Kurs dolara – Jastrzębi Fed może przecenić krajowe aktywa

Inwestorzy obawiają się dalszych podwyżek stóp procentowych w USA. Przy wysokich notowaniach euro do dolara umacnia się złoty. Jastrzębi Fed może odwrócić te tendencje.

Rynek walutowy i stopy procentowej

Podczas wtorkowej sesji złoty umacniał się. Kurs EUR/PLN zszedł w okolice 4,285 wspierany rosnącymi notowaniami euro do dolara. Inwestorzy dużą uwagę przywiązali do ostatnich komentarzy prezesa EBC, w których M. Draghi wskazując na rosnącą inflację i budującą się presję płacową w gospodarce EZ rozbudził oczekiwania na możliwą niedługo, zmianę tonu w komunikacji EBC. Nawet tonujące, wtorkowe wypowiedzi głównego ekonomisty banku centralnego (wyraźnie przeczące możliwemu szybszemu zaostrzeniu polityki banku) oraz oczekiwanie na jastrzębi wynik kończącego się w środodę posiedzenia Rezerwy Federalnej nie były w stanie zaszkodzić wspólnej walucie. P. Praet powiedział, że nie wierzy, iż intencją prezesa EBC było wysłanie sygnału do rynku, kiedy mówił o „względnie energicznym” wzroście inflacji.

Dzisiaj uwagę inwestorów przede wszystkim będzie przyciągać Fed. Utrzymujący się wzrost gospodarczy w USA wraz z oznakami, że dynamiki płac i inflacja rosną i nadal powinny rosnąć, wywiera presję, aby w USA koszt pieniądza dalej był raz na kwartał podnoszony. Od ostatniego spotkania FOMC dane (w tym wrześniowy indeks nastrojów konsumentów Consumer Board na poziomie 138,4 pkt wobec 132 prognozowanych) głównie wspierają ocenę członków FOMC, że wzrost gospodarczy jest „silny”, przy wciąż rosnącej konsumpcji, wzmocnionej m.in. obniżkami podatków. Utrzymuje się też presja cenowa, napędzana rosnącym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, zmniejszającą się luką na rynku pracy oraz utrzymującym się konfliktem handlowym pomiędzy USA a Chinami. Stąd, nie tyle prognozowana 25 pkt. podwyżka stóp (w pełni wyceniona przez rynek, wg danych CME FedWatch), ale przede wszystkim podtrzymanie oczekiwań na dalsze zacieśnianie polityki monetarnej w tym i w przyszłym roku powinny przywrócić wzrosty dolara do euro i przyczynić się do spadku notowań złotego w relacji do obydwu tych walut.

Na rynku stopy procentowej podczas wtorkowej sesji uwaga inwestorów skupiona była już na zbliżającym się posiedzeniu Fed. Oczekiwana podwyżka stóp o 25 pb. i obawy przed „jastrzębim” tonem komentarzy tworzyły presję na wzrost rentowności obligacji na świecie. W efekcie notowania US Treasuries w sektorze 10 lat przebiły 3,1%, natomiast Bundów zbliżyły się do 0,55%. Negatywne nastroje utrzymujące się na rynkach bazowych przyczyniły się do wzrostu krzywych dochodowości w Polsce. Globalnemu wzrostowi rentowności sprzyjał jednocześnie wzrost oczekiwań na szybsze wycofanie się EBC z polityki ujemnych stóp procentowych.

Podwyżka stóp o 25 pb. w USA w tym miesiącu została już wyceniona przez rynek. Niemniej należy zakładać, że jej uzasadnienie i komentarze na środowej konferencji prasowej przyczynią się do dalszej przeceny obligacji na świecie, pośrednio dotykającej również polskie aktywa. W okresie ostatnich miesięcy na skutek wzrostu ryzyka geopolitycznego rynek zaczął wyceniać bardziej umiarkowany cykl podwyżek stóp niż to wcześniej sygnalizował bank centralny. Teraz inwestorzy bardziej przekonują się do oficjalnej ścieżki. Podtrzymanie scenariusza, w którym stopy rosną w okolice 3,4% w 2020 r. (a także ewentualne podniesienie prognoz wzrostu PKB) osłabiałoby rynek UST przygotowany na docelowy poziom stóp bliższy 3,0%. W takim niesprzyjającym otoczeniu rynkowym rentowności polskich papierów 10-letnich powinny rosnąć w okolice 3,30%-3,35% w najbliższych dniach.

Wykres dnia: Rynek FRA w USA oczekuje wzrostu podstawowej stopy Fed lekko powyżej 3,0% w perspektywie najbliższych 2 lat.

Rynek FRA w USA oczekuje wzrostu podstawowej stopy Fed lekko powyżej 3,0% w perspektywie najbliższych 2 lat
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy: Joanna Bachert, Mirosław Budzicki / PKO Bank Polski

Średnia kwota niezapłaconego czynszu to dla firm prawie 53,5 tys. zł, a dla osób fizycznych 12,3 tys. zł

W hierarchii spłacalności zobowiązań czynsz często spada na koniec listy i to zarówno u przedsiębiorców, jak i konsumentów. Zaległości czynszowe odnotowane w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor urosły w ciągu pięciu miesięcy o ponad 2 mln zł i na koniec sierpnia wyniosły niemal 138 mln zł. Na sumę tę składają się głównie długi z Mazowsza oraz Warmii i Mazur. Średnia kwota niezapłaconego czynszu to dla firm prawie 53,5 tys. zł, a dla osób fizycznych 12,3 tys. zł.

Choć łączna liczba dłużników czynszowych firm i konsumentów, od marca do sierpnia tego roku spadła, to jednak kwota zaległości poszła w górę. Stało się to za sprawą przedsiębiorców „oszczędzających” na opłatach za lokal, ich długi zwiększyły się w tym czasie o 10 proc. Obecnie liczba dłużników wpisanych przez spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe do BIG InfoMonitor, to łącznie 9 697 osób i firm. Suma ich zaległości wynosi 137 845 370 zł.

Najwięcej, bo 25,3 proc. z tej kwoty przypada na Mazowsze. Następne jest województwo warmińsko-mazurskie z prawie 17 proc. udziałem w długach czynszowych. Sporą cześć zadłużenia zgromadziły też firmy i mieszkańcy z województwa kujawsko-pomorskiego – ponad 12 proc. oraz dolnośląskiego – ponad 10 proc. Wśród miast dominują: Warszawa – 29 414 350 zł zaległości, Elbląg – 19 898 465 zł, Bydgoszcz – 15 592 782 zł i Legnica – 10 995 339 zł. Nieco dalej w niechlubnym rankingu uplasowały się: Zielona Góra – 3 534 594 zł, Poznań – 2 520 570 zł, Pabianice – 2 309 844 zł oraz Chełm – 2 240 820 zł.zadłużenia czynszowe

Kwota długów nie do końca idzie w parze z liczbą dłużników, bo najwięcej jest ich w województwie kujawsko-pomorskim – prawie 2,8 tys. W woj. mazowieckim, które ma rekordową sumę zaległości czynszowych, liczba dłużników nie przekracza 1,4 tys. Problem nieopłaconego czynszu najmniej widoczny jest na Opolszczyźnie i w Świętokrzyskiem.

Czynsz przegrywa z ratami kredytów i rachunkami za media

Najpierw raty kredytów hipotecznych, następnie konsumpcyjnych, potem rachunki za prąd i gaz, który mogą odciąć, a telefon zablokować – tak wygląda hierarchia płatności konsumentów. Niewiele lepiej jest u przedsiębiorców. Tu czynsz wprawdzie wygrywa z rachunkami za media i telefon, ale jest za podatkami, ZUS-em, płacami pracowniczymi – wynika z badań przeprowadzonych na zlecenie BIG InfoMonitor.

Czynsz przegrywa z ratami kredytów i rachunkami za media
Źródło: BIG InfoMonitor, badanie „Skaner MSP” maj 2018 r.

Zadłużenie czynszowe drenuje budżety spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, a także finanse gmin z zasobami mieszkań komunalnych. Jak wynika z danych GUS najwięcej długów czynszowych powstaje właśnie w mieszkaniach komunalnych, o połowę mniejsze sumy wchodzą w grę w spółdzielniach mieszkaniowych, stosunkowo najlepiej jest we wspólnotach mieszkaniowych, na które przypada 10 proc. szacowanych przez GUS długów czynszowych. – Konsekwencje opóźniania płatności za czynsz są dla dłużników mało dotkliwe, dlatego tak łatwo jest przekładać go na później. Zarządzający lokalami najczęściej decydują się na telefon, czy też wysłanie własnego wezwania do zapłaty. Dopiero, gdy zadłużenie jest dramatycznie wysokie rozpoczynają proces sądowy i w konsekwencji podejmują próby eksmisji, co jest czasochłonne i kosztowne – zwraca uwagę Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Niezapłacony czynsz częściej mają na sumieniu osoby po 50-siątce

Udział kobiet i mężczyzn wśród dłużników czynszowych jest niemal wyrównany, z niewielkim wskazaniem na panie. Co do wieku, to najczęściej nie płacą osoby od 45 do 64 lat. Stanowią one ponad 45 proc. wszystkich dłużników. W porównaniu z danymi z końca marca, w każdym przedziale wiekowym odnotowano spadki liczby niepłacących. Największy spadek miał miejsce wśród osób w wieku 25-34 lat – w sumie o 160 osób. Poprawę widać też w grupie pań między 55 a 64 rokiem życia – o 91 osób oraz w grupie panów między 25 a 34 rokiem życia – o 89 osób.

– Wierzyciele nie zdają sobie często sprawy, że ich bierność, która powoduje spiętrzenie długu, drastycznie obniża szanse odzyskania pieniędzy. Cierpią obie strony. Lokator wpada w pętlę zadłużenia, a spółdzielnia czy zarządzający nieruchomościami ma za niskie wpływy, aby przeprowadzać konieczne remonty, modernizacje, nie wspominając już o nowych inwestycjach czy udogodnieniach dla mieszkańców – dodaje Sławomir Grzelczak.Niezapłacony czynsz częściej mają na sumieniu osoby po 50-siątce

Wezwanie do zapłaty robi wrażenie

Warto więc działać szybko, zanim dług urośnie. Niezwykle skutecznym narzędziem jest wysyłka wezwań do zapłaty zapowiadających wpis do Rejestru Dłużników BIG. Do bazy zaglądają bowiem banki, firmy telekomunikacyjne, operatorzy telewizji kablowej, internetu czy firmy pożyczkowe, sprawdzając rzetelność swojego potencjalnego klienta. Obecność w takim rejestrze komplikuje życie dłużnika, dlatego bardzo wielu lokatorów reaguje na wezwanie i spłaca dług. Pisma i ich wysyłkę przygotowuje BIG InfoMonitor, wezwanie przesłane jako list polecony w tym rozwiązaniu jest mniej kosztowne niż zrealizowane bezpośrednio na poczcie. O tym czy zatwardziali dłużnicy zostaną wpisani do rejestru, ostateczną decyzję podejmuje wierzyciel.

Virgin Mobile zakończył proces migracji klientów na własną platformę IT

    • W połowie września zakończony został kilkutygodniowy proces przenoszenia klientów Virgin Mobile z dotychczasowej platformy P4 (Play) do własnego środowiska IT.
  • Obecność na własnej platformie daje operatorowi nowe możliwości biznesowe oraz wprowadzi dodatkowe udogodnienia dla klientów, zwłaszcza w obszarze produktowym. To kolejny krok z zapowiadanej na początku roku strategii biznesowej, który został zrealizowany.

Z końcem września Virgin Mobile zakończył proces przenoszenia swoich klientów na własną platformę IT. To ostatni etap dzięki któremu operator uzyskał status full MVNO. Osiągniecie tego statusu następuje w momencie, gdy posiada ona całą infrastrukturę telekomunikacyjną oprócz sieci radiowej. Proces podzielony był na kilka etapów prac technicznych, aby zminimalizować odczuwalność procesu dla klientów. Jednocześnie Virgin Mobile w dalszym ciągu będzie korzystać z infrastruktury radiowej sieci Play.

Nowe możliwości

Do tej pory za pośrednictwem swojej platformy Virgin Mobile obsługiwał zaledwie
15% klientów. Przeprowadzony proces pozwolił spółce uzyskać większą niezależność,
jak również wpłynie na dostarczanie jeszcze lepszych usług i podniesie ich jakość. Dzięki migracji możliwe będzie m.in. szybsze konfigurowanie obecnych i nowych produktów oraz skrócenie czasu wprowadzania ich do oferty. Obecność na własnej platformie wpłynie również na obsługę klienta. Skrócenie czasu oczekiwania na rozwiązanie konkretnej sprawy czy ułatwienie procesów związanych z bilingowaniem, to tylko niektóre korzyści, które operator odniesie z obecności klientów na własnej platformie.

Kolejny cel biznesowy

Przeniesienie klientów na własną platformę to kolejny z zapowiadanych na początku roku przez Grażynę Piotrowską – Oliwę celów biznesowych, który został osiągnięty.

Po zakończeniu tego procesu możemy skupić się na realizacji kolejnych kroków, które mamy w swoich planach. W dalszym ciągu będziemy upraszczać wszelkie procesy skupiając się na customer value. Jednocześnie chcemy wprowadzać kolejne nowości do naszej oferty.

Grażyna Piotrowska-Oliwa Virgin Mobile
Grażyna Piotrowska-Oliwa Virgin Mobile

Nasz priorytet to dalsze usprawnianie procesów biznesowych, które mają nam pomóc osiągnąć przychód na poziomie 120 mln zł. Pierwsze efekty już widać i mam nadzieję, że najnowsza nowelizacja prawa telekomunikacyjnego i konieczność poniesienia kolejnych kosztów dostosowania się do ciągłych wymagań prawnych, nie zaburzy naszych planów – mówi Grażyna Piotrowska – Oliwa, Prezes Virgin Mobile Polska.

W dalszych planach operator skupi się na dokończeniu procesów mających przynieść wzrost jakości oferowanych przez niego usług. Prace nad nimi już trwają i zostaną zakończone w najbliższym czasie.

Rand południowoafrykański – kandydat do miana „najgorszej waluty roku”

O problemach liry tureckiej i argentyńskiego peso pisano już dużo w 2018 roku. Czas przeanalizować kolejnego „pechowca” ostatnich miesięcy – to rand południowoafrykański.

Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy rand południowoafrykański doświadczył bardzo gwałtownej wyprzedaży względem niemal wszystkich światowych walut. Nagłe pogorszenie danych gospodarczych i umocnienie dolara amerykańskiego doprowadziło kurs USD/ZAR do najwyższego poziomu od ponad dwóch lat.

Kurs USD/ZAR (wrzesień ’17-wrzesień ’18)

ZARŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Rand był jedną z walut gospodarek wschodzących, które najmocniej odczuły kryzys w Turcji – w sierpniu ZAR natychmiast zareagował na spadek liry tureckiej, doświadczając deprecjacji dochodzącej do 10%. Waluta RPA była również wrażliwa na wzrost globalnych stóp procentowych. Nie jest to zaskakujące, zważywszy na to, że wierzytelności RPA wobec Stanów Zjednoczonych i strefy euro mają wartość 40% PKB kraju. Tym samym, obok liry tureckiej i argentyńskiego peso, rand był jedną z najgorzej radzących sobie walut świata w 2018 r.

Rand cierpiał również w wyniku informacji o pierwszej od niemal dekady recesji w RPA, która rozpoczęła się w drugim kwartale bieżącego roku. Do czerwca br. gospodarka zmniejszyła się o 0,7%; w poprzednim kwartale odnotowano skurczenie się gospodarki o 2,6% w ujęciu kwartalnym. Za spowolnieniem stał przede wszystkim spadek aktywności sektora rolniczego – skurczył się on o 11% w wyniku suszy, która dotknęła znaczną część zachodniego obszaru kraju. Jest to zdecydowanie niefortunny obrót spraw, jeśli spojrzymy na dość dobre wyniki z ubiegłego roku. Coraz bardziej prawdopodobnym scenariuszem obecnie jest obniżka ratingu kraju ze strony agencji Moody’s podczas październikowej rewizji oceny wiarygodności kredytowej – tym samym Moody’s postąpiłaby jak dwie pozostałe agencje „Wielkiej Trójki”.

Dynamika PKB RPA (2009-2018)

Dynamika PKB RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Lata niepewności politycznej odbiły się na zaufaniu konsumentów i przedsiębiorstw. Wyznaczenie na prezydenta RPA Cyrila Ramaphosy, który objął miejsce ustępującego Jacoba Zumy pod koniec ubiegłego roku, obniżyło – przynajmniej w pewnym stopniu – skalę niepokoju. Ramaphosa jest postrzegany jako przywódca dużo bardziej przyjazny dla biznesu. Niemniej dotychczasowe zmiany ustawodawcze nie przełożyły się na poprawę aktywności gospodarczej w RPA. Presja na prezydenta, który obiecał poprawę sytuacji gospodarczej rośnie. Ramaphosa ma ogłosić pakiet działań stymulacyjnych, które powinny tchnąć nieco życia w gospodarkę kraju.

Ostatnia wyprzedaż randa stawia bank centralny przed trudnym zadaniem – słaba waluta bowiem zazwyczaj przekłada się na wzrost cen. Jeszcze w marcu inflacja spadła do 3,8%, czyli najniższego poziomu od 3 lat. Od tego czasu dynamika cen ponownie przyspieszyła, głównie ze względu na słabość krajowej waluty. W sierpniu główny wskaźnik inflacji wyniósł 4,9% i znalazł się nieznacznie poniżej najwyższego poziomu od niemal roku. Wzrost cen zbliżył się tym samym do górnej granicy celu inflacyjnego, który bank centralny określa widełkami od 3 do 6% i – zgodnie z komunikacją banku centralnego na spotkaniu we wrześniu – może nadal rosnąć w kolejnych miesiącach. Bazowa dynamika cen jest nieco bardziej stabilna, w sierpniu wyniosła 4,2%.

Inflacja w RPA (2008-2018)

Inflacja w RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Południowoafrykański bank centralny (SARB) wcześniej w 2018 roku obniżył stopy procentowe do poziomu 6,5%, w celu wsparcia wzrostu cen i wzmocnienia wzrostu gospodarczego. Była to pierwsza obniżka stóp w RPA od lipca 2017 roku. Przewodniczący Banku, Lesetja Kganyago, nie opowiedział się jednak za rozpoczęciem cyklu luzowania polityki monetarnej w RPA. Bank zasugerował, że na tamten moment jedna obniżka może wystarczyć. Od tego czasu kraj doświadczył spowolnienia gospodarczego, co mogłoby sugerować potrzebę dalszego obniżania stóp procentowych – niemniej niedawne osłabienie randa, z oczywistych względów, nie pozostawia zbyt wiele miejsca na agresywne luzowanie polityki monetarnej. Kganyago podczas spotkania we wrześniu zwrócił uwagę, że nie dyskutowano na temat obniżki stóp procentowych, poinformował również, że 3 z 7 członków komitetu decyzyjnego głosowało za natychmiastową podwyżką stóp procentowych.

Naszym zdaniem rośnie prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych przed końcem roku – zwłaszcza jeżeli rand pozostanie w okolicy obecnych, niskich poziomów.

Ostatni wzrost inflacji sprawia, że realne stopy procentowe w RPA ponownie spadły, co nie jest szczególnie pozytywną informacją dla randa. Obecnie realne stopy znajdują się na poziomie w okolicy 1,5%, tym samym są niemal o połowę niższe niż jeszcze w marcu. Możliwość obrony waluty przez bank centralny również nieco się pogorszyła – obecnie rezerwy są w stanie pokryć jedynie około 6 miesięcy krajowego importu. Ograniczone rezerwy pozostawiają bankowi centralnemu niewiele pola do potencjalnych interwencji na rynku walutowym, które mogłyby wesprzeć randa.

Rezerwy walut obcych RPA (2000-2018)

Rezerwy walut obcych RPAŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 21/09/2018

Wzrost cen surowców powinien jednak wspierać bilans handlowy RPA. Produkcja surowców odpowiada bowiem aż za 60% przychodów z eksportu gospodarki, a jedynie za około 25% wielkości importu. Nawet po ostatniej wyprzedaży randa, krajowe terms of trade nie uległy większym zmianom w porównaniu z poprzednim rokiem. Co więcej, w przeciwieństwie do Turcji i Argentyny, RPA ma względnie nieduży deficyt na rachunku obrotów bieżących – wynosi on obecnie około 2,5% PKB kraju. RPA również ma znacznie niższy stosunek długu zagranicznego w walutach obcych do PKB, który wynosi obecnie ok. 22% w porównaniu z ok. 50% w przypadku Turcji i ponad 30% w przypadku Argentyny.

Gwałtowna wyprzedaż randa południowoafrykańskiego była znacznie silniejsza niż zakładaliśmy, a nie byliśmy optymistami w kwestii perspektyw waluty. Ogromna skala ruchu sprawiła, że obecne poziomy, na których znalazła się waluta niekoniecznie są uzasadnione przez fundamenty kraju, ale w istotnej części są konsekwencją negatywnego nastawienia inwestorów w związku ze wzrostem ryzyka na rynkach, do którego doszło po ostrej wyprzedaży liry tureckiej w poprzednim miesiącu. Relatywnie niski deficyt na rachunku bieżącym kraju, umiarkowany poziom rezerw walutowych, dodatnie realne stopy procentowe oraz perspektywy wzrostu stóp procentowych ze strony SARB sprawiają, że w krótkim terminie spodziewamy się stabilizacji waluty w okolicy bieżących poziomów. Oczekujemy, że w najbliższym czasie rand powinien umocnić się w relacji do dolara amerykańskiego, w 2019 r. spodziewamy się z kolei względnej stabilizacji waluty.

Prognozy Ebury

  USD/ZAR EUR/ZAR ZAR/PLN
Q3-2018 14,50 16,95 0,25
E-2018 14,20 16,45 0,25
Q1-2019 14,00 16,25 0,26
Q2-2019 14,00 16,10 0,26
E-2019 14,00 16,10 0,26

Autorzy: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Informacje zawarte w niniejszym dokumencie służą wyłącznie do celów informacyjnych. Nie stanowią one porady finansowej lub jakiejkolwiek innej porady, mają charakter ogólny i nie są skierowane dla konkretnego adresata. Przed skorzystaniem z informacji w jakichkolwiek celach należy zasięgnąć niezależnej porady. Ebury nie ponosi odpowiedzialności za konsekwencje działań podjętych na podstawie informacji zawartych w raporcie.

Kamil Kopczyński: Od czego może zależeć dynamika rozwoju Internetu Rzeczy?

Lodówka samodzielnie zamawiająca brakujące produkty dla rodziny, autonomiczny samochód, bezzałogowy dron dostarczający przesyłkę na zamówienie sklepu bezobsługowego  – to na razie science-fiction jeśli myślimy o masowej skali wykorzystania albo przykłady laboratoryjnych testów. Jednak dynamiczny rozwój technologii sprawia, iż jej wpływ na codzienne życie jest coraz większy.

Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM
Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM

Świat przedmiotów urządzeń codziennego użytku na masową skalę komunikujących się on-line bez naszego udziału…. ludzi prędzej czy później stanie się faktem. Oczywiście musi zmienić się prawo, nasza mentalność i zwyczaje, ale przede wszystkim technologia zapewniająca bezawaryjną komunikację i łatwy dostęp do platform przesyłających dane. Połączenie ringów światłowodowych z technologią 5G oraz zaawansowanymi systemami zarządzania da nam w ciągu kilku najbliższych lat odpowiedź na pytanie: jak szybko Internet Rzeczy się upowszechni.”- komentuje Kamil Kopczyński, Dyrektor Departamentu Centrum Zarządzania Siecią w HAWE TELEKOM

Najpierw smart city?

Połączenie szerokorozumianej cyfryzacji określanej jako gigantyczny wzrost liczby modułów komunikacyjnych w jakie są wyposażane coraz to liczniejsze: przedmioty, narzędzia, czy urządzenia w połączeniu z możliwością zapewnienia dwukierunkowej komunikacji pomiędzy wszystkimi elementami takiego ekosystemu – M2M (ang. Machine to Machine) sprawia, iż mamy do czynienia z tzw. Internetem Rzeczy IoT (ang. Internet of Things). Trend ten znajduje zastosowanie w coraz liczniejszych obszarach, gdzie warto wyróżnić: transport, bezpieczeństwo, opiekę medyczną, telemetering, media, telekomunikacje, miasta, energetykę czy wiele innych. Możliwości są praktycznie nieograniczone, a kolejne wdrożenia są jedynie przejawem innowacyjnego podejścia do optymalizacji.

Za szczególnie ciekawy zjawisko należy uznać rozwój miast w kierunku tzw. „Smart City”. Wdrażanie przez miasta kolejnych rozwiązań M2M/IoT w obszarach zarządzania: komunikacją, sterowaniem ruchem, oświetleniem, miejscami parkingowymi w centrach miast, gospodarką odpadami komunalnymi, monitoringiem staje się coraz popularniejsze, a w połączeniu z zaawansowanymi systemami zarządzania przetwarzającymi ogromne ilości danych – Big Data, przyczyniają się do wprowadzenia w dłuższej perspektywie optymalizacji posiadanych zasobów. W efekcie prowadzą one do obniżania kosztów utrzymania miast, zwiększenia niezawodności, zwiększenia możliwości dynamicznego oddziaływania na otoczenie w trybie czasu rzeczywistego. Migracja w kierunku technologii potocznie określanych jako „Smart City” stanowi obecnie jeden z podstawowych celów dla większości metropolii. Przykładem polskich miast wprowadzających technologie z obszaru „Smar City” są np.: Warszawa, Poznań, Wrocław, Kraków, czy Łódź, gdzie systematycznie budowane i rozbudowywane są zintegrowane systemy zarządzania transportem publicznym, ruchem ulicznym czy parkingami.

W kategoriach ciekawostek warto wskazać przykład takich europejskich miast jak holenderski Rotterdam czy chorwacki Dubrownik. O ile Rotterdam od zawsze był liderem wdrażania nowoczesnych technologii „Smart City” to Dubrownik nazywany „Perłą Adriatyku” stanowi przykład jak można wkomponować nowoczesne technologie na obszarze i w otoczeniu Starego Miasta, które zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Na jego obszarze poza automatycznymi punktami informacyjnymi oraz systemem wspomagającym parkowanie w mieście za pośrednictwem specjalnych aplikacji instalowanych na telefonach komórkowych zainwestowano w inteligentny system gromadzenia odpadów w postaci pojemników kompresujących jakie zostały wyposażone w moduły komunikacyjne informujące o stanie wypełnieniu pojemnika. Zastosowana technologia przyczynia się do zmniejszenia o 80% kubatury gromadzonych odpadów, zmniejszenia o 75% kosztów ich przechowywania oraz redukcji kosztów ich transportu, co realnie przekłada się optymalizację obsługi technicznej starówki oraz oszczędności po stronie miasta. „- dodaje Kamil Kopczyński z HAWE TELEKOM

Światłowód i 5G razem.

Jednak, aby funkcjonowanie tak rozległej infrastruktury w wydaniu „Smart” było możliwe niezbędne jest, aby była ona oparta o wydajną infrastrukturę telekomunikacyjną, która zapewni możliwości komunikacyjne pomiędzy całą siecią urządzeń komunikujących się ze sobą bez udziału człowieka. W zapewnieniu komunikacji pomiędzy urządzeniami – M2M, oraz systemami typu CMP (ang. Connection Management Platform) kluczową rolę odgrywają operatorzy sieci komórkowych oraz posiadana przez nich infrastruktura telekomunikacyjna.

Przyszłością staje się tutaj rozwój technologii komórkowych 5 generacji tzw. „5G”, która w przyszłości stopniowo będzie wypierać wcześniejsze technologie jak UMTS, HSPA czy LTE. Proces wdrażania sieci 5G w Polsce został opisany w „Strategii 5G dla Polski” opublikowanej przez Ministerstwo Cyfryzacji w styczniu 2018 roku (przyjęta strategia zakłada, że komercyjne uruchomienie sieci 5G w pierwszym mieście nastąpi w 2020 roku). Jednym z najistotniejszych parametrów sieci 5G poza bezsprzecznym wzrostem dostępnego i oferowanego pasma będzie zmniejszenie czasów opóźnień, które mogą sięgnąć nawet 1ms (sieci LTE zapewniają opóźnienia na poziomie 10ms). Ma to fundamentalne znaczenie dla obsługi aplikacji i systemów czasu rzeczywistego.

Warunkiem koniecznym dla rozwoju technologii 5G jest jednak rozwój infrastruktury światłowodowej, co wynika z faktu, iż światłowód stanowi jedyne medium, które w połączeniu z zaawansowanymi optycznymi systemami transmisji danych jak: DWDM, CWDM, WDM PON może zapewnić wydajną infrastrukturę transportową dla połączenie makro, mikro czy piko komórek. „- dodaje Kamil Kopczyński z HAWE TELEKOM.

Mając na uwadze powyższe oraz coraz większe zapotrzebowanie na pasmo szczególnej wagi nabiera podejmowanie nowych inwestycji w infrastrukturę światłowodową oraz dokonywanie migracji z dotychczas wykorzystywanych technologii transportowych opartych np. o łącza radiowe na łącza światłowodowe. Inwestycje te zdecydują nie tyle o rozwoju operatorów telekomunikacyjnych, którzy przecież nie istnieją sami dla siebie, ale przede wszystkim dla kolejnych branż i dziedzin jakie w coraz szybszym tępię będą dokonywały transformacji w kierunku technologii „Smart” z wykorzystaniem rozwiązań M2M/IoT.

Strategia omnichannel w e-commerce

ecommerceStrategia omnichannel określana jest jako największa rewolucja na światowym rynku e-commerce, którą możemy aktualnie obserwować. Trend pochodzący ze Stanów Zjednoczonych został na początku zaadoptowany przez największe polskie marki posiadające sklepy stacjonarne. W celu zwiększenia przychodu zdecydowały się na wdrożenie swojej oferty na platformy e-commerce, co w większości przypadków zaowocowało wzrostem obrotów firm z uwagi na poszerzenie grupy klientów.

Drugi krok zmian dzieje się właśnie teraz. Firmy prowadzące sklepy internetowe wdrażają swoje oferty w kanały sprzedaży dostępne w internecie. Coraz częściej można spotkać się z sytuacją gdzie produkt, który mamy zamiar kupić, chcemy wcześniej porównać pomiędzy różnymi platformami. Otwierając po kolei: wyszukiwarkę internetową, portal aukcyjny, porównywarkę cen, ogłoszenia lokalne i na koniec sklepy w okolicy okazuje się, że wszystkie znalezione oferty kierują nas do jednej firmy.

Czym dokładnie jest omnichannel?

Omnichannel jest polityką sprzedażową polegającą na sprzedaży w każdym miejscu przeznaczonym do tego celu. Określenie jest często mylone z podobnym słowem multichannel, które wbrew pozorom znacznie różni się zasięgiem działania. Multichannel zawęża się do kilku, często najkorzystniejszych, miejsc do prezentacji produktu. W omnichannelu nie stosuje się wybiórczości, przez co poza zwiększaniem wyników sprzedażowych poprawia się również widoczność ofert co owocuje uświadczeniem klienta, że firma taka jest godna zaufania. Dodatkowym atutem jest możliwość zbudowania marki, poprzez prezentowanie nazwy i logo sklepu w każdym kanale sprzedażowym.

Dzisiaj klient jest wymagający, jak nigdy

Czasy w których handel internetowy wyglądał jak bazar, gdzie sprzedał ten kto miał taniej odchodzą w zapomnienie. Jako tak zwane “społeczeństwo na dorobku” coraz więcej uwagi zwracamy na inne wartości dodane niż tylko posiadanie nowego produktu. Jesteśmy skłonni kupić przedmiot w wyższej cenie lub wykupić specjalne usługi, aby otrzymywać powiadomienia mailowe i SMS-owe o statusie naszego zamówienia; otrzymać przesyłkę w sobotę lub niedzielę nie martwiąc się, że kurier nie zastanie nikogo w domu; czy mieć gwarancję realizacji zamówienia jeszcze tego samego dnia. “Klienci sklepu AGDmaster.com wielokrotnie podkreślają to, że wszystkie usprawnienia, które wprowadzamy do naszego systemu wysyłkowego są dla nich bardzo pomocne. Najważniejsze z nich to algorytmiczna weryfikacja danych wpowadzonych przez klienta, która pozwala za wczasu odnaleźć błąd w adresie czy też niepoprawny numer telefonu. Zaraz  po niej klienci cenią sobie system monitoringu nadanych przesyłek z własnym algorytmem notyfikacji e-mail (niezależnych od powiadomień firmy kurierskiej). To tylko część mechanizmów, które pozwalają nam sprawniej i lepiej nadawać przesyłki do naszych klientów” – komentuje Przemysław Strzałka, CTO i Founder w AGDmaster.com – jednym z największych polskich sklepów internetowych.

Z uwagi na zmieniający się trend platformy sprzedażowe wprowadzają coraz bardziej rygorystyczne wymagania dotyczące obsługi klienta. Jeszcze kilka lat temu wystarczyło wysłać zamówienie tak, żeby klient wystawił pozytywną ocenę. Dzisiaj mierzy się wiele parametrów począwszy od współczynnika zwrotów i reklamacji, a kończąc na czasie odpowiedzi na wiadomości od klienta.

Najpopularniejsze Markety w internecie

Najbardziej wyśrubowane standardy wprowadzają największe marketplace’y, ponieważ same budują swoją markę na zaufaniu klienta i wysokiej jakości obsługi oferowanej przez sklepy korzystające z ich usług. Światowym liderem w rynku e-commerce jest serwis Amazon, który sam swoimi działaniami promuje strategię omnichannel poprzez oferowanie różnych sposobów dotarcia do klienta z produktem sklepu. Najbardziej podstawową i każdemu znaną możliwością jest klasyczne ofertowanie, gdzie klient kupuje produkt bezpośrednio z firmy wystawiającej daną ofertę. Za tym idą kolejne możliwości jak usługa Amazon FBA, polegająca na wysyłaniu produktów z centrów dystrybucyjnych Amazon, zakup przez Amazona przedmiotów od sklepu, oferty sponsorowane czy promocje dla klientów Prime. Jest to omnichannel w mikroskali, gdzie możemy oferować produkt w każdym możliwym miejscu marketu.

Dorzucając do portfolio sklepu internetowego integrację z takimi serwisami jak eBay, Allegro, Ceneo, cDiscount, Fnac i wiele innych tworzy się stabilna marka, którą klient może znaleźć w każdym miejscu w internecie o jakim aktualnie pomyśli. Nie jest tajemnicą że, klienci przywiązują się do swoich ulubionych marketów i chcieliby móc tam kupować wszystko, czego tylko potrzebują, dlatego warto być tam dla nich.

Polskie przykłady omnichannel

Firm rozwijających się w koncepcji omnichannel jest coraz więcej. Na szczególną uwagę zasługuje AGDmaster.com, który rozpoczynając od sprzedaży worków do odkurzaczy, w 4 lata, dzięki konsekwentnej strategii osiągnął miano jednego z największych sprzedawców części i akcesoriów AGD na europejskim rynku e-commerce. Omnichannel nie można nazwać idealnym przepisem na sukces każdego sklepu internetowego. Jasne określenie wad i zalet takiego rozwiązania pomogło włąścicielom AGDmaster gasić wszystkie problemy, będące konsekwencją obrania takiej strategii w zarodku zanim powstanie z nich pożar nie do ugaszenia i wykorzystywać wszystkie możliwości jakie daje taki plan działania.

Najcenniejszy atut da się zobrazować na przykładzie, z którym większość osób kupujących przez internet nieraz się spotkała. Zakładając, że Kowalski wyszukuje wymarzonego przedmiotu w porównywarce cenowej, dostrzega wiele sklepów, w których może dokonać zakupu z sortowaniem od najtańszego. Nawet jeżeli nasza oferta nie będzie najtańsza, ale Kowalski będzie chciał przeczytać coś więcej o poszukiwanym produkcie, wpisze model w wyszukiwarkę internetową i na 10 wyników wyszukiwań w 5-6 znajdzie ofertę jednego sklepu. Buduje to zaufanie dla tej marki, które w trakcie realizacji zamówienia można przypieczętować przez wysoką jakość obsługi. Może to zaważyć na decyzji zakupowej, ponieważ transakcji internetowych dokonuje się na wzajemnym zaufaniu pomiędzy klientem a sklepem.

Omnichannel w ujęciu cross-border

Aby utrzymać bieżące tempo rozwoju, sklep AGDmaster.com otworzył się na kolejne rynki Unii Europejskiej. Coraz większa ilość usług wspierających obsługę transakcji cross-border oraz otwartość serwisów typu marketplace na firmy znad Wisły zaważyła na decyzji o zatarciu granicy kraju w planach rozwoju strategii omnichannel. Aktualnie posiadając kilkanaście milionów ofert w większości krajów Europy i zwiększeniu widoczności sklep odwrócił trend wdrażania produktów w nowych miejscach. Teraz to serwisy zwracają się z prośbą o sprzedaż produktów AGDmaster na ich stronach.

Wieczorem nie będzie łatwo – będzie jak zawsze

Środa jest dniem z decyzją Fed i tradycyjnie na kilkanaście godzin przed ogłoszeniem rynki przyjmują postawę spokojnego wyczekiwania. Podwyżka stóp procentowych o 25 pb jest w pełni zdyskontowana, więc cała uwaga skupi się na wymowie komunikatu i konferencji prasowej prezesa Powella. Sądzimy, że ryzyka przeważają na korzyść jastrzębich sygnałów, nawet jeśli rynek szuka pretekstów, by sprzedawać USD.

Rynek pieniężny w 100 proc. wycenia podwyżkę o 25 pb na wrześniowym posiedzeniu i przypisuje 75 proc. dla kolejnej w grudniu. Wpisuje się to w projekcję czterech podwyżek w całym 2018 r., którą Fed ostatnim razem przedstawił w czerwcu, a silna postawa gospodarki na to pozwala. Rozdźwięk pojawia się w szacunkach na przyszły rok i dalej. Projekcja FOMC przewiduje 3 kolejnej podwyżki w 2019 r. i jeszcze jedna w 2020 r., co sprowadziłoby cel dla stopy rezerw federalnych do 3,25-3,50 proc. Rynek jest bardziej sceptyczny i spodziewa się szczytu cyklu na 3 proc., co jednocześnie jest poziomem szacowanym przez Fed jako neutralna stopa równowagi długoterminowej. Pytaniem na dziś zatem jest, na ile Fed jest zainteresowany podwyższeniem rynkowych oczekiwań? W ostatnich tygodniach pojawiły się komentarze, m.in. Lael Brainard z zarządu Fed, że stopy procentowe okresowo mogą być powyżej poziomu równowag (ok. 3 proc.) i, aby okiełznać rozgrzany rynek pracy i zapobiec przyspieszeniu inflacji z tytułu presji płacowej. Rynek nie bardzo jednak „kupuje” tą argumentację i spodziewa się kresu cyklu podwyżek w przyszłym roku, co hamuje wzrost rentowności długoterminowych. W efekcie różnica w oprocentowania między 10-latkami a 2-latkami zbiega do zera, co niektórzy interpretują jako zwiastun recesji. Choć zależność przyczynowo-skutkowa jest kwestionowana (także przez Fed), mimo to bank może być zainteresowany wpłynięciem na rynkowe oczekiwania i zbudowaniem zaufania wokół podtrzymania cyklu zacieśniania. W ten sposób możliwe jest przeciwdziałanie ryzyku samospełniającej się przepowiedni.

Zatem modyfikacje komunikatu i odpowiednie zwroty na konferencji prezes Powella będą dyktować, jak rynek odbierze decyzję. Oprócz sugestii wydłużenia cyklu podwyżek, jastrzębio mogą wybrzmieć sygnały, że Fed widzi dowody na wyższe szacunki stopy równowagi. Fed w komunikacie może zmienić fragment, w którym stwierdza, że „polityka monetarna pozostaje akomodacyjna”. Według zapisków z sierpniowego posiedzenia FOMC, członkowie dyskutowali, że takie stanowisko nie jest już potrzebne. Istnieje ryzyko, że zastąpienie tego zwrotu (np. zmian na „mniej akomodacyjna”) może zostać odebrane jako zbliżanie się Fed do końca cyklu podwyżek, choć na konferencji prezes Powell powinien sprostować, że będzie tu chodzić o stopniową rezygnację z forward guidance (słowne prezentowanie nastawienia banku w sytuacji, kiedy stopy procentowe pozostawały niezmienione) na rzecz polegania na danych makro. Na konferencji prasowej ważne będzie też stanowisko prezesa Powella w kontekście nacisków ze strony prezydenta Trumpa, wpływu polityki Fed na rynki wschodzące i ocenę wojen handlowych. Spodziewamy się słów zapewnienia o niezależności Fed oraz sygnałów, że FOMC widzi ryzyka zewnętrzne jako niezagrażające przyjętej strategii.

Pomimo tego wszystkiego zachowanie rynku wokół decyzji FOMC nigdy nie jest czarno-białe. Biorąc pod uwagę jak słabo radził sobie USD w ostatnich tygodniach, rynek może mieć wysoko postawione oczekiwania, co dla niego będzie jastrzębim wydźwiękiem decyzji. Z drugiej strony kilka tygodni redukcji długich pozycji w USD oznacza, że presja na dalsze uciekanie z pozycji jest mała. Co wykluczam, na wyraźnie negatywny dla dolara rezultat posiedzenia, gdyż przy obecnym stanie gospodarki łagodzenie stanowiska obudzi spekulacje o robienie ukłonów w stronę Trumpa. Wieczorem nie będzie łatwo – będzie jak zawsze.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W ciągu miesiąca ruszy pilotaż elektronicznych skierowań. Cyfryzacja służby zdrowia nabiera tempa

W ciągu miesiąca ruszy pilotaż elektronicznych skierowań. Cyfryzacja służby zdrowia nabiera tempa 1

Tempo cyfryzacji ochrony zdrowia w Polsce znacząco przyspieszyło w ostatnich kilkunastu miesiącach – podkreśla wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński. Na ten i przyszły rok zaplanowane jest wdrożenie kolejnych e-usług dla pacjentów. Eksperci podkreślają jednak, że cyfrowa transformacja w służbie zdrowia to nie tylko technologie czy narzędzia informatyczne. Potrzebne są również cyfrowe kompetencje, zmiana sposobu myślenia, korzystanie z dobrych wzorców i doświadczeń innych państw.

– Najważniejszym celem informatyzacji systemu ochrony zdrowia jest pozytywny efekt zdrowotny dla pacjenta. Ten cel uda  się osiągnąć, kiedy zrealizujemy szereg istotnych projektów, zarówno na poziomie centralnym – mówię tutaj o dużych systemach transakcyjnych, zdefiniowaniu standardów, stworzeniu wspólnej infrastruktury – jak i na poziomie lokalnym oraz na poziomie poszczególnych profesjonalistów w systemie ochrony zdrowia. Chcemy ich szkolić, chcemy zadbać o to, by dysponowali wiedzą i umiejętnościami niezbędnymi, żeby uczestniczyć w cyfrowej transformacji – mówi agencji Newseria Biznes wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński.

Jak podkreśla, tempo cyfryzacji ochrony zdrowia w Polsce znacząco przyspieszyło w ostatnich kilkunastu miesiącach. Od maja w Siedlcach i Skierniewicach wystawiane są pierwsze e-recepty. Na razie w ramach pilotażu, ale od stycznia 2020 roku elektroniczne recepty mają być już wystawiane we wszystkich gabinetach lekarskich w Polsce, co ułatwi pracę lekarzy i poprawi bezpieczeństwo pacjentów.

W połowie października – według najnowszych zapowiedzi resortu zdrowia – ruszy też pilotaż elektronicznych skierowań. Kolejny krok to elektroniczne zwolnienia lekarskie, które zaczną obowiązywać od 1 grudnia br. Docelowo całkiem zastąpią one tradycyjne, papierowe L4, co usprawni przepływ dokumentacji pomiędzy pracownikiem, przedsiębiorstwem i ZUS.

– To pokazuje, że podchodzimy do tematu poważnie i stawiamy sobie ambitne cele, ale co ważniejsze – realizujemy je. Teraz skupiamy się na zbudowaniu fundamentu informacyjnego, który będzie punktem wyjścia dla nowych e-usług. To ważne, żeby rozpocząć te projekty od wyznaczenia sobie standardów i zbudowania wspólnej platformy, która pozwoli na efektywne wykorzystanie środków u wszystkich podmiotów w systemie ochrony zdrowia – mówi wiceminister Janusz Cieszyński.

Jak wynika z tegorocznego badania „E-zdrowie oczami Polaków”, przeprowadzonego przez LekSeek Polska, sami pacjenci są bardzo otwarci na cyfrowe rozwiązania w służbie zdrowia. Za najbardziej atrakcyjne uważają możliwość wprowadzenia rejestracji online na refundowane wizyty oraz otrzymywanie recept i zwolnień lekarskich drogą elektroniczną.

Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji strategicznych w Philips Polska , podkreśla, że cyfrowa transformacja w służbie zdrowia to złożony, wieloetapowy proces, który obejmuje nie tylko technologie czy narzędzia informatyczne. Wymaga też zmiany sposobu myślenia i nowych kompetencji cyfrowych. Beneficjentem wszystkich tych zmian będą przede wszystkim pacjenci.

– Cyfrowa transformacja pozwoli na skuteczną profilaktykę, promocję zdrowia, dłuższe i bardziej komfortowe życie. Jeżeli przebiegnie w odpowiednim zakresie i tempie, pacjenci uzyskają szereg korzyści. Dostęp do lekarzy będzie szybszy, poprawi się jakość leczenia, chociażby ze względu na to, że będziemy promować opiekę koordynowaną nad pacjentem. Wszystko to oznacza, że to nie pacjent będzie szukał opieki, ale opieka zdrowotna będzie podążała za pacjentem. Być może uda się również ograniczyć czas hospitalizacji na rzecz opieki w środowisku domowym – mówi Michał Kępowicz.

Jego zdaniem cyfrową transformację w służbie zdrowia można przyspieszyć, budując dobrze zaprojektowane strategie na różnych poziomach zarządzania oraz tworząc mechanizmy zachęt dla lekarzy i placówek uczestniczących w systemie ochrony zdrowia. Pomóc mogą także  dedykowane środki finansowe, które stworzą możliwość realizacji konkretnych projektów z zakresu cyfrowej transformacji zdrowia.

– Należy pamiętać również o innych ważnych składowych  budowania dojrzałości cyfrowej takich jak: wzmacnianie świadomości i zrozumienia dla tej zmiany, kształtowanie przywództwa i promowanie prawdziwych liderów transformacji, a także podnoszenie kompetencji cyfrowych. Dobrze przeprowadzona cyfryzacja może przesunąć akcent z zarządzania chorobą na zarządzanie zdrowiem – mówi Michał Kępowicz.

Kolejnym zagadnieniem, o którym warto rozmawiać to kwestia efektywnego połączenia i analizy zbiorów danych będących w dyspozycji poszczególnych jednostek służby zdrowia. Przez to, że dziś te zasoby są zamknięte, sam pacjent nie ma całościowej wiedzy na temat swojego stanu zdrowia.

– Nasz pomysł polega na tym, żeby poprzez połączenie zbiorów danych zapewnić pacjentowi dostęp do ogółu informacji na temat stanu jego zdrowia. Istnieją systemy mogące tworzyć takie zbiory, na podstawie których pacjenci mogliby otrzymywać porady i pomoc. Rozwiązanie to może mieć również zastosowanie w profilaktyce. Koncentrując się na profilaktyce, czyli pokazując ludziom, że przez regularny sport i zmianę diety mogą poprawiać swój stan zdrowia, można faktycznie obniżyć koszty opieki zdrowotnej – mówi Vincent van Pelt, ekspert ds. e-Zdrowia holenderskiej organizacji Nictiz.

O tym, jak nowe technologie i cyfrowa transformacja wpłyną na służbę zdrowia eksperci rozmawiali w Sopocie podczas trzeciej edycji międzynarodowej konferencji Forum e-Zdrowia, w której wzięło udział kilkuset lekarzy, przedstawicieli sektora medycznego z Polski i Europy, środowiska pacjentów i administracji rządowej. Organizatorem wydarzenia był Gdański Uniwersytet Medyczny, Centrum Zintegrowanej Opieki i e-Zdrowia oraz Polskie Towarzystwo Programów Zdrowotnych. Forum e-Zdrowia to najważniejsze w Polsce wydarzenie dotyczące cyfrowej transformacji w obszarze zdrowia. Zorganizowane zostało pod patronatami takich instytucji jak Ministerstwo Zdrowia, Ministerstwo Cyfryzacji oraz Ambasad Holandii i Wielkiej Brytanii.

Handel internetowy w Polsce wart blisko 8 mld dol. Rośnie dwa razy wolniej niż globalnie, ale szybko dogania tradycyjną sprzedaż

Handel internetowy w Polsce wart blisko 8 mld dol. Rośnie dwa razy wolniej niż globalnie, ale szybko dogania tradycyjną sprzedaż 2

Polski e-commerce wart jest blisko 8 mld dol. i rośnie w tempie ok. 10 proc. rocznie – wynika z danych PayPal. To mniej więcej dwukrotnie wolniej niż na świecie, ale i tak szybko goni tradycyjną sprzedaż. Polscy internauci kupują w e-sklepach te same kategorie, które konsumenci w innych krajach, czyli głównie odzież, buty, elektronikę czy zabawki. Za to nietypowe jest wysokie miejsce produktów do ogrodu. Jedna czwarta zakupów wykonywana jest z urządzeń mobilnych.

– Konsumenci coraz chętniej kupują w sieci. E-commerce rośnie globalnie o około 20 proc. rok do roku, a klasyczna sprzedaż detaliczna tylko o około 5–6 proc. Co to oznacza? E-commerce uzyskuje udział w stosunku do klasycznej sprzedaży, czyli klienci kupują w internecie coraz chętniej i przestawiają swoje przyzwyczajenia zakupowe z kanału klasycznego na kanał online – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Glogowski, dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Ten trend widać także w Polsce, ale tempo wzrostu e-handlu w ostatnich latach nieco wyhamowało. Jak podkreśla Glogowski, może to wynikać z faktu, że nie wykorzystujemy jeszcze do końca potencjału związanego z zakupami transgranicznymi.

– Z jednej strony nasi klienci kupują coraz chętniej międzynarodowo. Jeszcze 2 lata temu niewiele ponad 20 proc. naszych klientów przyznawało się do robienia zakupów w sklepach zagranicznych, a według naszego badania z tego roku jest to już 38 proc. – mówi dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią. – Klienci zaczynają poszukiwać produktów i usług poza geograficznymi granicami swoich krajów. Z drugiej strony nasi przedsiębiorcy nie do końca chyba korzystają z tych możliwości, które internet im daje w kontekście ekspansji międzynarodowej.

Jak wynika z raportu Gemius, prawie co czwarty polski internauta robi zakupy na zagranicznych portalach, takich jak AliExpress czy Ebay. Korzysta z nich szczególnie młodsza część internautów – w wieku od 15 do 24 lat, oraz osoby z wyższym wykształceniem i mieszkające w największych miastach.

W zagranicznych e-sklepach Polacy najczęściej kupują ubrania i buty (60 proc.), zabawki i sprzęt hobbystyczny (50 proc.) oraz biżuterię i zegarki (50 proc.) – wynika z danych Paypal. W innych krajach wysoko jest także elektronika (53 proc.). Te kategorie pokrywają się zresztą z najczęściej wybieranymi produktami w sieci.

– Wśród pięciu najczęściej kupowanych kategorii w internecie jest coś specyficznego dla Polski, co nie pojawia się w globalnym TOP5. To są różne narzędzia i produkty związane z utrzymaniem ogrodu. Tego też często szukamy w internecie – mówi Marcin Glogowski.

Z danych PayPal wynika, że Polaków wyróżnia także stosunkowo niski udział urządzeń mobilnych w zakupach internetowych. Wartość mobilnych zakupów w 31 badanych krajach stanowi 32 proc. wszystkich płatności online. W takich krajach jak Chiny, Indie czy Stany Zjednoczone udział oscyluje wokół 50 proc. W Polsce jest to 27 proc. – większość konsumentów wciąż jednak zamawia przez urządzenia stacjonarne.

– Każdy użytkownik kupujący w internecie szuka metod płatności, które są z jednej strony wygodne, a z drugiej bezpieczne. Zwłaszcza jeżeli mówimy o płatnościach międzynarodowych. Klienci zagraniczni chętniej wybierają płatności, dzięki którym wiedzą, ile zapłacą w swojej walucie. Około 75 proc. klientów na świecie, kupując zwłaszcza międzynarodowo, chce mieć taką wiedzę i Polacy pod tym względem bardzo się nie różnią – podkreśla dyrektor zarządzający PayPal na Europę Środkowo-Wschodnią.

Tylko co dziesiąty student w Polsce może liczyć na miejsce w akademiku. Rozwiązaniem stają się prywatne domy studenckie

Tylko co dziesiąty student w Polsce może liczyć na miejsce w akademiku. Rozwiązaniem stają się prywatne domy studenckie 3

Na studiach dziennych, zaocznych i wieczorowych uczy się blisko 1,3 mln studentów, w tym kilkadziesiąt tysięcy cudzoziemców. Na zakwaterowanie w akademikach może jednak liczyć tylko 10 proc. z nich. Innym wyborem dla studentów pozostaje bardziej kosztowny wynajem mieszkania lub pokoju w mieszkaniu. Problem dostępności miejsc mogłyby rozwiązać prywatne akademiki, które na razie oferują zaledwie 4,4 tys., czyli ok. 3 proc. miejsc. W Europie takie inwestycje odpowiadają za mniej więcej połowę miejsc dla studentów. Dlatego ten rynek w Polsce ma przed sobą okres dynamicznego wzrostu.

– W Polsce mamy około 900 tys. studentów studiów dziennych, w tym 66 tys. studentów zagranicznych. Miejsc w akademikach jest około 125 tys., czyli 14 proc. studentów dziennych ma zapewnione miejsce w akademiku – mówi agencji Newseria Biznes Mira Kantor-Pikus, partner w dziale Rynków Kapitałowych, Cushman & Wakefield w Polsce.

Według ostatnich danych GUS łącznie na studiach dziennych, wieczorowych i zaocznych w listopadzie 2017 roku uczyło się w Polsce blisko 1,3 mln osób. Miejsce w akademiku znajduje zaledwie co ósmy student studiów dziennych, pod tym względem nie odbiegamy znacząco od europejskiej średniej.

 Przykładowo w Niemczech około 13 proc. z 2,8 mln studentów dziennych ma zapewnione miejsca w akademikach. W Szwecji jest około 360 tys. studentów, natomiast miejsc w akademikach wystarcza dla 24 proc. studentów studiów dziennych. Z kolei we Włoszech miejsce w akademiku znajduje tylko 5 proc. studentów – wskazuje Mira Kantor-Pikus.

W Polsce studenci mogą liczyć na miejsce przede wszystkim w akademikach zarządzanych przez uczelnie publiczne. Choć zazwyczaj są to obiekty o niskim standardzie, ze współdzielonymi przez większą liczbę osób łazienkami i kuchniami, chętnych nie brakuje. Za pokój trzeba zapłacić w zależności od miasta i rodzaju pokoju od 315 do ok. 560 zł. Znacznie droższy jest wynajem pokoi czy kawalerek, a innego wyboru polscy studenci praktycznie nie mają.

 Informacje o akademikach z Europy wyglądają tak, że większość miejsc oferują akademiki prywatne. W Polsce spośród 125 tys. miejsc, które są w akademikach, mamy tylko 4,4 tys. miejsc w akademikach prywatnych. To całkiem inna proporcja. W dużym krajach takich jak Niemcy, gdzie mamy 2,8 mln studentów, ponad połowę spośród 340 tys. stanowią akademiki prywatne, a reszta należy do największych uczelni. W innych krajach Europy Zachodniej jest dokładnie taki sam trend – przekonuje ekspertka Cushman & Wakefield w Polsce.

Z raportu Metropolitan Investment „Rynek prywatnych akademików w Polsce i na świecie” wynika, że obecnie w Polsce działa około 40 prywatnych domów studenckich mających ponad 4,4 tys. miejsc. W Wielkiej Brytanii między 2013 a 2016 rokiem liczba miejsc w takich inwestycjach wzrosła o 43 proc. W roku akademickim 2016/2017 dostępnych było 568 tys. miejsc w domach studenckich, z czego 29 tys. to miejsca w nowo wybudowanych obiektach. Podobnie jest też w innych krajach Europy Zachodniej i USA.

– Rynek akademików prywatnych w Polsce się rozwija. W tej chwili stanowią około 3 proc. wszystkich miejsc, które są dostępne dla studentów, ale już w tej chwili widzimy, że w kilku największych miastach akademickich. jak Kraków, Warszawa, Wrocław, Poznań, Łódź, a nawet Lublin, są prowadzone prace nad prywatnymi akademikami – wskazuje Mira Kantor-Pikus.

Wartość inwestycji w mieszkania dla studentów w Europie w 2017 roku wzrosła o 29 proc. rdr. do ok. 13,6 mld euro. Szybko rozwija się rynek w Niemczech i Hiszpanii. Polski rynek prywatnych akademików dopiero raczkuje, ale ma dobre perspektywy rozwoju. Rośnie liczba studentów, także tych z zagranicy – w 2016 roku było ich 66 tys., w ciągu trzech lat – może ich już być 100 tys. Prywatne domy studenckie mogą być dla nich idealnym rozwiązaniem, ponieważ często mają problem, by wynająć mieszkanie od osoby prywatnej.

 Przykładowo, na Politechnice Warszawskiej studiuje około 30 tys. studentów, a miejsc w akademiku jest dla 5,2 tys. i to stosunkowo dużo. Natomiast na Uniwersytecie Warszawskim studiuje 50 tys. studentów, a uczelnia dysponuje tylko 2,5 tys. miejsc w akademikach. To bardzo mało. Dodatkowo, w Polsce mamy prawie 430 uczelni, z czego 300 to uczelnie prywatne, które nie dysponują akademikami – wymienia partner Cushman & Wakefield w Polsce.

Dlatego będzie przybywać inwestorów zainteresowanych domami studenckimi. Zwłaszcza że prywatne akademiki pozwalają na uzyskanie wyższej stopy zwrotu niż mieszkanie na wynajem – nawet kilkanaście procent.

 Jest bardzo duże nasycenie inwestycjami komercyjnymi w Polsce, dosyć duże nasycenie powierzchniami biurowymi czy handlowymi. Część inwestorów instytucjonalnych obecnych w Polsce stara się dywersyfikować swoje projekty deweloperskie i w tej chwili budują akademiki – ocenia Mira Kantor-Pikus.

Testy genetyczne zamiast diety cud. Coraz częściej pomagają w walce ze zbędnymi kilogramami

Testy genetyczne zamiast diety cud. Coraz częściej pomagają w walce ze zbędnymi kilogramami 4

Testy genetyczne pozwalają nie tylko określić skłonność do zachorowania na choroby przewlekłe i nowotwory. Umożliwiają także wykrycie nietolerancji pokarmowych, w tym glutenu i laktozy, pokazują, jak organizm przyswaja witaminy i składniki odżywcze, takie jak kwas foliowy, wapń i żelazo, oraz jak przetwarza w organizmie tłuszcze. Mając taką wiedzę, można określić skłonność pacjenta do wystąpienia cukrzycy czy chorób serca oraz ułożyć dla niego optymalną dietę, opartą o wrodzone predyspozycje organizmu.

– Z technicznego punktu widzenia badanie genetyczne w kierunku predyspozycji zaburzeń żywieniowych jest niezwykle proste. Aby stwierdzić, jakie mamy geny i żywieniowe predyspozycje genetyczne, wystarczy tylko próbka śliny. Badanie możemy wykonać w domu – otrzymujemy zestaw do pobrania, pobieramy próbkę, tę następnie zabiera poczta, która dostarcza również wynik – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes dr Anna Plucik-Mrożek, specjalista chorób wewnętrznych w Medicover.

Szacuje się, że znanych jest już kilka tysięcy chorób genetycznych wywołanych mutacją w ludzkim genomie. Testy genetyczne, które cieszą się coraz większą popularnością, pozwalają zbadać poprawność DNA, wykryć ewentualne odstępstwa, a w wielu przypadkach w porę zapobiec chorobie bądź się do niej przygotować. Umożliwiają również dobranie takiej terapii, która będzie najbardziej skuteczna u danego pacjenta. Takie badania są proste (potrzebna jest tylko próbka materiału biologicznego, krwi lub śliny pacjenta) i coraz powszechniej dostępne, także cenowo.

Testy genetyczne wykonuje się najczęściej po to, aby określić genetyczne predyspozycje do zachorowania na nowotwory złośliwe takie jak rak piersi, jajników bądź rak jelita grubego. Pozwalają one również określić ryzyko wystąpienia innych schorzeń na przykład cukrzycy, osteoporozy czy chorób układu krążenia. Co więcej, umożliwiają wykrycie predyspozycji do rozwoju nietolerancji pokarmowych i pomagają w zapobieganiu otyłości. Dzięki testom genetycznym można dopasować optymalną dietę dla konkretnego pacjenta oraz wybrać najbardziej efektywny dla niego rodzaj aktywności fizycznej w oparciu o wrodzone predyspozycje organizmu.

– Z takiego badania możemy uzyskać wiele informacji, ponieważ sprawdzamy ponad 40 różnych predyspozycji i polimorfizmów genetycznych, które odpowiadają na pytanie, jaki styl życia powinniśmy prowadzić, na co zwracać uwagę w żywieniu czy nie mamy nietolerancji pokarmowych, które będą nam utrudniały odchudzanie albo powodowały dolegliwości kliniczne. Jeżeli mamy taką wiedzę, możemy zmienić styl życia, poprawić jego jakość oraz zmienić system żywieniowy – mówi dr Anna Plucik-Mrożek.

Dzięki badaniom genetycznym można także ustalić, jak organizm danego pacjenta przyswaja witaminy i składniki odżywcze, takie jak kwas foliowy, wapń i żelazo. Taka wiedza pozwala określić, jakie pokarmy należy włączyć do diety, żeby uzupełnić niedobory, a których produktów należy unikać.

– Dzięki badaniom genetycznym pod kątem predyspozycji żywieniowych możemy też zapobiegać chorobom. Genom ludzki koduje właściwie każde białko, które jest budowane w naszym organizmie, również enzymy i receptory. My możemy się dzięki temu dowiedzieć, np. w jaki sposób metabolizujemy tłuszcze i że jeśli zmienimy sposób żywienia, będziemy mieć mniejszą ilość LDL cholesterolu, który wpływa na tworzenie blaszki miażdżycowej. W ten sposób możemy zapobiec chorobom serca. Możemy mówić również o zapobieganiu cukrzycy – wylicza ekspert Medicover.

Testy genetyczne określają nietolerancje pokarmowe na gluten i laktozę. Wiedząc o ich występowaniu, można właściwie skomponować dietę dla indywidualnego pacjenta, która wpłynie nie tylko na jego stan zdrowia, lecz także na dobre samopoczucie.

– Takie testy wykonujemy najczęściej, kiedy coś nam dolega. Są to zwykle objawy ze strony przewodu pokarmowego – bóle brzucha czy wzdęcia. Drugim czynnikiem, który wpływa na decyzję o wykonaniu badań, jest to, że nie możemy schudnąć. Jemy prawidłowo, ruszamy się, ile trzeba, a jednak proces odchudzania nie przebiega tak, jak byśmy chcieli – mówi dr Anna Plucik-Mrożek. – Badanie jest dla każdego, a jeżeli zrobimy je w młodym wieku, będziemy mogli szybciej dopasować sposób żywienia do tego, jakie mamy geny.

Specjalistka chorób wewnętrznych Medicover podkreśla, że popularne diety przynoszą często więcej szkód niż pożytku i nie każdemu odpowiadają. Dlatego zamiast szukać diety cud, warto przeprowadzić testy genetyczne i ułożyć indywidualną dietę w oparciu o preferencje organizmu. Testy pozwalają bowiem zbadać wpływ genów na to, jak organizm reaguje na dany produkt. Znaczenie ma nie tylko to, co jemy, w jakich ilościach i jak często, lecz także to, jak nasz organizm reaguje na dostarczone mu składniki odżywcze.

– Popularne diety są odpowiednie dla około 50 proc. populacji. Kupowanie diety gotowej jest często z góry skazane na niepowodzenie, ponieważ mamy różne zapotrzebowanie energetyczne, różną przemianę materii, w zależności od tego, czy np. uprawiamy sport czy nie, mamy też różne predyspozycje genetyczne. Im bardziej indywidualna dieta, tym lepsze efekty, lepsza jakość życia i tym lepsze zdrowie – podkreśla dr Anna Plucik-Mrożek.

Zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Krótszy tydzień pracy może to zmienić i podnieść efektywność pracowników

Zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Krótszy tydzień pracy może to zmienić i podnieść efektywność pracowników 5

Coraz więcej państw eksperymentuje z krótszym tygodniem pracy, a przedsiębiorstwa na własną rękę wprowadzają elastyczne systemy pracy, w tym możliwość pracy zdalnej. Badania pokazują, że to podnosi wydajność pracowników. To istotne o tyle, że zaangażowanie Polaków w pracę systematycznie spada. Pracodawca może pomóc też swojemu pracownikowi w osiągnięciu większej efektywności i lepszym zarządzaniu czasem poprzez jasne określenie, jakich efektów od niego oczekuje.

– Badania dotyczące produktywności i wydajności pracowników – zarówno z krajów europejskich, jak i w skali światowej – są prowadzone od wielu lat. Niestety, Polska zajmuje w nich niechlubne miejsca na dole tabeli. Do najbardziej produktywnych pracowników należą natomiast mieszkańcy Luksemburga i krajów skandynawskich. To właśnie w tych krajach skrócono i ograniczono czas pracy pracowników, przykładowo w Skandynawii do 6 godzin każdego dnia – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Agnieszka Jarzębowska, trener biznesu i autorka książki „Nawyk produktywności”.

8-godzinny dzień pracy to zasługa Henry’ego Forda, który wprowadził taki system w swoich zakładach jeszcze na początku XX wieku. Powszechnie stosuje się go do dziś, aczkolwiek wiele państw testuje możliwość urzędowego skrócenia czasu pracy. Z 6-godzinnym dniem pracy eksperymentowała Szwecja – szwedzki oddział Toyoty już 15 lat temu ograniczył czas pracy do 6 godzin i trzyma się go do dziś. Z kolei Francja w 2000 roku wprowadziła krótszy, 35-godzinny tydzień pracy, a według OECD Francuzi należą do najbardziej produktywnych nacji w Europie. Takim przywilejem cieszą się także pracownicy w Danii, niektórych rejonach Niemiec i Portugalii. W Polsce obowiązuje standardowy, 40-godzinny tydzień pracy.

– W Polsce skrócenie dnia pracy – albo tygodnia pracy o jeden dzień – byłoby możliwe. Trudno wyobrazić to sobie jednak w zakładach produkcyjnych, gdzie produkcja następuje w sposób ciągły i przez cały czas potrzebny jest ktoś, kto obsługuje urządzenia. Natomiast w pracy biurowej jak najbardziej widzę taką możliwość, aczkolwiek pod pewnymi warunkami. Wymagałoby to od pracowników znacznego wzrostu wydajności, żeby przestali być tylko zajęci, a zaczęli być efektywni. Natomiast od pracodawcy wymagałoby to dużo lepszego zorganizowania i proceduralnego podejścia – mówi Agnieszka Jarzębowska.

Skrócenie wymiaru czasu pracy może być zasadne o tyle, że – jak pokazują badania – w trakcie typowego, 8-godzinnego dnia w pracy pracownik jest nie jest wydajny przez cały ten czas. Z badania przeprowadzonego dla VoucherCloud na 1989 pracownikach biur w Wielkiej Brytanii wynika, że pracujemy efektywnie tylko przez pierwsze 2 godz. i 53 min spędzanych w biurze. Natomiast z każdą kolejną godziną pracownik poświęca coraz więcej czasu na przerwy na kawę, papierosa, social media albo biurowe plotki. Tylko co 31 proc. stwierdziło, że udaje im się zachować produktywność przez cały dzień. Na początku tego roku także nowozelandzka firm Perpetual Guardian przeprowadziła eksperyment z udziałem 240 swoich pracowników, testując skrócony, 4-dniowy tydzień pracy. Okazało się, że ich wydajność i zaangażowanie w pracę wzrosły średnio o 20 proc.

Autorka książki „Nawyk produktywności” podkreśla, że pracodawca może pomóc swojemu pracownikowi w osiągnięciu większej efektywności i lepszym zarządzaniu czasem. W tym celu musi sprecyzować zakres obowiązków i jasno określić, jakich efektów od niego oczekuje.

– Pracownik, otrzymując umowę o pracę, ma wpisane w umowę zadania, które należą do jego codziennych obowiązków. Natomiast nie jest tam zwykle określone, jakiego efektu pracodawca bądź przełożony od niego oczekuje. To prowadzi do sytuacji, w której pracownik nie wie, czy odbieranie e-maili i natychmiastowe reagowanie na wiadomości należy do jego obowiązków, czy też może powinien się zająć czymś innym, co ma większą wartość – mówi trener biznesu Agnieszka Jarzębowska.

Co istotne, ubiegłoroczne badanie przeprowadzone przez AON Hewitt pokazało, że zaangażowanie Polaków w pracę jest coraz mniejsze. W 2017 roku tylko 48 proc. polskich pracowników angażowało się w swoje obowiązki (europejska średnia to 62 proc.) wobec 51 proc. rok wcześniej.

– Pracodawca, który chce oczekiwać od pracowników wysokiej produktywności, przede wszystkim sam musi być dla nich przykładem i autorytetem. Jeśli sam pracodawca czy menadżer nie zarządza dobrze swoim czasem, nie ustala priorytetów i działa w sposób chaotyczny, to trudno, żeby oczekiwał takich zachowań i produktywnej pracy od swoich pracowników – podkreśla Agnieszka Jarzębowska.

Wkrótce okulary z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfony i tablety. Gogle AR nowej generacji są mniejsze, lżejsze i coraz bardziej zaawansowane

Wkrótce okulary z rozszerzoną rzeczywistością mogą zastąpić smartfony i tablety. Gogle AR nowej generacji są mniejsze, lżejsze i coraz bardziej zaawansowane 6

Współczesne mobilne urządzenia do obsługi rzeczywistości rozszerzonej (AR) są niewiele większe od klasycznych okularów korekcyjnych, a do tego są coraz bardziej zaawansowane. Dzięki zainstalowanemu bezpośrednio na urządzeniu systemowi Android poradzą sobie z wyświetlaniem zarówno gier, jak i programów graficznych czy biurowych. Sprawdzą się jako nowa platforma cyfrowej rozrywki oraz narzędzie dla profesjonalistów, którzy pracują w służbie zdrowia, przemyśle czy edukacji. Okulary najnowszej generacji mają zainstalowany system Android i pozwalają wyświetlać najnowsze gry przeznaczone na tę platformę. Umożliwiają także oglądanie filmów w technologii 3D.

– Inteligentne okulary rozszerzonej rzeczywistości Vader to produkt najnowszej generacji, wyposażony w dwa wyświetlacze. Zapewnia 45-stopniowe pole widzenia, wykraczające poza obszar soczewki. Urządzenie działa w oparciu o system Android 7 i umożliwia tworzenie nowych treści za pośrednictwem naszej platformy. Można na nich także oglądać filmy w trybie 3D – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Chelsea Miu, dyrektor marketingu MAD Gaze.

Wraz z postępującą miniaturyzacją technologii, zmniejszeniu uległy także rozmiary zaawansowanych gogli AR. Pierwszy HoloLens od Microsoftu przypominał masywną opaskę z wielkim wyświetlaczem zawieszonym przed twarzą, a okulary najnowszej generacji, takie jak MAD Gaze Vader czy Magic Leap One są niewiele większe od klasycznych okularów korekcyjnych. W dodatku są wyposażane w najnowsze procesory i system operacyjny Android, dzięki czemu już niebawem mogą zastąpić nawet smartfony czy tablety.

Użytkownik gogli MAD Gaze, dzięki dwóm wyświetlaczom ustawionym pod kątem 45 stopni, będzie miał wrażenie, że spogląda na 90-calowy ekran z odległości 3 metrów. Okulary wyposażono także w technologię SLAM, która pozwala oprogramowaniu lepiej rozumieć nasze otoczenie. Algorytm rozpoznaje ściany, podłogi oraz wszelkie trójwymiarowe obiekty, dzięki czemu może precyzyjnie rozmieścić wirtualne przedmioty w naszej rzeczywistości. Producent umożliwił także zamontowanie w okularach soczewek korekcyjnych. Pozwoli to komfortowo korzystać z tego sprzętu zarówno osobom z wadami wzroku.

– Za 3 do 5 lat okulary rozszerzonej rzeczywistości zastąpią tablety i smartfony. Inne firmy, jak np. Apple i Samsung, już niedługo wprowadzą na rynek swoje okulary i urządzenia rozszerzonej rzeczywistości. Spowoduje to gwałtowny rozwój tego rynku. Myślę, że tego typu urządzenia staną się naprawdę popularne – przewiduje Chelsea Miu.

Komunikacja z okularami staje się również bardziej zaawansowana. W przypadku gogli Vader użytkownicy mogą kontrolować system operacyjny na kilka sposobów. W oprawki okularów wbudowano pięć przycisków funkcyjnych. Można skorzystać także z systemu rozpoznawania gestów, panelu dotykowego, obsługi głosowej oraz urządzeń wskazujących sparowanych za pośrednictwem modułu Bluetooth. Można np. podpiąć myszkę i klawiaturę, aby wykorzystać okulary do pracy z tekstem. Tak szeroki wachlarz trybów kontroli umożliwia wykorzystanie ich niemal w dowolnych warunkach, w wielu branżach.

– Inteligentne okulary zostały wdrożone w magazynie, gdzie zastąpiły tradycyjne, ręczne skanery kodów kreskowych. Urządzenie pełni wtedy funkcję komputera i synchronizuje wszystkie dane, które przekazuje do systemu zarządzania magazynem. Ułatwia tym samym cały proces, co szczególnie odczuwa się w odniesieniu do kompletacji i pakowania zamówień, gdzie można zaoszczędzić dużo czasu. Podnosi również poziom bezpieczeństwa danego magazynu – przekonuje ekspertka.

Mobilne urządzenia rzeczywistości rozszerzonej coraz częściej wykorzystuje się w zastosowaniach profesjonalnych. Szpitale oraz uniwersytety wykorzystują je podczas zabiegów do wyświetlania trójwymiarowych wizualizacji zarówno w trakcie nauki, jak i przy stole operacyjnym, aby skrócić czas zabiegu i zwiększyć szansę pacjenta na przeżycie.

Rzeczywistość rozszerzona cieszy się także zainteresowaniem branży motoryzacyjnej. Microsoft dostarczył gogle HoloLens takim koncernom, jak Audi, Volkswagen czy Volvo. Sprzęt będzie wykorzystywany m.in. do projektowania nowych pojazdów oraz prezentowania klientom różnych wariantów wyposażenia. Pracownicy Forda liczą z kolei na to, że dzięki technologii AR będą mogli odejść od tworzenia glinianych modeli nowych aut, które trzeba było rzeźbić za każdym razem na nowo, kiedy wprowadzano nawet najdrobniejsze poprawki.

Mimo ogromnego potencjału drzemiącego w AR przedstawiciele tej branży mieli problem z przebiciem się do odbiorców. Wszystko z powodu zarzutów, z jakimi musiały się zmierzyć Google Glass, jedne z pierwszych gogli AR. Sprzęt nieustannie rejestrował obraz, ale w żaden sposób nie informował o tym osób postronnych. Z powodu tej kontrowersyjnej funkcji nie został wprowadzony do powszechnego użytku.

– W związku z kwestią zapewnienia prywatności wprowadziliśmy pewne zmiany do urządzenia. Gdy włączamy funkcję nagrywania, zapala się lampka informująca o tym osoby znajdujące się wokół. Pozwoli to uniknąć komplikacji prawnych – twierdzi Chelsea Miu.

Analitycy z Market Reports World oszacowali, że w ostatnich latach rynek rzeczywistości rozszerzonej rozwijał się w tempie ponad 55 proc. średniorocznie. Szacuje się, że do 2022 roku rynek osiągnie wartość blisko 40 mln dol.

Zabezpieczenia biometryczne nie gwarantują pełnej ochrony. Za ich pomocą hakerzy mogą łatwo uzyskać dostęp do konta i przejąć tożsamość ofiary

Zabezpieczenia biometryczne nie gwarantują pełnej ochrony. Za ich pomocą hakerzy mogą łatwo uzyskać dostęp do konta i przejąć tożsamość ofiary 7

Ataki hakerskie mające na celu przechwycenie danych biometrycznych zdarzają się coraz częściej. Specjaliści od cyberbezpieczeństwa apelują, by zadbać o ich ochronę. Dane biometryczne takie jak odcisk linii papilarnych czy skan twarzy mogą być wykorzystywane do odblokowywania smartfonów, komputerów czy drzwi, ale też m.in. do uwierzytelniania transakcji w systemach bankowych. Dane te należą do szczególnych danych osobowych i podlegają wzmożonej ochronie, ponieważ po ich ewentualnej kradzieży, użytkownik staje się bezradny  wymyślone hasło można zmienić, ale danych biometrycznych zmienić się nie da. Ofiarami hakerów padli już m.in. Angela Merkel oraz tajni agenci USA.

– Technologie biometryczne mocno się rozwijają. Są one bardzo atrakcyjne, dlatego że umożliwiają nam bardzo wygodne logowanie się czy potwierdzanie transakcji. Nie możemy zapominać o tym, że dane biometryczne są takim samym hasłem czy ID użytkownika jak te, które wymyślamy. Jest tylko jedna zasadnicza różnica – o ile hasło po kradzieży możemy zmienić, o tyle swoich danych biometrycznych już nie – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Marek Ostafil, dyrektor ds. operacyjnych w Cyberus Labs.

Hakerzy mają obecnie wiele sposobów na przechwycenie danych biometrycznych, takich jak linie papilarne czy próbka głosu. Technologie biometryczne, które w teorii mają zabezpieczać, wielokrotnie w przeszłości zostały już zhakowane. W 2015 r. amerykańskie biuro OPM (United States Office of Personnel Management) poinformowało o ataku hakerskim, w którym wyciekły dane ponad 20 mln amerykańskich obywateli, w tym ponad 5,5 mln odcisków palców. Wśród ofiar znaleźli się m.in. tajni agenci, którzy w ten sposób zostali zdekonspirowani. Ofiarami hakerów padają również osoby publiczne.

– Jednym z najbardziej spektakularnych przykładów było włamanie do telefonu minister obrony RFN Ursuli von der Leyen oraz kanclerz Angeli Merkel, których odciski palców zostały sfotografowane za pomocą aparatu fotograficznego bardzo wysokiej rozdzielczości. Zdjęcia zrobiono na szklankach, których panie używały podczas konferencji prasowej. Następnie odciski palców zostały powiększone, została zrobiona z nich kopia i technologia gotowa – tłumaczy Marek Ostafil.

Poszkodowanymi mogą stać się również osoby prywatne, ponieważ skradzione dane biometryczne mogą być przez cyberprzestępców wykorzystane np. do uzyskania dostępu do konta bankowego

– Oczywiście jest rzesza hakerów, którzy kradną pieniądze z konta. Przejmują nasze kody do autoryzacji transakcji i to nawet nie dlatego, żeby ukraść nam 50 czy 500 zł z konta. Najcenniejsza jest tożsamość, podszycie się pod nas, wykorzystanie naszej tożsamości na przykład do prania brudnych pieniędzy, handlu narkotykami, bronią itd. Darkweb jest pełen skradzionych tożsamości, którymi cyberprzestępcy się posługują właśnie w tym celu – przestrzega ekspert.

Zgodnie z obowiązującym od 25 maja Rozporządzeniem o Ochronie Danych Osobowych (RODO) dane biometryczne należą do szczególnych danych osobowych i podlegają wzmożonej ochronie. Zabronione jest np. ich przetwarzanie w celu jednoznacznego zidentyfikowania osoby. Odstępstwo od tej zasady dopuszcza się jednak m. in. w przypadku wyraźnej zgody osoby. Choć operatorzy muszą zapewnić najwyższy poziom bezpieczeństwa danych, to specjaliści radzą, by w przypadku dostępu do usług bankowych stosować kilkupoziomowe uwierzytelnienie.

– Każde zabezpieczenie, jeżeli oprzemy się tylko na jednym modelu zabezpieczenia, nie będzie wystarczające. Zasadą cyberbezpieczeństwa jest włączenie trzech elementów, które zapewniają maksymalną ochronę: coś, czym użytkownik jest, czyli w tym wypadku np. dane biometryczne, coś, co użytkownik wie, czyli hasło lub kod PIN, oraz to, co użytkownik ma, czyli np. klucz USB czy telefon. Połączenie tych elementów teoretycznie powinno dać nam największą gwarancję bezpieczeństwa – przekonuje przedstawiciel Cyberus Labs.

Tymczasem biometria znajduje coraz szersze zastosowanie. Komisja Europejska rekomenduje wprowadzenie biometrycznych dowodów osobistych zawierających cyfrowy wizerunek twarzy i odcisk palca. Rozwiązaniami z tego zakresu zainteresowani są ponadto wydawcy kart płatniczych. Mastercard planuje w przyszłym roku uruchomić pilotażowy program polegający na weryfikacji tożsamości na podstawie twarzy lub odcisku palca.

Z prognoz MarketsandMarkets wynika, że rynek systemów biometrycznych osiągnie do 2022 roku wartość 33 mld dol. Z kolei analitycy z Deloitte przewidują, że do końca 2018 roku 29 proc. użytkowników smartfonów skorzysta z opcji weryfikacji tożsamości za pomocą linii papilarnych. Technicznie taką możliwość ma mieć natomiast 42 proc. urządzeń mobilnych. Do 2023 roku 80 proc. telefonów ma oferować zabezpieczenia biometryczne.

Spółka Jantoń (producent Grzańca Galicyjskiego) w ciągu jednego sezonu podbiła rynek grzanych win

Dzięki podwojeniu wartości sprzedaży Grzańca Galicyjskiego, rozwinięciu marki Zbójeckie Grzane oraz inwestycjom w HoReCa spółka Jantoń w ciągu roku stała się liderem segmentu win grzanych. Obecnie udział firmy w tej kategorii wynosi ponad 80%. Spółka planuje dalszy rozwój w tym obszarze: rozbudowę własnego portfolio produktowego oraz popularyzację win grzanych.

Udział rynkowy firmy Jantoń w kategorii win grzanych wynosi obecnie ponad 80%. Ten sukces firma zawdzięcza przyjętej strategii i konsekwentnemu dążeniu do stania się głównym operatorem w tym segmencie.

W winach grzanych od dawna widzieliśmy ogromny potencjał, a zakup największej marki, czyli Grzańca Galicyjskiego, był strategicznym posunięciem. Nad kontraktem z PWI Vinfort pracowaliśmy przez ponad 5 lat. Już w chwili nabycia Grzańca Galicyjskiego staliśmy się liderem w tym obszarze – mówi Jakub Nowak Prezes Zarządu spółki Jantoń.

– Nie spoczęliśmy jednak na laurach i w ciągu jednego sezonu dynamicznie rozwinęliśmy kategorię. Dzięki intensywnej pracy, wprowadzeniu nowych wariantów Grzańca Galicyjskiego – Miodowego oraz Bezalkoholowego, dużej kampanii marketingowej podwoiliśmy wartość sprzedaży produktów tej marki. Jednocześnie rozwinęliśmy drugie wśród win grzanych – Zbójeckie Grzane.

W nadchodzącym sezonie firma Jantoń planuje dalszy rozwój portfolio produktowego. Spółka przygotowała nowy wariant świąteczny marki Zbójeckie Grzane, a także nowość na rynku – Grzaniec Galicyjski White, odpowiadający na potrzeby konsumentów, którzy dotychczas białe wino grzane musieli przygotowywać samodzielnie.

Ciekawostkę w ofercie firmy stanowi „Smokuś” – bezalkoholowy napój dla najmłodszych, z dodatkiem miodu i soku z cytrynu.

Grzaniec Galicyjski oraz Zbójeckie Grzane będą intensywnie wspierane kampanią marketingową. Ponadto we współpracy z partnerami organizowane będą jarmarki świąteczne w całym kraju, których nieodłączny element kreujący świąteczną atmosferę stanowią Grzaniec Galicyjski oraz Zbójeckie Grzane.

Obecnie głównym celem spółki jest popularyzacja win grzanych, ponieważ naszym zdaniem kategoria ta ma wciąż bardzo duży potencjał – podkreśla Jakub Nowak, Prezes Zarządu firmy Jantoń.

Ważny element strategii spółki stanowi także współpraca z branżą HoReCa.  W ostatnich latach firma zainwestowała w zakup wyposażenia, które pozwala bez trudu serwować wina grzane Jantoń w większości restauracji oraz w punktach na stokach narciarskich.

Jako jedyna firma na rynku jesteśmy przygotowani do kompleksowej obsługi segmentu win grzanych w kraju. Dbamy o ciągły rozwój tej kategorii, ponieważ jako lider czujemy się za nią odpowiedzialni – wyjaśnia Jakub Nowak Prezes Zarządu firmy Jantoń. – Ponadto z powodzeniem rozwijamy sprzedaż Grzańców poza granicami Polski, zwłaszcza w krajach zamieszkanych przez duże skupiska Polaków, takich jak Wielka Brytania czy USA, gdzie produkt jest doskonale znany.

Prezent z jajem – Jak zaskoczyć kolegę w 18 urodziny?

Dzień, w którym wkracza się dorosłość to prawdopodobnie najbardziej celebrowane urodziny w życiu. To zrozumiałe, jest się już pełnoletnim, co oznacza większą niezależność i kompletnie inne spojrzenie na świat. Odzwierciedlenie tego stanu rzeczy powinno znaleźć się też w prezentach.

Nie powinno się oszczędzać na podarunku dla solenizanta. Zazwyczaj, oprócz koperty z pieniędzmi, wręcza się takiej osobie jakąś pamiątkę. Młodzi ludzie najbardziej doceniają prezenty dowcipne i oryginalne, a wybór takich jest bardzo duży.

Co najbardziej ucieszy solenizanta?

Podczas osiemnastych urodzin prawdopodobnie największe emocje wzbudza alkohol. Osiągając wiek, w którym można go wreszcie legalnie spożywać, rozmaite trunki stają się motywem przewodnim wielu osiemnastek. Przejawia się to choćby w prezentach. Częstym wyborem okazują się grawerowane, drewniane skrzynki na butelki z piwem, imienne kufle, lampki i kieliszki, a nawet całe beczułki do przechowywania napitków. Pamiątki takie nie stanowią ogromnego wydatku, natomiast z pewnością przypadną do gustu każdej osobie z poczuciem humoru. Są praktyczne i bardzo stylowo wyglądają w barku albo na półce. Szukając inspiracji, warto jest odwiedzić stronę internetową eprezenty.pl/prezent_na_18_urodziny,c,3497, gdzie widnieją dziesiątki podobnych pomysłów.

Bądź oryginalny ze swoim prezentem!

Zastanawiając się nad idealnym podarunkiem trzeba również wziąć pod uwagę, że nie jesteś jedynym, który planuje wręczyć coś danej osobie. Jeśli nie chcesz ryzykować duplikatu, to postaraj się o coś bardziej unikalnego. Jeśli posiadasz fotografię z solenizantem, która upamiętnia ważne dla was chwile, to bardzo łatwo jest przekształcić ją w ciekawą ozdobę. Nowością są specjalne fotoobrazy, które łączą zdjęcie z kolorową, interesującą oprawą graficzną. Inną opcją są dowcipne dyplomy gratulujące osiągnięcia pełnoletności. Bez obaw, nawet jeśli brak ci umiejętności plastycznych, nie musisz męczyć się z nimi sam. Tego typu, indywidualne pamiątki można zakupić na eprezenty.pl w bardzo atrakcyjnej cenie. Zobacz także stronę naszego partnera: https://nagrody.pl/

Bezrobocie w sierpniu br. wyniosło 5,8 proc. i było o 0,1 pkt proc. niższe niż w lipcu – podał GUS

Przyczyną pozytywnych zmian na rynku pracy jest cały czas wysokie zapotrzebowanie na pracę w polskiej gospodarce i towarzyszący temu wzrost płac. W wielu miejscach stopa bezrobocia jest bardzo niska, na poziomie 2-3 proc., co oznacza, że wyczerpane zostały zasoby pracy jakim były rejestry bezrobotnych. Zapotrzebowania pracodawców nie zaspokajają również pracownicy z sąsiednich krajów m. in. z Ukrainy.

Aby dalej zatrudnienie mogło rosnąć należy zwiększyć mobilność osób bezrobotnych i biernych zawodowo. Chodzi o te osoby, które nie mogą znaleźć pracy w miejscu zamieszkania. Przeszkodą są często bariery związane z organizacją transportu publicznego. Brak dogodnych i stałych połączeń skutkuje ograniczeniem możliwości podejmowania aktywności zawodowej, szczególnie na terenach oddalonych od ośrodków przemysłowych i skupiających usługi.

Konieczne jest również prowadzenie długofalowej polityki migracyjnej nastawionej na pozyskanie wykwalifikowanych pracowników z możliwością ich integracji. Z uwagi na niskie wskaźniki aktywności zawodowej Polaków zasadne byłoby też dokonanie przeglądu systemu świadczeń społecznych pod kątem tworzenia zachęt do dezaktywizacji lub aktywizacji zawodowej.

Monika Fedorczuk, ekspertka Konfederacji Lewiatan

Widmo głodowych emerytur wisi na Polakami. Ratunkiem mogą być jedynie większe oszczędności

Problemy demograficzne, niski poziom oszczędności oraz duży opór społeczny przed podwyższeniem wieku emerytalnego to główne przyczyny katastrofalnych prognoz dotyczących przyszłości polskiego systemu emerytalnego. Ubiegłoroczne dane OECD wskazują, iż relacja przyszłej emerytury do ostatniej pensji netto w przypadku osób wchodzących na rynek pracy wyniesie jedynie 38,6 proc., przy średniej dla wszystkich państw OECD na poziomie 69,1 proc. To według ekspertów Aforti Holding niewystarczający próg do zaspokojenia nawet podstawowych potrzeb życiowych przyszłych emerytów. Przed głodowymi emeryturami Polaków mogą uratować jedynie większe oszczędności.

Paweł Opoka, dyrektor zarządzający, Aforti Holding / Grupa AFORTI
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Prognozowana wysokość emerytur czy też sam problem wynikający z obowiązkowego wieku emerytalnego należą do tematów, które jak bumerang wracają do debaty publicznej. Nie ma w tym nic dziwnego, gdyż są to aspekty dotyczące każdego pracującego obywatela i w większości przypadków zadecydują o tym, jak będzie wyglądać nasze życie po zakończeniu kariery zawodowej.

Niestety w większości krajów, w tym także w Polsce, bez stanowczych kroków mających na celu poprawę systemu emerytalnego, przyszłe świadczenia mogą znaleźć się poniżej granicy umożliwiającej zaspokajanie podstawowych potrzeb. Tej świadomości brakuje obywatelom, którzy nie godząc się na ustępstwa względem narzucanych przepisów, powinni mieć świadomość, iż własną emeryturę będą musieli zbudować w oparciu o prywatne oszczędności.

Czarne chmury nad polskim systemem emerytalnym

W zależności od tego czy sięgniemy po raport OECD Pensions at a Glance 2017, czy też prognozy samego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS), przewidywania dotyczące emerytur polskich obywateli w obu przypadkach wyglądają katastrofalnie. Według OECD stopa zastąpienia, czyli relacja emerytury do ostatniej pensji, w przypadku osób mających aktualnie 20 lat wyniesie w Polsce 38,6 proc., co jest drugim najsłabszym wynikiem w całym zestawieniu. Gorzej wypada tylko Meksyk, a wyprzedzają nas m.in.: Słowacja – 83,8 proc., Czechy – 60 proc. oraz inne kraje regionu, jak Estonia – 57,4 proc. czy też Węgry – 89,6proc., przy średniej dla wszystkich państw OECD na poziomie 69,1 proc.

Wątpliwości nie pozostawiają również prognozy ZUSu, które dodatkowo wskazują jak dużym obciążeniem dla Skarbu Państwa będzie w przyszłości utrzymanie całego systemu emerytalnego. Według analiz już w 2030 roku różnica między wpływami a wydatkami funduszu emerytalnego wyniesie od niecałych 50 mld złotych do nawet 80 mld złotych per minus. O tym, że jest bardzo źle świadczy też fakt, że są to wyliczenia, które nie uwzględniają dokonanej 2 lata temu obniżki wieku emerytalnego, co oznacza, że w praktyce sytuacja będzie jeszcze gorsza i jeszcze droższa. Mówiąc wprost – obecna forma systemu emerytalnego musi ulec zmianie, gdyż w innym przypadku deficyt funduszu emerytalnego będzie pokrywany z wpływów budżetowych, a jeśli tych będzie niewystarczająco, zapłacimy za to wyższymi podatkami, na czym ucierpią obywatele oraz gospodarka.

Dlaczego jest tak źle?

Główną przyczyną tak pesymistycznych prognoz emerytalnych jest słaba sytuacja demograficzna, która dotyka większości krajów Unii Europejskiej, w tym Polski. Według prognoz ZUSu liczba osób znajdujących się w wieku produkcyjnym do 2030 roku może spaść o ok. 6-8 mln, przy wzroście liczby osób znajdujących w wieku poprodukcyjnym aż o 0,5-1 mln. Z kolei inne dostępne dane wskazują, że już w 2050 roku na jednego emeryta przypadać będzie jedna osoba pracująca, czyli o dwie osoby mniej niż aktualnie, co w znaczący sposób przełoży się na stopień zastąpienia emerytury w stosunku do ostatniej pensji.

Kolejnym istotnym aspektem jest niska skłonność Polaków do oszczędzania. W zależności od dostępnych statystyk, przy stopie oszczędności na poziomie niecałych 20proc. nasz kraj znajduje się na trzeciej lub czwartej pozycji od końca, ustępując miejsca dużo biedniejszej Rumunii oraz Bułgarii. Podsumowując, zarówno w kwestii emerytury państwowej, jak i w kwestii budowania własnej poduszki finansowej, wypadamy bardzo słabo. A mamy się przecież o co martwić, gdyż chodzi o naszą przyszłość. Stąd każdą inicjatywę mającą na celu zmianę tego stanu rzeczy, należy uznać za pozytywną.

Oszczędności receptą na niskie świadczenia emerytalne

Wobec tak pesymistycznych prognoz emerytalnych należy zintensyfikować własne działania, mające na celu zgromadzenie oszczędności, które zostaną wykorzystane po zakończeniu pracy zarobkowej.

W pierwszej kolejności są to Indywidualne Konta Emerytalne (IKE) oraz Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego (IKZE), które nie dość, że pozwalają regularnie zwiększać swoje oszczędności, to zwalniają jednocześnie płacących – po osiągnięciu odpowiedniego wieku – z podatku od zysków kapitałowych. Co więcej, środki przekazywane na IKZE można odliczyć od podstawy opodatkowania. Inną korzystną dla przyszłych emerytów możliwością są nowo powstałe Pracownicze Plany Kapitałowe (PPK), w których do naszej składki, oprócz nas samych, część kwoty wnosi zarówno zakład pracy, jak i państwo. Według założeń każdy pracownik może dobrowolnie zgodzić się na przekazanie w ramach PPK od 2 do 4 proc. swojej pensji. Kolejne 1,5-2 proc. dołoży pracodawca, natomiast z budżetu otrzymamy jednorazową wpłatę powitalną w wysokości 250 złotych, do której każdego roku dopłacane będzie kolejnych 240 złotych.

Podsumowując – istnieje szereg narzędzi, które można wykorzystać do powiększania naszych oszczędności już na emeryturze, począwszy od wspomnianych IKE, IKZE i PPK, przez zyskujące na popularności obligacje Skarbu Państwa i obligacje korporacyjne, aż po tradycyjne lokaty bankowe. Kluczowe jest to, że systematycznie odkładając już niewielkie kwoty, jesteśmy w stanie utworzyć bezpieczną poduszkę finansową, z której będziemy mogli korzystać po przejściu na emeryturę.

Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Relacja z IX edycji Międzynarodowego Kongresu Faktoringu

Ponad 250 uczestników zgromadziła tegoroczna, dziewiąta już edycja Międzynarodowego Kongresu Faktoringu organizowana przez Polski Związek Faktorów. Przygotowano dla nich bogaty program merytoryczny oparty na trzech przekrojowych prezentacjach i trzech panelach dyskusyjnych. Całość poprzedził porywający wykład motywacyjny Jurka Owsiaka. Kluczowymi tematami branżowymi były: rozwój i zastosowanie nowych technologii w finansach i faktoringu, opinie klientów korzystających z tych usług, a także najważniejsze zmiany w otoczeniu prawnym. Zainaugurowano kampanię „Wolne Faktury – bez zakazu cesji” oraz przekrojowe badania nastawienia przedsiębiorców do faktoringu. Uczestnicy Kongresu jednomyślnie podkreślają, że mimo zauważalnych osiągnięć i znakomitych wyników finansowych, największe sukcesy rynek ma jeszcze przed sobą.

Rynek faktoringowy już po raz dziewiąty spotykał się na największym w Polsce wydarzeniu poświęconym tej usłudze. Międzynarodowy Kongres Faktoringu na mapie konferencji branży finansowej wypracował sobie silną pozycję i uznanie. Przez lata przyciągnął szerokie grono wiernych słuchaczy i uczestników zarówno z Polski, jak i ze świata. Omawiane są tu najważniejsze problemy i wyzwania stojące przed dostawcami usług faktoringowych zarówno w kraju, jak i na innych rynkach.

W tym roku dyskutowano przede wszystkim o innowacjach w faktoringu i finansach. Sektor przyciąga znaczącą liczbę fintechów, co dowodzi, że usługa ma ogromny potencjał dla adaptowania nowych technologii. Podobnie, jak w ubiegłym roku, swoimi spostrzeżeniami podzielili się także klienci korzystający z faktoringu. Ich doświadczenia stanowią bezcenne wskazówki dla dalszego rozwoju sektora.

Gośćmi specjalnymi Kongresu byli:

  • Jerzy Owsiak, prezes zarządu Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy,
  • John Brehcist, Advocacy Director FCI,

Działaj i idź naprzód!

Tegoroczną edycję Kongresu otworzyło porywające spotkanie z Jurkiem Owsiakiem, prezesem Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Już w pierwszych sekundach wystąpienia zachwycił on publiczność i nie zwolnił tempa do samego końca. Przedstawił początki swojej niezwykłej inicjatywy, która po 25 latach należy do największych na świecie przedsięwzięć filantropijnych.

Imponował pomysłowością, przebojowością i szczerością, a przy tym niezłomną chęcią niesienia pomocy i łączenia wokół niej ludzi, niezależnie od pojawiających się przeciwności. Zawsze koncentrował się na realizacji celów, jakimi są: ochrona zdrowia, ratowanie życia chorych osób, w szczególności dzieci i działanie na rzecz poprawy stanu ich zdrowia, a także promocja zdrowia i profilaktyki zdrowotnej.

W ciągu 26. Finałów Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zebrała i przekazała na wsparcie polskiej medycyny sumę ponad 1 miliarda złotych. Jej wolontariusze co roku, niezależnie od pogody wspólnie ze wszystkimi Polakami zbierają środki na konkretny, wcześniej wytyczony przez Fundację medyczny cel. Do tej pory zbierano między innymi dla:

  • Kardiochirurgii dziecięcej
  • Ratowania życia dzieci poszkodowanych w wypadkach
  • Ratowania życie niemowląt i dzieci młodszych
  • Ratowanie życia dzieci z chorobami nerek
  • Ratowanie życia dzieci z wadami wrodzonymi
  • Nowoczesne metody diagnostyki i leczenia w neonatologii i pediatrii
  • Dzieci z chorobami onkologicznymi
  • Godnej opieki medycznej seniorów

Ale to nie wszystko. Od kilku lat Jurek Owsiak organizuje także na przełomie lipca i sierpnia, w Kostrzynie nad Odrą, ogromny letni Festiwal muzyczny – Pol’and’Rock (dawniej Przystanek Woodstock).

Menedżerom i praktykom faktoringu i finansów zarekomendował wiele cennych porad. Wskazał długofalowe i bezcenne korzyści wynikające z zaangażowania w codzienną pracę. – Bądźcie cierpliwi i nieustępliwi. Róbcie najlepiej jak potraficie swoją robotę. Nie idźcie do “focha”, idźcie tam gdzie jest ruch. Idźcie tam, gdzie są pomysły, gdzie jest kreatywność. Zachowajcie swoją różnorodność, ale miejcie w sobie energię. Patrzcie na świat od strony pozytywów – mówił Jurek Owsiak.

Polska na faktoringowej mapie świata

Pierwszą część merytoryczną rozpoczął rzut oka na sytuację na światowym rynku finansowania działalności przedsiębiorstw w oparciu faktury. Sektor ten wciąż dynamicznie się rozwija. Jego obroty wynoszą 2,5 biliona euro. Rosną one z tempie 9 proc. rocznie. Rynek europejski stanowi w nim przeważającą cześć, sięgającą 2/3. Rozwija się w podobnym tempie, 7 proc. w skali roku.

Polski rynek faktoringu jest na ósmym miejscu w Europie. Stanowi blisko 3 proc. europejskich obrotów faktoringowych. Rozwija się jednak szybciej niż na zachodzie Europy. W ostatnim roku wzrósł o 16,7 proc.

Na całym świecie rynek ten jest ściśle skorelowany ze stanem gospodarki. – Dalszy rozwój światowego rynku faktoringu będzie ściśle związany z PKB. Tam, gdzie PKB będzie rosło, wzrastać będzie także nasz sektor – zauważa John Brehcist z FCI, międzynarodowej organizacji faktoringowej.

Finansowanie będzie się rozwijać

Dzięki szybszemu niż w zamożniejszych krajach Starego Kontynentu rozwojowi rynek w faktoringu w Polsce wypracował w 2017 r. obroty na poziomie 185 mld zł. Obsługiwał wówczas nieco ponad 9 tys. odbiorców. Rok wcześniej jego obroty sięgały niespełna 159 mld zł. W ciagu 10 lat sektor urósł aż 5,5 – krotnie.

Najpopularniejszą formą faktoringu stał się faktoring pełny. Podmioty zrzeszone w PZF objęły w 2017 r. w jego ramach ponad 104 mld zł wierzytelności. Istotą tej formy finansowania jest przeniesienie ryzyka z klienta na faktora w sytuacji, gdy kontrahent mający zapłacić fakturę stanie się niewypłacalny. Wówczas to faktor będzie dochodzić roszczeń wynikających z należności i będzie o nie występować tylko i wyłącznie wobec dłużnika. To bardzo wygodne rozwiązanie z punktu widzenia przedsiębiorców.

– Dla wielu przedsiębiorców korzystających z faktoringu szybki dostęp do środków na finansowanie bieżącej działalności to nie wszystko. Oczekują także ochrony przed ryzykiem braku zapłaty ze strony kontrahentów za dostarczone towary bądź usługi. Faktoring pełny zdejmuje z nich to ryzyko, stanowiąc bezcenną „poduszkę” finansową na wypadek nieprzewidzianych trudności handlowych – wyjaśnia Sebastian Grabek, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów.

W 2018 r. rozwój rynku jeszcze przyspieszył. Po pierwszym półroczu zanotowano 27,5 – procentowy wzrost obrotów w porównaniu wynikami sprzed roku.

Potrzeba więcej edukacji

Jednak przed faktorami wciąż jeszcze wiele pracy. Opóźnienia w otrzymywaniu płatności od kontrahentów są wciąż największym problemem, z jakim borykają się obecnie polscy przedsiębiorcy, wynika z badania postrzegania faktoringu, przeprowadzonego przez ARC Rynek i Opinia na zlecenie Polskiego Związku Faktorów. Jednocześnie niska jest gotowość do zapłaty za pozbycie się takiego ryzyka. Deklaruje ją niespełna 20 proc. przedsiębiorców. Kolejnych trzech na dziesięciu się waha.

Winę za to ponosi w znacznej mierze ich stan wiedzy na temat korzyści wynikających z finansowania w formie faktoringu. Satysfakcjonuje on niewiele ponad jedną trzecią ankietowanych. Dlatego niełatwo jest im rekomendować to rozwiązanie innym. Mimo tego, więcej niż czterech na dziesięciu badanych dobrze ocenia faktoring, a połowa wyraża w tej kwestii zdanie ambiwalentne.

– Z faktoringu korzysta obecnie 15 proc. respondentów. Podkreślają oni, że usprawnia to płynność finansową, pozwala przezwyciężyć problemy z wypłacalnością kontrahentów, szybciej uzyskać pieniądze oraz zwiększyć kontrolę nad płatnościami. Aby poszerzyć grono odbiorców warto zaangażować więcej starań w edukowanie przedsiębiorców – podkreśla Marek Lekki, dyrektor zarządzający ARC Rynek i Opinia, która realizowała badanie.

Czas na „Wolne Faktury”

Jednym z głównych wniosków z tegorocznej edycji Kongresu Faktoringu jest konieczność uwolnienia przedsiębiorców od barier w sięganiu po środki na działalność. Zakaz cesji powinien zniknąć, bo powoduje zatory płatnicze. Dlatego rynek rusza z kampanią „Wolne Faktury – bez zakazu cesji”. Chce też szerzej edukować przedsiębiorców. Potrzebę tę sami wskazali oni w badaniu, przeprowadzonym przez Polski Związek Faktorów.

Kampania „Wolne Faktury – bez zakazu cesji” ma uzmysłowić decydentom, że przepisy blokujące polskim firmom swobodny rozwój, utrudniają jednocześnie utrzymanie dynamicznego tempa rozwoju gospodarczego. Zatory płatnicze, z którymi chce walczyć rząd biorą się między innymi właśnie z zakazu cesji wierzytelności.

– Klienci zwracają nam uwagę, że odbiorcy ich towarów i usług wprowadzają do kontraktów klauzule zakazujące cesji wierzytelności wynikających z faktur wystawionych na podstawie tych kontraktów, czym blokują dostawcom możliwość sięgnięcia po finansowanie w oparciu o te faktury. Powoduje to, że nasi klienci niejednokrotnie wycofują się w przyszłości z zaopatrywania takich kontrahentów na czym tracą obie strony. Zakaz cesji powoli staje się więc klauzulą, która nikomu już nie przynosi korzyści. Traci natomiast gospodarka i wraz z nią budżet państwa – wskazuje Jerzy Dąbrowski, wiceprzewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiego Związku Faktorów.

Mikrofirmom pomogą faktoringowe fintechy

Na rynku faktoringowym przybywa klientów wywodzących się z grupy mikroprzedsiębiorstw. Ich obsługę biorą na siebie przede wszystkim fintechy, oferujące przyspieszone procesy weryfikacji i minimalne formalności.

– Oferta jaką kierują do swoich klientów fintechy różni się od tej, jaką świadczą podmioty obsługujące większe firmy. Klienci korzystają z naszych usług przede wszystkim w celu utrzymania płynności, przychodzą do nas po prostu po finansowanie. Także i sposób dostarczania oferty jest więc inny. Wykorzystujemy przede wszystkim narzędzia elektroniczne i procesy online. Autoryzacja transakcji odbywa poprzez sms-a, a potwierdzenie cesji dokonywane jest drogą mailową – wyjaśnia Daniel Mączyński z Pragma Faktoring

Ten segment rynku faktoringowe dopiero dojrzewa. Pod względem liczby klientów i generowanych obrotów działające na nim podmioty nie konkurują jeszcze z dostawcami tradycyjnego finansowania w oparciu o faktury.

– Faktorzy kierujący ofertę do mikrofirm mają dziś ok. 20 tys. klientów. W 2018 r. powinni oni osiągnąć obroty na na poziomie 0,5 mld zł. Mimo że na tle całego rynku jest to część niewielka, segment ten ma przed sobą ogromny potencjał – mówi Michał Pawlik, prezes zarządu SMEO.

Wtórują mu Peter Brinsley, dyrektor zarządzający Point Forward i Gilles Sablin z Advanced Trade Growth Fund. Potwierdzają, że doświadczenia rynków zagranicznych wskazują, iż mikroprzedsiębiorcy konkurują między sobą także zdolnością do zachowania płynności finansowej, co skłania ich do sięgania po finansowanie.

„Złote Pióro PZF” i wyróżnienia dla menedżerów

Jak co roku Polski Związek Faktorów nagrodził też laureatów w konkursie „Złote Pióro” 2018 na najlepsze prace dyplomowe, poświęconą faktoringowi.

W kategorii na najlepszą pracę magisterską nagrodę główną „Złote Pióro PZF” przyznano Maciejowi Groszykowi ze Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie za pracę magisterską pt. “Ryzyko operacyjne w działalności faktorów”.

Wyróżnienie za pracę licencjacką otrzymała Patrycja Grabowska z Akademii WSB za pracę pt. „Faktoring jako narzędzie zarządzania płynnością finansową w przedsiębiorstwie”.

Komitet Wykonawczy Polskiego Związku Faktorów serdecznie gratuluje laureatom!

Ale na tym nie koniec części uroczystej. Komitet Wykonawczy PZF uhonorował dwie osoby najbardziej zasłużone dla rozwoju branży faktoringowej w Polsce. Honorowe członkostwo w PZF nadano dwóm dawnym przewodniczącym: Mirosławowi Jakowieckiemu i Dariuszowi Steciowi.

Obaj związani są z rynkiem faktoringu od początku jego funkcjonowania. Kierowali podmiotami należącymi do najważniejszych graczy. Ich wkład w rozwój sektora to także łącznie 10 lat kierowania Komitetem Wykonawczym Polskiego Związku Faktorów.

PZF i cały rynek serdecznie dziękują za lata współpracy!

Klienci doceniają faktoring

Podobnie jak w ubiegłym roku, swoimi spostrzeżeniami na temat faktoringu podzieli się klienci, korzystający z oferty. Rynek stara się wychodzić naprzeciw ich oczekiwaniom, dlatego panel dyskusyjny, w którym głos zabierają odbiorcy usługi, na stałe wszedł do programu Kongresu.

– Jednym z ważniejszych kierunków w jakim podąża obsługa faktoringu jest automatyzacja procesów. Pamiętamy czasy, kiedy klienci przychodzili do faktorów z pudełkiem faktur, które należało zarejestrować, zaksięgować i w oparciu o nie przyznać finansowanie. Od tego czasu rynek zrobił ogromny skok, jednak przed nami ciagle wiele wyzwań, jakie stawiają przede wszystkim sami klienci – mówi Małgorzata Szymańska, dyrektor Departamentu Faktoringu Banku Ochrony Środowiska, prowadząca dyskusję.

Opinie klientów potwierdzają, że inwestowanie w obsługę jest z ich punktu widzenia najważniejszym kierunkiem.

– Z perspektywy biura skarbnika, które ze swej natury nie opiera się na licznej kadrze, każde usprawnienie procesów i wykorzystanie narzędzi zdalnej obsługi jest dużym ułatwieniem. Podążanie nadal tym torem jest najbliższe oczekiwaniom podmiotów korzystających z finansowania – potwierdza Justyna Nałęcz – Chmielewska, zastępca dyrektora Działu Finansów PKP Energetyka.

– Podmiot, który obsługuje zarówno dużo koncerny, jak i niewielkich odbiorców może korzystać z szerokiego limitu faktoringowego tylko wówczas, gdy w jego obsłudze uwzględniona zostanie specyfika i jednych, i drugich. Dlatego także ważne jest upraszczanie procedur przyznawania finansowania, aby korzystać z niego na podstawie faktur wystawianych także mniejszym odbiorcom – dodaje Paweł Bielski, prezes zarządu Polski Gaz SA i prezes Polskiej Izby Gazu Płynnego.

Wysyp zmian prawnych

Ostatnią część merytoryczną poświęcono dyskusji na temat zmieniających się przepisów prawa. W ostatnim roku zarówno przedsiębiorcy, jak i rynek finansowy, zostali zasypani nowymi regulacjami. Split payment, jednolity plik kontrolny, ustawa o przeciwdziałaniu praniu brudnych pieniędzy, tzw. AML, rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO), ustawa o przeciwdziałaniu wykorzystywaniu sektora finansowego do wyłudzeń skarbowych, tzw. STIR – to tylko niektóre z nich. Mają one kolosalny wpływ na funkcjonowanie zarówno na prowadzących działalność, jak i podmioty wspierające ich finansowaniem.

Eksperci zauważają, że nowe rozwiązania nie zawsze mają negatywny wpływ na dzialalność. Pozytywnym zjawiskiem jest dialog pomiędzy Ministerstwem Finansów a rynkami.

– Wiele obaw, które pojawiały się przed nowelizacją split payment nie potwierdziło się. Ministerstwo uwzględniło szereg postulatów środowiska zarówno bankowego, jak i faktoringowej, a także przedstawiło objaśnienia, mające wesprzeć zainteresowanych od strony interpretacyjnej – zauważa Tadeusz Białek, dyrektor Zespołu Prawno – Legislacyjnego Związku Banków Polskich.

Tegoroczna edycja Kongresu Faktoringu była niezwykle udana. Zaprezentowano wiele ciekawych informacji, wskazano szereg ciekawych kierunków, w których nasza branża powinna podążać i podzielono się mnóstwem twórczych przemyśleń, które z pewnością zaowocują w niedalekiej przyszłości.

– Nasz rynek działa równie długo co Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Mamy na koncie wiele sukcesów. Światowy sektor faktoringowy rośnie w tempie 9 proc. rocznie, europejski – 7 proc. Natomiast polski faktoring rośnie 17 proc. rocznie i jeszcze przyspiesza. Mamy wiele powodów do zadowolenia. Mamy też przed sobą wiele wyzwań i życzyłbym sobie i wszystkim Państwu, abyśmy spotykając się za rok, mogli podzielić się także sukcesami na tym polu – podsumował Sebastian Grabek, przewodniczący Komitetu Wykonawczego PZF.

Głównym sponsorem tegorocznego Kongresu Faktoringu była firma Novabase.
Sponsorami spotkania były także firmy: AsitisCRIFeSourcing oraz HPD Software.
Partnerem merytorycznym był FCI.

Partnerami medialnymi byli natomiast: Dziennik Gazeta PrawnaBankNowoczesny Bank SpółdzielczyMy Company PolskaLife and MoreOutsourcing and MoreEuropejska FirmaGazeta MSP, a także portale: AleBank.plFintek.plCEO.com.plOutsourcingPortalMSPortalBiznes2BiznesBCR oraz TRF News.

Euro ma obecnie więcej przyjaciół niż wrogów. Kurs zwyżkuje

Rynki są podatne na przereagowanie pod wpływem zaskakujących nagłówków niezależnie od tego, jak absurdalnie ten nagłówek brzmi. Wczoraj słowa prezesa EBC Draghiego odnośnie oczekiwań dotyczących przyszłej inflacji zostały odczytane jako coś więcej, niż w rzeczywistości były. EUR ma obecnie więcej przyjaciół niż wrogów.

Prezes Europejskiego Banku Centralnego Mario Draghi powiedział wczoraj, że stabilny profil inflacji kryje w sobie „względnie energiczny” wzrost bazowej inflacji oraz powtórzył swoją „pewność, że wzrost płac będzie kontynuowany”. Jak na gołębio nastawionego bankiera centralnego takie słowa mogłyby zabrzmieć zaskakująco i ich waga mogłaby być znaczna, pod warunkiem że sygnalizowałaby rychła zmianę podejścia w polityce monetarnej. Ale takiej zmiany nie będzie, gdyż Draghi powtórzył wcześniejszą deklarację EBC, że stopy procentowe nie będą zmieniane co najmniej „przez całe lato” przyszłego roku. Na marginesie zastanawiam się, jak skomplikowanej konstrukcji słownej trzeba użyć, żeby zwrócić uwagę na mało rozwojowy temat? Problem w tym, że Draghi nie mówił o tym, jaka inflacja jest obecnie, ale jakiej bank centralny spodziewa się w swoich prognozach. Stąd uważam za dość zyskującą skalę reakcji EUR po słowach prezesa i bardziej zrozumiałe jest dla mnie szybkie wygaszenie tego ruchu w kolejnych godzinach. Jednocześnie to pokazuje, gdzie obecnie leży wrażliwość rynku – byle pretekst, by uzasadnić wzrosty EUR, jest skrzętnie wykorzystywany, tym bardziej jeśli pozwala na rewizję oczekiwań dotyczących przyszłej strategii EBC. Mam obawy, czy rynek nie buduje pozycji na fałszywych założeniach, ale dla EUR będzie to problem dopiero wtedy, kiedy te założenia zostaną zakwestionowane. Dziś usłyszymy komentarze od Praeta i Coeure z EBC, które mogą nam rozjaśnić sytuację. Do tego czasu rynek chce kupować EUR i nie należy mu stawać na drodze.

EUR/USD pozostaje głównym wehikułem przejawu optymizmu wobec EUR, co też pomaga innym europejskim walutom (jak SEK, NOK, ale też GBP). W międzyczasie rentowności obligacji skarbowych USA idą do góry (dziś rano 10-latki są powyżej 3,10 proc.), co podtrzymuje pozytywnie z nimi skorelowany popyt na USD/JPY. Wraca za to presja na AUD i NZD w obliczu wciąż obecnego niepokoju o eskalację wojen handlowych. Wszytko to jednak generuje umiarkowane ruchy, gdyż generalnie rynek czeka, ile wstrząsów zapewni jutrzejsza decyzja FOMC. A Fed ma powody, by pozostać konstruktywnie jastrzębi i dbać podwyższone oczekiwania dotyczące długości cyklu podwyżek. W kalendarzu na dziś widnieje jedynie indeks nastrojów konsumentów z USA, który w takim tygodniu, jak ten, może przejść bez echa. Poza tym uwaga na nagłówki z wypowiedziami ważnych osób z banków centralnych i rządów. Zwyczajne rzeczy.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ekonomiści: Szanse na realny powrót do niższych stawek VAT są równe zeru

Tymczasowe, podwyższone stawki podatku od towarów i usług wprowadzono tylko na trzy lata, a obowiązują już siódmy rok. Zdaniem większości ekspertów, szanse na to, że zamiast 8 i 23 proc. wyniosą odpowiednio 7 i 22 proc. są mało realne. Jak twierdzą specjaliści, dla zwykłego Kowalskiego ma to i tak niewielkie znaczenie. Jeżeli rodzina z dwójką dzieci ponosi obecnie dodatkowo 30-50 zł miesięcznie, to wcale nie oznaczałoby, że te pieniądze trafią z powrotem do jej kieszeni. I chociaż jedni ekonomiści uważają, że wrócenie do sytuacji sprzed podwyżki może przyczynić się do wzrostu konkurencji i spadku cen, to inni oceniają, że różnicę i tak zatrzymaliby sprzedawcy. Natomiast komentatorzy są zgodni co do tego, że gdyby doszło do pogorszenia koniunktury, to raczej zwiększyłoby się opodatkowanie, niż obniżyło.

Rekordowe wpływy

Formalnie podwyższone stawki VAT obowiązują tylko do końca roku, jak przypomina prof. Witold Modzelewski, prezes Instytutu Studiów Podatkowych Modzelewski i Wspólnicy. Chodzi o dwie główne – z 23 proc. na 22 proc. i z 8 proc. na 7 proc. oraz te o mniejszym znaczeniu. Jedna dotyczy tzw. faktur VAT RR dla rolników ryczałtowych i obniżki z 7 do 6,5 proc. oraz ryczałtu dla taksówkarzy z 4 do 3 proc. –  wylicza prof. Modzelewski. Jeżeli ustawa o podatku od towarów i usług nie zostanie znowelizowana od 1 stycznia 2019 roku, to nastąpi powrót do stawek z roku 2010.

– Z punktu widzenia konsumenta, im mniejszy jest VAT, tym lepiej. Ceny są niższe, a tym samym na więcej możemy sobie pozwolić. Natomiast trzeba też pamiętać, że budżet państwa ma swoje zobowiązania, jak np. bezpieczeństwo wewnętrzne, zewnętrzne, edukacja, zdrowie, emerytury, a także 500 plus czy ostatnio wprowadzone 300 plus. Z czegoś trzeba je finansować, a jedynym skutecznym źródłem są podatki, w tym VAT – mówi dr Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek, ekonomistka z Uniwersytetu Warszawskiego.

Ubiegłoroczne wpływy do budżetu z tytułu VAT wyniosły 158,4 mld zł. Ze względu na wysoki wzrost gospodarczy (o 4,6 proc.), w tym duże zwiększenie konsumpcji gospodarstw domowych (o 4,8 proc.) i zmianę jej struktury oraz uszczelnienie systemu podatkowego, zyski z podatku VAT były o 30 miliardów złotych wyższe niż rok wcześniej. Dochód z powodu tymczasowej podwyżki to kilka miliardów złotych rocznie. Prof. Modzelewski szacuje je na 7-9 mld zł, a dr Starczewska-Krzysztoszek – na 8-9 mld zł, uwzględniając dynamikę z 2017 roku.

– Wpływy z VAT-u są rekordowe. Ale trzeba pamiętać, żeby pilnować deficytu budżetowego i długu publicznego w stosunku do PKB. W Konstytucji mamy bowiem zapisane, że dług publiczny nie powinien przekroczyć 60 proc. Produktu Krajowego Brutto. Jednocześnie kryteria z Maastricht zobowiązują nas do nieprzekraczania 3 proc. deficytu budżetowego w stosunku do PKB. Dlatego – chociaż jesteśmy w momencie bardzo dobrej koniunktury – pamiętajmy, że jej osłabienie nadejdzie. To oznacza, że wpływy do budżetu będą mniejsze, a wydatki pozostaną takie same – zaznacza dr Starczewska-Krzysztoszek.

Dlatego specjalnie chyba nikogo nie dziwi, że w „Założeniach budżetu państwa na 2019 r.”, przyjętych przez Radę Ministrów 12 czerwca 2018 roku, pojawia się też i takie, że „stawki VAT pozostaną na poziomie obowiązujących w 2018 roku”. Ich podwyżki wprowadziła jeszcze w roku 2010 nowelizacja ustawy o podatku od towarów i usług. Początkowo miały obowiązywać od 1 stycznia 2011 roku do 31 grudnia 2013 roku, ale później przedłużono je do końca 2016 roku. Kiedy do władzy doszła obecna większość parlamentarna, to dumnie zapowiadała, że powrócą niższe ciężary fiskalne, ale ostatecznie zdecydowała o ich utrzymaniu do grudnia 2018 roku.

Polacy na tym tracą?

– Podwyższona stawka VAT to dla czteroosobowej rodziny dodatkowy wydatek rzędu 30-50 zł miesięcznie. Jaki dokładnie – zależy to od struktury budżetów domowych. Inna jest np. sytuacja emeryta niż młodego, wielodzietnego małżeństwa. Mają oni przecież różne potrzeby i koszty – wyjaśnia ekonomista i analityk Marek Zuber.

Co ciekawe, powrót do niższej stawki VAT nie oznaczałby wcale, że 1 procent podatku trafiłby do portfela podatników. Skorzystaliby na tym raczej sprzedawcy i sieci handlowe. Tak uważa prof. Modzelewski. Jak stwierdza, prawdopodobieństwo, że zmniejszenie VAT-u wiązałoby się z obniżeniem cen detalicznych jest równe zeru. W ocenie byłe wiceministra finansów, byłaby to premia, podnosząca zyski sprzedawców. A to z kolei wiązałyby się ze zwiększonym popytem wewnętrznym i wzrostem podaży. Z makroekonomicznego punktu widzenia można byłoby uzyskać nawet półprocentowy, bądź niewiele mniejszy (0,4 proc.) wzrost PKB.

– Gdyby przywrócono niższy VAT, to kwota, wnikająca z różnicy między stawkami, nie zostałaby przejęta przez sprzedających, m.in. ze względu na dużą konkurencję. Nie znaczy to, że ceny spadłyby o 1 pkt. procentowy, chociażby z powodu presji płacowej, ale tak czy inaczej prawie 1 proc. zostałby w  rodzinnych portfelach. Jednak – moim zdaniem – nie ma szans na powrót do obniżonej stawki VAT w najbliższym czasie, tym bardziej że dobra koniunktura się kończy – twierdzi Marek Zuber.

Być może przyszły rok będzie dużo gorszy od obecnego i rząd, mając różne zobowiązania, będzie starał się raczej zwiększać opodatkowanie. To w zasadzie już zaczął robić, zapowiadając między innymi tzw. daninę solidarnościową czy podatek od centrów handlowych i dużych biurowców. W takiej sytuacji trudno oczekiwać obniżki VAT-u.

– Taka ewentualność, jak powrót do niższych stawek, pojawiłaby się jedynie wówczas, gdyby ministerstwo poszło w kierunku ujednolicenia VAT-u. Ale jednocześnie uważam, że jest to mało prawdopodobne. Przy takiej daninie, stawka podstawowa mogłaby być mniejsza niż obecne 23 proc. A te niższe, szczególnie 8 procent, musiałyby być wyraźnie wyższe niż teraz. Poza tym nie widzę możliwości, by nie tylko w ciągu najbliższych dwóch lat, ale i dłuższego czasu stawka VAT była niższa – dodaje Marek Zuber.

Bez wpływu na decyzje zakupowe

Według głównego ekonomisty X Trade Brokers, doktora Przemysława Kwietnia, nie ma żadnego racjonalnego uzasadnienia dla obniżania stawki VAT poza obietnicą, że podniesienie jej było tymczasowe. W jego opinii, gospodarka nie potrzebuje pieniędzy, które trafiłyby do niej z obniżki VAT-u, gdyż korzysta z wyjątkowo sprzyjającej koniunktury przy wysokim wzroście gospodarczym. Ale taka sytuacja, ze względu na cykle koniunkturalne – może ulec zmianie.

– Przywrócenia niższych stawek nie oczekiwałabym na pewno ani im  dalej w przyszłość, tym jest to mniej prawdopodobne, bo kiedyś przyjdzie osłabienie koniunktury i wpływy podatkowe do budżetu będą mniejsze, a wydatki pozostaną na tym samym poziomie. I raczej martwiłabym się taką sytuacją, czy za trzy, cztery lata rząd, żeby ratować sytuację budżetową, nie będzie myślał nad tym, czy nie podnieść obecnej stawki podatku VAT z 23 na 24 procent – stwierdza dr Starczewska-Krzysztoszek.

– Nie byłoby korzystne obniżanie VAT-u, by za chwilę podnosić inne podatki, bardziej szkodliwe dla wzrostu gospodarczego. Moim zdaniem, powrót do niższych stawek przełożyłby się na spadek cen, ale nie w stosunku 1:1, bo takie zmiany są częściowo amortyzowane w marżach, więc raczej należałoby się spodziewać spadku inflacji o 0,4 proc. Jeżeli wynagrodzenia, po jej uwzględnieniu, rosną o ponad 4 proc. to fakt, czy zapłacimy o niecałe pół procenta taniej, nie ma zbyt dużego znaczenia dla decyzji konsumpcyjnych – podkreśla dr Kwiecień.

W ocenie eksperta, środki zaoszczędzone na pozostawieniu wyższej stawki VAT znacznie lepiej byłoby wykorzystać na odejście od pomysłu zniesienia limitu wymiaru składek ZUS. Jego zlikwidowanie bowiem, jak ocenia dr Kwiecień, jeszcze bardziej skomplikuje sytuację na już dość trudnym rynku pracy, który dziś stanowi jedną z kluczowych barier inwestycyjnych, na dodatek pogorszy sytuację finansów publicznych w dłuższym terminie.

Polacy wysyłają coraz mniej SMS-ów

Główny Urząd Statystyczny opublikował właśnie raport „Poczta i telekomunikacja – wyniki działalności w 2017 roku”, z którego wynika, że Polacy w ubiegłym roku wysłali 49,2 mld SMS-ów, prawie miliard mniej niż w 2016 roku. Oznacza to, że w 2017 roku każdy abonent polskich sieci nadał średnio 944 krótkie wiadomości tekstowe, o 22 mniej niż 12 miesięcy wcześniej. Rośnie za to liczba nadanych MMS-ów, których w ubiegłym roku w Polsce wysłano 1,4 mld.

Spadek popularności SMS-ów w ruchu między użytkownikami widoczny jest od kilku lat. Z danych GUS wynika, że liczba wysłanych wiadomości po raz pierwszy od 2010 roku spadła poniżej 50 miliardów. Szczyt popularności SMS-y osiągnęły w 2012 roku, gdy użytkownicy polskich sieci wysłali ich ponad 62 miliardy. Od tamtego czasu ich liczba spadła o ponad 20 procent.

– Ustalenia z raportu GUS wcale nas nie zaskakują. – mówi Kamila Górna, Business Development Manager w firmie Infobip zajmującej się marketingiem mobilnym. – SMS-y odgrywają coraz mniejszą rolę w komunikacji między użytkownikami końcowymi, którzy coraz chętniej sięgają po komunikatory mobilne takie jak WhatsApp czy Messenger. Spodziewamy się, że trend ten będzie kontynuowany w kolejnych latach, podobnie sytuacja wygląda na innych rynkach, na których działa nasza firma. Jednak chciałabym podkreślić, że każdego roku rośnie liczba SMS-ów, które firmy i marki wysyłają do swoich klientów za pośrednictwem platform komunikacyjnych. Takie rozwiązanie pozwala wysyłać masowo nie tylko wiadomości tekstowe, ale również prowadzić zintegrowaną komunikację z wykorzystaniem np. WhatsApp czy wiadomości głosowych. – dodaje.

26 lat z SMS-ami

SMS to technologia, która jest wykorzystywana od 26 lat, praktycznie w niezmienionej formie. Cały czas pojedyncza wiadomość złożona jest ze 160 znaków. Jedyną modyfikacją jest to, że producenci telefonów znaleźli sposób, aby komunikaty złożone z kilku SMS-ów dostarczać na wyświetlacz urządzenia w jednej wiadomości. Starsi użytkownicy telefonów komórkowych mogą pamiętać czasy, gdy czekało się, aż na urządzenie spłyną wszystkie SMS-y przesłane przez nadawcę. Czy tak archaiczna technologia ma szansę rywalizować z aplikacjami mobilnymi oferującymi coraz bardziej zaawansowane funkcje komunikacyjne?

– Zmiana krajobrazu usług komunikacji mobilnej nastąpi wtedy, gdy operatorzy w Polsce uruchomią rozwiązanie RCS (Rich Communication Services), które jest kolejnym etapem rozwoju standardu SMS i MMS. Dzięki niemu użytkownicy będą mogli dostarczać na swoje numery telefonów wysokiej jakości zdjęcia, filmy, animacje i grafiki, dokładnie w taki sam sposób jak dzisiaj wysyłają SMS-y. Takie zwiększenie ich funkcjonalności spowoduje, że stary, poczciwy SMS nabierze nowego znaczenia i wymiaru biznesowego, ponieważ atrakcyjnym contentem z użytkownikami dzielić będą się mogły również marki. – przekonuje Kamila Górna.

O tym, że użytkownicy zainteresowani są dzieleniem się multimediami świadczy rosnąca popularność MMS-ów. Począwszy od 2010 roku liczba nadanych multimedialnych wiadomości wzrosła ponad pięciokrotnie. W 2017 roku każdy abonent polskich sieci telekomunikacyjnych wysłał średnio 28 MMS-ów, czyli o 9 więcej niż 12 miesięcy wcześniej.

Dane przedstawione wczoraj przez GUS pokrywają się z ustaleniami zawartymi w raporcie Urzędu Komunikacji Elektroniczne o stanie rynku telekomunikacyjnego w 2017 roku.

Ponad miiard SMS-ów wysłanych w roamingu

Według raportu UKE systematycznie zwiększa się łączna liczba wiadomości SMS wysyłanych w roamingu. Szczególnie gwałtowny wzrost odnotowano w 2017 r. Abonenci polskich sieci korzystający z roamingu za granicą wysłali ponad 1 mld SMS-ów, o ok. 65% więcej niż rok wcześniej.

Ruch wysyłanych wiadomości SMS napędziło wprowadzenie w czerwcu 2017 roku zasady „Roam Like At Home”, wyrównującej stawki za połączenia głosowe, wiadomości SMS i transmisję danych w Polsce i w innych krajach europejskich. Dzięki temu klienci polskich operatorów mogli korzystać z telefonu w Unii Europejskiej na tych samych zasadach co w kraju. Przełożyło się to na znaczący wzrost zainteresowania usługami w roamingu.

SMS – jak to się zaczęło?

Za pomysłodawcę krótkich wiadomości tekstowych uważa się Niemca Friedhelma Hillebranda pracującego w międzynarodowym zespole badawczym Groupe SpécialMobile. To właśnie jemu zawdzięczamy m.in. liczbę znaków, jakie zawiera pojedynczy SMS. Przeanalizował długości tekstów na kartkach pocztowych i w 1984 roku zaproponował dla wiadomości tekstowych limit długości 160 znaków. Był to jednak etap prac koncepcyjnych, a na wysłanie pierwszego SMS-a w historii trzeba było poczekać jeszcze 8 lat. W grudniu 1992 roku dokonał tego brytyjski inżynier Neil Papworth z sieci Vodafone. Co ciekawe, pierwszą wiadomość tekstową wysłał z komputera stacjonarnego, ponieważ telefony komórkowe w tamtym czasie nie były wyposażone w klawiatury.

Pełna treść raportu GUS – „Poczta i Telekomunikacja – wyniki działalności w 2017 roku”: http://stat.gov.pl/download/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5512/2/2/1/poczta_i_telekomunkacja_wyniki_dzialalnosci_2017.pdf

Oczekiwany jastrzębi Fed powinien spowodować dalszy spadek notowań PLN

Konflikt handlowy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami nieco osłabł, stąd atrakcyjność dolara, jako bezpiecznej waluty, zmniejszyła się. Pomimo, że obydwie strony ponownie zaostrzyły politykę handlową, mocno niewspółmierna odpowiedź Chin w wysokości 60 mld USD na amerykańskie 200 mld USD została zauważona przez rynek i odebrana jako niezagrażająca globalnemu handlowi. Pekin poinformował ponadto, że nie będzie osłabiał rodzimej waluty, aby eksport stał się bardziej konkurencyjny. Ostatnie wahania kursu juana były bowiem postrzegane jako celowy środek działania. Stąd deklaracja Pekinu utrzymywania kursu rynkowego została przez inwestorów przyjęta pozytywnie i wykorzystana do umocnienia walut ryzykownych.

Wzrosty kursu EUR/USD w okolicach 1,178 zatrzymały piątkowe publikacje wskaźników aktywności przemysłowej dla Europy i USA. Dane zarówno dla Niemiec (we wrześniu PMI spadł do 53,7 pkt z 55,9 miesiąc wcześniej), jak i dla strefy euro (we wrześniu PMI spadł do 53,3 pkt z 54,6 miesiąc wcześniej) potwierdziły, że gospodarka wspólnoty straciła impet po bardzo silnej ekspansji w 2017 roku. Tymczasem w USA nadal wiać rozwój (we wrześniu PMI wzrósł do 55,6 pkt. z 54,7 miesiąc wcześniej). Dane wspierają zatem gołębi EBC (prawdopodobna data pierwszej podwyżki stóp procentowych w strefie euro to 2019 r) i jastrzębi Fed (we wrześniu oczekiwana jest kolejna podwyżka).

Opublikowane w Europie PMI mogą ważyć na analogicznych odczytach dla polskiej gospodarki, które podobnie jak prezentowane w zeszłym tygodniu dane produkcyjno-sprzedażowe i z rynku pracy, mogą potwierdzić scenariusz lekkiego spadku ścieżki wzrostu PKB w III kw. 2018r. w porównaniu z pierwszym półroczem. Nie zmienia to faktu, że polska gospodarka nadal rozwija się w solidnym tempie (około 5%). Niemniej, przy braku presji inflacyjnej, obecnie jej fundamenty wspierają łagodną retorykę RPP i utrzymywanie historycznie niskich obecnie stóp procentowych przynajmniej do końca 2019 roku. Jak wynikało z protokołu z wrześniowego posiedzenia Rady, większość jej członków uważała, że stabilizacja kosztu pieniądza w kolejnych kwartałach będzie sprzyjać realizacji celu inflacyjnego, a jednocześnie wspierać utrzymanie zrównoważonego wzrostu gospodarczego, w tym dalszego ożywienia inwestycji.

W tym tygodniu w centrum uwagi znajdzie się posiedzenie Fed-u. Utrzymujący się wzrost gospodarczy USA w 3Q wraz z oznakami, że dynamiki płac i inflacja będą rosły, utrzymuje presję, aby Fed dalej podnosił stopy procentowe raz na kwartał, w tym na środowym posiedzeniu. Od ostatniego spotkania FOMC nadchodzące dane głównie wspierają ocenę członków FOMC, że wzrost gospodarczy jest „silny”, przy nadal rosnącej konsumpcji, wzmocnionej m.in. obniżkami podatków. Widać też presję cenową, napędzaną rosnącym wykorzystaniem mocy produkcyjnych, zmniejszającą się luką na rynku pracy oraz nasilającym się konfliktem handlowym pomiędzy USA a Chinami. Prognozowana 25 pkt. podwyżka stóp i podtrzymanie oczekiwań na dalsze zacieśnianie polityki monetarnej powinny nasilić wzrosty dolara do euro i spowodować spadek notowań złotego w relacji do obydwu tych walut w najbliższych dniach.

Wykres dnia: Złoty pozostaje pod wpływem zmian na rynku globalnym. EUR/PLN wyżej wraz ze wzrostem dolara na świecie.

Złoty pozostaje pod wpływem zmian na rynku globalnym. EUR PLN wyżej wraz ze wzrostem dolara na świecie
Źródło: Thomson Reuters

Autor: Joanna Bachert / PKO Bank Polski

Gomułka: Finanse publiczne – jakie będą kolejne lata?

Szybszy wzrost gospodarczy w Polsce i Europie powinien generować nadwyżkę budżetową. Granica deficytu budżetowego w UE wynosi 3% PKB i nie powinna być ona przekroczona, nawet w sytuacji silnego spowolnienia gospodarczego czy recesji. W zeszłym roku byliśmy blisko górnego pułapu, a przewidywania rządu na bieżący rok są niestety na podobnym poziomie. Dobre wyniki sektora rządowego z ostatnich kilku miesięcy to wczesna ocena, a tak naprawdę liczy się koniec roku – gdy zwykle mamy wysokie niedobory finansów publicznych. Prawdopodobnie taka sytuacja będzie miała miejsce również w tym oraz przyszłym roku. W okresie dobrej koniunktury powinniśmy mieć zerowy deficyt lub nadwyżkę. Rezerwa w finansach publicznych będzie przydatna w gorszych czasach, z którymi powinniśmy się liczyć – taka jest natura rzeczy w gospodarce.

– W trakcie kampanii Prawa i Sprawiedliwości nie mówiło się o sytuacji w finansach publicznych, tylko o wydawaniu tych środków. Program 500+, obniżenie wieku emerytalnego, pomoc dla frankowiczów – koszt szacowany był na dziesiątki miliardów złotych. Na szczęście rząd wycofał się z niektórych obietnic – wdrożył tylko program 500+ oraz obniżył wiek emerytalny – powiedział serwisowi eNewsroom Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club – Wydaje się, że ostatnie 2 lata dla polityki finansowej rządu były rozsądne, a odejście od niektórych obietnic przyczyniło się do tego. W następnych latach można oczekiwać niższego tempa wzrostu i nie należy spodziewać się nadzwyczajnych dochodów – np. w postaci transferów z NBP. Może to oznaczać wejście w obszar bardzo napiętej sytuacji w finansach publicznych i przekroczenie maksymalnego poziomu 3%. Zagraniczni inwestorzy spodziewają się takiej sytuacji, dlatego wiarygodność polskich papierów wartościowych nie jest wysoka. Inwestorzy żądają wysokich rentowności za kupno tych papierów – wyższych od tych we Włoszech, Grecji czy nawet na Węgrzech – ocenił Gomułka.

Publiczne wydatki na leki są w Polsce trzy razy niższe niż w największych krajach UE. Ich wyrównanie mogłoby ograniczyć o 12 tys. liczbę przedwczesnych zgonów rocznie

Publiczne wydatki na leki są w Polsce trzy razy niższe niż w największych krajach UE. Ich wyrównanie mogłoby ograniczyć o 12 tys. liczbę przedwczesnych zgonów rocznie 8

Pod względem publicznych wydatków na zdrowie Polska jest w ogonie Europy. Odbiega również od krajów europejskich pod względem oczekiwanej długości życia czy wskaźników zdrowotnych. Zaplanowany wzrost wydatków na ochronę zdrowia do 6 proc. PKB do 2024 roku może zmienić te statystyki, jednak pod warunkiem, że dodatkowe środki zostaną przeznaczone na procedury, które przyniosą najlepsze efekty zdrowotne. Eksperci INFARMY i IQVIA tłumaczą, że wydatki na innowacyjne, skuteczne i bezpieczne leki są efektywną inwestycją w zdrowie społeczeństwa. Jeśli osiągnęłyby one poziom średniej krajów europejskich – można by rocznie o 12 tys. ograniczyć liczbę przedwczesnych zgonów i zwiększyć średnią długość życia o ponad rok, a także zwiększyć populację osób w wieku produkcyjnym o 31 000 do 2024 roku.

– Zapowiedziany wzrost wydatków na ochronę zdrowia do 6% PKB w 2024 roku to przełomowy moment dla polskich pacjentów i całego systemu. Aby w sposób istotny wskaźniki zdrowotne polskiego społeczeństwa mogły się poprawić, a chorzy uzyskiwali świadczenia zgodne ze światowymi standardami leczenia kluczowa jest efektywna alokacja tych środków. Stale wzrastającym potrzebom zdrowotnym powinno towarzyszyć wdrażanie polityki zorientowanej na wartość. System oparty na modelu value-based healthcare to optymalny kierunek dla polskiego sytemu zdrowia – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej, prezes Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

– Dodatkowe środki w systemie powinny być przeznaczone na te procedury zdrowotne, które przynoszą najlepsze efekty zdrowotne. Nie chcemy poprawić samego systemu, chcemy poprawić zdrowie polskiego społeczeństwa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogna Cichowska-Duma, dyrektor generalny Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Publiczne finansowanie ochrony zdrowia w Polsce jest jednym z najniższych w Europie i wynosi jedynie 4,4% PKB przy średniej europejskiej 6,8% PKB. Kraje EU5 w 2016 roku wydały na ochronę zdrowia swojego mieszkańca średnio 15,5 tysiące PLN rocznie. Średnia krajów CEE jest niższa od średniej EU5, bo wynosi około 8100 tysiący PLN rocznie. Polska wydaje na zdrowie mieszkańca około 2,3 razy mniej niż kraje EU5. Tak jak publiczne wydatki na zdrowie, tak i wydatki na leki w Polsce znacząco odbiegają od wydatków obserwowanych w innych krajach europejskich.

– Jeżeli weźmiemy pod uwagę wydatki publiczne na leki na receptę w przeliczeniu na jednego mieszkańca, są one w Polsce blisko dwa razy niższe niż w sąsiadujących krajach regionu i ponad trzy razy niższe niż w największych krajach UE – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Maciej Klimek, dyrektor zarządzający działu konsultingu w IQVIA w Polsce.

W Polsce tylko 42 proc. wydatków na leki na receptę jest pokrywane ze środków publicznych (przy 60 proc. w EU5, oraz 55 proc. w CEE).

– Polska wydaje mniej na leki niż kraje ościenne i duże kraje europejskie. Nasze wydatki na leki są najniższe w całej UE. Wydajemy 0,5 proc. PKB na farmakoterapię. To zaledwie 50 proc. średniej, osiąganej przez kraje naszego regionu, i około 28 proc. wydatków, które osiągane są w całej Unii Europejskiej – wskazuje Bogna Cichowska-Duma.

Dodatkowo istnieje zauważalna luka pomiędzy Polską a najbardziej rozwiniętymi krajami europejskimi pod względem oczekiwanej długości życia i śmiertelności z powodu chorób cywilizacyjnych. Jak podkreślają eksperci IQVIA, zmniejszając lukę w finansowaniu można poprawić wyniki zdrowotne społeczeństwa, które będą przekładać się na wymierne korzyści demograficzne i gospodarcze.

Szacunki IQVIA wskazują, że inwestycja w leki jest kilkukrotnie bardziej efektywna w kontekście uzyskanego wyniku zdrowotnego niż inwestycja w pozostałe wydatki zdrowotne. Obecnie w Polsce zaledwie 0,3 proc. stosowanych leków to nowe molekuły. W krajach regionu CEE jest to ponad dwukrotnie, a w krajach EU5 sześciokrotnie więcej niż w Polsce.

– Finansowanie skutecznych i bezpiecznych leków innowacyjnych może przynieść wymierne efekty zdrowotne i jednocześnie oszczędności w systemie opieki społecznej i ochrony zdrowia. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę nie tylko cenę leczenia, ale przede wszystkim jego efektywność w perspektywie długofalowej – mówi Bogna Cichowska-Duma.

– Z naszych analiz wynika, że największy wpływ na poprawę wskaźników zdrowotnych w Polsce miałoby właśnie zwiększenie wydatków na leki. Nasze szacunki pokazały, że 10-proc. wzrost wydatków na leki w krótkiej perspektywie dałby taki sam efekt jak 10-proc. wzrost wydatków na wszystkie pozostałe kategorie wydatków w obszarze ochrony zdrowia w Polsce – tłumaczy Maciej Klimek.

Według scenariuszy przedstawionych w raporcie, gdyby dzięki poprawie poziomu publicznego finansowania ochrony zdrowia, w tym leków, standard leczenia w Polsce był podobny do obecnego standardu obserwowanego innych krajach europejskich, można by uniknąć nawet do 12 tys. zgonów rocznie i odzyskać około 410 tys. lat życia. Dla gospodarki mogłoby to oznaczać nawet do 25 mld zł zysku, wynikającego z produktywności osób, które żyłyby dłużej i w lepszym zdrowiu.

– Wzrost wydatków publicznych na leki w Polsce do poziomu średniego dla innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej miałby naszym zdaniem bardzo wymierne korzyści dla zarówno społeczeństwa, jak i gospodarki naszego kraju. Przede wszystkim spadłaby liczba przedwczesnych zgonów, a wzrosłaby przeciętna długość życia – o 12 miesięcy w przypadku kobiet i o 14 miesięcy w przypadku mężczyzn – wylicza Maciej Klimek.

Wydatki na ochronę zdrowia to inwestycja w zdrowie Polaków, pod warunkiem, że są ponoszone racjonalnie. Finansowanie skutecznych i bezpiecznych leków innowacyjnych może przynieść wymierne efekty zdrowotne i jednocześnie oszczędności w systemie opieki społecznej, jak i w samym systemie ochrony zdrowia. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę nie tylko cenę leczenia, ale przede wszystkim jego efektywność w perspektywie długofalowej. – podkreśla Dorota Hryniewiecka-Firlej, Prezes INFARMY.

Nowe technologie zrewolucjonizują handel. Większość sklepów planuje inwestycje w innowacyjne rozwiązania

Nowe technologie zrewolucjonizują handel. Większość sklepów planuje inwestycje w innowacyjne rozwiązania 9

Współczesny konsument płynnie migruje pomiędzy różnymi kanałami zakupowymi. Dlatego integracja sprzedaży tradycyjnej z internetową i kanałem mobilnym jest dziś jednym z największych wyzwań dla branży handlowej. Wielokanałowość i nowe technologie to dla sprzedawców, sieci i centrów handlowych możliwość zaspokojenia rosnących potrzeb klientów – skupionych na wygodzie, ale i coraz bardziej wymagających. Większość z nich planuje w najbliższych latach inwestycje w innowacyjne rozwiązania i usługi dla klientów.

Handel zmienia się dokładnie tak, jak nasi klienci i ich potrzeby. W związku z rozwojem technologii trudno już dzisiaj podzielić klientów na kupujących tylko stacjonarnie, bądź tylko online. Kluczem jest więc dotarcie do klienta przez wybrany przez niego kanał. Skutkuje to koncentracją na kliencie, musimy także wspólnie z najemcami tworzyć dobre doświadczenia zakupowe dla niego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Czesław Jasiewicz, Head of Retail Operations w firmie EPP, będącej wiodącym właścicielem i zarządcą centrów handlowych w Polsce.

Nowe technologie zmieniają handel detaliczny. Wymuszają to oczekiwania klientów, zwłaszcza młodszego pokolenia, które przez większość czasu jest online, przyzwyczajone nie rozstawać się ze smartfonem. Jak wynika z ostatniego raportu e-Izby „M-Commerce. Kupuję mobilnie”, 73 proc. internautów kupuje produkty z tej samej kategorii w więcej niż jednym kanale zakupowym. 41 proc. internautów zrobiło ostatni zakup wielokanałowo, a 43 proc. wskazało, że kupuje produkty konkretnej marki w więcej niż jednym kanale sprzedażowym. Względem poprzedniej edycji badania zauważalny jest też wyraźny wzrost wykorzystania smartfonów w procesie zakupowym. Co istotne, sklepy stacjonarne, które są ulubionym miejscem zakupów dla 32 proc. Polaków, straciły dominację na rzecz internetu i aplikacji mobilnych, które preferuje 41 proc. konsumentów.

Współczesny konsument kieruje się przede wszystkim wygodą, płynnie migrując pomiędzy różnymi kanałami sprzedaży. Dlatego integracja sprzedaży tradycyjnej z e-commerce i kanałem mobilnym to dziś jedno z największych wyzwań dla właścicieli i zarządców centrów handlowych – wynika z ubiegłorocznego raportu MarketBeat międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield. Comarch zalicza z kolei omnichannel do kluczowych technologii, które zadecydują o przyszłości branży retail. Eksperci wskazują też, że w ostatnich latach większość firm detalicznych dążyła do wzmocnienia obecności we wszystkich kanałach sprzedaży. Tradycyjni sprzedawcy inwestowali w e-commerce oraz m-commerce, natomiast internetowi docenili, jak ważne jest budowanie pozytywnych doświadczeń klienta poprzez bezpośrednią interakcję w sklepie stacjonarnym.

Zmiany w handlu napędza dziś rozwój technologii, także coraz mniejsze koszty jej posiadania i użytkowania. Najemcom umożliwia to szersze dotarcie do klientów, klientom z kolei – szerszą weryfikację posiadanych na rynku produktów. Zmiany technologiczne bardzo odpowiadają naszemu młodszemu pokoleniu, które lubi innowacje technologiczne, chętnie używa urządzeń mobilnych, często czyta opinie internetowe i dzieli się swoimi wrażeniami, lubi udogodnienia w zakupach. To właśnie do potrzeb tych klientów będzie się dostosowywał handel – ocenia Czesław Jasiewicz.

Polscy konsumenci są nie tylko wygodni, ale też coraz bardziej wymagający i świadomi swoich wyborów. Szukają coraz lepszych doświadczeń zakupowych, poczynając od wyglądu samego centrum, poprzez witryny, a kończąc na profesjonalnej obsłudze. Oczekują także, że wszystkie rzeczy będą w stanie załatwić w jednym miejscu, w wygodny sposób.

Właśnie dzięki innowacyjnym technologiom możliwe są zmiany w modelach handlowych, ich celem jest wyjście naprzeciw potrzebom klienta, skrócenie czasu zakupów, zwiększenie wygody, a także budowanie wrażeń zakupowych. Jeszcze kilka lat temu dotykowa karta płatnicza czy sklep w smartfonie były nowością, teraz to już standard – mówi Czesław Jasiewicz.

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu Zebra Technologies, 78 proc. detalistów uważa, że integracja handlu elektronicznego z tradycyjnymi zakupami w sklepie ma kluczowe znaczenie dla ich działalności. Podobny odsetek (73 proc.) wskazuje na istotne znaczenie big data. Do 2021 roku 87 proc. sprzedawców detalicznych zamierza wdrożyć mobilne urządzenia kasowe (mPOS), a 65 proc., innowacyjne usługi dostawy zamówionego towaru.

Ekspert EPP prognozuje też, że duży wpływ na przyszły kształt handlu detalicznego będzie mieć także zyskujący na znaczeniu trend, jakim jest ekonomia współdzielenia.

– Statystyki wskazują na bardzo duży jej wzrost. Dotyczy to przede wszystkim sektora usług, takich jak noclegi bądź transport. Moim zdaniem galerie handlowe mają szansę być znakomitą platformą dla tego typu usług, chociażby dlatego, że mają znakomite lokalizacje i dzięki temu w galeriach handlowych w ogóle dobrze się korzysta ze wszystkich usług – mówi Czesław Jasiewicz.

Spółka inwestycyjna EPP zarządza jednym z największych w Polsce portfeli nieruchomości komercyjnych, wartym przeszło 2 mld euro. Obecnie w jej portfolio znajduje się 19 obiektów handlowych, sześć biurowych oraz dwa obiekty wielofunkcyjne w budowie o łącznej powierzchni wynoszącej ponad 835 000 mkw. Najnowszym projektem spółki – realizowanym we współpracy z Echo Investment – jest Towarowa 22 na warszawskiej Woli, w ramach którego powstanie wielofunkcyjny kompleks, na który złożą się m.in. nowoczesna przestrzeń handlowo-usługowa, część biurowa, mieszkalna oraz zielona, ogólnodostępna przestrzeń publiczna. Wzdłuż ulicy Towarowej powstanie pierzeja domów handlowych, a dawny Dom Słowa Polskiego, który znajduje się na terenie inwestycji, zostanie przekształcony w miejsce spotkań i wydarzeń kulturalnych, z bogatą ofertą gastronomiczną i kawiarniami.

Mniej niż jeden na dziesięciu nastolatków wykorzystuje internet do innych celów niż rozrywka. W szkołach niezbędna jest cyfrowa edukacja

Mniej niż jeden na dziesięciu nastolatków wykorzystuje internet do innych celów niż rozrywka. W szkołach niezbędna jest cyfrowa edukacja 10

85 proc. nastolatków codziennie lub prawie codziennie łączy się z siecią za pośrednictwem smartfona, a 15 proc. spędza w internecie nawet 5 godzin dziennie. Jednak tylko 1 na 10 nastolatków wykorzystuje internet do twórczych działań, a 60 proc. nigdy nie stworzyło niczego za pomocą aplikacji – wynika ze wstępnych wyników polskiej edycji międzynarodowego badania EU Kids Online 2018. Autorzy podkreślają, że do ostrożnego i pożytecznego korzystania z technologii trzeba przygotowywać już najmłodszych internautów. 

– Wyraźnym trendem jest coraz większa mobilność. Smartfon jest dominującym sposobem, w jaki młodzi ludzie w wieku 9–17 lat łączą się z internetem. 85 proc. robi to codziennie lub częściej. Inne, te bardziej tradycyjne formy, są już coraz rzadsze – okazuje się, że jedynie 40 proc. codziennie lub prawie codziennie korzysta z laptopa lub komputera stacjonarnego. Drugi trend, który potwierdzają badania, pokazuje, że nie wszyscy korzystają z internetu sensownie, w sposób aktywny – mówi dr hab. Jacek Pyżalski, merytoryczny kierownik polskich badań EU Kids Online 2018, zrealizowanych w partnerstwie z Fundacją Orange.

Z badań wynika, że uczniowie w większości używają technologii w sposób bierny: do oglądania wideo, słuchania muzyki albo komunikowania się z najbliższymi. Mniej niż jeden na dziesięciu nastolatków wykorzystuje internet do twórczych działań, jak na przykład stworzenie i opublikowanie własnego filmu czy nagrania przy użyciu narzędzi online. 60 proc. badanych nigdy nie stworzyło niczego za pomocą aplikacji.

– Potwierdza się także fakt, że zagrożenia w sieci są obecne. Oczywiście badania pokazują realistyczną skalę tych zagrożeń: kilku- lub kilkunastoprocentową. Nie możemy natomiast zapominać, że te zagrożenia ciągle istnieją. Musimy naprawdę sensownie i wielotorowo myśleć o tym, co z nimi zrobić. Radzenie sobie z mową nienawiści czy cyberprzemocą wymaga bardzo dokładnej, dobrze przemyślanej strategii i głębokiej wiedzy. Trzeba już celować w konkretne mechanizmy i umieć tak pracować z młodymi ludźmi, żeby je adresować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria dr hab. Jacek Pyżalski.

Przeciwdziałanie zagrożeniom jest o tyle trudniejsze, że – jak wynika z tegorocznej polskiej edycji badań EU Kids Online – wielu uczniów nawet w szkole nie zetknęło się z zasadami poruszania się w internecie. Co trzeci badany wskazał, że nauczyciele w szkole nigdy lub prawie nigdy nie zajmują się kwestią bezpieczeństwa w internecie. Aż 40 proc. uczniów stwierdza, że w szkole nie ma ustalonych zasad dotyczących korzystania z internetu, a 45 proc. nigdy nie rozmawiało z nauczycielami o tym, jakie są dobre zwyczaje postępowania w sieci. 65 proc. uczniów nigdy lub prawie nigdy nie rozmawiało z nauczycielem o tym, co robi w sieci.

– Wyzwaniem edukacyjnym jest nie tylko to, jak ochronić przed zagrożeniami, lecz także to, jak uczyć i stwarzać warunki do tego, żeby młodzi ludzie angażowali się w dobre rzeczy – prorozwojowe i prospołeczne. Po drugie – mimo że inicjatyw z zakresu edukacji medialnej jest tak dużo, że właściwie każdy młody człowiek już z niej skorzystał – nasze badania pokazały, że ciągle dużym wyzwaniem jest to, żebyśmy w ogóle z młodymi ludźmi rozmawiali i interesowali się tym, co robią w internecie – mówi dr hab. Jacek Pyżalski.

Największy w Polsce program rozwijania cyfrowych kompetencji wśród uczniów klas 1–3 prowadzi Fundacja Orange.

– Tylko w tym roku szkolnym będzie z nami współpracować osiemset szkół. Do tej pory w programie MegaMisja wzięło udział już kilkanaście tysięcy dzieci. Widać więc, że szkoły coraz chętniej otwierają się na nowoczesne metody kształcenia, pewne kroki wymusiła również zmiana podstawy programowej. Trzeba przygotować nauczycieli, żeby potrafili w otwarty sposób korzystać z technologii na różnych lekcjach. Wchodzimy z technologiami na lekcje wychowawcze, lekcje historii, biologii, geografii i w ten sposób pokazujemy, że kompetencje cyfrowe przenikają naszą rzeczywistość, że powinniśmy je wykorzystywać w bardzo różnych dziedzinach naszego życia i to zapewni lepszą przyszłość naszym dzieciom – mówi Ewa Krupa, prezes Fundacji Orange.

W ramach dwóch programów – MegaMisja i HASHSuperKoderzy – Fundacja Orange na dużą skalę dba o rozwój kompetencji cyfrowych wśród uczniów podstawówek. W MegaMisji, skierowanej do klas I–III, bierze udział już ponad 18 tys. uczniów z całej Polski. Poprzez zabawę uczą się kreatywnie korzystać z nowych technologii, szukać w sieci wiarygodnych informacji, unikać niebezpieczeństw i chronić swoją prywatność, a także jak tworzyć i edytować proste grafiki, dźwięki i filmy. Zajęcia są prowadzone przez nauczycieli na świetlicy lub w trakcie lekcji, w dziesięciomiesięcznych cyklach. W tej chwili zajęcia w ramach MegaMisji rozpoczyna ponad osiemset szkół z całej Polski.

– Dzieci bardzo wcześnie zaczynają swoją przygodę z nowymi technologiami. Kluczowym wyzwaniem jest nauka odpowiedzialnego, bezpiecznego, ale też twórczego i kreatywnego korzystania z technologii, żeby one służyły przede wszystkim rozwojowi naszych dzieciaków. Stąd też działania, które realizujemy, odpowiadają na wyzwania kształtowania właściwych nawyków już od najmłodszych lat. Programy takie jak MegaMisja pokazują dzieciom, jak szukać wartościowych treści w internecie, jak odróżniać informacje prawdziwe od fałszywych fake newsów, jak chronić swoją prywatność, przestrzegać zasad netykiety czy praw autorskich. To są wszystko ważne informacje i ważne postawy, w które powinniśmy wyposażyć dzieci – mówi Ewa Krupa, prezes Fundacji Orange.

Dla starszych uczniów Fundacja Orange oferuje inicjatywę pod nazwą HASHSuperKoderzy, w ramach której dzieci uczą się programowania, podstaw robotyki i poznają świat nowych technologii nie tylko na informatyce, lecz także na lekcjach przyrody, historii, języka polskiego, matematyki, historii czy muzyki.

– Staramy się pokazywać, że w internecie można rzeczywiście odkryć wiele wartościowych treści. W HASHSuperKoderach wprowadzamy dzieci w tajniki programowania. Na lekcjach muzyki uczą się, jak być cyfrowymi DJ-ami, z kolei na lekcjach języków obcych, polskiego, geografii czy historii pojawiają się elementy programowania, krytycznego myślenia, języka kodu. To jest trzeci język – język urządzeń, które nas otaczają. Bardzo ważne jest, abyśmy uczyli dzieci wartościowego spędzania czasu w internecie. To się zaczyna w domu, ale jest to również ważną misją szkoły, która powinna przygotowywać dzieci do świata przyszłości, świata zmieniających się zawodów – podkreśla Ewa Krupa.

Pełen raport z badań zostanie opublikowany na początku 2019 roku. Znajdą się w nim wyniki badań na grupie rodziców. Tegoroczne badania, prowadzone w ramach 4. edycji EU Kids Online, są prowadzone równolegle w większości europejskich krajów. Polska część badań EU Kids Online 2018 została zrealizowana przez zespół badawczy pod kierunkiem prof. Uniwersytetu Adama Mickiewicza dr hab. Jacka Pyżalskiego wraz z mgr Aldoną Zdrodowską (OPI PIB), dr Katarzyną Abramczyk (OPI PIB) oraz dr. Łukaszem Tomczykiem (UP w Krakowie) w partnerstwie z Fundacją Orange.

W Polsce będzie powstawać więcej domów z drewna. Spodziewany jest silny rozwój tego segmentu budownictwa

W Polsce będzie powstawać więcej domów z drewna. Spodziewany jest silny rozwój tego segmentu budownictwa 11

Rządowy program Mieszkanie Plus, który w ramach zwiększania dostępności mieszkań na wynajem zakłada również budowę nieruchomości w technologii drewnianej, powinien pobudzić rozwój tego segmentu budownictwa. Obecnie działa na nim blisko 800 firm, które rocznie budują ok. 5 tys. domów drewnianych. Spodziewany jest wzrost liczby podmiotów na rynku i powstanie nowego rynku zbytu. Dziś wiele firm produkuje na potrzeby inwestorów za granicą.

– Została spółka Polskie Domy Drewniane, która ma realizować tego typu inwestycje. Można się spodziewać, że wraz z uruchomieniem oraz rozpoczęciem działalności tej spółki nastąpi wzrost liczby przedsiębiorstw bezpośrednio związanych z przemysłem drzewnym, poprawa ich konkurencyjności. Może wzrosnąć także jakość realizowanych prac, zarówno produkcyjnych, związanych z tworzeniem elementów drewnianych konstrukcyjnych, jak również jakości świadczonych usług w tym sektorze – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Joanna Komorowska, analityk rynku nieruchomości w Centrum AMRON.

Z raportu Centrum AMRON wynika, że obiekty budowlane w technologii drewnianej stawia w Polsce około 700-800 firm. Są to najczęściej małe rodzinne przedsiębiorstwa, które budują kilka takich obiektów rocznie.

– Mamy do czynienia także z kilkudziesięcioma firmami, które realizują na masową skalę tego typu produkcję, głównie na rynki zagraniczne – mówi Joanna Komorowska.

Nowelizacja prawa ochrony środowiska, powołująca spółki akcyjnej Polskie Domy Drewniane weszła w życie 11 września. Spółka, poza budową, będzie mogła też nabywać grunty, przeprowadzać prace remontowe i modernizację budynków mieszkalnych, kupować i sprzedawać drewno, a także rozwijać nowe technologie przetwarzania drewna.

– Ustawa, która powołała Polskie Domy Drewniane zakłada, że powstanie nowy rynek zbytu dla rodzimych firm, które zajmują się produkcją i wznoszeniem takich budynków. Aktualnie wiele takich firm bądź realizuje obiekty na potrzeby zagranicznych inwestorów, bądź polskie drewno podlega obróbce technicznej za granicą, z powrotem przywożone jest na nasz rynek, co podnosi koszty realizacji inwestycji – mówi Joanna Komorowska.

Oferta drewnianych domów ma być skierowana do osób, których nie stać na własne mieszkanie. Podobnie jak w przypadku innych projektów w ramach programu Mieszkanie Plus, najem lokali w budynkach drewnianych ma odbywać się również z opcją dojścia do własności.

– Możemy przyjąć, że dziś wznosi się około 5 tys. budynków drewnianych rocznie, przy czym większość z nich stanowią domy jednorodzinne. Około 5 proc. istniejących w Polsce domów jednorodzinnych wznoszonych jest w technologii drewnianej – wyjaśnia analityk Centrum Amron.

Przykłady z innych państw pokazują, że z drewna mogą być realizowane z powodzeniem także inwestycje wielorodzinne. W 2017 roku w Kanadzie oddano do użytku dom studencki Brock Commons, który jest obecnie najwyższym mieszkalnym budynkiem zbudowany z drewna. Ma 18 pięter i 54 metry wysokości. Z wyjątkiem fundamentów i szybów windowych cała konstrukcja jest drewniana. W Norwegii w przyszłym roku oddany zostanie do użytku obiekt mierzący 81 metrów.

– W Polsce gałąź budownictwa drewnianego ciągle jeszcze się rozwija, aczkolwiek z roku na rok wzrasta zapotrzebowanie zarówno na drewno, jak i płyty drewnopochodne. Obserwujemy wzrost zainteresowania tą technologią, chociaż nie jest jeszcze ona tak rozwinięta jak na rynkach amerykańskich, w Skandynawii czy w Niemczech – mówi Joanna Komorowska.

Przemysł jachtowy rośnie w siłę. Zmaga się jednak z brakiem pracowników

0

Przemysł jachtowy rośnie w siłę. Zmaga się jednak z brakiem pracowników 12

Polska jest potęgą w produkcji jachtów i łodzi motorowych. To jeden z naszych hitów eksportowych, który cieszy się dużym uznaniem zagranicznych odbiorców. Polskie stocznie i firmy działające w tej branży są bardzo innowacyjne – ciągle pracują nad udoskonalaniem napędów czy materiałów takich jak włókno węglowe i kevlar, wykorzystywanych do produkcji. Coraz częściej chcą też konkurować na atrakcyjnych, dalekich rynkach jak USA, Australia czy ZEA. Głównym problemem branży jest jednak brak wykwalifikowanych specjalistów.

Przyjęty w 2016 roku Plan Morawieckiego, czyli Strategia na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, wymienia 12 najbardziej perspektywicznych branż, które mają stać się motorami rozwoju polskiej gospodarki i objęte programem wsparcia. Obok produkcji dronów, elektromobilności i biotechnologii znalazł się w nim również przemysł okrętowy i jachtowy.

– Program dla naszej branży realizowany przez PAIH zakłada promocję polskiego przemysłu głównie na rynkach pozaunijnych, ponieważ w Europie jesteśmy już znani, mamy mocną pozycję. Dlatego też PAIH przy współpracy Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego organizuje stoiska narodowe na najbardziej prestiżowych targach zagranicznych. Mówimy zarówno o targach w UE, które mają charakter globalny, czyli Boot Dusseldorf czy METS Amsterdam, ale także na targach w Dubaju, Sydney, Miami czy Oslo – czyli wszędzie tam, gdzie polskim producentom przyda się takie wsparcie na start – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych Polboat.

Oprócz promocji i stoisk na międzynarodowych, prestiżowych targach – elementem programu są także misje przyjazdowe, organizowane dla kontrahentów i dziennikarzy z innych państw. Niedawno, podczas targów Wiatr i Woda, w Gdyni gościła misja przyjazdowa dla dziennikarzy i kontrahentów z ZEA oraz Rosji.

– Połączyliśmy to z testami jednostek na wodzie, żeby pokazać właściwości nautyczne naszych łodzi. Odbył się również szereg spotkań z przedstawicielami polskiej branży, wizyty w polskich stoczniach i firmach należących do tej branży. Jestem przekonany, że zaowocuje to wieloma kontraktami, o których usłyszymy w niedalekiej przyszłości – mówi Michał Bąk.

Jak podkreśla, najważniejsze rynki dla polskiego przemysłu jachtowego to obecnie Europa Zachodnia i Skandynawia. Jednak coraz częściej polskie firmy myślą o tym, aby konkurować na atrakcyjnych, dalekich rynkach takich jak USA, Australia czy ZEA. Wiele polskich przedsiębiorstw planuje w najbliższych latach przebić się i umocnić tam swoją pozycję.

– Polska branża jachtowa jest szalenie innowacyjna. Krajowe stocznie cały czas pracują nad udoskonaleniem materiałów, z których budowane są jachty – mówimy tutaj o włóknie węglowym czy o kevlarze, jak również o nowych napędach, nad którymi w tej chwili pracujemy. To nie tylko napędy elektryczne, bo w dalszym ciągu udoskonalane są też napędy żaglowe czy motorowe. Naszą przewagą jest doświadczenie polskich pracowników, dostęp do najnowocześniejszych technologii i materiałów, z których są budowane jachty, jak również relatywnie niższy koszt wytworzenia tego produktu w Polsce. Potwierdzeniem naszej siły jest to, że bardzo chętnie największe stocznie, duzi zagraniczni gracze, przenoszą swoją produkcję właśnie do Polski – mówi Michał Bąk.

Podobnie jak w przypadku całej gospodarki, głównym problemem, z którym boryka się w tej chwili branża jachtowa, jest niedobór pracowników i wykwalifikowanej kadry.

– Każda stocznia i każdy gracz na tym rynku stara się we własnym, zakresie radzić sobie z tym problemem. Organizowane są specjalne szkolenia, tworzone są specjalne programy, które mają przyciągnąć ludzi i pokazać im jak ciekawa i perspektywiczna jest ta branża – podkreśla Michał Bąk, sekretarz generalny Polskiej Izby Przemysłu Jachtowego i Sportów Wodnych Polboat.

Produkowane w Polsce jachty są jednym z hitów eksportowych. Jak wynika z danych związku Polboat, co roku krajowe stocznie wytwarzają około 22 tys. jednostek, z których 95 proc. trafia na eksport. Polska jest drugim na świecie, po Stanach Zjednoczonych, producentem jachtów motorowych o długości do 9 metrów. Głównymi odbiorcami polskich Łodzi i jachtów jest Norwegia, Francja, Niemcy i USA. 

Koło wynalezione na nowo. Modułowe opony z włókna węglowego umożliwią kontynuowanie jazdy nawet po ich przebiciu

Koło wynalezione na nowo. Modułowe opony z włókna węglowego umożliwią kontynuowanie jazdy nawet po ich przebiciu 13

Przebite opony wkrótce przestaną być problemem dla kierowców. Branża motoryzacyjna coraz częściej sięga po opony typu run flat, które po przebiciu pozwalają przejechać bezpiecznie nawet do kilkudziesięciu kilometrów. Trwają także prace nad niepneumatycznymi kołami o konstrukcji szkieletowej, w których w ogóle nie stosuje się powietrza pod ciśnieniem. Najnowsze technologie trafiają najpierw jednak do wojska. Już teraz w wojskowych jednostkach testuje się modularne opony z włókna węglowego. Można na nich nie tylko kontynuować jazdę po przebiciu, ale bez problemu je również naprawić.

– Prezentujemy po raz pierwszy gumowe opony typu runflat, umożliwiające dalszą jazdę po przebiciu opony. Zostały one zaprojektowane specjalnie na potrzeby pojazdów wojskowych. Są to opony modularne, tzn. ich wymiana nie wymaga użycia specjalnych urządzeń – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Richard Glazebrook, przedstawiciel firmy Tyron Runflat.

Opony typu run flat umożliwiają dalszą jazdę ze stałą prędkością (zwykle do 80 km/h) nawet po przebiciu. Wysoki poziom bezpieczeństwa jest jednak uzyskany kosztem wysokich cen i innych niedogodności, jak duży hałas, szybsze zużywanie się, czy brak możliwości samodzielnej naprawy. Nieustannie trwają prace nad ulepszaniem tej technologii. Opracowane przez Tyron Runflat modułowe opony z włókna węglowego charakteryzują się mniejszą masą przy jednoczesnym zachowaniu wysokiej wytrzymałości. Rozwiązanie początkowo skierowane jest do wojska.

– Usiłujemy zmniejszyć masę opony, co jest niezwykle ważne dla pojazdów wojskowych. Wkład z włókna węglowego w oponie run flat umożliwia zmniejszenie wagi opony o 40 proc. Zadaniem, jakie przed sobą stawiamy, jest zredukowanie wagi pojazdu z napędem na osiem kół o 500 kg. Wielką zaletą włókna węglowego jest to, że jest bardzo lekkie a przy tym niezwykle wytrzymałe. Z tego powodu jest ono używane np. w bolidach Formuły 1 – mówi Richard Glazebrook.

Opony typu run flat coraz częściej spotyka się w autach z segmentu premium. Zwiększają one bezpieczeństwo kierowcy oraz pasażerów, eliminując ryzyko wpadnięcia w poślizg w wyniku gwałtownego spadku ciśnienia w oponie. Ogumienie jest także znacznie odporniejsze na uszkodzenia mechaniczne, o które nietrudno zarówno na lokalnych drogach, jak i na polu walki. Choć są o kilkadziesiąt procent droższe niż tradycyjne ogumienie, oferują możliwość przejechania kilkudziesięciu kilometrów po przebiciu wierzchniej warstwy ogumienia, co w branży wojskowej może w niektórych przypadkach decydować o życiu żołnierza.

– Do produkcji naszych opon wykorzystujemy technologię podobną do tej stosowanej, np. w bolidach F1. Dla pojazdów cywilnych oferujemy nieco mniej wyrafinowane rozwiązanie, które jest mniej kosztowne i przystosowane do użytku na zwykłych drogach. Natomiast wojsko potrzebuje czegoś, co daje gwarancję efektywności, zwłaszcza że tutaj stawką jest ludzkie życie – przekonuje ekspert.

Wysoka niezawodność opon run flat to także efekt intensywnych prac nad przystosowaniem ich do pracy w konkretnych modelach pojazdów. Inżynierowie z firmy Pirelli, jednego z największych producentów ogumienia do aut luksusowych, spędzają od dwóch do trzech lat na opracowaniu opony, która będzie idealnie pasowała do konstrukcji konkretnego nadwozia.

Firma Hankook z kolei opracowała koła szkieletowe iFlex, w ogóle pozbawione opony. Dzięki komórkowej konstrukcji, siły równomiernie rozkładają się po tych kołach, zapewniając lepszą przyczepność. Ze względu na brak klasycznej opony, iFlex nigdy nie ulegną przebiciu. Na podobnej zasadzie miałyby działać koła Vision opracowane firma Michelin. Koła te stworzone przy wykorzystaniu metody druku 3D i również miałyby charakteryzować się budową komórkową.

Z kolei firma Continental proponuje wdrożenie do produkcji nieco mniej futurystycznego rozwiązania. Prototypowe opony ContiAdapt wyposażono w system mikrokompresorów, które mogą zmieniać kształt ogumienia, aby dostosować je do różnych warunków jezdnych i umożliwić bezpieczną jazdę zarówno po równych drogach, oblodzonych, mokrych jak i takich z wybojami. Najnowsze rozwiązania w przyszłości trafią do samochodów produkowanych seryjnie, ale wcześniej zwykle trafiają na wyposażenie wojska.

– Nasze nowe opony są już poddawane testom. Ministerstwa Obrony wielu krajów składają już na nie zamówienia – twierdzi Richard Glazebrook.

Według raportu firmy Transparency Market Research globalny rynek ogumienia typu run flat do 2025 roku będzie rozwijał się w tempie 2,1 proc. Szacuje się, że jego wartość w 2016 roku wyniosła 308,1 mln dol., a do 2025 roku wzrośnie do 372 mln dol.

IBM Polska: komputery kwantowe mogą pomóc w znalezieniu leków na każdą chorobę. Symulacje ich działania na ludzkim DNA przyspieszą ten proces

IBM Polska: komputery kwantowe mogą pomóc w znalezieniu leków na każdą chorobę. Symulacje ich działania na ludzkim DNA przyspieszą ten proces 14

Komputery kwantowe mogą odmienić losy świata. Nawet w perspektywie najbliższych lat możliwe będzie dzięki nim całkowite wyleczenie wszystkich nowotworów. Superszybki komputer będzie w stanie zasymulować DNA człowieka, cząsteczki leku i wpływ leku na DNA. Komputery kwantowe będą bez trudu łamać szyfry. Symulacje biomedyczne i chemiczne pomogą odkryć nowe metody leczenia w rekordowym czasie. Zaawansowana moc obliczeniowa może prowadzić do czegoś więcej niż tylko innowacji. To rozwiązania, które fundamentalnie zmienią rzeczywistość.

– Za pomocą symulacji komputerowej moglibyśmy znaleźć lek na daną chorobę. W wirtualnej rzeczywistości można zasymulować DNA człowieka i równocześnie zasymulować cząsteczki leku, by poznać sposób jak te cząsteczki leku na to DNA wpływają. Na razie to rozważania teoretyczne, jest jeszcze o wiele za wcześnie żeby o czymś takim dyskutować, natomiast mówimy o rozwiązaniach, które absolutnie fundamentalnie będą w stanie zmienić rzeczywistość – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Jarosław Szymczuk, dyrektor generalny IBM Polska.

Badanie dziesiątków tysięcy ludzkich genów wymaga ogromnej mocy obliczeniowej i czasu. Obecne badania medyczne są ograniczone ze względu na konwencjonalne możliwości przetwarzania danych, które opóźniają przełomowe odkrycia naukowe i innowacje. Komputery kwantowe mogłyby ten problem rozwiązać – odkryć leki, które znacznie przedłużyłyby życie i potrafiłyby wyleczyć każdą chorobę. Na komputerach kwantowych zyskałby jednak nie tylko świat medycyny. Mogą także pomóc określić granice czasu i przestrzeni, złamać każdy szyfr, bezbłędnie przewidywać skutki zjawisk atmosferycznych i ostrzegać przed nimi z dużym wyprzedzeniem, czy stworzyć ultra bezpieczne satelitarne sieci komunikacyjne.

Możliwości są praktycznie nieograniczone, ale ludzkość wciąż jest na wczesnym etapie opracowywania komputera kwantowego.

– Jeżeli chodzi o stan badań nad komputerem kwantowym, to mamy w tej chwili moce obliczeniowe rzędu 50 kubitów. Udostępniamy obecnie te moce obliczeniowe za pomocą chmury IBM Cloud. Przez internet każdy może uzyskać do niej dostęp. Wyposażamy je w tej chwili w odpowiednie biblioteki programistyczne, można w tym momencie budować już algorytmy i testować możliwości tego komputera. Równocześnie mamy kilka instytucji, które w praktyce testują możliwości zastosowania komputera kwantowego do swoich biznesowych zastosowań – mówi Jarosław Szymczuk.

Nad komputerami kwantowymi pracują wszystkie największe firmy informatyczne. Możliwości komputerów dostrzegają też światowe mocarstwa. Tylko w latach 2010-2016 na inwestycje w rozwój technologii komputerów kwantowych w USA przeznaczono ponad 200 mln dolarów. Chiny planują zbudować supercentrum badań i rozwoju kwantowego. Australia jest na skraju rozwoju komputera kwantowego z jednym atomem. Francja rozwija możliwości zastosowania obliczeń kwantowych w algorytmach cyberbezpieczeństwa, a Kanada – technologiach, które pomagają operatorom izolować obiekt.

O ile tradycyjny komputer wykorzystuje system zero-jedynkowy, komputer kwantowy posługuje się kubitami. Kubit to kwantowa bramka logiczna, różniąca się od klasycznego bitu, który przyjmuje jedną z dwóch wartości – zero lub jeden. Kwantowy bit może mieć wartość zera, jedynki lub być kwantową superpozycją zera i jedynki, zatem jego potencjał w obliczeniach jest nieporównywalnie większy. Problemem pozostaje wciąż kontrola nad kubitami i określenie ich wartości i kolejności.

– Komputer kwantowy daje w tym momencie nowe możliwości. Nieograniczone być może da w momencie zastosowania w przyszłości – ocenia Jarosław Szymczuk.

Raport „Quantum Computing Market & Technologies – 2018-2024” wskazuje, że wydajność kwantowa będzie rosnąć o blisko 25 proc. do 2024 roku. Market Research Media szacuje, że wartość rynku komputerów kwantowych do 2020 roku przekroczy 5 mld dolarów.

Digitalizacja postępuje szybko

W biznesie przestaje obowiązywać tradycyjny podział na firmy produkcyjne i usługowe. Zdaniem ekspertów firmy doradczej Deloitte inwestorzy w coraz większym stopniu zwracają uwagę nie tylko na zasoby materialne, takie jak fabryki czy maszyny, ale częściej wysoko wyceniają te spółki, które inwestują w innowacyjność i kapitał intelektualny. Przedsiębiorstwa, które tworzą nowe modele biznesowe oparte na technologii mogą mieć kilkukrotnie wyższą wartość niż spółki działające w oparciu o tradycyjne modele.

– W naszych analizach udało się nam ustalić, że istnieje współzależność między tym, w jaki sposób dana firma generuje zyski – czy wytwarza jakieś dobra, a tym, jak wycenia jej wartość Wall Street lub rynki finansowe – mówi w rozmowie z MarketNews24 William Ribaudo, Partner zarządzający w Digital Risk Venture Portfolio w Deloitte Risk and Financial Advisory w Bostonie. – Ta korelacja rozciąga się też na PKB i poszczególne kraje. Kraje, które wspierają spółki technologiczne i digitalizację w biznesie odnotowują większy wzrost PKB niż te, które koncentrują na tradycyjnych sektorach jak przemysł czy usługi.

W ostatnich kilku latach liczba rozwiązań, które możemy zaliczyć do świata cyfrowego bądź digitalowego, drastycznie wzrosła. Ten świat kognitywny bardzo szybko się rozwija. Niesie to szereg benefitów. Benefity są zazwyczaj postrzegane w dwóch grupach. Pierwsze miejsce, to jest to wszystko, co pozostaje związane ze wzrostem przychodów, czyli mówimy tutaj o pozyskaniu nowych klientów, o sprzedaży dodatkowych produktów, o lepszym dotarciu do klientów, o lepszym zaadresowaniu ich potrzeb. Z drugiej strony mamy optymalizację kosztów i zwiększanie efektywności przedsiębiorstw.

Firmy cyfrowe są wyceniane o wiele wyżej niż tradycyjny biznes. Jest to założone w samym sposobie wyceny na rynkach, które chętniej płacą za biznes digitalowy niż za tradycyjny.

A to oznacza to, że tradycyjne spółki też będą musiały pójść w stronę świata cyfrowego. Trwa właśnie wyścig, którego celem jest osiągnięcie równowagi i połączenie komponenty cyfrowej oraz tradycyjnej w jedną całość w danej firmie. Kto wygra ten wyścig? Cyfrowy czy tradycyjny biznes?

To samo dotyczy krajów. Mamy do czynienia z wyścigiem państw dotyczącym tego, który z krajów będzie lepiej prosperować w środowisku nacechowanym przez cyfryzację. Zwyciężą te kraje, których przywódcy wdrożą politykę, która pozwoli na rozwój gospodarki cyfrowej, jej pomyślny rozwój i wzrost.

– Dzisiaj cyfryzacja to pojęcie, które jest dekodowane i zdekodowane w wielu wymiarach – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider Obszaru Strategii i Transformacji Cyfrowych w Deloitte. – Mówimy wtedy o całej strategii firmy. Czym jest cyfryzacja dla strategii korporacyjnej? Czym jest cyfryzacji dla kultury organizacyjnej – dla aspektów ludzkich? Czy mamy odpowiednich ludzi? Odpowiednie kompetencje? Czym jest cyfryzacja dla naszych procesów, zarówno po stronie sprzedażowo-obsługowej, jak i wewnętrznej?

W ocenie ekspertów Deloitte jest jeszcze czas dla spółek, aby wprowadzić zmiany. I jest też czas dla krajów. Ważne jest, gdzie swe miejsce odnajdzie Europa Środkowa w tej przestrzeni wyznaczanej przez Stany Zjednoczone i Chiny?

Polska gospodarka jest wysoce innowacyjna i w żaden sposób nie mamy się czego wstydzić, a raczej powinniśmy się chwalić szeregiem rozwiązań, ponieważ polskie firmy w sposób innowacyjny zdobywają nowe rynki, nowych klientów. Nie sądzę, że mamy jakiekolwiek predyspozycje do bycia z tyłu peletonu.

Główna różnica polega na całościowym zaawansowaniu cyfrowym branż. O innej cyfryzacji myślimy, gdy mówimy o branży komunikacyjnej, branży high-tech czy bankowości, inaczej myślimy, gdy mówimy przemyśle ciężkim, górnictwie czy też o branży publicznej, ogólnie rozumując.

Dr Przemysław Kwiecień: Nastroje frankowiczów szybko się nie poprawią

Kurs szwajcarskiej waluty ustabilizował się na poziomie, który nie jest marzeniem frankowiczów. Nie należy się spodziewać powrotu do jego wartości sprzed roku. Jeżeli ma się to zmienić, to w perspektywie kilkunastu miesięcy.

– Ostatnio kurs franka ugrzązł powyżej 3,80 zł, czyli sporo powyżej tego, co czego zdążyliśmy się przyzwyczaić – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Szwajcarska gospodarka ma się dobrze, choć wcześniej miała kłopoty ze zbyt silnym frankiem. Wzrost produkcji w tym kraju jest bliski 10 proc. r/r.

– Szwajcarska gospodarka przyzwyczaiła się do obecnego kursu franka wobec euro – komentuje ekspert.

Tym bardziej nie należy spodziewać się zmian kursu do złotego. A jeśli, to kiedy? Może wówczas, gdy w przyszłym roku EBC podwyższy stopy procentowe.

„Tu mieszkam, tu zmieniam” – rusza IV edycja konkursu

20 września 2018 r. rusza przyjmowanie zgłoszeń do ogólnopolskiego konkursu grantowego „Tu mieszkam, tu zmieniam”. W tegorocznej edycji 121 najlepszych propozycji może liczyć na dofinansowanie o łącznej wartości 800 tysięcy złotych. Wnioski można wysyłać do 15 października 2018 r. Organizatorem konkursu jest Fundacja Santander Bank Polska im. Ignacego Jana Paderewskiego.

Wniosek z propozycją mogą zgłosić nie tylko osoby działające w organizacji pozarządowej. Może go wysłać każdy, komu zależy na rozwoju najbliższego otoczenia i ma pomysł na unowocześnienie, renowację lub stworzenie od podstaw miejsca angażującego lokalną społeczność. Musi jedynie namówić do współpracy organizację, która ma osobowość prawną i działa w lokalnym środowisku. Na przykład fundację, stowarzyszenie, bibliotekę, dom kultury, muzeum, klub sportowy, a nawet jednostkę ochotniczej straży pożarnej. Dzięki konkursowi grantowemu „Tu mieszkam, tu zmieniam”, organizowanemu przez Fundację Santander Bank Polska im. Ignacego Jana Paderewskiego, każda idea może doczekać się realizacji!

Integracja wokół wspólnej idei

Organizatorzy zachęcają do zgłaszania inicjatyw, których celem jest podniesienie poziomu życia i funkcjonowania w lokalnych społecznościach. Konkurs stawia na integrację środowisk podczas realizacji wspólnych pomysłów. Mogą one dotyczyć wielu aspektów: tworzenia i wyposażenia bibliotek, domów kultury, placów zabaw, parków i innych. Inicjatywa promuje działania na rzecz ochrony środowiska, pogłębiania więzi lokalnych oraz integracji międzypokoleniowej. Szczególnie doceniane przez jury będzie zaangażowanie społeczne – sytuacje, w których dużej grupie mieszkańców zależy na zmianie i chcą poświęcić swój czas na wspólne działania. W poprzednich latach wiele organizacji otrzymało dofinansowanie i dokonało zmian w swoim lokalnym otoczeniu.

Fundacja Santander Bank Polska im. Ignacego Jana Paderewskiego od wielu lat angażuje się w działania, które wspierają społeczności lokalne. Jedną z form takiego wsparcia jest konkurs „Tu mieszkam, tu zmieniam”. Dotychczas zorganizowaliśmy trzy edycje, które okazały się ogromnym sukcesem. W odpowiedzi na pozytywny odzew naszych beneficjentów zdecydowaliśmy się na jego czwartą odsłonę. Naszym celem jest aktywizacja lokalnych środowisk. Chcemy sprawić, aby ludzie społecznie aktywni mieli odwagę i możliwości realizować swoje plany i marzenia – wyjaśnia Marzena Atkielska, Prezes Zarządu Fundacji Santander Bank Polska.

Czekają atrakcyjne nagrody

W tegorocznej edycji organizatorzy przeznaczyli 800 tysięcy złotych na dofinansowanie 121 najciekawszych projektów. Realizacja 25 najlepszych inicjatyw lokalnych uzyska wsparcie od Fundacji Santander Bank Polska grantami w wysokości 10 000 zł każda. Następne 35 projektów zostanie dofinansowanych kwotą po 7 000 zł, 61 kolejnych po 5 000 zł. Wnioskować o grant mogą tylko organizacje non profit. Wnioski złożone przez osoby indywidualne oraz podmioty komercyjne nie będą rozpatrywane. Jedna organizacja może złożyć tylko jeden wniosek.

Projekty można zgłaszać przez aplikację internetową na stronie Fundacji w terminie od 20 września do 15 października 2018 r. Wyniki konkursu zostaną ogłoszone w listopadzie br. Regulamin oraz szczegółowe informacje dostępne są na stronie internetowej: fundacja.santander.pl

Pekao S.A. otwiera w Londynie swoje pierwsze zagraniczne przedstawicielstwo

Ekspansja zagraniczna Banku Pekao S.A. staje się faktem. Pekao S.A. otwiera w Londynie swoje pierwsze zagraniczne przedstawicielstwo. Biuro w Wielkiej Brytanii ma stanowić wsparcie dla planujących ekspansję zagraniczną polskich firm, ułatwić relacje z zainteresowanymi Polską funduszami private equity, zwiększyć możliwości w zakresie oferty private banking.

Bank Pekao S.A. jako polski bank międzynarodowy nawiązuje w ten sposób także do najlepszych tradycji Banku sprzed lat, kiedy to posiadał rozsiane po całym świecie oddziały, które oferowały usługi finansowe m.in. dla Polonii.

– Dziś w nowoczesny sposób nawiązujemy do chlubnej tradycji Banku Pekao S.A., który w okresie międzywojennym wspomagał rodaków żyjących za granicą. Jednym z naszych priorytetów jest wspieranie polskich firm w ekspansji międzynarodowej – mówi Michał Krupiński, prezes Banku Pekao S.A.

W ostatnich latach Polacy założyli za granicą tysiące firm. Szacuje się, że w samej Wielkiej Brytanii powstało ich około 30 tysięcy. Dodatkowo wiele dużych przedsiębiorstw działających w Polsce planuje wejść na zagraniczne rynki. To właśnie do nich Bank Pekao S.A. chce dotrzeć ze swoją ofertą.

– Konieczne jest, aby bank z silnym międzynarodowym DNA, jakim jest Pekao, pozostał blisko naszych klientów i inwestorów. Bez względu na wynik trwających negocjacji Brexit, Wielka Brytania pozostanie ważnym partnerem dla Polski i polskich firm. Wymiana gospodarcza między naszymi krajami jest wspierana przez międzynarodowe ambicje polskich korporacji, ducha przedsiębiorczości Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii oraz rosnące zainteresowanie inwestorów brytyjskich Polską. Nasze nowe przedstawicielstwo w Londynie pomoże ułatwić współpracę pomiędzy obydwoma rynkami – powiedział Michał Krupiński, prezes Banku Pekao S.A.

Z jednej strony Bank Pekao S.A. zaznacza swoje zaangażowanie w Londynie, a z drugiej londyńskie banki inwestycyjne, inwestorzy private equity, zarządzający aktywami, wielonarodowe korporacje oraz osoby o najwyższych dochodach wykazują wciąż rosnące zainteresowanie dynamicznie rozwijającym się polskim rynkiem.

– Polska staje się coraz bardziej atrakcyjnym rynkiem dla inwestorów private equity z Londynu, a polskie korporacje mają międzynarodowe ambicje. Chcemy być pośrednikiem globalnych powiązań w imieniu naszych klientów i inwestorów – powiedziała Roksana Ciurysek-Gedir, Członek Zarządu Banku Pekao S.A. nadzorująca Pion Bankowości Prywatnej oraz działalność londyńskiego biura. Prezes Krupiński dodaje: Polska wyróżnia się spośród gospodarek wschodzących. Możemy się pochwalić zrównoważoną sytuacją makroekonomiczną i stabilnym wzrostem gospodarczym napędzanym przez konsumpcję prywatną i napływ funduszy unijnych. Bezrobocie jest rekordowo niskie, inflacja wynosi zaledwie około 2%, a stopy procentowe pozostają stabilne. Z nowej londyńskiej bazy, Pekao może skuteczniej wspierać inwestycje w Polsce z korzyścią dla wszystkich stron.

Inauguracja zagranicznego biura Banku Pekao S.A. zbiega się z oficjalnym wejściem polskiego rynku akcji do grona rynków rozwiniętych według klasyfikacji FTSE Russell oraz ośmiu polskich spółek, w tym Banku Pekao S.A. do gromadzącego firmy z krajów rozwiniętych indeksu Europe Stoxx 600.

Wartość polskiego rynku wierzytelności to 81 mld zł – Raport KPF

Najnowsza edycja raportu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych (KPF): Wielkość polskiego rynku wierzytelności zarządzanego przez Członków KPF potwierdza, że jego skala wciąż rośnie. Po pierwszym kwartale br. łączna wartość nominalna obsługiwanych wierzytelności wyniosła 81,14 mld złotych.

Rys. 1_Polski rynek wierzytelności w liczbach_Raport KPF za II kw. 2018 r.Dane z raportu KPF potwierdzają stałą tendencję wzrostu polskiego rynku zarządzania wierzytelnościami, podtrzymując względny optymizm praktyków tego rynku. Rynek zarządzania wierzytelnościami, w szczególności w sektorze obrotu wierzytelnościami, jest papierem lakmusowym i odzwierciedleniem stanu gospodarki. Jednocześnie, dobra koniunktura, stały wzrost dochodu narodowego i dochodów gospodarstw domowych zapewnia bardziej otwarty dostęp do dodatkowego finansowana zamiarów inwestycyjnych, konsumpcji, przyśpiesza obroty i powiększa skalę rozliczeń handlowych i finansowych. Pomijając kwestię wpływu moralności finansowej na jakość rozliczeń i wywiązywania się z zobowiązań, w sposób naturalny część kontrahentów, konsumentów nie dokonuje rozliczeń w terminie, co staje się jednym ze źródeł wzrostu rynku wierzytelności.

Skala obsługiwanych wierzytelności

Rys. 3 Średnia wartość 1 obsługiwanej wierzytelności w tys. zl_Raport KPF za II kw. 2018 r.
Rys. 3 Średnia wartość 1 obsługiwanej wierzytelności w tys. zl_Raport KPF za II kw. 2018 r.

Na koniec II kwartału 2018 roku członkowie KPF zarządzali wierzytelnościami o wartości nominalnej 81,14 mld PLN. W porównaniu z poprzednim kwartałem wartość wierzytelności wzrosła o 3,26 mld PLN, czyli o 4,2 proc. i jest to jednocześnie przyrost (zarówno w ujęciu względnym jak i bezwzględnym) najwyższy od sześciu kwartałów, a dodatkowo na poziomie wyższym niż średnie kwartalne tempo zmian w analizowanym okresie, wynoszące 4,0 proc. W porównaniu z analogicznym okresem z roku ubiegłego odnotowano zmianę o +9,1proc., zaś przeciętne tempo zmian w ujęciu r/r w analizowanym okresie wynosi obecnie 17,8 proc. Co ważne – w całym okresie analizy, czyli od 2010 roku, wartość obsługiwanych wierzytelności wzrosła już blisko 4-krotnie, o około 60 mld PLN.

Najwyższe wartości widać w kategorii wierzytelności obsługiwanych na rzecz własnych funduszy sekurytyzacyjnych (w II kwartale 2018 roku ich wartość nominalna sięgała 63,48 mld PLN), wierzytelności obsługiwanych na zlecenie banków (9,15 mld PLN), portfeli kupionych i zarządzanych w imieniu własnym (4,81 mld PLN) i portfeli zarządzanych na rzecz pozostałych funduszy (1,94 mld PLN).

Rys. 4 Średni udział odzyskanych środków do wartości obsługiwanych wierzytelności w proc. Raport KPF za II kw. 2018 r.
Rys. 4 Średni udział odzyskanych środków do wartości obsługiwanych wierzytelności w proc. Raport KPF za II kw. 2018 r.

Członkowie KPF, wśród nich liderzy rynku, wykonali ogromną pracę dla powiększenia kultury obrotu wierzytelnościami. m.in. Od kilku już lat stosują się m.in. do wypracowanych w formule samorządowej zasad dobrych praktyk w obrocie wierzytelnościami i zasad dobrych praktyk windykacyjnych. Aktualnie Członkowie KPF pracują nad kolejnym doskonaleniem zbioru zasad dobrych praktyk, uwzględniając w nich również kwestię wierzytelności masowych, które mogłyby pochodzić z misselling-u. To ważne, by podnosić poziom ochrony konsumenta i dłużnika – mówi Andrzej Roter, Prezes Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych.

Ile środków odzyskują firmy windykacyjne?

Liczba obsługiwanych wierzytelności na koniec I kwartału 2018 roku wyniosła 14,6 mln sztuk. W porównaniu ze stanem z I kwartału 2018 roku odnotowano wzrost o 1,1 proc., a względem roku poprzedniego – wzrost o 5,2 proc. Przeciętna wartość pojedynczej wierzytelności, obsługiwanej przez firmy zrzeszone w KPF, osiągnęła poziom 5,56 tys. zł. Udział odzyskanych środków – w odniesieniu do wartości portfela zarządzanych wierzytelności – uplasował się na poziomie 4,63 proc.

Rys. Średni udział odzyskanych środków do wartości obsługiwanych wierzytelności (w proc.).

Rys. 2 Wartość obsługiwanych wierzytelności - Raport KPF za II kw. 2018 r.
Rys. 2 Wartość obsługiwanych wierzytelności – Raport KPF za II kw. 2018 r.

 – Poziom odzyskiwanych środków finansowych ma kapitalne znaczenie dla gospodarki, budżetu Państw. Obniża ryzyko podnoszenie cen, inflacji, wspiera zamiary inwestycyjne i konsumpcję, poprawia ściągalność podatków i powiększa ich strumień, finansujący różne polityki Państwa. W tym kontekście obniżenie tzw. wskaźnika odzysku nie jest dobrą informacją dla uczestników rynku, w tym dla wierzycieli pierwotnych banków, telekomów, instytucji pożyczkowych). Może bowiem wpływać na obniżenie poziomu cen, akceptowanych przez przystępujących do przetargów na zakup portfeli wierzytelności czy oczekiwanie wyższego wynagrodzenia w przypadku windykacji na zlecenie – ocenia Andrzej Roter, Prezes Zarządu KPF.

Nastroje uczestników rynku? Pozytywne, choć bywało lepiej

KPF zapytała swoich członków, przedstawicieli firm zarządzających wierzytelnościami, jak oceniają sytuację swojej branży. Mogli oni głosować w oparciu o pięciostopniową skalę – oceniając zarówno stan bieżący (w odniesieniu do roku poprzedniego), jak i przyszłą sytuację, w perspektywie 1-3 lat.  Aż 80 proc. ekspertów biorących udział w badaniu oceniło bieżącą sytuację w segmencie windykacji na zlecenie jako neutralną. W segmencie obrotu wierzytelnościami oceny neutralne pochodziły od co trzeciej firmy, zaś 36,4 proc. respondentów oceniło ten segment dobrze lub raczej dobrze.

Wśród pozytywnych zmian, które pozytywnie wpływają na rynek, eksperci wskazywali m.in. rosnący udział spraw z orzeczonym nakazem zapłaty, co korzystnie wpływa na bieg przedawnienia i daje większe możliwości dochodzenia roszczeń, czy transakcje forward flow stabilizujące cały rynek obrotu wierzytelnościami. Jednocześnie wskazywali na hamulce rynkowe, m.in. zawyżone wyceny portfeli oferowanych na sprzedaż, czy dużą konkurencyjność na rynku inkasa. Ten ostatni element,  wpływający na intensywność walki cenowej, może prowadzić w skrajnych przypadkach nawet do obniżenia jakości oferowanych usług, a nawet osłabiać skuteczność w procesie odzyskiwania środków finansowych.

Zmiany w prawie

Względny optymizm, wynikający z analizy wielkości sald wierzytelności, przekazywanych do obsługi przez uczestników rynku, może być hamowany przez niektóre zmiany prawne. Taki skutek mogą bowiem mieć m.in. modyfikowane przepisy w zakresie biegu przedawnienia i czynności komorniczych, czy otwarcie dostępu do upadłości konsumenckiej także dla tych osób, które do swojego stanu niewypłacalności doprowadziły świadomie. Te zmiany, mimo dobrych intencji legislatorów, mogą powiększać skalę hazardu moralnego i obniżać, tak ważną dla zrównoważonego rozwoju gospodarczego, kondycję moralną. Badania KPF, prowadzone przez Profesor Annę Lewicką- Strzałecką, na temat moralności finansowej Polaków nie pozostawiają wątpliwości co do potrzeby zdecydowanej poprawy w tym obszarze w Polsce. Ta bowiem negatywna cecha w profilu konsumenta i dłużnika obniża zdecydowanie szanse wierzycieli, czy to pierwotnych czy wtórnych, na odzyskanie swoich pieniędzy – ze wszystkimi tego konsekwencjami dla gospodarki, budżetu i kondycji finansowej gospodarstw domowych.

Podobny, negatywny efekt dla optymizmu w branży mogą mieć zmiany w regulacjach funkcjonowania emisji obligacji, jeśli prowadziłyby do powiększania ryzyka braku pozyskania finansowania lub podniesienie jego kosztu. W ten bowiem sposób osłabiony zostałby sektor obrotu wierzytelnościami z negatywnymi konsekwencjami również dla wierzycieli pierwotnych, ich pozycji finansowej, płynności, potrzeby pozyskania dodatkowych kapitałów na bieżącą działalność.

Komentarz Andrzeja Rotera, Prezesa Zarządu Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych

Wizerunek branży się zmienia, świadomość konsumencka rośnie

Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce
Andrzej Roter, Prezes Zarządu, Konferencja Przedsiębiorstw Finansowych w Polsce

Na rozwój branży wpływa otoczenie gospodarcze, aspekty prawne i inne czynniki, ale bardzo ważny jest wizerunek sektora zarządzania wierzytelnościami i windykacji należności, a ten – w mojej ocenie – zmienia się od lat i to na lepsze. Należy także zaakcentować, że profesjonalna windykacja kieruje się jasnymi, zrozumiałymi zasadami i jest naturalnym sposobem rozwiązywania problemu nieuregulowanych należności. Jednym z kluczowych elementów jest zapewnienie pełnej zgodności praktyk biznesowych nie tylko z przepisami prawa, ale również z zasadami etycznymi. W ramach Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych Członkowie KPF stworzyli zasady dobrych praktyk windykacyjnych i powołali Komisję Etyki. Czuwa ona nad przestrzeganiem zasad w praktyce biznesowej, budując bieżące i rzetelne relacje w tym zakresie z tymi uczestnikami rynku, którzy zajmują się ochroną praw konsumentów.

Bardzo ważna jest również edukacja ekonomiczna i finansowa konsumentów oraz uświadamianie znaczenia społecznego i gospodarczego podstawowych instytucji społecznych, do których należy wywiązywanie się z zaciągniętych zobowiązań, bez względu na wielkość ich kwoty. Doskonaląc program etyczny, obowiązujący w KPF, we wrześniu br. powołano do życia nowych organ statutowy – Rzecznika Etyki – który umożliwi jeszcze bardziej efektywną współpracę z interesariuszami, w tym z klientami – dłużnikami i podmiotami, chroniącymi ich interesy.

Słaby dolar wspiera złotego oraz waluty rynków wschodzących

W cotygodniowym komentarzu, Ebury podsumowuje ubiegły tydzień i omawia najważniejsze nadchodzące wydarzenia. Kluczowe pytanie w tym tygodniu – co wydarzy się na spotkaniu Rezerwy Federalnej?

Szerokie umocnienie aktywów ryzykownych z zeszłego tygodnia uderzyło w waluty powszechnie uznawane za bezpieczne, a w szczególności w dolara. Gwałtowne ożywienie walut rynków wschodzących, jak i najbardziej wrażliwych walut G10, sprawiło, że dolar radził sobie słabiej niż inne kluczowe waluty – z wyjątkiem japońskiego jena.

Funt brytyjski nie skorzystał ze słabości dolara. Negocjacje w sprawie Brexitu utknęły w martwym punkcie po odrzucenie przez UE tzw. planu z Chequers. Wieści te uderzyły w funta i spowodowały, że w piątek w ciągu kilku godzin stracił on wszystkie zyski z zeszłego tygodnia.

Od czterech tygodni trwa ogólne spowolnienie wzrostu dolara. Kluczową kwestią jest teraz pytanie – czy słabość USD jest chwilowa? A może stała się ona trwałym trendem wywołanym przez coraz bardziej zbieżny kierunek kształtowania polityki pieniężnej banków centralnych krajów G10? Coraz więcej państw podąża bowiem za Rezerwą Federalną i zaczyna prowadzić bardziej restrykcyjną politykę.

W tym tygodniu posiedzenie Rezerwy Federalnej, wraz z konferencją prasową i prognozami jej decydentów, dostarczy istotnych informacji. Wszelkie polityczne wydarzenia związane z Brexitem będą również ściśle śledzone przez inwestujących w funta, dla których końcówka tygodnia okazała się dość ponura.

PLN

Ubiegły tydzień był względnie dobry dla złotego. Ze względu na ogólną słabość dolara amerykańskiego i funta brytyjskiego, złoty umocnił się w relacji do nich, a w parze z euro zakończył tydzień na niemal niezmienionym poziomie. Złoty w minionym tygodniu reagował przede wszystkim na zmianę sentymentu do ryzyka i sytuację na głównych parach.

Większość danych z Polski w ubiegłym tygodniu zaskoczyło in minus, jednak różnice w relacji do oczekiwań były dość niewielkie, w związku z czym dane nie miały istotnego wpływu na złotego. Najważniejsza z nich, czyli sprzedaż detaliczna, pokazała utrzymanie wysokiej dynamiki w sierpniu, co sprawia, że istnieje spora szansa, iż również w trzecim kwartale zobaczymy wysokie tempo wzrostu gospodarczego w Polsce.

W tym tygodniu, warto zwrócić uwagę na wtorkowy odczyt stopy bezrobocia w sierpniu oraz piątkową wstępna publikacja indeksu CPI we wrześniu.

GBP

Funt przeżył jeden z najbardziej zmiennych tygodni w roku. Pozytywna niespodzianka w danych o inflacji sugerowała perspektywę podwyżek stóp Banku Anglii i wsparła szterlinga. Później jednak wiadomość o kategorycznym odrzuceniu przez UE „planu z Chequers” premier May, jak i perspektywa upadku negocjacji ws. Brexitu, uderzyła w rynki, a funt przeżył najgorszy dzień od czasu referendum ws. wyjścia z UE.

Mając niewiele informacji makro w Wielkiej Brytanii, oczekujemy, że kurs szterlinga będzie nadal uzależniony od doniesień i plotek o negocjacji ws. Brexitu.

EUR

Dość spokojny tydzień w strefie euro sprawił, że euro najczęściej reagowało na wiadomości z innych krajów. Wspólna europejska waluta posłusznie podążyła za ogólnym umocnieniem w stosunku do dolara amerykańskiego. Z niektórych zysków euro musiało jednak zrezygnować ze względu na złe wieści ws. Brexitu z piątku.

Jesteśmy coraz bardziej skoncentrowani na inflacji, która staje się kluczem do prognozy przyszłych podwyżek stóp EBC, a tym samym do przewidywania kształtowania się kursu EUR/USD. W tym tygodniu otrzymamy wstępne dane o inflacji za wrzesień. Aby utrzymać prognozę podwyżki w III kwartale 2019 r. musimy wkrótce zobaczyć wyraźny trend wzrostowy inflacji bazowej w strefie euro. Konsensus przewiduje, że opublikowane w ten piątek dane będą ograniczone do 1%. Nawet niewielka niespodzianka w górę miałaby pozytywny wpływ na wspólną europejską walutę.

USD

W tym tygodniu spotkanie Rezerwy Federalnej jest szczególnie ważne. Chociaż powszechnie oczekuje się kolejnej podwyżki stopy overnight, znaczna niepewność otacza komunikaty ze strony Fed. Rynki zdają się spodziewać istotnej rewizji w górę prognoz Fed dla wzrostu inflacji i być może indywidualnych prognoz decydentów o przyszłym poziomie w „dot plocie”. Mimo tego dolar spada już od trzech tygodni. Uważamy, że ryzyko dla dolara może być obniżone, jeżeli Fed utrzyma wytyczne z poprzedniego spotkania.

Autor: Enrique Diaz Alvarez, Ebury

Opłaty za zmianę zagospodarowania w użytkowaniu wieczystym

Z doniesień prasowych wynika, że Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju przygotowuje projekt zmiany ustawy o gospodarce nieruchomościami. Zakłada on między innymi likwidację luki prawnej w razie zmiany przez użytkownika wieczystego sposobu zagospodarowania i użytkowania nieruchomości będącej w użytkowaniu wieczystym. Nowelizacja ma jednoznacznie przesądzić, że zmiana taka jest dla użytkownika wieczystego bezpłatna. Dotychczas użytkownicy wieczyści Warszawy i Krakowa w razie takiej zmiany umowy użytkowania wieczystego muszą płacić bardzo wysokie opłaty, pomimo braku ku temu właściwej podstawy prawnej. Z takimi sytuacjami najczęściej spotykają się deweloperzy.

Sytuacja taka dotyczy planowanych inwestycji w budynki mieszkalne na gruncie, którego sposób zagospodarowania został określony jeszcze za czasów PRL-u i teren taki nie przystaje do aktualnych zamierzeń urbanistycznych miasta. Chodzi o grunty pod zakłady produkcyjne i przemysłowe, fabryki, itp., które obecnie są przeznaczane pod budownictwo mieszkaniowe.

Istniejąca dotychczas luka prawna została wykorzystana przez samorządy Warszawy i Krakowa do pobierania opłat za zmianę sposobu zagospodarowania i użytkowania nieruchomości. Rady tych miast podjęły w tym celu uchwały wprowadzające akty prawa miejscowego, które ustaliły obowiązek uiszczenia opłaty. W Warszawie wysokość opłaty wynosi 12,5% wartości nieruchomości określonej dla nowego sposobu użytkowania, a w Krakowie 25%. Wysokość opłaty w praktyce waha się od kilkudziesięciu tysięcy do nawet kilku milionów złotych, co poważnie podnosi koszt całej inwestycji. Co istotne, uiszczenie opłaty było stawianym przez gminę warunkiem przystąpienia do zmiany umowy użytkowania wieczystego. Zmiana umowy natomiast była konieczna, albowiem bez zmiany sposobu zagospodarowania nieruchomości użytkownik wieczysty ryzykował odmowę udzielenia pozwolenia na budowę.

W obecnym, niejasnym stanie prawnym, zapowiedź likwidacji tej luki prawnej jest pozytywnym sygnałem. Jeżeli dojdzie do zmiany przepisów w tym zakresie, sytuacja prawna stanie się klarowna i sprawiedliwa. Wskazać bowiem należy, że opłata ta jest pobierana wyłącznie w Warszawie i Krakowie. W innych miastach zmiana sposobu zagospodarowania oraz użytkowania nieruchomości jest bezpłatna. Nie ma żadnych powodów, aby użytkownicy wieczyści w różnych częściach kraju byli traktowani w tak różny sposób.

Autorem komentarza jest adwokat Anna Maksymiuk z kancelarii Gardocki i Partnerzy Adwokaci i Radcowie Prawni

Grupa Selena: 580 mln przychodów w pierwszym półroczu 2018

Grupa Selena w pierwszym półroczu 2018 roku osiągnęła przychody ze sprzedaży w wysokości 580 mln zł, co oznacza wzrost o ponad 7% r/r. Zysk netto wyniósł niemal 11 mln zł – wzrost o 16 mln zł r/r – a EBIT 18,7 mln zł i wzrósł rok do roku o 8,8%. Na osiągnięte w H1 2018 wyniki finansowe miały wpływ przede wszystkim: stabilny wzrost sprzedaży, kontynuacja poprawy dyscypliny kosztowej w całej Grupie oraz zmniejszenie salda z tytułu różnic kursowych.

Drugi kwartał zamykający pierwsze półrocze 2018 to kontynuacja trendu utrzymującego się od początku roku. Osiągniętym wynikom Grupy sprzyja ogólnie dobra koniunktura w branży budowlanej. Według danych GUS dotyczących budownictwa mieszkaniowego w I połowie 2018 roku oddano do użytku o 6,3% więcej mieszkań, a produkcja budowlano-montażowa była o 24% wyższa niż w analogicznym okresie rok temu. Z drugiej strony branża budowlana odczuwa deficyty kadrowe, obniżające dynamikę rozwoju całego sektora budowlanego. Nie bez znaczenia są także zawirowania na arenie międzynarodowej, które mają przełożenie na wyniki finansowe m.in. na kursy walut.

Pomimo powyższych czynników makroekonomicznych – Selena odnotowała systematyczny wzrost sprzedaży udziału produktów wysokomarżowych – co pozytywnie wpłynęło na wynik w I półroczu. Największy i najbardziej dynamiczny wzrost sprzedaży miał miejsce na rynkach rozwiniętych, m.in. w Hiszpanii (20%), USA (18%), a także na Ukrainie (14%), gdzie w 2018 zainwestowano w rozwój sprzedaży.

Marcin Macewicz, prezes Grupy Selena
Marcin Macewicz, prezes Grupy Selena

„Grupa Selena zakończyła I półrocze 2018 roku z dobrymi wynikami finansowymi. W tym okresie mieliśmy do czynienia z wciąż wysokimi cenami większości surowców i wahaniami kursów walut. Z uwagą przyglądamy się tym rynkom, na których sytuacja nie jest stabilna. Obserwując zmiany kursów walut na rynkach w Rosji i Turcji podejmujemy odpowiednio szybkie decyzje, aby zneutralizować ich wpływ na wyniki Grupy. Staramy się kompensować sytuacje na trudniejszych rynkach, np. brazylijskim, działaniami wykorzystującymi sprzyjającą koniunkturę w rejonie Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych. Tam właśnie utrzymujemy wysoką dynamikę sprzedaży. Z kolei na rynku polskim szczególnie niepokoi nas fakt braków kadrowych, co w zauważalny sposób zaczyna wpływać na potencjał polskiego budownictwa. Odnosząc się do powyższych przykładów, Grupa Selena w II półroczu w maksymalny sposób chce wykorzystać dobrą sytuację gospodarczą na pozostałych rynkach, równoważąc potencjalne czynniki in minus dla spółki. Obecnie prognozujemy, że bilans na koniec roku zamkniemy z pozytywnym wynikiem” – mówi Marcin Macewicz, prezes Grupy Selena.

Chociaż w branży obserwuje się dobry popyt na produkty chemii budowlanej, czynnikiem negatywnie wpływającym na biznes są utrzymujące się w dalszym ciągu wysokie ceny surowców – zwłaszcza tych do produkcji uszczelniaczy, pap i bitumów. Konsekwencją tej sytuacji może być opóźnienie w akceptacji tych podwyżek przez użytkowników.

Branża budowlana zmaga się z coraz większymi problemami

Branża budowlana znajduje się obecnie w okresie dużego wzrostu. Obserwujemy bardzo dużą kumulację inwestycji infrastrukturalnych – drogowych, kolejowych i portowych. Widać wzmożoną aktywność samorządów w tym zakresie. Dobra koniunktura ma miejsce także na rynku inwestycji prywatnych – komercyjnych i przemysłowych, również mieszkaniowych. To stawia przed branżą nowe wyzwania i potencjalne zagrożenia. Niepokojąca jest przyszłość i perspektywa zakończenia projektów unijnych. Pojawiają się pytania o dalsze inwestycje infrastrukturalne. Firmy liczą na współpracę ze stroną publiczną w zakresie partnerstwa publiczno-prywatnego. Chcą,  aby był to efektywnie wykorzystywany element, który pozwoli rozwijać polską infrastrukturę.

– Głównym problemem jest wzrost kosztów realizacji przy istniejących długoterminowych kontraktach infrastrukturalnych, które nie przewidują klauzul waloryzacyjnych – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Trojanowski, wiceprezydent Pracodawców RP, członek zarządu Strabag –  Trudności, które pojawiły się kilka lat temu, dziś są jeszcze większe. Mniej więcej od roku koszty realizacji rosną, branża ma problemy z waloryzacją kontraktów. W dyskusji ze stroną publiczną na ten temat nadal brakuje wypracowanych rozwiązań. Istniejące klauzule – o ile w ogóle są w umowach – są nieefektywne i nie rozwiązują problemów. Patrząc długofalowo na sytuację demograficzną i makroekonomiczną, sektor będzie miał cały czas trudności z pozyskiwaniem nowych pracowników, głównie młodych ludzi zainteresowanych pracą. Jest to również związane z brakiem odpowiedniego systemu kształcenia zawodowego. Czekają nas problemy, które już teraz istnieją we wszystkich bogatych państwach – brak chętnych do zatrudnienia w branży budowlanej. Inwestorzy będą musieli liczyć się z tym, że za każdy realizowany projekt zapłacą o wiele więcej, co przełoży się też na wyższe koszty mieszkań, infrastruktury, ale też na rezygnację z pewnych przedsięwzięć. W tym roku Strabag uczestniczył w przetargach, w których zajmował pierwsze miejsce. Zdarzyły się jednak sytuacje, kiedy przetargi na ponad 700 milionów zostały unieważnione z powodu braku środków inwestora na realizację kontraktów po obowiązujących dziś cenach. Kolejnym problemem w branży jest też brak płynności. Rosnące koszty, brak podwykonawców i duża kumulacja projektów sprawia, że cały sektor ma trudności z ich finansowaniem – dodał Trojanowski.