TFI BDM SA przejmuje pakiet 18 funduszy inwestycyjnych po Saturn TFI

20 listopada br. towarzystwo funduszy inwestycyjnych, TFI BDM, przejęło pakiet wybranych 18 funduszy po Saturn TFI. W ramach pakietu znajdują się fundusze zamknięte FIZ, w tym 10 funduszy sekurytyzacyjnych (NS FIZ). Wartość przejętego pakietu tzw. wartość aktywów netto przejętych funduszy to ok. 900 mln zł. Po przejęciu, TFI posiada już portfel ok. 30 funduszy w zarządzaniu oraz aktywa przekraczające 1 mld zł. W planach na najbliższe kwartały jest dalszy rozwój portfela.

TFI BDM jest aktywnym graczem na rynku funduszy inwestycyjnych. Ostatnie przejęcie pakietu 18 funduszy powiększa dziewięciokrotnie nasz portfel aktywów w zarządzaniu. W planach mamy dalszy rozwój na rynku i budowanie portfela produktów, mówi Marcin Skrobek Prezes TFI BDM SA.

TFI BDM przejmuje portfel funduszy zamkniętych

TFI BDM SA, towarzystwo funduszy inwestycyjnych, wyspecjalizowane w zarządzaniu zamkniętymi funduszami inwestycyjnymi, przejęło portfel 18 funduszy po Saturn TFI, w tym 10 funduszy sekurytyzacyjnych. W wyniku transakcji BDM ma obecnie w portfelu już 28 funduszy. Przejęty portfel to m.in. fundusze, których jedynym uczestnikiem jest spółka GetBack w restrukturyzacji. Zadaniem towarzystwa jest m.in. przywrócenie sprawozdawczości oraz nadzór i kontrola nad procesem zarządzania przejętymi funduszami.

Towarzystwo specjalizuje się w zarządzaniu zamkniętymi funduszami inwestycyjnymi i ma doświadczenie w zarządzaniu funduszami sekurytyzacyjnymi. BDM szeroko wykorzystuje konstrukcje FIZ, FIZ AN oraz NS FIZ. Wieloletnia współpraca z renomowanymi zewnętrznymi kancelariami prawnymi i podatkowymi oraz firmami specjalizującymi się w audycie i wycenie aktywów, pozwala na profesjonalne i długofalowe konstruowanie oraz zarządzanie strukturami inwestycyjnymi.

TFI BDM na zakupach, w planach kolejne przejęcia

W ostatnim roku BDM znacząco zwiększył skalę działania i rozbudował zespół zarządzający. Wartość aktywów w zarządzaniu TFI BDM w styczniu 2019 roku wynosiła ok. 100 mln zł. W skład portfela wchodziło 10 funduszy. Wraz z przejęciem portfela Saturna, towarzystwo powiększyło aktywa o kolejne 18 funduszy, tj. ok. 900 mln zł, co daje obecnie portfel o wartości ok. 1 mld zł.

W ostatnim kwartale, szeregi towarzystwa zasiliły kolejne osoby. W listopadzie br. towarzystwo otworzyło biuro w Warszawie.

Rynek funduszy inwestycyjnych oferuje dziś nowe możliwości rozwoju, szczególnie dla wiarygodnych podmiotów z dobrą oceną nadzorczą. W ramach rozwoju, planujemy dalsze budowanie portfela w oparciu o ciekawe aktywa i produkty dostępne na rynku. Będziemy koncentrowali się na funduszach sekurytyzacyjnych i funduszach pożyczkowych, podkreśla Marcin Skrobek Prezes TFI BDM SA.

Coface: Firmy nie wytrzymają presji zbyt szybkiego wzrostu płacy minimalnej

Płaca minimalna brutto ma wzrosnąć w 2020 r. do 2 600 zł brutto. Wzrost ma być większy niż wcześniej zapowiadano. Średnie wynagrodzenia też będą rosły szybciej, ale wiele firm tego nie przeżyje.

– Wzrost minimalnego wynagrodzenia będzie podtrzymywał dynamikę wynagrodzeń – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej. – Ta dynamika będzie wysoka, choć firmy powinny przygotowywać się na spowolnienie gospodarcze.

Płaca minimalna w 2020 r. ma stanowić 49,7 proc. prognozowanego średniego wynagrodzenia. Jeszcze niedawno rząd chciał zwiększyć najniższą płacę do 2 450 zł, czyli o 200 zł. Obietnice zostały podwyższone o kolejne 150 zł.

– Ten wzrost płacy minimalnej będzie czynnikiem negatywnym dla przedsiębiorstw ponieważ wywoła presję na ogólny wzrost wynagrodzeń, a tego nie wytrzyma wiele mniejszych firm i będą musiały ogłosić bankructwo – ocenia ekspert Coface.

Firmy muszą być bardziej ekologiczne – tego oczekują klienci

Nowoczesny klient na zakupach nie kieruje się wyłącznie ceną. Usiłuje raczej połączyć rozsądek z emocjami. Coraz częściej ma świadomość, że płacenie jest niczym głosowanie. Decydując się na dany produkt, może poprzeć firmę ekologiczną i odpowiedzialną społecznie lub przeciwnie – przyczynić się do niszczenia środowiska. Na szczęście firmy coraz częściej zaczynają brać ten aspekt pod uwagę.

Byłoby wspaniale, gdyby wszystkie przedsiębiorstwa z zaangażowaniem dbały o naszą planetę, a najlepiej robiły to, kierując się jedynie szlachetnymi pobudkami. W praktyce jest trochę inaczej – owszem, świadomość zagrożeń związanych z degradacją środowiska rośnie i zapewne coraz wrażliwsze stają się także osoby decyzyjne w przedsiębiorstwach. Jednak w biznesie wciąż bardziej liczą się zyski. Dlatego pro-ekologiczne argumenty, które mogą  w największym stopniu wpłynąć na realne działania przedsiębiorstw, to te, które odwołują się do możliwych oszczędności lub do wyborów klientów.

Ekologia się opłaca!

Dobra wiadomość jest taka, że również te ostatnie kwestie sprzyjają ekologii. Działając oszczędniej, zazwyczaj w większym stopniu chronimy środowisko – ekologia po prostu się opłaca! Z kolei rosnąca świadomość ekologiczna konsumentów powoduje, że firmy, które już dziś nie staną się bardziej odpowiedzialne, w niedługim czasie zaczną być pomijane przez klientów. Coraz więcej osób zwraca bowiem uwagę na to, aby swoimi wyborami (również zakupowymi) nie przyczyniać się do degradacji środowiska.

Dla firm bardziej zrównoważone podejście oznacza nowe wyzwania. Powinny one bowiem uwzględnić konieczność włączenia do swoich strategii oraz codziennych działań: edukacji ekologicznej (zarówno pracowników, jak i klientów), przestrzegania zasad zero waste (czyli wytwarzać jak najmniej odpadów), czy też unikania stosowania produktów, które byłyby używane jednorazowo.

Nie muszą być to jednak działania bezinteresowne – wartość firmy, która wykazuje zaangażowanie społeczne, może dzięki temu wyraźnie wzrosnąć. Po pierwsze, z powodów wizerunkowych. Po drugie dlatego, że mając do wyboru dwa podobne produkty, świadomy klient wybierze ten bardziej eko. A po trzecie – rośnie grupa klientów deklarujących, że za produkt ekologiczny są w stanie zapłacić więcej.

Zrównoważone działania w logistyce

Zrównoważone podejście do ochrony środowiska powinno objąć wszystkie aspekty funkcjonowania przedsiębiorstwa. Dotyczy to nie tylko samego produktu i opakowania, ale również kwestii, o których często się zapomina, takich jak chociażby ekspozytory produktów w sklepach (nazywane także materiałami POS lub POSM).

Na ekologię (oraz koszty) wpływ może mieć niemal wszystko – od etapu projektu, przez produkcję, magazynowanie, czy transport. Dwa identycznie wyglądające stojaki, na których eksponuje się produkty w sklepie podczas promocji, mogą mieć zupełnie inną budowę. Ekspozytor „tradycyjny” zostanie zazwyczaj wyprodukowany z tworzywa sztucznego. Ten bardziej ekologiczny będzie natomiast zbudowany ze sklejki lub tektury, bez użycia folii, a do tego może być zaprojektowany w taki sposób, aby po wymianie tylko kilku elementów można było wykorzystać go ponownie, w ramach zupełnie innej akcji. Na oszczędności wpływ może mieć także to, czy dany ekspozytor jest składany – jeśli tak, zajmie mniej miejsca podczas magazynowania oraz transportu.

Jak jednak sprawdzić, czy materiały POS danej firmy będą odpowiednio zoptymalizowane pod kątem ekologii? Niedługo w Polsce pojawi się rozwiązanie, które to umożliwi.

– Już wkrótce udostępnimy naszym klientom Ekokalkulator – aplikację, która pozwala przeanalizować konkretne ekspozytory produktów i podobne nośniki reklamy pod kątem ich wpływu na środowisku naturalne – mówi Urszula Rąbkowska z firmy XBS Group, wyspecjalizowanej w logistyce materiałów POS. – Aplikacja może być pomocna już w fazie projektowania i planowania. Poza tym firmy, które dbają o środowisko poprzez odpowiedzialne zarządzanie ekspozytorami produktów w sieci sprzedaży, mogą starać się o certyfikat „ekoPOSytywni”. Wydajemy go tylko tym producentom, których nośniki reklamowe spełnią surowe warunki – podkreśla.

Biznes coraz bardziej zaangażowany

Warto wspomnieć, że działania przedsiębiorstw na rzecz równowagi ekologicznej są coraz bardziej doceniane przez sam biznes. Świadczy o tym chociażby zorganizowana w tym roku po raz pierwszy konferencja Sustainability Confex 2019. Celem tego spotkania było zainspirowanie przedstawicieli szeroko rozumianej branży FMCG (produktów szybkozbywalnych) do wykorzystywania zrównoważonego rozwoju w dziale  produkcji, opakowań i logistyki. Właśnie podczas tej konferencji nagrodzone zostały firmy, które w największym stopniu koncentrują się w swoich działaniach na łączeniu biznesu z ekologią. Wśród nagrodzonych znalazła się także firma XBS Group, która otrzymała nagrodę Sustainability Solution Provider Award w kategorii Transformacja Łańcucha Dostaw.

– Materiały reklamowe odgrywają ważną rolę we wsparciu sprzedaży, ale stanowią też obciążenie dla środowiska, dlatego naszym celem jest ich eko-optymalizacja w całym łańcuchu dostaw – mówi Urszula Rąbkowska. – W związku z tym zainicjowaliśmy akcję „ekoPOSytywni”. Celem projektu jest promocja zrównoważonego i odpowiedzialnego zarządzania materiałami reklamowymi. Podjęliśmy wiele działań, m.in. rozpoczęliśmy debatę dotyczącą optymalizacji w obszarze POS, a w przyszłym roku planujemy konkurs dla studentów – dodaje.

Im więcej firm, instytucji, ale też osób indywidualnych zaangażuje się w pozytywne zmiany na rzecz ekologii, tym lepiej dla wszystkich. Przedsiębiorstwa, która zaczną na każdym etapie redukować swój ślad węglowy, dzięki odpowiedzialnym działaniom udowodnią, że są warte zaufania, jakim obdarzają je klienci. Wzmocni to ich wizerunek i zapewne podniesie ich wartość, ale co najważniejsze – pozytywnie wpłynie na stan naszej planety.

Bardzo prawdopodobne, że jesteśmy ostatnim pokoleniem, które może ocalić Ziemię. A skoro tak – nie możemy ignorować odpowiedzialności, jaka stoi przed nami wszystkimi. Ta odpowiedzialność dotyczy nie tylko każdego mieszkańca planety z osobna, ale także przedsiębiorstw, a w największym stopniu tych, które działają na dużą skalę. W przypadku dużej firmy każdy najmniejszy proces jest powielany miliony razy, a więc ma też potężny wpływ na środowisko.

Auxilia S.A. poprawia wyniki finansowe

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, osiągnęła ponad 683 tys. zł zysku netto w 3 kw. 2019 r. na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 2,78 mln zł. Spółka realizuje przyjęty plan rozwoju, poprawia wyniki finansowe oraz zwiększa poziom zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych.

Spółka zanotowała w 3 kw. 2019 r. na poziomie skonsolidowanym 683 tys. zł zysku netto, a jej przychody netto ze sprzedaży sięgnęły 2.786 tys. zł. W analogicznym okresie 2018 r. skonsolidowany zysk netto Auxilia S.A. wynosił 22 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży w kwocie prawie 2.087 tys. zł. Narastająco, po trzech kwartałach 2019 r. zysk netto Grupy kształtuje się na poziomie 3.301 tys. zł wobec 707 tys. zł rok wcześniej, a przychody netto ze sprzedaży uległy zwiększeniu z 7.657 tys. zł z 10.274 tys. zł. Tak mocny wzrost zarówno zysku netto, jak i przychodów, jest rezultatem prowadzenia optymalizacji kosztowej oraz transakcji zbycia wierzytelności przeprowadzonych z PHI Wierzytelności S.A. Zarząd Auxilia S.A. bardzo pozytywnie ocenia tegoroczne wyniki finansowe.

„Osiągnięte wyniki finansowe należy uznać za wysoce satysfakcjonujące. Potrafimy skutecznie skalować działania sprzedażowe, co owocuje wzrostem poziomu kontraktacji roszczeń odszkodowawczych. Realizujemy również działania mające na celu redukcję kosztów działalności, dzięki czemu poprawiamy naszą rentowność. Nadchodzące kwartały zapowiadają się również bardzo dobrze.” – wyjaśnia Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

Spółka nadal kontynuuje nawiązaną współpracę z PHI Wierzytelności S.A. opartą na ramowej umowie o współpracy w ramach quasi-sekurytyzacyjnego modelu monetyzacji portfela wierzytelności z segmentu odszkodowań dla biznesu, co służy skróceniu cyklu konwersji gotówki w sprawach, w których nie występuje element wypłaty odszkodowania na etapie polubownym. Auxilia S.A. przeprowadziła w 3 kw. 2019 r. kolejne transakcje zbycia wierzytelności poprzez cesję wierzytelności odszkodowawczych o łącznej szacunkowej wartości wynoszącej ok. 1,44 mln zł.

Emitent opublikował również wstępne informacje o wielkości zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych za październik 2019 r. Zgodnie z nimi wstępnie szacowane zakontraktowane roszczenia z pozyskanych spraw odszkodowawczych w październiku 2019 r. wyniosły 14.349.600 zł, co stanowi wzrost o 83,4% w porównaniu do analogicznego miesiąca 2018 r. Z kolei wstępnie szacowana przez Spółkę wartość planowanych przychodów z zakontraktowanych spraw odszkodowawczych w październiku 2019 r. była wyższa o ponad 112% względem analogicznego wskaźnika planowanego przychodu w październiku 2018 r. Zarząd Auxilia S.A. uważa, że opublikowane szacunki pozwalają z dużym optymizmem przewidywać przyszłe wyniki finansowe Spółki.

„Publikowane przez nas szacunki wielkości miesięcznych zakontraktowanych roszczeń z pozyskanych spraw odszkodowawczych oraz planowanych przychodów z zakontraktowanych spraw odszkodowawczych wskazują dalszy, dynamiczny wzrost skali prowadzonego biznesu. Mamy ambitne cele i skutecznie je realizujemy poprzez działania w wielu obszarach funkcjonowania. Naszym nadrzędnym celem jest oczywiście budowanie wartości dla Akcjonariuszy.” – dodaje Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A.

W październiku br. analitycy East Value Research rozpoczęli wydawanie rekomendacji dla Auxilia S.A. od zalecenia „kupuj” i wyznaczenia 12-miesięcznej ceny docelowej na poziomie 6,20 zł. W listopadzie analitycy East Value Research podnieśli cenę docelową akcji Spółki do 7,20 zł i podtrzymali rekomendację na poziomie „kupuj”.

Auxilia S.A. zakończyła 2018 rok skonsolidowanym zyskiem netto w wysokości ponad 1,33 mln zł, a jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły w minionym roku blisko 11 mln zł. W pierwszym kwartale tego roku Spółka zaktualizowała strategię rozwoju, zgodnie z którą będzie się ona koncentrowała na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

Zarząd Spółki przyjął również politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Spółkę wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy.

Etiopia – „ziemia obiecana” polskiego rynku pracy?

Są dumni, zdeterminowani i gotowi by podjąć pracę na drugim końcu świata. Etiopczycy – wokół tej narodowości przez lata narosło w Europie wiele mitów, które skutecznie zniechęcają polskich pracodawców do podjęcia współpracy biznesowej. Kraj trzeciego świata czy prężnie rozwijająca się gospodarka afrykańskiego kontynentu? O potencjale współpracy biznesowej z odległą Etiopią opowiada Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

Polacy aktywni zawodowo deklarują, że są gotowi by współpracować z obcokrajowcami. Takie zdanie wyraziło 64 proc. ankietowanych w badaniu zrealizowanym przez Grupę Progres we wrześniu tego roku (Raport 360°). Jednak tu zaczynają się schody. Współpraca z Ukraińcami czy Białorusinami jest standardem i absolutnie akceptowaną normą społeczną. Wschodni sąsiedzi są nam bliscy zarówno pod względem odległości, w jakiej położone są nasze kraje, jak i  pod względem kulturowym. Pracodawcy chętnie zatem przyjmują do zespołu osoby zza wschodniej granicy. Czy jesteśmy jednak gotowi na to by pójść o kilka kroków naprzód i zatrudnić pracowników pochodzących z egzotycznego dla nas kontynentu? Trudno na tę chwilę udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Niewątpliwie polski rynek pracy przechodzi kryzys, brakuje pracowników mających konkretne kwalifikacje oraz kompetencje i już teraz braki kadrowe są mocno odczuwalne przez polskich pracodawców. Musimy zatem szukać nowych rozwiązań i kierunków by zniwelować w najbliższych latach skutki demograficznej luki w naszym kraju. I tu na horyzoncie pojawia się właśnie Etiopia.

Wschodnia Afryka, milion kilometrów kwadratowych powierzchni i ponad 100 milionów mieszkańców, z czego 65 proc. stanowią osoby do 25 roku życia w wieku produkcyjnym. W Etiopii panuje ustrój demokratyczny, a ponad 60 proc. obywateli to Chrześcijanie. Czy właśnie znaleźliśmy „ziemię obiecaną”, z której możemy pozyskiwać na polski rynek pracowników tymczasowych? Tego jeszcze nie wiemy, jednak Etiopia to z pewnością ogromny potencjał zasobów ludzkich, które są na rynku pracy. Etiopia to też jeden z trzech najszybciej rozwijających się krajów na świecie. Najnowszy raport Global Economic Prospects Banku Światowego wskazuje, że tempo wzrostu PKB Etiopii za 2016 r. wyniosło 8,4 proc., w 2017 r. – 8,9 proc. Nie sposób przejść wobec tych liczb obojętnie.

Najważniejsze to otwarty umysł i motywacja

W 2019 roku wydano 34 pozytywne decyzje na pobyt czasowy obywateli Etiopii w Polsce, podobnie pod tym względem wyglądał rok 2018 (32 pozytywne decyzje na pobyt tymczasowy). Mimo znikomej liczby Etiopczyków, którzy otrzymali pozwolenie tymczasowego pobytu w naszym kraju, liczba ta z roku na rok rośnie – w  2017 roku na okres tymczasowy przebywało w Polsce jedynie 11 osób z Etiopii (źródło: migracje.gov.pl).

W najbliższym czasie w Polsce pojawi się pierwsza grupa Etiopczyków, którzy  podejmą pracę tymczasową w naszym kraju. Będzie to grupa testowa i tak naprawdę wtedy okaże się w praktyce czy projekt ma szansę na dalszą kontynuację. Na pewno jest ciekawość ze strony polskich pracodawców, a to już pierwszy krok do sukcesu. Nasz pierwszy oficjalny kontakt z Rządem Etiopii miał miejsce w czerwcu tego roku. Przez kilka następnych miesięcy badaliśmy bardzo dokładnie możliwości nawiązania współpracy z tym krajem, pojechaliśmy do Etiopii i byliśmy osobiście zaangażowani w prezentację Polski i naszej oferty. Zaprosiliśmy też delegację etiopskiego Rządu do Gdańska, gdzie niedawno odbyło się kilka niezwykle istotnych spotkań, między innymi z Wiceprezydentem Miasta, czy też Prezydentem Pracodawców Pomorza.

Podjęty przez nas projekt nie będzie jednak należeć do najłatwiejszych, ponieważ już sam proces legalnego zatrudnienia obywatela Etiopii w naszym kraju jest bardzo złożony. Zezwolenie w tym przypadku wydaje Urząd Wojewódzki, a nie jak w przypadku np. pracowników z Ukrainy – Urząd Pracy i tu zaczynają się formalności, których trzeba dopełnić by legalnie zatrudnić osobę z Etiopii.  Wyboista droga stoi też przed potencjalnym pracownikiem – musi on otrzymać wizę, spotkać się z konsulem i podać powody wyjazdu do Polski. Nie bez znaczenia jest też olbrzymia odległość między naszymi krajami, zatem najważniejsza w całym procesie, poza stroną formalną, jest motywacja kandydata z Etiopii do pracy w Polsce. Obiekcje po obu stronach budzi również bariera językowa i potencjalne problemy komunikacyjne, nie każda bowiem firma przygotowuje dla swoich pracowników instrukcje w języku angielskim. Kolejna, chyba najważniejsza kwestia, z którą musimy się zmierzyć to nastawienie polskich pracodawców do tego projektu, wszystko bowiem co nieznane budzi zastrzeżenia i obawy. To zrozumiała reakcja, zatem po naszej stronie leży obowiązek uświadamiania przedsiębiorców, czego mogą oczekiwać i czego mogą się spodziewać po pracownikach z Etiopii. Musimy pamiętać, że podejmujemy temat, który jest dla nas wszystkich nowy ale z tym samym wyzwaniem mierzy się strona etiopska, dlatego motywacja i dobra wola obu stron jest w tym przypadku kluczowa.

Ewolucja rynku pracy

Z moich obserwacji wynika, że pracodawcy, a  także pracownicy mają świadomość ewolucji zachodzącej na rynku pracy. Wiedzą, że organizacja, która nie otwiera się na różnorodny zespół stoi w miejscu, a w konsekwencji może przestać istnieć bo nie poradzi sobie z postępową konkurencją. Tę zależność rozumie coraz więcej firm i instytucji, które w czasach braków kadrowych i starzejącego się społeczeństwa chętnie zatrudniają obcokrajowców. Oczywiście nie jest to łatwy proces i nie trudno tutaj o błędy. Jeśli jednak podejmiemy się realizacji działania zgodnie z określonym planem i przy wsparciu specjalistów, którzy takie procesy już przeprowadzali, szybko zauważymy efekty przekładające się na wzmocnienie pozycji firmy na rynku.

Kupujący i oszuści kochają Black Friday oraz Cyber Monday

  • Sprzedaż podczas międzynarodowych świąt zakupowych rośnie nawet dziesięciokrotnie[1], a co czwarty Polak poluje na okazje już tylko online[2].
  • Równocześnie, liczba oszustw rośnie wówczas nawet o 18 procent[3] – dlatego tym ważniejszy jest wybór sprawdzonej metody płatności.

Popularność Black Friday (Czarnego Piątku) i Cyber Monday (Cyber Poniedziałku) w Europie wciąż rośnie – już 95 proc. badanych Polaków wie o istnieniu takiego dnia. Dla jednej trzeciej konsumentów z Generacji Z (18 – 24 lat) i pokolenia millennialsów (25 – 40 lat) zakupy w tym czasie to już tradycja[4]. Przekłada się to bezpośrednio na wartość koszyka – klienci potrafią w tym czasie wydać w sklepach online nawet o 360 proc. więcej niż w jakikolwiek inny dzień roku[5].

Tym razem Czarny Piątek przypada na 29 listopada, a Cyber Poniedziałek – 2 grudnia. Zakupowe szaleństwo trwa jednak dłużej niż jeden dzień, co widać na przykładzie Black Friday – zwiększone zainteresowanie klientów wyprzedażami zaczyna się już w środę, szczyt osiąga w piątek, by dopiero w sobotę spaść do poziomu z wtorku[6].

Promocja dźwignią handlu

W Polsce w trakcie promocyjnych dni sklepy obniżają ceny towarów średnio o 50 procent[7]. Nic więc dziwnego, że mimo gorącego okresu przedświątecznego, połowa Polaków wstrzymuje się z zakupami czekając na te właśnie wyprzedaże[8] – w zeszłym roku chciało z nich skorzystać aż 73 proc. polskich konsumentów[9].

Również w tym roku Polacy planują intensywne zakupy – średnio po cztery rzeczy na osobę o łącznej wartości 663 zł. Co ciekawe, więcej chcą wydać mężczyźni (przeciętnie 877 zł) niż kobiety (476 zł)[10]. Co czwarty polski konsument na okazje poluje tylko w Internecie, a dwie trzecie zarówno w sieci, jak i sklepach stacjonarnych. W efekcie to kluczowy okres dla handlu online – sprzedaż rośnie wówczas nawet dziesięciokrotnie[11].

 

Podczas wyprzedaży korzystamy przede wszystkim z promocji w sklepach odzieżowych i obuwniczych. Na drugim miejscu znalazły się kosmetyki i perfumy, a na trzecim – sprzęty elektroniczne. Chętnie kupujemy też urządzenia do kuchni i produkty AGD[12]. To podobne kategorie do tych popularnych na co dzień – zauważa Marcin Glogowski, Dyrektor Zarządzający PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej.

Oszuści też kochają listopadowe promocje

Wraz ze wzrostem popularności Black Friday i Cyber Monday, rośnie zagrożenie ze strony cyberprzestępców. Przełom listopada i grudnia to czas, w którym odnotowuje się aż o 18 procent więcej prób oszustw niż w innych okresach roku[13].

Marcin Glogowski, Dyrektor Generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej
Marcin Glogowski, Dyrektor Generalny PayPal w Europie Środkowo-Wschodniej

– To właśnie w trakcie wyprzedaży czujność jest szczególnie istotna – gdy robimy zakupy w biegu, na gorąco i chcemy jak najszybciej upolować okazje. Dlatego tak ważne jest korzystanie z metody płatności, która zagwarantuje, że gdyby coś poszło nie tak, otrzymamy pomoc – podkreśla Marcin Glogowski z PayPal. – Taką potrzebę widać szczególnie w przypadku zakupów robionych na urządzeniach mobilnych. Według badania PayPal i Ipsos już trzy czwarte konsumentów na całym świecie kupuje mobilnie, ale ponad połowa ma obawy dotyczące bezpieczeństwa takich transakcji.

Według analiz, 1,36 proc. wszystkich transakcji przeprowadzonych podczas Black Friday i 1 proc. transakcji w trakcie Cyber Monday może być próbą oszustwa. Zakładając, że przeciętna wartość jednej przeprocesowanej płatności w tym czasie na świecie wynosi 243 USD (ok. 950 PLN)[14], straty sprzedających i kupujących na całym świecie mogą iść w tysiące dolarów.

[1] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[2] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[3] Help Net Security, Online shopping fraud to surge during Black Friday and Cyber Monday

[4] Interaktywnie.com, Black Friday. Kim są i czego szukają osoby polujące na wyprzedaże?

[5] Clearhouse

6 Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[7] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[8] KPMG, Wyprzedaże i promocje – jak zmieniają się zwyczaje zakupowe Polaków

[9] PayPal x Censuswide, Holiday Survey 2018

[10] Picodi, Black Friday 2019 według Polaków

[11] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[12] Black-Friday.Global, Black Friday: tendencje ostatnich lat

[13] Help Net Security, Online shopping fraud to surge during Black Friday and Cyber Monday

[14] ACI Worldwide

Brak jednolitych regulacji i metod wyceny powstrzymuje kolekcjonerów przed inwestowaniem w dzieła sztuki

W ciągu 10 ostatnich lat wartość majątku osób, które posiadają co najmniej milion dolarów podwoiła się, podczas gdy rynek sztuki wzrósł nominalnie zaledwie o 9 proc. Nie oznacza to, że kolekcjonerzy i zarządzający majątkami nie chcą lokować kapitału w sztukę. Aż 81 proc. kolekcjonerów oczekuje, że zarządcy ich aktywów zaoferują im tę formę lokaty. Tych drugich natomiast powstrzymuje brak możliwości jasnej oceny ryzyka, uniwersalnych regulacji prawnych oraz niska płynność. Zdaniem autorów szóstej edycji raportu firmy doradczej Deloitte i ArtTactic „Art & Finance 2019” globalny rynek sztuki jest niedowartościowany w stosunku do rosnącego poziomu zamożności społeczeństwa.

W pierwszej połowie 2019 r. globalna sprzedaż w największych domach aukcyjnych zmniejszyła się r/r aż o 20 proc. Oznaki spowolnienia były jednak dostrzegalne już w drugiej połowie 2018 r. Spadki wśród liderów rynku są spowodowane widmem Brexitu oraz trwającą wojną handlową między USA a Chinami. Także wskaźnik ryzyka na rynku wzrósł w ostatnim roku o 10 proc.

Duże szanse dla rynku sztuki pokazują statystyki dotyczące rosnącej zamożności na świecie. Majątek osób z grupy HNWI (posiadacze majątku o wartości co najmniej miliona dolarów) urósł w latach 2008-2018 dwukrotnie. Nie przełożyło się to jednak pozytywnie na rynek sztuki, który w analogicznym okresie zwiększył się nominalnie tylko o 9 proc. Mimo to, eksperci dostrzegają potencjał w tej branży, tym bardziej, że ponad 80 proc. kolekcjonerów oczekuje, że zarządcy ich aktywów zaoferują im tę formę lokaty kapitału. To spory wzrost od ostatniego badania w 2017 r. , kiedy deklarowało to 66 proc. zapytanych. Szacuje się, że wartość dzieł sztuki w kolekcjach UHNWI (posiadacze majątku powyżej 30 milionów dolarów) wynosi obecnie 1,74 biliona dolarów, a do 2023 r. ma osiągnąć wycenę 2,13 biliona dolarów. Zdaniem ekspertów Deloitte  pokazuje to, że najbogatsi będą napędzać inwestycje w tym obszarze. Aby jednak wykorzystać okazję, należy rozwiązać bariery prawne zniechęcające inwestorów.

Światowy rynek inwestycji w dzieła sztuki teoretycznie ma się dobrze. Od lat dostrzegamy wzrost liczby transakcji i długoterminowo rosnącą wartość dzieł, lecz widać także, że najbogatsi i ich doradcy zachowują powściągliwość w stosunku do tej klasy aktywów. 58 proc. badanych przez nas tzw. wealth managerów, czyli doradców klientów zamożnych, twierdzi, że główną przeszkodą jest dla nich brak uniwersalnych regulacji prawnych, które zapewnią bezpieczeństwo transakcji między rynkami. Istotne dla inwestorów jest także szacowanie ryzyka inwestycji, co według większości badanych doradców jest bardzo trudne ze względu na brak jasnych standardów – uważa Seweryn Dąbrowski, partner w dziale Doradztwa Podatkowego, Lider Deloitte Private Tax.

75 proc. zapytanych kolekcjonerów stwierdziło, że brak przejrzystości jest jednym z największych zagrożeń dla reputacji rynku. Jest to duży wzrost w porównaniu z 2017 rokiem (62 proc.), ale też oznacza najwyższy od 2016 r.  poziom zgodności. Tak samo uważa bowiem 75 proc. rzeczoznawców i 77 proc. zarządców aktywów.

Właśnie na skutek braku jednolitych regulacji w Europie słabo rozwinięty jest np. rynek kredytów zabezpieczonych dziełami sztuki, który z powodzeniem funkcjonuje w USA, a jego globalna wartość oscyluje między 21 a 24 miliardami dolarów. Tylko 32 proc. banków w Europie deklaruje, że w najbliższym roku skupi się na takiej formie zabezpieczenia, w stosunku do 80 proc. instytucji finansowych w USA. Na naszym kontynencie nie istnieje też jeden wspólny system rejestracji opłat od ruchomości, który byłby odpowiednikiem amerykańskiego Uniform Commercial Code. Choć każdy kraj europejski ma własny system, to wiele z nich nie jest dopasowanych do współczesnego rynku kredytów zabezpieczanych dziełami sztuki.

Recepta na wzrosty

Ankietowani przez Deloitte są zgodni co do tego, że rynek dzieł sztuki potrzebuje jednolitych uregulowań prawnych. Specjaliści liczą, że wdrożenie w styczniu 2020 r. przez Unię Europejską V dyrektywy AML, będzie katalizatorem wzrostu płynności na rodzimym rynku dzieł sztuki. Mimo swej specyfiki dla celów inwestycyjnych branża powinna być uregulowana na wzór rynku finansowego czy systemu prawnego. 54 proc. zarządzających majątkami w Europie uważa, że wątpliwe kwestie powinny zostać uregulowane prawnie przez poszczególne państwa.

Teoretycznie wiadomo, co trapi uczestników rynku, ale na przestrzeni lat zwłaszcza w Europie, wciąż brakuje odpowiednich narzędzi do lokowania dużych kwot w dzieła sztuki. Wskazówki pomagające zwiększyć zaufanie do tego rynku zostały już wypracowane przez kolekcjonerów, rzeczoznawców i inwestorów. Większość wyraźnie wskazuje, że brakuje im bazy dzieł, dostępu do historycznych danych rynkowych i nowoczesnych narzędzi analiz. Wielu oczekuje utworzenia instytucji o charakterze agencji ratingowej dla rynku sztuki – komentuje Kamil Kucharczyk, wicedyrektor w dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Narzędziem, które napędza obroty na rynku i zdobywa coraz większą popularność są aukcje gwarantowane, które stanowiły w 2018 r. 58 proc. wszystkich aukcji. Gwarancje osiągnęły wartość 1,29 miliarda dolarów i szacuje się, że w następnych latach ta wartość będzie wzrastać.

Inwestycjom w dzieła sztuki pomoże też rosnąca branża ArtTech. 84 proc. kolekcjonerów (45 proc. w 2017 r.) i 76 proc. rzeczoznawców (54 proc. w 2017 r.)  uważa, że nowoczesna technologia pomoże wyceniać oraz badać autentyczność dzieł. Na przestrzeni ostatnich 8 lat ArtTechowe startupy otrzymały od inwestorów 600 milionów dolarów. Dużo dzieje się także w sieci, gdyż obrót sztuką online wzrósł w 2018 r. o 9,8 proc. do 4,64 miliardów dolarów.

Nowy termin – holistyczne zarządzanie majątkiem

Eksperci Deloitte dostrzegają, że w najbliższych latach zmianie ulegnie podejście wealth managerów do zarządzania majątkiem klientów. Znaczenia nabiorą osobiste relacje oraz emocje. W branży pojawił się termin zarządzania holistycznego, co oznacza wzrost zainteresowania inwestycjami alternatywnymi, w tym sztuką. W ciągu ostatniego roku aż 72 proc. zarządzających skutecznie proponowało swoim klientom zakup dzieł sztuki. Tutaj pojawia się jednak wyzwanie dla managerów, którzy powinni budować kompetencje w zakresie wyceny i doradztwa inwestycyjnego w dzieła sztuki. Obecnie bowiem, określają swoją wiedzę na niskim poziomie. Aż 86 proc. z nich deklaruje chęć skorzystania z usług specjalisty od wycen dzieł sztuki.

Ważnym elementem wealth managementu jest także planowanie spadkowe, które stanowi najistotniejszą z usług dla 76 proc. kolekcjonerów. Obok wyceny dzieł sztuki są to dwa priorytety dla kolekcjonerów, ściśle związane z następstwem pokoleń. Większość rzeczoznawców widzi wzrost zapotrzebowania i uważa, że ich klienci właśnie te usługi uznają za najważniejsze.

Kolekcjonerzy dostrzegają potencjał w rynku sztuki i oczekują od swoich zarządzających wyższych kompetencji w tym zakresie. Chcąc budować długoterminowy portfel inwestycyjny, nie sposób pominąć aktywów alternatywnych. Czekająca nas zmiana pokoleń to także sygnał, że inwestorzy będą chcieli „wyposażyć” swoich spadkobierców w aktywa mało podatne na wahania nastrojów w światowej gospodarce – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych w Deloitte.  – Jednak, aby kolekcje prywatnych dzieł sztuki nie zostały rozczłonkowane pomiędzy różnych spadkobierców, mogą one zasilać majątki fundacji rodzinnych, których właścicielami będą właśnie owi spadkobiercy czy tez sukcesorzy. Rośnie także postrzeganie dzieł sztuki jako inwestycji odpowiedzialnych społecznie. Dla świadomych nabywców nie liczy się wyłącznie zysk, ale poczucie kultywowania naszej historii i możliwość dzielenia się dziełami z odwiedzającymi galerie i muzea – dodaje.

Specjaliści Deloitte ukazują jasne trendy, które wpłyną na rynek dzieł sztuki w najbliższych latach. Wiele z nich będzie zależało od współpracy kolekcjonerów, rzeczoznawców, doradców zarządzających majątkiem i rządów państw. Potrzebne są jednolite regulacje, które scalą światowy rynek i sprawią, że obrót dziełami sztuki stanie się przejrzysty i możliwy do oceny pod kątem ryzyka inwestycyjnego.

Badanie Deloitte i firmy analitycznej ArtTactic trwało od kwietnia do czerwca 2019 r. Zostały nim objęte 54 banki prywatne i 25 firm świadczących usługi zarządzania majątkiem, a także 105 znaczących kolekcjonerów sztuki i 138 rzeczoznawców branżowych.

ArtTactic Ltd to londyńska firma, specjalizująca się w badaniu rynku dzieł sztuki i zbieraniu danych. Jest liderem w dziedzinie opracowywania nowych metod analizy danych oraz narzędzi badawczych dla branży dzieł sztuki.

CM International startuje z ofertą publiczną akcji

CM International S.A., notowany na NewConnect, producent nowej generacji urządzeń wykorzystywanych do zabiegów medycyny estetycznej rozpoczął zapisy na akcje serii D w ramach publicznej oferty. Środki z emisji zostaną przeznaczone m.in. na poprawę infrastruktury produkcyjnej, rozbudowę działu IT oraz R&D, prototypowanie i wprowadzenie do sprzedaży nowych urządzeń. W ramach przeprowadzanej oferty publicznej Spółka chce pozyskać ok. 4,25 mln zł.

W ramach publicznej oferty akcji inwestorzy będą mogli kupić nie więcej niż 105 000 akcji nowej emisji serii D, które po rejestracji będą stanowiły 8 proc. w kapitale zakładowym Spółki. Cena emisyjna w ofercie została wyznaczona na 40,50 zł za jedną akcję. Kapitalizacja CM International S.A. w przededniu ogłoszenia oferty wyniosła prawie 68 mln zł, a jedna akcja była wyceniana na 56,50 zł. Zatem zainteresowani inwestorzy będą mogli nabyć akcje z ponad 28 proc. dyskontem do ceny z dnia 22.11.2019 r. Emisja, o wartości 4 252 500 zł, przeprowadzana będzie w formie oferty publicznej skierowanej do nieograniczonego grona adresatów. Minimalną kwota, na jaką może opiewać zapis na akcje wynosi 2 025 zł.

Zapisy na akcje będą prowadzone od 25 listopada do 18 grudnia 2019 r. Rolę oferującego w procesie oferty publicznej pełni Prosper Capital Dom Maklerski S.A. Zapisy można składać osobiście lub korespondencyjnie u Oferującego i u jego agentów firmy inwestycyjnej. Szczegółowe informacje o zasadach subskrypcji zamieszczone są na stronie internetowej Oferującego www.pcdm.pl.

CMI rozwija się niezwykle dynamicznie dlatego dodatkowe środki umożliwiłyby realizację kolejnych projektów. Pozyskane środki zagospodarujemy między innymi w poprawę infrastruktury produkcyjnej oraz poszerzenie portfolio naszych produktów. Rynek urządzeń do zabiegów kosmetycznych i medycyny estetycznej zmienia się niezwykle dynamicznie. Produkty CMI charakteryzują się wysokim zaawansowaniem technologicznym, które wprowadziły rynek kosmetyczny w Rewolucję 4.0. W celu zachowania przewag konkurencyjnych musimy w przeciągu 2 lat dysponować dodatkowymi produktami, które sprostają rosnącym wymaganiom rynku. – powiedział Mariusz Kara, Prezes Zarządu CM International S.A.

Cele emisyjne:

CM International S.A. chce pozyskać ok. 4,25 mln zł z emisji akcji serii D w ramach oferty publicznej. Środki finansowe, które pozyska Spółka będą przeznaczone na następujące cele:

Lp. Cel emisji
1. Rozpoczęcie prac związanych z rozbudową hali tj. prace projektowe i rozpoczęcie prac budowlanych;
2. Rozbudowa działu IT oraz R&D na co składają się koszt pracodawcy na wynagrodzenia dla nowo zatrudnianych specjalistów oraz zakup sprzętu, oprogramowania i licencji;
3. Prototypowanie oraz wprowadzenie do sprzedaży tj. stworzenie oraz wprowadzenie do sprzedaży sześć nowych urządzeń w okresie 24 miesięcy
4. Koszty związane z przeprowadzeniem oferty publicznej;

 

Jako jeden z celów emisyjnych CM International wskazało rozpoczęcie prac związanych z rozbudową hali produkcyjnej. Po przeprowadzce do nowego obiektu, Spółka będzie miała do dyspozycji ok. 800 m2 powierzchni. Jednak z uwagi na skokowy wzrost skali działalności, niezbędne jest aby zwiększyć powierzchnię montażową. Większa powierzchnia oraz dodatkowe wyposażenie zapewnią CMI optymalny poziom produkcyjny przy zachowaniu wysokiej jakości.

Drugim celem wskazanym przez CMI jest rozbudowa działu IT oraz R&D. Model działalności Spółki wymaga sprawnej i niezawodnej obsługi urządzeń oraz ich serwisowania. Obecnie produkty CM International oferowane są w ponad 50 państwach na całym świecie. Do sprostania dynamicznie rosnącej sieci urządzeń wymagana jest rozbudowa działu IT. Drugim aspektem wpisującym się w realizację celu jest rozbudowa centrum badawczo-rozwojowego. Nowoczesny dział R&D zapewni utrzymanie przewag konkurencyjnych produktów i spółki CMI na rynku.

Niezwykle ważnym celem wskazanym przez Spółkę jest wprowadzenie do sprzedaży aż sześciu nowych urządzeń w okresie 24 miesięcy. W ramach realizacji celu zaplanowano wykorzystanie pozyskanych środków na kompleksowy proces prototypowania oraz wprowadzenia produktów na rynek.

Jeśli chodzi o zaawansowanie technologiczne urządzeń wykorzystywanych przy zabiegach medycyny estetycznej to śmiało mogę powiedzieć, że jesteśmy pionierami. Nasz soft oraz wykorzystanie Internetu w urządzeniach umożliwiło wprowadzenie przemysłu kosmetycznego w nową erę zarządzania i serwisowania. Tempo zmian technologicznych w branży jest niezwykle wysokie. Aby sprostać trendom, musimy rozbudować dział IT oraz centrum badawczo-rozwojowe – powiedział Michał Sebastian, Wiceprezes Zarządu CM International S.A.

Harmonogram Oferty Akcji serii D:

25 listopada 2019 r. Rozpoczęcie przyjmowania zapisów na akcje serii D
18 grudnia 2019 r. Zakończenie przyjmowania zapisów na akcje serii D
19 grudnia 2019 r. Dzień Przydziału akcji serii D

 

Struktura kapitału zakłądowego CM International S.A. na chwilę obecną wygląda następująco: 54,86 proc. akcji posiada Pan Mariusz Kara, 12,47 proc. akcji należy do spółki Certus Investment Sp. z o.o., a 11,64 proc. do Spółki Weremczuk Holding Sp. z o.o., a 4,32 proc. akcji posiada Pan Michał Sebastian. Pozostali akcjonariusze posiadają łącznie 16,71 proc. udziałów.

Dokument Ofertowy związany z emisją akcji serii D CMI International S.A. został opublikowany na stronie internetowej Spółki www.cmisa.eu, a także Prosper Capital Domu Maklerskiego www.pcdm.pl.

Po trzech pierwszych kwartałach 2019 r. CMI osiągnęła przychody netto ze sprzedaży na poziomie 12,4 mln zł, co stanowi wzrost o 64,2% w porównaniu do wyniku osiągniętego w analogicznym okresie roku ubiegłego. W ujęciu narastającym, tj. za okres od 1 stycznia do 30 września 2019 r, wynik netto wyniósł prawie 1,49 mln zł, co stanowi ponad 20% wzrost (niemal 1,24 mln zł) w porównaniu do równoległego okresu roku 2018. Produkowane przez Spółkę urządzenia, w ostatnich okresach zyskują coraz większą popularność na europejskim rynku urządzeń kosmetycznych. Tylko w trzecim kwartale Spółka pozyskała zamówienia od klienta z Niemiec oraz Hiszpanii o wartości ponad 2 mln euro.

Kosta kostce nierówna. Masło 250g drożeje, a 200g tanieje

W pierwszych dziesięciu miesiącach br. kostka masła 250g w promocji była droższa niż w analogicznym okresie ub.r. Minimalne ceny wzrosły o blisko 26%, średnie – o ponad 12%, a maksymalne – o przeszło 4%. Z kolei opakowanie 200g potaniało. Najniższy koszt zakupu zmniejszył się o ponad 5%, a przeciętny – o prawie 7%. W przypadku mniejszej kostki tylko najwyższa cena promocyjna poszła w górę, tj. o niecałe 7%. Tak wynika z raportu branżowego opracowanego przez analityków firmy Hiper-Com Poland i Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Dziwne „zachowania”

Z analizy cen masła w promocji wynika, że kostka 250g zdrożała w pierwszych dziesięciu miesiącach br. w porównaniu do analogicznego okresu w ub.r. Najbardziej to widać po wartościach minimalnych – 25,74%, następnie po średnich – 12,20%, a na końcu po maksymalnych – 4,29%. Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix, uważa, że ww. wzrosty mogą być podyktowane spekulacjami cenowymi na rynku. Strategie sieci handlowych zapewne wynikają też z ich przeświadczenia, że Polacy są gotowi wydać więcej na ten produkt.

– Wzrost promocyjnych cen masła 250g zaczęliśmy dostrzegać już w maju ub.r. Z powodu susz, powodzi i zmian klimatu zbiory są coraz uboższe, przez co jest mniej paszy dla krów. W efekcie ten produkt drożeje. Hodowcy bydła muszą zmniejszać racjonowanie pokarmu lub liczebność stad krów dojnych. A to może ograniczać ilość mleka, czyli głównego surowca do produkcji masła. Pamiętajmy też o podwyżkach opłat za energię elektryczną i rosnących kosztach zakupu paliwa, które mają znaczący wpływ na ceny w sklepach – mówi Katarzyna Grochowska, ekspert z Hiper-Com Poland.

Z kolei Marcin Lenkiewicz zauważa, że sklepy rzadko podnoszą minimalne ceny promocyjne, bo konsumenci patrzą głównie na nie. Maksymalne koszty zakupów mniej interesują klientów. Dlatego to dość zaskakujące, że najmniejsze wartości cenowe wzrosły o wiele bardziej niż te największe. Można wyjaśnić to w ten sposób, że zbyt duża podwyżka górnej granicy źle wpływa na ogólne postrzeganie sklepu jako drogiego i niedostępnego miejsca dla przeciętnego Kowalskiego.

– Jeżeli spojrzymy na dane GUS-u, które obejmują masło ogółem, nie tylko to w promocji, to koszt jego zakupu zmniejszył się w porównywanych okresach. To było związane ze spadkiem światowych cen tego produktu. Artykuł w sumie potaniał, tylko promocje były słabsze. Warto przypomnieć sobie realia 2018 roku, kiedy byliśmy świeżo po rekordowo wysokich cenach masła, odnotowanych w 2017 roku. Temat ten był szeroko komentowany. Dlatego obniżki były wtedy o wiele bardziej atrakcyjne marketingowo niż w tym roku, gdy numerem jeden była droga wieprzowina – przekazuje Agnieszka Maliszewska z Polskiej Izby Mleka (PIM).

Zaskakujący jest też fakt, że najbardziej poszły w górę minimalne koszty zakupu w promocji kostki 250g – w hipermarketach nawet o 97,63%. Michał Majszczyk, Data Analyst Manager w Hiper-Com Poland, jest zaskoczony tym wynikiem. Sklepy tego formatu, poprzez zamawianie dużych ilości produktów, mogą zapewniać sobie niższe ceny niż inne sieci. Dzięki temu są w stanie przedstawiać klientom najkorzystniejsze oferty. Ekspert dodaje, że obecnie notujemy wzrost produkcji masła w kraju o przeszło 8%. Możliwym wyjaśnieniem ww. podwyżki może być więc chęć wykorzystania sytuacji, że polskie społeczeństwo się bogaci.

– Średnie ceny promocyjne kostki masła 250g najmocniej wzrosły w supermarketach – o 39,28%. W tym samym kanale sprzedaży najbardziej powiększył się również maksymalny koszt zakupu produktu po rabacie – o 17,67%. Wiele wskazuje na to, że w zeszłym roku promocje w supermarketach, a także hipermarketach były większe niż w innych sklepach – zaznacza ekspert z PIM.

Co się opłaca?

Z kolei ceny promocyjne kostki 200g nieznacznie spadły – minimalna o 5,22%, a średnia o 6,94%. Tylko maksymalna wartość poszła w górę, tj. o 6,62%. Według Michała Majszczyka, możliwe jest to, że bardziej opłaca się sprzedaż masła o mniejszej wadze niż tego 250g. Dlatego sprzedawcy starali się tak kreować ceny, aby zakup mniejszego opakowania wydawał się bardziej korzystny. I taka strategia powinna się dalej utrzymać.

– Kostki 200g często są przedstawiane na pierwszych stronach gazetek promocyjnych, co zapewne ma mocno zachęcić klientów do zakupów. Polski retail, wprowadzając rabaty na ten właśnie produkt i tak mocno go komunikując, nie tylko pozycjonuje cały sklep jako dostępny cenowo i atrakcyjny w kontekście większych zakupów, ale również może liczyć na rekompensatę tej obniżki z zysku na całym koszyku – tłumaczy ekspert z Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Minimalne ceny kostki 200g najbardziej poszły w górę w sieciach convenience – o 12,58%. Jak podkreśla Michał Majszczyk, te sklepy nie należą do najtańszych. Dlatego największy wzrost w tym kanale sprzedaży nie jest zaskakujący. Nie dziwi też to, że średni koszt zakupu w promocji najbardziej zmniejszył się w cash&carry, tj. o 13,34%. Format, który pozyskuje produkty bezpośrednio od producentów, może uzyskać najlepsze stawki. Z kolei fakt, że maksymalne ceny najwyraźniej urosły w dyskontach – 28,61%, ekspert łączy z próbą zachęcenia klientów do zakupu większej ilości produktów. Wówczas zyskują oni przy zakupie kilku sztuk, więc sieci nie boją się wprowadzać podwyżek.

– Wiele promocji obowiązywało dopiero przy zakupie kilku kostek. Dlatego w gruncie rzeczy trudno je ze sobą teraz porównywać. Jeśli zaś chodzi o prognozy, to w kolejnych kwartałach można oczekiwać kontynuacji światowych cen masła. Tempo spadku zależeć będzie od warunków agrometeorologicznych w Nowej Zelandii, która jest obecnie w szczycie sezonu mlecznego. Jednocześnie na rynkach rolnych mamy zjawisko tzw. asymetrii transmisji cenowej. To znaczy, że koszt zakupu produktu, niezależnie od tego czy jest to masło czy wieprzowina, spada o wiele wolniej niż wcześniej rósł. Zazwyczaj też nie wraca do poziomu sprzed silnych podwyżek – wyjaśnia ekspert z Polskiej Izby Mleka.

Jak podsumowuje ekspert z Hiper-Com Poland, masło o wadze 250g może być chętniej kupowane przez konsumentów niż artykuł ważący 200g. Nawet ewentualnie podniesienie ceny większego opakowania nie powinno odbić się negatywnie na jego sprzedaży. Z drugiej strony, możemy mieć do czynienia z forsowaniem przez sieci i producentów mniejszej kostki, co w finalnym rozrachunku pozwoli im zarobić więcej przy sprzedaży takiej samej ilości produktu.

Analizę wykonali eksperci z międzynarodowej firmy Hiper-Com Poland i Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Porównywano ceny promocyjne masła, jakie sieci handlowe oferowały od stycznia do października ub.r. i w analogicznych dziesięciu miesiącach tego roku. Badano gazetki wydawane przez wszystkie dostępne na rynku dyskonty, hipermarkety, supermarkety, sieci convenience i cash&carry.

Dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”

Po weekendzie uwaga krąży wokół tego samego tematu: kiedy i czy w ogóle możliwa jest umowa handlowa USA z Chinami? Ostatni przekaz z Pekinu jest pozytywny, choć inne źródła dodają wątpliwości. W szumie sprzeczności rynek tradycyjnie widzi szklankę do połowy pełną.

W przysłowiowej szklance pojawiło się więcej wody. Jeszcze w połowie ubiegłego tygodnia zaczynało przeważać myślenie, że z umowy handlowej nic nie będzie, a żadnej ze stron tak naprawdę nie zależy, by prędko zakończyć negocjacje. Jednak nowe informacje z weekendu ponownie podsycają nadzieje. Chiny oficjalnie zakomunikowały, że zamierzają zaostrzyć przepisy za łamanie prawa ochrony własności intelektualnej. Jest to jednej z kluczowych postulatów USA w toczących się negocjacjach, więc taki ruch ze strony Pekinu można traktować jako punkt zwrotny. Stąd zasadne są opinie z China Global Times, że USA i Chiny są „bardzo blisko” podpisania pierwszej fazy umowy, jak również toczą się prace nad fazą drugą, a nawet trzecią.

Z drugiej strony wciąż nie ma namacalnych dowodów na domykanie rozmów nad pierwszą fazą porozumienia, a źródła Reutersa z administracji USA i Chin jasno wskazują, że ambitna „druga faza” umowy handlowej może być coraz trudniejsza do osiągnięcia przed wyborami prezydenckimi w USA. Podobno Trumpowi bardziej zależy na umowie niż Chinom, co pod kątem wyborów wydaje się logiczne. Relacje komplikuje też sprawa Hong Kongu i ustawa Kongresu przewidująca sankcje na Chiny. Jakkolwiek same sankcje mogą być istotnie osłabione przez Biały Dom, tak Trump będzie miał kłopot jednocześnie opowiadać się za obroną praw człowieka i przyjaźni z prezydentem Chin Xi. Ogólnie po weekendzie mamy więcej treści do dyskusji, ale wciąż zero konkretów w temacie podpisania umowy. Mimo to dla rynków szanse na podpisanie się ponownie zrównoważyły, co niesie pozytywny wydźwięk. Tylko że dolewanie wody do szklanki to na razie tylko „lanie wody”.

Na starcie tygodnia zawiązuje się umiarkowany optymizm, ale wątpimy, aby udało się z niego wypracować mocniejszy impuls do wzrostu apetytu na ryzyko. Niepewność blokuje decyzje inwestycyjne a rynki ogarnia zmęczenie tematem. Ponadto dane makro nie dostarczają jasnych sygnałów poprawy koniunktury. I jeszcze tydzień przedziurawiony jest Świętem Dziękczynienia w czwartek, przez co rozliczenia na koniec miesiąca i inne preteksty do zmienności prawdopodobnie zostaną dokonane najpóźniej do wtorku.
Dziś indeks Ifo pomoże rozstrzygnąć, jak oceniać listopad w niemieckiej gospodarce. Choć ZEW i Sentix wskazały na poprawę warunków prowadzenia biznesu, wskaźniki PMI wysyłają mieszane sygnały. Lepszy odczyt podtrzyma nadzieje na stabilizację koniunktury. Z Eurolandu otrzymamy dane o inflacji HICP za listopad (czw), gdzie efekty niskiej bazy za poprzedni rok będą windować odczyty.

W USA tradycyjnie mamy tydzień skompresowany w trzy dni w związku z czwartkowym Świętem Dziękczynienia. Najbardziej interesującym powinien być indeks nastrojów konsumentów (wt), gdzie spodziewana jest poprawa. Dane o nastrojach w biznesie i solidny rynek pracy dają podstawy dla podtrzymania optymizmu wśród gospodarstw domowych.
Kolejny spokojny tydzień od strony danych z Wielkiej Brytanii. Na niecałe trzy tygodnie do wyborów parlamentarnych śledzenie sondaży i wsłuchiwanie się w debaty liderów partii to jedyne czynniki ryzyka dla funta, choć można odnieść wrażenie, że póki nie poznamy oficjalnych wyników głosowania, GBP będzie dryfował bez kierunku. W weekend Datapraxis przeprowadził projekcję wyniku wyborów w Wielkiej Brytanii na podstawie 270 tys. ankiet YouGov, z którego wynika, że Partia Konserwatywna zdobędzie 349 głosów zapewniających jej samodzielne i stabilne rządzenie.

Nie sądzimy, aby dane z Polski w przyszłym tygodniu wpłynęły na kurs złotego. Jesteśmy zdania, że konsumpcja słabnie, co może znaleźć odzwierciedlenie w danych o październikowej sprzedaży detalicznej (pon) i szczegółach raportu o PKB za III kw. (pt). Brak klarowności w temacie negocjacji handlowych USA-Chiny hamuje zapał do alokacji w aktywa rynków wschodzących, co może przywiązać EUR/PLN do 4,30 na dłużej.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Starward Industries idzie na NewConnect. Publiczna emisja potrwa do 12 grudnia

22 listopada rozpoczęła się publiczna emisja akcji Starward Industries, krakowskiego producenta gier, który pracuje nad projektem opartym o twórczość Stanisława Lema. Oferującym jest Dom Maklerski Navigator. Spółka chce zadebiutować na rynku NewConnect w drugim kwartale 2020 r.

Starward Industries zamierza zaoferować inwestorom w publicznej emisji zaledwie 73 005 akcji serii H. Cena emisyjna zawierała będzie się w przedziale 40-44 zł. Oznacza to, że do spółki trafi od 2,9 do 3,2 mln zł. „Dotychczas zapewniliśmy spółce finansowanie na poziomie 6,2 mln zł, co wraz z kapitałem pozyskanym w aktualnej emisji publicznej pozwoli na ukończenie produkcji oraz wydanie gry w modelu self-publishing, z uwzględnieniem rozległej kampanii marketingowej. Jesteśmy świadomi wartości naszego projektu, co znajduje odzwierciedlenie w jego ambitnej wycenie. Z drugiej strony to prawdopodobnie jedyna okazja, kiedy będzie można nabyć akcje spółki w ofercie publicznej. Nie planujemy kolejnych emisji.”- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries. Nowe papiery stanowiły będą 4 proc. w obecnym kapitale zakładowym.

Ciągle rośniemy przyciągając doświadczone osoby z branży gamedev. W sferze biznesowej wzmocniliśmy organ nadzorczy uzyskując wsparcie Przemka Marmula – Techland, jaki i Marcina „Gulash” Góreckiego – SecretService/Neo Plus/11 bit studios.  Aktualnie realizujemy kolejny kamień milowy w rozwoju spółki czyli emisja publiczną oraz ubieganie się o debiut giełdowy na rynku NewConnect. Nasz zespół korporacyjny blisko współpracuje z DM Navigator, pilnując aby nasze plany nie rozbiły się o formalności.” – mówi Kamil Klinowski, przewodniczący rady nadzorczej Starward Industries.”

Zapisy na akcje krakowskiego developera potrwają do 12 grudnia. W ofercie znajdą się tylko nowe akcje bez ograniczeń sprzedaży. Wszystkie pozostałe serie objęte są od 6 do 18 miesięcznym lock-upem począwszy od pierwszego notowania spółki na NewConnect lub od daty premiery gry w przypadku akcji pracowniczych (seria B oraz seria F).

Już od prawie roku zespół Starward Industries tworzy debiutancki i zarazem kluczowy dla spółki produkt, grę fabularną na licencji jednej z powieści Stanisława Lema. Jest to pierwsza w historii adaptacja twórczości tego autora w formie gry wideo.

Dzieło kultowego pisarza, wizjonera, wyjątkowego umysłu to trudny i ambitny materiał, w którego przełożeniu do gry nie możemy sobie pozwolić na kompromisy. Dlatego zbudowaliśmy zespół na wysokim poziomie kompetencyjnym i kreatywnym, oparty o starannie wyselekcjonowaną grupę doświadczonych twórców. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż wynika z poczucia wielkiej odpowiedzialności za dostarczenie graczom na całym świecie najwyższej klasy rozrywki opartej o wybitny materiał źródłowy..- podkreśla Marek Markuszewski, prezes Starward Industries.

Harmonogram oferty:Harmonogram Oferty Starward Industries

Jak zapewnić identyczną cenę towaru na półce i przy kasie by uniknąć nieporozumień i kar?

Przedsiębiorca prowadzący sprzedaż detaliczną jest zobowiązany do jasnego informowania o cenie towaru – powinna ona być przedstawiona blisko produktu w sposób niebudzący wątpliwości. Różnica między ceną towaru na półce i przy kasie lub przedstawienie jej w sposób niejednoznaczny uprawnia konsumenta do dokonania zakupu po najbardziej korzystnej dla niego cenie oraz sprowadza na detalistę widmo zapłacenia kary.

Z problemem zarządzania polityką cenową mierzą się szczególnie ci sprzedawcy detaliczni, u których ceny zmieniają się dynamicznie (nawet z dnia na dzień), a personel skazany jest na manualne wprowadzanie tych zmian w życie w bardzo krótkim czasie – nieaktualne ceny lub pomyłki wydają się nieuniknione.

Dostępne są jednak na rynku rozwiązania, które umożliwiają redukcję błędów. Personel sklepu wyposażony w skaner wraz z oprogramowaniem do sprawnego zarządzania cenami może w trakcie obchodu sklepu zweryfikować cenę dowolnego produktu. Pracownik, widząc aktualną cenę z bazy danych porównuje ją z ceną widoczną przy towarze – jeżeli zauważa rozbieżność może szybko za pomocą mobilnej drukarki sporządzić dowolną liczbę poprawnych cenówek, a następnie sprawnie i bezbłędnie rozmieścić wydruki z cenami przy produkcie.

Rynkowa potrzeba inwestycji w nowe technologie znajduje potwierdzenie również w raportach branżowych. Jak wynika z tegorocznej edycji badania „Global Shopper Study”[1] 77 proc. kadry kierowniczej uważa, że klienci są zadowoleni z obsługi w sklepach, przy czym stan taki deklaruje jedynie 57 proc. kupujących. Równocześnie 85 proc. kierowników wyższego szczebla oraz 73 proc. pracowników sklepów twierdzi, że wyposażenie sprzedawców w nowoczesne technologie pozwala zapewnić klientom lepsze wrażenia z zakupów.

Sprzedawcy detaliczni, którzy chcą sprawnie zarządzać polityką cenową, podnosić poziom obsługi klientów oraz zapewnić lepszą organizację pracy nie mogą stronić od inwestycji w nowe technologie.

[1] Badanie „Global Shopper Study” analizuje zachowania kupujących, pracowników sklepów i kadry kierowniczej wysokiego szczebla oraz bada trendy handlowe i technologiczne wpływające na zachowania zakupowe klientów. Dwunasta doroczna ankieta Global Shopper Study została przeprowadzona na zlecenie firmy Zebra przez firmę Qualtrics między sierpniem a wrześniem 2019 roku. Wzięło w niej udział 4811 kupujących, 1100 pracowników handlu oraz 435 kierowników i dyrektorów wyższego szczebla z Europy i Bliskiego Wschodu, Ameryki Północnej, Ameryki Łacińskiej, obszaru Azji i Pacyfiku.

Rzetelny podatnik to bezpieczny podatnik? Niestety nie

Taki jest wniosek z XVII Ogólnopolskiej Konferencji Podatkowej z cyklu „Doradca podatkowy obrońcą praw podatnika” zorganizowanej przez Śląski Odziała KIDP, która odbyła się 22 listopada br. w Siemianowickim Centrum Kultury.

Odpowiedzi na pytanie, czy rzetelność zapewnia przedsiębiorcy bezpieczeństwo podatkowe. wspólnie  szukali przedstawiciele Ministerstwa Finansów, organizacji zrzeszających przedsiębiorców, sędziowie sądów administracyjnych oraz doradcy podatkowi.

W wystąpieniu otwierającym konferencję prof. dr hab. Adam Mariański, przewodniczący Krajowej Rady Doradców Podatkowych zwrócił uwagę na konieczność zachowania równowagi w stosunkach państwo – podatnik. Ważną rolę odgrywają w tym względzie doradcy podatkowi, którzy są zarówno partnerami przedsiębiorców jak i administracji skarbowej. Przewodniczący KRDP podkreślił znaczenie tajemnicy zawodowej. Samorząd doradców podatkowych wyraził w tej kwestii bardzo wyraźny sprzeciw wobec wadliwych przepisów Ordynacji podatkowej, które wprowadzają obowiązek informowania o schematach podatkowych. Na niekonstytucyjność tych przepisów wskazali niedawno także adwokaci i radcowie prawni.

Wykład inauguracyjny wygłosiła prof. dr hab. Jadwiga Glumińska-Pawlic – przewodnicząca Państwowej Komisji Egzaminacyjnej do spraw Doradztwa Podatkowego, opiekun merytoryczny konferencji. Ekspertka zwróciła uwagę na najważniejsze mankamenty polskiego systemu podatkowego: brak spójnej polityki w tym obszarze, zmienność przepisów (która dotyka zarówno podatników, jak i organy skarbowe), czy niejednolite stosowanie prawa. Efektem jest brak poczucia sprawiedliwości podatkowej, podwyższone ryzyko prowadzenia działalności gospodarczej, ograniczenie inwestycji i spadek zaufania do państwa. Prof. Glumińska-Pawlic wskazała, że są rozwiązania pomagające odnaleźć się w tej trudnej sytuacji. Jednym z nich jest wdrażanie w firmach wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać wywiązywanie się z należytej staranności. Poczucie bezpieczeństwa podatnika zdecydowanie zwiększa współpraca z doradcą podatkowym, który na bieżąco monitoruje zmiany w przepisach i skutki podatkowe planowanych operacji gospodarczych, a także jest w stanie przygotować przedsiębiorcę na kontrolę lub spór z fiskusem tak, aby wyszedł z nich obronną ręką. Nadziei na poprawę bezpieczeństwa podatnika ekspertka upatruje w nowej Ordynacji podatkowej, ponieważ obecne gwarancje ochrony w relacjach z fikusem nie są jej zdaniem wystarczające.

Aby jak najdokładniej zgłębić istotę relacji pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, organizatorzy konferencji zaprosili do dyskusji przedstawiciela Ministerstwa Finansów, reprezentantki Regionalnej Izby Gospodarczej i Rzecznika Praw Przedsiębiorców, sędzię Wyższego Sądu Administracyjnego oraz doradcę podatkowego. Izabella Żyglicka, Rzecznik Praw Przedsiębiorców przy Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach pokreśliła znaczenie edukacji małych podatników i roli, jaką w tym względzie pełnią doradcy podatkowi. Jej zdaniem większość problemów w relacjach z fiskusem nie bierze się z braku wiedzy i świadomości podatkowej przedsiębiorców. Zdaniem Izabelli Żyglickiej ważna jest również pewność prawa oraz jego jednolita interpretacja. Uwaga fiskusa powinna być skoncentrowane na nieuczciwych podatnikach, tak aby ci rzetelni nie czuli się jego przypadkowymi ofiarami. W podobnym tonie wypowiedział się jeden z doradców podatkowych uczestniczących w konferencji, zwracając uwagę na dysproporcję pomiędzy nakładaniem na podatników coraz liczniejszych obowiązków, a ściganiem nadużyć podatkowych.

Z kolei Bogusława Bartosik, dyrektor generalny Regionalnej Izbie Gospodarczej w Katowicach wskazała na problem niskiego poziomu zrzeszania się przedsiębiorców, które mocno ogranicza ich siłę oddziaływania. Jej zdaniem przedsiębiorcy i administracja skarbowa nie znajdują się po przeciwnych stronach barykady. Przedsiębiorcy chcą płacić podatki, ale zależy im na tym, by mieć wpływ na sposób, w jaki sposób są one redystrybuowane. Kluczowe jest w tym względnie partnerstwo.

Dominik Kaczmarski, zastępca dyrektora Departamentu Systemu Podatkowego w resorcie finansów przekonywał, że ocena administracji – i to nie tylko podatkowej – jest coraz wyższa m.in. z uwagi na sięganie w relacjach z podatnikami do standardów typowych dla biznesu oraz przechodzenie na  modelu usługowy. Dominik Kaczmarski zwrócił uwagę, że w ministerstwie finansów nieustannie trwają prace nad kolejnymi narzędziami, które mają wzmocnić poczucie bezpieczeństwo podatnika. Jako przykłady wskazał Wiążącą Informację Stawkową, system interpretacji indywidualnych, czy metodykę w zakresie należytej staranności. Przedstawiciel resortu finansów podkreślił także aktywną politykę informacyjną fiskusa oraz przejęcie przez administrację części obowiązków z zakresu raportowania (m.in. STIR).

Środowisko sędziowskie reprezentowała dr Dagmara Dominik-Ogińska, sędzia WSA we Wrocławiu. Jej receptą na zwiększenia bezpieczeństwa podatnika jest tworzenie wewnętrznych procedur, które pomogą wykazać przezorność podatnika, a także korzystanie z pomocy profesjonalnych pełnomocników w postępowaniach przed organami podatkowymi i sądami administracyjnymi. Należy korzystać z instrumentów obrony swoich praw, jedocześnie nie nadużywając ich.

Uczestnicy tegorocznej Konferencji mieli okazję dowiedzieć się od ekspertów podatkowych z Czech, Słowacji i Niemiec, jak kwestia rzetelności i bezpieczeństwa podatnika przedstawia się w ich krajach. Okazuje się, że czeski i słowacki system podatkowy bardzo różnią się systemu polskiego, niestety na niekorzyść tego ostatniego. Czeski podatnik ma szerszy niż w Polsce dostęp do publicznej informacji o kontrahentach. Słowackie służy skarbowe stosują z kolei system ratingowy, w którym brane są pod uwagę m.in. terminowe regulowanie należności podatkowych, szybkość reakcji na wezwania fiskusa i  efekty kontroli. Im wyższy rating, tym większy komfort i bezpieczeństwo podatnika. W przypadku nieprawidłowości lb naruszenia przepisów Przedsiębiorca o najwyższym ratingu nie jest karany, tylko informowany telefonicznie o problemie przez urzędnika.

Wystąpienie dr. Macieja Berka, wicedyrektora Departamentu Budżetu i Finansów Najwyższej Izby Kontroli było poświęcone sposobom, w jaki administracja skarbowa radzi sobie z agresywnym opodatkowaniem w zakresie CIT.  Wyniki kontroli wskazały przede wszystkim, że luka w CIT nie została prawidłowo oszacowana i w związku z tym trudno stwierdzić, z jakim zjawiskiem tak naprawdę mamy do czynienia. Przyczyna zaniedbań tkwi być może w skupieniu się administracji skarbowej na uszczelnieniu podatku VAT. Podstawowym narzędziem w walce z nadużyciami w CIT były działania legislacyjne. Niestety, jakość i zrozumiałość przepisów CIT były oceniane przez 70% przedsiębiorców nisko lub bardzo nisko, profesjonaliści byli jeszcze bardziej surowi. Z nadużyciami w tym podatku walczono przy pomocy klauzuli o unikaniu opodatkowania, zdecydowanie rzadziej wydawano opinie zabezpieczające. Interpretacje ogólne nie przyczyniły się w istotny sposób do poprawy sytuacji, ponieważ często dotyczyły problemów wąskiej grupy podatników, podczas gdy liczne wątpliwości zgłaszane w drodze interpretacji indywidualnych nadal nie były rozwiązywane w drodze interpretacji ogólnej. Za niepokojący należy uznać powołany przez przedstawiciela NIK fakt, że zasada in dubio pro tributario w zakresie podatku CIT praktycznie nie funkcjonuje, rzadko powoływali się na nią również sami podatnicy.

W konferencji poruszono także praktyczne problemy podatkowe, z jakimi na co dzień zmagają się przedsiębiorcy. Dr Adam Bartosiewicz omówił główne kwestie związane z tematem mechanizmu podzielonej płatności, a doradca podatkowy Piotr Ogiński omówił temat korekty podatku VAT w trybie art. 10 ustawy o VAT.

Interesującym punktem konferencji była prezentacja wyników ankiety przeprowadzonej wśród przedsiębiorców – klientów doradców podatkowych, która odnosiła się do tematu przewodniego tego spotkania. Wyniki badania można uznać za optymistyczne, ponieważ zdecydowana większość przedsiębiorców uznała, że rzetelność jest gwarancją bezpieczeństwa przedsiębiorcy, ale pod jednym, ważnym warunkiem. Jest nim wsparcie doradcy podatkowego, bez którego podatnik nie jest w stanie stawić czoła obowiązkom wynikające z przepisów podatkowych. Instrumenty ochrony, jakie ma obecnie do dyspozycji są niewystarczające. Zamykając tegoroczną konferencję Piotr Maciejewski, wiceprzewodniczący Zarządu Śląskiego Oddziału KIDP stwierdził, że chociaż dzisiaj nie można postawić znaku równości pomiędzy rzetelnością a bezpieczeństwem podatnika, wszyscy uczestnicy debaty wrazili zgodnie przyznali, że trzeba dążyć do takiego stanu rzeczy.

Niemiecki rynek otwiera się na Ukraińców. Choć większość z nich jest zadowolona z pracy w Polsce, wyjechać może nawet 500 tys. osób

Historycznie niskie bezrobocie w Polsce pociąga wzrost zapotrzebowania na kadry ze Wschodu. W tej chwili na polskim rynku pracy jest ok. 1,2 mln Ukraińców. Tylko w I półroczu tego roku wydano dla nich ponad 162 tys. zezwoleń na pracę, co stanowiło blisko 50-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Pracowników z Ukrainy zatrudnia już co piąta polska firma, ale sytuacja może się niedługo zmienić w związku z otwarciem dla nich niemieckiego rynku pracy od stycznia 2020 roku. Szacuje się, że może to spowodować odpływ nawet 500 tys. ukraińskich pracowników z Polski, chociaż aż 70 proc. z nich jest zadowolonych z pracy w Polsce. Wśród kluczowych zalet wymieniają m.in. bliskość językową i kulturową.

– Szacuje się, że do 2025 roku w Polsce będzie potrzebnych 2,5 mln pracowników. Nadal będzie postępować zjawisko zatrudniania pracowników tymczasowych, zwłaszcza Ukraińców, których już w tej chwili mamy w Polsce około 1,2 mln. Popularna teza głosi, że gdyby nie pracownicy z Ukrainy, to gospodarka polska popadłaby w poważne tarapaty – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Mariusz Florczyk, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy.

Polski rynek pracy już od miesięcy zmaga się z historycznie niskim bezrobociem. Według danych GUS na koniec września br. stopa bezrobocia wyniosła 5,1 proc. (spadek o 0,1 pkt. proc. w ujęciu miesięcznym) i jest to najniższy wskaźnik od 30 lat, od czasów transformacji ustrojowej. Tylko w ciągu ostatniego roku grono bezrobotnych zmniejszyło się o 95 tys. osób (spadek o 10 proc.).

Niskie bezrobocie to dobra wiadomość dla pracowników, bo wymusza wzrost płac, ale gorsza dla pracodawców, ponieważ w połączeniu z szybkim wzrostem gospodarczym przekłada się na ich problemy z pozyskiwaniem i zatrzymywaniem kadr. W kolejnych latach sytuację będzie zaostrzać kryzys demograficzny i wyjazdy zarobkowe Polaków do innych krajów.

Rekordowo niskie bezrobocie wpływa na systematyczny wzrost zapotrzebowania na kadrę zza wschodniej granicy. Z danych Personnel Service wynika, że pracowników z Ukrainy zatrudnia już prawie co piąta polska firma (18 proc.), w tym 40 proc. dużych przedsiębiorstw. Zapotrzebowanie na kadrę ze Wschodu wzrosło najbardziej w branży przemysłowej i rzemieślniczej, w której pracę w I półroczu znalazło ponad 63 tys. pracowników z Ukrainy, a także w rolnictwie, ogrodnictwie i usługach.

– Już od jakiegoś czasu można zaobserwować, że ukraińscy pracownicy, którzy zdobyli kwalifikacje w Polsce, poszukują miejsc, gdzie mogliby otrzymać korzystniejsze warunki zatrudnienia i coraz częściej emigrują na Słowacji lub do Czech – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje, zapowiedzi otwarcia rynków pracy najbogatszych państw Unii Europejskiej na pracowników z państw trzecich to czynnik ryzyka, który może spowodować ich odpływ z polskiego rynku pracy.

– Tu przede wszystkim zwracają uwagę zapowiedzi Niemiec dotyczące otwarcia granic już od stycznia przyszłego roku – podkreśla Mariusz Florczyk. –Skala odpływu pracowników ukraińskich z Polski do Niemiec będzie przede wszystkim zależała od kondycji niemieckiej gospodarki, ale również od kształtu przepisów wykonawczych dotyczących zapowiadanej ustawy. Niemcy niekoniecznie poszukują taniej siły roboczej, raczej zwracają uwagę na potrzebę zatrudnienia wysoko cenionych specjalistów i tutaj właśnie obawiałbym się zagrożenia dla naszej gospodarki. Powinniśmy o tych specjalistów, również z Ukrainy, bardziej zadbać.

Z szacunków Personnel Service wynika z kolei, że w 2020 roku może wyjechać z Polski nawet 500 tys. ukraińskich pracowników, którzy będą szukali okazji do zarobienia większych pieniędzy. Jednocześnie z badań Work Service wynika, że 59 proc. badanych Ukraińców twierdzi, że po zmianie polityki migracyjnej w Niemczech wybraliby pracę tam.

– Korzyści zachęcające pracowników ukraińskich do wyjazdu do Niemiec to przede wszystkim gwarancja lepszych warunków zatrudnienia – nie tylko wyższego wynagrodzenia, lecz także łagodniejszych przepisów i różnych rozwiązań administracyjnych dotyczących legalizacji pobytu i pracy – mówi Mariusz Florczyk.

Jak wskazuje PwC, standardowa procedura zatrudniania cudzoziemców w Polsce obejmuje w tej chwili wiele skomplikowanych etapów w kilku różnych urzędach w Polsce i poza granicami kraju. W zależności od województwa oraz kraju pochodzenia cudzoziemca proces może trwać nawet 5 miesięcy, od momentu badania rynku pracy do wydania dokumentu legalizującego zatrudnienie oraz wizy w polskim konsulacie.

– Dalsze pogłębianie się tendencji spadkowych związanych z bezrobociem i wzrostowych dotyczących rozwoju gospodarczego spowoduje, że będą potrzebne szerokie działania w obszarze aktywizacji pracowników, za czym powinny iść zmiany w przepisach chroniące pracowników, ograniczające szarą strefę, a także bardziej przemyślana polityka socjalna. Potrzebne są także nowe administracyjne rozwiązania umożliwiające legalny pobyt w Polsce pracownikom zagranicznym – wskazuje Mariusz Florczyk.

Statystyki Personnel Service wskazują, że pracownicy z Ukrainy w Polsce zaczynają zajmować coraz wyższe stanowiska m.in. wśród przedstawicieli władz publicznych, wyższych urzędników i kadry kierowniczej. W pierwszym półroczu ub.r. tego typu stanowiska obejmowało 263 obywateli Ukrainy, podczas gdy w tym – już 404. Wśród specjalistów wzrost liczby wydanych zezwoleń na pracę dla pracowników z Ukrainy wyniósł 33 proc. na przestrzeni ostatniego roku, natomiast wśród pracowników biurowych – wzrost wyniósł 31 proc.

– Badania Polsko-Ukraińskiej Izby Handlowej wskazują, że około 70 proc. pracowników z Ukrainy jest zadowolonych z pracy w Polsce, mimo że 77 proc. z nich pracuje poniżej swoich kwalifikacji. Jako korzyści wskazują przede wszystkim bliskość geograficzną, kulturową, łatwość języka oraz poziom wynagrodzenia – wymienia Mariusz Florczyk.

Prof. Adam Rotfeld: Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem takiej krytyki w UE. Mimo to mamy szanse odgrywać dużo większą rolę w budowaniu strategii unijnej

Poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE przekracza 90 proc. i jest rekordowy na przestrzeni ostatnich 15 lat. – Polityka obecnego rządu powinna uwzględniać to społeczne poparcie – podkreśla prof. Adam Rotfeld, były szef MSZ. Jak zaznacza, Polska jeszcze nigdy dotąd nie była przedmiotem tak krytycznej oceny w UE, a w kwestii przestrzegania praworządności nie może odbiegać od przyjętych na siebie zobowiązań, bo może mieć to przełożenie m.in. na toczące się negocjacje dotyczące nowego budżetu.

– Nasza pozycja w Unii Europejskiej była w swoim czasie nieporównanie bardziej wpływowa, niż jest dzisiaj. Od czasu naszego wejścia do Unii w 2004 roku nigdy nie było takiej sytuacji, aby Polska zajmowała tak znaczące miejsce jako przedmiot krytycznej oceny. I to nie tylko w debacie, ale również decyzjach podejmowanych przez unijne trybunały – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. Adam Rotfeld, były minister spraw zagranicznych, profesor wydziału Artes Liberales na Uniwersytecie Warszawskim.

Kontrowersyjna jest kwestia kontroli praworządności w UE. Prace nad takim mechanizmem, który miałby m.in. uzależniać wypłaty środków z budżetu UE od przestrzegania zasad praworządności przez poszczególne państwa, są dyskutowane przez państwa członkowskie już od jakiegoś czasu. Szefowa KE Ursula von der Leyen zapowiedziała nową procedurę, zgodnie z którą Komisja miałaby kontrolować takie obszary jak wymiar sprawiedliwości, przestrzeganie konstytucji i wolność mediów czy system antykorupcyjny, zamiast zmian w poszczególnych instytucjach takich jak Trybunał Konstytucyjny. Na ostatnim posiedzeniu Rady UE ds. Ogólnych Polska oraz Węgry zablokowały przyjęcie konkluzji dotyczącej nowego mechanizmu kontroli praworządności.

– Respektowanie praworządności jest nie tyle jest zobowiązaniem, ile leży w interesie Polski. Unia to nie jest coś zewnętrznego, my jesteśmy częścią tej całości – podkreśla prof. Adam Rotfeld.

Poprawa relacji i pozycji w UE powinna, zdaniem prof. Rotfelda, być jednym z priorytetów polityki zagranicznej, zaraz obok zapewnianiu nienaruszalności granic i bezpieczeństwa.

Polska ma ogromne szanse odegrać niezwykle istotną rolę w formułowaniu strategii i polityki całej Unii Europejskiej. Im mocniejsza będzie pozycja Polski w UE, tym bardziej będzie to dla nas korzystne. Natomiast obserwuję niestety taką postawę, że często na Unię zrzuca się odpowiedzialność za różne rzeczy, że Unia jest postrzegana jako swego rodzaju zagrożenie. Otóż trzeba sobie powiedzieć, że Unia to jesteśmy my. Mamy możliwość oddziaływania na Unię i bezpieczeństwo całego regionu jeżeli tylko będziemy obecni, respektowani w UE – mówi prof. Adam Rotfeld.

Tym bardziej że – jak zauważa – w Polsce poparcie dla członkostwa w Unii Europejskiej utrzymuje się w tej chwili na rekordowo wysokim poziomie, co obecny rząd również powinien mieć na uwadze. Zgodnie z badaniem CBOS z marca br. – poziom akceptacji Polaków dla członkostwa w UE sięga 91 proc. i jest najwyższy od 2004 roku, a pozytywne skutki integracji z UE w wymiarze materialnym i finansowym dostrzega 78 proc. Przeciwnych obecności Polski w Unii było raptem 4 proc. badanych.

 Nasze wejście do Unii było sukcesem całego społeczeństwa. To nie był sukces jednej partii czy koalicji, tylko była to decyzja podjęta w referendum. Chciałbym, żeby nasza polityka odpowiadała temu społecznemu poparciu, jakie wyrażono ponad 15 lat temu – mówi prof. Adam Rotfeld.

Były szef MSZ pozytywnie ocenia niedawne zniesienie wiz dla Polaków, ale jak podkreśla, był to proces wieloletni, Oficjalnie Polacy mogą podróżować do USA bez wiz na okres nieprzekraczający 90 dni od 11 listopada tego roku.

– Blokadą dla wprowadzenia ruchu bezwizowego było respektowanie reguły, że odsetek odmów nie może być wyższy niż 3 proc. Otóż w Polsce – za czasów, kiedy ja byłem ministrem spraw zagranicznych – wynosił on 20 proc. i my podjęliśmy szereg działań, aby ją zmniejszyć do 10 proc. Również ze strony amerykańskiej podjęto kroki, żeby ta ilość odmów była mniejsza. Innymi słowy: spełniliśmy wymóg, odpowiadaliśmy tym kryteriom, które dotyczą wszystkich państw świata, więc udało się to osiągnąć w ramach wieloletniego procesu – mówi były minister spraw zagranicznych.

Kolejowe przewozy chińskich towarów do Europy zaczynają omijać Polskę. To wyzwanie dla wszystkich aktywnie działających na rynku kolejowym podmiotów

W ubiegłym roku w transporcie intermodalnym przewieziono blisko 1,3 mln jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Ten sposób transportu, który pozwala przewozić towary różnymi środkami bez potrzeby przeładunku, szybko rozwija się w całej Europie. W Polsce też stopniowo rośnie, ale głównie jego segment drogowy. Polska z racji centralnego położenia mogłaby odgrywać kluczową rolę w kolejowych przewozach między Europą Zachodnią a Chinami, ale słabo rozwinięta infrastruktura i bariery administracyjno-prawne powodują, że w tej chwili duża część ładunków omija nasz rynek i segment intermodalny nie rozwija się tak szybko, jak powinien.

Rozwój transportu intermodalnego na świecie jest bardzo dynamiczny. Europa Zachodnia właściwie bazuje na przewozie kontenerów z Chin. W Polsce w obszarze infrastruktury kolejowej bardzo dużo się dzieje, realizowane są projekty modernizacyjne na niespotykaną dotąd skalę, plany na najbliższy rok są równie imponujące. Jednak aktualna sytuacja z dostępnością i przepustowością infrastruktury, z czasem przejazdu tego rodzaju pociągów, powoduje, że te ładunki zaczynają omijać Polskę i innymi kanałami trafiają do Europy Zachodniej. Dlatego ważne, żeby rząd, przewoźnicy i PKP Polskie Linie Kolejowe wspólnie zwarli szyki, by zawalczyć o ten wolumen. To pozwoli nie tylko zarobić zarządcy infrastruktury, lecz przede wszystkim wzmocni Polskę jako bramę dla transportu kontenerów z Chin, zapewniając przewoźnikom dobrą, stabilną przyszłość na tym rynku przewozowym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Robert Nowakowski, członek zarządu ds. produkcji Deutsche Bahn Cargo Polska.

Transport intermodalny to łączenie przewozu towarów różnymi środkami transportu, np. drogą morską i koleją, ale w tej samej jednostce ładunkowej, najczęściej w kontenerze. Brak konieczności przeładunku oznacza oszczędność czasu i pieniędzy, a towary zamknięte w kontenerach są mniej narażone na uszkodzenia. To zalety, które powodują, że transport intermodalny szybko się rozwija. W Polsce w ubiegłym roku przewieziono w ten sposób 1 259 tys. jednostek ładunkowych, co oznacza ponad 16-proc. wzrost rok do roku. Tylko w ostatnim kwartale ub.r. wzrost sięgnął 22,5 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej.

W ramach transportu intermodalnego można przewozić szeroki wachlarz towarów. Według danych GUS w ubiegłym roku dominowały ładunki mieszane, bez spożywczych (blisko 24 proc.), chemikalia, produkty chemiczne, włókna sztuczne, wyroby z gumy i z tworzyw sztucznych; paliwo jądrowe (15,5 proc.) oraz ładunki z grupy produkty spożywcze, napoje i tytoń (11,7 proc.).

Transport intermodalny w Polsce stopniowo rośnie, natomiast nie jest to wzrost na miarę oczekiwań przewoźników towarowych. Większość tego wzrostu jest niestety skierowana na drogi. Główna przyczyna to niewystarczająca liczba terminali. Druga kwestia, nadal mamy nierówne warunki konkurencji pomiędzy poszczególnymi gałęziami transportu. Do tego dochodzi duża liczba inwestycji torowych i wąskie gardła, szczególnie przy terminalach, portach i stacjach granicznych, to główne czynniki, które nie wpływają korzystnie na możliwość przedstawienia klientowi dobrej oferty w zakresie przewozu kontenerów koleją – mówi Robert Nowakowski.

Według GUS w zeszłym roku w terminalach intermodalnych przeładowano łącznie 67,3 mln ton ładunków kontenerowych – w tym 27,6 mln ton przewiezionych transportem morskim (co stanowiło 41 proc. ogółu ładunków przeładowanych w terminalach morskich i lądowych) oraz 22,4 mln ton (33,3 proc.) transportem samochodowym. Kolej zanotowała najmniejszy udział – 17,3 mln ton, czyli 25,7 proc.

Rola kolei w przewozach intermodalnych powinna być zdecydowanie większa. Natomiast nie sprzyja temu obecna sytuacja, m.in. remonty infrastruktury i wysokie koszty dostępu do niej, bariery formalno-prawne czy wynikająca z korzystniejszych warunków rynkowych lepsza oferta, jaką są w stanie zaoferować przewoźnicy drogowi – wymienia Robert Nowakowski. – Uważam, że większość ładunków powinna trafić na tory, dlatego że kolej jest środkiem transportu, który ma najmniej inwazyjny wpływ na środowisko. Jeśli chcemy zmniejszyć efekt cieplarniany, musimy inwestować w ekologiczne środki transportu. Jest to na pewno kosztowne, ale inwestujemy w przyszłość i zrównoważenie systemu transportowego.

Jak podkreśla, Polska z racji centralnego położenia w Europie jest geograficznie predysponowana do tego, żeby rozwijać przewozy intermodalne i pełnić rolę korytarza dla transportu kontenerów z Chin. Natomiast czynniki takie jak słabo rozwinięta infrastruktura czy bariery administracyjne blokują rozwój tego segmentu rynku i są obciążeniem zwłaszcza dla przewoźników kolejowych.

Aby rozwijać w Polsce transport intermodalny, musimy pójść w kierunku rozwoju terminali, bo to tam trafiają ładunki. Przewóz na tzw. pierwszej i ostatniej mili odbywa się często drogą. Taki ładunek musi więc najpierw trafić drogami do terminala, a dopiero później może podjąć go przewoźnik kolejowy i przewieźć do kolejnego punktu, z którego towar trafi do odbiorcy. Dlatego niezbędne są inwestycje w terminale i w infrastrukturę związaną ze stacjami granicznymi, aby ruch kolejowy nie natrafiał na dodatkowe ograniczenia w zakresie liczby pociągów, które mogą przejechać przez granicę – mówi Robert Nowakowski.

Terminal intermodalny pozwala na szybkie i bezpieczne dokonanie przeładunku jednostek ładunkowych pomiędzy różnymi środkami transportu. W ubiegłym roku w Polsce było 35 aktywnych terminali, z czego większość (29) to terminale lądowe (kolej-droga).

Trzeba też pamiętać, że nie unikniemy kwestii związanej z różnicą rozstawu szyn, czyli rozstaw szerokotorowy i normalnotorowy, europejski. Dalej mamy kwestię granicy UE, a także dwa różne systemy handlowe. Dlatego z jednej strony musimy rozwijać infrastrukturę, a z drugiej – maksymalnie uprościć wszystkie procedury związane z przepływem tych towarów ­– podkreśla członek zarządu DB Cargo Polska.

Mix energetyczny będzie w przyszłości kształtowany bardziej przez obywateli niż polityków. Napędzą to rządowe dopłaty

Energetyka prosumencka może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego, dywersyfikacji dostaw, zwiększenia produkcji energii z OZE oraz zapewnić korzyści m.in. samorządom czy spółdzielniom mieszkaniowym. W Polsce wciąż jest w powijakach, ale mają to zmienić dwa rządowe programy – Energia Plus i Mój Prąd, uruchomione w sierpniu br. Eksperci wskazują jednak, że do wyeliminowania wciąż zostało wiele barier, m.in. kwestia przygotowania sieci dystrybucyjnych nie tylko do dostarczania, ale i odbioru energii.

W Polsce toczy się niekończąca dyskusja o tym, jak ukształtuje się mix energetyczny, ile energii będzie pochodzić z jakiego rodzaju paliw. Tymczasem uruchomienie programu Energia Plus spowodowało ożywienie takiej energetyki obywatelskiej, prosumenckiej. Myślę, że w niedalekiej przyszłości polski mix energetyczny w większym stopniu będzie kształtowany przez obywateli niż polityków – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Juchniewicz, przewodniczący Rady Programowej Konferencji Energetycznej EuroPOWER.

Pod koniec sierpnia wszedł w życie tzw. Pakiet Prosumencki – część rządowego programu Energia Plus, który umożliwia przedsiębiorcom produkcję energii na własne potrzeby w mikroinstalacjach do 50 kW i rozliczanie nadwyżek energii w korzystnym systemie opustów. Taką możliwość zyskały też spółdzielnie energetyczne, które mogą powstawać na wsiach i w gminach miejsko-wiejskich.

Program Energia Plus ma zapewnić im możliwość budowania własnej niezależności energetycznej, chronić przed wzrostami cen energii i być impulsem dla rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce. W połączeniu z obowiązującym od sierpnia drugim programem Mój Prąd, który ma wspierać budowę domowych instalacji fotowoltaicznych, znacznie przyczyni się też do rozwoju energetyki prosumenckiej. Ten zakłada wsparcie budowy domowych mikroinstalacji fotowoltaicznych. Gospodarstwa domowe mogą ubiegać się w nim o dotacje (do 50 proc. kosztów kwalifikowanych inwestycji, ale nie więcej niż 5 tys. zł) dla instalacji o mocy 2–10 kW. Całkowity budżet programu to 1 mld zł, do połowy listopada NFOŚiGW rozdysponował z tej kwoty już 25 mln zł. Dzięki programowi powstanie w sumie 200 tys. domowych instalacji PV o łącznej mocy 1,2 GW.

Aby energetyka prosumencka mogła się rozwijać, trzeba spełnić kilka warunków, które są już stopniowo wdrażane. Mamy programy pomocowe, olbrzymie ułatwienia w montażu instalacji fotowoltaicznych. Te inwestycje zostały wyjęte spod tradycyjnej biurokracji – nie trzeba raportów, dokumentacji, wystarczy podjąć inwestycję, a otrzyma się dotację czy ulgę w podatku. To są czynniki, które zachęcają do inwestowania w ten rodzaj energetyki. Na dodatek pojawił się konkurencyjny rynek instalatorów. Zajmują się tym profesjonalne, certyfikowane organizacje i spółki, ceny się wyrównały. To powoduje, że jest symbioza strony popytowej i podażowej. Dzięki temu energetyka prosumencka nabrała całkiem nowej dynamiki – mówi Leszek Juchniewicz.

Jak ocenia, rządowe wsparcie spowoduje, że energetyka prosumencka z czasem będzie w coraz większym stopniu zastępować źródła tradycyjne. Jej rozwój mógłby też pobudzić innowacje i przedsiębiorczość, stać się źródłem nowych miejsc pracy i przynieść korzyści m.in. dla samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych czy organizacji pożytku publicznego oraz pomóc Polsce wypełnić zobowiązania wynikające z unijnej polityki klimatycznej.

– Polska potrzebuje nowego spojrzenia na energetykę. Ta tradycyjna, konwencjonalna jest dzisiaj passé, bo jest wysokoemisyjna i powoduje olbrzymie perturbacje z klimatem na Ziemi. Musimy od niej odchodzić, ale powinniśmy to robić stopniowo i mądrze stawiać na to, co dzisiaj charakteryzuje nowoczesną energetykę, czyli przede wszystkim nowe technologie, nowe źródła energii, cyfryzację – mówi Leszek Juchniewicz.

Według danych MPiT, w ubiegłym roku w Polsce powstało łącznie ok. 28,36 tys. mikroinstalacji fotowoltaicznych, ponad dwukrotnie więcej niż w 2017. W marcu br. było już ponad 65 tys. mikroinstalacji OZE. Prognozy Instytutu Energetyki Odnawialnej przewidują, że już w tym roku Polska może znaleźć się na 4. miejscu w UE pod względem rocznych przyrostów nowych mocy fotowoltaicznych. Według danych przytaczanych przez koalicję „Więcej niż energia” w Polsce co najmniej 4 mln budynków ma warunki techniczne do zainstalowania mikroinstalacji OZE.

Każdy, kto będzie wytwarzał energię, będzie jednocześnie zaspokajał swoje potrzeby i odsprzedawał pozostałą energię operatorowi systemu dystrybucyjnego do sieci. Musi więc być dwukierunkowy licznik na pobór i na emisję energii, co może spowodować rewolucję w rozliczaniu kosztów dystrybucji i przesyłu energii w skali całego kraju. Polski system elektroenergetyczny jest scentralizowany, opartym o centralne źródła wytwarzania, sterowane centralnie sieci przesyłowe i dystrybucyjne. Kiedy rozwinie się energetyka prosumencka, nagle może się okazać, że te sieci są niepotrzebne. Zniknie tradycyjny nośnik kosztu energii, źródła będą w bezpośrednim sąsiedztwie i bliskości tego, który energię zużywa, więc sieć dystrybucyjna i przesyłowa może się okazać w wielu miejscach niepotrzebna – zauważa Leszek Juchniewicz.

Jak wynika z rządowego projektu KPEiK, „bez wątpienia energetyka prosumencka jest elementem systemu, który może przyczynić się do poprawy lokalnego bezpieczeństwa energetycznego oraz dalszej dywersyfikacji dostaw energii. W Polsce dopiero zaczyna się rozwijać i przewiduje się, że wzorem państw zachodnich w przyszłości będzie odgrywać coraz większą rolę”. Jak podkreśla szef Rady Programowej EuroPOWER, jest to jednak proces obliczony na wiele lat.

Turyści w Zakopanem coraz częściej szukają hoteli i usług z wyższej półki. Szybko przybywa gości z zagranicy

Zakopane to turystyczna mekka. W ubiegłym roku popularny kurort przyciągnął 11,3 proc. spośród 16,8 mln turystów odwiedzających Małopolskę. Coraz więcej jest wśród nich cudzoziemców, zwłaszcza gości z Niemiec, Wielkiej Brytanii i krajów arabskich, a także ze Słowacji i Czech. Zakopane jest jednym z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych w Polsce. Dysponuje infrastrukturą dla różnych segmentów gości. Ci w coraz większym stopniu poszukują obiektów i usług z górnej półki i są skłonni wydać na nie większe kwoty. Wyzwaniem dla miasta wciąż pozostaje zarządzanie ruchem turystycznym tak, żeby uniknąć tłoku i hałasu.

– Zakopane zaistniało w mentalności gości zagranicznych. Jest popularną destynacją wśród Niemców i Brytyjczyków, których z roku na rok jest coraz więcej. Mamy też wielu gości z krajów arabskich. To wymagający segment klientów, którzy bardzo dobrze płacą. Coraz większe zainteresowanie notujemy również ze Słowacji, Czech i Węgier. Tam infrastruktura hotelowa, gastronomiczna i oferta spędzania wolnego czasu nie są tak rozwinięte jak w Polsce. Widzimy, że przy dobrej reklamie na tych rynkach i odpowiednim targetowaniu tamtejsi klienci są coraz bardziej zainteresowani Zakopanem. Ten rynek cały czas się rozpędza i ma przed sobą jeszcze górkę – prognozuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Wróbel, prezes zarządu spółki Nosalowy Dwór.

Zakopane to turystyczna mekka i jeden z najlepiej rozwiniętych rynków hotelowych. Według danych Małopolskiej Organizacji Turystycznej to drugie, po Krakowie, najchętniej odwiedzane miasto w regionie. Statystyki portalu Nocowanie.pl pokazują z kolei, że od czerwca do sierpnia tego roku Zakopane było najchętniej wybieraną miejscowością na wakacyjny wyjazd.

– Zakończony właśnie sezon był dla Zakopanego udany. Gości nie przybywa skokowo, ale też nie o to chodzi, bo mamy zainteresowanie dobrej jakości produktem noclegowym, hotelowym i gastronomicznym. Widać, że goście są przygotowani, żeby więcej zapłacić za pobyt, więcej wydać na różnego rodzaju usługi towarzyszące. Pod tym kątem zakończony właśnie sezon był bardzo dobry, podobnie jak prognozy na sezon zimowy. Dla przykładu, obecnie w Nosalowy Dwór Resort & SPA mamy już całkowicie wyprzedany okres świąteczny. Już w październiku nie było wolnych miejsc, a zwykle dzieje się to dopiero pod koniec listopada – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, oczekiwania turystów są coraz wyższe i ewoluują w stronę obiektów i usług z wyższej półki, chociaż nadal utrzymuje się też stabilne zainteresowanie hotelami 3-gwiazdkowymi i pobytami bez śniadania w obiektach apartamentowych.

– Dla turystów liczy się przede wszystkim wygodny nocleg, ale też doskonałe usługi recepcji, concierge, pyszne śniadanie, które nie jest tylko ułożonym bufetem czekającym na gościa, ale pewnego rodzaju doświadczeniem. Goście szukają bardzo dobrych restauracji à la carte, również w hotelu, aby mieć je pod ręką. Liczą się też usługi SPA i holistyczne masaże, które pozwalają się zrelaksować, uciec przed zgiełkiem, a nie są tylko prostym rytuałem. Coraz większa grupa ludzi przyjeżdżających do Zakopanego tego właśnie szuka – mówi Wiktor Wróbel.

Wiele zależy również od sezonu. Kurort cieszy się największą popularnością w okresie wakacji, ferii zimowych oraz świąt Bożego Narodzenia i sylwestra.

– Na tym rynku można pogodzić różne modele biznesowe i jest w Zakopanem infrastruktura dla różnych segmentów gości. Widać to dobrze np. w okresie świąt Bożego Narodzenia, kiedy przyjeżdżają goście najbardziej zamożni, którzy mają najwyższe oczekiwania co do standardu usług, szukają obiektów 4–5-gwiazdkowych. Podobnie ferie zimowe i sezon od sierpnia do września również obfitują w ten segment gości – mówi Wiktor Wróbel.

Lipiec jest z kolei okresem, kiedy do Zakopanego przyjeżdżają relatywnie najmniej zamożni turyści, szukający zwykle obiektów 3-gwiazdkowych lub pensjonatów. Dla tego segmentu gości lokalny rynek również ma bardzo rozwiniętą ofertę. W sezonie wiosennym i jesiennym miasto jest z kolei popularną destynacją konferencyjną, w tym okresie popyt na usługi konferencyjne jest największy.

– W pewnych okresach problemem jest zatłoczenie Zakopanego i miasto musi bardzo uważać, żeby nie paść ofiarą własnego sukcesu. To jedna z niewielu destynacji w Polsce, gdzie nie jest widoczna tak wyraźna sezonowość, jak np. nad morzem. Tam jest kilka miesięcy w roku, które zarabiają na pozostałe. Hotelarze nadmorscy próbują z tym walczyć, natomiast wynika to poniekąd ze specyfiki lokalizacji. Zakopane ma bardzo mocny okres zimowy i letni, uzupełnieniem tego są coraz mocniejsze okresy konferencyjne. Jednak jest to duże wyzwanie dla miasta – zarządzanie ruchem turystów tak, żeby nie odbiło się to na przyjemności spędzania wolnego czasu – mówi Wiktor Wróbel.

Jak podkreśla, wbrew obiegowej opinii tłok i hałas w Zakopanem są jednak rzadko odczuwalne. Poza Sylwestrem, kiedy do miasta przyjeżdżają tłumy gości, Zakopane pełni raczej rolę hubu dla turystów na cały region Małopolski, który oferuje wiele innych atrakcji, np. termy, szlaki czy trasy zjazdowe dla narciarzy.

Popularność regionu może jeszcze wzrosnąć wraz z poprawą jakości powietrza. Na walkę ze smogiem stawiają zarówno samorządy, jak i przedsiębiorcy.

Powstała certyfikacja Eco Zakopane – dodaje Wiktor Wróbel. – Oczywiście mamy jeszcze trochę do nadrobienia, tak jak wiele miejsc w Polsce, co wynika np. ze sposobu ogrzewania domów. W Zakopanem mamy niesamowity atut, czyste źródło energii, jakim jest geotermia, która zasila wiele domów. Oprócz tego urząd miasta, władze lokalne bardzo mocno forsują program wymiany pieców i to się realnie dzieje. Poprawa powietrza z tego tytułu jest już widoczna.

Trwają prace nad smartfonem z aparatem 108 MP. Jakość zdjęć to jednak głównie zasługa sztucznej inteligencji

Smartfony już od dawna nie służą tylko do rozmów i przesyłania wiadomości. Stały się już kamerą, urządzeniem internetowym, automatem do gier i odtwarzaczem multimedialnym. Coraz częściej smartfony wyglądają jak świecąca się szklana płyta, bez przycisków, głośników czy portów USB. Producenci eksperymentują z kształtem – niedawno zaprezentowano smartfon, który można złożyć w kwadrat. Xiaomi z kolei ma w ofercie smartfony Redmi Note z aparatami premium 64 megapikseli, a już pracuje nad aparatem 108 MP. Jakość zdjęć coraz bardziej poprawia jednak sztuczna inteligencja.

– Przez ostatnich kilka lat obserwujemy dynamiczne zmiany na rynku smartfonów. Ludzie coraz bardziej koncentrują się na zaawansowanych technologiach, przede wszystkim w aparatach. Oferujemy  więc aparaty z 32 Megapikselami i wprowadzamy aparaty 64 Megapikseli, co obecnie już staje się standardem – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Jacques Xiang Li, szef globalnego PR w Xiaomi.

Już od kilku lat smartfony to nie tylko telefony, ale centrum komunikacji. Przy tym – coraz bardziej nowoczesne, wyposażone w najnowszej generacji czujniki, naszpikowane technologią, które zastępują laptopy czy aparaty fotograficzne. 

Xiaomi zaprezentowało niedawno smartfony Redmi Note, które mogą pochwalić się wysokowydajnymi układami SoC oraz aparatami premium. Nowy flagowy Redmi Note 8 Pro jest pierwszym w branży telefonem z modułem aparatu Samsung GW1 64MP, podczas gdy Redmi Note 8 oferuje aparat 48 MP w przystępnej cenie. To nie koniec – Xiaomi już zapowiedziało prace nad aparatami z rozdzielczością 108 megapikseli.

– Jest również sztuczna inteligencja. Tutaj kluczowym aspektem jest interakcja z użytkownikami. Wiele aparatów wykorzystuje już sztuczną inteligencję, przede wszystkim w celu optymalizacji robienia zdjęć. Technologia ta jest również stosowana w przypadku inteligentnego asystenta, który faktycznie pomaga w realizacji wielu zadań – wskazuje Jacques Xiang Li

Nowe wersje smartfonów mają coraz więcej funkcji i aplikacji zintegrowanych ze sztuczną inteligencją i uczeniem maszynowym. To dzięki sztucznej inteligencji interfejs aparatu w smartfonie może łatwo wykryć obiekt w ramce aparatu, dostosowując ustawienia w celu uzyskania najlepszego możliwego obrazu. Dzięki integracji SI i uczenia maszynowego smartfony mogą też tłumaczyć różne języki w czasie rzeczywistym bez konieczności połączenia z internetem. To SI odpowiada za możliwość odblokowania telefonu wizerunkiem twarzy, przy której nie przeszkadzają okulary czy zarost.

Sztuczna inteligencja pozwala też zintegrować telefon z innymi urządzeniami internetu rzeczy, tym samym smartfonem można sterować domowymi urządzeniami.

– Uważam, że smartfony mogą zastąpić pod wieloma względami laptopy. Czekamy też na wdrożenie technologii 5G. Widzimy, że łączność staje się coraz łatwiejsza. Możemy też kontrolować wiele rzeczy w naszych mieszkaniach w połączeniu z rozwiązaniami inteligentnych domów – wskazuje ekspert Xiaomi.

Coraz więcej producentów wprowadza na rynek smartfony 5G. Producent chipów do smartfonów Qualcomm ocenia, że do 2020 roku na rynku będzie 175-225 mln smartfonów z siecią 5G. Smartfony 5G oferują już m.in. Samsung, Huawei, LG, Oppo i Xiaomi, przy czym Xiaomi zapowiada, że w 2020 roku wprowadzi 10 różnych modeli z siecią 5G.

Smartfony bardzo szybko zmieniają też swój design. Na rynku można już dostać telefony, które do złudzenia przypominają świecącą szklaną płytę, bez portów USB, czy głośników. Coraz więcej producentów wprowadza składane smartfony – do prostych zadań wystarczy mała wersja, którą jednak można rozłożyć do oglądania filmów, czytania wiadomości i książek. Google od lat pracuje nad Androidem, który może bezproblemowo działać w wielu różnych kształtach. Z kolei Samsung zaprezentował nowy design smartfona, który można złożyć w kwadrat.

– Smartfon to nie tylko urządzenie do komunikacji, jest to także przedmiot, który wyraża twój styl, dlatego koncentrujemy się również mocno na designie. Mamy ponadto na uwadze powszechną niechęć użytkowników do wydawania fortuny na coś, co wymienią po dwóch lub trzech latach. Ten trend również zauważyliśmy i chcemy oferować smartfony w cenach, które są przystępne dla większości ludzi – mówi Jacques Xiang Li.

Terapie genowe będą coraz powszechniejsze. W przyszłości będzie możliwe naprawianie DNA, a tym samym zapobieganie konkretnym chorobom

Naukowcy prowadzą badania nad potencjałem terapii genowych, które w przyszłości staną się jednym z podstawowych narzędzi wykorzystywanych w procesie leczenia. Upowszechnienie się testów genetycznych umożliwi oszacowanie ryzyka wystąpienia chorób nowotworowych oraz dobranie leków, które najlepiej działają na danego pacjenta. Prowadzone są także eksperymenty z innowacyjnymi metodami leczenia, które umożliwią edycję ludzkiego genomu, co pozwoli w przyszłości zapobiegać chorobom o podłożu genetycznym.

– Geny to są instrukcje, z którymi się rodzimy, w których jest zapisany nasz wygląd, zachowanie, ale też predyspozycje do różnych chorób. Nawet 1 na 100 dzieci rodzi się z jakąś chorobą, którą już w szpitalu umiemy zdiagnozować, jest to choroba genetyczna. Natomiast nawet kilkanaście procent urodziło się z ryzykiem jakiejś choroby, która wystąpi w późniejszym wieku, to są nowotwory, choroby serca, różnego rodzaju choroby neurologiczne takie jak choroba Alzheimera czy Parkinsona. Wystąpienie wielu z nich potrafimy opóźnić albo przynajmniej złagodzić ich przebieg – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab. n. med. Anna Wójcicka z Warsaw Genomics.

Programy sekwencjonowania ludzkiego genomu u ludzi zdrowych zyskują na popularności. W Stanach Zjednoczonych ta gałąź przemysłu medycznego rozwija się niezwykle dynamicznie. Jej potencjał docenił m.in. Brigham and Women’s Hospital, w którym otwarto klinikę genetyki prewencyjnej. Ośrodek w Bostonie wyspecjalizował się w przeprowadzaniu badań genetycznych, które pozwolą szczegółowo przeanalizować ludzki genom, a co za tym idzie –pozwolą wskazać ryzyko wystąpienia części chorób genetycznych.

W Polsce badania tego typu prowadzone są przez Warsaw Genomics we współpracy z naukowcami z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Firma ma w planach przeanalizowanie genomu wszystkich Polaków, aby wskazać osoby, u których występuje podwyższone ryzyko zachorowania na nowotwór. Testy pozwolą oszacować ryzyko wystąpienia takich dziedzicznych chorób nowotworowych jak rak prostaty oraz piersi.

– W przyszłości każdy człowiek będzie mógł odczytać wszystkie swoje geny. Dzięki temu będziemy mogli określić ryzyko chorób, diagnozować i leczyć zgodnie z potrzebami. W genach mamy też zapisaną odpowiedź na leczenie. Chcemy, żeby było ono dobrane tak, aby leczyć, a przy okazji nie szkodzić. Geny powodują, że jesteśmy tacy, a nie inni, powodują, że mamy takie, a nie inne ryzyko konkretnych chorób i tak, a nie inaczej reagujemy na leki. Jeżeli znamy swój podpis genetyczny, to możemy być diagnozowani dokładnie w taki sposób, jakiego potrzebujemy – wyjaśnia ekspertka.

Do prac nad analizą ludzkiego genomu włączyły się także firmy z branży nowych technologii. Korporacje Lenovo oraz Intel nawiązały współpracę z nowojorskim zespołem badawczym Flatiron Institute w celu wypracowania narzędzi do wydajniejszego przetwarzania danych medycznych, w tym m.in. analizy ludzkiego genomu. Aby osiągnąć ten cel, firmy udostępnią instytutowi superkomputery wyposażone w sztuczną inteligencję wyszkoloną do pracy z dużymi zasobami danych. Urządzenia te pozwolą szybciej i precyzyjniej przeprowadzić proces pełnego sekwencjonowania genomu pacjentów.

Profilaktyka to jednak dopiero pierwszy krok na drodze do zrewolucjonizowania usług medycznych za pośrednictwem terapii genowych. Kolejnym będzie wykorzystanie narzędzi, które umożliwią przeprowadzenie edycji genów, a co za tym idzie – zahamowanie rozwoju choroby.

– W przyszłości testy genetyczne pozwolą nam uniknąć wielu chorób, ale przede wszystkim, jeżeli będziemy w stanie zidentyfikować konkretne uszkodzenie genetyczne, które leży u podłoża konkretnej choroby, to będziemy je umieli naprawiać. To jest kierunek, w którym medycyna coraz bardziej idzie, może jeszcze w tym momencie nie umiemy naprawiać genów, ale na pewno umiemy naprawić skutki tych uszkodzeń genetycznych tzw. leczeniem celowanym. Jest to niewątpliwie przyszłość medycyny – wskazuje ekspertka.

Naukowcy pokładają duże nadzieje w prime editing, nowej metodzie edycji kodu DNA opracowanej przez amerykański zespół z Broad Institute, która ma być bezpieczniejsza niż popularna metoda CRISPR-Cas9. Bazuje bowiem na zmianach przeprowadzanych w RNA, umożliwiając przecięcie wyłącznie jednej nici DNA, dzięki czemu minimalizuje się ryzyko błędu podczas edycji genomu.

– Leczenie ukierunkowane na łagodzenie skutków konkretnych uszkodzeń genetycznych jest już dostępne w grupie chorób rzadkich, czyli takich, które już się ujawniają u dzieci, ale też w ogromnej grupie chorób nowotworowych. Jeżeli wiemy, który gen się zepsuł w komórce i doprowadził do nowotworzenia, to tego genu naprawić nie umiemy, ale umiemy wyciszyć to wszystko, co przez jego uszkodzenie zostało rozregulowane. I to się dzieje na co dzień – mówi Anna Wójcicka.

Według analityków z firmy Global Market Insights wartość globalnego rynku digitalizacji genomu w 2018 roku wyniosła 6,8 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do 50,4 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie przeszło 10 proc.

CRM – poznaj jego zalety

CRM to system informatyczny, dzięki któremu znacznie łatwiejsze jest organizowanie funkcjonowania całej firmy. Korzystanie z systemu sprawia, że komunikacja pomiędzy działami przebiega sprawniej, a klienci są zadowoleni z kontaktów z firmą oraz z dokonywanych w niej zakupów. Dlaczego jeszcze warto korzystać z CRM? 

  1. CRM – narzędzie dla małych i dużych
  2. Rozwiązanie uniwersalne dla wielu różnych branż
  3. Leasing oprogramowania czy rozwiązanie w chmurze

Korzystanie z CRM jest coraz popularniejsze. Funkcjonalne oprogramowanie daje możliwość sprawniejszego realizowania zamówień i efektywnej współpracy pomiędzy różnymi działami w firmie. Jeśli chcesz zwiększyć sprzedaż lub osiągnąć inny cel biznesowy, sprawdź, w czym może Ci pomóc CRM.

CRM – narzędzie dla małych i dużych

CRM jest wykorzystywany w małych i dużych firmach przede wszystkim w celu usprawnienia komunikacji i uzyskania spójnego przekazu do klientów. System jest używany nie tylko przez dział handlowy, ale również przez pracowników zajmujących się zupełnie innymi zadaniami. Dzięki CRM łatwiejsze jest prowadzenie kampanii reklamowych na różną skalę, zarządzanie gwarancjami/kontraktami i prowadzenie działu serwisu, a nawet przygotowywanie rozbudowanych analiz, które pozwalają ocenić efektywność działań promocyjnych, bądź wprowadzenia nowych rozwiązań w poszczególnych działach przedsiębiorstwa. Co ważne, dostęp do CRM dla pracowników jest niemalże nieograniczony. Mogą z niego korzystać nie tylko w biurze, ale również w domu lub w podróży. Nowoczesny system CRM działa na komputerach stacjonarnych i laptopach, na tabletach oraz smartfonach.

Rozwiązanie uniwersalne dla wielu różnych branż

CRM przyda się w firmach z najróżniejszych branż, gdyż jego zastosowanie jest uniwersalne, a rozbudowane funkcje umożliwiają realizację wielu kluczowych zadań. System sprawdza się w firmach działających w branży reklamowej, medycznej, energetycznej, technologicznej, finansowej, rolniczej, motoryzacyjnej i turystycznej. Wykorzystuje się go również w telemarketingu i telekomunikacji oraz w branży nieruchomości. Dzięki temu mogą zainstalować go przedsiębiorstwa zajmujące się zupełnie innymi zadaniami, osiągając w ten sposób każdy założony cel.

Leasing oprogramowania czy rozwiązanie w chmurze

W przypadku CRM na jego rosnącą popularność ogromny wpływ ma możliwość nabycia systemu w ramach leasingu oprogramowania. Leasing jest związany z szeregiem korzyści podatkowych dla przedsiębiorstwa oraz z opcją rozłożenia płatności na raty. Co ważne, CRM w odróżnieniu od systemu w chmurze po zakończeniu okresu leasingu staje się własnością leasingobiorcy. Oprogramowanie CRM nabyte w ramach leasingu można zainstalować w biurze u klienta, co ułatwia przechowywanie i analizowanie danych firmowych. Dodatkowo dane które można nazwać informacjami wrażliwymi dla przedsiębiorstwa nie są przechowywane poza jego strukturami.

Sprzedaż wielokanałowa – jak wykorzystać omnichannel w biznesie?

„Omnichannel”, czyli wielokanałowość, to trend coraz silniej widoczny w handlu. Jeśli sprzedawcy chcą dziś osiągnąć sukces, muszą docierać do swoich klientów jednocześnie offline i online. Jak zrobić to skutecznie?

Jeszcze kilka lat temu wszystko było jasne: część konsumentów robiła zakupy tylko w sklepach stacjonarnych, część korzystała również z oferty sklepów internetowych, a używanie w tym celu aplikacji zainstalowanych w smartfonach było co najwyżej ciekawostką. Dziś przyzwyczajenia konsumentów uległy ogromnym zmianom – korzystają oni chętnie z różnych kanałów sprzedaży. To jednak nie wszystko; obecnie różne kanały się przenikają. Zupełnie naturalna jest sytuacja, gdy towar oglądany jest na przykład w sklepie stacjonarnym, po czym za pomocą smartfonu wyszukiwana jest jego najlepsza oferta w Internecie, a zakup dokonywany jest przed laptopem. To duże wyzwanie dla sprzedawcy, ale również szansa na zdobycie nowych klientów i zatrzymanie ich na dłużej. Odpowiedzią na takie wyzwanie jest „omnichannel”, czyli sprzedaż wielokanałowa, której składniki są jednak ściśle ze sobą powiązane. Taką strategię sprzedażową warto wdrożyć, znając przyzwyczajenia współczesnego konsumenta.

 

Koncentracja na kliencie, a nie na sprzedaży

 

„Omnichannel” oznacza, że trzeba skoncentrować się nie tyle na samej sprzedaży produktów czy usług, ile na samym kliencie. Dziś konsument oczekuje, że sprzedawcy i marki będą wszędzie tam, gdzie on się znajduje. To wymaga zupełnie innego podejścia biznesowego niż tylko rozwijanie jednego kanału sprzedaży, a nawet kilku, ale działających osobno. Klient staje w samym centrum działań, a kontakt z nim zostaje zachowany bez względu na to, gdzie się znajduje i jakiego urządzenia aktualnie używa. Dziś już powszechnie pojawiają się takie zjawiska jak „showrooming” (klient przebywa w sklepie stacjonarnym, ale wyszukuje ceny danego produktu i informacje o nim w Internecie, a potem tam kupuje) czy „webrooming” (zjawisko odwrotne). Właśnie dzięki „omnichannel” można wykorzystać oba te trendy. Okazuje się bowiem, że dla 77% polskich internautów jest ważne, żeby marka była dostępna zakupowo w wielu kanałach. Istotne jest także to, że 54% Polaków kupuje te same produkty na więcej niż jeden sposób. Może to być sklep stacjonarny i sklep internetowy, ale również aplikacja mobilna.

 

Jak prowadzić sprzedaż wielokanałową efektywnie?

 

Aby skorzystać z potencjału, jaki daje „omnichannel”, trzeba mieć pełną kontrolę nad procesem sprzedażowym. Ten zaczyna się dużo wcześniej niż złożenie zamówienia. Konieczne jest łączenie różnych rozwiązań. Przykładem są płatności – 66% Polaków w sklepach stacjonarnych płaci najczęściej kartą. Taki sam odsetek korzysta z szybkich płatności internetowych, robiąc zakupy online. Należy zatem wdrożyć w sklepie wszystkie te metody płatności. Obecnie nie jest to żadnym problemem, ponieważ działają firmy dostarczające zarówno terminali do punktów stacjonarnych, jak i rozwiązań płatności online (np. Polskie ePłatności).

 

„Omnichannel” wymaga kompleksowego podejścia, warto zatem podkreślać połączenie różnych kanałów. Przykładem jest chociażby możliwość zakupu produktu online i odebranie go w sklepie stacjonarnym („click and collect”). To często wygodne rozwiązanie dla klienta, zapewniające darmową dostawę i szybkie otrzymanie produktu. To jednak nie wszystko. Połowa klientów, którzy korzystają z opcji „click and collect”, dokonuje dodatkowych zakupów w stacjonarnym sklepie podczas odbierania zamówionego towaru. To już wykorzystanie klasycznego cross-sellingu. Sprzedawca przy kasie doskonale wie, co interesuje klienta dzięki informacjom zebranym online i może mu zaproponować spersonalizowaną ofertę. Krzyżową sprzedaż warto także stosować w połączeniu z kanałem online i kanałem telefonicznym. Wtedy pracownik sklepu dzwoni do klienta, żeby potwierdzić zamówienie, a przy okazji proponuje zakup dodatkowego produktu.

 

Sprzedaż wielokanałowa to już nie przyszłość handlu, ale jego teraźniejszość. Dzięki przenikaniu się spójnej oferty w różnych kanałach marka może towarzyszyć przez cały czas konsumentowi i wychodzić naprzeciw jego oczekiwaniom. To dobry sposób na budowanie przewagi konkurencyjnej w tak trudnej branży jak handel.

Bakkt nowe plany w stosunku do Bitcoina

Czym jest Bakkt?

Ponad rok temu, w sierpniu 2018 roku amerykańska firma Intercontinental Exchange (ICE) ogłosiła, że zamierza utworzyć nową firmę-córkę Bakkt, która będzie umożliwiała wykorzystanie serwerów cyfrowych Microsoftu do zarządzania kryptowalutami. Po ponad roku oczekiwania – 23 września 2019 miała miejsce premiera platformy do obsługi kontraktów futures. Po otrzymaniu wszystkich niezbędnych pozwoleń od Departamentu Usług Finansowych w Nowym Jorku (NYDFS), Bakkt otrzymało kartę zaufania. Oznacza to, że na platformie mogą być przechowywane Bitcoiny dla fizycznie zawieranych kontraktów futures. Uruchomienie kontraktów futures może mieć bardzo pozytywny wpływ na wzmocnienie bitcoina i otwarcie rynku dla dużych inwestorów. Pomimo głośnej premiery platformy Bakkt na rynku usług powierniczych dla rynku kryptowalut, nie jest to jedyna firma oferująca takie możliwości. Fidelity Investments w październiku tego roku uruchomiło platformę Fidelity Digital Assets, która obsługuje usługi powiernicze oraz wykonywanie usług handlowych dla firm, dużych inwestorów, funduszy hedgingowych i doradców finansowych. Co więcej, giełda Coinbase, jedna z największych i najstarszych giełd umożliwiających handel kryptowalutami już w 2018 roku uruchomiła usługi powiernicze. Obecnie Coinbase Custody zarządza kontraktami dla ponad 30 największych kryptowalut o łącznej wartości przewyższającej 7 miliardów dolarów według kapitalizacji rynkowej.

Kontrakty bitcoin futures – bezpieczeństwo

Usługi powiernicze i kontrakty futures mogą napędzać na rynek kryptowalut duże firmy i instytucje, co zawsze pozytywnie wpływa na umocnienie się i uwiarygodnienie walut wirtualnych. W odróżnieniu od kontraktów CFD, oferowanych na stronie Monfex, kontrakty futures oferowane są dużym firmom, co wiąże się z dużym wolumenem dokonywanych inwestycji. Wysoka wartość umów niesie ze sobą zawsze pewne ryzyko, dlatego niezbędne jest zapewnienie najwyższych środków bezpieczeństwa. Również na Monfex możesz znaleźć najlepsze w branży środki bezpieczeństwa, ponieważ rozumiemy, że bezpieczeństwo jest najwyższym priorytetem również dla klienta indywidualnego.

Premiera Bakkt

Bakkt swoją premierę miało 23 września 2019 roku, ale już od 6 września klienci zainteresowani produktem, mogli zdepozytować swoje środki na platformie. Dlatego tym bardziej dziwił fakt, że platforma zanotowała tak słaby start i małe zainteresowanie w pierwszym miesiącu od swojej premiery. Było to ogromne rozczarowanie dla traderów i być może jeden z powodów, który stał za gwałtownym spadkiem ceny Bitcoina pod koniec września bieżącego roku. W nocy z 24 na 25 września BTC zanotował spadek wartości o ok. 1300 USD. Słaba cena Bitcoina utrzymywała się przez cały październik, notując pod koniec miesiąca rekordowy dla ostatnich miesięcy spadek poniżej progu 7 500 USD/BTC. O spadku tym pisaliśmy także na blogu Monfex, jako o świetnym momencie do zakupu Bitcoin.

W pierwszych dniach od startu Bakkt mieliśmy do czynienia z zadziwiająco małym zainteresowaniem na rynku, które przełożyło się na mały wolumen złożonych depozytów. W dniach 24 września – 22 października ilość złożonych depozytów wahała się pomiędzy wartością 0.2 – 1.9 mln USD. Było to zadziwiające dla wielu obserwatorów, ponieważ Bakkt wspierana była przez największe firmy w branży. Okazało się, że na mocny start i nabranie wiatru w żagle platforma musiała poczekać miesiąc. 23 października wartość złożonych depozytów wynosiła już 4.8 mln USD, a dwa dni później – 10.3 mln USD. 8 listopada wartość depozytów przekroczyła 15.5 USD.

Jak Bakkt może wpłynąć na cenę Bitcoina – najnowsze doniesienia

Zwiększenie się zainteresowanie Bitcoinem przez duże instytucje może pozytywnie wpłynąć na sytuację kryptowaluty. Napływ świeżego kapitału od instytucji może również wpłynąć na rynek pozostałych kryptowalut, z czego mogą również skorzystać indywidualni traderzy na platformie Monfex, gdzie można kupować i sprzedawać kontraktami aż 12 kryptowalut w stosunku do USD. Dobra passa Bakkt oraz doniesienia napływające z Chin wpłynęły na wzrost cen Bitcoina, który mogliśmy obserwować pod koniec października. Obecnie mamy do czynienia z niewielkim spadkiem i stabilizacją ceny. Ze strony Bakkt płyną ciągle jednak nowe doniesienia.

12 listopada na konferencji w Nowym Jorku, Adam White, COO Bakkt, zapowiedział wprowadzenie rozliczenia gotówkowego na kontrakty Bitcoin futures, w odpowiedzi na zapotrzebowanie rynku.  Kontrakty rozliczane w gotówce mają być dostępne za pośrednictwem gałęzi ICE Clear Singapore z siedzibą w Singapurze i możliwe do kupna na giełdzie ICE Futures Singapore. Rozmowy na ten temat są ciągle w toku ale wprowadzenie tego rozwiązania być może nastąpi jeszcze w 2019 roku. Wielu komentatorów rynku kryptowalut uważa, że rozliczenie kontraktów futures na Bitcoiny w gotówce, które jest odpowiedzią na zainteresowanie inwestorów produktem Bakkt, stanowi wyraźny krok do przodu dla instytucjonalnej akceptacji kryptowalut, a w szczególności Bitcoina.

Przyszłość Bitcoina

Zainteresowanie instytucji, a nawet państw przejawiające się we wprowadzaniu pozytywnych regulacji prawnych, które dążą do kodyfikacji przynajmniej części rozwiązań i instrumentów oferowanych w ramach technologii Blockchain, przez niektórych obserwatorów rynku kryptowalut, oceniane jest jako zagrożenie dla idei walut wirtualnych i upadek Bitcoina. Pomimo że pojawienie się dużego gracza, operującego potężnym wolumenem wpływa zazwyczaj pozytywnie na wizerunek Bitcoina, paradoksalnie uderza też w jego podstawy. Oddanie połowy wolumenu wydobytego Bitcoina w ręce dużych graczy oraz utworzenie kontraktów futures, które powodują, że Bitcoin przestaje pracować na rynku, jest za to przetrzymywany przez “nadzorców” w zimnych portfelach. W zamian, osobom i firmom, które chciały zainwestować w Bitcoina i zarobić na spekulacji cenami, wydawane są na niego jedynie kwity (kontrakty) przez “firmę-nadzorcę”, które stanowią teraz podstawę do handlu. W rezultacie przestajemy wymieniać Bitcoiny, korzystając z rozwiązań Blockchaina. Warto zaznaczyć, że Bitcoin jest kryptowalutą, której ilość dokonywanych transakcji jest skorelowana ze wzrostem ceny kryptowaluty. Może to rodzić zatem pytanie, czy w przypadku rezygnacji z technologii Blockchain do handlu Bitcoinami i objęcie jej nadzorem instytucji finansowych zbytnio nie interweniuje w rynek Bitcoina i nie uderza w istotę kryptowalut. Bitcoin, podobnie jak inne coiny w założeniu jest systemem zdecentralizowanym, opartym na łańcuchu powiązań peer-to-peer i wykorzystujący technologię Blockchain zarówno do księgowania transakcji, jak i do wydobywania nowych monet. Obawy, czy Bitcoin jest nadal Bitcoinem w przypadku handlu kontraktami futures zamiast BTC podniosła m.in. Meltem Demirors z Coinshare. Podobne obawy podzielają również indywidualni traderzy i użytkownicy na różnych forach internetowych, które zawsze stanowiły kopalnie pomysłów, inspiracji, wiedzy i analiz na temat technologii blockchain.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 25.11-29.11

Dojdzie w końcu do porozumienia handlowego USA-Chiny czy nie? Niepewność blokuje decyzje inwestycyjne a rynki ogarnia zmęczenie tematem. Z drugiej strony dane makro nie dostarczają jasnych sygnałów poprawy koniunktury. Im bliżej grudnia, ty mniej czasu na odmianę klimatu. Z perspektywą skrócenia tygodnia przez Święto Dziękczynienia w USA, najbliższe dni powinny przynieść podtrzymanie apatyczności.

Przyszły tydzień: indeks zaufania konsumentów/zamówienia na dobra trwałego/Chicago PMI z USA, Ifo z Niemiec, HICP z Eurolandu, PKB z Polski, CAPEX z Australii, PKB z Kanady

USA

W USA tradycyjnie mamy tydzień skompresowany w trzy dni w związku z czwartkowym Świętem Dziękczynienia. Najbardziej interesującym powinien być indeks nastrojów konsumentów (wt), gdzie spodziewana jest poprawa. Dane o nastrojach w biznesie i solidny rynek pracy dają podstawy dla podtrzymania optymizmu wśród gospodarstw domowych. Poluzowanie polityki monetarnej łagodzi warunki kredytowe i sprzyja wzrostowi sprzedaży nowych domów (wt). Strajki w sektorze motoryzacyjnym będą ciążyć na październikowych danych o zamówieniach na dobra trwałe (śr). Wreszcie Chicago PMI (śr) potwierdzi poprawę nastrojów w firmach przy osłabieniu obaw o eskalację sporu handlowego z Chinami. Generalnie pozytywny ton z danych wesprze dolara, ale też może napsuć sentyment wobec ryzykownych aktywów, gdyż osłabną oczekiwania na łagodzenie polityki Fed.

Strefa euro

Indeks Ifo (pon) pomoże rozstrzygnąć, jak oceniać listopad w niemieckiej gospodarce. Choć ZEW i Sentix wskazały na poprawę warunków prowadzenia biznesu, wskaźniki PMI wysyłają mieszane sygnały. Lepszy odczyt podtrzyma nadzieje na stabilizację koniunktury. Z Eurolandu otrzymamy dane o inflacji HICP za listopad (czw), gdzie efekty niskiej bazy za poprzedni rok będą windować odczyty. Inflacja bazowa na 1,3 proc. r/r wciąż będzie daleko od celu EBC 2 proc., więc dane raczej nie pomogą EUR.

Wielka Brytania

Kolejny spokojny tydzień od strony danych z Wielkiej Brytanii. Na niecałe trzy tygodnie do wyborów parlamentarnych śledzenie sondaży i wsłuchiwanie się w debaty liderów partii to jedyne czynniki ryzyka dla funta, choć można odnieść wrażenie, że póki nie poznamy oficjalnych wyników głosowania, GBP będzie dryfował bez kierunku.

Polska

Nie sądzimy, aby dane z Polski w przyszłym tygodniu wpłynęły na kurs złotego. Jesteśmy zdania, że konsumpcja słabnie, co może znaleźć odzwierciedlenie w danych o październikowej sprzedaży detalicznej (pon) i szczegółach raportu o PKB za III kw. (pt). Brak klarowności w temacie negocjacji handlowych USA-Chiny hamuje zapał do alokacji w aktywa rynków wschodzących, co może przywiązać EUR/PLN do 4,30 na dłużej.

Australia

Kolejny spokojny tydzień w Australii, gdzie tylko dane o wydatkach inwestycyjnych przedsiębiorstw za III kw. (czw) mogą pokazać pierwsze efekty ekspansji monetarnej RBA. Poluzowanie warunków kredytów jest ważnym elementem w procesie planowania inwestycji i będzie podstawą perspektyw gospodarczych na kolejne kwartały. Prezes RBA będzie przemawiał w Sydney (wt). Szczególnie opinia o szansach QE w Australii będzie interesująca. Dla AUD komentarze Lowe’a mogą mieć większe znaczenie obok sentymentu globalnego (umowa USA-Chiny).

Kanada

CAD ma za sobą burzliwy tydzień, choć od większych strat walutę uchroniły optymistyczne komentarze prezesa Poloza. Kolejnym testem będą dane o PKB za III kw. (pt), gdzie spodziewane jest spowolnienie z 3,7 proc. w II kw. Jakkolwiek komentarze z banku centralnego mocno osłabiły szanse na cięcie w grudniu, tak słabsze dane mogą zawsze namieszać w rynkowych oczekiwaniach.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs EUR/PLN pozostaje blisko istotnej granicy

Polski złoty pozostaje dość słaby. Koniec tygodnia krajowa waluta zakończy najpewniej w okolicy psychologicznego poziomu 4,30 w parze z euro.

Złotemu nie pomaga przerwanie ostatniego wzrostu pary EUR/USD i brak przełomowych wieści w kontekście wojny handlowej USA i Chin. Słabości złotego jednak raczej nie należy wiązać z informacjami z kraju.

Same ostatnie odczyty ekonomiczne z Polski są mieszane – wczoraj poznaliśmy nieco rozczarowujące dane pokazujące hamowanie dynamiki płac i zatrudnienia w październiku. Dziś jednak in plus zaskoczyła produkcja przemysłowa w tym samym miesiącu. Oczywiście są one jedynie “punktowe”, jednak ostatnie odczyty z krajowej gospodarki zdają się wspierać pogląd o tym, że w Polsce postępuje stosunkowo łagodne spowolnienie wzrostu gospodarczego.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Para EUR/USD z kolei zakończyła dzień na minusie. Opublikowane wczoraj “minutki” z ostatniego spotkania EBC wskazują na obawy części członków Rady Prezesów w kontekście skutków ubocznych polityki EBC. Wśród decydentów w ostatnim czasie widać pewne rozbieżności dotyczące oceny działań banku centralnego. W tym miejscu warto przypomnieć, że ostatnia decyzja dotycząca wznowienia programu QE spotkała się z opozycją części decydentów.

W kontekście dzisiejszego dnia warto wspomnieć o dwóch kwestiach: publikacji wstępnych danych PMI dla strefy euro w listopadzie oraz przemówieniu przewodniczącej EBC, Christine Lagarde. Co tyczy się pierwszej kwestii – poranek rozpoczął się dość optymistycznie. Większość indeksów o aktywności biznesowej we Francji i Niemczech wprawdzie okazała się gorsza od oczekiwań, niemniej zbiorcze dane (ważone indeksy opisujące aktywność i w usługach i przemyśle) pokazały lekki wzrost w stosunku do poprzedniego miesiąca. Co więcej, zaobserwowaliśmy też dość spory skok indeksu dla niemieckiego i francuskiego przemysłu. Powyższe kwestie pomogły wzrosnąć kursowi EUR/USD. Dobra passa głównej pary nie trwała jednak zbyt długo – dane dla strefy euro, opublikowane później rozczarowały, wskazując na nieco niższą aktywność biznesową we wspólnym bloku niż notowano miesiąc wcześniej.

Drugą kwestią, która skupiała na sobie uwagę rynków w pierwszej części dnia było przemówienie Christine Lagarde. Ton przemówienia nowej prezeski EBC przypominał ton ostatnich przemówień byłego prezesa EBC, Mario Draghiego. Podobnie jak on, szczególnie spory nacisk w wypowiedzi Lagarde położyła na kwestię znaczenia polityki fiskalnej we wsparciu gospodarek wspólnego bloku walutowego, stwierdzając, że polityka pieniężna “nie może i nie powinna być jedynym graczem w mieście”. Lagarde wspomniała również o tym, że w kontekście polityki monetarnej EBC niedługo dojdzie do “strategicznego przeglądu”, nie podała jednak szczegółów w tej kwestii.

Dzisiejsza wypowiedź Lagarde zdaje się potwierdzać, że jej wybór na najwyższe stanowisko w EBC był dobrą decyzją. W dobie ograniczeń jakie dotykają banki centralne takie jak EBC jej umiejętności polityczne mogą okazać się kluczowe w kontekście zwrotu banku centralnego w stronę promowania polityki fiskalnej.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 5,01-5,03. Kluczowym tematem w kontekście funta brytyjskiego pozostaje kwestia wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii, które odbędą się 12 grudnia. Zgodnie z ostatnimi sondażami torysi mają dwucyfrową przewagę nad laburzystami, co jest pozytywne w kontekście Brexitu (zmniejsza ryzyko, że Izba Gmin nie zaakceptuje porozumienia Johnsona). Niemniej, ostatni sondaż (Ipsos MORI) wskazuje, że aż 40% ankietowanych wyborców nie wie na kogo zagłosuje. Daje to pewne pole do nadrobienia przewagi torysów przez laburzystów – a pamiętajmy, że sondaże mniej więcej w podobnym okresie przed wyborami z 2017 roku też wskazywały na dwucyfrowe prowadzenie Partii Konserwatywnej.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,87-3,89. Wczorajsze dane z USA były mieszane, jednak dość nieznaczące, dlatego też nie warto poświęcać im większej uwagi. Kluczową kwestią w kontekście rynkowego sentymentu i dolara amerykańskiego pozostaje wojna handlowa USA i Chin. Sygnałów dotyczących tej kwestii pochodzących z samej “góry” nie brakuje – ostatnie dni przyniosły wypowiedzi zarówno prezydenta Trumpa, jak i przewodniczącego ChRL Xi Jinpinga. Brak konkretnych informacji o tym czy w najbliższym czasie uda się osiągnąć porozumienie nie sprzyja jednak nastrojom w tym kontekście.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Polscy menedżerowie coraz bardziej lubią luksus

Z psychologicznego punktu widzenia żeby uczciwie wobec siebie rozstrzygnąć dylemat mieć czy być, trzeba doświadczyć co to znaczy „mieć”, bo to znaczy, że trzeba podjąć wysiłek.

– Obawa przed okazaniem się nikim w oczach otoczenia może być motywacją do budowania wieżowców ze swoim nazwiskiem na górze, do kolekcjonowania sztuki, a nawet do wymiany małżonki, aby jej PESEL pokrywał się z rokiem ukończenia studiów przez menedżera – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Santorski, dyrektor programowy Akademii Psychologii Przywództwa.

Polscy top menedżerowie zmieniają się. Wprawdzie coraz bardziej lubią luksus, ale kolekcjonują sztukę już nie ze względu na snobizm, ale dlatego, że zaczęli się nią interesować.

– Niektórzy robią to także dlatego, aby nie być nikim – wyjaśniał J.Santorski podczas konferencji „Dobra Luksusowe – mieć czy być”, zorganizowanej w budynku Złota 44 w Warszawie. – W Akademii Psychologii Przywództwa od dziesięciu lat pracujemy z menedżerami nad tym, aby mieć i być, ale robiąc to świadomie.

Niższa akcyza na hybrydy zasługuje na tytuł podatkowej bzdury roku

Pomysł niższej akcyzy na hybrydy zasługuje na tytuł podatkowej bzdury roku, jednocześnie potwierdza w jaki sposób w Sejmie stanowione jest prawo. Wprowadzono ulgę podatkową zachęcająco do kupowania drogich, nieekologicznych samochodów.

– Niespodziewanie na ostatnim posiedzeniu Sejmu przed wyborami posłowie obniżyli o połowę akcyzę na auta hybrydowe, ale nie do końca zdawali sobie sprawę z konsekwencji, bo bardzo szeroka definicja sprawia, że tzw. łagodne hybrydy załapią się na promocyjną stawkę akcyzy, czyli taniej kupowane będą luksusowe samochody z silnikami diesla o pojemności do 3,5 l., które emitują bardzo dużo zanieczyszczeń, tylko dlatego, że mają dodany bardzo mały silniczek elektryczny i bardzo małą baterię, która minimalnie zmniejsza zapotrzebowanie roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapieice.pl.

Można oczekiwać, że po wyborach Sejm raz jeszcze przyjrzy się tej sytuacji, skoro posłowie, którzy zgłosili projekt ustawy przyznali, że nie do końca zdawali sobie sprawę jakie będą konsekwencje.

Płace i zatrudnienie rośnie, ale spowolnienie już puka do polskich drzwi

Wśród opublikowanych w tym tygodniu danych makroekonomicznych warto wyróżnić przede wszystkim wyniki z rynku pracy. Choć nie okazały się tak dobre jak tego oczekiwano, to nadal są pozytywne. Zatrudnienie w październiku wzrosło o 2,5% r/r, a płace o 5,9%, co pozwala przewidywać dalszy wzrost polskiego PKB, napędzanego głównie konsumpcją gospodarstw domowych. Jednak biorąc pod uwagę spowolnienie europejskiej gospodarki, a przede wszystkim niemieckiej, rozwój rynku pracy nie będzie w stanie utrzymać się na aktualnym poziomie. Można więc oczekiwać spowolnienia. Płace i zatrudnienie nie mogą w tym tempie rosnąć w nieskończoność. Fakt ten nie uszedł uwadze przedstawicielom polskiego banku centralnego. Podczas ostatniego posiedzenia NBP, którego zapis opublikowano w tym tygodniu, większość członków Rady Polityki Pieniężnej uznała, że stopy procentowe powinny zostać niezmienione i nie przyjęto wniosku o obniżenie ich poziomu. Część jej członków widzi jednak przestrzeń do ich obniżenia. W obliczu spowolnienia gospodarczego możliwe jest, że w najbliższych miesiącach do tego dojdzie. Natomiast podwyższenie stóp procentowych obecnie nie wchodzi już w rachubę.

Złoty ponownie osłabił się w tym tygodniu, na co najprawdopodobniej wpływ miała korekta techniczna, wynikającą z silnego umacniania się polskiej waluty w październiku. W piątek rano kurs EUR/PLN oscylował wokół poziomu 4,30. W tym samym czasie kurs eurodolara wynosił 1,107 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej analityczki AKCENTY

Za alkohol najwięcej płacą niepijący. Alkohol jest za tani i zbyt łatwo dostępny?

Blisko 30 tys. osób umiera co roku w Polsce z powodu bezpośrednich i pośrednich skutków nadużywania alkoholu. Podejrzani o popełnianie przestępstw w większości są nietrzeźwi. Koszty dla społeczeństwa związane z nadużywaniem alkoholu mogą wynosić ok. 50 mld zł rocznie i paradoksalnie ponoszone są głównie przez tych, którzy piją okazjonalnie lub nie piją wcale pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Europa, a w niej Polska, to najbardziej rozpity region świata. Roczne spożycie alkoholu na jednego dorosłego mieszkańca wynosi w naszym kraju ponad 10 litrów czystego spirytusu. Jednak gdy wyłączymy z kalkulacji abstynentów, to według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) Polacy przeciętnie konsumują 23 litry czystego alkoholu (ekwiwalent 2300 standardowych porcji alkoholu na osobę rocznie), a Polki 8,3 litra. W przypadku kobiet średnia jest dwukrotnie wyższa niż w całej UE.

Picie na umór, które jest szczególnie popularne w naszej części Wspólnoty, powoduje zatrważające skutki. Raporty WHO z 2019 r. dotyczące obszaru UE+ (Unia Europejska oraz Norwegia i Szwajcaria) pokazują, że ze względu na spożywanie tej psychoaktywnej substancji przedwcześnie traci życie ok. 290 tys. ludzi rocznie, w Polsce ok. 30 tys., (stosując AAF – alcohol-attributable fractions). Ponad 20 proc. zgonów mężczyzn w wieku 15-54 lata powodują choroby i obrażenia powypadkowe, do których przyczynił się alkohol.

Ze statystyk polskiej policji zamieszczonych w dokumencie Ministerstwa Zdrowia z 14 listopada 2017 r. (Rządowe Centrum Legislacji) wynika natomiast, że wśród dorosłych podejrzanych o zabójstwo i poddanych badaniu na stan trzeźwości 83 proc. było nietrzeźwych w 2016 r. Z dokumentu MZ możemy także wyczytać, że w przypadku podejrzanych wyrządzenie uszczerbku na zdrowiu, udziału w bójce lub pobiciu, zgwałceniu, rozboju, uszkodzeniu rzeczy oraz przestępstwach przeciwko funkcjonariuszom publicznym odsetek nietrzeźwych wynosi od 64 do 83 proc. Szersze dane policji za 2012 r. pokazują, że na 229 tys. podejrzanych dorosłych, którym zbadano trzeźwość, jedynie 43 tys. nie było pod wpływem alkoholu lub narkotyków.

Alkohol jest zbyt łatwo dostępny

W Polsce mimo olbrzymich problemów społecznych związanych z alkoholem praktycznie nie prowadzi się żadnych działań ograniczających jego spożycie. Spośród wielu sposobów zniechęcających do spożywania tej szkodliwej substancji Polska w pełni wprowadziła tylko dwa – minimalny wiek dla konsumenta oraz koncesję.

Wódkę, wino czy piwo – według danych WHO – można u nas nabyć w dowolnych godzinach (zarówno w lokalu, jak i w sklepie). Nie ma ograniczeń co do zagęszczenia punktów sprzedaży alkoholu. W internecie oraz w mediach społecznościowych dopuszczona jest reklama piwa, nie ma także problemu ze sprzedażą alkoholu w celach promocyjnych poniżej kosztu jego wytworzenia czy sponsorowania wydarzeń sportowych (również tych dla młodzieży) przez producentów wina bądź piwa.

Alkohol jest za tani

Najbardziej jednak dziwi fakt, że polski parlament nie zdecydował się na indeksowanie akcyzy o wzrost przeciętnego wynagrodzenia lub przynajmniej o inflację. I tak dochodzimy do skrajnie patologicznej sytuacji. Nominalne ceny detaliczne alkoholu nie zmieniły się praktycznie od 17 lat.

Według danych GUS w 2001 r. pół litra 40-procentowej wódki czystej kosztowało 23,52 zł, a w 2018 r. było to 24,39 zł (podwyżka tylko o 3,6 proc.). W tym samym czasie piwo jasne pełne zdrożało tylko o 19 gr (z 2,67 do 2,86 zł, czyli o 7 proc.), a wino białe gronowe wytrawne w latach 2001-2016 o niecałe 4 proc.

W latach 2001-2018 przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło natomiast z 2061 zł do 4583 zł, czyli o 122 proc. To oznacza, że Polacy mogą kupić ponad dwa razy więcej wódki czy piwa niż jeszcze 17 lat temu. Co ciekawe, mimo znacznie bardziej destrukcyjnych dla społeczeństwa skutków spożycia alkoholu w porównaniu do papierosów (pokazuje to np. analiza „The Lancet” zatytułowana „Drug harms in the UK: a multicriteria decision analysis”) cena paczki papierosów wzrosła w podobnym okresie (lata 2001-2017) z 4,08 zł do 13,79 zł, czyli ponad trzykrotnie. Dlaczego ustawodawcy udało się odpowiednio zareagować na destrukcyjne działanie palenia, a w przypadku alkoholu nie ma takich działań?

Pół litra lub 7 piw codziennie

Być może presja społeczna na zmianę prawa przez polityków wzrosłaby, gdyby powszechnie znane były np. badania Państwowej Agencji Rozwiązywania Problemów Alkoholowych (PARPA).

One dobitnie pokazują (np. „Narodowy Program Profilaktyki i Rozwiązywania Problemów Alkoholowych na lata 2011-2015”), że stosunkowo niewielki odsetek dorosłych (7,3 proc.) spożywa prawie połowę (46,1 proc.) sprzedawanego alkoholu. Choć trudno w to uwierzyć, ale 2 miliony osób może konsumować w Polsce każdego roku ok. 160 mln litrów czystego alkoholu. Oznacza to spożycie na poziomie 80 litrów na osobę rocznie, czyli ekwiwalent półlitrowej butelki wódki każdego dnia lub 7 piw.

Z kolei 46,9 proc. osób spożywa alkohol symbolicznie – do 1,2 litra rocznie czystego spirytusu lub w ogóle, a 34,4 proc. nie przekracza wartości 6 litrów rocznie. Mniej więcej 80 proc. społeczeństwa, chociaż jest daleka do ekstremalnie ryzykownego picia, ponosi większość kosztów generowanych przez 7 proc. obywateli spożywających „połówkę” dziennie. Dlaczego?

Ryzykowne picie to gigantyczne koszty społeczne

Gors problemów związanych z alkoholem generuje niewielki odsetek osób, ale koszty związane z ich leczeniem, przemocą w rodzinach, wypadkami, funkcjonowaniem wymiaru sprawiedliwości bądź przestępstwami przeciwko mieniu zwykle ponoszą wszyscy. Do tego dochodzi dodatkowo utrata produktywności tych osób, których koszty np. w wykształceniu poniosło całe społeczeństwo. Zaniedbują oni swoje obowiązki zawodowe, chodzą często na zwolnienia lekarskie, aż wreszcie tracą pracę i przechodzą całkowicie na utrzymanie państwa lub rodziny. O jakich kosztach mówimy?

Według amerykańskiego CDC (Centers for Disease Control and Prevention) w 2010 r. wynosiły one w USA 250 mld dolarów (niecałe 1,7 proc. PKB z 2010 r.). W Polsce jednak ten odsetek w relacji do PKB może być większy, ze względu na większe i bardziej ryzykowne spożywanie alkoholu.

Może on zatem oscylować wokół 2,1-2,5 proc. PKB (przedział średniej ważonej dla badanych gospodarek rozwiniętych oraz rozwijających się  zamieszczonych w analizie „Global burden of disease and injury and economic cost attributable to alcohol use and alcohol-use disorders”). Biorąc pod uwagę środek tego przedziału, coroczne koszty nadmiernego spożycia alkoholu wynoszą dla Polski prawie 50 mld zł. Tylko ok. jedna czwarta tej kwoty jest zaspokajana przez akcyzę.

Ty pijesz, ja płacę

Miliardy miliardami, ale wydaje się, że bardziej za poparciem idei znacznie wyższej akcyzy (docelowo nawet trzykrotnie) na alkohol powinny przemawiać jeszcze inne wyliczenie. Zakup popularnej ostatnio małpki (100 ml wódki) i puszki piwa kosztuje ok. 8 zł.

Ten miks pity w ryzykowny sposób powoduje wygenerowanie dodatkowych obciążeń społecznych na poziomie ponad 10 zł . Skąd te wyliczenia? W Polsce spożywa się ok. 33 mld porcji alkoholu (330 mln litrów czystego spirytusu, a porcja to 10 gr). Ponieważ w przykładowym „drinku” jest 7 porcji alkoholu, a każda porcja generuje 1,5 zł kosztów społecznych, to w rezultacie mniej więcej drugie 8 zł (wliczając już zapłaconą przez kupującego obecnie obowiązującą akcyzę) jest pokrywane np. przez kolejną osobę stojącą w kolejce…

Tachograf cyfrowy kłopotliwy dla przewoźników

Ponad 230 tys. ciężarówek poruszających się po drogach Europy pochodzi z Polski.[1] Eksperci Inelo szacują, że miesięcznie przybywa 1-2 proc. nowych pojazdów, których czas jazdy rejestrują inteligentne tachografy, a te montowane są w fabrycznie nowych tirach wyprodukowanych po 15 czerwca tego roku. Jak smart tacho sprawdza się w praktyce? Czy wszystkie funkcje cyfrowego rejestratora mają obecnie swoje zastosowanie? Co się sprawdza, a co sprawia przewoźnikom problemy? O pierwszych doświadczeniach z nowymi tachografami opowiada Piotr Żółty.

Polski Związek Przemysłu Motoryzacyjnego wskazuje, że licząc od lipca 2019 r. w Polsce odnotowywany jest spadek rejestracji nowych aut ciężarowych. Od początku roku polskie firmy transportowe zasiliło 26 908 pojazdów o DMC pow. 3,5 t. To mniej o ponad 3 proc. w stosunku do analogicznego okresu poprzedniego roku.[2] Czy powodem obniżenia zainteresowania przewoźników może być zmiana przepisów, która wprowadziła do obiegu inteligentne tachografy?

Choć wyglądem smart rejestratory czasu jazdy w żaden sposób nie odbiegają od poprzedniej wersji, to ich funkcjonalności zostały wzbogacone między innymi o dodatkowe zabezpieczenia, chroniące przed ingerencją w pracę urządzenia, możliwość przeprowadzania tzw. zdalnej preselekcji, czy też rejestrację poszczególnych punktów trasy pokonywanej przez pojazd. Wiemy, że część przewoźników sceptycznie podchodzi do zmian w zakresie tachografów, więc możliwe, że jedną z przyczyn mniejszego zainteresowania nowymi ciężarówkami w ostatnim okresie jest zmiana legislacyjna dotycząca urządzeń rejestrujących czas jazdy – sugeruje Piotr Żółty, ekspert Grupy Inelo. – Jednak z naszych szacunków wynika, że w ciągu miesiąca na europejskich drogach pojawia się około 1-2 proc. nowych pojazdów ciężarowych, co jednocześnie wskazuje tempo rozpowszechniania się smart tachografów – dodaje.

Zmiany w pracy kierowców zawodowych

Zgodnie z przyjętymi przepisami do 2034 roku wszystkie samochody w ruchu międzynarodowym muszą dostosować rejestratory czasu jazdy do wytycznych smart. Jednak UE już pracuje nad unowocześnieniem tych urządzeń, czyli nad cyfrowymi tachografami nowej generacji. Funkcje obecnego tacho miałyby zostać uzupełnione m.in. o automatyczne zapisywanie przekroczeń granic oraz momentów załadunku i rozładunku, co ułatwi kontrole w zakresie kabotażu czy rozliczanie minimalnego wynagrodzenia kierowców. Ograniczenie ilości lub całkowite wyeliminowanie manualnych wpisów w tachografach cyfrowych znacznie zmniejszy częstotliwość popełniania niezamierzonych błędów, które mogą skutkować karą finansową lub innymi konsekwencjami przewidzianymi w ustawie. Najnowsze wersje tacho miałyby być wprowadzone wcześniej, bo do 2024 r. Spotkania Tachograf Forum, na których odbywają się konsultacje na temat rejestratorów, odbywają się regularnie i napędzają działania w tym zakresie.

Jakie problemy ze smart tacho mają producenci?

Obawy przed opóźnieniami dotyczącymi wprowadzenia inteligentnych rejestratorów wynikały z konieczności wyprodukowania nowych kart – przede wszystkim warsztatowych, ale także kart kierowców, przedsiębiorstw i kontrolnych. Przewoźnicy obawiali się także nieprzygotowania warsztatów kalibrujących tachografy, jednak w rzeczywistości te kwestie w żaden sposób nie przeszkodziły, by wdrożyć aktualne przepisy. Większym problemem dla producentów pojazdów ciężarowych okazały się niewystarczające zasoby do produkcji nowych czujników ruchu, które stanowią element składowy smart tacho.

Służby kontrolne chcą być na bieżąco

Rozporządzenie wprowadzające inteligentne tachografy nakłada na europejskie służby kontrolne obowiązek dostosowania się do wczesnego wykrywania manipulacji (zdalnej preselekcji) w okresie 15 lat od momentu wejścia urządzeń na rynek. Zatem obecnie służby nie muszą dysponować sprzętem, który umożliwi prowadzenie zdalnych kontroli, a jedynie podczas tradycyjnych zatrzymań inspekcje zobowiązane są wykonywać standardowe czynności kontrolne w sposób, który jest wykorzystywany także w starszych wersjach tachografów.

Warto zauważyć, że mimo iż inspekcje mają 15 lat na wyposażenie swoich funkcjonariuszy w sprzęt do zdalnej preselekcji, to już teraz poszczególne służby żywo interesują się takimi narzędziami, prowadzą testy i poszukiwania najbardziej odpowiednich systemów, które takie kontrole umożliwią. Wskazuje to na fakt, że inspektorzy odczuwają konieczność doposażenia się w takie narzędzia najszybciej jak to możliwe, by móc dokonywać kontroli sprawniej niż dotychczas – zauważa ekspert. – Inspekcje, dzięki inteligentnym tachografom, wykryły pierwsze przypadki manipulacji czasem jazdy – niezwykle pomocna była ewidencja punktów pokonywanej trasy, która nie pokrywała się z zapisami tacho – podkreśla Piotr Żółty z Inelo.

Cyfrowe zmiany na lepsze

Inteligentne tachografy stworzone, by ograniczyć manipulacje, stopniowo wkraczają na europejskie drogi. Już teraz dostrzegalne są korzyści wynikające ze zmiany przepisów względem rejestratorów, zatem przewoźnicy, którzy przestrzegają norm czasu pracy, nie mają się czego obawiać. Natomiast firmy transportowe sięgające po nielegalne praktyki mogą być pewne, że rozpowszechnianie inteligentnych tacho przyczyni się do wykrywania manipulacji.

[1] PZPM, Branża Motoryzacyjna Raport 2019/2020

[2] https://www.pzpm.org.pl/Rynek-motoryzacyjny/Rejestracje-samochody-ciezarowe/Pazdziernik-2019r

INC podsumowuje III kwartał

Specjalizująca się w finansowaniu innowacyjnych podmiotów Grupa INC podsumowała III kwartał 2019 r. W tym okresie Grupa kontynuowała wcześniejsze zmiany organizacyjne oraz zawarła strategiczną współpracę z InnerValue, co przełożyło się na przyśpieszenie rozwoju już w ostatnich tygodniach. Zarząd pracuje nad aktualizacją strategii, która uwzględni rozszerzenie obszarów działalności. W samym III kwartale Grupa INC osiągnęła 94 tys. zł zysku netto przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej, a na dzień 30 września 2019 r. posiadała prawie 5 mln zł środków pieniężnych.

– Dzięki zmianom przeprowadzonym w Grupie INC w ostatnich dwóch, trzech latach, jak i w ostatnich dwóch miesiącach, mamy pełne portfolio usług dla firm poszukujących finansowania oraz notowanych na giełdzie. Pracujemy nad aktualizacją strategii rozwoju, która będzie odpowiedzią na dynamiczne zmiany w Grupie oraz potrzeby rynkowe, w szczególności młodych, innowacyjnych spółek tzw. nowej ekonomii. – mówi Paweł Śliwiński, prezes INC.

W III kwartale przychody ze sprzedaży wyniosły 2,2 mln zł, w tym przychody ze sprzedaży usług doradczych wyniosły 607 tys. zł, co oznacza wzrost o 1 proc. r/r. Zysk ze sprzedaży usług doradczych wyniósł 459 tys. zł, a wynik netto -390 tys. zł, przy czym zysk przypisany akcjonariuszom jednostki dominującej wyniósł 94 tys. zł. Na 30 września 2019 r. środki pieniężne wyniosły 4,9 mln zł, co oznacza wzrost o 1,4 mln zł od początku roku.

– W ostatnich tygodniach przyśpieszyliśmy rozwój Grupy i jesteśmy gotowi do dalszego wzrostu. Mamy stabilną i mocną sytuację finansową, prawie 5 mln zł gotówki oraz ponad 12 mln zł aktywów finansowych. – dodaje Paweł Śliwiński.

W listopadzie br. Grupa INC podpisała umowy w zakresie prowadzenia procesu pozyskania finansowania lub wprowadzenia akcji do obrotu na rynku NewConnect z trzema spółkami z branży gamingowej. Grupa uruchomiła również sekcję StartupZone na platformie CrowdConnect.pl, w ramach której rozpoczęły się dwie oferty crowdinwestycyjne. Dom Maklerski INC uzyskał status Partnera Crowdfundingowego Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

21 listopada 2019 r. Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podjęło decyzję o uchwaleniu programu motywacyjnego dla Partnerów Zarządzających InnerValue, który oparty jest o wzrost wartości rynkowej spółki w najbliższych trzech latach. Jednocześnie Akcjonariusze zdecydowali o powołaniu do Rady Nadzorczej Mateusza Wcześniaka, prezesa Movie Games.

Relacja z FinTech & InsurTech Digital Congress 2019

19 i 20 listopada w Sheraton Warsaw Hotel odbył się FinTech & InsurTech Digital Congress. Ponad 600 uczestników wysłuchało inspirujących debat, use-case’ów oraz prezentacji podczas 2 dni kongresu. Tematem przewodnim jesiennej się edycji była przede wszystkim kwestia szeroko rozumianej różnorodności i innowacyjności.

Hasło “diversity” było widoczne w całej dwudniowej agendzie. Podczas wydarzenia eksperci zwrócili uwagę na to, jak świadomie wykorzystywać umiejętności, doświadczenie zawodowe, różnice kulturowe lub płeć w cyfrowym świecie. Uwidoczniona została rola kobiet branży finansowej i ubezpieczeniowej oraz ich wkład w rozwój sektorów.

Uroczystego otwarcia wydarzenia dokonali Przewodniczący Rad Programowych, Marcin Petrykowski, Managing Director S&P Global, Przewodniczący Rady Programowej FinTech Digital Congress, Małgorzata Szturmowicz, Banking & Fintech Industry Expert, Vice-Przewodnicząca Rady Programowej FinTech Digital Congress

oraz Cezary Świerszcz, CEO, Bacca, Współprzewodniczący Rady Programowej InsurTech Digital Congress. W ramach panelu inauguracyjnego keynote speech o  istocie transformacji cyfrowej wygłosiła Sonia Wedrychowicz-Horbatowska, Digital Transformation Practitioner and Thought Leader. O kobietach i ich wpływie na sektory jako kolejnej super-sile w Fintechu i Insurtechu rozmawiali uczestnicy debaty pod tym samym tytułem: Are women the next huge superpower in Fintech and Insurtech? Różnorodność – efektywność – innowacyjność”.

Drugiego dnia w ramach wydarzenia odbyły się dwie ścieżki tematyczne, FinTech oraz InsurTech. Uczestnicy wysłuchali wielu praktycznych use case’ów przedstawiających wdrożenia technologiczne w organizacjach czy pomysłów na finansowanie. Agenda 7. edycji FinTech Digital Congress poruszyła zagadnienia nawiązujące do przyszłości sektora. Eksperci zastawiali się nad koncepcją beyond banking, rozwoju challaneger i neo-banków, wpływie big-techów na ekosystem i roli, jaką odgrywają, oraz będą odgrywać w gospodarce światowej. Zastanawiano się jak oferować dodatkową wartość zamiast tradycyjnych usług finansowych, tak, aby była bezpiecznym i bezproblemowym elementem w obsłudze klienta. W bloku poświęconym platformizacji usług finansowych po raz pierwszy na kongresie omawiana była również współpracy retailerów z otoczeniem paymentowym. Część fintechową zakończyła bardzo ciekawa dyskusja nt. fintech eduction.

W ramach ścieżki InsurTech Digital Congress uczestnicy wysłuchali praktycznych casów i przykładów jak pobudzać innowacje w ubezpieczeniach, jak zarządzać sprzedażą i obsługa klienta w dobie cyfryzacji oraz co tak naprawdę oznacza bycie digital. Po raz pierwszy podczas kongresu podjęty został temat pracy agentów oraz tego, jak tę pracę usprawnić dzięki nowym technologiom. Nie zabrakło analizy przestrzeni współpracy ubezpieczycieli z insurtech’ami oraz tematów poświęconych systemom telemedycznym i nowym modelom biznesowym.

W roli prelegentów wystąpili m.in.

  • Peter Faykiss, Director, Central Bank of Hungary
  • Mikaela Grännby, Executive Vice President Europe, Lendo AB
  • Joanna Izdebska, Global Sales & Marketing Director IPF Digital, marka hapipożyczki
  • Sonia Wedrychowicz- Horbatowska, Digital Transformation Practitioner and Thought Leader
  • Mike Lemberger, Senior Vice President, Head of European Products, Visa
  • Jean-Marc Pailhol, Head of Global Market Management & Distribution, Allianz SE
  • Manjit Rana, MD Corporate Innovation Insurance & InsurTech, Rainmaking Innovation, Startupbootcamp
  • dr Tomas Talutis, Chief Legal Counsel at Ooniq P2P Insurance; Managing partner, Law firm TVINS
  • Peter Temperley, Head of Operations, Blocksure
  • Katarzyna Wojdyła, Członek Zarządu, Link4

FinTech & InsurTech Digital Congress cieszy się dużą popularnością i zainteresowaniem najważniejszych osobistości sektora finansów i wiodących spółek sektora FinTech. Wydarzenie jest świetną okazją do zapoznania się z największymi trendami sektora oraz zainspirowania się praktycznymi wdrożeniami zaprezentowanymi podczas wydarzenia.

Zeznania ambasadora USA postawiły Trumpa w bardzo trudnej sytuacji

Wczorajsze zeznania ambasadora USA przy Unii Europejskiej postawiły prezydenta Trumpa w bardzo trudnej sytuacji. Według amerykańskiego dyplomaty prezydent USA naciskał na ukraińskie władze, by te wszczęły dochodzenie wobec Joe Bidena. Sprawę łączy się bezpośrednio z osobistym prawnikiem prezydenta. Pojawił się zarzut, że polityka Trumpa wobec Ukrainy to relacja „coś za coś”.

Impeachment bliżej?

Wczorajsze zeznania ambasadora USA przy Unii Europejskiej Gordona Sondlanda rzuciły nowe światło na kwestię impeachmentu prezydenta. Potwierdził on zaangażowanie otoczenia prezydenta w kwestie wszczęcia śledztwa na Ukrainie. Co prawda, nie połączył tego z samym prezydentem, ale jego prawnikiem Rudym Giulianim. Co więcej, potwierdził bardzo istotny w sprawie element pomocy wojskowej w zamian za postępowanie. Według amerykańskiego dyplomaty wizyta w Białym Domu nowo wybranego prezydenta Zełenskiego także miała zależeć od tego, czy Ukraińskie władze rozpoczną dochodzenie. Mamy zatem sytuację zaoferowania czegoś za korzyści. Rynki walutowe przyjmują to na spokojnie, jednakże gdyby sprawa się rozwijała, a w takiej sytuacji nie można tego wykluczyć, może się to szybko zmienić.

Dane z Polski

Dziś rano GUS opublikował kilka komunikatów. Produkcja budowlano-montażowa spadła w skali roku o 4,2%. Jest to o tyle istotna zmiana, że oczekiwano wzrostu o 6,2%. Wzrosła za to produkcja przemysłowa. W ciągu roku rośnie ona o 3,5%, czyli niemal procent powyżej oczekiwań rynków. Dane o produkcji przemysłowej są znacznie ważniejsze niż budowlano-montażowej, co potwierdza zachowanie rynków walutowych. Po decyzji złoty umacniał się względem głównych walut.

Co z tą wojną handlową?

Prezydent Chin potwierdził coś, co w sumie wszyscy wiedzą. Chiny są zainteresowane uniknięciem wojny handlowej, ale nie boją się jej kontynuować. Jest to mocne tło dla trwających negocjacji w ramach pierwszej fazy porozumienia pomiędzy dwoma największymi gospodarkami świata. Jest to o tyle istotne, że już 15 grudnia ma wejść nowa porcja ceł w życie. W rezultacie wielu obserwatorów wierzy, że do tego czasu podpisane zostanie porozumienie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Inwestorzy wciąż zainteresowani polskim rynkiem nieruchomości

W III kwartale 2019 r. łączna wartość transakcji zawartych na krajowym rynku nieruchomości komercyjnych wyniosła 1,8 mld euro, zwiększając tegoroczny wolumen transakcyjny do 4,5 mld euro – wynika z raportu przygotowanego przez BNP Paribas Real Estate Poland. Zdaniem ekspertów Polska wciąż pozostaje atrakcyjnym rynkiem do inwestowania. Już nie tylko Warszawa, ale również rynki regionalne znajdują się w obszarze zainteresowań inwestorów, którzy coraz częściej sięgają po produkty typu value-add.

Łączna wartość transakcji zrealizowanych w pierwszych trzech kwartałach br. na rynku nieruchomości komercyjnych była wyraźnie niższa od uzyskanej w analogicznym okresie roku poprzedniego, co w dużej mierze wynikało z rozdrobnionego wolumenu inwestycji w okresie styczeń-marzec br. Biorąc jednak pod lupę okres II-III kwartał br., wynik jest lepszy o 25% od zeszłorocznego. Wg ekspertów z BNP Paribas Real Estate Poland, kwota wszystkich sfinalizowanych umów w tym roku może zbliżyć się do zeszłorocznego wyniku, potwierdzając tym samym niesłabnące od dłuższego czasu zainteresowanie zagranicznych inwestorów polskim rynkiem. Możliwości inwestycyjnych na Wisłą poszukują fundusze z Europy Zachodniej oraz Republiki Południowej Afryki. Coraz częściej w kierunku naszego kraju spoglądają również inwestorzy z Azji. W I półroczu br. podmioty z Singapuru, Korei Południowej, Japonii i Filipin były zaangażowane w ok. 20% wszystkich wydatków inwestycyjnych w nieruchomości komercyjne w Polsce.

Biura w modzie, nie tylko w Warszawie

W pierwszych dziewięciu miesiącach tego roku największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się segment aktywów biurowych, w którym zawarto transakcje na kwotę 2,75 mld euro, co stanowi ponad 60% całego wolumenu inwestycyjnego zrealizowanego w tym okresie. Uzyskany wynik to efekt 50 zrealizowanych transakcji, obejmujących ok. 75 obiektów biurowych o łącznej powierzchni ponad 1 mln m kw.

Wciąż w centrum uwagi inwestorów znajduje się Warszawa, która odpowiada za ok. 60% wolumenu wszystkich inwestycji w aktywa biurowe w 2019 roku, co daje kwotę ponad 1,6 mld euro.

Lokujący swoje środki na rynku warszawskim inwestorzy byli zainteresowani szerokim spektrum aktywów – od najwyższej klasy nieruchomości położonych w centrum miasta, po aktywa niższej jakości, tj. starsze budynki o sporym potencjale wzrostu, ale zlokalizowane w mniej centralnych dzielnicach. W III kwartale br. do największych transakcji zawartych w tym segmencie rynku zalicza się nabycie za kwotę 386 mln euro przez firmę Immofinanz 220-metrowego budynku Warsaw Spire A oraz zakup budynków Ethos oraz Astoria przez Credit Suisse – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

Rynki regionalne w natarciu

Mimo dużego zainteresowania Warszawą, rośnie znaczenie rynków regionalnych, oferujących większą stopę zwrotu oraz szerszy wachlarz dostępnych produktów inwestycyjnych. Wartość transakcji na tych rynkach w okresie I-III kw. przekroczyła ponad 1 mld euro obejmując umowy zarówno z rynków wiodących (Kraków, Wrocław, Trojmiasto) jak i rozwojowych (Poznań, Łódź, Katowice). W trzecim kwartale br. największą transakcją w regionie było nabycie dwóch kolejnych budynków w kompleksie Business Garden w Poznaniu przez Crowmell European REIT. Ten sam inwestor pozyskał portfel czterech obiektów w Krakowie (Avatar, Green Park A, B i C), a inny gracz rynkowy – Globalworth – kupił kompleks biurowy Silesia Star w Katowicach oraz Retro Office House we Wrocławiu za łączną kwotę 113 mln euro.

Mniejsze zainteresowanie segmentem handlowym

Mimo dobrej kondycji segmentu handlowego, inwestorzy poświęcają mu coraz mniej uwagi. Wielu z nich obawia się o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu w kontekście dynamicznego rozwoju rynku e-commerce. Pierwsze trzy kwartały br. przyniosły finalizację umów w tym segmencie na kwotę blisko 900 mln euro. Niemal połowę tej wartości wygenerowały dwie transakcje. Pierwszą z nich było nabycie przez ECE European Prime Shopping Center Fund II dwóch dużych centrów handlowych na rynkach regionalnych (Atrium Felicity w Lublinie i Atrium Koszalin w Koszalinie) za kwotę 298 mln euro. W ramach drugiej transakcji EPP kupiło od Chariot Top Group cztery centra handlowe M1 za cenę 222 mln euro. Co istotne, wiele transakcji dotyczyło nabycia mniejszych aktywów – głównie parków handlowych i obiektów typu „convenience centre” na rynkach regionalnych.

Silny apetyt na sektor magazynowo-przemysłowy, ożywienie na rynku hotelowym

Do końca września br. łączna wartość wszystkich piętnastu sfinalizowanych w Polsce transakcji w tym sektorze, uwzględniających zarówno pojedyncze hale, jak i całe parki logistyczne, wyniosła ok. 620 mln euro, stanowiąc ok. 14% całego wolumenu inwestycyjnego w tym okresie. Do największych transakcji zaliczają się akwizycje Logistics Park Gdańsk w Pruszczu Gdańskim przez Hines Global Income Trust i Panattoni Park Warsaw West VI (z siedzibą w Grodzisku Mazowieckim – Warszawa II) przez La Salle IM / Encore +.

Eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland zwracają uwagę na ożywienie w segmencie hotelowym po okresie chwilowej stagnacji. Trzeci kwartał br. przyniósł ok. 50 mln euro z transakcji, m.in. za sprawą zakupu hotelu Holiday Inn w Gdańsku przez Union Investment.

Możliwa dalsza kompresja stóp kapitalizacji dla wybranych obiektów

W III kwartale 2019 r. stopy kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku pozostawały na względnie stałym poziomie.

W przypadku najlepszej klasy aktywów biurowych w Warszawie stopa kapitalizacji oscylowała wokół 4,50%, podczas gdy na głównych rynkach regionalnych mieściła się w przedziale 5,50% – 6,00%. Najlepiej sprzedające się nieruchomości handlowe osiągały poziom od 4,25% w Warszawie do ok. 5,00% na innych, głównych rynkach. W sektorze przemysłowo-magazynowym najlepsze obiekty osiągały stopę kapitalizacji od 5,50% do 6,50% w zależności od regionu. Aktywa z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu z operatorami z sektora e-commerce oscylowały wokół 5,00% – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

W III kwartale 2019 r. stopy kapitalizacji we wszystkich segmentach rynku pozostawały na względnie stałym poziomie.

Czy IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty frachtu morskiego?

Od 1 stycznia 2020 r. międzynarodowa konwencja o zapobieganiu zanieczyszczeniu morza przez statki (MARPOL) oraz Międzynarodowa Organizacja Morska (IMO) będą egzekwować od armatorów oceanicznych stosowanie paliw żeglugowych o ograniczonej zawartości siarki z obecnego 3,5 proc. do maksymalnie 0,5 proc. Co to oznacza dla frachtu morskiego? Czy rozporządzenie IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty transportu towarów drogą morską? Na te pytania odpowiada w poniższym komentarzu Hillebrand, globalny operator logistyczny specjalizujący się w obsłudze rynku alkoholi i napojów.

Po co wdrożono rozporządzenie IMO 2020?

Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland
Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland

Przypomnijmy, celem wdrożenia rozporządzenia IMO 2020 jest zmniejszenie zanieczyszczenia powietrza spowodowanego emisją siarki o około 70 proc. w skali światowej do 2025 r., a za tym też poprawa zdrowia społeczeństwa oraz zmniejszenie ilości kwaśnych deszczów, które poprzez toksyny wpływają na zanieczyszczenie gleb i niszczenie upraw.

– Hillebrand angażuje się w badania, tworzenie i wdrażanie zrównoważonych praktyk w całej swojej działalności.  Dlatego w pełni popieramy rozporządzenie IMO 2020 i uważamy, że jest to pozytywny krok dla każdego, kto jest związany ze światową żeglugą morską – komentuje Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland.

W przypadku przewoźników oceanicznych istnieją trzy sposoby zapewnienia zgodności z rozporządzeniem IMO 2020:

  • zastosowanie paliw o maksymalnej zawartości do 0,5 proc. m/m siarki w paliwie;
  • zastosowanie skruberów – urządzeń oczyszczających spaliny przy zastosowaniu paliwa żeglugowego IFO 380;
  • wykorzystanie alternatywnych paliw takich jak LNG, czy metanol w żegludze bliskiego zasięgu.

Przewiduje się, że spora część przewoźników wybierze raczej paliwa zgodne z IMO 2020 o obniżonej zawartości siarki, gdyż stają się coraz bardziej dostępne. Jednakże w większości przypadków armatorzy będą wybierać kombinację dostępnych technologii. Szacuje się też, iż około 15 proc. statków oceanicznych już wyposażono w skrubery.

Czy IMO 2020 będzie miało wpływ na koszty frachtu morskiego?

– Ostateczny wpływ wdrożenia IMO 2020 na koszty frachtu morskiego jest trudny do określenia w tym momencie, gdyż istnieje wiele znaków zapytania dotyczących chociażby dostępności zgodnych z normami paliw w różnych regionach świata, jakości tych paliw oraz ich cen – wyjaśnia Ellina Lolis, wiceprezes zarządu Hillebrand Poland.

Na tym etapie analitycy Hillebrand prognozują, że koszty paliwa mogą znacznie wzrosnąć w przypadku przewoźników oceanicznych, a w rezultacie mogą też wzrosnąć koszty frachtu morskiego. Obecna cena paliwa żeglugowego o niskiej zawartości siarki (LSF) jest o około 200-250 USD za tonę wyższa niż cena oleju napędowego IFO 380.  Ceny uzależnione są też od regionu. Na przykład 1 listopada 2019 r. różnica pomiędzy cenami oleju LSF a IFO wynosiła 235 USD w Rotterdamie i 270 USD w Houston (USA).

Kalkulacja kosztów po 1 stycznia 2020

Każda z firm spedycyjnych szuka więc teraz sposobu jak aktualizować opłaty paliwowe, aby móc obliczyć faktycznie koszty frachtu morskiego. Hillebrand wybrał analizę cen na podstawie bunkrowania (tankowania statków oceanicznych) biorąc pod uwagę dodatkowe czynniki handlowe, co umożliwi przewidywalność ewolucji cen paliw i ich wpływu na koszty frachtu. Metoda kalkulacji kosztów paliwa we frachcie morskim, którą postanowił zastosować Hillebrand pozwala na comiesięczną analizę cen paliw. Przewoźnicy morscy tankują swoje statki w różnych portach w zależności od umów z rafineriami, tras na których działają oraz rzeczywistych kosztów paliw, które są sprzedawane po różnych cenach na całym świecie. Aby precyzyjnie określać te koszty, Hillebrand będzie się odnosić do różnych rynków w zależności od regionu (bazując na indexach paliwowych tj. Bunkerindex.com) np. dla Europy do rynku rotterdamskiego, analogicznie dla Ameryki Południowej i Ameryki Północnej do cen w Houston oraz do cen w Singapurze dla Azji lub Azji i Oceanii. Hillebrand przyjął, że analiza ta składać się będzie z rzeczywistej ceny paliwa o zawartości 0,5 proc. siarki w paliwie, paliwa żeglugowego IFO 380 i dodatkowych czynników handlowych. Czynniki handlowe mogą obejmować m.in. czasy tranzytu, średnie dzienne zużycie paliwa na morzu, a także strategię potrzeb przewozowych Hillebrand na danym szlaku handlowym.

Wzrost mediany płac

Średnie wynagrodzenie w Polsce według danych wynosiło w październiku ponad 5000 zł. Znacznie zawyżają ją jednak osoby, które zarabiają najwięcej. Analizując więc takie dane należy zwracać uwagę nie na średnią, ale na medianę wynagrodzeń.

Komentarz przygotowany przez Katarzynę Bereś, Prezes Zarządu w Agencji Pośrednictwa Pracy Polski HR EAST

Najnowsze dane GUS dotyczące zarobków za rok 2018 obala mit średniej krajowej, która w październiku według informacji tej samej instytucji wynosiła 5003,78 zł. Analizując wysokość wynagrodzeń należy zawsze skupiać się na medianie, ponieważ wysokość średniej bywa zaburzona przez osoby osiągające bardzo wysokie wynagrodzenia. Obecnie kształtuje się ona na poziomie 4094,98 zł, czyli niemal 900 zł mniej niż ostatni przedstawiona średnia pensja.

Grupą zawodową, która w największym stopniu zawyża średnie wynagrodzenie są informatycy i ogólnie pracownicy szeroko rozumianego sektora IT, których pensje znacznie odbiegają od rynkowej normy. Wystarczy niewielki procent takich osób, żeby skutecznie zaburzyć wynik. Biorąc pod uwagę, że jest to branża, którą możemy zaliczyć do jednej z najdynamiczniej rozwijającej się i zatrudniającej coraz więcej osób, wpływ ten będzie coraz większy.

Analizując dane GUS możemy jednak zauważyć, że zarówno średnia jak i mediana wynagrodzeń są z roku na rok wyższe, co jest bardzo dobrą informacją dla osób czynnych zawodowo.  Mediana w porównaniu do ostatnich danych z 2016 roku wzrosła o 16,6 %, czyli 5084,31 zł, jest to najszybsza dynamika wzrostu od ponad 10 lat. Dynamiczny wzrost wskazuje na bardzo istotną kwestię, mianowicie wzrost wynagrodzeń nie tylko osób zarabiających ponadprzeciętni, ale również pracowników znajdujących się na stanowiskach gorzej opłacanych. Potwierdza to tezę o tym, że rynek pracy potrzebuje nie tylko osób o wysokich, specjalistycznych kwalifikacjach, ale również tych niewykwalifikowanych, lub posiadających niskie kwalifikacje.

Młodzi Polacy coraz sceptyczniej podchodzą do Black Friday

Z badania serwisu DING i Hiper-Com Poland wynika, że 43% młodych Polaków czeka na oferty w ramach Black Friday. 36% nie oczekuje ich, a 21% jest niezdecydowanych lub obojętnych. Aż 60% respondentów kieruje się czystą oszczędnością. 21% lubi korzystać z dużych promocji. 13% interesuje się akcją z przyzwyczajenia. Sceptycy głównie podnoszą zarzut, że więcej jest wokół niej szumu niż realnych korzyści. Skarżą się też, że rabaty są małe lub coraz trudniej jest kupić coś w dobrej cenie. Z kolei łowcy okazji w tym roku chcą zapolować przede wszystkim na elektronikę – 49% oraz na ubrania – 33%.  

Łącznie 43% badanych czeka na oferty w związku z Czarnym Piątkiem. W ocenie Karola Kamińskiego z serwisu oraz aplikacji mobilnej DING, to nie jest najlepszy wynik. Ekspert bierze pod uwagę to, że nakłady na komunikację Black Friday są bardzo wysokie. Natomiast osiągane zyski raczej ich nie rekompensują, patrząc na krajowy rynek. W dużej mierze wynika to z tego, święto zakupów zupełnie inaczej wygląda za oceanem niż u nas. Tam działa potężna machina handlowa, która ma wieloletnią tradycję.

– W sumie 36% ankietowanych nie czeka na oferty w ramach Black Friday, a 21% jest niezdecydowanych lub obojętnych. Trzeba podkreślić, że polscy klienci dopiero przyzwyczajają się do samej idei. Jak wiadomo, jesteśmy narodem lubiącym oszczędności, więc nowa tradycja jest witana entuzjastycznie. Jednak u nas promocje są dużo mniejsze niż w USA i część konsumentów może już tym faktem być zawiedziona. Wśród sceptyków z pewnością nie brakuje też osób, które zazwyczaj nie przykładają uwagi do cen i okazji – stwierdza Katarzyna Grochowska z firmy Hiper-Com Poland.

Z kolei dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego, uważa, że ww. wyniki pokazują duże zainteresowanie akcją. Ekspert zwraca uwagę na to, że w Polsce małe sklepy wciąż stanowią prawie połowę rynku. Co więcej, 40% społeczeństwa mieszka na wsi, gdzie w zasadzie nie ma firm uczestniczących w tym zjawisku. Podobnie jest w miastach poniżej 25 tys. mieszkańców, które stanowią  ok. 10% ludności. Czarny Piątek jest u nas znany dopiero od ok. 10 lat, więc badanie wykazało istotność nowego zwyczaju konsumenckiego.

– Ci, którzy jednak czekają na Black Friday, w większości kierują się czystą oszczędnością. Nie jest zaskoczeniem, że aż 60% z nich tak twierdzi. W końcu taki właśnie jest cel. Młodzi ludzie doskonale to rozumieją. 21% entuzjastów wyjaśniło w badaniu, że lubi korzystać z dużych promocji. Warto też zwrócić uwagę na fakt, że 13% osób interesuje się nadchodzącym świętem zakupów z przyzwyczajenia. Według mnie, ten odsetek będzie sukcesywnie rósł, choć nie aż tak dynamicznie, jak to było jeszcze kilka lat temu. Konsumenci coraz bardziej odbierają to jako stały element w handlu – wyjaśnia ekspert z DING.

Natomiast osoby niezainteresowane głównie podnoszą zarzut, że sklepy robią więcej szumu, niż jest z tego korzyści – 35%. Konsumenci skarżą się też, że rabaty są zbyt małe – 20%. Niektórzy uważają, że coraz trudniej jest coś kupić w dobrej cenie – 15%. A jeszcze inni zapewniają, że przeceny oferowane w ramach tej akcji nie robią na nich wrażenia – 11%. Jak komentuje dr Faliński, to są opinie klientów, dla których obniżki są codziennością. Stale z nich korzystają, np. w dyskontach lub w outletach. Tam, gdzie regularne ceny są stosunkowo wysokie, nie mogą liczyć na zakupy za bezcen. I to może być dla nich irytujące.

– Badani to w większości ludzie wychowani w dobie Internetu. Dzięki temu, że porównują ze sobą oferty dostępne online, stali się świadomymi konsumentami. Jest to też pokolenie, które żyje globalnie. Dowiaduje się z internetowych źródeł o promocjach oferowanych w ojczyźnie Black Friday, gdzie obniżki cen na elektronikę potrafią przekraczać nawet 50% bazowej wartości. I z tego właśnie powodu przeceny na polskim rynku nie robią na konsumentach aż tak dużego wrażenia – przekonuje Michał Majszczyk, ekspert z Hiper-Com Poland.

Młodzi Polacy, którzy zamierzają korzystać z nadchodzących okazji zakupowych, w większości doskonale wiedzą, co w pierwszej kolejności będą chcieli kupić. Prawie połowa z nich zdecydowanie wskazuje na elektronikę – 49%. Wiele osób będzie też polowało na ubrania – 33%. Dalej konsumenci wymieniają perfumy – 6%, kosmetyki – 5%, obuwie – 2%, art. dla dzieci – 2%, a na samym końcu – przedmioty do domu i ogrodu – 1%.

– W tego typu akcjach konsumenci kupują głównie przedmioty, na jakie nie stać ich w regularnych cenach. Ewentualnie musieliby na nie długo oszczędzać. Z reguły są to np. telewizory, laptopy, a także markowe ubrania. Nie upatrywałbym w tym winny sklepów, lecz zwróciłbym raczej uwagę na preferencje klientów. W kolejnych latach coraz większym zainteresowaniem mogą się cieszyć perfumy, które potrafią sporo kosztować w przypadku prestiżowych marek. Na chwilę obecną zaledwie 6% badanych zamierza je kupić. Jednak uważam, że w przyszłości będzie się to zmieniało – przewiduje Karol Kamiński.

Badanie zostało zrealizowane przez serwis oraz aplikację mobilną DING (Grupa AdRetail) oraz międzynarodową firmę Hiper-Com Poland. Działania były prowadzone na terenie 34 dużych i średnich miast w całej Polsce. Od 25 października do 8 listopada 2019 roku odbyły się 1004 wywiady bezpośrednie. W ankiecie wzięło udział 48% kobiet i 52% mężczyzn w wieku od 18 do 35 lat.

Podmioty, które mogą uzyskać informacje z akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową

Ordynacja podatkowa zawiera szeroki katalog podmiotów, które w pewnych sytuacjach mogą uzyskać dostęp do informacji z akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową oraz podmiotów, które mogą uzyskać dostęp bezpośrednio do akt objętych tajemnicą.

Udostępnienie akt podatkowych objętych tajemnicą skarbową

Standardowo akta zawierające informacje objęte tajemnicą skarbową, ale niepochodzące z banków i innych instytucji finansowych udostępniane są podmiotom wskazanym w art. 298 Ordynacji podatkowej. W tym przepisie określono, że organy podatkowe udostępniają wskazane akta ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych, Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej, innym organom podatkowym, Najwyższej Izbie Kontroli, sądowi, prokuratorowi, a także upoważnionym przez prokuratora funkcjonariuszom Policji, Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Straży Granicznej lub Centralnego Biura Antykorupcyjnego, ABW, Służbie Kontrwywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, Służbie Wywiadu Wojskowego, Agencji Wywiadu, CBA, Policji, Żandarmerii Wojskowej, Straży Granicznej, Służbie Więziennej, Służbie Ochrony Państwa i ich posiadającym pisemne upoważnienie funkcjonariuszom lub żołnierzom, biegłym powołanym w toku postępowania podatkowego lub kontroli podatkowej, wojewodzie i Szefowi Urzędu do Spraw Cudzoziemców, Prokuratorii Generalnej RP, organom nadzoru górniczego, Przewodniczącemu KNF, organom właściwym w sprawach o naruszenie dyscypliny finansów publicznych, Prezesowi UOKiK, a także innym organom w przypadkach i na zasadach określonych w odrębnych ustawach oraz ratyfikowanych umowach międzynarodowych, których stroną jest Rzeczpospolita Polska.

Udostępnianie informacji uzyskanych od państw UE

W art. 297a i 297b wskazano natomiast katalog podmiotów, którym przekazywane lub udostępniane są dane pozyskane przez organy w ramach szczególnych procedur, czyli postępowania dotyczącego wymiany informacji podatkowych z poszczególnymi państwami członkowskimi Unii Europejskiej oraz postępowania w sprawach ustalania cen transakcyjnych. W katalogu tym wyróżniono Ministra Rozwoju i Finansów, Szefa Krajowej Administracji Skarbowej, dyrektora izby administracji skarbowej, naczelnika urzędu skarbowego, naczelnika urzędu celno-skarbowego, Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, sąd, prokuratora, Rzecznika Praw Obywatelskich, Prokuratora Generalnego, ABW, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, Agencję Wywiadu, Służbę Wywiadu Wojskowego, CBA, Policję, Żandarmerię Wojskową, Straż Graniczną, Służbę Więzienną, BOR, a także funkcjonariuszy posiadających pisemne upoważnienie, Najwyższą Izbę Kontroli oraz Państwową Komisję Wyborczą. Oczywiście pozyskanie danych musi mieć związek z toczącym się przed danym organem postępowaniem związanym z prawidłowym określeniem podstaw opodatkowania i wysokości zobowiązania podatkowej lub wymiarem innych należności dochodzonych w oparciu o przepisy o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. Ewentualne udostępnienie informacji do innych celów wymaga zgody właściwej władzy państwa członkowskiego UE, od którego pochodzi dana informacja.

Udostępnianie akt objętych tajemnicą bankową

Odrębnym przepisem objęte są informacje objęte tajemnicą bankową. W rozumieniu przepisów Ordynacji podatkowej tajemnica bankowa stanowi niejako podkategorię tajemnicy skarbowej. Tajemnica skarbowa jest zatem pojęciem szerszym. Informacje pochodzące z banków i innych instytucji finansowych udostępniane są zatem wyłącznie ministrowi właściwemu do spraw finansów publicznych, Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej, dyrektorowi izby administracji skarbowej – w toku postępowania podatkowego, postępowania w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, kontroli podatkowej lub kontroli celno-skarbowej, a także innym naczelnikom urzędów skarbowych lub naczelnikom urzędów celno-skarbowych w związku z wszczętym przez te podmioty postępowaniem podatkowym, postępowaniem w sprawach o przestępstwa skarbowe lub wykroczenia skarbowe, kontrolą podatkową oraz kontrolą celno-skarbową. W katalogu wskazanym w art. 297 Ordynacji podatkowej wymieniono też Generalnego Inspektora Informacji Finansowej zgodnie z przepisami o przeciwdziałaniu praniu pieniędzy oraz finansowania terroryzmu, sądy i prokuratorów w związku z toczącym się postępowaniem, Rzecznika Praw Obywatelskich w związku z jego udziałem w postępowaniu przed sądem administracyjnym, Prokuratora Generalnego na wniosek właściwego prokuratora, ABW, Służbę Kontrwywiadu Wojskowego, CBA, Policję, Żandarmerię Wojskową, Straż Graniczną, Służbę Więzienną, Służbę Ochrony Państwa, ABW, a także Przewodniczącego KNF.

Dostęp do informacji o schematach podatkowych

Co ważne, w zakresie udostępniania informacji podatkowych dość istotna zmiana miała miejsce 23 października 2018 r., kiedy to do Ordynacji podatkowej dodano art. 295c. Wskazał on na krąg podmiotów mających uprawnienia dostępu do informacji o schematach podatkowych oraz innych dokumentów związanych z tą informacją. Dostęp do tych objętych szczególną ochroną informacji mają zatem wyłącznie podmioty wyszczególnione w katalogu zawartym w Ordynacji podatkowej. W ramach tej listy należałoby wymienić przede wszystkim funkcjonariuszy lub pracowników załatwiających sprawę, ich przełożonych, naczelników urzędów skarbowych, naczelników urzędów celno-skarbowych, dyrektora izby administracji skarbowej oraz Szefa Krajowej Administracji Skarbowej. Dostęp ten przysługuje również pracownikom załatwiającym sprawę, ich przełożonym oraz organom wskazanym w ustawie o wymianie informacji podatkowych z innymi państwami w zakresie wymiany informacji podatkowych.

Udostępnianie akt a udostępnianie informacji z akt

Na marginesie należy zaznaczyć, że na gruncie przepisów Ordynacji podatkowej może dojść nie tylko do udostępniania akt sprawy objętych tajemnicą skarbową, ale również informacji na bazie tych akt. Katalog podmiotów, które mogą uzyskać informacje z akt podatkowych, jest znacznie szerszy niż te wymienione wyżej. Ustawa przewiduje bowiem udostępnianie danych nie tylko wskazanym wcześniej podmiotom, ale również innym, wymienionym w art. 298 Ordynacji podatkowej. Ogólnie rzecz biorąc, mimo szczególnej ochrony danych objętych tajemnicą skarbową, i tak dość szeroki katalog podmiotów może uzyskać takie informacje.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Od kiedy TVP organizuje Sylwestra w Zakopanem, zainteresowanie miastem wzrosło o 300 proc.!

Od 2017 roku, kiedy po raz pierwszy zorganizowano Sylwestra TVP w Zakopanem, zainteresowanie okołosylwestrowym pobytem w tym mieście wzrosło o ponad 300 proc. – wynika z danych portalu Sylwestrowo.pl. Telewizyjne przedsięwzięcie przyciąga turystów jak magnes.

Trudno powiedzieć od jak dawna Zakopane cieszy się ogromną popularnością, jeśli chodzi o świąteczne, kilkudniowe pobyty w okolicy końca grudnia. Jednak jeszcze trzy lata temu to największe polskie miasta, Warszawa, Kraków i Wrocław, królowały w liczbie turystów przybywających, by świętować Sylwestra. W 2017 roku to się zmieniło. Od czasu pierwszego Sylwestra zorganizowanego w zimowej stolicy Polski przez TVP, to Zakopane wysunęło się na prowadzenie.

Co ciekawe, mimo że Zakopane oferuje około 40 tys. miejsc noclegowych, liczba turystów w trakcie Sylwestra wielokrotnie przekracza ten stan.

– Sylwester organizowany przez TVP jest dla wielu turystów kartą przetargową w wyborze miejsca na świętowanie. Potwierdzają to nasze dane, z których wynika, że odkąd Telewizja Polska przestała organizować Sylwestra we Wrocławiu, zainteresowanie pobytem w tym mieście na Sylwestra spadło o siedem proc. Rezygnacja z organizacji Sylwestra w Zakopanem przez TVP byłaby zapewne ogromnym ciosem dla Zakopiańskiej turystyki – komentuje Mateusz Goliat, ekspert portalu Sylwestrowo.pl

Organizatorzy imprez sylwestrowych w Zakopanem i ci oferujący noclegi zyskują na popularności miasta. Zakopane stało się najdroższym miejscem w Polsce, jeśli chodzi o sylwestrowe pobyty i imprezy. Średni koszt za osobę na balu sylwestrowym w Zakopanem to 313 zł, czyli o 10 proc. więcej niż w Warszawie czy Krakowie. Koszty noclegów potrafią wzrosnąć nawet o 500 proc. w porównaniu z mniej obleganymi terminami.

To nie odstrasza turystów. W poprzednim roku na portalu Sylwestrowo.pl prawie 80 tys. osób było zainteresowanych możliwością spędzenia Sylwestra w Zakopanem. Wszystko wskazuje na to, że w tym roku ten rekord zostanie pobity.

Powoli staje się to nudne

Szum informacyjny wokół negocjacji handlowych USA-Chiny nie cichnie, ale też nie przynosi dowodów postępów ani potwierdzenia, aby stronom zależało na szybkiej finalizacji. Nadzieje na porozumienie wciąż są, ale słabną. Dziś dane makro i wystąpienie nowej szefowej EBC mają szanse odciągnąć na chwilę uwagę od handlowej sagi.

Wczoraj nie brakowało prasowych rewelacji, co może aktualnie dziać się w relacjach między USA i Chinami, jednak po rynku nie było widać gwałtownych i silnych reakcji. Dowiedzieliśmy się, że USA są gotowe odroczyć wprowadzenie ceł pierwotnie zaplanowanych na 15 grudnia, jeśli do tego czasu nie udałoby się sfinalizować rozmów nad ugodą Pierwszej Fazy. Jednocześnie Pekin podtrzymuje zaproszenie dla strony amerykańskiej do kontynuacji negocjacji. Każdy dzień przynosi coś nowego w opisie sytuacji, czasami jednak przecząc sobie nawzajem i ten bałagan informacyjny wywołuje zmęczenie. Inwestorzy wykazują coraz mniejsze zainteresowanie, gdyż bezcelowym jest dyskontowanie informacji, jeśli następnego dnia przyjdzie odwracać pozycje w reakcji na dementi. Ponadto w ostatnim czasie większość informacji dociera od nieoficjalnych źródeł, co obniża ich wartość. A oficjalne stanowiska Pekinu i Waszyngtonu nie ulegają zmianie. Nawet jeśli uczestnicy rynku pozostają ostrożnie optymistyczni, trudno przełożyć to na handel bez formalnego potwierdzenia. Z drugiej strony brak informacji z oficjalnych źródeł stwarza wrażenie, że stronom nie spieszy się do zakończenia negocjacji, stąd wydaje się bezzasadne dyskontować teraz coś, co efekty może przynieść dopiero po Nowym Roku, a po drodze równie dobrze może dojść do fiaska.

Jeśli jednak na rynkach nie ma innego ciekawszego tematu do dyskusji, ciężko jest kwestię negocjacji handlowych zignorować aż do stycznia. Dziś jednak może na chwilę uda się skupić na czymś (miejmy nadzieję) ciekawszym. Wstępne odczyty indeksów PMI z Eurolandu mogą dostarczyć odpowiedzi, czy gospodarka zaczyna wyciągać się z dołka. Sektor usługowy ponownie powinien wypadać lepiej od przemysłu, choć w obu przypadkach spodziewana jest poprawa względem poprzedniego miesiąca. Inne wskaźniki nastrojów za listopad (ZEW, Sentix) wskazały, że firmy lepiej oceniają warunki do prowadzenia biznesu w obliczu ocieplenia relacji USA-Chiny i postępów ws. brexitu.

Interesującym może także być pierwsze oficjalne przemówienie nowej prezes Europejskiego Banku Centralnego Christine Lagarde. Rynki chcą wiedzieć, jaki kierunek dla polityki obierze Lagarde. Biorąc pod uwagę, że na zakończenie swojej kadencji prezes Draghi wprowadził nowy pakiet stymulacyjny, Lagarde ma trochę ograniczone pole działania do przeprowadzenia rewolucji i bardziej prawdopodobnym jest, że będzie bronić dotychczasowej polityki oraz zadeklaruje gotowość banku do przeciwdziałania ryzykom gospodarczym. Wydźwięk wystąpienia może być neutralny, a ewentualne zaskoczenie leży po stronie, gdyby Lagarde okazała się bardziej agresywna po stronie przyzwolenia na dalszą ekspansję monetarną. Ale dla tego nie ma konsensualnego przyzwolenia w Radzie Prezesów EBC, więc byłoby ryzykowne tworzyć konflikt na starcie kadencji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.