Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych 2019 (Nielsen)

Nielsen zapytał dyrektorów marketingu pracujących w sieciach handlowych, co ich zdaniem najlepiej wpływa na wyniki sprzedaży. Wszyscy wskazali na narzędzie bardzo dobrze znane od wielu lat – gazetki promocyjne.

Gazetki to numer 1 wśród narzędzi marketingowych większości rozmówców, z którymi Nielsen właśnie przeprowadził wywiady.

Okazuje się, że w wielu sieciach handlowych to wciąż gazetka konstytuuje komunikację marketingową. Wokół niej budowana jest pozostała część omnichannel’owych promocji, w tym procesy logistyczno-operacyjne (jak np. zaopatrzenie sklepów).

Marketerzy podkreślają, że to najlepsza i najskuteczniejsza forma komunikacji z klientami i konsumentami jeśli kryterium jest realizacja celu sprzedażowego. W opinii większości rozmówców gazetki są obecnie nie do zastąpienia. Jednak, na co trzeba zwrócić uwagę, marketerzy kładą nacisk na „tu i teraz” spodziewając się, że ta ich opinia o gazetkach prawdopodobnie będzie się zmieniać w przyszłości.

– Próby rezygnacji z tego kanału marketingowego były i są wciąż podejmowane przez naszych zleceniodawców – potwierdza Adam Puciata, prezes CTRL System, jednej ze spółek zajmujących się dystrybucją gazetek promocyjnych dla sieci handlowych. – Ale pogarszające się wyniki sprzedażowe powodują, że po krótszym lub dłuższym czasie, poszczególni decydenci wracają do promocji opartej również na gazetce.

Zmiana jednak nastąpi i gazetki przestaną odgrywać tak ważną rolę, przewidują marketerzy. Ale nie nastąpi szybko, ponieważ ma charakter „pokoleniowy”, związana jest z wejściem w dorosłość tych nastolatków, którzy teraz wychowują się w świecie Internetu i ogólnodostępnego wi-fi. Tę perspektywę marketerzy nakreślają na okres 5-10 lat. I będzie to raczej ewolucja niż rewolucja, uważają. Niemniej ta zmiana jest w ich odczuciu nieuchronna i będzie systematycznie postępować, prowadząc do ograniczenia rozwiązań offline’owych.

– Dyrektorzy marketingu podkreślają znaczenie zróżnicowania narzędzi komunikacji marketingowej i zachowanie synergii pomiędzy nimi. Papierowe gazetki wciąż pozostają, także w opinii marketerów, bardzo skutecznym narzędziem komunikacji, kluczowym w generowaniu celów sprzedażowych. I faktycznie dziś z papierowych gazetek korzystają kupujący niezależnie od wieku. Gazetki są zarówno źródłem wiedzy o promocjach, jak i coraz częściej źródłem wiedzy o dostępnym asortymencie i nowościach – wyjaśnia Beata Kaczorek, Consumer and Shopper Director w Nielsenie.

Dodatkowej wiedzy o tym, jak konsumenci korzystają z papierowych gazetek, dostarcza również raport syndykatowy Nielsena „Jak promować efektywnie”. Wynika z niego, że łączna sprzedaż wsparta gazetką na rynku spożywczym stanowi 19% całkowitej wartości sprzedaży i wynosi ponad 5 mld złotych. Poziom ten jest stabilny od 4 lat.

Duża grupa konsumentów korzysta z gazetek, niemal 60% z nich wzięło gazetkę ze sklepu lub skorzystało z aplikacji mobilnej lub strony sklepu w ciągu ostatnich 7 dni. Co musi wzbudzać refleksję – z gazetek papierowych korzystają nie tylko osoby starsze. Różnice w profilu użytkowników gazetek papierowych i tzw. gazetek online nie są mocno zróżnicowane.

Dane te dowodzą, że gazetki papierowe w najbliższym czasie będą nadal towarzyszyć konsumentom i mieć wpływ na ich decyzje zakupowe.

O badaniu

Badanie dyrektorów marketingu sieci handlowych zostało zrealizowane matodą IDI (indywidualne wywiady pogłębione, prowadzone osobiście lub w formie telefonicznej) w okresie czerwiec – październik 2019 r. total N=6.

Celem badania było m.in. lepsze zrozumienie roli gazetek promocyjnych dla firm z branży retail, poznanie trendów w obszarze komunikacji marketingowej.

Rekrutowano osoby z ogólnopolskich sieci zajmujących się sprzedażą detaliczną, różnych kategorii produktów, od spożywczych poprzez kosmetyczno-chemiczne czy zajmujące się wyposażeniem domu. Osoby badane to zarządzający z dużym stażem zawodowym, najczęściej pracujący w obszarze marketingu od ponad 10 lat.

Trump pozwala Turkom zaatakować Kurdystan. Co to oznacza dla Polski?

Amerykańska administracja zdecydowała się wycofać swoje wojska z terenów Kurdystanu i północnej Syrii. Tym samym dała zielone światło atakowi Turcji, która od dawna prześladowała Kurdów żyjących przy jej granicach. Ten trudny i kontrowersyjny ruch prezydenta Trumpa sprawił, że pozostawieni bez ochrony Kurdowie stali się celem tureckiej agresji. Decyzja Ameryki dziwi szczególnie dlatego, że to właśnie kurdyjska armia odpowiedzialna jest za stłumienie działalności państwa islamskiego. Takie odwrócenie się od swoich sojuszników przez amerykańską administrację niepokoi Polskę. Nasze bezpieczeństwo w regionie również zależne jest od sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. I chociaż nasza pozycja jest pewniejsza, ze względu na przynależność do NATO, prorosyjskie zachowania Trumpa powinny być dla nas znakiem ostrzegawczym.

– Turcja, która jest naszym sojusznikiem w ramach NATO, zmienia swoją pozycję geopolityczną. W ostatnich latach wykonuje pozytywne gesty w kierunku Rosji, co widać w jej stosunku do Kurdów i państwa islamskiego. Wsparcie Turcji i pozostawienie Kurdów samym sobie przez prezydenta USA to bardzo niepokojące sygnały, wskazujące na jego relację z Rosją – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski,  prezes Instytutu Jagiellońskiego.  Prezydentura Donalda Trumpa, a także jego kampania wyborcza, wzbudzają wiele wątpliwości. Prezydentowi i jego administracji zarzuca się sprzyjanie Federacji Rosyjskiej i jej interesom. W Stanach Zjednoczonych toczą się na ten temat śledztwa. Przyzwolenie na turecki atak na Kurdów może potwierdzać te zarzuty. Turecka agresja pozwala bowiem Federacji Rosyjskiej na rozszerzenie strefy wpływów, a przynajmniej przekształcenie części graczy na bliskim wschodzie w państwa bardziej neutralne wobec Rosji – mówi Roszkowski.

Ceny zniczy na Wszystkich świętych 2019

Prawie połowa badanych chce wydać w tym roku na znicze od 30 do 40 zł. Większość planuje kupić 4-5 szt. Łącznie aż 60% będzie szukało lampek w promocji. Tymczasem sklepy oferują ich o ponad 80% mniej niż w ub.r. Najmocniej ograniczyły obniżki dyskonty i hipermarkety, w których 58% ankietowanych zamierza dokonać zakupu. Natomiast co piąta osoba zrobi to przy samym cmentarzu. Dodatkowo znicze z rabatem zdrożały średnio o 23%. Najbardziej widać to w hipermarketach, gdzie ceny poszły w górę o ponad 20%. Z kolei w dyskontach spadły o blisko 7%.

Z ogólnopolskiego badania Hiper-Com Poland i Grupy AdRetail wynika, że 45% Polaków przeznaczy w tym roku na znicze od 30 do 40 zł, a 31% – od 40 do 50 zł. Więcej pieniędzy chce zainwestować tylko 9% ankietowanych. Przeważnie za deklarowane kwoty konsumenci planują nabyć 4-5 sztuk – 51%. 3-4 lampki zamierza kupić 25% ankietowanych, a więcej niż 5 przewiduje 14% klientów.

– Jeszcze kilka lat temu deklarowana kwota wynosiła ok. 25-30 zł. Biorąc pod uwagę, że oprócz lampek konsumenci kupują też wieńce, stroiki i wiązanki, to wskazane w badaniu sumy robią spore wrażenie. Społeczeństwo bogaci się. I z roku na rok będzie wydawało coraz więcej pieniędzy przed Wszystkimi Świętymi – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Większość Polaków, bo łącznie aż 60%, będzie szukało promocji. Co ciekawe, 19% w ogóle tego nie planuje, a 15% zamierza nabywać znicze w regularnych cenach. Choć wśród konsumentów przeważa oszczędne podejście do zakupów, to jednak niemała część z nich nie chce podchodzić w sposób ekonomiczny do kwestii upamiętnienia zmarłych.

– Dane z gazetek pokazują, że w porównaniu do ub.r. sieci handlowe mocno ograniczyły liczbę promocji. Od 1 do 25 października br. oferowały ich o blisko 82% mniej niż w analogicznym okresie ub.r. Trzeba wiedzieć też o tym, że znicze zdrożały od zeszłego roku. A żadna sieć nie chce promować produktów w podwyższonych cenach, bo klienci mogliby dostrzec różnice – zauważa Katarzyna Grochowska, Project Manager w Hiper-Com Poland.

Największe spadki odnotowano w dyskontach i hipermarketach – odpowiednio o 48,50% i o 23,63%. Zdaniem Karola Kamińskiego, Dyrektora Zarządzającego w Grupie AdRetail, te wyniki nie są zaskakujące. Wskazane formaty i tak spodziewają się, że klienci sięgną po ten asortyment w ich sklepach przy okazji dużych i regularnych zakupów. Dlatego nie eksponują go tak mocno w gazetkach jak w zeszłym roku, gdy ceny były niższe. Dla porównania, w kanale convenience spadek był na poziomie niespełna 10%, a w supermarketach pod tym względem nic się nie zmieniło.

– Z danych wynika również, że w porównaniu do ub.r. znicze w promocji zdrożały średnio o 23%, najbardziej w hipermarketach – o 20,70%. Wzrost cen zniczy jest powiązany z innymi podwyżkami.  Benzyna drożeje, a wraz z nią produkty, które wymagają transportowania. Z kolei rosnące opłaty za energię elektryczną zwiększają koszt produkcji towarów i ich magazynowania. Dlatego klient w tym roku zapłaci więcej za ww. produkt – dodaje Katarzyna Grochowska.

Cena promocyjna spadła tylko w dyskontach – o blisko 7%. Karol Kamiński dostrzega między tym formatem a hipermarketem sporą rozbieżność, jak na tak niszowy i sezonowy produkt. Ekspert sądzi, że przez ten sprytny ruch dyskonty będą miały w tym roku największe przychody i to nie tylko ze sprzedaży zniczy, ale też innych artykułów kupowanych z myślą o Wszystkich Świętych.

– Najwięcej konsumentów zamierza kupić znicze w dyskontach – 31%. Niewiele mniej osób wskazuje hipermarkety – 27%. Zatem główna walka o zyski rozegra się między tymi formatami, co jest dość oczywiste. Klientów przekona skala różnego typu produktów, które można nabyć wraz z lampkami. Bazary uzyskały w badaniu 6%, a okolice cmentarzy – 19%. To łącznie 25%. Natomiast szeroko pojęte placówki handlowe mają w sumie aż 72%. Sprzedaż zniczy najbliżej nagrobków czy na targowiskach nie zniknie, ale jej udział będzie spadał w kolejnych latach – podsumowuje dr Faliński.

Badanie odbyło się pomiędzy 12 a 23 października br. na terenie 16 dużych miast, a także 14 średnich i mniejszych miejscowości. Łącznie ankieterzy przeprowadzili 1008 wywiadów z osobami w wieku od 18. do 65. roku życia. Z kolei dane z gazetek promocyjnych były porównywane z okresu od 1 do 25 października tego i poprzedniego roku.

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja

Polska firma ograniczyła wpływ produkcji betonu na środowisko. Jej działania dostrzegła międzynarodowa organizacja 1

Polska stanowi piąty co do wielkości rynek betonu towarowego w Europie z wolumenem produkcji ponad 25 mln m3. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu muszą redukować wpływ procesu jego produkcji na środowisko. W tym celu mogą m.in. wykorzystywać kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych do produkcji betonu czy ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu. Między innymi za takie działania Grupa Górażdże jako pierwsza w Polsce otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– W ramach systemu certyfikacji CSC zrównoważony rozwój jest postrzegany w sposób holistyczny, ze zwróceniem uwagi na aspekty społeczne, środowiskowe i gospodarcze. Trzeba spełnić liczne wymogi środowiskowe, związane z emisjami, zużyciem wody i energii, oraz kryteria społeczne. Grupa Górażdże osiągnęła świetne wyniki we wszystkich tych aspektach, dlatego otrzymała certyfikat CSC w wariancie srebrnym – mówi Christian Artelt, przewodniczący Rady ds. Zrównoważonego Betonu CSC – To pierwszy certyfikat CSC przyznany polskiemu podmiotowi. Otrzymały je zakłady w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu, co pokazuje, że Górażdże Beton nie tylko mówi o zrównoważonym rozwoju, ale stosuje jego zasady w praktyce.

Działania ograniczające wpływ przemysłu cementowego i betonowego na środowisko to jeden z filarów strategii zrównoważonego rozwoju dla Grupy Górażdże, należącej do HeidelbergCement, jednego z największych na świecie producentów materiałów budowlanych operującego na 60 rynkach zagranicznych.

Cele grupy do 2030 roku zakładają m.in. obniżenie emisji dwutlenku węgla przy produkcji klinkieru o 30 proc. (w porównaniu z 1990 rokiem), 80-procentowy wskaźnik wykorzystania paliw alternatywnych do wypalania klinkieru w piecach cementowych, maksymalne ograniczenie zużycia wody i zwiększenie udziału wody pozyskiwanej w recyklingu przy produkcji betonu oraz szereg projektów związanych z bioróżnorodnością. Między innymi za sukcesywną realizację tej strategii Grupa Górażdże – jako pierwsza w Polsce – otrzymała certyfikat CSC Concrete Sustainability Council, który świadczy o jej odpowiedzialnym podejściu do całego łańcucha dostaw i zaangażowaniu w działania proekologiczne.

– Beton był, jest i będzie nadal podstawowym materiałem konstrukcyjnym. Przyszłość branży betonowej jest ściśle związana z ograniczaniem negatywnego wpływu na środowisko. Rosnąca świadomość, wymagania inwestorów i wykonawców są dodatkowym stymulatorem działań w tym kierunku – mówi Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Jak podkreśla, aby działać bardziej proekologicznie, branża musi m.in. wykorzystywać w procesie produkcji betonu kruszywa z recyklingu i mieszanki cementowe z dużą zawartością dodatków mineralnych oraz ograniczać wodę zużywaną do wytworzenia cementu.

Dyrektor marketingu i komunikacji w Grupie Górażdże Andrzej Losor również podkreśla, że takie działania prośrodowiskowe są m.in. efektem rosnącej świadomości klientów i inwestorów, którzy przykładają do nich coraz większą uwagę.

– Jesteśmy przekonani, że ten certyfikat będzie wartością dla naszych klientów, będzie pomagał im wyróżniać się na rynku i realizować odważne, nowoczesne, zielone inwestycje. Z drugiej strony wierzymy, że ten certyfikat będzie pewnego rodzaju standardem dla branży – mówi Andrzej Losor – System certyfikacji bierze pod uwagę nie tylko jakość produktu i odpowiedzialność wobec środowiska, lecz także aspekty etyczne, rzadko uwzględniane w tego typu certyfikatach. Ta obejmuje m.in. odpowiedzialność wobec pracowników, aspekty bezpieczeństwa i innowacyjność – podkreśla.

Beton to materiał ekologiczny, który w całości podlega procesom recyklingu. Jednak jego produkcja nie jest obojętna dla środowiska na świecie cały przemysł cementowy odpowiada za około 5 proc. całkowitej emisji dwutlenku węgla. Ze względu na wymogi środowiskowe producenci betonu chcą więc redukować wpływ procesu produkcji na środowisko. Dla branży coraz większym problemem są regulacje środowiskowe i rosnące ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Częściowo rozwiązuje je właśnie produkt finalny, czyli beton. Cement przetworzony do postaci betonu staje się materiałem energooszczędnym, wiążącym dwutlenek węgla i oczyszczającym powietrze z NOx (tlenków azotu).

Beton może także oczyszczać powietrze ze smogu i spalin samochodowych. Wprowadzenie niewielkich ilości dwutlenku tytanu (TiO2) do wierzchniej warstwy betonu – z którego powstają np. nawierzchnie drogowe, kostka brukowa i ściany tuneli – pozwala skutecznie wiązać dużą część niebezpiecznych tlenków azotu, a następnie bezpiecznie usuwać je w kontakcie z wodą deszczową, prowadząc do samooczyszczenia się tych powierzchni. Badania PAN i Politechniki Warszawskiej wskazują, że nawierzchnia betonowa z dodatkiem takiego fotokatalizatora może spowodować 30-procentową redukcję stężenia tlenków azotu w powietrzu.

– Beton jest jednym z najmniej emisyjnych materiałów w procesie produkcji i w całości podlega procesom recyklingu. Jest produkowany lokalnie, z lokalnych materiałów i transportowany na niewielkie odległości (co dodatkowo ogranicza ślad węglowy – przyp. red.). W produkcji betonu używa się też materiałów powstających z procesu spalania ubocznych produktów energetyki przemysłowej, są to np. popioły lotne – podkreśla Przemysław Malinowski, dyrektor zarządzający w spółce Górażdże Beton.

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze

Elektromobilność i autonomiczne pojazdy rewolucjonizują branżę oponiarską. Opony nowej generacji będą informować kierowcę o zagrożeniu na drodze 2

Pojawienie się na rynku pojazdów elektrycznych i autonomicznych ma przełożenie nie tylko na sektor automotive, lecz także na branżę oponiarską. Coraz bardziej zaawansowane technologicznie samochody wymuszają wprowadzanie kolejnych przełomowych rozwiązań. Już w tej chwili opony nowej generacji są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych o blisko 20 proc., zredukować hałas czy zapewnić szczelność opony po jej uszkodzeniu. Za kilka lat na rynku pojawią się takie, które będą się komunikować z pojazdem i informować np. o zagrożeniu na drodze. 

– Trendy na rynku opon mamy dzisiaj bardzo zbieżne z trendami na rynku automotive. Pierwszy to elektromobilność, a drugi to autonomiczne pojazdy. Elektromobilność wyznacza również kierunek rozwoju branży oponiarskiej i wiąże się m.in. z oczekiwaniem coraz niższych oporów toczenia, zwiększonych zasięgów pojazdów elektrycznych i większego komfortu podróżowania poprzez ograniczenie hałasu. Ten hałas był dotąd generowany przez silniki spalinowe. Silniki elektryczne pracują dużo ciszej, w związku z czym musimy zapewnić też cichsze opony tak, aby ten komfort podróżowania był na bardzo wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Dariusz Wójcik, dyrektor generalny Continental Opony Polska.

Producenci samochodów podczas opracowywania pojazdów nowej generacji potrzebują opon o specyficznych parametrach. Ich oczekiwania wobec opony są uzależnione m.in. od mocy pojazdu, segmentu czy zastosowanego napędu. Odpowiadając na ich potrzeby, producenci ogumienia muszą tworzyć coraz bardziej zaawansowane technologicznie opony, które m.in. obniżą zużycie paliwa oraz emisję spalin czy pozwolą zwiększyć zasięg samochodów elektrycznych. Z testów przeprowadzonych przez Continental wynika, że zaawansowane technologicznie opony są w stanie wydłużyć zasięgi samochodów elektrycznych nawet o 20 proc.

– Polski rynek opon samochodowych o wysokich osiągach rośnie blisko trzykrotnie szybciej niż w Europie, a takie pojazdy wymagają nowoczesnych technologii. Te, które można już dzisiaj wyróżnić, to technologia ContiSilent, która wspiera ograniczenie hałasu odczuwalnego w środku pojazdu oraz technologia ContiSeal, która zapewnia szczelność opony nawet po jej uszkodzeniu – wymienia Dariusz Wójcik.

Równie ważnym trendem, który ma wpływ na kierunek rozwoju branży motoryzacyjnej i oponiarskiej jest łączność pojazdów z otoczeniem (connected cars). Jak podkreśla dyrektor generalny Continental Opony Polska, w nadchodzących latach na rynku pojawią się już inteligentne opony, które zwiększą bezpieczeństwo podróżujących. Takie ogumienie będzie mogło się komunikować z pojazdem oraz informować użytkownika o ewentualnym uszkodzeniu, stopniu zużycia czy niebezpiecznej sytuacji na drodze.

Bezpieczeństwo jest kluczowym aspektem nowych trendów w mobilności. Opony są jedynym punktem styku samochodu z drogą, dlatego mają ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa jazdy. Ubiegłoroczne badanie Moto Data pokazuje, że kierowcy są tego świadomi. W Polsce aż 79 proc. z nich popiera wymóg wprowadzenia obowiązku jazdy na oponach z homologacją zimową. Rozmiar kół, rodzaj oraz jakość opon są też ściśle powiązane z działaniem elektronicznych systemów bezpieczeństwa w nowoczesnych samochodach.

– Opony są jednym z systemów bezpieczeństwa same w sobie, ponieważ m.in. skracają drogę hamowania i współpracują z innymi systemami. Od stanu opony czy głębokości bieżnika zależy droga hamowania na mokrej bądź suchej nawierzchni oraz trakcja – czyli możliwość przeniesienia sił z pojazdu na podłoże – wyjaśnia Łukasz Kusiak, product manager w Continental Opony Polska. – Głębokość bieżnika ma tutaj kluczowe znaczenie. Im więcej bieżnika, tym droga hamowania na mokrej czy ośnieżonej nawierzchni jest krótsza. Rekomendujemy wymianę opon zimowych już przy głębokości bieżnika równej 4 milimetry, o czym informuje specjalny znacznik na oponie. Taka głębokość wciąż zapewnia optymalne bezpieczeństwo. Poniżej tej granicy droga hamowania drastycznie się wydłuża – przestrzega.

Już w tej chwili 4 na 5 pojazdów poruszających się po drogach całego świata jest wyposażonych w innowacje opracowane przez Continental. Tylko w ubiegłym roku wydatki na działalność badawczo-rozwojową oraz rozbudowę zakładów produkcyjnych przekroczyły 6,3 mld euro. Koncern zatrudnia ok. 49 tys. inżynierów, którzy zajmują się opracowywaniem kolejnych przełomowych technologii. Firma ściśle współpracuje z producentami samochodów osobowych i ciężarowych w celu opracowywania coraz bardziej zaawansowanych technologicznie opon i systemów.

Continental inwestuje m.in. w rozwój technologii truck platooningu, która jest jednym z kluczowych trendów rozwoju transportu drogowego. Szacuje się, że wartość światowego rynku konwojowania ciężarówek wyniesie do 2028 r. 1,14 mld dol. Wyniki pierwszych testów uniwersalnego systemu Platooning Demonstrator, opracowanego przez Continental we współpracy z Knorr-Brems, są na tyle obiecujące, że obecnie trwają prace rozwojowe polegające na dostosowaniu rozwiązania do wymagań klientów. Konwoje ciężarówek to źródło wielu korzyści w postaci większej przepustowości drogi, mniejszych oporów powietrza i stałej prędkości, a to przekłada się na niższe spalanie i zmniejszenie negatywnego wpływu na środowisko.

– Współpracując z producentem pojazdu, jesteśmy w stanie sprostać bardzo konkretnym wymaganiom w zakresie parametrów komponentów, które dostarczamy. Nie są to tylko opony, lecz także elementy takie jak np. radary, które są wykorzystywane m.in. w truck platooningu, czyli łączeniu ciężarówek w konwoje – mówi Krzysztof Otrząsek, Fleet & Digital Solutions Manager w Continental Opony Polska. – Połączenie dwóch lub więcej ciężarówek w konwoju, z wykorzystaniem technologii łączności i zautomatyzowanych systemów wspomagania prowadzenia pojazdu, dzięki zmniejszonym odległościom i stałej prędkości jazdy w konwoju, pozwala wygenerować dodatkowe oszczędności w zużyciu paliwa na poziomie ok. 4 proc. Ponadto zaawansowane czujniki umożliwiają reakcję na sytuacje awaryjne w 0,1 sekundy, czyli o 1,3 sekundy szybciej niż człowiek – dodaje.

Dla branży automotive Continental chce być kluczowym partnerem w zakresie przełomowych rozwiązań technologicznych. Dlatego – obok producentów samochodów – podejmuje partnerstwa również z głównymi graczami z sektora technologii mobilnej. Koncern współpracuje m.in. z T-Systems (największym dostawcą usług IT w branży motoryzacyjnej w Niemczech) czy grupą telekomunikacyjną Vodafone. Międzynarodowy operator telefonii komórkowej zapewnia łączność dla platformy ContiConnect – kompleksowego narzędzia do zdalnego monitoringu ciśnienia i temperatury opon dla flot. System zapewnia pełną kontrolę w czasie rzeczywistym, co pozwala zapobiegać awariom, wydłużyć żywotność opon oraz zredukować zużycie paliwa.

Razem z Hewlett Packard Enterprise firma opracowuje z kolei platformę umożliwiającą bezpieczną wymianę danych pomiędzy pojazdami opartą na technologii blockchain. Do końca 2022 roku Continental planuje też zwiększyć liczbę własnych ekspertów ds. oprogramowania i IT o 30 proc. – z obecnych 19 do 25 tys. specjalistów.

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze

Inteligentne systemy do zarządzania firmą wprowadzają innowacje do biznesu. Są coraz powszechniejsze i prostsze w obsłudze 3

Biznes przechodzi cyfrową transformację. Dla firm ważnym jej elementem są systemy ERP – cyfrowa baza, która ułatwia zarządzanie przedsiębiorstwem. System rejestruje dane z głównych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, produkcji i obsługi klienta, łącząc je w spójną bazę. Dzięki temu wspomaga m.in. podejmowanie strategicznych decyzji i realizację zadań przez pracowników. Jednymi z najpowszechniej wykorzystywanych są systemy SAP, jednak firma w 2025 r. zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. Firmy powinny przed tym terminem przejść na nową wersję systemu, pozwalającą wprowadzić do przedsiębiorstwa elementy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji.

– Najnowsze technologie są już wokół nas i cechują się dużą dostępnością, dlatego firmy muszą z nich korzystać. Jeśli tego nie zrobią, zostaną w tyle za konkurencją, tracąc przychody. Jeśli ziści się najczarniejszy scenariusz zupełnie – wypadną z rynku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Janusz Wawrzyniak, automotive solution architect w Hicron.

Cyfrowa transformacja, oparta na technologiach, stała się już dla biznesu koniecznością niezależnie od branży i wielkości firmy. Warunkuje konkurencyjność przedsiębiorstwa i jego pozycję na rynku, umożliwia tworzenie nowych modeli biznesowych i pozwala lepiej odpowiadać na potrzeby klientów. Według raportu IDC („Worldwide Semiannual Digital Transformation Spending Guide”) – firmy na całym świecie dokonują już znaczących inwestycji w technologie i usługi, które umożliwiają cyfrową transformację ich organizacji i modeli biznesowych. W tym roku globalne wydatki na ten cel mają sięgnąć 1,18 bln dol. – co w porównaniu z poprzednim oznacza prawie 18-procentowy wzrost.

– Transformacja cyfrowa zakłada szerokie wykorzystanie nowych technologii, które mogą być zastosowane w celu usprawnienia modeli biznesowych, a nawet znalezienia nowych, by ulepszyć procesy w ramach organizacji czy poszukiwać nowych możliwości generowania przychodów – mówi Janusz Wawrzyniak.

Ważny element transformacji firm w kierunku cyfrowym to systemy ERP (ang. enterprise resources planning), które wspomagają zarządzanie zasobami przedsiębiorstwa. W uproszczeniu jest to pakiet zintegrowanych narzędzi, które rejestrują dane z najważniejszych obszarów działalności firmy, m.in. finansów, księgowości, kadr, produkcji, obsługi klienta czy wsparcia sprzedaży, łącząc je w spójną bazę. To ułatwia podejmowanie strategicznych decyzji i wspomaga zarządzanie przedsiębiorstwem.

Jednym z obecnie najchętniej wykorzystywanych jest SAP S/4HANA, który pozwala prowadzić biznes w czasie rzeczywistym. Firmowe dane są przetwarzane w pamięci RAM, dzięki czemu narzędzie działa szybciej i eliminuje opóźnienia wynikające z przetwarzania dużej ilości danych, które występują w przestarzałych systemach ERP.

– Z perspektywy biznesowej S/4HANA to cyfrowa baza, która jest fundamentem inteligentnego przedsiębiorstwa. Jej wdrożenie może oznaczać naprawdę znaczące zmiany w firmie, jej procesach i modelu biznesowym. Z tej perspektywy można na to spojrzeć jak na organizacyjną rewolucję – mówi Janusz Wawrzyniak.

Główne korzyści z wdrożenia S/4HANA to możliwość wykorzystania w firmie nowych technologii. System pozwala m.in. na automatyzację zadań, dzięki korzystaniu z rozwiązań angażujących uczenie maszynowe oraz sztuczną inteligencję. Ma też wbudowany moduł analiz, który na podstawie gotowych prognoz i symulacji pozwala użytkownikowi na podejmowanie lepszych decyzji w krótszym czasie.

– S/4HANA to łatwość łączenia się z użytkownikami na różnych urządzeniach za pośrednictwem technologii Internet of Things oraz bezproblemowe nawiązywanie połączeń z różnymi sieciami biznesowymi, dzięki czemu możliwa jest kompleksowa digitalizacja wszystkich procesów w firmie – przekonuje ekspert.

Łatwość i wygodę użytkowania skomplikowanego systemu zapewni nowy interfejs użytkownika Fiori, który pozwoli lepiej wykorzystać innowacje wprowadzone w systemie. Interfejs dostępny jest na wszystkich urządzeniach pracowników – komputerach osobistych, tabletach i smartfonach – zapewniając spójne środowisko pracy.

– Dzięki technologii uczenia maszynowego potrafi poprowadzić użytkownika przez system, sugerując mu najlepsze sposoby pracy w SAP. Użytkownik otrzymuje też powiadomienia o zadaniach, które powinny być wykonane w danym czasie – mówi Janusz Wawrzyniak. – Najnowsza wersja interfejsu Fiori 3 wprowadza do środowiska SAP zupełnie nową technologię SAP CoPilot, czyli cyfrowego asystenta, co pozwala na interakcje z użytkownikiem przy użyciu języka naturalnego – dodaje.

Interfejs Fiori pozwala również na łatwe wprowadzanie mobilnych scenariuszy (np. do zarządzania zadaniami w terenie czy automatyzacji sprzedaży). Dzięki temu pracownicy mogą szybko reagować na zadania niezależnie od czasu i miejsca, w którym się znajdują, np. przy pomocy smartfona.

– Fiori zapewnia wysoką jakość obsługi użytkownika, co przynosi faktyczne korzyści dla firmy. Są to korzyści finansowe, wynikające z efektywniejszej pracy użytkowników w nowym interfejsie, oszczędności w zakresie szkoleń oraz zyski związane z pracą na danych w czasie rzeczywistym i terminowym realizowaniem zadań dzięki różnorodnym powiadomieniom. Interfejs nie wymaga żadnych objaśnień i nie sprzyja popełnianiu błędów podczas pracy w systemie SAP. Z drugiej strony mamy korzyści personalne, ponieważ dobry interfejs wpływa na zadowolenie użytkowników i zaangażowanie w pracę oraz wzajemne relacje zarówno wewnątrz firmy, jak i z działem informatycznym – mówi Janusz Wawrzyniak.

SAP do 2025 roku zakończy wspieranie starszych wersji systemu ERP. To oznacza, że firmy, które chcą dalej korzystać z aktualizacji i nowych funkcjonalności, będą musiały wdrożyć S/4HANA przed tym terminem. W przeciwnym wypadku ich oprogramowanie nie będzie wspierane m.in. pod kątem obsługi błędów wynikających ze zmieniającego się ustawodawstwa czy nowych możliwości technologicznych.

– Po 2025 r. klienci nie będą mogli już korzystać z oficjalnej pomocy technicznej SAP ani z aktualizacji zabezpieczeń. Podjęcie decyzji zależy od konkretnych sytuacji, ale zalecany jest scenariusz konwersji na S/4HANA. Oficjalne wsparcie techniczne to jedno, a posiadanie o wiele większej gamy rozwiązań cyfrowych do usprawnienia naszej działalności to drugie – podkreśla ekspert.

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne

0

Tylko co czwarta mikro-, mała i średnia firma wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Większość jednak podejmuje działania prospołeczne 4

Małe i średnie polskie firmy mają problem ze zrozumieniem terminu CSR – tylko co czwarta wie, czym jest społeczna odpowiedzialność biznesu. Często jednak podejmują działania CSR-owe, nawet nie zdając sobie z tego sprawy – wynika z raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą”. Choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. deklaruje aktywność w tym obszarze. Wciąż jednak ponad 90 proc. nie ma żadnej strategii w tym obszarze, a 59 proc. podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

– Definicja CSR-u to prowadzenie działalności biznesowej w sposób odpowiedzialny, ze zrozumieniem konsekwencji podejmowanych działań dla społeczeństwa i środowiska, w którym funkcjonujemy, oraz dla naszych klientów, pracowników – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Społeczna odpowiedzialność biznesu (ang. corporate social responsibility, CSR) zakłada, że firma realizuje swoje cele biznesowe z poszanowaniem środowiska i bierze odpowiedzialność za wpływ, jaki wywiera na swoje otoczenie (pracowników, klientów, dostawców i lokalne społeczności). Poza aspektem etycznym CSR buduje pozytywny wizerunek firmy, bo społecznie zaangażowany biznes cieszy się większym zaufaniem klientów, partnerów i inwestorów.

W Polsce coraz więcej firm wpisuje CSR na stałe do swojej strategii. Jednak jak wynika z najnowszego raportu EFL „CSR w MŚP. Pod lupą” – biznes wciąż ma w tym obszarze wiele do zrobienia. 7 na 10 przedsiębiorstw nie potrafi podać definicji CSR i tylko 24 proc. zadeklarowało znajomość tego terminu. Blisko połowa (49 proc.) badanych firm nie ma z nim żadnych skojarzeń. Wśród tych, które znają termin CSR, najczęściej podawane skojarzenia dotyczą etyki, moralności i odpowiedzialności (11,4 proc.), troski o pracowników (6,6 proc.), o środowisko naturalne (3,6 proc.) oraz o lokalną społeczność (3,8 proc.). Raport pokazuje też, że z definicją CSR-u najbardziej obeznane są branże: produkcyjna (32 proc.) i transportowa (26 proc.), a w najmniejszym stopniu – branża budowlana (17 proc.).

Co więcej – im większa firma, tym większa wiedza na temat obszaru społecznej odpowiedzialności biznesu. Definicję CSR zna tylko 17 proc. mikrofirm, podczas gdy wśród średnich ten odsetek wynosi już 30 proc.

– Z tego raportu wynika przede wszystkim, że CSR jako zdefiniowane zjawisko jest niezrozumiany i trudno postrzegany przez małe i średnie przedsiębiorstwa. Natomiast w momencie, kiedy zadajemy szczegółowe pytania o to, jakie konkretne działania prowadzą nasi respondenci w obszarze ochrony środowiska czy rozwoju pracowników – wówczas okazuje się, że aż 67 proc. firm prowadzi działania CSR-owe, choć nawet nie zdają sobie z tego sprawy – mówi Radosław Woźniak.

Raport EFL pokazuje, że choć 71 proc. mikro-, małych i średnich firm nie zna definicji terminu CSR, to po zapoznaniu się z nią aż 67 proc. przedsiębiorców MŚP deklaruje prowadzenie aktywności w tym obszarze. Najaktywniejsi są przedstawiciele branży HoReCa (83 proc.), z kolei najrzadziej działania CSR realizują firmy handlowe (55 proc.).

– CSR kojarzy się z korporacjami i firmami międzynarodowymi, z dużymi przedsiębiorstwami, które dysponują zasobami, wielkimi budżetami i stać na tego typu działania. Natomiast w rzeczywistości widać wyraźnie, że działania dotyczące rozwoju pracowników, budowania trwałych i poprawnych relacji ze swoimi partnerami biznesowymi, ochrony środowiska rozumianej jako używanie alternatywnych źródeł energii czy segregowanie odpadów nie są zarezerwowane wyłącznie dla wielkich firm, CSR jest w zasięgu praktycznie każdego przedsiębiorstwa – mówi Radosław Woźniak.

Badanie Europejskiego Funduszu Leasingowego pokazuj jednak, że jak na razie tylko 7 proc. mikro-, małych i średnich firm – które realizują działania CSR – ma strategię w tym obszarze. Uwzględniając elementy społecznej odpowiedzialności biznesu w ogólnej strategii firmy czy planach okresowych – można przyjąć, że blisko co piąta (22 proc.) ma w tym zakresie jakikolwiek plan, formalizujący i strukturyzujący działania CSR. Ponad połowa (59 proc.) podmiotów z sektora MŚP realizujących działania CSR nie ma również wyznaczonego żadnego budżetu na ten cel.

Pozytywny jest natomiast fakt, że w 7 na 10 firm firm z sektora MŚP inicjatorem działań z zakresu CSR jest zarząd lub top management. To sprzyja skuteczności takich działań i zapewnia im finansowanie. Z drugiej strony – może jednak niekorzystnie wpływać na utożsamienie się pracowników z aktywnościami podejmowanymi przez firmę w tym obszarze. Co ciekawe, źródłem inicjatywy CSR najrzadziej są działy HR oraz PR/marketing (8 proc.).

Raport „CSR w MŚP. Pod lupą” pokazuje również, że tylko 11 proc. firm ma wyznaczony budżet na ten cel, a kolejne 7 proc. ma pulę środków na działalność CSR-ową w ramach budżetu marketingowego. Co dziesiąta firma przeznacza na nią do 10 tys. zł rocznie, co trzecia – do 100 tys. zł. Ponad 1 mln zł rocznie na działalność CSR przeznacza tylko 3 proc. podmiotów z sektora MŚP.

– Korporacyjna odpowiedzialność biznesu jest istotnym elementem strategii również dla Grupy Crédit Agricole. Jako jej członek w oczywisty sposób prowadzimy w Polsce działania z tego obszaru. Współpracujemy głównie z małymi i średnimi firmami, których w Polsce jest prawie 3 mln i zatrudniają prawie 50 proc. wszystkich pracowników w gospodarce. Jako EFL uważamy, że jesteśmy zobowiązani do tego, aby naszą wiedzę i doświadczenie z obszaru CSR przekazywać naszym klientom i partnerom – tak, żeby oni również mogli działać w tym obszarze – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu Europejskiego Funduszu Leasingowego.

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek

Comiesięczne samobadanie piersi jest najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu. Nawyk ten należy wyrabiać już u nastolatek 5

Każdego roku 18 tys. pacjentek słyszy diagnozę rak piersi. W wielu przypadkach kończy się ona tragicznie, bo choroba została wykryta za późno. Mimo różnych zachęt i kampanii edukacyjnych tylko 3 proc. kobiet regularnie wykonuje samobadanie. Właśnie kończy się ósma odsłona kampanii „Dotykam=Wygrywam”, której głównym celem jest promocja profilaktyki raka piersi poprzez regularne samobadanie piersi i noszenie dobrze dobranego biustonosza. W ramach akcji jeszcze przez kilka dni można oddać też stare biustonosze, a środki otrzymane z ich reCYClingu będą wspierać badania profilaktyczne i walkę z nowotworem.​ 

Rak piersi w Polsce jest na pierwszym miejscu wśród nowotworów kobiet. Z danych Krajowego Rejestru Nowotworów wynika, że co roku chorobę tę diagnozuje się u około 18 tys. kobiet, z czego ponad 5 tys. umiera. Pierwszym powodem jest zbyt późne wykrycie zmian nowotworowych. Choroba zdiagnozowana na wczesnym etapie może być niemal w 100 proc. wyleczalna. Według specjalistów najlepszym sposobem na wczesne wykrycie nowotworu jest dokładne poznanie własnych piersi i comiesięczne samobadanie.

– Jeżeli co miesiąc wykonujemy samobadanie piersi, to znamy ich ukształtowanie i wiemy, jak wyglądają w danym okresie. Jesteśmy wtedy w stanie zaobserwować ewentualne zmiany i szybko na nie zareagować. Najlepiej badać piersi zaraz po miesiączce, między 6. a 9. dniem cyklu, bo wtedy piersi są najbardziej miękkie, nie są aż tak czułe. Im bliżej miesiączki, tym większe zachodzą w nich zmiany hormonalne i takie samobadanie może być nieprzyjemne – mówi agencji Newseria Izabela Sakutova, ekspert brafittingu.

Statystyki są jednak niepokojące, bo okazuje się, że zaledwie 2–3 proc. kobiet w Polsce wykonuje regularnie samobadanie.

Moim zdaniem wynika to przede wszystkim ze strachu. Pojęcie kobiet na ten temat jest takie, że lepiej nie interesować się tym tematem, bo co będzie, jak coś znajdę, bo nie wiem, jak się wykonuje samobadanie, więc nie będę tego robić, lepiej nie martwić się na zapas. Wiele kobiet myśli, że ten temat ich nie dotyczy, dopóki nie stanie się tragedia w ich otoczeniu, to wtedy faktycznie zaczynają mieć refleksje. Mam wrażenie, że także komunikaty w mediach kreują taki strach przed rakiem piersi i samobadaniem. Możemy podejść do tematu w inny sposób, bardziej lifestyle’owo, bardziej oswajać z tematem, a nie nim straszyć – mówi brafitterka.

Izabela Sakutova jest pomysłodawczynią kampanii „Dotykam=Wygrywam”. Jej celem jest edukowanie kobiet na temat tego, jak dbać o zdrowie piersi, właśnie poprzez wykonywanie regularnego samobadania i noszenie dobrze dobranego biustonosza.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” zajmuje się dbaniem o biust kompleksowo, stąd też brafitting. Od razu obalę jeden mit, który czasami się pojawia w internecie – źle dobrany biustonosz nie spowoduje raka piersi, ale może spowodować wiele innych, nieprzyjemnych konsekwencji, wpływających na nasze zdrowie fizyczne oraz mentalne także – mówi Izabela Sakutova.

Kampania „Dotykam=Wygrywam” realizowana jest przede wszystkim w salonach brafittingowych, które specjalizują się w usłudze indywidualnego doboru bielizny.

W sklepach ustawione są kosze. Zachęcamy kobiety do przyniesienia swoich starych biustonoszy, których nie używają z wielu względów. Dajemy kobietom ekologiczny powód wyczyszczenia szuflad jesienią i oddanie ich do reCYClingu, w ramach którego zbieramy fundusze na działania charytatywne związane z profilaktyką raka piersi. Wspieramy Stowarzyszenie Polskie Amazonki Ruch Społeczny, część środków idzie na badania dla podopiecznych. Wspieramy również fundację Wsparcie na starcie, którą powołałam do życia w tym roku i która buduje w nastolatkach zdrowe nawyki dotyczące ich piersi i działa poprzez edukację w szkołach – mówi Izabela Sakutova.

Część środków z reCYClingu przeznaczona będzie na stworzenie pierwszej polskiej aplikacji mobilnej, która będzie skierowana m.in. do nastolatek i będzie taką „przypominajką”, żeby zrobić samobadanie.

Uważamy, że jest potrzeba na polskim rynku komunikacji kierowanej do nastolatek, by budować w nich zdrowe nawyki od samego początku i wpłynąć na zmianę statystyk. Chodzi o to, by młode dziewczęta miały świadomość, że nie ma nic złego w dotykaniu własnych piersi, w poznaniu ich i w posiadaniu pełnej świadomości tego, że one są zdrowe. Inne fundacje koncentrują się na starszych kobietach, a my uważamy, że rozmowy na ten temat należy zacząć o wiele wcześniej – mówi Izabela Sakutova.

Zbiórka starych biustonoszy trwa do 31 października w całej Polsce. W poprzednich edycjach udało się zebrać 67 000 biustonoszy, czyli prawie 4 tony.

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu

Ministerstwo zdrowia: Cyfryzacja służby zdrowia przyczyni się do zmniejszenia kolejek do specjalistów. 1 listopada ruszają telemedyczne wizyty u lekarzy pierwszego kontaktu 6

Telemedycyna oraz technologie inteligentne mogą odmienić oblicze polskiej służby zdrowia. Przeprowadzenie pełnej cyfryzacji placówek i procedur medycznych usprawni przepływ dokumentów i zautomatyzuje wykonywanie najbardziej czasochłonnych czynności. Inwestowanie w innowacyjne technologie medyczne oraz cyfrową dokumentacje może przyczynić się do zmniejszenia kolejek do specjalistów, a także poprawić wydajność pracy w placówkach medycznych. Według Ministerstwa Zdrowia cyfryzacja nie jest jednak kluczowa

Według raportu „Health at a Glance 2018” Polska ma najmniejszy odsetek lekarzy pośród wszystkich krajów europejskich. Na 1000 obywateli przypada zaledwie 2,4 pracownika służby zdrowia. Niższy wskaźnik ma jedynie Turcja (1,8), zaś średnia dla krajów Unii Europejskiej wynosi 3,6. Tych braków kadrowych nie uda się szybko rozwiązać poprzez zwiększenie zatrudnienia czy rozbudowę infrastruktury medycznej. Z pomocą może przyjść nowoczesna technologia, która zautomatyzuje wykonywanie części procedur oraz przeniesie część z nich do internetu.

– Po raz pierwszy uzyskaliśmy dostęp do kompletu informacji na temat procesów, które dzieją się w cyberprzestrzeni. Widzimy, jakie leki i kiedy otrzymał pacjent i czy wykupił je w aptece. Te informacje są też w naszym Internetowym Koncie Pacjenta, a w przyszłości będą też dostępne dla lekarzy. Recepty, które do tej pory były tylko na kartkach papieru, dzisiaj są dostępne online, można z nich skorzystać przez aplikację mobilną w telefonie razem ze swoim mDowodem Osobistym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Janusz Cieszyński, wiceminister zdrowia.

Nadrzędnym celem ministerstwa związanym z cyfryzacją służby zdrowia jest zrealizowanie unijnego projektu Elektronicznej Platformy Gromadzenia, Analizy i Udostępniania zasobów cyfrowych o Zdarzeniach Medycznych (P1). Usługa ma stanowić szkieletowe rozwiązanie zespalające wszystkie systemy informatyczne funkcjonujące w ramach publicznej służby zdrowia. Platforma pozwoli uruchomić szereg usług medycznych związanych z realizacją świadczeń zdrowotnych.

Już dziś w jej ramach funkcjonuje w Polsce system e-recept i e-zwolnień, a w trakcie wdrażania jest system elektronicznych skierowań do specjalistów. Kolejnym krokiem na drodze do pełnej cyfryzacji będzie promowanie rozwiązań z zakresu telemedycyny. Zgodnie z rozporządzeniem Ministerstwa Zdrowia już od 1 listopada wizytę w placówce podstawowej opieki zdrowotnej będzie można odbyć łącząc się z lekarzem przez internet. Takie rozwiązanie ma zaowocować zmniejszeniem kolejek do lekarzy pierwszego kontaktu.

– W cyfryzacji wiele rzeczy udało się zrealizować, ale na pewno bardzo wiele także przed nami, w szczególności w zakresie wprowadzenia wielu nowych rozwiązań, które jeszcze bardziej poprawią i podniosą komfort pracy w gabinetach. Cyfryzacja poprawi organizację w placówkach ochrony zdrowia i oczywiście jest szansa na to, że pośrednio przyczyni się także do skrócenia czasu oczekiwania. Natomiast wydaje się, że kluczowe w tym zakresie są inne działania, czyli zwiększanie nakładów oraz inwestycje w kadry – przekonuje Janusz Cieszyński.

Ministerstwo Zdrowia planuje wdrożyć w życie Fundusz Modernizacji Szpitali, który pozwoli poprawić stan infrastruktury szpitali oraz przychodni. Ministerstwo wyda na ten cel 2 mld zł. O unowocześnienie branży medycznej walczą także niezależne instytucje. Współpraca nawiązana pomiędzy platformą ZnanyLekarz oraz operatorem elektronicznej dokumentacji medycznej Medfile zaowocowała wypracowaniem narzędzi, które mają zautomatyzować proces rejestracji pacjentów oraz wypełniania dokumentacji medycznej.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku rozwiązań telemedycznych w 2018 roku wyniosła 21,45 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 60,45 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 18,9 proc.

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn”

W 2047 roku sztuczna inteligencja będzie inteligentniejsza niż ludzie. Naukowcy nie wykluczają scenariusza „buntu maszyn” 7

W 2029 roku sztuczna inteligencja przejdzie ważny test Turinga i tym samym osiągnie ludzki poziom inteligencji. W 2047 roku może nastąpić moment nadejścia supermaszyn, inteligentniejszych od ludzi. Artificial general intelligence (AGI) byłaby maszyną zdolną do zrozumienia świata, która wykonywałaby szeroki zakres zadań. Stephen Hawking ostrzegał, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej. Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem – przekonuje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

– Sztuczna inteligencja może być ostatnią innowacją wprowadzoną przez ludzkość, ponieważ następne innowacje będą tworzone przez sztuczną inteligencję. To jest jeden utopijny scenariusz, w którym wszystkie nasze problemy zostaną rozwiązane. Oczywiście jest również dystopijny scenariusz, w którym sztuczna inteligencja będzie naszą ostatnią innowacją, bo kiedy zwrócimy się do maszyn o rozwiązanie problemu zmian klimatycznych, przyjrzą się nam i powiedzą: „To wy jesteście problemem” – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mo Gawdat, założyciel One Billion Happy, były szef marki w Google X.

Dzięki uczeniu maszynowemu można już rozpoznać wczesne objawy chorób. Sztuczna inteligencja pomaga też w kontroli ruchu naziemnego i lotniczego. Komputery są już biegłe w doborze zasobów, tłumaczeniu mowy i diagnozowaniu raka. System przetwarzania języka sponsorowany przez Yahoo, wykrywa sarkazm, algorytmy piszą muzykę, robią obrazy, żartują i tworzą nowe scenariusze do „Flinstonów”. Głębokie sieci neuronowe mogą identyfikować orientację seksualną ludzi, po prostu analizując ich twarze – wynika z badania Uniwersytetu Stanforda .

Raport „Kiedy AI przekroczy ludzką wydajność? Dowody od ekspertów AI ” wskazuje, że w ciągu najbliższych 100 lat SI będzie w stanie zrobić to samo co człowiek, ale bardziej efektywnie – prawdopodobnie nastąpi to w 2060 roku. Zdaniem naukowców komputer będzie w stanie wykonać pracę chirurga do 2053 roku.

– Wielu specjalistów wskazuje, że osiągniemy punkt osobliwości już w 2029 roku. Jest to punkt, w którym maszyny staną się inteligentniejsze od ludzi. To już niedługo. Duże postępy nie będą widoczne przez pierwszych kilka lat, lecz zgodnie z prawem postępu wykładniczego oznacza to, że być może dzisiaj zyskasz niewiele, lecz w następnym roku podwoisz to, co zyskałeś, w kolejnym roku podwoisz wszystko. Przy tak przyspieszającym rozwoju, wcześniej czy później dotrzemy do punktu osobliwości i maszyny staną się inteligentniejsze od nas – ocenia Mo Gawdat.

Tradycyjnym sposobem oceny ambitnych maszyn jest test Turinga – prawdziwa artificial general intelligence (AGI) mogłaby oszukać ludzi tak, by ci nie wiedzieli, że rozmawiają z człowiekiem, czy robotem. Już podczas Turing Test 2014 chatbot udający trzynastoletniego Ukraińca oszukał jedną trzecią sędziów.

Ray Kurzweil, dyrektor ds. inżynierii Google, uważa, że AI całkowicie przejdzie test Turinga w 2029 roku. 2045 rok ocenia jako moment, kiedy powstaną supermaszyny.

– Dżina wypuszczono już z butelki. Posługując się teorią gier, kwestią czasu jest osiągnięcie punktu, w którym na planszy nie pozostanie żadne pole, na które będziemy mogli przesunąć się, by powstrzymać rozwój sztucznej inteligencji, może z wyjątkiem wskazywanych przez niektórych naukowców klęsk żywiołowych lub katastrof gospodarczych, które zgodnie z przewidywaniami niektórych naukowców spowolniłyby postęp, lecz to jest najbardziej pesymistyczny scenariusz. Jeżeli nic takiego nie nastąpi, w końcu dotrzemy do punktu osobliwości – przewiduje Mo Gawdat.

Wielu naukowców obawia się, że kiedy zbudujemy sztuczną inteligencję mądrzejszą od nas, może nadejść dzień zagłady ludzkości. Bill Gates i Tim Berners-Lee porównują AGI do spełniającego życzenia dżina, nad którym nie mamy kontroli. Elon Musk przewiduje, że AGI będzie podobne do nieśmiertelnego dyktatora, przed którym nigdy nie będziemy mogli uciec. Stephen Hawking z kolei oświadczył, że AGI może oznaczać koniec rasy ludzkiej.

– Jesteśmy na etapie, w którym ludzkość musi podjąć decyzję o zmianie swojego systemu wartości, o zmianie zachowania w taki sposób, żeby hiperinteligentne maszyny były napędzane naszym sukcesem, naszymi korzyściami, naszym szczęściem i dobrym samopoczuciem, jednocześnie będąc na tyle inteligentnymi, żeby sprostać wyzwaniom, jakie niesie świat – podkreśla Mo Gawdat.

Olejek CBD: czy warto używać?

Z olejkiem CBD jest trochę tak, jak z naturalnymi kosmetykami. Niby większość z nas wie, że mają one bardzo dobry wpływ na urodę i są bezpieczne dla organizmu, ale jednocześnie nie do końca im ufamy, chętniej sięgając po środki chemiczne. Z kannabidiolem jest ten problem, że w świetle prawa nadal nie można przypisywać mu właściwości leczniczych. Nie ukrywajmy też, że wciąż dość powszechne jest wrzucanie produktów zawierających ten związek do jednego worka z substancjami narkotycznymi. Faktem jest natomiast, iż olejek CBD – najpopularniejszy legalny produkt konopny na rynku – może korzystnie oddziaływać na ludzki organizm. Coraz więcej osób chce się o tym przekonać. Czy warto iść w ich ślady?

Co wiemy o CBD?

CBD, czyli kannabidiol, to substancja naturalnie występująca w konopiach. Jest jednym z ponad 80 kannabinoidów, ale zdecydowanie najcenniejszym z nich. Od wielu lat prowadzone są badania nad potencjalnym zastosowaniem CBD w terapiach licznych schorzeń psychicznych i fizycznych. Naukowcy mają dla nas coraz więcej pozytywnych informacji – już teraz wiadomo, że kannabidiol ma potencjał terapeutyczny w przypadkach choroby Alzheimera, Parkinsona, padaczki lekoopornej, depresji, schizofrenii oraz anoreksji.

Oczywiście mówimy tutaj o testach, do których wykorzystuje się CBD w formie izolatu, niedostępnej legalnie w Polsce. Olejki CBD zawierają znacznie niższe stężenie tej substancji, stąd nie można przypisywać im właściwości leczniczych.

Kto powinien rozważyć używanie olejku CBD?

Olejki CBD renomowanych producentów są środkami w 100% naturalnymi, a więc także bezpiecznymi dla zdrowia. Nie ma żadnych szczególnych przeciwwskazań do stosowania tych produktów – warto w tym miejscu wspomnieć o słynnym już raporcie WHO, w którym czytamy, iż brakuje wiarygodnych dowodów mogących potwierdzić rzekomo negatywny wpływ CBD na ludzki organizm, a także ryzyko przedawkowania kannabidiolu.

Po olejki CBD najczęściej sięgają osoby, które:

  • Chcą żyć ekologicznie i wprowadzać takie produkty do swojej codzienności;
  • Ufają naturalnym kuracjom – zarówno na gruncie zdrowotnym, jak i kosmetycznym;
  • Chcą realnie poprawić funkcjonowanie organizmu, zwłaszcza pod kątem psychicznym, pokarmowym oraz neurologicznym;

Czy CBD wywołuje jakieś skutki uboczne?

Tak, jak każda naturalna substancja CBD nie musi być w pełni tolerowane przez ludzki organizm. W rzadkich przypadkach można zaobserwować niepożądane efekty uboczne przyjmowania produktów zawierających kannabidiol. Do tych najczęściej występujących zaliczamy:

  • Senność
  • Zmęczenie
  • Duży apetyt
  • Biegunki

Dodatkowo wspomnijmy, że CBD jest inhibitorem cytochromu P450, czyli enzymu odpowiadającego za metabolizm składników leków. Stąd podejrzewa się, iż kannabidiol może osłabiać lub wzmacniać działanie niektórych środków farmakologicznych. Więcej o tym piszemy w osobnym poradniku – warto przeczytać!

Czy używanie olejku CBD jest zgodne z polskim prawem?

To jedna z najczęściej pojawiających się wątpliwości. Mnóstwo osób wciąż podchodzi do produktów konopnych z dużą nieufnością. Samo słowo „konopie” ma wydźwięk pejoratywny, co jest oczywiście efektem nagonki na tę roślinę ze strony ruchów antynarkotykowych. Napiszmy to zatem dosadnie: środki odurzające produkuje się z konopi indyjskich, natomiast olejki CBD z konopi siewnych.

Uprawa tej drugiej rośliny jest legalna w większości rozwiniętych krajów świata – także w Polsce. Co za tym idzie, same olejki CBD również są produktami legalnymi, produkowanymi i sprzedawanymi zgodnie z prawem – chociażby na terytorium całej Unii Europejskiej.

Podkreślmy: zakup oraz używanie olejku CBD nie niesie ze sobą ryzyka żadnych konsekwencji prawnych. Jedyny warunek dotyczy składu produktu. Zawartość THC – czyli substancji psychoaktywnej – nie może przekraczać poziomu 0,2%. W efekcie olejek nie wykazuje działania narkotycznego, nie zmienia zachowania konsumenta, nie uzależnia.

Ważne!

Sequoyalife oferuje wyłącznie legalne i bezpieczne dla zdrowia olejki CBD. 

Rozsądne kalkulowanie oczekiwań

Olejek CBD nie jest – co trzeba mocno podkreślić – remedium na wszystkie przypadłości, cudownym środkiem gwarantującym pożegnanie wszelkich problemów ze zdrowiem fizycznym i psychicznym. Używanie produktów z kannabidiolem ma jak najbardziej sens, o ile robimy to w sposób świadomy, zdając sobie sprawę z faktu, iż tzw. medycyna konopna ma charakter wybitnie indywidualny, a skuteczność terapii jest ściśle uzależniona od predyspozycji konkretnego organizmu.

Uniwersalnym efektem stosowania CBD jest poprawa jakości życia – głównie na gruncie psychicznym, co szczególnie powinno zainteresować osoby funkcjonujące w silnym stresie, znerwicowane, zabiegane, nieodczuwające życiowej satysfakcji.

Na koniec zaznaczmy, że efektywność terapii z wykorzystaniem olejku CBD jest uzależniona od jakości produktu oraz faktycznego stężenia kannabidiolu. Szczególnie ważna jest ta ostatnia kwestia. Wybierając olejek CBD warto postawić na taki, który ma potwierdzony skład i zawiera dokładnie tyle kannabidiolu, ile deklaruje producent/sprzedawca. To najlepszy sposób, aby nie wyrzucać pieniędzy w błoto.

Wysokojakościowe, polecane przez wielu konsumentów i cieszące się znakomitą opinią olejki CBD, kupisz w oficjalnym sklepie internetowym marki Sequoyalife.

IT wysoko wynagradza doświadczonych

Informatyka od wielu lat jest w czołówce, jeżeli chodzi o liczbę kandydatów na studia. Według danych opublikowanych przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dotyczących rekrutacji na rok akademicki 2018/2019, 42 tys. absolwentów szkół średnich aplikowało na studia informatyczne. Na drugim miejscu z wynikiem „zaledwie” 27 tys. chętnych plasuje się zarządzanie. Na wieloletnią popularność informatyki składa się przede wszystkim przekonanie o łatwości znalezienia pracy legendy o „niebotycznych” zarobkach specjalistów IT.

Eksperci są zdania, że określenie „informatyk” jest bardzo nieprecyzyjnie i coraz częściej od niego odchodzą. „We współczesnym świecie IT określenie „informatyk” tak naprawdę nic nam nie mówi i niewiele oznacza. Branża w jakiej działamy jest bardzo szeroka, stąd silna potrzeba specjalizacji, co oczywiście znajduje odbicie w nazwach stanowisk” – wyjaśnia Piotr Kawecki, Dyrektor Zarządzający w ITBoom.

Specjalizacji jest bardzo wiele i są niezwykle zróżnicowane. Najpopularniejszą nadal pozostaje programowanie. Specjaliści zajmujący się tą gałęzią IT są najlepiej wynagradzani.  Równie duże szanse na rozwój ma neuroinformatyka, której potencjał wykorzystywany jest w pracach nad sztuczną inteligencją.

Ogromną zaletą branży IT jest elastyczność. Właściwie każdy kto ukierunkuje swoją karierę we właściwy sposób ma szansę odnaleźć taki jej obszar, w którym będzie się z sukcesem realizował. Ze względu na nieustający rozwój technologii czy automatyzację kolejnych branż, liczba miejsc, gdzie specjaliści IT są potrzebni, nieustannie się powiększa. W ITBoom opracowaliśmy ścieżkę kariery, która umożliwia zmianę projektów i znalezienie optymalnego miejsca dla naszego pracownika. To korzystne dla obu stron, ponieważ praca, która sprawia satysfakcję, często jest o wiele bardziej efektywna. Zdajemy sobie sprawę, że w dzisiejszych czasach za rozwojem technologii powinny iść także możliwości rozwoju zawodowego. Okoliczności są sprzyjające. Konsumenci coraz chętniej i w coraz większym stopniu wykorzystują zdobycze IT – przekonanie o użyteczności informatyki jest powszechne. Osoby działające w tej branży powinny wykorzystywać panujący trend. To oznacza jednak sporo pracy i wyzwań. Ci kandydaci, którzy zdają sobie z tego sprawę, odnajdą się w branży i odniosą sukces” – deklaruje Piotr Kawecki.

Duże zarobki, ale też spora odpowiedzialność

Branżę IT w Polsce tworzy dzisiaj już 350 tysięcy osób, ale to w dalszym ciągu zbyt mało, aby obsadzić wszystkie wakaty. Według Sedlak&Sedlak w Polsce brakuje nawet 50 tys. specjalistów. Pracodawcy poszukują przede wszystkim fachowców wsparcia II i III linii oraz osób zajmujących się bezpieczeństwem systemów. Nie powinien dziwić więc fakt, że w sytuacji, gdy specjalistów brakuje, ich oczekiwania finansowe wzrastają. Według portalu rekrutacyjnego No Fluff Jobs, w pierwszym kwartale 2019 roku średnie wynagrodzenie junior backend developera zatrudnionego na umowie B2B wynosiło 6 tys. zł. W porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej to wzrost o 9%. W przypadku specjalistów zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę wzrost jest jeszcze większy i sięga nawet poziomu 40%. Kolejne podwyżki i awans idą w parze z nabywaniem doświadczenia, zdobywaniem kolejnych certyfikatów i uczestnictwem w szeregu szkoleń, co jest nieuniknione w branży, w której ciągle pojawiają się nowości. Poziom zarobków warunkuje również technologia w jakiej się pracuje. Nadal najlepiej opłacani są specjaliści technologii Spring – zatrudnieni w oparciu o umowę B2B otrzymują średnio 17 tys. zł netto. W przypadku umowy o pracę jest to kwota 15 tys. zł brutto dla pracujących w technologii Angular.

Wizja wysokich zarobków jest jednym z powodów, dla którego bardzo wielu młodych ludzi decyduje się właśnie na studia informatyczne. Trzeba mieć jednak z tyłu głowy fakt, że sam dyplom niczego nie daje. Kluczowe jest doświadczenie, sukcesywny rozwój i zdobywanie nowych umiejętności. IT to specyficzna branża, w której technologie stosunkowo szybko się dezaktualizują. Trzeba też zaznaczyć, że w wielu firmach, zwłaszcza instytucjach finansowych, zwłaszcza takich jak banki czy firmy ubezpieczeniowe, praca specjalistów IT jest niezwykle odpowiedzialna. Dzisiaj nasza branża jest wielopłaszczyznowa i można zajmować się informatyką będąc przy tym dyrektorem bezpieczeństwa czy administracji. Trudno o jasną definicję, gdzie nasz zawód się zaczyna, a gdzie kończy, dlatego też szufladkowanie zarobków i kompetencji staje się coraz większym wyzwaniem” – dodaje Piotr Kawecki.  

Z raportu przygotowanego przez No Fluff Jobs wynika, że praca jest najlepszym źródłem wiedzy, jeśli chodzi o IT. Co ciekawe sporo, bo niemal 13% respondentów, nie ukończyło studiów wyższych lub studiowało kierunek niezwiązany z IT.

Brak ukończonych studiów informatycznych nie jest przeszkodą przekreślającą możliwość kariery w IT. Bardzo dobrą i popularną praktyką jest zatrudnianie na stażach studentów, również tych początkujących. W ten sposób firma może „wychować” sobie młodą kadrę i ukierunkować je na te obszary, które są dla niej kluczowe. Dla młodych ludzi to też szansa, aby przekonać się, czy kariera w IT jest dla nich. Bardzo często spotykam się z takim podejściem, że głównym motywatorem do podjęcia studiów informatycznych jest wizja wysokich zarobków. Pomijany jest jednak fakt, że kluczowa będzie także ciężka praca i zdobycie doświadczenia, które przychodzi z czasem. Dopiero potem pojawią się odpowiednie zarobki i możliwości dalszego rozwoju. Prawdą jest jednak, że branża nowoczesnych technologii to jeden z najbardziej perspektywicznych sektorów światowej gospodarki. Dlatego trudno się dziwić, że pojawiają się w nim coraz większe budżety i realna możliwość międzynarodowej kariery” – wyjaśnia Piotr Kawecki.

Jaką ochronę daje inwestorom Dyrektywa MiFID 2?

Tytułowy dokument zawiera przepisy, które chronią inwestorów na rynkach kapitałowych przed nadużyciami instytucji finansowych. Od 2018 r. obowiązuje także polskie banki, ubezpieczycieli oraz i branże TFI. Warto dowiedzieć się, na czym dokładnie polega ta ochrona.

Czym jest Dyrektywa MiFID 2?

Pakiet dokumentów o nazwie dyrektywa MiFID 2 to obowiązujące w UE regulacje, których celem jest wzmocnienie pozycji inwestorów wobec instytucji finansowych (głównie firm oferujących fundusze inwestycyjne, ale także wobec banków i firm ubezpieczeniowych). Pełna nazwa tych regulacji to Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/65/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych oraz zmieniająca dyrektywę 2002/92/WE i dyrektywę 2011/61/UE. Dyrektywa została uchwalona w 2014 r., a w Polsce zaczęła obowiązywać od początku 2018 r. Regulacja obowiązuje wraz z towarzyszącym jej Rozporządzeniem oraz szeregiem pobocznych aktów.

Czego dotyczy?

Nowe obowiązki związane są po pierwsze z lepszym informowaniem klientów o istniejącym ryzyku, a po drugie z większą przejrzystością cenową (kwotowanie instrumentów finansowych). W skrócie: oferowane produkty mają byś nastawione na zysk klienta, a nie oferującej je instytucji. W tym celu Dyrektywa wprowadził szereg przepisów. Na przykład obowiązek, aby klienci byli raz w roku informowani na temat wszystkich swoich wydatków oraz na temat wynagrodzenia, jakie za obrót ich pieniędzmi otrzymuje sprzedawca. Zmusza także dystrybutorów testów adekwatności wśród potencjalnych klientów, aby wykazać, czy dany produkt jest odpowiedni (korzystny), czy nieodpowiedni (ryzykowny) dla konkretnego klienta.

Istotny jest także przepis, który narzuca instytucjom oferującym różne produkty inwestycyjne stworzenie profilu adekwatnego odbiorcy produktu. Taki profil ma dokładnie odkreślać, dla kogo dany produkt się nadaje, a dla kogo nie. Dyrektywa MiFID 2 nakazuje także dystrybutorom, aby o oferowanych produktach mówili i pisali w klarowny sposób, zrozumiałym dla potencjalnego klienta językiem.

MC: mamy Strategię Cyberbezpieczeństwa RP na lata 2019-24. Premier Mateusz Morawiecki podpisał dokument

– Jesteśmy w dość szczególnym momencie. Pół wieku temu powstał Internet. Tym bardziej cieszy, że właśnie w tym momencie w Polsce, zaczynamy realizację kolejnego etapu prac nad zabezpieczeniem cybernetycznym kraju – mówi Marek Zagórski, minister cyfryzacji podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa Cybersec w Katowicach.

Strategia Cyberbezpieczeństwa RP na lata 2019-24 została najpierw zaakceptowana przez Radę Ministrów, a 29 października podpisał ją premier Mateusz Morawiecki. Minister cyfryzacji Marek Zagórski mówił o Strategii podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa w Katowicach. Jak podkreślał, celem dokumentu jest wzmocnienie cyberbezpieczeństwa kraju. – Kluczowa jest tu edukacja, współpraca międzynarodowa i wymiana informacji. Bez tego we współczesnym świecie żadne państwo nie jest w stanie osiągnąć samo bezpieczeństwa w cyberprzestrzeni i ochronić się przed zagrożeniami, jakie płyną z sieci – mówi Marek Zagórski.

Czym jest Strategia?

Strategia Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2019-2024 to dokument, który określa strategiczne cele rządu polskiego w zakresie cyberbezpieczeństwa. Kluczowe jest, by systemy informacyjne, operatorzy usług kluczowych, operatorzy infrastruktury krytycznej, dostawcy usług cyfrowych oraz administracja publiczna były odporne na incydenty w cyberprzestrzeni. Dokument zastępuje Krajowe Ramy Polityki Cyberbezpieczeństwa Rzeczypospolitej Polskiej na lata 2017-2022, które do tej pory pełniły jej rolę. Wejście w życie ustawy o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa, a także konieczność uwzględnienia nowych wyzwań związanych z cyberbezpieczeństwem, np. zabezpieczenia rozwiązań w ramach technologii chmurowych czy 5G spowodowały potrzebę rewizji dotychczasowego dokumentu.

Cel – bezpieczeństwo

Głównym celem Strategii jest podniesienie poziomu odporności na cyberzagrożenia oraz poziomu ochrony informacji w sektorach: publicznym, militarnym i prywatnym. Na lepszą ochronę informacji wpłynie też promowanie wiedzy i dobrych praktyk wśród obywateli.

W dokumencie określono najważniejsze cele, jakie ma spełnić Strategia. Pierwszym z nich jest rozwój Krajowego Systemu Cyberbezpieczeństwa, który ma podlegać systematycznej ocenie. Rozbudowany zostanie system wymiany informacji o cyberzagrożeniach, co usprawni kierowanie bezpieczeństwem narodowym. Rozwinięta zostanie też współpraca oraz koordynacja działań organów ścigania w celu zwiększania zdolności do zwalczania cyberprzestępczości, w tym cyberszpiegostwa czy zdarzeń o charakterze hybrydowym. Zapisano także konieczność bliższej współpracy z jednostkami samorządu terytorialnego. Drugi cel to zwiększenie poziomu odporności sieci i systemów teleinformatycznych administracji publicznej oraz sektora prywatnego. Chodzi również o osiągnięcie zdolności do skutecznego zwalczania skutków incydentów. Ten cel ma zostać osiągnięty przez opracowanie m.in. Narodowych Standardów Cyberbezpieczeństwa, które zapewnią spełnienie przez podmioty krajowe niezbędnych wymagań organizacyjnych i technicznych w tym zakresie. Standardy będą dotyczyć takich obszarów jak: przetwarzanie w chmurze czy aplikacje mobilne. Zwiększenie potencjału Polski

Weryfikacja skuteczności wdrożonych systemów zarządzania bezpieczeństwem będzie dokonywana przez okresowe testy i audyty cyberbezpieczeństwa. Nastąpi dostosowanie polskiego prawa do zapisów unijnych takich jak tzw. akt o cyberbezpieczeństwie.- Celem Strategii jest też zwiększenie potencjału Polski w zakresie technologii cyberbezpieczeństwa – podkreśla minister Marek Zagórski. Przy wsparciu rządowym, zostaną rozbudowane zasoby przemysłowe i technologiczne. Rozwinięte też zostaną mechanizmy współpracy między sektorem publicznym i prywatnym. Temu właśnie ma służyć współpraca Ministerstwa Cyfryzacji z największymi firmami technologicznymi. Resort zainicjował już program współpracy z takimi podmiotami w zakresie cyberbezpieczeństwa. Podczas Europejskiego Forum Cyberbezpieczeństwa nastąpiło podpisanie kolejnych porozumień, które tego dotyczą. Do współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji przystępują kolejne firmy – Cisco, Ericsson oraz Nokia. Wcześniej porozumienie takie podpisała firma Samsung. Świadomość jest kluczem

Celem Strategii Cyberbezpieczeństwa RP jest również rozwijanie świadomości społecznej w obszarze bezpiecznego korzystania z wirtualnej przestrzeni, a także jest zbudowanie silnej pozycji międzynarodowej Polski w obszarze cyberbezpieczeństwa.

– Duży nacisk będziemy kłaść na podniesienie świadomości społecznej dotyczącej korzyści jaki niesie za sobą rozwój nowoczesnych technologii, a także zagrożeń z tym związanych – podkreśla Marek Zagórski.

Koordynatorem wdrożenia Strategii jest Minister Cyfryzacji. W ciągu pół roku od przyjęcia dokumentu zostanie opracowany szczegółowy Plan Działań. Zostaną określone konkretne zadania oraz działania dla organów administracji rządowej, wraz z harmonogramem ich realizacji. Wskazane też zostaną źródła finansowania oraz mierniki pozwalające na określenie stopnia realizacji konkretnego działania.

kom/ ryb/ wus/

Wall Street – giełdowe indeksy pobiły historyczne rekordy

Koniec października przyniósł rekordowe poziomy na Wall Street. Indeksy poszybowały, pomimo coraz gorszych informacji o światowej koniunkturze gospodarczej.

Dwa z trzech najważniejszych indeksów giełdowych odnotowały poziomy nigdy nie widziane wcześniej. A chodzi o S&P500 i NASDAQ 100, który zawiera w sobie najważniejsze spółki technologiczne, takie jak Google czy Facebook.

To już ponad 10 lat hossy na Wall Street, przedzielanej krótkimi okresami spadków. Tym bardziej inwestorzy zastanawiają się jak długo hossa może jeszcze trwać, a przede wszystkim zadają sobie pytanie dlaczego indeksy tak bardzo wzrosły, skoro tak wiele mówi się o recesji.

Dane dotyczące koniunktury gospodarczej (indeksy PMI) nie wyglądają przecież dobrze: we wrześnie mieliśmy najgorszą sytuację co najmniej od 2013 r.

Co też istotne, właśnie publikowane dane z amerykańskich spółek też nie są tak dobre, jak przed rokiem.

– Jesteśmy w okolicach minimów dekady jeśli chodzi o gospodarkę, a jednocześnie na maksimach, jeżeli chodzi o indeksy – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jak połączyć to w jedną całość? Przyczyna jest taka, że Inwestorzy oczekuję, że Rezerwa Federalna, która już dwukrotnie w tym roku obniżyła stopy procentowe zrobi to ponownie, a obniżki będą powtarzane. Możliwe, że wprowadzone zostaną także inne rozwiązania, które będą pompować ten rynek jeszcze wyżej.

Czy powstanie prawdziwa „Wyspa Blockchain”?

Rząd Wysp Marshalla zaskoczył świat w 2018 r., ogłaszając zamiar stworzenia nowej kryptowaluty pod nazwą Sovereign Coin (SOV) – co można przełożyć jako Suwerenna Moneta lub Suweren, ale dla wygody posłużymy się skrótem – która będzie nowym legalnym środkiem płatniczym tego kraju. Nasuwa się więc naturalne pytanie, dlaczego akurat Wyspy Marshalla i skąd taki pomysł? Warto przeanalizować, czym będzie kryptowaluta SOV, ale należy zacząć od przybliżenia motywacji tego maleńkiego wyspiarskiego państwa.

Dlaczego Wyspy Marshalla?

Po drugiej wojnie światowej Wyspy Marshalla stanowiły obszar powierniczy USA, który w latach 1946-1958 mocarstwo traktowało jako poligon doświadczalny dla swoich testów nuklearnych (atol Bikini). USA rozstrzygały roszczenia, wypłacały odszkodowania i pomagały przesiedlać się ludności zamieszkującej „nuklearny atol”. Wyspy Marshalla uzyskały suwerenność w 1979 r., a od 1991 r. stały się członkiem ONZ. W 2003 r. Stany Zjednoczone odnowiły umowę o stowarzyszeniu, a w istocie pomocy finansowej dla tego kraju pod nazwą COFA (The Compact of Free Association). Kontekst tej umowy jest skomplikowany i wielopiętrowy. USA mają strategiczne interesy na wyspach i płacą swoisty „czynsz”, aby utrzymać tam część swojego systemu obrony przeciwrakietowej. Dzięki COFA Wyspy używają dolara amerykańskiego jako swojej waluty, a ich obywatele mogą podróżować i zamieszkiwać w USA bez wiz. Jednak układ ten od zawsze miał charakter tymczasowy. COFA zakończy się w 2023 r. i najprawdopodobniej nie zostanie przedłużony. Układ jest dobrodziejstwem dla Wysp, bowiem z niego wypływa 30% PKB kraju. Jeśli miałby zostać poniechany, nastąpi katastrofa.

Ale to tylko część problemów Wysp Marshalla, które stają się powoli tonącym statkiem, i to dosłownie. Państwo położone jest na 1156 wyspach o łącznej populacji zaledwie 70 tys. mieszkańców, z których wiele nie nadaje się do zamieszkania z różnych powodów: od braku deszczów po skażenia nuklearne. Państwo to jest położone na terenach wystających jedynie 2 metry nad poziomem morza. Stoi więc wobec realnej groźby zalania, może podzielić los Atlantydy. Co więcej, zakwaszenie mórz dosłownie niszczy podstawę tych wysp, które są koralowcami.

W obliczu takich egzystencjalnych zagrożeń Wyspy Marshalla ogłosiły w marcu ubiegłego roku zamiar emisji własnej waluty SOV. Wyraziły ambicję stania się pierwszą gospodarką typu „blockchain”, państwem o wirtualnej jurysdykcji, co na razie nie udało się nikomu, a zaawansowane próby w tym względzie podejmowała Malta. Jednak Wyspy Marshalla mają unikalne atuty, których nie posiadają inni. Należą do grupy tzw. rajów podatkowych, a w kontekście decyzji o prawdziwej rewolucji finansowej dobrą wiadomością jest to, iż kilka dni temu Unia Europejska usunęła Wyspy Marshalla z „czarnej listy” rajów podatkowych, do których miała zastrzeżenia prawne. Lista ta utworzona w 2017 r., po ujawnionych rewelacjach dotyczących unikania płacenia podatków przez korporacje i osoby zamożne, nadal obejmuje dziewięć jurysdykcji spoza UE – głównie wyspy Pacyfiku o niewielkich relacjach finansowych z UE.

Należy także podkreślić, iż atutem Wysp Marshalla jest fakt posiadania cennego produktu eksportowego, jakim jest prywatny rejestr morski, powszechnie znany jako rejestr Wysp Marshalla – trzeci co do wielkości na świecie. Jest on prowadzony w imieniu tego państwa przez spółkę International Registries, Inc. z siedzibą w Wirginii. Wyjaśnijmy, iż tego rodzaju rejestr państw bandery nadaje obywatelstwo statkom i implikuje, jakie prawa i obowiązki przysługują statkowi. Rejestracja oznacza, iż statki spełniają wszystkie ustanowione wymagania krajowe i międzynarodowe.

Koncepcja „Wyspy Blockchain”

Autorstwo tego określenia przypisuje sobie Steve Tendon, którego firma ChainStrategis oficjalnie w 2017 r. przystąpiła do opracowywania i wdrożenia tej koncepcji na Malcie z rządowym błogosławieństwem. To zwięzły sposób opisania kwestii integracji kryptowalut z tradycyjnymi systemami finansowymi, prawnymi i regulacyjnymi z uwzględnieniem wszechobecnego wykorzystania technologii blockchain. Przypomnijmy, iż technologia blockchain (łańcuch bloków) służy do przechowywania oraz przesyłania informacji o transakcjach zawartych w Internecie. Istotą działania blockchain jest utrzymanie wspólnej i zbiorowej księgi rachunkowej transakcji w cyfrowej postaci, rozproszonej po sieci, w takich samych kopiach. Księga jest w pełni zabezpieczona przed niepowołanym dostępem, a zarazem otwarta dla wszystkich. Przy obecnej technologii i mocy obliczeniowej komputerów nie da się podrobić największych łańcuchów bloków. Transakcje zapisane w łańcuchu bloków są nieodwracalne. Każda próba zmiany jednego bloku pociąga za sobą zmianę całego następującego po nim łańcucha bloków.

Przenosząc tę technologię na szersze wody, Tendon usiłował stworzyć w pełni wirtualną jurysdykcję na Malcie, która mogłaby łączyć kryptowaluty i technologię blockchain z resztą globalnego systemu finansowego. Był to śmiały projekt, którego Malta ostatecznie nie podjęła z kilku względów. Po pierwsze jest członkiem UE z silnymi powiązaniami bankowymi. Członkostwo w UE nakłada ograniczenia regulacyjne. Na Malcie nie mogłaby zmaterializować się koncepcja kryptowaluty, podobnie jak w Estonii, która próbowała promować Estcoin – nie było to dozwolone. Kraj wprawdzie ustanowił korzystną jurysdykcję poprzez nowe przepisy ustawowe i wykonawcze, a następnie wykorzystał ją do przyciągania bezpośrednich inwestycji zagranicznych, ale firmy musiały rozpocząć działalność w terenie. To kluczowy i nieszczęśliwy wymóg: firmy musiały zaznaczyć fizyczną obecność na Malcie, nawet jeśli nie było to logiczne ani logistycznie konieczne. Tak więc pomysł stania się dominującym graczem w pełni wirtualnej sferze kryptograficznej został utracony.

Po drugie niewątpliwe zalety i potencjał technologii blockchain i kryptowalut działa, póki co, przeciwko nim. Różnią się tak bardzo od wszystkiego, co pojawiło się wcześniej, że nikt nie może się zgodzić na sposób ich integracji z istniejącymi systemami ekonomicznymi, technologicznymi i prawnymi. Tak więc kryptowaluty istnieją w izolacji, stanowią niewielką „wyspę” oddzieloną od realnej gospodarki, czyli „kontynentu”. Zalety technologii kryptograficznych mogą być wykorzystane jedynie przy masowej adopcji, którą można osiągnąć wyłącznie za pomocą efektów sieciowych. Obecna sfera kryptograficzna nie jest na tyle duża, aby utrzymać efekty sieciowe, a nie może wzrosnąć bez integracji z szerszą ekonomią. Dzisiejsze systemy finansowe transferują tryliony dolarów dziennie, a gospodarka kryptowalutowa to zaledwie kilka miliardów. Podobnie globalny system finansowy to miliardy posiadaczy rachunków, podczas gdy istnieje tylko kilka milionów posiadaczy kryptowalut. Sedno koncepcji „Wyspy Blockchain” tkwi więc w znalezieniu sposobu na połączenie kryptoekonomii z „kontynentem” realnym. Koncepcja „Wyspy Blockchain” nie jest czymś, do czego można aspirować. To wizja do zrealizowania lub problem do rozwiązania, ograniczenie, które należy pokonać, wykonując odważny skok do całkowicie wirtualnego, nieskrępowanego geograficznie królestwa.

Tego rodzaju możliwości potencjalnie drzemią w Wyspach Marshalla. Państwo jest w skrajnej izolacji, z pilną potrzebą nawiązania połączeń, które nie są zakorzenione w ograniczeniach geograficznych, przestrzeni i zasobach fizycznych. Widzi konieczność stworzenia infrastruktury cyfrowej, aby w przypadku katastrofalnego scenariusza – zniknięcia kraju pod wodą – obywatele nadal mieli zabezpieczoną cyfrową spuściznę i informacje w łańcuchu bloków – w blockchainie. Wyspy chcą nadal funkcjonować jako kraj, nawet w sytuacji, gdy mieszkańcy będą zmuszeni do migracji na inne tereny.

Waluta SOV – istota i zalety

Trudno przecenić innowacyjny potencjał kryptowalut. Z perspektywy finansowej oferują szereg wyraźnych i unikalnych korzyści, w tym transfery transgraniczne, peer-to-peer prawie w czasie rzeczywistym oraz rozliczanie wartości po przystępnych opłatach. Przewidywana waluta Wysp Marshalla SOV nie będzie po prostu digitalizacją istniejącej waluty – będzie zupełnie nową walutą. Uzyska status prawnego środka płatniczego, ponieważ zostanie wyemitowana przez suwerenne państwo. SOV nie będzie alternatywą dla kryptowalut, jakie znamy, ale lepszą alternatywą dla istniejących walut fiducjarnych (pieniądz fiducjarny jest emitowany przez banki centralne w ramach prowadzonej przez nie polityki pieniężnej). Obrazowo ujmując: SOV, pozostając zarówno kryptowalutą, jak i walutą fiducjarną, może stanowić swoisty most łączący „kontynent” (inne waluty fiducjarne) z „archipelagiem” kryptowalut. Wprowadzenie SOV, jeśli się całkowicie powiedzie, można porównać do otwarcia Kanału Panamskiego lub Kanału Sueskiego, które połączyły odległe systemy gospodarcze. Osiągnięcie sukcesu w tym wypadku oznacza zdobycie akceptacji zarówno w świecie konwencjonalnych rynków finansowych, jak i w świecie kryptowalut.

Nie ma niebezpieczeństwa, że Wyspy Marshalla wpadną w tę samą pułapkę, co Malta: rząd nie przeszkadza rysującemu się modelowi, a Wyspy są zbyt odległe, aby nalegać na fizyczną obecność firm. Rząd Wysp w pełni akceptuje wirtualną naturę sfery kryptograficznej. Sama wielkość realnej gospodarki zapewni efekt sieci, który za pośrednictwem SOV przyniesie masowe technologie kryptograficzne. Tym, czym jest dolar dla globalnej gospodarki na świecie, SOV chce być dla nowej kryptoekonomii w sferze kryptograficznej. Zapewni to Wyspom Marshalla nowe możliwości i odegra istotną rolę w zapobieganiu nadchodzącym kryzysom finansowym i środowiskowym. Projekt ma również aspekt humanitarny. Chodzi o to, aby przynieść korzyści mieszkańcom Wysp Marshalla.

Otwierając się na gospodarkę blockchain, Wyspy nie tylko pomogą swoim mieszkańcom, ale staną się czymś w rodzaju potęgi krypto-finansowej, dając przykład światu. Powodzenie SOV poniesie za sobą konsekwencje makroekonomiczne, będzie korzystne na przykład dla Malty i każdej innej jurysdykcji, organizacji lub startupu, które zaangażują się w rozwój nowych firm opartych na technologiach blockchain.

Trudna droga do SOV i implikacje nowej waluty

Stworzenie kryptowaluty jako prawnego środka płatniczego jest trudnym procesem, nie mającym precedensu. Kraj angażuje się w długie dyskusje z różnymi zainteresowanymi stronami, od Departamentu Skarbu USA po Organizację Narodów Zjednoczonych. Wyspy Marshalla nigdy nie miały własnego prawnego środka płatniczego, wykorzystują dolara amerykańskiego, a teraz, zamiast wzorować się na innych krajach, które drukowały własne pieniądze, wybierają opcję dającą trwalsze rozwiązanie ich problemu.

We wrześniu ubiegłego roku Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) odradzał projekt SOV, utrzymując, że wprowadzenie kryptowaluty jako legalnego środka płatniczego może zwiększyć ryzyko związane z integralnością makroekonomiczną i finansową. Departament Skarbu również początkowo wyrażał dezaprobatę, ale po prawie roku wewnętrznych dyskusji urzędnicy USA nabrali przekonania, że ten projekt może zadziałać. Cyfrowa waluta banku centralnego nadal będzie opierać się na infrastrukturze banku centralnego. Materialnie będzie funkcjonować w jakiejś farmie serwerów, ale nadal „na ziemi”. Problem odporności i trwałości nowego rozwiązania polega na tym, że jeśli terytorium kraju zniknie, to nadal chce pozostać Wyspami Marshalla i zachować swoje informacje i tożsamość cyfrową.

SOV będzie wdrażana w ramach „emisji pieniężnej rozłożonej w czasie” (ang. Timed-Release Monetary Issuan – TRMI). Ponieważ wiele szczegółów SOV jest wciąż opracowywanych przez ekonomistów, technologów i matematyków, dzisiaj mieszkańcy nie kupują SOV, ale jednostki, które później zostaną na nie wymienione. Istnieje ogromna obawa, że waluta zostanie przejęta przez inwestorów spekulacyjnych, co może spowodować poważną niestabilność monetarną. Tak więc wdrażanie rozłożone w czasie jest sposobem na to, aby przyjmowanie waluty było kontrolowane, nie nastąpiło w drodze jednej oferty. Emisja, a więc TRMI, zajmie około 18-24 miesięcy, zamiana w kryptowalutę SOV nastąpi przy stosunku 1:1. Chodzi o to, aby odsunąć spekulantów, a zaprosić długoterminowych inwestorów. Pomimo rozproszonej populacji i problemów logistycznych, z jakimi boryka się kraj, dzięki zasięgowi satelitarnemu i telekomunikacji wdrożenie jest znacznie łatwiejsze niż, powiedzmy, założenie banku centralnego i drukowanie pieniędzy. Wyspy Marshalla nie należą do stowarzyszenia takiego jak UE, co daje im większą swobodę tworzenia kryptowaluty.

Przygodę z własnymi kryptowalutami miały takie kraje, jak Wenezuela z Petro i Iran z PayMon. Jednak SOV ma być czymś więcej niż kryptowalutą. Będzie posiadał status prawnego środka płatniczego, co skutkuje określonymi konsekwencjami. Prawny środek płatniczy oznacza, że waluta musi być używana w gospodarce Wysp Marshalla. Jako prawny środek płatniczy w Organizacji Narodów Zjednoczonych, może stać się wymienialny na rynkach walutowych Forex. To bardzo różni go od innych kryptowalut. Ogólnym celem jest rozszerzenie zasięgu SOV poza fizyczne brzegi wysp i promowanie we wszelkiego rodzaju transakcjach elektronicznych. Wreszcie SOV bynajmniej nie jest pomysłem na obchodzenie sankcji amerykańskich.

W przeciwieństwie do kryptowalut, takich jak Bitcoin lub Ether, SOV będzie mieć wbudowaną technologię KYC (poznaj swojego klienta), AML (przeciwdziałanie praniu pieniędzy), CFT (przeciwdziałanie finansowaniu terroryzmu), filtrowanie list sankcyjnych i tożsamości przy zapewnieniu bardzo silnych gwarancji prywatności. Polityka pieniężna kryptowaluty SOV będzie zakodowana na stałe w łańcuchu, ustalana algorytmicznie przy 4% stopie inflacji rocznie.

Zakłada się również społeczne wymiary SOV. Kiedy wejdzie w życie (wykreowana lub wybita, ponieważ ma być zarówno kryptowalutą, jak i zwykłą walutą), będzie przynosiła bezpośrednie korzyści posiadaczom, w szczególności rezydentom Wysp Marshalla. Z chwilą emisji część trafi bezpośrednio do kieszeni obywateli w ramach pionierskiego podziału bogactwa w systemie gospodarczym. Zgodnie z założeniami pewien procent emisji kryptowaluty SOV zostanie przeznaczony na fundusze do walki z katastrofami, z jakimi boryka się kraj. Jednym z tych funduszy jest Zielony Fundusz Klimatyczny Wysp Marshalla, który pomaga przygotować się na skutki zmian klimatu, a także zwiększyć zrównoważony rozwój kraju. Drugim jest Fundusz Dziedzictwa Jądrowego i Opieki Zdrowotnej, który pomaga osobom dotkniętym testami nuklearnymi. To sprawia, że SOV znaczy więcej niż tylko legalny środek płatniczy lub kryptowaluta zaprojektowana z myślą o spekulacjach – ma być lekiem na palące potrzeby społeczne.

Nie wiadomo do końca, w jaki sposób będzie ustalona wartość SOV. Problem ten znajduje się wciąż „na desce kreślarskiej”. Plan zakłada jednak, że określi się ją za pomocą mechanizmów rynkowych. Chodzi o to, aby waluta SOV odzwierciedlała wartość realnej gospodarki (fizycznej lub elektronicznej), która ją przyjmie, podobnie jak każda inna waluta krajowa, tyle że jej użytkowanie może być znacznie szersze niż granice Wysp Marshalla.

Reasumując, SOV jest kryptowalutą opartą na technologii blockchain, która pozwoli krajowi stać się bardziej odpornym na problemy środowiskowe. Jeśli SOV zostanie przyjęty do handlu elektronicznego i transakcji poza Wyspami Marshalla, będzie to sukces podwójny. Ostatnie wydarzenia w przestrzeni kryptograficznej przyspieszyły prace. Odnotowuje się znaczące wysiłki na rzecz wprowadzenia globalnej kryptowaluty przez Facebooka, Binance, Chiny, a nawet bank centralny Anglii, który ogłosił wstępne plany dotyczące syntetycznej waluty hegemonicznej. Trend rysuje się więc wyraźny.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfrowe przebudzenie branży produkcyjnej

Jedną z bardziej znaczących zmian ostatnich lat jest pojawienie się technologii cyfrowej jako podstawowego komponentu procesu produkcyjnego. Proces nazywany „Przemysłem 4.0” czy „inteligentną produkcją” oznacza korzystanie z Internetu Rzeczy (IoT), sztucznej inteligencji, blockchain i innych ultranowoczesnych systemów w celu podniesienia m.in. wydajności oraz przewidywalności produkcji. Sam proces również uległ rozbudowie oraz skróceniu.

Radykalnej zmianie uległ również sam model pracy osób zaangażowanych w produkcję. Przez wzgląd na coraz większą złożoność kanałów dystrybucji oraz prowadzonej komunikacji, niezależne departamenty powinny postawić na ścisłą współpracę, tak żeby razem osiągnąć lepsze wyniki. Co więcej, integracja powinna zostać zastosowana nie tylko w ramach organizacji, ale również z udziałem zewnętrznych partnerów, takich jak dostawcy. Bliższa współpraca pomoże w bardziej wydajnej i efektywnej pracy oraz wpłynie na optymalizację całego łańcucha dostaw.

Natomiast osobami, które zaczęły odgrywać podwójną rolę stali się dystrybutorzy kanałów partnerskich. Jako część dwukierunkowego przepływu informacji przekazują producentom spostrzeżenia dotyczące łańcucha dostaw oraz przede wszystkim – informacje płynące od klientów. Gromadząc je, producent może wdrażać ulepszenia produktu w oparciu o najbardziej wartościowy feedback od klienta końcowego. Dodając do tego fakt, że oczekiwania klientów wciąż rosną, wrażenia użytkowników mają istotny wpływ na projektowanie oraz wytwarzanie produktów. Producenci rywalizują w walce o lojalność klientów, jednak z powodu intensywnej cyfryzacji konkurenci mogą pojawić się dzisiaj nawet w alternatywnych branżach. Dlatego częstą, choć nieco zaskakującą praktyką są wspólne spotkania w celu rozwiązania problemów stojących przed całą branżą.

Serwicyzacja przemysłu produkcyjnego

Do tej pory produkcja miała prosty, liniowy charakter. Im więcej producent wyprodukował, tym więcej produktów był w stanie sprzedać. Pojawienie się technologii cyfrowej umożliwiło wdrożenie nowych, nieliniowych modeli biznesowych oraz dochodowych, dlatego wielu producentów reorganizuje swoje procesy. Coraz bardziej praktyczne, odpowiednie i opłacalne dla obydwu stron stają się modele oparte na subskrypcji „pay as you go” lub „pay as you use”. Użytkownik kupuje produkt jako usługę, a nie jako nakład inwestycyjny. Proces wdrożenia serwicyzacji nie jest procesem gwałtownym. Żeby przeprowadzić go optymalnie, należy uwzględnić cały ekosystem przedsiębiorstwa: dostawców, partnerów, pracowników, a czasem nawet konkurencję.

Platforma cyfrowa, a cyfrowa transformacja

Cyfryzacja przedsiębiorstwa odbywa się na wielu poziomach. Na pierwszy składa się cyfrowy rdzeń – procesy ERP (planowanie zasobów przedsiębiorstwa) i PLM (zarządzanie cyklem życia produktu). Na tych procesach oparta jest cała pozostała struktura digitalowa. Drugi to systemy i platformy takie jak Liferay DXP. Umożliwiają interesariuszom uczestniczenie w procesie ustalania strategii transformacji cyfrowej.

Tu niezwykle istotną rolę odgrywają pracownicy oraz informacja zwrotna od klientów. To właśnie pracownicy najlepiej rozumieją oczekiwania klientów oraz znają ich poziom zaangażowania, dlatego mogą doradzać w kwestii odpowiadania na zmieniające się potrzeby. Należy jednak pamiętać, że cyfrowy rdzeń oraz platforma do kreowania cyfrowych doświadczeń muszą ze sobą ściśle współgrać.

Podstawową cechą, którą należy wziąć pod uwagę przy wyborze platformy jest jej elastyczność. Elastyczne środowisko umożliwiające interakcję z jednostkami zewnętrznymi umożliwia zachowanie konkurencyjności i podjęcie natychmiastowych działań z dowolnym podmiotem. Stopień integracji platformy określi nowy model biznesowy oraz cenowy, a także szybkość i sprawność, z jaką można reagować na potrzeby klientów.

Jeśli platforma nie przewiduje możliwości integracji, potencjalnie zagraża istotnym możliwościom, ponieważ:

  • Partnerzy w różnych regionach mogą korzystać z różnych platform,
  • Pracownicy mogą oczekiwać lub potrzebować innych sposobów interakcji z organizacją,
  • Konkurencja może oferować technologię, której brakuje platformie bez możliwości integracji.

Wyzwania transformacji cyfrowej

Przy transformacji cyfrowej pojawia się zwyczajowo wiele wyzwań, chociaż główne, które możemy zaobserwować pojawiają się w obszarach migracji danych z poprzednich systemów, zarządzania zmianami oraz logistyki w ekosystemie:

  1. Dotychczasowe systemy

Inicjatywa transformacji cyfrowej powinna uwzględniać wcześniej zakupioną technologię, która traktowana jest jak inwestycja długoterminowa. Procesy produkcyjne są bardzo zróżnicowane więc uwzględnienie jednego rozwiązania przy migracji danych między systemami jest praktycznie niemożliwe. Konieczne jest uruchamianie programów pilotażowych, a następnie wdrażanie ich do kolejnych poziomów organizacji, co często generuje koszty i wymaga od zaangażowanych osób sporego nakładu czasowego.

  1. Zarządzanie zmianami

Kolejnymi aspektami, które często sprawiają kłopot może być kultura korporacyjna oraz zdolność dostosowania się do nowych warunków. Chęć przyjęcia efektów digitalizacji oraz regularne korzystanie z platformy może być często większym wyzwaniem niż aspekty techniczne.

  1. Logistyka w ramach ekosystemów

Przemysł 4.0 oraz nowe możliwości digitalizacji zapewniają tworzenie nowych połączeń nie tylko w ramach organizacji, ale także integracji z dostawcami, partnerami oraz klientami. Otwiera to nowe wyzwania w zakresie IT i rozumienia bezpieczeństwa całego ekosystemu.

Jak skutecznie przeprowadzić transformację cyfrową

W trakcie przeprowadzania w organizacji transformacji cyfrowej błędy są nieuniknione i można wyróżnić kilka typowych pułapek. Warto zwrócić szczególną uwagę na:

  1. Precyzyjne nazwanie celów

Przedsiębiorstwa powinny określić realne problemy, które próbują rozwiązać za pomocą transformacji cyfrowej oraz wyznaczyć podejście, w jaki sposób zamierzają to osiągnąć. Wiele projektów ma cel w postaci ogólnej poprawy produktywności, jakości, czasu wprowadzenia produktu na rynek, bądź wzrostu wydajności w ramach łańcucha dostaw. Wiele projektów z zakresu transformacji kończy się na powstaniu koncepcji. Niejasne cele utrudniają zmierzenie ostatecznych korzyści z digitalizacji.

  1. Bliskość zespołów IT

Kolejnym często obserwowanym błędem jest wybór zespołu IT. W większości przypadków odpowiedzialność za transformację cyfrową spoczywa w pełni na działach IT, które często są odizolowane od głównej osi działania przedsiębiorstwa. Aby osiągnąć optymalne wyniki,
w zakresie transformacji cyfrowej powinny skupić się na intensywnej współpracy z partnerami oraz z innymi działami, w tym z biznesem, technologią, big data i obsługą klienta.

  1. Skalowalność platform pilotażowych

Z założenia każdy system pilotażowy finalnie będzie musiał zostać rozszerzony na całą organizację. Niestety wiele zespołów zajmujących się transformacją zapomina o tej kwestii i wdraża zmiany oparte wyłącznie o jeden obszar firmy. Dlatego tak wiele systemów pilotażowych okazuje się fiaskiem. Skalowanie jest istotnym elementem, który należy rozpoznać dla wszystkich operacji biznesowych firmy.

Nadszedł bardzo ciekawy czas dla branży produkcyjnej, w którym można skorzystać z mnóstwa nowych możliwości w zakresie nowych technologii czy usług. W tym nielinearnym środowisku nie ma dwóch takich samych rozwiązań, zarówno z punktu widzenia technologii, jak i modeli biznesowych. Biorąc to pod uwagę organizacja, która uwzględni te aspekty uzyska przewagę konkurencyjną. Tempo zmian jest rekordowo gwałtowne i chociaż nie wszystkie aspekty transformacji są wystarczająco dojrzałe, nieuwzględnienie ich może być dla przedsiębiorstwa ryzykownym posunięciem. Jeśli organizacje chcą się liczyć na rynku, konieczne jest, aby wdrażanie nowych technologii znalazło się wysoko na liście priorytetów.

Informacje o autorze:

Raghuram Joshi – ma ponad 20-letnie doświadczenie w aplikacjach korporacyjnych – w tym implementację IoT i chmury, a także odpowiedzialność za cyfrowe systemy zarządzania treścią w Robert Bosch Engineering & Business Solutions (RBEI), spółce zależnej od Robert Bosch GmbH.

RBEI określane mianem technologicznej siły napędowej Bosch, zlokalizowane jest w Indiach i zatrudnia ponad 19,5 tys. współpracowników, co czyni go poza niemieckim ośrodkiem największym centrum rozwoju oprogramowania na świecie. W RBEI tworzy się kompleksowe rozwiązania inżynieryjne, informatyczne oraz biznesowe. Jako jeden z wiodących globalnych dostawców technologii, RBEI jest obecne w Stanach Zjednoczonych, Europie oraz na terenie Azji i Pacyfiku.

Brexit za kolejne 3 miesiące. Czy Amerykanie obniżą stopy?

Zdaniem wielu analityków obniżka stóp procentowych, której jeszcze do niedawna spodziewano się na grudniowym posiedzeniu, będzie miała miejsce już w październiku. Można to uznać za dosyć specyficzną sytuację, biorąc pod uwagę fakt, że przeważnie to właśnie końcoworoczne obrady FOMC były wykorzystywane w celu zmiany stóp.

Czy Amerykanie obniżą stopy?

Patrząc na wyceny kontraktów terminowych na stopę procentową, obniżka na środowym posiedzeniu wydaje się właściwie przesądzona. Szansa na ten scenariusz wynosi obecnie 96%. Co ciekawe jeszcze miesiąc temu nie przekraczała 50%. Prawdopodobieństwo to liczone jest na podstawie wycen opcji na stopę procentową, zatem oddaje nastawienie sektora finansowego, a głos w tej ankiecie wiąże się z zaangażowaniem kapitału. Ostatnie dni to jednak umacnianie się dolara względem euro. Jest to o tyle dziwne, że obniżka stóp procentowych powinna obniżać wartość waluty, a nie ją zwiększać. Być może spowodowane jest to oczekiwaniami zapowiedzi końca obniżek, a najbliższe cięcie zostało już przed oficjalną decyzją zdyskontowane przez rynek.

Brexit za kolejne 3 miesiące

Znamy nowy “ostateczny” termin brexitu. Jest to 31 stycznia 2020 roku. Komentatorzy pozwalają sobie z tego tytułu na wiele złośliwości. Przyglądając się już 3,5-letniemu procesowi opuszczania Wspólnoty, faktycznie można nabrać poważnych wątpliwości, o co tu tak naprawdę chodzi. UE zdecydowała się na opcję przedłużenia negocjacji zwaną “flextension”. Oznacza to, że jeśli Wielka Brytania oficjalnie zaakceptuje uzgodnione wcześniej warunki, to może nie czekać do końca stycznia, ale większość obserwatorów nie bierze na poważnie pod uwagę takiej ewentualności. Tak naprawdę analizując dotychczasowy rozwój akcji w brexitowej telenoweli, powinniśmy przewidywać, że to nie będzie ostatnie przedłużenie. Funt przyjmuje tę decyzję w miarę spokojnie, w końcu miał czas, żeby się już do tego przyzwyczaić.

Co ze składkami ZUS

Kwestia zniesienia limitu 30-krotności składek ZUS okazuje się poważnym problemem wewnątrz polskiego rządu. Z jednej strony ruch ten miał ustabilizować obciążone wydatkami socjalnymi finanse publiczne. Z drugiej stoi to w jawnej sprzeczności z chęcią budowy sektora nowoczesnych usług, którego specjaliści zostaną negatywnie dotknięci przez to rozwiązanie. Mogłaby to być istotna danina dla budżetu, bo mowa aż o 5 miliardach złotych rocznie. Zdaniem części analityków fakt, że w Polsce sprawa bezpośrednio dotyczy raptem 300 tysięcy osób, może być silnym argumentem za wprowadzeniem tej koncepcji. Co rzadko się zdarza, akurat w tej sprawie rządzący są wyjątkowo podzieleni. Z punktu widzenia rynków sama zmiana podatkowa nie jest jednak tak istotna, jak możliwe tarcia w obozie władzy.

Dzisiaj dzień wolny w Turcji, a w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

15:00 – USA – indeks zaufania konsumentów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Novaturas podsumowuje wyniki finansowe za trzy kwartały 2019 r.

Wyniki finansowe Grupy Novaturas w pierwszych trzech kwartałach 2019 r. pozostawały pod wpływem dużej konkurencji i jednocześnie słabszego popytu na wyjazdy zagraniczne spowodowanego upalnym latem w krajach bałtyckich. Doprowadziło to do nadpodaży na rynku, odbijając się na rentowności operatorów turystycznych. Novaturas spodziewa się natomiast dobrych wyników w sezonie zimowym 2019/2020. Obiecująco wygląda również początek przedsprzedaży na przyszłoroczny sezon letni.

W ciągu pierwszych dziewięciu miesięcy 2019 r. z usług Grupy Novaturas skorzystało 238 tys. osób, tj. o 2,3% mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Spadek dotyczył przede wszystkim rynku litewskiego, gdzie z oferty Novaturasa skorzystało o 7,9% mniej klientów niż rok wcześniej. W pozostałych krajach bałtyckich Grupa zdołała utrzymać dodatnią dynamikę sprzedaży – na Łotwie liczba klientów wzrosła o ponad 9%, a w Estonii o 1,4%.

Przy nieco wyższej rok do roku średniej cenie sprzedaży wczasów zorganizowanych, przychody Grupy Novaturas narastająco za trzy kwartały 2019 r. wyniosły 139,6 mln EUR i były tylko nieznacznie (o 0,5%) niższe niż po dziewięciu miesiącach 2018 r.

– Bieżący rok jest drugim z rzędu, w którym obserwujemy nadpodaż na rynku usług turystycznych w krajach bałtyckich. Wynika ona głównie z dwóch powodów. Po pierwsze, bardzo dynamiczny wzrost rynku w poprzednich latach przyciągnął nowych graczy, co istotnie zwiększyło konkurencję. Z drugiej strony, popyt na wczasy zagraniczne wyhamował z powodu upalnego lata, które zachęciło mieszkańców krajów bałtyckich do skorzystania z lokalnej oferty turystycznej – wyjaśnia Audronė Keinytė, prezes Novaturasa.

– W tych trudnych warunkach Grupa Novaturas skutecznie broni pozycji największego operatora turystycznego we wszystkich trzech krajach bałtyckich. Tymczasem inni gracze nie wytrzymują zaostrzonej konkurencji – wskazuje Audronė Keinytė. Jak dodaje, ze względu na specyfikę branży turystycznej, obecna sytuacja jest w dużej mierze efektem decyzji podjętych ponad rok temu, gdyż klienci często planują i rezerwują wakacje z dużym wyprzedzeniem.

Zysk brutto Grupy Novaturas za okres od stycznia do września br. wyniósł 16,2 mln EUR (spadek o 20% r/r), a EBITDA sięgnęła 3 mln EUR (-59%). Zysk netto w omawianym okresie wyniósł 1,3 mln EUR wobec 5,7 mln EUR przed rokiem.

Zarząd Grupy Novaturas spodziewa się poprawy sytuacji w ostatnich miesiącach roku. – Po słabym lipcu i sierpniu, we wrześniu odnotowaliśmy już wyraźne odbicie sprzedaży. Przygotowaliśmy też atrakcyjną i różnorodną ofertę na sezon zimowy 2019/2020, która spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem – wyniki przedsprzedaży do końca września są bardzo obiecujące, gdyż odnotowaliśmy wzrost liczby rezerwacji przy wyższej niż rok wcześniej rentowności – wskazuje prezes Novaturasa.

Novaturas z zadowoleniem dostrzega ponadto, że coraz więcej turystów wybiera nie tylko wczasy stacjonarne, ale także wycieczki krajoznawcze. Liczba klientów, którzy skorzystali z oferty krajoznawczych wycieczek samolotem wzrosła o 40,4%, a wycieczek autokarowych o 14,8%. Novaturas oferuje krajoznawcze wycieczki samolotem już we wszystkich krajach bałtyckich.

Grupa rozpoczęła przedsprzedaż oferty Lato 2020 wcześniej niż zwykle, bo już w sierpniu tego roku. Po raz pierwszy klienci Novaturasa mogą skorzystać z letnich wakacji w tak odległych, egzotycznych krajach, jak Seszele czy indonezyjska wyspa Bali. W przyszłym roku będą mogli również wybrać się na wczasy na grecką wyspę Kefalinia, na szmaragdową Riwierę Słoweńską oraz do jednego z najciekawszych regionów Chorwacji, tj. na półwysep Istria. Przyszłoroczna oferta Grupy Novaturas spotkała się z bardzo dużym zainteresowaniem. Największą popularnością wśród mieszkańców krajów bałtyckich niezmiennie cieszy się natomiast Turcja.

Grupa Novaturas – wybrane wyniki finansowe

(tys. EUR) 1-3 kw. 2019 1-3 kw. 2018 Zmiana r/r
Przychody 139 571 140 240 -0,5%
Zysk brutto 16 158 20 304 -20,4%
EBITDA 3 015 7 373 -59,1%
Zysk netto 1 341 5 656 -76,3%

 

Rekordy wszechczasów indeksu S&P500. Rynek funta czeka na głosowanie

Rynki wyciskają ostatnie krople optymizmu z informacji o „postępach” w rozmowach handlowych, co pozwala na umocnienie ryzykownych aktywów i nowe rekordy rynku akcji. S&P500 znalazł się najwyżej w historii, rosną rentowności obligacji, a traci złoto. Rynek walutowy trzyma zmienność w ryzach, czekając na kluczowe wydarzenia makro (Fed, NFP).

Poniedziałek nie okazał się tak nudny, na jaki się pierwotnie zapowiadał. Wydarzeniem dnia stały się nowe rekordy wszechczasów indeksu S&P500 pod wpływem pozytywnych informacji dotyczących relacji handlowych USA-Chiny, dobrych wyników kwartalnych spółek i oczekiwań na kolejną obniżkę stóp procentowych Fed. Przedstawiciele rządu USA zapewniają, że rozmowy z Chinami idą w dobrym kierunku i są czynione postępy. Prezydent USA Donald Trump powiedział w poniedziałek, że spodziewa się podpisać znaczną część umowy handlowej z Chinami przed terminem, ale nie podał daty. Wcześniej przedstawiciel ds. handlu USA powiedział, że USA zastanawiają się, czy przedłużyć zawieszenia ceł na chińskie towary o wartości 34 miliardów dolarów, które wygasną 28 grudnia tego roku. Ogólnie zapanowała cicha akceptacja, że w kolejnych tygodniach nie powinno dojść do nagłego zwrotu w rozmowach. Osobiście chciałbym w to wierzyć, jednak momenty eskalacji konfliktu z maja i sierpnia nie pozwalają mi być takim optymistą. Negocjatorzy w dalszym ciągu używają ogólników, terminy są nieokreślone, jak również porozumienie „pierwszej fazy” nie dotknęło żadnych tematów z tych, które od początku stanowiły główny powód sporu. Odnoszę wrażenie, że stosunek prezydenta Trumpa do Chin mógłby być dużo ostrzejszy, gdyby w ostatnich tygodniach nie zawracało mu głowy zamieszanie związane z Syrią i impeachmentem. Nie zapominajmy o tym, co potrafi zrobić Donald Trump, gdyby ma trochę wolnego czasu. Na razie jednak rynkom przychodzi się cieszyć z braku świeżych powodów do zmartwień. Z drugiej strony S&P500 jest zaledwie 11 pkt. powyżej szczytów z lipca, zatem tylko tyle udało się rynkom wygrać po trzech miesiącach. Moim zdaniem to marny powód do zadowolenia.

Premierzy w Wielkiej Brytanii lubują się w przegrywaniu w głosowaniach o to samo. Poprzednia rządząca Theresa May trzy razy poległa w przeforsowaniu projektu porozumienia brexitu. Jej następca Boris Johnson ta batalię wygrał, ale wczoraj trzeci raz Izba Gmin zablokowała jego wniosek o przedterminowe wybory. Dziś Johnson ma spróbować innej ścieżki legislacyjnej, która ma być łatwiejsza, bo wymagać tylko zwykłej większości głosów zamiast dwóch trzecich Izby. Celem jest rozpisanie wyborów na 12 grudnia. I tutaj Johnson może zyskać poparcie Liberalnych Demokratów i Szkockiej Partii Narodowej. Szybsze wybory dają szanse na odzyskanie większości przez Partię Konserwatywną, co pozwoliłoby domknąć ratyfikację brexitu. Johnson dał jasno do zrozumienia, że nie zamierza starać się o ratyfikację za obecnej kadencji parlamentu, co ponownie wprowadza proces brexitu w stan zawieszenia. Ale politycy mają czas na gierki po tym, jak UE przyznała odroczenie daty brexitu na 31 stycznia 2020 r. Jeśli dziś Johnsonowi uda się ustalić termin wcześniejszych wyborów, wzrosną szasne na szybsze zakończenie brexitowej sagi. Rynek funta na to czeka.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Obowiązkowy Split Payment od listopada 2019 r.

Od 1 listopada skończy się dobrowolność w stosowaniu split payment, czyli mechanizmu podzielonej płatności, który stanie się obowiązkowy w wybranych branżach. Tymczasem zdaniem przedsiębiorców ankietowanych przez firmę inFakt jest to jedna z najbardziej uciążliwych zmian w prawie, jakie weszły w życie w ostatnim czasie.

Zmiany w stosowaniu split payment

Do tej pory podatnik mógł wybrać, czy opłacając fakturę zastosuje mechanizm podzielonej płatności. Od listopada split payment będzie obowiązkowy w branżach, które obecnie są objęte reżimem odwrotnego obciążenia w VAT i zakresem solidarnej odpowiedzialności podatkowej. Będzie to dotyczyło 150 grup towarów i usług, wśród których wymienić można:

  • odpady, złom, surowce wtórne;
  • wyroby ze stali, metale szlachetne, metale kolorowe;
  • elektronika m.in.: procesory, smartfony, telefony, tablety, notebooki, laptopy, konsole do gier, tonery, tusze, dyski twarde;
  • paliwa samochodowe, oleje smarowe i opałowe;
  • prawa do emisji gazów cieplarnianych;
  • roboty budowlane i okołobudowlane;
  • węgiel i produkty węglowe;
  • handel częściami do samochodów i motocykli.

Stosowanie mechanizmu podzielonej płatności będzie obowiązkowe w przypadku dokonywania płatności spełniających równocześnie dwa warunki:

  1. jednorazowa wartość transakcji dokonywanych pomiędzy podatnikami (B2B), bez względu na liczbę wynikających z niej płatności, przekracza 15 000 zł lub równowartość tej kwoty oraz
  2. transakcja dotyczy nabycia towarów lub usług wymienionych w załączniku nr 15 do ustawy o VAT.

Ostateczny kształt obowiązkowego split payment

Podczas prac nad znowelizowaną ustawą wprowadzającą obowiązkowy split payment pojawiało się wiele niejasności oraz idących za nimi poprawek. – Ostatecznie dopuszczono możliwość dokonywania płatności zaliczkowych przy jednoczesnym obowiązku stosowania mechanizmu split payment. W tej sytuacji zamiast numeru faktury należy wpisać „zaliczka” – wyjaśnia Ewelina Włodarczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt. – Umożliwiono również stosowanie kompensat, potwierdzając, że takie rozwiązanie nie będzie traktowane jako naruszenie przepisów nakładających obowiązek uregulowania danej faktury w mechanizmie podzielonej płatności.

Wraz z wprowadzeniem reżimu podzielonej płatności umożliwiono zbiorcze przelewy w systemie split payment, które do tej pory nie były możliwe. Zbiorczy komunikat przelewu może obejmować wszystkie faktury otrzymane przez podatnika od jednego dostawcy lub usługodawcy w okresie nie krótszym niż jeden dzień i nie dłuższym niż jeden miesiąc oraz zawierać kwotę odpowiadającą sumie kwot podatku wykazanych na tych fakturach. Z kolei w miejsce informacji o numerze faktury podatnicy będą wpisywać okres, za który dokonywana jest płatność.

Ministerstwo Finansów doprecyzowało również kwestię rozliczeń transgranicznych. Podmioty zagraniczne rozliczające za pomocą przelewów bankowych transakcje podlegające opodatkowaniu VAT w Polsce zobowiązane zostaną do otwarcia rachunku bankowego w Polsce.

Kary za brak split payment

W przypadku stwierdzenia, że podatnik wystawił fakturę z naruszeniem przepisów, naczelnik urzędu skarbowego lub naczelnik urzędu celno-skarbowego może ustalić dodatkowe zobowiązanie podatkowe w wysokości odpowiadającej 30% kwoty podatku wykazanego na tej fakturze. Sankcja ta wynika więc przede wszystkim z braku umieszczenia na wystawianej fakturze specjalnego oznaczenia „mechanizm podzielonej płatności”.

Kary w tej samej wysokości przewidziano również dla nabywcy, który mimo ciążącego na nim obowiązku uregulowania kwoty podatku VAT wykazanej na fakturze w mechanizmie podzielonej płatności ureguluje ją w inny sposób. Ministerstwo Finansów argumentowało wprowadzenie tak dotkliwych sankcji tym, że niewłaściwe oznaczenie na fakturze może prowadzić do nieprawidłowości w obrocie towarami lub usługami. Miałyby one polegać np. na pomijaniu stosowania split payment i nieść ryzyko „znikania” podatników wraz z zapłaconym im przez nabywców podatkiem VAT. Może ono polegać na tym, że kontrahent wystawia fakturę VAT, a następnie nie odprowadza wykazanego na tej fakturze podatku do Urzędu Skarbowego. W podobny sposób działają np. firmy-krzaki i inni oszuści podatkowi.

Obawy i wątpliwości

Część wątpliwości pozostało bez odpowiedzi. – Nie wiadomo, czy płatnik faktury będzie mógł odmówić zapłaty należności z faktury, jeśli rachunek bankowy wskazany do przelewu nie będzie miał otwartego rachunku VAT, co ma miejsce w przypadku używania rachunku osobistego do celów działalności – mówi Ewelina Włodarczyk. – Ponadto nadal nie będzie możliwości przelewania środków między rachunkami VAT w różnych bankach lub dokonania płatności w mechanizmie podzielonej płatności w innych walutach. Ministerstwo Finansów usprawiedliwia to obawami o szczelność systemu – dodaje ekspert inFakt.

Natomiast w odpowiedzi na zgłaszane przez podatników obawy o płynność finansową rząd ma umożliwić opłacanie z rachunku VAT nie tylko podatku VAT – jak to ma miejsce obecnie – ale również innych należności, czyli podatków dochodowych, akcyzy, cła oraz składek ZUS.

Jedynie 25% Polaków twierdzi, że PPK to dobre rozwiązanie

Aż 65% Polaków nie wie, jaką decyzję podejmie w sprawie partycypacji w Pracowniczych Planach Kapitałowych. Co czwarty (25%) uważa, że PPK ma więcej zalet niż wad, a co piąty (20%) ma odmienne zdanie. To wyniki badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez instytut badawczy ARC Rynek i Opinia. Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA, zaznacza, że kluczowe dla sukcesu PPK są działania edukacyjne nie tylko podkreślające zalety rozwiązania, lecz także przybliżające Polakom mechanizmy funkcjonowania rynku kapitałowego, prowadzone szczególnie w małych i średnich przedsiębiorstwach, które zatrudniają ponad 70% potencjalnych uczestników PPK.

Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA
Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu IZFiA

Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia, większość (65%) pracujących Polaków nie podjęła jeszcze decyzji czy skorzysta z Pracowniczych Planów Kapitałowych, czy złoży rezygnację z tej formy oszczędzania. Chęć wspólnego inwestowania pieniędzy na przyszłość z pracodawcą i państwem zadeklarowało 18% procent respondentów, zaś 17% planuje wycofać się z uczestnictwa w programie.

Co czwarty badany zgodził się ze stwierdzeniem, że PPK ma więcej zalet niż wad, a co piąty miał odmienne zdanie, większość (54%) miała jednak kłopoty z oceną programu. Jako główne zalety przywoływane były: możliwość odłożenia dodatkowych środków do wykorzystania na emeryturze (63%), otrzymanie wkładu finansowego od pracodawcy (61%) oraz od państwa (60%). Z kolei najczęściej wskazywanymi wadami były: obniżenie wynagrodzenia (75%), brak zaufania (69%) oraz obawa o opłacalność tej formy oszczędzania na przyszłość (69%).

inforgrafika_PPKPolacy są zmęczeni ciągłymi zmianami w systemie emerytalnym. Ostatnia reforma i planowane zmiany dotyczące m.in. transferu kapitału z OFE do ZUS lub TFI  sprawiły, że spora część z nas boi się zbiorowego oszczędzania, a to w połączeniu z niskim poziomem wiedzy ekonomicznej wśród Polaków nie służy wdrażaniu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Właśnie dlatego niezmiernie ważne by różne instytucje z rynku finansowego, a także instytucje publiczne, zintensyfikowały działania edukacyjne przybliżające nie tylko mechanizmy funkcjonowania i zalety PPK, ale również wiedzę jak wybrane przez firmy TFI będą w bezpieczny sposób pomnażać środki przyszłych emerytów. Szczególnie istotne jest, by taki przekaz dotarł do pracowników małych i średnich firm, które mają dołączyć do PPK de facto w przyszłym roku a zatrudniają 8 z 11,5 mln potencjalnych uczestników programu mówi Małgorzata Rusewicz, Wiceprezes Zarządu Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. Trzeba również na każdym kroku podkreślać, że obecne zmiany to krok w dobrym kierunku – wzorujemy się na rozwiązaniach, które na zachodzie funkcjonują z sukcesem. To rola wszystkich podmiotów zaangażowanych we wdrożenie PPK, w tym pracodawców, którzy powinni aktywnie uczestniczyć w tym procesie. Izba Zarządzających Finansami i Aktywami zamierza wspierać kooperację między przedsiębiorcami a instytucjami finansowymi oraz wszelkie działania edukacyjne mające na celu przybliżenie Polakom mechanizmów działania PPK i TFIdodaje.

Mimo że o Pracowniczych Planach Kapitałowych mówi się już niemal od roku, wielu Polaków nadal ma mgliste pojęcie na ich temat. Jak wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami przez ARC Rynek i Opinia jedynie 40% deklaruje, że wie czym są Pracownicze Plany Kapitałowe, kojarząc je przede wszystkim z gromadzeniem dodatkowych środków na emeryturę. Co więcej, tylko co dziesiąty respondent potrafi wskazać na czym dokładnie polega to rozwiązanie.

Badanie zostało przeprowadzone przez ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer-Assisted Web Interview) na próbie 1183 Polaków w wieku 20-55 lat. Zebrana próba była reprezentatywna dla populacji Polski ze względu na płeć, wiek, poziom wykształcenia oraz wielkość miejscowości zamieszkania.

Jacek Balicki rezygnuje z funkcji wiceprezesa w zarządzie Platformy CANAL+.

Jacek Balicki zrezygnował z funkcji wiceprezesa zarządu ds. marketingu Platformy CANAL+. Zarząd spółki ITI Neovision S.A., operatora Platformy CANAL+, podjął decyzję o nowym podziale obowiązków.

Jacek Balicki jest związany ze spółką od 2014 roku. Jako członek zarządu Platformy CANAL+ nadzorował działania marketingowe, w tym politykę produktową i cenową oraz badania rynku. W środę 23 października złożył rezygnację z pełnionej funkcji chcąc realizować nowy projekt poza strukturami firmy.

Zarząd spółki zdecydował, że nie będzie powoływał nowej osoby na stanowisko wiceprezesa zarządu ds. marketingu. Dotychczasowe obowiązki Balickiego zostaną rozdzielone pomiędzy Joannę Kloskowską, dyrektor ds. marketingu treści oraz Grzegorza Skowron-Moszkowicz, dyrektora działu zarządzania wartością klienta, którzy raportują bezpośrednio do członków zarządu.

Edyta Sadowska, platforma nc+
Edyta Sadowska, platforma nc+

Dziękuję Jackowi za lata wytężonej pracy i zaangażowania w rozwój marki CANAL+. Jego charyzma i kreatywność z pewnością będą wyznacznikiem dla działań marketingowych naszej firmy w nadchodzących latach – Edyta Sadowska, prezes zarządu Platformy CANAL+

To było pięć niezwykle intensywnych i ekscytujących lat. Miałem przyjemność pracować ze wspaniałymi ludźmi. To prawdziwi profesjonaliści, a dzięki ich ciężkiej pracy marka CANAL+ jest synonimem świetnej rozrywki i budzi pozytywne emocje – Jacek Balicki.

Obecnie, w czteroosobowym zarządzie spółki ITI Neovision S.A., oprócz Edyty Sadowskiej zasiada trzech wiceprezesów: Frederic Berardi – odpowiedzialny za finanse i logistykę, Jarosław Kordalewski – nadzorujący pion technologii i IT oraz Artur Przybysz – odpowiedzialny za sprzedaż i CRM.
Jacek Balicki formalnie pozostaje związany ze spółką do końca kwietnia 2020 roku, ale swoje obowiązki wykonawcze będzie przekazywał na przestrzeni kilku kolejnych dni.

Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem

Brantówka po raz pierwszy, Szumówka po raz drugi, Okowita po raz trzeci! Gotowi do sprzedaży! Dziś wystartowała kampania crowdfundingowa nowej spółki Janusza Palikota – Tenczyńska Okovita SA. Cel kampanii promowanej na Crowdway.pl to 4,18 mln zł. Przeznaczenie: zakup maszyn do destylacji, rozwój browaru czy budowa taproomu. Ceny pakietów zaczynają się od 220zł. To już trzecia firma z branży piwowarskiej, która organizuje zbiórkę na Crowdway. Letnia emisja PINTA Barrel Brewing pobiła rekord polskiego crowdfundingu udziałowego pod względem kwoty zbiórki.

Powrót do korzeni

Niegdyś okowita produkowana była wyłącznie w celach leczniczych, z czasem stała się wysokoprocentowym napojem alkoholowym. Zazwyczaj była destylowana trzy razy. Po pierwszej destylacji nazywana była brantówką, po drugiej – szumówką, a po trzeciej stawała się okowitą. Janusz Palikot – prezes spółki – planuje umieszczenie w Browarze w Tenczynku instalacji do destylacji słodu i zbóż w celu produkcji okovity wedle receptur z XIX w. w sposób rzemieślniczy. Będzie to pierwsza instalacja tego typu w Polsce.

– Jako pierwsi zaprezentujemy ‘prawdziwą wódkę’, czyli wódkę nieprzemysłową i spodziewamy się dużego sukcesu tego produktu. Zamierzamy powtórzyć wzorzec ze Stanów Zjednoczonych, gdzie jak grzyby po deszczu w poszczególnych miastach otwierane są małe destylarnie alkoholi mocnych powiedział Janusz Palikot, prezes spółki Tenczyńska Okovita SA.

Janusz Palikot stawia na dywersyfikację portfela Browaru Tenczynek i produkcję w dwóch najpopularniejszych w Polsce kategoriach alkoholi: piw i wódek. Oprócz okowity, nowa spółka przejmie od Browaru procesy warzenia i starzenia serii piw Barrel Aged, która miała premierę w ubiegłym roku oraz wprowadzi kolejne edycje piw leżakowanych w beczkach po mocnych alkoholach, w tym po Okovicie. W historycznych piwnicach Tenczynka powstanie wyjątkowy taproom – klimatyczne miejsce degustacji pełnej oferty piw oraz okowity.

Plany rozwoju

Strategia spółki przewiduje osiągnięcie pierwszych przychodów oraz progu rentowności już w 2020 roku. Do 2024 planowana sprzedaż wyniesie 6 tys. hektolitrów rocznie, z czego 5 tys. stanowić będzie okowita.Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem 2 Tenczyńska Okovita Janusza Palikota startuje z crowdfundingiem

Do pełna!

Na realizację swoich celów biznesowych Tenczyńska Okovita chce pozyskać od inwestorów crowdfundingowych kwotę 4,18 mln zł, z czego najwięcej pochłonie budowa wieży destylacyjnej (1 mln zł), i opłata akcyzy (2 mln zł). Pozostała część budżetu zostanie zainwestowana w remonty (0,5 mln zł) i zakup beczek do starzenia piw (400 tys. zł). Spółka planuje wypłacanie dywidendy po trzecim roku działalności, co oznacza, że pierwsza wypłata nastąpi za rok obrotowy 2022. – Jeśli sytuacja na rynku kapitałowym będzie sprzyjająca, weźmiemy pod uwagę możliwość debiutu spółki na warszawskim parkiecie w ciągu 5 lat od tej pory – dodał Janusz Palikot.

W kampanii crowdfundingowej promowanej na platformie Crowdway.pl pakiety inwestorskie Tenczyńskiej Okovity zostały przygotowane w dwóch opcjach: dla inwestorów indywidualnych i dla partnerów branżowych. Minimalna wartość inwestycji to 220 zł. W ramach benefitów crowdfundingowych spółka zaproponowała m.in. zniżkową kartę Inwestora, limitowaną butelkę RIS Barrel Aged czy noc w browarze połączoną z kolacją i degustacją alkoholi z portfolio Tenczynka. Z kolei pakiety dla branży obejmują możliwość odpłatnego uwarzenia piwa wg umówionej receptury, produkcję Okovity czy piwa barrel aged z indywidualną etykietą.

– Uważam, że rynek piw rzemieślniczych ma wyjątkową społeczność. To grono ludzi zaangażowanych emocjonalnie w rozwój tego segmentu, ale przede wszystkim sztab sympatyków i użytkowników, którzy doceniają jakość i wartość alkoholi kraftowych. Poprzednie akcje crowdfundingowe w Polsce potwierdzają tę tezę. Mamy nadzieję, że nasza kampania pozwoli na pozyskanie nie tylko funduszy, ale przede wszystkim ambasadorów naszych marek i produktów – dodaje Janusz Palikot.

Lekcja historii

Browar Tenczynek został stworzony w połowie XVI wieku przez braci Tenczyńskich w małopolskiej gminie Krzeszowice. Przez setki lat doskonalono w nim receptury, co przyniosło tenczyńskiemu browarowi sławę w Europie, potwierdzoną m.in. złotym medalem na prestiżowych targach piwnych w Londynie w 1862 r. oraz w Pilznie w 1904 r. Zawirowania obu wojen światowych sprawiły, że Browar Tenczynek został częściowo zniszczony i wstrzymał produkcję piwa, a w czasach PRL-u uruchomiono tam państwową wytwórnię owoców i warzyw.

Dzięki modernizacji w 2014 r. zakład przywrócił produkcję utrzymując tradycyjne sposoby warzenia piwa w warunkach na miarę XXI wieku. W 2018 roku Janusz Palikot odkupił browar od Grupy BRJ.

Już 12 tys. Polaków płaci kartami Twisto

  • Tydzień po debiucie karty wielowalutowej połączonej z aplikacją, w Twisto zarejestrowało się ponad 12 tys. osób.
  • Na różnych etapach rejestracji jest blisko 25 tys. użytkowników.
  • W programie poleceń Twisto można zdobyć 50 zł za każdą poleconą osobę

21 października na polskim rynku zadebiutowała karta Twisto do codziennych płatności, połączona z aplikacją. Z Twisto można bezpłatnie odroczyć termin zapłaty za zakupy do 45 dni, a za granicą transakcje są rozliczane po najlepszym kursie, bez opłat i prowizji. Karta Twisto jest bezpłatna i można nią płacić w każdym sklepie internetowym i stacjonarnym – wszędzie gdzie akceptowany jest Mastercard. Tydzień po debiucie karty i apki Twisto na polskim rynku, na usługę fintechu zarejestrowało się ponad 12 tys. osób.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni z tego rezultatu. Zainteresowanie Twisto w Polsce okazało nawet większe niż zakładaliśmy. W ciągu 7 dni zgłosiło się do nas blisko 25 tys. osób, które obecnie są na różnym etapie rejestracji. Pierwsi klienci otrzymali już karty i wykonują transakcje. Cieszymy się, że nasza oferta jest atrakcyjna dla użytkowników. Polacy kochają nowości i są otwarci na nowoczesne metody płatności – mówi Michal Smida, założyciel i CEO Twisto. – Zachęcamy nowych klientów do udziału w programie poleceń Twisto – dodaje.

Aby skorzystać z programu poleceń Twisto wystarczy zarejestrować się w Twisto. Po otrzymaniu miesiecznego limitu, użtkownik ma możliwość polecenia aplikacji kolejnym osobom. Jeśli osoba, która otrzymała polecenie zarejestruje się w aplikacji i zostanie pozytywnie zweryfikowana, zarówno polecający jak i polecany otrzymają po 50 zł. Poleceń można dokonywać wielokrotnie, a zgromadzone pieniadze wykorzystać do spłaty zakupów dokonanych z Twisto w internecie lub sklepach stacjonarnych.

Płać po swojemu

Aby korzystać z karty Twisto należy pobrać aplikację na telefon i zarejestrować się. Po otrzymaniu miesięcznego limitu można robić zakupy. Limit przyznawany jest na podstawie deklaracji klienta oraz ocenie jego zdolności kredytowej i może sięgać kilku tysięcy złotych. Aplikacja i karta są darmowe, bez względu na liczbę wykonanych transakcji.

Twisto działa na polskim rynku od 2018 r. Dotychczas fintech oferował płatności w 300 sklepach internetowych. W ciągu roku obsłużył ponad 100 tys. klientów. Twisto przewiduje, że w 2022 r. z jego usług będzie korzystało 0,5 mln klientów w Polsce.

Od kilku lat Twisto z powodzeniem działa w Czechach. 80 proc. klientów firmy aktywnie korzysta z karty, średnio 20 razy w miesiącu. Przeciętna wartość transakcji wynosi 100 zł.

Analityka pozwoli zapanować nad danymi z inteligentnych liczników

Zgodnie z prognozami zawartymi w projekcie nowelizacji Prawa energetycznego, do 2026 roku firmy energetyczne będą musiały zainstalować inteligentne liczniki u 80% odbiorców prądu w Polsce. Na podstawie dostarczanych przez nie informacji, sprzedawca prądu będzie wystawiać rachunki za rzeczywiste, a nie szacunkowo prognozowane zużycie. Zdaniem ekspertów z firmy SAS jednym z warunków sukcesu tego przedsięwzięcia jest wykorzystanie zaawansowanej analityki.

(29 października 2019 r.) – Instalacja inteligentnych liczników w większości polskich domów oznacza, że dostawcy prądu będą musieli przygotować się na przetwarzanie dużych zbiorów danych, pochodzących z nowego źródła informacji. Inteligentne liczniki, w przeciwieństwie do tradycyjnych, wysyłają szyfrowane dane o zużyciu energii nawet co 15 minut, a odczyt ich wskazań nie wymaga wizyt inkasentów. Przewidywane zmiany oznaczają też koniec ery prognoz opartych o szacunki zużycia energii, które zdaniem Ministerstwa Energii często były zawyżane, co przekładało się na „darmowy kredyt” dla branży energetycznej o wartości sięgającej 1 mld zł.

Wprowadzenie inteligentnych liczników to konieczność, między innymi dlatego, że obecny model rozliczania opłat za energię elektryczną jest nieefektywny. Ogromna liczba punktów pomiarowych oraz konieczność comiesięcznego pozyskiwania danych do rozliczeń opłaty mocowej sprawiają, że koszty określenia prognozy dla pojedynczego lokalu są bardzo wysokie. Analityka danych w czasie rzeczywistym pozwoli na automatyzację tego procesu. System sam będzie w stanie obliczyć, jakie jest zużycie prądu i jakiej wysokości opłatę powinien uiścić konsument – mówi Maciej Chachulski, Senior Account Executive w SAS Polska.

Przewidywanie awarii sieci energetycznej

Systemy analityczne wykorzystywane w branży energetycznej umożliwiają nie tylko przetwarzanie danych dotyczących zużycia energii, ale również przewidywanie ewentualnych awarii skutkujących przerwami w dostawie prądu. Przykładem takiego rozwiązania jest SAS® Asset Performance Analytics. System pozwala na planowanie modernizacji i prac utrzymaniowych w oparciu o predykcję ryzyka awarii oraz prognozy obciążeń poszczególnych elementów sieci energetycznej w horyzoncie krótko-, średnio- i długoterminowym. Rozwiązanie to wspiera identyfikację miejsc szczególnie narażonych na wystąpienie usterki w różnych horyzontach czasowych. System analityczny SAS jest w stanie określić wpływ różnego rodzaju zdarzeń na wskaźniki niezawodnościowe. Dzięki nowym narzędziom dostawcy energii są w stanie zapewnić ciągłość usług odbiorcom końcowym.

Inteligentne liczniki zadbają o naszą planetę

Zgodnie z przewidywaniami opublikowanymi w „Prognozie zapotrzebowania na paliwa i energię do 2030 r.” zużycie energii elektrycznej w Polsce wzrośnie o 55%. Tymczasem Unia Europejska czyni starania, aby ograniczyć konsumpcję prądu w krajach Wspólnoty. Projekt dotyczący efektywności energetycznej ma na celu zmniejszenie zużycia energii elektycznej o 20% do 2020 roku. Jednym ze sposobów realizacji założonego planu ma być wprowadzenie inteligentnych liczników. Dostarczają one informacji o aktualnym poziomie poboru energii elektrycznej, co pozwala na lepsze zarządzanie jej zużyciem.

Zmniejszenie zużycia energii elektrycznej to ważny trend, który stanowi element większego planu mającego ograniczyć negatywny wpływ człowieka na środowisko naturalne. Osiągnięcie tego celu nie będzie możliwe bez zmiany codziennych nawyków konsumentów. Jednak, aby to nastąpiło, muszą oni mieć dostęp do danych o rzeczywistym zużyciu energii. Dotychczasowy system bazujący na cyklicznych prognozach nie dostarczał takich informacji. Dzięki inteligentnym licznikom konsument może łatwo przekonać się, ile zużywa energii i jaki jest rozkład zużycia w czasie. Z pewnością wiele osób będzie chciało obniżyć wysokość płaconych rachunków i w tym celu przyjmie proekologiczne postawy: zacznie stosować energooszczędne źródła światła, wymieni sprzęt AGD na modele o wyższej klasie efektywności energetycznej, wyłączy nieużywane urządzenia, które, znajdując się w trybie „stand-by”, wciąż pobierają energię. Zastosowanie inteligentnych liczników nie tylko pozwoli określić rzeczywiste ceny za zużycie energii, ale także przyczyni się do ochrony środowiska.

Marnowanie żywności: Ustawa już działa, ale sklepy mają pierwsze problemy. GIOŚ: Kontrole w marcu 2020 roku

Z audytu branży wynika, że sklepy intensywnie pracują nad wdrożeniem przepisów ustawy o przeciwdziałaniu marnowaniu żywności. Jednocześnie sieci handlowe informują, że od lat przekazują tony niesprzedanych produktów zewnętrznym organizacjom. I dodają, że wbrew pozorom sporym wyzwaniem bywa szukanie takich odbiorców. Z kolei według ekspertów, handel ma też problem z określeniem, ile jedzenia faktycznie przepada. W szybkim i tanim monitorowaniu zapasów, a także raportowaniu strat pomocne mogą okazać się nowe technologie, które dodatkowo zabezpieczą firmy przed ewentualnymi karami. 

Działania sieci

Do 18 lutego 2020 roku przedsiębiorstwa o powierzchni powyżej 250 metrów kwadratowych, których sprzedaż żywności stanowi co najmniej połowę przychodów, mają obowiązek podpisania umów z organizacjami pozarządowymi. Jeśli nie wywiążą się z tego, będą płaciły kary. Jednak nie będzie to szybko, bo Inspekcja Ochrony Środowiska zapowiada wprowadzenie działań kontrolnych dopiero w marcu przyszłego roku. Do tego momentu branża ma czas na uporządkowanie tej kwestii. Tymczasem analitycy serwisu agencyjnego MondayNews zapytali działające w Polsce dyskonty, supermarkety, hipermarkety i cash&carry o to, jak odnoszą się do nowych przepisów.

– Dopracowujemy właśnie szczegóły naszej umowy z Federacją Polskich Banków Żywności. W wybranych sklepach w Szczecinie i Stargardzie przeprowadziliśmy już kilkumiesięczne testy. Organizacyjnie jesteśmy przygotowani do rozpoczęcia współpracy polegającej na przekazywaniu produktów żywnościowych – mówi Mariola Skolimowska z sieci Netto.

Jak informuje Aleksandra Robaszkiewicz z Lidl Polska, sieć już od 2002 roku współpracuje z Federacją Polskich Banków Żywności. Wspiera też Caritas. Jednocześnie na poziomie każdego sklepu optymalizowane są wielkości zamówień. Prowadzony jest też system przecen, aby skutecznie minimalizować ryzyko marnowania żywności. Wszystkie placówki monitorują termin przydatności do spożycia sprzedawanych art. Prowadzą też akcję „Kupuję, nie marnuję”, w ramach której o 50% przecenione jest m.in. świeże mięso i drób. Dotyczy to również ryb, produktów chłodniczych oraz części tzw. suchych artykułów o krótkiej dacie ważności.

– Już w grudniu 2014 roku podjęliśmy współpracę z Caritasem w zakresie przekazywania żywności. Od wielu lat przeceniamy też wybrane artykuły z regału chłodniczego 2 dni przed upływem daty ich ważności. Dbamy również o budowanie świadomości klientów poprzez promowanie rozwiązań zapobiegających marnowaniu żywności na łamach naszych gazetek tematycznych. Nieustannie optymalizujemy procesy zaopatrzeniowe sklepów, by zapobiegać sytuacjom zmuszającym nas do utylizowania produktów – zapewnia Agata Biernacka z ALDI Polska.

Z kolei Sylwia Krzyżycka z Biedronki zaznacza, że sieć już od 2016 roku rozwija program przekazywania niesprzedanych art. spożywczych na cele charytatywne. System został wdrożony w blisko 1500 sklepach w całej Polsce. Ich liczba stale rośnie. Tylko od stycznia do maja br. przekazano 3,5 ton żywności, czyli równowartość prawie 7 mln posiłków. Stosowana jest też wewnętrzna procedura segregacji odpadów odbieranych przez wyspecjalizowane firmy. Obecnie 99% takich towarów podlega recyclingowi, przetworzeniu lub odzyskowi. Dla przykładu, z owoców i warzyw robiony jest biogaz do wytwarzania energii i ciepła, a pieczywo trafia do gorzelni jako surowiec do produkcji alkoholu.

– Od 2017 roku współpracujemy z Federacją Polskich Banków Żywności, przekazując produkty z krótkim terminem ważności osobom potrzebującym. W 2018 roku ofiarowaliśmy ponad 1 mln 580 tys. kilogramów żywności, co pozwoliło na wytworzenie ponad 3 mln 160 tys. posiłków. Chcąc zapobiegać marnowaniu jedzenia, obniżamy również ceny na produktach, którym kończą się daty przydatności – podkreśla Dorota Patejko z Auchan Polska.

Warto dodać, że w 2018 roku Grupa Eurocash uratowała aż 37,7 ton artykułów spożywczych o wartości 405 tys. złotych. Żywność ta zapewniła 75 358 posiłków osobom potrzebującym. O swoich działaniach informuje też Carrefour Polska. Od 2013 roku sieć realizuje program „STOP Marnotrawstwu”, którego celem jest przeciwdziałanie stratom żywności na każdym szczeblu funkcjonowania firmy. W przypadku nadwyżek lub zbliżającego się końca terminu przydatności wszystkie supermarkety i hipermarkety regularnie przekazują art. spożywcze do Banków Żywności, Caritasu i innych OPP współpracujących lokalnie ze sklepami.

Nierozwiązane problemy

– W samym handlu przepada zaledwie 4-6% wyprodukowanej żywności. Dla porównania, producenci i konsumenci marnują łącznie ok. 80% artykułów żywnościowych. Zatem sklepy mają niewielki udział w trwonieniu jedzenia. Wprowadzone przepisy doprowadzą do tego, że sklepy będą uważniej przyjmowały towary. Postawią na wyższą jakość sprzedawanych produktów, ale to poskutkuje podwyżkami, które mocno odczują klienci – komentuje dr Maria Andrzej Faliński, wieloletni obserwator rynku detalicznego.

Obecnie 270 sklepów Tesco w Polsce regularnie przekazuje nadwyżki żywności, zaś ok. 100 pozostałych jest operacyjnie i logistycznie do tego gotowych. W części lokalizacji brakuje partnerów do współpracy. Sieć aktywnie poszukuje takich instytucji. Wdraża specjalistyczną aplikację FoodCloud, upraszczającą komunikację i księgowanie przy współpracy z partnerami charytatywnymi. Nadal jednak nie wszystkie sklepy przekazują produkty. Zatem największym wyzwaniem jest brak chętnych do odbioru artykułów, mimo dobrej woli sieci, wdrożenia odpowiednich procedur i przeszkolenia pracowników.

– Z raportu jasno wynika, że poza nielicznymi wyjątkami większość sieci nie podaje, ile konkretnie marnuje żywności. Trudno im to określić, bo to są zmienne ilości. Poważnym problemem bywa też znajdowanie odbiorców nadwyżek. To ma związek ze sztywnymi i srogo rozliczanymi terminami przydatności oraz przepisami sanitarno-zdrowotnymi. Opanowanie wiedzy o zapasach, stopniu psucia się niektórych towarów i zmianach pogody jest bardzo trudne. W najbliższych latach handel będą wspierały w tym nowe technologie – prognozuje dr Faliński.

Natomiast Maciej Ćwikliński, Prezes Zarządu Dyrekcji Handlowej Intermarché w Polsce, stwierdza, że sieć prowadzi politykę sprzedaży towarów w taki sposób, aby jak najlepiej niwelować zjawisko marnowania żywności. Niemniej firma szacuje, że w skali miesiąca trzeba utylizować średnio ok. 35 kg produktów spożywczych na sklep. Jest to spowodowane głównie tym, że blisko 99% tej żywności to artykuły świeże z krótką datą ważności. Sieć też dokłada wszelkich starań, by jak najwięcej w pełni wartościowych towarów trafiało do instytucji charytatywnych.

Kolejny krok – digitalizacja

– Zmniejszanie odpadów wymaga lepszej organizacji pracy na wszystkich poziomach. Tam, gdzie przetwarzana jest żywność, bardzo często przestrzegane są normy HACCP. Sieci starają się je usprawniać, np. poprzez zakup urządzeń pomiarowych. Samo raportowanie, tj. generowanie i przetwarzanie informacji w czasie rzeczywistym, jest jednak ograniczone przez obecne sposoby komunikacji, czyli papier, długopis i e-mail. Takie podejście jest mało wydajne, bo zabiera pracownikowi dużo czasu. Jednak jest wymagane przepisami i dlatego się je stosuje – zwraca uwagę Sebastian Starzyński, prezes zarządu TakeTask.

Gdy sieci zaczną przystosować się do zmniejszenia strat żywności, zyskają więcej informacji. Początkowo może to powodować chaos komunikacyjny, który doprowadzi do fiaska nowych wdrożeń. Organizacje zewnętrzne mogą dostawać produkty nienadające się do spożycia i będą podważać sens współpracy. Dlatego dobre przygotowanie do nowych wymogów prawnych jest istotne. Ważne jest też ułatwienie pracownikom procesu zbierania danych. W obecnych realiach z pewnością poręczniejszy jest np. smartfon niż notes.

– Jeżeli wywróci się np. paleta z jogurtem i towar zostanie częściowo uszkodzony, to pracownik sieci odnotuje ten fakt w notesie. Jednak dla urzędnika może to nie być wystarczającym dowodem. W tym momencie sieci nie mają odpowiednich, szybkich sposobów dokumentowania strat, gdyż są one rozwiązywane na poziomie sklepu. Menedżer jest z tego rozliczany, a on swoje obowiązki i cele ceduje na kolejnych pracowników. W przypadku organów wewnętrznych tworzenie lepszej dokumentacji będzie zaletą, jeśli nowe procedury przyniosą oszczędność czasu – analizuje prezes Starzyński.

Natomiast dr Faliński uważa, że technologia w stosunkowo małym, ale istotnym stopniu pomoże w rejestrowaniu strat losowych i unikaniu kar. Marnotrawstwo żywności powstaje głównie z powodu kupowania zbyt dużych ilości jedzenia, które następnie wyrzucają konsumenci. Sprzyja temu oferowanie taniej żywności i nadmierne zatowarowanie.

– Do przeciwdziałania stratom potrzebne jest zbieranie danych nie tylko w celach dowodowych, ale również do analizy. Sieci inwestują w systemy analityczne. Jednak uzyskanie poprawnych predykcji wymaga dokładnego pozyskiwania informacji na poziomie sklepu. Mogą one dotyczyć np. tego, jaki produkt był promowany. To pozwala określić, co miało wpływ na jego sprzedaż i jak ją lepiej modelować w przyszłości. Wszystkie sieci, również nieobjęte nowymi przepisami, mogą zwiększyć swoją efektywność dzięki digitalizacji różnych procesów – stwierdza ekspert z TakeTask.

Samo marnotrawstwo żywności jest kosztem dla sieci. Jeśli połączą jego eliminację z digitalizacją innych obszarów, czyli zwiększą efektywność na kilku polach, to wtedy mogą wręcz obniżyć wydatki. Taka modernizacja będzie szerszym zareagowaniem na regulację. Jednak każda zmiana wymaga czasu na jej implementację, co obejmuje również przystosowanie pracowników do korzystania z nowej technologii lub procedur. Im szybciej zostaną wprowadzone innowacje, tym prędzej przyniosą efekty.

Czy powtórne referendum zmieniłoby losy brexitu?

Od dawna wiemy, że wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej będzie miało poważne gospodarcze konsekwencje. UE bardzo zdecydowanie walczy o dobrą umowę wyjścia, żeby jej państwa członkowskie nie zostały obciążone zmianą ceł i droższym handlem z Wielką Brytanią. Gospodarczymi stratami martwią się również sami Brytyjczycy. Już w tej chwili zmniejszyło się tempo wzrostu gospodarczego na Wyspach – a po oficjalnym wyjściu z UE Wielka Brytania może stanąć przed niebezpieczeństwem recesji. Brexit więc już przestał się Anglikom opłacać i będzie opłacał się coraz mniej. Na Wyspach pojawiły się więc głosy, by zorganizować powtórne referendum dotyczące wyjścia z UE. Większa świadomość konsekwencji wśród obywateli Wielkiej Brytanii mogłaby bowiem przynieść inny wynik referendum. Jednak eksperci uważają, że nie jest to taka pewna sprawa.

– W referendalnej decyzji o brexicie aspekty ekonomiczne miały mniejsze znaczenie, niż emocje. To emocje zdecydowały o tym, że Brytyjczycy chcieli – a część Brytyjczyków nadal chce – wyjść z Unii Europejskiej – powiedział serwisowi eNewsroom Jakub Sawulski, kierownik zespołu makroekonomii w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – W związku z tym wynik ewentualnego drugiego referendum wciąż nie jest przesądzony. Mimo tego, że  Brytyjczycy zdają sobie sprawę ekonomicznych konsekwencji brexitu. Co więcej, wiedzą również o jego innych negatywnych konsekwencjach dla swojej gospodarki. Jednak większą wagę mają w tym przypadku emocje. W dobie Internetu to one napędzają współczesną politykę. Odegrały również znaczącą rolę w przypadku brexitu – podkreśla Sawulski.

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Ich pozycji nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Ich pozycji nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego 8

Regionalne porty lotnicze zyskują na znaczeniu. Obsługują już 2/3 rynku przewozów lotniczych i liczba pasażerów ciągle rośnie. Wiąże się to m.in. ogólnym wzrostem polskiej branży lotniczej, dobrą koniunkturą i rosnącą zamożnością Polaków. Szacuje się, że w przyszłym roku – w związku ze zniesieniem wiz do Stanów Zjednoczonych – wielu z nich będzie chciało również polecieć do USA w celach turystycznych – mówi Damian Ostrowski, ekspert ds. logistyki i rynku lotniczego. Jak ocenia, coraz mocniejszej pozycji portów regionalnych nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, który już w pierwszym okresie działania ma obsługiwać nawet 45 mln podróżnych.

Tegoroczne wakacje były bardzo dobre dla portów lotniczych i obsługujących je przewoźników. Ogólny wzrost rynku był na poziomie 45 proc. dla ogólnego rynku, natomiast dla poszczególnych portów regionalnych zwłaszcza małych, typu Lublin, Łódź, Bydgoszcz czy Szczecin obserwujemy nawet kilkunastoprocentowe wzrosty ilości pasażerów – podkreśla Damian Ostrowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Według Związku Regionalnych Portów Lotniczych, od stycznia do czerwca tego roku polskie lotniska obsłużyły już 22,3 mln pasażerów, z czego 38 proc. przypadło na największe, warszawskie Lotnisko Chopina, a 62 proc. – na porty regionalne. Te odprawiły w sumie w sumie 13,7 mln podróżnych, czyli o ponad 950 tys. więcej (wzrost o 7,5 proc.) w porównaniu z tym samym okresem rok wcześniej. Było to najlepsze jak dotąd półrocze w historii polskich portów regionalnych.

Kolejne rekordy padły w tegorocznym sezonie wakacyjnym. Dla przykładu podwarszawski Modlin tylko w sierpniu odprawił 303,13 tys. pasażerów, notując wzrost o blisko 7 proc. w ujęciu rocznym.

W okresie wakacyjnym najczęściej latamy do krajów południowych typu Hiszpania, Grecja, Tunezja czy Egipt. Zauważalna jest jednak zmiana w podejściu Polaków, którzy szukają różnych alternatyw spędzania wolnego czasu podczas wakacyjnej przerwy. W tym roku bardzo popularna była na przykład Skandynawia. Z kolei w okresach bożonarodzeniowych i świątecznych Polacy wybierają te destynacje, gdzie znajdują się ich bliscy, co oznacza, że prym wiedzie Wielka Brytania, Irlandia i inne kraje emigracyjne – mówi Damian Ostrowski.

Statystki pokazują, że małe, regionalne porty lotnicze z każdym rokiem zyskują na znaczeniu, notując przyrost liczby podróżnych. Wiąże się to m.in. z ogólnym wzrostem ruchu lotniczego – w ubiegłym roku wszystkie polskie lotniska obsłużyły w sumie 45,7 mln podróżnych, czyli o 14 proc. więcej w stosunku do poprzedniego. Natomiast w tym – według prognoz ULC – łączna liczba pasażerów polskich lotnisk powinna już przekroczyć 50 mln. Przy utrzymaniu dotychczasowej dynamiki wzrostu – do 2035 roku ta liczba ma się jeszcze podwoić i sięgnąć już blisko 100 mln.

Ekspert wrocławskiej WSB podkreśla, że na rozwój lotnisk wpływa m.in. dobra koniunktura i wzrost gospodarczy, rosnąca zamożność Polaków, którzy chcą poznawać nowe kraje i ogólny rozwój rynku turystycznego na świecie.

– Polacy pokochali latanie. Wielu do tej pory w ogóle nie latało, a teraz – kiedy zostali beneficjentami wzrostu gospodarczego – umożliwia im to opłacenie przelotów. Szacuje się, że w przyszłym roku – w związku ze zniesieniem wiz do Stanów Zjednoczonych – wielu Polaków będzie chciało również polecieć do USA w celach turystycznych. Przewiduje się, że zostaną otwarte nowe połączenia realizowane nie tylko przez naszego krajowego przewoźnika, lecz także przez amerykańskie linie lotnicze, które już zapowiedziały m.in. bezpośrednie połączenie z Krakowem – mówi Damian Ostrowski.

Ekspert ocenia również, że coraz mocniejszej pozycji portów regionalnych nie zagrozi nawet budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, który między 2025 a 2030 rokiem ma powstać w gminie Baranów, 40 km na zachód od Warszawy i początkowo ma obsługiwać 45 mln, a docelowo – według prognoz rządowych – nawet 100 mln pasażów rocznie. Wynika to z preferencji podróżnych – Polacy w pierwszej kolejności decydują się na wylot z lotniska położonego blisko miejsca zamieszkania. Poza tym linie lotnicze celowo tak układają siatki połączeń, żeby obejmowały również porty regionalne.

Centralny Port Komunikacyjny, który powstanie między Łodzią a Warszawą, to projekt długookresowy. Obejmuje nie tylko budowę portu lotniczego, lecz także tzw. projekt Airport City, który oprócz infrastruktury lotniczej będzie złożony z dużej liczby hoteli, miejsc konferencyjnych. Szacuje się, że będzie generow około 150 tys. miejsc pracy, nowy port lotniczy będzie miał wpływ na polskie PKB. W związku z prognozami Urzędu Lotnictwa Cywilnego – który ocenia, że w 2028 roku z polskich lotnisk będzie latać już ok. 80 mln pasażerów – ta inwestycja jest jak najbardziej wskazanym rozwiązaniem – mówi Damian Ostrowski, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej we Wrocławiu.

Co trzeci nastolatek uważa siebie za uzależnionego od mediów społecznościowych. Rodzice nie zdają sobie sprawy z zagrożeń

Co trzeci nastolatek uważa siebie za uzależnionego od mediów społecznościowych. Rodzice nie zdają sobie sprawy z zagrożeń 9

Co piąty nastolatek nałogowo korzysta z telefonu komórkowego, a ok. 25 proc. uważa się za fonoholika. Młodzi ludzie są często uzależnieni od mediów społecznościowych i przeładowani informacjami. Jednocześnie co trzeci z nich przyznaje, że jego rodzice nie wiedzą, w jaki sposób używa on internetu i smartfona – wynika z badania Fundacji Dbam o Mój Z@sięg. Nadużywanie mediów cyfrowych i internetu zagraża zdrowiu psychicznemu dzieci i budowanym przez nich relacjom międzyludzkim. Instytucje publiczne, organizacje pozarządowe i biznes łączą siły, aby chronić młodych użytkowników przed zagrożeniami w sieci. 

– Troska o dzieci powinna obejmować świat wirtualny na równi ze światem rzeczywistym – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marek Zagórski, minister cyfryzacji. – Rodzice jednak nie mają dokładnej wiedzy, co robią ich dzieci w sieci. Nie mają także dobrego wyobrażenia o tym, ile czasu dzieci poświęcają na korzystanie z internetu.

Jak wynika z badania NASK „Rodzice Nastolatków 3.0”, dorośli widzą tylko wycinek aktywności swoich dzieci w sieci. Nie doszacowują czasu, jaki ich pociechy spędzają w internecie – według nich to ok. 2,5 godziny na dobę, natomiast same nastolatki wskazują, że jest to średnio 4 godziny dziennie. Co czwarty rodzic nie wie, czy dziecko ogląda treści wulgarne i zawierające przemoc. Ponad 65 proc. dzieci twierdzi, że w ich domu nie ma zasad dotyczących korzystania z internetu.

Jeżeli chcemy mieć wpływ na to, co się z dzieckiem dzieje, to musimy mieć większą wiedzę na temat tego, co ono robi. Rodzicom wydaje się, że jak mają dziecko w pokoju obok, jak ono siedzi tam sobie w internecie, pewnie gra lub rozmawia z kolegami, to nic mu nie jest, a to nie do końca prawda. Tym bardziej że rodzice też nie mają pełnej świadomości na temat zagrożeń, które mogą spotkać dzieci w sieci – przekonuje Marek Zagórski.

Działania budujące świadomość na temat korzyści i zagrożeń w sieci są konieczne, zwłaszcza że jak pokazuje badanie Fundacji Dbam O Mój Z@sięg, połowa młodzieży nie wyobraża sobie życia bez smartfona i czuje wewnętrzną potrzebę natychmiastowej reakcji na wiadomości w telefonie i w sieci. Co piąty nastolatek przyznaje, że ocenia swoje dotychczasowe życie jako niezbyt szczęśliwe lub nieszczęśliwe. Co dziesiąty deklaruje, że jest w związku z osobą, z którą ma kontakt wyłącznie za pośrednictwem internetu.

 Naszym obowiązkiem, jako globalnego operatora telekomunikacyjnego, jest promowanie bardziej zrównoważonego korzystania z telefonów komórkowych. W naszej kampanii „Mamy wielką moc. Mamy wielką odpowiedzialność” wyraźnie mówimy, że należy zachować równowagę między światem wirtualnym a realnym – podkreśla Jean-François Fallacher, prezes Orange Polska. – Poprzez kampanię chcemy zwrócić uwagę na kwestię korzystania z urządzeń mobilnych przez dzieci i młodzież oraz pokazywać, jak można budować cyfrową świadomość w rodzinie. Są to bowiem bardzo potężne narzędzia. Umożliwiają nieustanną łączność z całym światem, należy jednak pamiętać, że mogą one zostać wykorzystane do niewłaściwych celów.

Badanie Fundacji Dbam o Mój Z@sięg „Młodzi cyfrowi” wskazuje, że prawie połowa uczniów w wieku 12–19 lat posiada nieograniczony dostęp do zasobów sieci, a co trzeci sięga po telefon kilkadziesiąt razy dziennie. Prawie połowa uczniów, jeśli przebudzi się w nocy, sprawdza swój smartfon. Co piąty uczeń nałogowo korzysta z telefonu komórkowego, 25 proc. określa samego siebie jako fonoholika, a 1/3 – jako osobę uzależnioną od mediów społecznościowych. Na syndrom FOMO (fear of missing out, czyli lęk przed ominięciem ważnej informacji) może cierpieć nawet 14 proc. młodzieży.

– Aż 1/4 nastolatków twierdzi, że doświadcza czegoś, co fachowo nazywa się information overload, czyli przeładowania informacjami. To w młodych ludziach, zresztą w dorosłych również, rodzi stres, lęk, napięcie, ponieważ nasz mózg w sposób naturalny chce dążyć do syntezy informacji, które otrzymujemy. A w dzisiejszym świecie młodzież czuje się przebodźcowana – tłumaczy Magdalena Bigaj, wiceprezes Fundacji Dbam O Mój Z@sięg.

Większość nastolatków jest świadoma zagrożeń, jakie niesie za sobą nadmierna obecność w internecie i mediach społecznościowych. Już co trzeci podejmuje próby ograniczenia korzystania ze smartfonu.

Pomiędzy wiedzą o tym, co niesie nadużywanie, a wprowadzeniem tego w życie jest jednak długa droga. I tu jest ogromna rola rodziców jako cyfrowych edukatorów. Trudno wymagać, żeby człowiek, który dopiero dorasta, poradził sobie z czymś, z czym często dorośli ludzie nie są w stanie sobie poradzić. Nowe technologie uzależniają nas od siebie, to zależy nie tylko od naszej silnej woli, lecz także od pewnych procesów biologicznych, od dopaminy, która się wydziela, od natychmiastowej gratyfikacji – wskazuje Magdalena Bigaj. – Młodzi sprawdzają, ile lajków dostały ich treści i potrafią je usunąć, jeśli nie zyskały wystarczającej aprobaty. To wpływa na budowanie poczucia własnej wartości.

To właśnie na rodzicach spoczywa obowiązek, aby wprowadzać dzieci w świat online. Tym bardziej że z cyfrowymi treściami mają już kontakt nawet roczne dzieci. Aby wesprzeć rodziców w roli cyfrowych przewodników swoich dzieci, Orange Polska uruchomił portal Razem w sieci. Udostępnia tam praktyczne porady, materiały edukacyjne oraz wskazówki, z których rodzice mogą bezpłatnie korzystać.

 Jesteśmy przekonani, że firmy telekomunikacyjne mają do odegrania ważną rolę w promocji odpowiedzialnego korzystania z urządzeń mobilnych – mówi Jean-François Fallacher. – Jako dostawca usług oferujemy także specjalne produkty, aplikacje pozwalające rodzicom dbać o bezpieczeństwo dzieci podczas korzystania z internetu – dodaje.

Kierowcy nie muszą się obawiać podwyżek cen paliw. W kolejnych miesiącach o sytuacji będą decydować globalne wydarzenia polityczne

Kierowcy nie muszą się obawiać podwyżek cen paliw. W kolejnych miesiącach o sytuacji będą decydować globalne wydarzenia polityczne 10

W najbliższych tygodniach ceny paliw na stacjach benzynowych powinny pozostać stabilne, ze zmianami na poziomie kilku groszy w dół lub w górę – ocenia dr Jakub Bogucki, analityk E-petrol.pl. Prognozy na kolejne miesiące są niepewne, bo zbyt wiele niewiadomych może wpłynąć na sytuację na rynku ropy naftowej. Najważniejsze z tych czynników to sytuacja na Bliskim Wschodzie, ustalenia grupy OPEC+, wojna celna Waszyngtonu z Pekinem oraz brexit.

– Ostatnie zmiany, jakie mamy na stacjach, są praktycznie niezauważalne, ponieważ cały czas utrzymujemy się na poziomach około 5 zł dla benzyny i oleju napędowego. Jedynym paliwem, które drożało w ostatnim czasie, jest autogaz, ale to jest zmiana rzędu 2 gr, więc niezbyt znacząca. Wszystko wskazuje na to, że kolejne tygodnie to będzie cały czas podobny poziom – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Jakub Bogucki, analityk rynku paliw z portalu e-petrol.pl.

W kolejnych miesiącach wiele zależeć będzie od sytuacji międzynarodowej, m.in. decyzji OPEC, organizacji zrzeszającej 14 eksporterów ropy naftowej oraz 10 innych państw dostarczających na globalny rynek ten surowiec, z których najważniejszy to Rosja. Najbliższe spotkanie zaplanowane jest na 5 i 6 grudnia. Ma na nim zapaść decyzja o utrzymaniu i przedłużeniu porozumienia o ograniczeniu wydobycia ropy naftowej o 1,2 mln baryłek dziennie. Niewykluczone jest również wprowadzenie jeszcze ostrzejszego limitu, co przełożyłoby się na wzrost cen. Obecna umowa wygasa z końcem marca 2020 roku. Producenci współpracują od 2016 roku, by powstrzymać spadki cen, a od lipca 2019 roku mają porozumienie o „stałej współpracy”.

W połowie 2014 roku ropa brent kosztowała ponad 110 dol. za baryłkę. Półtora roku później było to niespełna 30 dol. Ograniczenie podaży doprowadziło do stopniowego wzrostu ceny do przeszło 80 dol. przed rokiem. Obecnie jednak jest o jedną czwartą niższa.

– Innymi wydarzeniami bardziej o charakterze politycznym, ale jednak znaczącymi dla rynków międzynarodowych, jest m.in. wojna celna między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, która trochę się ślimaczy i nie wiadomo właściwie, jak wyglądają w niej rozstrzygnięcia – mówi Jakub Bogucki. – Istotna jest także europejska debata o brexicie. To może rzutować na rynki walutowe, a paradoksalnie także i pośrednio na rynki surowcowe. Z tej strony również można się spodziewać jakiejś zmiany. To są sytuacje z wieloma możliwymi scenariuszami, więc trudno powiedzieć jednoznacznie, czy to będzie działanie na plus, czy na minus dla rynku naftowego.

W połowie października amerykański prezydent Donald Trump zawiesił wprowadzenie ceł na chińskie towary o wartości 250 mld dol. i liczy, że Państwo Środka do połowy grudnia zrewanżuje się odblokowaniem wwozu produktów rolnych ze Stanów Zjednoczonych. Tak naprawdę ma jednak nadzieję, że stanie się to miesiąc wcześniej na szczycie APEC (Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku), który odbędzie się w Chile. Trumpowi zależy na zniesieniu tej blokady, bo farmerzy, którzy w dużym stopniu przyczynili się do jego wyboru, mocno ucierpieli na wojnie handlowej. Chinom z kolei zależy na dostawach amerykańskiej wieprzowiny, bo z powodu afrykańskiego pomoru świń na rynku brakuje mięsa.

Kolejnym czynnikiem jest sprawa konfliktu w Syrii i próby powrotu Libii na rynek.

– Jeśli doszłoby do zdecydowanej eskalacji konfliktu syryjskiego, zaangażowania kolejnych państw czy działań militarnych na większą skalę, to tutaj mamy tę premię ryzyka, którą ropa szybko odzwierciedla, czyli po prostu wzrost cen spowodowany obawą o płynność tranzytu ropy czy jej stabilne wydobycie –tłumaczy analityk E-petrol.pl. – Z drugiej strony słyszymy, że Libia robi teraz wiele, żeby wrócić do czołówki światowych producentów. To jest kraj, który z powodu wewnętrznych konfliktów nie może się w ostatnich latach pozbierać i wrócić do wydajnej produkcji. Jeśli do tego by doszło, mamy do czynienia z ważnym graczem, eksporterem na rynki europejskie, którego większa produkcja mogłaby mocno obniżyć ceny.

W Polsce co 6,5 minuty ktoś doznaje udaru mózgu. Szybkie rozpoznanie objawów może pomóc uniknąć śmierci lub trwałej niepełnosprawności

W Polsce co 6,5 minuty ktoś doznaje udaru mózgu. Szybkie rozpoznanie objawów może pomóc uniknąć śmierci lub trwałej niepełnosprawności 11

Udar mózgu każdego roku dotyka około 75 tys. Polaków i powoduje ok. 30 tys. zgonów. Ryzyko jego wystąpienia jest bardzo wysokie. To trzecia, po chorobach serca i nowotworach, najczęstsza przyczyna śmierci i główny powód trwałej niepełnosprawności wśród dorosłych. W leczeniu udaru mózgu kluczowy jest czas reakcji. Im szybciej od jego wystąpienia zostanie wdrożone leczenie, tym większa szansa na uniknięcie powikłań i niepełnosprawności. Dlatego w tym roku w ramach ogólnopolskiej kampanii społecznej „Stop udarom” Polacy dostaną specjalny „Alert udarowe udarowy”, czyli wiadomość z informacją, jakie są podstawowe objawy i jak należy reagować w przypadku ich zauważenia.

– Spośród pacjentów, którzy dostaną udar mózgu, co drugi będzie osobą trwale niesprawną, natomiast co czwarty, niestety, nie przeżyje pierwszych trzech miesięcy. Udar mózgu jest chorobą bardzo dyskryminującą głównie mężczyzn, ponieważ to oni zapadają na niego częściej. Udar mózgu dyskryminuje również osoby starsze, dlatego że jest głównie chorobą osób w wieku podeszłym. Aczkolwiek na udar mózgu zapada też coraz więcej młodych osób – mówi agencji Newseria Biznes Michał Karliński, neurolog z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii.

Pomimo znaczących postępów w leczeniu i rehabilitacji poudarowej udar mózgu cały czas stanowi poważny problem społeczny. W krajach rozwiniętych to trzecia co do częstotliwości przyczyna zgonów, po chorobach serca i nowotworach, i główny powód trwałej niepełnosprawności wśród osób dorosłych. W Polsce ok. 85 proc. przypadków to udar niedokrwienny, w którym dochodzi do zatrzymania przepływu krwi przez jedną z tętnic wewnątrzczaszkowych.

Ryzyko wystąpienia udaru znacząco zwiększają zarówno cukrzyca,schorzenia układu sercowo-naczyniowego, w tym nadciśnienie tętnicze, choroba niedokrwienna serca, miażdżyca czy migotanie przedsionków, jak i niezdrowy styl życia. Zmiana trybu życia na zdrowszy ma większe znaczenie niż właściwa kontrola i leczenie innych schorzeń.

– Badania jednoznacznie pokazują, że wprowadzenie pięciu konkretnych zachowań prozdrowotnych pozwoliłoby wyeliminować połowę wszystkich udarów mózgu. Są to niepalenie tytoniu, utrzymanie prawidłowej masy ciała, unikanie alkoholu, regularna aktywność fizyczna i zdrowa dieta – mówi Michał Karliński.

Jak podkreśla, w leczeniu udaru mózgu kluczowy jest przede wszystkim czas. Im szybciej od jego wystąpienia zostanie wdrożone leczenie, tym większa szansa na uniknięcie powikłań i poważnych konsekwencji, takich jak krwotok śródczaszkowy, który radykalnie pogarsza rokowania pacjentów.

– Udar mózgu jest chorobą, której nie można przewidzieć. On z definicji przychodzi nagle, objawy u pacjenta pojawiają się znienacka, ale są one dość łatwe do identyfikacji. To przede wszystkim obniżenie kącika ust po jednej stronie, połowiczne osłabienie siły mięśniowej, czyli np. opadające jedno ramię lub słabsza noga, i zaburzenia mowy dotyczące zarówno artykulacji, jak i samego rozumienia. Te kluczowe objawy, które mogą występować pojedynczo albo na raz, pozwalają rozpoznać od 60 do 80 proc. wszystkich udarów mózgu. Widząc takie obawy u siebie czy członka rodziny, trzeba od razu dzwonić po pomoc medyczną i nie czekać aż ustąpią same – podkreśla Michał Karliński.

Statystycznie co 6,5 minuty ktoś w Polsce doznaje udaru mózgu, ryzyko jest więc bardzo wysokie. Początkowe objawy łatwo zbagatelizować, zwłaszcza że udar mózgu nie boli.

– Alert udarowy to pierwszy tego typu projekt w Polsce. Ma on pokazać, jak potężnym zagrożeniem jest udar mózgu – bardzo poważna choroba, na którą zapadalność jest coraz większa. Informacje, które będą docierać do Polaków przez SMS-y, e-maile i social media, mają pokazać, jak łatwo można rozpoznać objawy udaru mózgu – mówi Sebastian Szyper, prezes Stowarzyszenia „Udarowcy – Liczy się Wsparcie”. – W wiadomościach rozsyłanych do Polaków przekazujemy akronim słowa „udar”, który symbolizuje jego cztery podstawowe objawy. To U jak usta wykrzywione, D jak dłoń opadnięta, A jak artykulacja utrudniona i R jak rozmazane widzenie.

Alert udarowy będzie także zamieszczony w internecie w formie krótkiego spotu z udziałem Jacka Rozenka, aktora, który doznał udaru w maju bieżącego roku. Materiały dotyczące udarów mózgu będą również rozpowszechniane za pomocą banerów oraz infografik na stronach internetowych partnerów akcji.

– Im szybciej rozpoznamy objawy udaru, które nie zawsze muszą występować wszystkie razem, bo to może być jeden, dwa albo trzy symptomy, tym większa szansa na skuteczne leczenie. Lekarze, którzy pracują na oddziałach intensywnej terapii, będą mieć szansę zniwelować poważne konsekwencje, jakie niesie za sobą udar mózgu – podkreśla Sebastian Szyper.

Organizatorzy akcji Alert udarowy zapraszają każdego do udostępniania wiadomości Alert udarowy, by ostrzeżenie o groźnej chorobie, jaką jest udar mózgu, dotarło i zostało zapamiętane przez jak największe grono osób. Alert udarowy jest dostępny m.in. na: http://stopudarom.pl/alert-udarowy/ i FB Stop Udarom.

Reputacja wpływa na wycenę firmy. Może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa

Reputacja wpływa na wycenę firmy. Może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa 12

Reputacja może stanowić nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa. Choć dobrą reputację buduje się latami, a stracić można ją w jednej chwili, większość firm w Polsce reaguje dopiero wówczas, gdy pojawi się kryzys. Tymczasem posiadanie silnej reputacji korporacyjnej przekłada się na lepsze wyniki finansowe, lojalność klientów i buduje wizerunek. Jednym z kluczowych elementów budowania pozycji rynkowej organizacji jest zaufanie. Zwłaszcza w świecie mediów społecznościowych, gdzie jeden wpis może decydować o przyszłości.

– Nasze doświadczenia pokazują, że niewiele firm w Polsce ma strategię budowania i zarządzania reputacją. W przeciwieństwie do firm w zachodniej Europie, które robią to w sposób bardziej uporządkowany i świadomy. Zwłaszcza że w dzisiejszym cyfrowym świecie firmy komunikują się w wielu kanałach, co niesie ze sobą wiele wyzwań pod względem zarówno spójności, jak i skuteczności komunikacji – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Katarzyna Reck, dyrektor działu komunikacji korporacyjnej, On Board Think Kong.

Szacuje się, że reputacja może stanowić od 20 do nawet 90 proc. wartości rynkowej przedsiębiorstwa (opracowanie „Managing your company`s most valuable asset: its reputation”). Sposób działania firm można  podzielić na dwa rodzaje. Część firm działa aktywnie. Prowadzi projekty wizerunkowe, których celem jest umacnianie reputacji i tworzenie wartości dla otoczenia, dba o relacje z interesariuszami firmy, prowadzi komunikację w duchu dialogu i otwartości na opinie czy pytania. Tego rodzaju firmy są zwykle bardzo aktywne w kanałach social, w szczególności tych korporacyjnych, jak LinkedIn czy Twitter, ale również w tradycyjnych mediach. Dbają o wizerunek w wyszukiwarce, która jest dziś równie ważnym medium, jak Facebook czy YouTube. Druga grupa to firmy, które raczej koncentrują się na obronie reputacji niż jej umacnianiu, a w konsekwencji głównie monitorują otoczenie i koncentrują się na ograniczaniu ryzyk.

– Reputacja bardzo często jest kojarzona tylko z wizerunkiem organizacji na zewnątrz, ale wizerunek jest bardziej tym, co o nas myśli klient. Wizerunek jest zewnętrzny, ale nie do końca odzwierciedla reputację. Z reputacją jest jak z balonikiem – trzeba długo dmuchać, a potem nawet nie trzeba igły, wystarczy jakiś mniej ostry przedmiot, żeby w sekundę go zniszczyć – przekonuje dr Łukasz Przybysz z Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii na Uniwersytecie Warszawskim.

Zarządzanie reputacją zmieniało się na przestrzeni lat. Dziś internet i kanały social odgrywają bardzo ważną rolę w budowaniu reputacji. Dane Pew Research Center pokazują, że 91 proc. ludzi ufa temu, co widzi i czyta w wynikach wyszukiwania. Dlatego firmy, które aktywnie zarządzają swoją reputacją, sięgają np. po aktywności z obszaru SERM. Search Engine Reputation Management, czyli działań, które mają na celu budowanie dobrego wizerunku w wynikach wyszukiwania Google.

– Silna reputacja to większy sukces na polu biznesowym i sukces w osiąganiu zamierzonych celów. To również większa lojalność klientów, większe zaangażowanie i odporność firmy w sytuacjach kryzysowych. Trzeci aspekt to na pewno wizerunek pracodawcy. Marki, które mogą się poszczycić silną reputacją, to marki, do których chętniej aplikujemy – tłumaczy Katarzyna Reck.

Kluczowym elementem budowania pozycji rynkowej organizacji jest zaufanie – nie tylko klientów, lecz także pracowników i współpracujących firm.

– Jednym twittem nie da się zniszczyć organizacji, lecz jeśli ta organizacja ma zbudowane zaufanie i wizerunek, a reputacja organizacji jest wysoka i jest mocno ugruntowana, wtedy jest bardzo trudno zaszkodzić jej z zewnątrz – mówi dr Łukasz Przybysz.

Raport agencji ASAP CARE 24 „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” wskazuje, że niemal co czwarty internauta (23 proc.) kontaktuje się z markami przez social media, podobny odsetek na bieżąco śledzi tam profile marek, a znalezione opinie mają duży wpływ na decyzje o zakupie produktu.

– Strategia jest ważna, bo mówi o tym, co chcemy powiedzieć, do kogo i dlaczego. Ważne, żeby nie traktować działań digitalowych jako obowiązku, że jako firma powinniśmy wrzucić post na LinkedIna, czy na Facebooka, tylko raczej potraktować to jako ważny kanał do docierania do naszych odbiorców i wzmacniania przekazów, budowania reputacji – wymienia Katarzyna Reck.

Duże znaczenie dla konsumentów mają szybkość odpowiedzi oraz łatwość nawiązania kontaktu. W przypadku zetknięcia się z negatywnymi opiniami lub komentarzami na temat marki, aż 40 proc. osób rezygnuje z zakupu.

Media społecznościowe i publikowane tam materiały mogą jednak łatwo paść ofiarą hakerów. Trudniej też szybko reagować na pojawiające się poza profilem hejty. Dlatego tylko przygotowana strategia i stała obecność w social mediach może pomóc zażegnać kryzys. Wyzwaniem są jednak fake newsy, zwłaszcza że ich liczba w sieci szybko rośnie.

– Jeśli mamy firmę o ugruntowanej pozycji, do której ludzie żywią ogromne zaufanie i nagle jej prezes występuje w deepfake’owym wideo, bo nałożono na kogoś innego zarówno jego głos, jak i jego, twarz i on mówi np., że firma będzie produkować bomby, to firma upadnie. Bardzo trudno jest odkręcić taką sytuację. Raz puszczony fake jest bardzo trudny do odkręcenia. Wszelkiego rodzaju hejty, fake’i i deepfake’i są ogromnym wyzwaniem – wskazuje dr Łukasz Przybysz.

Sektor energetyczny potrzebuje innowacji. Urząd Dozoru Technicznego wdraża metody badań z wykorzystaniem dronów, robotów i algorytmów sztucznej inteligencji

Sektor energetyczny potrzebuje innowacji. Urząd Dozoru Technicznego wdraża metody badań z wykorzystaniem dronów, robotów i algorytmów sztucznej inteligencji 13

Drony wyposażone w kamerę pomagają w badaniach wymagających pracy na znacznych wysokościach, roboty bez problemu radzą sobie z badaniem dna wypełnionego paliwem zbiornika, a badania prowadzone w oparciu o pracę algorytmów sztucznej inteligencji pomogą wydłużyć pracę najstarszych bloków energetycznych nawet o 15 lat. Urząd Dozoru Technicznego w najbliższych latach postawi również na technologię blockchain w procesie wydawania certyfikatów, a już dziś wiele spraw można w UDT załatwić, korzystając z portalu informatycznego.

– My, jako jednostka inspekcyjna, chcemy wspierać przedsiębiorców, wdrażając innowacje. Wykorzystujemy już m.in. drony, mamy także roboty inspekcyjne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Andrzej Ziółkowski, prezes zarządu Urzędu Dozoru Technicznego.

Urząd Dozoru Technicznego wykorzystuje specjalistycznego drona do przeprowadzania badań w trudno dostępnych obiektach. Urządzenie jest odporne na uszkodzenia, nie powoduje też uszkodzeń w infrastrukturze badanej instalacji. Drony znacznie ułatwiają prace inspekcyjne, ponieważ przedsiębiorca zamawiający badanie nie jest dzięki nim zmuszony do budowania rusztowania na wysokich obiektach. W przypadku trudno dostępnych fragmentów instalacji bezzałogowiec często okazuje się narzędziem koniecznym. Może się on przemieszczać wewnątrz zbiornika i sam oświetla sobie drogę. Kamera przekazuje obraz w czasie rzeczywistym do monitora. Inspektor przeprowadzający badanie nie jest więc narażony na ryzyko związane z pracą na wysokości, a zapisany obraz można później przeanalizować ponownie.

W przeprowadzaniu badań wykorzystywane są też roboty inspekcyjne, które mogą przeprowadzać np. badania dna zbiornika paliwowego bez konieczności usuwania z niego paliwa. Akustyczne lokalizatory umożliwiają im pełną orientację w przestrzeni i tworzenie mapy pomiarów. Robot może też czyścić podłoże bezpośrednio przed głowicą ultradźwiękową.

– Przygotowujemy się do dużego programu związanego z energetyką w oparciu o tzw. mikropróbki. To jest specjalna, bardzo innowacyjna metoda, która ma za zadanie sprawdzić, jak bardzo wyeksploatowane, zdegradowane są materiały w blokach energetycznych, zwłaszcza w tzw. „dwusetkach” (bloki energetyczne 200 MW – przyp. red.), które mają już po 40 lat. Na tych blokach będziemy się w najbliższej przyszłości koncentrować. Chcemy wspierać spółki energetyczne, żeby jak najdłużej bezpiecznie można było te bloki eksploatować – zapowiada Andrzej Ziółkowski.

Wysoka dyspozycyjność bloków energetycznych klasy 200 MW jest konieczna dla zapewnienia stabilności pracy Krajowego Systemu Energetycznego. Wydłużenie czasu ich eksploatacji jest kluczowe w procesie transformacji energetycznej, przynajmniej do momentu, w którym nie zastąpią ich wysoko wydajne magazyny energii. Bloki energetyczne pracują średnio przez 4 tysiące godzin rocznie. Znaczna ich część została wycofana z użytku po 250 tys. godzin pracy. Dzięki innowacyjnej diagnostyce opracowanej przez firmę Pro Novum, która oparta jest m.in. na mikropróbkach, możliwe jest jednak wydłużenie żywotności bloków klasy 200 MW do nawet 350 tys. godzin. Pozwoli to wykorzystywać najstarsze z nich jeszcze przez co najmniej 15 lat.

Dane służące do dokonywania diagnostyki są z kolei przetwarzane na platformie informatycznej, która rozwijana jest od 2004 roku. Obecnie trwają prace nad jej wersją 4.0, która będzie wyposażona w algorytmy zaawansowanej analityki data mining oraz maszynowego uczenia. Kolejnym krokiem UDT ma być wdrożenie technologii blockchain.

– Chcemy, żeby nasze certyfikaty były wydawane natychmiastowo, żeby osoba, która uzyskuje uprawnienia, wychodząc po egzaminie dostawała na telefon już swój certyfikat. W technologii blockchain można realizować kwestię rozliczeń z klientami, kreowania popytu i zarządzania nim. Ta technologia ma wiele możliwości, ale też wiele zagrożeń. Na pewno w najbliższej przyszłości energetyka ją zastosuje do zagwarantowania bezpieczeństwa – wskazuje prezes UDT.

Urząd oddał już do użytku portal eUDT, dzięki któremu przedsiębiorcy mają stały dostęp do informacji o swoich urządzeniach, mogą sprawdzić rozliczenia z UDT, a także wyświetlać i pobierać dokumenty. Alerty przypominają o zbliżającym się terminie przeglądu, a elektroniczna korespondencja pozwala załatwić wiele spraw bez wizyty w urzędzie.

– Dzisiaj można zarejestrować i umówić się na badanie zdalnie, nie trzeba przyjeżdżać do siedziby oddziału. Wchodzimy w cyfrowy UDT – mówi Andrzej Ziółkowski.

Pod dozorem UDT znajduje się obecnie 1,35 mln urządzeń. W specjalistycznych szkoleniach technicznych prowadzonych przez urząd w 2017 roku wzięło udział niemal 25 tys. uczestników.

Już wkrótce rewolucyjne testy pozwolą błyskawicznie zdiagnozować choroby zakaźne. Nad rozwiązaniem pracują m.in. Polacy

Już wkrótce rewolucyjne testy pozwolą błyskawicznie zdiagnozować choroby zakaźne. Nad rozwiązaniem pracują m.in. Polacy 14

Czas diagnozowania chorób takich jak gruźlica, zapalenie płuc czy borelioza można skrócić z kilku godzin do zaledwie kilkunastu minut. Będzie to możliwe dzięki szybkim testom diagnostycznym, nad którymi pracują m.in. Polacy. Tego rodzaju testy mogą się w znacznym stopniu przyczynić do uskutecznienia walki z chorobami zakaźnymi zwłaszcza w krajach rozwijających się.

 Chcemy przenieść technologię z centralnego laboratorium na format, który jest bardzo prosty w użyciu i bardzo tani. Większość z nas zna ten format z testów ciążowych. Pracujemy nad tym, by zwiększyć czułość takich testów, by można było używać ich przy wykrywaniu gruźlicy, malarii czy zapaleniu płuc – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr Lech Ignatowicz, prezes zarządu pochodzącej z Polski, a działającej w Szwecji firmy Biopromic.

Biopromic specjalizuje się w diagnostyce chorób zakaźnych. Szybki test w formacie POC pozwala na podstawie badania próbki moczu zdiagnozować gruźlicę płucną i pozapłucną w czasie krótszym niż 30 minut. Diagnostyka tej choroby wykonywana tradycyjnymi metodami, czyli w oparciu o badanie mikrobiologiczne, może trwać natomiast od kilku godzin do nawet kilku dni i jest wykonywana na zlecenie lekarza w laboratorium diagnostycznym. Potrzebne jest więc drastyczne skrócenie i uproszczenie procesu diagnozowania tej choroby.

Większość świata potrzebuje testów bardzo szybkich i bardzo tanich, które można zrobić praktycznie w każdych warunkach bez elektryczności, bez specjalistycznego sprzętu i bez specjalistów – wskazuje Lech Ignatowicz.

Światowa Organizacja Zdrowia dąży do tego, by w latach 2020–2035 zredukować liczbę zgonów z powodu gruźlicy o 35 proc., a najpóźniej do 2020 roku zmniejszyć zapadalność na nią o 20 proc. W samym 2017 roku zanotowano 10 mln zachorowań na gruźlicę i 1,6 mln zgonów w jej następstwie.

Nasz model pokazuje, że jesteśmy w stanie zmniejszyć zachorowalność na gruźlicę o 25 proc. na całym świecie, a to się przekłada na dziesiątki milionów osób do 2035 roku. Taka mała zmiana z kilku godzin do kilkunastu minut w diagnostyce przekłada się na to, że o wiele więcej pacjentów może być zdiagnozowanych szybko i dzięki temu mogą dostać leczenie, antybiotyki. W ten sposób wyeliminujemy jedną z największych epidemii na świecie –zapowiada dr Lech Ignatowicz.

Gruźlica to nie jedyna choroba, jaką można wykrywać, używając szybkich testów. Na początku października w czasopiśmie „Journal of Clinical Microbiology” opublikowane zostały wyniki badania nad szybkim testem na boreliozę. Aktualnie używane testy na boreliozę, zwane standardowym podejściem dwupoziomowym lub STT, obejmują przeprowadzenie dwóch złożonych testów (ELISA i Western blot) w celu wykrycia przeciwciał przeciw bakterii. Wymagają one zaangażowania doświadczonego personelu w laboratorium oraz kilku godzin na przeprowadzenie i interpretację wyników.

Szybki test mikroprzepływowy opracowany przez zespół biomedyków kierowany przez prof. Samuela Sia z Columbia Engineering może wykryć boreliozę z podobną wydajnością jak STT, ale w znacznie krótszym czasie, bo zaledwie 15 minut.

Koncentrujemy się na chorobach, które uderzają głównie w kraje rozwijające się. Naszym flagowym projektem jest gruźlica, ale też jesteśmy zainteresowani malarią, brucelozą czy legionelozą. To są choroby, o których my już trochę zapominamy w Polsce, ale musimy pamiętać, że większość świata nadal się z nimi zmaga – zaznacza CEO Biopromic.

Projekt szybkiego testu na gruźlicę uzyskał wsparcie fundacji Billa Gatesa, która zajmuje się między innymi organizowaniem pomocy medycznej dla krajów rozwijających się. W bliskiej perspektywie możliwa jest jego finalizacja.

– Właśnie zakończyliśmy ogromne badanie kliniczne na próbie 600 osób w Ugandzie i przewidujemy, że test powinien się pojawić na rynku w przyszłym roku, również w Polsce. Oczywiście wszystko zależy od certyfikacji, od regulacji, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy tutaj w Polsce ten test mieli dostępny. Współpracujemy z Instytutem Chorób Płuc i Gruźlicy na ul. Płockiej w Warszawie. To jest nasz największy polski partner, dający ogromne wsparcie dla naszego projektu – mówi dr Lech Ignatowicz.

Według analityków z Allied Market Research światowy rynek szybkich testów diagnostycznych osiągnie do 2023 roku wartość 39,1 mld dol.

Fiskus wciąż „rozdaje” wielomilionowe ulgi dla podatników z zaległościami

40 mln zł wyniosły łącznie zaległości podatkowe, odsetki za zwłokę i opłaty prolongacyjne, które zostały umorzone w pierwszym półroczu br. przez skarbówkę w Warszawie. W analogicznym okresie 2018 roku było to ok. 19,5 mln zł. Z kolei w Katowicach „darowano” ostatnio blisko 58 mln zł, a wcześniej – ponad 11,5 mln zł. Natomiast w Szczecinie do tegorocznych statystyk wpisano prawie 600 tys. zł, czyli niemal 7 razy mniej niż w 2018 roku. Mniejsze kwoty umorzeń były też m.in. we Wrocławiu, w Gdańsku, Krakowie, Olsztynie, Opolu czy Białymstoku.

Więcej, czyli mniej

Izby skarbowe mają obowiązek oficjalnie informować, komu umorzono zaległości podatkowe, odsetki za zwłokę lub opłaty prolongacyjne w kwocie przewyższającej 5 tys. zł. Na wykazach są osoby prawne i fizyczne, a także jednostki organizacyjne nieposiadające osobowości prawnej wraz z „darowanymi” sumami. Analitycy serwisu agencyjnego MondayNews sprawdzili, jak sprawa tego typu ulg wygląda w poszczególnych województwach. Pozyskane dane pozwoliły na porównanie sytuacji w pierwszym półroczu 2019 roku z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Ulga w spłacie zobowiązań podatkowych w postaci umorzenia zaległości podatkowej ma szczególny charakter. Stosuje się ją w sytuacji, gdy z powodów równie wyjątkowych podatnik nie może wywiązać się z uiszczenia obciążającej go kwoty. Postępowanie wszczynane jest na wniosek. Na zainteresowanym spoczywa obowiązek udowodnienia okoliczności, którymi motywuje swoje żądanie – informuje Maciej Koniuszewski z Izby Administracji Skarbowej w Szczecinie.

Od stycznia do czerwca 2019 roku IAS w Warszawie umorzyła zaległości 951 podmiotom. Dało to sumę 40 095 381,76 zł, z czego 36 754 545,78 zł dotyczyło firm i jednostek organizacyjnych, a 3 340 835,98 zł – osób fizycznych. Najwyższa kwota umorzenia wyniosła 12 591 987,00 zł. Natomiast w analogicznym okresie 2018 roku była ona wyższa – 13 138 143,98 zł. Od stycznia do czerwca ub.r. z tego typu ulg skorzystały 652 podmioty na łączną sumę 19 519 325,38 zł. W tym przypadku 15 406 340,94 zł dotyczyło firm i jednostek organizacyjnych, a 4 112 984,44 zł ¬ – osób fizycznych.

– W pierwszym półroczu br. wydano 137 decyzji o umorzeniu zaległości, z czego 123 ws. osób fizycznych, a 14 – organizacji. Łączna kwota z tego tytułu wyniosła 57 903 677,22 zł, a najwyższa – 27 963 622,00 zł. Natomiast w okresie od 1 stycznia do 30 czerwca ub.r. było 219 takich rozstrzygnięć, z czego 190 dotyczyło osób fizycznych i 29 – organizacji. Te sprawy dały w sumie 11 542 652,40 zł, a najwyższa kwota umorzenia to 6 831 165,00 zł – mówi Michał Kasprzak z Izby Administracji Skarbowej w Katowicach.

Z kolei kwota 47 183 004 zł to najwyższa umorzona wartość w pierwszym półroczu br. przez IAS w Lublinie. W tym przypadku, decyzją sądu, przekreślono wszystkie zobowiązania upadłego. Od stycznia do czerwca 2019 roku „darowano” w sumie 47 648 472,39 zł. W analogicznym okresie ubiegłego roku umorzono łącznie 518 382,55 zł, a najwięcej – 346 920 zł.

– W pierwszej połowie ub.r. umorzona suma wyniosła 1 720 906,67 zł, w tym 1 422 145,63 zł dot. osób fizycznych, a 298 761,04 zł – pozostałych. Z kolei od stycznia do czerwca br. była to kwota 5 096 521,18 zł, z czego 746 645,56 zł ws. osób fizycznych oraz 4 349 875,62 zł ¬– innych. W analizowanych okresach podjęto po 37 decyzji o umorzeniu zaległości. Natomiast najwyższe kwoty wyniosły 322 655 zł oraz 2 861 038,99 zł – wylicza Agnieszka Pawlak z Izby Administracji Skarbowej w Łodzi.

Suma umorzona w połowie br. przez IAS w Kielcach również była większa niż w zeszłym roku. Ostatnio wyniosła 238 678,38 zł, natomiast wcześniej – 82 507,25 zł, czyli prawie 3 razy mniej. Od stycznia do czerwca br. wpłynęło 266 spraw i wydano 140 decyzji. W analogicznym okresie ub.r. były to 353 wnioski oraz 73 rozstrzygnięcia. W pierwszym półroczu tego roku najwyższa anulowana kwota to 36 171,33 zł. W minionym roku wyniosła ona 13 150,49 zł.

Gorsze półrocze

– Łączna kwota umorzona w okresie od stycznia do czerwca ub.r. wyniosła 10 743 253,48 zł, a najwyższa – 8 206 854,20 zł. Wartości te dla analogicznego okresu br. to 1 359 821,04 zł oraz 497 327 zł. Decyzje z ubiegłego roku dotyczą 34 podmiotów, natomiast z 2019 roku – 25. W tych okresach przeważały sprawy związane z osobami fizycznymi – komentuje Renata Kostowska z IAS w Olsztynie.

Natomiast Izba Administracji Skarbowej w Gdańsku informuje, że w pierwszym półroczu br. umorzono 1 467 508,91 zł na wniosek strony, a 1 600 946,55 zł – z urzędu. W 2018 roku sumy te były wyższe i wyniosły odpowiednio, tj. 1 712 156,91 zł oraz 4 789 080,99 zł. W pierwszej połowie 2019 roku wydano ponadto 127 decyzji na wniosek zadłużonych oraz 261 z urzędu. W analogicznym okresie 2018 roku takich rozstrzygnięć było 89 i 306. Najwyższa kwota „darowana” wnioskodawcy do końca czerwca 2019 roku wyniosła 246 702,69 zł, podczas gdy w tym samym okresie uprzedniego roku było to 497 843,65 zł. Zdecydowana większość spraw dotyczyła osób fizycznych.

– W pierwszym półroczu br. zostało podjętych 138 decyzji dot. umorzenia, czyli o 25 mniej niż w okresie od stycznia do czerwca 2018 roku. W statystykach za te okresy widnieją sumy wynoszące odpowiednio 634 584 zł oraz 1 438 563,94 zł. Natomiast kwoty najwyższych tego typu ulg to 79 893 zł w 2019 roku i 220 878 zł w 2018 roku – wskazuje Konrad Zawada z Izby Administracji Skarbowej w Krakowie.

1 468 723,69 zł wyniosła łączna kwota umorzona w pierwszym półroczu br. przez IAS we Wrocławiu. Najwyższa z udzielonych ulg to 344 710,52 zł. Z kolei w analogicznym okresie ub.r. mamy odpowiednio 1 655 874,19 zł oraz 227 394,66 zł. Ostatnio wydano takich decyzji 2 332, czyli mniej niż od stycznia do czerwca 2018 roku, kiedy było ich 2 728. Zdecydowana większość wniosków dotyczyła spraw osób fizycznych.

– 577 050,87 zł to suma wszystkich umorzeń w pierwszym półroczu tego roku, a ¬3 942 162,61 zł – w okresie od stycznia do czerwca ub.r. W 2019 roku osoby fizyczne uzyskały ulgi w wysokości 462 655,87 zł, a organizacje – 114 395 zł. Poprzednio było to odpowiednio 317 904,10 oraz 3 624 258,51 zł. Natomiast najwyższe umorzone kwoty w analizowanych półroczach to 99 066,80 i 1 331 365,64 zł – wskazuje Maciej Koniuszewski z Izby Administracji Skarbowej w Szczecinie.

IAS w Opolu również umorzyła mniej zaległości w pierwszym półroczu 2019 r. niż w analogicznym okresie ub.r. 8 decyzji dotyczyło spraw związanych z budżetem państwa, a wcześniej było ich 28. Ostatnio łączna kwota ulg z tego tytułu wyniosła 37 612,91 zł, w tym 7 755 zł umorzono z urzędu (postępowanie upadłościowe firmy i brak możliwości zaspokojenia zaległości). Te statystyki w 2018 r. kształtowały się na poziomie 53 082 303,39 zł, w tym 52 876 911,27 zł (postępowania upadłościowe wobec czterech przedsiębiorstw). Ostatnio maksymalna kwota to 15 663,10 zł, a wcześniej – 52 423 233,70 zł.

– W pierwszym półroczu br. zostało podjętych 7 decyzji ws. umorzenia zaległości względem budżetu jednostek samorządu terytorialnego, a rok wcześniej ¬– 14. W 2019 roku mówimy o łącznej kwocie 37 610 zł, a maksymalnej – 14 144 zł. Natomiast w ubiegłym roku było to odpowiednio 66 173,18 zł oraz  15 922 zł. Wnioski w przeważającej mierze pochodzą od osób fizycznych – informuje Agnieszka Jóźwin-Dalecka z Izby Administracji Skarbowej w Opolu.

Decyzje IAS w Białymstoku podjęte w pierwszej połowie br. oznaczały umorzenia na łączną kwotę 197 071,60 zł. W analogicznym okresie 2018 r. była ona niemal dwukrotnie większa, wyniosła 331 059,09 zł. W analizowanych okresach z tych rozwiązań skorzystały tylko osoby fizyczne. W tym roku najwyższa z „darowanych” kwot to 117 111 zł, a na początku ubiegłego roku – 274 872,76 zł.

– Łączna kwota umorzeń w pierwszym półroczu br. była mniejsza niż w pierwszych sześciu miesiącach ub.r. Ostatnio wyniosła ona 164 888,26 zł, natomiast wcześniej – 687 531,95 zł. Od stycznia do czerwca br. 160 787,48 zł dot. osób fizycznych, a 4 100,78 zł – organizacji. Poprzednio było to odpowiednio 268 982,54 zł i 418 549,41 zł – podkreśla Adam Andrzejewski, dyrektor Izby Administracji Skarbowej w Zielonej Górze.

Analizując dane z Bydgoszczy, również można dostrzec, że łączna kwota w pierwszej połowie br. była niższa od tej z ubiegłego roku. W tym roku darowano 510 381,12 zł, a wcześniej 1 190 682,38 zł. Na tegoroczną sumę składa się wartość 508 965,12 zł dot. osób prywatnych oraz 1 416 zł – organizacji. W 2018 roku było to odpowiednio 826 073,43 zł i 364 608,95 zł. Natomiast najwyższe kwoty umorzeń w ww. okresach to 158 196,90 zł oraz 333 687,20 zł.

– Nie można wiązać ilości złożonych wniosków z liczbą wydanych decyzji. Pisma, które wpłynęły w okresie I-VI 2018 roku, dotyczą również zaległości z wcześniejszych lat. Analogicznie przedstawia się sytuacja w 2019 roku. Ktoś, kto złożył podanie 30 stycznia 2019 roku, z pewnością wniósł o umorzenie starszych zaległości. Tak samo jest z decyzją  wydaną w styczniu czy w lutym. Prawdopodobnie dotyczy ona wniosków złożonych np. w sierpniu czy wrześniu 2018 roku – podsumowuje Michał Kasprzak z Izby Administracji Skarbowej w Katowicach.

Technoentuzjaści czy technosceptycy – jacy naprawdę są Polacy?

97% Polaków uważa innowacyjne rozwiązania za potrzebne, ale tylko 50% zdecydowałoby się na zdalną wizytę u lekarza, 34% poddałoby się operacji przeprowadzanej przez robota, a mniej niż 1/3 wsiadłoby do autobusu bez kierowcy. Czy jako społeczeństwo jesteśmy więc gotowi na cyfrową rewolucję? Na te i inne pytania odpowiada najnowszy raport Fundacji Digital Poland, który powstał we współpracy z firmą doradczą PwC, IQS i pod patronatem Polpharmy.

Raport „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0?” szczegółowo analizuje obecny stan rzeczy i stawia diagnozę oceniającą nastroje Polaków i ich gotowość na realizację wizji Społeczeństwa 5.0, które jest w stanie aktywnie wykorzystywać technologie celem rozwiązania strategicznych problemów kraju.

Punktem wyjścia do zbadania nastawienia Polaków wobec nowych technologii było zrozumienie i określenie strategicznych wyzwań, przed jakimi według badanych stoi Polska w XXI. Jak wskazują wyniki, obywatele są najbardziej świadomi kwestii dotyczących: środowiska i klimatu oraz zdrowia i opieki medycznej, zwłaszcza w kontekście starzejącego się społeczeństwa.

Co ciekawe, badani dostrzegają również to, że w rozwiązaniu tych problemów może pomóc rozwój nowych technologii. Aż 97% z nich odpowiedziało, że technologie są potrzebne, a ponad 90% dostrzega ich kluczową rolę w rozwoju polskiej gospodarki. Istotny jest dla nich również fakt, że innowacje pozwalają zaoszczędzić czas i pieniądze, co sprawia, że ludziom żyje się wygodniej.

I choć zdążyliśmy już oswoić się z mobilnym Internetem i smartfonami, bez których nie wyobrażamy sobie życia, w społeczeństwie wciąż dostrzegalny jest strach przed dalszym rozwojem cyfrowym i m.in. automatyzacją produkcji. Obawiamy się konkurencji ze strony robotów, które zdają się zagrażać redukcją miejsc pracy.

Z regularnie prowadzonych przez PwC badań wynika, że społeczeństwa są bardzo świadome zmian, jakie zachodzą w związku z transformacją cyfrową. Z jednej strony dostrzegają w technologiach szanse na rozwiązanie ważnych problemów, choćby tych związanych z klimatem czy opieką zdrowotną – za przykład mogą służyć pozytywnie oceniane panele fotowoltaiczne, czy opaski monitorujące stan zdrowia. Z drugiej zaś strony obawiają się o swoje miejsca pracy. W tym miejscu warto przypomnieć, że w Polsce do 2025 r. może brakować nawet 1,5 mln pracowników, zatem automatyzacja powinna być nieodłącznym elementem rozwoju naszej gospodarki. Odpowiedzialnym działaniem ze strony rządów, organizacji pozarządowych i pracodawców jest współpraca w zakresie podnoszenia kompetencji cyfrowych, których rola w przyszłości będzie rosła. Przykładem takiego działania jest program PwC „New World, new skills”. – Piotr Łuba, partner w PwC, lider front office transformation.

Od Entuzjastów po Odrzucających – jak Polacy postrzegają technologię?

Jak zauważa w raporcie dr. hab. Urszula Soler – socjolog badająca nowe technologie w kontekście interakcji społecznych i bezpieczeństwa – 90% Polaków widzi w technologiach szansę dla siebie i Polski. Nie jest to jednak grupa jednorodna. Wyniki badań przeprowadzonych przez IQS pozwoliły na podzielenie Polaków zgodnie z ich nastawieniem do nowoczesnych technologii na cztery grupy. Są to Entuzjaści, Sceptycy, Wybredni oraz Odrzucający.

Entuzjaści stanowią aż 40% badanych. Grupa ta trafnie diagnozuje współczesne problemy Polski, umiejscawiając je przede wszystkim w obszarze wyzwań demograficznych oraz problemów klimatycznych. Co nie powinno być zaskakujące, są to głównie ludzie młodzi i w średnim wieku (do 44 lat), z wykształceniem wyższym, najczęściej dobrze sytuowani, zamieszkujący miasta wielkości od 100 do 500 tysięcy.

Alina Lempa, prezes IQS
Alina Lempa, prezes IQS

Entuzjaści są najbardziej perspektywicznym segmentem dla budowy społeczeństwa 5.0. Jego przedstawiciele w rozwoju technologii upatrują szans na rozwój gospodarki oraz wprowadzenia kolejnych ułatwień w życiu codziennym. Rewolucja technologiczna, u progu której stoimy, ma więc w Polsce podwaliny w postaci osób pozytywnie nastawionych do nowych technologii, mających umiejętność poruszania się w cyfrowym świecie, świadomych i otwartych na różnego rodzaju technologiczne nowinki. – Alina Lempa, prezes IQS.

Drugą wyraźnie zaznaczającą się w raporcie grupą są Sceptycy (38%), którzy pozytywnie oceniają nowinki techniczne, ale jedynie w wąskim zakresie ograniczonym do takich zagadnień jak medycyna, motoryzacja i energetyka. Dla tej grupy, składającej się przede wszystkim z mieszkańców miast (do 100 tyś.) ze średnim wykształceniem, najważniejszymi wyzwaniami stojącymi przed Polską są problemy związane z pracą.

Wybredni stanowią trzecią grupę (12%) – akceptują nowe technologie w większym stopniu niż Sceptycy, ale nie tak bezwarunkowo jak Entuzjaści. Są to osoby starsze (powyżej 55 lat), częściej mieszkańcy wsi. Niespecjalnie interesują ich wyzwania, przed którymi stoi ich kraj, dostrzegają natomiast, że technologie mogą być użyteczne w codziennym życiu, szczególnie w kwestii oszczędności czasu i pieniędzy.

Co dziesiąty Polak należy natomiast do grupy czwartej, czyli Odrzucających. Najczęściej są to nisko wykształcone kobiety w wieku powyżej 65 lat. W ich opinii głównymi problemami Polski są kwestie zdrowotne oraz zła, nienaturalna dieta Polaków. Wszystkie zastosowania nowych technologii oceniają negatywnie, za wyjątkiem tych, które mogą poprawić sytuację energetyczną. Odrzucający nie potrafią poruszać się wśród nowych technologii i uważają, że prowadzą one do tego, że ludzie rzadko ze sobą rozmawiają.

Obawy, które dystansują nas od technologii

W ramach badań, przeprowadzonych na potrzeby raportu Fundacji Digital Poland, respondenci wskazywali również swoje obawy związane z nadejściem cyfrowej rewolucji. Aż 83% Polaków boi się tego, że nowe technologie doprowadzą do rozpadu więzi społecznych i alienacji. Niepokojący jest jednak fakt, że aż 45% uznało, że korzystanie z nowych technologii prowadzi do różnego rodzaju chorób.

Na aspekt zdrowia, jako tego co najbardziej interesuje Polaków, zwraca w raporcie uwagę prof. Janusz Czapiński, wieloletni kierownik projektu „Diagnoza społeczna”. Zauważa on, że z jednej strony chętnie zobaczylibyśmy nowoczesne technologie w systemie ochrony zdrowia, ale obawiamy się robotów, które miałyby przeprowadzać operacje (taką gotowość wyraża tylko 34% badanych).

Markus Sieger, prezes Polpharmy
Markus Sieger, prezes Polpharmy

Cyfryzacja może istotnie przyczynić się do rozwiązania problemów naszego systemu ochrony zdrowia oraz zwiększenia satysfakcji pacjenta. Telekonsultacje mogą ułatwić dostęp do lekarza i skrócić kolejki, a zdalne monitorowanie stanu zdrowia wpłynąć na lepszą profilaktykę i zmniejszenie liczby zachorowań. Ponadto, takie rozwiązania jak e-recepta czy e-zwolnienie, umożliwią bardziej efektywne wykorzystanie środków finansowych, a także zaoszczędzenie czasu lekarzy. Wyzwaniem jest jednak zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa informacji. – Markus Sieger, prezes Polpharmy.

Chęć Polaków do korzystania z innowacyjnych rozwiązań jest więc dość ograniczona. Podczas gdy połowa z badanych zdecydowałaby się na zdalną wizytę u lekarza, już mniej niż 1/3 z nas wsiadłaby do autobusu bez kierowcy czy zastąpiła produkty mięsne podobnie smakującą, ale sztucznie wyhodowaną żywnością. Z drugiej strony aż 95% z nas z chęcią widziałaby panele fotowoltaiczne na każdym dachu domu – to rozwiązanie miało jednak niebagatelnie dłuższy czas na zbudowanie świadomości korzyści jego zastosowania względem innych wymienianych innowacji.

Wnioski z badania pokazują wyraźnie, że Polska, choć w dużym stopniu toleruje nowe technologie i widzi w nich szansę na zbudowanie lepszej przyszłości, nadal stoi przed wieloma wyzwaniami. Z jednej strony Polacy uważają, że technologie są przydatne, z drugiej ich podejście bywa zachowawcze ze względu na obawy, jakie pojawiają się wraz z kolejnymi niuansami. Dlatego, by nasz kraj mógł zacząć zmierzać w kierunku skoncentrowanego na człowieku (ang. human-centric society) społeczeństwa 5.0, potrzebne jest rozwianie obaw społeczeństwa, zwiększenie jego świadomości oraz zaktualizowanie wiedzy Polaków w zakresie nowych technologii. Powszechne edukowanie w oparciu o dokładne zrozumienie obywateli przygotuje nasz kraj na cyfrową rewolucję.

Tego właśnie zadania podjęła się Fundacja Digital Poland wraz z partnerami: PwC, IQS oraz firmą Polpharma, tworząc raport „Technologia w służbie społeczeństwu. Czy Polacy zostaną społeczeństwem 5.0?”, który stanowi źródło niezależnej i obiektywnej wiedzy o nastrojach i świadomości społecznej odnośnie nowych technologii. Raport został przygotowany w ramach pierwszej edycji Festiwalu Cyfryzacji , który odbywał się w dniach 01-10.10.2019. Celem festiwalu jest zaktualizowanie wiedzy społeczeństwa na temat nowych technologii i cyfryzacji. Raport będzie wykonywany corocznie celem monitorowania gotowości Polaków do bycia Społeczeństwem 5.0.

W fundacji uważamy, że cyfryzacja jest siłą napędową rozwoju innowacji i kluczem do wzrostu konkurencyjności polskiej gospodarki. Wdrożenie nowych technologii nie odbędzie się bez szerokiej zgody społeczeństwa na ich stosowanie w życiu codziennym. Niestety coraz częściej społeczeństwo lekceważy wiedzę naukową w wyniku rosnącej dezinformacji w mediach społecznościowych i samym internecie. Obserwujemy też ze smutkiem coraz mniejszą rolą autorytetów naukowych. Dlatego powstał Festiwal Cyfryzacji, by przekonać Polaków co do benefitów wynikających z cyfryzacji. Wierzymy, że ten cykliczny raport przyczyni się do lepszej debaty w sferze publicznej i formułowania działań wspierających popularyzację nowych technologii w Polsce. – Aleksander Kutela, wiceprezes Ringier Axel Springer Polska oraz Przewodniczący Rady Fundacji Digital Poland

Boaz Haim nowym prezesem Ronson Development

Rada Nadzorcza Ronson Development powołała dotychczasowego członka zarządu Spółki, Boaza Haima, na stanowisko prezesa. Zastąpi on Nira Netzera, który we wrześniu zapowiedział rezygnację z pełnionej funkcji.

Boaz Haim, który od kwietnia br. pełni funkcję członka zarządu Ronson Development, obejmie stanowisko prezesa z dniem 1 grudnia 2019 r.

– Jako członek zarządu Ronson Development od ponad pół roku miałem okazję uczestniczyć w życiu Spółki i obserwować jej funkcjonowanie. Wiem, że przejmuję od Nira Netzera zarządzanie firmą o stabilnej pozycji, znajdującą się w dobrej sytuacji finansowej i mającą przed sobą bardzo dobre perspektywy. Jestem przekonany, że Ronson Development może się dalej rozwijać, budując pozycję wiodącej firmy deweloperskiej. Miałem już okazję poznać świetny zespół, z którym będę miał przyjemność pracować i jestem przekonany, że wspólnie odniesiemy wiele sukcesów. Wraz z pozostałymi członkami zarządu będziemy dążyć do umacniania pozycji Ronson Development na rynku, dbając o interesy naszych klientów oraz akcjonariuszy – powiedział Boaz Haim, nowo powołany prezes Ronson Development.

Boaz Haim jest pochodzącym z Izraela adwokatem z dwunastoletnim doświadczeniem w inwestycjach nieruchomościowych. Karierę zawodową rozpoczął w 2007 r. w kancelarii J.D. Shachor, jako adwokat specjalizujący się w prawie nieruchomości. W 2010 r. rozpoczął praktykę zawodową, jako adwokat w kancelarii Tik, Gilad, Keynan, trzy lata później został w niej partnerem, a w 2017 r. – wspólnikiem i partnerem zarządzającym. Obecnie kancelaria ta funkcjonuje pod nazwą Keynan, Haim & Co. i jest jedną z czołowych izraelskich firm prawniczych zajmujących się nieruchomościami.

W 2005 r. Boaz Haim ukończył studia prawnicze w Sha’arei Mishpat College (obecnie Akademickie Centrum Prawa i Nauki). Jest również absolwentem Uniwersytetu Bar-Ilan w Ramat Gan, gdzie w 2019 r. ukończył studia podyplomowe (Master’s degree) na kierunku Rozwiązywanie Konfliktów, Zarządzenie i Negocjacje.

Obecnie w skład zarządu Ronson Development wchodzą także: Andrzej Gutowski, wiceprezes i dyrektor ds. sprzedaży i marketingu, związany ze spółką od 2003 r., Rami Geris, wiceprezes i dyrektor finansowy (CFO), w spółce od 2007 r., oraz Alon Haver, pełniący funkcję członka zarządu od 2017 r.

Przesunięcie brexitu pozytywnie wpływa na rynek

  • Rynki akcyjne pod historycznymi szczytami
  • Ostatnie tygodnie czasem niższej zmienności
  • Nowy termin brexitu  

Ostatnie tygodnie charakteryzują się niższą zmiennością, brakuje też jednoznacznych impulsów do konkretnych działań. Od początku miesiąca obserwujemy delikatny „risk-on”. Indeks MSCI World Index odnotował wzrost o 1,3 proc. Jeszcze mocniej wzrósł indeks MSCI Emerging Markets – blisko 3 proc. To zapewne efekt słabości dolara, który spadł o prawie 2 proc. Osłabienie amerykańskiej waluty może mieć związek z ekspansją bilansu FED. Co prawda na ostatnim posiedzeniu Rezerwy Federalnej jej szef Jerome Powell twierdził, że zakupy długu nie są nowym programem QE, a ich celem jest zapobieganie sytuacji, jaka miała miejsce we wrześniu, kiedy gwałtownie wzrosła stopa repo. Jednak skala tego procesu i gwałtowny wzrost bilansu może wpływać na słabość dolara.

Rynki akcyjne są pod szczytami cen. W USA uwagę inwestorów skupia sezon wyników S&P500. Do tej pory dane  opublikowało 168 spółek. Sprzedaż wzrosła o 2,8 proc., zyski spadły o 0,17 proc. Choć wyniki są słabe, to i tak są one powyżej oczekiwań analityków. Mamy więc specyficzną sytuację, w której wyceny na rynku są wysokie, wyniki spółek są słabe, natomiast ceny akcji rosną. Z czego to wynika? Po części związane jest to z ekspansywną polityką banków centralnych, wspierająco działa też temat umowy handlowej czyli, możliwość podpisania porozumienia tzw. „fazy pierwszej” pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Pozytywne ruchy obserwujemy z obu stron. Chiny mają zobowiązać się do zakupu amerykańskich produktów rolnych. Nastąpiła całkowita zmiana narracji – od wzajemnych gróźb do momentu, w którym obie strony wyraźnie szukają porozumienia.

Brexit wciąż bez finału. Wyjście Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej kolejny raz odsuwa się w czasie, co pozytywnie wpływa na rynek. Brytyjska Izba Gmin poparła projekt ustawy o porozumieniu w sprawie opuszczenia Unii Europejskiej jednocześnie odrzucając wniosek o szybką pracę nad ustawą. Obecnie najbardziej realne wydaje się̨ przedłużenie okresu wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii. Przewodniczący rady Unii Donald Tusk podał nawet, że może to nastąpić 31 stycznia 2020 r., chociaż samo rozstrzygnięcie tej sytuacji jest coraz bliżej.

Wyniki spółek bez symptomów spowolnienia

  • Poprawa nastrojów na akcjach
  • Spółki zaskoczyły wynikami
  • Pierwsze sądowe orzeczenia po decyzji TSUE bez wpływu na rynki

Ryszard Rusak, Dyrektor Inwestycyjny ds. Akcji Generali Investments TFI

Rozpoczął się sezon publikacji wyników za III kwartał. Solidne dane powinien dostarczyć sektor finansowy. Oczekujemy, że największe banki: PKO BP, Pekao, ING, Santander Polska zaraportują dwucyfrową dynamikę zysku netto. Z kolei spadku zysku oczekujemy w przypadku Alior Banku (wysoki poziom rezerw) oraz Banku Millennium (pierwszy kwartał konsolidacji Eurobanku). Sektorem, który pozytywnie wyróżnia się w kategorii dynamiki zysku, są dobra konsumpcyjne – tu w przypadku wybranych spółek wzrost może być nawet rzędu 30 proc. Oczekujemy dobrych wyników spółek paliwowych. Słabsze rezultaty może zanotować PGNiG, co wynika z niskich cen gazu. Mimo to spadek cen tego paliwa kopalnego pozytywnie wpływa na spółki chemiczne, spośród których na plus wybija się Grupa Azoty. Mocny spadek wyniku netto widzimy w przypadku JSW. W branży TMT oczekujemy dobrych wyników w Comarchu oraz Orange Polska, jednak w obu przypadkach są to zwyżki wsparte wydarzeniami jednorazowymi. Spółki przemysłowe – jako całość – nie będą błyszczeć. W niektórych przypadkach ujemna dynamika zysku netto może wynieść nawet 30-40 proc.

Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI
Tomasz Matras, Zastępca Dyrektora Inwestycyjnego ds. Akcji Generali Investments TFI

Co do wyników za III kwartał mamy jeszcze za mało informacji, aby pokusić się o większe podsumowanie, jednak pierwsze opublikowane wyniki wyglądają obiecująco. Nawet spółki koniunkturalne, w dużej mierze zależne od sytuacji w przemyśle europejskim, pokazały dobre odczyty, chociażby Grupa Kęty. Zaskoczyły one nawet niektórych analityków, którzy wskazywali, że wynikach za miniony kwartał będziemy mogli zauważyć symptomy spowolnienia.

Sytuacja na polskim rynku akcji jest pochodną tego, co dzieje się na rynkach globalnych. Obserwując zachowanie akcji polskich indeksów można powiedzieć, że w ostatnich dniach przynajmniej chwilowo przycichły problemy z którymi borykał się nasz rynek, takie jak np. kredyty hipoteczne indeksowane do CHF. Pojawiły się co prawda pierwsze niekorzystne dla banków orzeczenia sądu, ale rynek nie zareagował na nie nerwowo. W ostatnich dniach mieliśmy nawet do czynienia z mocnym odbiciem „banków frankowych”.

Trzeba jednak mieć na uwadze, że temat kredytów frankowych będzie jeszcze wracał w następnych miesiącach. Zapewne będziemy świadkami wzrostu liczby roszczeń klientów i spraw sądowych. To sprawia, że cały proces będzie rozłożony na lata i jeszcze nie wiemy, jak ostatecznie wpłynie na sektor.