Chiny odzyskały już 3/4 swojego potencjału gospodarczego, utraconego w wyniku epidemii koronawirusa

Tempo wzrostu chińskiego handlu w pierwszych dwóch miesiącach 2020 r. było najniższe od 2016 r. Spadek ten jest mimo wszystko niewielki w porównaniu z 2009 r., kiedy to eksport i import obniżyły się odpowiednio do -26.5% i -43.1% r./r w ciągu jednego miesiąca. W styczniu i lutym 2020 r.[1] , eksport i spadły odpowiednio o -17.2% i -4.0% y/y (Rysunek 1). Spadek eksportu był większy niż przewidywano i oznacza najsłabszy początek roku od 2016 r. W najbliższych miesiącach może dojść do dalszego pogorszenia sytuacji w handlu, gdyż środki zapobiegania rozprzestrzenianiu się epidemii na świecie działają jako główna bariera handlowa.

W Euler Hermes szacujemy, że środki zapobiegania rozprzestrzenianiu się epidemii w Chinach prawdopodobnie będą kosztować -3 p.p. wzrostu PKB Chin w I kw. r./r., w tym -1,8 p.p. ze względu na niższą konsumpcję prywatną. Drastyczne środki wciąż stosowane w prowincji Hubei (która odpowiada około 4,5% PKB Chin) wraz z ogólną ostrożnością i ograniczeniem kontaktów między ludźmi w pozostałej części Chin wpływają na konsumpcję gospodarstw domowych, zwłaszcza na wydatki nieobowiązkowe, o charakterze uznaniowym. Odbudowa ufności konsumenckiej i powrót ich wydatków do normalnego poziomu może zająć więcej czasu niż przywrócenie produkcji. Wciąż wolumen transakcji na rynku nieruchomości pozostaje około 70% poniżej zwykłego poziomu, jaki notowano o tej porze roku (oryg.: „w szóstym tygodniu po Księżycowym Nowym Roku”) (Rysunek 2).

Miesiąc po wprowadzeniu środków zapobiegania rozprzestrzenianiu się wirusa można było zaobserwować ich efekt – nastąpił punkt zwrotny w rozwoju epidemii w Chinach. Aktualnym priorytetem będzie prawdopodobnie wznowienie działalności gospodarczej. Szacujemy, iż gospodarka chińska jest obecnie około 25% poniżej swojego zwykłego poziomu. Liczba „aktywnych” przypadków choroby, tj. liczba ludzi nadal chorych i potencjalnie zarażonych, spada od 18 lutego (19016 w dniu 8 marca w stosunku do rekordowej liczby 58 016). Dane dzienne dotyczące natężenia ruchu na drogach i zużycia węgla sugerują, że cała chińska gospodarka wciąż pracuje około 25% poniżej swojego zwykłego poziomu dla tej pory roku (Rysunki 3 i 4). Dane za styczeń-luty dotyczące produkcji przemysłowej, sprzedaży detalicznej i inwestycji, które zostaną opublikowane 16 marca, przedstawią pełny obraz tego, w jakim stopniu epidemia COVID-19 dotknęła chińską gospodarkę.

W Euler Hermes oczekujemy, iż powrót chińskiej gospodarki do działalności w pełnym zakresie, na zwyczajowym poziomie produkcji i obrotów nastąpi do końca kwietnia. Władze będą uruchomiać gospodarkę stopniowo w celu ograniczenia ryzyka ponownego wzrostu zarażeń COVID-19, wraz z powrotem migrujących pracowników do swoich miejsc pracy, i wraz z pogorszeniem się epidemii w innych częściach świata (Rysunek 5). Według stanu na dzień 5 marca, chińskie władze potwierdziły 36 przypadków wirusa COVID-19 przywiezionego z zagranicy, tj. około 40% nowych przypadków w ciągu dziesięciu w całych Chinach z wyłączeniem prowincji Hubei.

Rysunek 1 – Wzrost handlu zagranicznego Chin (% r./r.)

Wzrost handlu zagranicznego Chin
Źródło: Służba Celna Chin, Allianz Research

AUTOR ANALIZY: FRANÇOISE HUANG, Starszy Ekonomista, Dział Badań Ekonomicznych Euler Hermes

[1] W kontekście epidemii COVID-19 chińskie władze opublikowały skumulowane dane handlowe za styczeń i luty. Nie ma w tym nic niezwykłego, ponieważ niektóre dane w Chinach są publikowane w ten sposób, aby usunąć sezonowy wpływ ruchomego Księżycowego Nowego Roku.

Agencja Badań Medycznych rozpoczyna projekt własny dedykowany inicjacji prac nad poszukiwaniem szczepionki przeciw koronawirusowi

Agencja Badań Medycznych, w porozumieniu z Ministrem Zdrowia, prof. Łukaszem Szumowskim, przygotowała projekt własny w zakresie opracowania szczepionki na koronawirusa (wirusa SARS-CoV-2).

Celem projektu prowadzonego przez ABM jest włączenie polskich ośrodków naukowych do ogólnoświatowych badań nad skuteczną szczepionką na koronawirusa, powodującego zakaźną chorobę COVID-19.

Z raportu WHO wynika, że na dzień 8 marca 2020 r. w ponad 100 państwach potwierdzono laboratoryjnie zakażenie pacjentów koronawirusem SARS-CoV-2, a łączna liczba pacjentów sięgnęła ponad 105 tysięcy, z czego ponad 3500 osób zmarło. W Polsce pacjent „zero” został zidentyfikowany we środę 4 marca 2020 roku. Obecnie służby epidemiologiczne informują o 25 przypadkach zakażeń wykrytych u pacjentów.

„Wobec zagrożenia epidemiologicznego Agencja Badań Medycznych musi szybko zareagować tworząc dedykowany program, który zainicjuje udział polskich naukowców w projektach międzynarodowych w zakresie badań nad szczepionką przeciw CoV-2. Podjęliśmy rozmowy z Amerykanami w sprawie wspólnych badań i liczymy, że szybko przyniosą one efekty. W razie potrzeby będziemy dynamiczne zwiększać dedykowane środki finansowe” – podkreśla dr n. med. Radosław Sierpiński –  Prezes Agencji Badań Medycznych.

W związku z bardzo szybkim wzrostem zakażeń na świecie trwają intensywne prace nad poznaniem biologii koronawirusa SARS-CoV-2 jak i nad stworzeniem skutecznej szczepionki na chorobę COVID-19.

W reakcji na zagrożenie epidemiologiczne, Agencja Badań Medycznych podejmuje działania mające na celu realizację współpracy międzynarodowej i udziału polskich naukowców w międzynarodowych pracach badawczych nad koronawirusem. Jak podkreśla Prezes Sierpiński, Agencja Badań Medycznych podjęła już rozmowy m.in. ze stroną amerykańską, w tym National Institutes of Health (NIH) i dr. Anthony’m S. Fauci – Dyrektorem Instytutu Chorób Zakaźnych w Waszyngtonie oraz z agendami Komisji Europejskiej i Uniwersytetami Medycznymi w Europie, a także ambasadą Chin.

Wspólne działania mają ułatwić koordynację czynności podejmowanych w walce z wirusem
i przyczynią się do opracowania szczepionki chroniącej przed COVID-19 umożliwiając Polsce udział w toczących się na świecie pracach.

Projekt realizowany przez Agencję Badań Medycznych pozwoli na połączenie sił najlepszych światowych ośrodków, wykorzystanie potencjału polskiej kadry naukowej w czołowych pracach prowadzonych nad opracowaniem szczepionki przeciwko COVID-19 oraz wykorzystaniem dotychczasowych doświadczeń zdobytych podczas realizacji innych badań epidemiologicznych.

Wróciłeś z rejonu objętego koronawirusem i nie powiadomiłeś o tym pracodawcy? Musisz liczyć się z konsekwencjami

Obecny wzrost zagrożenia koronawirusem znacząco utrudnił bądź uniemożliwił odbycie urlopu zagranicą, jednak mimo to wielu Polaków ostatecznie zdecydowało się na wyjazd. Osoby, które wróciły z rejonu objętego zagrożeniem zakażenia się wirusem, na przykład z Włoch, i nie poinformowały o tym fakcie pracodawcy, muszą liczyć się z konsekwencjami prawnymi.

Osoby, które odbyły podróż do kraju zagrożonego koronawirusem i wróciły do Polski, a następnie umyślnie nie odbyły kwarantanny i nie dokonały profilaktycznych badań, mogą ponosić odpowiedzialność karną, ponieważ na podstawie art. 165 § 1 ust. 1 Kodeksu Karnego dopuszczają do szerzenia choroby zakaźnej. Zgodnie z orzecznictwem Sądu Najwyższego „szerzenie się” oznacza wystąpienie w krótkich odstępach czasu lub jednocześnie znacznej liczby zachorowań, co może prowadzić do epidemii.[1] Tym samym należy uznać, że pojawienie się w pracy takiego pracownika i nie poinformowanie pracodawcy o swoim wcześniejszym pobycie, stanowi w istocie „szerzenie” koronawirusa, co podlega odpowiedzialności karnej w postaci pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 8 lat.

Problemy dla pracodawców

Wzrost zakażeń wirusem COVID-19 powoduje również szereg utrudnień dla pracodawców, którzy muszą łączyć prawa i obowiązki wynikające z Kodeksu Pracy z nową specustawą w sprawie koronawirusa.

– Pracodawca, na podstawie specustawy o koronawirusie, ma prawo skierować pracownika, który przebywał w ostatnim czasie na terenach zagrożonych, do pracy zdalnej na okres 14 dni. W przeciwieństwie do postanowień kodeksu pracy, w tym przypadku nie wymagana jest zgoda pracownika na taki rodzaj pracy. Niedopuszczalne jest jednak uznaniowe działanie pracodawcy w postaci nie dopuszczenia pracownika do pracy. Kodeks pracy oraz specustawa nie przewidują również możliwości odesłania pracownika na badania. Te mogą nastąpić jedynie za jego zgodą – komentuje Adam Ziębicki, associate w kancelarii Chałas i Wspólnicy.

W przypadku gdy nie ma możliwości odesłania pracownika do pracy zdalnej, pracodawca może okresowo zwolnić pracownika z obowiązku świadczenia pracy. Może to jednak nastąpić jedynie za wypłatą pełnego wynagrodzenia za okres zwolnienia świadczenia pracy. W przypadku współpracowników osób, które nie poinformowały pracodawcy o swoim wcześniejszym pobycie i pojawiły się w pracy, a informacja ta wyszła na jaw, osoby te mogą skorzystać z uprawnienia do powstrzymania od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonego. Nie należy jednak utożsamiać takiego uprawnienia z prawem do opuszczenia miejsca pracy – pracownik powinien nadal pozostawać do dyspozycji pracodawcy, chociażby w postaci pracy zdalnej.

Odpowiedzialność odszkodowawcza względem pracodawcy

Poza wskazaną odpowiedzialnością karną, pracownik, który nie poinformował pracodawcy o swoim wcześniejszym pobycie i sprowadził zagrożenie dla zdrowia lub życia pozostałych współpracowników, może również ponosić odpowiedzialność odszkodowawczą względem pracodawcy. W takim przypadku nie znajdzie zastosowania zasada ograniczająca odpowiedzialność pracownika względem pracodawcy do wysokości trzech wynagrodzeń miesięcznych. Jeżeli bowiem pracownik wyrządził pracodawcy szkodę umyślnie, jest on obowiązany do naprawienia jej w całości.

– Są sytuacje, w których takie postępowanie pracownika może doprowadzić do rozwiązania z nim umowy o pracę z jego winy, bez zachowania okresu wypowiedzenia. Zgodnie z art. 52 § 1 ust. 1 k.p. takie rozwiązanie umowy o pracę może nastąpić w razie ciężkiego naruszenia przez pracownika podstawowych obowiązków pracowniczych. Tym samym, w sytuacji gdy np. pracownik pracowni serologicznej nie informuje swojego pracodawcy o swoim wcześniejszym pobycie i świadomie podejmuje pracę wiedząc, że istnieje ryzyko, iż jest nosicielem wirusa, pracodawca może z nim wypowiedzieć umowę o pracę ze skutkiem natychmiastowym. Niewątpliwie, w przypadku skazania pracownika za czyn polegający na szerzeniu choroby epidemiologicznej, w przypadku gdy skazanie to będzie uniemożliwiało dalsze zatrudniane na zajmowanym stanowisku, również art. 52 § 1 ust. 2 k.p. daję podstawę do wypowiedzenia umowy o pracę ze skutkiem natychmiastowym bez zachowania okresu wypowiedzenia – dodaje Ziębicki.

Zasady pracy w dobie koronawirusa są wyzwaniem zarówno dla pracodawców, jak również pracowników. Kluczową kwestią jest w dużej mierze otwarta i rzetelna komunikacja w firmach, która umożliwia dbanie o podstawowe zasady bezpieczeństwa, przy jednoczesnym zachowaniu sprawnego funkcjonowania przedsiębiorstw, aby nie doprowadzić do paraliżu.

Tylko do 13 kwietnia spółki mają czas na zgłoszenie swoich beneficjentów

Osoby fizyczne faktycznie sprawujące kontrolę nad spółką, nawet pośrednio, muszą zostać ujawnione najpóźniej do 13 kwietnia 2020 r. w Centralnym Rejestrze Beneficjentów Rzeczywistych. Spółkom zostało więc niewiele czasu, aby ustalić, kogo jako swojego UBO (ang. Ultimate Business Owner) wpiszą do zarządzanego przez Ministra Finansów rejestru. Niedopełnienie tego obowiązku zagrożone jest karą nawet do 1 000 000 zł.

Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych (dalej „CRBR”) został powołany Ustawą z dnia 1 marca 2018 r. o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu (Dz.U. 2018 poz. 723), ale wszedł w życie dopiero 18 miesięcy od jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw, czyli 13 października 2019 r. Data ta jest na tyle istotna, że zgodnie z art. 195 wskazanej ustawy spółki wpisane do Krajowego Rejestru Sądowego przed tą datą mają czas na zgłoszenie swoich beneficjentów rzeczywistych w terminie do 13 kwietnia 2020 r. Spółki zarejestrowane w KRS od 13 października 2019 r. muszą wskazywać swoich UBO na bieżąco, w terminie 7 dni od dnia rejestracji. Taki sam siedmiodniowy termin obowiązuje na zgłoszenie zmian w zakresie podlegającym ujawnieniu informacji.

Dane beneficjenta rzeczywistego

Art. 58 ustawy o praniu pieniędzy wskazuje, że zobowiązanymi do ujawniania swoich beneficjentów rzeczywistych są spółki: jawne, komandytowe, komandytowo-akcyjne, z o.o., akcyjne (z wyjątkiem spółek publicznych), a od 1 marca 2020 r. także proste spółki akcyjne. Informacje do CRBR przesyłane wyłącznie drogą elektroniczną zawierać mają dane identyfikujące zgłaszającą spółkę oraz dane beneficjenta rzeczywistego, członka organu lub wspólnika uprawnionego do jej reprezentacji. Są to informacje wskazujące: imię, nazwisko, obywatelstwo, PESEL, a w jego braku datę urodzenia, a także wielkość i charakter udziału beneficjenta lub przysługujących mu uprawnień oraz państwo, w którym zamieszkuje.

Kto inny UBO, kto inny kierownikiem

Kto jest beneficjentem rzeczywistym? Jego definicję zawiera art. 2 ust. 2 pkt 1 ww. ustawy. Jest nim osoba fizyczna, która dzięki posiadanym uprawnieniom, chociażby pośrednio, sprawowała kontrolę nad spółką, miała decydujący wpływ na jej działalność lub to w jej imieniu spółka nawiązywałaby stosunki gospodarcze lub transakcję okazjonalną.

Dodatkowe, bardziej szczegółowe przesłanki rozpoznawania osób faktycznie sprawujących kontrolę nad podmiotem ustawa przewiduje w odniesieniu do osób prawnych innych niż spółka, której akcje zostały dopuszczone na rynek regulowany. W ich przypadku jako UBO spółka powinna wskazać osoby fizyczne posiadające więcej niż 25% udziałów, akcji, głosów, bądź też posiadające uprawnienia przysługujące spółce dominującej. Co ciekawe, piątą z dodatkowych przesłanek, uruchamianą w przypadku niemożności ustalenia osoby beneficjenta rzeczywistego poprzednio wskazanymi metodami, jest przesłanka zajmowania wyższego stanowiska kierowniczego.

Spółki holdingowe, fundacje prywatne, trusty

Inaczej więc należy w poszukiwaniu beneficjenta rzeczywistego analizować uprawnienia kontrolne w spółkach nieposiadających osobowości prawnej. Tu trudności ze wskazaniem UBO można napotkać zwłaszcza w spółkach komandytowych, w których różny jest zasięg kompetencji i odpowiedzialności komplementariuszy i komandytariuszy. Jednak większe komplikacje we wskazaniu osoby beneficjanta mogą powstać w przypadku spółki holdingowej, w której np. w posiadającej osobowość prawną polskiej spółce z o.o. udziałowcem będzie inna spółka zagraniczna lub fundacja prywatna. Ustawa wyróżnia także oddzielny krąg podmiotów mogących zostać uznanymi z UBO w ramach trustu.

1 000 000 zł i 8 lat więzienia

Osoba uprawniona do reprezentacji spółki, dokonując zgłoszenia do Centralnego Rejestru Beneficjentów Rzeczywistych ww. informacji na temat spółki i jej beneficjenta rzeczywistego, czyni to pod rygorem odpowiedzialności karnej za złożenie fałszywego oświadczenia. Zgodnie więc z art. 233 Kodeksu karnego czyni to pod groźbą kary od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności. To nie koniec, bowiem na mocy art. 68 ustawy o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowaniu terroryzmu może zostać pociągnięta do odpowiedzialności za szkodę wyrządzoną przez podanie w tym zgłoszeniu nieprawdziwych danych, jak i za niedochowanie ustawowego terminu na wypełnienie tego obowiązku. Samym spółkom za naruszenie tych wymogów grozi kara pieniężna w wysokości do 1 000 000 zł (art. 153 ww. ustawy).

Audyt prawny posiadanych struktur

Problemy w identyfikacji beneficjenta rzeczywistego obarczone groźbą wysokich kar, zarówno dla samej spółki, jak i osoby składającej zgłoszenie do CRBR, to wystarczające przesłanki, aby powierzyć analizę swojej sytuacji prawnikowi specjalizującemu się w prawie korporacyjnym, kancelarii prawnej doświadczonej w tworzeniu krajowych i zagranicznych spółek oraz innych struktur organizacyjnych (np. fundacji prywatnych czy trustów). Przeprowadzony audyt prawny pozwoli obarczonym obowiązkiem informacyjnym podmiotom uniknąć owych negatywnych konsekwencji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nie tylko energetyka. Polskie firmy czeka również zmiana w gospodarce wodnej

Polskie przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w proekologiczne źródła energii. Kolejnym wyzwaniem, które musi podjąć rodzimy przemysł, jest stworzenie bardziej przyjaznych środowisku warunków eksploatacji wody. Co ważne, już niewielka modernizacja, niewymagająca znacznych nakładów finansowych, może przyczynić się do oszczędności w wykorzystaniu tego cennego surowca.

Inwestycje związane z energetyką są koniecznością – widać to m.in. w Krajowym planie na rzecz energii i klimatu na lata 2021-2030. Zakłada on, że pod koniec tego okresu 21-23 proc. energii wytwarzanej w Polsce będzie pochodziło z odnawialnych źródeł. W ten sposób zmniejszy się nie tylko zużycie paliw kopalnych, ale również wody. To bowiem surowiec niezbędny w produkcji energii z węgla.

Tymczasem, zasoby wody w Polsce należą do najuboższych w Europie. W przeliczeniu na jednego mieszkańca to tylko 1600 m3 rocznie[1], a średnia w Unii Europejskiej jest znacznie wyższa i wynosi prawie 4600 m3. – Stawianie na zieloną energię przynosi wiele korzyści. Jedną z nich jest oszczędność wody, tak bardzo potrzebna w obliczu zagrożenia suszą. W ostatnich latach podczas upałów mieliśmy do czynienia z ograniczeniami w dostawach prądu, związanych właśnie z niemożnością odpowiedniego chłodzenia infrastruktury elektrowni węglowych – wskazuje Anna Żyła, Główny Ekolog Banku Ochrony Środowiska.

Potrzebne kolejne inwestycje

Przedsiębiorcy w Polsce chcą inwestować w proekologiczne rozwiązania w energetyce. Jak wynika z raportu BOŚ „Ekologia w biznesie, czyli plany i działania przedsiębiorstw w zakresie ochrony środowiska” z listopada 2019 roku, aż 38 proc. firm, posiadając środki na dowolne przedsięwzięcie, zdecydowałoby się na fotowoltaikę albo wymianę źródła energii lub ogrzewania. Znacznie mniej firm zadeklarowało jednak inwestycje w ograniczenie wykorzystania materiałów i surowców – 7 proc. Co więcej, w przeciągu ostatnich trzech lat tylko 3 proc. podmiotów zdecydowało się na wprowadzenie usprawnień w tym zakresie. Tymczasem, jest to konieczność – w bieżącym roku już w styczniu Polskie Gospodarstwo Wodne Wody Polskie informowało o suszy w kilku regionach Polski.

Inwestycje prowadzące do ograniczenia zużycia surowców, w tym również wody, nie muszą generować gigantycznych nakładów finansowych. Oczywiście, najbardziej efektywne jest modyfikowanie w odpowiedni sposób procesów produkcyjnych. Jednakże, wymierne korzyści może przynieść już nawet odpowiednie monitorowanie zużycia wody. Ma to szczególne znaczenie w najbardziej wodochłonnych branżach, takich jak spożywcza czy chemiczna – wyjaśnia Anna Żyła.

Od czego zacząć?

Warto pamiętać, że racjonalne gospodarowanie wodą w zakładach produkcyjnych dotyczy nie tylko samego procesu wytwórczego. Wiele można zrobić również w sferze socjalnej. Jednym z rozwiązań jest zainstalowanie w kuchniach i łazienkach wydajnych baterii z tzw. perlatorem. To specjalna końcówka napowietrzająca strumień, dzięki której możemy umyć produkty czy ręce, zużywając istotnie mniejszą ilość wody. Taka modernizacja pozwala zużywać nawet 60 proc. mniej surowca[2]. Co ważne, ceny jednostkowe tego typu urządzeń zaczynają się już od kilkunastu złotych. Innym, również wymagającym niewielkich nakładów finansowych rozwiązaniem, może być wykorzystywanie deszczówki. Zebrana podczas opadów woda może zostać użyta w celach przeciwpożarowych, do sprzątania (zakłady produkcyjne) czy nawadniania upraw (rolnictwo).

Duża modernizacja to znaczne oszczędności

Sposobem na mniejsze zużycie wody może być również tzw. recykling wody, który doskonale wpisuje się w koncepcję zrównoważonego rozwoju. To rozwiązanie, które może zostać wdrożone w przedsiębiorstwach wykorzystujących wodę w procesach chemicznych, np. przy płukaniu barwionego szkła. Zainstalowanie odpowiedniej oczyszczalni ścieków przemysłowych w takim zakładzie nie dość, że pozwala na odzysk kilkudziesięciu procent zużytej wody, to jeszcze umożliwia pozyskiwanie stosowanego w rolnictwie koncentratu amonowo-potasowego.

[1] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/pdfscache/1182.pdf

[2] http://www.agroindustry.pl/index.php/2017/11/29/101-sposobow-racjonalnego-gospodarowania-woda-w-przemysle-napojowym-cz-ii/

PGNiG Ventures rozpoczyna nabór projektów

PGNiG Ventures, fundusz corporate venture capital należący do PGNiG,  rozpoczął nabór projektów inwestycyjnych perspektywicznych  dla branży poszukiwawczo-wydobywczej i energetycznej.

Najciekawsze rozwiązania zostaną zaprezentowane przed ekspertami PGNiG Ventures i PGNiG SA podczas Pitch Day na przełomie marca i kwietnia br.
– Dzięki funduszowi typu VC chcemy aktywnie pozyskiwać innowacyjne rozwiązania dla całej Grupy Kapitałowej PGNiG. Możliwość inwestowania w te najbardziej obiecujące pozwoli nam współdecydować o kierunkach ich dalszego rozwoju, zwłaszcza że jesteśmy zainteresowani podmiotami z rynkowym dorobkiem. Jestem przekonany, że pod skrzydłami PGNiG Ventures rozwiną się jeszcze bardziej – powiedział Arkadiusz Sekściński, Wiceprezes Zarządu PGNiG SA ds. Rozwoju.

Oprócz kryteriów strategicznych eksperci PGNiG Ventures będą też oceniali sytuację ekonomiczną potencjalnych inwestycji. W kręgu zainteresowania są m.in. spółki osiągające przychody na poziomie 100 tys. euro na przestrzeni 12 miesięcy.

– Szukamy małych i średnich spółek z potencjałem dynamicznego wzrostu, które budują przewagę konkurencyjną w oparciu o nowe technologie i usługi. Szczególnie interesują nas podmioty mogące wnieść wartość dodaną do branży poszukiwawczo-wydobywczej i energetycznej, na przykład w takich obszarach jak czysta energia, efektywność energetyczna, magazynowanie energii czy sztuczna inteligencja – powiedziała Małgorzata Piasecka, Prezes PGNiG Ventures. – Interesują nas scale’upy. Spółki, w które zainwestujemy muszą już mieć na koncie pierwsze sukcesy i sprawdzony produkt, jasno zdefiniowany rynek i klienta. W perspektywie kilku lat możemy zainwestować do 100 mln zł, a maksymalna wartość zaangażowania w jeden podmiot może wynieść
15 mln zł –
dodała Prezes Piasecka.

Strategia inwestycyjna zakłada angażowanie się w firmy będące w fazie rozwoju, ale przed dynamicznym wzrostem, posiadające zweryfikowany model biznesowy. W gronie potencjalnych spółek portfelowych są podmioty z Polski i pozostałych państw zwłaszcza z obszaru OECD. Fundusz będzie obejmować udziały mniejszościowe w spółkach, co pozwoli dotychczasowym właścicielom decydować o kluczowych kierunkach rozwoju. Maksymalne zaangażowanie w jeden podmiot, w dwóch rundach finansowania, wynosi 15 mln zł, a przewidywany okres inwestycji to 3-7 lat. W perspektywie kilku lat wartość kapitału PGNiG Ventures ma sięgnąć 100 mln zł.

Gdy jedni zawodzą, inni dogadzają

W środę rano wskazówka na barometrze rynkowych nastrojów skacze między strefami „risk-off” i „risk-on”. Z USA przyszło rozczarowanie tym, co otrzymano od Białego Domu względem tego, co dzień wcześniej obiecywano w temacie walki z wirusem. Ale gdy jedni zawodzą w postępach działań, inni zdają się dawać więcej niż się po nich oczekuje. Bank Anglii tnie stopę procentową o 50 pb i zapowiada programy wsparcia kredytowego dla firm. Dziś po południu brytyjski rząd powinien wzmocnić przekaz, zapowiadając pakiet fiskalny.

Rynki akcji są (ponownie) w odwrocie po tym, jak wczorajsza konferencja prasowa Białego Domu przyniosła niewiele szczegółów w temacie nowych środków gospodarczych do walki z koronawirusem. Prezydent Trump nie pojawił się na briefingu, choć jeszcze dzień wcześniej zapowiadał, że przedstawi „główny” pakiet ratunkowy. Nadzieje na stanowczą reakcję na zagrożenie nie zostały spełnione, a inwestorzy poczuli się oszukani. Polityczne obietnice zderzają się z rzeczywistością legislacyjną – duży pakiet wymaga dyskusji w Kongresie i zgody obu partii, które także i w tym przypadku chcą różnych rzeczy. W grę wchodzi też ukryta walka przed wyborami prezydenckimi, do której nikt się nie przyzna, a którą każdy ma na uwadze. Pocieszeniem są słowa sekretarza skarbu Mnuchina, który rozmawiał bezpośrednio ze spikerką demokratów Pelosi i zapewniał, że Kongres znajdzie konsensus. Mimo to wciąż za dużo jest nadziei i obietnic, a za mało konkretów, a to nie pomoże ustabilizować rynków. Tylko zmienność jest pewna.

Na starcie handlu w Europie pojawia się jednak iskierka nadziei, że niektórzy decydenci potrafią mniej mówić, a więcej robić. Bank Anglii w nadzwyczajnej decyzji obniżył stopę procentową o 50 pb do 0,25 proc. i zapowiedział wsparcie kredytowe dla firm w obliczu zagrożeń z tytułu koronawirusa. Program finansowania ma uwolnić do 100 mld GBP środków, które zapewnia firmom płynność lub zachęci do inwestycji, pomagając w odbiciu gospodarczym. Funt tracił tylko przez chwilę po decyzji, ale szybko zaczął odbijać. Sama decyzja o obniżce nie była zaskoczeniem – rynek dyskontował 37 pb cięcia do końca marca. Decyzja mogła się pojawić dopiero na regularnym posiedzeniu 26 marca albo przyjść dziś wraz z prezentacją założeń budżetu przez rząd (13:30). Zatem jedynie poranna pora jest zaskoczeniem, choć ma uzasadnienie w ograniczeniu fluktuacji rynkowych. Co ważniejsze, to agresywne cięcie stóp i program pożyczkowy pokazują, że władze monetarne i fiskalne przyszykowały skoordynowane działania o dużej skali. W efekcie rządowy pakiet ratunkowy może zaskoczyć pozytywnie i zapewnić, że zapaść gospodarcza Wielkiej Brytanii będzie płytsza, a odbicie szybsze i mocniejsze. Eliminując wpływ niższych stóp procentowych (kiedy wszyscy luzują, przestaje mieć to znaczenie), pozostaje wyścig o szybsze wyjście z kryzysu. Wielka Brytania wysuwa się przed szereg, co w średnim terminie zaoferuje ważne wsparcie dla aprecjacji GBP.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Blisko 7 mln zł z PARP na podnoszenie kompetencji w branży motoryzacyjnej

Rusza konkurs Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości na operatora, który zapewni wsparcie w postaci szkoleń i doradztwa firmom działającym w branży motoryzacyjnej. Udział w konkursie mogą wziąć m.in. ośrodki szkoleniowe, związki pracodawców, podmioty działające na rzecz rozwoju gospodarczego i przedsiębiorcy. Maksymalne dofinansowanie to 6,7 mln zł. PARP czeka na wnioski do 23 marca. Celem programu jest zmniejszenie istniejącej na rynku luki kompetencyjnej pomiędzy potrzebami pracodawcy a wiedzą pracownika.

Zadaniem operatora wyłonionego w IV rundzie konkursu „Szkolenia lub doradztwo wynikające z rekomendacji Sektorowych Rad ds. Kompetencji” będzie wybór podmiotu, który przeprowadzi rekrutację pracowników przedsiębiorstw i pomoże firmom z branży motoryzacyjnej uzyskać dofinansowanie na działania szkoleniowe lub doradcze w sektorze motoryzacyjnym. Całkowity koszt projektu musi się zmieścić w kwocie 7,4 mln zł. Wkład własny operatora stanowi co najmniej 10 proc. tej kwoty.

– Analiza potrzeb rynkowych pozwala Radzie ds. Kompetencji na dostarczenie wiarygodnych danych o potrzebach kompetencyjnych w danym sektorze. Dzięki tym informacjom operator może sprawnie wdrażać kierunki zmian. Tym razem stawiamy na branżę motoryzacyjną. Chcemy, aby wiedza zdobywana w szkołach, na uczelniach czy podczas kursów jeszcze bardziej odpowiadała na realne potrzeby pracodawców rynku motoryzacyjnego – mówi Katarzyna Karpińska, ekspert Departamentu Rozwoju Kadr w Przedsiębiorstwach.

O dofinansowanie PARP mogą ubiegać się podmioty lub organizacje posiadające nie tylko potencjał kadrowy czy ekonomiczny, ale również doświadczenie w zakresie realizacji usług szkoleniowych lub doradczych, np.:

  • podmioty działające na rzecz zatrudnienia, rozwoju zasobów ludzkich lub potencjału
  • adaptacyjnego przedsiębiorców,
  • podmioty działające na rzecz rozwoju gospodarczego,
  • organizacje pracodawców,
  • organizacje samorządu gospodarczego,
  • organizacje związkowe,
  • przedsiębiorcy.

Dofinansowanie PARP może zostać przeznaczone m.in. na rekrutację przedsiębiorców, usługi szkoleniowe czy doradcze.

Skąd ta luka kompetencyjna?

Katalizatorem zapoczątkowanych przez PARP inicjatyw edukacyjnych są Sektorowe Rady ds. Kompetencji. Odpowiadają one za dopasowanie oferty edukacyjnej do potrzeb przedsiębiorców w poszczególnych sektorach. Dzięki współpracy Rad z pracodawcami i jednostkami naukowymi są one w stanie zidentyfikować lukę kompetencyjną w danym obszarze i wyznaczyć kierunki zmian. Aktualnie istnieje 17 Sektorowych Rad ds. Kompetencji, z czego 7 prężnie funkcjonuje w następujących sektorach: IT, motoryzacja, turystyka, budownictwo, finanse, moda i innowacyjne tekstylia oraz opieka zdrowotna. Kolejne 10 niedługo rozpocznie działalność.

– Wraz z pędzącym rozwojem technologicznym oraz zmieniającym się sposobem zarządzania organizacjami coraz większy staje się deficyt kompetencji pracowników. Najczęściej wynika on z nieodpowiednio przygotowanego programu nauczania. Konkurs PARP powstał właśnie po to, by temu zapobiec. Stale monitorujemy potrzeby pracodawców i wspólnymi siłami próbujemy dostosować ofertę edukacyjną do oczekiwań zarówno pracodawców, jak i pracowników – mówi Katarzyna Karpińska.

Co piąty Polak twierdzi, że nie spłaca pożyczki, bo inni też nie spłacają

Z badania opinii przeprowadzonego przez SW Research na zlecenie Związku Przedsiębiorstw Finansowych wynika, że ponad 40 proc. Polaków spóźnia się z regulowaniem swoich zobowiązań (np. rat kredytów, pożyczek, alimentów, opłat za mieszkanie czy telefon). Co 5 osoba w naszym kraju przyznaje, że nie będzie spłacać zobowiązań, bo inni też nie spłacają.[1] Dlaczego rodacy nie regulują należności w terminie i jak to tłumaczą?

Aż 94 proc. Polaków twierdzi, że spłacanie zobowiązań jest obowiązkiem moralnym każdego z nas. Tak wynika z raportu „Moralność finansowa Polaków” opracowywanego rokrocznie przez ZPF. Spłacanie zadłużenia, które już narosło, to jedno. Spłacanie swoich bieżących zobowiązań w terminie, by nie dopuścić do sytuacji, w której mamy zadłużenie, to już inna kwestia.

Spóźniam się z płatnościami, raz częściej, raz rzadziej

Aż 40 proc. rodaków spóźnia się ze spłatą swoich zobowiązań.[2] Prawie 30 proc. twierdzi, że zdarza się to czasami, a 6,4 proc. – regularnie. Co ciekawe 5,4 proc. respondentów przyznaje się do spóźnień, ale tylko w przypadku niektórych zobowiązań. W pierwszej kolejności Polacy regulują przede wszystkim tzw. opłaty stałe (np. czynsz) – tak twierdzi 60 proc. ankietowanych, a dopiero później spłacają zobowiązania z tytułu tzw. pieniędzy pożyczonych (np. kredytów) – tak deklaruje 40 proc.

Z badania ZPF wynika, że konsumenci bywają optymistami, mimo trudności finansowych. Aż 54 proc. osób posiadających nieuregulowane zobowiązania jest przekonana, że ich sytuacja finansowa poprawi się w ciągu kilku lat.[3] Profesor Dariusz Doliński, członek Komitetu Psychologii PAN, przewodniczący Polskiego Stowarzyszenia Psychologii Społecznej oraz wykładowca Uniwersytetu SWPS nazywa to pułapką pozytywnego myślenia. – Bierzemy kredyt, ale zakładamy, że jakoś go spłacimy. Kiedy nie mamy pieniędzy na ratę, czekamy aż wpadnie nam dodatkowa fucha, wtedy myślimy, że zapłacimy od razu za 2-3 zaległe raty – mówi. – Zamiast przezornie, od samego początku, czasem tylko nieznacznie zacisnąć pasa i płacić raty zgodnie z harmonogramem, dochodzimy do wniosku, że tak czy owak wyjdziemy z tej sytuacji obronną ręką. Zadłużenie rośnie, przestajemy je spłacać, a później nie widzimy sensu podejmowania już jakichkolwiek działań – dodaje prof. Doliński.

Nie ma sensu spłacać, bo…

Lista pretekstów do niespłacania zobowiązań jest długa. O najczęściej spotykane zapytał Związek Przedsiębiorstw Finansowych w badaniu realizowanym w ramach kampanii „Windykacja? Jasna Sprawa”. Celem projektu jest nie tylko szerzenie wiedzy na temat profesjonalnej windykacji, ale również edukacja, dotycząca mądrego zadłużania się i brania odpowiedzialności za swoje zobowiązania.

– Z tą odpowiedzialnością bywa różnie. Z jednej strony zdecydowanie deklarujemy, że  jesteśmy moralni. Większość z nas twierdzi, że spłacanie zadłużenia jest naszą powinnością. Z drugiej strony, działa mechanizm samousprawiedliwienia się – mówi Andrzej Roter, Prezes ZPF. – Co piąty Polak twierdzi, że nie będzie spłacał, bo inni też nie spłacają. Podobna grupa jest zdania, że nie będzie regulować pożyczki wziętej dla ojca, brata lub kogoś bliskiego, mimo że kolejne raty zobowiązania wymagają spłaty. Osoby te „nie przyznają się” do posiadania zadłużenia, chociaż to właśnie oni  widnieją w dokumentach jako kredytobiorcy. Uważają po prostu, że to nie ich zadłużenie – dodaje Andrzej Roter.

Z firma windykacyjną i tak nie da się dogadać…

Aż 16 proc. czyli właściwie co piąty ankietowany uważa, że nie będzie spłacał zadłużenia, bo z firmą windykacyjną i tak nie można się dogadać. – Oczywiście na rynku działa wiele podmiotów windykacyjnych. Co prawda, większość z nich prowadzi działania profesjonalne i przestrzega norm etycznych, chociażby zawartych w dokumencie Zasad Dobrych Praktyk ZPF, ale prawdą również jest, że jakaś część niekoniecznie. Warto jednak podjąć rozmowę z firmą windykacyjną, bo w zdecydowanej większości przypadków spotkać się można z wolą rozmowy, negocjacji i porozumienia. Warto rozmawiać chociażby i po to, by w sytuacji, kiedy nie prowadzimy spraw naszego budżetu domowego w sposób uporządkowany, dowiedzieć się z jakiego tytułu mamy zadłużenie i w jaki sposób przedstawiciel firmy windykacyjnej może nam pomóc. Często da się rozłożyć zadłużenie na dogodne raty, wydłużyć termin spłaty itd. Zdarza się, że o takie rzeczy konsumenci w ogóle nie pytają  – mówi Andrzej Roter, Prezes ZPF.

Co ciekawe, Polacy, którzy deklarują, że zadłużenie trzeba spłacać, jednocześnie nie widzą nic nieetycznego w pracy „na czarno”, by uniknąć ściągania z pensji długów, nawet już potwierdzonych wyrokami sądowymi (57,7 proc.), przepisywaniu majątku na rodzinę, by uniknąć roszczeń wierzycieli (52,8 proc.), albo w zatajaniu informacji, które mogłyby uniemożliwić zaciągnięcie nowej pożyczki (48 proc.).[4] – Warto byłoby zadać sobie pytanie: Czy mógłbym uniknąć powyższych zachowań, gdybym wcześniej odebrał telefon z firmy windykacyjnej, próbował dogadać się co do racjonalnego harmonogramu spłaty i zaczął regulować długi? – pyta Andrzej Roter.

Czy faktycznie jest aż tak źle?

– To nie jest tak, że wszyscy konsumenci są źli i nie spłacają swoich zobowiązań. Wręcz przeciwnie. Aż 49,5 proc. Polaków przyznaje, że płaci raty kredytów i inne należności w terminie. Co 10 rodak twierdzi, że w ogóle nie ma żadnych zobowiązań finansowych. Czy w takim podejściu jest metoda?

– Nie. Pożyczanie jest dla ludzi. Warto jednak podkreślić, że mówimy w tym przypadku o „mądrym pożyczaniu” i „mądrym spłacaniu” – mówi Andrzej Roter.

– Najlepiej oczywiście jest się nie zadłużać, czyli na samym początku, kiedy przejdzie nam przez myśl, by wziąć pożyczkę, od razu zrewidować swoje potrzeby. Dobre gospodarowanie domowym budżetem to dzisiaj umiejętność nie do przecenienia. Wystarczy zadać sobie pytanie: „czy koniecznie musimy w tym roku wyjechać na wakacje albo czy nowy iPhone naprawdę jest nam niezbędny do życia?”. Wystarczy trochę determinacji i cierpliwości, by oszczędzić pieniądze na tego rodzaju zachcianki i uniknąć nadmiernego obciążenia kredytami. Jeśli jednak już musimy go zaciągnąć, to musimy podejść do sprawy odpowiedzialnie i spłacać raty zgodnie z harmonogramem. Chociażby z tego powodu, by uniknąć nieprzespanych nocy i niepotrzebnego stresu – dla siebie, a czasem i dla najbliższych. W sytuacji, w której niespłacone raty zaczynają niebezpiecznie narastać, najgorszym z możliwych rozwiązań jest unikanie windykatora lub zaciąganie kolejnych pożyczek na rzecz spłaty wcześniejszych. O wiele lepiej zacząć od oszczędzania metodą małych kroków. Nie chodzi o to, by odmawiać sobie wszystkich małych przyjemności, ale jeśli oszczędzimy 5 zł dziennie, to w miesiącu możemy spłacić 150 zł zadłużenia. Jeśli sobie z tym poradzimy, to najprawdopodobniej 200, czy 300 zł też nie spowoduje ruiny w naszym domowym budżecie. Jeżeli zaczniemy spłacać dług od małych rat, które będą stopniowo rosły, to prędzej czy później zauważymy, że w dającej się przewidzieć przyszłości, spłacimy swoje zobowiązanie – podsumowuje prof. Dariusz Doliński, członek Komitetu Psychologii PAN.

[1] Badanie opinii zlecone przez ZPF w ramach kampanii edukacyjnej „Windykacja? Jasna Sprawa!” i zrealizowane przez SW Research w 2019 roku na próbie 1000 osób.

[2] Tamże.

[3] Badanie „Polacy o długach” Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu i Grupy KRUK.

[4] Raport „Moralność finansowa Polaków” ZPF, 2019

Rośnie sprzedaż obuwia w internecie. Liczba transakcji cyfrowych wzrosła do 20 proc.

Polski rynek obuwia w latach 2018–2021 będzie się rozwijał w tempie 4,6 proc. – wynika z prognoz analityków PKO BP. Znacząco rośnie potencjał sprzedaży w internecie. Skorzystać z niego chce spółka CCC, która w ostatnich dwóch latach zainwestowała prawie 1,5 mld zł w projekty związane ze sprzedażą wielokanałową. – Widzimy bardzo wyraźnie, że sprzedaż e-commerce’owa rośnie bardzo szybko, szczególnie na urządzeniach mobilnych – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Filipczak, szef strategii w firmie CCC.

Rynek obuwniczy, w tym sprzedaż, zmienia się bardzo dynamicznie. W 2017 roku jego wartość sięgnęła blisko 3,3 mld euro. Pod względem wielkości produkcji Polska była na siódmym miejscu w Unii Europejskiej – wynika z raportu PKO BP „Branża obuwnicza. Wzrost znaczenia polskich producentów na świecie”. Już w 2017 roku europejscy klienci kupowali co piątą parę butów w internecie., a 80 proc. transakcji odbywało się w sklepach stacjonarnych. Potencjał wielokanałowej sprzedaży dostrzegła spółka CCC, producent i sprzedawca obuwia w Polsce i na świecie.

– Widzimy bardzo wyraźnie, że sprzedaż w kanale e-commerce rośnie bardzo szybko, a w jej ramach dynamicznie rośnie udział sprzedaży na urządzeniach mobilnych. Klient stał się dziś wielokanałowy, a jego ścieżka zakupowa zaczyna się często w sklepie stacjonarnym bądź odwrotnie – w internecie, by później przez inne kanały prowadzić do finalnego dokonania transakcji w zupełnie innym kanale, niż się zaczęła – mówi agencji Newseria Biznes Szymon Filipczak, Head of Strategy w Grupie CCC.

Wielokanałowość i digitalizacja sprzedaży stwarza szansę i potencjał wzrostu dla firm z segmentu modowego. Zakupów w sieci dokonuje 3/4 Polaków, a połowa badanych deklaruje, że ubranie czy obuwie kupiła właśnie przez internet – wynika z badania KMPG „Rynek mody w Polsce” przeprowadzonego w październiku 2018 roku. Według klientów za zakupami w sieci przemawiają ich oszczędność i łatwość. Sklepy stacjonarne stają się dla nich coraz częściej showroomami, w których zapoznają się z ofertą, a zakupu dokonują w innym kanale.

– Wielokanałowość jest kręgosłupem naszej strategii. W ciągu ostatnich kilku lat do tradycyjnych sklepów stacjonarnych dobudowaliśmy szereg innych kanałów sprzedaży. Mamy dzisiaj w grupie ponad 30 platform sprzedaży online, mamy aplikacje mobilne, skanery esize.me, już ponad 200 punktów skanowania stóp w sklepach CCC i eobuwie.pl. Proponujemy takie wielokanałowe podejście do klientów i widzimy, że tego oczekują – mówi Szymon Filipczak.

Szacuje się, że w 2022 roku rynek modowy w Polsce może być wart 43 mld zł. Na spory kawałek tego tortu liczy branża obuwnicza, bo to właśnie buty zdaniem Polaków są najważniejszym elementem ubioru. Prawie 40 proc. z nas zwraca na nie uwagę, kompletując ubranie – wynika z danych KPMG. W 2018 roku co piąty klient kupował obuwie raz na dwa–trzy miesiące, a co czwarty raz na pół roku. Klienci chcą kupować w dowolnym momencie i czasie, więc by zwiększyć sprzedaż, ponad połowa firm z branży odzieżowej i obuwniczej wykorzystuje nowe technologie. Kolejne inwestycje w nowe technologie zapowiada spółka CCC.

– Spodziewamy się, że średnioroczne nakłady inwestycyjne w tym roku i w kolejnych latach będą wahały się między 150 a 200 mln zł rocznie. Dzisiaj mamy gotowy wielokanałowy ekosystem dotarcia do klienta i skutecznie go rozszerzamy na kolejne kraje, w których działamy. Jesteśmy w przededniu czerpania kluczowych korzyści z tego, co udało nam się w ostatnich latach wypracować – mówi Szymon Filipczak.

CCC przygotowując strategię na najbliższe lata, postawiło na digitalizację. Spółka stworzyła system handlu obuwiem, na który składają się sklepy stacjonarne z rozwiązaniami typu skaner esize.me oraz aplikacje mobilne czy platformy online, których posiada ponad 30. Producent i sprzedawca obuwia dostrzega duży potencjał również w robotyzacji.

– Na robotyzację patrzymy przede wszystkim przez pryzmat poprawy efektywności procesów i możliwości zaalokowania większej ilości swojego czasu przez nasze zespoły do strategicznych zadań. Robotyzacja stwarza nam pewne ułatwienia w realizacji procesów wewnętrznych, aby pracownicy mogli więcej czasu poświęcić na obsługę klienta albo na realizację innych, bardziej strategicznych dla grupy zadań – mówi Head of Strategy CCC.

Digitalizacja i robotyzacja to przyszłość branży obuwniczej i modowej, a kanały cyfrowe zdaniem przedsiębiorców dają duży potencjał do wzrostu sprzedaży. Głównym hamulcowym jest tu jednak silna potrzeba konsumentów, by przymierzyć kupowaną odzież lub obuwie. Dużo do zrobienia jest także w segmencie nowych technologii i w przekonaniu Polaków do korzystania z nich. Tylko 27 proc. konsumentów przyznaje, że przeglądając strony internetowe, ogląda przedmiot w widoku 360° poprzez samodzielne sterowanie kątem nachylenia obrazu, 3 proc. korzysta z cyfrowego lustra, wirtualnego stylisty czy internetowej przymierzalni, a zaledwie 1 proc. z wirtualnej rzeczywistości czy okularów VR – wynika z badania KPMG.

Przyszłością crowdfundingu w Europie jest stworzenie jednej wspólnej platformy. To pozwoliłoby na inwestycje w projekty z różnych krajów i branż

Dotychczas w Polsce rozwijał się crowdfunding udziałowy. Teraz przyszedł czas na crowdfunding dłużny, który polega na kojarzeniu firm szukających finansowania z chętnymi do udzielenia im pożyczki lub objęcia wyemitowanych obligacji. Zainteresowani czekają też na możliwość inwestowania nie tylko w polskie firmy, ale również w firmy z innych krajów europejskich, które szukałyby inwestorów na wspólnej platformie międzynarodowej.

Crowdfunding cieszy się dużym powodzeniem wśród inwestorów, ale budzi obawy Komisji Nadzoru Finansowego, która wciąż ostrzega przed finansowaniem społecznościowym. Nie przeszkadza to jednak firmom w tworzeniu kolejnych platform, spółkom w zbieraniu kapitału, a inwestorom w liczeniu ewentualnych zysków.

Zgodnie z definicją regulatora rynek publiczny nie jest niczym innym niż równym i powszechnym dostępem do inwestycji. Jeżeli do tego dołoży się niskie progi wejścia, okazuje się, że crowdfunding daje możliwość jak najszerszej grupie osób, zarówno o mniejszych, jak i większych budżetach, wyszukania  interesującej spółki, przejrzenia jej dokumentacji, zapoznania się z nią i bardzo szybkiego, „fintechowego” zrealizowania inwestycji – podkreśla Eryk Lipski, prezes platformy Crowdy.pl.

KNF podkreśla, że każda inwestycja wiąże się z ryzykiem, ale jednocześnie przyznaje, że nie można wrzucać wszystkich spółek do jednego worka. Start-upy, które dopiero planują wprowadzenie innowacyjnych produktów na rynek, zawsze niosą większe ryzyko niż spółki posiadające znane marki, a takie też na platformach można znaleźć.

– Nie ma nikogo, kto mógłby ze stuprocentową pewnością powiedzieć, że jakaś spółka jest pewna, bezpieczna i nigdy się nic z nią nie stanie. Z naszego doświadczenia wynika, że większość osób jest bardziej skłonna do inwestycji w spółki czy w branże, które już zna i z którymi miała doświadczenia. Jeżeli ktoś się interesuje rynkiem mieszkaniowym, to może być zainteresowany zainwestowaniem w kamienicę, na której wyremontowanie są potrzebne pieniądze, bo takie projekty też mogą być zbierane crowdfundingowo –  tłumaczy ekspert.

Na platformach crowdfundingowych można zbierać do 1 mln euro, ponieważ ten próg umożliwia przeprowadzenie oferty publicznej bez prospektu lub memorandum. Nie oznacza to jednak, że minimalne wpłaty są bardzo wysokie. W Crowdy.pl można wpłacać na pojedyncze projekty po 500 zł.

– Ze względu na to, że jesteśmy platformą dłużną, która oferuje odsetki w wysokości 8–9 proc. w skali roku, najczęściej mamy wpłaty po kilkaset tysięcy złotych. Jeżeli będzie rosła świadomość crowdfundingu, to dołączy do nas wiele innych osób, które wcześniej nie myślały nawet o takiej formie inwestycji. Dysponując kilkoma tysiącami złotych, można je pożyczyć na 8 czy 9 proc., i to na stosunkowo krótki okres, bo mówimy tu zwykle o dwóch latach inwestycji – wyjaśnia Eryk Lipski.

Crowdfunding już rozwija się szybko. Co roku przybywają nowe platformy, które zbierają fundusze na rozwój projektów, biznesów lub komercjalizację wynalazków i badań naukowych. Zainteresowała się nim nawet warszawska GPW i w październiku 2019 roku ruszyła z programem Partnera Crowdfundingowego GPW.

– Nasz rynek bardzo się zmienia w obszarze bankowości, wręcz się zrewolucjonizował. Z okresu PRL-u nagle wyszliśmy na lidera bankowości mobilnej. Rynek inwestycyjny jest natomiast na bardzo wczesnym etapie. Wiąże się to pewnie z większą awersją do ryzyka. Przy porównaniu obrotów naszej giełdy z giełdami innych krajów, nawet zachodnich, widać kolosalne różnice. Pewnie też często myślimy, że na inwestycje potrzebne są niewyobrażalnie duże kwoty. Mam więc nadzieję, że popularyzacja crowdfundingu – uczciwego, transparentnego, w którym  wszystkie dokumenty są do wglądu i wszystko jest jasno sprecyzowane – zachęci więcej osób do rozpoczęcia przygody z inwestycjami – mówi prezes Crowdy.pl.

Warto jednak pomyśleć o inwestowaniu mniejszych kwot w kilka spółek, najlepiej z różnych branż. Wtedy zawsze jest mniejsze prawdopodobieństwo, że zbankrutują wszystkie. Dywersyfikacja sprawdza się w przypadku budowania portfela zarówno akcji notowanych na GPW, jednostek funduszy, jak i innych inwestycji. Sprawdzi się więc także w crowdfundingu.

– Przy każdej inwestycji istnieje ryzyko utraty kapitału. Nigdy nikt nie może zagwarantować, że kwota, którą się wpłaciło, w stu procentach do nas wróci. Oczywiście możemy ograniczać to ryzyko na wiele sposobów. My jako platforma możemy analizować spółki, które dopuszczamy, i starać się o najlepsze formy zabezpieczeń, jak np. hipoteki, aby na ich podstawie pieniądze wróciły do inwestorów. Inwestor powinien natomiast szczegółowo sprawdzać całą dokumentację. Gwarancji jednak i wtedy nie będzie. Nie ma gwarantowanych zysków ani pewnych inwestycji. Zawsze mówimy na wstępie, że ryzykiem jest utrata 100 proc. zaangażowanej kwoty – zapewnia Eryk Lipski.

Polski rynek crowdfundingu nabiera rozpędu, choć w porównaniu z zachodnim dopiero raczkuje. Pierwsza platforma internetowa służąca do quasi-finansowania społecznościowego powstała w Stanach Zjednoczonych w 2000 roku i miała pomagać artystom w zdobywaniu mecenatu. Sześć lat później powstał znany Kickstarter, a crowdfunding zaczął się rozpowszechniać w Europie Zachodniej.

– W Stanach Zjednoczonych zdecydowana większość start-upów, i to start-upów, które teraz są wielkimi holdingami, rozpoczynała działalność dzięki crowdfundingowi. Nawet w Europie Zachodniej crowdfunding dłużny to biznes wart miliardy euro czy miliardy funtów. Między Zachodem a nami istnieje przepaść. Jesteśmy bardziej „sfintechowani” w obszarze bankowym, ale teraz czas, żebyśmy mocno postawili na obszar inwestycyjny – mówi prezes platformy Crowdy.pl.

W Polsce najpierw zaczęły powstawać platformy finansowania społecznościowego, następnie udziałowego, teraz przyszedł czas na finansowanie dłużne. Powstają też portale wyspecjalizowane, które koncentrują się na jednej branży, np. na nieruchomościach lub grach komputerowych.

– Widać też duże zmiany regulacyjne dotyczące crowdfundingu. Pojawiają się nowe dokumenty, i to zarówno w Parlamencie Europejskim, jak i w naszej Komisji Nadzoru Finansowego. A za każdym dokumentem zawsze idzie trend, bo gdy jest ustanawiany jakiś mechanizm współpracy, to zapoczątkowuje on  również jakiś inny sposób działalności – dodaje Eryk Lipski.

Zdaniem prezesa Crowdy.pl przyszłością crowdfundingu w naszym regionie jest stworzenie jednej paneuropejskiej platformy, na której będą projekty z różnych krajów i na której inwestor będzie miał wybór różnych spółek z różnych miejsc i w różnych walutach.

Jarosław Gowin: W obszarze sztucznej inteligencji Polska może stać się konkurencją dla reszty świata. Wymaga to współpracy firm z uczelniami technicznymi

Polskie uczelnie techniczne mają duże szanse na uzyskanie statusu uniwersytetu badawczego, zainteresowaniem cieszą się doktoraty wdrożeniowe w zakresie sztucznej inteligencji, a Państwowy Instytut Badawczy NASK będzie kształcił specjalistów z tej dziedziny. Rozwój polskiej gospodarki ma się opierać na poszukiwaniu niszowych rynków w nowoczesnych branżach oraz bazować na pracy badawczej silnych ośrodków naukowych i współpracy przedsiębiorców ze środowiskiem akademickim.

– Nie ma możliwości, żeby nowoczesne branże gospodarki rozwijały się bez współpracy z uczelniami, zwłaszcza technicznymi – mówi Jarosław Gowin, wicepremier, minister nauki i szkolnictwa wyższego. – Przypomnę, że w grupie 10 tzw. uczelni badawczych wyłonionych przez grupę 15 wybitnych zagranicznych uczonych znalazły się aż cztery politechniki: Politechnika Gdańska, Śląska, Warszawska oraz oczywiście Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie. To pokazuje, jak duży jest potencjał naukowy uczelni technicznych.

Jak podaje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, w pierwszym konkursie „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza” (IDUB) uczestniczyło 20 najlepszych polskich uczelni. Międzynarodowy zespół ekspertów związanych z sektorem nauki i szkolnictwa wyższego wyłonił 10 uczelni, które w przyszłości staną się uczelniami badawczymi oraz będą w stanie skutecznie konkurować z najlepszymi ośrodkami akademickimi w Europie i na świecie. Ponadto w latach 2020–2026 będą otrzymywać subwencję zwiększoną o 10 proc. W gronie laureatów są: Uniwersytet Warszawski, Politechnika Gdańska,  Akademia Górniczo-Hutnicza im. Stanisława Staszica w Krakowie, Politechnika Warszawska, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytet Jagielloński, Gdański Uniwersytet Medyczny, Politechnika Śląska, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz Uniwersytet Wrocławski.

Szansą na rozwój współpracy środowisk naukowych i biznesu ma być program doktoratów wdrożeniowych. Zasada jego działania jest prosta: doktorant pracuje w dwóch miejscach – w przedsiębiorstwie i jednostce naukowej (uczelni, instytucie badawczym) – i koncentruje się na rozwiązaniu określonego problemu technologicznego. Ponadto co miesiąc otrzymuje stypendium z Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a nad jego pracą czuwa dwóch opiekunów merytorycznych – z ramienia pracodawcy oraz z jednostki naukowej. Miesięczna kwota stypendium doktoranckiego wynosi 3450 zł – do miesiąca, w którym została przeprowadzona ocena śródokresowa, oraz 4450 zł – po jej dokonaniu.

– W ramach nowej ścieżki kariery akademickiej, jaką są doktoraty wdrożeniowe, w ubiegłym roku uruchomiłem pierwszy nabór na te doktoraty w zakresie sztucznej inteligencji – dodaje Jarosław Gowin. – Wkrótce Naukowa i Akademicka Sieć Komputerowa uruchomi kolejne szkolenia oraz studia z zakresu sztucznej inteligencji. Uważam, że to jest obszar, w którym na pewno nie będziemy się ścigać z największymi potęgami światowymi, takimi jak Stany Zjednoczone Ameryki, Niemcy czy Chiny, ale jesteśmy w stanie znaleźć swoje nisze, w których możemy konkurować z resztą świata.

Program „Doktorat wdrożeniowy II – sztuczna inteligencja” umożliwia wsparcie przygotowywania rozpraw doktorskich przez doktorantów prowadzących działalność naukową w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w procesach technologicznych lub społecznych, w tym związanych z cyberbezpieczeństwem. W trzeciej edycji doktoratów wdrożeniowych (w ramach naboru w 2020 roku) zostanie sfinansowanych 30 doktoratów z dziedziny sztucznej inteligencji.

Doktoraty wdrożeniowe w różnych obszarach nauki, w tym dotyczące sztucznej inteligencji, zostały wprowadzone ustawą z 2017 roku. W ramach dwóch edycji programu około 800 doktorantów z 70 wydziałów szkół wyższych rozpoczęło prace dla około 500 firm. Nabory wniosków w roku 2020 i w kolejnych latach trwają od 31 marca do 31 maja danego roku.

Polscy hodowcy stracili setki milionów złotych przez afrykański pomór świń. Teraz może im zaszkodzić koronawirus

Już szósty rok trwa epidemia afrykańskiego pomoru świń wśród dzików w Polsce. W tym roku sytuacja jest bardziej dramatyczna niż w ubiegłym, a od początku roku odnotowano już ponad tysiąc przypadków choroby. Do tej pory jej ogniska występowały we wschodniej części kraju, w tym roku pojawiły się jednak także w Wielkopolsce i województwie lubuskim. Uniemożliwia to eksport wieprzowiny do krajów pozaunijnych. Teraz epidemia koronawirusa, skutkująca m.in. wstrzymaniem transportów, może pogłębić kłopoty branży.

Całe szczęście u domowych świń ryzyko choroby jest już ograniczone do minimum, w tym roku już nie było żadnego przypadku, ale temat ASF-u nie jest łatwy do rozwiązania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Ministerstwo Rolnictwa oraz organizacje branżowe czynią wszystko, żeby zapobiegać  tej chorobie poprzez prewencję, edukację rolników, hodowców, jak  również zachowania związane z ubojem i przemieszczaniem zwierząt, dystrybucją wyrobów gotowych i przemieszczaniem się ludzi.

Wprawdzie afrykański pomór świń występuje tylko u dzikich zwierząt, ale z powodu tej zarazy wiele krajów na świecie wprowadziło zakaz importu polskiej wieprzowiny. Ograniczony dostęp do rynków światowych oznacza, że branża musi konkurować na rynku wewnętrznym, co oznacza również Unię Europejską. W Europie pomór występuje obecnie w pasie od Estonii po Bułgarię oraz w Belgii. Pozostałe kraje ze względu na występowanie tej choroby w Chinach skorzystały na wzmożonym popycie Państwa Środka, same natomiast importują wieprzowinę z Polski. W efekcie tylko w naszym kraju ceny tego mięsa wzrosły między grudniem 2018 a grudniem 2019 roku o 23,5 proc., podczas gdy ceny żywności ogółem – o 7,5 proc. Drożeje jednak także surowiec, zarówno żywiec, jak i – dla przetwórców – tusze.

– Dzisiaj cena wieprzowiny na polskim rynku jest najwyższa od kilku lat i jest stabilna, czyli hodowcy mają z tego duże przychody. Ale to też nie do końca jest prawdą, bo w ramach tychże cen również rosną ceny warchlaka, w większości te zwierzęta są do Polski importowane – tłumaczy Wiesław Różański. –  ASF wpływa ujemnie na cały sektor przetwórczy i mam nadzieję, że damy sobie z tym radę. Myślę, że polscy producenci już się nauczyli, jak z tym żyć, i dzięki temu potrafimy te produkty lokować tam, gdzie jest to możliwe, i mimo tych ograniczeń również sprzedawać na rynku wewnętrznym Unii Europejskiej. Dla słabszych graczy na rynku jest to bolesny cios, który może w wielu wypadkach doprowadzić do ich upadłości.

Prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego podkreśla, że choć trudno o dokładne wyliczenia, straty branży można liczyć w setkach milionów złotych. Ponadto można się spodziewać strat spowodowanych przez epidemię koronawirusa. Według Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce transport w naszym kraju praktycznie się załamał. Najbardziej dotyczy to wprawdzie przewozów autokarowych, które zmalały niemal do zera, ale rynek ten wart jest 10 mld zł, a przewozów towarowych – 130 mld zł. Według szacunków na razie skurczył się on o 30 proc., co oznacza niemal 40 mld zł strat. Przestój dotyczy też przewozów kontenerowych, co oznacza, że niedotknięte ASF-em kraje unijne mają problem z wysyłaniem swojej wieprzowiny poza Europę.

– Koronawirus na pewno pośrednio może uderzyć także i w branżę mięsną, dlatego że ograniczenia przemieszczania się ludzi, jak również obawa przed tą chorobą spowodują zahamowania w dostępności do rynków, na których możemy te produkty sprzedawać – wyjaśnia prezes UPEMI. – Ograniczanie transportu i wysyłek kontenerowych już dzisiaj w wielu krajach funkcjonuje. Jeżeli ten proces choroby koronawirusa będzie się rozwijał, może to pośrednio wpływać na sytuację branży mięsnej.

Trwają prace nad szczepionką na koronawirusa. Nawet kilkanaście tysięcy złotych czeka na chętnych do jej testowania

W USA kilka dni temu rozpoczęła się rekrutacja zdrowych osób do udziału w badaniu klinicznym eksperymentalnej szczepionki przeciwko koronawirusowi. Pracują nad nią także Brytyjczycy, którzy płacą za uczestnictwo w badaniach i możliwość zakażenia zdrowej osoby kilka tysięcy funtów. Jednak nawet jeśli szczepionka okaże się skuteczna, na rynku może pojawić się najwcześniej za rok. Dlatego też obecnie walczy się tylko z objawami choroby. – Ważniejsze niż opracowanie szczepionki jest edukowanie społeczeństwa,  aby wykształcić prozdrowotne zachowania – przekonuje dr Paloma Cuchí, przedstawicielka Światowej Organizacji Zdrowia w Polsce.

– Na ten moment nie mamy leku na koronawirusa i stosujemy wyłącznie leczenie objawowe. W ponad 80 proc. przypadków występują łagodne objawy grypopodobne. Jednak u określonej grupy osób, zwłaszcza w podeszłym wieku, u których choroba ma ostry przebieg, wymaga hospitalizacji, podłączenia do respiratora oraz zastosowania innych środków. Nie ma jednak określonego modelu leczenia – mówi agencji Newseria Innowacje dr Paloma Cuchí, przedstawicielka WHO w Polsce.

Koronawirusem jest już zarażonych blisko 120 tys. osób w 110 krajach lub regionach. Obecnie liczbę chorych szacuje się na blisko 44 tys., przy czym 86 proc. (37,9 tys.) przechodzi chorobę łagodnie. Dotychczas zmarło nieco ponad 4,2 tys. osób. To przede wszystkim osoby starsze, chore na inne dolegliwości czy z obniżoną odpornością. Wyzdrowiało z kolei ponad 64 tys. chorych. Trwają prace nad szczepionką na nowy rodzaj wirusa, a także nad poszukiwaniem skutecznych leków.

– Toczy się wiele dyskusji w sprawie leków antyretrowirusowych, ich badania lub sprawdzania skuteczności działania, ale na chwilę obecną nie ma mowy o jakimś konkretnym leku, który byłby skuteczny w leczeniu przypadków zachorowań na koronawirusa. Oczywiście władze państw oraz WHO prowadzą prace nad przygotowaniem skutecznych metod jego leczenia – zaznacza dr Paloma Cuchí.

W Seattle w USA rozpoczęła się niedawno rekrutacja zdrowych osób do udziału w badaniu klinicznym eksperymentalnej szczepionki na SARS-CoV-2. Wiadomo, że nie zawiera ona wirusa i nie może powodować infekcji. W przeciwieństwie do szczepionek opracowanych dla innych wirusów zawiera tylko krótki segment materiału genetycznego RNA lub mRNA. Układ odpornościowy zaszczepionej osoby powinien zareagować na nowe białko zbudowaniem systemu przeciwciał, następnie mRNA powinien zostać wyeliminowany przez organizm.

Eksperci z brytyjskiego Queen Mary BioEnterprises Innovation Centre płacą z kolei 3,5 tys. funtów zdrowym osobom, które pozwolą zainfekować się dwoma łagodniejszymi szczepami koronawirusa i pozostaną w kwarantannie przez dwa tygodnie. Wiadomo jednak, że nawet jeśli szczepionka okaże się skuteczna, na jej wprowadzenie na rynek trzeba będzie jeszcze poczekać – minimum rok, choć prawdopodobnie jeszcze dłużej.

– Koronawirusy nie są czymś nowym. Ważne jest, abyśmy wyciągnęli odpowiednie wnioski z obecnej sytuacji, co pomoże nam w zwalczaniu podobnych epidemii w przyszłości. Ważniejsze niż opracowanie szczepionki jest edukowanie społeczeństwa, które będzie rozumiało podejmowane działania w zakresie zdrowia publicznego, dzięki czemu wykształcą się zachowania prozdrowotne zapobiegające zachorowaniom: poddawanie się szczepieniom na grypę, regularne wizyty kontrolne u lekarza i zrozumienie podstawowych zasad higieny – przekonuje ekspertka.

Choć w ostatnich latach w przypadku niektórych chorób wirusowych szczepionki i leki pozwoliły zapobiec rozprzestrzenianiu się infekcji, a w przypadku ospy udało się ją niemal całkowicie zwalczyć, to do zwycięstwa w walce z wirusami jeszcze daleka droga. W ostatnich dekadach kilka wirusów pochodzących od zwierząt doprowadziło do wybuchu różnych epidemii, m.in. wirus Ebola, SARS czy MERS. Tylko w przypadku Dengi udało się opracować szczepionkę (pod koniec 2019 roku), lecz można ją stosować tylko u osób, które chorobę już przeszły.

Sukcesem jest natomiast szczepionka przeciwko grypie. Według WHO podczas typowego sezonu grypowego umiera nawet pół miliona ludzi. Czasami, gdy pojawia się nowy szczep grypy, następuje pandemia z dużym wskaźnikiem śmiertelności – przykładem może być hiszpanka, na którą zachorowało 40 proc. światowej populacji, a która zabiła 50 mln ludzi w latach 1918–1919.

– Grypa i koronawirus są chorobami zakaźnymi i mogą prowadzić do zgonu chorego. Różnica polega na tym, że mamy szczepionki przeciw grypie, mamy więc pewien stopień kontroli nad zachorowaniami. Wiemy, że to choroba sezonowa, więc wiąże się z określoną porą roku. W przypadku koronawirusa mamy podobną wiedzę, ale nie mamy szczepionki. Nie wiemy, jak długo potrwa epidemia i czy będzie to choroba sezonowa. W związku z tym WHO wymaga od rządów państw i ośrodków badawczych łożenia odpowiednich funduszy na prowadzenie dalszych badań – mówi dr Paloma Cuchí.

Do zdobycia 100 mld euro na rozwój m.in. dla innowacyjnych firm. Kluczowa będzie współpraca z biznesem i państwowymi instytucjami

Jednym z głównych wyzwań polskiej nauki jest nie tylko tworzenie nowoczesnych i innowacyjnych wynalazków i rozwiązań. Niezbędna jest także współpraca z przedsiębiorstwami. Taka forma szeroko zakrojonej kooperacji jest już znana w krajach Europy Zachodniej, a w Polsce dopiero startuje. Szansą na nią jest program Horyzont Europa, której budżet wynosi 100 mld euro na rozwój dla innowacyjnych firm z Unii Europejskiej. – Niestety na razie więcej wpłacamy do projektów europejskich w Horyzoncie 2020, niż z niego dostajemy – mówi dr Piotr Dardziński, prezes Sieci Badawczej Łukasiewicz.

– Chcemy ukonstytuować i zweryfikować nasz system rekrutacji projektów. Mamy ambicję, żeby błyskawicznie odpowiadać na potrzeby polskich przedsiębiorców. To już nam się udaje. Mamy wdrożenia w firmach z branży elektromobilności, które przygotowują się do recyklingu baterii z elektrycznych samochodów. I chociaż tych baterii jeszcze nie ma, to w ciągu najbliższych kliku lat będzie ich mnóstwo. A nasze rozwiązanie już będzie dostępne – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr Piotr Dardziński.

Jednym z ostatnich sukcesów Sieci Badawczej Łukasiewicz jest zaproszenie do udziału w rozgrywanych aktualnie w USA zawodach DARPA. Organizują je amerykańscy naukowcy z Caltech i NASA, a zaproszenie otrzymał instytut badawczy Łukasiewicz – Przemysłowy Instytut Automatyki i Pomiarów. Zaproszenie jest wynikiem stworzenia przez polskich inżynierów robota. Od 2019 roku badacze rozpoczęli współpracę z California Institute of Technology (Caltech) w ramach projektu koordynowanego przez Łukasiewicz – Instytut Lotnictwa. Efektem kooperacji jest wysłanie jednego z testowych robotów na zawody  DARPA Subterranean Challenge. Dotychczas żaden polski robot w nich nie uczestniczył.

Celem instytucji jest połączenie biznesu z nauką, które pozwoli na komercjalizację polskich pomysłów na globalną skalę.

– Planujemy zwiększenie przychodów z grantów z Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Obecnie w naszej sieci mamy 1,3 mld zł przychodów. Znaczna część pochodzi z powtarzalnych projektów, głównie z certyfikacji. Naszą ambicją jest praca nad technologiami postrzeganymi jako przełomowe, np. z sektora kosmicznego. Jesteśmy zresztą beneficjentem jednego z programów w ramach Szybkiej Ścieżki Narodowego Centrum Badań i Rozwoju – wskazuje Piotr Dardziński.

W sieci powstają także takie projekty jak platforma autonomiczna wsparcia operacyjnego dla polskiego wojska, miejski autobus elektryczny pod marką Rafako czy autonomiczny robot polowy spełniający wymogi rolnictwa  precyzyjnego.

– Chcemy bardzo dobrze przygotować się do europejskiego programu Horyzont Europa. Jego budżet to 100 mld euro dla innowacyjnych europejskich przedsiębiorstw. Jako naukowcy musimy współpracować z polskimi firmami, to nasz wspólny interes – zaznacza ekspert.

Dotychczas instytut złożył 68 wniosków w ramach europejskiego programu, pozyskując 32 mln euro.

– Niestety na razie więcej wpłacamy do projektów europejskich w Horyzoncie 2020, niż z niego dostajemy. Polscy podatnicy płacą składkę, której nie są w stanie odzyskać polscy naukowcy i przedsiębiorcy. I to jest problem – wskazuje Piotr Dardziński.

Sieć Badawcza Łukasiewicz działa od początku kwietnia 2019 roku. Instytucja badawcza łączy 38 instytutów naukowo-badawczych. Jest w nich zatrudnionych 8 tys. pracowników, z czego 4,5 tys. to naukowcy i badacze. Instytuty zlokalizowane są w 11 miastach. Sam pomysł na utworzenie takiej sieci wzorowany jest na podobnych jednostkach w Finlandii, Francji czy Niemczech.

Czym jest Intrastat? Jak działa i kogo obowiązuje?

Zniesienie granic pomiędzy państwami Unii Europejskiej doprowadziło do utworzenia wspólnotowego rynku handlu. Jednocześnie spowodowało to brak dostępu rządów do danych statystycznych odnośnie wymiany towarowej pomiędzy krajami Unii ze względu na zniesienie odpraw celnych. Na te potrzeby wprowadzono wspólny dla wszystkich krajów Unii Europejskiej system statystyki obrotu towarowego (pomiędzy członkami Unii), czyli Intrastat.

Kogo obowiązuje deklaracja do systemu Intrastat?

Obowiązek złożenia deklaracji do systemu Intrastat nie dotyczy wszystkich przewożonych towarów w związku z czym nie każdy przedsiębiorca, który przeprowadza transakcje wewnątrz Unii Europejskiej jest zobowiązany do jej składania. Przepisy mówią, że obowiązkowi przekazania informacji o transportowanych towarach podlegają osoby fizyczne i prawne oraz jednostki organizacyjne, które nie posiadają osobowości prawnej i są płatnikami VAT, oraz dokonują wymiany handlowej z innymi państwami członkowskimi Unii. Dodatkowo wymagane jest przekroczenie ogłoszonych każdego roku przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego ustalonych progów.

Progi statystyczne Intrastat

Progi zgłoszeń do systemu Intrastat dzielimy na podstawowe i szczegółowe. W zależności od osiągniętego progu przedsiębiorca ma obowiązek przekazać inne informacje do systemu. W 2020 roku progi osiągają następujące wartości:

  • dla przywozu – próg podstawowy 4 000 000 zł, oraz 65 000 000 dla progu szczegółowego;
  • dla wywozu – próg podstawowy 2 000 000 zł, oraz 108 000 000 dla progu szczegółowego.

Sposób przekazywania deklaracji

Deklaracje można złożyć w formie elektronicznej, jak również tradycyjnie na specjalnym druku urzędowym. Okresem rozliczeniowym jest miesiąc kalendarzowy. Przedsiębiorca musi złożyć deklarację do 10 dnia miesiąca następnego po miesiącu, w którym powstał obowiązek złożenia deklaracji. Brak złożenia deklaracji lub jej błędne wypełnienie może skutkować nałożeniem kary. Izba Celna musi najpierw dostarczyć płatnikowi trzy upomnienia. Brak odpowiedzi na każde z nich może wiązać się z karą w wysokości 3000 zł za każdy z miesięcy, w którym obowiązek przekazania danych nie został spełniony. W związku z tym warto przekazać złożenie deklaracji specjalnym agencjom celnym, które zajmują się taką działalnością.

Agencje celne Intrastat

Złożenie deklaracji do systemu można powierzyć specjalnej firmie. Agencja celna zajmie się obsługą celną towarów. Sporządzi wymagane pisma i wypełni wnioski, jakich wymaga Izba Celna. Usługa Intrastat nie jest droga, a pozwala przedsiębiorcy uniknąć problemów związanych z błędnym wypełnieniem deklaracji oraz na zaoszczędzenie czasu.

Czego boją się przewoźnicy? – czy pakiet mobilności wpłynie na decyzje zakupowe polskich przedsiębiorstw transportowych?

Od czerwca minionego roku w Polsce trwa tendencja spadkowa w rejestracjach ciężarówek. W szóstym miesiącu spadku – w grudniu 2019 r. zarejestrowano o prawie 20 proc. mniej pojazdów ciężarowych niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Z czego wynika tak negatywna sytuacja? Dlaczego polscy przewoźnicy wstrzymują się z rozbudową floty? Sytuację analizuje Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Rok 2019 zakończył się z różnicą 5,4 proc. w kwestii rejestracji nowych pojazdów użytkowych o DMC pow. 3,5 t. Wśród samochodów ciężarowych zarejestrowano spadek aż o 5,2 proc., a w przypadku autobusów wynosi on ok. 8 proc. w stosunku do danych z 2018 r. Czy to oznacza, że polska branża transportowa czegoś się obawia?

Pakiet mobilności w transporcie budzi niepokoje

„Co to jest pakiet mobilności i czego realnie możemy się po nim spodziewać?” – pytają często przewoźnicy, obawiając się o losy swojego przedsiębiorstwa. W najprostszym rozumieniu jest to zbiór regulacji prawnych mających obowiązywać na terenie całej UE. Przepisy te dotyczą trzech głównych obszarów tematycznych: dopuszczalnych norm prowadzenia pojazdu w perspektywie dziennej i tygodniowej, w tym także odpoczynków i urządzeń rejestrujących czas pracy, delegowania kierowców oraz warunków wykonywania przewozów międzynarodowych i dostępu do zagranicznych rynków. Przyjęcie tych regulacji postawi pod znakiem zapytania rentowność wykonywania wielu przewozów, z czego doskonale zdają sobie sprawę polscy przedsiębiorcy transportowi. Wysoko cenieni przewoźnicy, którzy mają konkurencyjne ceny, mogą nie mieć możliwości utrzymania dotychczasowego poziomu obsługi i kontraktów ze swoimi dotychczasowymi klientami. Pakiet mobilności to też konieczność częstszych powrotów kierowców i ciężarówek do siedziby firmy i nowe zasady rozliczania płacy minimalnej, co znacząco podniesie koszty przedsiębiorstw.

Aktualnie pakiet mobilności czeka jeszcze dwuetapowa akceptacja – przez Radę Unii Europejskiej i Parlament Europejski. Mimo usilnej walki państwa Europy Wschodniej o zmiany w tych regulacjach, najprawdopodobniej ustawy zostaną przyjęte w obecnym kształcie w ciągu najbliższych czterech miesięcy.

Pomimo panującej obecnie bardzo korzystnej sytuacji polskich przewoźników na rynkach zagranicznych, istnieją realne obawy zagrażające pozycji liderów w przewozach drogowych. Wobec czego Polacy zachowawczo podchodzą do konieczności rozbudowy lub odświeżenia floty.

– Jedną z ważniejszych obaw przedsiębiorstw transportowych wzbudza pakiet mobilności. Unijne regulacje, które wprowadzą zmiany w dostępie do rynku, delegowaniu pracowników i znacząco zwiększą koszty pracownicze, mogą nie przysparzać chęci do inwestowania we flotę – twierdzi Kamil Wolański, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Wpływ Brexitu na zakupy polskich przewoźników

W 2019 r. wiele pytań wśród polskich przewoźników rodził temat wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur UE. Z badań, które OCRK przeprowadziło wśród swoich klientów wynika, że aż 70 proc. właścicieli firm transportowych negatywnie ocenia wpływ Brexitu na sytuację swojego biznesu, a niemalże 30 proc. ankietowanych zadeklarowało, że planuje wycofać z Wielkiej Brytanii część swojego taboru. Taki nastrój również nie sprzyjał zakupowi nowych pojazdów.

– Choć aktualnie trwa okres przejściowy i nasze rodzime ciężarówki swobodnie mogą dokonywać przewozów na terenie Zjednoczonego Królestwa, to wciąż sytuacja z perspektywy przewoźników jest niestabilna. Ciężko się więc dziwić, że przy takich nastrojach polska flota nie jest rozbudowywana – komentuje Kamil Wolański.

Brak pracowników równoznaczny z brakiem nowych ciężarówek

Bardzo dużym problemem, z którym borykają się przewoźnicy nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, jest deficyt wykwalifikowanych pracowników.  Rozwój sektora TSL z roku na rok wymusza na branży powstanie kolejnych stanowisk pracy dla kierowców zawodowych. Zawód ten nie jest dobrze postrzegany przez młodych kandydatów ze względu na nienormowany (w praktyce) czas pracy – często uniemożliwiający np. spędzenie świąt z rodziną lub wymuszający konieczność pracy nocą. Problemem jest także duża odpowiedzialność, czy też trudność utrzymania stałych relacji społecznych wynikających z ciągłych wyjazdów. Średni wiek polskiego kierowcy zawodowego wynosi 42 lata[1], wielu aktywnych dziś pracowników w perspektywie najbliższych kilku lat odejdzie na zasłużoną emeryturę, co pokazuje, że tendencje mogą się nasilać.

Kierowcy samochodów ciężarowych i ciągników siodłowych w Barometrze Zawodów 2020 znaleźli się na głównej liście zawodów deficytowych na terenie całej Polski. Z danych Międzynarodowej Unii Transportu (IRU) wynika, że braki kadrowe w firmach transportowych w przyszłości mogą osiągnąć nawet poziom 40 proc., podczas gdy obecnie nieobsadzonych pozostaje nawet 21 proc. miejsc pracy.

– Przewoźnicy dość mocno zastanawiają się, dla kogo mieliby te ciężarówki kupić. Z jednej strony – faktycznie kierowcy chcą pracować na nowych pojazdach, często decydując się na przejście do innej firmy, bo tam jest nowsza, lepiej wyposażona flota. Z drugiej jednak strony kupowanie nowych aut, których nie będzie miał kto prowadzić, wydaje się przewoźnikom bezcelowe – mówi ekspert OCRK.  

Przewoźnicy czekają na nowe?

 

Od 15 czerwca 2019 r. zgodnie z rozporządzeniem UE nr 165/2014 we wszystkich nowych pojazdach ciężarowych muszą być montowane tzw. inteligentne tachografy. Czy może być to powód, dla którego w 2019 r. spadło zainteresowanie kupnem nowych ciężarówek?  – Wszystko co nowe, może budzić pewne obawy, zatem niewykluczone, że przewoźnicy wstrzymują decyzję o konieczności kupienia nowego auta lub odświeżenia obecnej floty. Zwłaszcza, że obecnie w UE pracuje się już nad kolejną wersją tachografów, więc być może decyzje zakupowe będą realizowane w nieco późniejszym terminie – mówi Kamil Wolański z OCRK.

Niezależnie od obecnej tendencji spadkowej w rejestracji nowych ciężarówek, należy pamiętać, że polski sektor transportu drogowego przez ostatnie 15 lat stał się wiceliderem Europy. W 2018 roku wartość europejskiego rynku TSL wyniosła 341,5 mld euro, z czego 16,4 proc. znajdowało się w rękach polskich przewoźników[2]. Zgodnie z przewidywaniami ekspertów, zapotrzebowanie na usługi transportowe będzie wzrastać, więc prawdopodobnie polscy przewoźnicy będą musieli podjąć decyzję o wymianie, bądź rozbudowie floty.

[1] Badanie Kim jest polski kierowca ciężarówki, Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców, 2018

[2] Road Freight Transport. Eurostat, 2019

Ronson Development udanie zakończył 2019 rok, spodziewa się bardzo dobrych wyników w pierwszej połowie 2020 roku

  • W czwartym kwartale 2019 r. Ronson Development wypracował 4,2 mln zł zysku netto, podczas gdy ostatni kwartał 2018 r. zakończył „pod kreską”. W całym ubiegłym roku zysk netto dewelopera sięgnął 17,4 mln zł, czyli o 29% więcej niż rok wcześniej.
  • Ronson Development spodziewa się bardzo dobrych wyników finansowych w pierwszej połowie 2020 r. Planuje bowiem przekazać nabywcom około 300 lokali w wysokomarżowym projekcie City Link III na warszawskiej Woli.
  • Plany Spółki na bieżący rok zakładają sprzedaż ponad 950 lokali (wobec 761 w 2019 r.) oraz przekazanie klientom łącznie około 950 lokali (w porównaniu z 658 w minionym roku).

Pierwsze przychody i zyski z City Link III

– W czwartym kwartale, zgodnie z zapowiedziami, zakończyliśmy budowę projektu City Link III na warszawskiej Woli. Ta inwestycja od samego początku była jednym z naszych bestsellerów, który ponadto wyróżniał się bardzo wysoką rentownością. Ostatecznie marża brutto sięgnęła niemal 39%. Spośród 368 lokali wybudowanych w tym projekcie, 350 zostało sprzedanych, a pierwsza pula 66 lokali została przekazana nabywcom przed końcem ubiegłego roku. Przełożyło się to pozytywnie na nasze wyniki finansowe za czwarty kwartał i cały 2019 rok – wskazał Boaz Haim, prezes Ronson Development.

W ostatnim kwartale 2019 r. Ronson Development wypracował 4,2 mln zł zysku netto, podczas gdy w analogicznym okresie 2018 r. zanotował stratę netto. Zysk brutto na sprzedaży sięgnął 13,7 mln zł (w tym 12 mln zł pochodziło z projektu City Link III) wobec 3,6 mln zł rok wcześniej. Łączne przychody Ronson Development w czwartym kwartale ubiegłego roku wyniosły 53,6 mln zł, czyli o 31% więcej niż w tym samym okresie 2018 r.

Łączne przychody w całym ubiegłym roku wyniosły niemal 233 mln zł, w tym 226 mln zł z tytułu przekazania klientom 467 lokali w projektach objętych pełną konsolidacją. Największy udział w rozpoznanych przychodach miały warszawskie inwestycje: Nova Królikarnia (35%) i Miasto Moje (23%). Choć udział projektu City Link III w całorocznych przychodach wyniósł „tylko” 14%, odpowiadał on aż za 28% zysku brutto. Średnia marża brutto na sprzedaży mieszkań, które zostały przekazane klientom w 2019 r., wyniosła 19,5% w porównaniu z 15,5% w 2018 r.

W 2019 r. Ronson Development przekazał ponadto 191 lokali o łącznej wartości ponad 87 mln zł w projektach City Link I i II, zrealizowanych w ramach joint venture, z 50-proc. udziałem Spółki. Marża brutto na tych projektach przekroczyła 25%, a przypadający na Ronson Development zysk z joint venture wyniósł 9,1 mln zł.

Ostatecznie, zysk netto wypracowany przez Ronson Development w 2019 r. sięgnął 17,4 mln zł, czyli o 29% więcej niż rok wcześniej.

Zyskowne pierwsze półrocze 2020 roku

Bardzo dobrze pod względem wyników finansowych zapowiada się także pierwsza połowa bieżącego roku, w szczególności pierwszy kwartał. Na ten okres przypada bowiem przekazanie większości mieszkań w wysokomarżowym projekcie City Link III.

– Na koniec 2019 r. w projekcie City Link III znajdowały się 302 gotowe lokale, które nie zostały jeszcze przekazane nabywcom, z czego 284 były już sprzedane, a łączna wartość zawartych umów wynosiła 143 mln zł. Przy marży brutto na poziomie blisko 39% daje to ponad 54 mln zł zysku brutto z tego jednego projektu. To więcej niż łączny zysk brutto Ronson Development za cały ubiegły rok – wskazał Yaron Shama, wiceprezes i dyrektor finansowy Spółki.

Łącznie we wszystkich projektach Ronson Development planuje przekazać klientom około 950 lokali w 2020 r. wobec 658 w 2019 r.

Miasto Moje i Ursus Centralny napędzą wyniki sprzedażowe

Podobną skalę Ronson Development chce osiągnąć pod względem nowo zawieranych umów sprzedaży. – Nasze plany na 2020 rok zakładają sprzedaż ponad 950 lokali, czyli wyraźnie więcej niż w ostatnich latach. Będzie to możliwe między innymi dzięki temu, że w ubiegłym roku rozpoczęliśmy realizację ponad 1100 lokali, istotnie wzmacniając naszą ofertę. W tym roku dodatkowo chcemy wystartować z budową ponad 900 lokali. Będą to przede wszystkim kolejne etapy naszych dotychczasowych inwestycji, cieszących się dużą popularnością wśród klientów – zapowiedział Andrzej Gutowski, wiceprezes zarządu, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Ronson Development.

– Zakładamy, że motorami sprzedażowymi będą nasze dwa flagowe projekty w Warszawie: Miasto Moje na Białołęce oraz Ursus Centralny, gdzie z powodzeniem wdrażamy koncepcję „miasta w mieście”, łącząc ofertę mieszkań w atrakcyjnej cenie z szerokim wyborem punktów handlowo-usługowych i wspólnymi terenami rekreacyjnymi na terenie osiedla. W każdym z tych projektów planujemy znaleźć nabywców na ponad 200 lokali – dodał Andrzej Gutowski.

Wybrane skonsolidowane wyniki finansowe Ronson Development

(mln zł) IV kw. 2019 IV kw. 2018 Zmiana r/r 2019 2018 Zmiana r/r
Przychody 53,6 40,8 +31% 232,6 294,1 -21%
Zysk brutto
na sprzedaży
13,7 3,6 +281% 44,3 45,7 -3%
Udział w zysku z joint venture 0,1 0,1 9,1 2,8 +225%
Zysk netto 1) 4,2 (3,8)2) 17,4 13,5 +29%
  • Zysk netto przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej
  • Wynik przekształcony zgodnie z MSSF 15.

Biurokracja największym hamulcem polskiej gospodarki

Ustanowiona w grudniu 1989 roku ustawa Wilczka, przywracająca w Polsce wolny rynek, przyniosła nam cud gospodarczy na skalę światową. W podręcznikach historii można przeczytać, że Polska była krajem o największym wzroście gospodarczym końca XX wieku. Tak ogromny, dwucyfrowy wzrost był możliwy dzięki zliberalizowaniu działania rynku i aktywizacji drobnych przedsiębiorców – którzy z dnia na dzień mogli zacząć prowadzić działalność na równych prawach. Mimo braku infrastruktury udało się dzięki temu przeprowadzić w Polsce gospodarczą rewolucję. Patrząc na lata 90-te z dzisiejszej perspektywy pojawia się pytanie – czemu takich wyników i takiego rozwoju firm nie obserwujemy w Polsce teraz? Mamy przecież więcej narzędzi, potrzebną infrastrukturę, ultraszybką telekomunikację i cyfryzację, wygodną bankowość i dostęp do wykształcenia. Co nas powstrzymuje?

– Polacy mają dzisiaj znacznie więcej możliwości, mają wszystkie rozwiązania technologiczne, które są stosowane na świecie. Ale nie mają tego, co mieszkańcy innych krajów Unii: znacznie lepszego poziomu przepisów, które muszą na co dzień stosować i przyjaznej biurokracji, która nie przeszkadza im w codziennej aktywności gospodarczej – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – To, czego Polakom brakuje dzisiaj do sukcesu podobnego do tego, który w latach 90-tych stał się historycznym cudem gospodarczym – to właśnie dobrze i przyjaźnie działające państwo oraz urzędnik, który ma służyć, a nie przeszkadzać. Istotna jest też minimalna liczba przepisów, która jest potrzebna, żeby działać. Niestety polska rzeczywistość prawna nie pozwala na efektywny wzrost gospodarczy. Dzisiaj Polacy większość czasu poświęcają na wdrażanie kolejnych, dokładanych co roku regulacji – zamiast na zajmowanie się własnym biznesem – ocenia Sadowski.

Spada zdawalność egzaminów na prawo jazdy. Eksperci alarmują: To patologia, bo liczą się tylko pieniądze

Jak wynika z danych pochodzących od WORD-ów, w ub.r. zdawalność egzaminów teoretycznych na prawo jazdy kategorii B wyniosła od prawie 50% do blisko 59%. W porównaniu z 2018 rokiem, wskaźnik ten spadł m.in. w Szczecinie i we Wrocławiu, a wzrósł w Warszawie oraz Krakowie. W przypadku praktyki mówimy o poziomie 31-34%. Przy tym statystyki w stolicy i Katowicach były gorsze niż wcześniej, a w Poznaniu i Łodzi – lepsze. Zdaniem ekspertów, odsetek osób, które otrzymują uprawnienia, jest dość niski. Przyczynia się do tego obowiązujący system, a prognozy na najbliższe miesiące nie napawają optymizmem.     

Tylko 49,7% wyniosła w 2019 roku zdawalność egzaminów teoretycznych na prawo jazdy kat. B w Wojewódzkim Ośrodku Ruchu Drogowego w Zielonej Górze. Rok wcześniej była wyższa, na poziomie 51%. Tego typu spadki odnotowano też w ośrodkach w Opolu (z 54,6% do 54,3%), Szczecinie (z 57,5% do 56,2%), we Wrocławiu (z 56,7% do 56,5%), w Białymstoku (z 58,7% do 57,2%) i Lublinie (z 61,5% do 61%).

– Program i szkolenie dla przyszłych kierowców powinny być tak przygotowane, żeby egzamin stanowił formalność. A tutaj widać wyraźnie, że mamy wadliwy system. Kiedyś, przed zmianą tzw. egzaminów teoretycznych, zdawalność była na poziomie ok. 90%. Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego teraz są takie niskie wyniki. To są raczej proste rzeczy. Może część kandydatów na siłę chce zdobyć uprawnienia lub nie ma motywacji, bo z góry wie, że za pierwszym razem będzie negatywny wynik – komentuje Kuba Bielak z Akademii Bezpiecznej Jazdy w Warszawie.

56,7% chętnych zdało w 2019 roku egzamin teoretyczny na prawo jazdy kat. B w ośrodku w Warszawie. Rok wcześniej wynik ten wyniósł 55,3%. Odsetek osób, które uzyskały pozytywny wynik, wzrósł też w Bydgoszczy (z 57,9% do 58,8%), Katowicach (z 57,5% do 57,7%) i Poznaniu (z 55,8% do 57,5%). Podobnie było w Łodzi (z 54,9% do 56%), Krakowie (z 55% do 55,8%) oraz Olsztynie (z 54% do 55,3%). Natomiast w Krośnie wskaźnik nie zmienił się, pozostał na poziomie 57,9%.

– Zdawalność z teorii jest niska i to tendencja widoczna w całym kraju, ale na to się nic nie poradzi. Nie pomoże zwiększenie godzin zajęć z teorii, ponieważ testy odnoszą się do wielu sytuacji na drogach, a w trakcie jazd nie spotka się ich wszystkich. Ponadto, kursanci nie uczą się wiele. Uważają, że to przyjdzie samo. Dopiero kiedy za pierwszym razem nie zdają, zaczynają przeglądać materiały. Być może mniejsza liczba testów wpłynęłaby na poprawę zdawalności, ale wtedy sporo osób uczyłoby się na pamięć, co nie powinno mieć miejsca – mówi Rafał Grad, właściciel ośrodka szkoleniowego kierowców z Warszawy.

Dane z warszawskiego ośrodka wskazują, że w ubiegłym roku zdawalność egzaminów praktycznych na prawo jazdy kat. B wyniosła 34,4%. 12 miesięcy wcześniej była nieznacznie wyższa – 34,5%. Gorsze wskaźniki rok do roku widzimy też w Szczecinie (z 29% do 27,7%), Bydgoszczy (z 30,9% do 30,5%), Katowicach (z 30,6% do 30,5%). Takie spadki nastąpiły też w Opolu (z 32,6% do 31,6%), Krakowie (z 34% do 32,3%), Olsztynie (z 35% do 34,1%), Zielonej Górze (z 35,2% do 34,9%) oraz Lublinie (z 35,6% do 35,4%).

– Mamy niewątpliwie do czynienia z patologiczną sytuacją. W obecnym systemie głównym dochodem WORD-ów są wpływy z egzaminów, również powtórkowych, a przecież stosunkowo niewiele osób zdaje za pierwszym razem. Samo podniesienie wskaźników o ileś procent nie rozwiąże sprawy. To kwestia stworzenia odpowiednich warunków. Nie jesteśmy częścią Excela, tylko żywymi organizmami, które mają uczestniczyć w ruchu drogowym. A ten system po prostu u nas nie działa – stwierdza Kuba Bielak.

Porównując dane z lat 2018-2019, wskaźnik zdawalności egzaminów praktycznych na prawo jazdy kat. B poprawił się w Poznaniu (z 32,1% do 32,5%), Łodzi (z 32,9% do 33%), Krośnie (z 31,3% do 33,8%), Białymstoku (z 32,3% do 38,2%) i we Wrocławiu (z 38,4% do 38,6%). Według Rafała Grada, teraz dopiero zmniejszy się zdawalność. Od początku roku obowiązują przepisy, które pozwalają egzaminatorowi przeprowadzić nie więcej niż jeden egzamin na godzinę. Zdaniem eksperta, każdy z przeprowadzających czynności ma swoje wyobrażenie o tym, co znaczy zagrożenie na drodze. To oznacza mnóstwo możliwości do wystawienia oceny negatywnej.

– Z egzaminem praktycznym powinno wiązać się kryterium obiektywizmu. A niestety tak nie jest. Musimy wierzyć, że egzaminatorzy są rzetelni i wiedzą wszystko na ten temat. Oni pozostają subiektywni, ponieważ nie stworzono odpowiednich warunków. Skoro jest punktowy system karania kierowców, to można pomyśleć o wprowadzeniu czegoś podobnego na egzaminie. To byłaby w jakimś stopniu obiektywizacja warunków – przekonuje Kuba Bielak.

Jak podkreśla Rafał Grad, kamery w autach nie rozwiązują problemu podczas egzaminu. One jedynie ograniczają możliwość przekupstwa w samym pojeździe. Ekspert zaznacza, że zdającemu przysługuje odwołanie. Ale w praktyce można liczyć jedynie na zwrot pieniędzy. Zdawalność mogłaby poprawić większa liczba godzin za kierownicą w trakcie kursu. Jazda to praktyka. A im dłużej się jeździ, tym więcej się potrafi.

– Kiedyś główną przyczyną wypadków w Polsce było niedostosowanie prędkości do warunków, a od pięciu lat jest to nieudzielenie pierwszeństwa przejazdu. Zatem to powinno być podstawowym elementem, z którego się egzaminuje. A u nas odbywa się to wedle uznania – podsumowuje ekspert Akademii Bezpiecznej Jazdy w Warszawie.

UE musi zwalczać bariery dla jednolitego rynku

Komisja Europejska opublikowała długoterminowy plan działania na rzecz lepszego wdrażania i egzekwowania przepisów dotyczących jednolitego rynku. Wzmocnienia infrastruktury na szczeblu UE i krajowym od dłuższego czasu domagał się europejski biznes.

Dyrektor generalny BusinessEurope Markus J. Beyrer powiedział:

„Europejska polityka przemysłowa i gospodarka o obiegu zamkniętym mogą funkcjonować jedynie na pozbawionym barier jednolitym rynku UE, którego przepisy są wdrażane terminowo, przejrzyście i skutecznie. Europejski biznes chce znieść bariery i chce, aby Komisja Europejska i państwa członkowskie UE wspólnie podjęły działania w celu egzekwowania przepisów dotyczących jednolitego rynku.

Europejski biznes nie przestanie wskazywać palcem na pozostałe bariery. Plan działania i raport na temat barier pomogą walczyć z rosnącym protekcjonizmem i wspierać równe szanse dla biznesu.

Ci politycy i instytucje, które hamują głębszą integrację rynku, muszą wziąć pod uwagę, że tylko pozbawiony barier jednolity rynek UE pozwoli na szybszą konwergencję gospodarczą i społeczną w Europie, czyli cel, do którego wszyscy zmierzamy. ”

Źródło: BusinessEurope

Frank szwajcarski na szczytach

Frank szwajcarski dzięki ogólnej panice wyskoczył na najwyższy poziom od przełomu lat 2016 i 2017. Jest to zła wiadomość dla kredytobiorców, szczególnie że 10 dzień miesiąca jest dość popularną datą spłaty kredytów.

Względna stabilizacja

Po wczorajszym panicznym otwarciu na rynkach przyszła chwila refleksji. Spowodowała ona, że aktywa nie leciały na łeb na szyję, przez resztę dnia utrzymały ceny z otwarcia. Nie znaczy to, że panika minęła. Bardzo często po gwałtownym spadku na otwarciu przez resztę dnia kurs odbija. W tym wypadku zabrakło chętnych na aktywa po gwałtownej przecenie. Kolejne dni pokażą nam jak zachowają się rynki, aczkolwiek patrząc na narrację w mediach, klimat nie sprzyja uspokojeniu sytuacji.

Słabość złotego

W związku z eskalacją ryzyk, waluty uważane za bardziej ryzykowne są wyraźnie w odwrocie. Dobrym przykładem jest niestety również polski złoty. Euro kosztuje obecnie 4,32 zł a frank po wczorajszym chwilowym przekroczeniu 4,10 zł ustabilizował się w okolicach 4,08 zł. Warto zwrócić uwagę, że przy obecnej zmienności na rynku sformułowanie “ustabilizował” może okazać się sporym nadużyciem. Powodem tak silnego wzrostu kursu franka jest najsłabsze euro względem franka od 2015 roku. Frank uważany jest za bezpieczną przystań dlatego inwestorzy przekierowują tam swoje oszczędności. Ostatnie dni spowodowały, że rentowność obligacji szwajcarskich osiągnęła poziom poniżej -1%, co świadczy o ogromnej potrzebie inwestycji we franka.

Lepsze dane bez wpływu na rynki

Dzisiaj o 11:00 poznaliśmy rewizję danych dla wzrostu PKB w Unii Europejskiej. Podniesiono go z 0,9% do 1,0%. Jest to z jednej strony relatywnie słaby rezultat jak na ten parametr. Z drugiej strony jest lepszy od oczekiwań. Patrząc na ilość problemów, które przysporzył gospodarce koronawirus, taki wynik za kilka miesięcy może uchodzić za bardzo dobry.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Jak przygotować się do wzięcia pierwszej pożyczki?

Wzięcie każdej pożyczki, zarówno pierwszej, jak i każdej kolejnej, powinno być zawsze wynikiem przemyślanej decyzji. Zawsze jest to jakiegoś rodzaju zobowiązanie finansowe, na kilkadziesiąt dni, kilka miesięcy lub lat. Warto się do podpisania tego typu umowy dobrze przygotować.

Sprawdź zdolność kredytową, BIK i KRD

Zanim zaczniesz wybierać spośród ofert dostępnych na rynku, przeanalizuj swoje stałe koszty i oszczędności. Przede wszystkim odśwież swoją historię kredytową. Jest pozytywna, czy zdarzały ci się małe wpadki? Masz uregulowane wszystkie zobowiązania, czy z czymś zalegasz? Pamiętać, że na ocenę twojego wniosku o pożyczkę, zarówno w banku jak i firmie pozabankowej, wpływ ma raport z Biura Informacji Kredytowej. Oczywiście ogromne znaczenie będzie miało to, czy znajdujesz się w Krajowym Rejestrze Dłużników (KRD). Jeśli chcesz dowiedzieć się, kiedy i jak można się tam znaleźć i jak ewentualnie znaleźć dane o sobie, wejdź na https://www.twojapierwszapozyczka.pl/porady/krajowy-rejestr-dlugow. Negatywna historia kredytowa nie oznacza, że nie możesz wziąć żadnej pożyczki. Istnieją bowiem pożyczkodawcy, którzy oferują specjalne pożyczki bez BIK i BIG (Biuro Informacji Gospodarczej), natomiast musisz liczyć się z tym, że są one nieco droższe od tych najpopularniejszych na rynku.

Na decyzję o przyznaniu bądź nie kredytu/pożyczki wpływ ma przede wszystkim zdolność kredytowa. Jeśli planujesz wziąć większe zobowiązanie za jakiś czas, możesz jeszcze nad tym popracować. W przypadku pożyczek krótkoterminowych nie trzeba składać dodatkowych dokumentów poświadczających zatrudnienie i wysokość dochodów. Firma pozabankowa nie potrzebuje zaświadczenia o zarobkach, sama dokonuje weryfikacji danych, które ty podajesz na wniosku o pożyczkę.

Mądra pożyczka to duża oszczędność

Oferty długoterminowe i krótkoterminowe – kiedy warto z nich skorzystać?

Przed wzięciem jakiejkolwiek pożyczki warto bardzo dokładnie i krytycznie wręcz przeanalizować własną sytuację finansową. Żadnego tego typu zobowiązania nie należy podpisywać pod wpływem emocji, jak podkreślają specjaliści z serwisu TwojaPierwszaPożyczka.pl. Niezależnie od tego, czy rozważasz wzięcie pożyczki na 60 dni czy większego kredytu, czy chcesz skorzystać z oferty banku czy firmy pozabankowej, powinieneś dokonać analizy własnych możliwości. Obecnie wiele firm proponuje bardzo korzystne oferty długoterminowe, natomiast decydując się na nie, trzeba mieć pewność co do zdolności spłaty danego zobowiązania. Szczególnie, gdy są to zobowiązania na dłużej – pożyczki na raty wymagają odpowiedzialnego podejścia nie tylko ze strony pożyczkodawcy, ale i wnioskującego. Warto przeanalizować, czy rata nie będzie zbyt dużym obciążeniem dla domowego budżetu, czy masz gwarancję dopływu środków przez okres spłacania zobowiązania. Pamiętaj, że bank lub firma pozabankowa wydają jedynie decyzję o przyznaniu środków, ich spłata to wyłącznie twoja odpowiedzialność.

Warto także zastanowić się, czy rzeczywiście potrzebujesz kredytu lub pożyczki. Być może wystarczy kilka miesięcy oszczędzania, aby był w stanie kupić nowy komputer lub sprzęt AGD. Jeśli tak, to lepiej zrezygnować z pożyczki. Chyba, że potrzebujesz pieniędzy w danej chwili, a zakup nowej lodówki nie może poczekać…

Jak wybrać najlepszą ofertę pożyczki na raty?

Bardzo wielu pożyczkodawców oferuje atrakcyjne warunki zadłużenia, trzeba jednak pozwolić im zaprezentować swoją ofertę. Czy potrzebny ci do tego ekspert z dziedziny finansów? Być może w przypadku dużych kredytów zawieranych na kilkadziesiąt lat jest to rozwiązanie wartościowe i pożądane szczególnie przez osoby, które nie dysponują bogatą znajomością instrumentów finansowych. Ekspert może podpowiedzieć ci na przykład, gdzie dostaniesz kredyt najszybciej, gdzie masz na niego największą szansę, gdzie warto składać wniosek, jeśli pracujesz tylko na umowę zlecenie.

Natomiast w przypadku małych pożyczek, chwilówek, kredytów na 2-3 lata, z reguły wystarczy przejrzenie zestawień dostępnych w Internecie. Obecnie możesz bez problemu zajrzeć na stronę https://www.twojapierwszapozyczka.pl/oferty-pozyczek-ratalnych/ i zorientować się w ogólnej ofercie pożyczek. Następnie z pomocą kalkulatora pożyczkowego i porównywarki kredytów możesz ustalić wysokość pożyczki, której szukasz, wysokość raty, jaką jesteś gotów spłacać. Pamiętaj, że liczy się całościowa kwota pożyczki, wysokość oprocentowania, RRSO.  Wyszukiwarki same znajdą dla ciebie najbardziej odpowiadające podanym kryteriom oferty. Możesz na przykład sprawdzić ranking pożyczek na 2 miesiące – https://www.twojapierwszapozyczka.pl/. Oczywiście ostatecznie to ty musisz przeczytać umowę, upewnić się, że nie ma w niej niepokojących cię zapisów, natomiast wstępnej selekcji może za ciebie dokonać Internet.

Wybór najlepszej pożyczki – podsumowanie

Wiele firm będzie cię z pewnością próbowało przekonać, że aby wybrać najlepszą ofertę kredytu bądź pożyczki, koniecznie potrzebujesz wsparcia eksperta. Oczywiście nie warto podpisywać pierwszej lepszej umowy. Nierozsądne jest sprawdzenie jednej tylko oferty, podczas gdy na rynku jest ich dużo. Idąc tylko do swojego banku, narażasz się na spore ryzyko, że znacząco przepłacisz. Na przykład wiele firm pozabankowych oferuje pożyczkę dla nowych klientów za darmo, czyli z oprocentowaniem 0%. Niektórzy pożyczkodawcy, pod warunkiem spłaty w terminie, podobną ofertę mają dla stałych klientów – np. co 5 pożyczka może być darmowa. Dlaczego masz więc skorzystać z droższej? Na szczęście nie musisz biegać od banku do banku, aby znaleźć najlepszą ofertę.

Starając się o pożyczkę, musimy mieć świadomość, że nie zostanie nam ona udzielona, jeżeli nasza zdolność kredytowa jest niska. Mają na nią wpływ zarówno pozytywne, jak i negatywne zdarzenia podczas spłacania poprzednich kredytów. Wpis w BIK lub w Krajowy Rejestrze Długów przekreśla

Liczba dostawców usług mobilnych wykorzystujących technologie predykcyjne podwoi się do 2025 r.

Zebra Technologies Corporation (NASDAQ: ZBRA), ogłosiła dzisiaj wyniki badań, z których wynika, że dostawcy usług terenowych branży telekomunikacyjnej i przemysłowej na całym świecie zwiększą wykorzystanie technologii mobilnych w celu optymalizacji i transformacji prac operacyjnych.

Liczba organizacji, które wdrożą w ramach swoich strategii mobilnych rozwiązania predykcyjne (rozwiązania, które podpowiadają lub wskazują działanie), ma się podwoić w ciągu pięciu lat, według respondentów trzyczęściowego badania „Future of Field Operations” przeprowadzonego przez firmę Zebra w branży telekomunikacyjnej, produkcyjnej, budowlanej, górniczej i rolnej. Obecnie tylko 16 proc. organizacji korzysta z rozwiązań wskazujących lub podpowiadających w celu przypisania właściwego zasobu do właściwego zadania w odpowiednim czasie przy użyciu urządzeń mobilnych. Do 2025 r. odsetek ten wzrośnie do 32 proc.

„W związku z rosnącym naciskiem na usprawnienie przepływu pracy i prawidłową realizację zadań za pierwszym razem, dostawcy usług z branży telekomunikacyjnej i przemysłowej coraz częściej wyposażają swoich pracowników operacyjnych w technologie mobilne, takie jak wytrzymałe tablety, drukarki przenośne oraz ręczne komputery mobilne” – powiedział Alex Cooper, Director of Government and Critical Field Service Strategy w Zebra Technologies. „Szybsza łączność mobilna w połączeniu ze specjalnie skonstruowanymi, wytrzymałymi urządzeniami peryferyjnymi i zaawansowanymi aplikacjami, pozwoli przedsiębiorstwom na zapewnienie dostarczania podstawowych usług w sposób nieprzerwany, bezpieczny i wydajny”.

W badaniu 76 proc. respondentów spośród usługodawców twierdzi, że ich strategie działania w terenie koncentrują się obecnie na urządzeniach mobilnych zamiast na komputerach stacjonarnych, zaś 86 proc. potwierdza, że dostępność szybszych sieci 4G i 5G będzie sprzyjać większym inwestycjom w nowe technologie obsługujące działania operacyjne. Wykorzystanie urządzeń mobilnych szybko zwiększy produktywność – 87 proc. respondentów wskazało w badaniu, że spodziewają się pozytywnego efektu w ciągu najbliższego roku.

Badanie wskazuje, że poczta elektroniczna (62 proc.), dostęp do baz danych w czasie rzeczywistym (60 proc.) i zarządzanie wysyłkami (57 proc.) to trzy obecnie najważniejsze zastosowania. Z kolei około dziewięciu na dziesięciu usługodawców planuje w ciągu najbliższych pięciu lat rozszerzyć wykorzystanie zdalnego monitorowania i raportowania, a także zaawansowanej analizy i uczenia się maszyn w ramach swoich strategii mobilnych.

W celu umożliwienia pracownikom mobilnym działającym w terenie  osiągnięcie większej produktywności, zwiększenia ich zadowolenie z pracy, a ostatecznie także poprawienia obsługi klienta, dostawcy usług mobilnych zwiększają inwestycje w tego typu urządzenia. Obecnie tylko 28 proc. firm wyposaża w technologie mobilne ponad połowę swoich zespołów operacyjnych. Respondenci przewidują, że do 2025 r. odsetek ten wzrośnie do 44 proc..

W pracy w terenie wysoki priorytet ma niezawodność urządzeń mobilnych – specjalnie skonstruowane, wytrzymałe smartfony mobilne są  obecnie najbardziej preferowaną przez dostawców usług mobilnych kategorią urządzeń. Do 2025 roku 93 proc. firm będzie używać wytrzymałych tabletów mobilnych i smartfonów.

GŁÓWNE WNIOSKI

  • Badania firmy Zebra wskazują, że wykorzystanie rozwiązań predykcyjnych przez branżę telekomunikacyjną i przemysłową podwoi się z obecnych 16 proc. do 32 proc. w 2025 roku.
  • Zwiększona dostępność szybszych sieci komórkowych 4G i 5G będzie sprzyjać inwestycjom w nowe technologie mobilne wspierające pracę operacyjną – według 87 proc. badanych.
  • Około dziewięciu na dziesięciu usługodawców planuje w ciągu najbliższych pięciu lat rozszerzyć wykorzystanie zdalnego monitorowania i raportowania, a także analizy i uczenia się maszyn.
  • Wytrzymałe urządzenia mobilne będą najbardziej rozpowszechnionym typem urządzeń korporacyjnych obsługiwanych przez dostawców usług mobilnych na całym świecie – do 2025 r. 93 proc. z nich zastosuje wytrzymałe tablety i smartfony.

KONTEKST I METODOLOGIA BADANIA

Wyniki są częścią trzyczęściowej serii na temat przyszłości działań operacyjnych wydanej w pierwszej połowie 2020 roku. Pierwsza część dotycząca sektora energetycznego i usług użyteczności publicznej została wydana w styczniu, a nadchodząca trzecia część serii będzie koncentrować się na bezpieczeństwie publicznym. W badaniu wzięło udział ponad 1200 kluczowych decydentów z tych trzech branż z obu Ameryk, Europy i regionu Azji i Oceanii.

Odznaczenia państwowe dla przedstawicieli i partnerów Pracodawców RP

20 osób – przedstawicieli i partnerów Pracodawców RP, w tym pięcioro wiceprezydentów tej organizacji, znalazło się w gronie wyróżnionych odznaczeniami państwowymi przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudę. Uroczystość wręczenia odznaczeń odbyła się w siedzibie Pracodawców RP, w ramach posiedzenia Rady organizacji zamykającego obchody jej 30-lecia.

Zgodnie z postanowieniami Prezydenta RP, uhonorowano m.in. członków Rady Pracodawców RP i wiceprezydentów tej organizacji – Annę Rulkiewicz, Iwonę Srokę, Piotra Kamińskiego, Mariusza Książka i Wojciecha Trojanowskiego. W tym gronie znalazł się także jeden obcokrajowiec – Francuz Jean-Francois Fallacher. Odznaczenia wręczył obecnym na uroczystości 15 uhonorowanym osobom Sekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Andrzej Dera, który podkreślił, że Rzeczpospolita Polska nie byłaby dziś tak rozwinięta, gdyby nie przedsiębiorcy i ich zaangażowanie.

„W imieniu odznaczonych proszę o przekazanie Panu Prezydentowi naszej wdzięczności. Traktujemy to jako uznanie zarówno naszych dokonań osobistych, jaki i uznanie dla całej organizacji – Pracodawców RP. Traktujemy to odznaczenie również jako wyraz zachęty do pracy oraz twórczej dyskusji pomiędzy prezydentem, rządem, pracodawcami i pracobiorcami, do dyskusji w ramach dialogu społecznego. To wielka zdobycz, której wszyscy hołdujemy. Jesteśmy przekonani, że poszanowanie zdrowia, szacunek do demokracji i budowa dobrobytu gospodarczego są trzema filarami każdego współczesnego społeczeństwa” – powiedział podczas uroczystości prof. Andrzej M. Fal, jeden z odznaczonych.

Pełna lista osób uhonorowanych odznaczeniami państwowymi postanowieniami Prezydenta RP:

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi w działalności na rzecz ochrony zdrowia publicznego, za wkład w rozwój międzynarodowej współpracy naukowej:

– Andrzej Fal,

– Julian Malicki.

Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski – za wybitne zasługi na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości, za działalność społeczną:

– Rafał Lipiński.

Złoty Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Ryszard Biernacki,

– Józef Dziubasik,

– Adam Gąsiorowski,

– Mariusz Książek,

– Jerzy Nadolny,

– Violetta Panasiuk-Strzyżewska,

– Anna Rulkiewicz,

– Iwona Sroka,

– Henryk Woźniak.

Srebrny Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Janusz Cendrowski,

– Piotr Kamiński,

– Wojciech Konecki,

– Andrzej Sokołowski.

Brązowy Krzyż Zasługi – za zasługi w działalności na rzecz rozwoju i promocji polskiej gospodarki oraz przedsiębiorczości:

– Konrad Pokutycki,

– Wojciech Trojanowski,

– Franciszek Ziajkowski.

Srebrny Krzyż Zasługi – obywatel Republiki Francuskiej za zasługi w rozwijaniu polsko-francuskiej współpracy gospodarczej, za działalność na rzecz rozwoju telekomunikacji w Polsce:

– Jean-Francois Fallacher.

Podczas uroczystości wiceprezydent Pracodawców RP Janusz Pietkiewicz przedstawił rekomendacje międzynarodowej konferencji „Pracodawcy Europy Środkowej i Wschodniej. Trzydzieści lat doświadczeń i przyszłość”, zorganizowanej w październiku ubiegłego roku na Zamku Królewskim w Warszawie. Honorowy patronat nad obchodami 30-lecia Pracodawców RP sprawował Prezydent RP Andrzej Duda.

Metalowe meble do biura

Metalowe meble kojarzą nam się najczęściej z wyposażeniem przychodni, szpitali czy prywatnych gabinetów lekarskich. Nie dziwi także ich obecność w zakładach produkcyjnych, halach magazynowych oraz warsztatach. A jak tego typu elementy wyposażenia sprawdzają się w pomieszczeniach biurowych? Okazuje się, że meble metalowe z każdym rokiem zdobywają sobie coraz większą popularność w obiektach biurowych.

Czym charakteryzują się meble metalowe?

Podstawową zaletą mebli biurowych jest z pewnością ich wytrzymałość. Metalowe szafy i regały świetnie spełniają funkcję miejsca przechowywania ciężkich segregatorów, opasłych tomów specjalistycznej literatury czy chociażby firmowych dokumentów. Doskonałym przykładem są szafy aktowe oraz szafy kartotekowe. Fundamentalną zaletą metalowych szaf jest ich wytrzymałość, która pozwala znosić ciężar o wiele większy niż w przypadku mebli drewnianych. A wszystko dzięki zastosowaniu wysokiej klasy metalu, który tworzy stabilną konstrukcję. Solidne spawy trwale łączą poszczególne elementy konstrukcyjne. Taki sposób łączenia gwarantuje, że mocno obciążone szuflady nie zaczną się „rozchodzić” pod wpływem wielokrotnego wysuwania. Dużym atutem mebli metalowych są mocne i idealnie spasowane prowadnice, które zapewniają swobodne wysuwanie się szuflad niezależnie od ich obciążenia. Mocne zawiasy montowane w drzwiczkach dają pewność, że skrzydła nie zaczną obniżać się z upływem czasu. Solidna konstrukcja może być także uzupełniona niezawodnym zamknięciem, które chroni ważne dokumenty przed dostępem osób niepowołanych.

Jakie wyróżniamy rodzaje mebli metalowych?

Meble metalowe to dla wielu osób jedynie szafy aktowe i regały. Tymczasem wybierając meble z metalu, można kompleksowo wyposażyć całe biuro. Uzupełnieniem asortymentu szaf aktowych, kartotekowych oraz regałów są także biurka i stoły metalowe. Ponadto w ofercie mebli metalowych znajdują się bardzo specjalistyczne produkty jak szafki na mapy, rysunki oraz płyty CD. Dzięki temu można wyposażyć na przykład pracownię architektoniczną, biuro projektowe, firmę informatyczną i wiele innych.

Czy meble metalowe mogą być ładne?

W teorii meble z metalu mogą wydawać się niezbyt atrakcyjne. Prawda jest zupełnie inna. Precyzyjne wykonanie oraz prosta i niemalże minimalistyczna forma mają swój niepodważalny urok. Ponadto meble mogą zostać wykonane praktycznie w dowolnym kolorze. To daje wręcz nieograniczone możliwości aranżacji wnętrza biura czy pracowni. Meble metalowe wcale nie muszą być chłodne i bezduszne. Mogą świadczyć o profesjonalizmie i wzbudzać zaufanie Klientów w kwestii bezpieczeństwa panującego w firmie.

Chcąc wyposażyć biuro w wysokiej klasy meble metalowe, warto zwrócić się do firmy FX Meble, która działa na rynku od 1999 roku. Oprócz szerokiej oferty mebli biurowych firma FX Meble oferuje możliwość wyposażenia pomieszczeń socjalnych, recepcji, sekretariatów, szatni, archiwów, magazynów i warsztatów.

Metr kwadratowy mieszkania w 5 lat podrożał o 3515 zł

Gdańsk, Warszawa i Kraków to najbardziej drożejące miasta pod względem cen mieszkań. Przez rosnące stawki nieruchomości stać nas obecnie na znacznie mniejsze mieszkanie niż jeszcze 5 lat temu – o 17 mkw. w Warszawie, 22 mkw. we Wrocławiu i aż 47 mkw. w Katowicach.

Pod koniec 2014 roku za 500 tysięcy złotych można było kupić w Warszawie mieszkanie o powierzchni 66 mkw. Ta sama kwota na koniec roku 2019 starczyła na 49 mkw. W innych największych miastach Polski różnice były jeszcze większe. Dla porównania w Krakowie to spadek z 80 mkw. na 57 mkw., a w Poznaniu z 92 mkw. na 69 mkw.

5 lat temu za 500 tysięcy zł można było kupić mieszkanie ponad 100-metrowe, np. w Łodzi, Katowicach, Bydgoszczy, Szczecinie i Lublinie. Na koniec 2019 roku taka kwota wystarczyła co najwyżej na 93 mkw. w Łodzi.O ile mniejsze są mieszkania warte 500 000 zł_v3 (1)Jakie duże mieszkanie można kupić za 500 000 zł_v3 (1)

Rekordowo drożeją mieszkania w Gdańsku

W raporcie cen polis mieszkaniowych RanKING eksperci rankomat.pl sprawdzili też ceny mieszkań za 1 mkw. w największych miastach Polski. W każdym z 10 analizowanych lokalizacji ceny wzrosły, ale nie wszędzie równomiernie.

Największa różnica między końcem roku 2014 a 2019 wystąpiła w Gdańsku, gdzie mkw. mieszkania podrożał o 3515 zł – z 5325 zł do 8840 zł. Nieco mniejsza różnica była zauważalna w Warszawie – na poziomie 2718 zł. W stolicy podwyżka cen mieszkań spowodowała też przekroczenie magicznej granicy 10000 zł za mkw.

W pozostałych miastach różnice były już mniejsze, ale nadal wysokie, jak w Krakowie (2464 zł), Wrocławiu (1965 zł) czy Szczecinie (1922 zł).

W Lublinie różnica między 2014 a 2019 rokiem za 1 mkw. wyniosła najmniej, bo 1285 zł.O ile wzrosły ceny mieszkań w największych miastach Polski_v3 (1)Jak zmieniały się ceny mieszkań w największych miastach Polski_v3 (1)

Polisa mieszkaniowa to nadal mały wydatek

Wzrost cen mieszkań i dostępność coraz mniejszych lokali za tę sama kwotę nie idą w parze z cenami polis mieszkaniowych. Takie ubezpieczenie można kupić przeważnie za 200-300 zł rocznie. Eksperci rankomat.pl sprawdzili w najnowszym raporcie ranKING średnie ceny ubezpieczenia nieruchomości w miastach wojewódzkich.

Najtańszy w 2019 roku był Rzeszów, gdzie polisa mieszkaniowa kosztowała 226 zł. Niewiele drożej było w Kielcach (266 zł) i Bydgoszczy (279 zł). Z kolei najwyższe średnie stawki za ubezpieczenie nieruchomości w 2019 r. nie przekroczyły 400 zł. W Warszawie płacono za ubezpieczenie 395 zł, w Gorzowie Wlkp. 381 zł, a w Krakowie 363 zł.Ile kosztuje polisa mieszkaniowa w miastach_v1

Mieszkania i domy to najcenniejsza część naszego majątku, a mimo to wiele osób nie decyduje się ich ubezpieczyć. Często żyjemy w przeświadczeniu, że cena polisy dla domu czy mieszkania musi być wysoka, skoro już ubezpieczenie samochodu kosztuje sporo. Tymczasem jest ona o ponad połowę niższa niż koszt ubezpieczenia samochodu. W raporcie RanKING prezentujemy nie tylko informacje o tym, jak kształtowały się wspomniane ceny i od czego są zależne, ale także jak jako Polacy podchodzimy do kwestii bezpieczeństwa naszych nieruchomości – mówi Tomasz Masajło, Prezes Zarządu Rankomat.

Podatkowe i księgowe skutki zatrzymania zysku w firmie

W momencie, gdy firma po zapłacie podatku dochodowego wygenerowała w danym roku obrotowym zysk netto to wspólnicy mają prawo do wypłaty dywidendy. Właściciele przedsiębiorstwa podejmują decyzję, w jaki sposób zysk netto zostaje podzielony na część wypłaconą właścicielom spółki oraz cześć pozostawioną w celu reinwestycji (lub czy całość zysku netto zostaje przeznaczona na kapitały jednostki).

Dlaczego w firmie powstaje zysk zatrzymywany? Możemy wyróżnić dwa powody:

  • dla umocnienia pozycji firmy na rynku i zwiększenia jej wartości;
  • w celu reinwestycji w przyszłości.

Warto podkreślić, że zgodnie z ustawą o rachunkowości zysk zatrzymany stanowi kapitał własny spółki, ale różni się od kapitału podstawowego tym, że można nim rozporządzać.

Zysk zatrzymany w spółce można zakwalifikować do kilku rodzajów kapitału jako:

  • kapitał zapasowy, który jest obowiązkowy w spółce akcyjnej, a dobrowolny w spółce z o.o. Zgodnie z art. 396 ust. 1 Kodeksu Spółek Handlowych, na pokrycie straty spółka, po osiągnięciu w danym roku obrotowym zysku, obowiązkowo musi przelewać 8 proc. z wypracowanego zysku w skali roku, do momentu, kiedy kapitał zapasowy osiągnie wysokość 1/3 kapitału zakładowego. Wspomniana część będzie, więc zaliczana do zysku zatrzymanego;
  • kapitał rezerwowy – tworzony dobrowolnie z zysku w przedsiębiorstwach w różnych celach, m.in. na przyszłe straty, wydatki spółki, fundusze celowe. Kapitał ten tworzony jest tylko i wyłącznie z zysku spółki, dlatego pozwala utożsamiać również tę kategorię z zyskiem zatrzymanym;
  • zysk z lat ubiegłych – poza wcześniej wymienionymi kapitałami zysk zatrzymamy może być przydzielony do kategorii zysk z lat ubiegłych, z którą najczęściej jest utożsamiany.

W praktyce z zatrzymaniem zysku w spółce mamy do czynienia w sytuacji:

  • podjęcia przez spółkę  uchwały o przeznaczeniu zysku na konkretne fundusze,
  • gdy spółka nie podejmuje uchwały o podziale zysku w ogóle i wykazuje to w bilansie, jako niepodzielony zysk z lat poprzednich, bądź
  • spółka podejmuje decyzje o wypłacie dywidendy, lecz nie dokonuje wypłaty w terminie, czyli zatrzymuje dywidendę.

Co istotne, zysk netto opodatkowany jest podatkiem dochodowym od osób prawnych, dlatego zostawienie zysku w spółce nie powoduje powstania przychodu, a wypłacenie dywidendy nie spowoduje powstania u niej kosztu uzyskania przychodu.

Jednak nie zawsze pozostawienie zysku zatrzymanego jest dla spółki neutralne podatkowo. Otóż w myśl  art. 12 ust. 1 pkt 2 ustawy o CIT, w przypadku niewypłaconej dywidendy zgodnie z terminem ustalonym w uchwale „przychodem jest w szczególności wartość otrzymanych nieodpłatnie lub częściowo odpłatnie rzeczy lub praw”.

Mając to na uwadze, taka jednostka gospodarcza powinna obliczyć przychód z tego tytułu, czyli wysokość odsetek, jakie musiałaby zapłacić, gdyby zaciągnęła kredyt/pożyczkę w wysokości kwoty dywidendy na zasadach rynkowych. Przychód ten nie występuje tylko w okresie, kiedy powinna być wypłacona dywidenda. Przychód powstaje aż do momentu wypłaty zaległej dywidendy, dlatego może występować w kilku kolejnych latach podatkowych.

Czy możliwe jest nierozpoznanie przychodu w takiej sytuacji? Tak. W praktyce spotykane są następujące rozwiązania:

  • spółka wypłaci wspólnikom dywidendę wraz z odsetkami. Z tym, że należy mieć na uwadze, iż takie odsetki w myśl art. 16 ust 1 pkt 13a ustawy o CIT nie stanowią kosztów uzyskania przychodów dla spółki; bądź
  • spółka dokonuje zmiany lub odroczenia terminu wypłaty dywidendy.

A czy zawsze zatrzymanie zysku wiąże się dla podatnika z negatywnymi konsekwencjami tj. ustalaniem dodatkowego przychodu z nieodpłatnego korzystania z kapitału oraz konieczności rozpoznania NKUP?

Otóż nie, bowiem należy również zwrócić uwagę na dodatkowe zagadnienie wiążące się z zatrzymanym zyskiem. Z tytułu jego zatrzymania spółka jest uprawniona do rozpoznawania  kosztów finansowania, o których mowa w art. 15cb ustawy o CIT. W myśl tego przepisu za koszt uzyskania przychodów uznaje się kwotę odpowiadającą iloczynowi stopy referencyjnej Narodowego Banku Polskiego, obowiązującej w ostatnim dniu roboczym roku poprzedzającego rok podatkowy, powiększonej o 1 punkt procentowy oraz kwoty z zysku przekazanego na kapitał rezerwowy lub zapasowy spółki. Koszt można ująć w roku wniesienia dopłaty/podwyższenia kapitału rezerwowego lub zapasowego oraz w kolejnych dwóch bezpośrednio po sobie następujących latach podatkowych. Limit kwoty kosztów uzyskania przychodów odliczonych w roku podatkowym nie może przekroczyć 250 000 zł.

Nie można stosować wcześniej wymienionych kosztów w przypadku dopłat i zysków przeznaczonych na pokrycie straty bilansowej. Poza tym przepis stosuje się, jeżeli zwrot nastąpi nie wcześniej niż po upływie 3 lat od końca roku podatkowego, w którym dopłata została wniesiona lub została podjęta uchwała o zatrzymaniu zysku w spółce. W sytuacji, gdy dopłata zostanie zwrócona przed upływem terminu w roku, w którym dokonano zwrotu, przychodem jest wartość odpowiadająca odliczonym kosztom.

Autorka: Żaneta Jędrusik, ekspert ds. księgowości w MDDP Outsourcing

Bez wsparcia państwa branża transportowa przegra z koronawirusem

Koronawirus ma coraz większy wpływ na sytuację w polskiej gospodarce – jako pierwszy uderzenie otrzymała branża transportu drogowego  – zarówno osób jak i rzeczy. W pierwszym przypadku obrót spadł o katastrofalne 97 proc., w drugim – już o ok. 30 proc. Należący do Pracodawców RP Związek Międzynarodowych Przewoźników Drogowych (ZMPD) zaapelował do rządu o wsparcie.

Musimy przygotować się na scenariusz, w którym za chwilę te dane mogą zostać tylko optymistycznym wspomnieniem – podkreśla prezes ZMPD i wiceprezydent Pracodawców RP Jan Buczek, który wraz ze sztabem ZMPD monitoruje stale zmieniającą się sytuację na rynku. Branża międzynarodowego transportu drogowego  jest niezwykle wrażliwa na każde wahnięcie koniunktury, dlatego każda zmiana – np. ceny paliwa czy ograniczenia, które próbują wdrożyć państwa Europy Zachodniej w tzw. Pakiecie Mobilności – powoduje wśród przewoźników nieprzespane noce.

Przez koronawirusa drastycznie spadają obroty w branży, nie jesteśmy w stanie finansować nawet kosztów stałych. Czekamy na kompleksową propozycję pomocy od rządu, potrzebną zwłaszcza najmniejszym podmiotom, których jest najwięcej. Ta pomoc powinna być udzielona szybko, zanim te firmy po prostu poupadają – mówi Jan Buczek.

Przewidywania ekspertów, co do sytuacji kryzysowej związanej z rozprzestrzenianiem się koronawirusa powodującego chorobę COVID-19 mówią o co najmniej kilkumiesięcznym okresie, łagodnie mówiąc, niepewności. Jak podkreśla prezes ZMPD, dla kierowców zawodowych powinny być dedykowane specjalne instrukcje dotyczące, dzięki którym będzie można zapobiec lub co najmniej mocno ograniczyć możliwość zarażenia się koronawirusem.

Konieczne jest przede wszystkim bezwzględne przestrzeganie podstawowych zasad higieny, a także odpowiednie dezynfekowanie kabiny ciężarówki. Przestrzeganie podstawowych zasad higieny i wzmożona czujność – to przewoźnicy i ich pracownicy robili i będą robić nadal. Jednak wyjątkowa sytuacja wymaga wyjątkowych działań – z udziałem przedstawicieli polskiego rządu – mówi Jan Buczek, który wystosował do premiera Mateusza Morawieckiego pisma z prośbą o pomoc. Ich efektem było m.in. zwołane w trybie pilnym w Ministerstwie Infrastruktury spotkanie przewoźników z przedstawicielami resortów infrastruktury, finansów i rozwoju.

Propozycje ZMPD to: umożliwienie otrzymania spłacanego przez 4-5 lat kredytu obrotowego przyznawanego na preferencyjnych zasadach, odroczenie lub zawieszenie płatności na rzecz ZUS oraz płatności składek z tytułu PIT-4. – Nie prosimy o jałmużnę – kredyty spłacimy co do złotówki. Chcemy tylko przetrwać ten niezwykle niebezpieczny dla naszych przedsiębiorstw moment. Oczekujemy od polskiego rządu odpowiednich działań – nigdy wcześniej nie prosiliśmy rządu o jakąkolwiek pomoc – mówią Jan Buczek i prezes Polskiego Stowarzyszenia Przewoźników Autokarowych Rafał Jańczuk.

Już otrzymujemy informacje, że kierowcy odmawiają podejmowania pracy na kierunkach zagrożonych epidemią koronawirusa – relacjonuje prezes ZMPD. – Chcemy spotkać się z premierem Morawieckim i przedstawić mu szczegóły sytuacji w naszej branży. Państwo może nam pomóc chociażby obniżając akcyzę od paliw wykorzystywanych do realizowania transportu – dodaje. Jak podkreśla, lada moment u drzwi firm transportowych mogą stanąć przedstawiciele firm leasingowych, banków, ZUS, czy urzędów skarbowych.

Jak informuje ZMPD, Minister Infrastruktury Andrzej Adamczyk podjął decyzję o organizacji kolejnego spotkania z branżą transportową, które odbędzie się 13 marca w siedzibie ministerstwa. Mają w nim wziąć udział także przedstawiciele Kancelarii Premiera, oraz ministerstw: Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oraz Przedsiębiorczości, a także innych organizacji skupiających przewoźników. Wówczas prawdopodobnie zostaną przekazane informacje dotyczące szczegółów pomocy dla branży.

Pracodawcy RP

Polska oferuje ogromny potencjał inwestorom podejmującym ryzyko

Popyt na alternatywne inwestycje mieszkaniowe w Europie Środkowej i Wschodniej, głównie mieszkania studenckie oraz na wynajem, wyraźnie rośnie, a takie kraje jak Polska zapewniają deweloperom ogromne możliwości. Ponad 130 osób z branży nieruchomości spotkało się na pierwszym w historii Alternative Investment Forum, zorganizowanym w Warszawie przez Property Forum, instytucję zajmującą się organizacją wydarzeń i wymianą wiedzy na temat rynków Europy Środkowo-Wschodniej.

Zgodnie z przeprowadzoną na początku forum ankietą większość uczestników przewiduje, że w 2020 r. wyniki alternatywnych aktywów będą jeszcze lepsze niż w 2019 r. Znacząca większość respondentów uważa mieszkania studenckie oraz prywatny sektor najmu za najbardziej atrakcyjne klasy aktywów.

Jak wyjaśnił Stuart Osborn (Knight Frank) podczas inauguracyjnej przemowy, w 2019 roku na europejskich rynkach w nieruchomości mieszkaniowe zainwestowano 66,5 miliarda euro, co stanowi 42% wzrost w porównaniu do 2015 r. Liderami inwestowania w nieruchomości alternatywne są Niemcy, Wielka Brytania i Francja, odpowiadające za ponad 75% wolumenu inwestycji w ciągu ostatnich trzech lat. W 2018 r. wydatki poniesione przez specjalistycznych inwestorów odpowiadały jedynie za 38% całkowitego wolumenu transakcji w Europie, jednak przewiduje się, że w roku 2027 wartość ta sięgnie poziomu 51%. Trend ten wynika głównie z silnej dynamiki podaży i popytu oraz okazji do stabilnych dochodów w perspektywie długofalowej, a ponadto jest związany ze zmianami demograficznymi i gospodarczymi.

Uczestniczący w konferencji paneliści dyskutowali m.in. na temat czynników wpływających na atrakcyjność inwestycji mieszkaniowych. Maximilian Mendel (JLL) wyjaśniał, że inwestowanie w nieruchomości mieszkalne takie, jak mieszkania dla studentów wiąże się z mniejszym zwrotem z inwestycji niż w inwestycje biurowe, jednak potencjalne przychody są o wiele bardziej stabilne, nie mówiąc o tym, że wyniki tej klasy aktywów są w pewnym stopniu odporne na koniunkturę. Jedynym problemem jest to, że banki w Polsce do tej pory nie były otwarte na finansowanie takich projektów, co oznaczało, że deweloperzy musieli zwracać się do banków niemieckich i austriackich. W przyszłości sytuacja ta może jednak ulec zmianie, gdyż deweloperzy będą w stanie przedstawić finansistom silniejsze argumenty dzięki rosnącemu popytowi ze strony inwestorów oraz większemu doświadczeniu operacyjnemu.

Kraje regionu Europy Środkowo-Wschodniej, w szczególności Polska, dają deweloperom mieszkań studenckich ogromny potencjał, w związku z czym według panelistów w najbliższych latach na tych rynkach może się pojawić kilku nowych graczy.

Jak zwykle regulacje nie nadążają za zmianami rynkowymi, co stanowi wyzwanie dla deweloperów. Na szczęście według Sylwestra Żydowicza (MRICS, Taylor Wessing) przepisy będą dostosowywane wraz z coraz większą dojrzałością rynku.

“Rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce jest w bardzo dobrej kondycji. Oprócz bardzo silnego sektora biurowego i niesłabnącego zainteresowania nieruchomościami magazynowymi obserwujemy rozwój alternatywnych klas aktywów. W 2019 r. sfinalizowano największą transakcję portfelową w segmencie prywatnych domów studenckich, a zainteresowanie międzynarodowych inwestorów zakupem polskich spółek deweloperskich może zwiastować rozwój projektów dedykowanych instytucjonalnemu najmowi mieszkań” – podsumowuje Kamil Kowa MRICS, członek zarządu i dyrektor działu Corporate Finance & Valuation w Savills Polska.

3 fundusze VC inwestują 4,7 mln złotych w Sundose

Przez rok spółka urosła 10-krotnie, zbierając kolejną rundę z zagranicznymi i krajowymi inwestorami, w tym z 2 funduszami z Australii (wcześniej zaangażowanymi jako early inwestorzy w Booksy), tj. Polipo Ventures i Investible, kilkoma aniołami biznesu z USA oraz z polskim funduszem Venture Inc.

Niedopasowana suplementacja w najlepszym przypadku jest wyrzuceniem pieniędzy w błoto, a w najgorszym może szkodzić zdrowiu. Problem ten rozwiązuje Sundose, który tworzy ulepszoną koncepcję tego, czym suplement powinien być. Chce zmienić reguły gry, przez personalizację, w branży w której nie zmieniło się nic od lat.

Misją Sundose jest każdorazowe stworzenie najlepszej receptury, dla każdego użytkownika, tak aby osiągnąć najlepszy możliwy efekt, dzięki wykorzystaniu 40 substancji, z których Sundose jest indywidualnie mieszany.

Kapitał pozyskany od inwestorów spółka przeznaczy na dalszy rozwój personalizacji suplementu. Jej celem jest zostanie liderem przynajmniej na poziomie europejskim w branży suplementów. W Sundose już rok temu, w rundzie pre-seed, uwierzyły fundusze KnowledgeHub oraz Ataraxy Ventures.

Lepiej dla przedsiębiorcy, gdy to on, a nie fiskus szacuje sprzedaż do celów VAT

Nie od dziś wiadomo, że do podstawowych obowiązków firmy należy rzetelne prowadzenie dokumentacji dla celów podatkowych. Przepisy ustawy o VAT w szczególny sposób odnoszą się do sytuacji, w której sprzedaży dokonują podatnicy zwolnieni z VAT ze względu na wysokość obrotów, jak i przedmiotowo. Niespełnienie wymogu należytego prowadzenia ewidencji może przedsiębiorcę sporo kosztować. Dlatego to w jego interesie leży, aby w sytuacji, gdy w związku z naruszeniem obowiązków ewidencyjnych w podatku od towarów i usług to on, a nie organ podatkowy był uprawniony do oszacowania sprzedaży.

Kiedy fiskus oszacuje sprzedaż dla celów VAT?

Zgodnie z obowiązującymi przepisami o VAT przedsiębiorcy, którzy dokonują sprzedaży zwolnionej z VAT ze względu na nieprzekroczenie w poprzednim roku podatkowym progu obrotu w wysokości 200 tys. zł, mają obowiązek ewidencjonować sprzedaż w danym dniu, lecz nie później niż przed jej rozpoczęciem w dniu kolejnym.

W sytuacji, gdy organ podatkowy stwierdzi, że przedsiębiorca nie ewidencjonuje sprzedaży lub czyni to nierzetelnie, tj. dokonane w ewidencji zapisy nie odpowiadają stanowi rzeczywistemu, a na podstawie posiadanej przez podatnika dokumentacji nie jest możliwe określenie wysokości sprzedaży, organ oszacuje jej wartość i następnie określi należną z tego tytułu kwotę VAT. W razie braku możliwości określenia przedmiotu opodatkowania należny podatek ustala się, stosując stawkę VAT 22% (chodzi o stawkę podstawową podatku, która obecnie wynosi 23%).

Oprócz podatników wykonujących jedynie czynności przedmiotowo zwolnione z VAT na mocy ustawy lub rozporządzenia Ministra Finansów, jak również korzystających ze zwolnienia z uwagi na nieprzekroczenie ww. progu, pozostali przedsiębiorcy mają obowiązek zawrzeć w ewidencji informacje służące sporządzeniu deklaracji w zakresie VAT i tzw. informacji podsumowującej. W dokumentacji mają znaleźć się w szczególności informacje służące ustaleniu przedmiotu i podstawy opodatkowania, wysokości należnego VAT oraz jego korekt. Podatnik musi także wskazać kwoty podatku naliczonego obniżające sumę należnego VAT, jego korekt, jak również określić kwotę podatku, który ma wpłacić do właściwego urzędu za dany okres rozliczeniowy lub w odniesieniu do której uprawniony jest do uzyskania zwrotu podatku. Ewidencja powinna uwzględniać też inne informacje umożliwiające identyfikację transakcji, w tym numer identyfikacyjny, którym kontrahent podatnika w danej transakcji posługuje się na potrzeby podatku VAT lub podatku od wartości dodanej.

W sytuacji, gdy podatnicy korzystający ze zwolnienia dokonają podlegającej opodatkowaniu sprzedaży, nie uiszczając należnego VAT, a w oparciu o posiadaną przez nich dokumentację nie można określić wartości obrotu, fiskus oszacuje jego wartość i ustali kwotę należnego podatku. Podobnie jak w przypadku podatników zwolnionych z VAT ze względu na nieprzekroczenie progu 200 tys. zł, jeżeli nie można określić przedmiotu opodatkowania, należny podatek określa się w oparciu o podstawową stawkę VAT (obecnie 23%).

Oprócz wyżej omówionych przypadków organy podatkowe mogą także korzystać z ogólnego uprawnienia przyznanego im w tym zakresie na podstawie art. 23 Ordynacji podatkowej. Jakkolwiek możliwość szacowania obrotu m.in. w przypadku, gdy brak jest ksiąg podatkowych, również dla celów VAT, była w przeszłości przedmiotem sporu między podatnikami a organami, seria wyroków Naczelnego Sądu Administracyjnego z 2010 r. definitywnie rozstrzygnęła tę kwestię na niekorzyść przedsiębiorców. NSA dopuścił możliwość oszacowania obrotu dla celów VAT w tym trybie, uznając, że stosowanie Ordynacji podatkowej jest w tym przypadku możliwe na zasadach ogólnych, a nie tylko w sytuacji, gdy ustawa o VAT wyraźnie referuje do przepisów procedury.

Ewidencjonowanie transakcji leży w interesie podatnika

Szacowanie obrotu dla celów VAT wynikające z braku ewidencji bądź prowadzenia jej w nierzetelny sposób może być dla podatnika bardzo kosztowne. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie w wyroku z dnia 8 czerwca 2017 r. (sygn. III SA/Wa 3315/15) podkreślił, że podatnik, prowadząc nieewidencjonowaną sprzedaż, jest narażony na szacowanie podstawy opodatkowania, w którym bierze się pod uwagę jedynie obrót bez uwzględnienia kwoty podatku naliczonego związanego z nabyciem towarów i usług. W przeszłości sądy administracyjne wielokrotnie wskazywały na kluczowe znaczenie ewidencji dla celów opodatkowania VAT. Przykładowo w orzeczeniu z dnia 7 listopada 2011 r. (sygn. I SA/Wr 1156/11) Wojewódzki Sąd Administracyjny we Wrocławiu podkreślił, że ewidencje są niezbędne podatnikowi w celu określenia wysokości należnego za dany okres rozliczeniowy podatku, a bez czytelnych i utrwalonych informacji w tym zakresie nie byłby on w stanie sporządzić deklaracji VAT. Z kolei dzięki prowadzonym przez przedsiębiorców rejestrom organy mogą porównać stan deklarowany przez podatników z informacjami zawartymi w ewidencjach, co umożliwia im weryfikację prawidłowości rozliczeń.

Strategia na przyszłość

Nie ulega wątpliwości, że prawidłowe ewidencjonowanie transakcji dla celów VAT to jeden z kluczowych obowiązków każdego przedsiębiorcy. Ustalenie, że korzysta on ze zwolnienia z VAT skutkującego brakiem wymogu prowadzenia ewidencji, wymaga gruntownej analizy, a najlepiej urzędowego potwierdzenia tej kwestii w drodze interpretacji indywidualnej prawa podatkowego. Biorąc pod uwagę, że w wielu przypadkach określenie, czy sprzedaż dokonywana przez podatnika korzysta z przedmiotowego zwolnienia w VAT, może być problematyczne i skutkować wieloletnim sporem z fiskusem, ryzyko nienależytego wywiązywania się z obowiązków ewidencyjnych znacząco wzrasta. Jeśli dołożymy do tego wchodzące w życie z początkiem kwietnia nowe wymagania w zakresie elektronicznego raportowania dla celów VAT, wzrost dokumentacyjnych obowiązków może przyprawić o ból głowy i wyprowadzić z równowagi niejednego podatnika. W wątpliwych sytuacjach z pewnością przyda się wsparcie doradcy, który pomoże w rozwiązaniu problematycznych kwestii, pilnując, by ewidencja i rozliczenia prowadzone na potrzeby rozliczenia VAT nie budziły zastrzeżeń w świetle obowiązujących przepisów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Koronawirus korektą dla prognoz rekrutacyjnych polskich firm. Koniec rynku pracownika?

W okresie od kwietnia do czerwca 6% polskich firm planuje powiększać swoje zespoły, 2% prognozuje redukcje etatów, 88% nie przewiduje zmian personalnych a 4% nie zna planów dotyczących zatrudnienia na najbliższe trzy miesiące – tak odpowiedzieli pracodawcy zapytani przez ManpowerGroup w styczniu o ich prognozy rekrutacyjne na drugi kwartał 2020 roku. Prognoza zatrudnienia dla Polski wynosi +2%, co w praktyce oznacza, że najbliższe trzy miesiące przyniosą najmniejsze od siedmiu lat szanse na znalezienie nowej pracy.

ManpowerGroup opublikował swój kwartalny raport „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” na temat planów rekrutacyjnych polskich firm na kolejne trzy miesiące. Dane zebrane w styczniu, przed rozwojem koronawirusa, przyniosły prognozę netto zatrudnienia [1] na poziomie +2%, która jest wynikiem najsłabszym od 2013 roku. Prognoza rekrutacyjna firm pogorszyła się o 4 pp. w ujęciu kwartalnym i 7 pp. w ujęciu rocznym.
– Deklaracje zebrane w styczniu wśród polskich pracodawców były dużo mniej optymistyczne niż te, do których przyzwyczaił nas polski rynek pracy w ostatnich latach. Nasze dane potwierdzają, że w ciągu roku spadł odsetek firm, które chcą powiększać swoje zespoły, ale stało się to na rzecz udziału przedsiębiorstw, które nie przewidują zmian personalnych. Po ostatnich latach dużej rywalizacji firm o talenty wielu z nich udało się zapełnić wolne wakaty i osiągnąć oczekiwany poziom zatrudnienia, dlatego teraz chcą utrzymać obecną liczbę pracowników. Z powodu mniejszej liczby ofert pracy osoby zainteresowane zmianą kariery mogą w najbliższym kwartale spodziewać się dużych trudności w znalezieniu nowego zatrudnienia – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Jednocześnie podobnie jak wszystkie globalne firmy, monitorujemy rozwój koronawirusa. Obecnie jest jeszcze za wcześnie, aby mówić o tym, jaki będzie miał wpływ na wzrost czy spadek zatrudnienia w polskich przedsiębiorstwach – dodaje Iwona Janas.

Według raportu „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” od kwietnia do czerwca 2020 roku najbardziej swoje zespoły będą powiększać firmy związane z finansami oraz usługami dla biznesu. Prognoza netto zatrudnienia dla tego sektora wynosi +6% i jest najwyższa wśród siedmiu analizowanych branż, co w praktyce oznacza, że osoby poszukujące pracy w tym obszarze mogą liczyć na dobre perspektywy znalezienia nowego zatrudnienia. O pracę nie muszą się również martwić zainteresowani produkcją przemysłową (+5%), chociaż prognozy rekrutacyjne firm dla tego sektora są najsłabsze od siedmiu lat. Mniej optymistyczne plany zatrudnienia mają przedsiębiorstwa zajmujące się innymi usługami [2] (+4%), budownictwem (+3%) notującym najsłabszy wynik od pięciu lat oraz handlem detalicznym i hurtowym (+3%) z wynikiem tak niskim jak ostatnio sześć lat temu – firmy nadal, lecz w niewielkim stopniu będą poszukiwać nowych zasobów kadrowych. Rynek pracy w kolejnym kwartale nie będzie sprzyjał pracownikom restauracji i hoteli, gdzie po raz pierwszy od siedmiu lat firmy planują redukcję etatów (-1%). Trudno o nową pracę będzie też w innych obszarach produkcji [3] (0%).
Barometr ManpowerGroup Perspektyw ZatrudnieniaPrognozy rekrutacyjne firm są mniej optymistyczne w ujęciu kwartalnym – pogorszyły się w sześciu z siedmiu uwzględnionych w raporcie sektorów rynku. Największa zmiana w stosunku do pierwszego kwartału 2020 roku widoczna jest dla branży budowlanej, gdzie prognoza jest niższa o 12 pp. Również w przypadku produkcji przemysłowej i innych obszarów produkcji zanotowano znaczne spadki – po 5 pp. dla każdego z sektorów. Jeszcze większe różnice widoczne są w ujęciu rocznym a plany rekrutacyjne są mniej optymistyczne w sześciu z siedmiu branż. Dla produkcji przemysłowej prognoza na drugi kwartał 2020 roku jest niższa o 16 pp. a w innych usługach oraz w handlu detalicznym i hurtowym o 9 pp. dla każdego z dwóch sektorów. W branży budowlanej odnotowano spadek o 8 pp. a w innych obszarach produkcji o 7 pp. Zieloną wyspą na mapie sektorów rynku są finanse i usługi dla biznesu, które jako jedyne odnotowały wzrost rok do roku o 8 pp.

Polska w ogonie rankingu dla rynków EMEA

Polska z wynikiem +2% znajduje się na ostatnim miejscu na liście 26 rynków EMEA przeanalizowanych w raporcie ManpowerGroup. Na okres kwiecień–czerwiec najlepsze prognozy wskazały firmy z Chorwacji [4] (+24%), Grecji (+24%) i Rumunii (+20%). Duże zapotrzebowanie na ręce do pracy zgłaszają także firmy z Norwegii (+16%), Belgii (+13%), Niemiec (+13%) i Portugalii [4] (+13%). Zdecydowanie mniej optymistyczne są firmy ze Słowacji (+5%) i Czech (+5%).

Raport z badania jest bezpłatny i ogólnodostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy. Wyniki dla wszystkich badanych 43 krajów i terytoriów, a także interaktywne narzędzie umożliwiające ich analizę, są dostępne na stronie: http://manpowergroup.com/meos.

Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia to kwartalne badanie, które mierzy intencje pracodawców związane ze zwiększeniem lub zmniejszeniem całkowitego zatrudnienia w ich oddziale w najbliższym kwartale. Badanie jest przeprowadzane od ponad 55 lat, aktualnie wśród 58 000 pracodawców w 43 krajach i jest jednym z najbardziej wiarygodnych badań rynku pracy na świecie. Raport dla II kwartału 2020 r. został opracowany na podstawie wywiadów indywidualnych przeprowadzonych od 17 do 29 stycznia 2020 r. W Polsce wyniki raportu ManpowerGroup publikowane są od II kwartału 2008 r. Badanie jest przeprowadzane na reprezentatywnej grupie co najmniej 750 pracodawców. Więcej informacji na temat raportu dostępnych jest na stronie www.manpowergroup.pl w zakładce Raporty rynku pracy.

[1] Prognoza netto zatrudnienia to wyrażona w procentach różnica pomiędzy odsetkiem firm planujących wzrost zatrudnienia a odsetkiem firm planujących redukcje etatów.
[2] Inne usługi – od bieżącej edycji raportu pod tą nazwą będą prezentowane dane w ujęciu sumarycznym dla sektorów: Instytucje sektora publicznego oraz Transport/Logistyka/Komunikacja. Dane dla tych sektorów zostały zagregowane także w przypadku danych archiwalnych.
[3] Inne obszary produkcji – od bieżącej edycji raportu pod tą nazwą będą prezentowane dane w ujęciu sumarycznym dla sektorów: Kopalnie/Przemysł wydobywczy, Energetyka/Gazownictwo/Wodociągi oraz Rolnictwo/Leśnictwo/Rybołówstwo. Dane dla tych sektorów zostały zagregowane także w przypadku danych archiwalnych.
[4] Dane dla Chorwacji i Portugalii nie uwzględniają korekty sezonowej.

Debata o wpływie koronawirusa na prywatne firmy

Koronawirus, a biznes. Jak nie dać się panice i nadchodzącej recesji? Działania antykryzysowe w firmach rodzinnych! – Pierwsza w Polsce merytoryczna dyskusja o konsekwencjach biznesowych (COVID-19)

Koronawirus (COVID-19) wdarł się w umysły Polaków szybciej niż moglibyśmy się tego spodziewać. Z dnia na dzień wybuchła ogromna, wielowymiarowa panika, która zaburza polski biznes. Jako kraj nie jesteśmy przygotowani na jego skutki, a jako biznes nieświadomi dalszych konsekwencji związanych z tym, co stanie się z naszą gospodarką i naszymi firmami już za kilka dni. A co w przypadku, gdy sytuacja pogarszać się będzie w kolejnych tygodniach? Kończą się zapasy, a dostawy surowców z Chin, Azji czy ogólnie zza granicy stoją pod dużym znakiem zapytania i coraz częściej są odwlekane. Wielu właścicieli firm rodzinnych zwraca się do nas z pytaniem – „Jak zabezpieczyć mój biznes?”. Zarówno od strony prawa pracy, pracowników, rodziny właścicielskiej, wątpliwej w wielu swoich obszarach specustawy, która w obecnej formie może spowodować wiele bankructw biznesowych, np. w momencie, w którym w przypadku stwierdzenia jednego przypadku zarażenia koronawirusem w firmie produkcyjnej, kwarantannie podlegać będzie cała załoga, a koszt absencji pracownika ma być przerzucony na pracodawcę.

Jak powstrzymać dalsze skutki paniki, która w Polsce rośnie w siłę? Jako Instytut Biznesu Rodzinnego, czujemy odpowiedzialność za rodzimy, rodzinny biznes. Patrząc na obecną sytuację na Giełdzie Papierów Wartościowych, masowy szturm naszych rodaków na półki sklepowe, kryzys na rynku surowców i ropy, czy nieetyczne zachowania próbujących zarobić na osobnej sytuacji „Januszów biznesu”, nie możemy przejść obojętnie, wobec tego, co dzieje się w polskich firmach i rodzinach biznesowych.

Na zbliżającym się VII Międzynarodowym Kongresie Firm Rodzinnych, 16-17 marca w Poznaniu, którego motywem głównym jest odpowiedzialność za rodziny i za biznes, przemodelowaliśmy specjalnie program wydarzenia, by podjąć rękawicę merytorycznej debaty o interdyscyplinarnym wpływie koronawirusa na prywatne firmy.

Wielu właścicieli biznesów posiada wprowadzone procedury związane z bezpieczeństwem własnym, rodziny właścicielskiej oraz pracowników w obecnej sytuacji. Unikanie skupisk ludności, ograniczona liczba osób na spotkaniach, higiena w pracy itp. Jednakże widząc tę ogromną potrzebę, przede wszystkim wsparcia od strony biznesowej, która, by przetrwać trwający już kryzys, musi się rozwijać, zdecydowaliśmy się zorganizować pierwszą w Polsce merytoryczną debatę biznesową w kontekście walki ze skutkami ekonomicznymi koronawirusa. Panująca obecnie fala strachu, wpływa negatywnie nie tylko na portfele właścicieli firm, ale również na ich zdrowie psychiczne. Bo jak przy tym wszystkim nie zwariować?

Trafiają do nas zapytania od właścicieli firm ze szczególnie zagrożonych negatywnym wpływem koronawirusa branż (choć recesja czeka nas wszystkich), takich jak: turystyka i hotelarstwo, produkcja spożywcza oraz przemysłowa, transport, spedycja i logistyka. Mocno cierpią już specjalistyczne usługi dla firm, gdzie już następuje fala zwolnień pracowników.

16 marca 2020 w pierwszym dniu kongresu, odbędzie się interdyscyplinarna debata przedsiębiorców i ekspertów, która dzięki transmisji video on-line będzie mogła trafić do szerokiego grona właścicieli firm, którzy, wskutek obaw przed koronawirusem, nie zdecydują się na przyjazd do Poznania.

W trakcie panelu dyskusyjnego poznamy obawy właścicieli, przedstawimy rekomendacje ekspertów i na gorąco będziemy poszukiwać najlepszych rozwiązań dla biznesu w obszarach kluczowych tj.:

  • Bezpieczeństwo w firmie i prawo pracy, prawo pracowników,
  • Logistyka i łańcuch dostaw – jak zabezpieczyć ciągłość dostaw w firmie,
  • Epidemiologia i zabezpieczenie firmy przed zwiększeniem ryzyka wirusa,
  • Ochrona praw przedsiębiorców przed roszczeniami klientów; odwołane zamówienia, loty, eventy, gwałtowny wzrost cen towarów chroniących przed wirusem, leków,
  • Prewencja psychologiczna, jak ograniczyć strach i wzmacniać immunologię.

Wspólnym celem debaty jest wypracowanie rekomendacji właściwego postępowania na wobec kryzysu koronawirusa oraz stworzenie biznesowych alternatyw dla zachowania ciągłości produkcji i funkcjonowania polskich firm przy wykorzystaniu alternatywnych rozwiązań niż dostawy surowców i półproduktów czy wyrobów gotowych zza granicy – stworzymy regionalną grupę wsparcia polskiego biznesu.

Koronawirus a prawo pracy. Czego nie może pracodawca, co wolno pracownikowi

W związku z szybkim rozprzestrzenianiem się wirusa SARS CoV-2 i rosnącym zagrożeniem zakażenia, coraz powszechniejsze stają się środki ochrony przed nim. Są one podejmowane również przez pracodawców, którzy starają się zminimalizować ryzyko zachorowania wśród swoich pracowników. Wszystkie działania z tego obszaru warto ocenić również z punktu widzenia prawa pracy. Niedawno na temat niektórych praktyk wypowiedziała się Państwowa Inspekcja Pracy, a 2 marca Sejm przyjął rządowy projekt specjalnej ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.

Praca zdalna

Powszechnie wykorzystywanym rozwiązaniem jest kierowanie pracowników do pracy zdalnej poza biurem w okresie dwutygodniowej kwarantanny (okres inkubacji koronawirusa). W wielu firmach wprowadzono to jako zasadę, której należy obligatoryjnie przestrzegać w stosunku do tych pracowników, którzy wrócili z terenów szczególnie zagrożonych koronawirusem lub mieli styczność z takimi osobami. Okazuje się jednak, że prawo pracy nie daje pracodawcy takich uprawnień. Zgodnie ze stanowiskiem Państwowej Inspekcji Pracy w takiej sytuacji pracodawca może zaproponować pracownikowi pracę zdalną, jednak nie może narzucić takiego rozwiązania. Pracodawca nie jest uprawniony do podejmowania działań izolujących pracownika ani do samodzielnego dokonywania oceny jego stanu zdrowia i w konsekwencji uznania, że może on stanowić zagrożenie dla pozostałych osób znajdujących się w zakładzie pracy. W ocenie PIP samowolne niedopuszczenie przez pracodawcę takiego pracownika do pracy mogłoby nawet stanowić nękanie lub mobbing. Okazuje się więc, że podejmowanie działań związanych z troską o zdrowie pracowników może narażać pracodawcę na konsekwencje związane z łamaniem praw pracowniczych. Problem ten powinien zostać częściowo rozwiązany przez wspomnianą specustawę. Zgodnie z nią, w celu przeciwdziałania COVID-19 pracodawca może polecić pracownikowi wykonywanie, przez czas oznaczony, pracy określonej w umowie o pracę, poza miejscem jej stałego wykonywania (praca zdalna). Pomijając nieprecyzyjną definicję, która może rodzić kolejne problemy praktyczne, regulacja ta daje większe uprawnienia pracodawcy, który może wydać pracownikom wiążące ich polecenie pracy zdalnej, aby przeciwdziałać potencjalnemu rozprzestrzenianiu się wirusa.

Opieka nad dzieckiem

Przyjęty projekt specustawy daje pracownikom dodatkowe uprawnienia związane z opieką nad dziećmi do lat 8, w sytuacji gdy z powodu koronawirusa zamknięta zostanie szkoła, przedszkole, żłobek lub klub dziecięcy. W takim przypadku rodzicowi, który jest zwolniony od pracy w celu sprawowania osobistej opieki nad dzieckiem przysługuje zasiłek opiekuńczy, za okres nie dłuższy niż 14 dni. Jest to dodatkowy zasiłek w stosunku do świadczenia, które pracownicy w zwykłych okolicznościach mogą otrzymywać w związku z nieprzewidzianym zamknięciem placówki, do której uczęszcza dziecko. Istotne jest, że dodatkowy zasiłek nie wlicza się do maksymalnego okresu zasiłkowego (60 dni), mającego zastosowanie w przypadku „zwykłego” nieprzewiedzianego zamknięcia placówki, które nie ma związku z obecną sytuacją i ryzykiem rozprzestrzeniania się koronawirusa.

Wyjazdy służbowe i prywatne

Pracownicy mają możliwość odmowy wyjazdu służbowego, nie narażając się na odpowiedzialność dyscyplinarną, jeżeli miejscem przeznaczenia jest rejon zagrożony koronawirusem. Zgodnie bowiem z art. 210 § 1 Kodeksu pracy, w razie gdy warunki nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa oraz higieny pracy i stwarzają bezpośrednio zagrożenia dla zdrowia lub życia pracownika albo gdy wykonywana przez niego praca grozi takim niebezpieczeństwem innym osobom, pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, zawiadamiając o tym niezwłocznie przełożonego. Należy przy tym podkreślić, że subiektywne odczucie pracownika o istniejącym zagrożeniu może nie być wystarczające do odmowy wyjazdu służbowego – zagrożenie powinno być realne. Przy ocenie, czy podróż służbowa może rodzić dla pracownika ryzyko zachorowania, powinno się zatem brać pod uwagę wiążące zalecenia lub komunikaty właściwych organów państwowych, takich jak Inspekcja Sanitarna lub Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Niezbędne jest też uprzednie poinformowanie pracodawcy o powstrzymywaniu się od wykonywania pracy w postaci podróży służbowej.

Jeżeli pracownik w czasie podróży służbowej przemieszcza się samolotem, powinien liczyć się z tym, że na lotniskach mogą obowiązywać szczególne zasady kontroli bezpieczeństwa i będzie on zobowiązany do poddania się im. Jednocześnie w projekcie ustawy nie przewidziano takich rozwiązań w stosunku do innych form transportu, np. kolei i dworców kolejowych.

Oddzielną kwestią są prywatne podróże pracowników. Kraje zagrożone koronawirusem są popularnymi destynacjami turystycznymi, w związku z czym w interesie pracodawcy byłoby dowiadywanie się, czy jego pracownicy przebywają w potencjalnie niebezpiecznych rejonach. Pracodawca nie ma jednak podstaw, aby pytać pracownika o jego prywatne sprawy, w tym miejsce spędzania urlopu wypoczynkowego. Tym bardziej nie może zabronić pracownikowi wykorzystania urlopu, który ten zamierza spędzić w kraju, gdzie jest wysokie ryzyko zainfekowania koronawirusem.

Przepisy BHP

Jak wiadomo, przepisy prawa pracy nakładają szereg obowiązków z zakresu BHP zarówno na pracodawcę, jak i na pracownika. Jednym z podstawowych obowiązków pracownika jest przestrzeganie zasad BHP w miejscu świadczenia pracy. Ma to również bezpośrednie przełożenie na zagrożenie koronawirusem. Pracownik w przypadku ryzyka zarażenia siebie wirusem czy przeniesieniem go na inną osobę powinien stosować się do poleceń pracodawcy, którego zadaniem jest zabezpieczenie środowiska pracy przed ryzykiem infekcji. Już wcześniej praktycy prawa pracy zauważali wyżej opisany problem wskazując, że odmowa zastosowania się do poleceń związanych z przestrzeganiem zasad BHP, zaostrzonych z uwagi na ryzyko zarażenia, może w skrajnym przypadku uzasadniać nawet zwolnienie pracownika. W zakres takich dodatkowych obowiązków wchodzić może korzystanie z maseczek higienicznych, które powinny zostać zapewnione przez pracodawcę, czy nawet całej odzieży ochronnej, o ile uzasadnia to charakter i miejsce pracy, np. szpital. Pracownicy zasadniczo mogą zostać zobowiązani do regularnego dezynfekowania rąk, szczególnie w branżach narażonych na kontakt z osobami zainfekowanymi. W przypadku podejrzenia kontaktu pracownika z wirusem, np. po jego powrocie z urlopu czy podróży służbowej z obszarów, w których wykryto obecność wirusa, pracodawca będzie mógł rozważyć skierowanie takiej osoby na badania testowe. Choć przepisy nie przewidują kierowania pracownika na badania w związku ze zwiększonym ryzykiem zachorowania na choroby wirusowe, w obliczu ryzyka zainfekowania współpracowników uznać można, iż zasadniczo odmowa pracownika wypełniania tak zaostrzonych wymogów, które podpadają pod szeroko rozumiane zasady BHP, może stanowić uzasadnienie niedopuszczenia go do pracy, a w skrajnym przypadku nawet rozwiązania stosunku pracy.

Wobec występującego ryzyka zarażenia koronawirusem najważniejsza dla pracodawców powinna być dbałość o stan zdrowia pracowników oraz zachowywanie reguł ostrożności, które minimalizują istniejące zagrożenia. Należy przy tym pamiętać, jakie prawa przysługują pracownikom i nie przekraczać kompetencji przysługujących pracodawcy. Nowa specustawa daje możliwości, dzięki którym rozterki pracodawców związane z wprowadzeniem szczególnych zasad postępowania powinny być mniejsze. Wydaje się, iż przepisy omawianego projektu ustawy mają wyjść naprzeciw obszarom do tej pory nieuregulowanym, w zakresie umożliwiającym podjęcie próby kontroli warunków świadczenia pracy, niemniej zauważamy, iż dopiero praktyka może wykazać ewentualne zagadnienia do tej pory nieprzewidziane.

Koronawirus uderza w branżę fotowoltaiki

Epidemia koronawirusa i przedłużająca się przerwa w pracy fabryk w Chinach skutkuje widocznymi niedoborami towarów technologicznych oraz komponentów na całym świecie. Pękają łańcuchy dostaw a ofiarami chińskiego wirusa padają takie potęgi jak Apple (brak dostępności iPhone11, SE2), Lufthansa (uziemienie 20 proc. floty) czy Nissan, Hyundai (zamknięte fabryki). W Polsce odczuwalne skutki widać m.in. w branży fotowoltaiki.

Obawy polskich firm, które pracują nad uruchomieniem farm fotowoltaicznych potęgują doniesienia z Chin. Chińska branża fotowoltaiczna spodziewa się, że produkcja ogniw i modułów wróci do wcześniejszego poziomu dopiero w drugiej połowie tego roku. Ograniczenie produkcji czy nawet tymczasowe zamykanie całych fabryk może dotknąć chińskich producentów modułów fotowoltaicznych, którzy razem odpowiadają za około 70 proc. globalnej produkcji.

– Mamy do czynienia ze zdarzeniem nieoczekiwanym o daleko idących skutkach. Jesteśmy narażeni na brak możliwości terminowego dokończenia projektów zielonej energii na czas. Stąd potrzeba doraźnego przesunięcia terminu dostarczenia energii elektrycznej w ramach systemu aukcyjnego URE na 2021 rok – podkreśla Robert Jan Szustkowski, analityk rynku OZE.

Obawy polskich przedsiębiorców z branży fotowoltaicznej są uzasadnione. Agencja ratingowa Moody’s ostrzega przed kryzysem. – Koronawirus może być czarnym łabędziem jak żaden inny – pisze w swoim raporcie, licząc nie tylko straty w ludziach, lecz coraz głośniej mówiąc o firmach, uzależnionych od dostaw z Państwa Środka.

Obowiązki wytwórcze a polska rzeczywistość w dobie koronawirusa

Po tym jak w listopadzie 2018 roku rozstrzygnięto aukcje URE dla projektów fotowoltaicznych i wiatrowych o jednostkowej mocy do 1 MW (554 oferentów wybranych), wytwórcy ze zwycięskimi ofertami mają obowiązek spełnienia wielu kryteriów i obowiązków wynikających z ustawy OZE.

Jednym z najistotniejszych zobowiązań w przypadku nowych projektów, jest z obowiązanie się do sprzedaży energii elektrycznej z OZE po raz pierwszy w ustawowym terminie 24 miesięcy od dnia zamknięcia sesji aukcji – w przypadku farm fotowoltaicznych do listopada 2020 roku!

– Niewykonanie tego obowiązku powoduje, że wytwórca zostaje wykluczony z systemu aukcyjnego i nie może przystąpić z daną instalacją do aukcji na sprzedaż energii elektrycznej z OZE przed upływem 3 lat licząc od dnia, w którym zobowiązanie stało się wymagalne. Dodatkowo w takim przypadku kaucja wniesiona przy składaniu oferty nie podlega zwrotowi, a gwarancja bankowa może zostać użyta. Ponadto brzmienie przepisów nie pozwala w 100 proc. wykluczyć nałożenia kary finansowej związanej z niewytworzeniem wskazanej w ofercie ilości energii – Piotr Szwarc, Specjalista ds. energetyki odnawialnej w kancelarii CCLaw Creative Consultants.

Tymczasem rzeczywistość i globalny charakter epidemii koronawirusa stawia pod znakiem realne wykonanie tego obowiązku w ustawowym terminie. Przyczyna – Chiny wstrzymują produkcję paneli fotowoltaicznych. Jak podaje portal gramwzielone.pl, w Chinach moduły wytwarza większość producentów w tym m.in. trzej najwięksi producenci na świecie – Jinko Solar, JA Solar i Trina Solar. Wiadomo, że ten ostatni producent musiał wstrzymać produkcję w jednej ze swoich fabryk przynajmniej do połowy tego miesiąca.  Fabryki ogniw i modułów fotowoltaicznych znajdują się m.in. w mieście Wuhan, a więc w epicentrum koronawirusa.

W ubiegłym roku w Polsce zainstalowano systemy fotowoltaiczne o łącznej mocy niemal 830 MW. Dzięki temu całkowity potencjał polskiej fotowoltaiki na koniec 2019 roku wzrósł do 1,3 GW. Projekt Polityka Energetyczna Polski zakłada 20 GW mocy fotowoltaicznych w Polsce w 2040 roku.

Rynki próbują odbić po „czarnym poniedziałku”

Rynki próbują odbić po poniedziałkowym załamaniu, ale doniesienia związane z koronawirusem przypominają, że może być jeszcze gorzej, zanim będzie lepiej. Inwestorzy muszą manewrować między informacji o objęciu czerwoną strefą całych Włoszech a zapowiedziami nowego pakietu gospodarczego w USA. Awersja do ryzyka będzie podtrzymywana, ale będą się trafiać okresy rajdów ulgi.

W Chinach przybywa mniej niż 100 przypadków zachorowań dziennie i władze w Pekinie rozważają poluzowanie restrykcji dotyczących przemieszczania się w Wuhan – epicentrum epidemii. Ale uwaga już jakiś czas temu przerzucona została na gospodarki rozwinięte, gdzie przypadków zachorowań przybywa lawinowo. Całe Włochy zostały objęte nakazem ograniczonego poruszania się, a inwestorzy ekstrapolują obawy na resztę Europy. W USA nie brakuje krytyki za niedostateczne zarządzanie kryzysowe. Im więcej pojawi się restrykcji, tym większy będzie to pretekst do podsycania awersji do ryzyka. Wciąż nic nie słychać o planach skoordynowanych działań rządów i banków centralnych, choć głośne apele o kolejne obniżki stóp procentowych są równoważone przez komentarze, że banki powinny przede wszystkim zadbać o bezpośrednie wsparcie płynnościowe. Po drugie polityka monetarna nie jest najlepszym remedium na szok dla aktywności gospodarczej – tutaj większe pole do popisu ma polityka fiskalna. Z resztą jak pokazała zeszłotygodniowa decyzja Fed, nawet cięcie znienacka o 50 pb może nie przynieść spokoju na rynki, jeśli zostanie odebrane jako działanie niewystarczające.

A nie ma gwarancji, czy cokolwiek po stronie skoordynowanej akcji banków centralnych rynki potraktują jako środki wystarczające. Stąd wydaje się, że Fed poczeka z decyzją o cięciu do zaplanowanego posiedzenia w przyszłym tygodniu i nie będzie potęgował zamieszania. USD odbija dziś, gdyż wczoraj rynek agresywnie dyskontował ruch ze strony Fed. Wstrzymanie do 18 marca nie ratuje za bardzo dolara, jeśli rynek będzie podtrzymywał oczekiwania na sprowadzenie stóp procentowych do zera. W międzyczasie jednak czeka nas decyzja EBC, gdzie jakaś forma luzowania musi nastąpić (cięcie stóp procentowych, programy pożyczkowe, wzmocnienie QE). Będzie to tworzyć dodatkowy zamęt na EUR/USD. USD/JPY odbija dziś w ślad za rynkiem akcji i skokiem rentowności długu USA, ale jeśli Wall Street ponownie wpadnie w panikę, ucieczka w jena wróci. We wtorek stabilizatorem jest zapowiedź prezydenta USA Trumpa, że administracja szykuje obniżkę podatku od wynagrodzeń i „znaczną ulgę” dla dotkniętych branż. Nikt jednak nie wie, jaki sukces nowy pakiet gospodarczy odniesie w stabilizacji aktywności gospodarczej i czy rynek akcji już poprawnie dyskontuje nową rzeczywistość. Wysoka zmienność jest świadectwem niepewności i wraz z postępami epidemii należy liczyć się z silnymi ruchami w obu kierunkach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

2 x 10 prostych punktów nt. komunikacji kryzysowej ws. koronawirusa

Wzrost liczby przypadków infekcji koronawirusem w Polsce oraz rosnące poczucie zagrożenia sprawia, że wiele firm i instytucji staje obecnie w obliczu kryzysu. Koronawirus już takie kryzysy powoduje lub może wywołać zarówno bezpośrednio, jak i – znacznie częściej – pośrednio. Agencja Alert Media Communications, specjalizująca się w komunikacji kryzysowej, opracowała i przedstawia dedykowane rekomendacje dotyczące sposobu zarządzania informacją w związku z narastającym problemem zagrożenia wirusem Covid-19. Rekomendacje te mogą mieć decydujące znaczenie w pierwszych fazach kryzysu, gdy ten dopiero dotknie daną firmę lub instytucję.

Kryzys związany z koronawirusem w największym stopniu odbywa się w sferze percepcji. To sposób postrzegania tego zagrożenia i obawy z nim związane tworzą rzeczywistość, w której firmy i instytucje stają wobec weryfikacji zaufania do nich ze strony konsumentów, klientów, petentów. Coraz więcej podmiotów komercyjnych – małych i dużych – już teraz boleśnie odczuwa skutki tych lęków konsumenckich. Dziś wszyscy stajemy wobec pytania, czy pierwsze bankructwa i straty są tylko przejściowym efektem wirusa, czy może początkiem całej fali. Fali kryzysów.

„Jakkolwiek duże jest rzeczywiste zagrożenie koronawirusem wobec innych zagrożeń – takich jak zwykła grypa czy wypadki komunikacyjne będące w tym samym czasie przyczyną większej liczby zgonów – realny jak beton jest strach przed koronawirusem przekładający się na zachowania i postawy ludzi. Emocje są zawsze prawdziwe, nawet gdy ich przyczyny mogą być wątpliwe. Percepcja to rzeczywistość” – powiedział Adam Łaszyn, Prezes Alert Media Communications i dodał: „To zatem działania w sferze percepcji, a więc komunikacji, są kluczowym obszarem przeciwdziałania narastającym problemom pochodzącym z koronawirusa”.

Właśnie dlatego – w oparciu o wiedzę i zasady dotyczące komunikacji kryzysowej – agencja Alert Media Communications opracowała rekomendacje dla firm i instytucji w zakresie właściwego zarządzania informacją w związku z koronawirusem.

Komunikacja zewnętrzna ws. koronawirusa:

  1. Wykaż przede wszystkim troskę o ludzi – konsumentów, interesantów, pracowników, a nie o firmę czy jej marki. To ludzie muszą być w centrum uwagi i komunikacji.
  2. Komunikuj swe prewencyjne działania w mediach społecznościowych, ale uważaj, by nie zasiać tam paniki skoncentrowanej na twojej firmie – nadmierna komunikacja o koronawirusie może was wyróżnić i wywołać wrażenie, że problem w waszej firmie jest większy niż w innych.
  3. Przygotuj się. Chcesz pokoju – szykuj się do wojny. Zrób analizę ryzyka. Jakie negatywne scenariusze koronawirus może wywołać wobec twojej firmy bezpośrednio lub pośrednio. Opracuj sposoby reakcji i tego, jak o tym zakomunikujesz.
  4. Reaguj na zdarzenia szybko. Miej przygotowane komunikaty na wypadek zakwestionowania bezpieczeństwa twojego produktu lub świadczonych usług. Reakcja firmy musi być nie tylko szybka, ale i właściwa – dlatego lepiej, by była przygotowana.
  5. Podobnie – miej gotowe komunikaty na wypadek publicznych informacji o pojawieniu się infekcji w twojej firmie. Komunikat powinien mówić o tym, co dzieje się z zainfekowanym pracownikiem, co zrobiła firma i jak działa w stosunku do innych pracowników, kontrahentów, produktów czy usług.
  6. Pamiętaj – kryzysu wcale nie tworzy negatywne zdarzenie, a zły sposób reakcji na nie. Nie masz drugiej szansy na swą pierwszą reakcję. Zanim zatem wydasz pierwszy komunikat, sprawdź z kimś z zewnątrz, czy jest właściwy – np. czy w pierwszej reakcji nie dominują twoje emocje, a nie merytoryka. To jak konsultacja u lekarza w sprawie infekcji.
  7. W przypadku realnego zagrożenia lub już zaistnienia szerszego problemu związanego z koronawirusem (zarówno samym zakażeniem, jak i efektami pośrednimi) powołaj Sztab Kryzysowy, w którym koniecznie musi być oddzielna osoba odpowiadająca tylko za komunikację. Rozważ wsparcie zewnętrzne.
  8. W komunikatach antykryzysowych – w reakcji na już zaistniały problem – skup się na faktach i merytoryce. Uwzględnij jednak też emocje odbiorców komunikatów. Zarówno bowiem fakty, jak i emocje będą decydować o percepcji Twoich działań oraz kształtować zaufanie do Twojej firmy lub jego spadek.
  9. Bazuj wyłącznie na sprawdzonych informacjach. Koronawirus wyjątkowo łatwo wykorzystać w tzw. fake news. Uważaj zatem, by twoja firma nie stała się ich źródłem, bo wtedy strata wiarygodności będzie bardzo bolesna.
  10. Bądź gotowy na atak użytkowników sieci społecznościowych, a nawet profesjonalnych mediów, gdy twoja firma w jakiś sposób zostanie powiązana z koronawirusem. Hejt i krytyka spadną na ciebie, nawet jeśli to nie z twojej winy nastąpią problemy z dostawami czy serwisem, wywołane przez wirusa.

Komunikacja wewnętrzna ws. koronawirusa:

  1. Uczyń priorytetem komunikację pracowniczą ws. koronowirusa i działań firmy. Pracownicy są i będą ambasadorami firmy – wobec rodzin, znajomych, klientów, partnerów. Znacznie bardziej wiarygodnymi niż komunikaty firmy czy nawet jej media społecznościowe. Ale uważaj, by nie siać paniki nadmierną ilością pejoratywnych nakazów, zakazów i przestróg budzących obawy i strach. Twoim celem jest spokój i zaufanie.
  2. Udostępnij w miejscu pracy wyraźne informacje edukacyjne na temat profilaktyki zakażenia oraz reakcji w przypadku zaistnienia symptomów infekcji. Optymalną formą są plakaty i infografiki wywieszane w widocznych miejscach firmy (winda, kuchnia, łazienka).
  3. Stosuj maksymalnie proste komunikaty, krótkie teksty. Jeśli tylko możliwe i adekwatne – wspierane graficznie ikonami lub rysunkami. Długie teksty bez wizualizacji często po prostu nie są czytane i istotne treści nie docierają do odbiorców.
  4. Poinformuj pracowników o różnych możliwościach, jakie mogą pomóc w prewencji infekcji – praca z domu, videokonferencje, automatycznie należące się zasiłki (np. przy zamknięciu szkół) etc. Wyjaśnij, jak to się ma do ich praw urlopowych.
  5. W kluczowych komunikatach – takich jak wprowadzone zasady czy najważniejsze decyzje dotyczące ludzi, działalności, produktów – pracowników powinien informować szef firmy (np. jako nadawca e-maili), a nie któryś z dyrektorów czy managerów.
  6. Nie możesz pracownikom zabronić wyjazdów prywatnych do krajów objętych zwiększonym ryzykiem, ale w wyraźny sposób udostępniaj im wskazywaną przez MSZ i GIS listę tych krajów. Na bieżąco aktualizuj te informacje.
  7. Numeruj najważniejsze komunikaty do pracowników (np. te wydawane przez szefa), aby ułatwić im śledzenie rozwoju sytuacji i zaangażowania firmy na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa.
  8. Zapewnij pracownikom łatwy kontakt w sprawie obecnego zagrożenia – stwórz wewnętrzną infolinię lub udostępnij dane kontaktowe do dedykowanej osoby albo komórki firmy, która zajmie się dowolnym pytaniem lub problemem związanym z koronawirusem wprost lub pośrednio.
  9. Zapewnij spójność i sprawność przekazu na zewnątrz – wyznacz konkretną osobę, która ma wyłączność na udzielanie mediom informacji związanych z problemem koronawirusa. Uprzedź wszystkich pracowników, że tylko ta wyznaczona osoba może się w tej sprawie wypowiadać.
  10. Wykazuj szczególną troskę wobec pracowników – nie tylko przekazuj decyzje czy zalecenia, ale rozmawiaj z nimi, wykazuj empatię i wychodź naprzeciw ich trudnej sytuacji wywołanej przez koronawirusa (np. dzieci, które muszą zostać w domu). Twoja lojalność wobec pracowników w trudnych chwilach zwróci się zwiększoną lojalnością wobec firmy.

Sektory z największymi zaległościami wobec banków i partnerów biznesowych w 2019 r.

Do 32,25 mld zł wzrosły na koniec 2019 r. zaległości firm wobec partnerów biznesowych i banków – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Od końca grudnia 2018 r. do końca grudnia 2019 r. firmom przybyło ponad 2,68 mld zł (9,1 proc.) płatności przeterminowanych powyżej 30 dni, na minimum 500 zł. W pierwszej trójce niesolidnych dłużników pozostają największe sektory gospodarki: handel, przemysł i budownictwo, czwarty jest transport, który pod względem kwoty zaległości rok wcześniej zajmował 6. miejsce. Choć zaległości wzrosły to jednak udział firm z opóźnionym płatnościami spadł z 6,1 proc. do 5,9 proc.

Sektory z największymi zaległościami wobec banków i partnerów biznesowych w 2019 r.
Pierwsze trzy pozycje na liście niesolidnych sektorowych dłużników zajmują: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,52 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,57 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z niemal 5,13 mld zł. Pierwsze trzy pozycje na liście niesolidnych sektorowych dłużników zajmują: handel, którego niespłacone w terminie zobowiązania wynoszą 7,52 mld zł (23 proc. łącznej kwoty opóźnionych zobowiązań), przemysł z 5,57 mld zł (17 proc.) oraz budownictwo z niemal 5,13 mld zł (16 proc.) niespłaconych zobowiązań.

Na czwarte miejsce z kwotą ponad 1,92 mld zł wszedł transport, który przed rokiem był szósty pod względem sumy przeterminowanych płatności. Transport wyprzedził sektory obsługi rynku nieruchomości oraz zakwaterowanie i gastronomia.

Od końca grudnia 2018 r. do końca grudnia 2019 r. poza transportem, którego zaległości wzrosły o 24 proc., w wysokim stopniu podwyższyły się również zaległości edukacji (o 33 proc.) i pozostałej działalności usługowej (o 19,2 proc.) – w pierwszym przypadku o 373,6 mln zł, w drugim o 41,3 mln zł, a w trzecim o 53,8 mln zł. Wartościowo najbardziej podniosły się zaległości handlu – 1,045 mld zł (16,2 proc.).

W dwóch z monitorowanych branż w ciągu 2019 r. zaległości spadły. W największym stopniu, o ponad 14 proc. (21,2 mln zł) firm wytwarzających i zaopatrujących w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych. O niecałe 8 proc. (ponad 11 mln zł) spadły wśród firm zajmujących się działalnością związaną z kulturą, rozrywką i rekreacją.Sektory z największymi zaległościami 2018– W kategorii zaległości miniony rok można określić rokiem transportu. Dynamika przyrostu przeterminowanych płatności transportu należała do najwyższych. Jednocześnie udział firm z problemami płatniczymi mocno wzrósł w sytuacji gdy w całej gospodarce spadł z 6,2 proc. do 5,9 proc. Na koniec grudnia 2019 r., co jedenaste przedsiębiorstwo z sektora transport i gospodarka magazynowa miało na koncie zaległości wobec banków, innych instytucji finansowych i partnerów biznesowych (9 proc.). Rok wcześniej taki problem dotyczył 8,5 proc. firm. Od handlu, przemysłu czy budownictwa, gdzie opóźnienia ma około 5,5 proc. przedsiębiorstw, transport dzieli coraz większy dystans – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor i wiceprezes BIK.

W handlu, przemyśle i budownictwie, które z racji znaczącej roli w gospodarce mają najwyższe zaległości wobec banków i partnerów biznesowych najbardziej przybyło przeterminowanych płatności w handlu – ponad 16 proc., ponad 1 mld zł. – W handlu zaległości znacząco rosły przez cały rok i z pewnością przysparzały problemów swoim dostawcom, m.in. przemysłowi. Dla odmiany w budownictwie, po sporym skoku zaległości w trzecim kwartale, w czwartym sytuacja się uspokoiła – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

W przemyśle i budownictwie zaległości wzrosły odpowiednio o 8,9 proc. oraz 8 proc., czyli nieco poniżej średniej dla wszystkich sektorów (9,1 proc.). W handlu jak i w przemyśle przyrost przeterminowanych zobowiązań jest efektem pogłębiania się problemów firm, które już przestały sobie radzić z terminowymi rozliczeniami, bo niesolidnych dłużników tam nieznacznie, ale jednak ubyło. Natomiast w transporcie firm w kłopotach jest dziś prawie 2,7 tys. więcej i ma to przełożenie na skok udziału niesolidnych przedsiębiorstw. Transport jest obecnie sektorem, w którym udział firm z problemami w rozliczeniach jest najwyższy. Przed rokiem był to sektor odpowiadający za dostawę wody odprowadzanie ścieków i gospodarowanie odpadami, który miał 8,9 proc. udział niesolidnych dłużników, dziś ma 8,5 proc. Wzrost liczby podmiotów opóźniających płatności, na który należy też zwrócić uwagę odnotowały również takie sektory jak: działalność w zakresie usług administrowania i działalność wspierająca, rolnictwo oraz wytwarzanie i zaopatrywanie w energię elektryczną, gaz, parę wodną, gorącą wodę i powietrze do układów klimatyzacyjnych.

Wi-Fi 6 – co niesie ze sobą nowy standard?

Wi-Fi 6 oznacza jeszcze szybszą i bardziej wydajną sieć bezprzewodową. Kto może najwięcej skorzystać na aktualizacji do standardu Wi-Fi 6? Jakie są jego największe zalety?

Wchodzi nowy standard łączności bezprzewodowej Wi-Fi 802.11ax, znany też pod nazwą Wi-Fi 6. Zwiększono w nim prędkość do 10 Gb/s, tj. o ok. 40% w porównaniu z poprzednimi technologiami. Znacznie zmniejsza problem oczekiwania na reakcję urządzeń w miejscach, gdzie wielu użytkowników podłączonych jest do sieci w tym samym czasie.

W pierwszej kolejności Wi-Fi 6 znajdzie zastosowanie tam, gdzie zależy nam na szybkim i nieprzerwanym przesyłaniu danych dużej liczby użytkowników zgromadzonych na niewielkiej przestrzeni.

Cyfrowa nauka

W szkołach i na uczelniach do sieci bezprzewodowej podłączonych są setki studentów i pracowników, z wielu miejsc i o różnych porach. Nauczyciele i uczniowie spędzają teraz dużo czasu pracując w sieci, coraz częściej używają inteligentnych tablic, laptopów lub tabletów i korzystają z treści multimedialnych. Wi-Fi 6 zapewni im za każdym razem szybsze i bardziej spójne połączenia.

Pomoc w pracy

W biurach liczących ponad 15 pracowników, magazynach lub zakładach montażowych i produkcyjnych Wi-Fi 6 zapewni krótsze czasy reakcji, zoptymalizuje problemy z wydajnością, których użytkownicy mogą czasem doświadczać z uwagi na starszą technologię. Ułatwi też wdrażanie urządzeń IoT.

Sektor usługowy i wypoczynkowy

Wszędzie tam, gdzie przebywa duża liczba ludzi podłączających się na co dzień do sieci bezprzewodowej, czyli w hotelach, pensjonatach, barach, kawiarniach, sklepach, w centrach konferencyjnych, na dworcach kolejowych i lotniskach Wi-Fi 6 zapewni znaczny wzrost efektywności i wydajności sieci.

Zalety Wi-Fi 6

Prędkość sieci do 10 Gb/s

Dla porównania: 802.11ac Wave 2 (Wi-Fi 5) zapewnia prędkości bezprzewodowe przekraczające 2 Gb/s, a w przypadku najlepszej nawet konstrukcji i konfiguracji teoretyczne maksimum powyżej 6 Gb/s.

Przepustowość sieci może wzrosnąć nawet o 400%

WiFi-6 oferuje szerokość pasma 160 MHz, a tym samym szybsze prędkości połączeń pomiędzy routerem a urządzeniami.

Sprawdza się przy wielu urządzeniach końcowych podłączonych na niewielkiej przestrzeni w tym samym czasie Wraz ze wzrostem liczby połączeń i natężenia ruchu w sieci rośnie rywalizacja między urządzeniami, które są do niej podłączone.

Już gdy około 12-15 użytkowników lub urządzeń zostanie podłączonych do punktu dostępowego można odczuć różnicę wydajności sieci Wi-Fi 6 w porównaniu ze starszym standardem.

Pozwala na oszczędność baterii podłączonych urządzeń

Kolejnym ulepszeniem w standardzie 802.11ax jest obsługa Target Wake Time (TWT), który pozwala oszczędzać energię poprzez planowanie kiedy urządzenia powinny zostać „wybudzone” ze stanu uśpienia lub zostać wyłączone. Technologia ta jest wykorzystywana do wspierania wdrożeń IoT, w których do gromadzenia danych w określonych odstępach czasu używa się czujników lub innych urządzeń.

Większa odporność na zakłócenia pochodzące z innych sieci bezprzewodowych (tzw. coloring). Przy stosowaniu identyfikatorów kolorów, transmisje tego samego rodzaju, pochodzące z różnych punktów dostępowych, mogą pozostać w odosobnieniu. Unika się w ten sposób interferencji międzykanałowej. Umożliwia to korzystanie z wielu punktów dostępowych w tym samym otoczeniu bez konieczności oczekiwania na miejsce na kanale.