Mimo unijnych ułatwień w transporcie pandemia szkodzi polskiemu eksportowi żywności. Remedium po otwarciu granic mogą być rynki pozaunijne

W dwóch pierwszych miesiącach 2020 roku eksport napojów i tytoniu wzrósł o 11,1 proc., natomiast żywności i żywca o 5,8 proc. Ten trwający od dekady trend wzrostowy został przerwany przez wybuch pandemii koronawirusa. Mniejszy popyt spowodowany zamknięciem gastronomii i ograniczeniem zakupów wpłynął na nadwyżki produkcji. Z drugiej strony nie wiadomo, jak na tegoroczne zbiory wpłynie niedobór pracowników sezonowych. Pierwsze dane za marzec powinniśmy poznać 14 maja.

– Pandemia poprzerywała wszelkie łańcuchy dostaw, zwłaszcza w eksporcie, przez co potraciliśmy miejsca eksportowe związane z naszą żywnością – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. Marian Podstawka, dyrektor Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego. – W normalnych warunkach nasz rynek rolno-żywnościowy odnotowywał wzrost eksportu. Kwota eksportu wynosiła 30 mld euro i bilans w tym handlu jest dodatni  około 10 mld euro.

Z obliczeń instytutu opracowanych na podstawie danych Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa i Ministerstwa Finansów wynika, że eksport polskiej żywności rósł nieprzerwanie od akcesji do Unii Europejskiej, z wyjątkiem niewielkiego cofnięcia w 2009 roku. Dziesięć lat później wartość wyeksportowanych towarów sięgnęła 31,8 mld euro, zaś import – 20,5 mld euro, co dało najwyższy w ciągu półtorej dekady dodatni bilans. Jednocześnie eksport żywności i innych produktów rolno-spożywczych stanowił niemal 13,5 proc. całego wywozu. Najwięcej eksportowaliśmy żywca, mięsa i jego przetworów. Warto jednak przypomnieć, że wraz z nowym rokiem powróciła do Polski grypa ptaków, co zamknęło niektóre rynki.

– To były znakomite wyniki w normalnych warunkach, ale wiadomo, że w obecnych już takie nie będą, co przeszkodzi w rozwoju rolnictwa i całego przemysłu rolno-spożywczego – mówi prof. Marian Podstawka. – Jeżeli stan zamrożenia gospodarki, transportu, zamkniętych granic będzie trwał dłużej, to sytuacja na pewno będzie niekorzystna dla eksportu polskiej żywności. Gdyby jednak czas zablokowania transportu okazał się krótszy, to wiadomo, że to poprawi sytuację eksportową i bilansu handlu zagranicznego artykułami żywnościowymi.

Od 7 kwietnia Ministerstwo Rolnictwa umieszcza na swojej stronie internetowej informacje na temat tego, jakie produkty są pożądane w poszczególnych krajach. W przypadku Australii są to np. majonez, musztarda, makarony, kasza perłowa i gryka, w przypadku Singapuru nabiał, świeże, konserwowe i mrożone warzywa, mrożone dania gotowe i makarony, a w przypadku Nigerii popyt jest na aż kilkadziesiąt kategorii. Zjednoczone Emiraty Arabskie budują z kolei rezerwy mięsa, lecz musi ono mieć certyfikat halal.

– Pewna okoliczność sprzyja sytuacji eksportowej, ponieważ z tego, co wiadomo, Singapur, Chiny i inne państwa na Wschodzie starają się nawiązać kontakt z naszym resortem – mówi dyrektor IERiGŻ – PIB. – Ministerstwo Rolnictwa ogłosiło stronę „Możliwości eksportowe”, gdzie można zasięgać informacji, co możemy eksportować, w jakich ilościach, na jakich warunkach, co jest bardzo dobrym rozwiązaniem. I te utracone przez koronawirusa kanały eksportowe w Europie mogą być odrobione dzięki nowym kontraktom i kontaktom eksportowym ze wspomnianymi Singapurem czy Chinami.

Opracowana w Polsce powłoka zabija większość wirusów i bakterii. Znajdzie zastosowanie w produkcji maseczek i sprzętu ochronnego

Maseczki na twarz mogą skutecznie chronić przed zakażeniem koronawirusem, nie zapewniają jednak całkowitej skuteczności. Większość wychwytuje jedynie duże kropelki wody. Ponadto, choć maska ​​może złapać wirusa i uniemożliwić mu dostanie się do nosa lub ust, to go nie zabije. Opracowana w Polsce specjalna powłoka zabija wirusy, bakterie, zabezpiecza też przed zanieczyszczeniami, alergenami, pyłami, grzybami i pleśnią. Może być stosowana zarówno w maseczkach wielokrotnego użytku, jak i na całym sprzęcie ochronnym lekarzy i ratowników.

Większość masek może wychwytywać jedynie duże kropelki wody. Choć powstrzymuje wirusa i uniemożliwia mu przedostanie się do nosa czy ust, nie zabija go. Oznacza to, że gdy użytkownik usuwa maskę, wirus przenosi się na palce, a następnie na inne często dotykane powierzchnie. W efekcie, choć maseczki teoretycznie mogą faktycznie zabezpieczać, w praktyce nie dają 100 proc. skuteczności. Dlatego też na całym świecie trwają badania nad maseczkami, które mają znacznie bardziej chronić przed wirusami. Naukowcy w Kanadzie opracowali np. zabójczą antywirusową powłokę, którą można nakładać na zewnętrzną stronę dowolnej maski. Materiał składa się głównie z chlorku potasu i chlorku sodu. Sole te rozpuszczają się, gdy zetkną się z kropelkami wody, krystalizują się, a ostre krawędzie kryształów przebijają wówczas wirusy.

Polacy opracowali zaś pierwszą maseczkę, której nanopowłoka skutecznie zabija nie tylko wirusy, lecz także bakterie.

– Udało się nam stworzyć powłokę, którą możemy nanosić na materiały i tkaniny używane do produkcji maseczek. Powłoka ta jest bardzo innowacyjnym rozwiązaniem, które na pięciu poziomach neutralizuje i degraduje bakterie, wirusy, alergeny, lotne związki organiczne, pleśń czy grzyby – mówi Norbert Duczmal, pomysłodawca HalloyNano.

Dzięki wykorzystaniu nanopłytek jako nośnika i działaniu nanosrebra, nanotlenku cynku oraz nanodwutlenku tytanu opracowana w Polsce powłoka skutecznie chroni przed zakażeniem, przy okazji zabezpiecza też przed zanieczyszczeniem powietrza czy alergenami. Wykorzystuje proces fotokatalizy – powstają w nim reaktywne formy tlenu, które niszczą struktury białkowe wirusów i bakterii. Powłoka aktywowana jest zarówno przez światło naturalne, jak i sztuczne. Tym samym nanopowłoka sprawdzi się nie tylko w przypadku maseczek, ale też całego sprzętu zabezpieczającego.

– Powierzchnia chroniąca HalloyNano wkrótce będzie mogła chronić nie tylko twarze, ale również być użyta przy produkcji rękawiczek, odzieży czy zabezpieczeń dla szpitali – kombinezonów lub śluz. Jest samoczyszcząca i aktywuje swe właściwości jedynie pod wpływem światła dziennego lub sztucznego – podkreśla pomysłodawca HalloyNano.

Opracowana w Polsce technologia może okazać się ratunkiem dla szpitali i placówek leczniczo-opiekuńczych w całym kraju. Średnio jeden szpital zakaźny zużywa dziennie nawet kilkaset zestawów ochronnych. Brakuje nie tylko gogli czy kombinezonów, ale niekiedy również zwykłych maseczek.

– Wsparcie ułatwi nam pomoc wybranym placówkom na terenie Polski, w których sytuacja jest dramatyczna – małym szpitalom i domom opieki społecznej – apeluje Norbert Duczmal.

Projekt HalloyNano można wesprzeć jeszcze przez 38 dni na portalu wspieram.to/nanomaska.

Facebook z pozytywną rekomendacją od Citi. Dane z rynku pracy nie wystraszyły inwestorów

Mimo historycznie wysokiej stopy bezrobocia w Stanach Zjednoczonych S&P 500, Nasdaq oraz Dow Jones Industrial Average kontynuują wzrostowe odbicie zapoczątkowane w połowie marca. Trzy główne amerykańskie indeksy świecą zielenią, zyskując od 0,8 do 1,3 proc. W indeksie DJIA największe wzrosty odnotowują takie spółki jak Boeing, Walt Disney, JPMorgan Chase czy Exxon Mobil. Wzrosty wynoszą od ponad 2,6 do prawie 4 proc.

Gospodarka USA straciła w kwietniu 20,5 miliona miejsc pracy. Jest to najbardziej gwałtowny spadek od czasów Wielkiego Kryzysu. Departament Pracy USA w piątkowym raporcie pokazał również, że stopa bezrobocia wzrosła do 14,7 proc. w zeszłym miesiącu, bijąc rekordowy poziom 10,8 proc., który miał miejsce po drugiej wojnie światowej w listopadzie 1982 r.

Jednakże tak słabe dane były już poniekąd w cenach, ponieważ od tygodni na bieżąco napływały dane o liczbie nowych wniosków o zasiłek dla bezrobotnych. Stąd też inwestorzy na Wall Street bardziej skupili się na innych tematach i z zadowoleniem przyjęli oznaki poprawy stosunków między Chinami i USA, a także perspektywę ożywienia gospodarczego, gdy kolejne stany zniosą ograniczenia i restrykcje. W oficjalnej notce prasowej opublikowanej wczoraj strona chińska stwierdziła, że negocjatorzy obu krajów zgodzili się stworzyć sprzyjające warunki dla wdrożenia fazy pierwszej umowy zawartej na początku roku.

Z ciekawych informacji dotyczących spółek, analitycy Citi podnieśli poziom ceny docelowej dla Facebooka do 245 USD ze 195 USD, powołując się na wyniki firmy w pierwszym kwartale, co pomogło złagodzić obawy o słabość na rynku reklamy cyfrowej. Firma Marka Zuckerberga również może złapać oddech dzięki zmniejszeniu zagrożenia z powodu niekorzystnych przepisów i zaostrzonych regulacji, które mogły spółki dotyczyć. Obecnie można zauważyć poprawę nastrojów w Waszyngtonie dla wszystkich dużych firm technologicznych. Citi prognozuje wzrost przychodów o 9 proc. w 2020 r., a następnie wzrost o 23 proc. w 2021 r. Akcje FB wzrosły o około 45 proc. z marcowego minimum. Na Wall Street Facebook ma 45 rekomendacji kupuj, 5 trzymaj i 3 sprzedaj. Średni poziom ceny docelowej to 237 USD przy cenie na giełdzie na poziomie 212 USD.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Skutki koronawirusa w USA są coraz bardziej widoczne

Podobnie jak w ostatnich tygodniach, głównym tematem na rynkach finansowych pozostaje wpływ epidemii koronawirusa na gospodarkę. Podczas gdy sytuacja w Europie zaczyna się uspokajać, a rządy i UE planują pobudzić europejską gospodarkę do ponownego wzrostu, w USA sytuacja ciągle się pogarsza. Według wyników raportu ADP w kwietniu br. ubyło ponad 20 milionów miejsc pracy w sektorze prywatnym. Istnieje ryzyko, że w nadchodzących miesiącach amerykańskie bezrobocie wyniesie około 15%. Ze względu na wysokie zadłużenie amerykańskich gospodarstw domowych, kraj ten może stanąć w obliczu poważnych problemów społecznych.

Natomiast w Europie spadki w przemyśle i sprzedaży detalicznej wynoszą około 10%. W Niemczech produkcja przemysłowa spadła w marcu o 9,2% w zestawieniu miesiąc do miesiąca. W Polsce o przyszłym rozwoju zadecyduje nie tylko dalszy przebieg sytuacji związanej z koronawirusem, ale także decyzje polskiego rządu i banku centralnego. NBP zobowiązał się już do wsparcia gospodarki poprzez obniżanie stóp procentowych i wprowadzanie luzowania ilościowego. Z drugiej strony, przyszły rozwój sytuacji politycznej jest bardzo niepewny ze względu na wybory, które z powodu koronawirusa zostały przełożone na bliżej nieokreślony termin. Kwestia głosowania może na dłuższą metę mieć bardzo duży wpływ na rozwój gospodarczy i polityczny w Polsce.

Złoty skorygował niektóre straty z poprzednich tygodni. Pod koniec tygodnia kurs wahał się w okolicy 4,56 PLN / EUR. Eurodolar spadł w tym tygodniu do 1,078 USD/EUR.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Roksany Cichej, analityczki AKCENTY

Toyota wznawia produkcję w dwóch kolejnych europejskich fabrykach

  • Toyota uruchamia 11 maja działalność dwóch kolejnych fabryk w Europie;
  • Produkcja ruszy w fabrykach Toyota Motor Manufacturing Turkey (TMMT) oraz Toyota Motor Manufacturing UK Deeside (TMUK Deeside), początkowo w ograniczonym zakresie;
  • To kolejna decyzja tego rodzaju po wznowieniu produkcji w zakładach Toyota Motor Manufacturing Poland (TMMP) i Toyota Motor Manufacturing France (TMMF) 4 maja;
  • We wszystkich uruchamianych fabrykach zostały podjęte szczególne środki prewencyjne, które mają zapewnić pracownikom bezpieczne warunki pracy.

11 maja Toyota Motor Europe (TME) stopniowo wznowi działalność dwóch kolejnych zakładów produkcyjnych w Europie, po tym jak uruchomienie fabryk w Polsce i Francji przebiegło zgodnie z planem. Pracownicy fabryki samochodów Toyoty w Sakarya w Turcji rozpoczną pracę od szkolenia z nowych zasad bezpieczeństwa oraz od zapoznania się z nową organizacją środowiska pracy. Produkcja zostanie uruchomiona następnego dnia, początkowo w ograniczonym zakresie, a w kolejnych dniach i tygodniach będzie stopniowo zwiększana, odpowiednio do wzrostu sprzedaży samochodów na europejskich rynkach. Toyota Motor Manufacturing Turkey produkuje Toyotę C-HR oraz Corollę Sedan.

Silniki i układy hybrydowe do samochodów montowanych w Turcji są produkowane w fabryce TMUK Deeside w Walii, która również na nowo rozpocznie działalność w przyszłym tygodniu. Brytyjscy pracownicy będą się zapoznawali z nowymi procedurami bezpieczeństwa, zasadami zachowania odstępów i standardami higieny przez dwa pierwsze dni, po czym linie produkcyjne ruszą 13 maja. Liczba wytwarzanych komponentów w TMUK Deeside będzie rosła stopniowo.

Decyzja podjęta po wieloaspektowej analizie sytuacji

Decyzja o wznowieniu działalności zakładów w Walii i Turcji zapadła po uwzględnieniu wielu różnych czynników. Najważniejszym kryterium była realna możliwość zapewnienia pracownikom bezpieczeństwa epidemiologicznego poprzez wprowadzenie szczegółowych procedur higieny i zachowania dystansu.

Kolejnym czynnikiem było stopniowe luzowanie obostrzeń zapobiegających rozprzestrzenianiu się wirusa, wprowadzane w wielu europejskich krajach przez rządy i władze lokalne. To umożliwia m.in. stopniowe wznowienie pracy salonów samochodowych i sprzedaży nowych samochodów w niektórych krajach. Została zapewniona także ciągłość dostaw.

Działalność fabryki TMUK Deeside została zawieszona 18 marca, zaś 21 marca wstrzymano produkcję zakładu w Turcji. Wynikało to z rosnącej liczby zachorowań w wielu krajach w Europie oraz wprowadzanych przez rządy ograniczeń w poruszaniu się obywateli i działalności przedsiębiorstw, sklepów i punktów usługowych.

Obecnie sytuacja w niektórych krajach się poprawia, stąd decyzja Toyota Motor Europe o otwarciu czterech zakładów produkcyjnych. Pozostałe fabryki – TMUK Burnaston (produkcja Corolli hatchback i Corolli TS Kombi), Toyota Peugeot Citroen Automobiles (produkcja Toyoty AYGO) oraz Toyota Motor Russia St. Petersburg (produkcja Camry i RAV4) na razie czekają na kolejne decyzje o wznowieniu działalności.

Bezpieczeństwo jako priorytet

Ostrożne uruchamianie produkcji w fabryce napędów w Walii oraz samochodów w Turcji ułatwia priorytetowe potraktowanie zdrowia i bezpieczeństwa pracowników oraz współpracowników, w tym dostawców. Doświadczenia zdobyte podczas udanego wznowienia produkcji fabryk w Polsce i Francji pozwolą przeprowadzić ten proces jak najsprawniej, w dostosowaniu do zaleceń władz oraz do specyfiki każdego zakładu. W obu fabrykach przeprowadzono już działania reorganizacyjne, które umożliwią zachowanie odpowiednich zasad bezpieczeństwa, oraz wprowadzono wymagane środki higieny i instrukcje ich użycia, zgodnie z wytycznymi odpowiednich władz. Wszystkie działania są realizowane we współpracy między kierownictwem i przedstawicielami pracowników, i zgodnie z zasadą Kaizen będą nieustannie weryfikowane i udoskonalane. Pracownicy będą mieli wystarczającą ilość czasu na zapoznanie się i oswojenie z procedurami zachowania ścisłej higieny oraz ich stosowaniem w praktyce w nowym środowisku pracy.

Nowe zasady i procedury obejmują między innymi:

  • Zachowanie odpowiedniego dystansu między pracownikami, kiedy tylko jest to możliwe. Pomagają w tym odpowiednio oznakowane stanowiska pracy i jednokierunkowe ciągi komunikacyjne oraz inne środki;
  • Regularne i dokładne mycie lub dezynfekcja rąk;
  • Obowiązkowe noszenie masek dostarczanych przez zakład;
  • Zwiększoną częstotliwość czyszczenia wspólnych przestrzeni;
  • Szczegółowe i przemyślane dostosowanie zakładu do nowych standardów za pomocą symulacji i testowania nowych rozwiązań;
  • Zmianę grafików pracy w taki sposób, by uniknąć gromadzenia się w zakładzie dużych grup ludzi;
  • Dodatkowe procedury, które pozwolą uniknąć spotkań pracowników wchodzących do fabryki i kończących zmianę;
  • Ograniczenia w korzystaniu ze stołówek, wprowadzenie wyłącznie jednorazowych sztućców;
  • Wymianę informacji z przemysłem motoryzacyjnym w otoczeniu otwieranych fabryk Toyoty.

Odpowiedzialność społeczna

Podczas zawieszenia produkcji wszystkie fabryki Toyoty prowadzą innego rodzaju działalność, taką jak konserwacja obiektów i wyposażenia, modernizacja sprzętu oraz przygotowanie do wdrożenia przyszłych projektów. Fabryki włączyły się także we wspieranie lokalnych społeczności i pobliskich szpitali.

  • TMMT wsparło lokalną społeczność, korzystając ze swoich możliwości produkcyjnych. Zakład dostarczył 30 000 masek i 7 500 przyłbic szpitalom w Sakarya i Stambule, zaś pracownicy wyprodukowali 13 kabin do wykonywania testów i również przekazali je szpitalom. Kabiny umożliwiają przeprowadzenie testów na koronawirusa przy minimalnym kontakcie między pracownikami służby zdrowia a pacjentami. Ponadto dzięki wsparciu finansowemu Toyoty szpital w Sakarya kupił cztery respiratory.
  • Fabryki Toyoty w Wielkiej Brytanii wspierają lokalne i ogólnokrajowe działania na wiele sposobów. TMUK zaangażował się w pomoc brytyjskiej służbie zdrowia w odbieraniu, testowaniu i naprawach sprzętu medycznego. Produkowane w druku 3D przyłbice oraz części do respiratorów zostały dostarczone do wielu szpitali i ośrodków opieki społecznej. TMUK było również zaangażowane w opracowanie innowacyjnych pełnych osłon na głowę i ramiona z filtrem powietrza HEPA, z których korzystają obecnie pracownicy służby zdrowia. Oprócz tego firma przekazała wiele dotacji różnym instytucjom, w tym organizacjom charytatywnym i bankom żywności.

Komu najbardziej zaszkodzi koronawirus? Straty w światowym handlu mogą osiągnąć 2,4 bln USD

  • Handel światowy może pozostać poniżej 90% swojego poziomu sprzed kryzysu nawet po zniesieniu blokad i tylko stopniowo się ożywić w drugim półroczu 2020 r.
  • Euler Hermes szacuje, że blokady i nieskoordynowane znoszenie ograniczeń mogą kosztować handel towarami 2,4 bln USD, tyle samo, gdyby wszystkie kraje podniosły swoje taryfy do 17%, blisko poziomów ostatnio odnotowanych w 1994 r.
  • Sektory komputerowy i elektroniczny, metalowy i górniczy, transportowy, sprzętu elektrycznego i tekstylny są najbardziej narażone na ryzyko długotrwałych zakłóceń łańcucha dostaw w trakcie znoszenia ograniczeń. W kategoriach krajów, najbardziej zagrożone są przedsiębiorstwa działające w Chinach, USA, Niemczech, Francji, Irlandii, Belgii, Luksemburgu i Niderlandach.
  • Należy uważać na staroświecki protekcjonizm, który może: (1) stworzyć na nowo niepewność z 2019 r. i zaszkodzić ożywieniu inwestycji, gdy równocześnie napięcia na linii USA-Chiny przybierają na sile; (2) wyeliminować handel sprzętem powiązanym z Covid-19 w wysokości 30 mld USD i działać jak wzmacniacz kryzysu dla krajów wschodzących i rozwijających się.

Wszystkie kraje powinny znieść powszechne blokady do czerwca tego roku. Jednak po szoku 22,5% w ujęciu wartościowym handel może pozostać poniżej 90% swojego poziomu sprzed kryzysu nawet po zniesieniu blokad. Niemniej eksperci Euler Hermes wciąż spodziewają się, że handel towarami odbije się w drugiej połowie roku, po ożywieniu w sektorze wytwórczym. Stosują R0, prognozowany koniec blokad we wszystkich krajach i udział każdego kraju w handlu towarami, aby zrozumieć, w jakim tempie rygory międzynarodowego handlu towarami zostaną zniesione. Rysunek 1 przedstawia udział handlu światowego (jako % handlu sprzed kryzysu) przywracanego w ciągu następnych miesięcy. Widzimy, że koniec blokad (który powinien zostać ogłoszony do końca czerwca w większości krajów) nie oznacza natychmiastowego powrotu do normalności. Rzeczywiście, niektóre kraje będą kontynuować regionalne blokady i tylko stopniowo otwierać wszystkie sektory swoich gospodarek, przy czym bary i restauracje będą funkcjonować na niskich obrotach przez kilka dodatkowych miesięcy. Oczekuje się, że handel towarami ożywi się w drugiej połowie 2020 i w 2021 r., podnosząc ogólny wzrost w następnym roku +10% w ujęciu ilościowym i +15% w ujęciu wartościowym.

Rysunek 1: Światowy handel towarami w 2020 r. jako udział poziomu z 2019 r.: wpływ blokad i stopniowe nieskoorydynowane znoszenie ograniczeń

Światowy handel towarami w 2020
Źródła: Różne, Euler Hermes, Allianz Research

Analitycy Euler Hermes szacują, że blokady i nieskoordynowane znoszenie ograniczeń mogą kosztować handel towarami 2,4 bln USD, tyle samo, gdyby wszystkie kraje podniosły swoje taryfy do 17%, tj. blisko poziomów ostatnio odnotowanych w 1994 r. Nawet po zniesieniu blokad zróżnicowane zasady likwidacji ograniczeń w zakresie przepływu towarów, usług i ludzi mogą stworzyć niepewność, asymetrię informacyjną i obciążenia regulacyjne na przedsiębiorstwa, co uniemożliwi handlowi światowemu powrót do normalności. Z perspektywy towarów, takie nieskoordynowane znoszenie ograniczeń odejmie ogółem 1,5 bln USD od światowych transgranicznych przepływów towarów do końca 2020 r. Jest to równowartość wprowadzenia ogólnoświatowej podwyżki taryf o +7 p.p. (do około 13% średniej taryfy) na światowy handel towarami. Rozpatrując łącznie wpływ blokad i stopniowe nieskoordynowane ponowne otwarcie widzimy, że kryzys Covid-19 i jego następstwa eliminują handel towarami w wysokości 2,4 bln USD (i handel usługami w wysokości 1,1 bln USD). Ogółem, dodane straty z powodu blokad i wyjścia z nich będą stanowić równowartość nagłego wzrostu +11 p.p. światowej średniej taryfy do około 17%, poziomu ostatnio odnotowanego w 1994 r.

Mimo ożywienia w kszałcie litery U niektóre specyficzne sektory narażone są na ryzyko presji inflacyjnej, ponieważ są bardziej od innych wrażliwe na zakłócenia łańcucha dostaw (wysoka zagraniczna wartość dodana eksportu), a ich zapasy znajdują się poniżej lub blisko średniej długotermiowej. Kilka składników PMI „cen procesu produkcji” wzrosło w ciągu ostatnich kilku miesięcy ze względu na dłuższe czasy dostaw i różne trudności logistyczne z powodu powszechnych blokad mających wpływ na ponad połowę światowego PKB. Patrząc na sektory, komputerowy i elektroniczny, następnie metalowy i górniczy, transportowy, sprzętu elektrycznego i tekstylny są najbardziej narażone na ryzyko długotrwałych zakłóceń w trakcie znoszenia ograniczeń, zważywszy na ich uzależnienie od produkcji zagranicznej, a także poziomu zapasów. W kategoriach krajów, przedsiębiorstwa działające w Chinach, USA, Niemczech, Francji, Irlandii i krajach Beneluksu mogą być najbardziej narażone na presję inflacyjną i zakłócenia łańcucha dostaw, ponieważ i ich zależność eksportowa od zagranicznych procesów produkcji jest wyższa w porównaniu do podobnych przedsiębiorstw w innych krajach, a ich poziom zapasów znajduje się poniżej lub blisko średniej długoterminowej.

Rysunek 2: Integracja światowego łańcucha dostaw i poziom zapasów według sektorów

Integracja światowego łańcucha dostaw i poziom zapasów według sektorów
Źródła: Bloomberg, OECD TiVA, Euler Hermes, Allianz Research (Notowane przedsiębiorstwa dla określonych sektorów, gdy dane są dostępne, ostatni punkt to średnia II pół. 2019 r. i I pół. 2020 r.)

Rysunek 3: Integracja światowego łańcucha dostaw i poziom zapasów według krajów

Integracja światowego łańcucha dostaw i poziom zapasów według krajów
Źródła: Bloomberg, OECD TiVA, Euler Hermes, Allianz Research
(Notowane przedsiębiorstwa dla określonych sektorów, gdy dane są dostępne, ostatni punkt to średnia II pół. 2019 r. i I pół. 2020 r.))

Na koniec, analitycy Euler Hermes zwracają uwagę, że należy uważać na powrót ryzyka sprzed Covid: staroświecki protekcjonizm, który może (1) stworzyć na nowo niepewność z 2019 r. i zaszkodzić ożywieniu inwestycji, gdy równocześnie napięcia na linii USA-Chiny przybierają na sile; (2) wyeliminować handel sprzętem powiązanym z Covid-19 w wysokości 30 mld USD, tym samym działając jak wzmacniacz kryzysu dla krajów wschodzących i rozwijających się. USA oficjalnie wysunęły oskarżenia przeciwko Chinon ustami sekretarza stanu Mike’a Pompeo, który powtórzył wcześniejsze zarzuty, łączące epidemię Covid-19 z laboratorium w Wuhan, w Chinach. To może prowadzić USA do zakwestionowania porozumienia handlowego, tzw. pierwszej fazy, którego warunki są nawet bardziej wymagające obecnie, kiedy ceny energii gwałtownie spadły. Euler Hermes szacuje, że w tym roku Chiny mogą kupić dodatkowe +20% produktów energetycznych, aby uczynić zadość porozumieniu, i dodatkowe +3,6% produktów rolno-spożywczych. I chociaż oznacza to wzrost +1,8% w tym roku, to jest to trzy razy mniej, niż prognozowano, kiedy porozumienie było podpisywane. Ponadto, oczekuje się, że WTO utoruje drogę dla Europy do podniesienia taryf w związku z przypadkiem Airbus/Boeing do końca czerwca.

Blokady i znoszenie ograniczeń łączą się również ze zwiększonymi środkami protekcjonistycznymi dotyczącymi produktów powiązanych z Covid-19. Dane pokazują rekordowo wysoki poziom nowych restrykcji eksportowych w zakresie zaopatrzenia medycznego, farmaceutycznego i środków ochrony (produkty powiązane z Covid-19). W sumie, w 2020 r. na świecie wprowadzono ponad 80 nowych środków protekcjonistycznych na te produkty, rekordowo dużo i 2,5 razy więcej niż w ciągu całęgo 2019 r. Euler Hermes ocenia, że zakazy eksportowe mogą ograniczyć handel produktami powiązanymi z Covid-19 o 30 mld USD w 2020 r.

Ten ukierunkowany protekcjonizm może być wzmacniaczem kryzysu sanitarnego dla krajów wschodzących i rozwijających się. Rzeczywiście, jak pokazano na Rysunku 4 to Brazylia, Argentyna i Algeria, następnie Republika Południowej Afryki, Maroko, Indonezja, Kolumbia, Malezja, Meksyk i Chile są krajami, których import produktów powiązanych z Covid-19 jest silnie skoncentrowany na trzech głównych partnerach, i gdzie taryfy importowe na takie produkty są wyższe w stosunku do reszty świata.

Rysunek 4: Średnie taryfy importowe na produkty powiązane z Covid-19 i koncentracja importu (% importu od czołowych trzech partnerów handlowych)

Średnie taryfy importowe na produkty powiązane z Covid-19 i koncentracja importu
Źródła: Bank Światowy, Euler Hermes, Allianz Research

GEORGES DIB
Ekonomista

ANA BOATA
Szef Badań Makroekonomicznych

ELLA CARMI
Asystent Badań Ekonomicznych

BASTIEN PATRAS
Asystent Badań Ekonomicznych

Czy wspólnik większościowy może pozostać pracownikiem spółki?

Istotą stosunku pracy jest wykonywanie określonego rodzaju pracy na rzecz pracodawcy oraz pod jego nadzorem i kierownictwem, w miejscu i w czasie wyznaczonym przez niego, za odpowiednim wynagrodzeniem. Powyższa legalna definicja, podyktowana przez Kodeks pracy, choć stanowi trzon prawa pracy i jego główny drogowskaz, w praktyce ulega ewolucji i związanym z tym, licznym, lecz akceptowalnym modyfikacjom. Czy jednak wystarczające przesłanki w tym względzie spełnia umowa o pracę zawarta przez spółkę z jej większościowym udziałowcem? Czy tego typu postępowanie jest dopuszczalne zarówno w odniesieniu do prawa pracy, jak i prawa spółek handlowych?

Z powyższym problemem od lat mierzą się zarówno praktycy, jak i sądy, prezentując przy tym skrajnie odmienne stanowiska. W ostatnim czasie można jednak zaobserwować stałą tendencję zmierzającą w kierunku braku aprobaty dla zatrudniania wspólników większościowych przez ich spółki w oparciu o umowę o pracę.

KP a KSH

Na gruncie prawa pracy kwestią ze wszech miar oczywistą jest, że stronami stosunku pracy są z jednej strony pracodawca, z drugiej zaś pracownik. W świetle art. 3 Kodeksu pracy za pracodawcę uznaje się jednostkę organizacyjną, także nieposiadającą osobowości prawnej, jak również osobę fizyczną – rzecz jasna pod warunkiem zatrudniania pracowników. Nadmienić wypada, że zgodnie z art. 31 KP w sytuacji, gdy pracodawcą jest jednostka organizacyjna np. spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, obowiązki z zakresu prawa pracy realizuje w jej imieniu osoba bądź organ zarządzający czy też ewentualnie upoważniona bezpośrednio do tego osoba. Z powyższego wynika zatem, iż powołując się na normy Kodeksu spółek handlowych wobec statusu osoby prawnej, który posiada spółka z o.o., organem nią zarządzającym, a co za tym idzie wykonującym czynności w obszarze prawa pracy, jest zarząd.

Specyfika struktury i funkcjonowania spółki

Cechą charakterystyczną dla spółek kapitałowych, do których zaliczamy spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, jest zasadniczy rozdział sfery właścicielskiej od sfery zarządczej – menedżerskiej. Co istotne dla niniejszych rozważań, w rzeczywistości nie wyklucza to równoczesnego sprawowania przez jedynego udziałowca funkcji członka zarządu czy jego prezesa.

Zaakcentować należy, że z perspektywy przepisów prawa prawdopodobny jest ponadto stan faktyczny, w którym stuprocentowy udziałowiec będzie jedynym członkiem jednoosobowego zarządu sp. z o.o. Warunkiem zgodności z prawem czynności podejmowanych przez takiego wspólnika względem reprezentowanej przez niego spółki jest forma aktu notarialnego. Wobec powyższego zawarcie przez spółkę umowy o pracę z jedynym wspólnikiem i członkiem zarządu przy zachowaniu rygoru formy czynności prawnej należałoby uznać za poprawne i ważne w świetle prawa, a przynajmniej w świetle regulacji Kodeksu spółek handlowych.

Co na to prawo pracy?

Jak wspomniano powyżej, przepisy Kodeksu pracy definiują stosunek pracy za pomocą jego konstytutywnych cech:

  • wykonywanie pracy określonego rodzaju na rzecz pracodawcy pod jego kierownictwem,
  • wykonywanie pracy następuje w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę.

Szczególnego podkreślenia wymaga jeden z obligatoryjnych czynników stosunku pracy, wskazany przez przywołaną wyżej definicję – element podporządkowania. Co istotne, owo podporządkowanie powinno zaistnieć nie tylko formalnie, lecz także w sensie faktycznym. Trudno uznać wobec tego, że w przytaczanym już przypadku spółki, w której pracodawca (spółka) i zatrudniony przez niego pracownik (jedyny wspólnik oraz członek zarządu) fizycznie stanowią jedną osobę, można dostrzec element podporządkowania. W efekcie sprowadzałoby się to bowiem do sytuacji, w której członek zarządu byłby de facto podporządkowany samemu sobie. Nie sposób zaprzeczyć, że wobec braku tego kluczowego elementu stosunku pracy zawarcie umowy o pracę w przedmiotowych okolicznościach jest niedopuszczalne, zaś umowy zawarte w taki sposób powinny być uznane za nieważne. Warto w tym miejscu zwrócić również uwagę na art. 22 § 11 Kodeksu pracy, który w swej treści stanowi, że zatrudnienie spełniające wymieniane powyżej wymogi skutkuje powstaniem stosunku pracy niezależnie od tego, jak strony nazwą tę umowę. Rozumując zatem a contrario, choćby porozumienie stron zostało nazwane umową o pracę, to wobec niespełnienia kumulatywnie podstawowych cech (co wykazano powyżej) relacja ta nie będzie mogła być uznana za stosunek pracy.

Judykatura po stronie Kodeksu pracy

Kolejny spór w przedmiotowej materii jednoznacznie rozstrzygnął w ostatnim czasie Sąd Okręgowy w Rzeszowie w wyroku z dnia 16 stycznia 2020 r. (sygn. akt IV U 1402/18), powtarzając za Sądem Najwyższym (wyrok z dnia 1 czerwca 2010 r., sygn. akt II UK 34/10), że uznanie, iż większościowy udziałowiec jest jako członek zarządu zatrudniony na podstawie umowy o pracę, „prowadziłoby do symbiozy pracy i kapitału. Sytuacja tego rodzaju jest zaś sprzeczna z aksjologią prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, która jest zasadniczo oparta na oddzieleniu kapitału i pracy”.

Orzecznictwo stoi na ugruntowanym stanowisku, że realizacja omawianego rodzaju zatrudnienia powinna być uznana za swoiste podporządkowanie „samemu sobie” (tak, np. w uchwale Sądu Najwyższego z dnia 8 marca 1995 r., sygn. akt I PZP 7/95), co stoi w zdecydowanej sprzeczności z fundamentalnymi regułami prawa pracy.

Pochylając się nad analizowanym zagadnieniem, Sąd Najwyższy również w wyroku z dnia 11 września 2013 r., sygn. akt II UK 36/13, postawił tezę, stosownie do której większościowego udziałowca spółki z ograniczoną odpowiedzialnością nie może łączyć z nią stosunek pracy, ponieważ wówczas status pracownika zostaje zaabsorbowany przez status pracodawcy, będącego tym samym właścicielem kapitału. Sprowadza się to do tego, iż w takim stanie faktycznym wspólnik realizuje czynności z zakresu prawa pracy na rzecz samego siebie. Z drugiej zaś strony udziałowiec taki jest od spółki będącej przecież jego pracodawcą ekonomicznie niezależny. Trudno bowiem w takich okolicznościach mówić o odpłatności pracy, gdyż źródłem potencjalnego wynagrodzenia będzie własny majątek tegoż wspólnika.

Umowa cywilnoprawna jak najbardziej dopuszczalna

Zaznaczenia wymaga, że dotychczasowe dywagacje odnoszą się do kwestii zatrudnienia udziałowca jako członka zarządu zgodnie z regułami prawa pracy. Tym niemniej właściciel spółki bez przeszkód może sprawować funkcję członka zarządu, lecz w oparciu o inną podstawę, którą może być np. kontrakt menedżerski czy też inna umowa cywilnoprawna.

Podsumowanie

Co do zasady jedyny udziałowiec jednoosobowej spółki z ograniczoną odpowiedzialnością bądź wspólnik większościowy spółki z o.o. nie może równocześnie odgrywać roli pracownika oraz pracodawcy. Niezgodne z Kodeksem pracy jest, aby jedna osoba korzystała z uprawnień oraz wykonywała obowiązki obu stron stosunku pracy. Jest to oczywiście zasada ogólna, nie wyłączająca konieczności obligatoryjnej analizy i każdorazowej oceny stanu faktycznego aktualnego w spółce. Pod uwagę należy wziąć przy takim badaniu zarówno strukturę właścicielską, kompetencje organów, jak i okoliczność, kto sprawuje faktyczną kontrolę nad spółką, co pozwoli w rzetelny sposób zdecydować, czy zawarcie umowy o pracę ze wspólnikiem jest dopuszczalne, czy też nie.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Co 8. firma w Warszawie nie jest pewna czy przetrwa COVID-19

Blisko 7. na 10. warszawskich przedsiębiorców deklaruje, że koronawirus wpłynie negatywnie na kondycję ich firm – wynika z raportu firmy Devire. Jednocześnie aż 12% firm nie jest pewnych czy w ogóle przetrwa ten trudny czas. Brak rezerwy finansowej, mniejsza liczba zleceń lub całkowity brak przychodu, to tylko niektóre z problemów, z jakimi borykają się pracodawcy.

Główny Urząd Statystyczny w Warszawie potwierdził, że mimo narastania epidemii koronawirusa podstawowe wskaźniki dla rynku pracy w Warszawie i województwie mazowieckim pozostały w marcu stabilne. W Warszawie stopa bezrobocia pozostała na poziomie z lutego, zaś na Mazowszu nawet lekko spadła. Przeciętne zatrudnienie w sektorze przedsiębiorstw zmniejszyło się, ale nieznacznie.

Choć fala zwolnień w firmach już się rozpoczęła, to pierwsze efekty zobaczymy dopiero w kwietniu i maju. Krajowa Izba Gospodarcza szacuje, że 1,3 mln osób straci pracę. Według licznych prognoz bezrobocie może dojść do 10, a nawet 13%. W tej chwili w statystykach GUS jeszcze tego nie widać. Co ciekawe dane za marzec pokazują dalszy spadek bezrobocia. W Warszawie stopa bezrobocia rejestrowanego wyniosła w marcu 1,3% i obniżyła się o 0,2 p. proc. w skali roku. Dla województwa mazowieckiego wskaźnik ten wyniósł 4,5% i obniżył się o 0,4 p. proc. w skali roku.

– Wpływ kryzysu na spadek liczby zatrudnionych będzie jednak widoczny w późniejszych miesiącach. Częściowo wynika to z okresów wypowiedzenia osób, które otrzymały wypowiedzenie w marcu, dlatego ten efekt na pewno będzie rozciągnięty na cały drugi kwartał – podkreśla Michał Młynarczyk, Prezes Devire oraz Członek Zarządu Polskiego Forum HR.

Jakich konsekwencji boją się warszawscy przedsiębiorcy?

Z raportu Devire „Wpływ koronawirusa na polskie przedsiębiorstwa”, przeprowadzonego w połowie marca br., dowiadujemy się, że w głównej mierze firmy odczuwają redukcję popytu na produkt/usługę – deklaruje tak 55% respondentów badania. Drugą poważną konsekwencją dla biznesu są problemy z płynnością finansową, które dotykają blisko połowę firm (46%).

Wszystko to w efekcie prowadzi do redukcji zatrudnienia. Pierwszą falę zwolnień obserwowaliśmy głównie w: transporcie, branży turystycznej, HORECA, w usługach, szkoleniach, eventach. Przez wprowadzenie ograniczeń w handlu ucierpiała gastronomia, rozrywka i handel inny niż spożywczy. Jak wynika z danych Devire – 44% respondentów będzie redukować zatrudnienie. W drugiej fali zwolnień ucierpią najbardziej pracownicy umysłowi. Zmniejszony popyt na usługi, zagrożenie dla realizacji zobowiązań i kontraktów, już przekładają się na cięcia kadrowe.

Warszawa najlepiej przygotowana na pracę zdalną

Przynajmniej tymczasowo praca zdalna stała się alternatywą dla uszczuplania kadr. Spośród największych miast w Polsce, to Warszawa okazała się najlepiej przygotowana na pracę zdalną – przejście w taki tryb pracy deklaruje aż 81% przedsiębiorców. W głównej mierze z domu operują pracownicy HR, Kadra Zarządzająca oraz pracownicy sprzedaży. Za stolicą na podium znajduje się Wrocław oraz Gdańsk.Praca zdalna w poszczególnych największych miastach w Polsce

Tam, gdzie praca zdalna nie była możliwa, najczęściej barierą był charakter wykonywanych obowiązków – przyznaje 8. na 10. pracodawców. Co ciekawe w połowie z tych firm zabrakło sprzętu elektronicznego dla pracowników (np. odpowiedniej liczby laptopów). Niepokojący może być fakt, że 8% firm nie wprowadziło pracy zdalnej ze względu na decyzję Zarządu.

Pomimo trudnej sytuacji w wielu branżach, przedsiębiorcy powinni mieć świadomość, że zbyt agresywne uszczuplanie kadr, może utrudnić im powrót do normalności, gdy sytuacja w Polsce się ustabilizuje – podkreśla Michał Młynarczyk z Devire.

Gremi Personal uruchamia serię czarterów dla pracowników z Ukrainy. Lot dla pracowników będzie bezpłatny

Międzynarodowa agencja zatrudnienia Gremi Personal jest jedną z pierwszych firm w Polsce, która pracuje nad uruchomieniem serii lotów czarterowych zarówno dla setek swoich pracowników z Ukrainy, jak i dla tych Ukraińców, którzy posiadają wizy i chcą dostać się do pracy w Polsce.

Jak oświadczył właściciel Gremi Personal Evgenij Kirichenko, „loty czarterowe dla naszych pracowników organizujemy bezpłatnie”. Ponadto Gremi Personal bierze na siebie organizację 14-dniowej kwarantanny dla ukraińskich pracowników, którą należy odbyć w Polsce.

Zgodnie z wymogami władz ukraińskich, z wszystkimi pracownikami korzystającymi z lotu czarterowego zawarte zostały długoterminowe umowy o pracę w Polsce, a także zostały im zapewnione ubezpieczenia zdrowotne, w tym na wypadek zachorowania na COVID-19.

„Rzecz nie chodzi o czartery z pracownikami sezonowymi. Otrzymujemy ogromne zapotrzebowanie od polskich firm na pracowników z Ukrainy. Również nasi pracownicy, którzy tymczasowo wyjechali na Ukrainę po zamknięciu granic, chcą wrócić, ale nie mogą z powodu trudności z przekroczeniem granicy lądowej. Otrzymujemy również liczne zapytania o wolne miejsca pracy od Ukraińców, którzy szukają pracy w Polsce. Zainteresowanie jest oczywiste z obu stron i postaramy się je zaspokoić ”- powiedział Evgenij Kirichenko.

Jak już wcześniej informowaliśmy, według danych z ankiety telefonicznej przeprowadzonej przez Centrum Analityczne Gremi Personal, 67% obywateli Ukrainy, którzy opuścili Polskę z powodu kwarantanny, chce wrócić.

Nawet 800 000 aut planowały nabyć w 2020 roku firmy z sektora MŚP. Koronawirus pokrzyżował im plany

Jeszcze w pierwszym kwartale 2020 r. blisko 18 proc. z ponad 2 milionów podmiotów z sektora MŚP planowało inwestycje  w rozwój firmowych flot – wynika z badania przeprowadzonego przez Instytut Keralla Research na zlecenie Carefleet S.A. Gdyby przedsiębiorcy zrealizowali swoje deklaracje, do mikro, małych i średnich firm w Polsce trafiłoby nawet 800 000 nowych i używanych samochodów. Dziś już nikt nie łudzi się, że osiągnięcie takiego wyniku będzie możliwe. 

Ambitne plany przedsiębiorców z sektora MŚP

Według danych Carefleet S.A. na początku bieżącego roku zakup służbowych samochodów deklarowało 17,6 proc. firm z sektora MŚP, przy czym największy odsetek podmiotów z tej grupy (9,6 proc.) zamierzał nabyć tylko jeden pojazd. Blisko 6 proc. przedsiębiorstw miało w planach powiększenie floty o 2-3 auta, a niecałe 2 proc. wykazywało chęć zakupu od 4 do 6 samochodów. Marginalny odsetek (0,4 proc.) stanowiły firmy planujące nabycie więcej niż 7 pojazdów.

Analizując zebrane dane, można założyć, że gdyby nie trudna sytuacja rynkowa spowodowana rozprzestrzenianiem się wirusa SARS-CoV-2, w tym roku do flot mikro, małych i średnich przedsiębiorstw mogłoby trafić od 600 do nawet 800 tysięcy aut. W pierwszym kwartale chęć zakupu jednego samochodu deklarowały przede wszystkim mikro firmy, które stanowią około 96 proc. wszystkich podmiotów gospodarczych w Polsce. Z kolei inwestycję w 4-6 służbowych pojazdów planowały głównie przedsiębiorstwa handlowe i podmioty dysponujące flotą powyżej 50 samochodów mówi Bartosz Olejnik, dyrektor sprzedaży i marketingu w Carefleet S.A. – Oczywiście znaczną część zakupionych przez sektor MŚP aut stanowiłyby samochody używane. Jak wynika z naszych badań, ponad 50 proc. mikro, małych i średnich przedsiębiorstw nabywa służbowe pojazdy na rynku wtórnym, przede wszystkim w komisach oraz centrach sprzedaży pojazdów pokontraktowych i poleasingowych – dodaje Olejnik.

Optymistyczne nastroje mikro, małych i średnich przedsiębiorców z początku roku to pokłosie dobrej koniunktury, którą potwierdzają statystyki sprzedaży samochodów z ostatnich kilku lat. Jak wynika z danych IBRM Samar, tylko w 2019 r. z polskich salonów wyjechała rekordowa liczba około 555 tys. nowych aut osobowych. Ich nabywcami byli przede wszystkim klienci instytucjonalni – w tym firmy z sektora MŚP – którzy odpowiadali za ponad 2/3 całkowitej sprzedaży. Na rynku zaobserwowano także znaczny wzrost popytu na samochody używane, które bardzo chętnie nabywane są przez mikro i małe podmioty gospodarcze.

Początek roku pod kreską. Koniec –  pod znakiem zapytania

Choć według danych CEPiK w styczniu br. zarejestrowano o ponad 25 proc. mniej nowych samochodów osobowych i dostawczych niż w grudniu 2019 r., to prognozy IBRM SAMAR na 2020 rok były optymistyczne –  525 tys. rejestracji samochodów osobowych oraz 65 tys. samochodów dostawczych o DMC do 3,5 tony. Dziś wiadomo, że najprawdopodobniej się nie spełnią.

Zazwyczaj na początku roku na rynku samochodów można zaobserwować mniejszy ruch, co jest w dużej mierze spowodowane niższą aktywnością klientów firmowych. Dodatkowo w grudniu 2019 roku mieliśmy do czynienia z bardzo wysoką liczbą rejestracji nowych samochodów, która przekroczyła 60 tys. sztuk, więc wszyscy zakładali, że zwiększona sprzedaż w roku 2020 rozpocznie się pod koniec pierwszego kwartału. Dopiero najnowsze dane z kwietnia pokazują, jak bardzo zagrożenie ze strony SARS-CoV-2, domowa izolacja społeczeństwa i mocno wyczuwalna atmosfera niepewności biznesowej, widoczna przede wszystkim wśród mniejszych firm, odbiły się na kondycji branży motoryzacyjnej – mówi Bartosz Olejnik.

Zgodnie z danymi IBRM SAMAR, w kwietniu 2020 r. w Centralnej Ewidencji Pojazdów zarejestrowano 17 865 samochodów osobowych i dostawczych o dopuszczalnej masie całkowitej nieprzekraczającej 3,5 t. To o 66 proc. mniej niż w analogicznym miesiącu 2019 r. i o 47 proc. mniej niż w marcu 2020 r. Spadek liczby pojazdów zarejestrowanych w ciągu czterech pierwszych miesięcy 2020 r. względem porównywalnego okresu roku 2019 wyniósł niemal 34 proc.

Tak niskie wyniki są w dużej mierze spowodowane wstrzymaniem zakupów samochodów przez przedsiębiorstwa. W dobie recesji wiele firm  podejmuje radykalne kroki, aby zminimalizować koszty działalności. Dotyczy to  również szeroko rozumianej mobilności. I choć trudno spodziewać się, że przedsiębiorcy nagle zrezygnują z nabywania samochodów, to  wszystko wskazuje na to, że będą starali się obniżyć koszty ich zakupu i eksploatacji oraz możliwie jak najbardziej rozłożyć płatności w czasie – mówi Bartosz Olejnik. – Tych kilku miesięcy nie uda się najprawdopodobniej nadgonić i musimy liczyć się z istotnymi spadkami  sprzedaży samochodów nowych i używanych w skali całego roku. Jak dużymi? Wszystko zależy od tego, jak rozwinie się sytuacja i jakie realne wsparcie w dłuższej perspektywie zagwarantuje przedsiębiorcom rząd – dodaje.

Stop kredytom i zakupom za gotówkę?

Jak zaznacza Bartosz Olejnik, pandemia Koronawirusa może przełożyć się na wzrost popularności outsourcingowych modeli finansowania samochodów służbowych, które dla wielu przedsiębiorców będą skutecznym antidotum na trudną sytuację finansową.

Bardzo prawdopodobne, że gdy obecna sytuacja minie, zaobserwujemy w sektorze MŚP zwiększone zainteresowanie wynajmem długoterminowym samochodów. W przeciwieństwie np. do zakupu aut za gotówkę, rozwiązanie to nie skutkuje angażowaniem własnego kapitału, a minimum formalności i relatywnie niskie wymogi odnośnie zabezpieczenia transakcji w porównaniu z kredytem bankowym mogą być dla przedsiębiorców dodatkową zachętą – mówi. – Dodatkowo możemy spodziewać się, że większy niż dotychczas odsetek mikro i małych firm będzie decydował się na zakup samochodów używanych – podsumowuje.

Chińscy hakerzy atakują rządy państw

Chińscy hakerzy atakowali rządy krajów Azji i Pacyfiku podczas 5-letniej kampanii szpiegowskiej! Czy polscy politycy również mogą być infiltrowani?

Politycy oraz administracja rządowa kilku krajów Azji i Pacyfiku stała się obiektem szpiegowania przez chińską grupę hakerską APT – donosi firma Check Point Software Technologies. Już w 2015 roku grupa o nazwie Naikon, prowadziła ataki na agencje rządowe najwyższego szczebla i powiązane organizacje w krajach Morza Południowochińskiego. Grupa Naikon szybko jednak zniknęła. W maju 2020 roku znów pojawiła się na mapie szpiegowskiej w cyberprzestrzeni i okazuje się, że była aktyna przez okres ostatnich 5 lat.

Ostatnie pięć lat Naikon spędził spokojnie – w ukryciu – rozwijając swoje umiejętności i wprowadzając nową cyberbroń w postaci backdoora Aria-body. Aby uniknąć wykrycia, wykorzystywali exploity przypisane wielu grupom APT oraz wykorzystali serwery swoich ofiar jako centra dowodzenia i kontroli’ – mówi Lotem Finkelsteen, kierownik wywiadu zagrożeń w Check Point.

Podstawową metodą ataku Naikon jest infiltracja danego organu rządowego, a następnie wykorzystanie kontaktów, dokumentów oraz innych danych organów administracji publicznej do przeprowadzania ataków na kolejne kraje, wykorzystując zaufanie oraz dobre stosunki dyplomatyczne między departamentami i rządami. Naikon stale atakował kraje z tego samego regionu geograficznego (APAC), w tym Australię, Indonezję, Filipiny, Wietnam, Tajlandię, Birmę i Brunei. Grupa w szczególności kierowała ataki na ministerstwa spraw zagranicznych, nauki i techniki, a także firmy będące własnością rządu. Uważa się, że głównym motywem było gromadzenie danych geopolitycznych.

Czy Polska w sferze zainteresowania?

W Polsce jak do tej pory nie ujawniono podobnych działań cyberszpiegowskich, co nie oznacza, że ich nie ma. Już w 2012 roku hakerzy zaatakowali rządowe serwery w ramach protestu przeciw ratyfikacji międzynarodowej umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi, znanej bardziej jako ACTA. W 2016 r. nacjonalistyczne ugrupowanie „Prawy Sektor” dokonało ataku, który zaowocował wyciekiem części poufnych danych z sieci Ministerstwa Obrony Narodowej. W 2019 r. niepokojącym incydentem było włamanie wietnamskich hakerów na serwery NBP. Jak ujawnił portal Zaufana Trzecia Strona, hakerzy wykorzystali podatność ASPX RCE, a cały atak wietnamskiej grupy miał zostać przeprowadzony jedynie „w celach rozrywkowych”.

Eksperci firmy Check Point wpadli na ślad działalności szpiegowskiej Naikon dosyć przypadkowo, podczas badania przykładowego złośliwego e-maila z zainfekowanym dokumentem, który został wysłany z ambasady jednego z krajów APAC do organów rządowych Australii. Dokument zawierał exploit, który po otwarciu infiltrował komputer użytkownika i próbował pobrać wyrafinowane złośliwe oprogramowanie typu backdoor o nazwie „Aria-body”. Program pobierany był z zewnętrznych serwerów sieciowych używanych przez grupę Naikon i pozwalał na uzyskanie zdalnego dostępu do zainfekowanego komputera lub sieci, omijając środki bezpieczeństwa.

– Naikon próbował zaatakować jednego z naszych klientów podszywając się pod zagraniczny rząd – właśnie wtedy organizacja wróciła na nasz radar po pięcioletnim ukryciu i postanowiliśmy to zbadać. Nasze badania wykazały, że Naikon jest wysoce zmotywowaną i wyrafinowaną chińską grupą APT. To, co je napędza, to chęć gromadzenia danych wywiadowczych i szpiegowskich na temat poszczególnych krajów – dodaje Lotem Finkelsteen.

Cushman & Wakefield podsumowuje sytuację na rynku magazynowym w I kwartale 2020 roku

I kwartał 2020 r. na rynku powierzchni magazynowych zakończył się dobrymi wynikami zarówno po stronie popytu, jak i podaży. Łączne zasoby rynku przekroczyły poziom 19 milionów mkw. – wynika z raportu międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield.

Całkowity wolumen transakcji najmu osiągnął 956 000 mkw. – to drugi najwyższy wynik popytu w historii polskiego rynku odnotwany w pierwszych trzech miesiącach roku.
Nowe umowy i ekspansje stanowiły 82% całkowitego popytu, co również świadczy o bardzo dobrej kondycji rynku.

W I kw. 2020 roku ukończono inwestycje o łącznej powierzchni 428 000 mkw., z czego ponad 40% zrealizowano na rynku wrocławskim.

Aktywność deweloperska utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie, o czym świadczy prawie 2,2 miliona mkw. powierzchni magazynowej w budowie.
Nowe projekty realizowane są na wszystkich 13 rynkach regionalnych. Ponad 50% wolumenu inwestycji zasili dwa największe rynki w Polsce, czyli region Warszawy, a także Górny Śląsk.

Pod koniec marca 2020 roku około 1,4 mln mkw. powierzchni pozostawało niewynajęte, co stanowiło 7,4% całkowitych zasobów rynku magazynowego w Polsce.
Czynsze za powierzchnie magazynowe utrzymały się na stabilnym poziomie na większości rynków regionalnych.

Popyt

Aktywność najemców utrzymała się bardzo wysokim poziomie. Dane za I kwartał 2020 roku pokazują, że łączny wolumen transakcji najmu osiągnął prawie 960 000 mkw., co jest drugim najwyższym wynikiem popytu odnotowanym na polskim rynku magazynowym w pierwszych trzech miesiącach roku. Popyt netto obejmujący nowe umowy i ekspansje osiągnął prawie 790 000 mkw., co stanowiło 82% wszystkich transakcji. To również znakomity rezultat, świadczący o dobrej kondycji rynku. W ostatnich latach udział popytu netto w ogólnych wynikach (popycie brutto) stanowił ok. 65-70%, podczas gdy ok. 30-35% przypadało na renegocjacje kontraktów.

W pierwszym kwartale tylko 18% popytu brutto to odnowienia umów. Oznacza to, że nasi klienci potrzebowali nowej lub dodatkowej powierzchni, co wiąże się z organicznym rozwojem biznesu. Warto podkreślić, że historycznie, w trudniejszych okresach dla rynku, udział renegocjacji w ogólnym popycie zawsze wzrastał – mówi Joanna Sinkiewicz, Partner, Head of Industrial& Logistics, Cushman & Wakefield.

Nadal najpopularniejsze wśród najemców są lokalizacje typu „core”. Aż 85% wszystkich transakcji zawarto na pięciu głównych rynkach magazynowych. Najwięcej umów sfinalizowano w regionie Warszawy (236 000 mkw.) oraz na Górnym Śląsku (199 000 mkw.). Zbliżone wolumeny, na poziomie 120 000-130 000 mkw. odnotowano na rynkach Polski Centralnej, Wrocławia i Poznania.

Wśród użytkowników powierzchni przemysłowych największy udział miały firmy z branży sieci sklepów (24% wolumenu transakcji najmu) oraz operatorzy logistyczni (23%). Warto zaznaczyć, że zapotrzebowanie na dodatkowe powierzchnie, niemal we wszystkich branżach, jest związane ze zmianami struktury sprzedaży i rosnącym udziałem sprzedaży internetowej.

Podaż

Deweloperzy ukończyli inwestycje obejmujące prawie 430 000 mkw. powierzchni magazynowej, z czego aż 43% dostarczyli w regionie wrocławskim. Kolejne 2,18 miliona mkw. powierzchni magazynowej pozostaje w budowie. Największą aktywność deweloperską obserwujemy na rynkach Warszawy i Górnego Śląska, gdzie powstaje 1,20 miliona mkw. tj. 55% wszystkich inwestycji realizowanych w Polsce w marcu 2020 roku. Jednakże nowe projekty realizowane są praktycznie na wszystkich rynkach regionalnych. Bardzo aktywne pozostają rynki Trójmiasta i Wrocławia – na obu deweloperzy budują obecnie prawie 500 000 mkw.

Projekty deweloperskie znajdujące się w budowie mają zróżnicowany charakter, obejmują najbardziej standardowe regionalne parki logistyczne typu multi-let, projekty typu BTS, budowane zgodnie z indywidualną specyfikacją użytkownika oraz miejskie parki, w dużej mierze wykorzystywane dla wsparcia logistyki „ostatniej mili”.

W dalszym ciągu na wysokim poziomie, bo ok. 46%, utrzymał się wskaźnik powierzchni realizowanej spekulacyjnie. Pozostałe 54% powierzchni w budowie zostało zabezpieczone umowami typu pre-let. Wśród deweloperów realizujących obiekty o charakterze spekulacyjnym, największy udział mieli Panattoni, Hillwood oraz 7R SA. Z pewnością aktualna sytuacja związana z pandemią koronawirusa, zmniejszy skłonność deweloperów i inwestorów do rozpoczynania inwestycji o charakterze spekulacyjnym – komentuje Adrian Semaan, Research Consultant, Industrial& Logistics, Cushman& Wakefield.

Pustostany

Wskaźnik pustostanów utrzymał się na stabilnym poziomie 7,4% w ujęciu kwartalnym, przy czym wzrósł o 1.8 pp. w porównaniu do stanu sprzed roku, co w głównej mierze wynikało ze wzrostu zaangażowania deweloperów w inwestycje spekulacyjne, widocznego w zeszłym roku. Wśród pięciu największych rynków regionalnych najwyższy poziom wskaźnika pustostanów odnotowano w rejonie Polski Centralnej, choć należy podkreślić, że uległ tam obniżeniu z 13% do 10% w ujęciu kwartalnym (warto wspomnieć o dużym najmie ponad 50 000 mkw. firmy z branży handlowej w Exeter Park Stryków).

Odwrotne zjawisko, znaczącego wzrostu dostępności powierzchni, obserwowaliśmy na rynku Wrocławia (8,9%). Jeszcze trzy miesiące wcześniej omawiany wskaźnik dla Wrocławia wynosił zaledwie 3%. Wzrost ten w głównej mierze spowodowany był znaczącym wolumenem nowej podaży. Na rynkach Górnego Śląska (7,3%) i Poznania (8,6%) i w okolicach Warszawy (5,3%) poziom wskaźnika utrzymał się na stabilnym poziomie. Wśród mniejszych rynków regionalnych wahał się od 1,8% w Szczecinie do max. 7,5% w Krakowie.

Czynsze

Przy aktualnej dynamice zmian, jedną z najczęstszych kwestii pojawiających się w kontekście rynku magazynowego, są pytania o poziom czynszu i ewentualne zmiany w tym zakresie. Poziom czynszów jest wynikową wielu danych rynkowych i potencjalnych zmian w jego obrębie. Warto tu wymienić: poziom popytu, zainteresowanie funduszy zagranicznych finalnym produktem magazynowym, koszty finansowania bankowego, koszty budowlane, konkurencję między deweloperami, dostępność i koszt gruntów inwestycyjnych.

Każdy ze wspomnianych czynników, mógłby być przedmiotem dłuższej analizy. Dla przykładu weźmy pierwszy z nich – poziom popytu. Czy koronawirus spowoduje spadek popytu na magazyny? Część najemców odczuwa bardzo negatywny wpływ aktualnej sytuacji na swoją działalność biznesową i wystąpiła do właścicieli obiektów z prośbą o przejściowe wsparcie w postaci obniżenia lub przesunięcia zobowiązań. Prośby takie są rozpatrywane przez właścicieli indywidualnie i dokładnie weryfikowane przez właścicieli. Ewentualne wsparcie ma charakter doraźny i związane jest z przesunięciem kosztów na kolejne miesiące umowy lub wydłużeniem kontraktów – mówi Joanna Sinkiewicz.

W I kwartale 2020 roku nie zaobserwowaliśmy zmiany poziomu czynszów. Spodziewamy się, że w całym 2020 roku stawki bazowe czynszów utrzymają się na podobnym poziomie tj. dla obiektów typu BIG-BOX na poziomie 2,50-3,80 EUR/mkw./miesiąc oraz 4,00-5,25 EUR/mkw./miesiąc w przypadku mniejszych modułów magazynowych typu SBU. Czynsze efektywne nadal wahają się w zakresie od 2,00-3,20 EUR/mkw./miesiąc w zależności od lokalizacji. Prawdopodobne jest, że skala zachęt finansowych oferowanych najemcom może się nieznacznie zwiększyć w kolejnych miesiącach bieżącego roku. Główną przyczyną może być znaczący wolumen inwestycji realizowanych spekulacyjnie (do dostarczenia na rynek w najbliższych miesiącach).

Prognoza

Aktualna sytuacja jest skomplikowana dla wszystkich, zarówno dla najemców, jak i właścicieli nieruchomości. Warto jednak podkreślić, że większość z nich stara się traktować obecne realia jako wyzwanie i adoptować się do nowej sytuacji. Tym samym, rynek magazynowy radzi sobie całkiem nieźle, szczególnie na tle pozostałych segmentów nieruchomości komercyjnych. Przy czym całościowy obraz jest raczej złożony. Istnieją sektory, w których najemcy mierzą się z ogromnymi utrudnieniami biznesowymi i walczą o utrzymanie płynności. Dynamicznie rozwijający się w Polsce sektor motoryzacyjny boryka się ze wstrzymanymi lub znacząco ograniczonymi procesami produkcji oraz zmniejszonym popytem, co w konsekwencji prowadzi do odłożonych w czasie decyzji inwestycyjnych. Część najemców odnotowuje spadki na umiarkowanym poziomie lub zastępuje mniej rentowne aktywności biznesowe tymi, które lepiej sprawdzają się w obecnej sytuacji. Są też firmy, które rosną i rozwijają się z dynamiką dużo większą niż kiedykolwiek wcześniej, co w głównej mierze wynika z przyśpieszonego rozwoju sprzedaży w kanale e-commerce. Dynamika działań i zmian jest ogromna – mówi Joanna Sinkiewicz.

Dalsze cięcia stóp procentowych

Kolejne banki widząc spowolnienie gospodarcze obniżają stopy procentowe. Tym razem przyszła kolej na Czechy i Norwegię. Patrząc na to, jak niskie są stopy procentowe i zakładając nieobniżanie ich do ujemnych poziomów, powoli kończy się przestrzeń dla dalszych obniżek.

Sytuacja we Włoszech

Włochy były najszybciej dotkniętym przez koronawirusa państwem. Z tego powodu dane z Włoch uważane są za pewien przedsmak tego, co się będzie działo w innych krajach. Poznaliśmy wczoraj marcowe dane na temat sprzedaży detalicznej z Italii. Spadła ona w ujęciu rocznym o niemal 20%. Oznacza to, że na 5 towarów jeden nie został sprzedany. Pamiętajmy, że są to dane za marzec, kwiecień ma prawo być jeszcze słabszy.

Czesi obniżają stopy procentowe

Bank Czech jeszcze do wczoraj utrzymywał relatywnie wysokie stopy procentowe na poziomie 1%. W Unii Europejskiej wyższe mają tylko Rumunia i Chorwacja, wynik ten biorąc pod uwagę ilość państw w unii walutowej nie jest jednak aż tak imponujący. W Czechach na wczorajszym posiedzeniu CNB ścięto stopy procentowe do 0,25% (dla porównania strefa euro na 0%). Decyzja była mocniejsza niż oczekiwania analityków, którzy spodziewali się cięć do poziomu Polski na 0,5%. W rezultacie wczoraj obserwowaliśmy osłabianie się czeskiej waluty.

Norwedzy zerują stopy procentowe

Wczorajsze posiedzenie obniżyło po raz kolejny stopy procentowe w Norwegii. Główna stopa procentowa wynosi obecnie 0%. Warto przypomnieć, że jeszcze na początku tego roku wynosiła ona 1,5%. W sytuacji spowolnienia gospodarczego ta decyzja jest jak najbardziej racjonalna, warto zwrócić uwagę, że była możliwa, bo Bank Norwegii w sytuacji lepszej koniunktury podnosił stopy procentowe. Po samej decyzji korona norweska początkowo zyskała względem euro, ale do końca dnia straciła całe to umocnienie.

Dzisiaj dzień wolny w Wielkiej Brytanii i Czechach oraz Słowacji, w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – stopa bezrobocia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w InternetowyKantor.pl

Ingerencja w prawo własności prywatnej przed wyrokiem sądu nie może mieć miejsca

Ministerstwo Sprawiedliwości zamierza wprowadzić konfiskatę prewencyjną polegającą na tym, że organy ścigania już nie będą musiały wykazywać faktu przeniesienia majątku, czy też tego, że ten majątek służył do popełniania przestępstw lub był nabyty w sposób nielegalny. Ustawodawca na obywatela chce przerzucić ciężar udowodnienia, że jego majątek pochodzi z legalnych źródeł. Oznacza to de facto wprowadzenie domniemania winy!

W przypadku wejścia w życie ww. rozwiązań wystarczy, że osoba majętna będzie np. utrzymywać kontakt z – jak się później może okazać – sprawcą przestępstwa i wówczas, może być narażona na ryzyko związane z obowiązkiem wykazania pochodzenia całego swojego majątku, pod rygorem jego przejęcia przez państwo, również w wyniku pomyłki organów. Państwo zajmie lub ostatecznie przejmie dobra, pochodzące z legalnych źródeł. To wszystko będzie możliwe w sytuacji, w której nie będzie toczyło się żadne postępowanie karne wobec właściciela majątku.

Interpretując nowe przepisy, warunkiem zajęcia majątku nie musi być bowiem wyrok skazujący! Konfiskata prewencyjna obejmuje także własność osób, wobec których nie toczy się żadne postępowanie karne, ale które nie są w stanie wykazać legalnego pochodzenia majątku.

Może to być ostrze skierowane przeciwko uczciwym przedsiębiorcom. Prawo rekwirowania ich majątków w sytuacji tak dużej uznaniowości przyjętych rozwiązań oraz niesprzyjających warunków zewnętrznych, wynikających z pandemii koronawirusa, może dodatkowo wzmagać niepewność związaną z prowadzeniem działalności gospodarczej. Konfiskatę prewencyjną, resort sprawiedliwości chce wprowadzić, pomimo iż w polskim Kodeksie karnym obowiązuje już konfiskata rozszerzona na podstawie, której sąd może orzec przepadek niestanowiącego własności sprawcy przedsiębiorstwa albo jego równowartości. Mienie, które sprawca objął we władanie lub do którego uzyskał jakikolwiek tytuł w okresie 5 lat przed popełnieniem przestępstwa, uważa się za korzyść uzyskaną z popełnienia przestępstwa, a tym samym podlega ono przepadkowi. Jeśli zaś to mienie zostało przeniesione na osobę trzecią pod jakimkolwiek tytułem, to takie mienie także podlega przepadkowi.

Organy państwa mają zatem już teraz bardzo skuteczne narzędzia do konfiskaty majątków osób, które majątek nabyły nielegalnie lub nabyły go od sprawców przestępstw.

Podzielamy pogląd, że nie może być zgody na ukrywanie dóbr przez przestępców. Jednak przestępcą staje się osoba dopiero po prawomocnym wyroku skazującym. Do tego czasu uważa się podejrzanego za niewinnego. W kręgu zainteresowania wymiaru sprawiedliwości powinni być wyłącznie realni przestępcy lub osoby czerpiące benefity z działalności przestępczej innych osób, zaś narzędzia do walki z przestępczością powinny być proporcjonalne i minimalizować ryzyko nadużyć i pomyłek organów państwa. Tymczasem, uzasadniona jest obawa, iż nowe przepisy będą mogły być wykorzystane przeciwko przedsiębiorcom, którzy działali w dobrej wierze, jednak ktoś z ich otoczenia okazał się przestępcą.

Zdaniem Rady Przedsiębiorczości konieczne jest odstąpienie od dalszego procedowania ww. zmian. Konfiskata majątku i zmierzające do niej działania prokuratury stoją w sprzeczności z art. 46 Konstytucji RP. Nie może być prewencyjnego represjonowania obywateli, niedopuszczalnego w demokratycznym państwie prawnym.

COVID-19 wymusi zmiany w zawieranych transakcjach na powierzchnie biurowe

Pandemia COVID-19 niewątpliwie wpłynęła na rynek nieruchomości biurowych w Polsce. Wiele firm na czas kryzysu wstrzymało swoje decyzje w zakresie ekspansji bądź zmiany biura, aby z bezpiecznej pozycji obserwować rozwój sytuacji na rynku. Ci najemcy, którym właśnie kończą się umowy, są jednak zmuszeni wykonać jakiś ruch, dlatego też nadal wiele transakcji jest kontynuowanych. Powszechna kwarantanna i praca zdalna nie ograniczają tych działań, gdyż obecnie zawierane umowy sygnowane są podpisami elektronicznymi. W ostatnich tygodniach uczestniczyliśmy już w kilku takich transakcjach.

Relokacja czy renegocjacja?

W tym, jak i w przyszłym roku, z pewnością możemy się spodziewać wzrostu liczby renegocjacji, które do tej pory stanowiły tylko 33% umów najmu w Polsce. Obecna sytuacja sprawia, że najemcy skupiają się głównie na optymalizacji kosztów, zaś ewentualną relokację postrzegają jedynie przez pryzmat potencjalnych oszczędności.

Niepewne okoliczności, w których się znaleźliśmy sprawiają, że najemcy będą wymagać od właścicieli obiektów większej elastyczności w zakresie umów, zarówno jeśli chodzi o długość ich obowiązywania, możliwości zwolnienia z czynszu na jakiś okres, jak i ilości wynajmowanej powierzchni. Część firm, podejmując teraz decyzje, będzie chciała zachować możliwość redukcji albo doprecyzowania ostatecznej wielkości przedmiotu najmu, ponieważ w przyszłości może się to przełożyć na realne oszczędności finansowe.

Siła wyższa

Deweloperzy również nie są dziś w łatwej sytuacji. Nawet jeśli postępujące budowy dotrzymają zaplanowanych terminów realizacji, niepewne staje się uzyskanie pozwoleń na użytkowanie w odpowiednim czasie, ponieważ urzędy funkcjonują obecnie w ograniczonym zakresie. Dochodzą do nas sygnały, że pewne ukończone już inwestycje mają opóźnienia wynikające właśnie z tego powodu. To sytuacja dla obu stron nowa i niekomfortowa, a znaczna część umów nie przewidywała wcześniej takich wydarzeń. W związku z tym spodziewamy się, że deweloperzy będą zabezpieczać opóźnienia w dostarczeniu powierzchni, stosując argument „siły wyższej”.

Zmiana priorytetów

W związku z koniecznością optymalizacji kosztów większość firm będzie teraz dokładniej analizowała swoje zapotrzebowanie na powierzchnię. Możemy przypuszczać, że po pandemii skończy się tendencja dostosowywania biura pod pracowników, a bardziej pod aktualne potrzeby i możliwości finansowe. Ponadto najemcy będą ostrożniej podchodzili do inwestowania w modne i luksusowe wykończenie wynajmowanych powierzchni, a dodatkowe koszty, które firma będzie musiała ponieść w związku z relokację, będą przedmiotem negocjacji z wynajmującym.

Analizując na bieżąco sytuację obserwujemy, że część najemców już zrewidowała swoje zapotrzebowanie na powierzchnię biurową, a wielu może to zrobić niebawem. Spodziewamy się również wzrostu zainteresowania hybrydowymi modelami najmu – powierzchnia wynajęta na tradycyjne biuro będzie uzupełniana o przestrzenie coworkigowe w zależności od chwilowego zapotrzebowania organizacji.

Niewykluczone, że wiele firm będzie musiało całkowicie przearanżować swoje biura – przejść z modeli open space na format gabinetowy oraz wdrożyć rozwiązania technologiczne, które pomogą zarządzać taką przestrzenią. Pomóc w tym może aplikacja, którą sami już u siebie wprowadzamy i oferujemy ją naszym klientom. Umożliwia ona m.in. rezerwację biurek, sal konferencyjnych, wyszukiwanie pracowników na terenie biura, zgłaszanie usterek w budynku, rezerwację miejsc parkingowych, dostęp do wirtualnej recepcji i wiele innych funkcjonalności.

Potrzeba matką wynalazków

Obecna sytuacja i związane z nią ograniczenia w spotykaniu się i poruszaniu wymuszą na branży poszukiwania nowych rozwiązań. Myślę, że jednym z trendów na rynku nieruchomości komercyjnych, którego możemy się spodziewać w niedalekiej przyszłości, jest bardziej kreatywne podejście do prezentowania nowych projektów, niewymagające bezpośrednich spotkań i wizyt na miejscu przyszłego biura.

– Komentarz Pawła Skałby, senior partnera i dyrektora Działu Powierzchni Biurowych w Colliers International –

Pierwsze imprezy targowe w Niemczech – już od 30 maja. Nasz zachodni sąsiad decyduje się na stopniowe odmrażanie branży targowej.

Można będzie organizować mniejsze targi specjalistyczne już od 30 maja – zdecydowały władze Nadrenii Północnej Westfalii. Od takich imprez oraz od kongresów rząd tego landu postanowił  rozpocząć stopniowe odmrażanie branżowych imprez. Nadrenia Północna Westfalia to jeden z najlepiej rozwiniętych gospodarczo regionów Niemiec. Głównym ośrodkiem jest tu Dusseldorf – jedno z wiodących centrów targów branżowych Europy. – Stanowić to może pozytywny sygnał także dla reszty kraju i dalej Europy. Mamy nadzieję, że i nasze władze skorzystają z tych doświadczeń – mówi Beata Kozyra – prezes Polskiej Izby Przemysłu Targowego.

Nadrenia Północna Westfalia, jako jeden z pierwszych niemieckich landów, postanowiła rozpocząć odmrażanie działalności gospodarczej. Armin Laschet – premier tego regionu – przedstawił plan odblokowywania poszczególnych dziedzin życia. Jednym z jego punktów jest możliwość organizowania kongresów i targów branżowych dla mniejszej liczby osób już od 30 maja.

– To ważny krok w kierunku ponownego uruchomienia przemysłu targowego. Targi, w perspektywie krótko- i średnioterminowej, to bardzo ważny element ożywiania niemieckiej gospodarki przede wszystkim jako platforma innowacji i współpracy – mówi Jörn Holtmeier dyrektor zarządzający AUMA – Stowarzyszenia Niemieckiego Przemysłu Targowego. Jego zdaniem, ważny sygnał dla targów to już dziś stopniowe otwieranie firm hotelowych i restauracyjnych planowane przez kraje związkowe.

Od 4 maja w Niemczech obowiązują nowe przepisy dotyczące stopniowego znoszenia poszczególnych ograniczeń. Każdy land ma tu dużą autonomię. Nadrenia Północna Westfalia jest dla niemieckiej gospodarki i demografii kluczowa. W porównaniu z innymi krajami związkowymi mieszka w niej najwięcej osób. Podczas trwającej pandemii znalazł się wśród trzech najbardziej poszkodowanych, jeżeli chodzi o ilość chorych. Trafia tu też aż blisko 25% całego polskiego eksportu do Niemiec. Na jej terenie działa wiele firm zagranicznych i jest zróżnicowana etnicznie, co przekłada się na ożywione kontakty międzynarodowe tutejszych przedsiębiorców. Znajduje się tu również jedna z największych i najsłynniejszych przestrzeni targowych w Europie.

– Skoro więc w tym landzie, tak boleśnie doświadczonym przez COVID19, jego władze zaproponowały jasne i konkretne etapy odmrażania gospodarki i wyraźnie uwzględniły w tych etapach branżę targową, stanowić to może pozytywny sygnał także dla reszty kraju, jak również  dla całej Europy. Mamy nadzieję, że również nasze władze skorzystają z tych doświadczeń, tym bardziej, że polska gospodarka w największym stopniu jest połączona z niemiecką – mówi Beata Kozyra z Polskiej Izby Przemysłu Targowego i przypomina, że polska branża targowa czeka dziś na konkretne decyzje rządu o odblokowywaniu imprez targowych.

Władze Nadrenii Północnej Westfalii obwarowały przyzwolenie na organizację mniejszych targów branżowych spełnieniem licznych warunków związanych z utrzymaniem bezpieczeństwa. Dotyczą one również innych odmrażanych dziedzin życia, co znajduje się w przedstawionym przez premiera landu planie. Trzeba zatem będzie przestrzegać nowych reguł higieny, zachowywać odstęp czy zakładać maski w miejscach publicznych. Jeszcze w maju mają zacząć działać m.in. szkoły, placówki handlowe, gastronomia, niektóre hotele i obiekty turystyczne, sportowe, w tym także baseny, a nawet kina i instytucje kultury. Większe imprezy targowe, a więc takie, w których udział brać będzie ponad 1000 osób, muszą jeszcze poczekać co najmniej do końca wakacji.

– Niemieccy organizatorzy targów i sama AUMA służą radą i fachową wiedzą właściwym organom. Opracowaliśmy już propozycje dotyczącego organizacji targów, aby spełniały one wysokie wymagania dotyczące bezpieczeństwa, higieny i zasad odległości podczas przeprowadzania takich imprez – mówi Jörn Holtmeier, zaznaczając, że istotnym czynnikiem w organizacji targów będzie otwarcie granic i wznowienie transgranicznych podróży służbowych.

Danie przez władze zielonego światła większym imprezom targowym zależeć będzie również od spełnienia warunków zawartych w planie odmrażania na najbliższe tygodnie. Niezbędne jest tu bowiem stałe monitorowanie sytuacji, badania ok. 10 wskaźników, dalsze prace nad rozpoznaniem działania wirusa (we współpracy z landowym uniwersytetem), monitorowanie gospodarki, przeprowadzanie dużej ilości testów itp. Dla władz Nadrenii Północnej Westfalii ważne jest, by społeczeństwo zaakceptowało nowe reguły bezpieczeństwa i je stosowało. Jednym z używanych przez władze landu wskaźników jest ilość dostępnych łóżek w szpitalach. Dziś dysponują 1/3 wolnych łóżek, co oznacza, że można leczyć także inne choroby niż wyłącznie te wywołane koronawirusem.

Każdy land był w innym stopniu doświadczony pandemią, każdy ma inny poziom strat i wymaga celowych, indywidualnych działań dostosowanych do regionu.

Najsłynniejsze światowe targi w Dusseldorfie to m.in. Euroshop, Interplastica, Energy Storage Europe, Prowein, Medica, Tophair.

Innowatorzy zrównoważonego rozwoju – Polski Greenbin.app z tytułem Startupu Roku

Aplikacja Greenbin.app, ułatwiająca zbiórkę zużytych opakowań, zwyciężyła w polskim finale międzynarodowego konkursu PowerUp! Challenge organizowanego przez fundusz EIT InnoEnergy. Laureat otrzymał tytuł Startupu Roku i zmierzy się ze zwycięzcami pozostałych konkursów krajowych w międzynarodowym Wielkim Finale zaplanowanym na październik. Nagrodę publiczności Amazon Web Services oraz nagrodę specjalną SpeedUp! otrzymała firma Swapp!, która stworzyła rozwiązanie pomagające zmniejszyć zużycie jednorazowych opakowań.

Aplikacja Greenbin.app zdobyła tytuł polskiego Startupu Roku w czasie zrealizowanego online krajowego finału konkursu PowerUp! Challenge. W jury polskiej edycji zasiedli Konrad Sitnik z EEC Ventures, Tomasz Czapliński ze SpeedUp Venture Capital Group, Paula Pul z LAWMORE, a także Łukasz Skarka, zarządzający portfelem inwestycyjnym w EIT InnoEnergy Central Europe.

Organizatorem przedsięwzięcia jest fundusz EIT InnoEnergy, inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart. Poszukiwania najbardziej innowacyjnych startupów, scaleupów oraz małych i średnich firm z regionu Europy Środkowo-Wschodniej rozpoczęły się na początku roku. Do tegorocznej edycji zakwalifikowało się łącznie 425 firm wywodzących się z 24 państw Europy Środkowo-Wschodniej. Spośród wszystkich uczestników, którzy pomyślnie przeszli proces aplikacji, aż 360 stanowiły startupy.

Zwycięski pomysł, aplikacja Greenbin.app, to przykład realizacji założeń gospodarki obiegu zamkniętego. Firma stworzona przez Olenę Sydorenko umożliwia konsumentom pozbywanie się opakowań po zużytych produktach dając gwarancję, że zostaną one poddane recyklingowi. Opakowania oznakowane specjalnym QR kodem, po zeskanowaniu przez konsumenta za pośrednictwem aplikacji, trafiają do punków zbiórki oraz do systemu, który ułatwia śledzenie ich dalszych losów. Producenci towarów otrzymują możliwość monitorowania zużytych opakowań, a konsumenci mogą liczyć na specjalne rabaty.

„Nawet największe firmy nie zbudują za nas zrównoważonego świata. Konieczna jest także zmiana naszych nawyków jako konsumentów. Wierzymy, że stworzona przez naszą firmę aplikacja Greenbin.app pomoże przekonać konsumentów do bardziej odpowiedzialnego podejścia do zużytych opakowań, a producentom znacznie ułatwi monitorowanie, co dzieje się z opakowaniami po ich produktach.” – mówi Olena Sydorenko, twórczyni Greenbin.app, polskiego Startupu Roku.

Firma Greenbin.app nie była jedynym wyróżnionym podczas polskiego finału PowerUp! Challenge. Nagrodę publiczności ufundowaną przez Amazon Web Services, a także nagrodę specjalną ufundowaną przez fundusz SpeedUp, otrzymał startup Swapp!. Tworzy on opakowania wielorazowego użytku, które można uzupełniać detergentami i środkami kosmetycznymi znanych marek w specjalnych automatach. Dzięki rozwiązaniu wiele jednorazowych opakowań nigdy nie powstanie.

Następny przestanek: Wielki Finał

Zwycięzcy krajowych finałów wezmą udział w październiku w międzynarodowym Wielkim Finale PowerUp! Challenge, w którym rywalizować będą o nagrody o łącznej wartości 65 tysięcy euro, tytuł Startupu Roku Europy Środkowo-Wschodniej oraz pakiet korzyści sponsorowanych przez partnerów programu, takich jak Amazon Web Services, Revolut i SpeedUp Group.

Uczestnictwo w konkursie to także szansa na dołączenie do sieci partnerów EIT InnoEnergy, reprezentujących najważniejsze branże gospodarki, ośrodki badawcze i uniwersytety w całej Europie. Najbardziej innowacyjne pomysły mogą liczyć na wielomilionowe inwestycje, wsparcie w komercjalizacji produktów i wprowadzeniu ich na rynki międzynarodowe.

„Nagrodzone w tegorocznej edycji PowerUp! polskie startupy to świetne przykłady na to, jak innowacyjne rozwiązania mogą wspierać proces budowy zrównoważonego świata, w którym odpowiedzialni producenci i konsumenci łączą siły w walce o naszą wspólną przyszłość. Obydwa zwycięskie projekty doskonale wpisują się w założenia gospodarki obiegu zamkniętego.” – mówi Jakub Miler, Dyrektor Generalny InnoEnergy Cantral Europe. „Światową gospodarkę dotyka obecnie bezprecedensowy kryzys, ale wierzę, że po nim rozpocznie się okres równie dynamicznego rozwoju. Wielką rolę odegrają wtedy innowacyjne firmy, które w porę zrozumiały, że przyszłość należy do tych, którzy umiejętnie połączą biznes z realizacją idei zrównoważonego rozwoju.”

Wielki Finał konkursu PowerUp! Challenge odbędzie się 27 października, w czasie konferencji Impact’20. Partnerem głównym konkursu jest potentat energetyczny z Ukrainy, firma DTEK.

Luki w Tarczy 2.0 łatane Tarczą 3.0 – brak zwolnień z ZUS dla korzystających z ulgi na start

Przed wejściem w życie tzw. Tarczy Antykryzysowej 2.0 zapowiadano, że ze zwolnienia z ZUS będą mogli skorzystać przedsiębiorcy opłacający składki wyłącznie za siebie, niezależnie od osiągniętego przychodu. Jednak po publikacji ustawy okazało się, że dotychczasowy limit  dla zwolnień z ZUS nie został zniesiony. Ustawodawca zlikwidował go za to dla przedsiębiorców, którzy ubiegają się o świadczenie postojowe. Zwolnienia nie obejmą także korzystających z ulgi na start.

Kryterium przychodowe a Tarcza 3.0

Wiele kontrowersji narosło wokół zwolnienia przedsiębiorców ze składek ZUS, które miało być weryfikowane na podstawie uzyskanego przychodu. Wskazywano między innymi, że nie jest to odpowiedni miernik kondycji finansowej przedsiębiorstwa.

Tymczasem zgodnie z projektem Tarczy 3.0 zwolnienie z ZUS ma dotyczyć przedsiębiorców, których przychód w pierwszym miesiącu, za który wnioskują o zwolnienie, przekracza 15 681 zł. Wówczas ich dochód w lutym 2020 r. nie może przekroczyć 7 000 zł. Należy podkreślić, że z kilku powodów luty nie jest miarodajnym miesiącem dla wysokości przychodu. W Polsce obostrzenia związane z sytuacją epidemiologiczną zaczęły się w marcu, a w lutym większość przedsiębiorców funkcjonowała jeszcze normalnie.

Na mocy tych przepisów może się okazać, że wielu z nich nie będzie mogło skorzystać ze zwolnienia z ZUS. Ponadto zwolnienie według Tarczy 3.0 ma dotyczyć już tylko składek za kwiecień i maj. Warto przypomnieć, że według pierwotnych założeń miało dotyczyć również marca.

Brak zwolnień z ZUS dla korzystających z ulgi na start

Chaos informacyjny dotyczył również zwolnienia z ZUS przedsiębiorców, którzy korzystają z ulgi na start. ZUS zarówno na infolinii, jak i na swojej stronie internetowej informował, że przedsiębiorcy, którzy ją zastosowali, mogą skorzystać ze zwolnienia.

Przepisy jednak mówią coś innego. Głos w tej sprawie zabrał też rzecznik ZUS, który wskazał, że ulga na start wyklucza możliwość skorzystania ze zwolnienia ze składek ZUS.

Możliwość skorzystania ze zwolnienia z ZUS przedsiębiorcom stosującym ulgę na start ma dać dopiero Tarcza 3.0. To zwolnienie będzie jednak dotyczyć tylko składek za kwiecień i maj 2020 r. W dodatku mówimy tylko o składkach na ubezpieczenie zdrowotne. W związku z tym powstaje kolejne pytanie: co w sytuacji, kiedy przedsiębiorca kończy korzystać z ulgi na start? Co ze składkami społecznymi? Powstaje bowiem kolejna luka wykluczająca ze zwolnienia ZUS osoby, które kończą ulgę na start z dniem 31.03.2020 r.

Dla kogo świadczenie postojowe?

Kolejne kontrowersje dotyczą świadczenia postojowego. W związku z dotyczącymi go przepisami rodzi się pytanie: czy ustawodawca nie gubi się we wprowadzanych przez siebie zmianach? Pierwotnie w serwisach rządowych znalazła się zapowiedź, że „także niedawno założone firmy nie pozostaną bez pomocy”. Następnie w pierwszej Tarczy Antykryzysowej znalazł się zapis, że świadczenie przysługuje firmom założonym przed 1 lutego 2020 roku. Tarcza 2.0 nie wprowadziła modyfikacji tej daty dla wszystkich. Zmiana dotyczyła wyłącznie osób zatrudnionych na podstawie umów cywilnoprawnych na 1 kwietnia 2020 roku.

Piotr Juszczyk, doradca podatkowy w firmie inFakt

Uprawnienie do odliczenia VAT z tytułu wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów oraz importu usług

Kupujący, dokonawszy zakupu towarów bądź usług od podmiotów prowadzących działalność na terenie Unii Europejskiej, może podlegać obowiązkowi naliczenia podatku od towarów i usług. Ma to miejsce w sytuacji, w której określona czynność spełnia warunki bycia uznaną za wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów. Wówczas to na nabywcy spoczywa wykazanie VAT-u należnego. Niemniej kwalifikacja taka w żaden sposób nie wyklucza możliwości odliczenia przedmiotowego podatku. Wymaga to jednakże spełnienia określonych ustawowo warunków. Jakie to przesłanki? Jak powinna zostać ukształtowana transakcja, aby móc rozliczyć wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru?

Czym jest wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru?

Instytucję wewnątrzwspólnotowego nabycia towaru (dalej „WNT”) reguluje art. 9 ust. 1 ustawy o podatku od towarów i usług (dalej „ustawa o VAT”). Ustanowiona w powyższym przepisie definicja tego pojęcia wskazuje, że za wewnątrzwspólnotowe nabycie towaru przyjmuje się „nabycie prawa do rozporządzania jak właściciel towarami, które w wyniku dokonanej dostawy są wysyłane lub transportowane na terytorium państwa członkowskiego inne niż terytorium państwa członkowskiego rozpoczęcia wysyłki lub transportu przez dokonującego dostawy, nabywcę towarów lub na ich rzecz”. Niezależnie od powyższego ustawa o VAT przywołuje termin WNT już w art. 5 ust. 1 pkt 4 ustawy o VAT, wymieniając wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów za wynagrodzeniem na terytorium kraju w katalogu czynności podlegających opodatkowaniu podatkiem od towarów i usług.

Data powstania obowiązku podatkowego

Na gruncie art. 20 ust. 5 ustawy o VAT obowiązek podatkowy towarzyszący WNT aktualizuje się w momencie, w którym uczestniczący w transakcji podatnik wystawi fakturę, z zastrzeżeniem, że nie może nastąpić to później niż w piętnastym dniu miesiąca kolejnego po miesiącu realizacji dostawy towaru, stanowiącego przedmiot nabycia wewnątrzwspólnotowego. Zaznaczenia wymaga, że wspomniany obowiązek podatkowy nie dotyczy faktur zaliczkowych, wystawianych jeszcze zanim towar zostanie dostarczony do nabywcy czy też zanim usługa zostanie zrealizowana.

Odliczanie VAT w związku z WNT

Zagadnieniem, które wymaga poruszenia w związku z omawianą instytucją, jest oczywiście obniżanie kwoty należnego podatku od towarów i usług o kwotę podatku naliczonego, inaczej mówiąc – odliczanie podatku VAT. W tym zakresie w sukurs przychodzi m.in. art. 86 ust. 2 pkt 4) lit. c ustawy o VAT, stosownie do którego kwota podatku naliczonego stanowi kwotę podatku należnego z tytułu WNT. Następnie art. 86 ust. 10 b pkt 2 wskazuje, że możliwość odliczenia podatku w powyższych okolicznościach może mieć miejsce jedynie, jeśli we właściwej deklaracji podatkowej zostanie przez zainteresowanego podatnika uwzględniony podatek należny z WNT. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że musi to nastąpić przed upływem trzech miesięcy od końca miesiąca, w którym powstał przedmiotowy obowiązek podatkowy związany z nabytym towarem.

Gdy nie zdążymy w ciągu trzech miesięcy

Abstrahując od powyższego, należy zwrócić uwagę na prawdopodobny przypadek, gdy podatnik otrzyma fakturę wykazującą wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów po upływie wymaganego okresu trzech miesięcy. Nie można wykluczyć bowiem sytuacji, w których przedsiębiorca z uwagi na liczne, niezależne od siebie okoliczności, takie jak:

  • nieterminowe doręczenie lub wystawienie faktury z winy kontrahenta lub
  • wadliwe wystawienie faktury przez dostawcę (np. omyłkowo wpisane dane podatnika, data wykonania usługi czy kwota), nie będzie w stanie uwzględnić w deklaracji podatkowej wysokości podatku należnego z WNT w wymaganym przepisami terminie. Zaakcentowania wymaga jednak, że nie pozbawia go to możliwości dokonania odliczenia podatku, lecz będzie on mógł odpowiednio powiększyć podatek naliczony w deklaracji VAT przeznaczonej za okres rozliczeniowy, w którym faktura została mu doręczona.

Zdaniem organów i judykatury

Powyższe potwierdzają również organy podatkowe, zaznaczając w szeregu interpretacji indywidualnych, że w odniesieniu do podatnika korzystającego z importu usług możliwe jest zyskanie uprawnienia do odliczenia podatku naliczonego za czas, kiedy powstał obowiązek podatkowy, nawet w przypadku nieposiadania faktury dokumentującej transakcję. Izba Skarbowa w Warszawie w interpretacji wydanej w dniu 23 września 2019 r. (0114-KDIP1-2.4012.449.2019.1.MC) nadmieniła nadto, że fakt braku faktury bądź konieczność jej korekty nie wyłącza możliwości uwzględnienia podatku należnego w terminie przewidzianym przepisami prawa. Nie sposób jednakże pominąć, iż Izba Skarbowa w Warszawie stwierdziła dalej, że „podatnik jest zobowiązany do prawidłowego rozliczenia podatku należnego od dokonywanych nabyć (wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów, importu usług), dlatego też winien tak kształtować relacje gospodarcze, aby mógł prawidłowo rozliczać dokonane transakcje na gruncie podatkowym”.

Nad omawianą materią pochylają się również sądy, dokonując praktycznej wykładni przytaczanych przepisów. I tak Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie w wyroku z dnia 29 września 2017 r. (sygn. akt I SA/Kr 709/17) postawił tezę, w świetle której podatnik wykazujący podatek od towarów i usług należny w odniesieniu do wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów po upływie wskazanych trzech miesięcy nie jest zobowiązany do opłacenia organowi podatkowemu odsetek za zwłokę. Zdaniem WSA w Krakowie przepisy stworzone przez polskiego ustawodawcę nakładające taką powinność stoją w sprzeczności z uregulowaniami Unii Europejskiej.

Podsumowanie

Podatnik chcący odliczyć podatek VAT związany z przeprowadzoną przez niego transakcją wewnątrzwspólnotowego nabycia towarów bądź importu usług zobowiązany jest do uwzględnienia kwoty danego podatku należnego we właściwej do tego deklaracji podatkowej. Należy mieć jednak na uwadze, że czynność ta musi być co do zasady dokonana przed upływem trzech miesięcy od miesiąca, w ciągu którego powstał obowiązek podatkowy. Jeśli zaś w tym czasie podatnik nie podejmie stosownych działań, analogiczne czynności może zrealizować później, w bieżącej deklaracji podatkowej, dokonując rozliczenia za okres rozliczeniowy, w odniesieniu do którego termin na złożenie deklaracji podatkowej jeszcze nie minął.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W USA i Azji firmy mogą ubezpieczyć się od skutków pandemii. W Polsce nie ma takiej możliwości

W Polsce przedsiębiorcy nie mają możliwości skorzystania z ubezpieczenia, które zapewnia kompleksową ochronę od następstw pandemii. Tego typu rozwiązania są za to dostępne w USA czy Azji. Jak przekonują znawcy tematu, problem dotyczy wyliczenia składki, a koronawirus jest nowym ryzykiem z perspektywy ubezpieczycieli. Nie brakuje opinii, że w przyszłości rynek zareaguje na potrzeby firm. Ale pojawiają się również głosy, że towarzystwa ubezpieczeniowe nie rozszerzą oferty, bo naraziłyby się na wypłatę sporych kwot dla poszkodowanych. Alternatywą pozostaje utworzenie funduszu na szczeblu centralnym z relatywnie niewielkimi składkami.

Polska vs. świat

Ryzyko pandemii było od lat w centrum uwagi sektora ubezpieczeń, co podkreśla dr hab. Monika Wieczorek-Kosmala, prof. Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Ekspert zaznacza, że w ostatnich latach wystąpiły już epidemie, których skutki uważnie analizowano. To przede wszystkim SARS (2003 r.), świńska grypa (2009 r.), Ebola (2013 r.) czy Zika (2015 r.). Wydarzenia te skłaniały do dyskusji nad następstwami ewentualnego rozprzestrzenienia się infekcji na całym globie. Analizowano różne scenariusze nie tylko z perspektywy zdrowia publicznego, ale i możliwego załamania gospodarczego.

– W Polsce nie ma powszechnie dostępnego ubezpieczenia, które chroniłoby przedsiębiorców od następstw pandemii. Jednak w zaistniałej sytuacji nie można się spodziewać jego powstania. Nikt nie oferuje polisy ubezpieczeniowej przy właśnie palącym się budynku czy wobec nadciągającej fali powodziowej na Wiśle – stwierdza dr hab. Krzysztof Łyskawa z Katedry Ubezpieczeń Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu.

Z kolei prof. Monika Wieczorek-Kosmala podkreśla, że takie ubezpieczenia są oferowane na świecie. Przykładowo, PathogenRX to produkt wprowadzony w 2018 roku przez światowego lidera w zakresie pośrednictwa ubezpieczeniowego Marsh. Zapewnia on ochronę na wypadek strat z tytułu przerw w działalności na skutek pandemii. Rozwiązanie jest dostępne dla przedsiębiorstw z konkretnych branż, np. turystyki, edukacji czy handlu. Można z niego skorzystać w USA i w Azji.

– Dotychczas klienci nie poszukiwali i nie oczekiwali takiej kompleksowej ochrony. Pandemia i jej możliwe następstwa były dla wielu z nich pojęciem zupełnie abstrakcyjnym. Z pewnością zakres i skutki obecnej sytuacji były trudne do przewidzenia przez wszystkich. Ona już spowodowała wzrost świadomości ubezpieczeniowej wśród klientów – informuje Barbara Trojanek, starszy specjalista ds. oferty ubezpieczeniowej w pionie UNIQA dla Biznesu.

Gra z ryzykiem

Jak podkreśla dr hab. Krzysztof Łyskawa, zakłady ubezpieczeń mają duże doświadczenie w radzeniu sobie z nieprzewidzianymi wydarzeniami wpływającymi na populację. I w tym co dzieje się wokół mogą próbować tworzyć odpowiednie rozwiązania. Ekspert dodaje, że niekiedy włącza się w to, często sztucznie, władza państwowa. Przykład z ostatnich tygodni to projekt ustawy z New Jersey. Ona wprowadza konieczność pokrycia strat związanych z przerwami w działalności, prawdopodobnie sięgających setek miliardów dolarów, a będących konsekwencjami epidemii. To działoby się w okolicznościach, w których umowy nie obejmują i wyraźnie wykluczają takie straty wynikające z rozprzestrzeniania się wirusa.  Zgodnie z propozycją regulacji, firmy ubezpieczeniowe, które wypłaciłyby takie odszkodowania, miałby możliwość dochodzenia tych kwot ze środków budżetowych.

– Epidemia niesie za sobą tak naprawdę ryzyko szkód ekonomicznych czy finansowych, których nie da się oszacować. A jeśli nie można tego zrobić, to analitycy nie są w stanie wycenić składki. Stąd też towarzystwa nie oferują takich ubezpieczeń. Istnieją jedynie polisy, które mogą uchronić przed utratą dochodu. Ale one dotyczą osób wykonujących tzw. wolne zawody. Jednak taka oferta zadziała tylko wtedy, kiedy ubezpieczony zachoruje i nie będzie mógł wykonywać swojej pracy – wyjaśnia Karolina Trzeciakiewicz z ANG Spółdzielnia.

Natomiast prof. Wieczorek-Kosmala podkreśla, że COVID-19 to ryzyko nowe z perspektywy sektora ubezpieczeń. Po raz pierwszy doszło do przejścia od lokalnej epidemii do globalnej pandemii. Jest to sytuacja, w której dochodzi do kumulacji ryzyka. Skutki pandemii dotknęły jednocześnie znaczną część ludzi, wiele gospodarek, branż i przedsiębiorców. Z perspektywy finansów ubezpieczycieli taka kumulacja ryzyka jest trudna, ponieważ pociąga za sobą konieczność wypłacenia sporych kwot należnych odszkodowań i świadczeń w relatywnie krótkim okresie. A dziś ostateczny rozmiar strat spowodowanych pandemią nie jest jeszcze znany. W tym momencie nawet nie możemy przewidzieć momentu jej zakończenia.

– Jedynym rozwiązaniem, które można byłoby próbować rozszerzyć na obecną sytuację, jest ubezpieczenie utraty zysku. To wariant, w którym zakład ubezpieczeń pokrywa utracony zysk i koszty stałe po zaistnieniu innego zdarzenia losowego, np. pożaru. Potrzebujemy czasu na odbudowę, straciliśmy obroty, nie mamy z czego płacić naszym pracownikom czy też nie posiadamy środków na pokrycie kosztów kredytu, leasingu itp. Ale bazą do tego jest ubezpieczenie mienia od ognia i innych zdarzeń lub od wszystkich ryzyk (AR). Jednak w czystej formie i bez szczególnych rozszerzeń nie ma odpowiedzialności za skutki pandemii – dodaje dr hab. Krzysztof Łyskawa.

Przyszłościowy kierunek

Według eksperta z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, w kolejnych latach powszechniejsze stanie się ubezpieczenie strat spowodowanych przerwą w działaniu na skutek pandemii. Będzie to naturalna odpowiedź rynku ubezpieczeń na zapotrzebowanie przedsiębiorstw, które teraz uświadomiły sobie skalę problemów. Z kolei Barbara Trojanek stwierdza, że branża już zapewne podjęła prace nad dostosowaniem oferty dla przedsiębiorstw do sytuacji spowodowanej pandemią. Również UNIQA analizuje te możliwości. Jest jednak za wcześnie, aby mówić o konkretnych rozwiązaniach, jak i o finalnym koszcie takiej ochrony.

– Ubezpieczenia to produkty zabezpieczające zdarzenia przyszłe i niepewne, a nie teraźniejsze. Towarzystwa raczej nie wprowadzają produktów, którymi z premedytacją naraziłyby się na wysokie i bardzo prawdopodobne ryzyko. Ideą ubezpieczenia jest rozmycie ryzyka na szerszą populację, co pozwala na zabezpieczenie jednostkowych wypadków. Teraz mielibyśmy do czynienia z odwrotną sytuacją, tzn. więcej ubezpieczonych odnotowałoby szkodę, a promil – nie. To byłaby już dotacja czy subwencja i tarcza antykryzysowa, a nie klasyczna forma ubezpieczenia – podkreśla Michał Kwasek z zarządu ANG Spółdzielnia.

Jak zaznacza prof. Wieczorek-Kosmala, w dyskusjach branżowych coraz częściej pojawiają się głosy, iż oferowanie ubezpieczeń dotyczących ryzyka pandemii będzie wymagało wypracowania nowych rozwiązań. One mogą opierać się np. na wykorzystaniu innowacyjnych mechanizmów transferu ryzyka na rynek kapitałowy bądź niestandardowego, długoterminowego okresu ochrony. Natomiast już teraz pojawiają się pytania o koncepcję utworzenia funduszu na szczeblu centralnym. W nim gromadzone byłyby środki, a przedsiębiorcy mogliby liczyć na wsparcie finansowe w kryzysowych sytuacjach, np. w przypadku pandemii. Wysokość składek byłaby relatywnie niewielka, np. uzależniona od osiąganego dochodu lub zwyczajnie zryczałtowana.

– Od tego powinny być podatki. Gdybyśmy przez kilka ostatnich lat kumulowali zapasy i tworzyli rezerwy zamiast je przejadać, to dzisiaj te pieniądze byłyby w systemie. Różnego rodzaju dodatkowe opłaty w ostatnim czasie są mocno spotęgowane. Wprowadzenie takiego rozwiązania w okresie prosperity mogłoby zadziałać, ale dzisiaj w to wątpię. Przedsiębiorcy nie mają zbyt dużego zaufania do ustawodawcy. Ponadto każdy raczej walczy dzisiaj o swoje przeżycie niż o dobro ogółu. Nie jest to wcale pozytywnym rozwiązaniem, ale niestety jest faktem – podkreśla Michał Kwasek.

Z kolei jak przekonuje prof. Wieczorek-Kosmala, obecnie dostrzegamy rolę pomocy państwa, oczekujemy wprowadzenia odpowiednich mechanizmów kompensacyjnych. Trudno powiedzieć jednak, czy po okresie pandemii, znajdzie się przestrzeń do dyskusji politycznej nad zaprojektowaniem tego typu rozwiązań. To mogłoby być postrzegane jako kolejny element obciążeń o charakterze podatkowym. Jeżeli rynek ubezpieczeniowy zdoła zaprojektować i zaproponować rozwiązania satysfakcjonujące przedsiębiorstwa, tworzenie funduszu na szczeblu centralnym nie będzie potrzebne.

Już niemal 1,6 miliarda zł subwencji dla klientów Santander Bank Polska

Łączna kwota przyznanych subwencji w ramach tarczy finansowej, zgodnie z danymi PFR z 6 maja, wyniosła 8,742 miliarda złotych. Aż 18% z tej kwoty stanowią środki przyznane klientom Santander Bank Polska – to 1,569 miliarda złotych.

Średnia kwota subwencji przyznanych klientom Santander Bank Polska z sektora mikro, małych i średnich firm to obecnie 113 tys. zł, natomiast w bankowości korporacyjnej średnia ta wynosi 932 tys. zł. Łącznie pozytywnie rozpatrzono już 7150 wniosków klientów banku o pomoc w ramach tarczy finansowej PFR.

W segmencie mikro, małych i średnich firm najwięcej, bo niemal 1500 pozytywnie rozpatrzonych wniosków o subwencję, dotyczy podmiotów z sektora handlu detalicznego i hurtowego oraz naprawy pojazdów, a także z branży przetwórstwa przemysłowego – 863 pozytywnie rozpatrzone wnioski. Na kolejnych miejscach pod względem liczby przyznanych świadczeń znalazły się firmy prowadzące działalność profesjonalną, naukową i techniczną (666 pozytywnie rozpatrzonych wniosków), firmy z branży budownictwa (635 pozytywnie rozpatrzonych wniosków) oraz świadczące usługi związane z zakwaterowaniem i gastronomią (546 pozytywnie rozpatrzonych wniosków).

Z kolei, na tę chwilę, wśród największych przedsiębiorstw, które obejmuje tarcza, najwięcej pozytywnych decyzji otrzymały firmy z sektora dystrybucji oraz firmy produkcyjne.

Już niemal 1,6 miliarda zł subwencji dla klientów Santander Bank Polska
Tabela 1: Liczba pozytywnie rozpatrzonych wniosków i średnia wartość dotacji w segmencie SME, top 15 branż. Dane dla Santander Bank Polska.

Subwencje przekazywane są firmom w ramach Tarczy Finansowej Polskiego Funduszu Rozwoju. Mikro, małe i średnie firmy (zatrudniające od 1 do 249 pracowników), których przychody spadły o 25% lub więcej w związku z COVID-19, mogą składać wnioski o subwencje poprzez bankowość internetową banku, również w Santander Bank Polska. Duże przedsiębiorstwa, o skonsolidowanej sumie bilansowej powyżej 43 mln euro, powinny wnioskować o rozwiązania pomocowe bezpośrednio w Polskim Funduszu Rozwoju.

Wnioskowanie o subwencje jest bezpłatne, bank nie pobiera żadnych opłat za obsługę tego procesu. Ponadto Santander Bank Polska udostępnił specjalny serwis www.santander.pl/tarczapfr, na którym znajduje się m.in. kalkulator umożliwiający oszacowanie kwoty subwencji oraz informacje o wnioskowaniu.

Epidemia napędza rozwój rynku maszyn vendingowych

Automaty handlowe to w wielu krajach popularny i od dawna wykorzystywany model sprzedaży, nawet tak nietypowych produktów, jak torty, biżuteria czy samochody.
W vendingowych sklepach mieści się asortyment z nawet 100 mkw. tradycyjnej powierzchni.

W Polsce ta formuła sprzedaży dopiero się rozwija, ale wezwanie do dystansu społecznego w czasie epidemii bardzo ten trend przyspiesza. Mamy około 40 tys. automatów różnych typów, ale ich liczba rośnie z roku na rok.

Spadek sprzedaży detalicznej w marcu wyniósł wg GUS 9% (w porównaniu do marca 2019) – handel szuka nowych formatów dystrybucji także na czas po epidemii.

Zamknięte galerie handlowe i specjalistyczne sklepy, a w tych otwartych uciążliwe ograniczenia sprzedaży dotyczące np. liczby osób w budynku – tak wyglądają zakupy w czasie koronawirusa. Wg wielu ekspertów nawet po zmniejszeniu ryzyka zakażenia, masowego powrotu klientów do sklepów wielkopowierzchniowych i galerii handlowych w najbliższym czasie nie będzie. Handel nigdy nie będzie już taki, jak dawniej. Prawdopodobnie pozostaną pewne ograniczenia, jak limit liczby osób na metr kwadratowy powierzchni sklepu czy inne wymogi bezpieczeństwa, np. unikanie bezpośredniego, bliskiego kontaktu ze sprzedawcą. Takich zagrożeń nie ma w przypadku urządzeń i maszyn vendingowych. W Polsce do tej pory ten model był traktowany jako dodatek do tradycyjnej sprzedaży, ale w wielu krajach pełni ważną rolę. Zastosowania automatów są bardzo szerokie, a one same zaawansowane technologicznie. Maszyny sprzedażowe są łączone w duże konstrukcje, do których można przenieść nawet 100-metrowy sklep z asortymentem, w pełni automatyzując go.

5 najdziwniejszych zastosowań automatów handlowych. Czy w Polsce to możliwe?

Technologia daje coraz więcej możliwości sprzedaży z automatów, kilka przykładów:

  • W Kanadzie, w Toronto działają automaty do sprzedaży tortów. Asortyment liczy kilkadziesiąt pozycji. Maszyna ma moduł chłodzący i wydaje też jednorazowe widelce.
  • Na lotnisku we włoskim Bari działa bezobsługowy sklep z produktami regionalnymi „Made in Puglia”. Dostępne są tam wina czy sery.
  • W Dubaju maszyna sprzedaje ekskluzywną biżuterię. Po wyborze produktu jest on przybliżany do szyby i doświetlany. Pozwala to obejrzeć go dokładnie i upewnić się co do zakupu. W podobny sposób można kupić złote monety, a nawet sztabki złota.
  • Największymi przedmiotami sprzedawanymi z automatów handlowych są prawdopodobnie samochody. Taki „sklep” znajduje się w Singapurze, dostępne są tam m.in. pojazdy marki Ferrari.

– Nie wszystkie te zastosowania są możliwe w Polsce – czy to ze względu na przepisy (np. zakaz sprzedaży alkoholu bezobsługowo) czy z powodów kulturowych (jak sprzedaż złota). Jednak handel z automatów także w naszym kraju rozwija się coraz szybciej, a epidemia go tylko przyspiesza. Maszyny z żywnością działają od dawna i jest ich coraz więcej. Ostatnio pojawiły się np. „maseczkomaty”, wcześniej „karierę” zrobiły butelkomaty. Przykładem bardziej zaawansowanych urządzeń są Lekomaty. Obecnie uruchamiamy je w formule Smart Shop we współpracy z firmą, która w Soczewkomatach sprzedaje soczewki okulistyczne. Projekt, który planowany był na przyszłość, z powodu okoliczności związanych z epidemią ruszył z początkiem maja – mówi Paweł Mazur z firmy Automnia, która jest wyłącznym dystrybutorem maszyn vendingowych kilku firm w Polsce.

Handel podczas epidemii szuka nowych formatów

Sprzedaż detaliczna w marcu spadła realnie o 9 procent. To dane najsłabsze od piętnastu lat. Wynik byłby jeszcze gorszy, gdyby nie wzrost w zakresie lekarstw i żywności. Sprzedaż ubrań i obuwia spadła aż o połowę, a samochodów o około 30 proc. Dane z kwietnia będą zapewne jeszcze gorsze. Ograniczenia w handlu wywołane koronawirusem powodują, że tradycyjna sprzedaż boryka się z poważnymi problemami i być może już nigdy nie będzie dla właścicieli firm tak zyskowna, a dla konsumentów tak przyjemna, jak kiedyś.

– Kolejki przed sklepami, zachowywanie odległości czy sprawdzanie temperatury to spore uciążliwości. Równocześnie kupowanie w automatach tych niedogodności nie niesie. Jest bezpieczne i higieniczne, nie ogranicza jej zamrażanie gospodarki. Co więcej, daje przyjemność obcowania z zaawansowaną technologią czy elektroniką w postaci kolorowych wyświetlaczy, bezdotykowych, elektronicznych płatności czy efektownej prezentacji produktu. Możliwości automatycznego handlu są ogromne – mamy w ofercie np. bezobsługowe stołówki, które z powodzeniem działają w niektórych krajach. Powstają ulice z mechanicznymi sklepami. Mając świadomość przez co przechodzimy w czasach koronawirusa, można powiedzieć, że taki model z pewnością będzie coraz bardziej w handlu pożądany także w naszym kraju – mówi Paweł Mazur z Automnia.

Coraz więcej przedsiębiorców z różnych branż planuje udostępnić swoje produkty w systemie vendingu. Kusi uniwersalność tej formuły i brak podatności na ograniczenia handlu jakich obecnie doświadczamy. Automaty pracują 24 h na dobę, nie dotyczą ich przepisy o handlu w niedzielę.

Nie ma też praktycznie ograniczeń co do ich lokalizacji – mogą to być hale targowe, ciągi komunikacyjne, pasaże, dworce, pętle komunikacyjne, bezobsługowe myjnie samochodowe. Są też tańsze i prostsze w utrzymaniu. W Polsce jest około 40 000 automatów (dane Euromonitor) różnych typów, ale ich liczba rośnie z roku na rok.

ID Logistics – dynamiczny I kwartał 2020 r., wzrost sprzedaży o 9,6 proc.

ID Logistics, jeden z europejskich liderów logistyki kontraktowej, ogłosił wyniki za I kwartał 2020 r.

Eric Hémar, prezes i dyrektor generalny Grupy ID Logistics, podsumował: „W I kwartale 2020 roku, dotkniętym kryzysem wywołanym pandemią Covid-19, Grupa była w stanie bardzo szybko zareagować dzięki elastyczności i modelowi biznesowemu typu „pure player”. Dotyczy to zarówno wsparcia dla wzrostu aktywności klientów z branży spożywczej i e-commerce, jak i zmniejszania kosztów w przypadku tych, którzy ograniczyli lub zamknęli działalność. ID Logistics dokłada wszelkich starań, aby zapewnić bezpieczeństwo zespołom, nadal wspierać klientów i utrzymać zasoby finansowe. Chciałbym podziękować wszystkim pracownikom ID Logistics za ich wyjątkowe zaangażowanie”.

DOBRY START Z DYNAMICZNYM WZROSTEM W I KWARTALE

Grupa ID Logistics dobrze rozpoczęła rok 2020, odnotowując w I kw. wzrost sprzedaży o 9,6 proc. (7,4 proc. w ujęciu like-for-like) do 392,5 mln EUR.

We Francji, rynku macierzystym, sprzedaż firmy wzrosła o 3,5 proc. do 173,5 mln EUR. W ciągu pierwszych dwóch miesięcy ID Logistics osiągnął dobre wyniki, jednak na poziom wzrostu sprzedaży w marcu, który wyniósł 0,6 proc., już zaważyło wprowadzenie od 17 marca ograniczeń związanych z Covid-19. Zwiększona obsługa żywności i środków higieny osobistej oraz e-commerce zrekompensowała spadki aktywności w innych branżach.

W I kw. Grupa ID Logistics odnotowała duży wzrost przychodów na rynkach międzynarodowych, o 15 proc. (11,2 proc. like-for-like) do 219 mln EUR. W ciągu dwóch pierwszych miesięcy działalność utrzymała się na tym samym poziomie co w marcu: niższe wolumeny w niektórych krajach objętych restrykcjami (głównie Hiszpania i Belgia) zostały zrównoważone utrzymującym się silnym wzrostem sprzedaży w innych (głównie Niemcy i Holandia). Grupa zaznacza jednocześnie, że Chiny stanowią mniej niż 1 proc. jej biznesu, nie jest też obecna we Włoszech.

W I kw. wpływ kursów walut był ogólnie niekorzystny, efekt konsolidacyjny objął zakończenie działalności w Afryce Południowej we wrześniu 2019 oraz połączenie w grudniu z Jagged Peak w USA. Proces integracji zakończono przed planowanym terminem.

DZIAŁANIA PODJĘTE PRZEZ GRUPĘ ID LOGISTICS PO ROZPOCZĘCIU KRYZYSU ZWIĄZANEGO Z COVID-19

Grupa ID Logistics wyznaczyła sobie trzy priorytety:

  1. Bezpieczeństwo zespołów. W ramach Grupy utworzono zespół kryzysowy i specjalną organizację operacyjną we Francji oraz Hiszpanii, zgodnie z najlepszymi praktykami, stosowanymi przez branże i zatwierdzonymi przez organizacje i związki zawodowe oraz rząd. Dobre praktyki (m.in. pomiar temperatury, dystrybucja masek i żelu dezynfekującego) zostały również wdrożone w innych oddziałach Grupy.
  2. Wsparcie i bezpieczeństwo klientów. Grupa ID Logistics szybko zareagowała na zmiany, wykorzystując przewagę wynikającą z elastyczności organizacji i modelu biznesowego typu „pure player”. Dzięki temu firma mogła wesprzeć zarówno szybki wzrost aktywności klientów z branży spożywczej i e-commerce, jak i zmniejszyć koszty w przypadku firm, które ograniczyły lub zamknęły działalność. Dodatkowo opracowano dla klientów plany jak najszybszego i najkorzystniejszego wznowienia działalności, gdy sytuacja powróci do normalności.
  3. Bezpieczeństwo firmy. ID Logistics zwraca szczególną uwagę na zarządzanie środkami pieniężnymi i korektę kosztów, m.in. zaproponowano klientom o niższej aktywności ograniczenie kosztów, zawarto też dodatkowe porozumienia w tym zakresie.

Uwzględniając zarządzanie środkami finansowymi w kontekście Covid-19, ID Logistics realizuje zaplanowane na ten rok inwestycje. Podobnie jak w ubiegłych latach, nie jest planowana wypłata dywidendy, a pozyskane środki zostaną przeznaczone na inwestycje. W geście solidarności, wszyscy członkowie Komitetu Wykonawczego Grupy zgodzili się na zmniejszenie o 15 proc. ich stałego wynagrodzenia.

PERSPEKTYWY ROZWOJU BIZNESU

W ciągu pierwszych dwóch tygodni kwietnia 2020 r. przyspieszył, obserwowany pod koniec marca, spadek sprzedaży, głównie z powodu zamknięcia blisko 20 magazynów, generujących ok. 6 proc. obrotów Grupy ID Logistics. Jednocześnie w niektórych krajach, na przykład w Belgii i Niemczech, ponownie otwierane są sklepy. Dlatego obecnie trudno jest przewidzieć, czy utrzyma się trend obserwowany na początku kwietnia. Grupa opiera się na zrównoważonym portfelu klientów i szerokim zasięgu geograficznym, 40 proc. udziału w jej działalności stanowi obsługa branży sprzedaży detalicznej żywności i higieny osobistej, 20 proc. to e-commerce, którego nie dotknęły ograniczenia. Do tej pory ID Logistics uruchamiało nowe magazyny bez znacznych opóźnień. Od początku roku Grupa otworzyła 5 lokalizacji, teraz jej celem jest uruchomienie kolejnych dziesięciu. Jednocześnie firma bierze udział w przetargach i realizuje konkretne projekty związane z kryzysem wywołanym Covid-19 (m.in. rozwiązania dla e-commerce, przyjmowanie i składowanie kontenerów z Azji, otwarcie przepełnionych magazynów).

Ze względu na nieprzewidywalny kierunek rozwoju sytuacji w najbliższym czasie, obecnie Grupa nie jest w stanie oszacować wpływ kryzysu na jej działalność w 2020 roku.  ID Logistics nadal będzie uważnie monitorować i okresowo dokonywać oceny rozwoju sytuacji oraz jej wpływu na działania i wyniki. Firma skoncentruje się na głównych obszarach biznesu: zarządzaniu operacyjnym, zarządzaniu środkami pieniężnymi oraz możliwościami wzrostu zewnętrznego, szczególnie w Europie Północnej i USA.

Rośnie liczba ataków hakerskich w sektorze finansowym

Według najnowszych badań F5 Labs[1] organizacje usług finansowych odnotowały znaczny wzrost liczby ataków uwierzytelniających i rozproszonych ataków typu „odmowa usługi” (DDoS) w okresie 2017-19. Liczba ataków internetowych w raportowanym czasie znacznie spadła.

Sektor usług finansowych jest ściśle regulowany i przeznacza duże środki na zabezpieczenia,  ​​co oznacza, że ta branża liczy się z ryzykiem. Nadal pozostaje jednak atrakcyjnym celem dla cyberprzestępców ze względu na wysoką wartość profilu informacji, do których te organizacje mają dostęp – mówi Ireneusz Wiśniewski, dyrektor zarządzający F5 Poland.

Uwierzytelnianie – wzrost o 5%

W 2019 r. w skali globalnej aż 42% wszystkich ataków na organizacje usług finansowych stanowiły brute force attacks oraz credential stuffing (próby włamań za pomocą pozyskanych częściowych danych dostępowych), a odsetek tek wzrósł o 5 punktów w raportowanym okresie. F5 podkreśla, że istnieją w tym obszarze różnice w zależności od lokalizacji – ataki na uwierzytelnianie stanowiły 20% wszystkich ataków w regionie EMEA, 15% naruszeń w APAC oraz aż 64% w Ameryce Północnej. Pierwsze sygnały ataku uwierzytelniającego często płyną ze strony klientów – i są to skargi na blokadę konta – a nie z automatycznego wykrywania. Szybka reakcja jest kluczem do skutecznej obrony. Może nastąpić tylko, gdy organizacja jest w stanie wykryć wzrost liczby nieudanych prób logowania w krótkim okresie i zareagować zanim atak przełoży się na klientów – dodaje Ireneusz Wiśniewski.

DDoS – wzrost o 16%

Ataki DDoS były drugim co do wielkości zagrożeniem dla organizacji świadczących usługi finansowe. Stanowiły 32% wszystkich zgłoszonych incydentów w latach 2017-2019. Jest to również najszybciej rosnące zagrożenie – w badanym okresie wzrosły o 16%. DDoS najbardziej dotkliwe są dla sektora finansowego w regionie Azji i Pacyfiku – stanowią 55% wszystkich naruszeń, w EMEA to aż połowa zgłoszonych ataków, zaś w Ameryce Północnej jedynie 22% z nich.F5 Labs podkreśla, że ataki typu „odmowa usługi” skierowane przeciwko dostawcom usług finansowych zwykle są ukierunkowane na podstawowe usługi używane przez klientów (takie jak DNS) lub aplikacje, które umożliwiają dostęp do usług online (np. przeglądanie rachunków lub ubieganie się o pożyczki). Ataki są często przepuszczane z całego świata, m.in. za pomocą dużych botnetów wynajmowanych lub specjalnie do tych celów zbudowanych z zainfekowanych maszyn przez atakujących.Dla IT w sektorze technologicznym niezwykle ważna będzie więc zdolność do szybkiego zidentyfikowania charakterystyki ruchu w warunkach ataku. Istotne jest również włączenie szczegółowego rejestrowania usług aplikacyjnych w celu identyfikacji nietypowych zapytań – dodaje Ireneusz Wiśniewski.

Ataki sieciowe

Raport F5 Labs odnotował spadek liczby ataków internetowych na organizacje usług finansowych. W 2017 i 2018 r. stanowiły one 11% wszystkich incydentów, a w 2019 r. było to zaledwie 4%. F5 Labs ostrzega jednak, że ataki internetowe celujące w usługi finansowe zwykle trwają dłużej niż w innych sektorach, ze względu na konieczną precyzję i potencjalnie wysoką wartość dla przestępców. Większość ataków sieciowych zarejestrowanych przez F5 SIRT dotyczyła interfejsów API, w tym związanych z portalami mobilnego uwierzytelniania i Open Financial Exchange (OFX). Zauważalne było również web scraping – kopiowanie treści w celu tworzenia realistycznych stron phishingowych.Chociaż trudno jest ustalić przyczynę spadku liczby ataków webowych, wpływ mogło mieć rosnące zaawansowanie technicznych mechanizmów kontrolnych, takich jak zapory aplikacji internetowych (WAF) – komentuje Ireneusz Wiśniewski.Już w 2018 r. Application Protection Report od F5 Labs wykazał, że większy odsetek organizacji finansowych ma tendencję do wdrażania ochrony WAF (31%) niż wyniosła średnia we wszystkich branżach (26%).Jeszcze nie wszystkie organizacje finansowe doceniają potrzebę uwierzytelniania wieloskładnikowego, co stanowi najskuteczniejszy sposób zapobiegania większości ataków na dostęp i wyłudzających informacje. Ważne pozostaje monitorowanie ruchu pod kątem oznak brute force attacks czy credential stuffing. Sektor czeka wzmacnianie interfejsów API oraz wdrażanie programów do zarządzania lukami bezpieczeństwa, żeby przeprowadzać skanowanie i łatać ochronę. Standardem powinny być regularnie sprawdzane procedury reagowania na incydenty, które uwzględniają wszystkie rodzaje ryzyka – podsumowuje Ireneusz Wiśniewski.

[1] Analiza zespołu reagowania na incydenty bezpieczeństwa F5 Labs objęła banki, kasy oszczędnościowe, brokerów, firmy ubezpieczeniowe oraz organizacje z nimi współpracujące jak podmioty przetwarzające płatności i dostarczające oprogramowanie finansowe jako usługę (SaaS).

 

Mały fragment większej układanki

Pozytywny nastrój przyciągnięty z nocy powinien pozostać niezagrożony aż do popołudnia, gdzie rynek będzie się musiał zmierzyć z raportem NFP z USA. Przesądzony jest rekordowy spadek zatrudnienia wskutek reakcji na pandemię COVID-19, na co rynek jest przygotowany, choć dowód załamania gospodarczego zawsze jest czymś, co może zakłócić entuzjazm. Chyba że im gorsze dane, tym większa szansa na ujemne stopy procentowe Fed?

W kwietniu spadek zatrudnienia w sektorze pozarolniczym USA ma wynieść rekordowe 22 mln. To skutek nagłego wprowadzenia nakazu pozostania w domach i wstrzymania działalności gospodarczej, co w amerykańskich warunkach prowadzi natychmiastowego zerwania umów o pracę. Stopa bezrobocia ma skoczyć do 16 proc. z 4,4 proc. w marcu, choć wartość ta może być niższa, jeśli rzesza Amerykanów zdecyduje się zrezygnować z aktywnego poszukiwania pracy (wówczas nie liczą się do statystyk). Oznacza to tylko tyle, że nie należy pozytywnie odczytywać niższego wyniku stopy bezrobocia, ale i tak samo rynek nie powinien nerwowo reagować na wielomilionowe zmniejszenie zatrudnienia. Te miejsca pracy w większości nie zginęły całkowicie i zostaną na powrót wypełnione, jak tylko zakończony zostanie lockdown. Jednak odbudowa rynku pracy będzie postępować powoli i nierealnym jest powrót do pełnego zatrudnienia w tym roku. W kolejnych miesiącach istotne będzie tempo, z jakim bezrobocie będzie się obniżać. A to w dużej mierze będzie zależeć od tego, czy pandemia COVID-19 będzie opanowana i uniknie się wybuchu drugiej fali niekontrolowanego rozprzestrzeniania zakażeń. To wielka niewiadoma, na którą dzisiejszy raport nie udzieli odpowiedzi. Dziś dostaniemy tylko jeden fragment informacji, jak źle jest na starcie długiej drogi od złego do lepszego.

A jeśli gorsze dane (dla gospodarki) to tak naprawdę lepsze dane (dla rynków)? Wczoraj USD tracił, spadały rentowności długu USA, a Wall Street poprawiało szczyty wraz z rozwijaniem się dyskusji, że Fed może zdecydować się na wprowadzenie ujemnych stóp procentowych. Jakkolwiek pomysł szybko został skonfrontowany ze sceptyczną oceną członka Fed Barkina, to jednak spekulacje raczej nie znikną całkowicie. Dziś rano rynek stopy procentowej dyskontuje 3 pb obniżki stopy rezerw federalnych do końca 2020 r. Wątpię, aby Fed miał zdecydować się na ujemne stopy procentowe, jednak bank centralny znalazł się w niewygodnym położeniu. Perspektywa odmrażania gospodarki i odbudowy ożywienia jest dyskontowana przez rynki finansowe, co też może wpływać na zacieśnianie warunków finansowych (wzrost rynkowego kosztu pieniądza). Tego Fed by nie chciał, stąd niewykluczone, że dla zadbania o utrzymanie łagodnych warunków kredytowych w najbliższych komentarzach przedstawiciele Fed mogą być bardziej otwarci na ewentualny scenariusz ścięcia stóp poniżej zera. Jako że rynki finansowe prędzej wyceniają oczekiwania niż fakty, spekulacje byłyby pożywką do osłabienia USD i impulsem dla apetytu na ryzyko. Ciekawe, jaka strategię przyjmie Fed?

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deweloperzy zainteresowani wielką płytą?

Pojawiają się sygnały o wzroście zainteresowania wielką płytą ze strony deweloperów. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl sprawdzili, czy rośnie liczba wielkopłytowych bloków oddawanych do użytku.

Główny Urząd Statystyczny regularnie podaje informacje na temat technologii, w której deweloperzy wybudowali kolejne budynki. Takie dane już od lat pokazują ogromną przewagę technologii tradycyjnej udoskonalonej, która polega na ręcznym wmurowywaniu cegieł, pustaków lub bloczków. Najnowsze statystyki GUS z 2019 r. wskazują jednak, że na deweloperskich budowach ma miejsce ciekawa zmiana. Mowa o wzroście popularności technologii wielkopłytowej.Wykres

Eksperci portalu RynekPierwotny.pl na podstawie danych GUS obliczyli, jaki udział w liczbie wszystkich budynków ukończonych przez deweloperów miały bloki i domy wybudowane w różnych technologiach. Najpierw warto wziąć pod uwagę technologię tradycyjną udoskonaloną (patrz poniżej):

  • 2013 r. – 98,51% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 98,14%
  • 2015 r. – 98,09%
  • 2016 r. – 97,84%
  • 2017 r. – 98,13%
  • 2018 r. – 96,67%
  • 2019 r. – 96,26%

Jeżeli chodzi o technologię wielkopłytową, to jej analogiczny udział w liczbie ukończonych budynków przedstawia się następująco:

  • 2013 r. – 0,00% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 0,08%
  • 2015 r. – 0,04%
  • 2016 r. – 0,03%
  • 2017 r. – 0,01%
  • 2018 r. – 0,59%
  • 2019 r. – 0,97%

W nawiązaniu do powyższych danych warto zwrócić uwagę, że w 2019 r. deweloperzy ukończyli 187 budynków wielkopłytowych. Oznaczało to dwukrotny wzrost względem 2018 roku. Niewykluczone, że udoskonalona technologia wielkopłytowa pod względem popularności wyprzedzi technologię monolityczną, której udział przedstawiał się następująco:

  • 2013 r. – 1,40% ukończonych budynków
  • 2014 r. – 1,66%
  • 2015 r. – 1,73%
  • 2016 r. – 1,91%
  • 2017 r. – 1,65%
  • 2018 r. – 2,13%
  • 2019 r. – 2,09%

W ramach podsumowania warto przypomnieć, że wszystkie powyższe dane z 2019 r. uwzględniają decyzje deweloperów podjęte około dwa – trzy lata wcześniej. Tyle bowiem trwa wznoszenie przeciętnego budynku przez komercyjnych inwestorów.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Edukacja finansowa dzieci powinna odbywać się już w przedszkolu. Podczas pandemii rodzice mogą wykorzystać poradniki i filmy dostępne w internecie

W edukacji finansowej dzieci są duże luki. Najmłodsi nie rozumieją pojęcia pieniędzy i nie wiążą ich z pracą. Tymczasem w tym zakresie  powinny być one edukowane jak najwcześniej. – Od najmłodszych lat warto wpajać pewne wartości związane z oszczędzaniem – przekonuje Paulina Wołosz-Sitarek z Fundacji Banku Millennium. Duża rola spoczywa na rodzicach, którzy choćby poprzez kieszonkowe mogą uczyć dzieci wartości pieniądza. Tym bardziej teraz, kiedy edukacja z powodu pandemii koronawirusa toczy się głównie w domach. To z tego powodu program Finansowy Elementarz, prowadzony do tej pory w formie warsztatów, przenosi się do internetu.

– Edukacja finansowa dzieci jest niezmiernie ważna, ponieważ mądre zarządzanie pieniędzmi pomaga w osiągnięciu sukcesu. Niestety tej umiejętności najmłodsi nie uczą się w szkole. Jak wynika z wielu badań, w Polsce zidentyfikowano lukę w edukacji finansowej dzieci i młodzieży – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Wołosz-Sitarek, członek zarządu Fundacji Banku Millennium.

Eksperci podkreślają, że im szybciej dzieci rozpoczną edukację finansową, tym sprawniej będą sobie radzić w zarządzaniu pieniędzmi w przyszłości. Większość z nich nie wie, czym są pieniądze i że zarabia się je, pracując.

– Ogólny poziom wiedzy dzieci rośnie. Nawet przedszkolak jest w stanie obsługiwać urządzenia mobilne, czasami lepiej niż jego dziadkowie, natomiast nie idzie to w parze z wiedzą finansową – przekonuje ekspertka.

Z badania Ipsos i Kapitalni.org wynika, że 38 proc. Polaków uważa, że edukacja finansowa dzieci powinna się rozpoczynać w pierwszych latach szkoły podstawowej, a 1/3 chciałoby, aby wiedza o finansach przekazywana była jeszcze w przedszkolu.

Musimy jednak mieć świadomość, że żadna szkoła i programy edukacyjne nie zastąpią rodziców, bo wiedza na temat świata, system wartości, przyzwyczajenia, przekonania, wzorce zachowań, również finansowych, dzieci wynoszą z domu – mówi przedstawicielka Fundacji Banku Millennium.

Rodzice jednak woleliby, żeby to szkoły zajęły się edukacją dzieci w tym zakresie. Sami niechętnie prowadzą rozmowy o pieniądzach ze swoimi pociechami. Jedną z przyczyn jest to, że do końca nie wiedzą, jak tę wiedzę przekazywać. Nie włączają dzieci w planowanie domowego budżetu, np. codziennych zakupów. Tylko część najmłodszych regularnie dostaje kieszonkowe, a właśnie w ten sposób mogą najszybciej nauczyć się oszczędzać. Brak takich umiejętności wyniesionych z domu może przełożyć się na nieumiejętne zarządzanie pieniędzmi w przyszłości.

Eksperci przekonują jednak, że rozmowy o finansach mogą być elementem zabawy, a przy niewielkim wsparciu każdy rodzic jest w stanie przekazać tę wiedzę w sposób przystępny i lekki.

– Z małymi dziećmi możemy bawić się w sklep lub bank, starsze możemy angażować do tworzenia budżetu domowego. Możemy też wykorzystać grę „Monopol”, która uczy zarządzania pieniędzmi, jak inwestować, żeby zarabiać. Edukację najlepiej zacząć od siebie, bo nie będziemy nigdy dobrymi nauczycielami dla naszych dzieci, jeśli sami będziemy popełniać błędy finansowe – radzi Paulina Wołosz-Sitarek.

W odpowiedzi na luki w edukacji finansowej najmłodszych Fundacja Banku Millennium stworzyła  Finansowy Elementarz. Do tej pory program obejmował cykl warsztatów prowadzonych w przedszkolach – w ponad 2 tys. wydarzeń wzięło udział 53 tys. dzieci w 630 przedszkolach w całej Polsce.

– Powołaliśmy do życia dziecięcych bohaterów. Pies, Pan Sebastian i trójka jego przyjaciół tłumaczą dzieciom, skąd się biorą pieniądze, dlaczego warto oszczędzać, jak wyglądają banknot i moneta, do czego służy karta kredytowa i co to jest bank. Do tej pory powstały trzy książeczki: „Pierwsze zakupy”, „Pierwsze oszczędności” i „Opowieść o banku”. Wkrótce pojawi się czwarta o bezpiecznym bankowaniu w sieci – wskazuje ekspertka.

Materiały były dostępne dla uczestników warsztatów oraz w oddziałach Banku Millennium. Na potrzeby obecnej sytuacji epidemiologicznej, która wymusiła zdalną edukację, umieszczono je również na kanale YouTube Fundacji Banku Millennium. Można obejrzeć tam pierwszy odcinek „Pierwsze zakupy”, a kolejne części mają być gotowe jeszcze w maju.

– Wiemy, jak trudno uczyć dzieci o finansach. Dlatego przygotowaliśmy cykl tekstów poradnikowych, jak w przystępny sposób rozmawiać z nimi o finansach, listę zasad, do których należy się stosować w edukacji finansowej najmłodszych – podkreśla Paulina Wołosz-Sitarek. – Udostępniamy rodzicom materiały edukacyjne, które umożliwią dzieciom płynne wejście w zawiły świat finansów.

Otwarty wykład online: Przemysł 4.0 i technologia 5G – czas na transformację polskiego przemysłu

Pandemia koronawirusa pokazuje, że firmy oparte o nowoczesne technologie i działające zgodnie z ideą Przemysłu 4.0 są odporniejsze na nieprzewidywalne wstrząsy. Jak zatem przygotować firmę do wprowadzenia koncepcji Przemysłu 4.0? Na to pytanie odpowiada Mariusz Bednarek, Wiceprezes Instytutu Industry 4.0, profesor Szkoły Biznesu PW oraz WSB Warszawa, który wraz Marcinem Cichym, Prezesem UKE, Tomaszem Haidukiem, Prezesem Instytutu Industry 4.0, i prof. Bogdanem Nogalskim, WSB Gdańsk, Honorowym Prezesem KNOiZ PAN, już 12 maja, podczas otwartego dla wszystkich spotkania online w Szkole Biznesu Politechniki Warszawskiej, przybliżą koncepcję Przemysłu 4.0 i technologii 5G.

Przemysł 4.0 jest już faktem, a nie mrzonką przyszłości. Polska od pewnego czasu kroczy po ścieżce wyznaczanej przez ideę gospodarki 4.0. Warto dokładniej poznać jej założenia, bowiem daje ona wiele szans rozwoju technologicznego, a tym samym perspektyw przyspieszenia w biznesie. Firmom opartym o technologie Przemysłu 4.0 łatwiej jest konkurować nie tylko w czasach prosperity, ale również w okresie turbulencji gospodarczych.

Konkurencyjny Przemysł 4.0

Firmy nie mogą odkładać wprowadzania nowych technologii, gdyż w ten sposób tracą swoją konkurencyjność na rynku, szczególnie tym międzynarodowym, na którym już nawet małe firmy przestawiają swój model biznesowy na taki, w którym cyfryzacja i automatyzacja, a nawet robotyzacja stają się podstawą ich działania. Przemysł 4.0 jest też odpowiedzią na coraz bardziej indywidualne potrzeby konsumentów, którzy zmierzają w kierunku ekonomii współdzielenia, Internetu Rzeczy, budowania relacji poprzez sieci społecznościowe, poszukujących produktów niemalże „na zamówienie”, dostosowanych do konkretnych ich oczekiwań. – „Odchodzenie od produkcji masowej do produkcji jednostkowej, przy zwiększaniu konkurencyjności i liczby klientów, to główne wyzwanie dla firm, a pomóc je zrealizować może właśnie cyfryzacja, automatyzacja i robotyzacja. Wykorzystanie coraz to nowocześniejszych i bardziej zaawansowanych technologii nie będzie jednak możliwe bez szybkiego internetu 5G, który pozwalać będzie na transmisję danych w czasie rzeczywistym. Sprawne funkcjonowanie przemysłu 4.0 jest właśnie uzależnione od szybkości komunikacji między człowiekiem a maszyną” – wyjaśnia Mariusz Bednarek, Wiceprezes Instytutu Industry 4.0 i wykładowca Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej

Zmiany technologiczne, ale przy współudziale pracowników

I o ile przedsiębiorstwa coraz wyraźniej dostrzegają możliwości biznesu opartego o technologię, o tyle pracownicy sceptycznie podchodzą do tego typu rozwiązań, w obawie o swoje miejsca pracy. – „Zmiany technologiczne w firmach muszą być przemyślane na każdym etapie i skorelowane z edukacją pracowników, którzy będą wykonywać określone zadania w zautomatyzowanym przedsiębiorstwie. Stąd istotne staje się połączenie kompetencji miękkich filozofii zarządzania firmą Lean/KAIZEN z technologicznym podejściem przemysłu 4.0. Taka synergia jest gwarancją skutecznego budowania biznesu przyszłości, o czym będę mówił szerzej 12 maja, podczas spotkania online w Szkole Biznesu PW” – podkreśla Mariusz Bednarek. Kluczowe jest zatem odpowiednie przygotowanie kadry zarządzającej do objęcia funkcji liderów zmian technologicznych w swoich firmach. –„Zakup linii produkcyjnej, wdrożenie nowoczesnych rozwiązań IT czy zakup robotów, to za mało, aby mówić o wdrożeniu rozwiązań przemysłu 4.0. Nowoczesne przedsiębiorstwo zmierzające do cyfryzacji i automatyzacji musi posiadać odpowiednio przygotowaną kadrę zarządzającą, która będzie rozumiała potrzebę szkolenia pracowników i wyzwalania ich kreatywności w rozwijaniu przedsiębiorstwa. W całym tym procesie istotne jest również  zorganizowanie produkcji w oparciu o Lean Management i KAIZEN z naciskiem na monitorowanie i zarządzanie jakością. Jak widać, w firmie opartej o przemysł 4.0 edukacja jest pierwszym krokiem do sukcesu” – dodaje Bednarek.

Otwarty wykład online Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej z udziałem Marcina Cichego Prezesa UKE (Urząd Komunikacji Elektronicznej); prof. Mariusza Bednarka, Wiceprezesa Instytutu Industry 4.0 i wykładowcy WSB Warszawa i Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej; Tomasza Haiduka, Prezesa Instytutu Industry 4.0; prof. Bogdana Nogalskiego wykładowcy WSB Gdańsk i Prezesa Honorowego KNOiZ PAN odbędzie się 12 maja (wtorek) o godzinie 17.00

Wymagana jest rejestracja na biznes.edu.pl

Po przymusowym zamknięciu działalność fizjoterapeutów wymaga rehabilitacji

Zgodnie z rządowymi założeniami 4 maja do pracy mogła wrócić część podmiotów świadczących usługi rehabilitacyjne. Kilka tygodni wymuszonego przez pandemię zawieszenia działalności było dla tego rodzaju firm brzemienne w skutkach. Jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, jeszcze w marcu fizjoterapeuci radzili sobie całkiem nieźle: problem ze spłatą przeterminowanego zadłużenia na kwotę 46,5 mln zł miało tylko 1,5 proc. firm. Sytuacja z pewnością drastycznie zmieniła się jednak wraz z wprowadzeniem lockdownu. Teraz jest szansa na odzyskanie dawnej sprawności.

Odsetek firm prowadzących działalność fizjoterapeutyczną, które mają problemy z regulowaniem zaległych zobowiązań utrzymywał się w ostatnim czasie na stabilnym poziomie 1,5 proc., podczas gdy w całej gospodarce jest 5,8 proc. niesolidnych płatników – wynika z danych BIG InfoMonitor.

– Co ciekawe, między I kwartałem 2019 r. a I kwartałem 2020 r. znacząco spadła kwota przeterminowanych zobowiązań. Firmom rehabilitacyjnym udało się ograniczyć zaległości z prawie 57,4 mln zł do ok. 46,5 mln, co pokazuje, że ten rodzaj działalności miał przed sobą perspektywę dalszego rozwoju, a kwarantanna niestety mogła przerwać tę dobrą passę. Wynik fizjoterapeutów jest tym bardziej godny podkreślenia, że ogół niesolidnych dłużników zwiększył w tym czasie zaległości o niemal 2,8 mld zł, a sytuacja nie jeszcze efektem koronawirusa – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Rynek jest chłonny na usługi fizjoterapeutów. Przed epidemią z fizjoterapii korzystał co czwarty Polak – rocznie było to 10 mln osób, dziennie – 0,5 mln. Niestety ta branża bardzo ucierpiała w związku z wprowadzeniem obostrzeń dotyczących zachowania społecznego dystansu. Z dnia na dzień gabinety rehabilitacyjne musiały się zamknąć. W nowych warunkach fizjoterapeuci mogli prowadzić terapię w zasadzie jedynie, gdy jej zaprzestanie skutkowałoby drastycznym pogorszeniem zdrowia pacjenta. Sytuacji branży w żaden sposób nie ratowała możliwość prowadzenia części terapii zdalnie.

Wszystko to spowodowało prawdziwą zapaść. Jak wynika z danych Krajowej Izby Fizjoterapeutów, koronawirus spowodował, że z działalności zawodowej musiało zrezygnować 75 proc. fizjoterapeutów, co oznacza, że ok. 50 tys. osób z dnia na dzień straciło jakiekolwiek źródło przychodów. Na dodatek, specyfika ich zawodu spowodowała, że większość z nich nie mogła skorzystać z rządowego pakietu pomocowego.

Na szczęście rehabilitacja znalazła się wśród branż włączonych w drugi etap odmrażania polskiej gospodarki, wprowadzony 4 maja.

– Choć zniesienie ograniczeń nie dotyczy jeszcze wszystkich podmiotów zajmujących się działalnością fizjoterapeutyczną i rehabilitacyjną, i na przykład salony masażu nadal mają być zamknięte, pozostałym firmy widzą już światełko w tunelu – uważa Sławomir Grzelczak.

W związku z liberalizacją zasad Krajowa Izba Fizjoterapeutów przygotowała szczegółowe wytyczne dotyczące norm prowadzenia rehabilitacji i wyraziła nadzieję, że fizjoterapeuci jako profesjonaliści medyczni, podejmą właściwe decyzje dbając z jednej strony o bezpieczeństwo swoje i swoich pacjentów, a z drugiej starając się zapewnić im najlepszą opiekę i efektywną fizjoterapię. Czas pokaże, czy to wystarczy i czy fizjoterapeutom uda się odzyskać dawną formę oraz kondycję – także biznesową.

Santander i Ebury sfinalizowały transakcję. Dalszy ciąg szybkiej ekspansji na polskim rynku

Wraz z uzyskaniem niezbędnych zgód od instytucji nadzorczych, Banco Santander ogłosił zamknięcie transakcji zakupu nieco ponad 50% udziałów w Ebury. Ze wsparciem strategicznego inwestora Ebury planuje wejście na kolejne rynki. Tymczasem polski oddział fintechu ma za sobą kolejny udany rok.

Zgodnie z pierwotnie ogłoszonymi warunkami transakcji, Banco Santander nabył 50,1% udziałów w Ebury za cenę 350 milionów funtów szterlingów (tj. ok. 1,7 miliarda złotych), z czego 70 milionów funtów (ok. 350 milionów złotych) zasiliło kapitały własne Ebury.

Środki te zostaną przeznaczone na kontynuację szybkiego rozwoju Ebury oraz wejście fintechu na nowe rynki, przede wszystkim Ameryki Łacińskiej oraz Azji.

Dobry rok dla polskiego oddziału

Oddział Ebury działający w Polsce może zaliczyć miniony rok obrotowy (zakończony 30 kwietnia) do udanych. W tym okresie pozyskał ok. 600 nowych klientów biznesowych, a jego przychody wzrosły o ponad 100%.

Na uwagę zasługuje fakt, że polski oddział sukcesywnie poszerza zasięg swojej działalności. W ostatnim roku nawiązał on współpracę z pierwszymi klientami zarejestrowanymi w krajach bałtyckich: na Litwie, Łotwie i w Estonii.

Obecnie polski oddział fintechu wspiera niemal dwa tysiące polskich firm (eksporterów i importerów), dla których dotychczas zrealizował transakcje walutowe o wartości kilku miliardów złotych.

Na czele polskiego oddziału Ebury od samego początku powstania stoi Jakub Makurat, który odpowiada jednocześnie za działalność Ebury w Czechach i na Słowacji.

Dobre wyniki i dalszy rozwój w skali globalnej

Po finalizacji transakcji Ebury będzie kontynuować swoją działalność biznesową jako niezależny podmiot, zachowując „zwinną” kulturę organizacyjną – jedną ze swoich przewag konkurencyjnych i fundament dotychczasowego wzrostu. Jednocześnie będzie korzystać ze wsparcia i doświadczenia jednej z największych globalnych instytucji finansowych, zyskując m.in. dostęp do sieci kontaktów Banco Santander na całym świecie oraz kompetencji w skalowaniu i rozwijaniu biznesów, w które bankowy gigant dotychczas zainwestował.

Obecnie Ebury, fintech specjalizujący się w rozliczeniach międzynarodowych, posiada 24 biura, zlokalizowane w 20 krajach. Klientom biznesowym oferuje usługi płatnicze w ponad 140 walutach, obsługę transakcji walutowych oraz zarządzanie międzynarodowymi przepływami pieniężnymi. Na koniec 2019 roku Ebury obsługiwało ponad 43 tys. klientów na całym świecie: małych i średniej wielkości firm, średniej wielkości korporacji i banków, a także niebankowych instytucji finansowych.

W ostatnim raportowanym okresie (rok obrotowy 2018/2019) Ebury odnotowało wzrost przychodów o ponad 60% w ujęciu rocznym. Zarząd oczekuje, że także w minionym roku obrotowym, zakończonym w kwietniu 2020 roku, fintech zwiększy swoje przychody o 60%.

Kontrakt na budowę podmorskiego gazociągu Baltic Pipe podpisany. Wybuduje go włoska spółka Saipem

Realizacja projektu Baltic Pipe, strategicznego dla europejskiego rynku gazociągu, zbliża się wielkimi krokami. Gaz-System – operator systemu przesyłowego w Polsce – podpisał umowę wykonawczą z włoską spółką Saipem Limited, która w koncernie jest odpowiedzialna za pracę na morzach i oceanach. Kontrakt obejmuje budowę podmorskiego odcinka gazociągu od polskiego wybrzeża, przez Bałtyk, aż do Dani. To jeden z elementów całej magistrali Baltic Pipe. Długość tego odcinka wynosi ok. 275 kilometrów i pozwala na dwukierunkowy przesył gazu między Polską a Danią. Wartość kontraktu podpisanego między spółkami wynosi 280 milionów euro. Ma zostać zrealizowany do września 2022 roku.

– Decyzja o podpisaniu tej umowy jest bardzo istotna. Przybliża powstanie gazociągu, który pozwoli na uniezależnienie się od dostaw gazu z Rosji – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Marszałkowski, redaktor Biznes Alert. – Saipem, jako koncern, realizował już wcześniej inwestycje w Polsce – zajmował się budową terminalu w Świnoujściu. Dodatkowo ma bardzo duże doświadczenie w układaniu podmorskich gazociągów. W czasie swojej 60-letniej działalności wybudował ich ponad 30 tysięcy kilometrów. W procesie wyboru wykonawcy polsko-duńskiego odcinka Baltic Pipe jego potencjalnym konkurentem była firma Allseas. Tutaj jednak pojawił się problem związany z dostępnością sprzętu i możliwościami technicznymi. Okazało się, że koncern ten posiada niewystarczającą liczbę statków, które są w stanie realizować inwestycję w wodach szelfowych – czyli poniżej 20 metrów. Nawet podczas realizacji projektu Nord Stream 2, której głównym wykonawcą był Allseas – odcinki przybrzeżnej wykonywała właśnie spółka Saipem, na zmianę z rosyjskim MRTS – zaznaczył Marszałkowski.

Coraz większe zainteresowanie złotem wśród polskich inwestorów. Rynek mierzy się z utrudnionymi dostawami kruszcu

0

Pierwszy kwartał przyniósł spadki zakupów sztabek i monet w Azji, która jest największym źródłem popytu na złoto inwestycyjne. Wzrosło natomiast zainteresowanie tymi inwestycjami wśród niemieckich, a także polskich inwestorów. W drugiej połowie marca wystąpiły jednak problemy z dostawami, a podaż wciąż jest niższa niż zazwyczaj. Zdaniem prezesa Tavexu, zajmującego się inwestycjami w złoto i srebro, przyszła podaż stanowi wielką niewiadomą, natomiast popyt będzie rósł.

Globalny popyt na złoto w pierwszym kwartale 2020 roku wzrósł o 1 proc., czyli o 1083,8 ton w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Popyt na monety i sztabki był minimalnie niższy w pierwszych trzech miesiącach 2020 roku w porównaniu do pierwszego kwartału 2019 roku (-6 proc.), co wynikło głównie z braków fizycznego towaru. Spadek odnotowano szczególnie w Chinach i Indiach. W przeciwieństwie do nich na rynkach zachodnich zaobserwowano wzrost popytu na złote monety – 76,9 tony sprzedaży.

 W pierwszym kwartale 2020 roku widzimy znaczące spadki w Chinach i Indiach, co wynika z koronawirusowego lockdownu, oraz bardzo duże wzrosty na rynku niemieckim – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksander Pawlak, prezes zarządu firmy Tavex. – Niemcy tradycyjnie w sytuacjach dużego niepokoju inwestują w złoto, są do tego przyzwyczajeni od lat i stanowią zdecydowanie największy rynek. W Polsce również odnotowaliśmy bardzo duże zapotrzebowanie na złoto inwestycyjne, zwłaszcza w drugiej połowie marca i w kwietniu. Tego nie widać jeszcze w wynikach za I kwartał – te liczby byłyby znacznie większe, gdyby nie problemy z dostawami w drugiej połowie marca.

Złoto inwestycyjne, czyli sztabki i monety, od lat cieszą się największym powodzeniem na rynkach chińskim i indyjskim, a w Europie – w Niemczech i Austrii. Dużym odbiorcą są także Stany Zjednoczone. Polski rynek ma znacznie skromniejsze rozmiary, jednak szybko się rozwija. W przypadku monet największymi bestsellerami są: Kanadyjski Liść Klonu, Wiedeński Filharmonik, Australijski Kangur oraz Południowoafrykański Krugerrand. W Polsce najpopularniejsze są Filharmonik i Kangur. Spośród sztabek natomiast najbardziej cenione są szwajcarskie w rozmiarach uncji i większych, gdyż mniejsze mają raczej zastosowanie prezentowe, a nie inwestycyjne.

W dobie pandemii obserwujemy spadek popytu na mniejsze sztabki, np. pięciogramowe, które były bardzo popularne jako prezent weselny czy komunijny, w związku z tym, że te uroczystości się po prostu teraz nie odbywają. Jest za to bardzo duży wzrost zapotrzebowania na złoto typowo inwestycyjne, czyli sztabki uncjowe, 100-gramowe, uncjowe monety. Tutaj notujemy wzrosty rzędu 100 proc. rok do roku – mówi Aleksander Pawlak. – W Polsce spodziewamy się wzrostu popytu na złoto inwestycyjne z tego powodu, że w porównaniu z drugą połową marca jest znacznie lepsza stabilność dostaw, większa dostępność złota, dzięki czemu klienci mogą je łatwiej kupić.

Podaż na rynku złota zależy od dwóch czynników – podstawowym jest chęć sprzedaży przez inwestorów, przy czym 30–40 proc. stanowi materiał pochodzący z recyklingu, czyli złoto przetopione ze złomu w rafineriach, a drugim jest wydobycie kruszcu. W dobie pandemii oba źródła zostały częściowo odcięte ze względu na zamknięcie części kopalń w niektórych krajach oraz zamknięcie granic – najważniejsze rafinerie dostarczające złoto na rynek europejski znajdują się w Turcji, Szwajcarii czy Włoszech.

– Twierdzenie, że może zabraknąć złota, jest bardzo odważną tezą. Nie potwierdzę i nie zaprzeczę, bo nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy go wystarczy. Według nas nie zabraknie, natomiast w obecnych warunkach nikt nie da sobie głowy uciąć, że ta teza na pewno się sprawdzi – mówi prezes Tavexu.

Kolejnym czynnikiem zakłócającym rynek złota jest spadek popytu jubilerskiego ze względu na zamknięcie zakładów w tej branży. Na biżuterię znów największe zapotrzebowanie jest w Chinach i Indiach, ale z powodu lockdownu spadło ono w I kwartale o 40 proc., w Polsce natomiast za największą część rynku odpowiadają obrączki ślubne, a większość wesel jest obecnie przekładana.

 Popyt jubilerski stanowi bardzo dużą część popytu na złoto, dlatego jest bardzo ważny również z perspektywy inwestorów, ponieważ znacząco wpływa na ceny złota ogółem. Spodziewamy się, że w Chinach i Indiach w najbliższych miesiącach sytuacja nieznacznie się poprawi i spadki nie będą już rzędu 40 proc., ale ok. 20 proc. rok do roku, ponieważ sklepy jubilerskie stopniowo będą się ponownie otwierać – ocenia Aleksander Pawlak. – W Polsce złota biżuteria nie jest dużym rynkiem, sytuacja zależy od luzowania lockdownu, a co za tym idzie od powrotu ślubów i wesel. W momencie, kiedy to będzie dozwolone, na pewno popyt ponownie się pojawi.

Podczas pandemii rośnie ryzyko kradzieży w internecie. Połowa Polaków obawia się większej liczby wyłudzeń kredytów

Przez pandemię koronawirusa życie społeczne i zawodowe przeniosło się do internetu. Już 94 proc. Polaków korzysta z niego co najmniej raz dziennie, często przy okazji pozostawiając w sieci swoje dane. To zwiększa ryzyko wyłudzeń i kradzieży, a 40 proc. użytkowników zetknęło się już z podejrzanym mailingiem. Mimo to ponad połowa nie zna i nigdy nie korzystała z usług chroniących przed takimi zagrożeniami. Jednym z najpopularniejszych tego typu narzędzi są Alerty BIK, które teraz można bezpłatnie aktywować na trzy miesiące. Alert każdorazowo poinformuje o próbie podszycia się i zaciągnięcia kredytu, pożyczki czy podpisania umowy z dostawcą usług na nasze skradzione dane.

W czasie pandemii nasze życie przeniosło się do internetu – tam pracujemy zdalnie, robimy zakupy i wykonujemy różne transakcje online. Do sieci przeniosła się również działalność przestępców. Próbują oni w coraz bardziej wyrafinowany sposób pozyskać nasze dane. Najczęściej robią to poprzez podstawienie nam fałszywych stron internetowych, np. w mailach czy SMS-ach. Dane, które nam ukradną, mogą potem posłużyć do wyłudzenia kredytu lub pożyczki. Co tydzień słyszymy też niestety o nowych wyciekach danych z różnych instytucji – mówi agencji Newseria Biznes Joanna Charlińska, dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w Biurze Informacji Kredytowej.

Pandemia koronawirusa i związane z nią ograniczenia – czyli konieczność pozostawania w domu i unikania kontaktów – wpłynęły na wzrost liczby osób i częstości korzystania z różnych kanałów kontaktu online. Aż 94 proc. Polaków przyznaje, że korzysta z internetu przynajmniej raz dziennie, a najczęściej wykorzystują: pocztę elektroniczną, portale społecznościowe i komunikatory internetowe – wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie BIK w końcówce kwietnia br.

Ponad połowa osób ma poczucie, że obecna sytuacja może doprowadzić do większej liczby prób wyłudzeń kredytów, pożyczek i abonamentów. Aż 40 proc. miało styczność z podejrzanym mailingiem, a 27 proc. przyznaje, że zdarzyło im się otrzymać podejrzany mail z prośbą o kliknięcie linku lub pobranie pliku.

– Polacy czują zagrożenie i obawiają się wyłudzeń w obecnej, trudnej sytuacji. Jednak ponad połowa nie wie, w jaki sposób się chronić, i nie korzysta z żadnych narzędzi chroniących ich przed wyłudzeniami – podkreśla Joanna Charlińska.

Co czwarty badany (28 proc.) w ogóle się nimi nie interesuje, a raptem 12 proc. korzysta bądź planuje skorzystać z takich narzędzi.

Jednym z najpopularniejszych narzędzi, które ostrzega o próbie wyłudzenia za pomocą skradzionych danych, są Alerty BIK. To powiadomienie SMS-owe lub mailowe, które przychodzi w momencie, kiedy tylko w BIK pojawi się zapytanie o historię kredytową danej osoby. Jeżeli klient sam nie składał żadnych wniosków o kredyt czy pożyczkę, nie kupował nic na raty ani nie poręczał kredytu, to pojawienie się Alertu może oznaczać, że ktoś próbuje zaciągnąć kredyt na jego dane.

– Wszystkie banki komercyjne, spółdzielcze, SKOK-i oraz niemal wszystkie firmy pożyczkowe weryfikują wiarygodność osoby składającej wniosek o finansowanie. Jeżeli więc złodziej pozyska nasze dane i będzie chciał zaciągnąć na nie kredyt, wówczas bank czy firma pożyczkowa sprawdzi to, o czym zostaniemy natychmiast poinformowani poprzez SMS lub e-mail – wyjaśnia dyrektor ds. sprzedaży w Departamencie Rynku Detalicznego w BIK.

Alert poinformuje także o każdej próbie podpisania umowy na skradzione dane, np. z operatorem telekomunikacyjnym, firmą leasingową, faktoringową czy dostawcą innych usług. Takie podmioty standardowo odpytują bazę Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor – spółki córki należącej do BIK.

Co istotne, otrzymanie Alertu pozwala nie tylko dowiedzieć się, że ktoś próbuje wyłudzić pieniądze na skradzione dane, ale również temu zapobiec.

Dzięki informacji z Alertu możemy szybko zareagować. Znajdują się w nim trzy kluczowe informacje: data złożenia wniosku, nazwa instytucji finansowej oraz numer infolinii BIK, która pomaga klientom w wyjaśnieniu takich przypadków. Kiedy dochodzi do próby wyłudzenia, to – dzięki współpracy z całym sektorem bankowym – możemy bardzo szybko przekazać taką informację do właściwej instytucji, zapobiec wyłudzeniu i kolejnym próbom zaciągnięcia finansowania na skradzione dane – mówi Joanna Charlińska.

Ponieważ w czasie pandemii znacznie więcej osób zostawia swoje dane w internecie i niemal co tydzień dochodzi do nowych wycieków danych, BIK postanowił tymczasowo bezpłatnie udostępnić swoją usługę wszystkim konsumentom. Od 7 maja do 30 czerwca br. można ją aktywować bezpłatnie na trzy miesiące.

– Może się nam wydawać, że skoro jesteśmy w domu i wiemy, gdzie jest schowany nasz dowód osobisty, to jesteśmy bezpieczni. Jednak ze względu na większą aktywność w internecie możemy stracić czujność i paść ofiarą przestępcy – podkreśla ekspertka.

Do zbioru owoców potrzeba 500 tys. osób. Pracowników ze Wschodu mogą zastąpić osoby, które straciły podczas epidemii pracę

Rolnicy, sadownicy i ogrodnicy muszą w tym roku mierzyć się z poważnym brakiem rąk do pracy. – Do sezonowych zbiorów owoców miękkich przyjeżdżało co roku niespełna 500 tys. osób – mówi Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych. Dużą część zatrudnionych stanowili pracownicy z Ukrainy. Wprawdzie tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dotyczące pracy sezonowej cudzoziemców, którzy pozostają w Polsce, ale ze względu na zamknięte granice wstrzymany jest dopływ kolejnych, a to – jak szacuje Personnel Service – nawet 160 tys. Ukraińców miesięcznie. Możliwe jednak, że pracy na wsi szukać będą Polacy, którzy w czasie pandemii stracili pracę.

– W związku z pandemią mamy także kłopoty na rynku pracy. Wchodzimy w sezon zbioru owoców miękkich, a zwłaszcza truskawki. Truskawka jest zbiorem ręcznym i od wielu lat korzystaliśmy z pomocy pracowników, którzy przyjeżdżali zza wschodniej granicy. Teraz muszą przejść okres kwarantanny, dostać odpowiednie paszporty, wizy – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Wiktor Szmulewicz, prezes Krajowej Rady Izb Rolniczych.

Przez pandemię koronawirusa problemy w działalności mają konsulaty Polski na terenie Białorusi i Ukrainy, które wydają wizy pracownicze. Jeśli zaś zabraknie pracowników ze Wschodu, może być problem ze zbiorem owoców.

– Będą kłopoty ze zbiorami owoców miękkich i warzyw, gdzie są duże nakłady pracy ludzkiej. Bez tych pracowników nastąpią dodatkowe ogromne straty na wsi – ocenia ekspert.

Teoretycznie kolejna tarcza antykryzysowa wprowadza ułatwienia dla rolników zatrudniających cudzoziemców. Nowe przepisy przewidują możliwość zmiany warunków wykonywania przez nich pracy bez konieczności wydania nowego zezwolenia lub wpisu nowego oświadczenia o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi. Ponadto można zastosować wyjątkowe zwolnienie z wymogu uzyskania zezwolenia na pracę w okresie stanu epidemii oraz 30 dni po jego odwołaniu w sektorach, w których wymagane są zezwolenia na pracę sezonową. Udogodnienia dotyczą jednak osób, które nie wyjechały z Polski. Pytanie, co z tymi, którzy wrócili do domów. Jest ich sporo, na co mogą wskazywać dane na temat bezrobocia. Jak podaje Personnel Service, powołując się na dane State Employment Service of Ukraine, w ciągu pięciu dni na początku kwietnia liczba zarejestrowanych bezrobotnych wzrosła o ponad 36 tys.

 Myślę, że część pracowników ze Wschodu przyjedzie. Są propozycje, żeby mogli np. przechodzić granicę pieszo, bo są problemy z transportem. Ponadto, jeżeli dzisiaj straci pracę wielu ludzi, którzy mieszkali na wsi, a pracowali w mieście, to może część z nich sezonowo poszuka dodatkowych zarobków na wsi – mówi prezes KRIR. – Jest to dosyć prosta praca, łatwo się jej nauczyć, a stawki nie są aż tak niskie.

Personnel Service szacuje, że do tej pory co miesiąc do Polski przejeżdżało ok. 160 tys. pracowników z Ukrainy. Jeżeli stan epidemii potrwa do czerwca, granic nie przekroczy nawet 480 tys. Ukraińców. Mimo zmniejszonego zapotrzebowania na pracowników w niektórych branżach może to być jednak problem dla pracodawców. Rolnictwo może stać się jednym z sektorów najmocniej dotkniętych tym niedoborem.

Jak ocenia Wiktor Szmulewicz, do sezonowych zbiorów potrzebnych jest co roku nawet 500 tys. pracowników.

– Przykładowo Czerwińsk, który jest zagłębiem truskawkowym, ma ponad 6 tys. mieszkańców, a pracowników najemnych potrzeba prawie drugie tyle, żeby zebrać owoce – wskazuje.

Dla rolników problemem jest nie tylko brak rąk do pracy, ale też susza. Wprawdzie majowa pogoda daje nadzieję na poprawę sytuacji, ale eksperci podkreślają, że potrzebne są do tego długotrwałe opady.

– To może spowodować ogromne spadki plonów, nawet owoców miękkich, warzyw i innych, które rosną bezpośrednio w gruncie. Zboża i mleka może być mniej, bo będzie mniej pasz objętościowych. I to może spowodować zwyżki cen – mówi prezes KRIR.

Rośliny mogą skutecznie zatrzymywać wirusy. Polscy naukowcy chcą udowodnić, że działają również na SARS-CoV-2

Polscy biolodzy we współpracy z japońskim wirusologiem opracowali filtr powietrza oparty na mieszance kilku roślin, który może być wykorzystany jako osobista maseczka ochronna. Naukowcy udowodnili, że w 100 proc. chroni ona przed zakażeniem wirusem grypy, który budową bardzo przypomina SARS-CoV-2. Trwają badania, które mają sprawdzić, czy maseczka wyposażona w filtr z żywych roślin może zatrzymać także nowy typ koronawirusa.

– Uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy. Ten wynalazek jest w tej chwili w trakcie patentowania w Japonii na skalę międzynarodową – mówi agencji Newseria biolog, prof. dr hab. Mohamed Hazem Kalaji. – Kiedy nagle na świecie pojawiła się pandemia nowego koronawirusa, zadaliśmy sobie pytanie, czy ta sama mieszanka roślin będzie skuteczna również w jego przypadku. Szukamy na nie odpowiedzi.

Filtr z żywych roślin to wynalazek trójki naukowców: biologa i specjalisty w zakresie fotosyntezy prof. Mohameda Hazema Kalajiego oraz dr. inż. Jacka Mojskiego, który specjalizuje się w wertykalnej uprawie roślin. Obaj są związani z warszawską SGGW oraz Instytutem Technologiczno-Przyrodniczym w Raszynie. Od kilku lat prowadzili prace nad zastosowaniem polskich, lokalnych roślin do oczyszczania powietrza w miastach oraz w zamkniętych przestrzeniach, jak np. biura, galerie handlowe czy lotniska.

– Prowadziliśmy badania dotyczące możliwości zastosowania polskich, domowych gatunków roślin do wzrostu na ścianach wertykalnych i do oczyszczania powietrza. Wybraliśmy kilka gatunków, a praca zakończyła się sukcesem. Wówczas weszliśmy we współpracę z dr. Seiyą Sato z Japonii, który jest wirusologiem i od 40 lat prowadzi badania dotyczące między innymi tego, czy rośliny mogą być przydatne w zatrzymaniu czy zmniejszeniu ilości wirusów znajdujących się w środowisku. Pod koniec 2019 roku udało się to udowodnić, uzyskaliśmy taką mieszankę roślin, która potrafi zatrzymać wirusa grypy – mówi biolog z Instytutu Technologiczno-Przyrodniczego w Falentach.

Wirus grypy jest pod względem budowy i rozmiaru bardzo zbliżony do nowego typu koronawirusa SARS-CoV-2, który w ostatnich miesiącach wywołał globalną pandemię. Dlatego teraz naukowcy chcą sprawdzić, czy opracowany przez nich filtr z żywych roślin okaże się skuteczny również w jego przypadku.

Skuteczność roślinnego filtra wynika z procesu fotosyntezy. Aby rośliny mogły go przeprowadzić, wystarczy im nawet minimalna ilość światła, np. pokojowego (filtr ma działać również w ciemności do kilkunastu godzin). Taką roślinną mieszankę można umieścić w półprzeźroczystej, osobistej maseczce ochronnej – dokładnie takiej, jakich używa się obecnie w celu ochrony przed nowym koronawirusem.

– Taka maseczka składa się z kilku warstw, jak standardowe maski. Zewnętrzna jest bardziej przezroczysta niż wewnętrzna. Rośliny, żeby spełniać swoją funkcję, potrzebują procesu fotosyntezy, a do tego konieczne są światło i dostępność powietrza, dwutlenku węgla. Zatrzymanie wirusów odbywa się mechanicznie, według wstępnych badań taka maska działa w jedną i w drugą stronę, jeśli chodzi o wirusa grypy – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji.

Co istotne, maseczka ochronna na bazie roślinnego filtra jest przyjazna dla środowiska, lekka i tania w produkcji. Jest również przeznaczona do wielokrotnego użytku, a zastosowana w niej roślinna mieszanka nie wymaga żadnej specjalnej pielęgnacji.

 Trzeba pamiętać, że kiedy nakładamy taką maseczkę i oddychamy przez nią, do tych roślin trafia bardzo duże stężenie dwutlenku węgla z naszego oddechu. W przypadku osób niepalących to ok. 2–3 tys. ppm, a w przypadku palaczy od 3 do nawet 6 tys. ppm. Dla roślin to bardzo dużo, bo w powietrzu mamy zazwyczaj normalnie około 400 ppm. Ten dwutlenek węgla stanowi dla nich pokarm. Jednocześnie w wydechu oddajemy też wilgoć, którą rośliny wyłapują i dzięki temu nie muszą być podlewane. Zresztą zostały one przez nas dobrane ze względu na to, że są mało wymagające, nie potrzebują specjalnej opieki, nawozów czy podlewania, same dają sobie radę w przyrodzie – mówi biolog.

Jak podkreśla, ze względu na pandemię koronawirusa zapotrzebowanie na maseczki ochronne będzie rosło, a na całym świecie pojawiają się problemy z ich dostępnością. Co więcej, wiele z nich jest kiepskiej jakości i nie spełnia swojej podstawowej funkcji ochronnej. Maska z filtrem z żywych roślin – jeżeli jej skuteczność w przypadku koronawirusa zostanie potwierdzona – stanowiłaby dla nich dobrą alternatywę.

– Na ten moment potwierdziliśmy, że filtr z mieszanki żywych roślin zatrzymuje wirusa grypy. Dalej musimy opracować maseczkę i zbadać ją m.in. pod kątem alergików, sprawdzić, ile godzin taka maseczka działa, czy można poddać ją np. procesowi regeneracji. Z naszych wstępnych badań wynika, że tak, ale musimy wszystko to jeszcze potwierdzić – mówi prof. Mohamed Hazem Kalaji. – Będziemy to sprawdzać, testować i wykonywać eksperymenty, aż dostaniemy taki produkt, który – mam nadzieję – zostanie zarejestrowany jako innowacyjny produkt polski nie tylko w naszym kraju.

Jak prowadzić pracę zdalną?

Twoja firma przenosi się na pracę z domu? A może chcesz otworzyć własny biznes? Ostatnio coraz więcej pracodawców zaczęło szukać rozwiązań ułatwiających pracę zdalną, dzięki którym pominą codzienne przychodzenie do biura. Dla tych, dla których jest to całkowicie nowa sytuacja, przygotowaliśmy trzy porady.

Szybki i bezpieczny internet światłowodowy

W pracy zdalnej podstawowym narzędziem jest szybki internet – najlepiej światłowodowy z nielimitowanym transferem danych. Jeśli przesyłasz dużo plików – niezbędne będzie łącze symetryczne, które umożliwi szybki transfer. Twój internet musi być niezawodny i bezpieczny – to od niego zależy efektywność Twojej pracy.

Utrzymuj kontakt ze współpracownikami!

Slack, Discord – są to świetne narzędzia do codziennej komunikacji tekstowej z pracownikami.  Pozwalają na stworzenie kanałów tematycznych, umożliwiają konwersacje prywatne i grupowe – dzięki temu, każda osoba może zostać przypisana do odpowiednich projektów. Jeśli chcesz prowadzić wideokonferencję, webinar lub rozmowę wideo z potencjalnym klientem – przydadzą Ci się takie programy jak Zoom czy Google Meets. Kolejnym narzędziem jest uniwersalny Microsoft Teams – nie tylko pozwoli Ci na codzienny kontakt z pracownikami, ale też na prowadzenie wideokonferencji i webinarów. Dodatkowo, możesz udostępniać i edytować pliki w czasie rzeczywistym, co znacznie ułatwia pracę w zespole.

Narzędzia do zarządzania projektami i sporządzania notatek

O ile do codziennych notatek wystarczy Notatnik lub Sticky Notes, zarządzanie projektami wymaga bardziej zaawansowanych programów. Tutaj prym bierze Asana, ale popularnością cieszą się również Trello czy Jira. Tutaj przypiszesz zadania do projektów, a osoby do zadań. Będziecie mieli kontrolę nad tym, jak postępuje praca nad danym zagadnieniem oraz co jest jeszcze do zrobienia.

W czasie wideo spotkań, przydadzą wam się narzędzia do wspólnego notowania. Wielbicieli typowej białej tablicy czeka Miro Board, a dla plików tekstowych i arkuszy kalkulacyjnych nie ma lepszej alternatywy niż Google Sheets i Google Docs – tutaj wiele osób jednocześnie może edytować pliki, dzięki czemu wszyscy mają dostęp do najbardziej aktualnej wersji.

Nie bój się pracy zdalnej!

Praca zdalna ma swoje wady i zalety. Najpowszechniejsze problemy, które wynikają z pracy w domu to komunikacja z innymi osobami w firmie, planowanie codziennych procesów oraz ograniczenia wynikające z braku odpowiedniej infrastruktury. Jednak dzięki odpowiednim narzędziom możesz komfortowo pracować z domu i utrzymywać dotychczasową produktywność!

Mobiem z AdColony wprowadzają na polski rynek nowy format reklam w grach mobilnych

Agencja Mobiem Polska, należąca do Grupy INTERIA.PL, rozpoczęła współpracę z AdColony, jedną z największych mobilnych platform reklamowych na świecie. Międzynarodowa sieć reklamowa obecnie w Polsce dociera do 9 mln unikalnych użytkowników, którzy każdego miesiąca generują aż 54 mln pełnych odtworzeń wideo. Dzięki temu reklamodawcy w Polsce zyskają możliwość umieszczania w najpopularniejszych grach reklam wideo inicjowanych przez samych graczy.

W ramach współpracy Mobiem Polska będzie oferować klientom reklamy rewarded video w grach mobilnych. Obok standardowego wideo reklamodawcy będą mogli skorzystać z zaawansowanych rozwiązań zwiększających pole interakcji z użytkownikiem, jak Dynamic End Card lub Aurora. Są one wysoce akceptowane przez użytkowników gier, bo pomagają im osiągać zamierzone cele. Dodatkowym atutem jest widoczność tego typu reklam, bo nawet na poziomie 99%.

– Atutem AdColony jest wieloletnie doświadczenie. Oferujemy szerokie spektrum autorskich i kreatywnych rozwiązań. Dysponujemy wysoko wykwalifikowanym zespołem ekspertów. W ramach współpracy możemy opracowywać efektywne strategie dotarcia do użytkowników gier mobilnych. Pomagamy też w tworzeniu materiałów graficznych i wyborze miejsc do emisji. Prowadzimy również optymalizację kampanii i tworzymy finalny raport z jej przeprowadzenia – dodaje Warrick Billingham z AdColony.

W portfolio AdColony znajduje się ponad 22 tysiące gier mobilnych, produkowanych przez czołowych deweloperów, takich jak Zynga, EA Mobile, Rovio czy Ubisoft. Wśród najpopularniejszych polskich gier, dostępnych w Google Play i App Store, są m.in. Subway Surfers, Brain Test i June’s Journey.

AdColony to druga co do wielkości, po Google’u, sieć z wideo inicjowanym przez samych użytkowników. Łączy ponad 7 tys. dostawców reklamowych i 150 DSP w swoim autorskim SDK. Firma jest znana z dostarczania unikalnych formatów reklamowych, które są dostosowywane do potrzeb klientów, dzięki szerokim możliwościom personalizacji.

PayPal gwiazdą sesji. Nvidia z pozytywnymi rekomendacjami w oczekiwaniu na wyniki

W czwartek 7 maja dobre nastroje są podtrzymywane na Wall Street. Kontrakty na główne indeksy pną się w górę. Futures na S&P 500 zyskuje ponad 1,5 proc., kontrakt na Dow Jones Industrial Average pnie się w górę o prawie 1,4 proc., a futures na Nasdaq 100 rośnie o nieco ponad 1,4 proc.

Optymizm na rynkach rozpoczął się dziś dzięki chińskim danym, co pozwoliło podnieść indeksy w Azji, a następnie w Europie i w USA. Światowe akcje wzrosły po tym, jak chiński eksport okazał się znacznie silniejszy, niż wskazywali na to ekonomiści. Pekin poinformował, że eksport wzrósł w kwietniu o 3,5 proc., co całkowicie zaprzeczyło oczekiwaniom spadku o 15,1 proc. Zaskoczenie wywołało spekulacje, że druga największa gospodarka świata mogła odzyskać formę szybciej, niż początkowo sądzono.

Wracając do sezonu wyników, gwiazdą sesji będzie była spółka Elona Muska, o której często wspominaliśmy w komentarzach w ostatnim czasie, czyli PayPal. Po ogłoszeniu wyników cena akcji w handlu przed sesją zyskuje ponad 9 proc. Tym samym znajduje się ona na historycznych maksimach. PayPal Holdings Inc. poinformował, że spodziewa się znacznego ożywienia wolumenów płatności w drugim kwartale, ponieważ dystans społecznościowy zachęca więcej osób do robienia zakupów online, nawet gdy blokady w gospodarce zaczynają się zmniejszać. Sprzedawcy w internecie obserwują wzrost popytu, co przyspiesza płatności online. PayPal poinformował w środę, że w kwietniu odnotował rekordową liczbę 7,4 miliona nowych klientów netto. Podano również, że przetworzył płatności na kwotę 191 miliardów USD w pierwszym kwartale, co stanowi wzrost o 18 proc. w porównaniu z rokiem poprzednim.

Spółka dostała również wyższą rekomendację od firmy Wedbush. Cel dla ceny docelowej PayPal Holdings Inc. został podniesiony do 160 USD ze 120 USD wcześniej. Wedbush podniósł swój cel na górną granicę zakresu na Wall Street, co oznacza wzrost o 25 proc. od ostatniej ceny. Średni poziom ceny docelowej dla spółki to 136,95 USD. PayPal miał 37 rekomendacji kupna, 6 wstrzymaj, 1 sprzedaj – wynika z danych opublikowanych przez serwis Bloomberg.

Również pozytywnie analitycy na Wall Street wypowiadają się o spółce Nvidia, chwaląc potencjał niedawno zakończonego przejęcia, a także plan przejęcia Cumulus Networks. Akcje spółki wzrosły o 1,8 proc. w handlu przed sesją. SunTrust podniósł poziom ceny docelowej do 327 USD z 294 USD. Wyniki za pierwszy kwartał, Które zostaną opublikowane 21 maja, mogą być również katalizatorem dla spółki. Piper Sandler podniósł poziom docelowy do 350 USD z 330 USD. Na giełdzie akcje spółki kosztują niecałe 300 USD.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Grupa MOL zanotowała 152 mln USD straty w pierwszym kwartale 2020 r.

  • W pierwszym kwartale strata netto Grupy wyniosła 152 mln USD, z powodu słabnącego kursu węgierskiego forinta oraz spadających cen ropy naftowej
  • Wyniki Grupy były dobre aż do połowy marca, kiedy zamrożenie gospodarki spowodowane pandemią negatywnie wpłynęło na wszystkie linie biznesowe
  • Wynik EBITDA segmentu Upstream spadł w pierwszym kwartale o 35% do poziomu 185 mln USD, w skutek znacznie niższych cen ropy i gazu
  • Oczyszczony wynik CCS EBITDA w segmencie Downstream wzrósł w tym samym okresie do poziomu 295 mln USD z powodu niskiej bazy, wspierany dwukrotnie wyższymi marżami rafineryjnymi
  • Wynik EBITDA w segmencie Usług Konsumenckich pozostał na niezmienionym poziomie 88 mln USD, a zamrożenie gospodarki od połowy marca zniwelowało wcześniejsze wzrosty
  • Kwiecień przynisół z kolei znacznie poważniejsze wyzwania we wszystkich segmentach biznesu, ukazując pełen wpływ pandemii i kryzysu ekonomicznego

Grupa MOL ogłosiła dziś wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2020 r. Duże zapasy oraz zmiany kursów walut poskutkowały stratą za pierwszy kwartał w wysokości 152 mln USD. Jest to pierwsza oznaka kryzysu wywołanego pandemią. Wyniki operacyjne Grupy były bardzo dobre aż do połowy marca, co pokazuje oczyszcony wynik CCS EBITDA na poziomie 622 mln USD, jednak w ostatnich 2-3 tygodniach marca wpływ pandemii na wyniki wszystkich segmentów biznesu był już wyraźnie widoczny, a w kwietniu sytuacja uległa dalszemu pogorszeniu. Z powodu nieprzewidywalnej sytuacji gospodarczej w kolejnych miesiącach, prognoza wyniku EBITDA na 2020 została wycofana, a planowane organiczne wydatki inwestycyjne zostały okrojone o ponad 25%.

Zsolt Hernádi, prezes i CEO Grupy skomentował wyniki następująco: „Obecnie to Covid-19 dyktuje zasady na całym świecie, również w sektorze energetycznym. Pandemia i towarzyszący jej kryzys gospodarczy położy się długim cieniem na naszych wynikach w 2020 r. Zarowno osoby prywatne, jak i firmy weszły w okres niepewności, jakiej dotąd nawet sobie nie wyobrażaliśmy. Walcząc z pandemią i robiąc wszystko, by chronić naszych pracowników, klientów i partnerów, równocześnie ciężko pracujemy nad tym, by, pomimo ekstremalnych okoliczności, MOL nadal funkcjonował, a w przyszłości wyszedł z obecnego kryzysu jeszcze silniejszy. Mamy zaangażowany zespół, wartościowe aktywa, mocny bilans i odporny, zintegrowany model biznesowy. To wszystko pomoże nam w nawigacji po tych niezbadanych wodach. Podjęliśmy już szereg trudnych decyzji, które pomogą nam w osiągnięciu „neutralności gotówkowej”, utrzymaniu płynności i elastyczności finansowej, co pozwoli wykorzystać okazje, jakie mogą pojawiać się na drodze powrotnej do normalności.

  • Pierwszy kwartał w Segmencie Upstream: W związku z bardzo niskimi cenami ropy od początku marca, wynik EBITDA segmentu Upstream spadł w pierwszym kwartale do poziomu 185 mln USD. Poziom produkcji ropy naftowej i gazu wyniósł 110,6 mln boepd, czyli o 4 proc. mniej niż w tym samym okresie ubiegłego roku, zgodnie z naturalnym spadkiem obserwowanym w Europie Środkowo-Wschodniej. W pierwszym kwartale, MOL, jako operator odkrył złoża ropy i gazu na morzu Norweskim, z których według wstępnych szacunków można pozyskać od 12 do 71 mln baryłek.

W kwietniu MOL zakończył transakcje przejęcia aktywów Chevron w Azerbejdżanie, nabywając 9,57 proc. udziałów w złożu ACG oraz 8,9 proc. udziału w rurociągu BTC. Wprowadzone zmiany w zakresie wydatków inwestycyjnych szybko obniżyły próg rentowności na poziomie portfela do poziomu 25 USD za baryłkę. W bloku TAL w Pakistanie produkcja została ograniczona do ok. 50 proc. możliwości, w związku z zamknięciami rafinerii, spowodowanymi spadkiem popytu w obliczu pandemii COVID-19. Średnia cena baryłki ropy Brent w kwietniu oscylowała wokół 18,5 USD – o połowę niżej niż w pierwszym kwartale, a ceny gazu ziemnego kontynuowały spadki, dając gorsze prognozy na drugi kwartał.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Downstream: Oczyszczony wynik CCS EBITDA wzrósł dwukrotnie, do poziomu 295 mln USD (przy niskiej bazie), wspierany przez dwukrotnie wyższe marże rafineryjne. Prace przy projekcie „Poliole” osiągnęły 60 proc. zaawansowania. W związku z pandemią zakłócony został łańcuch dostaw projektu, a mobilizacja pracowników stała się wyjątkowo trudna. Nie da się w tej chwili przewidzieć wpływu tej sytuacji na harmonogram inwestycji, ale spodziewane są opóźnienia.

W kwietniu rafinerie pracowały na 70-75 proc. możliwości, a instalacje krakingu parowego na 90 proc. Marża rafineryjna utrzymywały się w kwietniu na poziomie 9 USD za baryłkę, jednak w ostatnich dniach znacząco spadły; marża petrochemiczna od połowy marca utrzymuje się z kolei na poziomie 500-600 EUR/t. Wszystkie główne trasy logistyczne i systemy działają bez zakłóceń.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Usług konsumenckich: Wynik EBITDA wzrósł o 4 proc. w walucie lokalnej (wyrażony w USD bez zmian na poziomie 88 mln USD), jednak z powodu zamrożenia gospodarki i ciężkich warunków w sektorze handlu w ostatnich tygodniach marca, spodziewany znaczny wzrost w pierwszym kwartale został zahamowany zarówno w przypadku sprzedaży paliw, jak i oferty pozapaliwowej.

W kwietniu sprzedaż paliw spadła o ok. 35-40 proc., jednak w ostatnich dniach zaczęła powoli rosnąć. Sprzedaż i marże na ofercie pozapaliwowej początkowo spadły, jednak w ostatnich tygodniach sprzedaż produktów spożywczych ponownie wzrosła wraz z rozszerzeniem asortymentu. Najświeższe wyniki oferty pozapaliwowej są tylko o 10 do 20 proc. słabsze niż przed rokiem.

  • Pierwszy kwartał w segmencie Gas Midstream: Wynik EBITDA wzrósł o 9 proc. w porównaniu z pierwszym kwartałem 2019 r., sięgając 71 mln USD. Wpłynęły na to wyższe wolumeny i niższe koszty operacyjne. Krajowe wolumeny przesyłu utrzymywały się na podobnym poziomie, podczas gdy przesył na eksport wzrósł o 39 proc. Spadły za to nakłady operacyjne (OPEX), na co wpłynęły niższe ceny gazu.

Nowy i największy gracz na rynku hulajnóg w Warszawie

7 maja 2020 roku w Warszawie rusza Dott Polska, nowa marka wypożyczająca elektryczne hulajnogi na minuty. Firma wprowadza aż 1500 urządzeń, czyli dwu-, a nawet trzykrotnie razy więcej niż konkurencja. Jako nowy lider rynku Dott Polska stawia na bliską współpracę z samorządami przy tworzeniu mikromobilności, która będzie bezpieczna i dostępna dla wszystkich mieszkańców.

Dott oferuje bardzo atrakcyjne pakiety startowe:

  • Pakiet 2 za 5, który pozwoli użytkownikom skorzystać z dwóch przejazdów dziennie po 15 minut w cenie 5 złotych;
  • Pakiet Tygodniowy dla bardziej wymagających użytkowników, obejmujący 50 15-minutowych przejazdów w cenie 19,99 złotych.

Dott2Dott umożliwia również przejazdy bez pakietów w cenie 2,70 złotych za odblokowanie i 49 groszy za minutę jazdy. Niski koszt wypożyczenia, to nie jedyny czynnik zwiększający dostępność urządzeń – hulajnogi będą rozlokowane, nie tylko w centrum miasta, ale również na jego obrzeżach.

Cieszę się, że w okresie samoizolacji udało nam się ruszyć z inicjatywą pomagającą w bezpieczny sposób przemieszczać się po Warszawie. Jestem dumny, że to, co przetestowaliśmy już na innych europejskich rynkach wprowadzamy do Polski. Na rynku francuskim i włoskim, zaobserwowaliśmy zmianę trendu w korzystaniu z hulajnóg w dobie pandemii: ludzie zaczęli przemieszczać się w obrębie swoich dzielnic mieszkalnych, a nie jak dotychczas do centrum miasta. Odpowiadając na to zapotrzebowanie, postanowiliśmy w Warszawie skupić się na razie na zaoferowaniu naszej usługi w dzielnicach mieszkalnych. Jestem przekonany, że mieszkańcy stolicy dołączą do szerzenia naszej misji budowania zrównoważonej mikromobilności, uzupełniającej istniejące metody transportu publicznego, polubią nasze hulajnogi i docenią ich wyjątkowy design – Borys Pawliczak, Generalny Manager Dott.

Firma blisko współpracuje z samorządami przy tworzeniu regulacji prawnych oraz Stowarzyszeniem Mobilne Miasto w Polsce, skupiając się na kilku najważniejszych filarach:

  • edukacji użytkowników o bezpiecznej jeździe i odpowiedzialnym parkowaniu;
  • współpracy z władzami miasta w celu stworzenia spójnego systemu komunikacji miejskiej, dostępnej i wygodnej dla wszystkich mieszkańców;
  • wyjątkowym sprzęcie – dostosowanym do wyzwań ekonomii dzielenia, utrzymywanych w odpowiednim stanie technicznym przez wykwalifikowanych mechaników;
  • odpowiedzialnym prowadzeniu biznesu – hulajnogi są ładowane i naprawiane wyłącznie przez przeszkolonych pracowników firmy w profesjonalnie przygotowanych warsztatach.

Ważne jest, aby w czasie pandemii w przestrzeni miejskiej dostępne były urządzenia i pojazdy, które umożliwią nam łatwe, efektywne i ekologiczne przemieszczanie się, przy jednoczesnym zachowaniu dystansu społecznego. W te potrzeby świetnie wpisuje się tzw. mikromobilność, np. elektryczne hulajnogi, jednakże przy założeniu, że ten segment mobilności doczeka się rozsądnych regulacji w prawie o ruchu drogowym, których na dzień dzisiejszy wciąż brakuje – mówi Adam Jędrzejewski, założyciel i prezes Stowarzyszenia Mobilne Miasto, którego członkiem jest Dott.

Dott w trakcie pandemii Covid-19 dezynfekuje swoje hulajnogi regularnie, utrzymuje wysokie standardy sanitarne w magazynach i punktach mechanicznych, a lokalny zespół operacyjny został wyposażony w maski, rękawiczki i środki do dezynfekcji.