Polska dopiero na 24. miejscu w UE pod względem liczby specjalistów od SI. Największe zapotrzebowanie jest w sektorze rozpoznawania obrazu

Polska w unijnym rankingu nasycenia praktykami SI zajmuje odległe 24. miejsce. Wprowadzenie nowych, ujednoliconych norm prawnych pomoże zwiększyć konkurencyjność rodzimego sektora sztucznej inteligencji. Obecnie w naszym kraju najchętniej inwestuje się w inteligentne technologie z branży finansowej, ubezpieczeniowej i handlowej, ale największe zapotrzebowanie jest na specjalistów od technologii zautomatyzowanego przetwarzania obrazu i to w tym segmencie rynku specjaliści upatrują szansę na zaistnienie na arenie międzynarodowej.

– Jesteśmy zapleczem dla zachodnich firm, wiele korporacji otwiera tutaj swoje oddziały skoncentrowane na sztucznej inteligencji. Są to firmy z branży finansowej, ubezpieczeniowej, a nawet mamy tutaj centrum rozwoju Amazona, który rozwija asystenta głosowego Alexę. W tym zakresie jesteśmy bardzo mocni, nasi specjaliści są rozpoznawani na świecie – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Mariusz Kraj, dyrektor technologiczny Codibly.

Polska przyciąga wielu inżynierów specjalizujących się w sztucznej inteligencji, wynika z najnowszego raportu „Sztuczna inteligencja w Polsce – kompetencje ekspertów AI” fundacji Digital Poland, stworzonego we współpracy z Accenture i Microsoftem. Mimo tego zajmuje odległą 24. pozycję rankingu nasycenia praktykami SI w Unii Europejskiej. Z opracowania wynika, że za taki stan rzeczy odpowiada niedopasowanie kompetencji pracowników z sektora SI do rynkowego zapotrzebowania. Choć aż 58 proc. ofert pracy skierowanych jest do specjalistów ds. rozpoznawania obrazu, najliczniejsza grupa polskich ekspertów od sztucznej inteligencji zajmuje się eksploracją oraz analityką danych, a na drugim miejscu znajdują się specjaliści od robotyki i internetu rzeczy.

W poprawie kondycji rynku sztucznej inteligencji i rozwoju rodzimych biznesów opartych na tej technologii pomóc mogą nowe regulacje prawne, nad którymi pracują przedstawiciele Unii Europejskiej. Grupa D9+, w skład której wchodzi m.in. Polska, optuje za przyjęciem zunifikowanych regulacji prawnych opisujących mechanizmy wsparcia unijnego sektora sztucznej inteligencji. Dzięki temu kraje członkowskie mają zyskać narzędzia do swobodnego rozwoju narzędzi SI, a co za tym idzie, zawalczyć o konkurencyjność na rynku międzynarodowym.

– Pod względem prawnym sztuczna inteligencja i przetwarzanie danych są dosyć gorącym tematem. Dane są zbierane na wszelkie możliwe sposoby, we wszelkich możliwych formach. Dlatego kwestie prywatności są na pierwszym miejscu. Kilka państw rozważa wprowadzenie ograniczeń w tym zakresie, żebyśmy mieli większą kontrolę nad tym, co udostępniamy firmom czy osobom, które dokonują przetwarzania danych, próbując wyciągnąć nasze zwyczaje czy preferencje, nie zawsze pytając o zgodę – mówi ekspert.

O tym, jak istotną rolę sztuczna inteligencja odegra w najbliższych latach, przekonują specjaliści z Oxford Analytica oraz Coleman Parkes, autorzy raportu „Work 2035”. Z analizy przeprowadzonej na potrzeby tego badania wynika, że technologie automatyzujące mogą odgrywać kluczową rolę na rynku pracy w 2035 roku. 75 proc. ankietowanych ze świata biznesu uważa, że do tego czasu większość organizacji będzie posiadać centralną jednostkę SI odpowiedzialną za koordynację regionalnych biznesów, a 69 proc. dyrektorów zarządzających przewiduje, że będzie współpracować z ich komputerowymi odpowiednikami, Chief of Artificial Intelligence (CAI), odpowiedzialnymi za wszystkie zautomatyzowane procesy zachodzące w przedsiębiorstwie.

– W Polsce sztuczna inteligencja najsilniej obecna jest w branżach finansowych, ubezpieczeniowych i handlu, ze względu na to, że jest tam bardzo dużo danych i są tam największe możliwości zysku. Poza tym jesteśmy obecni w obszarze automotive. Liczymy też na energetykę, gdyż tam jest ogromny potencjał na to, aby w optymalny sposób wykorzystać wszystkie odnawialne źródła energii. Przełom nastąpił w momencie pojawienia się samojeżdżących samochodów czy rakiet, które startują i lądują bez udziału człowieka. Jednak potrzebna jest rewolucja w kontekście poznania człowieka, ale też możliwości technicznych – podsumowuje Mariusz Kraj.

Według analityków z firmy Grand View Research wartość globalnego rynku sztucznej inteligencji w 2020 roku wyniesie 62,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie on do 733,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 42,2 proc.

Ekologiczne oczyszczalnie rozwiążą problem braku kanalizacji na polskich wsiach. Ruszają pierwsze tego typu inwestycje

Zaledwie nieco ponad 40 proc. gospodarstw domowych na polskich wsiach posiada przyłącze kanalizacyjne. W miejscowościach o niedużej liczebności, oddalonych od oczyszczalni komunalnej, problem dostępu do kanalizacji mogą rozwiązać oczyszczalnie pasywne, czyli hydrofitowe. W Polsce działa jak dotąd zaledwie kilka takich instalacji, tymczasem na Słowacji cieszą się one dużą popularnością już od kilku dekad.

– W miastach większość mieszkańców jest skanalizowanych. Inaczej sytuacja wygląda na obszarach wiejskich i tutaj widzimy największy obszar do wprowadzania innowacji, nowych rozwiązań. Jeżeli pomyślimy o rozproszonej zabudowie na obszarach wiejskich, to mamy olbrzymie wyzwanie z tym, żeby podłączyć domy czy miejscowości oddalone od siebie o kilkaset metrów lub kilka kilometrów. Wiąże się to z ogromnymi kosztami, jeżeli chodzi o budowę sieci kanalizacyjnej. I nie chodzi tylko o same nakłady inwestycyjne, ale też później utrzymanie przepompowni i utrzymanie całej tej sieci – mówi agencji Newseria Innowacje Łukasz Rodek, prezes spółki RDLS.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego do sieci kanalizacyjnej przyłączonych jest zaledwie 41,3 proc. gospodarstw z terenów wiejskich. Alternatywą dla szamb i przydomowych oczyszczalni ścieków mogą być w małych miejscowościach oczyszczalnie hydrofitowe.

– Ich działanie polega na tym, że mamy złoże, które składa się z różnych frakcji kamienia. Na tym złożu w naturalny sposób osadzają się mikroorganizmy, które oczyszczają wodę. W przeciwieństwie do oczyszczalni wykorzystujących osad czynny tutaj bakterie zasiedlają te złoża w naturalny sposób, tworząc biofilm, dzięki czemu są bardziej odporne na zmianę ilości ścieków i zmianę ich charakterystyki. Pozwala to na odprowadzenie wody nawet od 2 tys. mieszkańców i nie ma z tym większych problemów – tłumaczy Łukasz Rodek.

Spółka RDLS we współpracy z czeską firmą Dekonta zakończyły niedawno budowę jednej z największych tego typu instalacji w Europie. Oczyszczalnia ścieków w Białce w województwie lubelskim będzie mogła obsłużyć ok. 1,8 tys. mieszkańców. Z kolei pod koniec przyszłego roku zakończy się realizowana inwestycja w Udrzynku w województwie mazowieckim. W tym przypadku z oczyszczalni korzystać będzie 1750 mieszkańców.

– Tego typu oczyszczalnie powstają głównie na terenach wiejskich. Jest to związane z tym, że wymagają one większej ilości terenu – mniej więcej 5 metrów kwadratowych na mieszkańca. Dla miejscowości liczącej 1–2 tys. mieszkańców będzie potrzebny ponad hektar przestrzeni. Jeżeli zaczęlibyśmy sobie wyobrażać rozmiar takiej oczyszczalni nawet dla niezbyt dużego miasta, o populacji ok. 50 tys. mieszkańców, to już byłyby ogromne obszary. Rozwiązanie to najlepiej się sprawdza dla mniejszych miejscowości czy hoteli oddalonych od istniejącej sieci kanalizacyjnej – mówi prezes RDLS.

W Polsce tego typu oczyszczalnie są jeszcze mało popularne. Dużo większym uznaniem cieszą się np. na Słowacji. Działa tam kilkaset takich instalacji. Najstarsza, zlokalizowana w Břehovie, funkcjonuje nieprzerwanie od 20 lat. Najbardziej znana oczyszczalnia pasywna zlokalizowana jest na wyspie Ko Phi Phi w Tajlandii. Instalacja o kształcie motyla obsługuje całą wyspę, a zwłaszcza infrastrukturę hotelarską i biznesową.

– Oczyszczanie wód to obecnie jeden z najważniejszych aspektów szeroko rozumianej ochrony środowiska. I jest bardzo dużo różnych technologii. My skupiamy się na tych, które są proste, ekologiczne i nie wymagają użycia dużych ilości energii, a w ogóle nie wymagają chemikaliów. Tutaj więc doszukiwałbym się innowacyjności w takich rozwiązaniach – wskazuje ekspert.

Według danych GUS z roku na rok rośnie w Polsce produkcja ścieków. W 2019 roku jedna osoba średnio produkowała 56,7 m3 ścieków, podczas gdy w 2015 roku było to 55,2 m3.

Jak radzi sobie polski eksport w drugim półroczu epidemii?

Jedną z branż, która szczególnie ucierpiała podczas epidemii koronawirusa, jest handel zagraniczny. Zapaść na rynku eksportowym wiąże się nie tylko z restrykcjami przewozu produktów przez granicę, lecz także z sytuacją gospodarczą naszych głównych partnerów zagranicznych. Parę miesięcy po najgorszym okresie lockdownu kolejne branże podnoszą się i zaczynają wracać do normalności. Jak radzi sobie polski handel? Od stanu gospodarek naszych partnerów zależy, czy polski eksport wyjdzie na prostą i zdoła odbudować straty z pierwszej połowie roku. To bardzo ważny czynnik, który może zaważyć na stanie polskiej gospodarki.

– W kolejnych miesiącach, poczynając od przełomu maja i czerwca, widać pewną poprawę. Na pewno sprawy idą w dobrą stronę. Cały czas jednak rynek eksportowy jest wyraźnie mniejszy. Nasz handel zagraniczny dopiero dochodzi do siebie – powiedział serwisowi eNewsroom profesor Witold Orłowski, ekonomista. – Dobra wiadomość jest taka, że Niemcy – nasz główny partner handlowy – radzą sobie z epidemią całkiem nieźle. To dobrze wróży. Stan handlu zagranicznego ma potężny wpływ na koniunkturę w Polsce. Wbrew pozorom to nie konsumpcja, która stanowi około 70% PKB, decyduje o dynamice gospodarczej. Decyduje o niej przede wszystkim dynamika eksportu i inwestycji. Podobnie duże znaczenie dla PKB mają inwestycje międzynarodowe. One też mocno oberwały podczas COVID-u. Od tego, jak te dwie branże poradzą sobie przez następne miesiące, będzie zależeć poziom recesji polskiej gospodarki – podkreśla Orłowski.

Czy sztuczna inteligencja zastąpi sprzedawcę?

54 proc. kupujących każdego dnia wchodzi w interakcje ze algorytmami tzw. sztucznej inteligencji m.in. za pośrednictwem wirtualnych agentów, skanerów biometrycznych, wirtualnej jazdy próbnej, interaktywnych przymierzalni, hiperpersonalizowanych ofert… Przestrzenie naszpikowane innowacyjnymi rozwiązaniami koncentrują się na klientach. Z jakim skutkiem? Czy wkrótce sprzedawcy w sklepach staną się zbędni? Jak wrażenia z interakcji AI odbierają kupujący? Na te pytania odpowiada raport Capgemini dotyczący AI w Customer Experience uwzględniający obecną sytuację gospodarczą. 

Zarówno w przestrzeni komercyjnej, jak i publicznej, organizacje stawiają klienta w centrum swoich działań. Firmy kierując się wyznacznikami określanymi ogólnie jako marketing 4.0. – np. skrócenie ścieżki komunikacji na linii klient – marka, wykorzystanie AI i innych innowacyjnych narzędzi technologicznych – coraz odważniej wprowadzają nowoczesne rozwiązania oparte na zaawansowanej technologii. Ich głównym celem jest ułatwienie podejmowania decyzji zakupowych, podnoszenie jakości obsługi, optymalizacja kosztów…

Czy te rozwiązania rzeczywiście się sprawdzają? Jaka jest pozycja sztucznej inteligencji w tej przestrzeni? Na jakie rozwiązania stawiają najczęściej organizacje? Co klienci sądzą o inteligentnych narzędziach? Na te pytania odpowiada raport przygotowany przez Capgemini – The art of customer-centric artificial intelligence.

Sztuczna inteligencja w służbie klienta

Badanie przeprowadzone przez Capgemini wskazuje, że ponad połowa kupujących wchodzi codziennie w interakcje ze sztuczną inteligencją. Chatboty, skanery biometryczne, czy też asystenci głosowi zyskują na popularności. Co więcej, przeniesienie doświadczeń znanych klientom e-commerce do fizycznej przestrzeni sklepu jest już w pełni możliwe, co potwierdza m.in. marka Modivo w swojej autorskiej przestrzeni zrealizowanej w Galerii Młociny. Placówka wyposażona w ponad 21 specjalnie zaprojektowanych terminali cyfrowych, w pełni pozbawiona tradycyjnych wieszaków, czy też regałów wypełnionych asortymentem, zachęca klientów do składania zamówień i zapoznania się z ofertą ponad 250 tys. produktów umieszczonych w dark-przestrzeni. Marka Nanovo odpowiadająca za wdrożone rozwiązania dostrzega zwiększające się zainteresowanie produktami wykorzystującymi coraz bardziej zaawansowane technologie. Czy zatem można spodziewać się, że takich miejsc będzie coraz więcej?

– Jak wynika z raportu Capgemini – 57 proc. klientów jest zadowolonych z wykorzystania rozwiązań opartych na sztucznej inteligencji, jednak jest to niższy wynik, niż jeszcze dwa lata temu, gdy entuzjastami takich innowacji było aż 69 proc. kupujących. Warto zwrócić uwagę, że nieco ponad połowa klientów uznaje wykorzystanie AI za pozytywne pod warunkiem, iż zapewni im to wyjątkowe doświadczenie. Mimo wszystko można spodziewać się, że inteligentnych rozwiązań będzie coraz więcej. Jest to podyktowane przede wszystkim zwiększającymi się możliwościami technologicznymi, chęcią zapewnienia maksymalnie pozytywnych doświadczeń zakupowych, dostarczaniem hiperspersonalizowanej oferty, czy też optymalizacją kosztów – mówi Łukasz Ulaniuk, Head of Cloud Cognitive Solutions and Digital Adoption w Capgemini.

Raport wskazuje, że 53 proc. organizacji wdraża sztuczną inteligencję w swoich fizycznych siedzibach, a 45 proc. implementuje tego typu narzędzia w contact center, by usprawnić obsługę klientów.

Kompleksowo – bezdotykowo nie tylko w czasie pandemii

Pewnym jest, że jednym z katalizatorów wdrażania inteligentnych systemów okazał się globalny kryzys zdrowotny wywołany pandemią. Wiele placówek przestrzeni społecznej (szpitale, urzędy, biura), czy też sklepy poszukuje i wdraża rozwiązania ograniczające konieczność fizycznego dotyku (przycisków, klamek, ekranów), tym bardziej, że trzech na czterech użytkowników oczekuje w takich miejscach zwiększenia możliwości wykorzystania z interfejsów bezdotykowych, m.in. asystentów głosowi, czy rozpoznawanie twarzy. W krajach wysoko rozwiniętych np. w Niemczech zwolennikami takich rozwiązań jest już 73 proc. klientów.

Według raportu Capgemini, 62 proc. klientów deklaruje chęć korzystania z bezdotykowych urządzeń także po pandemii. Oznacza to, że inwestycje w tego typu technologie są niezwykle prosperujące i przygotowują przestrzeń na oczekiwania przyszłości.

Bezdotykowe rozwiązania szeroko wykorzystywane są m.in. w branży motoryzacyjnej w celu maksymalnego podniesienia bezpieczeństwa na drogach. Marka BMW już od wielu lat wykorzystuje asystentów głosowych opartych na AI. Obecnie planuje w samochodach serii 2021 jeszcze bardziej unaturalnić system, dzięki funkcji rozpoznawania gestów lub wzroku.

By zyskać klienta offline

Pandemia wywołana koronawirusem okazała się niemałym wyzwaniem dla sklepów stacjonarnych. Sprzedaż online nie jest w stanie zrekompensować strat, które ponoszą fizyczne placówki w związku ze zmniejszoną aktywnością klientów. W takich przypadkach również z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja.

– Doskonałym przykładem takich działań może być aplikacja polskiego startupu – Cosmose AI. Jego wartość osiągnęła właśnie 400 mln USD, co jest potwierdzeniem olbrzymiego zapotrzebowania właśnie na tego typu rozwiązania. Cosmose AI wykorzystując technologię sztucznej inteligencji monitoruje aktywność użytkowników smartfonów, którzy posiadają aplikacje pozwalające ustalać ich aktualną pozycję. Startup gromadząc te dane jest w stanie z niezwykle wysoką dokładnością określać gdzie znajdował się użytkownik, a nawet przy regałach z jakim asortymentem się zatrzymywał, co jest niezwykle wartościowe dla sprzedawców i pozwala lepiej dostosowywać reklamy do zapotrzebowania poszczególnych klientów. Właśnie takie sukcesy są dobitnym potwierdzeniem rosnącego znaczenia i ogromnego potencjału AI – mówi Łukasz Ulaniuk.

Wyzwania, którym AI musi sprostać

Organizacje dużo pracy włożyły i mnóstwo czasu zainwestowały, by ich klienci zaufali rozwiązaniom opartym na sztucznej inteligencji. Badania pokazują, że 67 proc. użytkowników ufa spersonalizowanym zaleceniom i sugestiom powstałym w wyniku interakcji człowieka z AI, a nawet 46 proc. badanych twierdzi, że te wskazówki są godne zaufania. Jeszcze dwa lata temu zdanie to podzielało jedynie 30 proc. ankietowanych.

– Jednym z czynników odpowiadającym za zwiększający się poziom zaufania klientów do AI jest coraz większa humanizacja systemów. Duży nacisk został w ostatnich latach położony na zbliżenie sztucznych inteligentnych rozwiązań do ludzkich relacji. 64 proc. klientów uważa, że obecnie ich interakcje z AI są zbliżone do międzyludzkich. Raport Capgemini przypomina, że w 2018 r. uważało tak 48 proc. badanych, więc łatwo dostrzec, że implementowane systemy stają się coraz bardziej zaawansowane i ludzkie. Oczywiście, aby zapewnić sukces rozwiązaniom opartym na AI konieczne jest doskonałe rozpoznanie potrzeb użytkowników oraz zrozumienia roli technologii dla sprostania wyzwaniu – w tym z uwzględnieniem stopnia interakcji, wyglądu i funkcjonalności bota – zauważa Łukasz Ulaniuk z Capgemini.

Niestety to nie koniec wyzwań, przed którymi stoi AI – wciąż konieczne jest podniesienie poziomu satysfakcji klientów obsługiwanych przez inteligentne narzędzia. Aby tego dokonać z pewnością interakcje na linii klient-robot konieczne jest uwzględnienie kontekstu komunikacyjnego, większa intuicyjność i lepsze zrozumienie. Przeprowadzone badania pokazały, że choć wykorzystanie AI jest dużym wyzwaniem, to w oczywistym kontekście gwarantuje zadowolenie klienta m.in. w przypadku autonomicznego parkowania, uwierzytelniania płatności za pomocą skanerów biometrycznych.

W dużej mierze brakuje efektu „wow”. Klienci zaledwie w 13 proc. otrzymują od rozwiązań opartych na AI więcej, niż oczekują, a aż 45 proc. deklaruje, że wartość dostarczona przez sztuczną inteligencję jest niższa od spodziewanej.

– Taka sytuacja jest wynikiem jeszcze niedokładnego dostosowania technologii do pełni potrzeb użytkowników, ale również niepełnej intuicyjności rozwiązań opartych na AI. Brak zrozumienia pełnego kontekstu sytuacji stanowi ogromne wyzwanie, którem sztuczna inteligencja jeszcze w pełni nie jest w stanie sprostać – wyjaśnia Łukasz Ulaniuk.

Niewątpliwie technologia z wykorzystanie AI wciąż intensywnie będzie się rozwijać i odnajdzie swoje zastosowanie w wielu przestrzeniach. Choć wciąż relacje międzyludzkie pozostają niezastąpione, to wiele działań w zakresie obsługi klienta może zostać zastąpionych przez roboty, aplikacje, czy też innowacyjne systemy. Klienci oswajają się z takimi rozwiązaniami i coraz bardziej doceniają wartość, którą ze sobą one niosą.

Cyberbezpieczeństwo – jak zadbać o kulturę bezpieczeństwa w organizacji?

Bezpieczeństwo ewoluuje od odpowiedzialności jednego zespołu do odpowiedzialności całej firmy. Powinno ono stać się częścią kultury organizacji, w której każdy pracownik ma obowiązek zaakceptować ideę bezpieczeństwa jako fundament i działać zgodnie z jego zasadami. Pozytywne i proaktywne podejście w tym zakresie jest niezbędne do zbudowania organizacji, w której bezpieczeństwo umożliwia szybsze działanie całej firmie.

Tworzenie kultury bezpieczeństwa to przyszłość, ale jak to wygląda w praktyce i jak organizacje mogą zapewnić, że przestrzegają głównych zasad bezpieczeństwa? Co można zrobić już dzisiaj, aby promować pozytywną kulturę bezpieczeństwa?

– Bezpieczeństwo jest niezwykle istotne w każdej firmie, zwłaszcza jeśli mówimy o bezpieczeństwie danych. Warto zatem zadbać o ich odpowiednią ochronę – mówi Tomasz Stachlewski, CEE Senior Solutions Architecture Manager w AWS. – W Amazon Web Services bezpieczeństwo jest najwyższym priorytetem. Klienci korzystający z naszych usług mogą lepiej dostosować się do wymogów bezpieczeństwa i obowiązujących przepisów poprzez dostęp do najwyżej klasy usług chmurowych ułatwiających budowanie nowoczesnych i bezpiecznych systemów i aplikacji informatycznych.

Zasady dla bezpieczeństwa

Aby stworzyć kulturę bezpieczeństwa, firmy powinny stosować kilka kluczowych zasad:

  1. Wykształcenie: oznacza to utrzymywanie umiejętności pracowników w zakresie dostępnej technologii, zasięganie porady specjalistów ds. bezpieczeństwa oraz pracę nad zrozumieniem zasad i reguł bezpieczeństwa. Takie postępowanie maksymalizuje zdolność każdego pracownika do bycia pierwszą linią obrony dla bezpieczeństwa firmy, zmniejszając ryzyko prostych błędów, które mogą spowodować problemy z bezpieczeństwem. Obejmuje to również ustalanie oczekiwań dla całej firmy, czy to konfiguracji bezpieczeństwa, która powinna być wdrażana przez programistów aplikacji, czy też obowiązków właścicieli produktów.
  2. Higiena: dobra higiena bezpieczeństwa jest niezbędna, aby zapobiec przekształcaniu się podstawowych błędów w zagrożenia dla bezpieczeństwa. W związku z tym, pracownicy powinni rozumieć zagrożenia wynikające ze złych praktyk bezpieczeństwa, takich jak udostępnianie kont użytkowników i haseł. W międzyczasie firmy mają za zadanie zapewnić, że stosowane przez nie systemy dostępu ułatwiają stosowanie bezpiecznych praktyk. Na przykład usługi AWS oferują tymczasowe poświadczenia, które działają przez określony czas, po którym nie zezwalają na dostęp do systemu za pomocą wcześniej udostępnionych poświadczeń. Zwiększa to kontrolę nad dostępem do usług, zmniejszając prawdopodobieństwo niezamierzonego dostępu do danych biznesowych przez osoby nieupoważnione.
  3. Uczenie się na podstawie błędów, bez obwiniania: ludzie zawsze będą popełniać błędy, a tworzone przez nich oprogramowanie nie będzie doskonałe. Ważną rzeczą do zrobienia jest zatem wyciągnięcie wniosków z błędów i podjęcie odpowiednich działań. Stworzenie kultury, w której analiza powstałych problemów, wykrycie powodów i błędów proceduralnych w sposób obiektywny, bez szukania winnych, pomaga w tworzeniu zdolności uczenia się organizacji i przyczynia się do zwiększenia zaufania pracowników do firmy. Kierownictwo nie powinno kierować się zasadą dopytywania czy i który pracowników popełnił błąd, zamiast tego powinno zadać pytanie co należy zmienić w firmie, aby taki błąd się nie powtórzył. Ludzie w organizacji powinni czuć się swobodnie poruszając kwestie bezpieczeństwa, mając świadomość, że będą wspierani przez zespół ds. bezpieczeństwa.
  4. Poznanie ludzi i ich pracy: lepsze zrozumienie pracy programistów może być pomocne w zrozumieniu procesów, przez które przechodzą, aby zbudować i wdrożyć oprogramowanie i aplikacje wykorzystywane w firmie. Pomoże to w zrozumieniu, gdzie w procesach IT można wprowadzić ulepszenia zwiększające bezpieczeństwo organizacji np. poprzez określenia klarownych reguł związanych z polityką przechowywania danych i dostępów do nich, czy też przekazanie pewnych zadań związanych z bezpieczeństwem innemu, dedykowanemu zespołowi. Przykładem może być tutaj często spotykana integracja platformy chmurowej z działającym w firmie rejestrem pracowników – dzięki czemu łatwiej zapanować nad uprawnieniami i dostępami pracowników. Dodatkowo firmy powinny wdrażać w ramach procesów wytwórczych aplikacji automatyczne walidacje, które weryfikują zgodność tworzonych systemów z wytycznymi działu bezpieczeństwa.
  5. Kontrola i monitorowanie: możliwość kontroli postawy bezpieczeństwa i zapewnienia ludziom dostępu do danych jest dobrym sposobem komunikacji i zrozumienia, gdzie znajdują się najsprawniejsze części organizacji. Dzięki zidentyfikowaniu zespołów, które radzą sobie dobrze lub budują innowacyjne rozwiązania, można rozszerzyć ich zakres działań na cały biznes. Mówienie ludziom, jakie zasady oceny ich obowiązują, promuje kulturę własności, która wzmacnia pozytywne podejście do bezpieczeństwa.

Wdrożenie kultury bezpieczeństwa może znacząco poprawić pozycję bezpieczeństwa organizacji, tworząc swojego rodzaju ramy, w których wszyscy pracownicy mogą sprawnie się poruszać, budując technologie w oparciu o podjęte decyzje. Aby jednak odnieść sukces, firmy powinny przyjąć ustrukturyzowane podejście do wprowadzenia takich ram. Kultura bezpieczeństwa opiera się na edukacji, higienie, modelowaniu zagrożeń, gdzie wszyscy pracownicy pracują razem jako wspierający się zespół. Stosując się do powyższych zasad, organizacja będzie w stanie poprawić swoją pozycję w zakresie bezpieczeństwa, plasując się ponad konkurencją i przede wszystkim zapewniając bezpieczeństwo danych.

Jak wspólnie z klientem budować granice prywatności w sieci? 3 kroki do konsensusu

Mówić prosto i otwarcie o polityce prywatności, prosić tylko o te dane, które są niezbędne i budować trwałą relację – te 3 elementy są potrzebne, aby klienci byli spokojni o swoją prywatność w sieci, a firmy pozyskiwały informacje o konsumentach potrzebne do prowadzenia działalności biznesowej. Naukowcy z Katedry Marketingu Akademii Leona Koźmińskiego przeanalizowali, jak powinien wyglądać idealny transfer danych osobowych między użytkownikami internetu a markami.

– Kiedy firma świadczy usługi przez internet, zawiera z klientem swego rodzaju transakcję – w zamian za wgląd do jego danych osobowych oferuje produkt lub usługę, której klient poszukuje. Naturalne jest to, że aby konsument miał mniej oporów przed powierzaniem tego typu informacji, musi darzyć firmę zaufaniem oraz rozumieć, jakich danych i w jakim celu potrzebuje – piszą prof. Grzegorz Mazurek i dr Karolina Małagocka z Akademii Leona Koźmińskiego na łamach czasopisma „Business Horizons” wydawanego przez Kelley School of Business Uniwersytetu Indiany.

Taktyka trzech „T”

Na podstawie analizy kilkudziesięciu studiów przypadku i dostępnych wyników prac naukowych badacze stworzyli autorski model, który pokazuje, że proces przekazywania
i pozyskiwania danych personalnych w sieci może być komfortowy dla obu stron.

– W czasach gospodarki cyfrowej kluczowa nie jest ilość danych, ale ich jakość. Z naszych analiz wynika, że najczęściej trzeba spełnić trzy warunki, aby obie strony rynkowego „dealu”, nazywanego fachowo „cyfrowym kontraktem społecznym”, czuły się usatysfakcjonowane. Ujęliśmy je w autorski model T-Form. Trzy „t” to Transparency, Type of data i Trust, czyli transparentność, typ danych i zaufanie – mówi dr Karolina Małagocka, wykładowczyni na studiach MBA Cyfrowa Transformacja w Akademii Leona Koźmińskiego, która w lipcu obroniła doktorat z zakresu prywatności klientów w relacjach z markami w sieci, a pracę akademicką łączy z działalnością w jednej z firm w sektorze IT.

Badaczka tłumaczy, co w praktyce oznacza model T-Form: – Transparentność to nie tylko informowanie o tym, jak dane są wykorzystywane, ale też sposób komunikacji, który jest pozbawiony terminów specjalistycznych. Język powinien być przyjazny, a konsumenci – poinformowani o tym, w jaki sposób marka przetwarza dane – zaznacza.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Komunikuj o polityce prywatności
w sposób prosty i przejrzysty

 

„Potrzebujemy Twoich danych do celów X i Y, jednakże w każdej chwili możesz wycofać swoją zgodę na ich przetwarzanie.”

– Zdarza się również, że firmy proszą o dane, które nie są konieczne do realizacji usług,
a wszelkie próby ich „wyciągnięcia” działają na klientów jak płachta na byka. Jeśli chcę kupić coś online, to raczej nie odmówię podania adresu e-mail, ale już np. pytania o preferencje zakupowe mogą budzić podejrzenia dotyczące tzw. profilowania. To dotyczy adekwatności pozyskiwanych danych – kontynuuje Małagocka.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Informuj, jakie informacje zbiera firma i proś tylko o niezbędne dane

 

„Żeby doręczyć paczkę, potrzebujemy tylko Twojego adresu domowego i telefonu, aby kurier mógł się z Tobą skontaktować.”

– Z kolei wysoki poziom zaufania znacznie zmniejsza obawy klientów przed ujawnianiem swoich danych. Zyskują na tym obie strony: firma ma dane na których jej zależy, a klient wie, że dzięki temu może ona działać w zgodzie z jego wartościami – dodaje dr Karolina Małagocka.

T-Form, czyli prosta porada dla firmy Przykład komunikatu
Wzbudź zaufanie do marki

 

„Zależy nam, abyś czuł się komfortowo, przekazując nam swoje dane niezbędne
do realizacji usług. Powiedz nam, jak możemy usprawnić naszą politykę prywatności!”


Kontrakt społeczny oparty na wzajemnym zrozumieniu

Zdaniem Karoliny Małagockiej z Akademii Leona Koźmińskiego umiejętne zastosowanie taktyki trzech „T” może sprawić, iż klienci zaufają firmie, a ona sama pozyska dobre jakościowo dane oraz przyzwolenie na ich wykorzystanie, np. w celu ulepszenia oferty czy spersonalizowania komunikacji. – Wówczas klient będzie odważniej wchodził w relacje online z taką firmą. W ten sposób buduje się kapitał społeczny wokół usług cyfrowych, który pozwala zrozumieć, że rynek cyfrowy nie „żeruje” na kliencie oraz nie traktuje go jako produkt – podkreśla naukowczyni.

– Aby opisywana transakcja doszła do skutku, w zamian za dostęp do prywatnych informacji marka musi zaoferować atrakcyjne propozycje i benefity. Umowne wynagrodzenie jest tu o tyle ważne, że jego brak może doprowadzić do utraty lojalności konsumenta wobec firmy – uzupełnia Małagocka.

Leonardo bierze udział w badaniach planety Mars

Leonardo: ruszają prace nad robotycznymi ramionami dla wspólnej misji NASA i ESA Mars Sample Return.

  • Firma jest zaangażowana w badania nad instrumentami robotycznymi zarówno dla łazika jak i lądownika wspólnej misji NASA i ESA planowanej na rok 2026.
  • Koncern Leonardo rozpoczął fazę projektowania ramienia łazika do pobierania próbek (Rover Fetch Sample Arm), które pobierze próbki pozostawione przez łazik Perseverance wystrzelony w lipcu 2020 roku.
  • Trwają badania nad ramieniem do przenoszenia próbek (Sample Transfer Arm – STA). STA działające na pokładzie lądownika NASA załaduje próbki do kapsuły kosmicznej, która zostanie umieszczona na orbicie Marsa.
  • Koncern Leonardo jest także zaangażowany w prace nad statkiem mającym sprowadzić kapsułę na ziemię (Earth Return Orbiter).
  • Firma jest liderem w Europie dzięki opracowywaniu i produkcji robotycznych ramion i wierteł znajdujących się na pokładzie takich misji ESA jak Rosetta, Luna-27 i ExoMars.

Badania Marsa za pomocą robotów stanowią istotę ostatnich międzynarodowych misji kosmicznych. Koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad najnowocześniejszymi systemami robotycznymi, które pomogą w rozwikłaniu tajemnic Czerwonej Planety. Dla celów misji NASA sprowadzenia próbek z Marsa (“Mars Sample Return”) i we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną (ESA), koncern Leonardo uzyskał kontrakt wraz koncernem Airbus na fazę badań zaawansowanych (Advanced B2) nad ramieniem robotycznym łazika do pobierania próbek ESA (SFR) i uzyskał finansowanie z ESA na prowadzenie badań nad ramieniem do przenoszenia próbek (Sample Transfer Arm – STA) dla lądownika NASA.

Tym samym, dzięki istotnemu wkładowi w działania Włoskiej Agencji Badań Kosmicznych (ISA), koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad dwoma zasadniczymi elementami misji sprowadzenia próbek z Marsa (Mars Sample Return) zaplanowanej na rok 2026: ramienia łazika oraz ramienia lądownika. W obydwu przypadkach, koncern Leonardo ma zaprojektować systemy robotyczne dla pozyskania i obsługi próbek.

Na czele konsorcjum przemysłowego SFR stoi Airbus UK. Po fazie wstępnej badań nad koncepcją i testowania, prace projektowe nad robotycznym ramieniem SFR wchodzą teraz w zaawansowaną fazę wraz z opracowaniem pierwszego prototypu ramienia robotycznego (makiety) mającego pokazać ogromne zdolności systemu. Ramię można wydłużać do około 110 cm, jego system sterujący zapewnia 6 stopni swobody i na końcu ramię jest wyposażone w uchwyt czyli efektor. STA lądownika NASA to bardziej złożone ramię, z 7 stopniami swobody i wydłużające się o 200 cm; teraz STA w chodzi w fazę opracowania makiety.

Koncern Leonardo przewodzi międzynarodowemu konsorcjum przemysłowemu odpowiedzialnemu za zaprojektowanie elektroniki sterującej, oprogramowania oraz systemu wizji.

Projekt zarówno ramion robotycznych SFR jak i STA jest oparty o doświadczenia zdobyte w trakcie opracowywania przez koncern Leonardo modeli DELIAN oraz DEXARM, które nadal są uważane za standardy na europejskim rynku kosmicznym. Ponadto firma ma ogromną wiedzę w sektorze wierceń kosmicznych, jako że opracowała wiertła dla takich misji, jak Rosetta, ExoMars oraz Luna-27.

Dla misji MSR, koncern Leonardo wniesie także wkład w statek Earth Return Orbiter (ERO) poprzez Thales Alenia Space (spółka joint venture Thales 67 proc. i Leonardo 33 proc.), która będzie odpowiedzialna za dostarczenie systemów komunikacji umożliwiających przekazywanie danych między Ziemią, ERO i Marsem, prace projektowe nad niezwykle istotnym modułem Orbit Insertion Module, zarządzanie fazą integracji i testów montażu (Assembly Integration and Test – AIT) dla modelu Proto-Flight statku ERO.

Mars Sample Return (MSR)

Wspólna misja ESA/NASA MSR obejmuje trzy misje, które będą wdrażane począwszy od roku 2020. Misje będą ze sobą współpracować w celu osiągnięcia ambitnego celu sprowadzenia na Ziemię próbek gleby marsjańskiej do roku 2031.

Pierwsza misja NASA “Mars2020”, wystrzelona w lipcu, będzie polegała na tym, że łazik Perseverance przewierci się przez glebę i pobierze trochę próbek gruntu marsjańskiego. Perseverance szczelnie zamknie próbki skał i gleby w odpowiednich zasobnikach i umieści je w strategicznych miejscach w oczekiwaniu na przejęcie przez kolejne misje.

W 2026 roku Ziemię opuści “Sample Retrieval Lander”, czyli druga misja MSR. Ta misja składa się z trzech elementów: lądownika NASA, łazika do pobierania próbek ESA (Sample Fetch Rover), oraz pojazdu startującego z Marsa (Mars Ascent Vehicle (MAV). Koncern Leonardo jest zaangażowany w badania nad ramionami lądownika NASA i łazika ESA, które będą miały różne cechy i zadania. Wykorzystując robotyczne ramię, łazik będzie szukał i pobierał zasobniki z próbkami oraz przewoził je do lądownika NASA. Następnie, wykorzystując swoje ramię ESA, lądownik NASA przeniesie próbki do MAV, który wystrzeli je w specjalnej kapsule na orbitę Marsa.

I wreszcie ostatnia misja, statek “Earth Return Orbiter” (ERO), będzie miała za zadanie odebranie kapsuły z próbkami z orbity i sprowadzenie jej na Ziemię. Poprzez Thales Alenia Space, koncern Leonardo będzie zaangażowany w wyposażenie statku ERO w kluczowe elementy. Lądowanie ERO ma nastąpić w amerykańskim stanie Utah.

10 marek najczęściej wykorzystywanych przez hakerów w atakach phishingowych

Microsoft, DHL, Google, PayPal i Netflix – to najczęściej wykorzystywane marki, pod które podszywają się hakerzy, aby podstępnie wykorzystać nasze dane. Prym wiedzie Microsoft – twierdzą specjaliści cyberbezpieczeństwa z Check Point Research w najnowszym raporcie Brand Phishing Report for Q3 2020. W trzecim kwartale 2020 roku blisko jedna piąta tego typu ataków wykorzystywała wizerunek firmy z Redmond.

Na łamach najnowszego kwartalnego raportu dotyczącego phishingu, badacze bezpieczeństwa firmy Check Point zwracają uwagę na czołowe marki, pod które najczęściej podszywają się cyberprzestępcy, aby skłonić nas do ujawnienia swoich danych osobowych lub płatności.

W III kwartale 2020 r. firmą najczęściej wybieraną przez cyberprzestępców w swoich działaniach był Microsoft – aż 19% wszystkich prób phishingu na całym świecie miało związek z wizerunkiem technologicznego giganta. Eksperci z Check Point twierdzą, że cyberprzestępcy wybrali firmę z Redmond, której sztandarowym produktem jest pakiet biurowy Office, by wykorzystać masową pracę zdalną w związku z pandemią Covid-19. W poprzednim zestawieniu, dotyczącym drugiego kwartału roku, Microsoft stanowił jedynie 7% wszystkich prób phishingu wykorzystującego globalne firmy.

Check Point w swoim raporcie przedstawił pełną listę najczęściej wykorzystywanych marek w atakach phishingowych:

  1. Microsoft (19% wszystkich ataków z wykorzystaniem znanych marek)
  2. DHL (9%)
  3. Google (9%)
  4. PayPal (6%)
  5. Netflix (6%)
  6. Facebook (5%)
  7. Apple (5%)
  8. Whatsapp (5%)
  9. Amazon (4%)
  10. Instagram (4%)

Co ciekawe, po raz pierwszy w 2020 roku pierwszej dziesiątce rankingu znalazł się DHL, który od razu zajął drugie miejsce, z 9% wszystkich prób phishingu.

Eksperci wskazują, że najczęstszym wektorem ataków były wiadomości e-mail, które odpowiadały za 44% wszystkich prób phishingu. Podobną ilość (43%) ataków przeprowadzono za pomocą stron internetowych, natomiast pozostałe próby wyłudzenia informacji były realizowane za pomocą mobile’u.

E-mail – TOP3 wykorzystywanych mar:

  1. Microsoft
  2. DHL
  3. Apple

Web – TOP3 wykorzystywanych marek:

  1. Microsoft
  2. Google
  3. PayPal

Mobile – TOP3 wykorzystywanych marek:

  1. Whatsapp
  2. PayPal
  3. Facebook

– Pracownicy zdalni są obecnie centralnym punktem dla hakerów. Miliony ludzi pracują zdalnie, a wielu z nich robi to po raz pierwszy w życiu. Ta nagła zmiana pozostawiła wiele firm i ich pracowników nieprzygotowanych do radzenia sobie z najnowszymi cyberatakami. – wyjaśnia Omer Dembinsky, menedżer działu danych wywiadowczych w Check Point – Hakerzy, wyczuwając wielką szansę, podszywają się pod najbardziej znaną markę w pracy: Microsoft. Spodziewam się, że podszywanie się pod Microsoft będzie kontynuowane wraz z przełomem nowego roku. Zachęcam wszystkich pracowników zdalnych do zachowania szczególnej ostrożności podczas odbierania wiadomości e-mail. Jeśli dostaniesz e-maila na temat swojego konta Microsoft bądź wyjątkowo czujny.

Badanie Ericsson: Polacy czekają na sieć 5G „Made in Poland”

71% Polaków uważa, że produkcja komponentów do budowy sieci 5G powinna być w rękach firm z Polski lub Europy – wynika z badania SW Research na zlecenie firmy Ericsson*. Respondenci wysoko ocenili wkład lokalnie działających firm w rozwój technologii teleinformatycznych na świecie, co znajduje potwierdzenie w rzeczywistości. W Łodzi i Krakowie działają centra badawczo-rozwojowe, a w Tczewie produkuje się sprzęt 5G dla Polski i innych krajów Europy. 31% badanych dodatkowo uważa, że sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna, czyli kluczowa dla bezpieczeństwa narodowego i stabilnego rozwoju gospodarki.

Pierwszeństwo dla dostawców lokalnych

Oczekiwania biznesu i konsumentów wobec 5G są bardzo duże. Uruchomienie sieci piątej generacji będzie wymagało od operatorów sieci komórkowych zmiany sprzętu i oprogramowania. Według uczestników badania za budowę sieci 5G w kraju powinna odpowiadać firma z Polski (53%) lub Europy (16%). W przypadku miejsca produkcji komponentów do budowy sieci 5G, respondenci największym zaufaniem darzą firmy prowadzące produkcję w Polsce (54%), w Europie (17%), a w dalszej kolejności w Stanach Zjednoczonych (4,4%) i Azji (2,5%). Dla blisko co czwartego respondenta lokalizacja produkcji czy pochodzenie geograficzne firmy nie mają znaczenia.Wykres_SW Research_Ericsson

Technologia 5G z Polski dla Europy

Wkład działających w Polsce firm w rozwój światowych technologii teleinformatycznych został oceniony jako wysoki przez 30% badanych. Ten patriotyzm technologiczny i priorytetowe traktowanie Polski i Europy przez respondentów znajdują pokrycie w rzeczywistości. Na przykład, spośród jedenastu fabryk produkujących sprzęt Ericsson na świecie, jedna znajduje się w Polsce. W Tczewie powstają urządzenia radiowe gotowe obsłużyć 4G i 5G „Made in Poland”. W przyszłości sprzęt znad Wisły zostanie wykorzystany do budowy sieci 5G w Polsce oraz w innych krajach Europy.

W Polsce również działa drugie pod względem wielkości centrum badań i rozwoju firmy Ericsson na świecie, które w Krakowie i Łodzi zatrudnia około 1800 osób. Efekty pracy polskich inżynierów wykorzystują operatorzy telekomunikacyjni w wielu krajach, w Polsce są nimi Play i Polkomtel.

Wzrost konkurencyjności gospodarki

63% badanych uważa, że technologia 5G zwiększy konkurencyjność polskiej gospodarki wobec innych krajów UE. Zdaniem respondentów największy potencjał wykorzystania technologii 5G ma sektor telekomunikacyjny (63%). Ponad 1/4 respondentów wskazuje na logistykę i edukację (27%), a jedna na pięć osób branżę rozrywkową (21%). Korzyści dla wielu gałęzi gospodarki potwierdza również najnowszy raport agencji Analysys Mason, specjalizującej się w badaniach i analizach rynku telekomunikacyjnego. Według jej szacunków uruchomienie sieci 5G w Polsce przyniesie największe korzyści firmom z branży produkcyjnej i logistycznej, które dzięki sieci piątej generacji mogą zyskać ponad 7 mld EUR.

Wiedza o wpływie sieci 5G na bezpieczeństwo zbyt mała?

Ciekawe wyniki przynosi odpowiedź na pytanie dotyczące bezpieczeństwa danych w sieciach 5G. 30% respondentów uważa, że sieć 5G powinna być traktowana jako infrastruktura krytyczna. Takie stanowisko jest zgodne z wytycznymi UE oraz ekspertów z zakresu cyberbezpieczeństwa. Zaskakujące jest jednak to, że blisko połowa osób (48%) nie potrafi wyrazić swojego zdania w tej kwestii.

„Wiele osób nie docenia faktu, że bezpieczeństwo prywatnych danych czy pracy najważniejszych systemów informatycznych zależy również od technologii używanej do budowy infrastruktury telekomunikacyjnej. Sieć 5G będzie nową platformą komunikacji dla struktur administracji publicznej i wszystkich gałęzi gospodarki. Dlatego należy pamiętać, że sieć piątej generacji nie jest kolejnym G i musi być traktowana jako infrastruktura krytyczna, od której zależy sprawne działanie państwa i stabilność gospodarki” – komentuje Marcin Sugak, ekspert firmy Ericsson.

Polska u progu 5G

W Polsce technologia 5G jest już dostępna, ale konieczne jest przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Sprzęt firmy Ericsson jest gotowy do pracy w sieci 5G już od 2015 roku. Jest to możliwe dzięki aktualizacji do 5G za pomocą zdalnej instalacji oprogramowania. Do tej pory do operatorów na całym świecie wysłanych zostało ponad 5 milionów anten 5G. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W lutym 2020 r. Ericsson ogłosił uruchomienie komercyjnej sieci 5G z operatorem Polkomtel oraz badawczej sieci na Politechnice Łódzkiej. Ericsson prowadzi testy 5G z innymi operatorami i podmiotami w Polsce.

Ericsson posiada obecnie ponad 110 komercyjnych umów 5G, z których ponad 60 to aktywne sieci działające w ponad 30 krajach. Ericsson jest również liderem w standaryzacji 5G, z większością udziałów dla 4G i 5G. Biorąc pod uwagę deklaracje zgłoszone do Europejskiego Instytutu Norm Telekomunikacyjnych (ETSI), stosując filtr niezbędności, Ericsson jest na szczycie wyścigu patentowego 5G. Według analizy firmy prawnej Bird & Bird, Ericsson posiada największą liczbę znaczących patentów SEP (standard-essential patent) związanych z 5G na świecie (15,8%).

*Badanie przeprowadzone w październiku 2020 roku przez SW Research na zlecenie Ericsson na reprezentatywnej grupie Polaków powyżej 16. roku życia. Przeprowadzono 806 ankiet, a reprezentatywność była kontrolowana pod względem podstawowych zmiennych demograficznych: płci, wieku oraz wielkości miejscowości zamieszkania.

PINK opublikował dane dot. biurowych rynków regionalnych za pierwsze trzy kwartały

Polska Izba Nieruchomości Komercyjnych opublikowała dane dotyczące rynku powierzchni biurowych na ośmiu głównych rynkach regionalnych w Polsce (Kraków, Wrocław, Trójmiasto, Katowice, Poznań, Łódź, Szczecin, Lublin) za trzy pierwsze kwartały 2020 roku. Źródłem informacji są firmy doradcze działające na rynku nieruchomości komercyjnych (BNP Paribas Real Estate, CBRE, Colliers International, Cresa, Cushman&Wakefield, JLL, Knight Frank, Savills), a podsumowanie dotyczy zasobów nowoczesnej powierzchni biurowej, nowych obiektów oddanych do użytku, liczby i wielkości transakcji wynajmu oraz ilości powierzchni niewynajętej.

Na koniec trzeciego kwartału 2020 roku łączne zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej na ośmiu rynkach regionalnych wyniosły około 5,7 mln mkw. Najwięcej powierzchni zlokalizowane jest w Krakowie (1 521 400 mkw.), Wrocławiu (1 235 000 mkw.) oraz Trójmieście (898 800 mkw.).

W ciągu dziewięciu pierwszych miesięcy 2020 roku do użytkowania oddano obiekty o łącznej powierzchni ponad 305 100 m kw., z czego najwięcej w Krakowie (ok. 107 300 m kw.), Trójmieście (60 300 m kw.) oraz Wrocławiu (57 200 m kw.).

Na koniec trzeciego kwartału 2020 roku na ośmiu głównych rynkach regionalnych do wynajęcia od zaraz pozostawało prawie 679 600 m kw. powierzchni biurowej, czego wynikiem jest stopa pustostanu na poziomie 11,9% (wzrost o 1,7 p.p. kw./kw.). Najwyższy współczynnik pustostanów odnotowano w Łodzi i Wrocławiu – 14,3 %, najniższy w Katowicach – 7,0%.

Całkowity wolumen transakcji najmu zarejestrowanych w pierwszych trzech kwartałach 2020 roku wyniósł 459 500 m kw., co jest wartością o 11% mniejszą niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Natomiast w samym trzecim kwartale 2020 roku wynajęto 40% mniej powierzchni niż przed rokiem. Od początku 2020 roku najwięcej powierzchni zostało wynajęte w Krakowie (140 000 m kw.) i Wrocławiu (108 800 m kw.).

W okresie od stycznia do września 2020 roku najwyższy udział w strukturze popytu przypadł nowym umowom: 48% (włączając umowy przednajmu oraz powierzchnie na potrzeby własne właściciela nieruchomości). Renegocjacje i przedłużenia obowiązujących kontraktów odpowiadały za 38% zarejestrowanego popytu, a ekspansje za 14%. W samym trzecim kwartale 2020 roku największy udział stanowiły transakcje odnowieniowe – 52%, natomiast na umowy nowe oraz ekspansje przypadło odpowiednio 31% i 17%.

Wśród największych transakcji zawartych w ciągu pierwszych trzech kwartałów 2020 roku można wymienić odnowienie umowy ABB w biurowcu Axis w Krakowie (20 000 m kw.), transakcję przednajmu firmy Fujitsu Technology Solutions w budynku Fuzja w Łodzi (16 300 m kw.), transakcję klienta poufnego w krakowskim Tertium Business Park II (14 500 m kw.) oraz dwa odnowienia umów przez firmę Nokia Solutions and Networks pierwsze w budynku West Link (14 400 m kw.), drugie w budynku West Gate (14 100 m kw.) oba zlokalizowane we Wrocławiu.

Dane satelitarne mogą pomóc w ratowaniu zdrowia Europejczyków

Zanieczyszczenie powietrza ma coraz większy wpływ na stan zdrowia ludzi. W Europie jest powodem już co ósmego zgonu. Monitorowanie jakości powietrza za pomocą satelitów może przyczynić się do lepszego informowania o jakości powietrza w krajach europejskich. To novum, ponieważ tradycyjnie wykorzystywano w tym celu tylko pomiary naziemne.

Raport EEA

Raport Europejskiej Agencji Środowiska (EEA) w dużej mierze opiera się na danych WHO (World Health Organization), dotyczących przyczyn zgonów i chorób ludzi na całym świecie. Z analizy wynika, że jakość środowiska w ogromnej mierze determinuje nasze samopoczucie i stan zdrowia. Zanieczyszczenie atmosfery to obecnie jeden z największych problemów środowiskowych na Ziemi. Według raportu EEA, zanieczyszczenie powietrza, hałas, skutki zmian klimatycznych, takie jak fale upałów a także narażenie na niebezpieczne chemikalia, powodują pogorszenie stanu zdrowia wielu Europejczyków. Zła sytuacja środowiska odpowiada już za 13 proc. zgonów w Europie.

Głównym zagrożeniem dla zdrowia Europejczyków pozostaje zanieczyszczenie powietrza, powodując w krajach UE 400 tys. przedwczesnych śmierci rocznie. Na drugim miejscu znajduje się zanieczyszczenie hałasem, które przyczynia się do 12 tys. przedwczesnych zgonów. Kolejnym „cichym mordercą” są skutki zmian klimatu, zwłaszcza fale upałów.

Obciążenie zanieczyszczeniem i zmianą klimatu jest różne, z wyraźnymi różnicami między wschodem i zachodem Europy. Najwyższy odsetek zgonów tego typu przypisuje się środowisku w Bośni i Hercegowinie (27 proc.), a najniższy w Islandii i Norwegii (9 proc.). Szczególnie wrażliwe na te zagrożenia są te miasta, które mają mniejszy dostęp do terenów zielonych i ograniczone zasoby wodne.

Informacje o Ziemi wprost z satelitów

W 2020 roku dane satelitarne były szeroko wykorzystywane do monitorowania wahań jakości powietrza wywołanych ograniczeniami związanymi z pandemią COVID-19. W ramach programu obserwacji Ziemi Copernicus, koordynowanego przez Komisję Europejską we współpracy z Europejską Agencją Kosmiczną ESA, dane satelitarne dotyczące jakości atmosfery dostarcza m. in. satelita Sentinel-5P.

Wiosną tego roku zdjęcia z europejskiego satelity Sentinel-5P ukazały swą użyteczność szerokiemu gronu odbiorców, przedstawiając wyraźne różnice w składzie, a tym samym zanieczyszczeniu atmosfery przed lockdownem oraz w trakcie jego trwania. Analizy porównawcze obrazów znad Chin i Europy wyraźnie wskazywały różnice w jakości powietrza, na które mają wpływ produkcja przemysłowa, ruch miejski czy transport. To tylko przykładowe zastosowania obrazowania satelitarnego w analizie jakości atmosfery – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska, Project Manager w CloudFerro, firmie która na zlecenie ESA zbudowała i jest operatorem platformy CREODIAS, umożliwiającej dostęp do danych satelitarnych oraz ich przetwarzanie w chmurze obliczeniowej. CREODIAS jako jeden z pięciu DIAS-ów (DIAS – Data and Information Access Services) jest częścią programu Copernicus.

Analiza zanieczyszczenia przed i trakcie pandemii

Naukowcy z Królewskiego Niderlandzkiego Instytutu Meteorologicznego (KNMI) i Królewskiego Belgijskiego Instytutu Aeronomii Kosmicznej (BIRA-IASB) wykorzystali informacje z satelity Sentinel-5P oraz dane naziemne, aby określić korelację między COVID-19 a skutkami zanieczyszczenia powietrza nad Europą. Analiza wykazała, że najsilniejsze spadki, wynoszące nawet 50 proc., odnotowano w pierwszym etapie blokady w Europie Południowej (w Hiszpani, Włoszech i Francji). W lipcu i sierpniu 2020 stężenia były nadal o 10-20 proc. niższe od poziomów sprzed wybuchu pandemii.

Jak twierdzi Bas Mijling, badacz atmosfery w KNMI: – Środki bezpieczeństwa wprowadzone w Berlinie spowodowały spadek zanieczyszczeń o około 20 proc., z niewielkimi wahaniami obserwowanymi do sierpnia. Zdecydowanie mniejsze spadki zanieczyszczeń powietrza odnotowały satelity w Europie Wschodniej niż Zachodniej, gdzie podczas ścisłego lockdownu obserwowano spadki nawet o połowę.

Co istotne, porównanie pomiarów satelitarnych z pomiarami naziemnymi wykazuje zgodność. Stanowi to kolejny krok do bardziej powszechnego wykorzystania pomiarów atmosfery z kosmosu do raportowania jakości powietrza.

Sentinel-5P do zadań specjalnych

Wspomniany wcześniej satelita Sentinel-5P, wyposażony w skaner TROPOMI, monitoruje jakość powietrza i warstwę ozonową oraz obserwuje zmiany klimatyczne.

Platforma CREODIAS umożliwia łatwy i szybki dostęp do produktów tego satelity, są to dane takie jak: aerozole, zachmurzenie, zawartość CO, HCHO, NO2, NP, O3, SO2. Parametry te determinują ogólnie pojętą jakość powietrza, wpływającą na zdrowie i długość życia ludzi oraz stan ekosystemów. Dzięki bieżącemu dostępowi do aktualnych, obiektywnych danych satelitarnych w czasie niemal rzeczywistym, monitoring staje się znacznie łatwiejszy. Korzystają z tego nie tylko instytucje naukowe, ale również rządy państw czy ich zrzeszenia, takie jak Komisja Europejska – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska z CloudFerro.

Informacje gromadzone za pomocą urządzenia -5P są przechowywane i dostępne w domenie publicznej, m.in. na platformie CREODIAS, której operatorem jest CloudFerro. – Naukowcy, badacze i firmy zainteresowane wykorzystaniem danych dotyczących atmosfery mają nie tylko do nich dostęp, ale także, za pośrednictwem maszyny wirtualnej, którą można łatwo utworzyć na platformie CREODIAS, mogą je przetwarzać w chmurze, bez konieczności pobierania ich na własny komputer. Platforma oferuje także narzędzia dedykowane analizie informacji z TROPOMI, ułatwiające przetwarzanie, filtrowanie oraz wizualizację danych atmosferycznych, dla dowolnego obszaru na Ziemi i dowolnego zakresu dat – wyjaśnia dr Sylwia Nasiłowska.

Dane satelitarne dotyczące gazów cieplarnianych, jakości powietrza i wody są już wykorzystywane do raportowania związanego z wieloma wskaźnikami klimatycznymi, które mają wpływ na zdrowie i życie mieszkańców Ziemi. Na razie korzystają z nich głównie instytucje zaangażowane w ochronę zdrowia, ale jest to także ogromny potencjał dla biznesu – firmy i startupy mogą tworzyć zupełnie nowe aplikacje i usługi, wykorzystujące satelitarne dane środowiskowe oraz służące ochronie zdrowia. Przykładem może być aplikacja dla osób, które często biegają czy uprawiają sport na świeżym powietrzu, która informuje o aktualnej sytuacji w danym miejscu. Warte uwagi są także rozwiązania symulujące zmiany klimatyczne, wykorzystywane do planowania terenów zurbanizowanych, przesiedleń ludności czy monitorowania miejsc najbardziej narażonych i niebezpiecznych do zamieszkania przez człowieka.

Polska jest na 4 miejscu na świecie pod względem poziomu cyfryzacji w bankowości

Ograniczenia związane z COVID-19 znacząco wpływają na sposób obsługi klientów przez instytucje finansowe, ale prowokują też do wprowadzenia nowych cyfrowych funkcjonalności. 41 proc. banków w skali światowej zwiększyło limit płatności zbliżeniowych, a ponad jedna trzecia wdrożyła w pełni cyfrowe procesy jak np. otwieranie rachunków.

„Badanie Digital Banking Maturity 2020. How banks are responding to digital (r)evolution?” przeprowadzone przez firmę doradczą Deloitte pokazuje wyraźne przyspieszenie rozwoju kanałów cyfrowych banków. Jak będzie wyglądał ich rozwój w Polsce po pandemii? O tym i o wynikach badania podczas debaty w ramach Europejskiego Kongresu Finansowego online, której gospodarzem był Deloitte, dyskutowali przedstawiciele ING Banku Śląskiego S.A., mBanku oraz Santander Bank Polska.

W wyniku pandemii 60 proc. banków na całym świecie skróciło godziny pracy swoich oddziałów lub w ogóle je zamknęło. Z badania „Digital Banking Maturity” wynika także, że 11 proc. banków zrezygnowało z wybranych metod otwierania rachunków dla klientów, a kolejne 6 proc. przestało przyjmować nowych klientów. – Z drugiej jednak strony COVID-19 ewidentnie przyspieszył rozwój kanałów cyfrowych. Ponad 40 proc. banków na świecie niemal od razu zwiększyło limit płatności zbliżeniowych, a 34 proc. wdrożyło w pełni cyfrowe procesy. Tak szybka reakcja oznacza, że za sprawą pandemii instytucje finansowe w pełni zaczęły wdrażać procesy, które miały już wcześniej przygotowane. To znakomita wiadomość, że Polska tak dobrze wypadła na tle 39 krajów biorących udział w badaniu. Zajęliśmy 4 miejsce, jeśli chodzi o rozwój kanałów cyfrowych w bankowości – mówi Michael Wodzicki, Partner odpowiedzialny za obszar strategii, lider centrum usług dla bankowości i ubezpieczeń, Deloitte. Polskę wyprzedziły Turcja, Hiszpania i Belgia.

Banki stawiają na digitalizację

Aż 5 z 13 rodzimych banków przebadanych przez Deloitte okazało się być cyfrowymi liderami. Większość polskich placówek od dawna stawia na digitalizację, zwiększając, w różnym tempie, liczbę usług dostępnych w kanałach cyfrowych. Przedstawiciele banków i goście debaty przyznają, że poza oczywistymi ograniczeniami, pandemia niewiele zmieniła. Utrudniony z pewnością, przynajmniej w początkowej fazie pandemii, był kontakt z klientem. Wychodząc temu naprzeciw ING Bank Śląski postawił na sposób najszybszy w tej sytuacji i zapewniający najszerszy dostęp do klientów – social media, które wcześniej służyły do komunikacji marketingowej.

Z kolei Santander Bank Polska organizował także webinaria dla klientów, w tym dla przedsiębiorców. Dzięki takiemu podejściu kontakt z klientami udało się utrzymać mimo bariery fizycznej.

– Pandemia pomogła przekonać nieprzekonanych – zarówno klientów jak i banki. Ci, którzy mieli karty i dostęp do internetu, ale z nich nie korzystali – zaczęli to robić. Ruch cyfrowy, płatności bezgotówkowe – to wszystko wzrosło i na pewno zostanie na stałe. Ostatnie miesiące pokazały nam, że musimy się skoncentrować i przyspieszyć procesy cyfryzacji tak, żeby klient w każdej sprawie zdalnie, w pełni cyfrowo i wygodnie mógł współpracować z bankiem i zawsze miał wybór, czy chce daną sprawę załatwić w oddziale czy online – mówi Andrzej Pyka, dyrektor transformacji bankowości detalicznej, Santander Bank Polska.

Cyfrowy znaczy bardziej rentowny

W Polsce jak i na świecie banki, które są cyfrowymi liderami osiągają lepsze wyniki finansowe. Rentowność kapitału własnego (ROE) w przypadku banków na świecie wynosi ok. 2 pp. i 1 pp. w przypadku banków w Polsce. Co równie ważne, liderzy cyfrowi zarówno na świecie jak i w kraju mają także niższe koszty w stosunku do dochodów o ok. 4 pp.

Uczestnicy debaty zauważyli, że prawdziwie cyfrowy bank to bank zdigitalizowany od początku do końca, w którym procesy wewnętrzne również dzieją się automatycznie, co podnosi efektywność kosztową. Jak tłumaczył Andrzej Pyka – oferując klientom wielość kanałów, bank przyciąga nowych, aktywnych klientów, co też wpływa na jego przychody.

Dlatego zdaniem eksperta Deloitte w bankach cyfrowych na znaczeniu będzie zyskiwać skala, bowiem nawet przy podwojeniu liczby klientów w ich przypadku koszt obsługi nie wzrasta.

– Rzeczywistość jest nieco bardziej skomplikowana. Tak naprawdę tylko banki, które miały wysokie wskaźniki i wysokie przychody, mogły pozwolić sobie na inwestycje w cyfryzację. Na ROE może to dobrze wpływać tylko wówczas, gdy inwestując w IT, rezygnujemy z innych inwestycji. Ważne też czy jesteśmy w stanie utrzymać koszty IT na niezmienionym poziomie. Niestety przy dzisiejszym stopniu złożoności nowych technologii koszty IT rosną – mówi Jacek Iljin, dyrektor zarządzający, mBank.

Jak zauważył Marcin Giżycki, Wiceprezes Zarządu ING Banku Śląskiego S.A., to klienci są aktywni – dają znać o potrzebach, o tym jakie usługi czy produkty powinny być dostępne elektronicznie. Kluczowe jest słuchanie tych potrzeb i szybkie zastosowanie rozwiązań bankowych. Dlatego jego zdaniem banki bardziej zdigitalizowane mają lepsze wyniki, ponieważ lepiej odpowiadają na konkretne potrzeby klientów.

Bankowość mobilna coraz ważniejsza

W stosunku do poprzedniego raportu Deloitte polskie banki powiększyły swoją przewagę zarówno w bankowości internetowej jak i mobilnej o 6 pp., podczas gdy średnia w przypadku banków na świecie wyniosła 5 pp. W ostatnich latach można zaobserwować wzrost znaczenia roli kanału mobilnego. W Polsce 85 proc. kont jest otwieranych w kanale mobilnym, a 46 proc. w kanale internetowym. Na świecie to odpowiednio 58 proc. i 55 proc. Zdaniem Deloitte bankowość mobilna to przyszłość, internet z czasem będzie miał funkcję jedynie informacyjną.

– Przy zdalnym bankowaniu customer experience powinien być taki sam na każdym z urządzeń. Dlatego w ING projektujemy nasze serwisy responsywnie i dopasowując do użyteczności oraz funkcjonalności naszych klientów. Finalnie to klient decyduje, z jakiej formy kontaktu z bankiem może i chce skorzystać. W naszym przypadku bankowość mobilna ma jednak dużo większy zasięg i dostępność niż bankowość przeglądarkowa – mówi Marcin Giżycki.

Z kolei Jacek Iljin nie spodziewa się w przypadku banków omnikanałowych gwałtownej zmiany i inwestycji tylko w jeden – mobilny kanał. Jak zauważa, praca z domu staje się coraz bardziej popularnym rozwiązaniem, a to oznacza zwrot w kierunku dużych ekranów i komputerów.

Rola banków przyszłości

Wyniki badania Deloitte pokazują, że choć pod względem rozwoju cyfrowych kanałów bankowości detalicznej Polska znajduje się w gronie światowych liderów, to nadal istnieją obszary, których potencjał nie został jeszcze w pełni przez branżę wykorzystany. Chodzi o tzw. usługi pozabankowe, które nie odgrywają jeszcze kluczowej roli w propozycji dla klientów, ale wyróżniają banki, które je świadczą na tle innych i mogą mieć wpływ na zwiększenie ich atrakcyjności. Paneliści byli zgodni co do tego, że widzą ogromny potencjał w dystrybucji przez ich instytucje kapitału z programów rządowych takich jak 500+ czy tarcza antykryzysowa.

– Jako jeden z największych inwestorów w technologię banki mają znaczącą rolę. Myślę, że ciekawa jest tocząca się właśnie debata na temat usług dodanych w sektorze bankowym, bo to ona przyniesie odpowiedź, czy banki ograniczą się do dotychczasowych aktywności, czy będą grały większą rolę i rozszerzą swoją działalność. Aby znaleźć odpowiedź, banki powinny uważnie śledzić zachowania swoich klientów. Wzorem mogą być azjatyckie instytucje finansowe, które zaczęły grać istotną rolę w różnych sferach pozabankowych – podsumowuje Michael Wodzicki.

O badaniu
Pięć lat temu, podczas Europejskiego Kongresu Finansowego w Sopocie, firma doradcza Deloitte przeprowadziła badanie dojrzałości cyfrowej banków detalicznych „Digital Banking Maturity”, które potwierdziło, że Polska jest jednym z liderów w dziedzinie rozwoju cyfrowych kanałów bankowości detalicznej. Od tego czasu badanie prowadzone jest regularnie, a najnowsza edycja jest największą z dotychczasowych i obejmuje 318 banków w 39 krajach.

Robert Gajda dołączył do zarządu Microsoft w Polsce

Polski oddział Microsoft rozszerzył zespół kierownictwa firmy. Do zarządu dołączył Robert Gajda w roli Specialist Team Unit Lead in Poland.

Robert Gajda posiada 25-letnie doświadczenie na rynku technologii IT dla biznesu. Do Microsoft dołączył w sierpniu 2010 roku. Przez pierwsze 5 lat w Microsoft był odpowiedzialny za opracowanie i realizację strategii wykorzystania m.in. usług chmurowych platformy Azure przez partnerów Microsoft w dziale Developer Experience (Microsoft DX) oraz kierował zespołem sprzedaży do dużych klientów jako Solution Sales Manager w Specialist Team Unit (STU) – zespole konsultantów technologicznych i biznesowych skupionych wokół zdefiniowanych obszarów transformacji cyfrowej oraz określonych segmentów klientów. Robert Gajda był również odpowiedzialny za budowanie świadomości, rozwój rynku oraz adopcje usług chmurowych Microsoft w Polsce oraz Europie Środkowo-Wschodniej. Wcześniej pracował w Cisco, gdzie był odpowiedzialny za budowę i realizację strategii sprzedaży w obszarze Advanced & Emerging Technologies w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej

„Zmiana w biznesie zaczyna się od ludzi i to oni są najważniejszym ogniwem i początkiem dyskusji o cyfrowej transformacji w chmurze. Kwestia ta dotyczy przedsiębiorstwa każdego rozmiaru i sektora bez względu na szerokość geograficzną, w której działa. Dołączenie do zarządu Microsoft traktuję jako niezwykłe wyzwanie i cieszę się, że będę miał jeszcze większą możliwość wsparcia naszych klientów na drodze do cyfrowej zmiany, której osią jest właśnie chmura” – mówi Robert Gajda.

Przez ostatnie dwa lata Robert Gajda pełni funkcje Specialist Team Unit Lead w Polsce.

Robert Gajda ukończył Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, Wyższą Szkołę Zarządzania i Marketingu w Warszawie oraz posiada dyplom MBA.

Euro po 4,60?

Ostatnia słaba dyspozycja złotego się przedłuża, w przeciągu ponad tygodnia nasza waluta traci już więcej niż 10 groszy względem euro. Patrząc na klimat na rynku możliwa jest kontynuacja tego ruchu, strach ma wielkie oczy.

Przemysł odżywa

Poznaliśmy dzisiaj dane na temat wzrostu produkcji przemysłowej w Polsce. W skali roku mamy wzrost o 5,9%. Nie jest to powalająca wartość pod kątem tego, jak ten wskaźnik kształtował się w poprzednich kwartałach. Warto jednak odnieść go do wyniku 1,5% miesiąc temu oraz (co ważniejsze) 3,8% będącego oczekiwaniami analityków. Pomimo tych danych złoty jest jednak w odwrocie.

Strach na rynkach

Po bardzo słabych dniach dla złotego ten tydzień wcale nie zaczął się lepiej. Euro jest już ponad 4 grosze droższe niż na początku tygodnia, a mamy dopiero wtorek. Powodów jest kilka, ale można je uprościć jednym słowem “strach”. Z jednej strony można wskazywać na sytuację pandemiczną w kraju, to jednak nie jest tak, że koronawirus jest tylko w Polsce. Warto natomiast zwrócić uwagę, że sytuacja jest znacznie szersza, co widać chociażby po nagłych spadkach na EURCHF, para ta jest pewnym barometrem strachu, a spadki pokazują, że rynki się boją. Nic dziwnego, że inwestorzy wycofują się również z Polski.

Chiny utrzymują stopy procentowe

Dzisiaj w nocy poznaliśmy informacje o utrzymaniu przez chiński bank centralny stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Wartość 3,85% może wydawać się wysoka jak na europejskie standardy, ale wyzwania, szczególnie w postaci wzrostu cen, przed którymi staje gospodarka chińska, są jednak inne. Warto też zwrócić uwagę, że państwa o niższym poziomie PKB na mieszkańca przeważnie mają niższe stopy procentowe niż państwa wysoko rozwinięte.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Mastercard przedłuża umowę z UEFA Champions League

Mastercard poinformował o przedłużeniu partnerstwa z UEFA Champions League na lata 2021-2024, tym samym kontynuując wieloletnią współpracę, która rozpoczęła się w 1994 roku. Umowa obejmuje również prawa sponsorskie do meczów Superpucharu Europy w 2021, 2022 i 2023 roku.

Mastercard chce łączyć ludzi z ich pasjami, a od 25 lat jest partnerem najważniejszych klubowych rozgrywek piłkarskich w Europie. Tym samym oferuje bezcenne doświadczenia kibicom na całym świecie, również będąc patronem dziecięcej eskorty, w ramach której dzieci są wyprowadzane na murawy boisk przez piłkarzy. W czasie trwającej pandemii dzieci mają możliwość cyfrowego łączenia wideo ze swoimi idolami, kiedy ci przyjeżdżają na areny sportowych zmagań – miało to miejsce przy okazji niedawnych półfinałów i finału Ligi Mistrzów UEFA, jak również Superpucharu Europy. Mastercard realizuje ten pomysł we współpracy z UEFA Foundation for Children.

„Długotrwałość ma zasadnicze znaczenie w budowaniu udanych relacji partnerskich, więc cieszymy się, że możemy rozszerzyć naszą współpracę z Mastercard, szczególnie w tym trudnym, niepewnym czasie dla kibiców oraz sportu na całym świecie. Partnerstwo z globalną marką, taką jak Mastercard, przynosi wiele korzyści i możliwości dla UEFA, a rola technologii cyfrowej staje się coraz ważniejsza w budowaniu głębszych relacji z globalną publicznością. Dlatego tym bardziej jesteśmy podekscytowani kontynuacją współpracy w nadchodzących latach” – mówi Guy-Laurent Epstein, dyrektor ds. marketingu UEFA Events SA.

„Jesteśmy bardzo dumni, że możemy przedłużyć nasze wieloletnie partnerstwo Ligi Mistrzów UEFA. Kluczowe wydarzenia sportowe są dla nas doskonałym sposobem na bezpośrednie połączenie kibiców na całym świecie z ich pasją. Cieszymy się z naszego 27. roku jako oficjalnego sponsora tych rozgrywek i jesteśmy podekscytowani, że będziemy świadkami nowych, bezcennych chwil w Lidze Mistrzów UEFA przez kolejne lata” – dodaje Mark Barnett, prezes Mastercard Europe.

Trwa rewolucja na rynku płatności cyfrowych

Bezpieczne i wygodne metody płatności są niezbędne dla rozwoju sektora e-commerce a biorąc pod uwagę zagrożenie cyberprzestępczością, cały czas w tym zakresie jest bardzo dużo do zrobienia.

Technologie płatności są obecnie jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się obszarów innowacji technologicznych. Inwestorzy stoją w kolejce aby finansować startupy z tej dziedziny. Problem polega jednak na tym, że nie wiemy do końca, które z dziesiątek rozwijanych technologii zostaną finalnie zaakceptowane przez użytkowników.

Niezbędnym warunkiem rozwoju branży e-commerce jest istnienie bezpiecznych i wygodnych metod płatności. Tymczasem wielu klientów cały czas obawia się podawać w sieci numer swojej karty płatniczej i obawy te często są uzasadnione. Kradzieże danych z kart to bardzo lukratywna forma cyber-przestępczości.

Jednak branża technologii finansowych ma już całkiem niezłą odpowiedź na te problemy. Jest nią tokenizacja. W skrócie polega ona na tym, że zamiast danych karty płatniczej, podajemy sprzedawcy jednorazowy, losowo wygenerowany kod zwany przez specjalistów tokenem. Dzięki temu w ogóle nie musimy ujawniać numeru karty płatniczej. Według prognoz serwisu MarketsAndMarkets, wartość światowego rynku tokenizacji w okresie od 2018 do 2023 roku wzrośnie z 983 milionów do 2,67 miliarda dolarów. Liderami rynku są niedawno połączone amerykańskie firmy Fist Data i Fiserv, ponadto istotnymi graczami są holenderskie Gemalto i brytyjski Micro Focus.

Dynamika rynku tokenizacji jest bardzo dobrze wyceniana przez inwestorów. Wartość akcji First Data wzrosła o ponad 91% od początku 2018 roku. Technologia rozwija się dynamicznie również w Polsce dzięki stworzonemu przez największe polskie banki systemowi płatności Blik. Obsługuje on już rocznie setki milionów transakcji. Są też inne rozwiązania. Niektóre banki oferują na przykład tokeny w formie jednorazowych kart płatniczych. W takim wypadku bez obaw możemy podać numer karty w internecie.

Kolejny obszar intensywnego rozwoju to systemy płatności wykorzystujące dane biometryczne, takie jak skan odcisku palca, rozpoznawanie głosu czy trójwymiarowy skan twarzy użytkownika. Te technologie, oprócz tego że należą do obecnie najbezpieczniejszych, mogą umożliwić przeprowadzenie silnego uwierzytelnienia transakcji elektronicznych w sposób bardzo wygodny dla użytkownika.

Zmienia się również sposób obsługi przyjmowania płatności przez internetowe i tradycyjne punkty sprzedaży. Rozwój płatności bezdotykowych powoduje, że płatności będzie można przyjmować przy użyciu aplikacji zainstalowanych na zwykłych smartfonach lub tabletach. Bardzo rozpowszechnione obecnie terminale służące do płatności kartami i telefonami będą coraz mniej potrzebne. Przyjmowanie płatności nie będzie wymagało osobnej infrastruktury, co będzie miało wpływ na obniżkę kosztów i zwiększenie efektywności pracy zarówno przez małe i średnie przedsiębiorstwa jak i obsługujące je instytucje finansowe.

Ambitni inwestorzy powinni bardzo dokładnie obserwować rynek płatności elektronicznych. Nie tylko z racji na jego aktualną dynamikę ale i znaczenie dla rozwoju całej gospodarki a w szczególności sektorów e-commerce i MŚP. Nie ma też wątpliwości, że w zakresie technologii płatności2020 internetowe startupy wpadną jeszcze na bardzo wiele interesujących pomysłów.

Autor: Bartosz Tomczyk, przewodniczący Rady Nadzorczej polskiego fintechu Provema

Edukacja menedżerska na covidowym zakręcie

Pandemia COVID-19 postawiła przed branżą edukacji menedżerskiej poważne wyzwania. Wymogi i ograniczenia sanitarne zmusiły szkoły biznesu i firmy szkoleniowe do zmiany modelu nauczania. Kto się nie dostosuje i nie sprosta wymogom „nowej rzeczywistości” może wypaść z rynku.

Obiekty wielu uczelni stoją obecnie puste lub wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Niezagospodarowana przez wiele miesięcy infrastruktura stanowić będzie znaczne obciążenie kosztowe. Duża część zajęć odbywa się zdalnie. Jednakże nawet studenci wywodzący się z młodego pokolenia, którzy przyzwyczajeni są do komunikacji online, nie są zadowoleni z jakości prowadzonych programów. Jeśli podobne ograniczenia miałyby się powtórzyć w przyszłości, model instytucji edukacyjnej oparty na rozbudowanej i kosztownej bazie dydaktycznej oraz tradycyjnym procesie nauczania może okazać się trudny do utrzymania.

Klasyczne nauczanie do lamusa

Zarówno duże uczelnie, jaki i mniejsze podmioty stosunkowo sprawnie przestawiły się na prowadzenie zajęć online. Nauczanie zdalne – choć pozbawione części walorów zajęć stacjonarnych – pozwoliło słuchaczom i uczelniom zachować planowane harmonogramy programów. Doświadczenie minionych miesięcy pokazuje jednak dobitnie, że nauczanie online nie sprowadza się do przeniesienia tradycyjnych programów do domeny internetowej. Również powrót, po ustąpieniu pandemii, do dotychczasowych form przekazywania wiedzy wydaje się być niemożliwy.

– Klasyczne nauczanie, nieuwzględniające indywidualnych zainteresowań, preferencji i potrzeb, a także innego stylu uczenia się młodszych pokoleń, będzie coraz mniej atrakcyjne w porównaniu z różnorodną i aktualną ofertą bardziej elastycznych i nowoczesnych ośrodków edukacji menedżerskiej. Model kształcenia, w którym uczelnia jest skarbnicą wiedzy, wykładowca jej dostarczycielem, a słuchacze biernymi odbiorcami, bezpowrotnie odszedł do lamusa. Zadaniem nowoczesnej szkoły biznesu jest stworzenie środowiska sprzyjającego uczeniu się, poszukiwaniu własnych rozwiązań, eksperymentowaniu. Rolą prowadzącego – eksperta, mentora i coacha – jest organizowanie i  moderowanie procesu zdobywania kompetencji, wspieranie osobistego i profesjonalnego rozwoju, wzmacnianie oczekiwanych postaw i wartości. Uczestnicy są w coraz większym stopniu współwłaścicielami i współtwórcami procesu własnego rozwoju zauważa Andrzej Popadiuk, Prezes Zarządu Gdańskiej Fundacji Kształcenia, nagrodzony w tym wymagającym covidowym czasie tytułem Business School Leader of the Year, przyznawanym przez organizację CEEMAN – International Association of Management Development in Dynamic Societies, zrzeszającą uczelnie biznesowe z całego świata.

Elastyczność w cenie

Programy edukacyjne – zarówno akademickie, jaki i szkoleniowe – będą musiały stać się bardziej mobilne, dając możliwość dostępu do treści szkoleniowych w dogodnym czasie, miejscu i formie; bardziej zindywidualizowane, pozwalając na elastyczne komponowanie zawartości szkolenia oraz bardziej praktyczne, dostarczając najbardziej adekwatnych kompetencji i rozwiązań w momencie, gdy  są one potrzebne. Zderzenie tradycyjnego modelu nauczania z aktualnymi oczekiwaniami słuchaczy i dynamicznym rozwojem technologii będzie największym wyzwaniem dla większości uczelni akademickich. W tym względzie mniejsze, niezależne ośrodki szkoleniowe są w znacznie lepszej sytuacji, mając większą łatwość wprowadzania nowoczesnych rozwiązań dydaktycznych.

– Uczelnie biznesowe na całym świecie zdały sobie sprawę, że oderwanie się od biznesowej rzeczywistości, zatracenie się w wyścigu o punkty za teoretyczne publikacje naukowe, a także bardzo nieelastyczny model działalności w zakresie zasobów materialnych i kadrowych, to droga bez przyszłości. W pewnym sensie dla tego środowiska GFKM to szkoła biznesu nowego typu – ucząca z życia, a nie z książek, koncentrująca się na korzyściach dla słuchaczy. Będąc, w porównaniu do światowych uniwersytetów, niewielką organizacją, jest nie tylko reprezentowana we władzach najważniejszych stowarzyszeń szkół biznesu, ale także wyróżniana – ostatnio nagrodą Business School with Significant Impact, wręczaną podczas dorocznej konferencji Baltic Management Development Associacion mówi Andrzej Popadiuk.

Dla większości firm szkoleniowych ograniczenia związane z pandemią okazały się ogromnym wyzwaniem. Najsprawniejsze z nich mogą jednak, poprzez odpowiednie reagowanie na zmienne warunki funkcjonowania, przejść przez ten okres stosunkowo sprawnie, a być może nawet wzmocnić swoją pozycję na rynku edukacyjnym.

– Podczas szkoleń i programów MBA uczymy, że przywództwo osobiste i firmowe polega między innymi na zdolności do działania w zupełnie nowej, szybko zmieniającej się rzeczywistości. Szkolenia i programy GFKM są na bieżąco dostosowywane do wymogów aktualnej sytuacji i uwarunkowań naszych słuchaczy. Zajęcia prowadzone są w trybie stacjonarnym, zdalnym lub hybrydowym. Część odbywa się w salach z zachowaniem najwyższych standardów sanitarnych. Bezpośredni kontakt z prowadzącymi i uczestnikami, dynamika dyskusji, nawiązanie osobistych relacji jest dla wielu ważnym elementem programu szkoleniowego. Zajęcia online pozwalają na udział osobom, które preferują tę formę ze względów zdrowotnych lub logistycznych. Coraz częściej w tej formule prowadzimy także szkolenia dla firm międzynarodowych. Zajęcia hybrydowe, w których część uczestników pracuje w sali, a część zdalnie, jest rozwiązaniem łączącym walory obu rozwiązań. Regularnie wprowadzamy też tematy, które odpowiadają na obecne i przyszłe wyzwania. Obecny okres, pomimo wszystkich obaw i trudności, warto wykorzystać do wzmacniania potencjału własnego i firmowego. Na szkoleniach uczymy zwinnego przywództwa, zarządzania nową organizacją pracy, kierowania rozproszonymi zespołami, motywowania pracowników pracujących zdalnie. Nowa normalność będzie wymagała wielu niestandardowych umiejętności. Inwestycja w rozwój ma obecne szczególne uzasadnienieprzekonuje Andrzej Popadiuk.

Wyzwanie zmian na całym świecie

Międzynarodowe doświadczenia i zaangażowanie Andrzeja Popadiuka, który jest członkiem zarządów European Foundation for Management Development (EFMD) oraz Baltic Management Development Association (BMDA), a także wiceprzewodniczącym European Quality Link (EQUAL), członkiem EPAS Board – European Program Accreditation System oraz Sekretarzem Generalnym European League of Economic Cooperation – Polish Chapter (ELEC), pozwalają odnieść się do sytuacji edukacji biznesowej nie tylko Polsce, ale i na świecie.

– Dominującym tematem w międzynarodowym środowisku szkół biznesu jest oczywiście organizacja zajęć w najbliższych miesiącach. Wiele uczelni planuje zajęcia stacjonarne w ramach programów MBA i szkoleń, natomiast zajęcia zdalne lub hybrydowe na studiach akademickich. Jedna ze znanych brytyjskich szkół biznesu już w maju ogłosiła, że cały rok akademicki 2020/2021 będzie realizowany w trybie online. Początkowo decyzja wywołała spore zaskoczenie, ale intencją uczelni było zapewne pozyskanie studentów zagranicznych, którzy będą studiować na tych samych zasadach co krajowi, pomimo ograniczeń w podróżowaniu. Szkoły, które zdecydowały się na nauczanie online zdają sobie jednak sprawę, że wymaga ono zaawansowanej technologii, nowych kompetencji kadry dydaktycznej i innych metod prowadzenia zajęć, niż podczas tych, które wiosną prowadzone były w awaryjnym trybie za pomocą popularnych platform komunikacyjnychmówi Andrzej Popadiuk.

Zdaniem Prezesa GFKM wypracowanie nowego modelu działania i modyfikacja procesów nauczania będzie dla branży edukacyjnej najpoważniejszym zadaniem na nadchodzące lata.

– Równolegle od dłuższego czasu toczą są dyskusje o konieczności zmiany profilu edukacji akademickiej – wzmocnienia praktycznych aspektów nauczania, zapewnienia przydatności badań naukowych, uwzględniania potrzeb środowiska biznesowego, kształtowania postaw liderów i menedżerów wobec społecznych, środowiskowych i globalnych wyzwań. Są to tematy, które już teraz wpływają na kształt programów edukacyjnych w Europie i na świecie. Żałować można jedynie, że tylko nieliczne polskie uczelnie aktywnie uczestniczą w tych pracach. W tym kontekście fakt, iż GFKM jest reprezentowana we władzach najważniejszych organizacji szkół biznesu w Europie, ma szczególne znaczenie. Uczestnicząc w aktywnościach tych organizacji promujemy polskie szkoły biznesu na arenie międzynarodowej. Nasze uczelnie z tych relacji mogą w pełni korzystaćpodsumowuje Andrzej Popadiuk.

Organ, odmawiając uczciwości przedsiębiorcy, musi wykazać inne dowody jej braku niż tylko dokonanie zapłaty za towar w formie gotówkowej

Przedsiębiorca dokonywał eksportu towarów poza terytorium Unii Europejskiej i rozliczał go w oparciu o wystawione faktury VAT oraz dokumentację z unijnego systemu kontroli przewozu ECS. Jednak organ podatkowy stwierdził, że firma nie dołożyła odpowiedniej staranności w gromadzeniu dokumentów potwierdzających dostawę towarów poza granice UE. Przedsiębiorca wygrał jednak w sądzie, bo ten orzekł, że wadliwe działanie systemu ECS nie może obarczać negatywnymi konsekwencjami wyłącznie przedsiębiorcy, który działał w uzasadnionym do tego systemu zaufaniu. Po drugie, aby móc stwierdzić, że przedsiębiorca miał świadomość udziału w nieuczciwej transakcji, organ powinien ustalić coś więcej niż tylko okoliczność, że w jej ramach zapłata za towar nastąpiła w gotówce.

Komunikat IE 599 z unijnego systemu kontroli przewozu ECS

Na mocy art. 41 ust. 6 ustawy o podatku od towarów i usług 0% stawkę VAT stosuje się w eksporcie, pod warunkiem, że podatnik przed upływem terminu do złożenia deklaracji podatkowej za dany okres rozliczeniowy otrzymał dokument potwierdzający wywóz towaru poza terytorium Unii Europejskiej. Zgodnie z ust. 6a tego artykułu poza zgłoszeniem wywozowym w formie papierowej dokumentem tym mogą być w szczególności dokumenty w formie elektronicznej z systemu teleinformatycznego służącego do obsługi zgłoszeń wywozowych.

Jeden z przedsiębiorców dokonujących eksportu towaru poza granice UE, na Ukrainę, posiadał taki dokument, a dokładnie komunikat IE 599 z unijnego systemu kontroli przewozu ECS (z ang. Export Control System). Jest on wysyłany do eksportera i potwierdza wyprowadzenie towaru, zawiera dane zgłoszenia w momencie zwolnienia towarów do procedury wywozu, informację o potwierdzeniu wywozu lub zatrzymaniu towaru na granicy oraz ewentualnie informacje z urzędu celnego państwa wyprowadzenia towaru.

Włamanie do systemu administracji celnej

Po kilku latach od dokonania tego eksportu naczelnik urzędu celno-skarbowego w kraju unieważnił zgłoszenia celne wywozowe polskiego przedsiębiorcy. Jak ustalił, bułgarska administracja celna poinformowała węgierską, iż w jej systemie celnym (bułgarskim) nastąpiła zewnętrzna ingerencja w okresie, w którym eksportu dokonywał ten przedsiębiorca. Procedury tranzytowe w bułgarskim urzędzie celnym zostały zakończone nieprawidłowo, a wygenerowane i wysłane komunikaty elektroniczne przesłano dalej bez udziału funkcjonariuszy celnych.

Przedsiębiorca nie ma już dokumentów potwierdzających eksport

Wskutek unieważnienia ww. zgłoszeń naczelnik polskiego urzędu skarbowego w toku postępowania podatkowego ustalił, że przedsiębiorca nie dysponuje już wymaganymi prawem dokumentami, które uprawniają do zastosowania 0% stawki VAT. Tym samym czterema fakturami z: marca, kwietnia, maja i czerwca 2015 r. zaniżył on wartość netto dostaw oraz świadczenia usług na terytorium kraju oraz podatku należnego według stawki 23%, zawyżając odpowiednio wartości dostaw eksportowych. Organ podatkowy zmienił więc w drodze decyzji złożone przez przedsiębiorcę rozliczenie VAT za I i II kwartał 2015 r.

Uzyskane komunikaty nie wymagały dodatkowej dokumentacji

Przedsiębiorca odwołał się od tej decyzji, wskazując, że w Polsce funkcjonuje wspólnotowy system ECS, w ramach którego zgłoszenie wywozu następuje w formie elektronicznej. Także wywóz towarów jest potwierdzany za pomocą takiego specjalnego komunikatu, który zostaje wysłany do zgłaszającego w tej formie. Dowód ten, mający postać komunikatu IE-599, nie wymaga potwierdzenia przez urząd celny. Przedsiębiorca posiada taki komunikat IE-599, który jest dokumentem urzędowym, a więc o szczególnej mocy, potwierdzającym nie tylko wywóz towarów poza UE, ale również podane w nim informacje. To, że po latach stwierdzono zewnętrzną, nieuprawnioną ingerencję w wygenerowanie takich komunikatów nie oznacza, że firma brała w niej udział. Nie może to również przesądzać o cenie dochowania przez nią należytej staranności przy wypełnianiu procedury wywozu, zwłaszcza że nie miała ona świadomości, że sprzedany przez nią towar będzie wykorzystany do czynności niezgodnych z prawem.

Organy mogły potwierdzić wywóz, ale potem mogły sprawdzić, czy potwierdziły dobrze

Dyrektor Izby Administracji Skarbowej jako organ odwoławczy stwierdził, że aby wypełnić wszystkie konieczne przesłanki wskazane w art. 2 pkt 8 ustawy o VAT, uprawniające do zastosowania 0% stawki podatku od towarów i usług w eksporcie towarów, musi dojść do wywozu towaru poza granice Unii Europejskiej, a urząd celny wywóz ten potwierdzić. Organ zgodził się z przedsiębiorcą, że uzyskany przez niego komunikat IE 599 jest bez wątpienia urzędowym potwierdzeniem okoliczności w nim stwierdzonych. Jak stwierdził, zwolnienie towaru do procedury wywozu i wygenerowanie w systemie ECS tego komunikatu oznaczało co prawda zakończenie procedur wywozowych, nie pozbawiało jednak organów kompetencji do weryfikacji tych procedur. A na mocy przepisów wspólnotowych w przypadku stwierdzenia przez te organy, że towar nie został jednak wywieziony, obejmujące ten wywóz zgłoszenie celne podlega unieważnieniu. Nie zmienia to jednak faktu, że eksporter może za pomocą innych, alternatywnych dokumentów udowodnić, że towar opuścił terytorium Unii. Dodatkowo, Trybunał Sprawiedliwości UE wprowadził do wspólnotowego systemu VAT klauzulę dobrej wiary, uprawniającą do zastosowania przez eksportera 0% stawki VAT, jeśli nie zostanie wykazane, że wiedział on lub powinien wiedzieć, że przedłożone przez niego dokumenty nie odzwierciedlają rzeczywistości.

Płatności gotówkowe

Niemniej, jak zadecydował organ odwoławczy w niniejszej sprawie, na podstawie informacji bułgarskich celników administracja węgierska wycofała swoje potwierdzenie wyprowadzenia towaru poza obszar UE, co oznacza, że wycofała komunikat potwierdzający pozytywny wynik kontroli celnej wyprowadzenia towaru, a to jest równoznaczne z brakiem takiego komunikatu. Nie można się więc zgodzić z przedsiębiorcą, że posiadane przez niego komunikaty potwierdzają wywóz towarów z terytorium celnego Wspólnoty. A w ocenie organu ukraiński kontrahent nie był nabywcą końcowym przedmiotowego towaru, zatem towar nie opuścił terytorium UE. Co do istnienia dobrej wiary przedsiębiorcy, to zdaniem Dyrektora Izby Administracji Skarbowej:

„…podatnik winien tak zorganizować prowadzoną działalność gospodarczą, w tym nadzór nad prowadzoną zawodowo działalnością gospodarczą, by nie narazić się na zarzut zaniedbania lub niedopełnienia obowiązków publicznoprawnych. (…) trudno za standard zachowania w legalnym obrocie gospodarczym pomiędzy dwoma podmiotami uznać fakt dokonywania wyłącznie gotówkowych płatności kwot należności” (uzasadnienie wyroku sygn. akt I SA/Lu 793/19).

Przedsiębiorca działał w oparciu o urzędowe dokumenty, a płatność gotówką nie może być jedynym argumentem

Wojewódzki Sąd Administracyjny w Lublinie, do którego skargę wniósł przedsiębiorca, przywołując orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości UE w sprawie wspólnego systemu VAT, podkreślił, że nie można pozbawiać podatnika możliwości skorzystania z oferowanych przez ten system mechanizmów, jeśli uszczuplenie dochodów podatkowych państwa jest wynikiem oszukańczego działania osób trzecich, na które podatnik nie miał żadnego wpływu. A zdaniem sądu w niniejszej sprawie przedsiębiorca dochował należytej staranności przy przeprowadzaniu zakwestionowanych przez organy transakcji. Jednocześnie wykazał, że nie wiedział i nie mógł wiedzieć, iż są one elementem oszustwa. Sąd zwrócił uwagę, że przedsiębiorca dokonał rozliczeń podatkowych dopiero po uzyskaniu komunikatów IE 599, będących urzędowym potwierdzeniem spełnienia ustawowych wymogów eksportu towarów, określonych w art. 2 pkt 8 ustawy o VAT. Natomiast dokonana przez organy ocena co do działania przedsiębiorcy w złej wierze narusza przepisy ustawy o VAT, jak również:

„Ustalenie to narusza także art. 121 § 1 o.p., gdyż powoduje obciążenie konsekwencjami wadliwego działania systemu ECS wyłącznie skarżącego, który działał w uzasadnionym zaufaniu do dokumentów generowanych przez ten system. (…) jeżeli w sposób przekonujący organ nie ustali, że w dacie dokonywania zakwestionowanych transakcji, a najpóźniej w dacie dokonania ich podatkowego rozliczenia istniały konkretne (inne niż zapłata za towar w formie gotówkowej) okoliczności, które powinny były wzbudzić u skarżącego wątpliwości w zakresie uczciwości transakcji, to powinien przyjąć, że nie ma podstaw do oceny, że stosując do rozliczenia tych transakcji stawkę VAT 0% skarżący naruszył art. 41 ust. 4 w związku z ust. 11 ustawy o VAT” (wyrok WSA w Lublinie z 15 lipca 2020 r., sygn. akt I SA/Lu 793/19).

Walka o pieniądze

Spór przedsiębiorców z organami podatkowymi na gruncie przepisów ustaw podatkowych to w istocie walka o majątek. Ci pierwsi chcą go ochronić przed utratą na rzecz działających w imieniu Skarbu Państwa organów. Ale tak jak urzędnicy dbają o zabezpieczenie słusznych interesów państwa, tak samo powinni dbać o zabezpieczenie realizacji reguły pewności prawa. Skoro więc w gąszczu przepisów i narzucanych przez nie licznych wymogów przedsiębiorcy prowadzą swą działalność i dopełniają ciążących na nich wobec tego państwa zobowiązań publicznoprawnych w oparciu o potwierdzone urzędowo przez same organy dokumenty, to inne organy, działające w zasadzie w ramach jednej, wspólnej, unijnej administracji, nie mogą zarzucać im braku dochowania należytej staranności przy spełnianiu tych zobowiązań. Bo co w sytuacji, gdy przedsiębiorca nie zwróci się o pomoc prawną i nie podejmie walki z – jak to określił WSA w Lublinie – naruszającymi prawo rozstrzygnięciami organów? Przedsiębiorcy powinni móc się skupić na prowadzeniu działalności gospodarczej, a nie na sprawdzaniu prawidłowości działań urzędników i wystawionych przez nich dokumentów.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Barometr COVID-19: co druga firma w Polsce spodziewa się powrotu koniunktury najwcześniej za 2-3 lata

Mikro, małe i średnie firmy w Polsce zaczynają odczuwać drugą falę koronawirusa „na własnej skórze”. Piąta edycja Barometru COVID-19, zrealizowana przez EFL pod koniec września br., pokazuje, że właściwie nie ma już przedsiębiorców, którzy wierzą, że koniunktura w ich branży powróci jeszcze w tym roku (tylko 1,7 proc. wskazań). Zdecydowana większość zapytanych – 53 proc. – uważa, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat, a 20 proc. w ogóle nie liczy na rekonwalescencję branży. Tak pesymistycznych prognoz przedstawiciele MŚP nie wysuwali od początku pandemii w Polsce.

– Źle już było, ale to nie oznacza, że nie może być gorzej. Tak można krótko opisać to, co za, ale i przed nami. W marcu i kwietniu zdecydowana większość z nas, w tym przedsiębiorcy, nie wiedziała, z jak poważnym przeciwnikiem mamy do czynienia. Przedsiębiorcy odczuli bolesne „ciosy” na własnej skórze w ciągu 2-3 miesięcy od wybuchu epidemii w Polsce, ale jednocześnie liczyli, że druga część roku będzie już spokojniejsza. Dane z ostatnich dni dotyczące liczby nowych zakażeń koronawirusem wyraźnie pokazują, że musimy przygotować się na kolejne starcie. I to nie tylko w sferze opieki zdrowotnej, ale i gospodarczej. Z powagi sytuacji zdają sobie sprawę nasi przedsiębiorcy, wśród których, jak wynika z naszego badania, nie ma już prawie wcale głosów liczących na optymistyczne zakończenie roku. Na odbudowę gospodarki, zdaniem większości zapytanych, możemy potrzebować 2-3, a może i więcej lat. Tak pesymistycznych nastrojów nie było nawet pół roku temu – mówi Radosław Woźniak, prezes zarządu EFL.

MŚP szykują się na drugie starcie

EFL w badaniu Barometr COVID-19 już po raz piąty zapytał przedsiębiorców z sektora MŚP, kiedy ich zdaniem nastąpi powrót koniunktury w branży, w której działa firma. We wrześniu br. prawie nie było przedsiębiorców, którzy wierzą, że stanie się to jeszcze w tym roku (1,7 proc.). Dla porównania, w czerwcu takiej odpowiedzi udzieliło 6 proc. zapytanych, a w maju ponad 18 proc. Nawet w kwietniu, czyli na początku epidemii w Polsce, było więcej optymistów – ponad 8 proc.

Co czwarty przedsiębiorca spodziewa się powrotu koniunktury w przyszłym roku (24 proc.). To prawie dwukrotnie mniej niż w czerwcu br. (40 proc.) i w kwietniu br. (45 proc.). Zdecydowanie więcej jest tych, którzy uważają, że nastąpi to w ciągu 2-3 lat (53 proc., poprzednio 39 proc.). Wzrósł też odsetek osób, które są zdania, że koniunktura nie powróci w najbliższych latach (20 proc., w czerwcu 13 proc.). Co ciekawe, w kwietniu uważało tak tylko niecałe 5 proc. przedstawicieli sektora MŚP, a w maju w ogóle nie było takich głosów.

Spodziewany powrót koniunktury jest oczekiwany we wszystkich branżach najczęściej w ciągu najbliższych 2-3 lat. Na odbicie w przyszłym roku liczy najwięcej przedstawicieli firm usługowych (30 proc.) i HoReCa (27 proc.). Jednocześnie najwięcej jest wśród hotelarzy i restauratorów głosów, że w najbliższych latach koniunktura nie powróci (28 proc.).

Trudny przeciwnik

Wpływ pandemii koronawirusa na MŚP jest nadal oceniany przede wszystkim jako negatywny. Łącznie 61 proc. przedsiębiorców we wrześniu br. ocenia, że wpływ ten będzie niekorzystny (poprzednio 67 proc.).

Podobnie jak w czerwcu pesymizm dotyczący wpływu COVID-19 na działalność firmy jest największy w branży HoReCa, w której większość osób prognozuje pogorszenie sytuacji (86 proc., poprzednio 73% proc.). Natomiast ponownie w branży budowlanej jest najoptymistyczniej. Najwięcej przedsiębiorców ze wszystkich branż uważa, że pandemia nie wpłynie na ich firmę (44 proc.) i najmniej tych, którzy wskazują na negatywne oddziaływanie pandemii na biznes (51 proc.).

W badaniu Barometr COVID-19 przedsiębiorcy ocenili również wpływ kryzysu spowodowanego pandemią koronawirusa na kondycję branży. W porównaniu z czerwcem we wrześniu br. znacznie spadł odsetek optymistów – z 24 proc. do 13 proc. Jednocześnie nie przełożyło się to wzrost odsetka pesymistów (wzrost o 0,5 pkt. proc. do 39 proc.).

***

Barometr COVID-19 to dodatkowe badanie towarzyszące Barometrowi EFL, zapoczątkowane w marcu 2020 roku w celu diagnozy wpływu pandemii koronawirusa na przedsiębiorstwa z sektora MŚP. Badanie jest realizowane co miesiąc.

Jedna z najatrakcyjniejszych działek w Warszawie czeka na nowego właściciela

Spółka System Gazociągów Tranzytowych EuRoPol Gaz S.A. wystawiła na sprzedaż grunt o powierzchni 22 708 mkw. przy ulicy Literackiej 7, na granicy Bielan i Żoliborza. W procesie sprzedaży właściciela wspiera firma Colliers International, wiodący doradca na rynku nieruchomości komercyjnych. Termin składania ofert mija 16.11.2020 o godz. 12.

Na nieruchomość składają się 4 działki, z czego 2 stanowią własność spółki, a 2 są w użytkowaniu wieczystym sprzedającego. Teren posiada pozwolenie na budowę budynku biurowo-usługowego o całkowitej powierzchni użytkowej ok. 35 000 mkw., który obecnie znajduje się w stanie surowym częściowo zamkniętym. Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Warszawy dopuszcza tu zabudowę wielorodzinną.

Działka znajduje się zaledwie 8 km od centrum Warszawy i 13 km od lotniska Chopina. Bliskość ulic Powązkowskiej i Generała Maczka, a przede wszystkim alei Armii Krajowej, która stanowi fragment drogi ekspresowej S8, zapewnia dobrą komunikację z innymi częściami miasta oraz miejscowościami usytuowanymi na południowy zachód od stolicy. Nieruchomość znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie ronda Ofiar Zbrodni Katyńskiej, przy którym znajdują się liczne przystanki autobusowe. W odległości 650 m, przy skrzyżowaniu Armii Krajowej i Broniewskiego, są również przystanki tramwajowe.

– Dostępność gruntów w atrakcyjnych lokalizacjach miejskich, pozbawionych wad prawnych i technicznych, jest dziś niezwykle niska. Biorąc to pod uwagę, działka przy ulicy Literackiej 7 należy obecnie do najciekawszych w Warszawie nieruchomości gruntowych w sprzedaży. Na pograniczu Żoliborza i Bielanach, gdzie jest zlokalizowana, intensywnie rozwija się tkanka mieszkaniowa, a wraz z nią infrastruktura usługowa i społeczna. Grunt usytuowany jest w bezpośredniej bliskości terenów zielonych, takich jak Fort Bema, Lasek na Kole czy Park Olszyna, a także centrów usługowo-handlowych. W Warszawie coraz trudniej znaleźć przestrzeń o podobnie wysokim potencjale inwestycyjnym – mówi Emil Domeracki, dyrektor Działu Gruntów Inwestycyjnych w Colliers International.

Dolnośląski rynek magazynowy jako ważny hub logistyczno-produkcyjny dla Europy Zachodniej

Region Dolnego Śląska, czyli czwarty co do wielkości rynek magazynowy w Polsce nadal jest w fazie rozwoju. W pierwszych sześciu miesiącach 2020 roku deweloperzy oddali łącznie ok. 200 000 mkw. nowoczesnej powierzchni logistycznej, co przy obniżonym popycie przyczyniło się do wzrostu współczynnika pustostanów.  Jak wygląda sytuacja w regionie, gdzie powstają nowe projekty, jacy najemcy szukają powierzchni sprawdzili eksperci AXI IMMO.

W pierwszych sześciu miesiącach 2020 r. na rynku inwestycyjnym w regionie Dolnego Śląska cztery nieruchomości magazynowe zmieniły swoich właścicieli. Największym ze sprzedanych parków logistycznych był Panattoni Wrocław IX o powierzchni 46 000 mkw., którego nabywcą został Savills Investment Management, z kolei Segro zdecydowało się na zakup Panattoni Park City Logistic Wrocław o powierzchni 38 000 mkw. . Natomiast firma CGL Investment Holdings przejęła portfel nieruchomości Hines Polska, w tym projekt o powierzchni 26 000 mkw. w Legnicy, a singapurski GIC centrum dystrybucyjne DHL we Wrocławiu w ramach przejęcia europejskiego portfela Maximus od Apollo Global Management.

Na koniec czerwca 2020 roku całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na Dolnym Śląsku powiększyły się o ponad 200 000 mkw. (+60% w porównaniu z wynikiem uzyskanym w I poł. 2019 roku) i obecnie wynoszą blisko 2,5 mln mkw. (+8,2% r/r). Tylko w ostatnim roku na wrocławski rynek magazynowy dostarczono aż 526 000 mkw. i był to trzeci co do wielkości wynik zaraz po Górnym Śląsku i (649 000 mkw.) i Warszawie (523 000 mkw.). Z kolei zestawiając dane sprzed dwóch lat całkowite zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej na Dolnym Śląsku wzrosły o 46%. Obserwowana w ostatnich latach wysoka aktywność deweloperska pozwoliła na utrzymanie czwartej pozycji Dolnemu Śląskowi w TOP 5 największych rynków logistycznych w Polsce.

Od kilku lat region Dolnego Śląska prężnie rozwija się w zakresie dostarczania nowoczesnej powierzchni magazynowej i logistycznej, a sam rynek uważany jest za doskonałą lokalizację dla centrów dystrybucyjnych i zakładów produkcyjnych obsługujących Europę Zachodnią. Z pewnością duży wpływ na taki stan ma bliskość granic z Niemcami i Czechami, a także wysokiej klasy infrastruktura drogowa w postaci dwóch autostrad A4 i A8 oraz dróg ekspresowych S3, S5 i S8. Na korzyść Dolnego Śląska wpływa również fakt dużej podaży dobrej jakości gruntów inwestycyjnych, które są mniej rozdrobnione, a także tym, że objęte są planami zagospodarowania przestrzennego i są uzbrojone. Dodatkowo, najemcy zainteresowani rozwojem na Dolnym Śląsku z pewnością pod uwagę biorą dużą dostępność kadry pracowniczej, a także dużą liczbę studentów, którzy w przyszłości mogą stanowić o przyszłości i rozwoju firmy. Region już dziś przyciąga wielu inwestorów z Polski i zagranicy oferując komfortowe warunki do prowadzenia biznesu” – komentuje Damian Kińczyk z działu Industrial AXI IMMO.

W najbliższych miesiącach na wrocławskim rynku magazynowym spodziewane jest spowolnienie. Z obecnie znajdujących się w budowie 187 000 mkw. (-56% r/r), prawie 100 000 mkw. to projekty spekulacyjne. Najemcy zainteresowani rozwojem na Dolnym Śląsku mogą poszukiwać powierzchni w obecnie realizowanych projektach większości aktywnych deweloperów jak np. Panattoni, Hillwood, Goodman, MLP i 7R. Wśród parków logistycznych oddawanych w III kwartale 2020 roku znajdują się m.in. Hillwood Oleśnica (53 000 mkw.), Hillwood Wrocław Wschód II Budynek B (11 500 mkw.) czy inwestycja Panattoni City Logistics Wrocław, gdzie w ramach dwóch budynków zostanie dostarczone 23 200 mkw.

Patrząc na Dolny Śląsk przez pryzmat samych lokalizacji z pewnością należy wymienić Wrocław-Miasto, które wybierane jest przez klientów z branży FMCG i kurierów, a także firmy zajmujące się lekką produkcją. Kierując się na południe od Wrocławia na Bielany Wrocławskie, Nową Wieś Wrocławską, Tyniec czy Pietrzykowice dużą grupą najemców zainteresowaną rozwojem biznesu są z pewnością producenci i logistycy. Z kolei lokalizacje na północ od Wrocławia zapewniają firmom dobrą komunikację z poznańskim rynkiem czy Polską Centralną. Najemcy rozwijający się w kanale e-commerce docenią okolice Żurawiny i Wojkowic przez fakt dobrego dostępu do pracowników, a także atrakcyjnych stawek czynszu. Z kolei Legnica to dobry wybór dla firm, które oprócz rozwoju na lokalnym rynku chcą prowadzić biznes z Niemcami. Okolice Bolesławca najczęściej wybierane są pod inwestycje. Z rynków wschodzących w regionie Dolnego Śląska należy wymienić Oleśnicę, Legnicę , a także Jawor” – dodaje Damian Kińczyk z AXI IMMO.

Wysoka aktywność deweloperów na Dolnym Śląsku przełożyła się na wzrost poziomu pustostanów. Jeszcze na koniec 2019 roku wolna powierzchnia stanowiła 3,7% całkowitych zasobów, natomiast obecnie, na koniec czerwca 2020 współczynnik pustostanów wynosi 10,1%, przy średniej dla całej Polski na poziomie 6,8%. Nowa sytuacja na rynku powoduje, że deweloperzy są skłonni do większych negocjacji w zakresie wyjściowych stawek czynszu, które na zakończenie II kwartału 2020 roku dla rynku wrocławskiego wynoszą 3,30 – 3,70 EUR/mkw. w obiektach A-klasowych.

Na zakończenie I poł. 2020 r. popyt brutto nie uwzględniający umów krótkoterminowych wyniósł 175 000 mkw. i był o prawie 45% niższy niż w I półroczu 2019 roku. Z kolei zestawiając sam najem  krótkoterminowy to stanowił on 33% całkowitej powierzchni wynajętej w II kwartale 2020 roku, przy średniej krajowej na poziomie 16%. Wśród najciekawszych transakcji zamkniętych w pierwszej połowie 2020 r należy uwzględnić nowe umowy dla Żabki w ramach Panattoni Park Wrocław XII (22 800 mkw.) i VS Transport w Panattoni Wrocław VII (13 400 mkw.). Od kilku kwartałów największą grupę najemców stanowią operatorzy logistyczni, a następnie producenci i dystrybutorzy sprzętu RTV i AGD. Najbardziej skutki pandemii Covid-19 wpłynęły na funkcjonowanie branży motoryzacyjnej i tekstylnej w regionie.

Ruszyła II edycja Akademii GPW Growth

  • Wystartowała druga edycja Akademii GPW Growth, organizowanej przez Giełdę Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW)
  • Celem programu jest wsparcie rozwoju małych i średnich firm
  • GPW Growth jest jedną z inicjatyw strategicznych #GPW2022

24 uczestników bierze udział w drugiej edycji Akademii GPW Growth, która wystartowała w miniony weekend. Do czerwca będą oni uczestniczyć w cyklu dziesięciu sesji wykładów i spotkań. Akademia jest częścią inicjatywy strategicznej GPW – programu GPW Growth, który ma na celu wspieranie rozwoju i transformacji spółek z sektora MŚP.

Po zakończeniu pierwszej, udanej edycji Akademii GPW Growth bez wahania zdecydowaliśmy o uruchomieniu kolejnej. Poprzez ten program chcemy wspierać małe i średnie firmy w dynamicznym rozwoju ich biznesów na przykład w ekspansji zagranicznej czy pozyskiwaniu finansowania na rynku kapitałowym. Wymiana doświadczeń i wiedzy jest szczególnie ważna w obecnych, pandemicznych czasach, które dla wielu mogą być czasem niepewności biznesowych. W trakcie programu uczestnicy otrzymają pakiet konkretnych narzędzi, wspomagających skuteczne zarządzanie spółką – powiedziała Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

W ramach Akademii GPW Growth odbędą się spotkania networkingowe z ekspertami i praktykami biznesu, warsztaty i case studies. Kolejna edycja programu obejmuje 110 godzin warsztatów i wykładów oraz liczne wydarzenia towarzyszące. W czerwcu 2021 roku, na zakończenie tej edycji, uczestnicy otrzymają certyfikat „Ready for Growth”.

W pierwszej edycji Akademii GPW Growth uczestniczyło 21 uczestników z 13 spółek. Program jest adresowany do prezesów, członków zarządów i dyrektorów odpowiedzialnych za realizację kluczowych celów w firmach.

Organizatorem inicjatywy jest GPW we współpracy z partnerami, wśród których znajdują się m.in: Polski Fundusz Rozwoju S.A., EY Academy of Business, Baker McKenzie Krzyżowski i Wspólnicy sp. k., Grabowski i Wspólnicy Kancelaria Radców Prawnych Sp. k., NBS Communications, CFA Society, Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych, Business Dialog. Patronat nad Akademią GPW Growth objęło Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii.

Warszawski rynek biur reaguje na pandemię

Popyt na koniec III kwartału 2020 był o 35% niższy niż w tym samym okresie w ubiegłym roku, a na rynku rośnie ilość przestrzeni biurowej przeznaczonej na podnajem.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na warszawskim rynku biurowym na koniec trzeciego kwartału 2020 r.

Aktualna dynamika na warszawskim rynku biurowym różni się od tej, do której przyzwyczaiły nas poprzednie lata. Popyt między pierwszym a trzecim kwartałem obniżył się o 35% w stosunku do analogicznego okresu w 2019 roku. Jednocześnie pandemia dodatkowo wpłynęła na spodziewany wzrost wskaźnika pustostanów, który jest w dużym stopniu związany ze znacznym wolumenem nowej podaży. Warto natomiast pamiętać, że projekty planowane na kolejne lata nie będą mieć skali tych oddawanych właśnie do użytku lub będących w realizacji, co powinno zrównoważyć ewentualne niedobory popytu. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Popyt

Między pierwszym a trzecim kwartałem tego roku wynajęto w Warszawie łącznie 447 000 mkw. powierzchni. Największą popularnością ponownie cieszyły się Centrum i Mokotów, odpowiedzialne za 71% całkowitego zapotrzebowania na biura.

W ostatnich trzech miesiącach największa transakcja sięgnęła 6200 mkw., a siedem największych umów stanowiły przedłużenia, czasem połączone z ekspansją. Obecnie najemcy często decydują się na przedłużenie umowy na krótki okres i czekają na powrót do normalności przed podjęciem długoterminowych zobowiązań. – Mateusz Polkowski, Dyrektor Działu Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Do największych transakcji najmu w tym roku. należały: rekordowa umowa przednajmu PZU w Generation Park Y – pierwszym budynku wieżowym Skanska w Polsce (46 500 mkw.), umowa typu sale and leaseback DSV na Mokotowie (20 000 mkw.) oraz odnowienie umowy i ekspansja Poczty Polskiej w Domaniewska Office Hub (19 800 mkw.).

Jakub Sylwestrowicz
Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Nowym trendem na warszawskim rynku biurowym jest zwiększona podaż powierzchni na podnajem. Obecnie w stolicy na zainteresowane nim firmy czeka ok. 118 000 mkw. tego typu przestrzeni, z czego ok. 60% przypada na centralne części miasta. Istnieją jednak pewne ograniczenia związane z podnajmem biur, tj. w zakresie wykończenia, długości trwania umowy czy też w ogóle obowiązku uzyskania zgody wynajmującego na transakcję podnajmu. Dlatego też nie dla każdego najemcy jest to optymalne rozwiązanie. W tej sytuacji wiele przedsiębiorstw rozważa jako alternatywę biura typu flex. Mogą one być lepszym rozwiązaniem dla najemców oczekujących na oddanie docelowych budynków biurowych, wykończenie powierzchni, bądź też ustalających dopiero docelowy model środowiska pracy. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Podaż

O stycznia do końca trzeciego kwartału na warszawski rynek dostarczono 238 000 mkw. biur, z czego największą nową inwestycją jest kompleks The Warsaw Hub, zrealizowany przez Ghelamco Poland. Ponadto, po kilku latach stale rosnącej aktywności deweloperskiej, wolumen powierzchni w budowie spada.

W ostatnich latach w realizacji pozostawało od 700 000 mkw. do 800 000 mkw., a teraz jest to ok. 600 000 mkw. Deweloperzy znacznie ostrożniej podchodzą do rozpoczynania nowych budów, co w rezultacie może spowodować powstanie luki podażowej, zwłaszcza poza centrum miasta. To z kolei prawdopodobnie zwiększy atrakcyjność i konkurencję o powierzchnie w najlepszych budynkach tam zlokalizowanych. – Jakub Sylwestrowicz, Dyrektor Działu Reprezentacji Najemcy, JLL

Rynek inwestycyjny – trzeci najlepszy wynik

Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL
Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Na warszawski rynek przypadło 61% kapitału zainwestowanego w polskim sektorze biurowym w tym roku. W okresie od stycznia do września zawarto w stolicy aż osiemnaście transakcji biurowych o łącznej wartości blisko 940 mln euro. Jest to trzeci najlepszy wynik dla pierwszych dziewięciu miesięcy roku w ciągu ostatniej dekady. Jednocześnie ograniczenia związane z podróżowaniem i wizytowaniem nieruchomości opóźniają do pewnego stopnia realizację nowych transakcji, pomimo zainteresowania Warszawą ze stroną inwestorów. – Tomasz Puch, Dyrektor Działu Rynków Kapitałowych Nieruchomości Biurowych i Magazynowych, JLL

Warto zauważyć, że wszystkie obiekty biurowe, które zmieniły właścicieli w trzecim kwartale (Generation Park Z, Chmielna 89 (65%) i Concept Tower) znajdują się w obszarze Zachodniego Centrum.

Pustostany i czynsze

Obecna sytuacja gospodarcza bezpośrednio wpływa na wskaźnik pustostanów w Warszawie. W III kwartale wzrósł on do 9,6% (8,4% w strefach centralnych i 10,4% w strefach poza centrum), co stanowi wzrost o 1,8 p.p. w stosunku do końca 2019 r. (i 1,7 p.p. w ujęciu kwartalnym). Tym statystykom towarzyszy zwiększona podaż przestrzeni na podnajem. Co ważne, w perspektywie kolejnych lat na rynek dostarczane będzie mniej nowych biur, co przełoży się na stopniową absorpcję dostępnej powierzchni.

Najwyższe czynsze transakcyjne dla najlepszych nieruchomości w szerokim centrum wynoszą od 18 do 24 euro/mkw./m-c, a poza nim do 16 euro/ mkw./m-c.

Polskie firmy zdecydowane, ale nie gotowe na robotyzację

Według danych Międzynarodowej Federacji Robotyki (IFR) w zakładach produkcyjnych na całym świecie w ubiegłym roku zainstalowanych było 2,7 mln robotów przemysłowych, czyli o 12 proc. więcej niż rok wcześniej. Prym wiodą Chiny, Japonia oraz USA. Natomiast na starym kontynencie liderem okazały się Niemcy, Włochy oraz Francja. Co ciekawe, Polska znalazła się na 14 pozycji.

Końcówka 2020 roku może doprowadzić do przyspieszenia procesu robotyzacji przemysłu. Zapotrzebowanie na rozwiązania wdrażające proces automatyzacji w Polsce może w ciągu najbliższych 12 miesięcy wzrosnąć nawet o 25-30 proc. Głównym czynnikiem będzie optymalizacja kosztów produkcji w obliczu niepewności gospodarczej spowodowanej pandemią COVID-19, jak wynika z analizy firmy Next IoT, zajmującej się technologią internetu rzeczy (IoT).

7 na 10 z polskich firm jest zdecydowana na automatyzację procesów produkcyjnych wraz z wykorzystaniem rozwiązań bazujących na technologii internetu rzeczy (IoT). – mówi Mateusz Starański z Next IoT. Jednak chęć wdrożenia nie idzie w tym przypadku w parze z gotowością. Albowiem otrzymujemy od naszych klientów sygnały, że przygotowanie do uruchomienia pierwszych robotów przemysłowych mogą osiągnąć najwcześniej za rok.

Potwierdzają to badania „Barometru Polskiego Rynku Pracy” przeprowadzone przez firmę Personnel Service, z których wynika, że tylko co czwarty przedsiębiorca czuje, iż jego organizacja jest przygotowana do wdrożenia nowoczesnych technologii automatyzacji produkcji. Co ciekawe, z szacunków ekspertów ds. internetu rzeczy w przemyśle z firmy Next IoT, wynika, że polskie przedsiębiorstwa mogą dzięki zautomatyzowaniu procesów produkcyjnych podnieść swoją efektywność biznesową o 10-15 proc.

Automatyzowanie procesów produkcji w dobie pandemii COVID-19 może zakończyć się brakiem zwiększenia lub wręcz redukcją etatów. Badacze z Oxford Economic wskazują, że w pierwszym roku od zainstalowania maszyny zatrudnienie zmniejsza się statystycznie o 1,3 pracownika. Obecna sytuacja będzie dla wielu firm sygnałem do działania w kwestii implementacji rozwiązań z dziedziny robotyzacji i automatyzacji. Wbrew pozorom wielu managerów nie utożsamia faktu implementacji tego typu technologii z koniecznością radykalnej redukcji zatrudnienia. Zdaniem większości automatyzacja produkcji wiąże się także ze stworzeniem nowych ról i obowiązków dla pracowników.

Polskie firmy dostrzegają, że warto rozpocząć już dziś przygotowania do wdrożenia procesów automatyzacyjnych. Oznacza to dla nich oszczędność czasu, pieniędzy oraz zwiększenie efektywności biznesowej w ciągu najbliższych lat. W następnej dekadzie nie będziemy rozmawiać i myśleć o modelu człowiek kontra robotyzacja, lecz człowiek i wsparcie ze strony inteligentnych urządzeń. – mówi Mateusz Starański.

GPW wprowadza kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME

  • Od dziś po raz pierwszy w obrocie dostępne będą kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME
  • Wprowadzone zostały 3 serie kontraktów terminowych, wygasające: w grudniu 2020 r., marcu 2021 r. oraz czerwcu 2021 r.
  • Mnożnik będzie wynosił 100
  • Rozwój instrumentów pochodnych jest jedną z inicjatyw strategicznych GPW

Od dziś w obrocie giełdowym są dostępne nowe kontrakty terminowe na akcje spółki ALLEGRO.EU SOCIÉTÉ ANONYME.  Zostały wprowadzone trzy serie kontraktów terminowych wygasających w grudniu 2020 r., marcu 2021 r. i czerwcu 2021 r. Mnożnik dla tego kontraktu terminowego będzie równy 100.

– GPW gotowa jest do szybkiego wprowadzania nowych kontaktów terminowych na pojedyncze akcje, jak tylko zaobserwujemy duże zainteresowanie inwestorów instrumentem bazowym oraz nawiążemy współpracę z animatorem rynku. Debiut spółki Allegro był historycznie największym debiutem, na akcje spółki zapisało się wielu inwestorów instytucjonalnych i ponad 36 tys. inwestorów indywidualnych. Wielkość spółki, imponujące obroty na pierwszych sesjach, szybka ścieżka wejścia do indeksu WIG20 oraz innych globalnych indeksów – te fakty skłoniły Zarząd GPW do podjęcia decyzji o wprowadzeniu do obrotu kontraktów na Allegro zaledwie tydzień od debiutu giełdowego spółki – powiedziała Izabela Olszewska, Członek Zarządu GPW.

Szczegółowe informacje dotyczące nowych kontraktów terminowych opublikowane zostały w Uchwała Nr 775/2020 z dnia 12 października 2020 r.

III kwartał na rynku nieruchomości przynosi pierwsze skutki pandemii

W trzecim kwartale roku można już dostrzec wpływ Covid-19 na wyniki rynku biurowego. O ile pierwsza połowa roku napędzona była negocjacjami rozpoczętymi jeszcze przed pandemią, to obecne dane widocznie już pokazują spowolnienie na rynku. Należy przy tym zaznaczyć, że największych zmian w aktywnościach zarówno deweloperów, jak i najemców oczekujemy w kolejnym roku.  

Jednym ze wskaźników, który w pewien sposób odzwierciadla obecny nastrój niepewności i oczekiwania jest popyt. Od lipca do września 2020 roku zdecydowanie osłabło zainteresowanie najemców, którzy w ciągu kwartału wynajęli najmniej powierzchni biurowej od dekady – zaledwie 113 000 m kw. (w I połowie roku było to ok. 334 000 m kw.). Dla porównania analogiczny kwartał w ubiegłym roku zanotował rekordowo wysoki popyt na poziomie 284 000 m kw., ale jednocześnie należy tutaj wspomnieć, że część zasług we wspaniałych wynikach najmu za trzy kwartały ub.r. trzeba przypisać kilku dużym transakcjom. Tak niski wskaźnik popytu nie bez przyczyny związany jest z pandemią oraz niepewnością na rynku. Najemcy świadomie wstrzymują podejmowanie długofalowych decyzji, skłaniając się raczej do pozostania w biurze, które do tej pory zajmowali, niż wynajmowanie przestrzeni w nowej lokalizacji czy ekspansja dodatkowej powierzchni.

Interesująca jest również zmiana w strukturze podpisanych umów. Niemal połowa wynajętej w III kwartale powierzchni w Warszawie stanowiły renegocjacji wcześniejszych umów najmu. Tak wysoki wynik dotychczas niespotykany w historii stołecznego rynku biurowego jest potwierdzeniem, że najemcy wybierają bezpieczniejszą opcję i zostają w dotychczasowych lokalizacjach. Dla porównania w okresie I-III kwartał 2019 roku renegocjacje stanowiły 35% wolumeny transakcji, co wówczas było rekordowym wynikiem. Dodatkowym sygnałem płynącym z rynku, a wskazującym na ograniczenie zainteresowania nową powierzchnią jest zdecydowany spadek udziału umów pre-let, które w minionym kwartale wyniosły zaledwie 4% wolumenu popytu (średnia dla pierwszych trzech kwartałów ub.r. to 27%).

Biorąc pod uwagę podaż nowej powierzchni biurowej, to w III kwartale 2020 roku do użytku oddano ponad 131 000 m kw. w ramach sześciu projektów. Zestawiając to z pierwszym półroczem kiedy w ramach 4 inwestycji na rynek warszawski trafiło 107 000 m kw. nowej powierzchni, wynik jest wysoki. Aktualnie w budowie pozostaje ponad 650 000 m kw. Największymi projektami dostarczonymi na stołeczny rynek w ostatnich trzech miesiącach były: kompleks The HUB (dwa budynki) należący do Ghelamco Poland, który łącznie oferuje ok. 89 000 m kw. biur oraz budynek Biura przy Warzelni kompleksu Browary Warszawskie (24 000 m kw.), zrealizowany przez Echo Investment. Mniej optymistyczny wydaje się wskaźnik komercjalizacji nowych budynków. Projekty ukończone w III kwartale w momencie oddania do użytku były zabezpieczone umowami w 66%, podczas gdy budynki ukończone w pierwszej połowie roku były niemal w pełni wynajęte. Za sprawą wysokiej nowej podaży, całkowite istniejące zasoby biurowe w Warszawie na koniec września 2020 roku przekroczyły 5,8 mln m kw.

Spadek aktywności najemców oraz wysoka podaż nowej powierzchni, która nie była w pełni wynajęta, przełożyły się na wzrost współczynnika pustostanów. Z naszych danych wynika, że na koniec września wyniósł on 9,6%, co przekłada się na niemal 560 000 m kw. dostępnej powierzchni od zaraz. Wzrost o 1,7 pp. do poprzedniego kwartału oznacza poziom najwyższy od dwóch lat. Analizując poszczególne obszary koncentracji wzrost współczynnika pustostanów odnotowano niemal w każdej strefie. Wyjątek stanowiła strefa Zachód, a największa zmiana w strefie Centrum, w której ukończono najwięcej nowych inwestycji.

Faktyczna oferta dostępnej od zaraz powierzchni biurowej jest zdecydowanie szersza. Ostatnie miesiące to bliższa analiza rosnącego trendu, którym jest podnajem. Zmiana modelu pracy wymuszona pandemią, przejście na system hybrydowy oraz pogarszająca się sytuacja gospodarcza wymusiła na niektórych firmach oszacowanie swojego zapotrzebowania na powierzchnię biurową od nowa. Co za tym idzie, niektóre organizacje poszukując oszczędności zdecydowały się ograniczyć zajmowaną powierzchnię i podnająć jej część. Na koniec września 2020 roku na stołecznym rynku oferta podnajmu obejmowała już ponad 100 000 m kw. biur gotowych do wynajęcia od zaraz.

Pomimo zmieniającej się sytuacji rynkowej wywoławcze stawki czynszu na stołecznym rynku wciąż utrzymują się na stabilnym poziomie.

Autor: Bożena Garbarczyk, Straszy Konsulatnt w Dziale Badań Rynku Knight Frank

Porozumienie fiskalne w USA kontra ryzyka drugiej fali pandemii

Typowe korelacje rynkowe zostały zaburzone przy przecenie na rynku akcji, ale z podtrzymaną słabością dolara. Brak świeżych katalizatorów zachęca do redukcji pozycji, gdyż dwie przeciwstawne siły mogą uderzyć w każdej chwili – porozumienie fiskalne w USA kontra ryzyka drugiej fali pandemii.

Wczoraj indeksy na Wall Street zanurkowały o 1,4-1,8 proc., jednak pogorszenie nastrojów na rynku akcji nie spotkało się z typowymi przepływami kapitału na rynku walutowym. Obserwowaliśmy solidną postawę EUR i innych walut europejskich względem USD, a AUD, JPY, CAD i NZD zachowały względną stabilność. Nie chciałbym spędzić czasu na rozważania, która strona ma tutaj racje – pesymistyczny rynek akcji czy niewzruszony rynek walutowy. Każdy obóz ma swoje argumenty. Perspektywy globalnego ożywienia stanęły pod znakiem zapytania w obliczu nasilenia drugiej fali pandemii i nawet jeśli rządy chcą uniknąć powtórki z wiosny i pełnego lockdownu, każde obostrzenia będą miały negatywny wpływ na wzrost gospodarczy. Nielimitowana ekspansja monetarna i fiskalna jest poduszką bezpieczeństwa, ale jest to czynnik na tyle znany i ograny, że aktualnie nie robi różnicy. Chyba że w końcu dostaniemy coś dużego w postaci fazy 4. pakietu fiskalnego w USA. Rozmowy w dalszym ciągu trwają, a nadzieje podtrzymują komentarze ze strony spikerki Demokratów w Izbie Reprezentantów Pelosi, według której różnice uległy zawężeniu. Ale czy do końca dnia (deadline wyznaczony przez Pelosi) dojdzie do porozumienia? – trudno powiedzieć. Prezydent Trump jest za większą pomocą (by poprawić sondaże), ale ma problemy z przekonaniem do tego Republikanów z Senatu. Ci szykują swój własny projekt ustawy pomocowej, który dla Demokratów jest niewystarczający. Razem mamy klimat na rynkach, gdzie są ryzyka, są nadzieje, ale nic nie jest pewne. Niezależnie, czy oczekuje się wzrostu awersji do ryzyka, czy powrotu apetytu na ryzyko, pozostaje się otwartym na zwrot w niekorzystnym kierunku. Dla rynku akcji wrażliwość jest po stronie spadków, na FX nasycone są długie pozycje w USD. Wczoraj prawdopodobnie doszło do dostosowania pozycji bez wglądu na tradycyjne korelacje.

Słabość USD nie pomaga AUD, który ma swoje kłopoty w postaci kolejnych gołębich komentarzy z banku centralnego. Protokół z październikowego posiedzenia RBA dostarczył niewiele nowych informacji, ale przypomniał, że bank toruje sobie drogę dla dalszej ekspansji monetarnej. W protokole podkreślono, że bank widzi możliwość dalszego łagodzenia działań wspierających zatrudnienie, przy czym dalsze łagodzenie polityki prawdopodobnie przyniesie większe efekty w miarę zniesienia ograniczeń w całej gospodarce. Protokół wzmocnił słowa wiceprezesa RBA Kenta wypowiedziane godzinę wcześniej, zdaniem którego „wciąż jest miejsce na obniżenie krótkoterminowych stóp procentowych” i nie wykluczyłby spadku rynkowego oprocentowania poniżej zera. Rynek AUD od jakiegoś czasu jest przygotowany na cięcie stopy kasowej w listopadzie do 0,10 proc. z 0,25 proc., ale ofensywna przedstawicieli banku w ostatnich dniach (podobnie gołębio brzmiał w ubiegłym tygodniu prezes Lowe) sugeruje, że w grę może wchodzić coś więcej. Teraz możliwe jest, że oprócz obniżki bank zdecyduje się na rozszerzenie programu skupu aktywów, by obniżyć koszt długu na długim końcu krzywej. Perspektywa większej gołębiości RBA będzie ciążyć na AUD przynajmniej do czasu, aż najbliższe posiedzenie RBA (3 listopada) nie przyniesie odpowiedzi.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kontrolerzy PIP-u: Pracodawcy najczęściej łamią przepisy w kwestiach BHP i wypłaty wynagrodzeń

Od 1 czerwca do 31 sierpnia br. Państwowa Inspekcja Pracy przeprowadziła o prawie 25% mniej kontroli niż w analogicznym okresie ub.r. Ostatnio największą aktywnością w tym zakresie wykazali się inspektorzy w woj. śląskim, mazowieckim i pomorskim. O przeszło 30% zmniejszyła się również liczba zastosowanych środków prawnych. Najwięcej zastrzeżeń dotyczą kwestie związane z przestrzeganie przepisów BHP i wypłacaniem wynagrodzeń.

Od początku czerwca do końca sierpnia br. inspektorzy PIP-u przeprowadzili w całej Polsce 13 906 kontroli. To o 4 449 mniej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku, kiedy było ich 18 355. Ostatnio najwięcej takich działań zostało podjętych w Katowicach – 1 901 (rok wcześniej – 2 357), Warszawie – 1 895 (1 939), Gdańsku – 1 171 (1 302), Poznaniu – 1 148 (1 615) oraz Łodzi – 1 023 (1 280). Z kolei najmniej kontroli przeprowadzono w Zielonej Górze – 331 (561), Kielcach – 339 (689) i Opolu – 395 (623). Tak wynika z danych aktualnych na dzień 25 września br.

– Państwowa Inspekcja Pracy zdecydowała, że inspektorzy przystąpią do wykonywania obowiązków w pełnym zakresie dopiero 22 czerwca 2020 roku. To mogło mieć wpływ na ilość przeprowadzonych kontroli. Ponadto, jak podaje PIP, w ostatnim okresie liczba aktywnych inspektorów zmniejszyła się aż o jedną czwartą ze względu na urlopy czy opiekę nad dzieckiem w czasie pandemii. Dodatkowo wiele firm wciąż pracuje w trybie zdalnym, a kontrola może odbyć się jedynie w siedzibie przedsiębiorstwa – komentuje Kamila Sotomska, analityk Departamentu Prawa i Legislacji w Związku Przedsiębiorców i Pracodawców.

Z kolei Monika Fedorczuk z Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan podkreśla w tym kontekście znaczenie lockdownu. Ten okres cechował się bardzo dużą solidarnością pracowników i pracodawców zorientowanych na wspólnym celu, czyli przetrwaniu zakładu pracy. Być może był to jeden z czynników decydujących o mniejszej liczbie zawiadomień.

– Inspektorzy pracy mają więcej obowiązków podczas kontroli w trakcie pandemii. Obecnie PIP sprawdza też, czy w przedsiębiorstwach zostały wdrożone zasady bezpieczeństwa związane z koronawirusem. Mowa tu o zachowaniu odpowiedniej odległości pomiędzy pracownikami i o dostępie do płynów dezynfekcyjnych oraz środków ochrony osobistej – zaznacza Kamila Sotomska.

W wyniku kontroli przeprowadzonych od 1 czerwca do 31 sierpnia br. zastosowano 87 321 środków prawnych (rok wcześniej – 127 874). Wśród nich były decyzje – 43 275 (63 731), wnioski w wystąpieniach – 41 927 (60 882) oraz polecenia – 2 119 (3 261). W tym kontekście Monika Fedorczuk zwraca uwagę na zmniejszającą się liczbę środków prawnych. Na podstawie tego można postawić wniosek o większym przestrzeganiu prawa przez pracodawców w zakresie praw pracowniczych.

– Paradoksalnie liczba wykroczeń przeciwko przepisom prawa pracy jest pojęciem względnym. Ogromna część środków prawnych jest wymierzona przeciwko wielkim międzynarodowym korporacjom, które często są nękane kontrolami. A tam standardy bezpieczeństwa zazwyczaj przewyższają wymagania prawne w znaczącym stopniu. Mimo to firmy te nie są w stanie zapobiec naruszeniom. Przepisy są drobiazgowe, sztywne, często staroświeckie i nieżyciowe. Z kolei istnieją tysiące małych, polskich przedsiębiorstw, gdzie prawa pracy nie przestrzega się w ogóle. Jednak tam kontrole nie docierają – mówi adwokat Bartłomiej Raczkowski.

Jak zaznacza ekspert z Konfederacji Lewiatan, przed pandemią sporo przedsiębiorstw miało duże trudności z zapełnieniem wakatów. To powodowało, że konieczne stało się dbanie o wizerunek firmy, zarówno wśród obecnych, jak i potencjalnych pracowników. Jednym z podstawowych warunków powodzenia tego zamierzenia jest przestrzeganie przez pracodawców prawa pracy.

– Ogólnie z przestrzeganiem tego prawa nie jest najlepiej. Jednak często sankcje są naciągane, inspektorzy stosują przepisy i interpretacje tak, aby tylko móc wykazać się znalezieniem naruszenia. Celem kontroli nie jest zapewnienie zgodności z prawem, ale znalezienie na siłę czegokolwiek, co da się zinterpretować jako bezprawne. Mam wrażenie, że problem nie występuje tam, gdzie się go na siłę szuka, ale tam, gdzie się raczej nie zagląda – dodaje mec. Raczkowski.

PIP wskazuje najczęściej występujące podstawy w środkach prawnych wydanych po kontrolach. W analizowanych okresach był to art. 11 pkt. 1 Ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy. Ostatnio wskazano go  21 347 razy, a rok wcześniej – 32 075.

– Przywołany artykuł dotyczy nakazania usunięcia stwierdzonych uchybień w ustalonym terminie w przypadku, gdy naruszenie dotyczy przepisów i zasad bezpieczeństwa i higieny pracy.  Niewątpliwie pracodawca jest odpowiedzialny za zapewnienie bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Jednak niekiedy literalne zastosowanie wszystkich norm jest bardzo trudne, np. w odniesieniu do odległości biurek, które pracownicy często swobodnie przestawiają – informuje ekspert z Konfederacji Lewiatan.

Patrząc na zestawienie najczęściej występujących podstaw w środkach prawnych od 1 czerwca do 31 sierpnia tego roku, następny w kolejności jest art. 207 § 2 kodeksu pracy – 1 260 razy (rok wcześniej – 2 160). Dalej są art. 11 pkt. 7 Ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy – 1 144 razy (1 365), art. 29 § 3 k.p. – 1 130 razy (1 612). Piąta pozycja to § 10 ust. 2 rozporządzenia Ministra Pracy i Polityki Socjalnej w sprawie ogólnych przepisów bezpieczeństwa i higieny pracy – 1 029 razy (poprzednio 1 540).

– Analizując te dane, najwięcej środków prawnych wydawanych jest więc w sprawach BHP, w tym bezpieczeństwa urządzeń elektrycznych. Zaraz potem są niewypłacone wynagrodzenia. Dalej wymienia się naruszenie obowiązku przekazania pracownikowi informacji o warunkach zatrudnienia. Z jednej strony, przepisy BHP są tak skomplikowane i często nieżyciowe, że w praktyce nie da się ich wszystkich przestrzegać. Z drugiej strony, rzeczywiście zdarzają się przypadki braku odpowiedniej dbałości o podstawowe zasady bezpieczeństwa. Co do niewypłacanych wynagrodzeń, sprawa jest oczywiście poważna – podsumowuje ekspert z Kancelarii Raczkowski.

Raport: freelancing w Polsce i na świecie w 2020 r.

Wartość rynku wolnych strzelców w naszym kraju zwiększy się w tym roku o ponad ¼ i przekroczy 12 mld zł. Na amerykańskim, najbardziej rozwiniętym, rynku pracuje już 60 milionów ludzi, a jego wartość w br. to ponad 1 bilion dolarów. Globalny rynek będzie w 2020 r. wart ponad 3 biliony dolarów. Co wpływa na tak dynamiczny jego rozwój? Co przyciąga pracowników do niego i na jakie zarobki mogą liczyć? Jak pandemia go zmienia? Najnowszy obraz rodzimego i światowego rynku freelancerskiego prezentuje raport Useme.com.

Napędzana zmianami demograficznymi, postępem technologicznym, a także nowym paradygmatem rynku pracy, gospodarka wolnych strzelców kwitnie. A freelancing staje się preferowanym stylem zarabiania, jak i życia dla milionów osób na świecie. „Geek economy” rozwija się w zawrotnym tempie i jest już nie tylko dorywczym zajęciem, ale także stałym i coraz lepiej płatnym sposobem zarobkowania. Pandemia Covid-19 tylko ten proces przyśpieszyła. Paradoksalnie kryzys, redukcja etatów w przedsiębiorstwach i wstrzymanie rekrutacji jest dobrą wiadomością dla wolnych strzelców. Nie od dziś bowiem wiadomo, że outsourcing usług czy pracy jest sposobem na optymalizację kosztów w firmach. A w turbulentnych czasach, freelancing przychodzi z pomocą.

Rynek amerykański i światowy

W USA liczba freelancerów przekroczyła już 57 milionów osób i zarobili oni blisko bilion dolarów, podczas gdy wartość całego globalnego rynku wyniosła w 2019 r. 2,8 biliona dolarów. Według analityków rynku, w bieżącym roku, te liczby zmienią się co najmniej o 1/5 na plus. Z globalnych badań, przeprowadzonych w 2020 r. na próbie ponad 7 tysięcy freelancerów z ponad 150 krajów wynika, że młodsze generacje, takie jak pokolenie Z czy millenialsów, stanowią zdecydowaną większość dzisiejszej wolnych strzelców na świecie. W Azji Południowo-Wschodniej 82% pracowników ma mniej niż 35 lat, podczas gdy w Ameryce Północnej tylko 47%. Z drugiej strony, freelancerzy w wieku powyżej 55 lat, zarabiają ponad dwa razy więcej niż ich młodsi rówieśnicy. Średnia ogólnoświatowa stawka godzinowa pobierana przez freelancerów wynosi aktualnie 21$ i jest wyższa o 2 $ w porównaniu z ubiegłym rokiem. A przeciętny zarobek amerykańskich wolnych strzelców jest wyższy niż globalna średnia o 33% i wynosi 28$. Najwyżej opłacanymi wolnymi strzelcami są eksperci w programowaniu, IT oraz prawnicy. A najwyższa stawka, zaoferowana za pośrednictwem platform dedykowanych freelancerom, to 255 $/godzinę pracy dla mecenasa, który specjalizuje się w restrukturyzacji prawnej podmiotów gospodarczych.

Wolni strzelcy w Polsce

Z raportu „Freelancing w Polsce – edycja 2020”, przygotowanego jak co roku przez platformę Useme.com wynika, że także w naszym kraju rynek freelancerów rośnie dynamicznie, zarówno pod kątem wartości, jak i liczby wolnych strzelców. Co prawda, jeszcze dużo brakuje nam do stanu rozwoju tego rynku w USA czy Wielkiej Brytanii, jednak zmiany które zachodzą nad Wisłą szybko zbliżają nas do najbardziej rozwiniętych krajów na świecie.

Wartość całego rynku freelancingu w Polsce zwiększy się w 2020 roku o 28% i urośnie do poziomu 12,16 mld zł. – mówi Przemysław Głośny, prezes Useme.com.  – Aktualnie na tym rynku zachodzą duże zmiany, które kształtowane są zarówno przez globalne czynniki, np. przechodzenie na model pracy zdalnej, jak i lokalne, np. profesjonalizacja sektora. W tym roku, doszedł jeszcze jeden czynnik,  którego w zeszłym roku nikt nie brał pod uwagę – pandemia. Covid-19 przyczynił się upowszechnia pracy w modelu zdalnym, choć także wprowadził przyczynił się komplikacji na tym rynku. –  dodaje Głośny z Useme.com.

Jak wynika z tegorocznych badań Useme, koronawirus dla ponad połowy (51,88%) respondentów nie wpłynął ani negatywnie, ani pozytywnie na wysokość wyceny prac. Jednak wielu respondentów uważa, że pandemia, a zwłaszcza lockdown gospodarki odcisnął swoje piętno na rynku wolnych strzelców w Polsce. Aż 64,29%  respondentów deklaruje, że sytuacja w branży uległa pogorszeniu lub znaczącemu pogorszeniu. Dla 57,89% wolnych strzelców zmniejszyła się liczba zleceń czy ogólnie pracy. Jedynie dla 28,2% badanych sytuacja pozostała bez zmian.

Na rodzimym rynku zaszło sporo zmian w stosunku do lat ubiegłych. Wśród nich, można wymienić m.in. zmianę statusu freelancerów. Wolny strzelec w Polsce przestał się kojarzyć z uczącym się amatorem, który w związku z brakiem pracy w off-linie, szuka zleceń w sieci. Freelancer, to coraz częściej wysokiej klasy praktyk, który sam wybiera taką formę zatrudnienia, z uwagi na coraz istotniejszy dla młodych ludzi work-life balance. Bycie freelancerem w 2020 roku nie tylko brzmi dumnie, ale także aspirująco.

Freelancer czyli kto?

Z badań Useme.com wynika, że przeciętny wolny strzelec to 32-letnia kobieta, która mieszka w jednym z dużych miast w Polsce i zajmuje się copywritingiem lub social mediami. Od kilku lat pracuje w charakterze wolnego strzelcy najczęściej dla małych firm, zatrudniających do 10 pracowników. Na projekty poświęca do 4 godzin dziennie, a w miesiącu realizuje 1-5 zleceń. Tyle nam mówi ogólna statystyka. Zagłębmy się w dane z tegorocznych badań, aby poznać i zrozumieć polskich freelancerów oraz zmiany, które zachodzą na tym rynku.

W tegorocznym badaniu wzięło udział po raz pierwszy w historii więcej kobiet (51,8%) niż mężczyzn (48,2%). 35,1% z nich zamieszkuje miasta powyżej 500 tysięcy mieszkańców, 21,8% 100-500 tysięcy, a 17,4% miasta od 20 do 100 tysięcy mieszkańców. Na wsi na stałe przebywa 14,1%, a za granicą 2,9% badanych. Dla 49,5% respondentów freelancing jest jedynym sposobem zarobkowania, podczas gdy 50,5% dorabia, czyli łączy stałe zatrudnienie z byciem wolnym strzelcem. Praktycznie dane te wyglądały tak samo w 2019 roku, kiedy 49,3% badanych traktowało freelancing jako jedyne źródło utrzymania.

¾ freelancerów wykonuje projekty jako osoba fizyczna, nieposiadająca osobowości prawnej. Pozostałe ¼ z respondentów ma swoją firmę. Najczęściej jest to jednoosobowa działalność gospodarcza (20,4%). Jedynie 1,3% oferuje swoje usługi w formie spółki z ograniczoną odpowiedzialnością.

Polscy freelancerzy świadczący usługi dla biznesu elektronicznego, oferują najczęściej: copywriting i social media (27,9%), projektowanie graficzne (17,8%), tworzenie stron i sklepów internetowych (12,3%), fotografia, wideo i animacja (9%), programowanie i IT (8,1%), tłumaczenia (8,1%).

Stawkiwykres_ileZarabiaja

Zarobki freelancerów w Polsce rosną od lat. Z takim samym zjawiskiem mamy do czynienia także w bieżącym roku. W 2020 roku średnie stawki godzinowe zwiększyły się o 12% w stosunku do 2019 rok, do poziomu 16,8 zł netto na godzinę. Co prawda należy pamiętać o dwóch rzeczach. Pierwsza to fakt, że w Polsce dominują wynagrodzenia za projekty, tj. całościowe rozliczenia za zlecenie. Jednak coraz częściej, zwłaszcza wśród programistów czy grafików korzysta się przy rozliczeniu ze stawek godzinowych. Druga uwaga, to że średnia, tak samo jak ma to miejsce czy w USA czy globalnie, nie jest precyzyjnym odzwierciedleniem stawek dla poszczególnych branż freelancingu. Dużo wyższe średnie stawki np. 150 zł netto za godzinę będą obowiązywały wśród programistów, czy 200 zł wśród prawników niż u freelancerów świadczących usługi administracyjne, gdzie średnie zarobki na godzinę będą oscylował wokół 13 zł netto.

Warto także podkreślić, że tak jak to ma miejsce na rynku globalnym, także w Polsce tanieją usługi proste, ze względu na rosnącą podaż usług czy też automatyzacją pewnych procesów, jak np. pisanie nieskomplikowanych tekstów. Podobnie dzieje się z niewymagającymi tłumaczeniami i grafikami. Specjaliści w tych dziedzinach, zarabiają więcej przede wszystkim dzięki rosnącej ilości zamówień, a nie wzrostowi stawki godzinowej czy wartości poszczególnych zleceń.

Obszarem biznesu freelancerskiego, gdzie stawki wciąż dynamicznie rosną, pozostają szeroko rozumiane usługi IT i programowania. Choć i tu, z uwagi na rosnącą konkurencję ze strony automatycznych rozwiązań, np. generatorów stron www, znacznie zmalały wynagrodzenia za proste prace. Kilka lat temu koszt stworzenia takiej strony wynosił ok. 1000-1500 zł, obecnie jest to ok. 400 – 500 zł. – mówi Przemysław Głośny, prezes zarządu Useme.com. – Mimo to, zarobki twórców stron rosną, bo dzięki automatom są w stanie stworzyć ich więcej, a popyt rośnie. Nie tylko z powodu migrującej coraz większej liczby firm do świata online, kiedyś utożsamianych tylko i wyłącznie z off-linem, np. sklepy z obuwiem czy naprawa elektroniki. Dziś po prostu nikt nie jest w stanie działać w biznesie, bez choćby prostej wizytówkowej strony www. Co więcej, o ile kiedyś wystarczyło odświeżyć serwis raz na 5-8 lat, to aktualnie trzeba robić to znacznie częściej, co 2-3 lata, aby wyglądał atrakcyjnie. – dodaje Głośny z Useme.com.

W obszarze copywriting-u i tłumaczeń, więcej zarabiają wolni strzelcy, którzy posługują się językami tzw. nieoczywistymi, np. holenderskim lub też mają umiejętność sprawnego pisania w języku obcym w wąskiej dziedzinie. Aktualnie, sama znajomość języka angielskiego czy niemieckiego nie zapewni już wysokich zarobków. Ci freelancerzy, którzy chcą zarabiać dobrze, muszą posiadać umiejętność pisania w obcym języku, jak i np. w zakresie ekonomii lub konkretnego sektora, np. zrównoważonych opakowań czy turbin mechanicznych.wykres_5k

Jak i dzięki czemu pozyskują klientów?wykres_kimSaKlienci

Freelancer w Polsce może liczyć na stale rosnące zarobki, o ile jest sumienny, słowny i jest rzeczywiście fachowcem w swojej dziedzinie. 2/3 badanych deklaruje, że ma stałych klientów. 58,7% wolnych strzelców pozyskuje kolejnych klientów dzięki poleceniom. A ponad połowa (50,9%) respondentów korzysta z portali ogłoszeniowych, takich jak Useme.com. 1/3 wykorzystuje social media do pozyskiwania nowych zleceń.

Ile projektów realizują?wykres_ilośćProjektówCzasPracy

Największy odsetek freelancerów wykonuje w ciągu miesiąca 1-5 zlecenia (52,3%). W stosunku do zeszłego roku ten odsetek zmniejszył się z poziomu 58,2%. Praktycznie bez zmian pozostaje liczba osób, które wykonują więcej zleceń, tj. 6-10 czy powyżej 10 w ciągu 30 dni. Duży wpływ na ilość pracy wolnych strzelców ma zarówno ich specjalizacja, jak i długość stażu pracy jako freelancerów oraz to, ale także czy oprócz zleceń posiadają stałą pracę.

Jak dużo odpoczywają?wykres_urlp

Freelancing to przede wszystkim chęć utrzymania odpowiedniej relacji pomiędzy czasem poświęcanym na pracę i życie osobiste, tzw. work-life balance. Z tegorocznych badań wynika, że ponad połowie wolnych strzelców udaje się ta sztuka. Co trzeci z respondentów (28,3%) wyjeżdża na dwa tygodnie lub dłużej, a co czwarty (25,1%) od tygodnia do dwóch.

Raport „Freelancerzy w Polsce – edycja 2020” został przygotowany przez platformę Useme.com w X 2020 r. Dane opracowane na podstawie badania zrealizowanego przez Useme na reprezentatywnej próbie 1076 freelancerów, z wykorzystaniem metody badawczej CAWI, na przełomie V – VI 2020 roku. Dane pochodzące z raportów: Payoneer, Upwork i MarketWatch opisują rynek amerykański i globalny. Badanie wolnych strzelców, jak i raport „Freelancing w Polsce” opracowywane są corocznie od 2014 roku.

Wyzwania managerów na najbliższy czas: bezpieczeństwo

Wyzwania managerów na najbliższy czas: zmiana podejścia do pracy, zarządzanie lękiem, wdrożenie procedur bezpieczeństwa jak badanie kamerą termowizyjną.

Niemal co drugi mieszkaniec Polski powinien szykować się na życie w „czerwonej strefie”. Oznacza to, że także przedsiębiorcy i managerowie ponownie stoją przed wyzwaniami, które nie mają precedensu we współczesnych czasach. Wsparcie pracowników w codziennej pracy, opracowanie planów awaryjnych, wdrożenie procedur bezpieczeństwa (np. badanie kamerą termowizyjną) – to tylko niektóre z nich. A na co jeszcze powinni zwrócić uwagę?

Bezpieczeństwo firmowych danych

Lockdown ponownie dotyka części branż (gastronomię czy obiekty sportowe), a żółte i czerwone strefy objęły cały kraj. To ostatni moment, aby przesunąć część zysków na działania związane z zarządzaniem kryzysowym i usprawnieniem pracy zdalnej. Dla przykładu – większość organizacji nie miała do tej pory opracowanych procedur pracy zdalnej i zapewnienia bezpieczeństwa firmowym plikom. Zarówno firmy, których działalność mocno związana jest z przetwarzaniem wrażliwych danych (np. z branży finansowej, farmaceutycznej), jak i małe przedsiębiorstwa stają przed wyzwaniem ochrony poufnych informacji, do których pracownicy mają dostęp nie z firmowego komputera, ale np. w prywatnego laptopa. Istotne jest zatem uwrażliwienie pracowników na kwestie zachowania poufności, odpowiedniego zabezpieczenia danych, a także przygotowanie procedur i wytycznych, które umożliwią wykonywanie obowiązków bez narażania firmy na zagrożenie.

Dobre samopoczucie pracowników

To jedno z największych wyzwań, przed którym stają managerowie. Większość jest odpowiednio przeszkolona, ​​aby zarządzać pracownikami w środowisku biurowym. Inaczej rzecz wygląda w przypadku pracy zdalnej.

Z sondażu Business Centre Club i 4 Business & People wynika, że epidemia ujawniła braki w kompetencjach kadry zarządzającej, jak i pracowników. Należały do nich m.in.:

  • nieumiejętność adaptacji do zmian (34%),
  • brak odwagi w działaniu w nowej sytuacji (28%),
  • brak innowacyjności i kreatywności (34%),
  • brak odporności psychicznej (28%),
  • brak umiejętności samoorganizacji pracy (26%),
  • brak kompetencji do zdalnego zarządzania zespołem (16%),
  • braki w umiejętnościach informatycznych (13%).

Managerowie HR muszą zatem stworzyć odpowiednie środowisko do pracy, w przeciwnym razie ryzykują ogromne straty związane z negatywnym samopoczuciem psychicznym pracowników, a finalnie spadkiem efektywności.

– Okres epidemii budzi we wszystkich trudne w przeżywaniu emocje – zarówno w pracownikach, jak i managerach – mówi Marcin Nowacki, psycholog i coach biznesowy. – Rozwiązaniem, które może zminimalizować te trudności, jest dostęp do jasnych informacji – faktów, które nie będą dodatkowo wzmacniać nieprzyjemnych emocji. Ważne jest też stworzenie przestrzeni na przyglądanie się tym emocjom samym w sobie, w takiej formie, w jakiej się w nas pojawiają. Obecny szum informacyjny negatywnie wpływa na podejmowanie decyzji, dlatego pracownicy tym bardziej docenią proste i uzasadnione komunikaty – podsumowuje psycholog.

Liderzy ważniejsi niż kiedykolwiek

Biorąc pod uwagę niezwykły kryzys, jaki obecnie przeżywamy, trudno się dziwić, że wiele osób obawia się o przyszłość własnej organizacji i szuka wskazówek od liderów. Dlatego podczas komunikacji należy podkreślać, że wszystkie aktualne kroki (np. badanie kamerą termowizyjną, konieczność codziennego raportowania pracy itp.) przyniosą korzyści dla całej organizacji. Ponadto warto podzielić się informacją na temat strategii i planów na najbliższą przyszłość. Dobrym pomysłem jest także docenienie pracowników, którzy dołożyli wszelkich starań, aby utrzymać w ostatnich miesiącach optymalne wyniki biznesowe lub pomogli współpracownikom. Pamiętaj – biorąc pod uwagę to, jak szybko i drastycznie pandemia zmieniła życie osobiste i zawodowe ludzi, pracownicy bardziej niż kiedykolwiek oczekują od swoich przywódców wskazówek i wsparcia. To, co powiedzą liderzy, będzie miało znaczący wpływ na to, jak organizacja poradzi sobie w następnych miesiącach.

Ochrona przede wszystkim: maseczki, badanie kamerą termowizyjną

Odpowiednia komunikacja to jeden z filarów, który pozwoli przetrwać drugą falę pandemii. Kolejnym jest działanie nastawione na prewencję. Choć z pozoru może wydawać się bardzo czasochłonne – istnieje sposób na sprawne zarządzanie sytuacją. Jednym z rozwiązań jest automatyzacja. I tak jak w przypadku komunikacji – priorytetem stała się nieprzerwana łączność z pracownikami, w której wspomagają nas liczne komunikatory, tak w przypadku ochrony ich zdrowia zautomatyzować można procedury mające na celu eliminację ryzyka rozprzestrzeniania się wirusów. Przykład? Badanie kamerą termowizyjną, które umożliwia szybkie i dokładne wykrycie podwyższonej temperatury. Działanie kamery, tak jak komunikatorów pozwala sprawnie pozyskać informację, bez konieczności długiego oczekiwania na reakcję. Jak mówi Tatiana Kuder, przedstawiciel firmy Etisoft  dostarczającej systemy kontroli termowizyjnej: Sprzęt umieszczony zostaje przy wejściu do budynku lub hali produkcyjnej. Następnie w punkcie kontrolnym dokonywane jest badanie kamerą termowizyjną. W przypadku przekroczenia optymalnej temperatury ciała urządzenie wysyła alert, który jest podstawą do podjęcia dalszych działań ochronnych.

Zaopatrzenie firmy w kamerę termowizyjną, czy środki ochronne (maseczki MASTICK, mini przyłbice 2w1) to jasny sygnał, że zależy nam na zdrowiu pracowników. Jako managerowie, kierownicy działu HR, dbamy zatem nie tylko o jasny przepływ komunikacji, ale i samopoczucie zespołu, co zredukuje jego stres i zwiększy efektywność.

Wymienione działania to propozycje „check listy” dla managerów. Przy tworzeniu planu warto także zapytać pracowników o ich oczekiwania, obawy i rekomendacje. W końcu to od ich samopoczucia i pracy będzie zależało dalsze funkcjonowanie organizacji.

Czy branża turystyczna doczeka wakacji

Gdy po tygodniach całkowitego zamknięcia branża turystyczna od maja stopniowo wracała do nowej normalności, przedsiębiorcy z nadzieją patrzyli na nadchodzący sezon urlopowy, licząc na odrobienie strat wywołanych lockdownem. Dzięki podnoszeniu cen, bonom turystycznym, tarczy antykryzysowej i większej popularności wyjazdów w kraju udało się w trakcie wakacji wyhamować notowany wiosną gwałtowny przyrost zaległości. Nadal jednak w turystyce zaległe zobowiązania wobec dostawców i banków, które na koniec sierpnia zbliżyły się do 120 mln zł, przyrastają szybciej niż wśród wszystkich firm.

Wprowadzenie ograniczeń zmierzających do zachowania dystansu społecznego i reżimu sanitarnego znalazło natychmiastowe odzwierciedlenie w niemal całkowitym zastoju branży turystycznej. Według Światowej Organizacji Turystyki (UNWTO) liczba podróży turystycznych może spaść w tym roku na świecie nawet o 80 proc., a według GUS do lipca w Polsce liczba turystów ogółem była niższa o 50 proc. niż przed rokiem. W ciągu siedmiu miesięcy 2020 r. z hoteli skorzystało o ponad 46 proc. mniej turystów niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Niektórzy nie wierzą, że uda się przetrwać pandemię i zamykają biznes. Na koniec lipca w Polsce działalność prowadziło 10 291 turystycznych obiektów noclegowych, o 960 mniej niż przed rokiem (8,5 proc.).W branży turystycznej od początku roku do połowy października zawieszonych zostało blisko 1,5 tys. działalności. Są wśród nich zarówno biura podróży jak i agenci turystyczni, organizatorzy, czy piloci wycieczek, itp. Jak podaje Bisnode Polska, na taki krok zdecydowało się obecnie o 55 proc. podmiotów więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

– Gdy w połowie maja zaczęto stopniowo znosić obostrzenia, wydawało się, że po niemal całkowitym zastoju nastąpi spore odbicie. Po miesiącach izolacji wielu z nas było złaknionych wyjazdów, a potrzeby urlopowiczów doskonale wyczuli usługodawcy licząc, że obawiający się wypoczynku za granicą Polacy bez narzekania zaakceptują wyższe ceny w kraju. Gdy obserwowaliśmy relacje z kurortów odwiedzanych przez tłumy urlopowiczów, szczególnie w okresie święta Bożego Ciała, niezbyt zważających na wciąż istniejące zagrożenie koronawirusem, wydawało się, że branża może spodziewać się znaczącej poprawy sytuacji – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Z badań Polskiej Organizacji Turystycznej wynika jednak, że już na początku wakacji blisko dwie trzecie Polaków deklarowało, że sytuacja i ograniczenia w związku z Covidem wpływają na ich plany wyjazdowe. W efekcie Polacy inaczej spędzali w tym roku urlopy – rzadziej korzystali z propozycji masowych, częściej wybierali bardziej indywidualne formy wypoczynku, co było widać np. po wzroście zainteresowania ofertami czarterowymi jachtów na Mazurach czy wynajmem przyczep kempingowych. Z kolei badania zrealizowane dla BIG InfoMonitor pokazały, że w obawie o sytuację finansową w kryzysie, wszelkiego rodzaju wydatki w tym wakacyjne są ograniczane.

– Efekt? Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, z jednej strony liczba i odsetek firm turystycznych z nieuregulowanymi zobowiązaniami w ostatnich miesiącach nieznacznie spadły, z drugiej jednak strony kwota zadłużenia cały czas rośnie. Na koniec sierpnia jest ona ponad dwukrotnie wyższa niż wiosną zeszłego roku. Choć należy podkreślić, że pomoc tarczy antykryzysowej, wakacje kredytowe dla firm, bony turystyczne i ograniczenie wyjazdów za granicę mocno wyhamowały przyrost zaległości branży turystycznej. Po tym jak w samym kwietniu odnotowaliśmy 45 proc. wzrost, w ciągu czterech kolejnych miesięcy było to już 2 proc., stosunkowo niewiele, biorąc pod uwagę sytuację, ale i tak więcej niż w przypadku firm z wszystkich branż łącznie – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Bardziej ucierpiały duże firmy

Liczba firm z problemami w terminowym regulowaniu zobowiązań między marcem 2019 r. a marcem 2020 r. spadła z 919 do 904, a odsetek niesolidnych dłużników w turystycznej branży obniżył się z 5,9 do 5,5 proc. Potem nastąpiła wyraźna zmiana wynikającą z wprowadzonych ograniczeń – w miesiąc liczba wzrosła do 939, a odsetek do 5,7 proc. Na koniec sierpnia doszło do pewnej poprawy i liczba firm z przeterminowanymi zobowiązaniami wobec partnerów biznesowych i banków spadła do 926 (5,6 proc.).

W tym samym czasie kwota zadłużenia branży turystycznej systematycznie rosła, przy czym w miesiąc po wprowadzeniu lockdownu przyrosła bardziej niż w ciągu całego wcześniejszego roku. W marcu ubiegłego roku wynosiła ona 58,6 mln zł, by w rok wzrosnąć do 81,2 mln zł, a potem skoczyć w miesiąc o kolejne 36,3 mln zł i na koniec sierpnia zatrzymać się na 119,8 mln zł.

Czy branża turystyczna doczeka wakacjiChoć obserwowany w pandemii wzrost zaległości bardziej dotknął mniejsze firmy, akurat w turystyce objął głównie duże podmioty (zarejestrowane w KRS). W pięć miesięcy, kwota ich przeterminowanych zobowiązań podwyższyła się o niemal 80 proc. do 85,9 mln zł, podczas gdy mniejszych przedsiębiorstw o 7 proc. Liczebnie przeważają jednak mali niesolidni dłużnicy, głównie jednoosobowe działalności gospodarcze.

Badania zrealizowane we wrześniu przez firmę Profitroom pokazują, że ponad dwie trzecie gości hotelowych planuje jeszcze w tym roku wyjazd wypoczynkowy mimo zakończenia sezonu urlopowego. Rozważają głównie krótkie, kilkudniowe wypady, ale jednocześnie ostateczną decyzję uzależniają od rozwoju sytuacji epidemiologicznej w Polsce. Wzrost liczby zachorowań nie tylko może doprowadzić do ponownego wprowadzenia ograniczeń w kraju, ale stwarza też niebezpieczeństwo zamykania przed Polakami granic innych państw.

Rezerwy ma część firm

Jak wynika z badania przeprowadzonego dla BIG InfoMonitor, w sektorze usług, w którym mieści się też turystyka, 22 proc. firm ma spore, a 36 proc. niewielkie oszczędności, co oznacza, że usługodawcy obok przemysłu najczęściej dysponują rezerwą finansową. Nastroje przedsiębiorców i ich ocena sytuacji, w jakiej się znajdują nie napawają jednak optymizmem. Co piąta firma zdolność przetrwania kolejnej fali kryzysu szacuje na maksimum pół roku, a 17 proc. mówi o trzech miesiącach.

Wchodząca w życie 15 października branżowa Tarcza Antykryzysowa 5.0, adresowana m.in. do firm turystycznych, może z pewnością trochę ulżyć przedsiębiorcom tej branży dzięki wprowadzeniu świadczenia postojowego i dodatkowego świadczenia postojowego oraz zwolnienia z obowiązku opłacania składek za lipiec, sierpień i wrzesień. Czy to jednak wystarczy?

– Przedstawiciele branży turystycznej z niepokojem patrzą w przyszłość. Choć jak pokazują wyniki naszego badania, firmy posiadają pewne oszczędności, jednocześnie nie potrafią ocenić, jak duży wpływ wywoła na ich działalność ewentualny kolejny lockdown. Perspektywy dla polskich firm nie są zbyt kolorowe, bo co czwarta z nich nie wie, jak długo jest w stanie przetrwać – mówi Sławomir Grzelczak. – Ta niepewność w połączeniu z większą dbałością o dyscyplinę finansową i troską o utrzymywanie pewnych rezerw finansowych pokazują jednak, że przedsiębiorcy pomni doświadczeń sprzed kilku miesięcy, starają się lepiej przygotować na niepewną przyszłość i potencjalne problemy gospodarcze – dodaje.

Badanie na zlecenie BIG InfoMonitor, zrealizowane przez research&grow techniką CATI na grupie firm MŚP N=500, w dniach 14-21 września 2020 r.

Inflacja w Polsce przyspiesza

Inflacja CPI we wrześniu wyniosła 3,2% r/r, co jest nieco wyższym wynikiem od oczekiwań analityków. Inflacja lekko przyspieszyła w stosunku do poprzedniego miesiąca, kiedy wyniosła 2,9% r/r. Pomimo kryzysu gospodarczego inflacja CPI pozostaje podwyższona, a jej wyhamowanie następuje wolniej, niż oczekiwano. Najistotniejszym czynnikiem napędzającym inflacje są rosnące ceny usług, których dynamika przyspieszyła do 7,2% r/r z 6,6% miesiąc wcześniej. Jest to efekt przerzucania na konsumentów wyższych kosztów świadczenia usług ze względu na konieczność zabezpieczenia sanitarnego.

W ubiegłym tygodniu liczba nowych zakażeń koronawirusem rosła dynamicznie. Pogarszająca się sytuacja epidemiologiczna skłania rządy poszczególnych krajów do rozważenia powrotu do ograniczeń, co skutkuje wzrostem nerwowości na rynkach.

Na koniec ubiegłego tygodnia GPW w Warszawie zanotowała osłabienie. Indeks szerokiego rynku WIG stracił na wartości w ciągu tygodnia 1,99%. Notowania największych spółek (tworzących indeks WIG20) zaliczyły spadek o 2,56%. Indeksy małych i średnich spółek zakończyły tydzień następująco: sWIG80 osłabił się o 1,74%, z kolei mWIG40 zanotował nieco lżejszą stratę o 0,69%.

W bieżącym tygodniu uwaga inwestorów będzie skupiona na danych z Polski oraz USA. We wtorek (20.10.2020) poznamy dane dotyczące produkcji przemysłowej w Polsce oraz liczbę nowych pozwoleń na budowę domów w USA. W środę (21.10.2020) będą opublikowane wrażliwe dane o sprzedaży detalicznej w Polsce. W czwartek (22.10.2020), tradycyjnie, poznamy liczbę nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych w USA. Z kolei w piątek (23.10.2020) nadejdzie kolej na odczyt PMI dla usług i przemysły w Stanach Zjednoczonych oraz Strefie Euro.

Departament Zarządzania i Analiz
SUPERFUND TFI S.A.

W Polsce spada jakość obsługi klientów. Najwięcej uwag konsumentów dotyczy kompetencji pracowników i długich kolejek

0

Po dekadzie wzrostów od trzech lat jakość obsługi klientów na polskim rynku sukcesywnie spada – wynika z cyklicznych badań przeprowadzanych przez Polski Program Jakości Obsługi. W ocenie 1/5 klientów jej jakość jest niezadowalająca. Najczęściej narzekamy m.in. na długi czas obsługi, kolejki i niskie kompetencje pracowników. Złe oceny wynikają też z faktu, że część firm nie nadąża za stale rosnącymi oczekiwaniami konsumentów. W tym roku wpłynęła na nie także pandemia COVID-19, która sprawiła, że zaczęli oni przykładać większą wagę do higieny i bezpieczeństwa.

– W Polsce poziom satysfakcji konsumentów od trzech lat systematycznie spada. To ciekawe o tyle, że przez poprzednie 10 lat, aż do 2017 roku, satysfakcja klientów z obsługi rosła praktycznie z roku na rok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Mirosław Bartoń, prezes Polskiego Programu Jakości Obsługi.

W 2019 roku wskaźnik jakości obsługi osiągnął wartość 76,4 proc., co oznacza, że na każde 100 transakcji zakupowych około 23 można uznać za całkowicie nieudane. Tendencja spadkowa, choć niewielka, utrzymuje się od 2017 roku, kiedy wskaźnik jakości obsługi wyniósł 77,9 proc.

Z najnowszych badań wynika, że w ocenie 1/5 klientów jakość obsługi w Polsce jest niezadowalająca. Konsumenci mają największe zastrzeżenia do kompetencji personelu, narzekając głównie na podejście do klienta i brak profesjonalizmu. Blisko 30 proc. jest też niezadowolonych z powodu zbyt długiego czasu oczekiwania na obsługę, wskazując na długie kolejki i niewystarczającą liczbę personelu w sklepach bądź punktach obsługi.

– Spadek satysfakcji konsumentów wynika z tego, że ich potrzeby nieustannie się zmieniają i niestety nie wszystkie firmy potrafią za tymi zmianami nadążyć – mówi Mirosław Bartoń.

Z drugiej strony Polacy doceniają przyjazne wnętrza i komfort zakupów. Prawie 78 proc. konsumentów dobrze oceniło wygląd miejsca, w którym dokonywało zakupów, najczęściej zwracając uwagę na takie aspekty jak czystość, swoboda poruszania się po sklepie, przyjazne oświetlenie czy rozmieszczenie towaru. Badania pokazują też, że klienci w Polsce lubią mieć wybór i przebierać w ofertach. Zdaniem prawie 75 proc. to właśnie dostępność różnorodnych produktów i usług, specjalne oferty oraz atrakcyjne ceny zasłużyły na wysokie noty.

W rankingu satysfakcji konsumentów trzy pierwsze miejsca zajmują branże turystyczna, kosmetyczna i rozrywkowa, w których wskaźniki satysfakcji przekroczyły 80 proc. W tych sektorach klienci docenili m.in. wygląd sklepu bądź miejsca obsługi, wysoki poziom usług i profesjonalizm pracowników. W porównaniu z poprzednią edycją badania z 2018 roku swoje wyniki poprawiła tez branża finansowa, w której wskaźnik zadowolenia konsumentów wzrósł o prawie 6 pkt proc., głównie dzięki sprawnej obsłudze i indywidualnemu podejściu do klienta.

Na drugim biegunie znalazły się urzędy i instytucje – w ich przypadku wartość wskaźnika spadła o kolejne 2 pkt proc., a co drugi petent wychodzi z urzędu nieusatysfakcjonowany m.in. długim czasem obsługi i niskimi kwalifikacjami pracowników. Nisko oceniany jest też transport publiczny, gdzie jakość obsługi została oceniona na 66 proc., czyli aż o 12 pkt proc. gorzej niż jeszcze rok wcześniej.

– Każdy konsument oczekuje czegoś innego, ale jako społeczność mamy podobne potrzeby. Składają się na nie m.in. szybkość i czas obsługi, wiedza i kompetencje personelu czy dostępność oferty. Portal Jakoscobslugi.pl dostarcza informacji o tym, czego konkretny klient w konkretnym przypadku oczekiwał od firmy – wskazuje prezes Polskiego Programu Jakości Obsługi.

Polski Program Jakości Obsługi od 13 lat monitoruje poziom satysfakcji w Polsce. Konsumenci przez cały rok mogą oceniać ponad 46 tys. firm zgromadzonych na portalu Jakoscobslugi.pl. Na podstawie ich opinii zostają wyłonione te najlepsze, które cieszą się największym uznaniem klientów.

– Firmy biorące udział w Polskim Programie Jakości Obsługi zyskują przede wszystkim korzyści informacyjne. Za naszym pośrednictwem dowiadują się, co podoba lub nie podoba się konsumentom, które elementy i obszary należy poprawić albo zmodyfikować. To dla nich cenna informacja, bo firmy, które znają rzeczywiste potrzeby swoich klientów, nie tracą ich i utrzymują sprzedaż na wysokim poziomie – podkreśla ekspert.

W tym roku konsumenci po raz 13. wyłonili najbardziej przyjazne w Polsce firmy. Ich proklienckie standardy zostały wyróżnione godłem Gwiazdy Jakości Obsługi, a wśród tegorocznych laureatów są m.in. marki DPD, Ergo Hestia, ING Bank Śląski, OleOle.pl, RTV EURO AGD czy Vivus.pl.

Polski Program Jakości Obsługi we współpracy z ekspertami SecretClient przeprowadził także specjalne badanie dotyczące zaangażowania poszczególnych grup zawodowych w pracę podczas pandemii. Zwycięzcy badania, czyli grupy, które wykazały się m.in. wyjątkowym zaangażowaniem, zostali nagrodzeni Specjalną Gwiazdą Jakości Obsługi. Polacy wyróżnili ratowników medycznych, pracowników sklepów z towarami pierwszej potrzeby (sklepy spożywcze, apteki, drogerie) oraz kurierów i listonoszy. Na drugim biegunie znaleźli się z kolei urzędnicy i pracownicy administracji państwowej.

Co istotne, w tegorocznej edycji rankingu duży wpływ na zachowania, oczekiwania i oceny konsumentów miała pandemia COVID-19 i związane z nią obostrzenia, które objęły też sektor handlu.

– W trakcie pandemii Polacy zwracali szczególną uwagę na dwa aspekty obsługi: jej bezpieczeństwo i szybkość. W wielu przypadkach pandemia wydłużyła czas obsługi i klienci byli wyrozumiali, ale w miarę możliwości oczekiwali też przyspieszenia i ułatwień. Natomiast bardzo zwracali uwagę na bezpieczeństwo, czyli maseczki, płyny dezynfekujące czy możliwość korzystania ze zdalnej obsługi – mówi Mirosław Bartoń.

Podczas 13. edycji Gwiazd Jakości Obsługi przyznano również nagrody specjalne za utrzymywanie najwyższej jakości obsługi przez całą dekadę. Wśród laureatów Gwiazd Dekady 2010–2020 wyróżniono m.in.: Hebe, Lidl, Play, Samsung, T-Mobile i UPC.

Pracownicy objęci prywatną opieką medyczną o połowę krócej przebywają na zwolnieniu lekarskim. Dla pracodawcy to wymierne korzyści finansowe

1005 zł na jednego pracownika w skali roku – tyle oszczędności może przynieść finansowanie dobrej opieki zdrowotnej przez pracodawcę – wynika z raportu Medicover „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2020”. Zatrudnieni, którzy mają szybszy i łatwiejszy dostęp do specjalistów, rzadziej korzystają ze zwolnień lekarskich i wykazują się większą efektywnością w pracy. – Nasz raport pokazuje, że inwestycja w zdrowie pracowników opłaca się obu stronom, zarówno zatrudnionym, jak i pracodawcom – mówi Artur Białkowski, dyrektor zarządzający ds. usług biznesowych, członek zarządu Medicover Polska. Najczęstsze problemy zdrowotne, z którymi borykają się osoby czynne zawodowo, to nadciśnienie, wysoki poziom cholesterolu, bóle pleców i otyłość.

Jak wynika z raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia. Perspektywa 2020”, w którym przeanalizowano przypadki chorobowe 347 tys. pacjentów w latach 2018–2019, pracownik objęty opieką zdrowotną w Medicover przebywa na zwolnieniu średnio pięć i pół dnia w ciągu roku, czyli o połowę krócej niż w przypadku ogółu pracowników w Polsce (11 dni). Według wyliczeń analityków przekłada się to na wymierne korzyści finansowe dla pracodawców – oszczędności dla firmy sięgają 1005 zł na pracownika w skali roku. Ponadto pracownicy pod opieką Medicover mniej odczuwają skutki choroby i wiążący się z tym spadek produktywności, czyli tzw. prezenteizm.

– Medicover od wielu lat przygotowuje raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia” po to, żeby pokazać, jakie są efekty dobrej opieki medycznej. Okazuje się, że prywatna opieka medyczna zapewnia szybki dostęp do lekarza wszystkim pracownikom, kompleksową opiekę profilaktyczną oraz w zakresie badań medycyny pracy. To wszystko powoduje, że pracownicy są w lepszej kondycji, cieszą się lepszym zdrowiem, co przekłada się na ich efektywność w pracy – ich absencja jest zdecydowanie mniejsza, ich praca dużo bardziej wydajna, a dzięki temu wyniki firmy są lepsze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Artur Białkowski.

Z analiz Medicover wynika, że najczęstszą przyczyną zwolnień lekarskich, nie licząc absencji związanych z opieką położniczą w ciąży, są ostre zakażenia dróg oddechowych, a także bóle pleców, urazy oraz reakcja na ciężki stres. Dla przykładu w przypadku infekcji koszty absencji i prezenteizmu w opiece poza Medicover wynoszą 761 zł rocznie na pracownika, a w ramach opieki prywatnej – 614 zł. W przypadku bólów pleców różnica jest znacznie większa i wynosi nieco ponad 600 zł.

– Raport „Praca. Zdrowie. Ekonomia” udowadnia, że inwestycja w zdrowie się opłaca, dlatego że koszty absencji, które są nieuniknione dla każdego pracodawcy, są zdecydowanie mniejsze dla pracowników objętych opieką Medicover – przekonuje członek zarządu Medicover Polska.

Dostęp do specjalistów ma duże znaczenie również w kontekście profilaktyki. Ponad 70 proc. pracowników objętych opieką Medicover skorzystało w ciągu roku z wizyty profilaktycznej (łącznie z medycyną pracy). To dwukrotnie wyższy odsetek w porównaniu do ogólnej populacji w Polsce. Jest to o tyle istotne, że wiele osób boryka się z problemami zdrowotnymi, które mogą być przyczyną groźnych chorób w przyszłości.

– Najczęstsze problemy zdrowotne naszych pacjentów to nadciśnienie, wysoki poziom cholesterolu i otyłość. Jeżeli przeanalizujemy dane liczbowe, okazuje się, że sytuacja jest bardzo niepokojąca, co pokazuje, jak duże jest zagrożenie chorobami wśród osób zatrudnionych – mówi dr n. med. Michał Chudzik, kardiolog, zastępca dyrektora ds. medycznych Medicover Polska.

Ponad połowa zatrudnionych ma nadwagę, a co piąty mężczyzna i co dziesiąta kobieta to osoby otyłe. Tylko 34 proc. mężczyzn i niemal 61 proc. kobiet ma prawidłową masę ciała. Waga wzrasta wraz z wiekiem – największe problemy z nią mają pracownicy obojga płci po 65. roku życia, ale problem narasta zdecydowanie wcześniej, już po 40. roku życia.

U blisko połowy pracowników stwierdzono nieprawidłowe stężenie cholesterolu całkowitego. Najgorsze wyniki mają osoby w wieku 50–59 lat. Jednocześnie co trzeci zatrudniony cierpi z powodu nieprawidłowego ciśnienia tętniczego: tu w najgorszej sytuacji są pracownicy w wieku 60–64 lata. Chorobę tę stwierdzono u 1/3 pracowników, a niekontrolowana i nieleczona może grozić rozwojem choroby wieńcowej, zawałem lub niewydolnością serca czy udarem. Szczególnie narażone są osoby po 50 roku życia, głównie mężczyźni.

Przeciętny pracownik boryka się z co najmniej jednym czynnikiem ryzyka prowadzącym do problemów zdrowotnych w przyszłości. Wciąż 14,5 proc. pracujących pali papierosy, narażając się na zwiększone ryzyko chorób płuc i układu krążenia: zawału serca, udaru mózgu oraz nowotworów złośliwych (m.in. raka płuc).

– Aby w odpowiedni sposób zadbać o zdrowie pracowników, ważne jest, aby nie skupiać się tylko na jednej chorobie, ale spojrzeć kompleksowo na problem zdrowotny pacjentów. Dzisiaj koncentrujemy się na medycynie stylu życia, czyli zdrowiu fizycznym, psychicznym i społecznym. Nie można zaniedbać żadnego z tych elementów. Profilaktyka i wczesne leczenie chorób oraz zapewnienie maksymalnego komfortu życia, czyli odpowiedniej regeneracji i wypoczynku., istotnie wpływa na budowanie zdrowia wśród pracowników – wskazuje dr n. med. Michał Chudzik.

Odpowiedzią Medicover na potrzeby pracowników i pracodawców, na które wskazał raport, jest koncepcja Zdrowej Firmy.

– To rozwiązania wspierające zdrowie fizyczne, psychiczne i społeczne pracowników, poprawiające ich odporność i kondycję, zwiększające zaangażowanie, a także bezpieczeństwo w pracy – wyjaśnia Artur Białkowski.

Pandemia zmienia modele biznesowe na rynku nieruchomości komercyjnych. Ekologiczne inwestycje zdominują rynek

0

Pandemia zmienia modele biznesowe na rynku nieruchomości komercyjnych. Ekologiczne inwestycje zdominują rynek 1

Mimo pandemii w pierwszej połowie tego roku rynek nieruchomości komercyjnych w Polsce notował bardzo dobre wyniki. Kryzys i niepewność gospodarcza wpłyną jednak na całoroczny wynik i mniejszy wolumen transakcji inwestycyjnych. Koronawirus zmienił sposób, w jaki projektowane, budowane i wyposażane są budynki biurowe, handlowe i magazynowe. Głównym trendem na rynku pozostaje ekologia – wynika z raportu innogy Polska. Zielone certyfikaty stają się powoli standardem, którego oczekują najemcy nieruchomości.

 Wszystkie trzy segmenty rynku – nieruchomości handlowe, biurowe i magazynowe – charakteryzują obecnie trendy ekologii i dostosowania powierzchni do potrzeb użytkownika, zapewniania mu komfortu. Zmienia się nastawienie użytkowników, a to generuje zmiany architektoniczne, zmiany w aranżacji powierzchni i doborze najemców – mówi agencji Newseria Biznes Małgorzata Eull, dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Polski rynek nieruchomości komercyjnych szybko się rozwija i staje się coraz atrakcyjniejszy dla inwestorów. Opracowany przez innogy raport „Kierunki rozwoju rynku nieruchomości komercyjnych w Polsce” przytacza dane Colliers International, zgodnie z którymi w ubiegłym roku obroty na europejskim rynku nieruchomości komercyjnych wyniosły ok. 275 mld euro, co stanowiło 2-proc. spadek r/r. Z kolei obroty aktywami inwestycyjnymi w Polsce sięgnęły 7,7 mld euro, wzrastając o 6 proc. r/r. W tym roku mimo pandemii także notowane są wzrosty. Raport „At a Glance Investment Market in Poland H1 2020” BNP Paribas Real Estate Poland wskazuje, że w I połowie tego roku wartość transakcji inwestycyjnych na tym rynku była o 5 proc. wyższa niż przed rokiem. Ogólnoświatowy kryzys może mieć jednak odzwierciedlenie w całorocznych wynikach.

Wraz z pandemią koronawirusa na rynku biurowym pojawiły się nowe wyzwania i trendy, takie jak praca zdalna i mniejsza liczba pracowników w biurowcach. Ich konsekwencje najszybciej mogą odczuć operatorzy coworkingowi, którzy bazują na krótkich umowach najmu. Jak wynika z raportu innogy, ten model może okazać się dla najemców atrakcyjny również po pandemii, bo klienci i najemcy będą w coraz większym stopniu poszukiwać elastyczności.

 Biura z jednej strony przestawiają się na komfort użytkownika, rearanżując powierzchnie i tworząc miejsca przyjazne pracownikom. Z drugiej strony ze względu na COVID-19 firmy muszą przemyśleć całą strukturę swoich biur. W tej chwili pracownicy spotykają się w nich głównie po to, aby pracować zespołowo. Biura mają umożliwić zespołom komunikację ze sobą. Coraz ważniejsze stają się też aspekty takie jak higiena użytkowania biura w sposób zapewniający bezpieczeństwo zdrowotne i komfort pracy – mówi Małgorzata Eull.

Jak pokazuje raport innogy, lockdown znacząco wpłynął na przychody właścicieli powierzchni handlowych i ich najemców, ale z drugiej strony dał impuls do rozszerzenia kanałów dystrybucji w retailu. Efektem będzie rosnąca cyfryzacja tego segmentu.

– Powierzchnie handlowe to już nie są tylko przestrzenie do dokonywania zakupów, ale też do spędzenia wolnego czasu, pójścia na koncert, dobrą kolację czy też spotkania się ze znajomymi. Zakupy są w tej chwili robione niejako przy okazji i to głównie na zasadzie click & collect, czyli kupujemy online i odbieramy offline – wskazuje dyrektor Departamentu Klientów Biznesowych w innogy Polska.

Na zmiany spowodowane pandemią COVID-19 najbardziej odporny okazał się sektor powierzchni magazynowych. Zwiększona aktywność konsumentów w e-commerce, a tym samym większa częstotliwość korzystania z usług kurierskich, spowodowały wzrost zapotrzebowania na nie, zwłaszcza krótkoterminowo. W I połowie tego roku magazyny odpowiadały za prawie 40 proc. kapitału zainwestowanego w polski rynek nieruchomości komercyjnych. Wzrosła też aktywność najemców, a w strukturze popytu przeważały nowe umowy.

– Powierzchnie magazynowe nie służą już tylko do przechowywania towarów, ale spełniają też szereg innych funkcji. Odbywa się w nich praktycznie cały proces sprzedażowy. Inwestycje idą w kierunku automatyki oraz ekologii. Z uwagi na to, że aktualnie więcej osób przebywa w magazynach, coraz bardziej istotne stają się kwestie związane z oświetleniem, wentylacją czy dostępem do mediów. Widzimy też, że powierzchnie magazynowe zaczynają dobudowywać czy rearanżować część swoich powierzchni na biura. Firmy zajmujące się magazynowaniem już nie oddzielają funkcji biuro–magazyn, tylko próbują je scalić w jedno – mówi Małgorzata Eull.

Dla wszystkich segmentów rynku nieruchomości komercyjnych wspólnym mianownikiem jest w tej chwili rosnący nacisk na ekologię. Aspekty ekologiczne odgrywają istotną rolę na każdym etapie inwestycji – od projektu architektonicznego, poprzez dobór materiałów, skończywszy na realizacji inwestycji i użytkowaniu obiektu. Znaczenia nabierają m.in. aspekty takie jak zasilanie budynków poprzez odnawialne źródła energii, optymalizacja zużycia wody, odpowiednia gospodarka odpadami czy też inteligentne oświetlenie.

Wzrost świadomości ekologicznej dobrze odzwierciedla liczba tzw. zielonych certyfikatów, które gwarantują, że dany obiekt powstał zgodnie z normami przyjaznymi środowisku. Według danych Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego Polska jest liderem Europy Środkowo-Wschodniej pod względem liczby certyfikowanych budynków, a najwięcej ich przypada na biurowce (61,4 proc. wszystkich certyfikowanych obiektów). Dalej plasują się powierzchnie logistyczne i przemysłowe (16,7 proc.) oraz  handlowe (14,4 proc.).

– W Polsce połowa budynków jest w tej chwili certyfikowana pod kątem ekologii i jest to najlepszy wynik w Europie Środkowo-Wschodniej. Jest to dyktowane wymaganiami najemców, którzy chcą być coraz bardziej odpowiedzialni społecznie, zmniejszać ślad węglowy i w coraz większym stopniu dbać o ekologię. To już nie jest tylko oszczędność papieru, ale również segregowanie odpadów i zastosowanie innowacyjnych rozwiązań, jak np. ule na dachach, powierzchnie zielone, które mają oczyszczać powietrze. To także inwestycje w fotowoltaikę i ładowarki samochodów czy hulajnóg – mówi Małgorzata Eull.

Standardem staje się także energooszczędne oświetlenie LED i montaż czujników sterowania oświetleniem. Coraz częściej stosowane są kolektory słoneczne, panele fotowoltaiczne oraz hybrydowe systemy wentylacji. W ten sposób firmy inwestują w oszczędzanie energii, za czym podąża optymalizacja kosztów.

Grupa PGE rezygnuje z węgla. Do 2030 roku zainwestuje 75 mld zł w odnawialne źródła energii

0

PGE to gigant polskiej energetyki, którego portfel w tej chwili w 80 proc. jest oparty na węglu kamiennym i brunatnym. Grupa właśnie ogłosiła, że zamierza sukcesywnie z niego rezygnować na rzecz odnawialnych źródeł energii. Do 2030 roku udział OZE w jej portfelu ma już wynieść 50 proc., głównie dzięki inwestycjom w farmy wiatrowe na Bałtyku i fotowoltaikę. Równolegle zainwestuje też w stopniową dekarbonizację ciepłownictwa i rozwój magazynów energii. W efekcie Grupa Kapitałowa PGE osiągnie neutralność klimatyczną w 2050 roku, czyli nie będzie emitować już ani grama CO2 – wynika z nowej strategii PGE.

– Zakładamy, że w 2050 roku osiągniemy neutralność klimatyczną, czyli zero emisji CO2 i sto procent energii ze źródeł odnawialnych. Nasza strategia będzie osadzona na dwóch podstawowych filarach: jeden to OZE, drugi to dystrybucja – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Wojciech Dąbrowski, prezes zarządu Polskiej Grupy Energetycznej.

Gigant polskiego rynku ogłosił właśnie nową strategię dekarbonizacji i osiągnięcia neutralności klimatycznej w 2050 roku. Do tego czasu PGE – której portfel wytwórczy jest w tej chwili w ponad 80 proc. oparty na węglu kamiennym i brunatnym – całkowicie zrezygnuje z paliw kopalnych i będzie dostarczać klientom 100 proc. zielonej energii. Grupa chce osiągnąć ten cel poprzez wielomiliardowe inwestycje w infrastrukturę sieciową oraz w nisko- i zeroemisyjne źródła wytwórcze, skupiając się głównie na energii z wiatru i fotowoltaice.

– Wśród odnawialnych źródeł energii podstawą będą morskie farmy wiatrowe. Chcemy w 2030 roku mieć 2,5 GW mocy zainstalowanej w morskich farmach wiatrowych na Bałtyku. Na początku lat 30. przybędzie kolejny gigawat, a w 2040 roku będziemy mieć już 6,5 GW na morzu – wskazuje Wojciech Dąbrowski.

Do końca tej dekady Grupa PGE zamierza wybudować łącznie 2,5 GW nowych mocy w dwóch morskich elektrowniach wiatrowych na Bałtyku (i kolejne 4 GW w późniejszych latach), 3 GW w fotowoltaice oraz rozbudować swój portfel lądowych farm wiatrowych o co najmniej 1 GW. Inwestycjom w zielone projekty ma też towarzyszyć program magazynowania energii na co najmniej 0,8 GW, który pozwoli na ustabilizowanie systemu elektroenergetycznego.

– Chcemy, aby projekty na morzu były wspierane przez farmy wiatrowe na lądzie oraz wielkoskalową fotowoltaikę, a także magazyny energii komplementarne dla tych wszystkich źródeł OZE. Dzięki temu, kiedy energia będzie tania bądź nie będzie potrzebna – będzie magazynowana i oddawana do sieci wtedy, kiedy będą potrzebować tego klienci – mówi prezes PGE.

Odnawialne źródła w 2030 roku mają już odpowiadać za 25 proc. wyniku finansowego Grupy PGE. Do tego czasu udział OZE w jej nakładach na inwestycje wyniesie ok. 50 proc. i będzie sukcesywnie rósł. Plan inwestycyjny obejmuje jednak nie tylko OZE, lecz także infrastrukturę sieciową. Rozwój sieci dystrybucyjnej umożliwi integrację nowych, zielonych źródeł, ponieważ te będą w większości podłączane do linii należących do operatorów sieci dystrybucyjnych. Grupa zainwestuje więc nie tylko w magazyny energii, ale też linie, transformatory, łączność cyfrową oraz nowoczesne opomiarowanie stanowiące elementy inteligentnej sieci.

– W zakresie dystrybucji czekają nas ogromne wyzwania, jeśli chcemy dostarczyć naszym klientom nowoczesne usługi, których oni oczekują. Musimy mieć w tym celu nowoczesne sieci dystrybucyjne, stąd nasz ogromny plan inwestycyjny w tym obszarze, zakładający m.in. kablowanie sieci – czyli zakopywanie ich w ziemię, żeby w jak najmniejszym stopniu ulegały awariom i żeby jak najłatwiej było je obsługiwać – mówi Wojciech Dąbrowski.

Horyzont czasowy nowej strategii dekarbonizacji PGE to 2050 rok, ale ogromne zmiany w ramach grupy zajdą już w tej dekadzie. Do 2030 roku zwiększy ona udział zielonej, odnawialnej energii w swoim portfelu do 50 proc. i zmniejszy emisję dwutlenku węgla o 85 proc. – co oznacza zmniejszenie emisji CO2 o ok. 120 mln ton.

W kolejnym dziesięcioleciu – obok inwestycji w źródła zielonej energii – PGE zamierza też inwestować w dekarbonizację ciepłownictwa i sukcesywną wymianę paliw węglowych na gazowe w  ciepłownictwie systemowym. Grupa zakłada, że wykorzystanie gazu ziemnego – jako paliwa przejściowego – będzie możliwe jeszcze przez ok. 20 lat. Do 2030 roku udział niskoemisyjnych źródeł w produkcji ciepła Grupy PGE wyniesie ok. 70 proc.

– Nowoczesne ciepłownictwo – czyli zastępowanie paliwa węglowego paliwem gazowym – też jest jednym z elementów nowej strategii. Oczywiście traktujemy gaz jako paliwo przejściowe, bo zapewne w ciągu kilkunastu lat paliwo gazowe w ciepłownictwie zostanie zastąpione innym. W tej chwili nie ma jeszcze tylu sprawdzonych źródeł energii, które mogłyby w tej branży zapewniać rentowność, ale już przyglądamy się nowym technologiom. Z ciekawością obserwujemy m.in. innowacje w obszarze wodoru i wykorzystywania go w przyszłości jako paliwa w energetyce – wskazuje prezes PGE.

Dekarbonizacja będzie wymagać wielomiliardowego kapitału, dlatego Grupa PGE chce wykorzystać w tym procesie środki finansowe z funduszy pomocowych dostępnych dla Polski w ramach UE. Udział pozyskanego w ten sposób finansowania ma pokryć nawet 25 proc. inwestycji energetycznego giganta. Co istotne, do 2025 roku PGE zamierza też ograniczyć swoje stałe koszty funkcjonowania o co najmniej 15 proc., a do 2030 roku już o ¼ (w stosunku do ubiegłorocznego poziomu).

– Ta strategia jest ogromną szansą dla podniesienia komfortu naszego życia, dla poprawy jakości naszego zdrowia. Będziemy żyli w środowisku, w którym będzie otaczać nas czystsze powietrze – mówi Wojciech Dąbrowski. – W wymiarze gospodarczym przeznaczymy na dekarbonizację ogromne środki, do 2030 roku będzie to co najmniej 75 mld zł. Zamierzamy finansować swoje projekty w różnych formułach, korporacyjnie, ale też project finance, i poszukujemy inwestorów, którzy wspólnie z nami chcieliby zainwestować w polską energetykę. Jest duże zainteresowanie szczególnie z zagranicy, m.in. funduszy amerykańskich. To pokazuje, że ten sektor jest rentowny i przyszłościowy.

Sektor lotniczy sięga po technologie wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Za jej pomocą będzie szkolić pilotów i personel techniczny

Przedstawiciele sektora lotniczego eksperymentują z innowacyjnymi technologiami, które pozwolą unowocześnić przestarzałe procesy szkolenia personelu lotniska czy załogi samolotów. Duże nadzieje pokłada się w systemach wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości umożliwiających przeszkolenie specjalistów w ściśle kontrolowanych warunkach, minimalizując tym samym ryzyko popełnienia kosztownego błędu zarówno podczas samego szkolenia, jak i w trakcie późniejszej służby.

– Idziemy w kierunku rzeczywistości rozszerzonej, zadań ekologicznych, smart energy i różnego rodzaju intuicyjnych systemów. Kiedyś większość wojskowych statków powietrznych mogła być obsługiwana przez żołnierzy służby zasadniczej po niespełna rocznym przeszkoleniu. Teraz jest to absolutnie niemożliwe. Systemy zastosowane w F-35 wymagają wiedzy technicznej, którą nabywa się poprzez specjalistyczne szkolenie przy wsparciu urządzeń kontrolnych najnowszej generacji – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Piotr Kisiel, prezes zarządu Wojskowego Centralnego Biura Konstrukcyjno-Technologicznego SA.

W celu unowocześnienia procesów szkoleniowych eksperci z WCBKT SA opracowali innowacyjne narzędzie dla systemu e-NOSP służącego do serwisowania urządzeń naziemnej obsługi statków powietrznych. Dzięki wykorzystaniu gogli rozszerzonej rzeczywistości możliwe jest przeprowadzenie wirtualnego szkolenia pracowników, a także wyświetlanie holograficznych schematów urządzeń oraz instrukcji obsługi na potrzeby przeprowadzania naprawy najróżniejszych urządzeń lotniczych.

System od WCBKT SA przystosowano także do współpracy z algorytmami sztucznej inteligencji wyszkolonymi w procesie zarządzania ryzykiem. Pozwalają one przewidzieć ryzyko ewentualnej usterki na podstawie analizy danych historycznych oraz bieżących danych na temat funkcjonowania danego sprzętu.

– Mamy ogromne możliwości oraz potrzeby. Z jednej strony są to potrzeby firmy produkcyjnej, np. podnoszenie kwalifikacji pracowników, szkolenia, obsługa serwisowa czy wsparcie przy procesie produkcyjnym i modernizacyjnym. Z drugiej strony jest użytkownik, czyli żołnierz albo pracownik cywilny na płycie lotniska. Dzięki rozszerzonej rzeczywistości skracamy czas szkolenia, minimalizujemy ryzyko, że technik wykona jakieś błędne czynności – podkreśla ekspert.

Modernizację lotnictwa opartą na systemach AR i VR planują przeprowadzić także przedstawiciele Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Amerykańska armia w ramach testów wdrożeniowych przetestuje narzędzia opracowane przez start-up Red 6, które pozwolą wykorzystać potencjał wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości. Dotychczas każda godzina lotu szkoleniowego na F-22 Raptor kosztowała armię ok. 40 tys. dol., a od 2013 do 2017 roku w trakcie szkolenia zginęło przeszło 130 osób. Przeniesienie tego procesu do wirtualnej rzeczywistości pozwoli znacząco obniżyć koszt szkoleń, wyeliminować ryzyko ofiar podczas treningu oraz zwiększyć liczbę lotów treningowych przed rozpoczęciem służby.

W Polsce podobny system zaprojektowali inżynierowie z Politechniki Lubelskiej. Narzędzie VR Syntia stworzono z myślą o szkoleniu zarówno pilotów samolotów, jak i śmigłowców oraz pojazdów bezzałogowych. Pozwoli ono przeprowadzić wstępną ocenę zdolności kandydatów na pilotów poprzez określenie m.in. ich podzielności uwagi czy czasu reakcji, a co za tym idzie – przyspieszyć proces rekrutacyjny.

– W przypadku lotnictwa cywilnego każda minuta to są tysiące złotych. Zminimalizowanie wystąpienia błędu ma kolosalne znaczenie i systemy rozszerzonej rzeczywistości pozwalają to ryzyko minimalizować – twierdzi Piotr Kisiel. – Poprzez systemy wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości można szkolić techników, montażystów, pracowników linii produkcyjnych. Przyświeca nam idea zarządzania ryzykiem i minimalizowania możliwości wystąpienia błędu. Jest to trend, z którym podąży cały świat lotniczy.

Według analityków z firmy Fortune Business Insights wartość globalnego rynku symulatorów VR dla lotnictwa w 2019 roku wyniosła 5,89 mld dol. Przewiduje się, że do 2027 roku wzrośnie do 8,05 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,2 proc.

Dzięki drukowi 3D już niedługo mogą powstać pierwsze budynki na Księżycu. W przyszłości technologia może pomóc w stworzeniu infrastruktury na Marsie

Misja załogowa ma wylądować na Księżycu w 2024 roku, a po 2030 roku będzie już możliwa eksploracja Marsa. Aby było to możliwe, niezbędna jest odpowiednia infrastruktura, która pozwoli kosmonautom na konieczne badania, a w przyszłości pozwoli nawet zamieszkać na naszym satelicie. Niedawno firma ICON  otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

Przyszłość podróży kosmicznych wymaga nowych technologii, zwłaszcza w kontekście przyspieszającej eksploracji kosmosu. NASA zapowiedziała, że na Księżycu do 2024 roku wyląduje misja kosmiczna. W 2030 roku z kolei amerykańska agencja planuje wysłać człowieka na Marsa. Plany Elona Muska są znacznie bardziej ambitne – do 2050 roku chce on umieścić na Marsie nawet milion ludzi. Aby eksploracja kosmosu i planet była jednak możliwa, konieczne jest zbudowanie odpowiedniej infrastruktury, która pozwoli na zamieszkanie na odległych ciałach niebieskich.

Amerykańska firma ICON właśnie rozpoczęła Project Olympus. Przedsięwzięcie ma na celu opracowanie kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który docelowo ma pomóc zdobyć przyczółek na Księżycu i Marsie. Firma otrzymała finansowanie z NASA na rozpoczęcie badań i rozwoju kosmicznego systemu konstrukcyjnego, który mógłby wesprzeć przyszłą eksplorację Księżyca.

– Budowa pierwszego domu dla ludzkości na innej planecie będzie najbardziej ambitnym projektem konstrukcyjnym w historii i wyniesie naukę, inżynierię, technologię i architekturę na dosłownie nowe wyżyny – twierdzi Jason Ballard, współzałożyciel i dyrektor generalny ICON. – Inwestycje NASA w technologie ery kosmicznej, takie jak ta, mogą nie tylko pomóc w rozwoju przyszłości ludzkości w kosmosie, ale także w rozwiązaniu bardzo realnych, irytujących problemów, z którymi borykamy się na Ziemi. 

Trwała obecność ludzi na Księżycu wymaga nie tylko rakiet, ale też wytrzymałej infrastruktury, która zapewni lepszą ochronę termiczną, radiacyjną i mikrometeorytową niż ta, którą znamy z Ziemi. Do tworzenia takich struktur mieszkalnych można zaś wykorzystać druk 3D. Dlatego też firma ICON, znana z zaawansowanej technologii druku 3D w budownictwie mieszkaniowym na Ziemi, otrzymała kontrakt SBIR Strategic Fund Increase (STRATFI), aby przyspieszyć rozwój technologii druku 3D zaawansowanych materiałów oraz oprogramowania, która znajdzie zastosowanie w kosmosie. ICON będzie przy tym współpracować z firmami architektonicznymi BIG – Bjarke Ingels Group oraz SEArch + (Space Exploration Architecture).

– Nowa architektura nadaje formę temu, co nie zostało jeszcze nadane – mówi Bjarke Ingels, założyciel i dyrektor kreatywny BIG – Bjarke Ingels Group. – Dzięki ICON wyznaczamy nowe granice zarówno pod względem materialnym, technologicznym, jak i środowiskowym. Odpowiedzi na nasze wyzwania na Ziemi mogą być równie dobrze na Księżycu.

ICON będzie współpracować z Centrum Lotów Kosmicznych imienia George’a C. Marshalla NASA w Alabamie, aby przetestować różne technologie druku przy użyciu symulowanej gleby księżycowej. Badania będą opierać się na technologii, którą ICON zademonstrował w 2018 roku podczas konkursu 3D Printed Habitat Challenge NASA.

Infrastruktura zbudowana na Księżycu będzie zdeterminowana przede wszystkim przez materiały. To konieczne m.in. ze względu na dni i noce księżycowe, które trwają równowartość dwóch ziemskich tygodni, ekstremalne ciepło i zimno, promieniowanie i regularne ataki meteorytów. Pomóc w tym może właśnie gleba księżycowa.

W przyszłości, jeśli testy się powiodą, infrastruktura może znaleźć zastosowanie również na Marsie. Zwłaszcza że zarówno NASA, jak i prywatni przedsiębiorcy mają ambitne plany dotyczące eksploracji Czerwonej Planety.

– Od samego początku istnienia ICON myśleliśmy o budowaniu poza światem. To zaskakująco naturalny postęp, jeśli chodzi o sposoby, w jakie konstrukcja addytywna i drukowanie 3D mogą stworzyć lepszą przyszłość dla ludzkości. Nauka budowania na innych planetach zapewni również niezbędne innowacje, aby rozwiązać problemy mieszkaniowe, przed którymi stoimy na tym świecie – mówi Jason Ballard.

Większa aktywność małych firm – sezonowa zwyżka czy nadrabianie strat?

Tegoroczna jesień jest dużo lepsza dla polskich mikroprzedsiębiorców niż wiosna. Po bardzo dużym spadku działalności małych i mikro przedsiębiorców w marcu i kwietniu – obserwujemy spory wzrost ich ruchu na rynku. Widać to na przykład na portalu faktura.pl, gdzie liczba wystawionych we wrześniu faktur przewyższyła wynik z maja o 37%. To rekordowa liczba – wskazująca na to, że polscy mikroprzedsiębiorcy działają i z optymizmem patrzą w przyszłość. Taki wniosek można wysnuć również po liczbie nowo zakładanych przedsiębiorstw – która we wrześniu 2020 wróciła do czasów sprzed pandemii. Wciąż pojawia się jednak pytanie – czy jesienna tendencja zwyżkowa spowodowana jest nadrabianiem strat po pandemii, czy wynika z chwilowych, lepszych możliwości biznesowych – związanych z wakacjami i początkiem roku szkolnego?

– Czy ten wzrost jest spowodowany, tym że polski mikroprzedsiębiorca nadrabia stracony czas związany z lockdownem i chwilowym spowolnieniem swojego biznesu, czy też jest to przyspieszenie sezonowe? Trudno ocenić na tym etapie – powiedział serwisowi eNewsroom Marek Sikorski, dyrektor sprzedaży i marketingu w Finea S.A. – W wakacje nastąpił wzrost liczby wystawianych faktur przez firmy, które dostarczają swoje produkty – chociażby żywnościowe, do branży turystycznej. Wszyscy obserwowaliśmy bardzo duży popyt na usługi turystyczne na terenie Polski. Nie można jednak uznać, że branża turystyczna nadrabiała stracony czas i odradzała się po lockdownie. Skorzystała po prostu z możliwości, które dały jej regulacje rządowe oraz ograniczenie ruchu międzynarodowego. Wzrost działalności przedsiębiorstw zajmujących się turystyką lub dostarczaniem produktów dla turystyki wynikał z wykorzystania tych 5 minut, które branża dostała. Trudno jednak nazwać to podniesieniem się po pandemii – wskazuje Sikorski.

W tym tygodniu dowiemy się, jak gospodarka strefy euro zareagowała na drugą falę pandemii

W tym tygodniu poznamy pierwsze istotne odczyty, które pokażą nam, jak gospodarka strefy euro zareagowała na drugą falę pandemii i związane z nią obostrzenia. Uwaga inwestorów nadal kieruje się w stronę USA przed wyborami.

Miniony tydzień przyniósł wyprzedaż globalnych akcji, inwestorzy szukali bezpieczeństwa w aktywach safe haven, szczególnie USD, JPY i CHF. Ruchy te były jednak ograniczone i nie zmieniły obrazu handlu z ostatnich kilku tygodni. Euro w parze z dolarem amerykańskim znajduje się obecnie w okolicy środka widełek, w których utrzymywało się od sierpnia, migrując między poziomem 1,16 a 1,19. W minionym tygodniu najgorzej radziły sobie waluty środkowoeuropejskie, osłabione przez obawy, że druga fala pandemii szczególnie mocno uderza w kraje z tego obszaru.

Rynki w coraz większym stopniu koncentrują się na wyborach w USA, które odbędą się w pierwszym tygodniu listopada. Zdaje się obecnie panować konsensus co do tego, że Demokraci uzyskają zarówno prezydenturę, jak i kontrolę w Senacie, co naszym zdaniem byłoby pozytywne dla aktywów ryzykownych i negatywne dla dolara. Piątkowa publikacja wstępnych danych PMI za październik dla strefy euro będzie w tym tygodniu kluczowa. Ostatnie nasilenie wysiłków zmierzających do ograniczenia liczby zakażeń koronawirusem wprowadza w tym kontekście ryzyko, że dane okażą się gorsze od oczekiwań. Odczyt istotnie gorszy od zakładanego mógłby sprawić, że rynek zacząłby się zastanawiać nad możliwym dalszym złagodzeniem polityki pieniężnej przez Europejski Bank Centralny.

PLN
Polski złoty zakończył miniony tydzień znacznym osłabieniem. Stan polskiej waluty należy wiązać tak z ogólnym pogorszeniem sentymentu, z powodu którego relatywnie mocno cierpiały aktywa europejskie, jak też z gorszymi informacjami z kraju. Dotyczą one zarówno samej pandemii, jak i wprowadzonych na terenie całego kraju nowych restrykcji, mających ograniczyć rozprzestrzenianie się wirusa.

Zeszłotygodniowe dane dot. inflacji w Polsce nie skupiły na sobie większej uwagi, w tym tygodniu czeka nas jednak prawdziwe zatrzęsienie publikacji makroekonomicznych, które – choć nie powinny mieć istotnego wpływu na rynek – jednak pozwolą zorientować się w sytuacji gospodarczej pod koniec III kwartału. W związku ze skokowym wzrostem liczby nowych zakażeń i wspomnianym efektywnym minilockdownem w Polsce kluczowe za to będą publikacje dotyczące października, na które jednak przyjdzie nam poczekać miesiąc.

EUR
Pogarszające się koronawirusowe statystyki w większości krajów strefy euro i powrót lokalnych obostrzeń zaszkodziły nastawieniu inwestorów do euro w ubiegłym tygodniu. W tym czasie dzienna liczba nowych zakażeń osiągnęła kolejne szczyty w czterech najważniejszych gospodarkach strefy euro (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania), a większość krajów wspólnego bloku ponownie wprowadziła większe restrykcje.

W tym kontekście na znaczeniu zyskują dane PMI, które poznamy w piątek. Będą one pierwszą istotną miarą skali wpływu częściowych lockdownów i innych obostrzeń na sytuację gospodarczą. Spadek indeksu zbiorczego poniżej poziomu ekspansji (50) nałoży na EBC dodatkową presję, aby bank przygotował się do dalszego złagodzenia polityki pieniężnej. W tym kontekście, oczekiwaną przez nas odpowiedzią na słabe dane byłaby wyprzedaż euro w relacji do głównych walut.

USD
Dane o sprzedaży detalicznej w USA, jakie poznaliśmy w ubiegłym tygodniu, były bardzo pomyślne, pomimo że kraj nie doczekał się jeszcze drugiej tury pomocy fiskalnej. Sprzedaż skoczyła o ponad 5% w ujęciu rocznym.

Wybory w USA, które odbędą się w pierwszym tygodniu listopada, zaczynają przysłaniać jednak publikacje makroekonomiczne z kraju. Tych ostatnich zresztą w tym tygodniu nie będzie zbyt wiele. Sondaże wskazują na większą i bardziej stabilną przewagę Demokratów, niż sugerowały w analogicznym czasie przed wyborami w 2016 roku, i aktywa ryzykowne powinny odnaleźć w tym pocieszenie. Finalna debata prezydencka pod koniec tygodnia skupi na sobie uwagę inwestorów.

GBP
Tak jak oczekiwaliśmy, negocjacje brexitowe w ubiegłym tygodniu utknęły w martwym punkcie, lecz Boris Johnson wycofał się z groźby odejścia od stołu. Ostrzegł natomiast, że Wielka Brytania powinna przygotować się do możliwego Brexitu bez umowy. Szterling zachowywał się podobnie jak euro, wygląda więc na to, że rynki nadal oczekują, że stronom uda się osiągnąć jakieś ograniczone porozumienie. Również jesteśmy tego zdania. Obie strony zdają się otwarte na dodatkowe rozmowy pomimo twardej postawy Johnsona. Oczekuje się, że w najbliższych kilku dniach negocjacje powrócą.

W tym tygodniu nie poznamy zbyt wielu publikacji mogących wpłynąć na kurs, zatem oczekujemy, że uwaga inwestorów w kontekście funta utrzyma się na koronawirusowych statystykach w Wielkiej Brytanii i możliwości nowego lockdownu, co potencjalnie mogłoby mocno zaszkodzić brytyjskiej walucie. Zgodnie z doniesieniami szereg obszarów na Wyspach, w tym Sheffield i Leeds, jest na skraju znalezienia się w strefie „poziomu 3” lockdownu, najwyższego w brytyjskiej skali koronawirusowych obostrzeń.

CHF
Pogorszenie sentymentu do ryzyka sprawiło, że frank zakończył tydzień jako jedna z najlepiej radzących sobie walut G10. Tym niemniej, relatywnie gorsze nastroje względem europejskich aktywów sprawiły, że frank radził sobie gorzej niż inne waluty safe haven.

Druga fala pandemii COVID-19 nie oszczędziła Szwajcarii, a liczba nowych zakażeń w ubiegłym tygodniu osiągnęła kolejne szczyty. Obecnie oscyluje w okolicy 3 tys. dziennie. W związku z tym, że sytuacja pandemiczna w Japonii zdaje się stabilizować, frank szwajcarski, który lepiej radził sobie w poprzednich tygodniach, może w najbliższym czasie stać się mniej preferowaną walutą safe haven i radzić sobie gorzej. W sytuacji pogarszającego się sentymentu do ryzyka naszym zdaniem powinien być jednak w lepszej sytuacji niż inne europejskie waluty.

Poza koronawirusowymi statystykami, ostatnio wieści ze Szwajcarii nie było zbyt wiele, a ich znaczenie było ograniczone. Kalendarz ekonomiczny dla kraju w tym tygodniu jest niemalże pusty i jako waluta safe haven frank prawdopodobnie będzie nadal reagował na zmiany sentymentu, korygowane o krajowe (czy raczej kontynentalne) wieści z frontu walki z pandemią.

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury