Sytuacja finansowa firm poprawi się, ale zapotrzebowanie na finansowanie zewnętrzne wzrośnie

Krótsze terminy płatności, publikowanie informacji o praktykach płatniczych i terminach zapłaty przez największe firmy, czy szybka ścieżka do nakazu zapłaty – to główne zmiany w propozycji przepisów przygotowanych przez Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, które mają ograniczyć zatory płatnicze. Trafiły one właśnie do konsultacji społecznych. Według eksperta Siemens Financial Services zmiany idą w dobrym kierunku, jednak dzięki nim płynność finansowa firm poprawi się jedynie częściowo.

Do konsultacji publicznych trafił projekt Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii dotyczący zmian, których celem jest ograniczenie problemu zatorów płatniczych w Polsce. Zakłada on między innymi wprowadzenie limitu 60 dni na uregulowanie przez dużego kontrahenta jego zobowiązań wobec mniejszego podmiotu. Ministerstwo Finansów będzie także zbierać a następnie publikować dane na temat liczby faktur, które duże firmy płacą w ciągu 30, 60 i ponad 60 dni. Wprowadzona zostanie również uproszczona procedura nakazowa w przypadkach, gdy wartość roszczenia nie przekracza 75 tys. zł.

Krzysztof Kuniewicz Dyrektor Zarządzający Siemens Finance
Krzysztof Kuniewicz
Dyrektor Zarządzający Siemens Finance

– Dzięki nowym regulacjom nie będzie się opłacało opóźnianie płatności. Niezależnie od tego, czy są one robione by „kredytować się” u kontrahentów, czy są wymuszone przez okoliczności. Każda inicjatywa zwiększająca bezpieczeństwo biznesu jest dobra dla przedsiębiorstw i gospodarki – mówi Krzysztof Kuniewicz, Dyrektor Działu Faktoringu Siemens Financial Services.

– Problem nieterminowego regulowania płatności dotyka wielu firm w Polsce. Z najnowszego badania BIG InfoMonitor wynika, że w III kw. 2018 r. odsetek firm skarżących się na opóźnienie płatności od kontrahentów przekraczające 60 dni sięgnał 50 proc. Z kolei gdyby nie przeterminowane płatności od odbiorców, niemal co piąta firma miałaby o co najmniej 30 proc. wyższe obroty –– dodaje Krzysztof Kuniewicz. Według eksperta Siemens Financial Services, po wprowadzeniu zmian w przepisach firmy będą musiały dbać o swoją płynność finansową nawet mocniej niż dotychczas.

– Warto zauważyć, że konieczność wcześniejszego spłacania należnych faktur wymaga posiadania dostępu do kapitału. Firmy, które niejako kredytowały się u kontrahentów, w obliczu nowych uregulowań staną przed koniecznością pozyskania finansowania zewnętrznego krótkoterminowego, jak na przykład faktoring czy kredyt obrotowy. Rynek usług finansowych w Polsce jest na to przygotowany. Firmy wybierające nowoczesne rozwiązania poprawiające płynność finanasową, szczególnie w obliczu spowolnienia gospodarczego czy jakichkolwiek wahań koniunktury, mogą zyskać przewagę konkurencyjną i wejść silniejsze w trudny okres na rynku – mówi Krzysztof Kuniewicz.

Jednak jak zaznacza Krzysztof Kuniewicz, dostępne na rynku narzędzia finansowe – jak na przykład faktoring – nie są jedynie lekarstwem na brak płynności w trudniejszych okresach, a stanowią kompleksowe usługi, które stały się wygodnym instrumentem finansowym dla firm. – Faktoring nie jest sposobem na nierzetelnych dłużników, a na obsługę bieżącego biznesu. Sami przedsiębiorcy decydują czy środki pozyskane z użyciem faktoringu przeznaczą na rozwój firmy czy też na terminową spłatę swoich zobowiązań – mówi Krzysztof Kuniewicz.

Nowe przepisy mają wejść w życie 1 czerwca 2019 r. Jedynie przepisy dotyczące ulgi na złe długi w CIT i PIT (spowodowane brakiem płatności za fakturę przez kontrahenta) mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2020 roku.

Fundusze private equity prognozują wzrosty w segmencie produktów luksusowych sięgające średnio nawet 10 proc. rocznie

Branża dóbr luksusowych, ze względu na stabilny rozwój, od lat znajduje się centrum zainteresowania inwestorów, zarówno strategicznych, jak i finansowych. W 2017 roku na globalnym rynku M&A w tym sektorze doszło do 217 transakcji fuzji i przejęć o średniej wartości 230 mln dolarów. Jak wynika z raportu „Fashion & Luxury Private Equity and Investors Survey 2018”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się niezmiennie producenci luksusowej odzieży i akcesoriów. Według szacunków przedstawicieli funduszy private equity, branża ta do 2021 roku będzie rosła średnio w przedziale 5-10 proc. rocznie.

Raport analizuje transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych, do których zalicza nie tylko osobiste dobra luksusowe, takie jak odzież, akcesoria, kosmetyki, perfumy, biżuterię czy zegarki, ale również meble, samochody, prywatne odrzutowce, jachty, hotele, luksusowe rejsy oraz cyfrowe dobra luksusowe.

Liczba fuzji i przejęć rośnie

– W 2017 roku branża ta cechowała się wzmożoną aktywnością na światowym rynku fuzji i przejęć. W tym czasie doszło do 217 transakcji, czyli o 6 więcej niż rok wcześniej, co zaowocowało wzrostem o 2,8 proc. Liczba fuzji i przejęć w segmencie osobistych dóbr luksusowych wzrosła o 5 w porównaniu do 2016 r., na co największy wpływ miała aktywność w na rynku odzieży i akcesoriów, które stanowiły 36 proc. wszystkich transakcji oraz kosmetyków i perfum (13 proc., wzrost o 6 transakcji). Z kolei spadek o 9 transakcji zanotowały zegarki i biżuteria – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Poza sektorem osobistych dóbr luksusowych, liczba transakcji M&A nie zmieniła się w sposób radykalny w porównaniu do poprzedniego roku, choć zanotować należy mniejszy ruch w segmencie hoteli (spadek o 7 transakcji). Z kolei wzrost nastąpił w branży luksusowych mebli (wzrost o 6 transakcji). – Światowy sektor dóbr luksusowych cieszy się stałym zainteresowaniem inwestorów, zarówno branżowych, jak również funduszy private equity. Odwrotny trend jest widoczny w Polsce. Na polskim rynku nie obserwujemy zainteresowania funduszy private equity tym sektorem. Wynika to przede wszystkim z faktu, że pomimo wzrostowych trendów wciąż stanowi on niewielką część rynku. Dodatkowo nie mamy także zbyt wiele rodzimych firm produkujących dobra luksusowe – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza.

Najaktywniejsza Europa

Pomimo zwiększenia liczby transakcji, ich średnia wartość spadła aż o 49 proc. z 449 mln dolarów w 2016 roku do 230 mln dolarów w 2017 roku. Był to zresztą kolejny rok spadków. Należy jednak pamiętać, że w tym segmencie jedna duża transakcja może zmienić obraz całego rynku. Największą przeciętną wartość osiągnęły transakcje w segmencie kosmetyków i perfum (390 mln dolarów, wzrost o 26 proc. r/r). W ubraniach i akcesoriach suma ta wynosiła średnio 356 mln dolarów (wzrost o 9 proc.). Spadki wartości transakcji zaliczyły hotele oraz zegarki i biżuteria, odpowiednio o 80 i 37 proc.

– Europa była jedynym regionem, który zanotował wzrost liczby transakcji, o 14 w porównaniu do 2016 roku. Był to wynik uzyskany przede wszystkim na rynku odzieży i akcesoriów oraz hoteli. Łącznie w Europie zawarto 109 umów M&A na rynku dóbr luksusowych, czyli połowę wszystkich do których doszło w 2017 roku. W regionie Azji i Pacyfiku oraz Ameryce Północnej liczba ta nie uległa zmianie – komentuje Katarzyna Sermanowicz-Giza.

W 2017 roku inwestorzy byli głównie zainteresowaniem przejęciem mniejszych firm (do 50 mln dolarów). Tego typu transakcje stanowiły 55 proc., w porównaniu do 40 proc. w 2016. Nastąpił wyraźny spadek liczby transakcji z udziałem wielkich graczy. Udział inwestorów strategicznych spadł o 13 proc. natomiast inwestorów finansowych wzrósł o 44 proc.

LMVH umacnia się na pozycji lidera

Największą transakcją w 2017 roku w segmencie mody i dóbr luksusowych było przejęcie 26 proc. udziałów i de facto kontrola nad firmą Christian Dior przez koncern LMVH. Jej wartość szacuje się na około 13,7 mld dolarów. Kontrolowany przez rodzinę Arnault LMVH jest od lat największym graczem na globalnym rynku dóbr luksusowych.

Z kolei na sumę około 4,7 mld dolarów opiewa transakcja przejęcia Belle International przez Hillhouse Capital Group. Na trzecim miejscu pod względem wartości znalazło się przejęcie Kate Spade & Co (firmy produkującej torebki i akcesoria) przez Coach Inc oraz Carver Korea przez Unilever. Wartość obu tych transakcji to około 2,4 mld dolarów.
W tym roku jedną z najgłośniejszych i najbardziej znaczących transakcji będzie niewątpliwie przejęcie domu mody Versace przez firmę Michael Kors.

Największe wzrosty sięgną ponad 10 proc. rocznie

Badanie przeprowadzone przez firmę Deloitte wśród przedstawicieli funduszy private equity miało na celu poznanie opinii inwestorów na temat możliwości rozwoju rynku mody i dóbr luksusowych w nadchodzących latach. Wśród respondentów panuje przekonanie, że do 2020 r. wskaźnik sprzedaży produktów kluczowych graczy na rynku osobistych dóbr luksusowych zwiększy się do 1,2 jego obecnej wartości (średnio ok. 6 proc. rocznie w latach obrotowych 2016-2020). Natomiast w przypadku przedsiębiorstw z innych segmentów rynku dóbr luksusowych wzrośnie do 1,3 obecnego poziomu (ok. 4 proc.).

Według przewidywań inwestorów w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych będzie nadal rosła o 5-10 proc. rocznie. Ponadto prognozowany jest zdecydowany wzrost w segmencie cyfrowych dóbr luksusowych oraz kosmetyków i perfum (o ponad 10 proc. rocznie). W segmencie odzieży i akcesoriów, hoteli oraz mebli spodziewany jest wzrost od 5 do 10 proc. rocznie. Z kolei sytuacja w segmencie zegarków i biżuterii oraz jachtów powinna pozostać stabilna. Mniej optymistyczne prognozy dotyczą samochodów, prywatnych odrzutowców i selektywnej sprzedaży detalicznej, gdzie stopa wzrostu może być ujemna, a nastawienie inwestorów private equity znacznie się pogarsza.

Internacjonalizacja i cyfryzacja

Autorzy raportu przyjrzeli się strategiom, jakie inwestorzy będą realizować w 2018 roku, aby w dalszym ciągu budować portfel aktywów w branży mody i dóbr luksusowych bądź je wyprzedawać.

Około 35 proc. funduszy rozważa możliwość dezinwestycji, co oznacza niewielki spadek w porównaniu do poprzedniego roku (-2 p.p.). Na decyzje o wyprzedaży aktywów wpływ mają zazwyczaj takie czynniki jak możliwość osiągnięcia wysokiej stopy zwrotu z inwestycji, zakończenie okresu inwestycji, niedopasowanie trendów rynkowych czy obawy związane ze spadkiem mnożników.

W 2017 roku 89 proc. funduszy rozważało możliwość ulokowania kapitału w branży modowej i dóbr luksusowych, a zwiększone zainteresowanie dotyczy przede wszystkim takich segmentów jak odzież i akcesoria (73 proc. respondentów), kosmetyki i perfumy (60 proc.) oraz meble (45 proc.).

Katarzyna Sermanowicz-Giza
Katarzyna Sermanowicz-Giza

– Rozszerzenie działalności zagranicą stanowi obecnie główne strategiczne działanie wykorzystywane przez inwestorów w celu zwiększenia wartości aktywów w branży mody i dóbr luksusowych. Mówi o tym 44 proc. badanych. Niewiele mniej, bo 41 proc. wskazało na poprawę wydajności, a 38 proc. na zmiany w zarządzaniu. Wśród odpowiedzi znalazły się także poszukiwanie nowych kanałów sprzedaży i cyfryzacja – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza. – Prawie dwie trzecie respondentów zainwestuje w przełomowe technologie, aby skorzystać z potencjalnych synergii. To pokazuje jak rewolucja 4.0 wkracza w świat dóbr luksusowych. Stało się to z pewnym opóźnieniem, w porównaniu do innych branż, ale trend ten jest nieodwracalny – dodaje.

Florence, Kolumb, sport i samba

Nie można dać się zwieść wyraźnie niższej od prognoz zmianie zatrudnienia w gospodarce USA. Piątkowe dane z rynku pracy nic nie zmieniają w ocenie perspektyw polityki Fed. Dynamika wynagrodzeń zgodna z prognozami i na pułapie 2,8 proc. r/r. Stop bezrobocia najniżej od prawie pięciu dekad. Potężne rewizje danych za dwa poprzednie miesiące (łącznie o ponad 85 tys.). To wszystko cementuje przekonanie, że słabość jest chwilowa i podyktowana w dużej mierze przez huragan Florence.

Na starcie tygodnia zmienność powinna być ograniczona. Wszak kalendarz makro jest praktycznie pusty, w USA Dzień Kolumba a w Japonii obchodzono Dzień Sportu. Pomimo luzowania polityki przez Ludowy Bank Chin (obniżka stopy rezerw obowiązkowych) nastroje są słabe – po świątecznej przerwie Shanghai Composite zniżkuje 3 proc. Nie sądzę jednak, by w kolejnych godzinach risk off wyraźnie się nasilał.

Wydarzeniem dnia w świecie EM będzie reakcja reala, indeksu BOVESPA (oraz cukru i kawy – surowców mocno zależnych od wyceny BRL) na wynik wyborów prezydenckich w Brazylii. Reprezentujący skrajną prawicę J. Bolsonaro niemal zwyciężył w I turze. Sondaże wskazywały na jego rosnącą przewagę (co dawało powód do silnego odbicia), ale tak wysokie poparcie nie jest zdyskontowane i powinno przedłużać rajd.

W przypadku brazylijskiej gospodarki dynamika PKB na pułapie 1,0 proc. w 2017 i prawdopodobnie 1,5 proc. w 2018 roku po dwóch latach głębokiej recesji to naprawdę mizerny wynik. Dodatkowo, napięcia społeczne i strajki (m.in. w transporcie) nie tylko źle wpływają na koniunkturę, ale też tworzą wąskie gardła i tym samym podbijają ścieżkę inflacji, którą i tak winduje słabość waluty. Real, niezależnie od przyjętej miary, jest w piątce najbardziej niedowartościowanych walut z koszyka emerging markets, a do dolara w tym roku osłabiał się przejściowo nawet 30 proc. Trudno zatem polemizować z tezą, że Brazylia stoi nad krawędzią gospodarczej przepaści, w którą może zostać zepchnięta w przypadku niekorzystnego wyniku wyborów prezydenckich. Bolsonaro jest często określany mianem latynoamerykańskiego Trumpa i choć to bardzo kontrowersyjna postać, to jawi się inwestorom jako mniejsze zło. Zawdzięcza to osobie swojego doradcy ekonomicznego, który przygotował wiarygodne plany niezbędnych reform systemu podatkowego oraz emerytalnego. Problem z prawicowym kandydatem jest jednak taki, że może on przejawiać autorytarne zapędy a rynki w pamięci mają świeży, turecki przykład do czego może to prowadzić. Jego kontrkandydat F.Haddad z Partii Pracujących to zadeklarowany socjalista, przeciwnik prywatyzacji, orędownik zwiększenia wydatków rządowych – takiej kombinacji finanse publiczne Brazylii zapewne by nie wytrzymały.

W całym tygodniu na pierwszym palnie pozostaną perspektywy polityki fiskalnej i monetarnej obok oceny skutków wojen handlowych. Europa bardziej niż na danych skupi się na kwestii włoskiego budżetu i postępach w negocjacjach Brexitu. W USA dane o inflacji PPI i CPI będą prześwietlane pod kątem czy uzasadniają agresywne tempo podwyżek stóp procentowych. Dodatkowo uwagę przykuje bilans handlowy z Chin w obliczu zaostrzonej polityki celnej.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Europejska branża budowlana zmaga się z brakiem pracowników i rosnącymi kosztami

Problemy branży budowlanej można rozwiązać tylko na drodze dialogu pomiędzy stroną publiczną a prywatną – zarówno wykonawców, jak i inwestorów. Należy zdać sobie sprawę z sytuacji, w jakiej obecnie jesteśmy. Chodzi o brak zasobów, kumulację projektów czy inflację kosztów. Jeżeli nie zostaną znalezione rozwiązania legislacyjne odnośnie prawa zamówień publicznych, dobrych praktyk, a także dotyczące już istniejących umów i możliwości ich waloryzacji cen – dojdzie do sytuacji, z którą mieliśmy już kiedyś do czynienia.

– Będzie dochodziło do bankructw, braku płynności i porzucania nieukończonych inwestycji. Potrzebne jest zrozumienie obu stron i świadomość, że realizacja kontraktów oraz doprowadzanie inwestycji do końca to wspólny interes – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Trojanowski, wiceprezydent Pracodawców RP, członek zarządu Strabag – Branża jest gotowa do rozmów – dotychczas przedstawiała różne propozycje. Działania wymagają większego skoordynowania i skonkretyzowania w zakresie rozwiązań dotyczących klauzul waloryzacyjnych oraz umów zawieranych w przyszłości. Sektor apeluje do inwestorów o otwartość i zrozumienie sytuacji. Obecnie problem podaży pracowników, koniunktury gospodarczej, inflacji i wzrostu kosztów produkcji dotyka przedsiębiorców w całej Europie. Należy się z nimi zmierzyć. Już w tej chwili widać, że brakuje zasobów na realizacje wszystkich projektów w ramach oczekiwań społecznych. Konieczne jest zrewidowanie projektów oraz planów inwestycyjnych z uwzględnieniem ich realizacji w określonych ramach czasowych i zaktualizowanych budżetach – wskazał Trojanowski.

Robotyzacja i sztuczna inteligencja wkraczają do branży zakupowej. Wymusi to na pracownikach zdobycie nowych kompetencji

Robotyzacja i sztuczna inteligencja wkraczają do branży zakupowej. Wymusi to na pracownikach zdobycie nowych kompetencji 1

Coraz większą rolę w zakupach odgrywają robotyzacja i sztuczna inteligencja, które pozwalają szybciej i łatwiej składać zamówienia, przetwarzać faktury czy rozliczać się z dostawcami. Technologie umożliwiają też lepsze zarządzanie czasem pracowników, którzy nie muszą się zajmować manualną pracą związaną z przetwarzaniem zamówień czy obsługą faktur, a mogą się skupić na strategicznych zadaniach. Wykorzystanie technologii wymaga jednak od pracowników całkiem nowych kompetencji.

– Transformacja cyfrowa oznacza, że część z nas musi spakować swoją teczkę i wrócić do szkoły. Przeprowadziliśmy analizę, z której wynika, że 2–3 proc. tego, co dziś robimy, da się już w tej chwili zautomatyzować dzięki Robotic Process Automation. Kolejne 5–10 proc. wymaga modyfikacji aktualnych procesów. W sposób nieunikniony nasza praca będzie zmierzać w kierunku zdiagnozowania problemu, rozwiązania go i wdrożenia zmian przy wykorzystaniu fizycznej robotyki, robotyki procesów lub przy wykorzystaniu sztucznej inteligencji – mówi Mariusz Gerałtowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Logistyki i Zakupów.

Robotic Process Automation  (RPA) opiera się na wykorzystaniu software’owych robotów, algorytmów, sztucznej inteligencji, uczenia maszynowego. To coś więcej niż tylko automatyzacja procesów biznesowych (BPA, Business Process Automation). Tam, gdzie BPA ma za zadanie zautomatyzować procesy, by działały wspólnie z ludźmi, RPA próbuje zastąpić ludzi w procesach i powielić ludzkie zachowania za pomocą technologii. Według Gartnera do 2020 r. rynek RPA przekroczy wartość 1 mld dol., a odsetek firm wykorzystujących tę technologię wzrośnie do 40 proc. Do końca tej dekady Robotic Process Automation może zmniejszyć zapotrzebowanie na ludzką pracę w centrach usługowych aż o 65 proc. Zwłaszcza że – jak szacuje McKinsey & Company – zwrot z inwestycji w RPA waha się od 30 do nawet 200 proc. w pierwszym roku (głównie w oszczędnościach pracowniczych).

– Dla działów zakupów największe znaczenia ma robotyzacja procesów wspierana przez sztuczną inteligencję. Skalowalność rozwiązań z obszaru Robotic Process Automation (całkowita automatyzacja procesów przy wykorzystaniu software’owych robotów – przyp. red.) wspierana przez sztuczną inteligencję jest bardzo duża. Jeżeli takie systemy osiągną pewną zdolność do rozwiązywania problemów, to skalowanie tych rozwiązań będzie bardzo łatwe i zmieni naszą codzienną pracę – mówi Mariusz Gerałtowski.

Według IDC odsetek danych generowanych maszynowo wzrośnie z 11 proc. w 2005 roku do 42 proc. w 2020. Jak wynika z ubiegłorocznego badania brytyjskiej firmy konsultingowej Hackett Group – 84 proc. przedstawicieli organizacji zakupowych wierzy, że w najbliższych latach szeroko rozumiana cyfryzacja gruntownie zmieni procesy zakupowe. Natomiast 2/3 dyrektorów działów zakupów ocenia, że automatyzacja i big data będą mieć największy wpływ na branżę zakupową w nadchodzących latach.

– W przedsiębiorstwach wdrażanych jest aktualnie wiele nowych narzędzi, które powodują automatyzację pracy. W zakupach także pojawiają się rozwiązania, które pozwalają nam szybciej i łatwiej składać zamówienia, rozliczać dostawy i faktury. Celem jest ograniczenie ludzkiej pracy, która jest powtarzalna, monotonna i którą można łatwo zautomatyzować – dodaje Mateusz Borowiecki, prezes zarządu OptiBuy.

Wykorzystanie nowych technologii w obszarze zakupów pozwala zoptymalizować koszty, zminimalizować ryzyko współpracy z dostawcami i lepiej zarządzać czasem pracowników. Nie muszą się oni zajmować manualną pracą związaną z przetwarzaniem zamówień, obsługą faktur czy opisywaniem dokumentów – które nie wnoszą żadnej wartości dodanej – i mogą się skupić na zadaniach strategicznych, związanych z zarządzaniem kosztami czy bazą dostawców. To istotne o tyle, że firmom trudno jest pozyskiwać dobrych ekspertów zakupowych, zwłaszcza w obecnej sytuacji na rynku pracy.

Z drugiej strony automatyzacja i wykorzystanie technologii będą wymagać od pracowników działów zakupów całkiem nowych kompetencji.

– Od ludzi, którzy wchodzą dziś na rynek pracy, wymagane są nowe kompetencje, oni będą musieli się nauczyć tych nowych umiejętności. Młodzi na tym rynku nie mają łatwo, studia w niewystarczającym stopniu przygotowują ich do dzisiejszych wyzwań. Nasza praca będzie ciekawsza, jednak oznacza to również, że zmieniają się wymagania w stosunku do nas i będziemy musieli się nieustannie uczyć. Dla niektórych będzie to szansa, dla innych zagrożenie – mówi Mariusz Gerałtowski, Prezes Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Menedżerów Logistyki i Zakupów.

Aktualnie pożądane kompetencje, to umiejętności analityczne, zdolność do przeanalizowania dużej ilości danych dotyczących przedsiębiorstwa oraz umiejętności komunikacyjne, które pozwalają pracować grupowo, określić, jakie potrzeby ma firma czy zaplanować strategię negocjacji z dostawcą.

– Dotychczas pracownicy, którzy zajmowali się na przykład negocjacjami kontraktów z dostawcami, pracowali bardzo samodzielnie, analizowali rynek dostawców, na koniec negocjowali umowy. Aktualnie narzędzia IT pozwalają nam pracować grupowo. Rzadko kiedy jedna osoba jest w stanie wynegocjować dobry kontrakt, a nowe narzędzia pozwalają współpracować z kolegami z innych działów, czasami z innych krajów, po to, aby zaplanować dobrą strategię współpracy z dostawcą – mówi Mateusz Borowiecki.

Jak podkreśla, zakupy to obszar, który może się stać dla firmy źródłem przewagi konkurencyjnej. Usprawnienie procesów zakupowych może przynieść firmie oszczędności sięgające nawet 10–15 proc. kosztów.

– Firmy interesuje przede wszystkim optymalizacja kosztów. Narzędzia zakupowe służą do tego, aby kupować taniej, efektywniej i ograniczać ryzyko działalności. Według badań około 70 proc. firm stosuje jakieś narzędzia do analizy wydatków, ale jedynie 14 proc. ma te narzędzia rozwinięte na wysokim poziomie. To oznacza, że 3/4 firm mniej więcej wie, na co wydaje pieniądze. Gdybyśmy jednak zapytali, w jakim obszarze mogą zoptymalizować swoje koszty, to niewiele przedsiębiorstw ma narzędzia, które pomagają odpowiedzieć na to pytanie – mówi Mateusz Borowiecki, Prezes Zarządu OptiBuy.

Rosnące znaczenie działów zakupów w firmach, wpływ nowych technologii i zmiana roli pracownika w tej branży będą jednym z tematów październikowej konferencji PROCON/POLZAK 2018 (22–23.10, Warszawa) – największej konferencji dla branży zakupowej w Polsce, która co roku przyciąga kilkuset przedstawicieli działów zakupów i ekspertów.

Klęska urodzaju szkodzi sadownikom. Rząd skupi z rynku pół miliona ton jabłek

Klęska urodzaju szkodzi sadownikom. Rząd skupi z rynku pół miliona ton jabłek 2

Rozpoczyna się skup jabłek w ramach pomocy sadownikom. Poprzez firmy współpracujące rząd zamierza zakupić pół miliona ton tych owoców po cenie prawie dwukrotnie wyższej niż oferowana przez zakłady przetwórcze. Tegoroczne rekordowo duże zbiory jabłek, które mają sięgnąć 4,5 mln ton, paradoksalnie są problemem dla sadowników, ponieważ przekładają się na niskie ceny skupu. Te nie rekompensują kosztów produkcji i zbioru owoców. 

Jabłek jest w tym roku bardzo dużo, szczególnie tych niedeserowych, które nie nadają się do sprzedaży bezpośrednio konsumentom. Niestety, zaniechanie niektórych technologii w rolnictwie sprawiło, że tych jabłek przemysłowych jest wyjątkowo dużo. Szacuje się, że nadwyżka wynosi około pół miliona ton. Aby pomóc sadownikom w tej trudnej sytuacji, podjęliśmy decyzję, że we współpracy z kilkoma polskimi firmami skupimy z rynku te 500 tys. ton jabłek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Według prognoz GUS pomimo tegorocznej suszy zbiory jabłek osiągną w tym roku rekordowy poziom 4,4 mln ton, czyli o 65 proc. więcej niż w ubiegłym roku. Niektóre prognozy wskazują na to, że zbiory mogą być jeszcze lepsze i sięgnąć nawet 5 mln ton. Urodzaj owoców przekłada się jednak na niskie ceny skupu, szczególnie jeśli chodzi o stawki płacone przez zakłady przetwórcze. Nie rekompensują one sadownikom kosztów produkcji i zbiorów.

Rolnicy są uzależnieni od skupujących, którzy wykorzystują dominującą pozycję i narzucają skandaliczne ceny, oderwane absolutnie od jakichkolwiek realiów rynkowych. To są ceny na poziomie 11–12 gr za kilogram, ponoć z tendencją malejącą – mówi Jan Krzysztof Ardanowski.

Rząd – poprzez spółkę „Eskimos” i firmy współpracujące – zamierza wykupić z rynku pół miliona ton owoców po cenie dwukrotnie wyższej. Skup będzie prowadzony w kilku lokalizacjach w Polsce, a pieniądze na ten cel – zgodnie z informacją resortu rolnictwa – zostały już zabezpieczone.

– Cena płacona przez firmy współpracujące z rządem będzie wynosić 25 gr za kilogram jabłek przemysłowych. Owoce zostaną przerobione głównie na koncentrat jabłkowy, przeznaczony na eksport – zapowiada minister rolnictwa.

Także ceny jabłek deserowych są obecnie najniższe od 2003 roku. Według IERiGŻ-PIB we wrześniu br. osiągnęły średni poziom 0,81 zł za kilogram. To o 56 proc. mniej niż w ubiegłym. W niektórych punktach skupu są nawet dwukrotnie niższe. Według szacunków analityków Banku BGŻ BNP Paribas Polacy skonsumują w tym sezonie około 600 tys. ton świeżych jabłek, co oznacza, że krajowa produkcja znacznie przewyższa popyt.

Polscy sadownicy nadal borykają się także z konsekwencjami rosyjskiego embarga. Przed jego wprowadzeniem w 2014 roku Rosja była głównym odbiorcą polskich owoców. Tamtejszy rynek odpowiadał za około 55 proc. całego eksportu jabłek z Polski i odbierał nieco jedną piątą krajowej produkcji. W 2013 roku do Rosji wyeksportowano ponad 677 tys. ton polskich jabłek. Obecnie najwięcej ich trafia na Białoruś, Ukrainę i do Kazachstanu, dużym odbiorcą są też Niemcy.

Polska jest drugim największym w Europie (po Włoszech) i czwartym na świecie producentem jabłek. Statystyczny Polak zjada około 12 kg świeżych jabłek rocznie. W ubiegłym roku z Polski wyeksportowanych zostało ponad 983 tys. ton owoców (z czego blisko połowa na Białoruś), a wartość eksportu sięgnęła 322 mln euro.

Medycyna coraz bliżej szerszego wykorzystania komórek macierzystych z krwi pępowinowej. Mogą ratować życie nie tylko chorych na nowotwory, lecz także na cukrzycę czy porażenie mózgowe

Medycyna coraz bliżej szerszego wykorzystania komórek macierzystych z krwi pępowinowej. Mogą ratować życie nie tylko chorych na nowotwory, lecz także na cukrzycę czy porażenie mózgowe 3

Komórki macierzyste z krwi pępowinowej ratują życie nie tylko chorych na nowotwory hematologiczne. Coraz częściej wykorzystywane są również w kardiologii oraz neurologii. Obiecujące wyniki dają badania nad zastosowaniem komórek macierzystych w leczeniu mózgowego porażenia dziecięcego, autyzmu, a także cukrzycy czy zawału mięśnia sercowego. Komórki z krwi pępowinowej odznaczają się dziesięciokrotnie większą siłą regeneracji niż komórki ze szpiku kostnego, znacznie zmniejszają też ryzyko odrzucenia przeszczepu.

Komórki macierzyste to pierwotne i niewyspecjalizowane jeszcze komórki charakteryzujące się wysoką zdolnością do samoodnawiania i różnicowania. W medycynie pozyskiwane ze szpiku kostnego komórki macierzyste wykorzystywane są już od lat 60. XX wieku w leczeniu schorzeń układu krwiotwórczego, w tym nowotworów, czasem także niektórych chorób metabolicznych. Wykonywane są zarówno przeszczepienia  allogeniczne, gdy dawca komórek jest inny niż biorca, oraz autologiczne, w których pacjentowi wszczepia się komórki pobrane z jego własnego organizmu. Coraz częściej komórki macierzyste są jednak wykorzystywane także przez inne dziedziny medycyny m.in. kardiologię, neurologię i gastrologię. Stało się to możliwe dzięki odkryciu możliwości, jakie daje krew pępowinowa.

– 30 lat temu prof. Gluckman wykonała pierwsze przeszczepienie w schorzeniu hematologicznym, w anemii Fanconiego u dziecka, za pomocą przeszczepienia komórek z krwi pępowinowej i udowodniła, że w ten sposób można odbudować układ hematologiczny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. Mariusz Ratajczak, kierownik Zakładu Medycyny Regeneracyjnej WUM.

Zabieg ten został przeprowadzony w 1988 roku w paryskiej Klinice św. Antoniego przez prof. Eliane Gluckman. Pacjentem był amerykański chłopiec, któremu lekarze przeszczepili krew pępowinową niedawno narodzonej siostry. Wobec braku komplikacji po trzech tygodniach został wypisany ze szpitala i wrócił do USA. Dziś ma 35 lat i cieszy się doskonałym zdrowiem. W momencie wykonywania pierwszego przeszczepienia istniało jeszcze wiele niewiadomych, lekarze nie byli m.in. pewni, czy możliwa jest transplantacja komórek również w przypadku braku pełnej zgodności tkankowej pomiędzy dawcą a biorcą. Pionierski zabieg stał się jednak przełomem i zapoczątkował standardowe przeszczepianie krwi pępowinowej oraz tworzenie banków komórek macierzystych.

– Założyliśmy szereg banków takiej krwi i przeprowadziliśmy ponad 50 tys. przeszczepów zgromadzonej w bankach krwi od niespokrewnionych dawców. Na całym świecie mamy ponad 800 tys. jednostek, które można wykorzystać przy tego rodzaju procedurach. To ogromne osiągnięcie! – mówi prof. Eliane Gluckman.

– Bankowanie krwi pępowinowej daje możliwość zabezpieczenia komórek macierzystych na przyszłość. Coraz więcej kobiet myśli o tym, by zadbać w ten sposób o zdrowie swoich bliskich. Zabezpieczając materiał podczas porodu, możemy wykorzystać go nie tylko do leczenia dziecka od którego go pobrano, lecz także jego rodziny. – dodaje lek. med. Tomasz Baran, członek zarządu, Polski Bank Komórek Macierzystych.

Na przestrzeni minionych 30 lat transplantacja krwi pępowinowej stała się alternatywą dla przeszczepów szpiku, zawiera ona bowiem takie same komórki macierzyste. Krew pępowinowa wykorzystywana jest w terapii chorób hematoonkologicznych, a więc białaczek, chłoniaków i niedokrwistości, a także schorzeń układu krwiotwórczego. Od kilkunastu lat trwają ponadto badania nad wykorzystywaniem komórek macierzystych z krwi pępowinowej w medycynie regeneracyjnej, np. w leczeniu zawału mięśnia sercowego, w celu odbudowania uszkodzonego mięśnia schorzeń neurologicznych,oraz schorzeń przewodu pokarmowego.

– To, co jest efektem badań z ostatnich lat, to są doniesienia na temat roli i mechanizmów działania komórek macierzystych z krwi pępowinowej właśnie w mózgowym porażeniu dziecięcym, które jest całkowicie inną chorobą niż te choroby hematoonkologiczne, a jednak okazuje się, że podanie własnej krwi pępowinowej może takim dzieciom pomóc – mówi Tomasz Baran.

– Komórki te działają jako swego rodzaju leki, wydzielając pewne czynniki, wydzielając egzosomy, mikrofragmenty błonowe, które działają pozytywnie na poprawienie ukrwienia uszkodzonych tkanek i proliferację komórek, które przeżyły w uszkodzonych narządach, natomiast celem nadrzędnym jest identyfikowanie takiej komórki macierzystej, która będzie w stanie odbudować miąższ uszkodzonego narządu – dodaje prof. Mariusz Ratajczak.

Obiecujące wyniki dają również prace nad wykorzystaniem komórek macierzystych z krwi pępowinowej w immunologii, przede wszystkim w leczeniu chorób autoimmunologicznych takich jak cukrzyca. Zdaniem prof. Eliane Gluckman komórki z krwi pępowinowej mogą znaleźć zastosowanie także w terapiach schorzeń zwyrodnieniowych, np. powstałych w skutek udaru mózgu lub uszkodzeń tkanki chrzęstnej, oraz wielu innych chorób dzisiaj uznawanych za nieuleczalne.

– Kolejną ekscytującą kwestią jest możliwość zastosowania ich w terapiach genetycznych, np. przy zaburzeniach poziomu hemoglobiny. Mamy dowody potwierdzające skuteczność tego rodzaju metod w odbudowie i niwelowaniu wad genetycznych. Przyszłość wygląda zatem bardzo obiecująco – mówi prof. Eliane Gluckman.

Większość biurowców w Polsce ma już „zielony” certyfikat. Pracownicy coraz częściej zwracają uwagę na ekologiczne warunki pracy

Większość biurowców w Polsce ma już „zielony” certyfikat. Pracownicy coraz częściej zwracają uwagę na ekologiczne warunki pracy 4

Zrównoważone budownictwo zakłada wznoszenie budynków z poszanowaniem środowiska naturalnego, wyposażonych w systemy oszczędności energii, ciepła i wody, przyjazne dla użytkowników. Na rynku biurowym praktycznie nie powstają już budynki bez certyfikacji. 62 proc. z 10 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej już taki certyfikat posiada – podkreślają przedstawiciele Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego. To coraz mocniejszy atut dla pracodawców – pracownicy bowiem biorą coraz częściej pod uwagę dbałość o komfort pracy i zdrowie.

Na koniec zeszłego roku w Polsce było 10 mln mkw. nowoczesnej powierzchni biurowej, z czego 62 proc. jest certyfikowana. W branży biurowej certyfikacja, czyli zrównoważone budownictwo, jest już standardem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alicja Kuczera z Polskiego Stowarzyszenia Budownictwa Ekologicznego. – W tej chwili każdy inwestor, decydując się na budowę nowego biurowca wie, że musi on być certyfikowany, bo w innym wypadku nie zostanie wynajęty. Teraz bardzo ważne jest, żeby pozostałe branże również dostrzegły potrzebę budowania w sposób zrównoważony.

W Polsce jest ponad 550 certyfikowanych obiektów biurowych, z czego 49 proc. w Warszawie. Pozostała część rozrzucona jest po różnych miastach Polski. Polskie Stowarzyszenie Budownictwa Ekologicznego przeprowadziło badanie pracowników budynków biurowych, żeby sprawdzić, w jakich warunkach pracują i jakie cechy miejsca pracy cenią. Okazało się, że 92 proc. odpowiedzi uzyskanych z gmachów powstałych w ciągu ostatniej dekady (w 2007 roku i później) pochodziło z budynków certyfikowanych. W przypadku starszych biurowców było to tylko 20 proc.

– Zrównoważony budynek dba o wiele różnych obszarów, począwszy od efektywności energetycznej poprzez efektywne wykorzystanie wody, minimalizację i segregację odpadów oraz maksymalizację ponownego użycia – wylicza Alicja Kuczera. – To wysoka jakość środowiska wewnętrznego, która wpływa na to, jak ludzie czują się w tych budynkach, to dbanie o zachowywanie zielonego krajobraz. To także dostępność tego budynku, zarówno pod kątem transportu publicznego, jak i dostępność samego budynku dla ludzi.

Okazało się, że 60 proc. ankietowanych pracowników jest zadowolonych z warunków pracy, a 30 proc. ma do nich neutralny stosunek. Najbardziej niezadowolone były osoby pracujące w open space’ach bez przegród – aż co piąta ma do niego negatywny stosunek. Natomiast wśród pracowników mających do dyspozycji pomieszczenie tylko dla siebie zadowolenie sięgnęło 85 proc., a neutralne nastawienie – 12 proc. Osoby współdzielące pokój z kilkorgiem kolegów lub pracujące w open space’ach podzielonych na mniejsze obszary miały podobny stosunek do swojego miejsca pracy z lekkim wskazaniem na tę drugą opcję.

– Dla ludzi ważnych jest osiem obszarów, począwszy od jakości powietrza w danym budynku, poprzez komfort termiczny związany z wentylacją, ogrzewaniem, klimatyzacją, po dostęp do światła, natury, zarówno wewnątrz budynku, jak i na zewnątrz – informuje Alicja Kuczera. – W badaniu okazało się, że ponad połowie polskich pracowników brakuje zieleni, kwiatów, które kiedyś królowały w biurach. Szalenie ważna jest akustyka. Hałas, głównie generowany przez człowieka, jest największym problemem dzisiejszych biur. Dodatkowo to również lokalizacja budynku, dostęp do transportu publicznego, do udogodnień, co zaczyna być coraz bardziej doceniane przez wszystkich. Wszystkich interesuje też wygląd samego biura, estetyka.

Ostatnim z tych elementów jest active design, czyli taki układ pomieszczeń i wyposażenia biura, żeby pracownik miał w ciągu dnia jak najwięcej ruchu. Można to osiągnąć np. poprzez umieszczenie drukarki czy skanera w osobnym pomieszczeniu czy koszy na śmieci tylko w kuchni (z opcją segregacji odpadów), a nie przy każdym biurku. Także na etapie projektowania budynków architekci coraz częściej konstruują klatki schodowe tak, żeby użytkownicy korzystali z nich zamiast z wind. Poza oczywistą korzyścią z ruchu uzyskuje się w ten sposób oszczędność energii.

Polski pracownik, szukając pracy kilkanaście lat temu, nie zwracał uwagi na to, jak wygląda jego otoczenie. Był szczęśliwy, jeżeli miał biurko i komputer. Dziś zaczyna to być coraz ważniejsze i jest to bardzo pozytywne zjawisko, ponieważ wymusza to na całej branży szukanie nowych rozwiązań, które sprzyjają zdrowiu, lepszemu samopoczuciu w budynkach, a w efekcie bardziej wydajnej pracy – tłumaczy Alicja Kuczera. – Zaprojektowanie biura w sposób zrównoważony sprawia, że wchodzimy i wiemy, że to jest to, nie wiemy dlaczego i też nie musimy tego wiedzieć, bo nie jesteśmy projektantami, ale czujemy się w tym biurze dobrze. Widzimy różne przestrzenie do pracy, czy to wspólnej, czy to pracy w skupieniu, pokoje relaksu. Z pewnością zaczyna to mieć coraz ważniejszy wpływ na decyzję o podjęciu pracy.

Rośnie globalne zapotrzebowanie na żywność. Przyszłością ogrody w miastach czy alternatywne źródła białka

Rośnie globalne zapotrzebowanie na żywność. Przyszłością ogrody w miastach czy alternatywne źródła białka 5

Do 2050 roku rolnictwo będzie musiało zaspokoić potrzeby żywieniowe 9,7 mld osób. To wyzwanie, szczególnie że obecnie ok. 30 proc. gruntów rolnych jest zdewastowanych, a rolnictwo zużywa 70 proc. światowych zasobów wody, które dramatycznie się kurczą. Problem stanowi też jakość – antybiotyki, pestycydy czy wysoko przetworzona żywność – oraz system dystrybucji, bo każdego roku marnuje się ok. 1,3 mld ton jedzenia. Przyszłość to trendy takie jak zero waste, nutrigenomika, alternatywne źródła białka czy miejskie ogrody, które pozwolą odpowiedzieć na rosnące zapotrzebowanie bez niszczenia środowiska naturalnego.

– Na każdym z etapów począwszy od produkcji, przetwarzania jedzenia czy transportu i dystrybucji cały system związany z jedzeniem w przyszłości będzie musiał się zmienić – podkreśla w rozmowie z agencji Newseria Biznes Aleksandra Trapp, ekspert infuture hatalska foresight institute.

Jak wynika z raportu „The Future of Food”, opracowanego przez infuture institute we współpracy z Tesco, do 2050 roku rolnictwo będzie już musiało zaspokoić potrzeby żywieniowe 9,7 mld osób, a do 2100 roku – aż 11,2 mld. Według szacunków Organizacji Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa w połowie tego stulecia rolnictwo musi wyprodukować o 50 proc. więcej żywności, pasz i biopaliw niż w 2012 roku.

Tymczasem kluczowe zasoby naturalne nie tylko są ograniczone, lecz także stopniowo się wyczerpują. Według FAO już w tej chwili ok. 30 proc. gruntów rolnych jest zdewastowanych, a pozostałe są wykorzystane ponad poziom ich naturalnego odtworzenia. Rolnictwo zużywa też 70 proc. światowych zasobów wody słodkiej (na gospodarstwa domowe przypada raptem 10 proc., pozostałe 20 proc. zużywa przemysł). Do wyprodukowania zaledwie jednego hamburgera trzeba zużyć aż 200 litrów wody (i 1,09 MW energii). W perspektywie nadchodzących 50 lat braki wody mogą stanowić najpoważniejszy czynnik ograniczający produkcję żywności – podkreślają autorzy raportu.

Wyzwaniem dla światowego rolnictwa jest wyżywienie rosnącej liczby ludności, nie niszcząc przy tym jeszcze bardziej środowiska naturalnego. Problem stanowi też jego jakość i system dystrybucji. Mimo że światowe rolnictwo już dzisiaj mogłoby zaspokoić potrzeby żywieniowe całej populacji – około 800 mln osób na świecie pozostaje niedożywionych, a według danych ONZ każdego roku marnuje się ok. 1,3 mld ton żywności.

Większość badanych przez nas osób wskazuje, że przyszłość jedzenia jest roślinna, że będziemy bazować w dużej mierze na roślinach, które będą dostarczały nam wielu składników odżywczych. Pojawiały się również wskazania, że w przyszłości będziemy szli w kierunku zamiennika białka, jakim są owady. Co prawda Polacy może wciąż nie są gotowi na owady w wersji nieprzetworzonej – bardziej na przykład w postaci mączki – ale jest to też jedna z opcji, która być może pozwoli nam w przyszłości zaspokoić zapotrzebowanie na białko – mówi Aleksandra Trapp.

Według ekspertów, w przyszłości pokarmy określane mianem superfoods, pokarmy roślinne i alternatywne źródła białka (np. owady) mogą stanowić odpowiedź na zbyt duże ilości spożywanego mięsa. Trendem, który będzie przybierać na popularności, stanie się także nutrigenomika (jedzenie jako lekarstwo) – jako odpowiedź na choroby cywilizacyjne czy starzenie się społeczeństwa.

W raporcie zaproponowaliśmy różne scenariusze, które pokazują, w jakim kierunku mogą pójść zmiany. Jeden z nich zakłada, że możemy własne jedzenie hodować w miastach. Takie inicjatywy pojawiają się już m.in. w Gdańsku, Warszawie czy Toruniu. Już dzisiaj widzimy, że miasta stają się tzw. jadalne. Zamiast jarzębiny zaczynamy hodować śliwy czy jabłonie, pojawiają się ogrody miejskie, w których możemy sami hodować jedzenie – mówi Aleksandra Trapp.

Jednocześnie ekspertka infuture institute podkreśla, że zmian wymaga również podejście samych konsumentów, którzy z jednej strony zaczynają dostrzegać wady sztucznie hodowane, wysokoprzetworzonej żywności, a z drugiej wciąż przykładają zbyt małą wagę do spożywanego jedzenia.

– Z jednej strony żyjemy w kulturze jedzeniowej, foodie culture. Poświęcamy bardzo dużo czasu jedzeniu, oglądamy programy kulinarne, uwielbiamy blogerów kulinarnych, kupujemy książki kulinarne, oglądamy jedzenie na Facebooku i Instagramie. Z drugiej strony jemy szybko, często nie zwracamy uwagi na to, jakie składniki wybieramy, jemy gdzieś w przelocie. Niewiele osób je śniadania czy obiady w domu. Chcielibyśmy jeść dobrze i zdrowo, ale wciąż średnio nam to wychodzi. Jednak zmiany nadchodzą – z optymizmem zauważamy, że ludzie coraz więcej uwagi zwracają na to co jedzą, jak jedzą i skąd pochodzą składniki, które wybierają – mówi Aleksandra Trapp.

92 proc. mieszkańców Ziemi oddycha zanieczyszczonym powietrzem. W walce ze smogiem pomagają mobilne, inteligentne czujniki włączone do internetu rzeczy

92 proc. mieszkańców Ziemi oddycha zanieczyszczonym powietrzem. W walce ze smogiem pomagają mobilne, inteligentne czujniki włączone do internetu rzeczy 6

Większość ludności na Ziemi oddycha zanieczyszczonym powietrzem, a z każdym rokiem rośnie liczba alergików, astmatyków oraz osób cierpiących na inne choroby układu oddechowego. Coraz popularniejsze są mobilne urządzenia do monitorowania jakości powietrza, które pozwalają wychwycić nawet najmniejsze szkodliwe cząsteczki. Podłączenie ich do wielkiej siatki internetu rzeczy, pozwoli monitorować stan powietrza we wszystkich zakątkach Polski i świata. W walkę smogiem coraz chętniej włączają się także władze i duże firmy technologiczne.

– Jakość naszego powietrza pogarsza się z dnia na dzień, zwłaszcza w wielkich miastach. Według informacji opublikowanych przez Światową Organizację Zdrowia 9 na 10 osób w tej chwili oddycha zanieczyszczonym powietrzem. Szczególnie istotne jest podnoszenie świadomości nt. problemu zanieczyszczonego powietrza oraz monitorowanie sytuacji na zanieczyszczanych obszarach, aby ustalić źródło zanieczyszczeń, a następnie opracować  metody zwalczania zanieczyszczenia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Vera Kozyr, prezes Atmotube .

Smog to w Polsce problem bardzo powszechny. Aż 36 z 50 miast Unii Europejskich o największym poziomie zanieczyszczenia leży w naszym kraju. Problem ten coraz częściej podnoszony jest zarówno przez władze, jak i lokalne firmy. Z początkiem września ruszył rządowy program „Czyste Powietrze”, który ma zmniejszyć emisję pyłów do atmosfery. W jego ramach właściciele jednorodzinnych budynków mieszkalnych  będą mogli ubiegać się o dopłaty do modernizacji węzłów cieplnych, kotłów paliwowych czy systemów ogrzewania elektrycznego. Projekt ma także zachęcić do inwestowania w nowoczesne systemy

Główny Inspektorat Ochrony Środowiska w ramach programu Państwowego Monitoringu Środowiska stworzył aplikację Jakość powietrza w Polsce, która w czasie rzeczywistym pobiera informacje o zanieczyszczeniu z najbliższej stacji pomiarowej. Oprogramowanie dostępne jest na urządzenia z Androidem oraz iOS-em i monitoruje stężenie dwutlenku siarki, dwutlenku azotu, tlenku węgla, benzenu, ozonu oraz pyłów PM2,5 i PM10. Aplikacja wysyła także powiadomienia o możliwości przekroczenia norm stężenia toksycznych substancji w najbliższym otoczeniu.

Na rynku pojawia się coraz więcej mobilnych urządzeń do mierzenia jakości powietrza, które dzięki połączeniu z internetem, tworzą gęstą siatkę pokrywającą coraz większe obszary Polski i Europy.

– Atmotube to przenośny, osobisty monitor jakości powietrza, który monitoruje również pogodę. Wykrywa zanieczyszczenia w czasie rzeczywistym i przesyła odczyty do aplikacji na smartfonie. Wykrywa obecność szkodliwych gazów i lotnych związków organicznych takich jak formaldehyd, benzen czy toluen, a także zanieczyszczenia pochodzące z chemicznych środków czystości używanych w domach, meblach i materiałach budowlanych – tłumaczy Vera Kozyr.

Monitor Atmotube to niewielka, kilkucentymetrowa tuba komunikująca się z urządzeniami mobilnymi za pośrednictwem modułu Bluetooth. Sprzęt monitoruje stężenie dwutlenku węgla, lotnych związków organicznych, temperaturę oraz wilgotność powietrza. Model Pro potrafi także wykryć obecność cząstek stałych, pyłów czy zanieczyszczeń pochodzących z dymu lub pożarów lasów.

Nie trzeba jednak inwestować w osobiste czujniki zanieczyszczenia, aby na bieżąco monitorować jakość powietrza w naszym otoczeniu. W sklepach z aplikacjami mobilnymi dostępnych jest wiele programów, które za darmo udostępniają informacje o bieżącym zanieczyszczeniu powietrza.

– Świadomość poziomu zanieczyszczenia powietrza jest bardzo ważna, zwłaszcza dla mieszkańców wielkich miast. Nasze dane pochodzą w całości od naszych użytkowników, którzy je zbierają, a my umieszczamy je na mapie świata. Osoby, które nie mają Atmotube, mogą pobrać naszą aplikację i korzystać z mapy zanieczyszczeń, żeby unikać zanieczyszczonych obszarów, co jest szczególnie ważne dla astmatyków lub alergików – przekonuje prezes ATMOTube.

W walkę ze smogiem włączyła się także firma ubezpieczeniowa Aviva, która zainstalowała 300 czujników jakości powietrza w na północy i w centralnej części Polski. Powołała także do życia kampanię edukacyjną „Wiem, czym oddycham”, która ma uświadomić Polaków, jakie zagrożenia wiążą się z rosnącym poziomem zanieczyszczenia powietrza.

Google z kolei zawiązało współpracę z kalifornijską firmą Aclima, dzięki której powstanie sieć czujników zanieczyszczenia powietrza funkcjonujących w ramach internetu rzeczy. Takie rozwiązanie ma ułatwić harmonijny rozrost aglomeracji, a w efekcie doprowadzić do stworzenia zdrowszych miast. Władze Hamburga natomiast chcą wykorzystać internet rzeczy, aby zredukować zarówno zanieczyszczenia powietrza, jak i hałas pochodzący z przystani. Planuje się, aby statki cumujące w porcie wyłączały silniki na czas przeładunku i pobierały prąd bezpośrednio z miejskiej sieci energetycznej.

Również w szkockim mieście Glasgow dostrzega się potencjał internetu rzeczy w walce ze smogiem. Miasto uruchomiło pilotażowy program „Sensing the City”, który ma usprawnić proces monitorowania zanieczyszczenia powietrza. Władze Glasgow planują uzupełnić statyczne stacje pogodowe siecią tanich czujników mobilnych. Oba systemy będą funkcjonować równolegle. Stacje monitorowania dostarczą precyzyjne dane dotyczące zanieczyszczenia, zaś te mobilne pozwolą monitorować zmiany w jakości powietrza na znacznie szerszym obszarze

– Obecnie dysponujemy licznymi narzędziami, które umożliwiają nam mierzenie skali zanieczyszczeń oraz skuteczności działań podejmowanych w celu ograniczenia poziomu zanieczyszczenia powietrza. Możemy więc ograniczać efekty zanieczyszczeń, których źródłem w wielkich miastach są np. lotniska lub ruch uliczny. Prowadzone są nieustanne prace nad urządzeniami, które badają skuteczność naszych działań w zakresie zwalczania zanieczyszczenia powietrza – podsumowuje Vera Kozyr.

Globalny rynek systemów kontroli zanieczyszczenia według analityków z Research and Markets do 2025 roku osiągnie wartość 98 mld dol., rozwijając się w średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5 proc.

Budowany jest największy teleskop na świecie. Z Ziemi zajrzy jeszcze dalej w głąb kosmosu niż słynny teleskop Hubble’a

Budowany jest największy teleskop na świecie. Z Ziemi zajrzy jeszcze dalej w głąb kosmosu niż słynny teleskop Hubble’a 7

Teleskopy orbitalne Hubble’a oraz Keplera wkrótce zakończą swoje misje. Ich miejsce mają zająć gigantyczne teleskopy budowane na powierzchni Ziemi. Europejskie Obserwatorium Południowe pracuje nad stworzeniem największego teleskopu na świecie, który pozwoli spenetrować najdalsze zakątki kosmosu. Ma on zastąpić przestarzałe teleskopy orbitalne, które wkrótce zakończą swoją misję. Ekstremalnie Wielki Teleskop ma posłużyć do badania starych gwiazd oraz odnajdywania planet, na których panują warunki sprzyjające do istnienia życia opartego na węglu.

– Współcześnie korzystamy z teleskopów które są na orbicie. One dają nieskażony przez atmosferę obraz wszechświata. Słynny oczywiście jest teleskop kosmiczny Hubble’a, ale nie jest jedyny. Takie teleskopy dają naprawdę świetny obraz, choć z drugiej strony gdy obserwujemy z Ziemi, jesteśmy w stanie zbudować jeszcze większy teleskop, który zbiera jeszcze więcej światła – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mateusz Borkowicz z Centrum Nauki Kopernik.

Czas najsłynniejszych teleskopów kosmicznych powoli dobiega końca. Misja teleskopu Hubble’a rejestrującego obrazy w świetle widzialnym i ultrafioletowym dobiegnie końca w 2021 roku. Z kolei w teleskopie Keplera, który był wykorzystywany do odnajdywania planet typu ziemskiego, kończy się paliwo. Aby nie utracić danych zebranych podczas ostatniej misji obserwacyjnej, NASA podjęła decyzję o przełączeniu teleskopu w stan uśpienia.

Co prawda w połowie roku na docelową orbitę okołoziemską wszedł teleskop Transiting Exoplanet Survey Satellite (TRASS), który ma zastąpić Keplera, jednak na następcę Hubble’a będziemy musieli poczekać jeszcze wiele lat. NASA wciąż nie zadecydowała, jak ostatecznie będzie wyglądał teleskop ATLAST, a jego misja rozpocznie się najwcześniej w połowie przyszłego dziesięciolecia. Do czasu, aż ATLAST zastąpi Hubble’a, obserwacje kosmosu w świetle widzialnym będą prowadzone za pośrednictwem teleskopów naziemnych.

– Przeszkadza nam atmosfera, więc warto taki teleskop wynieść gdzieś wysoko w góry, w miejsce gdzie jest odpowiednio sucho, gdzie pogoda jest gwarantowana, np. w Chile, tam Europejskie Obserwatorium Południowe buduje duże teleskopy. Ten największy, czyli Ekstremalnie Wielki Teleskop ma mieć średnicę około 40 m. To jest ogromna powierzchnia lustra, które będzie zbierało światło z tych najodleglejszych obiektów, będzie analizowało je w świetle widzialnym – tłumaczy Mateusz Borkowicz.

Jednym z głównych zadań Ekstremalnie Wielkiego Teleskopu (ELT) będzie odnajdywanie planet typu ziemskiego, na których mogłoby istnieć życie oparte na węglu. Jeśli nie pojawią się żadne problemy natury technicznej bądź finansowej, ELT rozpocznie pracę w 2024 roku.

W marcu 2021 roku z kolei swoją misję ma rozpocząć Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, zaprojektowany do badania początków wszechświata oraz tworzenia się gwiazd i systemów planetarnych. Teleskop ma pracować w podczerwieni, ale jego debiut był już wielokrotnie przekładany.

– Taki teleskop pozwoli nam zajrzeć bardzo daleko w głąb wszechświata, nawet dalej niż kosmiczny teleskop Hubble’a. Dzięki temu będziemy w stanie dowiedzieć się więcej o ewolucji wszechświata. Tym samym dowiemy się jaka była nasza przeszłość i jaka będzie przyszłość – prognozuje ekspert.

Analitycy z firmy badawczej Research and Markets prognozują, że wartość globalnego rynku technologii kosmicznych w 2018 roku wyniesie 360 mld dol. Przewiduje się, że do 2026 roku wzrośnie ona do 558 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 5,6 proc.

Warszawski rynek biurowy trzyma formę. Przyciąga również branże hotelową

Rynek powierzchni biurowych to w Polsce 9 mln m kw. Z tego 5,5 mln m kw. przypada na rynek warszawski. Duży jest udział Krakowa i Wrocławia, m.in. ze względu na duży standard życia oraz tworzenie oddziałów zagranicznych firm w tych miastach.

– W konsekwencji wzrasta zapotrzebowanie na usługi konferencyjne i gastronomiczne, które są oferowane również przez hotele. To dodatkowy motor napędowy dla rynku hotelarskiego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Anna Olszyńska, Regional Director Vienna House.

Ciągle największym zagłębiem biurowym w Polsce jest warszawski Służewiec. Jednak dzielnice biurowe często po godz. 17:00 zamierają, dlatego nowym trendem w budownictwie biurowym jest tworzenie wielofunkcyjnych budynków łączących funkcje biurowe z mieszkalnymi, gastronomicznymi i kulturalnymi.

Ile kosztuje gram złota?

Od czego uzależniona jest aktualna cena złota za gram? Jakie czynniki mają wpływ na wartość tego kruszcu? Odpowiadamy na pytania, które zadaje sobie każdy początkujący inwestor.

Zabezpieczenie kapitału

Zakup złota uważany jest za jedną z najbezpieczniejszych form długoterminowego lokowania kapitału. Podaż złota, czyli jego dostępność na rynku, jest ograniczona i nie może zostać sztucznie zwiększona, z kolei popyt, czyli zapotrzebowanie, nie maleje. Kruszec ten wykorzystywany jest w m.in. w branży elektronicznej, kosmicznej i medycznej. Złoża złota wyczerpują się, a wydobycie tego metalu staje się coraz trudniejsze – to również wpływa korzystnie na jego wartość. Ten szlachetny metal uznawany jest za jeden z najbardziej uniwersalnych środków płatniczym i akceptowany jest w państwach całego świata. Co ważne, zachowuje swoją wartość nawet w obliczu kryzysów politycznych i finansowych. Dużą zaletą złota jest jego odporność na fizyczne uszkodzenia – metal ten nie rdzewieje, nie ciemnieje i nie pokrywa się nalotem – nawet, jeżeli narażony jest na działanie czynników zewnętrznych, takich jak wysoka wilgoć czy zmienne temperatury. Najpopularniejszym sposobem inwestowania w złoto jest zakup tego metalu w formie fizycznej. Przed dokonaniem inwestycji, warto dowiedzieć się, od czego uzależniona jest cena grama złota.

Ile kosztuje gram złota?

Cena złota ustalana jest przez London Bullion Market Association (LBMA), czyli Londyńskie Stowarzyszenie Rynku Kruszców. Jest to międzynarodowa organizacja nadzorowana przez Bank Anglii – bank centralny Wielkiej Brytanii. Do grona instytucji finansowych upoważnionych przez LBMA do ustalania ceny złota zalicza się 13 podmiotów: Bank of Communications, Morgan Stanley, China Construction Bank, HSBC Bank USA NA, Goldman Sachs International, Standard Chartered, ICBC Standard Bank, JP Morgan, The Toronto Dominion Bank, Societe Generale, The Bank of Nova Scotia – ScotiaMocatta, UBS oraz Bank of China. Ustalana na londyńskiej giełdzie cena złota publikowana jest dwa razy dziennie: o godzinie 11:30 i 16:00 czasu polskiego i wyrażana jest w dolarach amerykańskich za uncję trojańską.

Uncja trojańska

W jubilerstwie oraz w międzynarodowym obrocie metalami szlachetnymi stosowana jest uncja trojańska, zwana także jubilerską. Jednostka ta oznaczana jest za pomocą skrótu „oz” i odpowiada 31,1034768 gramom. Nie należy mylić jej z uncją międzynarodową, która odpowiada w przybliżeniu 28,35 gramom. W państwa, w których obowiązuje metryczny system miar, sprzedawane są sztaby złota, których masa wyrażona jest w gramach, np. 1 g, 5 g, 50 g, 250 g. Cena sztaby uzależniona jest od aktualnych giełdowych notowań złota oraz kursu dolara do złotówki. Zawiera również marżę narzuconą przez podmiot sprzedający. Więcej na temat cen złota oraz inwestowania w ten kruszec dowiesz się, korzystając z poradnika przygotowanego przez Mennicę Polską: https://www.mennica.com.pl/produkty-inwestycyjne/poradnik-inwestora-szczegoly/ile-kosztuje-gram-zlota.

III Kongres Profesjonalistów HR: „Synergia HR i biznesu”

Jedyny Kongres Profesjonalistów HR odpowiadający na realne potrzeby i bieżące wyzwania stawiane przed przedstawicielami Działów HR. Podczas wydarzenia, które już po raz trzeci zgromadzi ekspertów i profesjonalistów HR, poruszona zostanie kwestia jak HR może efektywnie współpracować z Biznesem, aby osiągnąć efekt synergii i zrealizować cele organizacji poprzez zaprezentowanie dwóch punktów widzenia – HR oraz przedstawiciela Biznesu. Zaprezentowane zostaną konkretne wyzwania HR na przykładzie realnych studiów przypadku oraz różne aspekty wdrażanych projektów skupiając się na konkretach, takich jak cele, założenia budżetowe, realne koszty, wykorzystane narzędzia i osiągnięte rezultaty.III KONGRES PROFESJONALISTÓW HR

Wszystkie zagadnienia poruszane podczas Kongresu są w 100% skoncentrowane na merytorycznym wsparciu Biznesu przez Profesjonalistów HR. Będziemy mówić jedynie o rzetelnych faktach, konkretnych rozwiązaniach i nowych trendach, które już za chwilę, staną się codziennością Działów HR.

13 ekspertów HR i wybitnych prelegentów pośród których znajduje się Joanna Malinowska-Parzydło, Nikolay Kirov, Maciej Herman oraz profesjonaliści z firm takich jak Coca Cola, Volkswagen Poznań, Żabka Polska, oraz PSG wskaże, jakie są oczekiwania wobec profesjonalistów HR – od poszczególnych działów w organizacji i opowie o tym, jak mierzyć się ze zmieniającymi warunkami gospodarczymi i rynkowymi i osiągać najlepsze rezultaty.

Zapraszamy Was do Warszawy, gdzie 6 grudnia 2018 spotka się grono ludzi, dla których nowoczesne rozwiązania i wyzwania HR to ważna inwestycja wspierająca sukces całej firmy!

Targi RetailShow – konferencja Retail Congress, Innowacje Handlu 2018 i Best Shop Concept 2018

Poza szeroką ofertą wyposażenia, technologii i usług dla handlu, wyróżnikiem Targów RetailShow jest ceniona w branży konferencja Retail Congress. Odbędzie się ona 14 listopada w Centrum EXPO XXI w Warszawie, a tematem przewodnim będzie „klient”. Z kolei barometrem wskazującym jakość produktów i konceptów sklepowych będą wyniki konkursów – Innowacje Handlu 2018 i Best Shop Concept 2018.

RetailShowKonferencja Retail Congress co roku przyciąga osoby decyzyjne z wiodących sieci handlowych, specjalistów od marketingu, rozwoju, IT, merchanidisingu i zakupów czy właścicieli sklepów. Organizatorzy targów tak dobierają tematykę, aby zapewniła przekrojową wiedzę z zarządzania w branży retail uwzględniającą światowe trendy oraz nowinki produktowe.

Koncept, innowacje i omnichannel

Pierwszy z trzech bloków tematycznych konferencji, KONCEPT, poświęcony będzie trendom w projektowaniu sklepów i rozwiązaniom zatrzymującym klienta na dłużej. Opowiedzą o tym architekci, których realizacje zostały nagrodzone w konkursie Best Shop Concept, m.in. Michał Górski z pracowni Schwitzke Górski czy Dariusz Gocławski z A+D Retail Store Design. Dariusz Gocławski przybliży narzędzia skutecznej sprzedaży designu w podziale na przedmioty popularne i masowe, unikalne i rękodzieło, w branży gastronomicznej czy usługach. – Wykład skierowany będzie do osób decydujących o strategii marki, szukających sposobu na wzrost przychodów lub przewagi konkurencyjnej. Jego efektem będą wskazówki poparte przykładami ze świata jak zwiększyć siłę marki i nadać jej indywidualny charakter – zachęca.

Nie zabraknie także prelekcji Ewy Gawroniak-Olejniczak z pracowni Ego-Studio, która co roku przygotowuje projekt Sklepu Modelowego w oparciu o najnowsze światowe trendy. O ciekawe przykłady z rynku zadba dr Marek Borowiński Shop Doctor, a Bogdan Łukasik z firmy Modern-Expo Group opowie jak zmiany zachowań konsumentów, ich oczekiwań i nawyków wpływają na przekształcanie powierzchni handlowych. Przytoczy także przykłady najciekawszych światowych rozwiązań, które będą kreować handel detaliczny w najbliższej przyszłości.

Drugi blok tematyczny zatytułowany INNOWACJE poświęcony będzie innowacyjnym rozwiązaniom dla handlu. Tomasz Gzik z firmy Goldenore opowie jak podczas trwającej rewolucji informacyjnej, w której dane stanowią zasoby strategiczne przedsiębiorstw, budować przewagę konkurencyjną poprzez przetwarzanie i analizowanie danych w czasie rzeczywistym. – Tematyka mojej prelekcji skierowana jest do wszystkich osób, które podejmując różnego rodzaju decyzje biznesowe potrzebują bezpośredniego dostępu do zintegrowanych, spójnych, aktualnych i dobrej jakości danych. Skorzystają z niej również osoby odpowiedzialne w swoich organizacjach za przetwarzanie danych oraz sprawozdawczość i raportowanie – przekonuje. Pozostałe prelekcje tej sesji poszerzą wiedzę słuchaczy o efektywne analizy danych oraz dostępne na rynku rozwiązania.

Trzecia część konferencji Retail Congress to OMNICHANNEL. Dedykowana będzie najnowszym mechanizmom i narzędziom, dzięki którym sprzedaż w modelu omnichannel daje przewagę nad innymi modelami. Sebastian Starzyński z firmy ABR SESTA podczas prelekcji pt. „Sztuczna inteligencja w obsłudze klienta” opowie o erze, kiedy to przekaz marketingowy będzie musiał być kierowany do asystentów osobistych AI klientów. Obecny model marketingu i obsługi klienta opiera się na poznawaniu „słabych punktów” klienta i kreowaniu przekazu tak, aby przekonać go do zakupu. – Problem polega na tym, że większość komunikatów jest dzisiaj kierowana do naszych emocji. Zbliża się jednak moment, kiedy klienci intensywnie zaczną korzystać z osobistych asystentów AI, których zadaniem będzie ograniczanie wyboru, a wręcz podejmowanie za nich rutynowych decyzji – przewiduje Sebastian Starzyński.

Więcej informacji na temat konferencji Retail Congress 2018 znajduje się na stronie: http://www.retailshow.pl/pl/agenda-2018

Branżowe konkursy okazją do wyróżnienia się

Targi RetailShow to także dwa branżowe konkursy, których laureaci co roku wyznaczają standardy jakościowe i koncepcyjne. W konkursie Innowacje Handlu 2018 eksperckie Jury dokona wyboru najlepszych urządzeń, produktów i usług prezentowanych podczas targów. W tym roku firmy mogą zgłaszać się w następujących kategoriach: systemy i technologie IT; projekty i wyposażenie wnętrz sklepowych; oświetlenie; kasy fiskalne i wagi; drukarki, skanery, kolektory, POS; rozwiązania płatnicze; programy lojalnościowe; e-commerce & mobile; ochrona i systemy zabezpieczeń; systemy marketingowe, POS i Digital Signage; systemy franczyzowe dla handlu; logistyka i magazyn; urządzenia gastronomiczne oraz usługi.

Jak podkreśla Marek Kaniewski z firmy D&K Technology, której urządzenie MainBox zostało nagrodzone w zeszłorocznej edycji Innowacji Handlu w kategorii „Systemy i technologie IT”, wyróżnienie przyczyniło się do poniesienia prestiżu firmy. – Pokazaliśmy w ten sposób, że potrafimy zrobić coś więcej niż tylko tradycyjne rozwiązania. Aktualnie coraz większa liczba klientów jest zainteresowana naszym produktem, który cały czas ulepszamy – mówi.

Z kolei konkurs Best Shop Concept 2018 to świetna okazja dla właścicieli sklepów różnych formatów do zaprezentowania branży ciekawych konceptów. To także szansa dla pracowni architektonicznych, by pochwalić się kreatywnym potencjałem, który wyróżni sklep estetycznie i użytkowo.

Michał Górski z pracowni Schwitzke Górski, której dwa koncepty zostały nagrodzone w minionym roku, potwierdza, że wyróżnienia miały zarówno bardzo pozytywny wpływ na aktywność zespołu, jak i dużą wartość motywacyjną. – Zespół projektantów, który tworzył koncepty, czerpie satysfakcję z zadowolenia klientów oraz faktu, że wykreowali przestrzeń, którą przedstawiciele grupy docelowej postrzegają jako atrakcyjną. Cieszy ich także fakt, że zostali docenieni przez ekspertów. Sukces rynkowy konceptu i uznanie środowiska to połączenie, które zachęca do dalszych starań – podsumowuje.

Jury oceni też spójność i unikalność konceptu, zastosowanie nieszablonowych rozwiązań oraz design. Do konkursu mogą być zgłaszane sklepy, które zostały otwarte lub przeszły remodeling w ciągu ostatniego roku. Tegoroczne kategorie to: hipermarket, supermarket, dyskont, sklep typu convenience, sklep odzieżowy, sklep specjalistyczny oraz punkt sprzedaży usług.

Informacje i formularze rejestracyjne znajdują się na stronach: http://www.retailshow.pl/pl/konkurs-innowacje-handlu oraz http://retailshow.pl/pl/best-shop-concept. Zgłoszenia konkursowe należy przesłać do 15 października br.

Informacje praktyczne

IX Targi RetailShow odbędą się w dniach 14-15 listopada 2018 w godzinach 9:00-17:00 w Centrum EXPO XXI przy ul. Prądzyńskiego 12/14 w Warszawie. Organizatorem Targów RetailShow jest firma ECP Polska. Wstęp jest bezpłatny po zarejestrowaniu się na stronie internetowej http://www.retailshow.pl/pl/rejestracja lub w recepcji w dniu targów.

Partnerem Strategicznym RetailShow 2018 jest firma Modern-Expo, a Sponsorami Głównymi: Koncept-L; Ingram Micro z Zebra Technologies; Goldenore z Oracle i z Arrow oraz Bosch.

Jak reklamować początkujący biznes i nie przepłacać? Bezpłatne warsztaty w poznańskim Idea Hub

Jak wynika z badań Starcom, Internet jest obecnie drugim najważniejszym, tuż po telewizji, medium reklamowym. W pierwszym kwartale br. nakłady na promocję w Internecie wzrosły o 11,2 proc. W jaki sposób wykorzystać jej potencjał i skutecznie zareklamować biznes w sieci, nie nadwyrężając przy tym firmowego budżetu? Już w najbliższą środę, 10 października o godz. 18:00 w poznańskim Idea Hub w roli eksperta wystąpi Mateusz Chęclewski, dyrektor kreatywny w agencji interaktywnej HESNA IMS.

To dobry czas dla polskiego rynku reklamowego, który odnotował największy wzrost od 10 lat, utrzymujący się na poziomie 10-11 proc. Wydatki na reklamę online w Polsce w ostatnich trzech miesiącach 2017 roku wyniosły w sumie 2,8 mld. To o 205 mln zł więcej niż w roku poprzednim. Według prognoz agencji mediowej Zenith, tendencja wzrostowa w roku 2018 wciąż ma się utrzymywać, a wydatki na reklamę w sieci zwiększą się o kolejne 8,1 proc. Wyniki te pokazują, że reklamodawcy nieprzerwanie wykorzystują potencjał Internetu, medium, z którego korzysta obecnie aż 28 mln Polaków.

Wśród praktyk e-marketingowych wymienia się m.in. pozycjonowanie, reklamę w mediach społecznościowych, e-mail marketing czy korzystanie z Google AdWords. To formy, z którymi spotykamy się w sieci na co dzień. Na czym one polegają? Czy jest więcej sposobów na reklamę w Internecie? Co zrobić, aby wykorzystać szansę, jaką daje nam medium, z którym mamy do czynienia niemal na każdym kroku oraz jak nie nadwyrężyć przy tym firmowego budżetu? Czy samodzielnie możemy osiągnąć efekty na miarę działań specjalistycznych agencji?

Już w najbliższą środę, 10 października o godz. 18:00 w poznańskim Idea Hub o tym, jak najskuteczniej reklamować biznes opowie Mateusz Chęclewski, dyrektor kreatywny w agencji interaktywnej HESNA IMS oraz CEO w startupie branży turystycznej Travset. Przeprowadził ponad 30 szkoleń i warsztatów z SoME w firmach i instytucjach, tworzył kreacje kampanii reklamowych dla takich marek jak: Braun, Solid Security, Eurofinance, Poznański Bank Spółdzielczy, Uniwersytet im. Adama Mickiewicza. Pomaga także startupom w planowaniu pierwszych kampanii marketingowych.

Idea Hub to przestrzeń coworkingowa, w której można bezpłatnie popracować, napić się kawy czy wynająć salę konferencyjną na spotkanie biznesowe. Regularnie odbywają się w niej również szkolenia dotyczące pozyskiwania i rozwijania przedsiębiorczych kompetencji.

Udział w warsztatach jest bezpłatny, wymagane są jednak zapisy pod adresem [email protected].

Siła informacji zwrotnej

W ujęciu HR-owym informacja zwrotna, inaczej feedback, to opiniowanie pracy współpracownika. Feedback zapewnia osobie, której go udzielamy, bezpośrednie i jasne informacje na temat skuteczności jej działań czy też zachowań. Pomaga wskazać obszary do potencjalnego rozwoju, jednocześnie podkreślając elementy pracy wykonywane prawidłowo. Dzięki informacji zwrotnej uzyskujemy wiedzę, jak nasza praca i zachowanie są postrzegane,  a także otrzymujemy wskazówki do zmiany, dzięki czemu możemy lepiej rozwijać nasze umiejętności w pożądanym kierunku.

Czy feedback to ocena?

Istnieje wiele form i technik udzielania feedbacku. Zazwyczaj sformalizowanym przykładem tego typu zachowań w przedsiębiorstwach jest system rozmów oceniających. To zorganizowany proces udzielania – najczęściej przez przełożonego – informacji na temat czynionych przez konkretnego pracownika postępów w pracy i rozwoju jego kompetencji. Feedback nie jest jednak równoznaczny z oceną. A te pojęcia często są mylone.

Jakie są zatem różnice między tymi pojęciami?

  • Feedback to informacja o spostrzeżeniach dotyczących konkretnego zachowania lub wypowiedzi uczestnika konwersacji czy sytuacji, w tym wypadku współpracownika. Ma na celu poprawę relacji, sposobu realizacji omawianych zadań lub komunikacji na przyszłość. Dobrze przeprowadzony daje obu stronom możliwość wyrażenia swoich potrzeb, oczekiwań, myśli czy emocji, a także ma na celu umożliwienie znalezienia rozwiązania problemu – chociażby po to, aby uniknąć podobnych sytuacji w przyszłości.
  • Ocena to z kolei przede wszystkim omówienie wyników działania danej osoby czy współpracy z nią dany okres – np. realizacji wyników sprzedażowych przez pracownika działu handlowego w danym czasookresie. Często ma charakter liczbowy lub procentowy. Klasycznym jej przykładem jest ocena przedmiotowa w szkole – np. za dany rok czy półrocze.

Rola szefa w procesie feedbacku

Rola szefa w procesie profesjonalnego udzielania informacji zwrotnej jest niezwykle istotna – gdyż to od sposobu przeprowadzenia rozmowy w dużej mierze zależy dalsza motywacja pracownika do pracy, co z kolei przekłada się na wyniki pracy zespołu. Wzmacnianie kultury feedbacku w organizacji niewątpliwie pomaga w tworzeniu dobrej  i motywującej atmosfery w miejscu pracy. Takie działania muszą być jednak prowadzone systematycznie i konsekwentnie w dłuższym horyzoncie czasowym.

Feedback najczęściej kojarzy się z udzielaniem informacji zwrotnej pracownikowi przez przełożonego.  Rzadziej występuje także w formie odwrotnej tzw. upward feedback – kiedy to podwładny wyraża swoje spostrzeżenia co do zachowań  i pracy szefa. Gotowość do przyjęcia feedbacku od podwładnych, a także umiejętność zachęcenia pracowników do udzielenia zwierchnikowi konstruktywnej informacji zwrotnej jest bardzo cenna. Daje bowiem managerowi wiele możliwości do zwiększania motywacji w jego zespole.  Dzieje się tak, gdyż zwiększa się poziom zaufania na linii szef – podwładny. Ponadto pracownicy pytani o zdanie i mogący podzielić się swoimi uwagami są bardziej zmotywowani. Zwłaszcza jeśli poprzez konkretne działania zwierzchnika widzą później, że ich uwagi zostały wzięte pod uwagę.

Jak zachęcić pracownika do feedbacku?

W kulturze organizacyjnej polskich przedsiębiorstw stosowanie feedbacku nie jest szczególnie popularne – nawet gdy to szef udziela go pracownikowi. A jeszcze rzadziej występuje w formie dzielenia się przez podwładnego z przełożonym spostrzeżeniami na temat sposobu pracy zwierzchnika. Pracownicy chętnie dzielą się uwagami dotyczącymi ich managera za jego plecami, ale są zdecydowanie mniej chętni do bezpośredniego przekazania mu informacji zwrotnej.

Jak zatem zachęcić pracowników do otwartej komunikacji w tym zakresie? Poniżej kilka wskazówek, co będąc szefem warto wziąć pod uwagę:

  1. Twórz kulturę organizacyjną, w której dzielenie się pomysłami i konstruktywnymi uwagami jest chwalone i mile widziane.
  2. Wyjaśnij pracownikom dlaczego ich opinia jest dla Ciebie ważna. Tylko mając wiedzę o tym co działa a co nie, możesz wprowadzić korekty.
  3. Zapewnij pracowników, że podzielenie się z Tobą przez niego swoimi uwagami, nawet jeśli będą dla Ciebie niepochlebne, nie będzie niosło dla niego negatywnych konsekwencji.
  4. Organizuj z Twoimi podwładnymi indywidualne spotkania („w cztery oczy”), na których wzajemnie udzielicie sobie konstruktywnego feedbacku. Uprzedź pracownika o celu spotkania i poproś aby się przygotował.
  5. Bądź cierpliwy – wprowadzenie zmian i nowych nawyków w zespole wymaga czasu. Za pierwszym razem udzielenie Tobie feedbacku przez pracownika będzie najtrudniejsze, kolejnym razem – jeśli zauważy, że wziąłeś pod uwagę jego opinię i wprowadziłeś pozytywne zmiany – będzie odważniejszy.
  6. Podziękuj za otrzymane wskazówki.
  7. Kaskaduj kulturę feedbacku. Zachęcaj Twoich managerów, którzy mają podwładnych, aby wprowadzali analogiczne zasady rozmów swoich zespołach.
  8. Spotkania feedbackowe powinny odbywać się cyklicznie, tak by można było podsumować co wydarzyło się od ostatniego razu.

 

Na koniec warto dodać, że to właśnie te osoby, które aktywnie poszukują feedbacku i na bieżąco przyjmują konstruktywną krytykę ze strony szefów, podwładnych, kolegów, klientów, dostawców oraz całego swojego otoczenia – i potrafią zrobić z niej użytek osiągają najlepsze wyniki w najrozmaitszych dziedzinach. Jednocześnie te same osoby dostrzegają potrzebę przekazywania go innym, pamiętając, że powinien on wspierać działanie i umacniać wzajemne relacje między ludźmi.

Małgorzata Warda, MBA:

Małgorzata Warda
Małgorzata Warda

Posiada ponad 20 lat praktycznego doświadczenia w zarządzaniu na wysokim szczeblu organizacjami na rynkach B2B i B2C, w ujęciu multichannel i omnichannel. Ma na koncie ponad 2000 wynegocjowanych kontraktów – w tym z większością sieci handlowych w Polsce. Zarządzała zespołami 200+. Prowadzi firmę Warda Consulting Team i doradza przedsiębiorstwom jak efektywnie zwiększyć sprzedaż i profitowość. Z wyróżnieniem ukończyła finanse i Executive MBA. Jest także absolwentką programów dla kadry zarządzającej na INSEAD.

Grupa USP Zdrowie sfinalizowała transakcję zakupu nowej fabryki we Wrocławiu

Grupa USP Zdrowie, lider na rynku leków bez recepty w Polsce, sfinalizowała transakcję zakupu nowej fabryki. Nowa lokalizacja znajduje się we Wrocławiu, przy ul. Bierutowskiej 87. W przeciągu kilku lat zostanie przeniesiona do niej produkcja leków.

W obecnej lokalizacji na ul. Ziębickiej mamy już niewielkie możliwości rozwoju. Mając na uwadze zmieniające się otoczenie biznesowe, stale rosnące potrzeby konsumentów i stojące przed nami wyzwania, a także dbając o podnoszenie komfortu pracy naszych pracowników, podjęliśmy decyzję o przeniesieniu produkcji.

Znaleźliśmy idealne miejsce we Wrocławiu i dzięki temu będziemy nadal mogli rozwijać nasz biznes właśnie w tym regionie – mówi Andrzej Kuchno, Dyrektor Wytwórni.

Trump walczy z podległymi służbami. Wyniszczający konflikt z Rosją w tle

Konflikt między Donaldem Trumpem a służbami specjalnymi i organami ścigania był od początku wpisany w tę prezydenturę. Przysłowiowa strzelba wisiała już w pierwszym akcie dramatu, za który można uznać kampanię wyborczą z 2016 r. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż w ostatnim akcie strzelba wystrzeli, bo stawka jest ogromna. W istocie jest to spór o to, czy Trump został prezydentem bez zewnętrznego wspomagania, czy też w jakimś stopniu swoją funkcję zawdzięcza Rosji. Trump ze swoim rozbuchanym, ale już mocno poranionym ego walczy o fotel, o być albo nie być. Prezydent – zdaniem T. Weinera, autora głośnej znanej również na rynku polskim książki „Dziedzictwo popiołów” (Legacy of Ashes) – jest przerażony, obawia się wszystkiego i wszystkich związanych ze śledztwem w sprawie ingerencji Rosji w wybory. Służby specjalne walczą o swoją reputację, pozycję i pieniądze. Żadna ze stron nie odpuszcza.

Napięcia między Białym Domem a służbami specjalnymi nie są niczym nowym w politycznej historii Ameryki. Bracia John i Robert Kennedy nie ufali, z ogromną wzajemnością, szefowi FBI Edgarowi Hooverowi, ale nie mieli odwagi (obawa o „kompromaty”) i determinacji, aby go zwolnić. Prezydent Richard M. Nixon nie poważał CIA, czego nigdy nie ukrywał. Jeszcze w latach 50. XX wieku jako wiceprezydent oskarżał CIA o sprzyjanie J. Kennedy’emu i przyczynienie się do jego porażki wyborczej w 1960 r. Wprawdzie przez długie lata uważał E. Hoovera za swojego najbliższego przyjaciela, ale przyjaźń wygasała w 1970 r., kiedy Hoover nie podzielił jego pomysłów na uwolnienie z konstytucyjnej smyczy kilku służb, w tym FBI. Prezydent Bill Clinton w dużej mierze ignorował swojego pierwszego szefa CIA, ale równie serdecznie nie kochał szefa FBI, którego agenci asystowali przy pobieraniu jego krwi przy okazji śledztwa w sprawie afery z Moniką Levinsky. Podczas kadencji G.W. Busha Biały Dom spierał się z CIA m.in. o broń biologiczną w Iraku czy ocenę sił rebelianckich podczas wojny. Jednak żaden z tych konfliktów nie był tak wyniszczający dla kraju, jak obecny. Ten – zdaniem T. Weinera – nie ma precedensu, jeśli chodzi o głębię bratobójczej politycznej walki. Co gorsza, nie wiadomo dokąd zmierza i czym będzie skutkował.

Służby jako „kryminalne, utajnione państwo” (ang. criminal deep state)

Prezydent D. Trump stoi na czele największego i najdroższego aparatu wywiadowczego na świecie, ale niemal od początku prezydentury postrzega go jako wrogą fantomową armię. Wierzy, że w łonie służb istnieje grupa potajemnie kontrolująca amerykańskie życie, ale jawnie zmierzająca do pozbawienia go funkcji. Prezydent osobiście grozi jej wyniszczeniem. Przez dwa lata atakował społeczność wywiadowczą USA jako całość, ale też niektórych jej przedstawicieli indywidualnie w tak różnych sprawach, jak wojna w Iraku – sprawa maili Hillary Clinton, dymisja Michaela Flynna, tzw. dossier Steele`a, a przede wszystkim śledztwo dotyczące ingerencji Rosji w wybory prezydenckie. Prezydent określa służby jako „utajnione (ukryte) państwo”, a więc mroczne koterie biurokratów osadzonych głęboko w strukturach rządowych działające tak perfidnie, że upodobniają Stany Zjednoczone do „nazistowskich Niemiec”. Te słowa padły, kiedy były agent MI6 Christopher Steele opisał wieloletnią kampanię wpływu rosyjskiego na Trumpa. Prezydent toczy bitwę z ludźmi, których uważa za swoich publicznych przeciwników. Należą do nich wysocy byli funkcjonariusze służb i administracji, którzy krytykują go w artykułach, w książkach, ostrych postach na Twitterze czy w telewizji.

Celem strategii Trumpa, która wydaje się spójna, jest zdyskredytowanie dochodzenia w sprawie ingerencji Rosji w wybory prezydenckie. Prezydent atakuje zarówno śledczych, jak i służby specjalne – tak wywiadowcze, jak i FBI. Oskarża, że uplasowały szpiega w trakcie jego kampanii prezydenckiej, że śledztwo jest skażone uprzedzeniami. Już 11 stycznia 2017 r. Trump pisał na Twitterze o ostrzale służb: agencje wywiadowcze nigdy nie powinny pozwolić, by te fałszywe wiadomości (dot. ingerencji Rosji – dop. autora) wyciekły publicznie”.

W ciągu 22 miesięcy od rozpoczęcia przez FBI dochodzenia dotyczącego potencjalnych kontaktów między członkami sztabu Trumpa a Rosją prezydent atakował własne służby wywiadowcze i organy ścigania znacznie częściej niż potępiał Moskwę za ingerencję wyborczą. Dla przykładu w kwietniu i maju 2018 r. przynajmniej kilkanaście razy zbeształ FBI, byłego dyrektora Jamesa Comeya, specjalnego prokuratora Roberta Muellera, rosyjskie „polowanie na czarownice” i „utajnione państwo”. Natomiast do krytyki prezydenta W. Putina użył Twittera po raz pierwszy i jedyny 8 kwietnia.

Taka retoryka Trumpa chyba już nikogo nie dziwi, natomiast bardziej zastanawiający jest stopień w jakim Republikanie, z definicji propaństwowi, zaangażowali się w wojnę z agencjami zainicjowaną przez Trumpa.

Republikanie, prezentujący się jako partia prawa i porządku, zawsze byli przychylni służbom zajmującym się egzekwowaniem prawa i wywiadem. Tuż przed wyborami prezydenckimi prawnik i rzecznik Trumpa Rudy Giuliani bronił FBI przed krytyką, kiedy prowadziło dochodzenie w sprawie prywatnego serwera poczty Hillary Clinton. Nie uważał wówczas, iż agenci FBI angażują się politycznie. Często chełpił się też swoimi powiązaniami z Biurem i poufną wiedzą. Na kilka dni przed wyborami w wywiadzie dla Foxa ujawnił, że agenci FBI byli „oburzeni” postępowaniem Comeya dotyczącym śledztwa w sprawie maili H. Clinton, że nie zgadzają się z decyzją o oczyszczeniu jej z zarzutów kryminalnych. Potem jego poglądy radykalnie się zmieniły, przemiana była uderzająca. Idąc w ślady Trumpa, nazwał Comeya „haniebnym kłamcą”, zaś śledztwo w sprawie Rosji prowadzone przez R. Muellera, byłego dyrektora FBI, uznał za „skażone” i „całkowicie śmieciowe”.

Trump również w Kongresie ma kilku wiernych sojuszników, próbujących podważyć wiarygodność śledztwa i niezależność Departamentu Sprawiedliwości. Najbardziej aktywny jest republikański kongresman Devin Nunes, który wykorzystując pozycje w Kongresie próbował pozyskiwać informacje na temat śledztwa rosyjskiego z FBI i Departamentu Sprawiedliwości.

Sondaż instytutu Gallupa z końca ubiegłego roku wykazał, że około połowa republikanów uważa pracę FBI za doskonałą lub dobrą, co stanowi 13-punktowy spadek w stosunku do 2014 r. Jednocześnie 69% badanych demokratów oceniło, że FBI wykonuje dobrą lub doskonałą pracę, co stanowiło wzrost o 9%. W ocenie przedstawicieli Gallupa republikańska zmiana poglądów na agencję wynika z podważania przez Trumpa profesjonalizmu FBI i przedstawiania Biura jako urzędu partyjnego.

Szczyt w Helsinkach przelewa czarę goryczy

Decyzja prezydenta Trumpa z połowy sierpnia 2018 r. o cofnięciu byłemu dyrektorowi CIA Johnowi Brennanowi dostępu do informacji niejawnych sprawiła, że jego dotychczasowy „pełzający” konflikt z agencją wywiadowczą przerodził się w otwartą wojnę, jednoczącą przeciwko niemu poważnych emerytowanych funkcjonariuszy wywiadu.

„Przysłowiową czarą goryczy stał się szczyt Putin-Trump w Helsinkach. Byli wysocy rangą przedstawiciele CIA i społeczności wywiadowczej USA bardzo negatywnie przyjęli wystąpienie prezydenta na konferencji prasowej. Ich zdaniem zajął stanowisko tożsame z reprezentowanym przez W. Putina, a krytyczne wobec ustaleń amerykańskich służb co do zaangażowania Rosji w wybory prezydenckie. Według byłego dyrektora CIA Michaela V. Haydena prezydent jawił się jako „surowy, nagi i nieprzygotowany”. John O. Brennan posunął się chyba najdalej, nazywając postawę prezydenta „zdradziecką”, a jego samego „imbecylem” i wyśmiewając upadającą kakistokrację (rządy najgorszych) Trumpa.

Wprawdzie D. Trump często kwestionował wnioski swoich służb dotyczące wpływu Rosji na wybory prezydenckie w 2016 r., ale tym razem uczynił to, stojąc obok prezydenta Rosji. Trump zdawał się trzymać stronę rozmówcy, który – jego zdaniem – był „niezwykle przekonujący w swoim zaprzeczeniu”. Co więcej, skłaniał się do propozycji Putina w sprawie wspólnego śledztwa dotyczącego 12 rosyjskich oficerów wywiadu oskarżonych przez specjalnego prokuratora R.S. Muellera o włamanie się do serwerów Partii Demokratycznej. Trump określił tę ofertę jako „niesamowitą”, oczywiście w pozytywnym sensie.

Powód krytyki obecnych i byłych urzędników wywiadu jest oczywisty: zapraszanie Rosjan do śledztwa skutkowałoby udostępnianiem źródeł i metod wywiadowczych, które są najbardziej strzeżonymi tajemnicami. Amerykańskie służby niechętnie dzielą się tego rodzaju informacjami nawet z członkami komisji Kongresu ds. wywiadu.”.

W konsekwencji decyzja Trumpa o cofnięciu poświadczenia bezpieczeństwa J. Brenanna zmobilizowała trzy pokolenia najwyższych urzędników wywiadu w kraju i zaogniła spór wokół tego, jak należy rozumieć służbę publiczną i dobro publiczne. Szefowie służb reprezentujący zarówno administrację demokratyczną, jak i republikańską mówią głośno to, co wielu obawia się publicznie wyartykułować: urzędujący prezydent Stanów Zjednoczonych stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego.

W połowie sierpnia opublikowano list otwarty 12 byłych dyrektorów i zastępców dyrektorów wywiadu, którzy określili cofnięcie poświadczenia bezpieczeństwa Brennanowi, jako politycznie motywowaną „próbę stłumienia wolności słowa”. W tym gronie znalazł się 95-letni Bill Webster, który kierował FBI za prezydentury Cartera i Reagana oraz CIA za czasów Reagana i Busha, a który nigdy wcześniej – według Weinera – nie krytykował urzędujących prezydentów.

Trump próbuje szantażować swoich adwersarzy listą osób, których poświadczenia bezpieczeństwa są w trakcie przeglądu. Obejmuje ona m.in. Jamesa Clappera, dyrektora wywiadu krajowego za prezydenta Baracka Obamy i dyrektora DIA pod rządami George’a H.W. Busha, a także Billa Clintona, Jamesa Comeya, byłego dyrektora FBI, Michaela Haydena, dyrektora CIA i Agencji Bezpieczeństwa Narodowego za rządów George’a W. Busha, Sally Yates, byłą zastępczynię prokuratora generalnego, Andrew McCabe`a, byłego zastępcę dyrektora FBI.

Jego celem jest zastraszanie krytyków i zmuszenie ich do milczenia. Brennan określił to wprost: „Pan Trump wyraźnie i desperacko stara się chronić siebie i tych, którzy są mu bliscy, dlatego podjął politycznie uzasadnioną decyzję o unieważnieniu mojego poświadczenia bezpieczeństwa. Jest to próba przestraszenia innych, którzy mogą odważyć się rzucić mu wyzwanie”. Brennan uważa, że postawa tej administracji wobec społeczności wywiadowczej stoi w „jaskrawym kontraście” do tego, czego doświadczył, pracując z prezydentami Clintonem, Bushem i Obamą.

Wyniszczająca wojna ma fatalne skutki dla funkcjonowania służb, które mogą wykroczyć daleko poza czas administracji Trumpa. Im bardziej prezydent wzmaga ataki na organy ścigania i wywiadowcze, tym bardziej nieuniknione wydają się długotrwałe szkody dla bezpieczeństwa państwa. Agencje są wciągane w walkę polityczną. Informacje zbierane przez CIA zaczynają być postrzegane jako niewiarygodne, bowiem funkcjonariusze są publicznie nazywani politycznymi agentami. Służby są zatroskane o swoją przyszłość. Etos pracy CIA, ale też innych agencji, polegał na tym, że funkcjonariusze opisywali świat takim, jakim był, oceniali faktyczny stan rzeczy, a nie przez ideologiczny lub polityczny pryzmat. Taka perspektywa pozwalała agencjom wywiadowczym służyć administracjom obu głównych partii.

Oficerowie w służbie bardzo osobiście odbierają ataki na instytucje, w których pracują, i którym poświęcili lata życia. Prosty obywatel amerykański pod wpływem retoryki administracji Trumpa coraz bardziej nabiera przekonania o istnieniu jakiegoś „utajnionego państwa”, które chce obalić prezydenta, i w konsekwencji przestaje ufać służbom specjalnym.

Logika wskazywałaby, że obie strony powinny się zreflektować, przejrzeć taktykę i zmienić zabójczą retorykę. Ale na to się nie zanosi. Trump jest nieobliczalny, a walczy o swoje przetrwanie, zaś oficerowie wywiadu twierdzą, iż dobrze rozważyli swoje wystąpienia. Steven L. Hall, były szef rosyjskich operacji w CIA, stał się uczestnikiem walki, ponieważ czuł, że polityka Trumpa w stosunku do Rosji jest głęboko błędna, o wiele bardziej niż wcześniejsze próby resetowania stosunków z Moskwą.

Byli szefowie agencji wywiadowczych utrzymują poświadczenia bezpieczeństwa z przyczyn praktycznych – chcą doradzać swoim następcom. To amerykańska, wieloletnia tradycja. W poprzednich administracjach szefowie powracali jako doradcy, zgłaszali nowe inicjatywy i oferowali wykuwaną latami wiedzę. Brennan, Clapper czy Hayden mieli dotychczas w agencjach, w których wcześniej służyli, status prawie „nietykalnych”. W obliczu decyzji Trumpa agencje wywiadowcze nie czują się komfortowo. Nie ma jednak żadnych dowodów na to, że którykolwiek z byłych szefów służb niewłaściwie wykorzystywał dostęp do tajemnic lub je ujawnił.

Trump koncentruje się na dostępie do informacji niejawnych garstki czołowych nieprzychylnych mu urzędników, co przysłania o wiele większy, wieloletni problem bezpieczeństwa narodowego – ogromną liczbę osób mających dostęp do tajemnic państwowych. Według najnowszego raportu Biura Dyrektora Wywiadu Narodowego prawie 4,1 miliona osób posiada takie poświadczenie. Wprawdzie w 2013 r. dostęp do tajemnic państwowych miało 5,2 miliona osób, to jednak i obecna liczba sprawia, że system jest trudny do zarządzania, opóźnia wydawanie nowych poświadczeń, ale i przeglądy istniejących.

Wnioski

Według wielu amerykańskich ekspertów szkody wyrządzone przez Trumpa społeczności wywiadowczej i organom ścigania polegają na erozji wypracowanej tradycji i norm instytucjonalnych, na których dotychczas opierały one swoje istnienie. Dla przykładu działalność FBI i Departamentu Sprawiedliwości była dotychczas autonomiczna, a prowadzone przez nie dochodzenia niezależne od Białego Domu. Ataki mogą również wywoływać efekt mrożący – służby w mniejszym stopniu będą chciały dzielić się informacjami i wiedzą z Kongresem oraz instytucjami rządowymi. Już na początku prezydentury Trumpa pojawiały się obawy co do przekazywania informacji administracji, która nie szanuje tajemnic państwowych. Ten trend może się pogłębiać. Wprawdzie w USA istnieje tradycja walk instytucji rządowych na niższym szczeblu, na przykład za pomocą instrumentu ograniczeń finansowych, ale to, czego doświadczamy obecnie – zmagań na wysokim szczeblu z prezydentem jako wojownikiem w roli głównej, jest sprawą bez precedensu. W polityce amerykańskiej istniały strefy ochronne, których się nie dotykało, a co do wartości których istniał powszechny konsensus polityczny. Takimi strefami był m.in. wywiad, kontrwywiad, struktury bezpieczeństwa i wymiar sprawiedliwości. Wydaje się, że wiele z tych instytucji powoli traci ten status, stając się instrumentami w bieżącej walce politycznej. Warto jednak mocno podkreślić, iż amerykańska demokracja jest na tyle silna, iż poradzi sobie z tymi turbulencjami. Jednak rany mogą się zabliźniać długo.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Marek Ciecierski, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Kurs funta najwyżej od lipca

Pomimo przyzwoitych danych z USA, dolar słabnie. Plotki na temat porozumienia w sprawie granicy Irlandii z Wielką Brytanią po Brexicie umacniają funta. Włosi będą oszczędzać, ale za rok.

Dane z USA

Wczorajsze dane zza oceanu okazały się bardzo bliskie oczekiwaniom. Z jednej strony wniosków o zasiłek dla bezrobotnych było trochę mniej niż oczekiwali analitycy. Z drugiej strony zamówienia na dobra były o 0,1% słabsze od oczekiwań. Z kolei zamówień w przemyśle było o 0,2% więcej.  Dane te wpisały się w ruch umacniający euro wobec dolara. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że amerykańska waluta umacniała się względem europejskiej przez 7 dni z rzędu. W rezultacie ruch osłabiający, pomimo neutralnych danych, był tutaj raczej korektą tych osłabień niż reakcją inwestorów.

Zwyżka funta

Brytyjska waluta jest silnie zależna od nastrojów towarzyszących negocjacjom Brexitowym. Im mocniej mówi się o porozumieniu, tym silniejsza jest brytyjska waluta. W rezultacie na fali ostatnich doniesień o osiąganych przełomach, funt rósł w siłę. Obecnie wydaje się, że udało się uzgodnić kwestię granicy z Irlandią. Wielka Brytania zapowiada bowiem pozostanie w unii celnej po marcu 2019 roku. Miękki Brexit jest wyraźnie preferowany przez rynki. To właśnie dlatego w ciągu ostatniego tygodnia funt zdrożał o niemal 10 groszy. Jeżeli dalej będą napływać dobre informacje, można spodziewać się kontynuacji tego ruchu.

Włosi potwierdzają zmniejszenie deficytu

Minister finansów Włoch Giovanni Tria potwierdził to, o czym mówiło się już wczoraj. Pomimo 2,4% PKB deficytu w tym roku, w kolejnych latach dyscyplina będzie ostrzejsza. W jego zapowiedziach redukcja jest większa niż dotychczas sądzono i ma spadać kolejno do 2,1% i 1,8%. Efektem zwiększonych wydatków ma być przyspieszenie wzrostu gospodarczego do średnio 1,5% w skali roku. To około 0,5% powyżej oczekiwań zagranicznych obserwatorów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 11:00 – Indie – decyzja w sprawie podwyżki stóp procentowych (rynek spodziewa się wzrostu),
  • 14:30 – USA – sytuacja na rynku pracy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Andrzej Szumowski: Polska wódka to ciągle nasz najbardziej rozpoznawalny produkt eksportowy

Czy szkocka whiskey produkowana w destylarni wykupionej przez obcokrajowców jest nadal szkocka? Tak samo, jak w przypadku polskiej wódki – to nie tylko nazwa. To tradycja, surowce i umiejętności tych, którzy ją wytwarzają. Niezależnie od tego, kto wykupuje destylarnie, w której wytwarzane są produkty – nadal mówimy o szkockiej whiskey, francuskim koniaku czy właśnie – polskiej wódce. Chodzi o stare, polskie marki – które od dziesięcioleci obecne są na rynkach całego świata. Nie ma takiego państwa na świecie, gdzie legalnie sprzedaje się alkohol, w którym nie byłoby jakiegoś brandu tego polskiego trunku.

– To ciągle najbardziej rozpoznawalny polski produkt eksportowy. Można nazwać go już naszym jedynym produktem globalnym – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Szumowski, prezes Stowarzyszenia Polska Wódka – W czystej postaci konsumenci na świecie delektują się polskimi wódkami smakowymi czy starzonymi. Prawdopodobnie eksport będzie szedł także w tym kierunku – rozwijając niszę, a potem zdobywając rynki. Żaden inny polski produkt oprócz polskiej wódki nie jest tak znany, ceniony i przede wszystkim kojarzony z Polską. Dlatego też mówi się już, że stał on się naszym produktem globalnym. Należy pamiętać jednak, że spośród najbardziej rozpoznawalnych krajów świata – obecnych w szerokiej świadomości obywateli innych państw i turystów – każdy ma swój własny alkohol, który promuje. W ten sposób słyszymy o japońskiej sake, cachaça z Brazylii, meksykańskiej tequilli, francuskim koniaku, szkockiej whiskey, bourbonach, brandy itd. Każdy kraj promuje charakterystyczny dla siebie alkohol, jako część tradycji, kultury, historii oraz kuchni regionu. Bez tego nie ma żywności na świecie – ocenia Szumowski.

Dane z amerykańskiego rynku pracy

Pierwszy piątek miesiąca to tradycyjnie odliczanie do godziny 14:30 i raportu z rynku pracy USA. Oczekiwania są ustawione wysoko i trudno będzie je pobić. To z jednej strony wzmocni reakcję, jeśli niespodzianka będzie pozytywna, podczas gdy słabsze dane, choć nie w szerszym kontekście nic nie zmienią, to pozwolą na schłodzenie emocji przed długim weekendem w USA.

Skok rentowności długu USA i powiązany z tym rajd USD ma częściowe zaczepienie w dobrych danych z tego tygodnia, które windowały oczekiwania przed dzisiejszym raportem NFP. Raport prywatnej firmy ADP wskazał na imponujący wzrost zatrudnienia o 230 tys. (prog. 184 tys.), a subindeks zatrudnienia w ankiecie ISM dla sektora usługowego (który generuje ponad 80 proc. miejsc pracy w gospodarce USA) skoczył do rekordowych 62,4 z 56,7 w sierpniu. Na tej podstawie konsensus w ankiecie Bloomberga (obecnie 184 tys.) może być niedoszacowany i otwiera pole do pozytywnych zaskoczeń. Jednak reakcja rynku nie będzie toczyć się wokół zatrudnienia, które wiele miesięcy temu przestało być problemem gospodarki. Uwaga będzie skupiona na dynamice wynagrodzeń, a tutaj będzie trudniej o pozytywne zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że miesiąc temu płace wzrosły o solidne 0,4 proc., co wyniosło dynamikę roczną do 2,9 proc. – najwyżej od 2009 r. Przeszkodą dla powtórzenia wyniku drugi miesiąc z rzędu są jednak silne efekty bazy z września 2017 r. (0,5 proc. m/m) i nawet przy solidnym odczycie 0,3 proc. m/m teraz dynamika roczna może zwolnić do 2,8 proc. To wciąż będą mocne dane, które zbudują pęd na kolejny miesiąc, kiedy efekty bazy będą korzystne (-0,2 proc. m/m w październiku 2017 r.), ale czy wystarczą, by zaspokoić apetyt inwestorów? Z tym drugim może być ciężko, szczególnie w obliczu przedłużonego weekendu w USA (Dzień Columba w poniedziałek). Pozytywna niespodzianka wzbudzi najmocniejszą reakcję rynku, gdyż będzie potwierdzeniem, że presja płacowa nabiera rozpędu. Ale szans na to są dużo mniejsze niż na słabszy (w porównaniu do oczekiwań) odczyt, który może posłużyć za pretekst do schłodzenia ostatniej dobrej passy dolara i rentowności.

Analiza scenariuszy przed NFP jest interesująca szczególnie z uwagi na EUR/USD, który zadziwiająco dobrze trzyma się blisko 1,15. Wydawało się oczywistą konsekwencją, że środowe przełamanie tego poziomu otworzy drogę do większego zaangażowania się podaży w pociągnięcie kursu w kierunku sierpniowych minimów (1,13), a jednak wczoraj jakby chęci wyparowały. Osobiście jestem rozdarty. Z jednej strony jestem w stanie przyjąć, że krótkoterminowo rynek może nabrać rozpędu bez opamiętania. Jednocześnie chcę pozostać przy mojej fundamentalnej ocenie, że EUR nie powinno być tak nisko. Włochy nie są dla mnie tematem, który powinien przykleić się na dłużej i zakłócić strategię EBC. Wyższe ceny ropy naftowej będą podbijać inflację wszędzie, także i w Eurolandzie, zatem jeśli rentowności długu USA na tym rosną, to powinny i rosnąć rentowności niemieckich Bundów. Nie mam pewności, jak te dwa czynniki rozłożą swoje siły w czasie, ale upieram się przy zdaniu, że dołek na EUR/USD trzeba przetrwać i liczyć na powrót na wyższe pułapy w kolejnych tygodniach. Dziś słabszy NFP może wyrzucić z rynku posiadaczy krótkich pozycji w EUR/USD i krótka wizyta pod 1,15 stanie się wspomnieniem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wielki Chiński Atak na amerykańskie firmy

Atak ten pokazuje, że krajobraz zagrożeń jest szerszy niż wielu ludzi zdaje sobie sprawę.  Możliwe jest zapobieganie tego typu atakom przy wykorzystaniu kompleksowych rozwiązań bezpieczeństwa obwodowego w czasie rzeczywistym oraz dobrej współpracy pomiędzy agencjami rządowymi a przemysłem cybernetycznym. Takie rozwiązanie może skrócić czas reakcji na takie ataki z lat (jak opisano) do godzin i może zapewnić prawdziwą i skuteczną prewencję.

To kolejny dowód na poważne zagrożenia bezpieczeństwa, które nieuchronnie prowadzą do coraz częstszego korzystania z platform cyfrowych, zwłaszcza w usługach w chmurze. Podmioty, które nie posiadają odpowiedniego mechanizmu bezpieczeństwa obwodowego, nie są przygotowane do ochrony swoich danych przed piątą generacją ataków, zagrażają w ten sposób m.in. swoim interesariuszom. Można temu zapobiec, w czasie rzeczywistym i w najszerszym możliwym zakresie, ponieważ istnieją rozwiązania. Unikanie podejmowania właściwych kroków w zakresie bezpieczeństwa jest świadomym narażeniem na ryzyko.

Więcej wniosków:

  • Ocenia się, że chipy zostały umieszczone w fabrykach w Chinach, które montują płyty główne.
  • Amazon, Apple i organy ścigania odnalazły pierwsze oznaki tego ataku na początku 2015 r., co oznacza, że ​​atakujący kontrolowali wrażliwe sieci przez co najmniej 4 lata i prawdopodobnie na długo przed tym. Jednak pełna skala ataku pozostaje nieco nieznana.
  • Według analizy Bloomberga celem ataku było uzyskanie przez chińskiego napastnika dostępu do własności intelektualnej docelowych firm, a nie prywatnych danych użytkowników.
  • Różne aplikacje działające zarówno w centrach danych, jak i w chmurze mogą być narażone na przejęcie danych.
  • Istniejące technologie, takie jak anty-bot i usługi reputacji, są kluczowe dla wykrycia tego typu działań.

– Ponieważ urządzenia, które w tym przypadku zostały użyte to serwery, nawet ograniczenie ich dostępu do Internetu poprzez zasady dostępu uniemożliwiłoby atakującym zdolność do botowania i kontrolowania wspomnianych serwerów.

· Mikro segmentacja może zmniejszyć powierzchnię ataku do poziomu, w którym atak nie byłby skuteczny, a atakujący po prostu przejdzie do następnego celu.

  • Ataki te polegały na uzyskiwaniu dostępu do serwerów, dzięki któremu możliwe było wstrzyknięcie kodu napastnika.
  • Tego typu ataki można powstrzymać tylko dzięki kompleksowemu mechanizmowi ochrony granic. Jeden, który może odpowiadać i być aktualizowany w czasie rzeczywistym.
  • Wymaga również współpracy różnych cyber-podmiotów (takich jak rząd i przemysł), aby uzyskać odpowiednie wskaźniki dla ataków.
  • Firmy i dostawcy usług w chmurze, którzy działają bez odpowiedniego zabezpieczenia obwodowego, nie mają zasobów do ochrony przed takimi atakami.

Wyniki Ronson Development po pierwszych trzech kwartałach 2018 r.

  • W pierwszych trzech kwartałach 2018 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 639 lokali, co jest wynikiem zbliżonym do osiągniętego w analogicznym okresie 2017 r., kiedy znalazł nabywców na 645 lokali.
  • Liczba lokali przekazanych klientom od początku roku do końca września, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 707 wobec 492 przed rokiem.

– W trzecim kwartale tego roku zakontraktowaliśmy sprzedaż 203 lokali, a łącznie od początku roku już 639 lokali. To wynik zbliżony do osiągniętego w ubiegłym roku oraz nieco lepszy od naszych wewnętrznych założeń. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami, w całym 2018 roku planujemy sprzedać około 800 lokali – powiedział Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.

– W Warszawie naszym bestsellerem w trzecim kwartale był ponownie projekt City Link na Woli, gdzie sprzedaliśmy 65 lokali. Świetna lokalizacja – blisko centrum biznesowego i tuż przy budowanej drugiej linii metra – sprawia, że City Link jest częstym wyborem inwestorów. Wśród klientów szukających mieszkania na własne potrzeby bardzo dużą popularnością cieszy się z kolei nasz projekt na Białołęce – Miasto Moje, gdzie od lipca do września zakontraktowaliśmy sprzedaż 36 lokali. Dobre wyniki sprzedażowe notujemy również poza Warszawą: w poznańskiej inwestycji Grunwald2 i w szczecińskiej Panoramice w trzecim kwartale sprzedaliśmy po około 20 mieszkań, z kolei w naszych wrocławskich inwestycjach – Miasto Marina i Vitalia – sprzedaliśmy po kilkanaście lokali – dodał Andrzej Gutowski.

Na koniec czerwca br. w ofercie sprzedaży Ronson Development znajdowało się łącznie około 680 lokali w czterech miastach: Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie.

Liczba lokali przekazanych klientom w trzecim kwartale tego roku, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników Ronson Development za ten okres, wyniosła 190 wobec 121 w analogicznym okresie 2017 r.

– Największy udział w przychodach minionego kwartału będą mieć 123 lokale przekazane klientom w Mieście Moim na Białołęce, gdzie marża brutto wynosi około 25%. Ponadto, dzięki uzyskaniu pozwolenia na użytkowanie dla kolejnych budynków osiedla Nova Królikarnia, coraz większe grono naszych klientów może cieszyć się urokami tej prestiżowej lokalizacji Starego Mokotowa. W trzecim kwartale przekazaliśmy nabywcom 29 lokali w Novej Królikarni, przy czym są to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej średniej cenie jednostkowej, w związku z czym będą mieć one znaczący udział w przychodach za ten okres – wskazał Rami Geris, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

Narastająco, od początku tego roku do końca września Ronson przekazał klientom łącznie 707 lokali, wobec 492 w pierwszych dziewięciu miesiącach 2017 r.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 3Q 2018 3Q 2017 Zmiana r/r 1-3Q 2018 1-3Q 2017 Zmiana r/r
Sprzedaż 203 206 -1% 639 645 -1%
Przekazania 190 121 +57% 707 492 +44%

 

Złoty nieco stabilniejszy

Po silnych ruchach z początku tygodnia, kiedy złoty reagował na zmiany percepcji inwestorów względem sytuacji we Włoszech oraz po ostatnim osłabieniu powodowanym wzrostem rentowności amerykańskich obligacji, złoty zaczął się stabilizować.

W czwartek polski złoty nieco osłabił się w relacji do euro i funta brytyjskiego, a w parze z dolarem amerykańskim waluta zakończyła dzień na niemal niezmienionym poziomie. Wiekszej stabilizacji, tak na głównych parach, jak i na parach ze złotym, sprzyjało wyhamowanie wzrostu rentowności amerykańskich papierów dłużnych, które w poprzednim dniu wzrosły do najwyższego poziomu od 2011 r.

Wczorajszy dzień nie obfitował w istotne informacje makroekonomiczne – poznaliśmy zaledwie kilka odczytów ze Stanów Zjednoczonych. Dzisiejszy dzień natomiast będzie zdecydowanie najistotniejszym pod tym względem dniem w całym tygodniu. Po południu opublikowany zostanie kluczowy raport z amerykańskiego rynku pracy pokazujący sytuację w sektorach pozarolniczych we wrześniu. Konsensus oczekuje lekkiego spowolnienia dynamiki zarobków (z 2,9% do 2,8% r/r) i utrzymania wysokiego poziomu kreacji miejsc pracy, nieznacznie poniżej poziomu 200 tys.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w czwartek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wczorajszy dzień przyniósł względną stabilizację na wspólnej walucie, euro nieco zyskiwało w relacji do dolara amerykańskiego i złotego, traciło natomiast w parze z funtem brytyjskim.

GBP

Kurs GBP/PLN w czwartek wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,84-4,88. Wczoraj funt brytyjski zyskiwał w relacji do głównych walut i złotego, co wspierane było m.in. przez słabość dolara amerykańskiego.

USD

Kurs USD/PLN w czwartek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,73-3,75. W czwartek dolar amerykański charakteryzował się słabością w relacji do głównych walut. Na „cofnięcie się” dolara wpłynęła m.in. stabilizacja rentowności amerykańskich obligacji po rajdzie z dnia poprzedniego. Wczorajsze dane z gospodarki USA były dobre, jednak ich znaczenie było ograniczone i nie miało istotnego przełożenia na cenę amerykańskiej waluty. Liczba cotygodniowych wniosków o zasiłki w USA spadła do poziomu 207 tys. wobec oczekiwanych 211 tys. i 215 tys. w poprzednim tygodniu.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport z amerykańskiego rynku pracy we wrześniu
  • 14:30 – bilans handlowy USA w sierpniu

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Rolnicy poszkodowani przez suszę mogą ubiegać się o pomoc do 31 października. Pierwsze gospodarstwa już otrzymały rekompensaty

Rolnicy poszkodowani przez suszę mogą ubiegać się o pomoc do 31 października. Pierwsze gospodarstwa już otrzymały rekompensaty 8

Jeszcze do końca miesiąca rolnicy poszkodowani przez suszę mogą składać wnioski o pomoc finansową w powiatowych biurach Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa. O wsparcie mogą ubiegać się gospodarstwa, w których szkody objęły 70 proc. upraw i więcej, ale także te, w których straty wyniosły 30–70 proc. Do tej pory wpłynęło już ponad 106 tys. wniosków, a pierwsze gospodarstwa już otrzymały rekompensaty. Na pomoc dla poszkodowanych rolników rząd przeznaczył w sumie 1,5 mld zł.

Susza jest poważnym problemem. Kryzys dotyka całej Europy, w tym również Polski. Szacunki mówią o ponad 200 tys. gospodarstw objętych klęską suszy. To jest około 3,5 mln ha. Te szacunki mogą się jeszcze trochę zmienić, natomiast ludzie nie mogą pozostać bez pomocy. Przeznaczyliśmy na nią najwyższą kwotę w historii – 1,5 mld zł. Ta pomoc szybko trafi do rolników dzięki procedurom, które przyjęliśmy. Bez konieczności czekania kilku miesięcy aż wszyscy złożą wnioski, rolnicy mogli niezwłocznie, kiedy mieli już podpisane protokoły od wojewodów, udać się do agencji i wnioskować o pomoc – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Skutki tegorocznej suszy odczuli rolnicy w ponad 80 proc. gmin w Polsce. Tegoroczne zbiory są dużo mniejsze i gorszej jakości. To oznacza, że przychody gospodarstw będą znacząco niższe.

Od 14 września rolnicy poszkodowali przez suszę mogą składać wnioski o pomoc finansową w powiatowych biurach ARiMR. Do wniosku należy dołączyć kopię protokołu oszacowania szkód, w którym będzie zawarta informacja o powierzchni upraw dotkniętych klęską suszy.

Stawka pomocy została ustalona precyzyjnie. Jeżeli straty w gospodarstwie wynoszą 70 proc. i więcej, stawka wynosi 1 tys. zł do hektara. Natomiast jeśli straty mieszczą się w przedziale 30–70 proc., jest to 500 zł do hektara. Wprowadzony w 2010 roku wymóg unijny mówi, że aby otrzymać pełną wysokość dopłaty, gospodarstwo musi mieć ubezpieczone co najmniej 50 proc. gruntów – mówi Jan Krzysztof Ardanowski. – Przypomnę, bo to budzi kontrowersje, że w ubezpieczeniu nie uwzględnia się użytków zielonych, czyli łąk i pastwisk. Na użytki zielone również można otrzymać pomoc, jeżeli straty zostały oszacowane, ale nie są brane pod uwagę przy wyliczaniu ubezpieczenia.

Gospodarstwa, w których straty wyniosły co najmniej 70 proc., zostały objęte pomocą w pierwszej kolejności. Te, które nie miały ubezpieczone co najmniej połowy gruntów, otrzymają pomoc o połowę niższą, czyli 500 zł do 1 ha.

– W przypadku rolników, którzy mają produkcję zwierzęcą, to jeżeli wyliczona strata nie przekraczałaby 30 proc., wówczas uwzględnia się same grunty i straty, które wystąpiły na tych gruntach. To rozwiązanie wprowadziliśmy w tym roku po raz pierwszy. Dzięki temu rolnicy, którzy mają produkcję zwierzęcą, nie są dyskryminowani – wyjaśnia minister rolnictwa i rozwoju wsi.

Wnioski o pomoc finansową rolnicy mogą składać jeszcze do 31 października bezpośrednio w powiatowych biurach Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, podległej resortowi rolnictwa. Minister wprowadził taką możliwość, ponieważ samorządy zbyt wolno szacowały straty gospodarstw, a protokoły niezbędne do wypłat przekazało raptem około 1/3 gmin.

Do 1 października mieliśmy już ponad 106 tys. złożonych wniosków, czyli mniej więcej połowę tego, co spodziewamy się otrzymać od rolników. Na ich konta trafiło już kilkadziesiąt milionów złotych. Chciałbym, aby przebiegało to szybciej, ale wszystko odbywa się pod ścisłą kontrolą. Te środki muszą zostać sprawdzone, one nie mogą być nadużywane, dlatego zajmuje to kilka dni – podkreśla Jan Krzysztof Ardanowski.

Jak podaje ARiMR, do 28 września wydano blisko 8 tys. decyzji przyznających pomoc w łącznej kwocie 43,5 mln zł.

Coraz więcej krajów Ameryki Południowej zamawia w Polsce banknoty i dokumenty. Krajowa spółka wygrywa też z konkurencją w Azji i Afryce

Rośnie eksport Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych. Obecnie szacuje się go nawet na 11 proc. przychodów spółki. Szczególnie aktywna PWPW jest w krajach Ameryki Południowej, gdzie dostarcza banknoty i dokumenty paszportowe. Wśród ostatnich zleceń są m.in. banknoty o nominałach 5 i 10 quetzali. Spółka zdobywa też coraz więcej kontraktów w Afryce i Azji.

– Polska Wytwórnia Papierów Wartościowych jest obecna w zasadzie na wszystkich rynkach świata, także na kontynencie azjatyckim, afrykańskim oraz w Ameryce Południowej, która staje się powoli strategicznym kierunkiem naszej ekspansji międzynarodowej. Realizujemy kontrakty banknotowe, ale również dostarczamy dokumenty, szczególnie paszportowe – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Janusz Kowalski, członek zarządu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych.

PWPW już od 2011 roku sukcesywnie zdobywa rynek Ameryki Łacińskiej. W sierpniu 2018 roku podpisała z Banco de Guatemala kolejną, największą od sześciu lat umowę na produkcję banknotów o nominałach 5 i 10 quetzali. Polska spółka realizuje też inne zamówienia dla krajów z tego regionu – wśród nich są produkcja 170 mln sztuk banknotów dla Hondurasu czy 55 mln sztuk banknotów dla Dominikany. Od 2018 roku PWPW produkuje paszporty dla Hondurasu, a od kilku lat komponenty paszportowe dla Ekwadoru.

– Od 8–9 lat eksport PWPW rośnie z roku na rok i stanowi dzisiaj 11 proc. rocznych przychodów spółki. Bardzo interesującym dla nas rynkiem jest Afryka i Azja. Mamy stamtąd bardzo dużo zapytań oraz pierwsze realizacje, jak np. produkcja banknotu kolekcjonerskiego dla Dżibuti w Afryce. Jesteśmy coraz bardziej rozpoznawalni na tamtejszych rynkach – wskazuje Janusz Kowalski.

Polska spółka jest aktywna także w Europie. Od niedawna realizuje kontrakt na paszporty i dokumenty identyfikacyjne dla Islandii. Jej flagowym projektem jest też produkcja dowodów z warstwą elektroniczną m.in. dla Armenii i Litwy. Jak podkreśla Janusz Kowalski, każdy nowy kontrakt to ogromna szansa dla PWPW, bo jeden produkt może się przełożyć na zamówienie kolejnych.

 Za jednym produktem, np. banknotowym, może za chwilę iść również zainteresowanie dokumentami ID, paszportami, a również papierem zabezpieczonym czy systemami IT. W tym jesteśmy na pewno konkurencyjni w stosunku do naszych partnerów z Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii – ocenia przedstawiciel PWPW.

Kowalski zaznacza, że spółka jest w stanie sprostać wszystkim, nawet najwyższym, wymaganiom, ponieważ na bieżąco dostosowuje park maszynowy do najnowszych trendów na rynku druków zabezpieczonych.

– Dzięki temu, że patrzymy i konfrontujemy nasze opinie i pomysły z rozwiązaniami na świecie, potrafimy proponować również na rynek polski nowoczesne rozwiązania w znakomitej jakości. Dzięki temu ekspansja międzynarodowa i eksport wspierają technologicznie i jakościowo badania i rozwój w kraju oraz polską myśl techniczną – zapewnia Kowalski.

PWPW znajduje się w gronie kilkunastu przedsiębiorstw na świecie, które mają niezbędne kompetencje do produkcji banknotów na podłożach polimerowych. Jest też na liście podmiotów akredytowanych do produkcji banknotów euro.

– Większość państw na świecie nie ma narodowych producentów banknotów i systemów IT związanych z bezpieczeństwem funkcjonowania systemów państwa, jakim jest PWPW dla Rzeczypospolitej Polskiej – mówi Janusz Kowalski.

W obszarze usług finansowych Polacy wciąż najbardziej ufają bankom. Coraz bardziej otwierają się na ofertę innych podmiotów

W obszarze usług finansowych Polacy wciąż najbardziej ufają bankom. Coraz bardziej otwierają się na ofertę innych podmiotów 9

Polski rynek fintechów, czyli innowacyjnych firm z pogranicza finansów i nowych technologii, wart jest  niemal 860 mln euro – wynika z raportu Deloitte „CEE FinTech Report”. Z ich produktów i usług korzysta co piąty Polak, ale wielu z nich robi to nieświadomie. W przekonaniu Polaków usługi finansowe to wciąż domena banków i to im ufają najbardziej. Stają się jednak coraz bardziej otwarci na nowinki technologiczne w obszarze finansów. Ten proces powinna przyspieszyć unijna dyrektywa PSD2.

Sektor bankowy cieszy się największym zaufaniem w Polsce. Wynika to z historycznych uwarunkowań. Sektor bankowy od zawsze był naturalnym miejscem, w którym deponowaliśmy środki, stąd też ufa mu 70 proc. Polaków. Dla porównania globalnym przedsiębiorstwom technologicznym ufa znacznie mniej, bo 40 proc. Polaków. Co ciekawe, Polacy chętniej zaufaliby swojemu dostawcy usług telekomunikacyjnych niż dużym, globalnym graczom technologicznym – mówi agencji Newseria Biznes Miłosz Kurzawski, ekspert Blue Media.

Jak wynika z raportu „Podejście Polaków do fintechów” firmy Blue Media, mimo stosunkowo wysokiego zaufania do takich koncernów jak Google, Facebook, Amazon czy Apple, Polacy niechętnie korzystaliby z oferowanych przez nich usług finansowych lub udostępniliby im swoje dane do bankowości internetowej. Taką gotowość zadeklarowało 8 proc. badanych, podczas gdy innemu bankowi takie dane przekazałoby 33 proc. ankietowanych, a e-sklepowi – 24 proc.

Polacy przede wszystkim obawiają się o bezpieczeństwo swoich danych. Jest to też spowodowane nowymi przepisami RODO, które 25 maja br. weszły w życie. Polacy od tego czasu zdecydowanie bardziej patrzą na to, gdzie, komu i w jakim celu powierzają swoje dane. Większość Polaków w badaniach wskazuje, że tego boją się w nowinkach technologicznych – mówi Miłosz Kurzawski.

Badanie Blue Media wskazuje jednak, że Polacy otwierają się na innowacyjne usługi finansowe oferowane przez inne podmioty niż instytucje finansowe, np. fintechy. Wprawdzie zaledwie 7 proc. jest gotowych z nich skorzystać (czyli mniej niż rok temu), jednak zdecydowanie stopniał odsetek tych, którzy mówią takim rozwiązaniom zdecydowane „nie” (Z 81 proc. do 44 proc.).

– Fintechy, czyli przedsiębiorstwa z sektora finansowo-technologicznego, cieszą się coraz większym zaufaniem Polaków i coraz chętniej Polacy korzystają z ich usług. Bardzo często nawet nie wiedzą, że korzystają z usług fintechów – mówi ekspert Blue Media.

Raport „CEE FinTech Report” pokazuje, że obecnie z usług instytucji fintechowych korzysta ponad 20 proc. Polaków. Dla porównania w Stanach Zjednoczonych z technologii finansowych korzysta tylko 15 proc. Amerykanów. Badanie Deloitte prognozuje, że jeszcze przed 2020 rokiem w Polsce odsetek ten wzrośnie do ok. 50 proc.

– Polacy bardzo pozytywnie zapatrują się na wszelkiego rodzaju nowinki technologiczne. Jesteśmy pod tym względem jednym z najbardziej rozwiniętych na świecie rynków finansowych. Dla Polaków płatności zbliżeniowe są w zasadzie naturalne. Podobnie jak przelewy ekspresowe. Wszystkie nowości są bardzo szybko adaptowane i stają się w Polsce standardem – mówi Miłosz Kurzawski.

Dużą rolę w rozwoju fintechów odegra PSD2, czyli Payment Services Directive II – unijna dyrektywa o usługach płatniczych, a także przepisy dostosowujące do niej polskie prawo. PSD2 wpłynie w znaczącym stopniu na kształt całego rynku usług płatniczych, a tym samym na działalność między innymi banków, instytucji płatniczych, podmiotów oferujących karty sklepowe, karty paliwowe, niezależnych operatorów bankomatów czy innych niebankowych dostawców usług płatniczych.

– PSD2 wprowadza nam przede wszystkim dwie nowe instytucje. Wprowadza nam TPP, czyli trzecią zaufaną stronę, oraz usługi inicjacji płatności, a także usługi dostępu do informacji. Są to usługi, których dotychczas nie było. Nowe podmioty z sektora finansowo-technologicznego będą mogły na wyraźne żądanie użytkownika zainicjować w jego imieniu płatność, np. w sklepie internetowym, lub też uzyskać dostęp do rachunku płatniczego użytkownika i wyciągnąć z niego informacje, np. w celach oceny wiarygodności kredytowej – mówi Miłosz Kurzawski.

Z raportu „Sektor finansowy coraz bardziej fintech” globalnej firmy doradczej PwC wynika, że 57 proc. klientów banków jest skłonnych zastąpić doradcę rozwiązaniem technologicznym. Fintechy mogą w nadchodzących latach przejąć do 33 proc. światowego rynku usług finansowych.

– PSD2 to dyrektywa europejska, co otwiera nam znacząco rynek. Polskie fintechy będą mogły dostarczać swoje usługi klientom z innych krajów europejskich, ale zadziała to również w drugą stronę, czyli podmioty z innych rynków europejskich będą mogły zaoferować swoje usługi w Polsce. Oznacza to pojawienie się zupełnie nowych, dotychczas niedostępnych dla klientów usług – dodaje Miłosz Kurzawski.

Domy z materiałów naturalnych coraz popularniejsze. Budowane z drewna lub gliny i słomy powstają nawet w ciągu kilku miesięcy

Domy z materiałów naturalnych coraz popularniejsze. Budowane z drewna lub gliny i słomy powstają nawet w ciągu kilku miesięcy 10

Domy drewniane lub wznoszone w innych technologiach z użyciem materiałów naturalnych, takich jak słoma i glina, cieszą się rosnącą popularnością. Można je zbudować już w ciągu kilku miesięcy. Są proekologiczne, przyjazne dla zdrowia i mogą być tańsze w eksploatacji. Wbrew obiegowej opinii domy z drewna lub słomy i gliny nie są mniej trwałe od tradycyjnych i mogą z powodzeniem służyć za całoroczne i wielopokoleniowe. Warunkiem jest dobry projekt i wykonawstwo.

Domy drewniane lub wznoszone w innych technologiach alternatywnych z użyciem materiałów naturalnych charakteryzuje bardzo pozytywny wpływ na zdrowie człowieka. Panuje w nich specyficzny mikroklimat, wilgotność w pomieszczeniach jest regulowana naturalnie. Takie budynki mają dobrą akustykę i walory izolacyjne. Są biodegradowalne, odnawialne, przyjazne dla środowiska. Dodatkowo domy drewniane mogą się charakteryzować większą powierzchnią użytkową przy tych samych wymiarach zewnętrznych, co wynika z cieńszych ścian. Domy wznoszone z materiałów naturalnych mają także lekką konstrukcję, więc można je posadowić na zróżnicowanym podłożu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Komorowska z Centrum AMRON.

Dom w technologii drewnianej bądź dom z gliny i słomy można zbudować już w ciągu jednego sezonu, czyli w niespełna rok. Doświadczonej, kilkuosobowej ekipie postawienie samej konstrukcji budynku drewnianego może zająć raptem kilka dni. Kolejne etapy, czyli wznoszenie ścian zewnętrznych, wewnętrznych, pokrycie dachowe, instalacje, elementy wykończeniowe, to kilka dodatkowych miesięcy.

 W przypadku domów wykonanych z gliny i słomy możemy mieć do czynienia nawet z budową wykonaną własnym sumptem. Istnieją również organizacje, które szkolą i udzielają pomocy w tym zakresie. Finalny czas budowy w tej technologii zależy od wiedzy, warsztatu oraz od możliwości czasowych wykonawcy – mówi Joanna Komorowska.

Koszty budowy domu z gliny i słomy oscylują wokół 1,8–2,6 tys. zł za metr kwadratowy, przy czym najdroższym elementem jest robocizna. Cena jednej kostki sprasowanej słomy to zaledwie kilka złotych, więc całkowity koszt tego surowca, potrzebnego do wzniesienia średniej wielkości budynku, wynosi kilka tysięcy złotych. Glinę w postaci sproszkowanej kupuje się w cegielni. Sumaryczny koszt podnosi jeszcze tynk gipsowy lub piasek o drobnej frakcji do gładzenia ścian. Niemniej jednak budowa takiego domu jest zwykle tańsza niż budowa domu wznoszonego w technologii tradycyjnej. Nieco droższe są domy drewniane.

Wedle obiegowej opinii budownictwo drewniane bądź budownictwo z gliny i słomy jest mniej trwałe od tradycyjnego. Nie jest to jednak prawda, ponieważ budynki drewniane i wznoszone z użyciem innych naturalnych materiałów mogą z powodzeniem służyć za domy całoroczne i wielopokoleniowe. Wszystko zależy od rozwiązań montażowo-konstrukcyjnych, zastosowanych w projekcie, jakości wykonawstwa oraz sposobu eksploatacji takiego budynku.

– Odpowiednie zabezpieczenie przed deszczem i utrzymanie właściwej wilgotności drewna rzędu ok. 18 proc. skutkuje trwałością materiałów. Z kolei mokre drewno ma obniżone wartości konstrukcyjne i izolujące. W budownictwie drewnianym ważne jest zabezpieczenie właściwym impregnatem chroniącym przed pożarem i rozprzestrzenianiem się ognia. W tym celu stosuje się preparaty chemiczne, jak również używa się na szeroką skalę płyt kartonowo-gipsowych. Elementy drewniane chroni się także przed szkodnikami, wykorzystując odpowiednią obróbkę, czyli struganie czterostronne i suszenie komorowe – mówi Joanna Komorowska.

W Polsce najbardziej rozpowszechnioną formą budownictwa drewnianego jest system budownictwa kanadyjskiego, natomiast znany jest także system budownictwa skandynawskiego czy niemieckiego. Te systemy różnią się między sobą m.in. grubością ścian, stropów i dachów, a także układem warstw ściany zewnętrznej.

Polskie firmy coraz śmielej podbijają branżę kosmiczną. W ciągu kilku lat możemy odnosić sukcesy w rozwoju innowacyjnych technologii kosmicznych

Polski sektor kosmiczny dynamicznie się rozwija. Przystąpienie do Europejskiej Agencji Kosmicznej ten rozwój znacznie przyspieszyło. Pojawia się coraz więcej firm, które z powodzeniem rywalizują z zagranicznymi o największe kontrakty. Od 2012 roku liczba krajowych podmiotów zarejestrowanych na portalu przetargowym ESA wzrosła kilkukrotnie. Sukces w programie kosmicznym może zapewnić Polsce znalezienie niezagospodarowanej niszy, jak elektronika czy mechanika.

–  Nie powiedziałbym jeszcze, że jesteśmy znaczącym graczem, ponieważ jesteśmy stosunkowo nowym członkiem ESA. Wiem, że takie są docelowe plany, żebyśmy za parę lat mogli mieć 3 proc. tego europejskiego tortu, i to już byłoby dobrze. Na razie cały czas mamy taką inicjatywę, która rozpoczęła się 5 lat temu, Polish Industry Incentive Scheme, czyli program wspierania polskich przedsiębiorstw na etapie, kiedy dopiero zaczęliśmy tę współpracę. Ten program przyniósł bardzo dobre efekty – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Przemysław Kołakowski, prezes firmy Adaptronica.

W Polsce przemysł kosmiczny dynamicznie rośnie od momentu przystąpienia do Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA) w 2012 roku. Krajowe firmy otrzymały od tego czasu finansowanie w wysokości kilkudziesięciu milionów euro. Pojawia się coraz więcej firm, które skutecznie wchodzą na rynek kosmiczny. Jeszcze dwa lata temu na rynku istniało blisko 30 firm, które same identyfikowały się z branżą kosmiczną i były zarejestrowane na portalu przetargowym ESA, czyli EMITS. Obecnie jest ich już kilkukrotnie więcej, a tylko w 2017 roku Polacy złożyli skutecznie ponad 171 aplikacji do ESA. Do końca listopada 2017 roku polskie podmioty uzyskały zaś kontrakty na ok. 57 mln euro .

– Myślę, że mamy potencjał w branży kosmicznej. Są pewne nisze, gdzie polskie przedsiębiorstwa naprawdę mają swoje wysokie kompetencje i takimi niszami są np. elektronika czy mechanika. Wydaje mi się, że te pierwsze ścieżki zostały na tyle przetarte, że w dalszych latach powinny sobie te przedsiębiorstwa, które już miały z tym do czynienia, jak najbardziej poradzić – przekonuje Przemysław Kołakowski.

Rządowa Polska Strategia Kosmiczna zakłada, że polskie firmy powinny się zainteresować zwłaszcza małymi satelitami i nanosatelitami. Ich koszt jest niższy od dużych (ok. 30–50 mln dol., przy 150 mln dol. dużego satelity). Na rynku małych i mikrosatelitów o wartości 90 mld dol. konkuruje 110 podmiotów. Rynek nanosatelitów (do 10 kg) jest rozdrobniony, za blisko połowę satelitów umieszczanych na orbicie odpowiada dziesięciu największych graczy.

Polska bierze udział w najważniejszych misjach organizowanych przez ESA, m.in. w badaniu Marsa, atmosfery księżyców Jowisza, lotach orbitalnych satelitów w formacji i obserwacji korony Słońca, obserwacji Ziemi.

– Jeśli chodzi o technologie kosmiczne to ESA, która jest głównym graczem w Europie, pracuje nad rozmaitymi tematami od wielu dekad, natomiast Polska dołączyła do tych innowacji stosunkowo niedawno. Można wyróżnić parę grup najważniejszych innowacji i najważniejszych obszarów tematycznych, w których pracuje aktualnie ESA. Jednym z nich jest zdecydowanie obserwacja Ziemi. Jest to bardzo ważny aspekt, ponieważ dzięki temu również Polska ma dostęp do danych satelitarnych – wskazuje ekspert.

Polskie firmy tworzą też autorskie rozwiązania techniczne związane z wykorzystywaniem i przetwarzaniem danych satelitarnych. To o tyle istotne, że ten segment rynku generuje nawet 60 proc. przychodów całej branży. Mamy na tym koncie już spore sukcesy. Polska aplikacja Automapa integruje różne techniki satelitarne, co pozwoliło jej zdobyć dużą popularność, z kolei zespół BeeNebulaApp zdobył nagrodę Sustainable Development Challenge za projekt dotyczący przetworzenia danych obserwacji Ziemi w kontekście ochrony pszczół.

– Drugim obszarem, nad którym pracuje ESA, jest telekomunikacja. To temat bardzo istotny i mający bezpośrednie przełożenie na korzyść dla społeczeństwa. To są zarówno systemy GPS, jak i możliwość połączeń satelitarnych i dzięki temu telefonicznych. ESA również wspiera misje naukowe, to jest też ważna działalność tej agencji i od czasu do czasu w mediach pojawiają się newsy związane chociażby niedawno z lotem na Marsa czy innego rodzaju misjami, ale to już są bardzo ambitne i niezwykle kosztowne misje, w których często ESA pracuje również z NASA – mówi Przemysław Kołakowski.

Według szacunków Bank of America Merrill Lynch przemysł kosmiczny za 30 lat będzie wart 2,7 bln dol. Obecnie jego wartość szacuje się na 350 mld dol.

Niemal połowa ludzi na świecie cierpi na zaburzenia snu. Roboty i inteligentne urządzenia znacznie go poprawią oraz ułatwią zasypianie

Niemal połowa ludzi na świecie cierpi na <a title=zaburzenia snu. Roboty i inteligentne urządzenia znacznie go poprawią oraz ułatwią zasypianie" title="Niemal połowa ludzi na świecie cierpi na zaburzenia snu. Roboty i inteligentne urządzenia znacznie go poprawią oraz ułatwią zasypianie" />

Niemal połowa ludzi na świecie cierpi na <a title="zaburzenia snu" href="https://3xz.pl/zaburzenia-snu/" data-schema-attribute="">zaburzenia snu</a>. Roboty i inteligentne urządzenia znacznie go poprawią oraz ułatwią zasypianie 11

Z zaburzeniami snu zmaga się prawie połowa populacji, a coraz więcej dzieci wymaga integracji sensorycznej. Nad jakością snu czuwa coraz więcej inteligentnych urządzeń – inteligentne łóżko, poduszka regulująca oddech będąca w rzeczywistości robotem, czy konsola monitorująca sen i regulująca urządzenia inteligentnego domu. Niektóre z nich mogą być stosowane również w terapii różnych zaburzeń. Koc obciążeniowy z wypełnieniem wykonanym z pierścieni ze stali chirurgicznej, jest zalecany pomocniczo przy terapii bezsenności, stanów lękowych, autyzmu, ADHD czy nadwrażliwości sensorycznej.

– Problemy ze snem często odbijają się na naszym funkcjonowaniu następnego dnia. Pojawiają się problemy z wykonywaniem pracy, prowadzeniem samochodu, następuje osłabienie funkcji kognitywnych, np. pamięci. Można zatem śmiało powiedzieć, że problem jest poważny. Dodatkowo wszechobecność mediów społecznościowych przyczynia się do znacznie zwiększonej aktywności naszego umysłu. W związku z tym wiele osób doświadcza problemów z zasypianiem – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Rasmus Nilsson, prezes Sleepify.

Niemal połowa ludzi na świecie cierpi na zaburzenia snu – szacują eksperci ze Światowego Stowarzyszenia Medycyny Snu. W wyniku niewyspania spada ich efektywność w pracy, a także powodują więcej wypadków drogowych. Pomoc w zasypianiu i poprawie jakości snu jest więc wyzwaniem firm produkujących urządzenia medyczne i paramedyczne.

Nokia Sleep to zaawansowana konsola, która wykrywa cechy charakterystyczne użytkownika podczas snu i ustala na tej podstawie jego wzorce. Dane zbierane są przez czujniki zamontowane w podkładce pod materac. Następnie, za pośrednictwem Wi-Fi są przekazywane do mobilnej aplikacji Health Mate, gdzie algorytmy są w stanie wykryć sen, jak również opracować ośmiotygodniowy kurs poprawy jakości snu.

Co więcej, Nokia Sleep może się integrować na przykład z asystentem głosowym. Połączenie danych z czujników opracowanych przez aplikację z systemem inteligentnego domu może sprawić, że temperaturę, natężenie światła czy dopływ świeżego powietrza można regulować już nie wstukiwaniem komend do aplikacji, ani nawet wypowiadaniem ich na głos, lecz poprzez sam fakt zaśnięcia.

– Inne przedsiębiorstwa, jak np. Philips, oferują lampy z technologią Wake-Up Light, które ułatwiają zasypianie poprzez dobór odpowiedniej intensywności światła. Inni producenci oferują produkty, które ingerują w wilgotność powietrza w pomieszczeniu i obniżają nieco temperaturę, co korzystnie wpływa na sen – wymienia Rasmus Nilsson.

Somnox to z kolei oddychający towarzysz snu. Robot charakteryzuje się specyficznym rytmem oddychania, który jest wolniejszy od rytmu przeciętnego człowieka. Przytulając poduszkę, użytkownik automatycznie zsynchronizuje swój rytm oddychania z rytmem robota. Spowolnienie oddechu pozwala na redukcję tętna i ciśnienia krwi, a co za tym idzie ­– stworzenie optymalnych warunków do zaśnięcia i utrzymania snu.

Na rynku dostępnych jest także szereg produktów mających nie tylko zapewnić dobry sen i komfortowy wypoczynek, ale i leczyć. Jednym z takich produktów jest specjalny koc obciążeniowy opatentowany przez szwedzką firmę Sleepify.

– Nasz koc jest używany w sektorze służby zdrowia. Jest przypisywany pacjentom uskarżającym się na bezsenność, stany lękowe, problemy z zasypianiem oraz osobom, u których stwierdzono autyzm lub ADHD. Nasz koc obciążeniowy zapewnia poczucie bezpieczeństwa i poprawia nastrój osobom, które próbują zasnąć – wyjaśnia ekspert.

Użycie koca skraca czas potrzebny do zaśnięcia, a także sprawia, że sen jest dłuższy i głębszy. Ma także wpływać na ograniczenie czasu trwania fazy REM, w której śpiący doświadcza marzeń sennych i która nie sprzyja wypoczynkowi.

Koc obciążeniowy nie jest zupełnie nowym wynalazkiem. W sklepach medycznych można już bez problemu kupić koce, pledy czy kołdry obciążeniowe zalecane między innymi w terapii sensorycznej. Ich działanie opiera się na stymulacji układ proprioceptywny, czyi tak zwanego czucia głębokiego. Cena koców dostępnych już w sklepach rehabilitacyjnych to od kilkudziesięciu do kilkuset złotych. Ich wypełnienie to zazwyczaj żwirek lub granulat szklany.

– Wewnątrz naszego koca znajduje się 450 metalowych pierścieni ze stali chirurgicznej. Ciężar metalowych pierścieni w kocu sprawia, że ciało osoby, która się nim przykryła, zaczyna wydzielać oksytocynę, czyli hormon poprawiający samopoczucie. Wzrost poziomu oksytocyny przyczynia się do poprawy poczucia bezpieczeństwa i jakości snu – twierdzi Rasmus Nilsson.

Zdaniem analityków z Meticulous Research, światowy rynek domowych urządzeń medycznych do 2022 roku osiągnie wartość niemal 49 mld dol.

Pracownicze Programy Kapitałowe – stanowisko Pracodawców RP

Uchwalenie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych to zdaniem Pracodawców RP szansa dla przyszłych emerytów na zapewnienie środków do życia, a dla gospodarki okazja do wsparcia inwestycji nowymi środkami.

Problem zabezpieczenia emerytalnego obywateli jest największym problemem ekonomiczno-społecznym w Polsce. W rezultacie krótkowzrocznej polityki prowadzonej przez dziesięciolecia obecny system emerytalny jest niewydolny, a środki, na które mogą liczyć przyszli emeryci są bardziej niż skromne.

Z drugiej strony skłonność Polaków do oszczędzania jest niska. Wynika to z faktu, że ciągle jesteśmy narodem „na dorobku”. Bieżące dochody większości Polaków nie wystarczają do zaspokojenia bieżących potrzeb, nie mówiąc już o oszczędzaniu. Istotna część pracujących Polaków z osobistego doświadczenia zna sytuacje, w której za sprawą ogromnej inflacji ich oszczędności straciły wartość niemal z dnia na dzień. Takie wspomnienia nie tworzą dobrego klimatu dla oszczędzania.

Z tej perspektywy jednoznacznie pozytywnie należy ocenić propozycję rządu dotyczącą Pracowniczych Programów Kapitałowych (PPK), która z jednej strony zachęca do oszczędzania, a z drugiej strony daje nadzieję na zabezpieczenie podstawowych potrzeb na starość. Pamiętać należy, że proponowany system nie zapewni jednak osiągnięcia stanu zamożności. Obecnie nie da się bowiem stworzyć systemu gwarantującego wysoki komfort życia emerytom. PPK może jednak pomóc w zapewnieniu przyszłym emerytom względnie godnego bytu.

Przewidziany przez rząd system zachęt w postaci dopłat do oszczędzanych kwot może być skuteczny i odpowiednio motywować pracowników do wzięcia udziału w PPK. System zakłada dobrowolność, co zawsze jest pozytywnie oceniane, gdyż obywatele są coraz bardziej zirytowani nadmierną regulacją oraz wszechobecnymi nakazami i zakazami.
Stworzenie PPK może też pomóc w zgromadzeniu odpowiednich środków na inwestycje, a w tym na ambitne plany inwestycyjne rządu.

Decydujące będzie jednak wdrożenie całego programu – a to wymaga odpowiedniej edukacji pracowników oraz zapoznania z zasadami PPK przedsiębiorców, na których spadną znaczące obciążenia. To, czy PPK przyniosą spodziewane owoce zależy od ścisłej współpracy wprowadzających je instytucji z pracodawcami. Konieczne będzie bowiem szybkie reagowanie na pojawiające się ewentualne problemy i usuwanie wykrytych niedoskonałości. Pracodawcy RP widzą we wprowadzeniu PPK bardzo dużą szansę dla polskiej gospodarki, dlatego będą jak najszerzej uczestniczyć w procesie wdrażania PPK.

Eksperci światowego rynku e-commerce na Enterprise Sessions 2018

Jim Fanning z Amazon, Brian Green z Magento, Qaalfa Dibeehi z Forrester Research oraz kuzyni Kuba Wieczorek i Jaś Bagniewski, autorzy spektakularnego sukcesu marki Eve Sleep – to tylko kilku z prelegentów, którzy wystąpią 25 października podczas tegorocznej konferencji Enterprise Sessions. Tego dnia Warszawa stanie się centrum światowego e-commerce. Przedsiębiorcy, merchanci i e-commerce managerowie będą dzielić się doświadczeniem łączenia biznesu z technologią. Porozmawiają także o tym, jak budować strategie w oparciu o elektroniczne kanały sprzedaży. To trzecia edycja konferencji organizowanej przez Bold Brand Commerce.

Enterprise Sessions to wydarzenie dedykowane największym polskim graczom branży e-commerce. Podczas spotkania będą mogli poznać najlepsze praktyki zastosowania różnych narzędzi technologicznych w e-handlu na całym świecie. Do Polski przyjadą zarządzający sklepami przynoszącymi wielomilionowe dochody w Europie i Stanach Zjednoczonych. Będą inspirować i dzielić się przykładami działań, które pozwalają zwiększyć sprzedaż. Wyróżnikiem konferencji jest to, że jej uczestnikami są tylko praktycy e-commerce, rzeczywiście znający branżę. Dzięki temu spotkanie daje realną możliwość nawiązania relacji biznesowych z osobami, które mają doświadczenia na bardziej konkurencyjnych rynkach.

Nasza konferencja jest inna niż wszystkie. Nie będziemy zadawać na niej pytań o sens korzystania z różnych platform e-commerce’owych do budowania sklepów online. Skupimy się na tym, jak wykorzystać dostępne na rynku narzędzia technologiczne, żeby zwiększać skalę prowadzonych biznesów – mówi Borys Skraba, prezes zarządu Bold Brand Commerce. – Tłem do rozmów będą wystąpienia prelegentów, którzy opowiedzą o roli zarządzania w dobie transformacji cyfrowej, a także o najnowszych technologiach wspierających sprzedaż. Jak zwykle teorię oprzemy na rzeczywistych przykładach biznesowych. Wszyscy prezentujący to doświadczeni praktycy z udokumentowanymi sukcesami na rynku e-commerce.

Grafika_ES_18W Warszawie spotkają się przedstawiciele wielu branż i krajów. Uczestnicy konferencji mogą spodziewać się przykładów budowania marki i sprzedaży zagranicznej, a także wskazówek dotyczących rozwoju handlu elektronicznego na różnych rynkach, między innymi farmaceutycznym czy meblarskim. Nie zabraknie podpowiedzi, jak w sprzedaży wykorzystać najnowsze technologie, takie jak wirtualna rzeczywistość, boty, krypotowaluty czy sztuczna inteligencja. To właśnie dzięki tego typu innowacjom można stworzyć wyjątkowe doświadczenie zakupowe, tak dziś istotne w budowaniu przewagi konkurencyjnej.

Będzie dużo praktycznej wiedzy i przykładów tego, jak biznesowo wykorzystać możliwości między innymi platformy Magento. Prelegenci będą dostępni dla uczestników nie tylko podczas prezentacji, ale także w czasie sesji networkingowych. Można zadawać pytania, dzielić się doświadczeniami, wątpliwościami, sprawdzać, jakie rozwiązania działają i przynoszą pozytywne efekty na innych rynkach. Myślę, że nie zabraknie też rozmów o zmianach na rynku e-commerce. Na pewno podejmiemy temat przejęcia Magento przez amerykańskiego giganta Adobe. To zagadnienie, który interesuje dziś cały branżowy świat – dodaje Borys Skraba.

W dotychczasowych edycjach Enterprise Sessions wzięli udział między innymi: David Wise (Magento), Kai Schmidhuber (Frankfurt Airport), Jarno Vanhatapio (ZooZoo.com, Nelly.com), Mark Selby (Macfarlane Group PLC), Luis Monserrate (Peppe Jeans Group).

Organizatorem wydarzenia jest firma Bold Brand Commerce, oficjalny partner wdrożeniowy Magento na rynku polskim.

Agenda spotkania oraz rejestracja dostępne na stronie: https://es.bold.net.pl/.

Na niewydolność serca umiera 60 tys. Polaków rocznie. Dostęp do nowoczesnych metod leczenia może znacznie poprawić te statystyki

Na niewydolność serca umiera 60 tys. Polaków rocznie. Dostęp do nowoczesnych metod leczenia może znacznie poprawić te statystyki 12

Od 800 tys. do 1 mln osób choruje dziś na niewydolność serca, a co roku umiera około 60 tys. z nich. Dla gospodarki oznacza to koszty rzędu 4 mld zł rocznie. Liczby te mogłyby być znacznie mniejsze, jeżeli poprawi się dostęp do leczenia i zmieni się model opieki nad pacjentami. W Polsce opiera się on głównie na częstych hospitalizacjach, podczas gdy leczenie pacjentów z niewydolnością serca – zdaniem ekspertów – powinno się raczej odbywać na poziomie placówek podstawowej opieki zdrowotnej. Celem koalicji „Serce dla kardiologii” jest wypracowanie rekomendacji zmian systemowych, które będą korzystne dla pacjentów z niewydolnością serca, i zwiększanie świadomości dotyczącej tego schorzenia.

– Niewydolność serca stanowi w Polsce duży problem. Choruje na nią około miliona osób. Szacujemy, że rocznie będzie przybywać ok. 100 tys. pacjentów z tym schorzeniem. Niewydolność serca to problem zarówno dla systemu, jak i dla społeczeństwa, ponieważ pacjent z niewydolnością serca jest obciążony dolegliwościami, które często wyłączają go z życia społecznego i jest to pewien rodzaj inwalidztwa. Niewydolność serca ma różne postacie i stopnie zaawansowania, poczynając od niewielkiego ograniczenia aktywności fizycznej pacjentów, a kończąc na tym, że nie jest on w stanie wykonywać nawet prostych czynności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Hanna Szwed, konsultant wojewódzki ds. kardiologii z Instytutu Kardiologii w Warszawie.

W kolejnych latach liczba chorych będzie wzrastać ze względu na szybko starzejące się społeczeństwo. Niewydolność serca powodowana jest przez różne jednostki chorobowe – najczęściej przez chorobę niedokrwienną serca, stan po przebytym zawale, wady serca oraz schorzenia wrodzone bądź stany zapalne. Charakteryzuje się bardzo wysoką śmiertelnością – pacjenci w krańcowym okresie choroby mają rokowania gorsze niż pacjenci chorzy na nowotwory. Rokrocznie z powodu niewydolności serca umiera ok. 60 tys. pacjentów.

– Chorzy z niewydolnością serca to w tej chwili jedno z największych wyzwań systemu ochrony zdrowia w Polsce. Potrzebne są szybkie działania. Wiemy już, że wchodzi pilotaż koordynowanej opieki nad pacjentem z niewydolnością serca, przygotowany przez Polskie Towarzystwo Kardiologiczne we współpracy z Ministerstwem Zdrowia i NFZ. Druga kwestia to współpraca pomiędzy kardiologiem a lekarzem POZ w zakresie prowadzenia chorego z niewydolnością serca, aby uniknąć powtarzających się hospitalizacji – podkreśla dr n. med. Jakub Gierczyński, ekspert ds. ochrony zdrowia MBA.

Pilotaż rządowego programu Systemu Koordynowanej Opieki nad Pacjentami z Niewydolnością Serca (KONS) ma wystartować w najbliższych miesiącach. Jego efektem ma być m.in. lepsza współpraca między kardiologami a lekarzami POZ w zakresie opieki nad pacjentami z niewydolnością serca i wielospecjalistyczne podejście do ich leczenia. W Polsce model leczenia niewydolności serca opiera się głównie na powtarzających się pobytach w szpitalach, podczas gdy powinno się raczej odbywać na poziomie POZ.

– To jest ogromny problem, że w Polsce pacjenci z niewydolnością serca kilka razy w roku trafiają do szpitala. Brakuje natomiast odpowiedniej opieki podczas ich pobytu w domu, kiedy wracają do pracy, do rodziny. Chodzi tutaj m.in. o wsparcie dietetyka, psychologa, rehabilitanta, a także wszelkie narzędzia, które pozwoliłyby monitorować chorobę. W tym celu możemy wykorzystywać telemedycynę, bo szybki kontakt z lekarzem jest niezmiernie ważny – podkreśla Beata Ambroziewicz, prezes Polskiej Unii Organizacji Pacjentów.

Eksperci podkreślają, że w Polsce standardy leczenia odbiegają od uznanych i dostępnych na świecie kanonów. Mamy do czynienia z nadumieralnością i niską jakością życia chorych, niewystarczającym dostępem do nowoczesnych technologii oraz nieefektywnym systemem opieki. Potrzebne są szybkie działania, które to zmienią. Ich efektem powinna być zarówno poprawa stanu zdrowia pacjentów oraz dostępności do leczenia, jak i zmniejszenie negatywnych skutków ekonomiczno-gospodarczych, które są bezpośrednim skutkiem nieefektywnego leczenia niewydolności serca.

– Temat nieefektywnego leczenia pacjentów z chorobami kardiologicznymi w Polsce najlepiej oddaje przykład leczenie ostrego zespołu wieńcowego. Przez ostatnich 20 lat dzięki odpowiednim technologiom medycznym i modelowi opieki zmniejszyliśmy śmiertelność z 40 tys. do 7 tys. pacjentów rocznie – podkreśla dr n. med. Jakub Gierczyński. – W przypadku niewydolności serca takich postępów nie ma. Wciąż mamy ok. 60 tys. zgonów rocznie, a każdy z nich to utrata produktywności. To jest około 2,5 mld zł rocznych strat wynikających z przedwczesnej umieralności. To 60 proc. wszystkich kosztów związanych z niewydolnością serca, które rocznie sięgają ok. 4 mld zł – podkreśla dr n. med. Jakub Gierczyński.

Współczesne metody leczenia są w stanie wstrzymać dolegliwości i zahamować rozwój choroby, jaką jest niewydolność serca. Dlatego tak ważny jest dostęp do odpowiedniego leczenia. Eksperci podkreślają też, że fundamentalne znaczenie mają profilaktyka oraz diagnostyka, które przyczyniają się do zapobiegania bądź wczesnego wykrycia schorzenia.

– Pacjent cierpi, jest wyłączony z życia społecznego i rodzinnego. Dlatego trzeba dokładać wszelkich starań, aby stosować profilaktykę niewydolności serca i jej zapobiegać. Ważne jest także, aby wcześnie zdiagnozować niewydolność serca – podkreśla prof. dr hab. n. med. Hanna Szwed, konsultant wojewódzki ds. kardiologii.

Równie ważne, co samo leczenie, są edukacja i wsparcie pacjentów zmagających się z chorobami kardiologicznymi. Koalicja „Serce dla kardiologii” prowadzi intensywne działania na rzecz chorych, a przez ostatnie pół roku na terenie całego kraju organizowała warsztaty edukacyjne dla pacjentów oraz ich bliskich.

– Poziom edukacji pacjentów kardiologicznych jest niewystarczający. To paradoks, gdyż choroby kardiologiczne, choroby serca i układu krążenia są w Polsce najczęstsze i są głównym zabójcą spośród wszystkich chorób cywilizacyjnych. Dostrzegamy niewielką aktywność organizacji pacjenckich w tym obszarze, stąd nasza inicjatywa powołania koalicji „Serce dla kardiologii”. Chcemy wzmocnić głos pacjentów w systemie i działać na rzecz podnoszenia świadomości, edukacji pacjentów i ich bliskich – mówi prezes Polskiej Unii Organizacji Pacjentów.

Należyta staranność przy rozliczaniu VAT – metodyka urzędnika

„Metodyka w zakresie oceny dochowania należytej staranności przez nabywców towarów w transakcjach krajowych” – taką nazwę nosi dokument autorstwa urzędników Ministerstwa Skarbu, który zawiera wskazówki dla pracowników UKS. Ministerstwo Finansów i Krajowa Administracja Skarbowa nareszcie zrozumiały, że chaos interpretacyjny w zakresie oceny dochowania przez przedsiębiorców należytej staranności odbija się urzędnikom czkawką przy każdym wyroku orzekanym na korzyść podatników.

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ustawa o podatku VAT choć od 2015 r. posługuje się określeniem „należyta staranność” w żaden sposób go jednak nie definiuje. Nie ma co ukrywać, że jest to celowa zagrywka ustawodawcy, który nie mogąc ściągnąć należności od oszustów, łupi pozostałych, również tych nieświadomych i Bogu ducha winnych, uczestników karuzeli, pozostawiając dla siebie furtkę, z której korzysta robiąc użytek z niedoskonałości przepisu na swoją korzyść. Należy w tym miejscu jasno powiedzieć, że nie chodzi tu o sprawiedliwość, lecz o interes Skarbu Państwa. Ten ostatni musi być przecież zaspokojony, a to, że przy okazji utopionych zostanie wielu niewinnych przedsiębiorców, nie ma większego znaczenia.

Wracając jednak do zaleceń dla skarbówki, wskazano szereg czynników, które mają pomóc urzędnikom w ocenie, czy w rozpatrywanym przypadku zarzucenie podatnikowi niedochowania należytej staranności będzie uzasadnione. Katalog ten wskazuje jakimi kryteriami powinien kierować się podatnik, weryfikując swojego kontrahenta. Brak ich dotrzymania także może być powodem uznania przez urzędników, że przedsiębiorca nie dopełnił ciążącego na nim obowiązku i co za tym idzie wszczęcia przeciwko niemu czynności urzędowych. Zatem czy fakt spełnienia wymienionych przesłanek sprawia, że podatnik może czuć się bezpiecznie?

Odpowiedź wcale nie musi być jednoznaczna, bo choć sam dokument powstał co prawda z inicjatywy Ministerstwa Finansów, to jednak ma on jedynie formę zaleceń. Jeśli urzędnik kontroli skarbowej stwierdzi, że podatnik mógł zrobić więcej, jedynym miejscem, gdzie ten ostatni będzie mógł dochodzić swoich praw pozostanie sąd. Nie należy jednak załamywać rąk, ponieważ po pierwsze nawet biorąc pod uwagę, że mamy do czynienia z zaleceniami, to i tak jest to znaczący krok w kierunku społeczeństwa. Po drugie powierzenie wykonania czynności, o których mowa w zaleceniach MF podmiotom profesjonalnie zajmującym się bezpieczeństwem biznesu oraz badaniem kontrahentów gwarantuje, że sprawdzenie będzie kompletne i wiarygodne. Tym samym organom skarbowym niezwykle trudno będzie w takiej sytuacji podważyć rzetelność przeprowadzonych sprawdzeń i powoływać się na niedochowanie należytej staranności przez przedsiębiorcę. Skąd taki wniosek? Dołożenie należytej staranności oznacza – w pewnym uproszczeniu – sprawdzenie przez podatnika zgodnie z literą prawa wiarygodności swego kontrahenta w sposób przyjęty w danej branży. Czy wobec powyższego możliwe jest, aby przedsiębiorca był w stanie dokonać takich ustaleń lepiej, niż zrobi to profesjonalna firma?

Z całą pewnością nie. Z tego względu już sam fakt skorzystania z jej usług sugeruje, że podatnik zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i własnych możliwości i w związku z tym decyduje się ponieść dodatkowe nakłady, by wyjść naprzeciw oczekiwaniom ustawodawcy. Nie bez znaczenia będzie tu również opinia rynkowa podmiotu, który dokonuje sprawdzenia, jego doświadczenie w zakresie podobnych zleceń, jak i treść raportu będącego nieodłącznym elementem weryfikacji kontrahenta. Wszystkie te elementy składają się na całość obrazu mającego wykazać, że objęty kontrolą podatnik zrobił wszystko, co w jego mocy, aby spełnić wymogi dochowania należytej staranności.

W przypadku urzędników skarbówki nie można mieć jednak 100% pewności, że z sobie tylko znanych powodów nie podejmą próby podważenia również takich działań. Będzie to jednak po pierwsze o wiele trudniejsze i nieuzasadnione, a po drugie w takiej sytuacji możemy być pewni, że sąd rozpatrujący spór zdecydowanie bardziej fachowo, rzetelnie i życzliwie spojrzy na przedsiębiorcę, który w swoich działaniach wykazał się zrozumieniem zarówno reguł rynku, jak i wymagań ustawodawcy. Nie po raz pierwszy sprawdza się stare niemieckie porzekadło mówiące o tym, że zapobieganie jest zawsze lepsze niż leczenie. Od chwili, w której do urzędów skarbowych trafiły wytyczne z MF można również dodać, że obecnie jest ono także o wiele łatwiejsze. Oczywiście w każdym serwowanym nam przez urzędników słoiku miodu znajdzie się trochę dziegciu. W tym przypadku jest nim fakt, że wytyczne – mimo drobiazgowego opracowania – pozostają jedynie wytycznymi. Po co więc urzędnicy wciąż pozostawiają furtkę prowadzącą do samowoli?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Liczba pracowników tymczasowych zmniejszyła się o 18%

Z danych Polskiego Forum HR, członka Konfederacji Lewiatan wynika, że w drugim kwartale br. liczba pracowników tymczasowych zmniejszyła się o 18%. Nasuwa się pytanie co będzie dalej z pracą tymczasową? Kończące się limity 18-miesięcznego zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika, które upływają z końcem listopada, to tylko jeden i wcale nie najważniejszy powód rosnącej niepewności.

Limit 18 miesięcy a rynek pracownika

Kończące się limity 18-miesięcznego zatrudnienia u jednego pracodawcy użytkownika, które upływają z końcem listopada, to tylko jeden i wcale nie najważniejszy powód rosnącej niepewności. Zmiany legislacyjne obowiązujące od czerwca 2017 roku, biorąc pod uwagę sytuację na rynku pracy i wysoką rotację pracowników, nie są już głównym powodem zmian na rynku pracy tymczasowej. Rynek kandydata sprawił, że pracodawca przestał być tą silniejszą stroną stosunku pracy. Pracownicy częściej zmieniają zatrudnienie, w szczególności pracownicy tymczasowi, którym teraz łatwiej niż kiedykolwiek znaleźć jest stałą pracę. Duża rotacja pracowników tymczasowych sprawia, że okres zatrudnienia jednego pracownika staje się coraz krótszy i to niezależnie od zmian legislacyjnych. Sytuacja rynkowa sama zmniejszyła popyt na tę formę pracy.

Duża część pracowników tymczasowych zostaje zatrudniona bezpośrednio przez pracodawcę użytkownika na długo przed osiągnięciem 18-miesiecznej długości zatrudnienia. Rola pracy tymczasowej koncentruje się bardziej niż kiedykolwiek na zwiększeniu efektywności rekrutacji i sprawdzeniu kompetencji pracownika. Szacujemy, że limit długości zatrudnienia wpłynie na sytuację ok. 10% pracowników tymczasowych, co biorąc pod uwagę spadek liczby pracowników tymczasowych w ostatnim czasie, jest odsetkiem dużo mniejszym niż ogólne trendy, z drugiej jednak strony mówimy o liczbie około 80 tysięcy pracowników, których utrata pogłębi destabilizację na rynku.

Outsourcing

Kolejnym elementem jest szeroko komentowany outsourcing, który ma wypierać pracę tymczasową, a który jednak nie rośnie tak szybko, jak się tego spodziewano. Wynika to z dwóch powodów: po pierwsze nie zawsze jest on możliwy do zastosowania, po drugie pracodawcy, świadomi deficytu kandydatów, coraz częściej decydują się na bezpośrednie zatrudnienie nawet kosztem zmniejszonej elastyczności. Pamiętajmy, że nowelizacja ustawy z 2017 roku wprowadziła również wysokie kary za prowadzenie działalności w zakresie pracy tymczasowej bez wpisu do rejestru. Często granica między pracą tymczasową a outsourcingiem nie jest jednoznaczna, wprowadzone kary z pewnością są dużym motywatorem, aby stosować outsourcing tylko tam, gdzie rzeczywiście ma on miejsce i gdzie zasadność tego rozwiązania jest bezdyskusyjna.

Rynek polski a rynek europejski

Obserwując inne rynki europejskie ciężko mówić o nasyceniu polskiego rynku pracy tymczasowej. Stopa penetracji, czyli odsetek pełnych etatów wypracowanych przez pracowników tymczasowych do ogółu zatrudnionych w Polsce, wynosi 1,2%, podczas gdy średnia UE to 1,9% . Nie zmniejsza się zapotrzebowanie pracodawców na elastyczne rozwiązania, nie mniej jednak sytuacja na polskim rynku pracy weryfikuje te oczekiwania. Spodziewamy się, że stopa penetracji rynku w Polsce w najbliższych latach będzie nieznacznie spadać i ten trend utrzyma się tak długo jak długo utrzyma się niskie bezrobocie.

Nowe usługi agencji zatrudnienia

Sytuacja rynkowa wymusza przedefiniowanie roli agencji zatrudnienia. Praca tymczasowa przestaje być podstawową usługą agencji. Z jednej strony rośnie popyt na usługi rekrutacyjne, z drugiej wiele podmiotów wychodzi z coraz szerszą ofertą kompleksowego zarządzania zasobami ludzkimi w przedsiębiorstwie. Przykładem takich usług jest RPO (Recruitment Process Outsourcing), czy master vendoring.

RPO to kompleksowy outsourcing procesów rekrutacji i zatrudniania pracowników. Agencja przejmuje na siebie tę część działalności przedsiębiorstwa i w sposób spójny z jego strategią, przy wykorzystaniu najefektywniejszych narzędzi ją realizuje. Na świecie już ponad 30% agencji świadczy tego rodzaju usługi.

W przypadku master vendoringu agencja bierze na siebie rolę głównego dostawcy rozwiązań, koordynując współpracę z poddostawcami. Ma to zastosowanie przede wszystkim przy realizacjach dużych projektów rekrutacji masowych, kiedy pracodawca, aby zrealizować założone cele, musi współpracować z wieloma podmiotami jednocześnie.

Rewolucja czy ewolucja

Na rynku agencji zatrudnienia czeka nas jeszcze wiele zmian. Praca tymczasowa, tak długo jak trwać będzie walka o talenty, stosowana będzie coraz częściej w przypadku doraźnych potrzeb pracodawców, na coraz krótsze okresy czasu. Pracodawcy swoją potrzebę elastyczności będą zaspokajali przy wykorzystaniu innych, nie tak restrykcyjne uregulowanych form zewnętrznego zatrudnienia. Agencje będą współpracowały ze swoimi klientami w sposób coraz bardziej kompleksowy – świadczy o tym rosnąca gama świadczonych usług (zestawienie powyżej).

Obecna sytuacja na rynku pracy jest też doskonałym momentem dla branży, aby przedefiniować swoją rolę względem kandydatów. Samo wsparcie w zatrudnieniu już teraz nie wystarcza i agencje będą musiały rozbudować swoje usługi również względem tej grupy.

Przygotowała: Agnieszka Zielińska, Kierownik Polskiego Forum HR

Słabszy wynik PMI nie oznacza recesji, ale spadek tempa wzrostu gospodarczego

W polską gospodarkę uderzyło pogorszenie się światowej koniunktury. We wrześniu, według najnowszych danych PMI, koniunktura w polskim sektorze przemysłowym była bliska stagnacji. Tempo ogólnej poprawy warunków gospodarczych było najwolniejsze od prawie dwóch lat, a liczba nowych zamówień spadła po raz pierwszy od października 2016 r.

– Polski przemysł znalazł się na krawędzi, na to wskazuje indeks PMI, który pokazuje nastroje polskich menedżerów – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

We wrześniu indeks ten wyniósł 50,5 pkt, czyli nieznacznie powyżej granicy, gdy nastroje optymistyczne zmieniają się w pesymizm.

Niepokoi wartość indeksu, ale jeszcze bardziej jego spadkowa tendencja, pomimo dobrych danych o polskiej gospodarce w pierwszych dwóch miesiącach III kwartału.

– Na pogorszenie PMI miał największy wpływ spadek popytu na polski eksport, szczyt globalnej koniunktury mamy już za sobą – komentuje ekspert. – Nie oczekuję jednak recesji w polskim przemyśle.

Kredyt studencki. Warto? Warto – możesz zarobić minimum 3-4% w roku

Tylko do 20 października można składać wnioski o kredyt studencki. Warto, bo ten dług jest niemal nieoprocentowany, a do tego może być częściowo umorzony. Zaradny student może ponadto pomnożyć pożyczony kapitał, wystarczą do tego bezpieczne bankowe lokaty. Kredyt studencki mogą dostać też… doktoranci.

Większość studentów może ubiegać się o preferencyjny kredyt studencki. Jest to dług na początku w ogóle nieoprocentowany, który trzeba zacząć spłacać dopiero po 2 latach od zakończenia nauki na uczelni (dotyczy to nie tylko studiów I i II stopnia, ale też doktoratu).

– Dopiero po tym okresie kredyt zaczyna być oprocentowany, a stawka jest symboliczna – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance.

Oprocentowanie wynosi połowę stawki redyskonta weksli, czyli obecnie koszt kredytu to zaledwie 0,875% w skali roku. To mniej niż wynosi oprocentowanie przeciętnej lokaty.

Na tym nie koniec preferencyjnych zasad. Najlepsi studenci mogą liczyć na umorzenie części kredytu. Jeśli ktoś był w grupie 1% najlepszych absolwentów w danym roku, może pożegnać się z połową zadłużenia. Będąc w 5% najlepszych absolwentów można ubiegać się o umorzenie 35% zadłużenia, a będąc w gronie 10% najlepszych – 20% zadłużenia. Resztę długu trzeba będzie oczywiście spłacić, ale tu także warunki są dogodne. Po pierwsze – jak wspomniano wyżej – dwa lata od ukończenia studiów żak ma na to, aby ustabilizować swoją sytuację finansową. Potem przychodzi czas na spłaty. Rat powinno być dwa razy więcej niż wypłat. W efekcie jeśli ktoś w czasie studiów dostawał co miesiąc 600 złotych, to oddawać będzie musiał po 300 złotych miesięcznie plus kilkanaście – kilkadziesiąt złotych odsetek.

Kto może ubiegać się o takie preferencyjne kredytowanie? Po pierwsze trzeba być studentem. W grę wchodzi nauka zarówno na uczelniach publicznych jak i niepublicznych. W kolejce po pieniądze mogą ustawić się osoby studiujące w trybie dziennym, wieczorowym jak i zaocznym. Ważne jest, aby naukę zacząć przed ukończeniem 25 roku życia. Banki wypłacają kredyt w transzach – przez 10 miesięcy w roku w kwocie 400, 600, 800 lub 1000 złotych miesięcznie. Jeśli więc ktoś studiuje przez 5 lat, to może otrzymać 50 tysięcy złotych kredytu studenckiego.

– Aby ubiegać się o taki preferencyjny dług nie można mieć za wysokiego dochodu. Obecnie limit to 2500 złotych na rękę miesięcznie w przeliczeniu na członka gospodarstwa domowego. W przypadku czteroosobowej rodziny mowa jest więc o kwocie 10 tysięcy złotych netto miesięcznie – wyjaśnia Bartosz Turek.

Ponadto potrzebne jest poręczenie. Mogą go udzielić rodzice, rodzeństwo czy dziadkowie, ale też państwowe instytucje. Na przykład BGK może udzielić takiej gwarancji w wysokości 100% wnioskowanego długu osobom, które mają dochód w rodzinie nie wyższy niż 1500 złotych netto miesięcznie – oczywiście na osobę. 90% poręczenia BGK udziela rodzinom z dochodem na osobę nieprzekraczającym 2000 złotych miesięcznie. Niestety korzystając z tego poręczenia trzeba liczyć się z kosztem potrącanym z każdej transzy na poziomie 1,5% wypłacanych środków.

Koszty pojawić mogą się też po stronie banku wypłacającego transze. Po pierwsze może się okazać, że bank zażąda kilkuset złotych za rozpatrzenie wniosku kredytowego. Zdarza się też, że pobierana jest też opłata za udostępnienie kolejnych transz np. 2%. Te opłaty obniżają kwoty, które trafią na konto studenta. Warto więc sprawdzić oferty banków oferujących tego typu finansowanie, aby uniknąć niepotrzebnych opłat.

Niemniej kredyt ten warto zaciągnąć nawet jeśli go nie potrzebujemy. Powód? Załóżmy, że student pracuje lub dostaje od rodziny pieniądze wystarczające, aby utrzymać się bez wykorzystania pieniędzy z kredytu. W takim wypadku okładając każdą złotówkę z wypłacanych transz na dobrze oprocentowanym koncie, można zgromadzić spory kapitał. Załóżmy, że student wnioskuje o wypłatę 1000 złotych miesięcznie przez 5 lat studiów. Do tego nie korzysta z płatnego poręczenia BGK, tylko prosi o nie rodziców. Do tego zakładamy, że bank nie pobiera opłaty za rozpatrzenie wniosku kredytowego i nie pobiera opłat za uruchomienie kolejnych transz.

Przyjmijmy, że student wszystkie pieniądze przelewa od razu na konto oszczędnościowe lub lokatę wyłuskując najlepsze oferty rynkowe. To dziś pozwala zarobić 3-4% w skali roku – wynika z danych Open Finance. Załóżmy więc, że przez cały okres inwestycji studentowi uda się zarabiać po 3% w skali roku (minus „podatek Belki”). Dopiero po siedmiu latach dług zaczyna być oprocentowany (0,875% w skali roku) i spłata trwać będzie 100 miesięcy. Efekt? po tych ponad 15 latach na koncie byłego studenta zgromadzony będzie kapitał w kwocie ponad 11 tysięcy złotych. Kwota ta jest możliwa do wygospodarowania przy założeniu utrzymania aktualnych warunków rynkowych.

Czy deweloperzy zauważają mniejsze zainteresowanie zakupem lokali wśród klientów?

Ostatnie dane rynkowe mówią, że sprzedaż nowych mieszkań spada. Czy deweloperzy zauważają mniejsze zainteresowanie zakupem lokali wśród klientów? Czy liczba podpisywanych umów maleje? Czy firmy weryfikują swoje plany sprzedażowe? Sondę prezentuje serwis nieruchomości Dompress.pl

Mirosław Bednarek, prezes zarządu Matexi Polska

Patrząc na rynek całościowo, nominalnie wolumen sprzedanych mieszkań jest mniejszy. Naszym zdaniem nie jest to jednak konsekwencją wstrzymywania się klientów z decyzją o zakupie, czy zmniejszonego zapotrzebowania na mieszkania. Głównym czynnikiem wpływającym na taką sytuacje jest mniejsza ilość dostępnych lokalizacji i obniżona różnorodność oferty deweloperów. Znaczna część mieszkań, a szczególnie gotowe lokale, zostały wyprzedane, a w związku z małą dostępnością gruntów inwestycyjnych, wysokimi cenami wykonawstwa oraz brakiem nowych pozwoleń na budowę, nowe projekty trafiają na rynek znacznie wolniej niż dotychczas.

Tomasz Sujak, członek zarządu Archicom S.A.

Zainteresowanie nowymi mieszkaniami jest cały czas bardzo duże. W ostatnich miesiącach klienci podejmują decyzje zakupowe bardziej ostrożnie, co znajduje swoje odzwierciedlenie w danych rynkowych za ostatni kwartał. Tempo sprzedaży mieszkań na rynku stabilizuje się ze względu na rosnące koszty wykonawstwa i zmniejszającą się dostępność gruntów. Mając to na uwadze zweryfikowaliśmy założenia sprzedażowe z początku roku, planując utrzymanie w 2018 roku rekordowego wyniku, podobnie jak w roku ubiegłym, tj. sprzedaży na poziomie 1431 lokali.

Rafał Zdebski, dyrektor handlowy Inpro S.A.

Rynkowy spadek sprzedaży faktycznie uderzył w wiele firm deweloperskich. Nasza firma nie zanotowała jednak w ostatnim czasie pogorszenia wyników, a wręcz przeciwnie. W pierwszym półroczu 2018 roku sprzedaliśmy łącznie 445 lokali (w rozumieniu umów przedwstępnych netto), to jest o 68 proc. więcej niż w tym samym okresie 2017 roku. Ten stan rzeczy przypisujemy w dużej mierze odpowiednio skomponowanej ofercie, która dopasowana jest do zgłaszanych przez klientów potrzeb. Nasze wieloletnie doświadczenie przekłada się także na wysoki wskaźnik satysfakcji klientów.

Mirosław Kujawski, członek zarządu LC Corp S.A.

Porównując sprzedaż w drugim kwartale br. do sprzedaży w pierwszych trzech miesiącach roku, rynek zanotował w największych miastach Polski spadek średnio o 15 proc. W Warszawie, czy Wrocławiu było to nawet 23-24 proc. Złożyło się na to kilka czynników. Najważniejszym jest skokowy wzrost cen mieszkań. O ile w latach 2013-2016 można było mówić o umiarkowanym ich wzroście, o tyle w ciągu ostatnich 12 miesięcy ceny nowych mieszkań wzrosły średnio 10 proc., a w Trójmieście, czy Wrocławiu nawet o 17-18 proc.

Kolejnym czynnikiem jest mocno ograniczona podaż, a dokładniej ilość mieszkań dostępnych na rynku, która jest najniższa od 2012 roku. Ten stan rzeczy doskonale obrazuje wskaźnik wyprzedaży oferty, tj. liczba kwartałów koniecznych do upłynnienia aktualnej oferty. Patrząc na tempo sprzedaży z ostatnich 12 miesięcy wskaźnik ten oscyluje w okolicach dwóch kwartałów, a 6-7 lat temu w niektórych miastach było to 8 kwartałów. A brak odpowiedniej oferty na rynku, to siłą rzeczy mniejsza sprzedaż.

Mamy również efekt sezonowości. W sprzedaży mieszkań, najsłabszy jest drugi kwartał, kiedy to odnotowujemy średnio o 30 proc. zgłoszeń mniej niż w pozostałych miesiącach. Największa sprzedaż przypada natomiast na przełom roku, tj. IV/I kwartał.

Lucyna Jarczyńska, dyrektor ds. Sprzedaży i Marketingu w Agrobex

Sprzedaż mieszkań w ostatnich miesiącach w porównaniu z drugim kwartałem bieżącego roku na pewno kształtuje się na niższym poziomie. Nie mamy jednak potrzeby korygowania planów sprzedażowych.

Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic

Spadek sprzedaży to wiadomość dość sensacyjna, stąd powszechne zainteresowanie. Jesteśmy jednak przekonani, że nie dotyczy to wszystkich inwestycji. W sierpniu sprzedaliśmy o 25 proc. lokali więcej niż w poprzednim miesiącu w gdańskiej inwestycji Wolne Miasto. Podczas, gdy znaczący spadek sprzedaży odnotowany został na rynku deweloperskim w Gdańsku.

Niestety obecne raporty rynkowe przygotowywane zarówno przez firmy doradcze, jak i NBP są obarczone zasadniczym błędem. Nie wykazują oddzielnie, ani cen, ani podaży, ani poziomu sprzedaży dla poszczególnych segmentów rynku. Stąd spadek zainteresowania apartamentami kupowanymi w celach inwestycyjnych jest wykazywany jako spadek sprzedaży na całym rynku pierwotnym. To samo dotyczy cen. Wprowadzenie do oferty zaledwie dwóch sporych inwestycji apartamentowych wykazuje wzrost średniej ceny dla całego miasta, podczas gdy w segmencie popularnym ceny mogą pozostać bez zmian.

Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest

Jeśli chodzi o dane rynkowe, mówiące o ewentualnych spadkach sprzedaży mieszkań, trzeba wziąć pod uwagę, że mogą być podyktowane m.in. mniejszą ilością nowych inwestycji wprowadzanych na rynek na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy. Popyt na mieszkania nadal utrzymuje się na wysokim poziomie, ale podaż jest zdecydowanie niższa. W przeciwieństwie do rynku Grupa Kapitałowa Home Invest w ostatnim czasie poszerzyła ofertę sprzedaży mieszkań o nowe inwestycje, Warszawski Świt na Targówku oraz Apartamenty Okopowa 59A na warszawskiej Woli. Przełożyło się to na wzrost liczby podpisywanych umów. Nie zauważyliśmy tendencji, aby klienci zwlekali z zakupem, ponieważ zdają sobie sprawę, że ceny mieszkań cały czas rosną.

Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.

Niższa sprzedaż w znacznej mierze wynika ze struktury oferty lub jej braku. Na przykład w osiedlu Bernadowo Park sprzedaliśmy wszystkie lokale, a nie wprowadziliśmy jeszcze do oferty nowych. Na słabszą sprzedaż w danym okresie mają też wpływ opóźnienia w wydawaniu decyzji administracyjnych, tj. pozwoleń na budowę, czy użytkowanie.

Niższa sprzedaż nie dotyczy wszystkich projektów. Mieszkania z segmentu popularnego w Zielonej Dolinie na Białołęce sprzedają się bardzo dobrze. Oferta lokali premium i o podwyższonym standardzie, do której zaliczamy Bliską Wolę, czy Hanzę Tower, trafia do klientów bardziej zamożnych, co oznacza że dynamika jej sprzedaży jest mniejsza niż w przypadku segmentu popularnego. Na decyzje zakupowe klientów ma wpływ także wzrost cen spowodowany znacznie wyższymi kosztami realizacji budowy.

Andrzej Swoboda, wiceprezes zarządu Grupy CTE

Brak „mocy przerobowych” w firmach budowlanych, a także skokowy wzrost cen wykonawczych skutkuje zawieszeniem wielu projektów deweloperskich i znaczącym ograniczeniem liczby oferowanych na rynku lokali. Stąd też spadki w wynikach sprzedaży nie wynikają z ograniczeń po stronie popytu lecz po stronie podaży. Zdecydowana większość projektów sprzedaje się w bardzo dobrym tempie, co potwierdza tezę o niesłabnącym, stabilnym zapotrzebowaniu na nowe mieszkania. Nie bez znaczenia jest fakt, iż ostatnie lata należały do rekordowych pod względem ilości sprzedawanych mieszkań, stąd też spadki oznaczają jedynie „powrót do normalności”.

Monika Golec, dyrektor ds. Marketingu i Sprzedaży w firmie Budnex

Czas wakacyjnych upałów rzeczywiście wpłynął na krótkotrwały spadek sprzedawanych w letnim sezonie mieszkań, ale ta tendencja już się odwróciła. W naszych biurach sprzedaży we wszystkich miastach, w których prowadzimy inwestycje, tj. w Szczecinie, Gorzowie, Zielonej Górze i Poznaniu oraz nadmorskim Dziwnówku i Kołobrzegu odnotowujemy wzrost liczby podpisywanych umów sprzedaży mieszkań. Najbardziej jest to widoczne w Gorzowie i Zielonej Górze, gdzie w minionym miesiącu sprzedaliśmy 70 lokali.

Izabela Woźnica-Letka z zielonogórskiego biura sprzedaży EBF Development

Po wygaśnięciu programu Mieszkanie dla Młodych dawało się odczuć spadek sprzedaży. Wynikało to przede wszystkim z tego, że wielu klientów w niemal tym samym czasie decydowało się na zakup mieszkania, jednak w ostatnim czasie sytuacja się unormowała. Nie notujemy mniejszego zainteresowania naszymi inwestycjami w Zielnej Górze, czy w Poznaniu. Przeciwnie, podczas prezentacji nowej inwestycji – Apartamenty Jana z Kolna, ponad 100 lokali zostało zarezerwowanych jednego dnia.

Maciej Bartczak, współwłaściciel w KM Building

Nasza firma nie korygowała planów sprzedaży. Regularnie sprzedajemy oferowane nieruchomości. W ostatnich tygodniach widać nawet zwiększone zainteresowanie klientów.

Piotr Zagórski, Marketing Manager w Nexity Polska

Nie odczuwamy tendencji malejącej w kwestii sprzedaży mieszkań. Rytm sprzedaży pozostaje, taki jak był zakładany. Oczywiście okres wakacyjny był tradycyjnie gorszy niż pozostałe miesiące, ale we wrześniu poziom sprzedaży wrócił do normy.

Agnieszka Jaworska-Goździewska, specjalista ds. komunikacji wewnętrznej i PR w Nickel Development

Wzrosty cen mieszkań, które na polskim rynku obserwujemy od dawna, musiały w końcu wpłynąć na poziom zainteresowania wśród kupujących. Rynek deweloperski jest już jednak rynkiem o wiele bardziej dojrzałym i rozwiniętym, niż przed dekadą, dlatego pomimo lekkiego spadku liczby sprzedawanych mieszkań, nie widać ani wyraźnego spowolnienia działań deweloperów, ani spadku popytu ze strony kupujących.

Agnieszka Jałoszyńska, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w firmie Sky Investments

Jeśli chodzi o naszą firmę, ostatnie trzy miesiące pokazały, że wiele osób okres wakacji przeznaczyło, nie tylko na odpoczynek, ale także na spokojne, skrupulatne poszukiwanie i zakup nowego mieszkania. Małe zmiany były widoczne tylko na początku września, jednak było to spowodowane rozpoczęciem nowego roku szkolnego. W tym okresie rodzice pochłonięci są częściej tego typu sprawami, a nie poszukiwaniem nowych mieszkań.

Marek Szmolke, prezes Grupy Deweloperskiej Start

W odniesieniu do naszych wewnętrznych statystyk spadek liczby sprzedawanych mieszkań jest raczej minimalny. Mamy bogatą ofertę sprzedażową, dysponujemy inwestycjami w różnych rejonach Krakowa. Nie wprowadzaliśmy zmian w planach sprzedażowych i nie zauważyliśmy, aby klienci bardziej niż zwykle zwlekali z decyzją o zakupie mieszkania.

Adrian Potoczek, dyrektor ds. sprzedaży w Wawel Service

Nasi klienci w zdecydowanej większości przypadków odwlekają podpisywanie umów, a co za tym idzie z decyzję o kupnie mieszkania. Można wnioskować, że obserwują rynek i zastanawiają się, czy ceny pójdą jeszcze w górę, czy mamy już tzw. sufit, jeśli chodzi o stawki. W związku z zaistniałą sytuacją musieliśmy skorygować plany odnośnie ilości podpisywanych umów.

Marta Kasprzak, menadżer ds. sprzedaży i marketingu w Duda Development

Nie zmieniliśmy planów sprzedaży i nie odnotowaliśmy spadku liczby podpisywanych umów. Jedyną różnicą dotyczącą sprzedaży, jaką zauważamy jest związana z typową dla branży sezonowością. W przypadku domów, które w znacznej większości kupowane są na własny użytek, proces decyzyjny klientów jest przeważnie nieco dłuższy, co jest zrozumiale, ponieważ w porównaniu z mieszkaniami ich zakup wiąże się z większym wydatkiem. Z kolei mieszkania i apartamenty, które przeważnie nabywane są przez klientów poszukujących własnego lokum, a także przez inwestorów cieszą się stale niesłabnącym powodzeniem. Z naszego doświadczenia wynika, że inwestorzy, zwracający uwagę przede wszystkim na atrakcyjną lokalizację i standard nieruchomości, nie poddają się rynkowym trendom.

Autor: Dompress.pl

Andrzej Modzelewski w Zarządzie innogy Polska

1 października do Zarządu innogy Polska dołączył Andrzej Modzelewski. Jako nowy członek zarządu będzie odpowiedzialny za nadzór nad działalnością infrastrukturalną Grupy innogy w Polsce, a także za rozwój produktów w obszaru E+ oraz G+

Andrzej Modzelewski - członek zarządu Grupy innogy w Polsce
Andrzej Modzelewski – członek zarządu Grupy innogy w Polsce

Andrzej Modzelewski to menedżer z wieloletnim doświadczeniem w branży energetycznej. Przez kilka ostatnich lat zasiadał w zarządzie EDF Polska, a następnie PGE Energia Ciepła, gdzie odpowiadał m.in. za inwestycje w sektorze elektrociepłowniczym oraz sprzedaż usług okołoenergetycznych. W latach 2003-2014 zajmował stanowiska kierownicze w strukturach krajowych i międzynarodowych RWE, będąc odpowiedzialnym za obszary takie jak: strategia i rozwój spółki, wdrażanie nowych produktów, a także za koordynację obszarów związanych z infrastrukturą sieciową oraz sprzedażą energii i gazu w Europie Środkowo-Wschodniej. Wcześniej związany był z branżą konsultingową. Jest absolwentem Uniwersytetu w Essen oraz Macquarie University w Sydney.

Bardzo cieszymy się, że do zarządu naszej spółki dołącza menedżer z wieloletnim doświadczeniem na rynku energetycznym, który doskonale zna realia naszego biznesu i związanych z nim wymogów. Jesteśmy przekonani, że na tym stanowisku Andrzej Modzelewski przyczyni się do dalszego rozwoju grupy innogy w Polsce oraz do wzmocnienia jej rynkowej pozycji – mówi Filip Thon, Prezes Zarządu innogy Polska

Na stanowisku członka zarządu, Andrzej Modzelewski odpowiedzialny będzie za nadzór nad działalnością infrastrukturalną Grupy innogy w Polsce, a także za rozwój produktów okołoenergetycznych (E+) oraz (G+), które przede wszystkim skupiają się na optymalizacji oraz automatyzacji procesów po stronie Klienta i prowadzą do poprawy ich efektywności.