GDDKiA zlikwiduje przed wakacjami nieczynny punkt poboru opłat na A2. Bez dotkliwych strat dla kasy państwa

GDDKiA zlikwiduje przed wakacjami nieczynny punkt poboru opłat na A2. Bez dotkliwych strat dla kasy państwa 1

Jeszcze przed sezonem wakacyjnym zostanie zlikwidowany uciążliwy dla kierowców, nieczynny punkt poboru opłat na pruszkowskim węźle autostrady A2. Dzięki temu kierowcy będą mieć do dyspozycji po dwa pasy ruchu w każdym kierunku i nie będą zmuszeni zwalniać – zapowiada Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad. Wpływy z przejazdu samochodów do 3,5 tony nie będą na tym odcinku wpływać do kasy państwa, ale nie spowoduje to większych strat dla budżetu, bo i tak 70–80 proc. wpływów z systemu poboru do państwowej kasy opłat generują pojazdy ciężkie.

Obecnie pobór opłat realizuje Główny Inspektor Transportu Drogowego. Natomiast sama decyzja dotycząca poboru opłat jest po stronie rządowej. Pojawiła się informacja, że na trasie Warszawa – Łódź na autostradzie A2 opłaty od pojazdów lekkich nie będą pobierane, więc mogliśmy przystąpić do rozbiórki placu poboru opłat w Pruszkowie, gdzie były gotowe już tzw. wysepki oraz infrastruktura podziemna. Obecnie są likwidowane, żeby w wakacje można było już tamtędy przejechać płynnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krynicki, rzecznik prasowy Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Prace związane z likwidacją bramek do poboru opłat na pruszkowskim węźle A2 rozpoczęły się już w połowie marca. Wykonawca ma na to czas do końca czerwca, a po zakończeniu remontu kierowcy będą mieć do dyspozycji po dwa pasy w każdym kierunku, dzięki czemu ruch ma się odbywać bardziej płynnie.

Tam, gdzie będzie taka decyzja po stronie rządowej, będziemy wdrażać infrastrukturę związaną z poborem opłat. Tam, gdzie zapadnie decyzja odwrotna, tak jak w przypadku A2 Warszawa – Łódź, przystąpiliśmy bezzwłocznie do usuwania przygotowanego placu poboru opłat. W wakacje będziemy mogli już podróżować tym odcinkiem w standardzie autostradowym – mówi Jan Krynicki.

Rzecznik GDDKiA ocenia, że trudno oszacować, jakie straty dla budżetu państwa spowoduje wyłączenie tego odcinka autostrady A2 z manualnego poboru opłat.

– Zakładając, że wpływ z poboru opłat, nie licząc samych kosztów, to ok. 2 mld zł, z czego 20 proc. stanowią cztery odcinki poboru od pojazdów lekkich, wówczas możemy przyjąć, że każdy z odcinków generuje ok. 150–200 mln zł. Teoretycznie można więc założyć, że ta kwota nie będzie trafiać do kasy państwa. Z drugiej strony realizacja takiego placu poboru opłat w poprzek autostrady powoduje spowolnienie ruchu i określone straty dla gospodarki, tranzytu i każdego z podróżujących. Musimy się wtedy zatrzymać, opłacić, później przyspieszyć, co powoduje większe spalanie, większe zużycie, ale przede wszystkim powoduje spowolnienie ruchu i zatory, które generują konkretne straty dla całej gospodarki – wyjaśnia Jan Krynicki.

Rzecznik GDDKiA podkreśla, że i tak około 70–80 proc. wpływów do Krajowego Funduszu Drogowego z systemu poboru opłat generują pojazdy ciężkie.

Sieć elektronicznego poboru opłat od pojazdów ciężkich sięga już niemal 4 tys. km i jest rozwijana. Dzięki temu bez budowy dodatkowej infrastruktury w postaci tzw. bramek, czyli placów poboru opłat w poprzek autostrady, Generalny Inspektor Transportu Drogowego realizuje pobór opłat od pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony. W przypadku pojazdów lekkich poniżej 3,5 tony mówimy o opcjonalnym poborze elektronicznym bądź manualnym – mówi Jan Krynicki.

Od 3 listopada ubiegłego roku poborcą opłaty elektronicznej jest Główny Inspektor Transportu Drogowego, który przejął od GDDKiA zadania związane z poborem opłaty za przejazd po drogach, płatnych odcinkach autostrad oraz wprowadzaniem, eksploatowaniem i rozwijaniem elektronicznego systemu poboru opłat viaTOLL (zasady użytkowania systemu i uiszczania opłaty pozostały bez zmian).

Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad jedynie utrzymuje te drogi – mówi Jan Krynicki.

Jednocześnie trwają prace nad nowym elektronicznym system poboru opłat od kierowców.

Pod Wrocławiem rozpoczął działalność zakład do przeglądu i naprawy silników samolotowych m.in. Lufthansy. Inwestycja warta jest 1 mld zł

Pod Wrocławiem rozpoczął działalność zakład do przeglądu i naprawy silników samolotowych m.in. Lufthansy. Inwestycja warta jest 1 mld zł 2

Powstający za miliard złotych zakład XEOS w Środzie Śląskiej, gdzie do przeglądu i naprawy trafiają najnowocześniejsze silniki wykorzystywane m.in. w samolotach Lufthansy, rozpoczął już działalność. Właśnie rusza drugi etap inwestycji – budowa specjalistycznej komory do testowania silników samolotowych. Taki element ma na wyposażeniu tylko kilka zakładów na świecie. Jednocześnie firma cały czas rekrutuje pracowników, których docelowo ma być ponad 600.

– Zakład rozpoczął działalność w kwietniu tego roku. Przyjęliśmy pod nasz dach pierwsze silniki – największe cywilne silniki lotnicze i rozpoczęliśmy ich serwis. Uroczyste otwarcie zaplanowane jest na wrzesień. Teraz jesteśmy w fazie pozyskiwania nowych pracowników – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marta Pietranik-Pacuła, Head of Communication XEOS.

Zakład serwisowania silników lotniczych XEOS w Środzie Śląskiej pod Wrocławiem to wspólne przedsięwzięcie Lufthansy Technik i GE Aviation. Do przeglądu i naprawy trafiają tu najnowocześniejsze silniki produkcji GE Aviation, wykorzystywane w samolotach Lufthansy i innych pasażerskich linii lotniczych.

W tym roku do serwisu trafi ponad 20 silników samolotowych, jednak docelowo będzie ich około 200 rocznie. Od 2021 roku mają tu trafiać także jedne z najnowocześniejszych na świecie silników lotniczych GE9X.

Rozpoczyna się drugi etap naszego projektu, czyli budowa komory testowej – mówi Marta Pietranik-Pacuła. – Na początku silnik jest czyszczony, diagnozowany i serwisowany zgodnie z wymogami jego właściciela, czyli linii lotniczej. Tuż przed wmontowaniem z powrotem do samolotu musi zostać przetestowany. W tej chwili niewiele zakładów na całym świecie ma taką możliwość. My zyskamy ją w 2021 roku.

Zakład cały czas jest w trakcie rekrutacji nowych pracowników. Aktualna kadra liczy ok. 300 osób, ale docelowo ta liczba ma wzrosnąć do 600.

– Zespół cały czas rośnie. Musimy przyjąć i wyszkolić drugie tyle pracowników. Silników też będzie coraz więcej. Pod koniec przyszłego roku trafi do nas kolejny silnik, i to taki, który jeszcze nie lata komercyjnie – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

XEOS prowadzi rekrutację nowych kadr nie tylko w Polsce i Europie, lecz także na całym świecie. Jest to o tyle trudne, że pracownicy muszą mieć określone, specjalistyczne kompetencje zgodne wymogami prawa lotniczego.

– Pracownicy muszą mieć odpowiednie doświadczenie w pracy z silnikami lotniczymi. Tu chodzi o bezpieczeństwo pasażerów na całym świecie. Namawiamy ich do tego, żeby przeprowadzili się pod Wrocław i tutaj rozpoczęli swoją nową karierę, i udaje nam się to – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Jak podkreśla, w skład zespołu wchodzą w tej chwili pracownicy reprezentujący 10 różnych narodowości.

– Stanowcza większość to Polacy, którzy widzą swoją szansę również na tych podstawowych stanowiskach mechaników. Wyposażamy ich w kompetencje i szkolenia, które trwają nawet półtora roku. Dzięki temu później mogą myśleć o globalnej karierze w branży lotniczej – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Pracowników przyciągają też wysokie zarobki, które oferuje branża lotnicza. Dodatkowym plusem są szerokie możliwości rozwoju i kontakt z najnowszymi technologiami.

Prestiż naszych spółek matek, czyli Lufthansy Technik i GE Aviation, jest na pewno dużym wabikiem dla pracowników, którzy chcą tutaj rozpocząć karierę. Mają też możliwość uczestniczenia w tym projekcie od samego początku, budowania go od podstaw, wobec czego mają ogromną szansę na karierę, bo będą rosnąć razem z firmą – mówi Marta Pietranik-Pacuła.

Młodych kierowców gubi brawura i małe doświadczenie. Powodują najwięcej wypadków drogowych

Młodych kierowców gubi brawura i małe doświadczenie. Powodują najwięcej wypadków drogowych 3

Młodzi kierowcy w wieku 18–24 lata stanowią największą grupę zarówno sprawców, jak i ofiar wypadków drogowych. Tylko w Polsce w 2018 roku z 31,7 tys. wypadków ponad 5 tys. spowodowali właśnie młodzi kierowcy. Gubi ich szybka jazda i skłonność do brawury w połączeniu z brakiem doświadczenia oraz stosunkowo niewielkimi umiejętnościami. Niezbędną wiedzę mogą zdobyć na szkoleniach z zawodowymi kierowcami.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że w 2018 roku w Polsce doszło do niemal 31,7 tys. wypadków drogowych. Ponad 16 proc. z nich (5,1 tys.) spowodowali kierowcy w wieku od 18 do 24 lat. Biorąc pod uwagę trzymilionową populację polskich kierowców w tym przedziale wiekowym daje to najwyższy wskaźnik – 17,5 wypadków na 10 tys. osób.

 Kierowca, który dopiero zrobił prawo jazdy, jest niedoświadczony i bardzo często nie wie, jak się zachować za kierownicą – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Czopik, kierowca rajdowy, instruktor doskonalenia techniki jazdy.

Problemem młodych kierowców jest niedostosowanie prędkości do warunków jazdy i wymuszanie pierwszeństwa. Choć znają teorię, nie wiedzą, jak zachowa się samochód w przypadku gwałtownego hamowania czy poślizgu.

 Największe zagrożenia na drodze nie zmieniły się w ciągu ostatnich lat. Zbyt duży odsetek kierowców jeździ zbyt szybko, szczególnie w miastach – mówi Tomasz Czopik. – Wymuszanie pierwszeństwa to jest rzecz, która w Polsce zbyt powoli dociera do kierowców. To jedno z najniebezpieczniejszych zdarzeń na drodze i bardzo często w Polsce niestety do tego dochodzi.

Zwykły kurs nauki jazdy daje jedynie podstawową wiedzę na temat prowadzenia auta, ale nie przygotowuje do trudnych sytuacji. Kierowcy, nawet jeśli zdają prawo jazdy, nie znają realiów zachowania się na drodze w trudnych warunkach. Te zaś mogą przybliżyć specjalne szkolenia, np. w szkole Ford Driving Skills for Life, przeznaczone dla osób w wieku 18–24 lata.

– Kiedy zdałam prawo jazdy, musiałam bardzo dużo jeszcze wyjeździć, zanim poczułam się pewnie za kierownicą. Słyszałam od mojego instruktora, że umiem jeździć, ale nieco zbyt pewnie, więc to jest tendencja młodych ludzi, że za bardzo przeceniają swoje umiejętności – ocenia Monika Taranda, uczestniczka kursu.

Kurs Ford Driving Skills for Life obejmuje m.in. naukę rozpoznawania zagrożeń na drodze, radzenia sobie w trudnych sytuacjach, uczy też, jak zachować koncentrację. Szkolenie składa się z teorii i przede wszystkim praktycznych ćwiczeń wykonywanych podczas jazdy samochodem. Dzieli się na cztery moduły.

– Jest handling, czyli łatwość w prowadzeniu samochodu – pokazujemy, co się dzieje z samochodem, kiedy wpada w poślizg, głównie nadsterowny, czyli kiedy wyprzedza nas tył samochodu – tłumaczy instruktor.

Sesja techniczna ma pokazać młodym kierowcom nowinki techniczne w samochodach, ale też przekazać podstawowe informacje o samym silniku czy systemach kontrolowania trakcji, bo tej wiedzy kierowcom często brakuje. Trzeci moduł to hamowanie przy różnych prędkościach, na różnych nawierzchniach.

 Brałem udział w dynamicznym hamowaniu, gdzie się rozpędzaliśmy i szybko hamowaliśmy. Warto wiedzieć, że kiedy ktoś nam wyjdzie na drogę, trzeba dynamicznie wcisnąć sprzęgło i hamulec, żeby nikomu nic się nie stało – mówi Jakub Konopczyński, uczestnik kursu.

Problemem kierowców, nie tylko młodych, jest korzystanie z telefonu podczas jazdy. Z europejskiego raportu bezpiecznej jazdy Vinci Autoroutes wynika, że co trzeci kierowca w Polsce pisze i czyta SMS-y czy e-maile, blisko połowa podczas jazdy rozmawia bez zestawu głośnomówiącego.

– W czwartym module rozpraszamy uwagę. To jest rzecz niebywale istotna w dobie scrollowania na telefonie, słuchania muzyki. Pokazujemy, jak niebezpieczne jest pisanie SMS-ów podczas jazdy, co się często zdarza w korku w mieście – wskazuje Tomasz Czopik.

– Zadanie polegało na tym, żebym prowadził samochód na pierwszym biegu, bez potrącania pachołków, jadąc slalomem i miałem podczas tego zadania napisać SMS – mówi Jakub Gruszczyński, uczestnik kursu. – To zadanie nauczyło mnie, że nie mogę używać telefonów podczas jazdy, muszę się skupiać na drodze i trzymać dwie ręce na kierownicy.

Od 2003 roku w zajęciach Ford Driving Skills for Life wzięło udział 38 tys. młodych kierowców z 16 krajów. W Polsce organizowane są po raz czwarty. Nowością jest kurs dotyczący rowerzystów „Podziel się drogą” i szkolenie dotyczące holenderskiej metody otwierania drzwi tak, aby nie wpadł na nie nadjeżdżający rowerzysta.

– Rowerzystów jest już 250 mln w Europie i dobrze wiemy, jak często dochodzi do kolizji z samochodami. Pokazujemy, jak ta wspólnota na drodze powinna wyglądać – podkreśla Tomasz Czopik.

Dotychczas w kursie Ford Driving Skills for Life w Polsce wzięło udział 2 tys. osób. W tym roku szkolenie odbyło się w Olsztynie i Poznaniu.

Sektor fintech potrzebuje inwestorów otwartych na większe ryzyko. W Polsce brakuje jednak dla nich zachęt

Sektor fintech potrzebuje inwestorów otwartych na większe ryzyko. W Polsce brakuje jednak dla nich zachęt 4

Start-upy działające na styku branży finansowej i technologicznej mogą być atrakcyjne z punktu widzenia inwestycyjnego. Jednak potrzeba tu większego zaangażowania inwestorów, którzy zdecydowaliby się wyłożyć środki na bardzo wczesnym etapie przedsięwzięcia przy dość dużym ryzyku. To z kolei spowodowałoby dalszy wysyp spółek z sektora fintech na polskich rynku. Brakuje jednak skutecznych zachęt, które zmotywowałyby takich inwestorów.

– Polski sektor fintech jest atrakcyjny z punktu widzenia inwestora. Na pewno pomogłaby mu bardziej większa ilość dostępnego kapitału, inwestującego na bardzo wczesnym etapie przy dużym ryzyku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wojciech Niesyto, współzałożyciel funduszu Kogito Ventures zasilanego Programem PFR Biznest, koinwestującego z grupami Aniołów Biznesu. – Myślę, że spowodowało to większy narybek takich projektów na rynku, a tym samym pomogłoby wszystkim funduszom w całym ciągu finansowania venture capital.

Inwestorów przyciągają start-upy, które od początku kierunkują swoją działalność na rynki międzynarodowe i pod to budują swoją strategię rozwoju. Kolejnym kluczowym elementem jest kompletny i kompetentny zespół.

– Najważniejszym elementem współpracy na linii inwestor – pomysłodawca jest wzajemne zaufanie do siebie. Myślę, że bez tego trudno zbudować długoterminową współpracę, a ona zwykle jest wieloletnia. Bez wzajemnego zrozumienia swoich celów i potrzeb, a także wyzwań, które stoją po obu stronach, trudno jest taki związek z sukcesem zbudować – podkreśla Wojciech Niesyto.

Kogito Ventures to jeden z funduszy wybrany do współinwestowania w start-upy finansowe, zasilany środkami z funduszu PFR Biznest i wspomagany pieniędzmi Aniołów Biznesu. Na każdą złotówkę zainwestowaną przez Kogito, drugie tyle dokładają Aniołowie. Każda ze stron oferuje po 30 mln zł. Pojedynczy projekt może liczyć na wsparcie wielkości od 500 tys. zł do 2 mln zł, a kwota ta może być maksymalnie zwiększona do 4 mln zł w kolejnych etapach inwestycyjnych. Co ważne, przy młodych projektach nie jest od nich wymagany wkład własny.

Program PFR Biznest zakłada inwestycje w pośredników finansowych w latach 2017–2020, natomiast ci mogą inwestować w spółki do 2023 roku. Państwowy fundusz łącznie dysponuje na ten cel kwotą 258 mln zł. Ten model działania ma zachęcić nie tylko start-upy do rozwijania działalności, lecz także Aniołów Biznesu do wsparcia młodych spółek. Poza pieniędzmi przedsiębiorcy otrzymują także dostęp do międzynarodowych kontaktów, wsparcie w zarządzaniu czy pomoc w przeprowadzaniu analiz finansowych.

Z danych EBAN (European Business Angels Network) wynika, że w 2018 roku łącznie fundusze niepubliczne typu venture capital zainwestowały ponad 20 mld euro, przekraczając tę barierę po raz pierwszy w historii, i to pomimo spadku liczby finansowanych projektów o jedną czwartą. Z tego inwestycje w start-upy wyniosły 3,3 mld euro wobec 1,7 mld euro w 2017 roku.

Inwestowanie anielskie rozwija się bardzo szybko, ale wciąż jest to dosyć skromne źródło. Wynika to po części z małej liczby skutecznych zachęt, np. podatkowych, do tego, żeby inwestować w projekty na bardzo wczesnym etapie. Ciekawe rozwiązania tego typu są np. na rynkach brytyjskim i niemieckim, gdzie inwestorzy inwestujący w projekty wysokiego ryzyka mogą sobie odpisywać to od podatku – tłumaczy Wojciech Niesyto.

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi zmianę podejścia do kształcenia inżynierów. Polskim specjalistom brakuje umiejętności miękkich

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi zmianę podejścia do kształcenia inżynierów. Polskim specjalistom brakuje umiejętności miękkich 5

Przemysł 4.0 nie pozbawi ludzi pracy, ale wymusi na nich dostosowanie się do nowych realiów i wymogów rynkowych. Według ekspertów polskim inżynierom brakuje przede wszystkim kompetencji miękkich, takich jak swobodna komunikacja. Tymczasem wbrew obawom czwarta rewolucja przemysłowa może się okazać czynnikiem chroniącym rynek pracy przed zmniejszeniem produkcji w fabrykach, spowodowanych depopulacją i niedoborem pracowników. Rynek Przemysłu 4.0 do 2025 roku ma zwiększyć swoją wartość ponadtrzykrotnie.

– Inżynier 4.0 to człowiek, który rozumie procesy i jest w stanie bardzo szybko się adaptować. To człowiek, który potrafi być innowacyjny, człowiek, który myśli szybko, który wdraża szybko, który jest chętny do uczenia się. Rozumie on nowoczesne procesy i zmieniający się świat czwartej rewolucji – podkreśla w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Innowacje Tomasz Szpikowski, prezes Bergman Engineering.

Czwarta rewolucja przemysłowa wymusi przemodelowanie podejścia do pracy w fabrykach. Szereg czynności, dotychczas wykonywanych przez ludzi, będzie mogła przejąć i już przejmuje sztuczna inteligencja. Pracownicy fabryk będą więc musieli się wykazać umiejętnościami związanymi z obsługą i projektowaniem procesów wykonywanych przez maszyny.

– Polski inżynier jest świetnie wykształcony, kończy dobre politechniki, ale najczęściej brakuje mu miękkich umiejętności. To komunikacja, praca w zespole, sposób wzajemnej motywacji, współpracy w rozwiązywaniu problemów, widzenia procesu szeroko. Postawiłbym dzisiaj tezę, że brakuje nam najbardziej miękkich kompetencji i ten inżynier z czwartej rewolucji powinien takie kompetencje posiadać – dodaje Tomasz Szpikowski.

Choć Przemysł 4.0 wielu ludziom kojarzy się z zastępowaniem pracy człowieka pracą robotów i likwidacją miejsc pracy, to w rzeczywistości rewolucja może ochronić rynek pracy. Z uwagi na postępującą depopulację, Japonia zmaga się z problemem obsadzenia stanowisk, by zapewnić ciągłość produkcji w fabrykach. Według danych Narodowego Instytutu Badań nad Ludnością i Bezpieczeństwem Społeczeństwa liczba ludności może w Japonii spaść ze 127 mln, do poziomu poniżej 100 mln już do 2049 roku.

Musashi Seimitsu Corporation, spółka zależna Honda Motor Corporation, ogłosiła niedawno utworzenie konsorcjum Musashi AI, którego celem jest zgromadzenie najzdolniejszych umysłów technologicznych w dziedzinie sztucznej inteligencji, inżynierii oprogramowania, inżynierii sprzętu, matematyki i fizyki w celu promowania wizji Przemysłu 4.0, łączącego pracowników ludzkich i zaawansowaną robotykę ze sztuczną inteligencją. Potrzebę zmian dostrzega japoński rząd i wdraża inicjatywę „Society 5.0”, która ma przemodelować model gospodarczy do pełnego wdrożenia innowacji technologicznych czwartej rewolucji.

Kierunek zmian zachodzących w branży przemysłowej dostrzegany jest również w Polsce.

– Industry 4.0 w Polsce się rodzi, nie mamy na politechnikach jeszcze katedr związanych z Przemysłem 4.0, ale firmy już są świadome tego, że muszą się dynamicznie zmieniać i muszą zatrudniać fachowców, często z zagranicy, którzy zmienią te organizacje. Cały czas pracujemy nad tym, żeby kopiować to, co jest najlepsze z Europy Zachodniej czy ze Stanów Zjednoczonych i nie przegrać tego biegu o zwycięstwo w czwartej rewolucji – mówi prezes Bergman Engineering.

Według Verified Market Intelligence rynek przemysłu 4.0 do 2025 r. osiągnie wartość ponad 227 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach ma przekroczyć 14,5 proc.

Jeden współdzielony pojazd to nawet kilkanaście prywatnych aut mniej w centrum miasta. W Polsce trwa boom na carsharing, popularność zyskują też e-hulajnogi

Jeden współdzielony pojazd to nawet kilkanaście prywatnych aut mniej w centrum miasta. W Polsce trwa boom na carsharing, popularność zyskują też e-hulajnogi 6

Popularność systemów wynajmu pojazdów współdzielonych rośnie z każdym kolejnym miesiącem. Na popularności zyskują zarówno wypożyczalnie samochodów, jak i małych pojazdów elektrycznych takich jak rowery czy hulajnogi. Operatorzy tych usług wprowadzają rozwiązania, które mają rozwiązać problem dojazdu na odcinku pierwszej i ostatniej mili, zachęcając do porzucenia prywatnych aut na rzecz zintegrowanego systemu komunikacji publicznej.

– Popularność pojazdów na minuty rośnie z dnia na dzień. One się świetnie zaadoptowały w Polsce, która jest prekursorem, jeżeli chodzi o niektóre pola. Przykład – Innogy go! – 500 elektrycznych BMW, to naprawdę jest bardzo dobry wynik, jeżeli chodzi o świat i Europę. Ludzie coraz częściej korzystają, ale rzeczywiście wszystkie pojazdy na minuty muszą mieć pewną masę krytyczną i pokrycie, żebyśmy mogli łatwiej dojść do takiego auta. Według badań nie powinno to być dalej niż 5 minut piechotą – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Włodzimierz Łoziński, prezes Vooom.

W branżę carsharingu angażuje się coraz więcej wielkich korporacji. Polska Grupa Energetyczna postanowiła zainwestować 15 mln zł w wykupienie 51,47 proc. udziałów spółki 4Mobility, oferującej auta na wynajem w Warszawie i w Poznaniu. Dzięki temu będzie mogła znacząco przyczynić się do rozwoju całej branży. Planuje kilkukrotnie zwiększyć liczebność floty pojazdów i rozszerzyć swoje usługi na kolejne miasta, także te o mniejszym zaludnieniu. W ramach testów uruchomiono już usługę m.in. w Siedlcach, Lądku Zdroju oraz Krynicy Zdrój.

Dynamicznie rozwija się także rynek małych pojazdów na wynajem, który na bieżąco reaguje na zapotrzebowania użytkowników. Dobrym przykładem takich zmian są nowe zasady wypożyczania rowerów miejskich wprowadzone przez władze Poznania. W tym roku miasto zainwestowało w jednoślady z nadajnikami GPS, które można wypożyczyć w aplikacji i pozostawić w dowolnym miejscu, poza stacją dokującą, za niewielką dopłatą. Mają one usprawnić funkcjonowanie komunikacji publicznej i umożliwić mieszkańcom pozostawianie pojazdów jak najbliżej domu czy miejsca pracy, a co za tym idzie – zachęcić ich do pozostawienia samochodów w garażach.

W Poznaniu swój zakres działania rozszerzy także firma Blinkee, która była dotychczas odpowiedzialna za wypożyczanie mieszkańcom skuterów na minuty. Od maja portfolio firmy rozszerzyło się o elektrycznej hulajnogi na wynajem. Tego typu pojazdy zyskują na popularności niemal w całej Polsce. W zeszłym roku do kilku największych miast wprowadziła je firma Lime, a w ślad za nią poszły inne firmy. Na zrewolucjonizowanie systemu transportu publicznego liczy np. firma Quick, która planuje rozstawić w newralgicznych punktach przesiadkowych Gdańska aż 250 hulajnóg elektrycznych.

– Z takich pojazdów korzysta najczęściej pokolenie Y, czyli ci, którzy jeszcze nie zdążyli sobie kupić samochodu, a chcą bardzo aktywnie żyć w mieście. Oni wybierają różne środki transportu, dlatego właśnie powstał Vooom. Tylko w Warszawie są 4 sieci samochodów na minuty, a do tego jeszcze rowery, skutery itd. W związku z tym stwierdziliśmy, że najwygodniej dla tych użytkowników będzie, kiedy będą widzieli wszystkie pojazdy na jednej mapie, zamiast mieć 10 różnych aplikacji – wskazuje prezes Vooom.

Platforma Voom ma wyeliminować największą barierę na rynku współdzielonej mobilności, integrując wszystkie systemy wypożyczania pojazdów, które funkcjonują na danym obszarze. Takie oprogramowanie, jeśli zostanie scalone z systemem komunikacji miejskiej, może zachęcić mieszkańców do przesiadki z samochodów na tramwaje czy autobusy. Użytkownik będzie mógł zaplanować przejazd komunikacją miejską oraz pojazdami na minuty, dzięki czemu uda się rozwiązać problem dojazdu na dystansie pierwszej i ostatniej mili.

Za pośrednictwem Vooom już dziś można kompleksowo zaplanować podróż w 12 największych miastach w Polsce różnymi środkami transportu. Najbardziej zaawansowany system wdrożono w Warszawie, gdzie użytkownicy otrzymują do dyspozycji również funkcję śledzenia rzeczywistego położenia autobusów i tramwajów.

Z myślą o pasażerach planujących swoje podróże powstały także inne rozwiązania zachęcające do skorzystania z pojazdów współdzielonych, dostępne u konkretnych usługodawców. Użytkownicy blinkee.city mogą z piętnastominutowym wyprzedzeniem zarezerwować konkretny pojazd, aby mieć pewność, że będą mogli skorzystać ze skutera, zanim do niego dotrą. Podobny mechanizm wprowadził paryski start-up Moov’In.Paris, który pozwala rezerwować pojazdy Renault Zoe.

– Dane z Ameryki i metropolii europejskich są takie, że tam, gdzie ruszyły sieci pojazdów na minuty, szczególnie samochodów, to jeden taki samochód wypycha z centrum miasta od 5 do 15 samochodów prywatnych. One po prostu zostają w garażu, dzięki temu dbamy o środowisko. Współdzielone pojazdy w znakomity sposób poprawiają efektywność i dostępność do komunikacji miejskiej. Kręgosłupem poruszania się w mieście zawsze będzie transport miejski, ale żeby do niego dojechać, wykorzystywane są właśnie pojazdy na minuty. Młodzi ludzie zmieniają swój sposób podróży z dnia na dzień, mimo że codziennie podróżują w to samo miejsce, np. do pracy. Jeżeli świeci słońce, chcą pojechać hulajnogą, a jeżeli pada deszcz, to być może samochodem – zauważa Włodzimierz Łoziński.

Według firmy badawczej Reportlinker, wartość globalnego rynku transportu współdzielonego do 2023 roku wzrośnie do blisko 139 mld dol. W najbliższych latach ma się on rozwijać w tempie ponad 15 proc. w skali roku.

Koniec maja pod znakiem rynków finansowych i nieruchomości

28 i 29 maja w hotelu The Westin w Warszawie odbędą się doroczne konferencje – III edycja Premium Real Estate Summit oraz jubileuszowa X edycja Investment & Finance Forum. Pierwszy dzień konferencji uświetniony zostanie wieczorną galą rozdania biznesowych statuetek „Diamenty Inwestycji”.

re-invest_300x250Podczas „Premium Real Estate” wybitne grono czołowych firm i liderów z sektora nieruchomości, deweloperów, zarządców nieruchomości, inwestorów oraz instytucji finansowych pochyli się nad następującymi tematami: zrównoważony rozwój miast a inwestycje w nieruchomości, wykorzystanie innowacji dla ekologicznego budownictwa, nowy wymiar rynku hotelowego, sektor retail w obliczu zmian, najbardziej innowacyjne trendy na rynku real estate.

Z kolei „Investment&Finance Forum” skupi przedstawicieli sektora finansowego a także rynków inwestycyjnych, banków, funduszy PE, VC, inwestorów prywatnych, aniołów biznesu i przedsiębiorców. Podczas wydarzania w 4 panelach dyskusyjnych omówione zostaną rozwiązania chroniące branżę finansową przed cyberprzestępczością, jak również  źródła finansowania szybszego rozwoju firm oraz płatności w erze Digital Finance.

Oba wydarzenia połączy gala rozdaniaDiamentów Inwestycji, która odbędzie się 28 maja na zakończenie pierwszego dnia konferencji. W 10 kategoriach konkursowych, nagrodzone przez jury zostaną podmioty, które w sposób szczególny wyróżniły się swoimi działaniami w minionym roku.

Więcej informacji znajdą Państwo na stronie organizatora: http://www.executive-club.com.pl/

 

Dlaczego 5 proc. rabat nie kusi tak jak 20 proc. obniżka?

Z chęci zysku sprzedawcy i twórcy reklam często uciekają się do wyrafinowanych metod manipulacji. W związku z przypadającym 15 marca Światowym Dniem Konsumenta eksperci z Uniwersytetu SWPS mówią, jak ustrzec się przed nieuczciwą kontrolą naszych zachowań konsumenckich.

Jak podkreśla prof. Andrzej Falkowski, psycholog biznesu z Uniwersytetu SWPS, za strategiami reklamowymi kryją się złożone metody manipulacji, z których klienci nie zdają sobie sprawy. Przez co często pozostają wobec nich bezbronni. Jeden z mechanizmów psychologicznych stosowanych w działaniach cenowych polega na wykorzystaniu prawa Webera1[1], które dotyczy określenia niedostrzegalnych progów cen czy rabatów.

„Polega ono na znalezieniu odpowiedniego marginesu różnic w postrzeganiu promocji przez kupującego. Chodzi o absolutne minimum, o które należy obniżyć cenę produktu, by konsument dostrzegł obniżkę jako znaczącą dla jego kieszeni. Zauważalny rabat nie może być mniejszy niż 20 proc. ceny produktu” – podkreśla prof. Falkowski.

Dodaje, że dostrzegalna wielkość rabatu dla konsumenta zależy nie tylko od reakcji zmysłów, ale również od sytuacji ekonomicznej i społecznej, w której funkcjonuje klient.

„Konsument, który ma mniej pieniędzy szybciej zauważy obniżkę, dlatego ludzie ubożsi na ogół silniej reagują na zmiany ceny. Z kolei osoby zamożne mają mniejszą wrażliwość na promocje. Dla bogatszego rabat musi być znacznie wyższy, by go dostrzegł” – zaznacza prof. Falkowski.

Innym rodzajem manipulacji, jest błąd podobieństwa opakowań. Często łączący się z naruszeniem znaku towarowego.

„Wielokrotnie zdarza się, że firma wchodząca na rynek z nowym produktem, tworzy jego opakowanie na wzór artykułu, który jest dobrze ustabilizowany na rynku i ma wysoką markę. Konsument może myśleć, że te produkty są takie same. I tak przez tę pomyłkę pieniądze ze sprzedaży trafiają na konto nieuczciwego przedsiębiorcy” – wyjaśnia ekspert.

Profesor Falkowski podkreśla, że poznanie przez konsumentów tego typu psychologicznych mechanizmów pozwala im dobrze rozumieć rynek, świadomie go kształtować i przede wszystkim uodpornić się na wpływ strategii marketingowych.

[1] prawo Webera nazywane stałą lub ułamkiem Webera. Wyraża relację pomiędzy fizyczną miarą bodźca a reakcją zmysłów np. wzroku, słuchu czy węchu. Można je przedstawić w postaci równania deltaB/B=K, gdzie B jest wielkością bodźca, natomiast deltaB jest przyrostem wielkości tego bodźca wystarczającym do stwierdzenia różnicy w spostrzeganej wielkości.

Opuszczone budowy i opóźnione inwestycje. Wszystko przez brak waloryzacji starych kontraktów

Wciąż napływają informacje o problemach na polskich placach budowy. Najbardziej dotykają one zagranicznych inwestorów, którzy nie mają doświadczenia na polskim rynku. Przez brak zaplecza technicznego i pracowniczego cierpi włoska firma Salini, która straciła w tym roku kolejne inwestycje. Mimo wizji kar, które najpewniej nałoży sąd, dla włoskiego inwestora bardziej opłacalne jest wycofanie się z realizacji umów. Wszystko przez brak waloryzacji kontraktów, zawartych w latach 2015 i 2016 – które stają się coraz bardziej nieopłacalne dla wykonawców. A takich inwestycji na polskich drogach jest bardzo dużo.

– Wszyscy mają problem ze starymi kontraktami. Rząd twardo powiedział, że nie będzie waloryzacji zbiorowej dla firm, które realizują umowy z zeszłych lat. To niestety wskazuje na to, że takich przykładów jak włoska firma Salini będzie coraz więcej – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.  – Dodatkowy problem jest taki, że od wyrzucenia firmy Salini minął rok, a wciąż nie ma ogłoszonego przetargu. To bardzo opóźni realizację inwestycji. Firmy przejmujące opuszczone place budowy muszą też zmierzyć się z ryzykiem, że będzie  brakować pieniędzy, by dopłacać do droższych kontraktów. A w kolejnych procedurach przetargowych ceny realizacji wzrosną – ostrzega Furgalski.

Eurowybory: kogo wybierze młodzież?

Młodzież jest jedną z najmniej aktywnych, ale jednocześnie najbardziej radykalnych w kwestii politycznych wyborów grup społecznych. Z kolei o kilka lat starsi dwudziestolatkowie mniej chętnie niż ich rodzice głosują na partie o ugruntowanej pozycji. Ostatnie wybory samorządowe pokazały, że przy urnie najrzadziej można spotkać osoby w przedziale wiekowym 18-29 lat. Jak przełamać polityczna apatię najmłodszych wyborców?

Frekwencja wyborcza w Polsce od 1989 roku nie przekroczyła nigdy 69%. Polacy głosują najchętniej w wyborach prezydenckich. Najniższą popularnością cieszą się te do Parlamentu Europejskiego. Bierze w nich udział średnio co czwarty uprawniony do głosowania. Niskie poczucie wpływu na politykę skutecznie zniechęca Polaków do uczestnictwa w życiu publicznym.

Do grup społecznych, które charakteryzują się niższą frekwencją zalicza się najmłodszych i najstarszych wyborców, osoby niezamożne, gorzej wykształcone i mniej zaangażowane religijnie. Przyczyną ich absencji jest brak politycznej reprezentacji i, co za tym idzie, słabe zagospodarowanie ich interesów w sferze publicznej.

Żeby młodzi głosowali

Aż 100 szkół bierze udział w projekcie „Młodzi głosują+”, który jest współrealizowany przez Uniwersytet SWPS i Centrum Edukacji Obywatelskiej. To jeden z elementów wieloletniego programu promującego społeczną aktywizację młodzieży i jej udział w wyborach: do Parlamentu Europejskiego i parlamentarnych w 2019 roku oraz prezydenckich w 2020 roku.

Żeby wyrobić wśród młodzieży nawyk głosowania, w setce szkół zgłoszonych do programu zostaną zorganizowane wybory, podczas których młodzi wskażą swoich kandydatów do Europarlamentu. Głosowanie zostanie przeprowadzone na takich samych zasadach jak wybory powszechne, włącznie z użyciem kart, z których 26 maja skorzystają wszyscy uprawnieni do oddania głosu Polacy. Ze względu na ciszę wyborczą, preferencje polityczne młodzieży zostaną ujawnione 27 maja.

Wiele badań pokazuje, że wczesna socjalizacja do życia politycznego – na łonie rodziny czy w szkole – sprawia, że młodzi ludzie częściej stają się aktywnymi obywatelami. Mają bowiem nie tylko wiedzę o procedurach wyborczych czy opcjach, spośród których mogą dokonywać wyboru. Angażując się w różnego rodzaju działania i projekty wyrabiają w sobie również przekonanie o tym, że ich obywatelskie działania rzeczywiście przynoszą skutek – komentuje Marta Żerkowska-Balas, socjolog, Uniwersytet SWPS, która bada m.in. partycypację wyborczą Polaków i modele demokracji.

Celem projektu „Młodzi głosują”, który wspólnie z Uniwersytetem SWPS realizuje Centrum Edukacji Obywatelskiej, jest zaktywizowanie społeczne młodzieży i pobudzenie jej do krytycznego myślenia. Badacze chcą zachęcić młodych ludzi do formułowania własnych stanowisk, opinii i poglądów politycznych w oparciu o merytoryczne argumenty i zrozumienie zależności pomiędzy uczestnictwem w wyborach a kondycją demokratycznego państwa.

Młodzież ze szkół, które zgłosiły się do programu, wzięła udział w serii szkoleń z zakresu zaangażowania obywatelskiego. Uczestnicy warsztatów dowiedzieli się, jak realizować lokalne kampanie profrekwencyjne. Umiejętności wcielili w życie, prowadząc działania zachęcające mieszkańców swoich miejscowości do udziału w wyborach europejskich. Jak podkreślają autorzy projektu, lokalne kampanie zostały zaprojektowane tak, żeby swoim działaniem objęły grupy charakteryzujące się niską frekwencją wyborczą: kobiety, najmłodszych i najstarszych wyborców, a także osoby niepełnosprawne.

Jednym z wielu narzędzi i materiałów interaktywnych, pozwalających młodym określić swoje preferencje polityczne, jest popularna aplikacja Latarnik Wyborczy (współtworzona przez naukowców Uniwersytetu SWPS), która pozwala wyborcom porównać swoje przekonania z programami partii politycznych.

7 cech charakteru i wartości, które sprzyjają osiąganiu szczęścia

W dzisiejszym konsumpcjonistycznym świecie sądzimy, że szczęście może nam przynieść „coś” lub „ktoś”. Traktujemy je jako jeden z naszych wielu życiowych celów i zapominamy, że w największej mierze to nie rzeczy zewnętrzne odpowiadają za jego poczucie, lecz my sami – nasze cechy charakteru i wartości. Tylko my jesteśmy panami własnego życia, a więc i własnego szczęścia.

Jak się okazuje, wzmacnianie naszego subiektywnego poczucia szczęścia można ćwiczyć i wzmacniać. Jak dostrzegać jasne strony otaczającej nas rzeczywistości? Jakie cechy i związane z nimi wartości budują w nas tendencję do odczuwania szczęścia? Czy szczęście jest dane raz na zawsze? Odpowiedzi szukamy razem z Maciejem Frasunkiewiczem – psychologiem z Uniwersytetu SWPS.

1. Miłość

Miłość jest jednym z najpiękniejszych, najsilniejszych doznań w naszym życiu. Zdolność do kochania, budowania bliskich relacji i cenienie bliskich nam ludzi, rodziny, przyjaciół, znajomych, budzi w nas troskę, która jest później wobec nas odwzajemniana. Pojęcie miłości możemy rozumieć w różny sposób. Jako związek romantyczny z drugą osobą czy opiekowanie się najbliższymi lub zwierzęciem. Możemy też jednak kochać samo życie. Kiedy doceniamy jego trud, jego wystarczalność, kochamy to, że po prostu jesteśmy i cieszymy się z tego, co mamy. Wtedy łatwiej nam odczuwać szczęście. Niestety bardzo często porównujemy się z innymi i stawiamy siebie niżej od nich, przez co tracimy tę miłość do siebie samych. Kochając, jesteśmy szczerzy, możemy wyrażać to myślimy i czujemy w sposób zgodny naszą z rzeczywistością, co toruje nam drogę do szczęścia. Chęć bycia blisko, dzielenie się swoimi emocjami, problemami, szukanie wsparcia, zadziała zbawiennie nasz dobrostan emocjonalny. Podobnie jak życzliwe dbanie o innych, wyświadczanie im przysług czy robienie dobrych uczynków. Warto być świadomym tego, że dobro wraca. To, że jesteśmy na co dzień serdeczni, pomocni, otwarci na innych, i że ludzie się nam później odwdzięczają i odwzajemniają, sprawia, że również sami też czujemy się lepiej.

2. Wdzięczność

Szczęście odczuwamy, gdy jesteśmy świadomi nie tych złych, lecz dobrych rzeczy, które nam się przydarzają i jesteśmy za nie wdzięczni. Warto też poświęcić czas, by wyrazić swoje podziękowania wobec osób, którym możemy wiele zawdzięczać.

Nawet jeśli w naszym życiu pojawiają się sytuacje trudne i nieprzyjemne, powinniśmy traktować je jako zadanie i mimo wszystko przyjąć postawę pozytywną, bo wnioski wyciągnięte z negatywnego doświadczenia w przyszłości mogą przyczynić się do naszego lepszego odczuwania szczęścia. Warto być wdzięcznym za to, co się niedobrego stało. Porażki nas uczą. Gdyby nie one, nie doszlibyśmy do miejsca, gdzie jesteśmy. Chodzi o to, by przeanalizować, co niedobrego się stało i jak można temu zapobiec w przyszłości. Trzeba uważać na swoje pragnienia, szczególnie jeśli chodzi o posiadanie danych dóbr. Aby nie przejęły one nad nami kontroli. Materialne podejście do życia jest niestety promowane dziś w mediach i nie warto się na nim wzorować. Cieszmy się tym, co mamy.

3. Nadzieja

Nasza nadzieja i optymizm sprawi, że będziemy oczekiwać, że przyszłość przyniesie to, co najlepsze. Przez pesymistyczną i zalęknioną postawę, to, co się dzieje wokół nas, będziemy interpretowali na swoją niekorzyść. W życiu każdy musi i będzie musiał stawić czoła wielu wyzwaniom i przeszkodom, warto więc budować optymistyczne nastawienie, wkładać wysiłek w to, by pielęgnować swoje potrzeby i osiągać cele. Nie warto mieć wszystkiego w pełni obmyślonego i realizować określony plan, plan również na dojście do pełni szczęścia. Jak wskanują naukowcy, to mrzonka. Wierzmy, że dobra przyszłość jest czymś, co możemy osiągnąć. Nie nastawiajmy się na to, że mamy przed sobą coś złego czy niewiadomą. Stawiajmy sobie wyzwania, róbmy nowe rzeczy, w myśl zasady: kiedy ostatnio zrobiłeś coś po raz pierwszy?

4. Ciekawość

Uważanie wielu rzeczy za interesujące, fascynujące, eksplorowanie i odkrywanie nowego, zaciekawienie tym, czego się doświadcza, bycie otwartym – to wszystko może utorować nam drogę do szczęścia. Warto się rozwijać, odkrywać świat, odkrywać siebie, a nie siedzieć w miejscu, bo stagnacja nie sprzyja szczęściu. Cel życia polega właśnie na poszukiwaniu. Zdobycie doświadczeń, nowych wspomnień i przeżyć tylko nas ubogaci, a także wiele nauczy na przyszłość.

5. Entuzjazm

Entuzjazm ma istotny wpływ na jakość naszego życia. Jak jednak patrzeć na przyszłość z pasją i zapałem, kiedy znów odnieśliśmy porażkę? Często niełatwo z niej się podnieść. I może nam się znowu coś nie udać. Zaakceptujmy to i bądźmy na to gotowi. Nie róbmy niczego na siłę, czasem warto się poddać i odpuścić, bo to może nam pomóc. Często entuzjazmu brakuje nam w pracy zawodowej. Za często się spinamy, walczymy o swój status w pracy, zarobki i gubimy siłę radości. Cieszmy się z tego, co robimy, bądźmy świadomi, dla kogo to robimy i dlaczego, a nie walczmy o to, by być jakąś osobą i zdobyć określoną rzecz. Takiemu nastawieniu będzie sprzyjać nasze poczucie humoru i radość, bycie zbyt poważnym nigdy nie sprawi, że staniemy się szczęśliwsi.

6. Mądrość

Rozsądek i otwartość umysłu pomoże nam wnikliwiej rozważać rzeczy i badać zagadnienia z wielu stron. To zaś sprawi, że będziemy podejmować mądrzejsze decyzje, bo będziemy zdolni zmienić swoje poglądy w obliczu dowodów. Również pasja do zdobywania wiedzy, poszerzanie horyzontów umysłowych i działania kreatywne skutecznie pomogą nam poczuć się szczęśliwszymi. Poza tym, że tworzymy jakieś dzieło, coś trwałego, z czego możemy się później cieszyć, z twórczością wiąże się odrzucenie porażki przed robieniem nowych rzeczy. Człowiek kreatywny odkrywa nowe, efektywne sposoby robienia danej rzeczy. Nowe rozwiązania i pobudzenie kreatywności można później wykorzystać w różnych dziedzinach życia.

7. Uważność

Skupienie się na sobie, własnych uczuciach, przeżyciach i wyciąganie z nich lekcji sprawi, że będziemy bardziej świadomie postrzegać siebie i swoje życie, a więc i własne poczucie szczęścia. Świadomość motywów swoich działań i pozwoli nam lepiej poczuć się „tu i teraz”. Trzeba być uważnym na swoje życie. W czasach sprzed cywilizacji każdy dzień był dla człowieka celebracją, a dziś wszystko robimy w biegu, ze smartfonem w ręku, podłączeni do sieci. Warto zwolnić.

Dzisiejsze „życie online” nas rozprasza. Szczególnie social media mają swoją ciemną stronę. W sieci kreujemy swoje „ja” wirtualne, czyli swoją wersję upiększoną, formę pośrednią między „ja” idealnym a „ja” realnym. Porównujemy się później z fałszywymi wizerunkami innych, w Internecie widzimy tylko „dobre życia” innych – pozbawione niepowodzeń, porażek, konfliktów, które są naturalną częścią życia każdego z nas. Prowadząc relacje online, mamy również pozorne wrażenie, że jesteśmy z ludźmi cały czas, co jest tak naprawdę złudzeniem. Cieszmy się więc z tego, co mamy, doceniajmy to, nie czujmy wewnętrznego przymusu. Wtedy możemy się poczuć wolni.

Ćwiczmy nasze szczęście. Okazuje się, że wymienione wyżej cechy z powodzeniem możemy w sobie wzmacniać i je ćwiczyć. Szczęście możemy rozwijać, to tylko kwestia podejścia i tego, jak myślimy o życiu i o sobie. Na każdym etapie życia możemy postrzegać daną rzecz, zdarzenie, relację w inny sposób, inaczej ją odczuwać, nawet jeśli w danym momencie nie do końca to do nas trafia. Może jeszcze to nie jest nasz czas.

Pamiętajmy, że nie musimy być szczęśliwi i nie dążmy do niego na siłę. Szczęście to coś, co przychodzi i odchodzi. Można mieć ogólne poczucie szczęścia, rozumiane jako zadowolenie ze swojego życia, ale cały czas szczęśliwi nigdy nie będziemy. Zresztą smutek też jest nam bardzo potrzebny – wtedy możemy docenić te momenty, w których byliśmy szczęśliwi.

Michał Kanownik dalej będzie kierować Cyfrową Polską

Dotychczasowy prezes Związku Cyfrowa Polska Michał Kanownik będzie kierował organizacją przez kolejną dwuletnią kadencję. Taką decyzję podjęło jednogłośnie walne zgromadzenie Cyfrowej Polski.

­

Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski
Michał Kanownik, Prezes Cyfrowej Polski

Moim celem było i nadal będzie umacnianie Związku w roli silnego partnera reprezentującego interesy polskiej branży nowoczesnych technologii w relacjach z administracją publiczną oraz biznesem. To ważne zwłaszcza z punktu widzenia regulacji prawnych, które bezpośrednio bądź pośrednio wpływają na kondycję całego sektora cyfrowego – mówi Michał Kanownik. I dodaje: – Cieszę się, że moja dotychczasowa praca na rzecz Związku została doceniona. To dla mnie zaszczyt móc w dalszym ciągu kierować Cyfrową Polską.

Wśród spraw, które są priorytetowe dla branży nowoczesnych technologii Michał Kanownik wskazuje: dalsze uszczelnienie systemu podatkowego, implementację Dyrektywy dotyczącą prawa autorskiego, zwiększanie cyberbezpieczeństwa oraz świadomości urzędników, przedsiębiorców i konsumentów w użytkowaniu sprzętu elektronicznego, stosowanie kryteriów jakościowych i środowiskowych w przetargach publicznych, gospodarowanie elektrośmieciami oraz pogłębianie cyfryzacji polskiej gospodarki, w tym w szczególności cyfryzacji radia.

Michał Kanownik związany jest ze Związkiem Cyfrowa Polska od ponad 9 lat. Rozpoczynał pracę w organizacji jako specjalista ds. prawodawstwa i administracji. Od 2010 r. pełnił funkcję dyrektora Związku. W 2015 r. został wybrany na Prezesa, a w 2016 r. oraz ponownie w 2018 r. – na członka zarządu Digital Europe, organizacji reprezentującej europejską branżę cyfrową. Od lutego 2019 r. zasiada również w Radzie ds. Cyfryzacji działającej przy Ministerstwie Cyfryzacji. Zgodnie z decyzją członków Cyfrowej Polski w zarządzie organizacji nadal będą zasiadać Włodzimierz Ossowski z Action SA. oraz Jacek Łęgiewicz z Samsung Electronics Polska Sp. z o.o.

Są obawy o przyszłość branży transportu drogowego

Przedstawiciele polskiej branży transportowej nie mają wątpliwości, że czeka ich trudny czas. Dla wielu z nich to być albo nie być funkcjonowania ich biznesu. Jakie widzą wyzwania?

W najnowszym badaniu Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) aż połowa firm wskazała na brak wykwalifikowanej kadry pracowników. Na drugim miejscu znalazły się skomplikowane regulacje i przepisy w ustawodawstwie – rodzimym i zagranicznym. Na podium jest też pakiet mobilności, czyli temat, który od wielu miesięcy podgrzewa europejską scenę polityczną, a także polski rynek transportu drogowego.

Brak wykwalifikowanej kadry to z perspektywy ostatnich lat największe wyzwanie, z którym mierzy się polska branża transportowa. Jednym z głównych powodów deficytu kadrowego może być fakt, że to jedna z najbardziej starzejących się grup zawodowych w Europie. Kierowcy w polskich przedsiębiorstwach przewozowych w większości są w średnim wieku, a tylko 15 proc. z nich stanowią osoby mające 21-30 lat. Obecnie mamy do czynienia z brakiem nawet 100 tys. pracowników,
a wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach liczba wakatów może zwiększyć się nawet o 200 tys. W jaki sposób radzą sobie przewoźnicy? Coraz częściej rozwiązaniem staje się zatrudnienie pracownika ze Wschodu. Obecnie już 14 proc. kierowców to obcokrajowcy, głównie z Ukrainy –
mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Wykres opracowany na podstawie badania OCRK 2019 r.przyszłość transportu

Według danych GUS coraz więcej Polaków będzie opuszczać rynek pracy przy jednocześnie zmniejszającej się liczbie pracowników, którzy rozpoczynają swoją karierę zawodową. Ostrożne szacunki wskazują, że do 2050 roku liczebność drugiej grupy może być mniejsza nawet o 5 mln. Wśród nich znajdują się pracownicy transportu.

Zagubieni

Blisko 4 na 10 przedstawicieli branży transportowej, którzy wzięli udział w badaniu OCRK, wskazało jako jedno z głównych utrudnień w prowadzeniu firmy transportowej – zrozumienie i dostosowanie się do skomplikowanych i wciąż zmieniających się przepisów w polskim ustawodawstwie. We wrześniu ubiegłego roku weszła w życie nowelizacja ustawy dotyczącej transportu drogowego w Polsce. Następnie zaczęły obowiązywać jeszcze bardziej restrykcyjne zasady w zakresie zgłaszania towarów wrażliwych, czyli ustawa SENT. Natomiast od czerwca 2019 roku w każdym fabrycznie nowym pojeździe ciężarowym obligatoryjnie muszą działać tak zwane inteligentne tachografy. To tylko kilka przepisów, które w ostatnich miesiącach towarzyszyły transportowcom. Sen z powiek spędzają też europarlamentarzyści, którzy wykonali następny krok na ścieżce legislacyjnej prowadzącej do zatwierdzenia tak zwanego pakietu mobilności. Zatem czy jest się czego bać?

Coraz bardziej realne

W badaniu OCRK zapytaliśmy respondentów o nastroje i obawy względem kluczowych zmian z punktu widzenia przewoźników, jakie mają być wprowadzone za sprawą tzw. pakietu mobilności. Na pytanie, w jaki sposób nowe regulacje wpłyną na funkcjonowanie ich biznesu, aż 60 procent przedstawicieli firm transportowych odpowiedziało, że negatywnie lub zdecydowanie negatywnie. Biorąc pod uwagę ubiegłoroczne analizy prowadzone przez OCRK, można zauważyć, że świadomość realnego zagrożenia wejścia w życie restrykcyjnych zmian dotyczących zasad delegowania kierowców, czasu jazdy oraz przerw i odpoczynków, znacząco wzrasta.

Jeszcze rok temu nastroje przewoźników wydawały się bardziej optymistyczne i pozwalały wnioskować, że wielu z obecnych przedsiębiorców nie zdaje sobie sprawy z niekorzystnych zmian, jakie niesie za sobą przyjęcie przez PE pakietu mobilności. W tegorocznym badaniu nadal widoczny jest odsetek firm, które twierdzą, że ten temat ich nie dotyczy – 2 na 10 przewoźników jest tego zdania. Natomiast jednocześnie możemy dostrzec, że wzrasta liczba firm, które są świadome obostrzeń, związanych z pakietem mobilności, zgłaszają swoje obawy i z zainteresowaniem śledzą propozycje europosłów. To niezwykle istotne, ponieważ nie ma wątpliwości, że te zmiany wejdą w życie, w obecnym lub innym kształcie, a ich skutki z pewnością odcisną swoje piętno na polskim sektorze transportowym, dlatego przedsiębiorcy muszą być bardzo czujni – komentuje Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Co z tym kabotażem?

Tego samego zdania są przewoźnicy, którzy na co dzień wykonują wiele operacji kabotażowych. Wśród badanych odsetek ten wynosi 49 proc. – w tym przypadku blisko 6 na 10 uważa, że propozycje europosłów są niekorzystne dla funkcjonowania i rozwoju polskiej branży transportowej. Przypomnijmy, że możliwe jest ograniczenie kabotażu do trzech dni oraz wprowadzenie tzw. cooling period, czyli przerwy wynoszącej 60 godzin, zanim dalsze przewozy będą mogły być przeprowadzone w tym samym kraju, tym samym pojazdem. Warunkiem, który trzeba będzie spełnić, aby zlecać kolejne operacje kabotażowe, jest konieczność wykonania nowego przewozu międzynarodowego
z państwa członkowskiego, w którym przedsiębiorstwo ma siedzibę. Biorąc pod uwagę odsetek polskich przewoźników, którzy jeżdżą do Niemiec (52%) czy Francji (14%), takie restrykcje mogą wiązać się nawet z upadkiem firm, które specjalizują się w tego typu usługach.

Kamil Wolański
Kamil Wolański

Tak drastyczne ograniczenie wykonywania transportów kabotażowych nie ma nic wspólnego z obowiązującą w UE zasadą swobody przepływu towarów i usług i jest mocnym ciosem szczególnie dla polskich przedsiębiorców. Mówimy tutaj o 25-30 proc. przewozów międzynarodowych, jakie wykonują polscy kierowcy, oraz 40 proc wszystkich kabotaży w UE. Zagrożenie utraty znaczącego udziału w rynku jest ogromne, a co za tym idzie realna jest upadłość firm i likwidacja miejsc pracy w polskim TSL. Warto szukać sprawdzonych partnerów, którzy pomogą przetrwać w legislacyjnej dżungli – dodaje Kamil Wolański z OCRK.

Obaw jest więcej?

Wraz z zatwierdzeniem pakietu mobilności wśród polskich przewoźników rosną obawy
o dodatkowe obowiązki administracyjne (62 proc.), a także zwiększenie kosztów wynagrodzenia pracowników. Dla 48 proc. badanych to istotny problem, który w konsekwencji może prowadzić do tego, że wykonywanie usług na europejskim rynku dla polskich przedsiębiorców przestanie być opłacalne.

Z danych rynkowych wynika, że aż 95 proc. polskich firm to małe, rodzinne przedsiębiorstwa z taborem do 10 samochodów ciężarowych. Nowe procedury legislacyjne, niezrozumiałe i zawiłe, spowodują wzrost kosztów prowadzenia działalności, a tym samym upadek mniejszych biznesów. Dodatkowe zagrożenie to ceny frachtów, które już obecnie są niskie, a jeśli dodamy do tego długie terminy płatności, a także wysokie kary nakładane przez służby kontrolne krajów UE, do których najczęściej jeżdżą polscy kierowcy, prowadzenie działalności przez małe firmy okazuje się być nierentowne – mówi Kamil Wolański, ekspert OCRK.

Brexiting nie jest exiting

Wśród badanych, aż 70 proc. ocenia secesję Wielkiej Brytanii od Wspólnoty jako negatywną lub zdecydowanie negatywną. Blisko 30 proc. przedstawicieli sektora transportu drogowego przyznaje również, że planuje wycofać część taboru z krajów Zjednoczonego Królestwa, a 40 proc. aktywnie poszukuje zleceń w innych miejscach Europy.

Brexit to jedna z wielu bolączek międzynarodowego transportu drogowego. Dotychczasowe regulacje i uwarunkowania związane z handlem i przewozem towarów i osób, ustalone ponad 25 lat temu, obecnie zostały nieodwracalnie naruszone. Tylko umiejętność dostosowania się do zmieniającego się otoczenia biznesowego może sprawić, że przedstawiciele polskiej branży transportowej utrzymają się na niestabilnym rynku. Polscy przedsiębiorcy ponadto mogą i powinni jak najszybciej podjąć kroki w celu ograniczenia skutków zmian, których nie unikniemy, np. poprzez optymalizacje struktury wynagrodzenia pracowników, automatyzacje przy rejestrowaniu czasu pracy w różnych krajach czy też podejmowanie negocjacji z dotychczasowymi kontrahentami w związku ze wzrostem kosztów wymuszonych przez zmiany w przepisach w danych krajach UE. Wsparciem są eksperci od rozliczania czasu pracy kierowców zawodowych oraz zmian zachodzących w rodzimym i zagranicznym prawie transportowym Łukasz Włoch, ekspert OCRK.

Inwestorzy rynku nieruchomości komercyjnych nabierali sił do kolejnej fali akwizycji

Zaledwie 772 mln euro – tyle wyniosła łączna wartość transakcji zawartych w I kw. 2019 r. na krajowym rynku nieruchomości komercyjnych. Eksperci BNP Paribas Real Estate Poland podkreślają jednak, że kwota ta nie powinna niepokoić, gdyż na rynku widać wysokie zainteresowanie inwestorów nieruchomościami komercyjnymi w Polsce.

Zdaniem autorów raportu, pomimo stosunkowo niskiego wolumenu transakcyjnego zrealizowanego w I kw., cały 2019 r. może zamknąć się kwotą nieznacznie niższą niż rekordowy ubiegły rok. Wyraźnie widać, że prym będą wiodły aktywa biurowe i logistyczno – magazynowe. Natomiast nastawienie kapitału do nieruchomości handlowych jest bardzo ostrożne, stąd spodziewany wolumen transakcyjny w tym sektorze będzie zdecydowanie poniżej kwoty ubiegłorocznej.

Po rekordowym wolumenie inwestycyjnym osiągniętym w ubiegłym roku i bardzo pracowitej jego końcówce, w I kwartale 2019 inwestorzy nabierali sił. W ciągu trzech pierwszych miesięcy br. sfinalizowano umowy na kwotę ok. 722 milionów euro. Jest to rezultat zdecydowanie niższy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku, co nie dziwi pamiętając, że styczeń 2018 zaczął się silnym akordem w postaci zamknięcia umowy obejmującej przejęcie portfela nieruchomości handlowych na nieodnotowaną wcześniej w Polsce kwotę 1 mld euro. Początek br. był jednak zdecydowanie lepszy niż kwartały otwierające lata 2015 – 2017. Biorąc pod uwagę liczbę transakcji, które obecnie są w trakcie negocjacji, możemy spodziewać się kolejnego intensywnego roku w sektorze inwestycyjnym na rynku nieruchomości komercyjnych.

W I kwartale 2019 r. największym zainteresowaniem inwestorów cieszył się segment aktywów biurowych, w którym zawarto transakcje na kwotę ok. 536 mln euro. Chociaż na rynek warszawski przypadło 60% z tej kwoty, to inwestorzy chętnie patrzą też na rynki regionalne takie jak Kraków, Gdańsk czy Katowice. Właśnie w Gdańsku została zawarta umowa opiewająca na najwyższą kwotę. Filipiński holding ISOC zakupił za kwotę 92 milionów euro budynek Argon usytuowany w kompleksie biurowym Alchemia. W Gdańsku właściciela zmieniły także dwa biurowce zlokalizowane w kompleksie Arkońska Business Park. Akwizycje w Krakowie opiewały na kwotę prawie 94 milionów euro i dotyczyły trzech budynków: biurowiec .big został przejęty przez Credit Suisse, Globalworth Poland RE poszerzył swój portfel o Rondo Business Park, a K1 został zakupiony przez FLE GmbH na rzecz swojego luksemburskiego funduszu. Właścicieli zmieniły też dwa budynki biurowe w Katowicach.

Wartość transakcji w sektorze biurowym na rynku warszawskim osiągnęła ok. 320 milionów euro. Otwarty w końcówce ubiegłego roku budynek Biura przy Bramie, będący częścią Browarów Warszawskich, został zakupiony przez GLL RE. Obiekt jest w całości zajęty przez WeWork, L’Oréal, Epam i Sony Interactive Entertainment Polska. Inne znaczące transakcje obejmują zakup biurowca Atrium International przez Strabag RE, Graffit na Mokotowie przez Zeus Capital Management czy biurowców Riverside i Grójecka 5 przez Cromwell European REIT. To właśnie ten ostatni nabywca przejął w tym samym portfelu wspomniane wcześniej dwa biurowce z kompleksu Arkońska Business Park.

Niski wolumen inwestycyjny w segmencie handlowym w pierwszych trzech miesiącach br. oraz niewielka liczba transakcji będących obecnie w toku wyraźnie wskazują, że również w Polsce można zaobserwować spadek zainteresowania tym sektorem. Chociaż rynek nowoczesnego handlu w Polsce ma solidne podstawy i jest w całkiem niezłej kondycji, inwestorzy zadają sobie wiele pytań o przyszłość obiektów tradycyjnego handlu, zwłaszcza w kontekście wzrostu wartości e-commerce i obejmowania zakazem handlu kolejnych niedziel. Umowy sfinalizowane w I kw. 2019 opiewały na kwotę zaledwie ok. 38 mln euro a przedmiotami transakcji były wyłącznie małe obiekty handlowe zlokalizowane na rynkach regionalnych. Zainteresowanie inwestorów segmentem małych centrów i parków handlowych o charakterze „centrów usług w sąsiedztwie” wyraźnie rośnie od kilku kwartałów i spodziewamy się kontynuacji tej tendencji.

Rosnącym zaufaniem inwestorów cieszą się natomiast nieruchomości magazynowo – logistyczne, do czego oczywiście przyczynia się świetna koniunktura w tym sektorze, napędzana szybkim rozwojem polskiej gospodarki. W ciągu trzech pierwszych miesięcy 2019 r. sfinalizowano transakcje na łączną kwotę ok. 58 milionów euro, co odpowiada ok. 8% całkowitego wolumenu inwestycyjnego zrealizowanego w tym okresie. Właściciela zmieniły np. 7R Park w Czechowicach – Dziedzicach, Hillwood w Warszawie i obiekt Panattoni w regionie Wrocławia. W perspektywie następnych kilku kwartałów sektor magazynowo – logistyczny ma najwyższy potencjał wzrostu udziału w portfelach nabywców. Szczególnym zainteresowaniem cieszą się obiekty typu BTS, które często nabywane są jeszcze na etapie budowy projektu. W sektorze magazynowym spodziewana jest również najwyższa kompresja stóp kapitalizacji, zwłaszcza dla wyjątkowych aktywów z zapewnionymi długoterminowymi umowami najmu z operatorami z sektora e-commerce. W takich przypadkach stopy kapitalizacji mogą spaść znacząco poniżej 5.00%. Natomiast dla pozostałych wysokiej jakości powierzchni przemysłowych i logistycznych najniższe stopy kapitalizacji wynoszą ok. 6.25% – 6.50%.

Na koniec ubiegłego roku stopy kapitalizacji w segmencie handlowym spadły do poziomu ok. 4.25% i nie jest spodziewana ich dalsza kompresja, w dużej mierze ze względu na brak obecnie toczących się na rynku negocjacji dotyczących aktywów najwyższej klasy.

Piotr Krawczyński
Piotr Krawczyński

W porównaniu z dojrzałymi rynkami Europy Zachodniej, poziom stóp kapitalizacji w Polsce jest znacząco wyższy przy jednocześnie dobrej dostępności obiektów wysokiej klasy. Dzięki temu rynek w Polsce jest postrzegany przez inwestorów zagranicznych jako bardzo atrakcyjny. W bieżącym roku zapewne nie zostanie przekroczony ubiegłoroczny rekordowy wolumen transakcyjny sięgający ponad 7,2 mld euro. Jednak pozytywne nastroje inwestorów oraz wysoka liczba przejęć w trakcie negocjacji pozwalają patrzeć optymistycznie na spodziewany rezultat całego roku. Zwłaszcza w kontekście rosnącej fali napływu kapitału inwestycyjnego z rynków Azji Wschodniej (m.in. Singapur, Korea Południowa, Filipiny, Malezja), którego uwagę przykuwa dobra sytuacja gospodarcza Polski, prognozy stabilnego wzrostu i stosunkowo wysoki stopień płynności aktywów. – Piotr Krawczyński, Head of Capital Markets CEE, BNP Paribas Real Estate Poland

Sądy hamują zapędy fiskusa

Od 1 stycznia 2018 r. obowiązują nowe przepisy w zakresie możliwości zaliczenia do kosztów uzyskania przychodu nabycia usług niematerialnych od podmiotów powiązanych (art. 15e ustawy o CIT). Głównym celem fiskusa przy wprowadzeniu tych regulacji było ograniczenie sztucznego przerzucania kosztów pomiędzy podmiotami powiązanymi. W związku z tym wprowadzony został limit, którego wysokość uzależniona jest od wyników podatkowych spółki. Założeniem było, że firmy legitymujące się określonym poziomem zysku mogą w kosztach wykazać pewien poziom kosztów usług niematerialnych od podmiotów powiązanych wynikający ze skali ich działalności. Pozostałe koszty przekraczające limit traktowane są jako niepodatkowe.

Podejście fiskusa

Ponad roczna praktyka fiskusa wynikająca z interpretacji podatkowych pokazała, że pierwotny katalog usług niematerialnych od podmiotów powiązanych objętych limitem jest bardzo szeroki i właściwie organy podatkowe mogą kształtować go w dowolny sposób. Ustawa zawiera katalog otwarty usług niematerialnych podlegających limitowaniu – usługi doradcze, badania rynku, usługi reklamowe, zarządzania i kontroli, przetwarzania danych, ubezpieczeń, gwarancji i poręczeń oraz świadczenia o podobnym charakterze. Właśnie ta ostatnia część zdania jest „wykorzystywana” przez fiskusa w trakcie wydawania interpretacji podatkowych, aby objąć usługi limitem. Można zaobserwować, że w pierwszej kolejności dokonywana jest wykładnia językowa nazw usług stypizowanych w przepisie. Jeżeli nie przynosi ona spodziewanych efektów, to dokonywana jest w oparciu o definicje językowe wykładnia funkcjonalna i celowościowa. Przykładowo, jeżeli podatnik we wniosku nie wskaże konkretnie usługi doradczej czy zarządczej, tylko np. wsparcie procesu, wówczas organ podatkowy stara się wykazać, że wsparcie obejmuje także doradztwo i zarządzanie.

Takie spojrzenie organów podatkowych prowadzi do bardzo szerokiego podejścia do usług niematerialnych objętych limitem. Niemal w każdej czynności świadczonej na podstawie umowy czy zlecenia można dopatrzyć się elementów zarządczych czy doradczych, właściwie wszędzie występuje przetwarzanie danych. Pytanie tylko, czy taki miał być cel tych regulacji?

Stanowisko sądów

Powyższe pytanie zadają sobie podatnicy, dlatego sprawy trafiają do sądów administracyjnych. W konsekwencji zaczęły pojawiać się już pierwsze wyroki, w których sądy oceniają, czy restrykcyjne podejście fiskusa ma umocowanie w przepisach ustawy.

Podejście sądów jest różne w zależności od stanu faktycznego lub zdarzenia przyszłego. Niemniej można zaobserwować, że co do zasady sądy bardziej roztropnie podchodzą do kwalifikacji usług do limitu. Przykładowo Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie w wyroku z dnia 20 lutego 2019 r. (sygn. I SA/Kr 1398/18) uchylił zaskarżoną interpretację, stwierdzając, że nabywane usługi związane ze wsparciem sprzedaży nie podlegają limitowi wynikającemu z art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. WSA zwrócił uwagę, że organ podatkowy zbyt pochopnie przeanalizował charakter świadczonych usług –„należy stwierdzić, że organ dokonując oceny zaprezentowanego przez stronę skarżącą stanu faktycznego/zdarzenia przyszłego, przyporządkowując usługi Oddziałów zagranicznych do usług doradczych, reklamowych, badania rynku oraz usług o podobnym charakterze świadczonych przez te podmioty na rzecz strony skarżącej, nie odniósł się do wszystkich aspektów sprawy podnoszonych we wniosku i nie przeanalizował wnikliwie stanu faktycznego”.

Z kolei WSA w Krakowie w wyroku z 14 listopada 2018 r. (sygn. I SA/Kr 1006/18) wskazał, że organy podatkowe w nieprawidłowy sposób starały się przypisać usługę pośrednictwa świadczoną przez agentów sprzedaży do kategorii świadczeń o podobnym charakterze, uznając, że usługa ta jest podobna do usługi reklamy.

Natomiast WSA w Poznaniu w wyroku z 13 marca 2019 r. (sygn. I SA/Po 991/18) wskazał na dwie kwestie. W pierwszej kolejności uznał, że samo użycie słowa „zarządzanie” w opisie usługi nie może determinować uznania usługi za objęte limitem – WSA wskazał, że zarządzanie sieciami to typowa usługa informatyczna. Drugi wniosek płynący z orzeczenia to korekta podejścia organów podatkowych w zakresie czynności komplementariusza. WSA uznał, że nie powinny być traktowane jako usługi zarządcze.

Ten sam sąd w wyroku z 6 lutego 2019 r. (sygn. I SA/Po 900/18) wskazał, iż koszty nabycia usługi organizacji zakupów od podmiotu powiązanego nie podlegają wyłączeniu z kosztów uzyskania przychodów na podstawie art. 15e ust. 1 ustawy o CIT. Co należy podkreślić, WSA zakwestionował stanowisko organu podatkowego, iż przedmiotowe usługi da się porównać z usługami doradczymi, bowiem ze stanu faktycznego wynikało, iż żadne porady w ramach świadczonej usługi nie są udzielane.

Co robić…?

W związku z korzystnym dla podatników podejściem sądów administracyjnych w zakresie restrykcyjnego stanowiska fiskusa do usług limitowanych firmy powinny jeszcze raz przeanalizować nabywane usługi od podmiotów powiązanych. Warto zastanowić się, czy w przypadku pozytywnych przesłanek nie należy wystąpić z wnioskiem o wydanie indywidualnej interpretacji podatkowej, powołując się na orzeczenia WSA. Z drugiej strony, jeżeli podatnik ostatnio otrzymał negatywną interpretację i nie minął jeszcze termin na wniesienie skargi, jest to dobry moment, żeby powalczyć w sądzie administracyjnym.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kraje byłych republik radzieckich – nowy kierunek pozyskiwania pracowników?

Stale pogłębiający się deficyt kadrowy oraz emigracja pracowników z Ukrainy do innych krajów Europy Zachodniej zmusza polskich pracodawców do poszukiwania nowych źródeł zasobów pracowniczych. W rezultacie, coraz częściej mówi się o pozyskiwaniu pracowników z byłych republik radzieckich. Czy zatem siła robocza z Białorusi, Azerbejdżanu lub Kazachstanu to perspektywiczny kierunek dla polskiej gospodarki? Na to pytanie odpowiada Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work.

Wraz z postępującym rozwojem udogodnień dotyczących pracy oraz legalizacji pobytu w państwach ościennych takich jak Czechy, Słowacja i Niemcy, ilość imigrantów zarobkowych z Ukrainy w naszym kraju zaczęła maleć. W konsekwencji, polscy pracodawcy zaczęli szukać innych rozwiązań, zapewniających im w perspektywie płynne funkcjonowanie przedsiębiorstw bez względu na odpływ ukraińskiej fali migracyjnej. Skąd zatem możemy czerpać ludzi do pracy?

Prawie po sąsiedzku

Mariusz Hoszowski -  Prezes firmy Smart Work
Mariusz Hoszowski –  Prezes firmy Smart Work

Jak mówi Mariusz Hoszowski, prezes firmy Smart Work, choć aktualnie najbardziej popularnymi kierunkami pozyskiwania pracowników – poza Ukrainą – są kraje Azji Wschodniej takie jak Nepal, Indie, Bangladesz czy w mniejszym stopniu Filipiny, Wietnam i Indonezja, równie ważnymi źródłami zasobów pracowniczych powoli stają się obszary byłych republik radzieckich – Białoruś, Mołdawia, Gruzja, Azerbejdżan oraz Armenia. „Oprócz państw wchodzących w skład partnerstwa wschodniego, do nowych kierunków imigracji zarobkowej należą także kraje z Azji Środkowej, czyli Turkmenistan, Uzbekistan lub Kazachstan. Co więcej, warto wspomnieć także o samej Rosji, ponieważ istnieje możliwość pozyskiwania stamtąd zasobów ludzkich, jednak jest ona o wiele trudniejsza ze względu na politykę migracyjną Federacji Rosyjskiej. Warto jednak pamiętać, że przy odpowiednim przygotowaniu jest to absolutnie możliwe”.

Atrybuty wyróżniające

Skąd pomysł, aby czerpać pracowników akurat z tych rejonów? „Oprócz faktu, iż procesy ekonomiczne zachodzące w tych krajach sprzyjają tego typu migracji, sam pomysł wynika głównie z ilości pozytywnych cech odróżniających pracowników z terytoriów postradzieckich od krajów dalekowschodnich. Przede wszystkim weźmy pod uwagę aspekt lingwistyczny: większość obywateli byłych republik radzieckich posługuje się językiem rosyjskim, co w znacznym stopniu ułatwia komunikację w firmach korzystających wcześniej z pracy ukraińskich imigrantów.” – mówi Mariusz Hoszowski.

Prócz kwestii komunikacji, bardzo istotne z punktu widzenia pracodawcy jest doświadczenie w pracy w przemyśle, którego w znacznym stopniu brakuje pracownikom z Dalekiego Wschodu. Jak wyjaśnia prezes firmy Smart Work, większość kadry pracowniczej pozyskiwanej z terenów dalekowschodnich nie ma styczności z przemysłem, co niesie za sobą oczywiste konsekwencje: „Ci ludzie nie są przyzwyczajeni do pracy zmianowej oraz nie potrafią dopasować się do kultury pracy wymaganej w polskich zakładach i fabrykach. Oprócz tego, wielu pracowników nie ma doświadczenia w posługiwaniu się podstawowymi narzędziami oraz umiejętności korzystania z infrastruktury technicznej czy bytowej, do której w swoich krajach często nie ma dostępu. Ważny jest nawet aspekt wyznaniowy, który potrafi mieć destrukcyjny wpływ na higienę pracy oraz jej ciągłość. W rezultacie, brak tych standardowych zachowań i przyzwyczajeń których oczekuje się w Polsce od pracowników, przeradza się w bariery wyjątkowo utrudniające nie tylko samą współpracę z danym personelem, ale również płynność prowadzonego biznesu.”

Przepustka do lepszego

Polscy pracodawcy częściej również stykają się z nastawieniem pracowników dalekowschodnich na  opiekę socjalną oraz idącą za tym mniejszą stabilność zatrudnienia: „Polska traktowana jest przez pracowników z Dalekiego Wschodu jako „drzwi do Europy”. Spotykamy się nagminnie z przypadkami nagłego porzucenia pracy i wyjazdu do innych krajów Unii Europejskiej, gdzie funkcjonuje diaspora z danego kraju – przykładem mogą być Nepalczycy w Portugalii. Większość tego typu problemów nie występuje wśród pracowników z państw postradzieckich. Przybywają oni do nas nie tylko by podjąć pracę, ale również aby na stałe funkcjonować w rzeczywistości naszego kraju. Jest to wartość nadrzędna, która w powiązaniu z komunikacją predestynuje tego typu kadry pracownicze bardziej niż pracowników z Dalekiego Wschodu do uzupełniania wakatów opuszczanych przez Ukraińców.” – ocenia Mariusz Hoszowski.

Remedium na odpływ?

Czy pracownicy z pozostałych republik postradzieckich całkowicie zastąpią kadry pozyskiwane do tej pory tylko z Ukrainy? Według prezesa firmy Smart Work w jakimś stopniu tak, ale na pewno nie w całości. „W moim przekonaniu przy obecnej organizacji polskich struktur konsularnych za granicą i krajowych procedurach zatrudniania, głównym czynnikiem utrudniającym zastąpienie pracowników z Ukrainy jest brak przepustowości. Widać to dokładnie w sytuacji, w której na pozwolenie na pracę będące podstawą do ubiegania się o wizę trzeba czekać powyżej 7 miesięcy, a oczekiwanie na spotkanie z konsulem trwa niekiedy jeszcze dłużej. Do tego dochodzi jeszcze wysokich procent odmów wizowych, przez co ostatecznie proces rekrutacji pracowników i ich adaptacji do miejsca pracy trwa nierzadko wiele miesięcy. W takiej sytuacji trzeba strategicznie kształtować strukturę zatrudnienia w zakładzie, na razie nie traktując zasobów z krajów postradzieckich jako zamienników, lecz jako uzupełnienie pracowników z Ukrainy. Oczywiście w miarę rozwoju przepustowości i ewentualnych nowych rozwiązań prawnych ułatwiających zatrudnianie cudzoziemców z państw trzecich, istnieje szansa na to, że Ukraińcy będą w większym stopniu zastępowalni. W tym momencie takie rozwiązanie jest jednak niemożliwe, gdyż przy ponad półtora milionowej rzeszy pracowników z Ukrainy, przepustowość struktur wynosi jedynie kilkanaście tysięcy rocznie.”

Kłopoty Deutsche Banku, na Ukrainie zmiany

Problemy niemieckiej gospodarki to nie tylko indeksy koniunktury. To również kondycja największego z tamtejszych banków. Zeszły rok udało mu się zamknąć zyskiem, ale inwestorzy wciąż patrzą nieprzychylnie na jego akcje.

Kolejny dołek na cenach Deutsche Banku

Problemy największej niemieckiej instytucji finansowej nie są nowym tematem dla rynków. Kolejnym impulsem do spadków okazała się negatywna rekomendacja UBS. Biorąc pod uwagę wyniki osiągane przez DB oraz ciągle pojawiające się nowe koszty, nie jest to niespodzianką. Niższa cena docelowa była spodziewana, pewnym zaskoczeniem okazała się rekomendacja “sprzedaj”, która nie jest częstym zjawiskiem dla banków. Zapowiadana niedoszła fuzja z Commerzbankiem wygląda na zamknięty temat. Zeszły rok był co prawda pierwszym od czterech lat zamkniętym zyskiem. Nie zmienia to faktu, że DB wciąż jest mocno zaangażowany na rynku instrumentów pochodnych i z tego powodu co jakiś czas generuje kolejne straty. Postępujące problemy niemieckiego czempiona mocno ciążą walucie euro. Gdyby doszło do bankructwa, na co na szczęście na razie się nie zanosi, prawdopodobnie bylibyśmy świadkami dużej przeceny zarówno euro, jak i złotego.

Na Ukrainie zmiany

Nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zaczyna swoje urzędowanie od zaostrzenia relacji z Rosją. Jedną z pierwszych decyzji była prośba skierowana do USA o nasilenie sankcji wobec wschodniego sąsiada. Nie zabrakło również dwóch ważnych deklaracji. Jedna dotyczyła wprowadzania reform, a druga kontynuowania walk w Donbasie. Rynki przyjęły te wiadomości optymistycznie, czego dowodem jest drożejąca ukraińska hrywna.

Rynek pracownika w Polsce

Kolejne dane GUS potwierdzają to, co obserwujemy w polskiej rzeczywistości od pewnego czasu. Coraz częściej to nie pracownik szuka pracy, ale raczej praca osób chętnych do jej podjęcia. Wynagrodzenia wzrosły w ciągu roku o 7,1%, a zatrudnienie o 2,9%. Analitycy spodziewali się wzrostu płac mniejszego o 0,5%, natomiast zatrudnienia większego o 0,1%. Warto nadmienić, że wolniej rosnące zatrudnienie nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że i tak mamy najniższe bezrobocie od czasu przemian z lat dziewięćdziesiątych. Wzrost wynagrodzeń pokazuje, że nie tylko więcej Polaków znajduje zajęcie, ale też jest ono coraz lepiej płatne.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Trendy na rynku biurowym w 2019 r.

Rynek biurowy znajduje się na stabilnej ścieżce wzrostu. Zainteresowanie najemców powierzchnią nie słabnie, w 2018 r. wynajęto 1,5 mln mkw., co jest wynikiem porównywalnym do osiągniętego w 2017 r. Sektor ma się dobrze i umacnia swoją pozycję, głównie za sprawą rosnącej roli biura w przyciąganiu młodych pokoleń. Mimo, że obecnie obserwujemy powiększającą się lukę podażową (w stolicy w I kw. 2019 oddano tylko 2 projekty – 20 tys. mkw.), prognozy dla sektora są optymistycznie, bowiem w Warszawie buduje się ponad 770 tys. mkw.,  z czego ¼ ma być oddana do użytku jeszcze do końca tego roku. Eksperci działu Office AXI IMMO przygotowali materiał o kierunkach zmian i rozwoju sektora biurowego w Warszawie.

Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO
Martin Lipiński, szef działu Office AXI IMMO

Sektor biurowy nadal pozostaje na fali, co determinowane jest przez zmieniający się rynek pracy i młode pokolenia pracowników. Biuro, zarówno jego aranżacja jak i lokalizacja nabierają jeszcze większego znaczenia niż dotychczas, stanowiąc jeden z głównym czynników rozpatrywanych przez pracowników wybierających przyszłego pracodawcę. Firmy walczą między sobą o tworzenie nowoczesnych i niekonwencjonalnych powierzchni, szukając ich w lokalizacjach, które zapewniają nie samo atrakcyjne miejsce pracy, ale również szeroki wachlarz możliwość spędzenia wolnego czasu poza nim i organizacji niezbędnych codziennych spraw. Walka o ludzi jaka obecnie trwa pozytywnie odbija się na sektorze biurowym i jego rozwoju, wpływając na tworzenie nowych nurtów w aranżacji, wdrażanie nowych technologii w miejscach pracy czy budowanie miastotwórczości w poszczególnych lokalizacjach. Ma to jednak też mniej korzystne strony jak wzrost kosztów na aranżację biura oraz chwilowy deficyt nowoczesnych powierzchnikomentuje Martin Lipiński, dyrektor działu biurowego w AXI IMMO.

Coraz więcej powierzchni coworkingowych

Popyt na elastyczne powierzchnie rośnie sukcesywnie od kilku lat. W 2018 roku operatorzy coworkingowi działający w Warszawie wynajęli ponad 100 tys. mkw. powierzchni, co stanowi ok. 12% całkowitego popytu na powierzchnie biurowe w mieście. Szacuje się, że w 2019 roku przybędzie w Polsce kolejne 100 000 mkw. tego typu powierzchni, co oznacza że na koniec przyszłego roku dla najemców będzie dostępne już ponad 200 000 mkw. elastycznej powierzchni.

Wzrost zapotrzebowania na ten format wynika ze zmieniającego się rynku pracy, czyli m.in. coraz częściej powszechnych elastycznych form zatrudnienia, możliwości pracy zdalnej, odsetek ludzi pracujących na własny rachunek, dynamicznie przybywające małe i średnie przedsiębiorstwa czy zmieniające się oczekiwania najmłodszych pokoleń.

Powiększająca się luka podażowa

2018 rok charakteryzował się najniższym od 2012 roku wskaźnikiem pustostanów, który w stolicy wyniósł 8,7%. Jeszcze niższy poziom osiągnęły centralne części miasta, gdzie współczynnik wyniósł 5,4%. Deweloperzy oddali do użytku niemal 16% mniej powierzchni biurowych niż w 2017 r. I kw. bieżącego roku nie polepszył sytuacji, gdyż na rynek trafiło jedynie 20 tys. mkw. Niewielka podaż vs. rosnący popyt, szczególnie na nowoczesne powierzchnie powoduje, że na rynku powstała luka podażowa. Dopiero lata 2020 – 2021 przyniosą zmiany, ponieważ szacuje się, iż na rynek trafi ok. 600 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej.

Wzmocnienie roli biura

Nowe pokolenia pracowników zdominują rynek pracy. Firmy coraz częściej starają się tworzyć dla młodej kadry atrakcyjne warunki pracy nie tylko pod kątem płacowym, ale coraz częściej socjalnym. W walce o młode talenty standardem staje się tworzenie innowacyjnych i niestandardowych przestrzeni biurowych. Dlatego w najbliższej przyszłości będą pojawiały się coraz to nowsze rozwiązania w projektowaniu biur. W 2019 będzie królował nurt eko oraz domowy klimat w miejscu pracy.

Wzrost kosztów na aranżację biura

Coraz ważniejsza funkcja biura i tworzenie atrakcyjnych dla pracowników przestrzeni przekłada się na wzrost kosztów na aranżację biura, które na przestrzeni dwóch lat wzrosły dwukrotnie. Dziś za fit-out mkw. biura trzeba zapłacić średnio 600 euro, a nie 300, jak jeszcze kilka lat temu. Ponadto, w najlepszych projektach ten koszt sięga nawet 900 euro za mkw.

Technologie w biurach przyszłości

Zmiana stylu pracy wymaga od firm inwestycji w nowe technologie, które pomagają nie tylko przyciągać do siebie pracowników, ale także zoptymalizują pracę w organizacji. Dlatego biura przyszłości to technologie pozwalające m.in. na sprawdzenie dostępności poszczególnych stref w biurze czy umożliwiające zdalną rezerwację sal spotkań. Codziennością będzie wzajemna geolokalizacja pracowników w biurze i budynku, bezpośrednie drukowanie materiałów ze smartfona czy aplikacje pozwalające na indywidualną regulację natężenia światła. Wszystko w celu usprawnienia pracy.

Nie samym biurem pracownik żyje…czyli miastotwórczość

Kluczowe znaczenie w przyciąganiu i utrzymywaniu talentów zyskuje lokalizacja biura, która dzisiaj nie oznacza tylko i wyłącznie dobrze skomunikowanego położenia obiektu. Coraz ważniejszą rolę odgrywa bowiem otoczenie jakie oferuje dane miejsce. Najemcy są w stanie zapłacić więcej za najem powierzchni w lokalizacji oferującej coś więcej niż dogodny dojazd do pracy i atrakcyjne wnętrze. Dlatego coraz częściej rezygnują z lokalizacji typowo biurowych na rzecz przestrzeni w miejscach z dostępem do miejskich usług, znacząco podnoszących komfort pracy, jak i życia prywatnego. Deweloperzy planując budowę inwestycji biurowych skupiają się coraz bardziej na lokalizacjach gdzie istnieje już tzw. „tkanka miejska”.

Zawody przyszłości – co czeka rynek pracy w 2030 r?

W świecie nieustannie zmieniających się technologii trudno jest przewidzieć, jakie zawody będą potrzebne za 5 lat. Rynek pracy znajduje się w momencie, w którym następuje weryfikacja prac, które można zastąpić maszynami, i umiejętności, od których zależeć będzie dalszy rozwój.

Niezależnie od rozwoju technologii, przewiduje się, że przyszłe kariery nie będą stanowić jednej, doskonalonej przez całe życie ścieżki. Pracownicy przyszłości będą łączyć wiele mikro-karier, stąd ważne jest dbanie o kreatywność, pozytywne podejście do rozwoju i entuzjazm do zmian. „Dobry przykład stanowią programiści, czyli zawód pożądany i chętnie wybierany przez młodych ludzi. Przed zakończeniem pięcioletnich studiów rzeczy, których uczyli się na pierwszym roku, już są nieaktualne. Ale najlepsi studenci będą dążyć do rozwijania się, poszerzania swojej wiedzy i angażowania w dalszą naukę. To stanowi największą wartość pracownika na rynku.” – mówi Jolanta Samul-Kowalska, dyrektor Morgan Philips Group Polska. Biorąc pod uwagę, że 10 najbardziej pożądanych zawodów wskazywanych w 2010 roku nie istniało jeszcze w 2004, również pracownicy na stabilnych stanowiskach mogą pomyśleć nad czekającymi ich możliwościami zmiany ścieżki zawodowej.

Nowe trendy na rynku pracy

Wraz z trendem na łącznie różnorodnych kompetencji, powstają nowe zawody, których próżno szukać w szkołach. Rozwijające się wpływy ekologicznego prowadzenia biznesu stworzyły stanowiska takie jak projektant śmieci, który odpowiada za stworzenie produktu, który może zostać łatwo przetworzony po okresie jego żywotności, czy eksperta ds. uproszczeń, szczególnie ważnego dla dużych korporacji, których funkcjonowanie zależne jest od wielu procedur i czynników. „Na zachodzie wymieniane są też zawody bardziej egzotyczne, jak na przykład nostalgista, czyli osoba, która projektuje wnętrza dla osób starszych, w stylu z konkretnej dekady. Przy przeniesieniu dużej części życia do świata wirtualnego, pojawiają się również takie zawody jak osobisty kurator cyfrowy czy nawet manager śmierci cyfrowej dla osób, które postanowiły zakończyć swoją obecność w mediach społecznościowych.” – dodaje Anna Kowalczyk, dyrektor Fyte.

Pomimo rosnącej wagi wysoko rozwiniętych umiejętności miękkich kandydata, nie słabnie zapotrzebowanie rynku na zawody wymagające konkretnych umiejętności. Prym wiodą biotechnologia, logistyka i wszelkiego rodzaju zawody związane z IT i przetwarzaniem danych. W krótkookresowej perspektywie, weryfikowanej co 5 lat przez Ministerstwo Edukacji Narodowej, wciąż duży nacisk kładzie się na zawody rzemieślnicze, jednak nie uwzględniają one szybko zmieniającej się technologii.  „Młodzi ludzie chętnie poświęcają swój czas wolny na pasje, które mogą stać się później ich pracą. Wystarczy zobaczyć, jak duży postęp nastąpił w dziedzinie druku 3D, który w ciągu kilku lat z laboratoryjnej ciekawostki dostępnej dla nielicznych rozwinął się niemalże na masową skalę. Podobnie wygląda praca operatora dronów, w których widzi się przyszłość m.in. transportu przesyłek, co będzie wymagać wsparcia programistów, logistyków i operatorów.” – dodaje Anna Kowalczyk.

Europejskie przedsiębiorstwa coraz chętniej korzystają z chmury. Polska nadal sceptyczna

Europejskie firmy chętnie wybierają rozwiązania chmurowe do swoich systemów IT. Przodują w tym Włosi i Brytyjczycy. Z drugiej strony polscy przedsiębiorcy nadal deklarują brak zaufania do tego typu rozwiązań, choć cloud computing może przynieść im znaczące korzyści zarówno w obszarze bezpieczeństwa, jak i wdrażania innowacji. Czy powinni wziąć przykład z krajów Europy Zachodniej?

Chociaż transformacja cyfrowa zachodzi w całej Europie, to sektory IT w poszczególnych krajach mają swoją własną specyfikę. Wyraźnie widać to na przykładzie rynku chmury obliczeniowej. Europejski rynek ICT dynamicznie się rozwija i według analiz IDC  do 2022 r. urośnie o 22 proc., osiągając wyższe stopy wzrostu niż w jakiejkolwiek innej części świata, głównie ze względu na RODO[1]. Z kolei w Polsce poziom sceptycyzmu wobec mury jest nadal wysoki.

Według danych z raportu „Wykorzystanie usług w chmurze w przedsiębiorstwach w Polsce” przygotowanego na zlecenei Aruba Cloud, 87 proc. organizacji w naszym kraju nadal opiera swoją infrastrukturę IT na lokalnych rozwiązaniach, podczas gdy tylko 27 proc. z nich korzysta z rozwiązań chmury. Jak wynika z deklaracji ankietowanych, głównymi czynnikami zachęcającymi do przejścia do chmury są dostępność usług przez Internet (39 proc.), wyższy poziom bezpieczeństwa w obliczu ataków cybernetycznych (38 proc.) i oferowana elastyczność (w 36 proc.). Niemniej jednak 63 proc. respondentów wskazuje, że główną przeszkodą w korzystaniu z usług w chmurze są obawy dotyczące bezpieczeństwa danych. Te firmy, które zdecydowały się na model cloud stosują wszystkie modele chmury, zarówno publiczny, hybrydowy jak i prywatny. Według badania zleconego przez Aruba Cloud, 50 proc. użytkowników zwraca się do rozwiązań chmury prywatnej, 26 proc. do chmury publicznej, a 23 proc. do chmury hybrydowej. Przyczyną popularności modelu chmury prywatnej wśród polskich organizacji wydaje się być bezpośrednia kontrola, jaką rozwiązanie to zapewnia każdej firmie w zakresie bezpieczeństwa danych.

Włoski biznes prezentuje inne podejście do technologii chmurowych. Przeprowadzone w ciągu ostatnich ośmiu lat kampanie uświadamiające lokalnych przedsiębiorców w zakresie technologii chmurowych okazały się skuteczne. Obecnie włoski rynek chmury wart jest 2,34 mld euro, a od 2017 roku urósł o 19 proc. We Włoszech 82 proc. średnich i dużych organizacji korzysta z co najmniej jednej usługi w chmurze publicznej, a 23 proc. stosuje chmurę jako wsparcie dla lokalnych rozwiązań. Tendencja ta dotyczy nie tylko dużych organizacji, ale także MŚP, które w 74 proc. przypadków uznają chmurę za skuteczny sposób wprowadzania innowacji w firmie.

Włoskie nastawienie do chmury dynamicznie się zmienia. W 2017 r. na Półwyspie Apenińskim miał miejsce boom chmurę hybrydową. Jednak w 2018 r. tempo przyjmowania chmury publicznej wzrosło tam ze względu na rosnącą świadomość rozwiązań w zakresie przywracania danych w przypadku awarii, a także ze względu na wdrożenie RODO, które nałożyło na firmy obowiązek zapewnienia bezpieczeństwa danych przy projektowaniu infrastruktury.

Obecnie we Włoszech mamy do czynienia z trendem wybierania kilku dostawców rozwiązań chmurowych, tzw. multicloud. Wiele czynników może decydować o przeniesieniu niektórych usług do różnych dostawców: od poziomu świadczonych usług i wsparcia (SLA) poprzez rodzaj oferowanych rozwiązań, i  doświadczenie dostawcy w zarządzaniu usługą, do redundancji geograficznej, a nawet ceny.

Innym krajem, który w pełni przekonał się do chmury jest Wielka Brytania. Tempo, z jakim organizacje z Wysp przyjmują chmurę, jest imponujące. Jeszcze siedem lat temu nawet połowa (48 proc.) z nich nie korzystała z usług w chmurze. Obecnie odsetek firm, które przeszły na model cloud wynosi aż 88 proc. Połowa firm, które obecnie nie korzystają z chmury, spodziewa się, że wkrótce to zrobi. Szacuje się, że w ciągu dwóch lat 93 proc. organizacji skorzysta z co najmniej jednej usługi w tym modelu. Coraz większy odsetek brytyjskich organizacji chmurze publicznej ….. w zakresie tworzenia kopii zapasowych i odzyskiwania danych po awarii. Na Wyspach strategia multicloud została przyjęta przez 81 proc. organizacji. Jednocześnie rozwiązania hybrydowe tracą tam na popularności (odnotowały spadek o 7 proc. w stosunku do roku 2017)[2].

Tak duże zainteresowanie chmurą w Europie Zachodniej nie powinno być zaskoczeniem, biorąc pod uwagę fakt, że agencja badawcza Gartner prognozuje, iż w 2021 r. przychody generowane przez chmurę publiczną na całym świecie będą szacowane na około 278 mld dolarów, czyli prawie dwukrotnie więcej niż 145 mld wygenerowanych w 2017 r. Znaczna część tego rynku znajduje się w Europie[3]. Ciekawe będzie obserwowanie dalszego rozwoju europejskiego rynku chmur obliczeniowych w nadchodzących latach. Radykalny wzrost popularności tych rozwiązań to efekt połączenia skuteczności ogólnoeuropejskich kampanii uświadamiających oraz wprowadzenia dyrektywy RODO, która z potencjalnej przeszkody przekształciła się w prawdziwy akcelerator procesu cyfryzacji organizacji w całej Europie. W efekcie synergia tych procesów znacząco zwiększyła świadomość wszystkich w zakresie znaczenia danych i prywatności.

[1] https://www.idc.com/promo/global-ict-spending/forecast

[2] https://www.doherty.co.uk/blog/cloud-trends-2018

[3] https://www.gartner.com/en/newsroom/press-releases/2018-09-12-gartner-forecasts-worldwide-public-cloud-revenue-to-grow-17-percent-in-2019

Insurtechowa rewolucja ubezpieczeń

UBI i telematyka? Tempo, z jakim na polski rynek wchodzą coraz to nowsze pojęcia może zaskakiwać. O ile insurtechy, czyli technologie usprawniające działanie branży ubezpieczeniowej[1] funkcjonują w Polsce już od kilku dobrych lat (i mają się dobrze) jako integralna część rynku FinTech, o tyle pozostałe pojęcia mogą budzić u przeciętnego Kowalskiego lekką konsternację. Czym jest telematyka i jak się ma ona do rynku ubezpieczeniowego nad Wisłą? Czy nowe modele ubezpieczeniowe to rzeczywiście innowacja, czy może jednak… zbytnia ingerencja w decyzje zakupowe konsumentów?

To klient rządzi rynkiem

Branżą insurtech, podobnie jak rynkiem fintechów, rządzą preferencje i potrzeby konsumentów. Doskonałym przykładem może być na przykład możliwość ubezpieczenia podróży zarezerwowanej za pośrednictwem portali ridesharingowych, co oczywiście – było odpowiedzią na potrzeby płynące ze strony rynku. Nie inaczej jest w przypadku rezerwacji podróży za pośrednictwem biura – w pakiecie z wakacyjnym wyjazdem, oczekujemy otrzymania spersonalizowanego planu ubezpieczeniowego, dostosowanego do obranego przez nas kierunku czy okresu trwania wakacyjnego wyjazdu. Podstawą, zwłaszcza dla młodszych pokoleń, są również aplikacje mobilne, które pozwalają na szybkie załatwienie wszelkich, niezbędnych formalności.

Ubezpieczyciel a start-up – współpraca czy rywalizacja?

Choć największą obawą ubezpieczycieli według raportu PwC jest konkurencja ze strony startupów (obawia się tego 90 proc. z nich), w Polsce ten problem – zdawać by się mogło – nie istnieje, bowiem znaczna część insurtechowego rynku należy do banków, takich jak Bank Millenimum, BZ WBK czy PKO BP. Nad Wisłą insurtech stawia dopiero pierwsze kroki. Zauważyć można jednak dość duże zaangażowanie rynku w ich rozwój, zwłaszcza ze strony tradycyjnych ubezpieczycieli, którzy coraz częściej – zamiast wyniszczającej walki o rynek ubezpieczeniowy – podejmują współpracę z technologicznymi startupami, upatrując w tym szansy na dalszy rozwój. Coraz częściej słychać o inwestycjach w start-upy, tworzeniu akceleratorów czy modernizacji struktur od wewnątrz, poprzez powoływanie do życia m.in. zespołów technologicznych.[2] Badania przeprowadzone przez HRK S.A.  pokazują, że te ostatnie rozwijane są dość silnie. 71 proc. badanych (spośród 21 prezesów zarządów i dyrektorów personalnych spółek ubezpieczeniowych w Polsce) deklaruje, że ich pracownicy posiadają wszelkie możliwości do dalszego rozwoju kompetencji cyfrowych, natomiast 80 proc. zawarło w planach biznesowych nowe projekty, które te kompetencje znacznie poszerzą. Nieco inaczej sytuacja jawi się, jeśli chodzi o samych pracowników. Ich zdaniem, tylko 40 proc. ubezpieczycieli stwarza dogodne pracownikom, warunki dalszego rozwoju umiejętności cyfrowych.

Na tle światowych rynków insurtech, rozwój oraz ambicje polskiego rynku technologii ubezpieczeniowych wygląda obiecująco – zgodnie z raportem PwC, 38 proc. ogółu ubezpieczycieli na świecie nie traktuje wdrażania nowych technologii jako priorytetu w ich strategii działania, a jedynie 5 proc. – otworzyło spółkę insurtech lub przejęło taką spółkę z rynku. Współpracę z rynkiem insurtech zadeklarowało niespełna 28 proc. respondentów, pomimo że z takiej współpracy mogłoby płynąć wiele korzyści – m.in znaczna redukcja kosztów. Być może nieufność do rynku innowacji ubezpieczeniowych wynika z bariery, jaką dla ubezpieczycieli jest bezpieczeństwo informacji. Dla start-upów z kolei problem stanowi zupełnie inna kultura organizacji oraz różnice w zarządzaniu biznesem[3].

Światowe inwestycje w insurtech mimo wszystko – pną się w górę. W ciągu ostatnich 3 lat wzrosły one 5-krotnie, a ich łączne finansowanie od 2010 roku wyniosło 3,4 mld dolarów.

InsurtTechy oferując szybszą i mniej skomplikowaną obsługę wychodzą naprzeciw oczekiwaniom klientów. Dzięki łatwiejszej personalizacji odpowiadają one na potrzeby ubezpieczających, wynikające m.in. z zasobności portfela, stylu życia czy charakteru pracy. Przyszłością branży są takie technologie, jak sztuczna inteligencja czy blockchain, których pozytywne efekty wdrożenia odczują klienci – Marcin Grabiec, ekspert w Ocenapolis.pl.

UBI, czyli rewolucja w świecie ubezpieczeń

UBI (usage-based insurance) określa część rynku spersonalizowanych ubezpieczeń komunikacyjnych. To nowy, choć bardzo dobrze rokujący model wśród insurtechów, bowiem ubezpieczenia komunikacyjne to jedne z najlepiej sprzedających się polis. Prym w zakresie telematyki wiodą Włosi, gdzie dzięki zastosowaniu tej technologii częstość szkód obniżyła się trzykrotnie. Obok nich znaczącymi graczami na globalnym rynku UBI jest Wielka Brytania i USA. Szacunkowo wartość rynku UBI ma wzrosnąć do 123 miliardów dolarów w 2022 roku, a liczba osób korzystających z rozwiązań telematycznych w 2016 roku na całym świecie wynosiła niemalże 33 miliony (według firmy Visiongain). IHS Automotive w swym raporcie przewiduje natomiast wzrost liczby konsumentów do 142 milionów (do 2023 roku).

Model ten polega na monitorowaniu stylu jazdy kierowców za pomocą urządzeń telematycznych. Z wykorzystaniem IoT (internetu rzeczy) i za pośrednictwem zainstalowanych w pojeździe, modułów lub urządzeń telematycznych, ubezpieczyciele mają szansę na uzyskanie cennych informacji o stylu jazdy ich klientów.

UBI to jednocześnie ukłon w stronę kierowców, którzy w ramach zastosowania telematyki w swym pojeździe mogą liczyć ze strony ubezpieczyciela na zniżki przy wznowieniu polisy (od 5 do 30 proc.),  ale też krok milowy dla ubezpieczycieli w kierunku poprawy jakości swych usług i personalizacji ofert.  Telematyka umożliwia bowiem lepsze poznanie klientów oraz dokładniejsze szacowanie szkód spowodowanych wypadkami. Oprócz oczywistych korzyści, takich jak przeprowadzanie dokładnych analiz jazdy oraz wypadków drogowych, telematyka pozwala na uzyskanie przewagi konkurencyjnej wśród ubezpieczycieli, którzy nie wdrażają nowoczesnych technologii oraz przyczynia się do zmniejszenia kosztów związanych z próbami wyłudzeń i oszustw[4].

Czy w Polsce technologie telematyczne mają szansę zaistnieć? Oczywiście, że tak, zwłaszcza, że ten segment rodzimego rynku technologii ubezpieczeniowych jest jeszcze niezagospodarowany. Na ten moment funkcjonują w Polsce dwa programy ubezpieczeniowe, choć częściowo oparte na UBI. Nad technologiami telematycznymi pracuje również Centrum Zastosowań Matematyki i Inżynierii Systemów (CZMIS). Ich projekt UBIK zakłada model wysokości składek dla kierowców według ich zachowań „za kółkiem”. Model „pay as you use brane” bierze pod uwagę takie czynniki jak styl jazdy kierowcy czy pokonywane dystanse oraz styl jazdy kierowcy.

–  W Polsce telematyka w ubezpieczeniach ma przyszłość. To już się dzieje – ok. 30 tys. polskich kierowców bierze udział w programie oferowanym przez jednego z dużych ubezpieczycieli. W przypadku dobrej i bezpiecznej jazdy mogą oni otrzymać premię finansową. To dowód na to, że telematyka umożliwiająca ocenę stylu prowadzenia pojazdu również sprawdzi się nad Wisłą pod warunkiem, że kierowcy widzą realną korzyść z jej stosowania. Insurtech to przede wszystkim technologie optymalizujące wycenę składek, a co za tym idzie – mają pozytywny wpływ na alokację finansową. W XXI wieku nie ma od tego ucieczki – komentuje Łukasz Piechowiak, redaktor naczelny Fintek.pl.

[1] https://fintek.pl/insurtech-historia-prawdziwa/

[2] https://www.obserwatorfinansowy.pl/tematyka/rynki-finansowe/rozwoj-insurtech-wciaz-zalezny-od-wspolpracy-z-tradycyjnymi-ubezpieczycielami/

[3] https://www.pwc.pl/pl/media/2016/2016-09-30-insurtech-pwc.html

[4] http://it-filolog.pl/ubi-ubezpieczenia-oparte-na-telematyce-iot-i-sieciach-5g/

Czy zarządca nieruchomościami stanie się asystentem?

Firmy zajmujące się zarządzaniem nieruchomościami stają się z każdym rokiem bardziej profesjonalne. Standardem jest już internetowa platforma zrzeszająca wszystkich mieszkańców, coraz szerszy staje się zakres oferowanych usług. Te pozytywne zmiany sprawiają, że coraz więcej wspólnot decyduje się nawiązać współpracę z firmą zarządzającą nieruchomościami.

Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.
Mariusz Łubiński, Prezes Zarządu Admus Sp. z o.o.

Stawimy na technologię

Nowoczesna firma zarządzająca nieruchomościami musi przede wszystkim odpowiadać na potrzeby klientów i je rozumieć. Cała branża, którą reprezentuje stara się sukcesywnie wprowadzać udogodnienia, które pozwolą zaoszczędzić czas, zarówno mieszkańcom jak i naszym pracownikom.

Już niemal standardem jest portal mieszkańca. To miejsce, w którym po zalogowaniu się każdy użytkownik może sprawdzić miesięczne opłaty za media czy czynsz. Coraz większa grupa naszych klientów preferuje taką formę komunikacji. Jest to rozwiązanie łatwe w użytkowaniu, intuicyjne, a co ważne daje możliwość sprawdzenia rozliczenia z każdego miejsca. Coraz rzadziej wrzucamy chociażby informacje o zebraniach do skrzynek czy przypinamy je na tablicy ogłoszeń. Większość mieszkańców jako formą kontaktu wybiera właśnie drogę mailową lub platformę mieszkańców.

Znacznej zmianie uległa również sama forma zebrań mieszkańców. Po pierwsze w większości wspólnot istnieje możliwość głosowania zdalnie. To ogromne ułatwienie, zwłaszcza dla osób, które wynajmują mieszkania czy zwyczajnie nie są w stanie dotrzeć na spotkane. Ciekawym, ale jeszcze nie wprowadzonym w wielu wspólnotach pomysłem jest transmitowanie zebrań on-line. To rozwiązanie, podobnie jak głosowanie za pomocą platformy jest skierowane do osób, które nie mogą wziąć udziału osobiście. Dzięki technologii możliwe jest też wzięcie udziału w dyskusji i wyrażenie swojej opinii na poruszane tematy.

Szeroki wachlarz usług

Coraz częściej zarządca zajmuje się integracją mieszkańców, organizując imprezy okolicznościowe, spotkania dla dzieci i rodziców. Bardzo popularne są osiedlowe kluby, w których spotykają się mamy z dziećmi czy też seniorzy. Tego rodzaju inicjatywy budują międzysąsiedzkie więzi i przyczyniają się do powstawania prawdziwej wspólnoty.

Usługą, która ma spory potencjał w perspektywie kilku kolejnych lat jest usługa consierga albo też asystenta. Jest to osoba, która podobnie jak w hotelach wspiera mieszkańców w zadaniach organizacyjnych. Może odebrać rzeczy z pralni, wyprowadzić psa czy nadać paczkę. Nie jest to standardowa usługa, którą świadczą firmy zarządzające nieruchomościami. To raczej wsparcie mieszkańców w codziennych obowiązkach.

Firmy zajmujące się zarządzaniem nieruchomościami swoje usługi powinny skierować w dużej mierze w stronę mieszkańców i zaspokajania ich potrzeba, zwłaszcza na osiedlach luksusowych, gdzie mieszkańcy wymagają dodatkowej atencji.  Typowe usługi zarządcy już nie przekonują wspólnot, które coraz częściej oczekują z jednej strony kompleksowej oferty, z drugiej oczekują czegoś, co nie mieści się w ramach standardowej oferty firmy zarządzającej nieruchomościami.

Szef to zawód – jak być dobrym i skutecznym szefem?

Wyobraź sobie sytuację, że oto zostajesz szefem z związku z zasługami na niższym stanowisku i masz (jak większość szefów) nadzieję, że zdobyte tam doświadczenie wystarczy w nowej roli. Zwłaszcza teraz w Polsce zdarzają się błyskawiczne kariery młodych ludzi, którzy są pełni zapału do pracy i traktują rolę szefa jako nową misję do spełnienia. Brak im jednak doświadczenia życiowego i wielu konkretnych umiejętności. Muszą się po prostu nauczyć nowego zawodu. Przecież nikt nie powierzy niedoświadczonemu i nie przygotowanemu robotnikowi wybudowania nawet prostego domu. A od nowych szefów firma wymaga znacznie bardziej skomplikowanej pracy, nie dając im najczęściej żadnego przygotowania.

Robert Zych
Robert Zych

Czy zastanawiałeś się, jakie jest kluczowe zadanie szefa i dlaczego nie każdy jest predysponowany do pracy na tym stanowisku?

Głównym zadaniem szefa jest motywowanie podwładnych do jak najlepszej pracy. Wielu niedoświadczonych szefów zaczyna wierzyć, że istnieje jeden właściwy sposób (styl kierowania) do wywiązania się z tego obowiązku. Najczęściej prowadzi to do zwiększania presji, kontroli i wymagań. Tak jak nie ma takich samych ludzi, nie ma też jednego sposobu motywowania. Szef musi być przede wszystkim elastyczny i powinien w dodatku umieć oddziaływać na swoich podwładnych na wiele różnych sposobów. W sytuacjach przekazywania decyzji i egzekwowania poleceń szef powinien umieć robić to stanowczo i dyrektywnie, ale bez naruszania godności podwładnych. W sytuacjach konfliktowych lub rozwiązywania problemów szef powinien umieć negocjować i mediować w umiejętny sposób, aby pogodzić interesy różnych osób.

Czy zastanawiałeś się, jaki czyhają na Ciebie pułapki w momencie gdy zostajesz szefem?

Pracownicy nieświadomie zastawiają różne pułapki na młodych szefów. Dają im na przykład do zrozumienia, że chcą przyjacielskich, kumplowskich kontaktów. Niekiedy poddają przełożonych ostrej i niesprawiedliwej krytyce. Często oczekują gotowych rozwiązań w najprostszych sprawach. Szefowie nie mogą ulegać tej presji, a przede wszystkim nie powinni reagować pochopnie i emocjonalnie.

Kluczową umiejętnością szefa w Polsce jest „wymuszanie” odpowiedzialnej postawy u swoich podwładnych. Wszystkie proponowane na naszym warsztacie sposoby i algorytmy działania będą służyły rozwijaniu tej umiejętności. Pamiętaj o metaforze z warsztatu. Zostając szefem, zakładasz na siebie wielki, pusty plecak. Twoi podwładni na pewno będą próbować zapełnić go, wrzucając tam swoje problemy i roszczenia. Jeżeli nie chcesz paść pod jego ciężarem, musisz się nauczyć   pomagać   podwładnym rozwiązywać problemy, a nie wyręczać ich w tym.

Samotność szefa – czy trzeba się na nią skazywać?

Bycie skutecznym szefem wiąże się z pewnym dystansem wobec podwładnych i z samotnością. Z naszych doświadczeń wynika, że najbardziej szanowani są ci przełożeni, którzy potrafią być dla pracowników sprawiedliwym nauczycielem. Oznacza to, że w trudnych momentach biorą całą odpowiedzialność za podjęte decyzje.

Co robią i jak zachowują się „sprawiedliwi nauczyciele”:

  • nie unikają podjęcia problemów i trudnych decyzji,
  • są wymagający – potrafią stawiać granice i egzekwować wykonanie poleceń,
  • doceniają osiągnięcia podwładnych – umieją chwalić i nagradzać,
  • reprezentują odważnie interesy zespołu wobec swoich przełożonych,
  • chronią podwładnych przed osłabiającymi informacjami płynącymi z góry, spełniając rolę bufora,
  • „odtruwają” podwładnych oraz troszczą się o ich rozwój i szkolenie.

Ktoś, kto decyduje się być szefem, musi pogodzić się z tym, że będzie samotny w najtrudniejszych chwilach. Warto jednak podjąć wyzwanie i spróbować zmierzyć się z nowymi obowiązkami i trudnymi zadaniami, które na Ciebie czekają. Bycie dobrym i wymagającym jednocześnie szefem to bardzo trudne zadanie. Jeżeli czujesz, że masz ku temu predyspozycje i dostałeś właśnie awans, podejmij wyzwanie. Po miesiącach trudnej pracy zobaczysz, że było warto.

Robert Zych – współwłaściciel firmy szkoleniowej Kontrakt OSH. Autor książek: „Lider sprzedaży”, „Gen Sprzedawcy”, „Szef w roli coacha” „Klient w centrum uwagi”,  „Szef w relacji z zespołem” oraz najnowszej – „Szefie, angażuj zespół” .

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej

Minister cyfryzacji Marek Zagórski otrzymał od polskiej branżę cyfrowej i nowoczesnych technologii reprezentowaną przez Związek Cyfrowa Polska statuetkę Cyfrowego Orła 2019. To specjalne wyróżnienie przyznawane przez branżę co roku dla najważniejszych osób w państwie, które przyczyniają się do rozwoju cyfryzacji gospodarki. – Mam nadzieję, że nagroda będzie dla pana ministra nie tylko symbolem tego, jak wiele udało się już zrobić, ale że da dodatkowy impuls do dalszych działań – powiedział prezes Związku Michał Kanownik.

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej (1)Nagrodę wręczono we wtorek, 21 maja podczas kongresu gospodarczego Impact’19 w Krakowie. Jak argumentował Michał Kanownik, nagroda dla ministra cyfryzacji to efekt jego działań na rzecz cyfryzacji państwa. – Projekty związane z popularyzacją e-administracji, dostępem do szerokopasmowego internetu, wdrażaniem sieci 5G czy podnoszeniem świadomości zarówno wśród urzędników, przedsiębiorców, jak i konsumentów dot. cyberzagrożeń i tego, jak podnosić poziom cyberbezpieczeństwa w codziennym życiu są z punktu widzenia budowania nowoczesnego państwa priorytetowe. I resort cyfryzacji na czele z ministrem Markiem Zagórskim nie tylko realizuje te wszystkie zadania, ale inicjuje wiele innych, innowacyjnych pomysłów, które mają na celu podniesienie konkurencyjności naszego kraju na globalnym rynku cyfrowym – podkreślił prezes Cyfrowej Polski.

Minister cyfryzacji z nagrodą od polskiej branży cyfrowej (2)– Cieszę się, że wkład  i praca ministerstwa cyfryzacji została dostrzeżona i doceniona. To duże wyróżnienie, dla wszystkich tych, którzy na co dzień zajmują się cyfryzacją. Wspólnie przybliżamy administrację obywatelom – powiedział z kolei minister Marek Zagórski odbierając nagrodę.

Statuetka Cyfrowego Orła przyznawana jest co roku przez polską branżę cyfrową osobom i organizacjom działającym na rzecz rozwoju cyfrowej gospodarki. W tym roku nagrodę przyznano już po raz trzeci. W ubiegłym roku otrzymała ją minister przedsiębiorczości i technologii Jadwiga Emilewicz, zaś w 2017 r. statuetkę odebrał Mateusz Morawiecki, ówczesny wicepremier i minister finansów oraz rozwoju.

Konsumenci, marki i nowa komunikacja – nowy raport na rynku

Dla 80% konsumentów znaczący wpływ na decyzję o zakupie mają treści na temat danej marki znalezione w internecie – to wynik raportu „Konsumenci, marki i nowa komunikacja”, który pod honorowym patronatem IAB Polska przygotowała agencja moderacji ASAP CARE 24.

Interakcje z klientami stają się coraz bardziej skoncentrowane na kanałach cyfrowych. Ta zmiana staje się coraz głębsza wraz z rozwojem technologii, przenoszeniem coraz większej liczby usług z offline do online, a także – co najważniejsze – ze zmianą, jaka zaszła w samych konsumentach. Opublikowany właśnie raport „Konsumenci, marki i nowa komunikacja” prezentuje najnowsze wyniki dotyczące preferencji klientów w kontakcie z firmami, a także naświetla najważniejsze trendy i wyzwania stojące przed markami.

Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24
Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24

„Na przestrzeni najbliższych kilku lat kluczową grupą na rynku konsumpcyjnym stanie się Generacja Z, czyli pokolenie osób urodzonych po 1995 roku. To konsumenci, którzy spodziewają się obsługi tu i teraz, spersonalizowanej pod kątem ich preferencji i wcześniejszego doświadczenia” – wyjaśnia Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24. – „Przygotowując raport, postawiliśmy sobie za cel uchwycenie aktualnych oczekiwań konsumentów względem różnych kanałów i narzędzi służących konsumentom do komunikacji z markami. Na ile kanały cyfrowe, w tym głównie social media, kanibalizują inne formy kontaktu i obsługi klienta? Jakiej komunikacji od marek oczekują konsumenci?”

Jak pokazują wyniki raportu, 26% badanych śledzi na bieżąco marki w internecie. Co trzeci robi to sporadycznie, prawie tyle samo szuka treści na temat marki tylko w przypadku zamiaru zakupu produktu lub usługi. Znalezione opinie według deklaracji badanych mają znaczący wpływ na decyzje o zakupie produktu lub usługi danej marki (80% badanych zaznaczyło tę odpowiedź), a także na indywidualną opinię o marce (76%).

Wyniki badania pokazują także, jaki kontakt z marką jest dla konsumentów satysfakcjonujący. Decydującym czynnikiem oceny okazał się być czas reakcji. Ponad połowa badanych (53%) oczekuje od marki szybkiej odpowiedzi. Przy czym, aby uznać reakcję marki za szybką powinna ona nastąpić przynajmniej w ciągu godziny. Jednak są też i tacy konsumenci, którzy oczekują jeszcze szybszej odpowiedzi – 13% jest w stanie czekać na reakcję marki przez 15 minut, zaś 6% wymaga odpowiedzi niemal w czasie rzeczywistym, tj. w ciągu kilku minut.

„Te wyniki dla nas, agencji wyspecjalizowanej w moderacji i komunikacji w kanałach cyfrowych, nie są dużym zaskoczeniem” – przyznaje Daniel Grzesiuk z ASAP CARE 24. – „Zdajemy sobie jednak sprawę, że wiele firm i marek aktywnych w digital’u nie jest jeszcze przygotowanych do takiej obsługi klienta. W ciągu najbliższych kilku lat głównymi konsumentami stanie się wymagająca i wyspecjalizowano cyfrowo Generacja Z. To sygnał, aby inwestować w rozwiązania, które przenoszą obsługę klienta do internetu i czynią ją jakościową i szybką”.

To wybrane wnioski. W raporcie uwzględniono szereg zagadnień dotyczących komunikacji z markami z perspektywy konsumentów, poczynając od sprawdzenia, w jaki sposób konsumenci kontaktują się z markami, jakie formy kontaktu wykorzystują najczęściej i dlaczego, po określenie oczekiwań względem komunikacji oraz wpływ opinii, treści czy też kryzysów wizerunkowych na decyzje zakupowe oraz postrzeganie marek. Ogólnopolskie badanie opinii na zlecenie ASAP CARE 24 przeprowadził instytut badawczy SW Research. Honorowy patronat nad projektem objął Związek Pracodawców Branży Internetowej IAB Polska.

Raport jest dostępny na stronie: https://asapcare24.com/raport-nowa-komunikacja/

ASAP CARE 24

Inwestycje w nieruchomości w I kw. 2019 r.

Finansowy portret MŚP w II kwartale 2019 r.

Ponad połowa mikro, małych i średnich firm w Polsce swoje inwestycje finansuje leasingiem (55,2 proc.) – wynika z Barometru EFL na II kwartał br. Powtarza się tendencja z poprzednich pomiarów, że im więcej pracowników firma zatrudnia, tym częściej korzysta z tego instrumentu. Leasing wybiera co trzecia mikro firma, 2 na 3 firmy małe i aż 8 na 10 firm średnich. W drugiej kolejności, biorąc pod uwagę zewnętrzne źródła finansowania, przedsiębiorcy sięgają po kredyt bankowy (49 proc.), a podium domyka ubezpieczenie majątku firmy (48,7 proc.).

Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL
Radosław Kuczyński Prezes Zarządu EFL

– Każda branża ma swoje ulubione lub najbardziej odpowiednie do jej specyfiki narzędzia finansowania inwestycji. W przypadku aż czterech branż takich jak transport, produkcja, handel i budownictwo, numerem jeden, jeśli weźmiemy pod uwagę zewnętrzne instrumenty, jest leasing. Przedsiębiorcy tak chętnie sięgają po ten instrument z kilku powodów. Mogą dokonać inwestycji bez angażowania często dużej gotówki, tę mogą przeznaczyć na inne cele – na przykład związane z rozwojem swoich pracowników, a kupione za nią środki trwałe zwiększają wartość firmy i jej konkurencyjność – podkreśla Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Podium bez zmian

Od początku realizacji pomiarów „Barometr EFL”, czyli od stycznia 2015 roku, zarządzający mikro, małym i średnim biznesem najczęściej finansują swoją działalność środkami własnymi. Podobnie sytuacja wygląda w II kwartale br. – ponad 92 proc. przedsiębiorców zadeklarowało, że sięga do swoich portfeli w celu sfinansowania zaplanowanej inwestycji.

Od kilku kwartałów również lider wśród zewnętrznych instrumentów finansowych pozostaje ten sam. Pierwszym wyborem jest leasing, z którego korzysta ponad 55 proc. MŚP. Na drugim miejscu tym razem uplasował się kredyt bankowy (49 proc. wskazań), a miejsce tuż za nim zajęło ubezpieczenie majątku firmy – sięga po nie niecałe 49 proc. przedsiębiorców.

MŚP transportują i produkują w leasingu

Biorąc pod uwagę branże, leasing jest najpopularniejszy w firmach transportowych (74 proc.). W ten sposób przedsiębiorcy najczęściej finansują swoją flotę pojazdów. Z tego instrumentu chętnie korzystają również firmy produkcyjne – 66 proc. z nich finansuje w ten sposób swoją działalność. Trzecią branżą, która jest za pan brat z leasingiem, jest budownictwo (57,5 proc. wskazań), a tuż za nią uplasował się handel (55,8 proc.).

Najczęściej leasingują najwięksi

II kwartał nie przyniósł także zmian, jeśli chodzi o popularność leaisngu biorąc pod uwagę wielkość podmiotu. Po raz kolejny widać tendencję, zgodnie z którą, im większa firma, tym częściej korzysta z leasingu. Podczas gdy wśród mikro firm blisko 32 proc. zarządzających bazuje na tym produkcie, wśród małych ten odsetek jest dwa razy wyższy i wynosi 62 proc., a wśród średnich podmiotów ponad 79 proc.

Podobną tendecję widać w przypadku kredytu bankowego i ubezpieczenia majątku. Z pierwszego korzysta 66 proc. średnich podmiotów, 58 proc. małych i 26 proc. mikro organizacji. Po ubezpieczenie sięga natomiast 59 proc. średnich firm, 55 proc. małych i 34 proc. mikro.

***

Barometr EFL jest syntetycznym wskaźnikiem informującym o skłonności firm z sektora MŚP do wzrostu (tj. rozwoju rozumianego, jako stawianie sobie przez przedsiębiorstwa celów związanych ze wzrostem sprzedaży i produkcji, ekspansją na nowe rynki i maksymalizacją zysków, co jest związane z inwestycjami w środki trwałe). Prognozowana na dany kwartał kondycja finansowa firm MŚP daje punkt odniesienia do wnioskowania o zakładanym kierunku zmian, które sprzyjają wzrostowi lub działają hamująco na rozwój firm. Badanie przygotowywane jest przez Ecorys na zlecenie Europejskiego Funduszu Leasingowego SA., a jego wyniki są publikowane co kwartał. Jego uczestnicy to mikro, małe i średnie firmy terenu całej Polski. W badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 mikro, małych i średnich firm. Aktualna edycja badania odbyła się w dniach 28 marca – 5 kwietnia 2019 r.

Polski przedsiębiorca bez prawa do błędu … chyba, że firmę prowadzi zagranicą

Czy początkujący przedsiębiorca w Polsce ma prawo się pomylić? Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii twierdzi, że tak, ale jest w tym zakresie raczej odosobnione.

Resort przedsiębiorczości i technologii pod wodzą Jadwigi Emilewicz przedstawił właśnie projekt zmiany w przepisach, który zezwoliłby początkującym mikro- , małym i średnim przedsiębiorcom na popełnienie błędu.

W Polsce firma tylko dla prymusów?

Chodzi o to, by właściciel firmy, który stawia dopiero pierwsze kroki w trudnym świecie biznesu, miał możliwość skorygowania swoich błędów bez automatycznego ponoszenia za nie konsekwencji. Rzecz jasna błąd musiałby być nieumyślny i musiałby zostać skorygowany niezwłocznie po jego wykryciu.

Na propozycję MPiT nie zgadza się jednak Ministerstwo Finansów. Nieco pokrętna wydaje się argumentacja ministerstwa w tym zakresie, które twierdzi, iż „prawo do błędu” zachęciłoby przedsiębiorców do nierzetelnego wykonywania przez nich obowiązków podatkowych. Resort Teresy Czerwińskiej nie ma wątpliwości, że każdy przedsiębiorca, niezależnie od tego, czy stawia on dopiero pierwsze kroki w biznesie, czy też egzystuje on na polskim rynku od wielu lat, jest zobowiązany do bezwzględnego przestrzegania przepisów. Ministerstwo Finansów stoi też na stanowisku, że dyspensa udzielona początkującym przedsiębiorcom może „naruszać zasadę równości i powszechności opodatkowania”. 

Brytyjskie prawo do błędu to oczywistość

Podczas gdy w Polsce rząd zaczyna się dopiero zastanawiać nad poluzowaniem twardych przepisów odnośnie przedsiębiorców, w Wielkiej Brytanii “prawo do błędu” de facto ma każdy przedsiębiorca – bez względu na jego wielkość czy długość funkcjonowania na rynku. Choć warto zauważyć, że szczególnie łaskawie brytyjski odpowiednik polskiej skarbówki patrzy na mniejsze firmy. Zarówno w przypadku osób fizycznych prowadzących działalność (self – employed), jak i spółek zbliżonych do polskich spółek z o.o. (limited company, LTD) co do zasady w przypadku błędnie wypełnionego zeznania podatkowego PIT lub CIT i samodzielnego wykrycia błędu, podatnik ma 12 miesięcy na ewentualne skorygowanie zeznania tą samą drogą, jaką składał deklarację. Dopiero po tym okresie potrzeba skorygowania zeznania wiąże się z koniecznością złożenia dodatkowego wyjaśnienia. W przypadku, gdy chodzi o nadpłatę podatku dochodowego, korygowanie zeznań i wnioskowanie o zwrot nadpłaty, możliwe jest nawet do czterech lat wstecz.

W przypadku pomyłek w zeznaniach VAT, korekty składa się w kolejnych okresach rozliczeniowych dla podatku VAT (zwyczaj jest to kwartał). Gdy błędy nastąpiły w okresie czterech ostatnich lat i nie przekraczają 10.000 funtów netto, nie ma konieczności składania wyjaśnień. W tym przypadku nie stosuje się także kar. 

Różne podejście do karania w sprawach podatkowych

HMRC nie ma w zwyczaju karać, gdy podatnik sam koryguje swoje błędy. Oczywiście – podobnie jak w Polsce – Wielka Brytania wymierza także kary finansowe. W Polsce kwalifikację czynu określa kwota uszczuplenia podatku, a tym samym straty, jaką poniósł Skarb Państwa. Rozróżnia się wykroczenie i przestępstwo (w 2019 roku granicę tę określa kwota 11.250 zł tj. pięciokrotności najniższego wynagrodzenia za pracę – 5 x 2.250 zł), a ustawodawca określił także minimalną oraz maksymalną wysokość kary grzywny oraz przewidział możliwość karania więzieniem.  W Wielkiej Brytanii zakwalifikowanie czynu nie opiera się o konkretną kwotę uszczuplenia podatku, ale o ocenę stopnia celowości lub uporczywości działania, w wyniku którego nastąpiło uszczuplenie (np. niedbałość, celowe działanie, ignorowanie powinności). Stwierdzenie niedopłaty podatku przez HMRC nie musi skutkować grzywną, nawet gdy to urząd wykrył nieprawidłowość. Kary grzywny naliczane są w przedziałach procentowych w zależności jak celowe było działanie podatnika w ocenie urzędu. Może to być np. dodatkowe 30% od brakującej kwoty należnego podatku. W praktyce, w przypadku odwołania się od kary lub jej wysokości, urząd często przychyla się prośbie. Gdy kwota należności jest duża to dopłata zaległego podatku wraz z odsetkami czy ewentualną grzywną może być rozłożona na raty.

Najczęściej stosowane przez HRMC kary to jednak to raczej niewielkie kwoty, przykładowo około 100 funtów, za przekroczenia terminu składania zeznania. Należy bowiem pamiętać, iż spółki LTD w Wielkiej Brytanii mają indywidualnie określany rok podatkowy, zależny od momentu jest powstania. Możliwe jest także przesuwania rozliczenia w czasie o kilka miesięcy, zatem karę można uznawać raczej za upomnienie niefrasobliwego dyrektora spółki.

Polska na dobrej drodze, ale droga jest daleka

Nie sposób nie dostrzec, że w Polsce Jadwiga Emilewicz przeciera nowe szlaki na linii rząd – biznes i że chce nakłonić swoich kolegów z ław rządowych do wprowadzania dalszych ułatwień dla przedsiębiorców. Nie można wykluczyć, że swoją pracę nad ułatwieniami dla biznesmenów nad Wisłą minister przedsiębiorczości i technologii wzoruje na doświadczeniach brytyjskich. Brytyjski rząd jednak nie tylko zadbał o otoczenie przedsiębiorców na Wyspach szczególną opieką, ale też dał im możliwość skorzystania z darmowego, profesjonalnego doradztwa. Jak pokazuje praktyka, brytyjscy przedsiębiorcy najczęściej popełniają błędy w związku ze złą kwalifikacją kosztów. Bazując na przykładach, którymi chwalą się w sieci anonimowo brytyjscy księgowi, firma budowlana będzie mieć trudność w uzasadnieniu wizyty w SPA, a domek dla lalek raczej nie jest niezbędnym kosztem dyrektora spółki z branży ubezpieczeniowej. Nie będzie jednak podlegało negatywnej ocenie zakwalifikowanie zwrotu kosztów pracownika, jakie poniósł w związku z wyjazdem służbowym. Problemy w ocenie kwalifikowalności kosztów, całkiem zbliżone do tych, które mają czasem firmy w Polsce, zdopingowały brytyjski urząd skarbowy do szerokich działań edukacyjnych. Rządowe programy pomocy przedsiębiorcom obejmują różnego rodzaju szkolenia, szkolenia online i nieodpłatne doradztwo, dzięki którym właściciele firm, zwłaszcza ci stawiający na tym polu pierwsze kroki, mogą uczyć się unikania pomyłek.

W Wielkiej Brytanii urzędnicy są nastawieni przyjaźnie, a przepisy są proste oraz powtarza się często, że mylenie się jest rzeczą ludzką. Brytyjczycy zdecydowanie przodują w zastosowaniu prostego języka w administracji, upraszczaniu przepisów, a każdy błąd przedsiębiorcy jest traktowany jako nieumyślny dopóki nie będzie powtarzany. Nawet, gdy przedsiębiorcy naliczona jest kara to dobrze umotywowane odwołanie często okazuje się skuteczne. Urzędy chętnie także obniżają wysokość kar, aby nie zniechęcać przedsiębiorców do dalszego prowadzenia firmy. Nie dziwi więc fakt, że powracające pogłoski o “teście przedsiębiorcy” czy brak prawa do błędu zachęcają Polaków do otwierania firm w Londynie czy Edynburgu.

Agnieszka Moryc, Dyrektor Zarządzająca Admiral.Tax

Łatwo przyszło, łatwo poszło

Nie zostało nic po wczorajszym rajdzie dolara australijskiego po tym, jak RBA przypomniał o swoim gołębim nastawieniu i niemal przesądził o obniżce stopy procentowej za dwa tygodnie. Poza tym rynek z pewną ulgą przyjmuje wyciszenie wokół sporu handlowego USA-Chiny.

Wczoraj ostrzegałem, że przypomnienie o problemach, jakie stoją przez polityką monetarną w Australii, może zgasić euforię na AUD, która narosła w reakcji na wynik wyborów parlamentarnych. Dzisiejszy przekaz z RBA jest bardziej jednoznaczny niż można było oczekiwać. Pierwszym ciosem był protokół z majowego posiedzenia RBA, w którym napisano, że członkowie banku dyskutowali nad scenariuszem, w którym inflacja pozostaje w miejscu, a bezrobocie wraca do wzrostów i w takich warunkach obniżka będzie stosowna. O braku presji inflacyjnej wiemy już od jakiegoś czasu, a w zeszłym tygodniu pojawił się pierwszy sygnał, że stopa bezrobocia zaczyna wzrastać (z 5 proc. do 5,2 proc.). RBA nie może już zasłaniać się odpornością rynku pracy i raczej nie ma co liczyć na transmisję wzrostu płac na ceny. Co więcej, swoje prognozy wzrostu PKB o 2,75 proc. w tym roku i utrzymanie stopy bezrobocia przy 5 proc. opiera o ścieżkę stóp procentowych zakładaną przez rynek. A rynek dyskontuje obniżenie stopy kasowej z 1,5 proc. do 1 proc. W tych warunkach uzasadnionym było stwierdzenie prezesa Lowe’a, że „na czerwcowym posiedzeniu Rada rozważy obniżkę stopy procentowej”. Był to drugi cios dla AUD, który niejako przesądza ruch na stopach za dwa tygodnie. Spadek AUD nie jest duży i tylko wymazuje wczorajszy wyskok, ponieważ już wcześniej rynek dawał więcej niż 50 proc. szans na obniżkę w czerwcu. To jednak nie zmienia faktu, że jest to tylko częściowy powód słabości AUD. Eskalacja sporu handlowego USA-Chiny i płynące z tego zagrożenia dla globalnego ożywienia budują klimat, w którym ryzykowny i powiązany z surowcami przemysłowymi AUD ma więcej powodów do obaw. I więcej ma ich też RBA, by nie wykluczać dalszych obniżek do końca roku.

Przy chwilowym wyciszeniu tematu wojen handlowych górę biorą tematy lokalne. USD pozostaje silny, gdyż niezdecydowanie o kierunek dla rynków finansowych preferuje bezpieczne i płynne środowiska. Powrót przyjaznego sentymentu wobec dolara jest głównym paliwem spadków EUR/USD, ale też euro nie jest atrakcyjnym wyborem do kupna w obliczu obaw o globalne ożywienie. Z perspektywą niepewnego wyniku odczytów PMI w czwartek możemy obserwować konsolidację na niskich poziomach, ale bez rozczarowujących figur dalej wątpię w potencjał deprecjacyjny unijnej waluty. Są waluty, które cieszą się mniejszą miłością inwestorów, jak wspomniany wcześniej AUD, sąsiadujący NZD czy obarczony brexitem GBP. W oparach niepewności jest zdecydowanie wygodniej trzymać się bezpiecznych walut defensywnych (CHF, JPY) niż podejmować ryzyko. Szczególnie, gdy jedna wiadomość (lub tweet) może odmienić obraz rynku (i prędzej w negatywną stronę).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Akademik LivinnX Kraków od kulis

Studenci zainteresowani zakwaterowaniem w LivinnX Kraków już teraz mogą sprawdzić, jak będą prezentowały się przestrzenie mieszkalne w akademiku. Na terenie obiektu, który realizowany jest w stolicy Małopolski przez Golub GetHouse i CA Ventures International, zaaranżowano pokazowe jednostki mieszkalne – w pełni odzwierciedlające finalny design pomieszczeń LivinnX Kraków. Wraz z rozpoczęciem roku akademickiego 2019/2020, w obiekcie będzie mogło zamieszkać aż 710 studentów, a rezerwacja miejsc właśnie się rozpoczęła.

LivinnX Kraków powstaje w ramach odrestaurowania budynku po dawnych zakładach Telpod przy ul. Romanowicza 4 w Krakowie. Akademik zaoferuje studentom 290 jednostek mieszkalnych o bardzo dobrym standardzie. Dzięki zaaranżowaniu na terenie obiektu pięciu pokazowych jednostek, każdy student zainteresowany wynajmem przestrzeni w LivinnX Kraków, ma możliwość osobiście przekonać się, jak finalnie będą prezentowały się pomieszczenia mieszkalne w akademiku.

Każda z jednostek – w pełni umeblowana – będzie posiadała strefę dzienną, połączoną z aneksem kuchennym, przestrzeń sypialnianą oraz łazienkę. Meble do części mieszkalnej (sofy, łóżka, meble kuchenne i dodatki) dostarczy IKEA, a sprzęt RTV/AGD (TV, lodówki, płyty indukcyjne i mikrofalówki) – Samsung. W zakresie aranżacji wnętrz, inwestorzy współpracują również z firmą Balma – odpowiedzialną za wyposażenie części wspólnych LivinnX Kraków oraz z marką Technogym, której wysokiej klasy sprzęt sportowy znajdzie się na siłowni.

– LivinnX Kraków to nowoczesność w każdym calu – począwszy od projektu architektonicznego i designu, po multifunkcjonalność i udogodnienia. Jest  to nasza pierwsza inwestycja z sektora prywatnych akademików, ale już teraz jestem przekonany o jej sukcesie. Poprzez współpracę z doświadczonym w tym zakresie amerykańskim partnerem CA Ventures, dostarczymy na rodzimy rynek absolutnie nowatorskie rozwiązania – takie, których w Polsce dzisiaj brakuje, a za granicą sprawdziły się doskonale. Postawiliśmy na różnorodność, wysoką jakość i dbałość o każdy detal. Głęboko wierzymy, że oferta akademika znajdzie uznanie zarówno wśród studentów, jak i ich rodziców – powiedział Cezary Jarząbek, Założyciel i Prezes Zarządu Golub GetHouse.

W  dniu otwarcia jednostek pokazowych, uruchomiono również system rezerwacji miejsc
w akademiku. Studenci mają możliwość wyboru rodzaju jednostki, w której zamieszkają. Do ich dyspozycji są przestrzenie 1-, 2-, 3- i 4-osobowe. W ofercie akademika znajdują się również pomieszczenia dedykowane osobom niepełnosprawnym.

Po sukcesach, jakie osiągnęliśmy w Stanach Zjednoczonych i Ameryce Łacińskiej, realizujemy obecnie nasz pierwszy projekt w Europie. Jesteśmy przekonani, że społeczność uniwersytecka w Polsce z zadowoleniem przyjmie nasz akademik, który został zaprojektowany specjalnie dla niej, uwzględniając potrzeby i oczekiwania polskich studentów. Cieszymy się, że możemy zadebiutować w Polsce i zaproponować nasze usługi na tym jakże ważnym rynku – skomentował Tony DiBiase, Principal, CA Ventures International.

Poza jednostkami mieszkalnymi, zlokalizowanymi na sześciu kondygnacjach budynku,
w akademiku LivinnX Kraków znajdzie się także 2000 m kw. udogodnień. Do dyspozycji mieszkańców będą m. in. specjalnie zaaranżowane strefy nauki i rozrywki, duża wspólna kuchnia, całodobowa siłownia, sauna, pokój do jogi, ścianka wspinaczkowa, pracownia artystyczna, a nawet taras z jacuzzi zlokalizowany na dachu budynku. Nie zabraknie także pralni i rowerowni. Na terenie obiektu znajdą się również ogólnodostępne przestrzenie, takie jak sklep, drogeria, restauracja i kawiarnia. Na wzór międzynarodowych kampusów, akademik będzie nadzorowany całodobową telewizją CCTV. 24 godziny na dobę będzie czynna również recepcja i biuro ochrony.

Dzięki dogodnej lokalizacji, akademik będzie dobrze skomunikowany z najważniejszymi szkołami wyższymi na terenie Krakowa. Sąsiedztwo Starego Miasta oraz dzielnicy Kazimierz zapewni z kolei dostęp do infrastruktury kulturalno-usługowej, takiej jak: muzea, galerie sztuki, kluby, restauracje oraz Bulwary Wiślane.

W akademiku znajdzie się 290 jednostek mieszkalnych przeznaczonych dla 710 studentów. Ceny za miesięczne zakwaterowanie w LivinnX Kraków rozpoczynają się od poziomu 1350 zł za osobę. Umowa określająca długość pobytu w akademiku, w zależności od indywidualnych preferencji, może zostać zawarta na okres 5 lub 12 miesięcy.

Za projekt przebudowy budynku Telpod odpowiada renomowana krakowska pracownia architektoniczna IMB Asymetria, a generalnym wykonawcą inwestycji jest UNIBEP S.A. Zakończenie prac budowlanych zaplanowano na lato 2019 r. Pierwsi studenci zamieszkają w LivinnX Kraków wraz z rozpoczęciem roku akademickiego 2019/2020.

Polacy mają już dość pizzy i pierogów z mikrofalówki. Czas na sushi

Porównując wyniki z I kwartału ub. i tego roku, widać, że sieci handlowe zwiększyły zakres promocji sushi w gazetkach o 181%. W sklepach convenience, które w ogóle nie promowały tego asortymentu, nastąpił wzrost aż o 800%. W supermarketach był on na poziomie 275%. A w hipermarketach i dyskontach nie przekroczył 200%. Co ciekawe, w obu badanych okresach japońska potrawa pojawiała się na pierwszych stronach publikacji tylko w hipermarketach. I w br. nastąpił spadek o 50%. Tam też zanotowano największy przyrost promocji. Tak wynika z raportu przygotowanego przez analityków z firmy Hiper-Com Poland.

– Japońska potrawa już dawno przestała być ekskluzywna. Z roku na rok staje się coraz bardziej popularna w naszym kraju. Sieci handlowe dostrzegły potencjał w tym, że Polacy bardzo ją polubili. Dlatego nie dziwi mnie, że średnio przybyło promocji o prawie 200% – mówi Bartłomiej Domański, Data Analyst Manager z Hiper-Com Poland.

Według Macieja Tygielskiego, szefa sprzedaży w Grupie AdRetail, popyt na sushi będzie wciąż rósł. Ta potrawa doskonale wpisuje się w trend spożywania gotowych dań, który jest coraz bardziej widoczny, zwłaszcza w dużych miastach. Z kolei Elżbieta Szarejko, analityk z Centrum Monitorowania Rynku (CMR), zauważa, że Polacy szukają odmiany dla pizzy i pierogów z mikrofalówki. Chcą czuć, że jadają egzotyczne i wyszukane posiłki.

– Oryginalny fast food idealnie pasuje do oferty sklepów convenience, gdzie przychodzą najbardziej zapracowani klienci na szybkie zakupy. Sieci w końcu to dostrzegły i dlatego zwiększyły zerową liczbę promocji aż o 800%. Trzeba podkreślić, w I kwartale 2018 roku w tym formacie w ogóle nie było widać gotowego sushi w gazetkach – informuje Maciej Tygielski.

Powszechnie wiadomo, że taka potrawa jest najlepsza tuż po przyrządzeniu. Zdaniem Bartłomieja Domańskiego, chęć sięgania po nią do sklepowej lodówki wciąż dynamicznie rośnie, ale jeszcze wiele osób boi się tego próbować. Na promocję i sprzedaż gotowego sushi wcześniej mogły sobie pozwolić, niejako eksperymentalnie, większe formaty handlowe. Gdy okazało się, że na rynku jest dla niego miejsce obok innych dań sprzedawanych w sklepach convenience, sieci te zmieniły strategię.

– Nieduże sklepy, które do niedawna raczej nie kojarzyły się z takim asortymentem, mają coraz ciekawszą i bardziej zróżnicowaną ofertę dań gotowych. Większa dostępność i wzrost zainteresowania tego typu produktami to dobry powód do tego, by częściej informować o nich klientów. Trzeba też pamiętać o tym, że w kategoriach niszowych, jakim bez wątpienia jest sushi, nawet niewielkie podniesie promocji czy sprzedaży przekłada się na duże wzrosty procentowe – komentuje Elżbieta Szarejko.

Wyniki innych formatów nie zaskakują Macieja Ptaszyńskiego, dyrektora generalnego z Polskiej Izby Handlu. Supermarkety zwiększyły aktywność aż o 275%, bo coraz ostrzej walczą z pozostałymi kanałami o uwagę klientów. W hipermarketach przybyło promocji o 176%, gdyż szukają one nowych pomysłów na przyciągnięcie klientów. Polacy są zmęczeni wielkopowierzchniowymi placówkami. Dlatego ciekawym rozwiązaniem jednej z sieci jest przyrządzanie sushi na oczach konsumentów w sklepie.

– W ciągu roku dyskonty podniosły zakres promocji sushi o 150%. Wykazały na tym polu najmniejszą aktywność, ponieważ tego typu produkt nie do końca pasuje do ich oferty. Ale danie stało się modne, więc trzeba je również promować. To też pokazuje, jak mocno ten format walczy z innymi na każdym możliwym polu – zwraca uwagę Maciej Tygielski.

W badanych okresach tylko hipermarkety prezentowały sushi na pierwszych stronach gazetek. Ale w br. nastąpił spadek aż o 50%. Bartłomiej Domański wyjaśnia, że ten format oferuje najszerszą gamę produktów. Dlatego jako jedyny odważył się promować to danie na okładkach publikacji. Sieci zrezygnowały jednak z agresywnej promocji, bo jest to art. niszowy. Nie spowoduje, że klienci wyłącznie z jego powodu odwiedzą sklep. Wiedzą już o dostępności tej potrawy w hipermarketach i to wystarczy.

– Biorąc pod uwagę wszystkie pozostałe strony gazetek, największy przyrost promocji zanotowano w hipermarketach – 27,78%. Może to być efektem przeniesienia części tego typu ofert z okładek na dalsze miejsca w publikacjach. Potem w rankingu uplasowały się dyskonty – 13,89%, supermarkety – 3,40% i convenience – 2,47%. Wygląda na to, że ten ostatni format dopiero bada rynek sushi i zapewne jeszcze wzmocni swój udział – podsumowuje ekspert z Grupy AdRetail.

Analiza objęła dania gotowe chłodzone sushi promowane w gazetkach hipermarketów, dyskontów, supermarketów i sieci convenience. Porównano dane z I kwartału 2018 oraz tego samego okresu w 2019 roku.

Początek tygodnia przynosi względną stabilizację rynku

Poniedziałek był dniem dosyć leniwym, nie poznaliśmy zbyt wielu istotnych informacji z globalnych gospodarek, a zmiany tak na głównych parach, jak i na parach ze złotych były dość ograniczone. Wśród głównych walut nadal wyróżnia się funt brytyjski, który jeszcze pogłębił wyprzedaż z ostatnich dwóch tygodni, cierpiąc z powodu presji związanej z Brexitem.

W kontekście ostatnich informacji z Polski warto wspomnieć, że dzisiejsze dane z rynku pracy w kwietniu były całkiem dobre: na plus zaskoczyła dynamika płac, nieco rozczarowało z kolei zatrudnienie. Odczyty wspierają założenie o silnym wzroście gospodarczym i docelowo wyższej inflacji, jednak ich znaczenie dla rynku walutowego w krótkim terminie było bardzo niewielkie: złoty nadal reaguje przede wszystkim na zmiany sentymentu względem ryzyka i ruchy na parze EUR/USD.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. W relacji do dolara amerykańskiego euro zakończyło dzień w okolicy poziomu, na którym go rozpoczęło. Brak istotnych informacji z obu stron Atlantyku sprawił, że zmienność tak na EUR/USD jak i na EUR/PLN była niska.

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 4,89-4,92. Funt rozpoczął tydzień kontynuacją wyprzedaży również w relacji do głównych walut. Walucie cały czas ciążą obawy związane z Brexitem, a konkretniej rosnące prawdopodobieństwo tego, że po odejściu premier May zastąpi kandydat, który jest zwolennikiem “Brexitu za wszelką cenę”. Niepokój wzmaga to, że liderem sondaży jest Boris Johnson, który był jedną z kluczowych postaci kampanii “Leave”. 

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 3,85-3,86. Wczorajszy dzień nie przyniósł zbyt wielu informacji z USA. Tematem przewodnim pozostaje polityka, jednak ani w przypadku konfliktu handlowego z Chinami, ani w kontekście ostatniego napięcia na linii z Iranem, póki co brak jest istotnych rozstrzygnięć.

Podczas dzisiejszego przemówienia Jerome Powell zwrócił uwagę na kwestię zadłużenia firm, które osiągnęło rekordowy poziom, jednak zgodnie ze słowami prezesa Fed obecnie nie jest większym zagrożeniem dla stabilności systemu. Powell wypowiedział się również w temacie inflacji, stwierdzając, że dynamika cen w USA istotnie różni się od tej z ostatnich dekad, co związane jest m.in. z globalizacją i zmianami technologicznymi. Komentarze Powella odnosiły się do kwestii gospodarczych, jednak brak istotniejszych sugestii dotyczących polityki monetarnej sprawił, że ich wpływ na rynek w bezpośrednim następstwie wypowiedzi był ograniczony. Dziś w końcówce dnia czekają nas jeszcze dwa przemówienia członków FOMC. Na istotniejsze informacje z USA przyjdzie nam jednak poczekać do środy, wtedy bowiem poznamy “minutki” z ostatniego spotkania FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 16:00 – wstępny odczyt danych o zaufaniu konsumentów w strefie euro w maju
  • 16:45 – przemawia Charles Evans z FOMC
  • 18:00 – przemawia Eric Rosengren z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Wojna handlowa USA i Chin, a sprawa polska

W polskiej polityce brakuje wyraźnego odniesienia do tego, jak należy traktować relacje z Chinami. Bardzo widoczna staje się rywalizacja amerykańsko-chińska – która przebija się w przestrzeń militarnej, jak i gospodarczej. Przez to wpływa na państwa różnych regionów. Pozycja Europy Środkowej, jako bramy do zachodniej części kontynentu, jest bardzo istotna. Amerykanie zauważyli to przy okazji inicjatywy takich projektów, jak np. Trójmorze. Z drugiej strony Chińczycy intensywnie szukają dróg wejścia do Europy. Rywalizacja ta nie przeradza się w konflikt militarny, ale odbywa się na innych przestrzeniach – np. w obszarze wywiadowczymKraje zachodnioeuropejskie kładą bardzo duży nacisk na zwalczanie niektórych chińskich firm telekomunikacyjnych. Rządy odchodzą od całych azjatyckich rozwiązań, traktując je jako niebezpieczne. Zmagania Stanów Zjednoczonych i Chin – jako dwóch mocarstw – przybierają więc na sile.

– Z punktu widzenia Polski, rywalizacja ta powoduje niebezpieczeństwa, ale stwarza też pewne szanse – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego – Nie do końca jasne jest, jaką rolę w tym podziale sił odgrywać będzie Federacja Rosyjska. Kraj ten zmaga się ze swoimi wewnętrznymi problemami. Z tego powodu może dołączać do lokalnych konfliktów, podsycając je dla zdobycia pewnej przewagi, czy przeprowadzając projekcje własnej siły. Zapewne pozycja Rosji zostanie wykorzystana także w rywalizacji amerykańsko-chińskiej. Taka sytuacja może nie zakończyć się korzystnie dla Polski. Z drugiej strony daje to zwiększone zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w Europie Środkowej i Wschodniej – w obronę militarną krajów bałtyckich w ramach NATO. Oprócz tego widoczne staje się wspieranie rozwoju sektora energetycznego oraz infrastruktury. W takiej sytuacji Polska nie może być postrzegana jako przegrany kraj. Jednocześnie brakuje przejrzystej polityki względem Chin. Stosunki z USA bardzo mocno się rozwijają. Stany Zjednoczone stają się naszym sojusznikiem. Tym bardziej pojawia się pytanie o polskie relacje z rządem i biznesem chińskim – zaznaczył Roszkowski.

Sprzedaż kredytów w Polsce w kwietniu 2019 r.

W kwietniu 2019 r., w porównaniu do kwietnia 2018 r. w ujęciu wartościowym, banki i SKOK-i udzieliły kredytów na wyższą kwotę w trzech grupach produktowych. Najwyższy wzrost odnotowano w przypadku limitów przyznawanych na kartach kredytowych – wzrost o (+27,9%) oraz kredytów mieszkaniowych (+18,0%). Kredyty konsumpcyjne w ujęciu wartościowym wzrosły o (+8,0%). Również w ujęciu liczbowym, w stosunku do kwietnia 2018 r. odnotowano wzrost sprzedaży tych samych produktów kredytowych – kart kredytowych (+29,3%), kredytów mieszkaniowych (+7,9%), kredytów konsumpcyjnych (+0,1%). Spadek odnotowały jedynie limity kredytowe (-1,0%).

W kwietniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły łącznie kredytów konsumpcyjnych na kwotę 7,74 mld zł, zaś mieszkaniowych na kwotę 5,76 mld zł.

W czterech pierwszych miesiącach 2019 r. banki udzieliły o (-5,8%) mniej kredytów mieszkaniowych niż w analogicznym okresie zeszłego roku, a w ujęciu wartościowym udzieliły ich na kwotę wyższą (+7,1%) niż w okresie styczeń – kwiecień 2018 r. W przypadku kredytów konsumpcyjnych spadek liczby udzielonych kredytów w analizowanym okresie wyniósł (-1,5%), jednak w ujęciu wartościowym zanotowano wzrost (+7,2%). Warto zwrócić uwagę na odczyt kart kredytowych, których wysoką dodatnią dynamikę widać zarówno w ujęciu liczbowym (+23,0%), jak i wartościowym (+28,1%).

Kredyty konsumpcyjne (kredyty gotówkowe i ratalne)

W kwietniu 2019 r. banki i SKOK-i udzieliły 615,9 tys. kredytów konsumpcyjnych na łączną kwotę 7,74 mld zł. Stanowi to wzrost jedynie o 0,1% w ujęciu liczbowym oraz wzrost o 8,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

W czterech pierwszych miesiącach 2019 r. dodatnie dynamiki liczby udzielonych kredytów konsumpcyjnych dotyczyły jedynie kredytów średnio i wysokokwotowych. Najwyższa dodatnia dynamika wzrostu dotyczyła kredytów wysokokwotowych powyżej 20 tys. zł (8,6%) w ujęciu liczbowym i (10,3%) w wartościowym.

prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej
prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej

– Obecnie 35% udzielanych przez banki kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty średniokwotowe (7 – 20 tys. zł) oraz wysokokwotowe (powyżej 20 tys. zł). W ujęciu wartościowym stanowią one już 86,5% wartości wszystkich udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Główną przyczyną tego zjawiska jest wydłużanie przez banki okresu kredytowania, który obecnie wynosi już ponad 35 msc., a w przypadku kredytów gotówkowych już prawie 50 msc.), co przy niskim poziomie stóp procentowych i rosnących dochodach, powoduje wzrost średniej wartości udzielanych kredytów konsumpcyjnych. Średnia wartość udzielonego kredytu konsumpcyjnego w okresie styczeń – kwiecień 2019 r. wyniosła 12 760 zł i była wyższa o 9% od średniej wartości udzielonego kredytu konsumpcyjnego w tym samym okresie zeszłego roku. Co ciekawe wydłużaniu umownego okresu spłaty kredytów gotówkowych nie towarzyszy wydłużanie rzeczywistego okresu, w jakim kredyty te są w całości spłacane. Rzeczywisty okres spłaty przeciętnie jest o połowę krótszy od okresu umownego. Może to wynikać z faktu spłaty kredytów z dochodów gospodarstw domowych nie uwzględnianych przy liczeniu zdolności kredytowej, w tym pochodzących z transferów socjalnych – stwierdza prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

Nadal nie obserwujemy wzrostu poziomu ryzyka kredytowego portfela kredytów konsumpcyjnych. Jakość portfela dla kredytów konsumpcyjnych już od kilku lat utrzymuje się na niskim, bezpiecznym poziomie szkodowości, co każdorazowo potwierdzają miesięczne odczyty Indeksu Jakości portfela kredytów konsumpcyjnych. Jego bieżący (kwietniowy) odczyt wynosi 5,15%.

– W porównaniu do kwietnia 2018 r. wartość indeksu poprawiła się o 0,33. W mojej opinii podstawowe ryzyko związane z kredytami konsumpcyjnymi determinowane jest przez wysokokwotowe kredyty, które są obarczone wyższym ryzykiem kredytowym od kredytów niskokwotowych a obecnie 70% sprzedaży kredytów konsumpcyjnych stanowią kredyty powyżej 20 tys. zł. -tłumaczy prof. Rogowski.

Kredyty mieszkaniowe

W kwietniu 2019 r. banki udzieliły 21,5 tys. kredytów mieszkaniowych na łączną wartość 5,76 mld zł. Stanowi to wzrost o 7,9% w ujęciu liczbowym i wzrost o 18,0% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

W kwietniu br. na rynku kredytów mieszkaniowych BIK odnotował ponowny powrót, znanego już z poprzednich miesięcy, zjawiska dodatniej dynamiki zarówno dla liczby udzielanych kredytów, jak i dla wartości udzielonych kredytów. Dynamiki te w ujęciu kwiecień 2019 r. do kwietnia 2018 r. wynoszą odpowiednio (+ 7,9%) dla liczby oraz (+18,0%) dla wartości.

– Dużo wyższe dynamiki wartościowe wynikają głównie ze struktury udzielanych kredytów, w okresie styczeń – kwiecień br. już ponad 67% wartości udzielonych kredytów dotyczyło przedziału kwotowego powyżej 250 tys. zł. Analizując sytuację w poszczególnych przedziałach kwotowych, określających wartość udzielanego kredytu mieszkaniowego obserwujemy odmienne tendencje. Dodatnie dynamiki sprzedaży kredytów mieszkaniowych zarówno w ujęciu ilościowym, jak i wartościowym dotyczą jedynie kredytów powyżej 250 tys. zł., w tym w szczególności kredytów powyżej 350 tys. zł, których w okresie styczeń – kwiecień 2019 r. w porównaniu do analogicznego okresu roku poprzedniego w ujęciu liczbowym udzielono więcej o 38,2. Tak więc kwiecień to już kolejny miesiąc pokazujący wyraźne zróżnicowanie sytuacji na rynku kredytów mieszkaniowych. Hossa w najlepsze trwa na rynku kredytów wysokokwotowych, które są domeną aglomeracji, gdzie są wyższe ceny nieruchomości oraz dominują zakupy mieszkań, na które całość finansowania musi być zgromadzona w momencie zawierania transakcji. Natomiast spadki obejmują kredyty z czterech przedziałów wartości poniżej 250 tys. zł. Ujemne dynamiki dotyczyły zarówno liczby, jak i wartości udzielanych kredytów. Kredytów do 100 tys. zł banki udzieliły o 30,9% mniej, a w przedziale 100 – 150 tys. zł mniej o 27,7% niż w czterech pierwszych miesiącach 2018 r. Mamy więc już prawie pewność, że jest to negatywny efekt końca programu MdM. W perspektywie kolejnych miesięcy nie widać na horyzoncie zjawisk, które mogłyby ograniczyć sprzedaż kredytów wysokokwotowych, wprost przeciwnie banki mające obecnie nadpłynność planują ograniczać proponowane oprocentowanie lokat, co jeszcze bardziej może spowodować przepływ środków na rynek mieszkaniowy. Część transakcji może być dodatkowo lewarowanych kredytem mieszkaniowym – wyjaśnia prof. Waldemar Rogowski z BIK.

Miesięczny odczyt Indeksu Jakości portfela kredytów mieszkaniowych w kwietniu 2019 r. wyniósł jedynie (0,62%), co potwierdza wieloletnią już obserwację dotyczącą niskiego poziomu ryzyka kredytowego związanego z udzielaniem kredytów mieszkaniowych. W ostatnich 12 miesiącach (kwiecień 2019 do kwietnia 2018) jakość portfela poprawiła się, o czym świadczy lekki spadek Indeksu o -0,06%.

– Na razie nie widać istotnych zagrożeń, które w krótkim horyzoncie czasowym mogłyby istotnie wpłynąć na istotny wzrost szkodowości tych kredytów, a tym samym na wzrost poziomu ryzyka kredytowego. Zjawiskiem, które w 2019 r. musimy bacznie obserwować jest koniec dopłat do oprocentowania około 50 tys. kredytów mieszkaniowych udzielonych w ramach programu Rodzina na Swoim (poprzednika MdM), które mogą wygenerować dodatkowe ryzyko dla portfela kredytów mieszkaniowych. Obecnie nie widać negatywnych sygnałów – zaznacza prof. Rogowski.

Karty kredytowe

W kwietniu 2019 r. banki wydały 107,8 tys. kart kredytowych na łączną kwotę przyznanych limitów 595 mln zł. Stanowi to wzrost o 29,3% w ujęciu liczbowym i wzrost o 27,9% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

– W kwietniu 2019 r., podobnie jak w poprzednich miesiącach obserwujemy wysokie wartości sprzedaży kart kredytowych – 27,9% wyższa wartość przyznanych limitów niż w analogicznym okresie 2018 r. Najwyższą dodatnią dynamikę przyznawanych limitów na kartach kredytowych w okresie pierwszych czterech miesięcy 2019 r. w porównaniu do czterech pierwszych miesięcy 2018 r. zarówno w ujęciu liczbowym, jak i wartościowym odnotowały karty o limitach w przedziale 1-2 tys. zł, odpowiednio 48,4% oraz 43,6% oraz 2 do 3,5 tys. zł – 36,8% oraz 35,2%. Potwierdziłaby się teza o tym, że na rynek kart kredytowych weszły osoby o niższych dochodach, co może być konsekwencją wzrostu ich dochodów wynikających zarówno ze wzrostu wynagrodzeń, jak i transferów socjalnych, które wcześniej nie korzystały z kart kredytowych, ponieważ niższe dochody w przeszłości uniemożliwiały im korzystanie z tego produktu kredytowego. Drugą najwyższą dynamiką w ujęciu wartościowym charakteryzowały się limity wysokokwotowe > 10 tys. zł. W ich przypadku dynamika kwiecień 2019 r. do kwietnia 2018 r. wynosi 40,6%. Reasumując, możemy już obwieścić w tym momencie mini hossę na rynku kart kredytowych w porównaniu do sytuacji w pierwszej połowie 2018 r. – mówi prof. Rogowski z BIK.

Limity kredytowe w kontach osobistych

W kwietniu 2019 r. banki przyznały łącznie 55,5 tys. limitów kredytowych w kontach osobistych na łączną kwotę 256 mln zł. Stanowi to spadek o 1,0% w ujęciu liczbowym i spadek o 1,4% w ujęciu wartościowym, w porównaniu do kwietnia 2018 r.

– W przypadku limitów w kontach nie obserwujemy typowego zjawiska związanego z rosnącą sprzedażą w obu skrajnych przedziałach kwotowych: nisko i wysokokwotowych. W przypadku limitów dodatnią dynamikę w ujęciu liczbowym odnotowaliśmy jedynie dla trzech przedziałów środkowych tj. 0,5 – 1 tys. zł, 1-2 tys. zł oraz 2-4 tys. zł, których odczyt wynosił odpowiednio: 1,9% i 15,2% oraz 10,2%. W ujęciu wartościowym ujemną dynamiką charakteryzowały się jedynie przedziały limitów średniokwotowych (4 – 7 tys. zł) i wysokokwotowych (> 7 tys. zł) – odpowiednio: (-14,5%) i (-1,4%) – zauważa prof. Rogowski z BIK.

Raport: Niedobór talentów w branży medycznej

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna zapytana przez agencję rekrutacyjną Manpower. A kogo obecnie potrzebują szpitale w Polsce? 72% podmiotów poszukuje pięlęgniarek, 68% lekarzy a 13% położnych. Dowiedz się więcej z raportu “Niedobór talentów w branży medycznej” przygotowanego przez Manpower Life Science.

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23% polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21% sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów. Na drugim końcu listy 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7%, neurolodzy – 8% i ginekolodzy – 10%. Poza listą top 10, ale nadal pozostający w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.Niedobór talentów w branży medycznej

Jak zauważa Jarosław J. Fedorowski, profesor uniwersytecki i prezes Polskiej Federacji Szpitali, wyzwania w obszarze zasobów ludzkich w polskich szpitalach dotyczą także pozyskiwania farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym. – Polskie szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, także informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące. Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.

Jacek Kopacz, ekspert Manpower Life Science zwraca uwagę, że brak lekarzy wielu deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria już teraz staje się jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Przywołuje też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego. – Ponad 55% lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych. Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – wyjaśnia Jacek Kopacz.

Manpower Life Science zapytał również szpitale o ich bieżące potrzeby kadrowe. W zakresie personelu medycznego najwięcej z nich zgłasza zapotrzebowanie na stanowiska pielęgniarek wszystkich specjalizacji (72% szpitali) i lekarzy (68%). Zdecydowanie mniej placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych/laborantów (7%). Jednocześnie wyniki badania nie wskazują na brak dietetyków oraz pielęgniarek oddziałowych. Z kolei w obszarze stanowisk niemedycznych szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%) oraz pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).

– Wszystkie placówki w Polsce, z wyjątkiem największych szpitali uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta. Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny są złożone i wynikają zarówno z niedostatecznego finansowania szpitali, jak i z niedoboru pracowników na rynku pracy oraz warunków pracy personelu w szpitalach. Znaczenie ma także infrastruktura, łatwiej jest bowiem pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – tłumaczy prof. Jarosław J. Fedorowski.

– W Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki, wracają do swoich krajów. Rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiego rynku pracy, decydują się na emigrację ze względu na brak miejsc specjalizacyjnych. Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Manpower Life Science.

Jak rozwiązać problem niedoboru talentów w polskiej służbie zdrowia?

Eksperci przyznają, że poprawa sytuacji polskich szpitali w obszarze kapitału ludzkiego wymaga wielostronnych działań. – Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, lekarze locum, czyli na zastępstwo, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, musimy sięgać po nowe rozwiązania, jak na przykład telemedycyna czy aktywnie pozyskiwać pracowników z zagranicy. Powinniśmy dokonać analizy warsztatu pracy kadry medycznej poprzez wprowadzenie personelu pomocniczego i ograniczenie pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację procesów – podsumowuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Badanie zrealizowane przez linię biznesową Manpower Life Science objęło 71 szpitali z całej Polski, zrzeszonych w Polskiej Federacji Szpitali. Dane zbierane były w okresie 31.01.2019–26.02.2019 metodą jakościową z wykorzystaniem ankiety.

Dlaczego Polacy nie chodzą na wybory? Czemu nie głosujemy?

Zbliżające się wybory do Parlamentu Europejskiego, zaplanowane na 26 maja, są kolejnymi w prawie dwuletnim maratonie wyborczym. W listopadzie ubiegłego roku wybraliśmy samorządowców, jesienią zagłosujemy na posłów i senatorów, a wiosną 2020 r. na Prezydenta Rzeczypospolitej. Nadchodzący okres będzie więc (powinien być) czasem wzmożonej obywatelskiej aktywności. W tym kontekście zasadne staje się pytanie o to, czemu w Polsce jedni chodzą na wybory, a drudzy nie – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS.

prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS
prof. Mikołaj Cześnik, politolog z Uniwersytetu SWPS

Prowadzone w Centrum Studiów nad Demokracją Uniwersytetu SWPS badania, projekt Polskie Generalne Studium Wyborcze (PGSW), rzucają sporo światła na tę kwestię. PGSW szuka odpowiedzi na główne pytania dotyczące zachowań politycznych Polaków. Wybory stanowią w naszym kraju główny akt suwerena kształtujący polską rzeczywistość społeczną i polityczną, a także funkcjonowanie instytucji życia społecznego, gospodarczego i politycznego. Pełnią wiele ról, ale cztery z nich wydają się mieć kluczowe znaczenie.

Po pierwsze, wybory są procedurą selekcji i wyłaniania rządzących. Obywatele bądź bezpośrednio wskazują sprawujące władzę jednostki (lub grupy), bądź też wybierają swoich przedstawicieli, którzy następnie decydują o składzie egzekutywy. Nie inaczej będzie w nadchodzących wyborach do Europarlamentu. Po drugie, wybory są procedurą rozliczania. Wystawiamy w nich rachunek osobom sprawującym do tej pory władzę, zwycięzcom poprzednich wyborów. Oceniamy zaangażowanie, działania, ich skuteczność. Rozliczamy ze złożonych obietnic i ich realizacji. Rozliczani są też ze swej postawy i działalności w ławach opozycji przegrani poprzednich wyborów. Wybory są też, po trzecie, procedurą uprawomocnienia – poprzez uczestnictwo w głosowaniach obywatele legitymizują system. Wybory są w końcu, po czwarte, procedurą agregacji interesów. W procesie wyborczym rozpoznawane i artykułowane są preferencje polityczne obywateli, ich postawy, przekonania.

Uczestnictwo w wyborach zależy, co do zasady, zarówno od czynników systemowych, jak i indywidualnych. Te pierwsze, wpływające bezpośrednio lub pośrednio na zachowania obywateli (obowiązek głosowania, głosowanie pocztowe, głosowanie przez pełnomocnika, częstotliwość głosowań, ich proporcjonalność itd.), nie wyjaśnią jednak zróżnicowania wewnątrzkrajowego, mogą natomiast wyjaśniać różnice między krajami. Te drugie dzielimy na społeczne i polityczne: za jedno z ważniejszych „odkryć” studiów nad polityką należy uznać obserwację, że uczestnictwo wyborcze jest nierówno rozłożone między grupami społecznymi i politycznymi.

Cóż zatem wiemy na podstawie wspomnianych badań o aktywności (i bierności) wyborczej Polaków? Po pierwsze, uczestnictwo wyborcze ma w Polsce związek ze strukturą społeczną. Okazuje się najmocniej związane z płcią (kobiety głosują mniej chętnie), wiekiem (najczęściej głosują osoby w średnim wieku, młodzi i starsi – rzadziej), wykształceniem (im wyższe, tym częstsze uczestnictwo), zamożnością (biedni są bardziej bierni) i częstotliwością praktyk religijnych (regularnie praktykujący chętniej głosują).

We współczesnych, dużych demokracjach (a więc i w Polsce) ma to fundamentalne znaczenie dla realizacji jednej z podstawowych wartości systemu demokratycznego – równości. Jedynie, „nieskrzywione” pod względem społecznym uczestnictwo wyborcze jest w stanie zaowocować równą reprezentacją, która z kolei jest warunkiem koniecznym zapewnienia politycznego wpływu wszystkich grup, warstw i klas społecznych. Ponadto umiejscowienie w strukturze społecznej jest źródłem zasobów niezbędnych do uczestnictwa politycznego, w tym wyborczego.

Cechy statusowe nie są jednak jedynymi, które różnicują aktywnych i biernych wyborczo Polaków. W niemniej istotny sposób różnią się oni psychologicznymi profilami, przekonaniami i postawami, powiązanymi zresztą często ze zmiennymi strukturalnymi (przede wszystkim wykształceniem). Uczestnictwo w wyborach jest silnie skorelowane z zainteresowaniem polityką; udział w głosowaniu jest jedynie „behawioralnym zwieńczeniem” skomplikowanego i wieloaspektowego procesu społecznego o złożonych przyczynach. Inną charakterystyką jednostkową silnie powiązaną z uczestnictwem wyborczym jest przekonanie o „obywatelskim obowiązku” głosowania. Liczne analizy empiryczne dowodzą, że jest to jedna ze zmiennych najlepiej tłumaczących wyborczą aktywność. Równie ważne jest przekonanie o politycznym sprawstwie, silna identyfikacja partyjna, przekonanie o znaczeniu i wadze własnego głosu (i jego wpływie na wynik wyborów).

Powyższe wyniki są istotnym argumentem w dyskusji o kondycji polskiej demokracji. Pokazują, dlaczego mamy martwić się wysokim poziomem absencji wyborczej w Polsce. Z przedstawionych analiz jasno wynika, że w naszym kraju, w grupie obywateli podejmujących najważniejsze dla naszej wspólnoty decyzje (a głosowanie jest procedurą zbiorowego podejmowania takich decyzji), systematycznie niedoreprezentowane są duże grupy społeczne: kobiety, ludzie młodsi (a także najstarsi), mniej zamożni, gorzej wykształceni, mniej aktywni religijnie. Ich pozostawanie poza procesem zbiorowego podejmowania decyzji ma prawdopodobnie wpływ na wyniki wyborów i realizowane w ich następstwie polityki. Doświadczany przez nich brak reprezentacji i brak politycznego wpływu nie mogą pozostawać bez wpływu na ich ocenę systemu. A spadek zadowolenia z demokracji, będący zagrożeniem dla jej prawomocności, może mieć dla systemu groźne, a niekiedy wręcz złowrogie konsekwencje.

prof. Mikołaj Cześnik, politolog, Uniwersytet SWPS

2/3 firm w Polsce skorzysta z chmury

Z raportu Cloud Computing przygotowanego przez Xopero Software wynika, że z rozwiązań cloudowych korzysta już 50% ankietowanych firm, a tylko w tym roku do chmury przeniesie swoje zasoby 21,6% przedsiębiorców.

Według IDC, w skali globalnej, aż 9/10 firm korzysta z cloud computingu, a do 2025 roku biznes umieści w chmurze 60% swoich danych. Warto zauważyć, że niestety te statystyki zawyżone są przez firmy, które korzystają wyłącznie z podstawowych usług w chmurze, takich jak poczta mailowa czy programy do przechowywania i współdzielenia dokumentów.

Nie taka chmura straszna…

58,3% przedsiębiorców uważa rozwiązania cloudowe za bezpieczne, w stosunku do 41,7% ankietowanych, którzy nie ufają chmurze. Skąd zatem coraz wyższy stopień wdrożenia rozwiązań cloudowych pomimo wciąż istniejących obaw przed chmurą?

Otóż, ciężko nie zauważyć jej zalet. Aż 92% firm jest zdania, że chmura ułatwia codzienną pracę. Korzyściami, które za nią przemawiają jest stosunkowo niski koszt utrzymania i wdrożenia, brak inwestycji w sprzęt, płatność w przypadku korzystania czy ułatwienie pracy zdalnej.

Mam wrażenie, że te statystyki o nieufności przedsiębiorców do chmury mają swoje podłoże w dwóch źródłach. Pierwszym jest dość abstrakcyjny i nienamacalny charakter rozwiązań cloudowych – mówi Bartosz Jurga, Head of Sales w Xopero Software – Drugą przyczyną są powszechne mity na temat chmury. Obawy o to, że jest ona niebezpieczna, droga czy mało wydajna są bezpodstawne. Dostawcy usług chmurowych korzystają z takiego poziomu zabezpieczeń, którego wdrożenie w pojedynczym przedsiębiorstwie jest co najmniej nieopłacalne, a często wręcz niemożliwe. 

Rozwój rynku SECaaS

Po fali ataków i wycieków danych w 2018 roku, przedsiębiorcy coraz chętniej sięgają również po usługi cyberbezpieczeństwa w chmurze, a więc rozwiązania w modelu SECaaS (ang. Security-as-a-Service), które znacznie szybciej nadążają za błyskawicznie ewoluującymi zagrożeniami.Przewiduje się, że wartość globalna tego rynku do 2020 roku wyniesie ok. 8,5 miliarda USD.

-Firmy świadome cyberzagrożeń i ich wpływu na swój biznes nie myślą o budowaniu własnej „serwerowni-twierdzy” – jest to działanie zbyt kosztowne – mówi Tomasz Stępski, Prezes Zarządu w Sinersio Polska – Takie firmy od razu decydują się oddać najważniejsze systemy w ręce specjalistów, zamiast iść na kompromisy w zakresie zabezpieczeń, spowodowane brakiem środków na dokończenie projektów własnych serwerowni.

Polacy coraz bardziej zadłużeni

Przez ostatnie 20 lat mieliśmy do czynienia ze spektakularnym wzrostem mieszkaniowego zadłużenia Polaków. Portal RynekPierwotny.pl sprawdził, że w 1999 r. łączna wartość kredytów mieszkaniowych nie przekraczała 6 mld zł (dane NBP). Obecnie analogiczny wynik jest już większy od 430 mld zł. Oprócz wartości „hipotek”, bardzo szybko wzrosła również liczba naszych rodaków, którzy muszą spłacać raty kredytów mieszkaniowych. Na podstawie danych Biura Informacji Kredytowej można dokładnie ustalić, ilu osób posiada zadłużenie mieszkaniowe.

Interesujące statystyki na temat liczby kredytobiorców mieszkaniowych znajdują się rocznym raporcie Kredyt Trendy opublikowanym przez Biuro Informacji Kredytowej. Wspomniana instytucja obliczyła, że pod koniec 2018 r. kredyty mieszkaniowe spłacało 3,868 mln osób. Taki wynik oznacza wzrost względem wartości odnotowanych pod koniec 2016 roku (3,650 mln) oraz 2017 roku (3,755 mln).

Jak zauważyli eksperci portalu RynekPierwotny.pl w ciągu dwóch lat wzrosła liczba osób spłacających kredyty mieszkaniowe rozliczane w polskiej walucie. Liczba takich kredytobiorców zmieniała się następująco:

  • grudzień 2016 r. – 2,705 mln
  • grudzień 2017 r. – 2,860 mln
  • grudzień 2018 r. – 3,023 mln

Szybkie wzrosty liczby „złotówkowych” dłużników wynikają z faktu, że obecnie kredyty mieszkaniowe są udzielane praktycznie tylko w krajowej walucie. Pozostałe waluty (np. EUR, CHF oraz USD) stanowią margines akcji kredytowej banków.

Z uwagi na bardzo skromną liczbę nowych umów i systematyczne spłaty, regularnie spada liczba kredytobiorców „frankowych”. Według danych BIK-u, liczba osób obsługujących kredyty mieszkaniowe w CHF przez ostatnie lata zmieniała się następująco:

  • grudzień 2016 r. – 0,904 mln
  • grudzień 2017 r. – 0,863 mln
  • grudzień 2018 r. – 0,818 mln

Jeżeli taki spadkowy trend się utrzyma, to pod koniec bieżącego roku liczba krajowych „frankowców” powinna spaść do około 780 tysięcy.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Drugi front wojny handlowej na razie wstrzymany

W odpowiedzi na podwyższenie ceł przez administrację Donalda Trumpa, Chiny zdecydowały się na nałożenie ceł odwetowych na amerykańskie towary o wartości 60 mld dolarów. Nadzieje na szybkie porozumienie poszły w zapomnienie, co przełożyło się na dominację podaży na rynkach akcyjnych. Dodatkowo, nowy tydzień rozpoczyna się od kolejnych napięć na linii USA-Chiny ze względu na nałożenie sankcji na spółkę Huawei. W skali całego tygodnia indeks S&P500 stracił -0,76%, DJIA -0,69%, a indeks giełdy Nasdaq -1,27%. W Europie sentyment był lepszy ze względu na oddalenie w czasie decyzji przez prezydenta Stanów Zjednoczonych o wprowadzeniu ceł na europejski sektor motoryzacyjny. Niemiecki Dax zyskał 1,49%, francuski CAC 2,08%, a brytyjski FTSE100 wzrósł o 2,02%.

Na polskiej giełdzie w dalszym ciągu dominował kolor czerwony. Indeks szerokiego rynku WIG spadł o -0,62%, w tym największe spółki straciły -0,34%, a indeksy mniejszych i średnich spółek, sWIG80 i mWIG40, zakończyły tydzień z wynikami, odpowiednio, -1,13% oraz -1,89%. Zgodnie z oczekiwaniami, RPP pozostawiła stopy procentowe na niezmienionym poziome, a także nie zmieniła tonu komunikatu i nastawienia.

W tym tygodniu czeka nas bogaty kalendarz makroekonomiczny z polskiej gospodarki. We wtorek poznamy odczyty z rynku pracy, w środę produkcję przemysłową, a w czwartek sprzedaż detaliczną. Na rynkach globalnych najważniejszy będzie czwartek, kiedy opublikowane zostaną wstępne wartości indeksów PMI w przemyśle i usługach z Europy za maj. Warto również zwrócić uwagę na protokół z ostatniego posiedzenia FOMC w środę oraz na odbywające się w tym tygodniu wybory do Parlamentu Europejskiego.

Departament Zarządzania i Analiz SUPERFUND TFI S.A.

Sondaż: 36% Polaków uważa, że większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (46%) zamierza oddać swój głos. 36% badanych Polaków uważa, że większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować 26 maja. Jednocześnie 28% uważa, że najbliższa rodzina w większości zagłosuje na PiS, a 21% – że na Koalicję Europejską – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

W najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego zapowiada się dość wysoka frekwencja. Zamiar udziału deklaruje połowa dorosłych Polaków (50%), ale trzeba mieć na uwadze, że wśród tych osób są takie, które nie mają sprecyzowanych preferencji wyborczych i one łatwiej rezygnują w ostatniej chwili z głosowania. Dlatego też deklarowana frekwencja jest zawsze wyższa od tej realnej w dniu wyborów. Można jednak zakładać, biorąc pod uwagę wzrost frekwencji w wyborach samorządowych z ponad 47% w 2014 r. do prawie 55% w 2018 r. oraz zaledwie kilkumiesięczny odstęp między wyborami, że na fali zainteresowania tym swoistym maratonem wyborczym, frekwencja w wyborach do PE może zbliżyć się nawet do 40% (w poprzednich wyborach w 2014 r. frekwencja wyniosła niecałe 24%).większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja

Udział w wyborach deklaruje więcej kobiet (54%) niż mężczyzn (46%). W ostatnich wyborach samorządowych kobiety częściej oddawały swój głos na Koalicję Obywatelską (PO i Nowoczesna) niż na Prawo i Sprawiedliwość. Rzadziej też głosowały na partie radykalne. Mobilizacja wśród mieszkańców wsi i miast jest na zbliżonym poziomie. Może się zatem okazać, że w najbliższych wyborach to mobilizacja lub demobilizacja kobiet przeważy szalę zwycięstwa na rzecz jednego z głównych bloków politycznych.

Prawie co czwarty badany (23%) nie zamierza brać udziału w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Jako główne powody absencji wyborczej wskazywane są: brak zainteresowania polityką (22%), nieufność wobec polityków (21%), brak opcji politycznej, na którą warto zagłosować (17%) i brak zainteresowania wyborami do PE (17%). Tylko 3% uważa, że ich głos nie ma znaczenia, co jest dobrym prognostykiem, bo pokazuje, że ludzie czują siłę swojego głosu. Jeśli znajdą partię, z którą będą się utożsamiać, a politycy będą wzbudzali większe zaufanie, to jest szansa, że więcej osób, zacznie uczestniczyć w wyborach.większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 2

„Trudno przewidzieć, czy wygra PiS, czy Koalicja Europejska. O zwycięstwie zdecyduje mobilizacja elektoratu poszczególnych ugrupowań. Duże znaczenie będzie miało to, czy uda się przekonać do głosowania członków rodziny oraz znajomych, którzy nie planowali udziału w wyborach. Może się również okazać, że to kobiety zdecydują o wyniku wyborczym” – mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.pl

O spodziewanej, wyższej frekwencji może również świadczyć fakt, że 16% badanych uważa, że wszyscy członkowie ich rodzin wezmą udział w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a 20% – że większość (łącznie 36%).  21% uważa, że tylko niektórzy będą głosować, 8% sądzi, że nie wezmą udziału, a 35% tego nie wie. Odpowiedzi wyborców PiS i KE odnośnie udziału w wyborach członków ich najbliższych rodzin są podobne: odpowiednio po 31% uważa, że wszyscy wezmą udział, a po 27% – że większość.

większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 3

Analiza odpowiedzi na pytanie „Na które ugrupowanie polityczne będą głosować członkowie Twojej najbliższej rodziny w wyborach do Parlamentu Europejskiego?” pokazuje, że 28% osób uważa, że większość zagłosuje na PiS, a 21%, że większość na Koalicję Europejską.

Tylko 6% odpowiedziało, że rodziny zagłosują na inne partie niż PiS i KE, co może być prognostykiem, że Wiosna, Kukiz’15, Konfederacja i inne ugrupowania mogą mieć trudności z przekroczeniem progu wyborczego.

Podziały między Polakami na dwa bloki istnieją, ale nie widać tego tak bardzo w obrębie najbliższej rodziny, której członkowie głosują podobnie. Tylko 3% wyborców PiS uważa, że członkowie ich rodzin zagłosują w większości na głównego konkurenta, czyli KE, natomiast 9% wyborców Koalicji Europejskiej uważa, że większość członków rodziny zagłosuje na partię rządzącą.większość lub wszyscy członkowie ich najbliższej rodziny będą głosować w wyborach 26 maja 4

———————————————————————————–

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna w dniach 10-13 maja 2019 roku. Próba ogólnopolska osób od 18 lat wzwyż (N=1053). Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku, wykształcenia i wielkości miejscowości zamieszkania. Metoda: CAWI