W 2019 roku Polacy najczęściej kupowali przez Internet odzież ㅡ 69% i obuwie ㅡ 55%. A najpopularniejszą kategorią planowanych zakupów online były podróże/rezerwacja ㅡ 31%[1]. Jednak pandemia zmieniła sytuację w e-commerce, a kategorie: moda i podróże oceniane są jako te, które najbardziej ucierpiały. Mimo to Polacy bardziej niż przed pandemią interesują się e-mailami o tej tematyce. Mowa o 4% wzroście w modzie i 45,6% wzroście w podróżach w kwietniu ㅡ według danych ExpertSender.
Wartość polskiego e-commerce w 2019 roku wyniosła 50 mld zł, a szacowany wzrost w 2020 roku miał wynieść ok. 20%[2]. Koronawirus odwrócił tendencje w takich kategoriach jak moda i turystyka/rezerwacje. Jednak jak wynika z danych ExpertSender ㅡ polskiego narzędzia wspierającego sprzedaż online ㅡ mimo to Polacy interesują się modą i planują wakacje.
Koronawirus a e-commerce w turystyce
Wiosna to czas planowania wakacji. W tym roku jednak ogłoszenie pandemii w połowie marca spowodowało, że firmy wstrzymały działania mailingowe o -34% w marcu i -79% w kwietniu. Tu najlepiej widać, że pandemia najsilniej oddziałuje na tę branżę.
Jednak Polacy chętnie czytali tego typu maile o czym świadczy wzrost liczby otwarć – o 8% w marcu i aż o 45,6% w kwietniu. A także fakt, że chcieli poznać więcej informacji na ten temat. W lutym 2020 było to 4 na 10 osób, w marcu 5 na 10 osób, a w kwietniu, aż 8 na 10 osób. To najlepiej pokazuje, że podczas społecznego dystansowania Polacy chętnie czytają wiadomości, które trafiają do ich skrzynek. Klienci już teraz myślą o wakacjach i chcą w tym roku wybrać się na urlop, kiedy tylko to będzie możliwe.
E-moda w czasie koronawirusa
Wiosna w branży odzieżowej to intensywny czas sprzedażowy. Tym bardziej, że Polacy w 2019 roku na e-zakupy odzieży, akcesoriów i dodatków wydawali 253 zł miesięcznie[3]. W marcu i kwietniu tego roku jednak wstrzymano większość kampanii.
Mimo to Polacy interesowali się zakupami odzieży i butów. W marcu o 0,7% i w kwietniu o 4% częściej otwierali maile z ofertami. To oznacza, że co piąta osoba, która dostała e-maila zainteresowała się nim. Wynika to z faktu, że podczas społecznego dystansowania Polacy mają więcej czasu na czytanie wiadomości marketingowych, a część z nich traktuje je wręcz jako miłą odmianę od docierających zewsząd doniesień nt. pandemii.
6 na 10 internautów robi zakupy online, jednak w wyniku pandemii wiele trendów się zmieniło. Obserwujemy zwiększony ruch w Internecie, czego najlepszym przykładem jest liczba otworzonych e-maili przez klientów. Największy wzrost widzimy w turystyce, czyli branży, która najbardziej ucierpiała przez pandemię i to zapewne przełoży się w najbliższym czasie na sprzedaż. A warto zwrócić uwagę, że przed pandemią razem z nocowanie.pl uzyskaliśmy konwersję z działań marketingowych na sprzedaż na poziomie 60%, dlatego ta obecnie może być znacznie wyższa. – mówi Krzysztof Jarecki, CEO w ExpertSender.
[1] na podstawie raportu e-commerce w Polsce 2019, Gemius dla e-commerce Polska.
[2] na podstawie raportu e-commerce w Polsce 2019, Gemius dla e-commerce Polska.
[3] na podstawie raportu e-commerce w Polsce 2019, Gemius dla e-commerce Polska.
Pandemia koronawirusa zmieniła plany wielu uczniów, także tych chcących studiować za granicą. W części krajów zmieniono zasady przyjmowania na studia. Eksperci Elab Education Laboratory, firmy doradztwa edukacyjnego, tłumaczą, z jakimi zmianami muszą liczyć się maturzyści.
W tym roku egzamin dojrzałości wyjątkowo odbędzie się czerwcu, w przeciągu trzech tygodni. Polscy licealiści dowiedzieli się, że tym razem sama matura będzie przebiegać w inny sposób – między innymi z zachowaniem odpowiedniego odstępu między uczniami.
Polacy, chcący studiować za granicą, jako jedyni będą podchodzić do egzaminu ustnego. By to uczynić – do 7 lutego musieli złożyć deklarację przystąpienia do matury, a do 22 maja przekazać dyrektorowi szkoły lub dyrektorowi okręgowej komisji egzaminacyjnej wiadomość o chęci zdawania egzaminu ustnego z powodu konieczności dostarczenia jego wyników w trakcie aplikacji na zagraniczną uczelnię.
Wszędzie zmiany?
Wielka Brytania
Wielka Brytania to jeden z ulubionych kierunków polskich studentów. W związku z pandemią wprowadzono tam zmiany w sposobie aplikacji. Na większości uczelni dopuszczono możliwość przedstawiania alternatywnych certyfikatów językowych niż wymagany do tej pory IELTS – np. TOEFL Home Edition, Duolingo czy Persons. Przedłużono również terminy składania dokumentów. Nie wiadomo, czy pierwszy semestr odbędzie się stacjonarnie, czy jak to ma miejsce na przestrzeni ostatnich miesięcy – online. Uczelnie są jednak na to przygotowane i biorą pod uwagę obie ewentualności. Jeśli chodzi natomiast o osoby chcące rozpocząć studia w roku 2021/22, nie podjęto jeszcze decyzji w sprawie istotnych zmian. Uczelnie prawdopodobnie zakładają, że do tej pory wszystko wróci do normy, czyli aplikacja będzie odbywać się od września 2020 do stycznia 2021.
– Brytyjskie uczelnie wciąż cieszą się dużym zainteresowaniem polskich maturzystów, choć na pewno jest coraz więcej osób, które szukają nowych kierunków. Licealiści dowiadują się o oferty studiów w Holandii, Danii, Francji, we Włoszech, ostatnio mamy też bardzo dużo pytań o Skandynawię. Jest to związane ze zmianami, które brytyjski rząd wprowadza w związku z brexitem. Wiemy, że studia w UK są nadal bardzo popularne dlatego wychodzimy na przeciw potrzebom naszych aplikantów i pracujemy nad alternatywnymi metodami pożyczek studenckich – wyjaśnia Dorota Znatowicz, Operations Manager w Elab Education Laboratory, firmie doradztwa edukacyjnego.
Na brytyjskich uczelniach zauważalny jest wzrost kursów online, ale nie zawsze jest to tak atrakcyjne rozwiązanie, jak się wydaje. Aplikanci studiów online, w przeciwieństwie do kursów stacjonarnych, nie mogą się ubiegać o pożyczkę studencką na pokrycie kosztów studiów, jeśli nie mieszkają w Wielkiej Brytanii.
Włochy
Istotne zmiany zaszły również we Włoszech. Egzaminy wstępne (Bocconi Test, TOLC-C), które dotychczas miały miejsce na Półwyspie Apenińskim, odbędą się 30 maja online. Absolwenci liceów będą mogli go rozwiązać w domu, do tej pory musieli się na nim stawić osobiście. – Część uczelni akceptuje certyfikaty z języka angielskiego online. Niektóre szkoły wyższe, np. mediolański Uniwersytet Bocconiego czy rzymska Tor Vergata, przedłużyły również terminy rekrutacji. Zainteresowanie Polaków studiami we Włoszech nie słabnie – podkreśla Przemysław Jeziorowski, Sales and Business Development Manager w Elab Education Laboratory.
USA
Modyfikacji uległ również sposób przyjmowania na amerykańskie uczelnie. W Stanach Zjednoczonych system aplikacji nie jest w pełni zunifikowany. Z tego powodu dokładne wymagania i zmiany dotyczące składanych dokumentów należy sprawdzać na stronach uczelni. Niektóre z nich przesunęły termin, w którym kandydat musi podjąć ostateczną decyzję, gdzie będzie studiować (tzw. Decision Day).
W tym roku odwołano testy SAT w marcu, maju i czerwcu. A trzeba zaznaczyć, że Standardized aptitude test jest podstawowym elementem oceny kandydatów z rodzimych i zagranicznych szkół średnich. Organizator zapewnił jednak dodatkowy termin we wrześniu. Kandydaci spoza USA będą mogli podejść do egzaminów również w innych terminach – sierpniu, październiku i grudniu. Zaznaczono, że niezależnie od sytuacji testy się odbędą – w razie konieczności będzie istniała możliwość rozwiązania ich w formie online.
Holandia, Austria i Dania
Terminy dosyłania brakujących dokumentów przesunięto w Holandii – na 31 sierpnia. To z pewnością ucieszy polskich studentów, którzy wyniki z polskiej matury w tym roku otrzymają do 11 sierpnia. Uczelnie dostosowują się do nowych warunków. Przykładem może być University of Amsterdam, gdzie planowano, by rozmowy z kandydatami odbyły się w trakcie dni otwartych. W związku z wybuchem epidemii kandydaci nie musieli się jednak stawić w stolicy Holandii, wszystko odbyło się online. Na rękę uczniom poszły również niektóre uczelnie z Austrii, zmieniając formę tzw. interview, czyli rozmowę z kandydatem, ze stacjonarnej na uczelni na spotkanie online.
W nieco gorszej sytuacji są osoby chcące w tym roku zacząć studia w Danii. – Niektóre uczelnie, np. Copenhagen Business School, przyjmują wyniki do 10 lipca. Polscy maturzyści otrzymają je miesiąc później. W tej sytuacji część kandydatów decyduje się na zmianę miejsca studiowania na Anglię lub Holandię – wymienia Przemysław Jeziorowski z Elab.
Idzie nowe?
W tym momencie ciężko wyrokować czy koronawirus na stałe wpłynie na kształt rynku edukacyjnego, czy sposób aplikowania na uczelnie. – Większość zmian dotyczy najbliższego roku. Sytuacja jest dynamiczna, możliwe, że wiele modyfikacji wejdzie na stałe do procesów aplikacji. Przykładowo, część amerykańskich szkół wyższych ogłosiła, że w ich przypadku testy SAT będą nieobowiązkowe dla osób aplikujących na studia w przyszłym roku. Na amerykańskie uczelnie dokumenty przesyła się w ostatniej klasie liceum pod koniec pierwszego semestru – komentuje Przemysław Jeziorowski z Elab.
– Epidemia może wpłynąć również na sposób studiowania i realizowania programu. Być może uczelnie, które pierwsze zauważą, jakich zmian potrzebują studenci i kadra akademicka, staną się bardziej atrakcyjne dla kandydatów i skoczą w rankingach edukacyjnych – dodaje Jeziorowski.
Podczas Pitch Day, który odbył się 27 maja br., przed ekspertami grupy PGNiG Ventures zaprezentowało się 5 spółek perspektywicznych dla branży poszukiwawczo-wydobywczej i energetycznej. Wśród nich są ICsec, Lerta, VersaBox i Plantalux. Ponadto w Pitch Day wzięła udział spółka, będąca pionierem w projektowaniu i produkcji paneli fotowoltaicznych.
– W Grupie PGNiG stawiamy na nowoczesność i innowacje. Powołanie PGNiG Ventures było tego wyrazem, a zakończony Pitch Day jest kolejnym istotnym krokiem. Zależy nam, by znaleźć innowacje i rozwiązania, które wpisują się w strategię Grupy, szczególnie z takich obszarów jak czysta energia, efektywność energetyczna, magazynowanie energii. Mamy nadzieję, że część z nich będzie mogła być wykorzystana na szeroką skalę w ramach Grupy Kapitałowej – powiedział Arkadiusz Sekściński, Wiceprezes Zarządu PGNiG SA ds. Rozwoju.
Pitch Day był elementem naboru projektów inwestycyjnych. W perspektywie kilku lat wartość kapitału PGNiG Ventures ma sięgnąć 100 mln zł. Fundusz będzie obejmować udziały mniejszościowe w spółkach, co pozwoli dotychczasowym właścicielom decydować o kluczowych kierunkach rozwoju. Maksymalne zaangażowanie w jeden podmiot, w dwóch rundach finansowania, wynosi 15 mln zł, a przewidywany okres inwestycji to 3-7 lat.
– Trwający nabór inwestycyjny cieszy się dużym zainteresowaniem. Otrzymaliśmy prawie 50 zgłoszeń, preselekcję przeszło 17 spółek. Kolejnym istotnym etapem z perspektywy całego procesu inwestycyjnego był Pitch Day, podczas którego zaprezentowało się 5 perspektywicznych w naszej ocenie firm. Była to przede wszystkim okazja, do bezpośredniej dyskusji ekspertów z Grupy Kapitałowej PGNiG oraz ekspertów zewnętrznych z przedstawicielami poszczególnych spółek. Wciąż jesteśmy otwarci na kolejne zgłoszenia od innych podmiotów –mówi Małgorzata Piasecka, prezes PGNiG Ventures.
Pitch Day odbył się w formie spotkania online. Poza przedstawicielami PGNiG Ventures, uczestniczyło w nim 6 ekspertów zewnętrznych ze środowiska naukowego i biznesowego m.in. z Politechniki Warszawskiej, Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie czy Urzędu Dozoru Technicznego. oraz 2 ekspertów z Grupy Kapitałowej PGNiG. Uczestników spotkania przywitał Arkadiusz Sekściński, Wiceprezes Zarządu PGNiG SA ds. Rozwoju.
Szczegóły techniczne swoich rozwiązań zaprezentowała firma ICsec, producent systemów cyberbezpieczeństwa dla przemysłu IDS (intrusion detection system). Kolejna spółka, która odpowiedziała na szczegółowe pytania ekspertów to Lerta dostarczająca rozwiązania typu energy efficiency, czyli opomiarowanie, analitykę danych i automatyczne sterowanie dla klientów biznesowych, przemysłowych i samorządów. Trzecią spółką była VersaBox, dostarczająca rozwiązania dla intralogistyki oparte na autonomicznych robotach mobilnych stosowanych w celu optymalizacji procesów logistycznych w produkcji. O swoim biznesie opowiedzieli też przedstawiciele Plantalux – producenta inteligentnych lamp LED, specjalizującego się w zaawansowanych technologiach wspomagania wzrostu roślin w uprawach szklarniowych.
Spółki, które wzięły udział w Pitch Day przejdą następnie przez usystematyzowany proces decyzji inwestycyjnych podejmowanych przez poszczególne komitety inwestycyjne.
Poczta elektroniczna to najczęstsza „furtka”, którą oprogramowanie ransomware[1]dostaje się do firmowych systemów – wynika z badania firmy Sophos.[2] Źródłem aż 39% ataków tego typu w Polsce są złośliwe linki lub załączniki przesyłane e-mailem. Zdecydowana większość przedsiębiorstw odzyskuje dostęp do zaszyfrowanych przez przestępców informacji. Tylko co czwarte decyduje się na zapłacenie okupu, 56% polega natomiast na kopiach zapasowych.
Ransomware infekuje polskie przedsiębiorstwa przede wszystkim poprzez złośliwe linki (18%) i załączniki w e-mailach (21%), ale także w efekcie zdalnego ataku na serwery (18%), niewłaściwej konfiguracji usług w chmurze (18%) czy pobierania z internetu niesprawdzonych plików (7%). Dużo zależy więc od wiedzy i ostrożności pracowników oraz odpowiednich zabezpieczeń umożliwiających zablokowanie ataku.
Zdecydowana większość firm (94%) dotkniętych atakiem ransomware odzyskuje zaszyfrowane przez cyberprzestępców dane. Spośród nich średnio dwa razy więcej wraca do normalnej działalności dzięki skorzystaniu z kopii zapasowych (56%) niż zapłaceniu okupu (26%).
– Pozytywnym zjawiskiem jest coraz większa świadomość firm i poziom ich przygotowania. Nawet po zapłaceniu okupu i odszyfrowaniu danych część plików może zostać bezpowrotnie uszkodzona, dlatego kopie zapasowe są dużo skuteczniejszym sposobem ich odzyskiwania. Wciąż jednak tylko jeden atak na cztery jest blokowany, zanim dojdzie do zaszyfrowania danych. Dlatego poza backupem potrzebne są także zaawansowane rozwiązania ochronne – wskazuje Mariusz Rzepka, Senior Manager na Europę Środkowo-Wschodnią w firmie Sophos.
W chmurze nie zawsze bezpiecznie
W prawie połowie przypadków (41%) zaszyfrowane zostają dane znajdujące się na serwerach lub w chmurze prywatnej, w 35% są to pliki w chmurze publicznej. 24% firm utraciło dostęp do informacji przechowywanych we wszystkich tych miejscach. Prawie 6 na 10udanych ataków obejmuje więc dane w chmurze publicznej.
– Przestępcy wykorzystują różne techniki w poszukiwaniu słabych punktów firmowej infrastruktury IT. Dlatego, aby skutecznie chronić się przed atakiem ransomware, potrzebne są kompleksowe, wielowarstwowe zabezpieczenia bazujące na sztucznej inteligencji, które pozwolą odpowiednio wcześnie wykryć zagrożenie. Powinny to być narzędzia chroniące serwery – zarówno fizyczne jak i w chmurze, firewalle i programy ochronne dla poczty e-mail, które zablokują pobieranie złośliwych plików czy linków, ale też rozwiązania umożliwiające zidentyfikowanie ewentualnych luk w zabezpieczeniach. Aby takie systemy były skuteczne, powinny na bieżąco synchronizować między sobą informacje. Nie należy też zapominać, że często to człowiek okazuje się najsłabszym ogniwem w łańcuchu zabezpieczeń. Dlatego każdy pracownik powinien wiedzieć na co uważać i znać podstawowe zasady cyberhigieny – radzi Mariusz Rzepka.
Badanie State of Ransomware 2020 zostało przeprowadzone w styczniu i lutym 2020 r. przez Vanson Bourne, niezależną firmę specjalizującą się w badaniach rynkowych. W ankiecie wzięło udział 5000 decydentów z branży IT w 26 krajach: Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Brazylii, Kolumbii, Meksyku, Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech, Holandii, Belgii, Hiszpanii, Szwecji, Polsce, Czechach, Turcji, Indiach, Nigerii, Republice Południowej Afryki, Australii, Chinach, Japonii, Singapurze, Malezji, Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz na Filipinach. Respondenci pochodzili z firm o wielkości od 100 do 5 tys. pracowników.
[1] Typ złośliwego oprogramowania, które blokuje dostęp do systemu i uniemożliwia odczytanie zapisanych w nim danych, żądając okupu za ich odszyfrowanie.
[2] Badanie The State of Ransomware 2020 przeprowadzono w styczniu i lutym 2020 roku. Wzięło w nim udział ponad 5 tys. decydentów z branży IT z firm w 26 krajach, zatrudniających od 100 do 5 tys. pracowników.
Z największego badania dotyczącego pracy z domu w czasie pandemii wynika, że system pracy oparty wyłącznie na funkcjonowaniu w biurze przekształci się w ekosystem łączący pracę w biurze, w domu i innych lokalizacjach.
Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield (NYSE: CWK) dokonała niedawno analizy odpowiedzi uzyskanych od ponad 40 tys. osób, które wzięły udział w największym badaniu dotyczącym doświadczeń związanych z pracą w domu w czasie pandemii COVID-19. Badanie dostarczyło informacji o tym, jak pracownicy sobie radzą w tym systemie pracy oraz jak będzie wyglądać nowa normalność po ponownym otwarciu biur.
Wyniki przeprowadzonego badania pokazują, że efektywność pracy w czasie pandemii utrzymuje się na wysokim poziomie, a współpraca pomiędzy zespołami weszła na wyższy poziom dzięki efektywniejszemu wykorzystywaniu zdalnych technologii. Trzy czwarte respondentów wskazuje na efektywność współpracy z kolegami i koleżankami w obecnych warunkach – wzrost o 10 proc. w porównaniu z okresem przed wybuchem pandemii COVID-19 – oraz 73 proc. z nich uważa, że firmy powinny wprowadzić elastyczny model pracy.
– Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że miejsce pracy nie będzie już tylko pojedynczą lokalizacją, lecz ekosystemem różnych lokalizacji i doświadczeń, zapewniającym wygodę i funkcjonalność oraz umożliwiającym zadbanie o zdrowie pracowników – powiedział Brett White, Prezes Wykonawczy i Dyrektor Generalny firmy Cushman & Wakefield. – Niemniej jednak przewidujemy, że firmy nie będą redukowały powierzchni obecnie zajmowanych biur. Wskutek wprowadzenia elastycznego modelu pracy, w biurze będzie przebywało jednocześnie mniej osób, ale zaoszczędzona powierzchnia będzie musiała być wykorzystana na potrzeby zachowania dystansu społecznego – dodaje Brett White.
Praca zdalna prawdopodobnie pozostanie z nami na dłużej, ale wyniki badania pokazują również, że cierpią na tym kontakty międzyludzkie i więzi społeczne, co wpływa negatywnie na kulturę korporacyjną i procesy uczenia się. Nieco ponad połowa respondentów nie odczuwa odłączenia od współpracowników pracując z domu.
– Biuro będzie miało nowy cel w przyszłości – być inspirującym miejscem, które będzie wzmacniać kulturę pracy, ułatwiać proces uczenia się, zachęcać do budowania więzi pomiędzy współpracownikami i klientami oraz sprzyjać kreatywności i innowacyjności – powiedziała Despina Katsikakis, dyrektor Workplace Business Performance w Cushman & Wakefield.
Firma Cushman & Wakefield przyjęła naukowe i oparte na danych podejście do poznania kluczowych czynników wpływających na komfort środowiska pracy w oparciu o bazę danych Experience per Square Foot™ (XSF) – autorskie narzędzie umożliwiające monitorowanie wskaźników dotyczących nieruchomości i środowiska pracy. Firma przeanalizowała ponad 2,5 mln punktów danych dotyczących środowiska pracy przed wybuchem pandemii COVID-19 oraz kolejnych 1,7 mln punktów danych związanych z aktualnym środowiskiem pracy z domu.
Dopiero co Europę codziennie obiegały przerażające informacje o zgonach w największych państwach liczonych w setkach i tysiącach osób. Kibice kręcili z niedowierzaniem głowami, czytając o dziesiątkach zawodników zakażonych koronawirusem. Choroba nie oszczędziła Mikela Artety, Paulo Dybali, Bartosza Bereszyńskiego, problemy z oddychaniem miał Pepe Reina, a były bramkarz Barcelony, Recber Rustu, cudem uszedł z życiem. Teraz, po ponad dwóch miesiącach odkąd świat piłki nożnej niemal zatrzymał się w czasie, poważny futbol powoli wraca do gry.
Przykład dali Niemcy, a ich śladem w połowie czerwca pragną podążyć Hiszpanie, Włosi i Anglicy. Wśród słabszych piłkarsko krajów gotowi do gry są Czesi, lada moment powinna też ruszyć polska Ekstraklasa. Fani budzą się z letargu i z niecierpliwością wyczekują powrotu swoich ulubionych drużyn. Ci, którzy mają sympatie skierowane ku zespołom z Bundesligi, już mogli świętować. Inni trzymają rękę na pulsie, bo szansa na nową normalność rośnie z każdym dniem.
Z problemami, ale ruszyli
Nie będzie przesadą twierdzenie, że wszyscy trzymali za nich kciuki. Gdy Niemcy ogłosili odważny plan powrotu rozgrywek piłkarskich do życia, dominowały głosy: “jak im się uda, to nam też”, “jak nie oni, to nikt”. I cóż, udało się. Przynajmniej na tę chwilę wydaje się, że nie ma przeszkód, by dokończyć sezon za naszą zachodnią granicą. Choć zanim maszyna ruszyła, pojawiło się kilka kłód pod zwykle doskonale zorganizowanymi niemieckimi nogami.
Władze krajowe i ligowe nie mogły osiągnąć porozumienia, co do daty powrotu. W mediach pojawiały się sprzeczne komunikaty, ale w końcu wyznaczono termin wznowienia sezonu na 16 maja. Piłkarze i pracownicy wszystkich klubów byli regularnie poddawani testom na koronawirusa, musieli przestrzegać surowych restrykcji, maksymalnie dbać o zdrowie i odliczać dni do upragnionego pierwszego meczu po przerwie. Nie poradzili sobie z tym zawodnicy Herthy Berlin, a konkretnie Salomon Kalou, który na żywo relacjonował, jak piłkarze, na czele z nim samym, nie przestrzegają sztywno ustalonych reguł. Wybuchł skandal, winowajcę zawieszono, a Hertha znalazła się na cenzurowanym.
Afera ucichła, ale pojawił się kolejny kłopot, bo wykryto wirusa u dwóch przedstawicieli drugoligowego Dynama Drezno. Cały zespół odesłano na kwarantannę, a szefostwo wydało komunikat o braku możliwości przystąpienia do dwóch najbliższych spotkań ligowych. Co ciekawe, Dynamo to ostatnia drużyna w tabeli. Ot taki zbieg okoliczności.
Na ostatniej prostej w historii postanowił z kolei zapisać się Heiko Herrlich. Szkoleniowiec ekstraklasowego Augsburga złamał surowe zasady izolacji, by… wyjść do sklepu po szczoteczkę i pastę do zębów.
W sobotę, 16 maja o 13:00 ruszyły pierwsze cztery spotkania 2. Bundesligi. Kilka godzin później do siatki w Dortmundzie trafił Erling Haaland, a następnego dnia rzut karny wykorzystał Robert Lewandowski. Wszystko wróciło do… a niech będzie, normy. Może i bez kibiców, może z niekiedy absurdalnymi wytycznymi, może na razie tylko w Niemczech, ale wystartowali. Ruszyli. I dali przykład innym, jak zwyciężać mają.
Kto następny?
Próby powrotu nie podjęli m.in. Francuzi, Holendrzy, Belgowie i Szkoci. Rozgrywki zakończone, nie brakowało spornych decyzji, niektóre kluby już zapowiedziały wejście na drogę sądową, bo czują się pokrzywdzone. Ale inne nacje z radością i nadzieją obserwują rozwój sytuacji w Niemczech. Piłkarze angielskiej Premier League, hiszpańskiej La Liga i włoskiej Serie A wznowili lub zaraz wznowią grupowe treningi. Powoli, powoli radzą sobie tam z pandemią koronawirusa. Chcą pójść śladem Niemców, ale potrzebują czasu. Realny termin powrotu pozostałych czołowych lig europejskich to połowa czerwca. Wszystkie wyniki zarówno Bundesligi, jak i najsilniejszych rozgrywek z zespołami naszpikowanymi gwiazdami, można legalnie śledzić na stronach bukmacherów działających na polskim rynku zgodnie z prawem. Bukmacherzy przygotowali się na powrót futbolu do życia szeroką ofertą zakładów.
Typować też będzie można polską Ekstraklasę. W ostatni weekend maja wraca rywalizacja o mistrzostwo Polski, a na start w terminarzu widnieje szlagier, ligowy klasyk, czyli starcie Lecha Poznań z Legią Warszawa oraz zwykle bardzo pasjonujące Derby Trójmiasta pomiędzy Lechią Gdańsk i Arką Gdynia. Do rozegrania pozostało jedenaście kolejek ligowych. Wzięliśmy przykład z naszych zachodnich sąsiadów – drużyny są w izolacji, zawodnicy odcięci od świata zewnętrznego szykują się do wznowienia sezonu. Emocji na pewno nie zabraknie. Obyśmy tylko w tym wszystkim nie zapomnieli, że najważniejsze jest ludzkie życie i zdrowie. Na szczęście wiele wskazuje na to, że najgorsze mamy już za sobą. I tego się trzymajmy.
Pandemia i przymusowa izolacja sprzyjają tyciu. Przeciętny Polak przybierał na wadze średnio 0,5 kilograma tygodniowo. To paradoksalnie dobra wiadomość dla dietetycznych firm cateringowych, które odrabiają straty z marca i kwietnia. O ile do Wielkanocy ich spadki w zamówieniach sięgały nawet 50 proc., o tyle obecnie popyt znacznie się zwiększył. – Te firmy zostały o wiele mniej dotknięte skutkami koronawirusa niż pozostała część branży HoReCa – ocenia Marek Lekki, prezes Stowarzyszenia Przedsiębiorców Branży Cateringu Dietetycznego. Perspektywy dla rynku są optymistyczne.
– Problemy związane z COVID-19 w znacznie mniejszym stopniu dotknęły rynek cateringu dietetycznego niż tę tradycyjną branżę HoReCa. Dostawy dietetycznych posiłków pod drzwi znakomicie wpisują się w zasadę „zostań w domu”, więc klienci, którzy zamawiali dietę pudełkową, nie musieli wychodzić na zakupy. Ponadto osoby, które były przyzwyczajone, że w weekend wychodzą do restauracji, mogły zamówić posiłki także w soboty i niedziele – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Lekki, prezes Stowarzyszenia Przedsiębiorców Branży Cateringu Dietetycznego.
Z danych Dietly wynika, że w Polsce działa ok. 500 firm zajmujących się cateringiem dietetycznym, z tego około 300 znajduje się na terenie Warszawy i okolic. Wartość branży diet pudełkowych szacuje się na 1 mld zł. W 2019 roku firmy cateringowe zrealizowały ok. 20 mln dostaw przy 13–15 mln rok wcześniej. Koronawirus początkowo spowodował ich straty, ale przymusowa kwarantanna, w połączeniu z reżimem sanitarnym, w jakim działały, sprawiła, że u większości z nich nie były one zbyt duże.
– Wyzwaniem było, w jaki sposób wyjść naprzeciw sytuacji, w której osoba dotąd korzystająca z diety pudełkowej w pracy teraz zamawia te posiłki do domu, gdzie są jeszcze domownicy, w tym dzieci. Powstało pytanie, czy zamawiać dietę tylko dla siebie, czy dla wszystkich. Firmy cateringowe wyszły naprzeciw temu wyzwaniu i powstały zestawy złożone z mniejszej liczby posiłków, żeby nie nadwyrężać budżetu domowego – wskazuje ekspert.
Miesięczny koszt diety pudełkowej wynosi ok. 2 tys. zł, a cena zależy od rodzaju diety czy kaloryczności posiłków. W obliczu pandemii, kiedy firmy redukowały pensje i zwalniały, firmy cateringowe, żeby zatrzymać klientów, decydowały się na pakiety promocyjne.
– W budżecie naszych klientów nagle mogło być 10, 20, 30 proc. mniej środków, np. dlatego że ich pracodawca zdecydował się na obniżenie pensji. Pojawiły się więc rozwiązania, w ramach których klienci mogli zamawiać diety złożone z trzech posiłków albo tylko zestawy lunchowe – mówi prezes Stowarzyszenia Przedsiębiorców Branży Cateringu Dietetycznego..
Jego zdaniem przed branżą dobre perspektywy. Zwłaszcza że przymusowa kwarantanna i brak ruchu sprzyjają tyciu. Według obliczeń dr. Dariusza Włodarka z Instytutu Nauk o Żywieniu Człowieka SGGW przeciętny Polak zyskiwał ok. 0,5 kg tygodniowo. W połączeniu z większą świadomością żywieniową oznacza to, że diety pudełkowe będą cieszyć się jeszcze większym zainteresowaniem.
– Ponadto także ze względu na problemy związane z COVID-19 firmy cateringu dietetycznego będą mogły przygotować ofertę dla seniorów, aby osoby, które są w większym stopniu narażone na zakażenie, mogły otrzymać posiłki pod swoje drzwi. Zakładamy także, że sytuacja związana z chwilowym skurczeniem się budżetów Polaków niebawem ustąpi – przekonuje Marek Lekki.
Firmy, które mocniej odczuły skutki pandemii koronawirusa, mogą liczyć na pomoc Stowarzyszenia Przedsiębiorców Branży Cateringu Dietetycznego.
– Potrzebna jest edukacja, szkolenia dotyczące wymiaru technologii produkcji, kontroli jakości, logistyki, ale także kwestii organizacyjnych i finansowych. W ramach stowarzyszenia chcemy reprezentować zbiorowe interesy przedsiębiorców. Szczególnie w tym roku powinny one zostać zaprezentowane organom, które mają wpływ na podejmowanie decyzji mogących dotknąć naszą branżę – zapowiada ekspert.
Jedną z częstych przyczyn wypadania włosów jest permanentny stres. Lęk i życie w napięciu negatywnie wpływają na kondycję całego organizmu, a co za tym idzie –osłabiają włosy i powodują liczne problemy skóry głowy. Włosy są bowiem barometrem odzwierciedlającym ogólny stan zdrowia psychicznego i fizycznego. Czynnikiem, który napędza stres, jest pandemia koronawirusa, która spowodowała, że wielu osobom od kilku tygodni stale towarzyszą stres i niepewność. W ostatnich dniach do gabinetów trychologów zgłasza się coraz więcej osób z problemem utraty włosów.
Pandemia spowodowała kryzys ekonomiczny i gospodarczy. Okazuje się jednak, że jej skutki możemy odczuwać także bezpośrednio, obserwując swój organizm. Długi okres izolacji negatywnie wpłynął na zdrowie znacznej części społeczeństwa.
– Sytuacje kryzysowe u większości z nas powodują dyskomfort psychiczny. Wybuch pandemii był dla nas dosyć intensywnym czynnikiem stresogennym. W związku z tym obserwujemy wzrost liczby osób borykających się z łysieniem telogenowym. Ten rodzaj łysienia powoduje skrócenie cyklu życia włosa. Objawia się dopiero po dwóch–trzech miesiącach od sytuacji, która nas dotknęła, więc teraz zaczynamy dostrzegać skutki rozpoczęcia izolacji w Polsce – mówi agencji Newseria Lifestyle Anna Mackojć, trycholog i biotechnolog z Instytutu Trychologii.
Długotrwały stres może przyczyniać się do pogorszenia kondycji skóry głowy. Ekspertka radzi, by wcieranie kosmetyków połączyć z masażem głowy poprawiającym krążenie krwi w komórkach skóry. To spowoduje, że składniki odżywcze zawarte w preparatach lepiej się wchłoną, a więc efekty ich stosowania będą szybciej widoczne.
– Osoby, które mają tendencję do łuszczycy, atopii, świądu czy łupieżu, obecnie powinny zainwestować w dobrej jakości szampony i odżywki. Warto bowiem pamiętać, że podziały komórkowe odbywają się w macierzy włosa, która ulokowana jest w skórze, dlatego jej dobra kondycja to podstawa – zaznacza Anna Mackojć.
Produkty do pielęgnacji powinny być odpowiednio dobrane do kondycji skóry i rodzaju włosów. W konsekwencji, jeżeli skóra głowy jest wysuszona, szampon powinien zawierać składniki odbudowujące płaszcz hydrolipidowy. Pozwolą one dłużej utrzymać wodę w komórkach naskórka. Innym rozwiązaniem są produkty specjalistyczne, polecane przy konkretnych problemach skóry głowy.
– Jeśli zaobserwujemy niepokojące sygnały, takie jak zwiększoną liczbę wypadających włosów, warto zgłosić się do gabinetu trychologicznego. Im szybciej to zrobimy, tym większa jest szansa na całkowite pozbycie się problemu. Zachęcam również do wizyt profilaktycznych, ponieważ wówczas możemy nie dopuścić do wypadania i skupić się na wzmacnianiu jakości i kondycji włosów – mówi biotechnolog z Instytutu Trychologii.
Pierwszym sygnałem łysienia, na który powinniśmy zwrócić uwagę, jest większa utrata włosów podczas wykonywania codziennej pielęgnacji, czesania i mycia. Jeśli widzimy niepokojące symptomy, wówczas jak najszybciej należy skierować się do gabinetu trychologicznego po natychmiastową pomoc. Warto także zwrócić uwagę na odpowiednią suplementację witamin oraz codzienny jadłospis, pamiętając, że podstawowym budulcem włosów są białka i składniki mineralne. W konsekwencji, aby cieszyć się zadbaną fryzurą, należy spożywać między innymi nabiał, mięso i ryby. Produkty te dostarczają organizmowi białko zbudowane z aminokwasów. Warto też zadbać o komfort psychiczny.
– Z kolei aby zapobiec czynnikom stresogennym, warto pamiętać o suplementacji witaminy B12. Jest ona intensywnie skorelowana z układem nerwowym, dlatego jej prawidłowy poziom zapewnia ukojenie nerwów i zwiększa odporność na stres. Równie ważna jest witamina D3, która odpowiada za wzmocnienie włosów. Znaczenie ma także styl życia: powinniśmy uzupełnić dietę w elektrolity oraz dobrze się wysypiać – zaleca Anna Mackojć.
W trakcie lockdownu 43 proc. Polaków ograniczyło swoją aktywność fizyczną, głównie ze względu na zamknięcie obiektów sportowych. Prawie 40 proc. nie podjęło żadnej aktywności w ciągu ostatnich 30 dni – wynika z badania MultiSport Index Pandemia. Optymistyczne jest jednak to, że 85 proc. Polaków, czyli ok. 27 mln osób, zamierza ćwiczyć częściej po zakończeniu pandemii, a aż 9,5 mln planuje skorzystać z obiektów sportowo-rekreacyjnych tuż po ich ponownym otwarciu. Siłownie, baseny i kluby fitness przygotowują się już do przyjęcia klientów w nowym reżimie sanitarnym, co nastąpi od 6 czerwca.
– Mam nadzieję, że powrót siłowni do normalności będzie w miarę szybki. Wszystkie kluby fitness, cała branża przygotowuje się do tego. Bardzo mocno wyczekują też tego klienci, którzy są spragnieni ćwiczeń – mówi agencji Newseria Biznes Wojciech Szwarc z Federacji Pracodawców Fitness.
– Aż 85 proc. Polaków deklaruje, że chce zwiększyć swoją aktywność fizyczną po zakończeniu lockdownu, a 9,5 mln zamierza skorzystać z obiektów sportowych zaraz po ich otwarciu. Prawie połowa odczuwa już skutki braku ruchu wynikające z ich zamknięcia. Bardzo często spotykam się z pytaniami moich podopiecznych czy uczestników zajęć fitness, którzy dopytują, kiedy kluby zostaną otwarte – mówi trener sportowy Piotr Czyżewski.
Jak wynika z badania MultiSport Index Pandemia, zrealizowanego pod koniec kwietnia przez Kantar na zlecenie Benefit Systems, w trakcie lockdownu 43 proc. Polaków ograniczyło swoją aktywność fizyczną, głównie ze względu na zamknięcie obiektów sportowych (35 proc.), a także obostrzenia związane z uprawianiem sportu na świeżym powietrzu (20 proc.) i izolację (14 proc.). Większość z nich już odczuwa negatywny wpływ braku aktywności na swoje samopoczucie (74 proc.), zdrowie (65 proc.) i sylwetkę (61 proc.).
Polacy, którzy pozostali aktywni fizycznie w trakcie pandemii, najchętniej jeżdżą na rowerze (36 proc.). Dużym wzrostem popularności cieszą się też treningi ogólnorozwojowe, które można wykonywać w domu, takie jak gimnastyka czy aerobik. Obecnie korzysta z nich 28 proc. osób, czyli o 17 proc. więcej niż jeszcze w styczniu. Dalej na liście preferowanych przez Polaków aktywności są też jogging (27 proc.) i spacery (26 proc.).
– Dużą popularnością cieszą się też treningi online – co trzeci aktywny Polak korzysta z takiej możliwości – mówi Piotr Czyżewski.
Aż 85 proc. Polaków, czyli ok. 27 mln osób, zamierza częściej ćwiczyć po zakończeniu pandemii. Branża liczy na wzrost liczby klientów po zniesieniu lockdownu.
– Wchodzimy w okres letni, który dla branży sportowej jest okresem mniej intensywnym, ponieważ ludzie raczej nie ćwiczą w budynkach, tylko wychodzą na zewnątrz. W tym roku jednak sytuacja może być inna. O wiele mniej Polaków wyjedzie za granicę i dlatego liczymy, że więcej osób będzie odwiedzać obiekty sportowe – nie tylko kluby fitness, ale i ścianki wspinaczkowe, baseny, studia jogi czy szkoły tańca – mówi Wojciech Szwarc.
Siłownie, kluby fitness i baseny pozostawały zamknięte od 14 marca, kiedy rząd wprowadził w kraju stan zagrożenia epidemicznego. Według szacunków Federacji Pracodawców Fitness utrzymanie lockdownu do 1 czerwca będzie kosztować siłownie i kluby fitness utratę 43 proc. ich rocznych przychodów, czyli 1,8 mld zł. Jeżeli natomiast jesienią nastąpi kolejna fala pandemii, a wraz z nią obiekty sportowe zostaną ponownie zamknięte, branża straci w sumie ok. 2,2 mld zł.
W tej chwili firmy przygotowują się już do ponownego otwarcia obiektów sportowych, co nastąpi 6 czerwca, w czwartym etapie odmrażania gospodarki. Obiekty będą jednak przyjmować klientów w nowym reżimie sanitarnym, co wiąże się z pewnymi utrudnieniami. Branża podkreśla, że jest na nie gotowa.
– Już na wejściu cała strefa obsługi klienta jest odcięta pleksiglasem. Po każdym kontakcie z klientem recepcja i bar będą dezynfekowane. Przygotowujemy się do tego, że będą musiały być zachowane odległości między ćwiczącymi. Będą działały szafki, ale nie będą czynne prysznice. Zachowane będą też wszelkie procedury związane z mierzeniem temperatury naszych pracowników i osób, które do nas przychodzą. Wszystko jest gotowe – mówi Wojciech Szwarc.
Dla osób, które zamierzają skorzystać z obiektów sportowo-rekreacyjnych po ich ponownym otwarciu, ważna jest informacja, że na siłowni czy w trakcie zajęć fitness nie będzie wymagane noszenie maseczek ochronnych.
Trudności z logistyką i dostawami do klientów, ograniczenie dostępności komponentów produkowanych w Azji – to problemy, które branża technologiczna odczuła w związku z rozwojem pandemii. – Niektóre firmy mogą tego nie przetrwać – mówi Mariusza Babula z firmy Zortrax. W długim terminie kryzys związany z koronawirusem może mieć jednak dobroczynny wpływ na rynek. Drukarki 3D w czasie pandemii okazały się niezastąpione w produkcji środków ochrony osobistej dla personelu medycznego z uwagi na krótki czas realizacji zamówień. Wzrosła więc świadomość roli druku 3D w produkcji.
– Druk 3D pokazał swoją wartość, bo właściwie już od pierwszych godzin po pojawieniu się zachorowań mógł być wykorzystany do produkcji środków ochrony osobistej, np. przyłbic, których najbardziej brakowało – mówi agencji Newseria Biznes Mariusz Babula, wiceprezes zarządu fimry Zortrax. – W dalszej kolejności okazało się, że potrzebne są dużo bardziej profesjonalne elementy wyposażenia, np. respiratory czy maski do respiratorów.
Druk 3D umożliwia dostarczenie niezbędnego wyposażenia zdecydowanie szybciej niż tradycyjne metody wytwórcze, które wymagają np. przygotowania elementów do formowania wtryskowego. Znaczenie druku 3D maleje w momencie, kiedy tradycyjne fabryki są już w stanie uruchomić nową produkcję. Jednak w tych początkowych etapach kryzysu drukarki 3D, działające w sposób rozproszony, mogą pomagać tam, gdzie to jest najbardziej potrzebne i tam, gdzie braki są największe.
– Zapotrzebowanie na sprzęt medyczny i akcesoria ochronne jest cały czas bardzo duże, ale tradycyjne fabryki przestawiły już swoją produkcję na nowe wyroby – podkreśla ekspert. – Druk 3D wciąż odgrywa ważną rolę w zakresie przygotowania nowych respiratorów, sprawdza się szczególnie w wytwarzaniu poszczególnych elementów do prototypów. Co więcej, drukarki 3D pomagają nie tylko przygotowywać prototypy nowych urządzeń, aby zapełniać luki w wyposażeniu, ale także dostosowywać rozwiązania, które już funkcjonują, do bieżących potrzeb, np. maski do nurkowania po wydrukowaniu odpowiednich adapterów mogą być wykorzystane do wspomaganego oddychania.
Praktycznie od początku trwania pandemii firmy i osoby indywidualne zajmujące się drukiem 3D (drukarze, projektanci, konstruktorzy, inżynierowie) powołali do życia inicjatywę HASHDrukarzeDlaSzpitali. W jej ramach powstało kilka projektów, które mogły być wykorzystywane przez służby medyczne i mundurowe, czyli m.in. gogle, przyłbice, trójniki do respiratorów, w stanie wyższej konieczności.
Jak podkreśla Mariusz Babula, obecny czas jest bardzo trudny dla firm działających w branży druku 3D z uwagi na problemy z logistyką: transportem do klientów końcowych, szczególnie na trasach międzynarodowych, oraz dostępnością niektórych części, szczególnie elektroniki, często produkowanej w Azji.
– Obawiam się, że wiele mniejszych firm może nie przetrwać tego kryzysu. Jednak długoterminowo spodziewam się, że druk 3D skorzysta na tej sytuacji, bo wzrosła świadomość, że jest to technologia znacząca i pomocna w trudnych, kryzysowych sytuacjach. Menadżerowie odpowiedzialni za produkcję dostrzegli, że druk 3D może pełnić w każdej fabryce rolę koła zapasowego dla machiny produkcyjnej w momencie, kiedy są przerwane standardowe łańcuchy dostaw, niedostępne są niektóre części zamienne i zagrożona jest ciągłość produkcji – zauważa wiceprezes zarządu firmy Zortrax.
Druk 3D ma bardzo szerokie zastosowanie, szczególnie w medycynie. Staje się niezastąpiony w stomatologii, gdzie jest wykorzystywany do druku implantów i aparatów ortodontycznych. Drukarki 3D wypierają standardowe metody leczenia z wykorzystaniem wycisków gipsowych. Stosowane są także w implantologii kostnej oraz protetyce – dzięki temu pacjenci otrzymują protezy dostosowane do ich potrzeb. W tych dziedzinach druk 3D pokazuje swoją przewagę, bo nie da się zrobić indywidualnie dopasowanej protezy w produkcji masowej.
Eksperci przewidują, że zarówno rynek aut elektrycznych, jak i autonomicznych zanotuje w tym roku spadek. Po krótkotrwałym załamaniu oba jednak wrócą na tor stałego rozwoju. W efekcie, według najnowszych prognoz, do 2040 roku 31 proc. samochodów jeżdżących po drogach stanowić będą auta elektryczne. Tymczasem już dziś w Chinach pojazdy autonomiczne stają się ważnym środkiem transportu w dobie ograniczeń wynikających z panującej pandemii SARS-CoV-2.
– Ponosimy bardzo duże straty. Te pieniądze miały być przeznaczone m.in. na rozwój. W związku z tym straty poniesione w czasie pandemii koronawirusa powodują, że mamy po prostu mniej pieniędzy. Nie da się jednak zatrzymać rozwoju ani inwestycji, tylko pewnie będziemy musieli dłużej na to pracować – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jakub Faryś, prezes zarządu Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Najnowszy raport BloombergNEF wskazuje, że w wyniku kryzysu spowodowanego przez pandemię koronawirusa sprzedaż samochodów elektrycznych spadnie w tym roku o 18 proc., co oznacza, że klienci kupią o 1,7 mln aut mniej. Będzie to pierwszy spadek zanotowany przez ten rynek od dekady. Jednak rynek aut o tradycyjnym napędzie czeka jeszcze głębsza recesja. W tym przypadku spadek sprzedaży sięgnąć ma nawet 23 proc.
– Z całą pewnością będziemy rozwijali nowe napędy, choćby dlatego, że musimy spełnić bardzo wyśrubowane normy ekologiczne, a bez samochodów z napędami innymi niż benzynowy czy silnik Diesla nie da się tego osiągnąć. W związku z tym pieniądze na pewno będą w to inwestowane – zapewnia Jakub Faryś.
Analitycy BNEF przewidują, że w ujęciu długoterminowym pojazdy elektryczne będą coraz mocniej zyskiwały na popularności. Do 2040 roku tego typu auta mają stanowić 58 proc. sprzedaży nowych samochodów osobowych. W 2040 roku 31 proc. uczestniczących w ruchu aut będzie elektrycznych.
Pandemia koronawirusa w dłuższej perspektywie nie odciśnie piętna również na segmencie samochodów autonomicznych.
– Pojazdy autonomiczne na pewno będą rozwijane, natomiast ze względu na problemy związane z koronawirusem ich pojawienie się na ulicach nieco wydłuży się w czasie. Auta tego typu gotowe do kupienia miały pojawić się na rynku za kilka lat. Trudno teraz powiedzieć, czy zajmie to pięć, sześć czy osiem lat, jednak z całą pewnością pojazdy te będą, bo rozwoju nie da się zatrzymać – przewiduje prezes PZPM.
W Chinach ograniczenia w przemieszczaniu się w związku z pandemią wykorzystano jako czynnik napędzający rozwój technologii pojazdów autonomicznych. Baidu, jeden z liderów tej technologii, skierował do pracy w 17 chińskich miastach 104 autonomiczne auta. Są one wykorzystywane do czyszczenia, dezynfekcji czy transportu środków ochrony osobistej lub żywności dla pracowników służby zdrowia.
Według najnowszych danych Research and Markets, uwzględniających przewidywane skutki pandemii, w 2020 roku światowy rynek samochodów autonomicznych zanotuje spadek w porównaniu z rokiem poprzednim. Wycena ma wynieść 23,33 mld dol., podczas gdy w 2019 roku było to 24,10 mld dol. Spadek ten wynika jednak głównie ze spowolnienia gospodarczego w poszczególnych krajach z powodu wybuchu pandemii. W dalszej perspektywie rynek unormuje się i osiągnie wartość 37,22 mld dol. w 2023 roku.
Gazociąg Baltic Pipe to strategiczna inwestycja, która ma na celu otworzenia nowego korytarza dostaw gazu na europejski rynek. Umożliwi sprowadzanie do 10 miliardów m³ paliwa z Norwegii. W 25-30 proc. będzie on wydobywany na koncesjach znajdujących się w posiadaniu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa. Dla Polski oznacza to bardzo dużą opłacalność wydobycia, ponieważ gaz będzie wydobywany przez rodzimą spółkę. To także zapewnienie bezpieczeństwa.
– Baltic Pipe daje nam możliwość pozyskiwania surowca niezależnie od sytuacji politycznej i relacji z którymś z państw producentów – powiedział serwisowi eNewsroomMariusz Marszałkowski, redaktor BiznesAlert.pl. – Realizacja tej inwestycji ma jednak jeszcze inną zaletę dla naszego kraju. Otworzy drogę do wypracowania pozycji tzw. hubu gazowego. Oznacza to możliwość rozdysponowania przez Polskę nadwyżki sprowadzanego gazu do innych krajów. Mówi się, że potencjalnym odbiorcą ma być między innymi Ukraina. Nasi sąsiedzi od 2015 roku nie korzystają z oferty Gazpromu i nie sprowadzają gazu bezpośrednio z Federacji Rosyjskiej. Nowa możliwość połączenia Polski i Ukrainy w tym zakresie może być ciekawą alternatywą. Chodzi tutaj zarówno o korzyści polityczne, jak i ekonomiczne – zaznaczył Marszałkowski.
W dniu 27 maja 2020 r. Komisja Europejska wydała wniosek w sprawie funduszu naprawczego i długoterminowego budżetu UE, Wieloletnich Ram Finansowych (WRF) na lata 2021–2027. Przewodniczący Rady Europejskiej wydał oświadczenie wskazujące, że skonsultuje się z państwami członkowskimi przed kolejną Radą Europejską zaplanowaną na 19 czerwca. Równolegle Rada przeanalizuje i oceni wniosek. Komisja zaproponowała także reformę zasobów własnych, m. in. podatek cyfrowy oraz graniczny podatek węglowy, co jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom Parlamentu Europejskiego. Dyskusje na temat zasobów własnych pomiędzy państwami członkowskimi są jednak zawsze bardzo trudne i na ostateczną listę zatwierdzonych nowych zasobów własnych przyjdzie nam jeszcze poczekać.
Ponadto, aby jak najszybciej udostępnić fundusze w celu zaspokojenia najpilniejszych potrzeb, Komisja proponuje zmianę obecnych wieloletnich ram finansowych na lata 2014-2020, aby udostępnić dodatkowe 11,5 mld EUR na finansowanie już w 2020 r. Komisja zaproponowała także reformę zasobów własnych i wprowadzenie podatków, m. in. cyfrowego oraz granicznego podatku węglowego, co jest wyjściem naprzeciw oczekiwaniom Parlamentu Europejskiego. Dyskusje na temat zasobów własnych pomiędzy państwami członkowskimi są jednak zawsze bardzo trudne a priorytetem zarówno dla KE, jak i państw jest teraz jak najszybsze osiągnięcie porozumienia w zakresie wysokości nowego wieloletniego budżetu i planu naprawczego. Komisja liczy, że uda się to jeszcze przed wakacjami.
Charles Michel, przewodniczący Rady Europejskiej
Charles Michel, przewodniczący Rady Europejskiej powiedział: „To ważny krok w procesie decyzyjnym. Pomoże ukierunkować wsparcie na sektory i regiony najbardziej dotknięte pandemią COVID19”.
„Poruszymy tę kwestię na zwykłym posiedzeniu Rady Europejskiej w dniu 19 czerwca 2020 r. Należy zrobić wszystko, aby osiągnąć porozumienie przed przerwą letnią. Pandemia dotknęła naszych obywateli i przedsiębiorców w dużym stopniu. Potrzebują oni ukierunkowanej pomocy bez opóźnienia. Wzywam wszystkie państwa członkowskie do szybkiego przeanalizowania wniosku Komisji i konstruktywnej pracy na rzecz kompromisu w najlepszym interesie Unii”.
Wysokość zaproponowanego planu naprawczego KE nazwanego „Next Generation EU” to 750 mld euro, dzięki pożyczkom na rynkach finansowych, przy niskich stopach procentowych, zabezpieczonych gwarancjami państw członkowskich. Warto przypomnieć, że razem z pakietem środków zatwierdzonym 23 kwietnia przez Radę UE, który wyniósł 540 mld euro, łączna pomoc UE dla unijnej gospodarki wyniesie 1,29 bln euro.
„Next Generation EU” opiera się na trzech filarach:
Filar 1: Wsparcie państw inwestycjami i reformami
Stworzony nowy fundusz warty 560 mld euro w celu sfinansowania kluczowych inwestycji publicznych i reform związanych z realizacją europejskich priorytetów, czyli europejskiego Zielonego Ładu oraz Agendy Cyfrowej. Ponadto, Komisja proponuje dodać do Funduszu Sprawiedliwej Transformacji 40 mld euro. Znajduje się tutaj także warte 55 mld euro „uzupełnienie polityki spójności” na lata 2020-2022, a wysokość wsparcia będzie zależała od skutków gospodarczych i społecznych obecnego kryzysu odczuwanych przez dane państwo. Otrzymanie pomocy z tego filaru będzie powiązane z wypełnianiem przez państwa zaleceń w ramach Semestru Europejskiego wymagających podjęcia reform o charakterze gospodarczym.
Filar 2: Pobudzenie gospodarki i pomoc w ponownym uruchomieniu inwestycji prywatnych
Działania w drugim filarze to zaproponowany nowy Instrument Wsparcia Wypłacalności, który może działać od 2020 r. i będzie dysponował budżetem o wysokości 31 mld EUR. Ma on na celu odblokowanie 300 mld EUR na wsparcie wypłacalności dla przedsiębiorstw ze wszystkich sektorów gospodarki i przygotowanie ich na „czystszą” i „cyfrową” przyszłość. Ponadto, dzięki instrumentowi „Strategic Investment Facility” (kontynuacja programu Junckera, wbudowana w InvestEU), 15 mld euro z tego programu powinno wygenerować inwestycje warte 150 mld euro w łańcuchy wartości o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa i strategicznej autonomii UE, jak np. sektor farmaceutyczny. Dotychczasowo działający InvestEU też zostanie zasilony dodatkowym 15,3 mld euro.
Filar 3: Wyciąganie bezpośrednich wniosków z kryzysu
Poprzez wzmocnienie programów, które dowiodły swojej wartości w czasie kryzysu, takich jak RescEU lub Horyzont Europa, ale także utworzenie nowego programu związanego ze zdrowiem publicznym, wzmocnienie europejskiej polityki sąsiedztwa, współpracy międzynarodowej i pomocy przedakcesyjnej.
Przedstawiona dziś propozycja rozporządzenia Komisji Europejskiej w sprawie Wieloletnich Ram Finansowych na lata 2021-2027 oraz towarzyszącego mu funduszu naprawczego, stanie się teraz przedmiotem negocjacji państw członkowskich. Dla przypomnienia, porozumienie w zakresie WRF wymaga jednomyślności w Radzie UE, a do zakończenia procesu potrzebna jest zgoda Parlamentu Europejskiego. Komisja ma nadzieję, że państwa zatwierdzą nowe WRF do lipca br.
– Dzisiejsza propozycja Komisji wprowadza nową jakość w zakresie funkcjonowania Unii Europejskiej. KE podtrzymuje propozycję powiązania funduszy z praworządnością, a w filarze 1 instrumentu „Next Generation EU” uzależnia wsparcie od wypełnienia przez państwa członkowskie zaleceń w ramach Semestru Europejskiego. Dla nas niezwykle ważny jest filar 2 – liczymy, że sektor MŚP z państw takich jak Polska, będzie korzystał z tej pomocy w jak największym stopniu. Liczymy także, że ważne dla naszego bezpieczeństwa branże będą się rozwijały i uniezależniały od dostawców spoza UE – zauważa Kinga Grafa, dyrektorka biura Konfederacji Lewiatan w Brukseli.
– To co powinno cieszyć nasze firmy to uniknięcie cięć w programie Horyzont Europa wspierającym badania i innowacje, a także dodatkowe wsparcie w Funduszu Naprawczym dla sprawiedliwej transformacji oraz polityki spójności. To dobrze, że Komisja stawia na innowacyjność gospodarki i rewolucję cyfrową, pamiętając jednocześnie o tym, by obecny kryzys nie zaburzył osiągnieć polityki spójności, dbając o równomierne rozłożenie kosztów obecnego kryzysu pomiędzy państwami członkowskimi” – podkreśla ekspert ds. UE w biurze Konfederacji Lewiatan w Brukseli, Adam Dorywalski.
Michał Kurtyka, minister klimatu
„Polska z zadowoleniem przyjmuje fakt, że transformacja energetyczna została wskazana jako jeden z głównych filarów strategii ożywienia gospodarki UE po COVID-19” – podkreślił minister klimatu Michał Kurtyka.
Przyjmujemy z zadowoleniem komunikat Komisji Europejskiej w sprawie zaktualizowanych wieloletnich ram finansowych na lata 2021-2027 oraz planu na rzecz odbudowy.
„Dzisiaj zyskaliśmy dobrą podstawę do dalszych negocjacji, które powinny teraz przyspieszyć tak, aby zaplanowane środki były dostępne jak najszybciej. Realizacja projektów transformacyjnych o prowzrostowym charakterze nie jest możliwa bez zapewnienia ambitnych ram finansowych” – zaznaczył.
„Działania inwestycyjne na rzecz transformacji klimatycznej mają duży potencjał do pobudzenia gospodarki” – dodał.
Jak poinformował szef resortu klimatu transformacja energetyczna pozostaje głównym priorytetem Polski przy utrzymaniu zobowiązań klimatycznych – już na początku pandemii minister klimatu zainicjował prace analityczne związane z zapewnieniem dalszej transformacji energetycznej w połączeniu z naprawą gospodarczą UE.
Zidentyfikowane przez KE obszary w ramach planu odbudowy wpisują się w plany Polski dot.:
zwiększenia efektywności energetycznej w sektorze budownictwa, obejmującą m.in. termomodernizację budynków i wymianę źródeł ciepła. Polska z sukcesem realizuje już programy „ Mój Prąd” i „Czyste Powietrze”, których celem jest poprawa warunków życia obywateli;
zwiększenia znaczenia sektora odnawialnych źródeł energii w transformacji energetycznej, szczególnie energii wiatrowej i słonecznej oraz wsparcie inwestycji w infrastrukturę sieciową zwiększenie udziału OZE. W 1990 roku odnawialne źródła odpowiadały za 2,5% generacji w elektroenergetyce – w 2018 roku było to już 13,91%. Na 2030 r. postawiono w Polsce cel osiągnięcia 21-23% udziału OZE w finalnym zapotrzebowaniu brutto;
rozwoju technologii – aktywnie działamy m.in. w obszarze elektromobilności, rozwijając sieci niezbędnych stacji ładowania elektrycznych pojazdów zeroemisyjnych oraz napędzanych wodorem, a także wzmacniając współpracę w zakresie rozwoju badań i innowacji w kontekście technologii niskoemisyjnych i zeroemisyjnych m.in. wodoru. Polskie firmy mają duże ambicje w tym obszarze, a Ministerstwo Klimatu wspiera ich realizacje;
wsparcia dla infrastruktury gazowej i wytwarzania gazu, jako paliwa przejściowego, które przyczyni się do czystej i sprawiedliwej transformacji. Polska widzi też ważną rolę dla inteligentnych sieci i liczników.
W opinii Michała Kurtyki, ministra klimatu, propozycja KE wychodzi również naprzeciw oczekiwaniom Polski, zwiększając czterokrotnie rozmiar funduszu sprawiedliwej transformacji.
„Z zadowoleniem odnotowujemy, że Komisja Europejska planuje dalsze wzmocnienie finansowe wszystkich filarów Mechanizmu Sprawiedliwej Transformacji. To oznacza dodatkowe 6 mld euro dla polskich regionów węglowych, które będą się transformować, żeby tworzyć nowe miejsca pracy” – powiedział.
Minister Kurtyka zwrócił uwagę, że realizacja powyższych planów wymaga odpowiednich środków finansowych, które będą rzeczywiście dostępne dla poszczególnych państw członkowskich na równych zasadach i przy utrzymaniu zasady neutralności technologicznej.
„Nie możemy mówić o wkluczeniach i warunkowości a pełnej solidarności” – zaznaczył minister.
„Kwoty przedstawione przez KE niewątpliwie będą wsparciem w kontynuacji transformacji energetycznej Polski” – dodał.
PKN ORLEN posiada stabilną pozycję finansową i umacnia wiarygodność wśród inwestorów. Agencja Moody’s Investors dokonała cyklicznego przeglądu i utrzymała rating Koncernu na poziomie Baa2. Przegląd uwzględnia zrealizowane już projekty, m.in. przejęcie Grupy ENERGA.
– Dzięki realizowanym inwestycjom rozwojowym i procesom akwizycyjnym umacniamy naszą pozycję nie tylko w biznesie, ale też wśród inwestorów. Utrzymujemy przy tym wszystkie wskaźniki finansowe na bezpiecznym poziomie. Dowodem na mocną pozycję finansową PKN ORLEN są ratingi nadawane Koncernowi przez agencje Moody’s i Fitch Ratings. Fakt, że ratingi te znajdują się na poziomie inwestycyjnym zwiększa naszą wiarygodność na rynku i może korzystnie wpłynąć na potencjalne rozmowy o finansowaniu naszych kluczowych projektów – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
W podsumowaniu cyklicznego przeglądu, analitycy Agencji zwrócili uwagę na silną pozycję segmentu Downstream Koncernu w Europie Środkowo-Wschodniej, opartego o nowoczesne aktywa rafineryjne. Doceniono też głęboką integrację segmentu rafineryjnego, petrochemicznego oraz detalicznego. Podkreślono również „zdrową” pozycję finansową PKN ORLEN w zakresie poziomu długu i pokrycia kosztów odsetek, pomimo negatywnego wpływu pandemii COVID-19. Jednocześnie analitycy agencji zwrócili uwagę na wysoką zmienność marż rafineryjnych, które wpływają na ratingi praktycznie wszystkich firm z sektora Oil&Gas.
Pandemia COVID-19 negatywnie wpłynęła na gospodarkę utrudniając prace instytucji finansowych. Organy regulacyjne w wielu krajach były zmuszone do podjęcia szybkich decyzji, których celem była możliwie jak najszersza ochrona instytucji finansowych, gospodarek oraz klientów w związku z bezprecedensową sytuacją z jaką mamy do czynienia w czasie pandemii. Nowe ulgi, ograniczenia i opóźnienia we wdrażaniu nowych zasad lub zmiany terminów konsultacji wielu rozwiązań są tylko niektórymi przykładami działań podejmowanych przez europejskich regulatorów, które zostały zaprezentowane w najnowszej publikacji KPMG EMA Financial Services Risk & Regulatory Insight Centre pt. „Horizons”.
Reakcje regulatorów podejmowane w związku z pojawieniem się zagrożenia związanego z koronawirusem można przede wszystkim podzielić na trzy zasadnicze kategorie: związane z wprowadzeniem ulg w obowiązujących terminach i wymaganiach, opóźnieniem we wdrażaniu nowych wymagań i terminów odpowiedzi na konsultacje oraz pojawieniem się nowych wymagań, wprowadzonych wyłącznie w odpowiedzi na pandemię koronawirusa w celu ochrony zarówno rynków, jak i konsumentów. Przykładem wdrożenia nowych wymagań jest uruchomienie przez Komisję Nadzoru Finansowego „Pakietu Impulsów na rzecz Bezpieczeństwa i Rozwoju”, które mają wzmocnić odporność sektora bankowego na zaburzenia związane z COVID-19.
Pandemia COVID-19 stanowi obecnie bezprecedensowe wyzwanie dla wszystkich sektorów gospodarki oraz wystawia na próbę odporność finansową i operacyjną szeregu branż. W odpowiedzi na nadzwyczajne trudności, przed którymi stoją rynki, przedsiębiorstwa oraz konsumenci, organy regulacyjne zmuszone są dokonywać niezwłocznych i zdecydowanych zmian w priorytetach ich działań, w szczególności poprzez opóźnienie niektórych wcześniej planowanych inicjatyw legislacyjnych oraz nadzorczych. W nadchodzących miesiącach organy regulacyjne staną w obliczu wielu wyzwań, w szczególności będą musiały podejmować decyzje dotyczące zakresu oraz okresu obowiązywania stosowanych rozwiązań łagodzących wpływ pandemii na sektor finansowy, a także opracować plany ich stopniowego wycofywania, w sposób który nie spowoduje dodatkowych zakłóceń i obciążeń dla uczestników rynku – mówi Stacy Ligas, senior partner, CEO w KPMG w Polsce.
Pandemia COVID-19 jest zjawiskiem globalnym, które testuje odporność finansową, operacyjną i handlową wszystkich firm. W tym kontekście sektor usług finansowych musi w szybki sposób i na dużą skalę dostosować się do niespotykanych ograniczeń i warunków rynkowych.
W obecnych czasach zasady oraz modele wykorzystywane w ramach normalnej działalności przed wybuchem pandemii koronawirusa mogą funkcjonować nieprawidłowo. Obecnie nikt nie jest pewien, jak długo obowiązywać będą aktualne ograniczenia oraz jak trwałe będą ich gospodarcze skutki. Organy regulacyjne muszą przygotowywać nowe wytyczne, które będą odpowiadać na bieżące wyzwania. W tym kontekście, sektor finansowy będzie zobowiązany przeprowadzić szybkie dostosowanie się do niespotykanych dotąd ograniczeń i nowych warunków rynkowych. Przedstawiciele branży będą zmuszeni do proaktywnej oceny pojawiających się zagrożeń i zmiany swoich priorytetów – mówi Iwona Galbierz-Sztrauch, partner w dziale doradztwa dla instytucji finansowych w KPMG w Polsce.
Odpowiedzią państw Unii Europejskiej na sytuację wywołaną przez pandemię koronawirusa było wdrożenie działań m.in. w zakresie podatków pracowniczych. Najczęściej dotyczyły one odroczenia składania zeznań i zaliczek na PIT, zawieszenia płatności składek oraz wypłaty dodatkowych świadczeń czy przyznawania ulg – wynika z raportu firmy doradczej PwC „Praca w UE – podatki i składki. Wpływ COVID-19 na podatki pracownicze”. Zdaniem ekspertów PwC, w dłuższej perspektywie COVID może spowodować zwiększenie skali pracy zdalnej oraz poszukiwanie rozwiązań obniżających koszty pracodawcy, a co za tym idzie – rosnącą rolę outsourcingu usług kadrowo-płacowych.
Dzisiaj kompleksowe porównanie kosztów pracy w poszczególnych krajach wykracza poza analizę standardowych obciążeń PIT i ZUS. Ważnym aspektem stają się możliwości uzyskania ulg i innych form wsparcia związanych z zatrudnieniem. Dlatego w tegorocznej edycji naszego raportu zwracamy szczególną uwagę na te ograniczone czasowo, ale jakże ważne dla kieszeni pracodawców i pracowników elementy pakietów antykryzysowych. – Mariusz Ignatowicz, partner w PwC
Jednym z istotnych obszarów, w których poszczególne kraje UE wprowadziły zmiany, by ograniczyć negatywne skutki COVID-19 dla firm, są podatki pracownicze. Większość państw, aby odciążyć przedsiębiorców i pracowników, odroczyła terminy składania zeznań podatkowych oraz pobierania zaliczek PIT. Część krajów (17), w tym Polska, dały możliwość wstrzymania składek na ubezpieczenie społeczne na określony czas. Na dodatkowe świadczenia z ZUS (i jego odpowiedników w UE) mogą liczyć firmy w 12 państwach – znalazły się tu takie rozwiązania jak dofinansowania do pensji pracowników, świadczenia pieniężne na rzecz samozatrudnionych czy wydłużanie urlopów i okresów zasiłkowych.
Niektóre kraje UE oprócz standardowych działań w zakresie podatków pracowniczych wprowadziły dalej idące rozwiązania. Przykładem może być Belgia, gdzie wprowadzono dodatek za pracę z domu w wysokości ok. 126 euro. Na Cyprze wprowadzono specjalny zasiłek chorobowy dla osób pracujących i zainfekowanych koronawirusem (w maksymalnej wysokości 1,214 euro miesięcznie), a w Wielkiej Brytanii do jednego dnia zmniejszono czas nabywania prawa do świadczenia chorobowego.
Liczba rozwiązań zaproponowanych w polskiej tarczy antykryzysowej jest relatywnie wysoka – w zależności od rozmiaru spółki przedsiębiorcom wskazano do wyboru nawet 58 opcji, choć część z nich istniała jeszcze przed pandemią. Pomoc w głównej mierze jest skoncentrowana na wsparciu przedsiębiorstw. Ważnym, planowanym działaniem, a stosowanym już w innych krajach, jest wprowadzenie dodatkowego 3-miesięcznego zasiłku dla osób tracących pracę w wysokości 1300 zł. – Joanna Narkiewicz-Tarłowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Praca zdalna i outsourcing kadrowo-płacowy
Ostatnie tygodnie udowodniły wielu firmom, że praca zdalna na większą niż dotychczas skalę jest możliwa. Eksperci PwC podkreślają, że w kolejnych latach będziemy obserwować rosnący udział pracy zdalnej, także tej wykonywanej za granicą.
W przypadku firm zatrudniających pracowników wykonujących zadania w innym kraju, polski pracodawca będzie miał za granicą obowiązki płatnika w zakresie PIT, ZUS, CIT, a także w zakresie lokalnego (tam gdzie znajduje się pracownik) prawa pracy.
Skomplikowane regulacje państw UE, a także poszukiwanie przez pracodawców możliwości obniżania kosztów pracy, prowadzić będzie do zwiększonego zapotrzebowania na outsourcing kadrowo-płacowy.
Praca zdalna podczas izolacji zmieniła charakter i pracę zespołów kadrowo-płacowych na zawsze. Od teraz automatyczne rozwiązania i digitalizacja to nie tylko sposób na optymalizację czy poprawę efektywności, ale też nowy sposób na realizowanie standardowych zadań. – Katarzyna Kwiatkowska, dyrektor w dziale prawno-podatkowym PwC
Polskie wynagrodzenia netto na tle krajów UE
W tym roku, z powodu trwającej pandemii, do końca maja odroczono termin składanie rocznych zeznań podatkowych za 2019 r.
Analiza przygotowana przez ekspertów PwC pokazuje, że przeciętnie zarabiający singiel w Polsce w 2019 r. otrzymywał 71% swojego pełnego wynagrodzenia (po odjęciu podatku PIT i obowiązkowych składek na ZUS i NFZ), przy średniej dla krajów Unii Europejskiej na poziomie 72%. W porównaniu z poprzednim rokiem w ogólnym zestawieniu UE awansowaliśmy o 1 pozycję na miejsce 16. Największa część wynagrodzenia zostaje w portfelach mieszkańców Cypru (89%) i Estonii (83%).
W przypadku przeciętnie zarabiającej rodziny (z dwójką dzieci i jednym pracującym rodzicem) zebrane dane wskazują, że z wynikiem 76% spadliśmy o jedno miejsce na 19. pozycję w zestawieniu krajów UE, dla których średnia wynosi 79%. W tym wariancie na największe wynagrodzenie mogą liczyć obywatele Czech, Irlandii i Cypru(89%).
W 2019 r. Polska znalazła się na 15. miejscu w zakresie kosztów pracodawcy na tle państw UE w rankingu dla osób zarabiających przeciętne wynagrodzenie (bez rodziny lub z rodziną). Jest to spadek o 2 miejsca w porównaniu do 2018 r. Wynika to z reform ZUS przeprowadzonych w innych krajach (wyprzedziły nas Litwa i Węgry).
Tylko w 2019 r. sieci apteczne zapłaciły łącznie ponad 1,27 mld zł podatków, tj. dwa razy więcej niż apteki indywidualne.
Według danych polskiej firmy analitycznej PEX PharmaSequence, w 2019 roku sieci apteczne wpłaciły do budżetu państwa w formie danin publicznych ponad 1,27 mld złotych, czyli dwa razy więcej niż apteki indywidualne.
Do grupy danin publicznych płaconych przez apteki zaliczono:
Składki ZUS od wynagrodzeń (po stronie pracownika oraz pracodawcy)
Podatek dochodowy PIT od wynagrodzeń pracowników
Podatek dochodowy właściciela apteki (PIT lub CIT)
Źródło: PEX PharmaSequence
Największe daniny publiczne sieci apteczne ponoszą z tytułu wynagrodzeń pracowników – w ubiegłym roku stanowiły one ponad 1 mld zł. Wynika to z faktu, że sieci apteczne bardzo mocno inwestują w personel i poziom usług, którego gwarantem są dobrze opłacani fachowcy. Apteki sieciowe płacą średnio kierownikom aptek o prawie 24 proc. więcej niż apteki indywidualne, magistrom farmacji odpowiednio ponad 18 proc. więcej, a technicy farmacji w sieciach zarabiają średnio o ponad 7 proc. więcej, niż w aptekach indywidualnych. Standardem jest zatrudnianie personelu w aptekach sieciowych na umowę o pracę, pozostałe formy zatrudnienia mają z reguły jedynie charakter uzupełniający i dotyczą sytuacji nadzwyczajnych, np. zastępstw.
Średnie miesięczne wynagrodzenie brutto w aptekach w 2019 r. PLN
Źródło: PEX PharmaSequence
Apteki sieciowe zatrudniają 61 proc. wszystkich magistrów farmacji, i 65 proc. techników farmaceutycznych, pracujących w aptekach w Polsce. Także w przeliczeniu na statystyczna aptekę, apteki sieciowe zatrudniają więcej personelu. W statystycznej aptece sieciowej zatrudnionych jest o 0,87 magistra farmacji więcej i o 1,47 technika farmaceutycznego więcej, niż w aptece indywidualnej. W aptece sieciowej zatrudnionych jest średnio 2,31 magistra farmacji, wobec 1,44 w aptece indywidualnej (uwzględniamy tu już farmaceutę-właściciela) i ponad 3 techników (wobec 1,57).
Średnie zatrudnienie w statystycznej aptece Liczba osób/aptekę
*uwzględniamy właściciela apteki, który jest magistrem farmacji Źródło: PEX PharmaSequence
Także w przypadku podatków dochodowych, apteki sieciowe zasilają kasę państwa kwotami wyższymi, niż apteki indywidualne. W 2019 roku apteki sieciowe zapłaciły ponad 213 mln zł podatków dochodowych, wobec 161,5 mln zł podatków dochodowych zapłaconych przez apteki indywidualne.
Źródło: PEX PharmaSequence
Źródło: PEX PharmaSequence, dane Ministerstwa Finansów
Do sieci aptecznych należy 43 proc. ogólnej liczby aptek w Polsce, 57 proc. to apteki indywidualne. Sieci apteczne (za sieć uważa się przedsiębiorstwo posiadające od pięciu aptek w górę) to głównie małe i średnie polskie firmy rodzinne. Według danych liczbowych najwięcej, bo aż 214 z nich, to sieci posiadające od 5 do 9 aptek, kolejne 93 podmioty posiadają od 10 do 19 aptek. 32 sieci apteczne posiadają od 20 do 49 aptek, 11 od 50 do 99. Zaledwie 9 sieci posiada powyżej 100 aptek na terenie Polski.
Sieci apteczne to także ogromna przewaga kapitału krajowego – zaledwie 5 sieci aptecznych posiada kapitał zagraniczny. Do sieci tych należy 6,7 proc. ogólnej liczby aptek w Polsce.
Na skutek epidemii część Ukraińców straciła pracę i wróciła do domu. Z Polski wyjechać mogło już nawet 12% pracowników. Jednak nie wszyscy chcą wracać. Obecna sytuacja pokazuje, że na rynku pracy umocniła się grupa obcokrajowców związanych z Polską, która jest tu bardzo potrzebna, o czym świadczy chociażby poprawa przepisów prawnych.
Czas epidemii przypomniał, że obcokrajowcy są bardzo istotną grupą na polskim rynku pracy. Jej większość stanowią Ukraińcy, którzy w znacznej mierze wpływają na utrzymanie wysokiej wydajności części zakładów pracy, jednocześnie mając wpływ na kondycję polskiej gospodarki. Znaczenie Ukraińców nie pozostaje niezauważone, o czym świadczą zapisy w niedawno wprowadzonych specjalnych ustawach antykryzysowych. Na mocy nowych przepisów kończące się pozwolenia na pobyt lub pracę w Polsce przedłużane są automatycznie na okres trwania epidemii plus dodatkowych 30 dni.
Niestety dla polskich pracodawców, od czasu wybuchu epidemii z kraju wyjechało ok. 12% pracowników z Ukrainy. – Część z nich zdążyła wyjechać zanim wprowadzono ustawy. Poza tym przepisy dopuszczają możliwość przedłużenia pozwolenia na pracę na tych samych warunkach jak dotychczas – mówi Natalia Myskova, dyrektor rynków zagranicznych w Sanpro Synergy – spółce grupy Impel, która zajmuje się rekrutacją obcokrajowców. – To oznacza, że po ograniczeniu lub zatrzymaniu pracy w dużych zakładach produkcyjnych, hotelach czy restauracjach pracownicy nie mogli przenieść się do firm z branży logistycznej, spożywczej czy rolniczej, choć tam pojawiło się zapotrzebowanie – wyjaśnia.
W związku z odpływem obywateli z Ukrainy, spółka Sanpro Synergy wprowadziła nową usługę zastępowania ich osobami z Polski.
– Pierwszy raz od kilku lat Polacy chcą wykonywać wymagające fizycznie prace, których w ostatnim czasie podejmowali się głównie obcokrajowcy migrujący do Polski w celach typowo zarobkowych. Jest to spowodowane tym, że obecnie wyjazd do Niemiec czy Anglii jest utrudniony – tłumaczy Natalia Myskova.
Kto zostanie, kto wyjedzie?
Teraz kluczowe dla polskich przedsiębiorców pozostaje pytanie, czy osoby, które wyjechały na Ukrainę po utracie zatrudnienia, przyjadą do Polski z powrotem. Natalia Myskova twierdzi, że część z nich na pewno tak. Po pierwsze, za Bugiem nie jest teraz łatwo znaleźć zajęcie, zwłaszcza tak dobrze płatne jak nad Wisłą. Po drugie, Ukraińcy czują się w naszym kraju doceniani. – Dziś nie tylko wypełniają braki na polskim rynku pracy, ale również wnoszą wartość dodaną w postaci poszukiwanych umiejętności i kompetencji – twierdzi Natalia Myskova. Po trzecie, można spodziewać się, że po tym jak sytuacja w całej Europie wróci do normy, Polacy znów wyjadą za granicę w celach zarobkowych, czym zwiększą zapotrzebowanie polskiego przemysłu spożywczego, logistyki czy budownictwa na pracowników z zagranicy.
Sytuacja związana z epidemią ugruntowała podział cudzoziemców pracujących w Polsce na dwie grupy. Wprawdzie czasy, kiedy wszyscy byli traktowani jako tania siła robocza już minęły, to wciąż istnieją osoby, które traktują pracę jako stricte tymczasową i zarobkową. Tacy pracownicy nie są związani z Polską i w razie problemów podejmują decyzje o powrocie do ojczyzny. Druga grupa, coraz liczniejsza, wiąże przyszłość z krajem, w którym pracuje. Jej przedstawiciele są na stanowiskach wysokiego szczebla, wielu z nich znajduje zatrudnienie np. jako eksperci w dochodowej branży IT. – Uczą się, znają język i mają ambicje. Z perspektywy pracodawców nie różnią się od Polaków – zauważa Natalia Myskova. – Tacy pracownicy chcą sprowadzać do Polski całe rodziny, znajdować im zatrudnienie, posyłać dzieci do przedszkoli i szkół. Wraz ze wzrostem ich ambicji, rosną oczekiwania i wymagania wobec pracodawców, którzy są coraz bardziej skłonni, aby je spełniać, co daje wymierne korzyści obydwu stronom – dodaje. Natalia Myskova zauważa kolejną korzyść z takiego obrotu sprawy: – Według najnowszych szacunków, Ukraińcy wydali w Polsce 8 miliardów złotych w roku 2019, czyli dwa razy więcej niż w roku 2018. To oznacza, że coraz mniej wysyłają do ojczyzny.
Z raportu „Doświadczenia i plany zawodowe obywateli Ukrainy pracujących w Polsce” przygotowanego przez Sanpro Synergy przy współpracy Fundacji Ukraina wynika, że z pracy i życia w Polsce zadowolonych jest prawie 80% Ukraińców. Czy ich sytuacja zmieni się po epidemii? Ilu z nich wróci, a ilu jeszcze wyjedzie? Natalia Myskova przewiduje, że w znacznym stopniu będzie to zależeć od dostępności Polaków. Jeśli zrealizują potrzeby gospodarki, to nie będzie potrzeby ściągania kandydatów z zagranicy. Wtedy zostaną ci, którzy mocno zintegrowali się w dużej mierze z Polską i są tu traktowani jaki bardzo wartościowi i lojalni pracownicy. Aby jeszcze lepiej poznać ich plany, spółka Sanpro Synergy pracuje nad kolejną odsłoną badania, którego wyniki zostaną pokazane niedługo.
Od wprowadzenia pierwszych obostrzeń i zamknięcia polskiej gospodarki mijają właśnie dwa miesiące. Po ponad 60 dniach zaawansowanej izolacji społecznej oraz szeregu transformacji gospodarczych mających na celu ograniczenie kontaktów międzyludzkich, można zaobserwować istotne zmiany w sektorze IT. Będą one na tyle znaczące dla całej gospodarki, że można pokusić się o stwierdzenie, że są pierwszymi krokami w całkowicie nowej rzeczywistości gospodarczej.
Po pierwsze chmura, wdrożenia i inwestycje w IT
Ostatnie tygodnie to wzmożona i można powiedzieć, niekiedy błyskawiczna, implementacja rozwiązań chmurowych w polskich przedsiębiorstwach. Pomimo, że w większości wdrożenia obejmują obsługę pracy zdalnej, zarządzanie i raportowanie, transmisje spotkań online czy współdzielenie plików w pracy biurowej, to przyspieszyły także decyzje o uruchomieniu procedur i rozpoczęciu większych inwestycji. Widzimy więcej zapytań czy rozstrzygnięć przetargów w obszarze bardziej złożonych implementacji IT opartych o technologie czołowych dostawców, jak i te robione na zamówienie. Bezsprzecznie chmura będzie hitem najbliższych miesięcy, także po ustaniu pandemii.
Po drugie sprzęt mobilny
Praktycznie każdy dostawca oferujący rozwiązania mobilne takie jak laptopy, notebooki, tablety lub inne urządzenia peryferyjne odczuł duży wzrost sprzedaży w ostatnich miesiącach. Te często dwucyfrowe dynamiki, sięgające nawet 40-60% w wolumenie, były spowodowane niemal natychmiastową koniecznością wysłania praktycznie większości pracowników do pracy zdalnej – domowej. Wobec powyższego zaistniała potrzeba wyposażenia ludzi w odpowiedni sprzęt umożliwiający pracę zdalną. Ruch w tym sektorze generował nie tylko sektor publiczny, ale także prywatny. Firmy w Polsce, niezależnie od skali działania, po prostu rzuciły się do zakupów.
Po trzecie – zmiany linii rządowego podejścia do chmury
Na przełomie kwietnia i maja Rząd RP podjął decyzję o znacznym skróceniu procedur związanych z postępowaniami przetargowymi w obszarze chmury publicznej. Decyzja ta została podjęta na bazie obserwacji panującej sytuacji i prostego wniosku – bez chmury lockdown i praca zdalna byłaby niemożliwa. Postępowania przetargowe ruszyły z tzw. „kopyta” i już dzisiaj widzimy, że wielu dostawców rozwiązań ma spory impuls do rozwoju. Decyzja rządzących jest jednym z pierwszych „zielonych świateł” dla chmury, które może przełożyć się pozytywnie na postęp jej wdrożenia w następnych obszarach. To sygnał nie tylko dla sektora publicznego – jeśli Państwo się nie boi chmury, biznes też nie powinien. Można więc sądzić, że za tymi decyzjami pójdą kolejne, tym razem w sektorze prywatnym.
Po czwarte – Microsoft z mega inwestycją
Ponad 4 mld PLN – tyle zainwestuje w Polsce Microsoft. Cała inwestycja ma być podzielona na trzy części. Główny kręgosłup przedsięwzięcia stanowi wybudowanie infrastruktury do centrum danych. Microsoft przeznaczy także pieniądze na dwa inne rodzaje działań: podnoszenie kompetencji cyfrowych w branży IT oraz adopcję chmury. W tym pierwszym przypadku będą to m.in. serie szkoleń dla programistów, inżynierów, architektów oraz programy certyfikacji. Z edukacji ma skorzystać ponad 150 tys. pracowników i studentów
w całej Polsce. W dziedzinie chmury program będzie wspierał podmioty, które w niedługim czasie muszą lub po prostu chcą same przenieść swoją działalność do clouda. To największa tego rodzaju inwestycja technologiczna w Polsce. Taki impuls był nam niezwykle potrzebny
i niewątpliwie przełoży się na dynamiczny wzrost krajowego rynku IT. Wszyscy liczymy na to, że ceny usług w chmurze w najbliższej przyszłości będą znacząco spadać. Staną się tym samym bardziej przystępne i pomogą przebudować biznes w nowej rzeczywistości w Polsce.
Po piąte – kupujemy w internecie przez e-commerce
Trudno się dziwić wzrostowi zakupów robionych w internecie przez Polaków. Skoro nie mogliśmy kupować w tradycyjnych sklepach trzeba było się skupić na transakcjach online.
W przypadku rozwiązań dedykowanych konsumentom ten trend zaczął się już sporo lat temu. Teraz nabrał po prostu jeszcze dodatkowego tempa. Oprócz rozwiązań dla standardowego konsumenta w świecie online pojawiła się jeszcze jedna tendencja. W czasie panującej pandemii sporo firm przeniosło swoją sprzedaż B2B również do modelu online. Wielu spośród, jeszcze do niedawna sceptycznych, Klientów biznesowych postawiło na sprzedaż, zarzadzanie tym procesem oraz prowadzenie relacji posprzedażowych w modelu e-commerce. Dużo rozwiązań dedykowanych tym procesom istniało już przed pandemią, ale prawdziwe zainteresowanie wielu branż wdrożeniami i uruchomieniem platform sprzedaży online odczuliśmy w ostatnich dwóch miesiącach. Krótko mówiąc, każdy przedsiębiorca chce zabezpieczyć się na wypadek podobnych sytuacji w przyszłości. To co teraz obserwujemy to długo wyczekiwana zmiana mentalności i mocne nastawienie proaktywne do wdrożeń IT
w Polsce.
Komentarz Piotra Kaweckiego, Prezesa ITBoom Sp. z o.o.
Rozwiązania wprowadzone przez poprzednią Tarczę Antykryzysową przewidywały przedłużenie terminów pozwoleń pobytowych i umożliwiały cudzoziemcom świadczenie pracy w oparciu o wydane wcześniej zezwolenia. Tarcza 3.0 uchwalona 14 maja 2020 r. wprowadza możliwość zmiany warunków pracy cudzoziemców bez konieczności uzyskania nowego lub zmiany dotychczasowego zezwolenia.
Należy pamiętać, że nielegalne jest powierzenie cudzoziemcowi wykonywania pracy na innych warunkach niż wskazane w zezwoleniu na pracę czy oświadczeniu o powierzeniu wykonywania pracy. Natomiast w aktualnie obowiązujących przepisach, w celu otrzymania dofinansowania do wynagrodzeń pracowników w ramach wsparcia z FGŚP, pracodawca musi np. obniżyć pracownikom wymiar czasu pracy. Przepisy Tarczy Antykryzysowej nie wyłączają pracowników z zagranicy z możliwości objęcia ich obniżonym wymiarem czasu pracy, zatem co do zasady nie powinno być co do tego żadnych przeszkód. Dotychczas jednak, w związku z brakiem szczegółowej regulacji niemożliwe było obniżenie cudzoziemcowi wymiaru czasu pracy i skorzystanie z dofinansowania do jego wynagrodzenia bez ryzyka narażenia się na zarzut powierzenia cudzoziemcowi wykonywania pracy na warunkach niezgodnych z zezwoleniem na pracę lub oświadczeniem o powierzeniu wykonywania pracy czy zezwoleniem na pracę i pobyt.
Na podstawie Tarczy 3.0. umożliwiono:
polecenie cudzoziemcowi wykonywanie pracy zdalnej (zgodnie z art. 3 Ustawy z dnia 2 marca 2020 r. o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych z późn. zm),
obniżenie cudzoziemcowi wymiaru czasu pracy o max 20% nie więcej niż do 0,5 etatu, z zastrzeżeniem, że wynagrodzenie nie może być niższe niż minimalne wynagrodzenie za pracę ustalane na podstawie przepisów o minimalnym wynagrodzeniu za pracę, z uwzględnieniem wymiaru czasu pracy (zgodnie z art. 15g ust. 8 ww. ustawy),
w niektórych przedsiębiorstwach, np. zatrudniających pracowników zapewniających funkcjonowanie stacji paliw płynnych, na obszarze lub terenie obiektu ważnego dla obronności, świadczących czynności bankowe, przedsiębiorcy rolno-spożywczego, którego działalność wiąże się z wytwarzaniem lub dostarczaniem żywności, możliwe jest m.in. objęcie cudzoziemca zmianą systemu lub rozkładu czasu pracy oraz świadczenie pracy w godzinach nadliczbowych, w zakresie i wymiarze niezbędnym dla zapewnienia ciągłości funkcjonowania przedsiębiorstwa (zgodnie z art. 15x ust. 1 w/w ustawy),
objęcie cudzoziemców elastycznymi zasadami ustalania pracownikom czasu pracy i porozumieniem o wprowadzeniu systemu równoważnego czasu pracy lub o stosowaniu mniej korzystnych warunków zatrudnienia (zgodnie z art. 15zf ust. 1 ww. ustawy).
Jeśli pracodawca zgodnie z przepisami obejmie pracownika z zagranicy którymś z wymienionych działań, w związku z czym zmianie uległyby warunki wykonywania pracy określone w:
zezwoleniu na pobyt czasowy i pracę,
zezwoleniu na pobyt czasowy w celu wykonywania pracy w zawodzie wymagającym wysokich kwalifikacji,
zezwoleniu na pracę,
zezwoleniu na pracę sezonową,
oświadczeniu o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi wpisanym do ewidencji oświadczeń na podstawie art. 88z ust. 2 ustawy z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy
– cudzoziemiec może wykonywać pracę na tych zmienionych warunkach bez konieczności zmiany zezwolenia, uzyskania nowego zezwolenia lub wpisania nowego oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi do ewidencji oświadczeń.
Tarcza 3.0. wprowadza również możliwość świadczenia pracy przez cudzoziemców, w okresie stanu zagrożenia epidemicznego lub stanu epidemii i w okresie 30 dni po odwołaniu ostatniego z tych stanów, u pracodawcy prowadzącego działalność wymienioną w rozporządzeniu wydanym na podstawie art. 90 ust. 9 ustawy z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach, np. w rolnictwie, hotelach i pensjonatach, czy też gastronomii – bez zezwolenia na pracę lub pracę sezonową, o ile cudzoziemiec posiadał:
zezwolenie na pracę lub pracę sezonową ważne po dniu 13 marca 2020 r. lub
oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi wpisane do ewidencji oświadczeń, w którym przynajmniej jeden dzień okresu pracy określonego w tym oświadczeniu następuje po dniu 13 marca 2020 r.
Niektóre wątpliwości pozostają
Powstaje jednak pytanie, czy możliwość wykonywania pracy bez zezwolenia pozwala na zmianę pracodawcy? Wydawałoby się, że tak – ustawa wskazuje bowiem wprost, że w czasie pandemii np. w rolnictwie, hotelach i lokalach gastronomicznych możliwa będzie praca bez zezwolenia.
Otwarte pozostaje jednak pytanie, czy wymagane przez ustawodawcę uprzednie posiadanie przez cudzoziemca zezwolenia lub oświadczenia ważnego po dniu 13 marca 2020 r. będzie spełnione przy posiadaniu przez cudzoziemca zezwolenia na jakąkolwiek pracę, np. w charakterze robotnika budowlanego, czy jednak to zezwolenie lub oświadczenie musi odnosić się do działalności wymienionych w rozporządzeniu wydanym na podstawie art. 90 ust. 9 ustawy z dnia 20 kwietnia 2004 r. o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy? Druga opcja ograniczałaby znacznie możliwość zatrudnienia cudzoziemców przy pracach sezonowych wyłączając wszystkich tych, którzy wcześniej nie wykonywali pracy w sektorach wymienionych w rozporządzeniu, a obecnie zatrudnienia szukają.
Utrudnione może być również zatrudnianie do prac sezonowych w rolnictwie zupełnie nowych pracowników zza granicy, którzy wcześniej w Polsce nie pracowali. Wymogiem dla wykonywania pracy bez zezwolenia jest bowiem uprzednie posiadanie zezwolenia na pracę lub pracę sezonową ważnych po 13 marca 2020 r. lub oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy, w którym chociaż jeden dzień przypada po 13 marca 2020 r. Dodatkowo, osoba pochodząca z kraju spoza UE i Europejskiego Obszaru Gospodarczego (np. z Ukrainy) przekraczająca granicę nawet w celach zawodowych nadal objęta jest 14- dniową kwarantanną, którą pracownicy sezonowi mają spędzić w gospodarstwach, co prawda będą mogli w trakcie kwarantanny świadczyć pracę, ale pod warunkiem zakazu opuszczania gospodarstwa i minimalnego kontaktu z osobami zamieszkującymi gospodarstwo. MRiRW i GIS opublikował bardzo restrykcyjne wytyczne dla rolników zatrudniających cudzoziemców przy pracach sezonowych (https://gis.gov.pl/aktualnosci/wytyczne-mrirw-i-gis-dla-producentow-rolnych-zatrudniajacych-cudzoziemcow-przy-pracach-sezonowych-w-zwiazku-z-rozprzestrzenianiem-sie-wirusa-sars-cov-2-warszawa-08-05-2020-r/). Niektóre z nich to np. opłacenie testów na koronawirusa zaraz po przyjeździe pracowników, opłacenie dodatkowych testów jeśli gospodarz chce skrócić okres kwarantanny, zapewnienie wydzielonych pomieszczeń do pobytu (w przypadku dużej ilości osób te pomieszczenia ma zajmować nie więcej niż 10 osób), oddzielnie od siebie grup pracowników tak, żeby się ze sobą nie stykały zarówno w miejscu pracy (np. na polu czy podwórku) jak i w miejscu zakwaterowania i strefach socjalnych i wiele innych pokazuje, że zatrudnianie pracowników sezonowych będzie dla wielu producentów rolnych ogromnym wyzwaniem i może się wiązać z dużymi wydatkami.
Małgorzata Cieśla, aplikant adwokacki w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Specjalizuje się w obsłudze korporacyjnej, rozwiązywaniu sporów w procesie budowlanym oraz w windykacji należności i postępowaniu egzekucyjnym.
Fraza „jak kupić złoto” była według danych Google na koniec kwietnia blisko trzykrotnie częściej wyszukiwana niż na początku tego roku. Zainteresowanie rynkiem złota w pierwszym kwartale i na początku drugiego kwartału zdecydowanie wzrosło, zwłaszcza wśród inwestorów indywidualnych – pisze Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia Ltd. (usługa Forex Cinkciarz.pl).
Wraz z rozprzestrzenianiem się pandemii i jej potencjalnych skutków gospodarczych inwestorzy poszukiwali bezpiecznych aktywów. W rezultacie fundusze ETF oparte o złoto (ang. gold-backed ETFs) przyciągały ogromne napływy kapitału, co poskutkowało zakupami 298 ton złota. To z kolei sprawiło, że światowe udziały w tych produktach osiągnęły nowy rekordowy poziom 3 185 ton – wynika z danych WGC.
Półtora roku w górę
W porównaniu do pierwszego kwartału 2019 r. wzrost zakupów złota przez fundusze ETF wyniósł oszałamiające 595 proc. W tym czasie spadł popyt jubilerski, a z kolei popyt na monety czy sztabki był podobny do tego z początku 2019 r. Warto zaznaczyć, że ze względu na zamknięcie gospodarek nastąpiły utrudnienia w dostawach kruszcu w jakiejkolwiek formie. Produkcja złota spadła do najniższego poziomu od pięciu lat, równego 795,8 tony. Stąd też inwestorzy mogli zainteresować się instrumentami finansowymi dającymi ekspozycję na złoto. Również banki centralne nadal kupowały złoto w znacznych ilościach, choć w słabszym tempie niż w pierwszym kwartale 2019 r. Zakupy netto wyniosły 145 ton – wynika z danych World Gold Council.
W tym miejscu warto przypomnieć sobie, że wzrost cen złota trwał z małymi tylko przerwami od drugiej połowy 2018 r. Mamy zatem do czynienia z półtoraroczną hossą, która wywindowała cenę uncji z poziomu 1200 do 1700 USD. W tym czasie na rynku dominowali inwestorzy finansowi oraz banki centralne.
Co wiedzą wielcy gracze?
Spoglądając na pozycjonowanie dużych instytucji na rynku kontraktów terminowych na złoto, widzimy, że od połowy lutego zaczęły one zmniejszać swój udział w kontraktach pozwalających potencjalnie zyskać na wzroście ceny. Innymi słowy, zdaje się, że mamy do czynienia z typową realizacją zysków po ponad roku hossy i w momencie, gdy pojawia się popyt ze strony inwestorów detalicznych. Skala zjawiska jest znacząca, ponieważ zredukowano ok. 20 proc. wszystkich pozycji.
Co więcej, zdaje się, że duzi spekulanci na rynku i kontraktach terminowych rozpoczęli inwestowanie na spadek cen. Pozycje krótkie, które mogą zyskać, gdy cena złota spadnie, wzrosły do najwyższego poziomu od początku marca – wynika z danych opublikowanych przez amerykańską komisję CFTC. Stąd zasadne wydaje się pytanie, czy na rynku złota mamy do czynienia jedynie z lekkim cofnięciem, czy też już z większą korektą?
Według firmy doradczej Savills wartość transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości najpierw spadnie o 50%, po czym nastąpi szybkie odbicie w perspektywie kolejnych 12 miesięcy. Tempo i skala spadku nie będą tak dotkliwe, jak w czasie globalnego kryzysu finansowego, gdy w latach 2007-2009 wolumeny transakcji na całym kontynencie zmniejszyły się aż o 72%.
„Naszym zdaniem przejściowe trudności mogą wpływać negatywnie na strumienie transakcji na przestrzeni kolejnych trzech do sześciu miesięcy. Jednak tym razem do szybszej poprawy nastrojów wśród inwestorów powinna przyczynić się wysoka płynność, niskie stopy procentowe, ograniczona liczba projektów deweloperskich oraz lepsze dokapitalizowanie sektora bankowego” – komentuje Eri Mitsostergiou, dyrektor w dziale badań europejskich, Savills.
Z danych firmy Savills wynika, że w pierwszym kwartale bieżącego roku wartość transakcji inwestycyjnych na europejskim rynku nieruchomości wyniosła ponad 70,6 mld euro i była o 25% wyższa od średniej pięcioletniej, przy czym kapitał zagraniczny odpowiadał za 61% aktywności inwestycyjnej. Pomimo rozprzestrzeniania się pandemii na całym kontynencie, z większości rynków w Europie napływają sygnały, że inwestorzy nadal działają aktywnie zwłaszcza w segmencie najbardziej atrakcyjnych nieruchomości, o czym świadczy kilka transakcji w przygotowaniu oraz minimalne obniżki cen.
„Przewidujemy, że ceny nieruchomości nieznacznie spadną, ponieważ stawki czynszowe i wartości kapitałowe są niższe niż przed wybuchem pandemii Covid-19. Niemniej jednak skala korekty stóp kapitalizacji dla najlepszych aktywów nie będzie tak duża, jak w okresie po globalnym kryzysie finansowym, gdyż oczekiwany zwrot z inwestycji powyżej stopy wolnej od ryzyka jest nadal zadowalający” – dodaje Eri Mitsostergiou.
Według Savills zainteresowaniem inwestorów nadal będą cieszyły się rynki o dużej płynności, takie jak Londyn, Paryż, Berlin i inne największe miasta Niemiec, a także rynki, które mogą liczyć na wzrost stawek czynszowych w długiej perspektywie, między innymi Sztokholm, Amsterdam i Madryt. Jednak wolumeny transakcji inwestycyjnych będą ograniczone z powodu braku podaży najbardziej atrakcyjnych aktywów oraz niewielkiej liczby sprzedających.
„Spodziewamy się, że aktywność inwestycyjna na rynku nieruchomości w Polsce obniży się w stopniu podobnym do naszych prognoz europejskich, z sektorem handlowym i hotelowym doświadczającymi największego spadku wolumenu obrotów. Natomiast inwestycje w nieruchomości logistyczne, obecnie najbardziej poszukiwany sektor, powinny pozostać odporne na zawirowania rynkowe. Relatywnie wysoka zależność od kapitału zewnętrznego, który w pierwszych miesiącach po okresie izolacji, może się koncentrować na głównych rynkach zachodnioeuropejskich, może przynajmniej częściowo zostać zrównoważona wysokim popytem na nieruchomości w sektorze przemysłowym, z jego dynamicznie rosnącymi zasobami i udziałem w rynku, który w 1 kw. 2020 odpowiadał za wyjątkowo wysokie 58% wolumenu wobec 11% w Europie. Całkowity wolumen transakcji w sektorze biurowym będzie zależał od kilku dużych transakcji, pierwotnie planowanych w tym roku, których ewentualna finalizacja pokaże realny wpływ kryzysu wywołanego przez Covid-19 na płynność rynku” – mówi Marek Paczuski, dyrektor w dziale doradztwa inwestycyjnego, Savills.
Europejski sektor logistyczny jest do pewnego stopnia odporny na niektóre zawirowania na rynku, ponieważ wzrost obrotów w handlu internetowym wskutek izolacji zwiększa popyt na powierzchnię magazynową generowany przez sektor e-commerce. Zainteresowanie bezpiecznymi źródłami przychodów w długiej perspektywie wpływa także na poprawę nastrojów inwestorów, a znaczny wolumen wolnego kapitału może przyczynić się do wzrostu aktywności na rynku i stabilizacji cen nieruchomości.
Zdaniem Savills nieruchomości wielorodzinne mogą wyjść z obecnego kryzysu jako jedna z silniejszych klas aktywów. Popyt na nieruchomości mieszkaniowe, które zaliczane są do sektorów defensywnych, generują czynniki niecykliczne takie jak urbanizacja, malejąca wielkość gospodarstw domowych i rosnące ceny mieszkań. W kwietniu bieżącego roku aktywność inwestycyjna w sektorze nieruchomości mieszkaniowych utrzymała się na stabilnym poziomie na ponad połowie europejskich rynków (57%).
Najbardziej atrakcyjne budynki biurowe również uważane są za dość odporne na kryzys, ale sukces eksperymentu z pracą z domu może w znacznym stopniu wpłynąć na przyszłe strategie firm dotyczące nieruchomości. Pełny wpływ spowolnienia gospodarczego na popyt ze strony najemców i stawki czynszowe poznamy jednak dopiero w drugim półroczu i w roku 2021.
Według Savills należy spodziewać się większej ostrożności inwestorów w stosunku do sektorów handlowego i hotelowego, które najbardziej odczuły skutki izolacji, a także sektorów funkcjonujących w oparciu o najem krótkoterminowy lub elastyczny, na przykład elastyczne powierzchnie biurowe i akademiki. W najbliższych miesiącach bardzo prawdopodobny jest wzrost liczby zawieranych transakcji typu sale and leaseback, które mogą stanowić strategię obronną dla podmiotów znajdujących się w trudniej sytuacji i umożliwić im zwiększenie przepływów pieniężnych. Z tego względu można oczekiwać pojawienia się na rynku okazji inwestycyjnych w sektorze obiektów handlowych, hotelowych i innych nieruchomości operacyjnych. W krótkiej perspektywie do wzrostu strumieni transakcji przyczynią się także transakcje pozarynkowe i przedsięwzięcia typu joint venture mające na celu finansowanie inwestycji deweloperskich.
Savills prognozuje, że ożywienie aktywności transakcyjnej mogą zapoczątkować inwestorzy krajowi i fundusze międzynarodowe dysponujące rozbudowaną siecią biur w Europie. Z powodu obowiązujących restrykcji w podróżowaniu inwestorzy z Azji mogą być przez pewien czas nieobecni na rynku lub w miarę możliwości działać za pośrednictwem europejskich firm zarządzających funduszami. Natomiast ze względu na coraz większą ostrożność instytucji udzielających finansowania dłużnego przewagę konkurencyjną będą mieli inwestorzy prywatni i podmioty z rynku kapitałowego.
„Nieruchomości nadal uważane są za bezpieczną przystań w burzliwych czasach, a ze względu na rekordowo niskie stopy procentowe inwestorzy będą w dalszym ciągu zainteresowani najbardziej atrakcyjnymi nieruchomościami wynajętymi wiarygodnym najemcom i generującymi stabilne przychody w długiej perspektywie. W najbliższych miesiącach większość inwestorów nadal będzie poszukiwać okazji inwestycyjnych, a wznowienie aktywności transakcyjnej może nastąpić wraz ze znoszeniem obostrzeń związanych z lockdownem, ożywieniem aktywności gospodarczej i przywracaniem połączeń lotniczych. Wiele transakcji zostało odłożonych w czasie i jesteśmy przekonani, że jesienią tego roku będziemy świadkami dynamicznego wzrostu aktywności transakcyjnej” – komentuje Oli Fraser-Looen, współdyrektor działu doradztwa inwestycyjnego w regionie EMEA, Savills.
Liczba kontroli podatkowych prowadzonych przez urzędy skarbowe i celno-skarbowe spada z roku na rok. Jak podaje Krajowa Administracja Skarbowa, w 2017 r. było prawie 4 tys. kontroli celno-skarbowych, w 2018 r. – 3066, a w 2019 r. liczba ta spadła do 2621. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku kontroli podatkowych, gdzie w kolejnych latach liczba kontroli spadała odpowiednio z 27 tys. w 2017 przez 23 tys. w 2018 do 20 tys. w 2019 r. Bazując jedynie na powyższej statystyce, można odnieść wrażenie, że fiskus odpuścił podatnikom i kontroluje ich rzadziej. Niestety nie jest to prawda. Skarbówka dzięki wykorzystaniu analizy danych płynących z plików JPK może łatwiej typować podmioty do weryfikacji, zastępując tradycyjne kontrole podatkowe czynnościami sprawdzającymi. Istnieje jednak różnica pomiędzy czynnościami sprawdzającymi a kontrolą podatkową.
W jakich sytuacjach można przeprowadzić czynności sprawdzające?
Czynności sprawdzające można przeprowadzić jedynie w określonym zakresie zdefiniowanym w art. 272 Ordynacji podatkowej. Pierwsza grupa funkcji czynności sprawdzających określona w punktach 1 i 2 to czynności związane z samowymiarem zobowiązań podatkowych. W ramach tej części przepisu organy podatkowe mogą weryfikować terminowość składania deklaracji oraz zapłaty podatku, a także sprawdzać pod kątem formalnym ww. dokumenty. W tym zakresie czynności sprawdzające spełniają swoją rolę, ponieważ nie ograniczają w żaden sposób prawa podatnika do złożenia korekty deklaracji w sytuacji popełnienia pomyłki. Innymi słowy, w tym przypadku czynności sprawdzające stanowią platformę do komunikacji między urzędem skarbowym a podatnikiem w zakresie składanych deklaracji, bez negatywnych konsekwencji w postaci braku możliwości korygowania się w czasie podjętych czynności.
Druga część przepisu, tj. pkt 3, to czynności związane z postępowaniem dowodowym, co wg wielu ekspertów wykracza poza zakres czynności sprawdzających, prowadząc do wypaczania przez organy podatkowe tej instytucji. W istocie przepis ten pozwala organom podatkowym na prowadzenie niejawnych kontroli podatkowych, gromadzenie materiału dowodowego bez formalnego wszczynania kontroli. Praktyka pokazuje, że organy podatkowe często korzystają z tego przepisu w celu uzyskania dodatkowych danych i informacji uzupełniających. Nierzadko żądania organów sprowadzają się do przedstawienia faktur, umów, uzgodnień, wyjaśnień, czyli dokumentów, których organy najczęściej żądają w przypadku kontroli podatkowych.
Kolejny zakres działań organów w ramach czynności sprawdzających to weryfikacja wydatków i przychodów w zakresie niezbędnym do ustalenia podstawy opodatkowania z tytułu tzw. przychodów bez pokrycia (pkt 4 tegoż przepisu) – ze źródeł nieujawnionych. Kolejne dwa punkty to możliwość wszczęcia czynności sprawdzających w przypadku rejestracji podatkowej oraz zgłoszenia rejestracyjnego uproszczonego w akcyzie.
W art. 272a Ordynacji podatkowej została przewidziana możliwość dokonania czynności sprawdzających w przypadku dokumentów składanych do Szefa KAS lub organu podatkowego upoważnionego w zakresie wymiany z państwami członkowskimi UE informacji o podatku VAT. Ponadto w ramach czynności sprawdzających organ podatkowy może sam dokonać korekty deklaracji, zwrócić się do podatnika o dokonanie korekty, żądać złożenia wyjaśnień w sprawie przyczyn niezłożenia deklaracji w terminie lub wezwać do ich złożenia. Często wykorzystywanym przepisem jest także art. 274b § 1 Ordynacji podatkowej, dzięki któremu organ podatkowy może przedłużyć termin zwrotu podatku do zakończenia czynności sprawdzających.
Należy także zaznaczyć, że czynności sprawdzające nie zawsze muszą dotyczyć sytuacji podatnika, lecz mogą odnosić się do jego kontrahentów (dostawców/odbiorców). W tym zakresie organy podatkowe często korzystają z art. 155 § 1 Ordynacji podatkowej. Tym samym mają prawo do kontroli całego łańcucha dostaw bez konieczności wszczynania kontroli podatkowej.
Uprawnienia podatnika w ramach kontroli podatkowej
Kontrola podatkowa jest dużo bardziej sformalizowana niż czynności sprawdzające. Głównym jej celem jest sprawdzenie, czy kontrolowany podmiot wywiązuje się z obowiązków wynikających z przepisów prawa. Sam cel czynności sprawdzających i kontroli podatkowej jest inny. Pierwsza instytucja powinna sprowadzać się do formalnej weryfikacji prawidłowości składanych dokumentów czy dokonywanych płatności, z kolei druga instytucja to kontrola merytoryczna podatnika.
Co do zasady o zamiarze przeprowadzenia kontroli podatnik powinien zostać wcześniej poinformowany poprzez doręczenie formalnego zawiadomienia w określonym terminie. W szczególnych przypadkach możliwa jest kontrola podatkowa bez uprzedniego doręczenia zawiadomienia. Kontrolę podatkową przeprowadza się na podstawie upoważnienia wydanego przez właściwy organ. Zatem nie każdy urzędnik może przeprowadzić kontrolę, lecz jedynie ten, który ma do tego upoważnienie. W przypadku czynności sprawdzających nie ma ani obowiązku wcześniejszego zawiadomienia, ani także szczególnych regulacji w zakresie upoważnienia do przeprowadzenia czynności.
Kolejną bardzo istotną różnicą pomiędzy kontrolą podatkową a czynnościami sprawdzającymi jest czas trwania wszystkich kontroli u podatnika w jednym roku kalendarzowym. O ile dla kontroli podatkowych został on wyznaczony, o tyle w przypadku czynności sprawdzających organy podatkowe mają nieograniczone możliwości. Nie ma przepisu zabraniającego rozpoczęcie czynności sprawdzających od razu po zakończeniu poprzednich lub nawet w tym samym czasie.
W toku kontroli podatkowej czy czynności sprawdzających organy podatkowe zobowiązane są przestrzegać zasad praworządności, pogłębiania zaufania do administracji publicznej, prawdy obiektywnej, czynnego udziału stron w postępowaniu, pisemności, dwuinstancyjności, szybkości i prostoty czy też przekonywania (wyjaśniania stronom swojej racji). Należy jednak zaznaczyć, że kontrola podatkowa zawiera prawa organu i obowiązki podatnika, przez co wyznacza ramy postępowania. W przypadku czynności sprawdzających są one nieco zatarte, dlatego też postępowanie jest mniej sformalizowane.
Kontrola podatkowa kończy się formalnym dokumentem, protokołem kontroli, co nie występuje w toku czynności sprawdzających. Oznacza to, że organy podatkowe zbierają dokumenty i dowody na potrzeby postępowania podatkowego, po czym mogą nawet nie poinformować o jego wyniku. W konsekwencji podatnik często nie wie, jak przekazane do urzędu dane wpłyną na jego sytuację, czy nie będą podstawą do wszczęcia kontroli.
Podsumowanie
Z uwagi na bardzo ogólną konstrukcję przepisów w zakresie czynności sprawdzających organy podatkowe mogą sięgać po nie dużo chętniej niż po sformalizowane przepisy o kontroli podatkowej. Pomimo iż czynności sprawdzające powinny mieć charakter techniczny zmierzający do prawidłowego od strony formalnej rozliczenia podatku, są one często wykorzystywane jako nieformalny początek kontroli podatkowej. W efekcie w przypadku rozpoczęcia czynności sprawdzających wykraczających poza weryfikację terminowości i prawidłowości składanych deklaracji i płatności podatnicy powinni skontaktować się z doradcą podatkowym.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
We wrześniu nowa filia Uniwersytetu Coventry we Wrocławiu w Polsce będzie gotowa na przyjęcie pierwszych studentów, z zastrzeżeniem zniesienia przez polski rząd restrykcji związanych z COVID-19.
Wykonawcy realizujący prace na rzecz uniwersytetu, w tym firma Skanska, dokładają starań, aby wyposażyć budynek kampusu, a personel zatrudniony na miejscu przestrzega wszystkich wymaganych środków bezpieczeństwa. Testy odbioru oraz oddanie budynku zaplanowano na lato.
Wrocławski kampus zajmuje dwa piętra w kompleksie Centrum Południe realizowanym przez Skanska. W okolicy znajduje się wiele przystanków autobusowych i tramwajowych, jak również mnóstwo kawiarni, restauracji, banków, aptek oraz innych usług.
Uniwersytet Coventry we Wrocławiu rozpoczął proces rekrutacji na studia licencjackie na wydziałach: Technologii cyfrowej, Zarządzania & Przywództwa w biznesie, Zarządzania w lotnictwie, a także Cyberbezpieczeństwa.
Filia oferuje kilka naborów w ciągu roku akademickiego, aby w ten sposób uczynić proces edukacji jak najbardziej dostępnym. Rok akademicki podzielony jest na kursy oferowane w blokach przeznaczonych zarówno dla studentów studiów dziennych jak i zaocznych. Można je rozpocząć w różnych terminach, tj. we wrześniu, listopadzie, styczniu, lutym, kwietniu i w czerwcu.
John Dishman, Prorektor Uniwersytetu Coventry oraz Dyrektor Generalny Grupy Uniwersytetu Coventry
John Dishman, Prorektor Uniwersytetu Coventry oraz Dyrektor Generalny Grupy Uniwersytetu Coventry, powiedział: „Otwarcie wrocławskiej filii Uniwersytet Coventry przebiega zgodnie z planem i odbędzie we wrześniu tego roku. Cieszę się, że nasi wykonawcy kontynuują prace zachowując przy tym zasady bezpieczeństwa, aby przygotować kampus na przyjęcie pierwszych studentów.
Oferujemy szereg ciekawych kierunków studiów, na których nauczanie jest prowadzone w elastyczny i przyjazny sposób z uwzględnieniem potrzeb studentów. Naszym celem jest oferowanie studentom nauczania z myślą o ich przyszłej karierze zawodowej, tj. przekazywanie tradycyjnie akademickiej wiedzy przy jednoczesnym wspieraniu rozwoju kariery zawodowej.”
Anna Życińska-Wójcik, dyrektor projektu w firmie Skanska, odpowiedzialna za projekt kompleksu biurowego Centrum Południe powiedziała: „Kontynuujemy prace aranżacyjne na potrzeby Uniwersytetu Coventry, aby zgodnie z harmonogramem otworzyć wspaniałą przestrzeń dla studentów we Wrocławiu. Jest to nasz pierwszy projekt polegający na adaptacji powierzchni biurowej do celów akademickich, który prowadzimy również w wyjątkowych okolicznościach wywołanych pandemią COVID-19. Jesteśmy przekonani, że w wyniku tego projektu powstanie wyjątkowe połączenie przyjaznych i nowoczesnych przestrzeni dostosowanych do nowych sposobów pracy i nauki po COVID-19.”
W pierwszym roku działalności kampus we Wrocławiu przyjmie około 160 studentów, a ambitne plany uczelni na przyszłość mówią o zwiększeniu liczby studentów oraz rozszerzeniu oferty kierunków. Informacje na temat rekrutacji i oferowanych kierunków studiów dostępne są na stronie internetowej uniwersytetu.
Sieć 5G jest pierwszą w historii komunikacji mobilnej, która została zaprojektowana z myślą o maszynach. Zgodnie z zapowiedziami technologia 5G ma stać się kręgosłupem współczesnej gospodarki, ale również infrastruktury krytycznej, od której zależy bezpieczeństwo kraju. Według badania firmy Ericsson niemal jedna piąta (18%) polskich przedsiębiorców deklaruje, iż strategia ich firmy uwzględnia wykorzystanie technologii 5G, a ponad połowa z nich (53%) planuje wprowadzić to rozwiązanie w ciągu 2-3 lat. Znaczenie 5G w światowym rozwoju ekonomicznym rodzi również pytania dotyczące bezpieczeństwa we wdrażaniu tej technologii.
Ponad dwie trzecie (68%) spośród przedsiębiorców deklarujących, że strategia ich firmy zakłada wykorzystanie technologii 5G, za najbardziej zachęcający czynnik wdrożenia uznaje wzrost konkurencyjności. Ponad połowa (53%) wskazuje konieczność dostosowania się do postępującej cyfryzacji na rynku lokalnym i globalnym, a 47% stworzenie nowych produktów i usług. Jednocześnie 51,3% średniej wielkości przedsiębiorstw jako główne bariery wdrożenia 5G wskazuje obawy związane z bezpieczeństwem i kontrolą danych.
Przez ostatnią dekadę mieliśmy do czynienia z dynamicznym rozwojem usług informatycznych i digitalizacją społeczeństwa. Jednak do tej pory opierało się to na idei web 2.0, czyli popularyzacji produktów, które powstawały już w środowisku cyfrowym, jak portale społecznościowe, usługi streamingowe czy rozrywkowe. Obecnie jesteśmy na etapie rozwoju Przemysłu 4.0, gdzie w sferę cyfrową musi przejść wiele przedsiębiorstw, które do tej pory funkcjonowały głównie w środowisku analogowym. „Polski i europejski przemysł wchodzi w erę cyberfizyczną. To nie kolejna transformacja, ale rewolucja, która wymaga nie tylko przystosowania się do innowacyjnych rozwiązań z zakresu digitalizacji czy robotyzacji operacji biznesowych. Potrzebne są również zmiany społeczne” – mówi Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.
Przepustowość sieci krytycznym elementem gospodarki
Jak wielkie znaczenie odgrywa odpowiedzialne i szybkie wdrożenie technologii 5G w Polsce pokazuje nam kryzys COVID-19. W czasie pandemii ruch w sieciach telekomunikacyjnych, w tym transfer danych, rośnie znacznie szybciej niż zwykle. Ruch mobilny wzrósł o 70%, a w sieciach kablowych o 50%. Wysokie wykorzystanie sieci stacjonarnych i komórkowych prowadzi niekiedy do znaczącego przeciążenia sieci. „Kryzys Covid-19 bardzo dobitnie pokazał, jak szybko potrzebujemy większej przepustowości sieci. W długoterminowej perspektywie zarówno sieci stacjonarne, jak i mobilne będą jeszcze bardziej traktowane jako część infrastruktury krytycznej. COVID-19 bardzo konkretnie pokazał ludziom, firmom i politykom, że gdy świat dotyka pandemia, infrastruktura cyfrowa odgrywa kluczowe znaczenie dla funkcjonowania i bezpieczeństwa każdego kraju. Przedsiębiorcy i politycy będą w kolejnych latach uważać sieci komunikacyjne za ważniejsze, niż wcześniej przypuszczano” – tłumaczy Marcin Sugak.
Cyberbezpieczeństwo sieci 5G
Z punktu widzenia technologicznego, budowa sieci 5G wymaga absolutnie holistycznego podejścia do spraw bezpieczeństwa, a nie skupiania się na pojedynczych elementach technicznych. Sposób w jaki wszystkie technologie związane z 5G są budowane, zintegrowane, czy kontrolowane jest podstawą zarządzania zaufaniem.
Filozofia cyberbezpieczeństwa sieci 5G opiera się na czterech podstawowych aspektach, które specjaliści Ericssona określają mianem stosu zaufania (trust stack). Uwzględniają one wszystkie elementy powstawania sieci, od momentu procesu standaryzacji, przez produkcję elementów oraz oprogramowania, budowę sieci i jej eksploatację. W procesie standaryzacji operatorzy i dostawcy sprzętu uzgadniają w jaki sposób sieci na całym świecie będą ze sobą współpracować czy też w jaki sposób będą chronić użytkowników przed złośliwym atakiem. Z kolei dostawcy sprzętu przekładają uzgodnione standardy na fizyczne elementy i oprogramowanie. Następnie mamy proces planowania i konfiguracji sieci – jej budowa również musi uwzględniać konieczność zapewnienia docelowego poziomu bezpieczeństwa. Wykorzystywane w procesie eksploatacji sieci procesy operacyjne także muszą być projektowane z takim założeniem. Skuteczność bezpieczeństwa sieci 5G jest zależna od wszystkich powyższych elementów.
Polska u progu technologii 5G
Ericsson jako pierwszy wdrożył komercyjne sieci 5G na czterech kontynentach. Obecnie ma ponad 91 podpisanych umów na 5G z czego 39 sieci już funkcjonuje. W Polsce technologia 5G jest już dostępna, jednak pełne funkcjonalności 5G będą możliwe dopiero po przydzieleniu operatorom odpowiednich pasm i częstotliwości. Od 2015 r. Ericsson zainstalował niemal 5 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G, które czekają na zdalne uruchomienie. Spora część z tych stacji znajduje się w Polsce. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W maju 2020 roku Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci 5G na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi również testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.
Na polski rynek wchodzi międzynarodowa firma, która dotychczas posiadała główne ośrodki m.in. w Szwajcarii, Niemczech, Chile czy Brazylii. TCG Process to przedsiębiorstwo, które dostarcza jedno z wiodących narzędzi służących do cyfrowego pozyskiwania danych biznesowych niezależnie od ich formatu czy źródła pochodzenia.
Firma została założona w Szwajcarii w 2006 roku i od tego czasu sukcesywnie rozwija swoją działalność na kolejnych rynkach. Ponad 300 wdrożeń na całym świecie oraz stałe biura na 3 kontynentach czynią z przedsiębiorstwa globalnego gracza. TCG Process wybrało polski rynek ze względu na duże możliwości rozwoju, innowacyjność i dynamiczną gospodarkę, otwartą na nowe rozwiązania.
Zawsze przed wejściem na konkretny rynek dokonujemy researchu i sprawdzamy, jak pojemna jest gospodarka. W Polsce swoje siedziby mają największe firmy z sektora BPO, które potrzebują wsparcia z zakresu digitalizacji dokumentów czy prowadzenia cyfrowych kancelarii. Polska jest jednym z najszybciej rozwijających się krajów na świecie, z szybkim tempem wzrostu PKB. Prognozy wzrostu dla polskiej gospodarki są bardzo dobre. Doceniamy również wykwalifikowaną kadrę. Wejście na polski rynek to kolejny krok w rozwoju naszej firmy. – mówi Arnold Von Buren, CEO i założyciel TCG Process.
Firma wprowadziła na rynek platformę DocProStar®, służącą do przetwarzania dokumentów, niezależnie od ich formatu lub źródła pochodzenia. Za działania biznesowe w Polsce odpowiedzialny będzie Menadżer Generalny Przemysław Kędzior, które zdobywał doświadczenie w firmach takich, jak Pekao, Bank Pocztowy czy Iron Mountain Polska, gdzie budował i zarządzał zespołami odpowiedzialnymi za rozwój biznesu oraz relacje z klientami B2B.
Wprowadzamy na polski rynek autorską platformę, która jest kulminacją trwających ponad dekadę wysiłków mających na celu stworzenie najbardziej elastycznego, skalowalnego produktu klasy input management. System jest w pełni przygotowany do pracy w chmurze bądź w ramach lokalnej infrastruktury IT. Jego funkcjonalności zapewniają niespotykaną gdzie indziej elastyczność w projektowaniu, przebiegu oraz monitorowaniu procesów. Został od początku zaprojektowany z myślą o stawieniu czoła wysokim wymaganiom działów IT naszych klientów – mówi Przemysław Kędzior.
Platforma przetwarza rocznie wolumen kilkuset milionów stron. Wykorzystane w niej zaawansowane rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i niezwykle rozbudowanych algorytmach pozwalają na kompleksowe zarządzanie całym spectrum informacji. Wysoki stopień automatyzacji procesów, jaki gwarantuje DocProStar®, odciąża pracowników od żmudnej, ręcznej pracy na zasobach informacji, pozwalając im skoncentrować się na kluczowych ze strategicznego punktu widzenia zadaniach.
Wśród firm korzystających z platformy DocProStar® znajdują się największe, globalne instytucje z takich branż jak finanse, ubezpieczenia, telekomunikacja czy przemysł. Rozwiązania TCG Process wykorzystywane są także w branży ochrony zdrowia, jednostkach administracji publicznej oraz instytucjach edukacyjnych, w tym przez Uniwersytet w Zurychu. Firma współpracuje również z Księstwem Lichtenstein.
Kolejny dzień przynosi kolejne umocnienie polskiej waluty. Euro przez chwilę kosztowało zaledwie 4,41 zł, ale przy tym poziomie znalazło się wielu chętnych do kupna i kurs odbił.
Dalsze umocnienie złotego
Po przebiciu 4,50 zł na EURPLN wydawać by się mogło, że trzeba czekać na korektę. Rynki jednak uznały, że jest to ruch, który warto kontynuować w ramach ogólnego optymizmu. W rezultacie dzisiaj przez chwilę byliśmy w okolicach 4,41 zł. Na tym poziomie jednak znalazło się wielu kupujących i szybko wróciliśmy do 4,44 zł. Frank dzisiaj przez moment sięgnął 4,15 zł, dolar spadł nawet do 4,02 zł a funt do 4,95 zł. Na wszystkich tych parach są to najniższe poziomy od marca.
Optymizm na rynkach
Nie tylko polski złoty wyraźnie zyskuje. Podobnie, aczkolwiek odrobinę słabiej prezentują się inne waluty naszego regionu takie jak forint, czy czeska korona. Zyskują również giełdy europejskie. Stany Zjednoczone otworzyły się bardzo wysoko, ale cały dzień potem trwały spadki. Szczególnie na uwagę zasługuje umocnienie się euro względem franka, które jest typowym barometrem nastrojów w europejskiej gospodarce.
Węgrzy nie zmieniają stóp procentowych
Główna stopa procentowa na Węgrzech pozostała niezmieniona i wynosi 0,9%. W rezultacie tych danych forint zyskiwał wczoraj. Warto zwrócić uwagę, że ruch ten połączył się z ogólną poprawą nastrojów na rynkach, stąd istotnie większe umocnienie. Dzisiaj zobaczymy jaką decyzję podejmie Bank Rumunii, który wciąż utrzymuje stopy na relatywnie wysokim poziomie 2%.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl
Do końca 2021 roku PKN ORLEN wybuduje we Włocławku hub wodorowy, który docelowo będzie mógł wytwarzać do 600 kg doczyszczonego wodoru na godzinę. W ramach inwestycji powstanie instalacja produkująca wodór w jakości paliwa transportowego, infrastruktura logistyczna, a także stacje tankowania. Paliwo, na pierwszym etapie dystrybucji, będzie przeznaczone przede wszystkim dla transportu publicznego i towarowego. Koncern podpisał już kilka porozumień z samorządami, będącymi potencjalnymi odbiorcami wodoru.
– Doskonale zdajemy sobie sprawę z wyzwań związanych z globalnym trendem nowej mobilności, dlatego nasza strategia zakłada również sukcesywny rozwój paliw alternatywnych i technologii niskoemisyjnych. Jesteśmy przekonani, że w przyszłości wodór będzie bardzo istotnym paliwem wykorzystywanym w transporcie, dlatego intensyfikujemy nasze prace w tym obszarze. Naszym celem jest umacnianie pozycji lidera na tym wymagającym rynku. Inwestycja, która już w przyszłym roku powstanie we Włocławku, to milowy krok umożliwiający nam skuteczne konkurowanie z największymi graczami w naszym regionie. W kolejnym kroku planujemy realizację podobnego hubu w rafinerii PKN ORLEN w Płocku. Instalacja doczyszczania wodoru powstaje też w naszej biorafinerii w Trzebini – mówi Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.
Do końca sierpnia Koncern ogłosi postępowanie przetargowe na realizację inwestycji hubu wodorowego we Włocławku, zlokalizowanego na terenie zakładu ANWIL. Na pierwszym etapie moce produkcyjne instalacji będą wynosiły ok. 170 kg na godzinę, jednak jej konstrukcja modułowa pozwoli na elastyczne zwiększanie produkcji wraz ze wzrostem popytu. Wodór doczyszczany we Włocławku powstaje w przyjaznym środowisku procesie elektrolizy solanki jako produkt uboczny procesu pozyskiwania chloru i dotychczas zagospodarowywany był na instalacji produkcji amoniaku. Metoda doczyszczania wodoru jest obecnie przedmiotem analiz prowadzonych wspólnie z doradcą technicznym dla tej inwestycji. Realizowany projekt składać się będzie z instalacji doczyszczania wodoru, infrastruktury załadunku paliwa na ciężarówki i cysterny, naczep transportowych, systemu dostarczania paliwa wodorowego oraz dwóch stacji tankowania.
Wodór doczyszczany we Włocławku, na pierwszym etapie dystrybucji, będzie przeznaczony przede wszystkim dla transportu publicznego i towarowego, w tym szynowego. Koncern podpisał już listy intencyjne o współpracy na rzecz rozwoju transportu publicznego zasilanego wodorem z Górnośląsko-Zagłębiowską Metropolią, Krakowskim Holdingiem Komunalnym i Miejskim Przedsiębiorstwem Komunikacyjnym w Krakowie oraz Miastem Płock. Porozumienia z kolejnymi samorządami są trakcie uzgodnień. Koncern podpisał również list intencyjny z PESA Bydgoszcz na budowę lokomotywy zasilanej wodorem, która będzie wykorzystywana na potrzeby logistyczne PKN ORLEN.
Wraz z rozwojem rynku paliwo wodorowe trafi także do samochodów osobowych i autobusów dalekobieżnych. W długiej perspektywie Koncern zakłada dostawy wodoru na potrzeby statków, promów, czy zastosowań stacjonarnych, jak ogrzewnictwo etc. Planowana jest również możliwość sprzedaży wodoru podmiotom trzecim, które wprowadzą go na inne rynki zbytu, np. do przemysłu spożywczego czy metalurgicznego.
Oprócz hubu wodorowego we Włocławku i podobnej inwestycji planowanej w Płocku, Koncern rozwija również technologie wodorowe w biorafinerii ORLEN Południe w Trzebini. Rozpoczęcie produkcji wodoru w jakości paliwa transportowego planowane jest tam w 2021 roku.
Kierowcy samochodów osobowych mogą już zatankować wodór na dwóch stacjach Grupy ORLEN w Niemczech, natomiast w czerwcu 2021 roku taka możliwość pojawi się również na trzech stacjach paliw w Czechach.
– Sieć wodorowego transportu publicznego realnie wpływa na zwrot kosztów inwestycji w stacje ładowania i wspiera raczkujący, ale posiadający znaczny potencjał, indywidualny transport wodorowy, który także jest obszarem strategicznych inwestycji PKN ORLEN. Szczególnie na pierwszym etapie rozwoju technologii wodorowej będzie miała ona największe znaczenie w transporcie publicznym i towarowym. Dlatego podejmujemy współpracę zarówno z samorządami, jak i firmami transportowymi, która umożliwi nam z jednej strony zajęcie silnej pozycji na rynku, a drugiej da możliwość samodzielnego rozwijania technologii. W miastach północnej i zachodniej Europy projekty testowe wodorowego transportu publicznego są rozszerzane, a niskoemisyjne autobusy stają się integralnym elementem lokalnej infrastruktury publicznej. To dobry kierunek – podkreśla Józef Węgrecki, Członek Zarządu PKN ORLEN ds. Operacyjnych.
Inwestycje w infrastrukturę dla transportu opartego o paliwo wodorowe wpisują się w europejską strategię zrównoważonego rozwoju i odpowiadają na unijne cele środowiskowe zakładające, że do 2030 roku branża transportowa zminimalizuje emisje gazów cieplarnianych do atmosfery o 30% w porównaniu z wartościami z 2005 roku. Obok elektromobilności i biopaliw II generacji, wodór jest wymieniany jako paliwo przyszłości, które może realnie doprowadzić do realizacji europejskich celów środowiskowych.
Ze względów technologicznych i ekonomicznych, obecnie największy potencjał dla wodoru upatrywany jest w transporcie publicznym i cargo. Autobus z napędem wodorowym ma zasięg około 350-450 km i na jednym tankowaniu, trwającym ok. 10 minut, może jeździć przez cały dzień. W cyklu eksploatacji, szacowanej na około 12 lat, zastąpienie jednego autobusu miejskiego z silnikiem diesla na pojazd z napędem wodorowym, może zapobiec emisji 800 ton dwutlenku węgla do atmosfery. Ponadto, silniki autobusów na wodór są około 20% cichsze od tradycyjnych napędów.
Coraz to kolejne wskaźniki makroekonomiczne napływające ze światowych gospodarek powodują, że trudno optymistycznie patrzeć na sektor finansowy. Jednakże w momencie, kiedy jedne rynki tracą, m.in. branża pożyczkowa, inne mają swoją szansę na rozwój. To właśnie z tego powodu obecny kryzys może być kluczowy dla rozwoju faktoringu.
Wielu ekonomistów od miesięcy przewidywało spowolnienie gospodarcze. Wydawało się, że światowe rynki są już bardzo mocno przecenione i lada moment etap rozkwitu może się skończyć. Nikt jednak nie zakładał, że cały świat praktycznie z dnia na dzień stanie w miejscu.
W jednym momencie przestały funkcjonować urzędy, ośrodki oświatowe, galerie handlowe, fabryki oraz większość firm z sektora MSP. Nowe regulacje spowodowały, że znaczna część przedsiębiorców nie mogła prowadzić swojej działalności operacyjnej. Brak przychodów i problemy z wcześniejszymi zatorami płatniczymi spowodowały, że w marcu i kwietniu lawinowo wzrosła liczba firm, które podjęły decyzję o zawieszeniu lub likwidacji działalności gospodarczej. Według danych z Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej, niemal 80 tys. przedsiębiorców wstrzymało swoją aktywność.
Przedsiębiorca pod presją
Brak przychodów oraz rosnąca presja kosztowa spowodowały, że przedsiębiorcy stanęli pod ścianą. O ile niektóre firmy mogą sobie pozwolić na zmianę profilu działalności lub przekształcenie się do funkcjonowania w formie online, to znaczna część przedsiębiorstw funkcjonująca w polskiej gospodarce nie mogła sobie na to pozwolić. W związku z tym firmy, które utraciły płynność, zaczęły szukać możliwości sfinansowania swojej działalności.
– W przypadku, kiedy w gospodarce spotkaliśmy się z niespodziewanie głębokim kryzysem, który przez wielu jest nazywany „czarnym łabędziem”, przyszłe ruchy przedsiębiorstw były możliwe do przewidzenia. W takich momentach firmy szukają sposobu na utrzymanie się na rynku. Efektem tych działań jest znacznie zwiększona liczba zapytań i wniosków o pożyczkę na prowadzenie działalności – mówi Klaudiusz Sytek, prezes AFORTI Factor.
Z jednej strony wydawałoby się, że może to oznaczać czas prosperity dla firm pożyczkowych. Jednak nic bardziej mylnego. Pandemia COVID-19 spowodowała, że praktycznie niemożliwe staje się wycenienie ryzyka po stronie mikroprzedsiębiorstw i firm z sektora MSP. Gospodarka z dnia na dzień się zmienia, a jej funkcjonowanie jest bardzo uzależnione od rządowych decyzji – nie są to okoliczności sprzyjające prowadzeniu działalności. W ten sposób można założyć, iż ryzyko szkodowości pożyczek udzielonych w czasie kryzysu jest niewspółmierne do potencjalnie osiągniętych zysków.
Faktoring szansą dla firm
Pożyczka dla firm to oczywiście najpopularniejsza forma pozyskiwania finansowania. Jednakże w obecnych czasach nie jest to jedyna forma, która może pozwolić przedsiębiorcom zachować płynność finansową. Dane przedstawione przez Instytut Kerall Research pokazują, że w ostatnich latach bardzo popularną usługą finansową wśród polskich firm stał się faktoring. Jak się okazuje, to właśnie ta forma finansowania może najwięcej zyskać na obecnym kryzysie.
– Różnica pomiędzy faktoringiem a pożyczką dla firm jest taka, że w czasie kryzysu o wiele łatwiej uzyskać finansowanie poprzez tę pierwszą usługę. Przyczyna tego jest bardzo prosta. Aby w ogóle móc starać się o faktoring, należy wystawiać faktury, a to nie oznacza nic innego jak to, że dane przedsiębiorstwo, mimo kryzysu, dalej jest aktywne gospodarczo. W takich przypadkach, kiedy finansowanie jest stricte celowe, a przedsiębiorstwo nieustannie prowadzi swoją działalność, faktor ma większe podstawy ku temu, aby udzielić finansowania – tłumaczy Klaudiusz Sytek, prezes AFORTI Factor.
Rozwój branży
Jeżeli przyjrzymy się temu, jak rozwijał się faktoring w ostatnich latach zarówno w Polsce, jak i na świecie, można zobaczyć, iż to właśnie czasy kryzysu powodowały skokowy wzrost zainteresowania tą usługą finansową. Największy wzrost popularności faktoringu miał miejsce po kryzysie w 2008-2009 roku. Faktorzy pokazali wtedy, że w czasie dekoniunktury ich usługa jest pożądana, a oni sami potrafią wykorzystać ten wzmożony czas zainteresowania dodatkowymi formami finansowania.
Wówczas kiedy cały sektor bankowy zmniejszał wielkość finansowania dla przedsiębiorców, wolumeny wśród faktorów pozostały niezmienne. Co więcej, podczas ostatniego kryzysu faktoring również był instrumentem zdecydowanie bardziej dostępnym dla przedsiębiorców niż pożyczka. Dzięki temu cały sektor mógł pokazać swój potencjał, a przede wszystkim zbudował zaufanie do tego, stosunkowo młodego, rodzaju finansowania. Czy teraz może powtórzyć się ta tendencja?
– Bez wątpienia. Tylko na przykładzie Grupy AFORTI mogę powiedzieć, że AFORTI Factor buduje swoją pozycję na rynku. W marcu 2020 roku sfinansowaliśmy wierzytelności na kwotę niemal 60 proc. większą niż miało to miejsce w analogicznym okresie 2019 roku. Natomiast w kwietniu, czyli miesiącu, w którym pandemia najmocniej odbiła się na przedsiębiorcach, osiągnęliśmy jeszcze lepszą dynamikę wzrostu. Wówczas sfinansowaliśmy wierzytelności na kwotę o ponad 101 proc. większą niż miało to miejsce rok wcześniej. Te dane pokazują, że najbliższe miesiące przyniosą bardzo duży wzrost zainteresowania faktoringiem, a to jak wykorzystają tę sytuację faktorzy zależy tylko od nich – podsumował Sytek.
Największy od I kwartału 2009 roku spadek w wymianie towarowej. jest tylko pierwszą częścią całej historii. Autorski wskaźnik Euler Hermes – Trade Momentum Index pokazuje, że w II kw. nastąpi prawdopodobnie jeszcze większy spadek (zob. Rysunek 1), gdyż kwiecień może oznaczać spadek -13% r/r. Cały handel skurczył się w I kwartale o -2,5% kw./kw., a w samym marcu mieliśmy do czynienia z trzecim ujemnym wskaźnikiem (-1,4% m./m. i -4,3% r./r.). W marcu, gdy gospodarka Chin została ponownie uruchomiona, chiński eksport odbił się o +12,4% m./m. (+2,3% r./r.), w tym samym czasie strefa euro doznała największego ciosu: spadku o -7,7% m./m. (-10% r./r.), gdy jej największe gospodarki zostały zamrożone. Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że najniższy punkt w światowej wymianie handlowej zostanie osiągnięty w II kw., gdy w kwietniu połowa światowego PKB była w stanie blokady a chiński eksport dostał zadyszki w poszukiwaniu utraconego popytu, o czym świadczą jeszcze słabsze zamówienia eksportowe.
Ceny w światowej wymianie towarowej wyrażone w USD spadły w marcu (-3,6% m./m.), zamykając się w I kw. na poziomie -6,2% kw/kw. To efekt szoku związanego z cenami ropy naftowej i ogólnym spadkiem cen towarów ze względu na zahamowanie popytu Chin, następnie Europy i jednoczesne znaczące umocnienie się dolara. Dla eksporterów efekt cenowy powinien pogłębić szok popytowy, odbijający się na przychodach z eksportu.
Jednak ten obraz pomija handel usługami, który prawdopodobnie odnotuje nawet silniejszy dwucyfrowy spadek w I kw. ze względu na gwałtownie spadający popyt na usługi turystyczne i transportowe na świecie. Przywrócenie handlu usługami może zająć więcej czasu, ponieważ ograniczenia dotyczące transportu i podróżowania zostają utrzymane nawet po poluzowaniu krajowych blokad gospodarki. Z tego powodu nie należy oczekiwać, aby światowy handel towarami i usługami do końca tego roku przekroczył 90% swojego poziomu sprzed kryzysu.
Rysunek 1: Światowy obrót towarowy i wskaźnik EH Trade Momentum Index
Źródła: CPB, Euler Hermes, Allianz Research
Co to oznacza dla przedsiębiorstw? Ekonomiści Euler Hermes spodziewają się, że w 2020 r. to sektor energetyczny (i paliwowy) zostanie najbardziej dotknięty (straty eksportowe -733 mld USD), następnie sektor metalowy (-420 mld USD) i usługi transportowe, w powiązaniu z producentami samochodów (-270 mld USD). Podczas gdy dostawcy maszyn i urządzeń, tekstyliów i części samochodowych stracą mniej w wartościach bezwzględnych, to procentowa wartość ich eksportu zmniejszy się o ponad 15%. Jedynymi sektorami, które wyjdą bez szwanku, powinny być usługi oprogramowania i IT (wzrost eksportu o +51 mld USD) i branża farmaceutyczna (+27 mld USD). Rynki giełdowe również oczekują znaczących szkody w wymienionych sektorach: w ciągu ostatnich 12 miesięcy wskaźnik MSCI sektora energetycznego stracił -37% wartości, sektor samochodowy -18%, transport -16% oraz sektor metalowy i wydobywczy -11%, podczas gdy światowy indeks MSCI stracił -12%. Akcje sektora bankowego również spadły o oszałamiające -39%.
Rysunek 2: Zmiana w eksporcie według sektorów w 2020 r. (mld USD) i udział całego eksportu w 2019 r. (%)
Źródła: UCNTAD, Euler Hermes, Allianz Research
Który kraj straci najwięcej?
W tym roku praktycznie żaden kraj nie odnotuje zysku eksportowego w porównaniu do 2019 r.Najbardziej dotknięci pod względem całkowitej wartości strat eksportowych są – co nie jest niespodzianką – najwięksi eksporterzy: Chiny (-275 mld USD), USA (-246 mld USD) i Niemcy (-239 mld USD). Ustaliliśmy kolejność krajów według strat eksportowych – ich wartości bezwzględnej oraz biorąc pod uwagę ich udział światowej wymianie handlowej w 2019 r. Do krajów, które mogą odnotować wysokie straty eksportowe zarówno w odniesieniu do wartości bezwzględnej jak i procentowego spadku swojego całkowitego eksportu, zaliczają się z kolei: Rosja, Wielka Brytania, Meksyk, Hiszpania, Zjednoczone Emiraty Arabskie, Belgia i Arabia Saudyjska.
Rysunek 3: Zmiana w eksporcie według krajów w 2020 r. (mld USD) i udział całkowitego eksportu w 2019 r. (%)
Źródła: IHS Markit, Euler Hermes, Allianz Research
Rysunek 4: Zmiana eksportu ogółem według krajów (mld USD)
Źródła: IHS Markit, Euler Hermes, Allianz Research
Co więcej, krótkoterminowe środki protekcjonistyczne na towary medyczne, sygnalizować mogą ponowne pojawienie się retoryki patriotyzmu gospodarczego, co wraz ze zmianami zasad polityki gospodarczej zakłócać może łańcuchy dostaw w fazie ożywienia i spowalniać wznowienie działalności w II poł. roku. Podczas gdy Chiny niedawno nałożyły 80-procentowe cło na australijski eksport jęczmienia, pogłoski o cłach na import USA z Chin nasilają się wraz z intensyfikacją oskarżeń przeciwko roli Pekinu w kryzysie Covid-19. Krótkoterminowe spory handlowe mogą podkopać zaufanie, wystraszyć rynki i przyczynić się do wstrzymania odrodzenia cyklu inwestycyjnego. Historycy ekonomii wykazali, że przyjęcie restrykcyjnych polityk handlowych najprawdopodobniej pogłębiło Wielki Kryzys z lat 30. zeszłego wieku. Tymczasem niedawno, bo zaledwie w 2019 r. konflikt handlowy USA-Chiny i w efekcie recesja w sektorze produkcyjnym zmniejszyły o ponad 300 mld USD dotychczasowe obroty w handlu światowym.
Należy także monitorować średnioterminowe zmiany w polityce. Przedstawiciel USA ds. handlu ogłosił koniec offshoringu (przenoszenia procesów biznesowych – produkcji jak i usług za granice w celu ograniczenia kosztów), podczas gdy parlament europejski oświadczył, że „wspiera reintegrację łańcuchów dostaw wewnątrz UE”. Czy uogólniony ruch w kierunku reshoringu (lub inaczej inshoring – odwrotne do offshoringu zjawisko: przenoszenie z powrotem przysłowiowych fabryk do kraju macierzystego –
i zazwyczaj rynku zbytu) i odłączeniu się od gospodarki chińskiej może mieć sens?
Po pierwsze, całkowite uzależnienie od produkcji chińskiej znacznie wzrosło w ostatnich 20 latach, co sprawia, że reshoring jest jeszcze trudniejszy. Nie tylko wartość chińskiej produkcji – jej udział w światowej produkcji wzrósł od 2004 r. ponad dwukrotnie, ale równocześnie inne kraje zwiększały swoje pośrednie i bezpośrednie uzależnienie od chińskich czynników produkcji (Baldwin i Evenett, 2020). Rzeczywiście, Chiny są głównym dostawcą środków produkcji do USA. Ale są także głównym dostawcą części samochodowych do Niemiec, Japonii, Meksyku i Kanady. Kraje te z kolei korzystają z chińskich czynników produkcji, kiedy wytwarzają części i komponenty samochodowe, które sprzedają amerykańskim producentom samochodów, co tworzy pośrednie uzależnienie od Chin, znacznie większe niż zazwyczaj obserwowane bezpośrednie uzależnienie.
Po drugie, reshoring nie zawsze oznacza zmniejszenie ryzyka, gdyż może także oznaczać wrzucenie wszystkiego do jednego worka, tworząc w ten sposób ryzyko procykliczności w razie uderzenia kryzysu. Można sobie wyobrazić, że wszystkie sektory staną się narażone na krajowe fluktuacje w gospodarce. Jeżeli dana gospodarka znajdzie się w stanie zamrożenia, a jej zakłady zostaną zamknięte, nie będzie mogła rzeczywiście produkować dóbr na potrzeby lokalne.
Po trzecie, rosnące niezadowolenie społeczne może być nie do pogodzenia z reshoringiem, ponieważ pociągałoby za sobą wysokie koszty pracy przeniesione na konsumentów. Podczas gdy strategiczna niezależność (od importu) jest tak zachwalana przez decydentów politycznych, rosnące ceny kluczowych dóbr trwałych, takich jak samochody czy sprzęt elektroniczny codziennego użytku mogą być niepopularne i delikatne z politycznego punktu widzenia.
W końcu, poza argumentami politycznymi wciąż brakuje zachęt dla przedsiębiorstw do reshoringu, który może kosztowaćmnóstwo publicznych pieniędzy, co zapewne obciążyłoby podatników. Czy firmy uwzględnią to w sowich marżach? Czy wszystkie rządy zdołają obejść teorię przewagi komparatywnej Ricardo i alokowania pracy tam, gdzie jest tańsza? Jak dotąd istnieje rozbieżność pomiędzy ambitnymi stanowiskami politycznymi i bodźcami biznesowymi.
Ale nie tylko handel może zostać zakłócony, ponieważ bardziej gorliwa kontrola bezpośrednich inwestycji zagranicznych może spowolnić transgraniczne przepływy kapitału. Według OECD, w ostatnich latach, od 55% do 65% światowego napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych trafiało do krajów, które stosowały międzysektorowe procesy oceny bezpośrednich inwestycji zagranicznych – było to dwukrotnie więcej od ich średniego napływu przez większą część lat 90 ubiegłego wieku, gdy podlegały one kontroli motywowanej przede wszystkim względami bezpieczeństwa. Kryzys Covid-19 prawdopodobnie przyspieszy trend (powrotu do tych zasad), a UE i Wielka Brytania w szczególności mogą potencjalnie zaostrzyć swoje zasady kontroli. UNCTAD przewiduje drastyczny spadek światowego przepływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych – do 40% – w latach 2020-2021 i osiągnięcie najniższego ich poziomu od dwóch ostatnich dekad.
Autor: GEORGES DIB, Ekonomista Euler Hermes, Allianz Research
Po restrykcjach, które miały zapobiegać rozprzestrzenianiu się koronawirusa Covid-19, gospodarki światowe wchodzą w kolejne etapy „odmrażania”. Jak obecnie wygląda sytuacja na rynku usług logistycznych dla branży beverage? Co będzie największym wyzwaniem dla operatorów logistycznych i jakie plany na najbliższą przyszłość ma Hillebrand? Na pytania odpowiada Ellina Lolis, wiceprezes Hillebrand Poland i prezes zarządu Hillebrand Russia, globalny operator logistyczny specjalizujący się w obsłudze rynku alkoholi i napojów.
Ellina Lolis, wiceprezes Hillebrand Poland i prezes zarządu Hillebrand Russia
Stabilna sytuacja na rynku beverage
Od dwóch tygodni sytuacja na rynku transportowym w branży beverage powoli się normuje. Większość krajów zaczyna stopniowo odmrażać gospodarkę. Ponownie zaczęła działać branża HoReCa, co, jak wynika z naszych danych, już przekłada się na większe zamówienia w imporcie i eksporcie, choć nie jest to powrót do prognoz z początku roku. Jeśli chodzi o branżę beverage to sytuacja w transporcie drogowym wróciła już prawie do normy. Po początkowej fali paniki, dzięki wprowadzeniu środków zwiększających bezpieczeństwo w miejscach załadunku i rozładunku oraz usprawnieniu procesów, kierowcy zaczęli wracać do pracy. Spadające ceny paliwa, wysoki kurs euro i mniejsza dynamika w innych branżach, np. motoryzacyjnej, to wszystko zmotywowało przewoźników, a niektórych wręcz zmusiło, do poszukiwania nowych zleceń transportowych.
Dla nas kluczowymi regionami importowymi są kraje winiarskie z tzw. Nowego Świata, m.in. Chile, Argentyna, Nowa Zelandia, RPA oraz jak zawsze Włochy, Francja, Hiszpania. Mimo pandemii, sytuacja w tych krajach w znacznie mniejszym stopniu niż w Chinach i krajach azjatyckich wpłynęła na jakość usług logistycznych oraz ciągłość dostaw. Chiny nie są krajem winiarskim, dlatego wprowadzone restrykcje nie dotknęły Hillebrand aż tak mocno jak innych operatorów logistycznych. Jedynie w marcu, w transporcie morskim można było odczuć w Polsce, tak jak innych krajach Europy, nieznaczny deficyt kontenerów eksportowych. Uniknęliśmy natomiast turbulencji wynikających z zatorów w portach chińskich i opóźnień, związanych z odmrażaniem chińskiej gospodarki.
Jeśli chodzi o ceny za transport, to dziś sytuacja jest lepsza niż się spodziewaliśmy. Obniżka cen paliwa korzystnie wpłynęła na koszty przewozów drogowych. W transporcie morskim, z uwagi na sytuację na międzynarodowych rynkach paliw, wielu armatorów podjęło decyzję o obniżeniu dodatku bunkrowego BAF*, co też pozwoliło uniknąć podwyżek stawek frachtowych.
Największe wyzwanie – niepewność i nieprzewidywalność rynku
Dziś największym wyzwaniem jest brak możliwości prognozowania popytu i określenia przewidywanych wolumenów, zarówno w eksporcie jak i imporcie. To ogranicza nas w podejmowaniu ważnych biznesowych decyzji dotyczących np. inwestycji czy akwizycji. Kolejnym wyzwaniem, które wiąże się z wciąż niepewną sytuacją na rynku, jest kwestia zobowiązań długoterminowych wobec klientów. Przykładem mogą być roczne bądź dwuletnie przetargi, w których zamieszczane są klauzule zastrzegające brak możliwości wprowadzenia jakichkolwiek zmian w oferowanych frachtach. Biorąc udział w takich przetargach ponosimy więc ogromne ryzyko. Wcześniej, dzięki danym historycznym i naszemu długoletniemu doświadczeniu, zawsze można było w jakimś stopniu oszacować koszty. Dzisiaj tego przewidzieć nie można.
Ta niepewność i brak możliwości prognozowania na najbliższe miesiące jest też bolączką wielu naszych klientów. Na przykład trudno jest dziś przewidzieć w jakim tempie będzie powracać do pełnej działalności branża HoReCa. W związku z tym część klientów obawia się zamawiać większe ilości towaru i korzysta z transportu drobnicowego, który jest droższy od całokontenerowego lub full trucków. Z kolei inni czekają na powrót do pełnego otwarcia rynków i nie zamawiają nic. Trudnym tematem dla firm z branży beverage jest też utrzymywanie stocków. Trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie – czy lepiej będzie zamówić więcej towaru i trzymać go w magazynie czy może korzystniej jest zamawiać mniej i zrezygnować z zapasów?
Dziś też mniej przewidywalne niż wcześniej jest zachowanie konsumentów. Naszym klientom trudniej jest przewidzieć, czy będzie boom na określony rodzaj alkoholu z określonej półki cenowej czy może wręcz przeciwnie, popyt spadnie. Mam nadzieję, że będziemy świadkami efektu szminki**. Jego wpływ odczuliśmy już na rynku rosyjskim, gdzie działa Hillebrand Russia. W ostatnim tygodniu marca sprzedaż whisky, wódki i piwa wzrosła tu odpowiednio o 47 proc., 31 proc. i 25 proc.
Podsumowując, musimy nauczyć się żyć w świecie VUCA*** i to właśnie będzie dla nas największym wyzwaniem.
Plany na najbliższą przyszłość
Obecnie Hillebrand skupia się na rozwoju morskich serwisów drobnicowych. Obsługujemy już stałe połączenia między Polską, przez Rotterdam, a popularnymi regionami winiarskimi i innymi krajami europejskimi, gdzie znajdują się biura Hillebrand. Teraz planujemy zwiększyć liczbę połączeń z takich miejsc jak Cape Town (RPA), San Antonio (Chile), Benicia via Oakland (Kalifornia, USA), Adelaide (Australia), Auckland (Nowa Zelandia). To będzie nasza odpowiedź na potrzeby klientów, którzy w sytuacji niepewności nie chcą sprowadzać dużej ilości towaru, a jednocześnie chcieliby zminimalizować koszty transportu.
Nie planujemy podnoszenia stawek, o ile nie zmusi nas do tego rynek, nowe wymogi armatorów czy przewoźników drogowych. Wiemy, że część z naszych klientów znajduje się w trudnej sytuacji, zwłaszcza mali importerzy obsługujący branżę HoReCa. Dlatego też opracowujemy system rabatów dla określonych rozwiązań logistycznych i umożliwiamy odroczoną płatność.
* BAF -korekta paliwowa, czyli automatyczny mechanizm korygujący stawki transportowe w wyniku zmian cen paliw.
**efekt szminki – odnosi się do zmian w preferencjach konsumentów podczas kryzysu, którzy zaczynają kupować tańsze odpowiedniki artykułów luksusowych.
***Określenie VUCA, wprowadzone przez amerykańskich strategów wojskowych, pierwotnie odnosiło się do sytuacji po zakończeniu wojny. Obecnie stosowane jest w biznesie, m.in. obszarach związanych z zarządzaniem zmianą. VUCA to – Volatility (zmienność), Uncertainty (niepewność), Complexity (złożoność), Ambiguity (niejednoznaczność).
Pandemia koronawirusa wywróciła życie społeczne całego świata do góry nogami. Trudna sytuacja dotknęła nas wszystkich, nie oszczędzając żadnego aspektu życia codziennego. Nie ma żadnych wątpliwości, że każdy z nas jest w mniejszym lub większym stopniu narażony, jednak w najcięższym położeniu znajdują się pracownicy służby zdrowia, którzy codziennie poświęcają się dla dobra ogółu próbując chronić zdrowie i życie tysięcy zakażonych koronawirusem. Ogromne zaangażowanie medyków nie uchodzi uwadze lokalnych przedsiębiorców, którzy pomimo swoich problemów niosą pomoc tym, którzy najbardziej tego potrzebują.
Firma Sungrant, uznana marka na rynku m.in. paneli fotowoltaicznych, paneli solarnych, pomp ciepła czy instalacji sanitarnych, czynnie bierze udział w walce z koronawirusem zapewniając lekarzom i pielęgniarkom z Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego przy ulicy Żurawiej w Białymstoku ciepłe posiłki. Forma pomocy jest bardzo przemyślana, ponieważ przedstawiciele firmy Sungrant zamawiając jedzenie w lokalnych restauracjach ułatwiają przetrwanie przedsiębiorcom tego niezwykle trudnego okresu.
Pizza dla medyków
Każda pomoc przyjmowana jest przez przedstawicieli polskiej służby zdrowia z wielkim entuzjazmem i nie inaczej było w przypadku personelu białostockiego szpitala przy ul. Żurawiej. Dostarczone przez przez pracowników ciepłe i pożywne pizze pozwoliły medykom zebrać nowe siły na walkę z koronawirusem, który nie daje za wygraną. Co więcej, firma Sungrant w ramach podziękowania za trud włożony w zwalczanie pandemii przy okazji wręczenia stosu pizz podarowała medykom drobne upominki w postaci pięknych jajek z okazji Świąt Wielkiej Nocy.
Z uwagi na obecną sytuację pandemiczną wiele naszych planów czy inwestycji musiało zostać odłożonych w czasie lub całkowicie odwołanych. Na szczęście osoby planujące w najbliższych tygodniach czy miesiącach instalację fotowoltaiki w Białymstoku nie muszą martwić się o opóźnienie prac związanych z montażem mikroinstalacji fotowoltaicznych. Firma Sungrant działa nieprzerwanie pomimo wielu utrudnień, jakie związane są z trwającym rygorem higieniczno-sanitarnym. Jest to możliwe dzięki profesjonalizmowi i zaangażowaniu przedstawicieli białostockiej firmy, która sprawnie prosperując wspiera lokalną i ogólnopolską gospodarkę.
Montaż paneli fotowoltaicznych a bezpieczeństwo
Prowadzenie prac związanych z instalacją paneli fotowoltaicznych w dzisiejszej rzeczywistości wygląda nieco inaczej niż przed pojawieniem się pandemii. Sam proces montażu i przyłączenia domowej mikroinstalacji nie uległ zmianom, jednak wiele zmieniło się jeśli chodzi o reżim sanitarny, jakim podlegają terenowi instalatorzy firmy Sungrant. Przede wszystkim są oni wyposażeni w środki ochrony osobistej jak płyny dezynfekujące, maseczki i rękawice. Ponadto, firma na bieżąco dokonuje dezynfekcji kombinezonów roboczych, a to wszystko w trosce o zdrowie Klientów. W związku z pandemią pojawiła się również możliwość zawarcia umowy online oraz bezkontaktowej instalacji fotowoltaiki.
W ciągu ostatnich tygodni krajobraz cyberzagrożeń wywrócił się do góry nogami. Analitycy obserwują spadek liczby tradycyjnych metod ataku, ponieważ cyberprzestępcy skupili uwagę na pracownikach zdalnych. Według ekspertów w nieodległej przyszłości możemy spodziewać się stale rosnącej popularności oprogramowania typu ransomware. Trzy lata po globalnym kryzysie wywołanym przez atak WannaCry okazuje się, że narzędzia do wymuszania okupów są wciąż skuteczne i często wykorzystywane przez cyberprzestępców – zwłaszcza w obecnej sytuacji, gdy pracownicy zdalni często pracują na niewłaściwie zabezpieczonych urządzeniach.
Uwaga całego świata od kilku tygodni koncentruje się na pandemii COVID-19. Firmy dostosowują się do nowych realiów i przenoszą pracowników w tryb pracy zdalnej. Mogły nie mieć więc odpowiednio wiele czasu, aby właściwie zadbać o bezpieczeństwo danych. Cyberprzestępcy o tym wiedzą i wciąż sondują środowiska sieciowe pod kątem luk w zabezpieczeniach, które mogą posłużyć jako brama wejścia do sieci firmy.
Specjaliści z FortiGuard Labs firmy Fortinet zaobserwowali w ostatnich tygodniach znaczny wzrost liczby ataków phishingowych wymierzonych w osoby fizyczne oraz nowo powstałych złośliwych stron internetowych. Oto co analitycy z FortiGuard Labs – Derek Manky, Aamir Lakhani i Douglas Santos – sądzą na temat obecnej sytuacji związanej z oprogramowaniem szyfrującym.
Czy ransomware jest dzisiaj wciąż jednym z najpoważniejszych zagrożeń?
Derek Manky: Ataki wymuszające okup wciąż spędzają sen z powiek specjalistom ds. bezpieczeństwa. Dynamika występowania tego oprogramowania nie wykazuje żadnych oznak spowolnienia. Natomiast jeśli mówimy o obronie przed nim, narzędzia ochronne są tak skuteczne, jak zespół, który nimi zarządza. Wszystko, począwszy od błędów w konfiguracji rozwiązań zabezpieczających, a skończywszy na zbyt szybkim rozroście środowiska, w którym są wdrożone, może osłabić skuteczność ochrony. Ale w przypadku ransomware’u największy problem nadal stanowi czynnik ludzki.
Aamir Lakhani: Istnieją zagrożenia, które są bardziej powszechne niż ransomware. Jednak to właśnie ten rodzaj ataku jest jednym z najgroźniejszych z uwagi na konsekwencje dla przedsiębiorstw, jakie niesie ze sobą – może je całkowicie sparaliżować. W rzeczywistości ransomware nie jest skomplikowanym ani wyrafinowanym oprogramowaniem. Natomiast, paradoksalnie, może to uczynić je jeszcze bardziej niebezpiecznym, ponieważ stosujący je przestępcy nie muszą posiadać rozległej wiedzy. Zestawy narzędzi do przeprowadzenia ataku mogą być pobierane z internetu w modelu usługowym RaaS (Ransomware-as-a-Service) i modyfikowane nawet przez osobę z minimalną wiedzą programistyczną. Większość z nich nie jest realnym zagrożeniem dla dużych firm, ponieważ rozwiązania ochronne zdołają je wykryć i zablokować. Jednak biorąc pod uwagę obecne uwarunkowania – wzrost liczby pracowników zdalnych, przepracowane zespoły IT i nowe, w dużej mierze niezweryfikowane wcześniej zasady bezpieczeństwa – przedsiębiorstwa stały się nagle znacznie bardziej podatne na atak.
Dlaczego cyberhigiena i „czynnik ludzki” nadal są ważne?
Derek Manky: Problemem nie jest brak świadomości – ona jest zakorzeniona w ludzkim zachowaniu. Natomiast świadomość i działanie to dwie bardzo różne rzeczy. Cyberprzestępcy tworzą obecnie dobrze przygotowane e-maile, kierunkują ataki przeciwko konkretnym osobom w przedsiębiorstwie. Taki rodzaj ataku jest znany jako spear phishing, a celem bywa wysoko postawiona osoba w strukturach firmy. Dlatego też często działanie to nazywa się „phishingiem wielorybów”. Jednak, bez względu na to, kto jest celem ataku, każdy jest podatny na manipulacje z wykorzystaniem starannie spreparowanych wiadomości e-mail.
Douglas Santos: Kiedy mówimy o czynniku ludzkim, wskazujemy nie tylko te osoby naiwnie klikające na linki lub otwierające złośliwe dokumenty. Dotyczy to również kadry kierowniczej, która może nie rozumieć zagrożeń lub nie wie, jak je powstrzymać. Metody ataku rozwijane się znacznie szybciej, niż większość z nas jest w stanie je poznać. Systematycznie powiększa się także luka kompetencyjna, brakuje specjalistów do spraw cyberbezpieczeństwa. To trudne wyzwanie.
Jak ransomware będzie się rozwijał w 2020 roku?
Derek Manky: Należy spodziewać się większej liczby ukierunkowanych ataków – bardzo niebezpiecznych, ponieważ są specjalnie dostosowywane do określonych systemów wewnętrznych przedsiębiorstwa. Innym czynnikiem wpływającym na rosnącą liczbę ataków ransomware jest dostępność narzędzi w modelu usługowym. W bieżącym roku obserwujemy też jak cyberprzestępcy wykorzystują do swoich celów pandemię COVID-19. Pokazuje to, że ewolucja oprogramowania ransomware nie polega wyłącznie na atakach celowych, ale bazuje też na nastrojach społecznych.
Aamir Lakhani: Będziemy świadkami znaczącego wzrostu liczby ataków ransomware. Pandemia COVID-19 wymusiła na przedsiębiorstwach wiele zmian. Dotyczą one m.in. migracji danych w chmurze, zasad udzielania zdalnego dostępu do zasobów i większego uzależnienia od aplikacji internetowych. W sektorze IT wiele osób pracuje pod ogromną presją. Podobnie dzieje się w wielu innych branżach, które muszą utrzymać działanie swoich środowisk informatycznych – ochronie zdrowia, produkcji czy transporcie. Cyberprzestępcy rozumieją, że przedsiębiorstwa często wolą zapłacić okup, niż pozwolić sobie na spowolnienie działalności lub jej przestój.
Pandemia sprawiła, że gwałtowanie zerwaliśmy z praktykami mającymi ponad stuletnią tradycję – przestaliśmy pracować w biurze, a zaczęliśmy w domu. Nowe sposoby działania, które wykształciły się w ostatnich tygodniach, staną się powszechnie wykorzystywanym modelem pracy: zapoczątkowana została transformacja w organizacjach. W raporcie Forbis Group eksperci odpowiadają na pytanie, jak przekształcić środowisko pracy, by stało się strategicznym zasobem wspierającym transformację organizacji, dostosowanej do wymogów nowej gospodarki, która wyłoni się po kryzysie COVID-19.
Wyzwania w erze COVID-19
Eksperci opracowali modelowy przebieg zmian wywołanych przez lockdown disruption. Choć czas trwania poszczególnych faz trudno dziś precyzyjnie określić, ponieważ zależy od dalszego przebiegu epidemii i tempa wycofywania restrykcji, to jednocześnie można wyróżnić kluczowe wyzwania poszczególnych etapów i związane z nimi działania, które należy podjąć, by stworzyć odporne środowisko pracy. Zorganizowanie możliwości pracy zdalnej i zachowanie ciągłości operacyjnej było wyzwaniem pierwszego etapu. Drugi wymagał dostosowania biura, by było bezpieczne dla powracających pracowników. Trzeci, który właśnie się rozpoczyna, przyniesienie konieczność stworzenia odpornego, rozproszonego środowiska pracy, wspierającego transformację organizacyjną. Co ważne, wprowadzane zmiany staną się nowym standardem na dłużej, dlatego warto je dobrze przemyśleć i przygotować.
Pierwsze kroki ku nowej rzeczywistości
Przygotowania do wprowadzenia zmian dobrze rozpocząć od weryfikacji stanu aktualnego i naniesienia poprawek na space plany. Trzeba zweryfikować to, z ilu biurek trzeba zrezygnować lub wyłączyć je z użytkowania, by rozmieścić stanowiska pracy w sposób umożliwiający zachowanie zalecanych odstępów. Komunikacja, w której informujemy pracowników o zmianach, to podstawa – zaznacza Anna Oksiuta-Strzałkowska, Head of Design Team Forbis Group. Z kolei Andrzej Grabowski, Chief Operational Officer, dodaje, że przy opracowywaniu planu zmian niezbędnych, by zapewnić bezpieczne biuro, należy zacząć od analizy technicznej i opisania aktualnego stanu. Kolejnym krokiem powinna być ocena ryzyka w różnych typach przestrzeni. W każdym biurze ze szczególną uwagą należy przeanalizować stan HVAC.
Cztery obszary operacyjne
Następny etap to stworzenie strategii długoterminowych. Opracowanie dopasowanych rekomendacji, wskazujących, jak dostosować środowisko pracy i stworzyć przestrzeń, która będzie wspierała organizację w tych trudnych czasach, umożliwi audyt przeprowadzony w czterech obszarach. Większość organizacji ten krok ma już za sobą, ale warto przypomnieć główne kwestie, które trzeba wziąć pod uwagę przy tworzeniu bezpiecznego środowiska pracy, bo staną się one nowym standardem. W raporcie wyróżnione zostały cztery obszary: aspekty techniczne, workplace, zarządzanie i komunikacja oraz facility management.
Transformacja kluczem funkcjonowania w nowej rzeczywistości
Do nowej normalności czas zacząć przygotowania już dziś, bo to nie jest stan, który cudownie osiągniemy bez podejmowania żadnych działań. Nową normalność trzeba sobie stworzyć, wykuć. Środowisko pracy może być strategicznym aktywem firmy, wpierającym osiąganie celów i realizację misji, ale by nie były to puste słowa, trzeba nad tymi dwoma obszarami równolegle pracować – zaznacza Karolina Dudek, Workplace Strategy Director Forbis Group.
Resilient Distributed Workplace
Nowe okoliczności wymagają nowych rozwiązań. By sprostać nowym wyzwaniom, kluczowe jest zbudowanie odpornego rozproszonego środowiska pracy. To ekosystem różnych przestrzeni i praktyk, dających zarówno solidne wsparcie dla pracy operacyjnej, jak i elastyczność działania bez względu na okoliczności. By go stworzyć, trzeba myśleć nie tylko o przestrzeni biura, lecz także o innych miejscach, w których będą pracować osoby z zespołów rozproszonych. Projektowanie takiego rozproszonego ekosystemu poprzedzone powinno być analizą potrzeb organizacji w kilku obszarach. Należą do nich: praca w zespołach rozproszonych, przekazywanie wiedzy w nowej rzeczywistości, budowanie kultury organizacyjnej i rozwijanie kompetencji.
Przewaga modelu RDW
Korzyści działania w modelu Resilient Distributed Workplace to większa efektywność, dzięki możliwości wybrania stylu pracy optymalnego dla danej osoby i stanowiska, możliwość zmniejszenia kosztów najmu, zmniejszenie śladu węglowego, dzięki ograniczaniu przemieszczania się, dostęp do szerszej bazy pracowników i możliwość rekrutowania nie tylko na lokalnym rynku oraz zwiększenie odczuwanej jakości życia, dzięki możliwości rezygnacji z dojazdów do pracy.
Organizacje, jeśli chcą przetrwać i się rozwijać, muszą zaakceptować to, że powrót do stanu sprzed pandemii nie jest możliwy. Implementacja nowych praktyk pozwoli na wsparcie transformacji, a co za tym idzie, dostosowanie się do funkcjonowania w nowych okolicznościach.
Brak wiedzy wśród klientów indywidualnych na temat dostępnych opcji wymiany walut, zbyt wysokie koszty i długi czas realizacji transakcji w kantorze bankowym w ocenie MŚP. To tylko niektóre wnioski płynące z najnowszego badania zrealizowanego przez Accenture „Rynek wymiany walut w Polsce. Od cinkciarzy do fintechów”. Accenture zidentyfikowało 4 główne trendy, które mogą pozytywnie wpłynąć na rozwój rynku wymiany walut w Polsce.
Istotne wnioski wynikające z przeprowadzonej ankiety wśród klientów indywidualnych:
49% spośród ankietowanych wskazało to jako cel wymiany waluty płatności kartą lub gotówką podczas wyjazdów zagranicznych, 37% badanych dokonało zakupów w zagranicznych sklepach internetowych, a 33% otrzymało środki pieniężne zza granicy.
12% ankietowanych uznało, że kantory internetowe to najtańsza opcja wymiany walut, podczas gdy aż 34% uważa, że są nią kantory stacjonarne.
Co trzeci ankietowany (34%) nie wie czy bank, z którego usług korzysta posiada internetowy kantor walutowy.
Ponad 20% wymiany walutowej w Polsce odbywa się w kantorach stacjonarnych, a klienci indywidualni deklarują, że 44% ich pieniędzy zostało wymienionych w ten sposób.
W 2019 roku wielkość obrotów na rynku walutowym w Polsce szacowano na niecały 1 bln PLN. Do 2022 roku prognozowany jest jego wzrost o około 80 mld PLN. Na rynku, który polega jedynie na wymianie jednej waluty na drugą, firmom trudno konkurować ze sobą samym produktem. Ważną rolę w procesie odgrywa oczywiście cena, lecz równie istotne są usługi dodatkowe, towarzyszące wymianie walut.
– Badanie przeprowadziliśmy zarówno na klientach indywidualnych, jak również sektorze MŚP. Chcieliśmy poznać preferencje oraz poziom wiedzy dotyczący transakcji walutowych i zidentyfikować obszary, które mogą zapewnić przedsiębiorstwom przewagę konkurencyjną i przyczynić się do rozwoju rynku. Wzięliśmy pod uwagę potencjał biznesowy wymiany walut, zwyczaje płatnicze oraz zaawansowanie cyfrowe użytkowników – opowiada o badaniu Michał Bazarnik, Senior Manager, Capital Markets, Accenture
Najczęstszą potrzebą walutową Polaków są płatności kartą lub gotówką podczas wyjazdów zagranicznych – 49% spośród ankietowanych wskazało to jako cel wymiany waluty. 37% badanych dokonało zakupów w zagranicznych sklepach internetowych, a 33% otrzymało środki pieniężne zza granicy.
Szacuje się, że udział innowacyjnych, alternatywnych rozwiązań w całkowitych obrotach walutowych wynosi w Polsce ponad 5%; ponad 20% wymiany walutowej odbywa się nadal w kantorach stacjonarnych, chociaż ich udział w rynku spada.
34% ankietowanych uważa, że kantory stacjonarne oferują najtańszą wymianę gotówki. Chociaż badanie Accenture pokazuje, że wymiana w kantorach internetowych (bankowych i niebankowych) może być dużo tańsza. Dla 70% przebadanych kurs wymiany jest bardzo istotny.
MŚP najczęściej wymieniają waluty korzystając z usług bankowych
54% firm dokonuje wymiany walut kilka razy w tygodniu, a aż trzy na cztery przedsiębiorstwa przeprowadzają tego typu operacje raz w tygodniu lub częściej. Podmiotem, który decyduje o sposobie dokonania transakcji jest dział finansowy lub księgowy. W MŚP najczęściej wykorzystywane do wymiany walut są usługi bankowe. Część przedsiębiorstw korzysta także z usług firm transferowych, kantorów stacjonarnych czy fintechów. Młode firmy, częściej wykorzystują w swoich transakcjach usługi niebankowe – kantory internetowe lub fintechy.
Niezależnie od wybranego narzędzia, 80% firm docenia możliwość dokonania transakcji w Internecie. Taki sam odsetek deklaruje, że ważna jest dla nich możliwość dokonania transakcji przez aplikację mobilną. W opinii przedsiębiorców banki muszą popracować nad ofertą. 47% ankietowanych zwraca uwagę na wysokie koszty wymiany, 42% na szybkość transakcji i czas, w jakim pieniądze trafiają do kontrahentów.
– Banki powinny dążyć do uproszczenia zasad realizacji przelewów międzynarodowych, udostępnienia możliwości śledzenia przelewów oraz docelowo zapewnić ich realizację w trybie online – mówi Karol Mazurek, Managing Director, Accenture.
– Aby rynek walutowy prężnie się rozwijał, dostawcy usług wymiany walut powinni wziąć sobie do serca wnioski płynące z badania. Wśród klientów indywidualnych ogromne znaczenie mają działania edukacyjne oraz marketingowe, które będą walczyć z fałszywymi przekonaniami dotyczącymi atrakcyjności wymiany walut w kantorach stacjonarnych. Zarówno dla klientów indywidualnych, jak i MŚP duże znaczenie ma wygoda, szybkość oraz transparentność transakcji. Klienci cenią możliwość śledzenia transakcji, przejrzystość naliczanych opłat oraz możliwość zawarcia transakcji online lub poprzez aplikację mobilną. Z uwagi na bardzo zróżnicowane sytuacje, które towarzyszą wymianie walut, ważna jest personalizacja oferty oraz wykorzystanie big data w procesie tworzenia usług i uwzględnienie w niej rozwiązań zapewniających maksimum korzyści klientom końcowym. Korzystne dla usługodawców może być również tworzenie ekosystemów usług i partnerów np. z zagranicznymi platformami e-commerce, biurami podróży czy dostawcami systemów finansowo-księgowych dla firm. Organizacje powinny również wykorzystać możliwości, jakie daje dyrektywa PSD2 oraz rozwijające się międzynarodowe alianse dotyczące płatności walutowych realizowanych w czasie rzeczywistym – dodaje Karol Mazurek.
Zachęcamy do zapoznania się z pełnym raportem „Rynek wymiany walut w Polsce. Od cinkciarzy do fintechów” opracowanym przez Accenture, który jest dostępny na stronie: https://www.accenture.com/pl-pl/insights/banking/report-poland-financial-exchange-2020
40% Polaków ocenia jakość powietrza w Polsce jako złą lub bardzo złą. Jednocześnie 2 na 3 badanych nie wie, że domowe piece są głównym źródłem zanieczyszczenia powietrza w Polsce. Aż 70 proc. mieszkańców budynków wielorodzinnych potępia ogrzewanie domów piecami niespełniającymi aktualnych norm technicznych oraz akceptuje zgłaszanie odpowiednim organom zanieczyszczających powietrze praktyk sąsiadów, którzy korzystają z niewłaściwego pieca lub paliwa. Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polacy i ochrona powietrza. Normy społeczne jako źródło zmiany?”.
Powietrze w Polsce jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych w Unii Europejskiej. Głównym źródłem zanieczyszczeń groźnych dla zdrowia i środowiska, a przez to i dla gospodarki, są pozaprzemysłowe procesy spalania – tzw. „niska emisja” pochodząca przede wszystkim ze spalania węgla i drewna w gospodarstwach domowych.
Kolejne badania rozszerzają katalog potwierdzonych negatywnych konsekwencji pogarszającej się jakości powietrza. Najnowsze dane są szczególnie alarmujące, pokazują bowiem związek zanieczyszczeń powietrza ze zwiększoną śmiertelnością spowodowaną nowym schorzeniem COVID-19, które w ostatnich miesiącach sparaliżowało światową gospodarkę.
Czy zły stan powietrza skłania nas do działań?
Jednym z priorytetów rządu w zakresie ochrony powietrza jest rozpoczęty w 2018 r. program Czyste Powietrze. Program zakłada poprawę efektywności energetycznej ponad 4 milionów budynków jednorodzinnych do 2029 r
Ponad ¾ Polaków ma świadomość możliwości uzyskania dopłaty lub pożyczki na sfinansowanie wymiany starego pieca. Ale wiedza na temat określonych programów wsparcia finansowego jest częściowa. Program Czyste Powietrze kojarzy 44 proc. ogółu Polaków i tylko 50 proc. mieszkańców domów jednorodzinnych. Jeszcze mniej popularny jest program Stop Smog. W dodatku jego znajomość częściej wykazują mieszkańcy bloków, nie będący jego adresatami.
– Połowa Polaków uważa, że jakość powietrza w kraju uległa pogorszeniu w ciągu dwóch ostatnich lat.1/3 dostrzega wzrost zanieczyszczeń w swoim otoczeniu. Blisko 2/3 Polaków w swoich codziennych decyzjach bierze pod uwagę wpływ zanieczyszczeń powietrza na zdrowie swoje i bliskich. Wielu z nich sprawdza informacje o jakości powietrza w okolicy. – mówi Agnieszka Wincewicz-Price, kierownik zespołu ekonomii behawioralnej Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Działania podejmowane przez Polaków w obliczu pogarszającej się jakości powietrza można podzielić na 2 kategorie. Działania pierwszej kategorii dotyczą krótszego horyzontu czasowego i sprowadzają się do niwelowania negatywnych efektów oddychania szkodliwym powietrzem, np. otaczanie się roślinami, które poprawiają jakość powietrza (48 proc.) oraz unikanie otwierania okien (38 proc.). Ponad 1/5 świadomie unika również spędzania czasu na dworze z powodu złej jakości powietrza. W drugiej kategorii mieszczą się działania o długofalowych skutkach, redukujące przyczyny powstawania zanieczyszczeń. 41 proc. rezygnuje z samochodu na rzecz transportu publicznego lub roweru. Zdecydowanie mniej osób angażuje się aktywnie w kampanie społeczne na rzecz ochrony powietrza (24 proc.).
Ciągle niewystarczająca jest jednak skala poważniejszych przedsięwzięć, które ograniczają niską emisję – główne źródło zanieczyszczeń. Zbyt mało Polaków decyduje się na wymianę szkodliwych dla atmosfery pieców i inne formy modernizacji energetycznej.
– Wynika to m.in. z tego, że na zachowania prośrodowiskowe wpływa szereg czynników indywidualnych takich jak wiedza, świadomość, wartości, i społecznych jak np. dostępność niezbędnej infrastruktury czy sytuacja mieszkaniowa. Dlatego tradycyjne narzędzia polityk publicznych w postaci nakazów, zakazów, zachęt i kar nie gwarantują sukcesu danego programu, ponieważ często pomija się w nich istotne pozamaterialne elementy zachowań i procesów decyzyjnych: czynniki psychologiczne, społeczne, a nawet moralne – dodaje Agnieszka Wincewicz-Price.
Kluczem do sukcesu mogą być normy społeczne
Skokowej poprawy jakości powietrza w Polsce nie osiągnie się, stosując wyłącznie zachęty finansowe i przepisy regulujące dopuszczalność określonych urządzeń grzewczych i paliw. Potrzebne jest również uświadomienie właścicielom starych kotłów – adresatom dopłat – ich bezpośredniego wpływu na stan powietrza oraz oczekiwań społecznych związanych z jego zanieczyszczaniem. Można to osiągnąć przy pomocy narzędzi behawioralnych odwołujących się do norm społecznych i moralnych.
W przeprowadzonych przez PIE badaniach Polaków poproszono o ustosunkowanie się do kilku sytuacji opisujących zachowania służące ochronie powietrza i szkodliwe dla jakości powietrza. Połowa badanych oceniała zachowania z perspektywy norm moralnych, czyli na poziomie osobistej afirmacji bądź negacji danego zachowania lub postawy. Druga połowa dokonywała oceny z perspektywy oczekiwań społecznych afirmujących bądź potępiających dane zachowanie lub postawę.
Wśród pytanych szczególny sprzeciw budzi praktyka spalania w piecu niedozwolonych materiałów. W tym przypadku więcej Polaków osobiście potępia to zachowanie (ponad 80 proc.), nieco mniej spodziewa się podobnej oceny ogółu społeczeństwa (78 proc.).
Z nieco większym poziomem akceptowalności spotkało się korzystanie z pieca niespełniającego norm. Jednak i w tym przypadku potępiło ją 64 proc. Polaków, a 59 proc. uważa ją za nieakceptowalną społecznie.
Zgłaszanie powyższych zachowań odpowiednim organom popiera ponad 60 proc. Polaków. Z podobną przychylnością spotkało się karanie mandatami właścicieli domów korzystających z niedozwolonych pieców (65 proc. pozytywnych ocen w obu perspektywach – moralnej i społecznej).
Jak wykorzystać wiedzę behawioralną do poprawy jakości powietrza?
Badania PIE pokazały, że większość Polaków zajmuje wyraziste i spójne stanowisko w kwestii normatywnej oceny zachowań mających wpływ na zanieczyszczanie i ochronę powietrza. Co więcej, indywidualne oceny pokrywają się w znacznym stopniu z oceną oczekiwań społecznych dotyczących tych zachowań. A mimo to działania Polaków wciąż są niewystarczające.
W raporcie analitycy PIE rekomendują dwa kierunki działań. Pierwszy, skierowany do właścicieli domów jednorodzinnych, którzy wciąż korzystają przestarzałych pieców. Niezbędne jest lepsze rozpoznanie ich sytuacji poprzez uwzględnienie specyfiki lokalnych uwarunkowań oraz uproszczenie procedur. Ważne jest też takie kształtowanie postaw obywatelskich, żeby wywołać efekt presji społecznej nakierowanej na piętnowanie wykorzystywania niskiej jakości paliw oraz przestarzałych pieców i traktowanie tych zachowań jako szkodliwych społecznie.
Drugi kierunek działań wiąże się z systemem kontroli stosowania przez Polaków obowiązujących przepisów dotyczących domowych palenisk. Warto wesprzeć zidentyfikowany w badaniu kapitał społeczny (zwłaszcza przyzwolenie dla zgłaszania strażom miejskim i gminnym nieprawidłowości) odpowiednimi zachętami i zapleczem infrastrukturalnym.
Można to osiągnąć poprzez wyraźne zakomunikowanie mieszkańcom poszczególnych gmin możliwości zgłaszania nadużyć pod stosowny numer lokalnego oddziału straży gminnej lub miejskiej. Warto rozważyć udostępnienie wyodrębnionego numeru wyłącznie na potrzeby takich zgłoszeń. Z naszej ankiety wynika, że taki numer funkcjonuje jedynie w 32 z 232 miast i gmin, które wzięły udział w naszym badaniu. Wyniki badania sugerują, że poinformowanie mieszkańców o możliwości wykonania takich zgłoszeń i ich społecznej akceptowalności – może zmobilizować do działania lokalne wspólnoty, a przez to minimalizować szkodliwe zachowania właścicieli starych kotłów, a także zwiększyć liczbę kontroli tam, gdzie jest ona wskazana.
Istotnym elementem infrastruktury wspierającej działania prewencyjne straży byłoby wyposażenie ich w odpowiedni sprzęt pozwalający na dokonywanie dokładnych i aktualnych pomiarów poziomu lokalnych zanieczyszczeń oraz komunikowanie tych danych lokalnym społecznościom. W niektórych gminach wykorzystuje się w tym celu drony i specjalne smogowozy. Z naszej ankiety wynika jednak, że ma to miejsce w nielicznych gminach (drony – 10 proc., smogowozy – niespełna 4 proc.).
86 proc. ankietowanych polskich firm produkcyjnych nie przewiduje redukcji etatów w najbliższych miesiącach – wynika z najnowszego raportu Trenkwalder Polska. Jednak w obawie przed długofalowymi skutkami gospodarczymi firmy boją się zatrudniać (71 proc.). Czy czeka nas długofalowa stagnacja zatrudnienia w polskich firmach produkcyjnych?
Od kilku tygodni docierają do nas z różnych źródeł mało optymistyczne informacje dotyczące wpływu zamrożenia światowych gospodarek na stan polskiego przemysłu. Według opublikowanych ostatnio danych GUS produkcja sprzedana przemysłu spadła w kwietniu br. o 24,6% rok do roku. To największy spadek w ciągu ostatnich 20 lat. Z kolei PMI[1] dla polskiego przemysłu osiągnął w kwietniu bezprecedensowo niski poziom – 31,9 punktów. Spadł o 10,5 punktów w porównaniu z marcem i był najniższy w historii badań (od czerwca 1998 r.). Niepewność nowych zamówień, poziomu produkcji, dostaw komponentów, popytu i zatrudnienia widoczna jest również w najnowszym raporcie Trenkwalder Polska – „Firmy produkcyjne w dobie koronawirusa. Organizacja pracy i zatrudnienie”.
Wpływ pandemii na system pracy i zatrudnienie
Jak pokazują wyniki badania ankietowego Trenkwalder Polska[2], w pierwszym miesiącu pandemii firmy produkcyjne starały się utrzymać etaty. Zwolnienia traktowano jako rozwiązanie ostateczne. Aż 71 proc. firm nie zredukowało zatrudnienia. W przypadku 29 proc. ankietowanych firm, które zmuszone były do wprowadzenia zwolnień, w pierwszej kolejności redukcje dotyczyły osób z krótkim stażem, tych którym kończyły się umowy na czas określony oraz pracowników tymczasowych.
Firmy, które utraciły zamówienia od swoich odbiorców lub musiały wstrzymać produkcję z powodu przerwy w dostawie komponentów, decydowały się na wprowadzenie płatnych postojów. Nie było to jednak rozwiązanie powszechnie stosowane.
W przypadku pracowników biurowych 35% ankietowanych firm wprowadziło pracę zdalną.
– Wyniki badania pokazują, że polskie firmy sprawnie i odpowiedzialnie zareagowały na kryzys covid. Pierwszą ich reakcją było utrzymanie miejsc pracy. – mówi Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder Polska, Wiceprezes Polskiego Forum HR ds. pracy tymczasowej.
PRACA TYMCZASOWA
81 proc respondentów nie prowadzi obecnie rekrutacji pracowników tymczasowych. Z usługi tej korzystały natomiast takie branże jak: produkcja wyrobów farmaceutycznych, produkcja artykułów spożywczych, papieru, czy wyrobów chemicznych. Zatrudnienie nowych pracowników w oparciu o umowę o pracę tymczasową pozwalało zachować firmom maksymalną elastyczność zatrudnienia i kosztów oraz szybko zareagować na wzrost popytu. 18 proc. firm zatrudniało za pośrednictwem agencji, a tylko 1 proc. zgłosiło, że nowych pracowników rekrutuje bezpośrednio.
Jednocześnie wszyscy ankietowani respondenci zadeklarowali utrzymanie współpracy z agencją zatrudnienia w przyjętej polityce personalnej. Zarówno w obszarze rekrutacji i selekcji, jak i utrzymania elastyczności oraz przekazania firmie zewnętrznej odpowiedzialności za zobowiązania kadrowe i płacowe.
–W sytuacji tak dużej nieprzewidywalności firmy produkcyjne skupiały się na reorganizacji swoich biznesów. Te, które z uwagi na zwiększony popyt zgłaszały pilne zapotrzebowanie na nowych pracowników, chętnie korzystały z usług agencji pracy tymczasowej. Agencje zdejmują im z głowy cały proces rekrutacyjny, a potem obsługę kadrowo-płacową. Dodatkowo, skorzystanie z usługi agencji pracy tymczasowej daje też firmie pewnego rodzaju kredytowanie – zanim firma zapłaci za fakturę, to agencja wypłaca wynagrodzenia pracownikom tymczasowym. A to ważne w obecnej sytuacji, kiedy firmy borykają się z zatorami płatniczymi. – podkreśla Wojciech Ratajczyk, , CEO Trenkwalder Polska, Wiceprezes Polskiego Forum HR ds. pracy tymczasowej.
PLANY PRACODAWCÓW NA NAJBLIŻSZE MIESIĄCE
Spośród firm, które wprowadziły rozwiązania postojowe, 19 proc. powróciło do produkcji już w kwietniu, a 25 proc. planuje powrót do końca maja. 56 proc. firm nadal nie potrafi określić daty wznowienia produkcji. Wynika to przede wszystkim z braku lub ograniczeń zamówień od kontrahentów.
Z dużą ostrożnością ankietowane firmy podchodzą również do planowania zatrudnienia. 28 proc. planuje lub dopuszcza możliwość zwiększenia etatów w kolejnych miesiącach.
Pozytywne jest to, że aż 86 proc. firm produkcyjnych nie planuje dalszych redukcji etatów. Pozwala to wnioskować, że podjęte dotychczas działania optymalizacyjne wydają się być wystarczające do utrzymania ciągłości produkcyjnej i zachowania dyscypliny kosztowej.
– Po zredukowaniu około 30 proc. etatów, ¾ firm przewiduje stagnację zatrudnienia. To zrozumiałe w świetle niepewności, jaka panuje dzisiaj na świecie. Jestem przekonany, że głównym wyzwaniem w najbliższych miesiącach, a nawet latach będzie elastyczność mocy produkcyjnych, a więc i kosztów związanych z ich utrzymaniem. – mówi Wojciech Ratajczyk, CEO Trenkwalder Polska, Wiceprezes Polskiego Forum HR ds. pracy tymczasowej.
[1] PMI – (ang. Purchasing Managers Index) – wskaźnik aktywności gospodarczej w sektorze produkcyjnym
[2] Ankieta zrealizowana została w dniach 15-29 kwietnia br. na próbie 135 firm produkcyjnych w Polsce.
Nowy, wyprodukowany w Europie test pozwalający na potwierdzenie obecności przeciwciał będzie wykonywany na urządzeniach laboratoryjnych Abbott ARCHITECT® i1000SR, i2000SR oraz Alinity™ i
Dotąd firma dostarczyła do Polski 60 tysięcy testów, ale w każdej chwili jest w stanie przesłać kolejne jeśli Ministerstwo Zdrowia zgłosi takie zapotrzebowanie
Koncern dostarcza już test molekularny COVID-19 na urządzenia m2000™.
Test wykazuje swoistość i czułość na poziomie ponad 99% w próbkach pobranych 14 dni lub więcej po rozpoznaniu pierwszych objawów
Firma Abbott, udostępniła w Polsce swój test laboratoryjny na przeciwciała COVID-19. Test otrzymał oznaczenie CE zgodnie z dyrektywą IVD (98/79/WE) oraz zezwolenie na użycie w nagłych wypadkach od amerykańskiej Agencji ds. Żywności i Leków (FDA) na laboratoryjne badanie serologiczne krwi w celu wykrycia przeciwciała IgG. Badanie pozwala określić, czy dana osoba przeszła zakażenie koronawirusem (COVID-19).
Testy na obecność przeciwciał to kolejny ważny krok w celu sprawdzenia, czy dana osoba została w przeszłości zainfekowana. Pozwoli to na lepsze zrozumienie schematu działania wirusa, i co najważniejsze, pokaże jak długo przeciwciała pozostają w organizmie i czy w dalszej perspektywie zapewniają one odporność. Wiedza ta może pomóc w rozwoju terapii i szczepionek. Badanie to uzupełnia dotychczas dostępne w Polsce testy COVID-19 firmy Abbott, które są przeprowadzane na molekularnym urządzeniu m2000™.
„Skupiliśmy się na jak najszybszym wprowadzeniu na rynek testów, aby pomóc w zapobieganiu rozwoju pandemii COVID-19”, powiedział Marcin Morag, Customer Experience Director Abbott. „Jesteśmy dumni, że możemy dostarczać nasze testy na obecność przeciwciał, dzięki którym możemy sprawdzić, kto już przeszedł zakażenie wirusem SARS-CoV-2. Z pewnością przyczyni się one do wzrostu zaufania społecznego, kiedy już wrócimy do naszego dawnego trybu życia sprzed epidemii.”
Więcej przebadanych dzięki testom na przeciwciała
Podczas gdy testy molekularne wykrywają, czy ktoś w danym momencie jest zakażony wirusem, testy na przeciwciała pozwalają sprawdzić, czy badana osoba przeszła już zakażenie.
Opracowany przez Abbott test IgG na przeciwciała przeciwko wirusowi SARS-CoV-2 identyfikuje przeciwciało IgG – białko odpornościowe produkowane przez organizm w późnych stadiach infekcji, które może utrzymywać się do kilku miesięcy, a prawdopodobnie i lat już po powrocie osoby zakażonej do zdrowia. Test wykazuje swoistość i czułość na poziomie ponad 99% w próbkach pobranych 14 dni lub więcej po rozpoznaniu pierwszych objawów.
Test na obecność przeciwciał IgG firmy Abbott jest dostępny na urządzeniach ARCHITECT® i1000SR, i2000SR oraz na najnowszych urządzeniach laboratoryjnych Alinity™ i.* ARCHITECT, stosowany od dziesięcioleci, jest jednym z najczęściej używanych systemów laboratoryjnych na świecie. Ponad 170 z tych urządzeń jest wykorzystywanych w laboratoriach w całej Polsce. Mogą one wykonywać między 100-200 badań na godzinę.
Ostatnie badanie opublikowane przez Journal of Clinical Microbiology wykazało, że test na przeciwciała IgG SARS-CoV-2 firmy Abbott miał 99,9% swoistości i 100% czułości na wykrywanie przeciwciał IgG u pacjentów 17 dni lub więcej po wystąpieniu objawów.
Abbott w znaczący sposób rozwija swoją europejską produkcję w zakresie badań na obecność przeciwciał i wkrótce rozszerzy także zakres badań laboratoryjnych na obecność przeciwciał IgM.
Tradycyjny rajd ryzyka przetacza się przez rynki finansowe i na razie spycha na bok wszelkie negatywne czynniki. Coraz więcej dowodów wygrywania walki z koronawirusem i odbudowy gospodarczej daje paliwa dla pozytywnych nastrojów. Oczekiwania na unijny pakiet fiskalny pomagają podtrzymać optymizm.
Dziś Komisja Europejska ma przedstawić projekt funduszu naprawczego, dla którego bazą ma być propozycja przedstawiona tydzień temu przez Francję i Niemcy. Oczekiwania są przede wszystkim zbudowane wokół utworzenia mechanizmu pożyczkowego w wysokości co najmniej 500 mld EUR, który ma być finansowany z emisji wspólnego długu. Od początku było wiadomo, że nie będzie to łatwa decyzja, gdyż wśród bogatszych państw pojawiała się opozycja przeciw użyczaniu własnej wiarygodności kredytowej na rzecz pomocy dla biedniejszych państw. Konsensus jest możliwy, ale odbiór funduszu przez rynki może się rozbijać o kilka aspektów, m.in.: kryteria przyznawania środków; okres czasu, w jakim pieniądze będą przekazywane i na jakich warunkach będzie dochodzić do spłaty; warunki do spełnienia dla otrzymywania kolejnych transz. Im surowsze warunki będą postawione, tym większe będzie rozczarowanie z planu, gdyż utrudni proces odbudowy strefy euro. Możliwe, że dzisiejsza prezentacja zostanie wykorzystana do ogłaszania wielkich liczb, ale to negocjacje na kolejnych etapach zdecydują o faktycznym, prawdopodobnie rozwodnionym kształcie funduszu. Rynek ma nadzieje na potężne wsparcie fiskalne i częściowo już to dyskontuje w rajdzie EUR/USD w stronę 1,10. Ryzykiem jednak jest, że za wielkimi chęciami KE będą skryte wątpliwości czy państwa strefy euro pozostaną zjednoczone w pomocy samym sobie. W kolejnych dniach dowody osłabiania funduszu i ograniczania jego możliwości mogą stać się pretekstem do sprzedaży euro.
Złoty bez wątpienia korzysta na poprawie apetytu na ryzyko i jest najsilniejszy od połowy marca. Przy tak mocnych ruchach zawsze zastanawiającym jest, która strona stoi za umocnieniem waluty? Czy złoty z dnia na dzień stał się gwiazdą, którą każdy chce mieć w swoim portfelu? A może za aprecjacją stoi kapitulacja pesymistów, którzy wcześniej agresywnie ustawiali się w krótkich pozycjach na silne osłabienie złotego? Bez wątpienia ogromny plan pomocowy w postaci Tarczy Antykryzysowej (wart ok. 10 proc. PKB), ostre cięcie stóp procentowych o 100 pb przez RPP i rozpoczęcie programu skupu aktywów przez NBP były łatwym argumentem, by wieścić ponurą przyszłość dla złotego. Od początku uważaliśmy, że w obecnych warunkach rynek powinien patrzeć na to, jakie korzyści mogą przynieść decyzje fiskalne i monetarne, a nie jakie generują koszty. Jednak dominująca opinia na rynku była inna. Była, bo najwyraźniej już nie jest i inwestorzy porzucają strategię sprzedaży złotego. Trudno dokładnie określić, kiedy ten trend się zakończy oraz na ile w umocnieniu uczestniczy świeże budowanie długich pozycji. Wciąż jednak mam obawy, że fundamentalnie za złotym nie stoi nic szczególnego, by przekonywać o jego premii na tle innych waluty rynków wschodzących. Utrzymanie stóp procentowych blisko zera odbiera złotemu atrakcyjność odsetkową, a powoli zamienia go w walutę finansującą inwestycje na innych rynkach. Silna zależność ze strefą euro może pomagać, pod warunkiem, że zrealizują się nadzieje na szybsze odbicie gospodarcze. Jeśli nie, złoty zostanie z kulą u nogi i prędko dalej nie zajdzie.
Przedsiębiorcy, którzy szukają dziś skutecznego rozwiązania dla swoich problemów, mogą skorzystać nie tylko z rozwiązań przewidzianych w tzw. Tarczy antykryzysowej, ale także z mechanizmów wsparciaistniejących już od dawna aktach prawnych. Dla zachowania działalności, a przede wszystkim zawarcia koniecznego w dalszym funkcjonowaniu układu z wierzycielami, korzystne możliwości dają przepisy prawa restrukturyzacyjnego. Obowiązująca już od ponad 4 lat ustawa pozwala przedsiębiorcom przede wszystkim uniknąć upadłości, oferując np. możliwość korzystnego spłacania zobowiązań. Tak kompleksowe regulacje chroniące przedsiębiorstwo zawarte są w prawie restrukturyzacyjnym, pomimo podejmowania innych, późniejszych, uregulowań tego zagadnienia – wskazuje Michał Sowiński prawnik, ekspert od restrukturyzacji i upadłości z kancelarii Kijewski Graś i dodaje, że przedsiębiorstwa, które zdecydowały się na skorzystanie z przepisów prawa restrukturyzacyjnego nie mogą skorzystać z Tarczy Antykryzysowej.
Z zaburzeniami płynności finansowej mierzą się dziś przedstawiciele większości sektorów gospodarki. W odpowiedzi na zaistniałą sytuację rząd wprowadza właśnie pakiet pomocowy tzw. tarczą antykryzysową, i to już w dwóch wersjach. Ma on stanowić remedium na kryzys gospodarczy
– Szukając rozwiązania dla problemów finansowych przedsiębiorstwa, warto zwrócić uwagę na istniejące od lat w polskim prawie środki, jakie oferuje prawo restrukturyzacyjne. W odróżnieniu od innych aktów prawnych, których celem jest udzielenie doraźnej pomocy firmom, może ono dać skuteczne narzędzia wyjścia z kłopotów zwłaszcza dla większych podmiotów gospodarczych – mówi Michał Sowiński, prawnik i ekspert od restrukturyzacji oraz upadłości z kancelarii Kijewski Graś.
Jak przypomina, restrukturyzacja firmy to kompleksowe działania mające na celu poprawę kondycji finansowej, począwszy od objęcia ochroną składników majątku spółki służących jej do prowadzenia działalności, przez elastyczne z perspektywy pracodawcy możliwości rozwiązania stosunku pracy, po uprawnienia do zakończenia współpracy z kontrahentami na podstawie niekorzystnych dla restrukturyzowanego podmiotu umów. – Głównym celem przyświecającym procesowi restrukturyzacji jest uniknięcie upadłości spółki i doprowadzenie do zawarcia układu z wierzycielami, na mocy którego płatność zobowiązań dłużnika zostanie rozłożona na raty, odwleczona w czasie, a nawet dojdzie do zmniejszenia wysokości wierzytelności – wskazuje Michał Sowiński. Według niego już sam dzień otwarcia takiego postępowania to istotny moment w funkcjonowaniu przedsiębiorstwa m.in. z tego względu, że dłużnik zobowiązany jest do powstrzymania się od spełnienia jakichkolwiek świadczeń wynikających z wierzytelności. Te bowiem, obejmuje z mocy prawa układ. – W odróżnieniu od przyjętej właśnie tarczy antykryzysowej, w prawie restrukturyzacyjnym znajdziemy regulacje dotyczące kwestii płatności wymagalnych należności, wynikające z umów zawartych z kontrahentami – zauważa Michał Sowiński i wyjaśnia, że według przepisów w przyjętym właśnie pakiecie pomocowym, o jednorazową, bezzwrotną pożyczkę z Funduszu Pracy na pokrycie kosztów prowadzenia działalności gospodarczej może ubiegać się jedynie mikro przedsiębiorca, zaś jej wysokość wynosi maksymalnie 5 tys. zł. Rząd zaoferował także zwolnienia z płacenia składek do ZUS i wydłużenia terminu zapłaty zobowiązań podatkowych, natomiast są to jedynie doraźne i krótkotrwałe formy pomocy. – Z kolei, w toku trwania postępowania restrukturyzacyjnego, dłużnik może odzyskać finansowy spokój do dnia zawarcia układu – twierdzi Michał Sowiński, wskazując korzyści, w jakie ten aktu prawny wyposaża zobowiązanego do uregulowania swoich zobowiązań przedsiębiorcę – np. w możliwość ochrony swojego majątku poprzez zawieszenie toczących się postępowań egzekucyjnych dotyczących wierzytelności objętych układem czy powiązaną z tym niedopuszczalność wszczęcia ich już po otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego. – Komornik nie może więc kontynuować czynności egzekucyjnych ze składników majątku dłużnika, co wzmacnia możliwość ustabilizowania sytuacji materialnej jego firmy – mówi Michał Sowiński, zwracając jednocześnie uwagę, że tego typu rozwiązań zabrakło w przyjętej właśnie Tarczy Antykryzysowej. – Niestety nie przewiduje ona ochrony dla spółek, wobec których toczą się postępowania komornicze. Organy mogą bowiem podejmować czynności egzekucyjne wobec takich podmiotów, i to niezależnie, czy ich problemy finansowe powstały w związku z epidemią, czy istniały już wcześniej. Co prawda, wskutek panującego stanu epidemii czynności egzekucyjne mogą zostać przedłużone, jednakże nie spowoduje to ochrony majątku dłużnika – ostrzega Michał Sowiński.
Jak wyjaśnia, korzystne dla znajdującego się w gorszej sytuacji przedsiębiorcy rozwiązania prawne wynikają z głównego założenia prawa restrukturyzacyjnego. Jest nim realizacja umów wiążących spółkę i dalsze prowadzenie działalności bez względu na to, czy podejmowane są działania na rzecz „uzdrowienia” przedsiębiorstwa. – Tylko bowiem kontynuowanie działalności może generować środki na spłatę powstałych zadłużeń. Ustawodawca objął więc ochroną również stosunki cywilnoprawne łączące restrukturyzowane przedsiębiorstwo, uniemożliwiając wypowiedzenie umów bez zgody wierzycieli – wyjaśnia Michał Sowiński i dodaje, że w ten sposób przedsiębiorstwo zachowa kluczowe elementy służące mu do wykonywania działalności, z których korzysta na podstawie np. umowy najmu, dzierżawy, leasingu czy licencji. – Ponadto, w odniesieniu do umów wzajemnych, których wykonywanie jest niekorzystne z perspektywy restrukturyzowanego przedsiębiorcy, przepisy prawa przewidują możliwość odstąpienia od nich bez względu na postanowienia dotyczące ich rozwiązania – wymienia kolejne korzyści dla gotowych do wejścia na drogę restrukturyzacji Michał Sowiński. Ilustruje to możliwym przykładem w obszarze nieruchomości komercyjnych.
Założenia tarczy antykryzysowej stanowią, iż w okresie obowiązywania zakazu prowadzenia działalności w obiektach handlowych o powierzchni sprzedaży powyżej 2000 m2 wygasają wzajemne zobowiązania stron umowy najmu, dzierżawy lub innej podobnej umowy, przez którą dochodzi do oddania do używania powierzchni handlowej. Jednakże warunkiem skorzystania z tego rozstrzygnięcia jest złożenie przez najemcę bezwarunkowej i wiążącej oferty woli przedłużenia obowiązywania umowy na dotychczasowych warunkach o okres obowiązywania zakazu przedłużony przez sześć miesięcy. Powyższe rozwiązanie jest dedykowane więc wyłącznie ściśle określonemu przedsiębiorcy oraz – z uwagi na niejasność przepisu – powoduje problemy interpretacyjne – Michał Sowiński kładzie tu nacisk na możliwość uniknięcia tego typu sytuacji w prawie restrukturyzacyjnym. – Nie ono zawiera obostrzeń różnicujących przedsiębiorców pod względem przedmiotu działalności czy też miejsca świadczenia usług. Oferuje za to uniwersalne rozwiązania, obejmując tym samym swoją regulacją zarówno tych mniejszych przedsiębiorców, jak i gigantów w danym sektorze gospodarki – zwraca uwagę Michał Sowiński.
W jego opinii restrukturyzacja zapewnia dziś dla przedsiębiorców rozwiązania zdecydowanie bardziej kompletne niż propozycje tarczy antykryzysowej, a do tego skierowana jest do podmiotów zagrożonych niewypłacalnością, które mają perspektywę dalszego prowadzenia działalności i generowania przychodów po otwarciu postępowania. Dlatego też proponuje wykorzystanie możliwości opartych na istniejącym od kilku lat prawie restrukturyzacyjnym wraz z wprowadzanymi właśnie unormowaniami w najnowszych aktach prawnych. – Istotne jest także, aby wśród czterech rodzajów postępowań restrukturyzacyjnych wybrać ten właściwy, w konkretnym stanie faktycznym. Zastosowanie rozwiązań zaproponowanych w ramach państwowej pomocy łagodzenia skutków epidemii, a w dalszej kolejności skorzystanie z procedury restrukturyzacyjnej, może okazać się najskuteczniejszą formą walki o przetrwanie w czasach kryzysu. Wskazać bowiem należy, że zgodnie z założeniami nowej tarczy antykryzysowej, z państwowej formy pomocy nie będą mogli skorzystać przedsiębiorcy względem których ogłoszono upadłość lub zostało otwarte postępowanie restrukturyzacyjne. Ponadto, istotne jest, że wszystkie koszty powstałe po otwarciu postępowania restrukturyzacyjnego muszą być regulowane w terminie, dlatego w obecnej sytuacji gospodarczej może się okazać, że mimo otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego dłużnik nie będzie miał już środków na regulowanie kosztów postępowania, co spowoduje konieczność złożenia wniosku o ogłoszenie upadłości – przestrzega Michał Sowiński, dla którego sama możliwość zawarcia układu z wierzycielami nadal nakazuje dłużnikowi wypełnienie obowiązku regulowania wszystkich nowych zobowiązań. Zwraca też uwagę na umiarkowanie, ale jednak rosnącą popularność tej formy ochrony firm. Jak uważa, podczas panującej obecnie epidemii, może ona jeszcze zyskać na znaczeniu.
– Od 2016 r. z roku na rok obserwujemy wzrost liczby przeprowadzonych restrukturyzacji. Zgodnie z raportem Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w 2019 r. przeprowadzono łącznie 465 postępowań restrukturyzacyjnych, przy jednoczesnym wzroście liczby oddalonych wniosków o ogłoszenie upadłości. Jak wynika bowiem z przeprowadzonych badań, w ubiegłym roku 1345 firm złożyło wniosek o ogłoszenie upadłości, natomiast tylko wobec 586 podmiotów ją ogłoszono. Pozwala to na postawienie wniosku o wciąż zbyt niewystarczającej – jak na skale polskiej gospodarki – świadomości takiej możliwości ratowania przedsiębiorstw wśród kadr zarządzających – podsumowuje Michał Sowiński, którego zdaniem świadczy to o tym, że osoby stojące na czele spółek często zbyt pochopnie decydują o złożeniu wniosku upadłościowego, nie wykorzystując szansy na uratowanie przedsiębiorstwa, jaką daje im restrukturyzacja.
Zgodnie z deklaracją rządu, na walkę z nadchodzącym spowolnieniem gospodarczym lub recesją ma zostać przeznaczonych 212 mld zł, co stanowi około 10 procent polskiego PKB. Przyjęte rozwiązania zostały uzupełnione Tarczą antykryzysową 2.0. Zakłada ona m.in. rozszerzenie instrumentów zapewniających większe wsparcie dla tych firm, które finansowo odczuwają skutki epidemii.