Ł. Kozłowski: Ukraińcy nie wyjadą z Polski – nie podołają wymaganiom Niemców

W przyszłym roku Niemcy otworzą rynek pracy dla pracowników spoza Unii Europejskiej. Dla Ukraińców pracujących w Polsce to okazja do wyjazdu na Zachód. Jednak nie będzie to łatwe zadanie. Trzeba będzie znać język niemiecki, mieć gotówkę na utrzymanie do czasu podjęcia pracy i dysponować odpowiednimi kwalifikacjami. Dla wielu osób to duża bariera. Propozycje berlińskiego rządu są kompromisem między oczekiwaniami przedstawicieli biznesu, a niechęcią społeczeństwa do kolejnej fali imigrantów zarobkowych. Ostre wymagania mogą spełnić nieliczni specjaliści. Dlatego raczej nie grozi nam masowa ucieczka naszych wschodnich sąsiadów. Zagrożeniem są potencjalne wyjazdy osób dobrze wykształconych. To niewielka grupa, ale jej utrata może zaszkodzić krajowej gospodarce. O skutkach uwolnienia niemieckiego rynku pracy mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich
Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

Ukraińcy pracujący w Polsce od kilku lat wspierają naszą gospodarkę. Niemiecka deklaracja o otwarciu rynku pracy wzbudziła popłoch. Jednak wymagania zachodnich sąsiadów być może ograniczają to ryzyko. Czy rzeczywiście zagrożenie minęło?

Łukasz Kozłowski: Niemcy ostrożnie otwierają swój rynek dla pracowników zagranicznych. Planowane rozwiązania wywołały gorącą debatę publiczną i polityczną. Z jednej strony jest tam ok. 1,2 mln wakatów, a z drugiej – część społeczeństwa niechętnie podchodzi do napływu kolejnych imigrantów. Niemiecka opinia publiczna nie jest w pełni przekonana do przyjmowania osób spoza Unii Europejskiej, choć to opłacalne dla tamtejszej gospodarki. Za przyjęciem obcokrajowców opowiadają się organizacje przedsiębiorców, które podkreślają korzyści ekonomiczne.

Rynek pracy ma być dostępny dla zagranicznych przybyszów w 2020 r. Jakie będą wymagania dla potencjalnych pracowników z innych państw, szczególnie z Ukrainy?

Łukasz Kozłowski: Regulacje prawne otwierające niemiecki rynek pracy dla cudzoziemców to rodzaj kompromisu między oczekiwaniami społecznymi a potrzebami biznesu. Umożliwiają one zatrudnianie pracowników spoza Niemiec, ale stawiają im wymagania, które powodują, że nie będzie masowego napływu imigrantów zarobkowych spoza Unii Europejskiej. Dotyczy to także Ukraińców pracujących w Polsce, choć znaczna część z nich chciałaby pracować u naszego zachodniego sąsiada.

Dlaczego zakłada się, że tylko nieliczni Ukraińcy zatrudnieni w Polsce będą w stanie spełnić tamtejsze oczekiwania? Może po prostu wystarczy, by nauczyli się języka niemieckiego?

Łukasz Kozłowski: Niemieckie wymagania nie są takie łatwe do spełnienia. To z jednej strony udokumentowanie kwalifikacji i umiejętności, a z drugiej – znajomość języka niemieckiego na poziomie umożliwiającym podjęcie zatrudnienia. Oczekuje się także posiadania środków finansowych pozwalających na utrzymanie się do czasu znalezienia pracy. Co więcej, Niemcy stawiają na pozyskanie wyżej wykwalifikowanych kadr. To może znacząco utrudnić Ukraińcom pracującym w Polsce wyjazd do Niemiec. Mimo wielu barier biurokratycznych w Polsce, nie obowiązują tu ograniczenia dotyczące znajomości języka polskiego czy dysponowania określonymi środkami finansowymi. Poza tym nad Wisłą koszty życia są niższe, a bariera językowa łatwiejsza do przełamania.

Jakie grupy zawodowe z Ukrainy mogą najszybciej dostosować się do niemieckich wymagań? Czy czasem nie grozi nam ucieczka wykwalifikowanych i wykształconych pracowników?

Łukasz Kozłowski: Kadry wysokokwalifikowanych obywateli Ukrainy pracujących w Polsce to dość niewielki odsetek wszystkich zatrudnionych. Jednak ta grupa to z jednej strony najbardziej pożądani pracownicy, a z drugiej strony to właśnie oni mogą stosunkowo szybko spełnić niemieckie wymagania i wyjechać. Z tego powodu, nawet jeśli nie dojdzie do masowego exodusu Ukraińców, możemy stracić najcenniejszych specjalistów z sektora przemysłowego, usług biznesowych czy IT. Dla polskiej gospodarki to będzie poważny problem. Kłopoty wynikają też z polskiego modelu zatrudniania obcokrajowców, w tym przede wszystkim tych z Ukrainy. Sprawdza się on w przypadku krótkoterminowego zatrudniania osób o niskich kwalifikacjach, ale zawodzi w przypadku specjalistów. W efekcie wykształceni obcokrajowcy pracują na stanowiskach poniżej ich kwalifikacji.

Jakie działania powinno się podejmować, by zachęcić Ukraińców do pozostania w Polsce i pozyskać kolejnych przybyszów z Ukrainy lub innych krajów?

Łukasz Kozłowski: Należałoby ułatwić podejmowanie nie tylko tymczasowego, lecz również długoterminowego zatrudnienia przez cudzoziemców, przynajmniej na okres kilku lat. Takie działania są ważne, szczególnie w przypadku pracowników legitymujących się wysokimi kompetencjami. Jeśli tu zadomowią się, będą mniej skłonni do wyjazdu z Polski dalej na Zachód. By to osiągnąć, należy złagodzić wymagania dotyczące m.in. udokumentowania kwalifikacji. To rodzi problemy, np. w Polsce pielęgniarki muszą skończyć studia, a na Ukrainie nie ma takiego wymogu. Ale mimo tych różnic można im ułatwić dostosowanie się do polskiego systemu.

Czy, przy założeniu, że Ukraińcy jednak masowo nie wyjadą do Niemiec, polskie sektory przemysłowe i usługowe mogą być spokojne? Jakie są do tego podstawy?

Łukasz Kozłowski: Bez względu na planowane przepisy w Niemczech, które zapewne nie spowodują tak dużego odpływu pracowników z Ukrainy, jak początkowo sądzono, nasza gospodarka nie może spać spokojnie. Niemcy to nasz najważniejszy partner, ale wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej borykają się z brakiem rąk do pracy. Dotyczy to także części państw zachodnich. Jeśli te zaproponują pracownikom zagranicznym lepsze warunki niż w Polsce, to ci z pewnością wyjadą. Skończył się czas naszego kraju jako jedynego rynku pracy dla obcokrajowców w regionie. Dlatego musimy szybko i skutecznie likwidować bariery prawne, upraszczać procedury i ułatwiać przybyszom aklimatyzację nad Wisłą. Innej możliwości nie widzę.

Automated Mapping Platform (AMP) – wspólny projekt Toyota i CARMERA

Mapy wysokiej rozdzielczości to jedna z wielu składowych ogromnego programu budowy autonomicznego transportu. Jednak stworzenie takiej mapy dla każdej drogi na świecie wymaga bardzo dużo pracy. Rozwiązaniem może okazać się nowy projekt Toyoty i firmy Carmera.

Toyota i CARMERA (2)Toyota Research Institute-Advanced Development (TRI-AD) i Carmera, firma specjalizująca się w mapach HD, rozpoczynają współpracę nad automatyzacją procesu tworzenia wysokiej rozdzielczości map dla samochodów autonomicznych. Obie firmy wspólnie uruchamiają program pilotażowy, mający na celu sprawdzenie poprawności pomysłu.

Jest to element programu budowy przez TRI-AD otwartej platformy Automated Mapping Platform (AMP), która pozwoli łączyć dane z kamer systemów bezpieczeństwa samochodów firm uczestniczących w projekcie do generowania map HD, które umożliwią nawigację samochodom autonomicznym.

Autonomiczna jazda wymaga wiarygodnych informacji o drogach opartych na mapach o wyjątkowej dokładności. Obecnie trwa kreacja map HD rejestrujących autostrady w USA, Chinach, Niemczech i Japonii, co pokrywa poniżej 1% wszystkich dróg na świecie. Kolejnym wyzwaniem jest stworzenie i aktualizacja map miast i lokalnych dróg.

W programie pilotażowym TRI-AD i Carmery zostaną umieszczone w samochodach testowych Toyoty kamery, które przez wiele miesięcy będą zbierały dane na przedmieściach Tokio. Będą to komponenty systemu Toyota Safety Sense (TSS), pakietu funkcji bezpieczeństwa czynnego, w który Toyota wyposaża swoje samochody sprzedawane na całym świecie. Zdjęcia i inne dane zbierane przez kamerę TSS będą przetwarzane w czasie rzeczywistym przez platformę cyfrową Carmery, która na ich podstawie będzie automatycznie generowała mapę HD.

Automatyczne łączenie map generowanych przez techniki zastosowane w tym projekcie z cyfrowymi mapami działającymi obecnie sprawi, że w przyszłości dane o drogach dla samochodów autonomicznych będą jeszcze bardziej szczegółowe i wiarygodne. Kiedy program zostanie w pełni wdrożony, generowanie map HD na podstawie danych zbieranych z milionów prywatnych samochodów poruszających się po całym świecie umożliwi szybsze wdrożenie zautomatyzowanej jazdy na wszystkich drogach.

Montaż dostępnych na rynku urządzeń do zbierania i transmisji danych o jeździe w samochodach testowych Toyoty pozwoli na generowanie map HD na podstawie większej liczby źródeł, to znaczy samochodów, które nie są fabrycznie wyposażone w TSS. Wzbogaci istniejące już zbiory danych firmy Carmera – materiały wideo zebrane na milionach mil w ramach współpracy z zawodowymi flotami w złożonych środowiskach takich jak Nowy Jork.

„Obecnie mapy dla autonomicznych samochodów są tworzone za sprawą ograniczonej liczby bardzo drogich, wyspecjalizowanych pojazdów. Jest to długi, prowadzony manualnie proces. Bardzo się cieszymy, że wspólnie z firmą Carmera będziemy się starali zautomatyzować tworzenie map HD, aby przyspieszyć rozpowszechnianie technologii automatycznego prowadzenia” – powiedział Mandali Khalesi, wiceprezydent TRI- AD.

Transport, budownictwo i handel z największymi zaległościami płatniczymi

Jest coraz lepiej, ale zmiany dokonują się powoli. Według raportu Coface, opóźnienia płatności za faktury zmniejszyły się na przestrzeni 2018 roku o prawie 3 dni. Nadal jednak statystyczny czas oczekiwania na przelew za dostarczony towar lub zrealizowaną usługę wynosi w Polsce prawie 60 dni.

Choć w ubiegłym roku PKB wzrosło o 5,1%, to dobra koniunktura nie wpłynęła korzystnie na odzyskiwanie należności. Opóźnienia w płatnościach to problem większy niż mogłoby się to wydawać – wynika z raportu Coface. Zgodnie z przeprowadzonym badaniem, prawie 99% przedsiębiorców doświadczyło zaległości w egzekwowaniu należności od kontrahentów. 7 branż odnotowało w zeszłym roku krótsze opóźnienia płatności, a w przypadku 5 uległy one wydłużeniu. Co ciekawe, tylko co dziesiąta firma księguje przesłane płatności na czas.  Przelewy najszybciej realizowane są w branży tekstylno-odzieżowej. Najdłużej na pieniądze czeka się w budownictwie i transporcie, to odpowiednio 105 i 140 dni po wskazanym terminie. Największy wzrost zaległości płatniczych w poprzednich 12 miesiącach zgłaszała branża handlowa. Wydłużenie terminu płatności wzrosło w tym sektorze z dwóch tygodni do półtora miesiąca.

Życie na kredyt

Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Jednym z nich jest trudna sytuacja finansowa części firm. Z danych Euler Hermes wynika, że rosnące koszty pracy i obciążenia podatkowe nie są w stanie zrównoważyć dobrej koniunktury gospodarczej. Dobrze ilustruje to liczba upadłości. Z bankructwem musiało zmierzyć się w ubiegłym roku aż 988 firm. To o 10% więcej niż rok wcześniej. Trudno jednak zwalać winę wyłącznie na złą sytuację firm, zwłaszcza, że problem z przeterminowanymi należnościami jest powszechny.  Zdaniem ekspertów istotnym powodem opóźnień w płatnościach jest też kredytowanie się części przedsiębiorstw kosztem innych podmiotów, a także brak automatyzacji obiegu faktur.

Jest całkiem liczna grupa przedsiębiorców, która zwleka z regulowaniem należności celowo wstrzymując je o kilka, kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt dni. Jako, że zazwyczaj nie grozi to konsekwencjami, bo firmy rzadko przekazują przeterminowane faktury do windykacji, to taka praktyka jest częsta. Jest też grupa firm, która opóźnia płatności z powodu braku wiedzy na temat nieuregulowanych faktur. Winę za taki stan rzeczy ponosi z jednej strony dominujący w polskiej gospodarce papierowy obieg dokumentów księgowych, z drugiej niedoskonały system wystawiania i dostarczania faktur elektronicznych. Większość firm wysyła dzisiaj faktury w PDF-ie, co nie daje wystawcy gwarancji, że dokument dotarł, został przeczytany i zaksięgowany. Obie formy – faktura papierowa i w PDF – nie dają również rzetelnej informacji o potwierdzeniu odbioru, a argument o nieotrzymaniu faktur wielokrotnie jest podnoszony jako dobre wyjaśnienie opóźnień.  zwraca uwagę Tomasz Kuciel, prezes zarządu Edisona, należącej do konsorcjum PEF Expert firmy, która przygotowuje na zlecenie Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii, platformę wymiany automatycznych faktur pomiędzy przedsiębiorcami a administracją publiczną.

Unia reguluje

Problem a jednocześnie wyzwanie z jakim muszą mierzyć się firmy, dobrze ilustruje przykład Castoramy. Jeszcze kilka lat temu w firmie obieg dokumentów, czyli czas pomiędzy ich wysłaniem, odebraniem i archiwizacją, zajmował 12 dni. Mniej więcej 7 dni trwało dostarczenie faktury, następne 5 dni potrzebne było na formalną kontrolę dokumentów, łączenie ich z dostawą, wyjaśnianie niedogodności oraz archiwizację. Sytuacja zmieniła się w momencie, w którym Castorama podjęła decyzję o wprowadzeniu elektronicznej wymiany danych. Wdrożenie systemu w sieci handlowej skróciło obieg dokumentów z 12 dni do 45 minut, czyli przyspieszyło proces aż 384 razy.

Wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów sprawia, że wystawca faktury automatycznie otrzymuje potwierdzenie dostarczenia faktury i zdecydowanie łatwiej mu odzyskać należności. Dodatkowo po stronie odbiorcy faktury proces obsługi faktur przebiega znacznie szybciej – zauważa Tomasz Kuciel z Edisona. Jego zdaniem opóźnienia w płatnościach powinny się systematycznie zmniejszać, bo Unia Europejska dąży do zautomatyzowania obiegu faktur, m.in. z powodu konieczności uszczelnienia systemu podatkowego. W kwietniu administracja publiczna będzie zobowiązana do przyjmowania automatycznych e-faktur od swoich kontrahentów, za dwa lata obowiązek ich wystawiania będą miały wszystkie firmy dostarczające usługi dla sektora publicznego. To obniży koszty wprowadzenia automatycznych faktur i zachęci firmy do ich wdrożenia – prognozuje Tomasz Kuciel.

Firmy zmieniają zasady

Obok automatyzacji, firmy bronią się przed opóźnieniami w płatnościach, zmieniając zasady płatności i świadczenia usług. Np. w hostingu faktura jest wystawiana 14 dni przed końcem usługi. – Termin płatności faktury oznacza de facto koniec okresu abonamentowego. Do klientów wysyłamy przypomnienia, a po kolejnych 14 dniach, w przypadku nieuregulowania faktury, automatycznie zawieszamy usługę. Moim zdaniem powiązanie płatności z usługą jest skutecznym mechanizmem obronnym, ponieważ bardzo przyspiesza dokonanie przelewu. Klienci regulują zaległości byle tylko poczta elektroniczna nie przestała działać lub została ponownie włączona – komentuje Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

Jak wynika z raportu Coface, połowa badanych firm narzuca kontrahentom miesięczny termin płatności, a zaledwie 15% od 31 do 60 dni. Najbardziej restrykcyjnymi, czyli oferującymi sprzedaż z krótkimi terminami płatności są branże: tekstylno-odzieżowa (77%), motoryzacyjna (72%), rolno-spożywcza (71%) i energetyczna (71%).

Coface po raz trzeci przeprowadził badanie dotyczące terminowości regulowania faktur w Polsce. Wzięło w nim udział prawie 300 przedsiębiorców.

Raport roczny Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia

Zmagania z rynkiem kandydata, nadzieje na Azję i brexit. Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia opublikowało raport roczny.

Deficyt specjalistów, wzrost oczekiwań pracowników z Ukrainy i trudności w pozyskaniu pracowników z Azji – to jedne z najważniejszych wyzwań polskiego rynku pracy, jakie definiuje raport Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Publikację przygotowaną na podstawie danych z agencji zrzeszonych w SAZ można już pobrać online.

Agencje zrzeszone w Stowarzyszeniu Agencji Zatrudnienia (SAZ), największej tego typu w Polsce branżowej organizacji zrzeszająca ponad sześćdziesiąt firm wypracowały w 2018 roku ponad 2,6 mld zł. obrotów, czyli prawie 5% mniej niż w 2017 i ponad 7% więcej niż 2016. To ok 36% polskiego rynku usług HR, którego wielkość szacuje się na 7 mld zł (za raportem Interconnection Consulting).

SAZ_stat1Te i inne dane znajdują się w raporcie podsumowującym 2018 r. i wskazującym trendy na rok 2019, jaki opublikowało właśnie SAZ. Z opinii ekspertów Stowarzyszenia wyłania się obraz rynku zabiegającego o pracowników, zarówno tych z Polski i Ukrainy, jak i z krajów Azji. Jako pozytywne trendy należy ocenić rosnącą renomę polskich opiekunek oraz wynagrodzeń w pracy tymczasowej.

SAZ_stat2Wzrost stawek i oczekiwań

Zdaniem ekspertów SAZ – szefów agencji pracy zrzeszonych w organizacji, rok 2018 był rokiem stabilnym i upłynął na polskim rynku pracy pod znakiem wzrostów – z jednej strony oczekiwań pracowników, z drugiej stawek wynagrodzeń oferowanych przez pracodawców. Zapotrzebowanie na pracowników w Polsce jest wiąż ogromne, szczególnie w centrach usług wspólnych i IT, ale również w budownictwie czy handlu detalicznym. Aby pozyskać pracowników, pracodawcy albo podwyższają ich stawki, a więc i swoje marże, albo wstrzymują zaplanowane do realizacji projekty.

Rosnąca trudność w pozyskiwaniu pracowników to ogromne wyzwanie dla agencji rekrutacyjnych. Już teraz znaczną rolę odgrywają nietypowe narędzia rekrutacji, jak komunikacja poprzez media społecznościowe, bonusy i nagrody – mówi Michał Podulski, wiceprezes SAZ, członek zarządu agencji Toolip HR.

Artur Skiba, członek zarządu SAZ i prezes agencji Antal dodaje, że rosnącym problemem współczesnego rynku pracy jest też brak specjalistów. Jego zdaniem wciąż jeszcze mało dostrzeganą szansą dla polskiego rynku pracy może być brexit. Osoby, które zdecydowały się na wyjazd za granicę, przez lata spędzone w Wielkiej Brytanii wyspecjalizowały się w konkretnych zawodach, nauczyły języka oraz przedsiębiorczości. Dlatego dziś mogą być cennymi pracownikami dla polskich firm.

– Przyciągnięcie tych osób do powrotu z emigracji powinno być czołowym priorytetem rządu – uważa Artur Skiba. – Gdyby nawet jeden procent, czyli kilkanaście tysięcy polskich emigrantów żyjących na Wyspach zdecydowało się na powrót, stałoby się to ważnym zastrzykiem dla polskiego rynku pracy – mówi.

Między Ukrainą a Niemcami

Zanim jednak brexit stanie się faktem, w Niemczech może wejść w życie ustawa o otwarciu rynku pracy dla cudzoziemców.

– Choć nie spodziewamy się, by otwarcie niemieckiego rynku pracy spowodowało duży odpływ obywateli Ukrainy z Polski, to jednak fakt ten budzi spory niepokój wśród agencji. Co prawda liczymy, że do Polski może wrócić część osób, które dziś pracują w Wielkiej Brytanii, jednak wiemy, że na pewno nie zaspokoi to potrzeb naszego rynku – podsumowuje Iwona Szmitkowska, prezes SAZ oraz prezes Work Service SA.

Z danych przekazanych przez firmy członkowskie SAZ wynika, że w 2018 r. średnio 35% zatrudnianych przez nie osób stanowili obcokrajowcy (w większości obywatele Ukrainy), a ich liczba w porównaniu z rokiem 2017 wzrosła o 33%.

Zdaniem ekspertów Stowarzyszenia w 2018 r. Ukraińcy wyraźnie zadomowili się na naszym rynku pracy i w społeczeństwie. To dobra informacja dla polskich firm, choć ta zmiana mentalnościowa wiąże się ze wzrostem oczekiwań obywateli zza naszej wschodniej granicy.

Nie są już tak chętni, jak jeszcze przed rokiem, do podejmowania każdej pracy. Większość też oczekuje, że „standardowo” pracodawca zapewni im mieszkanie, a wysokość stawki godzinowej to co najmniej 13 zł. netto mówi Aneta Janik-Barciś, prezes spółki Macro-Work.

Dotychczas Ukraińcy obejmowali stanowiska głównie w handlu lub branży budowlanej. W 2018 r. widoczny był wzrost ich zatrudnienia w administracji biurowej.

– Może się to okazać świetnym lekarstwem na deficyt kadrowy w Polsce w tym obszarze. Nie mamy jeszcze zbyt wielu managerów z Ukrainy, ale niewykluczone, że i tutaj stopniowo zacznie się coś zmieniać – mówi Artur Skiba.

Azja pod wizowym murem

Największą nadzieją 2018r. i jednocześnie wyzwaniem dla agencji pracy było rekrutowanie pracowników z Azji. Zdaniem Magdaleny Wójtowicz, wiceprezes agencji InTemporis projekt rozszerzenia rynku rekrutacyjnego o kraje azjatyckie, przede wszystkim o Indie, Nepal i Bangladesz, a nawet Wietnam, który budził nadzieje, okazał się ogromnym rozczarowaniem.

Niestety okazało się, że na drodze do zatrudniania kandydatów z Azji stoją dwa etapy przeszkód: pierwszy to procedury w Polsce, drugi procedury na poziomie wydawania wiz – mówi Magdalena Wójtowicz.

Elektroniczny system wizowy na stronie internetowej polskiego konsulatu działa tylko jeden dzień w tygodniu i przyjmuje jedynie 200 wniosków oraz 200 maili z danymi. To powoduje lawinę nadużyć w postaci rezerwacji miejsca jedynie w celu odsprzedania go agencjom pracy. Liczba osób, które faktycznie dostają się na rozmowę w sprawie wizy jest też dużo mniejsza niż przysłanych wniosków, a ostatecznie pozwolenie na wyjazd otrzymuje jedynie ok. 20 proc. kandydatów.

W 2018 roku mieliśmy ogromny problem z zapewnieniem naszym klientom ludzi do zbioru i sortowania owoców. Mamy nadzieję, że w tym roku uda się to wreszcie pozytywnie rozwiązać – dodaje Wójtowicz.

Z podobnymi problemami mierzą się też agencje zatrudniające pracowników spoza Unii Europejskiej. Z raportu wynika, że trudnością są wydłużone terminy procedur w urzędach, niewłaściwe działanie urzędowych systemów, czy skomplikowane i przestarzałe procedury legalizujące pobyt i zatrudnienie.

Duma z polskich opiekunek

Z opinii zwartych w raporcie SAZ wynika, że od lat niezmiennie rośnie uznanie dla polskich opiekunek osób starszych.

Wykwalifikowany personel, z którego jesteśmy dumni, stał się przez lata naszym sztandarowym „produktem”. Tak, jak sery i wino z Francji, czy holenderskie tulipany – mówi Magdalena Chochowska, dyrektor działu prawnego grupy Promedica24. – Polskie opiekunki są bardzo wysoko oceniane nie tylko za kwalifikacje, ale też unikalne, ciepłe i empatyczne podejście. Wiele rodzin nawiązuje z nimi bliskie relacje, które utrzymują jeszcze latami po zakończeniu współpracy – dodaje.

Krzysztof Jakubowski, wiceprezes Zarządu SAZ, Przewodniczący Sekcji Agencji Opieki (SAO), wiceprezes spółki InterKadra nie ma wątpliwości, że zapotrzebowanie na polskie opiekunki w Niemczech, czy Wielkiej Brytanii wciąż będzie duże.

– Problemem jest jednak ogromna trudność w pozyskaniu personelu. Mamy nadzieję, że w 2019 roku zacznie się to zmieniać – mówi Krzysztof Jakubowski.

ORLEN inwestuje we flotę kolejową

Wzrost przewozów kolejowych o ok. 30% do poziomu 11,2 mln ton rocznie planuje Grupa ORLEN w ciągu 5 lat.  W tym celu  zakładane jest pozyskanie kilkudziesięciu nowoczesnych lokomotyw przewozowych, co umożliwi realizację wyznaczonych celów zarówno na rynku polskim, jak i czeskim.

ORLEN KolTrans wraz z Unipetrol Doprava, czyli przewoźnicy kolejowi z Grupy Kapitałowej ORLEN, ogłosili właśnie postępowanie dotyczące pozyskania kilkudziesięciu lokomotyw przewozowych do realizacji usług w Polsce i Czechach. Jest to odpowiedź na rosnące potrzeby transportowe kluczowych klientów: PKN ORLEN, ORLEN Południe czy czeskiego Unipetrolu.

– Jesteśmy na etapie analizowania możliwości rozwoju. Branża kolejowa w najbliższych latach będzie w tendencji wzrostowej. Trwa bowiem modernizacja sieci linii kolejowych zarządzanych przez PKP PLK ze środków UE na łączną kwotę 66 mld zł. Każdego roku wzrasta także masa przewiezionych wolumenów transportem kolejowym, w tym udział w rynku naszej Spółki – mówi Piotr Szymański, Prezes Zarządu ORLEN KolTrans. Dodatkowo konkurencyjność transportu kolejowego będzie rosła w związku z przeprowadzanymi remontami i modernizacją infrastruktury. Skrócą się tym samym czasy przejazdu, a kolej będzie w stanie zapewnić lepszą ofertę oraz lepiej zarządzać swoim taborem – dodał Prezes Szymański.

Inwestowanie we własną flotę lokomotyw wpisuje się w strategię obszaru logistyki PKN ORLEN i stanowi uzupełnienie dla istniejących aktywów w tym obszarze. Posiadanie własnego, mocnego przewoźnika kolejowego umożliwia zbudowanie przewagi konkurencyjnej na wymagającym rynku transportowym – mówi Błażej Krawczyszyn, Dyrektor Wykonawczy PKN ORLEN ds. Logistyki.

Celem prowadzonego postępowania będzie poznanie dostępnych ofert pod kątem zakupu na własność, leasingu lub długoterminowego wynajmu lokomotyw elektrycznych i spalinowych. Spółki z Grupy Kapitałowej ORLEN zainteresowane są w szczególności lokomotywami elektrycznymi ze spalinowymi modułami dojazdowymi, jak również hybrydowymi (spalinowo – elektryczne) – obecnie dysponują wyłącznie lokomotywami spalinowymi i elektrycznymi. Istotny jest także dla spółek aspekt serwisowania nowych lokomotyw w perspektywie długoterminowej.

W ramach Grupy ORLEN w ostatnich latach prowadzone były intensywne prace zmierzające do rozwoju przewozów kolejowych. W tym czasie ORLEN KolTrans pozyskał kilkanaście nowoczesnych lokomotyw od polskich i zagranicznych dostawców. Z kolei PKN ORLEN wymienił park wagonów na nowe, w tym z sukcesem wdrożył system RFID czyli technikę zdalnego odczytywania danych identyfikacyjnych.

ORLEN KolTrans istnieje od 2001 roku. Oferuje kompleksową obsługę transportu kolejowego obejmującego krajowy i międzynarodowy transport towarów, serwis i naprawę taboru kolejowego, dzierżawę wagonów, obsługę bocznic i spedycję. Na rzecz GK ORLEN w 2018 r. zrealizował przewóz 6 mln ton produktów paliwowych oraz petrochemicznych w relacjach krajowych i międzynarodowych. Główne realizowane przez spółkę relacje to Płock – Świnoujście, Płock  – Terminale Paliw PKN ORLEN oraz Płock – Trzebinia – Płock. Oprócz tego istotne są również relacje międzynarodowe z Polski do Czech (Kralupy, Litvinov) oraz na Litwę (Możejki). Obecnie Spółka dysponuje flotą 41 lokomotyw i 567 wagonów cystern. Zatrudnia ponad 400 osób. Posiada nowoczesny tabor elektryczny oraz zmodernizowany tabor spalinowy. Eksploatuje 15 rodzajów wagonów cystern – przetestowanych pod względem wymogów bezpieczeństwa. Każdego dnia uruchamiane jest ok. 16 pociągów z logo Spółki. Przewożą one produkty rafineryjno – petrochemiczne na poziomie 500 tys. ton/msc. Potencjał Spółki budowany jest poprzez ciągłe unowocześnianie posiadanej floty kolejowej i inwestycje w nowe technologie.

Unipetrol Doprava to trzeci co do wielkości prywatny przewoźnik kolejowy w Czechach należący do Grupy Unipetrol. Rocznie transportuje około 3 mln ton towarów, głównie produktów chemicznych wytwarzanych przez spółki GK ORLEN. Jego klientami są także zagraniczne firmy transportowe i zakłady chemiczne. Specjalizuje się również w spedycji, wynajmie wagonów kolejowych, serwisie i naprawie taboru kolejowego oraz doradztwie.

Niż demograficzny wpłynie na ceny mieszkań – debata ekspertów

Ceny mieszkań są wysokie. Istnieje jednak szansa, że w mniejszych miastach będą one spadać. W najbliższych latach dużo zależeć będzie od demografii.

– Ceny mieszkań wzrosły, ale nie tak bardzo jak w poprzednim boomie. Od 2013 roku ceny wzrosły średnio o około 20%. Ponad 10 lat temu mieszkania drożały o 50%, a niektórych miastach nawet o 100% w przeciągu dwóch lat – mówi Jarosław Sadowski, Expander.

Gwałtowna sytuacja na rynku nieruchomości sprawiła, że koszty materiałów budowlanych, działek i robocizny poszły w górę co przełożyło się na podwyżkę cen mieszkań.

– Sytuacja już zaczęła się uspokajać. Mniejszy popyt na materiały czy działki może wpłynąć na obniżkę ich cen. Jest to jednak bardziej skomplikowane, ceny w jednych miastach będą spadać, a w innych rosnąć. W dużej mierze będzie zależeć to od popytu i demografii – mówi J. Sadowski, Expander.

Do 2030 roku grupa docelowa kupująca mieszkania, czyli osoby między 28 a 39 rokiem życia zmaleje o ponad 2 miliony osób. W zależności od tego czy liczba mieszkańców danych miast, będzie się zwiększać czy zmniejszać, ceny nieruchomości będą rosnąć lub spadać.

– Im bliżej roku 2030 tym większe zmiany zajdą na rynku nieruchomości. W miastach rozwijających się ceny nieruchomości będą najprawdopodobniej rosły razem z wynagrodzeniami, ale będą też na pewno takie, w których zobaczymy duże spadki – komentuje J.Sadowski, Expander.

W debacie wzięli udział: Jarosław Sadowski, Expander; Rafał Schurma, Prezydent Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego PLGBC i prowadzący Jarosław Mikołaj Skoczeń, Zastępca Redaktora Naczelnego Agencji Informacyjnej MarketNews24.

KUKE: Prognoza liczby upadłości firm w Polsce na 2019 r.

Według danych KUKE, w okresie od marca 2018 roku do lutego 2019 roku łączna liczba upadłości oraz rozpoczętych restrukturyzacji wyniosła 1080, rosnąc o 13,6% z poziomu 951 na koniec lutego 2018. W ostatnich 12 miesiącach zostały ogłoszone 632 upadłości przedsiębiorstw, co oznacza wzrost o 5,7% w porównaniu ze stanem z lutego ubiegłego roku. W lutym 2019 roku sądy gospodarcze ogłosiły upadłość 47 podmiotów, a więc o 26,6% mniej niż przed miesiącem oraz o 2,1% mniej niż w lutym 2018. Łączna liczba rozpoczętych restrukturyzacji za ostatnich 12 miesięcy wyniosła 448 podmiotów, co oznacza wzrost o 26,9% w stosunku do stanu na koniec lutego 2018 roku.

Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE
Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE

Te dane wskazują, że od pięciu miesięcy mamy do czynienia ze stabilizacją trendu w łącznej liczbie upadłości i restrukturyzacji, choć w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku nastąpił zauważalny wzrost głównie jeśli chodzi o liczbę firm rozpoczynających postępowania restrukturyzacyjne. Jak na razie krajowe przedsiębiorstwa relatywnie nieźle znoszą spowolnienie gospodarcze, jakie zaczęło dotykać część głównych partnerów handlowych Polski, włącznie z Niemcami. Natomiast nie można wykluczyć, że sytuacja w kolejnych miesiącach zacznie się pod tym względem pogarszać. Szczególnie narażone na kłopoty mogą być przedsiębiorstwa nastawione na eksport do krajów Europy Zachodniej, bowiem spowolnienie gospodarcze w tym regionie może wpłynąć na obniżanie się rentowności sprzedaży eksportowej – powiedział Tomasz Ślagórski, wiceprezes KUKE.

KUKE szacuje – zakładając obniżenie tempa wzrostu gospodarczego Polski, przy jednoczesnym spadku rentowności przedsiębiorstw – że w tym roku dynamika wzrostu upadłości ulegnie delikatnemu przyspieszeniu do poziomu ok. 9% (czyli dotknie ok. 680 podmiotów). Z kolei dynamika wzrostu liczby rozpoczętych restrukturyzacji obniży się do ok. 16% (obejmując ok. 530 podmiotów). Podstawowym czynnikiem ryzyka będzie koniunktura na rynkach eksportowych oraz niska podaż pracowników w kraju.

Upadłości wg sektorów

Stosunek upadłości spółek prawa handlowego do liczby średnich i dużych firm obecnych na rynku kształtował się w lutym 2019 roku na poziomie 0,88%. W zestawieniu z lutym 2018 roku istotny spadek natężenia upadłości widoczny był m.in. w produkcji urządzeń elektrycznych (0,41% wobec 1,2%) oraz produkcji chemikaliów i wyrobów chemicznych (0,20% wobec 1,02%). W ciągu roku największy wzrost natężenia upadłości wystąpił w branży farmacji i leków (0,99% wobec 0,00%) oraz w wytwarzaniu i zaopatrywaniu w energię i gaz (1,56%wobec 0,67%).

Upadłości wg województw

W lutym 2019 roku najwyższy stosunek upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji przedsiębiorstw w odniesieniu do liczby średnich i dużych firm w danym województwie wystąpił w województwie warmińsko-mazurskim, mazowieckim i podkarpackim i wyniósł w przypadku tych województw odpowiednio: 1,92%, 1,78% i 1,76%. Najmniejsze natężenia odnotowano w województwach: małopolskim (1,00%) i lubuskim (0,96%). Pogorszenie sytuacji w ciągu 12 miesięcy zanotowano w jedenastu województwach. Największy wzrost natężenia upadłości i rozpoczętych restrukturyzacji zanotowano w województwach świętokrzyskim (z 0,78% do 1,61%) i podkarpackim (z 0,90% do 1,76%).

Znikąd powodów do zadowolenia

Ryzykowne aktywa oberwały w nocy w obliczu załamania na chińskiej giełdzie i rozczarowujących danych o handlu zagranicznym Państwa Środka. To dokłada obaw o kondycję globalnej gospodarki po tym, jak EBC dołączył do rzeszy banków centralnych dokonujących gołębiego zwrotu. Dziś mamy dzień z raportem z rynku pracy USA i złe dane są większym zagrożeniem dla stabilności rynków.

Wczorajsza decyzja Europejskiego Banku Centralnego była zaskoczeniem co do momentu, ale nie do treści. Po pierwsze bank oczekuje teraz, że stopy procentowe pozostaną niezmienione co najmniej do końca 2019 r. zamiast wcześniej komunikowanych „do końca lata 2019 r.”. Biorąc jednak pod uwagę, że przed posiedzeniem rynek stopy procentowej wyceniał szanse na podwyżkę dopiero na czerwiec 2020 r., odroczenie EBC było bardziej skorzystaniem z okazji, że rynek już przyjął gołębie oczekiwania. Po drugie, bank ogłosił trzecią rundę TLTRO, długoterminowych pożyczek dla banków komercyjnych nakierowanych na wsparcie akcji kredytowej. Brak tego programu oznaczałby nagłe ograniczenie płynności w sektorze po zakończeniu drugiej rundy w połowie roku, więc wygładzenie procesu było spodziewane. Ale nowy program jest mniej hojny dla banków niż jego wcześniejsze odsłony (jest tylko na 2 lata, po stopie powiązanej ze stopą referencyjną), więc nie można go uznać jako narzędzia luzującego politykę pieniężną. Stąd nie traktuje wczorajszej decyzji jako impulsu do wyraźnej przeceny EUR i powolne opadanie kursu wczoraj po południu potwierdza, że działania EBC nie odmieniają diametralnie sytuacji. Z drugiej strony EBC dołącza do grona banków centralnych, które w ostatnim czasie złagodziły swoje stanowisko (Bank Kanady, RBA, Fed), co jednocześnie potęguje obawy uczestników rynku o kondycję gospodarki światowej. W obliczu wzrostu awersji do ryzyka EUR jest na straconej pozycji, a beneficjentami zostają głównie USD i JPY. To razem powoduje, że EUR/USD jest ponad figurę niżej i przy podtrzymaniu negatywnego sentymentu znajdzie się więcej chętnych do sprzedaży.

Jak w tym klimacie będzie odebrany raport z rynku pracy USA? Sądzę, że zainteresowanie danymi może być większe niż można było się spodziewać na początku tygodnia. Gdybyśmy byli w warunkach neutralnego sentymentu reakcja mogłaby być ograniczona: kolejny silny odczyt to za mało, by przekonać Fed do przybliżenia terminu kolejnej podwyżki stóp procentowych; słabe dane byłyby zignorowane jako jednorazowa anomalia na tle poprzednich silnych wyników zatrudnienia. Teraz jednak interpretacja będzie zniekształcona niepewnością o siłę ożywienia. Dobre dane podkreślą wyjątkowość USA na tle słabnącej reszty świata; słabe dane – USA zaraża się spowolnieniem globalnym. Większym paliwem do paniki będą rozczarowujące dane, choć w obu przypadkach pojawiają się przekonujące argumenty, by uciekać od ryzykownych aktywów, a za bezpieczną przystać wybierać USD. Może to być bardziej wyraźne na crossach z walutami ryzykownymi (np. AUD/USD, NZD/USD), podczas gdy efekt będzie rozmyty na USD/JPY (walka o dominację dwóch bezpiecznych przystani) i EUR/USD (presja na szybkie spieniężanie zysków z pozycji otwartych w reakcji na decyzję EBC).

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rozwój nowych technologii w Polsce – Roche inwestuje we współpracy z MPiT

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii wraz z Roche – globalnym pionierem w dziedzinie biotechnologii podpisali list intencyjny dotyczący kolejnych inwestycji firm w Polsce. Nasz kraj na mapie przedsięwzięć Roche jest bardzo ważnym miejscem. Współpraca będzie dotyczyła rozwoju w dziedzinie biotechnologii, farmacji i bioinformatyki. Inwestycje związane z innowacyjnością i technologiami firmy Roche rozwijane są w Polsce już od wielu lat, a centra kompetencyjne mieszczące się w naszym kraju mają realny wpływ na funkcjonowanie globalnych struktur firmy.

– Umowa ta kolejnym krokiem do zwiększenia roli Polski w rozwoju innowacyjnych produktów Roche oraz nowych technologii – powiedział serwisowi eNewsroom Wiktor Janicki, Dyrektor Generalny Roche Polska – Inwestycje związane z innowacyjnością i technologiami mają przyczynić się do projektów, a w przyszłości do polepszania sytuacji pacjentów. To dla nas zupełnie naturalne, że kładziemy nacisk na rozwój inwestycji w Polsce. Znajdujemy tu wysoko wykwalifikowanych pracowników, współpracujemy z wieloma instytutami i uczelniami oraz mamy odpowiedzialnych partnerów po stronie administracji centralnej, z którymi możemy śmiało planować nasze działania na wiele lat do przodu. Już wkrótce otwieramy w Warszawie Procurement HUB, które będzie obsługiwać zamówienia składane przez naszą firmę w całej Europie. Zajmie się tym zespół liczący początkowo 100 specjalistów, który sukcesywnie będzie rozwijany – podkreślił Janicki.

CEO Huawei Polska: sieć 5G może się pojawić w pierwszych polskich miastach już w 2020 r.

[Warszawa, 8 marca 2019] – Tonny Bao, Dyrektor Zarządzający (CEO) Huawei Polska podczas tegorocznego Forum Gospodarczego TIME wziął udział w debacie eksperckiej poświęconej optymalizacji budowy warstw sieci bezprzewodowej 5G. W trakcie dyskusji CEO zwrócił uwagę m.in. na kwestie czasu i kosztów wdrożenia sieci 5G w Polsce. W debacie uczestniczyli także przedstawiciele największych operatorów w Polsce oraz producentów infrastruktury 5G, m.in. z Orange, P4, Polkomtela, T-Mobile, Exatela, Ericssona.

W swoich wypowiedziach CEO Huawei podkreślał aspekt ewolucji, a nie rewolucji 5G, co w kwestii minimalizacji kosztów będzie kluczowe. Oszczędności będą polegały nie tylko na zastosowaniu infrastruktury obecnie funkcjonującej sieci 4G do transmisji 5G, ale również wykorzystanie częstotliwości obecnie zajmowanej przez 4G. Dzięki temu nie będzie konieczne inwestowanie w nowe częstotliwości, których koszty są ogromne.

Tonny BaoKoszty wdrożenia sieci 5G zależą od takich czynników, jak uproszczenie spektrum częstotliwości, wykorzystanie obecnej infrastruktury oraz tego jaki zasięg będzie miała sieć nowej generacji. Czy będzie to 90% miast, powierzchni kraju czy ludności Polski, to wszystko ma kluczowe znaczenie – wyjaśniał Tonny Bao.

Efektywniejsze wykorzystanie dostępnego spektrum częstotliwości zostanie natomiast osiągnięte dzięki Massive – MIMO (Multiple Input Multiple Output). Dzięki niemu, możliwe jest 5-krotne zwiększenie wydajności danego zasięgu częstotliwości. CEO Huawei Polska zaznaczył też, że rozwiązania Huawei mogą pomóc operatorom w szybkiej budowanie sieci i zaoszczędzić koszty instalacji inżynieryjnych.

Na przykład stacja bazowej Huawei 5G AAU, to urządzenie kompaktowe oraz łatwe w instalacji i obsłudze, ponieważ może być ona zainstalowana w ciągu zaledwie 4,5 godziny. Waży przy tym zaledwie 20kg i jest tego samego rozmiaru, co zwykła walizka. Wszystko to może znacznie pomóc operatorom w szybkiej budowanie sieci i zaoszczędzić koszty instalacji inżynieryjnych.

CEO Huawei Polska poruszył również kwestię zużycia energii. Dzięki rozwiązaniom Huawei możliwa jest jej znaczna oszczędność. Obecnie jest to dużym problemem, ale jak przekonuje Tonny Bao urządzenia, chipsety, wyposażenie i jednostki zasilające są o wiele wydajniejsze niż konkurencyjne produkty.

Dodał, że telefony Huawei zaprezentowane na MWC 2019 w Barcelonie są gotowe na 5G. Wyraził również przekonanie, że sieć 5G może się pojawić w pierwszych polskich miastach już w 2020 r.

Razem, jako dostawcy, operatorzy i sektor rządowy, możemy szybko i efektywnie wprowadzić sieć 5G w Polsce. Możemy w krótkim czasie zaimplementować 5G dzięki najnowszym technologiom i przy okazji zrobić to efektywnie pod względem finansowym – zakończył Tonny Bao.

Komu polepszyły się warunki mieszkaniowe?

Co roku dowiadujemy się, że rośnie liczba mieszkań przypadających na 1000 Polaków oraz metraż w przeliczeniu na jednego rodaka. Warto jednak zdawać sobie sprawę, że zasób mieszkaniowy jest podobnie zróżnicowany jak całe polskie społeczeństwo. Spore różnice w warunkach zamieszkania potwierdzają dane GUS-u. Na ich podstawie eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, jak przez ostatnie lata zmieniły się mieszkania należące do różnych grup społecznych (m.in. pracowników najemnych, rolników i emerytów).

Rolnicy oraz renciści zyskali najwięcej dodatkowej przestrzeni

Osoby zainteresowane informacjami o warunkach zamieszkania poszczególnych grup społecznych, na pewno powinny zajrzeć do wyników corocznego badania budżetów polskich gospodarstw domowych. Nazwa wspomnianego badania nie sugeruje jego związków z warunkami mieszkaniowymi. Tym niemniej, Główny Urząd Statystyczny w ramach badania finansów Polaków, co roku zbiera również dane dotyczące mieszkań. W 2017 r. takie informacje zostały pozyskane od reprezentatywnej grupy 36 655 gospodarstw domowych. Główny Urząd Statystyczny sprawdził między innymi to, jakim metrażem na osobę dysponowały gospodarstwa domowe w zależności od ich głównego źródła utrzymania.

Wg portalu RynekPierwotny.pl najnowsze informacje GUS-u z 2017 roku wskazują, że powierzchnia użytkowa dla jednej osoby wahała się od 24,0 mkw. (gospodarstwa domowe pracowników najemnych) do 39,3 mkw. (gospodarstwa domowe rencistów).

Metrażem znacząco większym od krajowej średniej (27,8 mkw.) dysponowali również rolnicy (30,1 mkw.), przedsiębiorcy (30,3 mkw.) oraz emeryci (37,5 mkw.). Można przypuszczać, że w przypadku seniorów oraz rolników, ważną przyczyną wysokich wyników była wyprowadzka młodszych członków rodziny. Takie zjawisko powoduje wzrost statystycznego metrażu, ale jednocześnie ma negatywne skutki dla starszych osób (dotyczące m.in. braku odpowiedniej opieki).

Poniższy wykres przedstawia również zmiany średniego metrażu na osobę pomiędzy 2010 r. oraz 2017 r. Największe takie wzrosty odnotowano w przypadku rencistów (+4,9 mkw./+14%) oraz rolników (+3,3 mkw./+12%).

Przeciętny metraż w bardzo licznej grupie pracowników najemnych powiększył się o 1,9 mkw./osobę (+9%). Tutaj czynniki demograficzne też mogły odgrywać pewną rolę. Wydaje się jednak, że ten aspekt demograficzny był mniej istotny niż w przypadku gospodarstw domowych emerytów oraz rencistów.Komu polepszyły się warunki mieszkaniowe

Wyposażenie mieszkań najbardziej poprawiło się u rolników …

Dzięki informacjom z badania budżetów gospodarstw domowych można również sprawdzić, jak od 2010 r. do 2017 r. poprawiło się wyposażenie polskich mieszkań w podstawowe elementy, media oraz urządzenia (np. łazienkę, ciepłą wodę i centralne ogrzewania). Przez ostatnie lata nie mieliśmy do czynienia z takimi intensywnymi zmianami w tym zakresie, jak pod koniec XX wieku.

Poniższa tabela pokazuje jednak, że w niektórych przypadkach poprawa była znacząca i godna odnotowania. Jako przykład może posłużyć udział zasiedlanych przez rolników mieszkań (lokali i domów) z dostępem do ciepłej wody bieżącej. Przez 7 lat (2010 r. – 2017 r.) odsetek takich mieszkań wzrósł aż o 5,1 punktu procentowego (p.p.). Rolnicze gospodarstwa domowe odczuły też znaczącą poprawę w związku ze wzrostem udziału mieszkań wyposażonych w spłukiwaną toaletę (+5,4 p.p.), centralne ogrzewanie (+5,0 p.p.) oraz łazienkę (+4,5 p.p.).

Pod względem warunków sanitarnych, znacząco poprawiły się też mieszkania używane przez emerytów oraz rencistów. Miarą postępu cywilizacyjnego jest to, że w 2017 r. nie było już widać praktycznie żadnych różnic pomiędzy poszczególnymi grupami społecznymi pod względem wyposażenia mieszkań w podstawowe elementy i media (np. bieżącą wodę, łazienkę oraz centralne ogrzewanie).zmiany wyposazenia mieszkan

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Dla kogo obowiązkowy split payment od marca 2019 r.

Obowiązkowy split payment obejmie 152 towary lub usługi. Są wśród nich smartfony, laptopy, konsole do gier.

22 lutego 2019 r. opublikowano decyzję wykonawczą (derogacyjną) Rady UE 2019/310 z 18 lutego 2019 r. umożliwiającą Polsce wprowadzenie obowiązkowego mechanizmu split payment (podzielonej płatności) w odniesieniu do wybranych towarów oraz rodzajów prowadzonej działalności gospodarczej.

Z decyzji wynika, że Polska ma prawo stosować obowiązkowy split payment w okresie od 1 marca 2019 r. do 28 lutego 2022 r. na 152 towary lub usługi, w tym na określone wyroby z kategorii elektroniki m.in. procesory, smartfony, telefony, tablety, notebooki, laptopy, konsole do gier, tusze, tonery, dyski twarde. Także na odpady, złom, surowce wtórne, wyroby ze stali, metale szlachetne, metale kolorowe. Dotyczy to również określonych robót budowlanych.

– Chodzi o towary i usługi, którymi obrót generował sporo nieprawidłowości. Większość z tych towarów była już objęta mechanizmem odwrotnego obciążenia (VAT rozliczał kupujący), co oznacza, że po zmianie i wprowadzeniu obligatoryjnego mechanizmu podzielonej płatności (kupujący płaci sprzedawcy VAT na specjalny rachunek VAT, a sprzedawca rozlicza VAT na zasadach ogólnych) nie będzie potrzeby utrzymywania przepisów dotyczących odwrotnego obciążenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, Lider Praktyki VAT, Akcyzy i Ceł w Kancelarii Ożóg Tomczykowski
Przedsiębiorcy już teraz powinni zainteresować się klasyfikacją sprzedawanych przez siebie towarów i usług, biorąc pod uwagę decyzję derogacyjną i wynikającą z niej, zbliżającą się wielkimi krokami nowelizację ustawy o VAT.

– Do zmian na pewno należy się przygotować, bowiem za nieprzestrzeganie obowiązkowych regulacji ustawodawca zapewne wprowadzi jakieś sankcje – komentuje dr J.Matarewicz.

Zmiany w Zarządzie Brand New Galaxy

Brand New Galaxy – Kraczyk, Glapinski, Klos, Adamkiewicz

BRAND NEW GALAXY W NOWEJ OPERACYJNEJ KONSTELACJI

Brand New Galaxy (BNG) po bardzo udanym roku, wygraniu 4 globalnych hubów, regularnej obsługi ponad 20 klientów oraz powiększeniu zespołu o 140 osób, przedstawiła zmiany w modelu operacyjnym na 2019 rok. Reorganizacja ma charakter dwuwymiarowy: na poziomie odpowiedzialności zespołu zarządzającego BNG, a także samych spółek.

Z początkiem marca 2019 roku Kacper Kłos obejmuje stanowisko CEO Brand New Galaxy i zastąpi w tej roli Olgę Adamkiewicz, która jako Vice-President BNG będzie odpowiadała za relacje z inwestorami oraz business development.

– Rok 2018 upłynął pod znakiem wielowymiarowego wzrostu, zarówno w kontekście portfolio klientów jak i zespołu. W 2019 roku planujemy kolejny, znaczny skok rozwojowy, co przy obecnym rozmiarze Galaktyki oznacza podział obowiązków i specjalizację. Olga przejmuje obszar związany z relacjami inwestorskimi oraz wsparciem rozwoju biznesu na arenie międzynarodowej, ja natomiast w nowej roli, skupię się na zarządzaniu dynamiką całego holdingu. Dodatkowo 5 z 7 niezależnych spółek pogrupowanych zostało w synergicznie zarządzane konstelacje kompetencyjne, dla których opracowaliśmy indywidualne plany ekspansji – komentuje Kacper Kłos, CEO BNG.

W związku z zapowiadanymi zmianami Michał Glapiński jako BNG Vice-President E-commerce odpowiadać będzie za spółki Pathfinder 23 oraz Synthrone pełniąc w nich rolę CEO. Natomiast Jakub Krawczyk jako BNG Vice-President Digital & Comms odpowiadać będzie za Spacecamp, Life on Mars oraz 8.54 (niedawno dołączony do Galaktyki dom produkcyjny digital). Podobnie jak Glapiński, Krawczyk w spółkach tych obejmie rolę CEO.

–  BNG posiada już swoje zespoły w Londynie oraz w Szwajcarii, za chwilę podobne satelitarne operacje będziemy otwierać w USA i Azji. Spowodowało to naturalną potrzebę zmiany modelu działania i podjęcia kliku kluczowych decyzji, które pomagają jeszcze bardziej skonsolidować nas jako zespół – mówi Olga Adamkiewicz, dotychczasowy CEO BNG.

Kłos, Glapiński i Krawczyk jako członkowie zespołu zarządzającego BNG sprawowali do tej pory funkcje Managing Partnerów. W roku 2019 BNG zarządzane będzie przez 4 osoby: Kłos (CEO), Adamkiewicz (VP), Glapiński (VP E-commerce) i Krawczyk (VP Digital & Comms).

Brand New Galaxy obecnie zatrudnia ponad 240 specjalistów w ramach 7 podmiotów wchodzących w skład platformy. Kolejne kilkadziesiąt rekrutacji planowanych jest w 2019 roku. Dzięki globalnym wygranym działania BNG obejmują Klientów operujących zarówno w Europie, Ameryce Północnej, Azji i na Bliskim Wschodzie. BNG zdobyło tytuł „Debiutu roku 2018” według miesięcznika PRESS.

Porozumienie MPiT i Roche Polska dla rozwoju innowacji

Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii oraz firma Roche Polska podpisały list intencyjny. Dotyczy on strategicznej współpracy w dziedzinie nowych technologii, której celem jest wspieranie rozwoju innowacji w zakresie biotechnologii, farmacji i bioinformatyki. W przedsięwzięciu uczestniczyła Federacja Przedsiębiorców Polskich.

– Cieszymy się z możliwości uczestniczenia w tym wydarzeniu i kreowaniu współpracy pomiędzy zagranicznymi firmami, a ministerstwem – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich – Organizacja bierze udział w przyciąganiu kapitału zagranicznego i zachęcaniu do inwestycji w Polsce. Rozpoczęta przez resort współpraca jest niezwykle korzystna. Dzięki podpisanej umowie w naszym kraju powstanie centrum zamówień firmy Roche na całą Europę. To przykład partnerskiej i efektywnej współpracy na linii administracja – przedsiębiorcy. Jako organizacja pracodawców aktywnie wspierająca nowe możliwości dla gospodarki w pełni doceniamy tego typu przedsięwzięcia. Mamy też nadzieję i apetyt na kolejne inwestycje firm zagranicznych w Polsce – dodał Kowalski.

Wyniki badań Microsoft: cyfrowa transformacja przez rozum do serca

Dla ¾ liderów polskiego biznesu, biorących udział w badaniu Microsoft, społeczności CIONET i Digital Excellence oraz firmy Neurohm, cyfrowa transformacja jest jednym z kluczowych filarów strategii ich firm. Prawie wszyscy uczestnicy potwierdzają również, że cyfrowe narzędzia przyczyniają się do rozwoju ich firm. Jednocześnie tylko 38 proc. respondentów jest w pełni przekonana, że ich firmy dobrze rozumieją potrzeby klienta w erze cyfrowej. Z kolei ¼ uczestników badania odpowiedziała przeciwnie, a ich deklaracja była równie mocna w sferze emocjonalnej. Pokazuje to, że w dalszym ciągu wiele firm rozpoczyna cyfrową transformację i swojego biznesu i nie doświadczyło jeszcze wymiernych korzyści z niej płynących.

Badaniem zostało objętych 216 polskich liderów IT i biznesu, którzy przedstawili swoje opinie na temat działania przedsiębiorstw w erze cyfrowej. Metodologia badania nie skupiała się jedynie na racjonalnej deklaracji respondentów, analizowano również stopień ich emocjonalnej pewności dotyczącej wyboru[1].

Mark Loughran, dyrektor generalny Microsoft w Polsce
Mark Loughran, dyrektor generalny Microsoft w Polsce

„Transformacja cyfrowa zajmuje wysokie miejsce na agendzie liderów biznesu w polskich firmach, co jednoznacznie potwierdzają wyniki badania. Kluczową kwestią pozostaje jednak, jak ją skutecznie przeprowadzić uwzględniając specyfikę danej branży czy sektora gospodarki? Tutaj właśnie dostrzegamy naszą rolę, aby wspierać klientów w procesie zmian i towarzyszyć im jako zaufany partner na każdym etapie transformacji – podkreśla Mark Loughran, Dyrektor Generalny polskiego oddziału Microsoft.

Wyniki pokazują, że na poziomie racjonalnym niemal wszyscy dostrzegają korzyści transformacji cyfrowej. 74 proc. respondentów przyznało, że inwestycje w nowe technologie przynoszą im realne zyski finansowe. Jednakże, na poziomie emocjonalnym obserwujemy umiarkowane przekonanie, co do efektów zastosowania cyfrowych narzędzi. Oznaczać to może, że w dalszym ciągu wiele firm jest na początkowym etapie wdrażania strategii cyfrowej transformacji swojego biznesu a liderzy wciąż szukają potwierdzenia swoich decyzji, analizując uzyskane i spodziewane korzyści.

„Kluczem do zrozumienia dzisiejszego klienta, jego zachowań, potrzeb i oczekiwań jest właśnie cyfryzacja” – mówi Magda Taczanowska, Członek Zarządu, Dyrektor Segmentu Enterprise w polskim oddziale Microsoft. „Badania pokazują, że firmy nie rozumieją w pełni kim jest klient w erze cyfrowej i w związku z tym nie mogą być pewne, czy decyzje biznesowe które podejmują w obszarze cyfryzacji produktów i usług są na pewno trafione i spełniają oczekiwania klienta. Polegają bardziej na przeczuciach, wybierając z szerokiego spektrum dostępnych rozwiązań, co powoduje, że nie zawsze otrzymują pożądane efekty. Dlatego tak ważne jest czerpanie z doświadczeń firm, które przeszły już tę drogę i z sukcesem wdrożyły cyfrowe rozwiązania, stawiając swoich klientów w centrum tych zmian”.

Szybka droga do korzyści

Prawie wszyscy respondenci (92 proc.) przyznali zgodnie, że narzędzia cyfrowe skracają czas wprowadzenia nowych produktów i usług na rynek. 80 proc. ankietowanych potwierdziło również, że cyfryzacja usług i produktów przynosi wzrost biznesu w ich firmach. Trzeba jednak podkreślić, że wyrazili przy tym umiarkowany poziom emocjonalnej pewności.

Chmura obliczeniowa, Internet Rzeczy, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe, rzeczywistość mieszana i wiele innych dostępnych technologii stymuluje przedsiębiorstwa i instytucje do rozwoju. Tempo osiągania gotowości rynkowej, wynikające ze skrócenia czasu wprowadzania produktów i usług na rynek, może decydować o przewadze konkurencyjnej firmy. Z drugiej strony średni poziom prezentowanej pewności dowodzi, że nie wszyscy spośród respondentów doświadczyli już tego zjawiska. Potwierdza to, że wiele firm widzi potrzebę strategii cyfrowej zmiany, jednak nadal jest w fazie planowania i wdrażania pierwszych kroków na drodze jej realizacji.

Pewny jak chmura

Badanie wyraźnie pokazuje, że polscy liderzy IT i biznesu nie mają wątpliwości co do efektów zastosowania chmury obliczeniowej. Niemal 60 proc. respondentów jest pewnych, że rozwiązania oparte na chmurze są bezpieczne i będą je stosować w najbliższej przyszłości (63 proc.). Deklarowane przekonanie o bezpieczeństwie chmury jest tym istotniejsze, że 88 proc. badanych jest całkowicie pewnych, że cyberataki są realnym zagrożeniem dla ich firmy.

„Katalizatorem dla transformacji cyfrowej przedsiębiorstw jest bez wątpienia chmura. To tutaj tkwi największy cyfrowy potencjał” – podkreśla Paweł Jakubik, Dyrektor ds. Transformacji Cyfrowej w Chmurze z polskiego oddziału Microsoft. „Zalety przetwarzania w chmurze są nie do zakwestionowania: elastyczność, łatwość użycia, skalowalność, poziom bezpieczeństwa czy przewaga ekonomiczna nad tradycyjnymi metodami dostarczania usług. Wyniki badania pokazują jednoznacznie, że firmy jak mówią o chmurze to z pełnym do niej przekonaniem i planują dalszy rozwój rozwiązań opartych o cloud. Nie można jednak nie dostrzegać, że spora część respondentów nie ma w tym zakresie zdania”.

Więcej wniosków z badania dostępnych jest w pełnej wersji raportu, jaki dostępny jest na stronie: www.transformationlab.pl

[1] Informacje o badaniu: Badania były realizowane w maju 2018 roku wg. metodologii BIOCODE online. W badaniu wzięło udział 216 przedstawicieli zarządów i kluczowych CIO firm w Polsce.

Sytuacja Polek na rynku pracy szybko się poprawia. Luka płacowa jest już jedną z najniższych w Europie

Sytuacja Polek na rynku pracy szybko się poprawia. Luka płacowa jest już jedną z najniższych w Europie 1

Polska znalazła się na 8. pozycji w rankingu PwC „Women in Work Index 2019”. Dobry wyniki to zasługa szybko spadającej stopy bezrobocia wśród Polek i faktu, że większość z nich pracuje na pełen etat. Polska ma także jedną z najniższych luk płacowych w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn. Ze wskaźnikiem na poziomie 5 proc. plasuje się na 2 miejscu, po Luksemburgu. Zdaniem ekspertów Polska powinna wciąż wspomagać aktywność zawodową kobiet w wieku 50 plus, a także ułatwiać dostęp do pracy młodym matkom.

Raport PwC „Women in Work Index” analizuje sytuację kobiet na rynku pracy oraz ich wpływ na gospodarkę w 33 krajach OECD. W ostatniej edycji Polska znalazła się na wysokim, 8. miejscu. Począwszy od 2000 roku Polska awansowała w tym rankingu o 11 pozycji i jest to jeden z najlepszych wyników w całym OECD. To m.in. efekt szybko spadającej stopy bezrobocia wśród Polek – w 2017 roku kształtowała się ona na poziomie 5 proc., podczas gdy jeszcze w 2000 roku wynosiła 18 proc.

Lata dynamicznego rozwoju gospodarczego były jedną z przyczyn tego stanu rzeczy. Kolejną jest polityka różnorodności, która znalazła się w centrum zainteresowania wielu firm i jest przykładem pozytywnej mody w zarządzaniu. Dzisiaj widać, że w Polsce firmy faktycznie stawiają na kobiety, potrafią docenić ich potencjał i kompetencje, choć wyzwań wciąż pozostaje wiele – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Małgorzata Kluska-Nowicka, ekspert i wicekanclerz Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Polska zdecydowanie poprawiła także wskaźnik dotyczący formy zatrudnienia kobiet na pełen etat – do 91 proc. Dla porównania, średnia dla krajów OECD to 75 proc. Jak wynika z rankingu PwC, Polska ma jedną z najmniejszych luk płacowych w wynagrodzeniach kobiet i mężczyzn (tzw. pay gap). Ze wskaźnikiem na poziomie 5 proc. (2 pkt proc. mniej niż rok wcześniej) plasuje się na 2. miejscu, po Luksemburgu.

Jest to jednak średnia, bo na wysokich stanowiskach zarządczych czy menadżerskich różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn wciąż pozostają większe. Część państw próbuje poradzić sobie z tym problemem instytucjonalnie, wprowadzając regulacje prawne zakazujące różnic płacowych. Islandia zadeklarowała, że wyeliminuje je całkowicie do 2022 roku.

– Ocena sytuacji kobiet na rynku pracy jest bardzo złożona. Na pewno zmiana modelu „mężczyzna w pracy, bo jest żywicielem rodziny, a kobieta jest strażniczką domowego ogniska” bardzo pomaga, podobnie jak wprowadzana w wielu firmach polityka różnorodności. Trzeba jednak pamiętać, że kobiety pełnią i będą pełnić również ważną rolę społeczną, która polega na rodzeniu i wychowywaniu dzieci. Nie ma co ukrywać, że to często opóźnia lub spowalnia nasze kariery, ale ich nie uniemożliwia. Pamiętajmy, że odsetek przedsiębiorczych kobiet, które prowadzą własne biznesy, jest w Polsce jednym z wyższych na tle krajów UE – zauważa dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Jak podkreśla, sytuacja kobiet na rynku pracy w minionych 40 latach uległa znaczącej poprawie. W krajach OECD udział kobiet pracujących zwiększył się z 48 proc. do 64 proc. W Polsce stopa bezrobocia jest aktualnie najniższa od 30 lat, a na koniec 2018 roku była tylko nieznacznie większa w populacji kobiet. Bezrobocie dla tej grupy wynosiło około 4 proc., natomiast dla mężczyzn 3,6 proc.

Pozytywne dane nie oznaczają jednak, że nie ma nie ma już nic do zrobienia. Polska powinna wspomagać aktywność zawodową kobiet w wieku 50 plus, a także ułatwiać dostęp do pracy młodym matkom. Konieczne jest również systematyczne zwiększanie liczby kobiet na stanowiskach kierowniczych.

Niezwykle istotne jest, żeby sytuacja kobiet na rynku pracy cyklicznie się poprawiała. Trzeba zastanowić się, kto i co może poprawić. Wymieniłabym trzy główne grupy za to odpowiedzialne: państwo, firmy, a także same kobiety. Regulacje wspierające aktywność zawodową kobiet to zawsze trudny temat, dlatego że z jednej strony działają na rzecz kobiet i matek, ale z drugiej – mogą godzić w przedsiębiorców, którzy w efekcie eliminują przyszłe mamy już na etapie rekrutacji i koło się zamyka. Przepisy muszą uwzględniać interesy obu stron – mówi dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Jak podkreśla, kobiety mają realne przełożenie na polską gospodarkę. Jak wynika z raportu PwC „Women in Work Index 2019”, PKB krajów OECD wzrosłoby o 6 bln dolarów, gdyby liczba aktywnych zawodowo kobiet była taka sama jak w Szwecji (81 proc.). Z kolei z danych McKinsey wynika, że firmy, w których inwestuje się w budowanie różnorodnych zespołów, składających się zarówno z kobiet jak i mężczyzn, osiągają przychody wyższe nawet o 15 proc.

– To z kolei udowadnia, że wykorzystywanie talentów obu płci jest po prostu opłacalne – mówi dr Małgorzata Kluska-Nowicka.

Polacy stworzą oświetlenie do autonomicznych pojazdów. Będą nad nim pracować w krakowskim centrum badawczo-rozwojowym

Polacy stworzą oświetlenie do autonomicznych pojazdów. Będą nad nim pracować w krakowskim centrum badawczo-rozwojowym 2

Systemy oświetlenia w samochodach stają się coraz bardziej złożone, dlatego producenci wprowadzają do nich coraz bardziej zaawansowane technologie. Nad nowoczesnymi rozwiązaniami w tej dziedzinie – od lamp halogenowych po matrycowe i laserowe – pracować będą eksperci w nowym krakowskim centrum badawczo-rozwojowym firmy Varroc Lighting Systems. Producent w II połowie roku uruchomi także zakład produkcyjny w Niemcach.

– W nowym centrum będziemy się skupiali na kilku różnych polach działalności. Prowadząc działania na skalę światową, musimy szukać specjalistów od różnego rodzaju produktów: elektroniki, tworzyw sztucznych, elektromechaniki, zwłaszcza w miejscach, gdzie mamy bazy dostawców. Nasza baza międzynarodowa będzie się mieściła w Krakowie – zapowiada w rozmowie z agencją Newseria Biznes Manlio Costanzo, dyrektor ds. zakupów globalnych w Varroc Lighting Systems.

Producent zewnętrznego oświetlenia do samochodów otworzył w Krakowie nowe centrum badań i rozwoju. Docelowo zatrudnienie znajdzie w nim ok. stu inżynierów, którzy będą pracować nad systemami oświetlenia przedniego, tylnego i sygnalizacyjnego, przeznaczonymi na fabryczny montaż dla wszystkich najważniejszych światowych producentów samochodów. Wśród odbiorców są m.in. Ford, Jaguar, Bentley, Fiat, Volkswagen czy Tesla.

– Dział w Krakowie jest przeznaczony do rozwoju produktu. Tu wchodzi w grę zarówno rozwój lamp przednich, jak i tylnych, zarówno klasycznych rozwiązań żarówkowych, jak i LED-owych, matrycowych i ADB, czyli światła adaptacyjne – wymienia Jacek Wojtusik, kierownik działu rozwoju produktu firmy Varroc Lighting Systems w Krakowie. – Jest także szerokie pole dla całej technologii związanej ze śledzeniem otoczenia przez pojazd, czyli wszelkiego rodzaju sensory, radary, LIDAR-y. Nasza firma jest jak najbardziej zainteresowana tym segmentem.

Przedstawiciele Varroc oceniają, że choć liczba produkowanych aut rośnie w niewielkim tempie, to ze względu na wciąż ewoluujący rynek oświetlenia samochodowego i złożone technologie stosowane w lampach konieczne są inwestycje w zakłady produkcyjne i kompetencje załogi.

Z upływem czasu systemy oświetlenia stają się coraz bardziej złożone. Wprowadzamy do nich wiele różnych technologii. Rozwiązania z zakresu elektroniki stanowią coraz ważniejszy obszar, nad którym nieustannie pracujemy. Chodzi o rozwiązania w zakresie sprzętu i oprogramowania, lecz nie zapominamy także o mechanice i optyce, które w dalszym ciągu stanowią podstawę naszej działalności – ocenia Todd Morgan, wiceprezes globalnego rozwoju produktu w Varroc Lighting Systems.

Technologie oświetlenia są coraz bardziej zaawansowane. Jeszcze w latach 90. dla Fordów Fiesta Varroc produkował proste światła halogenowe, teraz są to lampy LED. Ponieważ samochody muszą zdobyć homologacje na wielu rynkach, to tylko dla jednego modelu pojazdów trzeba tworzyć kilkanaście czy kilkadziesiąt modeli. Dodatkowo firma stawia na produkcję lamp ADAS, które znajdą zastosowanie w samochodach autonomicznych.

Krakowskie biuro ma się również stać centralą dla oddziału Globalnych Zakupów i pojawią się w nim również działy IT, HR i finansowe.

W dużej mierze za wybór krakowskiej lokalizacji odpowiadała bliskość dobrych uczelni, gwarantujących dostęp do wykwalifikowanej kadry.

Rozważaliśmy różne miejsca na lokalizację naszego centrum. Kraków jest doskonałym wyborem pod względem potencjału innowacyjnego. Bliskość dwóch znakomitych uczelni technicznych sprawia, że możemy do nas ściągnąć utalentowanych specjalistów z całego regionu – ocenia Todd Morgan.

Inwestycja wpisuje się w plany strategiczne miasta związane z budową gospodarki opartej na wiedzy. Stanowi też potwierdzenie, że Kraków jest przyjaznym środowiskiem dla innowacyjnych firm.

Większość inwestorów zorientowała się, że potencjał intelektualny i naukowy Krakowa jest tak gigantyczny, że powinniśmy przejść na zdecydowanie inny poziom, na którym będziemy tworzyć nowe technologie i je wdrażać – ocenia Jerzy Muzyk, zastępca prezydenta miasta Krakowa ds. zrównoważonego rozwoju.

Varroc Lighting Systems chce nawiązać silną współpracę z krakowskimi uczelniami, głównie Akademią Górniczo-Hutniczą i Politechniką Krakowską. Poza programem stażowym i wspólnymi projektami badawczymi firma chciałaby wspólnie z nimi pracować nad programami kształcenia.

– Nastawiamy się na współpracę zarówno w zakresie dydaktyki, prowadzenia zajęć dydaktycznych, ćwiczeń ze studentami, jak i prowadzenia np. wspólnych tematów prac – inżynierskich, magisterskich, a także działalność badawczo-rozwojowa – zaznacza Jacek Wojtusik.

Otwarte w Krakowie centrum to kolejna już inwestycja Varroc w Polsce.

– Stawiamy również na produkcję w Polsce. Ogłosiliśmy niedawno plan otwarcia zakładu produkcyjnego w Niemcach [w III kwartale 2019 roku – red.]. Na tym się obecnie skupiamy. Pracujemy również nad rozszerzeniem naszej bazy dostawców. Aktywność zakupowa stanowi również istotny element naszej ogólnej strategii – mówi Todd Morgan.

9 na 10 Polaków docenia wagę dziedzictwa kulturowego. Doceniają je także banki

9 na 10 Polaków docenia wagę dziedzictwa kulturowego. Doceniają je także banki 3

Blisko 90 proc. Polaków uważa, że dziedzictwo kulturowe pełni ważną rolę społeczną, a ponad połowa twierdzi, że ma pozytywny wpływ na rozwój poszczególnych regionów. I to właśnie za wybitne osiągnięcia w zakresie ochrony pamięci i dziedzictwa kulturowego Fundacja Kronenberga przy Citi Handlowy przyznaje Nagrodę im. prof. Aleksandra Gieysztora. W tym roku odebrał ją ks. biskup Waldemar Pytel za 30-letnie prace konserwatorskie w kwartale luterańskim i Kościele Pokoju w Świdnicy. Dzięki jego niezwykłej determinacji Świdnica jest dzisiaj autentycznym miejscem dialogu między kulturami a narodami. Inwestycja jest tym bardziej istotna, że obiekt jest częścią Listy Światowego Dziedzictwa UNESCO.

– Wartości przenoszone w ramach dziedzictwa kulturowego są istotne dla współczesnego społeczeństwa, a w szczególności dla ludzi młodych. Dlatego angażujemy się w działalność społeczną – wyjaśnia rozmowie z agencją Newseria Biznes Sławomir Sikora, prezes  banku Citi Handlowy w Warszawie, który jest Fundatorem Nagrody im prof. Gieysztora. – Liczą się wartości, jakie reprezentują nasi laureaci. To przede wszystkim działalność, która łączy, która sprzyja dialogowi, budowaniu zaufania, zarówno wśród współczesnych, jak i następnych pokoleń.

Jak podkreśla, z tego powodu ważne jest docenianie tych, którzy dbają o dziedzictwo i przywracają świetność m.in. zabytkom. Taki cel przyświeca też Fundacji Kronenberga przy Citi Handlowy. W tym roku Fundacja już po raz 20. wręczyła nagrodę za wybitne osiągnięcia w ochronie polskiego dziedzictwa kulturowego. Tym razem doceniła ponadtrzydziestoletni wysiłek na rzecz ocalenia, rewitalizacji i przywrócenia świetności kwartałowi luterańskiemu wraz z Kościołem Pokoju w Świdnicy, wpisanego na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

 Rewitalizacja miejsc wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury z pewnością jest ogromnym wyzwaniem. Dla mnie osobiście jest to wyzwanie całego życia – mówi agencji Newseria Biznes ks. bp. Waldemar Pytel, biskup Diecezji Wrocławskiej Kościoła Ewangelicko-Augsburskiego, laureat XX edycji Nagrody im. prof. Aleksandra Gieysztora.

Kościół Pokoju został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 2001 roku jako świadectwo wiary, wspólnoty religijnej oraz rozwiązań architektonicznych. To największa drewniana barokowa świątynia w Europie, jeden z siedmiu nowych cudów Polski według National Geographic. Kościół w Świdnicy to, obok obiektu w Jaworznie, największy w Europie obiekt sakralny zbudowany w konstrukcji szkieletowo-reglowej. Wzniesiony w połowie XVII wieku, po zakończeniu wojny trzydziestoletniej, miał upamiętnić zakończenie wyniszczającej wojny i koniec konfliktu religijnego. Do budowy użyto tylko nietrwałych materiałów: drewna, piasku, słomy i gliny, stąd renowacja trwała lata.

– Wyzwania były olbrzymie, ponieważ trzeba było ustalić priorytety. Wszystko właściwie wymagało natychmiastowego ratowania. Rozpoczęliśmy od Kościoła Pokoju, od tego, w jakim stanie zachowany był ten kościół, czy konstrukcja wytrzyma 5 czy 10 lat, a może jeszcze 50 – mówi ks. Bp. Waldemar Pytel.

Kościół Pokoju, mimo że powstał w wyniku XVII-wiecznych konfliktów religijnyc, toh stał się symbolem pojednania i dialogu. To tutaj miała miejsce modlitwa o pokój i pojednanie dla Polski i Europy, w 1989 roku wzięli w niej udział premier Tadeusz Mazowiecki i kanclerz Niemiec Helmut Kohl. W 2014 kanclerz Niemiec Angela Merkel i premier Polski Ewa Kopacz wzięły udział w ekumenicznej modlitwie o pokój. W 2011 roku gościła tutaj szwedzka para królewska Karol XVI Gustaw i królowa Sylwia, a we wrześniu 2016 przedstawiciele kościołów chrześcijańskich, judaizmu, islamu oraz buddyzmu wraz z Dalajlamą XIV wspólnie podpisali Apel o Pokój.

Z przeprowadzonego kilka lat temu badania „Dziedzictwo kulturowe w oczach Polaków” wynika, że niemal  90 proc. osób uważa, że dziedzictwo kulturowe pełni ważną rolę społeczną, a ponad połowa jest przekonana, że zabytki mają pozytywny wpływ na rozwój społeczno-ekonomiczny poszczególnych regionów. Dlatego ponad 80 proc. przyznaje, że warto angażować publiczne środki w ochronę zabytków.

 W ciągu 20 lat od momentu, kiedy ustanowiona została Nagroda im. prof. Aleksandra Gieysztora, mieliśmy kilka wielkich sukcesów. Przede wszystkim na Listę Światowego Dziedzictwa wpisano nowe obiekty w Polsce, np. drewniane kościoły i cerkwie. Polska stała się stałym członkiem Komitetu Dziedzictwa, a przez dwa lata prof. Jacek Purchla był przewodniczącym Komitetu Światowego Dziedzictwa UNESCO. Bardzo dużo obiektów zostało też zakonserwowanych – ocenia prof. Andrzej Rottermund, przewodniczący Kapituły Nagrody im. prof. Aleksandra Gieysztora.

Młode Polki oczekują wynagrodzenia o 23 proc. niższego niż mężczyźni. Tylko 16 proc. rozważa założenie własnej firmy

Młode Polki oczekują wynagrodzenia o 23 proc. niższego niż mężczyźni. Tylko 16 proc. rozważa założenie własnej firmy 4

Studentki lepiej niż studenci oceniają swoje umiejętności, lepiej też odnajdują się w pracy w grupie. Jednocześnie mają niższe oczekiwania co do wysokości wynagrodzenia (o 23 proc. mniej niż mężczyźni) czy awansu. Rzadziej niż studenci chcą również zakładać własne firmy. Taki krok rozważa tylko 16 proc. młodych Polek – wynika z raportu „Do garów czy za stery? Jak dzisiejsze studentki widzą swoją przyszłość”.

Na potrzeby Platformy Pracodawców RP Kierunek – Kobieta Biznesu zostało przebadanych ponad 1 tys. studentek z małych ośrodków akademickich, spoza dużych miast.

– Jesteśmy świetnie wykształcone, mamy wszelkie predyspozycje do tego, żeby zarządzać firmą, prowadzić biznes i robić karierę, ale brakuje nam jednej rzeczy – odwagi. Hamuje nas stres. Z jednej strony chciałybyśmy wiele, natomiast zdajemy sobie sprawę z tego, że będzie nas to też kosztować wiele nerwów – mówi agencji Newseria Biznes Odeta Moro, dziennikarka, prezes Fundacji Szczęśliwe Macierzyństwo.

Młode Polki wśród najważniejszych dla siebie wartości znacznie częściej od mężczyzn wskazują założenie rodziny, równowagę pomiędzy życiem rodzinnym a pracą, miłość czy dobry stan zdrowia. Natomiast wartości takie jak odniesienie sukcesu finansowego albo tworzenie innowacji były znacznie częściej wybierane przez mężczyzn.

Blisko 30 proc. badanych to kobiety, które widzą siebie w przyszłości robiącą karierę, natomiast ważne są też te aspekty rodzinne – dom i dzieci – mówi Odeta Moro.

Raport pokazuje, że młode Polki oczekują od pracy głównie możliwości rozwoju i zdobywania nowych doświadczeń. Deklaruje tak 78 proc. – to o 21 pkt proc. więcej niż w przypadku mężczyzn. Prawie 2/3 studentek oczekuje spokojnego środowiska pracy. Kobiety w większym stopniu cenią sobie też dogodny dojazd i brak stresu związanego z wykonywaną pracą. Natomiast mężczyźni częściej wskazują możliwość szybkiego awansu (45 proc. vs 39 proc.).

Studentki znacznie częściej niż studenci są motywowane do pracy przez korzyści niematerialne, niezwiązane bezpośrednio z pensją. Mają też niższe oczekiwania wobec wynagrodzenia – mężczyźni podają kwotę wyższą średnio o 23 proc. Z drugiej strony młode Polki lepiej od mężczyzn oceniają swój poziom umiejętności. Wśród swoich mocnych stron wskazują też większą umiejętność pracy w grupie i zdolności komunikacyjne. Studentki uważają, że lepiej radzą sobie z wyszukiwaniem i analizą informacji oraz organizacją pracy.

Z badań wynika jednak, że zaledwie 16 proc. polskich studentek myśli o założeniu własnej działalności gospodarczej. Co ósma (12 proc.) planuje za to emigrację.

Zdaniem dziennikarki kobiety z mniejszych miejscowości potrzebują porady, żeby rozwijać się w życiu zawodowym, zwłaszcza jeśli starają się łączyć je z życiem rodzinnym. Aby wesprzeć młode Polki i pokazać im pozytywne wzorce rozwoju w biznesie, platforma Kierunek – Kobieta Biznesu planuje wykłady na uczelniach zachęcające studentki z małych miast do robienia kariery. Zorganizowany zostanie również konkurs, który umożliwi młodym kobietom odbycie praktyk w dużych firmach z indywidualną opieką mentoringową.

– Istnieje już wiele programów wspierających rozwój młodych kobiet, ale są one skupione w dużych miastach. Dlatego platforma Kierunek – Kobieta Biznesu przy Pracodawcach RP obrała sobie za cel wsparcie właśnie studentek z małych ośrodków akademickich. Chcemy przeprowadzić szereg wykładów, które będą prowadzone przez przedsiębiorcze kobiety właśnie po to, żeby zainspirować młode studentki do świadomego budowania swojej kariery – mówi Agnieszka Kłos, prezes Provident Polska, przewodnicząca platformy Kierunek – Kobieta Biznesu przy Pracodawcach RP.

Młode Polki cenią sobie też szkolenia i dokształcanie, ale często mają do nich ograniczony dostęp. Studenci dwukrotnie częściej odbywają płatne staże, natomiast studentki angażują się głównie w wolontariat albo odbywają staże bezpłatne. Co piąta nie brała udziału w żadnych dodatkowych szkoleniach czy kursach.

– Młode dziewczyny z mniejszych miejscowości narzekają przede wszystkim na to, że nie mają możliwości dokształcania się, że za mało jest spotkań, które pomogłyby im obrać właściwy kierunek zawodowy. Mam nadzieję, że my to zmienimy i damy im wędkę, bo chodzi o to, żeby ten sukces samemu sobie złowić – mówi Odeta Moro.

Diamenty wciąż są pożądanym przez kobiety prezentem. Ich dostępność w ostatnich latach mocno spada

0

Diamenty wciąż są pożądanym przez kobiety prezentem. Ich dostępność w ostatnich latach mocno spada 5

Kobiety kochają diamenty, co czyni je idealnym prezentem dla żony, matki lub partnerki. Naturalny, prawdziwy kamień szlachetny można kupić już za ok. 200 zł, ale najdroższe okazy kosztują nawet kilka milionów dolarów. Najcenniejsze są diamenty czerwone, niebieskie i fioletowe. Od kilku lat popularnością cieszą się za to kamienie w odcieniach różu, które są jeszcze stosunkowo tanie, ale ich cena rośnie o kilkanaście lub kilkadziesiąt procent w skali roku. Chętni na zakup muszą uważać na podrabiane diamenty, których na rynku nie brakuje.

– Przy wyborze diamentu na prezent powinniśmy się kierować kształtem kamienia, jego barwą i przeznaczeniem. Jeżeli szukamy czegoś delikatnego w dowód, że pamiętamy o danej osobie, możemy wybrać klasyczny kształt brylantu. Jeżeli natomiast drzemie w nas nutka ekstrawagancji albo chcemy podkreślić, że nasz wybór jest przemyślany i wyjątkowy, możemy rozważyć inne kształty. Dziś bardzo modne są kolory, niestety ich cena jest wyższa niż kamieni bezbarwnych. Jednak niezależnie od wielkości i środków, które chcemy przeznaczyć na zakup, diamenty zawsze sprawią przyjemność obdarowanej osobie – mówi agencji Newseria Marcin Marcok, ekspert rynku kamieni szlachetnych.

Jak podkreśla, kobiety kochają diamenty, co czyni je idealnym prezentem dla żony, matki lub partnerki.

 Diamenty są z tymi kobietami już całe życie. Ważne, żeby kamień był naturalny, bo to świadczy o tym, że nasze intencje też są czyste i naturalne – mówi Marcin Marcok.

Diamenty to najcenniejsze spośród kamieni szlachetnych. Na ich wartość wpływa kilka czynników: masa wyrażona w karatach, czystość i barwa oraz szlif, dzięki któremu diament otrzymuje kształt. Najpopularniejszy jest szlif brylantowy (około 70 proc. produkcji diamentów). Dużym zainteresowaniem cieszy się też szlif poduszkowy (cushion) z zaokrąglonymi rogami i większymi fasetami ułożonymi podobnie jak w brylancie, co daje efekt pięknego załamania światła.

– Im lepsza jakość, im bardziej wyjątkowy kamień, tym bardziej jest pożądany i poszukiwany na rynku. Czasami zdarza się, że aby znaleźć dla klienta odpowiedni kamień, który ma właściwą barwę, kształt, szlif i masę, trzeba na to poświęcić kilka miesięcy – mówi Marcin Marcok. – Najdroższym diamentem na rynku jest kamień w barwie czerwonej. Żeby nabyć taki kamień odpowiedniej jakości, czystej barwy i masy powyżej 1 karata, trzeba się liczyć z wydatkiem kilku milionów dolarów. Na drugim miejscu są kamienie niebieskie i fioletowe. Ceny tych ostatnich oscylują w okolicy 1–1,5 mln dolarów za karat.

Od kilku lat popularnością cieszą się kamienie w odcieniach barwy różowej, np. Fancy Intense lub Fancy Vivid, których ceny rosną o kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt procent w skali roku. Na tym tle stosunkowo niedrogie i najpowszechniejsze są diamenty żółte i bezbarwne.

– Dzisiaj cena kamieni różowych jest jeszcze atrakcyjna, ale wszystko wskazuje na to, że dość znacząco wzrośnie w nadchodzącym czasie. Za mniej więcej 3 lata zamyka się największa kopalnia produkująca te kamienie, australijskie Argyle, która odpowiada za 80 proc. wydobycia. Zobaczymy, jak zmieni się rynek, kiedy zmniejszy się podaż, bo popyt na pewno nie ulegnie zmianie, może tylko wzrosnąć – mówi Marcin Marcok.

Ekspert rynku kamieni szlachetnych podkreśla, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, jaką kwotę przeznaczyć na zakup diamentu.

– Jeżeli szukamy kamienia, który ma sprawić przyjemność, to już od 200 zł możemy się pobawić w przygodę z naturalnym, prawdziwym diamentem. Natomiast jeżeli naszym celem jest zabezpieczenie portfela czy majątku, to najniższą kwotą jest kilkanaście tysięcy dolarów. I im bardziej wyjątkowy kamień, tym jego cena jest wyższa – mówi Marcin Marcok.

Chętni na zakup powinni być ostrożni. Rynek diamentów – ze względu na ich wartość – przyciąga bowiem nieuczciwe firmy. Dostępne są w sprzedaży także kamienie syntetyczne lub hodowlane, ale ich wartość jest niewielka w porównaniu do naturalnych.

– Jeszcze 2 lata temu kamień syntetyczny był wart kilka tysięcy dolarów, dzisiaj jest to około 1,2 tys. dolarów za karat – mówi Marcin Marcok. – Natura stworzyła kamień, który jest absolutnie wyjątkowy i nigdy nie spotkamy dwóch takich samych kamieni. Bardzo często klienci kupują kamienie, które nie są naturalnymi i nie wiedzą nawet o tym, że to, co posiadają, pochodzi z masowej produkcji.

Na rynku debiutuje coraz więcej smartfonów z bateriami pozwalającymi na pozostanie w trybie czuwania nawet 50 dni. Mimo tego powerbanki stale zyskują na popularności

Na rynku debiutuje coraz więcej smartfonów z bateriami pozwalającymi na pozostanie w trybie czuwania nawet 50 dni. Mimo tego powerbanki stale zyskują na popularności 6

Branża technologiczna wciąż nie opracowała akumulatorów, które pozwoliłyby pracować urządzeniom mobilnym przez kilka dni bez przerwy. Powstają co prawda smartfony wyposażone w baterię o pojemności nawet 18 tys. miliamperogodzin, ale ze smartfonów z wyższej półki zwykle korzystać można zaledwie przez dzień po jednym ładowaniu. W związku z tym korzystanie z przenośnych banków energii staje się koniecznością. Powstają superpojemne powerbanki, systemy ładowania bezprzewodowego, a nawet smartfony wyposażone w układ ładowania zwrotnego.

– Korzystamy z powerbanków, ponieważ żyjemy w czasach, w których wszystko działa w oparciu o technologię. Sporo osób ma telefony, które padają bardzo szybko, jeśli korzysta się z nich bez przerwy, więc jeśli mamy jakieś urządzenie cały czas ze sobą, potrzebujemy też wielu kabli i innych akcesoriów. HyperCharger to powerbank, który ładuje podłączone urządzenia bezprzewodowo z bardzo dużą prędkością. Ma trzy różne końcówki – złącze Lightning, USB typu C i microUSB. Jest niemal jak scyzoryk szwajcarski – ma wszystkie potrzebne funkcje – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Shaopin Tsui z firmy LinearFlux.

Inżynierowie z firmy LinearFlux opracowali kilka rozwiązań, które ułatwiają korzystanie z przenośnych baterii. Jedną z ciekawszych technologii jest system mocowania magnetycznego, który utrzymuje telefon w prawidłowej pozycji podczas ładowania bezprzewodowego. Dzięki temu zapobiega się przypadkowej utracie połączenia z powerbankiem, a co za tym idzie – przyspiesza proces ładowania.

– Zostaliśmy wyróżnieni za połączenie magnetyczne smartfona z powerbankiem. Ponieważ często się zdarza, że przy ładowaniu bezprzewodowym telefonu lub urządzenia następuje utrata połączenia, opracowaliśmy system magnetyczny, który zapewnia trwałość połączenia – przekonuje ekspert.

System ładowania bezprzewodowego rozwijany jest przez producentów na wiele sposobów. Firma Xiaomi zaprojektowała powerbank Mi 10000 mAh Wireless Power Bank, który nie tylko oferuje dużą pojemność baterii, lecz także został wyposażony w wydajny, 10-watowy moduł ładowania bezprzewodowego. Z kolei Samsung wdrożył w linii smartfonów S10 system ładowania zwrotnego – nowe telefony mogą przejąć rolę powerbanku i bezprzewodowo doładować inne urządzenia współpracujące ze standardem Qi, w tym m.in. słuchawki czy inteligentne zegarki.

Na rynku pojawia się także coraz więcej urządzeń o ekstremalnie dużej pojemności baterii. Ciekawie prezentuje się np. smartfon Energizer Power Max P18K Pop, który został wyposażony w baterię 18000 mAh – sześciokrotnie pojemniejszą niż te stosowane w standardowych telefonach. Dzięki niej urządzenie może przepracować w trybie czuwania do 50 dni albo posłużyć do doładowania innych telefonów.

Na Kickstarterze pojawił się z kolei projekt powerbanku SuperTank, który wyróżnia się akumulatorem o pojemności aż 27000 mAh oraz 100-watowym portem USB-C. Dzięki niemu urządzenie można naładować do pełna zaledwie w godzinę. Jak zwraca jednak uwagę ekspert, zbyt wysoka pojemność powerbanku może być problematyczna.

– Największa oferowana przez nas pojemność to 20000 miliamperogodzin. W wielu miejscach na świecie urządzenia o wyższej pojemności nie przechodzą kontroli na lotniskach. Pojemność powyżej 20000 [mAh] może też prowadzić do przegrzania telefonu albo nawet do jego zapalenia się lub wybuchu – przestrzega Shaopin Tsui.

Firma Syngene Research szacuje, że do 2026 roku wartość globalnego rynku powerbanków wzrośnie do ponad 32 mln dol., a w najbliższych latach branża będzie się rozwijać w tempie 18,6 proc. w skali roku.

Inteligentne wkładki do butów wykryją choroby neurologiczne. Podpowiedzą też sportowcom, jak zwiększyć wydajność i ostrzegą przed kontuzją

Inteligentne wkładki do butów wykryją choroby neurologiczne. Podpowiedzą też sportowcom, jak zwiększyć wydajność i ostrzegą przed kontuzją 7

Każda osoba ma swój profil chodzenia, podobnie jak DNA.  Dzięki nowoczesnym wkładkom, które umożliwiają dokładną analizę wzoru chodzenia, można przeanalizować aktywność fizyczną, przeciążenia czy wykryć zaburzenia ruchowe towarzyszące np. chorobie Parkinsona czy Alzheimera. Mikroprocesory śledzą w czasie rzeczywistym, jak skuteczne są metody leczenia chorób. Na rynku jest coraz więcej obuwia, które potrafi zliczyć liczbę kroków czy za pomocą smartfona ustawić odpowiednią temperaturę wewnątrz buta.

– Tworzymy inteligentne obuwie lub wkładki wyposażone w elektronikę, aby rejestrować informacje związane z chodzeniem lub bieganiem. Nasza technologia ma liczne zastosowania, np. w sporcie, gromadząc informacje, które mogą pomóc w osiąganiu lepszych wyników i obniżyć ryzyko urazu podczas biegania. Produkt ma też inne zastosowania, np. w branży medycznej służy do wykrywania zaburzeń ruchowych związanych z nieprawidłową postawą lub powstałych wskutek urazów – mówi agencji Newseria Innowacje Neil Oumnia z Digitsole.

Na rynku pojawia się coraz więcej urządzeń, które ułatwiają życie sportowcom. To nie tylko nowoczesne krokomierze, smartwatche czy aplikacje podpowiadające potrzebną aktywność fizyczną, lecz także inteligentne ubrania. Są już dostępne specjalne koszulki, które mierzą tętno i sprawdzają rytm bicia serca podczas wysiłku, monitorują oddech i alarmują w sytuacji zagrażającej zdrowiu. Podobnie działają nakładki na ręce, a nowoczesne skarpetki dokładnie mierzą nacisk stopy na podłoże i regulują temperaturę.

Także buty dzięki połączeniu z aplikacją mobilną na bieżąco przekazują informację o aktywności fizycznej. Wbudowane czujniki gromadzą dane biometryczne dotyczące naszego ciała oraz parametry otoczenia, jak np. temperaturę. Digitsole stworzyła też pierwsze inteligentne wkładki do jazdy na rowerze, które umożliwiają rowerzystom doskonalenie techniki pedałowania, optymalizują zużycie energii i zmniejszają ryzyko kontuzji.

– W sporcie głównym celem jest poprawa techniki, np. w bieganiu oferujemy wskazówki, jak poprawić wydajność. Oprócz tego nasz produkt rejestruje poziom zmęczenia, dzięki czemu można ograniczyć ryzyko urazów. W zakresie bezpieczeństwa oferujemy rozwiązanie, które pomaga w monitorowaniu pracowników, pozwalając na ograniczenie urazów powstałych w wyniku wykonywania powtarzalnych czynności – tłumaczy Neil Oumnia.

Aby uzyskać pełną analizę kroku, czujniki ruchu wykrywają siłę uderzenia, zmęczenie, postawę, rozmiar kroku i wiele innych, a algorytm uczenia maszynowego gromadzi dane, aby dać pełny raport na temat zwyczajów chodzenia. Systemy śledzenia sprawdzają na bieżąco lokalizację, najnowocześniejsze umożliwiają poprzez aplikację na smartfona zaalarmowanie odpowiednich służb w przypadku wykrycia niebezpieczeństwa.

– Stworzyliśmy swoją elektronikę w oparciu o własne chipy. Ta technologia pozwala nam na korzystanie z mocy obliczeniowej algorytmu, który znacznie przewyższa pozostałe podobne rozwiązania dostępne na rynku. Dzięki mobilnemu skanerowi z bardzo precyzyjnymi czujnikami ruchu możemy stworzyć model całej stopy, ruchu stopy i chodu – przekonuje ekspert.

Każda osoba ma unikalny WPP – Walking Profile Parameters. W stopie istnieje ok. 7 tys. zakończeń nerwowych bezpośrednio połączonych z mózgiem.  Badania medyczne potwierdzają, że istnieje bezpośrednia korelacja między analizą chodu a niektórymi chorobami neurologicznymi, takimi jak choroba Parkinsona, choroba Alzheimera czy stwardnienie rozsiane. Dzięki wkładkom można wykryć chorobę nawet we wczesnym stadium.

Mikroprocesor, który wykorzystywany jest przez Digitsole i połączony z wkładkami, monitoruje parametry chodu danej osoby i to jak ewoluują. W ten sposób są w stanie wykryć nie tylko wady postawy, lecz także poważne choroby neurologiczne.

– W branży medycznej wykrywamy zaburzenia ruchowe, które mogą wynikać z problemów z kolanami czy kręgosłupem. Możemy także wykrywać choroby, które wpływają na sprawność ruchową, np. chorobę Parkinsona czy Alzheimera – wymienia Neil Oumnia.

Z raportu Research and Markets wynika, że w 2025 roku światowy rynek obejmujący m.in. inteligentną odzież osiągnie wartość ponad 100 mld dolarów. Kluczowe mają być rozwiązania dla sportu czy zdalnego monitoringu pacjentów.

Polak w Internecie poszukuje, korzysta i umieszcza

Upodobania polskiego internauty ciężko przedefiniować. Potwierdza to najnowszy raport GUS „Jak korzystamy z Internetu 2018”. Klikając myszką od laptopa lub komputera na pierwszym miejscu stawiamy na wyszukiwanie informacji o towarach i usługach, a zaraz potem na korzystanie z poczty elektronicznej.

„Polski Internet” coraz bardziej przykuwa

Sieć służy nam przede wszystkim do pracy, rozrywki, nauki. Korzystamy z niej w miejscu pracy, ale jednak głównie w domu. Gdy zamykamy za sobą drzwi od mieszkania i włączamy w umyśle „tryb prywatności” odpalając komputer i logując się do świata wirtualnego liczymy na bezkres odprężenia, wiedzy oraz dobrej zabawy. Człowiek z natury jest istotą ciekawą. Lubi po prostu wiedzieć. Co dzieje się na świecie, jaka będzie pogoda, jak radzi sobie nasza ulubiona drużyna piłkarska lub czy pojawiła się jakaś promocja na ciekawy asortyment. Aż 64% z nas wyszukuje szczegółowe informacje o konkretnych towarach i usługach. W porównaniu do 2017 roku GUS odnotował wzrost o 5,6%. Drugim na liście „must do” po wejściu do cyberświata jest sprawdzenie maila. Odpisanie na przychodzące wiadomości, wysłanie korespondencji do znajomego, przesłanie fotki – to obowiązek dla 60,7% Polaków. „Liderzy tego zestawienia mnie nie zaskakują. To swego rodzaju odruch, że regularnie wertujemy pocztę albo robimy research interesujących nas towarów. Branża e-commerce mocno idzie do przodu, a więc wpisujemy się w ogólnoświatowy trend. Wielu naszych klientów dynamicznie rozwija swoje sklepy internetowe żeby być jak najbardziej atrakcyjnym dla odbiorców. Na trzecim miejscu zestawienia mamy media społecznościowe. Twitter, Facebook, Instagram – kto z nas tym nie żyje? Wynik prawie 50% nie zaskakuje, chociaż spodziewałem się większego wzrostu w porównaniu z 2017 rokiem, a tu tylko niecałe 2% na plusie” – komentuje wyniki Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

Komputer i lekarza zastąpi i pieniądze przeleje

Główny Urząd Statystyczny przebadał Polaków w wieku od 16 do 74 lat. Dla wielu z nich zasiadając przed komputerem liczy się dostęp do szybkiej porady medycznej. Oczywiście nie profesjonalnej i fachowej, opartej raczej o doświadczenia i opinie innych internautów. 47,7% przepytanych przez GUS mieszkańców naszego kraju przyznało się do poszukiwań online w zeszłym roku informacji związanych ze zdrowiem. To o 2,5 % więcej niż w roku 2017. Niewiele mniej nie ma ochoty na tracenie czasu w bankowych kolejkach i ceni sobie wygodę bankowości elektronicznej (44%). Przyrost w tej kategorii jest już bardziej zauważalny i wynosi 4,2%.

I nadchodzi przepaść

Powyższe „cyberczynności” to zdecydowani liderzy zachowań Polaka w sieci. Analizując dalej najnowszy raport GUS natrafiamy na autopromocję lub chwalenie się osiągnięciami, wyjazdami itd. Co czwarty ankietowany (25,7%) przyznaje się do regularnego umieszczania w Internecie swoich zdjęć, tekstów lub filmów. Prawie co czwarty Polak ma w głowie także poważniejsze czynności przed ekranem komputera takie jak odsyłanie wypełnionych formularzy urzędowych (24,6%) lub pozyskiwanie informacji ze stron urzędów lub instytucji publicznych (24,4%). No i w końcu natrafiamy na pierwszy spadek zainteresowania względem roku 2017. W 2018 roku deficytowe stało się mianowicie korzystanie z serwisów poświęconych turystyce (z 22,6% do 17,9%) . Czy to oznacza, że mniej podróżujemy? Raczej trudno o tak daleko idące wnioski. Tym bardziej, że spada też zainteresowanie grami komputerowymi i pobieraniem plików z grami (z 19,4% do 17,7%) oraz pobieraniem programów. W tym ostatnim przypadku minus jest minimalny i wynosi tylko 0,2%.

Zdolność kredytowa Polek niższa o blisko 130 tys. zł od mężczyzn

  • Z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń wynika, że w 2018 r. mediana zarobków była aż o tysiąc zł. wyższa u mężczyzn niż u kobiet.
  • Takie dysproporcje płacowe sprawiają, że zdolność kredytowa kobiety starającej się o kredyt hipoteczny będzie niższa nawet o blisko 130 tys. zł!
  • Biorąc pod uwagę średnią cenę za metr kwadratowy mieszkania w Polsce*, oznacza to możliwość zakupu przez kobietę nieruchomości aż o 19 metrów mniejszej niż ta, która jest w zasięgu finansowym mężczyzny.

Różnice w zarobkach kobiet i mężczyzn od lat są przedmiotem dyskusji społecznej, która nasila się zwykle w okolicach Dnia Kobiet. I choć dysproporcje płacowe są coraz mniejsze, a według Eurostatu sytuacja w Polsce nie jest najgorsza na tle Europy, to jednak ostatnie badania wskazują, że nadal istnieje przepaść w zarobkach, uzależniona od płci. Z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń przeprowadzonego przez firmę Sedlak & Sedlak wynika, że mediana zarobków mężczyzn wyniosła w ubiegłym roku 5 tys. zł, natomiast kobiet 4 tys. zł – to aż o 20 proc. mniej. Takie różnice w zarobkach muszą przekładać się na poziom życia kobiet, w tym na ich warunki mieszkaniowe.

Tysiąc zł miesięcznie mniej, to nawet o 130 tys. zł niższa zdolność kredytowa

Eksperci z ANG Spółdzielni policzyli, jak te dysproporcje przekładają się na zdolność kredytową obu płci. Na jakie warunki w banku może liczyć samotna kobieta, a na jakie mężczyzna?

Okazuje się, że przy takich różnicach w wynagrodzeniu, również zdolność kredytowa w przypadku obu płci jest zupełnie inna. Kobieta zarabiająca 4 tys. zł miesięcznie może liczyć na zdolność kredytową niższą średnio o 104 620 zł niż mężczyzna, którego wynagrodzenie wynosi 5 tys. zł. W najmniej korzystnym przypadku jest to jednak aż 129 400 zł mniej. Wpływ na takie różnice w zdolności kredytowej przy kredycie hipotecznym mają jednak jedynie zarobki, żadna płeć nie jest przez banki szczególnie uprzywilejowana – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.

Kobietę stać na mieszkanie o 19 metrów mniejsze

O blisko 130 tys. zł niższa zdolność kredytowa przekłada się oczywiście na wielkość mieszkania, na jakie może sobie pozwolić kobieta. Biorąc pod uwagę średnie ceny za metr kwadratowy w styczniu 2019 r., opracowane przez portal Bankier, okazuje się, że chcąc kupić mieszkanie w Warszawie na rynku pierwotnym, kobietę stać na nieruchomość o 15 metrów kwadratowych mniejszą niż w przypadku mężczyzn, w Krakowie blisko 18 metrów, natomiast w Łodzi różnica wyniosłaby aż 23 metry – to prawie tyle, co kawalerka. Uśredniając ceny za metr kwadratowy z największych miast biorących udział w zestawieniu, zdolność kredytowa kobiety pozwala na zakup mieszkania w Polsce o prawie 19 metrów mniejszego niż to, na które może sobie pozwolić mężczyzna.

Należy jednak pamiętać, że zdolność kredytowa obliczana jest na podstawie wielu czynników, należą do nich m.in. koszty, jakie ponosi co miesiąc osoba starająca się o kredyt, a które wynikają z prowadzenia gospodarstwa. Może się okazać, że gospodarność kobiety, brak niespłaconych pożyczek czy sumienność w regulowaniu należności wobec banku zmniejszy te dysproporcje. Życzymy sobie i wszystkim kobietom, żebyśmy już nigdy nie musieli robić takich porównań. Sami jako Spółdzielnia walczymy z nierównościami i mamy nadzieję, że tego typu tematy i wyliczenia w niedługiej przyszłości nie będą już potrzebne.  – dodaje Katarzyna Dmowska.

* Bankier.pl – Ceny ofertowe mieszkań – styczeń 2019

Źródło: ANG Spółdzielnia

Gminy Baranów, Teresin i Wiskitki zgodziły się na Radę Społeczną ds. CPK

Gminy Baranów, Teresin i Wiskitki, na terenie których planowana jest budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego, porozumiały się w sprawie powołania Rady Społecznej. W marcu poznamy wszystkich jej członków. Pierwsze posiedzenie planowane jest w ciągu najbliższych tygodni.

Rada Gminy Baranów podjęła wczoraj uchwałę w sprawie współdziałania z gminami Wiskitki i Teresin w celu ustalenia zasad i wyboru członków Rady Społecznej ds. Centralnego Portu Komunikacyjnego. 28 lutego analogiczną uchwałę przyjęła gmina Wiskitki, a 4 marca – Teresin. Uchwały zostały przyjęte jednogłośnie.

Załącznikiem do uchwał był regulamin Rady Społecznej, którego treść została wypracowana w ramach dialogu między pełnomocnikiem ds. CPK i zarządem CPK a przedstawicielami samorządów i organizacji pozarządowych z gmin Baranów, Teresin i Wiskitki.

Rada Społeczna będzie doradzać pełnomocnikowi rządu ds. CPK Mikołajowi Wildowi i spółce celowej CPK kierowanej przez Piotra Malepszaka w sprawach istotnych dla społeczności lokalnych, m.in. w sprawie sposobu pozyskiwania nieruchomości pod budowę Portu Lotniczego Solidarność. Rada pomoże w prowadzeniu dialogu ze społecznościami lokalnymi najpierw na etapie przygotowań, a potem także w trakcie realizacji inwestycji.

– Dzisiejsze głosowanie to kamień milowy, jeżeli chodzi o przygotowania do inwestycji związanych z CPK. Powołanie Rady Społecznej było i jest dla mnie priorytetem. Jestem wdzięczny wójtom za konstruktywny udział w kilkumiesięcznych rozmowach, a radom gmin za odpowiedzialną decyzję. Teraz czas na wybory do Rady, a następnie jej inauguracyjne posiedzenie, które może odbyć się jeszcze w marcu – mówi wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild.

Rada Społeczna będzie pełniła rolę opiniodawczą i rekomendacyjną podczas przygotowań i realizacji inwestycji. Pomoże także m.in. w planowaniu i prowadzeniu kampanii informacyjnej dla mieszkańców gmin Baranów, Teresin i Wiskitki.

– Bardzo liczymy na głos Rady Społecznej m.in. w sprawach związanych z pozyskiwaniem nieruchomości. Jestem przekonany, że współpraca z Radą pozwoli nam zaplanować działania z tym związane w sposób odpowiedzialny i uwzględniający oczekiwania mieszkańców – mówi Piotr Malepszak pełniący obowiązki prezesa w spółce CPK. – Jednym z ważnych zadań Rady będzie wsparcie spółki na etapie opracowywaniu programu odpowiedzialności społecznej biznesu, którego beneficjentami będą mieszkańcy Baranowa, Teresina i Wiskitek – dodał.

Członków 15-osobowej Rady Społecznej wybiorą ze swojego grona rady gmin: Baranów, Teresin i Wiskitki na kolejnych posiedzeniach, które odbędą się jeszcze w marcu. Zgodnie z zapisami regulaminu, znajdą się wśród nich przedstawiciele rolników, mieszkańców niebędących rolnikami, przedsiębiorców, emerytów lub rencistów oraz samorządów tych gmin.

Rolę koordynatora Rady Społecznej, wyznaczonego przez pełnomocnika rządu ds. CPK oraz zarząd spółki celowej, pełnić będzie Rafał Garpiel, doświadczony ekspert w dziedzinie dialogu społecznego z udziałem inwestorów, samorządów, społeczności lokalnych i organizacji pozarządowych. Koordynator będzie uczestniczył w posiedzeniach Rady, odpowiadając za wymianę informacji między Radą, pełnomocnikiem rządu ds. CPK i spółką. Przewodniczący, który będzie wybierany przez Radę, ma przygotowywać listę spraw do omówienia podczas poszczególnych posiedzeń Rady, uwzględniając propozycje członków Rady i koordynatora.

Jak wynika z rządowej Koncepcji budowy CPK, koszty związane z realizacją inwestycji szacowane są na poziomie do 35 mld zł, w tym 16-19 mld zł na realizację części lotniskowej, 8-9 mld zł – kolejowej i 7 mld zł – drogowej.

Według szacunków Ministerstwa Infrastruktury, w wyniku budowy CPK powstanie łącznie prawie 150 tys. miejsc pracy, w tym ok. 40 tys. miejsc pracy w bezpośrednim otoczeniu węzła przesiadkowego oraz ok. 110 tys. w gałęziach gospodarki powiązanych z inwestycją. Budowa portu przełoży się na łączny wzrost przychodów budżetowych w wysokości 2,4 mld zł rocznie oraz 4,7 mld zł z tytułu zwiększenia PKB.

Łódź w momencie przełomowym

Pozytywny kurs, jakim od dłuższego czasu porusza się biurowa Łódź, znalazł w ubiegłym roku odzwierciedlenie w dwóch dużych kamieniach milowych. Jak wynika z najnowszego raportu firmy OPG Property Professionals, dynamiczny rozwój rynku nie tylko zaowocował przekroczeniem bariery 500.000 mkw. powierzchni biurowej na wynajem. Również po raz pierwszy obiekty klasy A stanowią ponad połowę całkowitego zasobu miasta.

Najnowszy raport łódzkiego rynku biurowego to kolejny efekt długoletniej kooperacji OPG Property Professionals z Katedrą Inwestycji i Nieruchomości na Uniwersytecie Łódzkim, Studenckim Kołem Naukowym „Real Estate” oraz Biurem Rozwoju Gospodarczego i Współpracy z Zagranicą. Badania, na podstawie których powstała publikacja, objęły łącznie 105 nieruchomości, w tym budynki często pomijane w tego typu opracowaniach – m.in. biurowce niższej klasy, a także obiekty wielofunkcyjne z powierzchnią biurową minimum 1000 mkw. Pełny raport RYNEK BIUROWY W ŁODZI 2019 można pobrać ze strony OPG: www.opg.com.pl/publications.

Podaż z perspektywami

Za sprawą dwóch ważnych dla miasta inwestycji – Ogrodowa Office oraz Symetris Business Park – w 2018 do użytku oddano w Łodzi 44 tys. mkw. nowej powierzchni biurowej. Pod koniec roku łączny zasób miasta wynosił 525 tys. mkw. i wiele wskazuje na to, że w ciągu najbliższych dwóch lat liczba ta wzrośnie o około 25% Aktualnie realizowane oraz zaplanowane projekty powinny wprowadzić na łódzki rynek kolejne 130 tys. mkw. powierzchni na wynajem. Najemcy mogą dziś przebierać w ofertach biur o najwyższym standardzie – udział w rynku obiektów klasy A, zlokalizowanych głównie w centralnej części Łodzi, wyniósł rekordowe 52% (275 tys. mkw.).

Stabilny popyt

Wyniki badań wskazują na względną równowagę pomiędzy popytem i podażą. W sektorach BPO, SSC, ITO oraz R&D, czyli głównych odbiorcach powierzchni biurowej, w ubiegłym roku w Łodzi pracowało łącznie 20,5 tys. osób, co stanowi wzrost o 13% w skali roku. Wraz ze wzrostem podaży rośnie nasycenie rynku. W 2018 roku w Łodzi na 1000 osób zatrudnionych w sektorze usług przypadało 3250 mkw., co pozwoliło miastu włókniarzy wyprzedzić już m.in. Poznań i Katowice. Średni wskaźnik pustostanów dla rynku łódzkiego wyniósł 9,9%, co oznacza wzrost o 1,3% w ujęciu rok-do-roku. Dane wskazują na rosnącą migrację biznesu w kierunku centrum. Najemców szczególnie ubyło na Bałutach, gdzie pomimo braku nowych inwestycji, wskaźnik pustostanów wzrósł z 5,8% do 11,1%.

Na cennikach bez zmian

W związku z utrzymującą się na łódzkim rynku biurowym względną równowagą popytu i podaży, w 2018 roku nie zaobserwowaliśmy znaczących zmian wysokości stawek czynszu. Dla obiektów klasy A położonych w centralnej strefie miasta ceny kształtowały się w granicach od 11 do 15,5 EUR/mkw., w segmencie B+/B odpowiednio 6-12,5 EUR/mkw., natomiast dla powierzchni o najniższej jakości B- w przedziale 5-7,5 EUR/mkw. Stawki opłat eksploatacyjnych w całej Łodzi kształtowały się w granicach 8-17 PLN/mkw. miesięcznie.

Stabilny rozwój

Zmiany zachodzące na łódzkim rynku biurowym wpisują się w obserwowaną od kilku lat fazę ożywienia gospodarczego miasta. Z drugiej strony nowym inwestycjom mogą towarzyszyć pytania o możliwość nadpodaży.

Michał M. Styś Dyrektor OPG
Michał M. Styś
Dyrektor Zarządzający
OPG Orange Property Group

– Biurowa Łódź złapała wiatr w żagle. Do niedawno siódmy rynek w Polsce dziś nawiązuje kontakt z czołówką, choć do statusu takich regionalnych potęg, jak Wrocław czy Kraków oczywiście jeszcze daleka droga. Biorąc pod uwagę liczby, Łódź wciąż pozostaje rynkiem stosunkowo płytkim – ocenia Michał Styś, prezes zarządu OPG Property Professionals. – Nie oznacza to jednak, że Łódź nie podąża z duchem czasu. Wręcz przeciwnie, wyznacza pewne trendy poprzez ambitne projekty rewitalizacyjne, takie jak OFF Piotrkowska Center, Monopolis czy Fabryka Scheiblera. Utrzymujące się wskaźniki pustostanów przy stabilnej podaży, dobry dostęp do wykwalifikowanych pracowników oraz niższe, niż w Trójmieście, Katowicach czy Poznaniu stawki czynszu wróżą lokalnemu rynkowi stabilny rozwój, na przekór rosnącym kosztom budowy oraz sygnałom ogólnego spowolnienia gospodarczego – podsumowuje.

Morpol S.A. zmienia nazwę na Mowi Poland S.A.

Mowi Poland S.A. to nowa nazwa Morpolu. Nowa nazwa – Mowi – funkcjonuje już we wszystkich biurach i zakładach norweskiej organizacji Marine Harvest, do której należy ustecki zakład.  

Morpol S.A. rozpoczął kilkutygodniowy proces zmiany nazwy na Mowi Poland S.A. Zarząd spółki zdecydował o zmianie nazwy usteckiego giganta przetwórstwa łososia w ślad za zmianą nazwy norweskiej spółki Marine Harvest, której częścią jest Morpol. Norweska firma od 1 stycznia 2019 r. operuje na całym świecie już pod nazwą Mowi.

John-Paul McGinley, członek zarządu Mowi Poland S.A.:

– W pierwszej połowie br. Mowi planuje wprowadzić na rynek nową markę o takiej samej nazwie, MOWI. Produkty pojawią się w pierwszej kolejności w Polsce. Biorąc pod uwagę plany rozwoju związane z MOWI, firma zdecydowała, że wprowadzenie nowej marki połączy ze zmianą nazwy całej organizacji.

Produkty MOWI będą wytwarzane w usteckiej fabryce Mowi Poland S.A.
Dla zakładu oznacza to wydzielenie specjalnej strefy produkcyjnej oraz stworzenie zespołu w dziale produkcji, który będzie odpowiadał za produkty MOWI. Wprowadzenie marki premium do usteckiej fabryki to dla zakładu ogromny prestiż, ale i odpowiedzialność oraz nieustanne dbanie o wysokie standardy produkcji.

Dbałość o produkty zawsze była domeną firmy, jednak teraz idea „dbania” staje się centralnym punktem filozofii biznesu prowadzonego przez Mowi.

– Dla każdej firmy naturalną tendencją jest dbanie o produkty, klientów
i konsumentów. Dla nas „care” oznacza o wiele więcej. Dbamy o nasze ryby na każdym etapie ich hodowli, a jako globalna firma czujemy także odpowiedzialność za stan naszej planety, dlatego realizujemy ideę Niebieskiej Rewolucji. Będąc dużym pracodawcą, chcemy dbać o pracowników, a jako członek lokalnej społeczności, być aktywnym partnerem dla podmiotów tworzących małe ojczyzny. Firma chciałaby, aby również pracownicy zaangażowali się w realizację idei dbałości, wyrażanej jako troska o produkty, swoich współpracowników i miejsce pracy – mówi Teis Knudsen, prezes zarządu Mowi Poland S.A.

Obecnie Mowi Poland S.A. zatrudnia ponad 4000 pracowników i produkuje
w 7 zakładach produkcyjnych w 3 lokalizacjach – w Duninowie, Lęborku oraz Strzelinie. Ponadto w Gdańsku mieści się siedziba Mowi Central Europe – centrum zarządzające sprzedażą oraz dystrybucją produktów w szeregu krajów europejskich, jak np. Szwecja, Polska, Czechy, Niemcy, Austria, Szwajcaria czy Włochy. W Gdańsku działa również, utworzone we wrześniu 2017 r., Centrum Wsparcia Biznesowego firmy zatrudniające ponad 120 wysokiej klasy specjalistów. Ustecki zakład Mowi Poland S.A. każdego dnia produkuje ok. 500 000 zdrowych i smacznych posiłków, które wysyła do klientów na czterech kontynentach.

TLTRO? I co z tego?

Konferencja prasowa prezesa EBC Mario Draghiego jest najważniejszym wydarzeniem dnia i od początku dnia przygasiła chęci inwestorów do wyprzedzającego angażowania się w handel. Rynek skłania się ku gołębiemu wydźwiękowi, co zepchnęło EUR/USD na dwutygodniowe minima, ale wydaje mi się, że oczekiwania są na wyrost.

Seria rozczarowujących odczytów makro ze strefy euro od początku roku zbudował przeświadczenie (wśród inwestorów i bankierów centralnych), że plany normalizacji polityki muszą zostać odłożone na bok i trzeba najpierw pomyśleć o wsparciu ożywienia. Możliwości nie zostało jednak wiele. Stopy procentowe są już na poziomie określonym jako dolna granica, a program skupu aktywów został wstrzymany głównie z powodu ryzyka naruszenia limitów zaangażowania w dług publiczny państw członkowskich. W grę wchodzi przedłużenie programu tanich pożyczek dla banków (TLTRO), który ma wygasnąć w połowie roku. Ale decyzja nie musi być podjęta już teraz, choć dyskusja z pewnością się zaczęła. Taka konkluzja wynika także z wczorajszych przecieków z EBC. Według źródeł zbliżonych do banku prognozy makro zostało zrewidowane w dół tak mocno, aby uzasadniać konieczność przedłużenia programów płynnościowych. Reakcja EUR/USD na informację wyniosła… 0,2 proc. i szybko też została wymazana. Czemu tak mało? Po pierwsze, doniesienia wpisują się w rynkowe oczekiwania, nawet jeśli nie do końca wiadomo (same źródła nie miały pewności), czy prezes Draghi już dziś zakomunikuje nowe TLTRO. Po drugie (i chyba ważniejsze) z perspektywy EUR programy płynnościowe nic nie zmieniają. Głównym powodem słabnięcia EUR w ostatnich tygodniach jest odsuwanie wizji pierwszej podwyżki stóp procentowych. Pół roku temu rynek liczył na podwyżkę na jesieni 2019 r., teraz – w połowie 2020 r. Tylko jeśli Draghi zasugeruje, że stopy procentowe pozostaną bez zmian dłużej, EUR będzie tracić. Problem w tym, że jego kadencja kończy się w październiku i byłoby niegrzeczne, jeśli ograniczałby pole manewru swojemu następcy. Stąd uważam, że rewizja prognoz gospodarczych i sugestie o TLTRO są już w cenach, a Draghi nie zaoferuje nic przełomowego, by dać pretekst do głębokiej wyprzedaży EUR. Konferencja może zakończyć się rozczarowaniem dla posiadaczy krótkich pozycji w EUR, przynosząc odwrót.

Wczoraj emocji nie przyniosła konferencja prasowa po posiedzeniu RPP. Nowa projekcja makroekonomiczna przyniosła wyższe szacunki wzrostu PKB (po uwzględnieniu nowego pakietu fiskalnego rządu) oraz obniżenie ścieżki inflacji (z powodu zamrożenia cen energii elektrycznej). Jednocześnie prezes NBP Adam Glapiński oświadczył, że plan fiskalny nie ma wpływu na ścieżkę stóp procentowych. RPP pozostaje w neutralnym nastawieniu i zdaniem Glapińskiego „być może do końca kadencji tej Rady nie będzie potrzeby zmiany stóp”. O łagodzeniu na razie „nie ma mowy”, choć „nie jest to wykluczone z naszego arsenału”. Ogólnie nie otrzymaliśmy nic, co mogłoby zmienić postrzeganie Rady przez rynki, dlatego EUR/PLN pozostaje uśpiony na 4,30.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

“Czarodziej” Draghi przed trudnym zadaniem

Wydarzeniem dzisiejszego dnia, a może i nawet tego tygodnia, jest posiedzenie EBC. Stopy procentowe pozostaną bez zmian, ale najważniejsze będą nowe projekcje makroekonomiczne i konferencja prezesa EBC. Szczególnie, że wczorajszy dzień jeszcze bardziej zaostrzył ciekawość.

OECD zdecydowanie tnie prognozy

Najpierw spokój na rynkach zaburzyły prognozy wzrostu gospodarczego zaprezentowane przez Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju. Pesymizm, i jeszcze raz pesymizm, tak można opisać wskazania tej organizacji. Gospodarka strefy euro ma się rozwijać jedynie w tempie 1%, czyli różnica od wcześniejszych prognoz wynosi aż 0,8p.p. Taka negatywna ocena powinna skutkować jeszcze większą dysproporcją między gospodarkami USA a Europy. Patrząc pod kątem rynku walutowego – negatywnie wpływać na euro i pozytywnie na dolara.

TLTRO, czy zostanie ogłoszony już dzisiaj?

Po południu natomiast dotarły informacje z Bloomberga, które miały nieco rozjaśnić wątpliwości przed dzisiejszym posiedzeniem EBC. Według Agencji prognozy mają być mocno ścięte. Inflacja ma pozostać na niskich poziomach aż do końca 2021 roku. Z kolei spadek PKB ma być na tyle duży, by dać argument za wprowadzeniem tzw. programu TLTRO, czyli długoterminowych pożyczek dla banków. Informacje te spowodowały, że EUR/USD zszedł poniżej 1,13, ale dzisiaj ustabilizował się delikatnie powyżej tej granicy. Co jednak warte zauważenia nie była to drastyczna wyprzedaż wspólnej waluty.

Wyprzedaż euro pod znakiem zapytania

Taka niewielka reakcja jest ostrzeżeniem. Z jednej strony może być tak, że inwestorzy czekają na potwierdzenie tych wiadomości i jasna deklaracja Draghiego, że taki program rusza i wtedy zacznie się wyprzedaż euro. Z drugiej jednak strony ogłoszenie programu może się skończyć nawet umocnieniem wspólnej waluty bo zacznie się tzw. sprzedaż faktów. Tym bardziej, że prezes EBC nie raz potrafił zaczarować rynki i przedstawić negatywne rzeczy w taki sposób, że finalnie kończyły się umocnieniem wspólnej waluty.

Glapiński rozwiewa złudzenia

Jeśli chodzi o krajowy rynek to niewiele się dzieje i trwa stabilizacja na wczorajszych poziomach. Nieznacznie wyżej jest USD/PLN, ale to konsekwencja ruchów na parze EUR/USD. Wczorajsze posiedzenie RPP rozwiało wątpliwości inwestorów o szybszej podwyżce stóp w związku z planowanym uruchomieniem pakietu wsparcia fiskalnego proponowanego przez PiS. I tutaj prezes Glapiński nieco zaskoczył, bo wydaje się, że to wsparcie Polaków kwotą rzędu 40 mld zł musi przełożyć się na wskaźniki makro. Owszem podwyżek stóp w tej kadencji nie będzie to fakt, ale mówienie o roku 2020 jako tym bez dalszych zmian tutaj można mieć już wątpliwości.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Ministerstwo Finansów stawia wysokie wymagania przed Rzecznikiem Praw Podatnika. Ta instytucja pojawi się w przyszłym roku

Ministerstwo Finansów stawia wysokie wymagania przed Rzecznikiem Praw Podatnika. Ta instytucja pojawi się w przyszłym roku 8

Rzecznika Praw Podatnika będziemy wybierać na jednokrotną, 6-letnią kadencję i będzie on w zasadzie nieusuwalny – mówi wiceminister finansów Filip Świtała. RPP będzie wyłaniany w ramach procedury konkursowej. Resort podkreśla, że wymagania wobec kandydatów będą wysokie – mają być doświadczonymi profesjonalistami, znającymi praktykę stosowania przepisów prawa podatkowego. Instytucja Rzecznika Praw Podatnika zacznie działać razem z nową ordynacja podatkową, czyli w przyszłym roku.

Rzecznik Praw Podatnika ma być pomocą dla zwykłych podatników. Mamy już dobrze rozbudowany system pomocy dla przedsiębiorców, jest Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. Zwykły podatnik może się zwrócić z prośbą o informację do Krajowej Informacji Podatkowej, ale widzimy potrzebę, żeby istniał pośrednik między podatnikiem a władzami skarbowymi. Nie wykluczamy, że Rzecznik Praw Podatnika będzie pomagał również przedsiębiorcom, uwzględniliśmy to w projekcie przepisów, ale podstawowym celem jest pomoc zwykłemu podatnikowi – mówi agencji Newseria Biznes Filip Świtała, wiceminister finansów.

Podjęcie czynności przez Rzecznika będzie następować z urzędu lub na wniosek podatnika.

Jest szereg sytuacji, w których zwykły podatnik potrzebuje pomocy, co pokazuje przykład ulgi meldunkowej. Jeżeli ktoś nie jest specjalistą doświadczonym w prawie podatkowym, a dokonuje dużej transakcji pierwszy raz w życiu, np. nabywa lub zbywa nieruchomość, to wówczas Rzecznik może się okazać pomocny – uzasadnia wiceminister Filip Świtała.

RPP ma nie tylko mediować pomiędzy podatnikami i organami skarbowymi, lecz także m.in. opiniować akty prawne z zakresu prawa podatkowego.

– Rzecznik ma być także recenzentem poczynań władz skarbowych i Ministerstwa Finansów. Dajemy mu instrumenty, które to umożliwią. My tworzymy  wytyczne i nowe przepisy, rzecznik informuje nas, jak są stosowane i ewentualnie podejmujemy akcję korygującą. Chcemy, żeby był taki mechanizm, który spowoduje, że prawo podatkowe będzie lepsze i łatwiejsze w stosowaniu – mówi Filip Świtała.

Wśród dostępnych dla RPP instrumentów będzie m.in. możliwość wystąpienia z wnioskiem o wydanie interpretacji indywidualnych i ogólnych, mediacje, wniosek o wstrzymanie czynności egzekucyjnych lub postępowania egzekucyjnego czy wniosek do NSA o podjęcie uchwały mającej na celu wyjaśnienie przepisów prawnych, które budzą wątpliwości. Rzecznik ma też monitorować stan prawa podatkowego, sygnalizując istotne problemy systemowe, i proponować nowe rozwiązania ustawowe.

– Chcemy, żeby Rzecznik miał za sobą aparat analityczno-recenzujący, czyli coś w rodzaju biura analitycznego, którego zadaniem będzie przygotowywanie cyklicznych raportów o tym, jak działa prawo podatkowe. Ta wiedza zbierana przez RPP będzie była opracowywana w formie raportów i cyklicznie publikowana – mówi wiceminister finansów.

Jak informuje, instytucja Rzecznika Praw Podatnika ma zacząć działać razem z nową ordynacją podatkową, której wprowadzenie jest planowane na 2020 rok.

– Rzecznik będzie mieć rolę w aktywizowaniu pewnych instrumentów przewidzianych przez nowa ordynację podatkową, np. mediacji. Chcemy, żeby Rzecznik i jego zespół pełnili rolę mediatorów – i nie będzie tak, jak w innych procedurach, gdzie mediacja jest na razie słabo wykorzystywana. Chcemy również, żeby RPP współpracował z nową instytucją, którą zamierzamy powołać, czyli Centrum Kompetencyjnym Podatków Lokalnych, i wspomagał gminy w realizowaniu ich funkcji podatkowych. Przez całą tę reformę, która składa się z pakietu nowej ordynacji i RPP, chcemy doprowadzić do tego, żeby władze podatkowe – nie tylko centralne, lecz także samorządowe – działały lepiej – podkreśla Filip Świtała.

Według nowej propozycji Ministerstwa Finansów, Rzecznik Praw Podatnika będzie wybierany w konkursie na sześcioletnią kadencję (najwyżej jedną). Wprowadzenie zasady kadencyjności ma być gwarancją niezależności Rzecznika. Ministerstwo zapowiada, że wymagania będą wysokie – Rzecznik Praw Podatnika ma być profesjonalistą znającym praktykę stosowania przepisów prawa podatkowego.

Przedstawiliśmy w ustawie dosyć daleko idące wymogi co do profesjonalizmu Rzecznika – mówi Filip Świtała.

Pracę RPP będą wspierać ośrodki terenowe – ma mieć szesnastu zastępców wraz z trzydziestoma dwoma przedstawicielami terenowymi.

– Chcemy, żeby ktoś pomagał podatnikom w bezpośrednim kontakcie – stąd struktura terenowa, żeby nie trzeba było pisać listów do Warszawy, ale można było zasięgnąć pomocy wszędzie tam, gdzie działają Izby Skarbowe i szesnastu zastępców Rzecznika – mówi wiceminister finansów.

Europejski Fundusz Obronny szansą na rozwój polskiego przemysłu. Łącznie do 2027 roku na inwestycje w zakresie obronności trafi 13 mld euro

Europejski Fundusz Obronny szansą na rozwój polskiego przemysłu. Łącznie do 2027 roku na inwestycje w zakresie obronności trafi 13 mld euro 9

Unia Europejska ma się wkrótce stać jednym z największych światowych inwestorów w dziedzinie technologii obronnych. Ma się do tego przyczynić nowy instrument – Europejski Fundusz Obronny. Na inwestycje na badania w dziedzinie obronności, rozwój prototypów, zakup sprzętu wojskowego i technologii trafi 13 mld euro. Fundusz jest też szansą na pobudzenie polskiego przemysłu i firm zbrojeniowych.

– Powstanie Europejskiego Funduszu Obronnego to duży przełom. Przez wiele lat Unia Europejska nie decydowała się na wyznaczenie wspólnej puli środków na inwestycje stricte wojskowe. Tradycyjnie uważano to za domenę państw członkowskich, które zgodnie ze swoimi strategiami bezpieczeństwa decydowały o przeznaczeniu takiej czy innej kwoty na obronność. Przez wiele lat te kwoty były skandalicznie niskie – mówi agencji Newseria Biznes dr Beata Górka-Winter, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego, Centrum Europejskie Uniwersytetu Warszawskiego. – O to duże pretensje miała administracja Stanów Zjednoczonych. Silna presja, głównie amerykańska, w ostatnich dwóch latach skłoniła państwa europejskie do podjęcia dużo większego wysiłku.

W lutym negocjatorzy z państw Unii Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej osiągnęli wstępne porozumienie w sprawie EFO. Po zatwierdzeniu przez PE i przedstawicieli państw członkowskich w Radzie UE powstanie Funduszu będzie już tylko kwestią czasu. EFO tak naprawdę oznacza zainicjowanie przez UE własnej polityki w przemyśle obronnym. Na prace badawczo-rozwojowe i nowe technologie w dziedzinie obronności w latach 2021–2027 miałoby trafić 13 mld euro – ok. 4 mld euro w formie dotacji na bezpośrednie finansowanie projektów badawczych i 9 mld euro na realizowania działań po fazie badań, czyli m.in. testowanie i certyfikację rozwiązań. Dzięki temu Unia będzie jednym z największych inwestorów w dziedzinie technologii obronnych.

– W planach jest bardzo wiele projektów, w tym np. projekty satelitarne, zwiększenia mobilności, pozyskiwania wspólnie sprzętu. Środki z tego funduszu mają takie programy wspomagać. Widać bardzo dużą mobilizację na odcinku europejskim, aczkolwiek daleko jest jeszcze do stanu uzyskanie przez Unię Europejską tzw. strategicznej autonomii. Nie pomogą w tym nawet środki z EFO, konieczna jest przede wszystkim wola polityczna Europy – ocenia Górka-Winter.

Fundusz to szansa dla polskich firm, które wezmą udział w projektach rozwijających nowe technologie i innowacje w przemyśle obronnym. Zgodnie z założeniami o dofinansowanie będą mogły się ubiegać co najmniej trzy podmioty z minimum trzech krajów członkowskich. Kluczowe dla Polski są preferencje nie tylko dla małych i średnich przedsiębiorstw, lecz także dla graczy o średniej kapitalizacji, czyli przedsiębiorstw zatrudniających do 3 tys. osób, których w polskim przemyśle obronnym jest najwięcej.

– Polska może oczywiście skorzystać i skorzysta z funduszu. Nasz kraj będzie aktywnym beneficjentem środków z tego instrumentu. Działania komisarz Elżbiety Bieńkowskiej i osób z nią współpracujących sprawiły, że zdecydowanie otwierają się dla nas nowe możliwości w tym zakresie. I warto, żeby polskie firmy z tych możliwości skorzystały – przekonuje ekspertka.

Prace badawcze i rozwojowe do fazy prototypu będą finansowane w wysokości do 100 proc. kosztów kwalifikowanych. W fazie opracowywania prototypu dofinansowanie wyniesie maksymalnie 20 proc., a w fazie testów, kwalifikacji i certyfikacji – do 80 proc. W fazie prototypu firmy mogą liczyć na bonus, np. na projekty realizowane w ramach stałej współpracy strukturalnej w dziedzinie obronności, jednak łączna wartość dodatkowego finansowania wynikającego z bonusów nie może przekroczyć 30 proc.

– Pamiętajmy, że w grze są bardzo duzi gracze europejscy, którzy już dawno przeszli proces konsolidacji i reform, to są firmy dobrze zarządzane, które mają bardzo dalekosiężne i strategiczne plany biznesowe, wiedzą, co chcą pozyskać, na co te środki są im potrzebne. Jeżeli polskie spółki zbrojeniowe będą w stanie określić, jakie są ich cele i na co te środki mają zostać spożytkowane, to na pewno fundusz przyczyni się do ich rozwoju – wskazuje Beata Górka-Winter.

Powstanie Funduszu to z jednej strony szansa dla przemysłu obronnego naszego kraju, z drugiej strony zwiększenie bezpieczeństwa, zwłaszcza w kontekście wzrostu zagrożeń ze Wschodu czy niekontrolowanej migracji.

Powstały opony umożliwiające samochodom latanie. Będą wyposażone także w sztuczną inteligencję

Powstały opony umożliwiające samochodom latanie. Będą wyposażone także w sztuczną inteligencję 10

Autonomiczna mobilność to jeden z najważniejszych trendów w motoryzacji, który wpływa też na branżę oponiarską. W pojazdach bez kierowcy niezbędne będą inteligentne opony zbierające i przetwarzające dane o otoczeniu i podłożu. Goodyear poszedł o krok dalej. Na targach MotorShow 2019 w Genewie zaprezentował koncepcyjną oponę Aero, wyposażoną w procesor sztucznej inteligencji. Może ona służyć zarówno jako tradycyjna opona drogowa, jak i śmigło do latania. Koncern podkreśla, że to duży krok w kierunku urzeczywistnienia koncepcji autonomicznych, latających samochodów przyszłości.

– W tym roku głównym tematem dla nas jest autonomiczna mobilność. Mając na uwadze problem zakorkowanych ulic i trudności, z jakimi będziemy się zmagać, podróżując po miastach przyszłości, coraz częściej zwracamy nasze oczy ku niebu, które może się okazać rozwiązaniem. To, jak będą wyglądały opony przyszłości, zależy od tego, w jakim kierunku rozwinie się mobilność w miastach, jak ewoluować będą rozwiązania w tej dziedzinie – mówi agencji Newseria Biznes Carlos Cipollitti, dyrektor Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

Według prognoz ONZ do 2050 roku już 2/3 światowej populacji będzie zamieszkiwać miasta. Szacuje się, że każdego tygodnia przeprowadza się do nich około 1,3 mln ludzi. Szybka urbanizacja powoduje, że miasta muszą sprostać wielu wyzwaniom, jak zanieczyszczenie powietrza, korki i problemy komunikacyjne.

Największe koncerny od kilku lat pracują nad sprostaniem tym wyzwaniom, proponując innowacje takie jak latające taksówki, które testują już m.in. Uber oraz Airbus i Audi czy autonomiczny, wydrukowany w 3D miejski minibus Olli, stworzony przez Local Motors. Pojazd jest wyposażony w inteligentne opony Goodyear, dzięki czemu producent może przetestować nowe konstrukcje i zebrać cenne dane dotyczące eksploatacji opon montowanych w pojazdach autonomicznych.

Ten pojazd łączy założenia autonomicznego pojazdu z naszą koncepcją opon niepneumatycznych. Właściwie to już więcej niż koncepcja – to opona, której prototypy już opracowaliśmy w USA – mówi Carlos Cipollitti.

Goodyear zaprezentował w zeszłym roku kompletny system, obejmujący oponę, czujniki i algorytmy pracujące w chmurze. Komponenty systemu na bieżąco komunikują się z operatorem floty poprzez aplikację mobilną, dzięki czemu może on np. optymalizować koszty i zapobiegać awariom. W tym roku producent poszedł o krok dalej – na targach MotorShow 2019 w Genewie zaprezentował koncepcyjną oponę Aero, która może służyć zarówno jako tradycyjna opona drogowa, jak i śmigło do latania. Koncern podkreśla, że to duży krok w kierunku urzeczywistnienia koncepcji autonomicznych, latających samochodów przyszłości.

– Jest to konstrukcja niepneumatyczna. W oparciu o koncepcję opony bez powietrza stworzyliśmy konstrukcję o wytrzymałości i elastyczności wystarczającej do poruszania się po drodze. Poszliśmy o krok dalej i zaczęliśmy się zastanawiać, jak można przekształcić ją w element wytwarzający ciąg. Nasza opona ma specjalne łopatki, które – podobnie jak śmigła – wytwarzają siłę, obracając się z dużą prędkością. Dzięki połączeniu dwóch elementów, udało nam się stworzyć koncepcję opony, która pozwoli pojazdom unosić się w powietrzu – mówi Carlos Cipollitti, dyrektor Centrum Innowacji Goodyear w Luksemburgu.

Specjalne łopatki opony Aero utrzymują ciężar pojazdu, a jednocześnie mogą pełnić funkcję śmigieł, które zapewniają siłę wznoszącą, kiedy opona znajdzie się w położeniu do lotu. Konstrukcja bez pneumatyki jest jednocześnie na tyle elastyczna, żeby amortyzować wstrząsy podczas tradycyjnej jazdy po drodze.

Co ciekawe, koncepcyjna opona ma wbudowane czujniki optyczne, dzięki czemu może monitorować warunki drogowe czy stan zużycia ogumienia. Kolejna innowacja to napęd magnetyczny, który pozwoli osiągać wysokie prędkości obrotowe, niezbędne do poruszania się pojazdu po drogach, a jednocześnie do wyniesienia pojazdu w powietrze i zapewnienia napędu w kierunku lotu.

Aero ma nawet wbudowany procesor sztucznej inteligencji, którego zadaniem jest analiza danych z czujników i zewnętrznych źródeł, co m.in. umożliwia samodzielne przejście do trybu latania lub jazdy albo wykrycie potencjalnych problemów z oponą, zanim one jeszcze wystąpią.

Aero jest na razie projektem całkowicie koncepcyjnym, ale niektóre zastosowane w nim technologie, takie jak struktura bez elementów pneumatycznych i funkcje SI, są już dziś rozwijane przez Goodyear.

Wszyscy producenci samochodów, opon i części będą musieli przystosować się do zmian. Przede wszystkim konieczna jest umiejętność rozumienia trendów, przewidywania ich i opracowywania stosownych rozwiązań. Dzisiejsze trendy jutro mogą zmienić swój kierunek, dlatego musimy się stać elastyczni i gotowi do reagowania na zmiany w przyszłości – podkreśla Carlos Cipollitti.

Goodyear grupuje aktualne trendy na rynku mobilności w cztery kategorie, wyrażone skrótem FACE. Poszczególne litery to Fleet, czyli flota, Autonomous, czyli pojazdy autonomiczne, Connected – łączność, a Electric – pojazdy elektryczne.

Testy przeprowadzone przez koncern pokazały, że tradycyjne opony zamontowane w pojazdach elektrycznych zużywają się nawet do 30 proc. szybciej ze względu na wysoki moment obrotowy przekazywany natychmiast na koła. Na ich niższą trwałość wpływa też ciężar akumulatorów.

W Polsce problem z nietrzymaniem moczu ma 2,5 mln osób i ich liczba rośnie. W ciągu 5 lat powstanie dla nich sieć 10 wyspecjalizowanych placówek

Nietrzymanie moczu jest już klasyfikowane jako choroba cywilizacyjna. W Polsce według różnych szacunków cierpi na nią 2–2,5 mln osób, jednak liczba ta może być większa. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa chorych będzie przybywać, brakuje jednak miejsc z dostępem do odpowiedniej terapii. Tę lukę chce zapełnić firma Medical Continence Centers, która planuje stworzyć w Polsce sieć placówek z kompleksową opieką dla pacjentów z problemami urologicznymi. Zbiórka pieniędzy na ten cel ruszyła na platformie crowdfundingowej Beesfund.

– Nietrzymanie moczu jest problemem społecznym, ponieważ dotyka więcej niż 5 proc. społeczeństwa, taka jest też definicja Światowej Organizacji Zdrowia. W przypadku Polski różne szacunki mówią, że to może być między 4 a 8 proc. – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Michałek, prezes zarządu Medical Continence Centers.

Światowa Organizacja Zdrowia zalicza nietrzymanie moczu do grupy chorób cywilizacyjnych. W krajach rozwiniętych problem dotyka ok. 6 proc. społeczeństwa. W Polsce z jego powodu cierpi ok. 2,5 mln osób, ale dokładną liczbę chorych trudno określić, bo ze względu na wstydliwy charakter schorzenia nie wszyscy zgłaszają się po pomoc. Temat NTM wciąż traktowany jest jak tabu.

 Kobiety mają problem z nietrzymaniem moczu przed porodem, po porodzie, w okresie menopauzy. Cierpi na to także grono kobiet po zabiegach urologicznych, uroginekologicznych. Niemniej ważną grupą są mężczyźni, o których nasz system zdrowotny niemal całkowicie zapomniał. Tzw. rehabilitacja urologiczna to dziedzina, która zajmuje się problematyką nietrzymania moczu, a także zaburzeń erekcji i leczeniem powikłań po zabiegach urologicznych u mężczyzn. Jest to nisza i czarna dziura polskiego systemu – przekonuje dr n. med. Andrzej Przybyła, ekspert w dziedzinie urologii, wiceprezes zarządu Medical Continence Centers.

Wśród kobiet NTM występuje częściej niż inne choroby przewlekłe, nawet takie, jak nadciśnienie tętnicze, depresja czy cukrzyca. Według WHO ta przypadłość może dotyczyć nawet co trzeciej kobiety. Zdecydowanie rzadziej problem dotyka mężczyzn, najczęściej tych po zabiegach urologicznych. NTM to jedno z powikłań po leczeniu chirurgicznym raka prostaty. Wraz ze starzeniem się społeczeństwa problem nietrzymania moczu będzie coraz częstszy

– Dzisiaj mniej więcej 1/4 osób to są ludzie w wieku emerytalnym, w przyszłości ten odsetek zwiększy się do 1/3. To będzie ogromne wyzwanie dla polityki społecznej i finansów publicznych. Trzeba pamiętać też o tym, że zwiększa się odsetek osób w wieku 80 lat i więcej. I z punktu widzenia polityki zdrowotnej to będzie największym wyzwaniem – ocenia prof. Piotr Błędowski, przewodniczący Rady Nadzorczej Medical Continence Centers.

W 2050 roku ponad połowa mieszkańców Polski będzie miała 50 lat, a co dziesiąta osoba – ponad 80 lat. Wraz ze zmianami demograficznymi przybywa osób ze schorzeniami urologicznymi, na to zaś nie jest przygotowana polska służba zdrowia.

– Zarówno kadrowo, jak i finansowo, organizacyjnie daleko nam jeszcze do takiego momentu, w którym moglibyśmy powiedzieć, że jesteśmy przygotowani na to wyzwanie, jakie starzenie się ludności niesie ze sobą – wskazuje prof. Piotr Błędowski.

Już teraz brakuje kompleksowej oferty dla osób z nietrzymaniem moczu łączącej urologię czynnościową, uroginekologię czy rehabilitację. Tylko szybka diagnoza i ścisła współpraca lekarzy specjalistów z fizjoterapeutami urologicznymi i uroginekologicznymi w połączeniu z dostępem do nowoczesnych terapii gwarantuje poprawę jakości życia chorych. Takich placówek jednak brakuje. Sytuację może zmienić firma Medical Continence Centers, która chce stworzyć w Polsce sieć placówek z kompleksową opiekę dla pacjentów z problemami urologicznymi.

 Oferta jest skierowana przede wszystkim do kobiet zaraz po porodzie, w okresie menopauzy i po zabiegach urologicznych, uroginekologicznych. Drugą dużą grupą są mężczyźni po zabiegach urologicznych. Rak prostaty zbiera śmiertelne żniwo, już w tej chwili przegania on nowotwór numer jeden, czyli raka płuca, jeśli chodzi o umieralność u mężczyzn – mówi dr n. med. Andrzej Przybyła.

W ciągu pięciu lat ma powstać dziesięć placówek, poczynając od Warszawy. Pieniądze na pierwsze w Polsce centrum terapii Medical Continence Centers zbiera na platformie crowdfundingowej. Emisja akcji ruszyła 5 marca, a koszt jednej akcji wynosi 50 zł. Szczegóły dostępne są na stronie www.mcc.beesfund.com.

– Stwierdziliśmy, że możemy do tego podejść trochę innowacyjnie i zamiast poszukać jednego lub kilku inwestorów, zwrócić się do szerszej społeczności. Stąd pomysł, ażeby wyemitować publiczną emisję akcji poprzez platformę crowdfundingową – Beesfund – wskazuje Tomasz Michałek. – Oferujemy inwestorom niszowy projekt medyczny, ale z dobrze przemyślanym planem biznesowym. Ponieważ platforma crowdfundingowa umożliwia tego typu dodatkowe korzyści, chcieliśmy zaoferować inwestorom pakiety, z których będą mogli korzystać oni i ich bliscy. Ich wartość przekracza milion złotych – dodaje.

Polski rynek turystyczny jest jednym z najszybciej rozwijających się w Europie. Większość Polaków nadal wybiera biura podróży, ale trend ten się zmienia

Polski rynek turystyczny jest jednym z najszybciej rozwijających się w Europie. Większość Polaków nadal wybiera biura podróży, ale trend ten się zmienia 11

W ciągu kilku lat na polskim rynku turystycznym może się pojawić kilka milionów nowych potencjalnych klientów. Zdecydowana większość turystów wybiera biura podróży, jednak 600–700 tys. osób wyjazd organizuje samodzielnie. Jest to coraz łatwiejsze. W internecie można już spersonalizować wycieczki i zarezerwować wszystkie składowe podróży w jednym miejscu, a przy tym znacznie zaoszczędzić. Na wyjeździe tygodniowym dla 4-osobowej rodziny na Wyspy Kanaryjskie różnica w cenie może wynieść nawet 3,5 tys. zł na niekorzyść tradycyjnego biura – przekonuje Michał Głowa z Click&Go Poland.

75 proc. turystów wyjeżdża z biurem podróży, przy czym najszybciej rośnie kanał internetowy i kanały własne touroperatorów. Natomiast tzw. kanał agencyjny, czyli pośrednicy, traci udziały w rynku, i to mimo że sumarycznie ich sprzedaż trzyma się na podobnym poziomie bądź minimalnie rośnie względem lat poprzednich. Ale obserwujemy bardzo dynamiczny wzrost rynku, aż 35-proc. – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Michał Głowa, country manager w Click&Go Poland.

Z danych Turystycznego Funduszu Gwarancyjnego wynika, że wczesne rezerwacje na letni sezon 2019 wzrosły o 45 proc. CBOS podaje, że 43 proc. Polaków chce w tym roku poświęcić więcej czasu na podróżowanie. Choć zdecydowana większość wybiera gotowe wycieczki touroperatorów, na znaczeniu zyskuje kanał internetowy. Coraz częściej, nawet jeśli kupujemy wyjazd z biura podróży, korzystamy z internetowego systemu rezerwacyjnego niż z pomocy pracownika biura podróży. Szacunki Click&Go wskazują zaś, że 600–700 tys. osób wyjazd organizuje samodzielnie: wykupuje w sieci loty i pobyt w hotelu.

Rezerwują te usługi na różnych portalach samodzielnie bądź wykorzystując takie platformy jak nasza, która pozwala te wszystkie usługi zagregować w jednym miejscu, zaoszczędzić dużo czasu i kosztów – wskazuje Michał Głowa.

Irlandzkie biuro podróży Click&Go, które od początku 2019 roku działa także w Polsce, pozwala dopasować wycieczki do własnych potrzeb. Wszystko odbywa się przez internet, a platforma opiera się na botach, które samodzielnie zbierają dane do przygotowania oferty, a wszystko to w czasie rzeczywistym i dynamicznym pakietowaniu.

Klient chce sobie złożyć wakacje, próbuje zarezerwować wszystkie usługi oddzielnie. Ma przelot, zakwaterowanie, ubezpieczenie i transfer. Jeśli do tego chciałby wykupić ubezpieczenie od rezygnacji, to do każdej z tych usług teoretycznie musiałby kupować jedną usługę, czyli ośmiokrotnie wprowadzić dane osobowe i potwierdzać płatność. U nas to wszystko robi w jednym miejscu – wymienia przedstawiciel Click&Go Poland.

Dzięki platformie klient zyskuje możliwość dowolnego doboru oferty, inaczej niż w tradycyjnym biurze podróży, gdzie wycieczki nie można dowolnie modyfikować, np. przesuwając termin i godzinę wylotu czy dowolnie wydłużając wyjazd. Wszystko na jednej platformie, a przy tym znacznie taniej niż w tradycyjnym biurze podróży.

Na wyjeździe tygodniowym dla rodziny 4-osobowej różnica np. na Wyspach Kanaryjskich potrafi wynieść nawet 3,5 tys. zł względem tradycyjnego biura podróży. Dodatkowo klient oszczędza czas, bo rezerwuje wszystko w jednym miejscu, płaci online i dostaje wszystkie dokumenty mailowo, nie musi nic podpisywać, nie musi wychodzić do biura podróży – wskazuje Michał Głowa. – Można się pokusić o stwierdzenie, że to już traveltech.

W 2019 roku Click&Go chce pozyskać ok. 5 tys. klientów. Ich liczba ma dynamicznie rosnąć, zwłaszcza że od 2020 roku platforma ma też oferować rejsy statkami wycieczkowymi i umożliwić podróżowanie niemal we wszystkich kierunkach.

Podstawy budowania nowej firmy

Łukasz Blichewicz z Grupy Assay
Łukasz Blichewicz z Grupy Assay

Założenie własnej firmy lub start-upu to wielki i odpowiedzialny krok. Nowy przedsiębiorca staje przed ogromnym wyzwaniem i mnóstwem decyzji. Musi poznać i przeanalizować rynek, na który ma zamiar wkroczyć, znaleźć wyróżniki swojego produktu, które dadzą mu przewagę nad konkurencją i ustalić realne ramy czasowe, w których chce zacząć na swoim pomyśle zarabiać. Czy stworzenie dobrze prosperującego biznesu jest faktycznie takie trudne? Łukasz Blichewicz z Grupy Assay specjalizującej się we współpracy ze startupami zdradza kilka zasad, które zdecydowanie ułatwią ten proces.

Rynek docelowy czyli pomyśl, gdzie zmierzasz

Odpowiedzialny młody przedsiębiorca powinien przede wszystkim wnikliwie przemyśleć kierunki rozwoju swojego biznesu – zarówno w krótkim, jak i długim okresie. Musi oszacować potencjał rynku i aktualną jego sytuację, upewnić się, że sektor, w który chce się zaangażować jest na tyle rozwojowy, że warto poświęcić mu czas i środki finansowe. Nieprzemyślana decyzja na tym etapie tworzenia nowej firmy może zaprzepaścić całe przedsięwzięcie. To bardzo czasochłonny proces, ale jednocześnie jest to absolutna podstawa do założenia nowej organizacji. Analizując rynek, istniejącą i potencjalną konkurencję oraz szacując planowane zyski (oraz potencjalne straty) w danych okresach tworzenia firmy, minimalizujemy ryzyko wystąpienia sytuacji, które mogą nas zaskoczyć w najmniej odpowiednich momentach i zahamować rozwój.

Świadoma niekompetencja – jaka jest wartość własnej niewiedzy?

W życiu każdego człowieka przychodzi moment, w którym zdaje on sobie sprawę z tego, że wydawało mu się, że zna jakąś dziedzinę na wylot, a jest zupełnie inaczej. To bardzo niekomfortowe uczucie, ale im szybciej się z nim spotkamy, tym lepiej. Świadomość własnej niekompetencji i przyjęcie jej do wiadomości pozwala uniknąć w przyszłości wielu bolesnych w skutkach błędów. Zdając sobie sprawę z własnych ograniczeń, możemy albo zacząć się szkolić, albo skorzystać z pomocy fachowców.  Jeśli szukamy inwestora dla naszego biznesu, powinniśmy się skupić nie tylko na proponowanej kwocie, ale także, a może przede wszystkim na wparciu, jakiego inwestor jest nam w stanie udzielić. Dobrze, gdy wnosi on ze sobą wiedzę i doświadczenie, ale także zasoby pomocne w prowadzeniu działalności. Nawet najbardziej innowacyjny pomysł wymaga bowiem codziennych, przyziemnych działań, zanim uda się na nim zbudować doskonale prosperującą firmę. Prawnik, księgowy, grafik, webmaster, programista, analityk, copywriter – to przykładowe wsparcie, które  może być częścią wkładu inwestora w rozwój projektu.

Inwestor też człowiek czyli proste zasady komunikacji

Inwestor powinien być dla młodego przedsiębiorcy przede wszystkim dostępny. To pierwszy kontakt, do którego start-up powinien móc zwrócić się z zapytaniem, prośbą o pomoc i radę. O ile bardziej komfortowo pracuje się nad rozwojem projektu, kiedy ma się pewność, że nie jest się tylko kolejną pozycją w portfelu inwestycyjnym, a inwestor żywo interesuje się naszą działalnością. Nie nachalnie, nie przesadnie, ale wspierająco. Dla drugiej strony to jest także korzystne. Bieżący, proaktywny kontakt pozwala na stały przepływ informacji, oszczędza czas i pieniądze. Pozwala na dostrzeżenie potencjalnych zagrożeń na bardzo wczesnym etapie, dzięki czemu da się ich uniknąć lub zaradzić im w bardzo prosty sposób. Świadomy inwestor pozwala twórcom swobodnie pracować nad projektem, z którym do niego przyszli. Nie oznacza to jednak pozostawienia ich samym sobie. W ważnych kwestiach zawsze mogą liczyć na pomoc i radę. To działa dodatkowo motywująco na zespół, jest bowiem przejawem zaufania do startupu.

Problem skalowania i częsta klęska urodzaju

Problem ze skalowaniem to bolączka wielu start-upowców i przedsiębiorców rozpoczynających swoją przygodę z zarządzaniem firmą. Jeśli pomysł „wypali”, a w firmie nie ma mocy przerobowych, to produkcja nie nadąży za zleceniami, klienci zaczną się niecierpliwić i poszukają sprawniejszej konkurencji. Zdarzają się też sytuacje, w których firma zdaje się rosnąć, zwiększa się liczba pracowników i obowiązków, a jednak dochody stopniowo maleją. W takich sytuacjach konieczne okazuje się odpowiednie skalowanie biznesu. Ma ono 3 wymiary: skalowanie organizacji, skalowanie klientów oraz skalowanie przychodów.

Gdy biznes się rozwija, rośnie również grupa ludzi, która go tworzy. Konieczne jest pojawienie się zespołów, specjalizacji i menadżerów. W ten sposób rozdzielamy kompetencje i skalujemy organizację. Skalowanie klientów pojawia się w momencie, w którym postanawiamy wejść w nowe segmenty rynku, gdzie klienci mogą okazać się zupełnie inni niż ci, z którymi współpracowaliśmy wcześniej. Pojawiają się większe wymagania, presja czasu. Konieczne jest uwzględnienie tego faktu już na etapie planowania rozszerzania działalności. Skalowanie przychodów wydaje się kwestią najprostszą w realizacji. Powiększanie zysku nie może wynikać jedynie ze wzrostu liczby użytkowników/klientów. Konieczne jest także zwiększanie zysku bazujące na tych, których już pozyskaliśmy. Możemy to osiągnąć np. poprzez proponowanie dodatkowych usług związanych z naszą podstawową działalnością.

Mikrozarządzanie czyli problem starego nawyku

Mikrozarządzanie to termin, którego powinien wystrzegać się każdy przedsiębiorca. To ingerowanie w każdy, nawet najmniejszy proces decyzyjny w organizacji i jeśli nie zostanie ono odpowiednio szybko wyeliminowane, może doprowadzić do upadku świetnie zapowiadającego się start-upu. Interesowanie się poszczególnymi działami naszej firmy i nadzorowanie wykonywanej przez zespół pracy nie jest niczym złym, ale nie warto popadać w skrajności robiąc to przez cały czas. Istotna jest precyzyjna komunikacja z zespołem, odpowiednie delegowanie zadań oraz zaufanie do pracowników i ich kompetencji. Nigdy nie uda się wyeliminować wszystkich błędów, ale pracownik musi wiedzieć, że ma na swoich barkach pewną odpowiedzialność, a przy tym cieszy się zaufaniem szefa. Dobry lider potrafi odpowiednio rozdzielać zadania wśród swoich podwładnych, wyjaśniać na czym polegają i utwierdzać ich w przekonaniu, że w razie problemu lub wahania mogą zwrócić się do niego z prośbą o pomoc, ale ostatecznie nie ingeruje w ich wykonanie. Zakłada, że ludzie, których zatrudnił w konkretnym celu poradzą sobie z przydzieloną pracą.

Ufaj sprawdzonym specjalistom

Bardzo istotne dla młodych przedsiębiorców jest otaczanie się wartościowymi partnerami i specjalistami. W okresie dynamicznego rozwoju pojawia się mnóstwo ofert współpracy. Konieczne jest ich dokładne sprawdzenie. Większość prawdopodobnie okaże się mało wartościowa, jednak często wśród 10 nieinteresujących ofert pojawi się jedna, która pozwoli nam rozwinąć skrzydła. Sprawdzeni i doświadczeni partnerzy to nieocenione wsparcie w rozwoju firmy.

Okazja czyni startup-owca – plany warto zmieniać

Młodzi przedsiębiorcy często zakładają, że ich biznesplan jest ostateczną wizją rozwoju ich nowej firmy i nie powinni go zmieniać. To błąd. Sytuacja na większości rynków jest dynamiczna, realia zmieniają się bardzo często, a biznesmen musi się do nich dostosowywać lub nawet je kreować. Właściwie ewoluujące plany są kluczowe dla prawidłowego rozwoju organizacji. Nie warto kurczowo trzymać się pierwotnych założeń, konieczna jest elastyczność i umiejętność dostosowania się do funkcjonujących w danej chwili trendów.

Zdaniem Łukasza Blichewicza z Grupy Assay wzięcie sobie do serca tych kilku z pozoru prostych wskazówek i rozwijanie nowej firmy zgodnie z nimi może zdecydowanie ułatwić wejście biznesu na rynek. Nie chodzi oczywiście o działanie punkt po punkcie, ale im więcej poruszonych tu kwestii przemyślimy zanim jeszcze na dobre wystartujemy z nowym przedsięwzięciem, tym łatwiejsza i przyjemniejsza będzie późniejsza praca.

Tylko nielicznym kobietom udaje się wejść do zarządów

Aż 84 proc. respondentów badania Hays Poland wskazało, że najwyższe stanowiska w ich firmach zajmują mężczyźni. Wśród firm z branży finansowo-księgowej odsetek kobiet w zarządach wynosi jedynie 18 proc.

Według danych Eurostatu Polska ma jeden z najwyższych w Unii Europejskiej odsetek kobiet na stanowiskach kierowniczych (41,8 proc.). Ale według analiz firmy Deloitte, w radach nadzorczych udział ten ledwie przekracza 15 proc., a w zarządach firm spośród ponad niemal 500 spółek z głównego parkietu giełdy – jedynie 6,3 proc.
Potwierdza to badanie Hays Poland 2018 „Kobiety na rynku pracy – równe szanse i elastyczność”, według którego aż 84 proc. najwyższych stanowisk w firmach zajmują mężczyźni. Podobnie jest w branży finansowo-księgowej, gdzie odsetek mężczyzn zarządzających wynosi 80 proc.

Jakiej płci jest osoba zarządzająca firmą, w której pracujesz?

  Polska Finanse i księgowość
Kobieta 15% 18%
Mężczyzna 84% 80%
Nie wiem 1% 2%

Reprezentacja kobiet na stanowiskach managerskich jest nieco wyższa. Dla 60 proc. ankietowanych ze wszystkich branż bezpośrednim przełożonym jest mężczyzna, podczas gdy w branży finansowo-księgowej kobiety na stanowiskach menedżerskich stanowią niemal 50 proc. kadry kierowniczej. Kobiety dominują również na stanowiskach specjalistek w ramach zespołów podległych managerom. W branży finansowo-księgowej ponad 60 proc. respondentów wskazało, że większość ich współpracowników – członków zespołu – to kobiety.

Jakiej płci jest Twój bezpośredni przełożony?

  Polska Finanse i księgowość
Kobieta 37% 49%
Mężczyzna 60% 48%
Brak przełożonego 3% 3%

 

Jakiej płci są członkowie zespołu, w którym pracujesz?

  Polska Finanse i księgowość
W większości kobiety 45% 63%
W większości mężczyźni 34% 25%
Równa liczba kobiet i mężczyzn 21% 12%

 Kobiety mają coraz większy apetyt na sukces

Przyczyną dominacji mężczyzn na najwyższych stanowiskach lub w określonych branżach nie są niższe kwalifikacje kobiet. W ostatnich kilkunastu latach kobiety stanowiły aż 65 proc. absolwentów uczelni wyższych w Polsce. Wydaje się zatem, że ścieżka kariery kobiet jest trudniejsza i – od pewnego poziomu zajmowanego w organizacji – może wymagać dodatkowego wysiłku. Mniejszy odsetek kobiet na stanowiskach kierowniczych może również wynikać ze sposobu, w jaki firmy planują rozwój talentów oraz awanse w swoich strukturach. Często w rezultacie tych działań kobiety mają mniejsze szanse na realizację swoich ambicji zawodowych oraz rozwój kariery.

W konsekwencji kobiety często mierzą niżej niż mężczyźni. Wynika to również z dotychczas zajmowanych przez nie stanowisk. Z badania Hays Poland wynika, że mężczyźni są tak samo zadowoleni z zajmowanego obecnie stanowiska jak kobiety, jeśli spojrzeć na rynek pracy ogólnie. Różnice w poziomie zadowolenia z zajmowanego stanowiska ujawniają się jednak w kontekście branży firmy. Kobiety związane z sektorem finansowo-księgowym nieco niżej oceniają swoją satysfakcję niż panie w innych branżach.

Czy jesteś zadowolony/ zadowolona z poziomu obecnie zajmowanego stanowiska?

  Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Bardzo zadowolony/a 14% 10% 15%
Zadowolony/a 51% 52% 49%
Trudno powiedzieć 19% 20% 20%
Niezadowolony/a 12% 16% 13%
Zdecydowanie niezadowolony/a 4% 2% 3%

Większość kobiet biorących udział w badaniu aspiruje do objęcia stanowiska wyższego o jeden poziom, podczas gdy mężczyźni z większym optymizmem patrzą na swoje możliwości oraz cele i częściej aspirują na wyższe stanowiska. 21 proc. mężczyzn (w porównaniu z 12 proc. kobiet ogólnie w Polsce i 14 proc. kobiet w branży finansowej) aspiruje do poziomu dyrektora zarządzającego lub prezesa, 27 proc. na stanowiska dyrektorskie, 12 proc. (wobec 8 proc. kobiet) do roli właściciela firmy.

Jaki poziom stanowiska musisz objąć, aby uważać siebie za osobę, która odniosła sukces?

  Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
  Oznaczające sukces Obecnie zajmowane Oznaczające sukces Obecnie zajmowane Oznaczające sukces Obecnie zajmowane
Praktykant/ Stażysta 0% 1% 0% 0% 0% 0%
Asystent 0% 3% 0% 1% 0% 1%
Specjalista 2% 24% 3% 28% 3% 15%
Samodzielny Specjalista 12% 25% 17% 32% 11% 29%
Menedżer/ Kierownik 33% 30% 30% 28% 21% 32%
Dyrektor 27% 11% 28% 7% 27% 12%
Dyrektor Zarządzający/ Prezes 12% 2% 14% 4% 21% 6%
Właściciel 8% 1% 8% 0% 12% 3%
Inne* 6% 3% 0% 0% 5% 2%

 

* Wśród innych respondenci wymieniali stanowiska związane z ekspertyzą, nauką, role zarządowe oraz niezależne – np. doradca. Podkreślali również społeczny wymiar sukcesu, niezwiązanego z zajmowanym stanowiskiem oraz fakt, iż nazwa stanowiska ma drugorzędne znaczenie wobec zakresu obowiązków, odpowiedzialności oraz możliwości realizacji swojej ambicji.

Pozytywne zmiany widoczne są jednak w zakresie planowania swojej ścieżki kariery. To z pewnością efekt rozwiązań wprowadzanych coraz chętniej przez firmy. W rezultacie, w porównaniu z 55 proc. kobiet, które rok wcześniej nie miały sprecyzowanego planu kariery, w 2018 roku było to 36 proc. we wszystkich branżach i 32 proc. w branży finansowo-księgowej.

Czy masz opracowany plan rozwoju kariery?

Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Tak 37% 38% 44%
Przynajmniej częściowo 27% 30% 24%
Nie 36% 32% 32%

Odwaga w myśleniu o swojej karierze wynika z obserwowanego przez kobiety wsparcia ze strony organizacji. Firmy najczęściej wspierają rozwój swoich pracowników umożliwiając im udział w zewnętrznych kursach i szkoleniach. Pozytywnym sygnałem jest to, że kobiety otrzymują taką samą szansę na kształcenie jak mężczyźni. W poprzednim roku różnica między mężczyznami i kobietami w zakresie dostępności szkoleń była widoczna. W 2018 roku kobiety również – tak samo często jak mężczyźni – mówiły o otrzymywanym wsparciu w postaci doradztwa w planowaniu kariery i programów mentoringowych.

Czy pracodawca pomaga realizować Twój plan rozwoju?

Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Tak 37% 36% 41%
Przynajmniej częściowo 29% 32% 24%
Nie 34% 32% 35%

 W jaki sposób pracodawca pomaga realizować Twój plan rozwoju?*

  Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Umożliwia uczestnictwo w zewnętrznych kursach i szkoleniach 69% 46% 78%
Oferuje doradztwo w zakresie planowania kariery lub mentoring 35% 16% 34%
Organizuje wewnętrzne szkolenia 52% 64% 58%
Dokonuje regularnej oceny moich wyników 69% 70% 71%
Przedstawia ścieżki kariery w organizacji i perspektywy awansu 43% 44% 46%
Inne** 13% 10% 12%

* Procenty nie sumują się do 100, ponieważ można było zaznaczyć więcej niż jedną odpowiedź.

Kobiety równie często jak mężczyźni starały się o promocję w 2018 roku. Otrzymywały go również tak samo często jak mężczyźni.

Czy w trakcie ostatnich 12 miesięcy ubiegałeś/ ubiegałaś się o awans?

Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Tak 35% 36% 37%
Nie 65% 64% 63%

 Kiedy ostatnio awansowałeś/ awansowałaś?

Kobiety Kobiety – branża finansowo-księgowa Mężczyźni
Mniej niż 6 miesięcy temu 14% 14% 15%
6-12 miesięcy temu 16% 18% 13%
1-2 lata temu 24% 24% 23%
2-5 lat temu 26% 34% 25%
Ponad 5 lat temu 20% 10% 24%

 

Kobiety umacniają swoją pozycję w polskim biznesie, coraz częściej obejmując strategiczne role w swoich organizacjach. Zyskujemy więcej biznesowej pewności i stajemy się bardziej świadome tego, jaką wartość dodaną możemy wnieść do firmy. A polskie businesswomen są niezwykle kompetentne, mają ogromną wiedzę i niesamowity apetyt na to, aby ciągle ją poszerzać – tłumaczy Magdalena Wereda-Kolasińska FCMA, CGMA, Dyrektor ds. Finansów w PZU Zdrowie.

Dodatkowo, my, kobiety mamy wizję swojej przyszłości, którą mimo niejednokrotnie różnych okoliczności jesteśmy wysoce zdeterminowane nieustannie realizować.  Optymizmem napawa to, że cenimy siebie coraz bardziej i znamy swoją wartość. Co więcej, nie znosimy kompromisów w zakresie ścieżki, którą obrałyśmy.

Ważne, by nasi koledzy również zaufali naszym kompetencjom i umożliwili udowodnienie nowym organizacjom oraz nowym branżom, że potrafimy równie, a może i bardziej efektywnie zarządzać obszarami biznesowymi. Kobiety dojrzały do ról wymagających odwagi, męskich decyzji i kobiecej subtelności. Wystarczy to tylko docenić i sprawnie wykorzystać dla dobra inwestorów i właścicieli – dodaje Magdalena Wereda-Kolasińska.

Kobiety na finansowym szczycie?

Jest szansa na to, że rynek pracy i świat finansów będzie jeszcze bardziej sfeminizowany. W miarę postępującej automatyzacji i robotyzacji, na znaczeniu będą zyskiwać kompetencje miękkie, które bardzo często są domeną kobiet.

Jak wynika z raportu przygotowanego przez World Economic Forum, na przestrzeni najbliższych lat zmieni się profil najbardziej pożądanych kompetencji pracowników. W 2020 na znaczeniu zyska między innymi inteligencja emocjonalna oraz elastyczność poznawcza.

Dla specjalistów z dziedziny finansów zmieniające się środowisko stanowi ogromną szansę wyjścia poza dotychczasową, techniczną strefę komfortu i wykorzystania rozwijających się technologii jako sposobu na tworzenie wartości dla swoich organizacji. Aby sprostać wyzwaniu muszą doskonalić nowe umiejętności i kompetencje, by utrzymać łatwość znalezienia zatrudnienia i być konkurencyjnymi w cyfrowym świecie.

Muszą również rozwinąć swoje umiejętności społeczne i komercyjne, aby lepiej prowadzić narrację biznesu, generować nowe rozwiązania biznesowe oraz skutecznie współpracować z kolegami z całej organizacji i zewnętrznymi interesariuszami. W tym kobiety mogą wieźć prym – mówi Jakub Bejnarowicz, dyrektor regionalny na Europę, Association of International Certified Professional Accountants.

5 powodów, które nie pozwolą CIO zapomnieć o chmurze obliczeniowej

W ciągu najbliższych trzech lat wydatki na chmury publiczne wzrosną niemal dwukrotnie i wyniosą nawet 370 mld dolarów, donosi najnowszy raport opracowany przez IDC. Szacuje się, że już w 2019 r. osiągną zawrotna kwotę 210 mld. Boom na rozwiązania chmurowe napędza przede wszystkim biznesowa gonitwa za nowymi produktami, usługami oraz innowacjami, których oczekują klienci. Chmura obliczeniowa to bowiem jedyne rozwiązanie, które pozwala firmom w szybkim tempie wcielać w życie nawet najbardziej odważne pomysły, stanowiące fundament cyfrowej transformacji. 

W obliczu rosnących potrzeb konsumentów i coraz silniejszej walki rynkowej, przedsiębiorstwa muszą inwestować w innowacje szybko i sprawnie, by zabezpieczyć swoje „dziś” i „jutro”. Jak wykazały badania VMWare, przeprowadzone wspólnie z Cass Business School, wiele firm ma z tym jednak poważny problem. Rozbieżność między chęcią zmian, a tempem ich wprowadzania jest ogromna.

Przekonała się o tym chociażby Nokia, która nieefektywnie próbowała dostosować się do nowych smart czasów i w końcu uległa szybszym i sprawniejszych we wdrażaniu innowacji graczom. Musimy zrozumieć, że umiejętność wymyślania niezwykłych rzeczy i zdolność do efektywnego wykorzystania ich w biznesie to dwie różne rzeczy. Obecnie działające, lecz powolne procesy wdrażania innowacji nie odpowiadają dynamizmowi naszych czasów – przekonuje Richard Munro, szef działu Global Cloud Strategy w firmie VMware.

CIO na biznesowych salonach

W cyfrowych czasach biznes działa w oparciu o sprzęt IT, aplikacje, usługi sieciowe i urządzenia mobilne. Pomagają one ludziom eksperymentować z nowymi formami pracy, produktami, jak również sposobami komunikacji. Często oferując niespotykaną do tej pory szybkość działania i skalę bezpieczeństwa. W cloud computingu drzemie z kolei ogromny potencjał, by wszystkie te elementy połączyć tak, by ich wdrażanie było zgodne z firmowymi procedurami, oczekiwaniami pracownikami i możliwościami współczesnych technologii.

By ta wizja mogła stać się jednak codziennością dyrektorzy ds. informatyki i technologii (CIO) muszą odważnie wejść na biznesowe salony jako główni konsultanci ds. innowacji. Wielu z nich jest już świadoma roli, jaką powinni odgrywać w swoich firmach. Według raportu VMware i Forbes Insight, 46 proc. CIO uważa, że ich rola w inicjowaniu innowacji będzie kluczowa dla technologicznego rozwoju firm. Jak chcą to jednak osiągnąć? Nawet Ci, którzy nie doceniają swojej roli, podkreślają że obecnie to głównie środowiska chmurowe umożliwiają sprawne wdrażanie nowych rozwiązań technologicznych tak, by szybko otrzymać odpowiednie wyniki oraz zyski – tłumaczy Richard Mundro.

Dlaczego chmura jest być motorem innowacji?

Dla CIO, którzy nadal jednak obawiają się zaufać chmurze ekspert VMware, Richard Munro przygotował oto pięć głównych powodów, dla których cloud computing może znacznie poprawić efektywność oraz tempo wdrażania innowacyjnych projektów.

Usługa od ręki – chmura obliczeniowa pozwala wdrażać, uruchamiać i wykorzystywać nowe aplikacje wręcz w oka mgnieniu. Jedno, dwa kliknięcia i gotowe. Klasyczne rozwiązania IT on-premise nie dają tej swobody. A przecież czas w dostarczaniu firmie i klientom końcowym nowych aplikacji, usług i funkcjonalności to dzisiaj podstawa biznesowej przewagi nad konkurentami.

Za pan brat z pracownikiem – szybkość i prostota w połączeniu z wykorzystaniem chmury do budowy cyfrowego miejsca pracy daje ludziom nieograniczony przestrzennie dostęp do firmowych aplikacji w chmurze i zapewnia sprawną, bezpieczną i komfortową obsługę urządzeń, których pracownicy używają poza biurem. Przy tym cały czas technologia jest tylko w tle. Pracownik nie musi się przejmować czy coś jest, czy nie jest możliwe. Zagadnienia IT przestają w ich świadomości być przykrą barierą. Stają się możliwością.

Wolność finansowa – tradycyjna infrastruktura IT wymaga daleko idących inwestycji, które nigdy zresztą się nie kończą. Każda kolejna innowacja może wymagać bowiem nowego sprzętu, który kosztuje. Niekiedy bardzo dużo. Zmiany w chmurze są dynamiczniejsze, a modele rozliczeniowe bardziej elastyczne. Płacimy bowiem za to co robimy akurat w danej chwili i za konkretny poziom usługi. Chmura pozwala w efekcie znacznie lepiej zarządzać zarówno wydatkami bieżącymi (opex), jak i inwestycyjnymi (capex). Innymi słowy, finansowa strona chmury nie hamuje nam możliwości ciągłego eksperymentowania z innowacjami w obawie o zbyt duże koszty.

Chmura rośnie wraz z biznesem – wraz z rozwojem biznesu chmura rośnie wręcz na zawołanie i nie generuje przy tych wysokich kosztów dodatkowych. Oznacza to, że możliwości posiadanych przez firmę pracowników i technologii można wykorzystać do zmiennych celów biznesowych właściwie od zaraz. Wszystko odbywa się szybko, intuicyjnie. Firma więcej wyciąga korzyści z nowych inwestycji. Nie naraża się również na długotrwałe negatywne efekty finansowe potencjalnych zmian, skoro można je wprowadzać i anulować codziennie, a nie co kwartał, pół roku, rok.

Market z możliwościami – jeśli firma decyduje się zbudować nową aplikację czy platformę, powinna pamiętać, że w cyfrowym świecie wszystko może być usługą (X as a Service). Najprawdopodobniej projektowany wewnętrznie soft już gdzieś istnieje. Pewnie można go dostać jako usługę w chmurze. Dzięki temu zdigitalizowane przedsiębiorstwa mogą czerpać z tego faktu znacznie szybciej korzyści i jednocześnie mniej ryzykują, ponieważ kupują sprawdzone już rozwiązania. Weźmy przykład Ubera. Firma nigdy nie stworzyła własnej unikalnej aplikacji, tylko połączyła w jedną usługę kilka sprawnie działających funkcjonalności.

Chmura chmurze nierówna

Choć chmura to jak widać moc możliwości, to też odpowiedzialność. Większość istniejących firm nie może pozwolić sobie na całkowitą rezygnację z fizycznego IT. Wiele krytycznych dla biznesu systemów działa bowiem w oparciu o sprzęt, który musi pozostać na swoim miejscu. Każdy biznes musi więc oszacować gdzie i jaka chmura może być mu potrzebna, gdzie powinna być potrzebna oraz gdzie jest zbędna. Całość firmowej infrastruktury musi z kolei działać jak jeden organizm.

Tutaj z pomocą przychodzi chmura hybrydowa, taka jak np. VMware Cloud on AWS. Taki rodzaj clouda działa jako cyfrowa podstawa pod digitalizację zasobów biznesowych i jednocześnie umożliwia bezpieczne przenoszenie ich pomiędzy różnymi środowiskami wirtualnymi i fizycznymi. Ta umiejętność lawirowania pomiędzy dwoma światami jest dla CIO kluczowa jeśli dany projekt ma być obroniony przed szefostwem. Szybkie wdrożenie to szybkie efekty, a następnie biznesowa ocena co się udało, a co nie. Jeśli projekt nie wypali wracamy do punktu wyjścia. Zamiast planować długotrwałe procesy wdrożeniowe działamy tu i teraz. Tym samym chmura staje się dla CIO prawdziwym katalizatorem innowacji, które realnie podnoszą siłę i wartość przedsiębiorstwa – konkluduje Richard Munro.

Negatywne skutki gospodarcze zakazu handlu w niedziele

Ograniczenie handlu w niedziele, wbrew twierdzeniom jego zwolenników, nie pomogło małym sklepom, które nadal upadają i notują spadki obrotów. Utrzymywanie tej regulacji jest pozbawione ekonomicznego sensu – tak wynika z najnowszego raportu Związku Przedsiębiorców i Pracodawców pt. „Gospodarcze skutki ograniczenia handlu w niedziele – realizacja czarnego scenariusza”.

Od początku wieloletniej dyskusji na temat ograniczenia handlu w niedziele w Polsce, ścierały się dwa stanowiska. Według zwolenników regulacji, miała ona poprawić sytuację małych sklepów i doprowadzić do pewnego ograniczenia ekspansji międzynarodowych sieci, nie powodując jednocześnie redukcji zatrudnienia w sektorze. Przeciwnicy nowych przepisów, w tym Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, wskazywali że jej skutki będą wprost odwrotne, tj. że przepisy nie tylko nie przysłużą się małym sklepom, ale pogłębią kryzys, w jakim się one znajdują, umacniając duże sieci i wypychając część pracowników z rynku. Po niecałym roku obowiązywania polskich regulacji, eksperci Związku Przedsiębiorców i Pracodawców oceniają, że te pesymistyczne prognozy właśnie się realizują.

– Zwolennicy zakazu zwracają uwagę na to, że nie spadła konsumpcja indywidualna, a obroty sklepów generalnie rosną. – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców – Trudno jednak żeby było inaczej w warunkach galopującej gospodarki. Jeśli spojrzymy jednak na szczegółowe dane, okazuje się że małe sklepy wciąż upadają – w ubiegłym roku zniknęło ich aż kilkanaście tysięcy – a ich obroty maleją. Biuro Analiz Sejmowych szacuje, że mogą być to spadki nawet o 20 – 30 proc. Z innych danych wynika, że w skali 2018 roku, przychody małych sklepów spożywczych mogły spaść nawet o ponad 6 proc. Wniosek jest oczywisty – regulacje w żaden sposób nie poprawiły sytuacji drobnych sklepikarzy, a jedynie pogłębiły problem.

Jedną z przyczyn opisanego przez prezesa ZPP stanu rzeczy może być – zdaniem ekspertów Związku – realizacja scenariusza analogicznego do węgierskiego. Tam, zakaz handlu w niedziele spowodował ekspansję marketingową sieci dyskontów, którym dzięki atrakcyjnym promocjom skutecznie udało się zmienić nawyki konsumenckie tak, że standardem stało się robienie większych zakupów, „na zapas” w piątki i soboty.

O tym, że w sklepach istotnie mamy do czynienia ze wzrostem ruchu w dni poprzedzające niedziele, świadczą nie tylko subiektywne odczucia wielu konsumentów, ale także deklaracje pracowników, zebrane w ramach ankiety zleconej przez „Solidarność”. W rezultacie, sprzedaż w dyskontach w okresie od stycznia do lipca 2018 roku wzrosła o ponad 8 proc., a największe sieci dyskontowe zwiększyły swój udział w rynku, otwierając nowe sklepy. Niektóre sieci prowadzące placówki wielkopowierzchniowe decydują się natomiast na ograniczanie uczestnictwa w polskim rynku – jedna z nich, która zainwestowała w Polsce ponad 10 mld złotych, zamknęła w 2018 roku aż 34 sklepy, a w 2019 planuje zamknąć kolejne 32. Świadczy to o tym, że zakaz handlu stymuluje wzrost sieci dyskontów oraz wypycha z rynku istotnych inwestorów.

Według danych GUS, zakaz handlu nie ograniczył zatrudnienia w sektorze. Jeśli jednak spojrzymy dokładniej na statystyki, okazuje się że w okresie od 1 do 3 kwartału 2018 roku, w sekcji PKD obejmującej handel, w istotnym stopniu zmniejszyła się liczba pracowników najemnych, zaś zwiększyła się liczba pracujących, pomagających bezpłatnie członków rodziny. Może być to efekt sezonowy, związany z faktem, że 3 kwartał obejmuje wakacje, jednak świadczyć to może również o zastępowaniu przez sklepy pracowników zatrudnionych na podstawie umowy zlecenia, bezpłatnie pomagającymi członkami rodziny. Byłoby to logiczne, ponieważ tylko członkowie rodziny mogą bezpłatnie pomagać właścicielom sklepów w prowadzeniu placówek w niedziele.

Wszystkie te dane wskazują jednoznacznie na to, że regulacje ograniczające handel w niedziele nie osiągnęły żadnego z zakładanych efektów. – konkluduje Cezary Kaźmierczak – Apelujemy więc po raz kolejny o wycofanie się z tej szkodliwej regulacji i wprowadzenie powszechnej gwarancji dwóch wolnych niedziel dla wszystkich pracowników – nie tylko tych zatrudnionych w większych sklepach.

Rozbudowa Gierkówki: utrudnienia i korzyści

Autostrada A1, której ostatnie fragmenty budowane są właśnie na Śląsku, zaanektuje trasę dawnej Gierkówki. Zostanie ona rozbudowana do szerokości trzech pasów w każdym kierunku. Betonowa technologia nawierzchni będzie dostosowana do ruchu ciężkiego, odbywającego się na tej trasie. Z budową drogi łączą się utrudnienia dla kierowców, trwające do roku 2022, w którym przewidywane jest oddanie nowej trasy do użytku. To konieczny efekt uboczny budowy drogi w śladzie dotychczasowej trasy ekspresowej. Jednak według ekspertów jest to konieczny element w odnawianiu polskiej infrastruktury drogowej, szczególnie ze względu na transport towarów.

– To jest trasa, która ma bardzo duże znaczenie gospodarcze – razem z linią kolejową, która niemal równolegle biegnie ze Śląska w kierunku Trójmiasta. Chodzi nie tylko o ułatwienia dla kierowców w postaci łatwiejszych podróży wakacyjnych, ale o zasilenie portów morskich nową falą towarów, dostarczanych drogą i koleją – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR – Większa przepustowość dróg i tras kolejowych prowadzących do Trójmiasta jest bardzo istotna, szczególnie w świetle rosnących możliwości polskich portów. 20%-owy wzrost obrotów w porcie gdańskim i kolejne rekordy przeładunkowe przekładają się na większy wpływ do budżetu państwa. Aktualnie sięga on około 50 miliardów złotych, odprowadzonych z akcyz i podatków. Rozbudowa autostrady A1, którą uzupełni przebudowana Gierkówka, a także usprawnienie linii kolejowej ze Śląska na Pomorze sprawi, że polskie porty będą mogły się dalej rozwijać. Ta budowa będzie na żywym organizmie. Na pewno czekają nas bardzo duże utrudnienia do 2022 roku – jak zawsze w przypadku przebudowy jezdni, a nie budowy drogi w zupełnie nowym śladzie. Jest to jednak niezbędne do bardzo pilnego wykonania – zaznacza Furgalski.

Rząd powinien wprowadzić systemowe rozwiązanie problemu niskich emerytur

Według Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP) oraz Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE) należy uregulować zagadnienia związane z segmentacją rynku pracy oraz zjawiska, które przyczyniły się do największego w UE odsetka umów cywilnoprawnych, których konsekwencją było nieoskładkowanie umów i brak prawa do świadczeń dla pracowników. Mimo bardzo pozytywnego wpływu proponowanej restytucji ubezpieczeń społecznych na sytuację finansów publicznych, rządzący do tej pory nie wdrażają tego rozwiązania. Budżet państwa zyskałby co najmniej 2 mld wpływów rocznie, a ponadto zwiększyłby się odsetek umów o pracę na rynku.

W celu rozwiązania problemu eksperci proponują przeprowadzanie restytucji, której elementami byłyby zaewidencjonowanie składek za przeszłe okresy zatrudnienia pracowników i zabezpieczenie okresów ubezpieczeniowych, a także objęcie pracujących ubezpieczeniami społecznymi w pełnym zakresie (od kwoty podstawy wymiaru wyższej od płacy minimalnej). Przyjmując, że pracownik posiadał kapitał początkowy w wysokości 150 tys. zł i przez ostatnie 5 lat był zatrudniony na nieoskładkowanych umowach zlecenia, na skutek wprowadzenia restytucji jego emerytura byłaby wyższa o ok. 30%.

Zarówno na etapie programu politycznego, jak również w dokumentach strategicznych formułowanych przez obecny rząd – istnieje trafna i jednoznaczna ocena zjawiska nieoskładkowanych umów zleceń oraz jego skali. Niestety, jak dotąd nie wprowadzono zmian rozwiązujących ten problem. Korzyści z restytucji i wynikającego z tego wzrostu wpływów do FUS odczułby każdy pracujący Polak. Konsekwencją nieuregulowania przeszłości i braku precyzyjnych wskazań władz publicznych na przyszłość może być utrata pozycji firm usługowych z kapitałem polskim. Miejsce polskich przedsiębiorstw zajmą podmioty z kapitałem zachodnim, które wykorzystają sytuację osłabienia polskich firm. Należy natychmiast zająć się gwałtownie rosnącym problemem, jakim jest wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie” – mówi Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich, ekspert Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie jest gwałtownie narastającym zjawiskiem. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys., wg danych ZUS o w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. Prowadzi to do konkluzji, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie. W marcu 2017 roku nastąpiła znacząca podwyżka emerytury minimalnej, czego konsekwencją jest bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu, który nastąpił w tym samym roku – zwiększyła się ona wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie.

W oparciu o obserwowany dotychczas udział osób, którym przyznawane są świadczenia na poziomie „sub-minimalnym”, a także projekcje demograficzne determinujące liczbę osób przechodzących na emeryturę w kolejnych latach, można prognozować, że jeśli zostanie utrzymane dotychczasowe prawne status quo, w 2020 r. liczba osób otrzymujących świadczenie niższe od minimalnego osiągnie poziom ok. 315 tys. W 2025 r. problem będzie dotyczył już 0,5 mln emerytów, a w 2030 r. liczba pozbawionych prawa do najniższego świadczenia może sięgać 650 tys.