Czas pracy kierowcy – dyżur, godziny nadliczbowe, przechowywanie ewidencji czasu pracy i kary

transport kierowcaPrzedsiębiorca, który zatrudnia kierowców, zobowiązany jest do rozliczania czasu ich pracy. Nie jest to łatwe zadanie, gdyż nadgodziny, praca nocna, dyżury czy ich rekompensata, mogą stwarzać wiele problemów. Jak prowadzić ewidencję czasu pracy, by nie narazić się na kary?

Dyżur i jego rekompensata

W zależności od rodzaju dyżuru, przepisy pozwalają na różne rodzaje rekompensaty. Jeżeli jest to dyżur w punkcie, to kierowcy przysługuje wynagrodzenie zgodne z zaszeregowaniem pracownika. Liczy się wtedy stawkę godzinową lub miesięczną. Pracodawca może udzielić czasu wolnego w zamian za dyżur. Jego długość musi być równa czasowi dyżuru. Jeżeli dyżur wynika z oczekiwania na prowadzenie pojazdu, a pracownik siedzi w tym czasie obok kierowcy lub spowodowany jest koniecznością przerwy w jeździe wynikającą z ustawy, wtedy Państwowa Inspekcja Pracy nie godzi się na ryczałt. Kodeks pracy nie przewiduje takiego sposobu wynagradzania za dyżur. Pracownikowi przysługuje rekompensata nie niższa niż 50% wynagrodzenia, wynikającego z osobistej stawki zaszeregowania kierowcy. Nie ma tu możliwości udzielenia dnia wolnego w zamian za dyżur. Jeżeli pracownik nie ma wypracowanego wymiaru czasu pracy, wtedy dyżur taki może zostać zaliczony do godzin przestoju. Dzięki temu pracodawca nie ponosi podwójnych kosztów. Więcej informacji na ten temat na stronie: Ewidencja czasu pracy kierowców, jako sposób na optymalizację kosztów pracowniczych.

Czas pracy kierowców a praca nocna i godziny nadliczbowe

Zgodnie z prawem, kierowca w ciągu dwóch tygodni, może prowadzić pojazd maksymalnie przez 90 godzin. W ciągu miesiąca jest to 180 godzin. Lecz oprócz samej czynności jazdy, dolicza się do czasu pracy czas spędzony przy załadunku, rozładunku czy przerwy śniadaniowe. Godziny nadliczbowe wynikają z pracy ponad 8 godzin dziennie oraz z przekroczenia tygodniowego czasu pracy. Na pisemny wniosek pracownika, zamiast dodatkowego wynagrodzenia, pracodawca może udzielić wolnego w zamian za godziny nadliczbowe w wymiarze o połowę większym od faktycznie przepracowanego. Ponieważ często dokładne rozliczenie nadgodzin nie jest możliwe, można zastąpić je ryczałtem. Jego wysokość powinna odpowiadać przewidywanemu wymiarowi pracy ponad normę. W problemach z rozliczaniem czasu pracy kierowców, pomogą specjaliści z OCRK.PL.

Przechowywanie ewidencji czasu pracy

Przechowywanie ewidencji czasu pracy

Ewidencja czasu pracy kierowców, może być prowadzona w formie zapisów na wykresówkach, wydruków z karty kierowcy i tachografu, plików z nich pobranych lub rejestru opracowanego na podstawie dokumentów potwierdzających czas i rodzaj wykonywanej pracy. Przedsiębiorca ma obowiązek przechowywania dokumentacji przez trzy lata, jeżeli kierowca zatrudniony jest na umowę o pracę. W przypadku umów cywilno-prawnych lub samozatrudnienia, dokumentację przechowuje się dwa lata. Kary za brak ewidencji lub jej nieprawidłowość mogą sięgać nawet 40000 zł dla przedsiębiorcy wykonującego inne czynności związane z przewozem drogowym. Dla firmy zatrudniającej do 10 kierowców, kara może wynieść 15 tys., do 50 pracowników – 20 tys., do 250 pracowników – 25 tys., a dla firm powyżej 250 pracowników – 30 tys.

Kary za brak ewidencji mogą być ogromne, dlatego należy ją prowadzić ze szczególną dokładnością. Osoby zajmujące się tą tematyką, zainteresuje więcej artykułów OCRK.

Ruszył e-sąd Ultima Ratio – pierwsze wyroki po 11 dniach od wniesienia pozwu

 

Pierwszy Elektroniczny Sąd Polubowny Ultima Ratio z siedzibą w Warszawie rozpoznał już pierwsze sprawy. Średnia wartość pozwów złożonych przez firmy wyniosła 18 tysięcy złotych. Arbitrzy, czyli notariusze ze Stowarzyszenia Notariuszy RP mieli zgodnie z regulaminem 3 tygodnie na wydanie wyroku. Pierwsze 8 spraw rozstrzygnęli jednak znacznie szybciej – ostateczne orzeczenia wydali średnio po 11 dniach. Po nadaniu im klauzul wykonalności, sprawy można będzie oddać do komornika. E-sąd rozmawia z kolejnymi firmami, które są zainteresowane rozstrzyganiem spornych spraw drogą on-line.

Pierwsze sprawy, którymi zajął się „Ultima Ratio” dotyczyły między innymi rozliczeń firm w zakresie najmu powierzchni handlowej. Wśród firm pozywających była znana firma działająca na rynku branży nieruchomości komercyjnych Rank Progress S.A.

W sądach tradycyjnych takie sprawy trwają z reguły latami. Tutaj mam gwarancję, że notariusz, czyli z założenia osoba reprezentująca obydwie strony sprawy, wyda sprawiedliwy wyrok najpóźniej po trzech tygodniach. Okazało się nawet, że sprawy mogą być rozpatrywane szybciej. Bez rozpraw, bez delegacji, bez jeżdżenia w różne strony Polski. Dowody, nasze oświadczenia i pozwy – wszystko nasi pełnomocnicy złożyli poprzez system informatyczny. Szybkość i łatwość złożenia pozwu i udowodnienia swojej racji- to największe zalety Ultima Ratio.”- komentuje Jan Mroczka, Prezes Rank Progress S.A.

Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio
Robert Szczepanek, współtwórca Ultima Ratio

Po wydaniu wyroku przez naszego arbitra strony powinny je niezwłocznie wykonać. Jeśli tak się nie stanie wyrok trafia do Sądu Apelacyjnego, który nadaje klauzulę wykonalności. To pierwsze sprawy, które trafiły do naszego e-sądu polubownego, ale widzimy ogromne zainteresowanie naszym rozwiązaniem ze strony firm, które funkcjonują w różnych branżach. Nie możemy zapominać, że jeśli firma prowadzi rocznie setki czy tysiące podobnych spraw w tradycyjnych sądach, to przekazanie ich do rozpoznania on-line przez naszych arbitrów oznacza tysiące a czasami miliony złotych oszczędności”- komentuje Robert Szczepanek, współtwórca ULTIMA RATIO.

Ultima Ratio rozpatruje sprawy gospodarcze, w których stronami są firmy i przedsiębiorstwa. E-sąd budowany przez ostatnie 2 lata swoją premierą miał w kwietniu tego roku. Żeby złożyć pozew, obydwie strony muszą zgodzić się na rozstrzygnięcie sporu właśnie przez Ultima Ratio. E-sąd rozpatruje sprawy wyłącznie przez internet – nie posiada budynku, w którym trzeba się stawić, nie organizuje rozpraw, na które trzeba dojechać. Pozew składa się w ciągu kilku minut, po zalogowaniu się do systemu informatycznego. Sąd korzysta z profilu zaufanego, podpisu kwalifikowanego oraz e-dowodów tożsamości. Ułatwia to identyfikacje tożsamości użytkowników, którzy będą występować przed sądem w charakterze stron. Arbitrami są notariusze przeszkoleni w Stowarzyszeniu Notariuszy RP.

Niezwykle wygodne jest prezentowanie materiału dowodowego – w przypadku na przykład roszczeń z rękojmi za wady rzeczy sprzedanej, strona będzie mogła wprost z aplikacji mobilnej Ultima Ratio nakręcić telefonem komórkowym film obrazujący wady oraz jednym kliknięciem umieścić go na profilu danej sprawy. W analogiczny sposób możliwa jest prezentacja zdjęć, skanów pism, linków, nagrań audio, zrzutów ekranu i innych tego typu materiałów. Arbiter zaś ma możliwość kontaktowania się ze stronami poprzez dedykowany każdej sprawie czat.

Zabezpieczenia systemu elektronicznego Ultima Ratio są analogiczne do zabezpieczeń systemów bankowości elektronicznej. System informatyczny Ultima Ratio został zbudowany przez polską spółkę ZETO Rzeszów.

W II kwartale br. Eesti Energia osiągnęła zysk w wysokości 9,4 mln euro

W II kwartale br. obrót Eesti Energia wyniósł 210,3 mln euro, a wypracowany zysk 9,4 mln euro. W porównaniu z ubiegłym rokiem obrót wzrósł o 24,5 mln euro (+ 13,2%). EBITDA zwiększyła się o 10 mln euro, do 63 mln euro (+ 18,9%).

Zysk netto Eesti Energia wyniósł 9,4 mln euro, czyli o 5,3 mln euro mniej (-35,9%), głównie ze względu na zwiększone odpisy amortyzacyjne. Według Andri Avila, dyrektora finansowego i członka zarządu Spółki, na ogólne warunki operacyjne wpłynęły przede wszystkim rosnące ceny uprawnień do emisji CO2, które w ujęciu kwartalnym wzrosły średnio do 25,6 euro za tonę (+ 76%).

Realizując naszą strategię w ostatnich latach poczyniliśmy znaczące inwestycje mające na celu zdywersyfikowanie portfela produktów i tą ścieżką będziemy podążać także w przyszłości. Wprawdzie ceny CO2 obecnie wywierają sporą presję na produkcję energii elektrycznej ze źródeł opalanych ropą łupkową, jednak należy zauważyć, że wzrosła również cena rynkowa energii elektrycznej. Zwiększyło to zyskowność innych obszarów działalności Spółki, w szczególności odnawialnych źródeł energiipowiedział Andri Avila.

Na przestrzeni roku produkcja energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych Eesti Energia wzrosła ponad trzykrotnie, do 250 GWh, z czego większość pochodziła z farm wiatrowych (194 GWh). Wysokość produkcji energii z biomasy uległa przez rok podwojeniu i sięgnęła 40 GWh w okresie rocznym, z czego 30 GWh wytworzono w elektrowniach Narva.

W portfelu Eesti Energia proporcja energii wyprodukowanej ze źródeł odnawialnych i alternatywnych wzrosła do średnio 33% w ujęciu kwartalnym. Całkowita ilość wyprodukowanej energii elektrycznej spadła do 1,2 TWh (-42,9%), przy czym utrzymał się trend, w którym ilość sprzedanej energii (1,8 TWh) przewyższa produkcję własną. Przychód ze sprzedaży energii elektrycznej wzrósł o 23,1%, do 109,7 mln euro.

Eesti Energia wyprodukowała 93,5 tys. ton (+ 3,7%) ropy łupkowej, przy sprzedaży sięgającej 113,1 tys. ton (+ 12%). Choć ceny ropy spadły w porównaniu z rokiem ubiegłym, ceny paliw ropopochodnych wzrosły. Średnia cena paliw ropopochodnych wzrosła do 281,4 euro za tonę (+ 6%).

W II kwartale br. Eesti Energia zainwestowała 45 mln euro (-5%). Wraz z zakupem parków fotowoltaicznych na polski rynek energii odnawialnej weszła Enefit Green, spółka zależna Eesti Energia produkująca energię ze źródeł odnawialnych. 20 mln euro ze środków przeznaczonych na rozwój działalności zainwestowano w sieć elektroenergetyczną Elektrilevi, spółki zależnej Eesti Energia.

Rynek biurowy w Warszawie przeżywa swój najlepszy czas

W pierwszej połowie roku popyt na warszawskie biura był pięć razy większy od nowej podaży.

Warszawski rynek biurowy kolejny rok z rzędu może się pochwalić wyjątkowo dobrymi wynikami, jeśli chodzi o popyt na powierzchnię. W pierwszym półroczu br. do najemców trafiło przeszło 400 tys. mkw. biur. Nieznacznie mniej niż rok wcześniej, kiedy chłonność rynku w pierwszych sześciu miesiącach osiągnęła poziom 440 tys. mkw. i była największa w historii rynku. Zdaniem analityków Walter Herz, uzyskane wyniki pozwalają sądzić, że także w tym roku wolumen transakcji w segmencie biurowym osiągnie rekordowo wysoki poziom.

Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz
Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz

– Rynek biurowy w Warszawie przeżywa swój najlepszy czas. Zgłaszane przez firmy zainteresowanie wynajmem dużych powierzchni przełożyło się na bardzo dobre wyniki pierwszego półrocza. Szczególnie dużą popularnością cieszą się biura zlokalizowane w ścisłym centrum miasta i jego sąsiedztwie, gdzie w ostatnich miesiącach wynajęte zostało najwięcej powierzchni. Co ciekawe, dostęp do wolnych biur w stołecznym śródmieściu jest najmniejszy w całej Warszawie. W centrum miasta współczynnik pustostanów przekracza zaledwie 5 proc. – mówi Bartłomiej Zagrodnik, Partner Zarządzający w Walter Herz. – Jednocześnie to obszar, który dziś najsilniej się rozbudowuje. Oferuje duży wybór najwyższej klasy powierzchni w budynkach pozostających w trakcie realizacji. Wysoka absorpcja notowana na warszawskim rynku sprawia, że w inwestycjach z terminem oddania do końca przyszłego roku połowa biur została już wynajęta – informuje Bartłomiej Zagrodnik.

Rekordowe transakcje najmu

Aż jedna czwarta powierzchni biurowej, która została zakontraktowana w Warszawie w pierwszej połowie br. znajduje się w obiektach, które są w budowie. Historycznie rekordowa umowa na 45,6 tys. mkw. powierzchni, jaka została niedawno zawarta na stołecznym ryku, także dotyczy biur usytuowanych w kompleksie Mennica Legacy Tower, którego oddanie planowane jest dopiero jesienią tego roku.

W pierwszym półroczu 2019 roku zasoby warszawskiego rynku biurowego wzrosły zaledwie o 80 tys. mkw. powierzchni. To niewiele, szczególnie jeśli weźmiemy pod uwagę obecne zapotrzebowanie na biura w aglomeracji stołecznej. W pierwszej połowie roku do warszawskiej oferty wszedł m.in. budynek Spark B (niemal 16 tys. mkw.), Moje Miejsce B1 (prawie 19 tys. mkw.), Vector+ ( niespełna 14 tys. mkw.), czy The Park 6 (ponad 11 tys. mkw.).

Centrum Warszawy w budowie

W budowie, jak podają analitycy Walter Herz, jest w Warszawie około 840 tys. mkw. biur w ponad czterdziestu projektach. Większość tej powierzchni wejdzie na rynek, którego zasoby obliczane są na 5,65 mln mkw. biur, dopiero w 2021 roku.

Aktywność deweloperów ogniskuje się aktualnie przede wszystkim w rejonie ronda Daszyńskiego i okolicy Dworca Centralnego, gdzie możemy obserwować największe realizacje w mieście. Wśród biurowców w budowie, często spektakularnych obiektów, które wpłyną na nowy wizerunek warszawskiego centrum wymienić można Varso, SkySawa, Warsaw Unit, Warsaw Hub, Skyliner, Generation Park, czy Mennicę Legacy Tower.

Wolnej powierzchni biurowej w stolicy jest coraz mniej. Współczynnik pustostanów stale się obniża. Aktualnie jego wartość jest najniższa od siedmiu lat. Przekracza nieznacznie 8 procent., licząc średnio dla całej Warszawy. Z największym deficytem wolnych biur mamy do czynienia w centrum miasta, gdzie praktycznie nie ma dużych powierzchni gotowych do wynajęcia. Największa ilość biur oczekujących na najemców znajduje się natomiast w zagłębiu biurowym na Mokotowie, gdzie pustostanów jest ponad 18 proc.

Fiskus jak sęp oskubie nawet chcącego spłacić długi podatnika

Dłużnicy dążący do spłaty długów powstałych nie ze swojej winy, bo przejmujący długi w darowiźnie lub spadku, starający się zaspokoić wierzycieli w możliwie najwyższym stopniu, czynią zadość zasadom współżycia społecznego i za taką postawę nie powinni być karani. Sprzedaż obciążonej nieruchomości na wolnym rynku jest działaniem racjonalnym i korzystnym zarówno dla wierzyciela, jak i dłużnika. Pozwala bowiem w praktyce na uzyskanie ceny rynkowej, wyższej niż uzyskałby komornik w drodze licytacji, co zabezpiecza większą masę majątkową, z której wierzyciele będą mogli się zaspokoić. Pozwala również na zatrzymanie fali rosnących kosztów egzekucyjnych i odsetek za zwłokę w spłacie wierzytelności. Jednak gdy w grę wchodzą podatki, racjonalne i pod każdym względem słuszne działania podatnika nie mają żadnego znaczenia.

Robert Nogacki Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki -Kancelaria Prawna Skarbiec

„…brak możliwości zaliczania wydatków na spłatę przez spadkobierców kredytu hipotecznego zaciągniętego przez spadkodawcę, do kosztów uzyskania przychodów (…) w sposób niemożliwy do akceptacji różnicowałaby sytuację spadkobierców nabywających spadek w takiej postaci, od spadkobierców nabywających spadek w pieniądzu. Stanowiłoby to drastyczne naruszenie wskazanej powyżej, gwarantowanej przez ustawę zasadniczą, zasady równej ochrony prawnej dziedziczenia” (sygn. akt I SA/Gl 1490/16). Na to stwierdzenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach, sformułowane w wyroku z 22 lutego 2017 r., Dyrektor Krajowej Informacji Podatkowej odpowiedział w interpretacji indywidualnej z 7 maja 2019 r.: „…do kosztów uzyskania przychodu z tej sprzedaży Wnioskodawczyni może zaliczyć wyłącznie wydatki spełniające przesłanki wskazane w art. 22 ust. 6d ww. ustawy w związku z art. 22 ust. 6e tej ustawy. Kwota spłaconego przez Wnioskodawczynię kredytu hipotecznego oraz koszty komornicze nie spełniają przesłanek, o których mowa w art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych” (sygn. 0113-KDIPT2-2.4011.143.2019.2.AKR).

Spłaciła wierzycieli i sama uniknęła długów

W 2013 r. rodzice podarowali córce obciążoną hipoteką nieruchomość. Córka przyjęła darowiznę i wkrótce stała się podmiotem prowadzonego postępowania egzekucyjnego. Komornik podjął licytację nieruchomości. Celem uniknięcia rosnących kosztów egzekucyjnych, obdarowana na własną rękę rozpoczęła poszukiwania nabywcy obciążonej nieruchomości. W grudniu 2018 r. doprowadziła do notarialnej sprzedaży nieruchomości za cenę 700 000 zł, na którą składały się: spłata kredytu – 566 455,70 zł, koszty komornicze – 35 154,27 zł, opłaty administracyjne/notariusz – 1 067,02 zł, kwota pozostała (gotówka) – 97 322,98 zł.

Była już właścicielka obciążonej nieruchomości wystąpiła do Dyrektora KIS o potwierdzenie, że spłata długu hipotecznego, jak i kosztów komorniczych, a także koszty opłaty notarialnej, stanowić dla niej będą koszty uzyskania przychodu ze sprzedaży otrzymanej w darowiźnie nieruchomości, jako zwiększające wartość nieruchomości, zgodnie z art. 22 ust. 6d ustawy o PIT. Na poparcie swego stanowiska przywołała wyrok WSA w Gliwicach z 22 lutego 2017 r.:

„W przedmiotowej sprawie mamy do czynienia z sytuacją niemożliwą do pogodzenia z Konstytucyjną zasadą równości, jaką ustanawia art. 32 ust. 1 Konstytucji RP, która nakazuje przeprowadzenie prokonstytucyjnej wykładni art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych określającego jakiego rodzaju wydatki uznaje się za koszty uzyskania przychodu z tytułu odpłatnego zbycia nieruchomości nabytych w drodze spadku. (…) do kosztów (…) zalicza się spłacony przez spadkobiercę kredyt hipoteczny zaciągnięty przez zmarłego spadkodawcę. Można bowiem przyjąć, że był to nakład, który zwiększył wartość rzeczy, poczynione w czasie jego posiadania przez spadkobiercę” (sygn. akt I SA/Gl 1490/16).

Spłata wierzytelności nie zwiększa wartości rzeczy

Fiskus poinformował, że do kosztów uzyskania przychodu ze sprzedaży obciążonej nieruchomości podatniczka zaliczyć może tylko opłatę notarialną, bowiem pozostałe koszty nie zwiększają jej wartości, a więc nie spełniają przesłanek art. 22 ust. 6d ustawy o PIT.

„…spłata kredytu zabezpieczonego na będącej przedmiotem sprzedaży w 2018 r. nieruchomości oraz koszty komornicze poniesione w związku z prowadzonym postępowaniem egzekucyjnym dotyczącym ww. kredytu w żaden sposób nie mieszczą się w ustawowych kryteriach kosztu uzyskania przychodu z odpłatnego zbycia nieruchomości, nabytej w drodze darowizny, zawartych w art. 22 ust. 6d ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych” (interpretacja indywidualna Dyrektora KIS z 7 maja 2019 r., sygn. 0113-KDIPT2-2.4011.143.2019.2.AKR).

Naruszenie zasady równej dla wszystkich ochrony prawnej

W przywołanym przez podatniczkę wyroku gliwicki sąd pouczył organy podatkowe, że brak zezwolenia na zaliczenie do kosztów uzyskania przychodu wydatków poniesionych na spłatę zobowiązań ciążących na otrzymanym majątku narusza zawartą w art. 64 ust. 2 Konstytucji RP zasadę stanowiącą, że „Własność, inne prawa majątkowe oraz prawo dziedziczenia podlegają równej dla wszystkich ochronie prawnej” (Dz.U. 1997 nr 78, poz. 483).

Przychodem jest tylko to, co zostaje po odliczeniu ciężarów należnych wierzycielom

Nie sposób nie zgodzić się z tezą sądu, że w zgoła innej sytuacji byłby bowiem spadkobierca, czy też jak w niniejszej sprawie – obdarowana, gdyby otrzymała od darczyńców kwotę 700 000 zł w gotówce. Sprzedając zaś obciążoną nieruchomość, by otrzymać tę samą kwotę, musiała ponieść koszty długu hipotecznego oraz postępowania komorniczego przekraczające łącznie sumę aż 600 000 zł. Tak jak opłata dla notariusza, tak i wierzytelność wierzyciela hipotecznego oraz koszty komornika nie należały się sprzedającej nieruchomość, a tym właśnie podmiotom.

W wyroku z 26 listopada 2015 r. WSA w Warszawie orzekł: „Ustanowiona hipoteka oznacza dla właściciela rzeczy tylko i wyłącznie tyle, że do danej kwoty pieniężnej rzecz ta może utracić dla niego wartość. Dana rzecz jest o taką kwotę mniej warta” (sygn. akt VIII SA/Wa 116/15).

„Jeżeli zatem dochodzi do sprzedaży w trakcie postępowania egzekucyjnego nieruchomości obciążonej hipoteką, to pieniądze z tej sprzedaży nie są należne w rozumieniu przepisów u.p.d.o.p. właścicielowi rzeczy, ale należne są wierzycielowi, który w ten sposób zaspokaja się z rzeczy. (…) Przychód po stronie dłużnika rzeczowego (zbywcy nieruchomości) nastąpi jedynie wtedy, gdy suma uzyskana ze sprzedaży nieruchomości przekroczy wysokość hipoteki i kwota ta zostanie przekazana zbywcy (dłużnikowi rzeczowemu)” (wyrok WSA w Rzeszowie z 13 sierpnia 2015 r., sygn. akt I SA/Rz 557/15).

Ochrona majątku przed wierzycielami to jedno, a przed fiskusem drugie

Wyroki sądów nie mają jednak dla organów podatkowych większego znaczenia. Również w niniejszej sprawie organ powołał się na fakt, że wyroki sądów nie stanowią w Polsce źródeł powszechnie obowiązującego prawa. Trudno jednak nie dostrzec celowości w zachowaniu fiskusa. W sytuacji bowiem, w której mógł w oparciu chociażby o wskazane orzecznictwo sądów rozstrzygnąć wątpliwość interpretacyjną przepisu podatkowego na korzyść podatnika, zrobił przeciwnie.

Generalną zasadą zgodnie z art. 22 ust. 1 ustawy o PIT jest to, że kosztami uzyskania przychodów są koszty poniesione w celu osiągnięcia przychodów lub zachowania albo zabezpieczenia źródła przychodów. Czy gdyby podatniczka powołała się wprost na tę zasadę, fiskus również odmówiłby jej słuszności? Czy spłata długu hipotecznego, jak i „uwolnienie się” od komornika nie służyły zabezpieczeniu przychodu w kwocie 97 322,98 zł? Przecież bez tego koszty komornicze rosłyby, pomniejszając ewentualny przychód z licytacji nieruchomości, jaki pozostałby obwarowanej po spłaceniu wierzytelności hipotecznych, o ile jakikolwiek przychód by pozostał. Zgodnie bowiem z art. 965 Kodeksu postępowania cywilnego komornik już na pierwszej licytacji może sprzedać nieruchomość za 75% jej wartości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Mikrofirmy w coraz słabszej kondycji

Subindeks „Barometru EFL” dla mikrofirm na III kwartał br. wyniósł tylko 49,8 pkt. i był niższy aż o 5,8 pkt. w porównaniu do II kwartału. Jest to już trzeci w ciągu 12 miesięcy pomiar, gdy wynik dla tej grupy przedsiębiorstw osiąga wartość poniżej progu OR[1], który oznacza niekorzystne warunki do rozwoju działalności. Eksperci EFL zwracają uwagę, że tak niskich wyników „maluchy” nie odnotowały od początku realizacji badania (od stycznia 2015 roku) i bardziej niż firmy małe i średnie obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej w przyszłości. Odczyty dla małych i średnich firm wyniosły odpowiednio 51,8 pkt. oraz 56,1 pkt.

Radosław Woźniak Wiceprezes Zarządu
Radosław Wożniak, wiceprezes zarządu EFL

– Nie dziwi nas fakt, że wynik najmniejszych przedsiębiorców zatrudniających do 9 osób jest najniższy w sektorze MŚP. Z taką sytuacją mieliśmy do czynienia już przy kilku pomiarach. Martwi nas jednak to, że na przestrzeni ostatnich czterech kwartałów, w aż trzech subindeksy dla „maluchów” nie osiągnęły wartości 50 punktów, czyli progu ograniczonego rozwoju. Takie zjawisko obserwujemy po raz pierwszy wśród wszystkich trzech grup. A jeżeli utrzymają się tendencje z lat ubiegłych, to w IV kwartale wskaźnik może być jeszcze niższy – mówi Radosław Woźniak, wiceprezes EFL. I dodaje: – Najmniejsze firmy obawiają się pogorszenia własnej sytuacji finansowej, jeśli widzą problemy u swoich „większych kolegów”, będących ich klientami. Docierają też do nich informacje z Niemiec, których gospodarka dostała lekkiej zadyszki.

Mały biznes spowalnia?

Po dobrym wyniku uzyskanym w II kwartale br., subindeks „Barometru EFL”, który informuje o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu, dla najmniejszych firm zatrudniających do 9 pracowników w III kwartale wyraźnie spadł. Wyniósł tylko 49,8 pkt. i jest to wynik o 5,8 pkt. niższy niż kwartał wcześniej i o 3,2 pkt. niższy niż w analogicznym okresie 2018 roku. Co więcej, jest to trzeci na przestrzeni ostatniego roku pomiar (IV kwartał 2018, I kwartał 2019), gdy wynik dla firm mikro osiąga wartość niższą niż granica 50 pkt. Takiej sytuacji nie było od początku realizacji badania.

Mniej inwestycji?

Na niski odczyt dla mikrofirm miały wpływ przede wszystkim słabsze prognozy w obszarze inwestycji. Tylko niecałe 18 proc. „maluchów” spodziewa się więcej inwestować, podczas gdy kwartał wcześniej wskaźnik ten wyniósł ponad 24 proc. Jest to też najniższy wynik w całej grupie MŚP – wśród małych firm wyniósł ponad 19 proc., wśród średnich niecałe 28 proc. Zdecydowanie więcej jest inwestycyjnych pesymistów – niemal co trzecia mikrofirma (31 proc.) uważa, że będzie mniej inwestować (dla porównania w II kwartale było to tylko 12 proc.).

Mikrofirmy obawiają się również mniejszej sprzedaży. Tylko 3 na 10 prognozuje jej wzrost, podczas gdy 45 proc. „obstawia” status quo, a 19 proc. jej spadek. Mniej „maluchów” niż 3 miesiące temu, spodziewa się też lepszej płynności finansowej – 30 proc. vs. 36 proc.

Im większa firma, tym lepsze nastroje

W III kwartale br. subindeks Barometru EFL spadł nie tylko w przypadku mikrofirm, ale również małych i średnich, choć tutaj spadki były zdecydowanie mniejsze. Małe firmy oceniają swoją sytuację jedynie o 0,3 pkt. gorzej niż kwartał wcześniej (51,8 pkt.), zaś średnie o 2,4 pkt. gorzej (56,1 pkt.). Uzyskane wyniki nadal pozostają niskie w odniesieniu do historii pomiaru. W przypadku firm mikro i średnich obserwuje się stosunkowo duże wahania nastrojów, zaś w firmach małych na przestrzeni pięciu ostatnich pomiarów różnice wynoszą niecałe 1,5 pkt proc.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w czerwcu 2019 roku.

[1] Próg OR jest podstawową miarą analityczną zastosowaną do wyników badania, który stanowi algorytm stworzony na podstawie danych zgromadzonych w trakcie badania przedsiębiorców. Przyjmuje on wartości od 0 do 100, przy czym zagregowany wynik powyżej 50 pkt. oznacza, że występują sprzyjające warunki do rozwoju sektora MŚP, natomiast wynik niższy oznacza, że warunki te są niekorzystne. Zatem poziom 50 pkt. stanowi próg OR, czyli poziom ograniczonego rozwoju.

Liczba cudzoziemców w Polsce po I połowie 2019 roku

O nieco ponad 27 tys. osób wzrosła w I połowie roku liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce. Najliczniej zwiększyła się grupa obywateli Ukrainy, Białorusi i Gruzji. Imigracja do Polski ma głównie charakter uzupełniający względem potrzeb rynku pracy.

W połowie tego roku ważne zezwolenia na pobyt posiadało niespełna 400 tys. cudzoziemców. Według stanu na 1 stycznia 2019 r. i 2018 r. było to odpowiednio 372 tys. i 325 tys. osób. W I połowie tego roku największy wzrost dotyczył obywateli:

  • Ukrainy – o 19,4 tys. do 199 tys. osób
  • Białorusi – o 3 tys. do 23 tys. os.
  • Gruzji – o 1,3 tys. do 4,1 tys. os.
  • Indii – o 0,8 tys. do 9,6 tys. os.
  • Nepalu – o 0,5 tys. do 2 tys. os.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. W raportowanym okresie najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 21 tys. oraz stały – o 5 tys.

Rozproszenie cudzoziemców na terenie kraju pozostało nierównomierne i skupiło się w województwach z dużymi ośrodkami miejskimi. W I półroczu, 64 proc. wszystkich spraw z zakresu legalizacji pobytu trafiło do pięciu urzędów wojewódzkich: mazowieckiego (26 proc.), dolnośląskiego (11 proc.), wielkopolskiego (10 proc.) oraz małopolskiego i śląskiego (po 9 proc.). Najmniej z kolei do warmińsko-mazurskiego oraz świętokrzyskiego (po 1 proc.).

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo w ramach ruchu bezwizowego lub na podstawie wiz.

Kobiet w transporcie drogowym jest dwa razy więcej

Według danych Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) 98 proc. zawodowych kierowców stanowią mężczyźni. Bardzo powoli w świat męskich ciężarówek wkraczają kobiety, które za kierownicą 40-tonowego pojazdu radzą sobie tak samo dobrze, jak panowie. Panie stanowią już ponad 19 proc. kadry pracowniczej w obrębie całego sektora TSL[1], w tym spedycji, kadry zarządzającej i administracji. Najnowszy raport International Road Transport Union (IRU) pokazuje, że jedynie 2 proc. z nich pracuje za kółkiem.

W polskich firmach transportowych kierowcy w ruchu międzynarodowym mogą zarobić od 5000 do 8500 złotych netto, to nawet o 3300 zł więcej niż wynosi średnia krajowa. Mimo takich warunków finansowych przewoźnicy już od dłuższego czasu borykają się z brakiem kandydatów do pracy. Według badań przeprowadzonych przez IRU od października 2018 do stycznia b.r. niedobór kierowców w przedsiębiorcach specjalizujących się w przewozach towarów osiągnął poziom 21 proc. Problem nieustannie się pogłębia – według badania przeprowadzonego przez OCRK już ponad połowa polskich przewoźników ma problem z zapełnieniem wakatów, a popyt na usługi transportowe stale rośnie.

Już od kilku lat Unia Europejska oraz organy ustawodawcze i wykonawcze poszczególnych państw członkowskich poszukują rozwiązania problemu braku rąk do pracy w charakterze kierowcy zawodowego. Jednym z rozwiązań może być zwiększenie zatrudnienia pań w tej branży, co obok dopuszczenia do zawodowej jazdy osób z całkowitym lub częściowym ubytkiem słuchu i przywrócenia kierunków kształcących przyszłych kierowców w szkołach, by zachęcać młodych do pracy w branży transportowej, jest dobrym kierunkiem zmian – mówi ekspert OCRK, Kamil Wolański.

Jest szansa?

Tendencje są spadkowe. W Polsce w sektorze transportu i magazynowania zatrudnionych jest 19,31 proc. osób płci żeńskiej, a jeszcze w 2015 r. odsetek ten był wyższy i wynosił 20,36 proc.[2]. Jak wskazują dane Komisji Europejskiej najwięcej kobiet zatrudnionych w transporcie obecnie znajduje się na Cyprze (28,74 proc.) oraz u naszych sąsiadów – na Słowacji (26,96 proc.) i w Czechach (26,64 proc.).[3] W 2016 r. największy związek zawodowy w Wielkiej Brytanii Freight Transport Association (FTA) opublikował dane ankiety, z których wynika, że aż 79 proc. kobiet chciałoby zasiąść za kierownicą ciężarówki.[4] Organizacja doszukuje się powodów, dla których większość z pań nie decyduje się na wstąpienie do zawodu. Okazuje się, że są to głównie zbyt wysokie koszty uzyskania prawa jazdy kat. C i E.

Jeszcze trzy lata temu kobiety stanowiły 1 proc. kierowców zawodowych. Obecnie IRU podaje, że możemy mówić o podwojeniu tej liczby. Oczywiście, specyfika pracy truckera jest dla wielu osób trudna do zaakceptowania. Mówimy tutaj o wielodniowych trasach. To nawet 244 dni w roku poza domem. Kierowca przejeżdża rocznie średnio 87 tys. km, czyli mógłby ponad dwukrotnie okrążyć ciężarówką Ziemię, a rekordziści robią to nawet pięciokrotnie. Trudne warunki socjalne, groźba kradzieży i napadów mogą zniechęcać do tej profesji. Jednak warto zwrócić uwagę, że jest to także ciekawy sposób na życie. Aktualnie coraz częściej możemy obserwować przykłady par, które jeżdżą w podwójnej obsadzie – zauważa ekspert OCRK. – Nie da się ukryć, że kobiety mierzą się ze znacznie wyższymi barierami wejścia do zawodu – m.in. ze względu na stereotypy. Panie zauważają ten problem – aż 63 proc. z nich przyznaje, że zły wizerunek zawodowych kierowców zniechęca je do podjęcia pracy w tym zawodzie. Zdanie to podzielają także mężczyźni – tak samo odpowiedziało niespełna 60 proc. zbadanych panów.

Dla odważnych

Mimo złej reputacji zawodowcy lubią swoją pracę. Tak przyznało 78,9 proc. kierowców, argumentując, że zawód ten pozwala na poznawanie nowych miejsc (47,9 proc.) i nowych ludzi (29,6 proc.). Badania pokazują, że kierowcy także wysoko cenią sobie w tej profesji kwoty wynagrodzeń (39,6 proc.) oraz duże możliwości zmiany pracy związane z deficytem na rynku wykwalifikowanej kadry (15,9 proc.).[5] Kamil Wolański, ekspert z OCRK ocenia, że – Brak kierowców jest jednym z najpoważniejszych problemów, z którymi mierzy się obecnie branża transportowa w Europie. Działania, które zostały podjęte w celu zwiększenia zainteresowania zawodem, są słuszne. Warto jeszcze popracować nad poprawą postrzegania tego zawodu przez społeczeństwo, a także modelem wsparcia kobiet na rynku pracy.

[1] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2017

[2] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2015

[3] https://ec.europa.eu/transport/facts-fundings/scoreboard/compare/people/women-public-transport_en#2017

[4] https://fta.co.uk/press-releases/20160830-ladies-wanting-to-take-up-truck-driving-on-the-rise

[5] Transjobs.eu, Zarobki kierowców zawodowych w Polsce, 2018r.

Bańka mieszkaniowa wkrótce pęknie? Korekta cen nieruchomości

Ostatnie 4 kwartały to okres najbardziej dynamicznych podwyżek stawek cen nowych mieszkań od połowy 2013 r., czyli początku sprzedażowego boomu. Z największych rynków kraju tylko Łódź i Poznań zanotowały wyniki jednocyfrowe licząc r/r.

Natomiast wzrost cen w Warszawie to 15 proc., we Wrocławiu 12 proc., a w Krakowie rekordowe 16,5 proc.

– Mieszkaniowy rynek pierwotny dotarł nominalnie, a więc bez uwzględnienia inflacji, do okolic poziomów cen szczytu hossy sprzed dekady, to bardzo silna bariera, zarówno w znaczeniu technicznym jak i psychologicznym, ewentualne dalsze wzrosty byłyby więc uznane przez rynek za pompowanie bańki spekulacyjnej, co powinno skutecznie powstrzymać dalszą aprecjację cen – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jarosław Jędrzyński, analityk rynku nieruchomości w RynekPierwotny.pl.

Wzrost stawek oferowanych od kwietnia do czerwca istotnie wyhamował, osiągając średnio na głównych rynkach kraju poziom ok. 2 proc. Co więcej, ceny w Poznaniu już nie uległy zmianie, a w Krakowie nawet spadły o niespełna 1 proc.

Jeżeli ta tendencja się utrzyma, to jeszcze w tym roku zwyżka cen mieszkań nie tylko powinna zostać definitywnie zatrzymana, ale być może zobaczymy już pierwsze symptomy nieuniknionej cenowej korekty.

Rynek nieruchomości jest zjawiskiem cyklicznym, a w swej krótkiej historii zdążył już w Polsce wypracować konkretne przedziały cenowe dla poszczególnych faz koniunktury, a na tej podstawie można oceniać, że od około roku znajduje się on już w początkowej fazie spowolnienia, które materializuje się w spadkowych parametrach sprzedaży lokali z pierwszej ręki. Z kolei tendencje cenowe czy statystyki nowych inwestycji reagują na koniunkturalne przesilenie zawsze z pewnym, często znacznym poślizgiem, stąd też wciąż rosnące stawki i wciąż wysoki, choć także z symptomami słabnięcia optymizm inwestycyjny deweloperów.

Jak głęboka może być korekta cenowa?

– Skoro mieszkania deweloperskie podrożały w kraju od początku ożywienia w 2013 r. Średnio o 25 proc., z czego gros wzrostów przypadło na rok ubiegły, to korekta takiej zwyżki powinna zamknąć się w zakresie od kilku do kilkunastu procent w perspektywie 3-4 letniej, czyli najbardziej prawdopodobnego momentu kolejnego rynkowego przesilenia – ocenia Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl.

Szybki wzrost wynagrodzeń zagrożeniem dla polskiej gospodarki

Dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób w czerwcu wyniosła 5,3% r/r wobec 7,7% w maju, Była znacznie niższa od prognoz analityków, konsensus rynkowy wynosił 7,0.

Jednak do silnego obniżenia rocznej dynamiki płac w czerwcu w porównaniu z majem przyczynił się efekt statystyczny w postaci niekorzystnej różnicy w liczbie dni roboczych (w maju liczba dni roboczych była o 1 większa niż w 2018 r., podczas gdy w czerwcu br. była ona o 2 mniejsza niż przed rokiem), to obniżyło dynamikę płac pracowników zatrudnionych na akord.

– Dynamika wzrostu wynagrodzeń nadal będzie wysoka, co stanie się zagrożeniem dla gospodarki, jeżeli za tym nie będzie podążał wzrost wydajności produkcji – mówi w rozmowie z MarketNews24 Grzegorz Sielewicz, główny ekonomista Coface w Regionie Europy Centralnej.

Jeżeli nie osiągniemy wzrostu wydajności, to konkurencyjność polskiej gospodarki będzie słabnąć, a w pierwszej kolejności negatywne skutki odczują eksporterzy.

Zielona ekonomia – nowy model konsumpcji i ochrona planety

Kluczowym wyzwaniem, które stoi dziś przed światem jest zmiana modelu konsumpcji, czyli doktryny ekonomicznej związanej z globalizacją. Koncepcja zielonej ekonomii (ang. green economy) pokazuje, że możliwe jest odejście od modelu konsumpcji, jaki obecnie przyczynia się do dewastacji planety. Podejście to ma na celu zredukowanie zagrożeń środowiskowych i niedoborów ekologicznych. Zakłada zrównoważony rozwój bez degradacji środowiska. Zagadnieniem tym zajmuje się już i opisuje wielu teoretyków.

– Globalna konsumpcja prowadzi prosto do globalnego kryzysu. Przykładem jest przeławianie łowisk – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes rady Global Compact Network Poland. – Za 30 lat z oceanu wyłowiona zostanie ostatnia ryba. Tym samym rybołówstwo i wszystkie powiązane z nim sektory padną. Należy zacząć lepiej zarządzać światowym zasobem ryb tak, aby temu zapobiec. To uzasadnia wprowadzenie zrównoważonego podejścia do połowów w całej branży rybołówczej na świecie. To argument wykorzystywany w rozmowach z biznesem. Przedsiębiorcy sami muszą zacząć myśleć o swoich interesach w dalszej perspektywie i o długofalowym rozwoju. Takie podejście przynosi efekty. Biznes zaczyna reagować na dane, które pokazują upadek profilu jego działań w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat – dodał Wyszkowski.

ACCIONA podnosi cenę w wezwaniu na akcje Mostostal Warszawa

ACCIONA podnosi cenę w wezwaniu na akcje Mostostal Warszawa, pierwszy etap przyjmowania zapisów wydłużony do 5-go sierpnia.

ACCIONA Construcción S.A. („ACCIONA”, „Wzywający”) poinformowała o podniesieniu ceny w wezwaniu na 100% akcji Mostostalu Warszawa. Obecnie oferowana cena to 4,5 zł za akcję. Wydłużony został także pierwszy etap przyjmowania zapisów pozwalający na szybkie rozliczenie transakcji, który potrwa do 5-go sierpnia, zamiast do 1-go sierpnia.

Pierwotna cena ogłoszona w wezwaniu na akcje Mostostalu Warszawa wynosiła 3,45 zł za akcję, obecna cena jest wyższa od niej o 30,4%. Pierwszy etap przyjmowania zapisów przewiduje rozliczenie transakcji 12 sierpnia. Przewidywany dzień transakcji na GPW to 8 sierpnia.

Oferowana cena na poziomie 4,5 zł za akcję oznacza:

  • 47,1% premii w stosunku do ceny zamknięcia na dzień poprzedzający ogłoszenie wezwania
  • 48,5% premii w stosunku do trzymiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji
  • 67,9% premii w stosunku do sześciomiesięcznej ważonej wolumenem średniej ceny akcji

Okres przyjmowania zapisów w wezwaniu składa się z dwóch etapów, zgodnie z poniższym harmonogramem. Inwestorzy zainteresowani szybkim wyjściem z inwestycji mogą otrzymać środki znacznie szybciej niż w przypadku wezwania przewidującego jeden etap przyjmowania zapisów.

I etap przyjmowania zapisów – zgodnie z nowym harmonogramem:  
Rozpoczęcie I etapu przyjmowania zapisów: 23 lipca 2019 r.
Zakończenie I etapu przyjmowania zapisów: 5 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów: 8 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu I etapu przyjmowania zapisów: 12 sierpnia 2019 r.
II etap przyjmowania zapisów:  
Rozpoczęcie II etapu przyjmowania zapisów: 6 sierpnia 2019 r.
Zakończenie II etapu przyjmowania zapisów: 21 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień transakcji nabycia akcji na GPW po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów: 26 sierpnia 2019 r.
Przewidywany dzień rozliczenia transakcji nabycia akcji na GPW zawartych po zakończeniu II etapu przyjmowania zapisów: 29 sierpnia 2019 r.

 

2-go lipca ACCIONA Construcción S.A. ogłosiła wezwanie na wszystkie akcje spółki Mostostal Warszawa S.A. („Spółka”) nienależące do Wzywającego, tj. na 9.981.267 akcji stanowiących 49,91% łącznej liczby akcji Spółki i głosów na walnym zgromadzeniu Spółki („Wezwanie”). Zapisy w wezwaniu przyjmuje Santander Bank Polska S.A. – Santander Biuro Maklerskie. Ponadto, zapisy przyjmowane są przez Millennium Dom Maklerski S.A., Dom Maklerski mBank i Dom Maklerski BOŚ S.A.

ACCIONA, jako inwestor strategiczny, wspiera rozwój i działalność Mostostalu Warszawa od 1999 r., zarówno w dobrych jak i gorszych okresach na rynku. Swoje zaangażowanie potwierdziła zapewniając Spółce finansowanie w wysokości ok. 457 mln zł (stan na koniec 2018 r.). Od wielu lat, branża przechodzi przez trudny okres, przy rosnących kosztach siły roboczej i materiałów, oraz niskiej elastyczności kontraktów budowlanych. Wiele firm budowlanych w Polsce zbankrutowało. Mostostal Warszawa nie podzielił ich losu dzięki zaangażowaniu ACCIONA i wsparciu finansowemu ACCIONA. Pełna integracja Mostostalu w ramach międzynarodowej grupy jest kluczowa na lokalnym rynku, który wymaga dywersyfikacji, wiedzy technicznej i siły finansowej dającej dostęp do gwarancji.

Intencją ACCIONA jest wycofanie Mostostalu z obrotu giełdowego aby uprościć strukturę grupy, w szczególności w obliczu znaczących potrzeb w zakresie dostępu do finansowania i gwarancji, a także wsparcia technicznego niezbędnego do dalszego rozwoju Spółki. Transakcja umożliwia inwestorom wyjście z inwestycji w relatywnie niepłynną Spółkę, która ponadto nie wypłaca akcjonariuszom dywidendy.

Warto zaznaczyć, że bez ok. 200 mln zł wewnątrzgrupowych pożyczek od ACCIONA, zaklasyfikowanych w 2013 r. jako kapitały własne Mostostalu Warszawa, wartość księgowa Spółki byłaby ujemna. Dlatego, biorąc pod uwagę obecną sytuacje Spółki, jak i całej branży w Polsce, Wzywający ocenia, iż zaproponowana oferta jest atrakcyjną opcją dla inwestorów.

Jeżeli po przeprowadzeniu Wezwania Wzywający będzie posiadał akcje Spółki reprezentujące liczbę głosów na walnym zgromadzeniu Spółki umożliwiającą przeprowadzenie procedury przymusowego wykupu zgodnie z właściwymi przepisami prawa, Wzywający zamierza przeprowadzić procedurę przymusowego wykupu akcji akcjonariuszy mniejszościowych Spółki, po którym nastąpi przywrócenie akcjom Spółki formy materialnej oraz wycofanie ich z obrotu na rynku regulowanym GPW.

Podmiotem pośredniczącym w Wezwaniu jest Santander Bank Polska – Santander Biuro Maklerskie, który pełni także rolę doradcy finansowego. Ponadto, zapisy przyjmowane są przez Millennium Dom Maklerski S.A., Dom Maklerski mBank i Dom Maklerski BOŚ S.A..

Unijna dyrektywa będzie dotyczyć nie tylko słomek. Zmiany obejmą też plastikowe nakrętki

Unijna dyrektywa będzie dotyczyć nie tylko słomek. Zmiany obejmą też plastikowe nakrętki 1

Coraz ostrzejsze wymogi legislacyjne – w tym m.in. unijna strategia na rzecz gospodarki o obiegu zamkniętym i dyrektywa plastikowa – oraz oczekiwania samych konsumentów motywują branżę opakowaniową do kontynuowania proekologicznej polityki. W jej zakres wchodzą m.in. odejście od stosowania plastikowych słomek i ciągła praca nad rozbudową infrastruktury recyklingowej. W ten trend wpisuje się Tetra Pak – firma chce na te cele przeznaczyć w sumie 100 mln euro.

– Przed branżą opakowaniową stoi wiele wyzwań. W ciągu ostatnich lat ta branża bardzo się zmieniła pod wpływem tego, co dzieje się w legislacji i świadomości konsumentów. W tej chwili musimy sprostać celom, które określa dyrektywa plastikowa, czyli single use plastic. Na jej podstawie wkrótce znikną z obrotu jednorazowe słomki, plastikowe talerze czy sztućce. Ta dyrektywa przed całą branżą spożywczą stawia wiele wyzwań. Opakowania kartonowe są do tego bardzo dobrze przygotowane – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Kinga Sieradzon, dyrektor generalna Tetra Pak na rynek polski, czeski, słowacki i węgierski.

Parlament Europejski zatwierdził wprowadzenie zakazu sprzedaży wyrobów jednorazowego użytku z tworzyw sztucznych od roku 2021. Obejmie on między innymi sztućce, talerze, kubki i mieszadła do napojów, pojemniki na żywność, patyczki higieniczne, uchwyty do balonów i plastikowe słomki. Od 2025 roku nakrętki do butelek i kartonów na napoje będą musiały być do nich na stałe przytwierdzone, co ułatwi recycling. Niesie to ze sobą bardzo duże zmiany dla całego przemysłu napojowego.

Jak podkreśla dyrektor generalna Tetra Pak, firmy z branży opakowaniowej mają bardzo duży wpływ na aspekt ochrony środowiska. Przykładowo opakowania kartonowe Tetra Pak są średnio w 70 proc. wyprodukowane z celulozy, czyli drewna, a więc z materiału odnawialnego. Dzięki lekkości i ergonomicznemu kształtowi wpływają też na redukcję śladu węglowego w trakcie transportu.

Cieniutka warstwa plastiku, która jest obecna w tym opakowaniu i która chroni żywność przed negatywnymi wpływami czynników zewnętrznych, jest przez nas sukcesywnie zastępowana plastikiem ze źródeł odnawialnych. W tym wypadku jest to trzcina cukrowa. To bardzo dobrze wpływa na redukcję śladu węglowego. Są to tak naprawdę opakowania o najmniejszym śladzie węglowym wśród opakowań w przemyśle spożywczym – mówi Kinga Sieradzon.

Karton Tetra Pak o pojemności 200 ml zawiera średnio sześć razy mniej plastiku niż butelka tej samej pojemności. Z kolei przeprowadzona w ubiegłym roku w Europie niezależna ocena cyklu życia opakowań (LCA) wykazała, że kartony mają prawie trzykrotnie mniejszy wpływ na emisję dwutlenku węgla niż tworzywa sztuczne.

Na poziomie legislacyjnym UE podejmuje coraz więcej działań, które mają podnieść ten wskaźnik (czego przykładem jest m.in. Strategia dla Tworzyw w Gospodarce o Obiegu Zamkniętym, zgodnie z którą do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się już nadawać do recyklingu), a w proekologiczną politykę coraz aktywniej włącza się też biznes.

 Cele firmy w kwestii zrównoważonego rozwoju są bardzo jasne i transparentne. Opierają się na 17 Celach Zrównoważonego Rozwoju ONZ, które przełożyliśmy na trzy obszary: ochronę planety, ludzi i żywności. Każdy z tych celów jest dla nas bardzo istotny, a najważniejsze jest budowanie niskoemisyjnej gospodarki o obiegu zamkniętego. Naszym zdaniem to jest właśnie gospodarka przyszłości i to, co robimy w Tetra Pak – zarówno, jeżeli chodzi o nasze portfolio, jak i partnerstwo z różnymi firmami w ramach łańcucha dostaw – jest tego dowodem – podkreśla Kinga Sieradzon.

Już w tej chwili 50 proc. energii zużywanej przez Tetra Pak pochodzi ze źródeł odnawialnych. Do 2020 roku firma chce podnieść ten wskaźnik do 80 proc., natomiast z końcem przyszłej dekady będzie czerpać energię już w 100 proc. z odnawialnych źródeł. Drugim elementem strategii grupy jest stopniowa redukcja śladu węglowego – w latach 2010–2020 w całym łańcuchu produkcyjnym firma planuje zaoszczędzić w sumie 10 mln ton ekwiwalentu dwutlenku węgla. Jak podkreśla dyrektor generalna grupy, kluczowe dla strategii zrównoważonego rozwoju są jednak cele dotyczące portfolio produktowego.

 W latach 2019–2021 przeznaczymy ponad 80 mln euro na prace związane z rozwojem technologii i produkcji słomek papierowych. Będą doskonałą alternatywą dla obecnie używanych słomek plastikowych, których podstawą jest plastik otrzymany ze źródeł kopalnianych. Poza tym pracujemy nad zamknięciami na stałe przymocowanymi do kartonów oraz innymi rozwiązaniami, które mogą być alternatywą dla plastikowych słomek w opakowaniach „on the go” – mówi Kinga Sieradzon.

Kartonowe opakowania Tetra Pak są niemal w pełni odnawialne. Według statystyk przytaczanych przez firmę w 2017 roku poziom recyklingu opakowań kartonowych w Europie osiągnął poziom 47 proc., a w tej chwili jest jeszcze wyższy. W nachodzących latach Tetra Pak planuje zainwestować kwotę ponad 20 mln euro w dalszy rozwój infrastruktury recyklingowej dla opakowań kartonowych. Obecnie za odzyskiwanie surowców ze zużytych kartonów Tetra Pak odpowiadają cztery papiernie, a w ciągu ostatnich 10 lat poziom recyclingu opakowań tego typu zwiększył się dwudziestokrotnie.

– Nie osiadamy na laurach i rokrocznie podwyższamy stopę recyklingu opakowań kartonowych – podkreśla Kinga Sieradzon.

Z okazji Światowego Dnia Środowiska Tetra Pak opublikowała Raport Zrównoważonego Rozwoju na 2019 rok, który prezentuje kompleksowe informacje dotyczące działań, inwestycji i planów firmy związanych z kwestiami zrównoważonego rozwoju i polityki proekologicznej.

Warszawski Dworzec Centralny przejdzie modernizację. PKP zapowiada przywrócenie oryginalnego wystroju z lat 70.

Warszawski Dworzec Centralny przejdzie modernizację. PKP zapowiada przywrócenie oryginalnego wystroju z lat 70. 2

Warszawski Dworzec Centralny – jeden z głównych symboli stolicy – trafił oficjalnie do rejestru zabytków. Pozwoli to zachować jego bryłę i układ przestrzenny w niezmienionym kształcie. Spółka PKP S.A. zapowiada też modernizację obiektu, która ma przywrócić większy ład architektoniczny wewnątrz kompleksu i wprowadzić oryginalny wystrój z lat 70. Uporządkowana zostanie m.in. przestrzeń reklamowa, a w ramach rządowego programu Dostępność Plus pojawi się szereg udogodnień dla osób z niepełnosprawnościami.

– Wpisanie Dworca Centralnego do rejestru zabytków wiąże się z ochroną zabytkowych, historycznych i artystycznych wartości tego zespołu architektonicznego. W praktyce oznacza to, że wszystkie ewentualne przekształcenia i zmiany w obrębie dworca będą wymagały akceptacji konserwatora zabytków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Jakub Lewicki, Mazowiecki Wojewódzki Konserwator Zabytków.

Oddany do użytku w grudniu 1975 roku Dworzec Centralny im. Stanisława Moniuszki w Warszawie trafił do rejestru zabytków na mocy decyzji prof. Jakuba Lewickiego, Mazowieckiego Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków.

– Negocjacje w tej sprawie trwały długo i były bardzo burzliwe, ale zakończyły się pełnym sukcesem. Dziękuję za to ministrowi infrastruktury, szefowi PKP i wszystkim spółkom, użytkownikom dworca – mówi prof. Jakub Lewicki.

– Z naszej strony były wątpliwości, czy ten wpis nie utrudni eksploatacji dworca. Uznaliśmy, że jednak nie i że należy chronić tę perełkę polskiej architektury dworcowej – dodaje Krzysztof Mamiński, prezes PKP SA.

Znajdujący się u zbiegu Al. Jerozolimskich i al. Jana Pawła II, w ścisłym centrum Warszawy – dworzec został zaprojektowany przez architektów Arseniusza Romanowicza i Piotra Szymaniaka w stylu późnego modernizmu i szybko stał się jednym z symboli stolicy.

Kompleks, na który składają się m.in. hala główna, podziemne perony, przejścia oraz galerie, był jedną ze sztandarowych inwestycji lat 70. i bardzo nowoczesną jak na tamte czasy, dzięki rozwiązaniom takim jak ruchome schody czy automatycznie otwierane drzwi. Dziewięć lat temu – przed Euro 2012 – dworzec przeszedł generalny remont, w ramach którego m.in. gruntownie wyczyszczono elementy dachu i elewacji, wymieniono najbardziej zużyte elementy wystroju i część instalacji technicznych.

Jak podkreśla prezes PKP SA, objęcie Dworca Centralnego ochroną konserwatorską pozwoli zachować jego modernistyczną bryłę i układ przestrzenny w obecnej, niezmienionej formie.

– Ta decyzja oznacza, że nowoczesny i największy w Polsce dworzec kolejowy pozostanie w swojej bryle i formie architektonicznej niezmieniony. Warszawa się zmienia, rosną piękne i duże wieżowce, niech więc Dworzec Centralny zostanie takim, jakim jest – mówi Krzysztof Mamiński.

Jak zapowiada, grupa PKP planuje modernizację Dworca Centralnego, która obejmie głównie wnętrze obiektu i ma przywrócić modernistyczny wygląd z drugiej połowy lat 70. Ta rozpocznie się najprawdopodobniej przy okazji remontu linii średnicowej na dworcu Warszawa Śródmieście, zaplanowanego na lata 2019–2022.

– Nie planujemy przebudowy, bo dworzec musi przecież pozostać właśnie taki, jak obecnie. Ale za jakiś czas będziemy go modernizować wewnątrz, przywracać jednolity styl modernistyczny przy zachowaniu wszystkich nowoczesnych rozwiązań i ułatwień dla pasażerów. Można je wkomponować w tę strefę zabytkową. Dziś każdy z korytarzy i każda z mniejszych hal tego dworca jest w innym stylu, więc odwrócimy pewną dowolność, która miała miejsce przez ostatnich kilkanaście lat – mówi Krzysztof Mamiński.

Przy okazji planowanej modernizacji warszawski dworzec – w ramach rządowego programu Dostępność Plus – zostanie też wyposażony w szereg rozwiązań wspierających osoby z niepełnosprawnościami.

– Będą pętle indukcyjne dla osób niedosłyszących, ścieżki specjalne dla osób niedowidzących, nowa formuła schodów ruchomych, język migowy, który mamy już w tej chwili. Te udogodnienia obejmą też z pewnością wykorzystanie Wi-Fi i przestrzeni informacyjnych. Zachowamy jednak również powierzchnie dla reklam, choć będzie to już miał swój styl. Reklama nie zniknie z dworca, ale nie będzie to swobodnie wykorzystywany słup ogłoszeniowy – zapowiada Krzysztof Mamiński, prezes PKP SA.

Dane Urzędu Transportu Kolejowego, przytaczane przez Grupę PKP, pokazują, że z dworca Warszawa Centralna każdego roku korzysta ponad 15 mln pasażerów.

Od piątku wrocławianie będą mogli łapać deszczówkę z miejskim dofinansowaniem. Miasto uruchamia specjalne dopłaty

Od piątku wrocławianie będą mogli łapać deszczówkę z miejskim dofinansowaniem. Miasto uruchamia specjalne dopłaty 3

Od 2 sierpnia wrocławianie mogą składać wnioski o dofinansowanie w ramach pilotażowego programu „Złap deszcz”. Każdy, kto na swojej posesji zainstaluje zbiornik do zbierania deszczówki lub gdy już ma taki zbiornik i chciałby go zmodernizować, może liczyć na zwrot kosztów inwestycji. Program jest finansowany w całości z budżetu miasta. – Chcemy, aby mieszkańcy wypinali się z rynien i w jak najmniejszym stopniu odprowadzali wodę deszczową do miejskiego systemu kanalizacji deszczowej, a w jak największym zagospodarowywali ją na własnym terenie – wyjaśniają przedstawiciele Urzędu Miejskiego Wrocławia.

– Miasta są szczególnie wrażliwe na zmiany klimatyczne. Ich specyfiką jest tendencja do rozbudowywania się, powstaje coraz więcej nawierzchni utwardzonych, nieprzepuszczalnych, takich jak drogi, place, powstaje wiele budynków, czyli zwiększa nam się powierzchnia dachów. To generuje problem nadmiernego nagrzewania się, mamy coraz mniej wody i roślin, coraz mniej wody wsiąka w glebę. Dlatego warto zagospodarowywać deszczówkę, łapać ją tam, gdzie można i albo opóźniać jej spływ do kanalizacji deszczowej, albo magazynować i wykorzystywać w okresach suszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Brykarz, dyrektor Biura Wody i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Główny cel wrocławskiego magistratu to zachęcić mieszkańców, by zatrzymywali wodę deszczową na swoim terenie i wykorzystywali ją do podlewania ogródków, roślin balkonowych czy też do innych celów gospodarczych. Zbieranie i wykorzystanie deszczówki poprawi mikroklimat i pozytywnie wpłynie na środowisko – wylicza miasto. Dzięki małej przydomowej retencji poziom wód gruntowych będzie utrzymywał się na odpowiednim poziomie, a zużycie wody pitnej zmaleje, bo mieszkańcy nie będą jej wykorzystywali do podlewania czy do innych celów gospodarczych. Sami też zapłacą niższe rachunki za wodę. Miasto szacuje, że wykorzystanie deszczówki mogłoby prawie o połowę zmniejszyć codzienne zużycie wody miejskiej.

– To również odpowiedź na oczekiwania mieszkańców, które bardzo mocno zostały wyartykułowane podczas naszych ostatnich konsultacji związanych z Miejskim Planem Adaptacji do Zmian Klimatu. Mieszkańcy wskazywali, że chcą mieszkać na terenach, gdzie jest woda i dużo zieleni, stąd też wyszliśmy do mieszkańców z takim programem, aby ich zachęcić i premiować ich zachowania – mówi dyrektor Biura Wody i Energii Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Dotację można uzyskać na instalację, zakup materiałów bądź montaż elementów związanych z systemem gospodarowania wodami opadowymi, a także na pokrycie kosztów związanych z remontem istniejącego systemu. Program skierowany jest do właścicieli, współwłaścicieli lub najemców mających tytuł prawny do dysponowania nieruchomością. Można założyć np. ogród deszczowy w pojemniku albo w gruncie, wybudować muldę lub studnię chłonną, podziemny zbiornik na wodę opadową czy postawić naziemny, wolnostojący zbiornik na wodę opadową z dachu.

Wykonawca, aby móc skorzystać z programu „Złap deszcz”, musi najpierw z własnych środków pokryć wszystkie koszty związane z zainstalowaniem czy modernizacją systemu deszczowego na swojej nieruchomości. Dopiero wtedy może się starać o dopłaty do inwestycji. Wnioski należy składać w Biurze Wody i Energii UM Wrocławia. We wniosku konieczne będzie przedstawienie kosztów inwestycji oraz udokumentowanie wydatków związanych z przedmiotem dotacji i jej realizację. Dotacja wyniesie 80 proc. poniesionych kosztów kwalifikowanych, ale nie więcej niż 5 tys. zł na jeden lokal mieszkalny lub nieruchomość. Miasto zastrzega sobie prawo do kontroli inwestycji.

– Dotowany będzie musiał przedstawić nam udokumentowany fotograficznie proces realizacji zadania, a my, jako miasto, będziemy mieć prawo skontrolowania takiej inwestycji na miejscu. Taka kontrola może się odbyć w trakcie realizacji zadania i na jej zakończenie – mówi Małgorzata Brykarz.

Wrocław jest kolejnym miastem na mapie Polski, które uruchamia dopłaty do inwestycji związanych z gospodarowaniem wody deszczowej. Podobne programy działają m.in. w Sopocie i Krakowie.

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej małych i średnich firm. W I półroczu 2019 r. powstało tam 800 nowych miejsc pracy

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna przyciąga coraz więcej małych i średnich firm. W I półroczu 2019 r. powstało tam 800 nowych miejsc pracy 4

Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna zamknęła pierwsze półrocze tego roku 20 nowymi inwestycjami o łącznej wartości 2,2 mld zł i blisko 800 nowymi miejscami pracy. To, co istotne, to większe zainteresowanie małych i średnich firm oraz wzrost inwestycji polskich przedsiębiorstw, które zrealizują 70 proc. projektów. – Włączamy się we wszystkie inicjatywy, które mają pomóc inwestorom w stworzeniu nowych miejsc pracy i przyciągnięciu wykwalifikowanych pracowników – podkreśla prezes KSSE.

W 2018 roku KSSE pozyskała łącznie 51 projektów o wartości 2,5 mld zł, w tym 11 projektów inwestycyjnych na kwotę ponad 930 mln zł w oparciu o nowe przepisy w ramach Polskiej Strefy Inwestycji.

– Rok 2018 był rekordowy w naszej dwudziestokilkuletniej historii, ale pierwsze miesiące 2019 roku są równie udane. Już za pierwsze półrocze mamy ponad 2,2 mld inwestycji bezpośrednich, 790 nowych, wysoko płatnych, specjalistycznych miejsc pracy i utrzymanie już istniejących – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Janusz Michałek, prezes Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

W pierwszym półroczu w KSSE dominowały firmy z branży metalowej (25 proc.), motoryzacyjnej (20 proc.) i maszynowej (10 proc.). Pozostałe branże, m.in. elektryczna, elektroniczna, IT, meblarska czy chemiczna odpowiadają za kilka procent inwestycji.

– KSSE jest znana z branży automotive. 90 proc. części na świecie jest produkowane właśnie u nas. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak bardzo ważna jest dywersyfikacja, dlatego poszukujemy nowoczesnych technologii. Ostatnie inwestycje koreańskich firm, jak Foosung czy SK Innovation, to elektromobilność, ale mamy przemysł maszynowy. Schodzimy już poniżej 60 proc. udziału branży automotive – zaznacza prezes KSSE.

Koreańska firma SK Innovation zainwestuje ponad 1 mld zł w budowę zakładu produkcji separatorów baterii litowo-jonowych. To pierwsza inwestycja tego przedsiębiorstwa w Europie.

– Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna jest uznawana za najlepszą strefę, nie tylko w Polsce, lecz także w Europie. W swojej 22-letniej historii stworzyła 80 tys. miejsc pracy, a jedno miejsce pracy w strefie tworzy nawet kilka miejsc pracy poza nią. 390 bardzo dobrych firm zainwestowało już prawie 35 mld zł – wymienia dr Janusz Michałek.

Z danych KSSE wynika, że polskie firmy zainwestują łącznie ponad 310 mln zł i zrealizują 70 proc. projektów pozyskanych przez strefę w ciągu I półrocza 2019 roku, o 30 proc. więcej niż dotychczas. Wzrosła też liczba inwestycji realizowanych przez najmniejsze i średnie firmy, które przeprowadzą 55 proc. projektów.

– Specjalna strefa ekonomiczna to szansa na zrobienie biznesu profesjonalnie, prestiżowo. Obserwujemy historie naszych klientów, którzy zaczynali z przysłowiowego garażu, a dzisiaj są globalnymi graczami – wskazuje prezes KSSE. – Mamy dynamiczny wzrost małych inwestorów. Specjalne strefy ekonomiczne kojarzyły się zawsze z dużymi i oni wciąż są, ale teraz mocno zauważamy zainteresowanie małego biznesu.

Katowicka strefa realizuje różne inicjatywy dla małych i średnich przedsiębiorstw, to m.in. projekt Booster MŚP, czyli cykl spotkań B2B. To właśnie wsparcie dla tego segmentu firm jest jednym z większych wyzwań dla KSSE. Jednym z kluczowym obszarów, w które angażuje się strefa, jest zapewnienie inwestorom dostępności kadr.

– Mamy Śląskie Centrum Kompetencji Przemysłu 4.0, które pomoże naszym przedsiębiorcom w tej transformacji ze zwykłego przemysłu do 4.0. Mamy utworzone wspólnie z Politechniką Śląską Polsko-Niemieckie Centrum Hybrydowych Konstrukcji Lekkich. Tworzymy klasy branżowe z naszymi klientami, np. z Oplem, studia dualne – wymienia dr Janusz Michałek. – Zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważny jest dzisiaj rynek pracownika, wykwalifikowanego pracownika, i dlatego stwarzamy taki makrosystem dla tych przedsiębiorców, którzy mają pomysły i nie wiedzą, co zrobić.

Na początku lipca została podpisana umowa dotycząca uruchomienia projektu „Śląskie. Zawodowcy”, który ma wspierać szkolnictwo wyższe w regionie i zwiększać szanse młodzieży na rynku pracy. Zgodnie z planem ruszy od września br. i potrwa do końca 2022 roku.

– Nasza strategia na najbliższe lata jest taka, żeby młodym ludziom pokazać, że to jest dobre miejsce do mieszkania i pracowania. Zdajemy sobie sprawę z problemu Śląska, jakim jest demografia i ubytek mieszkańców, dlatego też mamy swój własny autorski program Pracownik + Mieszkanie +, dedykowany ludziom z Kartą Polaka, którzy chcieliby tu przyjechać i zamieszkać – mówi prezes KSSE.

Strefa razem z inwestorami będzie budować mieszkania zakładowe, które będą udostępnione pracownikom na preferencyjnych warunkach najmu (dopłaty mieszkaniowe). Po 10–15 latach pracy będą oni mieli możliwość zakupu tych lokali na własność. Istotna jest również oferta szkoleniowa dla zainteresowanych osób.

Polakom brakuje umiejętności pływania. Dorośli niechętnie zapisują się na lekcje

0

Polakom brakuje umiejętności pływania. Dorośli niechętnie zapisują się na lekcje 5

Od 19 czerwca do 25 lipca utonęło 105 osób – wynika z wstępnych danych Policji. Najczęściej do utonięć dochodzi po spożyciu alkoholu i podczas kąpieli w niestrzeżonym miejscu. Ofiarami są zazwyczaj te osoby, które przeceniły swoje umiejętności, bo utrzymywanie się na powierzchni często mylimy z umiejętnością pływania. Nawet jeśli taką posiadamy, nie daje ona 100-proc. gwarancji, że sobie poradzimy w sytuacji zagrożenia. Jak wynika z obserwacji Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju, dorośli niechętnie uczą się pływać.

– Skala utonięć w Polsce jest bardzo wysoka. Świadomość społeczeństwa jest jeszcze dosyć niska odnośnie do samej umiejętności pływania. W grę wchodzi też brawura i alkohol – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Aneta Zuchowicz, menadżer Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju.

Z policyjnych statystyk wynika, że od początku czerwca utonęło już 165 osób, a od początku wakacji – ponad 100. Najczęstszą przyczyną jest alkohol – w 2018 roku zawinił w 126 przypadkach na 545 utonięć. Kąpiel w niestrzeżonym miejscu skończyła się tragicznie dla 80 osób, a czasem te dwa czynniki idą w parze.

Nie zawsze jest tak, że osoba, która utonęła, nie potrafiła pływać. Sama umiejętność pływania nie daje nam stuprocentowej gwarancji. Może nas złapać skurcz, może nam się zrobić słabo, możemy stracić siły. Dlatego należy pamiętać o zasadach bezpieczeństwa, jak zabranie ze sobą drugiej osoby, która w razie czego będzie w stanie pomóc, czy nawet bojki, która również może uratować życie – przekonuje Aneta Zuchowicz.

Większość Polaków deklaruje, że potrafi pływać. Często jednak mylimy samo utrzymywanie się na powierzchni z faktycznymi umiejętnościami.

Na lekcje pływania rodzice chętnie zapisują dzieci. Już nawet 3–4-latki uczą się tej umiejętności. Dorośli na lekcje pływania zapisują się nieco rzadziej. Wiele jest osób, które tłumaczą to złymi doświadczeniami z wodą z dzieciństwa. Opory mogą wynikać też ze wstydu albo po prostu braku chęci do aktywności fizycznej. Większość Polaków wolny czas spędza raczej leniwie.

 Dorośli wstydzą się przychodzić na zajęcia. Mogły też mieć jakieś nieprzyjemne przygody, np. podtopienie i ten lęk w nich narósł – wyjaśnia Mateusz Pawlak, instruktor nauki pływania w Polskiej Akademii Aktywnego Rozwoju. – Osobę, która nie potrafi pływać, zaprosiłbym na zajęcia do naszej akademii czy innych firm, by pokazać, jak fajne może być pływanie. Nie jest to schematyczne podejście, wejścia do wody i ćwiczenia, tylko budowanie relacji z uczestnikiem.

Jeśli chcemy nauczyć się pływać, lepiej skorzystać z porad profesjonalnego instruktora. Lekcje, których udzieli nam znajomy, są zazwyczaj niewystarczające.

– Profesjonalny instruktor na kursach nauczył się zasad funkcjonowania w wodzie, jak z taką osobą zachowywać się na początku i w każdym kolejnym stadium zaawansowania. Na specjalnym kursie są materiały z anatomii, funkcjonowania organizmu, biomechaniki ruchu i fizjologii. Znajomy może mieć taką wiedzę, ale nie każdy – podkreśla Mateusz Pawlak.

Największe chińskie firmy technologiczne notują spadki sprzedaży. Zarzuty szpiegostwa i sankcje mogą odbić się na wszystkich chińskich markach

Największe chińskie firmy technologiczne notują spadki sprzedaży. Zarzuty szpiegostwa i sankcje mogą odbić się na wszystkich chińskich markach 6

Kiedy na czarną listę amerykańskich służb trafił Huawei, a na ZTE nałożono sankcję za współpracę z Iranem, nie było wątpliwości, że odbije się to na kondycji chińskich firm, a ich produkty nie znajdą już nabywców na światowych rynkach. Niedługo potem potwierdziły to wyniki finansowe i spadki na giełdach. Pentagon zakazał sprzedaży telefonów Huawei i ZTE w amerykańskich bazach wojskowych. Jednak mimo że Huawei pozostaje na czarnej liście Departamentu Handlu, to amerykańskim firmom udaje się obchodzić zakaz sprzedaży. 

Już w lutym 2018 roku dyrektor FBI Chris Wray ostrzegł przed kupowaniem telefonów Huawei i ZTE, wskazując niepokojące powiązania tych marek z chińskim rządem. Zdaniem Wraya istniało poważne ryzyko modyfikacji oprogramowania i kradzieży zgromadzonych na urządzeniach informacji. Chwilę później Pentagon zakazał sprzedaży telefonów Huawei i ZTE w amerykańskich bazach wojskowych. W czerwcu 2019 roku Donald Trump stwierdził jednak, że w ramach umowy o wznowieniu rozmów handlowych z Chinami pozwoli na sprzedaż sprzętu, który nie wiąże się z ryzykiem bezpieczeństwa. Choć część restrykcji została cofnięta, pytania o dalszy los chińskich firm technologicznych są wciąż aktualne.

ZTE w pełni stosuje się do wymogów. Działamy na rynku od wielu lat, ale dotąd nie odnotowaliśmy większych problemów z bezpieczeństwem. Działamy na zasadzie pełnej przejrzystości, korzystamy zarówno z zestawu układów scalonych Qualcomm, jak i oprogramowania Google. Spełniamy wszelkie wymogi, podejmujemy współpracę z operatorami i przeprowadzamy niezbędne testy, również w Stanach Zjednoczonych –  przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Wei Luo, wiceprezes ZTE Corporation.

Koncern ZTE stopniowo podnosi się po amerykańskich sankcjach nałożonych w 2018 roku. Amerykański Departament Sprawiedliwości zarzucił firmie łamanie sankcji nałożonych na Iran. W efekcie produkcja została znacznie ograniczona, a koncern notował ogromne straty, które w I półroczu 2018 roku sięgnęły 7,8 mld juanów. Po tym, jak sankcje zostały zniesione (ZTE zapłaciło 1,4 mld dol. kary), chińska firma zamknęła 2018 rok z 7 mld juanów straty netto. Obie strony ostatecznie zawarły umowę, która pozwoli ZTE stanąć na nogi.

Departament Handlu wpisał też Huawei wraz z kilkudziesięcioma związanymi z nim firmami na czarną listę. Muszą więc mieć zgodę na zakup amerykańskich komponentów i technologii, to zaś oznaczało m.in. utratę aktualizacji systemu operacyjnego Android. Huawei początkowo informował, że stworzy własny system operacyjny Harmony. Ostatnie informacje wskazują jednak, że alternatywy dla Androida na razie nie ma, a opracowywany system operacyjny chińskiego giganta ma mieć zastosowanie raczej przemysłowe. Jeśli blokada zostanie utrzymana, firma na pewno będzie pracować nad nowym systemem, ale nie pojawi się on szybciej niż w ciągu kilku miesięcy.

W 2017 r. nasza sprzedaż rynkowa osiągnęła pułap 20 milionów urządzeń i nikt nie zgłosił żadnych problemów związanych z bezpieczeństwem. Myślę, że również przyszłe rozwiązania będą w pełni zgodne z wymogami – ocenia Wei Luo. – Nie mogę wypowiadać się na temat Huawei czy innych firm, ale wystarczy spojrzeć na operatorów – to oni generują największe przychody dzięki ZTE i nie zgłaszają żadnych problemów dotyczących naszych produktów. Nie odnotowaliśmy również spadku sprzedaży – twierdzi ekspert.

ZTE, podobnie jak Huawei, należy do gigantów telekomunikacyjnych na świecie. Coraz częściej jednak największe kraje ze względu na bezpieczeństwo, ograniczają współpracę, pozbawiają firmy dostępu do podzespołów czy rekomendują swoim obywatelom zakup innych urządzeń. Stany Zjednoczone np. obawiają się, że systemy zbudowane przez Huawei, lidera w dziedzinie sprzętu telekomunikacyjnego i dostawcy smartfonów numer dwa na świecie, mogą być wykorzystane przez chiński rząd do szpiegostwa za pośrednictwem wbudowanych tajnych zabezpieczeń.

Na początku czerwca tego roku dyrektor generalny Huawei Ren Zhengfei przyznał, że ​​sprzedaż smartfonów za granicą spadła nawet o 40 proc. w wyniku zakazu sprzedaży sprzętu przez amerykańskie firmy. O ile jednak Huawei i ZTE wciąż mogą na rynku odgrywać kluczową rolę, o tyle inne chińskie firmy technologiczne może czekać znacznie gorszy los. Amerykańscy publicyści nie mają wątpliwości, brak zaufania odczują te nieco mniejsze chińskie firmy, jak Oppo czy Xiaomi, które nie mają jeszcze tak mocnej pozycji na świecie.

Spotkanie podczas ostatniego szczytu G20 prezydenta Donalda Trumpa i sekretarza generalnego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga przyniosło na trzy miesiące zawieszenie broni w trwającej wojnie handlowej pomiędzy USA a Chinami. Obie strony wracają do stołu, aby negocjować przyszłe warunki współpracy oraz wymiany technologii między państwami.

Rynek hulajnóg elektrycznych wymaga uregulowania. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad zasadami korzystania z tego środka transportu

Rynek hulajnóg elektrycznych wymaga uregulowania. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad zasadami korzystania z tego środka transportu 7

Dynamiczny rozwój branży małych pojazdów elektrycznych na wynajem stawia przed władzami miast nowe wyzwania związane z bezpieczeństwem publicznym. Rynek hulajnóg elektrycznych nie jest w żaden sposób uregulowany prawnie, a na ulicach pojawia się coraz więcej usługodawców wynajmujących pojazdy tego typu. Ministerstwo Infrastruktury pracuje nad ustawą o elektrycznych urządzeniach transportu osobistego, która ma być odpowiedzią na wyzwania stawiane przez tę branżę.

– Hulajnogi elektryczne są środkiem transportu, który od niedawno pojawił się na polskich drogach, w związku z tym stanowią pewien problem. Przede wszystkim hulajnogi elektryczne poruszają się znacznie szybciej od zwykłych hulajnóg. Chwilowo nie ma przepisów opisujących, gdzie mogą się poruszać hulajnogi elektryczne. Także konieczne by było uregulowanie prawne, gdzie człowiek poruszający się hulajnogą elektryczną może się znajdować. Hulajnogi elektryczne stanowią dużo większe zagrożenie dla pieszych i to jest przede wszystkim duży problem – mówi agencji Newseria Innowacje Anna Zielińska z Instytutu Transportu Samochodowego.

Rozwiązania z zakresu sharing economy rozwijają się w Polsce bardzo dynamicznie. Po upowszechnieniu się rowerów miejskich na ulicach zaczęły pojawiać się elektryczne hulajnogi na wynajem. Lime był pierwszym start-upem oferującym wynajem małych pojazdów elektrycznych, który rozpoczął funkcjonowanie na dużą skalę. W ślad za tą firmą poszły kolejne, a wraz z nimi polskie miasta zalała fala elektrycznych hulajnóg, których status prawny nadal nie został uregulowany.

Pojawienie i upowszechnienie się pojazdów z branży współdzielonego transportu spowodowało pojawienie się problemów, z którymi jeszcze do niedawna miasta nie miały do czynienia. Nieprawidłowo zaparkowane hulajnogi stwarzają zagrożenie, podobnie jak użytkownicy, którzy poruszają się na nich w nieostrożny sposób. Stowarzyszenie Mobilne Miasto zaangażowało się w walkę o usystematyzowanie funkcjonowania tej gałęzi transportu, promując ideę współpracy sektora publiczno-prywatnego. Postuluje opracowanie wspólnych rozwiązań, które pozwolą bezkolizyjnie wkomponować rozwiązania z branży współdzielonej mobilności w tkankę miejską.

– Pracuje się nad rozwiązaniami prawnymi, żeby ustalić, jak traktować hulajnogi elektryczne. W wielu krajach zasady poruszania się hulajnóg zależą od takich parametrów, jak moc silnika czy prędkość, z którą mogą się poruszać. Natomiast nie pracuje się nad rozwiązaniami infrastrukturalnymi, ponieważ nie ma możliwości, żeby dla hulajnóg elektrycznych stworzyć jakąś dodatkową przestrzeń w pasie drogowym, ponieważ już po drodze poruszają się piesi, rowery, samochody, komunikacja miejska – zauważa ekspert.

Według zapewnień Ministerstwa Infrastruktury wszystkie problemy związane z funkcjonowaniem hulajnóg elektrycznych rozwiąże ustawa o urządzeniach transportu publicznego (UTO). Nowa kategoria pojazdów obejmie urządzenia elektryczne rozpędzające się do 25 km/h, których masa jest mniejsza niż 20 kg, ich szerokość jest mniejsza niż 90 cm, a długość mniejsza niż 125 cm.

Wdrożenie UTO zrówna hulajnogi elektryczne z rowerami i wymusi na ich użytkownikach korzystanie ze stosownej infrastruktury. Ustawa umożliwi także przeniesienie ruchu małych urządzeń elektrycznych na jezdnie, na których ustalono ograniczenie prędkości do 30 km/h. Najważniejszą zmianą z punktu widzenia bezpieczeństwa będzie jednak usunięcie takich hulajnóg z chodników w miejscach, w których istnieje infrastruktura rowerowa, a ograniczenie prędkości na drodze przekracza 30 km/h. Ponadto z użytkowania hulajnóg elektrycznych wykluczeni zostaną użytkownicy poniżej 10 roku życia, którzy nie będą mogli korzystać z nich nawet pod opieką osób dorosłych.

Choć przepisy regulujące funkcjonowanie małych urządzeń elektrycznych nie weszły jeszcze w życie, miasta próbują na własną rękę walczyć z patologiami na tym rynku. Dobrym przykładem takich działań są czystki prowadzone przez warszawski Zarząd Dróg Miejskich. Urzędnicy ZDM tylko w pierwszym półroczu tego roku zarekwirowali kilkaset nieprawidłowo pozostawionych hulajnóg na mocy uchwały Rady Warszawy o zajęciu pasa drogowego.

– W Wiedniu czy w Londynie w centralnych częściach miasta, gdzie jest bardzo duży ruch pieszy, jest zakaz poruszania się hulajnóg elektrycznych. Dobrym rozwiązaniem służącym bezpieczeństwu byłoby wprowadzenie zakazu poruszania się hulajnóg elektrycznych po chodnikach, ponieważ zawsze, przy każdej prędkości, stwarzają zagrożenie pieszych – mówi Anna Zielińska.

Według analityków z firmy Brookings Institution India Center wartość globalnego rynku rozwiązań z branży sharing economy do 2025 roku wzrośnie do 335 mld dol.

Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019

Produkcja budowlano-montażowa wzrosła w 1 poł. 2019 roku o 10% osiągając poziom 43,1 mld złotych. Miesięczny odczyt dynamiki rynku w czerwcu był jednak znacznie niższy, co jest negatywnym sygnałem i może oznaczać spowolnienie w zamówieniach i kumulację prac w kolejnych okresachWyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019

  • Trudna sytuacja rynkowa przekłada się na istotne pogorszenie kondycji finansowej dużych podmiotów, które realizują największe zlecenia, w dużej mierze bazując na usługach podwykonawczych
  • Część generalnych wykonawców zaczyna sygnalizować problemy z płynnością finansową, pojawiają się pierwsze wnioski o ogłoszenie upadłości dużych podmiotów
  • W ostatnich miesiącach rozwiązane zostały liczne kontrakty infrastrukturalne, m.in. na odcinki dróg ekspresowych S5, S61, S7, S3 czy na odcinek autostrady A1

Wyniki Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 4

  • Sprzedaż Grupy w 1 poł. 2019 roku była zbliżona do poziomu z 1 poł. 2018 roku i osiągnęła poziom 3,25 mld złotych
  • Rentowność zysku brutto Grupy Budimex wyniosła 3,3%
  • Segment budowlany pozostaje pod presją inflacji kosztowej, rentowność zysku brutto spadła do 1,7% (w porównaniu do 3,6% w 1 poł. 2018 roku)
  • Segment deweloperski osiągnął bardzo dobrą rentowność zysku brutto na poziomie 17,6% poprawiając tym samym wynik z 1 poł. 2018 roku kiedy rentowność wyniosła 14,3%

Sytuacja gotówkowa Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 2

  • W pierwszym półroczu 2019 roku odnotowaliśmy typowy dla tego okresu spadek salda gotówki netto do poziomu 264 mln złotych
  • Saldo gotówki netto spadło m.in. w wyniku wypłaty dywidendy w wysokości 161 mln złotych oraz sezonowego wzrostu zaangażowania kapitału obrotowego w części budowlanej
  • Ciągle obserwujemy opóźnienia po stronie inwestorów w procesie akceptacji i fakturowania wykonanych robót
  • Jednocześnie coraz trudniejsza sytuacja płynnościowa w branży wymaga utrzymania polityki finansowania podwykonawców poprzez wcześniejsze płatności oraz akceptację częstszego fakturowania zrealizowanych prac

Wyniki segmentu budowlanego Grupy Budimex:Wyniki finansowe Grupy Budimex po I półroczu 2019 3

  • Sprzedaż segmentu budowlanego wzrosła o 3% osiągając dynamikę nieco niższą niż branża – koncentrujemy się na budowie rentownego portfela zamówień
  • Rentowność zysku brutto części budowlanejspadła do poziomu 1,7% w porównaniu do 3,6% w 1 poł. 2018 roku
  • Z uwagi na czynniki zewnętrzne niezależne od Spółki przewidujemy wydłużony okres realizacji spalarni odpadów w Wilnie oraz pogorszenie wyniku finansowego na tym kontrakcie. Prowadzimy rozmowy z Zamawiającym i Konsorcjantem odnośnie dalszej realizacji kontraktu
  • Portfel zamówień Grupy Budimex osiągnął rekordowy poziom 11,1 mld złotych, głównie dzięki nowym zleceniom w segmencie kolejowym
  • W lipcu podpisaliśmy umowę na kontynuację prac na odcinku autostrady A1 oraz budowę gazociągu dla Gaz-System. W ostatnim czasie pozyskaliśmy również nowych strategicznych klientów jak JSW, Tauron i PGNiG

Wyniki segmentu deweloperskiego Grupy Budimex:

  • Klienci Budimex Nieruchomości w 1 poł. 2019 roku podpisali 947 aktów notarialnych
  • Rozszerzenie oferty w ostatnich miesiącach pozwoliło na osiągnięcie przedsprzedaży na poziomie 731 mieszkań
  • Przychody segmentu deweloperskiego spadły o 5% i wyniosły 313 milionów złotych a zysk brutto 55 milionów złotych przy wysokiej rentowności 17,6%
  • Aktualna oferta Budimex Nieruchomości to prawie 2 tysiące mieszkań w 5 lokalizacjach

Najbliższe kwartały okiem Grupy Budimex…

  • Sytuacja Grupy Budimex jest stabilna a rekordowy poziom portfela zamówień pozwala na w pełni efektywne wykorzystanie zasobów i zabezpiecza front prac na najbliższe kilka kwartałów
  • Średnia rentowność portfela jest relatywnie dobra jednak ciągle odczuwamy efekty kończenia trudnych kontraktów podpisanych 2-3 lata temu. Waloryzacja kontraktów w ograniczonym zakresie wdrożona została w nowych projektach GDDKiA oraz PKP PLK brak jest natomiast tego typu rozwiązań w zamówieniach samorządowych. Na dzisiaj nie możemy ocenić jak nowe mechanizmy indeksacji będą działać w praktyce
  • Otoczenie rynkowe pozostaje trudne, w szczególności w zakresie dostępności i utrzymania kadry oraz cen materiałów i podwykonawców. Widoczne jest również pogorszenie sytuacji płynnościowej w branży
  • Zakończyliśmy negocjacje nabycia 51% udziałów w FBSerwis. Na początku lipca transakcja została sfinalizowana i począwszy od tej daty Grupa Budimex rozpocznie konsolidację wyników Grupy FBSerwis. Jest to strategiczna i długoterminowa inwestycja, która dywersyfikuje biznes Grupy Budimex

Nowelizacja ustawy śmieciowej. Za brak segregacji zapłacisz czterokrotnie

Od pierwszego września wejdzie w życie kolejna nowelizacja tzw. ustawy śmieciowej. Wedle jej zapisów, osoby, które nie będą stosowały się do zasad o segregacji odpadów, za ich odbiór zapłacą od dwóch do czterech razy więcej. Zmiany zakładają też ulgi dla tych gospodarstw domowych, które same zagospodarują część produkowanych odpadów.

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Nowe rozwiązania mają być motywacją do właściwej i rzetelnej segregacji odpadów komunalnych. Wizja czterokrotnie wyższych opłat na pewno przekona wiele osób do stosowania się do przyjętych wcześniej przepisów. Ja dostrzegam jednak pewne wady. O ile w przypadku domów jednorodzinnych sprawa jest oczywista, bo widzimy kto odpowiada za ewentualnie źle posegregowane odpady, to w przypadku budynków wielorodzinnych, gdzie kontenery są wspólne, winowajcę będzie ustalić bardzo trudno. Problem ten w branży był już wielokrotnie podnoszony i pojawiają się liczne pomysły, w jaki sposób rozwiązać ten problem. Najpopularniejszym rozwiązaniem jest montaż kamer przy wiatach śmietnikowych. Oczywiście wymaga to sporych nakładów finansowych, jednak dzięki temu wszyscy mieszkańcy nie będą musieli płacić więcej tylko dlatego, że jeden z nich nie przestrzega zasad segregacji.

Ciekawym rozwiązaniem jest wprowadzony w Ciechanowie Pilotaż Systemu Indywidualnej Segregacji Odpadów. Jest to pierwsze w Polsce i prawdopodobnie jedyne na świecie rozwiązanie tego typu.  O ile kody już od dawna istnieją w przypadku domów jednorodzinnych, nie były wcześniej wykorzystywane w budynkach wielorodzinnych. Mieszkańcy otwierają kontenery przy pomocy otrzymanych naklejek z indywidualnymi kodami. Pojemniki również ważą wrzucane, właściwie posegregowane odpady. Indywidualnym kodom przypisanym każdemu gospodarstwu możliwe jest rozliczanie mieszkańców z zadeklarowanej segregacji śmieci.

Nowelizacja ustawy reguluje kwestie odbioru śmieci z nieruchomości niezamieszkałych, czyli galerii handlowych, sklepów i punktów usługowych. Właściciele takich nieruchomości będą dobrowolnie przystępować do organizowanego przez gminę systemu odbioru odpadów komunalnych. W tej kwestii swoje niezadowolenie zgłaszały samorządy, według których takie rozwiązanie może być miejscem do nadużyć i rozszczelnienia się systemu. Argument w postaci możliwości wybierania tańszej oferty przedstawiają natomiast przedsiębiorcy. W przypadku punktów gastronomicznych właściwy odbiór odpadów jest szczególnie ważny. Restauracje produkują bardzo duże ilości resztek jedzenia, jeżeli nie zostaną szybko zabrane i będą zalegały w kubłach, istnieje zagrożenie, że zalęgną się w takich miejscach gryzonie. Biorąc to pod uwagę, wątpliwości samorządów co do samodzielnego wyboru przez przedsiębiorców firmy odbierającej śmieci jest zrozumiałe.

Ustawa stanowi również, że opłaty śmieciowe będą niższe dla tych mieszkańców, którzy mają przydomowe kompostowniki, czyli zagospodarowują sami część produkowanych przez siebie odpadów. Samorządy będą mogły jednak skontrolować właścicieli. Jeżeli okaże się, że mimo deklaracji nie kompostują odpadów, stracą upust w opłacie śmieciowej.

30-go lipca Ultimate Games zadebiutuje na GPW

30 lipca na Giełdzie Papierów Wartościowych zadebiutuje Ultimate Games S.A., producent i wydawca gier, specjalizujący się w popularnych symulatorach wędkarstwa. Do obrotu na rynku regulowanym trafiają wszystkie akcje Spółki będące dotychczas przedmiotem obrotu w alternatywnym systemie na NewConnect. Właścicielem blisko 46 proc. akcji jest Playway S.A.

Zarząd Spółki planuje rok do roku wykazywać stałe wzrosty w wynikach finansowych. Porównując 2018 rok z rokiem 2017, Ultimate Games udało się osiągnąć 500% wzrost zysku netto. Według wstępnych szacunków, w I połowie 2019 roku Spółka zarobiła 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł, czyli właściwie już tyle ile w całym 2018 roku. Zarząd liczy na znaczące zwiększenie wyników w II półroczu br. z uwagi na zbliżające się premiery gier. W drugim półroczu Ultimate Games planuje kilkadziesiąt premier. Giełdowa kapitalizacja zbliża się do 120 mln zł.

Na rynku NewConnect byliśmy notowani od czerwca 2018 roku. Wejście na GPW to naturalny krok w realizacji strategii szybkiego rozwoju. To także wywiązanie się          z obietnicy, jaką złożyliśmy inwestorom kilkanaście miesięcy temu. Warszawska giełda to miejsce, gdzie szybko rosnące Spółki mogą efektywnie budować wartość dla swoich akcjonariuszy. Przeniesienie się na parkiet główny traktuję więc jako realizację kolejnego ważnego etapu rozwoju – ocenia Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.

W 2019 roku Ultimate Games zamierza wydać kilkadziesiąt gier, wśród których znajdą się zarówno nowe produkcje, jak i porty wydanych już tytułów na nowe platformy. Wśród nich znajdują się między innymi Unlucky 7 (PC), Ultimate Fishing Simulator na urządzenia VR, Bakery Simulator (PC), Woodzone (PC) czy Deadliest Catch: The Game (PC), tworzone w ścisłej współpracy z Discovery Channel. Zapowiada się więc rekordowy rok dla spółki, zarówno pod kątem liczby tytułów, jak   i związanych z ich wydaniem przychodów oraz zysków.

Niższy podatek zmotywuje pracowników? 3 aspekty zmian

Ponad 60% Polaków skorzysta w pełni na niższym PIT. Zgodnie z zapowiedziami[1] zmiany mają obowiązywać już od 1 października 2019 r. Czy korzyści rzeczywiście będą wyższe od kosztów, które poniosą m.in. samorządy lokalne? Jak nowe przepisy wpłyną na motywację pracowników zatrudnionych w korporacjach, małych i średnich przedsiębiorstwach, czy na uczelniach wyższych?

Niższa, czyli 17% (zamiast 18%) stawka podatkowa obejmie podatników rozliczających się w ramach pierwszej skali podatkowej. Pozytywny, choć relatywnie słabszy wpływ powinni odczuć też zamożniejsi Polacy. Osoby zatrudnione w ramach działalności wykonywanej osobiście (kontrakty menedżerskie, powołania do rad nadzorczych, skład zarządu) skorzystają również na podwyższeniu kosztów uzyskania przychodów. Opinie ekspertów na temat zmian i prognozy na przyszłość bywają jednak różne.

 Pozorna motywacja

Agnieszka Biegała-Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.
Agnieszka Biegała-Dudek, Starszy Konsultant Działu Wsparcia Kadry i Płace w firmie Kalasoft Sp. z o.o.

– Gdybyśmy potraktowali korzyść z obniżenia stawki podatkowej, jako rzeczywiste „podwyższenie” zarobków to będzie ono cieszyć pracownika podobnie, jak każda podwyżka. Radość będzie trwała jednak krótko. Faktyczna kwota, o którą wzrośnie wynagrodzenie netto może okazać się niezauważalna. W większości przypadków podwyżka „zginie” pośród comiesięcznych wydatków – mówi Agnieszka Biegała-Dudek z  Kalasoft Sp. z o.o.

Dodaje ona również: – Ważniejszą kwestią jest szersza analiza skutków obniżenia stawki podatkowej. W efekcie ograniczone zostaną np. dochody samorządowe, a tym samym wydatki w naszym najbliższym otoczeniu. Z uwagi na źródło zmiany nie będą też formą dodatkowej motywacji dla pracowników. Każdą zatrudnioną osobę znacznie bardziej mobilizuje sytuacja, gdy zostaje ona indywidualnie doceniona za swoje zasługi lub wyróżniona na tle innych pracowników. Zmiany wprowadzane przez Ustawodawcę po prostu „nam się należą” – prognozuje Agnieszka Biegała-Dudek z Kalasoft.

Próg do przeskoczenia

Patrząc na zarobki w niektórych branżach (np. w szkolnictwie wyższym[2]), można zastanawiać się, czy zmiany podatkowe dadzą pozytywne konsekwencje w edukacji? A może z uwagi na niższe dochody samorządowe będzie odwrotnie? Na chwilę obecną ciężko przewidzieć wszystkie skutki.

– Grupa pracowników uczelni wyższych jest złożona. Oprócz pracowników akademickich, dla których praca naukowa jest często jednym z kilku źródeł dochodu, zatrudnione są tam także osoby do obsługi administracji, czy na stanowiskach technicznych. Myślę, że zmiany polegające na obniżeniu stawki podatkowej będą dotyczyć przede wszystkim tych pracowników – mówi Agnieszka Biegała-Dudek.

Ekspertka dodaje również: – Warto zwrócić uwagę na fakt, iż II próg podatkowy obowiązuje w Polsce od 2009r. Nie zmienia się on pomimo sukcesywnego wzrostu zarobków w naszym kraju. Należy spodziewać się więc, że coraz mniejszy odsetek podatników będzie odczuwać pozytywne skutki zmian – podkreśla Agnieszka Biegała-Dudek.

Ile zmian, tyle pytań

Zmiany w zakresie prawa podatkowego mają wysoki priorytet wdrożenia. Zwłaszcza, gdy w grę wchodzi wynagrodzenie pracowników: – Co ciekawe, pytań odnośnie np. terminów udostępniania zmian jest zdecydowanie więcej niż wątpliwości odnośnie rzeczywistego zarysu i sugerowanego kierunku nowych przepisów związanych z obniżonym podatkiem, „zerowym PIT”, czy wyższymi kosztami uzyskania przychodów. Krótkie terminy wprowadzenia nowych uregulowań podatkowych i potrzeba dostosowania się do nich w obszarze tak wrażliwym, jak płace, wzbudzają jednak ogromne zainteresowanie pracodawców i pracowników. Jest ono naturalne. W końcu mówimy o części pieniędzy, która przynajmniej teoretycznie pozostanie w naszych kieszeniach – podsumowuje Agnieszka Biegała-Dudek.

Pierwsze efekty nowych przepisów będzie można zaobserwować jeszcze w tym roku. Dopiero po dłuższym czasie okaże się, jakie będą ich dalsze skutki. Zbyt duża ilość informacji i opinii może zniechęcać do poszukiwania odpowiedzi na nowe pytania. Im wcześniej każdy pracodawca czy pracownik zapozna się jednak ze szczegółami nowych regulacji, tym lepiej.

[1] Zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów. Nie jest to jeszcze jednoznaczne z faktyczną datą obowiązywania przepisów. https://www.gov.pl/web/finanse/nizszy-pit-dla-25-milionow-polakow, stan na 25.07.2019r.

[2] Wyniki badań przeprowadzonych przez European Network of Postdoctoral Associations w 2017r. i opublikowane w 2019 r. (https://www.biorxiv.org/content/10.1101/523621v2 wykazały dużo niższe wynagrodzenie post-doktorantów w Europie Wschodniej niż w pozostałych regionach Europy. Wyniosło ono nieco ponad 60 tys. zł rocznie.

Sytuacja na polskim rynku biurowym po I półroczu 2019 r.

Aktywność najemców z sektora usług dla biznesu napędza popyt poza Warszawą. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się także elastyczne powierzchnie do pracy. Dobre nastroje inwestycyjne widać również po stronie rosnącej podaży – to najważniejsze wnioski po I połowie tego roku na polskim rynku biurowym.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w I półroczu 2019 r.

Popyt – sektor usług ponownie na pierwszym miejscu podium

W I półroczu 2019 w Polsce podpisano umowy najmu na ponad 710 000 mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej. Blisko 306 000 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, z czego 44% stanowiły kontrakty w Krakowie, 15% we Wrocławiu, a 11% w Trójmieście. Do największych transakcji zawartych w I poł. 2019 r. na głównych rynkach regionalnych należą: umowa przednajmu Sabre na blisko 16 000 mkw. w Tischnera Office w Krakowie, odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office w Krakowie oraz odnowienie umowy i ekspansja firmy Nordea w Olivia Star w Gdańsku na 10 800 mkw.

Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Dobry klimat gospodarczy w Polsce przekłada się na ambitne plany inwestycyjne firm, co z kolei znajduje odzwierciedlenie w dynamice rozwoju rynku biurowego. Bardzo dobry wynik po stronie popytu jest po raz kolejny zasługą sektora nowoczesnych usług biznesowych, który w I połowie 2019 roku odpowiadał za 43% wynajętej powierzchni biurowej poza Warszawą. Warto podkreślić również zmiany w strukturze popytu na rynkach regionalnych. W pierwszych sześciu miesiącach roku blisko 40% całkowitego wolumenu transakcji, czyli 116 500 mkw., stanowiły przednajmy, co jest zbliżone do wyniku z całego 2018 roku. – Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

The Warsaw HUB night
The Warsaw Hub

Największą umową najmu w I półroczu w całej Polsce zawarł Getin Bank. Firma wynajęła 18 500 mkw. w stołecznym biurowcu The Warsaw Hub. W analizowanym okresie w stolicy dominowali najemcy z sektora finansowego i ubezpieczeniowego.

Regiony polubiły flexy

Rośnie segment elastycznych powierzchni do pracy i nie dotyczy to tylko Warszawy. W I połowie 2019 roku blisko 20 900 mkw. (z czego aż 12 900 mkw. w samym Krakowie) na rynkach poza Warszawą wynajęły tzw. „flexy” – wynik ten stanowi 87% całkowitego wolumenu z ubiegłego roku. W tym czasie największą aktywnością wykazały się takie firmy, jak Rise (9 200 mkw. w czterech umowach) oraz New Work (6 900 mkw. w dwóch transakcjach).

Podaż – zasoby biurowe rosną

Deweloperzy są bardzo aktywni na terenie całego kraju, co znajduje swoje odzwierciedlenie po stronie wciąż rosnącej podaży nie tylko w Warszawie, ale również na rynkach regionalnych, na których w ciągu I półrocza pozwolenie na użytkowanie uzyskały 32 budynki o łącznej powierzchni ponad 240 000 mkw.

Na koniec I półrocza 2019 całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej przekroczyły 10,8 mln mkw., stosunkowo równomiernie rozkładając się pomiędzy Warszawę a główne rynki poza nią – odpowiednio 5,5 i 5,3 mln mkw. Kolejne 1,6 mln mkw. biur jest obecnie w budowie, z czego ok. 780 000 mkw. przypada na Warszawę, a 800 000 mkw. poza nią. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Największe ukończone inwestycje w I połowie roku to pięć budynków Business Garden (Vastint, Poznań) oraz Nowy Rynek B (Skanska Property Poland, Poznań), Brama Miasta B (Skanska Property Poland, Łódź), a także V.Offices (AFI Europe, Kraków), Moje Miejsce B1 (Echo Investment, Warszawa) oraz Spark B (Skanska Property Poland, Warszawa).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 9,0%, co oznacza nieznaczny spadek w porównaniu do I kwartału tego roku. W Warszawie 8,5% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia, a w głównych miastach regionalnych – 9,4%. Na pięciu głównych rynkach w Polsce odnotowano spadki współczynnika niewynajętej powierzchni rok do roku. Największe z nich dotyczyły: Lublina (-9,1 p.p.), Katowic (-3,4 p.p.) i Szczecina (-1,6 p.p). Największy wzrost wskaźnika miał miejsce w Poznaniu (4,4 p.p.) oraz Łodzi (3,5 p.p.).
W związku z rosnącymi kosztami budowy (zarówno materiałów jak i pracy) odnotowano wzrosty czynszów na niektórych rynkach biurowych w Polsce. W pierwszej połowie 2019 r. zmiany stawek zauważono w: Krakowie (stawki na poziomie 13,5-15,5 euro / mkw. / miesiąc), Katowicach (13,6-14,5 euro / mkw. / miesiąc), Poznaniu (13,6-15 euro / mkw. / miesiąc), Łodzi (12- 14 euro / mkw. / miesiąc) i Wrocławiu (13,5-14,8 euro / mkw. / miesiąc). Obecnie najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (13,5 – 15,5 euro / mkw. / miesiąc).

Z kolei w szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro za mkw. miesięcznie.

Wbrew rynkowym barierom prywatne firmy liczą na zyski

Zmieniająca się rzeczywistość rynkowa, kształtowana przez cyberataki, niepewność geopolityczna i napięte stosunki handlowe, wymagają od szefów prywatnych firm ostrożności, przemyślanych decyzji i długoterminowego myślenia. Z raportu firmy doradczej Deloitte „Globalne perspektywy firm prywatnych” wynika, że mimo tych trudności, liderzy takich przedsiębiorstw są pewni swojej pozycji na rynku, a 50 proc. z nich przewiduje nawet, że w ciągu najbliższego roku przychody ich organizacji zwiększą się o jedną czwartą. Choć respondenci są świadomi potencjalnych zagrożeń, nie tracą pewności siebie. W kontekście zmian rynkowych słowo, które najlepiej opisuje prywatne firmy to „elastyczność”.

To drugie globalne badanie firm prywatnych przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte. Wzięło w nim udział ponad 2 500 prezesów i członków zarządów firm, których roczny przychód mieści się w przedziale od 10 mln do miliarda dolarów.

Bez obaw o przyszłość

Jak wynika z globalnej ankiety Deloitte, gospodarcze spowolnienie w poszczególnych regionach, znaczące osłabienie rynków finansowych i niepewna polityka handlowa nie osłabiły pewności szefów prywatnych firm. Uważają oni, że nawet w tak trudnej rzeczywistości są zdolni zarządzać firmami i zapewniać im dalszy rozwój. 49 proc. liderów planuje w ciągu najbliższych 12 miesięcy zwiększenie liczby pracowników pełnoetatowych, a aż 65 proc. respondentów spodziewa się wzrostu przychodów, z czego ponad jedna czwarta uważa, że wzrosną one co najmniej o połowę w porównaniu z 2017 rokiem, natomiast połowa spodziewa się przychodów firmy większych o co najmniej 26 proc.

To nie tak, że respondenci nie mają żadnych obaw i nie zauważają ryzyk. Są ich świadomi, ale mimo  tego, że widzą ryzyka i mają obawy, optymizm poprawił się rok do roku. Tylko 38 proc. uważa, że poziom niepewności w ich ojczystym kraju jest wyższy niż rok wcześniej. W 2017 roku takiego zdania była ponad połowa naszych respondentów. Niektórzy wyrażają nawet przekonanie, że będzie to najlepszy lub prawie najlepszy rok w historii ich firmy. Za tą pewnością stoi fakt, że firmy prywatne, z uwagi na strukturę właścicielską, mają łatwiejszy i szybszy proces decyzyjny – mówi Seweryn Dąbrowski, Partner w dziale doradztwa podatkowego Deloitte.

Niespełna jedna czwarta zapytanych przez Deloitte (24 proc.) obawia się barier handlowych, tyle samo potencjalnych cyberataków, a 23 proc. szefów prywatnych firm przyznaje, że problemem mogą być dla nich rosnące koszty surowców i produkcji.

Inwestycje w bezpieczeństwo

Pytani przez Deloitte liderzy przyznają, że mają się na baczności przed cyberprzestępcami, tym bardziej, że ci wciąż zmieniają i rozwijają swoje metody. Dlatego też to cyberbezpieczeństwo jest na szczycie listy inwestycji planowanych przez prywatne przedsiębiorstwa. Największe zaniepokojenie wzrostem liczby ataków wykazują respondenci z regionu Azji i Pacyfiku.

Wiele z firm prywatnych w czasie dynamicznego rozwoju, często pomijało inwestycje w cyberbezpieczeństwo. W ocenie właścicieli profil ryzyka organizacji wynikający z prowadzonej działalności biznesowej nie wymagał budowania struktur cyberbezpieczeństwa lub firmy te nie działały w wymagającym takich inwestycji reżimie prawnym lub regulacyjnym. Obecnie właściciele firm prywatnych coraz bardziej rozumieją, że skutki cyberataków mogą mieć realny wpływ na funkcjonowanie procesów biznesowych w ich organizacjach i nie trzeba do tego przetwarzać wrażliwych danych – mówi Marcin Ludwiszewski, Dyrektor, Lider ds. cyberbezpieczeństwa w Deloitte.

Ekspert dodaje, że skutki zakłócenia produkcji, dystrybucji towarów, niedostępności systemów ERP i CRM mogą mieć nie tylko negatywny wpływ na klientów, ale również na wizerunek firmy czy jej przychody. Właściciele firm zaczynają podchodzić do tego tematu strategicznie, łącząc cyberbezpieczeństwo długoterminowo z celami biznesowymi . Do większego zainteresowania cyberbezpieczeństwem przyczyniają się również cyfrowe transformacje biznesowe, w tym korzystanie z tzw. chmury, ekspansja poza rynki krajowe i wymogi partnerów zagranicznych wprowadzanie nowych produktów oraz przejęcia. Inwestycje w cyberbezpieczeństwo w ciągu najbliższego roku planuje 34 proc. szefów prywatnych firm z obu Ameryk i 30 proc. z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki.

Konkurencyjność przede wszystkim

Zapytani przez Deloitte respondenci jako dwa główne źródła przewagi konkurencyjnej wskazywali opracowywanie nowych produktów i usług (14 proc.) oraz zwiększenie wydajności (13 proc.). W ujęciu regionalnym prywatni przedsiębiorcy z obszaru Azji i Pacyfiku niemal dwa razy częściej wskazywali nowe produkty i usługi niż reprezentujący obie Ameryki, którzy stawiają przede wszystkim na wzrost wydajności. Z kolei uczestnicy badania z Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki wyżej niż pozostali ocenili możliwość wejścia na nowe rynki zagraniczne. Respondenci, którzy najlepszy sposób zachowania przewagi konkurencyjnej lub zdobycia nowych pozycji na rynku widzą w najnowszych technologiach, jako obszar, który będzie najważniejszy w nadchodzącym roku wskazywali przede wszystkim opracowywanie nowych produktów (43 proc.) . Ten cel przewyższał popularność kwestii operacyjnych (38 proc.), marketingu i sprzedaży (36 proc.).

– Konkurencja to jedno z większych zmartwień szefów prywatnych firm. Połowa naszych respondentów uważa działania rywali za ryzyko co najmniej średnie, a niemal jedna piąta – za wysokie. Także w tym przypadku szczególnie wyczuleni są szefowie prywatnych firm z regionu Azji i Pacyfiku, ale we wszystkich badanych przez nas regionach liderzy zapewniali, że nie są bierni i przygotowują firmę na działania konkurencji. Najwięcej, bo 40 proc. naszych ankietowanych zabezpiecza się zmieniając model biznesowy – mówi Seweryn Dąbrowski. Ekspert dodaje, że aż ponad jedna piąta szefów firm odpowiedziała, że ich organizacja nie skupia się przesadnie na tego typu rozwiązaniach lub nie podejmuje żadnych działań, by je wykorzystać.

Wśród ambitnych planów na nadchodzący rok firmy wymieniają też fuzje i przejęcia. Odpowiedziało tak aż 40 proc. ankietowanych.

Stałe wartości

To, co wyróżnia firmy prywatne na globalnym rynku to dbałość o kulturę organizacyjną, która jest jednym z podstawowych aspektów zarządzania tego rodzaju firmą i która nie powinna zmieniać się w zależności od warunków rynkowych. W ankiecie Deloitte aż 77 proc. szefów prywatnych firm określiło kulturę organizacyjną jako istotny element strategii.

Tylko 14 proc. z nich odpowiedziało, że przewiduje w najbliższych miesiącach redukcję etatów. Ponad jedna trzecia (36 proc.) nie przewiduje zmian w zatrudnieniu, a aż 49 proc. planuje zatrudnienie dodatkowych pracowników pełnoetatowych.

To typowe dla prywatnych przedsiębiorstw. Inwestują w pracowników, zarówno w okresach prosperity, jak i w cięższych czasach. Weźmy na przykład Stany Zjednoczone, gdzie ponad 80 proc. średniej wielkości firm, głównie prywatnych, w wyjątkowo chudych latach 2007-2010 stworzyło ponad 2 mln nowych miejsc pracy. To jednak nie koniec. Rynek pracy w większości rozwiniętych krajów świata nadal jest trudny, dlatego firmy prywatne inwestują więc w szkolenia i rozwój, zapewniając pracownikom dostęp do niezbędnych kwalifikacji – mówi Tadeusz Dulian, doradca firm rodzinnych w Deloitte.

W badaniu firmy doradczej Deloitte liderzy prywatnych firm twierdzili, że w nadchodzącym roku będą inwestować w pracowników na różne sposoby. Najczęstszą odpowiedzią (43 proc.) były szkolenia, ale także wspomniane już zatrudnienie w pełnym wymiarze czasu pracy oraz kształcenie kadry kierowniczej

i rekrutacja. Ankietowani planują też opracowanie nowych strategii pozyskania talentów (41 proc), również po to, by zbudować i utrzymać wśród pracowników poczucie przynależności.

Charakterystyczna dla firm prywatnych odpowiedzialność społeczna nabiera jeszcze większej wagi. Ta koncepcja znalazła oddźwięk w większości firm we wszystkich trzech regionach. Według 18 proc. liderów prywatnych firm to na niej opiera się strategia firmy, a dla aż 47 proc. jest ona wysoko na liście priorytetów. 29 proc. przyznało natomiast, że co prawda posiadają programy społeczne, ale nie są one ani dobrze rozwinięte ani odpowiednio wspierane.

Ponad 60 proc. pracowników największych firm słyszało o PPK jako nowym systemie oszczędzania

Wdrożenie PPK w największych przedsiębiorstwach w Polsce nabrało rozpędu. Potwierdza to blisko połowa pracowników, którzy wzięli udział w drugiej odsłonie badania „PPK oczami Polaków” przygotowanego na zlecenie Nationale-Nederlanden. Wzrasta również ich świadomość na temat nowego systemu oszczędzania. W lipcu o programie słyszało sześciu na dziesięciu pracowników, czyli o 20 p.p. więcej niż na przełomie marca i kwietnia.

1 lipca firmy zatrudniające powyżej 250 osób zostały objęte obowiązkiem utworzenia Pracowniczych Planów Kapitałowych. Według drugiej edycji raportu ”PPK oczami Polaków”, wiedza pracowników na temat nowego systemu oszczędzania znacząco wzrosła. W lipcu br. o PPK słyszało już 62 proc. osób zatrudnionych w dużych firmach, czyli o 20 p.p. więcej niż na przełomie marca i kwietnia. Najbardziej zorientowaną w tym temacie grupę nadal stanowią osoby z wykształceniem wyższym (74 proc.). Jednak, odsetek respondentów, którzy słyszeli o PPK najbardziej wzrósł wśród mieszkańców wsi (z 37 proc. do 62 proc.).

Czy firmy są gotowe na PPK?

Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE
Grzegorz Chłopek, Prezes Zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Prawie połowa osób, które słyszały o Pracowniczych Planach Kapitałowych, potwierdza, że ich firmy przygotowują się do wprowadzenia programu. Wcześniej taką deklarację złożyło 34 proc. respondentów, czyli o 14 p.p. mniej niż obecnie. – Większa świadomość wśród pracowników nie jest zaskakująca. W ostatnich miesiącach dużą rolę odegrały kampanie informacyjne. Dzięki nim pracownicy nie tylko mogli usłyszeć o nowym rozwiązaniu, ale przede wszystkim poznać jego zasady – mówi Grzegorz Chłopek, prezes Nationale-Nederlanden PTE. – Pomimo że część pracy edukacyjnej zostało już wykonanej, nadal konieczne jest wyjaśnienie Polakom, jakie korzyści w perspektywie długoterminowej może przynieść im program – dodaje.

Zachęty i bariery

Jak wynika z badania, jedna trzecia pracowników dużych firm potwierdza, że chce oszczędzać w PPK. Co czwarty jeszcze nie podjął decyzji, z kolei 42 proc. badanych nie zdecyduje się na udział w programie. Do partycypacji w nim najbardziej zachęca dobrowolność. Fakt, że w każdej chwili można zrezygnować z oszczędzania, jest szczególnie ważny dla osób przed 30 rokiem życia (64 proc. wskazań). Zdaniem blisko 40 proc. ankietowanych dużym walorem programu jest prywatność zgromadzonego kapitału. Podobna grupa docenia to, że w ramach PPK otrzyma dopłaty nie tylko od pracodawcy, ale i państwa. Co piątego uczestnika do systemu przekonuje fakt, że plany kapitałowe w całości będą obsługiwane przez pracodawcę.

Raport „PPK oczami Polaków” skupia się również na obawach, które towarzyszą pracownikom. Do udziału w programie w największym stopniu zniechęca ryzyko zabrania pieniędzy przez państwo, tak jak było w przypadku OFE. Na taką wątpliwość wskazało aż 61 proc. ankietowanych, czyli o 5 p.p. więcej w stosunku do pierwszej fali badania. Wśród innych barier uczestnicy wymienili ryzyko inwestycyjne (39 proc.) oraz ograniczony dostęp do gromadzonych oszczędności przed 60 rokiem życia (26 proc.).

– Wydaje się, że zachodzące w ostatnim czasie zmiany w systemie emerytalnym, czyli przekształcenie OFE w IKE, w znaczący sposób wpływają na odczucia Polaków względem nowego systemu długoterminowego oszczędzania. Należy jednak z całą stanowczością podkreślić, że środki skumulowane w OFE mają charakter funduszy publicznych, podczas gdy pieniądze odłożone w PPK są prywatną własnością uczestników programu – zaznacza Grzegorz Chłopek. – Warto także na każdym kroku przypominać, że pracownicy będą mogli wypłacić swoje oszczędności w dowolnym momencie. Jeśli zrobią to przed ukończeniem 60 lat i nie jest to wypłata na cele mieszkaniowe lub związane z chorobą – świadomie rezygnują ze zwolnień podatkowych oraz dopłat z Funduszu Pracy. Żaden dotychczasowy program okołoemerytalny tego nie gwarantował  – podsumowuje.

Bezpieczeństwo wciąż kluczowym kryterium

Opinia Polaków co do cech, które musi posiadać instytucja finansowa nie uległa zmianie. Dla niemal połowy najważniejszy czynnik stanowi bezpieczeństwo gromadzonych środków. Innymi istotnymi cechami jest długoletnie doświadczenie firmy (40 proc.), jej wizerunek oraz stabilna pozycja rynkowa (35 proc.). W mniejszym stopniu respondenci  zwracają uwagę na specjalizację danej firmy w rozwiązaniach emerytalnych (21 proc.) oraz ich osobiste doświadczenie jako klientów (23 proc.).

Badanie zrealizowane zostało na zlecenie Nationale-Nederlanden przez Kantar Polska w dniach 03-09.07.2019 r. W ramach badania ilościowego przeprowadzono wywiady przy użyciu techniki CATI, na reprezentatywnej grupie dorosłych Polaków (n=500).

Amerykanie oszaleli na punkcie design thinking. Prawie 3/4 największych firm korzysta już z tej metody

Analitycy z Forrester Consulting sprawdzili, co duże, amerykańskie firmy myślą o design thinking. Metoda kreatywnego rozwiązywania problemów i tworzenia innowacji zdaje się być u szczytu popularności. 72 proc. przepytanych firm na własnej skórze sprawdziło jej możliwości, a aż 28 proc. zmieniło pod jej kątem kulturę organizacyjną.

Firma konsultingowa Forrester wzięła pod lupę 60 dużych, amerykańskich przedsiębiorstw, mocno zróżnicowanych pod kątem reprezentowanej branży, aby poznać ich postrzeganie metody design thinking. To opracowany w latach 90. sposób tworzenia innowacji i kreatywnego rozwiązywania problemów, który z roku na rok cieszy się coraz większą popularnością. Bierze się ona przede wszystkim z imponujących wyników – na rozwiązaniach opracowanych tą metodą firmy zarobiły miliardy dolarów.

Design thinking stawia użytkownika końcowego w centrum procesu projektowego, a rozwiązania powstają pod realne potrzeby odbiorców. To sposób myślenia i zbiór narzędzi, które właściwie wykorzystane pozwalają osiągać ponadprzeciętne rezultaty. W efekcie powstają rozwiązania maksymalnie użyteczne i zapewniające użytkownikowi unikalne doświadczenia – tłumaczy Alicja Bartkiewicz z firmy DT Makers, realizującej projekty design thinking dla banku Santander, Orange czy Roche.

Proces Design Thinking składa się z sześciu głównych etapów: empatia (spojrzenie z punktu widzenia użytkownika końcowego), diagnoza potrzeb (spojrzenie z wielu perspektyw), generowanie pomysłów, stworzenie prototypów i na koniec – testowanie oraz wdrożenie.

Badanie przeprowadzone przez Forrester Consulting potwierdziło popularność metody w dużych organizacjach. Aż 72 proc. respondentów przyznało, że ich zespoły – w większości lub wszystkie – miały styczność z design thinking. Co ciekawe, w przypadku 28 proc. przerodziła się ona w budowanie trwałej kultury firmy w oparciu o nowy styl pracy. Kolejne 25 proc. korzysta z metody, jednak nie zmieniła ona sposobu funkcjonowania ich organizacji. Tymczasem 22 proc. respondentów używa design thinking w ograniczony sposób w wybranych projektach.

Otwierasz lodówkę, a tam design thinking

Z raportu wynika, że spopularyzowana przez amerykańską firmę konsultingową IDEO filozofia kreatywnego rozwiązywania problemów przeżywa obecnie swój złoty wiek. 78 proc. uczestników badania przyznało, że w ciągu ostatnich dwóch lat penetracja design thinking w ich firmach uległa zwiększeniu. Prawie 30 proc. zanotowało znaczący progres w implementacji metody, podczas gdy zaledwie 7 proc. dostrzegła malejącą tendencję w jej wykorzystaniu.

Czemu firmy wdrażają myślenie projektowe? Forrester Consulting spytała o to objęte badaniem organizacje, identyfikując towarzyszące im cele biznesowe. Na pierwszym miejscu znalazła się satysfakcja klienta. Dążenie do jej zwiększenia jest powodem do korzystania z metody dla prawie 40 proc. respondentów. Tymczasem aż 32 proc. sięga po design thinking, aby lepiej identyfikować strategiczne możliwości biznesowe i nadawać im priorytety. Tyle samo wdraża tę filozofię działania, aby zredukować czas potrzebny do wypuszczenia produktów na rynek. 30 proc. natomiast, aby zwiększyć produktywność, a ponad 20 proc., aby zwiększyć sprzedaż i poprawić pracę zespołową. Pozostałe przyczyny to identyfikacja i eliminacja odpadów, zmniejszenie kosztów ogólnych i poprawa satysfakcji pracowników. Za każdą z nich opowiedziało się prawie 20 proc. respondentów.

Nie zawsze odbiorcą rozwiązań tworzonych przy pomocy design thinking jest klient. Gdy zespół projektowy pracuje np. nad usprawnieniem procesów wewnętrzne, będzie nim pracownik określonego działu. Z raportu dowiadujemy się również, w jakich obszarach swojej działalności firmy najchętniej używają z tej metody. Najwięcej, bo aż 58 proc., korzysta z myślenia projektowego do tworzenia strategii biznesowych. Do usprawniania procesów w działalności operacyjnej korzysta z niej 35 proc., a do wprowadzania zmian w organizacji i restrukturyzacji – 33 proc. Po 25 proc. korzysta z design thinking do tworzenia oprogramowania, produktów oraz do marketingu, a po około 20 proc. do optymalizacji doświadczenia użytkownika, sprzedaży i integracji z partnerami.

Według Alicji Bartkiewicz z DT Makers, myślenia projektowe cieszy się tak dużą popularnością z jednego, prostego powodu: posługiwanie się nim przynosi wymierne korzyści. – Postawienie człowieka w centrum uwagi na pierwszy rzut oka może wydawać się czymś mało opłacalnym. Łatwiej skupiać się na potrzebach firmy, które dają o sobie znać nieustannie. Dziki kapitalizm nauczył nas egoizmu, skupienia na własnych interesach. Tymczasem okazuje się, że empatia i wytrwałe dążenie do zaspokojenia potrzeb użytkownika końcowego, pozwala firmom zwiększyć konkurencyjność, poprawić wyniki finansowe i lepiej realizować cele organizacji. Ten rodzaj biznesowego altruizmu po prostu się opłaca – przekonuje Bartkiewicz.

Wewnętrzny ruch oporu

Wdrażanie nowych praktyk, a tym bardziej – zmiana myślenia, nie przychodzą łatwo. To prawda nie tylko w przypadku zespołów projektowych, lecz przede wszystkim, w przypadku organizacji dążących do zmiany wewnętrznej kultury. Dla ponad 30 proc. przebadanych firm największym problemem okazał się opór ze strony pracowników, przyzwyczajonych do własnych sposobów działania. Ponad 25 proc. narzeka na problemy ze współpracą w zespołach projektowych, a dla 21 proc. problemem okazały się wątpliwości pracowników co do skuteczności design thinking. Tyle samo wskazało na opór przywództwa firmy na proponowane zmiany. Po 20 proc. za problem uznało rozproszenie zespołów. Dla prawie 10 proc. respondentów przeszkodą stanowi postawa osób obsadzających wysokie stanowiska w organizacji, które kwestionują wartość inwestycji w implementację design thinking. – Nie da się wdrażać nowych metod zarządzania projektami od najniższych szczebli w organizacji. To CEO i osoby na najwyższych stanowiskach muszą nie tylko podjąć odpowiednie decyzje, lecz także przekazać pozostałym pracownikom nowy sposób myślenia. Zarazić ich nim i zmotywować – podkreśla Alicja Bartkiewicz. Jej zdaniem sporym problemem bywa również brak zaangażowania zespołów. – Gdy wszyscy czekają, aż wybije 16:00, aby jak najszybciej wydostać się z biura, to sygnał, że potrzebne są radykalne zmiany. Przy takim nastawieniu pracowników trudno wprowadzić jakąkolwiek nowość – podsumowuje ekspertka.

Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu

Co byś chciał robić w przyszłości? Na pewno nie to co teraz, odpowiada co trzeci przedsiębiorca. Najbardziej zniechęceni są przedstawiciele firm transportowych. 6 na 10 nie podjęłoby się ponownie uruchomienia firmy w tej branży. Kolejne miejsca w zestawieniu „drugi raz nie wszedłbym do tej samej rzeki”, zajęły handel i przemysł. Dość ma tu 3 na 10 przedsiębiorców. Najlepiej jest w usługach i budownictwie, ale i tu kolejny raz nie podjęłoby się działalności 2 na 10 – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor przez Instytut Keralla Research wśród mikro, małych i średnich firm.

Nie jest łatwo prowadzić biznes w Polsce. Na pytanie czy ponownie otworzyłbyś działalność gospodarczą w tej samej branży, jeden na trzech przedsiębiorców odpowiada, że nie. Co branża to inne powody większych czy mniejszych kłopotów. Biorąc pod uwagę całą gospodarkę, listę barier otwiera brak wykwalifikowanych pracowników. Nie ma właściwie branży, której problem ten by nie dotyczył i to na dużą skalę. Dalej jest sezonowość działania, a następnie opóźnienia w regulowaniu należności przez kontrahentów oraz kapitałochłonność, niskie marże i przeregulowanie przepisami – wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Keralla Research wśród mikro, małych i średnich firm, na zlecenie Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu

Charakterystyczne jest, że transportowi, gdzie zniechęcenie do dotychczasowej działalności jest rekordowe, najbardziej dokuczają opóźnienia płatności od odbiorców usług. Mówi o nich 59 proc. przedsiębiorstw transportowych. – To poważne ostrzeżenie dla innych firm, uświadamiające jak niesolidni kontrahenci potrafią dać się we znaki. Jednocześnie najlepszy przykład na to, że samo zdobycie kontraktu nie przesądza o sukcesie. Konieczny jest jeszcze wpływ na konto za dostarczone usługi czy towary – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. W połączeniu z niskimi marżami, na które transport wraz z handlem skarżą się najczęściej oraz przeregulowaniem przepisami, który również dokucza transportowi, a jeszcze bardziej budownictwu, powstaje splot wyjątkowo trudnych warunków działania. Inne powody kłopotów firm transportowych to brak profesjonalnych pracowników i kapitałochłonność, czyli podobne jak w pozostałych branżach: handlu, przemyśle, usługach i budownictwie, którym dodatkowo mocno dokucza też sezonowość. Dla przemysłu i usług charakterystyczne jest też obciążenie wymogiem nieustannych innowacji.

– Jest wiele obszarów, na które nie mamy wpływu, dlatego tym bardziej tam, gdzie możemy, powinniśmy zrobić wszystko, aby obniżyć ryzyko działania. Np. dobierając partnerów biznesowych pod kątem wiarygodności finansowej i uczciwości. Narzędziem, do oceny ich solidności płatniczej jest Raport o Kontrahencie z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. W minionym półroczu firmy o innych firmach pobrały ok. 1,3 mln tego typu raportów. Za zgodą weryfikowanego podmiotu można dowiedzieć się też, jak radzi sobie ze spłatą kredytów. Jeśli na koncie sprawdzanego przedsiębiorstwa znajdują się wpisy o zaległościach, to jest to znak ostrzegawczy, którego nie należy ignorować. Obecnie w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor zgłoszonych jest ponad 243,5 tys. firm posiadających 372 tys. różnego rodzaju zaległości na łączną kwotę niemal 6,5 mld zł.

Co trzeci przedsiębiorca ma dość swojej branży – szczególnie transportu i handlu 2
*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”, przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, kwiecień 2019 r.

– Nie można też przechodzić do porządku dziennego, gdy pojawią się opóźnienia w płatnościach od kontrahentów, z którymi współpracujemy – radzi Sławomir Grzelczak. Zamiast biernie czekać trzeba upominać się o pieniądze. Praktyka pokazuje bowiem, że przeciąganie płatności przez kontrahenta do ponad 30 dni w 9 na 10 przypadków wydłuża się do ponad 60 dni i kończy się dla wierzycieli stratą. Ostatecznie całości pieniędzy nie dostają aż dwa na trzy przedsiębiorstwa. Co robić? Jednym ze sposobów zabiegania o zapłatę jest np. wysłanie pisma informującego o zamiarze wpisu na listę dłużników Biura Informacji Gospodarczej, w imieniu wierzyciela może to również zrobić BIG. W wielu przypadkach nie dochodzi do zgłoszenia dłużnika do rejestru, bo w trosce o swoją reputację, decyduje się on wcześniej uregulować zobowiązanie.

Prostej – czyli jakiej pracy szukają Ukraińcy?

Prawie 50 proc. Ukraińców, szukających pracy w Polsce, chce by była ona prosta. Kandydaci tej narodowości deklarują, że najbardziej interesują ich stanowiska w fabrykach, zakładach produkcyjnych, magazynach, prace przy pakowaniu, sortowaniu, na taśmach produkcyjnych, a także ochrona osób i mienia oraz obsługa serwisowa.

Ukraińcy podejmujący decyzję o przyjeździe do Polski nadal wybierają nasz kraj w celach zarobkowych, a nie turystycznych. Zdecydowana większość – niemal 94 proc. zamierza przenieść się nad Wisłę po to by znaleźć tu pracę wynika z najnowszej edycji badania przeprowadzonego przez Pracodawców Pomorza we współpracy z Grupą Progres, na zlecenie Gdańskiego Urzędu Pracy.

Magazyn, inżynieria, przemysł, logistyka

Kandydaci ze Wschodu najczęściej myślą o pracy prostej, która nie będzie wymagała od nich kwalifikacji uniemożliwiających jej podjęcie. Największym zainteresowaniem wśród nich cieszą się stanowiska w branży produkcyjnej, magazynowej i technicznej, w których zajęcia szuka 50 proc. Ukraińców.

– Popularność prostej pracy wśród Ukraińców wynika z kilku czynników. Przede wszystkim liczba ofert dotyczących rekrutacji na stanowiska niewymagające dodatkowych kwalifikacji jest bardzo duża, a to siłą rzeczy przekłada się też na wysoką liczbę zainteresowanych nimi kandydatów. Co więcej, taką pracę można dostać szybciej i łatwiej – liczy się przede wszystkim chęć podjęcia zatrudnienia oraz zaangażowanie – mówi Cezary Maciołek, Wiceprezes Grupy Progres. ­– Z naszych doświadczeń wynika, że obywatele Ukrainy pierwszą, prostą pracę traktują często jako chwilowe zajęcie, które umożliwi im start w Polsce. Po przyjeździe do naszego kraju robią rekonesans, weryfikują oferty pracy i jeśli uznają, że obecne zajęcie im nie odpowiada podejmują dalsze decyzje np. szukają nowego pracodawcy oraz bardziej wykwalifikowanych stanowisk – podkreśla Cezary Maciołek.

Niemal 18 proc. ankietowanych kandydatów z Ukrainy poszukuje zatrudnienia w sektorze budowlanym i przemysłowym w specjalnościach takich jak: blacharze, monterzy, operatorzy maszyn i koparek, wózków widłowych, obrabiarek CNC, spawacze, ślusarze, mechanicy samochodowi. 11 proc. badanych szuka pracy inżynieryjnej – informatyka, grafika komputerowa, tworzenie stron www oraz telekomunikacja.

Zainteresowaniem wśród respondentów cieszą się też zawody związane z transportem i logistyką. Prawie 9 proc. badanych szuka w Polsce pracy jako kierowca (kat. C+E), dostawca lub spedytor. Na kolejnym miejscu (ponad 5 proc. badanych) znajdują się prace w branży hotelarskiej i gastronomicznej tj. recepcjoniści, pokojówki, personel pomocniczy, kucharze, kelnerzy, pomoce kuchenne oraz obsługa cateringowa.

Mało popularna sprzedaż, prace biurowe, branża medyczna

Małym zainteresowaniem wśród Ukraińców cieszą się stanowiska pracy w sektorze sprzedaży. Niecałe 5 proc. szuka w Polsce ofert zatrudnienia jako sprzedawca usług bankowych i ubezpieczeniowych, pracownik sieci sklepów i obsługi klienta oraz kasjer. Najmniej ankietowanych pracowników ze Wschodu poszukuje prac biurowych w administracji czy banku (ponad 1 proc.), a jedyne 0,5 proc. badanych chce zarabiać w branży medycznej jako stomatolog, pielęgniarka czy opiekun osób starszych.

– Niskie zainteresowanie pracą w sektorze sprzedaży, administracji czy branży medycznej, które wykazują obywatele Ukrainy może wynikać m.in. z nadal istniejącej bariery językowej. Na stanowiskach wymagających np. ciągłego kontaktu z klientem niezbędna jest przynajmniej dobra znajomość języka polskiego. Niestety wielu cudzoziemców z Ukrainy zna jedynie jego podstawy i nawet jeśli posiada odpowiednie kwalifikacje nie może podjąć pracy na stanowiskach, w których komunikacja w języku polskim jest podstawowym wymogiem – zaznacza Cezary Maciołek. – Potwierdzają to wyniki badania przeprowadzonego na zlecenie Gdańskiego Urzędu Pracy – ponad 67 proc. Ukraińców zadeklarowało, że nie zna języka polskiego. Niemal 30 proc. zna go w stopniu umożliwiającym komunikację, a jedynie 3 proc. posługuje się nim biegle – podsumowuje Cezary Maciołek.

Badanie zlecone przez Gdański Urząd Pracy przeprowadzili Pracodawcy Pomorza w partnerstwie z Grupą Progres. Zbadano 1 367 respondentów – obywateli Ukrainy w wieku produkcyjnym.

Dzień Długu Ekologicznego

Właśnie dziś, 29 lipca, przypada Dzień Długu Ekologicznego i po raz kolejny pobiliśmy rekord. Na zużycie zasobów Ziemi, na których odtworzenie nasza planeta potrzebuje całego roku, wystarczyło nam niecałe 7 miesięcy. Oznacza to tyle, że by zaspokoić nasz apetyt potrzebujemy już 1,75 planety.

Konsumpcja ponad miarę

Jeszcze 50 lat temu planeta dawała radę zaspokajać nasze potrzeby (patrz grafika) – w 1970-tym roku Dzień Długu Ekologicznego przypadał dwa dni przed Nowym Rokiem. Biosfera zaopatrywała nas w czyste powietrze potrzebne do oddychania, glebę, potrzebną do produkcji żywności, czystą wodę potrzebną do życia, a lasy pochłaniały dodatkowe gazy cieplarniane emitowane przez człowieka. Od tego czasu liczba ludności wzrosła ponad dwukrotnie, światowa gospodarka ponad 4-krotnie. Zasoby Ziemi przestały nam wystarczać, a klimat uległ tak poważnym zmianom, że zagroziło to naszemu gatunkowi. Życie na kredyt oznacza emisję większej ilości gazów niż Ziemia może wchłonąć, postępujące wylesianie, przełowienie, erozję gleby i utratę różnorodności biologicznej. Dominującym składnikiem naszego śladu ekologicznego (60%) jest dwutlenek węgla, który pochodzi ze spalania paliw kopalnych.

Żegnaj lodowcu na Islandii

Zaledwie kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że jeden z wielkich lodowców na Islandii stopił się, co było naturalną konsekwencją rosnących rok po roku temperatur na Ziemi. Europa Zachodnia smaży się w upale, a w Polsce odnotowaliśmy rekordowo gorący czerwiec. Ilość anomalii pogodowych i ekstremalnych zdarzeń pogodowych w ciągu ostatnich lat wzrosła na tyle, że zaczęliśmy się do nich … przyzwyczajać. Dowiedzieliśmy się, że do końca stulecia 2/3 Hiszpanii zamieni się w pustynię, a duże obszary Afryki, w efekcie rosnących temperatur przestaną nadawać się do życia. Raport ONZ-u przygotowany przez naukowców z całego świata ostrzegł nas, że jeżeli do 2030 roku nie obniżymy emisji gazów cieplarnianych o połowę czeka nas klimatyczna katastrofa. Nie trzeba czekać jednak 11 lat, konsekwencje ponosimy już dziś. Ekstremalne zjawiska pogodowe kosztowały UE 450 mld euro od 1980 roku, każdego roku zanieczyszczone powietrze odpowiada za 430 tysięcy przedwczesnych zgonów. Jak mówi Marta Anczewska z WWF Polska „W Polsce statystyki są jeszcze gorsze. Każdego roku z powodu smogu tracimy małe miasteczko, bo przedwcześnie umiera 50 tysięcy ludzi, a na 50 najbardziej zanieczyszczonych pyłami PM10 oraz PM2.5 miast w Europie 36 jest w naszym kraju”.

To jednak my…

Emisja gazów cieplarnianych to konsekwencja rosnącej konsumpcji. Chcemy więcej mieć, lepiej mieszkać, jeść, częściej podróżować po świecie. W efekcie im bogatsze społeczeństwo tym ślad ekologiczny jego mieszkańców jest większy. Choć rekordzistami w zużywaniu zasobów planety i emisji gazów cieplarnianych są mieszkańcy Kataru i Luksemburga (dla nich dzień długu przypada już w lutym), a gonią ich mieszkańcy USA czy Kanady (dla nich dzień długu w połowie marca), kraje członkowskie UE też nie mają powodów do samozadowolenia. W tym roku europejski Dzień Długu Ekologicznego wypadł 10.maja. Jeśli każdy mieszkaniec Ziemi chciałby żyć jak przeciętny mieszkaniec UE to potrzebowalibyśmy 2,8 planety do zaspokojenie naszych potrzeb. Kraje UE zużywają aż jedną piątą zasobów Ziemi mimo, że stanowią tylko 7% globalnej populacji. “Ponieważ zasoby Ziemi są skończone musimy nie tylko ograniczać konsumpcję, musimy pójść krok dalej i nauczyć się każdy odpad traktować jak surowiec” mówi Ewa Chodkiewicz z WWF Polska’

Tracimy kolejne gatunki

Człowiek konsumując ponad miarę zagroził nie tylko sobie, ale i zwierzętom. Jak pokazał raport Living Planet Report, od 1970 roku w wyniku utraty siedlisk, polowań, degradacji środowiska i zmiany klimatu straciliśmy 60% populacji kręgowców. Zostawiliśmy zwierzętom tylko 25% powierzchni lądów, a jeżeli ten trend się utrzyma w 2050 roku zostawimy im zaledwie 10%, dla wielu gatunków będzie oznaczać to wyrok śmierci. Tempo wymierania gatunków jest tak szybkie, że mówi się już o szóstym masowym wymieraniu, pierwszym z powodu działalności człowieka. Jak się nie opamiętamy świat z jaki znamy, z całym swym bogactwem przyrody zniknie…

Jak oblicza się dług

Ślad ekologiczny ludzkości, to miara wpływu człowieka na środowisko naturalne (wskaźnik ten mówi o tym ile zasobów naturalnych z lądu i wody ludzie potrzebują, by zaspokoić swoje potrzeby oraz ile potrzebuje natura, żeby zaabsorbować wyprodukowany przez nas dwutlenek węgla). Dzień długu ekologicznego wylicza organizacja Global Footpring Network dzieląc ogół zasobów naturalnych biosfery przez światowy ślad ekologiczny, a następnie mnożąc przez liczbę dni w roku. Bierze się więc pod uwagę szereg aspektów takich jak zużycie paliw kopalnych, wody, gleby, emisję dwutlenku węgla, liczbę złowionych ryb.

Otoczeni najnowszą technologią, nadal zależymy od przyrody, czy nam się to podoba czy nie.

Katarzyna Karpa-Świderek

„Mój prąd” – nowy program Ministerstwa Energii dofinansuje panele słoneczne Polaków

Ministerstwo Energii, przy współpracy z Ministerstwem Środowiska, ogłosiło parę dni temu rozpoczęcie programu „Mój prąd”. To inicjatywa skierowana do właścicieli gospodarstw domowych, którzy chcieliby zainstalować na swoim dachu panele fotowoltaiczne. Celem programu jest zwiększenie liczby mikroźródeł energii, z których korzystać będą polskie gospodarstwa domowe. Dofinansowanie może pokryć nawet 50% kosztów kupna i instalacji urządzeń – nie może jednak przekroczyć kwoty 5 tysięcy złotych. Eksperci przyznają, że jest to niewielka suma – jednak dla osób fizycznych, chcących zapewnić produkcję prądu dla jednego domu, może być znacząca. Szczególnie, że za instalacją paneli fotowoltaicznych nie przemawiają tylko względy ekologiczne. Coraz więcej osób inwestuje w fotowoltaikę, mając na uwadze swój domowy budżet.

– To, że mamy panele na dachu, może być dla nas dużą oszczędnością. Rachunki za energię elektryczną mogą drastycznie spaść – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny portalu BiznesAlert. – Ma to duży efekt ekologiczny. Dochodzi do mniejszej emisji CO2 – bo mniej spalamy węgla, żeby dostarczyć energię do polskich domów.Korzystnym efektem jest odpinanie od sieci kolejnych elementów i kolejnych wytwórców energii, którzy stają się niezależni od dużych elektrowni. Dzięki temu mamy coraz bardziej rozproszoną energetykę, która jest mniej wrażliwa na zakłócenia i blackouty – wskazuje Jakóbik.

Liczba wypadków spada, ale przybywa ofiar śmiertelnych. W tym roku na polskich drogach zginęło już 1,5 tys. osób

Liczba wypadków spada, ale przybywa ofiar śmiertelnych. W tym roku na polskich drogach zginęło już 1,5 tys. osób 8

Choć liczba wypadków drogowych spada to równocześnie rośnie liczba ofiar śmiertelnych na polskich drogach. W tym roku Komenda Główna Policji częściej niż w ubiegłym zatrzymuje kierujących pod wpływem alkoholu i przekraczających dozwoloną prędkość w obszarze zabudowanym. Eksperci podkreślają, że niezbędne są odpowiednia infrastruktura, egzekwowanie przepisów oraz edukacja samych kierowców, którzy muszą rozumieć, że bezpieczeństwo w ruchu drogowym zależy przede wszystkim od nich samych. Wszyscy, którzy mają pomysł, jak skłonić ich do zdjęcia nogi z gazu, mogą wystartować w konkursie DHL Polska, w którym główną nagrodą jest grant w wysokości 50 tys. zł.

– Od początku tego roku na polskich drogach doszło już do ponad 15 tys. wypadków drogowych, w których zginęło prawie 1,5 tys. osób, a ponad 18 tys. zostało rannych. Porównując to do analogicznego okresu roku ubiegłego, statystyki są lepsze pod względem liczy wypadków i rannych, których jest dużo mniej. Natomiast liczba osób, które poniosły śmierć w wypadkach drogowych, jest większa niż rok temu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes podinsp. Radosław Kobryś z Biura Ruchu Drogowego Komendy Głównej Policji.

Podobny trend, czyli zmniejszenie liczby wypadków i rannych przy jednoczesnym wzroście liczby osób zabitych, był zauważalny również w ubiegłorocznych statystykach KGP. W 2018 roku zgłoszono policji 31,7 tys. wypadków drogowych, z czego ponad 2,6 tys. ze skutkiem śmiertelnym. To oznacza, że w prawie co dwunastym wypadku zginął przynajmniej jeden człowiek. W sumie w ubiegłorocznych wypadkach zginęły 2 862 osoby, z których 67 proc. na miejscu.

– Przyczyną jest nadmierna prędkość, brawura i pewność siebie, która przeradza się w tragedię – mówi podinsp. Radosław Kobryś.

Najwięcej wypadków drogowych ma miejsce w relatywnie dobrych warunkach atmosferycznych i przy dobrej widoczności. Wtedy kierowcy czują większy komfort jazdy i rozwijają większe prędkości. W tym roku niepokojącym trendem jest też wzrost liczby kierowców nietrzeźwych, którzy prowadzą pod wpływem alkoholu.

– Od dekady obserwowaliśmy coraz mniej takich sytuacji, kiedy zatrzymywaliśmy kierowców jadących na tzw. podwójnym gazie. Niestety w tym roku mamy już ponad 60 tys. przypadków i to jest wzrost powyżej 5 proc. w stosunku do ubiegłego roku – mówi podinsp. Radosław Kobryś.

Jak informuje, w tym roku policja odnotowała również o wiele więcej przypadków przekroczenia prędkości w obszarze zabudowanym powyżej 50 km/h, co wiąże się z zatrzymaniem prawa jazdy na 3 miesiące. Takich sytuacji było już ponad 25 tys., czyli o połowę więcej niż przed rokiem.

– Roczny koszt wypadków drogowych w Polsce to 52 mld zł. Te koszty rosną, ponieważ mamy coraz nowsze i droższe samochody, pojawiają się auta hybrydowe i elektryczne. Koszt obsługi wypadków drogowych po stronie policji i straży pożarnej, a także koszt ubezpieczenia tych pojazdów jest droższy. W związku z tym kwota rośnie, pomimo spadku liczy wypadków. Dlatego wszyscy powinniśmy być zainteresowani obniżeniem tych statystyk, bo wtedy spadnie też koszt wypadków, ubezpieczenia i obsługi ubezpieczenia, opieki szpitalnej czy rehabilitacji – wylicza Adam Sobieraj, prezes Fundacji Drogi Mazowsza.

Jak podkreśla, filarem bezpieczeństwa na drogach są trzy elementy: dobra infrastruktura, policja, która wyegzekwuje przepisy ruchu drogowego, oraz edukacja kierowców, którzy muszą rozumieć, że bezpieczeństwo w ruchu drogowym zależy przede wszystkim od nich samych.

– Każdy uczestniczy w ruchu drogowym, nawet będąc pieszym i wychodząc na chodnik czy wsiadając na rower. Jeżeli nie wyedukujemy ludzi, dlaczego mają się zatrzymać na czerwonym świetle, dlaczego muszą zareagować na żółte światło czy zwolnić przed przejściem dla pieszych, nie osiągniemy sukcesu na miarę Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Francji. Francuzi jako pierwsi policzyli koszt wypadków drogowych i stwierdzili, że ich na to nie stać – podkreśla Adam Sobieraj.

– Musimy przede wszystkim zmienić swoją mentalność i pamiętać, że na drodze mamy być partnerami dla innych, a nie egoistami. Na drodze nie ma słowa „ja”. Chodzi tu szczególnie o tych kierujących, którzy myślą, że są najlepsi, mają najlepszy wzrok, słuch i refleks. Trzeba pamiętać, że na drodze są też inni uczestnicy ruchu drogowego, którzy może nie są tak sprytni i sprawni, ale też mają prawo korzystać z drogi publicznej – dodaje podinsp. Radosław Kobryś.

Wszyscy, którzy mają pomysł na to, jak poprawić bezpieczeństwo ruchu drogowego, skłonić kierowców do zdjęcia nogi z gazu albo przysłużyć się pieszym i rowerzystom, mogą zgłosić się do konkursu „Bezpiecznie z DHL”, w którym nagrodą jest grant w wysokości 50 tys. zł na realizację zwycięskiego pomysłu. Celem konkursu jest promowanie projektów na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego i zmniejszenia liczby ofiar wypadków drogowych w Polsce.

– Do udziału zapraszamy organizacje pozarządowe, stowarzyszenia, fundacje, uczelnie oraz firmy. Zakres tematyczny konkursu jest bardzo szeroki, więc zgłosić może się każdy. Proponowane działania mogą dotyczyć kierowców, motocyklistów, rowerzystów, mogą też być skierowane do seniorów bądź dzieci – mówi Magdalena Bugajło, dyrektor ds. komunikacji i PR w DHL Parcel Polska.

Poza spełnieniem podstawowych kryteriów, związanych z celem konkursu, najwyżej oceniane będą projekty innowacyjne oraz te, które zakładają wykorzystanie nowych technologii. Projekty można zgłaszać do 26 września br.

– Każdego dnia na polskie drogi wyjeżdża około 3,5 tys. naszych kurierów oraz około 1 tys. kierowców transportu liniowego. To sprawia, że czujemy się odpowiedzialni za poprawę bezpieczeństwa w ruchu drogowym oraz jego użytkowników. Wspieramy bezpieczeństwo drogowe od wielu lat jako partner akcji „Bezpieczny przejazd”, która ma na celu poprawę bezpieczeństwa w obrębie przejazdów kolejowych. Aktywnie prowadzimy też szkolenia naszych kurierów w zakresie prawidłowego zachowania i udzielania pierwszej pomocy. Nie są to szkolenia obowiązkowe, ale chętnych nie brakuje. W tym roku udział w nich wzięła już setka kurierów, kolejną edycję mamy przewidzianą na wrzesień – mówi Magdalena Bugajło.

Kwestie klimatyczne i budowanie pozycji UE w świecie wśród najważniejszych zadań nowej KE. Rola Polski może być istotniejsza niż w poprzedniej kadencji

Kwestie klimatyczne i budowanie pozycji UE w świecie wśród najważniejszych zadań nowej KE. Rola Polski może być istotniejsza niż w poprzedniej kadencji 9

Polityka wobec Chin, Rosji i USA, kwestie klimatyczne i wspólna polityka obronności będą jednymi z kluczowych wyzwań dla nowo wybranych władz UE – ocenia Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy. Główny problem stanowi dziś jednak brak jedności i wspólnego głosu państw członkowskich w sprawach kluczowych, dlatego najtrudniejsze może okazać się wypracowanie kompromisu i niwelowanie podziałów w ramach UE. Wyzwania stojące przed dzisiejszą zjednoczoną Europą będą jednym z tematów, który zdominuje dyskusję podczas XXIX Forum Ekonomicznego w Krynicy. W najważniejszym spotkaniu politycznych i ekonomicznych elit regionu CEE, które odbędzie się w dniach 3–5 września, udział zapowiedziało już blisko 5 tys. gości z 60 państw.

Po raz pierwszy odpowiedzialność za bieg spraw europejskich bierze na siebie przedstawiciel najsilniejszego, najbardziej wpływowego kraju w Europie. To istotnie zmieni charakter dyskusji między strukturami europejskimi a państwami narodowymi. Na Niemcach spoczywa dziś większa odpowiedzialność i to zmusza je do poszukiwania rozwiązań nawet w najtrudniejszych sytuacjach. Oznacza to również, że – chcemy czy nie – będziemy znacznie istotniejszym niż do tej pory partnerem w poszukiwaniu tych rozwiązań – mówi agencji Newseria Biznes Zygmunt Berdychowski, przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Jak ocenia, jednym z głównych problemów dla nowo wybranych władz UE będzie kształtowanie polityki wobec Chin, Rosji i Stanów Zjednoczonych oraz innymi ważnymi partnerami zjednoczonej Europy.

– Wyzwaniem będzie też udzielenie wreszcie odpowiedzi na fundamentalne pytanie „tak czy nie?” dla wspólnych sił zbrojnych i próba wprowadzenia wspólnej polityki zagranicznej. Przecież Europejczycy nie mają wspólnego stanowiska wobec konfliktu bliskowschodniego czy konfliktu w Zatoce Perskiej. Brakuje też wspólnego stanowiska wobec wielu wielkich wyzwań, które widać dzisiaj w Azji czy na Dalekim Wschodzie. Europejczycy muszą zrobić jeszcze dużo, żeby ten mechanizm konsultowania, koordynowania, tworzenia nowej jakości rzeczywiście zafunkcjonował – mówi Zygmunt Berdychowski.

W połowie lipca na najważniejsze unijne stanowisko – nową szefową Komisji Europejskiej – została wybrana dotychczasowa minister obrony Niemiec Ursula von der Leyen. Premier Mateusz Morawiecki ocenił, że jej wygrana „daje nadzieję na nowe otwarcie w UE”. Jeszcze jako minister von der Leyen opowiadała się za koniecznością reformy i wzmocnienia wspólnej, europejskiej polityki obronnej w koordynacji ze strategią i działaniami NATO. Ten element jej agendy pokrywa się też z polityką polskiego rządu, ale – jak zauważa ekspert – może okazać się trudny w realizacji.

Trudno jest mówić o tym, żeby budować wspólne siły zbrojne wtedy, kiedy większość naszych partnerów w Pakcie Północnoatlantyckim nie jest gotowa wydawać na obronność nawet 2 proc. swojego PKB. A przecież to wyzwanie oznacza, że trzeba będzie wydawać nie 2, ale 3–4, a nawet 5 proc. PKB, żeby stworzyć te europejskie siły zbrojne – mówi Zygmunt Berdychowski.

Jak ocenia, bez wspólnych sił zbrojnych trudno też mówić o federalizacji Europy, zwłaszcza że na ten moment UE ma do rozwiązania wiele innych, istotnych problemów, wśród których na pierwszy plan wysuwa się m.in. brexit.

Dzisiaj na pewno wizja federalnej Europy zdecydowanie się oddala – mówi Zygmunt Berdychowski. – Proces federalizacji jest możliwy tylko i wyłącznie wtedy, kiedy tego rodzaju wspólnotę próbuje budować wiele podmiotów, które są na podobnym poziomie rozwoju cywilizacyjnego, kulturowego i gospodarczego. Mając do czynienia z tak głębokim brakiem równowagi we wszystkich tych obszarach, trudno jest mówić o tym, żeby współtworzyć tego rodzaju jednolitą całość w UE.

Jednym z kluczowych punktów agendy będzie polityka klimatyczna, która dla Polski wiąże się z gigantycznymi kosztami przestawienia tradycyjnej energetyki na odnawialną.

Jeżeli chcemy formułować bardzo ambitne cele klimatyczne, to UE musi nam w tym pomóc, dofinansować część inwestycji, które są niezbędne w tym zakresie. Nie jesteśmy w stanie równolegle modernizować infrastruktury komunikacyjnej, przestawiać gospodarki na tory innowacyjności, bo to jest po prostu niemożliwe i bardzo dużo kosztuje. Te procesy muszą być rozpisane na wiele lat i dzisiaj te kwestie będą w głównej mierze częścią agendy UE – mówi Zygmunt Berdychowski.

Obok obronności, spraw zagranicznych czy polityki klimatycznej, wielkim wyzwaniem dla zjednoczonej Europy będzie niwelowanie narastających różnic i podziałów w ramach UE. Państwom członkowskim brak wspólnego głosu, mają rozbieżne stanowiska w wielu sprawach kluczowych, dotyczących chociażby migracji.

Sprawa pracowników delegowanych pokazała, że nie tylko najważniejsze kraje w Europie próbują bronić swoich interesów. Tak samo aktywne i zdeterminowane są kraje Europy Środkowej. Widać to chociażby po rozmowach dotyczących budżetu czy układu z Ameryką Południową. Każdy rok przynosi coraz więcej wyzwań, na które musimy przygotować wspólną odpowiedź. To jest trudne, ale równie trudno jest mi sobie jest wyobrazić sytuację, w której polski rząd przechodzi do porządku dziennego nad układem o wolnym handlu z Ameryką Południową. Jest to dla nas tak wielkie wyzwanie, że na pewno w tej sprawie Polacy muszą bronić swoich interesów – podkreśla Zygmunt Berdychowski.

Wyzwania, które stoją przed dzisiejszą zjednoczoną Europą, będą jednym z tematów, który zdominują dyskusję podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy. Konferencja odbędzie się w dniach 3-5 września. Hasło przewodnie XXIX edycji Forum to „Europa jutra. Silna, czyli jaka?”

To jest pytanie, na które jako Europejczycy ciągle próbujemy udzielić odpowiedzi. Europa silna oznacza poszukiwanie kompromisu, który ma pogodzić wszystkich Europejczyków, kiedy mówią o tym, co dla nich jest ważne, kiedy zabiegają o swoje sprawy – mówi Zygmunt Berdychowski.

Forum Ekonomiczne w Krynicy to największa i najbardziej prestiżowa konferencja w Europie Środkowo-Wschodniej, która przyciąga co roku kilka tysięcy gości z Europy, Azji i USA – ministrów, szefów rządów, parlamentarzystów z krajów regionu CEE, prezesów największych spółek, wybitnych ekspertów i ekonomistów, przedstawicieli biznesu, świata nauki i mediów.

Program tegorocznego Forum obejmuje osiem sesji planarnych, a także około 300 dyskusji panelowych w ramach kilku ścieżek tematycznych. Może paść kolejny rekord frekwencji – udział w wydarzeniu zapowiedziało blisko 5 tys. gości, z których ponad 40 proc. pochodzi z zagranicy. Obecność na XXIX Forum w Krynicy zapowiedzieli m.in. minister infrastruktury RP Andrzej Adamczyk, Petr Koblic, prezes Giełdy Papierów Wartościowych w Pradze, przewodniczący rady Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych oraz Tanja Miščević, szefowa zespołu negocjacyjnego ds. przystąpienia Republiki Serbii do UE. Z potwierdzeniem najważniejszych gości, a więc prezydentów i premierów, organizatorzy jeszcze spokojnie czekają.

Chcemy, żeby Forum Ekonomiczne w 2019 roku było wydarzeniem wyjątkowym. Propozycje tematyczne będą bardzo różne – od dedykowanych bezpieczeństwu, polityce, poprzez kulturę, sport, aż po zagadnienia z zakresu cyberprzestrzeni czy spraw międzynarodowych. Jestem przekonany, że w tej ogromnej liczbie tematów znajdzie się wiele interesujących, ale i specyficznych, co wszystkim, którzy przyjeżdżają do Krynicy, da poczucie, że jest to warte odwiedzenia miejsce – mówi przewodniczący Rady Programowej Forum Ekonomicznego w Krynicy.

Resort rolnictwa będzie odgórnie wyznaczać ceny skupu owoców i warzyw. W ten sposób chce wzmocnić pozycję rolników

Resort rolnictwa będzie odgórnie wyznaczać ceny skupu owoców i warzyw. W ten sposób chce wzmocnić pozycję rolników 10

Dwa razy do roku Ministerstwo Rolnictwa będzie ogłaszać ceny referencyjne dla wybranych grup owoców, warzyw  i produktów rolnych. Skupowanie ich poniżej cen ustalonych przez resort będzie prawnie zabronione, pod groźbą kary finansowej do 3 proc. obrotów – zakłada projekt nowelizacji ustawy o przewadze kontraktowej. Na początku lipca przyjęła go Rada Ministrów, teraz zajmie się nim Sejm. Zmiana ma przede wszystkim wzmocnić pozycję rolników i ustabilizować rynek rolny.

– Jednym z głównych problemów polskich rolników i sadowników jest niestabilność tego rynku. Nie wiedzą, komu będą sprzedawać, ponieważ nie było do tej pory pisemnych umów. Drugi problem to kwestia cen – i stąd prace Rady Ministrów nad wprowadzeniem cen referencyjnych na niestabilnych dotąd rynkach, gdzie rolnicy nie wiedzieli nawet, czy będą mogli sprzedać po cenie, która pokryje im koszty produkcji. Dotąd – kiedy pojawiał się urodzaj – ceny bardzo spadały i nie było punktu odniesienia. Dzięki cenom referencyjnym będziemy mogli interweniować – mówi Marek agencji Newseria Biznes Niechciał, prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Jak zauważa, w lipcu minęły dwa lata od wejścia w życie ustawy o przewadze kontraktowej, która pozwala lepiej chronić interesy rolników. Na jej podstawie UOKiK może interweniować wobec podmiotów, które są monopolistami na rynku albo mają przewagę kontraktową wobec swoich dostawców.

Mamy już pierwsze decyzje, które m.in. wymusiły na dużych koncernach międzynarodowych, żeby traktowali polskich rolników tak jak rolników niemieckich. Dotyczy to dużego podmiotu skupującego buraki cukrowe czy producenta cukru – mówi Marek Niechciał.

Już na początku widzieliśmy – w reakcji na samo wprowadzenie tej ustawy – poprawę zachowania przedsiębiorców skupujących produkty rolne i spożywcze. Zdyscyplinowali się, nie stosują już takich praktyk jak dodatkowe opłaty czy zbyt długie terminy płatności – dodaje Jacek Marczak, zastępca dyrektora delegatury UOKiK w Bydgoszczy.

UOKiK prowadzi w tej chwili kilka postępowań związanych z przewagą kontraktową, cztery z nich zakończyły się już polubownymi rozstrzygnięciami. Jedna z ostatnich decyzji dotyczy spółki Real SA, dużego producenta soków i mrożonek.

Podmiot ten stosował bardzo długie terminy płatności i po naszej interwencji zobowiązał się do skrócenia ich do maksymalnie 60 dni, a w przypadku mniejszych podmiotów do 30 dni oraz sprawdzenia swoich płatności z ostatnich 2 lat. Jeżeli któryś z rolników otrzymał pieniądze po zbyt długim czasie, dostanie odsetki. Podobne decyzje, z takim właśnie skutkiem, bez konieczności nakładania kary pieniężnej ani wieloletniego sporu sądowego, podejmowaliśmy również w stosunku do m.in. producentów cukru czy podmiotów skupujących marchew. Taka szybka interwencja pomaga rolnikom –podkreśla Jacek Marczak.

Do poprawy sytuacji rolników i sadowników ma się też przyczynić projektowana nowelizacja ustawy o przewadze kontraktowej. Ten został już 8 lipca przyjęty przez Radę Ministrów, teraz ma zająć się nim Sejm. Główną zmianą będzie wprowadzenie cen referencyjnych na wybrane grupy produktów, głównie owoców i warzyw.

Ustawa wprowadzi zakaz sprzedaży produktów rolnych poniżej cen proponowanych i oficjalnie obwieszczanych przez Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi – mówi Jacek Marczak.

Po wprowadzeniu tej ustawy podmiot, który ma przewagę kontraktową wobec swojego kontrahenta czy ogólnie jest dużą firmą w relacji z małym dostawcą, nie będzie mógł skupować po cenach niższych niż ceny referencyjne ogłaszane przez ministra rolnictwa dwa razy do roku. Mogą być to np. ceny jabłek poszczególnych gatunków. Jeżeli kupi je po cenie niższej, a równocześnie będzie mieć wobec swojego dostawcy przewagę kontraktową, wtedy złamie prawo i  musi się liczyć z sankcjami finansowymi, sięgającymi 3 proc. obrotów – dodaje Marek Niechciał.

Centralny Port Komunikacyjny może być konkurencją dla lotnisk regionalnych. Te obsługują 2/3 ruchu pasażerskiego w Polsce

Centralny Port Komunikacyjny może być konkurencją dla lotnisk regionalnych. Te obsługują 2/3 ruchu pasażerskiego w Polsce 11

Zgodnie z deklaracjami Ministerstwa Infrastruktury na początku roku zostanie zlecone przygotowanie master planu Centralnego Portu Komunikacyjnego, który ma rozpocząć działalność w 2027 roku. Nowy hub może stanowić pewne zagrożenie dla regionalnych portów lotniczych. Kluczowe okażą się inwestycje w infrastrukturę drogową i kolejową oraz to, w jakim stopniu uda się je zrealizować przed uruchomieniem nowego portu, żeby zapewnić pasażerom możliwość płynnego dotarcia z i na lotnisko. Regionalne lotniska podkreślają jednak, że ich pozycja jest stabilna i z CPK zamierzają konkurować atrakcyjną siatką połączeń. 

Centralny Port Komunikacyjny „Solidarność” ma powstać w gminie Baranów, 40 km na zachód od Warszawy. W pierwszym etapie ma mieć przepustowość na poziomie 45 mln, a docelowo – ok. 100 mln pasażerów rocznie. Inwestycja warta łącznie 37 mld zł obejmie budowę portu lotniczego na miarę największych na świecie, miasteczka Airport City z hotelami i powierzchnią kongresowo-biurową oraz infrastrukturę drogową i kolejową, która będzie obsługiwać nowe lotnisko. W planach jest m.in. do 250 km dróg na terenie całego kraju, które usprawnią dotarcie do CPK, ponad 900 km nowych linii i łączników kolejowych oraz skrócenie czasu dojazdu do lotniska do 120 min z największych miast w Polsce. Zgodnie z założeniami część tej infrastruktury ma powstać jeszcze przed 2025 rokiem, większość – do 2030 roku.

– Pomijając kwestię, czy CPK ma szansę w ogóle powstać do 2027 roku, bo intuicja mi podpowiada, że jest to data raczej deklaratywna niż realna, kluczowe będzie to, jak zostanie zorganizowany dojazd do tego lotniska, czy zgodnie z deklaracjami zostaną uruchomione szybkie połączenia kolejowe, czy też nastąpi to dopiero wiele lat po otwarciu CPK – mówi agencji Newseria Biznes Dariusz Kuś, prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu.

Jak podkreśla, to właśnie będzie determinować wpływ CPK na funkcjonowanie lotnisk regionalnych.

– Jeżeli do CPK nie da się szybko dojechać samochodem czy pociągiem, to siłą rzeczy pewnie utrzymamy 6 połączeń lotniczych dziennie, żeby pasażerowie mogli dolecieć z Wrocławia do CPK i stamtąd dalej w świat, więc interes lotniska będzie utrzymany – mówi Dariusz Kuś.

Także w raporcie „Centralny Port Komunikacyjny – analiza koncepcji”, opracowanym przez Port Lotniczy Lublin, eksperci podkreślają, że wpływ CPK na regionalne porty lotnicze będzie silnie uzależniony od inwestycji w infrastrukturę. Jeżeli – zgodnie z założeniami – do 2030 roku z każdego większego miasta w Polsce będzie można dojechać do CPK w 120 minut, wówczas podróże lotnicze na krótkich dystansach będą przegrywać rywalizację z koleją, co będzie oznaczać odpływ pasażerów na krótkich dystansach. Innymi słowy, utworzenie szybkich połączeń kolejowych do CPK spowoduje konieczność likwidacji połączeń lotniczych z portów regionalnych do Warszawy. Ucierpieć mogą zwłaszcza mniejsze lotniska, położone blisko CPK, jak Łódź, Bydgoszcz i Lublin. Z drugiej strony autorzy raportu podkreślają, że do dziś nie powstały wszystkie projekty drogowe, które były w planach rządowych na Euro 2012, co świadczy o nieterminowości inwestycji publicznych w Polsce. Tym bardziej stworzenie infrastruktury dla CPK w ciągu 6–11 lat oceniane jest jako mało realne.

– Lotniska regionalne obsługują około 2/3 całego ruchu lotniczego w Polsce i według ekspertów ta struktura nie ulegnie zmianie po wybudowaniu Centralnego Portu Komunikacyjnego. Warto też zwrócić uwagę na preferencje podróżnych. Coraz częściej wybierają oni regionalne lotniska i korzystają z małych lotnisk położonych blisko domu. Dodatkowe czynniki, czyli np. to, jak blisko domu jest położone lotnisko, jaki czas trzeba poświęcić na odprawę i wejście na pokład samolotu, bardzo istotnie wpływają na to, jakie decyzje podejmuje pasażer – dodaje Daniel Mackiewicz, kierownik ds. marketingu Portu Lotniczego Bydgoszcz.

W ubiegłym roku z siatki lotnisk regionalnych skorzystało w sumie 28,1 mln pasażerów, czyli ponad 3,7 mln więcej niż jeszcze rok wcześniej. Był to najlepszy dotychczas wynik regionalnych lotnisk. Ich udział w całości ruchu pasażerskiego obsłużonego w Polsce wyniósł 61 proc. – pokazują statystyki Związku Regionalnych Portów Lotniczych.

– Trzeba mieć na uwadze dostępność różnego rodzaju wyszukiwarek i przeglądarek, które pozwalają porównać ceny. To dla pasażerów narzędzie, które pomaga im się kierować rozumem i portfelem. Tak naprawdę to konkurencyjność ofert będzie kluczowa przy podejmowaniu decyzji – mówi Daniel Mackiewicz.

– Nawet jeżeli powstanie CPK, a my będziemy oferowali fajne kierunki wylotów, lotów czarterowych czy point-to-point, czyli z miasta do miasta, czy możliwość dostania się do wielu hubów przesiadkowych, to pasażerowie zagłosują nogami, przyjadą do nas i będą korzystali z naszego lotniska. Nie obawiam się wielkiego wpływu CPK na naszą działalność, zwłaszcza że będzie to inwestycja rozłożona w czasie – dodaje Dariusz Kuś.

Jak ocenia prezes Portu Lotniczego we Wrocławiu, dla rozwoju CPK kluczowe będzie również to, czy Polskie Linie Lotnicze LOT będą w stanie zapewnić odpowiednią siatkę połączeń i obłożenie lotów. Także w raporcie „Centralny Port Komunikacyjny – analiza koncepcji” eksperci podkreślają, że LOT, który w 2018 roku przewiózł niespełna 9 mln pasażerów, mimo dynamicznego rozwoju może nie dostarczyć takiego wolumenu ruchu, który pozwoliłby efektywnie wykorzystywać infrastrukturę CPK.

Z drugiej strony raport pokazuje, że budowa CPK to również szansa dla LOT-u, która umożliwi rozwój połączeń do USA i Azji, czyli rejonu, który zdominuje światowe lotnictwo w perspektywie nadchodzących lat. CPK to również większe możliwości bazowania i serwisowania maszyn.

– Trendy, które obserwujemy na rynku, być może rzeczywiście dają uzasadnienie dla budowy CPK. Europejskie lotniska przesiadkowe są dość mocno zatłoczone i być może na mapie Europy jest miejsce dla kolejnego, dużego portu przesiadkowego, który zdejmie z zatłoczonych portów część oferowania –mówi Dariusz Kuś.

Jak podkreśla, w tej chwili odpowiedzią na zatłoczone europejskie lotniska jest trend otwierania połączeń point-to-point, czyli bezpośrednich połączeń, z pominięciem hubów przesiadkowych.

– Co więcej, producenci samolotów też mają na to swoją odpowiedź. Odpowiadają na te potrzeby produkcją maszyn wąskokadłubowych. Plany budowy Airbusa A321 LR, który już jest w ciekawej fazie wykonawczej, pokazują, że ten samolot będzie mógł latać na dystansach, które dzisiaj z lotnisk regionalnych są jeszcze nieosiągalne. Myślę, że wyklują się z tego ciekawe rozwiązania dla portów regionalnych – mówi Dariusz Kuś.

W ubiegłym roku polskie lotniska obsłużyły w sumie 45,7 mln pasażerów, czyli o 14 proc. więcej w stosunku do poprzedniego roku – wynika z danych Urzędu Lotnictwa Cywilnego. To o 3 mln więcej niż zakładały prognozy urzędu. „Największe nasycenie ruchu występuje w głównych lotniskach Polski Centralnej, co w przyszłości może powodować problemy z przepustowością” – zauważa ULC. Długoterminowe prognozy dla rynku lotniczego w Polsce zakładają, że w 2035 roku liczba pasażerów niemal się podwoi i sięgnie już ok. 94 proc.

Czwarta rewolucja przemysłowa to szansa dla Polski na wyrwanie się z pułapki średniego dochodu. Eksperci apelują m.in. o powołanie rządowego szefa informatyki

Czwarta rewolucja przemysłowa to szansa dla Polski na wyrwanie się z pułapki średniego dochodu. Eksperci apelują m.in. o powołanie rządowego szefa informatyki 12

Polska branża ICT wypracowuje zbyt mały udział w PKB i notuje zbyt małe wzrosty, by rodzima gospodarka mogła stać się liczącą w obliczu odbywającej się czwartej rewolucji przemysłowej – twierdzą twórcy raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”. Sugerują 12 rozwiązań mogących poprawić sytuację. To m.in. wsparcie w postaci zamówień rodzimych rozwiązań przez stronę rządową i wspieranie eksportu polskiej myśli technologicznej na zagraniczne rynki.

– Wykorzystanie technologii rewolucji przemysłowej, która się w tej chwili dzieje, jest właściwie główną szansą, żeby wyrwać Polskę z pułapki średniego dochodu. Jest to branża, która generuje teraz największe wartości dodane, najwięcej się w niej dzieje, powstaje dużo nowych firm, nowych podmiotów i to jest szansa dla bardzo wielu polskich firm i polskiej gospodarki – mówi w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Bartłomiej Michałowski, członek zarządu Instytutu Sobieskiego i współautor raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”.

Według raportu do 2020 r. będzie działać na świecie przeszło 3 mln robotów przemysłowych. Wdrażanie rozwiązań z zakresu Przemysłu 4.0 wywoła radykalne przeobrażenia na rynku pracy, a inteligentne oprogramowanie zmieni rynek usług i bardzo wiele sektorów. Gospodarka każdego kraju chcącego w zauważalny sposób wykorzystać potencjał, jaki stwarza czwarta rewolucja przemysłowa, powinna więc notować dynamiczne wzrosty w branży ICT. Tymczasem Polska, będąca według Banku Światowego na 23. miejscu na 200 notowanych państw, jeśli chodzi o wysokość PKB, wzrostów takich nie notuje.

W 2017 r. polski produkt krajowy brutto wzrósł o 4,8 proc, a branża teleinformatyczna zaledwie o 1,5 proc. Oznacza to więc nieproporcjonalny do PKB i co najmniej trzykrotnie zbyt niski wzrost w stosunku do tego, co gospodarka powinna wypracowywać. Dla porównania, według Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości udział sektora ICT w PKB Polski wynosi 6 proc., a we Francji wyniósł w 2017 roku 7 proc.

– Jednym z zasadniczych wniosków jest potrzeba większej liczby innowacyjnych projektów. Potrzeba, żeby polskie spółki Skarbu Państwa, polskie ministerstwa zamawiały projekty z obszaru właśnie innowacji, teleinformatyki, sztucznej inteligencji czy blockchainu. Rozwiązania te w dużej mierze w tej chwili się dopiero tworzą. Skorzystają na tym te państwa, w których firmy takie rozwiązania i takie technologie będą mogły dostarczać, bo ta rewolucja trwa teraz – ocenia Bartłomiej Michałowski.

Trzy czwarte dochodów branży ICT generuje w Polsce 50 największych firm, przy czym w dwóch trzecich są to przedsiębiorstwa stanowiące oddziały firm zagranicznych. Okazuje się też, że na liście 500 największych firm działających w sektorze cyberbezpieczeństwa nie znalazła się ani jedna pochodząca z Polski. Z kolei z raportu Computerworld TOP200 wynika, że w roku 2016 było w Polsce 369 firm ICT z obrotami przekraczającymi milion zł. W roku 2017 ich liczba wzrosła do 387. Taki wzrost jest jednak zdaniem specjalistów wciąż niewystarczający. W pobudzanie polskiej gospodarki do wypracowywania obiecujących technologii napędzających czwartą rewolucję przemysłową powinna aktywnie włączyć się też strona rządowa.

– Polskie spółki Skarbu Państwa i ministerstwa powinny brać udział w tzw. poligonach innowacyjności, gdzie byłby wymóg wykorzystywania nowych technologii. W pierwszej kolejności w pilocie, a jeżeli pilot się sprawdza, powinniśmy go szybko replikować, a realizująca tego pilota powinna mieć szansę na tym zarobić i się rozwinąć. Rekomendujemy też, by polski rząd miał własnego szefa informatyki, który będzie dbał o techniczną stronę infrastruktury publicznej – sugeruje współautor raportu „Polska (prawdziwie) cyfrowa”.

Do zadań szefa Biura IT rządu miałaby należeć m.in. implementacja narzędzi i rozwiązań dla wszystkich ministerstw wspierających działania administracji publicznej. Jedną z rekomendacji twórców raportu jest też to, by Polska usamodzielniała się technologicznie dzięki korzystaniu z polskich produktów ICT, a także wspierała działania dążące do eksportu na światowe rynki zaawansowanych technologicznie produktów.

Z raportu „Perspektywy Rozwoju Polskiej Branży ICT do roku 2025” sporządzonego przez Investin wynika, że w 2025 roku polski sektor ICT osiągnie wielkość produkcji na poziomie 54 mln euro. Do 2024 roku zatrudnienie w tym sektorze przekroczy pół miliona osób.

Deepfake może być nowym etapem wojny informacyjnej. Filmy fałszujące rzeczywistość mogą być wykorzystywane przez wywiady obcych państw

Deepfake może być nowym etapem wojny informacyjnej. Filmy fałszujące rzeczywistość mogą być wykorzystywane przez wywiady obcych państw 13

To może być kolejny etap wojny informacyjnej przed wyborami prezydenckimi w 2020 roku. Technologia deepfake daje praktycznie nieograniczone możliwości, a można ją wykorzystywać domowymi sposobami. Zmanipulowane filmy wideo, dzięki sztucznej inteligencji są nie do odróżnienia od prawdziwych nagrań. Mogą służyć do produkcji na masową skalę fake newsów. Trwają pracę nad oprogramowaniem, które ma pomóc ocenić prawdziwość pojawiających się filmów.

– Deepfake używa bardzo zaawansowanych narzędzi sztucznej inteligencji, które mogą być używane w różnych celach. Generuje zawartość medialną, która nie jest prawdziwa. Może ludzi po prostu oszukiwać, wprowadzać w błąd. To przykład tworzenia fake newsów, przy czym deepfake koncentruje się na generowaniu kontentu wideo – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje dr hab. Dominik Ślęzak z Instytutu Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Amerykańska Izba Reprezentantów ostrzega, że technologia deepfake może być wykorzystywana przez wywiady wrogich państw i stanowić zagrożenie dla dyskusji publicznej i bezpieczeństwa narodowego USA. O technologii pozwalającej wyprodukować w pełni profesjonalne filmy wideo zrobiło się głośno już w 2017 roku. To wtedy w sieci zaczęły krążyć sfałszowane filmy pornograficzne, gdzie aktorkom cyfrowo podmieniono twarze na te należące do celebrytek. To jednak był dopiero początek.

– Sztuczną inteligencję, a konkretnie sieci neuronowe, można wykorzystać też pozytywnie. To np. ulubiona gra online, gdzie główny bohater może mnie przypominać. Innym przykładem są symulacje w medycynie. Np. możemy mieć bazę danych zapisów wideo przypadków bardzo poważnych schorzeń i spróbować dostosować te zapisy do parametrów nowego pacjenta – wymienia dr hab. Dominik Ślęzak.

Ostatnie przykłady pokazują jednak, że technologia deepfake to przede wszystkim niemal nieograniczone możliwości do wypuszczania fałszywych informacji. Niedawno w internecie można było obejrzeć rzekomą pijaną Nancy Pelosi, spikerkę Izby Reprezentantów. Mówiła niewyraźnie i bardzo powoli, tymczasem okazało się, że po prostu jej wypowiedź została spowolniona o kilkadziesiąt procent. Wcześniej jednak filmik z jej udziałem udostępnił choćby były burmistrz Nowego Jorku Rudy Giuliani. W sieci krążyły też fałszywe nagrania z Barackiem Obamą, Donaldem Trumpem czy Markiem Zuckerbergiem.

– Jeżeli ktoś używa tej technologii bez zgody osób, których zdjęcia są wykorzystywane, np. do tworzenia nieprawdziwych filmów czy właśnie przekręcania czyichś orędzi, czyli nie tylko wyciągania z kontekstu jakiejś wypowiedzi, ale wkładanie w czyjeś usta zupełnie nowych wypowiedzi, to są to narzędzia bardzo niebezpieczne – wskazuje ekspert.

Kilka tygodni temu pojawiła się aplikacja DeepNude. Dzięki niej można było „rozebrać” kobiety – wystarczyło zdjęcie, by dzięki sztucznej inteligencji zobaczyć, jak wygląda ona nago. Po licznych protestach aplikacja została zamknięta, ale w sieci krążą jej kolejne wersje. To tylko przykład aplikacji, która mogła być bardzo pomocna i służyć np. do skanowania ludzi do celów bezpieczeństwa, tymczasem była wykorzystana zupełnie inaczej.

– Sztuczna inteligencja będzie nam dawała coraz silniejsze narzędzia, analizę danych, symulowania rzeczywistości, zmieniania rzeczywistości. Jest to jednak nasza odpowiedzialność, jak będziemy tych narzędzi używać – podkreśla dr Ślęzak.

Pojawiają się aplikacje, które mają pomóc rozpoznać fałszywe materiały. Niektóre bardzo dokładnie sprawdzają mimikę, inne – częstotliwość mrugania i na tej podstawie oceniają stopień prawdopodobieństwa, że nagranie zostało spreparowane. Dopóki jednak nie zostaną opracowane takie przepisy, które pozwolą całkowicie unieszkodliwić technologię, wyścig będzie trwał.

– To podobnie jak w branży cyberbezpieczeństwa. Z jednej strony są hakerzy, którzy atakują nasze maszyny, próbują je zawirusować, a my próbujemy to wykryć i przeciwdziałać. Tak samo w dziedzinie deepfake’a można do tego podejść. Trzeba się nauczyć odróżnić prawdziwy kontent od tego spreparowanego i odpowiednio reagować – mówi dr hab. Dominik Ślęzak.

Rodzice zbyt często obciążają dzieci swoimi problemami. W efekcie może to doprowadzić do odwrócenia ról w rodzinie

Rodzice zbyt często obciążają dzieci swoimi problemami. W efekcie może to doprowadzić do odwrócenia ról w rodzinie 14

Ponad 73 proc. rodziców przyznaje, że zdarza im się kłócić przy dziecku. Co trzeci dorosły dzieli się z najmłodszymi swoimi problemami zawodowymi. Niemal tyle samo osób potwierdziło, że zdarza im się rozładowywać negatywne emocje podczas rozmowy z dziećmi – wynika z badania przeprowadzonego w ramach wspólnej kampanii SOS Wioski Dziecięce i portalu Onet.pl. Tymczasem wprowadzanie dziecka w szczegóły własnych problemów i włączanie go w ich rozwiązywanie, może skutkować odwracaniem się ról w rodzinie. W efekcie to dziecko opiekuje się rodzicem.

 Rodzice bardzo często obciążają dzieci swoimi problemami. Aż 73 proc. z nich kłóci się przy dziecku, połowa z nich w tym czasie krytykuje partnera. 51 proc. rodziców, którzy wzięli udział w badaniu, zwierza się i konsultuje z dziećmi swoje problemy, np. zawodowe, a 77 proc. rodziców uważa dziecko za swojego przyjaciela – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Anna Choszcz-Sendrowska, dyrektor ds. komunikacji Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.

Z badania przeprowadzonego przez firmę NEUROHM w ramach kampanii prowadzonej wspólnie przez SOS Wioski Dziecięce i Onet.pl „Problemy dorosłych to ciężar dla dzieci”, wynika, że dorośli nie do końca rozumieją, przed jakimi tematami powinni chronić swoje dzieci. Duża grupa kłóci się przy dziecku, omawia z pociechami problemy w swoich związkach, a co trzeci rodzic przyznaje, że rozładowuje negatywne emocje właśnie podczas rozmowy z dzieckiem.

– Powinniśmy być przyjaciółmi dla swoich dzieci, ale to nie znaczy, że dzieci mają być naszymi przyjaciółmi, że powinniśmy ich traktować tak, jak przyjaciela, partnera czy kogoś, kto ma nam pomóc rozwiązać problemy. Nie tędy droga. To my, dorośli, jesteśmy od tego, żeby rozwiązywać problemy, żeby sobie z nimi radzić, a dziecko powinno słyszeć od nas zapewnienie, że z tymi problemami sobie poradzimy, nawet jeżeli jest trudno – tłumaczy Anna Choszcz-Sendrowska.

Ekspertka podkreśla, że dziecko powinno mieć poczucie bezpieczeństwa. Choć powinno mieć świadomość problemów, np. ciężkiej choroby w rodzinie, to istotny jest sposób, w jaki rodzice zasygnalizują trudną sytuację. Niezależnie od wieku dziecka nie należy go też wprowadzać w szczegóły problemu, powinno mieć poczucie, że to rodzice są odpowiedzialni za rozwiązanie kłopotów.

 Ciężka choroba czy śmierć to są takie sytuacje, kiedy musimy być z dziećmi szczerzy, bo nie uciekniemy od rzeczywistości, ona dziecko dogoni. Musimy to więc zrobić w bezpiecznej formie, tak żeby dziecko nie poczuło się np. winne – wskazuje ekspertka Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce.

Wprowadzania dziecka w szczegóły własnych problemów może skutkować odwróceniem się ról w rodzinie, tzw. parentyfikacji.  Skutki mogą być trudne do przewidzenia. Nakładanie na dzieci dużych ciężarów, z którymi nie radzą sobie rodzice, to tak naprawdę koniec dzieciństwa i ogromne problemy z radzeniem sobie z emocjami w przyszłości.

– Są dzieci, które np. musiały zarabiać czy zbierać puszki po to, żeby rodzeństwo miało co jeść, kryć rodziców przed dłużnikami czy w wieku 5–6 lat przewijać, karmić i opiekować się rodzeństwem, kiedy rodzice zostawiali je na długo. To są ekstremalne sytuacje i bardzo trudno jest wyrwać dziecko z takiej roli – mówi Choszcz-Sendrowska.

Jak wskazuje, rodzice często nie zastanawiają się, czy potrafią rozmawiać z dziećmi, czy faktycznie chronią je przed problemami. Przy wszechobecnym pośpiechu nie myślimy, czy informacje podawane maluchowi są dostosowane do poziomu jego wiedzy i umiejętności językowych. W efekcie czasem nieświadomie obciążamy dzieci problemami dorosłych.

 Nasza kampania „Problemy dorosłych to ciężar dla dzieci” jest po to, żebyśmy się przez chwilę zastanowili nad jakością swojego rodzicielstwa. Powinniśmy się zastanowić, czy w ogóle myślimy o tym, jak wychowujemy nasze dzieci, czy planujemy rozmowę z nimi, czy idziemy na żywioł. Coś, co dla nas jest zwykłym, codziennym problemem, dla dziecka może urosnąć do bardzo wielkich rozmiarów – wskazuje Anna Choszcz-Sendrowska.

Poszukiwanie nowych możliwości w sektorze technologii poza spółkami „FAANG”

Sektor technologii notuje w ostatnim czasie wzmożoną zmienność, którą w dużej mierze stymulują wahania kursów akcji najbardziej znanych przedsiębiorstw. Jonathan Curtis z Franklin Equity Group uważa, że sektor oferuje atrakcyjny długoterminowy potencjał. W tym artykule Curtis koncentruje się na wpływie mniej znanych spółek i omawia możliwości związane z wdrażaniem technologii telekomunikacji mobilnej piątej generacji (5G).

Jonathan Curtis
Jonathan Curtis z Franklin Equity Group

Wielu inwestorów ma tendencję do postrzegania sektora technologicznego przez pryzmat kilku największych przedsiębiorstw, na czele z tzw. grupą „FAANG”, do której zaliczane są Facebook, Apple, Amazon, Netflix i należąca do holdingu Alphabet spółka Google.

Sektor technologii to jednak znacznie więcej niż tylko kilku gigantów. Choć z podekscytowaniem obserwujemy wydarzenia mające wpływ na wyniki dużych przedsiębiorstw, przyglądamy się także mniej znanym spółkom, które odgrywają ważną rolę w procesie transformacji cyfrowej.

Poszukujemy przedsiębiorstw wdrażających nowe technologie, zmieniających własną kulturę korporacyjną i podważających dotychczasowe status quo.

Spółki stojące za elektroniczną rewolucją zmuszają tradycyjne przedsiębiorstwa do zmian

Coraz więcej spółek z różnych branż zaczyna wykorzystywać rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym w celu utrzymania konkurencyjnej pozycji, czego przykładem mogą być aplikacje rozpoznające mowę, takie jak Siri lub Alexa, czy też algorytm rekomendujący treści dostępne w serwisie Netflix. Uważamy, że ten trend wiąże się z interesującymi możliwościami dla inwestorów.

Dzięki transformacji cyfrowej coraz więcej spółek może usprawniać lub tworzyć całkowicie nowe procesy biznesowe. Jako inwestorzy działający w sektorze technologii, z radością obserwujemy wdrażanie rozwiązań elektronicznych także przez spółki spoza obszaru IT, które szybciej niż reszta rynku przyjmują nowe technologie. Jednocześnie uważamy, że niektóre spółki pracujące nad komercyjnym wykorzystaniem technologii szerokopasmowej komunikacji piątej generacji (5G) mogą oferować potencjalne możliwości w dłuższej perspektywie.

Poza technologią 5G

Wielu komentatorów uważa uruchomienie sieci mobilnych 5G za kolejny przełom dla sektora technologicznego w ujęciu globalnym. Nie mamy wątpliwości, że nowa technologia może odmienić sytuację na rynku i dostrzegamy kilka sposobów wykorzystania potencjalnych możliwości związanych z 5G przez inwestorów.

Sądzimy, że najbardziej atrakcyjnych możliwości inwestycyjnych należy szukać w łańcuchu dostaw związanym z wdrożeniem technologii 5G, a nie wśród producentów urządzeń telekomunikacyjnych.

Dostrzegamy, na przykład, potencjał w branży półprzewodników, np. wśród producentów chipów i modułów pamięci, czyli produktów mających kluczowe znaczenie dla wdrożenia technologii 5G.

Możliwości widzimy także wśród spółek obsługujących infrastrukturę komunikacji bezprzewodowej, dzięki której operatorzy sieci 5G mogą udostępniać swoje usługi sieciowe użytkownikom urządzeń mobilnych.

Dzięki kontroli nad dystrybucją operatorzy wież telekomunikacyjnych mają dużą swobodę w narzucaniu cen operatorom sieci bezprzewodowych. W naszej ocenie modele biznesowe przedsiębiorstw obsługujących wieże telekomunikacyjne mogą stawać się atrakcyjniejsze wraz z coraz większym rozpowszechnieniem sieci 5G.

Widzimy, ponadto, że ewolucja sieci 5G tworzy kolejne możliwości w obszarze „Internetu rzeczy”, umożliwiając jeszcze lepszą integrację urządzeń codziennego użytku za pośrednictwem bezprzewodowego Internetu.

W nadchodzących latach spodziewamy się ogromnego wzrostu liczby urządzeń połączonych z Internetem dzięki oferowanej przez sieci 5G większej przepustowości i mniejszemu opóźnieniu. W związku z tym wyszukaliśmy potencjalnie atrakcyjne możliwości wśród dostawców bezpiecznych chmur obliczeniowych dla klientów korporacyjnych.

Długofalowa perspektywa

Choć niektórzy inwestorzy mogą traktować akcje uznanych spółek należących do grupy „FAANG” jako barometr zmian w całym sektorze technologicznym, my nie przywiązujemy tak dużej wagi do tymczasowych wahań wyceny kilku przedsiębiorstw.

Zwykle inwestujemy w perspektywie 3-5 lat i poszukujemy możliwości wśród spółek powiązanych z szerokim trendem transformacji cyfrowej, które niekoniecznie muszą zaliczać się do najbardziej znanych przedsiębiorstw na rynku.

Draghi i spółka wciąż czekają, Turcja tnie stopy

Wczoraj wszyscy spodziewali się emocji związanych z decyzjami banków centralnych. O ile Turcy zaczęli dzień od dość radykalnych decyzji, to Europejski Bank centralny zawiódł obserwatorów.

Draghi i spółka wciąż czekają

Posiedzenie Zarządu Europejskiego Banku Centralnego było interesujące, ale zabrakło najważniejszej rzeczy – decyzji o zmianie stóp procentowych. Jeszcze wczoraj zastanawiano się, jaka będzie reakcja Rezerwy Federalnej na ewentualne ruchy EBC. Okazało się jednak, że były to zupełnie niepotrzebne dywagacje, gdyż to europejski regulator postanowił zaczekać na kroki Fed. Nawet słabe dane indeksów koniunktury, głównie niemieckich, nie skłoniły banku centralnego strefy euro do działania. Po samej decyzji zgodnie z oczekiwaniami mieliśmy zwiększoną zmienność na parze EUR/USD, ale łączna zmiana nie była imponująca. Kurs euro do dolara najpierw spadł, potem wyskoczył w górę, by ostatecznie zakończyć dzień na niemal niezmienionym poziomie. Ta karuzela nie pomogła jednak złotemu, który wyraźnie stracił względem europejskiej waluty. Dobra informacja pojawiła się natomiast dla kredytobiorców walutowych, gdyż frank stracił na wartości.

Turcja tnie stopy

Czego nie zrobił Europejski Bank Centralny, zostało z nawiązką wykonane z samego rana przez Bank Turcji. Obciął on główną stopę procentową z 24% do 19,75%. Analitycy spodziewali się spadku do 21,5%. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na duże naciski na bank centralny ze strony prezydenta Recepa Erdoğana. Posiedzeniu przewodniczył nowy szef tureckiego regulatora, gdyż stary nie podzielał poglądów głowy państwa. Warto przypomnieć, że prezydent wielokrotnie negował relację pomiędzy stopami procentowymi a inflacją, a właściwie nie tyle negował, ile jasno dawał do zrozumienia, że ta relacja jest dokładnie odwrotna od powszechnego poglądu ekonomistów na ten temat. Jego zdaniem wysokie stopy powodują wzrost inflacji. Powinniśmy szybko zobaczyć, czyja ocena jest bliższa prawdy. Obecnie inflacja w Turcji wynosi niemal 16% i to po 3% spadku w czerwcu. Co ciekawe lira turecka zyskała na wartości po tej decyzji.

Co z Brexitem?

Boris Johnson powtórzył to, co wielokrotnie już słyszeliśmy – nie jest fanem wynegocjowanych przez swoją poprzedniczkę warunków opuszczenia Wspólnoty. Szczególnie mechanizmu awaryjnego dla Irlandii Północnej (tzw. backstop). Powtórzył również deklarację o możliwym Brexicie bez umowy, ale jednocześnie zapowiedział, że porozumienie jest lepszym rozwiązaniem. W reakcji na te dane funt zaczął tracić część ostatnich zysków.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA – wstępne dane na temat PKB.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl