Do Samsung Inkubator w Rzeszowie dołączyło 5 nowych startupów, które będą realizować projekty z zakresu zróżnicowanych tematów: od robotyki, przez lotnictwo, po zdrowie i odpowiedzialną konsumpcję. Wszystkie przedsięwzięcia wyróżniają się innowacyjnością pomysłów oraz dużym stopniem zaawansowania prac. Podkarpacka przestrzeń już od momentu otwarcia cieszyła się znacznym zainteresowaniem młodych przedsiębiorców.
Według danych raportu Startup Poland z 2018 roku, Rzeszów trafił do czołówki zestawienia pod względem liczby osób należących do środowiska startupowego Do sukcesu stolicy Podkarpacia przyczyniło się otwarcie Samsung Inkubator w kwietniu 2017 roku we współpracy z Politechniką Rzeszowską i Doliną Lotniczą. Popularność programu stale rośnie. Do grona 12 rozwijających tam swoje pomysły startupów, dołączyło właśnie kilka nowych projektów.
Matrix Dynamix
Matrix Dynamix to start-up pochodzący z Krakowa, rozwijający rewolucyjne urządzenie, które wprowadzi innowacyjność w skali globalnej na rynku kontrolerów. New Generation Controller to projekt stabilizatora w kształcie rękawicy, który umożliwi uzyskanie idealnej ergonomii uchwytu, a tym samym – na pionierskie wykorzystanie smartfona jako kontrolera. Do tego dedykowana aplikacja mobilna NGC dostarczy unikalny interfejs. NGC wspiera nie tylko działania w wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, ale także związane z grami i innymi nowymi technologiami, takimi jak roboty czy drony.
3D Motion Controls
Wsparcie Samsung Inkubator dostanie także startup 3D Motion Controls. Przedsiębiorcy z Warszawy będą pracować nad urządzeniem ubieralnym, które pozwoli inżynierom i projektantom przenosić ruchy dłoni bezpośrednio na trójwymiarowe obiekty w oprogramowaniu CAD/CAM, zarówno w pracy z modelami, jak i w prezentacji wyników. Innymi słowy 3D Motion Controller umożliwi pracę z urządzeniami VR bez okularów i kamer.
WiredLine
W ramach programu Samsung Inkubator Rzeszów swoje pomysły będzie realizować także start-up WiredLine. Grupa młodych przedsiębiorców z okolic Rzeszowa, pracuje nad projektem linii produkcyjnej spełniającym standardy przemysłu 4.0. Sercem projektu jest autorski system operacyjny WiredOS. Produkt umożliwia w pełni zrobotyzowane wytwarzanie elementów na podstawie projektów CAD lub wcześniej przygotowanego prototypu urządzenia. Rozwiązanie umożliwia produkcję niskoseryjną z zachowaniem zalet produkcji masowej.
Osnova
Coraz więcej startupów, zgłasza do Inkubatora swojego pomysły nie tylko pod kątem rozwiązań z obszaru Internetu Rzeczy, lecz także poprawy jakości życia i zrównoważonego rozwoju. Przykładem takiego startupu jest Osnova, który realizuje już platformę modową, skupiającą niezależne marki oraz projektantów z Polski. Dzięki wsparciu Inkubatora Samsung, młodzi innowatorzy planują teraz wdrożyć do platformy modowej rozwiązanie AR. Wirtualny Doradca pozwoli użytkownikom na otrzymywanie sparametryzowanej oferty przygotowanej specjalnie przez projektanta na podstawie danych udostępnionych przez użytkownika. Dzięki wdrożeniu wirtualnej przymierzalni użytkownicy już na etapie wyszukiwania produktu będą mogli go wirtualnie przymierzyć i zweryfikować przy pomocy istniejącej funkcji Wirtualnego Doradcy i dzięki temu podjąć świadomą decyzję w ramach zrównoważonych zakupów.
LifeHeart
Rozwiązanie z zakresu poprawy jakości życia będzie realizować także startup LifeHeart. To projekt inteligentnej opaski ratunkowej, której głównym zadaniem ma być monitoring podstawowych parametrów życiowych pacjenta znajdującego się na izbie przyjęć w placówce medycznej. Opaska będzie bieżąco monitorować tętno (puls) krwi. Projekt powstaje przy współpracy z liderem usług ochrony zdrowia.
Program Samsung Inkubator to część strategii firmy, której celem jest wsparcie młodych przedsiębiorców w ramach sieci inkubatorów w Polsce Wschodniej – w Rzeszowie, Lublinie i Białymstoku. W trakcie prac nad prototypem, każdy startup może liczyć na wsparcie ekspertów z działu R&D firmy Samsung. Do dyspozycji startupów jest również przestrzeń wyposażona w najlepszej jakości sprzęty, które mają ułatwić im pracę i realizowanie pomysłów. Najlepsze projekty mogą liczyć na wsparcie finansowe od firmy Samsung przy zachowaniu pełni praw do swoich koncepcji. Partnerami Samsung Inkubator w Rzeszowie są: Politechnika Rzeszowska, Dolina Lotnicza oraz HugeTech.
Wedle wszelkiego prawdopodobieństwa FOMC na wieczornym posiedzeniu odwróci tendencje na rynku i zamiast podwyżek stóp procentowych, wrócimy do ruchu obniżkowego. Powinniśmy się dziś spodziewać zwiększonej zmienności na rynkach.
Czekając na decyzję
Rynki czekają na decyzję Federalnego Komitetu Otwartego Rynku. Już dzisiaj o 20:00 poznamy nową wartość stóp procentowych w USA. Pół godziny później odbędzie się konferencja prasowa. Jakiego komunikatu możemy się spodziewać? Analitycy są niemal zgodni, że na tym posiedzeniu dojdzie do obniżki o 0,25%. Obecnie większość obserwatorów zastanawia się, czy w tym roku zobaczymy jeszcze dwa, czy może nawet trzy cięcia stóp (wliczając dzisiejsze). Rynki walutowe są w miarę spokojne, ale od początku tygodnia euro zyskuje względem dolara.
Bez recesji we Włoszech
Dzisiaj o 12:00 poznaliśmy dane na temat wzrostu PKB we Włoszech. Analitycy spodziewali się spadku zarówno kwartalnego, jak i rocznego, odpowiednio o 0,1% i 0,2%. Jednak w obydwu przypadkach wartość wyniosła okrągłe 0. Część obserwatorów traktuje te dane z przymrużeniem oka, jako delikatnie podkręcone. Niemniej jest to dobra wiadomość dla włoskiego rządu, który może mówić, że na Półwyspie Apenińskim nie ma recesji. Od strony technicznej recesja ma miejsce dopiero wtedy, gdy drugi kwartał z rzędu obserwujemy spadek PKB. Oznacza to (w przypadku negatywnego scenariusza), że jeśli dane nie będą się poprawiać, to przynajmniej oficjalny regres opóźnił się o 3 miesiące.
Euro otarło się o 4,30
We wtorek kurs euro niemal dotarł do poziomu 4,30 zł. Jednak tuż przed osiągnięciem tej granicy pojawiło się na rynku wielu sprzedających, którzy uznali, że to dobry moment na realizację zysków. Z tego powodu dzisiaj jesteśmy już niemal grosz niżej. Frank zatrzymał się na poziomie 3,89 zł, nie docierając do bolesnej dla kredytobiorców bariery 3,90 zł. Biorąc pod uwagę dzisiejsze posiedzenie FOMC, jutro możemy obudzić się w nowej rzeczywistości.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
20:00 – USA – decyzja FOMC w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
W lipcu niespodziewanie podbiła dynamika cen. Konsensus spodziewał się dużo niższego wyniku.
Zgodnie z „szybkim szacunkiem” GUS, inflacja CPI w lipcu podbiła do 2,9% w ujęciu rocznym w porównaniu z poziomem 2,6% odnotowanym miesiąc temu. Tym samym znalazła się na najwyższym poziomie od października 2012 roku. Jest to bardzo znaczący i nieoczekiwany wzrost. Konsensus Bloomberga wskazywał na to, że inflacja CPI powinna pozostać na poziomie z poprzedniego miesiąca.
Nie znamy jeszcze zbyt wielu szczegółów dotyczących publikacji – te poznamy w okolicy połowy sierpnia. Już teraz jednak wiemy, że na podbicie inflacji miał wpływ wysoki wzrost cen żywności i napojów bezalkoholowych (6,8% r/r), które w 2019 roku stanowiły blisko 25% koszyka inflacyjnego GUS. Wygląda również na to, iż w ostatnim okresie pomiarów wyraźnie wzrosła również inflacja bazowa.
Rynek na dane zareagował dość spokojnie. Wprawdzie obserwujemy umocnienie złotego, które można byłoby częściowo powiązać z publikacją, jednak nie jest to zachowanie istotnie odbiegające od zachowania walut regionu (wyraźniejszego umocnienia doświadcza dziś forint węgierski). Co tyczy się rynkowych wycen prawdopodobieństwa zmian stóp procentowych w Polsce – rynek w nieco mniejszym stopniu zaczął wyceniać obniżki stóp procentowych (do których częściowo skłaniał się wcześniej). Jest to jednak zmiana dość niewielka, dochodząca do kilku punktów bazowych w horyzoncie rocznym.
Jak na wzrost cen zareaguje Rada Polityki Pieniężnej? Najpewniej będzie podkreślać symetryczność celu inflacyjnego i zwracać uwagę na zagrożenia zewnętrzne. Grono jastrzębi może jednak sugerować, że w niedługim czasie zasadne byłoby podniesienie stóp procentowych.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek wzrósł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Wspólna europejska waluta zakończyła dzień na plusie również w parze z dolarem amerykańskim. Ostatnie godziny przyniosły prawdziwe zatrzęsienie danych ze strefy euro i kluczowych europejskich gospodarek, jednak warto wyróżnić szczególnie dwie publikacje: o inflacji oraz wzroście gospodarczym.
Co tyczy się tej pierwszej, zgodnie z oczekiwaniami, inflacja CPI w strefie euro w lipcu odnotowała spadek w porównaniu do odczytu z poprzedniego miesiąca i znalazła się na poziomie 1,1% w ujęciu rocznym, najniższym od lutego 2018 roku. Zawiodła z kolei inflacja bazowa, która odnotowała głębszy spadek od oczekiwanego, schodząc z poziomu 1,1% r/r notowanego w czerwcu do 0,9% w lipcu. Wzrost gospodarczy z kolei zaskoczył lekko in plus. Gospodarki strefy euro w drugim kwartale rosły o 1,1% w ujęciu rocznym wobec poziomu 1,2% notowanego w poprzednim kwartale (oczekiwano wzrostu o 1%). W ujęciu kwartał do kwartału wzrost wyniósł jednak oczekiwane 0,2%, czyli połowę tego, co kwartał wcześniej.
Dzisiejsze dane, mimo, iż bardzo nie odbiegały od oczekiwań, zdają się jednak potwierdzać potrzebę zwiększenia stymulacji ze strony Europejskiego Banku Centralnego. Większa część rynku jest przekonana, że EBC zrealizuje ten cel poprzez obcięcie stóp procentowych już podczas następnego spotkania banku centralnego zaplanowanego na wrzesień. Nie można wykluczyć jednak również dodatkowych działań.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,67-4,70. Brytyjska waluta traciła również w relacji do głównych walut. Funt kontynuował wyprzedaż z ostatnich dni, cały czas będąc poddanym presji w związku z niepokojem dotyczącym tego, czy Wielkiej Brytanii uda się uniknąć Brexitu bez umowy. Skala wyprzedaży jednak wyhamowała, kurs GBP/PLN obecnie zdaje się stabilizować na niższych poziomach.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 3,85-3,86. Wczorajsze dane o bazowej inflacji PCE w USA rozczarowały. W czerwcu indeks wprawdzie wzrósł z poziomu 1,5% r/r notowanego w maju do 1,6% r/r, jednak był to poziom niższy od oczekiwanego przez konsensus. W dół również zrewidowano odczyt z poprzedniego miesiąca. Gorsze dane o inflacji zdają się wspierać potrzebę działań ze strony FOMC.
Dziś właśnie na tym skupią się inwestorzy. Zgodnie z oczekiwaniami rynku stopy procentowe mają zostać obniżone o co najmniej 25 punktów bazowych. Od samej decyzji (która jest oczekiwana), istotniejsza będzie komunikacja ze strony banku centralnego względem perspektyw działań w przyszłości. Z tego względu warto będzie obserwować szczególnie konferencję po spotkaniu FOMC podczas której przemawiać będzie prezes Fed, Jerome Powell.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:15 – zmiana zatrudnienia pozarolniczego ADP w USA w lipcu
Pracownicze plany kapitałowe to dobrowolny i prywatny system, który ma wesprzeć osoby pracujące w długoterminowym gromadzeniu oszczędności na emeryturę. Jego głównym celem jest stworzenie zabezpieczenia finansowego Polaków, niezależnego od obowiązującego obecnie systemu emerytalnego. Zgodnie z ustawą program wszedł w życiu już w styczniu tego roku, jednak póki co objął tylko nielicznych.
Komu dokładnie jest dedykowany? Przyglądamy się bliżej najważniejszym założeniom PPK.
PPK – kogo obejmie program?
Pracownicze Plany Kapitałowe mają obejmować ponad 11 milionów pracowników. Nie zaliczają się jednak do nich przedsiębiorcy prowadzący jednoosobową działalność. Zmienia się to z dniem zatrudnienia przynajmniej jednego pracownika, nadal jednak to wyłącznie zatrudniony pracownik, a nie przedsiębiorca podlega PPK. Program dedykowany jest do osób w wieku 19-55 lat, uwzględnia przy tym wpłaty zarówno po stronie budżetu państwa, pracodawcy jak i pracownika.
Wysokość składek na PPK
Podstawowa wpłata do PPK ma wynosić 1,5% wynagrodzenia stanowiącego podstawę wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe od pracodawcy, a także 2% od tej samej kwoty od uczestnika programu, czyli pracownika. Co ważne, pracownicy, których miesięczne wynagrodzenie będzie równe bądź niższe niż 120% minimalnego wynagrodzenia na konkretny rok, mogą dokonać niższej wpłaty podstawowej, lecz nie mniejszej niż 0,5%. Ponadto, pracodawca może zadeklarować dokonywanie wyższej wpłaty, o dodatkowe 2,5%, w sumie przeznaczyłby każdemu pracownikowi nawet do 4%. Wyższej wpłaty dokonywać może również sam pracownik: z obowiązkowych 2% może podnieść wpłatę do 4%. Miesięczna wpłata na konto PPK mieścić się będzie zatem w przedziale od 3,5 do 8% wynagrodzenia.
Wsparcie dla uczestników PPK oferuje również państwo. Przyjmuje ono postać jednorazowej wpłaty powitalnej w wysokości 250 zł i corocznej dopłaty w wysokości 240 zł dla każdego uczestnika PPK. Na uwadze należy mieć fakt, że od wpłaty pracodawcy pracownik musi zapłacić podatek. Środki w PPK gromadzone będą na tej samej zasadzie co lokaty bankowe.
Czy PPK będzie obowiązkowe?
Pracodawca będzie miał obowiązek dokonywania wpłat do pracowniczych planów kapitałowych, w innym razie grozi mu grzywna, której wysokość mieści się w przedziale od 1000 do 1 mln. złotych. Pieczę nad dopełnieniem tej czynności sprawować będzie Państwowa Inspekcja Pracy. Dla pracowników udział w PPK przyjmuje charakter dobrowolny, co oznacza, że w każdej chwili mogą oni zrezygnować z dokonywania wpłat do programu (początkowo zakwalifikowani zostają do niego automatycznie). W tym celu należy złożyć pisemną deklarację u pracodawcy. Konieczność ta zachodzi co 4 lata, w innym przypadku pracownik po 4 latach ponownie zostanie przypisany do programu. Jednocześnie każdy uczestnik PPK, który zdecydował się zrezygnować z udziału w programie, może ponownie do niego przystąpić w dowolnym momencie.
W przypadku zmiany pracodawcy, po upływie 3 miesięcy, pracownik zostaje automatycznie przypisany do PPK, które oferuje nowy pracodawca. Nie ma jednocześnie obowiązku dokonywania transferu zgromadzonych dotychczas środków. W praktyce oznacza to, że może posiadać dwa (lub więcej) kont PPK, przy czym nowe wpłaty będzie otrzymać wyłącznie na jedno z nich (najnowsze).
Kolejność tworzenia PPK
Kolejność dołączenia firm do PPK uzależniona jest od wielkości bądź rodzaju pracodawcy. Od 1 lipca do PPK obowiązek mają przystąpić pracodawcy, którzy zatrudniają powyżej 250 pracowników. Jak wygląda ta kwestia w przypadku pozostałych pracodawców? Pracodawcy zatrudniając od 50 do 249 osób muszą dołączyć do programu z dniem 1 stycznia 2020. Osoby, które zatrudniają od 20 do 49 osób objęte PPK zostaną 1 lipca 2020, a wszyscy pozostali 1 stycznia 2021 roku.
Wypłata zgromadzonych środków
Pieniądze, które zostaną zgromadzone przez uczestników PPK stanowią ich własność prywatną i zostaną im wypłacone po osiągnięciu 60. roku życia. Ten sam wiek obejmuje zarówno kobiety, jak i mężczyzn. Po śmierci uczestnika PPK zgromadzone w PPK środki podlegają wypłacie transferowej do PPK (bądź innego programu, np. IKE lub PPE) osoby uprawnionej. Istnieje także możliwość ich wypłaty w formie pieniężnej. Jeżeli uczestnik nie wskazał osoby uprawnionej do zebranych przez niego środków, podlegają one dziedziczeniu na zasadach ogólnych.
W pierwszej połowie roku w Polsce przybyło blisko 1,1 mln m kw. nowej powierzchni magazynowo-przemysłowej, co było najwyższym wynikiem odnotowanym w ciągu pierwszych sześciu miesięcy w historii tego sektora rynku nieruchomości, podała firma doradcza Savills.
Jak wynika z raportu „Market in Minutes – Rynek magazynowy w Polsce” opracowanym przez Savills, dzięki rekordowej nowej podaży odnotowanej w pierwszych sześciu miesiącach roku, na koniec czerwca Polska dysponowała 16,8 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowo-przemysłowej. Doszło również do przetasowania wśród regionów dysponujących największymi zasobami. Pozycję lidera utrzymała Warszawa (4,1 mln m kw.), ale na drugie miejsce wskoczyła Polska Centralna (2,73 mln m kw.), która wyprzedziła Górny Śląsk (2,66 mln m kw.), dzięki 246 500 m kw. oddanym do użytku w tym regionie w pierwszej połowie roku. Na koniec czerwca w budowie pozostawało 2,2 mln m kw. nowej powierzchni, z czego 210 000 m kw. przypada na obiekt typu BTS budowany w Gliwicach przez Panattoni Europe.
Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills
„W pierwszej połowie 2019 roku Polska Centralna odnotowała znaczący wzrost podaży, co przysparza jej statusu drugiego najważniejszego regionu logistycznego w Polsce, po rynku Warszawy i okolic. W stolicy oraz we Wrocławiu zaobserwowaliśmy z kolei bardzo wysoki popyt. Silnym trendem pozostaje logistyka miejska. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy roku wynajęto 31 000 m kw. w tego typu obiektach, a na koniec czerwca w budowie pozostawało ponad 52 000 m kw. nowej powierzchni dedykowanej logistyce miejskiej” – mówi Kamil Szymański, dyrektor działu powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.
Zgodnie z danymi Savills w ciągu pierwszych sześciu miesięcy 2019 roku w Polsce wynajęto 1,8 mln m kw., co oznacza spadek rok do roku o 16%. Ogromny, blisko 50% wzrost popytu w stosunku do analogicznego okresu w 2018 r. odnotowano w Warszawie, gdzie w pierwszej połowie 2019 r. wynajęto najwięcej powierzchni (blisko 580 000 m kw.). W tym czasie największe umowy najmu w Polsce podpisały firmy Jysk (Logistic City Piotrków Trybunalski), Pantos Logistics (Panattoni Park Wrocław XI) i PepsiCo (P3 Mszczonów), z których każda opiewała na ok. 60 000 m kw.
Stopa pustostanów odnotowała lekki spadek w stosunku do pierwszego kwartału (0,4 pkt. proc.) i na koniec czerwca 2019 r. utrzymała niski poziom 5,1%. O wolną powierzchnię magazynowo-przemysłową najłatwiej na Górnym Śląsku (7,6%) oraz w Poznaniu (7,5%). Czynsze bazowe utrzymują się na poziomie od 2,7 euro do 4,2 euro za m kw. na miesiąc w przypadku wielkopowierzchniowych obiektów, sięgając 5,35 euro za m kw. na miesiąc w mniejszych modułach zlokalizowanych na terenie Warszawy.
„Rynek magazynowy w Polsce utrzymuje dynamiczne tempo wzrostu. W ślad za rekordową nową podażą w pierwszych sześciu miesiącach, cały 2019 rok ma szansę zamknąć się najwyższym wynikiem w historii, wzbogacając nasz rynek o 2,5 miliona m kw. nowej powierzchni magazynowo-przemysłowej” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.
Aktywność cyberprzestępców rośnie od początku roku, ale w czerwcu osiągnęła najwyższy poziom – alarmują specjaliści Check Point. Polska nadal plasuje się wśród państw o niższym wskaźniku zagrożenia, lecz nadal daleko jej do najbezpieczniejszych sieci jak w Finlandii, Norwegii czy Czechach – jak mówi Wojciech Głażewski, Country Manager Check Point Software Technologies.
W najnowszym rankingu bezpieczeństwa sieciowego Polska zajmuje 13 miejsce w Europie – 6 miejsc wyżej niż w maju, przy jednoczesnym nieznacznym wzroście tzw. indeksu zagrożeń (38,3). Czołowe pozycje w Europie ponownie uzyskały Finlandia oraz Norwegia (30,9). Na przeciwległym biegunie znalazła się Czarnogóra (83,8) i Macedonia (95,3). To obecnie najbardziej atakowane kraje w na naszym kontynencie.
W Polsce najczęściej wykorzystywanym przez hakerów wirusem jest Cryptoloot, który w naszym kraju infekował blisko 9,5% przedsiębiorstw. Drugie miejsce zajmuje NanoCore (7,48%), będący trojanem zdalnego dostępu. Trzecie miejsce (5,12%) zajął Trojan Emotet, którego aktywność została czasowo wstrzymana.
Interesującym jest fakt, że najwięcej ataków na naszą sieć było przeprowadzanych z chińskiego IP, a większość z nich przeprowadzana była pod koniec tygodnia – w piątki. Tymczasem Czechów najczęściej atakują hakerzy z USA.
Wśród złośliwego oprogramowania światowym numerem jeden jest XMRig, cryptominer, który dzięki pracy bezpośrednio na urządzeniu końcowym, a nie na samej przeglądarce internetowej jest w stanie wykopywać kryptowalutę Monero bez potrzeby sesji aktywnej przeglądarki internetowej na komputerze ofiary. Drugie miejsce zajmuje Jsecoin – cryptominer JavaScript, który może być osadzony na stronach internetowych czy uruchomić koparkę bezpośrednio w przeglądarce. Podium zamyka Cryptoloot – cryptominer wykorzystujący moc procesora lub procesora graficznego ofiary oraz istniejące zasoby do wytworzenia nowej waluty. Dodaje transakcje do tzw. Blockchainu, wprowadzając nową walutę.
Ciekawym spostrzeżeniem analityków Check Point jest fakt, iż w czerwcu nastąpiło wstrzymanie aktywności jednego z najważniejszych zagrożeń w ostatnich miesiącach, czyli Emoteta – zaawansowanego, samonapędzającego się i modułowego trojana, który po raz pierwszy zwrócił uwagę badaczy bezpieczeństwa sieciowego w 2014 r, kiedy to uznawany był za trojana bankowego. W 2018 r. jego zastosowanie ewoluowało. Zaczął być używany głównie jako botnet, który w ostatnim czasie notowany był w pierwszej piątce najczęściej wykorzystywanego szkodliwego oprogramowania.
Jak wynika z najnowszego podsumowania BIK, w czerwcu 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły finansowania na kwotę 603 mln zł, udzielając 237,9 tys. pożyczek. Obecne odczyty w porównaniu do czerwca 2018 r. wskazują, że w ujęciu wartościowym firmy pożyczkowe udzieliły pożyczek na kwotę niższą o (-3,5%), natomiast w ujęciu liczbowym odnotowały wzrost o (+2,8%). Średnia wartość pożyczki pozabankowej udzielonej w czerwcu br. wyniosła 2 534,8 zł i była niższa o (-6,1%) od średniej wartości udzielonej pożyczki w czerwcu 2018 r.
Z obserwacji sprzedaży pożyczek pozabankowych w perspektywie sześciu pierwszych miesięcy 2019 r. wynika, że udzielono ich o (-0,2%) mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. W ujęciu wartościowym spadek w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. wyniósł (-0,1%). Łącznie w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły 1 374,1 tys. pożyczek na łączną kwotę 3,558 mld zł.
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
– W pierwszym półroczu 2019 r. firmy pożyczkowe udzieliły finansowania na wartości zbliżone do pierwszego półrocza 2018 r. – podsumowuje prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej. – Uwagę zwracają pożyczki w przedziałach kwotowych do 1 tys. zł (6,4%) oraz powyżej 5 tys. zł (1,8%), które w pierwszym półroczu br. odnotowały dodatnią dynamikę. Finansowanie do 1 tys. zł stanowiło prawie 40% liczby udzielonych w pierwszym półroczu pożyczek. Pożyczki powyżej 5 tys. zł miały 41% udział w łącznej kwocie udzielonych pożyczek, ale w ujęciu liczbowym tylko 11% – uzupełnia główny analityk BIK.
W ujęciu wartościowym pożyczki udzielone na kwoty poniżej 1 tys. zł miały 9% udział w sprzedaży. Dodatnia dynamika liczby udzielanych pożyczek w okresie styczeń – czerwiec 2019 r. dotyczyła jedynie pożyczek niskokwotowych (< 1 tys. zł) i wynosiła (+6,4%) oraz wysokokwotowych (> 5 tys. zł), w przypadku których wyniosła ona (+1,8%).
Najwyższą ujemną dynamikę w ujęciu liczbowym w okresie sześciu pierwszych miesięcy 2019 w porównaniu do analogicznego okresu z poprzedniego roku odnotowały pożyczki z przedziału kwotowego 1,0 do 1,5 tys. zł (-8,1%).
Jak wynika z danych Fundacji Rozwoju Rynków Finansowych, niska dynamika sprzedaży pożyczek pozabankowych, okresowo nawet ujemna, utrzymuje się niezmiennie od ponad 12 miesięcy.
– Na niską dynamikę sprzedaży na rynku pozabankowym ma wpływ szereg czynników, m.in. dostęp instytucji pożyczkowych do finansowania, w szczególności w obliczu problemów spowodowanych kryzysem na rynku obligacji korporacyjnych oraz niepewności regulacyjnej, skutkującej trudnościami w uzyskaniu finansowania w innych kanałach – wyjaśnia Agnieszka Wachnicka, Prezes Zarządu Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego. – Nie bez znaczenia dla dynamiki sprzedaży pozostaje również zwiększenie skali transferów socjalnych, skutkujące obniżeniem popytu na pożyczki. Ujemna roczna dynamika sprzedaży w czerwcu odzwierciedla niepewność związaną z toczącymi się pracami nad ustawą warunkującą przyszłość rynku pożyczek pozabankowych – wyjaśnia.
Już 98% ankietowanych marketerów jest przekonanych o wysokiej efektywności content marketingu, a zaledwie 2% twierdzi, że jest on przeceniany – podaje GoodFirms w raporcie “How Businesses Use Content Marketing”. Czy wobec tego można poprawić coś, co teoretycznie już jest doskonałe? Okazuje się, że tak! Wystarczy wesprzeć to technologią ze świata martech – Big Data i analityką – bo przecież każdy król, potrzebuje swojej królowej.
Serwis Demand Metric podaje, że content marketing kosztuje aż 62% mniej niż tradycyjny display marketing, a jednocześnie generuje 3 razy więcej leadów sprzedażowych. Nic dziwnego, że ta forma promocji tak szybko zyskuje na popularności. Okazuje się, że sprzężone z analityką Big Data, może przynieść jeszcze lepsze efekty.
Content marketing pod lupą
Czy wobec tego content marketing jest Świętym Gralem świata marketingu? Specjaliści z GoodFirms postanowili wprost zapytać marketerów z całego świata, jakie jest ich zdanie o tej formie promowania. Wyniki są więcej niż zadowalające – 98% ankietowanych twierdzi, że to wysoce efektywna forma promowania, a zaledwie 2% uważa, że nie spełnia ona ich oczekiwań.
Jak twierdzą specjaliści z GoodFirms, marketing treści nie powinien być traktowany jako ekstra element strategii marketingowej przedsiębiorstwa, a firmy muszą pamiętać, że dziś jest to fundament skutecznej kampanii. Jednak ręczne zarządzanie tak dużą i różnorodną ilością narzędzi jest trudne. Stąd wzrost zainteresowania platformami DMP, które mają wesprzeć marketerów w tym zadaniu. Marcin Filipowicz, wiceprezes agencji Audience Network, specjalizującej się w data consultingu, wyjaśnia – „Dzięki platformie DMP, marketingowcy mogą skutecznie zarządzać i integrować funkcjonowanie działów i przede wszystkim strategii w firmie. Przechowywanie i organizacja danych w segmentach zapewnia im elastyczność w użyciu i możliwość wykorzystania w dowolny sposób.”
Marketing treści dobry na … Wszystko?!
Mówiąc o marketingu treści, najczęściej można spotkać się ze stwierdzeniem, że ma on budować zaangażowanie i lojalność klientów wobec marki i skutecznie sterować ruchem w jej serwisie. Jednak “content” ma wiele innych zastosowań. Ankietowani wymieniają jeszcze: poprawę SEO w wyszukiwarce (24,6%), wzrost wskaźnika konwersji (22,8%), zwiększenie ruchu w wybranych kanałach (20,2%), budowanie świadomości marki (18,6%) i przekazywanie wiedzy o nowych produktach lub usługach (13,8%)
“Nie chodzi tylko o to, żeby ludzie rozpoznawali twoje logo. Odbiorca musi rozpoznawać markę i wartości, które reprezentuje. Świadomość marki jest tak ważna, ponieważ konsumenci znacznie częściej kupują od marek, które szanują i którym ufają. Kiedy ludzie są świadomi Twojej marki, zabezpieczają również Twoją pozycję w branży. Content marketing to idealne narzędzie do prowadzenia takiej komunikacji.” – mówi Grzegorz Kosiński, prezes Audience Network.
Największe wyzwanie marketerów
Kiedyś w Opolu Jerzy Stuhr zaśpiewał, że „Śpiewać każdy może”, parafrazując słowa tej piosenki, możemy powiedzieć, że pisać każdy może. Jednak w przeciwieństwie do tekstu Jonasza Kofty — w tym wypadku akurat jest ważne, jak co komu wychodzi. Samo tworzenie treści jest proste, ale już projektowanie wartościowych i angażujących przekazów – to prawdziwe wyzwanie. “Lekkie pióro” to za mało by dotrzeć do odbiorcy.
W badaniu GoodFirms blisko 40% ankietowanych przyznaje się, że największym problemem jest dla nich stworzenie angażującego contentu. Następnie na liście znajdują się: “tworzenie strategii content marketingu” z wynikiem 28,5% oraz “pomiar ROI” (13,5%), “wybór miejsca ekspozycji / sposobu dystrybucji” (10,3%) i “podział budżetu” (4,8%).
Kampanie wspomagane technologią
Istnieje filozofia, mówiąca o tym, że dobry produkt sprzeda się sam i nie potrzebuje reklamy. Czy tak samo jest z content marketingiem? Czy wartościowe treści wystarczą, by zyskać uwagę odbiorcy?
„Nie jest to do końca prawdą. Gdy nie wiemy kogo, gdzie i kiedy szukamy – to jak rzucanie do kosza z zamkniętymi oczami. Nasz odbiorca, zaraz po zalogowaniu do sieci, jest atakowany ogromną liczbą komunikatów. Dlatego tak istotna jest spersonalizowana forma przekazu, która angażuje uwagę osób rzeczywiście zainteresowanych naszym contentem. Nie serwujemy wszystkim tego samego, taka strategia nie ma dziś racji bytu.” – ostrzega Marcin Filipowicz z Audience Network, a następnie dodaje: – “Dlatego rośnie popularność platform DMP, które pomagają w płynnym łączeniu danych, raportowaniu w kanałach i kampaniach oraz odkrywaniu właściwych informacji w czasie rzeczywistym. Dzięki analizie Big Data marketingowcy mogą podejmować mądrzejsze decyzje.” – twierdzi ekspert.
Content Marketing Institute donosi, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy wydatki na tworzenie treści wzrosły o 56%. Jednocześnie zaobserwowano, że firmy wydają jeszcze więcej na technologie wspierające content marketing, średnio o 1/3 w porównaniu z poprzednim raportem. Biznes stanął przed okazją – każda firma może stać się redakcją i tworzyć treści, które budują więź pomiędzy przedsiębiorstwem a konsumentem.
Dawno minęły czasy, kiedy decyzje marketingowe były podejmowane pod wpływem intuicji i doświadczenia poszczególnych osób. Dziś, dzięki wykorzystaniu nowoczesnych narzędzi, wspierających specjalistów od promowania, wszystko jest w naszym zasięgu, nawet gdy nie posiadamy odpowiednio wykształconych kompetencji.
Słabnie brytyjski funt wobec amerykańskiego dolara, ale też złotego. Tracą na tym Polacy, którzy pracują w Anglii, a swe zarobki wysyłają do rodzin w kraju.
– Brytyjski funt znalazł się pod ostrzałem, gdy nowy premier Wielkiej Brytanii zdecydował się na utworzenie komitetu, który ma przygotować ten kraj do twardego brexitu – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak, ekspert XTB.
Za funta trzeba już płacić tylko 4,68 zł, gdy przed tygodniem 4,76 zł. Funt znalazł się blisko poziomu 1,21 za dolara.
W tym tygodniu bank centralny Anglii wypowie się na temat swojej polityki monetarnej. Jednak prawdopodobnie nie wpłynie to na kurs funta.
– Należy się spodziewać, że funt nadal będzie pod presją sprzedaży – ocenia M.Stajniak.
Portfel aktywnych umów leasingowych rozwija się (+15% r/r), jednak dynamika nowych kontraktów leasingowych wyhamowała w I połowie tego roku.
Zmiany prawne w zakresie podatku dochodowego od pojazdów osobowych mogły mieć wpływ na taki obraz rynku.
Badania pokazują, że ponad połowa (58%) badanych przedstawicieli małych firm uważa, że za 10 lat leasing będzie przynosił korzyści podatkowe.
W pierwszej połowie 2019 r. roku dynamicznie rozwijał się aktywny portfel branży leasingowej. Wartość aktualnie trwających kontraktów wynosi 157,1 mld zł, czyli jest o 15% wyższa niż przed rokiem (dane na koniec czerwca 2019r.). Jednak wartości nowych umów podpisanych od stycznia do końca czerwca br. zanotowała niewielki spadek (-0,6%) r/r, przy łączonym finansowaniu nowych kontraktów na poziomie 38,7 mld zł.
Andrzej Sugajski, Dyrektor Generalny Związku Polskiego Leasingu
„Wyniki branży leasingowej w I półroczu pozostawały pod istotnym wpływem zmian prawnych w zakresie podatku dochodowego od pojazdów osobowych. Wprowadzone, pod koniec ubiegłego roku zmiany, nie stanowiły co prawda czynnika decydującego, ale znacznie przyspieszyły decyzje przedsiębiorców o zakupie aut jeszcze w 2018 roku. W efekcie przesunęło to znaczną część tegorocznego popytu inwestycyjnego na końcówkę 2018r. Poprawiające się w kolejnych miesiącach wyniki pozwalają sądzić, że branża leasingowa, 2019r. zamknie dodatnim wynikiem, choć nie tak spektakularnym, jak w ostatnich latach”– powiedział Andrzej Sugajski, dyrektor generalny Związku Polskiego Leasingu.
Branża leasingowa w ciągu pierwszych 6 miesięcy tego roku sfinansowała pojazdy lekkie o wartości 16,5 mld zł, co stanowiło wynik o -6,8 proc. niższy przed rokiem (wówczas zawarto kontrakty na pojazdy o łącznej wartości 17,8 mld zł). Ta kategoria rynku obejmuje zarówno pojazdy osobowe, które zanotowały -9,6% spadek, jak też pojazdy do 3,5 t. (+8,5% wzrost wartości finansowania r/r). Samochody osobowe i dostawcze do 3,5 t. mają wysoki, bo 42,8 proc. udział w rynku leasingu.
Pozostałe segmenty rynku leasingu osiągnęły dodatnie wyniki.
W I połowie roku klienci firm leasingowych przy pomocy leasingu i pożyczki inwestycyjnej sfinansowali środki transportu ciężkiego o wartości 10,8 mld, przy +4,4% dynamice finansowania (r/r). Do tej grupy zaliczane są takie aktywa jak ciągniki siodłowe (ich finansowanie wzrosło o +13,5% r/r), pojazdy ciężarowe powyżej 3,5 tony (+6,4% r/r), naczepy/przyczepy (+1,4% r/r), autobusy (-30,3%), samoloty, statki i środki transportu kolejowego (-12,6%) czy pozostałe pojazdy (+16,2%).
Zarówno środki transportu ciężkiego jaki i kolejny segment rynku tj. maszyny i urządzenia utrzymują zbliżone, ok 28 proc. udziały w rynku leasingu. W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku, przedsiębiorcy przy pomocy leasingodawców sfinansowali swoje inwestycje w maszyny i urządzenia o łącznej wartości 10,7 mld zł, co skutkowało +3,7 proc. wzrostem r/r. W tym segmencie dodatnie dynamiki były obserwowane w zakresie finasowania maszyn budowalnych (+6,6% r/r), IT (+8,3% r/r), maszyn do produkcji tworzyw sztucznych (+5% r/r) czy innych maszyn (+25,8% r/r), natomiast w strefie spadków pozostawało finasowanie maszyn rolniczych (-12,3% r/r), maszyn poligraficznych (-16,4% r/r) czy sprzętu medycznego (-21,4% r/r). Istotny, +34 proc. wzrost r/r, osiągnęło finansowanie nieruchomości, przy wartości nowych kontraktów na poziomie 371 mln zł. Znaczący udział w tym wyniku miały kontrakty dotyczące finansowania obiektów handlowych i usługowych, obiektów biurowych i innych nieruchomości.
Analizy makroekonomiczne
Analizy ekonomiczne przygotowane przez ZPL pokazują, że poziom finansowania pojazdów lekkich jest uwarunkowany wielkością popytu konsumenckiego.
Marcin Nieplowicz
„Na wydatki konsumentów pozytywnie wpływa dobra sytuacja na rynku pracy oraz rekordowo wysokie nastroje konsumentów. Dzięki temu popyt krajowy jest wciąż mocny, ale istotne zagrożenia mogą przynieść zmiany demograficzne. To spadek liczby osób w wieku produkcyjnym w Polsce będzie determinował możliwe tempo rozwoju rynku leasingu w kolejnych latach” – twierdzi Marcin Nieplowicz, dyrektor ds. statystyki i monitorowania rynku Związku Polskiego Leasingu.
Inne czynniki wpływają na obraz segmentu transportu ciężkiego. Jego poziom finansowania jest uwarunkowany koniunkturą gospodarczą w strefie euro, a tu głównym czynnikiem determinującym obecną sytuację są wojny handlowe na linii USA – Chiny. Są one coraz bardziej widoczne w wynikach światowego handlu (ujemna dynamika r/r), co negatywnie przekłada się na nastroje wśród firm w Niemczech – największej gospodarki strefy euro, bardzo mocno opartej o eksport. Jednak spowolnienie w strefie euro, jak na razie, nie wychodzi poza obszar przemysłu. Tak długo, jak utrzyma się relatywnie wysoki popyt wewnętrzny, tak długo strefa euro nie znajdzie się w recesji. Cały czas silne pozostają pozostałe obszary gospodarki europejskiej, tj. usługi i budownictwo.
„Na przekór Eurolandowi, dynamicznie rośnie eksport naszych towarów. Dalszy rozwój finansowania transportu ciężkiego będzie jednak przebiegał w cieniu protekcjonistycznej polityki krajów UE, groźby nieuporządkowanego brexitu oraz spowolnienia gospodarczego w strefie euro” – twierdzi Marcin Nieplowicz.
Należy dodać, że wynik finansowania maszyn i urządzeń jest skorelowany z koniunkturą w sektorze przemysłowym. Polski przemysł, jak na razie, pozostaje „kuloodporny”, pomimo recesji w niemieckim przetwórstwie.
„Obserwujemy historycznie wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych: średnio 85,1% w I półroczu 2019. Zaskakująco wysoki wynik w inwestycjach w I kwartale 2019 został osiągnięty w dużej mierze za sprawą czynników jednorazowych: mocnych inwestycji infrastrukturalnych (+samorządowych), nakładów w energetyce, szczytu w absorpcji środków unijnych. W kontrze do tego pozostają niska wartość rozpoczętych inwestycji firm i dosyć pesymistyczne plany przedsiębiorstw w tym zakresie, co raczej nie gwarantuje kontynuacji boomu z I kwartału. Prognozujemy, że w tym roku inwestycje wzrosną o 7,6%. Wyniki produkcji przemysłowej i budowlanki, jak również rekordowo wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych w firmach, pozwalają oczekiwać, że sektor finansowania maszyn pozostanie głównym motorem wzrostu całego rynku leasingu w 2019 r.” – powiedział Marcin Nieplowicz.
Wpływ leasingu na gospodarkę i opinie MŚP
Rozwój polskich przedsiębiorstw leasingowych jest powiązany ze wzrostem i dojrzewaniem polskiej gospodarki. Wzrost wartości nowych umów leasingowych (wliczając pożyczki) w danym kwartale o 1% prowadzi do wzrostu nakładów inwestycyjnych na środki trwałe ogółem o 0,17% i przyrostu kwartalnego PKB o 0,19%. Te i inne wnioski płyną z raportu „25 lat leasingu w Polsce” przygotowanego przez PwC we współpracy ze Związkiem Polskiego Leasingu m.in. na bazie wyników pracy ekonomistów z SGH. Pełny raport można pobrać ze strony internetowej polskiej organizacji leasingowej www.leasing.org.pl.
O tym, że firmy korzystające z leasingu są zadowolone z tej formy finansowania (92%) i deklarują zamiar ponownego skorzystania (42%) – można przeczytać w wynikach badań zrealizowanych przez CBM INDICATOR, wśród małych firm[1] w II kw. tego roku.
„Przedsiębiorcy wybierając leasingodawcę kierują się ofertą cenową (81% – zsumowane odpowiedzi „miało duży” i „bardzo duży wpływ”), szybkością podejmowania decyzji (76%), otwartością na negocjacje (71%) oraz jakością obsługi klienta (68%). W opinii małych przedsiębiorców leasing jest elastyczniejszą i tańszą dla firm formą finansowania niż kredyt. Według przedstawicieli małych firm leasing jest też bardziej bezpieczny i przyjazny niż kredyt” – powiedział Wojciech Terlikowski z CBM Indicator, koordynator projektu badawczego.
Przedstawiciele małych firm optymistycznie patrzą na rynek leasingu za 10 lat. Ponad połowa badanych uważa, że leasing będzie przynosił korzyści podatkowe (58%), firma leasingowa zaoferuje samochód i rozbudowany pakiet usług dodatkowych (57%) oraz umożliwi nabycie samochodu na własność (57%)[2]. Te i inne wyniki sugerują, że przedsiębiorcy przyzwyczaili się do modelu funkcjonującego na rynku i przez to trudniej im sobie wyobrazić, że zawieranie umowy leasingowej za 10 lat może odbywać się za pośrednictwem telefonu/ aplikacji (takiego zdania jest 39% badanych, 35% raczej nie zgadza się z tym stwierdzeniem, a 26% nie ma zdania). Większa grupa badanych nie zgadza się też z tezą mówiącą, że posiadanie samochodu przestanie mieć znaczenie (47%), a 36% uważa, że tak właśnie będzie. Co ciekawe 46% badanych nie będzie korzystało wyłącznie z samochodu na zasadzie „car sharingu”, podczas gdy 33% w taki sposób wyobraża sobie przyszły model mobilności (22% badanych nie ma wyrobionego zdania na ten temat). Badani nie są dzisiaj przekonani także do tzw. pakietów mobilności, które umożliwią im przemieszczanie się za pomocą różnych i skorelowanych metod: samochodu, taksówki, komunikacji publicznej. 43% nie uważa, że za 10 lat wykupi taki abonament, 32 % jest o tym przekonana, podczas gdy ¼ nie ma zdania na ten temat. Wydaje się, że wiedza na temat wymienionych modeli mobilności nie jest dzisiaj wystarczająco szeroka i powszechna.
Wyniki badania koniunktury branży leasingowej
Ostatni pomiar koniunktury pokazuje, że ankietowane firmy leasingowe oczekują nieznacznego wzrostu zatrudnienia, ale też pogorszenia jakości portfela w III kwartale 2019r. Jednocześnie firmy spodziewają się wyraźnego przyspieszenia aktywności sprzedażowej w tym okresie. Badane firmy spodziewają wyższego poziomu finansowania dla wszystkich badanych grup środków trwałych, a wyraźne wzrosty finansowania oczekiwane są w zakresie finansowania pojazdów lekkich oraz segmentu maszyn i IT.
Trochę słabsze, ale wciąż wyraźnie pozytywne perspektywy rysują się dla finansowania środków transportu ciężkiego. Dodatnią dynamikę wzrostu w III kw. br. powinien uzyskać również sektor finansowania nieruchomości.
Prognoza na 2019 r.
Prognoza wyników branży leasingowej pokazuje istotne wyhamowanie po 6 latach intensywnego rozwoju rynku. Dynamika branży leasingowej w 2019 r. na poziomie 2,4% będzie zgodna z prognozowanym wzrostem inwestycji prywatnych i scenariuszem rozwoju gospodarczego w Polsce. W 2019 r. branża leasingowa możne udzielić łącznego finansowania o wartości przekraczającej 84,6 mld zł.
Struktura wzrostu gospodarczego, wysokie wykorzystanie zdolności produkcyjnych, wyniki produkcji przemysłowej i budowlanki oraz wysokie wykorzystanie funduszy unijnych powodują, że finansowanie maszyn pozostanie głównym motorem rozwoju całej branży leasingowej. Pojazdy ciężarowe pozostaną istotnym aktywem finansowanym przez firmy leasingowe z uwagi na wciąż rosnący wolumen przewozów. Pogarsza się jednak otoczenie polityczno-prawne dla sektora transportu drogowego, a wzrost gospodarczy strefy euro pozostanie niski.
[1] CBM INDICATOR, „Małe firmy o usługach finansowych 2019r.”, termin realizacji badania: II kw. 2019r.
Jeden na pięciu menedżerów doświadczył naruszenia cyfrowego bezpieczeństwa w 2018 r., z czego 20% kosztowało organizację ponad 50 mln USD. Jak wskazuje najnowszy raport Capgemini, firmy zwiększają tempo inwestycji w systemy sztucznej inteligencji, aby bronić się przed kolejną generacją cyberataków. Dwie trzecie (69%) organizacji przyznaje, że nie będzie w stanie reagować na krytyczne zagrożenia bez AI. Wraz z rozwojem m.in. technologii chmurowych, IoT czy 5G rośnie liczba urządzeń, sieci i interfejsów użytkownika końcowego, co wywołuje pilną potrzebę rozwoju systemów ochrony i szybkiego reagowania.
W badaniu „Redefinicja cyberbezpieczeństwa ze sztuczną inteligencją: nowa granica w cyfrowym bezpieczeństwie” wzięło udział 850 starszych menedżerów IT w 10 krajach i siedmiu sektorach biznesowych. Specjaliści Capgemini przeprowadzili również pogłębione wywiady z ekspertami z branży, naukowcami i startupami działającymi o obszarze cyberbezpieczeństwa.
– Sztuczna inteligencja już teraz jest szeroko stosowana do wykrywania cyfrowych zagrożeń. Unikalne możliwości tej technologii pozwalają organizacjom na ciągłą ewolucję parametrów wykrywania, przy wykorzystaniu analizy behawioralnej do identyfikacji anomalii. AI znajduje również zastosowanie w przewidywaniu zagrożeń, skanując ogromne ilości różnych typów danych. Na stosunkowo wczesnym etapie znajduje się z kolei rzeczywiste reagowanie na cyberzagrożenia przy pomocy AI – mówi Beniamin Poznański, Head of Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini
Jak podkreślają specjaliści, dzięki sztucznej inteligencji można przejść od wykrywania, manualnej reakcji i działań naprawczych do zautomatyzowanych działań naprawczych, które organizacje mogą w pełni wdrożyć w ciągu najbliższych trzech do pięciu lat.
Włączenie sztucznej inteligencji w zapewnienie cyfrowego bezpieczeństwa to dzisiaj konieczność
Ponad połowa (56%) menedżerów twierdzi, że ich analitycy ds. cyberbezpieczeństwa są przytłoczeni ogromną liczbą punktów, które muszą monitorować aby wykryć zagrożenia i zapobiec włamaniom. Ponadto rodzaj cyberataków, które wymagają natychmiastowej interwencji lub długiego czasu działania analityków cybernetycznych, znacznie się zwiększył, w tym:
cyberataki obejmujące aplikacje, dla których efektywności kluczowy jest czas (42% menedżerów twierdzi, że ich liczba wzrosła średnio o 16%). Są to ataki szczególnie niebezpieczne – w jednym z przypadków haker mógł uzyskać dostęp do aplikacji GPS Tracker 27 000 pojazdów. To dało mu możliwość wyłączenia silników tych pojazdów, nawet gdy były w ruchu;
zautomatyzowane ataki z maszynową prędkością mutujące w tempie, którego nie można zneutralizować za pomocą tradycyjnych systemów odpowiedzi (43% zgłosiło wzrost, średnio o 15%).
W obliczu nowych form cyberataków zdecydowana większość firm (69%) uważa, że nie będzie w stanie zareagować na nie bez użycia sztucznej inteligencji, podczas gdy 61% twierdzi, że potrzebuje sztucznej inteligencji do identyfikacji krytycznych zagrożeń. Jeden na pięciu menedżerów doświadczył naruszenia bezpieczeństwa cybernetycznego w 2018 r., z czego 20% kosztowało organizację ponad 50 mln USD.
Efekt skali przy użyciu AI jest nie do przecenienia. PetSmart, zlokalizowany w USA wyspecjalizowany sprzedawca w branży detalicznej, był w stanie zaoszczędzić około 12 milionów dolarów, wykorzystując sztuczną inteligencję do wykrywania oszustw. Firma wdrożyła technologię AI/ML, która agreguje miliony transakcji i ich wyniki. Technologia określa zasadność każdej transakcji, porównując ją ze wszystkimi innymi. Ponieważ zidentyfikowano fałszywe zamówienia, zostały one anulowane, co pozwoliło zaoszczędzić pieniądze i uniknąć szkód wizerunkowych.
Organizacje przyspieszają inwestycje w AI w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa
Zdecydowana większość menedżerów zgadza się, że sztuczna inteligencja ma fundamentalne znaczenie dla przyszłości cyberbezpieczeństwa.
64% stwierdziło, że AI obniża koszty wykrywania naruszeń i reagowania na nie – średnio o 12%;
74% wskazuje, że umożliwia szybszy czas reakcji: skraca czas wykrywania zagrożeń, naprawy szkód i wdrażania poprawek o 12%;
69% stwierdziło również, że sztuczna inteligencja wykrywa naruszenia z większą dokładnością, a 60% mówi, że AI zwiększa skuteczność i wydajność analityków cyberbezpieczeństwa, skracając czas spędzany na analizowaniu fałszywych alarmów.
W związku z tym prawie połowa respondentów (48%) stwierdziła, że budżety na sztuczną inteligencję w cyberbezpieczeństwie wzrosną w 2020 r. o prawie jedną trzecią (29%). 73% organizacji już jest w fazie testowej. Tylko jedna na pięć firm używała sztucznej inteligencji w obszarze cyfrowego bezpieczeństwa przed 2019 r., ale przewiduje się gwałtowny wzrost adopcji tego typu rozwiązań: prawie dwie na trzy organizacje (63%) planują wdrożenie sztucznej inteligencji do 2020 r. aby wzmocnić swoje zabezpieczenia.
Bariery we wdrażaniu sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie na dużą skalę
69% menedżerów przyznało, że największym utrudnieniem we wdrażaniu rozwiązań AI jest brak zrozumienia sposobu ich skalowania w fazie proof of concept.
Ponadto połowa badanych organizacji wskazała na wyzwania związane z integracją z obecną infrastrukturą, systemami danych i aplikacjami. Chociaż większość respondentów twierdzi, że wie co chce osiągnąć z AI w cyberbezpieczeństwie, tylko połowa (54%) zidentyfikowała zestawy danych wymagane do wdrożenia operacyjnego jej algorytmów.
– Jest kilka kroków, które należy podjąć, aby w pełni wykorzystać możliwości sztucznej inteligencji w cyberbezpieczeństwie – mówi Beniamin Poznański, Head of Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini – Po pierwsze, należy zidentyfikować źródła danych i tworzyć platformy danych, na których AI może operować. Należy też wyselekcjonować przypadki użycia o największym potencjale – czyli takie, która są stosunkowo łatwe i szybkie do wdrożenia, a dają najwięcej korzyści. Kluczowa jest również kooperacja z innymi specjalistami z branży, żeby dobrze poznać bieżące zagrożenia i skutecznie poprawiać logikę algorytmów AI, a wreszcie obranie odpowiedniej metodologii wdrażania, orkiestracji, automatyzacji i odpowiedzi, szkolenie analityków oraz zarządzanie AI – podsumowuje.
W stosunkach gospodarczych może zdarzyć się sytuacja, w której kontrahent nie zapłaci faktury, a wyegzekwowanie od niego tego zobowiązania będzie w zasadzie niemożliwe. Zarówno na gruncie ustawy o PIT, jak i ustawy o CIT istnieje możliwość zaliczenia takich wyłącznie teoretycznych przychodów do kosztów uzyskania przychodu. Z kolei na gruncie ustawy o VAT możliwe jest skorzystanie z ulgi. Takie zabiegi wymagają jednak spełnienia ustawowych przesłanek. Jak zrobić to poprawnie?
Nieściągalność świadczenia a podatek PIT i CIT
Będąc wierzycielem, można wliczyć niezapłacone faktury do kosztów uzyskania przychodu. Dokonanie tej czynności uzależnione jest jednak od uprawdopodobnienia nieściągalności świadczenia. W tym celu należy skorzystać z jednego z trzech dostępnych rozwiązań. Po pierwsze możliwe jest uzyskanie postanowienia o nieściągalności, wydawanego przez komornika, uznanego, jako odpowiadające stanowi faktycznemu. Po drugie można zwrócić się do sądu powszechnego o wydanie któregoś z trzech rozstrzygnięć: oddalenia wniosku o ogłoszenie upadłości obejmującej likwidację majątku, gdy majątek niewypłacalnego dłużnika nie wystarcza na zaspokojenie kosztów postępowania; umorzenia postępowania upadłościowego obejmującego likwidację majątku, gdy majątek dłużnika nie wystarcza na pokrycie kosztów; ukończenia postępowania upadłościowego. Po trzecie natomiast wierzyciel może spisać stosowny protokół, w którym zostanie stwierdzone, że przewidywane koszty procesowe oraz egzekucyjne związane z dochodzeniem wierzytelności byłyby równe albo wyższe od ściąganej kwoty.
Dłużnik nie musi składać korekty
W odniesieniu do ustaw podatkowych nie istnieje obecnie konieczność dokonywania korekty kosztów z tytułu niezapłaconych w terminie faktur przez dłużnika. Taki obowiązek istniał w polskim systemie prawnym do 2016 r. Wtedy ustawodawca uzasadniał to dążeniem do likwidacji zatorów płatniczych i poprawy sytuacji finansowej przedsiębiorców. Wprowadzone rozwiązanie jednak się nie sprawdziło, dlatego postanowiono o jego uchyleniu.
Nieściągalność świadczenia a VAT
Z kolei na gruncie ustawy o podatku VAT przewidziano możliwość skorzystania z ulgi na tzw. złe długi. Udogodnienie to dotyczy transakcji, których dokonano z udziałem przedsiębiorców będących czynnymi podatnikami podatku VAT oraz mających swoją siedzibę na terytorium Polski. Wyłączeni zostali zatem „nieVAT-owcy” oraz podmioty zagraniczne. Oczywiście w kontekście ustawy o VAT konieczne jest również uprawdopodobnienie nieściągalności należności. Zabieg ten jest jednak w tym przypadku dużo prostszy, ponieważ wystarczy wykazać, że należność nie została uregulowana lub zbyta w jakiejkolwiek formie w terminie 90 dni od dnia upływu terminu jej płatności, wskazanego na fakturze lub w zawartej umowie. Dzięki uprawdopodobnieniu nieściągalności wierzytelności można dokonać korekty należnego podatku (naliczonego w wystawionej fakturze VAT). Nie ma przy tym potrzeby informowania dłużnika o dokonanej czynności.
Ulga za złe długi – dodatkowe przesłanki
Ustawa o VAT przewiduje kilka dodatkowych przesłanek umożliwiających skorzystanie z korekty. Po pierwsze dostawa towarów lub świadczenie usług musiało być realizowane na rzecz podatnika, który został zarejestrowany jako czynny podatnik VAT, niebędący w trakcie postępowania upadłościowego lub restrukturyzacyjnego, a także w trakcie likwidacji. Po drugie natomiast na dzień poprzedzający złożenie deklaracji podatkowej ze stosowną korektą, zarówno dłużnik, jak i wierzyciel byli czynnymi podatnikami VAT, a dłużnik nie był w trakcie postępowania upadłościowego, restrukturyzacyjnego albo w trakcie likwidacji. Po trzecie od daty wystawienia faktury VAT nie powinno minąć więcej niż dwa lata, licząc od końca roku, w którym ją wystawiono. Przymierzając się do skorzystania z ulgi, warto zatem pilnować tego terminu lub zrobić to niezwłocznie, gdy tylko takie rozwiązanie stanie się możliwe na gruncie przepisów prawa podatkowego.
Korekta deklaracji VAT a reakcja dłużnika
Korekta deklaracji VAT przez wierzyciela z uwagi na niezapłaconą fakturę i uznanie wierzytelności za nieściągalną rodzi określony obowiązek także po stronie dłużnika. Powinien on również złożyć stosowną korektę poprzez obniżenie odliczonej kwoty podatku. Obowiązują go przy tym dokładnie takie same terminy jak w przypadku wierzyciela. Oznacza to, że należy tego dokonać w rozliczeniu za okres, w którym upłynął 90-dniowy termin od dnia wymagalności roszczenia. Przy czym sytuacja nie zmienia się w sytuacji, gdy należność nie została zapłacona jedynie w części. W takim przypadku korekta powinna obejmować podatek naliczony z tej właśnie niezapłaconej części należności.
Nieściągalność wierzytelności – przepisy korzystne dla wierzycieli
Mechanizmy dostępne w ustawach o podatku PIT i CIT, a także w ustawie o VAT pozwalają na pewnego rodzaju zabezpieczenie wierzyciela przed niepłacącym dłużnikiem. Fakt nieuregulowania należności wynikającej z wystawionej faktury VAT, dzięki ustawowym rozwiązaniom, nie powoduje negatywnych konsekwencji podatkowych po stronie wierzyciela. Ma to szczególnie duże znaczenie przy transakcjach obejmujących bardzo wysokie kwoty, gdzie podatki PIT, CIT i VAT mogłyby negatywnie oddziaływać na płynność finansową przedsiębiorstwa wierzyciela.
Autor:radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Sytuacja na rynku pracy w Polsce sukcesywnie się poprawia, stopniowo spada bezrobocie, obecnie jest to niewiele ponad 5%, dynamicznie wzrastają również płace oraz świadczenia socjalne. Taka sytuacja sprawia, że pracodawcy mają problem ze znalezieniem pracowników i coraz częściej zatrudniają osoby ze Wschodu.
Karolina Serwańska z agencji Polski HR
Od dłuższego czasu mówi się, że na rynku pracy to pracownicy dyktują warunki. Określenie „rynek pracownika” pojawiało się do tej pory w kontekście specjalistów, osób o określonych, rzadkich kompetencjach i specyficznej wiedzy. Byli to głównie informatycy, programiści czy inżynierowie. Mogą oni nie tylko wybierać z dostępnych ofert te, które są dla nich najatrakcyjniejsze. W ostatnim czasie zauważalny jest również deficyt pracowników fizycznych, budowlańców i osób do pomocy w gospodarstwach.
Coraz więcej Ukraińców w polskich firmach
Coraz większa grupa przedsiębiorców podnosi problem braków kadrowych. W wielu firmach to pracownicy ze Wschodu, głównie z Ukrainy, stanowią zasadniczą część załogi. Według danych za II połowę 2018 roku, już 21% firm w Polsce zatrudnia Ukraińców. Spodziewam się, że tendencja w kolejnych latach będzie wzrostowa. Warto też podkreślić, że pracodawcy są zadowoleni z pracy naszych sąsiadów. 66% z nich, oczekuje, że wydłużony zostanie czas, w jakim będą mogli oni pracować w naszym kraju, obecnie formalnie mogą pracować do 6 miesięcy.
Dla Ukraińców coraz atrakcyjniejszy staje się niemiecki rynek pracy. Według raportu „Ukraińcy na polskim rynku pracy” w ciąg najbliższych 3 lat na Zachód planuje wyjechać 900 tys. Ukraińców. Na wyjazd decydują się głównie osoby znające język i dobrze wykształcone. Niemcy potrzebują pracowników wykwalifikowanych, znających języki. To nie zmieni się nawet po 2020 roku, kiedy Niemcy planują zrezygnować z tzw. testu rynku pracy i znajomości języka. Chociaż niemiecka gospodarka potrzebuje około 1,5 miliona pracowników, największe szanse mają specjaliści z doświadczeniem i kwalifikacjami uznawane przez niemieckie prawo.
Przeszkodą w zatrzymaniu ukraińskich pracowników w Polsce są przepisy i utrudnienia administracyjne. Jeżeli chcemy nie tylko zatrzymać pracujących już u nas Ukraińców, ale też zachęcić do przyjazdu nowych, powinniśmy w znacznym stopniu wspomóc i ułatwić legalizacje pobytu, a także wspomóc proces aklimatyzacji.
Opublikowane przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów (PZWLP) dane po pierwszym półroczu potwierdzają, że wprowadzone od 2019 roku zmiany przepisów podatkowych od aut służbowych nie mają niekorzystnego wpływu na rozwój wynajmu długoterminowego aut w Polsce. Rynek wynajmu długoterminowego samochodów w naszym kraju utrzymuje dotychczasową dużą dynamikę rozwoju i na koniec czerwca osiągnął dwucyfrowy wzrost 11,7% r/r, a więc zbliżony do wartości odnotowywanych w poprzednich latach. Branża wynajmu długoterminowego zakupiła w pierwszym półroczu 2019 r. o 3,6% więcej nowych aut osobowych, niż rok wcześniej i wyróżniała się pod tym względem na polskim rynku. Całkowita sprzedaż nowych samochodów do firm pozostawała bowiem w pierwszych sześciu miesiącach bieżącego roku na poziomie niemalże identycznym, co w porównywalnym okresie rok temu. Z kolei, w przypadku konkurencyjnych form finansowania aut służbowych łącznie, czyli zakupu, kredytu i leasingu finansowego sprzedaż była nawet nieznacznie niższa. Branża Rent a Car odnotowała na koniec pierwszego półrocza bieżącego roku wzrost o 7,8% r/r.
Podobnie jak po pierwszym kwartale roku, dane na koniec czerwca 2019 r. również wskazują na wyhamowanie tempa wzrostu sprzedaży nowych aut w polskich salonach, które było do tej pory napędzane niemalże całkowicie przez zakupy dokonywane przez firmy. Bardzo wysoki poziom sprzedaży ustanowiony w rekordowym pod tym względem zeszłym roku, pozostawał w pierwszych miesiącach 2019 roku trudny do pokonania. Za obroty w salonach nadal w zdecydowanej większości, bo aż 68,5% przypadków, odpowiadały firmy. Ich udział w sprzedaży nowych aut osobowych, choć bardzo wysoki, to jednak nieznacznie, o 0,9%, zmniejszył się w pierwszym półroczu 2019
w porównaniu z analogicznym okresem roku poprzedniego. Firmy nabyły blisko 191 tys. nowych samochodów osobowych, podczas gdy klienci indywidualni odpowiadali za sprzedaż ponad 87 tys. aut.
Stagnacja na rynku, ale w wynajmie długoterminowym nadal jest nabywanych więcej aut niż rok wcześniej
W pierwszych 6 miesiącach roku firmy zakupiły niemalże tą samą ilość nowych aut osobowych (wzrost wyniósł jedynie 0,6%), co w tym samym okresie rok wcześniej, co oznacza, że w tym obszarze rynku nastała stagnacja. Należy jednak zaznaczyć, że poziom, na którym zatrzymała się sprzedaż nowych samochodów do firm, jest bardzo wysoki.
Analizując jednak bardziej szczegółowo dane w zakresie zakupu nowych samochodów przez firmy, a więc w podziale na różne formy finansowania pojazdów dostępne na polskim rynku, zauważalne są już jednak wyraźne różnice w popularności poszczególnych rozwiązań. Stagnacja widoczna w całkowitej sprzedaży samochodów osobowych do firm nie dotyczyła bowiem wynajmu długoterminowego, w przypadku którego odnotowany został wzrost. W pierwszym półroczu branża wynajmu długoterminowego zakupiła łącznie 40,4 tys. nowych aut osobowych, czyli o 3,6% więcej niż w porównywalnym okresie rok temu. Jeśli zaś chodzi o nowe samochody osobowe nabywane poprzez zakup ze środków własnych, w kredycie i z wykorzystaniem klasycznego leasingu finansowego łącznie, to w pierwszym półroczu 2019 r. zakupiono niemalże identyczną liczbę aut ( – 0,13%) w porównaniu z analogicznym czasem rok wcześniej.
Zmiana przepisów podatkowych bez negatywnego wpływu na wynajem długoterminowy – rynek rozwija się nadal w wysokim dwucyfrowym tempie
Wynajem długoterminowy samochodów rozwija się również nadal w wysokim, dwucyfrowym tempie, porównywalnym do tego, jakie występowało w poprzednich latach, pod względem najważniejszego dla określania dynamiki wzrostu branży wskaźnika, a więc łącznej liczby aut znajdujących się na rynku w usłudze Full Serwis Leasing (leasing operacyjny z pełną obsługą pojazdów). Na koniec czerwca 2019 r. branża mogła poszczycić się pod tym względem dynamiką wzrostu na poziomie 11,7% r/r.
Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Dyrektor Generalny Arval Polska
Dane po pierwszym półroczu pozwalają już na rzetelną ocenę sytuacji na rynku. Wyniki opublikowane przez PZWLP po drugim kwartale potwierdzają, że obawy związane ze zmianą przepisów podatkowych od aut służbowych w 2019 roku, nie znalazły odzwierciedlenia w rzeczywistości w przypadku wynajmu długoterminowego – mówi Grzegorz Szymański, Prezes Zarządu PZWLP, Regional Manager of Central Europe w Arval. – Branża wynajmu długoterminowego w Polsce utrzymuje nadal wysokie, dwucyfrowe tempo wzrostu w 2019 roku. Biorąc pod uwagę, że porównujemy się do tzw. wysokiej bazy, czyli rekordowo dobrych wyników odnotowanych w ubiegłym roku, obecne tempo wzrostu wynajmu długoterminowego napawa optymizmem i potwierdza, że ta forma finansowania cieszy się dużą popularnością w Polsce. Wynika to przede wszystkim z faktu, że rynek wynajmu długoterminowego w naszym kraju wciąż się rozwija i ma duży potencjał w porównaniu z nasyconymi już rynkami Zachodniej Europy. Jego główną siłą napędową jest od niedawna sektor małych i średnich firm. Zainteresowanie mniejszych przedsiębiorców tą formą finansowania samochodów jest coraz większe, a jednocześnie ich udział w portfolio wszystkich klientów jest nadal stosunkowo niewielki. Potencjał rozwoju naszej branży, tkwiący w sektorze MŚP jest w związku z tym nadal bardzo duży i jesteśmy pewni, że będzie on jeszcze przez kilka lat napędzał wzrost rynku wynajmu długoterminowego w Polsce.
Dobre rezultaty osiągnięte przez branżę wynajmu długoterminowego aut mają także odzwierciedlenie w udziale branży w sprzedaży nowych samochodów osobowych do firm w Polsce, który w pierwszym półroczu 2019 r. urósł o 0,6% w porównaniu do pierwszego półrocza roku ubiegłego.
Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska
Wynajem długoterminowy aut to w Polsce usługa wciąż relatywnie młoda, istnieje ponad 20 lat. Dla porównania, na niektórych rynkach zachodnioeuropejskich funkcjonuje już od lat 60. ubiegłego wieku – mówi Leszek Pomorski, Członek Zarządu PZWLP, Prezes Alphabet Polska. – Mimo to, rozwój tego rynku w naszym kraju jest bardzo szybki, obecnie już więcej niż co piąte nowe auto osobowe jest nabywane przez przedsiębiorców w ten sposób. Przeszliśmy już długą drogę, od usługi wręcz niszowej o marginalnym znaczeniu, do chętnie wykorzystywanej formy finansowania samochodów służbowych nie tylko przez duże firmy, ale coraz częściej także przez małych i średnich przedsiębiorców. Co więcej, wynajem długoterminowy odgrywa obecnie znaczącą rolę dla całej branży motoryzacyjnej w kraju. Rynek ten jest jednak nadal bardzo daleki od nasycenia i najbliższe lata z pewnością przyniosą kolejną dużą transformację – udział wynajmu długoterminowego w sprzedaży nowych aut do firm będzie bez wątpienia istotnie większy niż jest obecnie. Dalszemu szybkiemu rozwojowi sprzyjać będzie nie tylko rosnące zainteresowanie tą formą finansowania samochodów ze strony sektora MŚP, ale również dynamicznie zmieniająca się na naszych oczach rzeczywistość oraz mentalność i potrzeby przedsiębiorców. Zmiana podejścia do aut służbowych z posiadania, na używanie, dokonuje się obecnie bardzo szybko. Wynajem długoterminowy doskonale wpisuje się w te trendy.
Na koniec czerwca 2019 r., w liczącej prawie 157,5 tys. aut* flocie w wynajmie długoterminowym firm PZWLP, zdecydowanie dominowała usługa Full Serwis Leasingu (FSL), która była wykorzystywana w przypadku 93,5% samochodów. Leasing z Serwisem (LS), będący uproszczoną wersją Full Serwis Leasingu (gwarantuje mniejszy zakres obsługi aut) stanowił 6,5% samochodów znajdujących się na koniec pierwszego półrocza 2019 r. w wynajmie długoterminowym. Wśród najpopularniejszych aut wynajmowanych długoterminowo znalazły się Skoda Octavia, Volkswagen Passat i Ford Focus.
Diesle już nie dominują we flotach w wynajmie długoterminowym
Dane PZWLP na koniec czerwca 2019 r., podobnie jak już od kilkunastu ostatnich miesięcy, po raz kolejny potwierdzają słabnące zainteresowanie ze strony firm i przedsiębiorców samochodami z silnikami wysokoprężnymi. Diesli w wynajmie długoterminowym nadal ubywa i pojazdy wyposażone w takie napędy tracą swoją dominującą do niedawna pozycję we flotach. Na koniec pierwszego półrocza auta tego typu stanowiły 60,6%, a ich udział zmniejszył się w ciągu roku o 2,9%. Na znaczeniu zyskują natomiast coraz bardziej samochody napędzane benzynowymi jednostkami, które na koniec pierwszego półrocza reprezentowały już 37% wszystkich aut w wynajmie długoterminowym, o 1,8% więcej niż rok wcześniej. Rośnie także i to w relatywnie szybkim tempie udział aut wyposażonych w ekologiczne napędy, a więc hybrydowe i elektryczne. Na koniec czerwca 2019 r. pojazdy tego typu stanowiły 2,4% łącznego parku aut w wynajmie długoterminowym, co oznacza wzrost ich udziału o 1,1% r/r. W większości były to auta hybrydowe (3064 samochody wobec 2270 rok temu). Aut napędzanych zeroemisyjnymi silnikami elektrycznymi było 495 i w ich przypadku w ciągu roku odnotowany został bardzo duży wzrost (z 28 pojazdów), jednakże został on wygenerowany w znakomitej większości za sprawą jednego kontraktu na dostawę samochodów na potrzeby usług car sharingu w stolicy.
Średnia emisja dwutlenku węgla w przypadku kupowanych przez firmy PZWLP w drugim kwartale 2019 r. na potrzeby wynajmu długoterminowego nowych samochodów osobowych była na poziomie niemalże identycznym jak rok wcześniej (nieznaczny wzrost o 0,5% i 0,6 g/km). Jeśli zaś chodzi o auta dostawcze, to średnia emisja w ich przypadku wyniosła 141,7 g/km i w związku z tym była nieznacznie wyższa – o 1,6% i 2,3 g/km – w stosunku do stanu sprzed roku.
Branża Rent a Car urosła o 7,8% r/r
Reprezentowana w PZWLP przez 8 dużych, sieciowych, polskich i międzynarodowych wypożyczalni samochodów branża Rent a Car odnotowała na koniec pierwszego półrocza 2019 r. wzrost na poziomie 7,8% r/r. Na koniec czerwca łączna flota firm Rent a Car w PZWLP** w usługach wynajmu krótkoterminowego (1-30 dni) oraz średnioterminowego (1 miesiąc – 2 lata) wynosiła ponad 20,5 tys. aut (20.695).
LaSalle Investment Management Inc. („LIM”) sfinalizował zakup projektu magazynowego Panattoni Warsaw West VI w Grodzisku Mazowieckim. Zespół ekspertów inwestycyjnych z JLL doradzał LIM w tej transakcji.
Transakcja zakupu Panattoni Warsaw West VI potwierdza, że w cenie są nowoczesne projekty magazynowe zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie dużych aglomeracji. Taka lokalizacja pozwala na kierowanie oferty do szerokiej grupy najemców – zarówno firm nastawionych na dystrybucję towarów do innych miast lub krajów, jak i dostawców np. z branży e-commerce, celujących w magazyny podmiejskie i realizację zamówień nawet tego samego dnia. Takie możliwości zapewnia inwestycja Panattoni w Grodzisku Mazowieckim. – Sławomir Jędrzejewski, Dyrektor, Dział Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Panattoni Warsaw West VI to obiekt magazynowy o powierzchni blisko 44 000 mkw., która została już w pełni wynajęta. Centrum logistyczne Panattoni jest optymalnie dopasowane do wymogów magazynowych klientów z różnych branż, a jego dużym atutem jest lokalizacja w sąsiedztwie węzła „Grodzisk Mazowiecki”, autostrady A2 oraz przy planowanej obwodnicy Grodziska Mazowieckiego. Takie położenie umożliwia dystrybucję towarów w samej stolicy, całej aglomeracji, jak i poza nią.
Skarbówka może zakwestionować koszty firmowe wynikające z leasingu klimatyzatora. Jednak przedsiębiorca ma prawo korzystać z urządzenia, które przyczynia się do poprawy warunków pracy. Montażu nie trzeba dokonywać w miejscu, gdzie przebywają pracownicy lub klienci. Niższa temperatura może być potrzebna np. w magazynie. Z reguły klimatyzator jest zaliczany do środków trwałych, wyjątek stanowi leasing operacyjny. Rodzaj urządzenia nie zmienia zasad księgowania. Istnieje możliwość odliczenia VAT-u w pełnej wysokości, ale trzeba uważać m.in. przy płatnościach na rzecz podmiotów zagranicznych.
Klima pod lupą
Leasing klimatyzatora może stanowić koszt firmowy i obniżyć kwotę podatku dochodowego. Jednak urząd skarbowy ma prawo zakwestionować zachowanie podatnika. Jak podkreśla Barbara Konofalska-Tomczyk, z biura rachunkowego Tax Care, to przedsiębiorca odpowiada za udowodnienie związku między poniesionym wydatkiem a prowadzoną przez niego działalnością. W przypadku kontroli należy więc racjonalnie wytłumaczyć, że klimatyzacja jest niezbędna, aby wykonywać zlecenia na rzecz klientów.
– W mojej ocenie tak długo jak klimatyzacja służy potrzebom działalności gospodarczej, nie ma znaczenia miejsce montażu w firmie. Wykorzystywanie takiego urządzenia ma w założeniu przyczyniać się do poprawy warunków pracy. Klimatyzacja może być wykorzystywana nie tylko w miejscu, gdzie przebywają pracownicy lub klienci. Również w pomieszczeniach będących środowiskiem pracy różnych maszyn i urządzeń, a także w magazynach – komentuje Emilia Wolnowska, doradca podatkowy z międzynarodowej firmy audytorsko-doradczej BDO.
Z kolei Barbara Konofalska-Tomczyk wskazuje na interpretację indywidualną z 26 kwietnia 2019 roku. W tym przypadku skarbówka pozytywnie rozpatrzyła przypadek dotyczący klubu fitness. Przedsiębiorca chciał zamontować klimatyzatory w salach do ćwiczeń. Wytłumaczył, że klimatyzacja miała przekonać nowych klientów do wyboru właśnie jego klubu, a nie konkurencji, ze względu na bardzo dobry system wentylacji potrzebny podczas treningów sportowych.
– Urzędnicy raczej nie kwestionują wydatków na leasing klimatyzatora, należy jednak pamiętać o ich odpowiednim udokumentowaniu. Niebezpieczeństwo pojawia się natomiast w sytuacji, gdy siedzibą działalności jest mieszkanie, czy dom podatnika. Wówczas organ podatkowy może zakwestionować wydatek uznając go za poniesiony dla celów osobistych – mówi Konrad Dura, doradca podatkowy z Kancelarii Prawno-Podatkowej Mariański Group.
Ekspert z biura rachunkowego Tax Care nie spotkała się z przypadkiem, aby podczas fali upałów fiskus kwestionował kupowane i montowane w firmach klimatyzatory. One przecież umożliwiają przedsiębiorcom pracę latem. W opinii Emilii Wolnowskiej, sytuacja wydaje się dość jasna, gdy klimatyzator wykorzystywany jest wyłącznie w pomieszczeniu wydzielonym do prowadzenia działalności. Jeżeli jednak urządzenie służy w sposób zamierzony tylko do celów prywatnych, to podatnik naraża się na poważne konsekwencje.
– Organ może zakwestionować ujęcie w kosztach uzyskania przychodów danej raty, ewentualnie – w przypadku leasingu finansowego – odpisy amortyzacyjne oraz odsetki leasingowe. Ponadto, urzędnicy mogą podważyć prawo do odliczenia VAT-u wynikające z faktur. W konsekwencji powstanie zaległość, którą podatnik powinien zwrócić do urzędu. Dodatkowo, w przypadku zadłużenia organ będzie uprawniony do naliczenia odsetek, wynoszących 8% w skali roku. Nie można również wykluczyć grzywny wymierzonej na podstawie kodeksu karnego skarbowego – wylicza ekspert z Mariański Group.
Czas na rozliczenie
Jak zaznacza Emilia Wolnowska, przedsiębiorcy z reguły zakładają, że tego typu inwestycja ma służyć dłużej niż rok. Zatem, co do zasady, klimatyzator, który stanowi odrębne urządzenie, będzie zaliczany do środków trwałych firmy. Wyjątkiem pozostaje leasing operacyjny. W tym przypadku, w przeciwieństwie do leasingu finansowego, przedmiot nie jest zaliczany do składników majątkowych leasingobiorcy. Natomiast Barbara Konofalska-Tomczyk podkreśla, że przedsiębiorca rozlicza amortyzację danego urządzenia jedynie w modelu leasingu finansowego. Ekspert z Tax Care dodaje, że na razie nie spotkał się jeszcze z klientem, który korzystałby w swojej firmie z klimatyzacji rozliczanej na podstawie leasingu finansowego.
– W przypadku leasingu operacyjnego przedmiot wykazywany jest jako składnik aktywów finansującego. Leasingobiorca do kosztów uzyskania przychodów zaliczy opłaty ustalone w umowie ponoszone w podstawowym okresie umowy z tytułu używania przedmiotu leasingu, tj. opłatę wstępną, opłaty manipulacyjne, prowizje oraz raty leasingowe. Tak też zrobi z kosztami użytkowania leasingowanej rzeczy, np. jej konserwacja, czy naprawy. Kosztem uzyskania przychodu będzie również cena określona w umowie, po której leasingobiorca ma prawo nabyć np. klimatyzator po zakończeniu podstawowego okresu leasingu. Jeżeli jednak cena wykupu klimatyzatora będzie większa niż 10 000 zł, podatnik powinien wprowadzić go do środków trwałych i rozpocząć amortyzację – dodaje Konrad Dura.
Od rodzaju umowy zależy rozliczenie VAT-u, co podkreśla Emilia Wolnowska. I zaznacza, że leasing finansowy kwalifikowany jest jako dostawa towarów, natomiast operacyjny traktowany – jako świadczenie usług. To z kolei determinować będzie moment powstania prawa do odliczenia podatku od towaru i usług. Żeby odliczyć ten podatek w pełnej wysokości, klimatyzator musi być wykorzystywany wyłącznie dla potrzeb prowadzenia działalności gospodarczej.
– Przedsiębiorca ma prawo do odliczenia całego VAT-u z wystawionej przez leasingodawcę faktury na zasadach ogólnych. Będzie mógł to zrobić w miesiącu wystawienia przez leasingodawcę dokumentu lub rozliczyć to w następnym okresie. Załóżmy, że leasingodawca wystawił fakturę w czerwcu i wtedy trafiła ona do przedsiębiorcy. Ten ma prawo odliczyć z niej VAT w deklaracji za czerwiec lub w 2 kolejnych okresach tzn. za lipiec lub sierpień – tłumaczy Barbara Konofalska-Tomczyk.
Zdarza się, że płatności są dokonywane w wyniku zawartej umowy leasingu na rzecz podmiotów zagranicznych. Ekspert z BDO radzi, aby w takiej sytuacji pamiętać o przepisach dotyczących opodatkowania u źródła. Mając na uwadze szeroką definicję urządzenia przemysłowego stosowaną przez organy podatkowe, opłaty wynikające z leasingu operacyjnego, mogą zostać zakwalifikowane jako należności licencyjne. To z kolei może oznaczać dla przedsiębiorcy obowiązek poboru podatku u źródła oraz inne ciążące na nim obowiązki płatnika.
– Rodzaj klimatyzatora nie zmienia zasad księgowania leasingu. Generalnie kosztami prowadzenia działalności obniżającymi kwotę podatku dochodowego są wszelkie udokumentowane, racjonalnie i gospodarczo uzasadnione wydatki związane z działalnością. Również te, których nie znajdziemy w art. 23 ustawy o PIT – dodaje manager Zespołu Księgowego z Tax Care.
Ustawodawca nie wprowadził limitowania kosztów związanych z leasingiem klimatyzatora. Wyjątkiem jest tylko klimatyzacja instalowana w aucie. Jeśli ona zwiększa wartość początkową pojazdu, to zastosowanie mogą znaleźć limity dotyczące samochodów osobowych. Ponadto, instalacja klimatyzacyjna przyłączona do budynku w sposób trwały może również podwyższać jego wartość początkową, podobnie jak instalacja grzewcza.
– Jak przy każdym wydatku firmowym, który pozwala zaoszczędzić na podatku dochodowym, przedsiębiorca powinien indywidualnie ocenić, czy w razie kontroli będzie potrafił racjonalnie wytłumaczyć taki wydatek. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę pojawiające się w ostatnich latach fale upałów, to trudno nie zgodzić się z tym, że klimatyzacja jest konieczna. Zapewnia przecież komfort pracy przedsiębiorcy, zarówno fizycznej jak i umysłowej – podsumowuje Barbara Konofalska-Tomczyk.
Współpraca biznesu z nauką może przynieść ogromne korzyści obu stronom. Pomocą w nawiązywaniu takich efektywnych kontaktów zajmuje się innowacyjna platforma rekrutacyjna. Nie tylko pomaga studentom w praktycznej i efektywnej nauce, ale również łączy ich z potencjalnymi pracodawcami już w czasie studiów. To również narzędzie dla firm, pozwalające kształcić przyszłe kadry dokładnie według własnych potrzeb biznesowych.
Według ostatnich danych rządowej platformy ELA, monitorującej losy studentów polskich uczelni, rocznie studia techniczne pierwszego i drugiego stopnia kończy blisko 200 tys. osób, na ponad 3 tys. kierunkach. W dodatku z roku na rok ich liczba rośnie. Obecnie to najbardziej poszukiwani absolwenci w polskich przedsiębiorstwach. Są oni tym bardziej cenni dla pracodawców, jeśli zdobywanie doświadczenia zawodowego rozpoczęli już w trakcie studiów. Przedsiębiorcom zależy na tym, aby ich wiedza i umiejętności były adekwatne do potrzeb ich firm. Jednak aby to było możliwe konieczna jest ścisła współpraca między nauką i biznesem. Często zdarza się, że każda ze stron narzeka na brak zrozumienia swoich potrzeb i specyfiki po drugiej stronie. Sposób na osiągnięcie wzajemnych korzyści z wzajemnej współpracy biznesu z nauką znaleźli twórcy innowacyjnej platformy Universality, która działa od początku ubiegłego roku.
Przedsiębiorstwo poszukuje rozwiązania swojego problemu technologicznego, wykładowca akademicki otrzymuje zbiór praktycznych zadań, a student uczy się na realnych przykładach i buduje własne CV – tak właśnie działa ta jedyna w Polsce wirtualna platforma. Pomaga ona także połączyć studentów z potencjalnymi pracodawcami już w czasie studiów, umożliwiając przedsiębiorcom znalezienie dokładnie tak wykształconych pracowników, jakich potrzebują do swoich projektów. To wirtualny asystent kariery studenta, pracy wykładowcy i rekrutacji firm. Aplikacja jest w pełni bezpłatna dla studentów i wykładowców.
Jerzy Czepiel, autor pomysłu i pracownik akademicki z Uniwersytetu Jagiellońskiego, w swojej pracy zauważył szereg potrzeb, z jakimi zmagają się polskie uczelnie kształcące przyszłych absolwentów kierunków IT. Wynikają one m.in. z tego, że program na studiach podlega znacznie wolniejszym zmianom niż potrzeby rynku, co często powoduje rozmijanie się umiejętności młodych pracowników z oczekiwaniami firm. Tymczasem podążanie z duchem czasu i przygotowanie ciekawych zajęć z przedmiotów technologicznych wymaga dużego zaangażowania wykładowców, pochłania bardzo dużo czasu i często odbywa się kosztem pracy naukowej. Głównym zarzutem wymienianym przez studentów bywa także niepraktyczność zajęć. Stąd właśnie wziął się pomysł na ułatwienie współpracy wszystkim stronom.
– Współpracujemy głównie z uczelniami politechnicznymi oraz tymi, które oferują informatyczne kierunki studiów – mówi Jerzy Czepiel. – Takich uczelni jest obecnie kilkanaście, ale spodziewamy się, że od nowego roku akademickiego ich liczba się podwoi. Również nasza baza użytkowników rośnie bardzo dynamicznie. W ciągu niespełna roku przybyło nam ponad 2 tysiące studentów, którzy aktywnie korzystają z zadań dostępnych na platformie. Natomiast klientami Universality są głównie firmy informatyczne, które potrzebują wielu programistów i często szukają kandydatów do pracy właśnie wśród studentów.
Atuty współpracy dostrzegają również innowacyjne firmy z branży space.
– Szybko zauważyliśmy duży potencjał drzemiący w platformie Universality, nie tylko jako narzędzia do selekcji i rekrutacji przyszłych pracowników, ale również jako kanału komunikacji z najbardziej utalentowanymi studentami wydziałów informatycznych i matematycznych, którzy w sektorze space są na wagę złota – mówi Paweł Rymaszewski, prezes Thorium Space, spółki z branży kosmicznej będącej jednym z pierwszych Partnerów projektu – Uznaliśmy, że nasza współpraca może przyczynić się nie tylko do przyciągnięcia najbardziej błyskotliwych umysłów, ale także zaakcentować różne nietypowe wyzwania w tworzeniu nowych rozwiązań dla branży kosmicznej.
Według Agencji Rozwoju Przemysłu rynek firm kosmicznych w Polsce tworzy około 300 podmiotów, w których pracuje już prawie 3 tys. osób. Dla porównania branża ta w całej Unii Europejskiej zatrudnia już 230 tys. osób. Wszystko wskazuje na to, że polskie firmy z tego sektora w najbliższych latach będą potrzebowały doskonale wyszkolonych kadr.
Według przedstawicieli branży space osoby, które myślą o rozwoju związanym z sektorem kosmicznym powinny zainteresować się takimi dziedzinami jak: IT/ITC, oprogramowanie kosmiczne i naziemne, optyka, optoelektronika, technologie materiałowe i kompozyty, układy elektroniczne, systemy zasilania, korekcji orbity, mechanika precyzyjna, elementy robotyczne. To w tych dziedzinach rozwijający się polski sektor kosmiczny w najbliższych latach będzie potrzebował specjalistów.
Universality to projekt, który powstał dzięki wsparciu Narodowego Centrum Badań i Rozwoju w ramach programu e-Pionier.
Przestały płonąć hałdy śmieci, ale przybywa przedsiębiorstw gospodarujących odpadami, które wzniecają pożar w finansach swoich dostawców. Przez rok zaległości branży wzrosły o dwie trzecie do 237 mln zł. Faktur i rat kredytów nie płaci w terminie co dziewiąta firma, czyli prawie dwa razy więcej niż w całej gospodarce – wynika z danych BIG InfoMonitor oraz BIK. Ale z moralnością płatniczą śmieciowej branży i tak jest lepiej niż z podejściem Polaków do ekologii. Jak wynika z badania dla BIG InfoMonitor jeden na pięciu rodaków nie widzi problemu w niesegregowaniu śmieci, a jeden na trzech w zakupie starych aut, trujących środowisko.
Przyrastająca w zawrotnym tempie ilość śmieci i coraz większa świadomość ich negatywnego wpływu na środowisko powodują, że rośnie znaczenie firm zajmujących się gospodarowaniem odpadami zarówno dla gospodarki, jak i dla środowiska i społeczeństwa.
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
– Tym bardziej niepokojące jest, że dynamika wzrostu zaległości tej branży wobec banków i kontrahentów w minionym roku była ponad czterokrotnie wyższa niż w całej gospodarce. Przeterminowane długi przedsiębiorstw zbierających odpady, składujących, usuwających, przetwarzających i odzyskujących surowce wtórne wzrosły o 70 proc. do 237 mln zł. Głównie jest to efekt pogłębiania się problemów firm, które już wcześniej miały przeterminowane zobowiązania, bo sam udział niesolidnych firm w branży rośnie wolniej niż wśród ogółu przdsiębiorstw. Przez rok odsetek nierzetelnych podniósł się z 10,7 proc. do 11,4 proc. – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.
Niewykluczone, że stało się to dzięki poprawie kondycji finansowej branży. Gdy przed rokiem na 1,2 tys., przeanalizowanych przez wywiadownię gospodarczą Bisnode Polska śmieciowych firm, w złej i słabej kondycji finansowej było niemal 60 proc., teraz to większość ma się dobrze.
Źródło: Bisnode Polska
Najgorzej płacą firmy rekultywacyjne, ale największą zaległość zgromadził recykling
Relacje z branżą śmieciową niejedną firmę kosztowały jednak dużo nerwów, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK. Przedsiębiorstwa związane ze zbieraniem, przetwarzaniem, unieszkodliwianiem odpadów i odzyskiem surowców częściej niż ogół firm w całej gospodarce, zawodzą partnerów biznesowych i banki, przekraczając ustalone terminy płatności. Kłopoty sprawia dostawcom i bankom 11,4 proc. (działających, zawieszonych oraz zamkniętych) firm, podczas gdy wśród wszystkich firm jest to 6,3 proc. Wartość przeterminowanych długów firm „śmieciowych” przekracza obecnie 237 mln zł. Na jednego dłużnika przypadają dwie zaległości, ta wobec partnerów biznesowych wynosi średnio 15,2 tys. zł, a wobec banków 309,6 tys. zł. Suma zaległości całej branży, w ciągu roku wzrosła o ponad 70 proc., zmieniła się też struktura długu. Tym razem największą sumę płatności przeterminowanych o co najmniej 30 dni na min. 500 zł zgromadziły firmy odzyskujące surowce z materiałów segregowanych, czyli odpowiedzialne za recykling – prawie 86 mln zł. Przed rokiem niechlubnym liderem zaległości były firmy specjalizujące się w zbieraniu odpadów, miały na koncie 62,2 mln zł, tym razem mają 80,8 mln zł przeterminowanych zobowiązań (łącznie firmy zbierające odpady niebezpieczne i pozostałe). Trzecia grupa przedsiębiorstw, pod względem sumy zaległości, obrabia i usuwa odpady inne niż niebezpieczne – przez rok zwiększyła długi z ponad 28 mln zł do 44,7 mln zł.
Największy udział niesolidnych płatników, prawie 15 proc., ma rekultywacja, czyli przedsiębiorstwa zajmujące się m.in. odkażaniem gleby, wód gruntowych i powierzchniowych, usuwaniem azbestu, oleju. 12 miesięcy wcześniej najczęściej nie płaciły przedsiębiorstwa przetwarzające i unieszkodliwiające odpady niebezpieczne. Odsetek niesolidnych płatników wynosił tu ok. 13 proc. teraz spadł do 12,2 proc.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
– Zmiany zachodzące w sumie zaległości oraz w rozpowszechnieniu problemu opóźnionych płatności wśród firm z poszczególnych obszarów gospodarowania odpadami pokazują, że sytuacja na rynku jest dynamiczna. Firma, która dziś jest pewnym płatnikiem za kilka miesiecy niestety może już mieć kłopoty, które przekaże swoim dostawcom – dodaje prezes BIG InfoMonitor.
Polak i jego 312 kg śmieci rocznie
Minął rok od tego, gdy w Polsce fala pożarów ogarnęła wysypiska śmieci. Jak podejrzewano, mogło to być sposobem na ich utylizację. Eksperci szacują bowiem, że udział szarej strefy w gospodarce odpadami może sięgać nawet 50 proc. Dymiące w różnych zakątkach kraju hałdy odpadów skłoniły rząd do prac nad zaostrzeniem, wcześniej zliberalizowanego prawa. M.in. na wysypiskach konieczny ma być monitoring. Ale nowych regulacji jest więcej, okres magazynowania niebezpiecznych odpadów skróci się do roku, pojawią się kary za nieprzestrzeganie przepisów. Każda nowa firma zajmująca się odpadami będzie musiała otrzymać od lokalnych władz pozytywną opinię dotyczącą swojej działalności
Rocznie powstaje w Polsce 12 mln ton odpadów komunalnych. Z roku na roku napływa też coraz więcej odpadów z zagranicy, w 2018 r. było to ponad 430 tys. ton (według nowych regulacji, import odpadów do unieszkodliwiania oraz komunalnych nawet do odzysku zostanie zakazany).
Statystycznie na osobę wypada już 312 kg śmieci. Przez rok kosz każdego Polaka powiększył się o 9 kg. Z danych GUS wynika, że z odebranych odpadów komunalnych 56,6 proc. udało się przeznaczyć do odzysku. Około 7 proc. skierowano do kompostowania lub fermentacji. Z 22,8 proc. odpadów uzyskano energię. A do recyklingu trafiła nieco ponad jedna czwarta odpadów (26,7 proc.). To mało. Zgodnie z dyrektywą unijną ujętą w projekcie ustawy o zmianie ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach oraz niektórych innych ustaw, w przyszłym roku recykling powinien objąć połowę śmieci komunalnych. W 2025 r. już 55 proc., by stopniowo dojść do 65 proc. w 2035 r.
W woj. zachodniopomorskim, lubuskim i podlaskim dla ok. 30 proc. mieszkańców segregacja śmieci nie ma znaczenia
Cele stawiane przez UE nie będą łatwe do osiągnięcia. Brakuje infrastruktury, która mogłaby upowszechnić i mobilizować do recyklingu, jak choćby, ogólnie dostępnych za zachodnią granicą, maszyn do odpłatnego odbioru plastikowych butelek. W Polsce zaczynają się one dopiero pojawiać. Pierwszy butelkomat stanął w Krakowie, są też już w stolicy. Nie najlepiej jest również z wolą i zapałem konsumentów. Mimo ogromnej popularności informacji o konieczności dbania o środowisko, co piąty Polak nie uważa, wyrzucania wszystkich opakowań i odpadków do jednego kosza, za coś złego, wynika z badania Quality Watch przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor. Co może wydać się zaskakujące, przyzwolenie na takie działanie jest tym większe im młodszy respondent. W grupie wiekowej 18-24 lata braku sortowania odpadów nie potępia aż 28 proc. badanych, podczas gdy po 55 roku życia już tylko 14 proc. Jeśli chodzi o adres osób najbardziej obojętnych na segregację, to przodują mieszkańcy woj. zachodniopomorskiego, lubuskiego i podlaskiego, gdzie nie ma to znaczenia dla ok. 30 proc. badanych.
Źródło: Quality Watch na zlecenie BIG InfoMonitor
W serii pytań o postawy ankietowanych wobec różnych nagannych działań te związane z ekologią nie wypadają dobrze. Po tym, jak co piąty badany uważa, że nie ma konieczności sortowania śmieci, jeszcze więcej, bo co trzeci nie ma nic przeciwko zakupom starych, zanieczyszczających środowisko samochodów.
Do segregacji śmieci mogą jednak przekonać wyższe ceny za odbiór odpadów zmieszanych. Według ustawy ma to być od dwu do czterokrotności maksymalnej stawki opłaty za gospodarowanie odpadami. A co jeśli właściciel nieruchomości, wbrew wcześniejszym deklaracjom, nie dopełni obowiązku selektywnego zbierania odpadów? Będą one przyjęte jako zmieszane, a o złamaniu zasad zostanie poinformowany właściciel nieruchomości, powiadomiony zostanie także wójt, burmistrz lub prezydent miasta. Na tej podstawie można będzie wszcząć postępowanie o podwyższeniu opłaty.
W lipcu ostatnie słowo będzie należeć do Fed. Na przestrzeni miesiąca trzon dyskusji ewoluował od rozważań o skali pierwszego cięcia (25 czy 50 pb) do podziału na obóz zwolenników jednorazowego dostosowania przeciwko tym, którzy chcą większych działań. Szczególnie prezydent Trump dawał jasno do zrozumienia, że jest orędownikiem tej ostatniej opcji. Rynek jednak najwyraźniej liczy na niedobór gołębich sygnałów, biorąc pod uwagę, że dolar jest blisko dwumiesięcznych szczytów.
Obniżka stóp procentowych o 25 pb dziś wieczorem jest powszechnie oczekiwana. Rynek stopy procentowej dyskontuje redukcję o 29 pb, co sugeruje, że część uczestników jest otwarta na głębszy ruch. Jakkolwiek obniżka o 50 pb nie jest technicznie do wykluczenia, przeciw takiemu scenariuszowi przemawiają cztery powody. Po pierwsze szef oddziału Fed w St. Louis James Bullard, jeden z bardziej gołębich członków FOMC i zwolennik cięcia stóp już na czerwcowym posiedzeniu, przyznał, że obniżka o 50 pb byłaby „przesadą”. Po drugie, kiedy słowa szefa nowojorskiego Fed Johna Williamsa zostały odebrane jako głos za obniżką o 50 pb, w bezprecedensowym ruchu rzecznik oddziału Rezerwy Federalnej pospieszył ze sprostowaniem, jakoby słowa Williamsa były tylko wyrazem jego indywidualnej opinii. Po trzecie w gronie decydentów wciąż są jastrzębio nastawieni członkowie, którzy woleliby wstrzymać decyzję o luzowaniu polityki, będąc gotowym odmówić podpisania komunikatu pod decyzją o cięciu o 50 pb. Rozłam w łonie Fed byłby szkodliwy dla reputacji banku. Wreszcie po czwarte, decydując się na obniżkę o 50 pb, Fed może wzbudzić przeświadczenie, że wie więcej o złym stanie gospodarki niż rynek, co finalnie może odnieść przeciwny od zamierzonego skutek.
Przy silnym konsensusie wokół tego, co Fed zrobi w lipcu, odnośnie strategii na kolejne miesiące zdania są podzielone. Prezydent USA Donald Trump chciałby ekspansji monetarnej na szeroką skalę, by Fed dorównał EBC, czy LBCh i zwalczył siłę USD wobec EUR czy CNY. Ale pojawiają się głosy, że sytuacja w gospodarce USA uległa ostatnio poprawie i nie ma powodu ciąć więcej, niż tylko raz. W takim tonie wypowiadał się chociażby były szef oddziału Fed w Nowym Jorku Bill Dudley. Biorąc jednak pod uwagę, że rynek stopy procentowej wycenia 100 pb obniżek na przestrzeni 12 miesięcy, Fed jest pod presją by przynajmniej zasygnalizować, że otwiera drogę dla kolejnych kroków w kierunku luźniejszej polityki.
Obawiamy się, że rynek USD mógł przereagować z odjęciem z wyceny wcześniejszej i inwestorzy mogą być zaskoczeni tym, jak prezes Powell na konferencji będzie chciał zasygnalizować otwartość Fed do startu cyklu obniżek. Sporo będzie zależeć od tego, czy Fed będzie chciał istotnie zaakcentować szanse na cięcie już na kolejnym posiedzeniu we wrześniu, gdyż to automatycznie wzbudzi oczekiwania, że tworzy się miejsce dla trzech obniżek do końca 2019 r. (z ostatnią w grudniu). Byłoby to silne zaskoczenie dla rynku dolara, jednak taki scenariusz wydaje nam się mało realny, biorąc pod uwagę, że Fed preferuje nie wstrząsać rynkami. Oczekiwalibyśmy mniej jasnego przekazu pozostawiającego opcjonalność dla kolejnego ruchu między wrześniem a październikiem. To powinno wystarczyć, by osłabić dolara o ok. 0,5-1 proc. w relacji do euro i złotego.
Rynek piwowarski w Polsce pozytywnie wpływa na rozwój lokalnych gospodarek i to nie tylko w wymiarze gospodarczym, ale także społecznym. Dzięki zakupom u polskich producentów i dostawców, branża generuje w ciągu roku około 19 mld zł wartości dodanej. Piwowarzy są także istotni na rynku pracy. Według szacunków ekspertów firmy doradczej Deloitte bezpośrednie zatrudnienie w browarach wynosi ponad 9 tys. osób. Do tego trzeba doliczyć ponad 150 tys. miejsc pracy w branżach powiązanych z browarnictwem. Już 2 sierpnia przypada Międzynarodowy Dzień Piwa i Piwowara.
Popularność piwa w Polsce rośnie z każdym rokiem. W tej chwili nad Wisłą spożywa się rocznie około 97 litrów na osobę, co daje nam czwarte miejsce w Europie. Polska z ponad trzystoma działającymi browarami pozostaje w czołówce producentów piwa w Unii Europejskiej. Dla porównania, w całej Unii funkcjonuje około 9500 browarów, a każdego tygodnia otwiera się około 20 mikro browarów (dane za The Brewers of Europe).
Piwna Rewolucja 2018
Według obliczeń Głównego Urzędu Statystycznego w 2018 roku zostało wyprodukowanych 40,93 miliona hektolitrów piwa, o 2,6 proc. więcej niż w 2017 roku. Rośnie także sprzedaż. Jak wynika z danych firmy badawczej Nielsen, w ubiegłym roku jej wartość wyniosła 16,8 mld zł, tj. o 7,7 proc. więcej rok do roku. Różnicę widać także w ilości sprzedanego trunku, w ubiegłym roku ze sklepowych półek zniknęło o 4,1 proc. więcej litrów niż 12 miesięcy wcześniej. Miniony rok przyniósł także ciekawą obserwację dotyczącą zmieniających się upodobań Polaków. Segment piw niskoalkoholowych i bezalkoholowych dotknęła prawdziwa rewolucja, a sprzedaż w ujęciu wartościowym wzrosła o prawie 80 proc.
Mocna gałąź gospodarki
Branża piwowarska w Polsce ma ogromny wpływ na otoczenie gospodarcze. Z ostatniej analizy Deloitte[1] na zlecenie ZPPP Browary Polskie wynika, że w 2017 roku piwowarzy wydali na materiały i usługi 6,5 mld zł, z czego 5,8 mld zł zostało u polskich producentów.
To pokazuje, że 90 proc. pieniędzy wydanych na zakup, w tym m.in. opakowań, usług profesjonalnych i marketingowych, surowców z branży rolniczej i przetwórstwa spożywczego zostało nad Wisłą. W sumie branża wygenerowała w analizowanym przez nas roku 19,4 mld zł wartości dodanej. Dla zobrazowania – można za to wybudować około 500 km autostrad – mówi Rafał Rudzki, Starszy Menedżer, Sustainability Consulting Central Europe, Deloitte.
Tylko w samych browarach zatrudnionych jest ok. 9,3 tys. osób, jeśli jednak dodać do tego miejsca pracy w branżach powiązanych z browarnictwem, przede wszystkim w handlu, rolnictwie i przetwórstwie spożywczym oraz sektorach hotelowym i gastronomicznym całkowita liczba miejsc pracy związanych z piwem sięga 157,5 tys. Jak obliczyli eksperci Deloitte na każde miejsce pracy w browarze przypada niemal 16 stanowisk pracy w gospodarce, a łączny wpływ branży na dochody Polaków to 5,6 mld zł.
Branża jest także istotnym źródłem wpływów do budżetu państwa z tytułu podatków i opłat. Rocznie to ponad 11 mld zł.
Tylko do kas samorządów trafiło w 2017 roku ok. 440 mln zł. Ta suma umożliwia na przykład zakup 5 tys. autobusów z napędem elektrycznym. Dokładnie tyle podlega wymianie w całym kraju w ciągu 5 lat. Trzeba pamiętać też o działaniach edukacyjnych, wydatkach największych producentów piwa na kulturę, sport i inne działania z obszaru zaangażowania społecznego.Trzy największe grupy piwowarskie przeznaczyły w jednym roku na te cele prawie 40 mln zł – mówi Rafał Rudzki.
Wartość inwestycji w branży na przestrzeni dwudziestu dwóch lat wyniosła ok. 13 mld zł. 80 proc. tej kwoty to wydatki związane z zakupem nowych maszyn i urządzeń, 20 proc. to nakłady na modernizację lub budowę budynków i lokali. Trzy największe grupy piwowarskie w Polsce przeznaczyły na inwestycje około 233 mln zł w 2017 roku.
Naprzeciw oczekiwaniom konsumentów
Jak wynika z raportu „Health & Wellness Progress Report” (edycja 2018 i 2019), przygotowanego przez Deloitte i globalną organizacja promująca działania prozdrowotne – the Consumer Goods Forum (CGF), w którym wzięli udział także przedstawiciele branży piwowarskiej aż 79 proc. firm deklaruje, że od 81 proc. do nawet 100 proc. ich produktów spożywczych i napojów zawiera na opakowaniach kluczowe informacje o składnikach. Jednocześnie bardzo wyraźnie rysują się nowe preferencje konsumenckie, które ewoluują od tradycyjnych dotyczących ceny, walorów smakowych oraz dostępności, w kierunku tych związanych z różnorodnością wyboru (w tym związanych ze zdrowszymi wyborami), przejrzystością w działaniu, bezpieczeństwem i jakością produktu, wpływem społecznym, dbałością o dobrostan naturalny oraz całościowym doświadczeniem konsumenta.
[1] Analiza dotyczyła roku 2017. Pełne dane znajdują się w raporcie Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego „Browary Polskie”
Czy nowela ustawy, która uwalnia obrót gruntami rolnymi o powierzchni do 1 ha pozwoli zwiększyć dostępność ziemi pod nowe osiedla? Czy tej wielkości parcele umożliwią realizację inwestycji mieszkaniowych? Czy zmiana przepisów będzie miała wpływ na ceny? W jakich lokalizacjach? Sondę przygotował serwis nieruchomości Dompress.pl
Zbigniew Juroszek, prezes Atal
Poprzez wprowadzony do polskiego porządku prawnego w 2016 roku szereg unormowań doszło do wstrzymania obrotu ziemią rolną, co negatywnie przełożyło się na budownictwo. Nowelizacja ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego może odblokować liczne grunty w obrębie największych polskich miast, które zostały zewidencjonowane jako rolne. Dzięki nowelizacji dostęp do takich działek dla inwestorów będzie łatwiejszy, co pozwoli na ich zagospodarowanie, w tym także budowę nowych osiedli mieszkaniowych. Warto zaznaczyć, że w dużych aglomeracjach działki rolne stanowią znaczną część terenu. W Warszawie to około 30 proc. obszaru miasta, a w Krakowie blisko 50 proc.
Czynnikiem znacząco ograniczającym podaż był obserwowany w minionych latach niezwykle dynamiczny wzrost cen gruntów budowlanych, pozwalających na realizację osiedli mieszkaniowych. Prowadzimy racjonalną politykę zakupu gruntów pod inwestycje. Decydujemy się tylko na atrakcyjne oferty, a jednak znacząco rozbudowaliśmy bank ziemi. Najbardziej preferowane działki pod inwestycje mieszkaniowe to takie, które objęte są miejscowym planem zagospodarowania i pozwalają na budowę projektów wieloetapowych.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Wierzymy, że zmiana dotycząca gruntów w miastach jest dla deweloperów korzystna i jest to krok, który ułatwi poszerzenie oferty. Pamiętajmy jednak, że wiele tych działek ma powierzchnię ponad 1 ha, więc dopiero za jakiś czas będzie można ocenić, czy wprowadzona zmiana istotnie wpłynie na rynek. Ponadto należy wspomnieć, że ziemię rolną trzeba odrolnić, zmienić przeznaczenie gruntu rolnego na budowlany, a to zależy od klasy gruntu i nie w każdym przypadku będzie możliwe.
Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development odpowiedzialny za sprzedaż i Marketing
Dla deweloperów zmiana ustawy nie będzie miała dużego znaczenia. W 20-letniej historii naszej spółki raz lub dwa zdarzyła się sytuacja, gdy w naszym banku ziemi pojawiły się grunty rolne. Zazwyczaj wraz z rozwojem i poszerzaniem się miast, następuje przekwalifikowanie działek rolnych na budowlane. Deweloperzy decydują się na zakup gruntów rolnych głównie wtedy, gdy miasto nie nadąża za tym procesem. Jeśli chodzi o wielkość działek, najczęściej kupowane przez nas grunty mają od 1 do 5 tys. mkw. i w całej branży rzadko zdarzają się zakupy gruntów większych niż 1 ha.
Monika Perekitko, członek zarządu Matexi Polska
Powierzchnia jednego hektara, szczególnie w obszarze pozwalającym na zabudowę wielorodzinną jest wystarczająca, nawet dla przeprowadzenia większego projektu, w tym etapowanego. Uwolnienie tych gruntów może mieć więc pozytywny wpływ na rynek działek inwestycyjnych, choć deweloperzy, którzy zainwestowali uprzednio w grunty rolne przed nowelizacją znajdowali rozwiązania, aby swoje inwestycje przeprowadzić i bez zmiany przepisów prawa. Jeśli chodzi o aktualne ceny na runku, od dłuższego czasu widzimy rosnące oczekiwania właścicieli gruntów. Ceny ofertowe coraz rzadziej odzwierciedlają jednak potencjał inwestycyjny działek, trudno jest więc nabyć dobry grunt w rozsądnej cenie. Najbardziej rozchwytywane są oczywiście parcele w dobrych lokalizacjach na przykład blisko infrastruktury społecznej i technicznej, tj. w centrum miasta, czy blisko centrów dzielnic oraz takie działki, które mają uregulowaną sytuację prawną i planistyczną.
Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development
Nowela ustawy o kształtowaniu ustroju rolnego zwiększy podaż gruntów i może uspokoić wzrost cen, aczkolwiek musimy zdawać sobie sprawę, że nieruchomości pod zabudowę jest coraz mniej, a deweloperzy poszukują gruntów coraz dalej od centrum miasta. To, czy 1 ha to wystarczająca powierzchnia gruntu pod budownictwo wielorodzinne zależy od charakteru działalności dewelopera. Nasza firma preferuje większe, kilku etapowe projekty, dlatego poszukujemy gruntów o powierzchni powyżej 1 ha.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Każda możliwość zwiększenia dostępności gruntów pod budownictwo będzie zadowalająca dla deweloperów. W związku z ograniczonymi zasobami działek rozważane są do zakupu, zarówno mniejsze, jak i większe powierzchnie. Poszukujemy przede wszystkim gruntów w dobrych lokalizacjach na terenie Warszawy, więc ceny takich działek są z reguły wyższe, a parcele trudno dostępne.
Katarzyna Nowicka, prezes zarządu w firmie Akord
Nowela ustawy może wpłynąć na podaż gruntów. Wielkość działki zależy od lokalizacji. Dobry architekt potrafi odpowiednio zagospodarować, zarówno dużą, jak i małą działkę. Ceny gruntów dosyć szybko rosną, stąd coraz trudniej jest pozyskać grunt w dobrej inwestycyjnej cenie. Najtrudniej o grunt w zabudowie śródmiejskiej.
Monika Foremniak, specjalista ds. sprzedaży mieszkań w firmie Peira
Wydaje się, że ceny działek pod zabudowę nadal będą rosły, ale nieco wolniej. Jednym z powodów może być właśnie uwolnienie 1ha ziemi, a co za tym idzie zwiększenie ilości działek pod zabudowę. O tak duże nieruchomości trudno jest jednak w lokalizacjach w centrach miast. Znajdują się głównie na ich obrzeżach. W związku z tym, inwestycje położone centralnie będą związane z ponownym wykorzystywaniem gruntów lub budynków przemysłowych. Ponowne zagospodarowanie działek może zwiększyć koszty ich zabudowy na przykład z uwagi na niezbędne wyburzenia lub readaptację istniejących budynków. Jednak to nie wielkość działki decyduje o jej atrakcyjności, ale jej lokalizacja. Nasza inwestycja Srebrzyńska Park zlokalizowana jest na działce mniejszej niż 1 hektar, ale tuż przy największym łódzkim parku Zdrowie i blisko centrum, co sprawia przyciąga kupujących.
Uniwersytecka spółka RDLS w konsorcjum z czeską firmą Dekonta wybuduje jedną z pierwszych w Polsce hybrydową hydrofitową oczyszczalnię wody i ścieków. Konsorcjum wygrało przetarg o wartości 3,7 mln zł na realizację projektu w miejscowości Białka w gminie Dębowa Kłoda w woj. lubelskim. Termin realizacji to połowa 2020 r. Czy przyjazne ludziom bakterie rozwiążą problem gospodarki ściekowej na terenach wiejskich?
Według danych GUS w Polsce zaledwie 40% ludności wiejskiej korzysta z systemów kanalizacyjnych odprowadzających ścieki do oczyszczalni. W pozostałych przypadkach ścieki są odbierane przez tabor asenizacyjny. Teoretycznie wszystkie zebrane w ten sposób nieczystości powinny trafić do oczyszczalni ścieków. Niestety, jak pokazują dane z oczyszczalni, duża ich część trafia do gruntu. Przyczyną tej sytuacji są odbiorcy ścieków wylewający je na pola i w lasach oraz właściciele szamb, którzy minimalizują koszty odbioru poprzez budowę tzw. półprzepuszczalnych szamb.
Sytuację tę mogą zmienić szczelne, pasywne systemy oczyszczania wód i ścieków, naśladujące naturalne procesy zachodzące na terenach bagiennych. Jedna z pierwszych oczyszczalni tego typu w Polsce powstanie na Lubelszczyźnie, a jej wykonawcą jest konsorcjum, w którego skład wchodzi RDLS – działająca przy Uniwersytecie Warszawskim spółka spin-off.
„To wyjątkowy, innowacyjny projekt, realizowany na dużą skalę. Będzie to jedna z największych tego typu oczyszczalni w Europie. Zajmie teren około 1 hektara i obsłuży blisko 1800 mieszkańców – stąd relatywnie wysokie koszty jej wybudowania. Oczywiście koszty projektów o mniejszej skali są niższe” – mówi Łukasz Rodek ze spółki RDLS (Research & Development for Life Sciences), która specjalizuje się we wdrażaniu najnowszych osiągnięć naukowych z zakresu bioremediacji i biodegradacji.
SCHEMAT DZIAŁANIA PASYWNEGO SYSTEMU OCZYSZCZANIA WÓD I ŚCIEKÓW
Pasywne oczyszczalnie wykorzystujące złoża gruntowe imitują warunki hydrauliczne i siedliskowe naturalnych ekosystemów bagiennych. Wszędzie tam gdzie występuje gleba w stanie nasycenia wodą, nieustannie zachodzą procesy biologicznego oczyszczania. Ich motorem są różnorodne mikroorganizmy zasiedlające rozwinięty system korzeni i kłączy roślin wodnych i wodolubnych.
„Pasywne systemy oczyszczania wód i ścieków doskonale radzą sobie z różnymi rodzajami ścieków, zarówno przemysłowymi, jak i odpadowymi. Charakteryzują się wysoką efektywnością w usuwaniu zanieczyszczeń organicznych, a także będących pozostałością nawożenia związkami azotu i jednocześnie redukują do minimum powstawanie osadów ściekowych. Ich zaletą są bardzo niskie koszty eksploatacji. Obsługa jest niezwykle prosta. Wymagany jest jedynie okresowy nadzór” – tłumaczy dr hab. Łukasz Drewniak, prof. ucz.
Ścieki do oczyszczalni doprowadzane są za pośrednictwem systemu kanalizacyjnego. Przy stosunkowo zwartej zabudowie oraz, jeśli uda się zapewnić spływ grawitacyjny, bez konieczności tworzenia przepompowni, koszty budowy i eksploatacji są relatywnie niskie.
Ekologiczna i efektywna alternatywa
Dotychczas gospodarka ściekowa na terenach o rozproszonej zabudowie opierała się na trzech podstawowych rozwiązaniach: kanalizacji odprowadzającej ścieki grawitacyjnie lub podciśnieniowo do lokalnej oczyszczalni, przydomowych oczyszczalniach ścieków lub zbiornikach bezodpływowych. Pierwsze rozwiązanie (system kanalizacyjny) sprawdza się wyłącznie w stosunkowo dużych ośrodkach. Istniejące już oczyszczalnie mają ograniczone możliwości przyjmowania ścieków, a wiele miejscowości jest znacznie oddalona od istniejącej sieci kanalizacyjnej. Stosunkowo niewielka gęstość zabudowy na terenach wiejskich przekłada się na wysokie koszty budowy sieci kanalizacyjnej. Ze względu na różnice w poziomie terenu zachodzi konieczność budowy przepompowni, co generuje wysokie koszty operacyjne związane m.in. ze zużyciem energii elektrycznej potrzebnej do pompowania ścieków. Dlatego wiele gospodarstw domowych korzysta z dwóch pozostałych rozwiązań – jednak ich efektywność, w tym szczelność lokalnych zbiorników na ścieki, budzi poważne zastrzeżenia ekspertów. Ścieki często przenikają do gleby i wód gruntowych. Wątpliwości dotyczą także regularności i poprawności serwisu przydomowych oczyszczalni ścieków. Jeśli się ich nie wykonuje, trudno mówić o efektywnym oczyszczaniu.
„Właśnie dlatego pasywne oczyszczalnie to idealne rozwiązanie dla miejscowości oddalonych od istniejącej sieci kanalizacyjnej. Warunkiem opłacalności budowy pasywnego systemu jest przekroczenie pewnego poziomu zwartości zabudowy. Tego typu oczyszczalnie sprawdzają się już w przypadku małych miejscowości liczących od 100 do 150 mieszkańców. Przy tym, w miarę wzrostu zaludnienia, system można łatwo rozbudować o kolejne filtry i zbiorniki. Rozwiązania te mogą się również świetnie sprawdzić np. w przypadku hoteli” – mówi Łukasz Rodek.
Ekologiczny, przełomowy projekt
Spółka RDLS, występując w konsorcjum z czeską firmą Dekonta, wygrała przetarg o wartość 3,7 mln zł na budowę pasywnej oczyszczalni w miejscowości Białka gmina Dębowa Kłoda w województwie lubelskim. Integralnym elementem projektu będzie system kanalizacyjny, który będzie doprowadzał ścieki z poszczególnych gospodarstw do oczyszczalni. Projekt jest realizowany przy wykorzystaniu środków UE oraz polskiego programu wspierającego gospodarkę ściekową.
RDLS dostarczy know-how oraz preparaty mikrobiologiczne, które umożliwią uruchomienie i stabilizację procesów oczyszczania oraz zagwarantują, że będą one realizowane efektywnie. „Oczyszczanie pasywne nie jest procesem technicznym czy mechanicznym. Idea jest prosta, ale wymaga wiedzy, doświadczenia i precyzji. Jeśli coś nie działa, nie wystarczy dodać więcej odczynników chemicznych czy zwiększyć poziom natlenienia. Błędy popełnione na początku mogą sprawić, że systemu nie da się uruchomić. Niemniej jeśli wszystko zostanie wykonane poprawnie, wytworzy się homeostaza, oczyszczalnia będzie działała samodzielnie, bez ingerencji człowieka” – mówi dr hab. Łukasz Drewniak, prof. ucz.
„Oczyszczalnia rozwiąże problemy mieszkańców Białki związane ze ściekami i czystością wody. Dodatkowo hybrydowa hydrofitowa technologia zapewni naturalny wygląd, który wkomponuje się w krajobraz, a przy tym zwróci oczyszczoną wodę do lokalnego ekosystemu – ma to szczególne znaczenie w przypadku zagrożenia suszą. Warto podkreślić relatywnie niskie koszty inwestycyjne – w porównaniu do klasycznych oczyszczalni biologicznych i mechanicznych, a także szczelną konstrukcję oczyszczalni, budowaną według projektu i pod nadzorem, która zapewnia ciągłość pracy systemu przez cały rok, również zimą. Wprawdzie aby metody biologiczne zadziałały wymagają więcej czasu, jednak w ostatecznym rozrachunku są bardziej trwałe i tańsze niż np. metody chemiczne” – mówi Grażyna Lamczyk, Wójt Gminy Dębowa Kłoda.
Wiele tego typu oczyszczalni pasywnych, choć na mniejszą skalę, działa na terenie Czech – jest to zatem dobrze sprawdzona technologia. Doświadczenia firmy Dekonta oraz użytkowników oczyszczalni dowodzą, że procesy oczyszczania są efektywne, ekonomiczne a zarazem przyjazne dla środowiska i przyjemne dla oka. Nie ma także obaw związanych z nieprzyjemnymi zapachami. Każdy może się o tym przekonać odwiedzając oczyszczalnie na terenie Czech lub – już za rok– system, który zacznie działać w Gminie Dębowa Kłoda.
NewConnect otrzymał status rynku SME Growth Market (ASO MŚP)
Emitenci notowani na SME Growth Market skorzystają ze złagodzonych obowiązków informacyjnych wynikających z rozporządzenia MAR
Emitentów z SME Growth Market obowiązują również ułatwienia w procesie sporządzania prospektu
W ramach inicjatywy Capital Market Union Komisja Europejska pracuje nad dalszymi ułatwieniami dla spółek notowanych na SME Growth Markets
Komisja Nadzoru Finansowego wyraziła zgodę na wpisanie do rejestru rynków małych i średnich firm (SME Growth Market/ ASO MŚP) alternatywnego systemu obrotu GPW – rynku NewConnect. Zgodnie z przepisami krajowymi implementującymi dyrektywę MIFID II o status rynku małych i średnich przedsiębiorstw mogą ubiegać się rynki prowadzone w formule alternatywnego systemu obrotu (MTF), które spełniają kryteria określone w art. 78g ustawy o obrocie instrumentami finansowymi. Obecnie status SME Growth Market mają 4 europejskie rynki.
GPW, jako organizator alternatywnego systemu obrotu NewConnect, nieustannie dąży do podniesienia atrakcyjności i przejrzystości w tym segmencie rynku. Dzięki otrzymaniu przez ASO GPW statusu SME Growth Market emitenci obecni na tym rynku będą mogli skorzystać z ułatwień w wypełnianiu niektórych obowiązków, jakie nakładają na nich przepisy tzw. Rozporządzenia MAR i tzw. Rozporządzenia prospektowego. Obecnie Komisja Europejska kładzie szczególny nacisk na kwestie związane z ułatwieniem dostępu do kapitału dla małych i średnich firm. Najważniejszym celem jest zapewnienie małym i średnim przedsiębiorstwom nowych źródeł finansowania poprzez rynki kapitałowe oraz zredukowanie kosztów pozyskania kapitału. Biorąc pod uwagę inicjatywę Komisji prowadzoną w ramach Capital Markets Union oraz trwające w ramach tej inicjatywy prace oczekujemy, że w przyszłości pojawią się dalsze ułatwienia dla emitentów notowanych na ASO – powiedział Piotr Borowski, Członek Zarządu GPW.
Status SME Growth Market wprowadza pewne ułatwienia dla emitentów, dotyczące przede wszystkim obowiązków wynikających z Rozporządzenia MAR (w zakresie zasad prowadzenia listy dostępu do informacji poufnej i sposobu publikacji informacji poufnych), a także obowiązków prospektowych. Obecnie w Komisji Europejskiej trwają prace nad uproszczeniem procedury przejścia z ASO na rynek regulowany.
Art. 33 Dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2014/65/UE z dnia 15 maja 2014 r. w sprawie rynków instrumentów finansowych oraz zmieniająca dyrektywę 2002/92/WE i dyrektywę 2011/61/UE (tzw. MiFID II) wprowadził nową kategorię rynku prowadzonego w formule alternatywnego systemu obrotu – rynek małych i średnich przedsiębiorstw (SME Growth Market, w ustawie o obrocie instrumentami finansowymi jako ASO MŚP). Implementacja właściwych postanowień dyrektywy do prawa krajowego nastąpiła w nowelizacji ustawy z dnia 29 czerwca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi („ustawa o obrocie”), która weszła w życie 21 kwietnia 2018 r.
Budowa linii dużych prędkości w woj. mazowieckim, dolnośląskim i łódzkim pozwoli na znaczące skrócenie czasów podróży, np. z Łodzi do stolicy kraju dojedziemy w 50 min, a z Wrocławia do Łodzi w 1 godz. Dotychczas w Polsce nie budowano jeszcze linii o prędkości eksploatacyjnej 250 km/h. Regionalne konsultacje ich przebiegu odbyły się już w Poznaniu, Warszawie, Łodzi i Wrocławiu.
W spotkaniach z przedstawicielami spółki CPK uczestniczyli reprezentanci organów administracji rządowej, samorządów województw i władz miast. Konsultacje w Warszawie odbyły się 24 lipca, a w Łodzi i Wrocławiu – 29 i 30 lipca. W ich trakcie rządowy inwestor przedstawił poziom zaawansowania prac przygotowawczych do budowy linii kolejowych na terenie województw mazowieckiego, łódzkiego i dolnośląskiego, omawiając ich pierwszą koncepcję w ramach rozpoczętego procesu tzw. trasowania. Na początku lipca podobne rozmowy miały miejsce w stolicy Wielkopolski.
Jak podkreśla pełnomocnik rządu ds. CPK Mikołaj Wild, planowane są kolejne spotkania w ramach kolejowych konsultacji inwestycyjnych CPK z przedstawicielami samorządów.
– Zamierzamy konsultować przebieg planowanych linii kolejowych, omawiać potrzeby transportowe mieszkańców i lokalne uwarunkowania środowiskowe. Regionalne konsultacje strategiczne, w które włączamy przedstawicieli samorządów, będą kontynuowane, a ich celem jest ustalenie optymalnego przebiegu linii – mówi Piotr Malepszak, pełniący obowiązki prezesa CPK.
Warszawa
W ramach Programu CPK województwie mazowieckim planowana jest budowa 344 km nowych linii kolejowych. Dzięki temu 86 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną Mazowsza.
Priorytetowymi inwestycjami w regionie są dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Poznań oraz linia nr 5 CPK – Płock – Grudziądz (Gdańsk). To fragment tzw. szprychy nr 1 i szprychy nr 9 w ramach Programu CPK. Na północnym-wschodzie województwa powstanie także nowy odcinek linii nr 29 z Ostrołęki przez Łomżę do Giżycka.
Zaprezentowana podczas spotkania wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Warszawy: do Łodzi – 50 min. (teraz najkrótszy czas to 1 godz. 21 min.), Gdańska – 2 godz. (dziś podróż pociągiem zajmuje minimum 3 godz.), a do Poznania – 1 godz. 55 min. (zamiast obecnych 3 godz.). W kolejnej fazie Programu planowana jest budowa odcinków CPK – Warka i Radom – Ostrowiec Św., stanowiących fragmenty szprychy nr 6 z Warszawy i CPK na Podkarpacie oraz linii Warszawa Choszczówka – Kątne, upraszczającej przebieg szprychy nr 2 na Warmię.
Łódź
W ramach Programu CPK w woj. łódzkim wybudowanych zostanie 219 km nowych linii. W regionie powstaną dwie linie kolejowe dużych prędkości: linia nr 85 Warszawa – CPK – Łódź – Sieradz – Poznań oraz linia nr 87 Sieradz – Wieruszów, stanowiąca fragment trasy Warszawa – Wrocław, której budowę planowano już w latach 70. Znacząco poprawi się dostępność komunikacyjna regionu, ponieważ zgodnie z założeniami inwestora, 60 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości.
Budowa nowych linii pozwoli na włączenie Łodzi do ogólnopolskiej sieci szybkich połączeń kolejowych i znacząco skróci czas przejazdu, np. do Poznania dojedziemy w 1 godz. 5 min. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), do Warszawy – 50 min. (teraz najkrótszy czas to – 1 godz. 21 min.), Wrocławia w 1 godz. (zamiast obecnych 3 godz. 20 min.), a do CPK w 35 min.
Wrocław
W województwie dolnośląskim w ramach Programu CPK powstanie 119 km nowych odcinków, składających się na linię dużych prędkości Warszawa – Wrocław – Wałbrzych – granica polsko-czeska (z połączeniem do Pragi). Zaprezentowana podczas konsultacji wersja trasowania zakłada, że przy prędkości eksploatacyjnej 250 km/h możliwe będzie osiągnięcie czasu przejazdu z Wrocławia: do Wałbrzycha – 45 min. (obecnie najkrótszy czas to 60 min.), do Warszawy – 1 godz. 50 min. (dziś najkrótsza podróż na tej trasie zajmuje 3 godz. 55 min.), do Pragi – 2 godz. 30 min. (zamiast obecnych 5 godz.).
Co więcej, dzięki inwestycjom CPK w tym regionie, aż 82 proc. mieszkańców województwa będzie w stanie w czasie poniżej godziny dotrzeć do stacji pociągów dużych prędkości, co znacząco poprawi dostępność komunikacyjną woj. dolnośląskiego.
CPK planuje regionalne spotkania strategiczne w kolejnych województwach. Po ich zakończeniu przeprowadzi analizę lokalizacyjną, w ramach której zostanie przedstawiony przebieg linii kolejowych. Następnym etapem będą dodatkowe – zaproponowane przez CPK – lokalne konsultacje społeczne dotyczące konkretnych rozwiązań technicznych. Co ważne, głos lokalnych społeczności zostanie także uwzględniony w trakcie wydawania decyzji środowiskowej, czyli dokumentu przesądzającego o przebiegu linii.
Łącznie w ramach kolejowej części Programu CPK planowana jest budowa ponad 1600 km nowych linii prowadzących z 10 kierunków do CPK i Warszawy. Tzw. etap zero, który powinien być gotowy przed uzyskaniem przez Port Lotniczy Solidarność zdolności operacyjnej, zakłada wybudowane zostanie 140 km nowych linii na trasie Warszawa – CPK – Łódź. Zakończenie pozostałych inwestycji kolejowych wpisuje się w horyzont czasowy do 2040 r.
Każda z 10 kolejowych „szprych”, prowadzących do CPK, składać się będzie z nowych odcinków sieci oraz z wyremontowanych lub zmodernizowanych fragmentów istniejącej infrastruktury. Na potrzeby budowy tego kolejowego systemu doszło do podziału zadań inwestycyjnych między spółki CPK i PKP Polskie Linie Kolejowe. 29 kwietnia br. Rada Ministrów przyjęła rozporządzenie, na mocy którego każdy z nowych odcinków torów, którymi pociągi dojadą do CPK i Warszawy, został włączony do wykazu linii kolejowych o znaczeniu państwowym.
Łączna długość linii kolejowych w Polsce wynosi dziś ponad 19 tys. km. Od początku lat 90. zostało zlikwidowanych ponad 5 tys. km linii. Nowe inwestycje są potrzebne, ponieważ od lat 80., kiedy zakończono realizację Linii Hutniczej Szerokotorowej, a wcześniej Centralnej Magistrali Kolejowej, nie budowano w Polsce na dużą skalę szlaków kolejowych. Program CPK to pierwszy plan budowy nowej infrastruktury kolejowej od tego czasu.
Ultimate Games S.A., specjalizująca się w popularnych symulatorach wędkarstwa, oficjalnie dołączyła do grona spółek publicznych na GPW. Na otwarciu kurs akcji wzrósł wobec ceny odniesienia o 2,16 proc. i wyniósł 23,70 zł. To szósty debiut na głównym parkiecie w 2019 r. i 461. spółka notowana na GPW.
Do obrotu na rynku regulowanym trafiły wszystkie akcje spółki, będące dotychczas przedmiotem obrotu na NewConnect, gdzie Ultimate Games był notowany od czerwca 2018 roku. Właścicielem blisko 46 proc. akcji spółki jest Playway S.A, również uczestnik Głównego Rynku.
Zarząd Spółki wykazuje wzrosty w wynikach finansowych. Porównując 2018 rok z rokiem 2017, Ultimate Games udało się osiągnąć 500 proc. wzrostu zysku netto. Według wstępnych szacunków, w I połowie 2019 roku Spółka zarobiła 1,85 mln zł netto przy przychodach rzędu 3,38 mln zł, czyli właściwie już tyle, ile w całym 2018 roku. Giełdowa kapitalizacja zbliża się do 120 mln zł.
Warto zauważyć, że nadal jesteśmy we wczesnej fazie rozwoju, ale spółka przynosi już istotne zyski. Na tę chwilę kluczowe są premiery gier, które już zapowiedzieliśmy. W samym 2019 roku jest to kilkadziesiąt tytułów. Mam nadzieję, że drugie półrocze, jak i rok 2020 będą pod tym względem rekordowe. Mając tak duże portfolio wydawnicze jesteśmy w stanie regularnie zwiększać swoje przychody – ocenia Mateusz Zawadzki, CEO Ultimate Games.
Ultimate Games prowadzi działalność na rynku gier wideo, specjalizując się w produkcji i dystrybucji gier na komputery stacjonarne, konsole oraz urządzenia mobilne. W 2016 r. spółka pozyskała znaczącego inwestora – PlayWay – wiodącego producenta i wydawcę gier komputerowych, notowanego na rynku regulowanym Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Już od 1 sierpnia młodzi Polacy, którzy nie ukończyli 26. roku życia, nie będą zobowiązani do płacenia podatku dochodowego od osób fizycznych. Można by się jednak zastanowić, czy ta ulga dla młodych nie odbije się wkrótce czkawką przedsiębiorcom, którzy fakt ich zatrudniania być może będą musieli raportować Szefowi Krajowej Administracji Skarbowej. Kolejny absurd puka do drzwi polskich firm.
Przyjęta przez Sejm ustawa wprowadzającą zerowy PIT dla osób do 26. roku życia z pewnością poprawi sytuację finansową ludzi dopiero co rozpoczynających pracę. Czy jednak brak obowiązku pobrania przez przedsiębiorcę zaliczki na podatek od osób poniżej 26. roku życia może zostać uznany za schemat podatkowy? Zdania tu są podzielone, ale sprawy nie można bagatelizować, ponieważ przepisy o raportowaniu schematów podatkowych (MDR – Mandatory Disclosure Rules) są tak niejasne, że ze strony organów skarbowych można się spodziewać wszelkich „ciekawych” interpretacji. Z opublikowanych niedawno wyjaśnień Ministerstwa Finansów dotyczących schematów podatkowych wynika, że za taki schemat mogą zostać uznane przeróżne aktywności. Schematem takim może być m.in. przejście z umowy o pracę na samozatrudnienie, skorzystanie z ulgi badawczo – rozwojowej czy też zaliczenie transgranicznych płatności pomiędzy podmiotami powiązanymi do kosztów uzyskania przychodów.
Niejasna wykładania wielkim hamulcowym polskiego biznesu
Artykuł 86j ordynacji podatkowej nakłada obowiązek przekazywania informacji o dokonaniu jakichkolwiek czynności elementu schematu podatkowego lub uzyskanej korzyści (tzw. MDR-3) na korzystających. Czytając literalnie ten przepis należy wskazać, że dotyczy on wszystkich korzystających, a nie kwalifikowanych korzystających, czy też korzystających, którzy dokonują czynności w zakresie schematów podatkowych podlegających zgłoszeniu do Szefa KAS. Biorąc to pod uwagę nie można wykluczyć, że raportowaniu może również podlegać zatrudnianie młodych. Zwłaszcza, że zgodnie z obowiązującymi przepisami, schemat podatkowy nie zawsze musi być powiązany z osiągnięciem korzyści podatkowej. Ustawodawca mówi bowiem o głównej korzyści tylko w pierwszym punkcie definicji MDR, a dalej mówi on jeszcze o innych cechach rozpoznawczych (ogólnej, szczególnej lub innej szczególnej), które są tak szerokie, że ich interpretacja może doprowadzić do uznania każdej transakcji za schemat podatkowy.
Polski ustawodawca nakłada tym samym kolejne biurokratyczne obowiązki na przedsiębiorców, którzy i tak poświęcają na rozliczenia podatkowe ponad 300 dni rocznie. Kolejny raz powtarza się schemat, w którym państwo polskie zjada swój własny ogon, a ustawodawca doprowadza do biurokratycznych absurdów. Nawet dobra intencja i słuszne działanie rządu (a zerowy PIT dla młodych z pewnością takim działaniem jest) może się obrócić przeciwko przedsiębiorcom, czyli tym, którzy generują miejsca pracy (w tym dla młodych) i pchają gospodarkę do przodu. Przy zwiększających się z roku na rok obowiązkach przedsiębiorców w zakresie biurokracji nie dziwi fakt, że coraz chętniej spoglądają oni na Wielką Brytanię i Irlandię, gdzie biznes prowadzi się po prostu znacznie łatwiej.
Polski biznes ucieka przed biurokracją
Co ciekawe, pośpieszne przygotowane i wdrożone w Polsce przepisy dotyczące MDR napisane skrajnie niezrozumiałym językiem, nakładają nadmierne obowiązki na podmioty, również w przypadku gdy nie posiadają miejsca zamieszkania, siedziby ani zarządu na terytorium kraju. Nie tylko eksperci Admiral Tax wskazują, że jest absolutnie niewykonalnym i niemożliwym ściganie zagranicznych podmiotów, które co do zasady nie będą raportować schematów podatkowych w Polsce. Nie dziwi więc, przedsiębiorcy broniąc się przed biurokracją chronią swoje interesy przez całkowite zaniechanie działalności w Polsce i przeniesienie jej zagranicę.
MDR, niejasności związane z testem przedsiębiorcy, a także planowane zniesienie limitu 30-krotności składek ZUS znacząco wpłynęły na wzrost zainteresowania spółkami zagranicznymi. Szczególnie dużo zapytań pochodzi od wysokiej klasy specjalistów, konsultantów i managerów, którzy dotychczas rozliczali się z polskim fiskusem na podstawie podatku liniowego z jednoosobowej działalności gospodarczej. Widać, że to ta grupa najlepiej odczytuje intencje polskiego fiskusa i przenosi się za granicę “zanim będzie za późno”.
Jeśli do wszystkich powyższych biurokratycznych utrudnień dodamy największą w historii podwyżkę ZUS dla przedsiębiorców zaplanowaną na 2020 rok, białą listę podatników VAT, która wejdzie w życie już we wrześniu i niepewność, jaką już na co dzień odczuwają przedsiębiorcy w związku z kolejnymi planowanymi “ułatwieniami” ze strony polskiego rządu, jedyne wahanie prowadzących biznes brzmi: Anglia czy Irlandia? Im bardziej absurdalna sytuacja spotyka polski biznes ze strony rządzących, tym większa liczba przedsiębiorców zauważa szansę dla swojego biznesu poza Polską.
Wielka Brytania: minimum formalności i biurokracji
Przedsiębiorcy, którzy kiedykolwiek prowadzili firmę w Polsce, a później przenieśli się do Wielkiej Brytanii chóralnie deklarują, że do Polski nie powrócą. 16 lipca na brytyjskich stronach rządowych opublikowana została informacja, że w przeciągu ostatniego roku zanotowano wyraźny wzrost (ponad 8,5%) inkorporacji nowych spółek limited. 672,890 nowych firm to najlepszy wynik od 2009 roku i niemały w tym udział mieli właśnie polscy przedsiębiorcy.
Rejestracja firmy w Anglii cechuje się prostotą i nie wymaga fizycznej obecności w brytyjskim urzędzie – cały proces możemy przeprowadzić online. Brytyjski system prawno-podatkowy cechuje się niską biurokracją, prowadzenie firmy wymaga minimum formalności. Kwota wolna od podatku w Wielkiej Brytanii wynosi aż 12 500 funtów (około 60 tys. złotych), co oznacza iż, wynagrodzenie dyrektora spółki oraz jej pracowników do tej kwoty jest zwolnione z podatku. Dodatkowo udziałowiec spółki nie płaci żadnego podatku od dywidend do wysokości 2000 funtów (około 10 tys złotych) w ciągu roku. To pozwala wypłacić ponad 67 tys. złotych w ciągu roku bez konieczności zapłaty ani pensa podatku. Wysokość składki na ubezpieczenie (NI – National Insurance) dyrektora spółki limited jest zależna od wysokości osiąganego wynagrodzenia za pracę na rzecz spółki. Przy miesięcznych dochodach do wysokości 702 funtów (około 3400 złotych) dyrektor spółki nie płaci żadnych składek na ubezpieczenie. Podatek dochodowy spółek (CIT) w Wielkiej Brytanii wynosi 19-proc. Należny podatek należy zapłacić dopiero 9 miesięcy po upływie roku podatkowego.
Irlandia: bez podatku nawet przez 3 lata
Irlandia od lat zajmuje czołowe pozycję w rankingach tworzenia najlepszych warunków dla biznesu. Tu swoje europejskie siedziby ulokowali giganci – Facebook, Google, Amazon.
Irlandia może się pochwalić jedną z najwyższych kwot wolnych od podatku w Europie i rozbudowanym systemem ulg. Wynagrodzenia dyrektora spółki limited oraz jej pracowników do wysokości tej kwoty jest zwolnione z jakiegokolwiek opodatkowania. Stawka podatku CIT w Irlandii wynosi 12,5% i jest tym samym jedną z najniższych stawek podatku od dochodów spółek w Europie. Poza tym przedsiębiorcy rozpoczynający działalność w niektórych branżach nie muszą odprowadzać podatku CIT przez pierwsze 3 lata, jeśli jego przychody nie przekraczają w tym czasie 1 mln euro. Zaletą rejestracji spółki w Irlandii jest niewielka kwota wymaganego kapitału zakładowego. Minimalny kapitał zakładowy spółki wynosi 250 euro i jest on deklarowany (nie ma konieczności wnoszenia kapitału do spółki w momencie rejestracji firmy).
Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzająca Admiral Tax (www.admiral.tax)
Dostawy amerykańskiego gazu skroplonego wypychające Gazprom z Polski, to zły sen koncernu z Petersburga, który może się spełnić już za niespełna trzy lata.
– Przewodniczący PiS skierował list z okazji zawinięcia do Polski pierwszej długoterminowej dostawy LNG z USA i stwierdził w tym liście, że gaz skroplony ze Stanów Zjednoczonych może być o 20 proc., a nawet 30 proc. tańszy od kontraktu jamalskiego czyli umowy na dostawy gazu z Rosji pomiędzy PGNiG a Gazpromem – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl. – Kontrakt jamalski to najdroższa oferta na rynku polskim w chwili obecnej, a jest tak ponieważ ta umowa jest indeksowana do ceny ropy naftowej i ma dość drogą formułę, co powoduje, że jest to ropa droższa niż na europejskiej giełdzie. Natomiast kontrakt z USA jest porównywalny cenowo właśnie z cenami na giełdzie europejskiej.
Przełom wynikający z podpisania umowy PGNiG-Cheniere polega na tym, że dostawy będą realizowane z klauzulą Delivery Ex-Ship (DES) w ilości:
w latach 2019-2022: ok. 0,73 mld m3 gazu po regazyfikacji łącznie w całym okresie;
w latach 2023-2042: ok. 39 mld m3 gazu po regazyfikacji łącznie w całym okresie, tj. ok. 1,95 mld m3 gazu po regazyfikacji rocznie.
Dlaczego od 2023 roku wolumen skoczy ponad dwudziestokrotnie w górę? Bo właśnie z końcem 2022 roku kończy się kontrakt jamalski.
Przełomowość kontraktu polega zaś na tym, że – przynajmniej według innych deklaracji władz polskich – jest on konkurencyjny do oferty na giełdach europejskich.
– Oznacza to, że może być konkurencyjny do oferty rosyjskiego Gazpromu po 2022 roku, jeśli ten będzie walczył o udziały na polskim rynku po utracie kontraktu jamalskiego – wyjaśnia W.Jakóbik. – Natomiast wszelkie wyliczenia dodające do ceny koszty dostaw można wyrzucić do kosza, bo klauzula DES przenosi ten koszt na dostawcę.
Dlaczego tak tanio? Cheniere potrzebowała umowy z PGNiG do uzasadnienia rozbudowy terminali LNG w Sabine Pass i Corpus Christi. Długi termin i duży wolumen dostaw do Polski dodatkowo uzasadnia rabat.
Według danych PGNiG z roku 2018, aż 75% gazu importowanego do Polski pochodziło z Rosji. Z rosyjskim importerem – Gazpromem – mamy podpisany długoterminowy kontrakt importowy, który wygasa w 2022 roku. Do dzisiaj więc – od pierwszych lat po transformacji – Rosja pozostaje głównym dostarczycielem gazu, a także ropy, na polski rynek. To jednak może się zmienić. Dzięki większemu wydobyciu gazu przez Stany Zjednoczone, kraj ten dołączył do liczących się globalnie importerów. Polska zamierza więc importować z USA więcej gazu – co nie tylko opłaci się nam pod względem politycznym, lecz także ekonomicznym. Duża zależność od Rosji pod względem importu surowców jest bowiem strategicznym zagrożeniem dla naszego państwa – a ceny, które Gazprom wynegocjował z Polską, pozostają bardzo wysokie.
– Zbyt duża zależność od importu z Rosji stworzyła ryzyko polityczne dla kraju, a także zmniejszyła możliwość wynegocjowania z Rosją niskiej ceny na importowany gaz i ropę naftową. To nie jest dobra sytuacja, zarówno z ekonomicznego jak i strategicznego punktu widzenia – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista BBC. – Koszt produkcji gazu w USA maleje i oferowane przez nie ceny są konkurencyjne – nie tylko w stosunku do Rosji, ale w skali światowej. Nie jest wykluczone, że pod presją konkurencyjnych dostaw gazu ze Stanów Zjednoczonych, Gazprom zaproponuje nam w najbliższych latach niższą cenę gazu. Porównywalną do tej ceny, jaką ma w relacjach z Niemcami i Austrią – które kupują od Rosji gaz po niższych stawkach niż Polska – zaznacza Gomułka.
Biznes w Internecie przeżywa rozkwit – coraz więcej Polaków docenia robienie zakupów bez wychodzenia z domu. Korzystanie z oferty e-sklepów jest proste i wygodne, a czas oczekiwania na zamówiony produkt z roku na rok staje się coraz krótszy. W którą stronę rozwija się polski e-commerce? Analizujemy zmiany i wskazujemy najważniejsze trendy na rynku.
Polacy na zakupach online
Na przestrzeni ostatnich lat jesteśmy świadkami dynamicznych zmian na rynku e-commerce. Gwałtownej modyfikacji ulegają nasze zwyczaje i zachowania zakupowe. Jak wskazuje raport Gemius, obecnie aż 62% internautów deklaruje, że chociaż raz zrobiło zakupy online – to ponad 170 milionów ludzi! Liczba ta powiększa się każdego roku. W porównaniu do 2018 roku zanotowano wzrost statystyki o 6 punktów procentowych. 60% użytkowników kupuje w polskich sklepach, ale na uwagę zasługuje rosnący odsetek klientów (już 26%), którzy korzystają z usług zagranicznych e-marketów. Zakupy online nie są już domeną młodych. Wśród kupujących znacznie przybyło osób starszych (powyżej 50 roku życia), którzy stanowią dziś dziś drugą co do wielkości grupę klientów w polskim Internecie.
Zmienia się również sposób, w który dokonujemy zakupów online. Do głosu coraz częściej dochodzą urządzenia mobile, smartphony i tablety, które zaczynają odgrywać istotną rolę w pośrednictwie sprzedaży. W 2019 roku z komórek jako kanału sprzedaży korzystało 61% internautów. To ważny trend, który musi przełożyć się na responsywne dopasowanie witryn sklepów do medium, którego używa klient.
Firmy kurierskie na rynku e-commerce
Wzrost rynku e-commerce pociągnął za sobą wzrost wolumenu wysyłanych paczek i poziomu eksploatowania usług kurierskich, a dalej – konieczność zadbania o najwyższe standardy dostawy przesyłek. Wbrew pozorom, to, w jaki sposób i jak szybko zostanie dostarczona paczka ma ogromny wpływ na zadowolenie klientów z zakupów w naszym sklepie. Wydaje się, że wiele firm wciąż minimalizuje rolę tego czynnika w całościowym doświadczeniu konsumentów. To błędna droga – wybór firmy kurierskiej, który notorycznie gubi lub dostarcza uszkodzone paczki może przełożyć się na obniżenie poziomu satysfakcji z usług sklepu, a dalszej perspektywie wybór innego producenta. Według raportu Gemius, nawet tak niepozorna kwestia jak dostępność preferowanej opcji wysyłki wpływa na motywację do zakupów i ostateczną decyzję zakupową klientów.
Wysoka jakość obsługi jest równoznaczna z wysokim standardem, jeśli chodzi o nadawanie paczek kurierskich. W trosce o zadowolenie obu stron – klientów i właścicieli przedsiębiorstw e-commerce – przeprowadzono analizę rynku kurierskiego i wyłoniono najlepsze firmy kurierskie 2019.
Firmy kurierskie – ranking 2019
W badaniach opinii klientów przeprowadzonych przez PBIJA wzięto pod uwagę osiem największych firm kurierskich w Polsce: DHL, DPD, FedEx, Geis, GLS, InPost, Pocztex i UPS. Wśród najwyżej ocenionych korporacji znalazły się kolejno InPost, FedEx i DPD.
InPost zdeklasował konkurencję i został uznany za najlepszą firmę kurierską w 2019 roku. Konsumenci wyróżnili ją szczególnie za:
Krótki czas oczekiwania na przesyłkę
Nienaganność (dostarczenie przesyłek pod poprawny adres)
Uprzejmość kurierów
Konkurencją cenę
Brak uszkodzeń paczek i ich zawartości
Wysoką jakość obsługi klienta
Innowacyjne rozwiązania
InPost uzyskał najwyższe noty także w kategorii „akceptowalność kosztów nadania przesyłki”, a tym samym został wyróżniony na tle innych firm kurierskich pod względem stosunku jakości do ceny oferowanych usług.
Dobra opinia o firmie przekłada się na popularność i wzrost zainteresowania ofertą InPost wśród konsumentów. W porównaniu do ubiegłego roku w 2019 więcej internautów skorzystało z usług kurierskich InPost (wzrost o 5 punktów procentowych), co dało firmie trzecie miejsce (tuż za DPD i DHL) wśród najchętniej wybieranych firm, jeśli chodzi o dostawę produktów bezpośrednio do miejsca zamieszkania.
Paczkomaty rewolucjonizują polski rynek
Nadawanie przesyłek kurierskich bezpośrednio do domu lub pracy jest wciąż w czołówce najpopularniejszych form dostawy zakupów wybieranych przez polskich internautów. Raport Gemius podaje, że w 2019 roku na tę opcję zdecydowało się 58% ludzi. Większe zainteresowanie branży e-commerce budzi jednak pozycja Paczkomatów, które z roku na rok zagarniają coraz większy procent udziałów w rynku. Już 52% klientów deklaruje, że odbiór w Paczkomatach jest ich ulubioną formą dostawy, a możliwość jej wyboru w sklepie online motywuje do zakupów aż 61% internautów!
W tym zakresie wciąż najlepiej radzi sobie firma InPost. Z Paczkomatów InPost korzysta 74% użytkowników polskiego Internetu (wg raportu Kantar TS 2019). Usługa jest chętnie wybierana bez względu na wiek klientów czy wielkość miejsca zamieszkania – jej popularność jest widoczna w dużych, średnich i małych miastach. Popyt na Paczkomaty zwiększa się każdego roku, zwłaszcza na terenie wiosek i niewielkich miejscowości, gdzie na bieżąco powstają nowe urządzenia.
Przewiduje się, że rola Paczkomatów będzie wciąż zyskiwać na znaczeniu. Ich popularność jest wynikiem zmiany stylu życia i potrzeb kupujących, którzy coraz bardziej cenią sobie wygodę w użyciu i całodobową dostępność urządzenia. Doskonale wiedzą o tym firmy kurierskie, które wychodzą naprzeciw galopującym trendom i dynamicznie rozbudowują sieci maszyn w całej Polsce.
Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021-2027 przebiegają w wyjątkowo trudnych warunkach. Wynika to m.in. z faktu zbliżającego się brexitu, który oznacza dla unijnej kasy ubytek rzędu 12 mld euro, a także konieczności finansowania nowych wyzwań, jak integracja uchodźców, ochrona granic czy wspieranie cyfrowej gospodarki. Znaczące miejsce w nowej siedmiolatce musi też znaleźć przeciwdziałanie zmianom klimatycznym. – Unia Europejska przywiązuje do nich ogromną wagę, w tym kierunku powinno też zmierzać wsparcie dla rolnictwa – ocenia były europoseł Czesław Siekierski.
– Unijny budżet powstaje w wyjątkowo trudnych warunkach. Mamy brexit, co oznacza istotny ubytek budżetu o 12 mld euro rocznie, więc gdzieś musimy zabrać. Do tego dochodzą nowe wydatki, czyli tzw. finansowanie nowych wyzwań, problemy związane z uchodźcami, walka ze zmianami klimatycznymi, nowe miejsca pracy dla młodzieży, kwestie innowacji. To powiększa potrzeby budżetowe, z kolei państwa członkowskie nie są chętne zwiększenia swojego wkładu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Siekierski.
Obecnie państwa członkowskie UE oddają do wspólnej kasy 1 proc. swojego PKB. Wielka Brytania jest drugim największym (po Niemczech) płatnikiem, odprowadzając rocznie do unijnego budżetu 12–14 mld euro. Aby pokryć deficyt, jaki powstanie po brexicie i sfinansować nowe wyzwania, związane chociażby z integracją uchodźców czy ochroną granic, składka musiałaby wzrosnąć do 1,3 proc. PKB. Oznacza to, że państwa członkowskie płaciłyby więcej o 30 proc., na co nie ma zgody. Dlatego Komisja Europejska zaproponowała poziom budżetu finansowany przez składkę członkowską na poziomie 1,114 – w więc zwiększony o 11,5 proc. w stosunku do obecnego. Jednak na razie i to rozwiązanie spotyka się ze sprzeciwem m.in. Danii, Holandii, Szwecji i Austrii.
– Jest pewien problem w kwestii decyzji dotyczącej tego, co ująć, a gdzie dołożyć i gdzie zachować. Dokładamy na Erasmus, a więc wymianę młodzieży, na badania naukowe, na Horyzont Europa, a więc finansowanie innowacji i nowoczesnego rozwoju. Za to ujmujemy trochę w polityce spójności – około 7 proc., ale Polska w tej propozycji budżetowej ma na politykę spójności odjęte prawie 25 proc. – mówi Czesław Siekierski.
Negocjacje dotyczące unijnego budżetu na lata 2021-2027 rozpoczęły się wiosną ubiegłego roku. W maju Komisja Europejska przedstawiła swój projekt nowej siedmiolatki na łączną kwotę 1 135 mld euro – wyższej od poprzedniej o 5 proc. Projekt zakłada ponad 330 mld euro na politykę spójności, z czego do Polski ma trafić ponad 64,4 mld euro – czyli ok. 20 proc. mniej, niż w poprzedniej perspektywie. KE chce zwiększyć wydatki m.in. na gospodarkę cyfrową, za to o 15 proc. mniejsze mają być środki na Wspólną Politykę Rolną. Polska dostanie z tej puli nieco mniej na dopłaty bezpośrednie dla rolników i ok. 25 proc. mniej na fundusz rozwoju obszarów wiejskich (II filar WPR).
– W Polsce ograniczenia wydatków dotyczyłyby II filaru, przypadku którego istnieje możliwość dopłaty z budżetów krajowych – mówi Czesław Siekierski – Myślę, że w tym zakresie są możliwe pewne korekty, ale nie będzie istotnego zwiększenia budżetu na ten cel. Pamiętajmy, że propozycja zakłada zmniejszenie dopłat państwom typu Francja czy Niemcy, z kolei podwyższamy tym, które miały najniższe dopłaty, jak kraje bałtyckie, Rumunia czy Portugalia.
Były europoseł podkreśla, że Unia Europejska przywiązuje ogromną wagę do ograniczenia zmian klimatycznych, a więc w tym kierunku musi też zmierzać wsparcie dla rolnictwa.
– Rolnictwo z jednej strony powoduje zmiany klimatu, ale z drugiej – poprzez swoją działalność i wpływ na środowisko może je ograniczać. Bardzo wiele mówi się o takim rolnictwie przyjaznym dla środowiska, biologizacji rolnictwa. Mniej środków chemicznych, za to precyzyjnie stosowanych – mówi Czesław Siekierski – Zaburzenia klimatyczne są efektem niekorzystnych zmian, stąd mamy susze, powodzie i huragany. Środowisko i klimat wymagają pewnej stabilizacji, ale na to potrzeba ogromnych nakładów finansowych i zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych. To z kolei podraża nam ceny energii, opartej w Polsce głównie o węgiel. Ale także ta emisja, której źródłem jest rolnictwo, wymaga innego podejścia.
Na konieczność reformy kształtu Wspólnej Polityki Rolnej i ukierunkowania jej na wsparcie produkcji ekologicznej i mniejszych gospodarstw, które przykładają wagę do ekologii i kwestii środowiskowych zwracają uwagę także eksperci Fundacji im. Heinricha Bölla i Instytutu na rzecz Ekorozwoju. Z opublikowanego przez nie w czerwcu raportu „Atlas rolny” wynika, że w Unii Europejskiej 82 proc. dopłat bezpośrednich trafia raptem do 20 proc. największych rolników. Efektem tego jest m.in. postępująca koncentracja i uprzemysłowienie rolnictwa. W Polsce ten sektor emituje około 400 ton ekwiwalentu CO2 rocznie i jest drugim największym emitentem metanu (dane KOBiZE).
Komisja Europejska liczy, że kształt nowego budżetu na lata 2021-2027 uda się wynegocjować i zamknąć jeszcze przed końcem tego roku. W lutym minister Jerzy Kwieciński ocenił jednak, że bardziej prawdopodobnym terminem jest II połowa 2020 roku. Jednocześnie podkreślił, że Polsce udało się już przeforsować kilka ważnych elementów, m.in. finansowanie z unijnych środków budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, Via Catrpatia i inwestycji w infrastrukturę gazową.
Ze względu na rozbieżność interesów 27. państw członkowskich UE, negocjacje tzw. WPR, czyli Wieloletnich Ram Finansowych są uważane za najtrudniejsze i najbardziej wymagające. Prawdopodobny wpływ będą mieć na nie również zakończone niedawno wybory i zmiana sił w Parlamencie Europejskim oraz kompletowanie nowego składu Komisji Europejskiej przez nową przewodniczącą, Niemkę Ursulę von der Leyen.
– Trzeba w jakiś sposób te rozbieżne interesy połączyć. Piłka jest wciąż w grze i na pewno Rada Europejska, a więc przywódcy państw, będą na ten temat rozmawiać, bo główne decyzje budżetowe są podejmowane właśnie na szczeblu Rady Europejskiej, a więc na spotkaniu premierów i prezydentów państw członkowskich – mówi były europoseł Czesław Siekierski.
Według informacji Ministerstwa Finansów, w ubiegłym roku Polska wpłaciła do unijnej kasy 4,5 mld euro, wypłacając ponad 15 mld euro (co oznacza ponad 11 mld euro „na czysto”). Od początku członkostwa w Unii Europejskiej Polska otrzymała ze wspólnego budżetu 107,5 mld euro, czyli już blisko 0,5 bln zł. Polska pozostaje jednym z największych beneficjentów środków z UE. Jak podaje Instytut Badań Strukturalnych – od momentu wejścia do Unii co roku wydatki unijne w ramach funduszy strukturalnych w Polsce 2–4-krotnie przewyższają naszą składkę.
Czynnik ekonomiczny, wymogi klientów – zarówno instytucjonalnych, jak i indywidualnych – oraz przede wszystkim rosnąca świadomość firm logistycznych w kwestii ich wpływu na środowisko sprawiają, że branża w coraz większym stopniu stawia na ekologię i elektromobilność – mówią eksperci DHL Parcel Polska. Elektryczne pojazdy pozwalają zarówno zminimalizować emisję CO2, jak i zredukować koszty transportu oraz uniezależnić się od wahań cen na rynku paliw. W I kwartale tego roku zarejestrowano w Polsce o 60 proc. więcej takich pojazdów, przy czym zdecydowaną większość stanowią samochody flotowe.
– Samochody elektryczne to przyszłość logistyki – nie tylko miejskiej, ale od miast warto zacząć, bo dziś ponad połowa ludności świata żyje właśnie w miastach, cierpiąc z powodu czynników takich jak nadmierny hałas czy emisja dwutlenku węgla. Na to nakłada się duże zagęszczenie pojazdów na kilometr kwadratowy. Dlatego zmiany warto zacząć właśnie od miast – szczególnie jeśli chodzi o auta kompaktowe, żeby później te same rozwiązania implementować na terenach pozamiejskich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartłomiej Wnęk, dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.
Według ONZ w miastach zamieszkuje dziś 3,5 mld ludzi, czyli połowa globalnej populacji. Ta do 2050 roku wzrośnie już do 9,6 mld, a w miastach będzie zamieszkiwać już 6 na 10 osób. Miasta, które stanowią zaledwie 3 proc. powierzchni planety, odpowiadają za 60–80 proc. całkowitego zużycia energii i 75 proc. emisji dwutlenku węgla. ONZ podaje też, że obecnie połowa światowej populacji oddycha powietrzem, które jest 2,5 razy bardziej zanieczyszczone niż normy dopuszczalne przez Światową Organizację Zdrowia.
Samochody elektryczne – zwłaszcza w kompaktowym wydawaniu – wymienia się jako jedną z odpowiedzi na szybką urbanizację i związane z nią wyzwania, takie jak korki i zbyt duża liczba pojazdów, hałas, zanieczyszczenie powietrza i smog. Rozwój elektromobilności jest trendem, na który stawia większość koncernów motoryzacyjnych i rządy państw, w tym również Polska. W stronę elektromobilności zwracają się również firmy logistyczne.
– Branża logistyczna będzie częściej inwestować w tego typu rozwiązania. Poza korzyściami środowiskowymi, mają one również duże znaczenie z punktu widzenia ekonomicznego. Dzięki zastosowaniu pojazdów o napędzie elektrycznym jesteśmy w stanie znacząco redukować koszty związane z transportem oraz uniezależnić się od wahań cen na rynku paliw kopalnych – podkreśla Bartłomiej Wnęk. – W porównaniu z silnikami spalinowymi, napędy elektryczne mają trzykrotnie lepszą wydajność, co oznacza, że produkowana energia jest wykorzystywana o wiele skuteczniej. Wreszcie, wolniej się zużywają i nie wymagają tak częstej konserwacji.
– Statystyki pokazują, że rośnie liczba samochodów elektrycznych rejestrowanych w Polsce. W pierwszym kwartale tego roku zarejestrowano ich o 60 proc. więcej niż w ubiegłym, przy czym ok. 98 proc. z nich stanowią pojazdy flotowe. To wskazuje na wyraźny ekotrend w logistyce, który będzie decydował o przyszłości tego biznesu.
Jak podkreśla, przewagą samochodów o napędzie elektrycznym jest również to, że są one w zasadzie bezgłośne, więc ich upowszechnienie może w znacznym stopniu zredukować miejski hałas i zwiększyć komfort pracy kurierów, istotny podczas długotrwałego prowadzenia pojazdu. Ponadto, elektryki mogą korzystać z buspasów, upłynniając ruch i pozwalając docierać w miejsca na co dzień niedostępne dla samochodów z tradycyjnym napędem, jak choćby warszawskie Stare Miasto.
– Coraz częściej nasi klienci oczekują, że będziemy posiadali w swojej ofercie usługi przyjazne środowisku. Wynika to z faktu, że rośnie świadomość społeczeństwa dotycząca ochrony środowiska, klientom zależy, aby produkty, z których korzystają, były ekologiczne – mówi dyrektor ds. operacyjnych DHL Parcel Polska.
DHL Parcel testuje samochody elektryczne. Firma przeprowadziła już testy z markami Volkswagen, Mercedes-Benz i Nissan. Obecnie sprawdza możliwości kompaktowych minipojazdów.
– Testujemy różnego rodzaju środki transportu, począwszy od rowerów i samochodów elektrycznych po specjalne wózki akumulatorowe – mówi Bartłomiej Wnęk. – Spółka Streetscooter, należąca do Deutsche Post DHL, produkuje również własne pojazdy elektryczne. W tej chwili już 9000 takich samochodów jeździ w Niemczech.
DHL Parcel – jako część grupy DPDHL, realizuje globalny program ochrony środowiska GoGreen i strategię „Misja 2050: Zero Emisji”. Przewiduje ona, że do 2050 roku firma ograniczy emisję CO2 w swoich procesach logistycznych do zera.
– Strategię przewidzianą do 2050 roku realizujemy poprzez szereg działań, m.in. odpowiedni sposób załadunku, dzięki któremu wypuszczamy na drogi mniej transportów. Poza tym korzystamy z zaawansowanych narzędzi planistycznych – zarówno jeśli chodzi o kształt sieci, jak i trasy kurierskie. Dzięki temu redukujemy liczbę kilometrów przejeżdżanych codziennie przez naszych kurierów. W tym roku kończymy też wymianę floty wózków widłowych. Będziemy korzystać już wyłącznie z wózków o napędzie elektrycznym – mówi Bartłomiej Wnęk.
Obok wymiany floty, DHL Parcel angażuje się też w akcję ratowania pszczół i na terenie głównej siedziby prowadzi miejską pasiekę, złożoną z 5 uli. W ramach działań proekologicznych, firma co roku sadzi również drzewa ze swoim pracownikami
Ochotnicze Hufce Pracy – które zajmują się aktywizacją zawodową i pośredniczeniem w znalezieniu zatrudnienia dla młodych pracowników – będą mieć w tym roku nawet 70 tys. ofert pracy z całego kraju. Zapotrzebowanie jest dwukrotnie większe niż w poprzednich latach. Największe zgłaszają regiony atrakcyjne turystycznie, jak Pomorze, Małopolska i województwo śląskie. Pracodawcy poszukują głównie budowlańców, stolarzy, mechaników czy ślusarzy. Oprócz chęci do przyuczenia zawodu, często nie są wymagane nawet kwalifikacje. OHP pomagają młodym również w znalezieniu zatrudnienia za granicą, w krajach takich jak Niemcy, Francja, Szwecja czy Norwegia.
– Młode osoby znajdują pracę sezonową za pośrednictwem Ochotniczych Hufców Pracy głównie w takich sektorach jak gastronomia, czyli jako kelner, barman, pomoc kuchenna. Aby móc wykonywać taką pracę wymagana jest książeczka sanepidu. Ale mówimy również o roznoszeniu ulotek, pracy handlowca, wsparciu rolników przy zbieraniu owoców i warzyw albo pracy w przetwórstwie spożywczym, która obejmuje zbieranie produktów rolno-spożywczych na hali produkcyjnej i przygotowywaniu ich dla sieci zewnętrznych. Te i pozostałe, lżejsze prace, związane np. ze sprzedażą czy handlem, to są te najważniejsze gałęzie, które w okresie wakacyjnym cieszą się największym zainteresowaniem wśród młodych osób – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.
Jak podkreśla, w tym roku liczba ofert pracy dla młodych osób, które są zainteresowane pracą sezonową w okresie letnim, będzie nawet dwukrotnie wyższa niż w latach poprzednich i sięgnie ok. 70 tys.
– Natomiast liczba osób, które mogą z nich skorzystać, będzie oscylować w okolicach 30-40 tys. w skali kraju. Te liczby pokazują, że młode osoby są coraz bardziej zainteresowane znajdowaniem zatrudnienia w okresie wakacyjnym, zarabiania pierwszych pieniędzy, a później spędzania wolnego czasu w sposób aktywny – mówi Piotr Modzelewski.
Ochotnicze Hufce Pracy to państwowa jednostka budżetowa nadzorowana przez MRPiPS. Ich adresatami są młodzi w wieku 15-25 lat, w tym m.in. osoby, które poszukują pracy bądź chcą się przekwalifikować, bezrobotni, absolwenci szkół i studenci. Dla młodzieży w wieku 15 – 18 lat OHP organizują naukę umożliwiającą jednocześnie zdobywanie doświadczenia zawodowego. Uczestnicy kształcą się w 64 zawodach, a oferta OHP jest przygotowywana we współpracy z lokalnymi pracodawcami – przedsiębiorstwami i rzemiosłem. Zatrudnienie i przygotowanie zawodowe uczestników OHP odbywa się na podstawie indywidualnych umów o pracę, na zasadach dotyczących pracowników młodocianych.
– Stawiamy przede wszystkim na praktyczną naukę zawodu, bo teoria jest w szkole, natomiast praktyka odbywa się w większości u pracodawców lokalnych. Ci zgłaszają nam zapotrzebowanie na młode osoby, które chcieliby przyuczyć i wykształcić po to, żeby później być może również samemu ich zatrudnić – mówi Piotr Modzelewski.
Zawody, w których pracodawcy zgłaszają największe zapotrzebowanie na młodych pracowników, to m.in. budowlaniec, stolarz, mechanik czy ślusarz. Profesje te są jednocześnie tymi, które najczęściej są wybierane przez młode osoby.
– Są to również są piekarze, cukiernicy, ale i właśnie stolarze,ślusarze – czyli wszelkiego rodzaju prace często też fizyczne, które na dzisiejszym, lokalnym rynku pracy cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem – mówi Piotr Modzelewski – Pracodawcy szukają najczęściej młodych osób i niekoniecznie posiadających kwalifikacje. Często są otwarci, żeby móc pozyskać takie młode osoby do przyuczenia, bo dzisiaj mamy rynek pracownika, a nie pracodawcy. I dlatego wymogi pracodawców trochę się obniżyły.
Jak podkreśla, OHP dokonują indywidualnej, wstępnej kwalifikacji kandydata na pracownika, dokonują oceny jego predyspozycji pod kątem wykonywania danego zawodu i zapotrzebowania lokalnego rynku pracy. Regiony, które wykazują największe zapotrzebowanie na pracowników, to przede wszystkim okolice dużych aglomeracji i województwa atrakcyjne turystycznie, m.in. Pomorze, gdzie pracodawcy już zgłosili do OHP około 10 tys. ofert pracy, Małopolska, mazowieckie i śląskie.
– W roku szkolnym są dość mocne ograniczenia związane z zatrudnieniem osób niepełnoletnich w wieku 15-18 lat. Chyba że są to uczestnicy Ochotniczych Hufców Pracy – wówczas możliwości mamy trochę większe ze względu na to, że 2-3 razy w tygodniu nauka odbywa się w szkole, a w pozostał dni taka młoda osoba zdobywa doświadczenie zawodowe już bezpośrednio u danego pracodawcy – mówi Piotr Modzelewski.
Ochotnicze Hufce Pracy pomagają młodym w znalezieniu zatrudnienia zarówno w kraju, jak i za granicą, korzystając z międzynarodowej sieci pośrednictwa pracy EURES.
– Za pośrednictwem EURES osoby pełnoletnie, które chciałyby popracować za granicą, najczęściej wybierają kierunki takie jak Niemcy, Francja, Szwecja, Norwegia, Islandia. Tymi miejscami są zainteresowani najbardziej. Wynika to oczywiście z dobrych warunków finansowych, jakie gwarantują te państwa, ale decydują też o tym kwestie socjalne i pobytowe. W skali roku mamy około kilku tysięcy takich ofert, z których młodzi Polacy mogą skorzystać, żeby móc się odnaleźć na szerszym rynku międzynarodowym w ramach Unii Europejskiej – mówi Piotr Modzelewski.
Ze wsparcia OHP skorzystać mogą także Polacy, którzy już przebywają za granicą, ale chcieliby wrócić do kraju i na nowo odnaleźć się na tutejszym rynku pracy.
– Ochotnicze Hufce Pracy są pewnym ewenementem w skali Unii Europejskiej, dlatego że na dziś nie ma w UE żadnego innego kraju – poza Polską – który posiada jednostkę administracji państwowej zajmującą się młodymi osobami w celu ich aktywizacji, zwiększenia ich aktywności na lokalnym rynku pracy i pomocy w edukacji. Możemy się pochwalić, że jesteśmy rodzynkiem – mówi Piotr Modzelewski, zastępca Komendanta Głównego Ochotniczych Hufców Pracy w Warszawie.
W tym sezonie za tygodniowe wakacje nad polskim morzem trzeba zapłacić średnio około 2 tys. za osobę. Stosunkowo najtaniej jest w Kołobrzegu, z najwyższym kosztem – od 2,5 tys. zł wzwyż – trzeba liczyć się w Międzyzdrojach. Co istotne, różnica cenowa między wypoczynkiem nad Bałtykiem, a w jednym z popularnych kurortów za granicą może sięgnąć zaledwie 200 zł – wynika z analizy serwisu Rankomat.pl.
– Koszt wakacji nad Bałtykiem jest zależny od wielu czynników, jak miejsce, do którego jedziemy, standard wyżywienia i noclegu oraz sposobu spędzania wolnego czasu. Według naszych analiz kosztowych, cena takiego tygodniowego pobytu dla jednej osoby może wynosić od 1,7 tys. zł do nawet 6,3 tys. zł, a i tak nie jest to górny limit cenowy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kuciński, marketing manager Rankomat.pl.
Eksperci portalu Rankomat.pl – popularnej w sieci porównywarki m.in. cen ubezpieczeń, mieszkań i kosztów podróży – porównali koszty samodzielnie zorganizowanego, tygodniowego urlopu nad Bałtykiem i w popularnych, zagranicznych kurortach. Średnie ceny wakacji – zaplanowanych z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem (w sezonie wakacyjnym ceny rosną wielokrotnie) dla jednej osoby zostały wyliczone dla 7 noclegów w ramach Airbnb, dojazdu w obie strony (samochodem lub samolotem) oraz tygodniowego wyżywienia. Pod lupę wzięto najpopularniejsze nadbałtyckie miasta, Kołobrzeg, Sopot i Międzyzdroje – w tych kurortach Polacy najchętniej wypoczywali w ubiegłym roku (według danych Kayak.pl).
– Dla części osób wakacje nad Bałtykiem to po prostu tradycja, pewien sentyment i przywiązanie do naszego, polskiego morza. Dla innych utrudnieniem jest na pewno bariera językowa. Myślę też, że cześć osób zostaje w kraju ze względu na obawy o bezpieczeństwo – ale te obawy można zniwelować, wybierając ubezpieczenie turystyczne – mówi Michał Kuciński.
Z analizy wynika, że w tegorocznym sezonie najtaniej można wypocząć w Kołobrzegu (od około 1,7 tys. zł za osobę) i Sopocie (od 1,8 tys. zł). Najdrożej jest natomiast w w Międzyzdrojach, gdzie koszt takiego tygodniowego pobytu zaczyna się od 2,5 tys. zł za osobę.
Turystom najbardziej opłaca się samodzielnie wynająć prywatną kwaterę, za pośrednictwem jednego z serwisów noclegowych. W przypadku droższego wariantu – noclegu w 3-gwiazdkowym hotelu z pełnym wyżywieniem – cena tygodniowych wakacji w Kołobrzegu wzrośnie już do 3,3 – 5,2 tys. zł za osobę. Co istotne, różnice cenowa pomiędzy wypoczynkiem nad polskim morzem, a w jednym z kurortów za granicą może sięgnąć raptem 200 zł.
– Jeśli trafimy na ofertę last minute, to praktycznie wszędzie możemy pojechać taniej, niż nad Bałtyk. Także jeżeli sami potrafimy zorganizować sobie wycieczkę, upolować dobrą ofertę lotniczą i zdecydować się na taki samodzielny wyjazd – możemy wyraźnie obniżyć koszty. Według naszych szacunków, w takim scenariuszu tygodniowy pobyt w Turcji czy w Bułgarii może kosztować tyle samo, co podobny wyjazd nad Bałtyk. Są też takie miejsca jak Egipt czy Chorwacja, gdzie za tygodniowy wyjazd dla jednej osoby trzeba zapłacić więcej nawet o połowę, czyli ponad 3 tys. zł – mówi Michał Kuciński.
Tygodniowe wakacje nad Bałtykiem eksperci zestawili z kosztami urlopu w jednym z sześciu najczęściej wybieranych przez Polaków zagranicznych kurortów w Bułgarii, Turcji, Chorwacji, Włoszech, Grecji i Egipcie. Porównanie pokazuje, że wakacje nad polskim morzem to koszt porównywalny z pobytem na Riwierze Tureckiej, gdzie za samodzielnie zorganizowane z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem 7-dniowe wakacje w tym sezonie trzeba zapłacić od około 2 tys. zł za osobę wzwyż. Nieco drożej jest w Bułgarii na Słonecznym Brzegu (od około 2,1 tys. zł) i we Włoszech, na Sycylii (od około 2,3 zł). Najdroższe są z kolei Chorwacja i Egipt, gdzie trzeba liczyć się z wydatkami od około 3,2 tys. zł w górę. Eksperci przypominają jednak, że bardzo duży wpływ na koszty pobytu ma zakup biletów lotniczych – lepiej kupić je znacznie wcześniej, poza sezonem, kiedy ceny są wciąż stosunkowo niskie.
Analiza Rankomat.pl bierze pod uwagę – obok noclegu, dojazdu i wyżywienia, również ceny usług plażowych, dodatkowych atrakcji oraz ubezpieczenia turystycznego. Nie uwzględnia natomiast dodatkowych atrakcji, jak zakup lodów, piwa, zwiedzanie bądź wypożyczenie sprzętu, które mogą znacznie zwiększyć koszty.
Eksperci podkreślają też, że, obliczając koszt wakacji, warto wliczyć do niego zakup polisy turystycznej. Popularna karta EKUZ za granicą może okazać się niewystarczająca, ponieważ nie pokrywa kosztów transportu medycznego do Polski, ratownictwa, zakupu niektórych leków czy leczenia w prywatnych placówkach. EKUZ nie działa również w Turcji czy Egipcie. Pełną ochronę na wakacjach zapewnia jedynie ubezpieczenie turystyczne. Dane Rankomat.pl pokazują, że w ubiegłym roku Polacy, którzy spędzali urlop za granicą, płacili najtaniej za ubezpieczenie turystyczne do Chorwacji (3,84 zł za dzień). Z najdroższymi polisami musieli z kolei liczyć się polscy turyści wypoczywający w Turcji (5,08 zł) oraz Egipcie (6,61 zł).
Produkty zbożowe dostarczają młodemu organizmowi energię i składniki odżywcze niezbędne do intensywnego rozwoju, wzrostu, a także do codziennego odkrywania świata. Te w postaci kaszek stanowią ważny element jadłospisu, który powinien pojawić się w diecie dziecka zaraz po pierwszych warzywach i owocach. Wybór kaszki, która nie zawiera dodatku cukru, a zgodnie z przepisami prawa również konserwantów, barwników i wzmacniaczy smaku to dla rodziców prawdziwe wsparcie w żywieniu najmłodszych.
Wczesne dzieciństwo to kluczowy okres w życiu każdego człowieka. W tym czasie młody organizm intensywnie się rozwija, potrzebuje więc energii i składników odżywczych, które będą wspierać ten proces. Rozszerzanie diety powinno nastąpić nie wcześniej niż po ukończeniu 17. tygodnia i nie później niż w 26. tygodniu życia niemowlęcia1. W tym okresie większość dzieci jest już gotowa na przyjmowanie pokarmów innych niż mleko mamy – na początek wystarczą niewielkie ilości nowego produktu (1-2 łyżeczki). Jako pierwsze do jadłospisu wprowadza się warzywa, owoce, a następnie produkty zbożowe. Zboża zawarte w kaszkach przeznaczonych specjalnie dla najmłodszych odpowiadają na szczególne potrzeby żywieniowe niemowląt i małych dzieci.
– Rodzice są coraz bardziej świadomi faktu, że 1000 pierwszych dni w życiu dziecka ma fundamentalne znaczenie dla rozwoju malucha, jak również jego zdrowia w przyszłości. Stąd bardzo skrupulatnie sprawdzają, jak dobrać produkt, aby był bezpieczny, wartościowy i smaczny. Dotyczy to również kaszek – mówi agencji informacyjnej Newseria dla BoboVita Joanna Neuhoff-Murawska.
Kaszki dedykowane najmłodszym komponowane są tak, by zaspokajały szczególne wymagania intensywnie rozwijającego się organizmu. Zawierają starannie wyselekcjonowane różnorodne zboża, takie jak pszenica, owies, ryż, proso, kukurydza, jęczmień i żyto, które są dla malucha doskonałym źródłem węglowodanów, składników mineralnych i witamin. Poza tym, że są wartościowe, spełniają wyjątkowo restrykcyjne normy jakości – w trosce o delikatne i wrażliwe organizmy niemowląt i małych dzieci.
– Kaszki dedykowane najmłodszym dzieciom muszą spełniać bardzo rygorystyczne normy, jakie nałożone są na żywność właśnie dedykowaną maluchom. Są skomponowane z bardzo różnorodnych, pełnowartościowych zbóż, które są przebadane i bezpieczne – mówi Joanna Neuhoff-Murawska.
Producenci żywności dedykowanej niemowlętom i małym dzieciom oferują szeroki asortyment kaszek, również takich, które nie zawierają dodatku cukru, a zgodnie z przepisami prawa także konserwantów, barwników czy wzmacniaczy smaku. O tym, że są dopasowane do wyjątkowych potrzeb młodego organizmu oraz w pełni dla niego bezpieczne świadczy widoczne na opakowaniu wskazanie wieku (np. po 6., 8. czy 12. miesiącu życia). Ich delikatnie słodki smak pochodzący wyłącznie ze zbóż, owoców i mleka modyfikowanego jest lubiany i chętnie akceptowany przez najmłodszych.
– Wybierając kaszkę dla niemowlęcia, warto kierować się dwoma drogowskazami. Pierwszy z nich – na opakowaniu ma być tak zwane wskazanie do wieku. A drugi drogowskaz – brak dodatku cukru – świadomy rodzic wybierze taką właśnie kaszkę – mówi Joanna Neuhoff-Murawska.
1 Szajewska H. et al., Zasady żywienia zdrowych niemowląt. Zalecenia Polskiego Towarzystwa Gastroenterologii, Hepatologii i Żywienia Dzieci, Pediatria 11.3 (2014): 321-338.
Już niedługo każdą sprawę podatkową będzie można załatwić w elektronicznym urzędzie skarbowym. Docelowo portal e-Urząd Skarbowy ma działać na podobnej zasadzie, co bankowość elektroniczna. Po zalogowaniu będzie można sprawdzić stan swoich rozliczeń, a urząd SMS-em przypomni o przelewie. Dodatkowo przez internet będzie można załatwić sprawy związane z PIT, CIT i VAT. Polacy coraz chętniej korzystają z nowych możliwości. W 2019 roku ponad 70 proc. podatników rozliczyło się z fiskusem w formie elektronicznej.
– Portal e-Urząd Skarbowy to rozwiązanie, które będzie obsługiwało kompleksowo klientów drogą cyfrową od momentu złożenia deklaracji, przez możliwość jej zweryfikowania, aż po sprawdzenie, na jakim etapie jest moja sprawa. Usługa dostępna będzie zarówno dla firm, jak i osób indywidualnych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Dariusz Śpiewak, wiceprezes Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji.
Elektroniczny urząd skarbowy ma przede wszystkim ułatwić życie, zarówno zwykłym podatnikom, jak i przedsiębiorcom. Pierwsze udogodnienia mają zostać wdrożone jeszcze w tym roku, a kolejne będą oferowane stopniowo. Z danych resortu finansów wynika, że na pierwszym etapie dane mają być aktualizowane, a wdrożenie nowej technologii ułatwi składanie deklaracji podatkowych, w tym umożliwi podpisywanie deklaracji profilem zaufanym. Docelowo podatnik będzie mógł sprawdzić w jednym miejscu, jakie dokumenty złożył do urzędu, jakie informacje urząd do niego przesłał oraz jaki jest stan rozliczeń. Dodatkowo jeśli dana osoba występuje jako podatnik, płatnik czy pełnomocnik, to w swoich rolach znajdzie komplet informacji.
Docelowo e-urząd ma działać na podobnych zasadach co bankowość elektroniczna. Na swoim koncie będzie można znaleźć wszystkie informacje, w tym choćby związane z e-PIT.
– To, co jest w tej chwili opisywane jako Twój e-PIT, czyli możliwość sprawdzenia, jak został złożony dokument, na jakim etapie jest jego obsługa czy jest zwrot, to będzie dotyczyło wszystkich innych podatków, nie tylko podatku PIT, lecz także CIT, VAT i pozostałych – zapowiada Dariusz Śpiewak.
Z części udogodnień można już skorzystać. Na Portalu Podatkowym można od tego roku m.in. rozliczyć podatek od czynności cywilnoprawnych, spadków i darowizn czy kartę podatkową. Po zmianach udogodnień będzie znacznie więcej, a przez internet będzie można załatwić sprawy związane z PIT, CIT i VAT.
Elektroniczne konta podatników, nad którymi trwają jeszcze prace, mają z kolei umożliwić wgląd we wszystkie informacje, jakie gromadzi o nas urząd. O ile przez Platformę Usług Elektronicznych można sprawdzić, czy pracodawca odprowadza za nas składki w odpowiedniej wysokości, tak przez e-Urząd Skarbowy będzie można kontrolować, czy pracodawca odprowadza zaliczki na podatek.
Nowe rozwiązania są szeroko konsultowane tak, by korzystanie z udogodnień faktycznie ułatwiło życie.
– Członkowie PIIT czynnie biorą udział w tym przedsięwzięciu. Jako Izba chcielibyśmy zarówno uczestniczyć w procesie definiowania wymagań, jak i opisywania tego, co jest do zrobienia. Często Ministerstwo Finansów czy Ministerstwo Cyfryzacji konsultuje z nami to, co jest do wykonania. Pomagamy zweryfikować, czy efekty zostały osiągnięte, opiniując dokumenty, przedstawiając nasze stanowiska – tłumaczy Dariusz Śpiewak.
Nowy e-urząd ma być dla Polaków dużym ułatwieniem. Zwłaszcza że niemal co czwarty z nas przyznaje, że urzędu skarbowego po prostu się boi (badanie „Polacy o podatkach” przeprowadzone na zlecenie Centrum im. Adama Smitha). Dzięki wprowadzanym zmianom dużo czynności udało się znacznie uprościć. Rozwiązanie Twój e-PIT pozwala automatycznie rozliczyć się z US, a deklaracje PIT-37 i PIT-38 wypełnia za nas Krajowa Administracja Skarbowa.
Z danych resortu finansów wynika, że w tym roku ponad 70 proc. podatników rozliczyło się z fiskusem w formie elektronicznej.
Rosnąca popularność rozwiązań z zakresu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości może doprowadzić do stworzenia nowych narzędzi edukacyjnych. Gogle VR mogą zostać wykorzystane do przeprowadzania eksperymentów oraz pokazów, których nie da się zrealizować w klasycznej sali lekcyjnej. W wirtualnej rzeczywistości można śledzić start rakiety kosmicznej, przejść się po powierzchni Księżyca czy przestudiować anatomię dinozaurów.
– Bardzo ciekawą rzeczą w technologiach VR i AR jest zabawa skalą, czyli to, że na przykład możemy przedstawiać modele zarówno w skali rzeczywistej, jak i pomniejszonej. Tak jak w przypadku aplikacji Apollo’s Moon Shot AR możemy postawić rakietę Saturn V na swoim biurku i zobaczyć, jak leci do sufitu. Ale również możemy postawić ją w ogródku w skali 1:1 i zobaczyć z bliska, w jaki sposób startowała – mówi agencji Newseria Innowacje Bartosz Rosłoński wiceprezes zarządu Immersion VR.
Technologie VR oraz AR otwierają nowy rozdział w historii edukacji. Dzięki nim uczniowie mogą przeprowadzać doświadczenia na własną rękę metodą prób i błędów, a także poznawać świat z nowej, wirtualnej perspektywy. Wystarczy założyć specjalny hełm albo odpalić aplikację AR, aby przenieść się do cyfrowego świata i np. cofnąć w czasie, aby z nowej perspektywy poznawać historię świata.
Technologia rzeczywistości rozszerzonej to najprostszy sposób na przeprowadzenie wysoce immersyjnych eksperymentów edukacyjnych. Nie wymaga zakupu specjalistycznych gogli czy wydajnego komputera, który poradzi sobie z przetwarzaniem treści VR. Wystarczy się wyposażyć w urządzenie mobilne i ściągnąć aplikację, aby nałożyć wirtualne obiekty na obraz przechwycony przez obiektyw aparatu.
– Tego typu naukowe aplikacje dopiero zaczynają zyskiwać swoją popularność. Myślę, że niewiele ludzi jeszcze zdaje sobie sprawę z istnienia technologii rozszerzonej rzeczywistość i z tego, że właściwie wszystkie najnowsze smartfony są w stanie odpalać tego typu doświadczenia. W momencie, kiedy ta wiedza będzie popularna, powstanie więcej różnego rodzaju aplikacji edukacyjnych. Wykorzystanie tego typu technologii, zarówno wirtualnej, jak i rozszerzonej rzeczywistości, jest świetną rzeczą i będzie pomagało w procesach nauczania w bardzo różnych dziedzinach – twierdzi ekspert.
Z badań przeprowadzonych przez naukowców z Uniwersytetu Maryland wynika, że korzystanie z gogli VR pozwala przyswoić aż 90 proc. informacji, zaś uczenie się za pośrednictwem komputera – tylko 78 proc. Aplikacja Apollo’s Moon Shot AR to dobry przykład kreatywnego wykorzystania technologii w procesie edukacji.
Oprogramowanie opracowane z okazji 50. rocznicy lądowania misji Apollo na Księżycu pozwala w immersyjny sposób zapoznać się z historią misji Apollo. Obok biblioteki archiwalnych filmów, nagrań oraz zdjęć znajdziemy w niej także doświadczenie w rozszerzonej rzeczywistości, które pozwoli nam przejść się po powierzchni Księżyca, przyjrzeć się 11 eksperymentom naukowym oraz odpalić rakietę Saturn V.
– Zachęcamy użytkownika do tego, aby sam zwiedzał powierzchnię Księżyca, którą odwzorowaliśmy. Użytkownik fizycznie, z telefonem w ręku może chodzić po powierzchni Księżyca i oglądać różnego rodzaju ciekawe doświadczenia, które były tam przeprowadzane – mówi Bartosz Rosłoński.
Ciekawie prezentuje się także aplikacja CrashCourse stworzona przez amerykańską firmę TechAids po to, by uświadomić graczom futbolu amerykańskiego, jakie są objawy wstrząsu mózgu. Doświadczenie przenosi gracza na wirtualne boisko, na którym może sprawdzić na własnej, choć wirtualnej, skórze symptomy urazu. Aplikacja wyjaśnia zagrożenia związane ze wstrząsem oraz konsekwencje, z którymi może zmagać się gracz, jeśli w porę nie zejdzie z boiska i nie przerwie gry.
Polska firma Immersion VR ma nadzieję na kolejne projekty edukacyjne związane z agencją NASA.
– Liczymy na to, że pojawią się kolejne projekty we współpracy z NASA i Smithsonian. Teraz Muzeum NASA ma być rozbudowywane i myślę, że to mogłoby być częścią też nowej formy digitalizacji ich bardzo szerokiego kontentu – mówi ekspert.
Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.
Podstawową zasadą podatku od towarów i usług jest jego neutralność dla podatników – podmiotów prowadzących działalność gospodarczą opodatkowaną VAT. Oznacza to, że przedsiębiorca, który nabywa towary i usługi wykorzystywane do prowadzenia swojej działalności, nie powinien ponosić ekonomicznego ciężaru tego podatku. Nie powinien, gdyż w praktyce powstaje mnóstwo problemów, które nierzadko całkowicie podważają tę fundamentalną zasadę. Problematyczne są m.in. transakcje z podmiotami, które organy skarbowe uznały za nieaktywne i w konsekwencji wykreśliły z rejestru VAT.
Neutralność podatku VAT tylko w teorii?
Zgodnie z art. 86 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług w zakresie, w jakim towary i usługi są wykorzystywane do wykonywania czynności opodatkowanych, podatnikowi tego podatku przysługuje prawo do obniżenia kwoty podatku należnego o kwotę podatku naliczonego. Art. 87 ust. 1 przewiduje natomiast, że w przypadku, gdy kwota podatku naliczonego jest w okresie rozliczeniowym wyższa, podatnik ma prawo do obniżenia o tę różnicę kwoty podatku należnego za następne okresy lub do zwrotu różnicy na rachunek bankowy.
Ustawa przewiduje jednak wyjątki, kiedy takie odliczenie lub zwrot nie są możliwe. Zgodnie z art. 88 ustawy o VAT nie stanowią podstawy do obniżenia podatku lub jego zwrotu m.in. faktury wystawione przez podmiot nieistniejący. Podobnie traktowane są faktury stwierdzające czynności, które nie zostały dokonane. Regulacje w tym zakresie zdają się być zrozumiałe – podatnicy mogą korzystać z odliczenia lub zwrotu podatku jedynie wówczas, gdy dana transakcja faktycznie miała miejsce i świadczył ją podmiot wskazany na fakturze. Problemem jest jednak – jak często ma to miejsce zwłaszcza w przypadku podatku VAT – interpretacja przepisów. Dla organów podatkowych podmiot uznany za nieaktywny i wykreślony z rejestru równa się podmiotowi nieistniejącemu, choć przepisy ustawy w żadnej mierze nie dają podstaw do takiego twierdzenia.
Podmiot nieistniejący a podmiot nieaktywny
Dość jednolite stanowisko organów podatkowych wskazuje, że podmiot nieznajdujący się w rejestrze VAT, a więc także podmiot uznany za nieaktywny i wykreślony z tego rejestru, jest dla organów podmiotem nieistniejącym. Nieistotne jest przy tym nawet to, że faktycznie prowadzi on działalność. Tym sposobem organy podatkowe stawiają przedsiębiorców dokonujących transakcji z podmiotami nieznajdującymi się w rejestrze na równi z oszustami podatkowymi dążącymi do wyłudzenia VAT. Co więcej, prawa do odliczenia lub zwrotu podatku odmawia się także wówczas, gdy kontrahent nieznajdujący się w rejestrze wpłacił podatek VAT do urzędu oraz złożył stosowne deklaracje, a więc o oszustwie nie mogło być mowy. Dla organów rozstrzygająca jest bowiem kwestia czysto formalna związana ze znajdowaniem się przedsiębiorcy w rejestrze VAT. Co więcej, problemy tego rodzaju powstają często nie w związku z tym, że dany podmiot nie dopełnił swojego obowiązku i nie zarejestrował się na VAT, ale dlatego, że został z tego rejestru wykreślony.
Wykreślenie z rejestru VAT
Ustawa o VAT przewiduje, że w przypadku, gdy zarejestrowani podatnicy tego podatku złożą za trzy kolejne miesiące lub kwartał deklaracje, w których nie wykażą sprzedaży lub nabycia towarów z VAT, naczelnik urzędu skarbowego wykreśla ich z rejestru z urzędu. Oznacza to, że brak sprzedaży i zakupów w Polsce przez trzy miesiące wystarczy, aby stwierdzić, że dany podmiot jest nieaktywny.
Nieistotne są przy tym powody braku aktywności, które – zwłaszcza w przypadku podmiotów prowadzących działalność głównie za granicą – wcale nie muszą wiązać się z trwałym zaprzestaniem prowadzenia działalności w Polsce. Takie podmioty często dokonują sprzedaży lub zakupów w Polsce jedynie sporadycznie. Mimo to rejestracja na VAT w Polsce jest dla nich istotna, gdyż zamierzają kontynuować tu swoją działalność choćby w niewielkim zakresie. Takie podmioty, choć dokonują wszystkich obowiązków natury formalnej w związku z dokonaniem każdej transakcji, dla organów podatkowych po trzech miesiącach są podmiotami nieaktywnymi i zostają wykreślone. Ich kontrahenci, którzy ze względu na dłuższą współpracę nie sprawdzają przy każdej transakcji, czy taki podmiot znajduje się w rejestrze VAT, mogą mieć poważne problemy z odliczeniem tego podatku.
Co przy tym szczególnie istotne, wielu przedsiębiorców o wykreśleniu dowiaduje się dopiero po dokonaniu transakcji, w których został wykazany podatek VAT. Wówczas podatek ten trzeba zapłacić, jednak prawo do odliczenia tego podatku nabywcom towarów lub usług zdaniem organów podatkowych nie przysługuje.
TSUE po stronie podatników
Dla organów podatkowych bez znaczenia zdaje się być przy tym orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, z którym decyzje polskiego fiskusa są całkowicie sprzeczne.
Wielokrotnie wskazywana przez TSUE zasada jest jedna: prawo do odliczenia podatku VAT jest jego cechą konstrukcyjną, a ograniczenie tego prawa następuje przede wszystkim w razie niespełnienia przesłanek materialnych. Kwestie formalne, choć istotne, mają bowiem znaczenie drugorzędne.
Jako przykład można przywołać wyrok z 11 grudnia 2017 r., sygn. C-101/16, zgodnie z którym niedopuszczalne jest odmawianie prawa do odliczenia podatku VAT z tego względu, że podmiot, który świadczył usługę i wystawił z tego tytułu fakturę, na której wyraźnie zostały wskazane wydatki i podatek od wartości dodanej, został uznany przez organ podatkowy państwa członkowskiego za nieaktywny.
Co więcej, TSUE dokonuje podobnych rozstrzygnięć nawet wówczas, gdy podmiot faktycznie nie istnieje. Zgodnie z wyrokiem z dnia 22 października 2015 r. w sprawie C-277/14 przepisy Dyrektywy VAT sprzeciwiają się przepisom krajowym, które odmawiają podatnikowi prawa do odliczenia podatku z uwagi na to, iż faktura została wystawiona przez podmiot, który należy uważać za podmiot nieistniejący.
Trybunał w praktyce uznał więc, że ograniczenie prawa do odliczenia podatku jest możliwe wówczas, gdy transakcja ma związek z dokonaniem wyłudzenia podatku. O takim zaś nie może być mowy, gdy podatek do budżetu faktycznie zostanie wpłacony.
Podobne rozstrzygnięcia zapadały przed TSUE także w innych sprawach, m.in. C-80/11 i C-142/11 z 21 czerwca 2012 r. Co ważne, w tym sporze z organami podatkowymi także polskie sądy coraz częściej stają po stronie podatników, m.in. w wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z 7 marca 2018 r.
Jak wygrać z fiskusem?
Mimo to organy podatkowe nie zmieniają stanowiska. Nie oznacza to jednak, że podatnicy są bezbronni w walce z fiskusem. Przedsiębiorcy często traktowani są przez organy podatkowe jak potencjalni przestępcy, co wyraża się m.in. w odmawianiu prawa do odliczenia podatku VAT. Organy zdają się jednak nie dostrzegać, że taka praktyka jest sprzeczna z jednolitym, unijnym systemem podatku VAT. Bogate orzecznictwo TSUE jasno wskazuje, że transakcje z podmiotami uznanymi za nieaktywne, o ile nie prowadziły do wyłudzenia podatku, nie odbierają prawa do odliczenia. Co więcej, nawet nieświadome uczestnictwo w transakcji nastawionej na dokonanie przestępstw skarbowych nie prowadzi do ograniczenia tego prawa, o ile podmiot dokonujący odliczenia nie wiedział i przy zachowaniu należytej staranności nie mógł się dowiedzieć o nieuczciwych intencjach kontrahenta.
To sprawia, że podatnicy nie powinni rezygnować z odliczenia podatku wynikającego z faktur wystawionych przez podmioty nieaktywne. Nawet bowiem w przypadku niekorzystnych rozstrzygnięć organów podatkowych można z nimi walczyć. Jednak, aby walka ta była skuteczna, warto skorzystać z profesjonalnego wsparcia.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Schöck, producent rozwiązań do termoizolacji balkonów oraz izolacji akustycznej klatek schodowych, przedstawił wyniki finansowe za rok 2018. Firma zwiększyła swoją sprzedaż do 191,3 mln euro. Wyniki finansowe zostały zaprezentowane przez Zarząd Schöck AG na dorocznym Walnym Zgromadzeniu Akcjonariuszy, które odbyło się 16 lipca w Baden-Baden.
Od lewej: Thomas Stürzl, dyrektor finansowy, Alfons Hörmann, prezes zarządu, dr Harald Braasch, dyrektor ds. technologii Fot. Schöck
W ubiegłym roku firma zainicjowała szereg działań strategicznych związanych z największym programem inwestycyjnym w historii przedsiębiorstwa. Oprócz sfinalizowanego na początku 2019 roku przejęcia dwóch firm, do zeszłorocznych sukcesów Schöck zalicza m.in. wprowadzenie na rynek kotew do fasad wentylowanych Schöck Isolink TA-S. Wzrost wyników finansowych został jednakże odnotowany we wszystkich grupach produktowych firmy. Największa sprzedaż w zagranicznych spółkach zależnych została osiągnięta w przypadku rozwiązania Isokorb.
– Pomimo silnej konkurencji rynkowej oraz zmieniających się warunków gospodarczych i politycznych w krajach, w których jesteśmy obecni, ostatecznie udało się nam osiągnąć założone cele zarówno w Niemczech, jak i w oddziałach za granicą. – powiedział Alfons Hörmann, Prezes Zarządu Schöck.
Wyznaczenie strategicznego kursu na przyszłość
W 2018 roku na europejskim rynku budowlanym utrzymywała się tendencja wzrostowa, choć wzrost ten nieco zwolnił w porównaniu do poprzednich lat. Przy całkowitym wolumenie realizowanych inwestycji budowlanych wynoszącym 1,563 mld euro, wzrost o wartości 2,8% był niższy niż w roku poprzednim (2017: 3,5%). Mimo to, Niemcy ponownie zajęły wyjątkową pozycję w europejskim sektorze budowlanym, odnotowując największą ilość realizowanych inwestycji. W tym przypadku motorem wzrostu jest nowe budownictwo mieszkaniowe, które odnotowało w Niemczech wzrost na poziomie 3,8%.
– Oprócz korzystania z pozytywnych wyników wypracowanych w ubiegłym roku, w2019 stawiamy również na ogromny potencjał, który wyróżnia rozwijające się budownictwa wielorodzinne. Nie wiadomo jednak jeszcze, w jakim stopniu wąskie gardła dotyczące planowania i budowy będą hamowały dalszy rozwój tego segmentu. Oczywiście, aby utrzymać aktualny poziom efektywności, firma Schöck skupia się nie tylko nawzmacnianiu pozycji rynkowej, ale również na wprowadzaniu innowacyjnych rozwiązań do oferty produktowej. Idealnym przykładem jest tutaj wzrost sprzedaży produktów posiadających ulepszoną izolację termiczną – takich jak Isokorb CXT lub nowo wprowadzony Isolink do fasad wentylowanych VHF. Co więcej, inwestycja Schöck w GIP GmbH w Braunschweig będącym jednym z wiodących europejskich dostawców wysokiej jakości podkonstrukcji fasadowych, ma znacząco wzmocnić naszą pozycję na rynku. – dodał Alfons Hörmann.
Rozbudowa zakładów produkcyjnych
W 2018 r. firma zainwestowała w rozbudowę mocy produkcyjnych na niemal wszystkich głównych rynkach – w tym w Polsce. Dnia 4 kwietnia w Tychach odbyło się oficjalne otwarcie nowego zakładu produkcyjnego firmy Schöck. Tyski zakład wytwarza rozwiązania, które trafiają m.in. na polski, niemiecki, austriacki i węgierski rynek. Produkty pochodzące z polskiej fabryki wykorzystywane są podczas budowy wielu prestiżowych obiektów w kraju i za granicą. W trakcie przemówienia otwierającego wydarzenie, Alfons Hörmann podkreślił, iż zakład produkcyjny w Tychach jest obecnie najlepszym ze wszystkich znajdujących się w posiadaniu grupy Schöck. Z kolei Janusz Kumor, Dyrektor Zarządzający i Członek Zarządu polskiego oddziału firmy Schöck podsumował otwarcie nowej hali produkcyjnej słowami: Niech ta hala będzie otwarciem nowej, bogatej w sukcesy kolejnej dekady w historii polskiego oddziału firmy Schöck.
W 2019 roku firma zrealizuje również rekordowe inwestycje za około 40 mln euro – będzie to rozbudowa zakładu produkcyjnego w Essen oraz nowego, pięciopiętrowego budynku siedziby firmy w Baden-Baden, który powstanie w standardzie domów pasywnych. W ramach tego projektu, powstanie kolejne 1000 m2 powierzchni produkcyjnej, biura dla 120 pracowników oraz centrum turystyczno-konferencyjne. Oprócz tego, w innych lokalizacjach Grupy Schöck powstaną nowe zakłady produkcyjne, a do oferty zostaną wdrożone nowe rozwiązania produktowe.
1 stycznia 2019 roku firma Schöck GmbH nabyła od szwajcarskiej firmy TEBETEC, wszystkie prawa do produkcji, patentów i marketingu dla produktu Alphadock. Dzięki temu wzbogaciła ofertę o nowe rozwiązania nośnych elementów izolacji cieplnej konstrukcji budynku.
– Możemy śmiało powiedzieć, żepierwsze sześć miesięcy 2019 roku było bardzo efektywne dla całej grupy Schöck. Jesteśmy przekonani, że obecne inwestycje oraz współpraca z naszymi długoletnimi partnerami i klientami pozwolą na dalszy, stabilny rozwój firmy. Po raz pierwszy w historii przekroczyliśmy barierę 1000 zatrudnionych pracowników. Co więcej, jesteśmy zadowoleni z obecnych sukcesów rynkowych we wszystkich krajach – zwłaszcza z działalności na rynku niemieckim, gdzie mamy za sobą najlepsze pierwsze półrocze w historii firmy poparte wzrostem sprzedaży o około 10% w porównaniu z rokiem poprzednim. To wszystko sprawia, że bardzo optymistycznie patrzymy na drugą połowę 2019, jak i dalszą przyszłość firmy. – podsumowuje Alfons Hörmann, Prezes Zarządu firmy Schöck.
Tylko 11% polskich firm korzystało z usług w chmurze publicznej w 2018 roku. Średnia dla Unii Europejskiej była ponad dwa razy wyższa (26%), a Finlandia zanotowała rekordowy wynik 65%[1]. Dynamiczny wzrost ilości danych, zmiany wymagań klientów czy regulacje takie jak RODO przyspieszają proces cyfryzacji w przedsiębiorstwach każdej branży. Małym firmom często brakuje jednak wiedzy jak w pełni wykorzystać możliwości rozwiązań chmurowych. Ich wdrożenie planuje jedynie 23% MŚP[2].
Mobilność i oszczędności
W najbliższych latach ilość danych na świecie wzrośnie ponad pięciokrotnie, z 33 zettabajtów w 2018 roku do nawet 175 zettabajtów w 2025[3]. Szukanie informacji i dokumentów, przesyłanie ich mailem czy ręczne przepisywanie do arkuszy staje się coraz bardziejczasochłonne. W szybszej i wygodniejszej realizacji codziennych zadań pomagają aplikacje biznesowe do elektronicznego obiegu dokumentów. Mogą one być przechowywane poza siedzibą przedsiębiorstwa, na platformach takich jak np. Workplace Hub. Chmura zapewnia nie tylko cyfrową organizację danych, ale też mobilność, umożliwia pracę zdalną i łatwe wyszukiwanie oraz współtworzenie dokumentów, a także oszczędność na sprzęcie i oprogramowaniu. Minimalizuje również ryzyko utratydanych dzięki tworzeniu ich kopii zapasowych.
W pogoni za klientem
Do wdrożenia rozwiązań chmurowych przedsiębiorców coraz częściej skłania m.in. presja ze strony klientów i konkurencji. 35% firm wykorzystuje chmurę do wprowadzania na rynek nowych lub znacząco ulepszanych produktów i usług, 88% aby nawiązywać lepsze relacje z klientami, 71% w celu poprawy strategii marketingowych, a 50% – zwiększenia konkurencyjności.[4]
Dla dużych czy małych?
Rozwiązanie może przynosić korzyści zarówno dużym, jak i małym firmom. Nadal jednak z tego typu usług w swojej codziennej pracy korzysta zaledwie 25% małych przedsiębiorstw (w przypadku dużych – 56%)[5]. Dla wielu MŚP wyzwanie stanowi sama różnorodność dostępnych rozwiązań i aplikacji. Adaptacja chmury wymaga od pracowników nowych umiejętności, a od przedsiębiorców wiedzy, aby wybrać rzeczywiście potrzebne rozwiązania. Istotne jest więc wsparcie doradcze dostawcy usług i dopasowanie technologii do potrzeb firmy. Przedsiębiorcy zaczynają to dostrzegać – już prawie 19% swoich budżetów na rozwiązania chmurowe przeznaczają na usługi takie jak doradztwo, wdrażanie, migracja czy zarządzanie. Gartner spodziewa się, że wskaźnik ten osiągnie 28% do 2022 roku.[6]
Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta
– Zasoby chmurowe można zintegrować z istniejącymi w firmie urządzeniami czy oprogramowaniem biznesowym. Takie platformy są dostępne jako usługa, więc niepotrzebne stają się dodatkowe inwestycje w sprzęt czy infrastrukturę. Nawet w sytuacji, gdy firma jest zobowiązana do przechowywania danych u siebie lub z innych przyczyn nie może korzystać z rozwiązań chmurowych, zawsze ma możliwość używania aplikacji i systemów biznesowych w ramach tzw. chmury prywatnej. Jest ona zlokalizowana w zasobach przedsiębiorstwa, a więc pozostaje pod jego pełną kontrolą – wskazuje Mateusz Macierzyński, menedżer ds. systemów ITS w firmie Konica Minolta.
[1] Według danych Eurostatu z 2018 roku. (https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Cloud_computing_-_statistics_on_the_use_by_enterprises&oldid=416727&fbclid=IwAR2Soo5N5-2oEhUvC5qOsGXMiGfOWw8M2Fk9qBYs0Y7ZtrS39iW5u3H1iH0#Use_of_cloud_computing:_highlights)
[2] Według badania Konica Minolta „SMB IT pain-point 2018”, zrealizowanego we współpracy z Opinium.
[3] Według badania przeprowadzonego przez IDC w 2018 roku.
[5] Według badania Eurostatu z 2018 roku. (https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Cloud_computing_-_statistics_on_the_use_by_enterprises&oldid=416727&fbclid=IwAR2Soo5N5-2oEhUvC5qOsGXMiGfOWw8M2Fk9qBYs0Y7ZtrS39iW5u3H1iH0#Use_of_cloud_computing:_highlights)
Wizja miękkiego brexitu topnieje w oczach a razem z nią wyparowuje wartość funta. To nie jest tak, że ryzyko bezumownego rozstania Wielkiej Brytanii z UE było nie było kompletnie brane pod uwagę, ale skala przeceny z ostatnich dni pokazuje, że uczestnicy rynku nie przypuszczali, że sprawy mogą przybrać tak zły obrót tak szybko. Premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson chce iść na wojnę z Brukselą, która broni wyższych celów.
Boris Johnson rozpoczął swoje rządy od deklaracji, że niezależnie co w międzyczasie zostanie ustalone, 31 października Wielka Brytania opuścić UE. Oznacza to umownie lub bezumownie. Jednocześnie Johnson odmawia powrotu do stołu negocjacyjnego, dopóki „uparta” Unia nie porzuci toksycznego pomysłu irlandzkiego backstopu. Jednak przedstawiciele unijnych rządów wielokrotnie powtarzali, że warunki uzgodnione z premier May są jedynymi branymi pod uwagę i nic się tutaj nie zmieni. Mamy impas, gdzie jedna strona żąda niemożliwego od drugiej. Teoretycznie niemożliwego. Początkowa Bruksela chciała surowo karać Grecję i innych lekkomyślnych dłużników z południa kontynentu, ale z czasem udało się utworzyć kosztowne plany pomocowe. Wydaje się, że rząd w Londynie liczy teraz na podobne złagodzenie postawy UE. W końcu w obliczu spowolnienia gospodarczego w Europie szalenie ryzykownym jest dokładanie sobie dodatkowych problemów ekonomicznych z zamknięciem na brytyjski rynek zbytu. Jednak dla Brukseli gra toczy się o dużo wyższą stawkę, gdyż ulegając naciskom Wielkiej Brytanii stworzyłaby niewygodny precedens – można opuścić Unię bez ponoszenia wielkich kosztów ekonomicznych. Troska o stabilność UE w długim terminie może zwyciężyć nad ryzykiem przejściowej recesji. W takim przypadku Johnson może się przeliczyć, ale gdy zda sobie z tego sprawę, może być za późno, by wrócić do polubownych rozmów.
Polityka zawsze jest paskudnym czynnikiem do dyskontowania na rynkach i przyszłość funta staje się coraz trudniejsza do przewidzenia. Ostra konfrontacja pogłębia przekonanie, że bezumowny brexit będzie bardziej chaotyczny niż mógłby być, gdyby strony były gotowe na współpracę. Ktokolwiek liczyć na bardziej przyjazne rozwiązanie w długim terminie, teraz dokonuje rewizji swojej postawy, co kończy się ucieczką z długich pozycji w funcie. Ciosem dla waluty jest też silna rewaluacja oczekiwań wobec polityki Banku Anglii i nikt nie wierzy, że podwyżki stopy procentowej są możliwe, nawet dla ratowania wartości waluty. Z drugiej strony wystarczy jedno słowo ze strony UE o możliwym złagodzeniu swojego stanowiska, by rynek zaliczył ostry (i bolesny dla spekulantów) zwrot. Ale określenie w tym momencie, co i kiedy się stanie, wymaga wyjątkowej szklanej kuli.