Rynek pracy (do) BANI?

O czasach VUCA słyszymy już od prawie 40 lat. Ostatni rok jeszcze bardziej wzmocnił poczucie chaosu. Postrzeganie rzeczywistości rynkowej, którą przez tyle lat staraliśmy się zrozumieć i ukształtować zostało rozbite. Czy krok w nieznane – przebranżowienie się – to dobre rozwiązanie dla poszukujących pracy i dla pracodawców? – tłumaczy Patrycja Załuska, ekspert ds. rynku pracy z Uniwersytetu SWPS.

Ekosystem BANI (ang. brittle, anxious, nonlinear, incomprehensible) stał się kruchą, niespokojną rzeczywistością zawodową doświadczaną przez każdego. Konieczność wdrożenia nowych, hybrydowych rozwiązań pokazała, że zarządzanie rozproszonym i różnorodnym jest dużym wyzwaniem, ale jednocześnie bardziej efektywnym.

Digitalizacja, przenikanie IT do życia ekonomicznego, kurczenie się jednych branż na rzecz rozwoju innych powodują większą niż dotychczas potrzebę gotowości wśród pracowników do zmiany branży, a nawet zawodu (ang. reskilling). Nabyte kompetencje przestają być wystarczające i pożądane przez pracodawców. Tym bardziej konieczne jest elastyczne podejście do rozwoju swojej kariery zawodowej. Potrzebny jest rozwój zarówno kompetencji twardych i miękkich, również tych budujących gotowość do zmian zawodowych.

Zmienny jak branża

Aby móc utrzymać konkurencyjność na rynkach lokalnych i międzynarodowych, firmy muszą nieustannie dbać i rozwijać przewagi konkurencyjne. Szansą na docieranie do możliwości rynkowych jest różnorodny zespół. Nie tylko wiekowo, płciowo czy kulturowo. Różnorodny w kontekście doświadczenia zawodowego zdobywanego w innych branżach i segmentach niż te, w których działa organizacja. Rozwój zwinności, efektywności i zespołowej kreatywności przyspiesza, gdy jego członkowie nie tylko są otwarci na rozwój, naukę czy doskonalenie umiejętności, ale również mają szansę „zanurzyć się” w naturalnie różnorodnym środowisku, z którego mogą czerpać.

Pojęcie branży nie jest dziś jednoznaczne. Przykładem jest IT, najczęściej rozumiana jako synteza wszystkich dziedzin informatyki. Działa na pograniczu telekomunikacji, a nawet reklamy. Firmy, które ją tworzą, nie tylko produkują sprzęt komputerowy i oprogramowanie, świadczą również usługi z zakresu selekcji i analizy danych, bezpiecznego przetwarzania informacji, zarządzania nimi czy przekazywania ich innym podmiotom. Branże coraz bardziej przenikają się wzajemnie, tracąc dotychczasowe granice i których determinujące je centra zmieniają się. Zatrudniający muszą otworzyć się na pracowników wnoszących „pozabranżowe” doświadczenie i wiedzę. Dzięki nim organizacja pozna struktury potencjalnych rynków i wyznaczy nowe ścieżki rozwoju.

Społeczny reskilling

W ostatnim kwartale 2020 r. obawy o utratę pracy wzrosły z 10% do 14%. Wpływ na to mają obostrzenia wynikające z drugiej fali pandemii. Utraty pracy najbardziej obawiali się pracownicy branży hotelarskiej i gastronomii (27%), zatrudnieni w branży finansowej (21%) oraz ochronie (21%). Zaobserwowano również mniejszy optymizm w kwestii znalezienia nowej pracy w ciągu najbliższych 6 miesięcy – szansę na znalezienie jakiejkolwiek pracy widzi obecnie 79% badanych, a na znalezienie tak samo dobrej lub lepszej już tylko 55%.

O ile gotowość do zmiany obszaru zawodowego jest zauważalna wśród pracowników i kandydatów, to wśród pracodawców i osób odpowiedzialnych za rekrutację nie zawsze spotykamy otwartość na przyjęcie osoby spoza branży. A jest i będzie ona konieczna z uwagi na wciąż zmieniający się rynek pracy.

Poszukujemy osoby z doświadczeniem

Podczas rekrutacji sprawdzane są trzy obszary związane z postawą kandydata (nastawienie, motywacja), oczekiwaniami finansowymi i doświadczeniem (historia zawodowa, posiadane umiejętności, kompetencje, wiedza). Pozytywny rezultat rozmów pozwala przejść do etapu podpisania umowy i onboardingu.

Od czego zależy czas wdrożenia nowego pracownika? Pracodawca zakłada, że od poziomu zaangażowania pracownika (im większe, tym szybsze wdrożenie) i jego dotychczasowego doświadczenia (im bliższe roli zawodowej, tym szybsze wdrożenie). Pracownik zakłada, że potrzebne są jasno określony zakres współpracy i odpowiedzialności oraz dostępność informacji i możliwość ich weryfikacji. Co to oznacza w praktyce?

Jedną z najczęściej zgłaszanych potrzeb ze strony pracowników na etapie onboardingu jest możliwość uzyskania cyklicznej weryfikacji informacji na temat sposobu funkcjonowania firmy oraz zakresu swoich obowiązków. Znajomość tych obszarów oraz widoczna gotowość współpracy w postawie nowo zatrudnionego pracownika, zespołu, do którego dołącza i przełożonego, mają szansę zaowocować szybkim wdrożeniem i przynoszeniem wyników już w pierwszych tygodniach. Znajomość rynku, konkurencji, a nawet produktów i usług u pracowników z niewielkim doświadczeniem, wiąże się z umiejętnością wyszukiwania informacji i myślenia krytycznego, a u pracowników dojrzałych dodatkowo jest umocowana w wieloletniej obserwacji rynku, rozmów zawodowo-biznesowych, zainteresowań.

Jeśli jako jedno z kryteriów na etapie preselekcji zostanie przyjęta znajomość branży – organizacja zamyka sobie drogę do poznania kandydata, który może wnieść konkretną wartość lub rozwiązanie problemu. Szybkość i elastyczność są wynikiem wiedzy, jaką dysponuje przedsiębiorstwo. A wiedza jest złożona w ludziach. Im szerszy horyzont doświadczenia oni reprezentują, tym większe pole rynkowe firma ma szansę pokryć. Dodatkowo aktualizacja wiedzy pracowników wewnątrz organizacji może być naturalnie przyspieszona poprzez bezpośredni kontakt i współpracę z osobami z innych branż i profili zawodowych.

Zrozumieć „innego”

Zespół, który funkcjonuje w firmie, nie jest jednorodny, gdyż każdy z nas jest po prostu inny i codziennie spotykamy się z „innymi”. Do „inności” przyzwyczajamy się w czasie, ale jak się na nią otworzyć podczas procesu rekrutacji, szczególnie preselekcji kandydatów? Kluczem jest umiejętność zrozumienia doświadczenia kandydata. Zrozumienia wagi realizowanych przez niego ról zawodowych, często złożonych, obudowanych przez lata w dodatkowe projekty, odpowiedzialności, inicjatywy, wdrożenia. Oto przykład.

Magdalena – ponad 20 lat w sektorze bankowym, realizowała złożone projekty migracyjne. Jeden z nich, z uwagi na zbieg fuzji systemowej i prawnej, obarczony silnym ryzykiem. Zrealizowany przez nią z sukcesem z uwagi na posiadane wcześniej doświadczenie, pozwalające przewidzieć „czarne scenariusze”. Stoi za nią współpraca z działami IT, umiejętność szybkiego uczenia się nowych systemów i współpracy z technologią, Big Data, AI.

Roman – 17 lat w sektorze energetycznym, zarządzanie portfelami złożonych projektów, usprawnianie procesów w warunkach wysokiej niepewności, wysoka świadomość biznesowa, nastawienie na rozwój organizacji, z którą współpracuje, widoczne zmniejszenie rotacji pracowników produkcyjnych dzięki zmianie własnej komunikacji. Projekty realizowane przed czasem, generowane oszczędności budżetowe.

Obie osoby posiadają kompetencje poszukiwane na rynku pracy: myślenie projektowe, krytyczne myślenie, komunikacja, współpraca z technologią. Jeśli organizacja stoi przed wyzwaniem zbudowania na nowo długofalowej strategii, która będzie mogła się oprzeć kolejnym zawirowaniom rynkowym, zatrudnienie pracownika, dysponującego tak różnorodnymi kompetencjami, jest inwestycją o prawie pewnej stopie zwrotu. Osoba, która dysponuje kompetencjami wynikającymi z lat analizy, wdrażania, weryfikacji własnych działań, bez problemu jest w stanie w krótkim czasie nabyć wiedzę dotyczącą nowej branży, głównych graczy, konkurencji czy produktów. Natomiast to, co wnosi, to zabezpieczenie i potencjalne pokrycie nowych nieznanych jeszcze obszarów.

Podobny schemat można zauważyć w przypadku osób, decydujących się na zmianę zawodu. Pracownik, który poszerza swoje kompetencje w celu zmiany kierunku zawodowego, nie traci dotychczasowych. Nabywa kolejne specjalistyczne i dodatkowo wykazuje się gotowością do podejmowania zmian, umiejętnością zarządzania sobą w procesie zmiany, efektywnością zawodową, organizacją czasu i pracy własnej czy wreszcie tak poszukiwaną rezyliencją.

Zrozumieć „swojego”

Na najbliższe trzy miesiące jedynie 18% polskich przedsiębiorstw posiada plan działania związany z rozwojem kapitału ludzkiego. 51% polskich pracodawców nadal ma trudności z obsadzaniem miejsc pracy nowymi pracownikami. Największy odsetek firm – 33% – walczy z tym problemem poprzez zapewnianie dodatkowych szkoleń i możliwości rozwoju. W ciągu ostatnich 12 miesięcy, swoje kompetencje podniosło 23% Polaków. 62% deklaruje, że chce rozwijać swoją wiedzę i umiejętności w kolejnym roku, jeśli będzie miało taką możliwość.

Rynek BANI wymusza międzybranżowe przepływy pracowników, dodatkowo podnosi wśród organizacji potrzebę większej częstotliwości przeprowadzania dokładnej analizy w zakresie kapitału ludzkiego. Rozwój pracownika wewnątrz organizacji, umożliwienie przekwalifikowania zawodowego i obsadzenie w nowej roli zakłada, że firma zdefiniuje niezbędne kompetencje wewnątrz struktury. Równocześnie powinna zostać dokonana weryfikacja kapitału ludzkiego i decyzja podjęta wspólnie z pracownikiem dot. możliwości reskillingu. Aby takie decyzje nie były podejmowane na bazie osobistych przekonań, niedostatecznej wiedzy czy intuicji, warto zaangażować do tego procesu, m.in.: pracowników, menedżera liniowego, dział HR, Zarząd, po to, aby decyzje, które zostaną podjęte, były najlepsze dla ekosystemu organizacji. Korzyści z otwarcia się i zrozumienia kompetencji, również okołozawodowych, pracowników i odpowiednie ich ukierunkowanie wpływają m.in. na: zmniejszenie kosztów rekrutacji, zmniejszenie rotacji, bardziej bezpieczną realizację projektów, podniesienie zaangażowania i lojalności pracowników.

„Inny” power

Wiedza optymalizuje koszty organizacji i społeczeństwa. Dzięki weryfikacji kapitału ludzkiego wiemy kogo mamy, kogo możemy rozwijać i w jakim kierunku, kogo będziemy poszukiwać z zewnątrz. Wąskie gardła w postaci wakatów na rynku pracy, luk kompetencyjnych wewnątrz firm, niedopasowania aktualnej edukacji do potrzeb i realiów rynkowych mają szansę być krok po kroku elastycznie pokrywane dzięki otwarciu na różnorodność doświadczenia i kompetencji. Zmienność rynku wymaga modyfikowania dotychczasowych modeli pracy lub tworzenia zupełnie nowych. W ślad za digitalizacją, przenikającymi się branżami, musi nastąpić otwarcie i uelastycznienie modelu rekrutacji.
Kompetencje przyszłości tak mocno osadzone w kontekście, złożone i wielowarstwowe wymagają rozumienia płaszczyzn, w których są rozwijane. Power skills nie są branżowe. Firma zyska moc wtedy, gdy otworzy się i zrozumie doświadczenie „innych”.

Patrycja Załuska, ekspert ds. rynku pracy, Uniwersytet SWPS

Sondaż opinii publicznej: 61% Polaków chciałoby posiadać elektryczny samochód

Ponad 60% Polaków chciałoby mieć samochód elektryczny. Przeciwnego zdania jest blisko 36%. Chęć posiadania deklarują przede wszystkim osoby zarabiające miesięcznie co najmniej 7 tys. zł netto i mieszkańcy największych polskich miast. Najsłabsze zainteresowanie widać wśród rodaków żyjący w najmniejszych miejscowościach. Do tego ankietowani wskazują, że gdyby tego typu auta były w cenach tradycyjnych pojazdów silnikowych, to ponad połowa by je kupiła.

Jak wynika z najnowszego sondażu, obecnie już 61% Polaków deklaruje chęć bycia posiadaczem samochodu elektrycznego. Przeciwnego zdania jest 35,6% rodaków, a 3,4% jest niezdecydowanych. Jak zauważają eksperci z platformy analityczno-badawczej UCE RESEARCH, zwolenników posiadania tego typu pojazdów jest niemal dwa razy więcej niż przeciwników. To świadczy o tym, że jako społeczeństwo coraz częściej o nich myślimy, chociaż większości z nas stanowczo nie stać na ich zakup.

– Samochody elektryczne mają wiele zalet. Są całkowicie bezemisyjne w zakresie CO2 i znacznie ograniczają wytwarzanie pyłów przyczyniających się do powstania smogu. Ma to istotne znaczenie dla społeczeństwa, którego świadomość ekologiczna rośnie. Użytkownicy EV mogą ponadto korzystać z licznych przywilejów, takich jak jazda po buspasach czy darmowe parkowanie w centrach miast – mówi Maciej Mazur, Dyrektor Zarządzający Polskiego Stowarzyszenia Paliw Alternatywnych.

Jednak oprócz wielu zalet, są też poważne przeszkody, które wciąż nie pozwalają swobodnie korzystać z takiego rozwiązania, co podkreślają autorzy badania. O ile koszty zakupu powinny zacząć powoli spadać, bo mechanizmy rynkowe pomału wymuszają obniżki na producentach, to poważną bolączką wciąż może pozostawać niedostateczna ilość ogólnodostępnych ładowarek. Polacy zdają sobie sprawę ze słabej infrastruktury i nawet jeśli mają pieniądze na zakup elektryka, to rezygnują z niego. Trudno przecież się poruszać bez zabezpieczenia w tej kwestii. W takiej sytuacji samochód staje się nieużyteczny i może być jedynie drogim gadżetem, którym nawet trudno się pochwalić, skoro stoi w garażu.

– Pojazdy elektryczne zapewniają też wysoki poziom komfortu, dynamiczne i płynne przyspieszenie, a dzięki mniejszej liczbie ruchomych części w układzie napędowym są bardzo niezawodne. To wszystko sprawia, że elektromobilność po prostu się opłaca i coraz więcej osób ma tego świadomość – dodaje ekspert z PSPA.

Z badania wynika również, że posiadaczami samochodów elektrycznych chcą być przede wszystkim rodacy zarabiający od 7 do blisko 9 tys. zł i powyżej tej kwoty – odpowiednio 77,7% i 75,5%. Natomiast wśród osób, które nie ujawniają poziomu swoich zarobków, 43,3% wykazuje taką chęć. W opinii ekspertów to właśnie pokazuje, że elektryki pozostają dostępne głównie dla zamożnych Polaków. A powinny być w zasięgu ręki także innych osób, którym zależy na korzystaniu z ekologicznych rozwiązań.

– Polacy podejmując decyzje zakupowe dotyczące pojazdu, najczęściej kierują się ceną, zamiast całkowitymi kosztami posiadania, a to błędne podejście. Ponadto nie wszyscy wiedzą o tym, że nabywcy samochodów zeroemisyjnych mogli w ubiegłym roku uzyskać dopłatę do zakupu, a według zapowiedzi subsydia zostaną ponownie udostępnione w roku bieżącym. Dodatkowo EV są zwolnione z akcyzy i zapewniają wyższe odpisy amortyzacyjne – komentuje ekspert z PSPA.

Badanie wykazało też, że najwięcej osób deklarujących chęć posiadania samochodu elektrycznego żyje w miastach liczących ponad 500 tys. mieszkańców – 67%. Z kolei najmniej zainteresowanych mieszka na wsiach i w miejscowościach do 5 tys. ludności – 56,8%. Według ekspertów z UCE RESEARCH, to oczywiste, że w wielkich aglomeracjach świadomość zalet posiadania takiego pojazdu jest większa. To nie tylko kwestia komfortu, ale przede wszystkim aspekty ekologiczne.

– Do wyników sondażu można odnieść rozmieszczenie infrastruktury ładowania. Obecnie stacje publiczne funkcjonują głównie w dużych miastach. Jak wynika z raportu PSPA „Polish EV Outlook 2020”, w Warszawie funkcjonuje aż 67% wszystkich ładowarek woj. mazowieckiego, w Katowicach – 42% śląskiego, a w Gdańsku – 48% pomorskiego – podaje Maciej Mazur.

Ponadto ankietowani stwierdzili, że gdyby samochody elektryczne były w cenie aut z silnikami tradycyjnymi, to 51,4% kupiłoby je. Z kolei 20,2% i tak wybrałoby tradycyjne pojazdy. 16,6% respondentów nie zajęło stanowiska w tej kwestii, a dla 11,8% nie ma to kompletnie żadnego znaczenia.

– Wyniki są dość optymistyczne dla branży. Skoro co drugi Polak chciałby kupić samochód elektryczny, to producenci powinni sprawniej pracować nad tym, żeby ich ceny widocznie spadały. Gdy będą więcej sprzedawać swoich produktów, a klienci częściej ich użytkować, to państwo też będzie musiało sprawniej reagować w zakresie infrastruktury. I wtedy koło się zamknie – podsumowują autorzy badania.

Sondaż został przeprowadzony w połowie maja br. metodą CAWI przez UCE RESEARCH i SYNO Poland wśród 1122 dorosłych Polaków. Próba była reprezentatywna pod względem płci, wieku, wielkości miejscowości, wykształcenia oraz regionu.

Rośnie konkurencja na rynku instytucjonalnego najmu mieszkań

Firma Resi4Rent oferuje najemcom 2140 mieszkań, czyli o 91 więcej niż Fundusz Mieszkań na Wynajem, dotychczasowy lider na rynku instytucjonalnego najmu mieszkań – ustalił portal GetHome.pl. O to miano powalczą również niemiecka firma TAG Immobilien oraz szwedzka Heimstaden Bostad.

Resi4Rent to firma, którą trzy lata temu utworzyły firma deweloperska Echo Investment oraz Griffin Real Estate (w imieniu globalnego funduszu inwestycyjnego PIMCO). Jej celem na najbliższych pięć lat jest wprowadzenie na rynek najmu co najmniej 10 tys. mieszkań. Resi4Rent właśnie wykonała kolejny krok w tym kierunku. W jej najnowszym budynku, który powstał przy ul. Kołobrzeskiej w Gdańsku, na najemców czeka 301 lokali, od jedno- do trzypokojowych.

– To pierwsza inwestycja tej firmy w Trójmieście. Wcześniejsze zrealizowała we Wrocławiu, Łodzi i Warszawie. Ustaliliśmy, że łącznie Resi4Rent posiada już 2140 mieszkań na wynajem – mówi ekspert portalu GetHome.pl Marek Wielgo.

W Resi4Rent zapewniają, że pandemia COVID-19 nie spowodowała masowego odpływu najemców. W Łodzi i Wrocławiu wynajętych jest ponad 95% lokali. Natomiast 99% obłożeniem firma szczyci się w Browarach Warszawskich. To jej największa inwestycja w stolicy. Oferuje tu 450 mieszkań na wynajem. Ponadto w trakcie komercjalizacji są wprowadzone na warszawski rynek najmu w pierwszym kwartale tego roku mieszkania przy ulicach: Taśmowej i Suwak. Firma ujawnia, że trzy czwarte najemców to osoby poniżej 34 roku życia. Najchętniej najmowane są mieszkania dwupokojowe – salon z aneksem kuchennym i osobną sypialnią.Najem czy własność

Prezes Resi4Rent Sławomir Imianowski zapewnia, że firma nie zamierza zwalniać inwestycyjnego tempa. W budowie lub w fazie zaawansowanego planowania jest już ok. 4 tys. mieszkań. Resi4Rent zaoferuje je najemcom także w Krakowie i Poznaniu.
– Jednak już teraz ta firma jest największym graczem na rynku instytucjonalnego najmu mieszkań w naszym kraju – zauważa Marek Wielgo.

I podkreśla, że pionierami na nim nie byli zagraniczni inwestorzy. Jako pierwszy w mieszkania na wynajem zaczął inwestować dotychczasowy lider, czyli Fundusz Mieszkań na Wynajem, który jest komercyjnym przedsięwzięciem Banku Gospodarstwa Krajowego. Fundusz rozpoczął działalność w 2014 r., a w jego posiadaniu jest łącznie 2049 mieszkań w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Gdańsku, Katowicach i Łodzi.

– Oczywiście te liczby nie robią wrażenia. Nasz rynek najmu jest zdominowany przez indywidualnych właścicieli, którzy – jak się szacuje – oferują co najmniej 1,2 mln mieszkań na wynajem. W rękach wszystkich inwestorów instytucjonalnych jest zaś zaledwie ok. 4,5 tys. tego typu lokali – mówi ekspert GetHome.pl.

Według niego, będzie ich jednak szybko przybywać. Eksperci ThinkCo oceniają, że już w 2023 r. inwestorzy instytucjonalni będą oferowali w największych aglomeracjach 11 tys. mieszkań na wynajem, a za cztery lata będzie ich co najmniej 37 tys.

– Ta prognoza wydaje się bardzo realna, bo coraz więcej firm deweloperskich jest skłonna sprzedawać na etapie realizacji całe budynki właśnie inwestorom instytucjonalnym – uważa Marek Wielgo.

Jednym z największych jest szwedzka firma Heimstaden Bostad, która posiada 103,3 tys. mieszkań na wynajem w Norwegii, Szwecji, Danii, Holandii, Niemczech i Czechach. W ubiegłym miesiącu Heimstaden Bostad poinformowała o zakupie 2496 mieszkań od firmy Budimex Nieruchomości. Powstaną one w ramach 13 projektów realizowanych w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Poznaniu i Gdańsku. Budowy rozpoczną się jeszcze w tym roku, a zakończą w latach 2023-25. Wartość tej transakcji to ok. 1,4 mld zł. Oznacza to, że za cztery lata Szwedzi będą mieli w swoim portfolio co najmniej 3783 mieszkania. Kilka miesięcy temu kupili bowiem w Warszawie 1287 mieszkań. Wybudują je dla Szwedów w formule build-to-rent firmy Eiffage Immobilier oraz Marvipol Development. Pierwszy budynek ze 136 mieszkaniami ma być gotowy jeszcze w tym roku. Pozostałe trafią na rynek najmu w 2022 i 2023 r.

Bardzo ambitne plany inwestycyjne ma także niemiecka firma TAG Immobilien, która w Niemczech (głównie we wschodniej części) zarządza ponad 88 tys. mieszkań na wynajem. Na początku 2020 r. TAG Immobilien przejęła wrocławską firmę deweloperską Vantage Development, by zrealizować cel, jakim jest budowa lub zakup w najbliższych pięciu latach nawet 8-10 tys. mieszkań na wynajem. Dariusz Pawlukowicz z zarządu Vantage Development informuje, że na różnym etapie przygotowania są inwestycje we Wrocławiu, Poznaniu i Łodzi obejmujące łącznie ok. 7 tys. mieszkań. A ile jest gotowych? We Wrocławiu firma rozpoczęła właśnie komercjalizację pierwszych 100 lokali pod marką Vantage Rent. W tym roku firma planuje zakończenie budowy kolejnych mieszkań pod wynajem we Wrocławiu i Poznaniu. Na rynku ma ich być łącznie ponad 500. Do końca przyszłego roku – jak zapewnia Dariusz Pawlukowicz – ich liczba ma przekroczyć 2 tys.

Jednak oprócz tych czterech firm na rynku instytucjonalnego najmu mieszkań inwestują już także m.in. Aurec Capital Poland, Zeitgeist Asset Management, Fundusz Catella czy Grupa LRC. Wszyscy mają na celowniku wyłącznie największe miasta, w których w dłuższej perspektywie spodziewany jest wzrost liczby mieszkańców migrujących z małych miast i powiatów, a w efekcie – wzrost popytu na mieszkania na wynajem.

– Firmy działające od lat w krajach zachodnioeuropejskich oceniają, że także w Polsce coraz więcej osób będzie skazanych na najem ze względu na rosnące ceny mieszkań oraz wymogi kredytowe banków w kwestii wkładu własnego. Ponadto coraz liczniejszą grupą wśród najemców są osoby, które nie chcą wiązać się wieloletnim kredytem, np. gdy charakter pracy wymaga częstej zmiany miejsca zamieszkania. W efekcie wzrośnie popularność najmu, która w naszym kraju jest na razie niewielka w porównaniu z krajami Europy Zachodniej – komentuje Marek Wielgo.Najem-rynkowy-Eurostat

Według niego, nie bez znaczenia dla inwestorów jest też fakt, że u nas rentowność inwestycji w mieszkania na wynajem jest obecnie dużo wyższa.Miesieczny czynsz-Amron

Czy wysokie ceny CO2 to żyła złota dla firm?

Ceny praw do emisji gazów cieplarnianych ostatnio nieznacznie spadły, ale wciąż pozostają bardzo wysokie i stanowią ważne źródło dochodów dla firm. Powstaje coraz więcej rynków handlu takimi prawami, a ceny misji rosną z powodu oczekiwań co do dalszych ograniczeń w emisji.

Świat stoi obecnie przed wyzwaniem osiągnięcia neutralności klimatycznej, czyli stanu, w której produkcja gazów cieplarnianych będzie maksymalnie ograniczona. Emisja dwutlenku węgla, jednego z gazów cieplarnianych, która będzie rekompensowana przez zwiększone pochłanianie go z atmosfery np. poprzez sadzenie drzew. Prezydent Joe Biden zapowiedział, że do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych w USA zostanie ograniczona od 50 do 52 proc. Unia Europejska zakłada, że by osiągnąć neutralność klimatyczną do 2050 roku, do 2030 roku emisja gazów cieplarnianych musi zostać ograniczona o 55 proc.

Narzędziem służących do realizacji tego celu jest rynek EU ETS (Emissions Trading System). Jest to największy taki rynek handlu emisjami na świecie obok chińskiego, podobne, ale mniejsze giełdy działają także w Kanadzie, Kalifornii i Nowej Zelandii. Wiele krajów przygotowuje własne rynki handlu emisjami, część alternatywnie lub jednocześnie wprowadziła podatek od emisji.

Takie podatki zostały wprowadzone już przez 46 państw, co obejmuje 22 proc. globalnej produkcji gazów cieplarnianych. Zakumulowane globalne przychody z podatku i handlu emisjami wynoszą obecnie około 45 miliardów dolarów, co stanowi mniej niż 1 proc. zysków wszystkich firm notowanych na światowych parkietach. Gdyby hipotetycznie podatkiem, ze stawką taką jak w Unii Europejskiej, objąć całą emisję CO2 na świecie, wtedy dochód z tego wyniósłby 1,3 bln. dolarów i 23 proc. zysków wszystkich firm notowanych na światowych giełdach.

Aby osiągnąć cel klimatyczny w UE, na poszczególne kraje zostały nałożone krajowe limity emisji dwutlenku węgla, te zaś przydzieliły uprawnienia poszczególnym firmom. Można z nich skorzystać emitując do atmosfery gaz cieplarniany, albo sprzedać uprawnienie na rynku innemu podmiotowi, któremu bardziej opłaca się kupno niż reedukacja. Taki system zwiększa efektywność gospodarki, powodując, że emisje są redukowane w pierwszej kolejności tam, gdzie jest to najtańsze. Od początku 2018 roku ceny kontraktów EUA opartych o prawa do emisji wzrosły o 540 proc. z 8,10 na 51,87 euro za tonę. Ostatnio cena spadła wobec rekordowego notowania z 14 maja, kiedy przekroczyła 56 euro za tonę. Zwyżka cen jest efektem przewidywań co do wprowadzania coraz bardziej ambitnych celów klimatycznych w UE i na świecie, co jest natomiast odbiciem rosnącej świadomości społeczeństw co do potencjalnych zagrożeń klimatycznych. Dodatkowo wraz ze wzrostem cen rósł także popyt inwestycyjny na prawa do emisji, ponieważ rynek przyciągnął uwagę inwestorów.

Wiele firm decyduje się sprzedać posiadane prawa do emisji, uzyskując dodatkowy dochód. Tesla, producent elektrycznych samochodów, w pierwszym kwartale tego roku sprzedała prawa do emisji o rekordowej wartości 518 milionów dolarów, a w całym 2020 roku o wartości 1,58 bln. dolarów. Prawdopodobnym nabywcą jest koncern Sellantis, który powstał z połączenia spółki Fiat Chrysler oraz grupy PSA (producent marek Peugeot i Citroën). Tesla sprzedaje swoje emisje w ramach systemu dzielącego w Kalifornii i innych stanach w USA, w ramach którego producenci samochodów muszą ograniczyć emisje sprzedawanych samochodów. Stellantis, zamiast ograniczać emisję własnych samochodów, postanowił posiłkować się w USA prawami nabywanymi od Tesli. Jednak ta polityka ulega zmianie i bardzo prawdopodobne, że w najbliższych okresach zmniejszy lub zrezygnuje z zakupu tych praw na rzecz bardziej ekologicznych produktów własnych. Dochód ze sprzedaży praw stanowił w pierwszym kwartale, aż 25 proc. przychodów Tesli, co powoduje, że jest ona mocno zależna od tego źródła dochodów. Inwestowanie w spółkę jest zatem mocno powiązane z cenami emisji dwutlenku węgla.

W Chinach prawa do emisji od Tesli kupił Volkswagen, dla swojej spółki córki na tamtejszym rynku. Zgodnie z chińskimi regulacjami sprzedawcy samochodów muszą ograniczać emisje sprzedawanych modeli. Volkswagen cały czas sprzedaje natomiast w większości samochody napędzane silnikami spalinowymi. Takie rozwiązanie generuje dodatkowe dochody dla chińskich producentów samochodów zero-emisyjnych takich jak Nio, BYD, Xpeng czy Li auto. A także pośrednio producentów baterii takich jak CATL, LG Chem czy Panasonic.

Koszty i przychody związane z prawami do emisji będą stanowiły w najbliższych latach coraz poważniejsze pozycje w bilansach wielu firm. Systemy handlu emisjami i podatku od emisji będą obejmować coraz większy zakres światowych emisji. A coraz ambitniejsze cele w jej ograniczeniu będą ponosić cenę tych praw. Obecnie emisje na rynku europejskim są najdroższe, nie można wykluczyć w najbliższym czasie korekty na tym rynku, jednak w dłuższej perspektywie ceny mają potencjał wzrostu. Trzeba jednak pamiętać, że ceny nie mogą rosnąć w nieskończoność, bo wtedy bardziej opłacać się będzie ograniczać emisje, zamiast kupować do nich prawa.

Paweł Majtkowski, analityk eToro na polskim rynku

Millenials pracujący – lojalny wobec pracodawcy, preferujący model zdalny

Według danych Fintek.pl, wbrew powszechnie utrwalonemu stereotypowi, przedstawiciele pokolenia Y są raczej przywiązani do jednego miejsca pracy. Blisko połowa respondentów deklaruje, że zmienia pracę co 2-3 lata, zaś więcej niż co trzeci z nich pracuje w jednej firmie od wielu lat.  Niespełna 45 proc. uczestników badania zadeklarowało, że preferuje pracę zdalną, ale może przychodzić do biura co jakiś czas.

Millenialsi, czyli przedstawiciele pokolenia Y, to osoby urodzone pomiędzy 1980 a 2000 rokiem. Obecnie stanowią trzon siły produkcyjnej w Polsce. Przez fakt, że w większości przypadków mogli nieskrępowanie korzystać z dobrodziejstw konsumpcji i technologii, uważani są za osoby mocno skupione na sobie. Przekłada się to na wyobrażenie o przeciętnym millenialsie jako osobie nie lojalnej wobec pracodawcy i niestałej w zatrudnieniu. Dane z badania przeprowadzonego przez Fintek.pl pokazują coś zgoła innego.

Z raportu “Generacja #sfintechowani” wynika, że 45 proc. przebadanych millenialsów deklaruje zmianę pracy co 2-3 lata. W jednej firmie od wielu lat pracuje z kolei ponad 34 proc badanych. Dużym zaskoczeniem jest mały odsetek freelancerów, który osiągnął poziom lekko ponad 16 proc.

–  Średnio 2 czy 3 lata pracy w jednej firmie nie jest czasem nadmiernie długim. Szczególnie jeśli uwzględnimy w naszym porównaniu utrwalony wśród starszych pokoleń model pracy, który zakładał pozostawanie w jednym miejscu, nawet do osiągnięcia wieku emerytalnego – komentuje Krzysztof Jędrzejczyk, Communications Manager w Fintek.pl i KLANG! Media. – Biorąc pod uwagę kontekst obecnych czasów, charakteryzujących się silną dynamika zmian kadrowych firm, rzeczone 2-3 lata to raczej górna granica powszechnego standardu jeśli chodzi o rynek pracy. Pokusić się można wręcz o tezę, że jest to czas o podobnej wartości co kilkunastoletni staż jeszcze dwie dekady temu – dodaje.

Uczestnicy badania są entuzjastami modelu hybrydowego, jeśli chodzi o stosunek pracy zdalnej do pracy z biura. Niecałe 45 proc. zadeklarowało, że preferuje pracę zdalną, ale może przychodzić do biura co jakiś czas. Prawie 29 proc. preferuje pracę biurową. Pracować wyłącznie zdalnie woli zaledwie 7,4 proc. respondentów.

Jak uniknąć kolejnych awarii, takich jak ta w Bełchatowie?

W połowie maja obserwowaliśmy problemy w elektrowni Bełchatów. Aż 10 z 11 zainstalowanych tam bloków musiało zostać odciętych od sieci energetycznej. Okazuje się, że przyczyną powstałej awarii nie była dysfunkcja samych bloków. Te działały poprawnie – a kłopoty z przesyłem energii leżały po stronie Polskich Sieci Energetycznych, a dokładnie stacji rozdzielczej w Rogowcu. Komentatorzy tego wydarzenia wskazują, że przyczyną wahań mocy w sieci energetycznej, spowodowanych tą awarią, było więc przyłączenie zbyt dużej ilości bloków do jednej stacji rozdzielczej. Tymczasem 11. blok Bełchatowa – ten, który kontynuował swoją pracę podczas awarii, mógł działać właśnie ze względu na to, że przyłączony jest do innej stacji – w Trębaczewie. Eksperci uspokajają jednak, że taka sytuacja raczej nie będzie się powtarzać. Inne elektrownie nie polegają na pojedynczych stacjach rozdzielczych, a przyszłość polskiej energetyki leży w elektrowniach atomowych – w których nie będziemy instalować takiej mocy w jednym miejscu.

– Nie było awarii elektrowni PGE w Bełchatowie. Bloki pracowały normalnie, bez żadnych zakłóceń. Musiały być awaryjnie wyłączone w związku z pewnymi zakłóceniami na stacji energetycznej, która ma na celu rozprowadzenie energii do innych części Polski. Stało się to przyczyną do dyskusji na temat tego, w jaki sposób zabezpieczać polski system elektromagnetyczny kiedy dochodzi nie do awarii elektrowni, ale właśnie systemu przesyłowego – powiedział serwisowi eNewsroom Bartłomiej Sawicki, redaktor serwisu Biznesalert.pl. – Czy tak duża elektrownia powinna być podłączona do jednej stacji? Najnowocześniejszy blok – B14 o mocy blisko 900 megawatów – pracował cały czas. Był podłączony do innej stacji elektroenergetycznej, która nie uległa zakłóceniom – jak to podkreśla PSE. Pojawia się również drugi temat: nie można już, co pokazują trendy w energetyce, budować systemu elektroenergetycznego w oparciu o jedną, dużą elektrownię konwencjonalną. Jakiegokolwiek byśmy tutaj nie wymienili źródła zasilania. Bo to może skutkować podobnymi następstwami. Jedynym dużym źródłem elektroenergetycznym, które w najbliższych latach powstanie i będzie skumulowane w jednej jednostce, będzie atom. Mówimy tutaj o dwóch, trzech reaktorach w jednej lokalizacji. To prawie o połowę mniej mocy od tego, co jest zainstalowane w Bełchatowie. Dlatego do takich sytuacji w przyszłości już raczej nie dojdzie. Bełchatów odejdzie zaś do przeszłości za około 10 lat – w ciągu których tylko tam może dojść do kolejnych takich awarii. Inne bloki, takie jak Kozienice czy Opole, nie są aż tak skumulowane – nie mają tak dużej mocy i są bardziej zdywersyfikowane, jeśli chodzi o wyjście energii elektrycznej – wskazuje Sawicki.

Powrót do rzeczywistości

Po roku pracy zdalnej Polacy tak się do niej przyzwyczaili, że nie chcą wracać do biur. Jak to zmienić? Zdaniem Piotra Gąsiorowskiego z Instytutu Przywództwa potrzeba przede wszystkim empatii ze strony zrządzających zespołami. Najgorszym rozwiązaniem jest natomiast „terapia szokowa”.

Dużym wyzwaniem dla zarządzających zespołami w ubiegłym roku było wprowadzenie pracy zdalnej. Obecnie liderzy stoją przed kolejnym wyzwaniem – jak zachęcić pracowników do powrotu do biur.

Praca zdalna ma dla pracowników wiele zalet, które ciężko będzie porzucić. 76% z nich wskazuje, że jej główną korzyścią jest oszczędność czasu, 60% docenia możliwość zmniejszenia wydatków, a 46% twierdzi, że ma więcej czasu dla bliskich – podają Pracodawcy RP w księdze rekomendacji i analiz „Praca zdalna 2.0 Rozwiązanie na czas pandemii czy trwała zmiana?”.

Nie tak łatwo zmienić przyzwyczajenia

– Dobry lider prowadzący swój zespół musi wykazywać się dużą empatią w tym szczególnym czasie. Nie ma jednego przepisu na powrót do trybu pracy sprzed pandemii, wszystko zależy od poszczególnych warunków danej organizacji. Zmiany wprowadzane na siłę, z pozycji przełożonego, nie przyniosą dobrych rezultatów, dlatego konieczna jest odpowiednia postawa osób odpowiedzialnych za pracę zespołów – mówi Piotr Gąsiorowski, prezes Instytutu Przywództwa.

W wyrazie przyzwyczajenie duży wydźwięk ma końcówka NIE, która neguje to co nowe, inne od tego co jest naszym stanem obecnym. Średni czas, który potrzebujemy do zmiany przyzwyczajenia wynosi 66 dni. Jest on jednak bardzo różny dla poszczególnych osób, wynosząc od 18 do 254 dni – podał w 2009 roku „European Journal of Social Psychology”.

Pracownicy boją się o swoje zdrowie

37% osób pracujących w biurze obawia się o zdrowie, a co trzeci uważa, że mało kto stosuje się do procedur bezpieczeństwa – podaje kwietniowy raport „Rok nowej normalności” Pracuj.pl. – Najlepsze procedury bezpieczeństwa nic nie dadzą, jeżeli nie będą egzekwowane. Oprócz płynów do dezynfekcji, wietrzenia pomieszczeń i innych procedur należy też zadbać o bezpieczeństwo psychiczne pracowników – dodaje Piotr Gąsiorowski.

W 2020 r. nastąpił wzrost liczby świadczeń lekarskich z powodu zaburzeń psychicznych aż o 25 procent w stosunku do 2019 roku – podała w kwietniu br. prezes ZUS. Łączna liczba dni absencji chorobowej z powodu zaburzeń psychicznych wyniosła 27,7 mln dni.

Każdy dzień absencji pracownika to straty także dla firm, które mogą być liczone w tysiącach złotych. Aby temu zapobiec, nie potrzebne są wielkie nakłady finansowo-organizacyjne. Wystarczy zainteresowanie się losem pracownika, jego sytuacją i stanem psychicznym. Rozmowa, podniesienie na duchu, czy słowa zrozumienia mogą lepiej pomóc psychice, niż najlepsze procedury bezpieczeństwa – tłumaczy Piotr Gąsiorowski. – Ponad połowa firm wskazuje, że ma problem ze znalezieniem pracowników o odpowiednich kwalifikacjach. Jeżeli więc nie zadba się o najcenniejsze zasoby firmy, może dojść do sytuacji, że firma nie będzie w stanie realizować swoich zadań – dodaje Gąsiorowski.

Wprowadzaj zmiany stopniowo

Trzy na cztery osoby pracujące zdalnie chciałyby w części utrzymać ten model pracy po ustaniu pandemii – podaje raport „Rok nowej normalności” Pracuj.pl. Nagły powrót do biura może być dla pracowników trudny. Należy pamiętać, że przez rok zdążyli już ułożyć swoje życie na nowo.

Dobry zarządzający zespołem nigdy nie stosuje „techniki szokowej”. Jeżeli jest taka możliwość, warto wprowadzać zmiany małymi krokami. Jeden czy dwa dni pracy w biurze na początku i stopniowe zwiększanie ilości dni będzie dla pracowników łatwiejszym rozwiązaniem niż wymaganie natychmiastowego powrotu do biura, które spowoduje pilne poszukiwanie babć do opieki nad dziećmi czy dziadków do odbioru ze szkół – podsumowuje prezes Instytutu Przywództwa.

Im gorzej, tym lepiej – w czasie pandemii w zaległościach prawie bez zmian

Polacy mają niemal taką samą kwotę zaległości po roku pandemii jak na jej starcie. Wartość nieopłaconych w terminie bieżących rachunków, alimentów czy kosztów sądowych oraz rat kredytów wynosi po I kw. 2021 r. prawie 80 mld zł. Przez rok podwyższyła się o 177 mln zł, a to niewiele w porównaniu z wcześniejszymi zmianami. Liczba niesolidnych dłużników spadła o ponad 90 tys., do 2,74 mln osób – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK.

– Po tym jak przez pierwsze pół roku pandemii zaległości wzrosły o ok. 3 mld zł, przez następne pół roku spadły do poziomu, jaki widzieliśmy przed ogłoszeniem pierwszego lockdownu. Może to zaskakiwać, bo taryfy ulgowej ze strony gospodarki nie było. Wiele branż zamarło. Traciły na tym firmy, ich właściciele, a także pracownicy, którzy w najlepszym przypadku zarabiali mniej albo też podejmowali decyzję o przebranżowieniu. Problem dotyczył setek tysięcy osób powiązanych z gastronomią, fitnessem, handlem czy transportem. Mimo tego, patrząc ogólnie konsumenci nie wpadli w dodatkową spiralę zadłużenia – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. Powodów było kilka m.in. ograniczenie konsumpcji i wakacje kredytowe. Polacy kupowali mniej, bo częściowo wymusiły to obostrzenia sanitarne. – Brak możliwości korzystania z wielu usług skutkował spadkiem wydatków konsumpcyjnych i nie wyrównały tego zakupy dóbr trwałego użytku – zaznacza Sławomir Grzelczak. Konsumenci zmniejszali też wydatki z obaw o kondycję budżetów domowych, a także o sytuację całej gospodarki. Jednocześnie odszedł inny istotny dla popadania w kłopoty finansowe element – optymizm pozwalający konsumować na poczet przyszłych dochodów, który niejednokrotnie wpływał na przeszacowywanie możliwości finansowych.

Koniec końców, wartość oszczędności Polaków w okresie pandemii (w tym gotówka, depozyty i papiery wartościowe) wzrosła o 140 mld zł. Pomoc publiczna dla przedsiębiorców trafiła również do tych mikro, gdzie często finanse prywatne przenikają się z firmowymi. Na rachunkach przedsiębiorstw także zauważalny jest duży wzrost wolnych środków.

Po raz pierwszy od lat w minionym roku spadła kwota wydatków deklarowanych na organizację świąt Bożego Narodzenia i to wcale nie symbolicznie, bo o 10 proc. To, jak również fakt, że trudno było szaleć na zamykających rok wyprzedażach spowodowało, że I kwartał br. zamiast przyrostu zaległości, przyniósł ich spadek. Tymczasem zwykle pierwsze miesiące roku mocno podbijały statystyki nieopłaconych przez konsumentów na czas rachunków i rat kredytowych. Wystarczy przypomnieć, że tuż przed pandemią, na początku 2020 r. odnotowany został wzrost o ponad 2 mld zł (37 tys. nowych niesolidnych dłużników), podobnie działo się w 2019 r.

Tym razem, przez cały rok zaległości wzrosły o 177 mln zł do 79 936 459 131 zł. Zmiana jest głównie wynikiem podwyższenia się zaległości pozakredytowych gromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor (894 mln zł). Przedstawiane także w tym zestawieniu InfoDługu zaległe zobowiązania kredytowe Polaków, widoczne w bazie BIK, wyraźnie spadły (-717 mln zł).

Nie ma wątpliwości, że pomogły w tym m.in. wakacje kredytowe. W przypadku konsumentów moratoriami kredytowymi objęta była część portfela kredytowego o wartości 82,15 mld zł (ok. 11,7 proc. całości zobowiązań). Kredytobiorcy zamrozili spłatę 957 tys. kredytów, najczęściej na 3 miesiące. Większość odroczeń udzielona została w kwietniu i maju zeszłego roku, odpowiednio było to 276 tys. rachunków na kwotę 25 mld zł oraz 478 tys. kredytów na sumę 42 mld zł. Działanie to w istotny sposób ograniczyło negatywny wpływ trudnej sytuacji na spłacalność kredytów. Co nie mniej istotne, wbrew obawom o możliwe znaczące pogorszenie szkodowości kredytów gotówkowych i ratalnych, doszło jedynie do niewielkiego wzrostu liczby kredytów opóźnionych powyżej 90 dni po zakończeniu odroczeń. A kwietniowe statystyki pokazują wręcz poprawę jakości spłaty kredytów w porównaniu zarówno z marcem br. jak i analogicznym okresem zeszłego roku. Najwyższe polepszenie jakości dotyczy kredytów gotówkowych i kart kredytowych.

Za niewielką dodatnią zmianą sumy zaległości poszedł znaczący spadek liczby osób z problemami w spłacie bieżących zobowiązań. Przez rok ubyło 90,3 tys. osób (3,2 proc.) i na koniec marca 2021 r. było ich 2 743 306. Przede wszystkim stopniała liczba niesolidnych dłużników ze stosunkowo niewielkimi kwotami. – Najwyraźniej pandemia i widmo kryzysu podziałały mobilizująco i paradoksalnie ten kto dał radę spłacił długi odkładane na później. Ubyło prawie 57 tys. osób (14 proc.), które miały problemy z zobowiązaniami nieprzekraczającymi 2 tys. zł i niemal 21 tys. osób (4,4 proc.) z zaległościami w wysokości od 2 do 5 tys. zł – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak.

Większa suma zaległości przy jednoczesnym spadku liczby dłużników przełożyła się na wzrost średniej kwoty przeterminowanych zobowiązań. Obecnie jest to już 29 139 zł na osobę, niemal 1 tys. zł więcej niż przed rokiem (3,5 proc.), a w woj. mazowieckim, gdzie zmiana była najbardziej znacząca – 40 734 zł (wzrost o 2,4 tys. zł). Najniższą średnią zaległość mają natomiast mieszkańcy Opolszczyzny, gdzie jest to 23 911 zł.

Wysoka przeciętna zaległość to problem pięciu województw, obu pomorskich, dwóch z centrum kraju (mazowieckie i łódzkie) oraz Małopolski. Znaczące rozpowszechnienie problemów ze spłacaniem branych na siebie zobowiązań ma związek z wysoką średnią zaległością tylko częściowo. Statystycznie najwięcej osób opóźniających płatności rachunków i kredytów przypada na pełnoletnich mieszkańców całego Pomorza, czyli północnej Polski plus woj. kujawsko-pomorskie, ale również na zachodnią Polskę i dodatkowo woj. śląskie. Wszędzie tu co najmniej 100 na 1000 pełnoletnich osób ma kłopoty finansowe. Tego podziału, na mniej solidnych mieszkańców północnej i zachodniej Polski oraz lepiej radzących sobie ze zobowiązaniami rodaków ze wschodniej, południowej i centralnej części kraju, pandemia akurat nie zmieniła.

Od marca 2020 do końca marca 2021 Indeks Zaległych Płatności Polaków pokazujący, ile osób z problemami finansowymi przypada na 1000 dorosłych mieszkańców w kraju, obniżył się z 90 do 87,2 pkt., za sprawą spadku liczby dłużników o 3,2 proc., czyli 90 263 osoby. Osiągnął tym samym poziom zbliżony do notowanego w II i III kw. przed trzema laty. Ostatecznie niezapłacone na czas zobowiązania kredytowe i pozakredytowe ma nadal niemal co 11. dorosły Polak. A w siedmiu województwach w kraju: lubuskim (115), zachodniopomorskim (114), dolnośląskim (112), kujawsko-pomorskim (109), warmińsko-mazurskim (107), śląskim (101) i pomorskim (100), jest to co najmniej co 10. dorosły mieszkaniec.

Ważne liczby

Łączna kwota zaległych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych Polaków na koniec marca 2021 r. wyniosła 79 936 459 131 zł, czyli prawie 80 mld zł. Mimo, że liczba dłużników przez rok pandemii istotnie zmalała zadłużenie wzrosło o 177 mln zł (0,2 proc.). Przybyło przede wszystkim zaległości pozakredytowych gromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor – o prawie 894 mln zł (2,1 proc.), podczas gdy zaległe zobowiązania kredytowe Polaków widoczne w bazie BIK wyraźnie spadły o ponad 717 mln zł (-1,9 proc.). Po tej zmianie suma zaległości pozakredytowych wynosi prawie 43,6 mld zł, a kredytowych 36,4 mld zł. W obu przypadkach mowa o zaległych zobowiązaniach Polaków opóźnianych o min. 30 dni na co najmniej 200 zł. Średnia zaległość z tytułu nieopłaconych rachunków np. za media, telefon, czynsz czy alimenty wynosi aktualnie 19 756 zł, po tym jak od marca zeszłego roku wzrosła o 697 zł (3,7 proc.). Z kolei średnia zaległość kredytowa to już 31 265 zł – o 1147 zł (3,8 proc.) więcej niż przed rokiem. Uwzględniając obie bazy BIG InfoMonitor i BIK przeciętnie na osobę przypada 29 139 zł niespłaconych zobowiązań, to o 991 zł (3,5 proc.) więcej niż na koniec marca 2020 r.

Liczba niesolidnych dłużników, zarówno tych, którzy nie płacą bieżących rachunków jak i kredytów, spadła o 90 263 osoby (3,2 proc.) i wyniosła na koniec marca 2021 r. 2 743 306 osób. Ubyło przede wszystkim o 68 134 osoby (-5,5 proc.) posiadających zaległe kredyty. Jest ich obecnie 1 163 696. Liczba dłużników pozakredytowych również się zmniejszyła – o 33 698 (-1,5 proc.) do 2 204 635 osób. Nadal jest ich jednak niemal dwukrotnie więcej niż niesolidnych dłużników kredytowych. Wśród dłużników dominują mężczyźni, stanowią 61,2 proc. ogółu (spadek w porównaniu z marcem 2020 o 0,2 p. p.). Mają również wyższe zaległości niż kobiety – należy do nich 66,5 proc. sumy przeterminowanych zobowiązań wszystkich Polaków.

Niesolidnych dłużników posiadających zarówno niespłacane na czas kredyty, jak i rachunki czy alimenty jest obecnie 625 025. Stanowią oni 22,8 proc. ogółu dłużników, nieznacznie więcej niż przed rokiem, gdy było to 22,5 proc.

Ujęcie geograficzne

Zdecydowanie najwyższe problemy na osobę przypadają na mieszkańców Mazowsza, 40 734 zł. Jak ogromne są dysproporcje między kłopotami mieszkańców stolicy i całego województwa stołecznego w porównaniu z resztą kraju najlepiej pokazuje fakt, że w drugiej pod tym względem Małopolsce średnia zaległość wynosi 30 552 zł. W woj. zachodniopomorskim jest to 29 781 zł, w pomorskim 29 757 zł, a w łódzkim 29 176 zł. W tych pięciu województwach przeciętna kwota przypadająca na osobę jest wyższa niż średnia w kraju.

Wysoka przeciętna zaległość Mazowszan ma swoje źródło w dużej puli opóźnianych w spłacie kredytów. Z łącznej kwoty 14,4 mld zł zaległości, na kredyty przypada tu większość (8,5 mld zł). Takiej sytuacji nie ma w żadnym innym regionie, choć województwem, w którym kwoty te są bliskie zrównania się jest zachodniopomorskie. Na Śląsku, którego mieszkańcy mają 10,3 mld zł zaległości i tym samym jest drugie pod względem sumy zaległości, niespłacane w terminie kredyty odpowiadają za mniej niż 4,1 mld zł.

Problemy z płatnościami bieżących rachunków i kredytów najbardziej rozpowszechnione są w woj. lubuskim, gdzie ma je 115 na każde 1000 dorosłych mieszkańców na Mazowszu, Pomorzu, w Zachodniopomorskiem oraz w woj. lubelskim, kujawsko-pomorskim, dolnośląskim oraz lubuskim, które mimo tego nadal dzierży niechlubny rekord. Na Ziemi Lubuskiej problemy finansowe ma bowiem 115 na 1000 mieszkańców. Nieznacznie ustępuje mu tylko zachodniopomorskie, gdzie jest 114 niesolidnych dłużników. Niewiele mniejszy udział osób w kłopotach ma też Dolny Śląsk – 112. Czwarte w zestawieniu jest kujawsko-pomorskie, ze 109 niesolidnymi płatnikami na 1000. Statystyki na poziomie 100 osób i więcej mają jeszcze województwa: warmińsko-mazurskie, śląskie i pomorskie.

Zaległości w różnych grupach wiekowych

Przeciętna zaległość wzrosła w ciągu roku wśród niesolidnych dłużników w każdym wieku, poza 35-44-latkami, gdzie spadła o 73 zł do 31 179 zł. Najbardziej podwyższyły się zaległości seniorów, bo o 7,1 proc. (o 1773 zł) do 26 581 zł. Po zmianach najniższe średnie przeterminowane zobowiązania mają dwie najmłodsze grupy wiekowe 18-24 latkowie, 25-34 latkowie, odpowiednio 8320 zł i 17 899 zł. Najwyższe zaległości wynoszące już 39 564 zł mają osoby między 45. a 54. rokiem życia.

Przy średnim odsetku dłużników w całej dorosłej populacji poniżej 9 proc. w grupie wiekowej 35-44 lata, problemy ma 11,3 proc., gorzej jest jedynie w starszym pokoleniu – 45-54 latków, gdzie nieopłacone na czas długi ma prawie 12 proc. tej populacji. Oni wyróżniają się też najwyższą, przekraczającą 22,3 mld zł, kwotą zaległości. Najmniej dłużników i najniższe łączne przeterminowane zaległości mają osoby młode (18-24) i seniorzy (65+). W pierwszym przypadku są to 129 484 osoby i prawie 1,1 mld zł, a w drugim 383 460 osób i prawie 10,2 mld zł.

Rekordziści Polski

Do niemal 440 mln zł (z 390 mln zł w marcu 2020 r.) wzrosły długi 10 najbardziej zadłużonych osób w kraju. Zmalała natomiast średnia wieku rekordzistów, bo jeszcze przed rokiem dochodziła do 57 lat, a obecnie wynosi prawie 53 lata. Na czele listy, mieszkańca Lubelszczyzny zastąpił 47-letni Pomorzanin z zaległością wynoszącą prawie 75,7 mln zł. 64 latek z woj. lubelskiego, z niespłaconą kwota przekraczającą 74 mln zł, spadł na drugą pozycję. Na trzecim miejscu uplasowała się 39-letnia mieszkanka Mazowsza z zaległymi zobowiązaniami na kwotę 48,7 mln zł. Niezmiennie od roku na liście osób z najwyższymi zaległościami w Polsce znajdują się jedynie dwie kobiety. Druga również pochodzi z Mazowsza, ma 68 lat i po tym jak odsetki podbiły kwotę długu, awansowała z 9. na 8. pozycję. Obecnie ma do oddania 27,7 mln zł. Z Mazowsza pochodzi aż sześciu z 10 rekordzistów.

Rekordziści w województwach

Listę rankingu rekordzistów wojewódzkich, podobnie jak TOP 10 w Polsce otwiera mieszkaniec Pomorza z zaległością wynoszącą niespełna 75,7 mln zł, a także znajdujący się na drugiej pozycji reprezentant Lubelszczyzny z zaległościami na kwotę ponad 74 mln zł oraz mieszkanka Mazowsza, który ma jednak znacznie mniejsze zaległości niż lider, bo 48,7 mln zł. Łącznie długi 16 rekordzistów przekroczyły 409,4 mln zł i są o 6,8 mln zł wyższe niż na koniec marca ub.r. Stosunkowo najniższą rekordową zaległość ma 62 letni mieszkaniec woj. świętokrzyskiego – niecałe 6,3 mln zł. W przypadku rekordzistów wojewódzkich również są tylko dwie kobiety.

Kwota zadłużenia i liczba dłużników w województwach

Według danych zgromadzonych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor i bazie BIK nadal najwyższe wartości niespłacanych zobowiązań kredytowych i pozakredytowych przypadają na Mazowsze (14,38 mld zł), następny jest Górny Śląsk (10,30 mld zł), a dalej Dolny Śląsk (7,19 mld zł). Najmniejszą wartość zaległości mają natomiast mieszkańcy woj.: podlaskiego i opolskiego (po 1,56 mld zł) oraz świętokrzyskiego (1,69 mld zł). Kwota zaległości mieszkańców Polski spadła nieznacznie w pięciu województwach: najbardziej na Śląsku o 1,4 proc. do 10,3 mld zł, po 0,7 proc. na Dolnym Śląsku (do 7,19 mld zł) i w Zachodniopomorskiem (do 4,76 mld zł), następnie po 0,4 proc. w województwie łódzkim (do 5,29 mld zł) i warmińsko-mazurskim (do 3,03 mld zł). W całym kraju łączna kwota zaległości wzrosła o 0,18 mld zł (0,2 proc.).

Co do liczby niesolidnych dłużników, to ubyło ich w całej Polsce i we wszystkich regionach. Najbardziej na Mazowszu – o 16 969 osób (4,6 proc.) i na Śląsku – o 13 192 osób (3,4 proc.), ale i tak nadal na Śląsku jest najwięcej niesolidnych dłużników, ponad 378 tys. Na drugim miejscu od wielu kwartałów jest Mazowsze – 353 120 osób z problemami w spłacie kredytów i rachunków. Znacząca liczba dłużników zamieszkuje także Wielkopolskę – 269 105 osób. Najmniej dłużników podobnie jak w przypadku łącznych zaległości jest na Podlasiu, Opolszczyźnie i w Świętokrzyskiem. W całym kraju liczba dłużników zmalała o 90 263 osoby (3,2 proc.).

Informacje przedstawione w publikacji pochodzą z Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej. Dotyczą wyłącznie zaległości osób fizycznych na minimum 200 zł, przeterminowanych o co najmniej 30 dni, do grudnia 2017 r. włącznie publikacje dotyczyły opóźnień 60 dniowych. Zmiana metodologii jest wynikiem nowych regulacji prawnych pozwalających wpisać dłużnika do BIG po 30 dniach opóźnienia od wyznaczonego terminu płatności. W aktualnym Newsletterze InfoDług materiał i wyliczenia oparte są o dane z końca marca 2021 r.

GTC otrzymuje rating BBB-/ z perspektywą stabilną od agencji Fitch oraz Ba1/ z perspektywą pozytywną od agencji Moody’s

Agencja Fitch przyznała Globe Trade Center rating na poziomie BBB- z perspektywą stabilną, a agencja Moody’s rating Ba1 z perspektywą pozytywną.

Po serii zakończonych sukcesem, przełomowych transakcji i pierwszej w historii publikacji raportu ESG, GTC kontynuuje umacnianie swojej pozycji w Europie Środkowo-Wschodniej poprzez uzyskanie ratingów kredytowych od agencji Fitch Ratings („Fitch”) i Moody’s Investors Service („Moody’s”). Agencja Fitch przyznała Spółce rating na poziomie inwestycyjnym BBB- (stabilny) zaś agencja Moody’s przyznała Spółce rating Ba1 (pozytywny), co potwierdza solidne wyniki Grupy. Spółka uzyskała ratingi kredytowe w oczekiwaniu na planowaną emisję zielonych euroobligacji o wartości 500 mln euro, w ramach przejścia z finansowania zabezpieczonego na finansowanie głównie niezabezpieczonymi euroobligacjami.

„Jesteśmy niezmiernie zadowoleni z uzyskania ratingów od agencji Fitch i Moody’s, które potwierdzają solidny profil działalności spółki i zapewniają Grupie większą elastyczność w umacnianiu pozycji na rynku nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej. Wierzymy, że rating na poziomie inwestycyjnym przyznany przez agencję Fitch potwierdza nasze dotychczasowe osiągnięcia operacyjne oraz jakość długoterminowych przepływów pieniężnych, jak również świadczy o naszym zaangażowaniu w utrzymywanie najwyższej jakości sytuacji bilansowej. Dzięki aktywności na rynkach kapitałowych w 2020 r., udało nam się pozyskać około 110 mln euro z niezabezpieczonych obligacji uprzywilejowanych, zapewniając sobie dodatkową elastyczność w spłacie zadłużenia oraz podejmowaniu nowych inwestycji i zakupów. Pierwsza emisja zielonych obligacji denominowanych w forintach w ramach naszego programu „Green Bond Framework” w grudniu 2020 r. dodatkowo pokazała zaangażowanie GTC w zrównoważony rozwój i innowacje finansowe, co zostało docenione ratingiem inwestycyjnym BBB- przez agencję Scope Rating” – skomentował Ariel Ferstman, CFO i członek Zarządu GTC.

GTC posiada portfolio o wartości 2,1 mld euro, w którego skład wchodzą nowoczesne, generujące przychodzy nieruchomości biurowe i handlowe zlokalizowane w Polsce i pięciu stolicach Europy Środkowo-Wschodniej. Budynki biurowe są siedzibą wielu międzynarodowych firm i dużych spółek giełdowych. W przeważającej części portfolio Spółki jest finansowane poprzez zadłużenie zabezpieczone, a planowana emisja obligacji o wartości 500 mln euro jest zgodna ze strategią GTC zakładającą przejście do modelu finansowania opartego głównie na zadłużeniu niezabezpieczonym. Niedawno spółka ogłosiła sprzedaż swojego portfela biurowego w Belgradzie realizując zysk ok. 2 mln euro powyżej wartości księgowej, uwalniając środki, które zostaną zainwestowane ponownie, głównie w projekty w Polsce i na Węgrzech. Wspomniana transakcja, a także emisją obligacji o wartości 500 mln euro, wzmocnią pozycję firmy na rynkach Europy Środkowo-Wschodniej.

„Większość wpływów z planowanej emisji obligacji o wartości 500 mln euro zostanie przeznaczona na wcześniejszą spłatę zabezpieczonych kredytów, co pozwoli na zwiększenie elastyczności finansowej GTC oraz podniesie wskaźnik aktywów nieobciążonych zadłużeniem zabezpieczonym do blisko 50%. Poprawi to płynność GTC i perspektywę spłaty zadłużenia wobec niezabezpieczonych wierzycieli” – dodaje Ariel Ferstman, CFO i członek Zarządu GTC.

Agencje Moody’s i Fitch doceniły wysoki udział certyfikowanych nieruchomości w ramach dochodowego portfolio GTC. Obecnie 84% budynków GTC posiada certyfikaty LEED lub BREEAM, a wkrótce wszystkie nieruchomości w Europie Środkowo-Wschodniej mają posiadać potwierdzenie swojego ekologicznego statusu. GTC zrealizowało już tę ambicję w Polsce, gdzie wszystkie biura dewelopera posiadają certyfikaty środowiskowe i są zasilane zieloną energią. Co więcej, firma tworzy kolejne wysokiej jakości zrównoważone budynki, które zapewniają komfort i dobre samopoczucie najemców. Obecnie w budowie są dwa projekty biurowe: Pillar, biurowiec klasy A w Budapeszcie o powierzchni 29 tys. mkw., który został wynajęty w 96 proc. firmie Exxon Mobil, a także Sofia Tower 2, wieża o powierzchni 8,3 tys. mkw. dobudowana do istniejącego projektu typu mixed-use w stolicy Bułgarii, Sofii. Ponadto GTC realizuje dwa kolejne projekty o łącznej powierzchni biurowej 52 300 mkw., które będą gotowe do realizacji po podpisaniu umów przedwstępnych.

Zarówno agencja Fitch, jak i Moody’s, przyznały wysokie oceny ratingowe w oparciu o charakteryzujące się odpornością na czynniki zewnętrzne środowisko operacyjne Grupy, która prowadzi działalność w krajach o stabilnej sytuacji ekonomicznej. Zarówno silne średnio- i długoterminowe fundamenty, jak i dobra płynność finansowa, którą poprawi planowana emisja obligacji i akcji, znacznie powiększą nieobciążoną bazę aktywów GTC. Agencje pozytywnie oceniły również głównego akcjonariusza GTC –  posiadającą 66% udziałów w spółce firmę Optima, która w pełni wspiera plan działania Zarządu.

W oczekiwaniu na czwartek

Wczorajszy dzień na giełdach charakteryzował się mieszanymi nastrojami. Szeroki indeks S&P500 stracił 0,08 proc. a przemysłowy Dow Jones  0,36 proc. Z kolei technologiczny NASDAQ zyskał 0,23 proc. głównie za sprawą spółki Biogen (+38,34 proc.) której lek na Alzheimera został dopuszczony do użycia. Poza tym na rynku panowała stosunkowo niska zmienność. DAX cały czas oscyluje wokół historycznych szczytów. Od 20 maja spada jednak sukcesywnie zmienność na indeksie, co wzmacnia scenariusz większej korekty na frankfurckiej giełdzie.

Inwestorzy czekają na czwartek, kiedy to poznamy dane na temat inflacji z USA (14:30), która w tym momencie jest publikacją numer jeden nie tylko dla Stanów Zjednoczonych ale również dla całego świata. Wyższe odczyty niż oczekiwania z większym prawdopodobieństwem umocnią dolara i wprowadzą popłoch na giełdach. Rynek zacznie spekulować, że jednak Fed pomylił się z oceną inflacji i będzie musiał wcześniej wdrożyć kroki służące przeciwdziałaniu temu zjawisku. Należy to rozumieć jako wcześniejszy start normalizacji polityki pieniężnej.

W ostatnim czasie krytykę Fed-u ogłosił amerykański ekonomista i były sekretarz skarbu Larry Summers. Teraz w podobnym tonie wypowiedział się były prezes nowojorskiego Fed-u – Bill Dudley. We wczorajszym felietonie wyraził obawy, że Rezerwa Federalna ze swoją strategią celowania w średnią inflację ryzykuje przegrzaniem gospodarki. Obawia się, że w pewnym momencie instytucja będzie zmuszona do agresywnej podwyżki stóp procentowych. To mogłoby nieść ze sobą większe prawdopodobieństwo recesji. Dudley podkreśla, że Fed powinien już wcześniej reagować na wzrost inflacji i powoli podnosić koszt pieniądza. Najbliższe posiedzenie FOMC już 15-16 czerwca.

W czwartek również decyzję w sprawie stóp procentowych podejmie EBC (13:45) a chwilę później rozpocznie się konferencja prasowa Christine Lagarde. Europejska instytucja prawdopodobnie będzie kontynuować skup aktywów w ramach programu PEPP na tym samym poziomie jeszcze w III kwartale. Od marca EBC skupuje papiery o wartości 18,5 mld EUR tygodniowo. Wcześniej był to poziom 14,5 mld EUR. W szeregach banku już wcześniej pojawiały się komentarze wyrażające zaniepokojenie wyższymi rentownościami obligacji. Można było również usłyszeć opinie o tym, że lepszym rozwiązaniem jest ograniczać program skupu aktywów później niż za wcześnie. Należ również zwrócić uwagę na prognozy instytucji dotyczące m.in. inflacji. Z dużym prawdopodobieństwem pozostanie ona poniżej celu jeszcze w 2023 roku. EBC jest nadal w komfortowej sytuacji. Presja inflacyjna jest nadal niska. Daje to możliwość stopniowego wychodzenia z bardzo luźnej polityki pieniężnej i ogranicza ryzyko większego zawirowania na rynkach finansowych.

W przypadku Polski uwaga inwestorów powinna być skupiona wokół środowej decyzji NBP w sprawie stóp procentowych. Szeroki konsensus zakłada brak jakiejkolwiek zmiany. Temat inflacji przedziera się jednak na pierwsze strony gazet. Zjawisko wzrostu cen jest coraz częściej komentowane, co dodatkowo wywiera presję na rynki finansowe. Upór prezesa Glapińskiego wydaje się być wystarczająco silny aby nie wprowadzić żadnych zmian w parametrach prowadzonej polityki. Zdecydowane ucięcie spekulacji o podjęciu jakichkolwiek kroków w stronę normalizacji polityki pieniężnej może wpłynąć negatywnie na wycenę złotego. EUR/PLN cały czas oscyluje wokół 4,46. Złoty jest stosunkowo silny. Istnieje duża przestrzeń do odreagowania kursu.

Łukasz Zembik, kierownik dep. analiz w TMS Brokers

76 proc. internautów nie rozumie czemu miałoby płacić za dostęp do artykułów w sieci

44 proc. polskich internautów przyznało, że w czasie pandemii częściej czerpało  informacje z bezpłatnych serwisów informacyjnych, a 39 proc. częściej korzystało z mediów społecznościowych. Zapytani o uczciwą cenę za miesięczną subskrypcję serwisu informacyjnego, internauci najczęściej wskazują 10 PLN. Zdecydowana większość respondentów (84 proc.) uważa jednak, że dostęp do artykułów w internecie powinien być bezpłatny. 76 proc. nie rozumie też powodów, dla których należałoby płacić za dostęp do artykułów w sieci. Jest to poważna bariera dla rozwoju modelu subskrypcyjnego w polskich mediach – wynika z przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny raportu „Modele biznesowe mediów po pandemii”.

W raporcie skoncentrowano się na kwestiach przyszłości mediów internetowych, ze szczególnym uwzględnieniem możliwości upowszechnienia się modelu subskrypcyjnego. Elementem procesu przygotowań raportu było badanie przeprowadzone w dniach 7-10.12.2020 r. metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview) na reprezentatywnej próbie 1017 osób w wieku 13-74 lat, korzystających regularnie z internetu (co najmniej raz w tygodniu). Wyniki badania nie powalają na sformułowanie jasnej odpowiedzi na pytanie o przyszłość modeli subskrypcyjnych w mediach. Opracowano dwa scenariusze dalszych zmian na rynku – szerokie upowszechnienie modeli subskrypcyjnych (scenariusz bazowy) lub ograniczenie ich do wąskiej niszy dla profesjonalistów (scenariusz alternatywny).

Internauci sceptyczni wobec płacenia za treści

Najchętniej z płatnych serwisów korzystają najmłodsi internauci. Obecnie najbardziej upowszechnionym rodzajem płatnych platform są serwisy VoD – oferujące dostęp do filmów, seriali lub programów telewizyjnych w zamian za opłatę (najczęściej abonamentową). W grudniu 2020 r. 51 proc. badanych internautów zadeklarowało, że korzysta przynajmniej z jednego serwisu tego typu. 22 proc. korzysta przynajmniej
z jednego płatnego serwisu muzycznego, 14 proc. przynajmniej z jednego płatnego serwisu gamingowego, a 11 proc. z przynajmniej jednego płatnego serwisu informacyjnego.

Ankietowani mieli możliwość zaproponowania uczciwej ich zdaniem kwoty, którą portal informacyjny może pobierać od użytkowników za dostęp do wszystkich treści. Najpopularniejszą odpowiedzią było 10 PLN (uznało tak 19 proc. ankietowanych), natomiast wartością środkową (medianą) było 20 PLN (połowa spośród ankietowanych, wyłączając osoby, które zadeklarowały trudno powiedzieć, wskazała taką lub wyższą opłatę miesięczną).

Odpowiedzi na pytania dotyczące płacenia za treści dowodzą, że internet uchodzi za medium bezpłatne i otwarte. Zdecydowana większość respondentów uważa, że dostęp do artykułów w internecie powinien być bezpłatny (84 proc.), a także nie rozumie powodów, dla których należałoby płacić za dostęp do artykułów w sieci, skoro dostępnych jest zawsze dużo bezpłatnych treści (76 proc.). Jednocześnie zdecydowana większość ankietowanych miała do czynienia z sytuacją, w której nie była w stanie dokończyć czytania artykułu ukrytego za paywallem (98 proc.) i 84 proc. uznało taką sytuację za denerwującą.

Skutki pandemii widoczne w postawach konsumenckich

Jak pokazało badanie PIE, w pandemii najwięcej respondentów zwróciło się w stronę bezpłatnych serwisów internetowych (44 proc. osób czerpało z nich więcej informacji niż przed pandemią), a na kolejnych miejscach uplasowały się media społecznościowe (39 proc.), telewizja (34 proc.) i radio (29 proc.). Straciła prasa – zarówno dzienniki, jak
i tygodniki. 15 proc. badanych w odpowiedzi na pytanie o to z jakich mediów czerpali więcej, a z jakich mniej informacji niż przed pandemią nie dostrzegało różnic w swoich nawykach (we wszystkich odpowiedziach zadeklarowało „bez zmian”).

Po rozbiciu na grupy wiekowe okazuje się, że młodzi rzadziej szukają informacji
w mediach, jednak jeśli już szukają, to raczej w mediach społecznościowych. Starsi opierają swoją wiedzę na telewizji i radiu. Prasa jest dosyć niszowym źródłem informacji, choć nadal pewna część informacji w pozostałych środkach przekazu stanowi odwołania do artykułów prasowych. Regularne sięganie po prasę papierową w każdej z grup wiekowych deklarowało ok. 4 proc. osób.76 proc internautów nie rozumie czemu miałoby płacić za dostęp do artykułów w sieci

Odzyskać VAT od skarbówki przy oskarżeniu firmy o udział w obrocie karuzelowym? To jednak możliwe!

Czy przedsiębiorca prowadzący działalność w tzw. branży wrażliwej, a więc w obszarze szczególnie narażonym na oszustwa związane z podatkiem od towarów i usług, oskarżony o takie oszustwo w ramach transakcji karuzelowych, objęty kontrolą i postępowaniem podatkowym, ma w trakcie jego trwania szansę na odzyskanie VAT? Wydaje się to raczej niemożliwe, zwłaszcza gdy postępowanie toczy się przed polskim fiskusem. A jednak. Reprezentowanej przez Roberta Nogackiego, radcę prawnego z Kancelarii Prawnej Skarbiec, jednej z firm ze Śląska, którą oskarżono o uczestnictwo w karuzeli VAT w handlu sprzętem elektronicznym, udało się odzyskać 136 tys. zł zwrotu VAT.

Fiskus lubi wstrzymywać zwroty VAT, średnio przez blisko dwa lata, czasem nawet dziewięć

We wrześniu 2018 r. działający z upoważnienia Ministra Finansów Podsekretarz Stanu w Ministerstwie Finansów Paweł Cybulski, w odpowiedzi na interpelację poselską poinformował, że według stanu na 31 grudnia 2017 r. liczba niezrealizowanych w Polsce zwrotów VAT przedsiębiorcom wyniosła 159 382, na łączną kwotę 14 mld 260 mln 230 tys. zł. Natomiast wg stanu na 30 czerwca 2018 r. liczba niezrealizowanych zwrotów wzrosła do 225 113 i osiągnęła kwotę 17 mld 964 mln 683 tys. zł (Odpowiedź MF na interpelację nr 25056 z dnia 18 sierpnia 2018 r. posła Ryszarda Petru, DPP8.054.11.2018.WCH.558).

Ponieważ w 2018 r. wg szacunków liczba wszystkich podatników VAT w Polsce oscylowała w okolicach 1,6 mln, łatwo wyliczyć, że co siódmy lub co ósmy przedsiębiorca vat-owiec miał wstrzymany zwrot VAT-u. Zaś liczba i kwota wstrzymywanych zwrotów rosła w oszałamiającym tempie (co widać na podstawie danych z końca 2017 r. i po upływie 6 miesięcy 2018 r.). Ale to nie koniec. Jak ujawniło Ministerstwo, średni czas przedłużania terminu zwrotu VAT (wg stanu na 30 czerwca 2018 r.) wynosił 669 dni, a najdłuższy – 3267 dni (9 lat!). Jak widać, fiskus lubi wstrzymywać zwroty VAT, i lubi to robić bardzo długo.

Obszary wrażliwe pod szczególnym nadzorem

Rada Unii Europejskiej w Decyzji wykonawczej 2019/310 z dnia 18 lutego 2019 r. w sprawie upoważnienia Polski do wprowadzenia szczególnego środka stanowiącego odstępstwo od art. 226 dyrektywy 2006/112/WE w sprawie wspólnego systemu podatku od wartości dodanej, w pkt 5 Preambuły stwierdza: „Polska uważa, że w obszarach szczególnie narażonych na oszustwa związane z VAT powinien być wprowadzony szczególny środek. Obszary te to takie sektory gospodarki jak stal, złom, sprzęt elektroniczny, złoto, metale nieżelazne, paliwa i tworzywa sztuczne” (Dz.Urz. UE z 2019 r., L 51/19).

Krajowa i wewnątrzwspólnotowa dostawa sprzętu elektronicznego

Od stycznia do czerwca 2017 r. naczelnik jednego z warszawskich urzędów skarbowych prowadził u przedsiębiorcy kontrolę podatkową w zakresie prawidłowości rozliczania VAT za okres od 1 grudnia 2015 r. do 31 stycznia 2016 r. Przedsiębiorca prowadził działalność gospodarczą od 1 września 2013 r. w branży fotograficznej oraz hurtowej sprzedaży sprzętu elektronicznego i telekomunikacyjnego. Organ zauważył, że w okresie objętym postępowaniem podatkowym przedsiębiorca nie zatrudniał pracowników.

W dokumentach sprzedaży firmy znajdowały się faktury VAT za usługi fotograficzne oraz za dostawy towarów handlowych w postaci: smartfonów, tabletów, dysków, procesorów, części do drukarek, dokonanych na rzecz odbiorców krajowych i zagranicznych w ramach wewnątrzwspólnotowej dostawy towarów (WDT). Odbiorcami usług fotograficznych były zarówno osoby fizyczne nieprowadzące działalności gospodarczej, jak i podmioty taką działalnością się trudniące. Natomiast faktury sprzedaży za ww. sprzęt elektroniczny świadczą o tym, że sprzedaży tego sprzętu przedsiębiorca dokonywał jedynie na rzecz podmiotów gospodarczych: dwóch krajowych i czterech zagranicznych – z siedzibami na Łotwie i w Holandii. Zakupu elektroniki, którą następnie odsprzedał tym podmiotom, dokonał od firm polskich.

Organ stwierdził o uczestnictwie firmy w karuzeli podatkowej

Po przeprowadzonej kontroli naczelnik US uznał, że przedsiębiorca zawyżyła wartość wewnątrzwspólnotowych dostaw towarów za grudzień 2015 r. o 2 mln zł, a za styczeń 2016 r. o 800 tys. zł, a tym samym zawyżyła wartość wykazanego do zwrotu VAT na kwotę 400 tys. zł. Organ stwierdził, że przedsiębiorca w zakresie tych dostaw uczestniczyła w łańcuchu transakcji o charakterze karuzelowym z kontrahentami nieprowadzącymi rzeczywistej działalności gospodarczej.

Skuteczność działań w uwiarygodnieniu dokonania dostaw

W toku kontroli podatkowej do sprawy dołączył radca prawny Robert Nogacki z warszawskiej Kancelarii Prawnej Skarbiec, jako pełnomocnik przedsiębiorcy. W imieniu reprezentowanej złożył zastrzeżenia do protokołu kontroli wraz ze skargą na działania naczelnika urzędu skarbowego i jego pracowników.

Następnie, po oficjalnym wszczęciu postępowania podatkowego, wspólnie z przedsiębiorcą wnieśli wnioski dowodowe w postaci przesłuchania świadków, łącznie z uczestnictwem przy ich przesłuchaniach, a także inne dowody, w tym m.in.: dokumentację fotograficzną towarów w magazynie i dowodów tożsamości kierowców, potwierdzenia wydania przedsiębiorcy towaru z magazynu, wydruki z Centralnej Ewidencji Działalności Gospodarczej oraz stron internetowych jej kontrahentów, umowy handlowe, umowy współpracy, umowy dealerskie na sprzedaż sprzętu elektronicznego – wszystko uwiarygadniające dokonane, a zakwestionowane przez organ dostawy. Skutecznie.

W wydanej 15 stycznia 2021 r. decyzji naczelnik urzędu skarbowego przyjął częściowo argumentację przedsiębiorcy, uznając jej prawo do zwrotu VAT na kwotę 136 tys. zł. Organ przyznał m.in., że w odniesieniu do niektórych zakwestionowanych kontrahentów nie stwierdził żadnych obiektywnych okoliczności czy informacji potwierdzających, jakoby przedsiębiorca mogła pozyskać wiedzę o ich udziale w oszukańczym procederze. Częściowo, bo wciąż w grze jest pozostała kwota wykazanego przez przedsiębiorcę zwrotu VAT, niemniej jej pełnomocnik już wniósł odwołanie od decyzji co do tej pozostałej części kwoty zwrotu.

Światło w tunelu dla przedsiębiorców

Odzyskanie zwrotu VAT w opisanych wyżej okolicznościach, i to już od organu podatkowego I instancji, to niecodzienne zdarzenie. To rzadki przypadek, bo organ skarbowy nie zwykł zmieniać ustaleń własnego działu kontroli podatkowej, zwłaszcza w postępowaniach toczących się w sprawach dotyczących oszustw karuzelowych w obszarach wrażliwych, a więc uznawanych przez administrację skarbową za szczególnie narażone na oszustwa związane z podatkiem VAT.

Cuda się jednak zdarzają. Jak wynika ze statystyk Kancelarii Prawnej Skarbiec, tylko dla trzech ostatnich klientów z branży wrażliwej (handel elektroniką, obrót stalą i świadczenie usług niematerialnych), a więc w sprawach najbardziej „palących” skarbówkę, udało się jej pomóc w odzyskaniu zwrotów VAT na łączną kwotę ponad 4 mln zł.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Deloitte: Ponad 90 proc. polskich studentów przy wyborze pracodawcy zwraca uwagę na kwestie różnorodności

Na całym świecie pandemia okazała się dużym obciążeniem w wielu aspektach życia młodych ludzi. Szczególne trudności odczuwalne są w obszarze zatrudnienia. Jak wynika z raportu „First steps into the labour market” przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, tylko 12 proc. studentów z Europy Środkowej ocenia sytuację na rynku pracy w swoim kraju jako dobrą. Nowych wyzwań zawodowych młodzi najczęściej szukają w Internecie, a szczególnie w mediach społecznościowych. Dla dwóch piątych polskich studentów kluczowym czynnikiem przy wyborze pracodawcy jest oferta indywidualnego planu rozwoju.

Pierwsze kroki na rynku pracy młodzi ludzie stawiają już podczas studiów. 47 proc. badanych z Europy Środkowej deklaruje, że uczelnie wyższe dobrze lub bardzo dobrze przygotowały ich do wykonywania zawodu. Ponad jedna trzecia ocenia ten aspekt przeciętnie, a 17 proc. źle lub bardzo źle. Wśród Polaków było to odpowiednio: 36 proc., 40 proc. i 24 proc. W tym obszarze widać więc pole do poprawy. Co niepokojące, tylko 12 proc. wszystkich badanych, a 18 proc. studentów w Polsce dobrze ocenia sytuację na rodzimym rynku pracy. Oznacza to, że czeka ich w najbliższym czasie wiele wyzwań związanych ze ścieżką zawodową mówi John Guziak, partner, lider zespołu ds. kapitału ludzkiego w Europie Środkowej, Deloitte.

Młodzi skupieni na karierze lub spełnianiu marzeń

Eksperci Deloitte podzielili respondentów na cztery grupy, kierując się ich podejściem do pracy, życia rodzinnego, zarobków, dobrostanu społecznego, sukcesu i sławy. Pierwsza grupa to „fast trackers”, czyli młodzi, którzy skupiają się na karierze, będącej dla nich szansą na awans społeczny i finansowy. Dlatego swój potencjał poświęcają pracy i wybierają ją nawet kosztem czasu wolnego. Wierzą, że gdy tylko podejmą wysiłek, mogą osiągnąć lepsze wyniki niż inni. Wśród badanych zarówno z Europy Środkowej, jak i Polski „fast trackers” stanowią jedną piątą wszystkich studentów.

Druga grupa to „eager beavers”, dla których praca jest nagrodą samą w sobie i nic nie przebije satysfakcji, którą czerpią z udanego dnia w biurze. Chociaż czują, że muszą poświęcić swoje życie prywatne na rzecz pracy, to nie postrzegają tego jako niemiły obowiązek. Podobnie jak w przypadku „fast trackers” kariera to ich zdaniem droga do awansu społecznego i finansowego, natomiast nie poświęcają jej całego swojego czasu. W Polsce do tej grupy należy 27 proc. studentów. Podobny odsetek (31 proc.) zanotowano w przypadku wszystkich młodych z Europy.

All rounders” niemal na równi traktują swoje obowiązki zawodowe i przyjaciół. Praca to dla nich nie tylko szansa na rozwój osobisty, ale również możliwość wypełnienia powinności wobec społeczeństwa. Młodzi z tej grupy pracowaliby nawet wtedy, gdyby nie musieli. Ich życie osobiste ma dla nich duże znaczenie i nie zrezygnowaliby ze swoich zainteresowań na rzecz służbowych zadań. To najliczniejsza grupa wśród młodych ludzi w Polsce (34 proc.). W Europie odpowiedziało tak 31 proc. zapytanych.

Ostatnia grupa to „by standers”, dla których kariera nie jest najważniejsza w życiu. Mają też sceptyczne podejście do edukacji, a praca nie jest dla nich podstawą do rozwoju czy nauki. Nie chcą, żeby obowiązki służbowe przeszkodziły im w realizacji marzeń i spotkaniach z przyjaciółmi. Gdyby mogli poradzić sobie bez pracy, bez wahania złożyliby wypowiedzenie. Zdają sobie jednak sprawę z tego jakie znaczenie mają pieniądze, dlatego praca jest niezbędną częścią ich życia. Takie odczucia ma 19 proc. polskich studentów i 18 proc. wszystkich badanych.

Praca zdalna tylko na czas pandemii

Studentów z Europy Środkowej zapytano także, jak często chcieliby pracować zdalnie. – Wyniki pokazują, że młodzi potrzebują kontaktu ze współpracownikami, bo aż 51 proc. z nich chce pojawiać się w biurze 3-4 dni w tygodniu. Z kolei niespełna jedna czwarta respondentów wskazała, że woli pracować z domu przez więcej niż tydzień w miesiącu, a 14 proc. wybrałoby tylko wizyty w biurze. Najmniej młodych, bo tylko 9 proc. chce pracować zdalnie na cały etat. Przebywanie w grupie, burze mózgów, rozmowy ze współpracownikami to aspekty, które najbardziej cenią sobie wchodzący na rynek pracy mówi Anna Sendrowicz, liderka zespołu ds. Employer Branding w Europie Środkowej, Deloitte.

W przypadku młodych z Polski wyniki wyglądają podobnie. Prawie połowa najchętniej pracowałaby zdalnie przez 1-2 dni w tygodniu, a 26 proc. więcej niż tydzień w miesiącu. 12 proc. studentów chciałoby pojawiać się w biurze codziennie, a tylko 4 proc. woli pracę z domu.

Badanych zapytano również o preferowane formy pracy. Połowa z nich chciałaby mieć możliwość wyboru lokalizacji i elastyczne godziny pracy (48 proc. w Polsce). 17 proc. respondentów wolałoby pojawiać się w biurze, ale nadal wybierać godziny swojej pracy (18 proc. w Polsce). W ustalonych godzinach, ale z różnych lokalizacji chce pracować 16 proc. badanych studentów w Europie (18 proc. w Polsce). Najmniej, bo 10 proc. z nich przyznało, że odpowiada im praca z biura w ustalonych godzinach (9 proc. w Polsce).

Poszukiwania w Internecie, rozmowa na żywo

Eksperci Deloitte wskazują, że w poszukiwaniach ofert pracy i informacji o potencjalnym pracodawcy młodzi zdecydowanie preferują Internet, a w szczególności portale społecznościowe. Dla 27 proc. z nich to LinkedIn jest pierwszym wyborem, jeśli chcą znaleźć oferty rekrutacyjne. Jedna piąta badanych szuka ogłoszeń na Facebooku, a 16 proc. na stronach internetowych firm. Natomiast w Polsce najpopularniejszą metodą poszukiwania informacji są portale pracy (29 proc.), Facebook (24 proc.) i LinkedIn (23 proc.).

Przy ubieganiu się o pracę większość kandydatów preferuje spotkanie twarzą w twarz z potencjalnym pracodawcą (77 proc.). Natomiast testy online sprawdzające zakres umiejętności zostały wybrane jako najatrakcyjniejszy sposób przez 10 proc. respondentów w Europie Środkowej. Wywiady wideo wybrało 6 proc. badanych. Również studenci w Polsce na pierwszym miejscu wskazali rozmowę z przedstawicielem firmy (69 proc.). Drugą najpopularniejszą formą są testy online (14 proc.).

Kiedy młodzi wybierają pracodawcę najważniejsze jest dla nich to, czy oferuje indywidualny plan rozwoju kariery. Takiej odpowiedzi udzieliło 42 proc. środkowoeuropejskich studentów. Jedna trzecia wskazała, że najistotniejsze jest wynagrodzenie, a 7 proc. wybrało możliwość elastycznego modelu pracy. W Polsce było to odpowiednio: 41 proc., 33 proc. i 6 proc.

 Młodzi zwracają uwagę również na kulturę organizacyjną potencjalnego pracodawcy. Aż 92 proc. badanych w Europie Środkowej i 91 proc. w Polsce wolałoby pracować w firmie zróżnicowanej pod względem wieku, płci czy narodowości zatrudnionych osób. 85 proc. wszystkich respondentów i 86 proc. polskich studentów wskazało z kolei, że chciałoby pracować z ludźmi z różnych środowisk kulturowych. Te dwa czynniki najbardziej doceniali młodzi, którzy mają już doświadczenie zawodowe. Oznacza to, że dostrzegają korzyści takiej współpracy. Dla pracodawców to sygnał, że na poważnie traktować muszą kwestie różnorodności, podnoszone chociażby przez ONZ w Celach Zrównoważonego Rozwoju – tłumaczy John Guziak.

O raporcie

W badaniu wzięło udział 9,1 tys. osób w wieku 18 do 30 lat. To studenci z Europy Środkowej (w tym 2,1 tys. z Polski). Większość badanych stanowiły kobiety (67 proc.). 90 proc. ankietowanych studiuje na uniwersytetach, a pozostali uczą się w szkołach zawodowych. Ponad połowa badanych kształci się w obszarze biznesu (ekonomia, finanse i bankowość, księgowość), 8 proc. na studiach inżynierskich (chemia, mechanika, elektronika), 7 proc. studiuje prawo, a prawie 10 proc. wybrało studia związane z ICT, czyli technologiami informacyjnymi i komunikacyjnymi.

Polskie firmy ostrożnie wracają do zatrudnienia sprzed pandemii

Polscy pracodawcy zdradzili swoje plany rekrutacyjne na czas od lipca do września. W trzecim kwartale 11% firm chce zwiększać liczbę pracowników, podczas gdy 2% przewiduje redukcje etatów – potwierdza opublikowany dziś raport ManpowerGroup „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia”. Najwięcej nowych rąk do pracy będzie potrzebnych w budownictwie, produkcji przemysłowej oraz w restauracjach i hotelach. Niewielkich redukcji można się spodziewać w finansach i usługach dla biznesu. W wakacje najwięcej ofert pracy będzie w regionie południowo-zachodnim i północno-zachodnim kraju. Warunków najmniej sprzyjających znalezieniu nowej pracy można oczekiwać w południowym regionie Polski.

Z opublikowanego dziś raportu ManpowerGroup wynika, że w nadchodzącym kwartale 11% firm będzie poszukiwać nowych pracowników, 2% będzie redukować swoje zespoły, 84% nie przewiduje zmian personalnych, a 3% nie zna planów rekrutacyjnych na najbliższe miesiące. Prognoza netto zatrudnienia (różnica między odsetkiem firm planujących wzrost a odsetkiem planującym spadek liczby etatów)* po korekcie sezonowej wynosi +7%. Wynik jest tylko o 1 punkt procentowy wyższy niż w bieżącym kwartale i o 14 punktów procentowych wyższy niż w trzecim kwartale 2020 rok, kiedy wpływ pandemii Covid-19 był najbardziej odczuwalny na rynku pracy. Prognoza jest najwyższa od początku zeszłego roku i wyższa niż na pierwszy kwartał 2020 roku, czyli jeszcze przed wybuchem pandemii[1].

– Z kwartału na kwartał obserwujemy rosnący optymizm polskich pracodawców, który dodatkowo jest wspierany przez postępujący w Polsce program szczepień i luzowanie kolejnych obostrzeń. Chociaż następuje on bardzo powoli, to niewątpliwie jest to pozytywny trend. Widzimy go również w malejącym odsetku pracodawców, którzy chcą ograniczać liczbę etatów. Podczas gdy rok temu o tej porze o redukcji miejsc pracy mówiła co dziesiąta badana firma, dziś jest to jedynie 2 procent organizacji – mówi Iwona Janas, dyrektor generalna ManpowerGroup w Polsce. – Pozytywny trend umacnia rosnąca wiara firm w odbudowę zespołów po zmianach wprowadzonych w wyniku pandemii. Gdy rok temu zapytaliśmy o to polskich pracodawców ponad połowa przyznała, że nie wierzy, aby kiedykolwiek udało im się wrócić do stanu zatrudnienia sprzed pandemii. Dziś utożsamia się z tym co dwudziesty pracodawca – dodaje Iwona Janas.

Budownictwo i produkcja z największym zapotrzebowaniem na nowe ręce do pracy

Zgodnie z deklaracjami firm najwięcej nowych rąk do pracy będzie potrzebnych w budownictwie, gdzie prognoza netto zatrudnienia wynosi +15% oraz w produkcji przemysłowej, z prognozą +13%, dla której wynik jest najwyższy od blisko dwóch lat. Odbudowywać swoje zespoły chcą również restauracje i hotele (+10%) oraz firmy działające w sektorze handlu (+8%). Jedynym spośród siedmiu analizowanych sektorów, w którym pracodawcy prognozują redukcje etatów są finanse i usługi dla biznesu (-1%), dla których wynik jest najniższy od ponad dwóch lat.Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia sektory

W południowo-zachodniej i północno-zachodniej Polsce najsilniejsza rywalizacja o talenty

Biorąc pod uwagę dane w ujęciu regionalnym to warunki najbardziej sprzyjające znalezieniu nowej pracy będą czekać na mieszkańców regionu południowo-zachodniego (+13%), gdzie prognoza jest najwyższa od dwóch lat oraz północno-zachodniego (+12%). Mniejszych perspektyw za zmianę zawodową mogą oczekiwać mieszkańcy regionu wschodniego (+7%). Najmniej optymistyczni w swoich planach rekrutacyjnych są pracodawcy z południowej Polski, gdzie prognoza wynosi 0. Poprawie koniunktury na rynku pracy najbardziej będą sprzyjać średnie i duże przedsiębiorstwa, które w najbliższym kwartale chcą pozyskiwać najwięcej nowych pracowników. Najbardziej optymistyczne plany mają przedstawiciele średnich firm z prognozą +11%, która jest najwyższa od dwóch lat, oraz duże organizacje z wynikiem +10%.Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia

[1] W raporcie „Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia” dla pierwszego kwartału 2020 roku przedstawiono odpowiedzi firm zbierane w drugiej połowie listopada 2019 roku.

Gdzie znaleźć więcej informacji?

Raport dla III kwartału 2021 r. został opracowany na podstawie indywidualnych wywiadów z 607 pracodawcami w Polsce. Wszystkim uczestnikom badania zadano pytanie: „Jakie są przewidywania dotyczące zmian w całkowitym zatrudnieniu firmy w Pani/Pana oddziale w ciągu trzech miesięcy, do końca września 2021 r., w porównaniu do obecnego kwartału?”.

Dane przedstawione w niniejszym materiale to część większej całości, zebranej i przeanalizowanej w ramach badania Barometr ManpowerGroup Perspektyw Zatrudnienia. Pełny raport, zawierający informacje o globalnych perspektywach zatrudnienia w podziale na poszczególne sektory gospodarki, jest bezpłatny i dostępny w wersji polskiej i angielskiej na stronie www.manpowergroup.pl, w zakładce Raporty rynku pracy.

* W niniejszym raporcie stosowane jest pojęcie „prognoza netto zatrudnienia”. Parametr ten stanowi różnicę procentową pomiędzy liczbą pracodawców przewidujących wzrost całkowitego zatrudnienia a liczbą pracodawców spodziewających się spadku całkowitego zatrudnienia w swoim oddziale w najbliższym kwartale. Uzyskany wynik to właśnie prognoza netto zatrudnienia. Wszystkie komentarze są oparte na danych uwzględniających korektę sezonową; w przeciwnym wypadku nieuwzględnienie korekty będzie wyraźnie zaznaczone.

Produkcyjna hossa trwa. Giełdowy Indeks Produkcji notuje 14,6% wzrost wartości

Sell in May and go away”? Nie w tym roku i zdecydowanie nie w przypadku polskich producentów. Po stosunkowo dobrym pierwszym kwartale bieżącego roku (+5,4%) Giełdowy Indeks Produkcji przyspieszył i w trwającym jeszcze kwartale numer dwa wypracował już 14,6% wzrost wartości. W samym tylko maju GIP60 wzrósł o 6,46% z 1001,22 do 1065,92 pkt, czyli pułapu na którym po raz ostatni znajdował się w marcu 2018 roku.

Analitycy z DSR podsumowali Giełdowy Indeks Produkcji (GIP) za miesiąc maj. W poniższym komunikacie dr Maciej Zaręba – analityk i współtwórca GIP z DSR S.A. pisze: „W maju, 2 na 3 spółki z GIP60 zyskiwały na wartości, a w 23 przypadkach wzrost był nawet dwucyfrowy. Każda z 10 najlepszych spółek w tym miesiącu wzrosła o ponad 25%, a 6 najlepszym spółkom udało się poprawić wartość rynkową o ponad 30%!”.

Najlepsze wyniki z inwestycji przyniosły spółki z branży tzw. projektantów, czyli producenci i dystrybutorzy odzieży. W GIP60 obecnie znajdują się trzy spółki z tej branży i wszystkie trafiły do TOP 4 majowej klasyfikacji Giełdowego Indeksu Produkcji – na szczycie znalazła się Vistula Retail Group z miesięcznym wzrostem na poziomie 44,76%, stopień niżej LPP (37,85%), a czwarte miejsce przypadło polkowickiej CCC (32,25%). Nieźle poradziły sobie również spółki z branży spożywczej, dla których średnia miesięczna stopa zwrotu w maju wyniosła 14,85%. Niewiele niżej znalazły się spółki z przemysłu lekkiego (średnio +11% m/m), producenci materiałów budowlanych (+10,58%) oraz producenci mebli i innych wyrobów drewnianych (+8,42%).

Nie najlepiej ubiegły miesiąc wspominają akcjonariusze spółek z branży farmaceutycznej, których akcje potaniały średnio o 15,25%. Złożyła się na to przede wszystkim znaczna przecena akcji Mabionu (-20,83% m/m) i Biomedu (-34,52% m/m). Średnio o 1% stopniała wartość rynkowa polskich spółek z branży chemicznej, ale w tym przypadku sytuacja była bardziej zróżnicowana – Mercator i Polwax straciły odpowiednio 29,34% i 16,79%, a Ciech i Grupa Azoty wzrosły o 26,59% i 14,43%. Dla spółek z branży farmaceutycznej i chemicznej maj był kolejnym miesiącem spadków.

Kontra branży odzieżowej

Majową klasyfikację Giełdowego Indeksu Produkcji wygrywa Vistula Retail Group, która po 31,43% wzroście w kwietniu dołożyła 44,76% w maju, windując cenę nad poziom 3,8 zł za akcję. Popyt na akcje spółki wzmacniał się zarówno po ogłoszeniu wyników za I kwartał, jak i po ogłoszeniu wyników za kwiecień. Inwestorów nie zraziła ujemna dynamika przychodów i zysków w obu raportach, gdyż w wyniku zamknięcia galerii handlowych spodziewano się takiego scenariusza. Pozytywnie zaskoczyła za to sprzedaż online, szczególnie w segmencie wyrobów jubilerskich, gdzie wzrost wyniósł 54% r/r.   Cenom akcji spółki nie zaszkodziła również informacja o zmianach w zarządzie spółki. W następnych miesiącach spodziewany jest wzrost ruchu w stacjonarnych punktach sprzedaży, które zostały otwarte 3 maja – pierwsze tygodnie po otwarciu pokazują, że nadzieje te mają solidne podstawy, gdyż wzrost aktywności był większy, niż po zniesieniu obostrzeń w 2020 r.

Drugi stopień podium dla gdańskiej LPP. Podobnie jak w przypadku innych spółek odzieżowych, również w tym przypadku inwestorzy pozytywnie odebrali skuteczne wykorzystanie kanałów sprzedaży online jako substytutu tradycyjnych metod sprzedaży, które utracono w wyniku kolejnych obostrzeń stanowiących element walki z pandemią koronawirusa. Tak dobra sytuacja spółek odzieżowych to zasługa przede wszystkim elastyczności polskich konsumentów, którzy w odpowiednim momencie zwiększyli aktywność na rynku e-commerce. Po dobrych wynikach za pierwszy kwartał analitycy spodziewają się dalszej poprawy dzięki oczekiwanemu wzrostowi popytu w wyniku poluzowania obostrzeń pandemicznych.

Trzecie miejsce dla spółki Sonel, której w ubiegłym roku udało się poprawić przychody i rentowność względem 2019 roku, a w I kwartale br. utrzymać zysk , mimo spadku przychodów. Akcjom spółki pomogły również informacje o umowach na dostawę liczników energii elektrycznej z modemem LTE, jaką jedna ze spółek zależnych podpisała z Tauron Dystrybucja, opiewające na łączną kwotę ponad 13 mln zł.

Czy akcje polskich producentów zyskają na migracji kapitału?

Na doskonałe rezultaty inwestycji w akcje polskich producentów złożyło się kilka czynników, z których najważniejsze to rozgrzana do czerwoności koniunktura w przemyśle i bardzo dobra sytuacja na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych, a raczej ogólniej na rynkach akcji. Wśród tych ostatnich, szczególnie korzystnie wypadły wschodzące rynki akcji – rosyjski RTS wzrósł o prawie 8%, węgierski BUX o 7%, czeski PX o 6%, a najwyżej w regionie poszybował w tym czasie polski WIG20, który zwiększył swoją wartość o 10%. O połowę mniejszą skalę wzrostu zanotowano w tym czasie na rynkach akcji zaliczanych do grona rozwiniętych – francuski CAC40 zyskał w maju 3,5%, niemiecki DAX 2,3%, a amerykański DJIA 1,9%. Po drugiej stronie lustra technologiczny NASDAQ Composite, który zaliczył w maju 2,1% spadek wartości. Dywagując na temat kierunków migracji kapitału inwestycyjnego, nie sposób pominąć gwałtownej przeceny na rynku kryptowalut, z którego w trakcie kilku dni wyparowało około 5 bln zł. Przyczyniło się to pośrednio do dalszego wzrostu cen surowców, w tym także metali szlachetnych – złoto wróciło nad poziom 1900 USD za uncję, a srebro ponad 28 USD za uncję – ale też przywróciło zainteresowanie inwestorów rynkami wschodzącymi. Nie bez znaczenia w tym przypadku będzie poziom stóp procentowych, tak więc oczy inwestorów zwrócone są obecnie przede wszystkim na rosnącą inflację i zachowanie amerykańskiego banku centralnego (Fed).

Polski przemysł na paliwie rakietowym

Inwestycje sektora prywatnego już w pierwszym kwartale 2021 r. wróciły do poziomu sprzed pandemii. Silnie rośnie eksport, który – jak prognozuje Krajowa Izba Gospodarcza (KIG) – wzrośnie w 2021 roku o 13,9 % r/r, co znacznie wzmocni tegoroczne odbicie aktywności gospodarczej w naszym kraju. Stało się jasne, że jednym z mocniejszych silników przyspieszającego wzrostu gospodarczego jest sektor produkcyjny, który z jednej strony stosunkowo niewiele stracił na obostrzeniach, a z drugiej strony sporo zyskał na zmianach globalnego łańcucha dostaw. W tym miejscu warto wspomnieć o rekordowym odczycie wskaźnika PMI® dla polskiego sektora przemysłowego, który jest już 11 w serii pozytywnych odczytów dla naszego kraju. W maju wskaźnik ten wzrósł do 57,2 punktów czyli najwyższego wyniku w historii badań, sięgających 1998 roku, notując również najszybsze tempo poprawy warunków w polskim sektorze wytwórczym.

Jeśli dobra koniunktura utrzyma się (a wiele na to wskazuje) i polskie spółki produkcyjne poradzą sobie z wyzwaniami w zaopatrzeniu, zwiększając jednocześnie swoje moce produkcyjne poprzez dalsze inwestycje, to w kolejnych kwartałach powinniśmy obserwować dalszy wzrost wartości polskich producentów- podsumowuje dr Maciej Zaręba.

FPP: będą dodatki COVIDowe dla zawodów niemedycznych

Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) wspólnie z NSZZ Solidarność i OPZZ wystąpiły do Ministra Zdrowia o objęcie dodatkami COVID-owymi pracowników nie wykonujących zawodów medycznych, a zaangażowanych w walkę z pandemią. Apel ten spotkał się z pozytywnym odzewem Ministra Zdrowia. Dzięki temu kilkadziesiąt tysięcy osób otrzyma jednorazowy dodatek w wysokości 5000 zł brutto. Szczegółowe kryteria przyznania dodatku określi Narodowy Fundusz Zdrowia.

Po przyznaniu w zeszłym roku comiesięcznych dodatków pracownikom medycznym, wszystkie trzy organizacje zwracały uwagę na zasadność objęcia dodatkami również pracowników, którzy formalnie nie wykonują zawodów medycznych, ale ich praca jest niezbędna dla prawidłowego procesu leczenia. Salowe, noszowi, sprzątaczki, pracownicy obsługi technicznej, sanitariusze, pracownicy transportu wewnętrznego, pracownicy dystrybucji żywienia, rejestratorki, pracownicy diagnostyki nie zostali objęci pierwotnie systemem dodatków.

Dziękujemy Ministrowi Maciejowi Miłkowskiemu za zrozumienie dla naszych starań. To ważne, aby wszystkie grupy zawodowe, które były szczególnie narażone na zakażenie koronawirusem niosąc pomoc chorym w czasie pandemii, zostały dostrzeżone i choćby symbolicznie uhonorowane za ich dodatkowy wysiłek. Bez usług pomocowych przy pacjencie, usług mycia i dezynfekcji powierzchni i przedmiotów, przygotowywania posiłków i innych rodzajów wsparcia, stan pacjentów i higieny w szpitalach może ograniczać skuteczność wysiłków lekarzy. Usługi salowych i sanitariuszy są integralną częścią procesu terapeutycznego. Usługi żywienia zbiorowego oraz pralnicze wspomagają proces leczenia i przyczyniają się do szybszej rekonwalescencji pacjentów” – podkreśla Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP), prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

To pracownicy firm zewnętrznych dbają o stan sanitarno-epidemiologiczny pomieszczeń szpitali, o to by pacjenci przebywali w sterylnych warunkach i mieli pomoc przy podstawowych czynnościach – tj. toaleta, transport na badania itd. Dbają o dostawy posiłków uwzględniających wszystkie zalecenia lekarzy, jak również o pościel, w której pacjenci śpią.

Nakłady na służbę zdrowia muszą uwzględniać także potrzebę zakupu usług od podmiotów, które wspierają procesy lecznicze. Tak, aby mogły one uzyskać środki na opłacenie pracowników, którzy z oddaniem pracują na rzecz pacjentów oraz na zwiększone koszty zużycia materiałów ochrony osobistej oraz materiałów higienicznych.

Tomasz Starus pokieruje Euler Hermes w Polsce

Grupa Euler Hermes powołała Tomasza Starusa na CEO oraz prezesa Zarządu spółek Euler Hermes w Polsce. Tomasz Starus zastąpi Paula Flanagana, który po pięciu latach pracy w Polsce zostanie CEO Regionu APAC (Azji i Pacyfiku).

Rada Nadzorcza Towarzystwa Ubezpieczeń Euler Hermes, wchodzącego w skład Grupy Allianz, nominowała Tomasza Starusa na stanowisko prezesa Zarządu pod warunkiem uzyskania zgody Komisji Nadzoru Finansowego. Od 1 lipca Tomasz Starus, w związku z zakończeniem przez Paula Flanagana misji zarządczej w Polsce, będzie pełnił obowiązki prezesa Zarządu największego w kraju towarzystwa ubezpieczeń należności.

Tomasz Starus z Grupą Euler Hermes jest związany od 2000 roku. Zaczynał jako Specjalista ds. Ubezpieczeń Finansowych. W 2001 roku objął stanowisko Kierownika Zespołu w Biurze Oceny Ryzyka. Po trzech latach został powołany na Dyrektora Biura Oceny Ryzyka, odpowiedzialnego za monitoring portfela należności, sporządzanie analiz ekonomicznych oraz opracowanie i wprowadzenie modelu ratingowego dla polskich firm. W 2013 roku został powołany na członka Zarządu nadzorując ocenę ryzyka kredytowego, szkody i odzyskiwanie należności. Przeprowadził zakończoną sukcesem transformację od manualnej oceny ryzyka w poszczególnych przypadkach do zbudowania sprawnego systemu opartego na Big Data, ze zdolnościami predykcyjnymi i aktualizującego ocenę kredytową setek tysięcy przedsiębiorstw w czasie bieżącym. Tomasz Starus współzarządzając działalnością Euler Hermes nadzorował także udaną ewolucję procesu wypłaty odszkodowań do modelu „claims first”, wyznaczającego rynkowy standard prostoty i szybkości uzyskiwania odszkodowania w ramach ubezpieczenia należności w Polsce.

Tomasz Starus od początku swojej pracy zawodowej – w 1998 roku jest związany z rynkiem ubezpieczeń należności. Jest absolwentem wydziału zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego oraz studiów podyplomowych Executive MBA, prowadzonych wspólnie przez Uniwersytet Warszawski i University of Illinois. Jako uczestnik licznych konferencji, inicjatyw branżowych i komentator ekonomiczny, aktywnie współtworzy rynek ubezpieczeń należności w Polsce i nadaje ton dyskusji o ryzyku w biznesie.

Badanie: połowa przedsiębiorców boi się o płynność, ale 3/4 firm ma poduszkę finansową

Co drugi przedsiębiorca z sektora MŚP stoi przed wyzwaniem, jakim jest utrzymanie płynności finansowej. Jednocześnie 3/4 firm ma odłożone środki pieniężne, po które może sięgnąć w razie potrzeby – wynika z najnowszego badania Krajowego Rejestru Długów Biura Informacji Gospodarczej i firmy faktoringowej NFG.

Utrzymanie płynności finansowej w pandemii jest wyzwaniem dla co drugiej firmy z sektora MŚP. W największym stopniu dla mikrofirm i przedsiębiorstw budowlanych. Badanie Krajowego Rejestru Długów i NFG (Narodowego Funduszu Gwarancyjnego) „Płatności i finasowanie przedsiębiorstw w czasie pandemii”, zrealizowane w kwietniu przez IMAS International, pokazuje, że epidemia dała się we znaki mikro, małym i średnim firmom. Bezpośrednią konsekwencją kryzysu dla właścicieli rodzimych biznesów są trudności w zachowaniu płynności finansowej i utrzymaniu działalności gospodarczej.

Płynność przede wszystkim

Przedsiębiorstwa zapytane o to, co jest dla nich obecnie największym wyzwaniem, na pierwszym miejscu wskazują utrzymanie płynności finansowej (48,7%). Na dalszych miejscach firmy wymieniają: pozyskiwanie nowych kontrahentów (45,2%) oraz utrzymanie stałych zleceń (40,5%). Dla co trzeciej firmy z sektora MŚP głównym wyzwaniem są terminowe płatności od kontrahentów (34,4%) oraz pozyskanie środków na prowadzenie działalności (32,4%).wyzwania przedsiębiorców

– Płynność finansowa to zdolność przedsiębiorstwa do regulowania własnych zobowiązań, takich jak bieżące opłaty do ZUS-u i urzędu skarbowego, płatności za towary, materiały, usługi wobec dostawców czy wypłata wynagrodzeń i premii dla pracowników. Gdy zostaje zachwiana równowaga między wpływami a wydatkami w przedsiębiorstwie, pojawiają się kłopoty finansowe – wyjaśnia Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Jak wskazuje ekspert, główną przyczyną tego typu problemów są opóźnione płatności od klientów, utrata dotychczasowych kontraktów czy nawet fakt, że firma wystawia faktury z odroczonym terminem zapłaty.

– Często też firmy, które realizują wiele zleceń, mają ukryty problem: długie oczekiwanie na przelew. Środki zamrożone w fakturach uniemożliwiają im dostęp do żywej gotówki, co z kolei pociąga za sobą niemożność regulowania własnych zobowiązań w terminie. Obserwujemy, że w pandemii te problemy się nasiliły. Nic więc dziwnego, że aż połowa firm skarży się, że utrzymanie płynności finansowej stanowi dla nich ogromne wyzwanie, a w największym stopniu, bo w 57 procentach, dotyka mikroprzedsiębiorstwa – dodaje prezes NFG.

Utrata płynności finansowej jest jedną z głównych przyczyn niewypłacalności firm. Również w ujęciu sektorowym – utrzymanie płynności to obecnie największe wyzwanie dla przedsiębiorstw z branż przemysłowej, handlowej, budowlanej. Wyjątkiem jest natomiast branża usługowa, dla której utrzymanie płynności finansowej stało się równie ważne jak pozyskiwanie nowych kontrahentów czy zleceń (48,5%). To akurat zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że ubiegły rok był najtrudniejszy właśnie dla dostawców usług: restauratorów, fryzjerów, kosmetyczek i in. A według danych Coface, w 2020 r. niewypłacalność ogłosiło 338 podmiotów z branży usługowej, czyli aż o 54% więcej niż rok wcześniej.

Mały mało może

Wydaje się jednak, że strach ma wielkie oczy, a przedsiębiorcy wolą dmuchać na zimne. Badanie Krajowego Rejestru Długów i firmy NFG pokazuje, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw nie jest aż tak zła, jak mogłoby się wydawać. Mimo obaw o płynność finansową, 75% firm ma bowiem oszczędności firmowe, z których może swobodnie skorzystać w razie potrzeby.

wyzwania przedsiębiorców 2

Jak zaznaczają autorzy badania, 42% firm mogłoby za nie przetrwać od 1 miesiąca do 3 miesięcy. Co trzecia firma deklaruje, że może finansować swą działalność ze zgromadzonych rezerw przez około 3-6 miesięcy. Natomiast 19%, czyli niemal co piąte przedsiębiorstwo, mogłoby przetrwać za zgromadzone oszczędności ponad pół roku.rezerwy finansowe msp

Niestety kij ma dwa końce. Analizując dane pod kątem wielkości przedsiębiorstw, sytuacja finansowa firm nie wygląda już aż tak różowo. W gronie firm średnich do zgromadzonych oszczędności przyznaje się 85% podmiotów. W mikrofirmach, czyli grupie najmniejszych podmiotów, taką poduszkę finansową ma zaledwie 62% przedsiębiorstw.

– Trzy czwarte firm z sektora MŚP posiadających poduszkę finansową to naprawdę dobre wieści dla gospodarki. Jednak z drugiej strony, aż 25 proc., czyli co czwarta firma, nie ma żadnych rezerw. A jeśli analizować dane przez pryzmat wielkości przedsiębiorstw, to jeszcze więcej, bo 38 proc. mikrofirm nie posiada w ogóle zgromadzonych środków finansowych na czarną godzinę. To może być niebezpieczne zarówno dla kontrahentów takich firm, jak i dla ich pracowników, ponieważ już jedna nierozważna decyzja czy jedna niezapłacona faktura mogą skutecznie zachwiać płynnością finansową takiego przedsiębiorstwa – wskazuje Adam Łącki, prezes Zarządu Krajowego Rejestru Długów.

Najnowsze badanie KRD „KoronaBilans MŚP” wskazuje, że przedsiębiorcy sygnalizują poprawę swojej sytuacji ekonomicznej, a także spodziewają się poprawy sytuacji w najbliższych trzech miesiącach. To, zdaniem ekspertów, najlepszy moment, by znów zacząć planować oszczędności oraz inwestycje w firmie. Tym bardziej, że obawy o płynność finansową są wciąż żywe, a pandemia nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa.

– Takim firmom, które czują, że ich sytuacja się stabilizuje i zaczynają wychodzić na prostą, rekomendowałbym odważniejsze lokowanie nadwyżek pieniężnych w inwestycjach lub właśnie w budowanie niezbędnej poduszki finansowej. Bieżące wydatki związane z działalnością biznesową mogą natomiast pokrywać ze środków uwolnionych w ramach faktoringu, który zresztą bardzo skutecznie chroni płynność finansową przedsiębiorstwa – podsumowuje Dariusz Szkaradek, prezes Zarządu firmy faktoringowej NFG.

Majowy szał na kredyty mieszkaniowe

Wartość BIK Indeksu Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM) informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Kolejny już w tym roku dodatni odczyt Indeksu ponownie jest bardzo wysoki i wyniósł 91,5%. Wartość Indeksu oznacza, że w maju 2021 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe na kwotę wyższą o 91,5% w porównaniu z majem 2020 r.

W maju 2021 r. o kredyt mieszkaniowy wnioskowało łącznie 47,61 tys. potencjalnych kredytobiorców, w porównaniu do 28,68 tys. rok wcześniej – jest to wzrost o +66,0%. Jednak w porównaniu do kwietnia br. jest ona niższa o 6,5%. Średnia wartość wnioskowanego kredytu wyniosła 320,94 tys. zł i jest wyższa o 15,3% niż w maju 2020 r.

– Na wartość Indeksu pozytywnie wpłynął przede wszystkim wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu, a także wzrost liczby wnioskodawców w porównaniu do maja 2020 r. Ponownie rekordowa w całej historii jest wartość kwot na wnioskach kredytowych (wartości bezwzględne). W maju średnia kwota wnioskowanego kredytu jest o 42,6 tys. (+15,3%) wyższa niż rok temu. Zarówno w aspekcie liczby wnioskodawców, jak i kwoty wnioskowanego kredytu trzeba pamiętać, że w maju 2020 r. mieliśmy do czynienia z niepewnością co do przebiegu i skutków pandemii. Banki zwiększyły wówczas swoje wymagania odnośnie do wkładu własnego, co bezpośrednio wpłynęło na zmniejszenie kwoty wnioskowanego kredytu – mówi prof. Waldemar Rogowski, główny analityk Biura Informacji Kredytowej.

W maju br. popyt na kredyty mieszkaniowe w ujęciu wartościowym nadal jest w silnym trendzie wzrostowym zapoczątkowanym w listopadzie 2020 r.

– Wzrost średniej kwoty wnioskowanego kredytu do rekordowej kwoty ponad 321 tys. zł, odzwierciedla obecną sytuację na rynku mieszkaniowym, wzrost średniej ceny PUM-u oraz zakup większych nieruchomości. Ponadto wzrost liczby osób zaszczepionych powoduje, że optymizm co do przyszłości wśród Polaków rośnie. Rośnie również inflacja zbliżając się do 5%, która może spowodować jeszcze wyższy wzrost cen nieruchomości. Wzrost cen nieruchomości może być dodatkowo stymulowany zarówno wzrostem kosztów pracy (silna inflacyjna presja na wzrost wynagrodzeń), jak i materiałów budowalnych. Ponadto konieczność wpłat na fundusz gwarancyjny dla deweloperów (2%) również wpłynie na wzrost cen, ponieważ opłata ta zostanie wprost przerzucona na klientów. W obecnej sytuacji rynkowej deweloperzy nie będą zmniejszać bowiem swojej marży. Brak alternatyw inwestycyjnych (ujemne realne stopy zwrotu na depozytach i obligacjach skarbowych nieindeksowanych do inflacji) wpływa na jeszcze wyższe zainteresowanie nieruchomościami jako aktywami inwestycyjnymi, powodując duży popyt na nie, co przy ograniczonej podaży przekłada się na wzrost cen. Popyt na nieruchomości ma kilka źródeł. Pierwsza, to nabywcy indywidualni, którzy planują zakup nieruchomości na własne potrzeby, druga grupa to inwestorzy indywidualni nabywający w celu wynajmu lub nastawieni na wzrost cen. Trzecia grupa to duzi inwestorzy instytucjonalni kupujący w celach inwestycyjnych – tłumaczy prof. Waldemar Rogowski.

Należy pamiętać, że Indeks opisuje jedynie stronę popytową rynku kredytów mieszkaniowych i to w ujęciu wartościowym. W swojej konstrukcji nie uwzględnia ponadto zapytań na kredyty powyżej 1 mln zł. Wartość akcji kredytowej jest natomiast determinowana polityką kredytową banków i ich skłonnością do akceptacji ryzyka.

– W mojej opinii, w sytuacji obecnej wysokiej nadpłynności polskiego sektora bankowego, najniższego ze wszystkich produktów kredytowych poziomem szkodowości kredytów mieszkaniowych oraz faktu, że prawie 80% wnioskodawców uzyskuje kredyt, w kolejnych miesiącach należy oczekiwać wysokiego wzrostu akcji kredytowej w ujęciu wartościowym i marcowe rekordowe 7,3 mld zł może już niebawem zostać przekroczone – dodaje prof. Rogowski.

popyt na kredyty mieszkaniowe

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe
na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Prezes Arena.pl nabywa akcje spółki

Maria Bogajewska, prezes zarządu Arena.pl S.A., po raz kolejny nabyła na rynku
NewConnect akcje spółki. Od października ubiegłego roku zakupiła ponad 36 tys. akcji, a kolejnych 1 550 000 objęła w podwyższonym kapitale zakładowym spółki. Od kilku miesięcy spółka, która jest właścicielem platformy zakupowej Arena.pl, realizuje nową strategię rozwoju. W efekcie, już w pierwszym kwartale 2021 udało się podnieść kluczowe wskaźniki biznesu. Wartość GMV wzrosła o 113 proc. Jeszcze w br. Arena.pl S.A. zapowiada złożenie wniosku o przeniesienie notowań na parkiet główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Arena.pl konsekwentnie inwestuje w rozwój i rozbudowę platformy zakupowej. W ostatnich miesiącach spółka między innymi nawiązała współpracę z dostawcą usług finansowych brutto.pl oraz objęła akcje Ekipa Holding.

Mam wielką wiarę w powodzenie spółki. Szereg podjętych przez nas działań już dzisiaj przynosi widoczne korzyści, a cały czas pracujemy nad rozwojem platformy i wdrożeniem kolejnych kroków. Zakładamy nawiązanie szeregu partnerstw strategicznych. Zainwestowaliśmy także w rozwój marketingu oraz odświeżenie ścieżki zakupowej. Wzmocnienie zyskały działy obsługi klienta i programistów. Po stronie sprzedających także można zauważyć znaczące zmiany – mówi Maria Bogajewska, prezes zarządu Arena.pl S.A.

Główne wskaźniki biznesu w pierwszym kwartale br. wskazują na znaczny wzrost rozpoznawalności platformy. Liczba sesji wzrosła o 20 proc., dokonano też o 23 proc. więcej transakcji niż w analogicznym okresie 2020r. Średnia wartość koszyka wzrosła o 73 proc.

Pomimo końca lockdownu nie zauważyliśmy znacznego obniżenia ruchu czy transakcji dokonywanych na platformie. Odnoszę wrażenie, że zwyczaje zakupowe Polaków uległy zmianie na stałe, stąd nie przewidujemy znacznych spadków. Na pewno wielką rolę odgrywa fakt, że na platformie arena.pl znajdują się wyłącznie zweryfikowani sprzedawcy, co pozwoliło nam się obronić w oczach konsumentów w okresie zintensyfikowanych zakupów online – dodaje Bogajewska.

Prezes spółki nabyła dotychczas 1.586.350 akcji. Kurs akcji spółki utrzymuje się na poziomie ok 3,7 zł.  Jeszcze w tym roku Arena.pl S.A. zapowiada przeniesienie notowań na parkiet główny Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.

Notowany na NewConnect TenderHut łączy się z Evertop

TenderHut SA zaprasza pod swój dach kolejny software house. Do technologicznej grupy kapitałowej dołączy chorzowski Evertop, który będzie pierwszą dywizją na Górnym Śląsku jednej z najszybciej rozwijających się firm w IT w Polsce. Warunkowa umowa przejęcia spółki Evertop została podpisana w dniu 07.06.2021. Sprzedając 100 % udziałów chorzowskiego software house’u  jego dotychczasowi właściciele obejmą w sumie 60 000 akcji TenderHut.

TenderHut na pokład przyjmie pół setki doświadczonych specjalistów zaznaczając jednocześnie swoją obecność na Górnym Śląsku. To już 10 akwizycja technologicznej grupy, która od 2016 roku konsoliduje polską branżę IT. Założyciele Evertop pozostaną na aktualnie zajmowanych stanowiskach w spółce, ale ponadto obejmą strategiczne funkcje w spółkach grupy TenderHut. Maciej Kotok, prezes zarządu Evertop, będzie odpowiedzialny za rozwój spółki Grow Uperion,  Łukasz Przepióra, wiceprezes zarządu Evertop, będzie pełnił funkcję COO w Holo4Med, a Michał Siudyka, również wiceprezes zarządu Evertop, zajmie się rozwojem spółki ProtectHut.

Umowa przejęcia spółki została zawarta warunkowo. Warunkiem wejścia jej w życie jest wyrażenie zgody na zmianę struktury udziałowej spółki Evertop przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju.

– Aktualnie czekamy do lipca na dokończenie formalności w NCBiR i nie możemy się doczekać, aby powitać na pokładzie wszystkich pracowników oraz kadrę managerską Evertop. Biorąc pod uwagę naszą strategię, to połączenie znacząco przyspieszy nasze plany rozwojowe – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu TenderHut. Grupa Kapitałowa buduje swój potencjał w oparciu o konsekwentnie realizowaną strategię M&A, która zakłada konsolidację średniej wielkości podmiotów na rynku IT w Polsce i za granicą.

 – Dołączenie do grupy było dla nas ważną decyzją. Łącząc się z TenderHut, z dnia na dzień stajemy się członkiem dużej organizacji, która może realizować globalne projekty na skalę, o którą zawsze nam chodziło. Po prostu duży może więcej – mówi Maciej Kotok, pełniący funkcję prezesa zarządu w Evertop.

Przychody ze sprzedaży Evertop za rok 2020 wyniosły 5,8 mln zł, co stanowi ponad 12% przychodów grupy TenderHut w trudnym ze względu na pandemię COVID-19 roku. Dzięki połączeniu sił TenderHut nie tylko zyska kapitał ludzki, którego brak na polskim rynku stanowi obecnie spory czynnik hamujący rozwój, ale także portfolio nowych klientów oraz pozytywny wpływ na skonsolidowane przychody w 2021 i 2022 roku. – W mojej ocenie poprzez efekt synergii w latach 2021/2022 wspólnie z Evertop uzyskamy lepszy wynik niż gdybyśmy działali jako niezależne podmioty – podkreśla Strzelecki. Chorzowska spółka wśród swoich realizacji posiada wiele istotnych projektów publicznych, jak na przykład system certyfikujący dla Instytutu Badań Edukacyjnych na zlecenie Ministerstwa Edukacji Narodowej, albo portal prezentujący dane o jakości powietrza w Polsce dla Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, czy program przewozów nienormatywnych dla Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad.

Dzięki środkom przyznanym przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju w ramach Programu Sektorowego Innomed, spółka Evertop zrealizowała projekt badawczo-rozwojowy dotyczący diagnostyki i terapii nowotworów. – Przejęcie projektu MIAI, którego celem jest stworzenie systemu nawigacji obrazowej wspomagającego niszczenie zmian ogniskowych w jamie brzusznej za pomocą technik małoinwazyjnych, będzie stanowiło znaczące wzmocnienie platformy telemedycznej MEDISmart oferowanej przez Holo4Med. Cieszymy się na współpracę z twórcami projektu MIAI. Z całą pewnością ich doświadczenie wyznaczy nowe kierunki rozwoju naszych usług dla sektora HealthCare – komentuje Robert Król, prezes zarządu Holo4Med, spółki zależnej TenderHut SA.

Poprzez akwizycję Evertop liczba centrów deweloperskich grupy TenderHut zlokalizowanych w Polsce wzrośnie do dziewięciu.  – Rozwój chorzowskiej dywizji jest dla nas niezwykle ważny. Liczymy na współpracę z uczelniami z regionu i pozyskanie nowych pracowników, którzy będą chcieli dołączyć do TenderHut – mówi Robert Strzelecki.

Niskie stopy procentowe to tańsze kredyty, ale też mniej opłacalne inwestycje

Rada Polityki Pieniężnej na majowym posiedzeniu zdecydowała o znacznym obniżeniu stóp procentowych. Ich poziom jest tak niski, że potocznie mówi się o wprowadzeniu “zerowych” stóp procentowych. Niskie stopy procentowe to tańsze kredyty i mniejsze raty – więc teoretycznie to dobra wiadomość dla gospodarstw domowych i przedsiębiorstw, które są najczęstszymi kredytobiorcami. To także ulga dla skarbu państwa, który w czasach kryzysu jest potężnie zadłużony – a niskie stopy procentowe zmniejszają kwoty tego zadłużenia. Decyzja RPR powinna więc napędzić gospodarkę i zwiększyć konsumpcję – co jest pożądane w sytuacji, gdy mierzymy się z długotrwałym zamrożeniem działalności niektórych branż i trudnościami w innych. Niskie stopy procentowe mają jednak także negatywne skutki.

– Drugą stroną tej sytuacji jest to, że niskie stopy procentowe oznaczają bardzo poważny transfer środków od deponentów do kredytobiorców – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Przy 4-procentowej inflacji stopa procentowa na depozytach, czyli na oszczędnościach i środkach klientów umieszczonych w bankach, powinna być około punkt czy 1,5 punkta wyższa. To dawałoby oprocentowanie na poziomie 5-6%. Przy stanie depozytów ludności na poziomie 1000 miliardów, zarobek deponentów wynosiłby 60 miliardów rocznie. W tym momencie ta kwota przesuwa się z portfeli deponentów na portfele kredytobiorców. To bardzo dużo – i choć potrzebujemy tego transferu, by ożywić gospodarkę – jeśli ta sytuacja się utrzyma, oszczędzanie w bankach przestanie być opłacalne. Deponenci zaczną poszukiwać lepszego sposobu wykorzystania swoich środków niż zanoszenie ich do banków. To oczywiście może być gotówka pod materacem albo niepohamowana żądza zakupu dóbr konsumpcyjnych, która oznacza wzrost inflacji. Ale  mogą to być też inne zachowania – na przykład poszukiwanie alternatywnych sposobów inwestowania, w tym również bardzo ryzykownych dla klientów – ostrzega Soroczyński.

Odwrót od kryptowalut

Po chwilowym uspokojeniu na rynku walut państwowych, gdzie wszyscy czekamy i tak na decyzję banków centralnych, temat problemów wycen kryptowalut znów wraca. Jest to tym silniejsze, że po dwóch tygodniach względnej stabilizacji znów mamy spadki.

Dane z Japonii

W nocy poznaliśmy odczyt PKB z Japonii. Okazał się on wyraźnie lepszy od oczekiwań. Nie znaczy to wcale, że są to dobre rezultaty. Mówimy bowiem o spadku produktu krajowego brutto o 1,6%. Wiadomo, nie jest to spadek o 1,9%, ale recesja to jednak recesja. Jak widać, oczekiwania inwestorów były bardziej optymistyczne niż analityków, gdyż po tych danych widzimy nawet delikatny odwrót inwestorów od jena.

Na kryptowalutach znów gorąco

Wiadomość, że bitcoin najprawdopodobniej będzie legalnym środkiem płatniczym w pierwszym kraju, nie zrobiła dużego zamieszania na rynku. Warto w tym miejscu dodać, że rozmawiamy o Salwadorze, kraju o populacji około 6,5 mln mieszkańców, aczkolwiek jest to państwo, które już teraz nie korzysta ze swojej waluty od 20 lat na rzecz dolara amerykańskiego (a konkretnie ma sztywny kurs względem dolara amerykańskiego). Dzisiaj jednak pierwszy raz od początków lutego bitcoin zameldował się na dłużej poniżej poziomu 34 000 dolarów, co wcale nie znaczy, że odwrót od kryptowalut nie będzie kontynuowany.

Lepsze dane z Czech

Wczoraj nasi południowi sąsiedzi pokazali lepsze od oczekiwań dane. Stopa bezrobocia wbrew oczekiwaniom nie została utrzymana na poziomie 4,1%, ale spadła do 3,9%. W dodatku lepiej wypadły dane na temat produkcji przemysłowej. Nie jest zatem dziwne, że po tych danych czeska korona umacnia się względem pozostałych walut. Czeska korona względem euro jest dzisiaj na najwyższych poziomach od początku pandemii koronawirusa.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Amerykański rynek pracy powoli odbudowuje się

W zeszły piątek, tak jak w każdy pierwszy piątek miesiąca, na rynek trafiły dane z amerykańskiego rynku pracy. Co prawda, zmiana zatrudnienia w sektorze pozarolniczym wyniosła 559 tys., czyli poniżej prognozy 660 tys., natomiast rynki akcji odebrały to pozytywnie. Wynika to z faktu, że rynki najbardziej obawiają się obecnie zacieśniania polityki monetarnej, czyli podwyżek stóp procentowych, a także zmniejszenia dodruku. Wolniejszy powrót gospodarek do sytuacji sprzed pandemii powoduje wolnienie zacieśnianie polityki monetarnej, co jest dobre dla notowań akcji i surowców.

Polski rynek akcji kontynuuje dobrą passe. W ostatnim tygodniu WIG zyskał 1,03%, WIG20 0,82%, mWIG40 0,66%, a sWIG80 1,48%. Od początku roku WIG jest już na plusie 17,28%, co na tle rynków zagranicznych jest bardzo dobrym wynikiem, ponieważ S&P 500 zyskał 12,61%, Nasdaq 100 6,85%, a niemiecki DAX 14,39%.

W tym tygodniu będzie miało miejsce posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej w Polsce, a także posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Rynek nie oczekuje zmian poziomu stóp procentowych, natomiast kluczowe będą komentarze bankierów.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Akcjonariusze Centrum Medycznego ENEL-MED zgodzili się na emisję do 4.713.379 akcji

Akcjonariusze enel-med, największej firmy z branży medycznej z polskim kapitałem, podczas walnego zgromadzenia wyrazili zgodę na emisję publiczną w trybie subskrypcji prywatnej nie więcej niż 4.713.379 akcji, czyli do 20 proc. kapitału spółki.

Pozyskany w drodze emisji akcji kapitał zamierzamy przeznaczyć na rozwój sieci (m.in. stomatologia, przychodnie abonamentowe, diagnostyka obrazowa, medycyna estetyczna, przychodnie specjalistyczne) oraz cyfryzację usług, ze szczególnym uwzględnieniem rozwoju telemedycyny oraz e-commerce. Zakładamy, że digitalizacja usług medycznych będzie jednym z motorów naszego wzrostu w kolejnych latach. Pandemia znacząco przyspieszyła proces dostosowywania się społeczeństwa do rozwiązań cyfrowych – komentuje Jacek Rozwadowski, prezes enel-med.

Do przeprowadzenia emisji akcji nie będzie konieczne sporządzenie prospektu emisyjnego. Emisja publiczna będzie mogła odbyć się z wyłączeniem w całości prawa poboru dotychczasowych akcjonariuszy. Uchwała przewiduje prawo pierwszeństwa dla akcjonariuszy posiadających w dniu rejestracji uczestnictwa na WZA (tj. w dniu 22 maja 2021 r.) akcje uprawniające do wykonywania co najmniej 0,4% ogólnej liczby głosów w spółce. W procesie budowy księgi popytu, na zasadach określonych przez WZA w uchwale o podwyższeniu kapitału zakładowego, będzie mogła wziąć udział każda z następujących grup: (i) inwestorzy kwalifikowani lub (ii) inwestorzy, którzy obejmą akcje o łącznej wartości – liczonej według ceny emisyjnej z dnia jej ustalenia – wynoszącej co najmniej 100 tys. euro lub (iii) osoby wskazane przez zarząd enel-med w liczbie mniejszej niż 150, w tym pracownicy spółki.

Cena emisyjna akcji serii E będzie ustalona na zasadach określonych przez WZA w uchwale o podwyższeniu kapitału zakładowego, z uwzględnieniem wyników procesu budowania księgi popytu. Punktem odniesienia będzie średnia cena arytmetyczna ze średnich dziennych cen akcji spółki ważonych wolumenem obrotu, z wyłączeniem transakcji pakietowych z okresu miesiąca poprzedzającego podjęcie uchwały, tj. 19,00 zł za jedną akcję serii E. Zgodnie z uchwałą, cena emisyjna nie może być niższa od powyższej ceny pomniejszonej o 10%.

Odbicie dolara przerwał raport non-farm payrolls

Dolar pod koniec tygodnia zwyżkował względem innych walut G10, ale stracił niemal wszystkie te zyski po nieco rozczarowującym piątkowym raporcie non-farm payrolls. Złoty za to się umacnia – kurs EUR/PLN w trakcie tygodnia spadł do najniższego od grudnia poziomu 4,45.

Dane z rynku pracy wciąż trudno interpretować, ale inne wskaźniki globalnego wzrostu pokazują oznaki siły. Większość walut rynków wschodzących doświadczyła aprecjacji w zeszłym tygodniu, wspieranej przez wciąż rosnące ceny surowców. Wśród głównych walut niekwestionowanym zwycięzcą był real brazylijski, zaś najgorzej wypadł dolar nowozelandzki.

W tym tygodniu uwaga inwestorów skupi się na czwartku, kiedy czekają nas dwa istotne wydarzenia. Pierwsze z nich to czerwcowe posiedzenie Europejskiego Banku Centralnego. Ani my, ani rynek nie spodziewamy się zmian w jego polityce monetarnej. Niewykluczone jednak, że komunikacja będzie mniej gołębia, niż oczekuje rynek, co mogłoby wzmocnić wspólną walutę. W momencie rozpoczęcia konferencji prasowej po posiedzeniu EBC poznamy dane o inflacji w USA w maju, więc czwartkowe popołudnie zapowiada się na wyjątkowo zmienny okres w handlu.

PLN

Złoty nie przestaje się umacniać. Kurs EUR/PLN w trakcie tygodnia spadł do najniższego od grudnia poziomu 4,45 i niewiele brakowało, żeby przebił minima z tamtego okresu. Szeroka poprawa sytuacji epidemicznej, redukcja obostrzeń i dobre dane z gospodarki znajdują odzwierciedlenie w lepszym sentymencie. Dodatkowo też wzmacniają oczekiwania względem zacieśnienia polityki pieniężnej ze strony Rady Polityki Pieniężnej. Tym samym na znaczeniu zyskują posiedzenia decyzyjne, z których najbliższe odbędzie się już w środę. Z kolei w piątek prezes NBP odpowie na pytania dziennikarzy.

Cały czas uważamy, że najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest stabilizacja stóp procentowych w tym roku. Niemniej perspektywa ich wzrostu zdecydowanie się przybliżyła i coraz bardziej realne wydaje się rozpoczęcie cyklu podwyżek w pierwszych miesiącach 2022 r. Coraz więcej ekonomistów bierze pod uwagę scenariusz, w którym cykl ten zaczyna się wcześniej lub dochodzi do „sygnalnego” podniesienia stóp procentowych o 10–15 pb., aby wpłynąć na oczekiwania ludzi i firm. Rynek wycenia jednak mniej więcej dwukrotnie większy ruch jeszcze przed końcem roku.

Ze względu na silny wzrost inflacji, zmianę oczekiwań inflacyjnych i dobrą sytuację na rynku pracy obserwacja zachowania jastrzębiego skrzydła oraz dynamiki w Radzie będzie ciekawa. O ile nie sądzimy, że za podwyżką zagłosuje wystarczająco dużo członków, aby wniosek został przyjęty, o tyle pojedyncze głosy za podwyższeniem stóp mogą pojawić się jeszcze w czerwcu lub lipcu. Kolejny miesiąc przyniesie nowe projekcje NBP, które powinna charakteryzować wyraźna korekta w górę prognoz inflacji.

EUR

Wstępny raport o cenach w strefie euro w maju pokazał, że nie jest ona wolna od presji inflacyjnej narastającej na całym świecie. Inflacja w końcu osiągnęła 2% po raz pierwszy od 2018 r. Wzrost stopy bazowej był niższy, do 0,9%, i wciąż znajduje się poniżej celu EBC. Uważamy, że w jej kontekście w najbliższych miesiącach jest spore pole do zaskoczeń w górę.

Kluczową informacją z posiedzenia EBC w tym tygodniu będzie to, czy ogłoszony wcześniej „istotny” wzrost tempa skupu obligacji będzie zmniejszony w związku z ożywieniem gospodarczym. Uważamy, że bank centralny nie jest jeszcze gotowy na ten krok, chociaż jego prognozy ekonomiczne z pewnością będą odzwierciedlać bardziej optymistyczne nastawienie. Generalnie spodziewamy się, że euro będzie doświadczać stopniowej aprecjacji, ale raczej ze względu na ogólną słabość dolara niż na siłę wspólnej waluty.

USD

Raport non-farm payrolls za maj potwierdził, że ograniczenia podaży stają się wąskim gardłem wzrostu gospodarczego USA, a nadmierny popyt będzie nadal wywierał presję na wzrost cen. Wzrost zatrudnienia o 559 tys. miejsc pracy netto jest wystarczająco dobry, ale niższy niż oczekiwano, z kolei wskaźnik aktywności zawodowej się stabilizuje. Pensje wzrosły bardziej, niż oczekiwano, co jest kolejnym znakiem, że pracodawcy konkurują między sobą, by zapełnić wolne stanowiska.

Uważamy, że hojne zasiłki dla bezrobotnych, zamknięte szkoły i relokacja pracowników w czasie pandemii będą nadal ograniczać zatrudnienie, a przez to rosnący popyt będzie powodować zwiększenie presji inflacyjnej jeszcze przynajmniej w przyszłym roku. Brak reakcji Fedu na tę sytuację, który wydaje się prawdopodobny, nie będzie naszym zdaniem pozytywny dla dolara.

GBP

Wysokie poziomy wskaźników PMI w maju i nie tak gołębie komunikaty ze strony decydentów Banku Anglii zwiększają prawdopodobieństwo, że stopy procentowe w Wielkiej Brytanii wzrosną szybciej niż w USA i strefie euro. Uważamy, że ta możliwość odpowiada za sporą część ostatniej siły funta, a najnowsze dane ekonomiczne nadal wspierają tę tezę. Szczególnie wyróżnia się odczyt indeksu PMI dla usług Wielkiej Brytanii, który pokazał wzrost do najwyższego poziomu od 24 lat (62,9 pkt).

W tym tygodniu nie ma żadnych publikacji wnoszących wiele do obecnego obrazu, które mogłyby poruszyć rynkiem, więc zachowanie funta powinno zależeć od wieści spoza kraju, w szczególności czwartkowego posiedzenia EBC.

CHF

Frank szwajcarski zakończył tydzień mniej więcej w połowie stawki w grupie G10, zaś kurs EUR/CHF spadł bliżej poziomu 1,09. Wygląda na to, że frankowi pomógł spadek rentowności amerykańskich obligacji pod koniec tygodnia.

Dane gospodarcze ze Szwajcarii były w zeszłym tygodniu mieszane, ale ogólnie nadal wskazują na odradzanie się gospodarki. Szczególnie dobrą wiadomością jest spadek stopy bezrobocia, który powinien zapewnić przestrzeń do wzrostu krajowego popytu przy okazji łagodzenia pandemicznych obostrzeń.

W tym tygodniu nie spodziewamy się wielu wieści ze Szwajcarii. Kluczowe dane o inflacji zostały już opublikowane, a wzrost cen konsumenckich zaskoczył nieco w górę. Wpisuje się to w obraz odbicia inflacji w reszcie Europy i za oceanem.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

POLSA i EFK łączą siły – wspólnie o najważniejszych wydarzeniach kosmicznych

Współpraca przy organizacji i promocji European Rover Challenge w ciągu najbliższych lat, wspólne działania edukacyjne oraz informacyjno-promocyjne, związane z rozpowszechnianiem wiedzy na temat sektora kosmicznego – to główne założenia podpisanego 7 czerwca br. porozumienia pomiędzy Polską Agencją Kosmiczną a Europejską Fundacją Kosmiczną.

Porozumienie ze strony POLSA podpisał prezes Grzegorz Wrochna, natomiast EFK reprezentował prezes zarządu Łukasz Wilczyński.

European Rover Challenge (ERC) to międzynarodowy konkurs dla zespołów uniwersyteckich w budowaniu i sterowaniu pojazdami robotycznymi – odpowiednikami pojazdów przeznaczonych do eksploracji Marsa i Księżyca. Odbywa się w Polsce od 2014 r. i składa się z tytularnych zawodów robotycznych oraz strefy inspiracji z licznymi pokazami oraz prelekcjami popularno-naukowymi. To największe tego typu wydarzenie w Europie.

Głównym celem projektu ERC jest upowszechnianie i promocja nauki oraz innowacyjnych rozwiązań powstających na uczelniach na świecie i w Polsce w zakresie technologii kosmicznych i robotycznych. ERC jest również platformą wymiany wiedzy i doświadczeń pomiędzy profesjonalistami, naukowcami oraz studentami zainteresowanymi inżynierią i robotyką kosmiczną.

Zdaniem prezesa Wrochny, korzyści dla polskiego sektora kosmicznego związane z organizacją ERC są ogromne – Konkurs pozwala budować kompetencje oraz wspiera rozwój przyszłych kadr. To również doskonałe miejsce do nawiązywanie kontaktów i współpracy między polskimi i zagranicznymi podmiotami oraz tworzenie pozytywnego wizerunku krajowego sektora kosmicznego zagranicą – mówił prezes POLSA. Dodał, że eksperci Polskiej Agencji Kosmicznej od samego początku powstania są zaangażowani w prace podczas ERC.

Zdaniem prezesa Łukasza Wilczyńskiego, współpraca z Polską Agencją Kosmiczną pozwoli na zacieśnianie relacji i współpracy przy samym ERC, ale także przy innych przedsięwzięciach o charakterze edukacyjnym w Polsce. – Misją Fundacji jest tworzenie sieci współpracy w europejskim sektorze kosmicznym i umowa z  POLSA jest ważnym krokiem na tej drodze. To ważne, aby podmioty kosmiczne w naszym kraju mocno współpracowały ze sobą, gdyż dzięki temu możemy wspólnie szybciej osiągać założone cele – dodał Wilczyński

Zimny prysznic za oceanem, kosmiczne dane z Chin

Inwestorzy mieli duże nadzieje związane z piątkową publikacją danych z rynku pracy. Jak się jednak okazało, jest dobrze, ale nie tak dobrze jak oczekiwano, co spowodowało przecenę dolarów amerykańskiego i kanadyjskiego.

Słabsze zakończenie tygodnia za oceanem

Po ostatnich danych z rynku pracy oczekiwania inwestorów co do danych makroekonomicznych były bardzo wysokie. Jak to często bywa w takich sytuacjach, realne dane wcale nie były aż takie dobre. Stopa bezrobocia, co prawda, zgodnie z oczekiwaniami spadła poniżej 6%, osiadając na pułapie 5,8%, aczkolwiek liczono na więcej. Głównym zawodem dla inwestorów były jednak dane o zmianie zatrudnienia. W sektorze prywatnym wzrosło o 492 tysiące, podczas gdy oczekiwano 600 tysięcy. Różnica 108 tysięcy to niemal 0,1% pracujących. Rynek walutowy zareagował na słabsze dane od razu. Tak jak po czwartkowych danych dolar dolar podskoczył o około 3 grosze, tak w piątek spadł o niemal tyle samo. W rezultacie jest tylko trochę mocniejszy niż przed tym kompletem danych.

Kosmiczne dane z Chin

Dzisiaj w nocy poznaliśmy dane z Państwa Środka. Nie pozostawiono wątpliwości, że Pekin dalej ma potężne ambicje w sprawie swojego udziału w gospodarce światowej. Wzrost importu o ponad 50% robi wrażenie, tym bardziej że rok temu mieliśmy spadek o 16,7%. Oznacza to, że pomimo pandemii import wzrastał w te dwa lata średnio o ponad 10% rocznie. Eksport z kolei wzrósł “zaledwie” o 27,9%, co teoretycznie jest dobrym rezultatem, tym bardziej biorąc pod uwagę, że spadek rok temu wynosił zaledwie 3%, aczkolwiek analitycy spodziewali się ponad 4% większego wzrostu eksportu.

W Kanadzie też dane zawiodły

Piątek był słabym dniem dla rynków pracy Ameryki Północnej. Analitycy spodziewali się spadku miejsc pracy w Kanadzie, ale oczekiwania spadku o 23,5 tysiąca to jedno, a spadek o 68 tysięcy to drugie. Nie mogło zatem dziwić, że rynki odwróciły się również od dolara kanadyjskiego tego dnia. Jak już mowa o państwach Ameryki Północnej, to w piątek nie było do kompletu danych z Meksyku, ale ostatnie dane z końca maja również okazały się problemem dla meksykańskiego peso.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych nie ma ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Wall Street nie chce dobrych danych

Dane z amerykańskiego rynku pracy rozczarowały rynek, mimo, że pokazały ożywienie. Oficjalne oczekiwania plasowały się nieco wyżej, te nieoficjalne cały czas oscylowały wokół miliona nowych miejsc pracy. Po raz kolejny złe dane są paliwem do wzrostów Wall Street. Tym samym traci dolar amerykański i zyskuje złoto. Interpretacja jest dość prosta. Gorsze dane zmniejszają ryzyko normalizacji polityki pieniężnej przez Fed, co działa pozytywnie na ryzykowne aktywa, a negatywnie na wartość nabywczą dolara amerykańskiego.

W mijający weekend głos zabrała ponownie sekretarz skarbu USA Janet Yellen, która broniła dalszych planów wydatków amerykańskiej administracji.  W udzielonym wywiadzie wydawała się być przekonana, że Fed będzie w stanie powstrzymać wzrost inflacji. Stwierdziła, że wynikające z tego wyższe stopy procentowe byłyby „plusem dla społeczeństwa i Fed-u. Tym razem rynek nie zareagowała impulsywnie. Przeszedł wręcz obojętnie obok tych informacji. Inwestorzy pamiętali bowiem o piątkowych danych z rynku pracy, które rozczarowały i przeceniły dolara amerykańskiego. Co prawda zatrudnienie w sektorze pozarolniczym wypadło zdecydowanie (559 tys.) lepiej od odczytu kwietniowego, jednak było gorsze od konsensusu rynkowego. Z drugiej strony spadła stopa bezrobocia do 5,8 proc. W maju ponownie wzrosło zatrudnienie w branży rozrywkowej i hotelarskiej (+292 tys.). Wiele firm bowiem w ostatnim czasie ponownie rozpoczęło swoją działalność. Wzrost zatrudnienia jest ograniczona prawdopodobnie przez podaż pracy. Udział siły roboczej (zatrudnieni + bezrobotni) w całej populacji USA – czyli współczynnik aktywności zawodowej spadł w maju i wynosi obecnie 61,6 proc. Przed pandemia oscylował wokół 63 proc. Ponowny wyraźny wzrost średnich zarobków godzinowych o 0,5 proc od kwietnia może również wskazywać na problemy z niedoborem siły roboczej. Prawdopodobnie podaż pracy będzie decydującym czynnikiem dla perspektyw rynku pracy. Oczywiście jedną z przyczyn niskiej skłonności do powrotu na rynek pracy są zwiększone zasiłki dla bezrobotnych. Co prawda liczba nowych wniosków spadła w ostatnim czasie, jednak dane na temat osób pobierających zasiłki  jest nadal bardzo wysoka. Pamiętajmy, że dodatkowe zasiłki dla bezrobotnych wygasają we wrześniu (w niektórych stanach republikańskich wcześniej), co może wpłynąć korzystnie na rynek pracy. Szkoły się otwierają a wraz z postępem szczepień obawy przed zarażeniem powinny się zmniejszać. Tak więc podaż pracy powinna w kolejnych miesiącach rosnąć.

EURUSD na dane zareagował dynamicznym wzrostem z 1,2103 do 1,2185. Dziś obserwujemy lekko silniejszego dolara, jednak tendencja osłabiająca amerykańską walutę powinna utrzymać się przynajmniej do najbliższych danych o inflacji w USA (czwartek). Pamiętajmy, że w tym tygodniu brak jest jakichkolwiek wystąpień członków Fed-u, zatem będzie brakować impulsu do większej zmienności ze strony Rezerwy Federalnej. Moim zdanie bardzie zatem prawdopodobne będzie powolne zmierzanie pary walutowej w kierunku północnym, z możliwym wyrównaniem szczytów na 1,2250. To zaledwie 90 pkt. od ceny bieżącej. Indeksy amerykański zareagowały o 14:30 optymistycznie. S&P500 „prawie” wyrównał poziomy historycznych szczytów. Dow Jones oraz NASDAQ do ATH mają jeszcze pewną przestrzeń. Powinny one jednak skracać dystans do indeksu szerokiego rynku.

EUR/PLN jest względnie stabilny i aktualnie znajduje się na poziomie 4,4593. Oczekiwana jest podwyższona zmienność, która ma wynikać z środowego posiedzenia RPP oraz konferencji NBP (prawdopodobnie w piątek). Ostatnie dane pokazujące wyższą inflację oraz ożywienie gospodarcze podgrzewają spekulację o zmianie nastawienia RPP oraz możliwej zmianie komunikacji w stronę otwartości do wygaszania skupu aktywów jeszcze w tym roku. Pamiętajmy jednak, że przewodniczący Glapiński należy do gołębiego obozu, co nadal daje większe prawdopodobieństwo braku jakichkolwiek zmian w parametrach polityki pieniężnej do końca kadencji.

Łukasz Zembik, kierownik dep. analiz w TMS Brokers

Dane o zatrudnieniu w USA przynoszą ulgę niepewnym rynkom

Najnowszy raport o zatrudnieniu w USA jest ulgą dla rynków, które dzięki delikatnemu ożywieniu łagodzą obawy Rezerwy Federalnej (Fed). Jest to szczególnie ważne, biorąc pod uwagę niestabilność w poprzednich miesiącach i gorączkową debatę na temat tego, kiedy Fed zacznie zacieśniać swoją dość luźną politykę monetarną, jako preludium do podniesienia stóp procentowych od zera.

Poprawa sytuacji w obszarze zatrudnienia nastąpiła w maju, kiedy dodano 559 000 miejsc pracy – poniżej oczekiwań mówiących o możliwych 650 000 – ale znacznie powyżej zaskakująco niskiego poziomu 278 000 nowych miejsc pracy w kwietniu. Wzrost w maju był spowodowany ponownym otwarciem sektora hotelarskiego i rekreacyjnego. Stopa bezrobocia spadła do 5,8 proc. w porównaniu z kryzysowym szczytem 14,8 proc., ale nadal jest to około 8 milionów miejsc pracy poniżej poziomu sprzed kryzysu.

Nieco wolniejsze niż oczekiwano ożywienie na rynku pracy, łagodzi presję na Fed, aby na posiedzeniu w dniach 15-16 czerwca rozważyć ograniczenie skupu obligacji o wartości 120 miliardów dolarów miesięcznie. Uważamy, że te wiadomości wzmocnią rynki akcji, bo w dużej mierze już mogły one uwzględniać obawy dotyczące ograniczenia skupu obligacji i naszym zdaniem odbiór rynków jest bardziej pozytywny niż negatywny

Ben Laidler, strateg ds. rynków globalnych w eToro

Pandemia ransomware trwa w najlepsze! Rosyjscy hakerzy wiodą prym w atakach

Za ostatnimi głośnymi ostatnimi atakami na Massachusetts Streamline Authority i JBS prawdopodobnie stoją rosyjscy hakerzy z grupy REvil – informuje Check Point Research (CPR). Eksperci bezpieczeństwa cybernetycznego mówią o istnej pandemii ataków dla okupu.

Za ostatnimi głośnymi atakami ransomware na Steamship Authority of Massachusetts oraz największej na świcie firmy przetwarzającej mięso – JBS najprawdopodobniej stoją rosyjskojęzyczni hakerzy z grupy REvil, odpowiedzialnej za dziesiątki poważnych naruszeń realizowanych od 2019 roku.

Atak na brazylijską firmę JBS spowodował wstrzymanie produkcji w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie oraz Australii. To kolejny potężny atak ransomware w ostatnich tygodniach. Zdaniem ekspertów, ilość tego typu ataków wzrosła o ponad 102 proc. w porównaniu do zeszłego roku.

REvil, czyli hakerzy w kooperacji

Jednym z kluczowych czynników decydujących o sukcesie, stojącego za atakami na JBS, REvil ma być – zdaniem ekspertów Check Point Research – wykorzystanie tzw. podwójnego wymuszenia, czyli techniki, w której cyberprzestępcy poza szyfrowaniem plików dodatkowo wykradają newralgiczne dane organizacji. Oznacza to, że nie tylko żądają okupu za odszyfrowanie danych, ale również grożą ujawnieniem skradzionych informacji, jeśli nie zostanie uiszczona odpowiednia opłata.

REvil jest również znany z łączenia sił z innymi zaawansowanymi hakerami, którzy są odpowiedzialni za włamywanie się do nowych celów, eksfiltrację danych i szyfrowanie sieci. Grupa REvil zapewnia we wspólnych operacjach oprogramowanie ransomware oraz zarządza częścią finansową: od negocjacji po płatność.

W kwietniu tego roku REvil zademonstrowało użycie techniki tzw. potrójnego wymuszenia. Włamując się do Quanta Computer (znanego tajwańskiego producenta notebooków (ODM) i czołowego partnera biznesowego Apple), zażądano zapłaty blisko 50 milionów dolarów. Jednocześnie cyberprzestępcy ostrzegli, że suma zostanie podwojona, jeśli nie zostanie zapłacona na czas. Ponieważ firma odmówiła kontaktu z cyberprzestępcami, REvil postanowił wymusić okup na Apple, żądając odkupienia projektów ich produktów znalezionych w sieci Quanta Computer. Zaledwie tydzień później REvil usunął projekty Apple’a ze swojej strony publikującej wycieki danych.

Incydenty ransomware coraz powszechniejsze

Z analiz Check Point Research wynika, że średnio ponad 1000 organizacji na całym świecie jest co tydzień atakowanych przez oprogramowanie ransomware. To 102% wzrost ataków porównaniu z początkiem 2020 r!

– W zeszłym roku mówiono o pandemii cyberataków, opisując gwałtowny wzrost zagrożeń sieciowych w trakcie pandemii koronawirusa. Dziś główne zagrożenie jawi się w postaci oprogramowania ransomware i wyraźnie znajdujemy się w środku pandemii ataków dla okupu. Do tej pory widzieliśmy, jak kolejne ataki zdominowały nagłówki gazet: od ataku na CD Projekt, przez rurociąg Colonial, aż po JBS i Massachusetts Steamship Authority – mówi Wojciech Głażewski, Country Manager w Check Point Software.liczba ataków hakerskich

Sektorami, które obecnie doświadczają największej liczby prób ataków ransomware są opieka zdrowotna (109 ataków tygodniowo), usługi użyteczności publicznej (59) oraz ubezpieczenia i usługi prawne (34).

Najczęściej atakowanymi sią firmy z regionu APAC ze średnią 51 ataków tygodniowo. Na drugim miejscu są organizacje z Ameryki Północnej, gdzie dochodzi średnio do 29 prób ataków. W Europie i Ameryce Łacińskiej organizacja mierzy się z 14 próbami tego typu ataków w tygodniu, natomiast w Afryce dochodzi w tym czasie do 4 prób.

Polska na tle Europy i świata wydaje się względnie spokojną przestrzenią. W naszym kraju dochodzi średnio do 5 prób ataków ransomware na organizację tygodniowo. Część z nich okazuje się jednak bardzo skuteczna, o czym przekonał się niedawno CD Projekt RED, a kilka lat temu klinika Budzik. Nie oznacza to, że hakerzy nie obierają polskich celów; od stycznia do maja odnotowano 59% wzrost wszystkich typów cyberataków w porównaniu do analogicznego okresu w 2020 roku. To przyrost wyższy niż w we Włoszech (40%), Czechach (49%) czy Grecji (52%).

Obawiam się, że przyszłość przyniesie jeszcze więcej tego typu incydentów, ponieważ oprogramowanie ransomware stało się potężnym i opłacalnym dla przestępców biznesem. Niestety, im więcej organizacji płaci okupy, tym silniej finansowane są prace badawczo-rozwojowe hakerów w celu przeprowadzania bardziej wyrafinowanych ataków. Dobrym tego przykładem jest technika potrójnego wymuszenia, w której hakerzy zagrażają nie tylko swoim celom, ale także klientom i partnerom. Można śmiało powiedzieć, że oprogramowanie ransomware jest obecnie jednym z największych zagrożeń bezpieczeństwa narodowego, z jakimi mamy do czynienia – dodaje Wojciech Głażewski.

Deloitte: Zwiększona aktywność ubezpieczycieli na rynku fuzji i przejęć mimo pandemii

Pandemia przyspieszyła digitalizację branży ubezpieczeniowej. ​​Sektor ten był jednym z tych, w którym koronawirus paradoksalnie, mimo dużej niepewności, przyczynił się również do ożywienia na rynku fuzji i przejęć, o których myśli jedna trzecia firm w tym sektorze. Badanie 2021 Insurance outlook, Accelerating recovery from the pandemic while pivoting to thrive, przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte, pokazuje, że liderzy branży koncentrują się na budowie mocnych fundamentów, które pozwolą przetrwać okres pandemii oraz na stworzeniu strategii, dzięki której firmy będą się dalej rozwijać i osiągać biznesowe sukcesy.

Z badania przeprowadzonego przez Deloitte wśród największych ubezpieczycieli na świecie wynika, że pomimo wysiłków włożonych w adaptację do nowej pandemicznej rzeczywistości, firmy wciąż napotykają trudności na drodze do osiągnięcia wyższej rentowności. Według prawie połowy ankietowanych przedstawicieli firm ubezpieczeniowych, ich organizacja nie była przygotowana na trudną sytuację gospodarczą. Jedynie 25 proc. respondentów potwierdziło, że przedsiębiorstwo, w którym pracują ma jasną wizję i plan działania na utrzymanie odporności operacyjnej i finansowej.

Na kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię musiała być gotowa także branża ubezpieczeniowa. Zwłaszcza pierwsza połowa 2020 roku była trudna dla wielu przedstawicieli sektora, a niektóre rodzaje ubezpieczeń, w tym przede wszystkim ubezpieczenia na życie, napotkały trudności bardziej niż inne. Mimo to przewiduje się, że w 2021r., wzrost składek na ubezpieczenia (poza życiowymi) w skali globalnej wyniesie 3 proc. (vs brak wzrostu w pandemicznym 2020 r.) Oczekiwany przyrost może nastąpić dzięki rynkom wschodzącym, gdzie szacuje się, że wyniesie on nawet 7 proc. Podobnie będzie w przypadku ubezpieczeń na życie. Wzrost składki ubezpieczeniowej w skali globalnej szacowany jest w tym roku również średnio na 3 proc. Dla porównania w ubiegłym roku spadek w segmencie życiowym wyniósł aż 6 proc.

– Firmy muszą skutecznie zarządzać kluczowymi fazami wychodzenia: reakcją, odzyskaniem siły i rozwojem. Uporanie się ze skutkami pandemii jest konieczne, ale niewystarczające. Strategia ofensywna, czyli koncentracja na rozwoju, innowacjach i inwestycjach to droga do tego, by nie tylko jak najmniej odczuć skutki pandemii, lecz także uzyskać przewagę konkurencyjną na rynku już po jej zakończeniu – mówi Marcin Piskorski, partner, lider sektora ubezpieczeniowego, Deloitte.

Pandemia wpłynęła negatywnie nie tylko na segment ubezpieczeń na życie, lecz także na działalność zakładów zajmujących się ubezpieczeniami od rezygnacji lub odwołanych wydarzeń oraz ubezpieczeniami pracowniczymi. Na przykład w USA poziom rentowności w ciągu roku w tego typu ubezpieczeniach zmniejszył się z 8,3 proc. do 2,8 proc. Spadek sprzedaży polis w tym obszarze związany jest z obostrzeniami epidemicznymi oraz masową likwidacją miejsc pracy.

Nowe rodzaje ubezpieczeń w cyfrowej rzeczywistości

Pandemia może przyczynić się do rozwoju nowych rodzajów ubezpieczeń, np. ubezpieczeń parametrycznych, w których świadczenie jest wypłacane w razie wystąpienia określonego czynnika (np. suszy czy powodzi). Rozwiązanie to zostało wskazane jako najwyższy priorytet w zakresie rozwoju produktu wśród respondentów z Ameryki Północnej i Europy oraz jako numer trzy w regionie Azji i Pacyfiku. Koncepcja, która już zyskała na znaczeniu w zakresie pokrywania szkód majątkowych, może znaleźć zastosowanie w przypadku wystąpienia kolejnych epidemii w przyszłości. W związku z tym, że 40 proc. ankietowanych spodziewa się zwiększenia inwestycji w bezpośrednią sprzedaż online, na znaczeniu zyskuje też kwestia cyberbezpieczeństwa. Respondenci z Ameryki Północnej wskazali je jako najwyższy priorytet, w regionie Azji i Pacyfiku znalazł się na drugiej pozycji, w Europie – na trzeciej.

Kolejnym segmentem branży, w którym pojawia się miejsce na innowacje wynikające z następstw pandemii koronawirusa są ubezpieczenia majątkowych, w tym pojazdów i nieruchomości. Postpandemiczna zmiana nawyków oraz środowiska pracy otwiera nowe możliwości związane z personalizacją polis, a ich rozszerzeniem zainteresowani są głównie młodsi nabywcy.

Wydawało się, że pandemia zwiększy świadomość konsumentów, jeżeli chodzi o korzyści posiadania ubezpieczeń na życie. Tymczasem, badanie amerykańskiej firmy J.D. Power, zajmującej się analizą danych i wywiadem konsumenckim wykazało, że niekoniecznie się tak dzieje. Pomimo tego, że w czasie przeprowadzania badania liczba ofiar śmiertelnych COVID-19 w Stanach Zjednoczonych przekraczała 200 000 osób, ankietowani konsumenci nie wydawali się bardziej zmotywowani do zakupu tego rodzaju ubezpieczenia.

Źródłem tej niechęci może być ograniczona komunikacja z klientami, przekonanie o wysokich kosztach polisy i złożoności procesu transakcji. Oznacza to, że branża ubezpieczeniowa ma przed sobą wiele wyzwań, które dotyczyć będą przede wszystkim zwiększenia świadomości konsumentów i skutecznej penetracji rynku – mówi Marcin Piskorski.

Kolejnym wyzwaniem jest cyfryzacja, choć warto wspomnieć, że była ona priorytetem organizacji jeszcze przed wybuchem pandemii. Aż 95 proc. ankietowanych chce przyspieszyć lub już przyspiesza ten proces.  Intensyfikacja digitalizacji stanowi główny priorytet respondentów w Ameryce Północnej, natomiast wśród ankietowanych w Europie znalazła się dopiero na czwartym miejscu, a w regionie Azji i Pacyfiku zajęła piątą pozycję. Teraz celem cyfryzacji jest zarówno napędzanie wzrostu, przyspieszenie odbudowy zysków, finansowanie innowacji, jak i zrównoważenie dodatkowych kosztów poniesionych w wyniku COVID-19. Prawie dwie trzecie ankietowanych spodziewa się zmniejszenia budżetów o 11-20 proc. w ciągu następnych 12-18 miesięcy. Firmy z regionu Azji i Pacyfiku (zwłaszcza z Australii i Japonii) przewidują jeszcze bardziej rygorystyczne redukcje – 35 proc. z nich spodziewa się cięć o ponad 20 proc. W Europie obniżenie wydatków na tym poziomie przewiduje 19 proc. ankietowanych, a w Ameryce Północnej 11 proc. Jednak większość ubezpieczycieli unika radykalnych redukcji i stawia na bezpieczniejsze posunięcia: zmianę priorytetów, pozbycie się nieistotnych wydatków czy opóźnienie terminu niektórych inwestycji.

Zaskoczenie na rynku M&A

Globalna aktywność fuzji i przejęć w branży ubezpieczeniowej w pierwszej połowie 2020 r. była analogiczna do działań z pierwszego półrocza 2019 r. Działo się tak dlatego, że większość tych transakcji była na zaawansowanym etapie jeszcze przed wybuchem pandemii. Pomimo tego, że poziom niepewności związany z obecną sytuacją na świecie, nie zwiastował zbyt dużego ruchu w zakresie M&A, pod koniec trzeciego kwartału 2020r. w samych Stanach Zjednoczonych ogłoszono 25 transakcji w tym sektorze. Świadczy to o tym, że tendencja może być odwrotna niż przewidywano. Aż jedna trzecia respondentów uważa za prawdopodobne, że ich firma zwiększy aktywność w zakresie fuzji i przejęć, chociaż tylko 4 proc. stwierdziło, że jest to bardzo prawdopodobne.

 – Zainteresowanie ubezpieczycieli przejęciami, które obserwujemy również w Polsce, napawa optymizmem, bo oznacza to, że branża wyciąga wnioski z doświadczenia zdobytego podczas pandemii i wprowadza zmiany w życie. Nowe transakcje M&A będą odzwierciedlać zmienione priorytety i strategie ubezpieczycieli, które różnią się w zależności od regionu – mówi Mariusz Słowikowski, dyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

Wydaje się, że jednym z głównych celów przejęć jest osiąganie nowych możliwości technologicznych. Oczekiwania te są szczególnie widoczne w Ameryce Północnej. W Europie stawia się przede wszystkim na rozwijanie istniejących rozwiązań, a region Azji i Pacyfiku koncentruje się na zwiększaniu sprzedaży. Nabycie insurtechów to szansa na rozwój dla bardziej dojrzałych ubezpieczycieli.

Z analizy przeprowadzonej przez Deloitte wyłaniają się dwa modele procesu przejęć i fuzji: ofensywna (ochrona rynku w celu utrzymania parytetu konkurencyjnego) i defensywna (przekształcenie firmy, aby zabezpieczyć jej przyszłość i zmienić układ sił rynkowych). – Uważamy, że nastąpi połączenie obu strategii, bo dzięki nim firmy będą dysponować narzędziami chroniącymi istniejące rynki, przy jednoczesnym przyspieszeniu fazy odbudowy i skupieniu się na rozwoju – mówi Mariusz Słowikowski, dyrektor w dziale Doradztwa Finansowego, Deloitte.

O badaniu

Badanie Deloitte US Center for Financial Services zostało przeprowadzone w lipcu i sierpniu 2020 r. wśród 200 menadżerów z sektora ubezpieczeniowego zarządzających finansami, operacjami, szkoleniem pracowników i technologiami. Respondenci pochodzą z trzech regionów –  Ameryki Północnej (Stany Zjednoczone i Kanada), Europy (Wielka Brytania, Francja, Niemcy i Szwajcaria) oraz Azji i Pacyfiku (Australia, Chiny, Specjalny Region Administracyjny Hongkong i Japonia).

Co trzeci Polak (35%) zalicza siebie do klasy średniej

Co trzeci Polak (35%) zalicza siebie do klasy średniej. 36% badanych uważa, że do klasy średniej należą Polacy, którzy zarabiają miesięcznie na rękę między 4 a 6 tys. zł. Większość Polaków (65%) uważa, że państwo powinno dążyć do takiego rozwoju gospodarki, żeby ludzie się bogacili dzięki swojej pracy, ale już prawie co trzeci (30%) jest zdania, że wszyscy powinni zarabiać na podobnym, średnim poziomie. Zdecydowana większość badanych (74%) spodziewa się różnych działań unikowych ze strony przedsiębiorców lub przenoszenia kosztów na konsumentów po zapowiedziach ogłoszonych w „Polskim Ładzie” – tak wynika z badania przeprowadzonego dla serwisu ciekaweliczby.pl na panelu Ariadna.

Jedna trzecia Polaków (35%) zalicza siebie do klasy średniej, a 30% uważa, że trochę do niej należy, a trochę nie. 23% nie zalicza siebie do klasy średniej, a 12% badanych odpowiedziało, że nie wie, czym jest klasa średnia.

Do klasy średniej zaliczyło się więcej wyborców Koalicji Obywatelskiej (52%) oraz Prawa
i Sprawiedliwości (47%) niż wyborców Polski 2050 Szymona Hołowni (38%) czy Lewicy (34%).klasa średnia

Według 36% Polaków klasę średnią tworzą osoby zarabiające od 4 do 6 tys. zł miesięcznie na rękę. Prawie co czwarty badany (24%) uważa, że do klasy średniej należą osoby zarabiające między 2 a 4 tys. zł, ale również prawie co czwarty (23%) sądzi, że między 6 a 8 tys. zł. Tylko 7% uważa, że osoby
z klasy średniej zarabiają powyżej 10 tys. zł netto.

Badanie pokazuje, że w kontekście zarobków klasa średnia jest inaczej rozumiana przez osoby, które siebie do niej zaliczają, a inaczej przez osoby, które uważają, że do niej nie należą. Wśród osób, które zaliczyły się do klasy średniej, najwięcej, bo 38% uważa, że klasa średnia zarabia między 4 a 6 tys. zł miesięcznie na rękę, ale już wśród tych osób, które nie zaliczyły się do tej klasy, przeważają odpowiedzi, że klasa średnia zarabia więcej, bo między 6 a 8 tys. zł.

Wśród wyborców zarówno partii rządzącej, jak i ugrupowań opozycyjnych dominuje przekonanie, że osoby z klasy średniej zarabiają miesięcznie na rękę między 4 a 6 tys. zł. Jeśli chodzi o definiowanie zarobków klasy średniej, to odpowiedzi wyborców Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 Szymona Hołowni i Lewicy są na dość zbliżonym poziomie. Na tym tle wyróżniają się odpowiedzi wyborców PiS, z których co czwarty (25%) uważa, że do klasy średniej należą Polacy zarabiający między 2 a 4 tys. zł. Wśród wyborców partii opozycyjnych pogląd ten podziela między 12% a 16% badanych.klasa średnia 2

Większość Polaków (65%) uważa, że państwo powinno dążyć do takiego rozwoju gospodarki, żeby ludzie bogacili się dzięki swojej pracy, ale już prawie co trzeci (30%) popiera model państwa, w którym wszyscy obywatele zarabiają na podobnym, średnim poziomie. Tylko 5% uważa, że państwo powinno dążyć do takiego rozwoju gospodarki, żeby ludzie się bogacili dzięki dodatkom socjalnym.

Wśród wyborców Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 Szymona Hołowni, ale również wśród wyborców Lewicy zdecydowanie dominuje przekonanie, że państwo powinno dążyć do tego, żeby ludzie bogacili się dzięki swojej pracy (odpowiednio: 80%, 80%, 78%). W elektoracie Prawa i Sprawiedliwości takich osób jest zdecydowanie mniej, bo 60%. Co trzeci wyborca PiS (34%) opowiada się za modelem państwa, w którym wszyscy zarabiają na podobnym, średnim poziomie i to przekonanie jest prawie dwukrotnie częstsze niż wśród wyborców partii opozycyjnych.klasa średnia 3

Na pytanie, co zrobią polscy przedsiębiorcy, gdy wzrosną ich obciążenia podatkowo-składkowe,
co zostało niedawno zapowiedziane przez rząd Zjednoczonej Prawicy w ramach „Polskiego Ładu”, zdecydowana większość (74%) uważa, że przedsiębiorcy będą unikać płacenia wyższych obciążeń albo będą sobie odbijać straty kosztem konsumentów. Najwięcej osób (36%) jest zdania, że przedsiębiorcy podniosą ceny produktów i usług, następnie 15% – że zaczną częściej zatrudniać na czarno lub sami zaczną pracować na czarno, 13% – że zaczną wprowadzać różnego rodzaju optymalizacje podatkowe, 10% – że przeniosą działalność gospodarczą do innych krajów lub rajów podatkowych. Tylko 8% uważa, że przedsiębiorcy zaczną po prostu płacić wyższe obciążenia podatkowo-składkowe.

Prawie połowa wyborców Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 Szymona Hołowni i Lewicy (odpowiednio: 44%, 45%, 46%) jest zdania, że przedsiębiorcy podniosą ceny produktów i usług.

Z kolei wśród wyborców PiS myśli tak zaledwie 25%. W elektoracie partii rządzącej jest też zdecydowanie najwięcej osób, bo prawie co piaty (19%), zakładających, że przedsiębiorcy po prostu się podporządkują i zaczną płacić więcej. W elektoracie partii opozycyjnych ten pogląd podziela zaledwie między 2% a 5% wyborców.

„Badanie pokazuje, że elektoraty partii opozycyjnych Koalicji Obywatelskiej, Polski 2050 Szymona Hołowni i co ciekawe, również Lewicy, są bardzo zbliżone w podejściu do określenia klasy średniej przez pryzmat zarobków, modelu państwa czy konsekwencji wzrostu obciążeń podatkowo-składkowych. Na drugim biegunie są wyborcy PiS, wśród których jest najwięcej osób o sentymencie do czasów PRL, by wszyscy ludzie zarabiali na podobnym, średnim poziomie. W tym elektoracie jest też najwięcej osób myślących życzeniowo, że przedsiębiorcy nie będą podnosili cen produktów i usług, gdy wzrosną ich obciążenia podatkowo-składkowe, tylko się potulnie podporządkują i wezmą
te koszty na siebie”
– mówi Alicja Defratyka, autorka projektu ciekaweliczby.plklasa średnia 4klasa średnia 5

Nota metodologiczna: Badanie przeprowadzone dla serwisu ciekaweliczby.pl na ogólnopolskim panelu badawczym Ariadna. Próba ogólnopolska losowo-kwotowa N=1057 osób w wieku od 18 lat wzwyż. Kwoty dobrane wg reprezentacji w populacji dla płci, wieku i wielkości miejscowości zamieszkania. Termin realizacji: 28 – 31 maja 2021 roku. Metoda: CAWI.

Andrzej Sadowski: Polski Ład musi dbać o dobrobyt Polaków

Polski Ład powinien mieć na celu tworzenie jak najlepszych warunków do rozwoju dla przedsiębiorców w Polsce w porównaniu do ich konkurencji za granicą. Dlatego należy skalibrować Polski Ład tak, aby nie miał spowalniaczy ani ograniczeń, które dzisiaj zawiera. Z decyzjami o działaniu na rzecz wychodzenia z zapaści i kryzysu nie można czekać i odkładać ich na rok lub jeszcze dłużej – tylko poddawać je realizacji tu i teraz. Sytuacja jest na tyle poważna, że należałoby podjąć tak daleko idące zmiany jak te, które miały miejsce na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku. Wtedy Polska była krajem nieprawdopodobnych możliwości i krajem największego tzw. cudu gospodarczego końca XX w. Tak zdeterminowanemu, dążącemu  do osiągnięcia sukcesu społeczeństwu nie można stawiać po drodze kolejnych przeszkód, limitów czy spowalniaczy – jak to ma teraz miejsce.

– Każdy Polak powinien mieć takie samo prawo do bogacenia się, jak pan Premier i jego rodzina. Pan Premier powinien być wzorem do naśladowania przez polskie społeczeństwo, jeżeli chodzi o poziom dobrobytu. Jeśli  jego poziom ma być porównywalny z zachodnim, to potrzebna jest zmiana standardu polskiego stanu posiadania. Jeżeli mamy doganiać Zachód – to bez limitów, które były pamiętane jeszcze za czasów PRL – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha. – Dzisiaj Polacy potrzebują zniesienia jakichkolwiek limitów, jeżeli chodzi o dochody i tworzenie własnego stanu posiadania – bo przy tych, które zostały zaproponowane w Polskim Ładzie, długo nie zobaczymy średniej europejskiej – podsumowuje Sadowski.

Wykręcili 1,32 miliarda złotych długów za abonament i smartfony

Średni dług osób i firm, które nie płacą za abonament telefoniczny, telewizyjny, Internet oraz rat za smartfony i tablety, wynosi 3,9 tys. zł. W ciągu zaledwie roku wzrósł o 330 zł. Zadłużenie wobec telekomów to obecnie 1,32 mld zł – wynika z danych Krajowego Rejestru Długów. Do zaległości przyczynia się głównie chęć posiadania dobrego telefonu, ale niestety wraz z otrzymaniem nowego sprzętu klienci przestają płacić raty. Rekordzista – firma – ma do zapłaty ponad 14 mln zł.

Najgorzej było w lipcu 2020 r., kiedy suma zaległości przekroczyła 1,5 mld zł. W ujęciu historycznym był to rekordowe zadłużenie. Od tego czasu klienci spłacili jednak część zobowiązań. Z aktualnej kwoty 1,32 mld zł większość, bo 945 mln zł, stanowią długi konsumentów, pozostałe to zaległości firm. W bazie danych KRD widnieje prawie 340 tys. dłużników, zarówno klientów indywidualnych, jak i przedsiębiorstw.

O 30 złotych nikt się nie upomni

– Z naszej praktyki wynika, że obecnie konsumenci bardzo lekceważąco podchodzą do spłaty tego rodzaju zobowiązań. To dla nich ostatni punkt na liście comiesięcznych rachunków, co wynika z rosnących kosztów utrzymania. Są skłonni płacić tylko w momencie odłączenia usługi, która dopiero po uregulowaniu części długu zostanie ponownie aktywowana. Należności, jakie telekomy zlecają nam do odzyskania, to – w ramach umów wypowiedzianych – kary wynikające z zerwania współpracy oraz raty za smartfony, tablety i dekodery. Natomiast jeśli chodzi o obsługę bieżących umów, egzekwujemy głównie abonamenty, jak również raty za sprzęt – mówi Jakub Kostecki, prezes Zarządu firmy windykacyjnej Kaczmarski Inkasso.

Kiedy dzwoni negocjator z firmy windykacyjnej, klienci nierzadko tłumaczą, że 30-40 złotych to dla operatora komórkowego żadna kwota, więc jeśli jedna osoba nie zapłaci, nic się nie stanie. Tymczasem działa tu efekt skali – są to usługi masowe, zatem kilkadziesiąt złotych pomnożone przez tysiące klientów daje ogromne sumy.

Kupują smartfona, przekazują rodzinie i nie płacą

Według „Badania opinii publicznej w zakresie funkcjonowania rynku usług telekomunikacyjnych oraz preferencji konsumentów” Urzędu Komunikacji Elektronicznej z 2020 r. prawie wszyscy Polacy korzystają z telefonii komórkowej. Deklaruje tak aż 97 proc. osób. Najczęściej wybieraną przez ofertą telefonii komórkowej jest abonament. Nieco ponad 1/4 badanych wybiera doładowania pre-paid, czyli na kartę. Aż 92 proc. badanych posiadających telefon komórkowy korzysta za jego pośrednictwem z Internetu. W ponad połowie przypadków jest to dostęp w ramach abonamentu. Jedynie 1/5 badanych korzysta z Internetu w telefonie wykorzystując doładowania pre-paid.

W ostatnim 2,5 roku liczba dłużników i wartość ich zaległości, jakie figurują w bazie danych KRD, przypomina sinusoidę – rosła i malała. Jednak stale powiększa się średnie zadłużenie. Na koniec 2018 r. wynosiło 2,9 tys. zł, a obecnie 3,9 tys. zł. Tylko w ciągu ostatniego roku wzrosło o 330 zł.

Młodzi ludzie chcą mieć sprzęt z wysokiej półki, choć ich sytuacja materialna na to nie pozwala. Mimo to podpisują umowy na abonament ze smartfonem na raty, których nie spłacają.

– Młode osoby, które nie płacą za abonament czy rat za sprzęt, tłumaczą się obecną sytuacją w kraju lub tym, że nie mogą podjąć pracy. Z kolei wśród osób starszych wymówką jest zakup na potrzeby członków rodziny, którzy nie mają wystarczających dochodów, aby zawrzeć umowę z telekomem. Starsi nie czują się jednak zobowiązani do spłaty, gdyż kupili go nie dla siebie, a na przykład dla dorosłego dziecka czy wnuka – wyjaśnia Jakub Kostecki.

Za 200 zł długu można stracić zdolność kredytową

Operator komórkowy, jak każdy inny wierzyciel, może wpisać dłużnika Krajowego Rejestru Długów po 30 dniach od upływu terminu płatności faktury, jeśli jego łączny dług przekracza 200 zł. Aby nie figurować w rejestrze, trzeba w całości spłacić dług. Dopiero wtedy można starać się ponownie o kredyt lub zakup ratalny.

Największe długi wobec dostawców telefonii, Internetu i telewizji mają konsumenci i firmy z Mazowsza, gdzie uzbierało się 207 mln zł zaległości. Drugie miejsce zajmuje Śląsk z kwotą 183 mln zł, a trzecie jest województwo dolnośląskie z 137 mln zł nieopłaconych rachunków i rat.

Rekord zadłużenia wśród firm należy do podmiotu z województwa pomorskiego, który zalega na 14,4 mln zł.

Z kolei wśród konsumentów dominuje mieszkaniec województwa lubuskiego, który ma do oddania 361 tys. zł. Za nim lokuje się osoba z Lubelskiego z kwotą blisko 270 tys. zł, a trzeci jest mieszkaniec Śląska, który nie zapłacił prawie 216 tys. zł.

Najwięcej zaległości jest w małych miejscowościach poniżej 5 tys. mieszkańców i na wsiach – łącznie 205 mln zł. Jeśli chodzi o długi konsumentów, to pod patrząc przez pryzmat płci, większe zaległości obciążają konto mężczyzn – 543 mln zł. Kobiety mają do zapłaty 402 mln zł.

Pod względem wieku najliczniejszą grupę dłużników stanowią osoby pomiędzy 26. a 35. rokiem życia, które nie oddały 272 mln zł. Najbardziej rzetelni są klienci powyżej 65 lat, które zalegają na 67 mln zł.

Przegląd wydarzeń następnego tygodnia 7.06 – 11.06.2021

Rynki balansują na granicy, na ile wzmacnianie się ożywienia jest dobre dla hossy ryzykownych aktywów, a na ile skutkuje wzrostem inflacji zmuszającym banki centralne do reakcji. Każdemu kolejnemu krokowi wyżej na indeksach i w umacnianiu walut surowcowych towarzyszą obawy o rychłość korekty, co podnosi wrażliwość inwestorów na negatywne informacje. W następnym tygodniu gołębiość EBC powinna łagodzić nastroje, ale inflacja z USA jest wskaźnikiem do bacznej obserwacji. Dla złotego równie ważny będzie przekaz RPP w obliczu silnych spekulacji o jastrzębim zwrocie.

Wydarzenia tygodnia: CPI, nastroje konsumentów z USA, EBC, indeks ZEW, RPP, BoC, indeksy nastrojów z Australii

USA

Ponieważ majowy raport z rynku pracy USA nie dostarczył argumentów dla jastrzębich oczekiwań w kierunku polityki Fed, uwaga wraca na inflację CPI (czw). Oczekiwany jest dalszy wzrost CPI (do 4,7 proc. r/r, poprz. 4,2 proc) i bazowej (3,4 proc., poprz. 3,0 proc.), gdyż zakłócenia w łańcuchach dostaw i skutki otwierania gospodarki ciągną ceny w górę. Może to jednak być za mało, by skłonić Fed do głębszej dyskusji o strategii wyjścia z ultra-łagodnej polityki. Pewna uwaga może skupiona na raporcie Uniwersytetu Michigan (pt) i szacunkach długoterminowych oczekiwań inflacyjnych. W maju wzrosły one do 3 proc., ale dalszy silny skok może komplikować kontynuację cierpliwego nastawienia Fed. Świeżych komentarzy od przedstawicieli FOMC nie usłyszmy w związku z okresem zakazu wystąpień na tydzień przed posiedzeniem 15-16 czerwca. Wygląda na to, że dopiero wówczas USD może liczyć na jastrzębi sygnał.

Strefa euro

W strefie euro posiedzenie EBC (czw) jest głównym wydarzeniem, które przyćmi dane z niemieckiego przemysłu (pon, wt) czy indeks ZEW (wt). W przypadku EBC, kluczowa decyzja będzie dotyczyć utrzymania lub zmniejszenia tempa skupu aktywów w ramach programu PEPP. Od marca EBC skupuje więcej instrumentów (18,5 mld EUR tygodniowo vs wcześniejsze 14,5 mld EUR) i zakładamy, że bank zdecyduje o podtrzymaniu wyższego tempa przez kolejny kwartał. W komentarzach członków banku pojawiały się głosy zaniepokojenia wyższymi rentownościami obligacji oraz opinie, że lepiej ograniczać program skupu później niż za wcześnie. Innym gołębim sygnałem będą prognozy gospodarcze, które wskażą na pozostawanie inflacji poniżej celu w 2023 r., tj. po ustaniu przejściowych czynników związanych z pandemią. Póki ścieżka stóp procentowych jest stabilna (bez nowego ryzyka obniżek), EUR nie powinno silnie reagować na gołębi wydźwięk posiedzenia. Jednak w kontraście do jastrzębich spekulacji wokół stanowiska Fed, EUR/USD może mieć problemy z odbudową długich pozycji po ostatniej korekcie.

Wielka Brytania

W Wielkiej Brytanii kwietniowe raporty o PKB i produkcji przemysłowej (pt) powinny wskazać efekty otwarcia gospodarki, szczególnie sklepów i szkół. Przemysł był mniej dotknięty restrykcjami, więc miesięczny skok powinien być mniejszy, ale ogólnie dane potwierdzą rozpędzanie się ożywienia na początku II kwartału. Dane w dalszym ciągu są pozytywnym czynnikiem dla funta, ale w większości są już zdyskontowane, więc nie będą generować świeżego impulsu dla waluty. Do dalszych wzrostów GBP potrzebuje kontynuacji apetytu na ryzyko, ale w najbliższych dniach będzie na fotelu pasażera wobec reakcji EUR na posiedzenie EBC i przetasowań na USD przed czerwcowym FOMC.

Polska

Dla złotego nadchodzi ważny tydzień z potencjalnie wyższą zmiennością z powodu posiedzenia RPP (śr) i konferencji prezesa NBP (piątek, choć jeszcze niepotwierdzona). W dalszym ciągu naszym bazowym scenariuszem jest pozostawienie parametrów polityki pieniężnej na niezmienionym poziomie do końca roku. Niemniej jednak wyższa inflacja oraz przyspieszenie ożywienia podsycają spekulacje o zmianie nastawienia RPP i modyfikację komunikacji w stronę otwartości do wygaszania skupu aktywów w tym roku. Naszym zdaniem jastrzębie nawoływania rynku oraz niektórych członków Rady (Gatnar, Hardt) nie złamią uporu prezesa Glapińskiego, który przewodzi gołębiemu obozowi. Spodziewamy się, że wydźwięk komunikatu i konferencji może być negatywny dla złotego.

Kanada

Posiedzenie Banku Kanady (śr) prawdopodobnie nie przyniesie przełomowych decyzji. Ostatnim razem w kwietniu bank zdecydował o zmniejszeniu tempa skupu aktywów. Od tego czasu dane makro nie wniosły niczego diametralnie odbiegającego od prognoz. Mimo że w porównaniu do kwietniowych prognoz banku centralnego aktywność gospodarcza w pierwszym półroczu zdaje się być słabsza, to ekspansja powinna wyraźnie przyspieszyć od czerwca wraz z ponownym otwieraniem gospodarki. To powinno dać podstawy dla decyzji o dalszym wygaszaniu skupu aktywów, choć dopiero na kolejnym posiedzeniu w lipcu. CAD nie powinien otrzymać jastrzębich impulsów od BoC.

Australia

W Australii indeksy nastrojów biznesu (wt) i konsumentów (śr) powinny potwierdzać odbicie gospodarcze i powrót do poziomów sprzed pandemii. Jakkolwiek zbudza to spekulacje rynkowe o potencjalny wygaszaniu programu skupu aktywów, na tym etapie nie powinno to jeszcze ciążyć na wycenie AUD. Przede wszystkim nastroje wokół USD (i spekulacje o polityce Fed) będą miały kluczowe znaczenie dla nastawienia wobec ryzykownych walut surowcowych.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Dobre dane z rynku pracy za oceanem

Wczorajsze dane z rynku pracy pozytywnie zaskoczyły inwestorów. Dzisiaj zobaczymy stopę bezrobocia i dowiemy się, jak dobrze jest naprawdę. Patrząc na wczorajsze odczyty, oczekiwania pierwszego od początku pandemii zejścia bezrobocia poniżej 6% są bardzo uzasadnione.

USA zachwyca

Wczorajsze dane z rynku pracy za oceanem znacznie przekroczyły oczekiwania analityków. Najważniejszą niespodzianką był raport ADP na temat zatrudnienia. W maju miało wg niego przybyć aż 978 tysięcy miejsc pracy. To o 328 tysięcy więcej od oczekiwań, które i tak były bardzo wysokie, bazując na malejącej liczbie wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w maju. Czwartkowe dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych pokazują dalszy spadek. Było ich pierwszy raz od początku pandemii mniej niż 400 tysięcy. Pokazuje to, że rynek pracy za oceanem ma się naprawdę dobrze. Inwestorzy, którzy od dłuższego czasu patrzyli przez palce na dobre dane, tym razem nie pozostawili wątpliwości co do interpretacji i zaczęli kupować dolara. Od tych publikacji amerykańska waluta umocniła się o około 1 centa względem euro. To z kolei przekładało się na proporcjonalne umocnienie dolara względem złotego o około 4 grosze.

Ropa dalej drożeje

Czarne złoto kontynuuje swoją passę wzrostową. Tym razem mocno pomogły dane z USA, gdzie podczas publikacji tygodniowych zapasów paliw poinformowano o spadku zapasów o ponad 5 milionów baryłek. Oczywiście są to tylko dane tygodniowe, co powoduje, że charakteryzują się one dużą zmienności. Jako punkt odniesienia warto przypomnieć, że to około 1% światowej produkcji, z drugiej stronie w ciągu ostatniego kwartału były dwa tygodnie z większym spadkiem zapasów. W rezultacie wzrostów rubel, jako waluta kraju silnie uzależnionego od eksportu surowców energetycznych, ponownie wraca powyżej bariery 5 groszy.

Rynki podczas dnia wolnego w Polsce

Co ciekawe, podczas nieobecności części polskich inwestorów w czwartek z powodu dnia wolnego rynki sprzyjały polskiej walucie. Euro przez chwilę testowało nawet poziom 4,45 zł, ale dzień ostatecznie zakończył się w okolicach 4,46 zł, gdzie od początku czerwca przebywa przez większość czasu. Frank był w miarę stabilny, pozostając w okolicach 4,07 zł, z kolei dolar zgodnie z tym, o czym pisaliśmy wcześniej, podrożał około 4 grosze, sięgając dzisiaj rano niemal 3,69 zł.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia,
  • 14:30 – Kanada – stopa bezrobocia,
  • 16:00 – USA – zamówienia na dobra.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Jeden raport, by wszystkimi rządzić

Rynek walutowy przyjął postawę w myśl powiedzenia „ostrożny zawsze ubezpieczony” i przed dzisiejszym raportem z rynku pracy doszło do redukcji długich pozycji w walutach ryzykownych i umocnienia dolara. Przyspieszenie tempa wzrostu zatrudnienia do argument dla jastrzębiego zwrotu Fed, ale ryzykiem są sygnały z raportów ISM i przyrastająca liczba osób kontynuujących pobieranie zasiłku dla bezrobotnych.

Bez wątpienia raport z rynku pracy USA jest dziś najważniejszym wydarzeniem. Po wielkim rozczarowaniu przed miesiącem (wzrost zatrudnienia w sektorze pozarolniczym w kwietniu o 266 tys., prog. 1 milion), w maju tempo zatrudnienia najprawdopodobniej przyspieszyło. Pytaniem jest jednak: jak bardzo? Nieoficjalnym progiem jest utrzymanie miesięcznego przyrostu w okolicach 1 miliona – takie tempo miałoby zabezpieczyć dyskusję Fed o odchodzenia od programu QE jeszcze w tym roku. Bierze się to z warunku konicznego dla rozpoczęcia procesu normalizacji polityki monetarnej wskazywanego przez Fed jako „znaczący postęp” w poprawie wskaźników gospodarczych, a rynek pracy jest dla Fed zawsze na pierwszym miejscu. Od strony uczestników rynku nikt czeka na jedną konkretną wartość i wystarczy każda liczba, która pozwoli traktować kwietniowe dane jako jednorazową anomalię. Tydzień temu przyjmowałem, że wartości powyżej 700 tys. wystarczą, by być odebrane pozytywnie dla dolara, ale po wczorajszym szerokim umocnieniu USD (o 0,5-1,3 proc. względem walut G10) teraz mam wrażenie, że poprzeczka dla pozytywnego zaskoczenia jest ustawiona wyżej i 1 milion jest zakulisowym konsensusem (mediana prognoz ekonomistów jest na 674 tys.). Wczoraj raport ADP podkręcił oczekiwania (wzrost zatrudnienia o 978 tys., prog. 650 tys.), ale przestrzegałbym przed wyciąganiem prostych wniosków, gdyż już dawno ADP przestał być dobrym prognostykiem dla NFP. Za to przed dzisiejszą publikacja Departamentu Pracy nie wszystko jest ładne i piękne. Subindeksy zatrudnienia w ankietach ISM obniżyły się zarówno w sektorze usługowym, jak i przemysłowym. Ponieważ ogólne indeksy pozostały rekordowo wysoki, implikuje to trudności że znalezieniem kandydatów na oferowane stanowiska. Podobne ryzyka prezentują tygodniowe dane o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych. Nowych wniosków przybywa coraz mniej (czyli ludzie nie tracą pracy), ale od kwietnia nie ubywa osób kontynuujących pobieranie zasiłku (rządowe wsparcie zniechęca do powrotu na rynek pracy). Przy narosłych oczekiwaniach USD ma teraz więcej do stracenia niż zyskania, gdyż słaby odczyt pogrzebie szanse na start procesu redukcji QE w tym roku, podczas gdy wartości 1 milion i wyżej są teraz konieczne, by podtrzymać przy życiu spekulacje.

W czwartek na EUR/PLN poziom 4,45 został osiągnięty zanim pojawił się nieprzychylny klimat na rynkach zewnętrznych – umocnienie dolara jest zwykle złą wiadomością dla walut rynków wschodzących. Nie wskazywałbym tutaj na jakąś formę „ochrony” złotego przez czynniki lokalne, w tym jastrzębie oczekiwania przed przyszłotygodniowym posiedzeniem RPP, gdyż podobną, relatywnie małą reakcję wykazały wczoraj korona czeska i forint węgierski. Mimo to nie sądzę, aby kontynuacja spadków EUR/USD w reakcji na silny raport z rynku pracy USA dalej była neutralna dla walut regionu. Zakładam, że większa wrażliwość złotego będzie na lepsze od prognoz dane z USA, co może pchnąć EUR/PLN w stronę 4,48.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Walka z podróbkami trwa. Po… 80 latach Goodyear wygrywa z nieuczciwą konkurencją

Zastrzeżenie znaku towarowego może przynieść firmie korzyść nawet po… 80 latach. Tak długi czas w szufladzie indyjskiego oddziału oponiarskiego giganta Goodyear leżało świadectwo ochronne zanim zostało użyte w sporze sądowym. Sąd w Dehli na tej podstawie nakazał regionalnej firmie zaprzestanie używania łudząco podobnego znaku towarowego i niemal natychmiast ograniczył tym samym straty producenta z Ohio. 

Firma Goodyear jest trzecim największym producentem opon na świecie. Założona jeszcze w XIX wieku firma z Ohio produkuje opony na potrzeby przemysłu samochodowego, lotniczego czy motorsportu, a swój znak towarowy zastrzegła na amerykańskim rynku już w 1906 roku. Już w 1922 roku Goodyear rozbudował swoją działalność o fabryki w Indiach, by po 20 latach zarejestrować tam też swój znak towarowy.

Zachowanie firmy Goodyear jest doskonałym przykładem tego, jak dbać o swoje znaki towarowe. Oczywiście musimy brać pod uwagę specyfikę prawną firm z USA i historyczny kontekst, ale zastrzeżenie swojego znaku towarowego już po kilku latach od rozpoczęcia działalności, i to na początku XX wieku, pokazuje jak powinien wyglądać sposób myślenia każdego, kto chce zbudować coś trwałego i niepodrabialnego – komentuje Marek Czyżewski, prezes zarządu grupy Pravna.pl, zajmującej się m.in. pomocą prawną przy zastrzeganiu znaków towarowych.

Nie można szargać reputacji podróbkami

Jak się okazało, zastrzeżenie znaku towarowego w Indiach opłaciło się amerykańskiemu gigantowi po blisko 80 latach. Prawnicy marki, w lutym 2020 roku, natrafili w indyjskich katalogach rejestrowych na znak “GOOD YEAR” łudząco przypominający ich własny, który z powodzeniem wykorzystywany jest od ponad wieku. Konkurencyjny znak używany był w odniesieniu do smarów i olejów samochodowych. Zapewne przeszłoby to niezauważone, gdyby nie mały szczegół. Rok wcześniej prawowity właściciel marki Goodyear zarejestrował w Indiach kolejne znaki towarowe, które odnosiły się do olejów i smarów przemysłowych.

W konsekwencji Goodyear zwrócił się do Sądu Najwyższego w Delhi o wydanie nakazu powstrzymującego konkurencyjną firmę od korzystania z zarejestrowanego znaku towarowego Goodyear lub jakiegokolwiek łudząco podobnego.

Co prawda, indyjska firma próbowała się bronić tym, że używa tego znaku w odniesieniu do olejów już od 1997 roku, ale sąd nie miał większych wątpliwości. Nakazał natychmiastowe zaprzestanie wykorzystywania – zastrzeżonego przez amerykańskiego giganta – znaku. Nawet jeśli jest on tylko bardzo podobny. Wyrok ma charakter tymczasowy, bo we wrześniu odbędzie kolejna rozprawa.

Sąd w Dehli uznał tłumaczenia lokalnej firmy jako niewiarygodne i stwierdził, że użycie łudząco podobnego znaku towarowego nie ma znamion przypadkowości. Wzięto pod uwagę historyczną obecność marki Goodyear na rynku w Indiach. Sąd podkreślił, że firma z Ohio jest jednym z największych światowych koncernów oponiarskich oraz, że obecnie zatrudnia około 64 000 osób w 47 zakładach, w 21 krajach na całym świecie, a obroty Goodyear w latach 2014-2018 wyniosły 50 miliardów dolarów. Co już świadczy o dużej reputacji marki „GOODYEAR”. Dodatkowo w Indiach wspomniany znak towarowy jest dostępny w całym kraju, a sprzedaż netto za lata 2014-2018 wyniosła ponad 1 miliard dolarów.

Firmy bronią się przed kradzieżą na całym świecie

W świetle tych faktów sąd uznał, że nie ma mowy o tym, żeby ktoś zajmujący się branżą samochodową nie wiedział o istnieniu marki Goodyear i dowiódł, że znak ten jest znakiem powszechnie znanym – mówi Czyżewski i dodaje: – Przykłady sporów sądowych – ten z Indii czy Chin – pokazują, że europejskie marki nie są bezsilne w starciu z azjatyckimi podmiotami, a sądy gospodarcze nie kierują się w swoich orzeczeniach pobudkami nacjonalistycznymi. Trzeba jednak pamiętać o fundamentach, czyli o zastrzeżeniu znaku towarowego.

Czyżewski wspomina o batalii sądowej w Chinach. Tam niemiecki Stihl – gigant w segmencie pilarek i kosiarek – uzyskał blisko milion dolarów odszkodowania za to, że chińska firma wypuściła na rynek ponad 19 tys. pił łańcuchowych opatrzonych symbolem Stihl. Wartość towaru wyniosła ok. 35 tys. dolarów. Winni kradzieży znaku zostali też skazani na więzienie w zawieszeniu.

W polskim systemie prawnym kary również mogą być wysokie. Kto używa podrobionego znaku towarowego lub zarejestrowanego nie mając do tego prawa, może trafić do więzienia na dwa lata oraz musi liczyć się z karą grzywny, która może wynieść nawet kilkadziesiąt procent rocznego przychodu firmy. Dziś większość spraw o bezprawne użycie znaku towarowego rozwiązywana jest na drodze ugodowej.

Zaległości artystów w ciągu roku zwiększyły się o jedną trzecią

W ciągu roku pandemii najdłużej na brak możliwości zarobkowania narażeni byli artyści estradowi oraz branża eventowa. W sytuacji gdy funkcjonowały już stadiony sportowe, kina i teatry czy restauracje, nadal nie można się było wybrać na koncert. Niezależnie od rozwiązań w zakresie zachowywania dystansu społecznego nie było też mowy o tradycyjnych konferencjach czy targach. Coraz częstsze w ostatnim czasie protesty przedstawicieli branży wydawały się tym bardziej uzasadnione, że zaległości artystów między marcem 2020 a 2021 r. wzrosły aż o 34 proc., a branży eventowej o 28 proc. Od 4 czerwca muzycy na koncertach, a od 6 czerwca spece od eventów na kongresach będą odrabiać ponad 26 mln zł zaległości – wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.

Zgodnie z rządowym rozporządzeniem od 4 czerwca 2021 r. na otwartym powietrzu będzie można prowadzić wszelką działalność twórczą z zakresu kultury i rozrywki, która została ujęta w Polskiej Klasyfikacji Działalności w dziale 90.0. Oznacza to, że od tego dnia zniesiony zostaje dotychczasowy zapis wykluczający z możliwości prezentacji przed publicznością zespoły muzyczne. Wydarzenia tego typu będą mogły być organizowane pod warunkiem udostępnienia publiczności nie więcej niż połowy miejsc. Jeśli na widowni nie ma wyznaczonych miejsc, konieczne będzie zachowanie odległości 1,5 m między widzami lub słuchaczami oraz ograniczenie liczby uczestników do 250 osób. Wszyscy będą musieli mieć maseczki i nie będą mogli spożywać napojów lub posiłków.

Na kongresach, wystawach i targach, które wreszcie mogą ruszyć w tradycyjnej formie, od 6 czerwca w zamkniętych pomieszczeniach na 15 m kw. powierzchni będzie mogła przypadać jedna osoba. To taki sam limit, jak obowiązujący już od pewnego czasu m.in. w sklepach czy miejscach kultu religijnego. Do limitów zarówno na koncertach jak i targach nie będą wliczane osoby zaszczepione przeciwko COVID-19.

W odpowiedzi na argument, że limit 250 uczestników powoduje, że to za mało do zorganizowania koncertów na świeżym powietrzu i może nie być do tego chętnych, Ministerstwo Zdrowia podkreśla, że dotyczy to tylko wydarzeń, podczas których nie ma numerowanych miejsc na widowni.

Podczas pandemii artyści, szczególnie muzycy nie mogli występować nawet przed niewielką publicznością. W porównywalnie złej sytuacji znajdowali się też często goszczący muzyków  organizatorzy eventów, kongresów, targów i wystaw. Ograniczenia wynikające z rygorów sanitarnych były wyjątkowo nieprzyjazne dla obu tych grup, o ile jednak pewną część konferencji i  kongresów udało się z powodzeniem przenieść do rzeczywistości wirtualnej, to w przypadku koncertów trudno w ogóle porównywać wydarzenie na żywo z wydarzeniem online  – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor i zastanawia się jak szybko uda się teraz obu branżom zorganizować i wyjść z ciekawymi propozycjami do fanów i klientów. – Muzykom pójdzie, to zapewne sprawniej, w przypadku kongresów czy tragów potrzeba więcej czasu. Należy jednak mieć nadzieję, że uwolniona w czerwcu branża eventowa, jesienią ruszy z nie mniejszym rozmachem niż przed wybuchem pandemii, choć nie będzie już taka sama. Zdecydowanie większą rolę niż wcześniej będzie odgrywał też kontakt i udział online – dodaje Sławomir Grzelczak.

Artyści to tylko część branży eventowej

Wydarzenia kulturalne czy eventy targowo-konferencyjne to nie tylko sami artyści, ale także wielu innych pracowników i  firm wspomagających. Organizacja takich imprez, także tych mniejszych, nie mających masowego charakteru, wymaga zaangażowania całej rzeszy wyspecjalizowanych podmiotów, zajmujących się wsparciem technicznym i organizacyjnym, ale często też noclegiem, cateringiem czy transportem.

Nie da się ukryć, że wszystkie te działalności, w ostatnim roku poważnie ucierpiały z powodu kolejnych lockdownów.

zaległości artystów w ciągu roku zwiększyły się o jedną trzecią
Źródło: dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Nieuregulowane w terminie zaległości branży artystycznej między marcem 2020 r. a marcem 2021 r. wzrosły o 2,2 mln zł, do 8,5 mln zł. W firmach prowadzących działalność targową, wystawienniczą i kongresową było to 3,9 mln zł, do 17,8 mln zł. Zobowiązania sektora cateringowego zwiększyły się o 6 mln zł, do 47,7 mln zł.

O ile sytuacja artystów pod względem wartości zaległych zobowiązań nie wydaje się najgorsza, o tyle pod względem procentowego przyrostu w ciągu 12 miesięcy już tak. Skok o 34,3 proc. to ponad 6 p.p. różnicy w porównaniu do działalności targowej, która zanotowała przyrost o 28 proc. To też ponad dwukrotnie więcej niż w przypadku firm cateringowych, którym opóźnione zaległości urosły o 14,3 proc. – zauważa Sławomir Grzelczak.