Badanie: Jesienią i zimą Polacy oczekują więcej promocji na owoce i warzywa

Łącznie aż 83% ankietowanych uważa, że sieci handlowe powinny oferować więcej rabatów na owoce i warzywa. 41% respondentów oczekuje częstszych promocji na ten asortyment jesienią, a 26% chce tego zimą. Ponad 60% stwierdza, że o takich akcjach należy najczęściej informować klientów za pośrednictwem gazetek handlowych. Takie są wyniki badania Hiper-com Poland oraz Grupy Mobilnej Qpony-Blix. Tymczasem eksperci zauważają, że sklepy już teraz mocno zwiększyły ilość rabatów na ten asortyment, który jest wyjątkowo trudny w zarządzaniu. Tymczasem Instytut Badawczy ABR SESTA potwierdza, że udział takich ofert w publikacjach promocyjnych był wyższy o 21% w I i II kwartale br. niż w analogicznym okresie ub. roku.

Ciągle za mało

Konsumenci weryfikujący gazetki handlowe oczekują, że owoce i warzywa będą częściej promowane przez sieci handlowe. Zdecydowanie wyraża to 62% badanych. A raczej jest o tym przekonanych 21%. Jak wyjaśnia Hubert Majkowski, Country Manager Hiper-com Polska, w związku z promocją zdrowego stylu życia, w naszym społeczeństwie rośnie świadomość żywieniowa. Coraz więcej osób zdaje sobie sprawę ze znaczenia ww. produktów w pełnowartościowej diecie. Dlatego oczekiwania względem rabatów również się zwiększają.

– Sieci handlowe już teraz oferują dużo promocji na ten asortyment. Często gazetki zaczynają się właśnie komunikatem o bardzo dobrych cenach warzyw i owoców. Sklepom trudno będzie jeszcze bardziej zwiększyć aktywność w tym zakresie. Jednak świadomość Polaków dopiero się budzi. Będą chcieli odżywiać się coraz lepiej i będą domagać się jeszcze więcej tanich i zdrowych produktów – mówi Marcin Lenkiewicz, wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Natomiast Sebastian Starzyński, prezes Instytutu Badawczego ABR SESTA, przypomina, jak trudną kategorią jest dla sieci ww. asortyment. Bardzo szybko się psuje. A nieświeże produkty potrafią zniszczyć wizerunek nawet najpopularniejszej placówki. Z kolei poszerzanie asortymentu prowadzi do większych strat. Mimo tego sklepy podążają za oczekiwaniami klientów. Jak informuje ekspert, liczba ofert warzyw i owoców w gazetkach w I i II kwartale br. była wyższa o 21% w porównaniu z analogicznym okresem ub. roku. Najaktywniejsze na tym polu okazały się dyskonty. Średnia liczba promowanych artykułów wzrosła w tym kanale aż o 53%.

Najlepszy czas na promocje?

– Konsumenci oczekują największej aktywności promocyjnej w ww. zakresie jesienią – 41%. Takie preferencje wynikają z określonej dostępności świeżych owoców i warzyw o tej porze roku. Jeszcze tak niedawno, latem większość produktów krajowych można było nabywać niemal wszędzie, nawet przy ulicy, na tymczasowych stoiskach. Odkąd zrobiło się zimno, owoce na bazarach i w innych tego typu miejscach stają się mniej dostępne. Głównym źródłem ww. artykułów stają się sieci handlowe. Dlatego właśnie konsumenci oczekują od nich więcej promocji poza sezonem – wyjaśnia Hubert Majkowski.

Z kolei prezes Starzyński zauważa, że jesienią mamy jeszcze sporo tanich i świeżych warzyw, zatem to najlepszy moment na organizowanie promocji. Natomiast zimą ludziom najbardziej brakuje witamin i stąd 26% respondentów oczekuje w tym okresie największej aktywności w niższych cenach. W następnej kolejności badani deklarują, że przez cały rok chcą jednakowych rabatów – 14%. Ekspert przewiduje, że ten wskaźnik będzie stopniowo rósł wraz z rozwojem świadomości żywieniowej konsumentów.

– Dostęp do świeżych, polskich warzyw i owoców jest sezonowy, więc oczekiwanie na ich promocje tylko w poszczególnych okresach jest naturalnym podejściem. Moim zdaniem, nie przestanie ono dominować wśród konsumentów. Może się zmniejszyć udział osób, które preferują największą aktywność promocyjną wiosną – 12% albo latem – 6%. Warto pamiętać o tym, że tego typu asortyment jest jednak najdroższy zimą – ocenia wiceprezes Grupy Mobilnej Qpony-Blix.

Tymczasem Sebastian Starzyński zapewnia, że liczba promocji na produkty świeże utrzymuje się na podobnym poziomie przez większość miesięcy w roku, z nieznacznym spadkiem w styczniu i w lutym. Jak wynika z danych Instytutu Badawczego ABR SESTA, sieci handlowe publikują średnio 4 gazetki w miesiącu. Umieszczają w nich łącznie ponad 30 różnych ofert warzyw i owoców. Wyraźnie widać, że promowanie tej kategorii zyskuje na znaczeniu. Tym samym sklepy wspierają klientów w zdrowym odżywianiu, a to jest elementem świadomego budowania wizerunku marki.

Gdzie są najlepsze okazje?

– Większość badanych twierdzi, że sieci powinny najczęściej prezentować promocje na owoce i warzywa w gazetkach handlowych – 61%. Wynika to z tego, że są one ważnym źródłem informacji dla konsumentów, szczególnie w grupie wiekowej powyżej 50. roku życia. Klienci uważają, że prezentowane w nich okazje są najlepsze na rynku. Dodatkowo publikacje można zachować i porównać z innymi wydaniami, co jest raczej trudne w przypadku pozostałych kanałów marketingowych – tłumaczy ekspert z Hiper-com Poland.

Zdaniem Marcina Lenkiewicza, gazetka jest uznawana za bardzo czytelny format reklamowy, do którego klienci są przyzwyczajeni od wielu lat. Papierowa czy elektroniczna wersja daje konsumentowi dostęp do informacji w taki sposób, jaki jest dla niego najbardziej naturalny. Niemiej trzeba mieć na uwadze, że część osób chce się dowiadywać o promocjach na warzywa i owoce bezpośrednio w sklepach – 14%, a także za pomocą reklam telewizyjnych – 11%. Koncentrując się na tych kanałach, sieci dotrą do większości odbiorów. Powinny przy tym zauważyć, że tracą na znaczeniu bilbordy – 9%, reklamy prasowe – 3% czy radiowe – 2%.

– Przewiduję, że już w perspektywie 5 lat tak chętnie czytane dziś gazetki handlowe, a także różnego rodzaju reklamy zaczną stopniowo tracić na znaczeniu w związku z rozwojem osobistych asystentów AI. Tego typu narzędzia będą wyręczały użytkowników w zamawianiu produktów, w oparciu o ich preferencje, dotyczące m.in. ulubionych warzyw i owoców. Klienci przestaną sami szukać promocji, bo zaczną to robić za nich systemy w sposób najbardziej korzystny dla konsumentów – prognozuje Sebastian Starzyński.

Badanie zostało przeprowadzone na terenie 6 dużych miast (Warszawy, Krakowa, Katowic, Wrocławia, Poznania i Łodzi) na przełomie sierpnia i września na próbie 514 klientów sieci handlowych. W ankiecie uczestniczyły tylko te osoby, które na wstępie rozmowy wyraźnie zadeklarowały, że regularnie same robią zakupy (min. raz w tygodniu), a także czytają lub szukają promocji w papierowych lub elektronicznych gazetkach reklamowych. Badana była grupa w wieku od 18. do 65. roku życia. 58% stanowiły kobiety, 42% – mężczyźni.

Polacy niechętni do ogłaszania upadłości konsumenckiej

Prawie 60% gospodarstw domowych w Polsce zdecydowanie odrzuca możliwość skorzystania z upadłości konsumenckiej w okresie najbliższego roku. To najwyższy poziom tak zdecydowanych deklaracji, jaki zanotowano od 2009 roku w badaniach prowadzonych przez Konferencję Przedsiębiorstw Finansowych i Instytut Rozwoju Gospodarczego SGH.

Każdej edycji badania[1], opartego na wystandaryzowanym formularzu ankiety, towarzyszą pytania specjalne, analizujące istotne zagadnienia z punktu widzenia społecznego i ekonomicznego. Jednym z nich jest kwestia zainteresowania polskich gospodarstw domowych korzystaniem z upadłości konsumenckiej. To samo pytanie, odnoszące się do tej ważnej kwestii, zadano respondentom w latach: 2009, 2010, 2014 i 2018.

W bieżącym badaniu blisko 60% odpowiedzi na pytanie o możliwość skorzystania z upadłości konsumenckiej stanowił wariant „zdecydowanie nie, gdyż nie posiadamy żadnych długów”. Jest to jednocześnie najwyższy poziom w całej historii zadawania tego pytania – o 1,8 p.p. wyższy niż w 2015 r. i o 18,5 p.p. niż w 2009 r. Łącznie grupa gospodarstw domowych, odpowiadających na to pytanie „zdecydowanie nie”, „bardzo mało prawdopodobne” i „mało prawdopodobne” stanowi obecnie 96%.

Można postawić wniosek, że w ramach grupy osób, nie mających problemów z wywiązywaniem się z zobowiązań lub posiadających niewielkie problemy w tym obszarze, nastąpiła – co prawda nieznaczna, ale względna – poprawa sytuacji finansowej. To zaś jeszcze bardziej obniża ryzyko konieczności skorzystania z upadłości konsumenckiej przez tą dużą grupę gospodarstw domowych.

Polacy nie mają zamiaru korzystać z upadłości konsumenckiej

Ponadto zmniejszyła się liczba gospodarstw domowych, deklarujących wysokie prawdopodobieństwo skorzystania z upadłości konsumenckiej ze względu na sytuację finansową, nie pozwalającą nawet na zaciągnięcie zobowiązań na spłatę wcześniejszych zobowiązań ani spłatę obecnych długów. Obecnie jest to 0,6% gospodarstw, podczas gdy w badaniu z 2015 roku było to 3,1%, a w 2014 roku nawet 5,2%. To kolejny, bardzo dobry sygnał dotyczący sytuacji finansowej gospodarstw domowych, które coraz lepiej radzą sobie z rozwiązywaniem problemów finansowych. Spora ich część była bowiem w stanie wyjść z grupy niewypłacalnych (prawdopodobny transfer do grupy nadmiernie zadłużonych). Odnosząc ten wskaźnik do liczby gospodarstw domowych w Polsce, daje to grupę około 84 tysięcy osób, które deklarują, że znajdują się w sytuacji niewypłacalności.

Polacy nie mają zamiaru korzystać z upadłości konsumenckiej 2

W porównaniu z liczbą ogłoszonych dotąd upadłości konsumenckich w Polsce nadal mamy do czynienia z względnie dużą grupą gospodarstw domowych, dopuszczających możliwość skorzystania z niej w okresie najbliższych 12 miesięcy. Jednak w skali całej gospodarki dane te należy odbierać bardzo pozytywnie. W ostatnich latach zmniejszyła się bowiem liczba gospodarstw domowych wskazujących na prawdopodobieństwo skorzystania z tej kosztownej społecznie i gospodarczo instytucji prawnej.

– Poprawa w zakresie ocen gospodarstw domowych co do ewentualnego zamiaru skorzystania z upadłości konsumenckiej pozwala postawić tezę, że aktualne przepisy upadłości konsumenckiej ze społecznego punktu widzenia dobrze odpowiadają bieżącej sytuacji w odniesieniu do skali zjawiska niewypłacalności – stwierdził Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF, inicjator badania.

– Pozytywne dla sytuacji finansowej gospodarstw domowych w Polsce efekty wzrostu gospodarczego, malejącej skali bezrobocia, wzrostu dochodów w dyspozycji czy wdrożenie elementów polityki prorodzinnej, takich jak Program 500+, potwierdzają, że rozwiązywanie problemu nadmiernego zadłużenia, a nawet niewypłacalności, może odbywać się nie tylko na drodze upadłości konsumenckiej.

Za przykład takich zmian można uznać zniesienie przesłanki etycznej w dostępie do upadłości. To bowiem zwiększy i tak już nadmierną w Polsce skalę hazardu moralnego przy zaciąganiu nowych zobowiązań kredytowych.

– Taka zmiana będzie wręcz zachętą do zaciągania zobowiązań z pokrzywdzeniem wierzyciela, nierozsądnie, mając świadomość, że spłata będzie bardzo trudna lub niemożliwa. Co prawda, zwiększy ona dostęp do upadłości, ale będzie również przyczyniać się do powiększania skali nadmiernego zadłużenia i niewypłacalności – dodał Andrzej Roter.

[1] „Sytuacja na Rynku Consumer Finance” – badanie realizowane w okresach kwartalnych przez KPF i IRG SGH od roku 2007.

Brak specjalistów hamuje cyfryzację łańcucha dostaw

Michalina Kieś
Michalina Kieś, manager w zespole produkcji i łańcucha dostaw w firmie rekrutacyjnej Michael Page

Ciągły wyścig firm po klienta doprowadził do sytuacji, w której innowacje stały się jednym z kluczowych czynników pozwalającym na uzyskanie przewagi nad konkurencją. Wyścig ten, obejmujący zarówno handel detaliczny jak i dostawców, napędzają dodatkowo rosnące oczekiwania konsumentów i producentów. Dotyczą one lepszej i szybszej obsługi, co wymaga od przedsiębiorców unowocześniania łańcucha dostaw. Michalina Kieś, manager w zespole produkcji i łańcucha dostaw w firmie rekrutacyjnej Michael Page, omawia czynniki, które mogą hamować rozwój organizacji pod tym kątem.

Cyfryzacja na hamulcu

Przedsiębiorstwa z różnych gałęzi przemysłu – np. motoryzacji, automatyki przemysłowej, FMCG, branży opakowań, logistyki i in. – już teraz inwestują znaczne środki w opracowanie inteligentnego łańcucha dostaw. A robotyzacja, automatyzacja procesów, analityka predyktywna, Internet rzeczy, bezzałogowe pojazdy czy też drony oraz czujniki i automatyczna identyfikacja to technologie, które zdaniem respondentów uczestniczących w badaniu Deloitte, będą miały największy wpływ na poprawienie wydajności i optymalizację kosztową łańcucha dostaw. Wspomniane technologie są powszechnie dostępne i na ich wdrożenie ponad połowa firm (53 proc.) z przytoczonego badania przeznaczy w ciągu dwóch lat ponad 1 mln dolarów, a 17 proc. zainwestuje ponad 10 mln. Niemniej jednak, ich szerokie wykorzystanie przez przedsiębiorstwa jest hamowane przez kilka czynników. Jednym z nich, wskazanym przez 44 proc. uczestników badania Deloitte, jest brak wykwalifikowanej kadry, która wdrożyłaby nowoczesną technologię do firmy, a także przeszkoliła pozostałych pracowników.

 

Zgodnie z danymi firmy DHL liczba miejsc pracy w łańcuchu dostaw przekracza podaż co najmniej sześciokrotnie. Niedobór talentów wynika m.in. ze zmieniających się wymagań w zakresie umiejętności oraz braku odpowiedniego ich rozwoju przez ośrodki akademickie. W związku z czym można się pokusić o stwierdzenie, że to właśnie brak odpowiedniej kadry jest największym wyzwaniem dla łańcucha dostaw – mówi Michalina Kieś. – Już dziś brak kultury cyfrowej oraz szkoleń jest dużym problemem dla firm pod kątem unowocześniania łańcucha dostaw. Tym bardziej, że pracownicy odpowiedzialni za niego muszą być w stanie przełożyć właściwe rozwiązanie cyfrowe na potrzeby biznesowe firmy – podkreśla ekspertka.

Zapotrzebowanie na nowych specjalistów

Postępująca cyfryzacja w przedsiębiorstwach powoduje dynamiczny wzrost zapotrzebowania m.in. na project managerów posiadających doświadczenie we wdrażaniu lub zarządzaniu nowoczesnymi systemami, którzy w okresie 2-3 lat zbudowaliby wokół siebie zespół składający się np. z automatyków czy też ekspertów zarządzających ryzykiem informatycznym.

Aktualnie, co 4. rekrutacja dla firm będących już po, lub przymierzających się do wdrożenia innowacyjnych rozwiązań dotyczy specjalistów od nowoczesnych technologii. Firmy, aby jednak zatrudnić najlepszych kandydatów muszą przygotować się na wynagrodzenia rzędu 10 tys. zł brutto plus. Przykładowo project manager z 3-4 letnim doświadczeniem może oczekiwać pensji w zakresie 10-12 tys. zł brutto. Oczekiwania digitalization managera z 5-8 latami praktyki mogą być jeszcze większe i osiągnąć poziom 16-18 tys. zł brutto – wskazuje Kieś. – Silna konkurencja i rosnąca presja ze strony klientów i przemysłu wpłyną zapewne jeszcze na wzrost oferowanych pensji, aby przyciągnąć do firm najlepsze talenty. Ponadto, firmy coraz częściej otwierają się też na rekrutacje kandydatów na stanowiska kierownicze z innych sektorów – np. do sektora farmaceutycznego pracowników szuka się m.in. w SSC, FMCG oraz e-commerce’ie. Inwestycja ta powinna jednak w miarę szybko się zwrócić. Zgodnie bowiem z raportem PwC przedsiębiorstwa, które zdigitalizują swój łańcuch dostaw i zakłady produkcyjne mogą spodziewać się wzrostu wydajności o 4,1 proc. rocznie, przy jednoczesnym wzroście przychodów o 2,9 proc. rocznie – podkreśla Michalina Kieś.

Można też spodziewać się, że firmy same zaczną „wychowywać” sobie talenty współpracując z uczelniami technicznymi przy konkretnych kierunkach kształcenia przyszłych pracowników lub realizując programy stażowe. Przykładem mogą być amerykańskie spółki z listy Fortune 500, spośród których, około 180 w ciągu roku przyjmuje po tysiąc studentów na staże w obszarze łańcucha dostaw.

Ewolucja dotychczasowych stanowisk

Cyfryzacja łańcucha dostaw będzie także związana z redefinicją dotychczasowych stanowisk funkcjonujących w tym obszarze firmy. – Wśród profesji, które mogą ewoluować i rozwijać się w następstwie digitalizacji należy wymienić planistę łańcucha dostaw, który będzie w przyszłości pełnić bardziej rolę diagnostyka ds. biznesu. Wyposażony w rozwiązania chmurowe, a także systemy śledzenia transakcji w czasie rzeczywistym i uczące się algorytmy, będzie on odpowiadać za rozwiązywanie problemów z równoważeniem popytu i podaży zanim jeszcze się pojawią – opisuje ekspertka Michael Page. – Innym przykładem jest kierownik ds. logistyki, który w ramach cyfryzacji będzie pełnić bardziej rolę dyrektora ds. satysfakcji klienta. Pozwoli mu na to analityka i automatyzacja, które skrócą proces kompletowania zamówienia oraz dostawy przy użyciu różnych kanałów, takich jak drony czy bezzałogowe pojazdy – dodaje.

Gomułka: Wojna handlowa spowolni światowy wzrost gospodarczy

Tempo wzrostu gospodarczego w skali światowej wyniosło 3,5% w ostatnim roku. Jest to jeden z najwyższych wyników – między innymi dlatego, że dwie największe gospodarki – Chin i Indii – rosną w wysokim tempie. Nie jest oczekiwane istotne spowolnienie gospodarcze w tych dwóch krajach. Światowe spowolnienie może mieć miejsce na skutek wojny handlowej, jaką zaproponował Donald Trump. Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosił dane szacunkowe wpływu tej wojny na światowe tempo wzrostu – może być niższe o 0,5 punktu procentowego rocznie.

– Sytuacja nie będzie dramatyczna i katastrofalna. Jest to umiarkowane zmniejszenie światowego wzrostu gospodarczego – między innymi dlatego, że cła narzucone przez USA i inne kraje są na stosunkowo niewielką liczbę towarów – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club –  To nie jest totalna wojna handlowa, tylko zapowiedź jej. Ma bardziej charakter demonstracji politycznej, niż demonstracji ekonomicznej. Jeżeli dojdzie do totalnej wojny handlowej, to skutki mogą być dużo wyższe, niż 0,5 punktu procentowego – dodał Gomułka.

Lękliwy rynek

Rynki finansowe pozostają w ponurych nastrojach przy sferze informacyjnej skupionej na problemach Chin i Włoch. Rynek akcji dołuje, co pomaga w aprecjacji JPY, ale celem ucieczki pozostaje także USD w obliczu wysokich rentowności długu USA. Słabnie chiński juan, co wysyła złe wibracje m.in. w stronę AUD i rynków wschodzących. Złoty jest pod presją.

Jedyna rzecz, która może uratować nas od nasilenia awersji do ryzyka jest efekt „wtorku odwrotu”, tzn. kiedy rynki bez większego powodu negują załamanie sentymentu z poniedziałku. Coś w stylu: „ok, wyszaleliśmy się wczoraj, dziś pora na uspokojenie”. Problem w tym, że niektóre rany pozostają rozdrapane i nie będą się szybko goić. Włoscy politycy nie oszczędzają języka w krytykowaniu biurokratów z Brukseli i w dalszym ciągu forsują plany budżetowe oparte na ambitnych prognozach wzrostu i wysokim deficycie. Dziś włoski parlament będzie debatował nad projektem rządu, zanim w przyszłym tygodniu oficjalnie go złoży w Brukseli. Agencje prasowe mogą dostarczać zaskakujących komentarzy i przynajmniej do 15 października (deadline na złożenie projektu przed KE) sprawa nie przycichnie. Inwestorzy też skupiają się na negatywnych aspektach decyzji Ludowego Banku Chin o obniżce stopy RRR. Co w dłuższym horyzoncie może przełożyć się na wsparcie wzrostu gospodarczego (niższe stopy to większa akcja kredytowa), na razie ruch odczytywany jest jako zapobieganie negatywnym implikacjom wojen handlowych z USA oraz potęgowanie presji na osłabienie juana. To także sygnał, że rząd w Pekinie zezwala na wzrost USD/CNY powyżej 6,90 – jeszcze kilka miesięcy temu traktowano to jako próg bólu, któremu Chiny będą chciały zapobiec. Kontynuowana deprecjacja juana z jednej strony potwierdza, że Chiny zamierzają w ten sposób łagodzić skutki wojen handlowych; ale z drugiej – otwierają drogę do wzmacniania się presji na wyprzedaż innych walut gospodarek wschodzących.

Przy zwiększonej uwadze na rynek akcji przychodzi teraz obserwować sentyment na giełdach dla przewidywania kierunku dla FX. Europa we wtorek szuka punktu zaczepienia dla stabilizacji z pomocą giełdy w Szanghaju, gdzie udało się uniknąć drugiego dnia silnych spadków. To powinno utrzymać w konsolidacji takie pary jak EUR/USD, USD/JPY i AUD/USD, ale ryzyka dalej przeważają po stronie spadków. EUR/PLN zatrzymał się przed miękkim sufitem na 4,32, ale powrót pod 4,30 w obecnych warunkach wydaje się życzeniem nie do spełniania, a kolejna fala pogorszenia nastrojów z łatwością wywinduje kurs w rejon 4,34/35. Jednak nie dziś.

We wtorkowym kalendarzu trudno znaleźć coś interesującego, co tym bardziej skłania do obserwacji zachowania rynku akcji. Po południu mamy kilka wystąpień członków Fed, EBC i Banku Anglii, więc uwaga na interesujące nagłówki.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Sukces biznesowy można zmierzyć społecznym zaangażowaniem. Spółka Benefit System otrzymała jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień na świecie

0

Sukces biznesowy można zmierzyć społecznym zaangażowaniem. Spółka Benefit System otrzymała jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień na świecie 1

Społecznie zaangażowany biznes cieszy się większym zaufaniem klientów, partnerów i inwestorów. W dyskusji dotyczącej CSR pojawiają się głosy, że w przyszłości to właśnie biznes przejmie część odpowiedzialności za rozwiązanie najważniejszych, społecznych problemów. Firmom, dla których społeczne zaangażowanie i pozytywny wpływ na otoczenie już w tej chwili są podstawą działalności, przyznawany jest prestiżowy certyfikat B Corp. Do tego grona dołączył właśnie polski Benefit System.

– Certyfikaty B Corp to świadectwa wydawane firmom za całokształt ich działalności na rzecz środowiska i społeczeństwa. Przyznawane są w wyniku całościowej oceny obejmującej ład korporacyjny, warunki pracownicze, kontakty ze społeczeństwem, wpływ działalności na środowisko naturalne czy wreszcie tworzenie korzyści dla klientów. Certyfikat B Corp ma obecnie 2,6 tys. firm z 60 państw na całym świecie. Reprezentują one ponad 100 różnych branż, od konsumenckiej przez B2B, kancelarie prawne i banki po firmy usługowe. Mówimy o bardzo szerokim spektrum podmiotów, którym zależy na czynieniu dobra w ramach swojej działalności – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nathan Gilbert, dyrektorem wykonawczym B Lab Europe – organizacji pozarządowej będącej twórcą certyfikacji.

W trakcie certyfikacji B Lab prowadzi szczegółową analizę działania firmy i jej otoczenia. Mimo że każda firma, niezależnie od struktury czy branży, może ubiegać się o status B Corp, certyfikat przyznawany jest tym organizacjom, które spełniają rygorystyczne kryteria na wymaganym poziomie. Obecnie jedyną polską firmą z certyfikatem jest Benefit Systems – spółka działająca na rynku benefitów pozapłacowych, oferująca program sportowo-rekreacyjny MultiSport. Benefit Systems jest zarazem pierwszą spółką publiczną z tym wyróżnieniem w regionie CEE.

– Od dłuższego czasu szukaliśmy takiej certyfikacji, która potwierdzi nasz sposób działania w biznesie i będzie faktycznie odzwierciedlała wartości wpisane w nasze DNA. Zależało nam, żeby była to certyfikacja rzetelna, której otrzymanie jest prawdziwym potwierdzeniem wysokich standardów. Chcieliśmy czegoś, co jest uznane na świecie i do czego możemy mieć zaufanie. B Corp jest właśnie takim certyfikatem i tym bardziej cieszymy się, że jesteśmy obecnie jedyną polską spółką, która go ma – mówi Izabela Walczewska-Schneyder, członek zarządu Benefit Systems.

Sam proces certyfikacji firmy trwał ponad 2 lata. Analiza B Lab obejmowała nie tylko główną spółkę z grupy kapitałowej, lecz także zagraniczne spółki zależne z Czech, Słowacji i Bułgarii

– Certyfikacja jest rzeczywiście rzetelna, tutaj nie da się pójść na skróty. Trzeba odpowiedzieć na kilkadziesiąt pytań w pięciu obszarach i udokumentować szczegółowe zasady działania w każdym z nich. Następnie jest to weryfikowane przez B Lab. W przypadku firmy tak dużej jak nasza, która ma wiele spółek zależnych i działa na kilku rynkach, nie jest to łatwy proces. Tym większa satysfakcja, że udało nam się zakończyć go sukcesem – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

Benefit Systems to firma, która realizuje działania odpowiadające na problemy społeczne (np. aktywizacja dzieci i seniorów) i cały czas wzmacnia produkt, który sam w sobie jest społecznie odpowiedzialny.

– Tym, co pomogło nam w uzyskaniu certyfikatu B Corporation, jest przede wszystkim nasz produkt – karta MultiSport, która pomaga ludziom żyć aktywnie. Wierzymy, że przez to zmienia ich życie na lepsze. Druga kwestia to fakt, że jesteśmy pośrednikiem, więc dbamy o wszystkich uczestników rynku, nie tylko klientów i użytkowników, lecz także partnerów, którzy dostarczają usługi. To bardzo pomogło nam w uzyskaniu odpowiedniej liczby punktów, która jest wymagana, żeby uzyskać certyfikat – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

Najwyższy wynik spółka uzyskała w obszarze polityki i zatrudnienia. W trakcie procesu certyfikacji wprowadziła kilka zmian, m.in. wzmacniając funkcje nadzorcze i kontrolne w firmie. Firma podkreśla, że chce się stać ambasadorem takiego sposobu prowadzenia biznesu na polskim rynku i jest otwarta na współpracę z innymi podmiotami, które wyznają tę samą politykę.

– Dla firmy i wszystkich jej pracowników ten certyfikat jest potwierdzeniem, że to, co robimy, jest dobre dla otoczenia. To dla nas ważne. Cieszymy się, że dołączyliśmy do grona tak szacownych spółek na całym świecie, które myślą nie tylko o tym, żeby prowadzić zyskowny biznes, lecz także o tym, jaki mają wpływ na swoje otoczenie, na środowisko, na pracowników, partnerów czy klientów. Wierzymy, że każdy może trochę zmienić świat na lepsze – mówi Izabela Walczewska-Schneyder.

B Corporations to nie tylko tytuł, ale przede wszystkim globalny ruch, który identyfikuje firmy kierujące się tymi samymi wartościami, zachęca do tworzenia odpowiedzialnego biznesu i stwarza platformę współpracy między przedsiębiorstwami.

– Zyskując certyfikat B Corp, firmy pokazują, że są pionierami w doskonaleniu sposobów prowadzenia działalności gospodarczej. Cieszymy się bardzo na współpracę z Benefit Systems i liczymy, że w jego ślady pójdą kolejne firmy, którym zależy na kształtowaniu pozytywnych zmian – dodaje Nathan Gilbert, dyrektor wykonawczy B Lab Europe.

IPCC: Globalne ocieplenie można zahamować. Warunkiem koniecznym rezygnacja z węgla

IPCC: Globalne ocieplenie można zahamować. Warunkiem koniecznym rezygnacja z węgla 2

Do 2050 roku ludzkość musi całkowicie zrezygnować ze spalania węgla, a już obecnie potrzeba szybkich działań, które ograniczą tempo wzrostu średniej globalnej temperatury. Aby nie przekroczyć progu bezpieczeństwa, do 2030 roku globalna emisja dwutlenku węgla musi spaść o 45 proc. w porównaniu do poziomu z 2010 roku – wynika z prognoz blisko stu naukowców, którzy pracowali nad raportem Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC). W przeciwnym razie grożą nam klęski żywiołowe i katastrofa klimatyczna na niespotykaną skalę.

– Jesteśmy na ścieżce wzrostu średniej globalnej temperatury na poziomie znacznie powyżej 3°C do końca bieżącego wieku. To oznacza katastrofę dla nas wszystkich. Dotychczasowe starania nie przynoszą oczekiwanych efektów. Według najnowszego, specjalnego raportu IPCC musimy – i co najważniejsze jeszcze możemy – zatrzymać ten wzrost na poziomie 1,5°C do końca wieku. Jeżeli chcemy to osiągnąć, trzeba podjąć działania natychmiast, nie możemy ich odkładać na później – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Jędrzejewski, rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

IPCC potwierdził, że obecna, średnia globalna temperatura jest o 1°C wyższa od poziomu przedindustrialnego. Jeżeli emisja gazów cieplarnianych nie zostanie gwałtownie zredukowana, to dynamika wzrostu globalnej temperatury przekroczy 1,5°C już w 2040 roku, 2°C w 2065 roku i 4°C na koniec obecnego stulecia.

 Tempo wzrostu średniej globalnej temperatury w porównaniu do ery przedindustrialnej jest stanowczo za wysokie. Jeżeli zostanie utrzymane, oznacza to katastrofę dla całego świata – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

Wraz ze wzrostem średniej temperatury globalnej fale upałów, nawałnice, powodzie i gwałtowne burze będą coraz częstsze. Niebezpiecznie wzrośnie nie tylko częstotliwość ich występowania, lecz także siła rażenia oraz zniszczeń. Wzrost globalnej, średniej temperatury o ponad 3–4°C może spowodować, że do 2100 roku poziom mórz podniesie się nawet o 90 cm, co grozi zalaniem terenów zamieszkałych przez połowę populacji świata. Podczas gdy w latach 1981–2010 gwałtowne zjawiska pogodowe dotykały zaledwie 5 proc. ludności Europy, pod koniec tego wieku klęski żywiołowe mogą dosięgnąć już co najmniej 2/3 Europejczyków.

IPCC podkreśla, że przyszłe szkody będą w dużym stopniu zależały od tego, jak szybko zostanie zredukowana emisja dwutlenku węgla i ograniczone zostanie ocieplenie klimatu.

– Do wzrostu średniej, globalnej temperatury najbardziej przyczynia się spalanie paliw kopalnych – węgla i ropy naftowej, jak również wylesianie, rabunkowa i intensywna gospodarka ziemią. To wszystko powoduje, że temperatura rośnie – mówi Krzysztof Jędrzejewski.

IPCC wskazuje, że ograniczenie wzrostu globalnej temperatury do maksymalnie 1,5°C jest trudne, ale nadal możliwe. To oznacza m.in. konieczność jak najszybszego odejścia od węgla na rzecz odnawianych źródeł energii. Leży to w interesie wszystkich Europejczyków – spowolnienie tempa globalnego ocieplenia sprawi, że mniej osób będzie narażonych na fale upałów, pozwoli też na ograniczenie ryzyka suszy, niedostatków wody i braku żywności w Europie Środkowej i basenie Morza Śródziemnego. Zapobiegnie dramatycznym zmianom w środowisku naturalnym, handlu i przemyśle, a także rozprzestrzenianiu się nowych chorób zakaźnych i wektorowych na terenie całego kontynentu.

– Najprostszym sposobem zahamowania globalnego ocieplenia jest odejście od spalania paliw kopalnych, czyli od węgla, ropy naftowej i gazu oraz przejście na nowe technologie, związane w 100 proc. z odnawialnymi źródłami energii, zwiększaniem efektywności energetycznej, jak również z ekologicznym transportem czy zrównoważonym wykorzystywaniem gruntów – podkreśla rzecznik polityczny Koalicji Klimatycznej.

Raport Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu (IPCC) stanowi najbardziej wiarygodną ocenę skutków zmiany klimatu w przypadku, gdy wzrost średniej temperatury globalnej przekroczy bezpieczny próg ocieplenia, czyli 1,5°C w porównaniu z poziomem przedindustrialnym. Opracowanie ma ogromny wpływ na politykę klimatyczną prowadzoną zarówno na poziomie międzynarodowym, unijnym, jak i na poziomie poszczególnych państw. Nad najnowszym, specjalnym raportem pracowało 91 naukowców z 40 krajów.

Największe projekty infrastrukturalne w Polsce zagrożone. Konieczne ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców

Największe projekty infrastrukturalne w Polsce zagrożone. Konieczne ułatwienia w zatrudnianiu cudzoziemców 3

Na rynku budowlanym brakuje nawet 150 tys. wykwalifikowanych pracowników. Firmy posiłkują się pracownikami ze Wschodu, ale i ten zasób powoli się wyczerpuje. Sięgają więc po pracowników z coraz odleglejszych państw, walczą o nich coraz wyższymi pensjami i apelują do rządu o zmianę prawa. Chodzi o ułatwienia w pozyskiwaniu pracowników z innych krajów niż Polska czy uzyskiwaniu zezwolenia na pracę dla obcokrajowców bez testu rynku pracy. Bez tego może być trudno zrealizować część inwestycji infrastrukturalnych, w tym te najważniejsze, jak budowa autostrad, modernizacja linii kolejowych czy budowa Centralnego Portu Komunikacyjnego.

 Brak pracowników jest jednym z głównych problemów, z jakimi boryka się obecnie branża budowlana. Najwięksi wykonawcy obawiają się, że może to spowodować, że niektórych największych projektów infrastrukturalnych w ogóle nie uda się wykonać. Chodzi o budowę autostrad czy dróg szybkiego ruchu, o modernizację linii kolejowych czy potencjalnie projekty związane np. z budową Centralnego Portu Komunikacyjnego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jędrzej Puzyński, dyrektor programowy Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

W branży budowlanej obecnie brakuje prawie 150 tys. rąk do pracy. Portal Wielkiebudowanie.pl ocenia bezrobocie w branży na 2,8 proc. Na jednego przyszłego pracownika przypada prawie sto miejsc pracy. Sąfirmy, które z marszu gotowe są zatrudnić kilka tysięcy nowych pracowników. Brakuje kadr niemal we wszystkich obszarach. Choć wynagrodzenia plasują się na najwyższym poziomie od 1989 roku i stale rosną, rąk do pracy wciąż brakuje. To zaś przekłada się na sytuację finansową polskich firm z sektora budowlanego. Portal Wielkiebudowanie.pl podaje, że w 2017 roku 70 proc. budów cierpiało na brak podwykonawców lub miało duże kłopoty z ich pozyskaniem.

 Jeżeli wykonawcy nie są w stanie wykonać prac bez pozyskiwania w sposób nadzwyczajny nowych pracowników, to mogą rosnąć koszty inwestycji. To jest problem dla samych firm, ponieważ bez odpowiednich kadr mogą mieć problem z wykonaniem głównych projektów i kontynuowaniem prac. To koniec końców jest też problem dla społeczeństwa. Jeżeli nie uda się do 2023 roku wykonać projektów, które miały być współfinansowane z funduszy UE, to ryzykujemy, że te środki nam przepadną – przekonuje Jędrzej Puzyński.

Kadry budowlane do tej pory ratowali Ukraińcy i Białorusini. Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2017 roku wydano ok. 1,8 mln oświadczeń o zamiarze powierzenia pracy cudzoziemcom. Zdecydowana większość dotyczyła obywateli Ukrainy. W budownictwie, gdzie w ubiegłym roku pracowało ich 214 tys., a wzrost w ciągu roku sięgnął 34 proc., powoli jednak brakuje też Ukraińców, firmy sięgają więc po Hindusów i Nepalczyków, których w Polsce jest coraz więcej. W ciągu roku liczba obywateli Nepalu wzrosła aż sześciokrotnie.

 Jest problem podbierania sobie pracowników przez wykonawców i to nawet nie tylko w Polsce. Zdarza się, że firmy wykonawcze zza granicy wysyłają do Polski swoich ludzi, którzy mają zrekrutować odpowiednią liczbę pracowników do pracy w innym kraju. Z drugiej strony firmy wykonawcze również podejmują szereg działań lobbingowych, które mają uświadomić władzom skalę problemu i przekonać, że należałoby zmienić niektóre kwestie legislacyjne tak, by ułatwić pozyskiwanie pracowników z innych krajów – mówi ekspert ZDG TOR.

W 2030 roku pracodawcy będą mieli problemy z obsadzeniem już co piątego stanowiska pracy, a z 20 mln potrzebnych pracowników pracować będzie około 16 mln osób. Niedobory dotyczą nie tylko pracowników wysoko wykwalifikowanych, lecz także tych o kwalifikacjach podstawowych. Dlatego konieczne są ułatwienia w zatrudnianiu obcokrajowców, nie tylko tych ze Wschodu. Na przykład łatwiejsze sprowadzanie cudzoziemców o potrzebnych w Polsce kwalifikacjach czy uzyskanie w takich przypadkach zezwolenia na pracę dla obcokrajowca bez testu rynku pracy.

– Są też kwestie na poziomie lokalnym, np. osoba zatrudniona zza granicy dostawała zgodę na pracę w ramach jednego regionu i jeżeli wykonawca przenosił się z inwestycją do innego regionu kraju, to musiał ponownie uzyskiwać zgodę na zatrudnienie tego pracownika. Najpierw trzeba sprawdzić, czy są na rynku polskim specjaliści, którzy mogliby spełniać takie oczekiwania i dopiero, kiedy się okaże, że ich nie ma, to jest możliwość zatrudnienia pracownika zza granicy – tłumaczy Jędrzej Puzyński.

Zdaniem eksperta teraz jest odpowiedni moment, żeby zacząć działać. Obecnie zapotrzebowanie na pracowników jest największe, bo ogromna jest też skala inwestycji infrastrukturalnych zaplanowanych na lata 2018–2022.

 Na pewno rządzący dostrzegają ten problem. Nie jest tak, że branża budowlana czy wykonawcy mówią jedno, a potem napotykają ścianę. Wręcz przeciwnie, jest chęć władz wsłuchania się w ich głos i wiem, że już są działania prowadzone, żeby przynajmniej część z tych postulatów firm wykonawczych została spełniona – mówi Jędrzej Puzyński.

Dane satelitarne zrewolucjonizują rolnictwo. Uniemożliwią też wyłudzanie unijnych dopłat przez rolników

Dane satelitarne zrewolucjonizują rolnictwo. Uniemożliwią też wyłudzanie unijnych dopłat przez rolników 4

Obrazowanie satelitarne, dzięki szczegółowym zdjęciom i danym z Kosmosu, pozwala na bieżąco kontrolować uprawy na poszczególnych obszarach. Dzięki temu ARiMR, która dotychczas nie dysponowała odpowiednimi narzędziami kontroli, może przeciwdziałać wyłudzeniom unijnych dopłat do działek, które nie istnieją albo nie są uprawiane. Dane z satelitów, które krążą nad Ziemią w ramach programu Copernicus, mogą też wspierać nawożenie i nawadnianie upraw. Obrazowanie satelitarne ma też całe spektrum zastosowań poza rolnictwem – od administracji i geologii po prywatny biznes.

– Technologie kosmiczne mogą zapewnić bieżące dane dotyczące użytkowania poszczególnych fragmentów gruntu, pozwalają ustalić, co jest uprawiane na danym kawałku pola. Co więcej, można myśleć o automatyzacji tego procesu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Krzyżanowski, prezes zarządu CloudFerro.

Do sądów rejonowych systematycznie trafiają akty oskarżenia w sprawach dotyczących wyłudzenia dopłat do działek, które albo nie istnieją, albo nie są uprawiane. W marcu br. funkcjonariusze CBA w Rzeszowie zatrzymali siedem osób zajmujących się wyłudzeniami unijnych dopłat bezpośrednich tzw. dopłat do ziemi, dopłat rolnośrodowiskowych oraz dopłat obszarowych dla terenów rolnych. Podobny przypadek miał miejsce w czerwcu, kiedy funkcjonariusze CBŚP zatrzymali dziesięć osób podejrzanych o wyłudzenie 21 mln zł dotacji.

Dokładna skala tego procederu jest trudna do oszacowania, ale budżet UE i Skarb Państwa mogą tracić na nim miliony złotych rocznie, bo dopłata do jednego hektara wynosi 390 euro. W zależności od skali działalności wysokość dopłat dla rolników może się wahać od kilku do kilkuset tysięcy złotych.

Wiele oszustw pozostaje niewykrytych, ponieważ ARMiR nie dysponuje odpowiednimi środkami kontroli. Agencja może kontrolować uprawy wyłącznie na miejscu, gdzie dana działka jest uprawiana. Teraz ARMiR ma jednak zyskać nowe narzędzie kontroli: obrazowanie satelitarne w czasie rzeczywistym, które pozwoli na kontrolowanie upraw dzięki szczegółowym zdjęciom z Kosmosu.

– Dzięki danym zapewnianym przez satelity UE i system Copernicus można obejrzeć wszystkie pola, sprawdzić, co jest na nich zasiane. Ma to sens nie tylko w kontekście wspólnej polityki rolnej. To rozwiązanie pozwala również przewidzieć wielkość zbiorów danego zboża lub innej rośliny, co może być ciekawe dla Głównego Urzędu Statystycznego. Słyszałem też o przypadkach, kiedy firmy energetyczne szukały danych na temat upraw rzepaku służącego jako biokomponent – mówi Maciej Krzyżanowski.

W ramach projektu Creodias (część międzynarodowego programu Copernicus), który jest efektem współpracy UE i Europejskiej Agencji Kosmicznej, po orbicie krążą nowoczesne satelity z rodziny Sentinel, które w czasie rzeczywistym przekazują obraz z Ziemi. Wysokiej jakości zdjęcia satelitarne i dane trafiają do repozytorium już w kilka godzin po przelocie satelity nad danym obszarem i mogą być wykorzystywane do kontrolowania nielegalnych upraw na masową skalę.

Co więcej, archiwalne zdjęcia nie są kasowane i zapewniają dostęp do danych nawet sprzed kilku lat. To oznacza, że nawet ci rolnicy, którzy kilka lat wstecz nielegalnie wyłudzili unijne dopłaty, mogą zostać pociągnięci do odpowiedzialności.

W programie kosmicznym Creodias uczestniczy m.in. polska firma CloudFerro, która przetwarza blisko 9 petabajtów (PB) danych z satelitów, wykorzystując w tym celu technologie chmurowe. Jej prezes Maciej Krzyżanowski podkreśla, że dane satelitarne – poza kontrolowaniem upraw – mają też całe spektrum innych zastosować w rolnictwie.

– Już w tej chwili są używane do sprawdzania wilgotności gruntu. Są obszary, gdzie podlewanie jest uruchamiane automatycznie właśnie dzięki informacjom z satelitów. Wymaga to kombinacji szeregu danych z satelitów radarowych,  optycznych, ale w ten sposób można się dowiedzieć, czy uprawom grozi susza – wyjaśnia Maciej Krzyżanowski. – Widać również, jak się zmienia poziom wody na rzekach, można zaobserwować po zabarwieniu, jak rozwijają się poszczególne uprawy i czy wymagają nawożenia. Możliwości jest bardzo wiele. Takie rozwiązania stosują na razie głównie państwa, które mają problem z wodą, np. kraje arabskie, południowe stany USA, natomiast będzie to coraz bardziej powszechne.

Copernicus jest koordynowany i zarządzany przez Komisję Europejską we współpracy z państwami członkowskimi UE i Europejską Agencją Kosmiczną. W ramach programu krążąca nad Ziemią konstelacja satelitów Sentinel w czasie rzeczywistym przekazuje dane dotyczące m.in. atmosfery, zmian klimatycznych, stanu lądów i oceanów, które służą np. do monitorowania bezpieczeństwa czy zarządzania zasobami naturalnymi.

Każdego dnia satelity dostarczają miliony gigabajtów danych, zdjęcia optyczne w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe, które trafiają do ogólnodostępnego repozytorium. Możliwości ich wykorzystania są nieograniczone. Takie informacje mogę być wykorzystywane zarówno w rolnictwie, administracji (w zarządzaniu kryzysowym czy planowaniu inwestycji), geologii, nawigacji albo monitorowaniu zmian klimatu, jak i komercyjnie – przez firmy, które będą na ich bazie tworzyć nowe rozwiązania i usługi.

Koszty studiów za granicą wielokrotnie wyższe niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii czesne sięga nawet 45 tys. zł rocznie

Koszty studiów za granicą wielokrotnie wyższe niż w Polsce. W Wielkiej Brytanii czesne sięga nawet 45 tys. zł rocznie 5

Studia za granicą dają szansę wyższych zarobków, zatrudnienia w międzynarodowych korporacjach, są też okazją do nawiązania cennych kontaktów, które mogą procentować w przyszłości. Polscy studenci najczęściej wybierają uczelnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech, również popularne są uczelnie w USA. Koszty nauki i utrzymania za granicą są jednak wielokrotnie wyższe niż w Polsce, przez co jest to opcja raczej dla osób zamożnych – wynika z najnowszego raportu „Koszty studiowania w Polsce i za granicą” opracowanego na zlecenie Aegonu. 

– Koszty studiowania w Polsce są dziś bardzo zróżnicowane – w zależności od miasta oraz uczelni, na którą student się zdecyduje. Rocznie czesne może wynieść od 4 tys. do nawet ponad 20 tys. zł, natomiast koszty życia zależą nie tylko do miasta, lecz także od trybu życia studenta. Mogą one wynieść od około 1 tys. zł w przypadku osoby oszczędnej, która mieszka w akademiku i porusza się wyłącznie komunikacją miejską, do około 5 tys. zł, jeżeli student wynajmuje całe mieszkanie z telewizją i internetem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Anna Czajka-Kalinowska, specjalista ds. marketingu Aegon.

Raport „Koszty studiowania w Polsce i za granicą” opracowany na zlecenie Aegon podsumowuje informacje o najlepszych możliwościach edukacyjnych w wybranych krajach i związanych z nimi wydatkach. Studenci, którzy chcą się kształcić na najlepszych prywatnych uczelniach, muszą się liczyć ze sporymi wydatkami. Rok studiów informatycznych to koszt sięgający nawet kilkunastu tysięcy złotych rocznie. Równie wysokie bywają opłaty za czesne na studiach psychologicznych. Natomiast studia dzienne na uczelniach publicznych są bezpłatne, ale student musi się liczyć z kosztami utrzymania, których wysokość zależy od miasta i trybu życia.

Alternatywą dla studiów w Polsce mogą być zagraniczne uczelnie. Kształcenie za granicą ma tę zaletę, że stwarza możliwość poznania innych kultur i języków obcych.

– Jeśli chodzi o czesne i koszty studiowania, Polska na tle świata mieści się w normie w porównaniu chociażby do Niemiec. Natomiast koszty utrzymania są zdecydowanie niższe niż gdzie indziej. Trudno ocenić, czy studiowanie za granicą się opłaca, ponieważ to zależy, co dla kogo oznacza to pojęcie. Jeśli patrzymy wyłącznie pod kątem finansowym, to można uznać, że nie, ponieważ jest to naprawdę ogromny wydatek. Natomiast studia za granicą dają możliwość poznania nowych kultur, krajów, nowych osób, nawiązania kontaktów, które być może w przyszłości okażą się dla nas cenne – potwierdza Anna Czajka-Kalinowska.

Plusem studiów za granicą jest również fakt, że taki dyplom ułatwia później znalezienie pracy w międzynarodowych firmach, co może mieć przełożenie na wyższe zarobki.

– Z pewnością ukończenie studiów zagranicznych pomaga w znalezieniu pracy w kraju. Po pierwsze, wygląda to prestiżowo. Po drugie, w Polsce działa coraz więcej firm zagranicznych, które mają centrale w innych krajach. Wiąże się to często z wyjazdami, współpracą międzynarodową, więc znajomość innych kultur, krajów i języków stanowi dobry punkt w CV. Możemy założyć, że osoby, które znają języki obce, mają doświadczenie w kontaktach z obcokrajowcami, mają też większe szanse na zdobycie pracy w międzynarodowych korporacjach na wyższych stanowiskach – mówi ekspertka Aegon.

Jak wynika z raportu, koszty studiowania w krajach najchętniej wybieranych przez młodych Polaków (w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Hiszpanii i Stanach Zjednoczonych) są zdecydowanie wyższe niż w Polsce i mogą wynieść kilkadziesiąt, a – w przypadku USA – nawet kilkaset tysięcy złotych rocznie. Bardzo wysokie są również koszty utrzymania.

Przykładowo studenci, którzy chcą się kształcić w Niemczech, muszą się liczyć ze stosunkowo niskim czesnym rzędu 1–2 tys. zł, natomiast koszty życia sięgają średnio 10 tys. zł miesięcznie. Natomiast w Wielkiej Brytanii średnie czesne wynosi ok. 45 tys. zł rocznie, a na utrzymanie student musi przeznaczyć dodatkowe kilkanaście tysięcy złotych na miesiąc.

 Polacy, wybierając studia za granicą, zazwyczaj kierują się właśnie do Niemiec, Francji, Hiszpanii lub Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie ma to związek z wprowadzonym w 1999 roku w Unii systemem bolońskim, który ujednolicił system studiowania w krajach UE. Dość popularne są też Stany Zjednoczone, prawdopodobnie ze względu na możliwości rozwoju, być może część osób planuje też spróbować zostać tam na stałe – mówi Anna Czajka-Kalinowska.

Zagraniczne studia najczęściej są finansowane z oszczędności rodziców, więc jest to opcja raczej dla osób zamożnych. Część studentów podejmuje pracę, żeby sfinansować koszty czesnego i utrzymania, ale wymaga to wyrzeczeń i określonej kwoty kapitału na start.

– Istnieje również coś takiego jak polisy posagowe. Jest to ubezpieczenie na życie połączone z oszczędzaniem na przyszłość. Polega to na tym, że rodzic – w zasadzie od pierwszych miesięcy życia dziecka – systematycznie odkłada określoną sumę miesięcznie i potem może przeznaczyć to na jego studia, ewentualnie na zakup potrzebnego dziecku sprzętu. Myślę, że to jest przydatne rozwiązanie – mówi Anna Czajka-Kalinowska.

Inteligentne zegarki zastąpią smartfony. Wyposażone w sztuczną inteligencję pozwolą obsłużyć za pomocą komend głosowych urządzenia domowe

Inteligentne zegarki zastąpią smartfony. Wyposażone w sztuczną inteligencję pozwolą obsłużyć za pomocą komend głosowych urządzenia domowe 6

Smartwatche są wyposażone w coraz więcej funkcji dotychczas dostępnych tylko w smartfonach. Jak przewidują specjaliści, w przyszłości z powodzeniem będą mogły je całkowicie zastąpić. Oprócz żyroskopu czy pulsometru w zegarkach coraz częściej dostępne są elementy sztucznej inteligencji, takie jak na przykład asystent głosowy, dzięki któremu z poziomu zegarka można sterować systemem smart home czy zamówić coś w sklepie internetowym, a także napisać wiadomość tekstową.

– Coraz częściej to zegarek będzie podstawowym urządzeniem użytkownika. Nie będzie on dodatkiem do telefonu, ale w pewnych okolicznościach podstawowym urządzeniem. Nasza spółka specjalizuje się w technologii sztucznej inteligencji aktywowanej głosem. Zegarki powinny być obsługiwane komendami głosowymi, co ważniejsze w inteligentnych domach przyszłości wszystkie urządzenia inteligentne, w tym internet rzeczy, powinny być obsługiwane za pomocą komend głosowych wydawanych za pośrednictwem zegarka – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Jason Dunn z Mobvoi, twórcy zegarka Tic Watch.

Integracja inteligentnych zegarków z systemem inteligentnego domu trwa. Urządzenie Xiaomi Amazfit Verge jest zintegrowane z Mija Smart Home, czyli zestawem urządzeń do zamontowania w inteligentnym domu. Składa się z czujnika temperatury i wilgoci, czujnika do okien i drzwi, czujnika ruchu, a także przełącznika do zaadaptowania na dowolne potrzeby. Wszystkimi urządzeniami można zarządzać z poziomu zegarka dzięki aplikacji MiHome.

Zdaniem specjalistów ten trend będzie dominującym zarówno w rozwoju smartwatchy, jak i systemów smart home.

– Środowisko inteligentnego domu odegra prawdopodobnie najważniejszą rolę w kontekście przyszłej pozycji inteligentnych zegarków, ponieważ nikt nie będzie chciał mieć cały czas przy sobie telefonu, kiedy będzie się poruszać po własnym domu. Potrzeba uwolnienia się od telefonu jest coraz większa – przekonuje Jason Dunn.

Kolejnym krokiem w rozwoju smartwatchy ma być integracja z technologiami sztucznej inteligencji i asystentami głosowymi. Na rynku jest już dostępny pierwszy na świecie smartwatch z asystentem Alexa od Amazona. CoWatch odpowiada na pytania o pogodę, pozwala poznać najnowsze wyniki sportowe, zamówić taksówkę, a także wyregulować grzejniki w domu czy sporządzić listę zakupów.

– W wielu przypadkach nie potrzebujemy większych wyświetlaczy, takich jak np. w telefonie, a ponadto często używamy telefonu tylko po to, aby oglądać nagrania wideo lub przeglądać internet, czego nie musimy przecież robić cały czas. Ograniczenie czasu spędzanego z telefonem jest zresztą korzystne dla zdrowia. Zegarki mogą stanowić przedłużenie technologii sztucznej inteligencji aktywowanej głosem, gdzie oprócz tego mamy również inteligentne słuchawki oraz głośniki domowe – tłumaczy przedstawiciel Mobvoi.

Tic Watch jest wyposażony w szereg funkcji dotychczas dostępnych tylko w smartfonach, takich jak nadajnik GPS, aplikacje wspomagające aktywność fizyczną, które wyświetlają takie informacje, jak tętno, kroki czy spalone kalorie, a także możliwość odbierania połączeń telefonicznych ruchem nadgarstka. Dzięki asystentowi głosowemu Ok-Tico można odpowiadać na wiadomości tekstowe czy obsługiwać kalendarz. Jednak im więcej funkcji dostępnych jest w inteligentnym zegarku, tym większe jest jego zapotrzebowanie na energię.

– Problem żywotności baterii zawsze będzie miał znaczenie, dlatego opracowaliśmy dwuwarstwowy wyświetlacz, który został stworzony w odpowiedzi na tę kwestię. Technologia zastosowana w zegarku Tic Watch opiera się na oprogramowaniu Wear OS, które jest nastawione na optymalizację wygody użytkowania. Przyszłość inteligentnych zegarków rysuje się w jasnych barwach, biorąc pod uwagę rozwój platformy Wear OS i to, że firmy Google oraz Qualcomm inwestują pokaźne środki w poprawę jakości urządzeń  twierdzi ekspert.

Analitycy z CCS Insight przewidują, że rynek urządzeń wearables do końca 2019 roku ma osiągnąć wartość 25 mld dol. Smartwatche mają stanowić 60 proc. tego rynku.

 

Wirtualna rzeczywistość wkracza do branży architektonicznej. Deweloperzy i projektanci wnętrz wykorzystują gogle VR w procesie sprzedaży i projektowania

Wirtualna rzeczywistość wkracza do branży architektonicznej. Deweloperzy i projektanci wnętrz wykorzystują gogle VR w procesie sprzedaży i projektowania 7

Wizualizacje architektoniczne coraz częściej ustępują miejsca prezentacjom zrealizowanym za pośrednictwem wirtualnej rzeczywistości. Takie cyfrowe podróże pozwalają się przejść po inwestycji i obejrzeć ją z dowolnej perspektywy. Wirtualna rzeczywistość sprawdza się zarówno podczas prac nad projektami, które nie weszły jeszcze w proces realizacji, jak i np. do sprzedaży lub przeprojektowywania już istniejących domów oraz mieszkań.  

– Narzędzia B2B tworzy się już z wykorzystaniem najnowszych technologii, takich jak w grach komputerowych. Skupiamy się na tworzeniu narzędzi sprzedażowych i marketingowych w wirtualnej rzeczywistości dla deweloperów nieruchomości. Rynek nieruchomości nie jest za bardzo na bieżąco jeżeli chodzi o nowoczesne technologie. Polscy deweloperzy zaczynają dopiero odkrywać strony internetowe – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Pieczątka, współzałożyciel Odyssey Crew.

Biura architektoniczne wciąż polegają na przestarzałych metodach prezentowania inwestycji, ograniczając się niemal wyłącznie do opracowywania planów, statycznych wizualizacji czy prostych makiet. Żadne z tych rozwiązań nie pozwala w pełni zaprezentować danego projektu. Nawet fotorealistyczne wizualizacje prezentują budynki i wnętrza tylko z kilku, ściśle określonych perspektyw. Renderowanie nawet najprostszego ujęcia wymaga wielu godzin pracy. Biura architektoniczne nie mogą pozwolić sobie na wykonywanie dużej liczby wizualizacji, które pokazałyby inwestycję z każdej możliwej perspektywy.

Wraz z przechodzeniem z oprogramowania CAD-owskiego na takie pracujące w oparciu o rozwiązania BIM (modelowanie informacji o budynku), przenoszenie projektów do wersji 3D stało się o wiele prostsze.

– Często deweloperzy prezentują po prostu płaskie plany architektoniczne w plikach .pdf, nie wszyscy klienci mają aż tak rozbudowaną wyobraźnię przestrzenną, żeby sobie wszystko tak ładnie wyobrazić. My to umożliwiamy, stworzyliśmy już około 30 tego typu makiet. One są wykorzystywane w salonach sprzedaży przez wielu deweloperów na terenie Polski. Zmniejszamy tarcie procesu sprzedażowego, ponieważ sprzedawca musi się mniej naprodukować, żeby przedstawić pewną określoną wizję, jaką musi przedstawić potencjalnym klientom – tłumaczy Łukasz Pieczątka.

Firma Autodesk wdrożyła w programie do projektowania Revit funkcję wirtualnego spaceru, który można uruchomić jednym kliknięciem myszki. Użytkownicy mogą wyświetlić ten trójwymiarowy model również za pośrednictwem gogli VR. Dzięki temu architekci mogą na bieżąco wprowadzać zmiany do projektu i od razu prezentować je klientowi, bez konieczności przeprowadzania żmudnego procesu renderowania.

Gogle VR i wirtualne spacery sprawdzają się nie tylko w rękach deweloperów. Sięgają po nie również architekci wnętrz, aby zaprezentować, jak będzie wyglądać w pełni umeblowane i udekorowane pomieszczenie. Potencjał tej technologii dostrzegła IKEA, która stworzyła aplikację mobilną Place. Oprogramowanie przechwytuje obraz z aparatu w smartfonie, analizuje wymiary pomieszczenia i pozwala umieścić wirtualne meble we wnętrzu przed dokonaniem decyzji o ich zakupie.

Technologia VR cieszy się rosnącym zainteresowaniem także wśród pośredników wynajmu. Firma Matterport wykorzystuje kamery sferyczne do wykonywania precyzyjnych, fotorealistycznych wirtualnych spacerów, które pozwalają zwiedzić mieszkanie do wynajmu za pośrednictwem komputera bądź gogli VR. Z kolei holenderska platforma VR-Reizen została zaprojektowana z myślą o podróżnikach, którzy chcą przed wynajęciem pokoju zobaczyć, jak dany hotel prezentuje się w pełnej krasie. Za pośrednictwem wirtualnego spaceru mogą zwiedzić obiekt przed złożeniem rezerwacji.

– Wierzymy w to, że te narzędzia umożliwiają przyspieszenie i zwiększenie sprzedaży mieszkań na etapie dziury w ziemi. Jeżeli mamy do wyboru dwa potencjalnie takie same mieszkania w dwóch podobnych nieruchomościach i w jednym przypadku mamy zaprezentowane plany, makietę i tradycyjne rendery, a w drugim dodatkowo możemy pokazać mieszkanie na stole dotykowym w 3D, w VR lub pod postacią makiet interaktywnych na stronie internetowej, to pozycjonuje takiego dewelopera trochę lepiej względem konkurencji. Te narzędzia są pełniejsze, mogą skłonić klienta do tego, żeby kupił mieszkanie u nich, ponieważ pokazują pełniejszy obraz. Klient ma wrażenie, że kupuje coś, a nie plan – podsumowuje ekspert.

Według analityków Goldman Sachs wartość branży VR w 2025 roku osiągnie  80 mld dol., z czego 2,6 mld dol. będzie pochodzić z inwestycji powiązanych z branżą nieruchomości.

Potrzebny kredyt samochodowy? Kalkulator ułatwi obliczenie kosztów

Przychodzi taki czas, kiedy trzeba się rozstać ze swoim wysłużonym autem i pomyśleć o zakupie nowego, gdyż inwestowanie w stary wóz przestaje się opłacać. Kiedy w takim momencie brakuje oszczędności, trzeba rozejrzeć się za inną formą finansowania pojazdu. Z pomocą przychodzi kredyt samochodowy. Kalkulator kredytowy pomoże wtedy w skonfigurowaniu wyposażenia auta i doborze warunków finansowania.

Kredyt samochodowy – kalkulator ułatwia obliczenia

Planując zakup samochodu na kredyt warto rozważyć wszystkie dostępne dziś na rynku narzędzia. Być może nie ma po co kupować auta za gotówkę lub obciążać się spłacaniem pełnej wartości auta, tylko warto skorzystać z nowoczesnych instrumentów finansowych, które oferują niskie raty. Obliczane są one w oparciu o tę kwotę, o jaką zmaleje wartość użytkowanego samochodu w czasie trwania umowy. Dzięki temu miesięczne raty ulegną znacznemu zmniejszeniu w stosunku do klasycznej formy finansowania auta. Kredyt EasyDrive to właśnie taki nowoczesny kredyt samochodowy. Kalkulator rat udostępniony przez Volkswagen Financial Services, który oferuje narzędzia do sfinansowania wszystkich modeli marki Volkswagen, ułatwi w dodatku obliczenie miesięcznych należności i podjęcie decyzji o podpisaniu umowy.

Kredyt samochodowy – raty za nowego Golfa

Pojęcie niskie raty kredytu najłatwiej będzie zrozumieć, gdy spojrzy się na przykłady. Za podstawę obliczeń niech posłuży Volkswagen Golf z silnikiem diesla 1,6 l TDI-CR i 5-biegową skrzynią w wersji wyposażenia Comfortline. Kosztuje on 90490 zł. Tymczasem w Kredycie EasyDrive auto to można nabyć już za 806 zł miesięcznie. Wystarczy wziąć nowy samochód na kredyt, który uwzględni poniższe warunki:

  • Okres trwania umowy: 48 miesięcy.
  • Wkład własny: 30 proc. wartości auta.
  • Roczny limit przebiegu: 20 tys. km.

Nowy samochód – kalkulator

Kredyt EasyDrive charakteryzuje się niskimi ratami, a dodatkowo jest także bardzo elastyczny. Dlatego np. jeśli dla kogoś barierą w kupnie Volkswagena Golfa mógłby być zbyt wysoki wkład własny, nie ma kłopotów z jego ograniczeniem, nawet do poziomu 0 proc. Wtedy, przy pozostawieniu wszystkich pozostałych kryteriów bez zmian, miesięczna rata kredytu wyniesie 1467 zł.

Kredyt samochodowy – kalkulator wyliczy raty na auto z pełnym wyposażeniem

Do tego auta można dobrać także szereg dodatkowych funkcjonalności, które sprawią, że jazda będzie przyjemniejsza, bardziej komfortowa i/lub bezpieczna, a auto niepowtarzalne. Na przykład przyciemniane szyby (tylna i boczne z tyłu). Kosztują one 650 zł. Ich dołożenie do auta sprawi, że będzie ono kosztować 91140 . A ile w takim razie wyniesie rata, jeśli warunki umowy zostaną takie, jak w pierwszym wyliczeniu? Dokładnie 812 . Jak więc łatwo obliczyć, dokupienie przyciemnionych szyb do nowego samochodu na kredyt to koszt zaledwie 6 zł miesięcznie.

Jak widać, miesięczne raty podane w wyliczeniach nie należą do wysokich. Kalkulator rat kredytu ułatwia zaś dokonanie wyliczeń i wybranie optymalnych rozwiązań. Dlatego każdy, kto zastanawia się nad kredytem na samochód, powinien rozważyć ofertę Volkswagen Financial Services. To naprawdę nowoczesny i elastyczny kredyt.

Oblicza bezrobocia w Polsce

Polski rynek pracy i bezrobocie różnią się od sytuacji w wielu krajach. Wiele osób nie jest zainteresowanych pracą. Stopa aktywności zawodowej należy do najniższych. Polityka gospodarcza tego nie zmienia.

Jedyne grupy wiekowe, gdzie bezrobocie wśród kobiet jest niższe niż wśród mężczyzn, to 25-29 lat i powyżej 55 lat. To także specyfika polskiego rynku pracy, podobnie jak najniższy wiek emerytalny wśród krajów UE.

– Polskie bezrobocie jest wśród najniższych w Europie, ale nie wszystkie wskaźniki pokazują, że rynek pracy jest w wyśmienitej formie – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Mamy też bardzo niski stopień aktywności zawodowej, czyli wiele osób nie jest zainteresowanych poszukiwaniem pracy.

Ta specyfika rynku powoduje, że polskie firmy nie są skłonne, aby inwestować, bo obawiają się, że nie znajdą pracowników. To prowadzi do ograniczenia wzrostu gospodarczego.

Ceny mieszkań spadną. Sprzedaż będzie spadać, a deweloperzy bronić marż

Kiedy zaczną spadać ceny mieszkań? Spór o to nie dotyczy tego czy tak się stanie, pozostaje pytanie: kiedy to się stanie.

– Nie ma wątpliwości, że rynek mieszkaniowy podlega cyklowi koniunkturalnemu, a w tej chwili jest rozgrzany – mówi w rozmowie z MarketNews24 Jacek Zengteler, członek zarządu Yareal Polska sp. z o.o., dyrektor Działu Projektów Mieszkaniowych. – Ale czy jesteśmy na szczycie cyklu czy ciągle poniżej, to trudno określić. Na pewno rynek nie jest przegrzany.

Koszty, a więc i ceny mieszkań mógłby obniżyć zwiększony dostęp do gruntów pod zabudowę. Na ten koszt mają też wpływ procedury administracyjne. Jak więc ocenić ryzyko?

– Fundamenty popytu są bardzo solidne, dlatego rynek nie jest przegrzany – dodaje Jacek Zengteler.

Trudne odcinanie pępowiny. 2,5 mln dorosłych Polaków mieszka za swoimi rodzicami

Ponad 2,5 mln dorosłych Polaków mieszka ze swoimi rodzicami. Jednak w 2017 r. usamodzielniło się rekordowo wiele osób. Wzrost wynagrodzeń ma tu istotne znaczenie, podobnie jak bardzo niskie bezrobocie.

W 2017 r. 330 tys. Polaków w wieku od 25 do 34 lat zdecydowało się na opuszczenie domu rodzinnego. To o 30 tys. więcej niż rok wcześniej.

– Niestety w Polsce nadal mamy do czynienia z takim problemem, że ponad 2,5 mln osób w tym wieku mieszka ze swoimi rodzicami – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bartosz Turek, analityk Open Finance. – Jednak 2017 r. należy uznać za relatywnie dobry, to efekt działania programu mieszkaniowego MdM, ale też wzrostu wynagrodzeń przy spadku bezrobocia.

Cashback na polskim rynku e-commerce

Cashback to wciąż nowość na polskim rynku zakupów internetowych. Jest on niczym innym jak zwrotem części gotówki za zakupy dokonane za pośrednictwem portalu łączącego przeważnie cashback z kodami rabatowymi.

– W Polsce wiara w taki cashback jest jeszcze mała, bo w zasadzie kto normalny rozdawałby pieniądze za zakupy ot tak sobie – mówi w rozmowie z MarketNews24 Daniel Werner, brand manager w Zrabatowani.pl, Grupa SARE. – W Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych rynek ten jest wart obecnie kilka miliardów złotych. Obawy na rynku cashbacka wynikają głównie z nieświadomości, jak odbywa się cały proces zwrotu pieniędzy.

Cały proces rozliczenia cashbacka odbywa się po stronie portalu, użytkownik musi tylko chwilę poczekać na zaakceptowanie transakcji, wiąże się to z możliwością zwrócenia zakupionego towaru zgodnie z ustawowymi 14 dniami odstąpienia od umowy zawartej na odległość.

Więcej danych musimy natomiast podać w momencie wypłaty tego cashbacka na swoje konto bankowe. Są też portale, jak zaangażowani.pl, oferujące możliwość przelania cashbacka na wybraną przez siebie fundację, co daje nam w sumie możliwość niesienia pomocy robiąc te same zakupy w internecie co zawsze, nie wydając ani złotówki więcej.

– W większości portali nie ma ukrytych haczyków czy gwiazdek, wystarczy rejestracja, głównie adres email, zaś samego zakupu czy też płatności za zakupy dokonuje się w wybranym przez siebie sklepie – wyjaśnia D.Werner.

Sfinks podpisał nowy aneks do umowy kredytowej w BOŚ

Sfinks Polska, zarządzająca sieciami Sphinx, Piwiarnia Warki, Chłopskie Jadło, Fabryka Pizzy oraz WOOK, podpisała nowy aneks do umowy z BOŚ wydłużający termin uregulowania kredytu inwestycyjnego do 31 sierpnia 2028 roku. W rezultacie spółka będzie spłacać niższe raty i więcej wypracowywanych środków będzie mogła przeznaczyć na rozwój zaplanowany w strategii. Jednocześnie na bazie aneksu uzgodniono, że Sfinks do końca roku ma podwyższyć kapitał zakładowy o kwotę nie niższą niż 5,5 mln zł.

– Zmiana warunków umowy kredytowej oznacza istotną poprawę płynności spółki i pozwala nam planować w dłuższej perspektywie rozwój Sfinksa. Dzięki nowym zapisom tylko w ciągu najbliższego roku około 10 mln zł z wypracowanych przez nas środków zamiast na pokrycie rat będziemy mogli przeznaczyć na realizację strategii spółki i budowanie skali działania. Wielokrotnie wspominaliśmy, że chcemy wykorzystać zmieniające się obecnie warunki rynkowe, by zająć mocną pozycję w branży gastronomicznej. Rozwijamy z tą myślą  nasze sieci, które tworzą komplementarne portfolio marek w różnych segmentach rynku, nie wykluczamy także kolejnych przejęć. Jednocześnie finalizujemy wdrażanie strategicznych projektów, które mają pomagać nam w zarządzaniu biznesem. Uzgodniony z BOŚ korzystniejszy harmonogram spłat kredytu oraz zwiększenie kapitałów pozwolą nam sfinansować te plany w zapowiadanej skali – przypomina Sylwester Cacek, prezes zarządu Sfinks Polska.

Na mocy nowego aneksu Sfinks będzie mieć czas na spłatę kredytu inwestycyjnego do końca sierpnia 2028 roku, co oznacza wydłużenie harmonogramu do 10 lat. Początkowo, od 30 września 2018  r. do 31 marca 2019 r. spółka będzie regulować miesięczne raty kapitałowo-odsetkowe obniżone do 400 tys. zł, następnie do końca 2021 r. spłacane będą raty odsetkowo-kapitałowe w wysokości 795 tys. zł miesięcznie, a od 31 stycznia 2022 r. do 31 do sierpnia 2028 r. równe raty kapitałowe. Jednocześnie strony uzgodniły, że do końca 2018 roku Sfinks ma podwyższyć kapitał zakładowy o co najmniej 5,5 mln zł. Zgodnie z upoważnieniem Walnego Zgromadzenia Akcjonariuszy może się to odbyć w drodze emisji z wyłączeniem prawa poboru, ale z zastrzeżeniem prawa pierwszeństwa do objęcia nowych akcji dla akcjonariuszy, których udział w kapitale wynosi co najmniej 1%. Podpisany aneks to realizacja pozytywnej decyzji kredytowej BOŚ z końca września br.

TAURON zbuduje szerokopasmową sieć dostępu do internetu

TAURON zbuduje szerokopasmową sieć dostępu do internetu w siedmiu regionach południowej Polski w ramach Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa (POPC).

Spółka przedstawiła szczegóły swojego zaangażowania w program rozwoju dostępu do szerokopasmowego internetu podczas konferencji dotyczącej POPC zorganizowanej w poniedziałek w Katowicach.

W trakcie wydarzenia TAURON podjął również wyzwanie Ministra Cyfryzacji Marka Zagórskiego, angażując się w Europejski Tydzień Kodowania. CodeWeek to społeczna inicjatywa, w ramach której europejskie państwa „ścigają się” w liczbie zorganizowanych wydarzeń związanych z programowaniem. Akcja organizowana jest na terenie całej Europy i dedykowana wszystkim, którzy chcą rozpocząć lub kontynuować przygodę z programowaniem.

Dodatkowo Grupa zakupi roboty do kodowania dla szkół podstawowych w Tarnowskich Górach. Klasa informatyczna Zespołu Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w tym mieście zostanie z kolei objęta patronatem TAURONA, dzięki czemu otrzyma komputer do kodowania, a najlepszy uczeń klasy będzie miał możliwość odbycia praktyk w Grupie.

TAURON zaangażował się w rozwój sieci światłowodowych w Polsce, uczestnicząc w Programie Operacyjnym Polska Cyfrowa, którego celem jest likwidacja białych plam (miejsc, w których Internet nie jest dostępny wcale lub jakość sygnału nie pozwala na efektywne użytkowanie).

W siedmiu obszarach zlokalizowanych na południu Polski (oświęcimskim, rybnickim, wałbrzyskim A i B, sosnowieckim, katowickim i tyskim, krakowskim i tarnowskim) Grupa wygrała dofinansowanie na realizację projektów światłowodowych w ramach POPC. Wartość dofinansowania na obszarach, na których wygrał TAURON wynosi 187 milionów złotych.

Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia
23.01.2017 Warszawa,
n/z Filip Grzegorczyk prezes Tauron SA
fot. Piotr Waniorek

– Budowa szerokopasmowego internetu oznacza dla TAURONA zaangażowanie w bezprecedensowy program rozwoju cywilizacyjnego Polski, a równocześnie rozszerzenie aktywności biznesowej na nowe obszary – mówi Filip Grzegorczyk, prezes zarządu TAURON Polska Energia. – Program POPC umożliwi nam dostarczenie szybkiego internetu do 601 szkół i ponad 102 tysięcy klientów w tzw. „białych plamach”, czyli miejscach, które obecnie nie mają dostępu do sieci – dodaje prezes TAURONA.

Celem Programu w skali całego kraju jest zapewnienie możliwości dostępu do internetu o przepustowości co najmniej 30 Mb/s dla gospodarstw domowych i co najmniej 100 Mb/s dla szkół. Pierwszy raz w historii funduszy europejskich przeznaczonych na wsparcie infrastruktury telekomunikacyjnej zorganizowano wsparcie finansowe na taką skalę.

Dofinansowanie projektu POPC dla grupy TAURON zgodnie ze złożonymi wnioskami wynosi ok. 75% środków kwalifikowanych na potrzeby budowy sieci światłowodowej FTTH oraz rozwoju usług dostępu do Internetu szerokopasmowego. Dofinasowanie obejmuje obszary określone jako „białe plamy”.

– W wyniku przystąpienia do konkursu POPC i realizacji projektów konkursowych, TAURON Obsługa Klienta rozpocznie działalność biznesową jako operator dostępu do usług hurtowych na istniejącej infrastrukturze światłowodowej i zbuduje sieć szkieletową na wybranych obszarach konkursowych znajdujących się w zasięgu działalności Grupy TAURON. Model biznesowy zostanie oparty o portfel usług skierowanych do operatorów detalicznych – mówi Andrzej Grochowalski, wiceprezes ds. IT  w TAURON Obsługa Klienta.

Infrastruktura światłowodowa dla klientów indywidulanych (FTTH) szerokopasmowy i niezawodny transfer pomiędzy urządzeniami przesyłowymi. Sam światłowód to przezroczyste włókno szklane z tworzywem sztucznym, a przesyłanie danych odbywa się za pomocą światła. Światłowód zapewnia stabilny dostęp do telefonu, telewizji i Internetu z szybkością do 1000 Mb/s. Obecnie usługami świadczonymi na sieciach światłowodowych FTTH  w Polsce objętych jest jedynie około 4% abonentów.

To nie koniec inwestycji w sieci szerokopasmowe. Właśnie został uruchomiony kolejny nabór dzięki, któremu inwestycje z POPC obejmą pozostałe tereny nie wyłonione w poprzednich edycjach. Środki przeznaczone na ten cel to ponad 143 mln zł. Na projekty operatorów Centrum Projektów Polska Cyfrowa czeka do 11 stycznia 2019 r.

Duży popyt na ubezpieczenia transakcyjne

Ubezpieczenia wspierające transakcje fuzji i przejęć cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Ubezpieczyciele są coraz bardziej elastyczni, pomimo że szkodowość  rośnie. Stawki za ubezpieczenie ciągle jednak maleją, co pokazuje, że szkodowość wciąż nie ma tak dużego wpływu na cenę polisy. Rynek ubezpieczeń transakcyjnych wciąż jest niszowy, jednak mocno rośnie i aktualnie w EMEA liczy ponad 25 ubezpieczycieli, a duża konkurencja wpływa na ceny i zakres ochrony polis jedynie pozytywnie.

Wzrost liczby projektów lokalnych, przy których pracowaliśmy w 2017 r. w stosunku 2016 wyniósł +50%. W roku 2018 spodziewamy się jeszcze większej tendencji wzrostowej. To pokazuje jak dynamicznie rozwija się rynek ubezpieczeń transakcyjnych w Polsce i jaką osiągnął dojrzałość. Rośnie także świadomość Klientów –graczy korporacyjnych aktywnych na arenie fuzji i przejęć i przede wszystkim funduszy Private Equity – komentuje Małgorzata Splett, Dyrektor Działu FINPRO i PEMA, Marsh Polska.

Większość tendencji w Europie jest identyczna dla transakcji polskich – nie widać znaczących różnic jeżeli chodzi o scenariusze zastosowania polis ubezpieczeniowych we wsparciu transakcji.

Podstawowym produktem wspierającym transakcje jest ubezpieczenie Warranty & Indemnity (W&I), które chroni kupującego w transakcji przed złamaniem zapewnień składanych w umowie kupna-sprzedaży przez sprzedającego. W sytuacji złamania zapewnienia kupujący współpracuje z ubezpieczycielem transakcyjnym, aby uzyskać odszkodowanie z tytułu złamania zapewnienia – dodaje Splett.

Podstawową przyczyną wzrostu popularności ubezpieczeń transakcyjnych są odmienne interesy stron transakcji. Dla sprzedającego najbardziej istotne jest, aby limit odpowiedzialności w zakresie składanych zapewnień był jak najniższy kwotowo i najkrótszy czasowo. Natomiast dla strony kupującej najważniejsze jest, żeby miał możliwość uzyskania rekompensaty za  złamane zapewnienie  w jak najszerszym zakresie i  jak najdłużej po domknięciu transakcji. I po to jest właśnie polisa W&I, która najczęściej Zadziała jako tak zwana nadwyżka ponad ten limitowany obszar odpowiedzialności sprzedającego z umowy kupna-sprzedaży.

W dużych i średnich miastach częściej zmieniamy pracę

Do średnio dwóch miesięcy skrócił się czas poszukiwania pracy. Polacy częściej w ostatnim czasie zmieniali miejsce zatrudnienia – ten odsetek wzrósł do jednej czwartej – wynika z 33 edycji badania Monitor Rynku Pracy realizowanego przez Randstad.

– Naszego rynku pracy nie można traktować jak monolitu. Widać wyraźnie, że zwiększona mobilność zawodowa dotyczy konkretnych grup – inżynierów, robotników wykwalifikowanych czy brygadzistów. Na te kwalifikacje występuje nadal bardzo duże zapotrzebowanie w gospodarce, co w praktyce oznacza, że zmiana pracy w tych zawodach jest dużo prostsza niż w przypadku np. wyższej kadry zarządzającej lub pracowników biurowych.

Dodatkowo widać różnice w mobilności zawodowej w zależności od miejsca zamieszkania. Częściej zmiana pracy dotyczy osób z dużych i średnich ośrodków miejskich. Tereny wiejskie, szczególnie te położone poza aglomeracjami, cechują się niższą częstotliwością zarówno zmiany pracodawcy jak i stanowiska pracy, co może wynikać z niskiej dostępności alternatywnych miejsc zatrudnienia. Warto również zwrócić uwagę, iż w ostatnich kwartałach osoby zmieniające pracodawcę przeważają nad tymi, którzy awansują w ramach dotychczasowego miejsca pracy. Wydaje się więc, że pracownicy na dość masową skalę odważyli się szukać nowego, bardziej satysfakcjonującego zatrudnienia. Nie wiadomo, czy sygnały z rynku wskazujące na zbliżające się osłabienie koniunktury, wpłyną na zmianę zachowań i jak szybko się to stanie.

Cały czas spotykamy się ze stereotypami dotyczącymi starszych pracowników. Fakt, iż częściej oddziałują one na osoby młode może wynikać z tego, iż dla przeciętnego dwudziestolatka czy trzydziestolatka perspektywa bycia – w ich mniemaniu – statecznym pięćdziesięciolatkiem jest bardzo odległa, a co za tym idzie oparta głównie na przekonaniach i wyobrażeniach, a nie na faktach czy doświadczeniach własnych.

Kwestia budowania zespołów, w których pracują osoby zróżnicowanie wiekowo jest tematem bardzo aktualnym. Z uwagi zarówno na wysokie zapotrzebowanie na pracę, które skłania pracodawców do podejmowania działań na rzecz zatrzymania osób w wieku przed lub emerytalnym w miejscu pracy i z uwagi na trendy demograficzne – kolejne roczniki pracowników wchodzące na rynek pracy są coraz mniej liczne, a tym samym osoby młode będą w następnych latach stanowić coraz mniejszy odsetek osób pracujących.

Komentarz Moniki Fedorczuk, ekspertki Konfederacji Lewiatan

ONZ ostrzega: katastrofalne skutki zmiany klimatu nastąpią szybciej niż prognozowano

Specjalny raport naukowy ONZ ostrzega: katastrofalne skutki zmiany klimatu nastąpią szybciej niż prognozowano. Musimy działać natychmiast!  Wnioski specjalnego raportu naukowego ONZ są alarmujące.

Okazuje się, że nawet przedział między 1.5ºC a 2ºC, który do tej pory był uznawany za w miarę bezpieczny dla ludzkości, oznacza tak duży wpływ na klimat, że nie będziemy w stanie powstrzymać jego tragicznych skutków, a część gatunków nie zdąży zaadaptować się do nowej rzeczywistości i warunków atmosferycznych [1].  Z raportu wynika, że tylko wyhamowanie ocieplenia poniżej 1,5ºC daje nam pewną gwarancję, że jakość życia ludzi oraz świat, który znamy, będzie uratowany. Przypomnijmy, że Porozumienie Paryskie mówi jeszcze o tym, że 'kraje-sygnatariusze zrobią wszystko, żeby powstrzymać wzrost globalnej temperatury Ziemi poniżej 2ºC’. Już widać, że musimy postarać się bardziej…

W sobotę w Korei Południowej zakończyło się spotkanie grupy naukowej IPCC (Intergovernmental Panel on Climate Change), która miała za zadanie ponownie przeanalizować różne scenariusze zatrzymania globalnego ocieplenia, w tym dwa warianty ustalone w Porozumieniu Paryskim w 2015 roku: wzrost o 1.5ºC i 2ºC. W wyniku tego procesu powstał raport: Special Report on Global Warming of 1.5°C. 

Mamy bardzo mało czasu na reakcję

Już podnieśliśmy średnią temperaturę Ziemi w stosunku do epoki przedprzemysłowej o 1ºC. Aby nie przekroczyć progu 1,5ºC wszystkie kraje świata muszą więc podjąć wspólne działania, tak, aby do 2050 roku, stać się zupełnie neutralne klimatycznie. Oznacza to tyle, że ich bilans emisji musi na ten moment wynosić zero! Pierwszym krokiem w tym kierunku jest obniżenie globalnego poziomu emisji gazów cieplarnianych o połowę do roku 2030 r. Musimy się zatem jak najszybciej uniezależnić od paliw kopalnych. Bez ambitnego podejścia i zmiany nastawienia polityków nie damy rady. To co proponują nam dziś jest niewystarczające i doprowadzi świat do scenariusza ogrzania o 3ºC. Wnioski naukowe jasno pokazują, że takie temperatury znacząco ograniczają możliwości adaptacji, a część terenów naturalnych, takich jak rafy koralowe i regiony polarne, po prostu zniknie na zawsze. Im bardziej będziemy opóźniać ambitne i zdecydowane działania, tym wyższy będzie koszt rozwiązań w przyszłości.

Rozwiązania już są…

Jak mówi Dr Stephen Cornelius, główny doradca WWF ds zmiany klimatu: Jest już jasne, że wpływ, jakiego spodziewaliśmy się na poziomie 2 ℃, ujrzymy znacznie wcześniej. Obserwujemy już utratę naturalnych siedlisk i gatunków, malejącą powierzchnię pokrywy lodowej, podnoszenie się poziomu mórz. To wpływa na nasze zdrowie, źródła utrzymania i wzrost gospodarczy. Ten raport pokazuje, że wiemy jak ograniczyć globalne ocieplenie do 1,5 ℃ i możemy to zrobić, opierając się na sprawdzonych technologiach, takich jak znaczące zwiększenie energii odnawialnej i powstrzymanie wylesiania. Mamy cele, mamy rozwiązania, a różnica między niemożliwym a możliwym leży w rękach politycznych przywódców. WWF wzywa ich do natychmiastowego przyspieszenia działań na rzecz klimatu”

Strajki Ryanair: 66% pasażerów nie zna swoich praw

W ostatnich miesiącach Ryanair musiał zmierzyć się z falą strajków swoich załóg, które wpłyną nie tylko na wyniki finansowe firmy, ale też na dalsze decyzje biznesowe. Widmo strajku wisi też nad PLL LOT. Rozpoczęcie akcji protestacyjnej powstrzymała dopiero decyzja sądu. Tymczasem, jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie firmy Skycop[1], pomimo niedogodności dla pasażerów, ponad 40% Polaków popiera walkę pracowników linii lotniczych o lepsze warunki pracy. Badanie wskazuje również, że pasażerowie nie znają swoich praw.

Po serii strajków, które wstrząsnęły funkcjonowaniem przedsiębiorstwa, Ryanair poinformował o zmianach, które nazywa „skromnymi zimowymi cięciami”. Niestety – wygląda na to, że największy tani przewoźnik w Europie zamiast rozwiązać problemy zgłaszane przez związki zawodowe, reaguje zamykając bazy. W praktyce zapowiedziano zamknięcie bazy w Eindhoven (4 samoloty) i w Bremie (2 samoloty). Z kolei w bazie w Niederrhein z 5 stacjonujących obecnie samolotów pozostaną tylko 3, które będą obsługiwać większość połączeń.

Czy jest to początek realizacji wcześniejszych zapowiedzi przeniesienia działalności do innych krajów, na przykład do Polski? Oficjalnie linia informuje, że zadba o poszkodowane załogi. „Będziemy teraz prowadzić konsultacje z naszymi pilotami i personelem pokładowym w tych trzech bazach, aby zapewnić zatrudnienie jak największej liczbie osób” – deklaruje prezes Michael O’Leary. Ale zaraz zaznacza: „spodziewamy się, że możliwe będzie zaoferowanie pilotom pracy w innych bazach, ale ze względu na nadwyżkę personelu pokładowego w sezonie zimowym, będziemy rozważać urlopy bezpłatne i inne możliwe opcje w celu zapewnienia ciągłości zatrudnienia i uniknięcia straty pracowników”. Jedną z przyczyn cięć biznesowych w Ryanair są strajki i coraz większe wydatki na odszkodowania za odwołane loty.

Pasażerowie chcą odszkodowań, ale nie znają swoich praw

Przewoźnik konsekwentnie informuje pasażerów, że strajki są okolicznością nadzwyczajną, w której nie przysługują im odszkodowania od 250 do 600 euro wynikające z rozporządzenia WE 261/2004. Czy tak jest naprawdę? Wbrew opinii linii lotniczej, pasażerom przysługuje rekompensata w przypadku strajku załóg. Potwierdził to już unijny Trybunał, regularnie potwierdzają też władze lotnicze.

Interpretacja ta odzwierciedla opinię społeczną. Aż 81% badanych w ankiecie na zlecenie firmy Skycop wyraziło przekonanie, że za loty opóźnione lub odwołane z powodu strajków powinny być przyznawane odszkodowania.

Badanie pokazało jednocześnie, że Polakom brakuje wiedzy na temat tego czy za odwołane lub opóźnione loty przysługuje odszkodowanie. Odpowiedzi rozkładają się niemal równomiernie między tych, którzy uważają, że tak (35%), tych, którzy uważają, że nie (34%) i osoby, które przyznają się do braku wiedzy w tym obszarze (32%).

Linie lotnicze, które nie potrafią porozumieć się ze swoimi pracownikami i zapewnić im godnych warunków pracy, powinny ponosić odpowiedzialność za zakłócenia lotów spowodowane akcjami protestacyjnymi. Badanie daje jasny sygnał, że wiedza na temat praw pasażerów nie jest jeszcze wystarczająco powszechna. Ze względu na nieznajomość przepisów, poszkodowani często tracą pieniądze, które zgodnie z prawem im się należą – komentuje Marius Stonkus, prezes firmy Skycop.

[1] Badanie zostało zrealizowane we wrześniu 2018 r. przez agencję SW RESEARCH na zlecenie firmy SKYCOP metodą wywiadów CAWI na grupie 1011 osób.

Popyt na gaz ziemny rośnie, a wraz z nim ceny

Ceny gazu ziemnego biją rekordy. To skutek bardzo szybko rosnącego popytu. Przed nami dalsze wzrosty cen.

– Wzrosty cen widoczne są praktycznie na całym świecie, w 2017 r. popyt wzrósł o 40 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 Michał Stajniak z XTB.

Wzrost popytu wywołała Europa i Chiny. W Europie był to efekt bardzo chłodnego początku jesieni. Natomiast Chiny przestawiają się z węgla na gaz ziemny, ponieważ większą wagę przywiązują do stanu środowiska naturalnego.

Możemy się spodziewać dalszego wzrostu cen: – W tym roku popyt rośnie o 37 proc. – komentuje ekspert XTB.

Inwestycje w nieruchomości osiągnęły rekordowy poziom 1,8 bln USD

Polski rynek transportu – trudny, ale ciągle stabilny

Jak wynika z danych Centralnego Ośrodka Informacji Gospodarczej, w zeszłym roku w Polsce upadło prawie 600 firm[1], z tego 5% przedsiębiorstw z branży transportowej i magazynowej. Co oznaczają dokładnie te liczby i czy polscy przewoźnicy rzeczywiście mają poważne powody do zmartwień?

Upadający przewoźnicy

Jeśli weźmiemy pod uwagę pozostałe dane, na przykład informacje z Krajowego Rejestru Długów, z których wynika, że prawie jedna piąta polskich firm transportowych jest zadłużona na łączną kwotę prawie miliarda złotych[2], to rzeczywiście sytuacja może wydawać się niepokojąca. Niezbyt optymistycznie nastraja również raport Euler Hermes[3], który pokazuje, że spośród wszystkich upadłości firm największy wzrost, bo aż o 43% w skali roku zanotowała właśnie branża transportowa.Monitor sądowy i gospodarczy, dane przeanalizowane przez Euler Hermes z grupy Allianz

Upadłość? W czym problem?

Istnieje kilka istotnych przyczyn tak niekorzystnej sytuacji na rynku. Po pierwsze, polskie firmy, mimo że liczne (około 34 tysiące przedsiębiorstw, według GITD na koniec 2017 roku[5]), to w większości jednak małe podmioty, posiadające średnio 6 pojazdów[6]. W takich warunkach trudno im konkurować z  o wiele większymi firmami zachodnimi[7], chociażby tylko ze względu na efekt skali. Dochodzą tu jednak inne czynniki. Problemy z wypłacalnością jednej dużej firmy oznaczają natychmiastowe zatory płatnicze dla jej podwykonawców i kontrahentów[8], co przekłada się na brak środków na innowacje i  unowocześnianie floty. W dobie coraz ostrzejszych regulacji prawnych dotyczących norm emisji spalin oraz w związku z koniecznością dostosowania się do różnych od rodzimych realiów przepisów prawa pracy, może oznaczać to po prostu konieczność wycofania się z biznesu.

Kolejnym ważnym czynnikiem wpływającym na trudne warunki w branży jest również jej nasycenie, co niewątpliwie wpływa na zaostrzanie się konkurencji i spadek marż. Dochodzi przez to do sytuacji, w której firmy nie zarabiają, jednocześnie cały czas ponosząc duże koszty. Są one generowane przede wszystkim przez rosnące płace kierowców, wśród których co piąty zarabia już ponad 7 tysięcy PLN[9], choć na taką gażę mogą liczyć głównie pracownicy obsługujący transport międzynarodowy. Co ciekawe, mimo znacznego wzrostu wynagrodzeń, w sektorze transportowym wciąż brakuje kierowców. Jak wynika z  raportu TransJobs.Eu, braki kadrowe mogą wynosić nawet 30 tysięcy osób[10], przez co przewoźnicy muszą podnosić płace jeszcze bardziej, nakręcając spiralę kosztów. Do wyższych  kosztów działalności przyczynia się również wzrost cen paliwa – w skali roku cena za litr oleju napędowego wzrosła już o prawie złotówkę.[11]

Istotnym czynnikiem wpływającym na pogorszenie koniunktury jest również duża dysproporcja między terminami płatności przychodzących i wychodzących. Wiele firm musi płacić “z góry”, natomiast ich kontrahenci lub podwykonawcy, często nie ze swojej winy, potrafią przeciągnąć realizację zapłaty nawet do 120 dni[12]. Przekłada się to również na trudności z uzyskaniem kredytów i środków na rozwój, ponieważ banki traktują takie firmy jako podmioty podwyższonego ryzyka[13].

Wielka polityka w małej firmie

Osobna kategoria problemów, z którymi muszą borykać się polscy przewoźnicy, to pochodna wielkiej polityki. Na przykład rosyjskie embargo na towary żywnościowe w 2014 roku[14] kosztowało polskie firmy realizujące kontrakty za wschodnią granicą około 60% zamówień i wymusiło przeniesienie się na zachód. Bardzo poważnym wyzwaniem, z którym będą musieli się zmierzyć nasi przewoźnicy w  najbliższym czasie jest oczywiście Brexit. Jedna czwarta transportu drogowego na Wyspy Brytyjskie obsługiwana jest przez polskie ciężarówki[15]– mówi Jakub Ordon, ekspert z OCRK. Rozwód z Unią oznacza dla nich niemal pewne utrudnienia celne na granicach, wydłużenie odpraw oraz znaczący wzrost kosztów dla przewoźników – dodaje. Na trudności na rynku wpływa też polityka lokalna. Pod koniec zeszłego roku premier Mateusz Morawiecki w ramach wdrożenia programu SENT[16] ogłosił uszczelnienie transportu drogowego poprzez drobiazgowe kontrole wjeżdżających do naszego kraju cystern oraz eliminację wwozu paliwa bez akcyzy.

Trudno, ale stabilnie

Wobec takiego stanu rzeczy można faktycznie wysnuć wniosek, że branżę transportową czekają ciężkie czasy. Eksperci nie oceniają jednak sytuacji w sposób całkowicie jednoznaczny. Dane faktycznie pokazują stosunkowo ponury obraz, ale należy pamiętać, że mimo często znaczących problemów, z  którymi muszą borykać się przewoźnicy, jest to wciąż branża zatrudniająca obecnie około 11 milionów osób, z perspektywą 60% wzrostu w ciągu najbliższych 30 lat[17]. Tak długa i optymistyczna prognoza wskazuje, że mimo iż rzeczywiście jest to rynek trudny, to jednak wciąż stabilny – komentuje Jakub Ordon z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

[1] http://www.coig.com.pl/files/pliki/rankingi/coig_upadlosci_firm_2017.pdf

[2] Biuro Informacji Gospodarczej, KRD za: https://www.rp.pl/Transport-drogowy/307199850-Towary-jada-pieniedzy-nie-ma.html

[3] https://www.money.pl/gospodarka/wiadomosci/artykul/upadlosci-firm-2017-euler-hermes, 195, 0, 2396867.html

[4] Tamże

[5] Informacja OCRK

[6] Tamże

[7] http://www.portalspozywczy.pl/raporty/rosnie-liczba-upadlosci-w-branzy-transportowej, 162992_0.html

[8] https://www.cargonews.pl/upadlosc-i-restrukturyzacja-firm-transportowych-co-nalezy-wiedziec/

[9] https://kadry.infor.pl/wiadomosci/2734931, Zarobki-zawodowych-kierowcow-w-2018-r.html

[10] http://inwestycje.pl/logistyka_transport/-Branza-transportowa-na-finansowej-krawedzi-Ogromny-potencjal-sektora-TSL-oslabiony-przez-klopoty-kadrowe-i-zatory-platnicze;322723;0.html

[11] https://businessinsider.com.pl/finanse/ceny-paliw-w-polsce/h6403mz

[12] https://alebank.pl/branza-tsl-na-finansowej-krawedzi/

[13] Tamże

[14] Informacja OCRK

[15] https://ceo.com.pl/konfederacja-lewiatan-brexit-zagrozi-polskim-firmom-transportowym-93296

[16] Informacja OCRK

[17] Inwestycje.pl, op.cit.

Kurs dolara, euro, funta i franka – analiza techniczna 08.10.2018

Problem z włoskim budżetem znów wpływa na złą atmosferę na rynkach. Wspólna waluta pod sporą presją. CHF/PLN przed groźbą wzrostów w obawie przed eskalacją konfliktu w Italii z UE, w dalszej kolejności ryzyko obniżenia ratingu. Gospodarka USA wyróżnia się na tle reszty świata w połączeniu z rosnącymi rentownością długu wspiera umocnienie dolara. Chiny mają spory problem, który może rozlać się na cały świat. Kontrowersyjna decyzja władz Państwa Środka o luzowaniu polityki w czasach próby powrotu do normalności. Funt mocny bo porozumienie z UE bliskie.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 28.08.2017-08.10.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2660 3,7220 3,6300 4,6990
Maksimum 4,3340 3,8540 3,7560 4,9040

Kurs euro

Kurs euroWspólna waluta nie ma ostatnio najlepszych dni. Wydawało się, że po nieco rozczarowujących danych z USA w piątek EUR/USD rozpocznie lekkie odreagowanie. Niestety w weekend pojawiły się kolejne informacje związane z kryzysem na linii Włochy-UE. W specjalnym liście napisanym przez urzędników KE wystosowanym do Władz Italii odrzucone zostały plany budżetowe. Inwestorzy również pokazali oznaki strachu co dobitnie widać po rosnących rentownościach włoskich obligacji, które są najwyżej od początku 2014 roku. Eskalacja konfliktu Włoch z UE wydaje się tylko kwestią czasu, tym bardziej, że choćby minister finansów Italii nie zamierza się ugiąć i zmieniać swojej polityki. Rosnąca obsługa długu włoskiego w zderzeniu z budżetem antyoszczęniościowym wieszczy rychłe kłopoty Rzymu. Panika inwestorów i słabnąca wspólna waluta niestety nie wpływają dobrze na złotego. Od momentu zejścia do ostatniego minimum i testu tego poziomu kurs EUR/PLN niemal bez przystanku rośnie w górę. Złamana linia trendu spadkowego może spowodować jeszcze kilku groszowy wzrost. Tym bardziej, że praktycznie do czwartku kalendarz makro jest pusty a więc inwestorzy będą drążyć temat włoski do bólu. Zapewne też po oficjalnym piśmie głos zabiorą inne ważne osoby z włoskiej koalicji rządzącej co tylko pogorszy sytuację. Pierwszym oporem będzie poziom ostatniego maxa czyli okolice 4,33.

Kurs franka szwajcarskiego CHF/PLN

Kurs franka szwajcarskiego CHF/PLNKurs CHF/PLN zbliża się do testowania linii trendu spadkowego. Biorąc pod uwagę obecną sytuację w Europie i kryzys włoski wydaje się ta sytuacja być nieuchronną. List wysłany przez urzędników europejskich do Rzymu jest tak naprawdę zapytaniem co się stało, że zostały złamane ustalenia i rekomendacje Komisji Europejskiej. Zapewniono w nim, że europejskie władze są gotowe do dialogu. Pytanie tylko czy włoskie władze są gotowe w jakikolwiek sposób negocjować. Sytuacja dla kredytobiorców frankowych więc nie rysuje się w różowych barwach. Słabnące euro w relacji do dolara powoduje zazwyczaj ruch w dół na parze EUR/CHF co finalnie przekłada się na umocnienie franka w relacji choćby do złotego.

Najgorsze jest jednak to, że kryzys we Włoszech dopiero może się rozkręcić. Biorąc pod uwagę skład koalicji rządzącej Italii możemy być świadkami naprawdę trudnych dni dla inwestorów. Wcale nie wykluczone, że zaraz pojawią się głosy, skoro UE nie godzi się na nasz wyższy deficyt to wcale nie musimy być jej członkiem nie mówiąc już nawet o powrocie do liry zamiast euro bo takie słowa już miały miejsce. Wiemy jednak, że Włochy to nie Grecja i problem jest co najmniej kilka razy większy. Stąd trudno będzie o odreagowanie na wspólnej walucie aż do momentu trwałego uspokojenia sytuacji. CHF/PLN więc będzie pod presją i poziom 3,80 może być z łatwością pokonany. W przypadku przeciągania się napiętej sytuacji możemy dotrzeć nawet do poziomu 3,85 czyli ostatniego maksimum.

Kurs dolara amerykańskiego USD/PLN

Kurs dolara amerykańskiego USD/PLNTak jak pisaliśmy w ubiegłym tygodniu opór w postaci poziomu 3,70 został przebity bez przeszkód. Obecnie jesteśmy już w pobliżu 3,76. Ruchy na USD/PLN są determinowane tym co się dzieje na głównej parze walutowej świata a tutaj obrany został kierunek południowy. I tak naprawdę nie ma się co temu dziwić. Wspólna waluta ma spory nierozwiązany problem a więc sytuację we Włoszech, do tego koniunktura w Europie słabnie co potwierdziły choćby dzisiejsze dane z Niemiec o ujemnej dynamice produkcji. Z kolei w USA Fed ma komfortowe warunki do działania. Sytuacja gospodarcza ma się bardzo dobrze a więc i ścieżka dalszych podwyżek stóp jest niezagrożona. Jastrzębie komentarze prezesa Powella z ubiegłego tygodnia spowodowały wzrosty na rentownościach amerykańskich instrumentów dłużnych. To z kolei wysysa kapitał z innych części świata i wspiera dolara. Stąd też m.in. osłabienie walut krajów wschodzących. Problemy z odpływem kapitału mają też np Chiny. Właśnie dlatego zdecydowano się obniżyć stopę rezerw obowiązkowych by pobudzić akcję kredytową. Kłopoty Państwa Środka mogą się odbić na globalnej gospodarce. Szczególnie, że ten największy azjatycki kraj znalazł się w trudnej sytuacji wskutek rosnących cen ropy czy też jak szacują eksperci odcięcia 0,5% ze wzrostu gospodarczego w związku z cłami ze strony USA. Trudno więc będzie znaleźć lepszą okazję inwestycyjną w najbliższych tygodniach niż dolar. Rozdźwięk koniunktury między USA a resztą świata zaczyna bić mocno po oczach. Stąd spodziewać się można ruchu na USD/PLN powyżej 3,80. Oczywiście jak to często bywa na rynkach sytuacja może się zmienić diametralnie a choćby dlatego gdyby nagle nastąpiło załamanie inflacji w USA.

Kurs funta brytyjskiego GBP/PLN

Kurs funta brytyjskiego GBP/PLNFunt zdecydowanie jest na fali. Jak niewiele potrzeba by wpłynąć pozytywnie na brytyjską walutę pokazują ostatnie dni. Od dobrych kilku tygodni było wiadomo, że kluczową kwestią nie są dane z Wysp a informacje związane z Brexitem. Przez moment było trudno po porażce Theresy May w Strasbourgu na spotkaniu z unijnymi urzędnikami. Sytuacja jednak zmieniła się na plus i nagle obie strony poinformowały media o przybliżeniu stanowisk i tym samym bliskości porozumienia. Na plus dla funta zadziałał również konwent Partii Konserwatywnej. Okazało się premier May utrzyma stanowisko a nawet można zaryzykować stwierdzenie, że umocniła swoją pozycję. Podsumowując widmo twardego brexitu, który to już raz się oddaliło a więc GBP/PLN szybko zyskał 10 groszy i jest już ponad granicą 4,90. Mówienie o kolejnych oporach dla tej pary nie ma tak naprawdę sensu. Kluczowa jest aktualna kondycja funta na szerokim rynku. Może się okazać równie dobrze za chwilę, że znów o coś jest kłótnia z UE i szybko zejdziemy w okolice 4,80. Jedynym więc oporem istotnym może być psychologiczny poziom w aktualnej chwili za taki możemy uznać 4,95 a jeszcze wyżej 5,00.

Krzysztof Pawlak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Produkt to za mało. Sieci handlowe budują swoje strategie w oparciu o doświadczenia klientów

Strategie nastawione na klienta to fundament biznesu w handlu detalicznym. Rosnące oczekiwania kupujących sprawiają, że sieci handlowe kreują holistyczne, spersonifikowane doświadczenia zakupowe, bazując z jednej strony na wiedzy psychologów-behawiorystów, a z drugiej na najnowszych technologiach. Skuteczna strategia marki za punkt wyjścia przyjmuje doświadczenia klienta i opiera się na spójności komunikacji w przenikających się światach off-line i on-line, na każdym etapie kontaktu. Przede wszystkim jest to podejście do planowania biznesowego zaczynające się od człowieka.

Takie wnioski wynikają z najnowszego raportu pt. „Zakupy pełne wrażeń” przygotowanego przez Colliers International we współpracy Kate Nightingale, założycielką firmy doradczej Style Psychology Ltd. działającej w dziedzinie CX, firmą Nanovo Consulting i pracownią architektoniczną A+D Retail Store Design. Publikacja powstała na podstawie rozmów z ekspertami z branży, a także przedstawicielami oraz klientami sieci handlowych i przedstawia współczesne trendy w handlu detalicznym m.in. zmieniającą się funkcję sklepów, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Zdaniem ekspertów stają się one „miejscami dla usług”, oferującymi, poza towarami dobrej jakości, różne wartości dodane.

— Od myślenia o świecie przez pryzmat usługi nie da się już uciec. Service thinking to myślenie procesem: analizowanie ścieżek decyzyjnych konsumenta punkt po punkcie, jego kontaktu z marką, przewidywanie zdarzeń, opisywanie algorytmów działania usługi i właściwe komunikowanie wartości — mówi Grzegorz Młynarski, dyrektor generalny Nanovo Consulting.

Klient doświadcza, technologia pomaga

Jednym z najważniejszych zagadnień w sektorze handlu detalicznego jest obecnie customer experience (CX), czyli doświadczenie konsumenta. Jest to jego subiektywna reakcja na każde działanie marki, przejawiająca się w postaci emocji, zachowań i decyzji. Sieci handlowe dostrzegają znaczenie pozytywnych doświadczeń konsumenckich w kontekście budowania strategii marki i wpływu na wyniki sprzedaży. Samo zagadnienie jest jednak bardzo złożone.

— Nadal nie ma zgodności co do tego, czym tak naprawdę jest doświadczenie konsumenta i co waż­niejsze – jak się je tworzy. Jedno z podstawowych założeń psychologii konsumenta mówi, że ludzie działają przede wszystkim podświadomie. Decyzję o wejściu do danego sklepu lub zakupie jakiegoś produktu podejmujemy często w ułamku sekundy. Jedno krótkie spojrzenie na fasadę sklepu lub opakowanie produktu wystarczy nam, by stwierdzić, że pasują lub nie pasują one do nas, naszych potrzeb i budżetu — mówi Kate Nightingale.

Autorzy raportu analizują to zjawisko i podkreślają, że na całościowy odbiór marki wpływa bardzo wiele zróżnicowanych czynników, z których część można i należy kontrolować.

— Przykładowo w branży modowej na CX składają się nie tylko najwyższe standardy obsługi klienta, lecz także elementy takie, jak opakowania produk­tów, visual merchandising, światło, zapach, muzyka, a nawet rodzaj posadzki zastosowanej w salonach. Wszystko powinno być spójne, dopracowa­ne, realizowane z największą starannością. Takie kompleksowe podejście przekłada się na zaufanie odbiorców i ich lojalność — mówi Artur Kazienko, prezes Kazar Footwear.

Podstawą zrozumienia doświadczenia użytkownika w przestrzeni sklepu jest zrozumienie intencji wizyty, gdyż ona determinuje jego oczekiwania. Klient wchodzi w interakcje z produktem, personelem, designem sklepu, sposobem prezentacji asortymentu, budując w ten sposób swoje doświadczenia. Inne wrażenia pojawiają się podczas wizyt w sklepach ukierunkowanych na zakupienie określonej, jasno zdefiniowanej rzeczy, a inne podczas wizyty, w których klient nastawia się na odkrywanie i poznawanie nowości. Budowanie doświadczeń klienta w przestrzeni fizycznej sklepu wspiera także technologia.

Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych
Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych

— Duże znaczenie dla budowania i wzmacniania CX odgrywać będą technologie RFID, NFC, AI czy Internet Rzeczy. Wiele marek i sklepów zadaje sobie obecnie pytanie, w co zainwestować, jakie technologie wykorzystać i wprowadzić do sklepu. To kwestia indywidualna dla każdej marki, nie ma jednego, uniwersalnego rozwiązania i strategii pasującej do wszystkich. Należy przede wszystkim zastanowić się, czemu dana technologia ma służyć, na jakie potrzeby odpowiadać, jak integrować się z wartościami reprezentowanymi przez markę. Punktem wyjścia do inwestycji w nowe technologie w sklepie jest więc klient i jego oczekiwania, a nie dążenie do stosowania jak najbardziej zaawansowanych rozwiązań — zaznacza Marta Machus-Burek, senior partner, dyrektor Działu Powierzchni Handlowych.

Doświadczenia klienta są obecnie ważnym elementem w budowaniu przewagi konkurencyjnej marek. Etap, kiedy w tym celu używano produktów, ich cech, funkcjonalności czy jakości, jest już za nami. Teraz konkurencja między markami odbywa się na poziomie rywalizacji o doświadczenia klientów.

— Dziś samo spełnienie oczekiwań to za mało, by utrzymać klienta i sprawić, by wrócił albo polecił sklep znajomym. Trzeba go czymś zaskoczyć, aby ogólny bilans nie wypadł na neutralnym zerze, ale by końcowy rozrachunek miał duży plus. Im większy, tym łatwiej zachować klienta i zdobyć nowych — mówi Dariusz Gocławski, architekt wnętrz komercyjnych z pracowni A+D Retail Store Design. — Poza oczywistymi parametrami, jak cena, jakość, wygląd towaru czy sposób obsługi, coraz większą rolę odgrywają bardziej wyrafinowane narzędzia, jak aktywne systemy oświetleniowe, animacje sklepu, dodanie funkcji towarzyszących, kolaboracje z osobami lub markami, stylizacje, możliwości spotkań i rozwoju oraz specjalizacja — dodaje.

Tradycyjnie i nowocześnie

Z raportu Colliers wynika, że mimo rosnącej w Polsce sprzedaży internetowej dla wielu klientów jest ona raczej uzupełnieniem tradycyjnych zakupów niż­ podstawowym kanałem zakupowym. Konsumenci doceniają sklepy stacjonarne za szeroki asortyment towarów, których można spróbować, dotknąć, pową­chać itp. Marki zdają sobie sprawę z tego, że  sklep jako istniejące fizycznie miejsce nadal odgrywa bardzo istotną rolę w budowaniu dobrych doświadczeń klientów. Ważna jest atmosfera wnętrza, komfort robienia zakupów, odpowiednia ekspozycja produktów i wiele innych czynników sprawiających, że przebywanie w danej przestrzeni sprawia przyjemność.

Nie ma wątpliwości, że istnienie sklepów stacjonarnych w dalszym ciągu będzie miało rację bytu, a rozwój sprzedaży on-line nie stanowi zagroże­nia, ale szansę. Sprzedaż on-line może bowiem w znaczący sposób dopełniać customer experience.

— Nasze rozmowy podważyły mit, że z zakupów w internecie w Polsce korzystają tylko młodzi ludzie. Co więcej, okazuje się, że zarówno młodsi, jak i starsi klienci kupujący on-line zwracają uwagę na podobne czynniki – jakość witryny, elastyczne sposoby płatności i możliwość łatwego zwrotu towarów — mówi Katarzyna Michnikowska, dyrektor w Dziale Doradztwa i Badań Rynku Colliers International.

Zdaniem autorów raportu optymalna sytuacja ma miejsce wówczas, gdy klient może płynnie przechodzić z rzeczywistości off-line do on-line i odwrotnie.

­— Będąc w sklepie, kupujący powinien mieć możliwość skorzystania z identycznych funkcjonalności, jakie ma używając komputera i telefonu. Jednorodna polityka zwrotów oraz (w miarę możliwości) polityka cenowa to również kwestie, o których należy pamiętać — podsumowuje Sylwester Nowalski, kierownik Działu Zarządzania Relacjami z Klientami w CCC.

Brand managerowie otwarci na zmianę pracodawcy

Jak wynika z raportu pt. „Brand Managerowie w branży FMCG” 75% brand managerów jest dzisiaj otwartych na zmiany i na nowe wyzwania na rynku. Co motywuje kandydatów do zmian zawodowych i jakie kategorie produktów są ich zdaniem najbardziej rozwojowe?

Czynniki, które motywują do zmiany pracy dzisiaj brand managerów to przede wszystkim wyższe wynagrodzenie. Dla 55% respondentów duże znaczenie ma work-life balance, a więc zachowanie równowagi pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Na dalszych pozycjach znalazły się samochód służbowy (41%), możliwość zarządzania zespołem (40%) oraz inspirujący przełożony ( 34%). Czynnikami wyzwalającymi potrzebę zmiany są, również awans stanowiskowy, możliwość zarządzania zespołem lub też zmiana kategorii produktowej.

Wyniki badania są dla nas bardzo ciekawe. Przy pierwszym kontakcie kandydaci najczęściej odpowiadają nam, że to nie jest odpowiedni moment na szukanie nowej pracy. Natomiast jak przedstawiamy konkretną oferty, wówczas wykazują zainteresowanie. Dopytują o to jaki budżet jest przewidziany na danym stanowisku, jakie są możliwości rozwoju zawodowego, perspektywy awansu – mówi Newsrm.tv Monika Wojciechowska, Business Unit Manager, HRK FMCG.

Niezadowolenie z obecnej pracy wpływa na podjęcie decyzji o jej zmianie. Branża FMCG od wielu lat jest jedną z tych, które rozwijają się najszybciej. Jest też na liście najbardziej pożądanych branż wśród studentów, ale również osób posiadających już doświadczenie zawodowe. A jakie inne branże wzbudzają zainteresowanie? Najbardziej interesujące branże to branża farmaceutyczna i medyczna, ale również branża retail, czyli sieci handlowe na przykład. Z zainteresowaniem spotyka się, również e-commerce, który bardzo prężnie rozwija się na rynku, a także nowe technologie.

Jak pokazały wyniki badania przeprowadzonego przez zespół HRK FMCG Brand Managerowie są grupą zawodową, która stosunkowo często podejmuje decyzje o zmianie pracodawcy. Średni czas pracy Brand Managera w jednej firmie to 2 lata. Po upływie tego czasu pracownicy, którzy nie dostrzegają dla siebie możliwości rozwoju zawodowego u obecnego pracodawcy otwarcie komunikują chęć podjęcia nowych wyzwań w innej organizacji.

Nowe dostawy ropy z Nigerii dla ORLENU

Do płockiej rafinerii PKN ORLEN trafi ok.130 tys. ton surowca z Nigerii. Ładunek z Afryki Zachodniej sprowadzony do Polski, to kolejny etap dywersyfikacji dostaw przez spółkę. Tankowiec New Vision dotrze do Gdańska w połowie października.

Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN
Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN

Konsekwentnie realizujemy zapowiedzianą strategię, poszukując nowych rynków i poszerzając portfel dostawców oraz przerabianych w ramach Grupy Kapitałowej gatunków ropy. W związku z wdrożonymi przepisami w zakresie eliminowania szarej strefy przez premiera Mateusza Morawieckiego zapotrzebowanie na olej napędowy w Polsce wzrosło o 30%. To wymaga od nas zwiększania przerobu ropy o innych właściwościach niż rosyjska REBCO. Dzięki pozyskaniu gatunków o innych parametrach zwiększamy uzyski i marżę rafineryjną. Stąd nowe źródło dostaw. Jeśli surowiec z Nigerii okaże się efektywny w przerobie to nie wykluczamy zwiększenia naszego zainteresowania tym kierunkiem – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.

Nigeryjska ropa typu Bonny Light uzupełni realizowane przez PKN ORLEN dostawy spot, które obecnie pokrywają 50% zapotrzebowania Koncernu. Decyzje o zaopatrzeniu każdorazowo podlegają analizie ekonomicznej, tak aby skutecznie łączyć bezpieczeństwo dostaw z elastycznością handlową. Rafinerie z GK ORLEN przerabiały już m.in. surowiec pochodzący z Iranu, Iraku, Azerbejdżanu, Kazachstanu czy Norwegii. PKN ORLEN dysponuje również obowiązującymi umowami terminowymi z producentami ze Wschodu i Zatoki Perskiej, które zabezpieczają dostawy do rafinerii w Polsce, Czechach i na Litwie.

Proces dywersyfikacji dostaw ropy przez PKN ORLEN odpowiada także na zwiększone zapotrzebowanie na paliwa, szczególnie oleju napędowego, w Polsce w związku z ograniczeniem szarej strefy. Zwiększony przerób ropy o innych właściwościach niż REBCO umożliwia zwiększenie uzysków w kierunku średnich destylatów, przede wszystkim diesla. Według oficjalnych danych Agencji Rynku Energii konsumpcja oleju napędowego w latach 2015-2018 wzrośnie o ok. 43%, przy wzroście PKB o ok. 13 % w tym samym okresie. Pomijając efekt wzrostu gospodarczego PKN ORLEN szacuje, że dzięki skutecznej walce z szarą strefą legalny rynek ON powiększył się o ok. 30% w tych latach.

W ramach realizowanej dywersyfikacji dostaw ok. 30% ropy przerabianej w Grupie ORLEN pochodzi z kierunków alternatywnych. Koncern wzmacnia m.in. zakupy z Zatoki Perskiej, m.in. poprzez długoterminowe relacje z Saudi Aramco. W kwietniu tego roku firmy podpisały aneks do umowy, który zwiększył dostarczany wolumen ropy saudyjskiej o 50 procent, do 300 tys. ton surowca miesięcznie. PKN ORLEN pozytywnie ocenia potencjał dostaw z Zatoki Perskiej i pozostaje otwarty na współpracę z producentami z tego regionu w niedalekiej przyszłości.

Kuehne + Nagel wzmacnia swoją pozycję w Indonezji dzięki przejęciu Wira Logistics

  • Rozwój strategicznego partnerstwa z firmą Wira Logistics poprzez nabycie jej operacji logistycznych 
  • Budowa wewnątrz-państwowej sieci logistycznej i dystrybucji, aby zagwarantować w pełni zintegrowane rozwiązanie logistyczne end-to-end na terenie całej Indonezji
  • Indonezja jako jeden z głównych rynków Azjatyckich o szybkim wzroście w ramach logistyki kontraktowej Kuehne + Nagel

Kuehne + Nagel strategiczne przejęcie w IndonezjiKuehne + Nagel ogłosił przejęcie logistycznego operatora Wira Logistics, lidera firm logistycznych w Indonezji. To strategiczne przejęcie wzmocni krajową sieć magazynową oraz dystrybucyjną w Indonezji.

Gianfranco Sgro, Członek Zarządu Kuehne + Nagel International AG, odpowiedzialny za logistykę kontraktową, powiedział, “Indonezja jest prawdopodobnie najważniejszym rynkiem sprzedaży internetowej w Południowo-Wschodniej Azji, biorąc pod uwagę wielkość powstającej klasy średniej, która jednocześnie biegle porusza się w przestrzeni internetowej. Wraz z tym przejęciem możemy wdrożyć naszą globalną strategię dotyczącą eCommerce. Jednocześnie umożliwia nam ono zwiększenie znaczenia naszej logistyki kontraktowej w Azji oraz kontynuację budowy pozycji lidera w świadczeniu usług logistycznych. Zaciśnięta sieć krajowa zwiększy wartość naszej propozycji w ramach zapewniania w pełni zintegrowanych rozwiązań logistycznych typu end-to-end dla Klientów na terenie całej Indonezji.”

Rozwój możliwości Kuehne + Nagel w zakresie magazynowania i dystrybucji w Indonezji, gdzie importy i eksporty są równe blisko 300 miliardom USD rocznie jest strategicznym kierunkiem dla firmy. Szybko powiększająca się indonezyjska klasa średnia napędza zwiększoną siłę zakupową, jednocześnie sprawiając, że Indonezja staje się ważnym rynkiem konsumenckim dla wielu firm.

“Kuehne + Nagel pojawiło się na indonezyjskim rynku w 1992 roku. Na przestrzeni lat staliśmy się partnerem zarówno wielu międzynarodowych korporacji, jak i firm lokalnych. Te współprace są dowodem naszego doświadczenia i zrozumienia potrzeb Klientów, bez względu na rozmiar ich firm. Jesteśmy bardzo podekscytowani tym przejęciem i idącymi za nim nowymi możliwościami dla naszej firmy.” – powiedział Jens Drewes, dyrektor zarządzający Kuehne + Nagel Południowa Azja i Pacyfik.

“Firma Wira jest bardzo dumna z rozwoju naszej owocnej współpracy z Kuehne + Nagel. Nasi aktualni oraz przyszli Klienci z pewnością skorzystają dzięki pozycji lidera rynku, którą posiada Kuehne + Nagel, jak i możliwościom i globalnemu doświadczeniu firmy” powiedział Ekahadi Djaja, Przewodniczący Rady Nadzorczej, PT. Wira Logistisc

Powrót Chin. Słabsze dane z Niemieckiego przemysłu

Powrót kraju na rynki po tygodniowej przerwie to zawsze podwyższone ryzyko, szczególnie jak wstrzymane są notowania waluty. Słabsze dane z Niemieckiego przemysłu ciążą Unii.

Chiny wracają na rynek

Tygodniowe święto i zawieszenie notowań na giełdzie i rynku walutowym w Chinach musiało się skończyć emocjami na otwarciu rynków. Stonować emocje próbował Ludowy Bank Chin, który obniżył obowiązkową stopę depozytów. W rezultacie banki mogą wpuścić na rynek więcej pieniędzy na akcję kredytową. Jak się skończy ten eksperyment zobaczymy, ale na pewno nie pomoże on w delewarowaniu silnie zadłużonej gospodarki. Z drugiej strony chcąc obniżyć koszt kredytu można było również obniżyć stopy procentowe, a tego regulator nie chciał czynić. Dlaczego interweniowano? Słabsze dane makroekonomiczne z Chin to ważny powód. Nie bez znaczenia się też afera szpiegowska, czy ostre wypowiedzi wiceprezydenta USA. Zapisy w ramach umowy Nafta przenoszące wojnę handlową na więcej państw też nie pomogły Chinom. Nie może zatem dziwić, że giełda straciła ponad 3% a waluta znów testuje wielotygodniowe minima względem dolara.

Co dalej na rynku?

Czy sytuacja w Chinach ma przełożenie na złotego? Wielu ekonomistów obawia się, że problemy Chin przeniosą się dalej. Poważny kryzys w Chinach z pewnością odbije się na rynkach światowych. Bez popytu z największej fabryki świata można się spodziewać co najmniej spadków na surowcach. Co z walutami? Im więcej ryzyk tym częściej kapitał ucieka w bezpieczne miejsca. W rezultacie inwestorzy lokują swoje środki we franku, dolarze czy euro, ale nie w złotym. Taki niepokój w długim okresie powinien zatem ciążyć polskiej walucie.

Słabe wiadomości z Niemiec

Poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej z Niemiec. analitycy spodziewali się wzrostu o 0,4% w ujęciu miesięcznym. Otrzymaliśmy jednak spadek o 0,3%. Inwestorzy wyraźnie wystraszyli się, że problemy Niemiec, które ciągną całą Unię Europejską mogą się dalej rozlać. W rezultacie od rana obserwujemy przecenę europejskiej waluty szczególnie względem dolara.

  • Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs dolara w górę, złoty kończy tydzień na minusie

Ubiegły tydzień przyniósł wyraźne osłabienie polskiej waluty, która najgorzej radziła sobie w parze z silniejszym funtem brytyjskim i dolarem amerykańskim. W tym tygodniu inwestorzy czekają na dane inflacyjne z USA, a z krajowego punktu widzenia istotna będzie również rewizja ocen wiarygodności kredytowej Polski ze strony agencji S&P i Fitch.

Jednymi z najlepiej radzących sobie walut świata w ubiegłym tygodniu były dolar amerykański i real brazylijski. Pierwsza waluta umocniła się z uwagi na postępujący wzrost rentowności na całej długości amerykańskiej krzywej dochodowości. A gwałtowne umocnienie waluty Brazylii było związane z powszechnymi wyborami w tym kraju. Rynki wyceniają bowiem, że zwycięstwo zgarnie w nich skrajnie prawicowy, ale bardziej przyjazny rynkowi, Jair Bolsonaro. W momencie pisania komentarza, wygląda na to, że Bolsonaro uzyskał więcej głosów niż oczekiwano w sondażach. Prawdopodobnie nie uzyskał on jednak większości bezwzględnej, w związku z czym odbędzie się druga tura.

W nadchodzących tygodniach, dla rynków kluczowe będą zmiany rynkowych stóp procentowych w USA. Rentowność 10-letnich obligacji kraju systematycznie przekraczają kolejne psychologiczne poziomy – wynoszą one obecnie ok. 3,23%, co jest ich najwyższym poziomem od pokryzysowego 2011 roku. Biorąc pod uwagę, że ruch z ostatniego tygodnia był silny i niespodziewany, jest nieco zaskakującym, że euro nie było poddane większej presji wyprzedażowej względem dolara amerykańskiego. Jeżeli relacja między rynkiem walutowym, a amerykańskimi rentownościami nadal będzie słabnąć, w nadchodzących tygodniach możemy zmienić nasze prognozy na korzyść euro w relacji do dolara amerykańskiego.

Kurs złotego PLN

Ubiegły tydzień nie był dobry dla polskiego złotego. Polska waluta osłabiła się w relacji do głównych walut, najmocniej tracąc w parze z funtem brytyjskim i dolarem amerykańskim. Złotemu w pierwszej części tygodnia nie sprzyjał powrót ryzyka w związku z sytuacją we Włoszech, w drugiej szkodziło natomiast umocnienie dolara amerykańskiego związane ze wspomnianym wzrostem rentowności amerykańskich obligacji.

Dane gospodarcze z Polski były rozczarowujące: indeks PMI dla przemysłu spadł we wrześniu do poziomu 50,5, tym samym znalazł się nieznacznie powyżej granicy oznaczającej ekspansję sektora, sugerując, że spowolnienie po zachodniej stronie granicy Polski negatywnie przekłada się na sytuację w Polsce. Inflacja również rozczarowała: indeks CPI obniżył się z poziomu 2% do 1,8% w ujęciu rocznym, doświadczając spadku głębszego od prognoz i cementując niskie oczekiwania względem działań Rady Polityki Pieniężnej w kolejnych kwartałach.

W kontekście ubiegłego tygodnia warto wspomnieć o spotkaniu decyzyjnego skrzydła NBP, które wprawdzie nie przyniosło przełomu, jednak dostarczyło interesującej informacji. Prezes NBP zasugerował, że RPP nie rozpatruje celu inflacyjnego jako punkt z odchyleniami (2,5% +/- 1p.p.), ale raczej jako przedział (1,5-3,5%), co mogłoby sugerować, że Bank mógłby bardziej tolerować inflację znajdującą się powyżej punktowego celu inflacyjnego – oznaczałoby to, że stopy procentowe mogą dłużej pozostać stabilne.

Bieżący tydzień nie przyniesie żadnych kluczowych danych z kraju, warto jednak zwrócić uwagę na piątkowe rewizje oceny wiarygodności kredytowej Polski, których dokonają agencje S&P i Fitch. Agencja S&P w ostatnim czasie podniosła perspektywę ratingu do „pozytywnej”, w dodatku ocenia Polskę najgorzej ze wszystkich agencji tzw. Wielkiej Trójki, podczas gdy agencje raczej starają się utrzymywać oceny wiarygodności na podobnym poziomie. Sytuacja gospodarcza i fiskalna Polski oraz ich perspektywy również są dobre. Wszystko to może sugerować, że istnieje szansa na ruch w górę. Agencja Fitch z kolei raczej nie zdecyduje się na zmianę ratingu, biorąc pod uwagę stabilną perspektywę oceny wiarygodności kredytowej Polski oraz to, że pod względem oceny agencja plasuje się „pośrodku stawki”, niewykluczone, że rozważy jednak podwyżkę perspektywy. 

Kurs funta GBP

Wydaje się, że premier May dobrze poradziła sobie podczas konferencji Partii Konserwatywnej, ograniczając jedno z potencjalnych źródeł ryzyka dla funta brytyjskiego poprzedzających krytyczne negocjacjami w sprawie Brexitu. Co więcej, na niecałe 2 tygodnie przed pierwszym terminem na możliwe osiągnięcie porozumienia (18 października) ze strony Unii Europejskiej pojawiły się sygnały o zwiększonej elastyczności w kwestii osiągnięcia porozumienia. Nadal oczekujemy, że funt zareaguje pozytywnie na jakiekolwiek sygnały o tym, że obie strony zbliżają się do momentu osiągnięcia umowy.

Kurs euro EUR

Euro w obliczu gwałtownego wzrostu 10-letnich obligacji USA o ponad 15 p.p. doświadczyło względnie ograniczonej wyprzedaży (uwzględniając skalę ruchu 10-latek). Bez wątpienia pozytywne dane o bezrobociu i sprzedaży detalicznej w strefie euro nie zaszkodziły sentymentowi do wspólnej waluty. Względna stabilność kursu euro w obliczu wyższych amerykańskich rentowności jest imponująca, zważywszy na to, że obawy związane z włoskim budżetem nadal nie zostały ugaszone. Ze względu na niewiele danych ekonomicznych ze Starego Kontynentu w tym tygodniu, handel euro będzie zależał głównie od nowych informacji o włoskim konflikcie z Brukselą, jak i od zmian rentowności papierów dłużnych w Stanach Zjednoczonych.

Kurs dolara USD

Rentowności obligacji USA nadal rosną w obliczu optymistycznych komentarzy Rezerwy Federalnej, jak i względnie dobrych danych ekonomicznych. Raport z amerykańskiego rynku pracy pokazał, że bezrobocie spadło do najniższego poziomu od 1969 r, potwierdzając dobrą kondycję amerykańskiego rynku pracy. Płace odnotowały z kolei oczekiwany wzrost rzędu 2,8% rocznie. Negatywnie zaskoczyła natomiast zmiana zatrudnienia w sektorach pozarolniczych, jednak pozytywna rewizja danych z poprzedniego miesiąca oraz fakt, iż dane zostały prawdopodobnie „zaburzone” ze względu na fakt, iż we wrześniu USA nawiedził huragan Florence sprawiają, iż w tym momencie dane nie powinny budzić większych obaw. Biorąc pod uwagę charakterystykę amerykańskiego rynku obligacji, w tym tygodniu kluczowa będzie czwartkowa publikacja danych inflacyjnych dla Stanów Zjednoczonych. Jeżeli inflacja bazowa okaże się wyższa od założeń konsensusu, inwestorzy mogą reagować, w konsekwencji czego rentowności mogłyby wzrosnąć nawet do kolejnego psychologicznego poziomu 3,5%, wpływając również na rynek walutowy.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury Polska

3 razy więcej Polaków na najlepszych uczelniach zagranicznych. Połowa deklaruje, że wróci

W weekend poprzedzający inaugurację nowego roku akademickiego o polskich studentów przyjechało zabiegać 50 uczelni i liceów zagranicznych. Odwiedziły Warszawę w ramach piątej edycji Elab Education Festival – największego w Polsce festiwalu edukacji międzynarodowej i planowania kariery. Padł kolejny rekord – impreza przyciągnęła ponad 3000 odwiedzających.

Szturm na top uczelnie

Rok do roku obserwujemy kilkunastoprocentowe wzrosty zainteresowania studiami zagranicznymi. Młodzi Polacy nie tylko wyjeżdżają częściej, ale też mierzą coraz wyżej. Z pomocy w aplikowaniu na uczelnie z pierwszych miejsc światowych rankingów korzysta obecnie trzykrotnie więcej osób niż jeszcze przed dwoma laty -Jakub Pietraszek, CEO Elab Education Laboratory

Na Oxfordzie spotkamy najwięcej rodaków studiujących medycynę i informatykę. W Cambridge – natural sciences, medycynę i inżynierię. Coraz więcej aplikantów z Polski dostaje się na prestiżowy University of the Arts w Londynie oraz jedną z wiodących w rankingu Financial Times szkół biznesowych – Bocconi.

Najpopularniejszym kierunkiem emigracji edukacyjnej Polaków pozostaje Wielka Brytania. Rosnącą popularnością, pomimo znacznych kosztów takiego wyjazdu, cieszą się Stany Zjednoczone.

Uczelnie amerykańskie gwarantują więcej niż tylko wiedzę. Najważniejsze wyzwanie, jakie przed sobą stawiają, to dać ci pracę. Kadra uniwersytecka jest po to by ci pomóc, ale to Ty trzymasz stery. Twoja uczelnia zostanie z tobą w kontakcie przez całe życie. Na uniwersytetach europejskich spotkasz przede wszystkim ludzi z Europy, w Stanach – z całego świata. To prawda, wyjazd na studia jest kosztowny. Jednak ta inwestycja zwróci się już w ciągu kilku lat. -Dan Hastings, attaché kulturalny Ambasady USA w Polsce.

Praktyczne motywacja

Olbrzymie znaczenie dla wyjeżdżających ma praktyczny wymiar edukacji oraz dostępność finansowania rządowego zarówno samych studiów, jak i prowadzonych projektów badawczych. Standardem jest, że uczelnie w krajach Europy Zachodniej organizują wysokiej jakości programy stażowe. W ramach brytyjskiego sandwich year studenci są wysłani na rok do pracy dla takich gigantów jak np. HSBC, Vodafone czy IBM i otrzymują za to wynagrodzenie w wysokości ok. 20 tys. GBP.

Budżet naukowy Uniwersytetu Warszawskiego wynosił w ubiegłym roku 475 mln zł. podczas gdy topowe zagraniczne dysponują kwotami rzędu kilku mld USD. Najlepiej dofinansowane uniwersytety to John Hopkins University z rocznym budżetem na badania w wysokości 2,3 mld USD czy Harvard dysponujący majątkiem 35 mld USD.

Nowy model studiowania

Wyjeżdżają nie tylko Polacy. Internacjonalizacja edukacji to trend obserwowany na całym świecie. W Europie poprzez programy Erasmus+ i Horyzont 2020 Unia Europejska wspiera wymianę międzynarodową dla studentów, pracowników akademickich i naukowców. Coraz prężniej działają też organizacje takie jak Elab, które reprezentują uczelnie zagraniczne na lokalnym rynku i pomagają chętnym przejść przez złożony proces przygotowań i aplikacji.

Potrzeba interakcji międzykulturowej młodych pokoleń silnie wpływa na współczesny model studiowania. Dwa lata temu niepokonany wcześniej Harvard został zdetronizowany pod względem największej liczby aplikacji na jedno miejsce. Najbardziej pożądaną wśród przyszłych studentów uczelnią okazał się eksperymentalny college Minerva, który postawił na nietypową organizację studiów. W trakcie czterech lat edukacji studenci podróżują pomiędzy siedmioma lokalizacjami. Studiują “po trochu” w San Francisco, Berlinie, Buenos Aires w Argentynie, w Korei Południowej, Indiach, Stambule i Londynie. 70 proc. uczniów amerykańskiej Minervy pochodzi spoza USA. „Wspólnie odkrywając kolejne nowe miejsce nawiązujesz trwałe przyjaźnie i budujesz zbiorową tożsamość wyznaczaną przez wspólne wartości i zdrowy rozsądek” – czytamy na stronie uczelni.

Czy wrócą do Polski?

Połowa Polaków studiujących za granicą wróci do Polski w ciągu pierwszych dwóch lat od zakończenia nauki. Według Goldman Recruitment absolwenci studiów zagranicznych mogą liczyć w kraju na średnio 77 proc. wyższe zarobki niż pozostali. Czynnik finansowy nie jest jednak jedynym skłaniającym do powrotu. Młodzi często wskazują na możliwość transferowania rozwiązań, które np. w UK czy Stanach są standardem na rozwijający się i chłonny rynek polski. -Jakub Pietraszek, CEO Elab Education Laboratory

Fiskus nie zwróci podatnikom pieniędzy, bo jemu przydadzą się bardziej

Podwyższone od 1 stycznia 2011 r. podstawowe stawki VAT miały obowiązywać przez 3 lata. Pierwotny plan zakładał, że podatnicy tylko chwilowo będą się dorzucali do budżetu państwa, a stawki 22% i 7% VAT powrócą wraz z początkiem 2014 r. W sierpniu 2018 r. minister finansów potwierdziła, że wyższe stawki podatku od towarów i usług zostaną utrzymane także w 2019 r., gdyż pieniądze przydadzą się bardziej państwu niż podatnikom.

Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec
Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec

Ustawa z dnia 26 listopada 2010 r. o zmianie niektórych ustaw związanych z realizacją ustawy budżetowej podwyższyła podstawowe stawki VAT do 23% i 8%. Jak wyraźnie stanowił art. 19 pkt 5, miało to być rozwiązanie czasowe, pozwalające obywatelom wesprzeć państwo z własnej kieszeni w 3-letnim okresie: od 1 stycznia 2011 r. do 31 grudnia 2013 r. (Dz.U. 2010, nr 238, poz. 1578).

Lepiej nie oddawać ludziom pieniędzy, bo my wydamy je rozsądniej

23 sierpnia 2018 r. w programie „Wydarzenia i Opinie” w stacji Polsat News minister finansów zapowiedziała, że w 2019 r. nie zostaną przywrócone obiecywane od 8 lat niższe stawki VAT. Utrzymanie w kolejnym roku wyższego podatku od towarów i usług tłumaczyła w ten sposób, że zwrócenie podatnikom podatku w wysokości 1 punktu procentowego nie byłoby dla nich odczuwalne. Szacowane przez minister 8 miliardów złotych, jakie uzyska w ten sposób państwo, będzie za to odczuwalne dla jego budżetu. Innymi słowy, opiekuńcze państwo nie zamierza zwracać obiecanych, należnych podatnikom pieniędzy, bo samo wyda je lepiej.

Fiskus zabrał mało, więc tak naprawdę nie ma czego oddawać

Gdy 8 lat temu podwyższano stawkę podatku od towarów i usług, decyzję tę argumentowano tym, iż: „[…] skala podniesienia wysokości stawki podatku (o 1 punkt procentowy), rynkowy charakter cen towarów i usług obciążonych tym podatkiem przy ich sprzedaży pozwala przypuszczać, że wpływ podniesienia stawki na ceny będzie bardzo ograniczony, a w wielu przypadkach nie wystąpi w ogóle (konkurencja rynkowa).” (Uzasadnienie Rządowego projektu ustawy o zmianie niektórych ustaw związanych z realizacją ustawy budżetowej – druk 3430 z 30.09.2010 r.).

Dzięki takiemu posunięciu fiskus w genialny dla siebie sposób zapętlił podwyższenie stawki najważniejszego podatku, początkowo tłumacząc, że wprowadzenie wyższego VAT nie będzie dla podatników dotkliwe, a teraz odmawiając jego obniżenia, skoro i to nie byłoby dla nich odczuwalne. 3 stycznia 2011 r. serwis TVP Info poinformował w materiale pt. „Wzrost VAT, wzrost cen”, że: „Wzrost podatku VAT o jeden punkt procentowy to wyższe ceny żywności, mieszkań, czy leków”.

Mięso, chleb i produkty przemiału zbóż, z wyłączeniem śruty

Podwyżka z 2011 r. objęła również produkty żywnościowe, które nie były dotąd opodatkowane. Według przywołanego uzasadnienia z 2010 r. (druk 3430) prawo Unii Europejskiej wymagało tego względem nieprzetworzonej żywności. Dopełniając unijnego obowiązku, wspaniałomyślnie obciążono tę żywność najniższą możliwą, bo 5% stawką VAT. W ramach rekompensaty obniżono nawet z 7% do 5% VAT na inne podstawowe produkty żywnościowe. Zgodnie z załączonym do ustawy z dnia 26 listopada 2010 r. wykazem towarów (Dz.U. 2010, nr 238, poz. 1578), ta najniższa możliwa stawka opodatkowania dotyczyła m.in.: jagód z wyłączeniem kiwi, dziko rosnących jadalnych produktów leśnych, ryb, mięsa, jaj, kuskusu, makaronów, pierogów, klusek, czy też produktów przemiału zbóż z wyłączeniem śruty.

Decyzję tę argumentowano tym, iż: „[…]zabezpieczenie w postaci objęcia najniższą stawką podatku w wysokości 5% podstawowych produktów żywnościowych pozwoli uchronić mniej zamożną część społeczeństwa, dla której wydatki na żywność stanowią istotny element budżetu domowego” (Uzasadnienie Rządowego…, druk 3430)]. Zatem obciążając podatników dodatkową daniną, fiskus robił to dla ich finansowego bezpieczeństwa.

Sprytny sposób uszczelniania systemu

21 sierpnia 2018 r. Rada Ministrów przyjęła wstępny projekt ustawy budżetowej na 2019 r. Jak poinformowało Ministerstwo Finansów, jest on gwarancją stabilności i bezpieczeństwa finansów publicznych, a niski deficyt pozwala nawet na ujęcie w jego wydatkach wzrostu nakładów na wynagrodzenia w sferze budżetowej. Priorytetem resortu w nadchodzącym roku pozostanie „dalsze uszczelnianie systemu podatkowego i ograniczanie jego skomplikowania”.

Podczas rozmowy w Polsat News minister finansów zapowiedziała, że wspomniane uszczelnianie zaowocuje dodatkowymi 10 miliardami złotych dla budżetu państwa. Nie sposób nie zgodzić się z szefową resortu finansów, która stwierdziła, iż nie powinno być to zadanie trudne do zrealizowania, skoro już z samych zabranych i nieoddanych podatnikom pieniędzy, wskutek zachowania wyższych stawek VAT, uzbiera się przeważająca część tej kwoty, bo aż 8 miliardów złotych.

155 stron zmian

O ile w tej metodzie uszczelniania systemu podatkowego da się dostrzec jakąś pomysłowość w realizacji pierwszego z ministerialnych priorytetów, to wciąż trudno o to w przypadku drugiego z nich. Przygotowany przez resort 24 sierpnia 2018 r. Projekt ustawy o zmianie ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, ustawy o podatku dochodowym od osób prawnych, ustawy – Ordynacja podatkowa oraz o zmianie niektórych innych ustaw liczy bowiem aż 155 stron. Przy takiej ilości zmian trudno mówić o „ograniczaniu skomplikowania systemu podatkowego”.

Tak jak wyłączenie spod stawki niskiego opodatkowania śruty nie oznaczało, że podatnik nie mógł nabywać innych nisko opodatkowanych produktów przemiału zbóż, tak nasycanie obrotu gospodarczego setkami zmian nie oznacza, że przedsiębiorca-podatnik nie może, w celu zapoznania się z nimi, skorzystać z pomocy profesjonalistów. Do dyspozycji są przecież doradcy podatkowi, kancelarie prawne, a nawet sam fiskus, oferujący za drobną opłatą wydanie wiążącej interpretacji przepisów podatkowych. Ten, kto nie godzi się na prowadzenie działalności w takich realiach, może zmienić rezydencję podatkową tudzież przenieść biznes za granicę. Oczywiście pod warunkiem, że zapłaci exit tax.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

Popyt na Kredyty Mieszkaniowe we wrześniu 2018 r.

Wartość BIK Indeksu – Popytu na Kredyty Mieszkaniowe (BIK Indeks – PKM), informuje o rocznej dynamice wartości wnioskowanych kredytów mieszkaniowych. Najnowszy wrześniowy odczyt wyniósł + 23,6% i jest niższy od odczytu sierpniowego o – 4,9 p.p. Wartość indeksu na poziomiec + 23,6% oznacza, że we wrześniu 2018 r., w przeliczeniu na dzień roboczy, banki i SKOK-i przesłały do BIK zapytania o kredyty mieszkaniowe, na kwotę wyższą o 23,6%, w porównaniu z wrześniem 2017 r.

– We wrześniu 2018 r., w porównaniu do sierpnia 2018 r., wartość indeksu spadła o 4,9 p.p. Jednak wrześniowy odczyt nadal jest bardzo wysoki. Łącznie we wrześniu o kredyt mieszkaniowy zawnioskowało 32,00 tys. osób w porównaniu do 29,73 tys. rok wcześniej (+ 7,7%). Średnia kwota wnioskowanego kredytu mieszkaniowego we wrześniu 2018 r. wyniosła 255,86 tys. zł, tj. o 9,3% więcej niż rok wcześniej. Wzrost indeksu spowodowany jest zarówno wzrostem liczby wnioskodawców, jak i średniej kwoty wnioskowanego kredytu. Wzrostowi liczby osób wnioskujących o kredyt mieszkaniowy sprzyja nadal bardzo dobra obecna sytuacja ekonomiczna gospodarstw domowych, której towarzyszy optymizm co do ich przyszłej sytuacji finansowej. Natomiast wnioskowanie o wyższe kwoty kredytów mieszkaniowych niż w 2017 r. może mieć swoje główne źródło we wzroście cen nieruchomości oraz nadal rekordowo niskich stopach procentowych. Przy rosnących dochodach gospodarstw domowych i niskich stopach procentowych rośnie zdolność kredytowa klientów, która umożliwia wnioskowanie o wyższe kwoty kredytów mieszkaniowych – mówi prof. Waldemar Rogowski, Główny Analityk Biura Informacji Kredytowej.

Metodyka indeksu:

Wskaźnik BIK Indeks – PKM obliczany jest w przeliczeniu na dzień roboczy po wyłączeniu zapytań o kredyty mieszkaniowe na kwoty przekraczające 1 mln zł oraz zapytań o tego samego klienta w kolejnych 90 dniach. Metodyka indeksu została opracowana przez Biuro Informacji Kredytowej we współpracy z Instytutem Rozwoju Gospodarczego SGH. Indeks publikowany jest co miesiąc.

Walter Herz otwiera biuro w Krakowie

Walter Herz, firma doradcza w sektorze nieruchomości komercyjnych otworzyła swój oddział na najszybciej rozwijającym się, krajowym rynku regionalnym

Decyzja o otwarciu biura regionalnego w Krakowie wiąże się z rosnącym zapotrzebowaniem najemców, szczególnie firm z sektora BPO, SSC i IT, na najwyższej jakości usługi doradztwa na tym rynku. Jego tempo rozwoju może robić wrażenie. Z danych Walter Herz wynika, że tylko w ciągu ostatnich czterech lat Kraków zwiększył swoje zasoby biurowe niemal dwukrotnie i dysponuje aktualnie prawie 1,2 mln mkw. nowoczesnej powierzchni. W stolicy Małopolski w budowie jest aktualnie około 300 tys. mkw., a kolejne 200 tys. mkw. biur znajduje się w projektach przygotowywanych do realizacji.

Kraków, który jest drugim, największym rynkiem biurowym w kraju, plasuje się w światowej czołówce najatrakcyjniejszych lokalizacji dla inwestycji z sektora usług dla biznesu. Firmy z tej branży zatrudniają już na terenie aglomeracji około 60 tys. osób. I to właśnie spektakularny rozwój działalności tego sektora, który generuje popyt na ponad 60 proc. powierzchni biurowych, stanowi największą siłę napędową regionu.

Kraków to dla inwestorów świetne miejsce do lokowania biznesu, przede wszystkim z uwagi na niezwykle zasobny w wysoko wykwalifikowaną kadrę rynek pracy, ale również ze względu na swoje walory turystyczne. Potencjał inwestycyjny i naukowy miasta wciąż przyciąga do Krakowa nowe firmy, a te które są w nim obecne rozwijają swoje projekty.

– Roczne zapotrzebowanie na powierzchnie biurowe przekracza w Krakowie 200 tys. mkw. Szacujemy, że w tym roku powinno uplasować się na podobnym poziomie. Nasza firma od dawna prowadzi aktywną działalność na krakowskim rynku. Tylko w trzecim kwartale bieżącego roku doradzaliśmy przy transakcjach, m.in. na wynajem powierzchni w kompleksie Zabłocie Business Park, czy Unity Tower, które łącznie opiewały na ponad 5000 mkw. powierzchni – informuje Mateusz Strzelecki, Partner w Walter Herz.

– Kraków jest jednym z miast najczęściej wybieranych przez firmy wchodzące do Polski. To najbardziej chłonny, regionalny rynek biurowy w naszym kraju i główna lokalizacja dla sektora usług dla biznesu. O skali rozwoju firm sektorowych w tym regionie może świadczyć choćby ilość nowych centrów usług biznesowych, których w Krakowie powstało w ubiegłym roku dwukrotnie więcej niż w Warszawie. Potencjał inwestycyjny aglomeracji jest ogromny, stąd nasza decyzja o wejściu na ten rynek. Krakowski oddział Walter Herz rozpoczął działalność z początkiem października br. w niedawno oddanym budynku High5ive przy ulicy Pawiej 9 – podaje Mateusz Strzelecki.

– Wybraliśmy ten kompleks na siedzibę krakowskiego oddziału firmy, ponieważ to jeden z najlepiej skomunikowanych obiektów biurowych w mieście. Inwestycja, która mieści się w sąsiedztwie Dworca PKP Kraków Główny jeszcze się rozbudowuje, a finalnie w pięciu budynkach zaoferuje 70 tys. mkw. powierzchni i wszelkie udogodnienia. High5ive zapewnia, nie tylko ciekawe rozwiązania proekologiczne, ale również oferuje najwyższej klasy rozwiązania techniczne – wymienia Strzelecki.

W Krakowie zainaugurowany zostanie również niebawem tegoroczny cykl spotkań Akademii Najemcy Walter Herz. Na pierwsze warsztaty trzeciej już edycji autorskiej Akademii firma zaprasza 17. października br. wszystkich najemców i osoby zainteresowane rynkiem najmu do mieszczącego się przy ulicy Radzikowskiego 182 Office Inspiration Centre, krakowskiego showroomu firmy Nowy Styl.

W czasie seminarium Walter Herz oficjalnie zaprezentuje raport „Biuro 10.0” stworzony we współpracy z partnerami, firmą Billennium wyspecjalizowaną w dziedzinie doradztwa technologicznego, firmą Reesco świadczącą usługi fit-outowe i oferującym kompleksowe rozwiązania w zakresie umeblowania Nowym Stylem. Opracowanie poświecone jest kwestii aranżacji powierzchni biurowych, optymalizacji procesu najmu oraz rozwiązań technicznych w biurach.

Kurs dolara i euro – prognoza krótkoterminowa

Nowy tydzień EUR/PLN rozpoczyna w okolicach 4,305 przy EUR/USD oscylującym przy 1,15. W piątek na rynkach finansowych wyczekiwanym momentem była publikacja danych z rynku pracy w USA. Dane okazały się mieszane podnosząc na rynku zmienność (EUR/USD wzrósł do 1,154 po czym szybko zszedł w okolice 1,148). We wrześniu odczyt NFP wyniósł 134 tys. nowych miejsc pracy w sektorach poza rolnictwem (niżej niż oczekiwano, ale przy solidnej rewizji w górę, o blisko 70 tys. do 270 tys., wyniku za sierpień), spadła stopa bezrobocia (do 3,7% z 3,9% wcześniej – najniżej od 50 lat), a wzrost płac okazał się zgodny z oczekiwaniami (0,3% m/m i 2,8% r/r). Generalnie, wrześniowy NFP to solidny odczyt, biorąc pod uwagę chociażby wpływ huraganu Florence który uderzył podczas tygodnia badań. Każdy przyrost w USA nowych miejsc pracy o 150-250 tys. oznacza, że rynek pracy ma się nieźle i jest w stanie wchłaniać kolejnych pracowników, co oznacza, że stopa bezrobocia powinna nadal stopniowo spadać. Stąd dane NFP obok publikowanych wcześniej (ADP, ISM usług, czy PMI) wpisują się w zakładany przez rynek scenariusz dalszych podwyżek stóp w tym (o 25pb) i w przyszłym (łącznie o 75pb) roku. Wyższy koszt pieniądza w USA będzie sprawiał, że aktywa rynków z łagodniejszą polityką monetarną banków centralnych (jak EBC, czy NBP) będą pozostawać pod presją.

W oczekiwaniu na NFP, EUR/USD konsolidował się w okolicach 1,15. Stabilizacja euro do dolara znalazła ujście w lekko rosnących notowaniach złotego, EUR/PLN zszedł poniżej 4,30. Atmosfera na rynku europejskim nadal pozostaje jednak ciężka. Tydzień po opublikowaniu we Włoszech pierwotnego planu deficytu budżetowego włoski rząd podał, że w 2019 r. spodziewa się wzrostu PKB o 1,5%, w 2020 r. o 1,6%, a w 2021 r. o 1,4%, co powinno obniżyć zadłużenie kraju do 1,8% do 2021 roku z 2,4% utrzymanych na przyszły rok. Wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że pomimo prób załagodzenia klimatu wokół Rzymu, do pełnej oceny sytuacji fiskalnej Włoch ważne są szczegóły planu fiskalnego. A jak można zauważyć, zakładany przez rząd Contego wzrost gospodarczy na kolejne lata jest znacznie wyższy od prognoz przedstawionych wcześniej przez MFW, OECD, czy agencje ratingowe (max 1,2%). To może oznaczać, że w najbliższym czasie nie będzie możliwe osiągnięcie porozumienia  pomiędzy Rzymem a Brukselą, rośnie też ryzyko rewizji ratingu Włoch. Możliwe nasilenie się niestabilności na rynku spowoduje, że inwestorzy preferować będą waluty „bezpieczne”, kosztem ryzykowniejszych.

W najbliższych dniach, uwagę będą przyciągać dane inflacyjne z USA i handlowe z Chin. Zakładamy, że CPI i bazowy CPI powinny zwiększyć zaufanie rynku do dalszych podwyżek stóp w USA i wzmocnić dolara kosztem złotego. Ponadto, ostatnie dane z Chin potwierdzały spowalnianie gospodarki (niższy od oczekiwań odczyt PMI za wrzesień na poziomie 50,8). Wojna handlowa z USA zniweczyła wysiłki Pekinu w kierunku opanowania spowolnienia wzrostu gospodarczego po okresie ekspansji. Oprócz słabszego wzrostu produkcji, chińska gospodarka zmaga się również ze spowolnieniem inwestycji i rosnącym zadłużeniem. Oczekiwane, kolejne słabsze odczyty z Chin (w tym tygodniu dot. wymiany handlowej), mogą wywierać dalszą presję na juana. Złoty silnie reagują na wahania kursu stąd, oczekiwane wzrosty USD/CNY powinny wpłynąć na zmiany notowań EUR/PLN, w kierunku słabszego złotego.

Wykres dnia: Oczekiwane wzrosty USD/CNY, po publikacji słabszych danych z Chin dot. wymiany handlowej, powinny wpłynąć na zmiany EUR/PLN w kierunku niższych notowań złotego.

zmiany EUR PLN w kierunku niższych notowań złotego
Źródło: Thomson Reuters

Autor: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Raport IPO Watch za III kwartał 2018

Wartość pierwotnych ofert publicznych (Initial Public Offering, IPO) przeprowadzonych na europejskich giełdach w trzecim kwartale 2018 roku wyniosła 3,9 mld euro – to spadek o 53% w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego (8,3 mld euro). Niemal połowa debiutów i środków pozyskanych z  IPO przypadła na giełdę w Londynie. W Warszawie w minionym kwartale odnotowano jedynie 4 oferty o łącznej wartości 8 mln euro – wynika z najnowszego raportu „IPO Watch Europe” przygotowanego przez firmę doradczą PwC.

W III kwartale 2018 r. w Polsce miały miejsce 4 pierwotne oferty publiczne (IPO) – z czego tylko jedna na rynku głównym GPW, a trzy na alternatywnym rynku NewConnect. Na rynku głównym zadebiutowała spółka Silvair (mająca polskie korzenie amerykańska firma zajmująca się tworzeniem oprogramowania w obszarze internetu rzeczy). Wartość przeprowadzonej oferty wyniosła 20,1 mln zł. Z kolei łączna wartość IPO przeprowadzonych na alternatywnym rynku NewConnect wyniosła 12,6 mln zł – największą ofertę o wartości 6,5 mln zł przeprowadziła spółka Creepy Jar (wydawca i dystrybutor gier wideo). Na rynku alternatywnym zadebiutowała także spółka Medinice zajmująca się sprzedażą produktów medycznych z obszaru kardiologii i kardiochirurgii (wartość IPO wyniosła 4,9 mln zł) oraz spółka Passus będąca dostawcą rozwiązań IT (wartość oferty 1,3 mln zł).

Aktywność w zakresie IPO w Warszawie jest po trzech kwartałach najsłabsza od 2003 roku i po raz kolejny jedna z najmniejszych w Europie. Sprawa GetBacku i jej skutki zamroziły w tym roku polski rynek, i tak dotknięty już niskimi wycenami, spadającą płynnością oraz ciągłą niepewnością dotyczącą przyszłości OFE. Przyjęta przez Sejm ustawa o pracowniczych planach kapitałowych jest na pewno pozytywnym sygnałem, ale nie będzie miała istotnego realnego wpływu na rynek w krótkim okresie – napływ środków z PPK to raczej kwestia kolejnych lat. Poprawę sytuacji na giełdzie mogłaby przynieść większa międzynarodowa oferta (taka jak np. rozważany debiut Smyk Holding, którego prospekt złożony został już w KNF). Biorąc jednak pod uwagę nawet taki pozytywny impuls, mówimy tu o wpływie na rynek IPO w nieco dalszej perspektywie – na debiut w ostatnim kwartale mają w praktyce szanse emitenci, których projekty emisyjne zostały już złożone w KNF, a takich jest zaledwie kilka. Znacząca aktywność w zakresie IPO może więc nastąpić nie wcześniej niż w II kwartale 2019 r.” – mówi Bartosz Margol, dyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

Podsumowanie europejskiego rynku ofert pierwotnych w III kwartale 2018 r.

Zgodnie z danymi uzyskanymi przez PwC, łączna wartość IPO w Europie wyniosła 3,9 mld euro i spadła w minionym kwartale (w porównaniu do trzeciego kwartału 2017 r.) aż o 4,4 mld euro. Odnotowano 64 debiuty (wobec 76 w trzecim kwartale 2017 r.). W analizowanym okresie miała miejsce jedna mega oferta (IPO o wielkości przekraczającej 1 mld euro) przeprowadzona we wrześniu na giełdzie w Szwajcarii – IPO spółki SIG Combibloc Group AG (1 708 mln euro). Drugim największym IPO była oferta spółki Amigo Holdings Plc (407 mln euro, debiut na giełdzie w Londynie), a trzecim – IPO Tritax EuroBox plc (339 mln euro, giełda w Londynie).

 Aktywność na europejskim rynku IPO w pierwszych trzech kwartałach roku od 2008* r.Aktywność na europejskim rynku IPO w pierwszych trzech kwartałach roku od 2008

Aktywność na europejskim rynku IPO (kwartalnie) od 2014

Aktywność na europejskim rynku IPO
*Dane przed 2011 r. nie uwzględniają giełd w Stambule, Zagrzebiu i Bukareszcie

Geopolityczne zawirowania oraz letnia przerwa spowolniły aktywność w trzecim kwartale, w efekcie wartość IPO w Europie osiągnęła najniższy poziom od 2 lat. Perspektywy na IV kwartał wyglądają dość optymistycznie, zmienność rynku utrzymuje się na niskim poziomie, a na europejskich rynkach oczekiwanych jest co najmniej kilka mega ofert (IPO o wartości przekraczającej 1 mld euro). Z drugiej strony, słabe notowania po debiucie niektórych spośród ostatnich emitentów, jak też istotna niepewność dotycząca wyników negocjacji ws. Brexitu, mogą zniechęcić spółki planujące IPO do zamknięcia transakcji przed końcem roku” – podsumowuje Tomasz Konieczny, lider zespołu ds. rynków kapitałowych PwC.

O raporcie IPO Watch Europe

Bieżąca i poprzednie edycje IPO Watch Europe są dostępne pod adresem: www.pwc.pl/ipowatch. Dostępne są również podsumowania roczne za lata 2004-2017.

Raport IPO Watch Europe obejmuje wszystkie debiuty na głównych giełdach w Europie (włączając w to giełdy w Unii Europejskiej, Islandii, Norwegii, Turcji i Szwajcarii) i jest publikowany kwartalnie. Debiuty podmiotów, które przeprowadzały wcześniej pierwszą ofertę publiczną oraz przeniesienie pomiędzy rynkami w ramach jednej giełdy, nie zostały uwzględnione w statystykach. Raport dotyczy okresu od 1 lipca do 30 września 2018 roku i został sporządzony w oparciu o daty debiutów akcji lub praw do akcji. Dodatkowe informacje, w tym tabele danych, są dołączone do niniejszej informacji prasowej.

Pudełkowe data center na topie. Konwergencja warta już 3,5 mld dolarów

IDC opublikowało globalne wyniki sprzedaży systemów konwergentnych w drugim kwartale 2018 roku. Wartość tego segmentu rynku wyniosła 3,5 mld dolarów – o ponad 9 proc. więcej niż rok wcześniej. Największy wzrost zaliczyły jednak rozwiązania hiperkonwergentne, generując ponad 1,5 mld dolarów zysków. Trend ten napędzają inwestycje w cyfrową transformację biznesu, która potrzebuje prostych i sprawnych narzędzi.    

W swoim raporcie IDC wyróżnia kilka kategorii systemów konwergentnych. Są to infrastruktura zintegrowana, architektura referencyjna i zintegrowane platformy. Ostatnią kategorię tworzy infrastruktura hiperkonwergentna (HCI). To segment rynku, który zanotował największą dynamikę wzrostu aż o 78,1 proc. w ujęciu rocznym.

Era hiperkonwergencji?

Rozwiązania HCI napędziły wzrosty na rynku usług konwergentnych ze względu na swoją zdolność do uproszczenia całego środowiska IT. Infrastruktura hiperkonwergentna łączy w jednym „pudełku” serwer, przestrzeń dyskową oraz oprogramowanie do zarządzania i dzięki temu firmowe działy IT mogą sprawniej wspierać cele biznesowe danej organizacji – komentuje wyniki Sebastian Lagana, kierownik działu badań nad technologiami i platformami IT w firmie IDC.

Jedną z najważniejszych cech infrastruktury hiperkonwergentnej jest właśnie integracja wielu elementów składowych w ramach jednej usługi. W efekcie wdrażanie systemów HCI jest znacznie szybsze – można je zainstalować nawet w ciągu 2 minut. Fizyczna infrastruktura HCI może zostać przy tym umieszczona w siedzibie przedsiębiorstwa, dzięki czemu biznes nie musi się obawiać o kwestie prawne. Z kolei dzięki warstwie programowej zarządzanie tego typu systemami IT staje się znacznie prostsze i tańsze. A dodatkowo nie wymaga zatrudniania dodatkowego personelu.

Gdy brakuje rąk do pracy

Kwestia zatrudnienia jest o tyle istotna, że według najnowszego raportu ManpowerGroup wynika ponadto, że 52 proc. polskich firm ma problem ze znalezieniem nowych pracowników. Na samym rynku IT brakuje ok. 50 tys. takich pracowników, a niejednokrotnie nie mają oni też odpowiednich umiejętności. Według Gartnera, nawet 70 proc. pracowników na całym świecie nie posiada kompetencji, by umożliwić swoim firmom cyfrową transformację.

Problemy kadrowe są szczególnie odczuwalne, gdy polskie firmy chcą się rozwijać i zakładać nowe oddziały – w Polsce i za granicą. Nie dość, że stworzenie odpowiedniego zaplecza IT ma swoją cenę, to do tego brakuje im odpowiedniego personelu technicznego – w terenie. Rozwiązania hiperkonwergentne, których popularność na całym świecie rośnie, są jednak remedium na tego typu problemy. HCI umożliwia zainstalowanie w zdalnym oddziale firmy wręcz „przewoźnego data center. Tak np. zrobiło niemieckie „pendolino” – instalując w pociągach zwirtualizowane centrum danych – tłumaczy Stanisław Bochnak, Senior Business Solutions Strategist w VMware Polska.

Jak dodaje ekspert, zarządzanie takim centrum odbywa się z poziomu konsoli, którą obsługują specjaliści IT znajdujący się w firmowej centrali. Większość skomplikowanych zadań realizowana jest jednak przez oprogramowanie dostawcy. Dzięki wirtualizacji i automatyzacji, do obsługi większej liczby oddziałów nie trzeba zatrudniać dodatkowych pracowników, co ma bezpośrednie przełożenie zarówno na niższe koszty działania jak i na poprawę niezawodności.

Zwycięzca bierze wszystko

Na rynku rozwiązań konwergentnych dominują obecnie takie firmy jak Dell, Nutanix czy VMware. W segmencie oprogramowania do zarządzania HCI lider jest jednak tylko jeden. Według najnowszego raportu firmy doradczej Forrester jest nim VMware. Analitycy rozwiązaniom firmy z Palo Alto przyznali najwyższe noty. W raporcie strategia produktowa VMware została uznana za najbardziej kompleksową i zgodną z wizją cyfrowego biznesu.

Dla klientów VMware, rozwiązania hiperkonwergetne to nie tylko wirtualna puszka na moce obliczeniowe czy dyski. Nasze sztandarowe rozwiązanie vSAN gwarantuje im stabilny i inteligentny fundament chmury obliczeniowej. W ramach naszej strategii VMware Cloud Foundation oferujemy klientom dojrzałe, programowo definiowane data center, które napędza wdrożenia chmur prywatnych, publicznych i rozwiązań brzegowych – tłumaczy Yanbing Li, dyrektor generalny działu Storage and Availability Business w VMware.

Dzięki niedawno ogłoszonej współpracy Amazon Web Services, VMware w oparciu o tego typu rozwiązania HCI, chce znacznie umożliwić swoim klientom sprawne i szybkie budowanie środowisk multicloudowych oraz hybrydowych. Na całym świecie z vSAN korzysta już 15 tys. przedsiębiorstw, w tym ponad połowa z listy największych firm świata „Global 2000”. Według IDC sprzedaż rozwiązań hiperkonwergentnych VMware wyniosła prawie 500 mln dolarów w II kw. 2018 roku. Zdaniem Gartnera, hiperkonwergentne platformy IT będą odgrywać coraz większą rolę. Do 2021 roku wydatki na tego typu technologie przekroczą, w ujęciu globalnym, 10 mld dolarów.