TOP 3 zawody w IT z gwarancją zatrudnienia i dobrą pensją (inne niż programista)

W branży IT pracuje ponad 450 tys. specjalistów. Nie wszyscy to programiści z dyplomem wyższej uczelni. Sprawdź pozostałe TOP 3 najbardziej pożądanych zawodów, które gwarantują dobrą pensję i do których można przekwalifikować się nawet wtedy, gdy wcześniej z branżą IT nie miało się nic wspólnego.

Deficyt w branży IT nie maleje – tylko w ubiegłym roku na Pracuj.pl pojawiło się blisko 90 tys. ofert pracy w tym sektorze. Przyczyny takiego stanu rzeczy są dwie. Po pierwsze jest coraz więcej firm, nawet nieinformatycznych, które wymagają posiadania w swoich zasobach specjalisty od IT. Po drugie, w związku z niżem demograficznym nadal zbyt mało studentów kończy studia informatyczne – zaledwie 13-14 tys. osób rocznie.

Świat IT to nie tylko dyplomowani programiści

Branża IT to jednak nie tylko programiści z dyplomem ukończenia kierunku technicznego na renomowanej uczelni. Zgodnie z danymi Randstad, dziś ok. 10 proc. osób ubiegających się o pracę w tym sektorze w ogóle nie ma wykształcenia wyższego, 30 proc. to absolwenci kursów stacjonarnych i internetowych, a 46 proc. wśród osób, które wyższe wykształcenie posiadają, to absolwenci kierunków nietechnicznych. Skąd ten trend? Okazuje się, że IT oferuje szereg zawodów, do których można przekwalifikować się nawet wtedy, gdy wcześniej z nowymi technologiami nie miało się nic wspólnego. Jakie to specjalizacje?

Sprawdź TOP 3 najbardziej pożądanych zawodów w IT

  1. Tester manualny

Tester oprogramowania to obecnie jeden z najbardziej poszukiwanych specjalistów IT w Polsce. Tak wynika z Branżowego Bilansu Kapitału Ludzkiego w sektorze IT, przygotowanego przez PARP i Uniwersytet Jagielloński. To jednocześnie jeden z tych zawodów, do których można szybko przekwalifikować się i które dają nie tylko gwarancję zatrudnienia, ale i dobrą pensję – nawet osobom bez doświadczenia, dopiero startującym w branży. Potwierdzenie można znaleźć w danych z Wynagrodzenia.pl – mediana zarobków młodszego testera manualnego wynosi ok. 4,3 tys. zł/mc. Wraz ze wzrostem doświadczenia na specjalistę, czyli po upływie ok. 2 lat pracy – to już 6 tys. zł/mc. Z kolei starszy tester manualny zarabia blisko 9 tys. zł/mc.

Tymczasem, aby nabyć podstawową wiedzę w dziedzinie testowania oprogramowania wystarczy 3-dniowe szkolenie, często zakończone egzaminem ISTQB. Po jego zdaniu uczestnik otrzymuje międzynarodowy, uznany na całym świecie certyfikat, będący potwierdzeniem znajomości terminologii testerskiej i standardów w dziedzinie testowania. Część praktyczna, pozwalająca na zdobycie pierwszego doświadczenia i zbudowanie CV, trwa ok. 6 tygodni.

Czy to praca dla mnie? W dużym uproszczeniu tester oprogramowania zajmuje się testowaniem stron internetowych, systemów, aplikacji i urządzeń internetu rzeczy np. SmartWatch’y. Tester sprawdza czy aplikacje działają poprawnie, raportuje błędy, komunikuje się z programistami i innymi członkami zespołu, przygotowuje dokumentację i przede wszystkim dostarcza informacji na temat testowanego oprogramowania. Praca testera prawie zawsze wiąże się ze znajdowaniem błędów i dochodzeniem, w jakich sytuacjach się pojawiły. Choćby z tego powodu wśród testerów bardziej ceni się umiejętności miękkie, dociekliwość i cierpliwość niż formalne wykształcenie techniczne. Potwierdza to również rynek pracy. Bo jak tłumaczy Ewa Kienc-Brachmańska, koordynatorka programu Akademia Testowania, tester oprogramowania to zawód, który mogą wykonywać osoby po różnych specjalizacjach. Na kursach szkolących do zawodu częściej niż informatyków spotkać można osoby niepowiązane wcześniej z IT, np. po finansach, budownictwie, architekturze czy takie, które do tej pory zajmowały się obsługą klienta, pracowały w branży handlu i sprzedaży.

Tylko 10 proc. z kursantów ma wykształcenie informatyczne. Częściej niż informatyka na kursie możemy spotkać marynarza, fizjoterapeutę, mamę po urlopie macierzyńskim. Wszystkie te osoby łączy jedna rzecz – predyspozycje do pracy w IT, które pozwalają na szybkie wyuczenie zawodu, co z kolei pozwala budować swoje CV – wyjaśnia Ewa Kienc-Brachmańska.

  1. Scrum Master

Gwałtowny rozwój technologiczny świata sprawia, że popyt na firmy IT oraz nowe stanowiska pracy, które mogą przyspieszyć i usprawnić procesy wytwarzania oprogramowania rośnie w nieprawdopodobnie szybkim tempie. Jednym z takich zawodów jest scrum master. Jego rolą jest przede wszystkim dbanie o to, aby zespół rozumiał i korzystał ze scruma (ram postępowania, dzięki którym można w sposób produktywny wytwarzać produkty o możliwie najwyższej wartości).

Aby zostać scrum masterem nie potrzeba mieć wykształcenia technicznego i nie trzeba umieć programować. Kluczowe są umiejętności miękkie (komunikacji, negocjacji), aby wspierać, słuchać i rozwiązywać problemy zespołu, ograniczające postępy programistyczne. Przyda się również wiedza o procesie wytwarzania oprogramowania – w końcu jednym z zadań scrum mastera jest usprawnienie tego procesu i budowa zespołów projektowych.

Wyuczenie się zawodu scrum mastera, a przynajmniej podstaw potrzebnych do wystartowania w branży, jest prostsze niż by się wydawało. Dobrą drogą są kursy, dzięki którym można uzyskać certyfikaty potwierdzające wiedzę na temat podstaw scruma. Internetowe trwają po 2-3 dni i pozwalają podejść do egzaminu I stopnia (np. Professional Scrum Master). Poza tym warto pojawiać się na meetupach, czyli spotkaniach ludzi z branży, podczas których można „złapać” kontakty i wypłynąć na szersze wody. Można też starać się o praktyki jako scrum master-shadow, co pozwala doszkalać się pod okiem doświadczonego scrum mastera.

Czy warto starać się o pracę w tym zawodzie? Jak pokazują ogłoszenia o pracę – pracodawcy są gotowi zatrudniać na stanowisko scrum masterów osoby mające zaledwie roczne doświadczenie w IT. Tymczasem zgodnie z danymi z Wynagrodzenia.pl, mediana na tym stanowisku wynosi blisko 10 tys. zł/mc, a nawet najgorzej wynagradzani scrum masterzy zarabiają całkiem nieźle, bo ok. 6,9 tys. zł/mc.

  1. Technical Writer

Technical writer, czyli techniczny copywriter, to osoba która tworzy i redaguje specyfikacje techniczne, instrukcje obsługi, opracowuje szkolenia czy filmy instruktażowe. W efekcie dostarcza użytkownikowi końcowemu wszystkie niezbędne informacje pozwalające na bezproblemowe posługiwanie się danym systemem czy aplikacją. W tym zawodzie nie trzeba mieć żadnych technicznych umiejętności, a bardziej niż informatyk odnajdzie się w nim humanista. Zaletą jest znajomość zagadnień technologicznych, choć ważniejsza jest kreatywność, lekkie pióro i sprawne posługiwanie się językiem obcym (najczęściej angielskim).

Czy warto starać się o pracę w tym zawodzie? Raczej tak, bo zgodnie z danymi z Wynagrodzenia.pl, mediana wynagrodzenia na tym stanowisku wynosi 4,7 tys. zł/mc (najlepsi zarabiają ok. 6 tys. zł/mc). Dla porównania, średnie, miesięczne zarobki „zwykłego” copywritera wynoszą aż 1,2 tys. zł mniej.

Jak podkreśla Ewa Kienc-Brachmańska, dziś do branży IT może dołączyć każdy, niezależnie od wykształcenia i doświadczenia, nawet osoby, które z nowoczesnymi technologiami nie miały wcześniej nic wspólnego. Jak pokazują powyższe przykłady, przeszkodą nie jest nawet brak wiedzy na temat oprogramowania. – To, co potrzeba, aby zaistnieć w branży IT to przede wszystkim odpowiednie predyspozycje, których nie wyuczymy się ani na studiach, ani na kursach. To umiejętność analitycznego myślenia, samodzielność w rozwiązywaniu problemów, a także otwartość na rozwój i ciągłą naukę. Drugim warunkiem jest wiedza, którą można nabyć różnymi, dostępnymi metodami, nie tylko podczas studiowania. Dla pracodawcy liczą się umiejętności, a to czy kandydat do pracy w IT nabył je podczas studiów czy internetowego kursu, ma najmniejsze znaczenie – podsumowuje ekspertka.

Autor/Źródło: https://akademiatestowania.pl

Niestabilny spokój

Aktualnie rynki potrzebują ciągłego dostarczania pozytywnych informacji dotyczących postępów w rozmowach handlowych USA-Chiny, w przeciwnym wypadku inwestorów zaczynają ogarniać wątpliwości. Jedna doba bez nowych wieści i obserwujemy korektę ryzykownych aktywów. To potwierdza nasze przekonanie, jak niestabilny jest bieżący pozytywny sentyment.

W ostatnich dniach schematem stało się przenoszenie uwagi między co rusz nowymi informacjami rzekomo świadczącymi o postępach w rozmowach handlowych USA-Chiny, na bazie których rynki realizowały tryb risk-on. Napisałem „rzekomo”, gdyż w łamach Komentarza Porannego kilkukrotnie zwracałem uwagę, jak wybiórczo inwestorzy podchodzą do interpretacji napływających informacji, kiedy faktycznie wciąż znajdujemy się w punkcie, z którego łatwo o ponowną eskalację konfliktu. Porozumienie „pierwszej fazy” jeszcze nie jest podpisane, a nawet jeśli zostanie, to nie porusza kluczowych kwestii – ceł i ochrony własności intelektualnej. Zniesienia pierwszego chcą Chiny, ale ceną jest zahamowanie rozwoju technologicznego Państwa Środka. Wymiana jest wyzwaniem dla Chin, ale też nie będzie łatwa do przeprowadzenia przez USA. Nie bez powodu prezydent Trump w przeszłości określił się mianem „tariff man”. Od tego, co usłyszymy w następnych dniach w temacie relacji obu mocarstw, będzie zależeć, w która stronę podążą rynki. Ale każdy dzień przestoju w pozytywnym toku informacji, będzie zwiększał niecierpliwość inwestorów posiadających pozycje w ryzykownych aktywach.

Kolejny raz decyzja Rada Polityki Pieniężnej pozostanie nieodczuwalna na rynku złotego. Powszechnie oczekuje się, że stopy procentowe pozostaną bez zmian, a w komunikacie powtórzone zostanie, że „obecny poziom stóp procentowych sprzyja utrzymaniu polskiej gospodarki na ścieżce zrównoważonego wzrostu oraz pozwala zachować równowagę makroekonomiczną.” Pod kierownictwem gołębiego prezesa Glapińskiego będzie trudno zepchnąć RPP z kursu braku zmian w stopach procentowych przez cały 2020 r., a prawdopodobnie i także przez cały 2021 r. Mimo to po ostatnim przyspieszeniu inflacji bazowej do 2,4 proc. zapewne wzmocnią się głosy jastrzębiego skrzydła, że bank powinien hamować presję inflacyjną. Jednak CPI na 2,5 proc., tj. w środku celu inflacyjnego, nie wysyła jeszcze sygnałów ostrzegawczych, że inflacja wymyka się spod kontroli. Przekroczenie górnego ograniczenia dopuszczalnego korytarza wahań (3,5 proc.) wydaje się mało prawdopodobne, a jeśli już, to będzie wynikiem przejściowych szoków, na które RPP i tak nie ma wpływu. Do czasu, aż nie poprawia się perspektywy gospodarcze Polski i głównych partnerów handlowych, inflacja nie powinna być powodem do obaw. Dla złotego oznacza to, że jeszcze przez długi czas polityka monetarna pozostanie mało istotnym czynnikiem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Trei rozpoczyna budowę kolejnych parków handlowych

Trei Real Estate GmbH (Trei), międzynarodowy deweloper i zarządca nieruchomości komercyjnych oraz mieszkaniowych z Niemiec, konsekwentnie realizuje strategię rozwoju sieci Vendo Parków w Polsce. W sierpniu inwestor otworzył park handlowy w Pułtusku, we wrześniu w Ostrołęce, a do końca roku planuje ukończenie kolejnych projektów. Tym samym Trei intensywnie przygotowuje się do startu nowych inwestycji i sukcesywnie rozpoczyna prace budowlane w zaplanowanych lokalizacjach, m.in. w Płocku i Częstochowie.

Trei rozpoczął inwestycję w Płocku, gdzie na działce o powierzchni ponad 1,2 ha powstanie Vendo Park oraz Lidl. Generalny wykonawca, firma JMS porządkuje teren oraz prowadzi pierwsze prace budowlane. Park handlowy zlokalizowany przy ul. Portowej w Płocku dostarczy 4 200 mkw. nowoczesnej powierzchni zakupowej, na której docelowo otworzy się sześć sklepów. W ramach dostępnej powierzchni powstanie również supermarket Lidl, który uzupełni ofertę Vendo Parku.

Rozpoczęliśmy proces komercjalizacji parku handlowego w Płocku, na ten moment mamy już podpisane trzy umowy najmu, z sieciami Lidl, Pepco oraz KiK. Prowadzimy również zaawansowane negocjacje dotyczące pozostałych lokali. Chcemy dostarczyć mieszkańcom różnorodną ofertę handlową i miejsce, w którym będą mogli zrobić codzienne zakupy w sposób szybki i wygodny. Wierzymy, że Vendo Park stanie się lokalnym centrum zakupowym, z którego skorzystają nie tylko mieszkańcy Płocka, ale również okolicznych miejscowości. – Olga Czyblis, Senior Lease Manager w Trei Real Estate Poland

Vendo Park w Płocku będzie wyposażony w duży parking, który pomieści ponad 100 samochodów, w jego sąsiedztwie znajduje się również supermarket Biedronka. Otwarcie parku handlowego jest zaplanowane na II kwartał 2020 r.

Rośnie sieć Vendo Parków

Trei przygotowuje się również do startu kolejnych inwestycji. Jeszcze w listopadzie deweloper planuje rozpoczęcie budowy Vendo Parku w Częstochowie. Aktualnie firma prowadzi postępowanie przetargowe, w którym zostanie wyłoniony generalny wykonawca obiektu. Park handlowy dostarczy 8 500 mkw. powierzchni zakupowej. ​

W tym roku firma rozpocznie również budowę Vendo Parku w Solcu Kujawskim. Inwestor zakończył etap projektowy i wybiera generalnego wykonawcę obiektu, tak by pierwsze prace mogły ruszyć w grudniu. Park handlowy dostarczy ok. 3 100 mkw. powierzchni, którą w całości wynajęły takie marki jak Sinsay, Hebe, KiK, RTV EURO AGD, Martes Sport oraz Piekarnia Grochola.

Vendo Park w Solcu Kujawskim cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem najemców. Już na etapie projektowania budynku mieliśmy w zasadzie komplet podpisanych umów. Przykład tej lokalizacji nie jest odosobniony, co doskonale pokazuje sytuację, jaka panuje na rynku. Zapotrzebowanie na tego typu format handlowy nie maleje, co wynika z ogromnego potencjału zwłaszcza mniejszych miast, który przez lata był niedostrzegany. Parki handlowe doskonale odpowiadają na potrzeby współczesnych konsumentów, którzy chcą robić zakupy szybko, wygodnie i blisko domu. – Jacek Wesołowski, Dyrektor Zarządzający Trei Real Estate Poland

Kolejne parki jeszcze w tym roku

Już 28 listopada z szerokiego asortymentu parków handlowych inwestora będą mogli skorzystać mieszkańcy Łasku. Poszczególne lokale zostały przekazane najemcom, którzy prowadzą prace aranżacyjne. Na powierzchni 4 500 mkw. powstało siedem sklepów, które w całości wynajęły takie marki jak: Sinsay, Top Secret, Hebe, Neonet, Martes Sport, Action oraz KiK. W kolejnym etapie inwestycji w Łasku Trei planuje budowę Lidla oraz restauracji McDonald’s.

Pod koniec roku Trei planuje również otwarcie Vendo Parku w Kobyłce, gdzie generalny wykonawca prowadzi prace we wnętrzach poszczególnych lokali. Park handlowy dostarczy na lokalny rynek 3 200 mkw. powierzchni najmu. Aktualnie wynajętych jest pięć z sześciu dostępnych sklepów. W gronie najemców znalazły się między innymi sieci Rossmann oraz Pepco.

Kolejna inwestycja Trei powstaje w Jaworze, gdzie deweloper buduje Vendo Park oraz Biedronkę. Obiekt dostarczy łącznie ok. 6 100 mkw. nowoczesnej przestrzeni zakupowej. Do końca roku Trei otworzy Biedronkę, która będzie miała powierzchnię 1 100 mkw., natomiast Vendo Park zacznie działać na początku 2020 r. Zainteresowanie projektem jest tak duże, że obiekt jest już całkowicie skomercjalizowany. W gronie najemców znajdują się takie sieci jak KIK, Empik, Hebe, Action, Martes Sport, Pepco, Media Expert oraz Sinsay.

Finansowy wirus w branży IT. W ciągu dwóch lat zaległości firm informatycznych podwoiły się

Rosnąca zdolność do ekspansji zagranicznej, wysokomarżowe produkty i usługi oraz przyciąganie dobrze wykształconych pracowników to główne czynniki napędzające sektor usług IT. Rozwojowi towarzyszą także wyzwania, w tym wzrost zaległych zobowiązań. Wynoszą one dziś ponad 209 mln zł i są dwukrotnie wyższe niż jeszcze dwa lata temu – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. Czy wraz z rosnącą presją płacową i dominującą pozycją liderów oznacza to dla wielu firm początek większych problemów? W ostatnich dwóch latach przybyło tysiąc nowych dłużników.

Branża informatyczna stale zyskuje na znaczeniu. Co prawda szacunki co do wielkości polskiego sektora IT się różnią (jedni wskazują na przychody w 2018 na poziomie 65 mld zł, inni uważają, że to bliżej 32 mld zł) jednak wszyscy są zgodnie co do tendencji wzrostowej. Potencjał na dalszy rozwój dostrzega także rynek. W czerwcu 2019 zainicjowano nowy indeks na GPW, czyli WIGTech, w którego skład wchodzi 41 spółek technologicznych z branż obejmujących biotechnologię, gry, telekomunikację, nowe technologie oraz najliczniej reprezentowaną informatykę, w liczbie 23 spółek.

Pomimo optymizmu w rodzimym IT, dane o finansach firm wskazują na rosnący problem zaległego zadłużenia. Jak podaje Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biuro Informacji Kredytowej, suma niespłaconych zobowiązań firm informatycznych na koniec II kw. 2019 wynosi 209,5 mln zł. Jeśli chodzi o średnie zaległości, to na jedną firmę z branży przypada 69,5 tys. zł. W porównaniu do roku 2018 (kiedy niespłacone zadłużenie wynosiło 169,2 mln zł), kwota zaległych zobowiązań wzrosła o jedną czwartą, ale w ujęciu ostatnich dwóch lat podwoiła się. Średnie zadłużenie wobec czerwca 2018 zwiększyło się o jedną dziesiątą, a w porównaniu z połową 2017 r. niemal o połowę. Problem zaległych zobowiązań dotyczy obecnie 3016 firm, czyli w ujęciu procentowym to 2,4 proc. całego sektora komputerowego. To o 339 podmiotów więcej niż rok wcześniej i o 1000 i więcej niż dwa lata temu.

Zaległe zadłużenie dotyczy 2,4 proc. firm sektora IT. To znacznie mniej niż średnia dla gospodarki, w której na koniec II kw. 2019 widzieliśmy w bazach BIG InfoMonitor oraz BIK  6,2 proc. niesolidnych przedsiębiorstw. Udział problematycznych partnerów biznesowych z branży IT od kilku lat oscyluje w granicach 2 proc., ale w związku z tym, że cały czas przybywa nowych przedsięwzięć działających w obszarze Informatyki, powiększa się też liczba niesolidnych dłużników z tej branży. Jej finansowa kondycja nie jest pozbawiona problemów. Rozwój często niesie ze sobą  ofiary, nierzadko niestety po stronie partnerów biznesowych, którzy nie otrzymują płatności na czas od zaabsorbowanych sobą podmiotów – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Niesolidność programistów

Najwyższa ogólna kwota zadłużenia przypada na podmioty zajmujące się oprogramowaniem – 106 mln zł. Firmy te stanowią połowę wszystkich z zaległościami  – 1583 z 3016 firm. Nie jest to zaskakujące,  bo jest to najliczniejsza grupa firm z obszaru usług IT.

W przeliczeniu na jedną firmę największe średnie zadłużenie mają natomiast podmioty zajmujące się działalnością doradczą w zakresie technologii informatycznych i komputerowych – to średnio 80 tys. zł. Jeśli brać pod uwagę odsetek podmiotów z zaległościami to najwięcej (4,5 proc.) jest wśród firm oferujących działalność usługową w zakresie technologii informatycznych i komputerowych, czyli  wszelkiego rodzaju twórców treści, obrazu i dźwięku oraz firmy dystrybuujące.

Problemy z zaległościami firm o PKD J62

Liczba firm Odsetek firm Kwota Średnia zaległość
Działalność związana z oprogramowaniem i doradztwem w zakresie informatyki oraz działalność powiązana 3016 2,4%   209 537 673      69 475
Działalność związana z oprogramowaniem 1583 2,0%   106 015 562       66 971
Działalność związana z doradztwem 709 2,8%  56 756 002       80 051
Działalność związana z zarządzaniem urządzeniami 161 2,2%  8 708 748       54 092
Pozostała działalność usługowa 563 4,5%  38 057 362       67 597

Źródło: BIG InfoMonitor, BIK

Rynek rośnie dzięki liderom

Co prawda rynek informatyczny odpowiada dziś za około 8 proc. PKB, jednak jak wskazują eksperci, jego rozwój jest zbyt powolny. Aby nadążyć za ogólnym wzrostem gospodarczym Polski, branża powinna rosnąć nawet trzy razy szybciej. Gdzie leży największy potencjał do wzrostów?

Głównym obszarem rozwoju IT jest popularyzacja rozwiązań w chmurze. Są one coraz częściej wykorzystywane, szczególnie w sektorach, gdzie kluczową rolę odgrywają dane. Jednak wiele polskich firm ma obawy co do bezpieczeństwa tego rozwiązania, co może przekładać się na zbyt powolny rozwój informatyki. Dodatkowo wzrost hamuje niski stopień innowacyjności polskiej gospodarki. Jak wskazują najnowsze dane GUS w latach 2016-2018 aktywność innowacyjną wykazało tylko 26,1 proc. przedsiębiorstw przemysłowych oraz 21 proc. przedsiębiorstw usługowych. Alternatywą dla firm informatycznych jest więc szukanie klientów za granicą, najczęściej w Niemczech, USA czy Wielkiej Brytanii.

Kluczowe dla wzrostu poszczególnych podmiotów jest efekt skali – czyli posiadanie dużego i szerokiego portfolio prowadzonych projektów oraz odpowiednie finansowanie. Projekty IT są często bardzo kosztowne, co dla firmy oznacza zablokowanie środków w kapitale obrotowym. Zachowanie odpowiedniej płynności jest więc podstawą sukcesu. Promuje to największe firmy  i to właśnie liderzy napędzają rynek – 50 największych firm z branży odpowiada za nawet do trzech czwartych wszystkich przychodów.

Mniejsze podmioty dostrzegają przewagę głównych graczy i coraz częściej podejmują z nimi współpracę. W tym celu powstała np. organizacja Software Development Association Poland (SoDA), która zrzesza firmy IT i pozwala na wspólną realizację zamówień czy dzielenie się pracownikami. Wszystko po to, aby sprostać wymaganiom klientów (głównie zagranicznych), którzy oczekują szybkiej i kompleksowej usługi.

Przeszkadza brak pracowników

Jedną z największych barier w rozwoju IT jest zbyt mała liczba pracowników. Dziś w sektorze zatrudnionych jest szacunkowo nawet 400 tys. osób i co roku przybywa na nim średnio ponad 20 tys. nowych specjalistów. To jednak wciąż za mało by zaspokoić potrzeby rynku. Najwięcej wakatów czeka na programistów i twórców aplikacji.

Rynek jest na tyle chłonny, że dziś około połowy pracowników IT nie posiada wykształcenia technicznego. Wystarczy kurs (np. bootcamp programistyczny) lub wykazanie się praktycznymi umiejętnościami. Przy niedoborach rąk do pracy ścieżka kariery umożliwia dziś bardzo szybkie awanse. Te przekładają się na wyższe zarobki. Najlepsi eksperci dostają pensje przekraczające 15 tys. zł brutto, a stawki stale rosną. Czy oznacza to początek bańki płacowej? Na szczęście zdaniem większości raczej nie grozi nam powtórka z roku 2000, kiedy płace w firmach technologicznych rosły w postępie geometrycznym, by potem gwałtownie spaść. – Oznacza to, że firmy IT powinny przygotować się na dalsze wzrosty kosztów. Aby im sprostać należy zadbać o odpowiedni poziom rozwoju biznesu i płynność finansową, tak by rozwój nie odbywał się kosztem dostawców czekających miesiącami na płatność za usługi czy towar – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Jak firmy wykorzystują technologie do rozwoju biznesu

W erze cyfrowej rynek pracy ulega ciągłym przemianom. Pojawiają się nowe stanowiska i zawody, rośnie też zapotrzebowanie na pracowników odpowiedzialnych za wprowadzenie rozwiązań technologicznych na różnych szczeblach organizacji. Dlatego firma doradcza Deloitte rozpoczęła badanie „Global Technology Leadership Survey 2020”, które jest skierowane nie tylko do dyrektorów IT, ale liderów wszystkich funkcji odpowiedzialnych za cyfryzację w organizacjach. Eksperci Deloitte chcą poznać poziom przygotowań organizacji do ery cyfrowej, kierunki rozwoju oraz ich cele strategiczne na kolejne 3 lata. Badanie potrwa do końca listopada, a jego wyniki zostaną zaprezentowane w czerwcu 2020 r.

W ubiegłorocznym badaniu aż 83 proc. respondentów zadeklarowało, że ich organizacja posiada jasną wizję i strategię rozwoju w całej organizacji lub w jej kluczowych obszarach. Brak strategii cyfrowej lub posiadanie jej w ograniczonym zakresie wskazało jedynie 17 proc. respondentów. Startująca właśnie kolejna edycja badania Deloitte ma dać globalny obraz organizacji w dobie transformacji cyfrowej oraz pokazać, na jakim jej etapie dziś znajdują się polskie przedsiębiorstwa.

Cyfryzację tworzą ludzie

Tegoroczna edycja to szansa na podzielenie się swoją perspektywą i spostrzeżeniami na temat cyfryzacji w firmie przez prezesów (CEO), członków zarządu i liderów najważniejszych funkcji – finansowych (CFO), operacyjnych (COO), marketingu (CMO), a przede wszystkim technologicznych.

Mówiąc o cyfryzacji, najczęściej myśli się jedynie o wdrażaniu nowych rozwiązań. Istotniejszy jest jednak cel i efekt tych zmian i to, jak wpływają one na wyniki organizacji. Tempo rozwoju firmy i jej sukces w dużej mierze zależą od ludzi. Dlatego rewolucja technologiczna oznacza dzisiaj też rozwijanie kompetencji liderów, którzy tworzą dopasowaną do potrzeb organizacji jakość zarządzania. Właśnie zmieniające się role pracowników w erze cyfrowej były jednym z powodów, dla których badanie, skierowane dotąd do dyrektorów ds. informatyki i znane, jako „CIO Survey”, zostało poszerzone o wszystkich liderów odpowiedzialnych za technologie w firmie, a także sprawujących funkcje strategiczne i zarządcze – mówi Sławomir Lubak, Partner, Lider obszaru technologii i integracji systemów, Deloitte.

Zmiana strategii

Transformacja cyfrowa nie tylko zmienia funkcjonowanie firm, ale też staje się dla nich jednym z głównych narzędzi rozwoju biznesu. To z kolei sprawia, że przedsiębiorstwa są wręcz zmuszone do dokonania zmian, dodatkowych inwestycji czy restrukturyzacji. Ubiegłoroczne badanie pokazało, że szefowie IT reprezentujący organizacje cyfrowej awangardy, czyli wytyczające kierunek, w jakim powinna podążać reszta firm, stanowią zaledwie 10 proc. ogółu badanych na świecie. 78 proc. z nich to liderzy w łączeniu technologii z cyfrową strategią biznesu.

Współczesny biznes funkcjonuje w cyfrowej rzeczywistości, stała się ona kluczem do stworzenia organizacji przyszłości. Aby wesprzeć rozwój firm na poszczególnych etapach tego postępu, powstaje coraz więcej funkcji związanych z technologiami. Przeprowadzenie cyfryzacji będzie możliwe jedynie wtedy, gdy wszystkie osoby związane z technologią oraz liderzy pozostałych funkcji, będą działać według jednej spójnej strategii. To konieczne, by móc dojrzeć zalety innowacyjnych rozwiązań i efektywnie je wykorzystać – mówi Daniel Martyniuk, Partner, Lider doradztwa technologicznego, Deloitte.

Proces transformacji biznesu wymaga nie tylko narzędzi technologicznych, lecz też zmiany w podejściu do zarządzania firmą. Obok CIO czy dyrektorów ds. IT, pojawiły się więc takie funkcje, jak CTO – dyrektorzy ds. technologii i transformacji, CDO – dyrektorzy ds. digitalizacji, czy CDtO – dyrektorzy ds. danych. Każdy z nich wnosi swój wkład w cyfryzację organizacji. Ubiegłoroczne badanie Deloitte wykazało, że aby zachować rynkową pozycję i pomóc firmie efektywnie wykorzystać istniejące rozwiązania technologiczne do rozwoju biznesu, optymalizacji procesów, czy zwiększenia efektywności kosztowej, liderzy technologiczni powinni stać się inicjatorami zmian i partnerami w biznesie, szczególnie w dobie transformacji do Agile. Dodatkowo, z odpowiedzi 25 proc. badanych w Polsce (10 proc. globalnie.), wynika, że inne działy postrzegają właśnie pion IT, jako lidera rynkowego w zakresie systemów nowej generacji.

Przeprowadzane przez Deloitte badanie jest anonimowe, a jego wypełnienie zajmuje około 30 minut. Każdy z uczestników ankiety otrzyma raport z badania. Wyniki „Global Leadership Survey 2020” zostaną zaprezentowane w czerwcu 2020 r.

Grupa Azoty Police rusza z publiczną emisją akcji na realizację Projektu Polimery Police

Grupa Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. opublikowała prospekt emisyjny zatwierdzony przez Komisję Nadzoru Finansowego w dniu 5 listopada. Dzień wcześniej Zarząd Spółki określił cenę emisyjną nowych akcji na 10,2 zł, a ostateczna liczba oferowanych akcji wyniesie 110 mln szt. Oznacza to, że łączna wartość oferty przekroczy 1,1 mld zł. Dniem prawa poboru będzie 7 listopada, a zapisy dla inwestorów rozpoczną się 12 i potrwają do 19 listopada.

Oferta odbędzie się na zasadach prawa pierwszeństwa dotychczasowych akcjonariuszy do objęcia akcji oferowanych w stosunku do liczby posiadanych akcji istniejących. 5 listopada 2019 r. jest ostatnim dniem, w którym zgodnie z systemem rozrachunku KDPW, dysponowanie Akcjami Istniejącymi umożliwia nabycie Jednostkowych Praw Poboru. Pierwszym dniem, w którym można zbyć Akcje podczas sesji GPW, tak aby zachować przysługujące Prawo Poboru, jest 6 listopada 2019 r. Akcjonariusze Spółki otrzymają jedno Jednostkowe Prawo Poboru za każdą jedną posiadaną akcję. Prospekt emisyjny jest dostępny na stronie internetowej Grupy Azoty Police: www.zchpolice.grupaazoty.com/pl/. Globalnym Koordynatorem transakcji jest Biuro Maklerskie PKO Banku Polskiego.

Z satysfakcją prezentujemy prospekt emisyjny, będący punktem wyjścia do rozpoczynającej się oferty publicznej. Pozyskane środki przeznaczymy na realizację Projektu Polimery Police – strategicznego projektu zarówno dla Grupy Azoty, jak i polskiej gospodarki. Poprzez mechanizm Prawa Poboru chcielibyśmy zaoferować wszystkim naszym Akcjonariuszom możliwość uczestnictwa w tym perspektywicznym przedsięwzięciu mówi dr Wojciech Wardacki, Prezes Zarządu Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.

Celem projektu Polimery Police realizowanego przez Grupę Azoty Polyolefins (spółka celowa Grupy Azoty Zakłady Chemiczne „Police” S.A. oraz Grupy Azoty S.A.) jest budowa zintegrowanego kompleksu chemicznego obejmującego instalację do produkcji propylenu, instalację do produkcji polipropylenu, terminal przeładunkowo-magazynowy (gazoport), infrastrukturę logistyczną oraz odpowiednie instalacje pomocnicze.

– Podtrzymujemy dotychczasowy harmonogram projektu, który zakłada rozpoczęcie prac budowlanych w I kwartale 2020 roku i ich zakończenie w 2022 roku. Dla spółek z Grupy Azoty rozszerzenie działalności o atrakcyjny i rosnący rynek tworzyw sztucznych oznacza dywersyfikację przychodów ze sprzedaży i zniweluje zjawisko sezonowych wahań popytu na niektóre nasze produkty, w szczególności nawozy – podkreśla dr Wojciech Wardacki.

Obecnie kapitał zakładowy Grupy Azoty Police dzieli się na 75 mln szt. akcji. Przy założeniu objęcia przez inwestorów maksymalnej oferowanej liczby akcji serii C z nowej emisji, liczba ta wzrośnie do 185 mln szt. i tym samym nowe akcje (110 mln szt.) będą stanowić ok. 59,5 proc. w podwyższonym kapitale Spółki.

Przeznaczenie środków:

Zgodnie z prospektem emisyjnym, zamiarem Spółki jest uzyskanie wpływów z Oferty w kwocie brutto 1.122 mln zł i 1.109 mln zł netto przy założeniu, że inwestorzy obejmą wszystkie oferowane akcje. Grupa Azoty Police przewiduje, że kwota 934,5 mln zł zostanie przekazana spółce celowej Grupa Azoty Polyolefins w formie wpłat na podwyższony kapitał zakładowy lub w  formie pożyczek podporządkowanych (przekształcanych na kapitał zakładowy w późniejszym terminie) w terminach dostosowanych do harmonogramu wydatkowania środków.

Spółka celowa zamierza przeznaczyć otrzymane w ten sposób środki w całości na sfinansowanie nakładów inwestycyjnych związanych z realizacją Projektu Polimery Police, w szczególności na wynagrodzenie Wykonawcy, tj. koncernu Hyundai Engineering Co., Ltd. Pozostała kwota, tj. około 95,4 mln PLN zostanie wykorzystana przez Spółkę na inwestycje dostosowawcze związane z budową infrastruktury towarzyszącej Projektu Polimery Police. Około 65,5 mln zł zostanie przeznaczona na pokrycie wydatków poniesionych przez Grupę Azoty Police w lipcu 2019 r. na sfinansowanie potrzeb Grupy Azoty Polyolefins związanych z zapłatą pierwszej transzy wynagrodzenia Wykonawcy Projektu Polimery Police. W przypadku przydzielenia w Ofercie wszystkich Akcji Oferowanych w ramach Oferty i, w konsekwencji, pozyskania środków z Oferty w kwocie netto wynoszącej około 1.109 mln zł nadwyżka ponad kwotę 1.095,4 mln zł (stanowiącą sumę kwot przeznaczonych na cele emisji wskazane powyżej), wynosząca około 13,6 mln zł, będzie w  całości przekazana Grupie Azoty Polyolefins  poprzez wpłatę na kapitał zakładowy lub poprzez udzielenie przez Spółkę pożyczek podporządkowanych na rzecz Polyolefins w celu powiększenia wkładu własnego Polyolefins w strukturze finansowania Projektu Polimery Police.

Harmonogram Oferty Publicznej:

   
5 listopada 2019 roku Ostatni dzień notowań, w którym nabycie Akcji Istniejących na sesji GPW umożliwia nabycie Prawa Poboru
7 listopada 2019 roku Dzień Prawa Poboru
12 listopada 2019 roku Rozpoczęcie przyjmowania zapisów w wykonaniu Prawa Poboru oraz Zapisów Dodatkowych
12-14 listopada 2019 roku Notowanie Jednostkowych Praw Poboru na GPW
19 listopada 2019 roku Zakończenie przyjmowania zapisów w wykonaniu Prawa Poboru oraz Zapisów Dodatkowych
28 listopada 2019 roku Przydział Akcji Oferowanych objętych w ramach wykonania Prawa Poboru oraz Zapisów Dodatkowych
28-29 listopada 2019 roku Przeprowadzenie oferty oraz przyjmowanie zapisów na Akcje Oferowane, na które nie złożono zapisów w wykonaniu Prawa Poboru lub w Zapisach Dodatkowych
do 29 listopada 2019 roku Przydział Akcji Oferowanych, na które nie złożono zapisów w wykonaniu Prawa Poboru lub w Zapisach Dodatkowych

Jak sklepy zabezpieczają się przed kradzieżami

Na rynku detalicznym w Polsce straty związane z kradzieżami wynoszą aż 5 miliardów złotych. To ogromna suma, która powinna zostać w tej sytuacji zainwestowana w zabezpieczenia antykradzieżowe, aby skutecznie przeciwdziałać przestępstwom. Najczęściej obiektami łupów padają drogie alkohole, kawy czy czekolady. Skuteczne zastosowania rozwiązań zapobiegania kradzieżom wyraźnie ogranicza straty w tym segmencie rynku. Wiele przypadków dotyczy także odzieży. Ten rodzaj towarów można chronić na wiele sposobówDoskonałym sposobem na zabezpieczenie sklepów są zintegrowane rozwiązania, w których współdziałają różne technologie i dodatkowo obsługuje je wykwalifikowany personel.

– Nowoczesne zabezpieczenia to nie tylko autonomiczne systemy bramek antykradzieżowych, ale również systemy zintegrowane – powiedział serwisowi eNewsroom Robert Wagner, Dyrektor Operacyjny SPIE Building Solutions. – Bramki wyposażone są w anteny RFID. Wszystko jest połączone z telewizją przemysłową, kontrolą dostępu i licznikiem klientów. Zarządzający siecią dostaje więc pełen obraz tego, co dzieje się w sklepie. Łącznie z danymi na temat zasobów ludzkich – liczby pracowników potrzebnych do obsługi klientów. Oprócz tego dokładnie wie, ile osób weszło do sklepu, ilu z nich dokona zakupu oraz jaka jest wśród nich liczba potencjalnych złodziei – którzy mogą w nieautoryzowany sposób wyjść z niezakupionymi towarami. Dodatkowo dzięki technologii RFDI wiadomo, w jakim kolorze i rozmiarze były skradzione rzeczy. Dzięki informacji, co dokładnie zginęło, można od razu uzupełnić magazynowy stock i ofertę dla klienta. Ciekawym rozwiązaniem jest także produkt Apparel Guard, służący do detekcji magnesu. To dość specyficzna technologia, która może reagować na magnesy stosowane chociażby w zamkach plecaków czy damskich torebkach. W przypadku tego systemu widać magnesy, które służą do nieautoryzowanego pozbywania się zabezpieczeń sklepowych. Możliwe jest śledzenie ruchu urządzeń, związanego z podjęciem takiej próby. Najczęściej ma to miejsce w przymierzalniach, gdzie nie ma dostępu kamer ani ochrony. Uzupełnienie zabezpieczeń antykradzieżowych o detekcję magnesu sprawia, że system ten jest już prawie całkowicie szczelny – dodał Wagner.

Ponad 1,5 tys. systemów do zarządzania przedsiębiorstwem wymaga aktualizacji. Najnowsze wersje oferują m.in. intuicyjny interfejs i działanie w czasie rzeczywistym

Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron
Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron

Systemy ERP są wykorzystywane powszechnie przez przedsiębiorstwa w wielu branżach. Służą do planowania zasobów firmy, usprawniają zarządzanie, obniżają koszty i pomagają podejmować strategiczne decyzje. Wraz z rozwojem technologii część rozwiązań przestaje być aktualizowana i trzeba pomyśleć o przejściu na narzędzia nowej generacji. Do 2025 r. SAP zakończy wspieranie starszych wersji swojego systemu ERP. To oznacza, że firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, będą musiały wdrożyć nową wersję oprogramowania przed tym terminem.

SAP zakończy wsparcie techniczne dla starszych wersji swojego systemu ERP do 2025 roku. Po tym czasie oprogramowanie nie będzie już wspierane m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych. Jednocześnie firma oferuje nowszą i bardziej rozbudowaną wersję. S/4HANA działa w czasie rzeczywistym i zapewnia bardziej intuicyjną obsługę nawet na urządzeniach mobilnych.

W Polsce jest ponad 1,5 tys. systemów SAP, które będą wymagać aktualizacji. Jak podkreśla Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron, przygotowując się do przejścia na S/4HANA, firma musi przede wszystkim odpowiednio zaplanować swoje działania i w pierwszym etapie dokonać oceny trzech różnych obszarów.

– W obszarze biznesowym możemy odkryć nowe możliwości S/4HANA i rozpoznać szanse dla rozwoju działalności dzięki zastosowaniu innowacji oraz zastanowić się, co chcemy osiągnąć z perspektywy biznesowej dzięki konwersji na nowy system. Możemy dojść do wniosku, że chcemy zmienić cały model biznesowy albo tylko usprawnić procesy bez drastycznych zmian w całej organizacji i jesteśmy zainteresowani szybką konwersją na S/4HANA w sposób, w jak najmniejszym stopniu zakłócający bieżącą działalność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron.

W drugim obszarze firma musi zinwentaryzować swój obecny system pod kątem technicznym i zobrazować, w jaki sposób zostanie on przedstawiony w ramach S/4HANA. Dzięki temu zyska pojęcie o docelowej architekturze nowego systemu.

– W obszarze samej konwersji, biorąc pod uwagę wnioski biznesowe i techniczne wyciągnięte na wcześniejszych etapach, podejmiemy decyzję o tym, w jaki sposób chcemy przystąpić do pracy w S/4HANA – mówi Janusz Wawrzyniak.

Konwersja polegająca na skopiowaniu danych z obecnego systemu do S/4 HANA pozwoli przenieść wszystkie funkcje i ustawienia do nowego systemu wraz z całą historią. Część spersonalizowanych funkcji i rozwiązań zostanie zastąpiona nowymi, dostępnymi w S/4HANA. Inne będą musiały zostać odpowiednio dostosowane. To najlepszy wybór dla firm, które chcą możliwie najsprawniej przejść ze starszej wersji ERP na S/4HANA bez zakłócania bieżącej działalności albo zależy im jedynie na usprawnieniu procesów biznesowych.

– Druga opcja to wdrożenie S/4 HANA od początku jako niezależny system. Wtedy migracja obejmie jedynie wybrane dane z poprzedniego systemu. Dotyczy to sytuacji, gdy obecnie nie korzystamy z systemu SAP, ale chcemy wdrożyć S/4HANA. Jest to również zalecane, gdy podczas oceny działalności uznamy, że należy zmienić cały model biznesowy firmy i konieczna jest radykalna zmiana procesów i systemów – mówi Janusz Wawrzyniak.

Jak podkreśla, przejście ze starszych wersji systemu na S/4HANA to opłacalne, ale duże i skomplikowane przedsięwzięcie obliczone na co najmniej kilka miesięcy. Czas wdrożenia nowego oprogramowania jest uzależniony m.in. od potrzeb firmy i wybranego scenariusza.

– Najszybszym sposobem jest przejście na S/4HANA poprzez modernizację ERP, gdzie dokonujemy prostej konwersji naszego systemu ERP bez wprowadzania wielu zmian biznesowych. W przypadku, który obejmuje głównie aspekt techniczny, cały proces może potrwać od 4 do 6 miesięcy. Pamiętajmy jednak, że – zależnie od wymogów funkcjonalnych i dotyczących procesów biznesowych – długość tego okresu może ulec zmianie – mówi Janusz Wawrzyniak.

Aktualizacja systemu to proces, który wymaga odpowiedniego partnera technologicznego. Dlatego firma, która rozważa przejście na S/4HANA, powinna już w tej chwili zacząć rozmawiać z potencjalnymi dostawcami, bo przed 2025 rokiem ci mogą być już całkowicie zakontraktowani.

– Samodzielna realizacja całego przedsięwzięcia w obrębie organizacji jest bardzo trudna i może się okazać niemożliwa bez pomocy podmiotów zewnętrznych. To wielowymiarowy proces, znacznie bardziej skomplikowany niż standardowa aktualizacja systemu. Wiąże się z szeregiem zmian funkcjonalnych, wymaga wykorzystania różnego rodzaju zasobów – począwszy od zaplecza technicznego, poprzez konsultantów, aż po projektantów aplikacji oraz wiedzę na temat narzędzi SAP stosowanych do konwersji. Wdrożenie nowego systemu w ramach organizacji jest możliwe tylko wtedy, kiedy firma ma bardzo silny wewnętrzny zespół do spraw SAP – mówi Janusz Wawrzyniak.

Rzadka choroba płuc atakuje głównie młode kobiety. Nowoczesne leki pozwalające im normalnie funkcjonować nie podlegają w Polsce refundacji

Rzadka choroba płuc atakuje głównie młode kobiety. Nowoczesne leki pozwalające im normalnie funkcjonować nie podlegają w Polsce refundacji 1

Tętnicze nadciśnienie płucne to choroba, którą rocznie rozpoznaje się u około 120 osób. Szacuje się, że w Polsce cierpi na nią w sumie ok. 1,1 tys. pacjentów. Choroba pojawia się znienacka, bez względu na styl życia i atakuje głównie młodych. Nie jest prosta do zdiagnozowania, bo jej objawy – brak tchu, zadyszka, znużenie i zmęczenie – są często mylone z astmą. Nieleczone TNP jest jednak chorobą śmiertelną – połowa pacjentów umiera w ciągu 2,5 roku. Najsilniejsze leki poprawiają stan chorych i wydłużają im życie, ale ich stosowanie utrudnia pacjentom normalne życie, ponieważ są one podawane pozajelitowo. Na rynku są też nowsze leki, podawane doustnie, jednak w Polsce wciąż czekają na refundację.

– Nadciśnienie płucne to nie choroba, a zespół chorób, które w skrócie prowadzą do tego, że krew przepływa przez płuca z większym oporem i serce musi ją pompować pod większym ciśnieniem, żeby zachować krążenie krwi. Chorują drobne tętniczki, które doprowadzają krew do pęcherzyków płucnych – to są naczynia wielkości 0,5 mm i są ich w płucach tysiące. One w niezrozumiały dla nas sposób zarastają i obkurczają się – mówi prof. nadzw. dr hab. med. Marcin Kurzyna, zastępca kierownika Kliniki Krążenia Płucnego i Chorób Zakrzepowo-Zatorowych Europejskiego Centrum Zdrowia w Otwocku. – Tętnicze nadciśnienie płucne jest chorobą rzadką, ale bardzo złośliwą i przebiegającą burzliwie. Częściej chorują młode kobiety po 30–40 roku życia, chociaż coraz więcej jest też pacjentów starszych, co wiąże się z lepszą rozpoznawalnością i większą świadomością istnienia tej choroby – dodaje.

Lekarze pierwszego kontaktu mają kłopot z rozpoznaniem TNP, bo objawy – brak tchu, zadyszka, znużenie i zmęczenie – najczęściej są lekceważone i wiązane z niehigienicznym trybem życia, przepracowaniem czy brakiem snu. Najczęściej dopiero, kiedy chory zasłabnie albo jest bliski omdlenia, udaje się do lekarza. Objawy TNP mogą wskazywać na cały szereg innych schorzeń układu oddechowego lub układu krążenia, więc diagnostyka nie jest łatwa. Lekarze pierwszego kontaktu zwykle podejrzewają astmę, ale gdy spirometria na to nie wskazuje i nie działają leki przeciwastmatyczne, szukają przyczyny dalej.

Nie ma jednoznacznego badania potwierdzającego TNP, tak jak np. badanie mikroskopowe wycinka guza w chorobach nowotworowych. Dlatego diagnozę stawia się, wykluczając inne, dużo powszechniejsze schorzenia. Zwykle od wystąpienia pierwszych symptomów choroby do pierwszego kontaktu pacjenta z lekarzem upływa około 12 miesięcy, a do rozpoczęcia właściwego leczenia – od 2 do 4 lat.

– Nadciśnienie płucne na początku przebiega bardzo podstępnie. Od początku objawów do rozpoznania mijają nawet 2 lata. Na początku pacjenci odczuwają zmęczenie, osłabienie, duszność przy większym wysiłku. Wraz nasilaniem się objawów, zaczynają pojawiać się symptomy niewydolności serca takie jak obrzęki, coraz silniejsza duszność, zasłabnięcia, powiększenie wątroby. Wtedy już chorobę łatwiej jest rozpoznać. Na tym etapie kardiografia, czyli USG serca, najczęściej naprowadza nas na prawidłowe rozpoznanie – mówi prof. Marcin Kurzyna.

Tętnicze nadciśnienie płucne może przytrafić się każdemu, bez względu na styl życia. Choroba ma częściowo podłoże genetyczne, ale naukowcy nie wiedzą, co uaktywnia geny. Nieleczone TNP jest chorobą postępującą i śmiertelną, a połowa pacjentów umiera w ciągu 2,5 roku.

– Nie można zapobiec zachorowaniu na tętnicze nadciśnienie płucne. To nie jest choroba, która się wiąże z jakimiś nieprawidłowościami w diecie czy złym stylem życia. Często przychodzi nie wiadomo skąd, wywraca życie młodego człowieka do góry nogami i jeśli nie zastosujemy prawidłowego leczenia, to nieuchronnie prowadzi do śmierci – mówi prof. Marcin Kurzyna.

W leczeniu tętniczego nadciśnienia płucnego mamy leki z trzech grup, które są podobne, ale mają inny mechanizmy działania. Najlepsze efekty daje połączenie tych leków – korzystanie z ich różnych mechanizmów działania. Z tych trzech grup dwie to są leki doustne, a trzecia grupa to leki podawane pozajelitowo, czyli wziewnie, podskórnie bądź dożylnie. W trzeciej grupie leków prostanoidach, czyli pochodnych prostacykliny, pojawił się lek doustny, który nie jest prostacykliną tylko syntetyczną molekułą działającą jak ta substancja aktywna. Większość chorych preferuje tabletki, ponieważ są wygodniejsze w stosowaniu. Jednak leki podawane pozajelitowo we wlewach działają silniej i niektórzy chorzy wymagają ich stosowania. Pacjenci w mniej zaawansowanym stadium choroby mogą być leczeni tabletkami. Nowy lek o nazwie substancji czynnej seleksypag należy do trzeciej grupy i jest dopełnieniem leczenia tętniczego nadciśnienia płucnego.

– Leki z trzech grup terapeutycznych właściwie działają tak samo, tylko w trochę inny sposób. Najlepsze efekty osiągamy wtedy, kiedy łączymy siłę tych trzech mechanizmów – mówi prof. Marcin Kurzyna. – Większość leków na TNP w Polsce jest refundowana już od kilku lat. Jest to refundacja w ramach programu lekowego, czyli bardzo ściśle ograniczona do szpitali, które mogą te leki przepisywać, oraz ściśle opisana zasadami realizacji programu lekowego. Ten program ewoluuje. Ostatnia modyfikacja miała miejsce w ubiegłym roku, dzięki czemu teraz program jest bardziej przyjazny pacjentom i lekarzom –  wskazuje ekspert.

Stosowanie leków refundowanych nie jest jednak komfortowe dla chorych. Są one podawane pozajelitowo: we wlewach podskórnych lub dożylnych, ewentualnie wziewnie. Wkłucia są czasem bolesne, założone do wlewów porty naczyniowe (czyli rurki umieszczone w naczyniu krwionośnym) mogą doprowadzić do infekcji, a inhalacje drażnią drogi oddechowe, co wywołuje uciążliwy kaszel.

– W Polsce jeszcze kilka leków i kombinacji lekowych nie jest objętych refundacją, m.in. lek, który naśladuje działanie prostacykliny i może być podawany doustnie. Taka forma podania na pewno powinna poprawić jakość życia pacjentów – mówi prof. Marcin Kurzyna.

Pacjenci z TNP preferują doustne leki, ponieważ stosowanie ich jest nie tylko wygodniejsze, ale też nie rodzi takich komplikacji jak w przypadku tych podawanych pozajelitowo. Taki lek – o nazwie substancji czynnej seleksypag – został zarejestrowany w Unii Europejskiej, ale w Polsce wciąż czeka na refundację.

Jak podkreśla prof. Kurzyna, w przypadku tętniczego nadciśnienia płucnego komfort leczenia jest o tyle istotny, że pacjent będzie przyjmować leki dożywotnio i nie może przerwać terapii, bo to zdecydowanie pogorszy rokowania. U zdecydowanej większości chorych farmakoterapia przynosi dużą poprawę.

– U pacjentów, u których nie pomaga farmakoterapia, definitywnym rozwiązaniem problemu jest przeszczep płuc. W TNP przeszczepia się najczęściej oba płuca, co załatwia problem w sposób całkowity, ponieważ w przeszczepionych płucach choroba nie nawraca – mówi prof. Marcin Kurzyna.

Zmiany w tętniczkach płucnych zatrzymują się lub nawet cofają, choć bardzo rzadko do stanu sprzed choroby. Im wcześniej zostanie rozpoznana choroba i rozpoczęte leczenie, tym łatwiej chorobę spowolnić, zatrzymać i wydłużyć życie pacjenta. Leki pozwalają też chorym wrócić do normalnego życia i pracy, co ma też przełożenie na sytuację ekonomiczną i psychospołeczną, bo TNP to kosztowna choroba. Według raportu kampanii „Historie zapierające dech” 30–40 proc. pacjentów zmuszonych jest do rezygnacji z pracy, a 90 proc. deklaruje spadek dochodów po usłyszeniu diagnozy. W 2017 roku koszty świadczeń rehabilitacyjnych z tego tytułu sięgnęły 5,6 mln zł, rent z tytułu niezdolności do pracy – 4,2 mln zł, natomiast koszty absencji chorobowej wyniosły 813 tys. zł.

37 proc. polskich start-upów pracuje nad przynajmniej jedną przełomową technologią. Dużo łatwiej im eksportować produkty i pozyskiwać inwestorów

37 proc. polskich start-upów pracuje nad przynajmniej jedną przełomową technologią. Dużo łatwiej im eksportować produkty i pozyskiwać inwestorów 2

W Polsce co trzeci start-up rozwija produkt z wykorzystaniem co najmniej jednej technologii deep tech, czyli tych najbardziej zaawansowanych. Inwestują w przełomowe rozwiązania techniczne, budowę prototypów i badania laboratoryjne. Takim podmiotom łatwiej pozyskać inwestorów, choć wciąż fundusze venture capital najchętniej wybierają spółki z obszarów analityka i internet rzeczy. W Europie za to deep tech wychodzi na prowadzenie. Niemiecki fundusz Sunfish Partners stawia na ten segment wśród polskich start-upów.

– Ekosystem start-upowy miał w Polsce trochę opóźniony start. Takie kraje jak Niemcy czy Francja są już bardziej zaawansowane pod tym względem, lecz Polska naprawdę nabiera rozpędu. Z roku na rok liczba inwestycji wzrasta. Obserwujemy coraz więcej start-upów wchodzących na rynek i coraz więcej inwestorów – mówi agencji Newseria Biznes dr Marcus Erken, partner Sunfish Partners.

Szacuje się, że w Polsce działa ok. 3 tys. start-upów. Jeszcze w 2015 roku było ich 2,4 tys. Z raportu fundacji Startup Poland wynika, że najczęściej działają w branży fintech, technologii marketingowych oraz produktywności i zarządzania (odpowiednio 15, 14 i 13 proc.). Liczba start-upów deep tech szybko rośnie: jeszcze w 2015 roku było ich tylko 8, w kolejnych latach 11 i 35, a w 2018 roku już 174.

– Start-upy technologiczne są znaczącym trendem w Polsce. Jest to uzasadnione, ponieważ wykorzystywana jest w tym względzie podstawowa siła Polski – wysoce wykwalifikowana siła robocza, specjalizująca się w dziedzinach technicznych. Zasadnym jest wykorzystywanie tych mocnych stron, ponieważ w obszarze start-upów tylko niewielki odsetek szczęśliwców ostatecznie generuje zwrot z inwestycji – przekonuje Marcus Erken.

Start-upy z grupy deep tech wykorzystują nie tylko już istniejące technologie (np. API, biblioteki programistyczne), lecz także rozwijają te zupełnie przełomowe, np. z wykorzystaniem uczenia maszynowego, sieci neuronowych, blockchain lub sztucznej inteligencji. Dziś 37 proc. młodych innowacyjnych spółek pracuje nad przynajmniej jedną z nich. Eksperci wskazują, że takie spółki chętniej wychodzą ze swoimi produktami na zagraniczne rynki i częściej projektują rozwiązania wspólnie z ośrodkami B+R. Niemniej polski rynek przysparza im trudności rozwojowych – brakuje im najbardziej wykwalifikowanych kadr.

– Deep tech jest kluczowym atutem polskiego ekosystemu start-upów. Moim zdaniem dzieje się tak z powodu doskonałego kształcenia w zakresie matematyki i nauk ścisłych oraz dużego zainteresowania założycieli rozwiązywaniem wymagających kwestii technicznych – ocenia ekspert Sunfish Partners. – Polska ma dużo dobrych inżynierów i ekspertów ds. danych, którzy wykorzystują technologię do rozwiązywania naprawdę trudnych problemów, co jest rzeczą pozytywną i stanowi unikatową cechę tutejszego rynku. Uczenie maszynowe znalazło zastosowanie na przykład w obszarze chemii czy finansów.

Start-upy w Polsce działają przede wszystkim w sektorze nowych technologii, wykorzystują sztuczną inteligencję, internet rzeczy i big data. W latach 2012–2016 w Europie odnotowano prawie sześciokrotny wzrost wartości inwestycji VC i środków publicznych w deep tech. W Polsce dominują jednak inwestycje w analitykę, internet rzeczy i big data, które w Europie notują coraz mniejsze zainteresowanie inwestorów.

Sunfish Partners, czyli niemiecki fundusz venture capital, inwestuje w polskie start-upy, wykorzystujące najnowsze technologie z zakresu deep tech. W ciągu czterech lat na ten cel ma przeznaczyć 65 mln zł.

– Koncentrujemy się na inwestycjach realizowanych w branży deep tech. Zazwyczaj inwestujemy milion złotych, czyli 250 tys. euro, w pierwszej rundzie i rezerwujemy dwukrotnie wyższą kwotę, czyli 2 mln zł, na kolejne inwestycje w tę samą spółkę w ramach kolejnych rund. Przeciętnie inwestujemy w pięć zespołów rocznie – zaznacza dr Marcus Erken.

Szkoła może pomóc dzieciom po traumie. Nauczyciele powinni znać techniki ich wspierania

Szkoła może pomóc dzieciom po traumie. Nauczyciele powinni znać techniki ich wspierania 3

Statystycznie w każdej klasie w Polsce jest skrzywdzone dziecko – szacuje Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce. Aż 41 proc. dzieci w wieku szkolnym doświadczyło przemocy ze strony bliskiej osoby, a ponad 1 milion wychowuje się w rodzinach dotkniętych problemem alkoholowym. Każde z nich potrzebuje wsparcia i zrozumienia. Szczególnie uwrażliwieni na ten problem powinni być nauczyciele, którzy na co dzień w szkole mają kontakt z dziećmi i są świadkami ich niestandardowych zachowań.

– Traumę i zranienie dziecka bardzo trudno jest zamknąć liczbami, procentami i statystyką, ponieważ jest to udziałem każdej rodziny i każdego dziecka, jest wpisane w historię każdego z nas, tylko jest bardzo subiektywnie przeżywane. Wszystko zależy od tego, na jakim etapie życia wystąpiła trauma, jaki jest potencjał dziecka, rodziny i jego zasoby, które sprawiają, że dziecko sobie radzi. Mówimy tutaj często o tzw. rezyliencji, czyli odporności na doświadczenie traumatyczne – mówi agencji Newseria Tomasz Saj, ekspert Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce.

Trauma pojawia się w momencie, gdy dziecko doświadcza lub jest świadkiem zdarzeń zagrażających życiu i zdrowiu jego lub najbliższych mu osób (rodzice, rodzeństwo ) bądź zdarzeń, które dziecko odbiera jako zagrażające życiu lub zdrowiu. Takie sytuacje dziecko przytłaczają i nie umie sobie ono z nimi emocjonalnie poradzić. Wiele z nich niesie bagaż dramatycznych doświadczeń. Do najczęstszych zalicza się odrzucenie, rozpad rodziny, chorobę lub śmierć rodzica. Traumą może być także zaniedbanie ze strony rodziców czy opiekunów albo obciążanie dziecka problemami dorosłych.

– Dorośli obciążają dzieci swoimi problemami, ponieważ trochę brakuje im empatii i zrozumienia. Czasami to jest też tak, że sami dorastali w trudnych, traumatycznych środowiskach, w trudnych rodzinach i sami doświadczyli traumy, więc dla nich pewne mechanizmy są oczywiste i nie są do zmiany – mówi Tomasz Saj. – Rozgrywanie spraw między rodzicami przy dziecku, obciążanie ich swoimi trudnościami we wzajemnych relacjach czy też wszelkiego rodzaju przemoc domowa. Jeśli rodzice tego doświadczyli i nie przepracowali, nie wyleczyli swoich traum, wówczas mają większe skłonności do tego, żeby również traumatyzować własne dzieci.

Z traumą dziecko mierzy się nie tylko w swoim najbliższym otoczeniu, lecz także w szkole. Dlatego tak ważna jest rola nauczyciela i pedagoga w pracy z uczniami. By pomóc środowisku szkolnemu, powstał przewodnik „Szkoła wrażliwa na traumę. Jak wspierać dziecko z doświadczeniem traumy w procesie edukacji”. Dyrektorzy szkół, nauczyciele, pedagodzy znajdą w nim kluczowe zasady pracy z dzieckiem po doświadczeniach traumatycznych oraz informacje pomagające zrozumieć zachowania dzieci i odpowiedzieć na ich potrzeby. Praca z dzieckiem po przeżytej traumie to też ogromne obciążenie dla nauczyciela.

– Konfrontacja z traumą dużo kosztuje, wypala. Więc my też dajemy w tym naszym podręczniku wskazówki dla nauczyciela, jak uniknąć czegoś, co się nazywa zmęczenie współczuciem lub wtórny stres traumatyczny, a co tutaj, na naszym gruncie, najczęściej bywa kojarzone z wypaleniem zawodowym – mówi Tomasz Saj.

Pełna wersja podręcznika jest dostępna na stronie SOS Wiosek Dziecięcych. Po pomoc nauczyciele mogą się zgłaszać także bezpośrednio do stowarzyszenia, a twórcy podręcznika organizują spotkania i warsztaty dla nich.

– Bardzo dużo wiedzy dostępnej jest również obecnie w internecie. My też wskazujemy publikacje ze współczesnej literatury, gdzie jest ogromny zasób wiedzy. Wymienię chociażby książkę Bessela Van Der Kolka „Strach ucieleśniony”, która jest kompendium wiedzy na temat traumy i tego, jak sobie z nią radzić. Myślę, że świadomość jest coraz bardziej powszechna, więc proponuję zwracać się do pedagogów, psychologów, psychoterapeutów – mówi ekspert Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce w Polsce.

Wiele młodych mam myśli o założeniu własnego biznesu. Częstym wyborem jest otworzenie sklepu internetowego

Wiele młodych mam myśli o założeniu własnego biznesu. Częstym wyborem jest otworzenie sklepu internetowego 4

Blisko 15 proc. kobiet w trakcie urlopu macierzyńskiego myśli o rozpoczęciu pracy na własny rachunek – mówi Damian Gwiazdowski z Shoper Premium Warszawa. Dobrym pomysłem na start jest otworzenie sklepu internetowego. Uruchomienie e-sprzedaży jest prostsze niż tradycyjnego sklepu, a przy tym znacznie tańsze. W czasie opieki nad dzieckiem kobiety często odkrywają nisze, w których upatrują szansy na sukces, więc wiele z e-sklepów dotyczy właśnie branży parentingowej.

– Według danych Pracuj.pl około 15 proc. Polek myśli o założeniu własnej działalności w trakcie urlopu macierzyńskiego, ale niestety nie ma dokładnych danych na ten temat. Patrząc na tendencje na naszej platformie sprzedażowej Shoper, widzimy bardzo dużą aktywizację gospodarczą kobiet i coraz większą liczbę sklepów zakładanych przez Polki – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Damian Gwiazdowski, ekspert w Shoper Premium Warszawa.

Z raportu Fundacji Przedsiębiorczości Kobiet wynika, że mniej więcej co trzecia polska firma jest zarządzana przez kobietę (33,4 proc.). Założenie własnej działalności gospodarczej jest najczęściej kolejnym krokiem zawodowym po pracy w innej firmie lub instytucji (67 proc.) i jest spowodowane chęcią pracy „na swoim” (42 proc.) oraz dążeniem do rozwoju zawodowego (37 proc.).

Raport PARP „GEM Polska – Raport z badania przedsiębiorczości 2018” wskazuje, że rośnie odsetek pań dostrzegających szanse biznesowe, a co za tym idzie także skłonność do zakładania działalności gospodarczej. 91 proc. kobiet prowadzących młode firmy założyło je z powodu chęci wykorzystania szansy, jaką daje własny biznes. Tylko 8 proc. deklaruje, że powodem był brak możliwości znalezienia pracy.

Zdarza się, że taka decyzja podejmowana jest w czasie urlopu macierzyńskiego.

– Urlop macierzyński w Polsce trwa około 52 tygodni, a wiele Polek jest bardzo aktywnych, ma doświadczenie biznesowe albo chce się uczyć różnego rodzaju biznesów. W trakcie swojej przygody z macierzyństwem wpadają na nowe pomysły. Zdarza się też, że miały wcześniej pomysły na nowy biznes, ale nie miały odwagi albo czasu, żeby je wdrożyć w życie – tłumaczy Damian Gwiazdowski. – Wiele z nich jest zmęczonych pracą na etacie, chcą pracować na swoich warunkach, chcą dzielić swój czas pomiędzy dziecko i dom, ale także rozwijać się. 

Nowe pomysły na biznes czasem wynikają z tego, że kobiety w trakcie macierzyństwa poznają nisze na rynku.

– Z ponad 13 tys. sklepów obecnych na naszej platformie najpopularniejszymi kategoriami jest dom i ogród, ubrania, uroda i zdrowie. Co dziesiąty sklep jest z branży akcesoriów dziecięcych. Branża parentingowa rok do roku notuje bardzo wysokie wzrosty – wymienia ekspert. – Jest mama, która założyła sklep z pieluszkami wielorazowymi, inna projektuje i szyje kurtki, które pomagają zabezpieczyć dzieci w trakcie jazdy samochodem.

Liczba transakcji w sklepach z asortymentem dla najmłodszych na platformie Shoper w pierwszym półroczu 2019 roku wzrosła o 32 proc. rdr., a ich łączne dochody – o 36 proc.

Dane Shopera zebrane od kilkuset właścicieli sklepów działających na tej platformie w raporcie „Multiwyzwania” wskazują, że e-sklep może być dobrym sposobem na start w biznesie. Prawie  75 proc. sprzedawców korzystających z oprogramowania Shoper zamknęło rok 2018 z lepszym wynikiem niż poprzedni. Dla połowy sklepów tempo rozwoju jest szybsze niż wzrost całej branży. Blisko co trzecia firma odnotowała wzrost o ponad 30 proc., podobna grupa zakończyła rok 10–30-proc. wzrostem. W przypadku 6 proc. firm przychody wzrosły niemal dwukrotnie. Jednocześnie koszty, które trzeba ponieść przy założeniu sklepu internetowego, są relatywnie niewielkie, znacznie niższe niż w przypadku tradycyjnych sklepów.

– Przy skorzystaniu z platformy sklepów internetowych spora część kosztów już jest w ramach abonamentu. Hosting, serwis, obsługa techniczna jest w ramach abonamentu platformy internetowej. Dodatkowo wiele rzeczy jesteśmy w stanie outsourcować, np. działania marketingowe, pozycjonowanie, reklamę w Google Ads czy w mediach społecznościowych. Na platformie Shoper, żeby obsłużyć początkujący sklep internetowy. wystarczy dla nas program 500+, nawet w opcji premium, która jest dedykowana bardziej wymagającym klientom – wylicza ekspert. – Sklep internetowy jest dla młodej mamy idealnym biznesem, które pozwoli jej połączyć wychowywanie dzieci i rozwijanie swoich pomysłów biznesowych – przekonuje.

Raport „Multiwyzwania” wskazuje, że sklep internetowy stanowi główne źródło dochodu dla ponad 21 proc. przedsiębiorców, w ponad 10 proc. przypadków odpowiada za blisko połowę dochodów. Największy odsetek (30 proc.) e-biznesów stanowiących główne źródło dochodu jest wśród sklepów działających na rynku 4–5 lat.

Nowe technologie rewolucjonizują polski system podatkowy. E-urząd skarbowy wykorzysta blockchain i sztuczną inteligencję

Nowe technologie rewolucjonizują polski system podatkowy. E-urząd skarbowy wykorzysta blockchain i sztuczną inteligencję 5

Już  wkrótce wszystkie sprawy z fiskusem załatwimy online. Działa już usługa Twój e-PIT, która pozwala złożyć zeznanie podatkowe za pomocą jednego kliknięcia. To jednak dopiero początek. Trwają prace nad projektem „e-urząd skarbowy”. Od 2020 roku każdy podatnik będzie mógł posługiwać się indywidualnym rachunkiem podatkowym. Technologie blockchain, internetu rzeczy, sztucznej inteligencji czy big data pozwolą stworzyć szczelny i bezpieczny system podatkowy – przekonuje Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

– Technologie takie jak blockchain, internet of things, sztuczna inteligencja czy big data i cloud computing, to są środki, które będziemy wykorzystywać w celu budowy bezpiecznego, szczelnego systemu podatkowego. Będzie on zgodny z naszą wizją i koncepcją, którą określamy jako 3P, czyli przyjazny, przejrzysty i prosty – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Koch, pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Choć z raportu „Barometr Prawa 2019” wynika, że w przypadku prawa podatkowego tak wielu zmian legislacyjnych nie było od 2004 roku, to rozliczenie z fiskusem jest już coraz łatwiejsze i szybsze. To wynik wprowadzanych w polskim systemie podatkowym nowych rozwiązań technologicznych. Funkcjonuje już Twój e-PIT, gdzie deklarację PIT-37 i PIT-38 automatycznie wypełnia urząd skarbowy, nie trzeba przy tym składać żadnego wniosku. W efekcie, jak wynikało z analizy Centrum Informacyjnego Rządu, co czwarta osoba, która rozlicza się indywidualnie i nie korzysta z żadnych ulg i odliczeń, nie musiała w tym roku robić nic, aby rozliczyć się z podatku.

– Po raz pierwszy wykorzystaliśmy nasze dane, które zbieramy po to, żeby za podatnika przygotować rozliczenie podatku dochodowego za rok poprzedni. Podatnik, korzystając z tej usługi, mógł nie robić nic lub mógł zalogować się do usługi i za pomocą dwóch kliknięć rozliczyć się z podatku PIT – tłumaczy Przemysław Koch.

Według ekspertów Światowego Forum Ekonomicznego punkt krytyczny dla rządowego wykorzystania blockchain nastąpi do 2023 roku. Przy użyciu technologii najszybciej pobierane mają być właśnie podatki, a takie rozwiązanie ma być wprowadzone także w Polsce. Blockchain może np. rozwiązać problem niepoprawnych interpretacji podatkowych. Tymczasem, jak wynika z danych Grant Thornton, w ciągu ostatnich pięciu lat Urzędy Skarbowe wydały ponad 3,5 tys. niepoprawnych indywidualnych interpretacji przepisów.

To jednak dopiero pierwszy krok w całkowitej cyfryzacji rozliczeń podatkowych. Resort finansów pracuje nad stworzeniem e-urzędu skarbowego.

– Naszym strategicznym projektem, który właśnie uruchomiliśmy, jest wdrożenie e-urzędu skarbowego. Mamy wizję, w ramach której stworzymy urząd skarbowy, który będzie w stu procentach zdigitalizowany, dostępny w przestrzeni wirtualnej, w internecie. Chcemy, żeby podatnik, korzystając z naszego portalu i z e-urzędu skarbowego, mógł w sposób kompleksowy zostać obsłużony przez naszego urzędnika, docelowo e-urzędnika. Upraszczamy więc także procesy, które są realizowane dzisiaj przez naszych urzędników w urzędach skarbowych – zapowiada pełnomocnik ministra finansów ds. informatyzacji.

Z wstępnych założeń wynika, że e-urząd skarbowy ma powstać w ciągu trzech lat. Zanim jednak zaczną działać wszystkie funkcjonalności, część rozwiązań będzie wprowadzonych stopniowo. Ministerstwo Finansów uruchomiło już generator mikrorachunku podatkowego. Od 2020 roku podatki PIT, CIT i VAT będzie można wpłacać tylko na indywidualne konto – to rozwiązanie zbliżone do funkcjonującej w ZUS e-Składki. Nowy system ma ograniczyć liczbę pomyłek i znacznie ułatwić życie podatnikom.

Prostszym narzędziem do rozliczania podatku VAT z urzędem skarbowym ma być składana elektronicznie deklaracja w formie nowego pliku JPK_VAT.

– W tym roku chcemy uruchomić projekt o pięknej nazwie VAT Out, w ramach którego zlikwidujemy obowiązek składania deklaracji VAT-owskich – VAT-7 i VAT-7K – przez przedsiębiorców na rzecz pliku JPK, który jest już dzisiaj przesyłany przez przedsiębiorców do fiskusa. Więc tych inicjatyw jest dużo na naszej drodze do cyfrowego fiskusa, rozpędzamy się i nic nas nie zatrzyma – przekonuje Przemysław Koch.

Powłoka zmniejszająca opór wody pozwoli statkom o połowę zredukować spalanie ropy. Specjalne farby będą pochłaniać smog

Powłoka zmniejszająca opór wody pozwoli statkom o połowę zredukować spalanie ropy. Specjalne farby będą pochłaniać smog 6

Trend ekologii wchodzi na rynek farb i powłok. Firmy operujące na tym rynku wprowadzają innowacyjne produkty, które pozwolą ograniczyć ich wpływ na środowisko. Na rynek trafiła m.in. farba pochłaniająca zanieczyszczenia czy taka, która te zanieczyszczenia przetwarza na wodę i mniej szkodliwy dwutlenek węgla. Statki z kolei są już pokrywane specjalnymi powłokami, pozwalającymi na obniżenie spalania ropy nawet o 50 proc.

– Ekotrend dotarł na nasz rynek, w tym momencie jest dużo większe skupienie na ochronie środowiska. Inwestujemy np. w pokrycia statków, dzięki czemu mają one znacznie mniejszy opór wody, nie przylegają w tak dużym stopniu do nich algi czy inne rośliny morskie, co przekłada się na redukcję spalania ropy nawet o 50 proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mira Mech, dyrektor Centrum Usług Wspólnych w firmie AkzoNobel.

Problem emisji na rynku transportu morskiego narasta. Według danych opublikowanych pod koniec października przez Radę Unii Europejskiej emisje z międzynarodowego transportu morskiego wynoszą około 2–3 proc. całkowitej światowej emisji gazów cieplarnianych. To więcej niż emisje dowolnego państwa UE. Gdyby sektor żeglugi był krajem, zajmowałby szóstą pozycję pod względem emisji na świecie. Na poziomie UE emisje dwutlenku węgla z transportu morskiego wzrosły o 48 proc. w latach 1990–2008. Dlatego innowacyjne rozwiązania ograniczające np. spalanie statków są potrzebne.

Ekotrend nie ogranicza się jednak wyłącznie do transportu. To również szereg rozwiązań wpływających na poprawę jakości środowiska, które można stosować już na poziomie gospodarstw domowych.

– Nasz ekofocus nie dotyczy tylko statków, lecz także naszych domów. Stworzyliśmy farbę, która absorbuje zanieczyszczenia, sprawiając, że przynajmniej w domu powietrze, którym oddychamy, jest znacznie czystsze. Dbamy o środowisko, ale z drugiej strony staramy się, żeby wszystkie produkty, które są przez nas wytwarzane, były jak najbardziej trwałe. Im mniejsza jest potrzeba odmalowywania czy odrestaurowywania czegokolwiek, tym mniej związków szkodliwych dla środowiska do tego środowiska się uwalnia – przekonuje Mira Mech.

Na rynku dostępne są już także farby ekranujące, które pozwalają wyeliminować problem elektrosmogu. Powłoki wykonane z ich użyciem przepuszczają zdrowe, naturalne promieniowanie ziemskie, a pochłaniają to, które generuje sprzęt AGD, telewizory, telefony, komputery czy instalacje elektryczne. Chronią też przed promieniowaniem pochodzącym z linii wysokiego napięcia czy transformatorów. Dodatkowo przepuszczają parę wodną i są elektrostatyczne, dzięki czemu nie osadza się na nich kurz, a z pomieszczeń w efektywny sposób odprowadzana jest wilgoć. Sprawia to, że w mieszkaniu nie tworzą się warunki do rozwoju grzybów i drobnoustrojów.

W sprzedaży dostępne są już także farby fotokatalityczne. Zachodzące na ich powierzchni reakcje powodują przekształcenie zanieczyszczeń i toksyn w produkty takie, jak dwutlenek węgla i woda. Jedną z takich farb jest cementowa farba Edipol PF 10. Farby absorbujące zanieczyszczenia mogą w przyszłości przysłużyć się w walce z problemem smogu.

– Wprowadziliśmy już na rynek farbę, która jest w stanie zaabsorbować zanieczyszczenia powietrza. To kwestia czasu, zanim powłoki, które widzimy na zewnątrz np. budynków, również będą mogły pełnić podobną funkcję. To na pewno jest przyszłość – przewiduje ekspertka.

Obecnie większość farb stosowanych zarówno wewnątrz, jak i na zewnętrznych częściach budynków to produkty toksyczne dla środowiska i szkodliwe dla zdrowia. Jedną z grup najbardziej niebezpiecznych substancji są lotne związki organiczne, takie jak formaldehyd. To środek, który jest jednym z czynników wywołujących astmę oskrzelową. Rośnie jednak świadomość ekologiczna konsumentów i poszukują oni farb pozbawionych tego typu związków.

– Wśród konsumentów rośnie zainteresowanie aspektem proekologicznym naszych produktów. Jest to na pewno związane z dużo większą dozą informacji na temat szkodliwego wpływu człowieka na środowisko. My możemy wnieść nasz niemały wkład, biorąc pod uwagę, że w tym momencie pokrywamy większość produktów, z którymi konsument ma do czynienia na co dzień, np. telefony, samochody, komputery, puszki do napojów gazowanych – wymienia Mira Mech.

Według analityków MarketsandMarkets globalny rynek farb i powłok osiągnie do 2027 r. wartość 232 mld dol.

Na giełdzie byki górą

Wczoraj wieczorem prezes Europejskiego Banku Centralnego miała okazję do pierwszej publicznej wypowiedzi od momentu objęcia funkcji. Niestety w trakcie berlińskiej uroczystości zabrakło jakiejkolwiek wzmianki o jej podejściu do polityki monetarnej. Skupiła się na wychwalaniu byłego ministra finansów Niemiec Wolfganga Schäuble, który odbierał tego dnia specjalną nagrodę (Ehren-Victoria) za swój wkład w europejski projekt.

Nowa prezes nie ma zdania?

Christine Lagarde zaskakuje od samego początku. Niestety zaskoczenie nie wynika z jakiejś nowej wizji polityki pieniężnej, którą chciałaby forsować w EBC. Jest wręcz przeciwnie i wśród obserwatorów rośnie zaniepokojenie spowodowane zadziwiającym milczeniem byłej minister finansów Francji, która oficjalnie przejęła stery europejskiego regulatora 1 listopada. Wiele osób liczyło, że wczoraj z okazji oficjalnego spotkania, na którym przemawiała publicznie po raz pierwszy od objęcia funkcji, przedstawi choćby zalążki swojego sposobu myślenia o polityce monetarnej. Niestety nic takiego nie miało miejsca, a dodatkowo do wszystkich osób oczekujących jakiegokolwiek stanowiska prezesa EBC, Lagarde skierowała żartobliwe słowa: “Proszę, opuśćcie to pomieszczenie.” W takim razie nie pozostaje nic innego, jak stwierdzić, że możemy się rozejść, strefa euro jest w dobrych rękach. Z niepokojem wyczekujemy pierwszych konferencji prasowych…

Byki górą na giełdzie

Można odnieść wrażenie, że inwestorzy w coraz mniejszym stopniu kierują się gospodarczymi fundamentami przy podejmowaniu decyzji. Chociaż wskaźniki makroekonomiczne trudno uznać gdziekolwiek za zadowalające (w Europie niektóre nie przestają być mocno niepokojące), to na głównych parkietach giełdowych jesteśmy świadkami hossy w najlepsze. Frankfurcki DAX dochodzi dziś do poziomów ostatnio widzianych w czerwcu 2018 r., a indeksy nowojorskie biją historyczne rekordy. Analitycy wskazują na pozytywne informacje z rozmów amerykańsko-chińskich (choć w dalszym ciągu brak konkretów) jako powód wczorajszych i dzisiejszych wzrostów. Jednak w tym miejscu możemy powoli już zadawać pytanie, jak długo pogłoski i przecieki są w stanie rządzić nastrojami inwestorów i wyceną giełdy? Czy fundamenty gospodarki wrócą jeszcze do gry?

Fatalny polski PMI

Nie odchodząc od tematu wskaźników makroekonomicznych, nie możemy pominąć wczorajszego odczytu PMI dla polskiego przemysłu. Niestety wiele wskazuje na to, że nad Wisłę zaczynają powoli docierać skutki spowolnienia u naszego zachodniego sąsiada. Mimo że do niemieckiego wyniku tego samego wskaźnika (42,1 pkt) jeszcze trochę nam zostało, to wczorajszy rezultat 45,6 pkt może budzić niepokój. Tym bardziej że konsensus rynkowy wskazywał na pułap 48,1 pkt, czyli rozminięcie się z oczekiwaniami było spore. Oddalamy się też istotnie od poziomu 50 punktów, oddzielającego rozwój od recesji. Złoty od wczoraj słabnie, ale jest to raczej wynikiem ogólnego sentymentu rynkowego, a nie bezpośrednią konsekwencją najnowszych danych.

Adam Fuchs, analityk walutowy Internetowykantor.pl

PL Group planuje skupić do 1 mln akcji własnych

PL Group, notowana na NewConect spółka działająca w branży motoryzacyjnej, technologicznej i biurowej, zarekomenduje Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy skup do 1 mln akcji własnych. Stanowią one do 5 proc. wszystkich akcji spółki. Proponowany zakres ceny jednej akcji wynosi od 0,50 zł do 2,50 zł.

Zgodnie z projektem uchwał, Zarząd PL Group zwoła Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy podczas którego akcjonariusze zdecydują o upoważnieniu Zarządu do przeprowadzenia skupu do 1 mln akcji własnych. Program skupu będzie ważny do końca 2021 r. Jego podstawowym celem będzie umorzenie akcji, jednak Zarząd nie wyklucza m.in. zaoferowania ich pracownikom, realizując program motywacyjny, czy też ustanowienia zabezpieczenia zobowiązań lub dalszego ich zbycia. Każdorazowo przed realizacją skupu, Zarząd podejmie decyzje w drodze uchwały.

W naszej ocenie aktualna wycena PL Group znacznie odbiega od jej wartości godziwej i potencjału rozwoju, stąd decyzja o propozycji przeprowadzenia skupu akcji. Uważamy, że buyback spowoduje zbliżenie się kursu akcji spółki do jej rzeczywistej wartości. Dodatkowo planowany program jest dowodem na dobrą kondycję finansową Spółki. – komentuje Sebastian Albin, Prezes Zarządu PL Group.

PL Group zamierza również zarekomendować podjęcie uchwały w sprawie zbycia zorganizowanej części przedsiębiorstwa (ZCP) PL Detailing oraz PLCFM. PL Detailing to marka salonu detailigu, który oferuje usługi zabezpieczenia, pielęgnacji oraz modyfikacji pojazdów klasy premium. Z kolei PLCFM to software do efektywnego zarządzania flotami pojazdów zbudowany na platformie Salesforce. W przypadku PL Detailing jest to dalszy etap realizowania umowy z inwestorem. Zakłada ona, że PL Group wniesie wkład niepieniężny w postaci ZCP PL Detailing do nowopowstałej spółki z o.o., a inwestor wkład pieniężny w wysokości 473 tys. zł, obejmując pozostałe udziały w wysokości 49%. Z kolei w kwestii PLCFM również dojdzie do wniesienia ZCP do nowej spółki z o.o., której wspólnikiem z co najmniej 80% udziałów będzie PL Group.

Dodatkowo PL Group rekomenduje podjęcie uchwały w sprawie przeniesienia siedziby Spółki do Warszawy oraz zmian w składzie Rady Nadzorczej.

Bitcoin kryptowaluta spisana na straty ?

Każdy z nas zna dość krótką, a jakże burzliwą historię kryptowaluty Bitcoin wprowadzonej  w 2009  roku przez anonimowego twórcę ukrywającym się pod pseudonimem Satoshi Nakamoto. Chociaż Bitcoin rozpoczął rok od skromnej kwoty 3800 USD, osiągnął najwyższy poziom od 12 miesięcy pod koniec czerwca, nieco powyżej 13 850 USD. Po wzroście o 264% ceny straciły na wartości, spadając do 9 075 USD w połowie lipca.

Podczas gdy niektórzy uczestnicy rynku wierzyli, że Bitcoin ostatecznie spadnie do 6000 USD, analitycy finansowi spekulują, że Bitcoin nigdy nie spadnie do 6000 USD (lub, jeśli tak się stanie, to powinniśmy  zaplanować zakup – czym więcej tym lepiej).

Te zmiany cen stworzyły wiele możliwości krótkoterminowego handlu dla handlowców, którzy chcą skorzystać ze zmienności rynku bez posiadania fizycznej waluty, na przykład za pośrednictwem wiarygodnych i regulowanych brokerów CFD. Ponieważ cena BTC zawsze szła burzliwą ścieżką, wielu inwestorów zastanawia się teraz, czy ceny mogą ponownie podskoczyć do 20.000 USD za sztukę.

Spekuluję się, że  gdy bariera 10 000 USD zostanie usunięta, to  cena  Bitcoin poszybuję ostro w górę i będzie wynosić między 13 000 a 15 000 USD za sztukę. Dowodzi to, że wirtualna waluta ma się całkiem dobrze i nie straszne jej zachwiania czy spadki notowań.

Coraz to więcej instytucji finansowych i dużych międzynarodowych firm, takich jak Fidelity, JP Morgan, wkracza w sferę kryptografii.  Mark Zuckerberg przymierza się do wypuszczenia do obiegu swojej wirtualnej waluty. Choć jak się okazuję ma z tym nielada problemy. Firmy oferują usługi inwestowania w aktywa cyfrowe, tworząc nowe sposoby na przyspieszenie dużych płatności korporacyjnych oraz wprowadzając nową stabilną monetę za pośrednictwem własnych kryptowalut. Inne duże firmy technologiczne zaczynają akceptować Bitcoiny jako metodę płatności przez  specjalnie utworzoną portmonetkę danego użytkownika.

Napięcia handlowe między USA a Chinami i sprzyjająca amerykańska polityka pieniężna ma wpływ na dalszy rozwój kryptowalut w tym w dużej mierze na BTC.

Bitcoin jest coraz częściej uważany za opcję inwestycyjną odporną na ryzyko geopolityczne, a także sposób na dywersyfikację portfeli inwestycyjnych, podobnie jak złoto. Pomimo dużej zmienności, Bitcoin przyciągnął wielu inwestorów w ostatnich miesiącach. Podobnie jak złoto, Bitcoin znacznie wzrósł od czerwca, z powodu braku zaufania do obecnych i przyszłych globalnych perspektyw gospodarczych, napięć handlowych między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Brexitu i obaw o słabszy niż oczekiwano nadchodzący wzrost gospodarczy.

W odpowiedzi na spowolnienie gospodarcze w USA, a także niepewność związaną z napięciami handlowymi z Chinami i niską inflacją, Bank Centralny USA (FED) postanowił obniżyć stopy procentowe po raz pierwszy od 2008 r. Fundusze Fed mieszczą się obecnie w przedziale od 2 do 2,25 % Ta obniżka stóp jest pierwszą od czasu stworzenia i uruchomienia Bitcoin w 2009 roku.

Dla niektórych analityków zmiany stóp procentowych Fed wpływają na cenę Bitcoin. Obniżenie stawek funduszy Fed jest zatem ogólnie dobrym znakiem dla ceny pierwszej kryptowaluty. Kiedy bank centralny obniża stopy procentowe, zmniejsza rentowność swojej waluty. Tak więc taka sytuacja wpływa na międzynarodowy urok waluty i zmniejsza jej siłę nabywczą. Ponieważ zwrot z inwestycji w tę walutę będzie mniej atrakcyjny, inwestorzy mogą spojrzeć na inne waluty lub narzędzia inwestycyjne, takie jak Bitcoin, którego „polityka pieniężna” jest znana z góry. Rzeczywiście, co 4 lata podaż pieniądza zmniejsza się   mniej więcej o połowę ponieważ oczekuje się, że Fed zastosuje w przyszłości więcej luzujących środków ilościowych, atrakcyjność Bitcoin jako magazynu wartości może wzrosnąć i wesprzeć jego cenę, spekuluję się że wówczas cena może przebić „magiczną” granicę 20 000 USD za sztukę, osiągając tym nowy historyczny rekord.

Wszyscy analitycy spoglądają z zaciekawieniem na usługi inwestowania w krypto. Wiadome jest, że inwestycja w wirtualne waluty staje się pomału standardem inwestycyjnym. Nikogo już nie dziwi, że można zainwestować w ropę, paliwa, akcje i obligacje oraz już w chwili obecnej  w kryptowaluty.

Jak znaleźć swoich klientów?

Dla każdego przedsiębiorcy, prowadzącego biznes podstawą jest sprzedaż. Im większa sprzedaż tym lepiej, więc idealną sytuacją byłoby, gdyby wszyscy kupowali produkt, który firma oferuje. Jednak rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Niestety nie ma produktów, które kupują wszyscy. Twoja grupa docelowa może być większa lub mniejsza, ale zawsze jest ograniczona.

Co to jest grupa docelowa?

Naszą komunikację marketingową powinniśmy zatem kierować do odpowiednich osób. Dokładnie do tych, które mogą stać się naszymi klientami. Target group – grupa docelowa, to grupa osób prywatnych lub firm, do których chcemy kierować przekaz marketingowy, ponieważ to oni mogą w dłuższej perspektywie stać się naszymi klientami.

Warto zaznaczyć, że nie kupujący będzie tożsamy z użytkownikiem produktu. Dobrym przykładem są artykuły dla dzieci. Użytkownikami są dzieci, a nabywcami ich rodzice. Nasz przekaz musimy więc kierować do nabywców, a nie użytkowników. Dobrze dobrana grupa docelowa i odpowiednia komunikacja to najlepsza droga do sukcesu.

Każdy przedsiębiorca chcąc prowadzić swój biznes w sposób efektywny i osiągnąć sukces, przed pytaniem “skąd mam wziąć klientów?”. Warto pamiętać jednak, że kwestia odpowiedzi na to pytanie, nie jest ustalana raz na zawsze, a Twoi klienci będą z czasem zmieniali się, tak samo jak Twój biznes.

Na początku swojej drogi większość przedsiębiorców uważa, że ich produkt jest dla każdego. Jest to podejście, które może spowodować olbrzymie komplikacje w prowadzeniu biznesu już na jego starcie. Inwestując czas i pieniądze w nieodpowiednią reklamę, zmarnujemy nasze zasoby.

Jak znaleźć idealnego klienta?

Na wstępie należy zadać sobie pytanie z kim dotychczas współpracowało Ci się najlepiej? Które grupy klientów uważasz za najlepsze i dlaczego? Jeśli dopiero zaczynasz, powinieneś wcielić się w swojego potencjalnego klienta. Ustal, kto jest w Twoim przekonaniu idealnym odbiorcą dla produktu, który zamierzasz oferować. Często okazuje się, że na początku pozyskujesz klientów, z którymi będziesz współpracować przez lata. Wiele startujących firm wychodzi z założenia, że wchodząc na rynek nie mogą wybierać sobie klientów i muszą obsługiwać wszystkich, którzy się do nich zgłoszą. To podejście może mieć  negatywny  wpływ na funkcjonowanie Twojej firmy w przyszłości. Oferta dla wszystkich to oferta dla nikogo.

Powinniśmy podchodzić do tego procesu w sposób uporządkowany i spisać listę cech potencjalnego odbiorcy (wiek, płeć, miejsce zamieszkania, stan cywilny, wykształcenie, branża, przyzwyczajenia związane z trybem życia). Im więcej parametrów mających rzeczywisty związek z osobą, do której chcemy dotrzeć określimy, tym lepiej. Wybrane parametry muszą być ściśle powiązane z tym co oferujesz, dotyczyć Twojego produktu i branży. Warto usystematyzować cechy według odpowiedniej kategoryzacji. Najczęściej stosowane grupy kryteriów to: społeczno-demograficzne, geograficzne, finansowe i psychograficzne.

Sprawdź konkurencję

Kolejnym krokiem, który ułatwi Ci określenie grupy docelowej jest przygotowanie listy firm, działających w branży. Powinny znaleźć się na niej te przedsiębiorstwa, które według Ciebie docierają do Twojego docelowego klienta i oferują podobny produkt. Na podstawie tak przygotowanej listy należy określić cechy klientów tych firm. To rozwiązanie pozwala sprawdzić, jak wyobrażenia przekładają się na rzeczywistość rynkową, bez eksperymentowania na żywym organizmie swojej firmy oraz bez ponoszenia dodatkowego ryzyka.

Komunikacja z grupą docelową

Kolejnym ważnym krokiem jest przeanalizowania języka jakim branża komunikuje się ze swoimi klientami. Warto poświecić tej analizie sporo uwagi. Jeśli będzie ona przeprowadzona rzeczowo i skrupulatnie, stanie się bazą do opracowania własnego, optymalnego dla Twojego biznesu języka komunikacji. Nie chodzi tu oczywiście o kopiowanie rozwiązań, a wyciągnięcie wniosków.

Testuj rozwiązania

Działaniom mającym określić grupę docelową warto poświęcić wiele czasu i uwagi. Możemy wprowadzić darmowy produkt dla klientów, aby przetestować czy zainteresowane nim będą osoby zgodne z określoną wcześniej grupa docelową. Czasami w wyniku takich testów okazuje się, że przewidziana przez Ciebie grupa docelowa nie odpowiada rzeczywistości. Aby uniknąć takich sytuacji, warto poprosić o pomoc profesjonalistę, który pomoże stworzyć klienta idealnego tzw. buyer persone. To działanie ma długofalowy i często decydujący wpływ na rozwój Twojego biznesu.

Agnieszka Szklarczyk, CEO Agencji Marketingowej IAM

Korupcja i jedna firma pogrążyła RPA. Bezrobocie najwyższe na świecie

Ogromne bezrobocie, olbrzymi deficyt sektora finansów publicznych i brak perspektyw wzrostu PKB składają się na fatalną sytuację gospodarczą RPA. Dochodzi do tego fatalny stan elektroenergetycznej infrastruktury, powodujący przerwy w dostawie prądu oraz drenaż i tak już praktycznie pustej kasy państwa – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl. 

W tym roku mija 25 lat od zniesienia apartheidu w RPA oraz 30 lat od legalizacji Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC), który przez ostatnie ćwierćwiecze rządzi krajem.

Zniesienie segregacji rasowej i włączenie czarnoskórej ludności do szerokiego życia gospodarczego oraz społecznego jest niekwestionowaną zasługą Nelsona Mandeli i jego ekipy. Z bólem należy jednak stwierdzić, że ostatnia dekada to pasmo porażek RPA, przede wszystkim w kontekście gospodarczym.

Bezrobocie i nierówności najwyższe na świecie

Skalę ekonomicznej katastrofy RPA można bardzo szybko ocenić, patrząc wyłącznie na rynek pracy. Według oficjalnych danych statystycznych (Stats SA) bezrobocie w trzecim kwartale br. wyniosło 29,1 proc., co jest najwyższym poziomem od 16 lat.

Samo bezrobocie nie mówi jednak jeszcze całej prawdy o skali problemów. 6,7 mln osób aktywnie szuka pracy, ale kolejne 15,5 mln osób w wieku 15-64 lata jest nieaktywnych zawodowo. W rezultacie z populacji w wieku produkcyjnym na poziomie 38,5 mln (RPA liczy ok. 58 mln mieszkańców) zatrudnienie ma jedynie 16,3 mln osób, czyli 42,4 proc. Dla porównania w Polsce współczynnik zatrudnienia wynosi 68 proc., a w niektórych krajach rozwiniętych dochodzi nawet do 80 proc.

Im głębiej sięgamy w dane Stat SA, tym problemy narastają. Bezrobocie wśród młodych (15-24 lata) wynosi 58,2 proc, a zatrudnienie do populacji w tym wieku ledwie przekracza 10 proc. Chociaż w Polsce ten wskaźnik utrzymuje się na relatywnie niskim poziomie (30 proc.), to jednak aż trzykrotnie przewyższa ten w RPA. W Australii czy Holandii jest to ponad 60 proc, czyli sześciokrotnie więcej niż w Republice Południowej Afryki.

Nierówności dochodowe na południu kontynentu afrykańskiego sięgają niebotycznych rozmiarów. W krajach Unii Europejskiej 20 proc. osób o najwyższych dochodach ma je 4-5-krotnie większe niż 20 proc. uzyskujących najniższe wpływy, w Ameryce Łacińskiej ten współczynnik dochodzi do 10-krotności – według danych OECD, tymczasem w RPA wynosi ponad 37. RPA jest prawdopodobnie najbardziej poszkodowanym krajem świata zarówno w przypadku rynku pracy, jak i dramatycznej różnicy w standardzie życia pomiędzy obywatelami.

Złoto, diamenty i platyna nie pomagają

Chociaż RPA należy do głównych wydobywców i producentów złota, diamentów i platyny na świecie (w sumie eksport tych produktów wynosi ok. 30 mld USD rocznie – dane The Observatory of Economic Complexity) sprzedaż drogocennych surowców niewiele pomaga całemu państwu.

Niewydolność innych sektorów gospodarki, konieczność utrzymania rzeszy biernych zawodowo i głęboko zakorzeniona korupcja powodują, że deficyt pęka w szwach. Moody’s ocenia, że dziura w krajowych finansach wyniesie 6,0-6,5 proc. PKB w tym i w kolejnych dwóch latach, a dług publiczny poszybuje z 57 proc. do 70 proc. PKB w 2022 r.

Agencja ratingowa w raporcie z początku listopada br. zrewidowała w dół średnioterminowe perspektywy wzrostu gospodarczego do 1-1,5 proc. (ze względu na brak reform strukturalnych) z poprzednich 2,5-3 proc. Biorąc pod uwagę rosnącą populację, PKB na mieszkańca praktycznie pozostanie w stagnacji.

Poza nierównościami dochodowymi, bezrobociem czy fatalną sytuacją budżetu uwagę zwraca inna kwestia. Koniec segregacji rasowej miał umożliwić dostęp do edukacji wszystkim obywatelom. A jak jest? Wśród bogatej części społeczeństwa, której dzieci uczęszczały do ósmej klasy w 2004 r., dyplom uczelni wyższej otrzymało 16 proc. Przy tych samych warunkach dla młodzieży z biednych rodzin ten odsetek wyniósł tylko 1 proc. – jak pokazuje analiza pt. „Young South Africans Chafe Under the Party Mandela Built” w „The Wall Street Journal”.

Brakuje prądu

Jakby w RPA było mało kłopotów, to państwo pogrąża się jeszcze w ciemności… Pierwsze poważne problemy z elektrycznością pojawiły się ponad dekadę temu. Wtedy podczas hossy na rynku surowców (np. platyny) problemy z dostawami energii elektrycznej w RPA przyczyniały się do mniejszego wydobycia tego metalu i w rezultacie do rekordowych cen platyny.

W 2014 r. strajkujący pracownicy spółek energetycznych zagrażali paraliżem piłkarskich mistrzostw świata. W kolejnych latach co jakiś czas pojawiały się ograniczenia w dostawie prądu do największych odbiorców, a potem również do gospodarstw domowych. Minione miesiące, a zwłaszcza marzec br., kiedy kraj pogrążył się w kilkudniowych „blackoutach”, spowodował znaczne ubytki w sektorze wydobywczym, powodując przy tym największy od kryzysu w 2009 r. spadek PKB (o 3,1 proc. w ujęciu zanualizowanym).

Dług firmy energetycznej długiem państwa

Integralną częścią praktycznie każdej analizy na temat RPA jest sytuacja Eskomu. Ta największa elektroenergetyczna firma kontynentu odpowiada praktycznie za całość produkcji prądu w kraju i w połowie Afryki. Zatrudnia ona ok. 45 tys. osób i poza wytwarzaniem energii zajmuje się też jej przesyłem i dystrybucją.

We wtorek Moody’s obciął rating Eskomu głębiej do poziomu śmieciowego (z B2 do B3), argumentując, że państwowa spółka ma bardzo wysokie zadłużenie (450 mld randów, czyli ok. 30 mld dolarów). Firma boryka się też ze „słabą płynnością” połączoną z „ograniczonymi możliwościami wzrostu przychodów ze względu na niski popyt na elektryczność oraz taryfy, które w niewystarczający sposób zapewniają wsparcie dla finansów Eskomu w kontekście wydatków operacyjnych oraz inwestycyjnych”.

Moody’s ocenia, że Eskom nie dostaje płatności z gmin, wytwarzanie energii przebiega w sposób nieefektywny, a rozpoczęte wcześniej inwestycje w dwie elektrownie czekają kolejne opóźnienia i zwiększenie kosztów. Tylko w ciągu najbliższych trzech lat rząd RPA ma zamiar dokapitalizować Eskom kwotą 138 mld randów, czyli ponad 9 mld dolarów.

W rezultacie w ocenie Moody’s dług Eskom zwiększa o 7,5 pkt proc. szacowany na 2022 r. poziom krajowego zadłużenia do PKB. Wraz z innymi spółkami skarbu państwa może to spowodować, że ten wskaźnik za trzy lata sięgnie 80 proc. PKB.

Korupcja pogrążyła RPA

Co tak naprawdę przyczynia się do większości kłopotów RPA? Przede wszystkim korupcja i niejasne układy pomiędzy władzą i biznesem. Wszystkie kluczowe wskaźniki sprawowania rządów dramatycznie spadły w ostatnich latach (kontrola korupcji, wydajność administracji, rządy prawa, jakość regulacji). Korupcja zajmuje także czołowe miejsce wśród czynników hamujących rozwój RPA w każdym opracowaniu głównych instytucji międzynarodowych (np. MFW).

Złe zarządzanie majątkiem państwowym i korupcja są również jasno adresowane przez nowe władze RPA. Cyril Ramaphosa, przywódca kraju od niespełna dwóch lat zrobił niedawno rachunek sumienia byłego prezydenta RPA Jacoba Zumy. Podczas organizowanego przez „Financial Times” w połowie października szczytu Afryki w Londynie Ramaphosa stwierdził, że rządy Zumy mogły kosztować kraj „więcej niż 500 mld randów. Niektórzy sugerują, że to mogło być nawet bilion randów”.

Analitycy cytowani przez „FT” sądzą, że to może być jeszcze więcej. Uważają oni, że pod rządami Zumy poza bezpośrednimi kosztami korupcji naród stracił od 1 do 1,5 biliona randów (od 66 do 100 mld dolarów) w postaci utraconych wpływów z podatków i braku inwestycji zagranicznych. Ta druga kwota to mniej więcej połowa całkowitego zadłużenia sektora finansów publicznych RPA.

Kremacja to aż 40% zgonów. Pilnie potrzeba przepisów regulujących kremację zwłok

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Polska Izba Branży Pogrzebowej (PIBP) apelują o pilne unormowanie zasad kremacji w Polsce. Ta procedura jest coraz bardziej powszechna i dotyczy już 40% wszystkich zgonów. Tymczasem polskie ustawodawstwo nie reguluje zasad i warunków dokonywania kremacji zwłok. Jeszcze więcej trudności przysparza dochodzenie praw czy odszkodowań za niewykonane, czy wadliwie zrealizowane usługi pogrzebowe – których skutki często są nieodwracalne. W praktyce brak regulacji wpływa niekorzystnie na rynek usług pogrzebowych – zamiast umożliwiać wchodzenie na rynek nowych podmiotów i pobudzać konkurencję na wolnym rynku, ogranicza możliwości konkurowania.

Kremacja i balsamacja to usługi coraz częściej wykonywane w branży usług pogrzebowych. Ich regulacja jest niezbędna nie tylko z powodu ochrony środowiska, lecz przede wszystkim zapewnienia bezpieczeństwa i prawidłowości wykonywanych czynności. Dotyczy to przede wszystkim kwestii identyfikacji oraz weryfikacji zwłok poddawanych kremacji, a także zasad i wymogów dla prowadzenia zakładów spopielania.

FPP i PIBP postulują, aby ustanowić obowiązek dokonywania spopielenia zwłok wyłącznie w drewnianej trumnie. Konieczne jest także wprowadzenie obligatoryjnej procedury weryfikacji tożsamości osoby zmarłej przed dokonaniem kremacji. Spopielenie zwłok powinno być potwierdzane certyfikatem spopielenia, sporządzanym przez przedsiębiorcę pogrzebowego, który dokonał kremacji. Aby zapobiec występowaniu niepożądanych zjawisk, kremacja – podobnie jak pochówek – nie powinna być dokonywana przed upływem 24 godzin od chwili zgonu.

Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) 
Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP)

„Warto zaznaczyć, że dotychczas nieuregulowany prawnie aspekt przeprowadzania kremacji zwłok powinien stanowić odrębny dział w prawie pogrzebowym. W różnych państwach procedura kremacji została szczegółowo określona, a troska dotyczy zarówno bezpieczeństwa procesowe i ubezpieczeniowego jak również ochrony środowiska. Dzisiaj w polskim porządku prawnym nie jest zabronione spopielanie zwłok w trumnach kartonowych. Procedura ta została w innych państwa wiele lat temu zabroniona głównie ze względu na bezpieczeństwo i higienę, a także ochronę środowiska. W przeciwieństwie do trumien robionych z litego, nielakierowanego drewna, trumny kartonowe – aby zachować wodoszczelność, poddawane są chemicznej impregnacji. Środki impregnacyjne pod wpływem spalania są przekształcane w szkodliwe dla środowiska naturalnego substancje. Także kwestia transportu zwłok nie została określona w polskim porządku prawnym. Dotychczas nie powstały regulacje określające w jaki sposób i w jakim czasie powinny być przewożone zwłoki, a także kto odpowiada za ich stan w trakcie przewozu. Co więcej, brak ustawowo określonych warunków, jakie należy spełnić, aby przeprowadzać prace ekshumacyjne bądź prace przy balsamacji zwłok nie pozwala na zadbanie o właściwą jakość wykonywanych usług” – wyjaśnia Grzegorz Lang, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Raport FPP i CALPE wskazuje, że jednym z kluczowych wyzwań zapewniających należyte obchodzenie się ze zwłokami oraz bezpieczeństwo pracowników i osób postronnych jest przestrzeganie standardów sanitarno-epidemiologicznych. Co więcej, przepisy prawa nie regulują kwestii związanej z miejscem przechowywania zwłok lub szczątków. FPP i PIBP postulują, by branża została pilnie uregulowana, tak by wyeliminować szarą strefę oraz wprowadzić właściwą kontrolę i nadzór nad zakładami pogrzebowymi i podmiotami świadczącymi usługi pogrzebowe.

W 2017 i 2018 r. nastąpił znaczący wzrost liczby zgonów, który okazał się wyraźnie większy niż wskazywały na to prognozy i przekroczył 400 tys. rocznie. W Polsce nie jest wymagane ukończenie żadnej szkoły, konkretnego kursu czy zdanie egzaminu państwowego, aby móc prowadzić zakład pogrzebowy. Prowadzenie tego rodzaju działalności gospodarczej opiera się jedynie na rejestracji na zasadach ogólnych – np. w formie jednoosobowej działalności gospodarczej zarejestrowanej w Centralnej Ewidencji i Informacji o Działalności Gospodarczej.

Dlatego FPP i PIBP postulują regulację świadczenia usług pogrzebowych – należy wprowadzić wymóg uzyskania zezwolenia na prowadzenie działalności obejmującej świadczenie usług pogrzebowych.

Przepisy powinny stanowić, iż czynności związane z realizacją tych usług (przyjęcie i przewóz zwłok, przygotowanie zwłok i szczątek do pochówku, balsamacja, spopielenie, pochowanie zwłok, ich ekshumacja, a także przygotowanie grobu):

•    mogą być wykonywane wyłącznie przez pracowników przedsiębiorstwa pogrzebowego, którzy posiadają odpowiednie przygotowanie, potwierdzone zaświadczeniem ukończenia szkolenia wydanym przez wojewódzkiego inspektora sanitarnego
•    przedsiębiorstwo pogrzebowe powinno posiadać dom pogrzebowy, co najmniej 2 samochody specjalne przeznaczone do transportu zwłok oraz zatrudniać co najmniej 4 osoby w pełnym wymiarze czasu pracy, na podstawie umowy o pracę
•    wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności pogrzebowej powinno następować jedynie po pozytywnym wyniku kontroli inspekcji sanitarnej
•    należy ponadto określić katalog miejsc, w których zabronione jest prowadzenie działalności pogrzebowej, obejmujący w szczególności zakłady opieki zdrowotnej

Zgodnie z danymi z rejestru REGON, według stanu na dzień 31 marca 2019 r., funkcjonowało w Polsce 3986 przedsiębiorstw deklarujących prowadzenie działalności pogrzebowej, zgodnie z Polską Klasyfikacją Działalności (PKD 2007), w sekcji S, dziale 96, klasie 03, podklasie Z – Pogrzeby i działalność pokrewna.

Szacunki FPP i PIBP wskazują, że wartość nieewidencjonowanej sprzedaży w tym sektorze w 2019 r. kształtuje się na poziomie ok. 1,4 mld zł, zaś wartość funduszu wynagrodzeń w szarej strefie – przeszło 2 mld zł. Łącznie sektor finansów publicznych mógłby zyskać do 960 mln zł rocznie na wprowadzeniu nowych rozwiązań prawnych, które redukowałyby szarą strefę na tym rynku. Warto podkreślić, że zmiana przepisów jest niezbędna w części świeckiej – w obszarze, za który odpowiada Kościół regulacje są właściwe.

Sponsorowane Wi-Fi w komunikacji miejskiej z dużym potencjałem marketingowym

48% Polaków korzysta z telefonu w komunikacji miejskiej. Najwięcej osób wpatruje się w ekran w czasie od 2 do 5 min. Kilka procent sprawdza reklamy, na co z optymizmem patrzą marketerzy. Badanie pokazuje też, że pasażerowie poszukują głównie informacji o polityce oraz lekkiej rozrywki, często o charakterze tabloidowym. Na trzecim miejscu są social media. Według ekspertów z branży, wysyłanie komunikatów w takiej formie może być strzałem w dziesiątkę. Z kolei brak szybkiego Internetu, na który narzekają podróżni, można wykorzystać, oferując sponsorowany dostęp do sieci Wi-Fi. 

Duży potencjał

Z raportu opracowanego przez brytyjską firmę doradczą UCE GROUP LTD. we współpracy z agencją Mobiem Polska, specjalizującą się w marketingu mobilnym, wynika, że blisko połowa Polaków korzysta z telefonu w komunikacji miejskiej – 48%. Jak komentuje Michał Taranta z Havas Media Group, to daje marketerom wysoki potencjał do działań. Akcje skierowane na urządzenia mobilne będą skuteczne po ustaleniu, z jakich konkretnie aplikacji korzystają pasażerowie. To pozwoli dotrzeć do nich ze spersonalizowanymi komunikatami.

– Badanie wykazało, że obecnie 37% Polaków jeszcze nie używa komórek w transporcie publicznym. Z kolei 15% nie jest co do tego pewnych. Nie mam wątpliwości, że odsetek osób korzystających z telefonów w autobusach, tramwajach i metrze będzie się zwiększał. Dzięki temu marketerzy zyskają kolejnych odbiorców. Doskonałym przykładem wykorzystania danych o aktualnym miejscu przebywania są kampanie realizowane dla sieci handlowych czy salonów samochodowych. W komunikacji miejskiej też można stosować rozwiązania oparte na geofencingu – mówi Norbert Kowalski ze spółki Mobiem Polska.

Podczas przejazdu komunikacją miejską najwięcej osób korzysta z komórki średnio od 2 do 5 minut – 58%. Innym aktywnym użytkownikom telefonów zajmuje to poniżej 60 sekund – 29%, 5-10 minut – 9%, 10-15 minut – 3% i powyżej kwadransa – 1%. Najwyższy wskaźnik powinien być całkowicie zadawalający i twórczy dla branży, w ocenie Beaty Büttner-Clauss z UCE GROUP LTD.

– Czas od 2 do 5 minut jest bardzo satysfakcjonujący. W porównaniu z innymi formami reklamy to naprawdę długie skupienie uwagi na jednej treści. Dla porównania, spojrzenie klienta np. na bilbord trwa zaledwie kilka sekund. Zakładam, że chwile spędzane z telefonem w ręku stopniowo będą się wydłużały. Z czasem to urządzenie zastąpi inne narzędzia, tak jak stało się to np. z kalkulatorem, telewizorem czy komputerem stacjonarnym – zauważa Norbert Kowalski.

Pola do popisów

Z kolei najczęstszym powodem niekorzystania z telefonu w komunikacji miejskiej jest brak szybkiego Wi-Fi – 34%. Ponadto badani obawiają się kradzieży sprzętu – 25%, a także jego uszkodzenia – 17%. Całkowity brak takiej potrzeby wykazuje 10% respondentów.

– Najwyższy wskaźnik może świadczyć o niedostatecznej adaptacji ofert z nielimitowanym Internetem w telefonie. W tym momencie branża może to wykorzystać, rozwijając sponsorowany dostęp do sieci poprzez Wi-Fi w komunikacji miejskiej. Konsumenci z pewnością odebraliby to jako ukłon w ich stronę – podpowiada Adam Wysocki z domu mediowego LVL UP MEDIA.

Tymczasem ekspert z Mobiem Polska zapowiada, że wkrótce technologia 5G spowoduje absolutny brak ograniczeń w korzystaniu z Internetu. To będzie bardzo duża zmiana, która pozwoli na zwiększenie przepustowości. Wtedy branża będzie miała jeszcze większe pole do popisu i miejsce do zagospodarowania przestrzeni reklamowej. Nie tylko telefony będą w globalnej sieci, ale również inne urządzenia.

– Badanie wykazało też, że Polacy korzystają z telefonu w komunikacji miejskiej z powodu oszczędności czasu – 36%, z potrzeby chwili – 19%, a także z nawyku – 17%. Natomiast 13% respondentów robi to dla zabicia czasu. Im trafniej dopasowane informacje będą docierały do odbiorców, tym lepsze wyniki uzyskają reklamodawcy. Takie podejście pozwoli przede wszystkim skutecznie zwrócić uwagę konsumenta na komunikat, a to już połowa sukcesu – twierdzi Michał Taranta.

Pożądany przekaz

W komunikacji miejskiej klienci głównie przeglądają wiadomości z polityki – 21%, portale rozrywkowe lub plotkarskie – 18%, jak również serwisy społecznościowe – 17%. Część osób koncentruje się na grach online – 10%. Mniejszość sprawdza reklamy – 6%, e-maile – 6%, a także SMS-y – 4%. Dla Norberta Kowalskiego pozytywnym zaskoczeniem jest to, że kilka procent korzysta z narzędzi reklamowych. Może to oznaczać poszukiwanie inspiracji zakupowych, np. w aplikacjach z gazetkami czy kuponami.

– Wyniki badania dają wskazówki co do formy komunikacji w środkach transportu miejskiego. Jeżeli zapewnimy treści, które w ocenie podróżujących będą wartościowe, to mogą oni nie mieć świadomości, że przeglądają reklamy, a przekazy zostaną zapamiętane. Dane wskazują też, że Polacy poszukują raczej lekkiej rozrywki lub chcą zorientować się w najnowszych informacjach, często o charakterze tabloidowym. Dostarczenie wiadomości właśnie w takiej łatwej i przyjemnej otoczce może być szansą na dobrą komunikację dla marketerów – przekonuje Adam Wysocki.

Jak podkreśla Norbert Kowalski, mobile jest najbardziej indywidualnym narzędziem komunikacji. Dane udostępniane przez użytkowników pozwalają obecnie na bardzo precyzyjne dotarcie z komunikatem do konkretnej osoby, której prezentowane produkty mogą być realnie potrzebne. Beata Büttner-Clauss dodaje, że przyszłością jest również geofencing. Przecież każdy pasażer gdzieś wsiada i wysiada, np. w pobliżu galerii handlowej. I to już jest powodem do tego, aby otrzymał spersonalizowany komunikat, np. na temat dużej promocji na konkretny asortyment.

– Z taktycznego punktu widzenia komunikacja w tym medium coraz bardziej zaczyna przypominać kampanie radiowe skierowane do osób podróżujących autem. Te dwa kanały odznaczają się podobną, powtarzalną sezonowością dzienną, ale także stałością segmentów odbiorców. Między innymi dlatego też obserwujemy silne zjawisko synergii przy jednoczesnym wykorzystywaniu w kampaniach radia oraz zintegrowanej z nim kampanii na urządzeniach mobilnych – dostrzega Michał Taranta.

Z kolei ekspert z UCE GROUP LTD. podsumowuje, że tu nie powinna liczyć się ilość, sezonowość czy powtarzalność, lecz jakość działań. Istnieje szereg narzędzi blokujących reklamy. I w głównej mierze mają one rację bytu, ponieważ codziennie konsumenci dostają mnóstwo spamu. Branża marketingowa powinna szczególnie pamiętać o tym, że mniej wcale nie oznacza gorzej. Jest wręcz przeciwnie. Jeżeli to zostanie zaakceptowane, wówczas Polacy chętniej będą korzystać z tego kanału.

Badanie przeprowadzono w 14 dużych miastach i 11 średnich oraz mniejszych miejscowościach – w okolicach lub bezpośrednio na przystankach transportu publicznego. Łącznie zrealizowano 1006 wywiadów. W ankietach wzięło udział 48% kobiet i 52% mężczyzn w wieku od 18 do 55 roku życia.

Wojna handlowa między USA a Chinami potrwa długo, a jej skutki odczuje cała Europa

Wojna handlowa Stanów Zjednoczonych z Chinami zaostrza się. Oba kraje stopniowo podnoszą cła na produkty przeciwnika. Praktyka pokazuje jednak, że nie jest to wyrównana potyczka. Na wojnie handlowej bardziej cierpią Chiny, gdyż ich eksport do USA jest większy niż USA do Chin. Handlowe potyczki ze Stanami mogą zaszkodzić również długoterminowym celom, które Chiny stawiają przed swoją gospodarką. Słynący z masowej produkcji i taniej pracy kraj rozwinął w bieżącej dekadzie sektor technologii i wynalazków. Opracowana przez nich nowa technologia telekomunikacyjna 5G dawała nadzieję na wejście gospodarki Chin na kolejny poziom. Jednak marketing sieci 5G jest coraz gorszy, ze względu na krytykę przez Stany Zjednoczone. USA zarzuca konkurentom nieuczciwe podejście do prawa autorskich i rekomenduje innym krajom odcięcie się od projektu technologii 5G. Jeśli tak się stanie, będzie to potężny cios dla gospodarki Chin – zarówno jej planów krótkoterminowych, jak i długoterminowych. USA zaś wyjdzie z wojny handlowej z mniejszym uszczerbkiem. Niestety, ucierpi na niej Europa.

Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego
Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego

– Gospodarka europejska jest bardzo otwarta i mocno zależy od handlu międzynarodowego, a ten ucierpiał na wojnach handlowych między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Dlatego niemiecka gospodarka jest już w tej chwili w recesji – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, główny ekonomista ING Banku Śląskiego. – Dotknie to wkrótce również gospodarki polskiej. Do pewnego momentu recesja w Niemczech dotyczyła sektora przemysłowego i nie wpływała na niemiecki popyt wewnętrzny. Teraz zaczyna wpływać, a na wewnętrznym rynku Niemiec sprzedawane są produkty polskiego eksportu. Dlatego recesję w Niemczech odczuje również nasza gospodarka. Trudno powiedzieć, jak rozwinie się scenariusz wojen handlowych. Chińczycy nie pomagają Stanom Zjednoczonym w reelekcji obecnego prezydenta, nie chcąc mierzyć się z nim przez następne cztery lata. Z drugiej jednak strony amerykańscy demokraci również uważają, że nie można łagodnie rozmawiać z Chinami. W tej chwili po obu stronach kongresu panuje przekonanie, że od Chińczyków trzeba wyegzekwować równe traktowanie praw autorskich oraz uczciwe podejście do technologii i handlu. Zanosi się więc, że konflikt między Chinami a USA potrwa jeszcze długo. Na razie cierpią na tym niestety gospodarki otwarte – w tym również gospodarka niemiecka, która jest naszym partnerem – podsumowuje Benecki.

Kosmiczne badania rynkowe, czyli o wykorzystaniu danych ze zdjęć satelitarnych w badaniach rynkowych

Czy można w ciągu kilku godzin odpowiedzieć na pytanie, ile jest inwestycji budowlanych na terenie całego miasta, kraju, kontynentu, a nawet całej kuli ziemskiej? W jaki sposób najszybciej policzyć wszystkie wieżowce, farmy wiatrowe czy konkretne uprawy na określonym obszarze? Dziś, dzięki zdjęciom z satelitów powstają narzędzia umożliwiające szybkie zliczenie dowolnych zasobów, które są możliwe do zaobserwowania z kosmosu.

Firmy, które chcą skutecznie budować swoją przewagę konkurencyjną, muszą doskonale znać rynek, na którym funkcjonują oraz jego składowe, czyli popyt, działania konkurencji czy systemy sprzedaży. Część z tych informacji mogą dostarczyć analizy oparte na zdjęciach satelitarnych.

Dostęp do informacji z satelitów niegdyś był domeną światowych supermocarstw. Dziś ich uwolnienie, czyli umożliwienie przeszukiwania i analizowania danych z satelitów online, powoduje dynamiczny wzrost liczby startupów zarabiających na analizie danych z kosmosu. Informacje, jakich dostarczają satelity w kontekście badań rynkowych są wyjątkowo cenne dla przedsiębiorstw.

Zdjęcia z satelitów już od lat z powodzeniem wykorzystywane są w meteorologii, badaniu zmian klimatycznych, budownictwie, urbanistyce czy rolnictwie. Teraz właściwie wszyscy mogą mieć dostęp do aktualnych, w świetnej rozdzielczości zdjęć satelitarnych, dotyczących dowolnego miejsca na Ziemi. Okazuje się, że analizy rynkowe, które jeszcze do niedawna były skomplikowane i drogie, dzięki informacjom z kosmosu mogą być znacznie łatwiejsze do przeprowadzenia.

Widoczne jak na dłoni

Firmy wkrótce nie będą w stanie ukryć się przed konkurencją, organami regulacyjnymi lub służbami kontroli – mówi Mark Johnson, współzałożyciel Descartes Labs, startupu wykorzystującego w swojej działalności zdjęcia satelitarne. Przedsiębiorstwa muszą zdać sobie sprawę, że ich tradycyjna przewaga konkurencyjna w postaci informacji na wyłączność, wkrótce może być dostępna dla wszystkich – dodaje.

Firma ta opracowała m.in. model, który, niezależnie od warunków pogodowych, umożliwia wykrywanie nowych inwestycji budowlanych. Dzięki zgromadzeniu danych na temat liczby rozpoczętych budów można np. ocenić trendy wpływające na rozwój infrastruktury na określonym obszarze w czasie rzeczywistym. Do niedawna tego typu analiza była bardzo droga – zebranie danych dotyczących poszczególnych rynków musiało odbywać się w sposób tradycyjny, czyli z poziomu gruntu i było bardzo czasochłonne.

Dziś zainteresowane podmioty mogą zlecić analizę rynku pod kątem nowych inwestycji budowlanych na określonym obszarze i w danym czasie. Informacje dotyczące tego, ile się buduje, gdzie i kiedy, mogą być kluczowe dla decyzji biznesowych firm, które np. produkują materiały budowlane, wykończeniowe czy meble. Takie informacje będą także cenne pod kątem monitoringu rynku pracy czy analizy cen nieruchomości.

Cenne informacje

Wiedza jest dziś walutą, a jest tym bardziej cenna, im bardziej ekskluzywna. Zdjęcia z satelitów są dziś dostępne dla każdego, kto ma dostęp do internetu. Jednak aby przeprowadzić zaawansowaną analizę na ich podstawie, po pierwsze trzeba posiadać profesjonalną wiedzę, a po wtóre – dysponować odpowiednią mocą obliczeniową – mówi Maciej Litewski, marketing manager z polskiej firmy CloudFerro, która jest operatorem chmurowym platformy CREODIAS, udostępniającej dane z europejskich satelitów Sentinel. Obserwujemy, że pojawia się coraz więcej firm i startupów, które tworzą produkty i usługi wykorzystujące dane z kosmosu. Są to nie tylko różnego rodzaje specjalistyczne aplikacje dotyczące upraw rolnych, wód i lasów, ale także analizy związane z działalnością przemysłową i komercyjną, które są szczególnie istotne dla podmiotów uczestniczących w danym rynku – mówi Maciej Litewski.

Problem z danymi satelitarnymi jest taki, że są one „nieporęczne” do pracy. Każdego dnia z satelitów spływają ogromne ilości surowych informacji, które powinny być przetworzone, ustandaryzowane i wstępnie wyselekcjonowane, aby mogły być następnie wykorzystywane przez analityków. Potrzebują one także potężnej infrastruktury. W przypadku niektórych analiz, mowa jest o ogromnych repozytoriach, umożliwiających obróbkę dziesiątek czy nawet setek terabajtów danych.

Blisko 15 petabajtów danych

Jeśli chodzi o moc obliczeniową, platforma CREODIAS jest dostępna w specjalnie zaprojektowanej infrastrukturze chmurowej. Wyszukiwanie i przeglądanie zdjęć jest możliwe z poziomu zwykłego zalogowanego użytkownika. Jednak aby przeglądać i generować duże repozytoria danych, potrzebna jest zdecydowanie większa przestrzeń obliczeniowa. Dla klientów instytucjonalnych oferujemy możliwość korzystania z gotowych narzędzi analitycznych, dostępnych w chmurze – wyjaśnia Maciej Litewski z CloudFerro. Dziś CREODIAS to blisko 15 petabajtów danych oraz przyjazne środowisko pracy, umożliwiające korzystanie z narzędzi do analizy zdjęć satelitarnych – dodaje.

Wspomniana wcześniej firma Descartes Labs opracowała również system umożliwiający szybką identyfikację fizycznych zasobów turbin wiatrowych na całym świecie w ciągu zaledwie kilu godzin. Można sobie tylko wyobrazić, ile mogłoby trwać wykonanie takiej analizy w sposób tradycyjny i ilu badaczy musiałoby uczestniczyć w takim projekcie.

Tego typu informacje, związane z rynkiem, zawsze były cenne. Dziś, kiedy ich zdobycie jest łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej, z pewnością można spodziewać się dynamicznego rozwoju rynku analiz gospodarczych opartych na informacjach z satelitów. Inne zadania, możliwe do zrealizowania przy wykorzystaniu zaawansowanych analiz zdjęć satelitarnych, to wykrywanie potencjalnych niedoborów żywności, monitoring miejsc wydobycia ropy naftowej czy lokalizowanie nielegalnych połowów.

Wszystko ma swoją cenę

Optymizm wokół perspektywy porozumienia handlowego USA-Chiny podsyca rajd na rynku akcji, pozwala na odbicie cen ropy naftowej, ale na rynku walutowym zmiany są mniej jednoznaczne. Zyskuje chiński juan, ale też i dolar amerykański na wzroście rentowności długu USA. Wciąż nie widać szerokiego odchodzenia od bezpiecznych przystani na rzecz bardziej ryzykownych walut.

Kolejny dzień i kolejne informacje dotyczące rozmów handlowych USA-Chiny, które podsycają optymizm rynkowy. Tym razem paliwem do wzrostów indeksów stały się doniesienia Financial Times, według których USA rozważają zniesienie ceł nałożonych na warte 112 mld USD towary z Chin, które obowiązują od 1 września w wysokości 15 proc. Jest to jeden z głównych postulatów Pekinu w ostatniej rundzie rozmów i może decydować o skłonności strony chińskiej do jakichkolwiek innych ustępstw. Tutaj jednak pojawia się pierwszy problem: kto od kogo będzie żądał więcej? Wiemy, że prezydentowi Trumpowi najbardziej zależy na odblokowaniu eksportu towarów rolnych do Chin, gdyż potrzebuje głosów farmerów w przyszłorocznych wyborach. Jak na razie Chiny wykręcają się od zwiększenia zakupów, tłumacząc się brakiem popytu, ale równie dobrze może to być gra na czas w oczekiwaniu na decyzję w sprawie zniesienia ceł. A to, że administracja USA rozważa zniesienie ceł, jeszcze nie oznacza, że do tego dojdzie. Dla Trumpa byłoby to okazanie uległości, kiedy jeszcze kilka miesięcy temu straszył ekonomicznym zniszczeniem Chin. Alternatywnie USA mogą zażądać więcej deklaracji dotyczących ochrony własności intelektualnej lub zwiększenia (jeszcze nierealizowanych) zakupów towarów rolnych. Wszystko ma swoją cenę, a z doniesień FT nie wiemy, kto jest w stanie i ile zapłacić.

Rynki pozostają jednak w trybie „szklanka jest w połowie pełna”, co pomaga poprawiać rekordy na Wall Street. Wycofanie ceł przez USA wyraźnie odmieniło relacje z Chinami, a z globalnej gospodarki zdjęło ogromny czynnik niepewności. Osobiście dalej jednak obawiam się, że podstawy dla panującego optymizmu są niestabilnym zlepkiem nadziei pozbawionych konkretów. A biorąc pod uwagę zagubienie trendów na rynku walutowym, wydaje mi się, że w swoich wątpliwościach nie jest osamotniony. USD/CNY testuje 7,0 pierwszy raz od sierpnia, ale już na AUD nie widać dynamicznego umocnienia. Rynek wciąż podtrzymuje siłę CHF, JPY i złota, choć zażegnanie wojen handlowych powinno wyganiać kapitał z bezpiecznych przystani. Nawet USD zdołał wczoraj się umocnić, choć w teorii powinien tracić na spadku awersji do ryzyka. To, że wczoraj wzrost optymizmu w większym stopniu przełożył się na wzrost rentowności obligacji skarbowych USA (pozytywne dla USD) niż na odpływ w stronę ryzykownych walut, sugeruje, że na rynku jest dużo sprzecznych poglądów.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Badanie Cisco: Działy IT chętnie wdrażają rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji i sieci intuicyjnej

Jak wynika z najnowszego badania Cisco, maksymalizacja wartości biznesu stanowi główny priorytet działów IT. Oznacza to potrzebę zwiększenia poziomu innowacji oraz dostosowania działań w zakresie technologii do założeń strategii biznesowych. W badaniu Cisco wzięło udział ponad 2000 liderów IT i specjalistów ds. sieci.

Chcąc zmaksymalizować wartość biznesu, firmy sięgają po rozwiązania z zakresu sieci intuicyjnej, a także inwestują w sztuczną inteligencję. Liderzy IT wierzą, że nowe technologie bezprzewodowe, sztuczna inteligencja oraz Internet rzeczy będą miały największy wpływ na rozwój sieci w ciągu najbliższych pięciu lat.

Sieć jest kluczowa dla współczesnego biznesu. Niezależnie od tego, czy chodzi o zwiększenie produktywności pracowników, poprawę doświadczeń klienta, czy ochronę danych, sieć stanowi podstawę sukcesu. Jednocześnie sieć znajduje się w centrum największej ewolucji od czasu powstania Internetu, tworząc szansę dla liderów IT i ich zespołów na innowacje. Cisco zapytało ponad 2000 liderów IT i specjalistów ds. sieci o to, jakie priorytety nadają inwestycjom, a także o obecny stan ich sieci.

„Dziś zespoły IT zarządzają złożonymi sieciami o krytycznym znaczeniu dla firm. Sieci te stają się coraz bardziej wydajne w dostarczaniu złożonych danych. Jednak wykorzystanie tych danych do optymalizacji procesów, zwiększenia poziomu bezpieczeństwa lub wpływu sieci na biznes, wymaga nowych narzędzi. Dlatego zespoły IT wdrażają rozwiązania z zakresu sieci intuicyjnej, sztucznej inteligencji i uczenia maszynowego. Biznes tego oczekuje” – mówi Scott Harrell, starszy wiceprezes i dyrektor generalny w Cisco Enterprise Networking. „Sztuczna inteligencja pomoże zespołom IT przerwać status quo. Implementując analitykę predykcyjną i działania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, zespoły IT oprócz utrzymywania obecnego stanu projektów, zaczną również wprowadzać innowacje biznesowe”.

Kluczowe wnioski z badania Global Networking Trends Report and Survey:

Liderzy IT przewidują, że w ciągu najbliższych pięciu lat, nowe technologie bezprzewodowe, Internet rzeczy, działania z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, wykrywanie zagrożeń i naprawianie wyrządzonych przez nie szkód, będą miały największy wpływ na ich strategię i architekturę sieciową.

Na szczycie listy priorytetów globalnych liderów IT i specjalistów ds. sieci znajduje się maksymalizacja wartości biznesowej IT i jak najlepsza odpowiedź na potrzeby biznesu.

  • Prawie 40% liderów IT wskazało maksymalizację wartości biznesowej IT jako główny priorytet. Cel ten znalazł się wyżej niż uproszczenie operacji, zwiększenie produktywności pracowników i ograniczenie naruszeń bezpieczeństwa.
  • Liderzy i specjaliści ds. sieci uważają, że do osiągnięcia tego celu niezbędne są inwestycje w technologie z zakresu sztucznej inteligencji. Prawie 50% specjalistów ds. sieci wierzy, że większe wykorzystanie analityki i AI pomoże w stworzeniu idealnej sieci.

Nadchodzi sieć intuicyjna, która umożliwia organizacjom rozbudowę w oparciu o własne, zdefiniowane programowo zasoby.

  • 41% uczestników badania twierdzi, że posiada przynajmniej jedną instancję sieci definiowanej programowo w ramach co najmniej jednej domeny sieciowej.
  • Tylko 4% respondentów uważa, że sieci w ich organizacjach nie są już jedynie definiowane programowo, a stały się intuicyjne. Jednak 35% sądzi, że w ciągu najbliższych dwóch lat będą one w pełni intuicyjne.
  • Gdy uczestnicy badania zostali poproszeni o umiejscowienie na skali Cisco Digital Network Readiness Model sieci działającej w ich organizacji, tylko 28% uznało, że znajduje się ona na poziomie, który można nazwać „skupionym na usługach” lub „intuicyjnym”. Jednak na pytanie o to, na jakim poziomie rozwoju wykorzystywana przez nich sieć znajdzie się za dwa lata, 78% uczestników badania odpowiedziało, że przejdzie z etapu sieci definiowanej programowo do skupionej na usługach i intuicyjnej.

Liderzy IT oraz specjaliści ds. sieci są gotowi na wdrożenie sztucznej inteligencji i automatyzacji.

  • Tylko 18% liderów IT postrzega brak dojrzałości AI jako przeszkodę na drodze do modernizacji sieci. Problem ten znalazł się najniżej na liście czynników wzbudzających obawy uczestników badania.
  • W ciągu najbliższych dwóch lat, 72% respondentów planuje wykorzystać sztuczną inteligencję do prognozowania lub zalecania napraw.
  • 94% respondentów uważa, że w ciągu dwóch lat w ich organizacji będzie funkcjonowała sieć rozległa definiowana programowo (SD-WAN). Ponadto, 47% właścicieli SD-WAN planuje w tym czasie dysponować siecią WAN wykorzystującą sztuczną inteligencję.

Specjaliści z działów operacji IT mają problem z przejściem z fazy reaktywnej do proaktywnej, co ogranicza możliwość lepszego dostosowania się do realiów rynkowych.  

  • Ponad 75% liderów IT i specjalistów ds. sieci uważa, że ich organizacje nie są zoptymalizowane pod kątem predykcyjnym i biznesowym. Brak proaktywności zespołów IT może wynikać z faktu, że dużo czasu poświęcają one na utrzymywanie obecnego stanu sieci. 73% zespołów IT poświęca na to ponad połowę czasu.
  • Kolejną barierą na drodze do większej proaktywności i optymalizacji działań pod kątem biznesu jest struktura silosowa. 29% organizacji wskazało potrzebę koordynacji działań z innymi zespołami IT jako najbardziej czasochłonną działalność operacyjną. Ponadto, 27% badanych przedsiębiorstw uznało, że model silosowy i operacyjne podejście do poszczególnych domen sieciowych wstrzymuje je przed modernizacją sieci.

Liderzy IT i specjaliści ds. sieci obawiają się różnić w zakresie umiejętności technicznych.

  • Liderzy i specjaliści ds. sieci wierzą, że ich zespoły są w stanie stawić czoła przyszłym wyzwaniom związanym z siecią. Około 30% liderów IT twierdzi, że ich zespoły są wyjątkowo dobrze przygotowane, aby sprostać wszystkim potrzebom zaawansowanej sieci. Kolejne 40% uważa, że są one dobrze przygotowane, a tylko 7% sądzi, że nie są przygotowane.
  • Jednak deficyt odpowiednich umiejętności wciąż stanowi barierę dla ponad 1/4 zespołów IT. 27% liderów IT wskazało brak niezbędnych kwalifikacji jako główną przeszkodę utrudniającą wdrożenie zaawansowanych sieci.
  • 22% liderów IT wskazuje przekwalifikowanie i zdobywanie nowych umiejętności jako priorytet niezbędny dla wypełnienia luki w zakresie umiejętności technicznych.

Źródła dodatkowe:

  • Wpis na blogu Scotta Harrella „Budowanie sieci przyszłości – napędzanej przez sztuczną inteligencję”
  • Strona raportu i badania – Global Networking Trends Report and Survey
  • Narzędzie do oceny stopnia gotowości sieci – Intent-based Networking Assessment Tool

Wyniki finansowe Alior Banku za Q3 2019 r

W III kwartale bieżącego roku Alior Bank wypracował 957 mln zł przychodu i 125 mln zł zysku netto. Po wyłączeniu rezerwy związanej z wyrokiem TSUE odnośnie zwrotu części opłat i prowizji przy przedterminowej spłacie kredytów konsumpcyjnych, przychody wynoszą 1,06 mld zł i są na poziomie zbliżonym do analogicznego okresu ubiegłego roku. Kwartalny zysk netto bez uwzględnienia wpływu tej rezerwy (83 mln zł) wyniósłby 208 mln zł (wzrost o 17 proc. r/r). Koszty działania banku wyniosły 372 mln zł i są o 10% niższe względem analogicznego okresu roku ubiegłego. Współczynnik TIER1 na najwyższym poziomie od trzech lat – 13,37%, co oznacza 819 mln zł nadwyżki kapitałów powyżej wymogów regulacyjnych.

Kończymy prace nad strategią na lata 2020-2022. Planowane zmiany umożliwią nam odbudowanie przychodów po spadku wynikającym z dostosowania się do wyroku TSUE. W obszarze klienta biznesowego naszym priorytetem pozostaje dalszy wzrost w preferowanych branżach przy jednoczesnym zmniejszeniu poziomu ryzyka – mówi Krzysztof Bachta, prezes zarządu Alior Banku. – Mocno skupiamy się na budowaniu trwałej i aktywnej relacji zarówno z klientami indywidualnymi, jak i biznesowymi, automatyzujemy procesy i rozwijamy technologię, która ma im ułatwiać codzienne bankowanie. Doceniamy lojalnych i aktywnych klientów, dlatego wprowadzamy dla nich produkty na preferencyjnych, korzystnych zasadach. Te działania to klucz do dalszego organicznego wzrostu i zwiększania przychodów – dodaje Krzysztof Bachta.

Do końca 2019 roku bank planuje utrzymać marżę odsetkową na poziomie 4,5%, obniżyć wskaźnik kosztów do przychodów do poziomu 41% (42,8% obecnie) oraz koszty ryzyka do 2,3% (obecnie 2,4%), a także zwiększyć wolumen kredytów brutto do poziomu co najmniej 5 mld zł (wykonanie po  trzech kwartałach
to 3,9 mld zł).

Najważniejsze wyniki finansowe za trzeci kwartał 2019 roku:

  • 957 mln zł przychodu (-2,6% r/r).
  • Wzrost współczynników kapitałowych. TIER1 najwyższy od trzech lat: 13,37% (+56 p.b. od początku roku), czyli 819 mln zł nadwyżki kapitałów powyżej progów regulacyjnych. TCR na poziomie 16,24%.
  • Zysk netto 125 mln zł. Znaczący wpływ rezerwy związanej z wyrokiem TSUE (-83 mln zł).
    Bez uwzględnienia rezerwy: 208 mln zł (+17% r/r). Wskaźnik ROE w III kw.’19 na poziomie 7,4 % (12,3% bez uwzględnienia rezerwy).
  • Znaczny spadek kosztów działania r/r o 10% do poziomu 372 mln zł w III kw.’19 (z 411 mln zł
    w III kw.’18). Wskaźnik C/I w III kw’19. na poziomie 38,9% (spadek o 3 p.p. w porównaniu z III kw.’18).
  • Marża odsetkowa netto (NIM) banku w analizowanym okresie wyniosła 4,39% (-0,28 p.p. r/r).
    Bez uwzględnienia rezerwy: 4,63%, co stanowi wynik porównywalny do III kw.’18, kiedy wskaźnik osiągnął 4,67%.
  • Widoczny wzrost wyniku odsetkowego w ujęciu narastającym r/r o 6,6% (z 2 284 mln zł na koniec
    III kw.’18 do 2 435 mln zł na koniec III kw.’19), pomimo znacznego wpływu rezerwy związanej
    z wyrokiem TSUE (-45 mln zł)
  • Wzrost wolumenów kredytowych zgodny z planem, realizowany w strategicznych obszarach (segment mikroprzedsiębiorstw, pożyczka gotówkowa oraz kredyty hipoteczne).

Stabilna pozycja kapitałowa

Alior Bank zachowuje wysoką efektywność kosztową. Koszty działania banku w III kwartale 2019 roku wyniosły 372 mln zł i były niższe o 10% względem analogicznego okresu roku ubiegłego, kiedy wynosiły 411 mln zł. W analizowanym okresie wskaźnik C/I wyniósł 38,9% (spadek o 3 p.p. w porównaniu z III kw.’18). W III kwartale 2019 roku bank odnotował spadek kosztów ryzyka o 0,51 p.p. w porównaniu do wyników I półrocza 2019 roku (uroczniony wynik trzeciego kwartału to 2,08%, wobec urocznionej wartości CoR dla I półrocza na poziomie 2,59%). Roczny koszt ryzyka całego 2019 r. planujemy na poziomie poniżej 2,3%.

Współczynniki kapitałowe zachowują solidny bufor powyżej minimów regulacyjnych. Łączny współczynnik kapitałowy (TCR) wyniósł 16,24% wobec 15,29% w analogicznym okresie ubiegłego roku, a współczynnik kapitału TIER1 wzrósł odpowiednio: 13,37% wobec 12,17% rok wcześniej. Bank posiada 819 mln zł nadwyżki kapitałowej.

To kolejny kwartał Alior Banku z tak dobrą efektywnością kosztową. Podobnie jak w pierwszym półroczu tego roku, utrzymaliśmy jeden z najniższych wskaźników C/I w polskim sektorze bankowym. Jednocześnie osiągnęliśmy jeden z najwyższych wskaźników TIER1 od początku istnienia Alior Banku. Tak znaczna nadwyżka kapitałowa świadczy o wysokim poziomie bezpieczeństwa banku i jest efektem działań podejmowanych przez zarząd w okresie ostatnich dziewięciu miesięcy – mówi Tomasz Biłous, wiceprezes zarządu Alior Banku odpowiedzialny za finanse.

Ryzyko kredytowe pod kontrolą

Alior Bank podjął działania mające na celu zmianę profilu ryzyka kredytowego, ze szczególnym uwzględnieniem obszaru klienta biznesowego. W trakcie 2019 roku bank dokonał szerokiego przeglądu aktywów i procesów. Wyznaczył nowe priorytety i rozpoczął wewnętrzną transformację obszaru ryzyka.

Zmiana profilu ryzyka kredytowego to działania przynoszące efekty w dłuższym okresie i z pewnością będą one istotnym elementem naszej nowej strategii – mówi Marek Szcześniak, wiceprezes zarządu Alior Banku odpowiedzialny za ryzyko. – Reorganizacja linii bankowości korporacyjnej, którą prowadzimy, przynosi już efekty. W przyszłym roku nasz portfel będzie lepiej zdywersyfikowany branżowo, jak i z punktu widzenia koncentracji pojedynczych ekspozycji. Z kolei w segmencie klienta indywidualnego jakość portfela jest lepsza niż jeszcze rok temu – dodaje.

W III kwartale 2019 roku poziom pokrycia rezerwami dla kredytów z rozpoznaną przesłanką utraty wartości (NPL) w segmencie klienta biznesowego wyniósł 49,38%, co stanowi przyrost o 5,2 p.p. względem analogicznego okresu ubiegłego roku. W segmencie klienta indywidualnego wskaźnik ten również wzrósł do poziomu 66,53%. – Dobra jakość nowej akwizycji oraz wzmożona prewencja w pracy ze starym portfelem będą powodować obniżanie CoR z każdym kolejnym rokiem – podsumowuje Marek Szcześniak.

Segment detaliczny: rozwój kanałów zdalnych, budowanie trwałej relacji

Liczba klientów detalicznych wzrosła o 106 tys. pomiędzy III kwartałem 2018 i 2019 roku (z uwzględnieniem klientów z przejętego SKOK Jaworzno) i wynosi obecnie 4,1 mln.

Zauważalnie wzrosło znaczenie ROR oraz pożyczki gotówkowej jako produktów akwizycyjnych. Liczba nowych klientów otwierających Konto Jakże Osobiste w Alior Banku osiągnęła na koniec III kwartału bieżącego roku 30,7 tys. osób i była o 16% wyższa względem analogicznego okresu roku ubiegłego. Jeszcze lepszy przyrost osiągnęła pożyczka gotówkowa. Liczba nowych klientów indywidualnych korzystających
z pożyczki wzrosła w badanym okresie o 43% i na koniec III kwartału 2019 roku osiągnęła liczbę 13,3 tys. osób.

Alior Bank odnotował także wzrost sprzedaży produktów w kanałach zdalnych. Sprzedaż pożyczki gotówkowej w tych kanałach wzrosła o 40% r/r, a rachunków osobistych i kont oszczędnościowych
o 14% r/r. Widoczne jest także rosnące zainteresowanie klientów bankowością mobilną. W III kwartale 2018 roku odnotowano 247 tys. użytkowników aplikacji mobilnych Alior Banku i T-Mobile Usługi Bankowe. Obecnie jest to już 398 tys. W ciągu roku wzrost ten sięgnął aż 60%.

Klient biznesowy: wzrost bezpiecznej sprzedaży w zautomatyzowanym procesie kredytowym

W bankowości dla firm wzrosło uproduktowienie oraz liczba klientów z główną relacją. Liczba klientów biznesowych (małe, średnie i duże przedsiębiorstwa), z uwzględnieniem klientów Alior Leasing, wyniosła
w III kwartale 2019 roku 32,8 tys.

Dane pokazują, że Alior Bank staje się coraz częściej bankiem pierwszego wyboru dla klienta z segmentu mikroprzedsiębiorstw. Liczba wszystkich klientów mikro na koniec analizowanego okresu wyniosła
181,5 tys. (vs. 151,3 tys. w III kw.’18, wzrost 20% r/r). Co ważne, aż 56 tys. z nich w III kwartale 2019 roku płaciła składki ZUS oraz podatki za pośrednictwem konta w Alior Banku.

Udział kanałów zdalnych w pozyskiwaniu nowych klientów z obszaru mikroprzedsiębiorstw wzrósł w III kwartale 2019 roku do poziomu 33%. Wzrost nowej sprzedaży odbywa się przy jednoczesnym wzroście bezpieczeństwa akcji kredytowej. W raportowanym okresie aż 90% nowej sprzedaży mikro posiada pokrycie gwarancjami Banku Gospodarstwa Krajowego.

Wykorzystanie PSD2

W III kwartale 2019 roku bank otrzymał zgodę Komisji Nadzoru Finansowego na działanie jako TPP (Third Party Provider). Oprócz dostosowania się do wymogów nowej regulacji bank ma możliwość dalszego rozwoju  nowych usług cyfrowych dla klientów.

W związku z możliwościami, jakie daje otwarta bankowość, Alior Bank planuje jeszcze w tym roku wprowadzić uproszczony proces kredytowy. Dzięki informacjom o rachunkach klienta w innych bankach, starający się o kredyt w Alior Banku jeszcze szybciej otrzyma decyzję o udzieleniu finansowania. Następnym krokiem będzie wdrożenie integratora rachunków klientów w innych bankach. To rozwiązanie pozwoli na wykorzystanie wiedzy o kliencie w celu zaproponowania mu korzystnej oferty pożyczki gotówkowej. Możliwa będzie także automatyczna spłata pożyczki z innego konta.

Nowa odsłona Kantoru Walutowego

W lipcu 2019 roku Alior Bank udostępnił klientom nowy serwis Kantoru Walutowego. Jego użytkownicy otrzymali szereg nowych funkcjonalności, m.in. możliwość wysłania prośby o przelew bez kopiowania numeru swojego rachunku, podziału płatności między znajomych, przesyłania przelewów na numer telefonu czy adres e-mail odbiorcy. Do oferty została wprowadzona karta wielowalutowa obsługującą płatności w blisko 160 walutach oraz możliwość zakupu ubezpieczeń turystycznych PZU „Pomoc w podróży”. We wrześniu 2019 roku udostępniono aplikację mobilną Kantoru Walutowego dla systemów iOS oraz Android. Co ważne, została ona stworzona w ramach wewnętrznych struktur banku.

W sierpniu 2019 roku padł rekord obrotów Kantoru Walutowego – sprzedaż wzrosła o 31% względem analogicznego okresu roku 2018. Liczba zamawianych kart wielowalutowych w III kwartale 2019 wzrosła o ponad 200% w porównaniu do II kwartału tego samego roku. Ponadto, od momentu wdrożenia aplikacji (początek września) blisko 20% wszystkich przelewów w kantorze wykonywanych jest za pomocą aplikacji mobilnej.

Kolejny krok we współpracy z Grupą PZU

W trzecim kwartale 2019 roku Alior Bank wraz z PZU uruchomiły platformę internetową Cash, za pośrednictwem której pracownicy firm objętych programem mają szybki dostęp do pożyczek on-line przy jednoczesnym ograniczeniu formalności. W ramach pilotażu z pożyczek udzielanych za pośrednictwem platformy może korzystać obecnie ponad 10 tysięcy pracowników Grupy PZU. W najbliższych tygodniach platforma będzie udostępniana innym pracodawcom.

Alior Bank przygotował również ofertę dla uczestników Pracowniczych Planów Kapitałowych w TFI PZU. Pracownicy oszczędzający w programie mogą liczyć m.in. na atrakcyjne warunki prowadzenia Konta Jakże Osobistego i korzystania z karty debetowej oraz wyższe oprocentowanie na lokacie terminowej.

Bank nadal rozwija współpracę z Grupą PZU w zakresie sprzedaży ubezpieczeń. Jeszcze w 2017 roku udział produktów PZU w sprzedaży ubezpieczeń przez bank był jednocyfrowy. Obecnie ok. 50% składki pozyskanej w Alior Banku pochodzi z produktów Grupy PZU.

Eesti Energia: wyniki finansowe za III kwartał pod silnym wpływem restrukturyzacji produkcji energii

W III kwartale br. przychody Eesti Energia wzrosły do 206 mln euro, co stanowi wzrost o 3% w porównaniu z rokiem ubiegłym. Wynik netto spadł o 20,4 mln euro, w efekcie czego w III kwartale strata netto wyniosła 9,5 mln euro.

– Na wynik III kwartału negatywnie wpłynęły w szczególności przedłużające się prace konserwacyjne w elektrowni Auvere oraz szeroko zakrojona restrukturyzacja produkcji energii. Negatywny wpływ na wyniki miała wyłącznie produkcja energii z łupków bitumicznych. Wszystkie inne obszary działalności były rentowne, a wyniki lepsze od przewidywanych – powiedział Andri Avila, dyrektor finansowy i członek zarządu Eesti Energia.

Elektrownia w Auvere wyprodukowała około 300 GWh energii elektrycznej mniej niż planowano. W efekcie całkowita produkcja energii elektrycznej była znacznie niższa, co spowodowało utratę przychodów. – Jednocześnie amortyzacja i koszty odsetek tylko dla samego obiektu w Auvere w trzecim kwartale to 10 mln euro – wyjaśnił Avila.

General Electric, wykonujący prace w Auvere w ramach serwisu gwarancyjnego, zadeklarował zakończenie prac konserwacyjnych do połowy IV kwartału. Zgodnie z zawartą umową, straty powstałe w okresie gwarancji zostaną zrekompensowane przez głównego wykonawcę, z którym prowadzone są negocjacje.

Drugim czynnikiem o charakterze nadzwyczajnym było dostosowanie procesów wielkoskalowej produkcji energii i liczby pracowników do warunków rynkowych. W swoich działaniach spółka wzięła pod uwagę oczekiwania państwa dotyczące zapewnienia zdolności do wytwarzania energii elektrycznej na poziomie jej średniego zużycia w Estonii do 2023 r. Fundusz pomocy osobom, które straciły pracę oraz inne rozwiązania to koszt ponad 4 mln euro.

W III kwartale br. Eesti Energia wytworzyła 951 GWh energii elektrycznej, czyli o 56% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadek produkcji był spowodowany przede wszystkim wyższą ceną uprawnień do emisji CO2, która wzrosła o 43% do 26,9 euro za tonę. Spadek produkcji dotyczy wyłącznie części produkcji, w której paliwem są łupki bitumiczne. Natomiast produkcja energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych wzrosła ponad trzykrotnie do 241 GWh rocznie. Udział energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych i alternatywnych wyniósł 41% całkowitej produkcji (średnia kwartalna).

Imponujące projekty, rekordowe transakcje i wielkie najmy – taki był 2019 rok dla Ghelamco w Polsce

Rok 2019 był dla Ghelamco rekordowy pod wieloma względami. Firma ma w budowie m.in. 4 wysokościowce na warszawskiej Woli o łącznej powierzchni 170 tys. mkw., 400 tys. mkw. inwestycji w przygotowaniu, a także rekordowe transakcje na swoim koncie: sprzedaż wieży Warsaw Spire za kwotę 386 mln euro oraz spektakularne najmy w The Warsaw HUB i Warsaw UNIT. Jednak Ghelamco odnosi sukcesy nie tylko na polu komercyjnym – w tym roku firma zrealizowana również cały szereg otwartych wydarzeń kulturalnych i rozrywkowych dla mieszkańców Warszawy. 

Rekordowa transakcja

W lipcu tego roku Ghelamco, wraz z Madison International Realty, sfinalizowało rekordową transakcję na polskim rynku biurowym – sprzedaż swojego flagowego projektu, a zarazem najsłynniejszego polskiego biurowca, wieży Warsaw Spire. Liczący 49 kondygnacji i 65 tys. mkw. powierzchni biurowej obiekt został kupiony przez Immofinanz za kwotę 386 mln euro. Wcześniej dwa pozostałe budynki kompleksu (B i C) kupił od Ghelamco fundusz CA Immo za łączną sumę ponad 200 mln euro.

Zbudowany przez Ghelamco Warsaw Spire to wciąż najwyższy i największy biurowiec w Polsce, a także jedyny w historii polskiego rynku nieruchomości projekt uhonorowany najbardziej prestiżową statuetką w branży – MIPIM Awards.

Dobrze sprzedane

W tym roku również dwa inne biurowce Ghelamco znalazły nowych właścicieli. Pierwszy z nich, zlokalizowany w samym sercu biznesowego centrum Warszawy i liczący ponad 16 tys. mkw. biurowiec Wronia 31, został przejęty przez LaSalle Investment Management. Obiekt może się poszczycić certyfikatem BREEAM z oceną Outstanding na etapie Post Construction, a także tytułem najbardziej zielonego budynku w Europie Środkowo-Wschodniej w prestiżowym konkursie BREEAM Awards 2019. Drugi ze sprzedanych biurowców to .big – kameralny obiekt o powierzchni 10 tys. mkw. w krakowskiej dzielnicy Dębniki. Wartość obu transakcji przekroczyła 100 mln euro.

Cztery wieże

Firma Ghelamco ma obecnie w budowie aż 4 wysokościowce: 3 w ramach kompleksu The Warsaw HUB (wieża hotelowa 86 m i dwie biurowe 130 m, 113 tys. mkw. najmu) oraz liczący 202 m wysokości i 57 tys. mkw. powierzchni Warsaw UNIT. Wszystkie z nich powstają w samym sercu nowego centrum biznesowego Warszawy – na Woli, przy rondzie Daszyńskiego. Dostarczą one w sumie na rynek 170 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, hotelowej i usługowo-handlowej. Budynki będzie wyróżniać wysokiej klasy nowoczesna architektura i dbałość o ekologiczne rozwiązania, m.in. Warsaw UNIT będzie posiadał niespotykaną w Polsce elewację typu Dragon Skin na części fasady, a The Warsaw HUB zostanie połączony podziemnym tunelem ze stacją metra, a także wyposażony w pojemny, niezależny parking rowerowy.

Komercyjny sukces

The Warsaw HUB już dziś może poszczycić się stopniem komercjalizacji sięgającym 80%. Tylko w tym roku podpisane umowy najmu sięgną sumy blisko 40 tys. mkw.! Swoją główną siedzibę w wieżowcu będzie mieć m.in. Getin Noble Bank, który zajmie 18,5 tys. mkw. – to jedna z największych transakcji na polskim rynku biurowym podpisana w tym roku! Do grona najemców dołączyły w ostatnich miesiącach także takie firmy jak Atradius (1500 mkw.), GATX Rail Poland (1500 mkw.), Elanco Animal Health (3700 mkw.), McDonals’s i WeWork. Swoje siedziby lub lokale będą tu także miały m.in. Standard Chartered, The Heart Warsaw, Biedronka, Zdrofit, Rossmann czy Olimp. W kompleksie znajdą się także hotele Crowne Plaza (pierwszy w Polsce) i Holiday Inn Express należące do InterContinental Hotels Group (IHG). Inwestycja zostanie ukończona w I połowie 2020 roku.

Strategiczny najemca

W czerwcu Ghelamco pozyskało strategicznego najemcę dla swojego kolejnego flagowego projektu – Warsaw UNIT. Firma ubezpieczeniowa Warta wynajęła blisko 20 tys. mkw. na 11. najwyższych piętrach biurowca. Umowa została podpisana na okres 10 lat. Była to jedna z największych transakcji najmu w tym roku. Wieżowiec będzie oddany do użytku na początku 2021 r.

Nowy projekt handlowy

Na początku tego roku Ghelamco rozpoczęło budowę swojego kolejnego parku handlowego – Prochowni Łomianki. Nowy projekt zlokalizowany jest tuż za północną granicą Warszawy, w Łomiankach. Powierzchnia budynku wyniesie około 5300 mkw. W parku znajdą się m.in. supermarket, apteka, a także sklepy odzieżowe, z artykułami dla dzieci zoologiczny oraz z elektroniką. Planowany termin ukończenia to grudzień tego roku.

Przywrócona perła architektury

W Polsce Ghelamco jest znane głównie ze swoich szklanych wieżowców i nowoczesnych budynków biurowych, ale jest też projekt, który zajmuje szczególne miejsce w portfolio firmy – Foksal 13/15.

W historycznym centrum Warszawy Ghelamco kończy jeden z najbardziej niezwykłych projektów w historii rewitalizacji zabytków w Polsce – kompleksową restaurację dwóch ponad 120-letnich kamienic, którym przywrócony został oryginalny wygląd fasad i wnętrz z końca XIX wieku. Jest to jeden z najbardziej prestiżowych adresów w Polsce. Foksal 13/15 zapewni swoim przyszłym mieszkańcom liczne komfortowe udogodnienia, w tym strefę SPA, salę fitness, pokoje gościnne, podziemny parking, przestronne tarasy na dachu oraz usługi concierge. Obie rezydencje mieszczą łącznie 55 luksusowych apartamentów o powierzchni od 47 do 260 mkw.

W tym roku Ghelamco rozpoczęło realizację jeszcze jednej inwestycji z sektora nieruchomości premium – Flisac Apartamenty Powiśle. Będzie to apartamentowiec o nowoczesnym charakterze, powstający w najmodniejszej obecnie części Warszawy – na Powiślu, w sąsiedztwie odremontowanych bulwarów i topowych restauracji, z widokiem bezpośrednio na Wisłę.

Deweloper zaangażowany społecznie

Ghelamco skupia się nie tylko na komercyjnej działalności, ale jest także firmą zaangażowaną w aktywizację lokalnej społeczności oraz działania kulturalne i miastotwórcze. Sztandarowym przykładem tego jest plac Europejski, który deweloper stworzył dla mieszkańców Warszawy. W ramach swojej przestrzeni Ghelamco przez cały rok organizuje cykle wydarzeń kulturalnych, sportowych i rozrywkowych, które przyciągają rzesze ludzi w każdym wieku – w 2019 r. wzięło w nich udział ponad 35 tys. osób. Zimą działa tu bezpłatne lodowisko, wiosną – warsztaty ogrodnicze na Dzień Ziemi, a podczas Nocy Muzeów mieszkańcy mogą wraz z przewodnikami miejskimi odkrywać tajemnice placu Europejskiego i Warsaw Spire. Latem na świeżym powietrzu otwiera się kino letnie, które trzy razy w tygodniu wyświetla filmy fabularne, dokumentalne i bajki dla dzieci. Można również wziąć udział w imprezach sportowych (Ghelamco Boules Cup) lub odwiedzić działającą przez cały rok galerię plenerową Art Walk. Są też liczne inne imprezy okolicznościowe – plac tętni życiem przez cały rok!

Obowiązkowy Split Payment od 1 listopada 2019 r. – rozwiązania praktyczne

Obowiązkowy Split Payment, który wchodzi w życie 1 listopada 2019 r., stanowi nie lada wyzwanie dla większości przedsiębiorców. Pomimo tego, iż Ministerstwo Finansów uważa, że wykładnia nowych przepisów jest jednoznaczna i nie powinna stwarzać problemów przedsiębiorcom, to jednak sami zainteresowani są już innego zdania. Na podatnika, który nie wywiąże się z obowiązku dokonania podzielonej płatności, organ podatkowy nałoży decyzją sankcje VAT w wysokości 30% kwoty podatku na fakturze. Ponadto grozić mu będzie także odpowiedzialność karno-skarbowa.

Jak się przygotować?

Po pierwsze należy przeanalizować, czy firma w ogóle kwalifikuje się do stosowania Mechanizmu Podzielonej Płatności (zwanego dalej: MPP lub Split Payment) na wystawianych fakturach VAT. Otóż obowiązkowy MPP będzie dotyczył wyłącznie sprzedaży w obrocie krajowym tych towarów i usług, o których mowa w nowym załączniku nr 15 do ustawy VAT. Dotyczy to zatem m.in. tych towarów i usług, które do tej pory były objęte tzw. odwrotnym obciążeniem (faktura bez stawki VAT) oraz tzw. towarów wrażliwych (np. paliwa, wyroby stalowe). Firmy powinny zatem dokładnie przeanalizować dodany załącznik 15 i zweryfikować, czy dokonują sprzedaży wskazanych w nim towarów lub usług. W tym celu przedsiębiorca może posłużyć się klasyfikacją PKWiU.

Należy również przypomnieć, że MPP będzie miał zastosowanie tylko wówczas, jeśli kwota sprzedaży na fakturze VAT przekroczy 15 tys. zł (lub równowartość w walucie obcej), a faktura będzie dokumentowała dostawę towarów lub świadczenie usług z załącznika 15. Każda taka faktura powinna być oznaczona wyrazami „Mechanizm Podzielonej Płatności”. Z tym że zasada ta będzie miała również zastosowanie do faktury dokumentującej jednocześnie sprzedaż towarów lub usług, które zostały wymienione w załączniku nr 15, jak również pozostałych, niewymienionych w tym załączniku. W takim przypadku wystarczająca dla objęcia faktury obowiązkowym MPP będzie łączna kwota sprzedaży brutto na fakturze (powyżej 15 tys. zł), bez względu na wartość brutto towaru czy usługi z załącznika nr 15 (np. 2 tys. zł). Natomiast kupujący będzie zobowiązany zapłacić przy użyciu MPP tylko wartość towarów lub usług z załącznika, a w odniesieniu do towarów spoza załącznika Split Payment będzie dobrowolny.

Rozliczenia w walucie obcej

Dla wielu firm utrudnieniem może być także stosowanie MPP dla rozliczeń transakcji krajowych w walutach obcych. Jest to istotna zmiana, ponieważ dobrowolna wersja Split Payment obowiązująca od 2018 r. dotyczyła wyłącznie płatności złotówkowych. Od 1 listopada 2019 r. płatność za fakturę VAT na dostawę z załącznika 15 wystawioną w walucie obcej i zawierającą kwotę VAT wyrażoną w PLN powinna być dokonana dwuetapowo. Wartość netto z faktury powinna trafić na rachunek walutowy sprzedawcy, natomiast wartość VAT na rachunek VAT dopisany do rachunku podstawowego prowadzonego w PLN. Oznacza to, że prawidłowe zastosowanie się nabywcy do MPP będzie możliwe tylko wówczas, gdy wystawca faktury wskaże dwa rachunki bankowe służące do zapłaty należności – walutowy oraz w PLN. Ułatwieniem może być przejście na rozliczenia w PLN, choć z wielu względów biznesowych płatności walutowe mogą okazać się korzystniejsze.

Zaliczki i przedpłaty

Kłopotliwe może okazać się dokonywanie tzw. przedpłat czy zaliczek za dostawę towarów lub wykonanie usługi. Obowiązkowy MPP będzie miał wówczas zastosowanie w przypadku:

  1. przedpłat na 100% wartości zamówienia, jeżeli wartość zamówienia objętego przedpłatą przekroczy 15 tys. zł (lub równowartość w walucie obcej) albo
  2. przedpłat częściowych, jeżeli całkowita wartość zamówienia brutto przekroczy 15 tys. zł (lub równowartość w walucie obcej).

W obu przypadkach sprzedawca powinien poinformować nabywcę o obowiązku opłacenia przedpłaty przy użyciu MPP. Obowiązek ten może zostać spełniony poprzez wystawienie faktury pro forma lub faktury zaliczkowej zawierającej wyrazy „Mechanizm Podzielonej Płatności”. Jednocześnie ten sam komentarz powinien się znaleźć na fakturze końcowej dokumentującej daną transakcję. Nabywca dokonujący płatności w MPP powinien udowodnić, że zapłacona zaliczka (przedpłata) dotyczy konkretnej faktury.

Informowanie nabywcy o błędach

Celem Ustawodawcy było, aby transakcja objęta MPP została każdorazowo opłacona przy użyciu rachunku VAT. Oznacza to, że nawet jeśli na sprzedawcy będzie ciążył obowiązek wystawienia faktury z MPP, to brak takiego oznaczenia nie zwolni nabywcy z obowiązku dokonania płatności przy użyciu Split Payment. Co istotne, nabywca będzie narażony na sankcje nawet wówczas, jeśli otrzyma wadliwie wystawioną fakturę, tj. bez komentarza MPP, i opłaci ją z pominięciem Split Payment. Sankcje obejmą również sprzedawcę z powodu niedopełnienia obowiązku prawidłowego oznaczenia faktury. Podatnik powinien zatem wdrożyć odpowiedni sposób postępowania na wypadek wystawienia wadliwej faktury m.in. poprzez wystawienie faktury korygującej zawierającej wyrazy „MPP” oraz niezwłoczne poinformowanie nabywcy o obowiązku dokonania płatności na rachunek VAT.

Na co jeszcze należy zwrócić uwagę?

Pogorszenie płynności finansowej w firmie to nie jedyna konsekwencja wprowadzenia obowiązkowego MPP. Oprócz wskazanych już sankcji VAT i na gruncie KKS, podatnik, który pomimo ciążącego na nim obowiązku nie dokona zapłaty za pomocą MPP, będzie pozbawiony możliwości zaliczenia takiego wydatku do kosztów podatkowych, przy czym ograniczenia w podatkach dochodowych zaczną obowiązywać dopiero z początkiem 2020 r. Niemniej jednak już teraz przedsiębiorcy powinni przeprowadzić gruntowny audyt swoich rozliczeń w celu zmniejszenia ryzyka podatkowego w zakresie VAT i podatku dochodowego, jakie niesie za sobą obowiązkowy Split Payment.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfryzacja firmy szansą na rozwój

Procesy realizowane w formie elektronicznej to konieczność w rzeczywistości cyfrowej. Takie podejście stwarza szansę na osiągnięcie lepszej efektywności i zwiększenie konkurencyjności.

Digitalizacja obejmuje wszystkie dziedziny życia i gospodarki. Trudno wyobrazić sobie dzisiaj świat bez mobilnych rozwiązań jak e-mail, komunikatory internetowe, smartfony czy laptopy. Zmienia się środowisko pracy, zacieśniają wzajemne powiązania przedsiębiorstw i klientów. Konsumenci najczęściej oczekują możliwości komunikacji z wybranym dostawcą za pośrednictwem internetu. Tam też szukają też nowych partnerów biznesowych.

– Bez cyfrowej strategii biznes nie może efektywnie się rozwijać. Obecnie sprawne zarządzanie przedsiębiorstwem każdej wielkości wymaga nowoczesnych narzędzi, wspomagających przetwarzanie i analizę informacji – uważa Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.Ucyfrowienie wniosło rewolucyjne zmiany w społeczeństwach i gospodarkach, a firmy, aby sprostać rosnącym wyzwaniom, powinny szukać nowatorskich rozwiązań.

Polska na tle Europy

Komisja Europejska od 2015 roku monitoruje konkurencyjność cyfrową państw członkowskich. W opublikowanym za 2019 rok raporcie dotyczących indeksu gospodarki cyfrowej i społeczeństwa cyfrowego (DESI) Polska zajęła 25 miejsce wśród 28 krajów, wyprzedzając Grecję, Bułgarię i Rumunię.[1] Co prawda, w ciągu ostatnich kilku lat wynik naszego kraju poprawił się, ale wzrosła też średnia w całej Unii Europejskiej. Dlatego Polsce nie udało się awansować w rankingu ogólnym.

Jeśli chodzi o wdrażanie technologii cyfrowej w przedsiębiorstwach, Polska zajmuje 26 miejsce wśród krajów UE. Sprzedaż w internecie prowadzi 12% firm sektora małych i średnich przedsiębiorstw. To więcej niż w poprzednim badaniu DESI, ale nadal poniżej unijnej średniej, która wynosi 17%. Średnio 7% obrotów MŚP stanowi sprzedaż internetowa. Z elektronicznych narzędzi wymiany informacji korzysta 26% przedsiębiorstw. Tutaj nastąpił postęp, bo w 2016 roku wskaźnik ten miał 21%.

Wśród kluczowych osiągnięć naszego kraju autorzy raportu wyróżniają cyfrową transformację opieki zdrowotnej. Uwagę przyciągnął pilotażowy projekt e-recept i skierowań elektronicznych oraz system elektronicznych zwolnień chorobowych. Od 1 stycznia 2020 e-recepty staną się obowiązkowe w całym kraju, rok później taki wymóg ma również dotyczyć skierowań elektronicznych. Z raportu wynika też, że większy wysiłek w cyfryzację powinna włożyć administracja. Pod względem cyfrowych usług publicznych Polska zajmuje 23 miejsce w UE, znacznie poniżej średniej unijnej. Dlatego zapewne z usług administracji elektronicznej aktywnie korzysta tylko połowa użytkowników internetu w Polsce.

Cyfryzacja szansą na rozwój

Digitalizacja jest procesem złożonym. Wymaga od kierujących przedsiębiorstwem określenia wizji i celu. W proces zmian muszą być też zaangażowani pracownicy, którzy nowe rozwiązania będą wykorzystywać. Dotyczy to właściwie każdego podmiotu, niezależnie od jego wielkości. Konica Minolta proponuje firmom rozwiązanie Workplace Hub – składa się na nie sprzęt, oprogramowanie oraz zestaw usług. Dostępne w ramach tego systemu autorskie narzędzia Workplace Go i Workplace Doc zapewniają zautomatyzowane przetwarzanie informacji i dokumentów oraz digitalizację i usprawnienie wybranych procesów biznesowych. Oprogramowanie to może być zintegrowane z systemami finansowo-księgowymi, sprzedażowymi, a także kadrowo-płacowymi. – Workplace Hub to prawdziwy wirtualny pracownik, który w cyfrowym świecie biznesu odnajduje się jak nigdy. Kompleksowo i proaktywnie łączy usługi IT, sprzęt i oprogramowanie w jeden sprawny organizm. Workplace Hub rozwiąże skomplikowane kwestie z zakresu bezpieczeństwa cyfrowego, czy digitalizacji, co ważne w obecnej sytuacji rynku pracy, gdzie przedsiębiorstwom nie jest łatwo zatrudnić wykwalifikowanego informatyka. – dodaje Mateusz Macierzyński z Konica Minolta. Dzięki Workplace Hub nawet małe i średnie firmy zyskują dostęp do narzędzi obecnych do tej pory głównie w największych przedsiębiorstwach.

Każda zmiana, w tym cyfryzacja, powinna wynikać z konkretnych potrzeb biznesowych. Ułatwia to wybór adekwatnych rozwiązań, które następnie będą prowadzić do realizacji wyznaczonego celu. Inwestowanie w technologię cyfrową pozwala optymalizować procesy, które staną się szybsze i bardziej wydajne. Firmy zyskują nowe możliwości rozwoju oraz czas, który mogą spożytkować na poprawę konkurencyjności.

[1] https://ec.europa.eu/digital-single-market/en/desi

Drutex z rekordem sprzedaży

Październik był dla Drutexu rekordowym miesiącem w historii firmy pod względem wielkości sprzedaży. Wiodący producent stolarki okienno-drzwiowej w Europie w minionym miesiącu odnotował ponad 100 mln zł przychodu. Bieżący rok od początku jest bardzo pomyślny dla firmy, a pierwsze trzy kwartały br. spółka zamyka z ok. 10% wzrostem sprzedaży.

– Nasza sprzedaż z miesiąca na miesiąc jest coraz lepsza. Po raz pierwszy w historii w ciągu jednego miesiąca odnotowaliśmy obrót przekraczający 100 mln zł. Był to jednocześnie wynik o 10% lepszy niż w październiku ubiegłego roku, który był dotychczas rekordowym miesiącem dla firmy. Przychody i wyniki finansowe jedynie potwierdzają, że Drutex jest w doskonałej kondycji. Rozwijamy się we właściwym kierunku, inwestujemy w potencjał produkcyjny, zaplecze technologiczne, nowe działy produkcyjne, jesteśmy świetnie zorganizowani i wydajni jak nigdy dotąd, co ma swoje konsekwencje w coraz lepszych wynikach i większej efektywności działania. Mamy świetnych, zmotywowanych i zaangażowanych ludzi, dzięki którym jesteśmy w stanie osiągać doskonałe rezultaty, które jeszcze rok temu wydawały się nierealne. Jeszcze w zeszłym roku myśleliśmy, że jesteśmy u granic możliwości produkcyjnych. W tym roku powierzchnia pod dachem się nie zwiększyła, a realizujemy więcej i szybciej umacniając swoją pozycję na międzynarodowym rynku stolarki – powiedział Leszek Gierszewski, twórca i prezes Drutex S.A.

Stabilna pozycja firmy, silne fundamenty i konsekwentna strategia działania są podstawą dynamicznego rozwoju spółki. W tegorocznym rankingu magazynu Forbes, Drutex znalazł się na 46 pozycji wśród 100 największych prywatnych firm w Polsce, co jest nie lada osiągnięciem. Drutex to przedsiębiorstwo zbudowane w 100% na polskim kapitale, z fabryką w Polsce, technologiami opartymi na polskiej myśli konstruktorskiej, co decyduje o jego sukcesie w kraju i za granicą. Co ważne, firma nie spoczywa na laurach i realizuje kolejne śmiałe inwestycje. Tylko w tym roku zainwestowała ponad 70 mln zł w innowacyjne maszyny, urządzenia i rozwiązania technologiczne. Drutex uruchomił własny dział wtryskarek, na który składają się nowoczesne wtryskarki Engel i wysokiej klasy roboty przemysłowe, które zapewniają najwyższą jakość, lepszy poziom produkcji i są kolejnym krokiem firmy w budowaniu strategii przemysłu 4.0. opartej na automatyzacji i robotyzacji produkcji. Jednocześnie firma rozbudowuje chemię i ekstruzję na potrzeby własnej produkcji stolarki okienno-drzwiowej z PVC.

Leszek Gierszewski
Leszek Gierszewski, Prezes Drutex S.A.

Drutex, to wiodący producent okien, drzwi i rolet w Europie. Firma, w ciągu prawie 35 lat stała się marką rozpoznawalną nie tylko w Polsce, ale niemal na całym świecie. Jej dynamiczny rozwój stał się możliwy dzięki stabilnym fundamentom opartym w 100% na polskim kapitale. Strategię zorientowaną na najwyższej jakości produktów, najnowocześniejszej technologii oraz proinwestycyjnej polityce, od samego początku wcielał w życie twórca tego okiennego giganta Leszek Gierszewski. Dzisiejsza pozycja Drutexu nie byłaby możliwa, gdyby nie zadowolenie i uznanie klientów, których firma liczy już kilka milionów i z każdym rokiem ta liczba bardzo szybko rośnie. Drutex jest dziś postrzegany jako jeden z najlepszych ambasadorów polskiego przemysłu na świecie.

System zbiórki i recyklingu odpadów opakowaniowych do poprawki. Do lipca 2020 roku muszą zostać uchwalone nowe przepisy

System zbiórki i recyklingu odpadów opakowaniowych do poprawki. Do lipca 2020 roku muszą zostać uchwalone nowe przepisy 7

Co trzeci Polak w ogóle nie segreguje śmieci. Ci, którzy to robią, często segregują w niewłaściwy sposób. Dodatkowo część z prawidłowo posegregowanych odpadów i tak nie trafia do recyklingu. Nowe przepisy, nad którymi pracuje Ministerstwo Środowiska, mają zmienić ten stan rzeczy. Potrzebna jest jednak współpraca producentów, samorządów i samych mieszkańców. A także, jak podkreśla Magdalena Dziczek z Eko-Pak, innowatorów, którzy stworzyliby bardziej przyjazne środowisku opakowania.

– Trudno jest nam określić dokładną masę wytwarzanych odpadów komunalnych, bo czytając różne raporty, dowiadujemy się, że jest to od 11 do 13 mln ton – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Dziczek, członek zarządu Związku Pracodawców Eko-Pak. – Nie wiemy też, ile w odpadach komunalnych mamy tworzyw sztucznych, ile papieru, ile szkła. System przez to też jest nieszczelny, bo jeżeli każdy sprawozdaje trochę inaczej albo te dane są niespójne i niekorygowane na poziomie sprawozdań, to jest obawa, że te odpady być może gdzieś wyciekają.

Jest to zadanie zarówno dla producentów, organizacji odzysku odpadów, gmin, jak i samych mieszkańców. Z badań ARC Rynek i Opinia oraz Forum Odpowiedzialnego Biznesu wynika, że Polacy wciąż mają problem z właściwą segregacją odpadów. Tylko dwie trzecie deklaruje, że w ogóle segreguje odpady. Jeszcze mniej, bo 58 proc. uważa, że działanie to ma sens. Poprawnie na wszystkie pytania dotyczące selektywnej zbiórki odpadów odpowiedziało zaledwie 15 proc. ankietowanych. Trzy czwarte nigdy nie słyszało o śladzie węglowym ani nie jest świadomych, że metalowych czy plastikowych opakowań nie trzeba myć przed wyrzuceniem – zużywa się wówczas niepotrzebnie wodę.

Producenci wprowadzający opakowania na rynek z kolei już teraz są zobowiązani do pokrywania części kosztów zbiórki odpadów, a do połowy 2020 roku powinny zostać uchwalone przepisy wprowadzające unijną dyrektywę, która zobowiązuje ich do opłacania całości kosztów netto zbiórki i przygotowania do recyklingu odpadów, które produkują. Mają one wejść w życie najpóźniej od 2023 roku.

– Mówimy też o różnych aktach wykonawczych, które będą przez Komisję Europejską opracowywane i publikowane, dotyczące np. projektowania opakowań – mówi Magdalena Dziczek. – KE teraz mierzy się z zadaniem, w jaki sposób stworzyć wytyczne dla produkcji opakowań, żeby przede wszystkim zabezpieczały należycie produkt pod względem bezpieczeństwa żywności, a jednocześnie pozwalały na zwiększenie recyklingu.

Jak podkreśla, to kwestia nie tylko zmiany opakowań na nadające się do recyklingu, lecz także skuteczne zbieranie ich po wykorzystaniu produktu i poddawanie ponownemu użyciu lub przetworzeniu. Jeśli nadające się do przetworzenia materiały trafią do odpadów zmieszanych lub środowiska, to w większości – nawet pozbierane i posegregowane – nie będą się już nadawały do odzysku wskutek zanieczyszczenia. Maksymalny odsetek tych opakowań, które będzie można jeszcze poddać recyklingowi, wynosi 6 proc.

– Z drugiej strony część tych opakowań, które nawet trafiły do strumienia selektywnej zbiórki, na sortowni jest traktowana jako zanieczyszczenia i odpada z tego strumienia przekazywanego do recyklingu, np. dlatego że są zbyt drobne. Jakiś produkt został zapakowany w jednorazowej porcji dla dziecka i to już dyskwalifikuje takie opakowanie z recyklingu, mimo że potencjalnie się do niego nadaje – wyjaśnia członek zarządu związku Eko-Pak. – Myślę, że duża jest rola producentów i organizacji odzysku, żeby tak stworzyć mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta, żeby te opakowania opłacało się jednak wysortowywać i przekazywać do recyklingu, a niekoniecznie w prostszym mechanizmie do spalania.

Ministerstwo Środowiska pracuje nad projektem ustawy, która wdrożyłaby unijną dyrektywę odpadową. Obecnie trwają konsultacje z przedsiębiorcami. Według założeń resortu pieniądze od koncernów miałyby zostać podzielone na dwa strumienie, z których jeden trafiałby, jak obecnie, do organizacji odzysku, a drugi do Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, który rozdysponowałby je między te gminy, które dobrze sobie radzą z segregacją i odzyskiem odpadów.

Kondycja zbrojeniówki uzależniona od kontraktów. Duże szanse stwarza program modernizacji polskiej armii

Kondycja zbrojeniówki uzależniona od kontraktów. Duże szanse stwarza program modernizacji polskiej armii 8

Przemysł obronny ma duże przełożenie na krajową gospodarkę, generując kilkanaście procent PKB, dochody z podatków i tysiące miejsc pracy. – W nadchodzących latach jego kondycja w dużym stopniu będzie jednak uzależniona od kontraktów i realizacji modernizacji Sił Zbrojnych – podkreśla prof. Paweł Soroka. Polskie firmy nie są w stanie zrealizować wszystkich programów modernizacyjnych, ale wyzwaniem jest zapewnienie ich maksymalnego udziału w tym procesie i współpraca z zagranicznymi dostawcami.

Kondycja polskiego przemysłu obronnego jest mocno zróżnicowana. Polska Grupa Zbrojeniowa skupia podstawowy potencjał i w jej skład wchodzą przedsiębiorstwa będące w różnej kondycji. W lepszej są te, które mają zamówienia, jak np. Huta Stalowa Wola, z którą zawarto w ostatnim czasie szereg poważnych umów na dostawy samobieżnych dział Krab i na moździerze Rak. W dobrej sytuacji są też te zakłady, które produkują sprzęt przeciwlotniczy, m.in. systemy Poprad czy rakiety Grom. Tam, gdzie są zamówienia, kondycja spółek z sektora przemysłu obronnego jest lepsza – mówi agencji Newseria Biznes prof. Paweł Soroka, kierownik Zakładu Bezpieczeństwa Narodowego Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, koordynator Polskiego Lobby Przemysłowego.

Jak podkreśla, na rynku z powodzeniem funkcjonuje też kilkadziesiąt małych, prywatnych firm, które tworzą innowacyjne rozwiązania z zakresu obronności. Obok nich w tym sektorze przemysłu działają również zagraniczne koncerny, które przejęły w Polsce m.in. dawne zakłady WSK Świdnik czy PZL Mielec, oraz zaplecze badawczo-rozwojowe, które tworzą głównie instytuty wojskowe lub cywilne związane z Polską Grupą Zbrojeniową.

W dużo gorszej sytuacji znajdują się stocznie Marynarki Wojennej. W ocenie ekspertów jest to najbardziej zaniedbany rodzaj Sił Zbrojnych RP, a będące na jej wyposażeniu wysłużone jednostki mają ponad 50 lat lub są niesprawne i powoli wycofywane. Program modernizacji de facto nie jest realizowany, a stoczniom brakuje kontraktów. Ostatnim dużym zamówieniem był wdrożony już do służby niszczyciel min Kormoran II, złożone zostało też zamówienie na dwa kolejne, ale w prywatnej stoczni Remontowa Shipbuilding, (dawna Stocznia Północna).

Z kolei zakłady Bumar-Łabędy, które się specjalizowały w produkcji czołgów, i był taki czas w okresie Układu Warszawskiego, że rocznie produkowały ich około 300, miały pewne kontrakty na przełomie XX i XXI wieku. Później był m.in. kontrakt malezyjski na dostawy czołgów PT-91. Ten się skończył i zakłady są w trudnej sytuacji. Jednak MON zawarł już z nimi umowę na modernizację czołgów T-72 z elementami do poziomu PT-91, tak więc kondycja tych zakładów się niedługo poprawi – mówi prof. Paweł Soroka.

Zdaniem eksperta sytuacja przemysłu będzie się poprawiać wraz z kolejnymi zamówieniami z wojska lub też partnerstwami z zagranicznymi producentami sprzętu. Od tego zależy też kondycja zaplecza badawczo-rozwojowego

Jeśli są zamówienia, to są też potrzebne prace badawczo-rozwojowe na rzecz tych zamówień. Prototypy i wstępne badania są finansowane przez NCBiR, ale czasem chodzi o modernizację uzbrojenia, unowocześnianie pewnych elementów. Takie prace też są w Polsce prowadzone, chociażby w związku ze wspomnianymi czołgami T-72. Ośrodkiem badawczo-rozwojowym działającym na rzecz branży pancerno-samochodowej jest OBRUM w Gliwicach, który na pewno w tej modernizacji będzie brał udział. Z kolei przy modernizacji czołgów Leopard dużo będą miały do zrobienia Wojskowe Zakłady Motoryzacyjne w Poznaniu, które też wchodzą w skład PGZ – mówi prof. Paweł Soroka.

Dobra sytuacja przemysłu obronnego jest o tyle istotna, że ma ona duże przełożenie na krajową gospodarkę. Zbrojeniówka jest dużym sektorem, który generuje kilkanaście procent PKB, pociągając za sobą korzyści w postaci miejsc pracy i dochodów z podatków. Specyfiką przemysłu obronnego jest również to, że powstaje w nim wiele innowacji i technologii, które trafiają następnie do sektora cywilnego.

– Wyzwanie polega na tym, żeby tych kilkanaście programów modernizacji Sił Zbrojnych zostało zrealizowanych z maksymalnym udziałem polskiego przemysłu i żeby on sobie z tym poradził – podkreśla prof. Paweł Soroka. – Całego uzbrojenia nie da się zrobić w Polsce, niektóre systemy musimy kupować zza granicy, jak w przypadku samolotów F-35 czy systemu obrony przeciwlotniczej średniego zasięgu Wisła. Tutaj ważna jest kwestia offsetu: chodzi o to, żeby polski przemysł obronny partycypował w tych zamówieniach, żeby pewne elementy do tych systemów uzbrojenia były robione w Polsce.

Jak podkreśla, przykładem mogą być zakłady Rosomak w Siemianowicach Śląskich.

Produkują one kołowe transportery opancerzone. To jest konstrukcja fińska, ale w dużym stopniu spolonizowana. Coraz więcej elementów do Rosomaków produkuje polski przemysł obronny. To jest dobry przykład, żeby właśnie w tym kierunku pójść. Z kolei polski przemysł też musi być przygotowany, żeby ten offset zaabsorbować – mówi ekspert UJK w Kielcach.

W ubiegłym roku resort obrony zawarł umowy na dostawę sprzętu wojskowego o wartości ponad 13 mld zł, z czego niemal 6 mld zł, czyli 41 proc., trafiło do krajowych zakładów – wynika z informacji przedstawionej przez MON sejmowej Komisji Obrony Narodowej w czerwcu br.

Z tym powinien się wiązać także transfer technologii i to na tym nam szczególnie powinno zależeć. Przykładowo technologie związane z systemem Wisła czy z F-35 są bardzo nowoczesne i chodzi o to, żeby zagraniczni producenci, dostawcy uzbrojenia przynajmniej częścią tych technologii się podzielili, zwłaszcza chodzi o technologie, które są związane z eksploatacją tego sprzętu. Ona może trwać 25 do 30 lat, a sprzęt po drodze może być modernizowany, więc chodzi o to, żeby brały w tym udział polskie firmy – podkreśla prof. Soroka.

Potrzebne wielomiliardowe inwestycje w transformację polskiej energetyki. Środków na ten cel nie powinno zabraknąć

Potrzebne wielomiliardowe inwestycje w transformację polskiej energetyki. Środków na ten cel nie powinno zabraknąć 9

Polska energetyka w blisko 80 proc. opiera się na węglu. Według rządowych strategii w kolejnych latach jego udział ma sukcesywnie spadać, do 60 proc. w 2030 roku, przy równoczesnym zwiększaniu udziału odnawialnych źródeł, do 27 proc. w 2030 roku. Transformacja energetyczna to jednak proces obliczony na dziesięciolecia, wymagający stabilnych ram prawnych i przede wszystkim wielomiliardowego finansowania. – Jeżeli tylko zostaną podjęte trudne decyzje odnośnie do skierowania sektora energetycznego na odpowiedni tor, środki na ten cel na pewno się znajdą – mówi Anna Chmielewska, zastępca dyrektora EBOR.

– Transformacja energetyczna będzie kosztowała setki miliardów i to jest ogromne wyzwanie dla całej gospodarki. W skali globalnej tych środków jest naprawdę dużo – mówi agencji Newseria Biznes Anna Chmielewska, zastępca dyrektora European Bank for Reconstruction and Development.

Cele klimatyczne UE zakładają, że do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych zostanie zredukowana minimum o 40 proc. w stosunku do poziomu z 1990 roku, do tego czasu ma też zostać osiągnięty 27-proc. udział OZE w unijnym miksie energetycznym.

Ramy dla transformacji polskiego sektora energetycznego wyznaczą będąca w trakcie przygotowania „Polityka Energetyczna Polski do 2040 roku” oraz „Krajowy Plan na rzecz Energii i Klimatu do 2030 roku” (KPEiK), negocjowany z Komisją Europejską. Dziś ok. 77 proc. energii elektrycznej w Polsce jest wytwarzane z węgla kamiennego i brunatnego. Długoterminowe strategie zakładają, że w kolejnych latach jego udział ma sukcesywnie spadać do 60 proc. w 2030 roku. Równocześnie Polska będzie stawiać na dywersyfikację nośników energii, zwiększając udział OZE – z obecnego poziomu 14 proc. do ok. 27 proc. w 2030 roku oraz ok. 50 proc. do 2040 roku.

Transformacja polskiej energetyki to jednak proces obliczony na dziesięciolecia, wymagający stabilnych ram prawnych i przede wszystkim wielomiliardowego finansowania.

 Konieczne jest zarówno finansowanie kapitałowe, jak i dłużne, które od lat stanowi podstawę finansowania inwestycji infrastrukturalnych. Tutaj mamy zarówno sektor bankowy, jak i emisje zielonych obligacji, tzw. sustainability bonds, a grono inwestorów się poszerza. Mamy także inwestorów kapitałowych w formie funduszy infrastrukturalnych i środki europejskie. Tak więc jeżeli tylko zostaną podjęte trudne decyzje odnośnie do skierowania sektora energetycznego na odpowiedni tor, to środki na sfinansowanie tej transformacji na pewno się znajdą – zapewnia Anna Chmielewska.

Propozycja przedstawiona przez Komisję Europejską w maju ub.r. zakłada, że nowa unijna siedmiolatka na lata 2021–2027 nie będzie już co prawda tak hojna dla Polski, która ma otrzymać o 25 proc. mniej na politykę spójności, jednak finansowanie transformacji energetycznej wciąż pozostaje jednym z unijnych priorytetów i środków na ten cel nie zabraknie.

Alternatywą może być też m.in. szybko rosnący rynek zielonych obligacji (green bonds), finansujących projekty związane z ekologią, ochroną środowiska czy poprawą jakości powietrza. Od kilku lat z powodzeniem emitują je już samorządy i miasta takie, jak Oslo czy Sztokholm. Polska – jako pierwszy kraj na świecie – już w 2016 roku wyemitowała zielone obligacje na kwotę 750 mln euro na sfinansowanie ulg i dotacji dla firm wytwarzających zieloną energię. W ubiegłym roku dokonała kolejnej emisji zielonych obligacji o wartości 1 mld euro, która spotkała się z olbrzymim zainteresowaniem rynku (jak podało MF, inwestorzy chcieli kupić papiery o wartości aż 3,25 mld euro).

Z danych KPMG i DNB Banku wynika, że globalna wartość zielonych obligacji wyniosła w 2018 roku 167,3 mld dol. (wzrost z 162,1 mld dol. rok wcześniej). Szacunki rynkowe mówią, że w tym roku będzie to już 250 mld dol.

– Mechanizmy wsparcia regulacyjnego pomagają maksymalnie wykorzystać finansowanie dłużne. Pozwala to zapewnić pewną przewidywalność ram prawnych i przepływów gotówkowych. Wobec tego pomagają sfinansować inwestycje w sposób szybki i efektywny kosztowo, tym samym przyczyniając się do jak najniższego kosztu energii dla odbiorców końcowych – mówi Anna Chmielewska.

Jak podkreśla, dodatkiem jest także wsparcie ze strony instytucji międzynarodowych, chociaż one rzadko finansują tego typu inwestycje samodzielnie.

Zwykle pełnią rolę mobilizatora dla finansowania zewnętrznego w celu przekonania, że wystarczająco bezpiecznie jest zainwestować w dany projekt – mówi Anna Chmielewska.

W kolejnych latach istotnym elementem finansowania inwestycji energetycznych na dużą skalę będą także raczkujący w Polsce rynek mocy oraz aukcje OZE.

– Jako EBOR sfinansowaliśmy pierwszą dużą farmę wiatrową w Potęgowie, która korzysta z systemu aukcyjnego. Widzimy coraz większe zainteresowanie innych banków finansowaniem w tej formule. Jest to system zbliżony do systemów w innych krajach, które są dobrze bankowalne i pomagają osiągnąć jak najniższe ceny dla odbiorcy końcowego – podkreśla Anna Chmielewska. – To samo dotyczy rynku mocy. Tu jesteśmy dopiero na początku drogi, ale tym, co ważne w każdym systemie wsparcia, jest jego przewidywalność i wiara rynku w to, że on będzie trwał w niezmienionej formie.

Warszawa szykuje duże zmiany dla kierowców. Możliwa większa strefa płatnego parkowania i wyższe opłaty za postój

Warszawa szykuje duże zmiany dla kierowców. Możliwa większa strefa płatnego parkowania i wyższe opłaty za postój 10

Stolica to jedno z najbardziej zakorkowanych miast w Europie. Warszawski ZDM chce walczyć z korkami i smogiem, dlatego szykuje szereg zmian dla kierowców. Latem 2020 roku – w związku z rozszerzeniem strefy płatnego parkowania – nowe parkomaty mają się pojawić na ulicach Woli i Pragi-Północ. Równolegle wzrośnie również opłata za postój i kary za parkowanie bez jej uiszczenia. Docelowo stołeczna SPPN ma rozrosnąć się aż o 120 proc. Ratusz liczy, że zachęci to kierowców do przesiadki do miejskiej komunikacji.

– Łącznie odbędzie się blisko 20 spotkań w formie warsztatów, na których ulica po ulicy proponujemy mieszkańcom nową organizację ruchu, tak aby była optymalna, jeśli chodzi o potrzeby społeczności lokalnej. Zakładamy, że konsultacje skończymy 10 listopada, potem około 2 miesiące zajmie rozpatrzenie wszystkich uwag, które można zgłaszać również pocztą tradycyjną czy przez adres mailowy. Mniej więcej na przełomie grudnia i stycznia zapadnie decyzja co do ewentualnego rozszerzenia strefy – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Puchalski, dyrektor Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie. – Rozmawiamy o terenie Woli do granic określonych ul. Prymasa Tysiąclecia i Pragi, z pominięciem Szmulek i okolic pl. Hallera.

ZDM planuje rozszerzenie Strefy Płatnego Parkowania Niestrzeżonego na terenie stolicy. Chce objąć nią te obszary, które będą w największym stopniu narażone na deficyt miejsc parkingowych. Na Woli strefa miałaby objąć obszar pomiędzy al. Prymasa Tysiąclecia a ul. Okopową i Towarową. Na prawym brzegu Wisły są to tereny pomiędzy al. Solidarności a ul. 11 Listopada i Ratuszową oraz od Targowej do al. Tysiąclecia i ul. Radzymińskiej, a także ulice w bezpośrednim sąsiedztwie ZOO.

– Pojawiła się petycja od mieszkańców, którzy w trakcie spotkań na Pradze prosili o rozszerzenie strefy jeszcze o obszar Szmulek. Jeśli tych głosów będzie więcej, prawdopodobnie po analizie rozszerzymy jej zakres o ten właśnie obszar – zapowiada Łukasz Puchalski. – W kolejnych latach chcielibyśmy przeprowadzić podobne konsultacje dla Żoliborza, Ochoty i części Mokotowa.

Jak podkreśla, rozszerzenie SPPN ma służyć przede wszystkim mieszkańcom Pragi i Woli. Uruchomienie nowych stacji to dla nich duże ułatwienie, ale z drugiej strony powoduje deficyt miejsc parkingowych.

 Mieszkańcy przede wszystkim oczekują ochrony przed pojazdami, które najeżdżają dzielnicę, przede wszystkim Wolę, co ma też związek z pracownikami pobliskich biurowców – mówi Łukasz Puchalski.

Kierowcy z innych dzielnic korzystają bowiem z ulic w pobliżu stacji, aby zaparkować samochód i przesiąść się do metra. Wąskie uliczki szybko zapełniają się pozostawionymi na cały dzień samochodami, utrudniając znalezienie miejsca okolicznym mieszkańcom. Wprowadzenie płatnego parkowania ma ochronić te tereny przed nadmierną liczbą parkujących samochodów. Mieszkańcy będą mogli parkować na nich bez dodatkowych opłat po wykupieniu abonamentu. ZDM testowo wprowadzi też nowe rozwiązanie, które ma ułatwić im znalezienie postoju w pobliżu miejsca zamieszkania.

 W ramach nowej organizacji ruchu dla strefy płatnego parkowania na Woli i na Pradze-Północ przygotowaliśmy pionierskie rozwiązanie – dopuszczamy parkowanie niewyznaczone. W strefie każde miejsce parkingowe musi być wyznaczone, a pozostałe miejsca wyeliminowane jako niemożliwe do parkowania, ponieważ nie można pobrać na nich opłat. Natomiast teraz wprowadzamy nową kombinację znaków i w tego typu miejscach nie będziemy eliminować parkowania. Dopuścimy je, ale tylko dla mieszkańców posiadających abonament – mówi Łukasz Puchalski.

W obecnym kształcie warszawska strefa płatnego parkowania działa od 2013 roku. O jej rozszerzenie apelowali do władz miasta mieszkańcy (na Pradze wniosek w tej sprawie podpisało ponad 1 tys. osób), radni oraz władze Woli i Pragi-Północ. Ostateczna decyzja o rozszerzeniu SPPN należy do Rady m.st. Warszawy. Jeśli radni zdecydują się na rozszerzenie strefy, parkomaty na ulicach Woli i Pragi-Północ pojawią się w 2020 roku.

 Chcielibyśmy wdrażać zmiany w organizacji ruchu w okresie wakacyjnym. To jest okres, w którym mamy w Warszawie najmniej samochodów i wszystkie utrudnienia związane z wprowadzaniem nowej organizacji ruchu będą najmniej uciążliwe dla mieszkańców – mówi dyrektor Zarządu Dróg Miejskich w Warszawie.

Rozszerzenie SPPN to nie jest jedyna zmiana, jaką warszawski magistrat szykuje dla kierowców. Jak poinformował w ubiegłym tygodniu na konferencji prezydent stolicy Rafał Trzaskowski, równolegle od lata przyszłego roku wzrosną też stawki za parkowanie. Pierwsza godzina postoju ma kosztować 3,9 zł, druga – 4,6 zł, trzecia – 5,5 zł, a każda kolejna – 3,9 zł. Wzrosną również kary za parkowanie bez wniesienia opłaty (do maksymalnej kwoty 250 zł albo 170 zł w przypadku uiszczenia kary w ciągu 7 dni od daty wezwania).

Docelowo do 2023 roku warszawska strefa płatnego parkowania ma rozszerzyć się o 125 proc. i siedem nowych obszarów (m.in. na Mokotowie, Żoliborzu, Woli, w Porcie Praskim i Śródmieściu Południowym). Zmiany mają się przyczynić do ograniczenia emisji i poprawy jakości powietrza w stolicy.

Kompetencje przyszłości to nie tylko umiejętności cyfrowe. Aby przygotować się do pracy w nowo tworzonych zawodach, potrzebna jest kreatywność

Kompetencje przyszłości to nie tylko umiejętności cyfrowe. Aby przygotować się do pracy w nowo tworzonych zawodach, potrzebna jest kreatywność 11

Niemal 20 proc. osób pracuje w zawodach, które w 2030 roku mogą przestać istnieć. W wielu branżach najbardziej poszukiwane zawody lub specjalizacje nie istniały dziesięć, a nawet pięć lat temu, a tempo zmian przyspiesza. Dlatego tak istotna jest nauka nowych, cyfrowych umiejętności i interdyscyplinarne podejście do przedmiotów. Możliwość kreatywnego rozwiązywania problemów daje metoda STEAM. Dzięki niej uczniowie mogą napisać grę czy zaprogramować urządzenie od początku do samego końca, czyli opracować pomysł, stworzyć prototyp, wypróbować go i udoskonalić.

– Metoda STEAM łączy nauki ścisłe, inżynierię, sztukę i matematykę tak, żeby pokazać, że nauka powinna być wielowątkowa. Powinna łączyć wiele dziedzin w sposób kreatywny i uczyć poprzez doświadczenie, tworzenie wspólnych projektów, a nie tylko podręcznikowe rozwiązywanie zadań. Programowanie jest jedną z umiejętności, której uczymy nie po to, żeby tylko programować, ale żeby poczuć się sprawczym i odpowiedzialnym za tworzenie nowych technologii – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Van Anh Dam, współzałożycielka szkoły programowania Kids Code Fun.

Przyszłością edukacji jest STEAM (ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics, czyli nauka, technologia, inżynieria, matematyka), która łączy różne umiejętności i naukę wielu przedmiotów. W Stanach Zjednoczonych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat liczba doktorantów STEAM wzrosła ponad dwukrotnie do prawie 700 tys. Jednocześnie jednak studenci wiedzą niewiele o psychologicznym, ekonomicznym czy etycznym wymiarze ich pracy. Tymczasem nowe podejście ma łączyć naukę i sztukę, uczyć interdyscyplinarnego podejścia, widzieć zależności tam, gdzie pozornie ich nie ma.

Jednym z narzędzi w STEAM jest programowanie, nazywane kluczową umiejętnością przyszłości.

– Umiejętności, których wymaga programowanie, czyli kreatywność, analityczne myślenie, ale również trochę cierpliwości do tworzenia i niezniechęcanie się błędami, a także odwaga do eksperymentowania, to jest coś, co można wypracować na zajęciach. I absolutnie nie jest tak, że trzeba być świetnym z matematyki czy z informatyki, żeby móc zacząć programować – przekonuje Van Anh Dam.

Raport „Future of Skills. Employment in 2030” wskazuje, że nawet 35 proc. dzisiejszych miejsc pracy jest zagrożonych komputeryzacją w ciągu najbliższych 20 lat. Częściej poszukiwane będą też dodatkowe umiejętności: interpersonalne, poznawcze czy systemowe. Bardziej odporne na automatyzację będą prace kreatywne. W 2030 roku jedną z bardziej pożądanych umiejętności będzie zaś programowanie.

– Programowanie rozwija umiejętności empatii, planowania i analizowania, na czym polega problem – tłumaczy Van Anh Dam. – Nie chodzi tylko o kompetencje techniczne, lecz także kompetencje poznawcze, analizowanie, rozumienie, rozbijanie problemu na małe elementy i kompetencje społeczne, czyli prezentowanie, empatia dla użytkownika, który będzie korzystał z tego, co stworzymy – dodaje.

Akademia Kids Code Fan w Polsce prowadzi kursy pierwszego stopnia z programowania np. w języku JavaScript dla dzieci w wieku 11–13 lat. W ramach zajęć uczą się m.in. pisać autorską grę czy instrukcje dla robotów. Do szkoły najczęściej trafiają dzieci 8–10-letnie, w starszym wieku kontynuują naukę już na bardziej zaawansowanych kursach. Obecnie tylko w Warszawie na zajęcia uczęszcza prawie sto dzieci.

– Dzieci uczą się nowych technologii, wykorzystywać je w kreatywny sposób. Szybko wychodzi im samo konsumowanie tego, co jest dostępne – oglądanie, granie, ale tworzenie wymaga więcej cierpliwości i kreatywności, samodzielnej pracy. Mogą się tego szybko uczyć, bo mają mniej obaw przed popełnianiem błędów – wskazuje Van Anh Dam podczas wywiadu w Centralnym Domu Technologii, którego Kids Code Fun jest partnerem merytorycznym.

Z badania EU Kids Online, przeprowadzonego przy wsparciu Fundacji Orange na grupie uczniów polskich szkół, wynika, że zdecydowana większość dzieci w Polsce nigdy nie stworzyła niczego za pomocą aplikacji mobilnej, jest mało kreatywna, rzadko wykorzystuje cyfrowe narzędzia. Zadania przyszłości nie będą zależeć tak bardzo od znajomości faktów czy znajomości wzorów, ale będą wymagały współpracy z innymi ludźmi. To współpraca będzie przewagą konkurencyjną, podobnie jak umiejętność wyjścia poza szablon.

– Szkoła uczy dzieci, że powinny dawać dobre odpowiedzi, ale one są jeszcze na tyle młode i jeszcze mają w sobie tę ciekawość i odwagę, że nie boją się popełnić błędu, przestawić jakiś bloczek czy zmienić linijkę kodu. To jest ta różnica pod względem tempa uczenia się między dziećmi a dorosłymi, że dzieci nie boją się aż tak popełniać błędów. A bez popełniania błędów nie jesteśmy w stanie nauczyć się korzystania z nowych technologii, programowania czy jakichkolwiek innych umiejętności – mówi współzałożycielka Kids Code Fun.

Polacy chcą przeszczepiać bakterie jelitowe. To szansa dla chorych na wiele schorzeń

Polacy chcą przeszczepiać bakterie jelitowe. To szansa dla chorych na wiele schorzeń 12

Kolonizacja jelit chorego mikroflorą pobraną z kału dawcy może uratować życie dziesiątkom tysięcy osób cierpiących na infekcję clostridium difficile. To też ogromna szansa dla osób zmagających się z chorobą Leśniowskiego-Crohna oraz schorzeniami o podłożu neurologicznym, takimi jak padaczka. W Polsce powstanie ośrodek specjalizujący się w pozyskaniu i selekcji dawców oraz przygotowywaniu preparatów do wlewek.

– Human Biome Institute to przyszła spółka, która powstanie w ciągu najbliższych 2–3 miesięcy. Będzie się ona zajmować udostępnianiem i przetwarzaniem kału zdrowych ludzi, czyli bakterii jelitowych, które będą pochodziły od zdrowych dawców. Posłużą do celów leczniczych początkowo dla osób z clostridium difficile. Ta choroba trapi co najmniej 12 tys. osób rocznie w Polsce, z czego wiele niestety umiera. Metoda, którą proponujemy, ma aż 93 proc. skuteczności. To znaczy nie ma lepszego leku, a pozostałe leki są bardzo daleko w tyle. Można ratować ludzkie życie właściwie jutro, jeżeli tylko takie projekty ruszą – mówi agencji Newseria Innowacje dr n. med. Jarosław Biliński z Kliniki Hematologii, Onkologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Choć mikroflora jelitowa może być ratunkiem dla chorujących na wiele przypadłości, to do tej pory problemem było pozyskanie odpowiedniego dawcy, którego kał może posłużyć jako materiał do przygotowania preparatu dla biorcy. Potencjalni dawcy badani są pod kątem zakażeń, zwyczajów żywieniowych, przyjmowanych leków, trybu życia i przebytych chorób. Do niedawna WUM, który jako jeden z kilku ośrodków w Polsce dokonywał takich przeszczepów, otrzymywał preparaty wyłącznie w ramach badania naukowego realizowanego przez Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji w Warszawie.

– Do tej pory nie wiadomo było, skąd niektóre choroby się biorą, dlaczego ktoś ma tendencje do otyłości, ktoś do alergii, ktoś do nowotworów. Okazuje się, że najprawdopodobniej za to właśnie odpowiadają bakterie jelitowe. A mamy ich w organizmie 10 razy więcej niż komórek, które budują nasze ciało. One ściśle współgrają z naszym układem odpornościowym. Dobrych bakterii musi być tyle, ile trzeba, a nic nie zastąpi ich tak dobrze, jak przeszczepienie ich od zdrowego człowieka – mówi dr n. med. Jarosław Biliński.

Przeszczep mikrobioty jelitowej (FMT) jest już sprawdzoną i zarejestrowaną procedurą w leczeniu infekcji clostridium difficile. Duże nadzieje związane z jej zastosowaniem łączone są także z leczeniem nieswoistych zapaleń jelit, a zwłaszcza choroby Leśniowskiego-Crohna (CD). Naukowcy dowiedli już, że mikrobiota pacjentów z NZJ jest inna niż u zdrowych ludzi. Kolonizacja jelit dobrą mikrobiotą pozwala zasiedlić je bakteriami, które mają działanie przeciwzapalne i działają uszczelniająco na błonę śluzową. Tym samym odwracają one proces zapalny i destrukcję jelita przez układ odpornościowy.

Mikroflora jelitowa może mieć też wpływ na przebieg chorób neurologicznych. W czasopiśmie World Journal of Gastroenterology opisany został przypadek 22-letniej pacjentki z chorobą Crohna ze współistniejącą od 17 lat epilepsją. Wskazaniem do przeprowadzenia przeszczepu bakterii kałowych leczonej w szpitalu Uniwersytetu Medycznego w Nankinie pacjentki było nieskuteczne leczenie CD. Po przeprowadzeniu FMT udało się uzyskać zarówno remisję choroby podstawowej, jak i padaczki. Podczas 20 miesięcy obserwacji FMT udowodnił swoją skuteczność w zapobieganiu nawrotom drgawek po odstawieniu leków przeciwpadaczkowych. Odkrycie to potwierdza przypuszczenia co do istotnej relacji między działaniem jelit a pracą mózgu.

– Dzięki grantom naukowym wytworzyliśmy własne technologie i proponujemy coś nowego. Coś, co będzie akceptowalne dla pacjentów i tak naprawdę na Zachodzie zaczyna być wielkim boom – podkreśla ekspert.

Polski szpital jest w trakcie rozmów, których finałem ma być stworzenie europejskiej koalicji mikrobiomu w ramach grantu COST Action. Konsorcjum ma zrzeszać naukowców z całej Europy, którzy pracują nad problemem badań nad FMT. Korzyścią dla Polaków ma być wymiana wiedzy i doświadczeń z zespołami z zagranicy. Dla zagranicznych partnerów będzie to okazja do wdrożenia badań klinicznych, które w Polsce jest łatwiejsze, niż np. w Niemczech.

– Od stycznia uruchomimy produkcję, zaczniemy produkować pierwsze leki. Będą mogły być dostępne w połowie przyszłego roku, czyli to już jest bardzo bliska perspektywa. Mamy zespół, mamy technologię, mamy materiał, mamy sprzęt, jesteśmy właściwie na ostatnim etapie. Myślę, że można się spodziewać w połowie przyszłego roku już efektów w postaci wyruszenia na rynek i udostępnienia tego pacjentom – zapowiada Jarosław Biliński.

Według analityków Research and Markets rynek przeszczepów mikrobioty jelitowej osiągnie w USA do 2025 roku wartość 150 mln dol. W 2018 roku wartość ta nie przekraczała 100 mln dol. Stany Zjednoczone generują 50 proc. globalnych przychodów na rynku procedur FMT.

Uczenie maszynowe wkracza do branży bankowej. Pomaga w prognozowaniu finansów i oferowaniu lepszych usług klientom

Uczenie maszynowe wkracza do branży bankowej. Pomaga w prognozowaniu finansów i oferowaniu lepszych usług klientom 13

Wykorzystanie algorytmów uczenia maszynowego może zrewolucjonizować sektor finansowy. Banki coraz śmielej inwestują w systemy chmurowe oraz aplikacje wykorzystujące sztuczną inteligencję do analizy dużych zasobów informacji. Dzięki nim mogą przeprowadzać dokładniejsze prognozy finansowe oraz oferować produkty, które będą lepiej dopasowane do potrzeb poszczególnych klientów. Dodatkowo zwiększą bezpieczeństwo przeprowadzanych transakcji.

– Nowe technologie takie jak np. sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe znajdują coraz szersze zastosowanie. Sektor finansowy nadaje się doskonale do ich wykorzystania, ponieważ finanse operują na danych i na liczbach – mówi agencji Informacyjnej Newseria Innowacje Bartek Ostrowski, szef działu finansów w firmie UBS.

Sztuczna inteligencja nie bez powodu fascynuje branżę finansową. Algorytmy wykorzystujące mechanizmy uczenia maszynowego mogą w czasie rzeczywistym analizować duże zasoby informacji, które spływają np. z giełdy, i błyskawicznie reagować na wahania kursów akcji, maksymalizując zyski i minimalizując straty inwestorów.

Po rozwiązania tego typu sięgnęli m.in. przedstawiciele Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, którzy wspólnie będą pełnić pieczę nad rozwojem systemu GPW Data. Projekt zakłada stworzenie repozytorium oraz narzędzi, które będą wspierały podejmowanie decyzji finansowych przy wykorzystaniu algorytmów sztucznej inteligencji w procesie analizy oraz przetwarzania danych pozyskiwanych na rynku finansowym.

Po sztuczną inteligencję sięgnęła również giełda Nasdaq, która we współpracy z firmą Cryptoindex wprowadziła index kryptograficzny CIX100. Inwestorzy znajdą w nich informacje na temat 100 najważniejszych kryptowalut funkcjonujących na rynku. Każda z nich jest poddawana gruntownej analizie za pośrednictwem algorytmów sztucznej inteligencji, które analizują transakcje przeprowadzane na kluczowych giełdach kryptowalutowych, a także doniesienia prasowe publikowane w portalach branżowych oraz mediach społecznościowych.

– Decyzje inwestycyjne nie są podejmowane tylko przez roboty; jeśli spojrzeć na globalne rynki, to obecnie za większością transakcji nadal stoi człowiek. Niemniej użycie sztucznej inteligencji zdecydowanie pozwala analitykom na efektywniejszą pracę – wyjaśnia ekspert.

Analitycy z Deutsche Bank Research w raporcie „Artificial intelligence in banking” przyjrzeli się innemu aspektowi fintechowych sztucznych inteligencji. Dostrzegli oni potencjał algorytmów uczenia maszynowego jako narzędzia do skutecznej weryfikacji tożsamości uczestników rynku finansowego. Pierwsze narzędzia tego typu powoli wdraża się na polskim rynku.

Bank PKO BP eksperymentuje z nowatorskim systemem motywowania pracowników, który wykorzystuje algorytm rozpoznawania obrazu do analizy mimiki użytkownika. Sztuczna inteligencja od PKO BP opracowana przez start-up Quantum CX zlicza, jak często pracownik uśmiecha się podczas rozmowy z klientem, dzięki czemu ci najbardziej życzliwi mają szansę na zdobycie nagród motywacyjnych. Tego typu narzędzia rodzą jednak etyczne obiekcje. Na wniosek Rzecznika Praw Obywatelskich Główny Inspektor Pracy zbada sprawę liczenia uśmiechów, czy nie narusza prywatności i godności pracowników banku.

Z kolei firma Provema wykorzystała algorytmy sztucznej inteligencji w procesie analizy sytuacji finansowej klientów. Oprogramowanie automatyzuje proces oceny ryzyka finansowego i znacząco go przyspiesza – dzięki zastosowaniu technologii uczenia maszynowego firma skróciła czas analizy dokumentów z 3 minut do 4 sekund.

– Sztuczna inteligencja nie jest bez wad. Są badania, które pokazują, że algorytmy stworzone przez sztuczną inteligencję mogą mieć zakodowane myślenie stereotypowe czy pewne uprzedzenia. Jedynie połączenie wiedzy i doświadczenia człowieka ze wsparciem, jakie niesie sztuczna inteligencja, może przynieść lepsze rezultaty i pomóc w uniknięciu błędów – twierdzi Bartek Ostrowski.

Według firmy badawczej Research and Markets wartość globalnego rynku fintechów do 2023 roku wzrośnie do blisko 306 mld dol. W najbliższych latach ma on się rozwijać w tempie ponad 22 proc. w skali roku.

Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q3 2019 – raport ADP

Firmy Nowoczesnej Gospodarki, czyli przedsiębiorstwa stale wdrażające innowacyjne rozwiązania, zakończyły III kw. 2019 r. z 5,07 proc. wzrostem zatrudnienia (vs III kw. 2018 r.). O ich sile stanowiły przedsiębiorstwa zatrudniające poniżej 500 pracowników, które w tym okresie przyjęły do pracy aż o 8,6 proc. więcej osób niż w III kw. 2018 r. – wynika z najnowszego raportu „Zatrudnienie w Nowoczesnej Gospodarce Q3 2019” opracowanego przez ADP Polska. Chociaż w ujęciu kwartalnym zauważalne jest wyhamowanie dynamiki wzrostu zatrudnienia, to niezmiennie w innowacyjnych firmach jest ona wyższa od ogółu rynku. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w okresie lipiec-wrzesień przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zwiększyło się o 2,6 proc. (vs III kw. 2018 r.). W wyniku tego Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wyniósł 107,87[1].

– Od III kwartału 2018 r. zarówno firmy Nowoczesnej Gospodarki, jak i ogół rynku zatrudniają z coraz mniejszą dynamiką wzrostu. Największym wyzwaniem, które z miesiąca na miesiąc narasta, jest niedobór pracowników. Na koniec września mieliśmy do czynienia z najniższą od 29 lat stopą bezrobocia, wynoszącą 5,1 proc. Dla polskich pracodawców kluczowe są również rosnące koszty prowadzenia biznesu, związane z np. dużą konkurencją w kwestii oferowanych wynagrodzeń, obowiązkiem wprowadzenia PPK, czy wzrostem płacy minimalnej – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Produkcja wyhamowuje

Chociaż dynamika wzrostu zatrudnienia w całej Nowoczesnej Gospodarce wciąż utrzymuje się powyżej 5 proc., zachowując tym samym dystans do ogółu rynku, to jednak w sektorze produkcyjnym awangardy biznesu odnotowano najniższy od 2014 r. rezultat. W III kw. 2019 r. firmy produkcyjne zwiększyły zatrudnienie o zaledwie 3,89 proc. (vs III kw. 2018 r.). W największym stopniu przyczyniły się do tego duże firmy produkcyjne, które w tym okresie zwiększyły zatrudnienie o 3,61 proc. (vs III kw. 2018 r.).zmiany zatrudnienia

Mimo że Polska jest liderem w Unii Europejskiej w przyznawaniu legalnego prawa pobytu cudzoziemcom[2], to jednak nie rzutuje to na wzrost dynamiki zatrudnienia w firmach produkcyjnych. Wręcz przeciwnie. Nasi wschodni sąsiedzi są coraz mniej zainteresowani pracą w Polsce. Głównie ze względu na polepszającą się sytuację gospodarczą na Ukrainie oraz rosnące zainteresowanie pracą w Czechach i Słowacji. Szansą dla krajowych firm może okazać się natomiast Brexit i możliwy powrót części polskich emigrantów. Dlatego już teraz należy przygotowywać odpowiednie warunki do ich efektywnej asymilacji w kraju – mówi Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Małe firmy usługowej zatrudniają najdynamiczniej

W III kw. 2019 r. najbardziej zaskoczyły małe firmy usługowe, które w tym okresie zwiększyły zatrudnienie aż o 9,58 proc. (vs III kw. 2018 r.). Jest to najlepszy rezultat od I kw. 2012 r., kiedy dynamika wzrostu wynosiła 17,2 proc. W dużych firmach usługowych natomiast dynamika zatrudnienia nieznacznie wyhamowała (+4,45 proc. vs III kw. 2018 r.). Warto zauważyć, iż dystans między małymi i dużymi firmami wyniósł rekordowe 5,13 p.p.

zmiany zatrudnienia 2To już kolejny raport ADP, z którego wynika, że znacznie lepiej z wyzwaniami rynkowymi radzą sobie przedsiębiorstwa usługowe Nowoczesnej Gospodarki. Często to właśnie te firmy, w przeciwieństwie do produkcji, oferują swoim pracownikom szeroki wachlarz benefitów, jasną ścieżkę kariery, a także atrakcyjne warunki finansowe. Według najnowszych badań „Monitor Rynku Pracy”[3], główną motywacją Polaków do podejmowania decyzji zawodowych w ostatnim kwartale była właśnie chęć rozwoju
tłumaczy Anna Barbachowska, szefowa pionu zarządzania zasobami ludzkimi w ADP Polska.

Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki

O tym, że przedsiębiorstwa Nowoczesnej Gospodarki lepiej radzą sobie z wyzwaniami rynku świadczy również rosnący Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki. Miernik ten bazuje na analizie różnicy w poziomie zatrudnienia w przedsiębiorstwach Nowoczesnej Gospodarki i ogółu rynku. W III kw. 2019 r. innowacyjne przedsiębiorstwa zatrudniły o 5,07 proc. więcej osób niż w analogicznym okresie 2018 r., z kolei ogół rynku o 2,6 proc. W wyniku tego Wskaźnik Nowoczesnej Gospodarki wyniósł 107,87
(+2,47 pkt).

[1] Metodologia opracowywania Wskaźnika bazuje na analizie różnicy w poziomu zatrudnienia w firmach Nowoczesnej Gospodarki oraz ogółu rynku. Dane do obliczenia wskaźnika gromadzone są na podstawie analiz własnych ADP oraz ogólnodostępnych źródeł (np. raportów Głównego Urzędu Statystycznego). Wartość bazowa wskaźnika wynosząca 100 przypada na 1.01.2019 r. Dane aktualizowane są w ujęciu kwartalnym.

[2] First residence permits issued in the EU Member States remain above 3 million in 2018, Eurostat, https://ec.europa.eu/eurostat/documents/2995521/10189082/3-25102019-AP-EN.pdf/95e08bc8-476d-1f7d-a519-300bdec438cb [dostęp: 29.10.2019 r.].

[3] Monitor rynku pracy – 34 edycja, Randstad, http://info.randstad.pl/monitor-rynku-pracy-34 [dostęp: 29.10.2019 r.].

Prawa i obowiązki podatkowe osoby prawnej powstałe w wyniku podziału spółki

Ordynacja podatkowa w art. 93c wprowadza zasadę sukcesji generalnej w przypadku podziału osoby prawnej w sytuacji, gdy majątek osoby prawnej dzielonej stanowi zorganizowaną część przedsiębiorstwa. W takich przypadkach osoby prawne przejmujące lub osoby prawne powstałe w wyniku podziału wstępują z dniem podziału lub z dniem wydzielenia we wszelkie przewidziane w przepisach prawa podatkowego prawa i obowiązki osoby prawnej dzielonej pozostające w związku z przydzielonymi im w planie podziału składnikami majątku (art. 93c ust. 1 Ordynacji podatkowej). Kwestia sukcesji generalnej praw i obowiązków w przypadku podatków nie jest do końca uregulowana w ustawach, dlatego stanowi przedmiot sporów podatników z fiskusem.

Pojęcie praw i obowiązków

Przepis art. 93c znajduje zastosowanie w przypadku jakiegokolwiek podziału majątku osoby prawnej. Ustawodawca nie definiuje jednak pojęcia „praw i obowiązków podatkowych”. Niemniej należy wskazać, że prawa i obowiązki będące przedmiotem sukcesji powinny być możliwe do przypisania do zorganizowanej części przedsiębiorstwa. Nie będą przedmiotem sukcesji prawa i obowiązki związane z działalnością podmiotu dzielonego (por. wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 23 lutego 2018 r., sygn. I SA/Kr 1310/17).

Z przejęcia ogółu praw i obowiązków wynika, że podmiot przejmujący kontynuuje niejako działalność w zakresie zorganizowanej części przedsiębiorstwa. Do podobnych konstatacji doszedł Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 31 stycznia 2019 r. (sygn. II FSK 256/17), wskazując, iż: „Następstwo prawne pod tytułem ogólnym oznacza wstąpienie w sytuację prawną spółki dzielonej, a więc oznacza to kontynuowanie przez spółkę powstałą w wyniku podziału przez wydzielenie biegu terminu jako terminu nieprzerwanego w rozumieniu art. 22 ust. 4a ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych”.

Konkretyzacja zdarzeń

Sądy administracyjne wskazują, że przedmiotem sukcesji mogą być jedynie prawa i obowiązki, które uległy konkretyzacji do daty podziału (przykładowo wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z dnia 26 czerwca 2017 r., sygn. I SA/Kr 453/17). Decydujące znaczenie ma więc okoliczność, czy dane prawo lub obowiązek powstało i istniało przed dniem wydzielenia. Stwierdzenie to jest bardzo istotne i służy jako punkt wyjścia do analizy konsekwencji podatkowych podziału. Innymi słowy, przedmiotem sukcesji mogą być wyłącznie tzw. stany otwarte, czyli prawa i obowiązki, które pozostają w związku z przenoszoną zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa i na dzień podziału nie zostały rozliczone przez spółkę dzieloną, czyli nie uległy konkretyzacji (por. wyrok WSA z dnia 23 lutego 2018 r., sygn. I SA/Kr 1310/17).

Konsekwencje podatkowe – podatki dochodowe, VAT

Poza konsekwencjami opodatkowania samej czynności podziału po stronie spółki dzielonej, przejmującej, jak również udziałowców/akcjonariuszy podmioty dokonujące podziału muszą przed dokonaniem transakcji przeanalizować wiele istotnych aspektów podatkowych. Wśród zagadnień, które wywołują szereg wątpliwości, należy wymienić prawidłowe rozliczenie przychodów i kosztów uzyskania przychodu w podatku dochodowym. W zależności od rodzaju transakcji koszty i przychody mogą być różnie klasyfikowane. Warto w tym zakresie zrobić inwentaryzację transakcji w firmie, aby poprawnie zaklasyfikować transakcje. Przy okazji należy spojrzeć także na sposób ujęcia na potrzeby zarówno podatku dochodowego, jak i VAT korekt sprzedaży oraz zakupu.

W sytuacji przeniesienia aktywów trwałych pojawia się kolejny problem związany z ich amortyzacją. Ustalenie metody amortyzacji oraz wartości początkowej może powodować pewne problemy, jednak wydaje się, że ta materia jest stosunkowo najlepiej uregulowana w ustawie.

Kolejne zagadnienia koncentrują się wokół podatku od towarów i usług. Jednym z nich jest rozliczenie zrealizowanej sprzedaży do celów podatku VAT, w tym zaliczek. Przedsiębiorcom trudności sprawia przede wszystkim ustalenie podmiotu, który powinien opodatkować daną transakcję. Kolejny problem związany z VAT, to odliczenie podatku naliczonego, które to uprawnienie związane z zorganizowaną częścią przedsiębiorstwa powinno co do zasady podążać za ZCP.

Kolejny problem wiąże się ze składaniem deklaracji podatkowych, a przede wszystkim z korektą już złożonych deklaracji. Mogą pojawić się bowiem przypadki, że po dniu podziału powstanie obowiązek złożenia określonych deklaracji, w tym zeznań podatkowych, wykazów czy informacji dotyczących działalności wydzielanej części majątku prowadzonej przed dniem podziału.

Podsumowanie

Z uwagi na szeroki zakres konsekwencji podatkowych podziału związanych zarówno z samym podziałem, jak i kwestiami podatkowo-operacyjnymi po podziale, warto tego typu transakcje każdorazowo przeprowadzać z udziałem doświadczonych doradców. Pozwala to nie tylko zaoszczędzić pieniądze na późniejsze konsultacje, ale także znacząco ogranicza ryzyko podatkowe oraz daje komfort zarządzającym, że żaden istotny element transakcji podziału, ale także tematów podatkowych towarzyszących podziałowi, nie zostanie pominięty.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.