 roku całkowita liczba pasażerów w ruchu lotniczym spadnie do 3,208 miliarda (o 1,825 miliarda mniej niż w roku 2019). Oznacza to 418 miliardów dolarów strat dla całej branży.

Tylko w marcu 2020 liczba pasażerów spadła o 198 milionów (54%). Największe spadki odnotowano w regionie Azji i Pacyfiku (aż o 85 milionów), w Europie i Ameryce Północnej ubytek pasażerów wyniósł odpowiednio 50 i 35 milionów. O 19% zmniejszył się także lotniczy ruch towarowy. Utrata przychodów przez linie lotnicze w marcu 2020 szacowana jest na 28 miliardów USD. Lotniska i dostawcy usług żeglugi powietrznej stracili odpowiednio około 8 miliardów i 824 miliony USD.

TURYSTYKA

Rozwój turystyki zależy od możliwości swobodnego podróżowania. A możliwości te zostały ograniczone przez władze wielu krajów, między innymi poprzez nakazy pozostania w domach.

W krajach, gdzie restrykcje dotyczące podróżowania nie były drastyczne, jak na przykład w Polsce, liczba podróżnych spadła również z powodu strachu przed zakażeniem.

Na chwilę obecną nadal obowiązują zakazy wjazdu do wielu krajów, co bezpośrednio przekłada się na cały przemysł turystyczny, utratę dochodów osób i firm związanych z branżą oraz wzrost bezrobocia.

W 2020 roku międzynarodowy ruch turystyczny może być mniejszy aż o 20 – 30% w porównaniu z rokiem 2019. Będzie to miało ogromny wpływ na sektor turystyczny składający się w 80% z małych i średnich przedsiębiorstw. Spadek dochodów sektora może wynieść nawet 410 miliardów euro.

Liczba osób wyjeżdżających za granicę w celach turystycznych w roku 2019 wyniosła 1,5 miliarda.

W bieżącym roku ta liczba ma się zmniejszyć do 1 miliarda. Zależy to oczywiście od dalszego rozwoju wydarzeń, w tym od możliwości ponownego wprowadzenia ograniczeń.

GASTRONOMIA

Kolejną branżą, która mocno ucierpiała w czasie obecnej pandemii, jest gastronomia. Według National Restaurant Association sprzedaż w restauracjach w USA spadnie o ponad 226 miliardów dolarów w ciągu najbliższych trzech miesięcy.

Restauracje w Londynie już odnotowują 47-procentowy spadek liczby odwiedzin w porównaniu z rokiem 2019. Jeśli sytuacja utrzyma się do lata, Światowa Rada ds. Podróży i Turystyki przewiduje globalną utratę 75 milionów miejsc pracy i ponad 1,9 biliona euro dochodów.

MEDIA I ROZRYWKA

Pandemia COVID-19 wywarła również ogromny wpływ na przemysł rozrywkowy. Aby powstrzymać rozprzestrzenianie się infekcji, rządy większości państw zamknęły kina, teatry, muzea i parki rozrywki oraz odwołały wydarzenia kulturalne generujące duże skupiska ludzi – przede wszystkim koncerty.

Wiele produkcji filmowych zostało odwołanych lub musiało zmienić swoje harmonogramy albo lokalizacje. Ta część sektora rozrywkowego, która miała taką możliwość, przeniosła swoją działalność do internetu. Jest to jednak niewielki odsetek przedsięwzięć. Straty wywołane przez COVID-19 w przemyśle rozrywkowym są niezwykle trudne do oszacowania i mogą sięgać miliardów dolarów.

SPORT

Globalną wartość przemysłu sportowego szacuje się na 756 miliardów USD rocznie.

Aby uchronić zdrowie sportowców, kibiców i innych zaangażowanych osób, odwołana lub przełożona została większość ważnych wydarzeń sportowych na poziomie międzynarodowym, regionalnym i krajowym. Igrzyska Olimpijskie i Paraolimpijskie po raz pierwszy w swojej nowożytnej historii zostały przełożone i odbędą się w 2021 r. Podobnie będzie z mistrzostwami Europy w piłce nożnej.

Środki mające na celu powstrzymanie wirusa spowodowały również trudności w dostawach towarów dla przemysłu sportowego. Opóźniają się dostawy odzieży i sprzętu sportowego. Na sytuację finansową takich gigantów odzieżowych, jak Puma i Adidas negatywnie wpływa konieczność zamknięcia sklepów w Chinach.

Produkcja towarów w Chinach spadła w marcu do rekordowo niskiego poziomu. Dostawy towarów zostały spowolnione przez restrykcje oraz niedobór materiałów i surowców. Na podaż towarów z Chin wpłynęła również wojna handlowa USA-Chiny.

W obliczu COVID-19 na całym świecie zagrożonych jest wiele milionów miejsc pracy związanych ze sportem. Problemy dotyczą nie tylko profesjonalnych sportowców, ale także powiązanych branż detalicznych, obejmujących podróże, turystykę, infrastrukturę, transport, catering i transmisje w mediach. Oszacowano, że koszt przełożenia Igrzysk Olimpijskich w Tokio 2020 na rok 2021 wyniesie około 2 mld funtów. Odroczenie i odwołanie wydarzeń sportowych miało również wpływ na prawa do transmisji. Według SportBusiness Consulting w 2018 r. wartość umów na globalne prawa do transmisji wyniosła 49,5 mld USD.

Według doniesień na dzień 28 maja, angielska Premier League, której krajowe i międzynarodowe kontrakty będą warte 9,2 miliarda funtów w latach 2019-2022, zawiesiła mecze do 16 czerwca 2020 r. Rozgrywki mają zakończyć się 1 sierpnia.

Koronawirus pojawił się w czasach, gdy BT Sports i Sky Sports mają uiścić sześciomiesięczną opłatę licencyjną za pierwszą połowę sezonu – łącznie 530 milionów funtów. Jeśli jednak sezon nie zakończy się do 16 lipca, Sky Sports i BT Sports mogą zażądać nawet 762 milionów funtów. Wynika to z faktu, że Premier League ma wobec nadawców obowiązek emisji meczów na żywo.

Narzędzia antykryzysowe

Zdecydowane reakcje rządów i władz monetarnych pozwoliły na uniknięcie załamania na rynkach finansowych

Niemal wszystkie rządy na świecie prowadzą działania mające na celu ochronę gospodarki przed szokiem wywołanym pandemią i wprowadzonymi ograniczeniami. Są to zarówno działania fiskalne, jak i w obszarze polityki pieniężnej. Są one wzorowane na działaniach, które pomogły w łagodzeniu skutków poprzednich kryzysów.

Szybka reakcja banków centralnych przypomina działania podjęte podczas kryzysu finansowego z 2008 roku. Deklaracje, że zrobione zostanie wszystko co tylko trzeba („whatever it takes”) dla ratowania gospodarki mają uspokoić rynki. Przede wszystkim polegają one na finansowaniu zwiększonych deficytów i długu publicznego.

  • 193 kraje objęte monitoringiem MFW podjęły działania w związku z rozprzestrzenianiem się epidemii.
  • 65 – to liczba krajów, w których bank centralny obniżył stopy procentowe.
  • Ponad 3.000 mld USD – tyle nowych wydatków budżetowych zadeklarowały na początku kwietnia państwa G20 i Polska na walkę z konsekwencjami COVID-19. Dodatkowo ponad 4.300 mld USD przeznaczą na pożyczki i gwarancje.
  • UE na walkę ze skutkami koronawirusa ma przeznaczyć nawet 2,4 bln EUR.
  • 23 kwietnia 2020 r. Ministrowie finansów państw UE doszli do porozumienia w sprawie pakietu ratunkowego, którego wartość ma wynieść do 540 mld EUR. Zgodzili się też na wartą 100 mld euro inicjatywę SURE, która ma wspierać utrzymywanie miejsc pracy. Kolejne inicjatywy to fundusz gwarancyjny Europejskiego Banku Inwestycyjnego (EBI) o wartości 200 mld euro oraz specjalne narzędzie kryzysowe (Pandemic Crisis Support) o wartości 2% PKB krajów eurolandu, czyli około 240 mld euro, w ramach Europejskiego Mechanizmu Stabilności (EMS). Środki te mają zostać przeznaczone na bezpośrednią walkę ze skutkami koronawirusa.
  • Według informacji PAP Komisja Europejska ma zaproponować 750 mld euro na odbudowę gospodarczą w UE. Będzie to 500 mld euro w formie bezzwrotnych grantów i 250 mld w formie pożyczek. Polska dostanie z tego aż 63,8 mld euro. Jesteśmy jednym z największych beneficjentów. Polska ma otrzymać największą po Włoszech, Hiszpanii i Francji sumę bezzwrotnych dotacji. Możemy liczyć na 37,69 mld euro w grantach (81,7 mld miałoby trafić do Włoch, 77,3 mld do Hiszpanii, a 38,7 mld do Francji). Z kolei w pożyczkach, Polska miałaby otrzymać 25,1 mld euro, Włochy 90 mld,a Hiszpania 63 mld. W tej kategorii nasz kraj jest na trzecim miejscu, gdyż zgodnie z założeniami niektóre kraje członkowskie nie będą korzystać z tego instrumentu. Warto pamiętać, że wspomniane 63 mld euro to kwota brutto i nie uwzględnia pieniędzy, które Polska będzie musiała wpłacać do unijnego budżetu na spłatę zaciągniętych pożyczek. Korzyść netto, to więc blisko 38 mld euro. Spłacać kredyty Unia ma jednak zacząć dopiero po 2027 roku.
  • Ochrona zatrudnienia, zmniejszenie obciążeń i zachowanie płynności finansowej w firmach to główne cele pakietu ustaw, które składają się na tarczę antykryzysową. Szacowana całkowita wartość polskiej tarczy antykryzysowej związanej z pandemią COVID-19 to ponad 300 mld zł, czyli ok. 15% PKB. To największa skala pomocy w historii współczesnej Polski. Składa się na nią pakiet ustaw oraz tzw. tarcza finansowa. Tarcza finansowa to prawie 100 mld zł, które trafiają do mikrofirm, MŚP i dużych przedsiębiorstw. Składa się z 3 podstawowych komponentów o łącznej wartości 100 mld zł (4,5 proc. PKB), w ramach których: do mikrofirm (zatrudniających co najmniej 1 pracownika) trafi 25 mld zł, do małych i średnich firm – 50 mld zł, do dużych przedsiębiorstw – 25 mld zł. Skorzysta z niej nawet 670 tys. polskich firm. Za realizację tarczy finansowej dla firm odpowiada Polski Fundusz Rozwoju.

 

Gdzie szukać oszczędności na biurowym rynku w Warszawie?

Sytuacja na warszawskim rynku biurowym w najbliższych miesiącach będzie bardzo interesująca. Firmy muszą zaadoptować się do bardziej zaostrzonych warunków bezpieczeństwa i higieny pracy. Dla części z najemców będzie to także czas na podjęcie kluczowych decyzji dotyczących ich przyszłości w obecnych lokalizacjach. Co więcej, w kontekście dużego upowszechnienia pracy zdalnej, firmy muszą przemyśleć dotychczasową politykę kadrową i zadecydować o wielkości zajmowanej powierzchni. Który wariant będzie lepszy – duże biuro z zachowaniem odpowiedniego dystansu, mniejsze z systemem „hot desk”, a może hybryda, czyli pozostanie w dobrze znanej lokalizacji i skorzystanie z powierzchni coworkingowej? Z pewnością wpływ na podejmowane decyzje będzie miała obecna i planowana sytuacja ekonomiczna firm, a jedną z kluczowych zmiennych zostanie wysokość czynszu. Jak prezentują się obecne wywoławcze stawki najmu w podziale administracyjnym stolicy w obiektach A- i B-klasowych? To postanowiła sprawdzić firma doradcza AXI IMMO.

– W strukturze stawek najmu na najbliższe miesiące spodziewamy się, że trudniejsza sytuacja ekonomiczna wielu firm poskutkuje bardziej zdecydowanymi negocjacjami, co może przełożyć się na niższe stawki efektywne i zwiększenie zachęt ze strony deweloperów. Będziemy obserwować odejście od rynku wynajmującego na rzecz rynku najemcy. W nowych warunkach rynkowych mogą zyskiwać na popularności tańsze lokalizacje poza centrum, takie jak Mokotów czy Ochota. Standard biur w tych lokalizacjach bardzo często nie różni się znacząco od prestiżowego centrum – mówi Martin Lipiński, Dyrektor Działu Powierzchni Biurowych i Reprezentacji Najemcy, AXI IMMO.

Stawki czynszów na biurowym rynku w Warszawie

Top3 z najdroższymi lokalizacjami w podziale administracyjnym w kontekście powierzchni A-klasowej na warszawskim rynku biurowym są Śródmieście 19-25 EUR/ mkw.Wola 16-23 EUR/ mkw. i dość zaskakująco Praga Północ 14-16,5 EUR/ mkw. Biorąc pod uwagę czynsze na powierzchniach B-klasowych pierwsza dwójka pozostaje bez zmian tj. Śródmieście 15-19 EUR/ mkw., Wola 13-16 EUR/ mkw. jednak na pozycji trzeciej plasują się Praga Północ oraz Ochota 12-13,5 EUR/ mkw.  Najtaniej powierzchnię biurową A-klasy w stolicy można wynająć na Białołęce 10,5-11 EUR/ mkw., natomiast B-klasową na Ursusie 7-8,5 EUR/ mkw. Powoli ustępująca kosztem Woli, największa biznesowa dzielnica Warszawy, czyli Mokotów z czynszami 11-15 EUR/ mkw.  i 10-13 EUR/ mkw. plasuje się w dolnej części zestawienia.Gdzie szukać oszczędności na biurowym rynku w Warszawie

Warszawska mapa biurowych stawek czynszów

– Zdecydowaliśmy się na klasyczną mapę z podziałem administracyjnym dzielnic w Warszawie. Odejście od przyjętego strefowego schematu pozwoliło na bardziej precyzyjne i przejrzyste zaprezentowanie obowiązujących stawek najmu nowoczesnych powierzchni biurowych w budynkach A- i B-klasowych. Podział na dzielnice pokazał także, że niektóre lokalizacje tylko z pozoru wydają się tańsze. Tu najlepszym przykładem jest Praga Północ, która w obu zestawienia zajęła wysokie miejsca – mówi Tomasz Marsz, Dyrektor Działu Klientów Korporacyjnych, Dział Powierzchni Biurowych, AXI IMMO.

– Mokotów to nadal bardzo atrakcyjna dzielnica stricte biurowa oferująca jedne z najbardziej atrakcyjnych stawek najmu w całej Warszawie. Obecna tam infrastruktura biurowa i cały czas polepszająca się sytuacja komunikacyjna sprawia, że część firm przy okazji ewentualnej zmiany swojej siedziby może bardziej przychylnie rozważyć tę propozycję.– dodaje Tomasz Marsz.

Popyt i podaż na biura w Warszawie

Całkowita aktywność najemców na warszawskim rynku biurowym w ostatnich dwóch latach wyniosła ponad 1,7 mln mkw. (2018 r. – 860 440 mkw., 2019 r. – 878 000 mkw.) i choć na zakończenie I kw. 2020 r. wyniki popytu były bardzo dobre. Firmy zdecydowały się na podpisanie umów najmu na blisko 138 900 mkw. (-0,5% r/r). Kolejne miesiące br., w efekcie pandemii SARS-CoV-2, nie zapowiadają się tak optymistycznie. Uzyskanie tak wysokiego popytu w latach 2018 i 2019 było związane z planowaną na  lata 2020-21 dużą podażą powierzchni biurowej, w wyniku której m.in. okolice Ronda Daszyńskiego docelowo przejmą rolę największej dzielnicy biznesowej stolicy i wraz z pozostałymi lokalizacjami centralnymi skupią większość największych firm.

W tym roku według zapowiedzi deweloperów możemy spodziewać się ok. 343 000 mkw. nowej podaży, z której ok. 75% zostało już zabezpieczone umowami przednajmu. Wśród największych tegorocznych spodziewanych projektów znajdują się m.in. Mennica Legacy Tower 66 000 mkw., Golub GetHouse, kolejne etapy The Warsaw HUB B i C 61 000 mkw., Ghelamco Poland, Skyliner 44 000 mkw., Karimpol czy Chmielna 89, 26 000 mkw., Cavatina Holding. Natomiast w przypadku braku opóźnień na 2021 rok spodziewane jest dostarczenie kolejnych 400 000 mkw.

Jaka przyszłość na rynku biurowym „After Covid”?

– Przed nami bardzo ciekawe miesiące na warszawskim rynku biurowym. Otóż wprowadzenie polityki oszczędności w wielu firmach spowodowane gorszymi wynikami finansowymi w pierwszej połowie 2020 roku może doprowadzić do renegocjacji dotychczas podpisanych umów przednajmu lub do częściowego podnajmu swoich powierzchni. W przypadku negocjacji nowych umów, jak i renegocjacji istniejących spodziewamy się większej elastyczności ze strony wynajmujących rozumianej jako pokrycie części wydatków aranżacji biur, dłuższych okresów bezczynszowych, a w skrajnych przypadkach krótszych umów najmu – dodaje Tomasz Marsz.

Aktywność inwestorów na rynkach Grupy GPW – maj 2020 r.

  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń[1] na Głównym Rynku o 23,0% rdr do 20,5 mld zł
  • Wzrost wartości obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect o 914,2% do 852,2 mln zł
  • Wzrost wolumenu obrotu instrumentami pochodnymi o 35,9% rdr do poziomu 744,9 tys. szt.
  • Wzrost łącznego obrotu produktami strukturyzowanymi o 110,7% rdr do 194,5 mln zł
  • Wzrost łącznego obrotu ETF-ami o 420,7% rdr do 75,9 mln zł
  • Wzrost wartości obrotu obligacjami nieskarbowych na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń o 10,3% do poziomu 232,6 mln zł
  • Wzrost łącznego wolumenu obrotu energią elektryczną o 6,2% do poziomu 19,4 TWh
  • Spadek łącznego wolumenu obrotu gazem ziemnym o 0,9% rdr do 13,6 TWh

W maju 2020 r. łączna wartość obrotu akcjami na Głównym Rynku GPW wyniosła 21,7 mld zł, czyli o 28,6% więcej niż w analogicznym okresie rok wcześniej. Wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wzrosła o 23,0% rdr do poziomu 20,5 mld zł. Średnia dzienna wartość obrotu akcjami w ramach arkusza zleceń wyniosła 1,025 mld zł, o 29,1% więcej niż rok wcześniej. Wartość indeksu WIG na koniec maja 2020 r. wyniosła 48 127,64 pkt i była o 16,9% niższa niż przed rokiem.

Na rynku NewConnect w maju 2020 r. odnotowano wzrost łącznej wartości obrotu akcjami o 909,1% rdr do poziomu 857,6 mln zł. Wartość obrotów akcjami w ramach arkusza zleceń na rynku NewConnect wzrosła o 914,2% rdr i wyniosła 852,2 mln zł.

Łączny wolumen obrotu instrumentami pochodnymi w maju 2020 r. wyniósł 744,9 tys. szt., czyli o 35,9% więcej niż rok wcześniej. Wolumen obrotu kontraktami na indeksy wzrósł o 30,9% rdr do poziomu 431,8 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na akcje wzrósł o 43,7% rdr do 172,1 tys. szt., wolumen obrotu kontraktami na waluty wzrósł o 61,6% rdr do 120,0 tys. szt., a wolumen obrotu opcjami spadł o 13,9% rdr do 21,0 tys. szt.

W maju zanotowano wzrost wartości obrotu produktami strukturyzowanymi o 110,7% rdr do poziomu 194,5 mln zł oraz wzrost obrotów ETF-ami o 420,7% rdr do 75,9 mln zł.

Wartość notowanych na rynku Catalyst emisji obligacji nieskarbowych wyniosła na koniec maja 92,9 mld zł wobec 90,6 mld zł w analogicznym okresie ubiegłego roku. Wartość obrotu obligacjami nieskarbowymi na rynku Catalyst w ramach arkusza zleceń wzrosła o 10,3% rdr do poziomu 232,6 mln zł.

Łączna wartość obrotu obligacjami na TBSP wyniosła w maju 7,5 mld zł wobec 29,7 mld zł rok wcześniej, co oznacza spadek o 74,8% rdr.

Łączny wolumen obrotu energią elektryczną na rynkach spot i terminowym wyniósł w maju 19,4 TWh, co oznacza wzrost o 6,2% rdr. Wolumen obrotu energią elektryczną na rynku spot wzrósł o 4,5% rdr do poziomu 2,9 TWh. Na rynku forward wolumen wzrósł o 6,5% rdr do poziomu 16,5 TWh.

Łączny wolumen obrotu gazem ziemnym spadł w maju o 0,9% rdr do 13,6 TWh. Na rynku spot wolumen obrotu wzrósł o 4,6% do poziomu 1,7 TWh. Na rynku terminowym odnotowano spadek o 1,6% rdr do poziomu 11,9 TWh.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia, z wyłączeniem praw ze świadectw związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”)[2], na rynku spot wyniósł w maju 3,3 TWh, co oznacza spadek o 73,8% rdr. Majowe dane w tej linii biznesowej są nieporównywalne rdr z uwagi na zakończenie notowań certyfikatów kogeneracyjnych, które nastąpiło wraz z końcem czerwca 2019 r.

Wolumen obrotu prawami majątkowymi wynikającymi ze świadectw pochodzenia związanych z efektywnością energetyczną („białe certyfikaty”) spadł o 14,3% rdr osiągając w maju poziom 25,0 ktoe[3].

Obrót Gwarancjami Pochodzenia dla energii elektrycznej wytworzonej w OZE spadł o 33,8% rdr, do wolumenu 1,2 TWh.

Kapitalizacja 397 spółek krajowych notowanych na Głównym Rynku na koniec maja 2020 r. wyniosła 460,3 mld zł (103,4 mld EUR).

Łączna kapitalizacja 445 spółek krajowych i zagranicznych notowanych na Głównym Rynku sięgnęła 842,2 mld zł (189,2 mld EUR).

Na rynku Catalyst w maju zadebiutowały obligacje Polskiego Funduszu Rozwoju (wartość oferty 50 mld zł).

W ubiegłym miesiącu na GPW odbyło się 20 sesji giełdowych, w porównaniu do 21 sesji rok wcześniej.

W załączeniu dane o obrotach na rynkach prowadzonych przez Grupę GPW. W związku z uruchomieniem przez TGE Zorganizowanej Platformy Obrotu (OTF), do tabeli dodano informację o rynku terminowym praw majątkowych, na którym w maju nie odnotowano transakcji.

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

2 świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

3 ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

[1] transakcje sesyjne, bez transakcji pakietowych

[2] świadectwa pochodzenia związane z efektywnością energetyczną (tzw. białe certyfikaty) są wystawiane, notowane i rozliczane w innych jednostkach metrycznych niż pozostałe świadectwa na TGE (toe – tona oleju ekwiwalentnego; energetyczny równoważnik jednej metrycznej tony ropy naftowej o wartości opałowej równej 10.000 kcal/kg)

[3] ktoe = 1000 toe, Mtoe = 1000 000 toe

Potrzeba wsparcia psychicznego w czasach pandemii nasila się. Zainteresowanie zdalnymi poradami dot. zdrowia psychicznego wzrosło aż o 50 proc.

Od początku pandemii[1] ogólna liczba tygodniowych telekonsultacji medycznych wzrosła o 32 proc., a zainteresowanie poradami dot. zdrowia psychicznego aż o 50 proc. KRY, europejski lider w sektorze telemedycyny, prognozuje, że „nowa rzeczywistość” będzie mocno związana z troską o zdrowie, kondycję psychiczną i bezpieczeństwo. W efekcie wzrośnie zainteresowanie zdalnymi konsultacjami ze specjalistami opieki zdrowotnej. Szczególnie dynamiczny rozwój już jest zauważalny w sektorze psychologii i psychiatrii.

Koronawirus vs. samopoczucie psychiczne

Pandemia koronawirusa i jej skutki, w tym konieczność dystansowania lub izolowania społecznego, silnie wpłynęły na samopoczucie psychiczne i uwidoczniły potrzebę konsultacji ze specjalistami zarówno wśród osób już wcześniej znajdujących się pod opieką terapeutyczną, jak i tych, które dotychczas nie korzystały z tego typu porad.
„Nowa rzeczywistość” również przywołuje mieszane uczucia – z jednej strony
jest wyczekiwana z nadzieją, a z drugiej z pewnymi obawami przed nieznanym.
Samotność, niepewność czy stres związany z potencjalną utratą pracy i wciąż obecnym zagrożeniem infekcji wirusem to tylko kilka czynników, wpływających na pogorszenie się
stanu kondycji psychicznej.

Obecna sytuacja stawia szereg wyzwań nie tylko przed pacjentami, lecz również
przed specjalistami zdrowia psychicznego. Wielu z nich zostało zmuszonych do ograniczenia skali stacjonarnego świadczenia usług. Obowiązującą normą stało się kontynuowanie przyjmowania pacjentów online, a także zdalne rozpoczynanie nowych terapii. A to wszystko przy użyciu bezpiecznych i niezawodnych narzędzi, jak platforma Livi Connect.

Telemedycyna podstawą opieki zdrowotnej

Przyznanie priorytetu kwestii bezpieczeństwa pozwoliło na zmianę dotychczasowego podejścia i zwiększenie otwartości na odbywanie zdalnych konsultacji lekarskich.
W efekcie, coraz powszechniejsze jest sięganie po platformy i narzędzia online dostępne
na rynku. Jest to znaczące przyspieszenie wdrażania technologiii od lat rozwijanych
w skali Europy, a także przesłanka jak opieka zdrowotna będzie rozwijać się w przyszłości.

Kryzys zdrowotny pokazał, jak niezbędna jest telemedycyna. Dodatkowo unaocznił on,
że jej wdrożenie może przebiegać bardzo dynamicznie, a jedyne ograniczenie stanowi konieczność zmiany sposobu myślenia o opiece zdrowotnej. Europejczycy przekonali się,
że konsultacja na odległość nie różni się od wizyty tradycyjnej pod kątem skuteczności,
a jednocześnie daje duży komfort i poczucie bezpieczeństwa. Nasze dane wskazują
na ogromne zainteresowanie wykorzystaniem platformy Livi Connect wśród lekarzy,
ze szczególnym uwzględnieniem specjalistów zdrowia psychicznego, którzy stanowią
aż 25 proc. jej użytkowników
– komentuje dr. Jesper Enander, Naczelny Psycholog w KRY.

Dane szwedzkiej firmy KRY, wiodącego dostawcy opieki zdrowotnej w Europie,
wskazują na rosnącą otwartość na rozwiązania, umożliwiające zdalne konsultacje medyczne. Porównując okres przedcovidowy i aktualny[2], KRY odnotowało 128-procentowy wzrost ogólnej liczby konsultacji, a w czasie największego piku zachorowań[3] aż 110-procentowy wzrost liczby pierwszych wizyt za pomocą platformy Livi Connect. Widoczne jest rosnące zainteresowanie ze strony lekarzy, zwłaszcza wśród psychologów i psychiatrów, którzy stanowią 25 proc. użytkowników platformy. Firma podaje również podaje, że liczba konsultacji związanych z rosnącym poczuciem niepokoju wzrosła o 70 proc., a tych związanych ze stanami depresji o 40 proc. Co ciekawe, liczba konsultacji związanych ze stresem nie uległa znaczącym zmianom, a nawet nieco spadła[4].

Przyszłość przez pryzmat dobrostanu psychicznego

Coraz częściej odchodzi się od teorii powrotu do stanu wyjściowego i tego co było uznane
za “normalność” na rzecz rozważań o tym jak przystosować się do zmienionych realiów
i nauczyć się funkcjonowania w nowych warunkach. Podkreśla się także szczególną rolę psychologii i psychiatrii w świetle najpoważniejszych i długofalowych konsekwencji
COVID-19, tj. powszechnego poczucia osamotnienia oraz pogłębienia stanów lękowych, zaburzeń depresyjnych czy adaptacyjnych. Już teraz widać, że opieka zdrowia psychicznego odgrywa coraz ważniejszą rolę i że w przyszłości zapotrzebowanie na usługi w jej zakresie będzie wzrastać.

To wspaniałe, że obecnie odbycie spotkania z pacjentem to kwestia przesłania mu linku
do wideo rozmowy. Jeszcze kilka lat temu możliwość ta była ograniczona, ale dziś istnieją rozwiązania, które pozwalają nam nie odwoływać wizyty lekarskiej, nawet jeśli fizyczne spotkanie w obecnej sytuacji nie jest możliwe
– dodaje Tanja Suhinina, szwedzka psycholog
i seksuolog, korzystająca z Livi Connect do wizyt z pacjentami.

Zaledwie kilka lat temu rozwiązania zdalnych konsultacji lekarskich, jak Livi Connect, wydawały się być zaledwie projekcją tego, co może wydarzyć się w odległej przyszłości,
a teraz okazują się być naszą codziennością. Dzięki nim prowadzenie terapii z pacjentami wkracza na zupełnie nowy poziom – bez konieczności odwoływania wizyt,
gdy fizyczne spotkanie nie może dojść do skutku. Odnosi się to nie tylko do obecnej sytuacji, ale też innych scenariuszy w przyszłości, np. gdy pacjent wyjedzie na wakacje czy zmieni miejsce zamieszkania, a nie będzie chciał rezygnować z wizyt u zaufanego terapeuty.

[1] dane dot. okresu od pierwszego tygodnia marca do pierwszego tygodnia maja b.r.

[2]  porównanie dot. 1 lutego i 18 maja b.r

[3] porównanie dot. 1 marca i 22 marca b.r.

[4] dane dot. okresu od pierwszego tygodnia marca do pierwszego tygodnia maja b.r.

Produkcja i Łańcuch Dostaw: Nowe rozwiązania w nowej rzeczywistości

Aktualnie firmy mierzą się z wyzwaniami, które trudno było przewidzieć w strategiach. Po początkowym szoku nadszedł czas na działania i wdrożenie zmian, które pomogą organizacjom odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Już teraz można zaobserwować ruchy, które mogą być pozytywnym sygnałem dla wielu przedsiębiorstw, a wśród nich m.in. wzrost zainteresowania przenoszeniem centrów usług wspólnych do Polski czy poszukiwanie dostawców bliżej rynków zbytu. O tym, jak zmieni się branża produkcji, opowiadają eksperci z firmy rekrutacyjnej Michael Page.

Z uwagi na obecną sytuację gospodarczą Komisja Europejska przewiduje spadek PKB w Polsce o 4.3 proc. w 2020 r., co mimo wszystko oznacza łagodniejsze przechodzenie przez kryzys w porównaniu z innymi krajami. Chcąc utrzymać się na rynku, wiele firm podejmuje działania, by zoptymalizować koszty – jak wskazują eksperci Michael Page, m.in. w rekrutacjach można zauważyć trendy uwarunkowane obecną sytuacją i kwestiami finansowymi. Opowiadali o nich eksperci Michael Page podczas webinaru zorganizowanego dla firm działających w sektorze produkcyjnym w Południowej Polsce.

Nowe trendy w nowej rzeczywistości

Wiele strategicznych procesów rekrutacyjnych zostało zamrożonych na 1-2 miesiące – takie działania podjęli np. pracodawcy z branży automotive. Zmiany zachodzą także w obrębie łańcucha dostaw – coraz częściej firmy prowadzą negocjacje ze strategicznymi dostawcami lub poszukują nowych partnerów biznesowych, by zabezpieczyć swoje procesy w przyszłości – mówi Marcin Fleszar, Senior Executive Manager w Michael Page odpowiadający za obszar Manufacturing & Supply Chain.

Jak wskazuje Krzysztof Tuszyński, Managing Consultant w Michael Page, obserwujemy obecnie wzrost zainteresowania przenoszeniem do Polski przez międzynarodowe firmy ról globalnych, m.in. kierowników łańcucha dostaw, managerów czy dyrektorów zakupów. Zagraniczni inwestorzy rozważają ulokowanie swoich linii produkcyjnych w Polsce. Reorganizacja nie tylko wynika z konieczności redukcji kosztów, ale także z dostępności doświadczonych i wysoko wykwalifikowanych kandydatów, mających odpowiednie know-how.

Obserwujemy nowy trend w łańcuchu dostaw, jakim jest dywersyfikacja dostawców i wprowadzenie nowych kryteriów – dla wielu firm będzie istotna już nie tylko cena, ale również bezpieczeństwo w nieprzerwanym zapewnianiu komponentów oraz mniejsza odległość od dostawcy komponentów do zakładu produkcyjnego. Może być to szansą dla zakładów funkcjonujących w Polsce do rozszerzenia swojej działalności i przejęcia części klientów, którzy do tej pory zaopatrywali się w komponenty w Azji. Z dużym prawdopodobieństwem utrzyma się trend przenoszenia do Polski działów zajmujących się badaniami i rozwojem – mówi Krzysztof Tuszyński.

Rekrutacyjne wyzwania

W ostatnich tygodniach zmiany zaszły również w kwestii zarządzania zespołami. Wdrożenie przez wiele firm trybu pracy zdalnej nie tylko wymagało odpowiednich narzędzi, ale także umiejętnego delegowania zadań i motywowania pracowników przez managerów.

– Brak kontaktu ze współpracownikami może wpływać niekorzystnie na zaangażowanie pracownika, dlatego tak ważna jest jego samodyscyplina i umiejętność dobrego planowania dnia. Choć obecnie mierzymy się ze zdalnym zarządzaniem personelem, za jakiś czas pracownicy zaczną wracać do biur, co również będzie wymagało zastosowania odpowiednich, zupełnie nowych procedur – mówi Radosław Szafrański, Senior Director w Michael Page Poland i dodaje – Od kandydatów do pracy będzie oczekiwać się jeszcze więcej kompetencji miękkich, kreatywności i gotowości wychodzenia ze strefy komfortu. Firmy już teraz potrzebują pracowników chętnych zgłębiać wiedzę i liderów, którzy szybciej przeprowadzą je przez cyfrową transformację.

Ekspert zaznacza też, że ze względu na lockdown w Indiach, Polska jest jednym z krajów, do których chętniej przenoszone są centra usług wspólnych. – Na decyzję inwestorów wpływ ma nasza strefa czasowa, ale także otwartość kandydatów i ich znajomość języków obcych. Już teraz przypuszczamy, że zatrudnienie w tym sektorze w najbliższych latach może wzrosnąć do kilkuset tysięcy zatrudnionych – wyjaśnia Radosław Szafrański.

Wymiana doświadczeń

O przyszłości na rynku pracy i nowych trendach w działalności firm produkcyjnych eksperci Michael Page rozmawiali m.in. podczas II edycji Business Talks Michael Page, która odbyła się tym razem w formie webinaru. Partnerami wydarzenia zostały: Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna, KPMG oraz CBRE. O swoich doświadczeniach opowiedzieli także przedstawiciele świata biznesu oraz reprezentanci partnerów wydarzenia m.in.: dr Janusz Michałek, Andrzej Feruga, Mikołaj Walkowski, Mirosław Pachucki, Kiejstut Żagun i Tomasz Zalewski.

Nasi przedsiębiorcy bardzo dobrze zareagowali na kryzys epidemiczny. My szybko wprowadziliśmy dla nich Strefę Wsparcia KSSE. Od ponad 2 miesięcy działa nasz Zespół Szybkiego Reagowania i kontakt alarmowy: [email protected]. Uruchomiliśmy też dla firm narzędzia informatyczne: Bazę Dostawców i Giełdę Ofert. Kilkaset naszych firm skorzystało już z bezpłatnych konsultacji prawnych, podatkowych, finansowych i bieżących informacji nt. dostępnych instrumentów pomocowych, tarcz antykryzysowych, pakietów i nowych narzędzi dla biznesu – mówi dr Janusz Michałek, Prezes Zarządu Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

W planach są kolejne spotkania adresowane szczególnie do osób zarządzających strategią i operacjami w firmach działających w sektorze produkcyjnym w Południowej Polsce.

Bitcoin znów powyżej 10 000 USD. Słabe dane niestraszne walutom

Poznaliśmy dzisiaj kolejne pakiety obiektywnie rzecz biorąc słabych danych makroekonomicznych. Kurczenie się gospodarki, czy niemal 20% spadek sprzedaży, to coś, co normalnie wywołałoby panikę. W dzisiejszej rzeczywistości to jednak norma.

Czeska gospodarka lepiej od oczekiwań

Produkt Krajowy Brutto w Czechach spada o 2% w skali roku, to i tak jest mniej niż oczekiwane przez analityków 2,2%. W dzisiejszych czasach jednak różnica 0,2% nie budzi aż takich emocji. Co ciekawe po tych danych korona przez chwilę straciła, po czym inwestorzy spojrzeli przychylniej na walutę naszego południowego sąsiada i szybkim ruchem umocniła się do wyższych poziomów względem euro, niż była przed publikacją danych.

Słabe dane ze Szwajcarii

Rano poznaliśmy dane na temat sprzedaży detalicznej w Szwajcarii. Spada ona o 19,9% w skali roku. Wiedząc, co się dzieje na świecie, tak istotny spadek nie może być zaskoczeniem. Dla przypomnienia ten sam parametr spadł w Polsce o ponad 20%. Pandemia koronawirusa powoduje, że zakupy gwałtownie spadły. Na niekorzyść Szwajcarów działało też umocnienie tamtejszej waluty, które powodowało większą opłacalność zakupów za granicą, z drugiej strony z racji restrykcji były one utrudnione. Frank przyjął ten odczyt bardzo spokojnie, przez moment tylko się umacniając względem euro.

Bitcoin znów powyżej 10 000 USD

Najpopularniejsza kryptowaluta świata znów przekroczyła psychologiczną granicę 10 000 dolarów. Ostatni raz tak drogi bitcoin, pomijając krótkie wybicie w maju, był w lutym, gdzie odbił się niewiele powyżej tej granicy. W komentarzach na temat rynku kryptowalut przeplatają się obecnie dwa główne głosy. Pierwszy z nich wskazuje na brak podstaw fundamentalnych dla tych wycen, co może powodować, że w przypadku wycofywania się dużego gracza wszystko runie jak domek z kart. Z drugiej strony krytycy wskazują na negatywne skutki obecnej polityki banków centralnych, które zamiast dbać o stabilność pieniądza ratują gospodarkę. To może wywołać inflację, a wtedy lepiej trzymać środki w aktywach niż w gotówce. Nie wiadomo jednak, dlaczego w tej kwestii kryptowaluty mają być lepsze od innych inwestycji.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w InternetowyKantor.pl

Komunikacja publiczna, galerie handlowe i kościoły – to tu Polacy czują się najbardziej zagrożeni koronawirusem

W ostatnich tygodniach pandemia mocno zachwiała społecznym poczuciem bezpieczeństwa. Miejsca, które dotychczas jawiły się jako niegroźne, dziś takimi już nie są. Rzeczywistość po koronawirusie sprawiła, że obawiamy się podróżowania transportem publicznym, boimy się wizyt w galeriach handlowych i odwiedzania kościołów. Bezpieczniej czujemy się natomiast wiedząc, że nasze zdrowie jest pod kontrolą.Chart_Q5_200602

Jak wynika z ankiety przeprowadzonej przez FeverGuard w dniach 26-28 maja, ponad 58% Polaków uważa, że mierzenie temperatury w miejscach publicznych jest potrzebne. FeverGuard, za pośrednictwem czujników termicznych, przetwarza obraz, a sztuczna inteligencja pozwala wykryć odstępstwa od normy. System został opracowany tak, aby mierzyć i ilustrować podwyższoną temperaturę ciała w czasie rzeczywistym, wychwytywać wszelkie anomalie, a następnie wysyłać powiadomienia kiedy te się pojawią. Ponad 59% ankietowanych odpowiedziało, że taka forma kontrolowania temperatury daje im poczucie bezpieczeństwa. Ponadto sensory termiczne nie są ograniczone liczbą osób, ponieważ rozpoznawanie obrazu bazuje na algorytmach AI, celem których jest określenie, czy osoba znajdująca się w zasięgu sensora, odbiega od określonej wzorem normy. W tym przypadku – wykrywanie podwyższonej temperatury osób znajdujących się na analizowanym obszarze. Jest to niezwykle istotne, ponieważ największe obawy związane z mierzeniem temperatury za pomocą klasycznych termometrów, w miejscach publicznych, wiążą się z czekaniem w kolejce (43% ankietowanych uznało to za największy problem) oraz kontaktem z osobą dokonującą pomiaru (25% ankietowanych wskazało to jako największy problem).

Monitorowanie temperatury ciała jest niezwykle ważnym kryterium w procesie wczesnej diagnostyki, która pomaga w wykryciu osoby chorej, nie tylko zarażonej koronawirusem. Ankietowani wskazali jako miejsca, które budzą ich lęk przed zachorowaniem, placówki medyczne, a także miejsca pracy i salony piękności. Oznacza to, że ich poczucie bezpieczeństwa nawet w komfortowym otoczeniu zanika w wyniku pandemii. Większość badanych gotowa jest zgodzić się na bezdotykowy monitoring temperatury o którym wcześniej zostali poinformowani.

Dotychczasowe metody pomiaru temperatury w miejscach publicznych stosowane w czasach epidemii wirusa ebola i świńskiej grypy, koncentrowały się na  pojedynczym, manualnym pomiarze, za pomocą termometru bezdotykowego. Dziś to za mało, by działać na szeroką skalę, zastosowanie kamer na podczerwień staje się powszechne. Na pytanie – czy chciałbyś wiedzieć, że w danym miejscu bezdotykowo, mierzona jest Ci temperatura? 53% ankietowanych odpowiedziało, że tak, dla 30% jest to bez różnicy, 17% nie potrzebuje takiej informacji.

Po ustaniu pandemii obawy przed kolejną falą chorób bezwątpienia pozostaną w społeczeństwie. Skuteczne zautomatyzowanie pomiaru temperatury, staje się oczekiwanym standardem.