Jarosław Gowin: W obszarze sztucznej inteligencji Polska może stać się konkurencją dla reszty świata. Wymaga to współpracy firm z uczelniami technicznymi

Polskie uczelnie techniczne mają duże szanse na uzyskanie statusu uniwersytetu badawczego, zainteresowaniem cieszą się doktoraty wdrożeniowe w zakresie sztucznej inteligencji, a Państwowy Instytut Badawczy NASK będzie kształcił specjalistów z tej dziedziny. Rozwój polskiej gospodarki ma się opierać na poszukiwaniu niszowych rynków w nowoczesnych branżach oraz bazować na pracy badawczej silnych ośrodków naukowych i współpracy przedsiębiorców ze środowiskiem akademickim.

– Nie ma możliwości, żeby nowoczesne branże gospodarki rozwijały się bez współpracy z uczelniami, zwłaszcza technicznymi – mówi Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Przypomnę, że w grupie 10 tzw. uczelni badawczych wyłonionych przez grupę 15 wybitnych zagranicznych uczonych znalazły się aż cztery politechniki: Politechnika Gdańska, Śląska, Warszawska oraz oczywiście Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie. To pokazuje, jak duży jest potencjał naukowy uczelni technicznych.

Jak podaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w pierwszym konkursie „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” (IDUB) uczestniczyło 20 najlepszych polskich uczelni. Międzynarodowy zespół ekspertów związanych z sektorem nauki i szkolnictwa wyższego wyłonił 10 uczelni, które w przyszłości staną się uczelniami badawczymi oraz będą w stanie skutecznie konkurować z najlepszymi ośrodkami akademickimi w Europie i na świecie. Ponadto w latach 2020–2026 będą otrzymywać subwencję zwiększoną o 10 proc. W gronie laureatów są: Uniwersytet Warszawski, Politechnika Gdańska,  Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie, Politechnika Warszawska, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Jagielloński, Gdański Uniwersytet Medyczny, Politechnika Śląska, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytet Wrocławski.

Szansą na rozwój współpracy środowisk naukowych i biznesu ma być program doktoratów wdrożeniowych. Zasada jego działania jest prosta: doktorant pracuje w dwóch miejscach – w przedsiębiorstwie i jednostce naukowej (uczelni, instytucie badawczym) – i koncentruje się na rozwiązaniu określonego problemu technologicznego. Ponadto co miesiąc otrzymuje stypendium z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a nad jego pracą czuwa dwóch opiekunów merytorycznych – z ramienia pracodawcy oraz z jednostki naukowej. Miesięczna kwota stypendium doktoranckiego wynosi 3450 zł – do miesiąca, w którym została przeprowadzona ocena śródokresowa, oraz 4450 zł – po jej dokonaniu.

– W ramach nowej ścieżki kariery akademickiej, jaką są doktoraty wdrożeniowe, w ubiegłym roku uruchomiłem pierwszy nabór na te doktoraty w zakresie sztucznej inteligencji – dodaje Jarosław Gowin. – Wkrótce Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa uruchomi kolejne szkolenia oraz studia z zakresu sztucznej inteligencji. Uważam, że to jest obszar, w którym na pewno nie będziemy się ścigać z największymi potęgami światowymi, takimi jak Stany Zjednoczone Ameryki, Niemcy czy Chiny, ale jesteśmy w stanie znaleźć swoje nisze, w których możemy konkurować z resztą świata.

Program „Doktorat wdrożeniowy II – sztuczna inteligencja” umożliwia wsparcie przygotowywania rozpraw doktorskich przez doktorantów prowadzących działalność naukową w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w procesach technologicznych lub społecznych, w tym związanych z cyberbezpieczeństwem. W trzeciej edycji doktoratów wdrożeniowych (w ramach naboru w 2020 roku) zostanie sfinansowanych 30 doktoratów z dziedziny sztucznej inteligencji.

Doktoraty wdrożeniowe w różnych obszarach nauki, w tym dotyczące sztucznej inteligencji, zostały wprowadzone ustawą z 2017 roku. W ramach dwóch edycji programu około 800 doktorantów z 70 wydziałów szkół wyższych rozpoczęło prace dla około 500 firm. Nabory wniosków w roku 2020 i w kolejnych latach trwają od 31 marca do 31 maja danego roku.

Polscy hodowcy stracili setki milionów złotych przez afrykański pomór świń. Teraz może im zaszkodzić koronawirus

Już szósty rok trwa epidemia afrykańskiego pomoru świń wśród dzików w Polsce. W tym roku sytuacja jest bardziej dramatyczna niż w ubiegłym, a od początku roku odnotowano już ponad tysiąc przypadków choroby. Do tej pory jej ogniska występowały we wschodniej części kraju, w tym roku pojawiły się jednak także w Wielkopolsce i województwie lubuskim. Uniemożliwia to eksport wieprzowiny do krajów pozaunijnych. Teraz epidemia koronawirusa, skutkująca m.in. wstrzymaniem transportów, może pogłębić kłopoty branży.

Całe szczęście u domowych świń ryzyko choroby jest już ograniczone do minimum, w tym roku już nie było żadnego przypadku, ale temat ASF-u nie jest łatwy do rozwiązania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Ministerstwo Rolnictwa oraz organizacje branżowe czynią wszystko, żeby zapobiegać  tej chorobie poprzez prewencję, edukację rolników, hodowców, jak  również zachowania związane z ubojem i przemieszczaniem zwierząt, dystrybucją wyrobów gotowych i przemieszczaniem się ludzi.

Wprawdzie afrykański pomór świń występuje tylko u dzikich zwierząt, ale z powodu tej zarazy wiele krajów na świecie wprowadziło zakaz importu polskiej wieprzowiny. Ograniczony dostęp do rynków światowych oznacza, że branża musi konkurować na rynku wewnętrznym, co oznacza również Unię Europejską. W Europie pomór występuje obecnie w pasie od Estonii po Bułgarię oraz w Belgii. Pozostałe kraje ze względu na występowanie tej choroby w Chinach skorzystały na wzmożonym popycie Państwa Środka, same natomiast importują wieprzowinę z Polski. W efekcie tylko w naszym kraju ceny tego mięsa wzrosły między grudniem 2018 a grudniem 2019 roku o 23,5 proc., podczas gdy ceny żywności ogółem – o 7,5 proc. Drożeje jednak także surowiec, zarówno żywiec, jak i – dla przetwórców – tusze.

– Dzisiaj cena wieprzowiny na polskim rynku jest najwyższa od kilku lat i jest stabilna, czyli hodowcy mają z tego duże przychody. Ale to też nie do końca jest prawdą, bo w ramach tychże cen również rosną ceny warchlaka, w większości te zwierzęta są do Polski importowane – tłumaczy Wiesław Różański. –  ASF wpływa ujemnie na cały sektor przetwórczy i mam nadzieję, że damy sobie z tym radę. Myślę, że polscy producenci już się nauczyli, jak z tym żyć, i dzięki temu potrafimy te produkty lokować tam, gdzie jest to możliwe, i mimo tych ograniczeń również sprzedawać na rynku wewnętrznym Unii Europejskiej. Dla słabszych graczy na rynku jest to bolesny cios, który może w wielu wypadkach doprowadzić do ich upadłości.

Prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego podkreśla, że choć trudno o dokładne wyliczenia, straty branży można liczyć w setkach milionów złotych. Ponadto można się spodziewać strat spowodowanych przez epidemię koronawirusa. Według Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce transport w naszym kraju praktycznie się załamał. Najbardziej dotyczy to wprawdzie przewozów autokarowych, które zmalały niemal do zera, ale rynek ten wart jest 10 mld zł, a przewozów towarowych – 130 mld zł. Według szacunków na razie skurczył się on o 30 proc., co oznacza niemal 40 mld zł strat. Przestój dotyczy też przewozów kontenerowych, co oznacza, że niedotknięte ASF-em kraje unijne mają problem z wysyłaniem swojej wieprzowiny poza Europę.

– Koronawirus na pewno pośrednio może uderzyć także i w branżę mięsną, dlatego że ograniczenia przemieszczania się ludzi, jak również obawa przed tą chorobą spowodują zahamowania w dostępności do rynków, na których możemy te produkty sprzedawać – wyjaśnia prezes UPEMI. – Ograniczanie transportu i wysyłek kontenerowych już dzisiaj w wielu krajach funkcjonuje. Jeżeli ten proces choroby koronawirusa będzie się rozwijał, może to pośrednio wpływać na sytuację branży mięsnej.

Trwają prace nad szczepionką na koronawirusa. Nawet kilkanaście tysięcy złotych czeka na chętnych do jej testowania

W USA kilka dni temu rozpoczęła się rekrutacja zdrowych osób do udziału w badaniu klinicznym eksperymentalnej szczepionki przeciwko koronawirusowi. Pracują nad nią także Brytyjczycy, którzy płacą za uczestnictwo w badaniach i możliwość zakażenia zdrowej osoby kilka tysięcy funtów. Jednak nawet jeśli szczepionka okaże się skuteczna, na rynku może pojawić się najwcześniej za rok. Dlatego też obecnie walczy się tylko z objawami choroby. – Ważniejsze niż opracowanie szczepionki jest edukowanie społeczeństwa,  aby wykształcić prozdrowotne zachowania – przekonuje dr Paloma Cuchí, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

– Na ten moment nie mamy leku na koronawirusa i stosujemy wyłącznie leczenie objawowe. W ponad 80 proc. przypadków występują łagodne objawy grypopodobne. Jednak u określonej grupy osób, zwłaszcza w podeszłym wieku, u których choroba ma ostry przebieg, wymaga hospitalizacji, podłączenia do respiratora oraz zastosowania innych środków. Nie ma jednak określonego modelu leczenia – mówi agencji Newseria Innowacje dr Paloma Cuchí, przedstawicielka WHO w Polsce.

Koronawirusem jest już zarażonych blisko 120 tys. osób w 110 krajach lub regionach. Obecnie liczbę chorych szacuje się na blisko 44 tys., przy czym 86 proc. (37,9 tys.) przechodzi chorobę łagodnie. Dotychczas zmarło nieco ponad 4,2 tys. osób. To przede wszystkim osoby starsze, chore na inne dolegliwości czy z obniżoną odpornością. Wyzdrowiało z kolei ponad 64 tys. chorych. Trwają prace nad szczepionką na nowy rodzaj wirusa, a także nad poszukiwaniem skutecznych leków.

– Toczy się wiele dyskusji w sprawie leków antyretrowirusowych, ich badania lub sprawdzania skuteczności działania, ale na chwilę obecną nie ma mowy o jakimś konkretnym leku, który byłby skuteczny w leczeniu przypadków zachorowań na koronawirusa. Oczywiście władze państw oraz WHO prowadzą prace nad przygotowaniem skutecznych metod jego leczenia – zaznacza dr Paloma Cuchí.

W Seattle w USA rozpoczęła się niedawno rekrutacja zdrowych osób do udziału w badaniu klinicznym eksperymentalnej szczepionki na SARS-CoV-2. Wiadomo, że nie zawiera ona wirusa i nie może powodować infekcji. W przeciwieństwie do szczepionek opracowanych dla innych wirusów zawiera tylko krótki segment materiału genetycznego RNA lub mRNA. Układ odpornościowy zaszczepionej osoby powinien zareagować na nowe białko zbudowaniem systemu przeciwciał, następnie mRNA powinien zostać wyeliminowany przez organizm.

Eksperci z brytyjskiego Queen Mary BioEnterprises Innovation Centre płacą z kolei 3,5 tys. funtów zdrowym osobom, które pozwolą zainfekować się dwoma łagodniejszymi szczepami koronawirusa i pozostaną w kwarantannie przez dwa tygodnie. Wiadomo jednak, że nawet jeśli szczepionka okaże się skuteczna, na jej wprowadzenie na rynek trzeba będzie jeszcze poczekać – minimum rok, choć prawdopodobnie jeszcze dłużej.

– Koronawirusy nie są czymś nowym. Ważne jest, abyśmy wyciągnęli odpowiednie wnioski z obecnej sytuacji, co pomoże nam w zwalczaniu podobnych epidemii w przyszłości. Ważniejsze niż opracowanie szczepionki jest edukowanie społeczeństwa, które będzie rozumiało podejmowane działania w zakresie zdrowia publicznego, dzięki czemu wykształcą się zachowania prozdrowotne zapobiegające zachorowaniom: poddawanie się szczepieniom na grypę, regularne wizyty kontrolne u lekarza i zrozumienie podstawowych zasad higieny – przekonuje ekspertka.

Choć w ostatnich latach w przypadku niektórych chorób wirusowych szczepionki i leki pozwoliły zapobiec rozprzestrzenianiu się infekcji, a w przypadku ospy udało się ją niemal całkowicie zwalczyć, to do zwycięstwa w walce z wirusami jeszcze daleka droga. W ostatnich dekadach kilka wirusów pochodzących od zwierząt doprowadziło do wybuchu różnych epidemii, m.in. wirus Ebola, SARS czy MERS. Tylko w przypadku Dengi udało się opracować szczepionkę (pod koniec 2019 roku), lecz można ją stosować tylko u osób, które chorobę już przeszły.

Sukcesem jest natomiast szczepionka przeciwko grypie. Według WHO podczas typowego sezonu grypowego umiera nawet pół miliona ludzi. Czasami, gdy pojawia się nowy szczep grypy, następuje pandemia z dużym wskaźnikiem śmiertelności – przykładem może być hiszpanka, na którą zachorowało 40 proc. światowej populacji, a która zabiła 50 mln ludzi w latach 1918–1919.

– Grypa i koronawirus są chorobami zakaźnymi i mogą prowadzić do zgonu chorego. Różnica polega na tym, że mamy szczepionki przeciw grypie, mamy więc pewien stopień kontroli nad zachorowaniami. Wiemy, że to choroba sezonowa, więc wiąże się z określoną porą roku. W przypadku koronawirusa mamy podobną wiedzę, ale nie mamy szczepionki. Nie wiemy, jak długo potrwa epidemia i czy będzie to choroba sezonowa. W związku z tym WHO wymaga od rządów państw i ośrodków badawczych łożenia odpowiednich funduszy na prowadzenie dalszych badań – mówi dr Paloma Cuchí.

Do zdobycia 100 mld euro na rozwój m.in. dla innowacyjnych firm. Kluczowa będzie współpraca z biznesem i państwowymi instytucjami

Jednym z głównych wyzwań polskiej nauki jest nie tylko tworzenie nowoczesnych i innowacyjnych wynalazków i rozwiązań. Niezbędna jest także współpraca z przedsiębiorstwami. Taka forma szeroko zakrojonej kooperacji jest już znana w krajach Europy Zachodniej, a w Polsce dopiero startuje. Szansą na nią jest program Horyzont Europa, której budżet wynosi 100 mld euro na rozwój dla innowacyjnych firm z Unii Europejskiej. – Niestety na razie więcej wpłacamy do projektów europejskich w Horyzoncie 2020, niż z niego dostajemy – mówi dr Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Chcemy ukonstytuować i zweryfikować nasz system rekrutacji projektów. Mamy ambicję, żeby błyskawicznie odpowiadać na potrzeby polskich przedsiębiorców. To już nam się udaje. Mamy wdrożenia w firmach z branży elektromobilności, które przygotowują się do recyklingu baterii z elektrycznych samochodów. I chociaż tych baterii jeszcze nie ma, to w ciągu najbliższych kliku lat będzie ich mnóstwo. A nasze rozwiązanie już będzie dostępne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Piotr Dardziński.

Jednym z ostatnich sukcesów Sieci Badawczej Łukasiewicz jest zaproszenie do udziału w rozgrywanych aktualnie w USA zawodach DARPA. Organizują je amerykańscy naukowcy z Caltech i NASA, a zaproszenie otrzymał instytut badawczy Łukasiewicz – Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów. Zaproszenie jest wynikiem stworzenia przez polskich inżynierów robota. Od 2019 roku badacze rozpoczęli współpracę z California Institute of Technology (Caltech) w ramach projektu koordynowanego przez Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa. Efektem kooperacji jest wysłanie jednego z testowych robotów na zawody  DARPA Subterranean Challenge. Dotychczas żaden polski robot w nich nie uczestniczył.

Celem instytucji jest połączenie biznesu z nauką, które pozwoli na komercjalizację polskich pomysłów na globalną skalę.

– Planujemy zwiększenie przychodów z grantów z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Obecnie w naszej sieci mamy 1,3 mld zł przychodów. Znaczna część pochodzi z powtarzalnych projektów, głównie z certyfikacji. Naszą ambicją jest praca nad technologiami postrzeganymi jako przełomowe, np. z sektora kosmicznego. Jesteśmy zresztą beneficjentem jednego z programów w ramach Szybkiej Ścieżki Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – wskazuje Piotr Dardziński.

W sieci powstają także takie projekty jak platforma autonomiczna wsparcia operacyjnego dla polskiego wojska, miejski autobus elektryczny pod marką Rafako czy autonomiczny robot polowy spełniający wymogi rolnictwa  precyzyjnego.

– Chcemy bardzo dobrze przygotować się do europejskiego programu Horyzont Europa. Jego budżet to 100 mld euro dla innowacyjnych europejskich przedsiębiorstw. Jako naukowcy musimy współpracować z polskimi firmami, to nasz wspólny interes – zaznacza ekspert.

Dotychczas instytut złożył 68 wniosków w ramach europejskiego programu, pozyskując 32 mln euro.

– Niestety na razie więcej wpłacamy do projektów europejskich w Horyzoncie 2020, niż z niego dostajemy. Polscy podatnicy płacą składkę, której nie są w stanie odzyskać polscy naukowcy i przedsiębiorcy. I to jest problem – wskazuje Piotr Dardziński.

Sieć Badawcza Łukasiewicz działa od początku kwietnia 2019 roku. Instytucja badawcza łączy 38 instytutów naukowo-badawczych. Jest w nich zatrudnionych 8 tys. pracowników, z czego 4,5 tys. to naukowcy i badacze. Instytuty zlokalizowane są w 11 miastach. Sam pomysł na utworzenie takiej sieci wzorowany jest na podobnych jednostkach w Finlandii, Francji czy Niemczech.

Czym jest Intrastat? Jak działa i kogo obowiązuje?

Zniesienie granic pomiędzy państwami Unii Europejskiej doprowadziło do utworzenia wspólnotowego rynku handlu. Jednocześnie spowodowało to brak dostępu rządów do danych statystycznych odnośnie wymiany towarowej pomiędzy krajami Unii ze względu na zniesienie odpraw celnych. Na te potrzeby wprowadzono wspólny dla wszystkich krajów Unii Europejskiej system statystyki obrotu towarowego (pomiędzy członkami Unii), czyli Intrastat.

Kogo obowiązuje deklaracja do systemu Intrastat?

Obowiązek złożenia deklaracji do systemu Intrastat nie dotyczy wszystkich przewożonych towarów w związku z czym nie każdy przedsiębiorca, który przeprowadza transakcje wewnątrz Unii Europejskiej jest zobowiązany do jej składania. Przepisy mówią, że obowiązkowi przekazania informacji o transportowanych towarach podlegają osoby fizyczne i prawne oraz jednostki organizacyjne, które nie posiadają osobowości prawnej i są płatnikami VAT, oraz dokonują wymiany handlowej z innymi państwami członkowskimi Unii. Dodatkowo wymagane jest przekroczenie ogłoszonych każdego roku przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego ustalonych progów.

Progi statystyczne Intrastat

Progi zgłoszeń do systemu Intrastat dzielimy na podstawowe i szczegółowe. W zależności od osiągniętego progu przedsiębiorca ma obowiązek przekazać inne informacje do systemu. W 2020 roku progi osiągają następujące wartości:

  • dla przywozu – próg podstawowy 4 000 000 zł, oraz 65 000 000 dla progu szczegółowego;
  • dla wywozu – próg podstawowy 2 000 000 zł, oraz 108 000 000 dla progu szczegółowego.

Sposób przekazywania deklaracji

Deklaracje można złożyć w formie elektronicznej, jak również tradycyjnie na specjalnym druku urzędowym. Okresem rozliczeniowym jest miesiąc kalendarzowy. Przedsiębiorca musi złożyć deklarację do 10 dnia miesiąca następnego po miesiącu, w którym powstał obowiązek złożenia deklaracji. Brak złożenia deklaracji lub jej błędne wypełnienie może skutkować nałożeniem kary. Izba Celna musi najpierw dostarczyć płatnikowi trzy upomnienia. Brak odpowiedzi na każde z nich może wiązać się z karą w wysokości 3000 zł za każdy z miesięcy, w którym obowiązek przekazania danych nie został spełniony. W związku z tym warto przekazać złożenie deklaracji specjalnym agencjom celnym, które zajmują się taką działalnością.

Agencje celne Intrastat

Złożenie deklaracji do systemu można powierzyć specjalnej firmie. Agencja celna zajmie się obsługą celną towarów. Sporządzi wymagane pisma i wypełni wnioski, jakich wymaga Izba Celna. Usługa Intrastat nie jest droga, a pozwala przedsiębiorcy uniknąć problemów związanych z błędnym wypełnieniem deklaracji oraz na zaoszczędzenie czasu.

Czego boją się przewoźnicy? – czy pakiet mobilności wpłynie na decyzje zakupowe polskich przedsiębiorstw transportowych?

Od czerwca minionego roku w Polsce trwa tendencja spadkowa w rejestracjach ciężarówek. W szóstym miesiącu spadku – w grudniu 2019 r. zarejestrowano o prawie 20 proc. mniej pojazdów ciężarowych niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Z czego wynika tak negatywna sytuacja? Dlaczego polscy przewoźnicy wstrzymują się z rozbudową floty? Sytuację analizuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Rok 2019 zakończył się z różnicą 5,4 proc. w kwestii rejestracji nowych pojazdów użytkowych o DMC pow. 3,5 t. Wśród samochodów ciężarowych zarejestrowano spadek aż o 5,2 proc., a w przypadku autobusów wynosi on ok. 8 proc. w stosunku do danych z 2018 r. Czy to oznacza, że polska branża transportowa czegoś się obawia?

Pakiet mobilności w transporcie budzi niepokoje

„Co to jest pakiet mobilności i czego realnie możemy się po nim spodziewać?” – pytają często przewoźnicy, obawiając się o losy swojego przedsiębiorstwa. W najprostszym rozumieniu jest to zbiór regulacji prawnych mających obowiązywać na terenie całej UE. Przepisy te dotyczą trzech głównych obszarów tematycznych: dopuszczalnych norm prowadzenia pojazdu w perspektywie dziennej i tygodniowej, w tym także odpoczynków i urządzeń rejestrujących czas pracy, delegowania kierowców oraz warunków wykonywania przewozów międzynarodowych i dostępu do zagranicznych rynków. Przyjęcie tych regulacji postawi pod znakiem zapytania rentowność wykonywania wielu przewozów, z czego doskonale zdają sobie sprawę polscy przedsiębiorcy transportowi. Wysoko cenieni przewoźnicy, którzy mają konkurencyjne ceny, mogą nie mieć możliwości utrzymania dotychczasowego poziomu obsługi i kontraktów ze swoimi dotychczasowymi klientami. Pakiet mobilności to też konieczność częstszych powrotów kierowców i ciężarówek do siedziby firmy i nowe zasady rozliczania płacy minimalnej, co znacząco podniesie koszty przedsiębiorstw.

Aktualnie pakiet mobilności czeka jeszcze dwuetapowa akceptacja – przez Radę Unii Europejskiej i Parlament Europejski. Mimo usilnej walki państwa Europy Wschodniej o zmiany w tych regulacjach, najprawdopodobniej ustawy zostaną przyjęte w obecnym kształcie w ciągu najbliższych czterech miesięcy.

Pomimo panującej obecnie bardzo korzystnej sytuacji polskich przewoźników na rynkach zagranicznych, istnieją realne obawy zagrażające pozycji liderów w przewozach drogowych. Wobec czego Polacy zachowawczo podchodzą do konieczności rozbudowy lub odświeżenia floty.

– Jedną z ważniejszych obaw przedsiębiorstw transportowych wzbudza pakiet mobilności. Unijne regulacje, które wprowadzą zmiany w dostępie do rynku, delegowaniu pracowników i znacząco zwiększą koszty pracownicze, mogą nie przysparzać chęci do inwestowania we flotę – twierdzi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Wpływ Brexitu na zakupy polskich przewoźników

W 2019 r. wiele pytań wśród polskich przewoźników rodził temat wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur UE. Z badań, które OCRK przeprowadziło wśród swoich klientów wynika, że aż 70 proc. właścicieli firm transportowych negatywnie ocenia wpływ Brexitu na sytuację swojego biznesu, a niemalże 30 proc. ankietowanych zadeklarowało, że planuje wycofać z Wielkiej Brytanii część swojego taboru. Taki nastrój również nie sprzyjał zakupowi nowych pojazdów.

– Choć aktualnie trwa okres przejściowy i nasze rodzime ciężarówki swobodnie mogą dokonywać przewozów na terenie Zjednoczonego Królestwa, to wciąż sytuacja z perspektywy przewoźników jest niestabilna. Ciężko się więc dziwić, że przy takich nastrojach polska flota nie jest rozbudowywana – komentuje Kamil Wolański.

Brak pracowników równoznaczny z brakiem nowych ciężarówek

Bardzo dużym problemem, z którym borykają się przewoźnicy nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, jest deficyt wykwalifikowanych pracowników.  Rozwój sektora TSL z roku na rok wymusza na branży powstanie kolejnych stanowisk pracy dla kierowców zawodowych. Zawód ten nie jest dobrze postrzegany przez młodych kandydatów ze względu na nienormowany (w praktyce) czas pracy – często uniemożliwiający np. spędzenie świąt z rodziną lub wymuszający konieczność pracy nocą. Problemem jest także duża odpowiedzialność, czy też trudność utrzymania stałych relacji społecznych wynikających z ciągłych wyjazdów. Średni wiek polskiego kierowcy zawodowego wynosi 42 lata[1], wielu aktywnych dziś pracowników w perspektywie najbliższych kilku lat odejdzie na zasłużoną emeryturę, co pokazuje, że tendencje mogą się nasilać.

Kierowcy samochodów ciężarowych i ciągników siodłowych w Barometrze Zawodów 2020 znaleźli się na głównej liście zawodów deficytowych na terenie całej Polski. Z danych Międzynarodowej Unii Transportu (IRU) wynika, że braki kadrowe w firmach transportowych w przyszłości mogą osiągnąć nawet poziom 40 proc., podczas gdy obecnie nieobsadzonych pozostaje nawet 21 proc. miejsc pracy.

– Przewoźnicy dość mocno zastanawiają się, dla kogo mieliby te ciężarówki kupić. Z jednej strony – faktycznie kierowcy chcą pracować na nowych pojazdach, często decydując się na przejście do innej firmy, bo tam jest nowsza, lepiej wyposażona flota. Z drugiej jednak strony kupowanie nowych aut, których nie będzie miał kto prowadzić, wydaje się przewoźnikom bezcelowe – mówi ekspert OCRK.  

Przewoźnicy czekają na nowe?

 

Od 15 czerwca 2019 r. zgodnie z rozporządzeniem UE nr 165/2014 we wszystkich nowych pojazdach ciężarowych muszą być montowane tzw. inteligentne tachografy. Czy może być to powód, dla którego w 2019 r. spadło zainteresowanie kupnem nowych ciężarówek?  – Wszystko co nowe, może budzić pewne obawy, zatem niewykluczone, że przewoźnicy wstrzymują decyzję o konieczności kupienia nowego auta lub odświeżenia obecnej floty. Zwłaszcza, że obecnie w UE pracuje się już nad kolejną wersją tachografów, więc być może decyzje zakupowe będą realizowane w nieco późniejszym terminie – mówi Kamil Wolański z OCRK.

Niezależnie od obecnej tendencji spadkowej w rejestracji nowych ciężarówek, należy pamiętać, że polski sektor transportu drogowego przez ostatnie 15 lat stał się wiceliderem Europy. W 2018 roku wartość europejskiego rynku TSL wyniosła 341,5 mld euro, z czego 16,4 proc. znajdowało się w rękach polskich przewoźników[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, zapotrzebowanie na usługi transportowe będzie wzrastać, więc prawdopodobnie polscy przewoźnicy będą musieli podjąć decyzję o wymianie, bądź rozbudowie floty.

[1] Badanie Kim jest polski kierowca ciężarówki, Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców, 2018

[2] Road Freight Transport. Eurostat, 2019

Ronson Development udanie zakończył 2019 rok, spodziewa się bardzo dobrych wyników w pierwszej połowie 2020 roku

  • W czwartym kwartale 2019 r. Ronson Development wypracował 4,2 mln zł zysku netto, podczas gdy ostatni kwartał 2018 r. zakończył „pod kreską”. W całym ubiegłym roku zysk netto dewelopera sięgnął 17,4 mln zł, czyli o 29% więcej niż rok wcześniej.
  • Ronson Development spodziewa się bardzo dobrych wyników finansowych w pierwszej połowie 2020 r. Planuje bowiem przekazać nabywcom około 300 lokali w wysokomarżowym projekcie City Link III na warszawskiej Woli.
  • Plany Spółki na bieżący rok zakładają sprzedaż ponad 950 lokali (wobec 761 w 2019 r.) oraz przekazanie klientom łącznie około 950 lokali (w porównaniu z 658 w minionym roku).

Pierwsze przychody i zyski z City Link III

– W czwartym kwartale, zgodnie z zapowiedziami, zakończyliśmy budowę projektu City Link III na warszawskiej Woli. Ta inwestycja od samego początku była jednym z naszych bestsellerów, który ponadto wyróżniał się bardzo wysoką rentownością. Ostatecznie marża brutto sięgnęła niemal 39%. Spośród 368 lokali wybudowanych w tym projekcie, 350 zostało sprzedanych, a pierwsza pula 66 lokali została przekazana nabywcom przed końcem ubiegłego roku. Przełożyło się to pozytywnie na nasze wyniki finansowe za czwarty kwartał i cały 2019 rok – wskazał Boaz Haim, prezes Ronson Development.

W ostatnim kwartale 2019 r. Ronson Development wypracował 4,2 mln zł zysku netto, podczas gdy w analogicznym okresie 2018 r. zanotował stratę netto. Zysk brutto na sprzedaży sięgnął 13,7 mln zł (w tym 12 mln zł pochodziło z projektu City Link III) wobec 3,6 mln zł rok wcześniej. Łączne przychody Ronson Development w czwartym kwartale ubiegłego roku wyniosły 53,6 mln zł, czyli o 31% więcej niż w tym samym okresie 2018 r.

Łączne przychody w całym ubiegłym roku wyniosły niemal 233 mln zł, w tym 226 mln zł z tytułu przekazania klientom 467 lokali w projektach objętych pełną konsolidacją. Największy udział w rozpoznanych przychodach miały warszawskie inwestycje: Nova Królikarnia (35%) i Miasto Moje (23%). Choć udział projektu City Link III w całorocznych przychodach wyniósł „tylko” 14%, odpowiadał on aż za 28% zysku brutto. Średnia marża brutto na sprzedaży mieszkań, które zostały przekazane klientom w 2019 r., wyniosła 19,5% w porównaniu z 15,5% w 2018 r.

W 2019 r. Ronson Development przekazał ponadto 191 lokali o łącznej wartości ponad 87 mln zł w projektach City Link I i II, zrealizowanych w ramach joint venture, z 50-proc. udziałem Spółki. Marża brutto na tych projektach przekroczyła 25%, a przypadający na Ronson Development zysk z joint venture wyniósł 9,1 mln zł.

Ostatecznie, zysk netto wypracowany przez Ronson Development w 2019 r. sięgnął 17,4 mln zł, czyli o 29% więcej niż rok wcześniej.

Zyskowne pierwsze półrocze 2020 roku

Bardzo dobrze pod względem wyników finansowych zapowiada się także pierwsza połowa bieżącego roku, w szczególności pierwszy kwartał. Na ten okres przypada bowiem przekazanie większości mieszkań w wysokomarżowym projekcie City Link III.

– Na koniec 2019 r. w projekcie City Link III znajdowały się 302 gotowe lokale, które nie zostały jeszcze przekazane nabywcom, z czego 284 były już sprzedane, a łączna wartość zawartych umów wynosiła 143 mln zł. Przy marży brutto na poziomie blisko 39% daje to ponad 54 mln zł zysku brutto z tego jednego projektu. To więcej niż łączny zysk brutto Ronson Development za cały ubiegły rok – wskazał Yaron Shama, wiceprezes i dyrektor finansowy Spółki.

Łącznie we wszystkich projektach Ronson Development planuje przekazać klientom około 950 lokali w 2020 r. wobec 658 w 2019 r.

Miasto Moje i Ursus Centralny napędzą wyniki sprzedażowe

Podobną skalę Ronson Development chce osiągnąć pod względem nowo zawieranych umów sprzedaży. – Nasze plany na 2020 rok zakładają sprzedaż ponad 950 lokali, czyli wyraźnie więcej niż w ostatnich latach. Będzie to możliwe między innymi dzięki temu, że w ubiegłym roku rozpoczęliśmy realizację ponad 1100 lokali, istotnie wzmacniając naszą ofertę. W tym roku dodatkowo chcemy wystartować z budową ponad 900 lokali. Będą to przede wszystkim kolejne etapy naszych dotychczasowych inwestycji, cieszących się dużą popularnością wśród klientów – zapowiedział Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

– Zakładamy, że motorami sprzedażowymi będą nasze dwa flagowe projekty w Warszawie: Miasto Moje na Białołęce oraz Ursus Centralny, gdzie z powodzeniem wdrażamy koncepcję „miasta w mieście”, łącząc ofertę mieszkań w atrakcyjnej cenie z szerokim wyborem punktów handlowo-usługowych i wspólnymi terenami rekreacyjnymi na terenie osiedla. W każdym z tych projektów planujemy znaleźć nabywców na ponad 200 lokali – dodał Andrzej Gutowski.

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Development

(mln zł) IV kw. 2019 IV kw. 2018 Zmiana r/r 2019 2018 Zmiana r/r
Przychody 53,6 40,8 +31% 232,6 294,1 -21%
Zysk brutto
na sprzedaży
13,7 3,6 +281% 44,3 45,7 -3%
Udział w zysku z joint venture 0,1 0,1 9,1 2,8 +225%
Zysk netto 1) 4,2 (3,8)2) 17,4 13,5 +29%
  • Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej
  • Wynik przekształcony zgodnie z MSSF 15.

Biurokracja największym hamulcem polskiej gospodarki

Ustanowiona w grudniu 1989 roku ustawa Wilczka, przywracająca w Polsce wolny rynek, przyniosła nam cud gospodarczy na skalę światową. W podręcznikach historii można przeczytać, że Polska była krajem o największym wzroście gospodarczym końca XX wieku. Tak ogromny, dwucyfrowy wzrost był możliwy dzięki zliberalizowaniu działania rynku i aktywizacji drobnych przedsiębiorców – którzy z dnia na dzień mogli zacząć prowadzić działalność na równych prawach. Mimo braku infrastruktury udało się dzięki temu przeprowadzić w Polsce gospodarczą rewolucję. Patrząc na lata 90-te z dzisiejszej perspektywy pojawia się pytanie – czemu takich wyników i takiego rozwoju firm nie obserwujemy w Polsce teraz? Mamy przecież więcej narzędzi, potrzebną infrastrukturę, ultraszybką telekomunikację i cyfryzację, wygodną bankowość i dostęp do wykształcenia. Co nas powstrzymuje?

– Polacy mają dzisiaj znacznie więcej możliwości, mają wszystkie rozwiązania technologiczne, które są stosowane na świecie. Ale nie mają tego, co mieszkańcy innych krajów Unii: znacznie lepszego poziomu przepisów, które muszą na co dzień stosować i przyjaznej biurokracji, która nie przeszkadza im w codziennej aktywności gospodarczej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – To, czego Polakom brakuje dzisiaj do sukcesu podobnego do tego, który w latach 90-tych stał się historycznym cudem gospodarczym – to właśnie dobrze i przyjaźnie działające państwo oraz urzędnik, który ma służyć, a nie przeszkadzać. Istotna jest też minimalna liczba przepisów, która jest potrzebna, żeby działać. Niestety polska rzeczywistość prawna nie pozwala na efektywny wzrost gospodarczy. Dzisiaj Polacy większość czasu poświęcają na wdrażanie kolejnych, dokładanych co roku regulacji – zamiast na zajmowanie się własnym biznesem – ocenia Sadowski.

Spada zdawalność egzaminów na prawo jazdy. Eksperci alarmują: To patologia, bo liczą się tylko pieniądze

Jak wynika z danych pochodzących od WORD-ów, w ub.r. zdawalność egzaminów teoretycznych na prawo jazdy kategorii B wyniosła od prawie 50% do blisko 59%. W porównaniu z 2018 rokiem, wskaźnik ten spadł m.in. w Szczecinie i we Wrocławiu, a wzrósł w Warszawie oraz Krakowie. W przypadku praktyki mówimy o poziomie 31-34%. Przy tym statystyki w stolicy i Katowicach były gorsze niż wcześniej, a w Poznaniu i Łodzi – lepsze. Zdaniem ekspertów, odsetek osób, które otrzymują uprawnienia, jest dość niski. Przyczynia się do tego obowiązujący system, a prognozy na najbliższe miesiące nie napawają optymizmem.     

Tylko 49,7% wyniosła w 2019 roku zdawalność egzaminów teoretycznych na prawo jazdy kat. B w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Zielonej Górze. Rok wcześniej była wyższa, na poziomie 51%. Tego typu spadki odnotowano też w ośrodkach w Opolu (z 54,6% do 54,3%), Szczecinie (z 57,5% do 56,2%), we Wrocławiu (z 56,7% do 56,5%), w Białymstoku (z 58,7% do 57,2%) i Lublinie (z 61,5% do 61%).

– Program i szkolenie dla przyszłych kierowców powinny być tak przygotowane, żeby egzamin stanowił formalność. A tutaj widać wyraźnie, że mamy wadliwy system. Kiedyś, przed zmianą tzw. egzaminów teoretycznych, zdawalność była na poziomie ok. 90%. Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego teraz są takie niskie wyniki. To są raczej proste rzeczy. Może część kandydatów na siłę chce zdobyć uprawnienia lub nie ma motywacji, bo z góry wie, że za pierwszym razem będzie negatywny wynik – komentuje Kuba Bielak z Akademii Bezpiecznej Jazdy w Warszawie.

56,7% chętnych zdało w 2019 roku egzamin teoretyczny na prawo jazdy kat. B w ośrodku w Warszawie. Rok wcześniej wynik ten wyniósł 55,3%. Odsetek osób, które uzyskały pozytywny wynik, wzrósł też w Bydgoszczy (z 57,9% do 58,8%), Katowicach (z 57,5% do 57,7%) i Poznaniu (z 55,8% do 57,5%). Podobnie było w Łodzi (z 54,9% do 56%), Krakowie (z 55% do 55,8%) oraz Olsztynie (z 54% do 55,3%). Natomiast w Krośnie wskaźnik nie zmienił się, pozostał na poziomie 57,9%.

– Zdawalność z teorii jest niska i to tendencja widoczna w całym kraju, ale na to się nic nie poradzi. Nie pomoże zwiększenie godzin zajęć z teorii, ponieważ testy odnoszą się do wielu sytuacji na drogach, a w trakcie jazd nie spotka się ich wszystkich. Ponadto, kursanci nie uczą się wiele. Uważają, że to przyjdzie samo. Dopiero kiedy za pierwszym razem nie zdają, zaczynają przeglądać materiały. Być może mniejsza liczba testów wpłynęłaby na poprawę zdawalności, ale wtedy sporo osób uczyłoby się na pamięć, co nie powinno mieć miejsca – mówi Rafał Grad, właściciel ośrodka szkoleniowego kierowców z Warszawy.

Dane z warszawskiego ośrodka wskazują, że w ubiegłym roku zdawalność egzaminów praktycznych na prawo jazdy kat. B wyniosła 34,4%. 12 miesięcy wcześniej była nieznacznie wyższa – 34,5%. Gorsze wskaźniki rok do roku widzimy też w Szczecinie (z 29% do 27,7%), Bydgoszczy (z 30,9% do 30,5%), Katowicach (z 30,6% do 30,5%). Takie spadki nastąpiły też w Opolu (z 32,6% do 31,6%), Krakowie (z 34% do 32,3%), Olsztynie (z 35% do 34,1%), Zielonej Górze (z 35,2% do 34,9%) oraz Lublinie (z 35,6% do 35,4%).

– Mamy niewątpliwie do czynienia z patologiczną sytuacją. W obecnym systemie głównym dochodem WORD-ów są wpływy z egzaminów, również powtórkowych, a przecież stosunkowo niewiele osób zdaje za pierwszym razem. Samo podniesienie wskaźników o ileś procent nie rozwiąże sprawy. To kwestia stworzenia odpowiednich warunków. Nie jesteśmy częścią Excela, tylko żywymi organizmami, które mają uczestniczyć w ruchu drogowym. A ten system po prostu u nas nie działa – stwierdza Kuba Bielak.

Porównując dane z lat 2018-2019, wskaźnik zdawalności egzaminów praktycznych na prawo jazdy kat. B poprawił się w Poznaniu (z 32,1% do 32,5%), Łodzi (z 32,9% do 33%), Krośnie (z 31,3% do 33,8%), Białymstoku (z 32,3% do 38,2%) i we Wrocławiu (z 38,4% do 38,6%). Według Rafała Grada, teraz dopiero zmniejszy się zdawalność. Od początku roku obowiązują przepisy, które pozwalają egzaminatorowi przeprowadzić nie więcej niż jeden egzamin na godzinę. Zdaniem eksperta, każdy z przeprowadzających czynności ma swoje wyobrażenie o tym, co znaczy zagrożenie na drodze. To oznacza mnóstwo możliwości do wystawienia oceny negatywnej.

– Z egzaminem praktycznym powinno wiązać się kryterium obiektywizmu. A niestety tak nie jest. Musimy wierzyć, że egzaminatorzy są rzetelni i wiedzą wszystko na ten temat. Oni pozostają subiektywni, ponieważ nie stworzono odpowiednich warunków. Skoro jest punktowy system karania kierowców, to można pomyśleć o wprowadzeniu czegoś podobnego na egzaminie. To byłaby w jakimś stopniu obiektywizacja warunków – przekonuje Kuba Bielak.

Jak podkreśla Rafał Grad, kamery w autach nie rozwiązują problemu podczas egzaminu. One jedynie ograniczają możliwość przekupstwa w samym pojeździe. Ekspert zaznacza, że zdającemu przysługuje odwołanie. Ale w praktyce można liczyć jedynie na zwrot pieniędzy. Zdawalność mogłaby poprawić większa liczba godzin za kierownicą w trakcie kursu. Jazda to praktyka. A im dłużej się jeździ, tym więcej się potrafi.

– Kiedyś główną przyczyną wypadków w Polsce było niedostosowanie prędkości do warunków, a od pięciu lat jest to nieudzielenie pierwszeństwa przejazdu. Zatem to powinno być podstawowym elementem, z którego się egzaminuje. A u nas odbywa się to wedle uznania – podsumowuje ekspert Akademii Bezpiecznej Jazdy w Warszawie.

UE musi zwalczać bariery dla jednolitego rynku

Komisja Europejska opublikowała długoterminowy plan działania na rzecz lepszego wdrażania i egzekwowania przepisów dotyczących jednolitego rynku. Wzmocnienia infrastruktury na szczeblu UE i krajowym od dłuższego czasu domagał się europejski biznes.

Dyrektor generalny BusinessEurope Markus J. Beyrer powiedział:

„Europejska polityka przemysłowa i gospodarka o obiegu zamkniętym mogą funkcjonować jedynie na pozbawionym barier jednolitym rynku UE, którego przepisy są wdrażane terminowo, przejrzyście i skutecznie. Europejski biznes chce znieść bariery i chce, aby Komisja Europejska i państwa członkowskie UE wspólnie podjęły działania w celu egzekwowania przepisów dotyczących jednolitego rynku.

Europejski biznes nie przestanie wskazywać palcem na pozostałe bariery. Plan działania i raport na temat barier pomogą walczyć z rosnącym protekcjonizmem i wspierać równe szanse dla biznesu.

Ci politycy i instytucje, które hamują głębszą integrację rynku, muszą wziąć pod uwagę, że tylko pozbawiony barier jednolity rynek UE pozwoli na szybszą konwergencję gospodarczą i społeczną w Europie, czyli cel, do którego wszyscy zmierzamy. ”

Źródło: BusinessEurope

Frank szwajcarski na szczytach

Frank szwajcarski dzięki ogólnej panice wyskoczył na najwyższy poziom od przełomu lat 2016 i 2017. Jest to zła wiadomość dla kredytobiorców, szczególnie że 10 dzień miesiąca jest dość popularną datą spłaty kredytów.

Względna stabilizacja

Po wczorajszym panicznym otwarciu na rynkach przyszła chwila refleksji. Spowodowała ona, że aktywa nie leciały na łeb na szyję, przez resztę dnia utrzymały ceny z otwarcia. Nie znaczy to, że panika minęła. Bardzo często po gwałtownym spadku na otwarciu przez resztę dnia kurs odbija. W tym wypadku zabrakło chętnych na aktywa po gwałtownej przecenie. Kolejne dni pokażą nam jak zachowają się rynki, aczkolwiek patrząc na narrację w mediach, klimat nie sprzyja uspokojeniu sytuacji.

Słabość złotego

W związku z eskalacją ryzyk, waluty uważane za bardziej ryzykowne są wyraźnie w odwrocie. Dobrym przykładem jest niestety również polski złoty. Euro kosztuje obecnie 4,32 zł a frank po wczorajszym chwilowym przekroczeniu 4,10 zł ustabilizował się w okolicach 4,08 zł. Warto zwrócić uwagę, że przy obecnej zmienności na rynku sformułowanie “ustabilizował” może okazać się sporym nadużyciem. Powodem tak silnego wzrostu kursu franka jest najsłabsze euro względem franka od 2015 roku. Frank uważany jest za bezpieczną przystań dlatego inwestorzy przekierowują tam swoje oszczędności. Ostatnie dni spowodowały, że rentowność obligacji szwajcarskich osiągnęła poziom poniżej -1%, co świadczy o ogromnej potrzebie inwestycji we franka.

Lepsze dane bez wpływu na rynki

Dzisiaj o 11:00 poznaliśmy rewizję danych dla wzrostu PKB w Unii Europejskiej. Podniesiono go z 0,9% do 1,0%. Jest to z jednej strony relatywnie słaby rezultat jak na ten parametr. Z drugiej strony jest lepszy od oczekiwań. Patrząc na ilość problemów, które przysporzył gospodarce koronawirus, taki wynik za kilka miesięcy może uchodzić za bardzo dobry.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Jak przygotować się do wzięcia pierwszej pożyczki?

Wzięcie każdej pożyczki, zarówno pierwszej, jak i każdej kolejnej, powinno być zawsze wynikiem przemyślanej decyzji. Zawsze jest to jakiegoś rodzaju zobowiązanie finansowe, na kilkadziesiąt dni, kilka miesięcy lub lat. Warto się do podpisania tego typu umowy dobrze przygotować.

Sprawdź zdolność kredytową, BIK i KRD

Zanim zaczniesz wybierać spośród ofert dostępnych na rynku, przeanalizuj swoje stałe koszty i oszczędności. Przede wszystkim odśwież swoją historię kredytową. Jest pozytywna, czy zdarzały ci się małe wpadki? Masz uregulowane wszystkie zobowiązania, czy z czymś zalegasz? Pamiętać, że na ocenę twojego wniosku o pożyczkę, zarówno w banku jak i firmie pozabankowej, wpływ ma raport z Biura Informacji Kredytowej. Oczywiście ogromne znaczenie będzie miało to, czy znajdujesz się w Krajowym Rejestrze Dłużników (KRD). Jeśli chcesz dowiedzieć się, kiedy i jak można się tam znaleźć i jak ewentualnie znaleźć dane o sobie, wejdź na https://www.twojapierwszapozyczka.pl/porady/krajowy-rejestr-dlugow. Negatywna historia kredytowa nie oznacza, że nie możesz wziąć żadnej pożyczki. Istnieją bowiem pożyczkodawcy, którzy oferują specjalne pożyczki bez BIK i BIG (Biuro Informacji Gospodarczej), natomiast musisz liczyć się z tym, że są one nieco droższe od tych najpopularniejszych na rynku.

Na decyzję o przyznaniu bądź nie kredytu/pożyczki wpływ ma przede wszystkim zdolność kredytowa. Jeśli planujesz wziąć większe zobowiązanie za jakiś czas, możesz jeszcze nad tym popracować. W przypadku pożyczek krótkoterminowych nie trzeba składać dodatkowych dokumentów poświadczających zatrudnienie i wysokość dochodów. Firma pozabankowa nie potrzebuje zaświadczenia o zarobkach, sama dokonuje weryfikacji danych, które ty podajesz na wniosku o pożyczkę.

Mądra pożyczka to duża oszczędność

Oferty długoterminowe i krótkoterminowe – kiedy warto z nich skorzystać?

Przed wzięciem jakiejkolwiek pożyczki warto bardzo dokładnie i krytycznie wręcz przeanalizować własną sytuację finansową. Żadnego tego typu zobowiązania nie należy podpisywać pod wpływem emocji, jak podkreślają specjaliści z serwisu TwojaPierwszaPożyczka.pl. Niezależnie od tego, czy rozważasz wzięcie pożyczki na 60 dni czy większego kredytu, czy chcesz skorzystać z oferty banku czy firmy pozabankowej, powinieneś dokonać analizy własnych możliwości. Obecnie wiele firm proponuje bardzo korzystne oferty długoterminowe, natomiast decydując się na nie, trzeba mieć pewność co do zdolności spłaty danego zobowiązania. Szczególnie, gdy są to zobowiązania na dłużej – pożyczki na raty wymagają odpowiedzialnego podejścia nie tylko ze strony pożyczkodawcy, ale i wnioskującego. Warto przeanalizować, czy rata nie będzie zbyt dużym obciążeniem dla domowego budżetu, czy masz gwarancję dopływu środków przez okres spłacania zobowiązania. Pamiętaj, że bank lub firma pozabankowa wydają jedynie decyzję o przyznaniu środków, ich spłata to wyłącznie twoja odpowiedzialność.

Warto także zastanowić się, czy rzeczywiście potrzebujesz kredytu lub pożyczki. Być może wystarczy kilka miesięcy oszczędzania, aby był w stanie kupić nowy komputer lub sprzęt AGD. Jeśli tak, to lepiej zrezygnować z pożyczki. Chyba, że potrzebujesz pieniędzy w danej chwili, a zakup nowej lodówki nie może poczekać…

Jak wybrać najlepszą ofertę pożyczki na raty?

Bardzo wielu pożyczkodawców oferuje atrakcyjne warunki zadłużenia, trzeba jednak pozwolić im zaprezentować swoją ofertę. Czy potrzebny ci do tego ekspert z dziedziny finansów? Być może w przypadku dużych kredytów zawieranych na kilkadziesiąt lat jest to rozwiązanie wartościowe i pożądane szczególnie przez osoby, które nie dysponują bogatą znajomością instrumentów finansowych. Ekspert może podpowiedzieć ci na przykład, gdzie dostaniesz kredyt najszybciej, gdzie masz na niego największą szansę, gdzie warto składać wniosek, jeśli pracujesz tylko na umowę zlecenie.

Natomiast w przypadku małych pożyczek, chwilówek, kredytów na 2-3 lata, z reguły wystarczy przejrzenie zestawień dostępnych w Internecie. Obecnie możesz bez problemu zajrzeć na stronę https://www.twojapierwszapozyczka.pl/oferty-pozyczek-ratalnych/ i zorientować się w ogólnej ofercie pożyczek. Następnie z pomocą kalkulatora pożyczkowego i porównywarki kredytów możesz ustalić wysokość pożyczki, której szukasz, wysokość raty, jaką jesteś gotów spłacać. Pamiętaj, że liczy się całościowa kwota pożyczki, wysokość oprocentowania, RRSO.  Wyszukiwarki same znajdą dla ciebie najbardziej odpowiadające podanym kryteriom oferty. Możesz na przykład sprawdzić ranking pożyczek na 2 miesiące – https://www.twojapierwszapozyczka.pl/. Oczywiście ostatecznie to ty musisz przeczytać umowę, upewnić się, że nie ma w niej niepokojących cię zapisów, natomiast wstępnej selekcji może za ciebie dokonać Internet.

Wybór najlepszej pożyczki – podsumowanie

Wiele firm będzie cię z pewnością próbowało przekonać, że aby wybrać najlepszą ofertę kredytu bądź pożyczki, koniecznie potrzebujesz wsparcia eksperta. Oczywiście nie warto podpisywać pierwszej lepszej umowy. Nierozsądne jest sprawdzenie jednej tylko oferty, podczas gdy na rynku jest ich dużo. Idąc tylko do swojego banku, narażasz się na spore ryzyko, że znacząco przepłacisz. Na przykład wiele firm pozabankowych oferuje pożyczkę dla nowych klientów za darmo, czyli z oprocentowaniem 0%. Niektórzy pożyczkodawcy, pod warunkiem spłaty w terminie, podobną ofertę mają dla stałych klientów – np. co 5 pożyczka może być darmowa. Dlaczego masz więc skorzystać z droższej? Na szczęście nie musisz biegać od banku do banku, aby znaleźć najlepszą ofertę.

Starając się o pożyczkę, musimy mieć świadomość, że nie zostanie nam ona udzielona, jeżeli nasza zdolność kredytowa jest niska. Mają na nią wpływ zarówno pozytywne, jak i negatywne zdarzenia podczas spłacania poprzednich kredytów. Wpis w BIK lub w Krajowy Rejestrze Długów przekreśla

Liczba dostawców usług mobilnych wykorzystujących technologie predykcyjne podwoi się do 2025 r.

Zebra Technologies Corporation (NASDAQ: ZBRA), ogłosiła dzisiaj wyniki badań, z których wynika, że dostawcy usług terenowych branży telekomunikacyjnej i przemysłowej na całym świecie zwiększą wykorzystanie technologii mobilnych w celu optymalizacji i transformacji prac operacyjnych.

Liczba organizacji, które wdrożą w ramach swoich strategii mobilnych rozwiązania predykcyjne (rozwiązania, które podpowiadają lub wskazują działanie), ma się podwoić w ciągu pięciu lat, według respondentów trzyczęściowego badania „Future of Field Operations” przeprowadzonego przez firmę Zebra w branży telekomunikacyjnej, produkcyjnej, budowlanej, górniczej i rolnej. Obecnie tylko 16 proc. organizacji korzysta z rozwiązań wskazujących lub podpowiadających w celu przypisania właściwego zasobu do właściwego zadania w odpowiednim czasie przy użyciu urządzeń mobilnych. Do 2025 r. odsetek ten wzrośnie do 32 proc.

„W związku z rosnącym naciskiem na usprawnienie przepływu pracy i prawidłową realizację zadań za pierwszym razem, dostawcy usług z branży telekomunikacyjnej i przemysłowej coraz częściej wyposażają swoich pracowników operacyjnych w technologie mobilne, takie jak wytrzymałe tablety, drukarki przenośne oraz ręczne komputery mobilne” – powiedział Alex Cooper, Director of Government and Critical Field Service Strategy w Zebra Technologies. „Szybsza łączność mobilna w połączeniu ze specjalnie skonstruowanymi, wytrzymałymi urządzeniami peryferyjnymi i zaawansowanymi aplikacjami, pozwoli przedsiębiorstwom na zapewnienie dostarczania podstawowych usług w sposób nieprzerwany, bezpieczny i wydajny”.

W badaniu 76 proc. respondentów spośród usługodawców twierdzi, że ich strategie działania w terenie koncentrują się obecnie na urządzeniach mobilnych zamiast na komputerach stacjonarnych, zaś 86 proc. potwierdza, że dostępność szybszych sieci 4G i 5G będzie sprzyjać większym inwestycjom w nowe technologie obsługujące działania operacyjne. Wykorzystanie urządzeń mobilnych szybko zwiększy produktywność – 87 proc. respondentów wskazało w badaniu, że spodziewają się pozytywnego efektu w ciągu najbliższego roku.

Badanie wskazuje, że poczta elektroniczna (62 proc.), dostęp do baz danych w czasie rzeczywistym (60 proc.) i zarządzanie wysyłkami (57 proc.) to trzy obecnie najważniejsze zastosowania. Z kolei około dziewięciu na dziesięciu usługodawców planuje w ciągu najbliższych pięciu lat rozszerzyć wykorzystanie zdalnego monitorowania i raportowania, a także zaawansowanej analizy i uczenia się maszyn w ramach swoich strategii mobilnych.

W celu umożliwienia pracownikom mobilnym działającym w terenie  osiągnięcie większej produktywności, zwiększenia ich zadowolenie z pracy, a ostatecznie także poprawienia obsługi klienta, dostawcy usług mobilnych zwiększają inwestycje w tego typu urządzenia. Obecnie tylko 28 proc. firm wyposaża w technologie mobilne ponad połowę swoich zespołów operacyjnych. Respondenci przewidują, że do 2025 r. odsetek ten wzrośnie do 44 proc..

W pracy w terenie wysoki priorytet ma niezawodność urządzeń mobilnych – specjalnie skonstruowane, wytrzymałe smartfony mobilne są  obecnie najbardziej preferowaną przez dostawców usług mobilnych kategorią urządzeń. Do 2025 roku 93 proc. firm będzie używać wytrzymałych tabletów mobilnych i smartfonów.

GŁÓWNE WNIOSKI

  • Badania firmy Zebra wskazują, że wykorzystanie rozwiązań predykcyjnych przez branżę telekomunikacyjną i przemysłową podwoi się z obecnych 16 proc. do 32 proc. w 2025 roku.
  • Zwiększona dostępność szybszych sieci komórkowych 4G i 5G będzie sprzyjać inwestycjom w nowe technologie mobilne wspierające pracę operacyjną – według 87 proc. badanych.
  • Około dziewięciu na dziesięciu usługodawców planuje w ciągu najbliższych pięciu lat rozszerzyć wykorzystanie zdalnego monitorowania i raportowania, a także analizy i uczenia się maszyn.
  • Wytrzymałe urządzenia mobilne będą najbardziej rozpowszechnionym typem urządzeń korporacyjnych obsługiwanych przez dostawców usług mobilnych na całym świecie – do 2025 r. 93 proc. z nich zastosuje wytrzymałe tablety i smartfony.

KONTEKST I METODOLOGIA BADANIA

Wyniki są częścią trzyczęściowej serii na temat przyszłości działań operacyjnych wydanej w pierwszej połowie 2020 roku. Pierwsza część dotycząca sektora energetycznego i usług użyteczności publicznej została wydana w styczniu, a nadchodząca trzecia część serii będzie koncentrować się na bezpieczeństwie publicznym. W badaniu wzięło udział ponad 1200 kluczowych decydentów z tych trzech branż z obu Ameryk, Europy i regionu Azji i Oceanii.

Odznaczenia państwowe dla przedstawicieli i partnerów Pracodawców RP

20 osób – przedstawicieli i partnerów Pracodawców RP, w tym pięcioro wiceprezydentów tej organizacji, znalazło się w gronie wyróżnionych odznaczeniami państwowymi przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę. Uroczystość wręczenia odznaczeń odbyła się w siedzibie Pracodawców RP, w ramach posiedzenia Rady organizacji zamykającego obchody jej 30-lecia.

Zgodnie z postanowieniami Prezydenta RP, uhonorowano m.in. członków Rady Pracodawców RP i wiceprezydentów tej organizacji – Annę Rulkiewicz, Iwonę Srokę, Piotra Kamińskiego, Mariusza Książka i Wojciecha Trojanowskiego. W tym gronie znalazł się także jeden obcokrajowiec – Francuz Jean-Francois Fallacher. Odznaczenia wręczył obecnym na uroczystości 15 uhonorowanym osobom Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Andrzej Dera, który podkreślił, że Rzeczpospolita Polska nie byłaby dziś tak rozwinięta, gdyby nie przedsiębiorcy i ich zaangażowanie.

„W imieniu odznaczonych proszę o przekazanie Panu Prezydentowi naszej wdzięczności. Traktujemy to jako uznanie zarówno naszych dokonań osobistych, jaki i uznanie dla całej organizacji – Pracodawców RP. Traktujemy to odznaczenie również jako wyraz zachęty do pracy oraz twórczej dyskusji pomiędzy prezydentem, rządem, pracodawcami i pracobiorcami, do dyskusji w ramach dialogu społecznego. To wielka zdobycz, której wszyscy hołdujemy. Jesteśmy przekonani, że poszanowanie zdrowia, szacunek do demokracji i budowa dobrobytu gospodarczego są trzema filarami każdego współczesnego społeczeństwa” – powiedział podczas uroczystości prof. Andrzej M. Fal, jeden z odznaczonych.

Pełna lista osób uhonorowanych odznaczeniami państwowymi postanowieniami Prezydenta RP:

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi w działalności na rzecz ochrony zdrowia publicznego, za wkład w rozwój międzynarodowej współpracy naukowej:

– Andrzej Fal,

– Julian Malicki.

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości, za działalność społeczną:

– Rafał Lipiński.

Złoty Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Ryszard Biernacki,

– Józef Dziubasik,

– Adam Gąsiorowski,

– Mariusz Książek,

– Jerzy Nadolny,

– Violetta Panasiuk-Strzyżewska,

– Anna Rulkiewicz,

– Iwona Sroka,

– Henryk Woźniak.

Srebrny Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Janusz Cendrowski,

– Piotr Kamiński,

– Wojciech Konecki,

– Andrzej Sokołowski.

Brązowy Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Konrad Pokutycki,

– Wojciech Trojanowski,

– Franciszek Ziajkowski.

Srebrny Krzyż Zasługi – obywatel Republiki Francuskiej za zasługi w rozwijaniu polsko-francuskiej współpracy gospodarczej, za działalność na rzecz rozwoju telekomunikacji w Polsce:

– Jean-Francois Fallacher.

Podczas uroczystości wiceprezydent Pracodawców RP Janusz Pietkiewicz przedstawił rekomendacje międzynarodowej konferencji „Pracodawcy Europy Środkowej i Wschodniej. Trzydzieści lat doświadczeń i przyszłość”, zorganizowanej w październiku ubiegłego roku na Zamku Królewskim w Warszawie. Honorowy patronat nad obchodami 30-lecia Pracodawców RP sprawował Prezydent RP Andrzej Duda.

Metalowe meble do biura

Metalowe meble kojarzą nam się najczęściej z wyposażeniem przychodni, szpitali czy prywatnych gabinetów lekarskich. Nie dziwi także ich obecność w zakładach produkcyjnych, halach magazynowych oraz warsztatach. A jak tego typu elementy wyposażenia sprawdzają się w pomieszczeniach biurowych? Okazuje się, że meble metalowe z każdym rokiem zdobywają sobie coraz większą popularność w obiektach biurowych.

Czym charakteryzują się meble metalowe?

Podstawową zaletą mebli biurowych jest z pewnością ich wytrzymałość. Metalowe szafy i regały świetnie spełniają funkcję miejsca przechowywania ciężkich segregatorów, opasłych tomów specjalistycznej literatury czy chociażby firmowych dokumentów. Doskonałym przykładem są szafy aktowe oraz szafy kartotekowe. Fundamentalną zaletą metalowych szaf jest ich wytrzymałość, która pozwala znosić ciężar o wiele większy niż w przypadku mebli drewnianych. A wszystko dzięki zastosowaniu wysokiej klasy metalu, który tworzy stabilną konstrukcję. Solidne spawy trwale łączą poszczególne elementy konstrukcyjne. Taki sposób łączenia gwarantuje, że mocno obciążone szuflady nie zaczną się „rozchodzić” pod wpływem wielokrotnego wysuwania. Dużym atutem mebli metalowych są mocne i idealnie spasowane prowadnice, które zapewniają swobodne wysuwanie się szuflad niezależnie od ich obciążenia. Mocne zawiasy montowane w drzwiczkach dają pewność, że skrzydła nie zaczną obniżać się z upływem czasu. Solidna konstrukcja może być także uzupełniona niezawodnym zamknięciem, które chroni ważne dokumenty przed dostępem osób niepowołanych.

Jakie wyróżniamy rodzaje mebli metalowych?

Meble metalowe to dla wielu osób jedynie szafy aktowe i regały. Tymczasem wybierając meble z metalu, można kompleksowo wyposażyć całe biuro. Uzupełnieniem asortymentu szaf aktowych, kartotekowych oraz regałów są także biurka i stoły metalowe. Ponadto w ofercie mebli metalowych znajdują się bardzo specjalistyczne produkty jak szafki na mapy, rysunki oraz płyty CD. Dzięki temu można wyposażyć na przykład pracownię architektoniczną, biuro projektowe, firmę informatyczną i wiele innych.

Czy meble metalowe mogą być ładne?

W teorii meble z metalu mogą wydawać się niezbyt atrakcyjne. Prawda jest zupełnie inna. Precyzyjne wykonanie oraz prosta i niemalże minimalistyczna forma mają swój niepodważalny urok. Ponadto meble mogą zostać wykonane praktycznie w dowolnym kolorze. To daje wręcz nieograniczone możliwości aranżacji wnętrza biura czy pracowni. Meble metalowe wcale nie muszą być chłodne i bezduszne. Mogą świadczyć o profesjonalizmie i wzbudzać zaufanie Klientów w kwestii bezpieczeństwa panującego w firmie.

Chcąc wyposażyć biuro w wysokiej klasy meble metalowe, warto zwrócić się do firmy FX Meble, która działa na rynku od 1999 roku. Oprócz szerokiej oferty mebli biurowych firma FX Meble oferuje możliwość wyposażenia pomieszczeń socjalnych, recepcji, sekretariatów, szatni, archiwów, magazynów i warsztatów.

Metr kwadratowy mieszkania w 5 lat podrożał o 3515 zł

Gdańsk, Warszawa i Kraków to najbardziej drożejące miasta pod względem cen mieszkań. Przez rosnące stawki nieruchomości stać nas obecnie na znacznie mniejsze mieszkanie niż jeszcze 5 lat temu – o 17 mkw. w Warszawie, 22 mkw. we Wrocławiu i aż 47 mkw. w Katowicach.

Pod koniec 2014 roku za 500 tysięcy złotych można było kupić w Warszawie mieszkanie o powierzchni 66 mkw. Ta sama kwota na koniec roku 2019 starczyła na 49 mkw. W innych największych miastach Polski różnice były jeszcze większe. Dla porównania w Krakowie to spadek z 80 mkw. na 57 mkw., a w Poznaniu z 92 mkw. na 69 mkw.

5 lat temu za 500 tysięcy zł można było kupić mieszkanie ponad 100-metrowe, np. w Łodzi, Katowicach, Bydgoszczy, Szczecinie i Lublinie. Na koniec 2019 roku taka kwota wystarczyła co najwyżej na 93 mkw. w Łodzi.O ile mniejsze są mieszkania warte 500 000 zł_v3 (1)Jakie duże mieszkanie można kupić za 500 000 zł_v3 (1)

Rekordowo drożeją mieszkania w Gdańsku

W raporcie cen polis mieszkaniowych RanKING eksperci rankomat.pl sprawdzili też ceny mieszkań za 1 mkw. w największych miastach Polski. W każdym z 10 analizowanych lokalizacji ceny wzrosły, ale nie wszędzie równomiernie.

Największa różnica między końcem roku 2014 a 2019 wystąpiła w Gdańsku, gdzie mkw. mieszkania podrożał o 3515 zł – z 5325 zł do 8840 zł. Nieco mniejsza różnica była zauważalna w Warszawie – na poziomie 2718 zł. W stolicy podwyżka cen mieszkań spowodowała też przekroczenie magicznej granicy 10000 zł za mkw.

W pozostałych miastach różnice były już mniejsze, ale nadal wysokie, jak w Krakowie (2464 zł), Wrocławiu (1965 zł) czy Szczecinie (1922 zł).

W Lublinie różnica między 2014 a 2019 rokiem za 1 mkw. wyniosła najmniej, bo 1285 zł.O ile wzrosły ceny mieszkań w największych miastach Polski_v3 (1)Jak zmieniały się ceny mieszkań w największych miastach Polski_v3 (1)

Polisa mieszkaniowa to nadal mały wydatek

Wzrost cen mieszkań i dostępność coraz mniejszych lokali za tę sama kwotę nie idą w parze z cenami polis mieszkaniowych. Takie ubezpieczenie można kupić przeważnie za 200-300 zł rocznie. Eksperci rankomat.pl sprawdzili w najnowszym raporcie ranKING średnie ceny ubezpieczenia nieruchomości w miastach wojewódzkich.

Najtańszy w 2019 roku był Rzeszów, gdzie polisa mieszkaniowa kosztowała 226 zł. Niewiele drożej było w Kielcach (266 zł) i Bydgoszczy (279 zł). Z kolei najwyższe średnie stawki za ubezpieczenie nieruchomości w 2019 r. nie przekroczyły 400 zł. W Warszawie płacono za ubezpieczenie 395 zł, w Gorzowie Wlkp. 381 zł, a w Krakowie 363 zł.Ile kosztuje polisa mieszkaniowa w miastach_v1

Mieszkania i domy to najcenniejsza część naszego majątku, a mimo to wiele osób nie decyduje się ich ubezpieczyć. Często żyjemy w przeświadczeniu, że cena polisy dla domu czy mieszkania musi być wysoka, skoro już ubezpieczenie samochodu kosztuje sporo. Tymczasem jest ona o ponad połowę niższa niż koszt ubezpieczenia samochodu. W raporcie RanKING prezentujemy nie tylko informacje o tym, jak kształtowały się wspomniane ceny i od czego są zależne, ale także jak jako Polacy podchodzimy do kwestii bezpieczeństwa naszych nieruchomości – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat.

Podatkowe i księgowe skutki zatrzymania zysku w firmie

W momencie, gdy firma po zapłacie podatku dochodowego wygenerowała w danym roku obrotowym zysk netto to wspólnicy mają prawo do wypłaty dywidendy. Właściciele przedsiębiorstwa podejmują decyzję, w jaki sposób zysk netto zostaje podzielony na część wypłaconą właścicielom spółki oraz cześć pozostawioną w celu reinwestycji (lub czy całość zysku netto zostaje przeznaczona na kapitały jednostki).

Dlaczego w firmie powstaje zysk zatrzymywany? Możemy wyróżnić dwa powody:

  • dla umocnienia pozycji firmy na rynku i zwiększenia jej wartości;
  • w celu reinwestycji w przyszłości.

Warto podkreślić, że zgodnie z ustawą o rachunkowości zysk zatrzymany stanowi kapitał własny spółki, ale różni się od kapitału podstawowego tym, że można nim rozporządzać.

Zysk zatrzymany w spółce można zakwalifikować do kilku rodzajów kapitału jako:

  • kapitał zapasowy, który jest obowiązkowy w spółce akcyjnej, a dobrowolny w spółce z o.o. Zgodnie z art. 396 ust. 1 Kodeksu Spółek Handlowych, na pokrycie straty spółka, po osiągnięciu w danym roku obrotowym zysku, obowiązkowo musi przelewać 8 proc. z wypracowanego zysku w skali roku, do momentu, kiedy kapitał zapasowy osiągnie wysokość 1/3 kapitału zakładowego. Wspomniana część będzie, więc zaliczana do zysku zatrzymanego;
  • kapitał rezerwowy – tworzony dobrowolnie z zysku w przedsiębiorstwach w różnych celach, m.in. na przyszłe straty, wydatki spółki, fundusze celowe. Kapitał ten tworzony jest tylko i wyłącznie z zysku spółki, dlatego pozwala utożsamiać również tę kategorię z zyskiem zatrzymanym;
  • zysk z lat ubiegłych – poza wcześniej wymienionymi kapitałami zysk zatrzymamy może być przydzielony do kategorii zysk z lat ubiegłych, z którą najczęściej jest utożsamiany.

W praktyce z zatrzymaniem zysku w spółce mamy do czynienia w sytuacji:

  • podjęcia przez spółkę  uchwały o przeznaczeniu zysku na konkretne fundusze,
  • gdy spółka nie podejmuje uchwały o podziale zysku w ogóle i wykazuje to w bilansie, jako niepodzielony zysk z lat poprzednich, bądź
  • spółka podejmuje decyzje o wypłacie dywidendy, lecz nie dokonuje wypłaty w terminie, czyli zatrzymuje dywidendę.

Co istotne, zysk netto opodatkowany jest podatkiem dochodowym od osób prawnych, dlatego zostawienie zysku w spółce nie powoduje powstania przychodu, a wypłacenie dywidendy nie spowoduje powstania u niej kosztu uzyskania przychodu.

Jednak nie zawsze pozostawienie zysku zatrzymanego jest dla spółki neutralne podatkowo. Otóż w myśl  art. 12 ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT, w przypadku niewypłaconej dywidendy zgodnie z terminem ustalonym w uchwale „przychodem jest w szczególności wartość otrzymanych nieodpłatnie lub częściowo odpłatnie rzeczy lub praw”.

Mając to na uwadze, taka jednostka gospodarcza powinna obliczyć przychód z tego tytułu, czyli wysokość odsetek, jakie musiałaby zapłacić, gdyby zaciągnęła kredyt/pożyczkę w wysokości kwoty dywidendy na zasadach rynkowych. Przychód ten nie występuje tylko w okresie, kiedy powinna być wypłacona dywidenda. Przychód powstaje aż do momentu wypłaty zaległej dywidendy, dlatego może występować w kilku kolejnych latach podatkowych.

Czy możliwe jest nierozpoznanie przychodu w takiej sytuacji? Tak. W praktyce spotykane są następujące rozwiązania:

  • spółka wypłaci wspólnikom dywidendę wraz z odsetkami. Z tym, że należy mieć na uwadze, iż takie odsetki w myśl art. 16 ust 1 pkt 13a ustawy o CIT nie stanowią kosztów uzyskania przychodów dla spółki; bądź
  • spółka dokonuje zmiany lub odroczenia terminu wypłaty dywidendy.

A czy zawsze zatrzymanie zysku wiąże się dla podatnika z negatywnymi konsekwencjami tj. ustalaniem dodatkowego przychodu z nieodpłatnego korzystania z kapitału oraz konieczności rozpoznania NKUP?

Otóż nie, bowiem należy również zwrócić uwagę na dodatkowe zagadnienie wiążące się z zatrzymanym zyskiem. Z tytułu jego zatrzymania spółka jest uprawniona do rozpoznawania  kosztów finansowania, o których mowa w art. 15cb ustawy o CIT. W myśl tego przepisu za koszt uzyskania przychodów uznaje się kwotę odpowiadającą iloczynowi stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego, obowiązującej w ostatnim dniu roboczym roku poprzedzającego rok podatkowy, powiększonej o 1 punkt procentowy oraz kwoty z zysku przekazanego na kapitał rezerwowy lub zapasowy spółki. Koszt można ująć w roku wniesienia dopłaty/podwyższenia kapitału rezerwowego lub zapasowego oraz w kolejnych dwóch bezpośrednio po sobie następujących latach podatkowych. Limit kwoty kosztów uzyskania przychodów odliczonych w roku podatkowym nie może przekroczyć 250 000 zł.

Nie można stosować wcześniej wymienionych kosztów w przypadku dopłat i zysków przeznaczonych na pokrycie straty bilansowej. Poza tym przepis stosuje się, jeżeli zwrot nastąpi nie wcześniej niż po upływie 3 lat od końca roku podatkowego, w którym dopłata została wniesiona lub została podjęta uchwała o zatrzymaniu zysku w spółce. W sytuacji, gdy dopłata zostanie zwrócona przed upływem terminu w roku, w którym dokonano zwrotu, przychodem jest wartość odpowiadająca odliczonym kosztom.

Autorka: Żaneta Jędrusik, ekspert ds. księgowości w MDDP Outsourcing

Bez wsparcia państwa branża transportowa przegra z koronawirusem

Koronawirus ma coraz większy wpływ na sytuację w polskiej gospodarce – jako pierwszy uderzenie otrzymała branża transportu drogowego  – zarówno osób jak i rzeczy. W pierwszym przypadku obrót spadł o katastrofalne 97 proc., w drugim – już o ok. 30 proc. Należący do Pracodawców RP Związek Międzynarodowych Przewoźników Drogowych (ZMPD) zaapelował do rządu o wsparcie.

Musimy przygotować się na scenariusz, w którym za chwilę te dane mogą zostać tylko optymistycznym wspomnieniem – podkreśla prezes ZMPD i wiceprezydent Pracodawców RP Jan Buczek, który wraz ze sztabem ZMPD monitoruje stale zmieniającą się sytuację na rynku. Branża międzynarodowego transportu drogowego  jest niezwykle wrażliwa na każde wahnięcie koniunktury, dlatego każda zmiana – np. ceny paliwa czy ograniczenia, które próbują wdrożyć państwa Europy Zachodniej w tzw. Pakiecie Mobilności – powoduje wśród przewoźników nieprzespane noce.

Przez koronawirusa drastycznie spadają obroty w branży, nie jesteśmy w stanie finansować nawet kosztów stałych. Czekamy na kompleksową propozycję pomocy od rządu, potrzebną zwłaszcza najmniejszym podmiotom, których jest najwięcej. Ta pomoc powinna być udzielona szybko, zanim te firmy po prostu poupadają – mówi Jan Buczek.

Przewidywania ekspertów, co do sytuacji kryzysowej związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa powodującego chorobę COVID-19 mówią o co najmniej kilkumiesięcznym okresie, łagodnie mówiąc, niepewności. Jak podkreśla prezes ZMPD, dla kierowców zawodowych powinny być dedykowane specjalne instrukcje dotyczące, dzięki którym będzie można zapobiec lub co najmniej mocno ograniczyć możliwość zarażenia się koronawirusem.

Konieczne jest przede wszystkim bezwzględne przestrzeganie podstawowych zasad higieny, a także odpowiednie dezynfekowanie kabiny ciężarówki. Przestrzeganie podstawowych zasad higieny i wzmożona czujność – to przewoźnicy i ich pracownicy robili i będą robić nadal. Jednak wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowych działań – z udziałem przedstawicieli polskiego rządu – mówi Jan Buczek, który wystosował do premiera Mateusza Morawieckiego pisma z prośbą o pomoc. Ich efektem było m.in. zwołane w trybie pilnym w Ministerstwie Infrastruktury spotkanie przewoźników z przedstawicielami resortów infrastruktury, finansów i rozwoju.

Propozycje ZMPD to: umożliwienie otrzymania spłacanego przez 4-5 lat kredytu obrotowego przyznawanego na preferencyjnych zasadach, odroczenie lub zawieszenie płatności na rzecz ZUS oraz płatności składek z tytułu PIT-4. – Nie prosimy o jałmużnę – kredyty spłacimy co do złotówki. Chcemy tylko przetrwać ten niezwykle niebezpieczny dla naszych przedsiębiorstw moment. Oczekujemy od polskiego rządu odpowiednich działań – nigdy wcześniej nie prosiliśmy rządu o jakąkolwiek pomoc – mówią Jan Buczek i prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych Rafał Jańczuk.

Już otrzymujemy informacje, że kierowcy odmawiają podejmowania pracy na kierunkach zagrożonych epidemią koronawirusa – relacjonuje prezes ZMPD. – Chcemy spotkać się z premierem Morawieckim i przedstawić mu szczegóły sytuacji w naszej branży. Państwo może nam pomóc chociażby obniżając akcyzę od paliw wykorzystywanych do realizowania transportu – dodaje. Jak podkreśla, lada moment u drzwi firm transportowych mogą stanąć przedstawiciele firm leasingowych, banków, ZUS, czy urzędów skarbowych.

Jak informuje ZMPD, Minister Infrastruktury Andrzej Adamczyk podjął decyzję o organizacji kolejnego spotkania z branżą transportową, które odbędzie się 13 marca w siedzibie ministerstwa. Mają w nim wziąć udział także przedstawiciele Kancelarii Premiera, oraz ministerstw: Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Przedsiębiorczości, a także innych organizacji skupiających przewoźników. Wówczas prawdopodobnie zostaną przekazane informacje dotyczące szczegółów pomocy dla branży.

Pracodawcy RP

Polska oferuje ogromny potencjał inwestorom podejmującym ryzyko

Popyt na alternatywne inwestycje mieszkaniowe w Europie Środkowej i Wschodniej, głównie mieszkania studenckie oraz na wynajem, wyraźnie rośnie, a takie kraje jak Polska zapewniają deweloperom ogromne możliwości. Ponad 130 osób z branży nieruchomości spotkało się na pierwszym w historii Alternative Investment Forum, zorganizowanym w Warszawie przez Property Forum, instytucję zajmującą się organizacją wydarzeń i wymianą wiedzy na temat rynków Europy Środkowo-Wschodniej.

Zgodnie z przeprowadzoną na początku forum ankietą większość uczestników przewiduje, że w 2020 r. wyniki alternatywnych aktywów będą jeszcze lepsze niż w 2019 r. Znacząca większość respondentów uważa mieszkania studenckie oraz prywatny sektor najmu za najbardziej atrakcyjne klasy aktywów.

Jak wyjaśnił Stuart Osborn (Knight Frank) podczas inauguracyjnej przemowy, w 2019 roku na europejskich rynkach w nieruchomości mieszkaniowe zainwestowano 66,5 miliarda euro, co stanowi 42% wzrost w porównaniu do 2015 r. Liderami inwestowania w nieruchomości alternatywne są Niemcy, Wielka Brytania i Francja, odpowiadające za ponad 75% wolumenu inwestycji w ciągu ostatnich trzech lat. W 2018 r. wydatki poniesione przez specjalistycznych inwestorów odpowiadały jedynie za 38% całkowitego wolumenu transakcji w Europie, jednak przewiduje się, że w roku 2027 wartość ta sięgnie poziomu 51%. Trend ten wynika głównie z silnej dynamiki podaży i popytu oraz okazji do stabilnych dochodów w perspektywie długofalowej, a ponadto jest związany ze zmianami demograficznymi i gospodarczymi.

Uczestniczący w konferencji paneliści dyskutowali m.in. na temat czynników wpływających na atrakcyjność inwestycji mieszkaniowych. Maximilian Mendel (JLL) wyjaśniał, że inwestowanie w nieruchomości mieszkalne takie, jak mieszkania dla studentów wiąże się z mniejszym zwrotem z inwestycji niż w inwestycje biurowe, jednak potencjalne przychody są o wiele bardziej stabilne, nie mówiąc o tym, że wyniki tej klasy aktywów są w pewnym stopniu odporne na koniunkturę. Jedynym problemem jest to, że banki w Polsce do tej pory nie były otwarte na finansowanie takich projektów, co oznaczało, że deweloperzy musieli zwracać się do banków niemieckich i austriackich. W przyszłości sytuacja ta może jednak ulec zmianie, gdyż deweloperzy będą w stanie przedstawić finansistom silniejsze argumenty dzięki rosnącemu popytowi ze strony inwestorów oraz większemu doświadczeniu operacyjnemu.

Kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w szczególności Polska, dają deweloperom mieszkań studenckich ogromny potencjał, w związku z czym według panelistów w najbliższych latach na tych rynkach może się pojawić kilku nowych graczy.

Jak zwykle regulacje nie nadążają za zmianami rynkowymi, co stanowi wyzwanie dla deweloperów. Na szczęście według Sylwestra Żydowicza (MRICS, Taylor Wessing) przepisy będą dostosowywane wraz z coraz większą dojrzałością rynku.

“Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji. Oprócz bardzo silnego sektora biurowego i niesłabnącego zainteresowania nieruchomościami magazynowymi obserwujemy rozwój alternatywnych klas aktywów. W 2019 r. sfinalizowano największą transakcję portfelową w segmencie prywatnych domów studenckich, a zainteresowanie międzynarodowych inwestorów zakupem polskich spółek deweloperskich może zwiastować rozwój projektów dedykowanych instytucjonalnemu najmowi mieszkań” – podsumowuje Kamil Kowa MRICS, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills Polska.

3 fundusze VC inwestują 4,7 mln złotych w Sundose

Przez rok spółka urosła 10-krotnie, zbierając kolejną rundę z zagranicznymi i krajowymi inwestorami, w tym z 2 funduszami z Australii (wcześniej zaangażowanymi jako early inwestorzy w Booksy), tj. Polipo Ventures i Investible, kilkoma aniołami biznesu z USA oraz z polskim funduszem Venture Inc.

Niedopasowana suplementacja w najlepszym przypadku jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto, a w najgorszym może szkodzić zdrowiu. Problem ten rozwiązuje Sundose, który tworzy ulepszoną koncepcję tego, czym suplement powinien być. Chce zmienić reguły gry, przez personalizację, w branży w której nie zmieniło się nic od lat.

Misją Sundose jest każdorazowe stworzenie najlepszej receptury, dla każdego użytkownika, tak aby osiągnąć najlepszy możliwy efekt, dzięki wykorzystaniu 40 substancji, z których Sundose jest indywidualnie mieszany.

Kapitał pozyskany od inwestorów spółka przeznaczy na dalszy rozwój personalizacji suplementu. Jej celem jest zostanie liderem przynajmniej na poziomie europejskim w branży suplementów. W Sundose już rok temu, w rundzie pre-seed, uwierzyły fundusze KnowledgeHub oraz Ataraxy Ventures.

Lepiej dla przedsiębiorcy, gdy to on, a nie fiskus szacuje sprzedaż do celów VAT

Nie od dziś wiadomo, że do podstawowych obowiązków firmy należy rzetelne prowadzenie dokumentacji dla celów podatkowych. Przepisy ustawy o VAT w szczególny sposób odnoszą się do sytuacji, w której sprzedaży dokonują podatnicy zwolnieni z VAT ze względu na wysokość obrotów, jak i przedmiotowo. Niespełnienie wymogu należytego prowadzenia ewidencji może przedsiębiorcę sporo kosztować. Dlatego to w jego interesie leży, aby w sytuacji, gdy w związku z naruszeniem obowiązków ewidencyjnych w podatku od towarów i usług to on, a nie organ podatkowy był uprawniony do oszacowania sprzedaży.

Kiedy fiskus oszacuje sprzedaż dla celów VAT?

Zgodnie z obowiązującymi przepisami o VAT przedsiębiorcy, którzy dokonują sprzedaży zwolnionej z VAT ze względu na nieprzekroczenie w poprzednim roku podatkowym progu obrotu w wysokości 200 tys. zł, mają obowiązek ewidencjonować sprzedaż w danym dniu, lecz nie później niż przed jej rozpoczęciem w dniu kolejnym.

W sytuacji, gdy organ podatkowy stwierdzi, że przedsiębiorca nie ewidencjonuje sprzedaży lub czyni to nierzetelnie, tj. dokonane w ewidencji zapisy nie odpowiadają stanowi rzeczywistemu, a na podstawie posiadanej przez podatnika dokumentacji nie jest możliwe określenie wysokości sprzedaży, organ oszacuje jej wartość i następnie określi należną z tego tytułu kwotę VAT. W razie braku możliwości określenia przedmiotu opodatkowania należny podatek ustala się, stosując stawkę VAT 22% (chodzi o stawkę podstawową podatku, która obecnie wynosi 23%).

Oprócz podatników wykonujących jedynie czynności przedmiotowo zwolnione z VAT na mocy ustawy lub rozporządzenia Ministra Finansów, jak również korzystających ze zwolnienia z uwagi na nieprzekroczenie ww. progu, pozostali przedsiębiorcy mają obowiązek zawrzeć w ewidencji informacje służące sporządzeniu deklaracji w zakresie VAT i tzw. informacji podsumowującej. W dokumentacji mają znaleźć się w szczególności informacje służące ustaleniu przedmiotu i podstawy opodatkowania, wysokości należnego VAT oraz jego korekt. Podatnik musi także wskazać kwoty podatku naliczonego obniżające sumę należnego VAT, jego korekt, jak również określić kwotę podatku, który ma wpłacić do właściwego urzędu za dany okres rozliczeniowy lub w odniesieniu do której uprawniony jest do uzyskania zwrotu podatku. Ewidencja powinna uwzględniać też inne informacje umożliwiające identyfikację transakcji, w tym numer identyfikacyjny, którym kontrahent podatnika w danej transakcji posługuje się na potrzeby podatku VAT lub podatku od wartości dodanej.

W sytuacji, gdy podatnicy korzystający ze zwolnienia dokonają podlegającej opodatkowaniu sprzedaży, nie uiszczając należnego VAT, a w oparciu o posiadaną przez nich dokumentację nie można określić wartości obrotu, fiskus oszacuje jego wartość i ustali kwotę należnego podatku. Podobnie jak w przypadku podatników zwolnionych z VAT ze względu na nieprzekroczenie progu 200 tys. zł, jeżeli nie można określić przedmiotu opodatkowania, należny podatek określa się w oparciu o podstawową stawkę VAT (obecnie 23%).

Oprócz wyżej omówionych przypadków organy podatkowe mogą także korzystać z ogólnego uprawnienia przyznanego im w tym zakresie na podstawie art. 23 Ordynacji podatkowej. Jakkolwiek możliwość szacowania obrotu m.in. w przypadku, gdy brak jest ksiąg podatkowych, również dla celów VAT, była w przeszłości przedmiotem sporu między podatnikami a organami, seria wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2010 r. definitywnie rozstrzygnęła tę kwestię na niekorzyść przedsiębiorców. NSA dopuścił możliwość oszacowania obrotu dla celów VAT w tym trybie, uznając, że stosowanie Ordynacji podatkowej jest w tym przypadku możliwe na zasadach ogólnych, a nie tylko w sytuacji, gdy ustawa o VAT wyraźnie referuje do przepisów procedury.

Ewidencjonowanie transakcji leży w interesie podatnika

Szacowanie obrotu dla celów VAT wynikające z braku ewidencji bądź prowadzenia jej w nierzetelny sposób może być dla podatnika bardzo kosztowne. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z dnia 8 czerwca 2017 r. (sygn. III SA/Wa 3315/15) podkreślił, że podatnik, prowadząc nieewidencjonowaną sprzedaż, jest narażony na szacowanie podstawy opodatkowania, w którym bierze się pod uwagę jedynie obrót bez uwzględnienia kwoty podatku naliczonego związanego z nabyciem towarów i usług. W przeszłości sądy administracyjne wielokrotnie wskazywały na kluczowe znaczenie ewidencji dla celów opodatkowania VAT. Przykładowo w orzeczeniu z dnia 7 listopada 2011 r. (sygn. I SA/Wr 1156/11) Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu podkreślił, że ewidencje są niezbędne podatnikowi w celu określenia wysokości należnego za dany okres rozliczeniowy podatku, a bez czytelnych i utrwalonych informacji w tym zakresie nie byłby on w stanie sporządzić deklaracji VAT. Z kolei dzięki prowadzonym przez przedsiębiorców rejestrom organy mogą porównać stan deklarowany przez podatników z informacjami zawartymi w ewidencjach, co umożliwia im weryfikację prawidłowości rozliczeń.

Strategia na przyszłość

Nie ulega wątpliwości, że prawidłowe ewidencjonowanie transakcji dla celów VAT to jeden z kluczowych obowiązków każdego przedsiębiorcy. Ustalenie, że korzysta on ze zwolnienia z VAT skutkującego brakiem wymogu prowadzenia ewidencji, wymaga gruntownej analizy, a najlepiej urzędowego potwierdzenia tej kwestii w drodze interpretacji indywidualnej prawa podatkowego. Biorąc pod uwagę, że w wielu przypadkach określenie, czy sprzedaż dokonywana przez podatnika korzysta z przedmiotowego zwolnienia w VAT, może być problematyczne i skutkować wieloletnim sporem z fiskusem, ryzyko nienależytego wywiązywania się z obowiązków ewidencyjnych znacząco wzrasta. Jeśli dołożymy do tego wchodzące w życie z początkiem kwietnia nowe wymagania w zakresie elektronicznego raportowania dla celów VAT, wzrost dokumentacyjnych obowiązków może przyprawić o ból głowy i wyprowadzić z równowagi niejednego podatnika. W wątpliwych sytuacjach z pewnością przyda się wsparcie doradcy, który pomoże w rozwiązaniu problematycznych kwestii, pilnując, by ewidencja i rozliczenia prowadzone na potrzeby rozliczenia VAT nie budziły zastrzeżeń w świetle obowiązujących przepisów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koronawirus korektą dla prognoz rekrutacyjnych polskich firm. Koniec rynku pracownika?

W okresie od kwietnia do czerwca 6% polskich firm planuje powiększać swoje zespoły, 2% prognozuje redukcje etatów, 88% nie przewiduje zmian personalnych a 4% nie zna planów dotyczących zatrudnienia na najbliższe trzy miesiące – tak odpowiedzieli pracodawcy zapytani przez ManpowerGroup w styczniu o ich prognozy rekrutacyjne na drugi kwartał 2020 roku. Prognoza zatrudnienia dla Polski wynosi +2%, co w praktyce oznacza, że najbliższe trzy miesiące przyniosą najmniejsze od siedmiu lat szanse na znalezienie nowej pracy.

ManpowerGroup opublikował swój kwartalny raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” na temat planów rekrutacyjnych polskich firm na kolejne trzy miesiące. Dane zebrane w styczniu, przed rozwojem koronawirusa, przyniosły prognozę netto zatrudnienia [1] na poziomie +2%, która jest wynikiem najsłabszym od 2013 roku. Prognoza rekrutacyjna firm pogorszyła się o 4 pp. w ujęciu kwartalnym i 7 pp. w ujęciu rocznym.
– Deklaracje zebrane w styczniu wśród polskich pracodawców były dużo mniej optymistyczne niż te, do których przyzwyczaił nas polski rynek pracy w ostatnich latach. Nasze dane potwierdzają, że w ciągu roku spadł odsetek firm, które chcą powiększać swoje zespoły, ale stało się to na rzecz udziału przedsiębiorstw, które nie przewidują zmian personalnych. Po ostatnich latach dużej rywalizacji firm o talenty wielu z nich udało się zapełnić wolne wakaty i osiągnąć oczekiwany poziom zatrudnienia, dlatego teraz chcą utrzymać obecną liczbę pracowników. Z powodu mniejszej liczby ofert pracy osoby zainteresowane zmianą kariery mogą w najbliższym kwartale spodziewać się dużych trudności w znalezieniu nowego zatrudnienia – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Jednocześnie podobnie jak wszystkie globalne firmy, monitorujemy rozwój koronawirusa. Obecnie jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o tym, jaki będzie miał wpływ na wzrost czy spadek zatrudnienia w polskich przedsiębiorstwach – dodaje Iwona Janas.

Według raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” od kwietnia do czerwca 2020 roku najbardziej swoje zespoły będą powiększać firmy związane z finansami oraz usługami dla biznesu. Prognoza netto zatrudnienia dla tego sektora wynosi +6% i jest najwyższa wśród siedmiu analizowanych branż, co w praktyce oznacza, że osoby poszukujące pracy w tym obszarze mogą liczyć na dobre perspektywy znalezienia nowego zatrudnienia. O pracę nie muszą się również martwić zainteresowani produkcją przemysłową (+5%), chociaż prognozy rekrutacyjne firm dla tego sektora są najsłabsze od siedmiu lat. Mniej optymistyczne plany zatrudnienia mają przedsiębiorstwa zajmujące się innymi usługami [2] (+4%), budownictwem (+3%) notującym najsłabszy wynik od pięciu lat oraz handlem detalicznym i hurtowym (+3%) z wynikiem tak niskim jak ostatnio sześć lat temu – firmy nadal, lecz w niewielkim stopniu będą poszukiwać nowych zasobów kadrowych. Rynek pracy w kolejnym kwartale nie będzie sprzyjał pracownikom restauracji i hoteli, gdzie po raz pierwszy od siedmiu lat firmy planują redukcję etatów (-1%). Trudno o nową pracę będzie też w innych obszarach produkcji [3] (0%).
Barometr ManpowerGroup Perspektyw ZatrudnieniaPrognozy rekrutacyjne firm są mniej optymistyczne w ujęciu kwartalnym – pogorszyły się w sześciu z siedmiu uwzględnionych w raporcie sektorów rynku. Największa zmiana w stosunku do pierwszego kwartału 2020 roku widoczna jest dla branży budowlanej, gdzie prognoza jest niższa o 12 pp. Również w przypadku produkcji przemysłowej i innych obszarów produkcji zanotowano znaczne spadki – po 5 pp. dla każdego z sektorów. Jeszcze większe różnice widoczne są w ujęciu rocznym a plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w sześciu z siedmiu branż. Dla produkcji przemysłowej prognoza na drugi kwartał 2020 roku jest niższa o 16 pp. a w innych usługach oraz w handlu detalicznym i hurtowym o 9 pp. dla każdego z dwóch sektorów. W branży budowlanej odnotowano spadek o 8 pp. a w innych obszarach produkcji o 7 pp. Zieloną wyspą na mapie sektorów rynku są finanse i usługi dla biznesu, które jako jedyne odnotowały wzrost rok do roku o 8 pp.

Polska w ogonie rankingu dla rynków EMEA

Polska z wynikiem +2% znajduje się na ostatnim miejscu na liście 26 rynków EMEA przeanalizowanych w raporcie ManpowerGroup. Na okres kwiecień–czerwiec najlepsze prognozy wskazały firmy z Chorwacji [4] (+24%), Grecji (+24%) i Rumunii (+20%). Duże zapotrzebowanie na ręce do pracy zgłaszają także firmy z Norwegii (+16%), Belgii (+13%), Niemiec (+13%) i Portugalii [4] (+13%). Zdecydowanie mniej optymistyczne są firmy ze Słowacji (+5%) i Czech (+5%).

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla II kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 29 stycznia 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Prognoza netto zatrudnienia to wyrażona w procentach różnica pomiędzy odsetkiem firm planujących wzrost zatrudnienia a odsetkiem firm planujących redukcje etatów.
[2] Inne usługi – od bieżącej edycji raportu pod tą nazwą będą prezentowane dane w ujęciu sumarycznym dla sektorów: Instytucje sektora publicznego oraz Transport/Logistyka/Komunikacja. Dane dla tych sektorów zostały zagregowane także w przypadku danych archiwalnych.
[3] Inne obszary produkcji – od bieżącej edycji raportu pod tą nazwą będą prezentowane dane w ujęciu sumarycznym dla sektorów: Kopalnie/Przemysł wydobywczy, Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo. Dane dla tych sektorów zostały zagregowane także w przypadku danych archiwalnych.
[4] Dane dla Chorwacji i Portugalii nie uwzględniają korekty sezonowej.

Debata o wpływie koronawirusa na prywatne firmy

Koronawirus, a biznes. Jak nie dać się panice i nadchodzącej recesji? Działania antykryzysowe w firmach rodzinnych! – Pierwsza w Polsce merytoryczna dyskusja o konsekwencjach biznesowych (COVID-19)

Koronawirus (COVID-19) wdarł się w umysły Polaków szybciej niż moglibyśmy się tego spodziewać. Z dnia na dzień wybuchła ogromna, wielowymiarowa panika, która zaburza polski biznes. Jako kraj nie jesteśmy przygotowani na jego skutki, a jako biznes nieświadomi dalszych konsekwencji związanych z tym, co stanie się z naszą gospodarką i naszymi firmami już za kilka dni. A co w przypadku, gdy sytuacja pogarszać się będzie w kolejnych tygodniach? Kończą się zapasy, a dostawy surowców z Chin, Azji czy ogólnie zza granicy stoją pod dużym znakiem zapytania i coraz częściej są odwlekane. Wielu właścicieli firm rodzinnych zwraca się do nas z pytaniem – „Jak zabezpieczyć mój biznes?”. Zarówno od strony prawa pracy, pracowników, rodziny właścicielskiej, wątpliwej w wielu swoich obszarach specustawy, która w obecnej formie może spowodować wiele bankructw biznesowych, np. w momencie, w którym w przypadku stwierdzenia jednego przypadku zarażenia koronawirusem w firmie produkcyjnej, kwarantannie podlegać będzie cała załoga, a koszt absencji pracownika ma być przerzucony na pracodawcę.

Jak powstrzymać dalsze skutki paniki, która w Polsce rośnie w siłę? Jako Instytut Biznesu Rodzinnego, czujemy odpowiedzialność za rodzimy, rodzinny biznes. Patrząc na obecną sytuację na Giełdzie Papierów Wartościowych, masowy szturm naszych rodaków na półki sklepowe, kryzys na rynku surowców i ropy, czy nieetyczne zachowania próbujących zarobić na osobnej sytuacji „Januszów biznesu”, nie możemy przejść obojętnie, wobec tego, co dzieje się w polskich firmach i rodzinach biznesowych.

Na zbliżającym się VII Międzynarodowym Kongresie Firm Rodzinnych, 16-17 marca w Poznaniu, którego motywem głównym jest odpowiedzialność za rodziny i za biznes, przemodelowaliśmy specjalnie program wydarzenia, by podjąć rękawicę merytorycznej debaty o interdyscyplinarnym wpływie koronawirusa na prywatne firmy.

Wielu właścicieli biznesów posiada wprowadzone procedury związane z bezpieczeństwem własnym, rodziny właścicielskiej oraz pracowników w obecnej sytuacji. Unikanie skupisk ludności, ograniczona liczba osób na spotkaniach, higiena w pracy itp. Jednakże widząc tę ogromną potrzebę, przede wszystkim wsparcia od strony biznesowej, która, by przetrwać trwający już kryzys, musi się rozwijać, zdecydowaliśmy się zorganizować pierwszą w Polsce merytoryczną debatę biznesową w kontekście walki ze skutkami ekonomicznymi koronawirusa. Panująca obecnie fala strachu, wpływa negatywnie nie tylko na portfele właścicieli firm, ale również na ich zdrowie psychiczne. Bo jak przy tym wszystkim nie zwariować?

Trafiają do nas zapytania od właścicieli firm ze szczególnie zagrożonych negatywnym wpływem koronawirusa branż (choć recesja czeka nas wszystkich), takich jak: turystyka i hotelarstwo, produkcja spożywcza oraz przemysłowa, transport, spedycja i logistyka. Mocno cierpią już specjalistyczne usługi dla firm, gdzie już następuje fala zwolnień pracowników.

16 marca 2020 w pierwszym dniu kongresu, odbędzie się interdyscyplinarna debata przedsiębiorców i ekspertów, która dzięki transmisji video on-line będzie mogła trafić do szerokiego grona właścicieli firm, którzy, wskutek obaw przed koronawirusem, nie zdecydują się na przyjazd do Poznania.

W trakcie panelu dyskusyjnego poznamy obawy właścicieli, przedstawimy rekomendacje ekspertów i na gorąco będziemy poszukiwać najlepszych rozwiązań dla biznesu w obszarach kluczowych tj.:

  • Bezpieczeństwo w firmie i prawo pracy, prawo pracowników,
  • Logistyka i łańcuch dostaw – jak zabezpieczyć ciągłość dostaw w firmie,
  • Epidemiologia i zabezpieczenie firmy przed zwiększeniem ryzyka wirusa,
  • Ochrona praw przedsiębiorców przed roszczeniami klientów; odwołane zamówienia, loty, eventy, gwałtowny wzrost cen towarów chroniących przed wirusem, leków,
  • Prewencja psychologiczna, jak ograniczyć strach i wzmacniać immunologię.

Wspólnym celem debaty jest wypracowanie rekomendacji właściwego postępowania na wobec kryzysu koronawirusa oraz stworzenie biznesowych alternatyw dla zachowania ciągłości produkcji i funkcjonowania polskich firm przy wykorzystaniu alternatywnych rozwiązań niż dostawy surowców i półproduktów czy wyrobów gotowych zza granicy – stworzymy regionalną grupę wsparcia polskiego biznesu.

Koronawirus a prawo pracy. Czego nie może pracodawca, co wolno pracownikowi

W związku z szybkim rozprzestrzenianiem się wirusa SARS CoV-2 i rosnącym zagrożeniem zakażenia, coraz powszechniejsze stają się środki ochrony przed nim. Są one podejmowane również przez pracodawców, którzy starają się zminimalizować ryzyko zachorowania wśród swoich pracowników. Wszystkie działania z tego obszaru warto ocenić również z punktu widzenia prawa pracy. Niedawno na temat niektórych praktyk wypowiedziała się Państwowa Inspekcja Pracy, a 2 marca Sejm przyjął rządowy projekt specjalnej ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Praca zdalna

Powszechnie wykorzystywanym rozwiązaniem jest kierowanie pracowników do pracy zdalnej poza biurem w okresie dwutygodniowej kwarantanny (okres inkubacji koronawirusa). W wielu firmach wprowadzono to jako zasadę, której należy obligatoryjnie przestrzegać w stosunku do tych pracowników, którzy wrócili z terenów szczególnie zagrożonych koronawirusem lub mieli styczność z takimi osobami. Okazuje się jednak, że prawo pracy nie daje pracodawcy takich uprawnień. Zgodnie ze stanowiskiem Państwowej Inspekcji Pracy w takiej sytuacji pracodawca może zaproponować pracownikowi pracę zdalną, jednak nie może narzucić takiego rozwiązania. Pracodawca nie jest uprawniony do podejmowania działań izolujących pracownika ani do samodzielnego dokonywania oceny jego stanu zdrowia i w konsekwencji uznania, że może on stanowić zagrożenie dla pozostałych osób znajdujących się w zakładzie pracy. W ocenie PIP samowolne niedopuszczenie przez pracodawcę takiego pracownika do pracy mogłoby nawet stanowić nękanie lub mobbing. Okazuje się więc, że podejmowanie działań związanych z troską o zdrowie pracowników może narażać pracodawcę na konsekwencje związane z łamaniem praw pracowniczych. Problem ten powinien zostać częściowo rozwiązany przez wspomnianą specustawę. Zgodnie z nią, w celu przeciwdziałania COVID-19 pracodawca może polecić pracownikowi wykonywanie, przez czas oznaczony, pracy określonej w umowie o pracę, poza miejscem jej stałego wykonywania (praca zdalna). Pomijając nieprecyzyjną definicję, która może rodzić kolejne problemy praktyczne, regulacja ta daje większe uprawnienia pracodawcy, który może wydać pracownikom wiążące ich polecenie pracy zdalnej, aby przeciwdziałać potencjalnemu rozprzestrzenianiu się wirusa.

Opieka nad dzieckiem

Przyjęty projekt specustawy daje pracownikom dodatkowe uprawnienia związane z opieką nad dziećmi do lat 8, w sytuacji gdy z powodu koronawirusa zamknięta zostanie szkoła, przedszkole, żłobek lub klub dziecięcy. W takim przypadku rodzicowi, który jest zwolniony od pracy w celu sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem przysługuje zasiłek opiekuńczy, za okres nie dłuższy niż 14 dni. Jest to dodatkowy zasiłek w stosunku do świadczenia, które pracownicy w zwykłych okolicznościach mogą otrzymywać w związku z nieprzewidzianym zamknięciem placówki, do której uczęszcza dziecko. Istotne jest, że dodatkowy zasiłek nie wlicza się do maksymalnego okresu zasiłkowego (60 dni), mającego zastosowanie w przypadku „zwykłego” nieprzewiedzianego zamknięcia placówki, które nie ma związku z obecną sytuacją i ryzykiem rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Wyjazdy służbowe i prywatne

Pracownicy mają możliwość odmowy wyjazdu służbowego, nie narażając się na odpowiedzialność dyscyplinarną, jeżeli miejscem przeznaczenia jest rejon zagrożony koronawirusem. Zgodnie bowiem z art. 210 § 1 Kodeksu pracy, w razie gdy warunki nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa oraz higieny pracy i stwarzają bezpośrednio zagrożenia dla zdrowia lub życia pracownika albo gdy wykonywana przez niego praca grozi takim niebezpieczeństwem innym osobom, pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonego. Należy przy tym podkreślić, że subiektywne odczucie pracownika o istniejącym zagrożeniu może nie być wystarczające do odmowy wyjazdu służbowego – zagrożenie powinno być realne. Przy ocenie, czy podróż służbowa może rodzić dla pracownika ryzyko zachorowania, powinno się zatem brać pod uwagę wiążące zalecenia lub komunikaty właściwych organów państwowych, takich jak Inspekcja Sanitarna lub Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Niezbędne jest też uprzednie poinformowanie pracodawcy o powstrzymywaniu się od wykonywania pracy w postaci podróży służbowej.

Jeżeli pracownik w czasie podróży służbowej przemieszcza się samolotem, powinien liczyć się z tym, że na lotniskach mogą obowiązywać szczególne zasady kontroli bezpieczeństwa i będzie on zobowiązany do poddania się im. Jednocześnie w projekcie ustawy nie przewidziano takich rozwiązań w stosunku do innych form transportu, np. kolei i dworców kolejowych.

Oddzielną kwestią są prywatne podróże pracowników. Kraje zagrożone koronawirusem są popularnymi destynacjami turystycznymi, w związku z czym w interesie pracodawcy byłoby dowiadywanie się, czy jego pracownicy przebywają w potencjalnie niebezpiecznych rejonach. Pracodawca nie ma jednak podstaw, aby pytać pracownika o jego prywatne sprawy, w tym miejsce spędzania urlopu wypoczynkowego. Tym bardziej nie może zabronić pracownikowi wykorzystania urlopu, który ten zamierza spędzić w kraju, gdzie jest wysokie ryzyko zainfekowania koronawirusem.

Przepisy BHP

Jak wiadomo, przepisy prawa pracy nakładają szereg obowiązków z zakresu BHP zarówno na pracodawcę, jak i na pracownika. Jednym z podstawowych obowiązków pracownika jest przestrzeganie zasad BHP w miejscu świadczenia pracy. Ma to również bezpośrednie przełożenie na zagrożenie koronawirusem. Pracownik w przypadku ryzyka zarażenia siebie wirusem czy przeniesieniem go na inną osobę powinien stosować się do poleceń pracodawcy, którego zadaniem jest zabezpieczenie środowiska pracy przed ryzykiem infekcji. Już wcześniej praktycy prawa pracy zauważali wyżej opisany problem wskazując, że odmowa zastosowania się do poleceń związanych z przestrzeganiem zasad BHP, zaostrzonych z uwagi na ryzyko zarażenia, może w skrajnym przypadku uzasadniać nawet zwolnienie pracownika. W zakres takich dodatkowych obowiązków wchodzić może korzystanie z maseczek higienicznych, które powinny zostać zapewnione przez pracodawcę, czy nawet całej odzieży ochronnej, o ile uzasadnia to charakter i miejsce pracy, np. szpital. Pracownicy zasadniczo mogą zostać zobowiązani do regularnego dezynfekowania rąk, szczególnie w branżach narażonych na kontakt z osobami zainfekowanymi. W przypadku podejrzenia kontaktu pracownika z wirusem, np. po jego powrocie z urlopu czy podróży służbowej z obszarów, w których wykryto obecność wirusa, pracodawca będzie mógł rozważyć skierowanie takiej osoby na badania testowe. Choć przepisy nie przewidują kierowania pracownika na badania w związku ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na choroby wirusowe, w obliczu ryzyka zainfekowania współpracowników uznać można, iż zasadniczo odmowa pracownika wypełniania tak zaostrzonych wymogów, które podpadają pod szeroko rozumiane zasady BHP, może stanowić uzasadnienie niedopuszczenia go do pracy, a w skrajnym przypadku nawet rozwiązania stosunku pracy.

Wobec występującego ryzyka zarażenia koronawirusem najważniejsza dla pracodawców powinna być dbałość o stan zdrowia pracowników oraz zachowywanie reguł ostrożności, które minimalizują istniejące zagrożenia. Należy przy tym pamiętać, jakie prawa przysługują pracownikom i nie przekraczać kompetencji przysługujących pracodawcy. Nowa specustawa daje możliwości, dzięki którym rozterki pracodawców związane z wprowadzeniem szczególnych zasad postępowania powinny być mniejsze. Wydaje się, iż przepisy omawianego projektu ustawy mają wyjść naprzeciw obszarom do tej pory nieuregulowanym, w zakresie umożliwiającym podjęcie próby kontroli warunków świadczenia pracy, niemniej zauważamy, iż dopiero praktyka może wykazać ewentualne zagadnienia do tej pory nieprzewidziane.

Koronawirus uderza w branżę fotowoltaiki

Epidemia koronawirusa i przedłużająca się przerwa w pracy fabryk w Chinach skutkuje widocznymi niedoborami towarów technologicznych oraz komponentów na całym świecie. Pękają łańcuchy dostaw a ofiarami chińskiego wirusa padają takie potęgi jak Apple (brak dostępności iPhone11, SE2), Lufthansa (uziemienie 20 proc. floty) czy Nissan, Hyundai (zamknięte fabryki). W Polsce odczuwalne skutki widać m.in. w branży fotowoltaiki.

Obawy polskich firm, które pracują nad uruchomieniem farm fotowoltaicznych potęgują doniesienia z Chin. Chińska branża fotowoltaiczna spodziewa się, że produkcja ogniw i modułów wróci do wcześniejszego poziomu dopiero w drugiej połowie tego roku. Ograniczenie produkcji czy nawet tymczasowe zamykanie całych fabryk może dotknąć chińskich producentów modułów fotowoltaicznych, którzy razem odpowiadają za około 70 proc. globalnej produkcji.

– Mamy do czynienia ze zdarzeniem nieoczekiwanym o daleko idących skutkach. Jesteśmy narażeni na brak możliwości terminowego dokończenia projektów zielonej energii na czas. Stąd potrzeba doraźnego przesunięcia terminu dostarczenia energii elektrycznej w ramach systemu aukcyjnego URE na 2021 rok – podkreśla Robert Jan Szustkowski, analityk rynku OZE.

Obawy polskich przedsiębiorców z branży fotowoltaicznej są uzasadnione. Agencja ratingowa Moody’s ostrzega przed kryzysem. – Koronawirus może być czarnym łabędziem jak żaden inny – pisze w swoim raporcie, licząc nie tylko straty w ludziach, lecz coraz głośniej mówiąc o firmach, uzależnionych od dostaw z Państwa Środka.

Obowiązki wytwórcze a polska rzeczywistość w dobie koronawirusa

Po tym jak w listopadzie 2018 roku rozstrzygnięto aukcje URE dla projektów fotowoltaicznych i wiatrowych o jednostkowej mocy do 1 MW (554 oferentów wybranych), wytwórcy ze zwycięskimi ofertami mają obowiązek spełnienia wielu kryteriów i obowiązków wynikających z ustawy OZE.

Jednym z najistotniejszych zobowiązań w przypadku nowych projektów, jest z obowiązanie się do sprzedaży energii elektrycznej z OZE po raz pierwszy w ustawowym terminie 24 miesięcy od dnia zamknięcia sesji aukcji – w przypadku farm fotowoltaicznych do listopada 2020 roku!

– Niewykonanie tego obowiązku powoduje, że wytwórca zostaje wykluczony z systemu aukcyjnego i nie może przystąpić z daną instalacją do aukcji na sprzedaż energii elektrycznej z OZE przed upływem 3 lat licząc od dnia, w którym zobowiązanie stało się wymagalne. Dodatkowo w takim przypadku kaucja wniesiona przy składaniu oferty nie podlega zwrotowi, a gwarancja bankowa może zostać użyta. Ponadto brzmienie przepisów nie pozwala w 100 proc. wykluczyć nałożenia kary finansowej związanej z niewytworzeniem wskazanej w ofercie ilości energii – Piotr Szwarc, Specjalista ds. energetyki odnawialnej w kancelarii CCLaw Creative Consultants.

Tymczasem rzeczywistość i globalny charakter epidemii koronawirusa stawia pod znakiem realne wykonanie tego obowiązku w ustawowym terminie. Przyczyna – Chiny wstrzymują produkcję paneli fotowoltaicznych. Jak podaje portal gramwzielone.pl, w Chinach moduły wytwarza większość producentów w tym m.in. trzej najwięksi producenci na świecie – Jinko Solar, JA Solar i Trina Solar. Wiadomo, że ten ostatni producent musiał wstrzymać produkcję w jednej ze swoich fabryk przynajmniej do połowy tego miesiąca.  Fabryki ogniw i modułów fotowoltaicznych znajdują się m.in. w mieście Wuhan, a więc w epicentrum koronawirusa.

W ubiegłym roku w Polsce zainstalowano systemy fotowoltaiczne o łącznej mocy niemal 830 MW. Dzięki temu całkowity potencjał polskiej fotowoltaiki na koniec 2019 roku wzrósł do 1,3 GW. Projekt Polityka Energetyczna Polski zakłada 20 GW mocy fotowoltaicznych w Polsce w 2040 roku.

Rynki próbują odbić po „czarnym poniedziałku”

Rynki próbują odbić po poniedziałkowym załamaniu, ale doniesienia związane z koronawirusem przypominają, że może być jeszcze gorzej, zanim będzie lepiej. Inwestorzy muszą manewrować między informacji o objęciu czerwoną strefą całych Włoszech a zapowiedziami nowego pakietu gospodarczego w USA. Awersja do ryzyka będzie podtrzymywana, ale będą się trafiać okresy rajdów ulgi.

W Chinach przybywa mniej niż 100 przypadków zachorowań dziennie i władze w Pekinie rozważają poluzowanie restrykcji dotyczących przemieszczania się w Wuhan – epicentrum epidemii. Ale uwaga już jakiś czas temu przerzucona została na gospodarki rozwinięte, gdzie przypadków zachorowań przybywa lawinowo. Całe Włochy zostały objęte nakazem ograniczonego poruszania się, a inwestorzy ekstrapolują obawy na resztę Europy. W USA nie brakuje krytyki za niedostateczne zarządzanie kryzysowe. Im więcej pojawi się restrykcji, tym większy będzie to pretekst do podsycania awersji do ryzyka. Wciąż nic nie słychać o planach skoordynowanych działań rządów i banków centralnych, choć głośne apele o kolejne obniżki stóp procentowych są równoważone przez komentarze, że banki powinny przede wszystkim zadbać o bezpośrednie wsparcie płynnościowe. Po drugie polityka monetarna nie jest najlepszym remedium na szok dla aktywności gospodarczej – tutaj większe pole do popisu ma polityka fiskalna. Z resztą jak pokazała zeszłotygodniowa decyzja Fed, nawet cięcie znienacka o 50 pb może nie przynieść spokoju na rynki, jeśli zostanie odebrane jako działanie niewystarczające.

A nie ma gwarancji, czy cokolwiek po stronie skoordynowanej akcji banków centralnych rynki potraktują jako środki wystarczające. Stąd wydaje się, że Fed poczeka z decyzją o cięciu do zaplanowanego posiedzenia w przyszłym tygodniu i nie będzie potęgował zamieszania. USD odbija dziś, gdyż wczoraj rynek agresywnie dyskontował ruch ze strony Fed. Wstrzymanie do 18 marca nie ratuje za bardzo dolara, jeśli rynek będzie podtrzymywał oczekiwania na sprowadzenie stóp procentowych do zera. W międzyczasie jednak czeka nas decyzja EBC, gdzie jakaś forma luzowania musi nastąpić (cięcie stóp procentowych, programy pożyczkowe, wzmocnienie QE). Będzie to tworzyć dodatkowy zamęt na EUR/USD. USD/JPY odbija dziś w ślad za rynkiem akcji i skokiem rentowności długu USA, ale jeśli Wall Street ponownie wpadnie w panikę, ucieczka w jena wróci. We wtorek stabilizatorem jest zapowiedź prezydenta USA Trumpa, że administracja szykuje obniżkę podatku od wynagrodzeń i „znaczną ulgę” dla dotkniętych branż. Nikt jednak nie wie, jaki sukces nowy pakiet gospodarczy odniesie w stabilizacji aktywności gospodarczej i czy rynek akcji już poprawnie dyskontuje nową rzeczywistość. Wysoka zmienność jest świadectwem niepewności i wraz z postępami epidemii należy liczyć się z silnymi ruchami w obu kierunkach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

2 x 10 prostych punktów nt. komunikacji kryzysowej ws. koronawirusa

Wzrost liczby przypadków infekcji koronawirusem w Polsce oraz rosnące poczucie zagrożenia sprawia, że wiele firm i instytucji staje obecnie w obliczu kryzysu. Koronawirus już takie kryzysy powoduje lub może wywołać zarówno bezpośrednio, jak i – znacznie częściej – pośrednio. Agencja Alert Media Communications, specjalizująca się w komunikacji kryzysowej, opracowała i przedstawia dedykowane rekomendacje dotyczące sposobu zarządzania informacją w związku z narastającym problemem zagrożenia wirusem Covid-19. Rekomendacje te mogą mieć decydujące znaczenie w pierwszych fazach kryzysu, gdy ten dopiero dotknie daną firmę lub instytucję.

Kryzys związany z koronawirusem w największym stopniu odbywa się w sferze percepcji. To sposób postrzegania tego zagrożenia i obawy z nim związane tworzą rzeczywistość, w której firmy i instytucje stają wobec weryfikacji zaufania do nich ze strony konsumentów, klientów, petentów. Coraz więcej podmiotów komercyjnych – małych i dużych – już teraz boleśnie odczuwa skutki tych lęków konsumenckich. Dziś wszyscy stajemy wobec pytania, czy pierwsze bankructwa i straty są tylko przejściowym efektem wirusa, czy może początkiem całej fali. Fali kryzysów.

„Jakkolwiek duże jest rzeczywiste zagrożenie koronawirusem wobec innych zagrożeń – takich jak zwykła grypa czy wypadki komunikacyjne będące w tym samym czasie przyczyną większej liczby zgonów – realny jak beton jest strach przed koronawirusem przekładający się na zachowania i postawy ludzi. Emocje są zawsze prawdziwe, nawet gdy ich przyczyny mogą być wątpliwe. Percepcja to rzeczywistość” – powiedział Adam Łaszyn, Prezes Alert Media Communications i dodał: „To zatem działania w sferze percepcji, a więc komunikacji, są kluczowym obszarem przeciwdziałania narastającym problemom pochodzącym z koronawirusa”.

Właśnie dlatego – w oparciu o wiedzę i zasady dotyczące komunikacji kryzysowej – agencja Alert Media Communications opracowała rekomendacje dla firm i instytucji w zakresie właściwego zarządzania informacją w związku z koronawirusem.

Komunikacja zewnętrzna ws. koronawirusa:

  1. Wykaż przede wszystkim troskę o ludzi – konsumentów, interesantów, pracowników, a nie o firmę czy jej marki. To ludzie muszą być w centrum uwagi i komunikacji.
  2. Komunikuj swe prewencyjne działania w mediach społecznościowych, ale uważaj, by nie zasiać tam paniki skoncentrowanej na twojej firmie – nadmierna komunikacja o koronawirusie może was wyróżnić i wywołać wrażenie, że problem w waszej firmie jest większy niż w innych.
  3. Przygotuj się. Chcesz pokoju – szykuj się do wojny. Zrób analizę ryzyka. Jakie negatywne scenariusze koronawirus może wywołać wobec twojej firmy bezpośrednio lub pośrednio. Opracuj sposoby reakcji i tego, jak o tym zakomunikujesz.
  4. Reaguj na zdarzenia szybko. Miej przygotowane komunikaty na wypadek zakwestionowania bezpieczeństwa twojego produktu lub świadczonych usług. Reakcja firmy musi być nie tylko szybka, ale i właściwa – dlatego lepiej, by była przygotowana.
  5. Podobnie – miej gotowe komunikaty na wypadek publicznych informacji o pojawieniu się infekcji w twojej firmie. Komunikat powinien mówić o tym, co dzieje się z zainfekowanym pracownikiem, co zrobiła firma i jak działa w stosunku do innych pracowników, kontrahentów, produktów czy usług.
  6. Pamiętaj – kryzysu wcale nie tworzy negatywne zdarzenie, a zły sposób reakcji na nie. Nie masz drugiej szansy na swą pierwszą reakcję. Zanim zatem wydasz pierwszy komunikat, sprawdź z kimś z zewnątrz, czy jest właściwy – np. czy w pierwszej reakcji nie dominują twoje emocje, a nie merytoryka. To jak konsultacja u lekarza w sprawie infekcji.
  7. W przypadku realnego zagrożenia lub już zaistnienia szerszego problemu związanego z koronawirusem (zarówno samym zakażeniem, jak i efektami pośrednimi) powołaj Sztab Kryzysowy, w którym koniecznie musi być oddzielna osoba odpowiadająca tylko za komunikację. Rozważ wsparcie zewnętrzne.
  8. W komunikatach antykryzysowych – w reakcji na już zaistniały problem – skup się na faktach i merytoryce. Uwzględnij jednak też emocje odbiorców komunikatów. Zarówno bowiem fakty, jak i emocje będą decydować o percepcji Twoich działań oraz kształtować zaufanie do Twojej firmy lub jego spadek.
  9. Bazuj wyłącznie na sprawdzonych informacjach. Koronawirus wyjątkowo łatwo wykorzystać w tzw. fake news. Uważaj zatem, by twoja firma nie stała się ich źródłem, bo wtedy strata wiarygodności będzie bardzo bolesna.
  10. Bądź gotowy na atak użytkowników sieci społecznościowych, a nawet profesjonalnych mediów, gdy twoja firma w jakiś sposób zostanie powiązana z koronawirusem. Hejt i krytyka spadną na ciebie, nawet jeśli to nie z twojej winy nastąpią problemy z dostawami czy serwisem, wywołane przez wirusa.

Komunikacja wewnętrzna ws. koronawirusa:

  1. Uczyń priorytetem komunikację pracowniczą ws. koronowirusa i działań firmy. Pracownicy są i będą ambasadorami firmy – wobec rodzin, znajomych, klientów, partnerów. Znacznie bardziej wiarygodnymi niż komunikaty firmy czy nawet jej media społecznościowe. Ale uważaj, by nie siać paniki nadmierną ilością pejoratywnych nakazów, zakazów i przestróg budzących obawy i strach. Twoim celem jest spokój i zaufanie.
  2. Udostępnij w miejscu pracy wyraźne informacje edukacyjne na temat profilaktyki zakażenia oraz reakcji w przypadku zaistnienia symptomów infekcji. Optymalną formą są plakaty i infografiki wywieszane w widocznych miejscach firmy (winda, kuchnia, łazienka).
  3. Stosuj maksymalnie proste komunikaty, krótkie teksty. Jeśli tylko możliwe i adekwatne – wspierane graficznie ikonami lub rysunkami. Długie teksty bez wizualizacji często po prostu nie są czytane i istotne treści nie docierają do odbiorców.
  4. Poinformuj pracowników o różnych możliwościach, jakie mogą pomóc w prewencji infekcji – praca z domu, videokonferencje, automatycznie należące się zasiłki (np. przy zamknięciu szkół) etc. Wyjaśnij, jak to się ma do ich praw urlopowych.
  5. W kluczowych komunikatach – takich jak wprowadzone zasady czy najważniejsze decyzje dotyczące ludzi, działalności, produktów – pracowników powinien informować szef firmy (np. jako nadawca e-maili), a nie któryś z dyrektorów czy managerów.
  6. Nie możesz pracownikom zabronić wyjazdów prywatnych do krajów objętych zwiększonym ryzykiem, ale w wyraźny sposób udostępniaj im wskazywaną przez MSZ i GIS listę tych krajów. Na bieżąco aktualizuj te informacje.
  7. Numeruj najważniejsze komunikaty do pracowników (np. te wydawane przez szefa), aby ułatwić im śledzenie rozwoju sytuacji i zaangażowania firmy na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa.
  8. Zapewnij pracownikom łatwy kontakt w sprawie obecnego zagrożenia – stwórz wewnętrzną infolinię lub udostępnij dane kontaktowe do dedykowanej osoby albo komórki firmy, która zajmie się dowolnym pytaniem lub problemem związanym z koronawirusem wprost lub pośrednio.
  9. Zapewnij spójność i sprawność przekazu na zewnątrz – wyznacz konkretną osobę, która ma wyłączność na udzielanie mediom informacji związanych z problemem koronawirusa. Uprzedź wszystkich pracowników, że tylko ta wyznaczona osoba może się w tej sprawie wypowiadać.
  10. Wykazuj szczególną troskę wobec pracowników – nie tylko przekazuj decyzje czy zalecenia, ale rozmawiaj z nimi, wykazuj empatię i wychodź naprzeciw ich trudnej sytuacji wywołanej przez koronawirusa (np. dzieci, które muszą zostać w domu). Twoja lojalność wobec pracowników w trudnych chwilach zwróci się zwiększoną lojalnością wobec firmy.

Sektory z największymi zaległościami wobec banków i partnerów biznesowych w 2019 r.

Do 32,25 mld zł wzrosły na koniec 2019 r. zaległości firm wobec partnerów biznesowych i banków – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Od końca grudnia 2018 r. do końca grudnia 2019 r. firmom przybyło ponad 2,68 mld zł (9,1 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na minimum 500 zł. W pierwszej trójce niesolidnych dłużników pozostają największe sektory gospodarki: handel, przemysł i budownictwo, czwarty jest transport, który pod względem kwoty zaległości rok wcześniej zajmował 6. miejsce. Choć zaległości wzrosły to jednak udział firm z opóźnionym płatnościami spadł z 6,1 proc. do 5,9 proc.

Sektory z największymi zaległościami wobec banków i partnerów biznesowych w 2019 r.
Pierwsze trzy pozycje na liście niesolidnych sektorowych dłużników zajmują: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,52 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,57 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z niemal 5,13 mld zł. Pierwsze trzy pozycje na liście niesolidnych sektorowych dłużników zajmują: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,52 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,57 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z niemal 5,13 mld zł (16 proc.) niespłaconych zobowiązań.

Na czwarte miejsce z kwotą ponad 1,92 mld zł wszedł transport, który przed rokiem był szósty pod względem sumy przeterminowanych płatności. Transport wyprzedził sektory obsługi rynku nieruchomości oraz zakwaterowanie i gastronomia.

Od końca grudnia 2018 r. do końca grudnia 2019 r. poza transportem, którego zaległości wzrosły o 24 proc., w wysokim stopniu podwyższyły się również zaległości edukacji (o 33 proc.) i pozostałej działalności usługowej (o 19,2 proc.) – w pierwszym przypadku o 373,6 mln zł, w drugim o 41,3 mln zł, a w trzecim o 53,8 mln zł. Wartościowo najbardziej podniosły się zaległości handlu – 1,045 mld zł (16,2 proc.).

W dwóch z monitorowanych branż w ciągu 2019 r. zaległości spadły. W największym stopniu, o ponad 14 proc. (21,2 mln zł) firm wytwarzających i zaopatrujących w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych. O niecałe 8 proc. (ponad 11 mln zł) spadły wśród firm zajmujących się działalnością związaną z kulturą, rozrywką i rekreacją.Sektory z największymi zaległościami 2018– W kategorii zaległości miniony rok można określić rokiem transportu. Dynamika przyrostu przeterminowanych płatności transportu należała do najwyższych. Jednocześnie udział firm z problemami płatniczymi mocno wzrósł w sytuacji gdy w całej gospodarce spadł z 6,2 proc. do 5,9 proc. Na koniec grudnia 2019 r., co jedenaste przedsiębiorstwo z sektora transport i gospodarka magazynowa miało na koncie zaległości wobec banków, innych instytucji finansowych i partnerów biznesowych (9 proc.). Rok wcześniej taki problem dotyczył 8,5 proc. firm. Od handlu, przemysłu czy budownictwa, gdzie opóźnienia ma około 5,5 proc. przedsiębiorstw, transport dzieli coraz większy dystans – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor i wiceprezes BIK.

W handlu, przemyśle i budownictwie, które z racji znaczącej roli w gospodarce mają najwyższe zaległości wobec banków i partnerów biznesowych najbardziej przybyło przeterminowanych płatności w handlu – ponad 16 proc., ponad 1 mld zł. – W handlu zaległości znacząco rosły przez cały rok i z pewnością przysparzały problemów swoim dostawcom, m.in. przemysłowi. Dla odmiany w budownictwie, po sporym skoku zaległości w trzecim kwartale, w czwartym sytuacja się uspokoiła – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

W przemyśle i budownictwie zaległości wzrosły odpowiednio o 8,9 proc. oraz 8 proc., czyli nieco poniżej średniej dla wszystkich sektorów (9,1 proc.). W handlu jak i w przemyśle przyrost przeterminowanych zobowiązań jest efektem pogłębiania się problemów firm, które już przestały sobie radzić z terminowymi rozliczeniami, bo niesolidnych dłużników tam nieznacznie, ale jednak ubyło. Natomiast w transporcie firm w kłopotach jest dziś prawie 2,7 tys. więcej i ma to przełożenie na skok udziału niesolidnych przedsiębiorstw. Transport jest obecnie sektorem, w którym udział firm z problemami w rozliczeniach jest najwyższy. Przed rokiem był to sektor odpowiadający za dostawę wody odprowadzanie ścieków i gospodarowanie odpadami, który miał 8,9 proc. udział niesolidnych dłużników, dziś ma 8,5 proc. Wzrost liczby podmiotów opóźniających płatności, na który należy też zwrócić uwagę odnotowały również takie sektory jak: działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca, rolnictwo oraz wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych.

Wi-Fi 6 – co niesie ze sobą nowy standard?

Wi-Fi 6 oznacza jeszcze szybszą i bardziej wydajną sieć bezprzewodową. Kto może najwięcej skorzystać na aktualizacji do standardu Wi-Fi 6? Jakie są jego największe zalety?

Wchodzi nowy standard łączności bezprzewodowej Wi-Fi 802.11ax, znany też pod nazwą Wi-Fi 6. Zwiększono w nim prędkość do 10 Gb/s, tj. o ok. 40% w porównaniu z poprzednimi technologiami. Znacznie zmniejsza problem oczekiwania na reakcję urządzeń w miejscach, gdzie wielu użytkowników podłączonych jest do sieci w tym samym czasie.

W pierwszej kolejności Wi-Fi 6 znajdzie zastosowanie tam, gdzie zależy nam na szybkim i nieprzerwanym przesyłaniu danych dużej liczby użytkowników zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni.

Cyfrowa nauka

W szkołach i na uczelniach do sieci bezprzewodowej podłączonych są setki studentów i pracowników, z wielu miejsc i o różnych porach. Nauczyciele i uczniowie spędzają teraz dużo czasu pracując w sieci, coraz częściej używają inteligentnych tablic, laptopów lub tabletów i korzystają z treści multimedialnych. Wi-Fi 6 zapewni im za każdym razem szybsze i bardziej spójne połączenia.

Pomoc w pracy

W biurach liczących ponad 15 pracowników, magazynach lub zakładach montażowych i produkcyjnych Wi-Fi 6 zapewni krótsze czasy reakcji, zoptymalizuje problemy z wydajnością, których użytkownicy mogą czasem doświadczać z uwagi na starszą technologię. Ułatwi też wdrażanie urządzeń IoT.

Sektor usługowy i wypoczynkowy

Wszędzie tam, gdzie przebywa duża liczba ludzi podłączających się na co dzień do sieci bezprzewodowej, czyli w hotelach, pensjonatach, barach, kawiarniach, sklepach, w centrach konferencyjnych, na dworcach kolejowych i lotniskach Wi-Fi 6 zapewni znaczny wzrost efektywności i wydajności sieci.

Zalety Wi-Fi 6

Prędkość sieci do 10 Gb/s

Dla porównania: 802.11ac Wave 2 (Wi-Fi 5) zapewnia prędkości bezprzewodowe przekraczające 2 Gb/s, a w przypadku najlepszej nawet konstrukcji i konfiguracji teoretyczne maksimum powyżej 6 Gb/s.

Przepustowość sieci może wzrosnąć nawet o 400%

WiFi-6 oferuje szerokość pasma 160 MHz, a tym samym szybsze prędkości połączeń pomiędzy routerem a urządzeniami.

Sprawdza się przy wielu urządzeniach końcowych podłączonych na niewielkiej przestrzeni w tym samym czasie Wraz ze wzrostem liczby połączeń i natężenia ruchu w sieci rośnie rywalizacja między urządzeniami, które są do niej podłączone.

Już gdy około 12-15 użytkowników lub urządzeń zostanie podłączonych do punktu dostępowego można odczuć różnicę wydajności sieci Wi-Fi 6 w porównaniu ze starszym standardem.

Pozwala na oszczędność baterii podłączonych urządzeń

Kolejnym ulepszeniem w standardzie 802.11ax jest obsługa Target Wake Time (TWT), który pozwala oszczędzać energię poprzez planowanie kiedy urządzenia powinny zostać „wybudzone” ze stanu uśpienia lub zostać wyłączone. Technologia ta jest wykorzystywana do wspierania wdrożeń IoT, w których do gromadzenia danych w określonych odstępach czasu używa się czujników lub innych urządzeń.

Większa odporność na zakłócenia pochodzące z innych sieci bezprzewodowych (tzw. coloring). Przy stosowaniu identyfikatorów kolorów, transmisje tego samego rodzaju, pochodzące z różnych punktów dostępowych, mogą pozostać w odosobnieniu. Unika się w ten sposób interferencji międzykanałowej. Umożliwia to korzystanie z wielu punktów dostępowych w tym samym otoczeniu bez konieczności oczekiwania na miejsce na kanale.

Czy można ubezpieczyć imprezę od koronawirusa?

  • Coraz więcej imprez jest odwoływanych przez koronawirusa.
  • W pewnych przypadkach organizatorzy posiadający specjalistyczne ubezpieczenie mogą liczyć na odzyskanie poniesionych kosztów.
  • Ubezpieczenie OC organizatora nie zapewnia środków na wypłatę odszkodowań za zarażenie w trakcie imprezy.

Rosnące obawy przed zarażeniem koronawirusem mają coraz większy wpływ na gospodarkę – giełdy notują spadki, linie lotnicze i biura podróży liczą straty w związku z rezygnacją z podróży. Kolejnym sektorem, który zaczyna dotkliwie odczuwać biznesowe skutki epidemii, są branża rozrywkowa, sportowa i kulturalna. Decyzje o odwołaniu imprez są podejmowane codziennie, a duże cykliczne wydarzenia są przekładane na jesień. Czy można odzyskać poniesione koszty i utracone zyski z tytułu ich anulowania?

Organizatorzy dużych imprez sportowych, koncertów bądź festiwali, a nawet konferencji branżowych lub naukowych wiedzą, jak wiele czynników wpływa na ich przebieg. Zdaje sobie z tego sprawę także rynek ubezpieczeń. Dlatego oferuje rozwiązania pozwalające zabezpieczyć się na wypadek szeregu zdarzeń, włącznie z odwołaniem z powodu wybuchu epidemii choroby zakaźnej. Są to specjalistyczne ubezpieczenia, przygotowywane często we współpracy z międzynarodowym partnerem jak Lloyd`s of London – zauważa Łukasz Zoń, prezes Stowarzyszenia Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych.

W jakiej sytuacji zadziała ubezpieczenie imprezy?

Oferowane np. przez Lloyd`s of London tzw. contingency insurance, zapewnia zabezpieczenie przed skutkami finansowymi wielu nieprzewidzianych zdarzeń. Przede wszystkim chroni przed stratami wynikającymi z odwołania wydarzenia. Lista przyczyn uwzględnianych przez ubezpieczyciela jest szeroka. Obejmuje zarówno wybuch epidemii choroby zakaźnej, jak i złe warunki atmosferyczne, katastrofy pogodowe, czy też zwiększenie zagrożenia terroryzmem, zamieszkami lub ogłoszenie żałoby narodowej. W ramach polisy ubezpieczony może liczyć m.in. na refundację kosztów, które musiał ponieść z tytułu organizacji wydarzenia, jak i wypłatę środków potrzebnych na zwrot pieniędzy za anulowane bilety.

Należy jednak zaznaczyć, że do odwołania musi dojść z przyczyn niezależnych od organizatora, czyli na przykład w wyniku decyzji odgórnej, zarządzenia wojewody. Oznacza to, że masowy zwrot biletów przez publiczność ze strachu przed zarażeniem czy samodzielna decyzja organizatora, mogą nie być uznane za podstawę do wypłaty odszkodowania. Takie sytuacje należą do standardowego ryzyka biznesowego, którego ubezpieczenia zazwyczaj nie pokrywają – wskazuje Łukasz Zoń.

Inaczej jednak towarzystwa ubezpieczeń podchodzą do przypadków rezygnacji wykonawców. Może dojść do tego, że główna gwiazda, sportowiec czy prelegent uznają, że wycofują się z udziału w wydarzeniu, ponieważ boją się zarażenia koronawirusem, mimo że impreza z przyczyn epidemiologicznych nie została odwołana, bo ryzyko rozprzestrzenienia choroby zostało ocenione jako małe. W takim wypadku organizator może liczyć na odszkodowanie z tytułu ubezpieczenia, ponieważ działanie to nie było zależne od niego.

Zarażenie w trakcie imprezy – czy ubezpieczyciel wypłaci odszkodowanie?

Ponieważ liczba zarażonych oraz osób będących pod obserwacją służb medycznych nie jest jeszcze duża, część wydarzeń odbywa się zgodnie z planem. Mimo zachowania wszelkich środków ostrożności i niskiego ryzyka rozprzestrzeniania choroby może jednak dojść do sytuacji, w której jeden z uczestników będzie nosicielem koronawirusa i zarazi pozostałych. W takiej sytuacji można się spodziewać, że pojawią się roszczenia wobec organizatora. Czy odszkodowanie będzie można pokryć z ubezpieczenia OC?

Roszczenia wynikające z przeniesienia choroby zakaźnej pomiędzy uczestnikami imprezy masowej są co do zasady wyłączone zarówno z ochrony zapewnianej przez obowiązkowe OC organizatora imprezy masowej, jak i standardowych warunków dobrowolnego ogólnego ubezpieczenia OC. Można wykupić odpowiednie rozszerzenie tej ochrony, ale nie obejmuje ono chorób zakaźnych, o których istnieniu w chwili zawierania umowy ubezpieczony wiedział. Zatem jeżeli ubezpieczenie nie było wykupione przed pojawieniem się koronawirusa, to nie można liczyć na wsparcie ubezpieczyciela – dodaje Łukasz Zoń.

Źródło: Stowarzyszenie Polskich Brokerów Ubezpieczeniowych i Reasekuracyjnych

Rzecznik MŚP wsparł przedsiębiorcę w postępowaniu. W efekcie ZUS przyznał przedsiębiorcy prawo do zasiłków

Pani Agnieszka prowadzi działalność fizjoterapeutyczną od 2007 r. Pod koniec 2018 r. Zakład Ubezpieczeń Społecznych wszczął wobec niej postępowanie wyjaśniające, czy od 1 grudnia 2013 r. podlegała dobrowolnemu ubezpieczeniu chorobowemu z tytułu działalności gospodarczej oraz w zakresie podstawy wymiaru składek na to ubezpieczenie.

Przedsiębiorca, stosownie do wezwań organu, udzielał wyjaśnień i dowodził, że faktycznie wykonuje pozarolniczą działalność gospodarczą, polegającą na świadczeniu usług fizjoterapeutycznych, oraz przedkładał organowi dokumenty potwierdzające ten stan, w tym m.in. faktury VAT. Finał tego był taki, że Zakład poinformował Panią Agnieszkę, że przeprowadzone postępowanie wyjaśniające potwierdziło fakt prowadzenia przez nią działalności gospodarczej oraz zasadność zgłoszenia do ubezpieczeń społecznych z tego tytułu.

Przy okazji postępowania organ pozyskał jednak szereg dokumentów związanych z prowadzoną przez przedsiębiorcę działalnością gospodarczą i wszczął wobec niego z urzędu kolejne postępowanie, tym razem w sprawie prawidłowości wykorzystania zwolnień lekarskich.

W tej sytuacji Pani Agnieszka zwróciła się do Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców z wnioskiem o podjęcie czynności interwencyjnych w jej sprawie. Rzecznik dostrzegł szereg nieprawidłowości w prowadzonym przez ZUS postępowaniu i zwrócił się do organu z kolejnymi wnioskami o udzielenie wyjaśnień. Nieprawidłowości polegały m.in. na podjęciu przez ZUS postępowania wyjaśniającego bez uprzedniego poinformowania o tym fakcie przedsiębiorcy.

W międzyczasie ZUS odmówił przedsiębiorcy prawa do zasiłków opiekuńczego i chorobowego za okresy wskazane w swej decyzji oraz zobowiązał Panią Agnieszkę do zwrotu nienależnie – zdaniem Zakładu – pobranych zasiłków. Dysponując dokumentacją zgromadzoną w postępowaniu dotyczącym podlegania przez nią ubezpieczeniom, dopatrzył się okoliczności świadczących o tym, że w okresach niezdolności do pracy z powodu choroby, a także sprawowanej opieki, wykonywała czynności związane z prowadzeniem działalności gospodarczej.

W ocenie Zakładu dowodem na wykonywanie przez przedsiębiorcę działalności w trakcie niezdolności do pracy było m.in. podpisywanie przez niego umów z pracownikami i zleceniobiorcami, a także dokonywanie zakupów np. odzieży roboczej i gorsetu rehabilitacyjnego.

Przedsiębiorca wniósł odwołanie od decyzji ZUS. Rzecznik wyraził swoje stanowisko, w którym wskazał, że przy ocenie, czy przedsiębiorca, będący jednocześnie pracodawcą, wykonywał pracę zarobkową podczas przebywania na zwolnieniach lekarskich, należy odróżnić sytuacje, w których przedsiębiorca faktycznie wykonywał czynności ukierunkowane na wykonywanie zadań i osiąganie zysków, od czynności formalno – prawnych związanych z zatrudnianiem pracowników.

– Formalno-prawne prowadzenie jednoosobowej działalności gospodarczej, jeśli osoba ją prowadząca jest równocześnie pracodawcą, nie jest wykonywaniem „pracy zarobkowej”, stanowiącym przesłankę utraty prawa do zasiłku chorobowego. O wykonywaniu przez przedsiębiorcę pracy w trakcie orzeczonej niezdolności do pracy nie może od razu przesądzać okoliczność, że podpisał on umowę o pracę z pracownikiem, jeżeli dotychczas to przedsiębiorca był odpowiedzialny za ten aspekt prowadzonej przez siebie działalności. Prowadziłoby to bowiem do sytuacji, w której każde zachorowanie przedsiębiorcy skutkowałoby paraliżem firmy. Ponadto samo podpisywanie umów z pracownikami należy zakwalifikować do czynności podejmowanych jedynie incydentalnie, co również nie powinno skutkować utratą prawa do zasiłku – wyjaśnia radca prawny Agnieszka Majewska, pełnomocnik terenowy Rzecznika MŚP w Gdańsku.

Co więcej, ZUS w decyzji odmawiającej prawa do zasiłków powiązał daty poszczególnych faktur kosztowych, wystawionych przedsiębiorcy za zakup m.in. odzieży roboczej i gorsetów rehabilitacyjnych z datami, w których przedsiębiorca korzystał z zasiłków chorobowych i opiekuńczych. I przyjąwszy, że daty wystawienia poszczególnych faktur są datami dokonania zakupów przez Panią Agnieszkę, uznał że dokonywała zakupów w trakcie orzeczonej niezdolności do pracy lub sprawowania opieki.

– Nie można uznać, że data wystawienia faktury zawsze będzie datą dokonania przez przedsiębiorcę zakupu. Zgodnie z przepisami ustawy o VAT, fakturę należy wystawić nie później niż do 15. dnia miesiąca następującego po wykonaniu usługi czy dostawie towaru. Możliwa jest zatem sytuacja, w której przedsiębiorca dokonał zakupu danego towaru wcześniej, aniżeli wystawiona została przez sprzedającego faktura. Moment dokonania przez przedsiębiorcę zakupu mógł zatem przypadać na okres, kiedy nie przebywał on na zwolnieniu lekarskim. Co więcej, w niniejszej sprawie zakupów mogli dokonać zatrudnieni przez przedsiębiorcę pracownicy, na co wskazywał sam przedsiębiorca, a czego absolutnie nie wziął pod uwagę ZUS – podkreśla Rzecznik MŚP Adam Abramowicz.

W związku z wniesionym odwołaniem oraz argumentami przedstawionymi przez Rzecznika, ZUS ostatecznie wydał decyzję przyznającą przedsiębiorcy prawo do zasiłków chorobowych i opiekuńczych.

Fundusze Europejskie na B+R na Mazowszu. Rusza konkurs NCBR Szybka Ścieżka dla Mazowsza

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, agencja wykonawcza Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego, ogłasza konkurs Szybka Ścieżka dla Mazowsza. To już kolejna inicjatywa NCBR, która umożliwia finansowanie nowych produktów, usług i technologii powstających na terenie województwa mazowieckiego. Na innowatorów czeka 500 mln zł z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, czyli z Funduszy Europejskich.

W ubiegłorocznym konkursie dedykowanym projektom realizowanym na terenie województwa mazowieckiego, czyli Ścieżce dla Mazowsza, finansowanie otrzymało 56 projektów, a do innowatorów trafiło łącznie niemal 500 milionów złotych. Wśród sfinansowanych technologii znalazły się m.in. substytut czerwonych krwinek, innowacyjna usługa carsharingu 2.0, sensory dla przemysłu 4.0 i IoT czy platforma do e-marketingu. Chętnych do skorzystania ze wsparcia było jednak znacznie więcej, o dofinansowanie starało się aż 211 projektów.

Fundusze Europejskie wspierają innowacje. Liczymy na dobre propozycje w naborze dla Mazowsza w sprawdzonej i przyjaznej dla zgłaszających się Szybkiej Ścieżce. Doświadczenie zeszłorocznego konkursu pokazuje, że na Mazowszu firmy zgłaszają duże zainteresowanie uzyskaniem dofinansowania na działalność B+R. Dlatego też przeznaczamy na ten konkurs największą pulę środków dla jednego regionu. Oczekujemy, że przedsiębiorstwa, które zrealizują projekty B+R, będą mogły po fazie wdrożenia z powodzeniem konkurować na rynkach europejskich i światowych – mówi minister funduszy i polityki regionalnej Małgorzata Jarosińska-Jedynak.

Mazowsze jest najsilniejszym polskim ośrodkiem w zakresie rozwoju innowacyjności – przypomina natomiast wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Grzegorz Wrochna. – Warto zauważyć, że województwo to nie konkuruje z innymi polskimi regionami, a raczej działa z nimi w synergii, budując przewagę konkurencyjną krajowej gospodarki. Mazowsze staje w wyścigu z europejskimi liderami, a Warszawa rywalizuje dziś o tytuł międzynarodowej stolicy biznesu. W tym kontekście, z całą pewnością, naszą rolą jest wspieranie rozwoju tego regionu – dodaje.

Nowa inicjatywa Szybka Ścieżka dla Mazowsza oparta została na zasadach znanych przedsiębiorcom z flagowego konkursu NCBR, czyli Szybkiej Ścieżki. Konkurs dla Mazowsza jest więc instrumentem wsparcia kierowanym szeroko: do przedsiębiorców – niezależnie od wielkości firmy – oraz konsorcjów z udziałem przedsiębiorców lub przedsiębiorców i jednostek naukowych. Inicjatywa ma formułę horyzontalną, tzn. nie ma ściśle zawężonej tematyki badawczej. Pomysł, który ma szansę na dofinansowanie, powinien natomiast wpisywać się w minimum jedną Krajową Inteligencją Specjalizację. Co ważne – w przypadku projektu realizowanego samodzielnie, wnioskodawca musi realizować projekt na terenie Mazowsza. Jeżeli jednak chce realizować projekt w konsorcjum, przynajmniej jeden z konsorcjantów musi prowadzić prace B+R na Mazowszu. Na innowatorów czeka aż 500 mln zł z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój, z czego 250 mln zł pochodzi  z alokacji dla województwa mazowieckiego, a drugie 250 – z alokacji dla pozostałych województw.

– Projektując Szybką Ścieżkę dla Mazowsza, wykorzystaliśmy nasze najświeższe doświadczenia związane z tegorocznymi inicjatywami NCBR, zwłaszcza z naszym flagowym konkursem, czyli Szybką ścieżką. Postawiliśmy sobie jasne cele: wyjść naprzeciw oczekiwaniom wnioskodawców poprzez uproszczenie języka w dokumentacji konkursu, a także ograniczenie liczby kryteriów, które podlegają ocenie – mówi dyrektor NCBR dr inż. Wojciech Kamieniecki.

Na co można otrzymać dofinansowanie?

Na badania przemysłowe, eksperymentalne prace rozwojowe oraz prace przedwdrożeniowe, czyli te, które pozwolą na komercjalizację danego rozwiązania. Obligatoryjnym elementem prac są jedynie eksperymentalne prace rozwojowe. Minimalna wartość projektu w przypadku pojedynczego MŚP to 1 mln zł, a w przypadku dużych firm oraz konsorcjów 2 mln zł. Maksymalna wartość kosztów kwalifikowanych projektów, współfinansowanych przez NCBR, nie może przekroczyć 50 mln euro. Dofinansowanie może wynieść aż do 80% wartości badań przemysłowych prowadzonych w projekcie. Wysokość dofinansowania zależna jest przede wszystkim od rodzaju prac prowadzonych w projekcie oraz wielkości przedsiębiorstwa.

Nabór wniosków rozpocznie się 9 kwietnia i potrwa do 14 maja 2020 r., do godz. 16.00.

Cyberprzestępcy podszywają się pod Allegro. Jak nie dać się oszukać?

W ostatnim czasie na skrzynki mailowe Polaków docierają informacje o możliwym zablokowaniu konta w serwisie Allegro.pl z powodu rzekomego nieuregulowania płatności. To kolejna akcja cyberprzestępców, która na pierwszy rzut oka jest przygotowana z całkiem dużą skrupulatnością, ale zawiera pewne błędy, których zauważenie pozwala uniknąć kłopotów. Na co zwrócić uwagę, aby nie dać się oszukać?

Phishing wciąż modny

Phishingowe wiadomości, w których cyberprzestępcy podszywają się pod znane marki (sklepy online, firmy kurierskie, telekomunikacyjne, banki), to wciąż problem dla wielu użytkowników internetu. Często ulegają oni pierwszej emocjonalnej reakcji, jakiej doświadczają po przeczytaniu wiadomości z wezwaniem do pilnego uregulowania zadłużenia, sprawdzenia statusu przesyłki czy informacji o wygranej w internetowym konkursie.

Socjotechniki bazują na wywołaniu emocji u odbiorcy wiadomości. Maile z linkami do fałszywego polecenia zapłaty lub złośliwymi załącznikami często są napisane w alarmistycznym tonie, z użyciem sformułowań, które mają wzbudzić u odbiorcy natychmiastową reakcję – mówi Jolanta Malak, dyrektor Fortinet w Polsce.

Mniej obeznani z realiami cyfrowego świata użytkownicy mogą stać się więc ofiarami cyberprzestępców, a kliknięcie w złośliwy link lub otwarcie załącznika może mieć poważne konsekwencje: od pobrania oprogramowania ransomware, które szyfruje dane na urządzeniu, po ujawnienie loginu i hasła do konta bankowego, co może doprowadzić do utraty zgromadzonych na nim środków.

Na co zwrócić uwagę?

W przypadku otrzymania podejrzanej wiadomości kluczowe jest zachowanie spokoju. – Warto wziąć kilka głębszych oddechów i na spokojnie przeanalizować treść maila – radzi Jolanta Malak. – Często można wyłapać w niej błędy, które powinny wzbudzić naszą ostrożność i skłonić do kontaktu z potencjalnym nadawcą inną drogą, np. telefonicznie z Biurem Obsługi Klienta. O ile, oczywiście, w ogóle posiadamy konto w serwisie, który rzekomo się z nami kontaktuje. Jeśli nie, taka wiadomość od razu powinna trafić do kosza – dodaje ekspert Fortinet.

W przypadku wspomnianej kampanii oszustów podszywających się pod Allegro można dostrzec następujące podejrzane elementy w treści maila:

– niska kwota rzekomego zadłużenia, która może wywołać poczucie, że lepiej ją dla „świętego spokoju” opłacić i mieć problem z głowy;

– kwota „1.98” jest zapisana w formacie z kropką, bez oznaczenia „zł” lub „PLN” – taki zapis w języku polskim jest praktycznie niespotykany, zazwyczaj stosuje się przecinek oraz odpowiedni skrót oznaczający walutę;

– widoczne są błędy gramatyczne polegające na niepoprawnej odmianie („aby zapobiec blokady konta”) oraz literówki („Twój dług przejmie windykacyjna” – brakuje tutaj słowa „firma”). Na tym przykładzie widać też element zastraszający, mając wzbudzić emocje – nikt nie chciałby mieć kłopotów związanych z postępowaniem windykacyjnym.

Najechanie kursorem myszy na przycisk ZAPŁAĆ uwidacznia podejrzany adres URL. Warto jednak zauważyć, że cyberprzestępcy zachowali np. oryginalny adres do regulaminu serwisu Allegro.Cyberprzestępcy podszywają się pod Allegro. Jak nie dać się oszukać

Zabiegi socjotechniczne będą tak długo stosowane przez cyberprzestępców, jak długo będą skuteczne i dochodowe.  Eksperci Fortinet podkreślają, że zachowując rozsądek, nie reagując pochopnie na podejrzane wiadomości, można oszczędzić sobie wielu kłopotów. Warto również edukować w zakresie podstawowych środków cyberhigieny osoby starsze oraz mniej świadome internetowych realiów, które są dla cyberprzestępców najłatwiejszym celem.

Rynek podcastów szansą dla reklamodawców. Firmy muszą się nauczyć korzystać z nowego medium zyskującego popularność wśród odbiorców

Podcasty mają duży potencjał do wykorzystania w marketingu i w promocji marek. Ich mocną stroną w przeciwieństwie do standardowych mediów elektronicznych nie są zasięgi i liczba odbiorców, ale zaangażowanie i bliski kontakt podcastera z odbiorcą. – Rekomendacje, które daje podcaster swoim słuchaczom, są traktowane jak rekomendacje znajomych, kogoś, do kogo mamy zaufanie, kogo znamy, z kim mamy wspólne poglądy albo zainteresowania – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Małek, podcast manager LTTM. Jego zdaniem za pięć–sześć lat podcasty będą obowiązkowym elementem marketingowego miksu.

Podcasty to stale rosnące medium w Polsce, bardzo popularne za oceanem. 45 proc. polskich internautów w wieku 19-49 lat deklaruje, że zna pojęcie podcastu, dla porównania w USA w 2018 r. było to 63 proc. – wynika z badania Nielsena przeprowadzonego w 2019 r. „Czy Polacy słuchają podcastów”. Co piąty internauta w Polsce potwierdza, że słucha podcastów, a to oznacza kilka milionów odbiorców.

Wczesne wejście w to medium i wykorzystanie go w kreatywny sposób w momencie, kiedy ono jeszcze nie jest tak bardzo spenetrowane reklamowo jak np. YouTube czy chociażby reklama display, da poza marketingowymi wartościami również wartości czysto PR-owe. Ktoś, kto zrobi pierwszą głośną kampanię z podcasterami, nie tylko napędzi rynek, ale też dostanie darmowy ekwiwalent PR – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Małek, podcast manager LTTM.

Podcast to rozwijające się medium w Polsce, z dużym potencjałem. 12 proc. internautów potwierdza, że przesłuchało co najmniej jeden podcast w miesiącu, a 7 proc., że w ciągu tygodnia. Dla porównania za oceanem co czwarty Amerykanin w wieku 12+ deklaruje, że słucha podcastów – wynika z badania Nielsena. Na świecie nakłady firm na emisję reklam w czasie słuchania podcastów w 2019 roku szacowane były na ponad 1 mld dol., a do 2023 roku wartość reklamowa podcastów może wzrosnąć o 23 proc. i przekroczyć 1,4 mld dol. – ocenia PwC.

– Postrzegam drogę podcastów tak jak drogę blogów. Dziesięć lat temu wykorzystywanie reklamy na blogach było kwiatkiem do kożucha, czymś, co można było zrobić, ale było to ryzykowne i często się mówiło, że zapraszanie blogerów na konferencje czy pojawianie się na blogach było czymś niekoniecznym. Teraz praktycznie dotarcie do ludzi opiniotwórczych, niebędących zwykłymi, szeregowymi dziennikarzami, których pracą jest po prostu przerabianie informacji, jest dla marek najcenniejsze. Podejrzewam, że droga podcastów będzie podobna. Od pewnego braku zrozumienia do stałego i ważnego punktu w miksie mediowym. – mówi Newseria Biznes Maciej Małek, podcast manager LTTM.

Firmy w Polsce uczą się wykorzystywać potencjał drzemiący w podcastach. Chcą je wykorzystać przede wszystkim w komunikacji marketingowej z klientem. Eksperci są zgodni, że pierwsze kroki marek to czas eksperymentowania i poszukiwania nowych form dotarcia do klienta. Zdaniem eksperta LTTM najważniejsze to zrozumieć to medium. W tworzeniu kampanii marketingowych kluczowe są zaangażowanie i konwersja, która powinna być mierzona na każdym etapie kampanii.

– W kampaniach przeprowadzanych z podcasterami najlepiej będą działały metody, które można łatwo mierzyć i które przekładają się na bezpośrednie korzyści dla klienta, takie jak sprzedaż, subskrypcje czy leady. Dobrym sposobem jest na przykład przekazanie podcasterowi kodu promocyjnego, o którym opowie swoim słuchaczom. Dzięki temu klient bezpośrednio może sprawdzić, ile osób skorzystało z rekomendacji twórcy – mówi agencji Newseria Biznes Maciej Małek.

Podcasty to pole do eksperymentów dla firm, na którym można sprawdzać różnych twórców, formaty i wreszcie mierzyć ich skuteczność. To medium, w którym mogą także pracować influencerzy marketingu, gdyż takimi zdaniem ekspertów w przyszłości mogą stać się podcasterzy, a same podcasty będą ważnym elementem miksu marketingowego za pięćsześć lat.

Legalne konopie stają się atrakcyjną inwestycją dla producentów alkoholu, papierosów i kosmetyków. To jeden z najdynamiczniej rosnących sektorów w gospodarce

Medyczna marihuana legalizowana jest w wielu krajach. Zaczynają się nią interesować również producenci alkoholi i artykułów tytoniowych. Altria Group, producent papierosów Marlboro, zainwestował 1,8 mld dol. w kanadyjskiego producenta legalnych konopi Cronos Group, a Constellation Brands, producent piwa Corona, 4 mld dol. w Canopy Growth Corp.

Według Euromonitor International rynek konopi zmieni nie tylko branżę medyczną, ale również tytoniową, medyczną i kosmetyczną. Potwierdza to inwestycja Curaleaf Holdings, amerykańskiego dystrybutora marihuany, który 2 marca 2020 r. zapowiedział przejęcie BlueKudu, jednego z najstarszych w Kolorado producentów najwyższej jakości jadalnych produktów z marihuany.

– Rynek legalnych konopi jest jednym z najdynamiczniej rosnących sektorów w gospodarce. W tej chwili jego wartość szacowana jest na 32 mld dol., a jego przewidywany średni wzrost wynosi około 24 proc. rocznie – mówi agencji Newseria Biznes Albert Rokicki, założyciel i główny redaktor portalu Longterm.pl.

Największy udział w rynku mają Stany Zjednoczone i Kanada. Według Arcview Market Research i BDS Analytics w 2019 r. wartość rynku legalnych konopi w USA wynosiła 14,4 mld dol., a w Kanadzie 2,7 mld dol. Wzrost rynku konopi indyjskich będzie jednak uzależniony od dalszej legalizacji używki nie tylko dla celów medycznych.

– W Kanadzie konopie są całkowicie legalne, zarówno medyczne, jak i rekreacyjne, a kolejne stany w USA legalizują je, nie tylko w celach medycznych – potwierdza ekspert.

Marihuana po raz pierwszy została zalegalizowana w 1996 r. w Kalifornii. Dzisiaj leczniczo można ją stosować w 33 stanach , a rekreacyjnie w 11 – przy czym w Kolorado i w stanie Waszyngton już od ośmiu lat. Medyczną marihuanę do legalnego obrotu wprowadziła też większość krajów europejskich.

Wzrost rynku konopi nie jest równoważny z notowaniami giełdowymi. S&P/MX International Cannabis, indeks producentów konopi, dołuje od początku 2018 r.  Na wartości tracą również najwięksi producenci marihuany, tacy jak Canopy Growth, Cronos Group czy Aurora Cannabis. Na plusie są tylko inwestorzy, którzy kupowali akcje producentów i dystrybutorów konopi indyjskich kilka lat temu, kiedy nic nie zapowiadało wielkiego boomu.

– Spółki, które debiutowały w 2014, 2015 i 2016 roku, dały gigantyczne stopy zwrotu wczesnym inwestorom, pomimo ostatnich sporych spadków, które dochodziły nawet do ponad 60–70 proc. – przyznaje założyciel portalu Longterm.pl.

Rynek jest więc ryzykowny, ale wciąż kusi inwestorów, mimo że większość producentów konopi indyjskich ma problem z rentownością.

– Rynek ten można porównać do dawnej gorączki złota. Śmieję się, że najwięcej zarobili na niej producenci łopat i sit, dobrze więc i teraz zapewnić sobie jakiś sprzęt do uprawy, ale lepiej zajmować się wykorzystywaniem marihuany w medycynie niż sprzedażą samego towaru. Doświadczenie i historia pokazują,  że mało będzie liderów, którzy przetrwają kilkanaście–kilkadziesiąt lat, żeby stać się dominującymi podmiotami – tłumaczy Albert Rokicki.

Za oceanem ryzyko upadłości najmniejszych producentów rośnie ze względu na coraz większe trudności z refinansowaniem zadłużenia. Analitycy liczą więc na konsolidację w branży i przejmowanie mniejszych podmiotów przez większe. Każda taka informacja będzie wpływać jednak na wahania kursów giełdowych. Na razie po notowaniach widać, że na spółkach takich jak Canopy Growth, która jest największym legalnym producentem marihuany na świecie, najwięcej zyskuje kapitał spekulacyjny. Wysoką zmienność wykazują również indeksy: S&P/MX International Cannabis i BITA Global Cannabis Giants, w którego portfelu znajduje się 20 największych spółek związanych z sektorem konopi.

– W Kanadzie i w Stanach Zjednoczonych inwestorzy zarobili bardzo dużo. Potem ci, którzy niefortunnie wchodzili w akcje na górce, pewnie stracili, więc zniechęcenie inwestycyjne do branży jest duże. Jednak w Polsce nie mieliśmy jeszcze żadnego podmiotu z tego sektora, więc możemy powtórzyć cały ten cykl – przewiduje Albert Rokicki. – Zacznie się od dynamicznego wzrostu, potem nastąpi – jak w przypadku wszystkich innych aktywów inwestycyjnych – pewne przewartościowanie, żeby nie powiedzieć bańka spekulacyjna, realizacja zysków, schłodzenie i korekta. Wszystko jest przed nami. Cała droga, którą przeszli już Kanadyjczycy i Amerykanie przez ostatnie cztery–pięć lat – podsumowuje założyciel portalu Longterm.pl.

Co drugi Polak ma stwierdzoną wadę wzroku lub chorobę oczu. 15 proc. nigdy nie odwiedziło specjalisty

Co drugi Polak ma stwierdzoną wadę wzroku lub chorobę oczu, a co trzeci przyznaje, że widzi niewyraźnie – wynika z badania IQS przeprowadzonego w lutym dla Vision Express. Z drugiej strony Polacy zdecydowanie za rzadko odwiedzają okulistów i optometrystów. Tylko 37 proc. skontrolowało swój wzrok w ciągu ostatniego roku. Regularne wizyty u specjalisty odbywa co trzeci badany. Pozostali – co dwa lata bądź jeszcze rzadziej, a 15 proc. z nich nigdy nie skontrolowało swojego wzroku. Do 31 marca można to zrobić w ramach corocznej akcji Wielkie Badanie Wzroku, w której uczestniczy ponad 220 salonów Vision Express w całej Polsce.

– Polacy nie badają regularnie swojego wzroku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express. – Tylko 1/3 z nas odwiedziła specjalistów w ciągu ostatniego roku. Pozostałe osoby czynią to co dwa lata bądź jeszcze  rzadziej, co niestety wpływa na jakość naszego widzenia. Co więcej, prawie 15 proc. przyznało, że nigdy nie  było na wizycie u okulisty lub optometrysty.

Średnio co trzeci Polak deklaruje, że widzi niewyraźnie. Co drugi (50 proc.) ma stwierdzoną wadę wzroku lub chorobę oczu. Podobny odsetek (47 proc.) nosi okulary lub soczewki kontaktowe. Wśród osób ze stwierdzoną wadą wzroku 55 proc. cierpi na krótkowzroczność, a 33 proc. na astygmatyzm. Blisko 2/3 Polaków deklaruje też, że ma zaleconą korekcję wzroku przez specjalistę – wynika z lutowego badania IQS przeprowadzonego dla Vision Express na grupie 1,6 tys. osób w ramach akcji Wielkie Badanie Wzroku.

– Świadomość Polaków dotycząca stanu zdrowia oczu wydaje się niewystarczająca. Dane statystyczne pokazują, że co drugi Polak ma wadę wzroku, chorobę oczu lub jakieś dysfunkcje związane ze wzrokiem. Niestety wczesne symptomy – np. nieostre widzenie – są często bagatelizowane. Tłumaczymy je zmęczeniem, długą pracą przy komputerze czy przemęczeniem oczu. Tymczasem są to już objawy, które należy konsultować ze specjalistą – mówi mgr inż. Ryszard Drożdż, optometrysta Vision Express.

– Jako nowoczesna cywilizacja zaakceptowaliśmy nasze wady wzroku, ale wraz z edukacją krótkowzroczność z epidemii stała się pandemią. Światowa Organizacja Zdrowia nieprzypadkowo ogłosiła 2020 Rokiem Wzroku. W tym momencie już ok. 50 proc. dzieci w Polsce jest krótkowzrocznych, a do 2050 roku ten problem będzie dotyczyć globalnie połowy populacji – mówi dr n. med. Anna M. Ambroziak, specjalistka okulistyki, Centrum Okulistyczne Świat Oka. – Krótkowzroczność polega na wydłużaniu się, czyli nadmiernym wzroście, gałki ocznej.

Wśród dorosłych do najpoważniejszych chorób oczu należą zaćma, jaskra i zwyrodnienie plamki związane z wiekiem. Najczęstsze zaś schorzenie to zespół suchego oka związany z czynnikami cywilizacyjnymi, takimi jak: smog, zanieczyszczenie środowiska, alergie czy cukrzyca.

– Poza krótkowzrocznością epidemią jest cukrzyca, która daje pierwsze objawy właśnie w narządzie wzroku. Nieleczona prowadzi do ślepoty w ciągu 10–20 lat i jest dużym wyzwaniem epidemiologicznym – podkreśla dr n. med. Anna M. Ambroziak.

Częstą przyczyną wad wzroku są codzienne nawyki. Z badania Vision Express wynika, że 85 proc. Polaków każdego dnia korzysta z laptopa, smartfona lub tabletu, a 55 proc. ogląda telewizję – z czego ponad połowa przez ponad 4 godziny. 45 proc. osób przebywających w pomieszczeniach ze sztucznym oświetleniem robi to powyżej 8 godzin, a blisko połowa (47 proc.) pracuje przy komputerze.

– Dzięki regularnym badaniom moglibyśmy zapobiec aż 80–90 proc. chorób oczu. Profilaktyka i jeszcze raz profilaktyka. Każdy dorosły po 40. roku życia powinien kontrolować się przynajmniej raz do roku podczas wizyty, która obejmuje pełne badanie optometryczne. Jeżeli ktoś ma jaskrę, cukrzycę – odpowiednio częściej. Dotyczy to również dzieci z krótkowzrocznością i tych, których rodzice są krótkowzroczni. Rozwój tego schorzenia wymaga, by kontrolować się nawet co pół roku, a minimum raz na rok – mówi specjalistka okulistyki z Centrum Okulistycznego Świat Oka.

– Profilaktyka i badania wzroku są bardzo istotne, z jednej strony pozwalają zachować wysoką jakość widzenia przez całe życie, z drugiej – wykryć pierwsze objawy chorób oczu czy symptomy chorobowe na bardzo wczesnym etapie. To z kolei umożliwia znacznie skuteczniejsze leczenie – dodaje dr n. biol. Robert Grabowski, dyrektor medyczny Vision Express.

Jak podkreślają eksperci, wzrok należy badać przynajmniej raz do roku, a o regularność powinny dbać zwłaszcza osoby starsze. Badanie wzroku trzeba też przejść każdorazowo, kiedy pojawią się niepokojące symptomy związane z widzeniem: zaburzenia ostrości wzroku, bóle głowy czy dyskomfort podczas dłuższej pracy przy komputerze lub oglądania telewizji.

– Są to sygnały, które wręcz powinny zmotywować pacjenta do tego, żeby zjawić się w gabinecie okulistycznym czy optometrycznym i przeprowadzić niezbędne badania – podkreśla dr n. biol. Robert Grabowski.

– Trzeba zbudować świadomość tego, jak ważny jest narząd wzroku. 80 proc. informacji, które otrzymujemy, dociera do nas właśnie dzięki niemu. Dbanie o wzrok polega nie tylko na noszeniu korekcji, lecz także na wykonywaniu sukcesywnych, corocznych badań kontrolnych. Podobnie jak wykonujemy badanie techniczne samochodu, tak raz do roku warto zbadać wzrok. Wizyta u okulisty czy optometrysty jest bezpieczna, bezinwazyjna, nie wymaga żadnego przygotowania, więc warto z niej korzystać – dodaje mgr inż. Ryszard Drożdż, optometrysta Vision Express.

W ramach corocznej akcji Wielkie Badanie Wzroku – która potrwa do 31 marca – prowadzone są badania wzroku w ponad 220 salonach Vision Express w całej Polsce.

– Podczas takiego badania można wykonać pomiar ostrości widzenia czy zmierzyć ciśnienie wewnątrzgałkowe. Poza określeniem wady wzroku w salonach czekają również specjaliści, którzy pomogą dobrać odpowiednią korekcję okularową i oprawki pozwalające na skorygowanie wady wzroku – mówi optometrysta mgr inż. Ryszard Drożdż.

Celem ogólnopolskiej kampanii Wielkie Badanie Wzroku jest zwiększenie świadomości Polaków odnośnie do konieczności regularnego badania wzroku.

Zanieczyszczenia powietrza mocno odbijają się na zdrowiu Polaków

Zanieczyszczenie powietrza w Polsce można porównać do dymu papierosowego. Wiadomo, że palenie jest bardzo szkodliwe, a dym powoduje wiele groźnych chorób. Bardzo podobnie jest ze skażonym powietrzem. W obu przypadkach występuje rakotwórczy związek – benzoalfapiren. Oprócz tego wdychamy także pyły zawieszone, które są przyczyną udarów, zawałów, chorób układu naczyniowo-krążeniowego oraz nowotworów płuc. Substancje te bardzo źle wpływają na małe dzieci i kobiety w ciąży. Według badań przeprowadzonych przez profesora Jędrychowskiego, dzieci z ciąż donoszonych w Krakowie – gdzie jakość powietrza jest bardzo zła – rodziły się dużo mniejsze, lżejsze i w gorszym stanie zdrowia niż podobne grupy noworodków.

– Po kilku latach życia zbadano także iloraz inteligencji tych dzieci. Okazało się, że był niższy niż w grupie porównawczej. Konsekwencje dużego zanieczyszczenia powietrza nie omijają także dorosłych – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Siergiej z Polskiego Alarmu Smogowego. – Oprócz udarów i zawałów obserwuje się choroby neurodegeneracyjne. Poważnym skutkiem jest zjawisko pogarszających się z wiekiem zdolności poznawczych. Zła jakość powietrza przyczynia się w Polsce średnio rocznie aż do 45-46 tysięcy przedwczesnych zgonów. To tyle, co liczba mieszkańców takich miast, jak Kołobrzeg czy Oświęcim. Taka liczba osób umiera więc każdego roku w związku z zanieczyszczeniami – a przeciętny obywatel żyje średnio o 9 miesięcy krócej. Są to jednak wartości uśrednione. Należy pamiętać, że mieszkańcy miast najbardziej zanieczyszczonych są narażeni na silniejsze skutki. Dzisiaj takie dane oraz ocena jakości powietrza stają się więc ważnym kryterium przy wyborze miejsca do życia – wyjaśnia Siergiej.

Kolej może już wkrótce być całkowicie ekologiczna. Będzie napędzana wodorem lub energią słoneczną

W miarę wycofywania starych pociągów z tradycyjnymi silnikami pojawiają się nowe – napędzane wodorem czy fotowoltaiką. W Wielkiej Brytanii linia biegnąca do Londynu z Hampshire jest obecnie jedyną na świecie, która działa wyłącznie dzięki energii słonecznej. Zmieniają się też same dworce – zasilane zieloną energią stają się hubami komunikacyjnymi. – Aby kolej stała się środkiem transportu pierwszego wyboru, konieczne są programy modernizacyjne – ocenia Paweł Skoczowski, ekspert klastra Luxtorpeda 2.0.

– Transport kolejowy zużywa najmniejsze wolumeny energii. Ze względu na stan taboru i aktualnie wykorzystywane środki transportowe potrzebne są inwestycje, które będą poprawiać efektywność, m.in. w nowy tabor, efektywniejsze energetycznie lokomotywy pracujące w systemie dwusystemowym, które mogą przemieszczać się, zarówno wykorzystując napęd spalinowy, jak i elektryczny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Skoczowski.

Amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA) szacuje, że w USA pojazdy drogowe generują 82 proc. emisji gazów cieplarnianych, samoloty – 9 proc., a kolej – zaledwie 2 proc. Według strony EcoPassenger, która oblicza emisję dwutlenku węgla na pasażera, dla osoby podróżującej z Londynu do Paryża samolotem emisja CO2 wyniosłaby 122 kg, w przypadku transportu drogowego – 48 kg, a gdyby jechała pociągiem – zaledwie 15 kg.

– Dobrze zorganizowany transport publiczny, opierający się na transporcie kolejowym, to alternatywa, która pozwala w dużym stopniu wyprowadzić pojazdy z miast. Wpisuje się to w trend niskoemisyjności gospodarki, natomiast wymaga przedsięwzięć, które zarówno poprawiają stan infrastruktury, jak też wpływają na preferencje podróżnych – przekonuje ekspert klastra Luxtorpeda 2.0.

Konieczna jest modernizacja kolei, ale też inwestycje w zielone i bardziej ekologiczne tabory. Powstają już pociągi napędzane wodorem, ze zbiornikiem na dachach, o zasięgu do 1 tys. km. Tankowanie zaś może odbywać się na trasie pociągu. To znacznie prostsze rozwiązanie niż np. elektryfikacja torów. Według oceny brytyjskiego Stowarzyszenia Przemysłu Kolejowego zelektryfikowanie 1 km toru może kosztować w Europie 11,3 mln dol. Pociągi napędzane wodorem są tańsze, nie wymagają masowych remontów torów i można je stworzyć poprzez modernizację istniejących pociągów z silnikiem Diesla.

– Transport XXI w., który przechodzi zieloną rewolucję, przede wszystkim bazuje na czystych, odnawialnych źródłach energii, odchodzimy od węgla. Gruntowna transformacja sektora w dużej mierze opiera się na energetyce. Potrzebujemy zarówno czystych źródeł wytwarzania, jak i efektywnych środków magazynowania energii oraz jej przesyłu – ocenia ekspert. – Rozwiązaniem, które jest wykorzystywane w zasadzie powszechnie, jest np. rekuperacja energii podczas hamowania.

W Wielkiej Brytanii linia łącząca Londyn z Hampshire jest obecnie jedyną na świecie, która działa wyłącznie zasilana energią słoneczną. Takich rozwiązań ma być jednak znacznie więcej, a fotowoltaika jest też coraz częściej stosowana także na dworcach, które stają się zielonymi hubami.

– Mówi się o gruntownej modernizacji dworców, o ich nowych funkcjach, że mają służyć rozwiązaniom ekomobilnym. To dworce-magazyny energii, z których zasila się pojazdy wykorzystywane przez pasażerów przesiadających się na kolej i z kolei na inne środki transportu, jak elektryczne hulajnogi, może bike i car sharing czy skutery elektryczne – wymienia Skoczowski.

Jak przekonuje ekspert klastra Luxtorpeda 2.0 w Polsce konieczne są skoordynowane inwestycje, zarówno na szczeblu krajowym, jak i samorządowym. Potrzeba więcej linii kolejowych i zagospodarowania białych plam w polskiej kolei, ale też inwestycji w coraz nowocześniejsze tabory, napędzane wodorem czy hybrydowe.

– Kluczową rolę w realizacji przedsięwzięć mających wpłynąć na spopularyzowanie kolei odgrywa zaangażowanie państwa, które wspiera inwestycje, szuka synergii pomiędzy programami realizowanymi z budżetu centralnego a przedsięwzięciami prowadzonymi przez samorządy. To także ambitne projekty poprawiające przepustowość linii, zwiększające prędkości pociągów, budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego – mówi Paweł Skoczowski.

Strach przed sztuczną inteligencją i robotyzacją – Capgemini obala 10 najpowszechniejszych mitów

Sztuczna Inteligencja (AI) oraz automatyzacja stają się coraz popularniejsze i coraz częściej jest o nich głośno także w mediach. Czy za sprawą robotów wszyscy stracimy pracę? Czas zmierzyć się ze wszystkimi mitami związanymi z Inteligentną Automatyzacją. Co jest prawdą? Jak AI zmienia nasz świat? Sprawdźmy to.

MIT #1 „Roboty sprawią, że będę bezrobotny”

Jak na razie automatyzacja stworzyła zapotrzebowanie na więcej miejsc pracy w przemyśle niż zostało przez nią zintegrowanych. Nie należy postrzegać inteligentnej automatyzacji i robotyzacji jako zagrożenia dla swojej pracy. Celem tych rozwiązań jest poprawa wydajności i efektywności. Wyręczenie ludzi w wykonywaniu nudnych i powtarzalnych zadań, które i tak mało kto lubi wykonywać. Dzięki temu ludzie mogą skupić się na poprawie jakości chociażby relacji z klientami. Można powiedzieć, że automatyzacja wymusza nabywanie nowych umiejętności i podnoszenia kompetencji przez pracowników. Natomiast w organizacji jest okazją do wprowadzania zmian organizacyjnych.

MIT #2 „Nie da się współpracować z robotami”

Celem automatyzacji i robotyzacji nie jest zastąpienie człowieka, a danie mu nowych narzędzi, które pozwolą efektywniej wykonywać swoje zadania. Wirtualni asystenci, aplikacje mobilne, automatyczna pogłębiona analiza danych to wszystko rozwiązania wykorzystujące AI, a pozwalające pracownikowi efektywniej korzystać ze swoich możliwości. Więcej danych, podanych w lepszy sposób sprawia, że można podejmować trafniejsze decyzje. Badania Capgemini dowodzą, że robotyzacja pozwala poprawić jakość obsługi klienta o 78%, skrócić czas procesów o 50% i poprawić zgodność z SLA o 39%. Postrzegajmy technologie nie jako rywala, a narzędzie.

MIT #3 „Zautomatyzujmy wszystko, później będziemy się martwić”

Wiele organizacji na siłę chcę automatyzować liczne procesy, a następnie jest zawiedziona efektami. Warto podchodzić do tego procesu w odpowiedzialny sposób. Dlatego Capgemini poleca swoją metodologie ESOAR. To przewodnik pokazujący krok po kroku jak przeprowadzić proces automatyzacji w przedsiębiorstwie. ESOAR to skrót od Eliminuj, Standaryzuj, Optymalizuj, Automatyzuj i Robotyzuj. Dzięki tej metodzie Twoja organizacja uzyska najlepsze efekty w procesie automatyzacji i robotyzacji.

MIT #4 „Roboty nie popełniają błędów”

Największą zaletą robotów, powinno być uniknięcie pomyłek, które popełniają ludzie. Jednak to nie prawda. Pomyłki robotów się zdarzają i mogą być bardzo kosztowne. Dlatego tak istotne jest odpowiednie przygotowanie ich do pracy. Od samego początku przygotowania robotyzacji w firmie ważne jest zrozumienie wymagań biznesowych, opracowanie scenariuszy i liczne poziomy testów. Tylko odpowiednio przygotowana automatyzacja zapewni korzyści.

MIT #5 „Robotyzacja to temat przyszłości”

To dzieje się już teraz! Coraz więcej firm korzysta z automatyzacji, aby uprościć procesy biznesowe. Tylko w samym Capgemini wdrożyliśmy już setki rozwiązań z zakresu AI i robotyzacji. Warto sprawdzić nasze repozytorium Digital Global Enterprise Model (D-GEM) i AI Gallery, aby przekonać się jak już teraz robotyzacja wpływa na funkcjonowanie przedsiębiorstw i przynosi konkretne wyniki.

MIT #6 „Automatyzacja działa jedynie przy dużej skali”

Większość organizacji dostrzega korzyści płynące z automatyzacji przy skomplikowanych, dużych procesach w ogromnej skali. Tymczasem automatyzacja ma sens przy każdym rozwiązaniu, które jest stosowane wielokrotnie. W dodatku to właśnie wykorzystanie automatyzacji pomaga organizacjom zwiększyć skale działalności, czy świadczyć niektóre rozwiązania w modelu 24/7. Warto myśleć nieszablonowo i korzystać z szerokiej gamy rozwiązań, tak aby przeprowadzić rzeczywistą cyfrową transformację, a nie jedynie zautomatyzować część procesów.

MIT #7 „Roboty = Sztuczna Inteligencja”

Nie jest to prawdą. Nie każdy proces robotyzacji/automatyzacji wiąże się z wykorzystaniem AI. Rozwiązania RDA (Robotic Desktop Automation) i RPA (Robotic Process Automation) są już stosowane szeroko, a nie korzystają z AI. Nie trzeba być naukowcem, by korzystać na co dzień z zalet robotów w funkcjonowaniu firmy. Jednocześnie coraz częściej rzeczywiście łączy się technologie AI z automatyzacją. Dochodzi do tego także analiza danych. Finalnie więc możemy powiedzieć, że inteligentna automatyzacja procesów to RPA+AI+Analityka.

MIT #8 „Robotyzacja to trudne wyzwanie”

Przejście na automatyzację w firmie jest wyzwaniem, ale jedyne co jest wymagane to chęć nauki nowych rozwiązań i otwarty umysł. Dostępna jest naprawdę szeroka gama rozwiązań technologicznych, a firmy takie jak Capgemini dysponują bogatym doświadczeniem, które pozwala pomóc w zmierzeniu się z transformacją biznesu. Każde takie wyzwanie to okazja do podnoszenia umiejętności Twoich pracowników i poprawy funkcjonowania firmy.

MIT #9 „AI to tylko modne hasło”

Gdzie nie spojrzymy otacza nas hasło Sztuczna Inteligencja. AI stała się hasłem używanym wszędzie. Faktycznie jednak AI stała się rzeczywistością i biznesową koniecznością. Na przykład zrozumienie naturalnego języka (NLP) przez komputery pozwala na tworzenie kompleksowej automatyzacji na dużą skalę przy pracy nad dokumentami. Możliwości AI stają się coraz większe, a to pozwala organizacjom automatyzować to, co jeszcze niedawno wiązało się z mozolną pracą ludzkich rąk lub było awykonalne.

MIT #10 „Automatyzacja może poczekać”

Technologia cały czas się zmienia. Firmy nie mogą sobie jednak pozwolić na stagnacje i brak rozwoju, czekając na kolejne nowe rozwiązania. Warto już teraz sięgnąć po automatyzację, robotyzację i wdrażać ją w swoim biznesie. Nie wdrażając nowoczesnych rozwiązań, można tylko więcej stracić.

Autor: Marek Sowa, Head of Offering, Senior Artificial Intelligence Manager w Capgemini Polska. Pomaga globalnym firmom w transformacji ich biznesu przy wykorzystaniu Sztucznej Inteligencji i automatyzacji procesów. Sprawia, że nowe rozwiązania zapewniają organizacjom realnych wzrostów wartości.

WHO przestrzega przed paniką związaną z koronawirusem i noszeniem maseczek chirurgicznych przez zdrowe osoby. Te mogą wręcz stać się źródłem infekcji

W związku z epidemią koronawirusa, którego liczba przypadków wzrosła już do ponad 110 tys. w 105 krajach, Światowa Organizacja Zdrowia przestrzega przed noszeniem maseczek chirurgicznych przez osoby zdrowe, które chcą w ten sposób zabezpieczyć się przed zakażeniem. Nieodpowiednio stosowane mogą wręcz stać się przyczyną infekcji, a przez masowe wykupywanie masek może zabraknąć ich dla pracowników szpitali i osób zajmujących się chorymi.

– Wzrosła sprzedaż masek chirurgicznych. Chciałabym jednak podkreślić, że powinny być one używane przez pracowników służby zdrowia i osoby, które opiekują się chorymi. To oni przede wszystkim wchodzą w bliski kontakt z osobami zarażonymi koronawirusem. Maski są im potrzebne, aby zapobiec zakażeniu i w takich sytuacjach są skutecznym rozwiązaniem. Wiemy, że zarażenie wymaga przebywania w bliskim kontakcie z chorym – w odległości nie większej niż 2 metry. W przypadku osób zdrowych, które nie zajmują się chorymi, nie są one konieczne. Mogą dawać poczucie bezpieczeństwa, ale nic poza tym – mówi dr Paloma Cuchí, przedstawicielka WHO w Polsce.

Zgodnie z najnowszymi statystykami WHO liczba zarażonych koronawirusem SARS-CoV-2 na całym świecie wzrosła już do ponad 110 tys. przypadków w 105 krajach, a liczba zgonów przekroczyła 3,8 tys. W Europie największym ogniskiem są Włochy, gdzie tylko w ciągu ostatniej doby zmarły kolejne 133 osoby, a liczba chorych wzrosła do 7,4 tys. przypadków. W Polsce wykryto ich jak na razie 16.

Wirus rozprzestrzenia się drogą kropelkową, stąd zalecenia lekarzy i WHO mówią, aby przede wszystkim często myć ręce, dbać o ogólną higienę i unikać bliskiego kontaktu z innymi osobami. Lawinowo rośnie jednak sprzedaż maseczek chirurgicznych, zakładanych na twarz przez osoby zdrowe, które liczą, że w ten sposób unikną zarażenia. Część sklepów podnosi też ich ceny – z kilkudziesięciu groszy do nawet ponad 100 zł.

– Trzeba pamiętać, że przez masowe wykupywanie masek chirurgicznych może zabraknąć ich dla osób, dla których są one niezbędne, czyli pracowników szpitali i innych osób zajmujących się chorymi – podkreśla dr Paloma Cuchí.

WHO i Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC, European Centre for Disease Prevention and Control) podkreślają, że noszenie maseczek przez osoby zdrowe w celu zapobiegania infekcji wcale nie jest efektywne.

Maski powinni nosić wyłącznie lekarze i personel medyczny oraz osoby, które przebywają i opiekują się pacjentami zarażonymi bądź tymi, u których podejrzewa się zarażenie. WHO zaleca je także osobom, które kichają, kaszlą i mają objawy infekcji górnych dróg oddechowych.

– Zgodnie z wytycznymi WHO noszenie maski chirurgicznej przez osoby zdrowe nie jest najskuteczniejszym sposobem zapobiegania zachorowaniu. Osobom, które mimo to zdecydują się na ich użycie, zalecamy zapoznanie się z filmem instruktażowym na stronie WHO dotyczącym ich właściwego użytkowania – mówi przedstawicielka WHO w Polsce. – Aby maski były skuteczne, muszą być używane tak, aby nie było wolnych przestrzeni w określonych miejscach. Dotykając maskę brudnymi rękami, można ją zanieczyścić, a należy pamiętać, że znajduje się ona na naszej twarzy. Zanieczyszczoną maskę trzeba też odpowiednio zutylizować.

Nieumiejętne stosowanie maseczek może być wręcz szkodliwe, dlatego na swojej stronie internetowej WHO udostępnia filmik instruktażowy, który pokazuje, jak robić to prawidłowo. Przy zakładaniu należy dokładnie zakryć nią usta i nos, żeby nie pozostawić żadnych szpar pomiędzy maseczką a twarzą. Trzeba też unikać dotykania noszonej na twarzy maseczki i często myć ręce, aby nie przenosić na nią zanieczyszczeń. Po zdjęciu należy ją od razu wyrzucić do zamkniętego pojemnika na śmieci i umyć ręce.

Co istotne, zamiast chronić, maseczka może wręcz stać się źródłem infekcji, bo poprzez oddech szybko ulega zawilgoceniu, a takie środowisko jest idealną pożywką dla rozwoju drobnoustrojów. Dlatego też trzeba zmienić ją na nową, kiedy tylko stanie się wilgotna.

– Są oczywiście maski lepsze od innych, ale to nie one są najważniejsze, tylko sposób, w jaki są używane. Są maski, które zasłaniają większą powierzchnię albo lepiej filtrują powietrze, ale to poprawny sposób ich użycia jest w ostatecznym rozrachunku najważniejszy. Niektórzy używają ich podczas podróży lotniczych, mimo że nie jest to konieczne – zaznacza dr Paloma Cuchí.

Przedstawicielka WHO w Polsce podkreśla też, że w związku z epidemią koronawirusa SARS-CoV-2 krąży wiele błędnych i sprzecznych ze sobą informacji. Żeby więc uniknąć szerzenia się paniki – trzeba zasięgać ich z oficjalnych, rzetelnych źródeł.

– Rozpowszechnienie błędnych informacji jest dość powszechnym zjawiskiem. Informacje te mogą przeradzać się w mity i prowadzić do wybuchu paniki. Prowadzimy działania wspólnie z firmami odpowiedzialnymi za pracę największych przeglądarek internetowych oraz władzami państw, aby zapobiegać szerzeniu nieprawdziwych informacji – mówi dr Paloma Cuchí. – Chcę zaapelować do wszystkich obywateli, aby wszelkie pytania dotyczące koronawirusa kierowali do odpowiednich władz. W przypadku Polski będą to Ministerstwo Zdrowia, Główny Inspektorat Sanitarny czy Narodowy Instytut Zdrowia Publicznego. Pytania w tej sprawie można kierować również do WHO, mając przy tym pewność, że uzyska się wiarygodne informacje. Posiadanie błędnych informacji może prowadzić do podjęcia działań, które nie tylko będą kosztowne, ale również w niczym nie pomogą i nie zabezpieczą nas samych ani naszych rodzin przed zachorowaniem.