Dobry czas dla restauratorów z różnych nurtów. Polscy konsumenci doceniają zarówno food trucki, jak i najlepsze restauracje

Polski rynek gastronomiczny przechodzi duże zmiany. Trudno wyodrębnić jeden dominujący trend – z jednej strony mamy rosnącą popularność street foodu i food trucków, z drugiej strony modny staje się fine dining, czyli sztuka restauracyjna na najwyższym poziomie. Konsumenci chętnie jadają na mieście, coraz większą wagę przywiązują do jedzenia i jego jakości oraz lubią poznawać nowe smaki, ale to kuchnia polska i włoska pozostają dominujące. – W 2020 roku w trendach gastro będziemy mieć także kuchnię wegetariańską oraz wspieranie lokalnego biznesu – ocenia Adriana Marczewska, szefowa kuchni WuWu.

 Nie ma jednego typu kuchni, która jest serwowana, jednego trendu, który dominuje na rynku. Mamy cały wachlarz: street food, fine dining, tradycyjna kuchnia polska i bardzo zdrowe podejścia do jedzenia – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Adriana Marczewska, szefowa kuchni WuWu.

Z raportu „Rynek gastronomiczny w Polsce” wynika, że Polacy coraz częściej chodzą do restauracji – niemal połowa wskazuje, że w 2018 roku zdecydowanie częściej jadała w lokalach gastronomicznych niż jeszcze rok wcześniej. Raport „Polska na Talerzu 2019” podaje natomiast, że 93 proc. osób w ciągu ostatnich 6 miesięcy odwiedziło restauracje. Najczęściej odwiedzamy pizzerie (68 proc.), sieci fast food (65 proc.), na popularności zyskują food trucki (21 proc.).

– Wspólnym wyznacznikiem w poszukiwaniach konsumentów jest smak, wygoda i jakość. Mam nadzieję też, że dojdzie do tego świadomość pochodzenia produktu – mówi Adriana Marczewska.

O wyborze lokalu decydują smak danej kuchni (51 proc. ), chęć poznania nowych smaków (29 proc.) oraz dostępność (21 proc.). W restauracjach najchętniej sięgamy po dania znane nam, a więc bezpieczne, dlatego popularnością cieszy się kuchnia polska (82 proc. według raportu „Polska na talerzu”), włoska (61 proc.), amerykańska czy arabska (odpowiednio 36 i 30 proc.). Jednocześnie rośnie liczba konsumentów preferujących polską kuchnię regionalną, co przekłada się na rozwój lokalnej gastronomii, z ofertą z tradycyjnymi potrawami.

– W 2020 roku mocno będzie się rozwijał nurt kuchni wegetariańskiej i wegańskiej. Może nie codziennie, ale ta kuchnia będzie częściej zaglądała do naszej codziennej diety – ocenia ekspertka.

Raport na temat Food-Trendów portalu Pyszne.pl wskazuje, że obecnie diety wegetariańskiej przestrzega 4 proc. Polaków, a 8 proc. chciałoby jej wypróbować. Nawet 40 proc. ma z kolei zamiar ograniczyć spożycie mięsa.

– Niedawno była to sympatia do zwierząt, a teraz decyzje przejścia na wegetarianizm motywowane są sytuacją ekologiczną. Istnieje też przekonanie, że niejedzenie mięsa jest zdrowsze, więc ludzie, którzy chcą się zdrowo odżywiać, częściej sięgają po produkty wege. One są też łatwiej dostępne niż najlepszej klasy mięso – tłumaczy Adriana Marczewska.

W Polsce rozwija się kultura foodie – do jedzenia podchodzimy coraz bardziej świadomie, oglądamy programy kulinarne, przywiązujemy wagę nie tylko do smaku, lecz także wyglądu dania. Duży wpływ na rozwój tego trendu mają media społecznościowe, zwłaszcza Instagram. Tym samym rośnie rola blogerów czy influencerów.

 To jest bardzo pozytywne zjawisko, bo ono też wpływa na edukację, zwiększa dotarcie. Za pomocą ludzi, którzy są foodblogerami, możemy opowiedzieć naszą historię, dlaczego się decydujemy na pewne rozwiązania, jaka jest filozofia naszego jedzenia, naszego miejsca – tłumaczy szefowa kuchni WuWu. –Przy otwieraniu restauracji bardzo ważna jest świadomość miejsca. Teraz nie wystarczy dobre jedzenie. Ważna jest lokalizacja, misja, wartość edukacyjna czy emocjonalna, którą przekazujemy gościom. Bardzo ważne jest świadome budowanie marki i reklama, dbanie o najmniejsze szczegóły, doskonałe przeszkolenie zespołu, idealne zarządzanie kosztami, wiedza i doświadczenie – wymienia.

Jak podkreśla, wszystkie te kwestie składają się na długotrwały sukces restauracji, o który nie jest łatwo. Szczególnie na warszawskim rynku wiele restauracji się otwiera i zamyka, a budowanie silnej marki, która będzie przynosić zyski, to długi proces. Jednocześnie restauratorów optymizmem napawa fakt, że na popularności zyskuje fine dining, czyli sztuka restauracyjna na najwyższym poziomie. Klienci coraz chętniej wybierają lokale, które jedzenie traktują jak sztukę – od wyboru składników, przez odpowiednie przygotowanie i podanie, po dekorację stołu i obsługę kelnerską.

Na rynku debiutują drony z systemem autonomicznego autopilota. Przyszłość branży to maksymalne ułatwienie obsługi tych urządzeń

Z biegiem lat drony wyewoluowały z prostych zabawek do wszechstronnych narzędzi, które sprawdzają się w szeregu najróżniejszych zadań. W branży filmowej sprawdzają się w roli narzędzia do kręcenia ujęć z lotu ptaka, wykorzystuje się je w roli systemów obrazowania optycznego bądź konserwacji trudno dostępnych obiektów i przestrzeni. Wiele z tych zadań wymaga niezwykłej precyzji w operowaniu pojazdem, dlatego producenci nieustannie usprawniają pojazdy, aby zautomatyzować ich pracę.

– Technologia ewoluuje w zawrotnym tempie, rozwijając się na wielu płaszczyznach. Drony nie tylko stają się mniejsze i mają dłuższy czas lotu, lecz także wspomagane są wieloma systemami redundantnymi, jak anteny czy kontrolery prędkości ESC, które znacznie poprawiają bezpieczeństwo. Obserwujemy również duże postępy w zakresie uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Andrew Becker, szef europejskiego działu zarządzania produktem firmy DJI.

Pierwsze generacje dronów konsumenckich były w pełni zależne od umiejętności pilotażu użytkownika, w systemach sterowania na próżno było szukać jakichkolwiek układów wspomagania. Wraz z rozwojem branży pojawiła się konieczność wykorzystania technologii, które korygowałyby błędy pilotażu i ułatwiały obsługę tych urządzeń. Dzięki wdrożeniu czujników zbliżeniowych współpracujących z systemem inteligentnej kontroli lotu drony pokroju DJI Phantom 4 Pro V2.0 mogą korzystać z 5-osiowego układu omijania przeszkód. A to tylko najprostszy przykład wykorzystania technologii inteligentnych w pojazdach tego typu.

– Oferujemy przeciętnemu konsumentowi maszyny, które podążają za nim w trakcie podróży i nie są to tylko urządzenia działające w oparciu o technologię „pikseli monitorujących”, lecz także wykorzystując uczenie maszynowe; dron może odróżnić ludzi od pojazdów czy zwierząt i jednocześnie zachować bezpieczeństwo lotu – przekonuje Andrew Becker.

Projektanci drona Skydio 2 postanowili z kolei wyposażyć sprzęt w system autonomicznego sterowania, który pozwoli nagrać dynamiczne sceny nawet tym, którzy nie mają żadnego doświadczenia w pilotażu. Drona wyposażono w szereg kamer oraz czujników, które mają za zadanie śledzić położenie użytkownika, podążać za nim i unikać wszelkich przeszkód, które napotka na swojej drodze. Po włączeniu autopilota wszystkie manewry wykonuje sztuczna inteligencja, a dla zwiększenia precyzji śledzenia można sięgnąć po nadajnik Sydio Beacon, który ułatwi namierzenie celu, za którym podąża dron.

– Przyszłość technologii dronów leży w jej coraz większej dostępności, zarówno dla początkujących konsumentów, jak i specjalistów, którzy muszą wykonać konkretne zadanie, przy czym technologia ta będzie autentycznym wsparciem. Klienci indywidualni będą mogli cieszyć się daną chwilą, bez konieczności koncentrowania się na obsłudze technologii. Specjaliści, na przykład ratownicy, mogą rzeczywiście skoncentrować się na poszukiwaniu zaginionych osób, a nie zastanawiać się nad zawiłościami obsługi sprzętu – mówi ekspert DJI.

Rozwój inteligentnych platform dronowych może przyspieszyć także firma NVIDIA, która na początku listopada zaprezentowała Jetson Xavier NX – zminiaturyzowany układ sztucznej inteligencji mniejszy niż karta kredytowa. Komputer zaprojektowano m.in. w celu zwiększenia możliwości systemów autonomicznego sterowania pojazdami takimi jak drony.

– Możemy wykorzystać tego typu technologię do ułatwienia sobie pracy. Weźmy na przykład branżę kontroli. Zamiast manualnego oblatywania placu budowy możemy usprawnić ten proces, a uczenie maszynowe umożliwi automatyczne gromadzenie danych i ich analizę – wskazuje ekspert. 

Potencjał technologii autonomicznych doceniają także przedstawiciele świata biznesu, którzy w oparciu m.in. o Phantomy 4 tworzą inteligentne systemy monitoringu. Po podpięciu do dronów aparatury Multispectral można zbierać precyzyjne dane na temat stanu upraw rolniczych albo skorzystać z kamery dookolnej, aby przeprowadzić inspekcję linii wysokiego napięcia, jak czyni to firma Florida Power & Light.

Rozwój branży będzie wiązał się jednak z pewnymi wyzwaniami, na które producenci będą musieli odpowiedzieć. Wzrost liczby bezzałogowych pojazdów latających wymusi wprowadzenie obostrzeń dotyczących ich funkcjonowania, zwłaszcza w miejscach, gdzie przecinają korytarze lotnicze. DJI przygotowuje na tę okazję narzędzie, które pozwoli lokalizować drony znajdujące się w pobliżu pilota.

Nowa aplikacja ma wystartować w przyszłym roku i w pierwszej fazie wdrożeniowej pozwoli prześledzić pozycję pojazdów w odległości do 1 km, a po uzyskaniu odpowiednich zgód od jednostek odpowiedzialnych za organizację przestrzeni powietrznej zasięg ten zostanie zwiększony. Dzięki temu piloci będą wiedzieli, na jakiej wysokości znajdują się inne drony, jak szybko i w jakim kierunku się przemieszczają.

– Każda popularna technologia musi w pewnym momencie być uregulowana. Ludzie mogą odnieść wrażenie, że wykorzystanie dronów zostanie utrudnione, lecz obserwujemy odwrotną tendencję, ponieważ zasady stają się bardziej przejrzyste, w szczególności w Europie. Jesteśmy zwolennikami wprowadzania regulacji, w szczególności w zakresie wspólnym dla lotnictwa załogowego i bezzałogowego. Regulacje te są po to, żeby pomóc ludziom rozstrzygnąć, czy loty w danym miejscu są bezpieczne czy nie –  stwierdza Andrew Becker. 

Według analityków z firmy Adroit Market Research wartość globalnego rynku dronów w 2018 roku wyniosła 13,2 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku przekroczy 144 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie ponad 40 proc.

Upadek biura podróży Thomas Cook powoduje zmiany na europejskim rynku lotniczym, również polskim

Upadek przedsiębiorstwa Thomas Cook ma realny wpływ na rynek lotniczy. Przewoźnicy rozpoczęli wojnę o najatrakcyjniejsze spośród osieroconych połączeń, które mogą przynieść gigantyczne zyski. Z kolei hiszpańska branża hotelarska, broniąc się przed serią bankructw, podjęła inicjatywę powołania własnej linii lotniczej, która ma dostarczać pasażerów na Wyspy Kanaryjskie. Zmiany dotykają także rynek polski. TUIfly rezygnuje z połączenia LublinAntwerpia i przenosi maszyny do obsługi wakacyjnych kierunków.

W zniknięciu z rynku oferty grupy Thomas Cook linie lotnicze widzą okazję do przejęcia najbardziej dochodowych kierunków. Widoczna jest wojna o sloty, czyli o czasy operacji na lotniskach, po upadającym przewoźniku Thomas Cook Airlines. Jednak pozyskanie nowych tras oznacza jednoczesną decyzję o rezygnacji z części dotychczasowych. – Tylko w ostatnim czasie linie Jet2, wraz z marką Jet2holidays, zrezygnowały z otwierania nowych tras typu city break i wszystkie zasoby przeznaczają na zajęcie miejsca po upadłym gigancie. Efektem jest otwarcie bazy na Teneryfie i ograniczanie połączeń pomiędzy miastami w Europie na rzecz kierunków wakacyjnych – podkreśla Maciej Kłos, Dyrektor Naczelny firmy doradczej International Business Advisors.

Walka o wakacje

Pozostałe firmy również nie chcą przespać swojej szansy. Linie easyJet zdecydowały o wzmocnieniu swojej marki easyJet Holidays i przenoszą zasoby (flota + sloty) ze swoich baz w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec do obsługi głównych kurortów w basenie Morza Śródziemnego. Hiszpańska branża hotelarska podjęła inicjatywę powołania własnego przewoźnika, który dostarczałby pasażerów na Wyspy Kanaryjskie. Grupa TUI także konsoliduje swój produkt. Koncentruje się na wykorzystaniu floty swojego przewoźnika TUIfly (Niemcy, Belgia, Holandia, Wielka Brytania) do obsługi tras wakacyjnych, likwidując przy tym połączenia emigracyjno-pracownicze pomiędzy portami w Belgii a Maroko, Algierią czy Francją. Ta redukcja dotyczy także trasy Antwerpia–Lublin; Antwerpia–Florencja i Antwerpia–Toulon.

Konkurencja w Polsce się zaostrza

W Polsce upadek Thomasa Cooka spowodował likwidację biura podróży Neckermann. Odwołanych zostało wiele planowanych połączeń z portów regionalnych do popularnych miejsc, takich jak Burgas, Antalya czy  Grecja. Miejsce Neckermanna szybko zajmują inni duzi gracze na rynku. TUI oraz ITAKA zwiększają liczbę kierunków z polskich portów regionalnych. Do gry włączył się również turecki gigant w branży turoperatorskiej – Corendon. Wraz z własnym przewoźnikiem, Corendon Airlines, zapowiada ekspansję w Polsce. – Likwidacja trasy Antwerpia–Port Lotniczy Lublin to przykład dużych zmian zachodzących na europejskim rynku lotniczym. Pomimo wysokiego, 74% obłożenia, połączenie przegrywa rywalizację z potencjalnie wysokomarżowymi kierunkami wakacyjnymi. TUI Group w Lublinie, gdzie zamknie 06.01.2019 r. połączenie do Antwerpii, w sezonie letnim zaoferuje ponad 10.000 miejsc na trasach wakacyjnych do Antalyi i Burgas. To tylko pokazuje, że dla przewoźników szczególnie ważny jest teraz jeden kierunek: wakacje – zaznacza Maciej Kłos.

Znajdź swój rynek z Google i zaplanuj ekspansje

Bywa, że na drodze do zdobycia klientów na zagranicznym rynku staje jedno słowo, np. zdecydowana większość internautów z Wielkiej Brytanii poszukuje “ankle bracelet” (bransoletka na kostkę), podczas gdy w Polsce klienci wpisują w wyszukiwarkę “bransoletka na nogę”. Jakie słowa kluczowe wybrać do opisu produktów, w jakim języku udostępnić stronę www,  jaką metodę płatności wybrać, a czego na nowym rynku unikać? Google pomaga polskim przedsiębiorcom stawiać pierwsze kroki lub rozwijać eksport dzięki bezpłatnym szkoleniom Internetowe Rewolucje w eksporcie oraz narzędziu Market Finder.

Właściciele małych i średnich przedsiębiorstw są niewątpliwe ekspertami, jeśli chodzi o swój lokalny rynek i klientów. Mniejszą wiedzę mają natomiast na temat możliwości rozwoju na zagranicznych rynkach, a także wszystkiego, co się z nimi wiąże: trendów zakupowych, kwestii prawnych związanych z eksportem i dostępnych opcji płatności za produkty w innych krajach. W rzeczywistości 70% średnich i małych przedsiębiorstw nie ma wystarczającej wiedzy o rynkach zagranicznych, aby efektywnie rozpocząć ekspansję. Największe bariery dla małych firm na drodze do eksportu to: różne standardy lub przepisy dotyczące produktów (51%), biurokracja (49%), trudność w prowadzeniu działań marketingowych dla zagranicznych klientów (49%), brak widoczności w wyszukiwaniach klientów zagranicznych (46%), bariery językowe lub kulturowe (41%), cła (37%) oraz brak wiedzy o tym, które rynki docelowe wybrać (35%).

Co kraj to obyczaj i… inne preferencje zakupowe

82% klientów jest bardziej skłonnych do zakupu, jeśli kontent na stronie jest dostarczony w  natywnym języku, a aż 67% klientów online nie zdecyduje się dokończyć transakcji, jeśli sprzedawca nie dostarcza lokalnych metod płatności. Każdy kraj to jednak nieco inne preferencje zakupowe, np. co trzeci Hiszpan jest w stanie dopłacić za wysyłkę tego samego dnia, 41% Irlandczyków akceptuje dłuższy czas dostawy przy zakupach z zagranicy, a 41% Brytyjczyków preferuje dostawy do domu podczas godzin pracy. Co ciekawe, np. 32% Holendrów wciąż płaci poprzez tradycyjny przelew bankowy. Tego rodzaju informacje to bardzo cenne wskazówki podczas planowania rozwoju biznesu na zagranicznym rynku, które mogą decydować o powodzeniu biznesu

Market Finder Google

Market Finder Google to bezpłatna platforma, która prowadzi firmy przez wszystkie etapy rozwoju eksportu, skupiając dane i wiedzą Google oraz jego partnerów. Od czerwca tego roku narzędzie dostępne jest również w języku polskim. Interaktywna ścieżka wyznaczona przez Market Finder wskazuje krótką listę obiecujących nowych rynków docelowych odpowiednich dla danej marki, pomaga określić popyt na wybrane produkty lub usługi na podstawie lokalnych, miesięcznych wyszukiwań, a także popularne trendy na rynkach, dochód rozporządzalny na osobę, liczbę użytkowników internetu i zalecane stawki. Gdy już lista potencjalnych rynków jest gotowa, Market Finder pomaga zaplanować działania związane z tłumaczeniami, płatnościami, obsługą klienta, jak również podatkami, wymaganiami prawnymi, logistyką i rekrutacją. Z tego narzędzia korzysta już ponad 200 000 małych i średnich firm na całym świecie – najwięcej we Włoszech, Niemczech i Wielkiej Brytanii. W Polsce  przedsiębiorcy mogą dodatkowo skorzystać z bezpłatnych szkoleń prowadzonych przez ekspertów programu Internetowe Rewolucje w eksporcie. Aby wziąć w nich udział wystarczy zarejestrować się na stronie internetowerewolucje.pl. Program przewiduje indywidualną konsultację eksportową z wykwalifikowanym doradcą, dedykowany plan działania dla przedsiębiorstwa oraz 2-miesięczny okres wsparcia w realizacji planu eksportowego.

Biznesowa dynastia kawowo-herbacianego imperium MOKATE

Aż 70% Polaków deklaruje, że regularnie pije kawę, a co druga badana osoba nie wyobraża sobie poranka bez małej czarnej – tak wynika z badań Food Research Institute. Zamiłowanie do kawy przekłada się na coraz bardziej świadome wybory konsumenckie Polaków, którzy chętnie eksperymentują z nowymi odmianami czy sposobami parzenia kawy. W sklepach znajdziemy wiele rodzajów i odmian kaw. Część z nich produkowana jest przez globalne koncerny, jednak na półkach znajdziemy także produkty polskich firm. Jedną z nich jest rodzinna firma MOKATE.

Większość konsumentów kojarzy markę ze słynnym cappuccino, które niemal 30 lat temu było w szarej rzeczywistości czymś wyjątkowych. Od tego czasu wiele się zmieniło, a MOKATE rozwija się pozostając w pełni polską, rodzinną firmą. Wkrótce miną cztery lata, odkąd stery w jednej z najprężniej działających, polskich firm rodzinnych na rynku spożywczym w Polsce przejęło kolejne pokolenie. U progu lat 90. MOKATE dało Polakom smak cappuccino, które było wówczas nieznanym produktem. Dziś o kawowo – herbaciane imperium i ciągłość rodzinnej firmy dba dr Adam Mokrysz, CEO Grupy MOKATE, który z powodzeniem rozwija ofertę firmy i międzynarodową świadomość polskich marek w ponad 70 krajach na świecie.

To już czwarte pokolenie w istniejącej od 1927 rodzinnej firmie Mokryszów. Udana sukcesja to powód do dumy, dowód na silne podstawy oraz ogromna odpowiedzialność sukcesora wobec pracy poprzedników. Proces efektywnej sukcesji w MOKATE zaowocował z jednej strony nowym spojrzeniem na rozwój firmy i międzynarodową ekspansją, z drugiej kontynuacją wartości rodzinnych i szacunku do pracy poprzednich pokoleń. Takie właśnie jest MOKATE z dr Adamem Mokryszem na czele – nierozerwalnie łączy tradycję z nowoczesnością, firmę z rodziną, pasję z pracą.

Rodzinne tradycje to nie tylko firma i zamiłowanie do jej rozwoju. W rodzinie Mokryszów to również szachy. Pozornie szachy z biznesem wydają się mieć niewiele wspólnego, ale Adam Mokrysz grający w szachy od 5 roku życia przekonuje, że jest inaczej planując w biznesie, jak na szachownicy, zawsze kilka ruchów do przodu.

Strategia rozwoju firmy Adama Mokrysza to…?

To droga ewolucji i konsekwentnego budowania wartości firmy, by zwiększać skalę biznesu, ale jednocześnie utrzymać wszystkie najważniejsze wartości firmy. Zdaję sobie sprawę, że zarządzanie Grupą Mokate, to także ogromna odpowiedzialność – za jej przyszłość, za rozwój, za bezpieczeństwo ludzi, którzy tworzą ją z nami. Zawsze powtarzałem, że to właśnie wspaniali ludzie są naszą największą wartością i kapitałem.

Jakie były Pana początki w firmie?

W rodzinie Mokryszów od najwcześniejszych lat przejmuje się na początku proste zadania, stopniowo ucząc się trudniejszych i doskonaląc swoje umiejętności. Kierując się tą zasadą oraz chęcią, by jak najlepiej poznać rodzinny biznes, pracę w Mokate rozpoczynałem jako szeregowy pracownik na stanowisku referenta w dziale finansowym. Później stopniowo obejmowałem coraz istotniejsze stanowiska w działach marketingowym i eksportowym. Dlatego dziś świetnie zdaję sobie sprawę z kierunku, w jakim chcę dziś prowadzić i rozwijać naszą firmę. Kluczem do rozwoju jest ekspansja zagraniczna, którą zajmuję się od lat, a która pozwala nam na zdobywanie kolejnych szczytów i celów biznesowych.

No właśnie, eksport jest dla Mokate bardzo ważny. W 2017 roku stanowił 60 proc. waszej sprzedaży. Ile wynosi teraz?

Z każdym rokiem ten udział zwiększa się. Należy jednak zauważyć, że równolegle stawiamy na mocny rozwój sprzedaży i naszych marek na rynku krajowym. Dywersyfikacja kanałów i kierunków handlowych pozwala nam na stabilny i bezpieczny rozwój.

Waszą siłą są też Wasze marki. Bo Mokate to jedna z niewielu polskich firm spożywczych, której markowe produkty znajdują się w czołówce najlepiej sprzedających się w niemal każdej kategorii w Europie Środkowo-Wschodniej.

Wiele polskich firm spożywczych, które tak jak Mokate powstały na początku lat 90-tych, skupiało się wówczas bardziej na produkcji, niż na brandzie. W Mokate było inaczej – wiedzieliśmy i rozumieliśmy, że rynek i jego potrzeby szybko się zmieniają. Potrafiliśmy przewidywać. I dzięki temu podejściu dziś nasze portfolio budują silne i znane marki zarówno w Polsce, jak i w Europie. Proszę zwrócić uwagę, że obecnie walkę o klienta w ogromnej mierze wygrywają „firmy marketingowe”, które rozumieją potrzeby konsumentów, mają swoją markę i potrafią się zareklamować. Oczywiście te czynniki muszą iść w parze z wysoką jakością produktów i doskonałą wiedzą na temat rynku, na którym one funkcjonują.

Budowa marki to tytaniczna praca?

Tak, ale uważam, że najtrudniejsza jest nie tylko jej budowa, ale także kolejne kroki, czyli utrzymanie i dalsze rozwijanie brandu. Jako rodzina mówimy, że marki to nasze dzieci. A firma jest warta tyle, ile warte są jej marki.

Rozwinięty eksport to gwarancja sukcesu?

Liczą się markowe produkty – smaczne, ciekawe, innowacyjne, wysokiej jakości. Ale jednocześnie perfekcyjnie dopasowane do oczekiwań konsumentów w danym kraju. W Mokate od lat rozwijamy eksport w oparciu o lokalny personel, ponieważ nikt tak dobrze nie zna smaków i zwyczajów konsumentów, jak ich krajan. Takie podejście do biznesu sprawia, że nasze produkty znajdują uznanie w oczach milionów ludzi na całym świecie. Bo mówimy tu o grupie ok. 70 państw, w których z powodzeniem sprzedajemy produkty pod markami LOYD, czy Mokate.

Czy istnieje recepta na zdobycie zagranicznego rynku?

Nie ma jednej reguły i recepty. Może to być rozwój poprzez dystrybucję i właściwego partnera zainteresowanego wspólnym budowaniem biznesu. Innym razem drogą do rozwoju jest akwizycja lub założenie przedstawicielstwa w kraju, w którym budujemy sprzedaż. Kluczem – tak jak wspomniałem – jest rozwój międzynarodowy w oparciu o lokalne struktury.

Co jeszcze jest ważne w utrzymaniu pozycji międzynarodowej firmy?

Trzeba być cierpliwym, konsekwentnym i systematycznym. Utrzymywanie silnej pozycji międzynarodowej, to inwestowanie w rynek, markę, świadomość konsumenta. Elastyczność i ciągła analiza rynków, na których już sprzedajemy oraz tych, na które chcemy wejść – jest bardzo istotna. Pozwala na minimalizowanie ryzyka związanego z nietrafionymi decyzjami biznesowymi, a także na skuteczny i dynamiczny rozwój na danym rynku. Sam eksport absolutnie nie gwarantuje sukcesu, a jest jedynie jedną z dróg rozwoju. Trzeba wiedzieć, jak tą drogą podążać.

Wróćmy jeszcze do Pana. Jak radzi sobie Pan z połączeniem chęci wdrażania własnych pomysłów i prowadzenia firmy po swojemu, z dotychczasowym dorobkiem Pana rodziców?

Korzystam z ogromnej mądrości i przedsiębiorczości moich przodków. W rodzinie Mokryszów od zawsze funkcjonował gen przedsiębiorczości. Definiuje on nasz tok myślenia, który przekłada się na sposób działania i powoduje, że dalej, jako kolejne pokolenie, jestem głodny sukcesu. Jedna z moich zasad, którymi kieruję się w życiu, mówi: Bądź PHD, ale nie po doktoracie. Czyli bądź poor, hungry, determined – zawsze głodny sukcesu, niezależnie od tego, co robisz. Miej i utrzymuj energię osoby, która dopiero zaczyna budować biznes. Dlatego chcę podejmować wiele działań i inicjatyw, które doprowadzą Mokate na kolejny szczebel rozwoju. Bardzo szanuję tradycję i to, co zostało stworzone. Czerpię z tego najlepsze wzorce. Z drugiej strony chcę stale dopasowywać firmę do dzisiejszych czasów – a te zmieniają się w zawrotnym tempie.

Które wzorce uważa Pan za najważniejsze? Za najbardziej wartościowe?

Firmę budujemy w oparciu o takie wartości, jak wysoka etyka, poszanowanie partnera, gra fair play w biznesie czy szacunek do drugiego człowieka. Te wartości wynosi się z rodzinnego domu. Od lat w Mokate pielęgnujemy je i dbamy, by stale były obecne w naszej pracy. Wokół nich z powodzeniem budujemy naszą firmę.

Zarówno Pan, jak i Mokate jesteście laureatami wielu nagród i wyróżnień. Co one znaczą dla firmy, dla rodziny?

To docenienie naszej firmy i jej osiągnięć. To ukłon w stronę całej historii Mokate i tego, co tworzymy jako rodzina w regionie i na świecie. Firmę tworzą ludzie. Pracownicy to nasi ambasadorzy, z którymi rozwijamy firmę na co dzień. Oni najlepiej świadczą o tym, że firma Mokate jest godna uznania i zaufania. I że warto podejmować z nią współpracę jako pracownik, kontrahent, partner biznesowy, czy dostawca. To, że udaje nam się ściągać do Mokate ludzi z talentem i inicjatywą, którzy pracują z nami wiele lat, to jedna z miar naszego sukcesu.

Rynek, na którym działacie zmienił się względem tego, na którym zaczynali Pana rodzice?

Tak, zdecydowanie się zmienił. Jego dynamika jest dziś znacznie większa niż 30 lat temu.

Zmienił się też sam klient.

Dziś jest on bardzo otwarty na nowości i innowacje. Przykłada dużą wagę do składu produktów, do ich jakości. To konsument bardzo świadomy z jasno sprecyzowanymi oczekiwaniami wobec produktów, które kupuje. Działamy na rynku napojów gorących – kawy i herbaty. To bardzo konkurencyjny rynek, na którym działają najsilniejsze marki świata od wielu lat. Mimo to od 30 lat z powodzeniem rozwijamy markę Mokate oraz kolejne brandy, które z czasem uzupełniały nasze portfolio. I w efekcie dziś jesteśmy jednym z największych producentów kawy i herbaty w tej części świata.

I nadal potraficie utrzymywać przewagi konkurencyjne?

Oczywiście, ale to złożony i wielopłaszczyznowy proces.

Na który składa się…

Wiele czynników. Przede wszystkim jednak słuchamy naszych konsumentów. Stale dbamy o to, by byli zadowoleni, bo to od nich zależy dalsze powodzenie firmy. Nieraz wyprzedzamy ich potrzeby i oczekiwania. Jesteśmy więc proaktywni, a nie reaktywni – to bardzo istotne. Podejmujemy bardzo dużo działań angażujących i aktywujących klientów takich jak konkursy, promocje konsumenckie, działania reklamowe, trademarketingowe czy wizerunkowe.

Musicie być atrakcyjni dla klienta.

I tacy jesteśmy. Dzięki temu będzie zauważał, doceniał i wybierał nasz produkt. Z satysfakcją mogę powiedzieć, że z powodzeniem od lat udaje nam utrzymywać, a wielokrotnie i zwiększać przewagi konkurencyjne produktów Grupy Mokate.

A co z samym produktem? Jakie on ma znaczenie w tej układance?

Kawa i herbata, tak jak chociażby pieczywo, należą do tzw. podstawowego koszyka zakupowego Polaków. Dlatego bardzo ważne są detale. Od lat uważnie patrzymy na to, jak zmieniają się preferencje smakowe konsumentów. Wiemy, jaką kawę i herbatę chcą pić, co ma decydujący wpływ na ich proces zakupowy. Ta wiedza jest absolutnie kluczowa i wymaga od nas dużych inwestycji w badania rynku. Mając tę wiedzę i umiejętność jej analizy i wykorzystania w praktyce, można liczyć na odniesienie sukcesu sprzedażowego. Fakt, że klienci kupują nasze produkty, jest tego najlepszym dowodem i wyrazem uznania dla działań, które podejmujemy. Marzenia tworzą rzeczywistość i lubią się spełniać. Wystarczy tylko, że będziemy tego chcieli i konsekwentnie do tego dążyli.

CES 2020 — najważniejsze trendy technologiczne, które ułatwią nasze życie

Za kilka tygodni rozpoczną się targi CES® 2020, podczas których zostaną zaprezentowane innowacje i technologie najnowszej generacji. Dzięki nim nasz świat zmieni na lepsze. Od 50 lat podczas targów CES prezentowane są rozwiązania, które rewolucjonizują sposób, w jaki żyjemy, pracujemy i bawimy się. Dzięki technologiom nasz świat staje się nie tylko bardziej inteligentny i bezpieczny, ale także działa sprawniej, począwszy od komunikacji z bliskimi po transport.

Wszystko wskazuje na to, że targi CES 2020 będą niezwykłe. Na powierzchni 269 tys. m kw. znajdzie się 4500 stanowisk wystawców. Podczas targów CES 2020 zostaną zaprezentowane tak rewolucyjne technologie, jak sieć 5G i łączność mobilna, sztuczna inteligencja, rzeczywistość wirtualna i rozszerzona, roboty, inteligentne miasta, innowacyjne pojazdy, cyfrowe rozwiązania dla zdrowotne i wiele innych.

Oto wybrane trendy, których należy spodziewać się podczas tegorocznej edycji imprezy:

Sieć 5G i łączność mobilna

W miarę rozprzestrzeniania się szybkich, pojemnych i wydajnych sieci 5G na całym świecie operatorzy, producenci urządzeń i twórcy aplikacji prześcigają się w oferowaniu nowych usług.

Sieć 5G będzie tematem przewodnim targów CES 2020. Możemy spodziewać się prezentacji najnowszych urządzeń, aplikacji i usług zarówno od największych graczy w branży, jak i małych i niezwykle innowacyjnych startupów.

Sztuczna inteligencja (AI)

Inteligentne maszyny i aplikacje pozwalają nam niejako dostosowywać świat do naszych potrzeb i sprawiają, że możemy żyć wygodniej. Nowoczesne oprogramowanie jest w stanie precyzyjnie przewidywać nasze wybory i podejmować przemyślane decyzje za nas. Przełamywanie kolejnych barier w technologiach uczenia maszynowego i przetwarzania języka sprzyja pojawianiu się nowych aplikacji i otwiera zupełnie nowe możliwości.

Podczas targów CES 2020 swoje innowacje z zakresu sztucznej inteligencji będą prezentować dostawcy z niemal każdego sektora technologicznego, w tym John Deere, Kyocera, Doosan i Brunswick.

Cyfrowe rozwiązania zdrowotne

Technologia pozwala ludziom lepiej dbać o zdrowie i dobre samopoczucie. Dzięki innowacjom lekarze mogą unowocześniać metody leczenia i pomagać pacjentom w poprawie jakości życia bardziej precyzyjnie i skutecznie niż kiedykolwiek wcześniej.

W ostatnim dziesięcioleciu zmiany następowały szybko, a ich tempo będzie tylko rosnąć. Systemy AI są w stanie wykrywać różne rodzaje raka skóry bardziej precyzyjnie od lekarzy, zaś technologie mapowania genomu umożliwiają tworzenie spersonalizowanych leków dostosowanych nie tylko do potrzeb pacjenta, ale także jego tolerancji na poszczególne składniki aktywne. Podczas targów CES 2020 najnowsze rozwiązania medyczne zaprezentują m.in. Philips, Omron Healthcare, Myant, Procter & Gamble, Cigna i Humana.

Inteligentne miasta

Coraz bardziej inteligentne miasta zmieniają eksurbanizację w technologiczny raj. Dostęp mieszkańców do usług za pośrednictwem technologii nie tylko zwiększa wydajność naszych miast, ale także sprzyja ich zrównoważonemu rozwojowi. Innowacje przyczyniają się m.in. do ograniczenia zanieczyszczenia powietrza i korków, a także spadku przestępczości.

Podczas targów CES 2020 swoje rozwiązania ukierunkowane na przyszłość miast będzie prezentować Departament Transportu Stanów Zjednoczonych oraz takie firmy, jak Hitachi, Siemens i NTT.

Technologie motoryzacyjne

W ostatnim czasie auta urosły do rangi zaawansowanych technologicznie gadżetów, łącząc w sobie rozwiązania z zakresu komunikacji mobilnej, sztucznej inteligencji, nowoczesnych interfejsów itd. Organizatorzy targów CES 2020 trzymają rękę na pulsie rewolucji motoryzacyjnej. Powierzchni wystawienniczej poświęconej tej branży pozazdrościłaby niejedna impreza stricte motoryzacyjna. Podczas tegorocznej edycji CES swoje rozwiązania będzie oferować ponad 160 wystawców motoryzacyjnych, w tym 10 koncernów, które zaprezentują m.in. samochody autonomiczne, koncepcyjne i wyposażone w technologie łączności mobilnej.

Podróże i turystyka

Niemal każda współczesna firma ma profil technologiczny. Rynki niemające tradycyjnie bliższych związków z technologiami wykorzystują innowacje, aby rozszerzać działalność i zapewniać klientom jak najlepsze wrażenia użytkowe. Dzięki dedykowanej strefie wystawienniczej podczas targów CES 2020 będzie można przekonać się, w jaki sposób bardziej inteligentne i bezpieczniejsze technologie rewolucjonizują turystykę. Ed Bastian, dyrektor generalny linii lotniczych Delta, jako pierwszy przedstawiciel linii lotniczych w historii CES wygłosi przemowę, w której poruszy rolę technologii w podróżowaniu.

Odporność na ryzyko

Media niemal codziennie donoszą o katastrofach naturalnych i sytuacjach wyjątkowych z całego świata. Podczas targów CES 2020 zostaną zaprezentowane technologie związane z odpornością na ryzyko, które pomagają krajom i miastom w lepszym przygotowaniu się na sytuacje wyjątkowe, reagowaniu na nie oraz powrocie do „normalności”. Wśród wystawców warto wymienić Departament Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych oraz firmy Growgenix i Oxicool. Ich rozwiązania pozwolą zapewnić społecznościom zdrowie, bezpieczeństwo, energię elektryczną, żywność i ochronę.

Nowe technologie są wdrażane wyjątkowo szybko na ranku polskim. Każdego roku największe firmy technologiczne oraz media i liderzy biznesu z Polski odwiedzają targi CES, aby poznać najnowsze innowacje. Moja żona, która jest rodowitą Polką, co roku gości na targach CES. Niezwykle cieszy ją rosnąca frekwencja polskich gości CES.

Technologie mają pozytywny wpływ na niemal każdy aspekt naszego życia od podróży i rozrywki, przez zdrowie, wykształcenie, transport i wiele innych. Przyszłość innowacji technologicznych zostanie zaprezentowana podczas targów CES 2020 w terminie 7-10 stycznia. Najnowsze informacje na temat targów CES można znaleźć pod adresem CES.tech.

Gary Shapiro, prezes i dyrektor generalny Consumer Technology Association (CTA)™

Grupa IMS poszukuje inwestora strategicznego

Zarząd IMS S.A., lidera marketingu sensorycznego w Polsce, podjął decyzję o rozpoczęciu poszukiwania inwestora strategicznego, który ma wesprzeć plany spółki, związane z rozwojem międzynarodowym.

„Mamy silną pozycję na terenie Polski, gdzie jesteśmy niekwestionowanym liderem w dziedzinie marketingu sensorycznego. Dbając o interesy akcjonariuszy zdecydowaliśmy o położeniu silniejszego niż dotychczas nacisku na zapewnienie rozwoju na rynkach zagranicznych – stąd decyzja o rozpoczęciu poszukiwań inwestora strategicznego” – powiedział wiceprezes zarządu IMS Piotr Bielawski.

W tym celu IMS zidentyfikował kilka interesujących celów akwizycyjnych działających w branży spółki, mających swoje siedziby głównie na terenie Europy.

W ocenie zarządu powiększenie Grupy Kapitałowej IMS o kilka rentownych zagranicznych podmiotów o przychodach ze sprzedaży rzędu 15-100 mln zł możliwe jest jedynie przy wsparciu silnego, ukierunkowanego na osiągnięcie celu, partnera.

Spółka rozważa pozyskanie inwestora finansowego lub branżowego, zawarcie aliansu strategicznego, czy też dokonanie innej transakcji o podobnym charakterze. W związku z powyższym, Emitent planuje prowadzić rozmowy z potencjalnymi inwestorami i partnerami, a także, po zawarciu stosownych umów o zachowanie poufności, może m.in. udostępniać zainteresowanym informacje na temat spraw, aktywów i działalności spółki oraz Grupy IMS.

„W związku z tym w najbliższym czasie zamierzamy podpisać umowę na doradztwo transakcyjne z jedną z wiodących światowych firm konsultingowych” – dodał Piotr Bielawski.

Crowdfunding udziałowy czy venture capital?

Sukcesy zbiórek prowadzonych za pośrednictwem platform crowdfundingowych sprawiają, że coraz więcej firm rozważa taką formę finansowania. Efekt finalny uzależniony jest tu od wielu czynników. Jednym z nich jest odpowiednie nagłośnienie procesu emisji. W jego promocji, aktywnie uczestniczą więc zarówno firmy szukające środków, jak i same platformy, na których odbywa się zbiórka. Często podkreślane są wszystkie zalety crowdfundingu, rzadziej słychać o tym, że projekt nie zrealizował celu lub wręcz zupełnie się nie udał. Tymczasem finansowanie społecznościowe obarczone jest sporym ryzykiem i może nie być satysfakcjonujące, ani dla firmy szukającej wsparcia, ani dla jej inwestorów. Czy zamiast niepewnej zbiórki wśród dużego grona drobnych inwestorów lepiej postawić na współpracę z jednym profesjonalnym partnerem? Jaki rodzaj finansowania będzie lepszym źródłem środków na rozwój biznesu?

Istotą działań crowdfundingowych jest zgromadzenie wokół danego przedsięwzięcia odpowiednio dużej i zaangażowanej społeczności, która swoimi pieniędzmi wspomoże jego realizację. Taki rodzaj finansowania można potraktować jako zrzutkę, w której uczestniczą sympatycy związani emocjonalnie z daną inicjatywą. Przykładem mogą być amerykańscy fani zespołu Marillion, którzy w 1997 roku złożyli się na organizację jego trasy koncertowej w USA. Środki pochodzące z crowdfundingu finansowały już wydawanie płyt muzycznych, a nawet kręcenie pełnometrażowych filmów. W klasycznym modelu finansowania społecznościowego, osoby biorące udział w zbiórce, otrzymują w zamian za to produkt, gadżet lub inne świadczenie niepieniężne. Natomiast sytuacja, w której społeczność finansująca projekt w zamian za wsparcie otrzymuje udziały lub akcje firmy, to tzw. crowdinvesting lub equity crowdfunding, czyli społecznościowe finansowanie udziałowe. W Polsce najbardziej donośnym przykładem tego typu wsparcia była zbiórka prowadzona przez Wisłę Kraków. Jej kibice uzbierali łącznie 4 mln złotych, stając się przy tym właścicielami 5 proc. akcji klubu. W wypadku crowdfundingu udziałowego obok wsparcia okazanego danej marce i emocji z tym związanych, równie ważny staje się wymiar finansowy i oczekiwanie zwrotu z inwestycji.

Receptą na rozwój niekoniecznie musi być zrzutka

Equity crowdfunding oferuje szereg korzyści dla firm będących na wczesnym etapie rozwoju. Poza samym gromadzeniem kapitału, procesowi temu towarzyszy najczęściej mocna akcja marketingowa i działania PR, które budują świadomość produktu i rozpoznawalność marki. Już samo w sobie, skutecznie stymuluje to wzrosty sprzedaży. Dodatkowo można też pozyskać kapitał przy stosunkowo atrakcyjnej wycenie. Kuszące są: mniej sformalizowana procedura, niewielka ilość regulacji prawnych oraz wysoki limit emisji bez prospektu oraz memorandum informacyjnego. Od ubiegłego roku może on sięgać 1 mln Euro, czyli ponad 4 mln zł. Są jednak i słabsze strony. Ze względu na to, że wpłaty najczęściej są drobne, do inwestycji trzeba przekonać dużą ilość podmiotów. Nie zawsze udaje się też przekroczyć, wymaganą przez platformę crowdfundingową, minimalną wysokość uzbieranego kapitału. Prowizje pobierane zarówno przez platformy, jak i systemy płatności mogą z kolei mocno obniżyć opłacalność przedsięwzięcia. Ponadto w przyszłości zarządzanie przedsiębiorstwem, w którym udziały posiada wielu drobnych inwestorów, może być kłopotliwe (na przykład przy podejmowaniu ważnych decyzji strategicznych).

– Wybór najbardziej optymalnego źródła finansowania wynika z bardzo indywidualnych uwarunkowań danego projektu. Przede wszystkim większość funduszy venture capital poszukuje wyjątkowych projektów, mogących przynieść ponadprzeciętną stopę zwrotu. Ponadto projekty te muszą mieć też potencjał do rozwoju na rynkach globalnych. Z tego powodu niektóre firmy nie będą miały szansy, aby takie finansowanie pozyskać. Nie oznacza to jednak, że ich działalność nie jest wartościowa. Crowdfunding udziałowy z pewnością będzie dobrym źródłem finansowania dla projektów typu B2C, które działają w modelu biznesowym, który może być łatwo zrozumiany przez potencjalnych inwestorów, a dodatkowo oferuje im produkty lub usługi, które sami chcieliby kupować. Łatwiej im wówczas identyfikować się z daną marką i podjąć decyzję inwestycyjną, pomimo dużego ryzyka i niepewnego zwrotu – tłumaczy Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego finansującego innowacyjne biznesy.

Korzyści i ryzyko inwestora

Podstawowa różnica między crowdfundingiem, a crowdfundingiem udziałowym jest taka, że w tym drugim przypadku wpłacający oczekuje przede wszystkim zysku. Inwestorzy w zamian za wpłaty otrzymują akcje i liczą na wypłatę dywidend. W praktyce wygląda to nieco inaczej. Model finansowania społecznościowego dla firm wciąż pozostaje niedostatecznie uregulowany. Wpłaty częściej traktowane są tu jako dofinansowanie działalności, niż jako inwestycja kapitałowa. Crowdfundingowi inwestorzy nie mają wpływu na funkcjonowanie spółki, ani klasycznej ochrony, a ich dostęp do informacji jest bardzo ograniczony. W pierwszych latach funkcjonowania firmy, rzadko kiedy można liczyć na dywidendę, a płynność całej inwestycji bywa mocno niepewna. Wszystko to sprawia, że equity crowdfunding jest inwestycją obarczoną bardzo wysokim ryzykiem i należy traktować ją w kategoriach bardzo alternatywnych.

– Ryzyko inwestora w crowdfundingowym modelu finansowania jest  bardzo wysokie, w związku z tym, można je zminimalizować, inwestując  jednorazowo niewielką kwotę. Inaczej wygląda to w przypadku funduszu, który angażuje środki w wysokości od kilkuset tysięcy do kilku milionów złotych. W jego interesie leży wówczas jak najlepsza ochrona poczynionej inwestycji, dlatego pomimo obejmowania udziałów mniejszościowych, fundusz zapewnia sobie zwykle szereg dodatkowych uprawnień (większość w radzie nadzorczej, liquidation preference itp.). Co prawda inwestor posiada w tym wypadku większą kontrolę i może wpływać na strategię rozwoju, ale poza finansowaniem, oferuje spółce również cenne wsparcie merytoryczne, a także korzyści wizerunkowe. Z tego względu fundusze venture capital często stają się partnerami w biznesie, którzy wspólnie ze spółką pracują nad tym, aby finansowane przedsięwzięcie zakończyło się sukcesem. Trzeba mieć jednak na uwadze, że już w umowie inwestycyjnej przewidziane są pewne strategie wyjścia z inwestycji przez fundusz (np. prawo drag along). Są one wiążące dla founderów, którzy zobowiązują się do zarządzania firmą w całym okresie inwestycji. Kampanie crowdfundingowe zwykle nie pociągają za sobą tak daleko idących konsekwencji – dodaje Krystyna Kalinowska z Podlaskiego Funduszu Kapitałowego.

To, czy dla startupu korzystniejszy będzie crowdfunding udziałowy, czy inwestycja funduszu zależy od jego długoterminowej strategii i celów jakie chce osiągnąć. W przypadku niższych potrzeb kapitałowych i projektów wzbudzających duże emocje wśród konsumentów atrakcyjniejsza może wydawać się zbiórka od sympatyków skupionych wokół marki. Jeśli jednak firma myśli o długofalowym rozwoju, lepiej oprzeć się na wiarygodnym partnerze, który zapewni długoterminowe wsparcie. W przypadku firm na wczesnym etapie rozwoju pewne jest jedno – kredyt bankowy i pozyskanie kapitału z giełdy najczęściej będą dla nich nieosiągalne. Alternatywne sposoby finansowania są więc ciekawą propozycją zdobycia środków na rozwój. Przed dokonaniem wyboru warto dokładnie przeanalizować dostępne opcje oraz wady i zalety każdego z rozwiązań.

Podlaski Fundusz Kapitałowy jest jednym z najstarszych funduszy venture capital działających w Polsce. Fundusz został utworzony w 1995 roku, w ramach Polsko-Brytyjskiego Programu Rozwoju Przedsiębiorczości. Od tamtej pory zrealizował kilkadziesiąt inwestycji na łączną kwotę ok. 45 mln zł, z sukcesem finalizując wiele transakcji. Fundusz oferuje przedsiębiorstwom finansowanie typu venture capital oraz private debt. Maksymalna kwota zaangażowania w jeden podmiot to 1,5 mln PLN. Z finansowania mogą korzystać  startupy, generujące pierwsze przychody ze sprzedaży, jak również firmy będące w fazie dalszego rozwoju i ekspansji.

Michał Zębik

Nie widać końca hossy na amerykańskiej giełdzie. Trump ma reelekcję w kieszeni?

W USA rozpoczęła się już kampania wyborcza i prezydent D.Trump chwali się sukcesami w amerykańskiej gospodarce. Rekordy na Wall Street mogą jednak obrócić się przeciw jego planom dotyczącym reelekcji.

Amerykańska giełda w ostatnim czasie niemal codziennie jest bliska historycznych maksimów lub te maksima zdobywa, co prezydent USA chętnie traktuje jako swój wyjątkowy sukces.

Wielu krytyków zarzuca mu jednak, że gdy mówi o rekordowej gospodarce – to pomija niektóre fakty. Stopa bezrobocia jest w okolicach 50-letniego minimum, ale produkcja przemysłowa w październiku miała najgorsze wyniki od dziesięciu lat.

Indeks Dow Jones od 2010 r. wzrósł o 170 proc., gdy produkcja o 40 proc. i jej wzrost bardzo wyhamował. Jak to możliwe, że giełda bije rekordy, choć amerykańska gospodarka ma coraz większe problemy?

– Kiedyś Dow Jones był indeksem zdominowanym przez firmy przemysłowe, teraz dominują firmy technologiczne, takie jak Apple czy Microsoft – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Indeksy giełdowe rosną jednak szybciej niż wyniki najmocniejszych spółek technologicznych i wskaźniki wyceny, na które zwracają uwagę inwestorzy zaczynają przypominać te z okolic szczytu bańki internetowej sprzed 20 lat.

Do wyborów prezydenckich pozostał jeszcze niemal rok. Trudno będzie o tak wysokie indeksy giełdowe za kilka czy kilkanaście miesięcy.

– Giełdowe wyniki mogą łatwo obrócić się przeciw planom o reelekcji – komentuje ekspert XTB.

Krajowy przemysł wyraźnie zwalnia, a co za tym idzie spada zapotrzebowanie na energię elektryczną

Niepokojącym sygnałem jest spadek popytu na energię elektryczną. Potwierdza, że nasza gospodarka spowalnia. Jednocześnie polski prąd jest za drogi, bo energetyka jest oparta na węglu kamiennym.

– Od początku roku do września zużycie energii elektrycznej zmalało o 1 proc., a jej produkcja niemal o 3 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartłomiej Derski, ekspert WysokieNapiecie.pl.

Spadek zużycia energii elektrycznej potwierdza, że polska gospodarka spowalnia, a dotyczy to zwłaszcza przemysłu chemicznego i metalurgicznego., które odczuwają skutki spadku zamówień.

Jednak zmniejszenie produkcji jest większe niż regres w popycie na polską energię, a dzieje się tak dlatego, że importowana energia jest tańsza od krajowej.

– Dzieje się tak, bo polski węgiel kamienny jest drogi, a dodatkowym obciążeniem są opłaty za uprawnienia do emisji CO2, co podbija stawki na rynku hurtowym – wyjaśnia ekspert.

Delegowanie pracowników – co się zmieni w 2020 roku?

Nawet do 40 proc. mogą wzrosnąć koszty pracownicze. Przedsiębiorcy powinni przygotować się na spore perturbacje wraz z wejściem w życie zmian w unijnych przepisach w latach 2020/2021. Dyrektywa o pracownikach delegowanych spędza sen z oczu w szczególności polskim przewoźnikom. Przyczyna jest prosta. Jeżeli do tej pory kierowca otrzymywał wypłatę na poziomie 6500 złotych na rękę z uwzględnieniem diet i ryczałtów za noclegi, to pracodawca ponosił całkowity koszt około 8500 złotych w zależności od przyjętej podstawy wynagrodzenia.

Według obecnych propozycji już w lipcu 2020 roku ma wejść w życie dyrektywa o pracownikach delegowanych.[1] Nowe przepisy nie są zbieżne z obecnie funkcjonującym polskim prawem. Co to oznacza w praktyce? Ustawa o czasie pracy kierowców wyraźnie wskazuje, że kierujący pojazdem ciężarowym pozostaje w podróży służbowej. Taki zapis nakazuje wypłacenie pracownikowi należności w postaci diet i ryczałtów noclegowych. Tymczasem Unia Europejska chce wprowadzenia przepisów o delegowaniu, które będą nakazywać wypłatę wynagrodzenia obowiązującego w kraju tak zwanym przyjmującym. W konsekwencji może dojść do sytuacji, w której polski przewoźnik będzie zmuszony wypłacić pracownikowi polskie diety wraz z ryczałtem noclegowym oraz dodatkowo pełne sektorowe wynagrodzenie liczone wedle prawa państwa, w którym kierowca przebywał.

Wszystkie państwa Wspólnoty powinny przygotować się do wytycznych unijnego legislatora. Jeśli nie dojdzie do zmian w polskich zasadach wynagradzania kierowców, pracodawcy muszą liczyć się nawet z 40 proc. wzrostem kosztów pracowniczych. Jednak w przypadku zmiany w przepisach krajowych podwyżka kosztów powinna być bliżej dolnych prognozowanych wartości – czyli około 15 proc. Konieczne aktualizacje w polskim prawie powinny również bezspornie zaliczać całe wynagrodzenie wypłacane kierowcy – bez znaczenia, czy podlega „oskładkowaniu” czy też nie – na poczet europejskich płac minimalnych lub sektorowych – mówi Łukasz Włoch, Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Co z tym delegowaniem?

Zgodnie z ustawą o delegowaniu każdy kraj będzie mógł za pomocą odpowiednich wytycznych oraz prawa wewnętrznego samodzielnie ustalać stawki płacy minimalnej lub sektorowej. Dlatego warto zadbać o to, aby w Polsce stworzyć taki system wynagradzania kierowców, który będzie przejrzysty dla europejskich służb kontrolnych, a nie powodował podwyżki kosztów pracowniczych na poziomie, który realnie może wyeliminować z rynku polskich przedsiębiorców. – Niezależnie od wprowadzonych zmian kilkuprocentowa podwyżka kosztów po stronie pracodawców jest nieunikniona. Jednak bez modyfikacji polskiego prawa – sama dyrektywa o delegowaniu wprowadzi chaos legislacyjny, znaczne utrudnienia administracyjne oraz spowoduje jeszcze większe koszty – tłumaczy ekspert OCRK.

Co się zmieni w 2020 roku?

Zgodnie z wytycznymi należy odstąpić od stawek płac minimalnych na rzecz wynagrodzenia sektorowego. To zaś ma być definiowane zawsze według kraju przyjmującego. Zwrot kosztów takich jak diety i ryczałty za nocleg mogą zostać w całości wykluczone z wyliczania należnego wynagrodzenia w trakcie delegowania pracownika. – Obecna kwota, którą otrzymuje kierowca, składa się w 70 proc. z diet i ryczałtów noclegowych, a 30 proc. to wynagrodzenie bazowe, od którego odprowadzane są składki na ubezpieczenie społeczne oraz zaliczki na podatek dochodowymówi Kamil Wolański, OCRK.

Delegowanie pracowników 2020Wyliczenia wynagrodzeń kierowców zawodowych pochodzą z programu 4Trans firmy Inelo

Po wejściu w życie dyrektywy o delegowaniu nie wypłacamy minimalnych stawek godzinowych, ale pełne wynagrodzenie obowiązujące w danej grupie zawodowej w kraju przyjmującym. Pracodawca powinien porównać wysokość minimalnej kwoty wypłacanej między państwami wysyłającym i przyjmującym oraz uzupełnić, to znaczy wyrównać do pensji tego miejsca, które przyjmuje pracownika delegowanego. Od wejścia w życie proponowanych zmian diety i ryczałty przez to, że formalnie stanowią zwrot kosztów, mogą zostać wyłączone z zasadniczej wypłaty przysługującej poza granicami kraju. Będzie to wynikać z faktu, że brak jednoznacznego wyjaśnienia, czy dany składnik to zwrot kosztów czy wynagrodzenie według strony przyjmującej, oznacza domniemanie, że to zwrot kosztów.

Przewoźnicy powinni jeszcze pamiętać, że ustalenie prawidłowej kwoty do wypłacenia pracownikowi delegowanemu nie może polegać wyłącznie na podstawie przepisów powszechnie obowiązujących w państwie przyjmującym takich jak kodeks pracy. Musi się to odbywać z uwzględnieniem również układów zbiorowych pracy na przykład branżowych czy sektorowych – mówi Wolański z OCRK.

Warto pamiętać także, że nieznajomość przepisów czy trudny dostęp do informacji nie zwalnia przedsiębiorcy z obowiązku właściwego wyliczenia wynagrodzenia pracownika – dodaje ekspert.

Co czeka przewoźników?

Nadchodzące zmiany to trudny czas w szczególności dla branży transportowej. Niezbędne jest wsparcie specjalistów w zakresie rozliczania czasu pracy kierowców, ale też w interpretowaniu aspektów prawnych i wyznaczaniu takich rozwiązań informatycznych, które optymalizują biznes i dają gwarancję niezawodności. W przyszłości telematyka i usługi prowadzenia ewidencji czasu pracy truckerów są nieuniknione i warto inwestować w takie innowacje, by nie zgubić się w meandrach unijnych regulacji i nie pozostać w tyle za zachodnią konkurencją.

[1] Dyrektywa PE i Rady UE 2018/957 z dnia 18 czerwca 2018 roku zmieniająca dyrektywę 96/71/WE dotyczącą delegowania pracowników
w zakresie świadczenia usług.

Co ze stopami procentowymi w Polsce?

Zmiany w polityce stóp procentowych to gorący temat na rynkach walutowych. Świat oczywiście największą uwagę przywiązuje do tematu USA, ale inne kraje w tym Polska nie dają o sobie zapomnieć.

Wraca temat obniżek stóp procentowych

Eryk Łon, członek Rady Polityki Pieniężnej, znów wraca do tematu obniżek stóp procentowych. Na razie na ostatnim posiedzeniu podczas głosowania nie zdobył jeszcze poparcia w sprawie obniżania stóp, ale niewykluczone, że w przyszłości to się zmieni. Argumentem jest inflacja pod kontrolą. Jest to przedziwny argument, biorąc pod uwagę mandat Rady. Skoro ma dbać o stabilność cen, to dlaczego stabilne ceny miałyby ją motywować do działania. Niemniej, gdyby faktycznie miało dojść do obniżek stóp procentowych, można się spodziewać osłabiania polskiego złotego.

Wystąpienie Powella

Jerome Powell, prezes Rezerwy Federalnej w USA, w godzinach nocnych czasu polskiego miał wystąpienie na temat stóp procentowych. Co ciekawe wskazywał na to, że nie wzrosną w najbliższym czasie. Określił poziom inflacji 2%, czyli bardzo bliski obecnemu, jako pożądany dla trwałego wzrostu gospodarczego. Jest to wyraźna zmiana względem ostatnich wystąpień prezydenta USA, który wręcz domagał się gwałtownych obniżek stóp procentowych. Reakcją rynków na zmianę perspektywy stóp procentowych z obniżek na stabilną jest wzrost wartości dolara.

Chińczycy zwiększyli PKB

W Chinach co pięć lat przeprowadzana jest rewizja danych o PKB. W tym roku korekta była wyjątkowo słaba, co nie zmienia faktu, że gospodarka nagle urosła o przeszło 250 miliardów dolarów. To dla porównania mniej więcej połowa polskiego PKB. Jest to wzrost o 2,1% poprzednie dwie korekty miały zakres 3,4% i 4,4%. Za to 15 lat temu wzrost wyniósł abstrakcyjne 16,3%. Skąd biorą się te zmiany? Wynikały one głównie z niedoszacowania sektora usługowego. Wspomniany wzrost zostanie najprawdopodobniej rozłożony równomiernie na ostatnie 5 lat, jak to miało miejsce w przeszłości. Powinno to zwiększyć PKB o około 0,4% rocznie, realizując założoną linię partii.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – saldo obrotów towarowych,

16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Łódź jednym z najszybciej rozwijających się miast w kraju

Lokalizacja w sercu Polski, łatwy dostęp do specjalistów, szeroka oferta nowoczesnej powierzchni biurowej oraz przystępne koszty życia sprawiają, że potencjał biznesowy Łodzi rośnie z roku na rok, a region łódzki uznawany jest za jeden z najszybciej rozwijających się w kraju. W ciągu ostatnich lat miasto ewoluowało od ośrodka produkcyjnego do jednego z głównych centrów outsourcingowych i logistycznych w Polsce, co przyciąga nie tylko dużych najemców, deweloperów, ale i inwestorów – wynika z najnowszego raportu „Przyszłość zaczyna się tu… Łódź”, przygotowanego przez Colliers International i Urząd Miasta Łodzi.

Łódź pokazuje, że systematyczne i konsekwentne realizowanie strategii przynosi założone rezultaty. Z jednej strony wdrażane są w życie mniejsze projekty, przy jednoczesnym podejmowaniu i realizowaniu kluczowych dla miasta planów długofalowych. Zmiany są ogromne, wielowymiarowe i dotyczą każdej dziedziny życia. Rozwój gospodarczy, integracja społeczności i przemiany zachodzące w Łodzi wyraźnie wpływają na jakość życia jej mieszkańców, a także na sposób postrzegania miasta przez turystów i potencjalnych inwestorów.

Ponad 500 tys. mkw. nowoczesnych biur w Łodzi

– Łódzki rynek nowoczesnych powierzchni biurowych liczy już pół miliona metrów kwadratowych i wciąż jest w rozkwicie. Dzięki konsekwentnej realizacji strategii rozwoju, miasto przykuwa uwagę coraz większej liczby deweloperów, jak również najemców z sektora BPO/SSC. Szacuje się, że 40% istniejącej powierzchni biurowej ma mniej niż 5 lat, a powstające inwestycje biurowe odmieniają wygląd centralnych części miasta. Biurowce, zaprojektowane w nowoczesny sposób z uwzględnieniem potrzeb lokalnych społeczności, wpisują się w tkankę miasta i posiadają pełną infrastrukturę – przystanki komunikacji miejskiej, stacje wypożyczania rowerów, usługi medyczne oraz ofertę kulturalno-rozrywkową. Wyjątkową cechą architektury Łodzi jest łączenie nowoczesności z tradycją przemysłową – mówi Marcin Włodarczyk, dyrektor regionalny Colliers International w Łodzi.

Największą inwestycją urbanistyczną w historii Łodzi jest projekt Nowego Centrum Łodzi, będącego obecnie głównym skupiskiem nowoczesnych biurowców w mieście. Obejmuje ono rozległy teren pokolejowy i poprzemysłowy, który od 2007 roku przechodzi głęboką restrukturyzację, stając się kluczową przestrzenią dla współczesnego rozwoju miasta oraz jego najatrakcyjniejszym terenem inwestycyjnym.

– Nowe Centrum Łodzi to największe w Europie Środkowej przedsięwzięcie infrastrukturalne łączące biznes, handel, kulturę oraz transport, zlokalizowane w ścisłym centrum miasta, obejmujące powierzchnię ponad 100 hektarów. Dzięki przeniesieniu linii kolejowych pod ziemię, odzyskano ogromną powierzchnię w centrum miasta, która teraz może być wykorzystana pod nowe inwestycje biurowe, dzięki którym powstają kolejne atrakcyjne miejsca pracy. Budowa nowej dzielnicy biznesowo-mieszkalnej, uzupełnionej o kluczowy projekt komunikacyjny – podziemny dworzec Łódź Fabryczna – ma na celu podniesienie rangi miasta, promocję i rewitalizację obiektów historycznych na jego terenie, pobudzenie gospodarki miejskiej oraz stworzenie nowego miejsca, atrakcyjnego zarówno dla biznesu, mieszkańców, jak i turystów – mówi Hanna Zdanowska, Prezydent Łodzi.

Potencjał łódzkiego rynku pracy

Łódzki Obszar Metropolitalny, jedną z największych aglomeracji miejskich w Polsce, zamieszkuje ponad 1,1 mln osób. Potencjał zasobów ludzkich utrzymuje się na wysokim poziomie. Sytuacja na rynku pracy w Łodzi jest korzystna, spośród prawie 700 tys. mieszkańców ponad 57% stanowią osoby w wieku produkcyjnym. Stopa bezrobocia na koniec I połowy 2019 r. kształtuje się na niskim poziomie i wynosi ok. 5,1%. Rozwinięty sektor przemysłowy zatrudnia ok. 50 tys. osób. Rozkwit przeżywają też branże: informatyczna, logistyczna, badawczo-rozwojowa oraz AGD. Należy również zwrócić uwagę na liczne centra usług dla biznesu – szeroko pojęte BPO.

Na 22 łódzkich uczelniach kształci się około 72 tys. studentów. Najwięcej z nich uczy się na kierunkach biznesowych i administracyjnych oraz inżynieryjno-technicznych, ponadto 4 tys. osób studiuje technologie informatyczne oraz blisko 3 tys. studentów jest na kierunkach językowych. Warto zwrócić uwagę na fakt, że łódzkie uczelnie wyższe kładą coraz większy nacisk na współpracę z biznesem, m.in. z centrami usług. Kierunki biznesowe i administracyjne, lingwistyczne, informatyczne oraz inżynieryjno-techniczne, które najczęściej wybierają studenci w Łodzi, są bardzo perspektywiczne. Zapotrzebowanie na specjalistów w branży informatycznej, inżynieryjno-technicznej oraz w sektorze BPO/SSC nieustannie rośnie, w związku z tym pracodawcy coraz częściej oferują zatrudnienie studentom ostatnich lat studiów licencjackich lub magisterskich.

– Z powodu konkurencyjnych względem pozostałych dużych miast w Polsce warunków życia, dużej liczby studentów, a także licznej grupy kompetentnych pracowników, do Łodzi przenosi się wiele firm z innych regionów Polski. Następstwem tego stają się migracje pracowników uwarunkowane niższym kosztem życia, przy uwzględnieniu wzrostu wynagrodzeń – tłumaczy Marcin Włodarczyk.

Łódź logistycznym centrum Polski

Centralne położenie Łodzi wpływa znacząco na jej dobre skomunikowanie z resztą kraju. Miasto leży w niewielkiej odległości od skrzyżowania dwóch głównych autostrad – A1 i A2, przechodzących ze wschodu na zachód i z północy na południe. Kluczowe znaczenie ma również droga ekspresowa S8 łącząca Białystok z Wrocławiem. Łódź posiada też dobre połączenia kolejowe z największymi miastami w Polsce. W granicach miasta funkcjonuje Międzynarodowy Port Lotniczy im. Władysława Reymonta, obsługujący regularne loty m.in. do Wielkiej Brytanii, Irlandii, Grecji i Niemiec.

Ze względu na centralne położenie, motorem rozwoju lokalnej gospodarki pozostaje logistyka i transport. Na terenach wokół miasta wyrastają kolejne magazyny, a bezpośrednie połączenie kolejowe z Chinami napędza rozwój e-commerce w całym kraju.

Region Polski Centralnej należy do grupy trzech największych rynków magazynowych w kraju, zaraz po Warszawie i tuż przed Górnym Śląskiem.

— Bardzo dobra lokalizacja i silnie rozwinięta infrastruktura drogowa przyciągają głównie inwestorów z zagranicznym kapitałem. Bliskość skrzyżowania autostrad, będących częścią paneuropejskich korytarzy transportowych, stanowi idealną lokalizację dla firm z sektora produkcji oraz logistyki. Bezpośrednie połączenie kolejowe cargo między Łodzią a Chinami gwarantuje skrócenie transportu do dwóch tygodni, co stanowi dokładnie połowę czasu, który jest potrzebny na dostawę towaru drogą morską — mówi Dominika Jędrak, dyrektor Działu Doradztwa i Badań Rynku w Colliers International.

Centra logistyczne w regionie Polski Centralnej budowane są przez największe firmy deweloperskie sektora magazynowego. Ze względu na strategiczną lokalizację realizowane są tu zarówno parki logistyczne, jak i inwestycje w formule BTS dedykowane głównie najemcom z sektora branży handlowej, logistycznej, produkcyjnej i e-commerce.

EXPO 2024

Globalne wyzwania i uwarunkowania lokalne w istotnym stopniu wpływają na zakres merytoryczny Wystawy EXPO w Łodzi, która odbędzie się w terminie 27 kwietnia-28 września 2024 r. Będzie ona dotyczyć podnoszenia jakości życia w miastach i kwestii ich zrównoważonego rozwoju dzięki rewitalizacji, poszanowaniu i świadomemu korzystaniu ze środowiska, a także zaangażowaniu społecznemu Te założenia znajdują swoje odzwierciedlenie w proponowanym temacie głównym wystawy: Nature of the City – Natura Miasta. Idea współczesnego miasta. Szczególnym tematem, na którym skupione będzie EXPO 2024, jest wprowadzanie zielonych rozwiązań w historycznym centrum miasta. Wystawa ma na celu zaprezentować zasady zrównoważonego rozwoju, takie jak ekologia i ochrona środowiska, zrównoważona mobilność, promocja rozwiązań zapewniających tanie i energooszczędne mieszkania, jak i rozwiązania Smart City, umożliwiające wdrażanie najnowszych technologii w obszarze infrastruktury miejskiej.

Zanosi się na spokojny dzień

Rynki wyciszają się przed końcem miesiąca i w obliczu skrócenia tygodnia przez Święto Dziękczynienia. Rynek akcji podtrzymuje umiarkowany optymizm, choć bez świeżych rewelacji w temacie umowy handlowej USA-Chiny. Negocjatorzy są po rozmowie telefonicznej, gdzie „osiągnięto konsensus w sprawie właściwego rozwiązania istotnych problemów”. Nic nowego.

Co pokazuje rynek akcji (wzrosty), nie przekłada się na trendy na rynku walutowym. Choć zauważalna jest szczątkowa presja na bezpieczne przystanie – JPY, CHF – nie widać korespondującego wzrostu zainteresowania walutami ryzykownymi. AUD, CAD, NOK i SEK pozostają zblokowane. NZD znalazł w nocy wsparcie w danych o sprzedaży detalicznej, ale dziś rano już widać szybką realizację zysków. Nawet na rynkach wschodzących nie ujawnia się wzrost apetytu na ryzyko. EUR/PLN po sześciu tygodniach wraca ponad 4,30. Albo inwestorzy na rynku walutowym są bardziej ostrożni niż ich koledzy z rynku akcji i nie widzą podstaw do nadmiernego optymizmu; albo brak istotnej poprawy w danych makro i brak kontrastu w polityce monetarnej (wszędzie luzowanie) eliminuje okazje inwestycyjne. Urealniają się moje obawy, że okołoświąteczny marazm drugiej połowy grudnia może się rozciągnąć na listopad.

Zanosi się na spokojny dzień, o ile oczywiście nie wypłyną nowe rewelacje odnośnie relacji USA i Chin. Na polu danych na pierwszym planie jest indeks zaufania konsumentów z USA. Ostatnie trzy miesiące przyniosły spadek wskaźnika, ale w obliczu poprawy sentymentu w biznesie i łagodzenia polityki Fed teraz spodziewane jest odbicie w nastrojach konsumentów. Tłem będą dane o sprzedaży domów i cenach nieruchomości. Wieczorem przemawia Lael Brainard z Fed, ale są małe szanse na wzmianki o kursie polityki monetarnej. Dziś w nocy prezes Fed powtórzył, że gospodarka jest w dobrym miejscu, a polityka odpowiednia i ten spokój powinien się udzielać wszystkim członkom zarządu Fed.

Przed południem uwagę może przyciągnąć wystąpienie prezesa RBA Phillipa Lowe’a. Jeśli prezes chce zmienić rynkowe oczekiwania ku grudniowej obniżce stopy kasowej, to to jest ostatnia ku temu okazja. Osobiście wątpię w taki obrót wydarzeń, gdyż protokół po listopadowym posiedzeniu sugerował, że bank woli zaczekać z oceną sytuacji do przyszłego roku i posiedzenia w lutym. Ryzykiem za to jest opinia Lowe’a o zasadności i korzyściach zastosowania niekonwencjonalnych narzędzi polityki pieniężnej. Otwartość RBA na takie narzędzia (np. QE) może zostać zinterpretowana przez rynek jako zapowiedź zastosowania ich w niedalekiej przyszłości. Biorąc pod uwagę słabość AUD w ostatnich godzinach, wygląda na to, że część rynku ustawia się na ewentualność komentarzy o QE. Negatywna reakcja wciąż jest możliwa, tak samo jak neutralny wydźwięk przemówienia będzie rozczarowaniem dla sprzedających i pretekstem do rajdu ulgi dla Aussie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rynek w USA na szczytach

  • Dyskusje na linii Waszyngton – Pekin
  • Stany Zjednoczone wciąż na szczytach
  • Obniżka stóp w Chinach

Przyjęcie przez amerykański Kongres ustaw wspierających działania uczestników trwających od czerwca masowych protestów w Hongkongu sprawiło, że relacje pomiędzy USA a Chinami ponownie się ochłodziły. Oznacza to tym samym, że porozumienie pomiędzy tymi krajami odsuwa się w czasie. Według ostatnich doniesień Chiny domagają się, aby prezydent Donald Trump zawetował ustawy. Do niedawna jeszcze źródła chińskie podawały informację, że nie należy wiązać ze sobą obu tematów. Raczej nic nie wskazuje na to, abyśmy wkrótce poznali efekty pierwszej fazy trwających negocjacji handlowych. Na kolejne napięcia na linii Pekin – Waszyngton amerykański rynek zareagował spadkami, szybko jednak nastąpiły odbicia. Rynek amerykański jest wciąż bardzo mocny, S&P500 wzrósł, a NASDAQ także jest na szczytach.

W Stanach Zjednoczonych trwa jeszcze sezon wyników giełdowych za trzeci kwartał. Większość spółek pokazała wyniki powyżej konsensusu, jednak nie notują one wzrostów.

Z kolei w Chinach po raz pierwszy od 2015 r. obniżono stopy procentowe dla operacji repo z 2,55 do 2,5 proc. Jest to reakcja na słabe dane makroekonomiczne z października. Zmniejszenie kosztu finansowania na rynku międzybankowym jest wspierającym czynnikiem dla instytucji finansowych. Może to przez mechanizm transmisyjny zwiększyć płynność w całej gospodarce Chin.

Deloitte Polska łączy siły z Google Cloud

Firma doradcza Deloitte rozszerza współpracę z Google Cloud na terenie Polski i Europy Środkowej. Wspólna strategia przewiduje budowę rozwiązań chmurowych dla konkretnych branż i klientów, a także wspólne działania marketingowe i edukacyjne.

Google Cloud jest jednym z najważniejszych globalnych partnerów technologicznych Deloitte. Na rynku EMEA (Europa, Bliski Wschód, Afryka) Deloitte posiada już ponad 600 konsultantów i inżynierów w obszarze cloud. Teraz firma doradcza chce skupić się na rozwoju tej gałęzi usług w Polsce i Europie Środkowej. Podpisanie kolejnej umowy o współpracy wskazuje na zaangażowanie w rozwój usług w obszarze transformacji cyfrowej opartych o najwyższej klasy rozwiązania technologiczne.

Efektywna współpraca, efektowne wyniki

Podpisując umowę o współpracy Deloitte Polska dołączyło do globalnego grona firm wspierających klientów za pomocą rozwiązań Google Cloud Platform.

Chcemy stać się najważniejszym partnerem Google Cloud w regionie Europy Środkowej. Wspólnie będziemy wykorzystywać modele operacyjne dla różnych sektorów, dzięki najlepszym technologiom chmurowym i wiedzy naszych ekspertów. Mamy ku temu solidne podstawy. Już teraz Deloitte posiada najwyższy status partnera Google Cloud – Premier Partner – w obszarach migracji, infrastruktury, bezpieczeństwa, analityki danych i marketingu oraz uczenia maszynowego. Te usługi chcemy także oferować w Polsce – mówi Jakub Garszyński, lider usług cloud w Deloitte Polska.

W obszarze cloud Deloitte oferuje już globalnie usługi m.in. w zakresie strategii adopcji chmury, migracji, modernizacji i integracji aplikacji, bezpieczeństwa i zarządzania ryzkiem, budowy rozwiązań w modelu cloud native, SAP S/4HANA, a także analizy danych, big data, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Kompleksowość usług i ich jakość dodatkowo potwierdza fakt, że dwa lata z rzędu Deloitte został odznaczony przez Google Cloud tytułem Global Services Partner of the Year.

Doświadczenie firmy Deloitte w zakresie transformacji cyfrowej przedsiębiorstw sprawia, że jest ona dla nas idealnym partnerem do współpracy. Dzięki wspólnym działaniom będziemy w stanie pomóc przedsiębiorstwom z różnych branż w modernizacji ich infrastruktur, a co za tym idzie w dalszym ich rozwoju. Wierzymy, że szybka adopcja technologii opartych o rozwiązania w chmurze może mieć kluczowe znaczenie dla budowania przewagi konkurencyjnej polskiej gospodarki – dodaje Urszula Leciejewska, Head of Google Cloud Channel.

Partnerstwo z Google Cloud umożliwia Deloitte dostęp do wiedzy, szkoleń oraz programów akceleracyjnych dla klientów. Na tej podstawie będą prowadzone wspólne działania marketingowe oraz tworzone rozwiązania dedykowane konkretnym branżom lub klientom. Partnerzy zajmą się także edukacją polskiego rynku w zakresie rozwiązań chmurowych.

Rok 2019 w sektorze magazynowym z szansą na rekord

Rynek magazynowo-logistyczny jest najdynamiczniej rozwijającym się sektorem nieruchomości w Polsce. W okresie zaledwie pięciu lat całkowite zasoby powierzchni w kraju uległy podwojeniu. Wolumen projektów w budowie jest wciąż bardzo wysoki, a rozwój infrastruktury drogowej kreuje kolejne lokalizacje. Dane za III kw. 2019 r. pokazują jednak istotny wzrost stopy pustostanów, a proces absorpcji nowej podaży jest dłuższy, niż kilka miesięcy temu.

Połowa przestrzeni magazynowej w Polsce powstała w ciągu ostatnich 5 lat

Jeszcze w pierwszej połowie 2014 r. całkowite zasoby nowoczesnych przestrzeni magazynowych w Polsce wynosiły niewiele ponad 8 mln m kw. Rosnący popyt na powierzchnie magazynowe i logistyczne bezpośrednio przełożył się na ożywienie na rynku, a prawdziwy boom zaczął się 3 lata temu. Jedynie w 2017 i 2018 roku oddano do użytku obiekty o całkowitej wielkości odpowiednio 2,4 i 2,2 mln m kw, a dotychczasowe dane z 2019 r. wskazują, że ten rok nie ustępuje.

Tylko w ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy tego roku, w ręce najemców przekazano magazyny o łącznej powierzchni ponad 1,97 mln m kw., co jest absolutnym rekordem. W rezultacie na koniec września całkowite zasoby nowoczesnych przestrzeni magazynowych w kraju osiągnęły poziom 17,6 mln m kw.” – Szymon Dołęga, Konsultant, Dział Analiz Rynkowych i Doradztwa BNP Paribas Real Estate.

Na Górnym Śląsku otwarto jeden z największych magazynów w Europie

Analizując największe umowy najmu z ostatnich lat wyraźnie widać, że większość z nich dotyczy międzynarodowych potentatów z branży handlu elektronicznego. Z racji specyfiki sektora e-commerce, firmy te zajmują specjalnie dla siebie stworzone obiekty idealnie odpowiadające ich potrzebom (BTS). W III kw. tego roku byliśmy świadkami oddania do użytku kolejnego z takich centrów dystrybucyjnych. Czterokondygnacyjny gigant położony w Gliwicach oferuje łącznie ponad 210 000 m kw., co czyni go największym tego typu obiektem w Polsce i jednym z największych w Europie.

Polski rynek powierzchni magazynowych stale przykuwa uwagę zagranicznych graczy. Inwestorzy, również największe i znane na całym świecie firm, decydują się lokować w naszym kraju główne centra przeładunkowe i logistyczne. Na ich decyzje wpływają szczególnie takie czynniki, jak lokalizacja, stale rozwijająca się infrastruktura transportowa oraz niskie koszty operacyjne. Biorąc jednak pod uwagę dostępność wolnych działek oraz siły roboczej, zainteresowanie inwestorów skutkuje szybkim przyrostem nowej powierzchni i wysoką aktywnością deweloperów nie tylko na głównych rynkach. To zaś przyczynia się do generowania nowych miejsc pracy i rozwoju regionów – Igor Roguski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Magazynowych, Europa Środkowo-Wschodnia BNP Paribas Real Estate.

Dostępność dróg i pracowników jest wciąż decydująca

Pomimo postępującej automatyzacji procesów magazynowych i logistycznych, integralną cechą sektora przemysłowo-logistycznego jest nieustannie wysokie zapotrzebowanie na siłę roboczą. Tymczasem w Polsce mamy do czynienia z najniższym bezrobociem od kilkudziesięciu lat. Coraz atrakcyjniejsze stają się lokalizacje wciąż oferujące większy dostęp do kapitału ludzkiego, zapewniające jednocześnie bliskość tras szybkiego ruchu. W konsekwencji, stajemy się świadkami „otwierania nowych obszarów” poprzez rozwój dróg ekspresowych i autostrad.

Ostatnim przykładami alternatywnych lokalizacji mogą być m. in.: kompleks powstający na północ od Wrocławia, w bezpośrednim sąsiedztwie trasy S5, czy rozbudowa jednego z dwóch nowoczesnych kompleksów w okolicach Kielc, położonego przy niedawno oddanym fragmencie trasy S7 – Hanna Milczarek, Dyrektor, Magazyny i Logistyka, Rynki Kapitałowe BNP Paribas Real Estate.

Pierwsze oznaki nasycenia?

Trzeci kwartał, oprócz imponujących danych dotyczących wielkości podaży nowej powierzchni, pokazał również wzrost średniej stopy pustostanów. Na koniec września bez najemców pozostawało 6,7% istniejącej powierzchni magazynowo-logistycznej, o 1,3 p. proc. więcej niż w poprzednim okresie bieżącego roku. Należy jednak zaznaczyć, że biorąc pod uwagę ogromną ilość powierzchni dostarczonej na rynek w ostatnich latach, to poziom wciąż relatywnie niski. Dodatkowo, całkowity wolumen powierzchni w budowie, mimo że wciąż wygląda imponująco (1,8 mln m kw.), jest najmniejszy od początku 2018 r. Czy oznacza to, że szczyt koniunktury mamy już za sobą? A może raczej są to jedynie tymczasowe wahania, spowodowane kumulacją nowej podaży – pokażą kolejne miesiące.

Więcej informacji o aktualnej sytuacji na rynku magazynowo logistycznym w Polsce znajdą Państwo w raporcie międzynarodowej firmy doradczej BNP Paribas Real Estate pt. „Rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce, III kw. 2019 r.”

Usługi IT nowym towarem eksportowym do Chin

Deficyt w wymianie handlowej pomiędzy Polską a Chinami to przepaść. Obecnie więcej towarów i usług wysyłamy do Rumuni niż do Państwa Środka. Wartość eksportu do Chin w 2018 roku wyniosła 2,5 mld USD, natomiast import stanowi ponad 30 mld USD. Wysyłamy głównie metale nieszlachetne i wyroby z nich, maszyny i urządzenia, a także tworzywa sztuczne. Eksport usług stanowi margines działalności polskich przedsiębiorców. Sytuację tę może zmienić polska branża IT. O tym od czego zacząć ekspansję usług informatycznych opowiada Robert Strzelecki, którego firma Solution4Labs otworzyła swój pierwszy oddział w Chinach.

Jak rozpocząć działalność w Chinach?

– Przygodę z Państwem Środka najlepiej rozpocząć od udziału w misji gospodarczej. Szereg takich wydarzeń organizuje PAIH lub regionalne samorządy. To cenne doświadczenie, dzięki któremu możemy poznać partnerów biznesowych i nauczyć się specyfiki współpracy z przedsiębiorcami z Chin. Ważnym zasobem jest także posiadanie partnerskiej firmy, która już działa na tamtym rynku. Tak było w przypadku Solution4Labs. Specjalizujemy się we wdrażaniu systemów LIMS do laboratoriów i dzięki współpracy z naszym globalnym partnerem, który realizuje zlecenia na tym rynku, zaczęliśmy rozważać możliwość ekspansji na Daleki Wschód. To jednak dopiero początek drogi.

Co trzeba zrozumieć zanim podejmie się próbę rozwoju biznesu w Chinach?

– Przede wszystkim trzeba tam być, zobaczyć, jak funkcjonuje ich świat biznesu, porozmawiać z ludźmi. Chiny to nie jest miejsce, w którym zrobimy biznes za przysłowiową „miskę ryżu”. To bardzo zaawansowany przemysłowo kraj. Guangzhou – region, który wybraliśmy jako punkt startu – to główny ośrodek chińskiego przemysłu elektronicznego. Bycie z biznesem właśnie w tym miejscu wiąże się z dużym potencjałem, ale i konkurencją. Myśląc o rozpoczęciu działalności w tym rejonie świata, warto przeanalizować dokładnie swoje cele i formę współpracy, ponieważ do wyboru mamy wiele rodzajów spółek, a każda z pewnymi zaletami i ograniczeniami. Rynek pracowników jest także zupełnie inny. Występują tam na przykład lepsze oraz gorsze okresy na zatrudnianie.

Bez czego europejski biznesmen nie może się obejść w Chinach?

– Bez Internetu! Internet w Chinach nie funkcjonuje na takich samych zasadach jak w innych krajach – część usług jest niedostępna. Jeżeli chcemy się samodzielnie poruszać po mieście, dobrym pomysłem jest zaopatrzenie się w tłumacza i mapy offline. Podczas spotkania biznesowego bardzo ważnym momentem jest chwila wręczania wizytówek. Należy temu rytuałowi poświęcić należytą uwagę i zawsze mieć je ze sobą. W rozmowach biznesowych przydatny jest także tłumacz z angielskiego na chiński – nie wszędzie spotkamy się ze znajomością tego języka po drugiej stronie.

Z jakimi kosztami trzeba się liczyć na samym początku?

– Aby myśleć o ekspansji na ten rynek należy na początku zdać sobie sprawę, że odbędziemy tam przynajmniej 3–4 podróże służbowe. Dla partnerów biznesowych w Chinach relacje są bardzo ważne. Podróże same w sobie generują spore koszty. W zależności od tego, jaki charakter ma mieć biznes, należy na sam start założyć kwotę ok. 30 tys. USD. Pamiętajmy, że na początku będziemy w znaczniej mierze polegać na doświadczeniu i wiedzy innych, a ta kosztuje. Jeżeli chcemy na stałe zaznaczyć swoją obecność w Chinach to obowiązkowe jest biuro. To wcale nie musi na początku oznaczać ogromnych kosztów. Warto skorzystać z porad Zagranicznych Biur Handlowych PAIH, które działają lokalnie. Pani Małgorzata Zawisza, Business Development Manager w Chengdu, tłumaczyła nam, że ceny najmu biura są uzależnione od lokalizacji. W regionach wysoko rozwiniętych i dużych ośrodkach miejskich takich jak Szanghaj, Pekin, Guangzhou ceny będą wielokrotnie wyższe niż w środkowej części Chin. Obecnie kształtują się nowe huby nastawione na zaawansowane technologie i IT. W tych miejscach przedsiębiorcy mogą liczyć na bogate programy wsparcia obejmujące: darmowy wynajem biura przez określony czas, pomoc w rekrutacji pracowników, ulgi i zwolnienia podatkowe a także granty. Coraz częściej pojawiają się także programy akceleracyjne, których uczestnicy przykładowo otrzymują możliwość stworzenia w Chinach joint–venture z największymi graczami, takimi jak Tencent czy Alibaba.

Jak wygląda zakładanie spółki w Chinach?

– Niezwykle przydatna jest dobra firma konsultingowa, która poprowadzi nas w rozmowach z rządem. Co ciekawe przy zakładaniu firmy ogromne znaczenie ma pieczątka – ten, kto ma pieczątkę w firmie ma władzę. Trzeba ich także sporo zgromadzić od urzędników pod dokumentami założycielskimi. Same kontrakty także sygnuje się swoistą pieczątką – z odcisku własnego palca. Chiny to kraj, w którym biurokracja jest dość mocno rozwinięta i aby odnaleźć się w tej rzeczywistości najlepiej skorzystać z pomocy specjalistów. Mimo tego warto a nawet trzeba posiadać tam swoje przedstawicielstwo.

Dlaczego firma IT powinna mieć swój oddział na miejscu. Czy nie można realizować projektów zdalnie?

– Prowadzenie biznesu w Chinach oparte jest na relacjach a te trudno utrzymywać przez e–mail lub komunikator. Należy rozróżnić stałą współpracę i obecność na miejscu od realizacji pojedynczego zlecenia. W naszym przypadku był to także warunek chińskiego kontrahenta, który w perspektywie chciał realizować szereg wdrożeń, ale tylko z partnerem obecnym na lokalnym rynku. Postawienie stopy w drzwiach to z jednej strony spore nakłady, które trzeba ponieść na początku, jednak potencjał jest ogromny. Solution4Labs rozpoczęło właśnie realizację pierwszego projektu polegającego na implementacji systemu LIMS w laboratorium na terenie Państwa Środka. Po pozytywnym przejściu pilotażowego wdrożenia specjaliści Solution4Labs będą wspierali wdrożenia systemu w ponad 100 lokalizacjach na terenie Chin. To przykład potencjału i skali działania, jakich można oczekiwać po współpracy z dalekowschodnimi partnerami.

Co dziwi europejskiego biznesmena w kulturze pracy chińskich pracowników?

– Ciekawostką są biura, a będąc precyzyjnym, ilość miejsca na jedno stanowisko pracy, które jest znacząco mniejsze niż w Polsce. Pracownicy nie są przywiązani do posiadania okna w biurze, a w połowie dnia pracy mają czas na drzemkę – w naszym biurze są łóżka. Sama rekrutacja także jest specyficzna i uzależniona od chińskiego kalendarza. Są lepsze i gorsze okresy na rekrutacje i należy to uwzględnić w swoim planie wejścia na rynek. Może się okazać, że pozyskamy pracowników dopiero po trzech miesiącach, bo okres, w którym założyliśmy rekrutacje okazał się niezbyt fortunny. Nam na szczęście, dzięki wiedzy zdobytej wcześniej, udało się uniknąć takiej sytuacji.

Na co chińscy partnerzy zwracają uwagę przy podejmowaniu współpracy?

– Wspomniane wcześniej relacje są niezwykle istotne, ale równie ważnym czynnikiem jest wiarygodność firmy. Wiarygodność to w zasadzie przedłużenie relacji – dla chińskich biznesmenów liczy się stabilność partnera a ta może być zagwarantowana przez firmę z solidnymi podstawami. Spotkaliśmy się z tym podczas negocjacji. Nasi kontrahenci byli żywo zainteresowani tym, jak długo działamy na rynku – niezwykle ważne były referencje od innych firm. W przypadku Solution4Labs, która współpracuje od lat przy podobnych projektach ze światowymi dostawcami, był to mocny argument. W dodatku fakt, że firma jest częścią grupy kapitałowej TenderHut umocnił ich w przekonaniu, że współpraca z nami będzie owocna.

Polska branża IT posiada świetnych i cenionych na całym świecie specjalistów, którzy śmiało mogą konkurować także na rynku chińskim. Stała obecność polskich przedsiębiorców z tego sektora, rozwijających biznes na miejscu może się okazać doskonałym produktem eksportowym z roku na rok równoważącym deficyt handlowy pomiędzy naszymi krajami.

Podpisanie umowy handlowej pomiędzy USA a Chinami może zostać przesunięte na przyszły rok

Według mediów podpisanie wstępnej umowy handlowej pomiędzy USA a Republiką Ludową Chin może zostać przesunięte na przyszły rok. Jako przyczynę takiego rozwoju wydarzeń uznaje się to, ze Pekin domaga się większego zakresu cofnięcia ceł, a USA domagają się ustalenia szczegółowego harmonogramu zakupów amerykańskich produktów rolnych przez Chiny.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości 1,51%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły nieco mocniejszy spadek – o 2.04%. Z kolei indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień: z lekkim wzrostem o 0,58% dla sWIG80 oraz spadkiem o 0,33% dla mWIG40.

W nadchodzącym tygodniu nie zapowiada się zbyt wiele odczytów danych makroekonomicznych. Jednak w środę (27.11.2019) poznamy dane o dochodach i wydatkach Amerykanów oraz dane dotyczące zamówień na dobra trwałe w USA. W czwartek (28.11.2019) poznamy wstępne dane o listopadowej inflacji CPI oraz HICP w Niemczech. Z kolei w piątek (29.11.2019) poznamy szacunkowe dane o listopadowej inflacji CPI w Polsce oraz o PKB Polski w III kwartale 2019. Ponadto w piątek poznamy również październikową inflacje HICP dla Strefy Euro.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Grupa IMS opublikowała wyniki za III kwartał 2019 r.

Grupa IMS, lider marketingu sensorycznego w Polsce, miała w III kw. 2019 roku ok. 13,5 mln zł przychodów ze sprzedaży (+11 proc. rdr), a narastająco po 3 kwartałach ok. 41,4 mln zł (+16 proc.).  Na koniec września grupa kapitałowa świadczyła usługi abonamentowe na bazie prawie 19 tys. lokalizacji.

„Wyniki cieszą, tym bardziej, że w tym roku ponosimy spore nakłady, związane z rozbudową zespołu sprzedażowego, intensyfikacją działań komunikacyjno-marketingowych oraz budową i komercjalizacją własnych bibliotek muzycznych” – powiedział Piotr Bielawski, wiceprezes zarządu IMS S.A.

„Najsilniejsze przyrosty sprzedaży odnotowaliśmy w segmencie usług abonamentowych audio, wideo i aroma, czyli naszej głównej domeny biznesu, dzięki której Grupa IMS ma zapewnione stabilne przepływy pieniężne w długim terminie” – dodał.

Na koniec września 2019 roku Grupa IMS dysponowała siecią 18.871 lokalizacji, w której na terenie całego kraju świadczone były usługi abonamentowe – wzrost liczby lokalizacji rdr wyniósł ok. 39 proc. (ok. 5,7 tys. netto).

W III kwartale Grupa IMS podpisała nowe umowy m. in. z Galerią Stara Ujeżdżalnia w Jarosławiu, Centrum Handlowo-Rozrywkowym Tkalnia w Pabianicach (usługa audiomarketingu), SkyTower we Wrocławiu, Arkadami Wrocławskimi, Centrum Handlowym Forum, Hotelem Boss (usługa aromamarketingu). Ponadto, instalacje systemów Digital Signage trafiły m. in. do 3 obiektów Ceetrus, Centrum Handlowego M1 w Krakowie i Markach koło Warszawy oraz Galerii Kazimierz w Krakowie.

IMS S.A. intensywnie inwestuje w 2019 roku, rozwijając m.in. projekt budowy i komercjalizacji bibliotek muzycznych. Jego celem jest wykorzystywanie własnego kontentu w playlistach u klientów Grupy IMS oraz wykorzystywanie tej muzyki do zarabiania na innych, dotychczas niewystępujących w Grupie IMS, polach eksploatacji. Spółka spodziewa się w kolejnych okresach bardzo istotnych zysków z tej działalności.

O Grupie IMS

Grupa IMS świadczy usługi marketingu sensorycznego w trzech głównych grupach produktowych:

  • audiomarketingu – emisja oraz przygotowanie personalizowanych formatów muzycznych,
  • wideomarketingu – komunikacja wizualna na nośnikach Digital Signage: Wideo Wall, menu Boards, witryny sklepowe Digital Signage,
  • aromamarketingu – dobór i emisja spersonalizowanych nut zapachowych dla wybranych grup klientów.

Około połowy sprzedaży od wielu lat pochodzi ze świadczenia długoterminowych usług abonamentowych w tych trzech obszarach.

Powyższe dziedziny stanowią trzon marketingu sensorycznego, który jest działaniem polegającym na umiejętnym dobraniu odpowiednich bodźców dźwiękowych, zapachowych i wizualnych w celu wywołania oczekiwanych reakcji u klientów. Misją firmy jest pozostanie wiodącym dostawcą rozwiązań podnoszących efektywność i atrakcyjność miejsc sprzedaży.

Ponadto Grupa IMS prowadzi działalność w segmentach:

  • In-Store Media – produkcja i emisja reklam dźwiękowych, produkcja i emisja reklam wideo na monitorach i ekranach LED, Digital Signage,
  • Technologie i Systemy Digital Signage – Wayfinder’s mapy dotykowe – wdrożone po raz pierwszy w Polsce, jak i w Europie przez Grupę IMS, Giftomaty, instalacje Systemów Digital Signage, aplikacje interaktywne, specjalizowane urządzenia Digital Signage, zarządzanie treścią na nośnikach Digital Signage,
  • Eventy – organizacja eventów i wydarzeń specjalnych, która polega na przygotowywaniu i realizacji imprez związanych z wprowadzeniem nowych produktów na rynek, ambientami, promocją, programami lojalnościowymi, szkoleniami, konferencjami, itp.

Grupa IMS działa w dwóch segmentach abonamentowych – premium i ekonomicznym.

Usługi w segmencie premium cechuje najwyższa jakość, a w konsekwencji cena, natomiast usługę w segmencie ekonomicznym (obejmuje tylko usługę audiomarketingu) cechuje niższa cena i jakość, którą wciąż jednak charakteryzuje odpowiedni poziom zadowalający klienta.

Ideą powyższych działań Grupy Kapitałowej IMS jest oferowanie kompleksowych rozwiązań, które odciążą klienta od implementacji, zarządzania oraz monitorowania systemów i procesów sprzedaży nakierowanych na działania marketingowe w miejscu sprzedaży.

Połowa sprzedaży Grupy IMS S.A. pochodzi ze sprzedaży usług abonamentowych. IMS dostarcza obecnie swoje usługi do ok. 18,9 tys. lokalizacji abonamentowych. Usługi abonamentowe cechują w większości długoterminowe umowy na ich świadczenie – zwykle kilkuletnie kontrakty. Odbiorcami tego typu usług są Klienci sieciowi z branż jak HORECA, Retail, Bankowość, Medyczna itp.

Elektrownia jądrowa i OZE zamiast węgla w Bełchatowie?

Przyszłość sektora węglowego w Polsce nie wygląda dobrze. Prawdopodobnie jego schyłek nastąpi już w połowie lat 30. tego wieku. Wtedy skończą się złoża i konieczne będzie zamknięcie bloków na węgiel brunatny, w tym także elektrowni w Bełchatowie. Takie plany są już rozpisane i prawdopodobnie nie uda się uniknąć tego scenariusza. W miejscu istniejących odkrywek w okolicach Bełchatowa pojawią się jeziora, a cały region zmieni swój charakter.

– Nowa odkrywka w Złoczewie to sposób na przedłużenie wydobycia o kolejne kilka lat i dalsze wykorzystanie elektrowni, która napędza przemysł regionu – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Oczywiście można byłoby zacząć tę zmianę wcześniej, ale wymagałoby to alternatywy w postaci nowych miejsc pracy dla ludzi zatrudnionych w Bełchatowie. Chodzi o tysiące pracowników Polskiej Grupy Energetycznej, która zarządza tamtejszą elektrownią. Pojawił się jednak ciekawy pomysł budowy elektrowni jądrowej, która zastąpiłaby tę opartą na węglu brunatnym. Na razie rozwiązanie to nie ma jeszcze gotowego modelu finansowego. Z ekonomicznego punktu widzenia nie wiadomo, czy projekt ten może zostać zrealizowany i czy powstałby na czas – aby zastąpić wygasający przemysł węgla brunatnego. Powinno to nastąpić około 2030-2035 roku. Choć obecny rząd zapowiada taki plan, nie wiadomo czy możliwe będzie jego wykonanie. Alternatywnym wyjściem jest rozwój odnawialnych źródeł energii w regionie. Pojawia się jednak wątpliwość, czy farmy wiatrowe i fotowoltaika zapewnią taką dużą liczbę miejsc pracy, jaką obecnie oferuje elektrownia w Bełchatowie. Z założenia są to rozwiązania bardziej zautomatyzowane, których obsługa nie wymaga tylu pracowników – ocenił Jakóbik.

Maleją szanse na budżet bez deficytu. Wzrost PKB może być niższy od założonego, podobnie jak wpływy z podatków

Nie będzie zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS, a to oznacza brak 5 mld zł po stronie dochodowej budżetu w 2020 roku. Według Marcina Kędzierskiego z Klubu Jagiellońskiego to jeden z czynników, które zagrażają wykonaniu zrównoważonego budżetu, czyli pozbawionego deficytu. Drugim są optymistyczne założenia dotyczące wpływów z podatku PIT i CIT, a także rozwoju gospodarczego.

– W planie budżetowym rząd założył, że wzrost gospodarczy w 2020 roku wyniesie 3,7 proc. To jest bardzo optymistyczna prognoza, jeżeli weźmiemy pod uwagę możliwe spowolnienie gospodarcze i raczej ten wzrost będzie bliżej 3 niż 4 proc. To oznacza, że wpływy, zarówno z podatku VAT, jak i z podatków PIT i CIT będą niższe, a to sprawi, że będzie bardzo ciężko spiąć się w tym zrównoważonym budżecie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Marcin Kędzierski, ekonomista z Klubu Jagiellońskiego.

Według prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego polska gospodarka wzrośnie w przyszłym roku o 3,1 proc. Zdaniem Komisji Europejskiej dynamika wyniesie 3,3 proc. Nawet Narodowy Bank Polski w listopadowej projekcji założył 3,6 proc. wobec 4 proc. w projekcji lipcowej.

Zgodnie z założeniami w przyszłym roku budżet ma pozyskać łącznie 108 mld zł z podatków dochodowych – 41,8 mld zł z CIT i 66,6 mld zł z PIT. Natomiast zarówno wydatki, jak i dochody budżetu państwa zaplanowano na 429,53 mld zł. Jednak według ekonomisty Klubu Jagiellońskiego plan ten może się nie powieść.

– Po wycofaniu projektu poselskiego dotyczącego zniesienia limitu 30-krotności już wiemy, że w budżecie zabraknie około 5 mld zł. Planowana podwyżka akcyzy da dodatkowo 1,5 mld, natomiast to nie pokryje tych kosztów, więc prawdopodobnie trzeba gdzieś będzie przeprowadzić cięcia, nie wiemy tylko, gdzie – mówi dr Marcin Kędzierski. – Ten budżet jest wyżyłowany do granic możliwości i ciężko doszukiwać się w nim nowych źródeł. Raczej należy spodziewać się pewnych przesunięć budżetowych i sztuczek księgowych, a z drugiej strony bardzo możliwe jest, że ten budżet wcale nie będzie zrównoważony i że pojawi się w nim deficyt. To jest dość prawdopodobne rozwiązanie.

Sam tylko program 500+ na pierwsze i każde kolejne dziecko oznacza około 40 mld zł w pełnym roku budżetowym. To podwojenie kosztów w porównaniu z poprzednim programem. Z kolei wypłata 13. emerytury i renty to koszt między 8 i 9 mld zł.

– Rząd Prawa i Sprawiedliwości nie może wycofać się z tych obietnic, które złożył w kampaniach przed wyborami do Parlamentu Europejskiego czy przed wyborami parlamentarnymi. To oznacza, że 500 zł na pierwsze dziecko jest pewne. To oznacza, że trzynastka dla emerytów w roku 2020 jest pewna, a także czternastka w roku 2021. Rząd ma więc bardzo niewielkie pole manewru, jeżeli chodzi o możliwość wycofywania się z tych zapowiedzianych transferów – komentuje dr Marcin Kędzierski.

Zdaniem ekonomisty możliwe będą więc zmiany po stronie dochodowej, np. nowe podatki czy przesunięcia w budżecie.

Rząd założył inflację na poziomie 2,5 proc. To jest o tyle istotne, że im wyższa inflacja, tym szybszy wzrost wpływów. To jest tzw. podatek inflacyjny. Ale już wiemy, że ze względu na bardzo niską inflację w strefie euro i możliwe spowolnienie gospodarcze, ta inflacja może być nieco niższa. To będzie kolejny ból głowy dla ministra finansów – podkreśla ekonomista Klubu Jagiellońskiego.

W 2019 roku od stycznia do października średnio ceny wzrosły o 2,2 proc. Z projekcji inflacji przygotowanej przez NBP wynika, że ceny w przyszłym roku wzrosną o 2,8 proc.

Obniżki cen w Black Friday dużo mniejsze w Polsce niż w USA. Mimo to sprzedaż w ten dzień bije rekordy

Wielkie święto wyprzedaży, które przywędrowało ze Stanów Zjednoczonych, cieszy się w Polsce rosnącą popularnością. W ostatni piątek listopada ruch na stronach e-sklepów rośnie nawet o kilkaset procent, padają również rekordy obrotów w handlu detalicznym. Akcje promocyjne, chociaż nierzadko przeciągają się na cały tydzień, są jednak nieporównywalne z tymi w USA. Eksperci podkreślają, żeby podchodzić do takich zakupów z głową i nie dokonywać wyborów impulsywnych, a rabaty oferowane w trakcie Black Friday można spotkać też w trakcie innych sezonowych promocji.

– Jest znaczna różnica w obniżkach cen w trakcie Black Friday w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Tam te obniżki potrafią sięgać nawet 90–95 proc., więc możemy dany produkt kupić nawet za 5 proc. jego rynkowej wartości, co wydaje się być fantastyczną okazją. W Polsce nie mamy tak dużych obniżek, zwykle sięgają one około 60–70 proc., z czym możemy się spotkać także poza Black Friday – mówi agencji Newseria Biznes Kamil Zieliński, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i w Katowicach.

Black Friday tradycyjnie wypada w ostatni piątek listopada (w tym roku 29 listopada), ale dla wielu sklepów to umowna data, bo akcje promocyjne nierzadko trwają przez cały tydzień. Co roku do akcji wyprzedażowych przyłącza się zarówno coraz więcej sklepów, jak i klientów. Jak wynika z badania portalu Picodi.com, aż 60 proc. ankietowanych Polaków zadeklarowało, że skorzysta ze zniżek oferowanych w Black Friday. To dobry moment, żeby skompletować prezenty świąteczne dla bliskich, choć nie taka była geneza tej akcji w USA.

– Tam to święto wyprzedaży narodziło się z bardzo pragmatycznych względów. Sprzedawcy i handlowcy nie mieli gdzie trzymać swoich towarów, kiedy w kolejce czekały już kolejne, z nowych kolekcji. Musieliby dużo płacić za magazyny, więc zdecydowanie bardziej opłacało się mocno obniżyć ceny i sprzedawać te towary nawet po 5 proc. wartości, żeby tylko trochę na nich zarobić, a nie dokładać – mówi Kamil Zieliński.

Jak podkreśla, w Polsce – mimo że obniżki w trakcie Black Friday nie są aż tak duże jak na amerykańskim rynku – to i tak sprzedaż jest rekordowa. Tego dnia ruch na stronach e-sklepów rośnie nawet o kilkaset procent, padają również rekordy obrotów w handlu detalicznym.

– Bierze się to z kilku różnych względów. Po pierwsze, kiedy promocja jest ograniczona w czasie i towaru jest mało, to szybciej podejmujemy pozytywną decyzję konsumencką, czyli po prostu kupujemy dany produkt. Black Friday opiera się dokładnie na tej zasadzie. W Polsce czasem sobie to wydłużamy do Black Weekend bądź Black Week, ale i tak oferta jest ograniczona czasowo. Po drugie, wiemy, że są to końcówki kolekcji, więc prawdopodobnie później może zabraknąć naszego rozmiaru albo modelu, który nas interesuje – mówi Kamil Zieliński.

Kolejna rzecz, która przyczynia się do tego, że podczas Black Friday klienci tłumnie ruszają na zakupy, to szeroka promocja. Święto wyprzedaży zaczyna być reklamowane w mediach już kilka tygodni przed faktycznym wprowadzeniem obniżek.

– Kolejny element to tzw. reguła społecznego dowodu słuszności, która opiera się na tym, że skoro tak wiele osób idzie na zakupy, to my też powinniśmy, bo przecież tak duża grupa ludzi nie może się mylić – mówi Kamil Zieliński. – Poza tym zbliżają się święta Bożego Narodzenia i wyprzedażowy piątek to chyba ostatni dzwonek na to, żeby kupić prezenty dla bliskich w nieco lepszych cenach.

Jak wynika z tegorocznego raportu KPMG („Zakupy Polaków na wyprzedażach 2019”), aż 8 na 10 konsumentów przyznaje, że zdarza im się wstrzymywać z zakupem lub celowo z nim czekać do momentu startu promocji lub wyprzedaży. Największym zainteresowaniem podczas wyprzedaży cieszą się kosmetyki, odzież i bielizna oraz sprzęty elektroniczne i AGD.

– Wybierając się na wyprzedaże w trakcie Black Friday, powinniśmy założyć na siebie coś w rodzaju zbroi racjonalnego myślenia, żeby uchronić się przed podejmowaniem emocjonalnych decyzji. Nasze emocje będą krzyczeć: „Tak, kupuj, to jest świetna promocja!”. Natomiast racjonalne myślenie powinno skłonić nas do zastanowienia. Jeśli od dłuższego czasu szukamy telewizora i wiemy już, jaki model chcemy, natomiast nie możemy sobie pozwolić na jego kupno, to przecena w trakcie Black Friday jest dobrą okazją, żeby na nim zaoszczędzić. Natomiast jeżeli zauważamy w sklepie telewizor przeceniony o 40–50 proc., natomiast w domu mamy już dwa inne i ten trzeci zupełnie nie jest nam potrzebny, a mimo tego kupujemy go, to wcale nie jest oszczędność – podkreśla wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i w Katowicach.

Zapowiada się boom na pojazdy ciężarowe zasilane gazem ziemnym. Mogą one pomóc polskim przewoźnikom utrzymać pozycję lidera w UE

Auta na gaz mogą pomóc polskim przewoźnikom w utrzymaniu pozycji lidera na europejskim rynku przewoźników – ocenia Jacek Nowakowski z IVECO Poland. Tańsze w użytkowaniu od diesla sprawdzają się lepiej na dłuższych trasach niż te z elektrycznym napędem. Zainteresowaniu odbiorców sprzyja także zerowa stawka akcyzy dla paliw gazowych wprowadzona w sierpniu br. Dodatkowo w przyszłym roku ruszą dopłaty do zakupu ciężarówek napędzanych gazem ziemnym, które mają wynieść do 100 tys. zł.

 Auta zasilane gazem są tańsze w użytkowaniu. Dodatkowo w ramach Funduszu Niskoemisyjnego Transportu gazowe pojazdy ciężarowe objęte są wsparciem w wysokości 100 tys. zł. W tej chwili czekamy na ostatnie podpisy pod rozporządzeniem i w przyszłym roku nasi przewoźnicy wzorem np. przewoźników niemieckich będą mogli otrzymać dofinansowania do zakupu pojazdów – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Nowakowski, Gas Business Development Manager w IVECO Poland. – W znaczący sposób poprawią one konkurencyjność naszych przewoźników na europejskim rynku transportowym.

Zadaniem Funduszu Niskoemisyjnego Transportu jest finansowanie projektów związanych z rozwojem elektromobilności oraz transportem opartym na paliwach alternatywnych. Zgodnie z założeniami na wsparcie mogą liczyć nie tylko osoby fizyczne, ale i przedsiębiorcy przy zakupie pojazdów zasilanych energią elektryczną, gazem czy wodorem. Jak wynika z projektu rozporządzenia, napędzane gazem ziemnym pojazdy kategorii N3, czyli o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 12 t, zostaną objęte wsparciem na poziomie 30 proc. kosztów kwalifikujących się do objęcia wsparciem, ale nie więcej niż 100 tys. zł.

– Sprzedaliśmy w Polsce około 200 pojazdów zasilanych skroplonym gazem ziemnym. W całej Europie tych pojazdów jeździ około 5 tys., a w większości to auta IVECO. Przyszły rok wygląda bardzo obiecująco – ocenia Jacek Nowakowski. – Myślę, że w przyszłym roku będziemy mieli już kilkaset pojazdów poruszających się po europejskich drogach z polskimi numerami rejestracyjnymi zasilanych skroplonym gazem ziemnym.

Do gazu ziemnego przekonuje się coraz więcej odbiorców. To m.in. efekt wprowadzonej w sierpniu 2019 roku zerowej akcyzy dla paliw gazowych (CNG i LNG) wykorzystywanych do napędu pojazdów silnikowych. Niskie ceny gazu ziemnego na europejskich giełdach i zerowa akcyza sprawiają, że pojazdy zasilane gazem stanowią korzystną alternatywę dla diesla. Dla przykładu, koszt przejechania 100 km w Polsce modelem Iveco Stralis NP460 wynosi mniej niż 60 zł. W przypadku pojazdu zasilanego dieslem jest to ponad 100 złotych.

– Przez tę zmianę dzisiaj gaz do pojazdów jest tańszy o około 30–40 proc., a to powoduje, że koszt przejechania jednego kilometra oscyluje w granicach 60 groszy – wylicza Jacek Nowakowski.

Znaczące są także korzyści ekologiczne. Pojazdy gazowe emitują o 99 proc. mniej cząstek stałych, o 90 proc. mniej dwutlenku azoty i o 95 proc. mniej dwutlenku węgla przy zasilaniu biometanem.

Jedyny problem, jaki w tej chwili dostrzegamy, to brak koniecznej infrastruktury do tankowania pojazdów, natomiast jej też przybywa. W tym roku już kolejne stacje powstają w Polsce, Niemczech, więc nasi przewoźnicy będą mieli gdzie zatankować – mówi Jacek Nowakowski.

Jak podkreśla, w przypadku samochodów ciężarowych pojazdy napędzane energią elektryczną nie są alternatywą dla gazu.

 Pojazd ciężarowy ma dopuszczalna masę całkowitą z ładunkiem około 40 ton i pokonuje mniej więcej dziennie około tysiąca kilometrów. Aktualnie dostępny jest tylko jeden pojazd elektryczny, Tesla Semi, który ma zasięg około 800 km. Co ważniejsze, te auta mają rząd baterii, który waży około 8 ton, a to powoduje, że przewoźnik musiałby przewozić mniejsze ładunki, a przez to jego biznes byłby mniej opłacalny – tłumaczy przedstawiciel IVECO Poland.

Za to w obszarze komunikacji zbiorowej w miastach przewagę mają autobusy elektryczne. Polska jest największym producentem i eksporterem takich pojazdów w UE.

– Autobusy miejskie, które poruszają się po drogach danych miast, jeżdżą dziennie mniej więcej około 300 km. Dzisiaj pojazdy zasilane energią elektryczną pewno stanowią doskonałą alternatywę do pojazdów diesla, natomiast flotę uzupełniają pojazdy gazowe. Tam, gdzie dany operator nie chce budować infrastruktury do ładowania pojazdów elektrycznych, może skorzystać z pojazdów zasilanych sprężonym gazem ziemnym – mówi Jacek Nowakowski.

Także zakup ekologicznych autobusów zostanie objęty dofinansowaniem. Propozycja Ministerstwa Energii zakłada, że do elektrycznego dopłata obejmie 55 proc. kosztów, ale nie więcej niż 1,045 mln zł, w przypadku pojazdu napędzanego sprężonym gazem ziemnym (CNG) lub skroplonym gazem ziemnym (LNG) – 15 proc. kosztów, ale nie więcej niż 150 tys. zł.

Polscy turyści zaczynają odkrywać Azerbejdżan. W tym roku ruch turystyczny z Polski wzrósł o 32 proc.

W 2018 roku Azerbejdżan odwiedziło ponad 2,8 mln turystów. Polacy, choć coraz chętniej zwiedzają Kaukaz, do tego kraju jeżdżą jeszcze stosunkowo rzadko. Od stycznia do października 2019 roku kraj odwiedziło 6,1 tys. osób, ale ta liczba jest o 1/3 wyższa niż w analogicznym okresie poprzedniego roku. Wraz z rozwojem siatki połączeń lotniczych i uproszczeniem procedury uzyskiwania wizy elektronicznej liczba polskich turystów może znacząco wzrosnąć. 

– Od stycznia do końca października 2019 r. Azerbejdżan odwiedziło 6,1 tys. turystów z Polski. Nie jest to zbyt imponujący wynik, biorąc pod uwagę potencjał polskiego rynku, choć wciąż jest to o 30 proc. więcej turystów w porównaniu do analogicznego okresu w ubiegłym roku. Mamy zatem pozytywne sygnały, że rośnie zainteresowanie naszym krajem – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Florian Sengstschmid, prezes Azerskiej Izby Turystycznej.

Polscy turyści coraz chętniej odwiedzają Kaukaz, ale najczęściej podróżują do Gruzji. Azerbejdżan jest wciąż mało odkryty. Nie tylko zresztą przez Polaków – dla porównania w 2018 roku Azerbejdżan odwiedziło łącznie 2,85 mln turystów, a sąsiednią Gruzję – 8,7 mln. Najwięcej odwiedzających pochodzi z Rosji (prawie 31 proc.) i Gruzji (21,4 proc.). Jedną piątą (ponad 550 stanowią również turyści z Zatoki Perskiej i to wśród nich obserwowany jest największy wzrost). Obywatele Unii Europejskiej stanowili zaledwie 6,7 proc. (112,5 tys.).

– Na koniec października bieżącego roku odnotowaliśmy 11-proc. wzrost liczby turystów w porównaniu z analogicznym okresem zeszłego roku. Mamy nadzieję, że liczba turystów na koniec roku wzrośnie do co najmniej 3 mln. Liczymy również, że do roku 2023 uda na nam się osiągnąć liczbę 4 mln odwiedzających rocznie – mówi Florian Sengstschmid.

Więcej ma być także turystów z Polski. Przede wszystkim dzięki uproszczeniu procedury uzyskiwania wizy elektronicznej dla posiadaczy polskich paszportów (zamiast na lotnisku wizę można kupić online). Coraz lepsza jest też siatka połączeń lotniczych, choć brakuje jeszcze tych bezpośrednich.

– Polska ma ogromny potencjał, żeby stać się ważnym rynkiem dla Azerbejdżanu. Jest jednym z największych rynków w Europie pod względem liczby turystów. Od półtora roku prowadzimy kampanię pod hasłem: „Azerbaijan: take another look”, która zachęca turystów z całego świata do odwiedzin naszego kraju. Skierowanie oferty na polski rynek jest kolejnym krokiem w ramach współpracy z branżą turystyczną – mówi prezes Azerskiej Izby Turystycznej.

W Azerbejdżanie znajdują się obiekty z listy światowego dziedzictwa UNESCO, m.in. malowidła naskalne w Qobustanie. Ze względu na położenie w 9 strefach klimatycznych, można wypocząć w tropikach nad Morzem Kaspijskim albo pojeździć na nartach w górach. Dodatkowo, aby zwiększyć ruch turystyczny poza stolicą kraju – Baku, mają zostać otwarte nowe centra turystyczne. Nie brakuje także atrakcji turystycznych.

– W Azerbejdżanie znajduje się największe skupisko wulkanów błotnych na świecie. Mało kto wie o płonących wzgórzach, na których od tysięcy lat obserwować można płomienie palącego się gazu lub ropy. Azerbejdżan może się pochwalić niezwykle bogatym dziedzictwem m.in. kultury żydowskiej. Można się także doszukać silnych powiązań z Polską, co będziemy eksponować podczas imprez zaplanowanych na 2020 rok – wymienia Florian Sengstschmid.

W 2020 roku Azerbejdżan może przyciągnąć kibiców z całego świata. Będzie bowiem gospodarzem meczów Grupy A oraz jednego z ćwierćfinałów podczas zaplanowanego na czerwiec i lipiec Euro 2020. Także w czerwcu w Baku już po raz piąty odbędzie się wyścig Formuły 1.

Marki coraz częściej stawiają na marketing sprawy. Kampanie angażujące społecznie pozwalają przyciągnąć klientów

Prawie dwie trzecie konsumentów na całym świecie kupuje lub bojkotuje markę wyłącznie ze względu na jej poglądy w kwestiach społecznych lub politycznych – wskazuje badanie firmy Edelman. Ponad połowa uważa, że ​​marki mogą zrobić więcej niż rządy, aby rozwiązać problemy społeczne. Na znaczeniu zyskuje więc tzw. cause marketing, czyli marketing sprawy ważnej społecznie.

– Jest jeden bardzo wyraźny trend, który utrzymuje się już od paru lat, to jest tzw. cause marketing, czyli marketing problemu, jakiejś ważnej społecznie sprawy. Tu marka jest na drugim planie, a na pierwszym planie jest coś ważnego dla nas wszystkich – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Dragović, właścicielka Szkoły Mistrzów Reklamy.

Według badania Cone/Porter Novelli Purpose Study 2018 zdaniem blisko 80 proc. Amerykanów firmy powinny pozytywnie wpływać na społeczeństwo, a 77 proc. czuje się bardziej związane z firmami, które dbają o kwestie społeczne i środowiskowe. Blisko trzy czwarte badanych deklaruje, że zmieniłoby swoje nawyki zakupowe i zdecydowałoby się na produkty z firmy świadomej społecznie.

– Myślę, że to jest kierunek, w którym pójdzie reklama, bo ludzie lubią się angażować społecznie. Przeważnie są nieufni wobec marek, więc jeśli ich ulubiona marka angażuje się w jakieś ważne społecznie sprawy, wtedy staje się dla nich ważniejsza. Także media bardzo lubią takie historie. To automatyczny PR i w ten sposób szerzy się wiedza o marce – przekonuje Katarzyna Dragović.

Globalne badanie przeprowadzone przez firmę Edelman wskazuje, że 64 proc. konsumentów kupuje lub bojkotuje produkty danej marki ze względu na jej poglądy w kwestiach społecznych lub politycznych. 53 proc. jest zdania, że firmy mogą zrobić więcej niż rządy, aby rozwiązać istotne problemy społeczne. Konsumenci równie chętnie wyrażają zamiar zakupu po zapoznaniu się z komunikacją opartą na wartościach (43 proc.), jak i po komunikacie skoncentrowanym na produktach (44 proc.). Wiadomości oparte na wartościach (32 proc.) były bardziej skuteczne niż komunikacja zorientowana na produkt (26 proc.) w przypadku poleceń danej marki.

Dlatego firmy coraz częściej angażują się w projekty oparte na ważnych społecznie problemach, np. równouprawnieniu czy walce z hejtem.

– Polska agencja VML Young & Rubicam otrzymała Grand Prix na Golden Drum za akcję „Ostatni Twój Weekend” – wskazuje właścicielka Szkoły Mistrzów Reklamy. – Ludzie lubią, kiedy ich ulubiona marka angażuje się w jakiś problem. Zresztą to jest taki trend zauważalny już na całym świecie.

Zespół portalu Gazeta.pl z BNP Paribas, MasterCard i agencją VMLY&R Poland kupił „Twój weekend”, czyli najdłużej ukazujący się w Polsce magazyn erotyczny. Ostatnie wydanie miało być sprzeciwem przeciw przedmiotowemu traktowaniu kobiet i rozpocząć dyskusję o wizerunku płci.

To tylko jeden z przykładów kampanii, które pojawiły się w ostatnim czasie i miały do spełnienia ważną społecznie rolę. Innym może być niedawna kampania sieci Ikea ThisAbles, w ramach której w sprzedaży pojawiły się meble i akcesoria dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Z kolei Microsoft podczas Super Bowl wyemitował reklamę „We all win”, gdzie reklamował kontroler do gier wideo przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych.

 Kampania dostała mnóstwo nagród – mówi Katarzyna Dragović. – Inny przykład to kampania Diesel, która oswaja hejt. W reklamie widzimy ubrania z napisami „Ty baranie!”, „Nienawidzę cię”, czyli z mową nienawiści skierowaną do konkretnych ludzi. Ma to na celu ośmieszenie hejtu, czyli znów mamy bardzo istotną dla ludzi sprawę, za którą jest schowana marka. To bardzo istotny trend.

Sztuczna inteligencja wkracza do taborów kolejowych. Opracowany przez Polaków system przewidzi wypadek na niestrzeżonych przejazdach

Tylko w 2018 roku na polskiej kolei doszło do 639 wypadków, w tym czterech poważnych. W ciągu roku o pięćdziesiąt trzy zwiększyła się liczba wypadków, w których pociąg potrącił osobę przechodzącą przez tory w niedozwolonym miejscu.  Już wkrótce wypadków może być znacznie mniej. Sztuczna inteligencja zwiększa bezpieczeństwo podróży, ostrzega maszynistów, sprawdza ich stan psycho-fizyczny, a czujniki monitorują stan torów i pociągów. Opracowany przez Polaków innowacyjny system centralny, nie tylko ostrzega przed niebezpieczeństwem, lecz także przewiduje zagrożenia.

– Rozwiązanie oferowane przez nas jest oparte na sztucznej inteligencji i sieci neuronowych. Jest w stanie rozpoznawać sygnały nakazujące zatrzymanie pojazdu. Czerwone światło informuje maszynistę w kabinie, że powinien zatrzymać pojazd. Dzięki temu wyeliminujemy sytuacje, w których pojazd np. przejeżdżając przez czerwone światło spowodował zagrożenie w ruchu kolejowym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Adam Pecho, prezes SSK Rail.

Rośnie liczba innowacyjnych rozwiązań,  które znajdują zastosowanie w pociągach. To już nie tylko kamery czy systemy nagrywające sam przejazd. Niedawno naukowcy opracowali nowe czujniki do pomiaru przyspieszenia i wibracji w pociągach. Technologię można zintegrować ze sztuczną inteligencją, aby zapobiec wypadkom kolejowym i wykolejeniu pociągu. Czujniki mierzą poziom drgań, jednocześnie są w stanie wykryć wszelkie anomalie. W części krajów funkcjonują już inteligentne systemy, które zdalnie kontrolują sygnalizację, zapobiegając w ten sposób wypadkom i dbając o punktualność przejazdów. 

Nowoczesne urządzenia pomagają także maszynistom – np. w Polsce stosowany jest System Automatycznego Ostrzegania Maszynisty (AOM) opracowany przez PKP Energetyka we współpracy z SSK Rail. Z zainstalowanej w kabinie pociągu kamery, obraz trafia do programu komputerowego, który analizuje go i wydaje komunikaty dla maszynisty.

– Maszynista jest informowany o zbliżaniu się do sygnalizacji „stop” i dostaje nakaz zatrzymania pociągu. Wydaje się, że jest to coś prostego, że jest światło czerwone, więc powinien się ktoś zatrzymać, natomiast przejechanie takiego światła czerwonego może w konsekwencji doprowadzić do wypadku – podkreśla Adam Pecho.

Jak wynika z danych Urzędu Transportu Kolejowego, w 2018 roku doszło do 639 wypadków. Niezatrzymanie się przed sygnałem „Stój” lub sygnałem „Jazda manewrowa zabroniona” spowodowało 27 wypadków, a np. uszkodzenie lub zły stan techniczny nawierzchni kolejowej – 21 wypadków.

– Dzięki sztucznej inteligencji większość wypadków może zostać wyeliminowanych. Wypadek, który się zdarza na kolei, to jest zły zbieg okoliczności nie jednego zdarzenia, tylko najczęściej wielu zdarzeń – ocenia ekspert.

Opracowany przez Polaków innowacyjny system VOD Rail 3.0, na podstawie czujników i kamer zamontowanych w pociągach gromadzi informacje, m.in. o niestrzeżonych przejazdach czy miejscach gdzie najczęściej dochodzi do wypadków. Dane są zapisywane w bazie i dostępne z poziomu platformy wraz z automatycznie pobieranym materiałem wideo. Ciągły monitoring pozycji GPS pojazdów, nadawanych przez nich komunikatów radiowych wraz z pozycjami GPS oraz materiałów video z kamer pozwala zestawić dane z wielu źródeł i pomóc przewidzieć prawdopodobieństwo wypadków.

Sam Urząd Transportu Kolejowego zbiera informacje o wypadkach, ich miejscach i okolicznościach, w których do nich doszło, a sztuczna inteligencja je analizuje. Na tej podstawie do przewoźników mogą trafić rekomendacje, które pomagają zwiększyć bezpieczeństwo.

– Głównym celem jest wyeliminowanie, a na pewno zminimalizowanie wypadków na niestrzeżonych przejazdach kolejowych. To miejsca, w których często prowadzący pociąg nie widzi, że dojeżdża samochód, a kierowca bezmyślnie wjeżdża na przejazd przekonany, że nigdy o godzinie 9.30 tam pociągu nie było – mówi Adam Pecho. – Prawdopodobnie w przyszłości takie systemy zapobiegające wydarzeniom będą mogły hamować automatycznie pojazdy – wskazuje.

Start-upy odmieniają branżę medyczną. Sukces osiągną tylko te mające przełomowe technologie i zdolne do współpracy z większymi podmiotami

Wzrost znaczenia technologii inteligentnych oraz urządzeń funkcjonujących w ramach internetu rzeczy ma pozytywny wpływ na rynek medyczny. Branża otwiera się na innowacyjne technologie oraz obiecujące start-upy, które usprawniają działanie placówek służby zdrowia. Powstają programy akceleracyjne dla start-upów działających w tym segmencie gospodarki, a najbardziej obiecujące projekty zyskują uznanie w skali globalnej.

– Z definicji start-up to niestabilne przedsięwzięcie, często zdarzają się niepowodzenia, jednak musimy wziąć pod uwagę nie tylko kryterium otrzymania dobrego produktu. Dzięki porażkom ludzie uczą się, jak prowadzić prace badawczo-rozwojowe. Dlatego w dłuższej perspektywie niepowodzenia również przyczyniają się do rozwoju. Statystyki dotyczące start-upów nie są obiecujące z wielu powodów, niezwiązanych z samą technologią. Te powody to brak finansowania czy możliwości zgromadzenia środków. Jednak ostatecznie udaje się wprowadzać na rynek dobre produkty – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Yossi Bornstein, dyrektor generalny i założyciel Shizim Group.

Z analizy ekspertów EDmeetsTECH oraz Atena Research&Consulting opublikowanej w ramach raportu „Start-upy medyczne w Polsce” wynika, że połowa firm tej branży zajmuje się rozwiązaniami z zakresu prężnie rozwijającej się telemedycyny, a aż 89 proc. medtechów pozostaje w stałym kontakcie z organizacjami medycznymi. Zapotrzebowanie na narzędzia tego typu będzie więc stale rosnąć.

W Polsce na popularności zyskują także konferencje technologiczne skupione na promocji firm z branży medtech. Podczas MEDmeetsTECH w Warszawie czy EU-MED Summit w Łodzi prezentowane są obiecujące start-upy medyczne oraz technologie, które mają szansę zrewolucjonizować służbę zdrowia. W przyszłości najlepsze z firm prezentujących swoje narzędzia na targach mają szansę na pozyskanie inwestorów oraz wejście na rynek globalny.

– Inwestorzy poszukują rozwiązań, które wychodzą naprzeciw niezrealizowanym potrzebom, zrewolucjonizują branżę medyczną oraz system opieki zdrowotnej. Zależy nam na tym, aby zespół start-upu był profesjonalny i zaangażowany, jest on nie mniej ważny niż sama technologia. Potrzebujemy ochrony własności intelektualnej i patentowej, ponieważ inwestujemy duże pieniądze w opracowanie produktu, więc potrzebna jest odpowiednia ścieżka regulacyjna – wskazuje ekspert.

Izraelski akcelerator Shizim jest jedną z tych instytucji, które specjalizują się w pozyskiwaniu innowacyjnych start-upów medycznych. Firma wraz z miastem Łódź w ciągu najbliższych sześciu miesięcy chce zbudować centrum naukowo-badawcze, w którym udostępni infrastrukturę technologiczną, specjalistyczną wiedzę oraz inne narzędzia pomagające tworzyć przełomowe rozwiązania z dziedziny medtechów. Digital Health Innovation Center w Łodzi będzie skupiać się przede wszystkim na zagadnieniu cyberbezpieczeństwa w służbie zdrowia.

Innym miastem, które inwestuje w rozwój medycyny, jest Zabrze. Przedstawiciele Urzędu Miejskiego w Zabrzu postanowili powołać do życia Startup City Zabrze. Celem inwestycji będzie stworzenie przyjaznego miejsca do rozwoju młodych firm zajmujących się start-upami z branży medycznej. Miasto planuje pozyskać do współpracy inwestorów oraz mentorów biznesowych, które pomogą start-upom rozwinąć nowe, innowacyjne narzędzia z dziedziny nowoczesnej medycyny.

Wprowadzaniem innowacji na rynek medyczny zajmują się jednak nie tylko start-upy, lecz także duże firmy. Opaska życia opracowana w ramach Laboratorium Innowacji PZU to urządzenie monitorujące kluczowe funkcje życiowe pacjenta przebywającego w szpitalnej poczekalni, aby w razie nagłego pogorszenia stanu zdrowia udzielić mu błyskawicznej pomocy medycznej. Opaski w ramach pilotażu testowane są na terenie siedleckiego szpitala, ale jeśli okażą się wystarczająco pomocne, w przyszłości mają szansę wejść do powszechnego użytku w placówkach medycznych w całej Polsce.

– Duże firmy międzynarodowe wykupują coraz więcej technologii od start-upów, niekoniecznie na wczesnym etapie, ale w zaawansowanym stadium, po stworzeniu produktu. Rozwój branży medycznej zawdzięczamy także start-upom – twierdzi Yossi Bornstein

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rozwiązań IT dla medycyny w 2019 roku wyniosła 109,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 392 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 10 proc.

Relacja z XI Ogólnopolskich Targów Motoryzacyjnych i Biznesowych Fleet Market 2019

Samochody elektryczne, hybrydowe, debata, wykłady, usługi finansowe dla osób szukających samochodów do firm i ponad 11 tysięcy zarejestrowanych gości ‒ tak wyglądały XI targi motoryzacyjno-biznesowe Fleet Market, które odbyły się 20 listopada br. w Global EXPO w Warszawie. Przez lata idea samochodów, w tym samochodów firmowych, uległa przedefiniowaniu. Obecnie samochód jest usługą, usługą mobilności, a miano samochodu firmowego ma już nie tylko biały hatchback, ale każde auto kupowane na NIP.

Malutki samochód elektryczny Idola, Tesla, ciągnik siodłowy, Dodge Challenger, radiowozy – między innymi takie samochody można było podziwiać podczas największych targów biznesowo-motoryzacyjnych. Trzon części ekspozycyjnej stanowiły oczywiście modele, które w najbliższym czasie będzie można zobaczyć na naszych drogach. Po raz pierwszy importerzy pokazali elektryczne wersje Opla Corsa-e, Peugeota e-208, DS 7 E-Tensse, DS 7 CROSSBACK E-TENSE, MINI Cooper SE, Hyundai IONIQ Electric. Z hybrydowych premier goście mogli poznać także modele: Subaru Forester e-BOXER, Toyota Corolla TREK Kombi, Lexus RX, Hybrydowy Hyundai KONA, Hybrydowy IONIQ, Ford Kuga, Toyota C-HR i Ford Explorer. Były też premiery samochodów z tradycyjnymi silnikami spalinowymi: Renault CAPTUR, Toyota Proace CITY, Ford Ranger Raptor, Kia Xceed, Land Rover Defender 110. W sumie daje to aż 18 premier motoryzacyjnych i to premier z różnych segmentów. Od aut reprezentacyjnych, poprzez samochody terenowe, użytkowe, aż po auta do codziennego wykorzystania w pracy.

XI edycja targów potwierdziła także, że całkowicie zatarła się granica między markami i modelami przeznaczonymi dla biznesu, a tymi dedykowanymi użytkownikom prywatnym. SSangYong Korando, Alfa Romeo Giulia, Mitsubishi Space Star, czyli samochody, które wymykają się schematowi auta dla biznesu, cieszyły się podczas targów olbrzymim powodzeniem. Podobnie jak niesamowicie popularne modele, jak Fiat Tipo, Ford Mondeo, BMW serii 3, Citroën C3, Hyundai i20 czy Peugeot 308, które stanowią trzon niejednej firmowej floty.

Silną reprezentację miał także segment samochodów użytkowych, od wspomnianej premierowej Toyoty C-HR, przez Iveco Daily CNG, elektrycznego MAN-a e-TGE, Renault Master Z.E., Opla Combo, Forda Transita Custom Hybrid PHEV czy Fiata Ducato.

Pikapy? Proszę bardzo: Ford Ranger Raptor, Mitsubishi L200, SsangYong Musso Grand, RAM 1500 czy… Eidola Cargo.

Modele zgromadzone podczas targów przeczą tezie, że w motoryzacji dominuje obecnie unifikacja. Skrajnie sportowy Hyundai i30 N Spec C stał obok crossovera Toyoty C-HR, z boku ekstremalny Jeep Wrangler Rubikon i doskonale wszystkim znany Ford Focus. Jak porównać elektryczne i obłe Renault ZOE z zadziorną KIĄ Stinger. Niech żyje motoryzacyjna różnorodność, niech żyje motoryzacja.

Kiedy ucichną premiery

Targi Fleet Market mają swój rytm, wyznaczany przez gości i partnerów. Na początku jest głośno, efektownie i spektakularnie. Z jednej premiery przechodzimy na następną, zachwycając się efektowną oprawą. Właściciel piekarni stoi obok prezesa niewielkiej firmy, tuż obok fleet manager zarządzający flotą 450 samochodów i przedstawiciele Straży Granicznej. To nie fragment scenariusza, tylko autentyczny widok, jaki zastałem podczas premiery na stoisku Toyoty i Lexusa. Mnie cieszy najbardziej kolejny etap targów, jakim są rozmowy biznesowe. Część osób przechodzi na następne stoisko, ale zostają ci, dla których biznesowy wymiar targów jest niezwykle istotny. Ekspresy do kawy pracują pełna parą, zapełniają się kanapy, wizytówki zmieniają właścicieli, a goście łączą się w pracy z przedstawicielami naszych partnerów. Rozpoczynają się rozmowy biznesowe. Czasami wstępne, niekiedy ‒ tak jak na stoisku firmy MAN, gdzie podpisano kontrakt na dostawę 11 elektrycznych modeli TGE – finalne.

Na stoiskach firm finansowych, które swoim wystrojem potwierdzają tezę, że małe jest piękne, kłębią się tłumy osób, które chcą się dowiedzieć, jaka jest różnica między wynajmem długo- i średnioterminowym. Eksperci doradzają, jak najkorzystniej jest sfinansować samochód w zależności od rodzaju działalności czy potrzeb księgowych. Otrzymane oferty możemy od razu ze sobą porównać i skonsultować z bardziej doświadczonymi kolegami. Przecież każdy miał jakieś doświadczenia. Firmy oponiarskie, dostarczające telematykę, serwisowe – każdy ma ofertę dla wielkich flot, dla mniejszych i dla tych, których firma rozwinęła się na tyle, że potrzebują swoich pierwszych samochodów. To właśnie samochód jest wspólnym mianownikiem, ale samochód będący narzędziem, które generuje koszty i funkcjonuje w odpowiednim środowisku prawnopodatkowym. Niestety, o naszym prawie można powiedzieć wiele, ale na pewno nie, że jest stabilne. I tak doszliśmy do trzeciego elementu targów Fleet Market, który odbywa się równolegle – to część konferencyjna.

Tegoroczna dotyczyła głównie dwóch aspektów, ekologii w ujęciu biznesowym oraz wspomnianych zmian prawnych. Prawnicy z kancelarii Hogan Lovells przybliżyli nie tylko kwestie czekających nas w 2020 roku zmian, ale opowiedzieli także o aspekcie RODO w odniesieniu do pracowników użytkujących auta służbowe. Dean Bowkett, niezależny ekspert branży flotowej, oraz Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Wynajmu i Leasingu Pojazdów, z dużą szczegółowością odnieśli się do tematu, który w dużej mierze determinuje sytuację na europejskim rynku sprzedaży samochodów – do nowych norm emisji spalin. Rozpoczyna się nowa era w motoryzacji – elektromobilność. Tylko czy zapłacimy za to my, klienci? Czy jesteśmy skazani na prąd, może wodór lub gaz? Europejska sieć energetyczna nie jest gotowa na taką rewolucję, a może wręcz przeciwnie?

To tylko niektóre zagadnienia, jakie eksperci poruszyli podczas debaty. To właśnie debata była punktem kulminacyjnym części konferencyjnej. Zaplanowana na dwie godziny, przedłużyła się o 40 minut. Dobór panelistów był tak pomyślany, aby przedstawić każdy punkt widzenia.

Temat wiodący debaty: Rynek motoryzacyjny i biznesowy po wprowadzeniu samochodów elektrycznych i nowych norm emisji CO₂.

Prowadzący debatę: JAKUB FARYŚ – Prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego, Przewodniczący Liaison Committee – ACEA;  JULIUSZ SZALEK, dziennikarz motoryzacyjny.

Paneliści:

  • Dean Bowkett – Międzynarodowy ekspert flotowy/ Dyrektor Zarządzający, Bowkett Auto Consulting (BAC)
  • Michał Chudzik – Dyrektor działu marketingu i sprzedaży Alphabet Polska Fleet Management
  • Andrzej Gemra – Z-ca Dyrektora ds. Promocji Nowej Mobilności, Renault Polska
  • Paweł Grabarczyk – Dyrektor Handlowy, Eurotax/Autovista Polska sp. z o.o.
  • Maciej Krupa – Kierownik Sprzedaży Flotowej w Volvo Euroservice
  • Szymon Lewandowski– Product & Pricing Manager Volvo Car Poland
  • Paweł Miszkowski – General Director, FCA Poland S.A.
  • Jacek Nowakowski – Gas Business Development Manager, IVECO Poland
  • Andrzej Popławski – Head of Electric mobility, innogy Polska S.A.
  • Grzegorz Szymański – Regional Manager of Central Europe, Arval Service Lease Polska
  • Rafał Znyk – Head of MINI, BMW Group, MINI Poland

Fleet Market to wyjątkowe miejsce i czas, gdzie przewidywania wystawców są konfrontowane z oczekiwaniami klientów. Gdzie każdy samochód znajdzie swojego klienta, klient znajdzie metodę finansowania i optymalny sposób zarządzania. Fleet Market to jednak także miejsce spotkań wszystkich tych, którzy tworzą rynek samochodów biznesowych. W tym roku było z nami ponad 11 tysięcy osób i każdy gość był dla nas tym najważniejszym. Spotykamy się w przyszłym roku mądrzejsi o 12 miesięcy doświadczeń. Do zobaczenia za rok.

Tomasz Siwiński, redaktor naczelny magazynu „Fleet”

Optymizm konsumentów wciąż rośnie

W IV kwartale 2019 r. wartość Barometru Rynku Consumer Finance, określana na podstawie badania Związku Przedsiębiorstw Finansowych i Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH, kolejny raz znacznie wzrosła. Obecnie wynosi 71,6 pkt wobec 63,6 pkt zanotowanych w poprzednim kwartale. Polskie gospodarstwa domowe planują zwiększyć wydatki na dobra konsumpcyjne trwałego użytku, remont i zakup mieszkania oraz zakup samochodu. W większym stopniu są też skłonne finansować te wydatki z kredytu.

Barometr Rynku Consumer Finance skonstruowany jest w taki sposób, że poziom 50 punktów oznacza stagnację rynku. Jeśli wartość barometru jest wyższa, należy spodziewać się dodatniej dynamiki kredytu konsumpcyjnego w kolejnych 12 miesiącach. W minionych kwartałach wartość barometru podlegała silnym wahaniom, co było spowodowane w dużym stopniu niepewnością co do spowolnienia wzrostu gospodarczego w Polsce i na świecie. Wartość barometru spadła nawet poniżej 50 pkt (w IV kwartale 2018 r.) bądź wyniosła 50 pkt. (w II kwartale 2019 r.). Obecny wynik – najwyższy od 2007 r. – tchnie optymizmem, wskazując na potencjalnie wysoką dynamikę wzrostu kredytu konsumpcyjnego. Siła wzrostu w ostatnich dwóch kwartałach jest pozytywnym zaskoczeniem, a trend wzrostowy barometru jest wyraźny i silny.

– W ostatnich miesiącach dynamika kredytu dla gospodarstw domowych przekroczyła 7% r/r, a w zakresie kredytu konsumpcyjnego osiągnęła poziom 9,5% r/r. Wzrost kredytu konsumpcyjnego znacznie przewyższa wzrost dochodów gospodarstw domowych i konsumpcji. Jest również większy od wzrostu PKB, w konsekwencji czego relacja wartości kredytu konsumpcyjnego do PKB zbliżyła się do 9%, – wyjaśnia dr Sławomir Dudek z IRG SGH.

Optymizm konsumentów wciąż rośniePoprawa nastrojów polskich gospodarstw domowych wyraża się w ich optymistycznych prognozach zakupu dóbr konsumpcyjnych trwałego użytku i nieruchomości oraz stopnia finansowania tych wydatków kredytem. Ta składowa wniosła główny wkład we wzrost wartości barometru już czwarty kwartał z rzędu. Po raz wtóry zmniejszył się stopień wykluczenia z rynku finansowego.

Pogorszeniu uległy natomiast oceny otoczenia makroekonomicznego – konsumenci spodziewają się obniżenia tempa wzrostu gospodarczego i wzrostu bezrobocia. Wciąż ujemnie na wartość barometru oddziałują czynniki demograficzne, a biorąc pod uwagę obecne prognozy, tendencja ta najprawdopodobniej się utrzyma.

Nastroje gospodarstw domowych, w szczególności ich nastawienie i potencjał do korzystania z usług rynku consumer finance, są obecnie pozytywne. Konsumenci uważają, że teraz jest dobry moment na dokonywanie poważnych wydatków i finansowanie ich kredytem. Sprzyja temu poprawiająca się zdolność kredytowa i niskie stopy procentowe. Niepewność co do skali spowolnienia gospodarczego nie znajduje jeszcze odzwierciedlenia w konserwatywnym podejściu do wydatków i zadłużania się.

 Rosnące ambicje konsumpcyjne gospodarstw domowych oraz poprawiające się nastawienie do finansowania ich kredytem to dobra informacja dla rynku consumer finance i gospodarki – dodaje Andrzej Roter, Prezes Zarządu ZPF. – Jednocześnie rośnie poziom akceptacji dla zachowań nierzetelnych i nieetycznych w odniesieniu do podstawowej instytucji społecznej, jaką jest wywiązywania się ze swoich zobowiązań i spłaty długów. Widać to znakomicie poprzez dane Biur Informacji Gospodarczej, które obrazują systematycznie rosnące salda złych długów. Skutkiem takiego stanu rzeczy będą rosnące ceny produktów kredytowych oraz coraz bardziej ograniczony dostęp do nich dla konsumentów w przyszłości. Tę tendencję niskiej moralności finansowej widać również w rosnących, złych należnościach w innych sektorach polskiej gospodarki. Ta sytuacja potrzebuje coraz pilniej dobrych rozwiązań, by hazard moralny w finansach nie stał się niechcianą przez nikogo regułą w obrocie gospodarczym.

Dochody z nieruchomości w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania

Działalność gospodarcza prowadzona za granicą lub choćby posiadanie tam majątku często jest źródłem wielu niejasności podatkowych. Wówczas konieczne jest analizowanie zasad opodatkowania w dwóch państwach. Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania między państwami zasadniczo rozstrzygają, w którym państwie wystąpi obowiązek podatkowy, a w razie możliwości opodatkowania tego samego dochodu w dwóch państwach przewidują określone zasady odliczeń. W praktyce rodzi to jednak wiele problemów. Jeden z nich dotyczy dochodów z nieruchomości, w tym dochodów z ich zbycia.

Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania

Przepisy o podatku dochodowym w wielu systemach podatkowych, w tym w Polsce, określają dwa rodzaje podlegania obowiązkowi podatkowemu – obowiązek ograniczony i nieograniczony. Ograniczony obowiązek podatkowy oznacza, że podatek należy uregulować w państwie, w którym dochód został osiągnięty. Obowiązek nieograniczony dotyczący rezydentów danego państwa przewiduje opodatkowanie całości dochodów, niezależnie od miejsca ich osiągnięcia. Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, będące dwustronnymi umowami międzynarodowymi, szczegółowo wskazują jednak tylko jedno państwo, w którym w danych przypadkach podatek będzie należny lub określają zasady rozliczeń tego podatku i jego stosownego pomniejszania w przypadkach, gdy obowiązek podatkowy zgodnie z umową i regulacjami krajowymi powstanie w dwóch państwach.

Zasady opodatkowania majątku nieruchomego

Jedną z podstawowych zasad przewidzianą w umowach określających opodatkowanie dochodów z nieruchomości jest zasada lex rei sita. Wskazuje ona na związek miejsca położenia nieruchomości z ekonomicznymi konsekwencjami posiadania danego majątku. Prawo położenia, jak można określić tę zasadę, wskazuje tym samym, że opodatkowanie dochodów z nieruchomości może następować w miejscu jej położenia. Nie wyłącza to jednak automatycznie opodatkowania w państwie rezydencji.

Definicja majątku nieruchomego

Zgodnie z umowami o unikaniu podwójnego opodatkowania majątek nieruchomy definiuje się według zasad przewidzianych w państwie jego położenia. Tym samym stwierdzenie, co jest majątkiem nieruchomym położonym w Polsce na gruncie umów, będzie uzależnione od definicji z polskiego kodeksu cywilnego. Niezależnie od tego, regulacje umów o unikaniu podwójnego opodatkowania w większości wskazują szczególne składniki majątku, które składają się na nieruchomość. Wśród nich znajduje się m.in. żywy i martwy inwentarz gospodarstw rolnych i leśnych, prawa, do których mają zastosowanie przepisy prawa powszechnego dotyczące nieruchomości gruntowych, prawa użytkowania nieruchomości, jak również prawa do stałych lub zmiennych świadczeń z tytułu eksploatacji lub prawa do eksploatacji złóż mineralnych, źródeł i innych zasobów naturalnych (zgodnie z umową polsko-niemiecką).

Jednocześnie umowy wskazują, że niektóre kategorie majątku, niezależnie od definicji nieruchomości w danym państwie, nie są majątkiem nieruchomym w rozumieniu ustawy. Między innymi w umowie o unikaniu podwójnego opodatkowania między Polską a Słowenią wymieniono statki, barki, statki powietrzne oraz pojazdy transportu drogowego. Tym samym, niezależnie od przepisów krajowych w Polsce i Słowenii te składniki majątku nie mogą być traktowane jak nieruchomości na gruncie umowy. Jednocześnie inne umowy mogą tę kwestię regulować nieco odmiennie.

Podatek od dochodu z nieruchomości w państwie położenia

Jak już wskazano, umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania stanowią, że dochód rezydenta jednego państwa z nieruchomości położonej w drugim państwie, włączając dochód z gospodarstwa rolnego lub leśnego, może być opodatkowany w państwie położenia nieruchomości. W żaden sposób nie wyłącza to możliwości opodatkowania w państwie rezydencji – zastosowanie mogą znaleźć jedynie regulacje dotyczące potrąceń podatku.

Wprowadzona kategoria jest bardzo szeroka – mowa o wszelkich dochodach pochodzących z majątku nieruchomego. Dodatkowo umowy precyzują, że wskazana zasada dotyczy także dochodów osiągniętych z bezpośredniego użytkowania, najmu, dzierżawy lub innego rodzaju użytkowania majątku nieruchomego.

Zbycie udziałów może być opodatkowane jak zbycie nieruchomości

Istotne znaczenie w umowach o unikaniu podwójnego opodatkowania mają także regulacje dotyczące dochodów ze zbycia nieruchomości. Także te dochody w myśl umów mogą być opodatkowane w państwie położenia nieruchomości (oraz w państwie rezydencji).

Regulacją o szczególnym znaczeniu jest jednak przepis znajdujący się w większości umów o unikaniu podwójnego opodatkowania, przewidujący, że zasady dotyczące opodatkowania zbycia nieruchomości stosuje się także do zbycia praw udziałowych w spółkach, w których aktywa majątkowe składają się głównie, bezpośrednio lub pośrednio z majątku nieruchomego. Tym samym, jeśli np. polski rezydent podatkowy dokona zbycia udziałów w spółce, w której na majątek zakładowy składa się w co najmniej 50% wartości nieruchomości, zastosowanie znajdą zasady określające opodatkowanie zbycia nieruchomości. Jednocześnie na gruncie prawa krajowego konieczne będzie określenie skutków podatkowych dla zbycia właściwych praw udziałowych. Regulacje te zabezpieczają interesy fiskalne państw przed omijaniem przywołanych regulacji dotyczących zbycia nieruchomości, wprowadzając jednocześnie wiele niejasności po stronie podatników.

Problemy dla podatników

Umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania nierzadko sprawiają podatnikom wiele problemów ze względu na częstą konieczność określania relacji między prawami podatkowymi różnych państw z uwzględnieniem specyficznych regulacji wynikających z umów. Tak jest także w przypadku określania np. dochodów związanych z nieruchomością położoną w innym państwie dla polskich rezydentów. Dla określenia właściwych skutków podatkowych w Polsce konieczne jest bowiem nie tylko przeanalizowanie polskich regulacji ustawy o właściwym podatku dochodowym, ale też szczegółowych przepisów odpowiedniej umowy oraz zasad obowiązujących w państwie trzecim. Dodatkowe trudności budzi konieczność wieloaspektowego badania każdej transakcji (m.in. transakcji zbycia udziałów czy akcji w spółkach posiadających zagraniczne nieruchomości). Wszystko to sprawia, że istnieje bardzo wiele obszarów, w których możliwe jest popełnienie błędu. Tym samym określanie skutków podatkowych na gruncie umów o unikaniu podwójnego opodatkowania staje się wąską materią prawa podatkowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Umiarkowany optymizm na rynku akcji

  • Jednak pozytywne spojrzenie na akcje
  • Sezon wyników giełdowych
  • Kolejka chętnych na zakup mBanku

Nastawienie do rynku akcji od dłuższego czasu jest dość pesymistyczne. Dziś jednak warto spojrzeć na akcje w umiarkowanie optymistyczny sposób. Podnoszone od kilku miesięcy obawy o zbliżającą się recesję przestały spędzać sen z powiek inwestorom, a ci przychylniej spoglądają w kierunku akcji.

Rynki zachodnie są na szczytach, a wskaźniki naszej gospodarki tylko delikatnie spadają. Ryzyka, które budziły obawy inwestorów, już się zmaterializowały. Jesteśmy po wyborach parlamentarnych w Polsce i przed wyborami prezydenckimi w Stanach. Czy coś jeszcze może nas zaskoczyć? Nawet wojna handlowa pomiędzy USA a Chinami zdaje się nie robić już tak dużego wrażenia na rynkach jak kiedyś. Inwestorzy przyzwyczaili się także do Brexitu.

Podobny mechanizm zmiany nastawienia do rynku akcji obserwujemy też w Polsce. Decyzja TSUE dotyczące kredytów frankowych za nami, likwidacja OFE przesądzona, a przed nami świeże nadzieje związane z wpływami z PPK. Najnowsze szacunki mówią o  partycypacji z PPK na poziomie 40%. Jeśli te dane się potwierdzą, to mogą one pozytywnie wpłynąć na rynek akcji.

W Polsce trwa sezon publikacji wyników za III kwartał br. stąd wiele ruchów na GPW wynika bezpośrednio z informacji zawartych w przesyłanych raportach. Dobre wyniki pokazały spółki usługowe. Jest wciąż za wcześnie na podsumowanie, ale z dotychczasowych danych widzimy, że rozczarowywały głównie duże spółki. Mniejsze i wzrostowe pokazywały niejednokrotnie solidne wyniki.

Większość banków wyraźnie się przeceniła, co było skutkiem zaprezentowanych przez nie słabych wyników finansowych. Z drugiej strony pozytywnym zaskoczeniem w sektorze finansowym okazały się wyniki PKO BP i PZU. Przeceny widać choćby na przykładzie niedawno wystawionego na sprzedaż mBanku, który jest jednym z banków bardziej zaangażowanych w kredyty frankowe. Wszystko wskazuje jednak na to, że kolejka podmiotów zainteresowanych jego kupnem jest całkiem długa. Z perspektywy inwestorów globalnych polski rynek jest atrakcyjny, jesteśmy dużą rosnącą i zdrową gospodarką z dobrymi perspektywami. Jest wiele globalnych podmiotów nieobecnych na polskim rynku, które chciałyby rozpocząć działalność biznesową nad Wisłą. Jednak do tej pory barierą były właśnie wysokie wyceny, więc aktualna przecena to atrakcyjna okazja inwestycyjna.

Globalna sytuacja wspiera instrumenty dłużne

  • Wojna handlowa i spowolnienie powinny wspierać rynek długu
  • Banki kupują rządowe obligacje
  • Poziomy rentowności bez zmian do końca roku

Obecna sytuacja, w której istnieje ryzyko eskalacji wojen handlowych i rosną obawy o spowolnienie gospodarcze na świecie, także w Polsce, powinna wspierać instrumenty dłużne. Pytanie, czy wraz z obawami o spowolnienie w Polsce, nie powróciły obawy o popyt na krajowe obligacje.

Pomiędzy kwietniem a sierpniem polskie obligacje skarbowe notowały wyraźne spadki rentowności. W tym okresie 10-letni benchmark spadł z przedziału 2,8-3,0 do 1,8 proc. w połowie sierpnia. W ostatnim czasie nastąpiło jednak delikatne odbicie i kształtuje się on teraz na poziomie 1,9-2,2 proc.

Od początku roku inwestorzy zagraniczni, którzy z reguły dominowali na rynku długu, zredukowali stan posiadania w polskich obligacjach o 28 mld. Taka podaż z reguły powinna mocno osłabić wyceny, ale w tym samym czasie polskie banki zwiększyły inwestycje w papiery dłużne aż o 45 mld, koncentrując się jednak na papierach krótszych i zmiennoprocentowych.

Proces ten wzmocniony został przez politykę emisyjną Ministerstwa Finansów, które w ostatnich tygodniach zastąpiło normalne przetargi sprzedaży obligacji aukcjami zamiany, podczas których zbywa obligacje średnio i długoterminowe, odkupując papiery, z terminem wykupu na 2020 roku.

Polityka aukcji zamiany jak i popyt banków na krótkie instrumenty spowodowały w ostatnich tygodniach stromienie krzywej rentowności poprzez spadki zysku na krótkim końcu, spychając dochodowość na instrumentach poniżej roku w okolice 0,8-1,0 proc., na instrumentach 2-letnich zaś w okolice 1,40 proc. Benchmark 5-letni jest na poziomie ok. 1,80 proc. zaś 10-letni notowany jest na ok. 2,05 proc.

Wydaje się, że takie poziomy rentowności powinny utrzymać się do końca roku. Jednak z powodu mniejszej aktywności i niższej płynności możliwa jest większa zmienność cen.

Niekontrolowany import w przemyśle modowym to zagrożenie dla zdrowia i bezpieczeństwa konsumentów

Dzisiejszą sytuację w przemyśle obuwniczym, tekstylnym czy ogólnie – modowym należy oceniać pod kilkoma względami. Po pierwsze przez pryzmat zagrożeń dostrzeganych na rynku, z którymi firmy mierzą się już kilka lat. Dotyczą one niekontrolowanego importu towarów niskiej jakości. Dla rodzimych producentów to poważne wyzwanie, aby w takich warunkach utrzymać zdrową konkurencję na rynku. Do tego dochodzi także ryzyko narażenia bezpieczeństwa konsumentów z uwagi na występowanie w danym obuwiu i tekstyliach szkodliwych dla zdrowia substancji. To kwestia coraz częściej podnoszona w debacie. Polska Izba Przemysłu Skórzanego aktywnie w niej uczestniczy. W ostatnich miesiącach przygotowane zostało oficjalne stanowisko w tej sprawie.

– Stanowisko jest sygnowane przez uczestników rynku, głównie przez polskich producentów obuwia. Zostanie zaprezentowane już niebawem – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Górecki, Prezes Polskiej Izby Przemysłu Skórzanego. – Organizacja zamierza działać na rzecz zwiększenia kontroli źródeł, z których docierają do Polski produkty obuwnicze i tekstylne. Dzięki temu możliwe będzie ograniczenie importu pewnych towarów, co doprowadzi do uzdrowienia rynku i powrotu zdrowej konkurencji. Tym samym przyczyni się to do poprawy sytuacji rodzimych producentów. Dzisiaj dobre perspektywy dla rynku stwarza także wewnętrzna polityka Unii Europejskiej. PIPS aktywnie działa obecnie na wielu obszarach. Współpracuje m.in. ze stowarzyszeniem Europejskiej Konfederacji Przemysłu Obuwniczego CEC. Angażując się w sprawy całej branży tekstylnej, Izba zwraca także uwagę na kwestię ekologii. Należy kłaść większy nacisk na to, jakie wyroby dostają się na rynek unijny. Sprowadzane towary powinny przynosić korzyści konsumentom, jak i producentom rodzimym – a przy tym nie powinny stwarzać zagrożenia dla środowiska. To coraz częściej dostrzegany obecnie problem, którego rozwiązanie staje się przedmiotem dyskusji. To szansa dla polskich firm, które wytwarzają towary w oparciu o obowiązujące normy. Dotyczą one eliminowania substancji zabronionych, wykorzystywania odpowiednich materiałów w trosce o najwyższą jakość. W tej sytuacji produkt lepszy nie powinien być więc wypierany przez gorsze towary. PIPS stara się temu przeciwdziałać – podkreślił Górecki.

Handel na rynkach w tym tygodniu będzie zaburzony przez Święto Dziękczynienia w USA

W związku ze Świętem Dziękczynienia w USA amerykańskie giełdy będą zamknięte w czwartek. W piątek z kolei będą działały krócej. Niższa aktywność amerykańskich inwestorów może sprawić, że i ten tydzień dla rynku walutowego będzie stosunkowo spokojny.

W zeszłym tygodniu waluty grupy G10 utrzymywały się w wyjątkowo wąskich korytarzach wahań. Pod koniec tygodnia wszystkie te waluty były co najwyżej o 0,5% silniejsze lub słabsze w porównaniu z jego początkiem. Zmienność w tej grupie w ostatnim tygodniu również była niewielka. Spokój na rynku walutowym częściowo tłumaczy fakt, że w ostatnich dniach nie pojawiły się żadne przełomowe informacje dotyczące konfliktu handlowego na linii USA-Chiny oraz w sprawie Brexitu. Nie poznaliśmy również żadnych specjalnie wartościowych informacji dotyczących polityki monetarnej kluczowych banków centralnych. Zaskoczyła nas jednak względna odporność wspólnej europejskiej waluty na rozczarowujące dane PMI o aktywności biznesowej w strefie euro.

Bardziej „aktywne” były waluty rynków wschodzących. Szczególnie ciężki tydzień mają za sobą zwłaszcza waluty Ameryki Łacińskiej. W spadkach ostatnio przewodzi chilijskie peso, którego deprecjacja związana jest z utrzymującą niepewnością polityczną.

Ten tydzień na rynku może być równie spokojny, co poprzedni. Zwłaszcza, że w jego drugiej połowie Amerykanie obchodzić będą Święto Dziękczynienia. W przypadku Wielkiej Brytanii uwaga powinna cały czas skupiać się na informacjach dotyczących grudniowych wyborów parlamentarnych – przewaga Partii Konserwatywnej widoczna w dotychczasowych sondażach dobrze wróży losom funta brytyjskiego. Dla wspólnej europejskiej waluty w tym tygodniu kluczowe będą natomiast piątkowe dane o inflacji konsumenckiej w strefie euro. Niemniej, amerykańskie święto nie sprzyja dramatycznym ruchom na rynkach w tym tygodniu.

PLN

Miniony tydzień przyniósł osłabienie polskiej waluty, która radziła sobie najgorzej spośród najważniejszych walut regionu.

Złoty, szczególnie ostatnio, raczej nie reaguje na informacje z Polski, niemniej jednak warto je obserwować. Ostatnio nieco rozczarowały dane z polskiego rynku pracy, jednak najnowszy odczyt produkcji przemysłowej oraz dzisiejsze dane o sprzedaży detalicznej były dość pozytywne. Złoty w kolejnych dniach najpewniej cały czas reagować będzie na informacje z zewnątrz. Jednak w tym tygodniu również nie zabraknie odczytów z polskiej gospodarki, szczególnie w drugiej jego połowie. Najistotniejsze będą szczegółowe dane o dynamice PKB w III kwartale, które pokażą strukturę wzrostu. Warto też obserwować wstępny odczyt inflacji CPI w listopadzie.

GBP

Debata liderów kluczowych partii politycznych w Wielkiej Brytanii, która odbyła się w zeszłym tygodniu w Wielkiej Brytanii, nie przyniosła jednoznacznego zwycięzcy. Jest to wyśmienitą wieścią dla torysów, zważywszy na ich znaczną przewagę w sondażach. Sytuacja makroekonomiczna wygląda jednak gorzej. Ostatnie odczyty indeksów aktywności biznesowej PMI okazały się bardzo słabe i sugerują kurczenie się gospodarki Wielkiej Brytanii. Po długotrwałej aprecjacji funta w ciągu ostatnich kilku tygodni, ostatnia słabość indeksów PMI dała asumpt do lekkiego osłabienia brytyjskiej waluty.

Kalendarz ekonomiczny w tym tygodniu nie przewiduje specjalnie istotnych publikacji dla Wielkiej Brytanii. Dlatego funt szterling w najbliższych dniach powinien reagować przede wszystkim na wieści związane z grudniowymi wyborami parlamentarnymi. Będziemy zwracać uwagę na jakiekolwiek sygnały dotyczące potencjalnego zmniejszania się przewagi torysów na ostatnich etapach kampanii, co miało miejsce w 2017 roku. Póki co z sondaży jednak nie płyną wyraźne sygnały sugerujące, żeby tak by miało stać się i tym razem.

EUR

Euro w parze z głównymi walutami nie doświadczało większej zmienności do drugiej połowy ubiegłego tygodnia. Wówczas m.in. rozczarowujące wyniki indeksów aktywności biznesowej PMI przełożyły się na osłabienie wspólnej europejskiej waluty. Apel przewodniczącej Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde dotyczący większego zaangażowania polityki fiskalnej we wspieranie europejskich gospodarek jeszcze zyskał na znaczeniu w związku z tym, że póki co nie widać oznak przyspieszenia gospodarek wspólnego bloku walutowego.

W tym tygodniu kluczową publikacją w kalendarzu ekonomicznym dla strefy euro będą wstępne dane o inflacji konsumenckiej w listopadzie. Poznamy je już w najbliższy piątek. Między ekonomistami prognozującymi dynamikę cen w strefie euro jest dość spory rozdźwięk co do oczekiwanej wartości wskaźnika inflacji konsumenckiej. Wydaje się jednak prawdopodobne, że kluczowa inflacja bazowa w bloku walutowym będzie rosła trzeci miesiąc z rzędu. Może to wesprzeć euro w okresie względnego spokoju na rynku związanego ze świętem w USA.

USD

Większość odczytów danych makroekonomicznych w Stanach Zjednoczonych z ubiegłego tygodnia okazała się lepsza od oczekiwań konsensusu, aczkolwiek były to głównie drugorzędne publikacje. Dolar nie był poddany zbyt dużym wahaniom w relacji do walut G10, jednak ogólnie umacniał się względem walut rynków wschodzących, które nadal pozostają pod presją w związku z utrzymującą się niepewnością w kontekście handlu międzynarodowego.

W tym tygodniu w związku ze Świętem Dziękczynienia liczba istotnych publikacji z USA nie będzie specjalnie imponująca, w środę poznamy jednak zrewidowane dane o dynamice PKB amerykańskiej gospodarki w III kwartale. Nie można też wykluczyć pojawienia się po drodze istotnych nagłówków dotyczących negocjacji handlowych na linii USA-Chiny, które mogą istotnie wpływać na rynek. Najpewniej jednak, zachowanie amerykańskiej waluty będzie zależało od wieści z innych części świata.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Manipulacja w digitalu – czy da się jej uniknąć?

Marketerzy, aby móc wpływać na nasze decyzje zakupowe, posługują się sprawdzonymi praktykami opartymi na manipulacji. Nowe technologie w coraz większym stopniu pozwalają firmom wykorzystywać naszą podatność na tego typu działania. Internet sprawia, że mogą to robić bardzo łatwo. Z technikami wywierania wpływu i manipulacji wszyscy spotykamy się każdego dnia. Które z nich są najpopularniejsze?

Dla polskiego rynku reklamy rok 2018 był najlepszym od dekady. Warto podkreślić, że motorem wzrostu był internet, telewizja, a także radio. Nakłady na digital rosły najszybciej – zwiększyły się o 14,1%. Dzięki temu udział internetu w mediamiksie wyniósł już 33,4% – wynika z raportu IAB „Perspektywy rozwojowe REKLAMY ONLINE W POLSCE 2018/2019”.

W walce o klienta liczy się tylko jedno – to, żeby go zdobyć i w efekcie zainteresował się naszą ofertą. Jednak osiągnięcie tego celu nie jest już takie proste. Konsumenci na co dzień atakowani są mnóstwem informacji. Dlatego pozyskanie odbiorcy nie zawsze odbywa się tak uczciwie, jakby sam sobie tego życzył. Jedną z najbardziej rozpoznawalnych technik wywierania wpływu w sprzedaży to ta opierająca się na prawie limitu.

Każdy z nas spotkał się z ofertą limitowaną w zakresie np. ilości dostępnego towaru, czasu trwania promocji itd. Chodzi o to, aby wskazać na ulotność oferty i tym samym zmotywować nas do skorzystania z niej. Należy jednak pamiętać, że efektywność tej techniki jest mocno uzależniona od siły jej nacisku – mówi Łukasz Świrgał, CEO Brandwise (AdWise Group). Wprowadzenie limitu ma sens tylko wtedy, gdy dalszą naszą aktywność sprzedażową ograniczymy do minimum – dodaje.

W tym rozwiązaniu pomagają wszelkiego rodzaju liczniki na stronach internetowych czy wysyłane maile, które informują ile jeszcze dni zostało na skorzystanie z promocji. Często również stosowane są bannery, które nas śledzą w sieci i wywierają presję, że czas upływa – a my przecież dobrze o tym wiemy.

Duże znaczenie we wpływaniu na zachowania konsumentów odgrywają również autorytety. Najczęściej w sieci są nimi dobrze nam znani influencerzy. To oni umiejętnie budują wokół siebie grupę lojalnych odbiorców, z którymi łączą ich silne relacje i zainteresowania. Tworząc komunikację marketingową nie można również zapominać o tym, że grupa naszych potencjalnych klientów dzieli się na tych z tzw. autorytetem zewnętrznym i wewnętrznym.  Kupując online często spotykamy się z opcją wypróbowania produktu, modułem z opiniami innych użytkowników, certyfikatami wydawanymi przez różne instytucje oraz poleceniami influencerów.

Konstruując ofertę nie wiemy, jakim autorytetem kieruje się nasz potencjalny klient. Osoba o autorytecie wewnętrznym zaufa wyłącznie własnej ocenie, w przeciwieństwie do tych, którzy najchętniej polegają na innych. Dlatego tak istotne jest, aby połączyć oba komunikaty – czyli „wypróbuj i sam zdecyduj” z „dołącz do grona 1000 zadowolonych użytkowników”, którzy w domyśle nie mogą się mylić – wskazuje Łukasz Świrgał, CEO Brandwise (AdWise Group).

Kolejnym bardzo ważnym sposobem na „złapanie” klienta jest dobrze wszystkim znany gratis – czyli wisienka na tym manipulacyjnym torcie. W większości przypadków dodanie prezentu nie ma na celu poprawienia stosunku wartości faktycznej do ceny. Chodzi o dywersyfikację naszej uwagi. Okazuje się, że jesteśmy bardziej skłonni na zaakceptowanie pewnych mankamentów oferty, gdy w zamian otrzymamy niespodziewane benefity. Wydaje nam się wówczas, że otrzymujemy więcej za te same pieniądze podczas, gdy faktycznie wybierany produkt lub usługa jest niższej jakości niż konkurencyjna, a wartość dodanego gadżetu nie rekompensuje tej różnicy.

Inwestycyjna euforia w mieszkaniówce w końcówce roku

Najnowsze dane GUS, prezentujące statystyki budownictwa mieszkaniowego od stycznia do października  bieżącego roku, zaowocowały sporej miary niespodzianką. Tym razem nie tylko tradycyjnie potwierdziły brak jakiejkolwiek korekty dotychczasowej polityki inwestycyjnej deweloperów, ale zakomunikowały wręcz szampańskie nastroje oraz niespotykaną determinację inwestorów operujących na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Optymizm już był, czas na euforię

W tegorocznym październiku obie fundamentalne dla bieżącej koniunktury inwestycyjnej pozycje gusowskich statystyk budownictwa mieszkaniowego, czyli te dotyczące lokali, których budowę rozpoczęto, oraz odnoszące się do mieszkań, na realizację których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym, okazały się rekordowe w wymiarze miesięcznym. Wg portalu RynekPierwotny.pl zwłaszcza te ostatnie dane są jak wiadomo zasadniczym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, dysponują wiec sprawdzoną i wiarygodną wartością prognostyczną.

Budzący respekt, by nie powiedzieć kompletną konsternację październikowy wynik deweloperów na poziomie 18,8 tys. nowych pozwoleń, jest lepszy rdr o 16 proc., a od dotychczasowego rekordu z maja br. o – bagatela – ponad 2 tys. jednostek. Jak to interpretować?

Przede wszystkim świadczy to już nie tyle o niesłabnącym optymizmie deweloperów, ale wręcz o jego szybowaniu na niespotykanych dotąd poziomach. Innymi słowy, pomimo trwającej już blisko 2 lata korekcyjnej tendencji sprzedaży nowych mieszkań, w dalszym ciągu muszą oni oceniać perspektywy rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie jako wręcz rewelacyjne.

Po z górą już sześciu latach od momentu wejścia rynku w fazę cyklicznego ożywienia i w obliczu coraz wyraźniejszych sygnałów nadchodzącego spowolnienia gospodarki, może to wydawać się dość ryzykowne. Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl z drugiej strony jednak, rosnące statystyki pozwoleń na budowę niemal od samego początku sprzedażowego boomu na pierwotnym rynku mieszkaniowym, okazywały się być niezawodną gwarancją kontynuacji rynkowej prosperity.

W sumie w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego w pierwszych dziesięciu miesiącach tego roku nowych pozwoleń oraz zgłoszeń było już blisko 230 tys., czyli dokładnie o 5 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2018 roku.

Nowe inwestycje z rekordowym wolumenem

W październiku deweloperzy zdecydowanie, czyli do rekordowego poziomu, podkręcili też swoją aktywność inwestycyjną mierzoną wolumenem mieszkań, których budowę rozpoczęto. Rezultat na poziomie grubo ponad 15 tys. jednostek nigdy dotąd nie został osiągnięty w skali jednego miesiąca. Wg portalu RynekPierwotny.pl oznacza to wyraźne wzmocnienie tendencji utrzymywania wyników rozpoczynanych budów na bardzo wysokich poziomach, oscylujących wokół historycznych rekordów. W efekcie od początku roku ruszyła budowa aż 117,5 tys. mieszkań deweloperskich, co w praktyce już dziś przesądza o najlepszym rocznym wyniku nowych inwestycji deweloperskich. Tego typu sytuacja zdecydowanie pozytywnie rokuje przyszłym statystykom podaży nowych lokali na sprzedaż, które są jednym z głównych czynników  kształtowania ich stawek cenowych.

Tym samym widać wyraźnie, że koniunktura inwestycyjna na pierwotnym rynku mieszkaniowym ma się wciąż nie tylko bardzo dobrze, ale wręcz coraz lepiej.  Deweloperzy utrzymują produkcję mieszkań na bardzo wysokich poziomach, całkowicie ignorując ewentualność nadejścia cyklicznego spowolnienia. To bardzo ciekawa okoliczność z punktu widzenia perspektyw rozwoju koniunktury w średniej i dłuższej perspektywie.

Sytuację tę potwierdzają ogólne wyniki w ramach wszystkich form budownictwa mieszkaniowego. Od początku roku uruchomiono już w sumie 202,5 tys. budów nowych lokali mieszkalnych, czyli o 4,4 proc. więcej licząc rok do roku. Na razie nic też nie zapowiada, aby ta wciąż wyraźna tendencja wzrostowa miała ulec odwróceniu, choć wydaje się niemal pewne, że prędzej czy później musi to nastąpić.

Statystyki mieszkań oddanych wciąż zgodnie z trendem

Z kolei od dłuższego czasu najbardziej przewidywalnym ogniwem bieżących danych GUS pozostaje sytuacja dotycząca mieszkań oddanych do użytkowania. W tym przypadku tendencja wzrostowa coraz wyraźniej  przechodzi w stabilizację na wysokim poziomie. Jak wskazuje portal RynekPierwotny.pl deweloperzy oddali od początku roku blisko 103 tys. lokali, co oznacza prawie 15-procentowy progres rok do roku. Ogółem w okresie styczeń – październik br. oddano bez mała 165 tys. mieszkań, czyli o 11 proc. więcej aniżeli w pierwszych dziesięciu miesiącach ubiegłego roku.

W sumie GUS-owskie statystyki sygnalizujące efekty budownictwa mieszkaniowego nie tylko utrzymują się na historycznie wysokich poziomach, ale wręcz wciąż potrafią zdecydowanie pozytywnie zaskoczyć. Nie jest to na dziś dzień sytuacja w pełni korespondująca ze stanem szeroko pojętej koniunktury gospodarczej w kraju, która zdaje się zdradzać coraz wyraźniejsze symptomy zadyszki. Jednym z ostatnich jest październikowe spektakularne tąpniecie produkcji budowlano-montażowej w Polsce o 4 proc. rok do roku, co należy uznać za wiarygodny sygnał bliskiego i raczej dość ostrego hamowania gospodarki. Pytanie, jak długo jeszcze w tego rodzaju środowisku gospodarczym będzie w stanie trwać inwestycyjna prosperity na pierwotnym rynku mieszkaniowym.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Okazja czyni złodzieja – 57% więcej cyberataków w Black Friday i Cyber Monday

Black Friday, który w tym roku wypada 29 listopada, rozpoczyna na dobre gorączkę świątecznych zakupów. Jest to nie tylko czas cenowych okazji, ale też okres, w którym dochodzi do wielu internetowych oszustw. W okresie przedświątecznym przeprowadzanych jest ponad 57% cyberataków więcej – tak wynika z raportu Carbon Black. – Te dane są porażające i pokazują, że wiele osób nie zna podstawowych zasad bezpiecznych zakupów online i lekkomyślnie porusza się po sieci – mówi Paweł Sarol z Xopero Software.

Chociaż Black Friday rusza w piątek 29 listopada, to wiele sklepów i sieci już wprowadza wyprzedażową ofertę pod nazwą Black Week. Do niego wlicza się również poniedziałek, 2 grudnia, który nazwany Cyber Monday jest wielkim “świętem” zakupów online. Okazje te cieszą się coraz większą popularnością. Według raportu Adobe Analytics, w 2018 roku w Czarny Piątek przeprowadzono aż 23,6% transakcji online więcej niż rok wcześniej. Eksperci przewidują, że w tym roku pobity może zostać kolejny rekord.

Okazja…czyni złodzieja

Gorący czas zakupów online to nie tylko superokazje dla kupujących, ale też dla przestępców. Według danych SonicWall, w Cyber Monday ataków jest średnio 4 razy więcej niż w pozostałe dni roku, w Czarny Piątek natomiast ich ilość wzrasta o 27%. Łączna liczba zagrożeń w tych dniach sięga aż 110 milionów (!). Wyjątkowo aktywny jest ransomware – w Cyber Monday dochodzi do 127% więcej ataków szyfrujących niż w inne dni.

Nie daj się złowić. To phishing, a nie mail

Jednym z najczęściej stosowanych wektorów ataków ransomware już od wielu lat pozostaje phishing, a więc wykorzystanie wiadomości e-mail / SMS zawierających spreparowane linki lub załączniki w celu instalacji złośliwego oprogramowania. I choć może wydawać się, że tego typu maile nas nie dotyczą bo są łatwe w wykryciu, nic bardziej mylnego. Przestępcy korzystają z szerokiego wachlarza zdolności socjotechnicznych, aby ich komunikaty nie wzbudzały podejrzeń.

Takie wiadomości ochoczo wysyłają w Black Week, który jest świetną okazją do przesłania kuponu rabatowego lub darmowego prezentu. Przecież wszyscy lubimy dostawać coś za darmo, prawda? Choć może nie zawsze mamy tu na myśli ransomware.

Maile o tytułach: “Zweryfikuj swoje konto i zdobądź kod rabatowy”, “Zarejestruj się, a otrzymasz zniżkę na pierwsze zakupy”, “Rabat przygotowany z myślą o Tobie” aż zachęcają do otworzenia i kliknięcia w link, dokument lub wypełnienie formularza. O czym niestety wiedzą też przestępcy.

Temat phishingu wraca co jakiś czas jak bumerang – zwłaszcza w takie dni jak Black Friday czy Cyber Monday, w których obietnica rabatów i ich powszechność sprawia, że stajemy się mniej ostrożni. Jak nie dać się złowić?

– Przede wszystkim w gorączce zakupów należy zachować zdrowy rozsądek. Zwracajmy uwagę na maile, które otwieramy – przyjrzyjmy się adresowi nadawcy, sprawdźmy czy nie ma w nim literówek lub znaków specjalnych. Nie otwierajmy wiadomości od sklepów, w których nigdy się nie rejestrowaliśmy, a z promocji korzystajmy raczej na zaufanych witrynach wpisując w koszyku ogólnodostępne bony rabatowe – mówi Paweł Sarol, Cloud Business Development Manager w Xopero Software – pamiętajmy też o tworzeniu kopii zapasowych, które pomogą nam odzyskać dane po ataku ransomware, wyjątkowo aktywnym w takie dni jak Black Friday czy Cyber Monday.

5 zasad bezpiecznych zakupów w Black Week

Po pierwsze: zabrzmi to banalnie, ale nie daj się złapać na za bardzo atrakcyjne okazje. Nie łudź się, że są takie dni w roku, kiedy możesz kupić coś praktycznie za darmo. Pod taką “świetną ofertą” może kryć się złośliwy link czyhający na Twoje dane uwierzytelniające lub pieniądze. Zawsze sprawdzaj sklepy, w których kupujesz – weryfikuj dane sprzedającego i sprawdzaj opinie w wielu źródłach.

Po drugie: nie kupuj online korzystając z publicznej sieci, jeśli nie chcesz, by Twoje zakupy zakończyły się wyczyszczeniem konta. Korzystaj wyłącznie z prywatnej i zaufanej sieci.

Po trzecie: zwiększ bezpieczeństwo korzystania z płatności mobilnych. Zawsze korzystaj z dwuskładnikowego uwierzytelniania. Zadbaj o to, aby Twój kod z banku przychodził w co najmniej dwa różne miejsca – e-mail, SMS czy na aplikację.

Po czwarte: nie instaluj pochopnie aplikacji e-commerce i nie podawaj zbyt wielu danych. Przed pobraniem zastanów się, czy na pewno potrzebujesz kolejnego programu na swoim telefonie? Czy nie wystarczy zakup na stronie internetowej? Bądź szczególnie czujny, gdy aplikacja wymaga od Ciebie podania numeru karty kredytowej i innych wrażliwych danych.

Po piąte: podejrzane? Nie klikaj! Cyberprzestępcy mogą wysyłać podejrzane linki w wiadomościach od znajomych – przez maila lub messengera. Jeżeli od dawna nie masz kontaktu z nadawcą wiadomości lub link nie zawiera żadnego “specyficznego” dla danej osoby komentarza, nie klikaj. Tym bardziej nie reaguj na wiadomości z nagłą prośbą o przelew czy kod BLIK. Podejrzane wiadomości to często te, w których… pojawiają się błędy ortograficzne, wyglądają na chaotyczne lub przeciwnie – bardzo oficjalne. Jeżeli otrzymasz taki link od znajomego – upewnij się, że to on jest autorem wiadomości.

I przede wszystkim pamiętajmy, że najważniejszy jest zdrowy rozsądek. Nawet, gdy łapie nas gorączka…przedświątecznych zakupów.

Badanie EY – Jak Polacy kupują nowe samochody

Dla 80% Polaków salon samochodowy jest głównym miejscem zakupu nowego pojazdu, natomiast już 31% konsumentów rozważa zakup nowego auta w sieci. Jedna czwarta ankietowanych wskazuje na długi czas oczekiwania na zamówiony samochód, jako czynnik niezadowolenia z procesu zakupowego. Jedynie 0,4% respondentów planuje przy najbliższej okazji kupić model elektryczny, za to 11% skusi się na „hybrydę”. To podstawowe wnioski płynące z badania Automotive Survey zrealizowanego w 2019 r.

Tradycyjny salon samochodowy niezmiennie pozostaje preferowanym miejscem do zakupu nowego auta dla 80% respondentów. 11% klientów zamierza kupić samochód w tzw. centrum doświadczeń, czyli przestrzeni stanowiącej połączenie nowoczesnego, naszpikowanego technologią salonu z kawiarnią/ miejscem wydarzeń. 6% kierowców planuje nabyć pojazd w internecie, a tylko 3% w centrum handlowym.

Według badania EY klient odwiedza salon średnio 1,7 raza zanim zdecyduje się na zakup. Dość mała liczba wizyt w salonie wynika z uprzedniego przygotowania się klienta do zakupu. Klienci przychodzą do salonu po konkretny model, którego parametry, testy poznali wcześniej, z innych źródeł. Salon samochodowy jest miejscem służącym do obejrzenia samochodu, odbycia jazdy testowej i na końcu procesu zakupowego do negocjacji ceny.

EY zbadał, jakie czynniki powodują niezadowolenie klienta z procesu zakupu u dealera. Otóż zdaniem ankietowanych, czynnikiem który ma największy wpływ na brak zadowolenia z zakupu jest długi czas oczekiwania na odbiór zamówionego pojazdu. Na ten fakt wskazało 25% respondentów. 23% badanych było niezadowolonych z jazdy testowej, a 19% z interakcji z pracownikami salonu. Proces odbioru samochodu nie spełnił oczekiwań 16% ankietowanych.

Badanie EY Automotive Survey 2019 pokazało, że dla polskiego klienta czas odbioru nowego auta jest kluczowym czynnikiem wpływającym na satysfakcję z zakupu. 30% respondentów preferuje szybszą dostawę zamówionego egzemplarza, niż możliwość indywidualnej konfiguracji. Tylko 14% ankietowanych wskazało, że woli poczekać na spersonalizowany samochód.

Salon samochodowy jest wciąż głównym miejscem zakupu nowego samochodu. W związku z tym jakość obsługi w salonie jest kluczowym czynnikiem wpływającym na powodzenie transakcji. Satysfakcja klienta z procesu sprzedażowego będzie szczególnie istotna w okresie prognozowanego spadku sprzedaży nowych pojazdów. Wysokie kompetencje w zakresie uszczelniania lejka sprzedaży są niezwykle cenne w okresie spowolnienia, gdy ruch w salonie istotnie się zmniejsza i trzeba walczyć o każdego klienta – powiedział Michał Lesiuk, Partner EY, Lider Działu Doradztwa dla Branży Motoryzacyjnej.

Mimo, że tylko 6% respondentów kupuje nowy samochód przez internet, to zakup poprzez ten kanał sprzedaży rozważa już 31% badanych przez EY. Polacy najchętniej kupowaliby samochód bezpośrednio przez stronę internetową importera – 32% wskazań, z drugiej strony 31% respondentów zadeklarowało, że konkretny kanał sprzedaży w sieci nie ma dla nich żadnego znaczenia.

Nie jest zaskoczeniem, że aż dla 40% badanych brak możliwości obejrzenia samochodu przed zamówieniem stanowił największą barierę przed zakupem pojazdu w świecie cyfrowym. Niemożność odbycia jazdy testowej za barierę uznało 27% ankietowanych przez EY, 13% poskarżyło się na brak możliwości negocjacji ceny. Co ciekawe, dla 5% zakup samochodu przez internet skutkuje utratą wrażeń z wizyty u dealera.

Zakup samochodu przez internet wiąże się także z kwestią jego dostawy. Badanie EY Automotive Survey 2019 wskazuje, że nauczeni doświadczeniami z e-commerce konsumenci oczekują darmowej dostawy swojego samochodu do domu. 46% ankietowanych deklaruje chęć skorzystania z takiej opcji, podczas gdy 44% respondentów oczekuje darmowej dostawy do dealera.

Do nie dawna zakup mebli, czy ubrań przez internet był dla konsumentów czymś niewyobrażalnym, dziś nie jest już niczym niezwykłym. Jak pokazało badanie EY o preferencjach zakupowych Polaków, już 57% konsumentów robi zakupy w sieci. Nie ma powodu, dla którego trend ten miałby ominąć branżę motoryzacyjną, tym bardziej, że przyniesie on konkretne korzyści w postaci obniżenia kosztów sprzedaży i pozwoli importerowi zatrzymać część marży. By konsumenci chętniej kupowali samochody w sieci, importerzy muszą ograniczyć główne bariery, na które skarżą się klienci. Tutaj z pomocą przychodzi nowoczesna technologia i np. brak możliwości zobaczenia auta w rzeczywistości czy osobistego

kontaktu z dealerem można wynagrodzić poprzez inwestycje w rozbudowane konfiguratory pokazujące realnie auto w różnych warunkach czy wideo rozmowy z konsultantem lub nawet botem, który odpowie na wszelkie pytania podczas konfigurowania samochodu – tłumaczy Michał Lesiuk, Partner EY.

Badanie EY Automotive Survey 2019 objęło również tematykę samochodów z napędem elektrycznym. Na chwilę obecną zaledwie 0,4% respondentów podczas zakupu kolejnego samochodu wybierze pojazd elektryczny. Najpopularniejszym napędem jest benzyna – 32% odpowiedzi, następnie CNG/LNG 18%, silniki diesla wybierze 18% ankietowanych, a „hybrydę” 11%.

Przed zakupem samochodu elektrycznego kierowców odstrasza wysoka cena zakupu – 36% odpowiedzi, niska dostępność stacji ładowania – 26% wskazań, ograniczony zasięg był przeszkodą dla 24% ankietowanych. Na inne czynniki odstraszające polskich kierowców przed zakupem auta elektrycznego takich jak bezpieczeństwo, długość ładowania wskazało 14% respondentów.

Z drugiej strony respondenci wskazali też czynniki zwiększające zainteresowanie napędem elektrycznym. Są to przede wszystkim niższe koszty operacyjne – 38% wskazań, niska emisja spalin i hałasu – 28% odpowiedzi. Dla 10% ankietowanych istotne są zachęty rządowe oraz zwiększony prestiż wynikający z posiadania „elektryka”.

– Analizy EY wskazują, że do 2030 blisko połowa sprzedawanych samochodów w Europie będzie wyposażona w silnik elektryczny. Aby zainteresowanie tego typu samochodami rosło w Polsce potrzeba dwutorowych działań. W kontekście klientów niezbędna jest odpowiednia komunikacja dotycząca zalet korzystania z technologii oraz przezwyciężenie barier w rozwoju aut elektrycznych. Wysoka cena zakupu będzie systematycznie zanikać, gdy wraz z popularyzacją technologii spadną ceny. Z perspektywy władz niezbędne jest wspólne działanie branży na rzecz wprowadzania ułatwień dla budowy infrastruktury umożliwiającej pokrycie głównych szlaków komunikacyjnych gęstą siecią szybkich ładowarek, gotową do obsługi zwiększającego się popytu na usługi ładowania – wyjaśnia Adam Malarski, Starszy Menedżer EY z Działu Doradztwa dla Branży Motoryzacyjnej.

Pełny raport dostępny jest tutaj: https://www.ey.com/pl/pl/industries/automotive/ey-raport-spowolnienie-w-branzy-motoryzacyjnej

Dobre dane z Polski. Niemieckie dane zgodne. Kryptowaluty w dół

Sprzedaż detaliczna w Polsce to wskaźnik, który wyraźnie zyskuje na polityce gospodarczej rządu. Pytanie jak długo będziemy w stanie ją tak pompować. 

Sprzedaż detaliczna wciąż dobra

Dzisiaj rano poznaliśmy dane GUS na temat sprzedaży detalicznej w Polsce. Rośnie ona w ujęciu rocznym o 5,4%, to o 0,3% więcej od oczekiwań. Głównym motorem napędowym są transfery socjalne, które powodują, że pieniądze trafiają do grup z niską skłonnością do oszczędzania. Warto natomiast zwrócić uwagę, że dzięki temu szybciej rotują one w gospodarce i część z nich wraca szybko do budżetu. Problemem jest jak wskaźnik zachowa się za kilka lat, kiedy transfery już dawno zostaną zużyte, a inwestycje nie dają nadziei na długotrwałe podtrzymanie tej dobrej passy.

Niemieckie dane zgodne

Indeks Instytutu IFO wyniósł 95 punktów. Był to rezultat dokładnie zgodny z oczekiwaniami analityków, o symboliczne 0,3 punktu lepszy niż miesiąc wcześniej. Wyniki poniżej 100 punktów sugerują recesję, co teoretycznie nie powinno cieszyć. Teoretycznie, gdyż dane z Niemiec powoli odbijają się od dna. Z drugiej strony dane makroekonomiczne odnoszą się do poprzednich okresów. Odczyty z Niemiec już tak długo dołowały, że w końcu pojawił się efekt niskiej bazy i zaczynają się poprawiać.

Kryptowaluty znów w dół

Po niespodziewanym odbiciu kryptowalut w górę sprzed miesiąca nie ma już śladu. Warto przypomnieć, że październikowy wzrost zbiegł się w czasie z wypowiedzią prezydenta Chin na temat innowacji technologicznych. Ostatnie dni są równią pochyłą dla najpopularniejszej kryptowaluty świata. Spadła ona w ciągu trzech dni roboczych z okolic 8100 USD w czwartek do 6600 USD. Są to zmiany niemal niespotykane na innych  rynkach. Analitycy wskazują, że powodem spadków mogą znów być Chiny. Pojawił się komunikat o oszustwach przy ICO i nielegalnych giełdach. Jak to często ma się w takiej sytuacji, problemy przeniosły się szerzej na rynek.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl