Giełdowy Indeks Produkcji spadł o 9.26% Czeka nas przemysłowy Armagedon?

Październikowy odczyt Giełdowego Indeksu Produkcji na poziomie 858.36 punktów oznacza miesięczny spadek o 9.26%. Zdaniem ekspertów winy takiego stanu rzeczy należy doszukiwać się w mizernej sytuacji na GPW oraz nieciekawych nastrojach w europejskim przemyśle, które pogarszają się podobnie, jak w innych regionach świata.

Dotkliwe spadki na akcjach największych polskich producentów to zła wiadomość dla inwestorów. Aż 3 na 4 spółki z GIP60 w październiku straciły na wartości rynkowej, a jedna trzecia straciła więcej niż 10%. Rekordziści tego katastrofalnego załamania stracili więcej niż 20 proc. Z tak druzgocącym wynikiem miniony miesiąc zamknęło aż 7 producentów. Jakby tego było mało, tylko jedna spółka zanotowała wzrost wartości rynkowej przekraczający 10%. To był najtrudniejszy miesiąc dla polskich producentów przemysłowych od powstania Giełdowego Indeksu Produkcji, czyli od początku 2016 roku.

Chemia traci najwięcej

Nie sposób znaleźć branżę, w której średnia stopa zwrotu w październiku byłaby wyższa od zera. Najmniej straciły spółki z branży spożywczej (średnio -1.3% m/m), z przemysłu lekkiego (-2.0% m/m) i farmaceutycznego (-3.3% m/m). Na drugim biegunie znalazły się firmy z branży motoryzacyjnej (-15.6% m/m), chemicznej (-14.1% m/m) i projektanci/dystrybutorzy odzieży (-12.5% m/m). Liderem spadków wśród spółek motoryzacyjnych okazał się URSUS (-33.68% m/m). W przypadku projektantów był nim producent obuwia CCC (-24.09% m/m). W branży chemicznej tymczasem niekorzystna koniunktura wpłynęła na firmy podobnie. ZAKŁADY CHEMICZNE POLICE straciły 22.99% m/m, ZAKŁADY AZOTOWE PUŁAWY spadły o 20% m/m, a GRUPA AZOTY w trakcie ostatniego miesiąca straciła 18.04% swojej wartości rynkowej.

Październikowe problemy branży chemicznej (WIG-CHEMIA spadł w tym czasie o 14%) nie zaskakują obserwatorów rynku. Indeks WIG-Chemia jest bowiem najsłabszym indeksem sektorowym bieżącego roku. Obecnie kapitalizacja spółek chemicznych jest niemal połowę niżej niż w styczniu, co oznacza korektę praktycznie całego wzrostu wypracowanego w ciągu ostatnich pięciu lat. – Ryzyka związane z rosnącymi cenami surowców i energii to główne czynniki, które wpływają na przecenę firm z tego sektora, szczególnie w ostatnim czasie. Słabnący popyt zagraniczny to dla nich kolejna przeszkoda, której nie potrafią przeskoczyć – wyjaśnia Maciej Zaręba z firmy DSR, współtwórca Giełdowego Indeksu Produkcji.

Znaczne spadki zaobserwowano również w branży odzieżowej (WIG-ODZIEZ -13.9% m/m) i farmaceutycznej (WIG-LEKI -10.3% m/m). W przypadku spółek farmaceutycznych zdecydowanie lepiej radziły sobie te z przewagą kapitału polskiego. Mimo ogólnie nienajlepszych nastrojów na GPW, niektóre branże w październiku osiągnęły przyzwoite wyniki: WIG-ENERGIA (+4.8% m/m) głównie za sprawą sygnałów o dopuszczeniu do wzrostu cen energii przez rząd, ale także WIG-BUDOWNICTWO (+4.4% m/m) i WIG-INFORMATYKA (1.8% m/m).

Ropczyce z pierwszym miejscem na podium

Zwycięzcą październikowego rankingu GIP60 została firma ROPCZYCE, która jako jedyna zanotowała miesięczny wzrost wartości rynkowej przekraczający 10%, a dokładnie 10.73% m/m. Drugie miejsce przypadło firmie COCCODRILLO za wzrost wartości o 9.71% m/m. Na trzecim miejscu uplasował się BIOTON, który notuje już szóste podium GIP60 w tym roku. Tym razem było to możliwe za sprawą miesięcznego wzrostu wartości rynkowej o 6.45%. BIOTON jest pierwszą spółką w historii indeksu, która z tak niskim wzrostem dostała się na podium tego rankingu.

W przypadku ROPCZYC najważniejszą rolę w dobrej ocenie akcji odegrały wyniki finansowe za trzeci kwartał. Wzrost przychodów o ponad 35% r/r i wzrost zysków (operacyjnego o 164% r/r i netto o 78% r/r), to główne bodźce odpowiadające za przyzwoity wynik firmy w jak na razie najtrudniejszym miesiącu na GPW w tym roku.

Z kolei COCCODRILLO w połowie miesiąca zaanonsowała zwołanie nadzwyczajnego walnego zgromadzenia, na którym akcjonariusze zdecydują o możliwości przeprowadzenia skupu akcji własnych za maksymalnie 3 mln zł. Przekonanie zarządu o niedoszacowaniu cen akcji zostało pozytywnie odebrane przez rynek, co przełożyło się na skuteczną obronę przed październikową korektą.

Pogorszenie nastrojów w przemyśle

Wyniki badań wskaźnika PMI w 28 krajach nie pozostawiają złudzeń. Aż w 17 przypadkach zanotowano spadek nastrojów w przemyśle. Jeszcze we wrześniu poniżej granicznej wartości 50 punktów plasowały się tylko Turcja (42.7) i Birma (47.5), a w październiku dołączyły do nich: Malezja (49.2), Tajwan (48.7), Tajlandia (48.9) i Włochy (49.2). Łyżką dziegciu w beczce miodu jest fakt, że większość tych gospodarek pochodzi z Azji Wschodniej – regionu, którego największe państwa zanotowały poprawę nastroju. W Chinach PMI wzrósł z 50 do 50.1, w Japonii z 52.5 do 52.9, a w Indiach z 52.2 do 53.1.

Tymczasem koniunktura w europejskim przemyśle budzi większe obawy ekspertów. Wskaźnik PMI obliczony dla całej strefy EURO spadł z 53.2 do 52 punktów. Przyczyniły się do tego wszystkie państwa Starego Kontynentu – żadnemu z nich w październiku nie udało się poprawić swojego wyniku. Zanotowano natomiast spore pogorszenie nastrojów – największe w Holandii, gdzie PMI spadł z 59.8 do 57.1 (-4.5% m/m). W Niemczech wskaźnik ten spadł z 53.7 do 52.2 (-2.8% m/m), a we Francji z 52.5 do 51.2 (-2.5% m/m).

Eksport hamulcem polskiego przemysłu

W porównaniu z zachodnimi sąsiadami, spadek polskiego PMI z 50.5 pkt we wrześniu do 50.4 pkt w październiku (-0.2% m/m) można uznać za symboliczny.

Rosnąca stagnacja na polskim rynku to wynik m.in. pierwszego od ponad pięciu lat spadku zatrudnienia oraz trzeciego z rzędu spadku liczby nowych zamówień eksportowych. Nie wszystkie sygnały płynące z październikowych badań były niekorzystne. Do pozytywnych można zaliczyć ogólny wzrost nowych zamówień, minimalny wzrost produkcji i podtrzymanie ponad czteroletniej serii odczytów PMI powyżej 50 punktów.

Niemniej, sytuacja zarówno w globalnym, jak i europejskim przemyśle pogarsza się od kilku miesięcy, a coraz więcej sygnałów płynących z rynku wskazuje, że mamy do czynienia z czymś więcej, niż korektą długiego okresu prosperity. Istnieją dobrze uzasadnione obawy, że może to być początek dłuższego, niekorzystnego trendu. Nie dziwi więc fakt, że w takiej atmosferze ceny akcji polskich producentów lecą w dół. – To bardzo prawdopodobne, że wartość rynkowa niektórych spółek spadnie poniżej ich wartości księgowej. Takie sytuacje zdarzają się coraz częsciej – ostrzega Maciej Zaręba i dodaje, że taka sytuacja może być dobrą okazją inwestycyjną, jeśli przemysł niebawem powróci na drogę wzrostu. – Niestety, mniej optymistyczny scenariusz jest dużo bardziej prawdopodobny. Zakłada on, że ceny akcji producentów nie odbiją się tak szybko. Wiele zależy od tego, czy poszczególne firmy dobrze wykorzystały minioną koniunkturę. Czy przy dobrych wiatrach dokonywały inwestycji np. zwiększających ich produktywność – utrzymuje ekspert.

FED bez zmian. Kurs dolara w górę

Spowolnienie aktywności gospodarczej w Europie będzie ograniczać potencjał do wzrostu rentowności obligacji. Pomimo wyraźnego umocnienia dolara do euro kurs EUR/PLN nadal spadał, testując już wsparcie na 4,275.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W czwartek najważniejszym wydarzeniem na rynkach było decyzyjne posiedzenie Fed-u. Perspektywy gospodarki nakreślone w komunikacie nie odbiegały istotnie od wydźwięku wrześniowego posiedzenia, z inflacją pozostającą w pobliżu dwóch procent, spadkiem bezrobocia i „w zasadzie zrównoważonymi” ryzykami dla wzrostu. Choć zarówno decyzja FOMC o pozostawieniu stóp bez zmian, jak i treść komunikatu nie powinny być zaskoczeniem dla rynku, to jednak dolara umocnił się. Kurs EUR/USD zszedł do 1,135. Dolar zyskiwał już podczas sesji europejskie odrabiając straty poniesienie w reakcji na wstępny wynik wyborów w USA. Wsparciem dla amerykańskiej waluty nadal pozostaje też słabnąca aktywność gospodarcza w Europie oraz niepewność, co do rozwoju sytuacji we Włoszech, po tym jak na rynek trafiły informacje, że KE może rozpocząć procedurę przeciwko Rzymowi, jeżeli ten do 13 listopada nie wniesie poprawek do przyszłorocznego projektu budżetu. We wrześniu gospodarka Niemiec odnotowała zaskakujący spadek sprzedaży eksportowej (-0,8% m/m wobec +0,3% oczekiwanych). Najwyraźniej w wynik uderzyło połączenie spowalniającego handlu światowego oraz czynniki tymczasowe w postaci nowych norm emisji spalin dla samochodów. Słaba końcówka kwartału może więc sygnalizować pierwszą od ponad trzech lat stagnację gospodarki niemieckiej. Zakładając nawet, że problemy niemieckiego przemysku okażą się przejściowe, to według kilku instytutów ekonomicznych w III kw. PKB kraju może zanotować nawet spadek względem poprzedniego okresu. Niemniej czwartkowe komentarze M.Draghiego nie były nasycone zbytnim pesymizmem. W ocenie prezesa EBC gospodarka strefy euro będzie się nadal rozwijać, choć ryzyka, począwszy od konfliktów handlowych po wysokie ceny aktywów zwiększają się. Dla polskiej gospodarki koniunktura u naszych czołowych partnerów handlowych to jeden z kluczowych parametrów. Słabsze dane z Niemiec i silniejszy dolar początkowo lekko podbijały notowania kursu EUR/PLN. Skala osłabienia złotego nie była jednak istotna (do 4,296) i jeszcze podczas sesji europejskiej para zawróciła, kończąc dzień w okolicach 4,275.

Czwartek na polskim rynku stopy procentowej przyniósł wzrosty rentowności papierów, zwłaszcza z dłuższego końca krzywej dochodowości. Notowania obligacji w sektorze 5-letnim przekroczyły 2,50%, natomiast w 10-letnim 3,25%. Pomimo bardzo gołębiego nastawienia przedstawionego na środowym posiedzeniu RPP, zasadniczy wzrost inflacji w przyszłym roku widziany w prognozach NBP mógłby również skutkować przesunięciem się wyżej krzywej dochodowości również w 2019 roku. Mocniejsze wzrosty inflacji widziane są w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, gdzie na Węgrzech wskaźnik CPI okazał się wyższy od oczekiwań i przyspieszył w październiku do 3,8% r/r z 3,6% we wrześniu. Inflacja na Węgrzech jest obecnie zdecydowanie wyższa niż w Polsce, co przekłada się również na notowania instrumentów dłużnych, gdzie spread węgierskich papierów nad polskimi przekracza 40pb w sektorze 10-letnim. Ruch w górę polskiej krzywej dochodowości powinien być jednak ograniczony, na co wpływ może mieć osłabienie tempa aktywności gospodarczej w drugiej połowie 2018 roku. Ostatnia publikacja PKB ze strefy euro okazała się negatywna, podobnie jak dane handlowe czy przemysłowe z Niemiec. Dlatego publikowany w przyszłym tygodniu wzrost polskiego PKB za trzeci kwartał nie powinien dostarczyć paliwa do dalszego wzrostu rentowności polskich obligacji.

Wykres dnia: Węgierska inflacja na poziomie 3,8% r/r zdecydowanie przewyższa polską (1,7%), co przyczynia się do rozszerzenia spreadu węgierskich papierów nad polskimi.

Węgierska inflacja na poziomie
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Santander Bank Polska S.A. finalizuje przejęcie wydzielonej części działalności Deutsche Bank Polska S.A.

9 listopada 2018 r. Krajowy Rejestr Sądowy wpisał podwyższenie kapitału zakładowego Santander Bank Polska S.A. w związku z podziałem Deutsche Bank Polska S.A. Oznacza to, że wydzielona cześć Deutsche Bank Polska została prawnie włączona do Santander Bank Polska. Dziś rozpocznie się proces włączenia operacyjnego, czyli przeniesienia produktów klientów detalicznych, private banking i biznesowych do systemów Santander Bank Polska.

Rejestracja w KRS finalizuje formalny etap włączenia, który rozpoczął się już w grudniu 2017 r. Do Santander Bank Polska dołączy prawie 400 tys. klientów detalicznych, private banking oraz biznesowych, włączone zostanie także 113 placówek.

Włączenie wydzielonej części Deutsche Bank Polska to kolejny krok w umacnianiu naszej pozycji rynkowej. Mam nadzieję, że marka Santander, która jest symbolem siły i poczucia bezpieczeństwa dla ponad 140 milionów klientów w skali globalnej, da naszym nowym klientom poczucie przynależności do jednej z najsilniejszych i najbardziej stabilnych grup finansowych na świecie. Zapewniam również, że utrzymując dotychczasowe przewagi, będziemy wyznaczać kolejne najwyższe standardy na rynku usług finansowych w Polsce – powiedział Gerry Byrne, Przewodniczący Rady Nadzorczej Santander Bank Polska.

Santander Bank Polska wstąpił we wszystkie prawa i obowiązki wydzielonej części Deutsche Bank Polska, przejmując bankowość detaliczną, w tym private banking, business banking obejmujący Małe i Średnie Przedsiębiorstwa, a także sieć placówek, agentów, pośredników i partnerów oraz dom maklerski DB Securities S.A., który zmieni nazwę na Santander Securities S.A.

Michał Gajewski BZ WBK
Michał Gajewski

– Cieszę się, że za chwilę powitamy nowych klientów w naszym Banku. Dołącza do nas 1,7 tysiąca pracowników i prawie 400 tysięcy klientów, którym do dyspozycji oddamy pełną ofertę Santander Bank Polska. Naszą ambicją jest płynne przeprowadzenie klientów przez tę zmianę, z najwyższą dbałością o ich komfort i bezpieczeństwo. Wierzę, że nasza koncepcja „bankowania” oparta na innowacyjności i dopasowaniu do potrzeb klientów zyska ich uznanie i przyniesie satysfakcję z korzystania z naszych usług i produktów. – powiedział Michał Gajewski, Prezes Zarządu Santander Bank Polska.

Transakcja nie dotyczy Bankowości Inwestycyjnej i Korporacyjnej oraz Globalnej Bankowosci Transakcyjnej, a także portfela walutowych produktów kredytowych, zabezpieczonych hipoteką, które będą obsługiwane przez Deutsche Bank Polska. Ich bezpłatna spłata będzie jednak możliwa z rachunków przeniesionych do
Santander Bank Polska.

Zgodnie z warunkami transakcji wszystkie umowy zawarte z klientami pozostają w mocy, bez konieczności podpisywania dodatkowych aneksów. Nie zmienią się również numery rachunków bankowych, terminy ważności kart oraz numery PIN, a także oprocentowanie zawartych lokat i kredytów. Po migracji danych klienci wydzielonej części Deutsche Bank Polska będą mogli korzystać z systemów bankowości elektronicznej
Santander Bank Polska. Aktywacja dostępu do usług bankowości internetowej będzie możliwa za pośrednictwem dotychczasowej usługi bankowości elektronicznej Deutsche Bank Polska.

Dziś banki rozpoczynają pracę nad przeniesieniem danych.

Dla klientów wydzielonej części Deutsche Bank Polska oznacza to:

  • 9 listopada 2018 r. dotychczasowe Oddziały Deutsche Bank Polska S.A zostaną zamknięte o godzinie 15.00, a o godzinie 18:00 nastąpi wyłączenie systemu db easyNET/db powerNET.
  • Warunkiem realizacji przelewów zewnętrznych w usługach bankowości elektronicznej w tym dniu będzie zlecenie ich do godz. 15:00
  • W weekend 10-11 listopada 2018 r. nie będzie dostępu do usług bankowości elektronicznej
    Deutsche Bank Polska S.A.
  • W tych dniach klienci będą mogli swobodnie płacić kartami i korzystać z bankomatów.
  • Od 12 listopada 2018 r.:
  • nie będzie możliwości realizacji transakcji w db easyNET/db powerNet. Natomiast od tego momentu klienci wydzielonej części Deutsche Bank Polska będą mogli samodzielnie przenieść się z usługi
    db easyNET/db powerNET do bankowości internetowej i mobilnej Santander Bank Polska. Dyspozycje będzie można złożyć od razu po pierwszym zalogowaniu (np. przelewy).
  • oddziały Deutsche Bank Polska S.A. będą otwarte pod szyldem Santander Bank Polska S.A.

Dla Klientów Santander Bank Polska oznacza to:

  • od piątku 9 listopada od godziny 20.00 do 11 listopada do godziny 20.00 nie będzie możliwości korzystania z iBiznes24
  • W sobotę, 10 listopada, od 0.00 do 7.30 bankowość internetowa Santander Internet, MiniFirma oraz Moja Firma Plus będą niedostępne. Od godziny 7.30 do 23.59 w bankowości internetowej klienci będą mogli sprawdzić saldo i historię swoich produktów. W niedzielę, 11 listopada w godzinach 0.00-20.00 bankowość internetowa będzie niedostępna.
  • Aplikacja Santander mobile nie będzie działać od soboty, od godziny 0.00 do niedzieli – do godziny 20.00

W całym okresie trwania prac technicznych będą działały transakcje kartami płatniczymi w sklepach
i bankomatach.

Cena ropy leci w dół. Amerykanie nie ruszyli stóp

Amerykański odpowiednik RPP nie zmienił wczoraj stóp procentowych. Ropa straciła w ciągu miesiąca ponad 15% na wartości. KE podtrzymuje dobre prognozy dla Polski.

Amerykanie nie ruszyli stóp procentowych

FOMC czyli federalna komisja otwartego rynku nie zmieniła na wczorajszym posiedzeniu stóp procentowych. Takich zmian w USA przeważnie dokonuje się bowiem na posiedzeniach kończących kwartał. Na grudniową podwyżkę jest obecnie delikatnie ponad 75% szans. Po samej decyzji inwestorzy ponownie zaczęli kupować dolara umacniając go względem innych walut. Jest to o tyle dziwna reakcja rynków, że pomimo wspomnianej prawidłowości i tak wczoraj część analityków przepowiadało podwyżkę stóp. Skoro spodziewali się wzrostu a nie nastąpił powinni oni raczej sprzedawać dolara, ale najwyraźniej ostatnio przez słabość Europy każde dane są dobre dla dolara.

Rekordowe spadki ropy

Jeszcze na początku listopada czarne złoto przebijało poziomy 85 dolarów, a wielu analityków zastanawiało się ile nam jeszcze zostało czasu zanim zobaczymy trójcyfrowe poziomy cen. Miesiąc od tych wydarzeń baryłka ropy naftowej jest już 15 dolarów tańsza i nie wiadomo kiedy zakończą się spadki. W weekend odbędzie się posiedzenie OPEC, które najprawdopodobniej zareaguje na obecną sytuację. Pomimo obowiązujących restrykcji an Iran tak dużo ważnych państw otrzymało wyłączenia, że irańska ropa dalej trafia dużymi partiami na rynki. Spadki cen ropy nie pozostały neutralne dla walut krajów wydobywających ropę. Dobrym przykładem jest Rosja, której rubel długo opierał się spadkom, ale od początku tego tygodnia wyraźnie spada.

Komisja Europejska o polskiej gospodarce

Pomimo słabszych danych napływających z wielu stron na temat kondycji Polski specjaliści KE nie zmienili prognoz na 2019 rok. Wciąż uważają, że polska gospodarka zwolni, ale to samo dotyczy generalnie naszego regionu. Jest to dobry sygnał dla złotego na przyszłość.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – inflacja producencka,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Zmiany w zarządzie Grupy Atlas

W dniu 31 października 2018 r., zgodnie z decyzją Rady Nadzorczej, Prezesem Zarządu Grupy Atlas mianowany został Paweł Kisiel, dotychczasowy członek zarządu ds. sprzedaży i marketingu. Jednocześnie na członka zarządu powołano Piotra Grzelaka, zarządzającego wcześniej spółką i marką FOX Dekorator.

Paweł Kisiel – Prezes Zarządu Grupy Atlas

Paweł Kisiel – Prezes Zarządu Grupy Atlas
Paweł Kisiel – Prezes Zarządu Grupy Atlas

Paweł Kisiel zawodowo związany jest z Grupą Atlas od 2006 roku. Jako prezes zarządu wchodzącej w skład Grupy spółki Sped Partner zajmującej się krajowymi i międzynarodowymi usługami spedycyjnymi, był odpowiedzialny za jej restrukturyzację. Następnie, jako wiceprezes zarządu należących do Grupy spółek Izohan i Izolmat, aktywnie uczestniczył w procesach ich reorganizacji i łączenia oraz akwizycji marki Nexler. W czerwcu 2014 roku został powołany na stanowisko członka zarządu Grupy Atlas ds. marketingu i sprzedaży.

Paweł Kisiel jest absolwentem Wydziału Inżynierii Produkcji Politechniki Warszawskiej oraz prestiżowego programu MBA Oxford Brookes University. Doświadczenie zawodowe zdobywał realizując projekty restrukturyzacyjne i konsolidacyjne m.in. w Servisco, DHL, Trans Universal Poland S.A oraz CJ International Sp. z o.o.

Piotr Grzelak – członek zarządu Grupy Atlas

Piotr Grzelak – członek zarządu Grupy Atlas
Piotr Grzelak – członek zarządu Grupy Atlas

Piotr Grzelak z Atlasem związał się jeszcze jako student Wydziału Chemicznego Politechniki Łódzkiej. Studia na tym wydziale ukończył w roku 2007, a w 2008 roku odbył także podyplomowe studia menedżerskie w Szkole Głównej Handlowej. W trakcie swojej dotychczasowej kariery zawodowej w Atlasie pracował m.in. w Laboratorium Badawczo- Rozwojowym. Kolejne etapy jego rozwoju zawodowego związane były z działaniami marketingowymi i sprzedażowymi. Od roku 2013, jako członek zarządu, kierował włączonym do Grupy Atlas przedsiębiorstwem
FOX sp. z o.o. Po całkowitym przejęciu tej spółki przez Atlas w roku 2016, odpowiadał za segment produktów dekoracyjnych pod marką FOX.

Bez czasu na odpoczynek

Rajd ulgi po wyborach do Kongresu USA okazał się przejściowy, a temat słabości USD odchodzi w zapomnienie pod pretekstem niezmienionego komunikatu FOMC. Sentyment jest kruchy i żaden ruch nie będzie trwały, jeśli nie będzie systematycznie pobudzany impulsami. Piątek jest dniem odwrotu przed weekendem.

Wydźwięk komunikatu FOMC był zgodny z oczekiwaniami, stąd nie do końca przekonuje mnie, że był to istotny powód dla aprecjacji USD. Zmiany w treści dokumentu były minimalne z wyróżnieniem spowolnienia w inwestycjach przedsiębiorstw, co jednak było spodziewane po imponujących wynikach z poprzednich kwartałów. W gospodarce USA wszystko idzie zgodnie z planem w stronę kolejnej podwyżki stóp procentowych w grudniu i następnych (dwóch/trzech?) w przyszłym roku. Nie dziwi mnie, że FOMC całkowicie pominął kwestię październikowej wyprzedaży na rynku akcji, więc dla mnie nie jest to jastrzębi sygnał. Mimo przeceny, ostatni tydzień był raczej spokojny na rynkach, co zapewne utwierdziło członków Fed w przekonaniu, że nie ma jeszcze powodu do podnoszenia obaw. Mogłoby to tylko zaszkodzić, gdyż zbudowałoby przekonanie, że jeśli Fed sie martwi, to my powinniśmy się martwić podwójnie.

USD jest jednak silniejszy, gdyż najzwyczajniej nie miał gdzie indziej iść. Rynek, odsuwając na bok czynnik ryzyka w postaci wyborów do Kongresu USA, zanotował chwilowy rajd ulgi, ale do jego podtrzymania potrzeba systematycznej dostawy świeżego paliwa. Tego nie było, co dla inwestorów obawiających się niespodzianki czyhającej za każdym rogiem, oznaczało prędkiego spieniężania zysków. Tak niestety wygląda handel w 2018 r. – ciesz się i korzystaj z rajdu, ale nie wahaj się uciekać, kiedy wyczuwasz wytracanie pędu.
Perspektywa weekendu wspiera podejmowanie decyzji o zamykaniu pozycji długich w ryzykownych aktywach (akcje, AUD, NZD, itd.). Determinacja FOMC w dążeniu do kolejnych podwyżek jest tylko pretekstem, który przyspiesza odwrót. Dodatkowo w poniedziałek w USA będzie obchodzony Dzień Weterana i mało kto lubi zostawić żyjące pozycje na całe trzy dni. Ot, takie techniczne niuanse.

Ogólnie staram się nie wyciągać pochopnych wniosków z ostatnich godzin, tj. wciąż zakładam, że koniec roku będzie dobry dla apetytu na ryzyko, ale inwestorom brakuje zaufania, że nic złego już się nie przydarzy. Trudno będzie przełamać niechęć do podejmowania ryzyka, ale osobiście naprawdę uważam, że Włochy, Brexit, wojny handlowe i Fed nie są wielkimi problemami zagrażającymi globalnemu ożywieniu. Po prostu potrzeba kilku pozytywnych informacji i wrócimy na tory pozytywnego myślenia. Opieram się na przeczuciu i analizie sentymentu, gdyż fundamenty zostały odrzucone w kąt i obsiadają kurzem.

Dziś w kalendarzu uwagę przyciągać będą dane z Wielkiej Brytanii, nawet jeśli stanowią tylko tło dla debaty o przyszłości Brexitu. Z danymi o produkcji wiąże się ryzyko słabszego odczytu pod wpływem doniesień o gorszej postawie sektora motoryzacyjnego we wrześniu. Nie powinno to jednak zagrozić dynamice PKB za III kw., która ma wzrosnąć do 0,6 proc. k/k z 0,4 proc. w II kw. Dobre dane będą sugerować wyjątkową odporność gospodarki pomimo niepewności związanej z Brexitem. Ale rynek funta zawsze obawia się brytyjskiej prasy weekendowej i trudno będzie przekonać do utrzymania długich pozycji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Elektromobilność w Europie. Polska nadal daleko w tyle

W III kwartale 2018 roku w Polsce zarejestrowano tylko 286 samochodów elektrycznych (zasilanych akumulatorem i hybrydy plug-in), co oznacza spadek o 12% r/r. Tym samym znaleźliśmy się w gronie 4 państw Unii Europejskiej, które zanotowały w tym segmencie zmniejszenie liczby rejestracji rok do roku – wynika z danych Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Pojazdów ACEA. Eksperci Exact Systems zwracają uwagę, że nasz kraj wyróżnia się na tle Europy ponadrynkową dynamiką sprzedaży hybryd (Polska +51%, UE +37%) oraz przywiązaniem do silników diesla.        

Jacek Opala Exact Systems
Jacek Opala, dyrektor rozwoju sprzedaży w Exact Systems S.A.

– Spadek dynamiki sprzedaży aut z napędem elektrycznym został skompensowany dużym wzrostem wśród hybryd, który w III kwartale przekroczył 50% r/r. Z jednej strony jest to pozytywna wiadomość, z drugiej pokazuje, jak bardzo jest potrzebne wdrożenie programu, który skutecznie zachęci Polaków do inwestycji w auta elektryczne. Bariery w rozwoju elektromobilności na obecną chwilę są dwie – zbyt wysoka cena za nowe elektroauto oraz słabo rozwinięta infrastruktura do ładowania. Polacy zwracają uwagę na koszty eksploatacji i komfort podróży – stąd rosnące zainteresowanie hybrydami oraz niesłabnąca popularność diesli. Chociaż to alternatywne napędy są przyszłością, to jednak warto zauważyć, że producenci motoryzacyjni ulepszają silniki wysokoprężne tak, aby te spełniały coraz bardziej rygorystyczne normy unijne. Jak pokazuje niedawny raport ACEA, diesle najnowszej generacji, które w ciągu ostatniego roku uzyskały homologację Euro 6d-TEMP, osiągnęły podczas testów emisji wyniki znacznie poniżej progu NOx i emitują średnio o 85% mniej NOx niż auta Euro 5 – mówi Jacek Opala, członek zarządu Exact Systems.

Polska hybrydowa, a nie elektromobilna?

W III kwartale br. zarejestrowano w Polsce 286 aut z napędem elektrycznym, z czego 132 to pojazdy w pełni elektryczne, a 154 hybrydy plug in – podaje ACEA. Uwagę zwraca fakt, iż w obu segmentach odnotowano spadki r/r, odpowiednio -4,3% oraz -18,1%. W tym okresie na polskie drogi wyjechało łącznie 7 554 aut z alternatywnym napędem (+18,2% r/r). Polacy nadal najchętniej wykładają pieniądze na klasyczne hybrydy, których kupili o ponad połowę więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku (5 508 sztuk vs. 3 646 w IIIQ 2017 r.) Taki wolumen sprzedaży daje nam 6. miejsce wśród państw UE, za plecami Hiszpanii i Włoch, a przed m.in. Holandią, Finlandią, Belgią czy Szwecją.

Polska bastionem diesla

Z danych ACEA za III kwartał wynika, że w Polsce zwiększyła się liczba rejestracji aut z napędem benzynowym o 27,1% r/r oraz diesla o 4,3% r/r. Nasz kraj znalazł się wśród tylko 4 państw UE, w których sprzedaż diesla wzrosła (tak jak w Danii, Rumunii i Bułgarii). W pozostałych krajach Europy widać wyraźną tendencję odchodzenia od napędów na olej napędowy, których dynamika rejestracji spadła w UE o 18,2% r/r.

Niemcy liderem elektromobilności w Europie

Dotychczas niekwestionowaną królową europejskiej elektromobilności (państwa UE+EFTA) była Norwegia. W III kwartale nastąpiła zmiana lidera pod względem liczby zarejestrowanych aut elektrycznych – na czele klasyfikacji są Niemcy (16 265 sztuk), przed Norwegią (16 249 sztuk) i Wielką Brytanią (15 491 sztuk). W tym okresie ponad 5 tysięcy sztuk znalazło nabywców także we Francji, Szwecji i Holandii. Biorąc pod uwagę sprzedaż aut elektrycznych od stycznia do końca września br., liderem wciąż pozostaje Norwegia (52 038 sztuk).

Estonia goni Europę

W III kwartale 2018 r. Polska wraz ze Słowacją, Belgią i Austrią znalazła się w grupie 4 państw UE, w których sprzedaż pojazdów o napędzie elektrycznym była mniejsza niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Pomimo tego, łączna liczba zarejestrowanych aut elektrycznych (akumulatorowe + plug in) plasuje Polskę na 2. lokacie wśród państw CEE, jedynie za Węgrami. Pozostałe kraje naszego regionu aktywnie uczestniczą w elektromobilnej rewolucji, i w przeciwieństwie do nas, mogą pochwalić się dużą dynamiką wzrostu. Europejskim liderem w poprzednim kwartale była Estonia, która odnotowała wzrost rejestracji elektroaut na poziomie 290,9%. Na drugim miejscu znalazła się Dania z 280% wzrostem r/r. Ponad 100% dynamiką legitymują się również m.in. Bułgaria, Rumunia i Czechy, a Litwa zanotowała blisko 90% skok sprzedaży.

Napędy alternatywne z 5,8% udziałem w rynku

Od początku roku do końca września w naszym kraju zarejestrowano 958 samochodów elektrycznych (zasilanych akumulatorem i hybrydy plug-in), co oznacza wzrost o 37% r/r. Niestety ich łączny udział w rejestracji wszystkich nowych samochodów osobowych w Polsce wynosi zaledwie 0,24%. Dla porównania w Unii Europejskiej ten wskaźnik znajduje się na poziomie 1,8%, czyli jest ponad siedmiokrotnie wyższy. Znacznie lepiej wygląda udział wszystkich napędów alternatywnych w łącznej sprzedaży aut nad Wisłą. W trakcie pierwszych trzech kwartałów 2018 r. w Polsce kupiono łącznie 403 343 samochody osobowe, z czego 282 338 to auta o napędzie benzynowym (udział w rynku 70%), 97 724  to diesle (udział 24%), a 23 253 (wzrost o 14,2% r/r) to pojazdy niskoemisyjne, których udział wynosi 5,8% (przy średniej 7% dla rynków unijnych).

Jakiego pracodawcy szuka specjalista? Duży, rozwojowy i hojny

Zespół Pracuj.pl przebadał grupę ponad 4000 specjalistów, by poznać ich postawy zawodowe. Niedawno sprawdziliśmy, co skłania specjalistów do zmiany pracy lub pozostania w obecnej firmie (więcej w materiale „Zarobki, awanse, szacunek”). Tym razem badacze przyjrzeli się, jakich kluczowych cech poszukują specjaliści u potencjalnych pracodawców.

Dobry czas na zmianę

Rynek pracy daje obecnie specjalistom dobre warunki do zmiany pracodawcy. Jak podaje ostatni raport Rynek Pracy Specjalistów, w III kwartale 2018 roku na Pracuj.pl zamieszczono ponad 148 000 ofert pracy – aż 10,6% więcej, niż przed rokiem. Na najwięcej ofert pracy mogą liczyć handlowcy i sprzedawcy, po nich eksperci od obsługi klienta, specjaliści IT, finansiści i inżynierowie.

Duże zapotrzebowanie firm na ekspertów napędza także mobilność zawodową specjalistów. Jak wykazaliśmy w materiale – „Zarobki, awanse, szacunek” – na zmianę pracy gotowych jest już 6 na 10 respondentów z tej grupy badanych przez Pracuj.pl. Najczęściej do poszukiwań motywują ich: zbyt niska pensja, słabe perspektywy rozwoju i potrzeba bycia docenionym. A jaki powinien być ten nowy pracodawca?

Pracodawca marzeń

Odpowiednie wynagrodzenie (89% wskazań) oraz ciekawy zakres obowiązków (69%) – te czynniki badani specjaliści wskazują najczęściej wśród kluczowych cech dobrego pracodawcy. Co trzeci z badanych zwraca też uwagę na pozycję firmy na rynku.

Badania Pracuj.pl pokazują, że podstawa „piramidy potrzeb” pracowników, zaspokajanych przez pracodawcę, od lat pozostaje niezmienna. Jej fundamentem jest dobra płaca, a zaraz po niej ciekawe zadania i możliwość rozwoju. Pozostałe potrzeby specjalistów są już jednak bardziej zatomizowane i zależne od indywidualnych cech. Dla jednych ekspertów ważniejsza będzie skala i prestiż firmy, dla drugich łatwy dojazd do pracy, a dla innych dopasowane benefity. Nie można jednak lekceważyć tych czynników. To one decydują o wyborze pracy przez specjalistę, jeśli będzie miał do wyboru dwie oferty gwarantujące podobne pensje
— komentuje Sylwia Sosnowska, HR Manager w Grupie Pracuj.

Duży czy mały?

Oprócz wysokich zarobków i ciekawych zadań, specjaliści cenią u pracodawców także skalę działalności. Ponad połowa badanych (55%) chciałaby pracować w dużej ogólnopolskiej firmie lub międzynarodowej korporacji. Tylko co czwarty widzi się w małym przedsiębiorstwie lub start-upie (25%). Jeszcze mniejsza grupa badanych jest gotowa pracować na własny rachunek.

Po zmianie – rozwój

A czego oczekują badani specjaliści od nowego pracodawcy? Według respondentów Pracuj.pl idealna firma powinna gwarantować przede wszystkim możliwości pięcia się po kolejnych szczeblach kariery. Aż 75% badanych oczekiwałoby od wymarzonego pracodawcy gwarancji szkoleń i opcji rozwoju zawodowego, 60% – możliwości awansu. Z punktu widzenia blisko połowy badanych (46%) istotne jest także, by trzymać się ustalonych godzin pracy. Co ciekawe, 4 na 10 specjalistów oczekiwałoby od firmy, by pozwalała im na dużą samodzielność.

Specjalista, którego obraz wyłania się z badań, jest wyraźnie rozdarty między ambicjami, a chęcią zachowania tzw. work-life balance. Rozwój i awanse są dla pracowników ważne, ale dla niemal połowy badanych nie powinny wymuszać realizacji pracy po godzinach
— podsumowuje Sylwia Sosnowska.

Wyniki finansowe Grupy BIK za III kw. 2018 r.

O 6% do 13,9 mln zł wzrosły w pierwszych trzech kwartałach przychody Grupy BIK w ujęciu r./r. Jednocześnie wynik netto poprawił się ponad dwukrotnie do 5,9 mln zł. To efekt ukończenia i  oddania do użytkowania dwóch nowych obiektów oraz zysku na wycenie nieruchomości inwestycyjnych.

Deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych i handlowych w pierwszych trzech kwartałach 2018 r. osiągnął 13,9 mln zł skonsolidowanych przychodów, co oznacza wzrost o blisko 6% w ujęciu r./r. Grupa zanotowała 11,6 mln zł zysku z działalności operacyjnej, względem 3 mln zł zysku rok wcześniej. Wypracowała jednocześnie 5,9 mln zł zysku netto, co oznacza ponad dwukrotny wzrost względem analogicznego okresu poprzedniego roku (było 2,5 mln zł na plusie).

Przez pierwsze dziewięć miesięcy tego roku Grupa BIK zwiększyła jednocześnie wartość kapitałów własnych o 6,6% do 100,5 mln zł. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wyniosła 205,1 mln zł, czyli o 6,4% więcej niż na koniec ubiegłego roku. Grupa cały czas bardzo dużą wagę przywiązuje do bezpiecznego finansowania nowych projektów.

Mirosław Koszany, Prezes Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.
Mirosław Koszany

„Na tegoroczny wzrost przychodów główny wpływ miało zakończenie i oddanie do użytkowania dwóch nowych inwestycji, po jednej w segmencie magazynowym i handlowym. Pierwsza dotyczyła budowy hali o powierzchni 11,5 tys. m2 w Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu. Drugą przekazaną inwestycją była Galeria nad Potokiem w Radomiu oferująca łącznie 5,2 tys. m2 powierzchni najmu. Na poprawę wyniku netto pozytywny wpływ miał osiągnięty zysk na wycenie nieruchomości inwestycyjnych, który częściowo został skonsumowany przez ujemne różnice kursowe” – powiedział Mirosław Koszany, Prezes Zarządu Biura Inwestycji Kapitałowych S.A.

Grupa BIK zarządza aktualnie trzema parkami logistycznymi: Centrum Logistycznym Kraków I, Centrum Logistycznym Kraków II oraz Śląskim Centrum Logistycznym w Sosnowcu o łącznej powierzchni najmu wynoszącej 67,8 tys. m2. W ramach dywersyfikacji działalności zajmuje się także budową i wynajmem nowoczesnych powierzchni handlowych w segmencie parków handlowych (retail parków). Obecnie w portfelu spółki jest Retail Park Karpacka w Bielsku – Białej o powierzchni najmu prawie 7,0 tys. m2 oraz Galeria Nad Potokiem w Radomiu oferująca 5,2 tys. m2 powierzchni użytkowej.

Wyniki finansowe Agora w III kw. 2018 r.

Świetne wyniki działalności kinowej oraz wyższe wpływy ze sprzedaży usług reklamowych w internecie i obszarze reklamy zewnętrznej zapewniły Grupie Agora wzrost przychodów w 3. kw. 2018 r. Grupa poprawiła też swoje wyniki operacyjne i realizuje kolejne projekty rozwojowe, obejmujące m.in. poszerzenie obecności w perspektywicznym sektorze usług B2B i rozpoczęcie nowej działalności na rynku gastronomicznym.

Całkowite przychody Grupy Agora w 3. kw. 2018 r. wyniosły 258,8 mln zł i zwiększyły się o 2,9% w porównaniu z ub.r. Zdecydowały o tym przede wszystkim wyższe wpływy z działalności kinowej oraz ze sprzedaży usług reklamowych.

W ślad za wzrostem frekwencji kinowej w Polsce sieć kin Helios odnotowała wyższe o 15,5% przychody ze sprzedaży biletów w kwocie 55,0 mln zł1 oraz wyższe o 12,8% wpływy ze sprzedaży barowej w wysokości 21,1 mln zł. W omawianym okresie – w ujęciu Boxoffice – w kinach Heliosa zakupiono ponad 3,0 mln biletów, czyli o blisko 18.0% więcej niż w 2017 r.2 Przychody ze sprzedaży usług reklamowych Grupy zwiększyły się o 2,3% i stanowiły 122,3 mln zł. To głównie efekt ich dynamicznego wzrostu w segmentach Internet – za sprawą wyższych wpływów spółki Yieldbird, oferującej sprzedaż reklam w modelu programatycznym, oraz Reklama Zewnętrzna – z uwagi na systematyczny rozwój oferty nośników Citylight Premium oraz kampanii realizowanych w środkach komunikacji miejskiej. Przychody reklamowe w segmentach Prasa, Radio oraz Film i Książka zmniejszyły się, m.in. pod wpływem trendów rynkowych.

Pozostałe kategorie przychodów Grupy Agora były niższe niż w 3. kw. 2017 r. Najbardziej spadły wpływy ze sprzedaży wydawnictw, zwłaszcza tych w formie drukowanej w segmencie Prasa, co wiązało się z utrzymującą się niekorzystną sytuacją rynkową i uszczupleniem portfela tytułów prasowych Grupy. Niższe przychody ze sprzedaży usług poligraficznych wynikały z mniejszego wolumenu zamówień, w szczególności w technologii coldset, zaś niższe przychody z pozostałej sprzedaży – ze spadku wpływów z tego tytułu w segmencie Internet oraz z działalności kinowej i filmowej Grupy.

Koszty operacyjne netto Grupy Agora w 3. kw. 2018 r. nieznacznie się zwiększyły (o 0,9%) do 262,9 mln zł. Ich wzrost nastąpił w segmentach: Film i Książka, Reklama Zewnętrzna oraz Internet i był związany z działaniami rozwojowymi. Koszty operacyjne były natomiast niższe w segmentach: Druk, Prasa oraz Radio.

Największą pozycję kosztową stanowiły koszty usług obcych, które wzrosły o 6,1% do 102,4 mln zł. Wpłynęły na to przede wszystkim wyższe koszty segmentów: Film i Książka, odnotowane w związku z bardzo wysoką frekwencją kinową w 3. kw. 2018 r., Internet – głównie w związku z rozwojem spółki Yieldbird oraz Reklama Zewnętrzna – ze względu na większą liczbę zrealizowanych kampanii i rozwój oferty w obszarze cyfrowym. W porównaniu z ub.r. zwiększyły się koszty zużycia materiałów i energii oraz wartości sprzedanych towarów i materiałów, przede wszystkim w związku z wyższymi cenami papieru.

Niższe były natomiast wydatki na amortyzację, wynikające głównie z odpisów wartości aktywów trwałych dokonanych w 4. kw. 2017 r.3, a także koszty reprezentacji i reklamy Grupy, przede wszystkim z uwagi na ich spadek w segmentach Film i Książka, Internet oraz Reklama Zewnętrzna. Zmniejszyły się także koszty wynagrodzeń i świadczeń na rzecz pracowników, istotnie ograniczone w segmencie Prasa oraz w Internecie, Druku i Radiu.

Dzięki zwiększeniu przychodów w 3. kw. 2018 r. Grupa Agora poprawiła swoje wyniki operacyjne. EBITDA wzrosła o 9,7% do 17,0 mln zł, a strata na poziomie EBIT zmniejszyła się do 4,1 mln zł. Strata netto stanowiła 2,8 mln zł, a strata netto przypadająca na akcjonariuszy jednostki dominującej 3,7 mln zł.

Zgodnie z założeniami strategii biznesowej na lata 2018-2022 Grupa Agora realizuje kolejne projekty rozwojowe. We wrześniu br. Agora nabyła udział mniejszościowy w spółce ROI Hunter, wzmacniając w ten sposób swoją obecność w sektorze usług B2B, a jej odnosząca światowe sukcesy spółka Yieldbird kończy prace nad nowym produktem skierowanym do średnich i większych klientów. Sieć kin Helios planuje następne otwarcia multipleksów, także tych z ofertą premium w postaci sal Helios Dream – jak w kinie w warszawskim Blue City. Natomiast Foodio Concepts, spółka zależna Heliosa jest u progu rozpoczęcia działalności na rynku gastronomicznym – pierwsze lokale pod marką Papa Diego zostaną wkrótce otwarte w Gdańsku i w Katowicach, a zespół Foodio Concepts finalizuje negocjacje w sprawie kolejnych lokalizacji.

Źródło danych: skonsolidowane sprawozdanie finansowe wg MSSF, 3. kw. 2018 r.

Przypisy:

1 W 3. kw. 2018 r. w kinach sieci Helios zakupiono ponad 2,8 mln biletów, czyli o ponad 9,0% więcej niż ub.r. Dane dotyczące sprzedaży biletów w kinach sieci Helios są danymi księgowymi, raportowanymi zgodnie z pełnymi okresami kalendarzowymi.

2 Sprzedaż biletów w kinach sieci Helios w analogicznym okresie, jak ten raportowany przez Boxoffice, siegnęła 3,0 mln, a dynamika tej sprzedaży wyniosła blisko 18,0%. Dane te są szacunkami grupy Helios sporządzanymi w oparciu o dane Boxoffice.pl na podstawie danych przekazywanych od dystrybutorów kopii filmowych. Sprzedaż biletów do kin raportowana jest w okresach, które nie są tożsame z kalendarzowym miesiącem, kwartałem czy rokiem. Liczba sprzedanych biletów w danym okresie mierzona jest począwszy od pierwszego piątku danego miesiąca, kwartału czy roku do pierwszego czwartku przypadającego w następnym miesiącu, kwartale czy roku raportowym.

3 Dotyczy odpisów wartości aktywów trwałych dokonanych w 4. kw. 2017 r. w segmentach Druk oraz Film i Książka.

Wyniki finansowe Grupy Eurocash za III kw. 2018 r.

  • Przychody Grupy Eurocash za dziewięć miesięcy 2018 r. przekroczyły 17 mld zł i były o niemal 9% wyższe niż w analogicznym okresie 2017 r.
  • W segmencie hurtowym Grupa notuje dalszą poprawę wyników: sprzedaż tego segmentu w okresie pierwszych trzech kwartałów br. wzrosła o ponad 6% r/r do 13,4 mld zł, a EBITDA (wynik operacyjny powiększony o amortyzację) sięgnęła 291 mln zł, co oznacza wzrost o 22% r/r.
  • Sprzedaż segmentu detalicznego w ciągu dziewięciu miesięcy 2018 r. przekroczyła 3 mld zł i była o 18% wyższa niż przed rokiem. EBITDA tego segmentu wyniosła 63 mln zł wobec 106 mln zł rok wcześniej. Wpływ na niższą rentowność detalu mają koszty związane z integracją przejętych sieci supermarketów EKO i Mila.
  • Rozwijany przez Grupę Eurocash projekt dostaw produktów świeżych, który jest kluczowy dla wzmocnienia pozycji konkurencyjnej niezależnych sklepów detalicznych, przyniósł w okresie od stycznia do września br. 452 mln zł przychodów i w trzecim kwartale osiągnął próg rentowności – znacznie szybciej od pierwotnych oczekiwań.
  • EBITDA znormalizowana (po wyłączeniu kosztów o charakterze jednorazowym) dla całej Grupy Eurocash po dziewięciu miesiącach 2018 r. wyniosła 265 mln zł, co oznacza wzrost o 2% r/r.
  • Znormalizowany skonsolidowany zysk netto za pierwsze trzy kwartały br. wyniósł 59 mln zł wobec 75 mln zł przed rokiem. Niższy poziom zysku netto związany był głównie ze wzrostem kosztów amortyzacji (przede wszystkim w segmencie detalicznym), a także wzrostem kosztów finansowych i wyższej efektywnej stopy podatkowej. W samym trzecim kwartale br. zysk netto wyniósł 38 mln zł i był o 2% wyższy niż w tym samym okresie 2017 r.
  • Działalność Grupy Eurocash charakteryzuje się silnymi dodatnimi przepływami z działalności operacyjnej, które w okresie dziewięciu miesięcy 2018 r. wyniosły 301 mln zł, a w samym trzecim kwartale 115 mln zł. Pozwoliło to na obniżenie długu netto na koniec września o 77 mln zł w porównaniu z końcem czerwca br. oraz wskaźnika zadłużenia netto do poziomu 1,67x EBITDA (z poziomu 1,9x EBITDA kwartał wcześniej).

Dalszy wzrost i poprawa efektywności w hurcie

– Sklepy małoformatowe, które są głównymi klientami Grupy Eurocash, radzą sobie w tym roku lepiej niż średnio cała branża FMCG. Łączna sprzedaż tzw. małego formatu w ciągu dziewięciu miesięcy 2018 r. wzrosła o 6,3% rok do roku. W podobnym tempie urosła sprzedaż naszego segmentu hurtowego. Co nas bardzo cieszy, wzrost sprzedaży w hurcie idzie w parze z dalszą poprawą efektywności, co przełożyło się na 22-proc. wzrost EBITDA w tym segmencie – wskazał Jacek Owczarek, członek zarządu i dyrektor finansowy Grupy Eurocash.

W trzecim kwartale br. sprzedaż like-for-like w hurtowniach Eurocash Cash & Carry wzrosła o 3,8% r/r, a narastająco za dziewięć miesięcy 2018 r. była wyższa o 2,8% niż rok wcześniej, co jest najlepszym wynikiem tego formatu od pięciu lat.

Na bardzo dobre wyniki sprzedażowe segmentu hurtowego w pierwszych trzech kwartałach tego roku złożył się także 11-proc. wzrost w formacie aktywnej dystrybucji (Eurocash Dystrybucja), w tym ponad 10-proc. wzrost sprzedaży do klientów zrzeszonych w sieciach franczyzowych i partnerskich, takich jak Lewiatan, Euro Sklep, Groszek oraz PSD (Gama).

Ważnym wydarzeniem w trzecim kwartale 2018 r. było ponadto uruchomienie eurocash.pl – największej platformy e-commerce dla handlu niezależnego w Polsce, w którą Grupa Eurocash zainwestowała około 15 mln zł. – Ta innowacyjna i unikalna w skali całej branży platforma B2B to kolejne, przełomowe narzędzie, dzięki któremu niezależni detaliści mogą skutecznie konkurować z dyskontami i innymi sklepami wielkopowierzchniowymi. Od września mogą z niej korzystać klienci Eurocash Dystrybucja, a od przyszłego roku zaczniemy ją udostępniać klientom pozostałych jednostek biznesowych Grupy Eurocash –zapowiedział Jacek Owczarek.

Detal pod wpływem integracji przejętych sieci

W segmencie detalicznym w ciągu dziewięciu miesięcy br. Grupa Eurocash zanotowała wzrost przychodów o ponad 18% rok do roku, do ponad 3 mld zł, głównie dzięki konsolidacji sieci Mila, której przejęcie zostało sfinalizowane w maju. – Mila dołożyła narastająco do raportowanej przez nas sprzedaży 466 mln zł. Uwzględniając natomiast przychody sieci Mila od początku roku, sprzedaż pro forma segmentu detalicznego wyniosłaby ponad 3,6 mld zł, czyli o 41% więcej niż rok wcześniej – wskazał członek zarządu Eurocash.

– Dzięki tej akwizycji, a także wcześniejszemu przejęciu EKO, budowana przez nas sieć supermarketów „proximity”, wliczając własne i franczyzowe sklepy Delikatesy Centrum, liczy już ponad 1.500 placówek. Bieżący i przyszły rok będą pod znakiem integracji przejętych podmiotów. Obok rebrandingu, któremu towarzyszy remodeling i renowacja placówek, integrujemy m.in. logistykę, administrację, działalność operacyjną, politykę cenową czy asortymentową. Koszty integracji w naturalny sposób obciążają bieżącą rentowność segmentu detalicznego, ale są niezbędne, by docelowo osiągnąć efektywność w całej sieci podobną do tej, jaką osiągają sklepy Delikatesy Centrum – dodał Jacek Owczarek.

Projekt ‘Fresh’ już rentowny

Ujemny wpływ na bieżącą rentowność Grupy Eurocash ma ponadto segment Projekty, który obejmuje inwestycje w rozwój innowacyjnych formatów detalicznych, takich jak Duży Ben (sklepy z alkoholem), abc na kołach (mobilne sklepy spożywcze) oraz Kontigo (sklepy kosmetyczne), a także rozwój dystrybucji wysokiej jakości produktów świeżych. Negatywny wpływ tego segmentu na wynik EBITDA w okresie pierwszych trzech kwartałów bieżącego roku był przy tym o 7 mln zł (17%) niższy niż w analogicznym okresie ubiegłego roku.

– Rozwijany przez nas projekt dostaw artykuł świeżych znacząco wzmacnia pozycję konkurencyjną niezależnych sklepów detalicznych. Projekt ten przyniósł w okresie od stycznia do września br. 452 mln zł przychodów i w trzecim kwartale osiągnął próg rentowności – znacznie szybciej od naszych pierwotnych oczekiwań – podkreślił Jacek Owczarek.

Zyskowna sprzedaż PayUp

Ważnym wydarzeniem w trzecim kwartale br. było ponadto zawarcie przez Grupę Eurocash przedwstępnej umowy sprzedaży 100% akcji spółki PayUp Polska, zarządzającej siecią terminali płatniczych zainstalowanych w sklepach detalicznych na terenie całego kraju. Sfinalizowanie transakcji będzie mieć istotny pozytywny wpływ na wyniki finansowe Grupy. Cena sprzedaży 100% akcji PayUp Polska została ustalona na 110 mln zł, przy czym ostateczna cena może zostać skorygowana, w zależności od osiągnięcia przez PayUp uzgodnionych parametrów finansowych. W 2017 r. jednostkowe przychody PayUp Polska (bez uwzględniania MSSF 15) wyniosły ponad 440 mln zł, a EBITDA sięgnęła 5,8 mln zł.

– PayUp pozyskuje silnego strategicznego partnera – Polskie ePłatności, który zapewni dalszy rozwój tej spółki. Grupa Eurocash skoncentruje się natomiast na podstawowej działalności i rozwoju nowych projektów wspierających konkurencyjnosć niezależnego handlu w Polsce – podsumował dyrektor finansowy Grupy Eurocash.

Mitsubishi TRITON L200 model 2019

Nowy TRITON/L200 to najnowsze wcielenie modelu, który obchodzi w tym roku 40. urodziny. Nowy TRITON/L200 ma zostać wprowadzony kolejno na rynki państw ASEAN, Oceanii, Bliskiego Wschodu, Europy, Afryki i Ameryki Południowej, a docelowo trafi do sprzedaży w około 150 krajach na całym świecie. Pojazd ma status strategicznego modelu globalnego.

MMC planuje sprzedać w tym roku finansowym około 180 000 sztuk Mitsubishi L200 – nowego i obecnego modelu. TRITON/L200 to globalny model o niezwykłym znaczeniu w strategii firmy i jest – w zestawieniu za ostatni rok fiskalny – drugim z najlepiej sprzedawanych samochodów MMC, po średniej wielkości SUV-ie Outlanderze.

Osamu Masuko
Osamu Masuko

Z okazji światowej premiery, dyrektor generalny Mitsubishi Motors, Osamu Masuko powiedział – „Nowy TRITON/L200 jest jednym z naszych najważniejszych globalnych modeli strategicznych, a jego sukces ma kluczowe znaczenie dla wzmocnienia tempa zrównoważonego rozwoju firmy. Nowa generacja oferuje kolejne usprawnienia w zakresie wytrzymałości, niezawodności i komfortu, opracowywane konsekwentnie w ciągu 40 lat od wprowadzenia tej serii na rynek.”

„Jestem całkowicie pewien, że nowy TRITON/L200 spełni różnorodne potrzeby i życzenia naszych klientów na całym świecie.”

Opis modelu

Mitsubishi L200 2019 (13)Nowy TRITON/L200 został opracowany zgodnie z dewizą „Engineered Beyond Tough”, która nakreśliła kierunek projektu. Nowy model jest znacznie bardziej konkurencyjny, dzięki bardziej wyrazistej stylistyce z najnowszą koncepcją przedniej partii samochodu i motywem „Dynamic Shield” oraz udoskonalonemu systemowi napędu na cztery koła, zapewniającemu lepszą sprawność w terenie, a także najnowszym systemom aktywnego bezpieczeństwa i wspomagania kierowcy. Nowy model oferuje znaczące ulepszenia, wpływające na trwałość i niezawodność, istotne dla użytkowników korzystających zawodowo z samochodów oraz w dziedzinie komfortu i jakości jazdy, na które kładą nacisk użytkownicy prywatni.

1.“Engineered Beyond Tough” – twarda dewiza, twarda konstrukcja

Mitsubishi L200 2019 (8)Nowe Mitsubishi TRITON/L200 zostało zaprojektowane według koncepcji „Rock Solid – twardy jak skała”, która zarówno w środku, jak i na zewnątrz, oznacza wytrzymałość uzyskaną dzięki inżynierskim umiejętnościom i wiedzy, zgodnie z dewizą „Engineered Beyond Tough”.

Widok z przodu

Mitsubishi L200 2019 (9)Przednią partię samochodu zaprojektowano zgodnie z najnowszą wersją koncepcji „Dynamic Shield” (dynamicznej tarczy). Wysoko biegnąca linia maski silnika i solidniejsze już na pierwszy rzut oka, umieszczone wyżej reflektory, nadają nowemu modelowi oglądanemu z przodu mocniejszej i bardziej imponującej postury.

Widok z boku i z tyłu

Mitsubishi L200 2019 (10)Wyrzeźbione na nowo krzywizny nadwozia z kontrastowymi ostrymi liniami, wydłużonymi nadkolami i jaskrawymi akcentami uosabiają siłę i solidność twardej terenówki Mitsubishi Motors, ale również dodają jej nowoczesności. Oświetlenie i elementy zderzaków stają się częścią wytrzymałej konstrukcji, łącząc też wizualnie formę tyłu i przodu pojazdu oraz poszerzając go optycznie.

Wnętrze

Zmodernizowane wnętrze TRITONA/L200 stawia na nowoczesność i solidność, do czego przyczynia się wspólna ramka zespołu przełączników i wylotów powietrza. Miękkie powierzchnie oraz przeszycia na konsoli między fotelami, na podłokietnikach i w rejonie hamulca postojowego dodają wnętrzu luksusowego charakteru.

2. System 4WD zapewnia wyższą sprawność w terenie.

Nowy TRITON/L200 w wersjach z napędem 4WD jest wyposażony w system SuperSelect 4WD, który zapewnia idealną przyczepność i właściwości jezdne na dowolnej nawierzchni lub system EasySelect 4WD, który ułatwia przełączanie trybów jazdy na optymalny w danych warunkach drogowych. Dzięki wprowadzeniu nowych trybów jazdy, oba systemy 4WD zapewniają lepszą sprawność w terenie.

Nowy tryb jazdy terenowej Off-road

Mitsubishi L200 2019 (11)Zarówno system SuperSelect, jak i EasySelect 4WD korzystają z nowego trybu Offroad Z ustawieniaMI GRAVEL (szuter), MUD/SNOW (błoto/śnieg), SAND (piasek) i ROCK (kamienie) (tylko w trybie napędu 4LLc). Po włączeniu trybu Off-road, spójnej kontroli podlega moc, przekładnia i hamulce, aby można było sterować stopniem poślizgu kół, a tym samym maksymalizować skuteczność jazdy w terenie i zdolność do wydostawania się z błota lub śniegu.

Kontrola zjazdu ze stromego wzniesienia

Jeep Driving Over Rocks in Namibia, AfricaPrędkość pojazdu jest sterowana elektronicznie, aby umożliwić kierowcy bezpieczniejsze i precyzyjniejsze pokonywanie stromych lub śliskich zjazdów.

3. Aktywne systemy bezpieczeństwa i wspomagania kierowcy

Nowy TRITON/L200 nadal budowany jest na bardzo wytrzymałej i niezawodnej ramie z zamocowaną na niej kabiną o wysokiej wytrzymałości zderzeniowej, a jednocześnie oferuje wiodące w swojej klasie zaawansowane systemy aktywnego bezpieczeństwa i wspomagania kierowcy.

Systemy zapewniające bezpieczeństwo i komfortową świadomość tego bezpieczeństwa to:

  • o System łagodzenia kolizji czołowych (FCM), który umożliwia wykrycie pojazdów i pieszych znajdujących się przed samochodem;
  • o System ostrzegania o pojazdach w martwym polu lusterek bocznych (BSW + LCA), który pomaga w unikaniu bocznych kolizji z innymi pojazdami podczas zmian pasa ruchu poprzez wykrywanie pojazdów znajdujących się bezpośrednio za samochodem lub w jego sąsiedztwie i ostrzega kierowcę dźwiękiem oraz miganiem diody w lusterku zewnętrznym;
  • o Tylny sygnalizator ruchu poprzecznego (RCTA), który w ten sam sposób pomaga uniknąć kolizji podczas cofania;
  • o Ultradźwiękowy system łagodzenia skutków omyłkowego wciśnięcia pedału przyspieszenia (UMS), który zmniejsza skutki kolizji wynikających z niewłaściwego użycia pedału przyspieszenia podczas ruszania lub cofania na parkingach, czy w innych ograniczonych przestrzeniach.

Przydatne wsparcie kierowcy zapewnia też system monitorowania otoczenia samochodu, generujący widok z lotu ptaka obszaru wokół pojazdu, a także sygnały z czujników parkowania.

4. Osiągi i funkcjonalność pickupa

Nowe Mitsubishi TRITON/L200 otrzymało wiele szczegółowych usprawnień, zgodnie z dewizą „Engineered Beyond Tough” przyświecającą pracom konstrukcyjnym, co zaowocowało trwałością i niezawodnością – cechami poszukiwanymi wśród klientów instytucjonalnych oraz komfortem i jakością jazdy cenionymi przez klientów prywatnych. Skuteczność i wyczucie hamowania są lepsze dzięki zastosowaniu większych przednich tarcz i większych tłoczków w zaciskach hamulcowych. Jakość jazdy uległa podwyższeniu dzięki zastosowaniu większych tylnych amortyzatorów, dzięki większej ilości oleju tłumiącego wstrząsy. Zastosowanie 6-biegowej przekładni automatycznej, zamiast 5-biegowej, używanej dotychczas, umożliwiło płynniejsze i intensywniejsze przyspieszenie oraz podniosło jakość pracy przekładni.

Pozew o zniesławienie i znieważenie, naruszenie dóbr osobistych – bolączka dzisiejszych czasów

Eksperci przewidują wzrost liczby skazań za zniesławienia i znieważenia (art. 212 i 216 Kodeksu karnego). Wskazują na to też dane z resortu sprawiedliwości. W ub. roku sądy rejonowe wydały łącznie 729 takich wyroków. A w I połowie br. było ich już 387. Najczęściej zasądzano grzywny. Było ich odpowiednio 586 i 313. W większości z nich warunkowo umorzono postępowanie, tj. 414 w 2017 roku i 218 w ciągu sześciu pierwszych miesięcy tego roku. Zdecydowanie mniej jest kar ograniczenia wolności – 130 orzeczeń w 2017 roku i 68 od stycznia do czerwca 2018 roku. Zwykle wiążą się one z obowiązkiem wykonania prac społecznych.

Według danych Ministerstwa Sprawiedliwości w ubiegłym roku sądy rejonowe wydały 388 wyroków skazujących za zniesławienia (art. 212 kk) i 341 za znieważenia (art. 216 kk), czyli za przestępstwa ścigane z oskarżenia prywatnego. W I półroczu tego roku odpowiednio 204 i 183. Rafał Biernacki, warszawski adwokat specjalizujący się w sprawach karnych, zauważa, że tegoroczne wartości to nieco więcej niż połowa z roku ubiegłego. Zwraca też uwagę na to, że statystyki dotyczą najprawdopodobniej postępowań wszczętych w latach 2015-2016. Zatem informacje dotyczą stricte skazań, a nie rozpoczętych spraw, których na wokandach będzie coraz więcej.

Jacek Dubois, Kancelaria Adwokacko-Radcowska Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak
Jacek Dubois, Kancelaria Adwokacko-Radcowska Pociej, Dubois, Kosińska-Kozak

– Zniesławienia zwykle wiążą się z konfliktami gospodarczymi i politycznymi, a generalnie z brutalizacją życia publicznego. Dlatego powodów do wytaczania takich spraw jest coraz więcej. Z drugiej strony władza staje się coraz bardziej dyktatorska i ingeruje w wolności obywatelskie. A to wywołuje obawy o wiarygodność sądów i może ograniczyć wzrost liczby pozwów – tłumaczy adwokat Jacek Dubois.

W przypadku par. 1 art. 212 kk i par. 1 art. 216 kk widać trend wzrostowy. W I półroczu 2018 roku za zniesławienie skazano 152 osoby, a w całym 2017 – 261. Za znieważenie wydano odpowiednio 172 wyroki w stosunku do wcześniejszych 319. Według specjalistów, jeśli to tempo się utrzyma, w tym roku zwiększy się liczba tego typu wyroków. Prognozę potwierdzają również dane historyczne ministerstwa. W 2014 roku skazano z obu artykułów 682 osoby, a po stopniowym wzroście w 2017 roku już 729. Natomiast w I połowie tego roku odnotowano aż 387 wyroków skazujących.

– Obywatele zaczęli poważnie podchodzić do takich incydentów. Rośnie świadomość tego, że są to czyny karalne i można skorzystać z instrumentów prawnych, aby dochodzić swoich racji i oczyścić dobre imię. W mojej ocenie, liczba prywatnych aktów oskarżenia i wyroków skazujących będzie się zwiększać. Można to przewidywać, tym bardziej że coraz więcej takich zdarzeń ma miejsce w środkach komunikacji masowej, przede wszystkim w serwisach społecznościowych – uważa mecenas Biernacki.

Z kolei adwokat Jacek Dubois podkreśla, że zniesławienia dotyczą przede wszystkim mediów, artkułów prasowych i wypowiedzi publicznych. Zwykle chodzi o często bezpodstawne zarzuty bez uciekania się do inwektyw, mające kogoś zdyskredytować i narazić na utratę zaufania. W przypadku znieważeń mamy do czynienia z obrażaniem werbalnym z użyciem słów obelżywych. Te zjawiska najczęściej dotyczą osób prywatnych. Z punktu widzenia statystyk wzrostów czy spadków na oba artykuły trzeba patrzeć odmiennie.

– Różnice są diametralne, ale często zniesławienie idzie w parze ze znieważeniem, łączy pomówienia z wulgarnym lżeniem. Jednak poza politykami, dziennikarzami i celebrytami, pokaźna część wyroków dotyczy spraw o zniesławienie osób prywatnych, a także osób prowadzących działalność gospodarczą i spółek. Wbrew pozorom art. 212 kk w dużej mierze dotyczy także zwykłych obywateli. I dlatego m.in. z tego powodu zwiększy się liczba spraw właśnie w tym obszarze – tłumaczy karnista Rafał Biernacki.

Mecenas Dubois podkreśla, że w przypadku zniesławienia można działać dwutorowo, tj. skierować sprawę do sądu cywilnego o ochronę dóbr osobistych i jednocześnie wystąpić do sądu karnego o postępowanie z tego tytułu. Do niedawna poszkodowani zwykle korzystali z pierwszej możliwości, licząc m.in. na zadośćuczynienie finansowe. Ale coraz częściej sięgają także po drugą możliwość. Sądy karne działają szybciej, a ich wyroki skazujące mogą uniemożliwić np. pełnienie funkcji publicznych. To działa odstraszająco. Są więc powody, by liczba spraw, a w konsekwencji i skazań rosła.

Z danych resortu sprawiedliwości wynika, że najczęściej orzekane są grzywny. W 2017 roku wydano 318 takich wyroków na podstawie art. 212 i 268 w przypadku art. 216. Zdecydowanie mniej było kar ograniczenia wolności (58 i 72). W pierwszej połowie 2018 roku tych pierwszych kar było odpowiednio 162 i 151, a ograniczenie wolności dotknęło 38 skazanych za zniesławienie i 30 za znieważenie.

– Ogromna przewaga kar finansowych wynika stąd, że są to sprawy, które nie przynoszą szkód fizycznych. To przede wszystkim słowa i publikacje w Internecie. Zaskakuje mnie niska liczba kar ograniczeń wolności. Sam często uzyskuję takie wyroki, a zmuszają one skazanych do świadczenia nieodpłatnych prac społecznych i przemyślenia własnego postępowania. Taka kara trwa dłużej oraz może być bardziej dotkliwa niż jednorazowa grzywna – uważa adwokat Rafał Biernacki.

Rzadko dochodzi do pozbawienia wolności oskarżonych. W 2017 roku w obu przypadkach (art. 212 i 216) wydano 10 takich wyroków, tylko raz bez warunkowego zawieszenia. Natomiast w I połowie tego roku było ich 6 – wszystkie w zawieszeniu. Prof. Piotr Kruszyński z Uniwersytetu Warszawskiego jest zdecydowanie przeciwny tego rodzaju sankcjom w przypadku zniesławienia. Sądy najczęściej jednak decydują się na grzywny, przy czym w większości są one warunkowo umarzane (łącznie 414 w 2017 roku i 218 w I półroczu br.).

– W takiej sytuacji nie ma wątpliwości co do popełnienia przestępstwa przez oskarżonego. Sprawca ma możliwość porozumieć się z pokrzywdzonym. Warunkowe umorzenie zawsze orzekane jest na okres próby trwający od roku do 3 lat. W jej trakcie sąd może nałożyć na sprawcę liczne obowiązki, w tym zobowiązać go do naprawienia szkody, przeproszenia pokrzywdzonego. Jeśli ten w tym czasie popełni przestępstwo umyślne za które został skazany, sąd podejmie postępowanie warunkowo umorzone. Z kolei, gdy w okresie próby rażąco naruszy porządek prawny, sąd także może podjąć postępowanie – podsumowuje adwokat Rafał Biernacki.

Sytuacja na rynku pracy wymaga aktywizacji osób niepełnosprawnych

W Polsce od ponad 20 lat aktywność zawodowa jest na tym samym poziomie. Jeśli chodzi o osoby niepełnosprawne – jest to jeden z najniższych wskaźników w Europie – wynosi ok. 20 proc. Liczba osób wpieranych w systemie SOD (System Obsługi Dofinansowań) jest też raczej stała. Zmiana ustawy o emeryturach spowodowała, że pracownicy, którzy odeszliby na emeryturę w ciągu trzech latach, robią to w trakcie jednego roku. Miało to wpływ także na rynek pracy osób niepełnosprawnych. Tutaj także nastąpiła duża redukcja, ponieważ najwięcej z nich znajduje się w najstarszej grupie wieku przedemerytalnego. Spowodowało to odpływ wielu zatrudnionych, a powstałe deficyty potęgują zainteresowanie zatrudniania tych osób.

– Powstaje pytanie, czy gdyby aktywizować zawodowo osoby niepełnosprawne, mogłyby one stanowić rezerwę w przypadku kryzysu na rynku pracy – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Dzik, wiceprezydent Pracodawców RP – Wymaga to długoterminowej, konsekwentnej polityki w tym zakresie. Dotychczas prowadzone działania – w tym także ustawa o rehabilitacji osób niepełnosprawnych – od pewnego czasu weszły w dość zaskakującą fazę. Spotykamy się z coraz większą liczba decyzji i postępowań, które idą w kierunku podważenia zasadności pobranej dotacji i żądania jej zwrotu. Skala tego problemu wyraźnie rośnie – uruchamianych jest coraz więcej nowych spraw w tym obszarze. Nacisk na ich prowadzenie potwierdził nawet prezes Polskiego Funduszu Rozwoju podczas tegorocznego Forum Ekonomicznego w Krynicy. W ten sposób powstaje kolejna luka prawna, budująca niepewność opartą na konsekwencjach ekonomicznych – wycofaniu dofinansowania, kiedy pracodawca de facto poniósł wszystkie koszty, ale musiał nie ze swojej winy dokonać korekt w deklaracji w późniejszym czasie – wskazał Dzik.

Rząd pracuje nad gruntowną reformą systemu zamówień publicznych. Mają być bardziej konkurencyjne, innowacyjne oraz przyjazne dla małych i średnich firm

Rząd pracuje nad gruntowną reformą systemu zamówień publicznych. Mają być bardziej konkurencyjne, innowacyjne oraz przyjazne dla małych i średnich firm 1

Resort przedsiębiorczości kończy prace nad projektem nowej ustawy Prawo zamówień publicznych. Następnie trafi do konsultacji społecznych, a w życie wejdzie w drugiej połowie 2019 roku. Zmiany są konieczne, bo obecny system jest nieefektywny – przekonuje ministerstwo. Nowa ustawa ma m.in. zwiększyć konkurencyjność postępowań, tak aby startowało w nich więcej podmiotów, oraz promować małe i średnie przedsiębiorstwa. Poprawione PZP ma być dla nich impulsem do rozwoju i narzędziem do kształtowania krajowej gospodarki.

Chcemy zbudować nowy typ relacji pomiędzy podmiotami zamawiającymi a tymi, które przystępują do procesu zamówień publicznych. Naszym celem jest przede wszystkim zrównanie w prawach i obowiązkach tych dwóch stron. Dzisiaj przedsiębiorcy wskazują, że równowaga między nimi jest mocno zachwiana. Mówiąc krótko, zamawiający może wszystko, a dostawca usług czy towarów jest bardzo ograniczony i nadmiernie penalizowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jadwiga Emilewicz, minister przedsiębiorczości i technologii.

Zgodnie z zapowiedziami szefowej MPiT, nowe Prawo zamówień publicznych miałoby zacząć obowiązywać w II połowie 2019 roku. Obowiązująca ustawa od 2004 roku była nowelizowana już ponad 40 razy. Dlatego potrzebny jest całkiem nowy, spójny system zamówień publicznych. Na razie gotowa jest koncepcja nowego Prawa zamówień publicznych autorstwa MPiT oraz Urzędu Zamówień Publicznych. W oparciu o nią resort kończy przygotowania projektu ustawy, który zostanie niedługo skierowany do konsultacji i uzgodnień międzyresortowych.

Nowe Prawo zamówień publicznych ma przede wszystkim zwiększyć konkurencyjność przetargów, tak aby startowało w nich więcej podmiotów oraz promować małe i średnie przedsiębiorstwa, które stanowią ponad 90 proc. polskiego rynku. Dobrze skonstruowane PZP ma być dla nich ważnym źródłem dochodów i impulsem dla rozwoju.

W tej chwili małe i średnie przedsiębiorstwa pozyskują zaledwie 45 proc. zamówień o wartości powyżej progów unijnych (i to występując w roli zarówno bezpośrednich wykonawców lub konsorcjantów, jak i podwykonawców). Oznacza to, że udział MŚP w zamówieniach publicznych jest znacznie niższy niż ich znaczenie gospodarcze i potencjał rynkowy. Co więcej, aż 80 proc. start-upów nigdy nie wzięło udziału w postępowaniu o zamówienie publiczne, a 59 proc. w ogóle nie planuje startowania w przetargach. Aby zmienić tę sytuację, rozważane jest m.in. wskazanie, że w postępowaniach poniżej progów unijnych warunki stawiane wykonawcom będą dostosowane do potencjału małych i średnich przedsiębiorstw.

Otwarcie rynku zamówień publicznych dla małych i średnich firm to bardzo ważny wątek. Dzisiaj stoimy przed faktami, które jasno pokazują, że konkurencyjność postępowań jest w Polsce bardzo niska. W ubiegłym roku było 2,48 podmiotów na postępowanie, co oznacza, że niespełna 3 podmioty ubiegały się o dostarczanie towarów czy usług dla administracji publicznej. Dlaczego to takie ważne? Dlatego że w ubiegłym roku aż 8 proc. polskiego PKB zostało wypracowane właśnie w systemie Prawa zamówień publicznych – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Minister zaznacza, że zamówienia publiczne mają duże przełożenie na polską gospodarkę. W 2017 roku wartość zamówień udzielanych w systemie PZP wyniosła ok. 163,2 mld zł (234,6 mld zł z uwzględnieniem zamówień bez postępowania), co stanowiło 8,2 proc. polskiego PKB (w roku 2016 było to 107 mld zł i 5,8 proc. PKB). Zamówienia publiczne wywierają bezpośredni i – w odróżnieniu od innych wydatków z budżetu państwa – natychmiastowy wpływ na gospodarkę. Jednak w obecnym systemie problem stanowi m.in. zbyt mała liczba ofert składanych w postępowaniach. W ubiegłym roku liczba zamawiających wyniosła blisko 33,7 tys., przy czym największą grupę stanowiły instytucje samorządowe (łącznie ok. 52 proc.). Aż w 86 proc. zamówień skorzystano z trybu przetargu nieograniczonego (ten odsetek utrzymuje się na zbliżonym poziomie od kilku lat). Prawie połowę (43 proc.) stanowiły postępowania, w których złożono tylko jedną ofertę.

Kolejny ważny wątek to rozbudzenie apetytu na innowacje po stronie administracji. Innowacyjne towary i usługi także mogą być zamawiane w procesie zamówień publicznych. Chcielibyśmy stworzyć takie instrumentarium prawne, które sprawi, że administracja nie będzie bać się takich trudnych zamówień. Chcemy dać gwarancję bezpieczeństwa tym podmiotom, które zechcą zamawiać innowacyjne produkty, że nic złego ich nie spotka, oraz zapewnić im instrumenty niezbędne do tego, żeby przeprowadzić takie innowacyjne postępowanie – podkreśla Jadwiga Emilewicz.

Jedną z bolączek obecnego systemu – którą ma zlikwidować nowa ustawa PZP – są również skomplikowane i kosztowne procedury, niejasne orzecznictwo (w 2017 roku do KIO wniesiono 2,7 tys. odwołań) oraz niekorzystne postanowienia umowne (kary umowne, warunki wykonania zamówienia, wadium i gwarancje należytego wykonania umowy), które powodują brak równości stron i obciążanie wykonawcy jednostronnie ryzykiem kontraktowym.

Chcielibyśmy wreszcie zautomatyzować i unowocześnić same procedury. W tym obszarze już wydarzyła się pewna zmiana – od 18 października obowiązuje elektronizacja zamówień poniżej progów unijnych. Służy temu m.in. miniPortal zakupowy – rozwiązanie wypracowane we współpracy Urzędu Zamówień Publicznych, MPiT, Ministerstwa Cyfryzacji oraz Centralnego Ośrodka Informatyki. Dzięki niemu zamówienia od tzw. progu unijnego wzwyż są dzisiaj realizowane za pośrednictwem tego darmowego rozwiązania, które jest bardzo intuicyjne i funkcjonalne. Pozwala ono zarówno zamawiającym, jak i przystępującym do postępowania skrócić czas, a administracji zbierać informacje o tym, jak tak naprawdę wygląda przebieg zamówień – mówi minister przedsiębiorczości i technologii.

Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych w ramach NFZ. Rynek prywatnych gabinetów do 2020 roku będzie wart 12,5 mld zł

Tylko co trzeci Polak korzysta z usług stomatologicznych w ramach NFZ. Rynek prywatnych gabinetów do 2020 roku będzie wart 12,5 mld zł 2

Większość Polaków wybiera usługi prywatnych gabinetów stomatologicznych. Rynek, który do 2020 roku ma być wart już przeszło 12,5 mld zł, jest w trakcie silnej konsolidacji. Dołączając do większej sieci, prywatne gabinety stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do innowacji i wiedzy, nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje. Korzyści odnoszą też sami pacjenci, którzy mają gwarancję wysokiej jakości usług niezależnie od miejsca ich świadczenia. Na ten segment rynku stawia także lider rynku – Grupa LUX MED.

Ze względu na krótszy czas oczekiwania i lepszą jakość usług Polacy zdecydowanie częściej korzystają z usług prywatnych gabinetów stomatologicznych. Jak wynika z badań CBOS, w pierwszym półroczu tego roku 53 proc. Polaków przynajmniej raz odwiedziło dentystę lub protetyka, a zdecydowana większość (82 proc.) wybrała usługi prywatnej kliniki stomatologicznej. Na korzystanie z usług stomatologicznych refundowanych w ramach NFZ decyduje się zaledwie co trzeci Polak (36 proc.). To w dużej mierze wina niedofinansowania – wydatki na stomatologię stanowią około 2,5 proc. całego budżetu NFZ, co oznacza, że na statystycznego Polaka przypada niecałe 50 zł. Prywatne gabinety zapewniają kompleksową opiekę, stać je także na droższe inwestycje i wdrażanie innowacyjnych metod leczenia.

Z danych PMR wynika, że rynek stomatologiczny w Polsce rozwija się w tempie ok. 7 proc. rocznie, a do 2020 roku ma być wart już 12,5 mld zł. Od kilku lat zauważalnym trendem jest silna konsolidacja tego rynku, podobnie jak w całej Europie. Mniejsze podmioty dołączają do większych sieci, aby móc odpowiadać na oczekiwania pacjentów dotyczące komfortu i jakości świadczonych usług.

 Na całym świecie zauważalny jest trend łączenia się mniejszych podmiotów stomatologicznych w duże sieci. LUX MED na tym polu ma doskonałe doświadczenia. Jesteśmy częścią grupy Bupa, która jest jednym z największych dostawców m.in. usług stomatologicznych na świecie. Posiadamy rozbudowaną sieć w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i widzimy, że w Polsce ten trend również postępuje. Jako Grupa LUX MED jesteśmy gotowi do budowania wspólnie dużej sieci stomatologicznej. W dużej grupie możemy osiągnąć dużo więcej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Rulkiewicz, prezes Grupy LUX MED.

Konsolidacja rynku stomatologicznego to trend ogólnoeuropejski. W krajach takich jak Hiszpania czy Wielka Brytania rynek jest już skonsolidowany w kilkudziesięciu procentach. W Polsce podobny proces przeszły chociażby salony optyczne, sieci siłowni czy handel detaliczny. Jego efektem jest wzrost jakości i dostępności usług. Z drugiej strony, dołączając do większej sieci, prywatne gabinety stają się częścią silnego brandu o ugruntowanej pozycji, zyskują dostęp do innowacji i know-how i nie muszą się martwić o aspekty związane z zarządzaniem, marketingiem czy pozyskiwaniem funduszy na inwestycje.

– Zajmujemy się kwestiami administracyjno-organizacyjno-promocyjnymi, które bardzo mocno pochłaniają właścicieli prywatnych gabinetów stomatologicznych. Tę część LUX MED bierze na siebie w całości. Dodatkowo, jesteśmy obecni na całym świecie, w związku z czym mamy dostęp do najnowszych technologii, rozwiązań medycznych i wiedzy naukowej. Mamy możliwość szkolenia naszych lekarzy nie tylko w kraju, lecz także za granicą. Dajemy też elastyczność współpracy. Wielu naszych lekarzy pracuje jednocześnie we własnych gabinetach – jedno drugiemu nie szkodzi – wymienia korzyści dla gabinetów Daniel Petryczkiewicz, szef projektu rozwoju Stomatologii LUX MED.

Jak podkreśla, Stomatologia LUX MED jest zarządzana przez stomatologów praktyków, co daje zdrowy balans pomiędzy merytoryczną a biznesowo-medyczną stroną działalności. W ten sposób lekarze nie muszą się też obawiać o to, że stając się częścią sieci, tracą niezależność na gruncie naukowym czy medycznym.

Bardzo nam zależy, żeby przystępowali do nas najlepsi lekarze w Polsce, budowali najlepsze możliwe usługi pod szyldem LUX MED. Już dzisiaj jesteśmy największą siecią stomatologiczną w Polsce, liczącą 150 gabinetów. Ta liczba zmienia się z dnia na dzień, ponieważ dynamika jest bardzo duża. Nie ukrywam, że stomatologia należy dzisiaj do głównych punktów naszej strategii – mówi Anna Rulkiewicz.

Konsolidacja i usieciowienie usług stomatologicznych to korzyści nie tylko dla placówek czy lekarzy, lecz także dla samych pacjentów. Daje gwarancję jakości świadczonego serwisu niezależnie od miejsca świadczenia – co w praktyce oznacza, że pacjent może korzystać z opieki stomatologicznej na tym samym poziomie w placówkach na terenie całego kraju.

Prof. E. Mączyńska: Dodatkowy dzień wolny od pracy nie musi być problemem dla gospodarki. Przedsiębiorcom nie podoba się tryb wprowadzania takich zmian

Prof. E. Mączyńska: Dodatkowy dzień wolny od pracy nie musi być problemem dla gospodarki. Przedsiębiorcom nie podoba się tryb wprowadzania takich zmian 3

Ustanowienie 12 listopada dniem wolnym od pracy w większości firm i instytucji spotkało się z krytyką części ekonomistów, którzy wyliczyli, ile polska gospodarka poniesie w związku z tym strat. Według szacunków autorów ustawy koszt dodatkowego dnia wolnego wyniesie 0,2 PKB, czyli niespełna 4 mld zł. Zdaniem prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego taka decyzja może jednak mieć i pozytywne skutki ekonomiczne. Problemem jest natomiast fakt, że przedsiębiorcy nie mieli czasu na przygotowanie się do takiej zmiany.

– Rachunek jest bardzo trudny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Elżbieta Mączyńska, prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego. – Co prawda w mediach przewinęły się różne informacje na temat tego, jakiego rzędu to są straty dla przedsiębiorców i na pewno niektórzy przedsiębiorcy będą mieli zmniejszoną produkcję. Jednak równocześnie trzeba zakładać, że ten wolny dzień zostanie przez ludzi wykorzystany także na różnego rodzaju działania, których by nie podjęli, gdyby dnia wolnego nie było, np. pójście do kawiarni czy do kina. 

W środę 7 listopada Sejm przyjął ustawę o święcie narodowym z okazji 100. rocznicy odzyskania niepodległości wraz z poprawkami wprowadzonymi przez Senat. Tego samego dnia podpisał ją prezydent Andrzej Duda. Oznacza to, że 12 listopada będzie dniem wolnym od pracy. Pracować będą publiczne szpitale, ambulatoria i apteki.

– Moim zdaniem wolny dzień nie jest problemem dla gospodarki, od tego gospodarka się nie zawali, a nawet niektóre działy gospodarki mogą zyskać –ocenia prof. Elżbieta Mączyńska. – Poza tym pracownik wypoczęty jest bardziej wydajny. Szczęśliwa rodzina też sprzyja wydajności i zadowoleniu pracownika, więc trzeba się z tym liczyć. Cywilizowani producenci biorą to pod uwagę. Niektórzy najbogatsi przedsiębiorcy w USA przymusowo nakazują wzięcie płatnego dnia wolnego swoim pracownikom po to, żeby pobudzić ich kreatywność, pod warunkiem że po tym dniu wolnym przyniosą jakieś nowe idee. Okazuje się, że to się sprawdza.

12 listopada obowiązywać będą ograniczenia w handlu takie same, jak w niedziele niehandlowe. Zakupy będzie więc można zrobić tylko na stacjach benzynowych, w aptekach, kwiaciarniach, sklepach obsługiwanych przez właściciela i jego rodzinę czy lokalach gastronomicznych. Według szacunków autorów ustawy koszt dodatkowego dnia wolnego wyniesie 0,2 PKB, czyli niespełna 4 mld zł. Przedstawiciele biznesu podkreślają, że może być to o 2 mld zł więcej.

Przedstawiciele handlu wielkopowierzchniowego zrzeszonego w Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji apelowali na dwa dni przez uchwaleniem ustawy, by pozostawili zgodnie z pierwotnym projektem możliwość otwierania sklepów 12 listopada, tłumacząc, że wprowadzanie dnia wolnego w tak krótkim czasie uniemożliwi firmom dostosowanie się do nowych regulacji, zmianę harmonogramu dostaw i logistyki, zwłaszcza w wypadku produktów świeżych.

Jednak Sejm, który 23 października zgodził się na prowadzenie sprzedaży w tym dniu, dwa tygodnie później zaakceptował jego zakaz. Jak zwracają uwagę prawnicy, pracodawcy powinni mieć ponadto siedem dni roboczych na poinformowanie pracowników o zmianie grafików, co w tej sytuacji jest niemożliwe do przeprowadzenia.

 Skracanie czasu pracy wcale nie musi się przekładać na pogorszenie wyników gospodarczych. Szwedzkie doświadczenia są tutaj pozytywne, natomiast problem dotyczy sposobu wdrażania tej decyzji – mówi ekonomistka, prezes PTE. – Niestety z naszych badań w SGH wynika, że przedsiębiorcy narzekają przede wszystkim na niestabilność prawa, czyli na zaskakiwanie ich różnego rodzaju regulacjami prawnymi. To jest właśnie klasyczny przykład takiego zaskakiwania. Z tego też wynikają dodatkowe koszty, bo jeżeli były zaplanowane konferencje, zjazdy, spotkania, to trzeba je odwołać, niektóre nakłady już zostały poniesione, one w dużym stopniu przepadną.

Co czwarty pacjent z zawałem serca umiera przed dotarciem do szpitala. Ból w klatce piersiowej zbyt często jest lekceważony

Co czwarty pacjent z zawałem serca umiera przed dotarciem do szpitala. Ból w klatce piersiowej zbyt często jest lekceważony 4

Co roku ponad 100 tys. Polaków przechodzi zawał serca. Co czwarty umiera zanim trafia do szpitala. Choć większość prawidłowo rozpoznaje objawy, to zwleka z wezwaniem pomocy. U połowy osób z zawałem serca od pierwszych objawów do udzielenia profesjonalnej pomocy mija 260 minut. By nie doszło do zgonu lub poważnych powikłań, czas ten nie powinien przekraczać 90 minut. Dlatego kampania społeczna „Zawał serca – czas to życie” ma uświadamiać, jak postępować przy zawale oraz jak ważne jest szybkie wezwanie pomocy.

– Choroby układu krążenia należą do głównych przyczyn śmierci i dlatego działania w tym obszarze są tak ważne. W Polsce, co roku około 100 tys. osób ma zawał serca, a 20 proc. z nich w ogóle nie trafia do szpitala. Dodatkowo 75 proc. osób wie, że bóle w klatce piersiowej mogą być objawem zawału serca, a jednocześnie 75 proc. w takiej chwili zwleka  z podjęciem  działań – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Reinier Schlatmann, prezes Philips w krajach Europy Środkowo-Wschodniej.

Z danych GUS wynika, że z przyczyn kardiologicznych rocznie umiera ok. 175 tys. osób. Nawet 80 tys. osób trafia do szpitala z zawałem serca. U ok. 30 tys. Polaków zawał kończy się śmiercią, bo zbyt długo zwlekają z wezwaniem pomocy. Lekarze oceniają, że od momentu rozpoznania zawału serca do chwili udzielenia pomocy nie powinno upłynąć więcej niż 60–90 minut. U połowy pacjentów jest to ponad 260 minut.

– W Polsce potrafimy już w tej chwili dobrze leczyć zawał serca, udrażniając naczynia wieńcowe. Notujemy ogromny progres pod względem zarówno liczby miejsc, w których potrafimy to zrobić, jak i lekarzy, natomiast w redukcji śmiertelności dużą rolę odgrywa tzw. czas przedszpitalny. To oczywiście transport przez pogotowie, ale również decyzja o podniesieniu słuchawki i zadzwonieniu po karetkę – tłumaczy prof. Piotr Przybyłowski, dyrektor ds. medycznych w Śląskim Centrum Chorób Serca.

Co ciekawe, większość chorych prawidłowo rozpoznaje objawy zawału. Z badania „Zawał serca – Opinie Polaków” przeprowadzonego przez SW Research wynika, że blisko 74 proc. wie, że ból za mostkiem, pieczenie w klatce piersiowej i duszności mogą oznaczać zawał lub inne problemy z sercem, ale tylko co piąty (22,2 proc.) zadzwoniłby wówczas po pogotowie. Większość zwleka z wezwaniem pomocy i czeka, aż ból przejdzie samoczynnie. Często oceniamy, że jest on wynikiem stresu.

– Ludzie kojarzą ból serca, natomiast trywializują go, odsuwają tę świadomość, że to może ich dotyczyć. Tu mamy największe pole do działania, żeby uświadomić, że ten ból może być groźny – przekonuje prof. Piotr Przybyłowski.

Tymczasem im szybciej wezwana pomoc, tym większa szansa na uniknięcie śmierci i pozawałowych powikłań. Nieodwracalne zmiany powstają w przeciągu kilku pierwszych minut, a z upływem czasu postępują. Z powodu niedokrwienia obumiera serce, a martwica powiększa się wraz z czasem. Im krócej trwa zamknięcie naczyń krwionośnych, tym mniejszy obszar martwicy i mniejsze konsekwencje dla pacjenta

– Poprzez podniesienie świadomości Polaków można znacząco zredukować liczbę zgonów przedszpitalnych. Jeśli chodzi o liczbę tych najgorszych scenariuszy, czyli zgonów u Polaków w wieku produkcyjnym, jesteśmy zupełnie w tyle Europy. Mamy 3–4 razy wyższą umieralność niż kraje starej Unii Europejskiej – podkreśla Tomasz Zdrojewski, przewodniczący Komitetu Zdrowia Publicznego w Polskiej Akademii Nauk.

Pomóc to zmienić ma kampania „Zawał serca – czas to życie”, która uświadamia, jak postępować przy zawale serca. Honorowy patronat nad kampanią objęła Agata Kornhauser-Duda, małżonka Prezydenta, członkiem Komitetu Honorowego jest minister zdrowia prof. Łukasz Szumowski.

To właśnie niewiedza, unikanie lekarzy i niezdrowy tryb życia są największym zagrożeniem dla zdrowia Polaków. Prestiżowe czasopismo medyczne „The Lancet”, które opublikowało prognozy średniej długości życia na świecie do roku 2040, ocenia, że Polacy w 2040 roku będą żyli mniej więcej o pięć lat dłużej niż w 2016 roku – 82,65 lat vs. 77,89 w 2016 roku.

– To jest bardzo dużo, więc jest o co walczyć. Przyszłoroczny budżet i struktura nakładów na zdrowie Polaków będą naprawdę bardzo ważnym elementem wydłużania naszego życia, a 5 lat to jest naprawdę bardzo dużo – przekonuje Tomasz Zdrojewski.

– W walce z chorobami serca ważne jest partnerstwo, praca ramię w ramię z uczelniami i sektorem publicznym. Pamiętajmy też o stowarzyszeniach pacjentów, które są kluczowym ogniwem w tej współpracy. Choroby krążenia i kardiologia stanowią główny obszar naszego zainteresowania i wiemy, jak bardzo ważne jest podejście do tych chorób z szerszej perspektywy. Mam na myśli zdrowy tryb życia, profilaktykę oraz świadomość społeczną. Poza tym choremu po zawale należy zapewnić odpowiednią opiekę i dalszą obserwacje, bo jest duże ryzyko powtórnego zawału. Tylko dzięki szerokiej współpracy nasze działania mogą coś zmienić – podkreśla Reinier Schlatmann.

Coraz więcej marek modowych stawia na fair trade. Niewielu Polaków ma jego świadomość

Coraz więcej marek modowych stawia na fair trade. Niewielu Polaków ma jego świadomość 5

Większość konsumentów zetknęła się już z pojęciem fair trade, czyli sprawiedliwego handlu, w przypadku produktów spożywczych, zwłaszcza pochodzących z surowców z krajów Trzeciego Świata. Tymczasem trend ten dotyczy także świata mody. Konsumenci przyzwyczajeni do tanich, ale szybko niszczących się produktów i natychmiastowych dostaw z powrotem zaczynają doceniać jakość i trwałość, nawet jeśli oznacza to wyższą cenę. Wciąż jednak świadomość w tym zakresie jest niższa niż np. w Niemczech. Za to marki modowe coraz częściej stawiają na fair trade i slow fashion.

– Fair trade, tzn. sprawiedliwy handel, uczciwy handel, to nie powinna być nisza, produkt premium, który jest sprzedawany bardzo wąskiej grupie klientów. Z ideą fair trade powinno być tak samo jak zasadą fair play w sporcie – gracz, który nie gra fair, po prostu wypada z gry. Nieważne, czy jest Ronaldo, czy jest trzecioligowym graczem, wszyscy gramy według zasad, które sobie ustaliliśmy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Drozd, e-commerce manager w KOKOworld, marce łączącej modę z projektami społecznymi, działającymi w oparciu o sprawiedliwy handel.

Jak podkreśla, w biznesie zasady fair trade to wciąż nie jest norma, szczególnie w branży modowej.

– W tej branży nagminne stało się łamanie podstawowych zasad, na które się wszyscy w zachodnim świecie umówiliśmy, a które sprowadzają się do tego, że nie krzywdzimy swoich pracowników, nie niszczymy środowiska w procesie produkcji i oddajemy dobry produkt za uczciwą cenę – mówi Tomasz Drozd. –To też nie znaczy, że to jest uczciwa cena tylko dla klienta, czyli najniższa. To znaczy, że to jest taka cena, która pozwala producentowi zapłacić na wszystkich etapach produkcji wszystkim osobom, które są w nią zaangażowane.

Tak jak istnieje slow food, tak działa też slow fashion, którego zasady sprowadzają się do kupowania mniejszej liczby ubrań i dodatków, za to trwalszych i lepszej jakości. Polega to również na takim doborze garderoby, by jej elementy można było łączyć ze sobą na wiele sposobów, zamiast kupować kreację na jedną okazję. Chodzi o świadome zaprojektowanie zawartości szafy, tak by 70 proc. stanowiły w niej produkty bazowe, w których chodzi się często i dobrze w nich czuje, do których można dobrać dodatki w zależności od okazji. Tak też stroje te są projektowane, by były możliwie uniwersalne. W efekcie cała filozofia sprowadza się nie tyle do wydawania większej ilości pieniędzy, lecz do kupowania za nie mniejszej liczby lepszych jakościowo ubrań, które starczą na dłużej i które w razie uszkodzenia warto naprawić zamiast wyrzucać.

– Jako człowiek, który się zajmował e-commerce i marketingiem w sieci, po wejściu firmy fair trade’owej, jaką jest KOKOworld, to naturalne dla mnie było to, że teraz wprowadzamy darmową wysyłkę, darmowe zwroty, wszystko musi być na teraz, najlepiej tego samego dnia – opowiada Tomasz Drozd. – I ja w tej firmie dostałem komunikat: my tak nie działamy, nasze klientki wiedzą, że trzeba czekać na nasze produkty, nie musi to być na jutro i w ogóle nie musi to być darmowa wysyła, bo one wiedzą, że to się wiąże z kosztami logistycznymi, że każda dostawa i zwrot, potem kolejna dostawa, pozostawiają ślad węglowy, niszczą środowisko. To nie jest tylko koszt pojedynczej wysyłki.

Jak podkreśla, w przypadku firmy KOKOworld taka postawa, również w marketingu i komunikacji, przełożyła się na wysoką lojalność klientów, którzy są w stanie zaczekać na produkt, bo także jego powstawanie trwa dłużej niż w wypadku globalnych, masowych marek i którzy są w stanie zapłacić za niego więcej, doceniając jego jakość i trwałość.

– W Polsce jest mało marek, które mówią o sobie, że są fair trade’owe, natomiast ja chce mówić o nas, jako o marce modowej, która przestrzega zasad – przekonuje e-commerce manager w KOKOworld. – Wierzę, że jest dużo małych firm odzieżowych w Polsce, które szyją zgodnie z tymi zasadami, nikt nie cierpi po drodze, bardzo szanują jakość swoich produktów, dobierają materiały, robią uczciwy biznes, który rośnie organicznie. Nie trzeba go dopalać inwestycjami, nie trzeba szyć w Chinach, bo da się na tym zarabiać. Z jednej strony świadomość fair trade jest bardzo niska w porównaniu np. do Niemiec, klienci są dużo mniej świadomi, a z drugiej strony jest w Polsce sporo zdrowych biznesów.

Rozmowy wideo z konsultantami w czasie rzeczywistym to przyszłość e-handlu. Interaktywne call center może zwiększyć liczbę przyjmowanych zamówień

Rozmowy wideo z konsultantami w czasie rzeczywistym to przyszłość e-handlu. Interaktywne call center może zwiększyć liczbę przyjmowanych zamówień 6

Połączenie wideo klientów z prawdziwym konsultantem może znacząco poprawić wyniki sprzedażowe firm działających w sektorze e-commerce. Dzięki rozwiązaniu zaprojektowanemu przez polski start-up podczas połączenia będzie można nie tylko dopytać o produkt czy wyjaśnić wątpliwości, lecz także uzyskać pomoc w wypełnieniu dokumentów poprzez współdzielenie ekranu. Polski rynek handlu elektronicznego wyceniany jest na 40 mld zł.

– Duża liczba odebranych połączeń wideo spowodowała, że zaczęliśmy szukać innego wykorzystania tego kanału komunikacji. Korzystając z wideo, z dowolnej przestrzeni internetowej, np. z kampanii na Facebooku, możesz się połączyć z żywym konsultantem, który przeprowadzi cię przez jakiś proces, reklamacyjny, wypełnianie jakichś dokumentów na stronie czy sprzedaż urządzeń – wyjaśnia Przemek Kuśmierek, prezes zarządu Grupy Migam znanej głównie z rozwiązań ułatwiających komunikację z klientami niesłyszącymi.

Wideo staje się coraz bardziej popularnym kanałem wykorzystywanym do komunikacji między przedsiębiorstwem a jego klientami. Według specjalistów z Mitel Networks Corporation klienci w najbliższym czasie będą oczekiwać od firm przede wszystkim błyskawicznej dwukierunkowej komunikacji i natychmiastowej spersonalizowanej reakcji na zadawanie pytania. Głównym kanałem komunikacji mają się stać media społecznościowe.

Proponowany przez start-up system wideo call center ma umożliwić prostą i interaktywną komunikację w czasie rzeczywistym z klientami mającym urządzenie z dostępem do internetu wyposażone w kamerę. Może to być smartfon, tablet, komputer czy telewizor. Zainteresowany informacją klient wybiera formę kontaktu, po czym uruchamia się osadzone na stronie okienko obsługi klienta. Funkcjonalność rozwiązania nie ogranicza się jednak wyłącznie do wideorozmowy. Klient może z konsultantem np. współdzielić ekran, dzięki czemu uzyska pomoc chociażby przy wypełnianiu dokumentów.

Zdaniem twórców, taki kanał komunikacji ma znacznie poprawić wyniki firm działających w branży e-commerce, głównie poprzez podniesienie współczynnika konwersji. Niesfinalizowane zamówienia są obecnie jednym z głównych problemów tego sektora.

– To jest rozwiązanie, które odpowiada na problem bardzo niskiej konwersji z reklam. Ściągamy gdzieś ruch, człowiek wchodzi na naszą stronę, napełnia koszyk, lecz prawda jest taka, że 8 na 10 klientów pozostawia ten koszyk. My wtedy wchodzimy w interakcję z takim kupującym i on się czuje trochę tak, jak byśmy siedzieli biurko w biurko i ta konwersja może być o 80 proc. podniesiona – przekonuje Przemek Kuśnierek.

Obsługa klienta z użyciem kanału wideo jest rozwiązaniem, które dobrze sprawdza się już m.in. w sektorze bankowym. Z takiej formy kontaktu korzysta na przykład BZ WBK i mBank. Konsultant podczas rozmowy z klientem może się posługiwać takimi narzędziami, jak prezentacja, wyświetlenie dokumentu na ekranie klienta czy co-browsing, czyli wspólna edycja takiego dokumentu. Doświadczenie w obsłudze klienta z użyciem wideo call center ma też Grupa Migam, która we współpracy z Altarem opracowała system obsługi klientów niesłyszących.

Z raportu sporządzonego przez magazyn Interaktywnie.com wynika, że polski rynek e-commerce jest wyceniany obecnie na kwotę 40 mld zł. Dla porównania światowy rynek tej branży w 2017 roku był wyceniany według IPC na kwotę 2,3 bln dol. W 2017 roku 54 proc. polskich internautów kupowało online. Według twórców raportu w handlu przeżywamy obecnie erę konsumenta, w której dla zbudowania sukcesu niezbędny jest kontakt z klientem na zasadzie jeden do jednego.

Inteligentne technologie pomogą rzucić palenie. Opaski wykryją ruch ręki palacza, a aplikacje mobilne zadbają o korzyści finansowe

Inteligentne technologie pomogą rzucić palenie. Opaski wykryją ruch ręki palacza, a aplikacje mobilne zadbają o korzyści finansowe 7

W poszukiwaniu idealnej metody na skuteczne rzucenie palenia naukowcy sięgnęli po zdobycze technologii mobilnych. Specjalne aplikacje ułatwią zapanowanie nad nałogiem, a cyfrowe papierosy sparowane z telefonem będą dozować ilość wchłanianej nikotyny i uniemożliwią dzieciom palenie. Naukowcy pracują także nad wprowadzeniem opasek, które wykrywałyby, kiedy sięgamy po papierosy. Do walki z nałogiem włączył się nawet największy koncern tytoniowy. Polski start-up opracował aplikację mobilna, która nie tylko pomoże w walce z nałogiem, lecz także pozwoli odłożyć zaoszczędzone pieniądze.

– 63 proc. naszych badanych twierdzi, że nie tylko zdrowie jest dla nich ważne przy podjęciu decyzji o rzuceniu palenia, lecz także kwestie finansowe. Zdają sobie sprawę z tego, że wydają bardzo dużo na palenie papierosów i właściwie przepalają te pieniądze. Doszliśmy do wniosku, że jeśli w skali roku mogą zaoszczędzić 4,5 tys. zł, to są to na tyle duże kwoty, że za te pieniądze będą mogli zakupić jakąś nagrodę – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alicja Stalmach, współzałożycielka start-upu Aimly.

Obecnie pracuje się nad wieloma rozwiązaniami technologicznymi i naukowymi, które mają pomóc rzucić lub ograniczyć palenie. Naukowcy z Uniwersytetu Case Western Reserve zaprojektowali aplikację mobilną, która do walki z nałogiem wykorzystuje urządzenia wearables. Specjalne opaski mają monitorować, czy użytkownicy nie wykonują ruchów charakterystycznych dla palenia papierosów. Testy wykazały, że system rozpoznawania ruchów może pochwalić się 98-proc. skutecznością. Po wykryciu, że użytkownik sięgnął po papierosa, na telefon wysyłany będzie 20–120-sekundowy film przypominający o korzyściach zdrowotnych i finansowych płynących z rzucenia palenia.

Firma Juul z kolei planuje wprowadzić na rynek inteligentne papierosy elektroniczne, które paruje się z urządzeniem mobilnym. Użytkownicy będą mogli śledzić zużycie płynu z nikotyną za pośrednictwem aplikacji oraz predefiniować użytkowników urządzenia. Po aktywowaniu profilu prewencyjnego z Juula skorzysta wyłącznie jego właściciel. Rolę tokena autoryzacyjnego pełni tu telefon użytkownika. Oznacza to, że rodzic będzie mógł zostawić e-papierosa w domu bez obawy o to, że sięgną po niego jego dzieci. Juul ma odzwyczaić palaczy od papierosów, a jednocześnie na bieżąco monitorować ilość wdychanej nikotyny.

Walkę z paleniem za pomocą nowych technologii prowadzi także polski start-up Aimly.

– Aimly to aplikacja mobilna, która pomaga w walce z paleniem papierosów, jednocześnie pomagając oszczędzać. Docelowo chcemy, żeby pomagała w walce z różnymi złymi nawykami. Obecnie użytkownik postanawia, że chce rzucić palenie, rejestruje się w naszej aplikacji, określa swój nawyk i na tej podstawie my wyliczamy, ile może zaoszczędzić w danym okresie – mówi Alicja Stalmach.

Aplikacja ma być osobistym motywatorem każdego palacza. Od czasu do czasu zapyta użytkownika, czy udało mu się zrezygnować z palenia, jeśli zaznaczy tak – predefiniowana kwota zostanie automatycznie przelana na wskazane konto. Na tej podstawie aplikacja skalkuluje, jak często dany użytkownik sięga po papierosa. A następnie wyliczy spersonalizowany plan rzucania palenia, aby dostosować częstotliwość powiadomień do danego użytkownika. Aimly ma zachęcać do rzucania palenia poprzez motywację finansową.

– Zachęcamy użytkownika, żeby zaoszczędzone na papierosach pieniądze były odkładane na konto oszczędnościowe. Docelowo chcemy, żeby mógł dzięki aplikacji dokonywać automatycznych przelewów na produkt bankowy – tłumaczy Alicja Stalmach.

Problem uzależnienia od tytoniu dostrzegli także przedstawiciele koncernu tytoniowego Phillip Morris, którzy zapowiedzieli, że w ramach walki z nałogiem będą promować korzystanie z e-papierosów w miejsce tych standardowych. W październiku firma zaprezentowała trzecią generację podgrzewaczy do tytoniu IQOS, które zamiast spalać, podgrzewają susz tytoniowy. Pozwala to zredukować wydzielanie substancji smolistych o ok. 90. proc.

Własną aplikację mobilizującą do rzucenia palenia wypuściły także władze Nowego Jorku. W ramach NYC HelpMeQuit użytkownicy zyskują dostęp do grupy wsparcia, porad na temat produktów ułatwiających rzucenie nałogu czy kalkulatora pomagającego oszacować, ile zaoszczędzimy na zrezygnowaniu z nałogu. Podobne cele przyświecają twórcom Aimly.

– Motywujemy poprzez oszczędzanie, ale chcemy też motywować, komunikując tym osobom, że warto udostępniać porady, publikacje na temat tego, dlaczego warto rzucić palenie. Edukować ich, jak działa proces nabywania nawyków i proces pozbywania się ich, bo nie jest on łatwy i tkwi bardzo głęboko w naszych głowach – podsumowuje ekspertka.

Według Grand View Research rynek e-papierosów oraz inhalatorów nikotynowych do 2025 roku będzie się rozwijał w tempie 23,8 proc., kiedy osiągnie wartość ponad 47 mld dol.

Druk przestrzenny – przyszłość druku?

Rośnie znaczenie technologii druku 3D, a jej rozwój będzie miał bardzo duże znaczenie dla europejskiej gospodarki. Eksperci IDC prognozują, że do 2020 roku w Europie wydatki na rozwiązania z tego obszaru będą rosły rocznie o 15,5%. Ten trend ma duże znaczenie dla producentów urządzeń drukujących, którzy coraz mocnej rozwijają autorskie rozwiązanie z zakresu druku przestrzennego. Druk 3D zagościł już na stałe w przemyśle i laboratoriach, a białe pudełko ustawione w rogu pokoju przestaje być jedynym skojarzeniem z drukiem. Rozszerzają się możliwości współczesnych urządzeń drukujących, a wraz z rosnącą potrzebą personalizacji i mniejszej masowości produkcji w poligrafii na znaczeniu zyskują cyfrowe systemy produkcyjne.

Druk 3D w sektorze MŚP

Technologia druku przestrzennego zyskuje na znaczeniu i jest coraz częściej wykorzystywana przez firmy MŚP. Wyniki badań zrealizowanych przez Ricoh wśród kadry zarządzającej przedsiębiorstwami z tego sektora w Europie pokazują, że 44% już zainwestowała w rozwiązania z tego obszaru a 30% planuje zrobić to w ciągu najbliższych dwóch lat. 70% chce wykorzystać tą technologię do zmiany procesów produkcyjnych, 56% planuje dzięki niej obniżyć koszty związane z przechowywaniem i transportem. Natomiast 80% chce ją włączyć do procesu rozwoju produktów.

Medycyna i edukacja

Druk przestrzenny odgrywa również ogromną rolę w rozwoju medycyny oraz edukacji. Potwierdzają to wyniki badań zrealizowanych przez Ricoh. 66% przedstawicieli europejskich uczelni wyższych uważa, że w związku z coraz częstszym zastosowaniem technologii druku 3D w przemyśle i rozwoju produktu dostęp do niej ma ogromne znaczenie dla studentów kierunków z zakresu nauk ścisłych, technologii inżynierii i matematyki – STEM (Science, Technology, Engineering, Mathematics).

Badania Ricoh pokazują, że znaczenie tych rozwiązań jest dostrzegane przez profesjonalistów związanych z ochroną zdrowia. 46% przyznało, że bez inwestycji w technologię 3D nie będą w stanie w pełni spełnić oczekiwań pacjentów w ciągu najbliższych 5 lat. Możliwości oferowane przez druk 3D wpływają na lepszą diagnostykę i skuteczność leczenia. Nie bez znaczenia jest rola, którą odgrywa w tworzeniu protez i ortez. Ta technologia pozwala na znaczne przyśpieszenie procesu produkcji, obniżenie kosztów i idealnie dopasowane do potrzeb konkretnej osoby. Dzięki możliwości precyzyjnego otworzenia organów, chirurdzy mają szansę przećwiczyć różne scenariusze, które mogą wydarzyć się podczas operacji. Innym ważnym zastosowaniem technologii 3D jest produkcja leków.

O badaniach Ricoh

Badanie Ricoh „Future of Print” zrealizowano na próbie 2 370 przedstawicieli kadry zarządzającej firmami z sektora MŚP, 787 zarządzających jednostkami ochrony zdrowia oraz 787 odpowiedzialnych za zarządzanie uczelniami wyższymi.

mBank stawia na nowoczesne contact center i oddziały w mniejszych miastach

Banki przyszłości, to nie tylko digital. Telefoniczne centra kontaktu z klientem nie mogą być obsługiwane przez słabo opłacanych studentów. Znany z innowacji mBank idzie pod prąd wobec niektórych wyobrażeń. Będzie też otwierał nowe oddziały w miastach średniej wielkości.

– Trzeba być świadomym tego, że klient się może zagubić, że może mieć moment w którym nie wie w jaki sposób postępować i wówczas będzie komunikował się z contact center – mówi w rozmowie z MarketNews24 Cezary Stypułkowski, prezes mBank SA, podczas XIII Kongresu Ryzyka BIK. – Klient musi być obsługiwany przez osobę o bardzo wysokich kompetencjach. To będzie bardzo wymagająca praca lepiej opłacana niż do tej pory.

Formy komunikowania się z klientem są różne. To chat, wideo i call. Kontakt cyfrowy z bankiem jest coraz bardziej powszechny, ale to nie zawsze wystarcza.

– Ciągle fizyczna obecność referencyjna banku dla nawet młodych ludzi jest istotna. Chodzi o to, żeby zaistnieć fizycznie w przestrzeni, gdzie nasi klienci są obecni – podsumowuje prezes C. Stypułkowski.

Dlatego mBank zaplanował otwarcie ok. 20 nowych oddziałów w miastach średniej wielkości.

Ceny detaliczne benzyny powinny spaść co najmniej 10 groszy na litrze

W najbliższych tygodniach ceny benzyny na stacjach paliw powinny spadać. Ta korekta szacowana jest na 10 gr za litr.

Rafinerie i stacje paliw reagują zawsze z lekkim opóźnieniem na zmiany cen na światowych rynkach, ponieważ wykorzystują ropę kupioną wcześnie. Dlatego właśnie teraz dojdzie do obniżki spowodowanej spadkiem cen na świecie, związanym z obawami o zmniejszenie popytu na ropę.

– W najbliższych tygodniach cena na stacjach powinna spaść o ok. 10 groszy – mówi w rozmowie z MarketNews24 Piotr Jaromin, ekspert XTB.

Natomiast na światowych rynkach ropa raczej zacznie drożeć. Obawiano się dość istotnych zmian z powodu sankcji nałożonych przez USA na Iran. Jednak osiem krajów zostało zwolnionych z wdrożenia tych sankcji, czyli presja na wzrost ceny będzie mniejsza.

– Wśród tych ośmiu krajów są Chiny i Indie, które importowały 60 proc. irańskiej ropy, a ponieważ zyskały czas na znalezienie nowych dostawców presja na wzrost cen jest słabsza – mówi ekspert.

Black Friday – czyli jak przygotować swój e-sklep na globalne szaleństwo zakupów

Listopad i grudzień to najbardziej intensywny okres na rynku e-commerce, którego bardzo istotnym elementem jest Black Friday. Ten jeden dzień umożliwia przedsiębiorcom nawet kilkukrotne zwielokrotnienie obrotu. Aby jednak do koszyków potencjalnych klientów trafiło jak najwięcej produktów, warto odpowiednio przygotować swój e-sklep. Gotowość na Black Friday niesie za sobą także inną korzyść – zadowoleni klienci wracają na zakupy w okresie przed- i poświątecznym.

Black FridayPolskie sklepy internetowe odnotowały w ubiegłym roku w „Czarny Piątek” przeciętnie ok. 30 proc. większy ruch i siedmiokrotnie więcej transakcji niż w inny, zwykły piątek. Warto jednak zwrócić uwagę na dane rynkowe. Wskazują one, że w Polsce zarejestrowanych jest ponad 30 tysięcy sklepów internetowych. Przy takiej puli ryzyko, że w przypadku awarii naszego, klienci bez większego problemu dokonają zakupu w innym sklepie, jest znaczące. Warto więc zawczasu przygotować się na duży ruch. A jest o co walczyć. Szacuje się bowiem, że podczas tegorocznego Black Friday przeciętny Polak będzie gotowy wydać ok. 645 zł przede wszystkim w takich kategoriach, jak odzież, obuwie, elektronika oraz multimedia[1]. Stawkę podbija także fakt, że w listopadzie o prezentach świątecznych myśli co czwarty Polak, dysponując na ten cel średnio kwotą 451 zł[2]. Mając natomiast w pamięci fakt, że aż 42% świątecznych upominków kupujemy przez Internet, obroty w e-commerce będą w tym roku jeszcze wyższe.

3 sekundy na podjęcie decyzji

Chyba każdy, kto podchodząc do sklepowej kasy z pełnym koszykiem natrafia na kolejkę, zaczyna kalkulację – czekać czy wyjść? Badania dowodzą, że w przypadku e-commerce mamy do czynienia z tym samym dylematem. W tym wypadku jednak dużo łatwiej przejść do innego, podobnego sklepu.

– Wystarczy, że strona sklepu ładuje się dłużej niż 2-3 sekundy, a potencjalny klient opuści ją, szukając okazji gdzie indziej. Mamy tu więc do czynienia z sytuacją „przygotuj się lub zgiń”. Z naszego doświadczenia wynika jednak, że przedsiębiorcy często bagatelizują kwestie IT, przygotowania pozostawiając na ostatnią chwilę – tłumaczy Robert Paszkiewicz z OVH Polska.

Jak przygotować swój sklep na żniwa w sprzedaży?

Po pierwsze, im wcześniej, tym lepiej. Analiza oczekiwań klientów i działań konkurencji powinna się rozpocząć już na kilka miesięcy przed szczytem sprzedaży. Wciąż jednak mamy odrobinę czasu. Aby racjonalnie zaplanować działania, warto więc zbadać aktualne trendy i przyjrzeć się, które produkty sprzedają się w naszym sklepie najlepiej, a które potrzebują dodatkowego wsparcia. Analiza rynku i odpowiednio wczesne przygotowanie na tej bazie oferty, ustalenie kampanii marketingowej, a także zlecenie działań podwykonawcom pozwolą zrealizować działania w zamierzonym kształcie i ze spokojem podejść już do samej sprzedaży. Nie mówiąc nawet o potencjalnych oszczędnościach i luksusie, jakim jest możliwość wyboru podwykonawców.

Warto pamiętać o logistyce na każdym etapie zamówienia. To nie tylko klucz do efektywnej sprzedaży, ale i zadowolenia klienta. Nabywcy oczekują szybkiej dostawy zamówienia. Warto więc zacząć od analizy najchętniej kupowanych produktów, by w Czarny Piątek nie zabrakło ich na wirtualnych półkach naszego e-sklepu. Koniecznie też sprawdźmy umowę z firmą transportową, która obsługuje nasz sklep, by upewnić się czy jest dobrze przygotowana na zwiększoną liczbę zamówień. Czasem warto też przemyśleć umożliwienie klientom odbioru osobistego, zwłaszcza w okresie zwiększonych obrotów. Kolejki tak do sklepu, jak i do odbioru zakupów nie wchodzą jednak w grę.

Sprawna infrastruktura IT – być może brzmi to nieco tajemniczo, ale według danych Gemiusa, w ubiegłoroczny Black Friday polscy klienci wygenerowali 248,9 mln odsłon sklepów internetowych. To aż o 82 mln (ok. 30 proc.) więcej niż wyniosła listopadowa dzienna średnia[3]. Z kolei sprzedaż w tych sklepach urosła tego dnia o 692%[4]. Duże zainteresowanie i gigantyczny ruch mogą się jednak okazać „śmiertelną” pułapką dla nieprzygotowanego e-sklepu. Dlatego, aby uniknąć scenariusza, w którym zbyt liczne wejścia na witrynę sklepu doprowadzają do spowolnienia lub nawet zablokowania platformy sprzedażowej, warto zawczasu pójść w kierunku skalowalności.

Istnieje prosty sposób na to, aby niespodziewana popularność sklepu – a więc sukces – nie przeistoczyła się w kompletne fiasko. Możliwie najszybciej należy skontaktować się z opiekunem IT sklepu (integrator, agencja interaktywna itp.) i poprosić o usługę automatycznego skalowania zasobów. W ten sposób, jeśli zajdzie taka potrzeba, po stronie dostawcy bez zwłoki uruchomione zostaną dodatkowe maszyny, które przejmą nadmiarowy ruch. W efekcie, minimalizujemy ryzyko niedostępności e-sklepu w tym gorącym okresie i będziemy mogli obsłużyć nadprogramowe zamówienia. Właściciel zapłaci natomiast tylko za wykorzystane zasoby. Uruchomienie skalowania zasobów, oprócz jednorazowego przystosowania e-sklepu do takiego działania, zwykle nie pociąga za sobą żadnych innych kosztów. Tym bardziej więc warto zgłosić taką potrzebę zawczasu” – tłumaczy Robert Paszkiewicz, OVH Polska.

W tym wypadku milczenie nie jest złotem. Mimo iż każdy stara się obsługiwać klientów na najwyższym poziomie, zawsze zdarzają się też i nieprzewidziane sytuacje kryzysowe. Niezadowoleni klienci coraz częściej natomiast dają upust swoim emocjom publicznie, w kanałach social media marki. Pozostawieni sami sobie czują się wykorzystani i oszukani. Warto więc szybko i mądrze odpowiadać, by zapobiegać sytuacjom, przez które ucierpi wizerunek firmy. Reputacja sklepu jest zaś obok korzystnej oferty jednym z najważniejszych czynników, na które patrzą klienci podczas zakupów online. Większa jest też szansa, że zadowolony klient wróci.

Niech to będzie święto także dla Ciebie

Black Friday skutecznie napędza e-commerce i rozpoczyna najgorętszy okres sprzedaży w roku. Właściciele sklepów internetowych często nie doceniają zaplecza IT własnej witryny, koncentrując się na atrakcyjnych ofertach. Tylko jednak wcześniejsze i odpowiednie przygotowanie równo w każdym aspekcie – technologicznym, logistycznym, obsługi klienta – umożliwi e-sklepom wytrzymanie nawet największego oblężenia klientów i pomnożenia zysków, w pełni wykorzystując potencjał tej chwili.

– Od lat obserwujemy, na przykładzie naszych klientów, że listopad i grudzień to najbardziej intensywny okres na rynku e-commerce. Istne żniwa w sprzedaży. Tylko dobrze przemyślana strategia, zintegrowane działania na każdym etapie i niezawodna infrastruktura IT sprawią, że e-sklep wyróżni się spośród innych, a klienci dokonają w nim zakupu. – mówi Robert Paszkiewicz, OVH Polska. – A jest o co walczyć, bo gra toczy się nie o jednorazową sprzedaż. Zadowolony klient, który kupił coś na Black Friday, z większym prawdopodobieństwem wróci bowiem, by zostawić u nas w kolejną sumę.

[1] Dane Black Friday Global, https://black-friday.global/pl-pl/

[2] Raport Deloitte „Zakupy świąteczne 2017”, https://www2.deloitte.com/(…)/(…)-zakupy-swiateczne-2017.html

[3] Dane Gemiusa, https://www.gemius.pl/(…)/listopad-pod-haslem-e-handlu-i-plotek-online.html

[4] Dane Black Friday Global, https://black-friday.global/pl-pl/

Co łączy Włochy,Turcję i Rumunię? Problemy gospodarcze

Coraz gorsze perspektywy dla włoskiej gospodarki wyłaniają się z jesiennych prognoz Komisji Europejskiej. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w Turcji, gdzie istnieje realna groźba recesji. Z problemami boryka się również Rumunia, której czkawką odbija się dziś szaleńczy wzrost PKB w poprzednich latach – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Marcin Lipka
Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl

Najnowsze szacunki KE pokazują, że włoski deficyt sektora finansów publicznych sięgnie 3,1 proc. w 2020 r. To będzie najgorszy rezultat w całej Unii. Dodatkowo już w przyszłym roku deficyt strukturalny (bez wpływu koniunktury) osiągnie 3 proc. PKB, o 1 pkt proc. powyżej oczekiwań z wiosny br.

Najwyższy deficyt w całej UE łączy się z najniższym oczekiwanym wzrostem gospodarczym wśród 27 badanych krajów. W 2020 r. ma on wynieść jedynie 1,3 proc. Na kondycję kraju negatywnie wpłyną też najwyższe w Unii koszty finansowania zadłużenia. Sięgną one 3,8 proc. PKB w 2019 r., czyli o 0,3 pkt proc. (ok. 5 mld euro) więcej, niż szacowano jeszcze wiosną. W kolejnym roku mają się one zwiększyć do 3,9 proc. PKB (66 mld euro).

Zmiany prognoz są związane z wprowadzeniem we Włoszech dochodu gwarantowanego oraz negatywnych zmian w systemie emerytalnym, które ułatwiają przejście na wcześniejszą świadczenie od państwa. KE w swoim raporcie podkreśla, że „Perspektywa wzrostu jest obarczona wysoką niepewnością, ze względu na rosnące negatywne ryzyka. Utrzymujący się wysoki poziom rentowności skarbowych pogorszy warunki finansowania dla banków i zredukuje dostępność kredytu, podczas gdy wydatki publiczne mogą wypychać prywatne inwestycje”.

Turcja w recesji

Chociaż Turcja nie należy do Unii, to jednak KE przedstawia jej prognozy jako kraju kandydującego do Wspólnoty. Wagę szacunków dla Ankary podkreśla fakt, że są to pierwsze przewidywania wiodącej instytucji obejmujące wszystkie ostatnie negatywne wydarzenia gospodarcze nad Bosforem.

KE spodziewa się recesji w Turcji w przyszłym roku. PKB ma spaść o 1,5 proc. Załamaniu ulegną inwestycje, które spadną o ponad 12 proc. W szacunkach KE wyraźnie wzrośnie bezrobocie z 10 do niemal 13 proc., a inflacja wyniesie 15,4 proc.

Komisja podkreśla, że na sytuację gospodarczą największy wpływ wywrze wstrzymanie wielkich inwestycji infrastrukturalnych. Innym negatywnym elementem są wydarzenia na rynku nieruchomości prywatnych, gdzie przeinwestowanie z ostatnich lat powoduje konieczność przeprowadzania transakcji po znacznie niższych cenach, a czasami nieruchomości nie można sprzedać w ogóle.

Elementem ryzyka dla Turcji, związanym z obniżeniem się wartości liry o 35 proc. oraz wysoką inflacją i utrudnionym finansowaniem z zagranicy, może być pogarszanie się bilansów banków. KE obawia się, że ten proces spowoduje konieczność przejmowania banków przez państwo.

Twarde lądowanie przegrzanej Rumunii

Rumunia jest kolejnym państwem, którego kondycja gospodarcza niepokoi. Mimo wzrostu gospodarczego na poziomie 7,3 proc. w 2017 r. i spadku bezrobocia poniżej 5 proc. widać, że polityka w Bukareszcie nie była odpowiednia.

O połowę ma zmniejszyć się wzrost PKB w tym roku w porównaniu do wyniku z 2017 r. Deficyt na rachunku obrotów bieżących ma sięgnąć 4,5 proc. PKB w 2020 r., chociaż jeszcze trzy lata temu wynosił zaledwie 0,8 proc. Bardzo podobnie wygląda sytuacja budżetu, który w 2015 r. był zbilansowany (wyrównany o wpływ koniunktury), a za dwa lata deficyt ma sięgnąć 4,6 proc. PKB.

Co spowodowało tak znaczne pogorszenie sytuacji fiskalnej Rumunii i przyczyniło się do poważnej nierównowagi zewnętrznej?

Rumunów nie stać na takie podwyżki

Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na wzrost wynagrodzeń. Od końca 2015 r. rosną one (netto) w granicach 12-14 proc. r/r. Dane za wrzesień pokazały wzrost na poziomie 13,1 proc. r/r.

KE zwraca uwagę, że wynagrodzenia w sektorze publicznym zostały podwyższone o 25 proc., a w opiece zdrowotnej oraz w edukacji wzrosły jeszcze więcej. Nierównowagę wewnętrzną oraz zewnętrzną buduje również kwestia znacznego wzrostu wskaźnika indeksacji emerytur.

W rezultacie podwyżki spowodowały wybuch konsumpcji. W 2016 r. sprzedaż detaliczna w niektórych miesiącach zwiększyła się o blisko 20 proc. r/r, a jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 wzrost wynosił 15 proc. r/r. W sierpniu br. natomiast tempo wzrostu obniżyło się do 1,8 proc. r/r, co było jednym z najniższych poziomów od ponad 5 lat.

Gwałtowny wzrost płac nie nadążał jednak za wzrostem konkurencyjności Rumunii. Deficyt w obrotach towarowych tego kraju ma sięgnąć 8 proc. PKB w 2020 r, co dobrze pokazuje zachłyśnięcie się kraju dobrami z zagranicy.

Wspólny mianownik

Turcja, Rumunia czy Włochy nieprzypadkowo są czarnymi owcami Europy. W każdym z tych krajów problemy gospodarcze były rezultatem fatalnych decyzji rządu. Tylko w bardzo ograniczonym stopniu wynikają one z pogorszenia się zewnętrznej koniunktury, chociaż władze tych trzech państw, co także znamienne, widzą sprawy zupełnie odmiennie…

HARMAN otwiera nowe biuro w Polsce

HARMAN, międzynarodowa firma działająca w obszarze motoryzacji oraz będąca w całości własnością Samsung Electronics Co. Ltd, świętowała dziś oficjalne otwarcie nowego biura w Łodzi. Zmiana siedziby jest związana z szybkim rozwojem polskiego oddziału oraz wzrostem popytu na innowacyjne rozwiązania software’owe tworzone przez polskich inżynierów.

Harman_przecięcie wstęgiNowe biuro HARMAN mieści się przy ulicy Ogrodowej 8 w Łodzi. Oferuje otwartą przestrzeń sprzyjającą budowaniu dobrego środowiska pracy dla obecnych i przyszłych pracowników firmy. Innowacyjne elementy wystroju pobudzają do współpracy pomiędzy zespołami, które tworzy łącznie ponad 350 inżynierów. Biorą oni udział w rozwoju zaawansowanych rozwiązań dla branży motoryzacyjnej, takich jak platforma dźwiękowa dla samochodów, nagrodzona w konkursie “TU-Automotive Awards 2017” kompleksowa chmura HARMAN Ignite, system zarządzania oprogramowaniem HARMAN OTA, systemy nawigacji czy też najnowocześniejszy system samochodowej info-rozrywki, który zadebiutował wiosną tego roku w nowym modelu A‑Klasy Mercedesa.

Harman_managementFirma podpisała również porozumienia o współpracy z dwoma ośrodkami akademickimi – Wydziałem Fizyki i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Łódzkiego oraz Wydziałem Elektrotechniki, Elektroniki, Informatyki i Automatyki Politechniki Łódzkiej. Ideą stojącą za tą inicjatywą jest chęć wspierania i rozwoju polskich talentów z branży IT.

W ramach porozumienia HARMAN razem z partnerskimi uczelniami poprowadzi wspólne badania, wesprze akademickie prace badawcze oraz edukację w dziedzinie programowania inżynieryjnego dla systemów wbudowanych. Firma będzie również zatrudniać studentów tych ośrodków, zarówno jako stażystów jak i stałych pracowników, a także rozwijać talenty inżynieryjne w całym kraju.

Harman_konferencja_prelegenciJako że HARMAN nieustannie rozwija kulturę innowacji i kluczowe sektory wzrostu, jesteśmy dumni poszerzając zasięg naszych operacji w tak dobrze prosperującym na rynku inżynieryjnym miejscu, jakim jest Polska” – mówi Sanjay Dhawan, Prezydent Departamentu Usług HARMAN oraz Dyrektor Techniczny HARMAN International. – ”HARMAN w Polsce rozwija się wyjątkowo dynamicznie. W ciągu dwóch lat liczba pracowników wzrosła tutaj trzykrotnie. Mamy nadzieję, że nowe środowisko pracy, wraz z partnerstwami, jakie nawiązujemy z polskimi uczelniami, będzie wspierać kolejne innowacyjne strategie.

Rekrutacja do nowych projektów trwa. Firma poszukuje talentów inżynieryjnych ze wschodniej części Europy. Pozyskane osoby dołączą do polskiego zespołu Harman w Łodzi  wraz z nim będą współtworzyć innowacyjne rozwiązania dla sektora auto-moto na całym świecie.

Mózgi na celowniku. Coraz większe inwestycje w rozwój neurotechnologii

Komputery sterowane myślami, rozmowy, w których nie padają żadne słowa, i mózg na zawołanie pracujący na pełnych obrotach – taką przyszłość wieszczą nam najwięksi pionierzy branży technologicznej. Naukowcy, od lat podejmujący próby zhakowania ludzkiego systemu nerwowego i zainstalowania w nim swojej elektroniki, są o krok od spektakularnego sukcesu. Pojawienie się ogólnodostępnych neurotechnologii wywróci świat, jaki znamy, do góry nogami.

Jeszcze kilka lat temu, cieszyliśmy się jak dzieci bezprzewodowym połączeniem smartfona z telewizorem. Możliwość wyświetlania zdjęć czy filmów na dużym ekranie zdawała się szczytem marzeń. Nikomu, od Karpat po Bałtyk, nie śniło się nawet, że telewizory i inne urządzenia domowe połączone będą z naszymi umysłami. Science fiction? Nie do końca. Przeskakiwanie pomiędzy kanałami za pomocą myśli jest bliżej niż kiedykolwiek wcześniej. To samo tyczy się komunikacji na linii umysł–umysł, co niedawno udowodnili naukowcy z Uniwersytetu Waszyngtońskiego, wspólnie z kolegami z Uniwersytetu Carnegie Mellon. O ich imponującym wynalazku, który umożliwia porozumiewanie się poprzez fale mózgowe trojgu osobom jednocześnie, rozpisywały się media na całym świecie. BrainNet – bo taką nazwę nosi opracowany przez nich system – to bezpośredni interfejs BBI (z ang. brain-brain interface).

W 2013 zademonstrowaliśmy pierwszy brain-to-brain interfejs przeznaczony do bezpośredniej komunikacji pomiędzy dwoma ludzkimi mózgami. Pozostawione bez odpowiedzi pytanie brzmiało, czy można stworzyć „sieć społecznościową” więcej niż dwóch mózgów, współpracujących w celu rozwiązania zadania, którego żaden z nich nie jest w stanie rozwiązać indywidualnie? BrainNet to pierwsza weryfikacja tej koncepcji – powiedział Rajesh Rao, autor badania z Uniwersytetu Waszyngtońskiego.

Dwóch jego uczestników po podłączeniu do EEG grało w odpowiednik popularnego Tetrisa. Nie mogli oni jednak samodzielnie sterować spadającymi blokami – to zadanie przypadło trzeciemu uczestnikowi, który nie widząc całego obszaru gry, miał obracać spadającymi figurami, jeśli w jego głowie pojawił się odpowiedni sygnał. Taka forma komunikacji jest mocno ograniczona i mało rozbudowana – pojedyncze sygnały to za mało, by sprawnie wymieniać poglądy i rozwiązywać skomplikowane problemy. Niemniej naukowcy widzą w interfejsie BBI ogromny potencjał i wierzą, że z czasem uda się go zaprzęgnąć do bardziej wyrafinowanych zadań.

Kosiarz umysłów w natarciu

Chrapkę na nasze mózgi ma również Elon Musk. Twórca Tesli we wrześniu zadeklarował, że niebawem zaprezentuje światu „Neurolink” – przełomowy produkt, który połączy je z komputerem, dając ludziom nadzwyczajne zdolności. Jego zdaniem fakt, że już dziś jesteśmy nieustannie podłączeni do naszych smartfonów, czyni nas cyborgami. Nie jesteśmy jednak tak mądrzy, jak moglibyśmy być, ponieważ przepływ danych pomiędzy naszymi umysłami a mobilnymi urządzeniami jest mocno ograniczony i na dodatek powolny. Musk planuje to zmienić, a przyświeca mu szczytny cel: nowa klasa cyberzdolności ma nam dać większe szanse w konkurowaniu na rynku pracy ze sztuczną inteligencją. W zasadzie wpięcie naszych mózgów do globalnej sieci ma się przerodzić w tajemniczą symbiozę człowieka z SI – przynajmniej takiego efektu spodziewa się ekscentryczny miliarder. Jeśli technologia opracowana przez jedną z jego firm działa, to opisany wyżej eksperyment amerykańskich naukowców na jej tle wypada jak zabawa 7-latków klockami lego.

Rozwiązanie proponowane przez Muska opiera się na technologii neural lace i zakłada wszczepienie do mózgu maleńkich elektrod, mających ustanowić stabilne połączenia pomiędzy organem a systemem IT. Wprawdzie interfejsy mózg–komputer (BCI) nie są nowością, jednak ich funkcjonalność pozostaje mocno ograniczona. Znajdziemy je w wersjach do umieszczenia na głowie lub do wszczepienia w tkankę mózgową. Wszystkie one, przeznaczone do mierzenia fal mózgowych, pozwalają na nawiązanie jednostronnej komunikacji. Najczęściej stosuje się je u osób z zaburzoną motoryką lub brakującymi kończynami.

Operacji wszczepienia elektrycznych implantów w korę mózgową oraz czujników w tkankę przedramienną poddał się niedawno poszkodowany w wypadku motocyklowym Bill Kochevar. Eksperymentalna technologia, opracowana na Uniwersytecie Case Western Reserve w Cleveland, pozwoliła sparaliżowanemu od szyi w dół 53-latkowi samodzielnie sięgnąć po kubek kawy, a nawet zjeść widelcem purée z ziemniaków.

Tymczasem wizja Muska wykracza daleko poza najbardziej nowatorskie aplikacje interfejsu mózg–komputer. Jej realizacja oznacza wprowadzenie zaawansowanej komunikacji dwukierunkowej pomiędzy maszyną a umysłem człowieka, która poprawi naszą pamięć, pomoże w podejmowaniu właściwych decyzji, a ostatecznie – zapewni nam nieśmiertelność poprzez „pobranie” naszych umysłów i zapisanie ich w postaci cyfrowej.

Wynalazek na miarę internetu

Spore nadzieje w neurotechnologii pokłada również DARPA. Amerykańska agencja zaawansowanych projektów badawczych w obszarze obronności, odpowiedzialna m.in. za powstanie internetu, wystartowała niedawno z nowym programem „Next-Generation Nonsurgical Neurotechnology”, w skrócie N3. Ma on na celu opracowanie nieinwazyjnych metod komunikacji pomiędzy człowiekiem a komputerem.

Poprosiliśmy multidyscyplinarne zespoły badawcze, aby wynalazły sposób prowadzenia precyzyjnej interakcji z bardzo małymi obszarami mózgu, bez poświęcania rozdzielczości sygnału lub wprowadzenia niedopuszczalnego opóźnienia w systemie – powiedział dr Al Emondi, kierownik projektu.

Tym razem DARPA angażuje swoje zasoby w obiecujący projekt ze sporym opóźnieniem i mimo pokaźnych funduszy trudno jej będzie wyjść na prowadzenie w tym technologicznym wyścigu. Już dziś uczestniczy w nim cała rzesza podmiotów, a wartość globalnego rynku neurotechnologii szacuje się na 8.4 miliarda dolarów. Neurotech Reports, firma konsultingowa specjalizująca się w tym wąskim obszarze, prognozuje, że już w 2022 r. jego wartość wzrośnie do 13.3 miliardów dolarów. O zakrawających o sci-fi projektach z mózgiem w roli głównej słychać również w Dolinie Krzemowej. Kernel, głośny startup założony przez Bryana Johnsona, także eksperymentuje z technologią neural lace. Jego koncepcja zakłada wzmocnienie ludzkich zdolności poznawczych poprzez implanty, które trwale połączą nas z wirtualnym światem.

Kto pierwszy, ten lepszy?

Coraz większe inwestycje w rozwój neurotechnologii nieuchronnie przybliżają nas do przełomu, a każdy niewielki postęp wzmagać będzie zainteresowanie biznesu, który na myśl o możliwościach, jakie daje połączenie ludzkiego mózgu z komputerem, już zaciera ręce. Sęk w tym, że adaptacja nowych technologii w jej początkowym stadium udaje się niewielu. Gros ambitnych projektów kończy się fiaskiem z powodu niskiej użyteczności, słabego UX (z ang.: doświadczenie użytkownika) lub całkowitego odrealnienia. Zdaniem Irka Piętowskiego, trenera i konsultanta innowacji w firmie doradczo-szkoleniowej DT Makers, zbyt często wpadamy w pułapkę inwestycji motywowanych hypem, podczas gdy żadna technologia nie istnieje dla samej siebie i nie przyjmie się, jeśli nie odpowiada na realne potrzeby użytkownika.

W wielu firmach pokutuje myślenie, że bycie pierwszym we wdrożeniu nowinki technologicznej pozwoli uzyskać przewagę nad konkurencją. Spotkałem się z nim, realizując projekty zarówno w firmach sektora MŚP, jak i w międzynarodowych korporacjach. Takie nastawienie zazwyczaj prowadzi na manowce. Naszym punktem wyjściowym powinno być pogłębione badanie, które pozwoli namierzyć istotę problemu. Może się okazać, że nowa technologia jest za mało rozwinięta, by skutecznie go rozwiązać. Wtedy warto poczekać, aż dojrzeje, i poszukać innego sposobu. Często okazuje się, że uwalniając w sobie pokłady kreatywności, wspólnie znajdujemy zaskakujące rozwiązania, lepsze i tańsze w implementacji. Design Thinking jest tu niezastąpiony – zaznacza Irek Piętowski.

Wspomniana przez niego metoda używana jest do tworzenia i wdrażania innowacji w oparciu o głębokie zrozumienie potrzeb użytkownika. Z Design Thinking korzystają takie marki jak IBM, SAP, Netflix, Accenture czy BMW.

Nie ulega wątpliwości, że integracja człowieka z komputerem otworzy nowy rozdział w dziejach ludzkości. Korzyści z niej płynących może być tyle, co neuronów między uszami. Opracowanie aplikacji, które je urzeczywistnią, to arcytrudne zadanie, a zarówno Elon Musk, jak i Bryan Johnson będą musieli w końcu stawić mu czoła – dosłownie i w przenośni. Póki co ich wizje to pieśń przyszłości – przyjemna dla ucha i surrealistyczna dla rozumu. Kto wie, może za 100 lat z podobną admiracją będzie się pisać o życiu z umysłem odłączonym od sieci? Jeśli nie przekonamy się o tym na własnej skórze, to może zrobią to nasze cyfrowe awatary.

Wolny 12 listopada może kosztować polską gospodarkę aż 4 mld zł

Przedsiębiorcy, bez względu na skalę działania, planują z dużym wyprzedzeniem nie tylko pracę sobie i swoim pracownikom, ale skrupulatnie liczą związane z tym koszty, bazując na wydajności posiadanej kadry. O ile z łatwością mogą zaplanować w harmonogramach „długie weekendy” czy „niehandlowe niedziele”, tak niespodziewany – a przy tym obowiązkowy – dzień wolny od prowadzenia działań operacyjnych czy sprzedażowych, niesie ze sobą ogromne konsekwencje dla firm z sektora MSP.

W środę, 7 listopada 2018 roku Prezydent RP złożył podpis pod ustawą o ustanowieniu Święta Narodowego z okazji 100. Rocznicy Odzyskania Niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, uchwalonej przez Sejm 23 października 2018.

Tym samym – poniedziałek, 12 listopada 2018 roku – stał się w tym roku Świętem Narodowym i dniem wolnym od pracy. Według doniesień rynkowych decyzja ta może kosztować polską gospodarkę aż 4 mld zł. W przypadku drobnych przedsiębiorców
ta skala będzie mniejsza, ale zapewne bardzo odczuwalna.

Eksperci Grupy Aforti – świadczącej kompleksowe usługi finansowe w zakresie pożyczek, faktoringu, windykacji orz wymiany walut dla firm z branży MSP – oszacowali potencjalne straty i konsekwencje biznesowe, które dotkną tak ich branżę, jak i cały sektor MSP z powodu dodatkowego wolnego dnia.

Agnieszka Baran-Płomińska
Agnieszka Baran-Płomińska, prezes zarządu spółki windykacyjnej Aforti Collections

Agnieszka Baran-Płomińska, prezes zarządu spółki windykacyjnej Aforti Collections podkreśla – Patrząc ogólnie na cały rynek MSP, a w tym na działy sprzedaży, dodatkowy dzień wolny od pracy oznaczać będzie z jednej strony wymierną stratę dla pracowników opłacanych w systemie prowizyjnym, a z drugiej również dla pracodawców. Przychód tych pierwszych zostanie bowiem pomniejszony o kwotę standardowo wypracowywaną w ciągu jednego dnia roboczego. Jednocześnie, wprowadzenie wolnego dnia oznaczać będzie podwyżkę świadczeń należnych pracownikom, w tym m.in. z tytułu ekwiwalentu urlopowego czy zasiłków chorobowych, co z kolei przełoży się na dodatkowe koszty dla pracodawców. Współczynnik ekwiwalentowy zmieni się bowiem z 20,92 na 20,83 w 2018 roku, a tym samym wpłynie na wzrost należnego pracownikom wynagrodzenia z tytułu niewykorzystanego urlopu wypoczynkowego. Kwestie finansowe są jednak w tym przypadku mniej istotne niż ciążący na pracodawcy czy jego dziale kadrowo-płacowym obowiązek przeliczenia wypłaconych i należnych ekwiwalentów. Bez wątpienia przysporzy to firmom ogromu pracy administracyjno-biurowej, niejednokrotnie powodując nadgodziny,
za które również przyjdzie zapłacić pracodawcy.

Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange
Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange

Z kolei Aleksandra Wodzisławska, prezes zarządu Aforti Exchange – platformy wymiany walut online dla firm wyjaśnia – Wolny poniedziałek, 12 listopada 2018 roku to dla nas – przedsiębiorców przede wszystkim strata dnia operacyjnego, w którym firma normalnie działa i zarabia. Niestety większość przedsiębiorców nie mogła zaplanować działań tak, by zminimalizować negatywne konsekwencje, bowiem dzień wolny został narzucony odgórnie, w nieoczekiwany sposób i na bardzo krótko przed wprowadzeniem zmian w życie.

Przedsiębiorcy – jak też ich pracownicy – po raz pierwszy usłyszeli o koncepcji ustanowienia 12 listopada dniem świątecznym – około 23 października 2018 roku, czyli na 2,5 tygodnia przed planowanym wolnym.

Patrząc globalnie, wiele firm szczególnie tych z branży produkcyjnej odczuje decyzję o wolnym 12 listopada nie tylko jako poważną stratę operacyjną, ale też może ponieść poważne konsekwencje prawne i finansowe, wynikające z ryzyka niedotrzymania terminu dostaw. Najgorsza jest jednak niepewność organizacyjno-prawna, przed którą postawieni zostali przedsiębiorcy. Jeszcze na 3 dni robocze przed planowanym dniem wolnym, nie było oficjalnego stanowiska, ponieważ dopiero w środę, 7 listopada 2018 roku Sejm rozpatrywał poprawki Senatu do ustawy, nie mówiąc o konieczności jej podpisania przez Prezydenta. Tym samym, część firm – żeby uniknąć chaosu organizacyjnego – samodzielnie ustanowiła 12 listopada dniem wolnym w ich przedsiębiorstwach, niezależnie od finalnej decyzji władz – dodaje Aleksandra Wodzisławska.

Dodatkowy dzień wolny może okazać się najbardziej korzystny dla tych, którzy prowadzą działalność turystyczną czy gastronomiczną. Kolejny wydłużony weekend będzie sprzyjać podróżom rodzinnym oraz indywidualnym, co przy tak pięknej jak na listopad aurze może przełożyć się na dodatkowe zyski w turystyce. Nieco gorzej wygląda sytuacja na rynku finansowym.

Przewidujemy, że w związku z dodatkowym dniem wolnym mogą zdarzyć się sytuacje, w których z powodu zamknięcia banków transakcje walutowe mogą zostać rozliczone dzień później – zastrzega Aleksandra Wodzisławska zarządzająca Aforti Exchange – platformą wymiany walut online dla firm.

Agnieszka Baran-Płomińska, kierująca firmą windykacyjną Aforti Collections z kolei dodaje – Niezapowiedziany dzień wolny od pracy z pewnością niekorzystnie wpłynie na działalność branży windykacyjnej, w tym przede wszystkim na realizację operacji na powierzonych portfelach klientów. Szczególnie problematyczne mogą okazać się również zmiany w terminach rozpraw sądowych, na które niejednokrotnie czeka się nawet do pół roku.

Straty finansowe – tak po stronie firm, jak i pracowników – chaos organizacyjny, nieterminowa realizacja transakcji bankowych i walutowych czy dostaw towarów – to tylko wybrane konsekwencje, które czekają przedsiębiorców w związku z ustanowieniem 12 listopada dniem świątecznym. Zyskają zapewne nieliczni, a straty finalnie podsumować będzie można już „po fakcie”, przypisując jednocześnie odgórnie całe ryzyko biznesowe i finansowe firmom, które nie mogły w żaden sposób wziąć udziału w debacie publicznej, biorąc na siebie jedynie skutki niezaplanowanych wcześniej przez rząd działań.

Wyrok NSA – koniec opłat za niezawinione opóźnienie inwestycji

Naczelny Sąd Administracyjny wydał interesujące i korzystne dla uczciwych użytkowników wieczystych orzeczenie. W sprawie sporne było, czy termin zagospodarowania nieruchomości i termin zabudowy może być przedłużony na wniosek użytkownika wieczystego z przyczyn od niego niezależnych. NSA stwierdził, że obliguje to gminę najpierw do rozpoznania wniosku, zanim dojdzie do wymierzenia dodatkowej opłaty rocznej w wysokości 10% wartości nieruchomości. Wyrok jest bardzo ciekawy, ponieważ ukrócił praktykę naliczania przez m.st. Warszawa opłaty dodatkowej w wysokości 10% wartości nieruchomości użytkownikom wieczystym, którzy spóźnili się choćby nieznacznie z terminem rozpoczęcia lub zakończenia inwestycji.

Sąd Apelacyjny w Warszawie z kolei wydał w tej samej sprawie wyrok, zgodnie z którym postanowienie umowy użytkowania wieczystego, zgodnie z którym gminie przysługuje uprawnienie do naliczenia użytkownikowi wieczystemu kary umownej za przekroczenie ustalonego terminu rozpoczęcia i/lub zakończenia zabudowy nieruchomości oddanej w użytkowanie wieczyste, jest nieważne z mocy prawa (art. 58 § 1 kc).

Dotychczas gmina warszawska – zawierając z użytkownikami wieczystymi aneksy do umów użytkowania wieczystego zmieniające sposób zagospodarowania i użytkowania nieruchomości – określała w umowie terminy rozpoczęcia i zakończenia inwestycji na nieruchomościach. Dodatkowo wprowadzała zapis o obowiązku zapłaty kary umownej przez użytkownika – w razie niedochowania tych terminów. Wysokość kary umownej zazwyczaj wynosiła 10% wartości nieruchomości. Zapisy o karach umownych były wpisywane do umów na żądanie gminy – pomimo, że w ustawie o gospodarce nieruchomościami przewidziana jest możliwość wymierzenia użytkownikowi wieczystemu w drodze decyzji administracyjnej dodatkowej opłaty rocznej za niedotrzymanie terminów zagospodarowania nieruchomości w wysokości 10% wartości nieruchomości. Czyli gmina miała zagwarantowaną w ustawie o gospodarce nieruchomościami możliwość naliczenia 10%-procentowej opłaty dodatkowej za przekroczenie terminów realizacji inwestycji – ale żądała dodatkowych 10% z tytułu kary umownej.

W praktyce wyglądało to tak, że w razie stwierdzenia przez gminę nawet niewielkiego przekroczenia któregokolwiek z terminów (rozpoczęcia lub zakończenia inwestycji), wzywała użytkownika wieczystego do zapłaty kary umownej oraz wydawała decyzję o ustaleniu dodatkowej opłaty rocznej.

Konsekwencje dla użytkownika były bardzo poważne, bowiem za jedno „przewinienie” był karany dwukrotnie:

  • w trybie administracyjnym przez wymierzenie decyzji administracyjnej o dodatkowej opłacie rocznej
  • w trybie cywilnym przez skierowanie do sądu powszechnego pozwu o zapłatę kary umownej.

Takie działanie było praktykowane przez gminę wobec warszawskich użytkowników wieczystych. Opóźnienia w realizacji inwestycji są czymś bardzo często spotykanym, co przekładało się na postępowanie gminy, która za każde opóźnienie korzystała z powyższych instrumentów prawnych.

NSA przesądził , że gmina powinna się odnieść merytorycznie do wniosku o wydłużenie terminu zagospodarowania nieruchomości – zanim została wydana decyzja administracyjna o wymierzeniu dodatkowej opłaty rocznej. Sąd Apelacyjny w Warszawie z kolei stwierdził, że nałożenie opłaty dodatkowej w sytuacji, gdy nieruchomość została zabudowana w terminie wyznaczonym w umowie, ma wyłącznie charakter represyjny i nie zmierza do zapewnienia realizacji ustawowych celów.

Autorem komentarza jest adwokat Anna Maksymiuk z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni

Słabość dolara służy złotemu

Polski złoty zakończył wczorajszy dzień umocnieniem w relacji do głównych walut. Krajowej walucie sprzyjała słabość dolara amerykańskiego widoczna w pierwszej części dnia, jak również ogólne dalsze uspokojenie nastrojów na rynkach.

W kontekście ubiegłego dnia warto wspomnieć o dwóch kwestiach krajowych. Najnowsze szacunki pokazały, że stopa bezrobocia w październiku wyniosła 5,7%, czyli tyle samo, co miesiąc wcześniej. W ostatnich miesiącach coraz częściej występują bowiem okresy, w których bezrobocie nie spada. Pozostałe dane (niższa dynamika płac i zatrudnienia oraz dane o zatrudnieniu w przemyśle) również wskazują na to, że „dochodzimy do ściany” (albo już do niej doszliśmy). Istotnym pytaniem w tym momencie jest to, w jakim stopniu jest to powodowane ograniczeniami podażowymi (brakiem rąk do pracy), a w jakim zmianami w popycie na pracę (niższą potrzebą przedsiębiorców do zatrudnienia pracowników). Zmiany na rynku pracy i wagi czynników za nie odpowiadających mogą w istotny sposób wpływać na strukturę wzrostu gospodarczego i perspektywy wzrostu dynamiki cen w przyszłości.

W kontekście tego ostatniego warto wspomnieć o wczorajszym spotkaniu Rady Polityki Pieniężnej. Było ono nieco inne od poprzednich. Po pierwsze, dyskusja członków RPP trwała wyjątkowo długo (komunikat został opublikowany bowiem ok. godziny 14, podczas, gdy zazwyczaj publikowany jest ok. godziny 12-13). Wyższą potrzebę dyskusji o perspektywach zmian wymusiły prawdopodobnie ostatnie interesujące zmiany krajobrazu makroekonomicznego Polski i świata oraz fakt omówienia projekcji makroekonomicznych Działu Analiz Ekonomicznych NBP. Najciekawszą zmianą w kontekście projekcji jest oczekiwany wyraźnie wyższy wzrost inflacji w 2019 r. niż oczekiwano wcześniej, co może być związane z wyższymi cenami energii oraz potencjalnym odpływem części Ukraińców z kraju po otwarciu dla nich niemieckiego rynku pracy. Na szczegóły projekcji przyjdzie nam poczekać do 13 listopada, kiedy opublikowany zostanie pełny dokument.

Mimo podniesienia szacunków inflacji w 2019 r. i zwrócenie uwagi na ryzyka dla perspektyw przyszłej dynamiki cen, RPP utrzymała wczoraj stopy procentowe na niezmienionym poziomie. W znaczący sposób nie zmienił się również ton prezesa Glapińskiego i członków Rady. Obecnie prezes NBP sugeruje, że potrzeby do podnoszenia stóp może nie być do końca 2019 r.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,28-4,31. Pomimo umocnienia w pierwszej części dnia, euro zakończyło dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do dolara amerykańskiego.

Dzisiejszy biuletyn EBC wskazuje na to, że ekspansja w gospodarkach strefy euro nadal jest szeroka, jednak wzrost jest nieco niższy od oczekiwań. Dokument sugeruje, że cały czas obserwowana jest poprawa na rynku pracy, co docelowo powinno wspierać konsumpcję. Równocześnie jednak zwraca uwagę, że zagrożeniem dla gospodarek wspólnego bloku pozostaje globalny protekcjonizm.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,90-4,94. Mimo słabości w parze z polskim złotym, funt umocnił się w relacji do głównych walut. Walucie sprzyjała słabość dolara amerykańskiego z pierwszej części dnia oraz ostatnia poprawa nastrojów w kwestii negocjacji ws. Brexitu.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,73-3,78. Waluta zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro. Kluczowym wydarzeniem czwartku będzie listopadowe spotkanie Rezerwy Federalnej. Nikt nie spodziewa się żadnych istotnych zmian parametrów polityki monetarnej. Rynki oczekują, że podwyżka stóp procentowych nastąpi w grudniu. W związku z powyższym, bardziej istotny od samej decyzji będzie ton komunikatu po spotkaniu. Niewykluczone, że jego wydźwięk będzie nieco bardziej ostrożny od poprzedniego – to do jakiego stopnia bardziej ostrożny, może determinować skalę zmian na parze EUR/USD, jak również wpływać na złotego. Oprócz spotkania FOMC warto dziś zwrócić uwagę na raport WASDE obrazujący sytuację w amerykańskim rolnictwie oraz na cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 18:00 – raport WASDE o sytuacji w amerykańskim rolnictwie
  • 20:00 – spotkanie FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Alior Bank inwestuje w PayPo

Alior Bank objął 20% udziałów w PayPo, jednej z nielicznych na polskim rynku spółek oferujących odroczone płatności za zakupy internetowe. Startup wypracowywał z Alior Bankiem model współpracy w trwającym od połowy września programie akceleracyjnym RBL_Start. PayPo przeznaczy kapitał na rozwój prowadzonej działalności i ekspansję międzynarodową.

Coraz więcej klientów przekonuje się do metody „kup teraz, zapłać później”. Właśnie na niej zbudował swój biznes PayPo – spółka fintechowa, dzięki której robiąc zakupy online można zamówić produkt i zapłacić za niego nawet po 21 dniach, bez kosztów transakcji i odsetek. Dzięki PayPo klient może otrzymać i sprawdzić towar przed zapłatą. Jeśli z jakiegoś powodu zakup nie dotrze do użytkownika, nie musi on za niego płacić. Firma współpracuje już z takimi sklepami internetowymi jak Top Secret, Wittchen czy 5-10-15, a także serwisem Przelewy24.

Dzięki metodzie PayPo, klient może w szybki i bezpieczny sposób zapłacić za zakupy online, bez użycia karty kredytowej czy przelewu bankowego – to bardzo wygodne. Obserwujemy  wzrost korzystania  przez klientów z usługi odroczonych płatności i jesteśmy przekonani co do sukcesu tego rozwiązania na rynku. Spółka posiada sprawdzony model biznesowy i doświadczony zespół zarządzający – podkreśla Marcin Jaszczuk, Wiceprezes Zarządu Alior Banku.

Partnerstwo z tak innowacyjnym bankiem to dla nas ogromna szansa na szybki rozwój działalności w Polsce oraz pomoc w wejściu z produktem na rynki zagraniczne. Bank to idealny partner dla naszego modelu. Głównymi obszarami na rynku e-commerce i rosnącymi segmentami, które chcemy wspólnie eksplorować są moda, artykuły dla dzieci i sport – wyjaśnia prezes PayPo, Radosław Nawrocki.

W połowie września PayPo zakwalifikowało się do programu akceleracyjnego Alior Banku – RBL_Start. Bank spośród stu spółek z całego świata, które złożyły aplikacje, wyłonił osiem najlepszych – w tym PayPo – aby wspólnie z nimi, w specjalnie zaprojektowanej przestrzeni akceleratora w Warsaw Spire, rozwijać innowacyjne produkty i usługi. Alior Bank zrealizował inwestycję w PayPo, stając się drugim po prezesie i założycielu firmy, Radosławie Nawrockim, największym udziałowcem spółki.

PayPo ma efektywny system scoringowy, oparty na tzw. hybrydowej ocenie ryzyka kredytowego. Oznacza to, że łączy scoring behawioralny z ilościowym, analizując nawet miękkie dane, ogólnodostępne informacje czy social media, nie posiłkując się tylko biurami informacji gospodarczej. Nasz bankowy know-how pozwoli dodatkowo udoskonalić ten algorytm – zapewnia Bruno Ferreira, Dyrektor Zarządzający Pionu Rozwoju Korporacyjnego Alior Banku.

Nawiązanie partnerstwa z PayPo, odpowiada na nowe zapotrzebowania konsumentów w segmencie online oraz wpisuje się w strategię banku, oferując nowoczesny sposób płatności, których model sprawdził się już w innych rejonach Europy. Wierzymy, że to rozwiązanie pozwoli dotrzeć do użytkowników z zupełnie innymi oczekiwaniami w stosunku do zakupów przez Internet – wyjaśnia Daniel Daszkiewicz, Dyrektor Departamentu FinTech, którego zespół przeprowadził transakcje ze strony Alior Banku.

Polska waluta – krótka historia polskiego pieniądza

Po 123 latach zaborów i nieobecności na mapach Europy, 11 listopada 1918, Polska odzyskała niepodległość. Początki funkcjonowania państwa w nowej, wolnej rzeczywistości były trudne, także jeśli chodzi o system finansowy. Na naszą rodzimą walutę trzeba było nieco poczekać.

W początkach niepodległego państwa polskiego obowiązywała marka polska emitowana przez Krajową Kasę Pożyczkową. Polska ustanowiła swoją walutę nieco ponad rok później. Złoty polski wprowadzono do obiegu dopiero jednak w 1924 roku.

Nieco historii odległej

Warto jednak wrócić do historii znacznie wcześniejszej. Zanim pojawił się polski złoty płacono dukatami, tynfami, czy właśnie markami polskimi. Historia polskiej waluty jest mocno związana z dziejami państwowości. Rozwój naszego pieniądza determinowały kolejne wojny, powstania czy też próby przewrotów ustrojowych. Jednym z przodków złotego był tak zwany czerwony złoty wprowadzony za Władysława Łokietka. W 1564 roku rozpoczęto bicie polskiego złotego pod nazwą półkopka. Bardzo burzliwym okresem był XVII wiek, który upłynął pod znakiem licznych wojen i powstań. Wymuszało to również monetarną kreatywność, stąd powstały po kolei monety tymfy, a później boratynki.

Pierwszy pieniądz papierowy

Rewolucja nastąpiła w 1773 roku, czyli w roku drugiego rozbioru Polski, wtedy też wprowadzono pierwszy papierowy pieniądz. Powszechnie był on dostępny nieco później, bo w sierpniu 1774 roku. Świadomość społeczna była wtedy jeszcze niewielka, ludzie nie wierzyli, że kawałek papieru może być cenniejszy niż kruszec, stąd bardzo szybko zniknął on z obiegu po raptem kilku miesiącach.

Marka polska i hiperinflacja

Wraz z kolejnymi rozbiorami państwa polskiego zniknął rodzimy pieniądz, a dokładniej bilet skarbowy wprowadzony przez Tadeusza Kościuszkę. W jego miejsce nieco siłą rzeczy wprowadzano waluty okupantów. Powrót naszej waluty datuje się dopiero na rok 1919, czyli rok po odzyskaniu niepodległości. Do 1924 funkcjonowała jednak marka polska, dopiero w tym roku złoty trafił do obiegu. Dokładnie 1 lipca 1924 roku marka polska utraciła moc środka płatniczego na rzecz złotego. Odradzające się państwo polskie borykało się z wieloma problemami. Niskie dochody wraz z dużymi wydatkami spowodowały, że Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa, która zajmowała się emisją pieniądza, drukowała je niemal bez umiaru. Efekt mógł być jeden, czyli wysoka inflacja. A w roku 1923 nawet hiperinflacja. Rozbieżność nominałów marek była zastraszająca: od pół marki do 10 mln marek polskich. Sytuacja taka nie mogła trwać wiecznie a rychły musiał być koniec polskiej marki.

Początek złotego i lech

Gdy zdecydowano, że Polacy będą nosić w portfelach złotego i grosze, pojawiły się kontrowersje co do nazwy waluty. Dużym poparciem cieszył się choćby lech. Podpisano nawet dekret, w którym Piłsudski wskazał, że polska waluta otrzyma nazwę lech, a setna część grosz. Mocnym jednak argumentem za złotym było to, że nazwa ta funkcjonowała już przed I wojną. Finalnie więc ta nazwa została obowiązującą i Sejm Ustawodawczy ustanowił ją 28 listopada 1919 roku. W teorii więc obowiązywała nazwa lech przez niecałe 3 tygodnie.

Wymiana marek na złotego 5 lat później

18 kwietnia 1924 roku rozpoczęto wymianę marek na nową walutę, czyli złotego. Dlaczego tak późno wprowadzono złotego do obiegu skoro Sejm uchwalił go niemal 5 lat wcześniej? Powód opóźnienia jest bardzo prosty, szybująca inflacja i wysoki deficyt budżetowy sięgający nawet 155% PKB. W momencie odzyskania niepodległości, czyli w 1918 za dolara otrzymywało się 9 marek polskich, a w 1923 już 6 milionów. Marki polskie wymieniano na złote po kursie 1 800 000 marek za 1 złoty.

Początki złotego

Złoty został zbudowany na całkiem solidnych fundamentach. Około 30% pieniędzy w obiegu było zabezpieczonych w złocie i innych walutach obcych. W obiegu były nominały od 1 grosza, a największy nominał miał banknot 500 zł. Banknoty były już wtedy zabezpieczone znakami wodnymi. Złoty był walutą mocną w tamtych czasach, równą wartości ówczesnego franka szwajcarskiego.

II wojna światowa burzy porządek monetarny

Zajęcie naszego kraju przez Niemcy spowodowało wprowadzenie nowej waluty. Banknoty będące w obiegu ostemplowane i wymieniano na nowe. Były bardzo podobne, ale z jedną zasadniczą różnicą, czyli bez polskich symboli narodowych. Polska waluta powróciła znów po zakończeniu II wojny światowej. Tyle tylko, że nieco w uwięzionej formie. Nasz kraj znalazł się pod sowieckimi wpływami, a wartość złotego została uzależniona od kursu waluty radzieckiej.

Brzemienny w skutkach rok 1950

W tym też roku postanowiono zrównać kurs złotego z rublem. Tyle tylko, że po skrajnie niekorzystnym kursie 100:3. W praktyce oznaczało to obniżenie wartości pieniądza o dwie trzecie. Z czasem rosnąca inflacja w naszym kraju spowodowała, że wprowadzano coraz większe nominały 1- i 2-milionowe. Można więc powiedzieć, że większość Polaków stała się milionerami. Oczywiście tylko na papierze. Jeszcze w 1989 roku największym nominałem był banknot 2-milionowy. Ówczesny rząd planował wprowadzić nawet banknot 5-milionowy.

Pieniądz, który znamy po dziś dzień

Banknoty, które posiadamy dzisiaj, do obiegu zostały wprowadzone z dniem 1 stycznia 1995 roku. Złotówkę zastąpił PLN, czyli polski nowy złoty. Denominacja odbywała się po kursie 1:10 000. Nowe banknoty miały nominały 10, 20, 50 złotych. Pół roku później powstały 100 i 200 złotowe. W 2017 roku do obiegu trafił banknot 500 złotowy. Od tego momentu polska waluta jest dość stabilna na tle innych europejskich. Na straży stabilności polskiej waluty stoi NBP. Stabilny pieniądz ma zapewniać rozwój naszej gospodarki. W dość odległej na ten moment przyszłości złoty może jednak zniknąć na rzecz euro.

Krzysztof Pawlak, dealer walutowy Walutomat.pl

Toyota opracowała nowatorski palnik na wodór do zastosowania w przemyśle

Nowa konstrukcja może zastąpić wielkoskalowe piece na gaz ziemny, obniżając poziom emisji NOx i eliminując emisję CO2. W ten sposób Toyota przyczyni się do zmniejszenia wpływu na środowisko japońskiego przemysłu i do wprowadzenia wodoru do szerokiego zastosowania w gospodarce.

Toyota opracowała pierwszy na świecie piec na wodór do ogólnego zastosowania w przemyśle. Urządzenie powstało we współpracy z Chugai Ro Co., Ltd. Piec został już uruchomiony i jest wykorzystywany do kucia metali w należącej do Toyoty fabryce Honsha.

W konwencjonalnych piecach do spalania wodoru gaz ten wchodzi w szybkie reakcje z tlenem, co przekłada się na wysoką temperaturę płomienia oraz szkodliwą dla środowiska i zdrowia emisję tlenków azotu NOx. Z tego powodu stosowanie w praktyce pieców wodorowych powoduje wiele komplikacji.

Nowo opracowany piec Toyoty wprowadza dwie nowe struktury, które powodują, że wodór jest spalany wolniej. Urządzenie nie emituje dwutlenku węgla, a emisja tlenków azotu została zredukowana do poziomu poniżej emisji dla pieców na gaz ziemny, co sprawia, że wynalazek Toyoty wyróżnia się pod względem parametrów środowiskowych.

Wodór i tlen nie mieszają się do końca

Kiedy wodór i tlen są dokładnie wymieszane w momencie zapłonu, dochodzi do gwałtownej eksplozji, a płomień ma bardzo wysoką temperaturę. W nowo opracowanym piecu Toyoty wodór i tlen przemieszczają się obok siebie, a w momencie zapłonu nie są całkowicie wymieszane. To prowadzi do wolniejszego spalania i niższej temperatury płomienia.

Mniejsza koncentracja tlenu wewnątrz pieca

Gdy mieszanka zawiera duże stężenie tlenu w momencie zapłonu, spalanie przebiega gwałtownie i zwiększa temperaturę płomienia. Aby temu zapobiec, w przewodzie dostarczającym wodór do palnika otwierane są małe otwory, pozwalając, by niewielkie ilości wodoru i tlenu spaliły się wcześniej. Stężenie tlenu jest w ten sposób redukowane do optymalnego poziomu 19 procent, powodując mniejszą temperaturę płomienia podczas głównego spalania.

Nowe urządzenie pomoże osiągnąć cele zawarte w Plant Zero CO2 Emissions Challenge, jednym z punktów programu Toyota Environmental Challenge 2050. Toyota realizuje go, implementując w swoich fabrykach kolejne innowacje oraz systematycznie usprawniając produkcję zgodnie z zasadą kaizen. Firma stopniowo wprowadza także do swoich zakładów produkcyjnych energię pochodzącą z odnawialnych źródeł, w tym z instalacji wodorowych.

Nowa technologia pozwoli zastąpić 1000 wielkoskalowych pieców gazowych piecami wodorowymi w fabrykach Toyoty w całej Japonii. Konwencjonalne piece na gaz ziemny są odpowiedzialne za znaczną emisję CO2. Aby zrealizować plan całkowitej eliminacji emisji dwutlenku węgla przy produkcji samochodów (Plant Zero CO2 Emissions Challenge), nowe wodorowe piece będą stopniowo wprowadzane najpierw do fabryk Toyoty, a następie w zakładach firm należących do Toyota Group. Nowatorskie piece na wodór przyczynią się także do realizacji wizji gospodarki opartej na wodorze, promowanej przez rząd Japonii oraz pomogą zmniejszyć ślad węglowy japońskiego przemysłu dzięki wprowadzeniu wodoru do szerokiego zastosowania.

Natychmiastowy zwrot VAT powinien być regułą

Przewidziana w art. 87 ust. 2 ustawy o podatku od towarów i usług instytucja przedłużania terminu zwrotu VAT podatnikowi stanowi jedynie wyjątek od zasady natychmiastowości zwrotu. Przypomniał o tym Naczelny Sąd Administracyjny, uchylając zarówno zaskarżone przez spółkę postanowienia organów podatkowych dwóch instancji, jak i broniące ich stanowiska rozstrzygnięcie WSA (wyrok z 3 sierpnia 2018 r., sygn. akt I FSK 1025/18).

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Jak stanowi art. 87 ust. 1 ustawy o VAT: „W przypadku gdy kwota podatku naliczonego, o której mowa w art. 86 ust. 2, jest w okresie rozliczeniowym wyższa od kwoty podatku należnego, podatnik ma prawo do obniżenia o tę różnicę kwoty podatku należnego za następne okresy lub do zwrotu różnicy na rachunek bankowy” (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535 ze zm.). W ust. 2 art. 87 wskazano termin dokonania tego zwrotu, wynoszący 60 dni od dnia złożenia rozliczenia przez podatnika, lub nawet krótszy 25 – dniowy, jeśli wystąpi o to podatnik. Dopiero w zdaniu drugim znalazło się uprawnienie do przedłużenia terminu zwrotu VAT przez organ w przypadku powołania się na konieczność weryfikacji zasadności dokonania zwrotu.

Przedłużenie terminu bez podania terminu

25 lutego 2016 r. spółka złożyła w urzędzie skarbowym deklarację VAT-7 za styczeń 2016 r. Zgodnie z art. 87 ust. 2 ustawy o VAT termin wynikającego z deklaracji zwrotu VAT upływał 25 kwietnia 2016 r. Na sześć dni przed tą datą, 19 kwietnia, organ skarbowy wszczął w spółce kontrolę podatkową co do zasadności wykazanego zwrotu VAT. Dwa dni później, postanowieniem z 21 kwietnia 2016 r., przedłużył jego termin. W wyniku zażalenia spółki 31 maja 2017 r. Dyrektor Izby Administracji Skarbowej (dalej: DIAS) uchylił to postanowienie. Podstawą jego decyzji był brak w postanowieniu o przedłużeniu terminu zwrotu VAT konkretnej daty, do której następowało przedłużenie. O konieczności wskazania tej daty stwierdził skład siedmiu sędziów NSA uchwałą z 24 października 2016 r., sygn. akt I FPS 2/16.

Uchylenie to nie unieważnienie, a brak daty można antydatować

Chcąc naprawić swój błąd, urząd skarbowy zgodnie z zaleceniem DIAS wskazał datę graniczną dokonania zwrotu VAT, co miało nastąpić wraz z zakończeniem czynności sprawdzających w spółce 29 czerwca 2018 r. Postanowienie w tej sprawie organ wydał 14 czerwca 2017 r. Pomimo zażalenia spółki na takie działanie urzędu, DIAS jako organ drugiej instancji, postanowieniem z 12 września 2017 r., utrzymał je w mocy. Jego zdaniem wydanie przez organ pierwszej instancji postanowienia z datą 14 czerwca 2017 r. nie uchybiło 60-dniowemu terminowi do zwrotu VAT, ponieważ uzupełniło tylko braki i zastąpiło pierwotne postanowienie w tej sprawie z 21 kwietnia 2016 r. Jak argumentował DIAS, nie można zatem mówić o upływie terminu zwrotu podatku z dniem 25 kwietnia 2016 r., skoro wydane cztery dni wcześniej postanowienie przedłużające nie zostało unieważnione, a jedynie uchylone.

Ex tunc vs. ex nunc

Rozpatrujący skargę spółki wojewódzki sąd administracyjny zgodził się ze stanowiskiem organów. Tylko uznanie postanowienia z 21 kwietnia 2016 r. za nieważne zrodziłoby konsekwencje w postaci wyeliminowania wszelkich jego skutków z mocą wsteczną (ex tunc) od dnia jej wydania. Jedynie uchylenie tego aktu, ze względu na stopień jego wadliwości, takich konsekwencji nie wywołało.

Jak czytamy w wyroku WSA w Gliwicach z 10 stycznia 2018 r., sygn. akt III SA/Gl 927/17: „… poprzez wydanie pierwszego, uchylonego następnie postanowienia o przedłużeniu terminu, organ wdrożył procedurę (sprawę) zmierzającą do przedłużenia terminu zwrotu i dokonał tego przedłużenia, a wydanie przez organ II instancji rozstrzygnięcia uchylającego i przekazującego sprawę do ponownego rozpatrzenia (a nie np. umarzającego postępowanie) wskazuje, że sprawa nie została zakończona i pozostawała w toku…”.

To zwrot VAT jest regułą, a nie przedłużanie jego terminu

Naczelny Sąd Administracyjny uchylił powyższy wyrok, stanowiąc, że instytucja przedłużenia terminu zwrotu VAT podatnikowi stanowi wyjątek od zasady natychmiastowości zwrotu. Nie może ona przede wszystkim tworzyć różnic w pozycji procesowej podatników w podobnych sytuacjach. A do takiego zróżnicowania dojdzie, gdy pomimo wyeliminowania z obrotu rozstrzygnięć będących podstawą do przedłużenia terminu zwrotu w dwóch podobnych sprawach, z uwagi na inny charakter uchybień tych rozstrzygnięć, nie wywołają one takiego samego skutku „…zarówno w przypadku stwierdzenia nieważności takiego postanowienia, jak i w przypadku jego uchylenia oznacza to istotną wadliwość rozstrzygnięcia organu administracji w zakresie przedłużenia terminu zwrotu” (I FSK 1025/18).

Podejrzenie karuzeli VAT daje alibi każdemu działaniu organu

W uzasadnieniu wyroku znalazło się rozstrzygnięcie innego składu NSA w analogicznej sprawie. Sąd wskazał w nim, że instytucja przedłużania terminu zwrotu VAT „…stanowi element wyważenia pomiędzy sprzecznymi interesami podatnika oraz Skarbu Państwa. Podatnik zainteresowany jest otrzymaniem natychmiastowego zwrotu kwoty nadpłaconego podatku VAT (w zgodzie z zasadą neutralności), z kolei organy podatkowe zainteresowane są wyeliminowaniem potencjalnych oszustw podatkowych i nieprawidłowości w funkcjonowaniu systemu podatku od towarów i usług działających na szkodę Skarbu Państwa” (wyrok z 14 marca 2018 r., sygn. akt I FSK 4/18).

W niniejszej sprawie podstawę do wstrzymania zwrotu VAT przedsiębiorcy stanowiła „…możliwość uczestnictwa spółki w tzw. karuzeli podatkowej mającej na celu wyłudzenie z budżetu państwa podatku VAT…” (I FSK 1025/18). Powód w postaci podejrzenia uczestnictwa w karuzeli VAT jest wytłumaczeniem dla wszelkich działań organów podatkowych działających wbrew zasadzie, zgodnie z którą to zwrot VAT jest regułą, a nie przedłużanie jego terminu. Stąd tak częstym zjawiskiem, z którym muszą mierzyć się przedsiębiorcy w codziennej działalności gospodarczej, zasługującym już nie tylko na miano urzędniczych nadużyć, ale i patologii całego systemu podatkowego, jest wstrzymywanie zwrotu VAT.

Jak wskazuje radca prawny Robert Nogacki, w obliczu takich działań organów sprawne odzyskiwanie VAT i reprezentacja przedsiębiorców w sporach z fiskusem, a zwłaszcza reprezentacja przy zwrocie VAT, stały się pożądaną na rynku, wąską specjalizacją kancelarii prawnych. Przedsiębiorcy zmuszeni są bowiem szukać już nie tylko standardowej pomocy prawnej doradcy podatkowego, ale eksperta od walki z urzędniczym bezprawiem.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

BitBay i Coinfirm nawiązują współpracę

Jedna z największych giełd fiat-crypto BitBay ogłosiła współpracę z Coinfirm, wiodącym dostawcą rozwiązań za zakresu przeciwdziałania praniu brudnych pieniędzy (AML) i oceny ryzyka oraz profesjonalnych usług dla branży blockchain i kryptowalut.

BitBay na całym świecie poszukuje innowacyjnych partnerów, z którymi będziemy mogli rozwijać ekosystem produktów opartych o technologię blockchain oraz przenieść nasz biznes na wyższy poziom. Coinfirm oferuje rozwiązania zwiększające zaufanie do kryptowalut i ułatwiające ich akceptowanie na dużą skalę.
— Patryk Kadlec, Wiceprezes i Dyrektor ds. Rozwoju Biznesu platformy BitBay.

Platforma AML umieściła Coinfirm na pozycji światowego lidera RegTech dla technologii blockchain. Jej twórcami są specjaliści działów AML z duży instytucji finansowych oraz prawdziwi „weterani” rynku kryptowalut.

Platforma obsługuje szerokie spektrum klientów. Są to: giełdy, duże podmioty rynku (Circle, Dash), ponad 100 projektów ICO, a także duże banki i instytucje finansowe z całego świata. Firma Coinfirm, Platforma AML, sieć AMLT i token tworzą kompletny system, który pomaga chronić użytkowników, zwiększa bezpieczeństwo korzystania z kryptowalut i przyczynia się do stworzenia przyjaznego środowiska dla powszechniejszej akceptacji technologii.

Wprowadzona niedawno przez Coinfirm sieć AMLT nie tylko pozwoliła przemówić ekonomii kryptowalut, ale wraz z platformą AML dała jej narzędzie do minimalizowania potencjalnych szkód spowodowanych przez oszustów i jej nieuczciwych uczestników, ograniczając tym samym możliwość podejmowania takich działań. W przypadku, gdy dochodzi do włamania i zostanie ono szybko zgłoszone do sieci AMLT, istnieje możliwość zatrzymania dalszego procesu utraty kontroli nad środkami.

Wraz z rosnącym udziałem innych liderów z branży, takich jak BitBay, możemy zapewnić nowy poziom przejrzystości, bezpieczeństwa, a przez to i globalnej adopcji kryptowalut oraz blockchain. Cieszymy się, że BitBay, który reprezentuje jakość i skalowalność, nie tylko chce umocnić się na pozycji innowatora w swoim obszarze działania we współpracy z naszą technologią, ale także wesprzeć nas w rozprzestrzenianiu technolgii kryptowalut na całym świecie. — Grant Blaisdell, współzałożyciel Coinfirm.

Chociaż od publikacji wersji minął zaledwie miesiąc, sieć AMLT ma już w swoich rejestrach setki adresów zgłoszonych przez jej członków, firm takich jak token TokenMarket. Po pierwszym miesiącu sieć AMLT zaczęła również rozprowadzać nagrodę w postacie tokenu AMLT wśród jej członków za dostarczanie danych.

Stworzona przez Coinfirm sieć AMLT to przyszłościowy projekt. Cieszymy się, że przyczynimy się do jej rozwoju -Patryk Kadlec z BitBay

„Biała kreska” – menedżerowie korporacji coraz częściej sięgają po używki

Pozycja lidera zespołu lub menadżera odpowiedzialnego za wieloetapowe projekty to dla wielu Polaków wizja wymarzonej pracy. We współczesnym świecie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej stanowiska kierownicze narażają jednak pracowników na pracę w ogromnym stresie. Podobnie jest w przypadku większości tzw. „wyeksponowanych” stanowisk, które wiążą się z dużą odpowiedzialnością. Zastraszające tempo życia, niewątpliwa eksploatacja i nadmiar obowiązków powodują, że współcześni liderzy i wysokiej klasy specjaliści żyją pod ogromną presją, z którą coraz częściej radzą sobie za pomocą używek. Problem uzależnień w kadrze kierowniczej robi się mocno zauważalny. Co zrobić, aby nie dołączyć do grona firm, w których tzw. „biała kreska” jest niezbędnym „narzędziem” pracy i sposobem radzenia sobie ze stresem?

Uzależnienia mimo, iż są realnym problemem, z którym mierzy się na co dzień wiele firm, są w Polsce nadal tematem tabu. Z jednej strony pojawiają się szerokie opracowania pokazujące, że życie w nieustannym stresie i pod ogromną presją stwarzaną przez pracodawców nastawionych na wynik, sprzyjają stosowaniu twardych używek. Z drugiej nie ma żadnych badań pokazujących realny obraz sytuacji, bo takie niezwykle trudno przeprowadzić. Każdy pracujący w mniejszej lub większej korporacji doskonale zdaje sobie jednak sprawę w z istnienia z tzw. „białej strefy”. Szalone imprezy podczas m.in. wyjść czy wyjazdów integracyjnych, na których króluje już nie tylko alkohol, ale także potocznie nazywana „biała kreska” stały się codziennością wielu firm. Coraz częściej zdarza się jednak, że używki stosowane są już nie tylko jako element zabawy, ale jako antidotum na codzienne stresy, z jakimi muszą radzić sobie m.in. osoby na kierowniczych stanowiskach, wysokiej klasy specjaliści, na których ciąży ogromna odpowiedzialność czy np. maklerzy giełdowi. Zażywane przez nich narkotyki są traktowane jako wspomagacze. W kulminacyjnym momencie swojego działania przyspieszają pracę mózgu, zwiększają kreatywność i pozwalają pracować szybciej oraz „lepiej”. Uzależnieni przyjmują zatem narkotyki, żeby zabłysnąć pomysłami na nową strategię firmy, przygotować kluczową prezentację czy przeprowadzić widowiskowe i motywujące wystąpienie.

Zażywanie narkotyków jednak tylko pozornie i tylko na chwile „pomaga” w rozwiązywaniu problemów. Po chwilowym zastrzyku energii szybko przychodzi moment spadku. Człowiek staje się jeszcze bardziej nerwowy, podejrzliwy i przewrażliwiony. Innymi słowy szef zażywający narkotyki jest po prostu nieobliczalny, chodź sam uważa się za elitę, bo w końcu nie każdego stać na regularne przyjmowanie „białej kreski”. Niestety odsetek osób zażywających kokainę wcale nie jest znikomy. Jak wynika z najnowszego raportu Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii w minionym roku, w Unii Europejskiej szacunkowo aż 2,3 milionów ludzi w wieku 15 – 34 lat oraz 3,5 milionów ludzi w wieku 15 – 64 lat przyjmowało kokainę[1]. Mówiąc o uzależnieniach nie można zapomnieć o pokaźnej grupie ludzi, którzy regularnie przyjmują tzw. narkotyki miękkie. Chodzi m.in. o haszysz czy marihuanę. W przeciwieństwie do np. kokainy są one stosowane już nie jako błyskawiczny zastrzyk energii, ale bardziej jako „umilacz czasu”, dzięki któremu przepracowani i zestresowani pracownicy relaksują się po ciężkim dniu w domu lub na imprezie. W ich przypadku szybko okazuje się, że żadne inne sposoby odpoczywania nie przynoszą tak skutecznego i szybkiego w osiągnięciu efektu rozluźnienia i odprężenia. Podobnie traktowany jest alkohol, często występujący jako obowiązkowy dodatek do narkotyków.

Perfekcyjny kamuflaż

W przypadku alkoholu naukowcy wyróżnili już nawet ten szczególny rodzaj dysfunkcji. HFA (High Functioning Alcoholics) czyli alkoholicy wysoko funkcjonujący to ludzie piastujący wysokie i odpowiedzialne stanowiska, których na tzw. pierwszy rzut oka nikt nie podejrzewałby o problemy z alkoholem, a już na pewno nie o chorobę alkoholową. I nic dziwnego, bo HFA do perfekcji opanowali sztukę maskowania swojego problemu. Często mają rodziny, są dobrymi rodzicami i wywiązują się ze swoich obowiązków, zarówno prywatnych jak i zawodowych. Takie pozornie normalne funkcjonowanie wymusza jednak na nich tak dużą presję, że potrzebują antidotum, dzięki któremu będą mieli iluzoryczne poczucie kontroli nad swoim życiem. Jak szacuje National Institute for Alcohol Abuse and Alcoholism w USA już niemal co piąty alkoholik jest właśnie HFA. Ten rodzaj uzależnienia jest szczególnie niebezpieczny także ze względu na specyfikę choroby alkoholowej występującej u wielu uzależnionych. Potrafią oni bowiem żyć w trzeźwości przez cały tydzień. Od poniedziałku do piątku funkcjonują więc pozornie normalnie. Upust swojemu uzależnieniu dają natomiast w weekend przykrywając problem idealną wymówką wspólnych wyjść ze znajomymi czy imprez służbowych. Niestety problem nie został jeszcze zbadany w Polsce, dlatego jego realne rozmiary nie są znane.

Wyzwanie dla pracodawców

Jednym z głównych powodów popychających menadżerów do używek jest stres oraz tzw. „overload” (tłum. przeładowanie) obowiązkami i zadaniami służbowymi, często skutkujący przedwczesnym wypaleniem zawodowym. Skarży się na niego między innymi aż 40 % pracowników warszawskiego Mordoru przebadanych przez TNS Polska. Ponadto, jak wynika z raportu „Pokolenie Y w pracy  – młodzi, ambitni, ale czy efektywni?”, opublikowanego przez tę firmę badawczą, również 40% potrafi pracować „ciągiem” 14 godzin lub więcej, a 15% odczuwa stres zanim w ogóle dotrze do pracy.[2] Kwestia eksploatacyjnej kultury wielu organizacji to jeden z największych problemów współczesnego rynku pracy. Firmy nastawione wyłącznie na wyniki zdają się coraz częściej zapominać, że za każdym sukcesem czy porażką przedsiębiorstwa stoi człowiek. Człowiek, który pod wpływem powszechnego mobbingu i przepracowania traci najpierw motywację, następnie zaangażowanie, aż w końcu zdrowie. W efekcie zamiast wydajnych i zmotywowanych do działania specjalistów firmy borykają się z pracownikami chorymi na depresję, stresu-nerwicy/”>walczącymi z nerwicami czy głębokim wypaleniem zawodowym. Pracownikami dużo bardziej skorymi do eksperymentowania i poszukiwania złudnego antidotum na swoje problemy.

Żyjemy i pracujemy w czasach, w których odpowiedzialność i presja wywierana na liderów i menadżerów powinna być traktowana jako jeden z głównych czynników wpływających na psychikę, a co za tym idzie efektywność pracowników. – Dziś zupełnie nowego znaczenia nabiera sformułowanie „odpowiedzialny pracodawca”. Współcześnie firmy już dziś borykają się z problem uzależnień na wyższych i najwyższych szczeblach. Dlatego też niezbędne jest wprowadzenie rozwiązań zapobiegających rozwojowi tego zagrożenia – tłumaczy Grzegorz Święch, Wiceprezes i partner Grupy Nowe Motywacje. Zdaniem eksperta problem związany z przepracowaniem i przemęczeniem pracowników jest dziś na tyle głęboki, że warto z wyprzedzeniem zainteresować się m.in. kulturą własnej organizacji, która ma znaczący wpływ na to, jak pracuje się w danej firmie. – Ogromnym wyzwaniem stojącym przed pracodawcami jest przede wszystkim przeciwdziałanie przeciążeniu pracowników, bo to właśnie „overload” generuje większość problemów. Jest głównym powodem odczuwania stresu i miażdżącej presji – tłumaczy Grzegorz Święch – Menadżerowie czy wysokiej klasy specjaliści muszą więc zostać otoczeni odpowiednią opieką m.in. pracowników działów HR, którzy pokierują ich zrównoważonym rozwojem – dodaje.

Odpowiednie zadbanie o pracowników na wyższych stanowiskach to dzisiaj absolutne „must have”. Warto postawić m.in. na dedykowane programy szkoleniowe, które niekoniecznie poprawiają kompetencje stricte zawodowe, a bardziej uczą jak radzić sobie ze stresem czy delegować zadania rezygnując tym samym z błędnego myślenia, które towarzyszy wielu menadżerom, że tylko oni mogą dobrze wykonać poszczególne elementy projektu. Co jeszcze mogą zrobić organizacje, aby uchronić swoich liderów i specjalistów przed widmem uzależnień?

Umożliwić im odpowiednie warunki pracy. Już dziś istnieją firmy, które wprowadziły obowiązkowe urlopy, nie krótsze niż dwa tygodnie czy zakazy wysyłania e-maili służbowych po godzinie 19-tej. Są też takie organizacje, gdzie tworzone są siłownie, play room’y, strefy relaksu z miejscem na krótką regenerującą drzemkę, czy… masaż! Warto pomyśleć też o odpowiedniej aranżacji biura – miejsce pracy ma bowiem ogromny wpływ na psychikę pracowników.

Czy dynamiczny rozwój szeroko pojętego rynku oraz wręcz ekspresowe tempo współczesnego życia skazuje najbardziej obciążonych presją i stresem na ryzyko uzależnień? Nie, ale już dziś konieczne jest zauważenie problemu i podejmowanie działań profilaktycznych. Zarówno pracownicy jak i pracodawcy muszą zadbać o kluczowe elementy pozwalające na zachowanie odpowiedniego work – life balance.

[1]http://www.emcdda.europa.eu/system/files/publications/8585/20181816_TDAT18001PLN_PDF.pdf

[2] http://www.tnsglobal.pl/coslychac/files/2015/07/Pokolenie-Y-w-pracy_Raport-TNS-dla-marki-Tiger.pdf

Rzym: międzynarodowe rozmowy Huawei na temat digitalizacji Europy

7 listopada br. w Rzymie we Włoszech rozpoczął się Huawei European Innovation Day oraz konferencje i wystawy Eco-Connect. Tematem przewodnim wydarzeń, które potrwają do 9 listopada jest DigitALL INtelligent Europe.

Huawei koncentruje się na infrastrukturze teleinformatycznej i inteligentnych urządzeniach. Od 18 lat przyczyniamy się do digitalizacji w Europie i pomagamy przemysłowi przygotować się na inteligentny świat – powiedział Hua Liang, prezes zarządu Huawei podczas inauguracji Huawei European Innovation Day.

Rzym_międzynarodowe_rozmowy_HuaweiWydarzenie zostało zaprojektowane tak, aby funkcjonowało jako swego rodzaju Forum Romanum, które ma na celu umożliwienie zderzenia pomysłów oraz zebranie żywych opinii z całego świata, a także wspólne promowanie rozwoju przyszłego inteligentnego społeczeństwa.

Ponadto, z uwagi na fakt, że w 2019 r. będziemy obchodzić 500. rocznicę śmierci Leonarda da Vinci, tegoroczne obchody Innovation Day obejmują ścisłą współzależność między sztuką, nauką i technologią. Dlatego też podczas wielu prelekcji spotkań zostaną omówione liczne zagadnienia, poczynając od badań podstawowych przez przekształcenia komercyjne oraz ich zastosowanie w różnych gałęziach przemysłu, a kończąc na innowacjach odgrywających kluczową rolę w życiu społeczeństwa.

W trzydniowym wydarzeniu weźmie udział ponad 2600 gości, w tym Riccardo Fraccaro, włoski minister ds. stosunków parlamentarnych i demokracji bezpośredniej oraz prof. Erdal Arikan, wynalazca kodeksu polarnego, który również wygłosi przemówienie inauguracyjne.

Co ważne, podczas Huawei Eco-Connect – konferencji i wystaw, które równolegle odbywają się do Innovation Day – uruchomiono centrum hostingowe dla wielu dzierżawców Internetu przedmiotów (IoT) w celu inkubacji lokalnych ekosystemów cyfrowych i przyspieszenia rozwoju biznesu IoT. Wydarzeniom w Rzymie towarzyszyć będzie także Huawei 5G Demo Truck, w którym prezentowane będą kompleksowe produkty i rozwiązania 5G oraz all-cloud dla różnych scenariuszy.

Huawei w ciągu 3 dni zaprezentuje także liczne nowości z obszaru cloud computingu, Internetu przedmiotów, platform cyfrowych i big data. Ponadto, zostaną pokazane nowe rozwiązania dla przemysłu w inteligentnych miastach oraz produkcji. Firma przedstawi również nową generację rozwiązań produktowych dla przedsiębiorstw opartych na sztucznej inteligencji oraz strategię ekosystemową.

Przedstawiciele Huawei omówią ponadto, w jaki sposób inteligentne rozwiązania firmy – np. Huawei Mobile Services – odgrywają kluczową rolę we wspieraniu skutecznej transformacji cyfrowej w Europie. Wspomniana usługa ma już ponad 460 mln użytkowników w 170 krajach  na całym świecie, w tym ponad 32 mln w Europie.

Należy wspomnieć, że Huawei jest zaangażowany w budowę globalnej platformy dystrybucji, zapewniając otwarte możliwości techniczne i wszechstronne wsparcie dla partnerów i programistów, jednocześnie dążąc do zaoferowania wysokiej jakości doświadczenia użytkownikom we wszystkich scenariuszach, zapewniając bezpieczeństwo i prywatność.

Firma dąży jednocześnie do rozwoju młodych talentów w Europie, w związku z czym zaprezentuje w Rzymie swój program „DigitALL Explorer”, w ramach którego planuje rozwijać 3000 utalentowanych młodych ludzi w ciągu trzech lat od 2019 do 2021 roku.

Technologia ma kluczowe znaczenie dla rozwoju przemysłowego. Zdrowy ekosystem tworzy większy rynek, a liczne talenty bezpośrednio napędzają wzrost. Huawei uważa, że dążenie Europy do digitalizacji będzie zależało właśnie od tych trzech czynników – skomentował Vincent Pang, prezes Huawei w regionie Europy Zachodniej.

Gospodarka nie ma wolnego. Jak 12 listopada wpłynie na rynek walut

Sejm przegłosował ustawę, Prezydent ją podpisał – Polacy będą dłużej świętować setną rocznice odzyskania niepodległości. Decyzja o dodatkowym dniu wolnym, podjęta tak naprawdę na ostatnią chwilę, spowodowała, że wiele firm nie miało szans przygotować się do wydłużonego weekendu. Eksperci wieszczą załamanie polskiej gospodarki i obniżenie kursu złotówki z powodu wolnego poniedziałku. Czy tak rzeczywiście się stanie?

Władze centralne podjęły decyzję o dodatkowym dniu wolnym. Długi weekend to żadna nowość – Polacy są już przyzwyczajeni do dłuższego odpoczynku. Podobnie nasza gospodarka, w tym rynki walutowe. 12 listopada to jednak sytuacja wyjątkowa, gdy decyzja o dniu bez pracy została podjęta na kilka dni przed terminem. Czy może mieć to wpływ na rynki walut?

Pozornie ma to niewiele wspólnego. A jednak zależność jest widoczna, i to bardzo wyraźnie, szczególnie w kilku sferach, m.in. w turystyce. Dzień wolny to po pierwsze możliwość wyjazdu. W tym konkretnym przypadku jest to mało prawdopodobny scenariusz, większość z nas planuje wyjazdy zagraniczne przynajmniej z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Gdyby jednak informacja o długim weekendzie był znana wcześniej, najprawdopodobniej zobaczylibyśmy wzmożone zainteresowanie walutami ze względu na ruch turystyczny.

Patrząc jednak na kwoty, turystyka nie jest tutaj najważniejsza. Znacznie istotniejszy wpływ na rynek walut będzie miał przemysł. Dodatkowy dzień wolny to jeden dzień produkcji w roku mniej. Oznacza to, że wyprodukujemy o 0,4% mniej danego towaru. W rezultacie albo mniej wyeksportujemy, albo więcej będziemy importować, by zasypać lukę. W pierwszym przypadku mniej waluty obcej sprzedamy na złotówki – jako mniejszy zysk z eksportu. W drugim więcej złotych sprzedamy za walutę obcą – jako koszt importu. W obu przypadkach zatem będzie to niekorzystne dla złotego.

Warto w tym momencie uspokoić, że o ile faktycznie jest to negatywny czynnik, to istotna jest jego siła. Ta z kolei powinna być właściwie niezauważalna dla osób, które na bieżąco nie śledzą sytuacji na rynkach. Po pierwsze pomimo ekspresowego trybu uchwalenia
długiego listopadowego weekendu, inwestorzy mieli wystarczająco dużo czasu, by dostosować się do informacji o możliwym wolnym, co rozkłada ewentualny impuls na wiele dni. Po drugie wiele firm ma pewne rezerwy mocy co spowoduje, że wpływ decyzji o dodatkowym dniu bez pracy będzie mniejszy. Po trzecie wreszcie to efekt 12 listopada będzie na tyle niewielki, że zdecydowana większość z nas go nie odczuje.

Nie ma zatem co demonizować dodatkowego dnia wolnego, a przynajmniej nie powinniśmy tego robić z myślą o jego wpływie na gospodarkę. Część komentatorów wskazuje na dane, według których skoro nie pracujemy przez jeden dodatkowy dzień, to znaczy, że nie wytworzymy 1/250 PKB (dni pracujące). Oznaczałoby to, że nasze PKB będzie rosło wolniej o 0,4%, a kwotowo stracimy jako państwo 2 miliardy dolarów. Liczby te przemawiają do wyobraźni, jednak nie są na szczęście prawdziwe. Gospodarka to nie tylko produkcja przemysłowa, która stanowi w Polsce mniej niż 20% PKB, w związku z czym realny wpływ wydłużonego weekendu będzie wielokrotnie niższy. To, że dzień jest wolny nie oznacza wcale, że tego dnia nie jeździmy samochodem, kupujemy w sklepach osiedlowych czy nie odwiedzamy restauracji, czym cały czas napędzamy naszą gospodarkę.

Maciej Przygórzewski – główny ekspert walutowy Internetowykantor.pl

Cyfryzacja branży ubezpieczeniowej w Polsce

Ponad 80 proc. ubezpieczycieli uważa, że przyszłość na rynku należy do tych organizacji, które zainwestują w innowacje i cyfryzację – wynika z raportu Cyfryzacja sektora ubezpieczeń w Polsce, przygotowanego przez Accenture dla Polskiej Izby Ubezpieczeń. Dlatego już teraz firmy rozpoczęły prace nad wdrażaniem technologii smart home oraz smart city, pozwalających m.in. na preferencyjną wycenę składek oraz lepsze dostosowanie ofert do potrzeb klienta.

Strategie cyfryzacji polskich ubezpieczycieli

Podobnie jak za granicą, polscy ubezpieczyciele koncentrują swoją cyfryzację na relacjach z klientem oraz wewnętrznych procesach, wynika z raportu przygotowanego przez Accenture. Na podstawie badania przeprowadzonego na zlecenie PIU wyodrębniono trzy typy firm działających na polskim rynku ubezpieczeń, uwzględniając między innymi ich podejście do cyfryzacji, innowacji, doświadczeń klienta oraz wdrażania nowych technologii w różnych obszarach biznesowych.

Pierwsza grupa to tzw. pragmatyczni tradycjonaliści, skupiający się na istniejących kanałach i rozwiązaniach. Mimo to interesują się oni nowymi trendami, aby w razie konieczności sprawnie dostosować się do zmian rynkowych. Ich zdaniem, rolą nowych technologii jest odciążenie agentów oraz usprawnienie ich pracy. Zaoszczędzony czas pośrednicy mogliby przeznaczyć na budowanie relacji z klientami oraz na zwiększanie sprzedaży. Pozwoliłoby to ograniczyć koszty operacyjne, a tym samym zwiększyć konkurencyjność firm.

Z kolei druga grupa, tzw. cyfrowi wyznawcy, stale analizuje zmieniające się potrzeby klientów oraz nowe technologie. Często sami wyznaczają trendy, wdrażając innowacyjne rozwiązania we wszystkich obszarach, nawet tam, gdzie trudno jest wskazać oczywiste korzyści finansowe w krótkim okresie. Inwestują w multikanałowość, sztuczną inteligencję i analitykę.

Ostatnia grupa to tzw. zdywersyfikowani partnerzy, którzy stosują cyfrowe inicjatywy na mniejszą skalę, czasem obok podstawowej działalności. Ich celem nadrzędnym jest zdobycie wiedzy i doświadczeń, a także przygotowanie się do budowy lub udziału w ekosystemach z innymi cyfrowymi graczami. Skupiają się głównie na współpracy ze swoimi partnerami biznesowymi, budując interfejsy dostosowane do ich systemów.

Polskie zakłady ubezpieczeń inteligentnie podchodzą do cyfryzacji. Inwestują więc nie we wszystkie nowinki technologiczne, a w te inicjatywy i innowacyjne pomysły, które mają uzasadnienie w ich strategii biznesowej i celach na najbliższe lata. W swoich staraniach napotykają na coraz większe trudności w pozyskiwaniu pracowników posiadających cyfrowe kompetencje. W efekcie zastosowanie takich cyfrowych technologii jak sztuczna inteligencja, chmura obliczeniowa czy zaawansowana analityka jest mniej powszechne niż u badanych ubezpieczycieli za granicą – powiedział Łukasz Marczyk, dyrektor praktyki ubezpieczeniowej Accenture w Polsce.

Ważne trendy – smart home i smart city

Ubezpieczyciele od lat śledzą zamiany technologiczne i stopniowo wdrażają je w swoich firmach. Przejawiają się one z jednej strony w nowych produktach, jak ubezpieczenia cybernetyczne, ale również w narzędziach pozwalających na lepszą ocenę ryzyka oraz wycenę składki, czyli np. rozwiązaniach telematycznych, czyli elektronicznych czujnikach dostarczających na bieżąco informacje istotne dla przedmiotu ubezpieczenia. To jeden z ważniejszych trendów cyfryzacji ubezpieczeń.

Już teraz we Włoszech 17 proc. polis komunikacyjnych wykorzystuje technologie telematyczne. Przewidujemy, że trend ten będzie się rozwijał w innych krajach europejskich. Niektóre firmy ubezpieczeniowe wprowadzają tego typu rozwiązania także w Polsce – wyjaśnia Mariusz Kuna z Polskiej Izby Ubezpieczeń, i dodaje – Korzyści płynące z nowych technologii to m.in. obniżenie szkodowości, dostęp do danych umożliwiających lepsze szacowanie ryzyka, czy też lokalizację klientów. Wyzwaniem, z którym mierzą się firmy na polskim rynku przy wdrażaniu telematyki, jest przede wszystkim wysoki koszt instalacji urządzeń telematycznych w porównaniu do składki OC ppm.

Telematyka to jeden z przykładów realizacji idei smart city i smart home. Zakłada ona oczujnikowanie przedmiotów ubezpieczenia, samochodów, mieszkań w taki sposób, by ubezpieczyciel na bieżąco mógł monitorować ważne z punktu widzenia bezpieczeństwa i zarządzania ryzykiem parametry elementów stanowiących przedmiot ubezpieczenia (mieszkania, infrastruktury, pojazdów). Przykładowo w mieszkaniach mierzy się wilgotność i temperaturę powietrza. W razie gwałtownych zmian w wynikach pomiarów, można szybko w sposób w odpowiedni zareagować, np. wysłać pomoc w sytuacji wykrycia zalania lub pożaru.

Kolejną innowacją są ubezpieczenia od cyberryzyk, mające na celu zabezpieczenie użytkowników internetu, przedsiębiorstw i instytucji przed wirusami komputerowymi, atakami hakerskimi czy nieuczciwymi działaniami pracowników. Wielu ubezpieczycieli analizuje możliwość wprowadzenia tego rodzaju produktów w najbliższych latach. Biorąc pod uwagę stopień innowacyjności oferty produktowej, większość polskich ubezpieczycieli nie poszukuje na siłę nowinek technicznych czy nowych typów produktów – z ich perspektywy kluczowe znaczenie ma usprawnianie oraz upraszczanie aktualnie posiadanej oferty.

Wzrost satysfakcji klientów dzięki samoobsłudze

W kolejnych latach coraz więcej ubezpieczycieli będzie dążyło do osiągnięcia pełnego lub częściowego ograniczenia dokumentacji papierowej. Dzięki rozwojowi technologii, klienci zyskają m.in. szerszą możliwość samodzielnego zgłaszania szkód. Zadzieje się to dzięki m.in. formularzom online do zgłaszania roszczeń, portalom samoobsługowym oraz aplikacjom mobilnym (np. mobilnej aplikacji do oględzin czy wysyłanie powiadomień „push” z informacją o statusie szkody). Takie rozwiązania wprowadziła już w Szwajcarii Zurich Insurance Group, dzięki czemu skróciła proces likwidacji szkód z 52 min. do zaledwie 5 sek. To pozwoliło natomiast zaoszczędzić ok. 40 tys. roboczogodzin w ciągu roku.

Najważniejsze wyzwania

Polskie firmy są zgodne co do rosnącego znaczenia danych w ich organizacjach. Istotnym kierunkiem rozwoju jest pozyskiwanie ich z nowych wiarygodnych źródeł. Jednym ze sposobów na zdobywanie wartościowych informacji jest wykorzystanie publicznych zbiorów danych. Aby zarządzanie danymi odbywało się w odpowiedni sposób, powinny być też wdrażane zaawansowane rozwiązania analityczne, mające zastosowanie także w innych obszarach biznesowych np. przy szacowaniu ryzyka. Na razie zaawansowany poziom w wykorzystaniu danych i analityki osiągnęło tylko kilka polskich firm.

O badaniu

Głównym celem badania, przeprowadzonego przez Accenture, jest przedstawienie najważniejszych trendów dotyczących poziomu cyfryzacji polskiego rynku ubezpieczeniowego oraz wskazanie barier mogących przeszkodzić w dalszej transformacji cyfrowej sektora. Wnioski oparto na przeprowadzonym badaniu jakościowym, które miało formę dyskusji w grupach fokusowych, moderowanych przez ekspertów Accenture. Do uczestnictwa w sesjach dyskusyjnych zaproszone zostały osoby zarządzające wszystkimi obszarami działalności zakładu ubezpieczeń, pełniące w organizacjach role decyzyjne. W badaniu wykorzystano mechanizm dzielący aspekty związane z cyfryzacją na części Go Digital oraz Be Digital, które odnoszą się odpowiednio do cyfryzacji doświadczeń klienta oraz cyfryzacji operacji wewnątrz organizacji. W trakcie dyskusji przebadanych zostało 13 ubezpieczycieli, co stanowi 73% pokrycia rynku w ubezpieczeniach życiowych i 65% w ubezpieczeniach majątkowych.