Pomysły na pomoc restauratorom, którzy mają 715 mln zł zaległości

Za chwilę minie pół roku odkąd lokale gastronomiczne mogą działać najwyżej z ofertą na wynos. Drzwi przed gośćmi są zamknięte, a zaległości branży rosną, w 11 miesięcy pandemii od kwietnia do lutego podwyższyły się o jedną dziesiątą, do prawie 715 mln zł. 7 na 10 firm określa swoją kondycję finansową jako słabą i złą, wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz Dun & Bradstreet. Im bardziej pogarsza się sytuacja restauratorów, tym więcej pojawia się pomysłów na specjalną pomoc dla nich, od obniżki VAT, przez bony gastronomiczne, do otwierania ogródków. Na razie jednak żaden jeszcze nie działa.

Jak wynika z analiz Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej (IGGP) w minionym roku sektor gastro mógł stracić nawet 30 mld zł. Organizacja szacuje, że gdyby w najbliższym czasie ograniczenia zostały mimo wszystko zniesione, to dla 15 tys. restauratorów może być już za późno – taka sytuacja dotknęłaby więcej niż co piąty lokal. Konsekwencje mogą też być mocno odczuwalne w zatrudnieniu. Z około miliona osób, które pracują w gastronomii, pracę może stracić nawet 250 tys.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor 2
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

– Lockdown obowiązywał gastronomię w minionym roku od marca do maja, ponownie zadziałał od 24 października i nic nie wskazuje, żeby w najbliższym czasie miał się skończyć. Niektóre lokale prowadzą sprzedaż na wynos, częściowo rekompensując sobie w ten sposób spadek obrotów. Ich trudna sytuacja skłoniła władze do wyjścia z pomysłem czasowego obniżenia podatku VAT na usługi gastronomiczne, a także wprowadzenia na wzór bonów turystycznych bonów żywnościowych. Pojawiają się również zapowiedzi otwarcia ogródków – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Branża, która nigdy nie była prymusem, jeśli chodzi o jakość rozliczeń z dostawcami i instytucjami finansowymi, w pandemii powiększa zaległości na jeszcze większą skalę. Jej przeterminowane zobowiązania wobec kontrahentów w ciągu 11 miesięcy różnego rodzaju ograniczeń działania, urosły dwa razy szybciej niż w przypadku ogółu firm – dodaje.

Gdy w okresie od końca marca ub.r. do końca lutego tego roku zaległości wszystkich podmiotów notowanych w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor oraz w BIK podwyższyły się o 5,4 proc., w przypadku gastronomii było to 10,4 proc. – Wprawdzie zmiana ta jest daleka od 26 proc. odnotowanych w turystyce czy niemal 40 proc. w wynajmie maszyn, urządzeń i pojazdów, ale i tak jest niepokojąca – zauważa Sławomir Grzelczak. Trudną sytuację gastronomii potwierdzają statystyki dotyczące wykorzystania pomocy z zakończonej w marcu Tarczy Finansowej 2.0 PFR. W sytuacji, gdy jednym z warunków otrzymania wsparcia, były przychody niższe o co najmniej 30 proc. sięgnęła po nie grubo ponad połowa firm, wynika z wstępnych informacji.

Gastronomia ma pozostać pod kroplówką

Rząd już zapowiedział, że chce zapewnić dodatkową pomoc dla branży gastronomicznej i hotelarskiej także po zakończeniu III fali pandemii COVID-19. Pomysłów na to, jak mogłaby ona wyglądać, jest sporo. Jeden z nich to wzorowany na bonie turystycznym bon żywnościowy. Miałyby trafiać do pracowników firm, które zapłaciłyby np. połowę wartości bonu, a resztę kwoty pokrywałoby państwo. Obdarowani bonami mogliby je wykorzystać zamawiając posiłki na wynos w dowolnej restauracji. Drugim proponowanym rozwiązaniem jest okresowe obniżenie stawki podatku VAT na usługi gastronomiczne z obecnych 8 do 5 proc. Obniżka miałaby obowiązywać wyłącznie do końca 2021 r. Światełkiem w tunelu jest też rozważana przez rząd ewentualność otwarcia ogródków restauracyjnych, gdy tylko się ociepli. Tu jednak z pewnością spore znaczenie ma też liczba zachorowań na COVID-19. Jak na razie jednak, wiosna wciąż kaprysi i chorych jest wielu. A te i inne możliwości wsparcia pozostają w sferze rozważań i zapowiedzi.

Ciężka sytuacja branży powoduje, że przedsiębiorcy nie wahają się podejmować radykalnych działań. Za chwilę mają złożyć największy w historii Polski pozew grupowy przeciwko Skarbowi Państwa, który ich zdaniem powinien zapłacić firmom odszkodowania. Uznają bowiem, że dotychczasowa pomoc państwa jest niewystarczająca. Wielu restauratorów decyduje się także na mniej lub bardziej jawne prowadzenie działalności niezależnie od aktualnych ograniczeń, licząc się z tym, że nałożone zostaną na nich za to kary.

Przybywa firm z zaległościami i samych zaległości

Jak pokazują dane Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, na koniec marca 2020 r., na starcie pandemii, zaległości wobec dostawców i banków miało 9830 firm (aktywnych, zawieszonych i zamkniętych) prowadzących działalność usługową związaną z wyżywieniem. Do końca lutego tego roku liczba ta wzrosła o 342 podmioty, do 10 172.

zaległości restauratorów
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Według danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor oraz BIK jeszcze przed lockdownem przeterminowane zadłużenie gastronomii przekraczało 647 mln zł i choć w ciągu roku odsetek podmiotów z problemami utrzymał się na poziomie 7,30 proc., to kwota zobowiązań wzrosła o 67,4 mln zł, czyli ponad 10 proc.

Najbardziej, bo o 22 proc. podwyższyły się w czasie lockdownu przeterminowane zobowiązania mobilnych punktów gastronomicznych, na koniec lutego br. wyniosły prawie 17 mln zł. Największa kwota nieopłaconych zobowiązań spoczywa jednak na restauracjach i stacjonarnych punktach gastronomicznych – ponad 590 mln zł, tu jest też największy odsetek firm, które opóźniają rozliczenia z dostawcami i bankami – 8,1 proc., przy średniej dla całej gospodarki wynoszącej 5,9 proc.

zaległości firm gastronomicznych
Źródło: Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor i BIK

Ubyło chętnych do otwierania nowych restauracji

Według danych Dun & Bradstreet, tylko w pierwszym kwartale 2021 zarejestrowano 1,3 tys. nowych przedsiębiorstw w branży gastronomicznej, a jednocześnie wykreślono 1,1 tys. Oznacza to, że w Polsce w porównaniu do 2020 roku, obserwujemy znacznie spowolniony proces przyrostu nowych lokali. Przypomnijmy, mimo pandemii i licznych obostrzeń, w 2020 r. ich liczba wzrosła o 2,2 proc. Na koniec I kwartału 2021 roku liczbę wszystkich zarejestrowanych działalności gastronomicznych szacuje się na blisko 85,7 tys.

Kryzys w branży doskonale obrazuje liczba zawieszonych podmiotów. W I kwartale 2021 r. zawieszono działalność 630 lokali gastronomicznych, co w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego stanowi wzrost o 10 proc. Wedle szacunków w całym 2020 roku zawieszono działalność blisko 10 proc. wszystkich lokali gastronomicznych. Z czego trwale zbankrutowało i zostało wykreślonych 341, w zawieszeniu nadal pozostawało 4861, a na rynek w 2020 r. powróciło tylko 1516.

Ubyło chętnych do otwierania nowych restauracji
Źródło: Dun & Bradstreet

Blisko 70 proc. przedsiębiorstw ma kłopoty

Dun & Bradstreet Company zbadał także kondycję finansową blisko 4,5 tys. polskich punktów gastronomicznych. Wyniki nie napawają optymizmem, bo na koniec stycznia około 70 proc. z nich miało większe lub mniejsze kłopoty finansowe. Na tle branży najlepiej prezentowały się stałe restauracje i firmy cateringowe, które cały czas ratuje możliwość wydawania posiłków bez konieczności przebywania klienta w lokalu. Mimo wszystko niespełna 40 proc. z nich było w dobrej i silnej kondycji, z czego zaledwie 6,6 proc. oceniało sytuację finansową maksymalnie pozytywnie. Jeśli mowa o restauracjach to na koniec stycznia zaledwie 6,3 proc. było w kondycji bardzo dobrej, 26,6 proc. w dobrej, aż 31,9 proc. raczej w słabej i 35,2 proc. w bardzo złej.

kondycja polskich punktów gastronomicznych
Źródło: Dun & Bradstreet

Restauratorzy krytycznie o pomyśle bonu gastronomicznego. „Branża ma się ucieszyć i uciszyć”

Rząd od drugiej połowy marca pracuje nad rozwiązaniem, które ma wesprzeć chylącą się ku upadkowi branżę gastronomiczną. Restauratorzy działają w ograniczonym trybie od 6 miesięcy. Możliwość sprzedaży „na wynos” i z dowozem nie gwarantuje im szans na zyski i utrzymanie działalności. Pojawił się pomysł stworzenia bonu gastronomicznego na wzór obowiązującego od roku bonu turystycznego. Pytani o zdanie przez Północną Izbę Gospodarczą przedsiębiorcy – mówiąc delikatnie – nie wyrażają entuzjazmu myśląc o tej inicjatywie.

Prezes Hanna Mojsiuk: „Czas na konkrety, a nie na zapowiedzi”

Pomysł póki co jest bardzo enigmatyczny. Według ostatnich ministerialnych zapowiedzi miałby być on konsultowany przed ostatecznym ogłoszeniem jego kształtu. Możliwe, że konkretna kwota przekazywana byłaby jako bon pracodawcy, a ten dysponowałby je wśród pracowników, którzy mogliby korzystać z usług gastronomii. Nie wiadomo kiedy program mógłby wystartować i jaka byłaby jego ostateczna wartość.

– To taka sytuacja, że z jednej strony należy się cieszyć, bo lepsza jakaś pomoc niż żadna, ale z drugiej strony: czy bon byłby w stanie realnie pomóc branży, która nie zarabia lub zarabia szczątkowo od pół roku? Jako Północna Izba Gospodarcza oczekujemy konkretnych rozwiązań pomocowych dla branż najsilniej dotkniętych lockdownem i bez żadnych wątpliwości gastronomia znajduje się w położeniu wręcz dramatycznym. Mówimy więc wprost: czas na konkrety, a nie na zapowiedzi. Przedsiębiorcy jako płatnicy do budżetu mają prawo do pomocy w tak trudnych sytuacjach jak obecnie – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

Przedstawiciele gastronomii: możliwość prowadzenia działalności zamiast bonu gastronomicznego

Przedsiębiorcy branży gastronomicznej zrzeszeni w Północnej Izbie Gospodarczej w Szczecinie nie przyjęli pomysłu optymistycznie. Jest tutaj więcej wątpliwości niż radości z ewentualnego wsparcia: – Dla mnie rozwiązaniem sytuacji jest umożliwienie nam funkcjonowania. Moje stanowisko jest proste: mam osiem stolików, proszę pozwolić mi zająć cztery. Nie chcę żadnego bonu gastronomicznego, nic nie oczekuję, chciałbym po prostu możliwie normalnie funkcjonować   – mówi Mariusz Prengel z restauracji  Kraftowa przy ul. Tkackiej w Szczecinie.  – Nie znam szczegółów tego rozwiązania, więc na dzień dzisiejszy trudno jest komentować coś, co jest tylko pomysłem, luźno rzuconym sformułowaniem – dodaje Maciej Szabałkin z restauracji Piastów 30.  – Wydaje mi się, że to może być  pomysł, którego celem jest ucieszenie i uciszenie branży gastronomicznej. Spodziewam się, że nic z tego i tak nie wyjdzie – dodaje Szabałkin.

Inni zwracają uwagę na to, że branża jest zamknięta od sześciu miesięcy i z mapy miast i regionów znikają raz po raz zarówno restauracje jak i kawiarnie oraz bary: – Powstrzymuję się od uśmiechu. Gdzie wykorzystywane będą takie bony? W miejscach jak pizzerie czy burgerownie, czyli miejscach relatywnie pozytywnie przechodzących czas pandemii. Restauratorzy mający najtrudniejsza sytuacje znów pozostaną bez wsparcia. Pomocą jest np. umorzenie kosztów za prąd czy za energię elektryczną. Wielu przedsiębiorców nie stać na opłatę zamówionej mocy, a przecież teoretycznie większość restauracji jest zamknięta – mówi Iwona Niemczewska z restauracji Z drugiej strony lustra.

Gastronomia jest gigantycznie zadłużona. „Nadzieja wystawiona na poważną próbę. Przedsiębiorcy czekają od… 6 miesięcy”

Branża gastronomiczna to obecnie jedna z najbardziej zadłużonych branż. Według szacunków pracę w niej straciło w ciągu roku ponad 200 tysięcy osób. Zniknęła już co czwarta restauracja, a to nie koniec dramatycznego obrazu po lockdownie, bo tak naprawdę nie wiadomo ile lokali nie wróci na wiosnę do działania. – Największy przyrost postępowań windykacyjnych widzimy właśnie w gastronomii. To rodzaj działalności oparty na pewnym zespole naczyń połączonych. Restauratorzy, którzy popadają w kłopoty nie płacą np. swoim dostawcom czy właścicielom nieruchomości. To powoduje, że kolejne podmioty popadają w zadłużenie i stratny jest cały sektor gospodarki. Z informacji, które zdobywam od klientów wynika, że gastronomia jest w dramatycznej sytuacji, a właściciele lokali są zadłużeni na ogromne kwoty, ale wciąż mają nadzieję na poprawę sytuacji. Z tym, że ta nadzieja jest coraz bardziej wystawiana na próbę. Przypomnę, gastronomia miała zostać zamknięta na dwa tygodnie. Minęło pół roku – mówi Prezes Grupy AVERTO, widnykator Małgorzata Marczulewska.

– Sytuacja pracowników gastronomii jest bardzo trudna. Wielu straciło pracę, pojawiają się informacje o zaległościach w wypłatach czy o tym, że pracownicy otrzymują tylko „gołe” wynagrodzenia, co i tak zmusza ich do odejścia  z pracy lub szukania dodatkowego zatrudnienia. Dopełnia to tylko bardzo dramatyczny obraz poważnego kryzysu polskiej gastronomii – mówi Małgorzata Marczulewska.

Zablokowanie Kanału Sueskiego może się powtórzyć, ostrzegają eksperci

W ostatnim tygodniu marca uwaga światowych mediów skupiła się na Kanale Sueskim, który został zablokowany przez ogromny kontenerowiec Ever Given. Kanał Sueski to bardzo ważny odcinek wielu światowych szlaków transportowych. Korzysta z niego aż 30% całego światowego przewozu kontenerów, w tym 12% światowego handlu. Gdyby nie Kanał Sueski, kontenerowce pływałyby naokoło Afryki – co wydłużyłoby ich trasę o około 2 tygodnie. Dlatego zablokowanie Kanału przez kontenerowiec było dla światowego handlu i transportu wydarzeniem ogromnie istotnym. Za Ever Givenem w Kanale utknęło 15 innych kontenerowców – a w ciągu 6 dni, przez które Kanał pozostawał zablokowany, przy jego obydwu końcach ustawiła się kolejka licząca aż 369 statków.

– Na morzu nie chodzi o to, kto będzie pierwszy. Wielkie kontenerowce pływają z prędkością około 40 kilometrów na godzinę. To nie jest zawrotna prędkość. Najważniejsze w transporcie morskim jest to, by być dokładnie na czas. Od punktualności rejsu zależą bowiem kolejne procesy, będące kontynuacją łańcucha dostaw. Ta koncepcja logistyczna nazywa się “just in time”. W momencie, gdy szlaki są zatłoczone lub zablokowane, rozrywa się cały łańcuch, a światowa produkcja jest wstrzymana – powiedział serwisowi eNewsroom prof. dr hab. Włodzimierz Rydzkowski, Katedra Logistyki Wyższej Szkoły Administracji i Biznesu w Gdyni. – Kontenerowce są coraz większe, a obsługują je relatywnie małe załogi. Załoga na statku Ever Given liczy 25 osób. To jest naprawdę niewiele, jak na ponad 400 metrowego giganta. A takich statków na morskich szlakach jest coraz więcej. Przez sam Kanał Sueski przechodzi ponad 60 kontenerowców na dobę. Nie chcę być złym prorokiem – ale nieuniknione jest, że przy tak intensywnym ruchu i tak wielkich statkach podobne wypadki mogą mieć miejsce coraz częściej – ostrzega Rydzykowski.

Transport autokarowy pominięty w Krajowym Planie Odbudowy. Najbardziej poszkodowana będzie tzw. Polska powiatowa

W transporcie wojewódzkim, powiatowym i gminnym jest wykorzystywanych ok. 35 tys. autobusów, których średni wiek wynosi 18,6 lat, ale wiele z nich ma nawet 30 lat i więcej. Na wymianę starego, nieekologicznego taboru nie przewidziano żadnych środków w Krajowym Planie Odbudowy – podkreśla Polska Izba Gospodarcza Transportu Samochodowego i Spedycji, która zrzesza przewoźników autokarowych. Jak wskazuje, rząd całkowicie pominął potrzeby transportowe tzw. Polski powiatowej, zamiast tego przeznaczając środki na rozwój 1,2 tys. nowych autobusów dla dużych miast.

– Krajowy Plan Odbudowy dotyczy generalnie dwóch sektorów transportu: kolei i komunikacji miejskiej. Na przewozy towarowe czy wewnątrzkrajowy przewóz osób w Polsce środków tam nie ma, my ich tam przynajmniej nie widzimy – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zdzisław Szczerbaciuk, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Transportu Samochodowego i Spedycji.

W końcówce lutego rozpoczął się proces konsultacji społecznych polskiego KPO. Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii zakończyło ten etap 2 kwietnia, po czym dokument trafił do ponownego rozpatrzenia. Do końca miesiąca Polska musi przekazać jego ostateczną wersję Komisji Europejskiej, która będzie mieć z kolei dwa miesiące na jego zaakceptowanie.

Projekt Krajowego Planu Odbudowy został w konsultacjach krytycznie oceniony przez środowisko przedsiębiorców, które liczy, że zostanie on jeszcze skorygowany. Jedną z branż niezadowolonych z obecnego kształtu KPO jest m.in. autobusowy transport pasażerski. Polska Izba Gospodarcza Transportu Samochodowego i Spedycji wskazuje w swoich uwagach m.in., że w części dokumentu, która dotyczy rozwijania zrównoważonej mobilności, nie przewidziano żadnych środków finansowych na poprawę złego stanu publicznej komunikacji autobusowej na obszarach wiejskich i w okolicach małych i średnich miast.

– Uważamy, że trzeba wprowadzić jakiś mechanizm pomocy w odnowieniu taboru – podkreśla Zdzisław Szczerbaciuk.

Jak wskazuje, jeszcze kilkanaście lat temu na tym rynku dominowały głównie przedsiębiorstwa kontrolowane przez Skarb Państwa. W tej chwili operuje na nim ok. 2 tys. podmiotów, głównie prywatnych. W transporcie wojewódzkim, powiatowym i gminnym jest wykorzystywanych ok. 35 tys. autobusów, których średni wiek wynosi 18,6 lat, a wiele z nich ma nawet 30 lat i więcej. Na wymianę tego starego, nieekologicznego taboru nie przewidziano w KPO żadnych środków.

– Powiaty, jednostki samorządu terytorialnego kontrolują w tej chwili około 500–600 autobusów, państwo kontroluje około 1 tys. autobusów, więc po stronie publicznej jest ich bardzo mało. Dlatego nasza propozycja jest taka, żeby zrobić konkursy dla operatorów i dla tych jednostek samorządu, które wezmą na siebie odpowiedzialność za organizację publicznego transportu zbiorowego i zawrą długoletnie, ośmio- czy dziesięcioletnie umowy na obsługę przejazdów. I trzeba tym podmiotom zapewnić pomoc w postaci taboru nowoczesnego, niskoemisyjnego – mówi prezes PIGTSiS. – Uważamy, że to najlepszy pomysł, ponieważ każde pieniądze, które pójdą na wsparcie utrzymania i pokrycie kosztów, znikną, a tutaj następowałoby systematyczne odnawianie taboru.

Jak podkreśla, rząd mógłby określić, jakiego rodzaju napęd byłby preferowany.

– Jeśli rząd ustawowo nie zobowiąże marszałków województw, starostów i wójtów gmin do zapewnienia minimalnego zakresu wojewódzkiej, powiatowej i gminnej komunikacji publicznej (…) przez cały rok, z częstotliwością nie mniejszą niż co trzy godziny, to żaden z celów „zrównoważonych form mobilności” nie zostanie zrealizowany – napisała izba w uwagach do KPO.

W tej chwili projekt Krajowego Planu Odbudowy uwzględnia tylko zakup 1,2 tys. autobusów wyłącznie dla dużych miast, przeznaczając na to kwotę 1,031 mln euro (czyli ok. 3,6 mln zł na jeden autobus). PIGTSiS ocenia to jako rozrzutność przy jednoczesnym lekceważeniu potrzeb reszty obywateli Polski powiatowej, która – jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego – jest najbardziej wykluczona transportowo. Od 2004 roku poza miastami ubyło 40 proc. kursów komunikacji autobusowej, a ponad 25 proc. wszystkich sołectw w Polsce nie posiadało w 2019 roku połączeń z miejscowością gminną (pomijając autobusy szkolne). To problem zwłaszcza dla mniej zamożnych gospodarstw domowych, których nie stać na własny samochód. Według PIE to właśnie rozwój lokalnych połączeń autobusowych jest szansą na rozwój dla wykluczonych transportowo regionów („Transport inkluzywny. Rola polityki transportowej w kształtowaniu zrównoważonego rozwoju kraju 2019”).

W uwagach do KPO PIGTSiS zwraca jeszcze uwagę na konieczność przyspieszenia reform w ramach ustawy o publicznym transporcie zbiorowym oraz ustawy o funduszu rozwoju przewozów autokarowych. KPO zapowiada te zmiany na II kwartał 2022 roku, co według izby oznacza kolejne dwa lata niepewności 2 tys. podmiotów co do organizacji publicznego transportu autobusowego. Izba postuluje także, by w ramach celu „cyfryzacji transportu” zająć się także stworzeniem jednej platformy zawierającej informacje o komunikacji autobusowej realizowanej w przewozach wojewódzkich, powiatowych i gminnych w całym kraju.

Firmy rodzinne w Polsce generują 18 proc. PKB i 332 mld zł przychodu. Nowe przepisy mają ułatwić ich funkcjonowanie i sukcesję

W Polsce działa ok. 830 tys. firm rodzinnych. Generują rocznie 332 mld zł, co piąta wypracowana w naszym kraju złotówka jest wynikiem właśnie ich pracy. W ciągu najbliższych pięciu lat w ręce kolejnej generacji przejdzie ok. 57 proc. firm rodzinnych, ale tylko nieco ponad 8 proc. następców deklaruje chęć ich poprowadzenia. Do konsultacji trafił niedawno projekt ustawy o fundacji rodzinnej, który ma pomóc rozwiązać problem sukcesji, umożliwi też firmom rodzinnym stabilny rozwój w perspektywie wielopokoleniowej. – To odpowiedź na oczekiwania prywatnej przedsiębiorczości – ocenia Piotr Aleksiejuk z kancelarii Wojarska Aleksiejuk i Wspólnicy.

– Według danych resortu rozwoju w Polsce mamy ponad 800 tys. firm rodzinnych, które w 2019 roku wygenerowały ponad 300 mld zł przychodu. Są naszym dobrem narodowym, dzięki któremu polski produkt jest szerzony w międzynarodowych realiach gospodarczych. Projekt ustawy o fundacji rodzinnej jest kompleksowym rozwiązaniem problemów, z jakimi borykają się firmy rodzinne, zwłaszcza funkcjonujące w średnim i dużym biznesie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Piotr Aleksiejuk, radca prawny, partner zarządzający w kancelarii Wojarska Aleksiejuk i Wspólnicy.

Pod koniec marca 2021 roku do konsultacji zewnętrznych trafił projekt ustawy o fundacji rodzinnej przygotowany przez Ministerstwo Finansów oraz Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii. Stworzenie instytucji fundacji rodzinnej ma ochronić firmę przed problemami związanymi ze zmianą właściciela i ułatwić powierzenie jej zarządzania spadkobiercom.

– Fundacja rodzinna ma za zadanie skupiać własność w jednym podmiocie i przede wszystkim umożliwiać zachowanie jej trwałości na wypadek tzw. niekontrolowanej sukcesji. W przypadku śmierci nestora ma umożliwić dalsze jej funkcjonowanie zgodnie z wizją jej fundatora, czyli twórcy fundacji. Ma też przeciwdziałać scenariuszom traumatycznym, które pisze życie, czyli przede wszystkim potencjalnym konfliktom pomiędzy sukcesorami – wyjaśnia ekspert.

Fundację rodzinną będzie można utworzyć poprzez sporządzenie u notariusza aktu założycielskiego lub testamentu. Najważniejsze kwestie fundator będzie mógł zawrzeć w jej statucie. Zgodnie z założeniami ustawy fundacja rodzinna będzie mogła zostać wyposażona w szeroko rozumiany majątek – pieniądze, papiery wartościowe, nieruchomości, udziały czy akcje. Fundator będzie miał dużą swobodę w określaniu zasad zarządzania majątkiem. Sam też ustali krąg beneficjentów – będą mogli to być członkowie rodziny, ale też np. organizacje pożytku publicznego.

W przypadku, gdy nie ma sukcesorów albo nikogo z predyspozycjami do rozwijania przedsiębiorstwa, można zaangażować management zewnętrzny, który dalej pokieruje rozwojem przedsiębiorstwa rodzinnego, a także innych aktywów skupionych wokół rodziny. Sukcesorzy, rodzina będą beneficjentami i skorzystają z profesjonalnego zarządzania – zaznacza radca prawny.

Firma rodzinna często stanowi dorobek pracy wielu pokoleń. Niebezpiecznym momentem jest jednak jej przekazanie kolejnej generacji. Dane Instytutu Biznesu Rodzinnego, na które powołuje się resort finansów, wskazują, że w perspektywie najbliższych pięciu lat w ręce młodszego pokolenia przejdzie ok. 57 proc. firm rodzinnych, jednocześnie tylko 8,1 proc. następców deklaruje chęć poprowadzenia firmy stworzonej przez rodziców. Tymczasem przerwanie ciągłości zarządzania czy brak osób, które chciałyby przejąć prowadzenie biznesu, mogą zagrozić istnieniu firmy.

Dotychczasowe przepisy stanowiły ułatwienia raczej dla najmniejszych firm rodzinnych. Chodzi m.in. o wprowadzenie instytucji umożliwiających przekształcenie przedsiębiorcy prowadzącego indywidualną działalność gospodarczą w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością czy stworzenie zarządu sukcesyjnego, Co więcej, jak wskazuje Piotr Aleksiejuk, rozwiązywały one problem sukcesji do drugiego pokolenia.

– Te przepisy nie umożliwiały nestorom, właścicielom firm rodzinnych wdrożenia takiego projektu sukcesji z krwi i kości, jaki funkcjonuje w Europie Zachodniej czy w gospodarkach wysoko rozwiniętych, czyli procesu wielopokoleniowego, umożliwiającego funkcjonowanie firmie rodzinnej przez wiele pokoleń. Dopiero projekt ustawy o fundacjach rodzinnych taką możliwość zapewnia – tłumaczy ekspert kancelarii Wojarska Aleksiejuk & Wspólnicy.

Instytucja fundacji rodzinnych od lat istnieje w krajach Europy Zachodniej, m.in. w Austrii, Holandii, Niemczech, Szwajcarii czy Szwecji. Przykładem fundacji są np. Stichting INGKA Foundation (IKEA), Giorgio Armani Foundation, Dr. Oetker czy Rodzina Wallenbergów (Electrolux, SAAB, Ericsson). Polscy przedsiębiorcy do tej pory, nie mając innych możliwości, często korzystali z rozwiązań oferowanych przez inne państwa. To zaś prowadziło do przenoszenia aktywów za granicę. Stworzenie instytucji fundacji rodzinnych w Polsce pomoże to zmienić. Jeśli ustawa wejdzie w życie, Polska będzie jednym z niewielu krajów w Europie Środkowo-Wschodniej z instytucją fundacji rodzinnej, może w związku z tym przyciągnąć nowych inwestorów.

 Będzie to możliwe dzięki rozsądnym rozwiązaniom podatkowym, które proponuje fundacja, choć wiele aspektów wymaga doprecyzowania. Natomiast na pewno spowoduje, że firmy rodzinne będą miały stabilniejsze warunki do rozwijania się, co sprzyjać będzie polskiej gospodarce – ocenia Piotr Aleksiejuk.

Te korzystne kwestie podatkowe to m.in. fakt, że majątek wniesiony do fundacji przez fundatora nie będzie przychodem, nie będzie też wiązało się to z obciążeniami podatkowymi. Działalność fundacji będzie opodatkowana na zasadach ogólnych, a dochody fundatora oraz beneficjentów z tzw. grupy zerowej, pochodzące z fundacji, nie będą podlegały opodatkowaniu PIT. W przypadku likwidacji fundacji nabyte od niej świadczenia i mienie będą podlegać opodatkowaniu podatkiem od spadków i darowizn. Będą z niego zwolnieni najbliżsi fundatora, jeśli przedmiotem świadczenia będzie mienie, które wniósł on do fundacji.

Według zapowiedzi autorów projektu nowe przepisy mogą trafić do parlamentu w drugiej połowie 2021 roku, a ustawa wejść w życie na początku 2022 roku.

Coraz bliżej rozwiązanie problemu kredytów frankowych. Unieważnienie umów oznaczałoby straty dla banków od 70 mld do nawet 230 mld zł

Kredytobiorcy, którzy zaciągnęli kredyty we frankach, oraz sektor bankowy z niecierpliwością czekają na uchwałę Sądu Najwyższego w sprawie rozstrzygania sporów o kredyty frankowe. Ma ono nastąpić 13 kwietnia. Zdaniem dr. hab. Witolda Potwory z Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu sprawiedliwe wydaje się proponowane przez KNF przeliczanie kwoty kredytu po kursach z dnia ich zaciągnięcia. Być może jednak Sąd Najwyższy zaproponuje inne rozwiązanie. Ekspert podkreśla, że szkodliwe byłoby rozwiązanie obciążające tylko jedną stronę sporu – kredytobiorców lub banki. KNF policzyła, że koszty dla banków w przypadku unieważnienia umów kredytowych mogłyby sięgnąć od 70 do 234 mld zł w zależności od przyjętego wariantu.

Propozycja przewodniczącego Komisji Nadzoru Finansowego, żeby przeliczyć kwoty po kursach złotówkowych z dnia pobrania kredytu, wydaje się być rozsądna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Witold Potwora, prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu. – Albo przyjmiemy to rozwiązanie, albo też trzeba jednak czekać na indywidualne rozstrzygnięcia. To oczywiście może przedłużyć ten stan wysokiej niepewności. Czekamy też na rozstrzygnięcie Sądu Najwyższego, być może on zaproponuje jakieś rozwiązania, które dzisiaj nie są znane.

Sąd Najwyższy miał się wypowiedzieć na ten temat już 25 marca, jednak termin został przesunięty o ponad dwa tygodnie na 13 kwietnia, co przedłużyło niepewność i wystawiło na próbę cierpliwość zarówno banków, jak i kredytobiorców. Po orzeczeniu TSUE z jesieni 2019 roku, zgodnie z którym unieważnienie umów kredytowych z niedopuszczalnymi klauzulami nie stoi w sprzeczności z prawem UE, frankowicze gremialnie ruszyli do sądów z pozwami, banki zaś zaczęły proponować ugody.

Jak przeanalizował portal Bankier.pl, na koniec 2020 roku giełdowe banki były stroną w ponad 28 tys. takich spraw sądowych. To wzrost o 148 proc. względem końca 2019 roku. Z danych KNF wynika, że na koniec lutego br. wszystkich kredytów we frankach było ok. 410 tys., a ich wartość to ponad 90 mld zł.

Wydaje mi się, że polski system bankowy jest na tyle sprawny i na tyle skuteczny, że poradziłby sobie nawet z niekorzystnymi rozwiązaniami dla samych banków. Myślę jednak, że to powinno być podzielone mniej więcej po równo. Powinniśmy doprowadzić do sytuacji, że i system bankowy, i kredytobiorcy powinni mieć możliwość takiego załatwienia sprawy, żeby nie wpłynęła znacząco na ich kondycję – przekonuje dr hab. Witold Potwora. – Jestem przeciwny rozwiązaniu, które by stawiało w niekorzystnej sytuacji poszczególne banki, ale też jestem przeciwny takiej sytuacji, że kredytobiorca poniesie całe konsekwencje tego, że ktoś kiedyś go, co tu dużo mówić, oszukał.

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego przedstawił na początku marca analizę konsekwencji rozstrzygnięć w tych sporach dla banków – w najbardziej optymistycznym scenariuszu będzie to kosztować sektor 34,5 mld zł, a w najbardziej niekorzystnym – aż 234 mld zł. Pierwszy wariant, zaproponowany w grudniu ub.r. przez przewodniczącego KNF, polegałby na zawarciu ugód z klientami, w ramach których mieszkaniowy kredyt walutowy od daty jego uruchomienia zostałby rozliczony tak jak kredyt złotowy. Wariant najbardziej kosztowny dla banków dotyczy sytuacji, w której doszłoby do unieważnienia kredytu i banki zwracają pobrane raty, zaś klienci nie zwracają kapitału. Jeśli kredytobiorcy zwracaliby pożyczony kapitał, straty bankowe byłyby o ponad połowę niższe (101,5 mld zł), a jeśli zwrotowi podlegałyby również koszty tego kapitału, to kwota ta spadłaby do 70,5 mld zł. W 2020 roku zysk netto sektora bankowego wyniósł 7,77 mld zł, co oznacza spadek o 43,8 proc. r/r.

Gdy popatrzymy dzisiaj na oprocentowanie kredytów i lokat, które w zasadzie są na poziomie zero procent, a niektóre banki nawet sugerują, że poprzez system dodatkowych opłat to lokowanie w oszczędności będzie wiązało się z ponoszeniem dodatkowych kosztów przez klienta, to widzimy wyraźnie, że jest jeszcze możliwość pewnych działań, jeśli chodzi o marżę. Część banków powinna jednak zdecydować się na pomoc, na rozwiązania polubowne, które będą związane z długotrwałą umową. Można by zrezygnować z wysokich marż na rzecz tego, żeby zaufanie do sektora bankowego nie spadło – podkreśla prorektor Wyższej Szkoły Zarządzania i Administracji w Opolu.

Jednocześnie KNF poinformowała o prowadzeniu prac nad zwiększeniem liczby mediatorów w Sądzie Polubownym działającym przy komisji oraz przeprowadzaniem szkoleń, które zapewniłyby im najbardziej aktualną wiedzę na temat kierunków orzeczeń dotyczących sporów o kredyty frankowe.

W Polsce co roku przeprowadza się ok. 145 transplantacji serca, ale oczekujących jest trzy razy więcej. Problemem często jest brak zgody rodziny zmarłego

W 2020 roku wykonano 145 operacji transplantacji serca i podobna liczba utrzymuje się od kilku lat. Potrzeby są jednak znacznie większe, bo liczba osób oczekujących na przeszczep to 415 – wynika ze statystyk Poltransplantu. Choć większość Polaków zgadza się zostać dawcą narządów po swojej śmierci, rzadko informują o tym bliskich. – Nawet w 10–20 proc. przypadków rodzina nie zgadza się na przeszczep – wskazuje dr n. med. Zygmunt Kaliciński, transplantolog ze Szpitala MSWiA w Warszawie. Problemami są także nieodpowiednie przygotowanie szpitalnych koordynatorów oraz ich częsta rotacja.

– W Polsce wykonujemy mniej więcej stałą od kilku lat liczbę operacji przeszczepienia serca – ok. 145–147 rocznie, natomiast potencjał jest o wiele większy. Co roku oczekujących na pilny przeszczep serca jest około 400 osób, a więc sama matematyka odpowiada, jakie są potrzeby – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr n. med. Zygmunt Kaliciński, lekarz kardiochirurg, transplantolog z Kliniki Kardiochirurgii w Szpitalu MSWiA w Warszawie i prezes Fundacji dla Transplantacji.

Z przeprowadzonego pod koniec 2019 roku sondażu „Stosunek Polaków do transplantacji – wpływ wiary i zaufania do systemu ochrony zdrowia” wynika, że 73 proc. osób zgodziłoby się na pobranie narządów po swojej śmierci. Regulacje prawne stanowią, że każda osoba, która nie wyrazi sprzeciwu, jest potencjalnym dawcą. W praktyce jednak nie pobiera się narządów od zmarłego dawcy, jeżeli rodzina nie wyrazi na to zgody. Co istotne, 75 proc. badanych zdecydowanie i raczej pozytywnie ocenia tę zgodę domniemaną. Tylko 11 proc. ma negatywną opinię.

Problem w tym, że nawet Polacy zdecydowani na zostanie dawcą rzadko o swojej decyzji informują członków rodziny. Przykładowo badania CBOS z 2016 roku wskazują, że robi to ok. 25 proc. respondentów. Rodziny zaś, zaskoczone tragiczną sytuacją utraty bliskiej osoby, często protestują przeciw pobraniu organów od zmarłego.

 Kiedy dochodzi do śmierci, np. młodego człowieka, jest to tragedia dla rodziny i najgorszy czas, żeby ich informować, że zmarły może jeszcze kogoś uratować. Natomiast jeśli są przygotowani, jeśli dowiedzą się o tym wcześniej, ten człowiek im wcześniej powie: „tato, mamo, jestem zdrowy, ale chciałbym uratować kogoś, jeżeli mi się coś stanie”. To wszystko. Wystarczy raz powiedzieć „tak”. Uważamy, że wtedy o te 10–20 proc. odmów moglibyśmy zwiększyć liczbę transplantacji – przekonuje prezes Fundacji dla Transplantacji.

Fundacja stawia sobie za cel uświadamianie społeczeństwa w tym zakresie. W kampanii społecznej #ZostawSerceNaZiemi edukuje nie tylko na temat tego, jak ważna jest decyzja o byciu dawcą, lecz również poinformowanie o niej rodziny i bliskich.

Drugą przyczyną małej liczby transplantacji serca, w którą według mnie należy włożyć o wiele więcej pracy, są szpitalni koordynatorzy. To następny ważny dla nas temat i szykujemy się do niego, ale jeszcze trochę czasu nam to zajmie – mówi transplantolog.

Koordynatorzy transplantacyjni mają pracować nad zwiększeniem liczby przeprowadzanych przeszczepów. Nadzorują proces identyfikacji i kwalifikacji dawcy narządów, opieki nad dawcą i biorcą przeszczepu. Z reguły część tych zadań koordynator wykonuje osobiście. Na koniec 2019 roku w Polsce funkcję koordynatora pełniło 338 osób – 301 szpitalnych koordynatorów pobierania narządów od zmarłych dawców, 27 regionalnych koordynatorów pobierania i przeszczepiania narządów oraz 10 koordynatorów centralnych w biurze Poltransplantu.

Łącznie szpitalni koordynatorzy transplantacyjni zatrudnieni są w 248 z 388 szpitali z potencjałem dawstwa, czyli posiadających w swoich strukturach co najmniej oddział anestezjologii i intensywnej terapii, w tym 371 szpitali dla dorosłych i 17 szpitali pediatrycznych.

 Pierwsza bariera to jest chyba jednak pierwszy koordynator w szpitalu, który rozpoznaje dawcę i właściwie go kwalifikuje. Ci ludzie często się zmieniają, są w szpitalach na jakiś czas, później odchodzą. Według mnie nie mają bardzo mocnych uwarunkowań prawnych, wymagają też lepszego treningu – ocenia dr n. med. Zygmunt Kaliciński.

W ubiegłym roku w Polsce przeprowadzono w sumie prawie 1,2 tys. przeszczepów od zmarłych dawców (w 2019 roku było ich ponad 1,4 tys.). Najwięcej operacji dotyczyło nerek (717) oraz wątroby (263). Na koniec grudnia 2020 roku na krajowej liście oczekujących na przeszczepy było ponad 1,8 tys. osób.

Naukowcy stworzyli syntetyczne związki imitujące działanie ludzkich peptydów. Mogą być skuteczne w walce z koronawirusem czy opryszczką [DEPESZA]

Naukowcy wykazali, że sztucznie tworzone peptoidy przeciwwirusowe niszczą otoczki wirusów za pomocą mechanizmu podobnego do tego, który obserwuje się w przypadku naturalnych ludzkich peptydów przeciwwirusowych. Te syntetyczne związki mogą być skuteczne m.in. przeciw koronawirusowi, a także wirusowi opryszczki. Tymczasem w Polsce rozpoczęły się badania kliniczne, które ocenią skuteczność amantadyny w leczeniu choroby COVID-19. – Istnieje ogromne zapotrzebowanie na nowe preparaty przeciwwirusowe – podkreśla dr Gill Diamond z Uniwersytetu w Louisville.

Naukowcy z  Uniwersytetu w Louisville wykazali, że sztucznie tworzone peptoidy przeciwwirusowe niszczą otoczki wirusów za pomocą mechanizmu podobnego do tego, który obserwuje się w przypadku naturalnych ludzkich peptydów przeciwwirusowych. Peptoidy przeciwwirusowe mają jednak tę zaletę, że są niewrażliwe na działanie czynników, które degradują peptydy biologiczne. Oznacza to, że peptoidy mogą zapewniać podobne działanie, co naturalna reakcja obronna organizmu, ale przy dużo większej stabilności.

– Nasza praca stanowi pierwszy opis biomimetycznych peptoidów przeciwwirusowych – stabilnych imitatorów naturalnych peptydów, które skutecznie inaktywują dwa różne wirusy otoczkowe, wykorzystując mechanizm działania podobny do mechanizmu naturalnej odporności wrodzonej – mówi dr Gill Diamond z Uniwersytetu w Louisville.

Wcześniejsze wyniki badań przeprowadzonych przez naukowców wykazały, że naturalny ludzki peptyd przeciwdrobnoustrojowy rozrywa błonę wirusa opryszczki mięsaka Kaposiego. Okazało się, że jest on skuteczny również w inaktywacji opryszczki HSV-1 oraz wirusa SARS-CoV-2 odpowiedzialnego za pandemię choroby COVID-19.

– Nawracające infekcje HSV-1 dotykają około 177 mln dorosłych Amerykanów, a SARS-CoV-2 dotyczy nas wszystkich – podkreśla naukowiec.

Tymczasem po opracowaniu kilku rodzajów szczepionek przeciwko koronawirusowi obecnie trwają poszukiwania leku na wywoływaną przez niego chorobę COVID-19. Coraz poważniej rozpatrywane jest wykorzystanie amantadyny w leczeniu infekcji. Substancja ta standardowo jest stosowana w leczeniu choroby Parkinsona i stwardnienia rozsianego. Pod nadzorem rządowej Agencji Badań Medycznych w siedmiu polskich ośrodkach rozpoczęły się badania kliniczne, których celem jest ocena skuteczności takiej terapii przy COVID-19. Jak dotąd żaden ośrodek na świecie nie potwierdził jeszcze działania tego leku przy infekcjach koronawirusem.

– Istnieje ogromne zapotrzebowanie na nowe preparaty przeciwwirusowe – podkreśla dr Gill Diamond. – Chociaż są już dostępne nowe szczepionki przeciwko SARS-CoV-2, terapie mogą pomóc osobom, które zostały już zakażone i zachorowały na chorobę COVID-19.

Dotychczas na całym świecie potwierdzono już niemal 134 mln zakażeń, a w Polsce niemal 2,5 mln. Choroba COVID-19 spowodowała śmierć prawie 3 mln osób globalnie i prawie 57 tys. w naszym kraju.

Odnajdywane w Polsce skamieniałości rzucają nowe światło na prastare zwierzęta. Pozwalają też przewidzieć zachowanie środowiska przy zmieniającym się klimacie

W Polsce odnaleziono roślinożernego dinozaura dicynodonta czy jednego z najstarszych na świecie żółwi. Kolejne odkrycia pozwalają poznać świat sprzed setek milionów lat, zwłaszcza że niemal co roku polscy naukowcy poznają kolejne gatunki żyjących dawniej zwierząt. – Badając wymarłe zwierzęta, naukowcy mogą zrozumieć, jak zachowywała się biosfera w takim świecie, który nas czeka w najbliższym czasie – gdy było bardzo gorąco, gdy przesuwały się strefy klimatyczne – mówi dr Mateusz Tałanda z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

– Przez wiele lat wydawało się, że Polska nie jest najlepszym miejscem do badania zwierząt z ery dinozaurów. Tych znalezisk było w Polsce rzeczywiście bardzo mało i przez lata wydawało się, że teren naszego kraju jest jałowy. Dopiero w latach 90. odkryliśmy pierwsze cmentarzysko sprzed około 230 mln lat, które było wyjątkowe w skali całego świata. Na bardzo niewielkim obszarze znaleźliśmy tysiące szkieletów płazów i gadów z samego początku ery dinozaurów oraz szczątki nieznanej grupy pradinozaurów – mówi agencji Newseria Innowacje dr Mateusz Tałanda z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Znaleziska w Polsce już mają ogromne znaczenie dla poznania świata sprzed setek milionów lat. W Krasiejowie pod Opolem naukowcy odnaleźli szczątki pradinozaura – Silesaurus opolensis. Na ich podstawie odkryli, że dinozaury powstały bezpośrednio z czworonożnych zwierząt, nie zaś – jak wcześniej sądzono – z dwunożnych. To jednak tylko jedno z odkryć. Niedaleko Lublińca odnaleziono np. fragmenty szkieletu pierwszego polskiego dinozaura drapieżnego, najstarszego przedstawiciela grupy, do której zaliczane są tyranozaury. Dinozaura z Lisowic paleontolodzy nazwali smokiem.

Każde kolejne odkrycie przybliża nas do poznania dawnego świata, zwłaszcza że wraz z dinozaurami pojawiały się nowe gatunki zwierząt – pradawne jaszczurki, żółwie czy prassaki.

– W tym czasie doszło do ogromnego wyścigu zbrojeń między tymi grupami zwierząt o dominację. Tę dominację wygrały oczywiście dinozaury. Dlaczego nie wygrały jej inne zwierzęta, dopiero próbujemy zbadać. Między innymi nowe stanowiska z Polski pozwalają nam lepiej zrozumieć proces, w jaki te zwierzęta walczyły ze sobą o dominację. Nasi przodkowie przegrali ten wyścig i stali się marginalnymi zwierzętami żyjącymi głównie nocą, wygrały go dinozaury. Nasz czas przyszedł o wiele później – wskazuje badacz z z Instytutu Biologii Ewolucyjnej Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Polskim naukowcom udało się m.in. opisać największego dicynodonta – gada ssakokształtnego, który żył na terenie Śląska. Odkryte skamieniałości pochodzą z późnego triasu Śląska (210–205 mln lat temu) i pokazują wiele zaskakujących cech szkieletu ogromnych dicynodontów. Dzięki temu Polacy obalili przyjęte poglądy na temat pojawienia się wielkich roślinożerców w późnym triasie – wcześniej naukowcy byli zdania, że dotyczyło to tylko dinozaurów.

–  Dicynodonty przypominają trochę hipopotama, występowały na całym świecie, ale wydawało się, że wraz z pojawieniem się roślinożernych dinozaurów zaczęły schodzić ze sceny. Tymczasem okazuje się, że było inaczej i wiemy to właśnie ze znalezisk z terenu Polski. One na naszym terenie wcale nie wymierały, a wręcz przeciwnie. Ich rozmiary stały się porównywalne z dużymi dinozaurami. Mamy kości wskazujące na to, że te zwierzęta osiągały kilka ton masy ciała i być może rzuciły wyzwanie dużym roślinożernym dinozaurom, powstrzymując ich ekspansję – mówi ekspert.

W Porębie koło Zawiercia badacze znaleźli natomiast szczątki jednego z najstarszych na świecie żółwi, żyjących 215 mln lat temu. Pancerz dorosłego żółwia z Poręby mógł mieć ok. 70 cm długości, a cały żółw około metra. Naukowcy poznali też ich dietę, a skamieniałości pozwoliły przybliżyć ewolucję tych zwierząt.

– Żółwie znane są ze swojej skorupy, ale nie wiemy, jak dokładnie ta skorupa powstała. Znaleziska z Polski uzupełniają tę lukę, ponieważ pokazują, jak taka najstarsza, najprymitywniejsza jeszcze skorupa wyglądała. U dzisiejszych żółwi składa się z regularnych płyt, zrośniętych ze sobą w pancerz, natomiast na początku była to mozaika drobnych, nieregularnych kości, które dopiero z czasem zbudowały litą skorupę obserwowaną u dzisiejszych żółwi – tłumaczy dr Mateusz Tałanda.

Jak przekonuje, odkrycia mają ogromne znaczenie dla świata nauki. Zwłaszcza że badając wymarłe zwierzęta, można zrozumieć, jak zachowywała się biosfera w znacznie cieplejszych czasach niż obecnie.

– To pozwoli nam zrozumieć, jaki los czeka naszą biosferę – czy czeka nas kolejne wymieranie, czy zwierzęta i rośliny będą w stanie przesuwać się wraz z przesuwającymi się strefami klimatycznymi – podkreśla naukowiec.

NCBR i NFOŚiGW razem na rzecz rozwoju w Polsce zielonych technologii

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej podpisały 8 kwietnia br. umowę o współpracy na rzecz rozwoju w Polsce zielonych technologii. Wspólnie wypracowane idee będą weryfikowane i prezentowane przez NCBR, a następnie wdrażane i komercjalizowane w programach NFOŚiGW.

Celem porozumienia są wspólne działania służące podnoszeniu efektywności gospodarowania zasobami, rozwojowi technologii proekologicznych i środowiskowych oraz transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej i neutralnej klimatycznie. Realizacja zadań opierać się będzie na współfinansowaniu badań naukowych, prac rozwojowych i wdrożeniowych.

Polska nauka będzie odgrywać kluczową rolę w procesie transformacji energetycznej, w obliczu której stoimy. Mamy zaplecze naukowe i środki, by wypracować innowacyjne rozwiązania, potrzeba jednak współpracy na szczeblu zarówno biznesowym, jak i administracji publicznej, aby te rozwiązania znalazły swoje zastosowanie w praktyce. Podpisana dziś umowa stanowi pierwszy krok do kompleksowego opracowania i wdrażania innowacji środowiskowych podkreśla Minister Edukacji i Nauki Przemysław Czarnek.

– Współpraca Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska wpisuje się w realizację najważniejszych celów, jakie określiliśmy w Polityce Energetycznej Polski (PEP 2040). Wspólne inicjatywy naukowo-badawcze i wdrożeniowe w zakresie wspierania rozwoju zielonych technologii istotnie przyczynią się do transformacji w kierunku gospodarki niskoemisyjnej – mówi Michał Kurtyka, minister Klimatu i środowiska

Dzięki podpisanej umowie między NCBR a NFOŚiGW możliwe będzie podejmowanie wspólnych działań instytucji w celu wdrożenia idei tzw. Organizacji Innowacji. Są to strukturalne i organizacyjne rozwiązania wspierające polskich naukowców oraz przedsiębiorców w procesie badań i wdrożeń innowacyjnych przedsięwzięć w obszarach największych wyzwań gospodarczych.

– Innowacje dla środowiska stanowią wspólny element zainteresowania zarówno dla NCBR, jak i NFOŚiGW. Naturalne więc, że podejmujemy wspólną inicjatywę dla zielonej przyszłości. Razem będziemy identyfikować nowe ścieżki interwencji publicznej dla rozwoju innowacyjnych technologii na rzecz środowiska – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

Współpraca przewiduje szereg działań służących rozwojowi polskich technologii środowiskowych przez finansowanie prac badawczo-rozwojowych oraz komercjalizację gotowych rozwiązań.

–  Narodowy Fundusz stawia na innowacje m.in. w programie „Nowa Energia”, który wspiera wdrożenie innowacyjnych technologii. Współpraca z NCBR, w której wykorzystamy potencjał programu „Nowa Energia”, stwarza nam szerokie możliwości inicjowania i ukierunkowywania działań na najbardziej istotne z punktu widzenia gospodarki i ochrony środowiska rozwiązania –  tłumaczy Maciej Chorowski, prezes Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej. 

Dwie organizacje, jeden cel

W ramach wspólnych działań NCBR będzie przecierać szlaki dla nowych trendów i standardów, przez weryfikację zielonych technologii, zaś NFOŚiGW – również jako inicjator wspólnych idei –  informacje i doświadczenia zebrane przez NCBR będzie mógł wykorzystać w swojej działalności.

Współpraca przewiduje, że NCBR dokona identyfikacji, w wyniku dialogu z rynkiem i ekspertami oraz w oparciu o własne analizy, konkretnych zielonych technologii. Następnie dzięki uzyskanym informacjom stworzy dla nich specyfikację techniczną danej technologii, która obejmie minimalne wymagania oraz oczekiwane innowacje. Następnie przeprowadzi weryfikację wyników prac uczestników inicjatywy. Zebrane informacje – dotyczące wypracowanego standardu oraz konkretnych rozwiązań – będą stanowić wkład merytoryczny do tworzonych przez NFOŚiGW programów priorytetowych.

Dzięki umowie NFOŚiGW będzie miał wpływ na podejmowane przez NCBR działania i będzie mógł tworzyć kolejne instrumenty wsparcia nakierowane na konkretne zielone rozwiązania. Umożliwi to zwiększanie zasięgu rynkowego technologii powstałych z inicjatywy NCBR lub technologii z podobnego obszaru, jak również pomoże zapewnić finansowanie wdrożenia takich technologii potencjalnym odbiorcom.

Niższa sprzedaż nowych aut uderzy w ubezpieczycieli?

Wyniki dotyczące sprzedaży nowych aut w 2020 r. oraz styczniu 2021 r. nie są dobre. Jak wpływa to na sytuację towarzystw ubezpieczeniowych?

Już od dawna niemal każdy kolejny rok przynosił rekordy dotyczące liczby sprzedanych polis OC dla kierowców, a także ubezpieczeń autocasco. Statystyki potwierdzają jednak, że koronawirusowy kryzys skutkował spadkiem ubiegłorocznej sprzedaży nowych samochodów w Polsce o około 130 000 (czyli o 23%) względem 2019 roku. Eksperci porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl sprawdzili, czy ta zmiana jest ważna z punktu widzenia krajowych ubezpieczycieli.

Spadek sprzedaży aut oznacza ponad 100 000 mniej OC

Ze wstępnych danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Samochodów (ACEA) wynika, że w całym 2020 r. zarejestrowano w Polsce 428 347 nowych aut osobowych. Oznacza to spadek o 127 251 w stosunku do poprzedniego roku.

Praktycznie każdy właściciel nowego auta kupuje od razu obowiązkowe ubezpieczenie OC. Często decyduje się on także na cały pakiet OC + AC.

„Można zatem założyć, że w razie utrzymania sprzedaży nowych aut na poziomie z 2019 r. krajowe firmy ubezpieczeniowe sprzedałyby o 125 000 – 130 000 więcej ubezpieczeń OC” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Polisy OC – jak duży jest ten rynek?

Czy powyższa utracona sprzedaż jest bardzo znacząca dla ubezpieczycieli? Aby się o tym przekonać, należy sprawdzić, jak duży jest cały rynek OC. Nie posiadamy jeszcze pełnych danych za 2020 r., ale Komisja Nadzoru Finansowego informuje, że od 1 stycznia do 30 września 2020 r. ubezpieczyciele w Polsce sprzedali ponad 21,5 miliona polis OC. W całym 2019 r. sprzedano natomiast ponad 28 milionów obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych.

Jeżeli porównamy potencjalny spadek liczby sprzedanych OC dla właścicieli nowych samochodów osobowych (ok. 0,13 mln) oraz roczną sprzedaż takich ubezpieczeń (ok. 28,0 mln umów), to wydaje się, że gorsze wyniki sprzedaży nowych aut nie miały dużego znaczenia dla ubezpieczycieli w kontekście OC.

Jak mniejsza sprzedaż nowych aut wpłynęła na rynek AC?

W przypadku polis autocasco warto zaznaczyć, że co roku sprzedaje się ich ok. 7 milionów.

Wpływ spadku sprzedaży nowych aut na rynek autocasco był nieco większy niż w przypadku OC – zaznacza Paweł Kuczyński, prezes Ubea.pl. – Nadal jednak nie miał on bardzo istotnego przełożenia na sytuację ubezpieczycieli.

W I kw. 2021 r. przybyło 2 tys. nowych sklepów internetowych, czyli o 70 proc. więcej niż w analogicznym okresie 2020 r.

Od lat liczba sklepów stacjonarnych w Polsce systematycznie spada, za to rośnie liczba sklepów online. W pierwszym kwartale 2021 r. przedsiębiorcy zarejestrowali 3,4 tys.  sklepów  internetowych i wykreślili 1,4 tys. Łącznie przybyło 2 tys. sklepów internetowych, a ich liczba osiągnęła w sumie 46,5 tys. W porównaniu do pierwszego kwartału ubiegłego roku stanowi to wzrost o nieco ponad 70 proc. Eksperci przewidują, że na koniec 2021 r. liczba sklepów online może sięgnąć nawet 55 tys.

COVID-19 jak na razie nie odpuszcza, a przedsiębiorcy, w tym ci zajmujący się handlem, muszą nieustannie mierzyć się z kolejnymi ograniczeniami. W dodatku już od kilku lat widać, że konsumenci stopniowo przenoszą swoja aktywność zakupową do Internetu, co jest jedną z przyczyn systematycznego spadku liczby sklepów stacjonarnych. Według raportu ExpertSender, polskiej firmy wspierającej marki w automatyzacji marketingu, już 7 na 10 Polaków robi zakupy online. Połowa kupujących wydaje tą drogą ponad 300 zł miesięcznie.

W Polsce jest już ponad 46 tys. sklepów internetowych

Trudno się więc dziwić, że nieustannie rośnie liczba sklepów internetowych – a od 2020 tempo tego wzrostu zdecydowanie przyspieszyło. Jak wynika z danych agencji badawczej Bisnode A Dun & Bradstreet Company na początku stycznia 2021 w Polsce było zarejestrowanych w sumie blisko 44,5 tys. sklepów internetowych – o 21,5 proc. więcej niż rok wcześniej. Po trzech miesiącach 2021 r. liczba ta wzrosła o kolejne 2 tys., obecnie w Polsce zarejestrowanych jest więc 46,5 tys. sklepów internetowych. W sumie w pierwszym kwartale 2021 r. Polacy zarejestrowali 3,4 tys. nowych sklepów online, ale w tym samym czasie 1,4 tys. działalności zostało wykreślonych z KRS. Co ciekawe 1,5 tys. z nich zostało zawieszonych i jest to o 31 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Eksperci z Bisnode A Dun & Bradstreet Company przewidują, że na koniec 2021 r. liczba sklepów internetowych może sięgnąć nawet 55 tys.

Według szacunków sprzed kilku lat rynek e-commerce w Polsce w 2020 r. miał osiągnąć wartość 70 mld zł, ale w wyniku pandemii i powszechnego przeniesienia aktywności zakupowej do Internetu przebił już wartość 100 mld zł. Takie tempo wzrostu utrzyma się jeszcze przynajmniej do końca tego roku – dodaje Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender

Konsumenci chcą otrzymywać oferty dopasowane do swoich zainteresowań

Jak wynika z danych PwC, w czasie pandemii jedna trzecia Polaków zauważyła spadek swoich dochodów, a jedna czwarta zaczęła więcej oszczędzać. To kolejny kłopot dla właścicieli sklepów – nawet jeśli obostrzenia nie dotykają ich bezpośrednio, to prawdopodobnie klienci i tak wydają mniej niż przed pandemią. Same zakupy stały się mniej impulsywne, a bardziej przemyślane i zaplanowane. Tym ważniejsze z punktu widzenia sprzedawców jest więc odpowiednie dopasowanie oferty do odbiorców. Jak wynika z badania ExpertSender „Jakie e-maile chcą otrzymywać od ciebie klienci w 2021 roku?” aż 76 proc. konsumentów chciałoby dostawać tylko takie oferty, które ich interesują. Ponad 1/3 ankietowanych twierdzi, że odkąd ogłoszono pandemię, korzystają z personalizowanych ofert przesyłanych e-mailem częściej niż przedtem. Ponad 60 proc. badanych subskrybuje newslettery, a 70 proc. wie, że na ich e-maile trafiają oferty specjalne, których mogą nie spotkać w żadnym innym miejscu.

Odpowiednie dopasowanie oferty do kupującego jest niezbędnym elementem sukcesu w handlu internetowym  – tłumaczy Krzysztof Jarecki, CEO ExpertSender – Coraz częściej Internauci poszukują konkretnych produktów, a dzięki obserwacji i analizie ich zachowań możemy im je zaproponować. To zachęci klientów do zakupów znacznie lepiej, niż zasypywanie ich przypadkowo dobranymi ofertami. Jeszcze dalej idzie pomysł, który prawdopodobnie będzie się rozwijał w kolejnych latach – tzw. zero-click commerce, czyli dostarczanie konsumentom tego, czego potrzebują, zanim zdążą to zamówić. To już teraz jest wykonalne. Dzięki analizie zachowań i historii zakupów klienta można przewidzieć, jakimi produktami będzie zainteresowany w przyszłości – dlaczego więc go nie wyręczyć i nie wyprzedzić składania zamówienia?

Dane cytowane w tekście pochodzą z badania Bisnode a Dun & Bradstreet Company. Analizie poddano dane z rejestru KRS.

Popularność ASI nie przestaje rosnąć

Wprowadzona w 2016 roku do polskiego porządku prawnego formuła ASI coraz bardziej zyskuje na popularności. Jeszcze przed końcem pierwszego kwartału br. w rejestrze KNF pojawiło się 18. nowych zarządzających alternatywnymi spółkami inwestycyjnymi. Dla porównania, przez cały rok 2017, zewnętrznie i wewnętrznie zarządzających tego rodzaju funduszami, zarejestrowano zaledwie czworo[1]. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej w przypadku funduszy zamkniętych, dla których alternatywne spółki inwestycyjne stały się poważną konkurencją.

Fundusze inwestycyjne typu zamkniętego (FIZ/FIZAN) jeszcze niedawno dominowały na polskim rynku kapitałowym. Raport roczny Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami (IZFiA) mówi, że w latach 2012-2017 powstawało ich ponad 100 rocznie. W rekordowym 2015 roku było to ponad 200 nowych podmiotów. Rozwój segmentu funduszy zamkniętych zaczął hamować w latach 2016-17[2]. Przyczyną było zaostrzenie przepisów podatku dochodowego od osób prawnych FIZ-ów, ale też liczne ograniczenia w ich funkcjonowaniu i stosunkowo wysokie koszty. Dodatkowo w 2016 roku przyjęto nowelizację ustawy o funduszach inwestycyjnych, umożliwiając działalność bardziej elastycznych funduszy typu ASI, do których przystąpić jest relatywnie łatwiej. Mimo że nowe przepisy stworzyły dla FIZ-ów poważną alternatywę, ASI nie od razu stały się konkurencją, której trzeba było się obawiać.

ASI w górę, FIZ w dół

Sytuacja zmieniła się w roku 2019, który okazał się przełomowym dla obu form działalności inwestycyjnej. Spadająca popularność FIZ doprowadziła do największej od kilku lat dysproporcji między powstającymi a likwidowanymi funduszami typu zamkniętego.  Raport IZFiA podaje, że w 2019 roku powstało ich zaledwie 25, podczas gdy zlikwidowano ponad 100. Z drugiej strony, początek tego roku okazał się bardzo szczęśliwy dla funduszy typu ASI. Zniesiono bowiem ich podwójne opodatkowanie, co w połączeniu z innymi zaletami tego sposobu na inwestowanie, doprowadziło do gwałtownego wzrostu popularności. W roku 2019 w rejestrze KNF pojawiło się już łącznie 76. zewnętrznie i wewnętrznie zarządzających funduszami ASI.

– Rozwój popularności ASI nastąpił w momencie zniesienia podatku od dochodów uzyskanych ze sprzedaży udziałów, co sprawiło, że taka forma inwestowania stała się dużo bardziej opłacalna. Nie da się ukryć, że duży wpływ na rozwój rynku ASI miały też instytucje państwowe, takie jak PFR czy NCBiR oraz projekty oparte o środki publiczne – tłumaczy Tomasz Nietubyć, członek zarządu i lead inwestor Mercaton ASI. – Zalet funduszy alternatywnych można wymienić wiele. Ich działalność obwarowana jest mniejszą ilością przepisów niż funduszu zamkniętego. FIZ-y muszą być prowadzone przez Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych, w przypadku ASI nie ma takiego obowiązku. Fundusze alternatywne mają też większą elastyczność w zakresie lokowania środków. Działając na podstawie wpisu do rejestru, ASI nie mają obowiązku sporządzania kwartalnych wycen, a także nie ponoszą opłat TFI, co zmniejsza koszty funkcjonowania i pozwala skupić się na działalności inwestycyjnej – dodaje Tomasz Nietubyć.

Jak funkcjonuje alternatywna spółka inwestycyjna?

W myśl definicji przyjmowanej przez KNF, alternatywna spółka inwestycyjna jest instytucją wspólnego inwestowania, której przedmiotem działalności, w tym w ramach wydzielonego subfunduszu, jest zbieranie aktywów od wielu inwestorów w celu ich lokowania w interesie tych inwestorów zgodnie z określoną polityką inwestycyjną, niebędącą jednocześnie funduszem typu UCITS[3].

– Jednym z elementów odróżniających poszczególne fundusze jest wspomniana w definicji KNF polityka inwestycyjna. W przypadku Mercaton ASI opiera się ona na dwóch filarach strategicznych : zasadzie impact investingu i potencjale stopy zwrotu. Innymi słowy – skupiamy się na projektach wywierających pozytywny wpływ społeczny i środowiskowy oraz takich, które jednocześnie wykazują potencjał do szybkiego wzrostu. Równolegle działamy na rzecz edukacji rynku i profesjonalizacji inwestorów – dodaje Tomasz Nietubyć, członek zarządu Mercaton ASI.

Z formalnego punktu widzenia ASI to spółka prawa handlowego, która może działać w formie spółki komandytowej lub komandytowo-akcyjnej, bądź kapitałowej. Może być zarządzana wewnętrze lub zewnętrznie. Inaczej niż w przypadku FIZ, inwestujący w ASI nie otrzymują certyfikatów inwestycyjnych, lecz obejmują udziały lub akcje w spółce. Fundusze alternatywne działają zarówno w oparciu o środki publiczne, jak i prywatne. Horyzont inwestycyjny najczęściej określany jest na okres 5-7 lat. Działalność ASI podlega nadzorowi ze strony KNF.

[1] KNF, „Rejestr Zarządzających Alternatywnymi Spółkami Inwestycyjnymi” (30.03.2021) https://www.knf.gov.pl/podmioty/Podmioty_rynku_kapitalowego/Fundusze_Inwestycyjne/Rejestr_Zarzadzajacych_ASI

[2] IZFiA, „Raport Roczny 2019” https://www.izfa.pl/raporty#pozostale-raporty

[3] https://www.knf.gov.pl/dla_rynku/procesy_licencyjne/kapitalowy/zarzadzajacy_alternatywnymi_spolkami_inwestycyjnymi_ZASI/pytania_i_odpowiedzi#58454

Czas na obligacje?

Szybko wzrasta oprocentowanie amerykańskich obligacji, co można interpretować jako narastający strach przed ryzykiem związanym z załamaniem giełdowych kursów akcji. Inwestorzy skierują kapitał ku rządowym obligacjom?

Oprocentowanie 10-letnich obligacji amerykańskich wzrosło do 1,77 proc. Czy strach się nasila?

– Wzrost awersji do ryzyka byłby widoczny w spadkach kursu akcji, a tego nie doświadczamy, natomiast rentowności amerykańskich obligacji skarbowych są już wyższe niż w przededniu pandemii – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Rentowności obligacji nie udało się utrzymać na niskich poziomach, pomimo olbrzymiego dodruku pieniędzy przez Fed.

Rentowność obligacji w połowie minionego roku była znacznie niższa. Wynosiła 0,6 proc. Po tegorocznych wzrostach nie jest jednak wysoka, w ostatniej dekadzie zdarzało się, że rentowność ta wynosiła 3,0 proc.

Dla amerykańskiej gospodarki, już bardzo zadłużonej i polegającej na tanim wzrost rentowności do 1,77 proc. może mieć przykre i dotkliwe skutki.

Nastroje są bardzo zmienne. Indeks S&P 500 osiągnął z początkiem kwietnia kolejny kamień milowy. Zameldował się na poziomie 4000 punktów, co oznacza, że od ostatniej dramatycznej wyprzedaży z zeszłego roku indeks wzrósł o niemal 100 proc.

Obawiano się o negatywne skutki dodrukowywania pieniędzy, prowadzące do wzrostu inflacji. Jednak inwestorzy na razie z przymrużeniem oka patrzą na kolejny gigantyczny program zapowiedziany przez amerykańskiego prezydenta, Joe Bidena. Ten został okrzyknięty już „największym budowniczym” w Stanach Zjednoczonych. Program infrastrukturalny o wartości 2 bln USD ma być przeznaczony na budowę m.in. 10 tys. mostów oraz 30 tys. km dróg, co ma nie tylko doprowadzić do przełamania lokalnych granic handlowych, ale również do znacznego wzrostu zatrudnienia w sektorze, a taka informacja wraz z rozpoczęciem nowego kwartału wpływa dobrze na nastroje.

Sytuacja w wielu krajach jest podobna, ze względu na politykę banków centralnych. Czy to oznacza, że w Polsce będzie rosło oprocentowanie obligacji?

– Ten wzrost oprocentowania obligacji w USA jest bardziej dynamiczny niż w Europie, z tego względu, że w Stanach Zjednoczonych rynek w większym stopniu ocenia zagrożenia związane z inflacją, która może zmusić Fed do zmiany polityki – wyjaśnia ekspert XTB. – W Europie i w Polsce oczekuje się, że obecna polityka pieniężna banków centralnych przez dłuższy czas nie zostanie zmieniona, co ogranicza zmiany w oprocentowaniu obligacji, ale ma negatywny wpływ na kursy walut.

To oznaczałoby, że zainteresowanie polskich inwestorów powinno coraz bardziej kierować się ku amerykańskim obligacjom? Ponieważ inflacja w USA może jeszcze wzrosnąć, to trudno powiedzieć, że takie inwestycje to wyjątkowa okazja. Rynek jest już bardzo wyprzedany. Trudno oczekiwać, że rentowności będą nadal rosły przez długi czas w tak szybkim tempie.

– Jest to raczej inwestycja krótkoterminowa, dla polskich inwestorów do przeprowadzenia poprzez notowane na giełdach fundusze ETF bądź poprzez kontrakty na różnice kursowe bazujące na cenie obligacji – dodaje P.Kwiecień.

Likwidacja OFE zmniejsza zaufanie społeczeństwa do instytucji Państwa

W czerwcu wejdzie w życie ustawa na mocy której rozpocznie się likwidacja OFE, a zmiany te nastąpią bez konsultacji społecznych. Polacy nie będą mieli wielkiego wyjścia – ich pieniądze trafią albo na konta IKE albo do ZUS. Każde z tych rozwiązań będzie wiązało się z częściową utratą środków pieniężnych. Jeśli pieniądze zostaną przetransferowane na IKE, to rodaków uderzy po kieszeni opłata przekształceniowa w wysokości 15 proc. Jeśli pieniądze trafią na konto ZUS, w grę będzie wchodził podatek od emerytur, który trzeba będzie zapłacić przy podejmowaniu środków. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM twierdzi, że takie działanie nadweręży zaufanie Polaków do instytucji Państwa oraz całego systemu emerytalnego.

Zgodnie z założeniami poprzednich rządzących emerytury Polaków miały opierać się na trzech filarach: świadczeniach z ZUS, OFE oraz pieniądzach odkładanych w ramach trzeciego i dobrowolnego filaru. Po likwidacji OFE pieniądze Polaków przejdą do ZUS albo na Indywidualne Konta Emerytalne, co niejako znaczy, że… również trafią do ZUS. Same zmiany w OFE nie będą korzystne. Jeśli przyszły emeryt nie wykona żadnego ruchu, jego pieniądze zostaną przetransferowane do IKE, co będzie wiązało się z potrąceniem 15 proc. wartości zgromadzonych środków. Mowa o tzw. opłacie przekształceniowej, która będzie pobierana od razu, czyli w styczniu 2022 roku. To właśnie wtedy rozpocznie się likwidacja OFE w praktyce. Plusem jest to, że w przypadku IKE pieniądze będą mogły być dziedziczone. Senior, w momencie osiągnięcia wieku emerytalnego, będzie mógł je wypłacić w całości lub w transzach. Jeśli przyszły emeryt złoży odpowiednią deklarację, jego środki trafią do ZUS. Co prawda nie zapłaci wtedy opłaty przekształceniowej, ale w przyszłości, gdy będzie chciał wypłacić zgromadzone pieniądze, będą one podlegać podatkowi od emerytur. Na dodatek nie będzie można zostawić tych pieniędzy w spadku. Robert Majkowski, Prezes Funduszu Hipotecznego DOM tłumaczy, że takie działania nie budują zaufania do Rządu, poddają w wątpliwość stabilność systemu emerytalnego i zniechęcają do sukcesywnego oszczędzania na emeryturę.

Komentarz Roberta Majkowskiego, Prezesa Funduszu Hipotecznego DOM

Na temat samego mechanizmu, wyższości lub niższości zamiany OFE na IKE, przeniesienia środków do ZUS, opłaty przekształceniowej pojawiło się już sporo analiz. Zmiany, które niebawem wejdą w życie, będą miały jednak – w mojej opinii – wymiar nie tylko ekonomiczny, ale również społeczny i psychologiczny.

Pamiętajmy, że jedną z priorytetowych kwestii dotyczących systemu emerytalnego powinna być jego stabilność w długiej perspektywie czasu gwarantująca beneficjentom bezpieczeństwo i pewność, że gromadzone przez nich środki finansowe są nienaruszalne. Po drugie taki system emerytalny powinna kształtować tzw. „podtrzymywalność”. Decyzja o przystąpieniu, czy też wyborze określonego rozwiązania w ramach systemu emerytalnego powinna być zatem podejmowana w oparciu o przewidywalne efekty, które – po przejściu na emeryturę – przyniesie wybrane rozwiązanie. Tym samym stabilność systemu, szczególnie państwowego powinna być wyjątkowa, gdyż z perspektywy przyszłego emeryta efekty wybranego rozwiązania będą widoczne dla uczestników dopiero za 20 lat, a dla dwudziestolatków za ponad 40 lat. Przypomnijmy tu jeszcze jedną kwestię. Mianowicie: Otwarte Fundusze Emerytalne powstały w roku 1999, pierwszą reformę przeprowadzono już w roku 2013, czyli raptem po 14 latach. Była to reforma, która próbowała poprawić niektóre elementy systemu, ale która po raz pierwszy podważyła wspomnianą powyżej zasadę stabilności i zaufanie do Państwa.

Likwidacja OFE to jeszcze drastyczniejszy ruch, który w mojej opinii w niewiarygodnie dużym stopniu podważy nie tylko zasadę stabilności systemu emerytalnego, ale również zaufanie do działań obecnego (jak i przyszłych) Rządów oraz samej instytucji Państwa. Takie działanie może zniechęcić Polaków do długoterminowego inwestowania i oszczędzania na swoją przyszłość po zakończeniu aktywności zawodowej. Dodatkowo może wykreować wśród obywateli poczucie, że Państwo może „zabrać” im zgromadzony majątek. Efektem tego z kolei może być chęć ukrywania majątku lub migracji. Podsumowując: skutki społeczne tej decyzji, niestety przeważnie negatywne, będziemy odczuwać przez bardzo długi czas.

RPP nie zaskoczyła

O ile marzec był zdecydowanie miesiącem korzystnym dla dolara, o tyle kwiecień wręcz przeciwnie. Dolarowi przeszkadza między innymi rekordowy deficyt handlowy i brak widoków na jego ograniczenie.

Lepsze dane z Niemiec

Od rana poznaliśmy dane na temat zamówień w przemyśle niemieckim. Dane okazały się wyraźnie lepsze od oczekiwań, a w ciągu roku widzimy wzrost o 7%. Jest to kolejny w ostatnich dniach sygnał umacniający euro i powodujący dalsze wzrosty euro względem dolara. Od początku miesiąca dolar jest zresztą wyraźnie w odwrocie i w tym czasie euro podrożało z 1,17 dolara na 1,19 dolara.

Bilans handlowy USA

W lutym byliśmy świadkami kolejnego wzrostu deficytu handlowego w USA. Powodem tej prawidłowości był większy spadek eksportu niż importu w lutym. To, co szczególnie przemawia do wyobraźni, jest informacja, że jest to najwyższy deficyt handlowy w historii. Obecna administracja nie obrała walki z powiększającym się deficytem za główny cel, ale z pewnością traktuje to jako jeden z potencjalnych problemów, które trzeba będzie rozwiązać. Nie może też dziwić, że dane te wpłynęły negatywnie na dolara amerykańskiego.

RPP nie zaskoczyła

Stopy procentowe pozostały na niezmienionym poziomie 0,1%. Nie było tutaj zaskoczenia, scenariusz ten był przewidywany przez niemal wszystkich analityków. Rekordowo niskie stopy procentowe powodują, że inwestycje w nieruchomości wydają się teraz potencjalnie bardzo korzystnym rozwiązaniem. W rezultacie jesteśmy świadkami rekordowej liczby zapytań o kredyt hipoteczny. Z jednej strony to dobrze, że ludzie mimo pewnych ryzyk są skłonni kupować, z drugiej strony pokazuje potencjalny problem. Gdyby doszło do normalizacji stóp procentowych, istotnie wzrośnie koszt obsługi tych kredytów. W rezultacie możemy mieć istotny problem strukturalny w gospodarce.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ważny wyrok TSUE dotyczący podatku VAT

Korzystny wyrok TSUE dotyczący podatku VAT ma ogromne znaczenie dla wielu polskich podatników. Wyrok ten otwiera furtkę podatnikom do wnioskowania o zwrot zapłaconych odsetek, które często opiewają na milionowe kwoty.

– Problem polega na tym, że nasz ustawodawca zdecydował się wprowadzić przepisy, które nie znajdują uzasadnienia w przepisach unijnych, dotyczących dyrektywy VAT-owskiej, na co zwracały też uwagę nasze sądy administracyjne, choć były też wyjątki, a takim był Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gliwicach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, Partner w Kancelarii Ożóg Tomczykowski.

18 marca 2021 r. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok w trybie prejudycjalnym na wniosek Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Gliwicach. WSA zapytał TSUE, czy przepisy ustawy o VAT dotyczące deklarowania wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów (WNT), które wykluczają prawo do traktowania WNT jako transakcji neutralnej z punktu widzenia VAT są zgodne z prawem UE.

Chodzi o przepis zobowiązujący podatników do wykazania VAT należnego z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów najpóźniej w terminie 3 miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, jako warunek odliczenia VAT naliczonego w tym samym miesiącu, w którym rozpoznany zostanie VAT należny. W przeciwnym razie (jeżeli podatnik np. złoży korektę deklaracji, w której wykaże VAT należny od zaległego WNT, po upływie trzech miesięcy), odliczenie można zrealizować dopiero w bieżącej deklaracji. Analogiczne przepisy dotyczą importu usług. TSUE uznał te regulacje za niezgodne z prawem UE.

W sprawie rozpoznawanej przez WSA w Gliwicach, spółka podnosiła, że nie jest w stanie wykazać VAT należnego z tytułu WNT w deklaracji podatkowej, złożonej w terminie trzech miesięcy od upływu miesiąca, w którym w odniesieniu do nabytych towarów powstał obowiązek podatkowy. W takim przypadku spółka wykazuje VAT po upływie tego terminu w drodze korekty. Jak argumentowała spółka, taka sytuacja może być spowodowana opóźnieniem w otrzymywaniu faktury, błędnym zaklasyfikowaniem transakcji lub pomyłkami osoby sporządzającej rejestry i deklaracje VAT. Spółka zwróciła się do organu interpretacyjnego z pytaniem, czy w takim przypadku może odliczyć VAT naliczony z tytułu WNT w tym samym okresie rozliczeniowym, w którym został wykazany VAT należny, i to nawet jeśli dokonała korekty deklaracji VAT po upływie terminu trzech miesięcy przewidzianego w art. 86 ust. 10b pkt 2 lit. b) ustawy o VAT. Interpretacja była niekorzystna, wobec czego spółka nie zgodziła się ze stanowiskiem organu podatkowego, wniosła do WSA skargę o uchylenie tej interpretacji. WSA w Gliwicach wystąpił z pytaniem prejudycjalnym do TSUE.

TSUE wydał korzystny wyrok dla spółki (18 marca 2021 r) stwierdzając, że polskie przepisy, które w pewnych sytuacjach prowadzą do wykazania VAT należnego i naliczonego w dwóch różnych okresach, a tym samym ograniczają termin na neutralne odliczenie VAT od importu usług i WNT, są niezgodne z prawem UE. Jednocześnie TSUE wyjaśnił, że tego typu rozwiązania naruszają zasady neutralności i proporcjonalności, które wynikają z unijnego prawa.

– Sprowadzając to wszystko do bardziej zrozumiałego dla wszystkich języka: nasz ustawodawca uznał, że jeżeli podatnik spóźni się z ujęciem wewnątrzwspólnotowego nabycia towaru lub importu usług i wykaże te transakcje później niż po trzech miesiącach od miesiąca, w którym powstał obowiązek podatkowy, to takie transakcje nie będą już dla niego neutralne – wyjaśnia dr J.Matarewicz. – I będzie musiał należny podatek VAT należny wykazać tam, gdzie powstał taki obowiązek podatkowy, a to miałoby wiązać się z zapłatą zaległych odsetek podatkowych, gdyż podatek naliczony odliczy sobie dopiero na bieżąco.

Wyrok TSUE stanowi też podstawę do ujmowania podatku naliczonego i należnego z tytułu WNT w jednym miesiącu, a ustawodawca powinien uwzględnić to orzeczenie w kolejnych nowelizacjach ustawy o VAT.

Polska Agencja Kosmiczna i Główny Urząd Geodezji i Kartografii podpisali porozumienie o współpracy

Wspólne działania informacyjno-edukacyjne związane z wykorzystaniem danych satelitarnych a  także współpraca przy przygotowywaniu i aktualizacji mapy pokrycia terenu Polski – to główne założenia podpisanego 8 kwietnia br. porozumienia pomiędzy Polską Agencję Kosmiczną (POLSA) oraz Głównym Urzędem Geodezji i Kartografii (GUGIK).

Porozumienie ze strony POLSA podpisał prezes Polskiej Agencji Kosmicznej prof. Grzegorz Wrochna. GUGiK reprezentował natomiast Główny Geodeta Kraju dr hab. inż. Waldemar Izdebski.

Instytucje zadeklarowały współpracę m.in. w zakresie wykorzystania danych państwowego zasobu geodezyjnego i kartograficznego oraz danych i produktów pochodzących z obserwacji Ziemi do  aktualizacji rejestrów prowadzonych przez Głównego Geodetę Kraju. POLSA i GUGiK będą też wspólnie tworzyć usługi wspierające administrację publiczną oraz przygotowywać publikacje w  serwisie www.geoportal.gov.pl.

Zastosowanie danych satelitarnych staje się coraz bardziej powszechne. Dzięki pozyskanym informacjom można znacznie zaoszczędzić fundusze, zoptymalizować zarządzanie zasobami ludzkimi, zwiększyć płynność operacji, także świadomie podejść do zarządzania kryzysowego. – Opieranie działań na danych satelitarnych umożliwia również administracji publicznej podejmowanie decyzji w  zakresie m.in. planowania zagospodarowania terenów, rozwoju infrastruktury czy ochrony zdrowia mieszkańców. Dane ze zbiorów GUGiK pozwolą nam m.in. udoskonalić metodykę i funkcjonalność mapy zobrazowania Polski, która powstała na zlecenie POLSA – powiedział prezes G. Wrochna.

Dodał, że istotne są również działania edukacyjne związane z wykorzystaniem przez społeczeństwo danych z obserwacji Ziemi.  – Wspólnie z GUGiK chcemy w tym roku informować m.in. o możliwościach wykorzystania danych przestrzennych pochodzących z państwowych zasobów geodezyjnych i  kartograficznych oraz danych pozyskiwanych z programów kosmicznych. Zapraszamy również ekspertów GUGiK do udziału w naszych webinariach, szkoleniach, m.in. dotyczących ścieżek kariery w  sektorze kosmicznym czy poświęconych teledetekcji i innowacyjności usług i produktów – podkreślił prezes Wrochna.

Dane przestrzenne stanowią dziś podstawę do podejmowania ważnych decyzji politycznych, ekonomicznych, jak również społecznych. Dlatego GUGiK wspiera wszelkie inicjatywy mające na celu popularyzację danych przestrzennych i analiz ułatwiających podejmowanie decyzji. Wysoka częstotliwość pozyskiwania danych satelitarnych może stanowić uzupełnienie informacji przestrzennej udostępnianej przez Główny Urząd Geodezji i Kartografii. Jednocześnie transfer doświadczeń i wiedzy pomiędzy naszymi instytucjami pozwoli na optymalizację budowanych rozwiązań – powiedział Główny Geodeta Kraju Waldemar Izdebski.

Dodał, że niezwykle istotny jest powszechny dostęp do danych przestrzennych za pośrednictwem usług sieciowych serwisu www.geoportal.gov.pl, który jest w czołówce serwisów administracji publicznej wykorzystywanych przez obywateli.

Nowe technologie w nowym świecie

Mimo zauważalnych tendencji wzrostowych, prognozy dotyczące nowych technologii na 2020 i nadchodzące lata okazały się wręcz niedoszacowane. Pandemia postawiła przed nami nowe wyzwania i aby im sprostać konieczne było wykorzystanie umiejętności adaptacyjnych i potencjału technologicznego w znacznie większym zakresie, niż się tego spodziewano jeszcze kilka miesięcy temu. O nadchodzących perspektywach oraz trendach technologicznych w zmieniającym się świecie opowiada 13 edycja raportu TechnoVision, przygotowanego przez Capgemini.

Kolejna edycja raportu Capgemini TechnoVision 2021 jest próbą odpowiedzi na pytania – jak globalny kryzys zdrowotny wpłynął na nasze funkcjonowanie w świecie, na rozwój technologii, a także w którą stronę zmierzają trendy i technologiczne innowacje. Wnioski, które płyną z raportu wskazują, które rozwiązania technologiczne są obecnie na topie oraz jak warto je wykorzystać.

Wszystko płynie i nic nie pozostaje takie samo

Myślą przewodnią tegorocznej edycji TechnoVision pt. „Be like water” jest hasło nawiązujące do intensywnej fali zmian w otaczającym nas świecie. O zawrotnej dynamice zmian już przed pandemią świadczyły chociażby coraz krótsze cykle życia informacji czy produktu, skracający się czas przesyłu danych, a także zwiększające się tempo życia.

– Aby zapewnić sobie możliwość sprawnego funkcjonowania na fali intensywnych zmian, musimy zachować postawę dużej zwinności i elastyczności, a także wrażliwości na czynniki zewnętrze, co wyostrza percpecję, pozwala szybciej reagować na kryzysy i wspomaga mechanizmy adaptacyjne. Ciągła elastyczność, mobilność, szybkość reakcji, sprawna adaptacja do nowych okoliczności – to dziś wyznaczniki sukcesu – mówi Beniamin Poznański, szef zespołu Projects & Consulting Eastern Europe w Capgemini.

Aplikacje mobilne, robotyzacja, wykorzystanie sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego pomagają zapewnić maksimum bezpieczeństwa, skalowalność. Technologie te także wspierają wrażliwość na otoczenie i pozwalają na szybkie reagowanie na sytuację zewnętrzną. Wszystkie te elementy wskazują na dużą możliwość dostosowania się, co jest niezbędne w zachowaniu i windowaniu pozycji rynkowej. Wskazane technologie mają też swoje odniesienia na mapie trendów infuture.institute, jak m.in. algorytmizacja życia, autonomiczność, świat lustrzany, zrobotyzowanie życia, wdrażanie AI, czy też niewidzialne technologie.

Brak granicy pomiędzy wirtualnym a realnym światem

– Istotny trend, który wyklarował się w obrębie ewolucji infrastruktury i sprzętu IT, według raportu Capgemini, to niewidoczna czy też niewidzialna infrastruktura. To tendencja, w ramach której nowoczesne rozwiązania wpisują się w codzienne życie, w taki sposób, że są niemalże niezauważalne. Jest to wynik osiągnięcia wysokiego poziomu ewolucji technologicznej, który przejawia się poprzez przemianę infrastruktury IT w proste, intuicyjne narzędzie. To dzięki software, hardware i wirtualizacji, środowisko IT zostaje przekształcone w wirtualną, zautomatyzowaną usługę, opartą na rozwiązaniach optymalizujących i ułatwiających codzienne zadania – wyjaśnia Beniamin Poznański z Capgemini.

Niewidzialna infrastruktura wykorzystuje m.in. 5G, internet rzeczy, czy chociażby czytnik rozpoznawania twarzy lub linii papilarnych. To właśnie one powodują, że zaciera się granica pomiędzy rzeczywistym światem a środowiskiem IT. Takie połączenie dwóch przestrzeni, wirtualnej i rzeczywistej, buduje tzw. lustrzany świat, czy też niweluje obawy przed technologią. To trend, który upraszcza codzienne funkcjonowanie, pozwala zminimalizować czynności monotonne i powtarzające się, co jest ogromną wartością, zwłaszcza w procesach, w których czas odgrywa kluczową rolę.

Ten trend narodził się za sprawą ciągłego udoskonalania technologii. Wiele rozwiązań osiągnęło poziom perfekcji i maksimum swoich możliwości, funkcjonalności, dzięki czemu podniosło wydajność, zapewniło niezawodność i niejednokrotnie – pełną autonomię. Doskonałym przykładem obrazującym mogą być autonomiczne pojazdy lub systemy wspierające kierowców, na przykład w reagowaniu w sytuacji kryzysowej.

Uwolniony potencjał aplikacji

W ramach zaawansowanej transformacji cyfrowej zostaje uwolniona moc aplikacji, dzięki przeniesieniu ze starego, często nieintuicyjnego środowiska IT, do nowoczesnej infrastruktury, opartej na rozwiązaniach chmurowych, zwinnych aplikacjach, które zapewniają pełną mobilność, elastyczność i sprawny dostęp.

– W przypadku uwolnionego potencjału aplikacji możemy podkreślić również szczególną rolę wszelkich asystentów wirtualnych, botów, które zapewniają użytkownikom sprawny dostęp do usług aplikacji. Asystenci cyfrowi to również obszar wskazany przez Natalię Hatalską w mapie trendów – w obszarze innowacji. Niewątpliwie tworzenie dobrze dopasowanego rynku asystentów cyfrowych jest przestrzenią do wielu ułatwień, które z pewnością znacznie podniosą poziom życia i zadowolenia użytkowników. A jak wskazują badania Capgemini Research Institue, w perspektywie najbliższych trzech lat nawet 70 proc. konsumentów w bankach, w sklepach obsłużą asystenci głosowi – mówi Maciej Kafel, starszy architekt w Capgemini.

W gąszczu danych

Kolejne trendy nawiązują do życia w świecie big data w czasach, w których najważniejszym elementem każdej organizacji jest dostęp do danych i umiejętność ich sprawnego przetwarzania, najlepiej w czasie rzeczywistym. Obecna sytuacja na świecie jest mniej przewidywalna, dynamiczna, wymagająca podejmowania szybkich decyzji na podstawie wielu zmiennych i informacji. Odpowiedzią na te wyzwania staje się często sprawność analityczna firmy.

– Tendencja do przetwarzania zasobów i analizy w czasie rzeczywistym opiera się na budowaniu, zarządzaniu i łatwym uruchamianiu procesów, w czasie odpowiadającym dynamice trendów cyfrowego świata. Jednym z najważniejszych aspektów przetwarzania w czasie rzeczywistym jest wykorzystanie rozwiązań, które zapewnią szybkie korzyści procesowe bez konieczności wprowadzania kłopotliwych zmian – czemu doskonale odpowiada robotic process automation (RPA) – wyjaśnia Maciej Kafel.

Dogłębne zrozumienie procesów zachodzących w organizacji jest koniecznym warunkiem pozwalającym na standaryzację i uproszczenie, a dalej także umożliwiającym tzw. inteligentną automatyzację. Dzięki temu możliwe jest zautomatyzowanie przetwarzania danych i wprowadzenie technologii, która będzie dokonywała analizy gromadzonych informacji. Właśnie takie rozwiązania znacznie przyspieszą podejmowanie decyzji, reagowanie na czynniki zewnętrzne, które mają gigantyczne znaczenie dla funkcjonowania firmy i świata zewnętrznego. Co więcej, takie rozwiązania zacieśniają relację pomiędzy człowiekiem, a sztuczną inteligencją, wprowadzając oba podmioty na bardziej zaawansowany stopień współpracy. Innym z trendów w tym obszarze tematycznym jest rozwój oparty na danych. Niezwykle łączy się on z analizą informacji w czasie rzeczywistym, gdyż wnioski pochodzące z tych procesów, umożliwiają ciągły rozwój.

– Data driven transformation, stała rozbudowa data center, ochrona zasobów, poszukiwanie rozwiązań mających na celu wsparcie w pozyskiwaniu, gromadzeniu, analizowaniu, przetwarzaniu i przechowywaniu danych – wskazują, jak ważnym zasobem dla firm są informacje. Aby stanowiły one wartość, konieczne jest ich odpowiednie zarządzanie poprzez głębokie ich zrozumienie. Często jednak ilość danych lub brak wyspecjalizowanych umiejętności rodzi potrzebę aktywowania danych przy wsparciu sztucznej inteligencji i robotyzacji, które sprawnie podejmą procesy niezbędne do uzyskania maksymalnej wartości z gromadzonych zasobów. Te technologie wzbudzają rewolucję w zakresie „samoobsługowych” danych – tłumaczy Beniamin Poznański.

Siła tkwi w komunikacji

W zestawieniu trendów innowacji Capgemini, pojawiły się także dwa elementy bazujące na łączności i komunikacji, są to doświadczenie oraz współpraca.

– Budowanie pozytywnych doświadczeń użytkowników jest jednym z najważniejszych aspektów, których oczekuje się od innowacji. Zwłaszcza widoczne jest to w branży retail, gdzie dobre zrozumienie podróży klienta i ułatwianie procesów zakupowych, staje się nadrzędnym celem. W obrębie pozytywnych doświadczeń także cenne jest tworzenie angażującego środowiska obu światów, wirtualnego i rzeczywistego, co może potencjalnie prowadzić do efektownych współprac na linii człowiek-technologia – mówi Maciej Kafel.

Technologia w wielu działaniach i na wielu obszarach wspiera człowieka lub w pełni go wyręcza, ale jej za rozwojem i wykorzystywaniem w coraz liczniejszych aspektach życia, stoi człowiek. Zatem współpraca pomiędzy maszynami, a ludźmi jest nieodzowna. Takie połączenie sił pozwala na stworzenie „kreatywnego robota” – maszyny, która wykona ciężką pracę fizyczną, powtarzalną, produkcyjną, zapewniając człowiekowi przestrzeń do działania kreatywnego.

– Współpraca człowieka z technologią jest możliwa, potrzebna i prowadzi do zadawalających wyników biznesowych, o czym każdego dnia przekonują się firmy na całym świecie. Zwłaszcza w dobie pandemii uwypukliła się konieczność takiej współpracy, tym samym zapewniając ciągłość działań wielu przedsiębiorstwom. Wiemy, że innowacja to nasz sojusznik, więc dążymy do zacieśniania współpracy i zwiększamy jej udział w codziennym życiu i w biznesie – podsumowuje Beniamin Poznański.

Powstaje sieć 5G oparta na polskiej technologii. Jeszcze w tym roku jej start

W drugiej połowie roku zostanie uruchomiona pierwsza sieć piątej generacji oparta o krajową technologię – zapowiedziała w czwartek oficjalnie firma IS-Wireless, która stoi za projektem. Spółka będzie wdrażać polskie rozwiązanie na całym świecie, ma już pierwszych klientów. Strategiczny cel firmy to przejęcie w ciągu najbliższych trzech lat nawet 5 proc. całego globalnego rynku Open RAN.

Jak wyjaśnia ekspert IS-Wireless dr inż. Aleksandra Chećko-Jelonek, polskie rozwiązanie 5G, tworzone przez polską firmę, bazuje na modelu sieci otwartych. To system, który pozwala korzystać z usług wielu dostawców, a nie tylko jednego, jak to było dotychczas. – W Open RAN liczy się przede wszystkim innowacyjne oprogramowanie, które może bazować np. na rozwiązaniach chmurowych.  Budowa sieci 5G w takim modelu jest nie tylko bezpieczniejsza, ale i tańsza w porównaniu z rozwiązaniami stosowanymi w poprzednich generacjach – zauważa ekspert. To właśnie dlatego na całym świecie model otwarty zyskuje na popularności i znaczeniu. – Wszelkie analizy pokazują, że z każdym rokiem udział Open RAN w budowie sieci rośnie i już za kilka lat stanie się przeważającym rozwiązaniem. W wielu krajach takich jak Japonia, Stany Zjednoczone czy w Europie w Wielkiej Brytanii, Francji czy Hiszpanii wdrożenia już trwają. Z kolei w Niemczech rząd w ramach programu rozwojowego przeznaczył ponad 2 mld euro na rozwój Open RAN. Ten trend będzie dalej się rozwijał  – prognozuje dr Aleksandra Chećko-Jelonek.

IS-Wireless chce być globalną marką

Eksperci IS-Wireless bazują na wynikach analiz rynkowych. Szacuje się, że światowe przychody ze sprzedaży rozwiązań Open RAN w ciągu najbliższych sześciu lat będą rosły w tempie dwucyfrowym.  Już w 2024 r. globalny rynek Open RAN może być wart nawet 3,2 mld dolarów i stanowić prawie 10 proc. całkowitego rynku 4G i 5G. IS-Wireless chce mieć udział na tym rynku i uczestniczyć w nim jako globalny gracz. Jak zapowiada prezes Sławomir Pietrzyk, plany jego firmy zakładają zdobycie do 2025 roku 5 proc. całego globalnego rynku – co dałoby wartość sprzedaży na poziomie 160 mln dol. rocznie.

– Jesteśmy obecnie jedyną polską firmą, która dostarcza całkowicie własną technologię do budowy sieci 5G. To dzieło 3 lat pracy naszych krajowych naukowców i inżynierów. Okres ten był poprzedzony 10 latami prac badawczo-rozwojowych – mówi Sławomir Pietrzyk. Firma ma ambicję, by stać się naszą narodową marką na globalnej arenie i doścignąć światowych telekomunikacyjnych gigantów takich jak Ericsson czy Nokia. – Do tej pory rynek telco był dla takich firm, jak my, zamknięty. Liczyło się kilku największych dostawców. Teraz mamy okazję to zmienić – mówi Sławomir Pietrzyk. – W Polsce mamy bardzo wielu zdolnych, młodych inżynierów. To wielki potencjał, który należy wykorzystać w budowaniu polskich marek opartych na własnych rozwiązaniach technologicznych – dodaje. IS-Wireless dziś w sumie zatrudnia ponad 50 inżynierów z kraju oraz z zagranicy, w tym piecioro w biurze firmy na Filipinach.

Na podbój Azji i USA

Prezes Sławomir Pietrzyk zapowiada pierwsze wdrożenie polskiej technologii sieciowej 5G w drugiej połowie 2021 roku. W kolejnych miesiącach firma zbuduje 5G za granicą. – Na liście do wdrożenia naszej technologii mamy około dwudziestu zainteresowanych podmiotów – mówi Sławomir Pietrzyk. I podkreśla, że dalsza ekspansja jego firmy to Stany Zjednoczone i Azja.

Głównym kierunkiem rozwoju IS-Wireless na tych rynkach ma być przemysł 4.0 i budowa prywatnych sieci telekomunikacyjnych. Jak dowodzą przedstawiciele polskiej firmy zapotrzebowanie na takie rozwiązanie wśród przedsiębiorców, zwłaszcza w sektorze przemysłu jest ogromne. IS-Wireless chce zaproponować im swoje rozwiązanie. Z ostatnich badań ABI Research wynika, że ponad 84 proc. firm rozważa wdrożenie w najbliższych latach własnych prywatnych sieci 4G i 5G w działaniach produkcyjnych. – Jeśli przedsiębiorstwo chce być efektywne i wydajne, potrzebuje rozwiązania sieciowego. Pozwoli mu ono np. zwiększyć możliwości jednoczesnej obsługi urządzeń bezprzewodowych czy ograniczyć opóźnienia w produkcji. To standard, który będzie coraz bardziej powszechny – uważa Rafał Sanecki, ekspert IS-Wireless. Z analiz Analysis Mason, na które powołuje się polska firma, w przeciągu najbliższych czterech lat gros instalacji będą stanowiły inwestycje w sieci telekomunikacyjne dokonywane w sektorze przemysłowym.

IS-Wireless kontynuuje też prace badawczo-rozwojowe. – Nasze zespoły badawcze skupiają się już dziś nad siecią szóstej generacji – mówi Sławomir Pietrzyk.

55% Polaków buduje dom na kredyt. Prace wykończeniowe biorą na siebie, aby ograniczyć wydatki

Średni koszt budowy w 2020 roku wyniósł w Polsce 485 tys. zł. Większość domów powstaje za pieniądze pochodzące z kredytów – wynika z „Raportu o Budowie Domów” Oferteo.pl. Polacy, jak tylko mogą, starają się ograniczyć koszty inwestycji. Aż 81% decyduje się samodzielnie wykonać część prac wykończeniowych. Najczęściej jest to wniesienie mebli oraz malowanie ścian.

Średnia cena budowy domu w Polsce

Serwis Oferteo.pl, największy polski portal łączący poszukujących usług związanych z budową domu z ich dostawcami, przygotował kolejną edycję „Raportu o Budowie Domów”. Przyniosła ona najświeższe informacje dotyczące rynku budownictwa jednorodzinnego w Polsce.

Wyniki badania pokazały, że w 2020 roku budowa domu kosztowała Polaków średnio 485 tys. zł. W większości, bo aż w 55% przypadków, pieniądze te pochodziły z kredytu hipotecznego. Największy wpływ na cenę miał metraż budowanego domu oraz wybrana lokalizacja. Poniższa tabelka przedstawia, jak koszty te wyglądały w poszczególnych województwach. Są to uśrednione deklarowane ceny.

Wycena budowy domu do stanu końcowego przed startem inwestycji w poszczególnych województwach
mazowieckie 560 000 zł
małopolskie 520 000 zł
śląskie 510 000 zł
dolnośląskie 450 000 zł
lubelskie 450 000 zł
wielkopolskie 450 000 zł
pomorskie 450 000 zł
świętokrzyskie 450 000 zł
lubuskie 450 000 zł
łódzkie  420 000 zł
warmińsko-mazurskie 400 000 zł
opolskie 400 000 zł
zachodniopomorskie 400 000 zł
podkarpackie 390 000 zł
podlaskie 380 000 zł
kujawsko-pomorskie 350 000 zł

 

Jak widać, najwięcej zapłacić musieli inwestorzy, którzy zdecydowali się na budowę w województwach mazowieckim, małopolskim oraz śląskim. We wszystkich tych przypadkach koszty przekraczały pół miliona złotych. Najtańsze domy powstawały w województwach kujawsko-pomorskim, podlaskim i podkarpackim. Ich właściciele musieli przygotować się na wydatek rzędu odpowiednio 350, 380 i 390 tys. zł.

200 tys. zł za działkę budowlanąJaki był orientacyjny koszt 1 ara działki

Ankietowani przez serwis Oferteo.pl zostali również zapytani o cenę, jaką zapłacili za działkę budowlaną. Z udzielonych odpowiedzi wynika, że 31% z nich udawało się zmieścić w kwocie 10 tys. zł za ar, 21% płaciło między 10 a 20 tys. zł, a 11% – nawet powyżej 70 tys. zł.

Przyjmując, że średnia wielkość wybieranej przez Polaków działki to 19 arów, możemy przeliczyć, że za sam teren pod budowę płacili zwykle blisko 200 tys. zł.

Ułatwioną sytuację miało natomiast 22% inwestorów, którzy działkę budowlaną dostali. Pozwoliło im to nie tylko zaoszczędzić na budowie, ale również zwiększyło ich zdolność kredytową. Posiadana działka może bowiem stanowić wkład własny do kredytu hipotecznego.

Inwestorze, zapłacisz więcej niż zakładaszKtóre koszty okazały się wyższe niż prognozowane

Tylko 41% badanych udało się zmieścić w prognozowanym budżecie. W większości przypadków rzeczywiste koszty okazały się wyższe niż przewidywane. Najczęściej inwestorzy (42% ankietowanych) musieli dopłacić 11–20%. Zdarzało się też, że różnica wynosiła między 21 a 30% (27% odpowiedzi). Wyniki te pokazują, że wybudowanie domu we wcześniej zakładanym budżecie jest sporym osiągnięciem i nie zdarza się często.

Oszczędzamy samodzielnie, wykonując prace wykończeniowe

Najczęściej, bo aż w 58% przypadków, Polacy błędnie przewidywali koszty robocizny, a 57% z nich myliło się w kwestii ceny materiałów. Dodatkowe koszty generowały też nieprzewidziane wcześniej naprawy oraz formalności.

Część osób stara się w jakiś sposób ograniczyć te najbardziej nieprzewidywalne koszty poprzez wykonanie części prac samodzielnie. Decyduje się na to aż 81% Polaków.

Zwykle na siebie biorą wniesienie mebli (75%), malowanie (73%), położenie paneli lub parkietu (53%), montaż armatury (37%), montaż płyt G-K (34%), ułożenie glazury (33%), a nawet wykonanie instalacji elektrycznej (31%).

Budowa domu to dla większości Polaków najpoważniejsza inwestycja w życiu, którą znaczna część spłacać będzie przez kilkadziesiąt najbliższych lat. Dobrze jest więc przygotować się na to przedsięwzięcie jak najlepiej komentuje Karol Grygiel z zarządu Oferteo.pl. – Porównanie ofert jak największej liczby wykonawców pozwoli nam wybrać najbardziej korzystną cenowo opcję, a zapoznanie się z dynamicznym rynkiem budowlanym – znaleźć najlepszy moment na rozpoczęcie budowy.

Metodologia badania

Przedstawione dane pochodzą z badania ankietowego przeprowadzonego w styczniu 2021 roku metodą CAWI na próbie 550 osób, które w 2020 roku budowały dom.

Barbara Garlacz: Czy uchwała frankowa Sądu Najwyższego będzie korzystna dla frankowiczów?

To pytanie zadają sobie zarówno banki, jak i kredytobiorcy – oczekujący na odpowiedzi Sądu Najwyższego na 6 pytań. Im bliżej planowanej na 13 kwietnia b.r. uchwały Sądu Najwyższego, tym więcej niepewności co do tego, czy uchwała w ogóle zapadnie – z uwagi na podnoszoną kwestię prawidłowości obsadzenia tzw. nowych sędziów Sądu Najwyższego.

Zdaniem ekspertki do spraw sporów frankowych Barbary Garlacz rozstrzygnięcie będzie zależeć od tego czy:

  • Sąd Najwyższy zastosuje się do orzeczeń TSUE, które już zapadły, a które dotyczą kwestii poruszonych w czterech pierwszych pytaniach do Sądu Najwyższego;
  • Sąd Najwyższy zaczeka z odpowiedziami na pytania nr 5 oraz 6 do czasu spodziewanego orzeczenia TSUE, które ma zapaść 29 kwietnia 2021 roku.

W mojej ocenie tej uchwały nie będzie, a po orzeczeniu TSUE 29 kwietnia 2021 roku w zasadzie stanie się ona zbędna. W takim jednak wypadku frankowicze będą zmagać się z tymi sądami, które uważają, że orzecznictwo TSUE ich nie wiąże wskazuje mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 1 o to, czy umowę można uzupełnić innym niż bankowy kursem – na podstawie przepisu dyspozytywnego – zostało rozstrzygnięte po części wyrokiem w sprawie Państwa Dziubak, a także wyrokiem w sprawie Kasler C-26/13. TSUE uznał m.in., że takie uzupełnienie umowy przepisem dyspozytywnym musi być korzystniejsze niż stwierdzenie nieważności umowy – a oczywistym jest, że w zdecydowanej większości przypadków korzystniejsze jest stwierdzenie nieważności umowy, nawet gdyby kredytobiorca nie miał środków na dopłatę do otrzymanego kapitału. W takim przypadku sąd zgodnie z polskimi przepisami ma prawo rozłożyć brakującą kwotę na raty. Te warunki zastosowania doktryny Kasler jako wyjątku od generalnego zakazu ingerowania w umowę opisał prof. Maciej Szpunar – wydając opinię jako Rzecznik Generalny TSUE do sprawy C-70/17 i mam nadzieję, że te rozważania znajdą odzwierciedlenie w uchwale Sądu Najwyższego” – komentuje mec. Barbara Garlacz.

Pytania nr 2 i 3 skierowane do Sądu Najwyższego dotyczą tego, czy umowa kredytu indeksowanego oraz umowa kredytu denominowanego może wiązać strony w sytuacji, gdy nie będzie możliwości ustalenia wiążącego kursu do ustalenia wartości salda w CHF – w przypadku kredytu indeksowanego oraz ustalenia kwoty wypłaconego kredytu w PLN – w przypadku kredytu denominowanego. W przeważającej większości przypadków klienci nie uzgadniali z bankiem tych kursów, lecz umowy zawierały odesłania do tabel kursowych banków.

Te pytania to tak naprawdę pytania o to, jaką rolę w umowie kredytu indeksowanego oraz denominowanego pełnią odesłania do tabel kursowych banków – tj. czy określają one przedmiot główny tych umów. I tu znowu, TSUE w przeszłości (C-26/13, C-143/13, C-96/14) wskazywał, że pojęcie postanowień określających przedmiot główny w rozumieniu art. 4 ust. 2 dyrektywy 93/13 sprowadza się do tych postanowień, które określają podstawowe świadczenia w ramach danej umowy i które z tego względu charakteryzują tę umowę w świetle charakteru, ogólnej systematyki i postanowień danej umowy kredytu, a także kontekstu prawnego i faktycznego, w jaki wpisuje się ta umowa. Zgodnie z tą wykładnią TSUE odesłania do tabel kursowych wraz z samą indeksacją kredytu w umowie kredytu indeksowanego oraz odesłania do tabel kursowych w umowie kredytu denominowanego są tymi, które określają przedmiot główny. Stronom chodziło o kredyt oprocentowany wg stawki LIBOR – a to zapewniało wyrażenie salda kredytu w walucie CHF, czy to w umowie czy to na rachunku kredytowym. Jednocześnie kredyt miał realizować cel, którego cena była wyrażona w walucie PLN. Odesłania do tabel kursowych zaś miały łączyć te dwie immanentne cechy obu umów kredytu – wchodząc przez to w zakres głównych ustaleń stron. Dla studenta pierwszego roku prawa oczywistym jest, że bez postanowień definiujących przedmiot główny nie ma konsensusu, nie ma umowy. Sąd Najwyższy wskazywał, że to właśnie odesłania do tabel kursowych banku czynią te umowy pewnego rodzaju podtypem umowy kredytu z prawa bankowego. Pozbawienie tych umów odesłań do tabel kursowych, które charakteryzują podtypy tych umów i np. założenie wypłaty i spłaty kredytu w walucie CHF, kompletnie zmieniałoby te umowy. Byłyby to umowy kredytu walutowego. W orzeczeniu w sprawie Dziubak TSUE wskazał, że możliwe jest stwierdzenie nieważności, gdy eliminacja postanowienia umownego prowadzi do zmiany charakteru danej umowy. Wydaje się więc, że jeśli Sąd Najwyższy będzie definiował postanowienia odsyłające do tabel kursowych przez pryzmat pojęcia przedmiotu głównego z dyrektywy 93/13 – a nie cywilistycznie rozumianych elementów przedmiotowo istotnych umowy – to odpowiedź na te dwa pytania może być tylko jedna: brak możliwości utrzymania obu konstrukcji umów. Ponadto, Trybunał w wyroku w połączonych sprawach C‑154/15, C‑307/15 i C‑308/15 wskazał, że sąd krajowy nie jest uprawniony do takiej zmiany treści nieuczciwych warunków, która nie przyczyni się do wyeliminowania zniechęcającego efektu odstraszającego wywieranego na przedsiębiorców. Pozostawienie umów w obrocie i założenie, że mogą być spłacane w walucie CHF nie wywołałoby takiego skutku odstraszającego” – wyjaśnia mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr  4 do Sądu Najwyższego dotyczy tego, czy w razie stwierdzenia nieważności umowy strony powinny rozliczyć się na zasadzie teorii salda czy dwóch kondykcji.

Na to pytanie SN już odpowiedział w uchwale z dnia 16 lutego 2021 roku (III CZP 11/20) opowiadając się za teorią dwóch kondykcji.

„Z punktu widzenia orzecznictwa TSUE zasadne jest zastosowanie teorii dwóch kondykcji, gdyż teoria salda ograniczałaby roszczenia restytucyjne konsumentów wynikające z nieważności spowodowanej abuzywnymi postanowieniami. Chodzi o roszczenia o zwrot wpłaconych kwot oraz odsetek od nich za czas trwania procesu, a TSUE sprzeciwiał się ograniczaniu skutków restytucyjnych, chociażby w wyroku C‑154/15, C‑307/15 i C‑308/15” – podnosi mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 5 do Sądu Najwyższego dotyczy tego, od kiedy liczyć termin przedawnienia się roszczeń banku i klienta o zwrot świadczeń spełnionych na podstawie nieważnej umowy.

Jest to pytanie tak naprawdę o to, jak działa sankcja nieważności z art. 6 ust. 1 dyrektywy 93/13 – tj. gdy nieważność ta wynika z zastosowania postanowień abuzywnych. Tego zagadnienia dotyczy także pytanie nr 4 zadane przez Sąd Okręgowy w Gdańsku w sprawie C-19/20, w której TSUE ma wydać wyrok w dniu 29 kwietnia 2020 roku. Co ciekawe, Sąd Najwyższy – tym razem w składzie siedmiu tzw. starych sędziów – także zaplanował podjęcie uchwały odnośnie tego zagadnienia na dzień 15 kwietnia 2021. Co więcej, trzech spośród siedmiu sędziów Sądu Najwyższego w zasadzie już wyjawiło swój pogląd w tym zakresie w uchwale z dnia 16 lutego 2021 roku wskazując, że termin przedawnienia się roszczeń banku powinien być liczony od chwili wyrażenia przez konsumenta świadomej, wyraźnej i swobodnej woli co nieważności umowy. Moim zdaniem ten pogląd jest nieprawidłowy i być może okaże się sprzeczny z tym, co powie TSUE 29 kwietnia b.r. Dlatego uważam, że należałoby z obiema uchwałami Sądu Najwyższego poczekać na wyrok TSUE” – wyjaśnia mec. Barbara Garlacz.

Pytanie nr 5 dotyczy wynagrodzenia za korzystanie z kapitału, do czego donieść może się TSUE pod koniec kwietnia.

W przeszłości Sąd Najwyższy w wyroku z 19 grudnia 2019 roku (V CSK 382/18) wskazał, że kwestia wynagrodzenia za korzystanie z kapitału przez konsumenta wymaga dalszych rozważań oraz, że nie została ona wykluczona przez orzecznictwo TSUE – co zostało odczytane w środowisku frankowiczów i banków z nimi walczących jako sygnał do możliwości zasądzenia takiego wynagrodzenia.

W tym zakresie najprawdopodobniej możemy spodziewać się odpowiedzi TSUE na pytanie nr 5 Sąd Okręgowego w Gdańsku, dotyczące m.in. tego, czy sąd ma obowiązek o takich roszczeniach informować konsumentów. Spodziewam się, że TSUE zajmie szersze stanowisko w tej kwestii i potwierdzi, że nieważność umowy z powodu abuzywności jej postanowień nie może generować dla banków dodatkowych korzyści, gdyż nie byłby spełniony tzw. długofalowy efekt odstraszający” – dodaje mec. Barbara Garlacz.

Od kwietnia składka wypadkowa w nowej wysokości

Nowy okres składkowy rozpoczynający się 1 kwietnia i trwający do 31 marca 2022 r. przyniesie wielu pracodawcom duże zmiany w wysokości opłat z tytułu składki na ubezpieczenie wypadkowe. Dotyczą one płatników zgłaszających do ubezpieczenia wypadkowego co najmniej 10 pracowników. Z uwagi na to, że wysokość składki wypadkowej zależy od masy wynagrodzeń, wzrost lub spadek kosztów najbardziej odczują przedsiębiorstwa o wysokim poziomie zatrudnienia.

Z dniem 1 kwietnia 2021 r. weszły w życie zmiany w rozporządzeniu w sprawie różnicowania stopy procentowej składki na ubezpieczenie społeczne z tytułu wypadków przy pracy i chorób zawodowych w zależności od zagrożeń zawodowych i ich skutków. ZUS na jego podstawie przeliczył już składki tym płatnikom, którzy złożyli ZUS IWA za ostanie trzy lata kalendarzowe.

W nowym okresie składkowym najwyższa stopa procentowa osiągnie poziom 3,33 proc. i dotyczy jedynie działalności usługowej wspomagającej górnictwo i wydobywanie. Z kolei najniższa stopa wynosić będzie 0,67 proc. i obejmie 9 branż, m.in. produkcję odzieży oraz działalność związaną z zakwaterowaniem i usługami gastronomicznymi, informacją i komunikacją oraz z finansami i ubezpieczeniami.

Gdzie wzrost, a gdzie spadek

Wzrostu kosztów składki wypadkowej mogą spodziewać się przedsiębiorstwa należące do następujących grup działalności: rybactwo, działalność usługowa wspomagająca górnictwo i wydobywanie, produkcja napojów, wyrobów tekstylnych, wyrobów tytoniowych i mebli; transport lotniczy.

Obniżenie stopy procentowej dotyczy leśnictwa i pozyskiwania drewna, wydobywania węgla kamiennego, węgla brunatnego, ropy naftowej, gazu ziemnego i rud metali; pozostałego górnictwa, produkcji odzieży, papieru i wyrobów z papieru, metali; produkcji podstawowych substancji farmaceutycznych, działalności związanej z rekultywacją i gospodarką odpadami, robót budowlanych specjalistycznych, związanych ze wnoszeniem budynków, z budową obiektów inżynierii lądowej i wodnej;  transportu lądowego i rurociągowego, magazynowania i działalności usługowej wspomagającej transport oraz wynajem i dzierżawę.

Obciążenia z tytułu składki wypadkowej dla płatników zgłaszających do ubezpieczenia mniej niż 10 pracowników pozostaną na tym samym poziomie. W ich przypadku stopa procentowa nadal wynosić będzie 1,67 proc., czyli 50 proc. najwyższej stopy procentowej ustalonej na dany rok składkowy (czyli 3,33 proc.).

Nie tylko PKD

Ustalona kategoria ryzyka według PKD dla danej branży to tylko jeden z elementów bazowych służących do wyliczenia wysokości stopy procentowej przez ZUS. Na jej ostateczną wysokość wpływa również liczba osób zatrudnionych, liczba wypadków oraz panujące w zakładzie warunki zagrożenia (np. hałas, zapylenie, mikroklimat zimny lub gorący).

Kategorie ryzyka i przypisane do nich stopy procentowe aktualizowane są w głównej mierze na podstawie danych statystycznych GUS za trzy ostatnie lata, W szczególności chodzi o informacje dotyczące warunków pracy i wypadkowości. W okresie od stycznia do września 2020 roku zgłoszono aż o 24,1 proc. mniej poszkodowanych w wypadkach przy pracy niż w analogicznym okresie w 2019 roku. Co więcej, zmniejszył się również wskaźnik wypadkowości (liczba osób poszkodowanych przypadająca na 1000 pracujących) – z 3,91 na 2,96.

Odnotowywany corocznie ogólny spadek liczby poszkodowanych w wypadkach przy pracy przyczynił się w głównej mierze do obniżenia kategorii ryzyka i stóp procentowych aż w 14 grupach działalności. W konsekwencji może to prowadzić do obniżenia kosztów z tytułu składki wypadkowej w tych branżach. Największy spadek wysokości składki związany z nową wysokością stopy procentowej dotyczy transportu wodnego. Kategoria ryzyka obniżyła się z 8. na 5. kategorię, a stopa procentowa zmalała z 2,26 na 1,47 proc.

Wzrost kosztów pracy

Nie we wszystkich branżach dane o wypadkowości czy warunkach pracy uległy poprawie. W 42 grupach kategoria ryzyka i związana z nią stopa procentowa pozostały bez zmian, co oznacza, że ich sytuacja się nie zmieniła. Wśród sektorów, które najdotkliwiej odczują zmiany w wysokości składki wypadkowej, co przełoży się na wyższe koszty pracy, znajduje się branża meblarska. Odnotowała ona wzrost o 1 kategorię ryzyka i zmianę bazowej stopy procentowej z 1,47 na 1,73 proc.

Komentarz eksperta

Nowy okres składkowy na ubezpieczenie wypadkowe to dobry moment, aby dokonać przeglądu panujących w przedsiębiorstwie warunków pracy (na czele z warunkami zagrożenia) oraz zadbać o poprawę bezpieczeństwa pracowników. Warto przyjrzeć się, czy dotychczasowe działania BHP przekładają się na zmniejszenie liczby wypadków lub ograniczenie szkodliwych warunków pracy. Inwestowanie w działania prewencyjne wciąż stanowi dla wielu przedsiębiorców spore wyzwanie pod względem finansowym. Jednym ze skutecznych źródeł pozyskania środków na ten cel jest weryfikacja poprawności naliczania przez organ rentowy składki wypadkowej w oparciu o przekazywaną informację ZUS IWA. Przedsiębiorca ma możliwość zarówno odzyskania nadpłat za kilka lat wstecz, jak i obniżenia składki wypadkowej w przyszłych okresach składkowych – komentuje Piotr Radko, dyrektor obszaru kosztów pracy w Ayming Polska.

Pandemia przyspieszyła plany migracji do chmury w 81% przedsiębiorstw z sektora produkcyjnego

Firma Salesforce opublikowała raport Trends in Manufacturing („Trendy w sektorze produkcyjnym”), który podsumowuje daleko idące skutki globalnej pandemii w tym sektorze. Z analizy danych przeprowadzonej niedawno przez Salesforce wynika, że firmy musiały zmienić swoje strategie i modele działania, pokonują trudności związane z transformacją, a nowe technologie pomogły im skutecznie konkurować na rynku w warunkach ciągłej niepewności.

Firma Salesforce Research przeprowadziła badania, w których wzięło udział prawie 750 globalnych liderów sektora produkcyjnego z Ameryki Północnej i Łacińskiej, Dalekiego Wschodu oraz Europy. Wśród respondentów wyróżniono dwie grupy: producentów przygotowanych na przyszłość, którzy uważają, że ich systemy i technologie będą mogły działać jeszcze przez 10 lat, oraz producentów nieprzygotowanych na przyszłość, niewidzących takiej możliwości. Zbadano najważniejsze różnice między tymi dwiema grupami i stwierdzono, co następuje:

  • Niepewność sprawiła, że firmy muszą zwiększać sprawność działania i modyfikować niektóre swoje funkcje.
  • Pandemia trwale zmieniła funkcje związane z obsługą klienta.
  • Sprzedaż elektroniczna i operacje cyfrowe są podstawą elastycznego, przyszłościowego przedsiębiorstwa.
  • Ważnym elementem strategii producentów przyszłościowych są nowe modele biznesowe, takie jak serwicyzacja.

Oto najważniejsze wnioski:

Konieczność dostosowania się do świata po pandemii

W sektorze produkcyjnym pandemia COVID-19 pociągnęła za sobą daleko idące skutki. Nie tylko zmieniła obecny sposób funkcjonowania przedsiębiorstw, lecz wywarła trwały wpływ na to, jak będą one działać w przyszłości. 80% respondentów stwierdziło, że w wyniku pandemii ich moce produkcyjne uległy niewielkim lub znacznym zmianom, natomiast zdaniem 70% zmiany te będą trwałe.

Liderzy sektora produkcyjnego twierdzą, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy priorytetem będzie dla nich transformacja cyfrowa. Poproszeni o wskazanie swoich najważniejszych celów, respondenci stwierdzili, ze najpilniejsze zmiany dotyczą zwiększenia wydajności procesów i usprawnienia planowania popytu (w obu przypadkach 88%), natomiast za najbardziej pomocną w obecnej sytuacji uznali transformację cyfrową (86%).

Producenci, którzy czują się „bardzo dobrze przygotowani” na nadchodząca dekadę, w większości przenieśli się już do chmury. Prawie połowa (45%) producentów, którzy nie czują się przygotowani na przyszłość, ma systemy sprzedaży i systemy operacyjne zainstalowane w całości lub w większości lokalnie, podczas gdy większość (77%) producentów przygotowanych na przyszłość umieściła co najmniej połowę swoich systemów sprzedaży i systemów operacyjnych w chmurze.

Producenci przygotowani na przyszłość uważają, że rozwijanie współpracy z partnerami handlowymi i osiąganie obopólnych korzyści stanowi wartość dla ich przedsiębiorstw: Producenci przygotowani na przyszłość są zadowoleni ze swoich partnerów handlowych prawie dwukrotnie częściej niż ci nieprzygotowani (odpowiednio 44% w porównaniu z 25%).

Prawie jedna trzecia producentów przygotowanych na przyszłość rozszerza serwicyzację. Większość producentów przygotowanych na przyszłość (86%) twierdzi, że serwicyzacja jest częścią strategii ich przedsiębiorstw. 57% już ją stosuje, a 29% stosuje i rozszerza.

Zróżnicowanie produktów i usług

Ze względu na duże zawirowania w sektorze spowodowane pandemią producenci szukają nowych sposobów utrzymania klientów i dotrzymania kroku konkurencji, dywersyfikując swoje produkty i usługi. Producenci z stwierdzili, że w ciągu najbliższych 24 miesięcy najważniejsze będzie dla nich tworzenie nowych produktów (88%) i usług (90%).

Większe znaczenie danych

W przedsiębiorstwach produkcyjnych brak przejrzystości danych i odseparowanie od siebie zespołów może utrudniać kierownictwu prognozowanie sprzedaży, co w obecnym klimacie ekonomicznym jest jeszcze większym problemem. Dla niemal połowy respondentów (48%) największym wyzwaniem są trudności z ekstrakcją danych, a 88% ma problemy ze starszymi narzędziami. Jest więc oczywiste, że jeśli sektor produkcyjny chce zapewnić swoim firmom i klientom maksymalne korzyści, musi zmienić sposób myślenia na bardziej cyfrowy.

Pełen raport można pobrać ze strony: https://www.salesforce.com/resources/research-reports/executive-summary-trends-in-manufacturing/

Metodyka

Dane wykorzystane w tym raporcie pozyskano metodą podwójnej ślepej próby. Badania przeprowadzono w dniach od 29 sierpnia do 15 września 2020 roku. Uzyskano 750 odpowiedzi od liderów sektora produkcyjnego. Respondenci pochodzili z Ameryki Północnej i Łacińskiej, Dalekiego Wschodu oraz Europy. Wszyscy byli osobami trzecimi (nie tylko klientami firmy Salesforce). W badaniach wzięli udział producenci reprezentujący dwie główne grupy:

  • Produkcja dyskretna: Procesy produkcyjne mogą się zmieniać w zależności od aktualnego zapotrzebowania. Stosowane są różne konfiguracje, a w każdej chwili mogą nastąpić zmiany.
  • Produkcja procesowa: Procesy mają charakter stały i niezmienny, są realizowane w trybie ciągłym.

Te dwie grupy zostały podzielone na następujące podgrupy:

  • Produkcja dyskretna:
    • Sprzęt oryginalny (OEM) — sprzedaż złożonych produktów, sprzętu i innych zasobów bezpośrednio lub za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Dystrybucja — sprzedaż części zgodnych ze specyfikacją lub standardami branżowymi za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Części produktów — sprzedaż części wyprodukowanych na specjalne zamówienie klienta
  • Produkcja procesowa:
    • Produkty rolne — sprzedaż nawozów, nasion i innych produktów hodowcom/producentom za pośrednictwem sieci dystrybutorów
    • Produkty chemiczne — sprzedaż przemysłowych produktów chemicznych w dużych ilościach bezpośrednio lub przez sieć dystrybutorów
    • Materiały/inne procesy — sprzedaż metali, minerałów, gliny i innych materiałów

Ile średnio podrożały mieszkania deweloperskie od marca 2020 roku?

O ile wzrosły ceny nowych mieszkań w ciągu roku? Gdzie ceny wzrosły najbardziej? Czy nadal idą w górę? Jaki jest powód podwyżek? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości dompress.pl

Andrzej Oślizło, prezes Develii

Według danych NBP za IV kw. 2020 roku ceny mieszkań wzrosły średnio o 7 proc. rok do roku, jednak wiele zależy od rynku. Najbardziej podrożały lokale w Gdańsku oraz Warszawie. Biorąc pod uwagę popyt utrzymujący się na wysokim poziomie i czynniki zewnętrzne, takie jak wzrost cen gruntów ze względu na ich ograniczoną dostępność czy niskie stopy procentowe, które generują popyt inwestycyjny, spodziewam się, że w 2021 roku deweloperzy nie będą mieli przesłanek do obniżki cen.

Scenariusz stabilizacji i dalszego wzrostu cen mieszkań jest w mojej ocenie najbardziej realny, ale nie można wykluczyć szybszego wzrostu cen na wybranych rynkach lokalnych, gdzie popyt przewyższa obecną podaż. Przykładowo, w Warszawie wskaźnik wyprzedaży oferty utrzymuje się na poziomie 3 kwartałów, czyli jest znacznie poniżej stanu równowagi, który wynosi 4 kwartały. Częściowo popyt będzie przekierowywany na rynek wtórny, na którym mogą pojawiać się mieszkania kupowane w celach najmu krótkoterminowego, ponieważ rynek ten jest już od dłuższego czasu pod presją. To jak ostatecznie ukształtują się ceny w dużym stopniu będzie zależało od tego, kiedy zakończy się pandemia.

Andrzej Gutowski, wiceprezes, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development

Wzrost cen nieruchomości mieszkaniowych o 8 do 10 proc. to ogólnorynkowa tendencja, która dotyczy także naszych inwestycji. Najbardziej podrożały mieszkania położone poza dzielnicami centralnymi, w niedocenianych dotychczas lokalizacjach, de facto rozwijających się najszybciej. W naszym przypadku są to Ursus i Białołęka w Warszawie, gdzie ceny w ostatnim roku wzrosły nawet ponad 10 proc. Powodów tych wzrostów jest kilka. Po pierwsze, ograniczona dostępność gruntów. Po drugie, wydłużone w czasie o blisko 50 proc. wydawanie pozwoleń na budowę. I po trzecie, również dłuższe procedury w sądach wieczysto-księgowych. To wszystko sprawia, że uruchamia się mniej projektów i podaż nie nadąża za rozpędzonym popytem. Mniej mieszkań na rynku oznacza wyższe ceny tych dostępnych. Szacuję, że ceny w tym roku wzrosną o kolejne 5-7 proc.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Wawel Service

Obecnie na rynku obserwujemy tendencję rosnącą, jeśli chodzi ceny mieszkań. Ceny oferowanych przez nas mieszkań wzrosły o około 15 proc. względem 2020 roku. Jest to związane przede wszystkim z wysokimi cenami gruntów i idącą za tym malejącą podażą. Wzrost cen spowodowany jest też wyższymi kosztami budowy, a także m.in. spowolnieniem procedur administracyjnych oraz rosnącymi kosztami zatrudnienia pracowników. Podwyżki dotyczą wszystkich mieszkań, ogólnie całej naszej oferty.

Zbigniew Juroszek, prezes Atal

Notowany trend wzrostowy, jeśli chodzi o ceny mieszkań ma związek z ciążącymi na branży budowlanej trudnościami natury administracyjnej m.in. z szybkim uzyskiwaniem pozwoleń na budowę oraz z rosnącymi kosztami prowadzenia inwestycji. Przede wszystkim podrożały surowce i w ślad za nimi materiały budowlane, ale także koszty wykonawstwa. Ponadto, deweloperzy muszą mierzyć się z ograniczoną podażą nowych gruntów. Nie ma więc przesłanek, które miałyby zwiastować spadki cen mieszkań. Co także istotne, obecnie wchodzimy w stały cykl charakteryzujący stabilne rynki europejskie, skutkujący wzrostem cen mieszkań na poziomie 3-4 proc. rocznie. Takiej sytuacji spodziewam się przez kilka najbliższych lat na polskim rynku.

Małgorzata Ostrowska, dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Na rynku pierwotnym w skali roku ceny wzrosły średnio o około 7 proc. Nasza firma, co do zasady, stara się, o ile to możliwe nie podnosić cen mieszkań. Na przykład w inwestycjach, których budowa dobiega końca w tym roku, tj. w wieżowcu Bliska Wola Tower w Warszawie i Hanza Tower w centrum Szczecina ceny nie zmieniły się na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy.

Rozpoczynając nowe projekty musimy jednak brać pod uwagę czynniki, które decydują o cenie mieszkań, m.in. coraz wyższe koszty budowy spowodowane obowiązującymi od stycznia nowymi normami efektywności energetycznej budynków.

W 2021 roku podaż w dalszym ciągu będzie ograniczał brak dostępności gruntów. Z tego powodu ceny ziemi wzrosną znacznie, zarówno w przeciętnych lokalizacjach, jak też jeszcze bardziej w lokalizacjach premium. O tym, że coraz trudniej o grunty w lepszych lokalizacjach świadczy fakt, iż wielu deweloperów, aby je zakupić akceptowało w ostatnich latach nawet bardziej kosztowne i złożone rozwiązania, takie jak np. rewitalizacja terenów przemysłowych. Coraz wyższe koszty realizacji projektów powodują, że ceny będą rosły. Wielu ekspertów rynku mieszkaniowego przewiduje jednak, że część osób przeniesie zainteresowanie z mieszkań na domy i działki. Stąd w najbliższych miesiącach wzrost cen może nie być aż tak wysoki, ale jednak nieuchronny chociażby z powodu rosnącej inflacji.

Mariola Żak, dyrektor marketingu i sprzedaży Aurec Home

Na początku 2021 roku firmy deweloperskie oddały do użytku o 6 proc. więcej lokali mieszkalnych niż w porównywalnym okresie poprzedniego roku. Jednak równocześnie w lutym 2021 roku deweloperzy rozpoczęli o około 7 proc. mniej inwestycji niż w roku poprzednim. Pandemia, wbrew obawom z ubiegłego roku, nie przewróciła rynku mieszkaniowego do góry nogami i nic nie wskazuje, że miałoby się to zmienić.

Ceny nowych mieszkań w ciągu ostatniego roku wzrosły średnio o 5 proc., natomiast w bieżącym roku naszym zdaniem zwiększą się o 3-4 proc. Wzrost cen mieszkań nie jest podyktowany jedynie dużym popytem, ale w dużej mierze zależnościami pomiędzy cenami materiałów budowlanych oraz dochodami klientów. W związku z trwającą bardzo długo pandemią, która ogranicza dostępność rynków, ceny materiałów budowlanych bardzo szybko rosną. Pozytywny wpływ na popyt mają niskie stopy procentowe i przystępne warunki kredytów mieszkaniowych.

Dodatkowo, rynek nieruchomości, pomimo ograniczenia rynku wynajmu, nadal jest uważany za bezpieczne źródło lokowania oszczędności. Rosnąca inflacja oraz niestabilne rynki finansowe zmuszają inwestorów do szukania bezpiecznych inwestycji, nadal pozwalających na uzyskanie około 4 proc. stopy zwrotu.

Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska

Od marca 2020 roku ceny rosły na wszystkich sześciu największych rynkach w Polsce średnio o około 7 proc. Największy wzrost zaobserwowaliśmy na rynku w Krakowie, a najmniejszy w Gdańsku. Główne powody podwyżek to niższa liczba oferowanych mieszkań, duża liczba klientów, w tym inwestycyjnych, dla których zakup mieszkania to rozsądny sposób na zainwestowanie środków zgromadzonych na kontach, a także wysokie ceny działek budowlanych. W okresie od marca 2020 roku podwyżki dotyczyły także części naszych projektów.

Na razie nic nie wskazuje na odwrócenie trendu. Ceny prawdopodobnie będą nadal rosnąć. Przypuszczamy jednak, że w wolniejszym tempie. Prognozujemy, że w 2021 roku wzrosną o około 5 proc. Dalszy wzrost nie obniży popytu, ponieważ mieszkania w obliczu niskooprocentowanych lokat bankowych będą wciąż traktowane jako bezpieczna i rentowna inwestycja.

Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper

Ceny nowych mieszkań systematycznie rosną. W przypadku naszego projektu Sol Marina zlokalizowanego w pobliżu Wyspy Sobieszewskiej ceny w ciągu ostatnich 12 miesięcy zwiększyły się średnio o 3-5 proc. w zależności od lokalu. Na podwyżkę wpływ miało duże zainteresowanie zakupem apartamentów wakacyjnych czy second home przy ich ograniczonej podaży. To, czy ceny nieruchomości będą wyższe zależy w dużym stopniu od zapotrzebowania oraz aktualnej dostępności lokali.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Według raportu NBP za IV kw. 2020 ceny transakcyjne na rynku pierwotnym w Gdańsku rok do roku wzrosły o blisko 10 proc., a w Warszawie ponad 8 proc. Biorąc pod uwagę, że II kwartał 2020 był praktycznie stracony dla sprzedaży i dopiero w III kwartale 2020 rynek zaczął wychodzić z pandemicznej stagnacji, to bardzo dobry wynik. Takie zmiany miały miejsce również w przypadku naszej oferty. Podwyżki cen, jakie musieliśmy wprowadzać w związku z rosnącym zainteresowaniem przyjmowały niemal identyczne wartości. Obecnie nic nie wskazuje na zmianę tego trendu. Oprocentowanie lokat bankowych i poziom inflacji w 2020 sprawiły, że trzymanie środków w banku oznaczało utratę ich wartości. Niski poziom oprocentowania kredytów był z kolei zachętą do skorzystania z tego źródła finansowania. W ciągu ostatnich 2 lat znacząco wzrosła aktywność funduszy inwestujących w zakup mieszkań na wynajem, co w znacznym stopniu ograniczyło ofertę małych, najbardziej poszukiwanych lokali.

Ze względu na zdalną pracę wielu instytucji znacząco wydłużył się proces inwestycyjny, co ma z kolei wpływ na poziom oferty w sprzedaży. Procedowana jest też zmiana Ustawy Deweloperskiej, znacząco komplikująca i podrażająca proces sprzedaży mieszkań.

Powyższe czynniki wraz z prognozowanym na ten rok poziomem inflacji ok. 3 proc. oraz wzrostem gospodarczym nawet do 5 proc. każe spodziewać się dalszych znaczących podwyżek cen nowych mieszkań.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Ceny mieszkań w naszych inwestycjach systematycznie rosną. Biorąc pod uwagę okres od marca 2020 roku, w zależności od inwestycji, średni wzrost wyniósł około 7-8 proc. Oczywiście najbardziej podrożały nieduże mieszkania dwupokojowe w inwestycjach na Bielanach i Targówku. Głównym powodem podwyżek jest ogólny wzrost kosztów budowy, trudności z pozyskaniem nowych gruntów inwestycyjnych oraz zmniejszająca się oferta nowych mieszkań.

Tomasz Czubak, dyrektor Przygotowania Projektów Deweloperskich w Jakon

Wzrost cen transakcyjnych nowych mieszkań od marca 2020 do dziś zależny jest mocno od lokalizacji. W niektórych ośrodkach wzrost wyniósł 3-5 proc., natomiast w niektórych prawie 10 proc. Najwyższy wzrost cen można zaobserwować w dużych ośrodkach miejskich, takich jak Warszawa, Wrocław, Poznań. W tych lokalizacjach coraz trudniej o atrakcyjne grunty, co wpływa na ceny mieszkań. W najbliższych miesiącach przewidujemy dalszy wzrost cen mieszkań. Planowane wprowadzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego spowoduje natychmiastowy wzrost cen o wartość ustaloną przez rząd. Obecnie mowa jest o wartości rzędu 2 proc. i taką też wartość deweloperzy doliczą do cen mieszkań. Nagły wzrost cen stali konstrukcyjnej oraz zbrojeniowej także determinuje podwyżki. Dostawcy coraz częściej próbują renegocjować stare kontrakty, co przekłada się na koszty budowy.

Jako doświadczony deweloper próbujemy uchronić naszych klientów przed negatywnymi skutkami podwyżek. W inwestycjach już wprowadzonych do sprzedaży nie zmieniamy cen mieszkań, aby żaden z naszych klientów nie czuł się poszkodowany. Jednak, jeśli chodzi o nowe inwestycje oraz kolejne etapy obecnie prowadzonych projektów, zmuszeni jesteśmy do rewizji założeń, co skutkuje wzrostem cen ofertowych lokali.

Agata Zambrzycka, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Aria Development

W naszych projektach podrożały głównie mniejsze mieszkania. W Nowym Osiedlu Natura 2 podnieśliśmy ceny lokali o powierzchni do 45 mkw. Z kolei w Osiedlu Łomianki wzrosły ceny mieszkań o metrażach do 60 mkw. Związane jest to z faktem, że wkrótce będziemy oddawać gotowe lokale do użytku, które jak wiemy cieszą się największym zainteresowaniem wśród klientów.

Główną przyczyną podwyżek jest wzrost cen materiałów budowlanych oraz kosztów pracy. Na skutek oddziaływania tych dwóch czynników koszt budowy typowego budynku czterokondygnacyjnego w stanie deweloperskim znacząco wzrósł. Ceny mieszkań windują także koszty zakupu gruntów. W Warszawie można znaleźć inwestycje mieszkaniowe, w których aż jedną trzecią wartości stanowi cena działki.

Edyta Kołodziej, dyrektor sprzedaży i marketingu w Nickel Development

Ceny mieszkań w naszych inwestycjach względem zeszłego roku wzrosły o około 3 proc., co nie odbiega od przeciętnych wskaźników dla Poznania za ten okres. Praktycznie nie wpłynęły na to żadne czynniki zależne od lokalizacji czy charakterystyki samego produktu. Mogę powiedzieć, że najmniej wzrosły ceny mieszkań w naszej podmiejskiej inwestycji Osiedle Księżnej Dąbrówki, która pozostaje nadal cenowo najbardziej atrakcyjna.

Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu na Warszawę i Wrocław w Robyg SA.

Ceny mieszkań od marca 2020 roku są stosunkowo stabilne, nie rosną istotnie. Na pewno zmieniły się preferencje klientów, którzy w pierwszej kolejności szukają mieszkań z balkonami, tarasami lub ogródkami. Spodziewamy się kontynuacji tego trendu w okresie roku, dwóch. Jeżeli w niektórych lokalizacjach ceny są wyższe, to najczęściej wynika to ze wzrostu cen gruntów, zwłaszcza w dużych miastach, gdzie kurczy się baza ziemi w atrakcyjnych dzielnicach.

Według naszych obserwacji i prognoz ceny będą nadal stabilnie rosły. Wynika to zarówno z rosnących cen materiałów, jak i wzrastających kosztów robót budowlanych. Sytuacji nie poprawiają też nowe przepisy związane z ochroną cieplną budynków oraz potencjalne utworzenie Deweloperskiego Funduszu Gwarancyjnego.

Autor: dompress.pl

Grupa Develia publikuje wyniki za 2020 r.

  • W 2020 r. przychody ze sprzedaży wyniosły 517,1 mln zł wobec 819,3 mln zł rok wcześniej. Spadek przychodów jest efektem mniejszej liczby przekazanych mieszkań.
  • Strata netto grupy wyniosła 138,8 mln zł wobec 117,4 mln zł zysku netto w analogicznym okresie poprzedniego roku. Strata jest efektem negatywnej wyceny nieruchomości komercyjnych.
  • Skorygowany zysk netto tj. bez wpływu zmiany wycen nieruchomości inwestycyjnych, wyniósł prawie 100 mln zł.
  • W 2020 r. deweloper sprzedał 1361 lokali wobec 1510 w 2019 r. oraz przekazał 1153 lokale wobec 1964 rok wcześniej.
  • Na koniec 2020 r. Develia posiadała 377 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych.

– Miniony rok był dla nas wyzwaniem, podobnie jak dla większości spółek i wymagał weryfikacji planów oraz dużej elastyczności. Po słabszym I półroczu, dane za III i IV kwartał potwierdziły, że sytuacja w segmencie mieszkaniowym ustabilizowała się i rynek stopniowo wraca do wolumenów sprzed pandemii. Optymistycznie patrzymy na ten rok i kolejne lata, wierząc w długoterminowy wzrost segmentu mieszkaniowego. Przemawiają za tym bardzo dobre dane sprzedażowe za pierwsze trzy miesiące 2021 r. oraz czynniki wspierające rozwój rynku mieszkaniowego, takie jak przewaga popytu nad podażą czy polityka niskich stóp procentowych. Dlatego, zgodnie z nową strategią koncentrujemy się na rozszerzeniu działalności w segmencie mieszkaniowym, wejściu na rynek PRS i równolegle zmniejszamy zaangażowanie w segmencie komercyjnym. Pandemia niewątpliwie zwiększyła presję na ten segment i spowodowała spadek wartości nieruchomości inwestycyjnych będących w portfelu naszej spółki, co przełożyło się na wyniki za 2020 r. – mówi Andrzej Oślizło, prezes Develii. – Obecnie skupiamy się na przygotowaniu spółki do szybszego rozwoju. Mamy do tego odpowiednie zasoby, a rynek zgodnie z przyjętymi w strategii kierunkami powinien nam sprzyjać w osiągnięciu założonych celów – podsumowuje Andrzej Oślizło.

Działalność deweloperska

W 2020 r. Develia sprzedała 1361 lokali, wobec 1510 w 2019 r., z czego blisko 70% w II półroczu. Przekazania w 2020 r. wyniosły 1153 lokali wobec 1964 rok wcześniej. Różnica w liczbie przekazywanych mieszkań jest pochodną harmonogramu kończenia inwestycji. Pomimo trudnych warunków spowodowanych pandemią, Develia dotrzymała harmonogramów realizowanych inwestycji mieszkaniowych, w niektórych projektach nawet je wyprzedzając.

W minionym roku spółka wprowadziła do oferty 8 inwestycji we wszystkich miastach, w których prowadzi działalność, tj. w Gdańsku, Krakowie, Warszawie, Katowicach oraz we Wrocławiu. Łącznie deweloper zaoferował nabywcom 1278 lokali. Największym zainteresowaniem klientów cieszyła się inwestycja Na Woli, w której sprzedano blisko 200 mieszkań. Wysoką sprzedaż na poziomie 150 lokali odnotowano także w inwestycjach Słoneczne Miasteczko i Centralna Park w Krakowie.

W 2020 r. Develia kupiła działki pozwalające na realizację blisko 700 lokali. Bank gruntów spółki wynosił na koniec 2020 r. ponad 7100 lokali. Zgodnie z ogłoszoną na początku 2021 r. strategią, spółka planuje istotnie zwiększyć skalę działania w segmencie mieszkaniowym do poziomu sprzedaży 3100 mieszkań w 2025 r., zakładając średnioroczne tempo wzrostu (CAGR) na poziomie 18%. W związku z tym zwiększyła rolę działu zakupu gruntów i systematycznie pracuje nad poszerzaniem banku ziemi, by w 2025 r. osiągnąć poziom ponad 10000 lokali, co zapewniłoby spółce dalszy rentowny rozwój.

Działalność komercyjna

Rok 2020 Develia rozpoczęła sukcesem w segmencie komercyjnym, finalizując rekordową sprzedaż biurowca Wola Center w Warszawie za 101,9 mln euro. Kolejne miesiące okazały się dla tej części działalności Develii szczególnie wymagające. Pandemia COVID-19 zwiększyła presję na segment komercyjny, co przełożyło się na spadek przychodów budynków posiadanych przez grupę Develia. Zmiana oceny perspektyw tego segmentu wpłynęła na wzrost stóp kapitalizacji i zmniejszenie liczby transakcji na rynku komercyjnym. To z kolei przełożyło się na spadek wartości nieruchomości inwestycyjnych posiadanych przez grupę. Zanotowana strata na nieruchomościach inwestycyjnych, która jest rezultatem niegotówkowych odpisów, wyniosła 213,5 mln zł.

Zgodnie z nową strategią Develia zamierza przeprowadzić dezinwestycję posiadanego portfela nieruchomości w obszarze biurowo-handlowym. Deweloper stawia sobie za cel na ten rok przygotowanie do sprzedaży budynku Sky Tower, a na przełomie 2021 i 2022 r. sprzedaż biurowca Wola Retro w Warszawie. W kolejnych latach spółka dopuszcza realizację wyłącznie projektów mixed-use wspierających komponent mieszkaniowy według strategii: buduj, komercjalizuj, sprzedaj, po odzyskaniu kapitału zainwestowanego w obecnie posiadane budynki. Obszar komercyjny Develii skupi się na poprawie wartości obecnych budynków i ich sprzedaży lub przekształceniu gruntów na działalność podstawową, w tym PRS. W przyszłości spółka dopuszcza także realizację projektów biurowych w innej niż dotychczas formule, np. podziale zysków lub partnerstwach, co wymaga niższego zaangażowania kapitałowego.

 

Wyniki finansowe

Dane finansowe (tys. zł) 2020 2019 Zmiana (%)
Przychody 517 114 819 264 -36,88%
Zysk brutto ze sprzedaży 183 618 320 112 -42,64%
Marża brutto ze sprzedaży 35,51% 39,07% -3,56pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment deweloperski 134 757 225 330 -40,20%
Marża brutto ze sprzedaży segment deweloperski 31,33% 33,22% -1,89pp
Zysk brutto ze sprzedaży segment komercyjny 48 788 94 468 -48,35%
Marża brutto ze sprzedaży segment komercyjny 56,14% 67,18% -11,04pp
EBITDA -70 554 174 116 -140,52%
EBITDA bez przeszacowań nieruchomości 142 925 265 350 -46,14%
Zysk netto -138 800 117 382 -218,25%
Skorygowany zysk netto* 99 006 193 281 -48,78%

(*) – skorygowany zysk netto, liczony według wzoru: skorygowany zysk netto = zysk netto – zysk/(strata) z nieruchomości inwestycyjnych – przychody/koszty finansowe z tytułu wycen zobowiązań finansowych w EUR – podatek odroczony utworzony od korygowanych pozycji

Przychody grupy za 2020 r. wyniosły 517,1 mln zł wobec 819,3 mln zł rok wcześniej. Strata netto grupy wyniosła 138,8 mln zł wobec 117,4 mln zł zysku netto w analogicznym okresie poprzedniego roku.

Zysk brutto ze sprzedaży z działalności deweloperskiej za 2020 r. wyniósł 134,8 mln zł
przy przychodach 430,1 mln zł. Zysk brutto ze sprzedaży z usług najmu wyniósł 48,8 mln zł przy przychodach 86,9 mln zł.

Zmiana sytuacji na rynku nieruchomości komercyjnych, która jest efektem pandemii wpłynęła na wyceny nieruchomości komercyjnych należących do grupy Develia. W wynikach za IV kwartał 2020 r. Develia rozpoznała spadek wyceny Arkad Wrocławskich o 9,8 mln euro (45 mln zł) i Sky Tower o 32,7 mln euro (150,8 mln zł). Ponadto o 9,5 mln zł została obniżona wycena Wola Retro, a wartość gruntu w Malinie o 17,1 mln zł. Jednocześnie wzrost kursu euro spowodował zwiększenie wartości nieruchomości grupy w IV kwartale o 20,7 mln zł. Wpływ wycen nieruchomości inwestycyjnych oraz zobowiązań finansowych po uwzględnieniu podatku odroczonego od tych operacji to w całym 2020 r. 237,8 mln zł.

Sektor komercyjny zdecydowanie silniej odczuł wpływ pandemii w porównaniu do segmentu mieszkaniowego, co jest widoczne w wynikach finansowych. Zanotowana przez grupę strata na nieruchomościach inwestycyjnych, która jest rezultatem niegotówkowych odpisów, wyniosła 213,5 mln zł. Skorygowany zysk netto tj. bez wpływu zmiany wycen nieruchomości inwestycyjnych, wyniósł blisko 100 mln zł. Warto podkreślić, że sytuacja finansowa i płynnościowa grupy jest bardzo dobra, a podstawowy biznes operacyjny generuje stabilne, pozytywne przepływy finansowe i zapewnia bazę do dalszego rozwoju – mówi Paweł Ruszczak, wiceprezes zarządu Develii. – Obecnie skupiamy się na realizacji celów finansowych określonych w strategii. Dążymy przede wszystkim do poprawy efektywności i wzrostu ROE do 15% rocznie. Zwiększenie skali działalności przy poprawie ROE pozwoli nam istotnie poprawić wyniki w kolejnych latach – dodaje Paweł Ruszczak.

Pomimo sytuacji związanej z pandemią w październiku 2020 r. Develia wypłaciła z zysku za 2019 r. 0,1 zł dywidendy na akcję, czyli łącznie do akcjonariuszy trafiło 44,8 mln zł. Stopa dywidendy wyniosła 5,74%. Realizacja strategii umożliwi spółce zwiększenie jej wartości
i osiągnięcie potencjału dywidendowego na poziomie ponad 650 mln zł do wypłaty akcjonariuszom w latach 2021-2025.

W październiku 2020 r., Develia wyemitowała obligacje o wartości 70 mln zł. Obligacje zostały uplasowane w ramach programu emisji do 400 mln zł. W marcu br. spółka poinformowała, że rozważa przeprowadzenie kolejnej emisji obligacji. Jej szczegółowe parametry zostaną ustalone w procesie rozmów z inwestorami i budowania księgi popytu.

Na koniec 2020 r. Develia posiadała 377 mln zł gotówki i krótkoterminowych aktywów finansowych wobec z 340,9 mln zł na koniec 2019 r. Na koniec ubiegłego roku zobowiązania finansowe wyniosły 838,7 mln zł w porównaniu z 1104 mln zł na koniec 2019 r.

Dane z amerykańskiego rynku pracy powyżej prognoz

W ostatnim tygodniu w piątek, mimo braku sesji giełdowej, na rynek trafiła publikacja comiesięcznych danych z amerykańskiego rynku pracy. Zmiana w zatrudnieniu w sektorach innych niż rolnictwo wyniosła 916k, co było powyżej konsensusu analityków (652k). Mimo że walka z koronawirusem wciąż trwa, to negatywny wpływ pandemii na światową gospodarkę jest już ograniczony.

Kanał Sueski został już w pełni odblokowany, więc międzynarodowy handel wrócił do normy. Jak podali przedstawiciele Zarządu Kanału, głównym powodem zablokowania kanału był błąd kapitana.

S&P 500 pierwszy raz w historii przebiło poziom 4000 pkt. Sentyment na rynku akcji wciąż jest bardzo dobry. W ostatnich tygodniach lepiej radzą sobie spółki „value” od spółek „growth”, co chociażby widać po lepszych wynikach S&P 500 od Nasdaq 100. Ze względu na luźną politykę monetarną, a także poprawiającą się koniunkturę, prognozy dla rynku akcji pozostają dobre.

Rynek metali szlachetnych wygląda coraz lepiej. Złoto wyznaczyło dołek w okolicy $1.685, a srebro $24 za uncję. Jeżeli nie zobaczymy już kolejnej fali wzrostowej rentowności amerykańskich obligacji, a także dolar nie będzie się umacniać, to korekta na metalach szlachetnych powinna już dobiegać końca. Ciężko znaleźć lepsze „ubezpieczenie” przed obecnym dodrukiem banków centralnych, a także wzrostem publicznego zadłużenia niż inwestycja w złoto i srebro.

W piątek (09.04) czekają nas minutki RPP. Co prawda już wiemy, że nie będzie zmiany stóp procentowych, natomiast ze względu na ostatnie osłabienie się złotego, kolejne ruchy RPP mogą być kluczowe dla naszej waluty.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

Wybuch pandemii COVID-19 w opinii 55% badanych firm w Polsce przyczynił się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków

Wybuch pandemii COVID-19 w opinii 55% badanych firm w Polsce przyczynił się do wzrostu ryzyka wystąpienia cyberataków. W 2020 roku już 64% przedsiębiorstw odnotowało przynajmniej jeden incydent polegający na naruszeniu bezpieczeństwa. Jednocześnie 51% firm przyznało, że konieczność organizacji pracy w trybie zdalnym była wyzwaniem w kontekście zapewnienia bezpieczeństwa, ponieważ zwiększyła podatność na wystąpienie cyberataków. Pomimo dość trudnej sytuacji, w jakiej znalazło się wiele organizacji, w 1/4 zwiększono wydatki na zapewnienie bezpieczeństwa. Pozytywnym efektem pandemii COVID-19 jest wzrost cyfrowych inicjatyw podejmowanych przez blisko 60% badanych firm – wynika z badania firmy doradczej KPMG.

W opinii ponad połowy badanych przedsiębiorstw, pandemia COVID-19 przyczyniła się do wzrostu ryzyka cyberataków. Pandemia i konieczność organizacji pracy w trybie zdalnym okazała się wyzwaniem w kontekście bezpieczeństwa, gdyż zwiększyła podatność na cyberataki zdaniem 51% badanych firm w Polsce. W takim samym stopniu pandemia uświadomiła firmom potrzebę wdrożenia usprawnień w obszarach zarządzania kryzysowego oraz zapewnienia ciągłości działania. Warto zaznaczyć, że mniejsze firmy częściej wskazywały na poszczególne wyzwania związane z pandemią, co sugeruje, że organizacyjnie były one gorzej przygotowane na niecodzienną sytuację związaną z COVID-19.

COVID-19 przyspiesza cyfryzację firm

Pomimo ogólnego kryzysu wywołanego pandemią COVID-19, w niemal co czwartej firmie zwiększono budżet na cyberbezpieczeństwo, a tylko w zaledwie 14% przypadków środki finansowe w tym obszarze zostały zmniejszone. Zdecydowana większość badanych firm (63% wskazań) nie zauważyła jednak znaczącego wpływu pandemii na budżet w zakresie cyberbezpieczeństwa. Badane firmy przyznają, że pandemia COVID-19 w większości przypadków pozytywnie wpłynęła na procesy związane z cyfryzacją organizacji. W przypadku 20% firm znacząco zwiększyła się liczba cyfrowych inicjatyw w przedsiębiorstwie, a w blisko 4 na 10 organizacjach wzrost liczby projektów związanych z cyfryzacją był umiarkowany.

Pandemia koronawirusa przyspieszyła cyfryzację i wymusiła powszechnie organizację pracy zdalnej. W ślad za tym zwiększyła się niestety intensywność oraz pomysłowość cyberprzestępców, bezwzględnie wykorzystujących napięcia społeczne oraz podatności związane z przyspieszoną reorganizacją trybu pracy do konstrukcji skutecznych scenariuszy cyberataków. Dodatkowo pandemia zweryfikowała skuteczność procedur reakcji na sytuacje kryzysowe oraz plany zapewnienia ciągłości działania, które w wielu organizacjach nie zawierały scenariuszy ryzyka niedostępności personelu – mówi Michał Kurek, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Szef Zespołu ds. Cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

covid cyberbezpieczeństwo

Wzrosła liczba cyberataków na firmy w Polsce

2020 rok okazał się być bardziej niebezpieczny pod względem prób cyberataków w porównaniu z 2019 rokiem. W zeszłym roku przynajmniej jeden cyberincydent zanotowała większość badanych organizacji (64% wskazań). Oznacza to wzrost o 10 p.p. w stosunku do roku 2019. W 2020 roku wzrost liczby prób cyberataków zaobserwowało 19% przedsiębiorców, natomiast ich spadek odnotowało jedynie 4% respondentów badania. Warto zaznaczyć, że średnie firmy, częściej obserwowały w 2020 roku próby cyberataków, niż duże przedsiębiorstwa, zatrudniające powyżej 250 pracowników.

cyberataki covid19

Bez zmian w stosunku do poprzednich edycji badania firmy najbardziej obawiają się zagrożeń ze strony szeroko rozumianej cyberprzestępczości, która niezmiennie od kilku lat pozostaje najczęściej wskazywaną grupą stanowiącą realne zagrożenie dla organizacji w Polsce. W aktualnej edycji badania KPMG wskazało na nią 85% firm. Największym zagrożeniem dla większości wciąż pozostają pojedynczy hakerzy oraz zorganizowane grupy cyberprzestępcze, na które wskazuje ponad połowa badanych firm. Warto podkreślić, że obecnie zdecydowanie mniej firm niż w poprzednich edycjach badania wskazało na potencjalne niebezpieczeństwo utraty danych w wyniku działania podkupionych lub niezadowolonych pracowników.

Cyberataki były w 2020 roku niestety zjawiskiem powszechnym. Przestaje być dziś właściwym pytaniem – czy, ale kiedy firma stanie się ofiarą cyberataku. W związku z tym konieczne jest właściwe przygotowanie przedsiębiorstw na jak najszybsze wykrycie incydentu bezpieczeństwa oraz właściwą reakcję. Zabezpieczenia prewencyjne są oczywiście nadal najważniejsze, ale wobec dzisiejszych cyberzagrożeń nie są już wystarczające – mówi Michał Kurek, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego, Szef Zespołu ds. Cyberbezpieczeństwa w KPMG w Polsce.

Wyciek danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania największym zagrożeniem dla firm

Zdaniem przedsiębiorstw biorących udział w badaniu największe ryzyko stanowią dla nich wycieki danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania (malware). Organizacje deklarują, że na podobnym poziomie obawiają się phishingu – czyli wyłudzania danych uwierzytelniających oraz wycieków danych w wyniku kradzieży, zgubienia nośników lub urządzeń mobilnych. Jako najmniej ryzykowne cyberzagrożenia organizacje wymieniają przede wszystkim włamania do urządzeń mobilnych, ataki wykorzystujące błędy w aplikacjach oraz ataki na sieci bezprzewodowe. Warto jednak zauważyć, że różnice w ocenie najbardziej i najmniej zagrażających cyberzagrożeń są stosunkowo niewielkie. Badane firmy deklarują, że największą dojrzałość zabezpieczeń osiągnęły w przypadku bezpieczeństwa styku z siecią internetową, ochrony przed złośliwym oprogramowaniem oraz planów zapewnienia ciągłości działania. Podobnie jak w poprzedniej edycji badania zaledwie 1 na 10 firm uważa, że osiągnęła pełną dojrzałość zabezpieczeń we wszystkich analizowanych obszarach.

Wyciek danych za pośrednictwem złośliwego oprogramowania

Brak wykwalifikowanych pracowników znowu największą barierą w budowaniu bezpieczeństwa IT

Połowa firm przyznała, że największą barierą utrudniającą budowanie odpowiedniego poziomu zabezpieczeń w firmach są trudności w znalezieniu oraz utrzymaniu odpowiednio wykwalifikowanych pracowników. Oznacza to wzrost o 8 p.p. w stosunku do poprzedniej edycji badania. 42% organizacji deklaruje, że problemem jest brak wystarczających budżetów – warto zaznaczyć, że kwestie zbyt niskich budżetów były w zeszłym roku wskazywane jak największa bariera w zapewnieniu odpowiedniego poziomu zabezpieczeń. W stosunku do ubiegłego roku oznacza to spadek aż o 22 p.p. Widoczna jest tendencja, że zbyt mały budżet jest większym problemem w przypadku mniejszych firm. Z kolei problemy związane z zasobami ludzkimi są większym wyzwaniem dla dużych organizacji.

Nadchodzi kolejny sezon jabłkowy – co czeka sadowników, jakie będą ceny jabłek w 2021 roku?

Działalność wielu branż w obecnej sytuacji związanej z globalną epidemią COVID-19 jest postawiona pod znakiem zapytania. Sektor owocowo-warzywny nie jest wyjątkiem. W 2020 roku podczas pierwszej i drugiej fali pandemii, sadownicy musieli sprostać wielu wyzwaniom. Według ekspertów Unii Owocowej, rok 2021 dla producentów owoców i warzyw, będzie kolejnym rokiem poświęconym zdobywaniu nowych rynków i prezentowaniu polskich owoców na arenie międzynarodowej, ale to także kolejny rok borykania się ze stale rosnącymi kosztami w sektorze. Sadownicy mogą także odczuć konsekwencje blokady na Kanale Sueskim. Co jeszcze czeka na sadowników i producentów w sezonie jabłkowym 2021 roku?

Wzrost konsumpcji owoców i warzyw

Z ostatnich wyników badań Monitora Konsumpcji przeprowadzonego przez Freshfel Europe, wynika, że z roku na rok mieszkańcy Unii Europejskiej spożywają coraz więcej warzyw i owoców. W 2018 roku ich spożycie netto na mieszkańca w UE w wyniosło 363,76 gramów dziennie. W porównaniu z danymi z 2017 r. obserwujemy 4% wzrost, jednak należy zaznaczyć, że rekomendowana przez WHO dzienna ilość spożywanych warzyw i owoców to 400g. Spośród 28 państw członkowskich UE, mieszkańcy 7 krajów spożywają 400 gramów lub więcej, zgodnie z zaleceniami WHO – Polska jest jednym z tych państw. W 2018 roku średnie spożycie na mieszkańca w Polsce wyniosło 232 i 221 gramów dziennie, co daje łącznie 453 gramów dziennie.

Podczas pandemii zaobserwowano zmianę zwyczajów zakupowych i powrót do większych zakupów. Konsumenci gromadzą zapasy, a w związku z tym rośnie sprzedaż produktów o długim okresie przydatności, takich jak cebula i ziemniaki. Według „Narodowych badań konsumpcji warzyw i owoców” zleconych przez Krajowy Związek Grup Producentów Owoców i Warzyw, Polacy nie mają wypracowanych odpowiednich nawyków w kontekście zbilansowanej diety. Według ekspertów, warzywa i owoce powinny stanowić przynajmniej połowę tego, co jemy, jednak jedynie 13% Polaków deklarowało spełnienie tego warunku na początku roku. Ponad połowa Polaków ma zbyt ubogą dietę w warzywa i owoce.
„Mamy nadzieję, że trend wzrostu spożycia owoców i warzyw utrzyma się. Pandemia stała się impulsem do poprawy diety, społeczeństwo zwróciło uwagę na świeże produkty i dietę, u której podstaw znajdują się owoce i warzywa wpływające korzystnie na nasze zdrowie i odporność” – zaznacza Paulina Kopeć, Sekretarz Generalna Unii Owocowej

Rosnące koszty

Ograniczone możliwości eksportu, rosnące koszty produkcji, niedobory siły roboczej, niskie marże, zwiększone koszty pracy i stale rosnące koszty transportu, to utrudnienia, które sprawiają, że pandemia COVID-19 to szczególnie trudny czas dla producentów owoców i warzyw. W czasie pandemii pojawiły się dodatkowe koszty wprowadzonych procedur bezpieczeństwa, a także ograniczenia w handlu i bariery w przemieszczaniu się. Ponadto, w 2021 znowu drożeje prąd. Wzrosty cen są spowodowane wysokimi karami za emisję CO2. Prognozy niestety nie są optymistyczne i zakładają dalsze podwyżki cen energii. Dodatkowo, trzeba liczyć się także ze wzrostami cen opakowań, środków ochrony roślin i ubezpieczenia produkcji.

Jakie będą ceny jabłek w 2021 roku?

Ceny polskich jabłek są generalnie niższe niż we Włoszech i Francji. Za pożądane odmiany jabłek wysokiej jakości uzyskuje się wyższe ceny. W uzyskaniu wyższych cen zarówno dla producentów, jak i grup producenckich, czy firm prywatnych pomoże prawidłowe zliczanie kosztów przygotowania jabłka do sprzedaży.

Pomimo ogólnej dobrej sytuacji w sektorze świeżych produktów, obserwuje się pewne zakłócenia na rynku przetwórczym. Zauważono stosunkowo wyższy odsetek jabłek niższej jakości i tych uszkodzonych w wyniku ekstremalnych zjawisk pogodowych, które z tego powodu, mogą trafić tylko do przemysłu.
„W lutym zapasy jabłek w chłodniach były o około 50% wyższe od ubiegłorocznych stanów o tej porze roku. Niestety jakość jabłek w chłodniach nie jest zadowalająca i znaczna ich część jest przeznaczana na soki lub innego rodzaju przetwórstwo. Dla podstawowych odmian jabłek, ceny od wielu tygodni są stabilne” – wyjaśnia Dominik Woźniak, Grupa Producentów Owoców Rajpol, Członek Unii Owocowej.

Z badań dotyczących konsumpcji wynika, że jabłko pozostaje najpopularniejszym owocem w Polsce. Najbardziej znane odmiany to Idared – według szacunków zajmuje 19% udziału w zbiorach, Szampion, Ligol, Jonagold, Golden Delicious, Gala i Red Jonaprince. Sadownicy wskazują także na atrakcyjność trudniejszej w uprawie Gali Royal, która cieszy się popularnością za granicą. Producenci powinni jednak pamiętać, że popyt na dalekie rynki jest największy w pierwszej połowie sezonu handlu jabłkami, tj. do lutego/marca, zatem nie warto zwlekać ze sprzedażą, gdyż konkurencyjne rynki stanowią dla nas zagrożenie.
Według danych szacunkowych, w sezonie w 2019/20, głównymi rynkami zbytu dla Polski były: Białoruś, gdzie wyeksportowano 149 tys. ton, Egipt – 83 tys. ton oraz Rumunia z wynikiem 67 tys. ton. Ważnymi rynkami zbytu są kraje europejskie. Warto jednak zaznaczyć, że perspektywicznymi rynkami dla Polski stają się kraje Afryki i Azji m.in.: Indie, Wietnam czy Zjednoczone Emiraty Arabskie. Konkurencyjne jednak są dla nas pobliskie dla tych państw rynki Turcji i Iranu, dlatego warto stale podkreślać wyjątkową jakość i walory polskich jabłek.

Jak pogoda wpłynie na tegoroczny sezon?

Od 19 stycznia do 18 lutego 2021 zaobserwowano ekstremalne warunki pogodowe w Europie i pewne nieprawidłowości w wahaniach temperatury. Na terenie Polski występują niedobory opadów atmosferycznych, które długofalowo mogą doprowadzić do suszy. Z 90-dniowej analizy warunków pogodowych w Europie wynika, że polskie obszary sadownicze dotyka deficyt wilgoci w glebie. Susza w sadach może prowadzić do poważnych strat, zatem już dziś sadownicy powinni się do niej odpowiednio przygotować.

Rola organizacji producenckich w sprostaniu wyzwaniom 2021 roku

W dobie pandemii COVID-19, której skutkiem są m.in. niespodziewane, dodatkowe koszty pracy, produkcji i transportu, stowarzyszenia producentów pomagają rolnikom w komunikacji z instytucjami i agendami rządowymi poprzez reprezentowanie ich interesów oraz wypracowywanie rozwiązań i kierowanie postulatów na poziomie krajowym i unijnym. Dzięki udoskonalaniu zaplecza technicznego, rolnicy mogą stale poprawiać wydajność swoich gospodarstw. Organizacje to siła przetargowa rolników podczas negocjacji z innymi podmiotami w sektorze żywnościowym – dużymi sieciami handlowymi i odbiorcami hurtowymi. Unia Owocowa aktywnie działa w kampaniach promocyjnych i edukacyjnych m.in. w inicjatywie #wybieramPOLSKIEjabłka, w ramach której we współpracy z partnerami z branży, UO opracowała Raport „Trendy na polskim rynku sadowniczym 2020”, w którym szczegółowo opisuje obecną sytuację w branży. Uzupełnieniem Raportu jest broszura „Dobrzy sąsiedzi współpracują” w tematyce współpracy sąsiedzkiej jako podstawy do rozwiązywania wspólnych problemów sadowników.

„Nadchodzący sezon również będzie pełen wyzwań. Sytuacja na Kanale Sueskim wzbudziła nasz niepokój, ponieważ może skutkować wyższymi kosztami transportu morskiego, ale także znacznie utrudniła eksport jabłek na azjatyckie rynki. Szacuje się, że tym szlakiem transportowane jest około 10% światowego handlu, co odpowiada kilkumiliardowym stratom podczas tego przestoju. 2021 to rok, który przyniesie nowe relacje handlowe z Wielką Brytanią po Brexicie i kolejne wyzwania związane z pandemią. Mamy nadzieję, że będzie to również rok zdobywania nowych rynków i promocji polskich owoców na arenie międzynarodowej – zapowiada Arkadiusz Gaik, Prezes Unii Owocowej

Przedsiębiorca wygrał w NSA spór z fiskusem. Kara umowna wypłacona przez dłużnika solidarnego stanowi jego koszt uzyskania przychodu

Dwie firmy nawiązały umowę współpracy z trzecim przedsiębiorcą pełniącym funkcję menagera projektu. Zobowiązały się w niej do solidarnej wobec niego odpowiedzialności za ewentualne naruszenie kontraktu. Gdy jedna z firm nie dopełniła ciążących na niej obowiązków, menager wystąpił do niej o zapłatę kary umownej, a w obliczu bezskuteczności swego żądania zwrócił się o to do drugiej, jako zobowiązanej do tego solidarnie. Fiskus przez ponad trzy lata bronił swego stanowiska, że mimo poniesienia ciężaru tej kary firma nie może zaliczyć jej do kosztu uzyskania przychodu. O tym, że jest w błędzie, przekonał go wreszcie Naczelny Sąd Administracyjny wyrokiem z 19 stycznia 2021 r.

Umowa utworzenia i zarządzania funduszem inwestycyjnym

Działające w formie spółki akcyjnej towarzystwo funduszy inwestycyjnych zarządza i reprezentuje fundusze inwestycyjne posiadające osobowość prawną. Spółka ma siedzibę w Polsce i tu też podlegają opodatkowaniu jej dochody w całości, bez względu na miejsce ich osiągania. W 2014 r. spółka zleciła innemu przedsiębiorcy zarządzanie portfelem inwestycyjnym wyodrębnionego funduszu. Do jego utworzenia zobowiązała ją umowa o współpracy. Następnie przedsiębiorca, jako zarządzający, zająć się miał głównie pozyskiwaniem wpłat od inwestorów. Oba podmioty zawarły z firmą uprawnioną do dysponowania określonymi środkami unijnymi umowę o współpracy w zakresie utworzenia i zarządzania przedmiotowym funduszem.

Spółka zapłaciła karę zamiast przedsiębiorcy

W ramach tej ostatniej umowy zarówno spółka, jak i przedsiębiorca zarządzający zobowiązali się względem ww. firmy do ponoszenia odpowiedzialności solidarnej za ewentualne naruszenie kontraktu. Firma (zwana dalej również menagerem) zastrzegła sobie prawo do wypowiedzenia umowy na wypadek istotnego naruszenia jej ustaleń. Po bezskutecznym upływie okresu, w jakim przedsiębiorca zarządzający miał pozyskać wpłaty inwestorów, menager wezwał przedsiębiorcę do zapłaty kary umownej. Ponieważ przedsiębiorca odmówił jej zapłaty, mimo że to na nim ciążył obowiązek zgromadzenia odpowiedniego poziomu wpłat, firma zwróciła się o zapłatę tej kary do spółki. Spółka karę umowną zapłaciła i w związku z tym wystąpiła do organu podatkowego o potwierdzenie, że jej koszt będzie dla niej stanowił koszt uzyskania przychodu.

Zapłata cudzego długu nie może stanowić kosztu uzyskania przychodu

Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej po przeanalizowaniu sprawy 30 stycznia 2018 r. stwierdził, że zapłacona przez spółkę kara nie może stanowić dla niej kosztu uzyskania przychodu, bowiem to nie ona była zobowiązana do jej zapłaty, a przedsiębiorca zarządzający, gdyż podstawą wystąpienia przez firmę z żądaniem zapłaty tej kary było niedopełnienie części kontraktu, która obarczała zarządzającego. Spółce, jako niezobowiązanej do zaspokojenia tego roszczenia, przysługuje względem przedsiębiorcy zarządzającego roszczenie o naprawienie szkody wynikłej wskutek zapłaty kary, które powinno zostać zaspokojone zasadniczo poprzez zwrot wypłaconej menagerowi kwoty. Podsumowując, organ podatkowy uznał, że skoro uregulowanie za kogoś cudzego długu nie jest wydatkiem definitywnym, bezzwrotnym, to nie można tego wydatku uznać za koszt uzyskania przychodu.

Organ poczynił własne nieuprawnione ustalenia faktyczne

Rozpoznający skargę spółki Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku zgodził się z organem podatkowym, że zapłata cudzego długu nie może zostać uznana za koszt uzyskania przychodu. Przy czym zdaniem sądu organ w niedopuszczalny sposób zmodyfikował stan faktyczny przedstawiony przez spółkę. Całkowicie pominął bowiem fakt, że w umowie zawartej z menagerem wyraźnie zastrzeżono, iż w przypadku niezebrania wpłat od inwestorów prywatnych w odpowiedniej wysokości w uzgodnionym terminie, menager będzie mógł wezwać drugą stronę do uiszczenia kary umownej. WSA stwierdził, że organ przyjął w sposób nieuprawniony własne ustalenia faktyczne, odmienne od okoliczności, jakie we wniosku o wydanie interpretacji przedstawiła skarżąca spółka. Jak orzekł sąd, uchylając zaskarżoną przez spółkę interpretację:

„Dyrektor pominął zatem, że obowiązek zapłaty kary umownej został w Umowie o Współpracy nałożony na oba podmioty, tj. Skarżącą oraz Zarządzającego (…) Natomiast, zgodnie z postanowieniami Umowy o Zarządzanie (a zatem odrębnej umowy, zawartej w ramach innego stosunku prawnego regulującego prawa i obowiązki pomiędzy współdłużnikami solidarnymi), jej strony postanowiły, że w omawianym wyżej przypadku kara umowna winna być zapłacona przez Zarządzającego” (wyrok z 16 maja 2018 r., sygn. akt I SA/Gd 327/18).

Fiskus nie odpuścił

Organ podatkowy nie zamierzał jednak pogodzić się z wyrokiem sądu. W sierpniu 2018 r. wniósł od niego skargę kasacyjną. W wydanym 19 stycznia 2021 r. wyroku Naczelny Sąd Administracyjny nie uwzględnił skargi fiskusa. Potwierdził, że Wojewódzki Sąd Administracyjny w Gdańsku poczynił trafne ustalenia, że zobowiązanie spółki do zapłaty kary umownej wynikało wprost z umowy zawartej z kontrahentem. WSA trafnie ustalił również, że organ podatkowy wykroczył poza granice swoich uprawnień, modyfikując stan faktyczny przedstawiony przez spółkę we wniosku o wydanie interpretacji.

…trafnie Sąd ten uznał, że organ interpretacyjny pominął okoliczność, że w umowie o współpracy obowiązek zapłaty kary umownej został nałożony na oba podmioty, tj. skarżącą spółkę oraz podmiot zarządzający. (…) Natomiast umowa o zarządzanie regulowała inne stosunki prawne. Regulowała bowiem prawa i obowiązki pomiędzy dłużnikami solidarnymi” (wyrok NSA z 19 stycznia 2021 r., sygn. akt II FSK 2796/18).

Podsumowanie

Funkcjonując w realiach obrotu gospodarczo-prawnego, przedsiębiorcy muszą walczyć z takimi przejawami nieuprawnionych działań fiskusa, który dla zabezpieczenia „jedynego słusznego” interesu Skarbu Państwa gotów jest zakrzywiać i modyfikować rzeczywistość, stan faktyczny, w jakiego okolicznościach działają podatnicy. Organy skarbowe nie tylko błędnie stosują prawo podatkowe na niekorzyść przedsiębiorców, ale – co gorsze –błędów tych bronią latami, aż do wyczerpania ostatniej instancji.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Północna Izba Gospodarcza postuluje o przedstawienie „planu powrotu do normalności”

W dobie kolejnego przedłużenia lockdownu Północna Izba Gospodarcza w Szczecinie apeluje o to, by rządzący pochylili się nad problemem zachodniopomorskiej turystyki jeszcze uważniej niż dotychczas. Każdy kolejny wiosenny tydzień, gdzie hotele i restauracje nie mogą funkcjonować to przybliżanie tego sektora do upadłości. – Mamy wrażenie, że ten upadek jest coraz bliżej. Sezon turystyczny nad morzem zwykle zaczyna się w Wielkanoc, a wczoraj przedsiębiorcy dowiedzieli się, że majówka nie będzie taka, jak te sprzed pandemii. Czy to zapowiedź zamkniętych hoteli? Mam nadzieję, że nie, bo byłoby to dopełnienie tragicznego początku roku dla całego sektora turystycznego – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.  Izba apeluje o wsparcie dla tego sektora gospodarki oraz o przedstawienie planu przywracania gospodarki do funkcjonowania po lockdownie.

  • Przedsiębiorcy oczekują przygotowania przybliżonego harmonogramu odmrażania gospodarki
  • Niezbędne jest szybkie przedstawienie założeń konkretnych programów pomocowych, zarówno w formie Tarczy Finansowej jak i pomocy celowej
  • W najtrudniejszej sytuacji jest turystyka, gastronomia, hotelarstwo i usługi. Dla tych branż właśnie rozpoczyna się sezon. Każdy dzień lockdownu to wielkie straty.

Jak mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk przedsiębiorcy oczekują od Rządu przygotowanie czegoś, co umownie możemy nazwać „planem powrotu do normalności”. Po wielu tygodniach obostrzeń, w obliczu kolejnego przedłużenia restrykcji przedsiębiorcy muszą mieć zarysowaną perspektywę tego, kiedy umożliwiona będzie im działalność w szerszej skali. Konieczne jest również możliwie szybkie przedstawienie programów pomocowych takich jak np. kolejna tarcza finansowa czy programy celowe skierowane do najbardziej poszkodowanych branż.

– Kolejne tygodnie zamiast pokazywać przedsiębiorcom w jakim kierunku zmierza pandemia i gospodarka tylko mnożą znaki zapytania. Otrzymujemy dziesiątki sygnałów od firm, które są nie tylko zirytowane i zniecierpliwione, ale i realnie zdesperowane faktem, że upragniony powrót do normalności co chwilę oddala się w czasie. Mamy wrażenie, że hasła: „jeszcze tydzień” czy „jeszcze dwa tygodnie” nie wystarczają już, by uspokoić przedsiębiorców. Zdajemy sobie sprawę, że pandemia trwa i sytuacja nadal jest poważna. W naszej opinii jednak Polska może powoli rysować plan wychodzenia z lockdownu tak jak robią to Czesi czy Węgrzy. Powolne odmrażanie gospodarki planowane jest także w Niemczech – mówi Prezes Północnej Izby Gospodarczej w Szczecinie Hanna Mojsiuk.

– Przedsiębiorcy zadają sobie pytanie: co dalej z majówką? Czy możliwe będzie wtedy przyjmowanie gości w hotelach? Czy uruchomione zostaną ogródki gastronomiczne? Czy przygotowane zostaną programy celowe, które wesprą turystykę? Jeżeli rozpocznie się odmrażanie gospodarki to kto zacznie działać jako pierwszy? Czy w wakacje będą odbywały się eventy i koncerty, tak by ten sektor gospodarki również zaczął oddychać? – mówi Prezes Izby Hanna Mojsiuk. – Przedsiębiorcy mają oczekiwać konkretniejszych informacji. Oczywiście jesteśmy w stanie zrozumieć, że pandemia jest dynamiczna i nie można wyciągać daleko idących wniosków po kilku dniach z mniejszą ilością zakażeń. Prosimy jednak o to, by zrozumieć, że sytuacja poszczególnych sektorów gospodarki jest tak trudna, że każdy dzień straty to kolejne długi i bliższa wizja bankructwa – mówi Prezes Izby.

Udany debiut Image Power S.A. na NewConnect

Image Power S.A., polski producent gier wideo z Grupy PlayWay, oficjalnie dołączył do grona spółek publicznych na NewConnect. Na otwarciu kurs akcji rósł o prawie 40 proc. do 42 zł. To 377 spółka notowana na NewConnect oraz 7 debiut na tym rynku w 2021 roku.

Z przeprowadzonej w listopadzie 2020 r. emisji akcji firma pozyskała 1,6 mln zł. Cena emisyjna wyniosła wtedy 30 zł za sztukę i była o 50 proc. wyższa niż w poprzedniej ofercie. Przy tym kursie wycena spółki przekroczyła 46 mln zł.

Image Power zostało bardzo pozytywnie przyjęte przez inwestorów, akcje spółki w dniu debiutu mocno drożały. W najlepszym momencie walory wzrosły o 43 proc., a na zamknięciu sesji o 8 proc. Wartość obrotu była bliska 1 mln zł.

Głównym założeniem działalności Image Power jest produkcja i dystrybucja kilku nisko oraz średnio budżetowych i wysokomarżowych gier przez rozproszone niewielkie zespoły deweloperskie. Takie podejście zapewnia minimalizację ryzyka inwestycyjnego związanego z produkcją pojedynczego tytułu. Dzięki środkom pozyskanym z rynku kapitałowego oraz przy wykorzystaniu autorskich pomysłów powstają własne produkcje Spółki. Akcjonariuszem i strategicznym partnerem jest PlayWay S.A., jeden z branżowych liderów, notowany na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Debiut na rynku NewConnect to kolejny ważny etap rozwoju Spółki. Aktualnie w produkcji jest siedem tytułów . Chcemy poszerzać portfolio swoich gier, aby zbudować marki, które będziemy mogli monetyzować w dłuższym czasie, na przykład poprzez kolejne części lub płatne DLC. Jednocześnie nie przestaniemy poszukiwać nowych ciekawych pomysłów, które pozwolą nam się rozwijać. Szukamy własnego miejsca na rynku, a inwestorzy doceniają nasz model biznesowyprzyznał Paweł Graniak, prezes zarządu Image Power S.A.

W lutym br. Spółka z sukcesem zakończyła na Kickstarterze zbiórkę na rozwój autorskiej gry Yacht Mechanic Simulator 2021. Producent przekroczył zakładany pułap 10 tys. dolarów kanadyjskich i planuje wydać grę w połowie roku.

Jesienią ubiegłego roku na platformie Steam odbyła się premiera pierwszej autorskiej produkcji – gry Dieselpunk Wars. Tytuł zebrał głównie pozytywne oceny. Po podpisaniu umowy z firmą HeartBeat Interactive Entertainment Ltd. – Dieselpunk Wars trafił do sprzedaży w Chinach.

Firma kontynuuje prace nad planem wydawniczym i dalszym rozwojem portfolio. W lutym Spółka podpisała umowę z GameFormatic z grupy PlayWay na stworzenie swojej największej produkcji – Offroad Mechanic Simulator. Wstępny budżet produkcji to 700 tys. PLN. W ramach współpracy powstanie również wersja na VR, w której specjalizuje się GameFormatic.

Rynek dobrze przyjął też ostatnią zapowiedź preprodukcji Creature Lab. Wkrótce, według założeń polityki wydawniczej, z nowo powstałym zespołem wewnętrznym rozpoczną się prace nad produkcją wersji demo. W planach jest też projekt kolejnej preprodukcji z gatunku mechanic simulator. Z pozostałych tytułów dobrze wygląda budowa wishlisty dla Ambulance Simulator, w przygotowaniu jest także gra Archer: The Witch’s Wrath.

Kool2Play uplasował prywatną emisję akcji serii F po 35 zł za sztukę

Kool2Play – twórca i wydawca nadchodzącej gry Uragun – uplasował ponad 51 000 akcji serii F. Cena emisyjna akcji serii F w subskrypcji prywatnej została ustalona na 35 zł. To o ok. 40% wyżej niż obecna wycena akcji spółki na NewConnect. Pozyskane ponad 1,79 mln zł  wesprze realizację 3 projektów, w tym Uragun, którego premiera EA ma nastąpić już w tym roku.

Inwestorzy docenili przyjętą przez nas strategię oraz kompetencje spółki w zakresie produkcji i promocji gier. Subskrypcja otwarta akcji serii D  z połowy 2020 r. zakończyła się spektakularnie: spółka pozyskała wówczas  2,5 mln zł, a łączne zapisy, które zostały złożone osiągnęły wtedy wartość ponad 21 mln zł. Ze względu na ogromne zainteresowanie inwestorów przeprowadziliśmy kolejną emisję akcji, tj. akcji serii F tym razem w ramach subskrypcji prywatnej. Wiarę w spółkę najlepiej obrazuje cena emisyjna. Mimo aktualnego kursu akcji spółki, inwestorzy zdecydowali się objąć akcje nowej emisji po 35 zł za akcję – komentuje Marcin Marzęcki, CEO Kool2Play.

Kool2Play rozwija nie tylko projekty, ale również zespół nad nimi pracujący. Do kluczowych wzmocnień spółki w ostatnich tygodniach należą Krzysztof Szulc oraz Fran Avilés. Pierwszy z ww. pełnił przez 10 lat funkcję dyrektora marketingu w Cenedze – największym dystrybutorze gier na terenie Polski, a jego doświadczenie zawodowe to blisko 20 lat pracy w największych firmach gamingowych, w tym CD Projekt. Pracował przy najpopularniejszych grach wydawców takich jak 2K, Activision Blizzard, Bandai Namco, Bethesda, Bungie, Capcom, Rockstar, SEGA, Square Enix czy Warner Bros.

– Do współpracy z Kool2Play przekonał mnie przede wszystkim potencjał projektów tworzonych obecnie przez spółkę. Produkcja gry Urugun idzie pełną parą, tytuł zapowiada się świetnie więc kolejne miesiące będą ekscytujące – podsumowuje Krzysztof Szulc, Publishing Director Kool2Play.

Fran Avilés jest natomiast uznanym projektantem, który jest odpowiedzialny za sukces Deep Rock Galactic. Gra duńskiego Ghost Ship Games to shooter kooperacyjny z perspektywy pierwszej osoby, który od premiery Early Access w lutym 2018 r. sprzedał się w ponad 3,9 milionach egzemplarzy. W okresie premiery pełnej wersji w maju 2020 r. gra wzbudziła ogromne zainteresowanie graczy, zajmując 6 lokatę w global topsellers, ulegając tylko takim tytułom jak Red Dead Redemption 2, Halo: The Master Chief Collection, Divinity: Original Sin 2 oraz Scrap Mechanic. Produkcja zyskała także uznanie mediów branżowych – średnie ocen wynoszą odpowiednio 85% (PC) oraz 83% (Xbox One), a tytuł był porównywany m.in do popularnej serii Left4Dead. Fran w K2P jest odpowiedzialny za projektowanie gameplaya Uraguna i rozwój tej gry w przyszłości.

Koncentrujemy się na jakości i kreowaniu silnych marek, stąd przeprowadziliśmy kolejne wzmocnienia kadrowe. Cieszymy się, że Fran oraz Krzysztof zdecydowali się na współpracę z nami – są najwyższej klasy specjalistami, z licznymi sukcesami na koncie. Głęboko wierzymy, że to, iż  zdecydowali się na pracę z Kool2Play jest potwierdzeniem potencjału jaki drzemie w spółce. Uważamy, że ich know-how przyniesie wymierne efekty jeszcze przed premierą Uragun – kończy CEO Kool2Play.

Przypominamy, że top-down shooter Uragun charakteryzuje się wysokooktanową rozrywką, a zadaniem gracza będzie pokonanie zbuntowanej AI, która zagraża ludzkości. Premiera wersji Early Access na platformie Steam planowana jest w tym roku.

Inwestycje w nieruchomości w czasach pandemii: Lokal użytkowy lepszą szansą na zysk niż mieszkanie?

Jak wynika z analiz ekspertów, nawet o kilka procent większą rentowność mogą osiągnąć lokale handlowo-usługowe niż mieszkalne. Jednak nie są oni do końca zgodni w kwestii inwestycji dokonywanych na rynku nieruchomości przez zwykłego Kowalskiego. Według szacunkowych danych, w naszym kraju brakuje około 2 mln mieszkań. Decydując się na lokale użytkowe, warto szukać takich o dość uniwersalnym przeznaczeniu, a te o powierzchni 50-100 m kw. najczęściej finalnie trafiają do najemców. W przypadku miejsca do zamieszkania największą popularnością cieszą się nowe nieruchomości. Ale wkrótce mogą się też zmienić preferencje dot. lokalizacji.

Indywidualny wybór

W przestrzeni publicznej ostatnio coraz częściej pojawiają się pytania, czy w obecnej sytuacji zwykły Kowalski powinien inwestować w nieruchomości. Niektórzy zastanawiają się, co będzie lepszym wyborem – lokal mieszkalny czy użytkowy. Jak podkreśla Łukasz Zajdel z Emmerson Commercial, możliwa do osiągnięcia rentowność w segmencie lokali handlowo-usługowych to 6,5-8%, w zależności od lokalizacji i ceny zakupu. W przypadku mieszkań waha się ona między 5-6%. Ten pierwszy typ nieruchomości właściciele głównie oferują w standardzie deweloperskim. Natomiast mieszkania na wynajem są wyposażone, czyli gotowe do zamieszkania.

– Obecnie o wiele bardziej perspektywiczną inwestycją wydaje się kupno lokali mieszkalnych. Ich ceny nie spadły. Duża część społeczeństwa mieszka w przeludnionych nieruchomościach. Szacuje się, że w Polsce brakuje około 1,5-2 mln mieszkań. Z kolei lokale użytkowe sprawdzają się dobrze pod kątem inwestycyjnym, pod warunkiem, że stanowią tak zwany gotowiec inwestycyjny – komentuje Jarosław Wójtowicz, główny analityk WGN.

Z kolei Jarosław Jędrzyński z portalu RynekPierwotny.pl zaznacza, że pandemia mocno nadwyrężyła rynek wynajmu mieszkaniowego. Dlatego obecnie inwestycja jest obciążona sporym ryzykiem. Do tego w przewidywalnej przyszłości wzrosty cen wcale nie są przesądzone. Zdaniem eksperta, odpowiedni lokal użytkowy zawsze pozwoli zarobić i nigdy nie straci na wartości, a raczej sporo będzie zyskiwać.

– Kiedy mamy do czynienia ze stabilną sytuacją w gospodarce, to bezpieczniejszą, ale także bardziej rentowną opcją jest zakup lokalu usługowego. On zapewnia właścicielowi dłuższe okresy najmu i większą stabilizację. Jednak taki zakup wymaga zwykle zaangażowania większego kapitału niż w przypadku mieszkania. Natomiast rynek tych ostatnich, mimo że rentowność inwestycji obniżyła się znacząco w ostatnich miesiącach, jest bardziej płynny – mówi Marcin Jańczuk, analityk rynku mieszkaniowego w Metrohouse Franchise.

Natomiast Jakub Tryboń z firmy deweloperskiej Tryboń PPI przekonuje, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, co będzie lepszym wyborem dla Kowalskiego. Każdy inwestor ma bowiem inne preferencje i oczekiwania. Należy więc przeanalizować poziom bezpieczeństwa, rentowności oraz szybkości wyjścia z inwestycji.

Mały, ale użytkowy

– Nowy lokal użytkowy ma jedną przewagę nad używanym – o wiele łatwiej daje się przystosować do dowolnego rodzaju działalności gospodarczej. Najemca i tak musi ponieść koszty adaptacji na własne potrzeby. Używane nieruchomości, szczególnie te znajdujące się w XX-wiecznym budownictwie wielorodzinnym, często nie spełniają wielu oczekiwań – stwierdza główny analityk WGN.

Jak zaznacza Marcin Krasoń z Obido.pl, warto skupić się na lokalach o dość uniwersalnym przeznaczeniu, które będzie można łatwo wynająć szerszej gamie przedsiębiorców. Jeżeli nieruchomość znajduje się na nowym osiedlu, to można ją udostępnić np. sieciom spożywczym lub biznesom związanym z lokalną społecznością. Jarosław Jędrzyński wskazuje, że największą popularnością cieszą się lokale położone w gęstej, miejskiej zabudowie, która automatycznie generuje duży przepływ ludzi. Istotne jest też dogodne połączenie komunikacyjne.

– Patrząc na lokale usługowo-handlowe, najciekawszym rodzajem inwestycji dla małych inwestorów może się okazać segment magazynów. Warto rozważyć zwłaszcza działalność polegającą na oddawaniu w najem małych powierzchni magazynowych w postaci boksów lub niewielkich modułów. Mamy problem z gromadzeniem rzeczy, często na to po prostu brakuje miejsca – wyjaśnia Jarosław Wójtowicz.

Lokale handlowo-usługowe o powierzchni 50-100 m kw. trafiają do najszerszego grona docelowych najemców, o czym informuje Łukasz Zajdel. I dodaje, że nieruchomość powinna być jak najbardziej ustawna, najlepiej na planie prostokąta, a także z dużymi witrynami. Natomiast Marcin Jańczuk stwierdza, że obecna sytuacja wymusi wśród wielu przedsiębiorców trend wynajmowania coraz mniejszych powierzchni. Jak zaznacza ekspert z portalu RynekPierwotny.pl, zwykły Kowalski dysponuje raczej ograniczonym budżetem na inwestycje. Mały inwestor skupia się na niewielkich lokalach pod sklepy i usługi. Powierzchnie biurowe i magazyny pozostają funduszom nieruchomościowym i rynkowym tuzom.

… i mieszkalny

– Na rynku wtórnym można znaleźć mieszkanie tańsze od cen rynkowych, a wśród nowych lokali nie będzie to takie łatwe. Za tym pierwszym rozwiązaniem przemawiają też niższe koszty wykończenia i dostosowania nieruchomości do wynajmu – analizuje ekspert z Obido.pl.

Tymczasem Jakub Tryboń zaznacza, że zakup mieszkania w starym budynku z wielkiej płyty jest obarczony dużo większym ryzykiem. Trudniej później je odsprzedać czy uzyskiwać oczekiwany poziom czynszu najmu. Ponadto konieczne mogą być inwestycje, np. w nieprzewidziane remonty. Według Jarosława Jędrzyńskiego, nowe mieszkania są bardzo dobrym wyborem, bo pozostają najchętniej wynajmowane. Ale liczy się lokalizacja i stosunek jakości do ceny. Ekspert sugeruje szukanie okazji inwestycyjnych niezależnie od rynku, wtórnego czy pierwotnego.

– Duże miasta to spory wybór, ale i większa konkurencja. W niektórych mniejszych miejscowościach zlokalizowanych w oddaleniu od aglomeracji, rynek jest bardzo chłonny. Ich zaletą będzie też niższa bariera wejścia, bo mamy dużo mniejsze ceny za przysłowiowy metr kwadratowy. Minusem może być utrudnienie w zarządzaniu nieruchomością, związane z odległością od miejsca zamieszkania – informuje Marcin Krasoń.

Ekspert z Tryboń PPI podkreśla, że wśród mieszkań największą popularnością cieszą się mniejsze lokale. Wynika to z nominalnie niższej wysokości czynszu najmu. Ale nieco większe nieruchomości wynajmuje się przeważnie na dłuższy czas. Natomiast Jarosław Jędrzyński zaznacza, że ze względu na pandemię najprawdopodobniej zmienią się w jakimś stopniu preferencje wynajmujących, choćby przez upowszechnienie pracy zdalnej. Na popularności mogą zyskać mieszkania większe, tańsze, na peryferiach lub w lokalizacjach podmiejskich. Jednak jest za wcześnie na jednoznaczne oceny w tej kwestii.

– Posiadanie nieruchomości w lokalizacji niezbyt korzystnej dla potencjalnego najemcy odbije się drastycznie na zainteresowaniu ofertą. Jeśli więc dysponujemy bardzo ograniczonym budżetem, który pozwala jedynie na zakup mieszkania czy lokalu użytkowego w mało perspektywicznym miejscu, należy raz jeszcze przemyśleć, czy inwestowanie na tym rynku to dobry kierunek – podsumowuje ekspert z Metrohouse Franchise.

Debiut Creepy Jar na GPW

Ruszyły notowania Creepy Jar na parkiecie głównym GPW. Szesnasta spółka w sektorze gaming spotkała się z dużym zainteresowaniem inwestorów, a kurs wiodącego producenta gier z gatunku survival simulation pozostał bez zmian i wyniósł 974 zł w momencie otwarcia.

Do obiegu trafiło łącznie 679.436 walorów (500.000 serii A, 147.082 serii B oraz 32.354 akcji serii C), które podobnie jak na giełdzie NewConnect będą dostępne w systemie notowań

ciągłych pod nazwą skróconą „CREEPYJAR” i oznaczeniem „CRJ”. Niezależny producent gier z gatunku survival simulation, w momencie debiutu posiadał kapitalizację wartą ponad 670 milionów złotych. Debiutowi Creepy Jar na GPW nie towarzyszyła emisja ani split akcji.

Rynek NewConnect był zaledwie etapem, a parkiet główny zawsze był celem i ambicją Creepy Jar. Dzięki przejściu na GPW możemy utrzymać dotychczasowe tempo wzrostu oraz zwiększyć prestiż spółki w oczach inwestorów – komentuje Krzysztof Kwiatek, prezes

Creepy Jar specjalizuje się w tworzeniu gier z gatunku survival simulation. Ponad 30-osobowy zespół jest kierowany przez zarząd posiadający kilkunastoletnie doświadczenie w zakresie produkcji gier oraz HR. Spółka zasłynęła z gry Green Hell, która odniosła sukces na platformie Steam – sprzedała się w ponad półtora miliona egzemplarzy w półtora roku od premiery. Stale rozwijana produkcja cieszy się bardzo pozytywnymi ocenami użytkowników – aż 87% z 24500 opinii jest pozytywnych, a zespół Creepy Jar, pracuje nad kolejnymi darmowymi aktualizacjami gry w ramach dodatku Spirits of Amazonia oraz wersjami na konsole. Green Hell ukaże się już w czerwcu na Xbox One i PlayStation 4, natomiast przybliżona data premiery wersji na PlayStation 5 i Xbox Series X nie została jeszcze ogłoszona.

Mimo blisko trzech lat od debiutu gry w Steam Early Access oraz dwóch od premiery pełnej wersji, zainteresowanie grą nie słabnie. Produkcja posiada aktywną i oddaną społeczność graczy, która inspiruje zespół do dalszej pracy nad tytułem. Jednocześnie rozwijamy Green Hell na kolejne platformy, w tym na VR. Liczymy, że w nadchodzących miesiącach nasz tytuł będzie generował świetne wyniki sprzedażowe, nie tylko na komputerach osobistych, ale też na PlayStation 4 i Xbox One – kończy prezes Creepy Jar, Krzysztof Kwiatek. 

Ponadto zespół pracuje nad projektem o kodowej nazwie Chimera. Rozbudowany symulator tworzenia bazy z elementami survivalu nie ma jeszcze ogłoszonych szczegółów ani daty premiery, a twórcy przyrównują projekt do bestsellerów platformy Steam takich jak Subnautica, Satisfactory, czy Astroneer.

Złoty wystarczająco słaby dla RPP?

RPP sygnalizuje, że poziom kursu złotego jest odpowiedni, ale zostawia sobie otwartą furtkę do interwencji. Protokół FOMC przypomniał o gołębiości Fed, ale nie dostarczył intersujących wzmianek. Rynki finansowe pozostają w spokojnym dryfie w oczekiwaniu na znak do obrania kierunku. Dziś cotygodniowy raport o wnioskach o zasiłek dla bezrobotnych z USA i przemówienie Powella.

Istotną zmianą w kwietniowym komunikacie po posiedzeniu Rady Polityki Pieniężnej była zmiana fragmentu „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju może być ograniczane przez brak wyraźnego i trwalszego dostosowania kursu złotego” na „Tempo ożywienia gospodarczego w kraju będzie także uzależnione od dalszego kształtowania się kursu złotego.” Jednocześnie Rada pozostawiła sobie prawo do interwencji na rynku walutowym „w celu wzmocnienia oddziaływania poluzowania polityki pieniężnej na gospodarkę”. Zmiany w komunikacie sugerują, że powrót EUR/PLN do poziomów z końca ubiegłego roku (gdzie znalazł się dzięki interwencjom NBP) zaspokaja apetyt banku centralnego związany ze słabością złotego. Teoretycznie można założyć, że dalsza, szokowa deprecjacja złotego może spotkać się z działaniami stabilizacyjnymi. Z drugiej strony pozostawienie fragmentu o gotowości do interwencji sygnalizuje, że NBP nie będzie tolerował zbyt szybkiego umocnienia w przyszłości. W pozostałych fragmentach komunikat pozostaje gołębi. NBP będzie nadal prowadził operacje skupu aktywów zaznaczając, że „polityka pieniężna NBP łagodzi negatywne skutki pandemii, wspiera aktywność gospodarczą oraz stabilizuje inflację na poziomie zgodnym ze średniookresowym celem inflacyjnym NBP”. Co istotne, Rada zbagatelizowała ryzyka wyższej inflacji zaznaczając, że do wzrostu CPI w marcu do 3,2 proc. r/r przyczynił się przede wszystkim wzrost cen paliw, energii elektrycznej i opłat za wywóz śmieci oraz koszty funkcjonowania firm w warunkach pandemii. Innymi słowy efekty te są przejściowe i poza kontrolą polityki pieniężnej.

W czwartek rano złoty jest mocniejszy i EUR/PLN schodzi pod 4,56. Jakkolwiek komunikat może sprawiać wrażenie, że NBP nie zamierza podsycać dalszej deprecjacji złotego, w polityce stóp procentowych pozostaje wyraźnie gołębi, utrzymując realne stopy procentowe głęboko poniżej zera. Nie można też zapominać, jak szybko zmienia się retoryka członków Rady, gdy EUR/PLN spada pod 4,50. Pozostawia to dość wąski zakres dla odreagowania marcowego osłabienia złotego, zanim RPP ponownie pogrozi palcem. Poza tym stanowisko Rady to nie wszystko. Przed złotym wciąż stoją ryzyka związane z uchwałami Sądu Najwyższego w sprawie kredytów frankowych (13 i 15 kwietnia). Wcześniej, bo w najbliższy piątek, uwagę przyciągnie wideokonferencja prezesa Glapińskiego, gdzie odpowie on na pytania dziennikarzy (piątek 15:00). Szczególnie pytania o sytuację złotego oraz udział NBP w potencjalnej konwersji kredytów frankowych mogą mieć istotne znaczenie dla kierunku rynku walutowego.

Mniej analizy wymagał protokół z marcowego posiedzenia FOMC. Dokument ogólnie miał gołębi wydźwięk, a członkowie zauważają, że „aktywność gospodarcza i zatrudnienie były obecnie znacznie poniżej poziomów odpowiadających maksymalnemu zatrudnieniu”. Zgodnie z publicznymi komentarzami, protokół potwierdził, że uczestnicy zakładają, że minie „trochę czasu”, zanim osiągnięty zostanie „znaczący dalszy postęp” w realizacji celów Fed i rozpocznie się ograniczanie zakupów aktywów. W efekcie USD nie dostał świeżego paliwa i rynek FX realizuje spokojny dryf. Dziś uwaga skupi się na przemówieniu szefa Fed Powella, choć bardziej dla zasady niż dla wyższych szans na intersujące wzmianki. Za to kolejny spadek liczby składanych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych może wzmocnić pozytywne nastroje.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Aplikacja Cryptiony stworzona przez łódzki startup automatyzuje rozliczenie podatku od kryptowalut

Ostatnimi czasy kryptowaluty mocno zyskują na popularności. Okres od lutego do kwietnia to czas rozliczenia się z fiskusem – również z obrotu na kryptowalutach. Dochody z tego źródła zalicza się do kapitałów pieniężnych i opodatkowuje się według stawki 19% PIT. Należy je wykazać w zeznaniu rocznym na PIT-38. Użytkownicy wciąż zadają sobie pytanie jak prawidłowo należy wyliczyć podatek od kryptowalut. Naprzeciw temu problemowi wychodzi aplikacja Cryptiony.

app-taxes

Do rozliczenia podatku od kryptowalut nie jest już potrzebne biuro rachunkowe, czy doradcy podatkowi. Aplikacja Cryptiony opracowana przez startup Cryptiony R&D, ułatwia użytkownikom kryptowalut rozliczyć podatek od krytptowalut. Wystarczy wprowadzić historię transakcji i zweryfikować czy wszystkie transakcje zostały wprowadzone do aplikacji. Aplikacja Cryptiony wykona rozliczenie podatkowe i przygotuje gotowy raport podatkowy.

– Do tej pory rozliczenie podatku od kryptowalut było czasochłonne, szczególnie w przypadku setek czy tysięcy zawartych transakcji, a w przypadku korzystania z biura rachunkowego również kosztowne. Dzięki wykorzystaniu możliwości chmury obliczeniowej rozwiązanie opracowane przez Cryptiony R&D jest nie tylko szybsze, ale również tańsze – komentuje Bartosz Milczarek, CEO Cryptiony R&D.

Aby rozliczyć obrót na kryptowalutach z aplikacją Cryptiony należy wprowadzić do aplikacji historię transakcji użytkownika. Najszybszym sposobem jest integracja przez API, wówczas aplikacja połączy się z giełdą i pobierze historię transakcji potrzebną do wyliczenia zeznania rocznego. Jeśli użytkownik dokonał transakcji na giełdzie, z którą Cryptiony nie oferuje jeszcze integracji przez API, można zaimportować historię transakcji z pliku. Po wprowadzeniu historii transakcji aplikacja wyliczy zobowiązania podatkowe użytkownika, a całość zajmie nie dłużej niż kilka sekund.

– Warto podkreślić, że aplikacja nie służy wyłącznie do przygotowania zeznania podatkowego za rok poprzedni. Dzięki aplikacji Cryptiony, użytkownik widzi swoje zobowiązania podatkowe na bieżąco – po pojawieniu się transakcji w aplikacji. Pozwala to użytkownikowi podjąć odpowiednie działania w celu optymalizacji podatkowej, przed zakończeniem okresu rozliczeniowego – dodaje Bartosz Milczarek.

Aplikacja stworzona przez łódzki startup to odpowiedź na rosnące zainteresowanie rynkiem kryptowalut oraz potrzebę rozliczenia się z Urzędem Skarbowym. Projekt został uruchomiony w lutym tego roku, a czas na rozliczenie się z fiskusem za rok 2020 użytkownicy mają do 30 kwietnia br.

Dekarbonizacja energetyki zbyt wolna. Bez szybkich działań czekają nas drastyczne podwyżki cen energii

– Polska energetyka zaspała i przegapiła etap zmian – uważa ekspert Instytutu Obywatelskiego Grzegorz Onichimowski. Według rządowych założeń Polska jeszcze do końca tej dekady będzie w blisko 60 proc. bazować na węglu, a ostatnia kopalnia zostanie zamknięta w 2049 roku. Ekspert ocenia, że transformacja będzie jednak postępować znacznie szybciej i w dużej mierze oddolnie, napędzana rozwojem energetyki prosumenckiej i wzrostem cen energii. Rząd musi jednak wdrożyć narzędzia, które umożliwią rozwój rozproszonej energetyki na większą skalę, takie jak m.in. zachęty do magazynowania energii czy definicja prosumenta wirtualnego, która pozwoli inwestować w OZE nie tylko posiadaczom domów jednorodzinnych.

– Priorytetem polityki energetycznej państwa w tej chwili powinna być dekarbonizacja. Wbrew pozorom jest to najłatwiejsze, bo wiemy już, jak to robić. Zwłaszcza w porównaniu np. z rolnictwem, gdzie nadal mamy mnóstwo pytań, na które nie ma odpowiedzi, czy chociażby elektryfikacją ciężkiego transportu drogowego, gdzie trudno sobie nawet wyobrazić, jak miałoby to dokładnie wyglądać. W energetyce wiemy, jak to zrobić od strony technologicznej. Tym, czego brakuje, jest przede wszystkim dobra wola – mówi agencji Newseria Biznes Grzegorz Onichimowski, ekspert rynku energetycznego w Instytucie Obywatelskim, były prezes Towarowej Giełdy Energii.

Na początku lutego br. rząd przyjął nową „Politykę energetyczną Polski do 2040 roku”. W myśl rządowej strategii do końca obecnej dekady polska energetyka będzie wciąż w ok. 56 proc. oparta na węglu (albo w 37,5 proc. w scenariuszu wysokich cen uprawnień do emisji CO2). W 2040 roku natomiast jego udział będzie wynosić jeszcze ok. 28 proc. (albo 11 proc. przy podwyższonych cenach uprawnień do emisji CO2). PEP2040 zakłada możliwie długie wykorzystanie krajowych surowców energetycznych, a redukcja węgla w gospodarce ma następować w sposób zapewniający sprawiedliwą transformację.

Zgodnie z porozumieniem zawartym przez rząd z górnikami jesienią ub.r. ostatnia kopalnia węgla kamiennego w Polsce ma zakończyć działalność dopiero w 2049 roku. Mniej więcej w tym samym czasie UE – wdrażająca nowy Zielony Ład – planuje już osiągnąć całkowitą neutralność klimatyczną, a wiele krajów europejskich (m.in. Norwegia, Szwecja, Finlandia i Austria) zamierza zrobić to jeszcze wcześniej.

 Polska energetyka od dobrych 15 lat zapadła w sen zimowy i nie potrafiła sprostać oczekiwaniom współczesności, nie widziała nadchodzącej zmiany. Mieliśmy darmowe uprawnienia do emisji CO2 dla elektrowni, ale przecież szefowie firm energetycznych świetnie zdawali sobie sprawę, że to się niedługo skończy i trzeba będzie płacić. Co więcej, ścieżka cenowa uprawnień do emisji CO2 też była znana, więc wiedzieliśmy, ile będziemy za nie płacić. Poziom ok. 30 euro był prognozowany już 10 lat temu. Następujące po sobie rządy niewiele z tym zrobiły, a przez ostatnie pięć lat w ogóle realizowano politykę energetyczną z przepaską na oczach. Trzeba uczciwie powiedzieć, że takie pomysły jak chociażby elektrownia w Ostrołęce czy odkupywanie za duże pieniądze od zachodnich koncernów starych, wyeksploatowanych elektrowni w Rybniku czy w Połańcu to była polityka samobójcza – ocenia ekspert.

Jak wskazuje Instytut Obywatelski, w Polsce ponad 70 proc. energii nadal wytwarzają elektrownie węglowe; z OZE pochodzi niespełna 14 proc. Każda kilowatogodzina wyprodukowanej energii oznacza emisję około 700 g CO2, podczas gdy np. w Hiszpanii jest to mniej niż 200 g, a we Francji (której energetyka opiera się na atomie) – mniej niż 100 g. Za tę przepaść odpowiadają właśnie stare, polskie bloki węglowe – choćby elektrownia w Bełchatowie, która jest największym emitentem CO2 w całej Unii Europejskiej.

Polska nie podała też dotąd planowanej daty osiągnięcia dekarbonizacji. W optymistycznym wariancie mogłaby dojść do neutralności w 2056 roku, ale w scenariuszu negatywnym może to nastąpić nawet w 2067 roku – oszacowali analitycy Polskiego Instytutu Ekonomicznego w ubiegłorocznym raporcie „Czas na dekarbonizację”. Ekspert IO ocenia jednak, że zmiany mogą następować znacznie szybciej, bo w znacznej mierze będą one zachodzić oddolnie.

– Polacy wprowadzą radykalne zmiany – niezależnie od tego, co napiszemy w kolejnych, szumnych strategiach i politykach energetycznych. Pytanie tylko, na co i ile pieniędzy zmarnujemy do drodze. Musimy iść drogą zmiany całego paradygmatu energetyki, czyli przejść od tej wielkiej, centralnie sterowanej energetyki ku energetyce rozproszonej, aktywności prywatnych inwestorów i roli państwa, które będzie po prostu regulowało ten rynek i tworzyło neutralne pole do konkurencji – mówi Grzegorz Onichimowski.

Rząd zakłada, że stopniowe odchodzenie od węgla (paliwem przejściowym w transformacji ma być gaz) będzie równoważone wzrostem mocy zainstalowanych w OZE, energią płynącą z farm wiatrowych na Bałtyku i uruchomieniem w 2033 roku pierwszego bloku elektrowni jądrowej o mocy ok. 1–1,6 GW. Według eksperta początek przyszłej dekady to jednak zbyt odległa perspektywa i rząd będzie musiał przyspieszyć z transformacją, zwłaszcza w obliczu rosnących cen energii.

– Czekają nas drastyczne podwyżki cen energii, to trzeba sobie powiedzieć uczciwie. Nawet minister Piotr Naimski w jednym z ostatnich wywiadów przyznał, że rachunki za energię będą rosnąć. Pytanie, jakich środków szukamy do przeciwdziałania temu. Jeśli to ma być energetyka jądrowa, to jak powiedzieć choremu na nowotwór, że jest superchemia, która za 12 lat będzie gotowa. To nie jest najlepsza rekomendacja, jaką chory może usłyszeć. W tym przypadku jest podobnie: musimy wprowadzać zmiany szybko, już dziś. Jeżeli tego nie zrobimy, to rzeczywiście wzrost cen może być dość dramatyczny. Zwłaszcza że UE oczekuje od nas, że rachunki dla gospodarstw domowych nie będą regulowane przez URE – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

Zgodnie z PEP2040 równolegle do wielkoskalowej energetyki ma się rozwijać energetyka rozproszona i obywatelska, oparta na lokalnym kapitale. Według rządowej strategii do końca tej dekady w Polsce energię ma już produkować już 1 mln prosumentów, czyli pięciokrotnie więcej niż w pierwszej połowie 2020 roku.

Instytut Obywatelski ocenia, że to właśnie obywatelska i rozproszona energetyka stanowi odpowiedź na obecne problemy związane z transformacją. Potencjał jej rozwoju już jest widoczny, co potwierdzają m.in. dane PTPIREE. Od początku 2019 do końca 2020 roku liczba mikroinstalacji przyłączonych do sieci przez operatorów systemów dystrybucyjnych wzrosła aż o 774 proc. przy jednoczesnym prawie dziewięciokrotnym wzroście mocy zainstalowanej w mikroinstalacjach. W efekcie na koniec ubiegłego roku w Polsce funkcjonowało już prawie 457,5 tys. mikroinstalacji o łącznej mocy ponad 3 GW.

 Energetyka prosumencka została zapoczątkowana ustawą z 2014 roku i przez ostatnie lata rozwijała się z dużymi sukcesami, przy wsparciu takich programów jak Czyste Powietrze czy Mój Prąd. W efekcie mamy dzisiaj ok. 450 tys. instalacji PV na dachach polskich domów, a w ubiegłym roku Polska była krajem najszybciej rozwijającym energetykę słoneczną. To wszystko jest jednak mało. Znaleźliśmy się w sytuacji nie do pozazdroszczenia, bo niskie emisje niszczą nasze zdrowie, a próba ucieczki od nich poprzez elektryfikację ogrzewania nie wydaje się atrakcyjna dla większości Polaków w sytuacji, kiedy gwałtownie rosną ceny energii. Musimy więc coś z tym zrobić. I właśnie energetyka obywatelska wydaje się jedną z odpowiedzi – ocenia Grzegorz Onichimowski.

W tej chwili energetyka prosumencka jest ograniczona głównie do posiadaczy domów jednorodzinnych, którzy mają miejsce na własną instalację OZE. Instytut Obywatelski wskazuje, że potrzebne są narzędzia, które pozwolą, by prosumentami stali się również np. mieszkańcy bloków. Jedną z propozycji jest też wprowadzenie definicji prosumenta wirtualnego, co pozwoliłoby na budowę instalacji OZE z dala od miejsca zamieszkania dla całych społeczności, które chcą wspólnie podjąć się takiej inwestycji, a następnie korzystać z produkowanej tam energii.

– Mikroinstalacje nigdy nie pokryją nam całego zapotrzebowania na energię elektryczną, ale mogą pokryć zapotrzebowanie sektora mieszkalnego. A to jest chyba największy problem, ponieważ on wiąże się z niską emisją. Możemy zdecydowanie ograniczyć zużycie paliw kopalnych dla celów ogrzewania, jeżeli mieszkańcy – dzięki temu, że mają własne źródła – będą płacić za energię nic albo prawie nic – mówi ekspert Instytutu Obywatelskiego.

W ramach wspierania energetyki rozproszonej Instytut Obywatelski proponuje szereg innych narzędzi, m.in. możliwość odstępowania wytworzonej energii, jej sprzedaży lub wymianę np. na sąsiedzkich platformach czy rynkach lokalnych, a także wprowadzenie zachęt do magazynowania energii.

Inwestycje zagraniczne szansą polskich firm na szybsze wyjście z koronakryzysu. Ryzyko wejścia na nowe rynki obniża Fundusz Ekspansji Zagranicznej

Ponad połowa firm w ubiegłym roku odnotowała spadek przychodów w porównaniu z 2019 rokiem o co najmniej 25 proc. – wynika z badania EY. Wiele z nich z powodu pandemii zrezygnowało z zaplanowanych inwestycji i z ostrożnością podchodzi do nowych. Paradoksalnie to często jednak inwestycje są szansą na szybsze poradzenie sobie z kryzysem i na dynamiczny rozwój firmy. Przynoszą także korzyści całej gospodarce, m.in. zwiększając eksport. Duże znaczenie dla decyzji firmy o ekspansji zagranicznej ma wsparcie państwowych instytucji. W rozwoju polskich spółek uczestniczy m.in. Fundusz Ekspansji Zagranicznej zarządzany przez PFR TFI. W ostatnim czasie z jego oferty skorzystali m.in. polscy deweloperzy i spółka Rainbow Tours.

– Wyciągając wnioski ze zjawisk gospodarczych towarzyszących pandemii, polskie przedsiębiorstwa mogą rozpocząć poszukiwania nowych kierunków dla swoich inwestycji i coraz częściej wykorzystywać szanse biznesowe za granicą. Skracając lub dywersyfikując globalne łańcuchy dostaw, można ograniczyć ryzyko ich zerwania. Inwestycje zagraniczne w różnych destynacjach mogą też zminimalizować ryzyko związane z lokowaniem środków tylko w jednym kraju – wskazuje Piotr Kuba, członek zarządu PFR TFI SA, który zarządza Funduszem Ekspansji Zagranicznej.

Obecna niepewna sytuacja gospodarcza zmusza przedsiębiorstwa do ostrożniejszych decyzji inwestycyjnych. W efekcie według danych UNCTAD w 2020 roku wartość światowych inwestycji zagranicznych spadła o 42 proc. r/r, osiągając poziom 859 mld dol. To wynik niższy o 30 proc. od poziomu inwestycji z lat 2008–2009, czyli z czasów kryzysu gospodarczego. Mimo tego, według analityków firmy doradczej PwC, bezpośrednie inwestycje zagraniczne odegrają istotną rolę w odbudowie polskiej gospodarki po kryzysie wywołanym pandemią COVID-19.

– Zawirowania gospodarcze w 2020 roku przyczyniły się do zmniejszenia strumieni bezpośrednich inwestycji zagranicznych na całym świecie – mówi Piotr Kuba. – Mimo tych turbulencji Fundusz Ekspansji Zagranicznej ocenia kolejne wnioski inwestycyjne zgłoszone przez polskie spółki. Przedsiębiorstwa mają świadomość tego, że mogą wykorzystać szanse związane ze skutkami gospodarczymi COVID-19, a FEZ skutecznie im w tym pomaga. Wspierając inwestycje zagraniczne polskich firm poprzez Fundusz Ekspansji Zagranicznej, chcemy przyczynić się do zwiększenia ich aktywności na arenie międzynarodowej, jednocześnie wzmacniając siłę polskiej gospodarki.

Raport PIE na temat bezpośrednich inwestycji zagranicznych wskazuje, że gospodarka dużo może na nich zyskać dzięki większej współpracy międzynarodowej i wymianie kapitałowej. Często bowiem BIZ przyczyniają się do zwiększenia eksportu. Ich efektem jest też przepływ zysków do kraju pochodzenia oraz transfer nabytej w trakcie internacjonalizacji wiedzy dotyczącej m.in. technologii, know-how czy funkcjonowania rynków zagranicznych. Tym samym inwestycje te w wielu przypadkach mogą przyczynić się do postępu technologicznego, co warunkuje wzrost PKB kraju pochodzenia.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej oferuje finansowanie kapitałowe oraz dłużne zagranicznych inwestycji polskich przedsiębiorstw. Polskie firmy mogą w ten sposób powtórzyć na arenie międzynarodowej sukces odniesiony w Polsce.

– Dla FEZ ostatnie miesiące były czasem intensywnej pracy, która zaowocowała kolejnymi podpisanymi umowami inwestycyjnymi – wskazuje członek zarządu PFR TFI SA.

W grudniu 2020 roku fundusz podpisał umowę inwestycyjną z Poznańską Korporacją Budowlaną Pekabex, która przejęła fabrykę betonowych fabrykatów zlokalizowaną w Bawarii. Dzięki tej transakcji Pekabex będzie w stanie obniżyć koszty produkcji i logistyki oraz zaangażować się w kolejne projekty budowlane. Z kolei w styczniu 2021 roku Fundusz Ekspansji Zagranicznej podpisał umowę ze spółką deweloperską Victoria Dom, która planuje zakup gruntów i realizację kolejnych projektów na terenie Niemiec.

Niedawno Fundusz Ekspansji Zagranicznej zainwestował również w spółkę zależną Rainbow Tours, wspierając plany jej rozwoju. Za kwotę 9 mln euro FEZ objął 34 proc. udziałów spółki White Olive, która otrzymane środki chce przeznaczyć głównie na pozyskiwanie i remont nowych obiektów hotelowych.

– Inwestycja w spółkę White Olive pozwoli umocnić pozycję Rainbow na rynku Unii Europejskiej i poprawi jej konkurencyjność. Grecja jest jednym z głównych kierunków turystycznych oferowanych przez Rainbow Tours w Europie Południowej, jest też jednym z ulubionych kierunków zagranicznego wypoczynku Polaków. Inwestycja pozwoli na zwiększenie posiadanej bazy hotelowej i pozytywnie wpłynie na  dalszy rozwój spółki – podkreśla Piotr Kuba.

Fundusz Ekspansji Zagranicznej od początku działalności w 2015 roku zawarł 18 umów inwestycyjnych. Współfinansuje zagraniczne przedsięwzięcia polskich firm, dzieli z nimi ryzyko zagranicznej inwestycji i ułatwia realizację większych przedsięwzięć, które bez jego udziału byłyby trudniejsze do sfinansowania.

Jak wynika z danych NBP, całkowita wartość polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych wyniosła w 2019 roku 96,5 mld zł (wzrost o 4 mld zł r/r). Niemal 91 proc. z nich zlokalizowanych było w Europie. Dochody z polskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w 2019 roku wyniosły 7,8 mld zł.

Biotechnologia zyskała na znaczeniu w czasie pandemii. Polskie firmy z branży łączą siły, żeby skuteczniej konkurować na globalnym rynku

Pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich branż związanych z ochroną zdrowia. W Polsce ten sektor zyskuje na znaczeniu już od kilku lat i znalazł się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. powołanie pełnomocnika rządu ds. biotechnologii czy przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju. Otoczenie instytucjonalno-prawne w Polsce wciąż jednak nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum, którego zadaniem będzie wzmocnienie roli całego sektora i konkurowanie na globalnym rynku.

– Produkty biotechnologiczne – inaczej niż np. odnawialne źródła energii – nie potrzebują subsydiowania ze środków publicznych. Znaczna większość barier rozwoju, z jakimi się stykamy, dotyczy gospodarki jako całości, a nie naszego sektora. Potrzebujemy lepszego rynku kapitałowego, stabilnego ustawodawstwa, przyjaznego systemu podatkowego i sprawnych instytucji państwa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Konrad Hennig, członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Jak pokazuje ubiegłoroczny raport Polskiego Instytutu Ekonomicznego („Biotechnologiczny skok w przyszłość czy dryf?”), biotechnologia – obok sektora ICT – jest najbardziej perspektywicznym obszarem dla rozwoju gospodarki opartej na wiedzy i danych. Jej zastosowanie w medycynie, przemyśle i rolnictwie generuje miliardowe zyski i pozwala na generowanie tysięcy miejsc pracy, stwarzając przy tym szansę na rozwiązanie kluczowych wyzwań ludzkości: skuteczniejsze leki i terapie, bardziej zrównoważoną gospodarkę zasobami czy przeciwdziałanie zmianom klimatu.

– Branża biotechnologiczna ma duże znaczenie dla gospodarki, zwłaszcza że jest to biznes ukierunkowany na umiędzynarodowienie badań naukowych i globalną dystrybucję produktów – wskazuje dr Konrad Hennig.

Dane PIE pokazują jednak, że Polska wciąż pozostaje mało znaczącym uczestnikiem globalnego rynku biotechnologicznego. W 2017 roku polskie przedsiębiorstwa wydały w sumie ok. 240 mln dol. na badania i rozwój związane z biotechnologią, czyli sześć razy mniej niż biznes niemiecki i ponad 200 razy mniej niż firmy amerykańskie.

W 2019 roku światowe firmy biotechnologiczne pozyskały łączne finansowanie venture capital w wysokości 18,8 mld dol. Dla porównania całkowita wartość finansowania VC w Polsce wyniosła w tym czasie zaledwie 331 mln dol. W rankingu firm, które przeznaczają najwięcej na badania i rozwój – The EU Industrial Research and Development Scoreboard – nie znalazła się żadna firma biotechnologiczna ani farmaceutyczna z Polski. Również w zestawieniach europejskich start-upów biotechnologicznych udział polskich podmiotów jest znikomy.

– Polska branża biotechnologiczna napotyka więcej trudności, chociażby z finansowaniem swoich działań, niż w krajach wysokorozwiniętych. Brakuje u nas kapitału wysokiego ryzyka, stąd większa rola funduszy publicznych w finansowaniu rozwoju nowych technologii. Często jesteśmy podwykonawcami firm zagranicznych, dla których wykonujemy szereg badań – wskazuje członek zarządu Związku Firm Biotechnologicznych BioForum.

Według danych GUS w 2019 roku działalność biotechologiczną w Polsce prowadziło 181 przedsiębiorstw, czyli o 13 proc. mniej niż w 2018 roku. Nakłady wewnętrzne poniesione przez firmy na działalność biotechnologiczną wyniosły prawie 1,2 mld zł i spadły w skali roku o 3 proc., wzrosły za to – o 6,5 proc. – wydatki na działalność badawczą i rozwojową w biotechnologii. Co istotne, w ubiegłym roku wzrosty mogły być wyraźniejsze, bo pandemia COVID-19 mocno przyczyniła się do wzrostu popularności biotechnologii, podobnie jak wszystkich biznesów związanych z ochroną zdrowia.

– Zainteresowanie branżą wzrosło proporcjonalnie do roli, jaką w zwalczaniu pandemii odgrywają szczepionki mRNA – mówi dr Konrad Hennig. – O branży mówią już nie tylko eksperci i naukowcy, ale również drobni inwestorzy i zwykli obywatele. Przykładem może być redukcja w transzy inwestorów indywidualnych debiutującego 1 kwietnia br. na giełdzie Captor Therapeutics, która wyniosła 91,5 proc.

Biotechnologia znalazła się w centrum rządowych strategii, czego dowodem jest m.in. przejęcie udziałów Mabionu i Selvity przez Polski Fundusz Rozwoju czy finansowanie licznych biotechnologicznych projektów B+R przez NCBiR. Od listopada ub.r. rząd ma też pełnomocnika ds. rozwoju biotechnologii, którym został dr n. med. Radosław Sierpiński z Agencji Badań Medycznych.

Jak wskazuje ekspert BioForum, wciąż jednak otoczenie instytucjonalno-prawne nie nadąża za szybkim rozwojem biotechnologii, zwłaszcza w Polsce. Dlatego krajowe firmy powołały pierwszą organizację branżową – Związek Firm Biotechnologicznych BioForum.

– Związek powstał, ponieważ bardzo mocno rozwijająca się branża biotechnologiczna coraz częściej napotyka trudności systemowe i rozwojowe. Nowe, licznie powstające firmy napotykają utrudnioną współpracę z uczelniami, niepełną ofertę infrastruktury badawczej, brak koordynacji działań pomiędzy podmiotami. Związek pozwoli gromadzić wiedzę o ponadjednostkowych nieefektywnościach i przekazywać ją decydentom politycznym – mówi członek zarządu BioForum.

Instytucja reprezentująca polską branżę biotechnologiczną ma m.in. współpracować przy tworzeniu nowych regulacji prawnych i stanowić kolejny krok do wzmocnienia tego sektora. Silnym impulsem będzie dla niego też ogromna pula pieniędzy z UE, która niebawem trafi do firm biotechnologicznych – do 2027 roku do Polski ma popłynąć w sumie 3 mld zł unijnych środków na wzmocnienie firm oferujących przełomowe technologie w leczeniu i żywieniu człowieka. Kanałem dystrybucji tych środków ma być nowo powstający hub biotechnologiczny, którego utworzenie zostało wpisane w rządową Strategię na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju.

– Naszym celem jest integracja środowiska biznesowego i naukowego: wymiana wiedzy, zasobów ludzkich, pomysłów. Firmy biotechnologiczne za pośrednictwem nowego związku będą mogły wyrazić swoje oczekiwania wobec powstającego hubu biotechnologicznego i uzyskać realny wpływ na sposób rozdysponowania 3 mld zł ze środków unijnych, które trafią w ciągu najbliższych siedmiu lat do Polski – mówi dr Konrad Hennig.

Członkami nowo utworzonego Związku Firm Biotechnologicznych BioForum są m.in. Celon Pharma, NanoGroup, Mabion – jedna z pierwszych polskich firm biotechnologicznych, mająca szansę na produkcję szczepionki przeciw COVID-19 we współpracy z amerykańskim Novavaxem, Sygnis Bio Technologies, start-up Biotts, który chce zrewolucjonizować dostarczanie leków do organizmu człowieka, oraz Personather i Polski Bank Komórek Macierzystych FamiCord Group.