Wejście w życie ustawy o Pracowniczych Planach Kapitałowych oznacza obowiązek wprowadzenia takich programów w większości dużych firm. Eksperci PKO TFI radzą, by już teraz pomyśleć o zakomunikowaniu pracownikom wprowadzanych zmian.
Wprowadzenie PPK w firmie wiąże się z wyborem podmiotu, który będzie zarządzać zgromadzonymi składkami pracowników. Na osobach decyzyjnych spocznie obowiązek wyboru najlepszej instytucji finansowej. Wszystko to pod presją czasu, bo ustawa o Pracowniczych Planach Kapitałowych ma wejść w życie już 1 stycznia 2019.
Ilu pracowników, tyle punktów widzenia
Część zatrudnionych mogła już spotkać się z prywatnymi programami emerytalnymi, być może nawet z nich korzystają, gromadząc w nich środki na przyszłość. Istnieje jednak prawdopodobieństwo, że większość osób nie miała dotychczas wiedzy o podobnych programach. Co więcej niektóre osoby są niechętne takim rozwiązaniom ze względu na często mylne informacje.
PPK to nie OFE
Pracownicy po 40. roku życia mogą mylnie kojarzyć PPK choćby z Otwartymi Funduszami Emerytalnymi, które miały być nowatorskim rozwiązaniem zapewniającym bezpieczne i wyższe emerytury, a z których pieniądze przetransferowano do ZUS. Tymczasem nie ma analogii do rozwiązania wprowadzanego obecnie. Zamiast zostawiać sprawy swojemu biegowi, warto podobne wątpliwości wyjaśniać zanim obrosną w niedomówienia, które będzie dużo trudniej rozwiać.
Szum informacyjny działa na twoją niekorzyść
Eksperci PKO TFI radzą, by nie oczekiwać od pracowników, że w wolnym czasie doczytają szczegóły dotyczące tematyki planów kapitałowych. Dużo lepszym rozwiązaniem jest edukowanie w przystępnej formie osób zatrudnionych w firmie. Eksperci zwracają uwagę na trzy obszary podczas wdrażania PPK w firmie: to sprawna komunikacja wewnętrzna, spotkania informacyjne z pracownikami oraz powołanie zespołu ds. PPK złożonego z pracowników.
Komunikacja wewnętrzna
Stopniowe wprowadzanie tematyki PPK w komunikacji wewnętrznej przedsiębiorstwa pozwoli na zapoznanie pracowników z tym zagadnieniem. Mailing z informacją odnośnie proponowanych firm zarządzających ich składkami to niewątpliwie właściwe rozwiązanie, choć może się okazać niewystarczające.
Warto informować o PPK także w firmowych biuletynach i na platformach społecznościowych, jeśli firma z nich korzysta. Istotą jest nie tylko dotarcie do jak największej liczby osób, ale przekazanie im prawidłowej wiedzy odnośnie proponowanych rozwiązań w przystępnej formie.
Spotkania z pracownikami
Skuteczna komunikacja to często ta najbardziej bezpośrednia, a więc spotkania z pracownikami. W ich trakcie osoby zarządzające przy wsparciu firmy doradczej lub reprezentantów wybranego funduszu wyjaśnią wątpliwości pracowników. To działanie o wiele sprawniejsze niż oczekiwanie, że wątpliwości rozwieją się same.
–Dotychczas wprowadziliśmy dziesiątki Pracowniczych Programów Emerytalnych dla tysięcy pracowników. Z naszych doświadczeń wynika, że potrzebują oni informacji na ten temat, a managerowie pomocy w ich dostarczaniu, dlatego oferujemy zawsze pełne wsparcie dla pracodawców w komunikacji – mówi Piotr Żak z firmy PKO Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.
Zespół konsultacyjny
Powołanie zespołu złożonego z wybranych pracowników, w pełni wspieranego przez ekspertów z instytucji finansowej, usprawni zbieranie pytań i wyjaśnianie wątpliwości. Zespół taki stanowić może wsparcie dla pracowników przez pośredniczenie w kontaktach z osobami decyzyjnymi i konsultowanie proponowanych rozwiązań. Jak pokazuje doświadczenie, zespół złożony z pracowników ma lepsze dotarcie do swoich kolegów z firmy.
Kluczowe obszary oceny instytucji finansowej
Warto przygotować informacje o proponowanych funduszach zanim zaczniemy konsultacje z pracownikami. Wobec mnogości ofert na rynku, eksperci PKO TFI wskazują na kilka kluczowych kryteriów, którymi warto kierować się przy wyborze firmy, z którą podpisze się umowę.
Pierwszym z czynników jest dotychczasowe doświadczenie firmy w prowadzeniu podobnych rozwiązań, na przykład Pracowniczych Programów Emerytalnych. Sprawdzone instytucje dają większą pewność bezpieczeństwa podejmowanych działań. Kolejnym ważnym czynnikiem jest wsparcie oferowane przez instytucję finansową przy wdrażaniu i prowadzeniu programu.
Trzecim, równie ważnym czynnikiem, jest dopasowanie oferowanego rozwiązania do potrzeb pracowników. Korzystając z licznych doświadczeń można wysnuć wniosek, że pracownicy często z upływem czasu przestają kontrolować sposób inwestowania ich środków, który powinien z biegiem lat stawać się coraz mniej ryzykowny. – Klienci PKO TFI mają do wyboru samodzielne zarządzanie swoimi środkami w funduszu lub mogą skorzystać z obsługi tzw. life cycle, co oznacza bezobsługowy ze strony pracownika proces inwestowania. Fundusz cyklu życia oznacza, że z upływem lat fundusz pomnażać będzie nasze środki w sposób coraz bardziej bezpieczny, minimalizując ryzyko utraty pieniędzy, jak miało to miejsce w minionych latach w innych krajach – informuje Piotr Żak z PKO Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych.
Biuro Maklerskie Banku BGŻ BNP Paribas prowadzi zapisy na certyfikaty inwestycyjne, których wyniki zależą od notowań dwóch globalnych spółek: wydobywczego giganta Glencore i stalowego potentata Arcelor Mittal. Certyfikaty mogą przynieść 8 proc. zysku rocznie z warunkową ochroną kapitału. Maksymalny czas trwania inwestycji to trzy lata.
Jerzy Nikorowski z Biura Maklerskiego BGŻ BNP Paribas
– Sądzimy, że normalizacja polityki pieniężnej przez banki centralne, szybsze tempo wzrostu światowej gospodarki oraz odbicie inflacji faworyzować będzie relokację kapitału ze spółek defensywnych w kierunku sektorów cyklicznych, do których należą m.in. spółki przemysłowe, finansowe czy surowcowe. Certyfikat oparliśmy na notowaniach dwóch spółek, dla których widzimy solidne perspektywy. Co istotne, nawet jeśli zanotują one znaczne, ale ograniczone spadki, inwestycja przyniesie zysk lub co najmniej zwrot kapitału – mówi Jerzy Nikorowski z Biura Maklerskiego BGŻ BNP Paribas.
Obie spółki mają pozytywną opinię analityków Grupy BNP Paribas, w ocenie których Glencore korzysta nie tylko na wzroście cen surowców i metali, ale także na podwyższonej zmienności, obserwowanej w ostatnich miesiącach.
– Dodatkowym wsparciem dla popytu na surowce, na których działalność opiera Grupa Glencore, jest intensywny rozwój branży samochodów elektrycznych. Pozytywnie na ceny surowców, w tym między innymi węgiel energetyczny, cynk czy aluminium, powinny przełożyć się także chińskie reformy ograniczające podaż wspierane przez konsekwentnie przestrzeganą politykę środowiskową – tłumaczy Jerzy Nikorowski, doradca inwestycyjny z BM BGZ BNP Paribas.
Zdaniem Grupy BNP Paribas, Arcelor Mittal wyróżnia się na tle producentów stali, ponieważ według konsensusu rynkowego wykazuje największy potencjał wzrostu wyników finansowych.
– Potencjał Arcelor Mittal wynika między innymi z wysokiej dźwigni operacyjnej, dzięki czemu obserwowane w ostatnich miesiącach wzrosty cen surowców przekładają się na wzrost przychodów Grupy. Przy relatywnie stabilnych kosztach stałych, przekłada się to na poprawę wyników operacyjnych. Wzrost popytu na stal w najbliższych kwartałach sygnalizuje wysoki, ponad 80 proc.- poziom wykorzystania mocy produkcyjnych w kluczowych regionach. Te czynniki oraz niskie stany zapasów wskazują na utrzymanie rentowności w okresie 2018-2019 powyżej średniej z ostatnich lat– mówi Jerzy Nikorowski.
Zysk z inwestycji w certyfikaty oferowane przez BM BGŻ BNP Paribas jest uzależniony od notowań akcji Glencore i Arcelor Mittal w tzw. dniach obserwacji, które wypadają co pół roku. Kupon w wysokości 4 proc. będzie wypłacany ilekroć notowania obu spółek w dniu obserwacji będą na wyższym poziomie niż 70 proc poziomu początkowego, czyli kursu akcji z 27 września 2018 r. Jeśli kurs akcji w jednym dniu obserwacji nie spełni tego warunku, ale spełni go w którymś kolejnym, zostaną wypłacone także zaległe kupony.
Maksymalny okres inwestycji to trzy lata, jednak możliwy jest też wcześniejszy automatyczny wykup certyfikatów, jeśli w dniu obserwacji kurs obu akcji znajdzie się powyżej Poziomu Bariery Automatycznego Wykupu, który w pierwszym i drugim dniu obserwacji (pod koniec marca i października 2019 r.) wynosi 85 proc. poziomu początkowego, a w kolejnych dniach będzie się obniżał do odpowiednio 80 proc., 75 proc. i 70 proc. W razie automatycznego wykupu, inwestor otrzyma zainwestowany kapitał wraz z 4 proc.-kuponem za dany okres.
Dzięki temu, że certyfikaty będą dopuszczone do obrotu na GPW, inwestor w każdej chwili będzie mógł sprzedać je na rynku. Należy jednak pamiętać, że warunkowa ochrona kapitału dotyczy tylko dnia zapadalności.
Produkt oferuje warunkową 100 proc. ochronę kapitału w dacie zapadalności, jeżeli spadek akcji którejkolwiek ze spółek nie przekroczy 40 proc.
Zapisy trwają do 25 września br. Cena emisyjna jednego certyfikatu to 1 tys. zł, a minimalna kwota inwestycji to 10 tys. zł. Zapisów można dokonywać w oddziałach Biura Maklerskiego BGŻ BNP Paribas lub na stronie www.webmakler.pl.
Zarówno sytuacja finansowa budżetu, jak i wyniki osiągane przez przedsiębiorstwa poprawiają się – tak wynika z najnowszego Business Paper Związku Przedsiębiorców i Pracodawców, dotyczącego kondycji finansowej polskiej gospodarki. Na horyzoncie pojawiają się jednak pewne zagrożenia.
Kondycję finansową gospodarki można analizować pod dwoma kątami. Pierwszym z nich jest kwestia sytuacji finansów publicznych. W tym zakresie, w ciągu ostatniego czasu, Polska zanotowała wyraźną poprawę. Przy stopniowym wzroście wydatków budżetowych jeszcze bardziej dynamicznie rosły wpływy, szczególnie w zakresie podatku VAT.
– Ewidentnie można zaobserwować rezultaty współistnienia dwóch czynników, tj. doskonałej koniunktury gospodarczej, przejawiającej się wzrostem popytu wewnętrznego oraz uszczelnienia systemu podatkowego w zakresie przeciwdziałania wyłudzeniom zwrotu podatku VAT – twierdzi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. – Te dwa elementy, jako że wpływy z tytułu podatku od towarów i usług stanowią główny składnik podatkowych dochodów budżetu, w istotnym stopniu przyczyniły się do zmniejszenia deficytu – dodaje.
W 2017 roku zrealizowano najniższy deficyt budżetowy od lat. Jednocześnie jednak, wskutek świetnej koniunktury gospodarczej na świecie, niektóre państwa zanotowały w ostatnim czasie nadwyżkę budżetową, podczas gdy w Polsce regularnie od dłuższego czasu utrzymuje się deficyt. W rezultacie, dług sektora finansów publicznych zwiększa się, nawet mimo faktu, że sytuację budżetu w ostatnim czasie można określić jako dobrą, w porównaniu do lat ubiegłych. O ile rzeczywiście kluczowe z punktu widzenia wpływów do budżetu są podatki pośrednie, w tym przede wszystkim podatek VAT, o tyle największym zagrożeniem stabilności finansów publicznych wydają się być wydatki związane z realizacją świadczeń z zakresu obowiązkowych ubezpieczeń społecznych, które już w tej chwili stanowią najważniejszy składnik wydatków budżetowych (w 2017 roku wydaliśmy na nie prawie dwukrotnie więcej, niż na świadczenia dla rodzin, w tym 500+).
Poza stosunkowo dobrą sytuacją budżetu państwa, należy zwrócić uwagę na kondycję finansową przedsiębiorstw. Ich przychody w ostatnim czasie dynamicznie wzrosły, choć cały czas główną rolę odgrywają w tym zakresie duże firmy. Wystarczy wspomnieć, że w 2017 roku osiągały one przeciętny przychód w wysokości 578 mln złotych, podczas gdy firmy średnie i małe osiągały przeciętny przychód rzędu 29 mln złotych. Jednocześnie, mikroprzedsiębiorcy mogli w 2016 roku pochwalić się przeciętnym przychodem w wysokości 520 tys. złotych – jeszcze cztery lata wcześniej było to zaledwie 460 tys. złotych. Nie ulega zatem wątpliwości, że podmioty gospodarcze wszystkich rozmiarów osiągają coraz wyższe przychody, jednak dysproporcja pomiędzy firmami z sektora MSP a dużymi przedsiębiorcami jest bardzo duża, co wynika naturalnie ze specyfiki i skali ich działalności. Co ciekawe, w małych firmach możemy zaobserwować nieco wyższy udział wynagrodzeń w kosztach ogółem, niż w przypadku dużych podmiotów.
– Przychody podmiotów gospodarczych regularnie rosną, natomiast istotnie w ostatnim czasie mieliśmy do czynienia ze zwiększoną dynamiką – zaznacza Jakub Bińkowski, sekretarz Departamentu Prawa i Legislacji ZPP. – Skutkuje to tym, że przedsiębiorcy zgromadzili na rachunkach bankowych rekordową sumę oszczędności. Jednocześnie, wciąż relatywnie niewielki udział w przychodach generowanych przez firmy ogółem mają mikroprzedsiębiorcy, mimo wyraźnej przewagi liczbowej.
Reasumując, polska gospodarka ewidentnie zyskuje na świetnej gospodarczej koniunkturze, zaradności polskich przedsiębiorców, a także uszczelnianiu systemu podatkowe. Aktualne pozostaje jednak pytanie, czy – szczególnie w zakresie dyscypliny budżetowej – w wystarczającym stopniu wykorzystujemy aktualne warunki.
Na przestrzeni ostatnich dni dane makroekonomiczne ze Zjednoczonego Królestwa nie miały istotnego wpływu na brytyjską walutę. Jednak po publikacji dzisiejszych danych o dynamice cen sytuacja uległa zmianie.
Dynamika cen konsumentów w Wielkiej Brytanii przyspieszyła z 2,5% w lipcu do 2,7% rocznie w sierpniu i znalazła się na najwyższym poziomie od lutego. Jest to istotne z dwóch powodów: po pierwsze – ze względu na spory rozstrzał między oczekiwaniami, a prognozami (konsensus zakładał, że inflacja spadnie do poziomu 2,4% rocznie), po drugie – ze względu na to, że za wzrostem inflacji CPI w sporym stopniu stała wewnętrzna presja cenowa, o czym świadczy wzrost indeksu bazowego. Oznacza to, że Bank Anglii mógł mieć rację, spodziewając się utrzymania wysokiej inflacji, nawet w obliczu wcześniej spadających indeksów cen.
Na informacje brytyjska waluta zareagowała umocnieniem. Kurs GBP/PLN wzrósł o 0,5%, odrabiając wszystkie straty z rozpoczęcia dnia. Waluta zyskuje, ze względu na to, że zmiana indeksów cen w bezpośredni sposób wpływa na wzrost szans na podwyżkę stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Obecnie rynki szacują, że prawdopodobieństwo podwyżki w lutym przyszłego roku to ok. 1/3. Szanse na ruch w górę wyraźnie rosną jednak po wyjściu Zjednoczonego Królestwa z UE.
Szacowane prawdopodobieństwo podwyżki na spotkaniu w maju to już ponad 55%. O ile nie spodziewamy się, żeby do zmian kosztu pieniądza doszło przed końcem marca, o tyle od dłuższego czasu wspominaliśmy, że podwyżka w kolejnym roku, po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE, wydaje się bardzo prawdopodobna. Rosnące szanse na ruch w górę powinny wspierać brytyjską walutę w kolejnych miesiącach, zwłaszcza, jeśli otrzymamy informację o zawarciu porozumienia UE i Wielkiej Brytanii w kwestii Brexitu.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Niewielki spadek kursu EUR/PLN był związany praktycznie w całości z siłą złotego. Euro nieznacznie traciło również w parze z innymi najbardziej płynnymi walutami naszego regionu. W relacji do głównych walut było jednak stabilne: kurs EUR/USD oraz sam indeks EUR zakończyły dzień na niemal niezmienionym poziomie.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,82-4,85. Podobnie jak w przypadku euro, funt brytyjski nieco osłabił się w relacji do złotego ze względu na siłę tego ostatniego, w parze z głównymi walutami pozostawał jednak względnie stabilny.
Mimo dzisiejszego umocnienia, spowodowanego przez dobre dane, największy wpływ na brytyjską walutę w ostatnim czasie miały informacje dotyczące negocjacji z UE ws. Brexitu. Taki stan rzeczy prawdopodobnie utrzyma się do zawarcia umowy UE i Wielkiej Brytanii. We wczorajszej wypowiedzi Theresa May stwierdziła, że moment osiągnięcia porozumienia jest bliski. Informacje z obu stron negocjacyjnego stołu na przestrzeni ostatnich kilku dni były w przeważającej części pozytywne, co wspierało szterlinga, pozwalając mu kontynuować trend wzrostowy.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,4%, wahając się w widełkach 3,67-3,69. Amerykańska waluta nie miała ostatnio dobrej passy. Po wczorajszym okresie stabilizacji w relacji do euro i ważonego koszyka, dziś dolar amerykański ponownie traci, kontynuując trend spadkowy.
Ostatnie dni nie obfitowały w zbyt wiele odczytów z USA. Dziś ten stan rzeczy nie ulegnie zmianie. Jedynymi istotnymi danymi będą te z amerykańskiego rynku nieruchomości w sierpniu. Inwestorzy nadal skupiają się na kwestii wojny handlowej, jednak jej wpływ na rynki finansowe jest dość ograniczony.
Wczoraj otrzymaliśmy informację o konkretnych działaniach odwetowych, które mają zamiar podjąć Chiny w odpowiedzi na ostatni ruch Stanów Zjednoczonych. Państwo Środka zapowiedziało, że nałoży cła rzędu 5-10% na amerykańskie towary o wartości 60 mld USD. Niewykluczone, że czeka nas przedłużający się okres „przepychanek”. Z dużą dozą prawdopodobieństwa Stany Zjednoczone nadal będą zwiększały presję na Chiny, dopóki kraj nie zgodzi się na ustępstwa w kwestii handlu.
KLUCZOWE PUBLIKACJE
14:30 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w sierpniu
Z dniem 1 września br. Dorota Wysokińska-Kuzdra objęła stanowisko przewodniczącej polskiego oddziału Urban Land Institute – międzynarodowej organizacji non-profit wspierającej odpowiedzialne planowanie i zrównoważony rozwój miast oraz stanowiącej platformę wymiany wiedzy pomiędzy czołowymi ekspertami i uczestnikami rynku nieruchomości w kraju i zagranicą. Urban Land Institute Poland działa od czterech lat, realizując inicjatywy umożliwiające wymianę doświadczeń i opinii na temat wyzwań, przed jakimi stoją deweloperzy, inwestorzy, architekci, urbaniści oraz władze samorządowe.
Obejmując stanowisko przewodniczącej ULI Poland, Dorota Wysokińska-Kuzdra wnosi ponad 20-letnie doświadczenie w dziedzinie nieruchomości, finansów i bankowości. Na co dzień pełni funkcję starszego partnera w Griffin Real Estate, gdzie odpowiada za zarządzanie i inwestycje Grupy, a także za pierwszy w Polsce fundusz typu mezzanine. Ostatnio współtworzyła platformę logistyczną, która jest współzarządzana przez Griffin. Wcześniej, jako prezes zarządu Griffin Premium RE, pierwszej spółki typu REIT, z sukcesem wprowadziła ją na GPW w Warszawie. Była odpowiedzialna ze szereg inwestycji Grupy, w tym za nabycia takich projektów jak m.in. Green Horizon w Łodzi, Centrum Biurowe Lubicz w Krakowie czy Hala Koszyki w Warszawie. Była także członkiem zespołu odpowiedzialnego za nabycie udziałów w Echo Investment SA, jednej z największych transakcji na polskim rynku nieruchomości, odpowiadając za proces due diligence oraz finansowanie nabycia. Przed przyjściem do Griffin, przez prawie 10 lat, zajmowała różne stanowiska dyrektorskie w grupie HypoVereinsbank / UniCredit Group, a także w ich spółkach zależnych, nadzorując finansowanie nieruchomości, bankowość inwestycyjną i zarządczą w zakresie nieruchomości. Dorota Wysokińska-Kuzdra jest absolwentką Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie, Uniwersytetu w Kolonii i Uniwersytetu w Duisburgu-Essen w Niemczech.
„Dziękuję członkom komitetu wykonawczego ULI w Polsce za rekomendację. Dziękuję także za pracę, jaką w ostatnich latach wykonał John Banka, dotychczasowy przewodniczący, popularyzując naszą organizację. Obecnie ULI to szanowany uczestnik dyskusji na temat trendów i wyzwań, przed jakimi stoi polski rynek nieruchomości w świetle zmian kulturowych, gospodarczych i społecznych na świecie. ULI był i będzie platformą służącą wymianie wiedzy pomiędzy czołowymi ekspertami z kraju i zagranicy. Jestem przekonana, że mamy potencjał, aby wraz z dynamicznym rozwojem polskiego rynku nieruchomości, uczestniczyć w budowaniu jego dobrego wizerunku” – komentuje Dorota Wysokińska-Kuzdra, nowa przewodnicząca ULI Poland.
„Gratuluję Dorocie wyboru na przewodniczącą. Cieszę się, że stery naszej organizacji przejmuje osoba, która doskonale rozumie wyzwania stojące przed polskimi miastami oraz uczestnikami rynku nieruchomości. Jestem pewny, że jej doświadczenie i zaangażowanie w realizację misji ULI sprawi, że w kolejnych latach nasz głos będzie jeszcze lepiej słyszalny w Polsce” – powiedział dotychczasowy przewodniczący ULI Poland John Banka, którego kadencja zakończyła się 30 czerwca tego roku.
Głównym przedsięwzięciem ULI Poland w 2018 roku jest cykl PLACES + SPACES – seria spotkań, podczas których eksperci w dziedzinie planowania, realizacji i marketingu nieruchomości omawiają najciekawsze zagadnienia związane z wpływem inwestycji prywatnych i publicznych na polskie i zagraniczne aglomeracje. Partnerami cyklu są wiodące firmy z sektora nieruchomości. Wraz z Biurem Architektury i Planowania Przestrzennego oraz Biurem Rozwoju Gospodarczego Urzędu m.st. Warszawy, polski oddział ULI organizuje też cykl warsztatów „Grow with Warsaw”.
Dzisiaj mija dokładnie 115 dni od wejścia w życie RODO (ang. GDPR). Od tego czasu do Urzędu Ochrony Danych Osobowych wpłynęło ponad 2 tys. skarg. Dla porównania, w całym 2017 roku było ich ok. 3 tys. Nawet obywatele krajów, które nie należą do Unii Europejskiej chętnie korzystają z możliwości, jakie daje nowe rozporządzenie. W Wielkiej Brytanii, która do końca 2020 roku ma opuścić szeregi Wspólnoty, 27% respondentów badania przeprowadzonego przez SAS złożyło zawiadomienia dotyczące naruszenia poufności danych osobowych, a 56% planuje to zrobić w ciągu najbliższego roku.
Jak wynika z badania SAS „GDPR: The right to remain private”, młodzi ludzie są bardziej skłonni do zrezygnowania z przysługujących im praw dotyczących ochrony danych osobowych, jeżeli otrzymają w zamian satysfakcjonującą gratyfikację. Chęć udostępnienia informacji na swój temat po otrzymaniu nagrody finansowej zadeklarowało 35% respondentów, 24% osób przekonałyby darmowe towary, a 17% skusiłyby bardziej spersonalizowane usługi. Osoby w wieku 55-lat i starsze bardziej chronią swoje dane. Nagroda finansowa przekonałaby 10% reprezentantów tej grupy, darmowe towary 5%, a bardziej spersonalizowane usługi 6%.
Wzrost świadomości konsumentów
Wejście w życie 25 maja 2018 roku nowej regulacji o ochronie danych osobowych sprawiło, że firmy stały się w pełni odpowiedzialne za ochronę danych, którymi dysponują, a konsumenci zyskali nowe prawa. Mogą oni wymagać od przedsiębiorstw m.in. informacji o tym, gdzie i w jaki sposób są przechowywane ich dane, a także poprosić o ich usunięcie z zasobów firmowych.
Wyniki przeprowadzonego przez nas badania jasno pokazują, że świadomość konsumentów w zakresie ochrony danych osobowych znacznie wzrosła od czasu wejścia w życie GDPR. Kwestie prywatności mają dla nich ogromne znaczenie. Firmy, które nie zadbają odpowiednio o bezpieczeństwo informacji mogą narazić się nie tylko na kary finansowe, ale również utratę reputacji – mówiTodd Wright, Global Lead for GDPR Solutions w SAS.
Wpływ na wzrost świadomości miało również ujawnienie afery Cambridge Analytica. Brytyjskie i amerykańskie media poinformowały, że firma próbowała wpływać na wynik wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych. Do tego celu wykorzystywano dane ok. 50 mln użytkowników Facebooka. Te informacje sprawiły, że użytkownicy Internetu większą uwagę przywiązuję do treści, które publikują na portalach społecznościowych i upewniają się w jaki sposób ich administratorzy zamierzają je wykorzystywać.
Branże wrażliwe na GDPR
Nie wszystkie branże jednakowo odczuły skutki GDPR. Nowe regulacje wpłynęły na rzeczywistość biznesową przede wszystkim mediów społecznościowych oraz firm handlowych. To właśnie ich użytkownicy i klienci najczęściej prosili o usunięcie dotyczących ich danych lub zaprzestanie wykorzystywania ich do celów marketingowych. Na kolejnych miejscach znalazły się banki i firmy ubezpieczeniowe. Respondentów badania SAS najbardziej drażniły niechciane wiadomości e-mail. Aż 56% z nich uznało, że takie praktyki wymagają złożenia skargi. Innym przykładem niepożądanego działania biznesu było udostępnianie danych osobowych osobom trzecim, co skłoniłoby 54% badanych do skorzystania z możliwości, jakie daje GDPR.
Firmy, które nie szanują prywatności danych swoich klientów ryzykują, że dostaną się one w niepowołane ręce. Zarządzanie informacjami w przejrzysty sposób i skuteczne wykorzystanie analityki są kluczowe nie tylko ze względu na GDPR. Zapewniają również doskonałe doświadczenia klientów i umożliwiają spersonalizowany kontakt, dzięki czemu są oni bardziej skłonni do powierzenia firmie swoich danych osobowych – tłumaczy David Smith, Szef działu GDPR technology w SAS.
Kluczowe dane dotyczące wpływu GDPR na poszczególne branże:
44% respondentów poprosiło o usunięcie ich danych przez media społecznościowe lub zamierza to zrobić
34% respondentów poprosiło o usunięcie ich danych przez firmy handlowe lub zamierza to zrobić
30% respondentów poprosiło o usunięcie ich danych przez banki lub zamierza to zrobić
30% respondentów poprosiło o usunięcie ich danych przez firmy ubezpieczeniowe lub zamierza to zrobić
48% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez media społecznościowe
41% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez firmy handlowe
38% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez banki
38% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez firmy ubezpieczeniowe
37% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez duże sieci handlowe
33% respondentów sprzeciwia się wykorzystywaniu ich danych osobowych do celów marketingowych przez dostawcówenergii
Sygnał ostrzegawczy dla biznesu
Gdy 24 czerwca 2016 roku ogłoszono oficjalne wyniki referendum dotyczącego opuszczenia szeregów Unii Europejskiej przez kraje Zjednoczonego Królestwa, pojawiło się wiele pytań i wątpliwości dotyczących egzekwowania międzynarodowych norm prawnych. Jednym z głównych problemów była ochrona danych osobowych. Brytyjczycy opracowali ustawę kompatybilną z GDPR, która będzie podstawowym dokumentem w zakresie ich ochrony, kiedy dojdzie do wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Już teraz mieszkańcy Wysp Brytyjskich chętnie korzystają ze swoich praw w tym zakresie, co jest swojego rodzaju sygnałem ostrzegawczym dla przedstawicieli biznesu, nie tylko po drugiej stronie kanału La Manche.
W badaniu wzięło udział 1850 konsumentów z Wielkiej Brytanii i Irlandii.
Podatnikowi przysługuje prawo do tzw. ulgi mieszkaniowej przy sprzedaży nieruchomości, nawet jeśli uzyskane z tego tytułu środki wyda na własne cele mieszkaniowe jeszcze zanim nastąpi sprzedaż. WSA w Opolu wyrokiem z 11 lipca 2018 r. uchylił interpretację organu podatkowego, przypominając jednocześnie o bardzo istotnej kwestii: „Ustanowienie przesłanek uprawniających do skorzystania z ulgi podatkowej, a także ocena czy w konkretnym przypadku przesłanki te zostały spełnione, nie powinny z założenia kolidować z racjonalnością gospodarczą podejmowanych przez podatnika działań” (I SA/Op 133/18).
Jak stanowi art. 30e w zw. z art. 10 ust. 1 pkt 8 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (dalej – u.p.d.o.f.) dochody z odpłatnego zbycia, a także zamiany nieruchomości lub ich części i udziału w nieruchomości oraz wymienionych w literach b) i c) tego artykułu związanych z nią praw przed upływem 5 lat od upływu roku kalendarzowego, w którym nastąpiło nabycie, zamiana lub wybudowanie objęte są 19% podatkiem dochodowym (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 z późn.zm.). Art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f. przewiduje jednak możliwość uzyskania zwolnienia z opodatkowania, jeśli w okresie 2 lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie lub zamiana, osiągnięty z tego tytułu przychód zostanie wydatkowany na własne cele mieszkaniowe.
Zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych
W lutym 2017 r. podatnik nabył w drodze spadku zabudowaną nieruchomość gruntową i z tego tytułu odprowadził należny podatek od spadków i darowizn. 12 maja 2017 r. zawarł umowę przedwstępną sprzedaży nabytej nieruchomości i przyjął zadatek, którego część sześć dni później, 18 maja 2017 r., wpłacił tytułem zaliczki jako kupujący lokal mieszkalny. Właścicielem mieszkania stał się dopiero po zawarciu umowy przyrzeczonej 28 sierpnia 2017 r. Umowa przenosząca własność nabytej w drodze spadku nieruchomości gruntowej została zawarta 20 października 2017 r. Z otrzymanych w jej wyniku środków podatnik uregulował pozostałą kwotę ceny nabycia lokalu mieszkalnego, a od listopada 2017 r. poniósł również udokumentowane wydatki na remont zakupionego mieszkania.
Podatnik wystąpił do fiskusa z zapytaniem, czy całość środków wydatkowanych przez niego w związku z nabyciem lokalu mieszkalnego (cena mieszkania, opłaty notarialne i sądowe, podatek od czynności cywilnoprawnych oraz remont), jako poniesionych na zaspokojenie własnych potrzeb mieszkaniowych, będzie mogła zostać zwolniona z podatku, o którym mowa w art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f.
…począwszy od…
Dyrektor Krajowej Informacji Skarbowej poinformował, że przedmiotowe zwolnienie obejmie tylko te środki, które zostały wydatkowane na remont, a więc od 20 października 2017 r. Co do pozostałych kosztów nabycia mieszkania, nie spełniały one zdaniem organu warunku terminu, w jakim powinny być wydatkowane. W art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f. zostało bowiem użyte sformułowanie, że wolne od podatku dochodowego są te przychody uzyskane z odpłatnego zbycia nieruchomości wydatkowane na cele mieszkaniowe „począwszy od dnia odpłatnego zbycia, nie później niż w okresie dwóch lat od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło odpłatne zbycie” (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 350 z późn.zm.). Tego wymogu nie spełniały więc wydatki poniesione przed 20 października 2017 r., czyli przed datą odpłatnego zbycia nieruchomości.
Zadatek to nie przychód
Zdaniem fiskusa nawet kwota otrzymanego 12 maja 2017 r. przez podatnika zadatku nie może zostać zwolniona od podatku. Mimo że organ zgodził się, iż podatnik wydatkował ją na cele mieszkaniowe we właściwym terminie, to jego zdaniem otrzymanie zadatku nie stanowiło dla podatnika przychodu w rozumieniu ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Jego uiszczenie nie powoduje bowiem przeniesienia własności nieruchomości, a w razie niewykonania umowy pełni jedynie rolę odszkodowawczą. Zadatek czy zaliczka wpłacana przy umowie przedwstępnej nie jest ceną nabycia jej przedmiotu. Może być zaliczony na poczet ceny dopiero wówczas, gdy do skutku dojdzie umowa przenosząca własność nieruchomości, a to, zgodnie z art. 158 Kodeksu cywilnego (Dz.U. 1964 nr 16 poz. 93 z późn.zm.), następuje dopiero po zawarciu jej w formie aktu notarialnego. Zatem tylko środki otrzymane 20 października 2017 r. tytułem notarialnej umowy sprzedaży nieruchomości stanowiły dla podatnika przychód z odpłatnego zbycia nieruchomości, o którym mowa w art. 10 ust. 1 pkt 8 u.p.d.o.f.
Rozwój życia gospodarczego i społecznego
Rozpatrujący skargę podatnika sąd podkreślił, że przepis art. 21 ust. 1 pkt 131 u.p.d.o.f. stanowi normę celu społecznego, którym w tym przypadku jest przyznawanie preferencji fiskalnych podatnikom przeznaczającym środki uzyskane ze sprzedaży nieruchomości na zaspokajanie własnych potrzeb mieszkaniowych. Jako zwolnienie z mocy prawa przysługuje podatnikom spełniającym określone w tej normie warunki. W przedmiotowej sprawie są nimi: a) wydatkowanie środków uzyskanych z odpłatnego zbycia nieruchomości na własne cele mieszkaniowe, b) z zachowaniem 2-letniego terminu.
WSA w Opolu zgodził się z poglądem Naczelnego Sadu Administracyjnego wyrażonym w wyrokach z dnia 12 maja 2017 r., II FSK 1079/15, oraz z dnia 22 listopada 2017 r., II FSK 2937/15, że do skorzystania ze zwolnienia nie jest konieczne zachowanie chronologii działań, czyli najpierw dokonanie odpłatnego zbycia nieruchomości, a potem wydatkowanie uzyskanych środków na własne cele mieszkaniowe. Kłóciłoby się to bowiem z wykładnią celowościową normy, której zadaniem jest rozwój określonej dziedziny życia gospodarczego i społecznego. Dwuletni termin liczony od końca roku podatkowego, w którym nastąpiło zbycie nieruchomości, określa tylko ramy wygaśnięcia uprawnienia do skorzystania ze zwolnienia.
Apel o racjonalność
Sąd uchylając zaskarżoną interpretację wskazał Dyrektorowi KIS, przytaczając wyrok NSA z 24 stycznia 2018 r., II FSK 1153/16, że ocena spełnienia przez podatnika warunków do skorzystania z ulgi podatkowej nie powinna stać w sprzeczności z racjonalnością gospodarczą jego działań „…skoro uzyskany przez podatnika dochód z odpłatnego zbycia lokalu mieszkalnego został wydatkowany na własne cele mieszkaniowe (…), co nastąpiło w terminie w przepisie przewidzianym, to ma on prawo do skorzystania ze zwolnienia, mimo że odpłatne zbycie nieruchomości nastąpiło później niż nabycie lokalu na własne cele mieszkalne” (I SA/Op 133/18).
Wyrok opolskiego sądu przypomina fiskusowi, że tak jak powinien mieć na uwadze racjonalność działań podatników, tak i sam winien racjonalnie podchodzić do rozumienia regulacji przyznających podatnikom ulgi i zwolnienia. Służą one bowiem osiągnięciu jakiegoś określonego, założonego przez ustawodawcę społeczno-gospodarczego celu. Przepisy nie powinny być więc postrzegane jak pole minowe, po którym stąpa podatnik, a jeden jego niewłaściwy krok przekreśla szansę na osiągnięcie tego celu.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.
Czy szpitale stracą niezależność w metodach leczenia pacjentów? Według Pracodawców RP taką groźbę niesie projekt zarządzenia Prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia określającego warunki zawierania i realizacji „umów w rodzaju leczenie szpitalne w zakresie programy lekowe”.
Konsultacje społeczne dot. zarządzenia właśnie się zakończyły – wnioski są niepokojące. Projekt to kolejny krok na drodze osłabiania roli szpitali w procesie leczenia. Obecnie o tym, czym leczeni są pacjenci (jakie wyroby medyczne i leki są używane w terapii) decydował szpital korzystając z katalogu produktów refundowanych przez Ministra Zdrowia – czyli szpitalny dział zamówień publicznych współpracujący z lekarzami.
Przygotowane przez NFZ zarządzenie (wprowadza ono zapisy ustawy z dnia 20 lipca 2017 r. o systemie informacji w ochronie zdrowia) to jednak zmieni. Według projektu Fundusz zyska możliwość wpływania na proces zakupu wyrobów medycznych i leków.
W opinii Pracodawców RP taka zmiana zmusza do zadania pytania czy szpital w Polsce jeszcze leczy i zajmuje się pacjentem, czy też jest jedynie wykonawcą poleceń Narodowego Funduszu Zdrowia. Uprawnienie jakie zyska NFZ, przy arbitralnych decyzjach może istotnie wpłynąć na proces zakupów wyrobów medycznych i leków dla szpitali, a tym samym uniemożliwić optymalne i efektywne leczenie. Jeśli Narodowy Fundusz Zdrowia narzuci lekarzom konkretne opcje terapeutyczne lub konkretne wyroby medyczne, to czy weźmie także odpowiedzialność za wynik leczenia chorego?
Ponadto w projekcie zarządzenia rozszerzono stosowanie wskaźników korygujących o nowe jednostki chorobowe. Wskaźnik korygujący to dodatkowe i zupełnie uznaniowe podwyższenie finansowania diagnostyki przed podaniem leku oraz wzrost finansowania samego podania leku – dla wybranych arbitralnie przez NFZ leków. Fundusz planuje na to przeznaczyć nie mniej niż 10 mln zł (tak wynika z Oceny Skutków Regulacji do projektu z lipca br., bo w projekcie z 5 września żadne wyliczenia się nie pojawiły). Co to oznacza dla pacjenta? Szpitale zachęcone premią będą kupowały produkty wskazane przez NFZ, a potrzeby terapeutyczne pacjenta przejdą na drugi plan.
W opinii Pracodawców RP wskaźniki korygujące, które coraz częściej i śmielej stosuje Narodowy Fundusz Zdrowia, są niezgodne z prawem, gdyż ich zastosowanie nie jest zgodne z delegacją ustawową upoważniającą Fundusz do ich zastosowania.
Pracodawcy RP zawnioskowali o odrzucenie wszystkich zmian zawartych w nowelizacji zarządzenia oprócz tych, które dotyczą uregulowania wypłaty wyższych wynagrodzeń dla pracowników medycznych oraz uelastycznienia wymogów kadrowych w programach lekowych.
Turck, globalny partner w dziedzinie rozwiązań dla automatyki przemysłowej, uruchomi pierwszy zakład produkcyjny w Polsce o powierzchni 6500 mkw. W MLP Lublin przy montażu kabli pracę znajdzie ok. 220 osób. Agencja CBRE odpowiadała za doradztwo zakresie lokalizacji fabryki oraz negocjacji warunków umowy najmu.
Budowa nowego zakładu produkcyjnego w Polsce przez Turck to efekt konsekwentnie prowadzonej strategii rozwoju, która opiera się na zacieśnieniu współpracy regionalnej oraz międzynarodowej wymianie doświadczeń z zakresu kompletnych rozwiązań.
– Zdecydowaliśmy się na Polskę ze względu na dostęp do wykwalifikowanej kadry, dobrą infrastrukturę oraz bliskość do naszych zakładów produkcyjnych w Niemczech – mówi Olaf Walter, Vice President Global Purchasing, Werner Turck GmbH & Co. KG.
Nowy zakład produkcyjny Turck będzie zlokalizowany w centrum logistycznym MLP Lublin. Zdecydowana większość dostępnego wolnostojącego budynku (5700 mkw.) będzie przeznaczona pod produkcję i magazyn, a pozostała część powierzchni (800 mkw.) pod biura. W fabryce, która zostanie uruchomiona w czerwcu 2019 roku, docelowo zatrudnienie znajdzie 220 osób.
– Południowo-wschodnia Polska jest coraz bardziej atrakcyjna dla inwestorów. Naszą odpowiedzią jest rozwijany park logistyczny, który docelowo dostarczy łącznie 45 tys. mkw. powierzchni przeznaczonej na magazyny oraz dedykowanej pod lekką produkcję. Wszystkie powierzchnie dostosowujemy pod indywidualne potrzeby najemców. MLP Lublin jest doskonale zlokalizowany w centrum miasta przy drogach ekspresowych będących częścią obwodnicy Lublina – mówi Agnieszka Góźdź, Director of Sales w MLP Group S.A.
Wyłącznym doradcą Turck w transakcji najmu było CBRE. Agencja odpowiadała za wsparcie w zakresie decyzji o wyborze lokalizacji nowego zakładu produkcyjnego oraz w procesie negocjacji warunków umowy najmu, zarówno w aspekcie komercyjnym jak i technicznym.
Beata Hryniewska
– Realizując projekt Turck odnieśliśmy przynajmniej dwa sukcesy. Po pierwsze – w skali mikro. Na podstawie szczegółowej analizy wielu lokalizacji w Polsce, udało nam się znaleźć najlepsząpod kątem zgodności z wymaganiami klienta. Po drugie – w skali makro. Turck poprzez realizowany projekt nie tylko rozszerzy własną działalność produkcyjną, ale również przyczyni się do rozwoju gospodarczego Lublina i okolic, bo nowa fabryka to nowe miejsca pracy. Cieszymy się, że mamy w tym udział – mówi Beata Hryniewska, Dyrektor działu Wynajmu Powierzchni Magazynowych i Przemysłowych w CBRE.
Turck jest jednym z liderów w automatyce przemysłowej. Ta rodzinna firma zatrudnia obecnie ponad 4 800 pracowników w ponad 30 placówkach oraz w placówkach swoich partnerów, działających na terenach 60 państw. Jako specjaliści w dziedzinie czujników, systemów fieldbus, connectivity, interfejsów HMI oraz systemów RFID, Turck oferuje rozwiązania automatyzacji produkcji oraz automatyzacji procesu. Dzięki swoim rozwiązaniom teleinformatycznym znajdują się wśród pionierów Przemysłu 4.0 oraz Przemysłowego Internetu Rzeczy (Industrial Internet of Things, IIoT).
Zarówno Węgry, jak i Japonia pozostawiły stopy procentowe na niezmienionych poziomach. Czas na negocjacje Brexitowe powoli się kończy. Produkcja przemysłowa w Polsce spowalnia.
Banki centralne bez podwyżek stóp
Wczoraj poznaliśmy decyzję Banku Węgier a dzisiaj w nocy Banku Japonii. Obydwa utrzymały dotychczasowe stopy procentowe. Główna stopa wynosi zatem odpowiednio 0.9% i -0,1%. W przypadku Węgier warto zwrócić uwagę, że stopy procentowe w dalszym ciągu utrzymywane są na relatywnie niskim poziomie pomimo faktu, że inflacja osiągnęła już 3,4%. Z tego powodu coraz więcej analityków spodziewa się, że jednak Węgrzy podniosą stopy procentowe. Tym bardziej, że tamtejszy bank ma w zwyczaju nawet na tyle niewielkie zmiany jak 0,15%. Sytuacja w Japonii jest za to bardziej przewidywalna. Większość analityków nie spodziewa się podwyżek ani w tym ani w kolejnym roku.
Co z Brexitem?
Termin opuszczenia wspólnoty zbliża się wielkimi krokami. Skoro proces rozpoczęto 29 marca 2017 roku, to zakończyć się musi najpóźniej w ciągu dwóch lat. Oznacza to, że pozostało już niewiele ponad pół roku na dokończenie negocjacji. Unia Europejska jest w tym wypadku w zdecydowanie lepszej pozycji negocjacyjnej. Oczywiście po tej dacie nie nastąpi nagle twarde rozstanie, ale będziemy mieć okresy przejściowe obowiązywania niektórych mechanizmów. Obecnie głównym problemem jest nowo tworząca się granica Unii Europejskiej w Irlandii. Warto zwrócić uwagę, że kwestia dotyczy nie tylko granicy lądowej ale i morskiej. Im dłużej ważne kwestie będą nierozwiązane tym bardziej sytuacja będzie ciążyć funtowi.
Tym razem słabsze dane z Polski
Produkcja przemysłowa rośnie o 5% w skali roku. Oczekiwania były delikatnie wyższe i wynosiły 5,2%. Nie jest to jednak różnica, która powoduje gwałtowne ruchy na rynku. Warto natomiast zwrócić, że ten sam wskaźnik miesiąc temu pokazywał ponad 10%. Był to jednak efekt niskiego wskazania rok wcześniej.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – dane na temat budowy domów,
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Od 2014 r. banki wymagają zabezpieczenia kredytu hipotecznego w postaci wkładu własnego; od 2017 r. wynosi on 20 proc. wartości nieruchomości.
Niektóre banki przewidują możliwość wpłaty niższego wkładu własnego w zamian za np. wykupienie ubezpieczenia czy blokady zdeponowanych w banku środków.
Istnieje także możliwość zastąpienia wkładu własnego zabezpieczeniem na innej nieruchomości, także należącej do osób trzecich, np. rodziców.
Wprowadzenie bezwzględnego wymogu posiadania wkładu własnego jest konsekwencją kryzysu sprzed kilku lat, kiedy to banki nie tylko nie wymagały od klienta zabezpieczenia kredytu hipotecznego, ale niektóre oferowały nawet kredyty w wysokości do 120 proc. wartości nieruchomości. Skutkowało to lekkomyślnym zawieraniem umów kredytowych. Zgodnie z Rekomendacją S, wprowadzoną przez Komisję Nadzoru Finansowego, od 2014 r. wprowadzono obowiązek posiadania 5 proc. wkładu własnego. Liczba ta rosła co roku o 5 proc., by w 2017 r. zatrzymać się na poziomie 20 proc.
20 proc. wkład własny nie jest sztywnym wymogiem
Bezwzględny wymóg 20 proc. wkładu własnego dla wielu osób oznaczałby koniec marzeń o własnej nieruchomości. Nie wszyscy bowiem są w stanie zgromadzić kilkadziesiąt tysięcy zł. Banki wyszły więc naprzeciw oczekiwaniom klientów.
– Banki w zamian za możliwość wpłacenia tylko np. 10 proc. wkładu własnego, stosują inne zabezpieczenia, mające na celu zmniejszenie ryzyka związanego z udzieleniem kredytu hipotecznego. W niektórych przypadkach będą to dodatkowe ubezpieczenia, w innych zastaw lub blokada środków na rachunku bankowym. Niestety, niższy wkład własny może także wiązać się z wyższą marżą – w niektórych bankach do czasu spłacenia kwoty odpowiadającej 20 proc. wkładu własnego, w innych natomiast nawet przez cały okres kredytowania – mówi Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.
Zabezpieczenie w postaci innej nieruchomości
Jeżeli nie dysponujemy żadnymi środkami, które mogłyby służyć jako wkład własny, warto pomyśleć o zabezpieczeniu w postaci innej nieruchomości. Może to być kupiona lub otrzymana przez nas wcześniej nieruchomość, jak również należąca do partnera czy rodziców. W tym przypadku niezbędna będzie zgoda tych osób, a nawet wspólne przystąpienie do kredytu. Należy pamiętać, że nieruchomość nie może być obciążona żadnymi kredytami.
– W takim przypadku wpis hipoteki jest na obu nieruchomościach ze stosowną adnotacją o tym, że jest to hipoteka łączna. Bank wycenia sumę wartości obu nieruchomości – tej, na którą brany jest kredyt hipoteczny oraz tej, która ma zastąpić wkład własny. Wysokość kredytu hipotecznego będzie wynosiła przeważnie 80 – 70 proc. tej sumy. Może się okazać, że stosunek wartości kredytu do wartości tych nieruchomości będzie bardzo niski, dzięki czemu wynegocjujemy w banku korzystne warunki. Jeżeli zatem dysponujemy nieruchomościami, które mogą stanowić zabezpieczenie kredytu, to warto o tym pomyśleć przy wybieraniu oferty kredytu. Dla wielu osób procedury te mogą wydawać się skomplikowane, dlatego w takich przypadkach pomocy udzielą pośrednicy kredytowi, którzy znają oferty i wymagane zabezpieczenia z wielu banków i najlepiej dopasują ofertę kredytu hipotecznego do możliwości klienta – dodaje Katarzyna Dmowska z ANG Spółdzielni.
Tylko 18 proc. polskich pracowników jest usatysfakcjonowanych możliwościami awansu w swojej aktualnej pracy. Spośród badanych branż, szanse na zdobycie wyższego stanowiska najwyżej oceniają przedstawiciele sektora finansów (28,9 proc.). Za to najmniej zadowoleni z potencjalnych perspektyw awansowania są osoby pracujące w usługach dla biznesu – wynika z najnowszego badania Confidence Index przeprowadzonego w II kwartale 2018 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.
Możliwości awansu w aktualnej firmie pozytywnie ocenia również 23,7 proc. reprezentantów sektora dóbr konsumenckich oraz 21,7 proc. przedstawicieli branży technologicznej. Za to mniej optymistycznie do tej kwestii podchodzą pracownicy sektora logistycznego (17,9 proc.) oraz produkcji i przemysłu (15,2 proc). Najmniejszymi optymistami pod tym względem są osoby pracujące w sektorze usług dla biznesu (13,9 proc.).
Piotr Dziedzic
– Poziom satysfakcji z możliwości awansu w firmach systematycznie rośnie wśród polskich pracowników. Jak pokazuje badanie Michael Page, w II kwartale 2018 r. zadowolonych z tego powodu było 18 proc. badanych, a więc o 3 p.p. więcej niż w poprzednim kwartale. Ponadto, aż 44 proc. ankietowanych przyznało, że spodziewa się, iż w ciągu najbliższego roku zdobędzie wyższe stanowisko – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w firmie rekrutacyjnej Michael Page.
Duża chęć awansowania wśród polskich pracowników w głównej mierze wynika z potrzeby stałego rozwoju. Jak pokazuje badanie Michael Page, dla Polaków priorytetem w miejscu pracy jest zdobywanie dodatkowych umiejętności. Ten czynnik do zmiany pracodawcy mógłby skłonić ponad połowę (53,9 proc.) ankietowanych.
– Co więcej, ponad 36 proc. respondentów przyznało, że powodem, który zachęca do szukania nowej pracy jest także brak możliwości do rozwoju w obecnym przedsiębiorstwie (36,8 proc.) – dodaje Piotr Dziedzic z Michael Page.
Sierpniowa dynamika produkcji przemysłowej, sięgająca 5 proc., okazała się zgodna z oczekiwaniami. O pozytywnym zaskoczeniu można natomiast mówić w przypadku budownictwa, którego produkcja wzrosła o 20 proc.
Dane GUS o produkcji przemysłowej za sierpień okazały się zgodne z prognozami Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii oraz minimalnie niższe, niż oczekiwali analitycy. Dynamika znacznie niższa niż miesiąc wcześniej, gdy sięgała 10,3 proc., to głównie efekt wysokiej ubiegłorocznej bazy odniesienia. Tendencje w przemyśle wciąż pozostają korzystne i na razie nie widać oznak spowolnienia. Najsilniej, bo aż o 30 proc. wzrosła produkcja sprzętu transportowego, w przypadku maszyn i urządzeń zwyżka wyniosła 17,7 proc., a w przypadku urządzeń elektrycznych 16,6 proc. Mocny, sięgający 18,9 proc. spadek zanotowano w produkcji wyrobów farmaceutycznych. Spośród głównych działów dobrze radziło sobie przetwórstwo przemysłowe, gdzie wzrost wyniósł 5,4 proc.
Najbardziej pozytywnym zjawiskiem był w sierpniu 20 proc. wzrost produkcji budowlano-montażowej, podczas gdy spodziewano się jej zwyżki o około 18 proc. To świadczy o kontynuacji ożywienia inwestycyjnego, choć nadal głównie w sferze publicznej i wydatków infrastrukturalnych. Największy, sięgający aż 30,5 proc. wzrost miał miejsce w firmach zajmujących się budową obiektów inżynieryjnych. W przypadku wznoszenia budynków wzrost nie był już tak spektakularny i wyniósł 14,6 proc.
Wtorkowy handel na rynku europejskim rozpoczął się od informacji, że D. Trump wprowadził kolejne taryfy celne na chińskie produkty o wartości 200 mld USD rocznego importu w wysokości 10% z założeniem, że stawki będą rosły do 25% na koniec roku (daje to czas na przeniesienie amerykańskich zakładów poza Chiny). Decyzja ta spotkała się odpowiedzią Pekinu w postaci nałożenia ceł na towary z USA o wartości 60 mld USD.
Trump nałoży cła na kolejne 267 mld USD importu z Chin
Choć wojna chińsko-amerykańska może nabrać jeszcze większego rozmachu, USA poinformowały bowiem, że jeśli Pekin zdecyduje się na odwet, Biały Dom rozpocznie trzecią fazę i nałoży cła na kolejne 267 mld USD importu z Chin, to jednak widać że inwestorzy powoli przekonują się, że konflikt pomiędzy największymi gospodarkami świata nie wywołuje tak dużych problemów, jakich się obawiano. Ponadto widać, że Państwo Środka ma mniej narzędzi do przeprowadzenia akcji odwetowych.
Obydwie decyzje inwestorzy przyjęli więc bez większych emocji. Wahania kursowe na rynku walutowym nie wykazywały znamion rosnącej awersji do ryzyka. Niemniej ustna wymiana gróźb i rosnąca niepewność przyszłości handlu chwilowo osłabiły złotego, jeszcze podczas handlu w Europie podnosząc kurs EUR/PLN nawet powyżej 4,304 przy EUR/USD notowanym w okolicach 1,17. Lokalnie lekko deprecjonujący wpływ na notowania złotego mogła mieć też wtorkowa publikacja danych z rynku pracy. Choć ten segment polskiej gospodarki nadal cechuje dobra kondycja, sierpniowe odczyty rozczarowały (zatrudnienie w przedsiębiorstwach wzrosło o 3,4% r/r, zaś wynagrodzenie zwiększyło się o 6,8% r/r). Po południu inwestorzy ponownie nabywali złotego co doprowadziło do spadku EUR/PLN do 4,285. PLN m.in. wspierał umacniający się forint po tym jak bank centralny Węgier poinformował, że jest gotowy do zaostrzania polityki w razie konieczności. Niemniej, w najbliższych dniach presja na złotego może powrócić, a w najlepszym wypadku EUR/PLN pozostawać powinien w trendzie bocznym. Ze względu na oczekiwane silniejsze notowania dolara do euro w perspektywie kolejnych miesięcy (z uwagi na solidne dane makro ze Stanów Zjednoczonych w połączeniu z kolejnymi podwyżkami stóp przez Fed) potencjał do wzrostu złotego wydaje się być ograniczony.
Autorzy: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski
Polska gospodarka osiągnęła szczyt w tym cyklu koniunkturalnym, w pierwszej połowie roku. Dynamika PKB przekroczyła 5 proc. – w drugim kwartale wyniosła 5,4 proc. Druga połowa roku będzie okresem nieco wolniejszego, ale wciąż bardzo solidnego wzrostu, średnio ok. 4,5 proc. Okazuje się też, że koniunktura w Polsce nie zareagowała na spowolnienie w Strefie Euro. Jest to zasługą bardzo mocnego popytu krajowego. Jego struktura będzie się zmieniać w najbliższym czasie. Mniejsze znaczenie będzie miała konsumpcja, a większe inwestycje.
– Przedsięwzięcia publiczne już zaczęły rosnąć w tempie ok. 30 proc. Ruszą także prywatne inwestycje, a przewidywany poziom ich rozwoju to 5-6 proc. Łącznie zapewni to wzrost PKB w 2018 roku na poziomie 4,8 proc., a w 2019 roku – 3,6-3,8 proc. – powiedział serwisowi eNewsroom Rafał Benecki, analityk ING Banku Śląskiego – Będzie to zasługą pogorszenia koniunktury w Strefie Euro, osłabienia wydatków konsumpcyjnych i niewystarczającego odbicia inwestycji.Chociaż to niższy wynik, to zbliżony do realnych możliwości – nadal stanowi niezłe tempo wzrostu gospodarczego. Zakłada się, że deficyt całego sektora finansów publicznych w tym roku wyniesie ok. 1,5 proc. PKB. Ten dobry wynik jest spowodowany po części poprawą dochodów, ściągalności podatków, ale także wolniejszego niż planowano postępu wydatków. W 2019 roku deficyt wzrośnie do ok. 3 proc. PKB. Pojawi się wolniejszy wzrost gospodarczy i trochę większe wydatki związane z finansowaniem projektów unijnych. Obietnice przedwyborcze obciążą głównie budżet na 2020 rok, a przyszłoroczny prawdopodobnie nie zostanie nimi dotknięty – wskazał Benecki.
Z najnowszych badań przeprowadzonych na próbie ponad 600 tys. serwisów WWW wynika, że 41% z nich odwiedzanych jest spoza terytorium Polski. Analizie poddano ponad 1 000 000 000 (1 miliard) zapytań przychodzących na serwery największego dostawcy usług hostingowych w Polsce, spółki nazwa.pl. Wyniki dają zupełnie nowy obraz tego, jak wygląda ruch w polskim Internecie i tego, na co powinien zwrócić uwagę rynek e-commerce. Okazuje się, że szybkość ładowania się stron WWW może mieć kluczowe znaczenie dla sukcesu w e-handlu.
Spośród 38,14 mln Polaków aż 78% korzysta z Internetu (29,75 mln).* Tym bardziej zaskakuje skala ruchu, na polskich serwisach, przychodzącego spoza granic naszego kraju. Jak wskazują wyniki analiz przeprowadzonych przez nazwa.pl, największą grupę użytkowników odwiedzających krajowe strony (21%) stanowią internauci pochodzący z Europy oraz mieszkańcy Ameryki Północnej (15%). Pozostałe lokalizacje generowały 5% ruchu na polskich serwisach. Dane te wyraźnie wskazują potencjał dla rynku e-commerce. Jednak, aby dokonać konwersji ruchu na ilość zamówień, należy zadbać o szybkość działania strony WWW, uwzględniając właśnie 41% potencjalnych klientów spoza Polski.
Analiza ruchu do polskich serwisów WWW przeprowadzona na podstawie 1 mld zapytań do 600 tys. domen.
W erze globalizacji korzystanie z usługodawcy hostingowego optymalizującego szybkość działania stron WWW, nie tylko w Polsce, ale również poza jej granicami, może przynieść realne zyski. W związku z tym, że aż 41% ruchu do stron WWW kierowane jest spoza Polski, wybór nieodpowiedniego dostawcy usług hostingowych może oznaczać utratę ponad 1/3 odwiedzin. Zbyt długie wczytywanie stron WWW może bowiem oznaczać rezygnację użytkowników z ich odwiedzenia. Z badań przeprowadzonych przez Google wynika, że strona ładująca się powyżej 5 sekund (w porównaniu do tej ładującej się 1 sekundę) traci blisko 40% konwersji, a współczynnik odrzuceń rośnie o ponad 100%.**
Krzysztof Cebrat, prezes zarządu nazwa.pl
Uzyskane wyniki potwierdzają wcześniejsze obserwacje dotyczące ilości zapytań do serwerów DNS Anycast nazwa.pl, gdzie również ponad 40% zapytań kierowane było spoza Polski.
Serwery DNS Anycast nazwa.pl, zlokalizowane w kilkunastu miastach na 6 kontynentach, przyspieszają działanie serwisów WWW obsługiwanych przez nazwa.pl o kilkanaście procent w stosunku do stron umieszczonych na serwerach innych dostawców.”
Niebagatelne znaczenie dla szybkości wczytywania się strony WWW ma również zapewnienie szybkiej transmisji danych na trasie od serwera do komputera użytkownika oraz odpowiednio dużej przepustowości łącza. Parametry takie można osiągnąć poprzez bezpośrednie połączenia pomiędzy operatorami internetowymi z pominięciem firm pośredniczących w transmisji. Połączenia takie realizuje się zazwyczaj przy użyciu łącz światłowodowych w niezależnych punktach wymiany ruchu.
Bezpośrednia wymiana ruchu w węzłach znajdujących się we Frankfurcie, Nowym Jorku (DE-CIX) czy Amsterdamie (AMS-IX), w których znajduje się infrastruktura nazwa.pl, spowodowała wzrost ilości wyświetleń stron WWW naszych Klientów wśród osób łączących się z Europy i USA. Jest to zrozumiałe, bo strony te działają teraz dużo szybciej, niezależnie od pory dnia.”
Ciekawym rozwiązaniem przyspieszającym ładowanie się serwisów WWW jest także technologia Content Delivery Network (CDN), czyli duży, rozproszony system dostarczania treści do wielu centrów danych i punktów wymiany ruchu w Internecie. Technologia ta wdrażana jest przez największych dostawców usług, zapewniając użytkownikom znacznie szybszy dostęp do danych zawartych na serwerach.
Powyższe dane, analizowane na bazie blisko 25% domen funkcjonujących w Polsce, jasno wskazują, że aby odnosić sukcesy, nie można ograniczać się tylko do rynku polskiego, ale należy zapewnić prawidłową obsługę również dla użytkowników łączących się spoza terytorium Polski. Kilkunastoletnia obecność Polski w Unii Europejskiej, wymiana handlowa z firmami w UE, emigracja zarobkowa i duża liczba podróżujących Polaków powoduje, że należy zadbać o to, aby serwis WWW był doskonale widoczny nie tylko w Polsce, ale i poza jej granicami.
Chiny i USA ponownie zaostrzyły politykę handlową, ale inwestorzy starają się rozgrywać wydarzenia z mentalnością szklanki do połowy pełnej. Na długo to nie wystarczy, ale przejściowo skutkuje realizacją zysków na strategiach korzystających z awersji do ryzyka. Akcje rosną, dług słabnie, USD traci, zyskują AUD i NZD. Risk-on.
Rynki finansowe dość szybko otrząsnęły się po ogłoszeniu przez USA i Chiny rozszerzania listy towarów objętych cłami importowymi. Nawet obserwujemy rajd ulgi ryzykownych aktywów i spieniężanie pozycji, które wcześniej były nastawione na zarabianie na eskalacji konfliktu. Osobiście uważam za trochę lekkomyślne wszelkie tłumaczenia przeskoczenia rynków w tryb risk-on. Możemy usłyszeć, że rynek oczekiwał ceł nałożonych przez USA w wysokości 25 proc., więc 10 proc. jest pozytywnym rozstrzygnięciem i niejako ukłonem w stronę Chin, by powrócić do rozmów. Jakby ignorowany był fakt, że od 1 stycznia 2019 r. mają zacząć obowiązywać wyższe cła 25 proc. Drugim tłumaczeniem jest niewspółmierna odpowiedź Chin, które cłami obejmą towary warte 60 mld USD (lista USA obejmuje 200 mld USD). Wątpię, aby globalni gracze byli tak nieoduczeni i nie wiedzieli, że całkowity eksport Chin do USA w 2017 r. wyniósł tylko 130 mld USD, przy czym 50 mld już w lipcu zostało objęte cłami. Chiny nie miały dużego pola manewru w działaniach odwetowych, ale i tak wczorajsza zapowiedź ceł rozsierdzi prezydenta Trumpa, który już wcześniej groził w takim wypadku objęciem cłami pozostałej części chińskiego importu wargo 267 mld USD.
Podsumowując, eskalacja wojen handlowych nie jest powodem do zadowolenia. Jednak reakcja rynków sugeruje, że po ostatniej wymianie przez pewien czas sprawa wojen handlowych przycichnie i daje to okazję do złapania oddechu. Pytanie, na jak długo?
Odwijanie strategii opartych o zaognianie sporów handlowych oznacza wyprzedaż USD na rzecz walut ryzykownych (m.in. AUD, NZD, CAD, NOK), odbicie rynków akcji i wyprzedaż bezpiecznych obligacji. Giełdy w Azji rosną dziś sponad 1 proc. i przyciągają pozytywny klimat na parkiety w Europie. Rentowności 10-latek USA wyszły ponad 3 proc., ale na teraz nie pomoże to wiele dolarowi, chyba że względem JPY, gdzie wrażliwość na zmiany na rynku długu powinna być największa. Gdy jednak wstępna euforia się wypali i na spokojne rynek zacznie analizować fundamenty, USD ma za sobą jastrzębi Fed, solidność danych makro i pewność tego, że jeśli znowu rynkiem wstrząśnie szok polityczno-gospodarczy, to wszyscy będą uciekać w dolara.
W środę kalendarz wydarzeń się rozkręca. Dane z Polski (produkcja przemysłowa, PPI) tradycyjnie nie są pozycją mogącą wpłynąć na złotego i przeszkodzić w umocnieniu na fali poprawy sentymentu zewnętrznego. W Wielkiej Brytanii prognozowany spadek CPI do 2,4 proc. z 2,5 proc. r/r wpisuje się w szacunki BoE i nie powinien wywołać negatywnych reakcji. GBP przede wszystkim pozostaje wrażliwy na informacje dotyczące negocjacji Brexitu, gdzie nadzieje są na pozytywne informacje, ale rozczarowania nie są do wykluczenia. Po południu po danych z rynku nieruchomości USA oczekuje się silnego odbicia rozpoczętych budów domów w sierpniu i utrzymania tempa wydawanych pozwoleń na budowę. Środa to też ważny dzień dla ropy naftowej w obliczu publikacji danych o zapasach. W nocy rynek zignorował dane API, według których w ubiegłym tygodniu zapasy ropy wzrosły o 1,25 mln baryłek, co kłóci się z prognozami przed dzisiejszym raportem DoE (-2,6 mln baryłek).
Ponad 2 mld zł w bankach i kilkaset milionów złotych długów pozakredytowych miały osoby, które ogłosiły upadłość konsumencką w okresie od 2015 r. do końca sierpnia 2018 r. – wynika z danych BIK i BIG InfoMonitor. Liczba upadłości rośnie. Po 8 miesiącach tego roku niewypłacalność ogłosiły już 4 234 osoby. Wkrótce ogłoszenie upadłości stanie się prostsze. Zakończyły się już konsultacje projektu ustawy, która pozwala skorzystać z upadłości każdemu, bez względu na to czy wpadł w problemy finansowe z powodów losowych czy podejmowania złych decyzji. Zmiany mają m.in. przyspieszyć procedurę upadłości i odciążyć sądy. Jednak skutki ustawy mogą być odwrotne od zamierzonych.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK, dane z MSiG
Kwota długów osób bankrutujących, widoczna w bazach BIK i BIG InfoMonitor, to po trzech latach i 8 miesiącach – 2,266 mld zł. Z pewnością w grę wchodzą dużo wyższe sumy, ale co piątej z 16 234 bankrutujących osób nie ma w żadnej z baz, a 28 proc. w chwili ogłaszania upadłości nie miało na koncie żadnego kredytu. Niektóre z nich z pewnością chętnie zadłużały się w firmach pożyczkowych, a część ich długów wobec firm windykacyjnych, nie zawsze była zgłaszana do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor.
W pierwszym roku obowiązywania zliberalizowanych przepisów, czyli w 2015 r. upadłość ogłosiło ponad 2,1 tys., rok później już ponad dwa razy więcej (4,4 tys.), a w ubiegłym roku niecałe 5,5 tys. W tym roku, po ośmiu miesiącach, liczba upadłości przekroczyła 4,2 tys., a w całym roku 2018 będzie ich ponad 6 tys.
Źródło: BIG InfoMonitor, BIK
Długi osób, które w tym roku ogłosiły upadłość, widoczne w bazach BIK i BIG InfoMonitor, wyniosły na koniec sierpnia blisko 490 mln zł. Bankrutujący posiadali 63 mln zł samych kredytów mieszkaniowych, 203,3 mln zł z kredytów konsumpcyjnych i mieszkaniowych jednocześnie oraz 184,4 mln zł wyłącznie kredytów konsumpcyjnych.
Dodatkowe ponad 38,8 mln zł stanowiły zobowiązania zgłoszone do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor, wśród których są m.in. kwoty wpisane przez firmy pożyczkowe, wyroki sądowe nakazujące zwrot długów, długi zgłoszone przez firmy windykacyjne, zaległe alimenty i długi wobec sądów.
Rekordzistka ma do oddania ponad 8 mln zł
– Przeciętna kwota długów w rejestrze BIG InfoMonitor to prawie 23 tys. zł, a kredytów widocznych w BIK wynosi 157 378 zł. Utrzymuje się trend w którym średnia długów kredytowych ta z roku na rok spada, co oznacza, że Polacy szybciej reagują i decydują się na upadłość, nie czekając biernie na dalszy wzrost zadłużenia. W pierwszym roku obowiązywania zliberalizowanych przepisów, długi kredytowe bankrutujących wynosiły prawie 240 tys. zł – mówi Sławomir Grzelczak.
Niższa średnia nie zmienia faktu, że wśród osób bankrutujących w tym roku, ponad 60 ma długi przekraczające milion złotych. Rekordzistka, 55-letnia kobieta z Mazowsza, nie jest w stanie spłacić 8,35 mln zł, na co złożył się m.in. kredyt mieszkaniowy. Kolejna osoba, 69-latek z Małopolski ma 4,3 mln zł długu. Na trzecim miejscu jest mieszkanka Wielkopolski. Ma 60 lat i 3,9 mln zł długu. Osób bankrutujących z milionowymi długami było jednak w poprzednich latach znacznie więcej, bo ok. 100.
Nie wszyscy jednak mają zobowiązania kredytowe. W tym roku nie miała ich co trzeci osoba, która ogłosiła upadłość. (32 proc.). Z kolei co piąta osoba (21 proc.) nie miała zobowiązań widocznych ani w BIK ani w BIG InfoMonitor.
Wciąż dominują kobiety, przybywa seniorów
Czwarty rok obowiązywania zliberalizowanej ustawy o upadłości konsumenckiej nie zmienia relacji płci, wśród ogłaszających niewypłacalność. Wciąż dominują kobiety i jest ich obecnie ponad 55 proc.
Jeśli chodzi o wiek, to niemal co czwarty bankrut ma między 36 a 45 lat. Niewiele mniejsza jest reprezentacja osób od 56 do 65 roku życia. Uwagę zwraca fakt, że już wśród osób stosunkowo młodych – w wieku od 26 do 34 lat, upadłość jest prawie tak popularna jak w grupie wiekowej 46-55 lat. W tegorocznym gronie bankrutujących jest też 124 seniorów, którzy ukończyli już 75 lat. Dwóch z nich miało 90 lat, a jeden 92 lata. Udział seniorów systematycznie rośnie. W 2015 r. stanowili oni 1,5 proc. wszystkich bankrutów, teraz jest to prawie dwa razy więcej. W mniejszym stopniu, ale przybywa też upadłości po 66 roku życia. Cztery lata temu udział osób między 66 a 75 rokiem życia wynosił niecałe 9 proc., a dziś dochodzi do 14 proc.
Mazowsze na czele
Zdecydowana większość osób, które ogłosiły upadłość w 2018 r., to mieszkańcy woj. mazowieckiego. Z tego regionu pochodzi co piąty bankrutujący (876 osób) i jak wynika ze statystyk, ma on średnio wyższy dług niż niewypłacalni w innych częściach Polski. Na Mazowsze przypada bowiem niemal 30 proc. ogólnej kwoty długów (prawie 144 mln zł). Na drugim miejscu znajduje się województwo śląskie. Mieszka tam co ósma osoba ogłaszająca niewypłacalność, ale wypada na nich „jedynie” jedna dziesiąta długów zidentyfikowanych w bazach BIK i BIG InfoMonitor. W kolejnych regionach: Małopolsce, Wielkopolsce, na Dolnym Śląsku i w woj. kujawsko-pomorskim na upadłość zdecydowało się średnio po ok. 300 osób. Najrzadziej z instytucji upadłości konsumenckiej korzystali w tym roku mieszkańcy ziem lubelskiej i lubuskiej. W latach poprzednich geograficzny rozkład upadłości na mapie Polski, był podobny. Stopniowo maleje jednak rola Mazowsza, a na wyższe pozycje wspinają się powoli województwa opolskie, świętokrzyskie i podkarpackie.
Nadchodzą rewolucyjne zmiany w dostępie do upadłości
Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało nowelizację ustawy regulującej upadłość konsumencką. Projekt przeszedł już etap konsultacji, obecnie jest w trakcie opiniowania i jak zapowiada przedstawiciel resortu sprawiedliwości, jeśli wszystko pójdzie dobrze, to na początku 2019 r. nowe przepisy wejdą w życie. Zmiany są rewolucyjne. – Zgodnie z projektem, sąd na wstępnym etapie rozpoznawania wniosku o upadłość nie będzie już badał przyczyn niewypłacalności pod kątem umyślnej winy dłużnika, co ma miejsce w obecnym stanie prawnym. Po uchwaleniu proponowanych zmian, do ogłoszenia upadłości wystarczy już samo ustalenie stanu niewypłacalności – tłumaczy radca prawny Joanna Podczaszy, doktor Uniwersytetu Wrocławskiego zajmująca się tematem upadłości konsumenckiej. Nie będzie miało znaczenia czy niewypłacalność jest wynikiem wyjątkowych, niezawinionych okoliczności czy też zaniedbania lub umyślnych zachowań. Dodatkowo z upadłości konsumenckiej będą mogły również skorzystać osoby prowadzące działalność gospodarczą
Sposób dojścia do ślepej finansowej uliczki nie będzie jednak sądowi obojętny. Osoba, która zbankrutowała z powodów od siebie niezależnych, tak jak dopuszcza to obecna ustawa, będzie miała, ustalany plan naprawczy, trwający maksymalnie trzy lata. Gdy w grę będzie wchodziła upadłość z powodu niedbalstwa dłużnika, plan spłaty może trwać od 4 do 7 lat. Oczywiście będzie on ustalany dla osób, które są w stanie częściowo spłacić swoje długi. W przypadku braku takich perspektyw, możliwe będzie całkowite umorzenie zobowiązań. – Obecnie w większości postępowań w ogóle nie jest ustalany plan spłaty i po zakończeniu postępowania upadłościowego sąd wydaje postanowienie o umorzeniu długów upadłego. Nie bez znaczenia jest również fakt, że kwoty przewidziane w planie spłaty są najczęściej bardzo symboliczne, czasami kilkanaście złotych dla jednego wierzyciela, dlatego oprócz elementu wychowawczego dla dłużnika, nie realizują żadnego celu ekonomicznego – dodaje Joanna Podczaszy.
Nowością będzie natomiast warunkowe umorzenie zobowiązań w sytuacji, gdy niemożność spłaty wierzycieli nie ma charakteru trwałego. Umorzenie zobowiązań upadłego w tym trybie stanie się ostateczne, jeżeli w terminie 7 lat od dnia uprawomocnienia się postanowienia o warunkowym umorzeniu zobowiązań bez ustalania planu spłaty, żaden z wierzycieli nie złoży wniosku o ustalenie planu spłaty wierzycieli. – Projektowana zmiana przyczyni się do zapobiegania sytuacjom, gdy zbyt pochopnie dochodzi do umorzenia zobowiązań upadłego, bez konieczności wykonywania planu spłaty, a tym samym w takich przypadkach nie zostaje zrealizowana funkcja windykacyjna i wychowawcza postępowania upadłościowego – komentuje prawniczka.
Możliwe też porozumienie zamiast upadłości
Kolejną zmianą, jaką przewiduje projekt nowelizacji obecnych przepisów jest wprowadzenie możliwości zawarcia porozumienia z wierzycielami. Dłużnik będzie mógł skorzystać z porozumienia z własnej inicjatywy, bez uprzedniego składania do sądu wniosku o upadłość lub po złożeniu wniosku o ogłoszenie upadłości. Jeśli sąd uzna, że dłużnik ma szansę na porozumienie z wierzycielami, będzie mógł wstrzymać rozpoznanie wniosku o upadłość na okres do czterech miesięcy. W zawarciu ugody pomoże doradca restrukturyzacyjny.
Projekt zmian przepisów o upadłości konsumenckiej przygotowany przez Ministerstwo Sprawiedliwości zawiera również szereg innych zmian, które z założenia mają usprawnić i ulepszyć procedurę upadłościową. Z uwagi na dalszą liberalizację przepisów z zakresu upadłości konsumenckiej, można prognozować, iż utrzymana zostanie tendencja wzrostowa, a wniosków o ogłoszenie upadłości konsumenckiej będzie z roku na rok coraz więcej, co jak wskazują przedstawiciele doktryny oraz praktycy może mieć odwrotny skutek od zamierzonego. – Sędziowie wydziałów upadłościowych przewidują, że po wejściu w życie znowelizowanych przepisów lawinowo przybędzie spraw niewypłacalnych konsumentów, co spowoduje paraliż wydziałów upadłościowych. W efekcie, z jednej strony dojdzie do przewlekłości tych postępowań, a z drugiej strony będzie miało wpływ na jakość procedowania w sprawach upadłościowych przedsiębiorców i w postępowaniach restrukturyzacyjnych firm – podkreśla Joanna Podczaszy.
Co to jest upadłość konsumencka?
Obecnie upadłość konsumencka to postępowanie sądowe przewidziane dla osób fizycznych, nieprowadzących działalności gospodarczej. Mogą z niej korzystać osoby, które stały się niewypłacalne – nie mają pieniędzy na bieżące rachunki, zakup artykułów codziennego użytku oraz spłatę kredytów czy pożyczek. W kłopoty wpadły ze względów losowych. Ogłoszenie upadłości konsumenckiej oznacza utratę wszystkiego, co się posiada. Prawo przewiduje jedynie wydzielenie ogłaszającemu bankructwo kwoty na wynajem mieszkania na okres od 12 do 24 miesięcy. W wyjątkowych okolicznościach w grę wchodzi zachowanie nieruchomości, ale pod warunkiem, że zgodzą się na to wierzyciele. Ogłaszający upadłość ma obowiązek wykonywania zatwierdzonego przez sąd planu spłaty wierzycieli, który może być realizowany do 36 miesięcy. W tym czasie nie można rozporządzać majątkiem w sposób, który mógłby zagrozić realizacji planu spłaty wierzycieli, np. zaciągać kredytów czy wyprzedawać majątku. Upadłość konsumencka nie umarza alimentów ani rent odszkodowawczych, sądowych kar grzywny i obowiązku naprawienia szkody oraz zadośćuczynienia za wyrządzone krzywdy.
W ciągu pierwszych sześciu miesięcy tego roku Globalworth, wiodący inwestor nieruchomości biurowych w Europie Środkowej i Wschodniej, zwiększył rozmiar swojego portfolio w Rumunii i Polsce do 920,000 mkw. powierzchni najmu brutto. Wartość portfela firmy wzrosła do 2,1 mld euro, na co składają się aktywa o wartości 1,2 mld euro w Rumunii i prawie 1 mld euro w Polsce. Przychód operacyjny netto (NOI) Globalworth wzrósł do 51,7 mln euro, co stanowi 135% wzrost w porównaniu do pierwszej połowy ubiegłego roku. Wynik ten jest rezultatem wejścia na polski rynek i ciągłego rozwoju na rynku rumuńskim.
Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth
„Działania Globalworth w 2018 roku stoją pod znakiem dużej dynamiki, co jest rezultatem strategicznej ekspansji firmy w Polsce. Zamykając dwie z pięciu największych dotychczasowych transakcji biurowych tego roku na polskim rynk
u, w ciągu sześciu miesięcy staliśmy się tam największym inwestorem biurowym. Chcąc wykorzystać sprzyjającą koniunkturę, w dalszym ciągu oceniamy kolejne możliwości inwestycyjne wpisujące się w nasz ambitny cel, aby utwierdzić pozycję Globalworth jako wiodącego, instytucjonalnego właściciela powierzchni biurowych w regionie CEE w ramach naszego portfolio w Rumunii i Polsce. Chcemy nadal być partnerem pierwszego wyboru dla szerokiej gamy prestiżowych najemców, którzy są już obecni w regionie lub też starają się tutaj rozwinąć swój biznes”, komentuje Dimitris Raptis, Zastępca Dyrektora Generalnego oraz Dyrektor ds. Inwestycji w Globalworth.
W trakcie pierwszej połowy tego roku firma zainwestowała łącznie 276,2 mln euro zarówno w kolejne akwizycje, jak i strategię rozwoju. W Rumunii firma przejęła trzy działki pod przyszłe inwestycje biurowe w Bukareszcie. Dwie z nich znajdują się w Centralnym Obszarze Biznesu, natomiast trzecia znajduje się na Preciziei Boulevard, w bezpośrednim sąsiedztwie projektu Renault Bukareszt Connected w zachodniej części miasta. W Polsce, portfolio Globalworth poszerzyło się poprzez zakup trzech budynków biurowych w najważniejszych miastach Polski – w Krakowie (Quattro Business Park), w Warszawie (Warta Tower) i we Wrocławiu (West Link). W lipcu, firma nabyła kolejny budynek – warszawski Spektrum Tower.
Co więcej, firma ogłosiła zakończenie budowy Tower 2, projektu będącego częścią Globalworth Campus w Bukareszcie oraz rozpoczęcie budowy projektu Tower 3, oferującego 34 800 mkw. Jego budowa zakończy się w IV kw. przyszłego roku. Jednocześnie, realizacja inwestycji joint-venture Renault Bucharest Connected, oferującej 42 300 mkw., przebiega bardzo pomyślnie, a zakończenie budowy jest zaplanowane na I kw. 2019 roku.
Ponadto, Globalworth sfinalizowało umowy wynajmu lub ekspansji na 60 500 mkw. powierzchni handlowej w Rumunii i Polsce, dzięki czemu na dzień 30 czerwca 2018 r. aż 879 300 mkw. z portfela firmy jest już wynajęte lub zabezpieczone wstępnymi umowami najmu. Globalworth ma już w swoim portfolio 510 najemców, z których ponad 77% stanowią międzynarodowe firmy. Poziom wynajmu obecnego portfela firmy wynosi 95%.
Wyniki finansowe Globalworth za I połowę 2018 r. włączają wypuszczenie drugiej transzy obligacji na giełdę w Bukareszcie i Irlandii o łącznej wartości 550 mln euro.
Tak jak się to działo przez wiele lat, tak i w tym roku IBM zaprezentował swoją listę 5-in-5. Obejmuje ona 5 przełomowych innowacji, które mogą kompletnie zmienić oblicze ludzkiej pracy czy życia. Poprzez publikację raportu IBM chce zwrócić uwagę na to, jak technologia wpływa na różne aspekty życia i skłonić do zastanowienia się nad sposobami jej jak najlepszego wykorzystania.
Wymienione w nim technologie nie pochodzą z obszaru futurologii, ale są już rozwijane. Tegoroczny raport przewiduje, że w ciągu najbliższych pięciu lat zostaną wprowadzone rozwiązania utrudniające podrabianie produktów (m.in. dóbr luksusowych), sztuczna inteligencja będzie wyrażać bardziej wyważone opinie, komputery kwantowe staną się chlebem powszednim dla zwykłych ludzi, kodowanie oparte na algebrze krat pozwoli lepiej zabezpieczyć dane, a oparte o AI mikroskopy przyczynią się do lepszej ochrony oceanów.
Jarosław Szymczuk, Dyrektor Generalny, IBM Polska i Kraje Bałtyckie
„Ogłoszona dzisiaj lista pięciu innowacji wskazuje na kierunki rozwoju nauki, które w istotny sposób wpłyną na życie ludzi i otaczający nas świat w przyszłości. Już dziś widzimy, że era komputerów kwantowych wchodzi w decydującą fazę rozwoju, a sztuczna inteligencja coraz sprawniej wspiera człowieka w jego działaniach” – mówi Jarosław Szymczuk, Dyrektor Generalny, IBM Polska i Kraje Bałtyckie. „Znajdujemy się w bardzo ważnym momencie, w którym dokonuje się kolejny, technologiczny przełom, a co za tym idzie otwierają się dla nas nieznane jak dotąd przestrzenie poznania i nowe możliwości” – dodaje.
Najmniejszy komputer świata. Blockchain i kotwice kryptograficzne potwierdzą autentyczność produktów
Podrabianie produktów to problem i dla biznesu, i dla konsumentów, tym bardziej, że koszty oszustw na świecie sięgają kwot rzędu 600 mld dolarów rocznie. I nie chodzi tu wyłącznie o podrabiane produkty luksusowe, pieniądze czy sprzęt elektroniczny, ale też o znacznie poważniejsze rzeczy, bowiem do Afryki trafiają na przykład sfałszowane testy na malarię czy leki. Aby temu zapobiec, IBM rozwija tzw. kotwice kryptograficzne, które będą odgrywać rolę swoistego odcisku palca na każdym z produktów. Będą one mogły być osadzone na każdym produkcie mającym postać stałą, a następnie podłączone do łańcucha blockchain, który uniemożliwi manipulacje w kodach kotwic. IBM pracuje również nad rozwiązaniami mającymi zapewnić autentyczność produktów w stanie ciekłym tak, aby mieć pewność, że to, co jest sprzedawane jako butelka Bordeaux z 1982 roku, nie jest w istocie tegorocznym Beaujolais.
Kodowanie oparte na algebrze krat powstrzyma hakerów
Rozwój komputerów kwantowych to z jednej strony ogromny krok ku nowym technologiom, jednak dzięki swojej szybkości mogą się one znacznie przyczynić do wzmożenia ataków hakerskich. Aby tego uniknąć, IBM obecnie pracuje nad stworzeniem tzw. kodowania opartego na algebrze krat, dzięki któremu wszelkie dane będą mogły być szyfrowane w skomplikowanych strukturach algebraicznych nazywanych kratami.
Szyfrowanie oparte na kratach matematycznych nie służy jednak wyłącznie do ochrony przed szkodliwym wykorzystaniem komputerów kwantowych, jest ono bowiem podstawą innej technologii kodowania nazywanej Pełnym Szyfrowaniem Homomorficznym. Pozwala ono nie tylko na szyfrowanie przechowywanych oraz przesyłanych danych, ale również tych, na których się aktualnie pracuje. Dzięki temu używane w danej chwili pliki, które są najbardziej narażone na ataki hakerskie, również mogą pozostawać zaszyfrowane, będąc jednocześnie w stanie edycji.
Mikroskopijna sztuczna inteligencja pomoże chronić morza i oceany
Przewiduje się, że do roku 2025 ponad połowa światowej populacji będzie borykała się z problemem niedoboru wody. To wyzwanie wymaga od naukowców zebrania danych o stanie jakości oceanów, jezior i rzek. Jednym ze sposobów jest badanie planktonu, który służy jako pokarm dla wielu gatunków morskich. Te z kolei są źródłem białka dla ponad miliarda ludzi na świecie, dlatego tak ważne jest utrzymanie wód w czystości.
Niestety analiza planktonu jest bardzo trudna. Dlatego, aby umożliwić jego badania w środowisku naturalnym, IBM zaczął budowę robotów-mikroskopów opartych o mechanizmy sztucznej inteligencji. Będą one połączone z chmurą i rozmieszczone w wodach na całym świecie, aby stale monitorować ruch planktonu w trzech wymiarach. Informacje zdobyte dzięki nim pozwolą lepiej zrozumieć zachowania planktonu, jak np. jego reakcje na zmiany w otoczeniu, począwszy od temperatury, a skończywszy na wylewach ropy etc. W przyszłości tego typu mechanizmy pozwolą na zbieranie w czasie rzeczywistym informacji dotyczących jakichkolwiek negatywnych zjawisk zachodzących w wodach, aby móc podejmować natychmiastowe działania zapobiegawcze.
Wzorce zachowań dla sztucznej inteligencji
Sztuczna inteligencja chłonie tyle danych i tylko takie dane, jakie jej dostarczymy. Wśród nich mogą znaleźć się takie, które są nacechowane negatywnie i zawierają uprzedzenia rasistowskie, płciowe czy ideologiczne. Dlatego też IBM opracowuje metodologię, za pomocą której będzie można zredukować skalę i stopień uprzedzeń, jakimi sztuczna inteligencja jest już obarczona, a także może się poddać
z dopiero co dostarczonego zestawu danych.
Komputery kwantowe wejdą do mainstreamu
Obecnie dostęp do komputerów kwantowych mają głównie naukowcy w laboratoriach badawczych, jednak w ciągu najbliższych pięciu lat staną się one wszechobecne. Kolejne grupy ludzi zaczną używać komputerów kwantowych do rozwiązywania problemów, z którymi dotychczas nie mogli się zmierzyć. Będą one dostępne na uniwersytetach, a także do pewnego stopnia w szkołach średnich na zajęciach z informatyki, chemii, a nawet biznesu. Dzięki temu uczniowie będą mogli zapoznawać się z tymi systemami jeszcze przed podjęciem ostatecznej decyzji co do wyboru kierunku studiów, a to z kolei pozwoli im na obranie ścieżki zawodowej w dotychczas mało znanym obszarze. Powstanie także nowe środowisko programistów, którzy obok klasycznych algorytmów, będą się uczyć również na temat tych kwantowych.
Dzięki temu rozpocznie się era komercjalizacji komputerów kwantowych, a w ciągu pięciu najbliższych lat wiele gałęzi przemysłu dostrzeże zalety ich wykorzystania obok zwykłych komputerów.
Lista 5 innowacji została ogłoszona w trakcie konferencji IBM THINK Warsaw 2018, spotkania dla wszystkich chcących porozmawiać z największymi wizjonerami i ekspertami rynku IT, szukających, inspiracji, wiedzy i innowacji.
W trwającej debacie nad zmniejszeniem emisji dwutlenku węgla przez nowo produkowane samochody po 2021 roku, Związek Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych, członek Konfederacji Lewiatan, uważa że już bardzo kosztowne, ale realistyczne, jest obniżenie emisji CO2 o 20 proc. do roku 2030. Przyspieszenie tempa zmniejszania emisji dwutlenku węgla może zagrozić europejskiej i polskiej branży motoryzacyjnej.
– Zbyt ambitne cele bez rozsądnych okresów przejściowych zagrażają dalszemu rozwojowi polskiego przemysłu motoryzacyjnego i mogą wręcz spowodować jego kurczenie się, z negatywnymi konsekwencjami społeczno-ekonomicznymi – mówi Paweł Wideł, prezes Związku Pracodawców Motoryzacji i Artykułów Przemysłowych.
Branża motoryzacyjna uważa, że zmniejszenie emisji dwutlenku węgla o 20 proc. dla samochodów osobowych jest możliwe do osiągnięcia przy wysokich, ale akceptowalnych kosztach. Jednakże cel redukcji CO2 w segmencie lekkich pojazdów dostawczych powinien być znacząco niższy niż dla samochodów osobowych. Dla segmentu lekkich samochodów dostawczych musimy wziąć pod uwagę dłuższe cykle rozwoju pojazdów, ograniczone możliwości poprawy aerodynamiki z powodu wymogów funkcjonalnych, inne wymagania dotyczące ładowności, niższy potencjał elektryfikacji, szczególnie w segmencie większych samochodów dostawczych i wysoką wrażliwość cenową. W Polsce, przy konieczności podtrzymywania silnego wzrostu gospodarczego i niższego poziomu zamożności, zbyt ambitne cele dla lekkich samochodów dostawczych mogą mieć negatywny wpływ na przedsiębiorstwa, w tym MŚP i zatrudnienie pracowników.
Polski przemysł motoryzacyjny z zadowoleniem przyjmuje propozycje systemu wspomagającego wprowadzanie na rynek pojazdów z napędem alternatywnym, jednakże pod warunkiem, że zaoferuje się pozytywne bodźce, bez kar za nieodpowiedni poziom wprowadzania na rynek pojazdów nisko- i zero-emisyjnych.
Zdaniem Związku, należy dokonać przeglądu systemu wspomagania pojazdów emitujących mniej niż 50 g CO2/km. Pozwoli to na lepsze uznanie wkładu innych technologii, w szczególności pojazdów hybrydowych podłączanych do sieci (PHEV). Wsparcie dla samochodów typu PHEV ma też pozytywny kontekst społeczny i ekonomiczny – wprowadzając efektywnie elektryfikację transportu, pozwala na zachowanie w okresie przejściowym do nowych technologii tradycyjnych miejsc pracy w zakładach produkujących silniki spalinowe i skrzynie biegów.
Dotychczasowy Bank Zachodni WBK działa już pod nową nazwą – Santander Bank Polska. Zmiana objęła również wszystkie spółki z grupy kapitałowej banku. Nowa identyfikacja wizualna jest już widoczna w bankowości internetowej i mobilnej. Zmieniło się również oznakowanie placówek i oddziałów. Bank podkreśla jednak, że rebranding nie wiąże się z żadnymi komplikacjami dla dotychczasowych klientów, a pod marką Santander Bank Polska chce mocniej kojarzyć się z nowoczesnością i innowacjami.
– Chcemy połączyć siłę lokalnej organizacji i globalnej marki. Poza tym mocno skupimy się na młodych klientach, oczekujących rozwiązań cyfrowych na najwyższym poziomie. To ma być nasza przewaga konkurencyjna – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Artur Sikora, dyrektor Obszaru Komunikacji, Marketingu i Zarządzania Jakością w Santander Bank Polska.
7 września – wraz z wpisem do Krajowego Rejestru Sądowego – dotychczasowy Bank Zachodni WBK zmienił nazwę na Santander Bank Polska SA. Zmiana brandu jest naturalna, ponieważ bank już od 2011 roku jest częścią hiszpańskiej grupy Santander (największej w strefie euro pod względem kapitalizacji rynkowej i jednej z największych na świecie). Nowe logo i identyfikacja wizualna Santander Bank Polska są już widoczne w bankowości internetowej i mobilnej. W miniony weekend zmieniło się również oznakowanie większości placówek i oddziałów, a w telewizji, prasie oraz internecie wystartowała kampania informacyjna.
– Zaczynamy od dwóch spotów wizerunkowych, opierając się na filarach najważniejszych dla polskich konsumentów, czyli bezpieczeństwie i innowacyjności. Kolejne będą dotyczyły już konkretnych produktów i rozwiązań dla klientów. Będą to m.in. przelewy natychmiastowe czy e-księgowość dla klientów z sektora małych i średnich firm – mówi Artur Sikora.
Emocjonalna narracja, klient w centrum uwagi, Łukasz Nowicki jako ambasador marki – te elementy kampanii wprowadzą nową markę, zapewniając jak największe poczucie bezpieczeństwa i kontynuacji. Bank będzie nadal prezentował swoją markę jako pełną empatii i zrozumienia, która zamiast mówić o sobie, mówi o tym, co ważne dla odbiorcy. Nowym elementem jest płomień, ikona obecna w logo. Bank chce pokazać, jak ważny jest to dla marki symbol i jak jego znaczenie współgra z filozofią Santandera.
Od ubiegłego tygodnia nowe nazwy mają również wszystkie spółki zależne z grupy kapitałowej banku, m.in. Santander Towarzystwo Funduszy Inwestycyjnych SA, Santander Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń SA i Santander Leasing SA. Pod nową marką Santander Bank Polska chce zachować lokalny charakter, ale mocniej kojarzyć się z nowoczesnością i innowacjami. Zamierza również elastyczniej dopasowywać się do potrzeb klientów i zmian rynkowych – zwłaszcza w obszarze digitalizacji. Ostatnio w ramach projektów grupy wdrożone zostały już szybkie przelewy międzynarodowe bazujące na technologii blockchain (Santander One Pay FX). Jako jeden z pierwszych w Polsce Santander Bank wprowadził też do oferty opcję Apple Pay i Garmin Pay. W efekcie klienci mają w tej chwili dostęp do wszystkich dostępnych na rynku metod płatności mobilnych i zbliżeniowych.
Artur Sikora podkreśla, że bank już od 2013 roku konsekwentnie pracował nad rozpoznawalnością marki Santander w Polsce, wprowadzając w pierwszej kolejności do logo Banku Zachodniego WBK „belkę” z logo Grupy Santander.
– Tradycją jest, że banki, które wchodzą do rodziny Santander, dość szybko przyjmują to „nazwisko rodowe”. Natomiast sytuacja w Polsce była odmienna – my mieliśmy bardzo silną, ugruntowaną markę. Od momentu wejścia do grupy regularnie badaliśmy sentyment klientów, rozpoznawalność zarówno naszą, jak i marki Santander. Od 2013 roku, kiedy zdecydowaliśmy się na wdrożenie podwójnego logo, ta świadomość rosła. Czekaliśmy na właściwy moment, a przeprowadzone przez nas badania potwierdziły, że obecnie marka Santander jest już mocno osadzona w świadomości klientów. Uznaliśmy więc, że to najlepszy moment na kolejny krok w ewolucji naszego brandu – mówi Artur Sikora.
Elementem wspierającym zmianę nazwy oraz logo było również zaangażowanie Grupy Santander w sponsoring Champions League UEFA, co będzie znaczącym narzędziem marketingowym w utrwalaniu rozpoznawalności marki Santander również na naszym rynku.
– Finał Ligi Mistrzów jest najchętniej oglądanym widowiskiem sportowym na świecie, przyciągającym 160 mln widzów. Oglądalność samej Ligi Mistrzów to jest 3,6 mld widzów na całym świecie, więc to też bardzo pomaga nam w budowaniu świadomości marki. Naszą ambicją jest stworzenie swoistej mody na markę Santander w Polsce – mówi dyrektor Obszaru Komunikacji, Marketingu i Zarządzania Jakością Santander Bank Polska.
Kozienice, Działdowo i Rawa Mazowiecka to miasta, w których wydatki mieszkańców na usługi komunalne są najniższe. Na przeciwległym biegunie znalazły się Rybnik, Mysłowice i Tarnowskie Góry – wynika z rankingu firmy doradczej Curulis, która przeanalizowała wysokość opłat za wodę i odprowadzanie ścieków, wywóz odpadów, komunikację publiczną i podatek od nieruchomości w głównych miastach Polski. Zestawienie pokazuje duże dysproporcje pomiędzy małymi a średnimi miastami oraz pomiędzy wschodnią a zachodnią częścią kraju, gdzie koszty usług komunalnych dla gospodarstw domowych są zdecydowanie najwyższe.
– Wydatki komunalne obciążają budżety rodzinne na poziomie od 1,3 tys. do blisko 4 tys. zł w skali roku. Mówimy tutaj o przeciętnej czteroosobowej rodzinie w modelu 2+2. Ponosi ona określone wydatki na wodę, ścieki, podatek od nieruchomości, komunikację publiczną, opłaty za odbiór odpadów, a także na strefy płatnego parkowania. Pod tym kątem zbadaliśmy miasta powiatowe i określiliśmy szacunkowo, jak statystycznie rozkłada się taka zależność – mówi agencji Newseria Biznes Hubert Goska, główny ekonomista w Curulis – Doradztwo Samorządowe.
Liderem rankingu zostały Kozienice z wynikiem nieco przekraczającym 1,3 tys. zł, natomiast najniżej uplasowały się Tarnowskie Góry, gdzie łączne wydatki na usługi komunalne w skali roku przekroczyły 3,9 tys. zł. Dysproporcja pomiędzy najtańszym a najdroższym miastem wyniosła więc prawie 2,6 tys. zł, co świadczy o różnych strategiach zarządzania przyjętych przez miasta w zakresie tych samych usług.
Zestawienie pokazało również, że wysokość wydatków komunalnych jest uzależniona od wielkości miasta. W średnich, liczących od 100 do 200 tys. mieszkańców, takich jak Rybnik, Zabrze, Chorzów czy Dąbrowa Górnicza, wydatki są najwyższe. Natomiast najniższe koszty występują w małych miastach, w których liczba ludności nie przekracza 50 tys.
– Daje się również zauważyć wyraźne zróżnicowanie pomiędzy wschodnią a zachodnią ścianą Polski. Na zachodzie wydatki mieszkańców na usługi komunalne są zdecydowanie wyższe, podczas gdy w województwach podlaskim, lubelskim, mazowieckim czy warmińsko-mazurskim są one niższe. Szczególnym przypadkiem jest województwo śląskie, które okazało się najdroższe w całym kraju. Wynika to zapewne z wysokiego stopnia urbanizacji i dość dużych nakładów inwestycyjnych, które zostały początkowo poczynione i w tej chwili są amortyzowane, co ma odzwierciedlenie w cenach usług komunalnych – mówi Hubert Goska.
Główny ekonomista Curulis ocenia, że rozbieżności pomiędzy wschodem a zachodem kraju wynikają z dwóch elementów. Pierwszym są nakłady inwestycyjne, które zachodnie województwa mają już za sobą. Natomiast te położone na wschodzie kraju są dopiero w trakcie ich realizowania. Niewykluczone więc, że i w tej części Polski wydatki na usługi komunalne w przyszłości wzrosną. Druga składowa to decyzje na poziomie władz samorządowych, podejmowane przez burmistrzów i prezydentów, którzy decydowali o określonych parametrach kalkulacji usług, co przełożyło się na ich ceny.
– Wydatki powinny być zoptymalizowane. Badanie pokazuje jednak, że nie w każdym przypadku ma to miejsce. Rozbieżności sięgające 2,6 tys. zł pomiędzy najtańszym a najdroższym samorządem pokazują, że podjęte decyzje nie zawsze odzwierciedlały najlepsze możliwe rozwiązania dla mieszkańców – ocenia Hubert Goska.
Jak podkreśla, władze samorządowe mają możliwość optymalizacji wydatków komunalnych dzięki inwestycjom i racjonalnym decyzjom. W przypadku wody czy ścieków mogą też stosować systemy dopłat dla mieszkańców.
– Takie dopłaty, które również braliśmy pod uwagę, są ulgą dla mieszkańców i część samorządów jak najbardziej je stosuje, dzięki czemu osiągnęła lepsze wyniki. Część miast zdecydowała się także na darmową komunikację publiczną i miało to korzystny wpływ na ich pozycję w rankingu – mówi Hubert Goska.
Z rankingu wynika, że przeciętna polska rodzina, która mieszka w mieście powiatowym, w skali roku wydaje najwięcej na wodę i ścieki (średnio 47 proc. wszystkich wydatków komunalnych) oraz komunikację publiczną (31 proc.) i wywóz odpadów (18 proc.). Natomiast podatek od nieruchomości i opłaty za parkowanie stanowią tylko nieznaczny odsetek kosztów.
Zestawienie pokazuje, że miasta, w których wydatki mieszkańców na usługi komunalne, są najniższe, to Kozienice, Działdowo i Rawa Mazowiecka, Giżycko i Jawor. Na przeciwległym biegunie znalazły się Zabrze, Nowy Dwór Gdański, Rybnik, Mysłowice i Tarnowskie Góry.
Ranking wydatków na usługi komunalne powstał poprzez oszacowanie rocznych kosztów, które obciążają gospodarstwa domowe w pięciu obszarach: zaopatrzenia w wodę i odprowadzania ścieków, odbioru odpadów, komunikacji publicznej oraz stref płatnego parkowania. W celu ich oszacowania eksperci skonstruowali model przeciętnej rodziny, uwzględniający średnie zużycie wody i ścieków, powierzchnię mieszkania czy częstotliwość korzystania z komunikacji miejskiej i wyjazdów samochodem do centrum miasta. Analizą objęto łącznie 339 jednostek samorządowych.
Dla młodych Polaków pasje i ich realizacja są bardzo ważne. Jak wynika z badań przeprowadzonych dla ING, pieniędzy przeznaczonych na ten cel młodzi nigdy nie żałują, w przeciwieństwie do wydatków na ubrania, kosmetyki czy imprezy. ING Bank Śląski i platforma crowdfundingowa Patronite chcą wspierać ludzi z pasją na drodze do sukcesu. W ramach wspólnej kampanii „Najlepiej robić swoje” najlepsi pasjonaci mają szansę dostać 10 tys. zł na realizację wymarzonych projektów.
– Wierzymy, że pasja jest jedną z najważniejszych rzeczy w życiu, że jest zdolna przenosić góry i motywować nas do osiągania wielkich celów. Ważne, żeby tę pasję wspierać i szukać tego wsparcia pośród mecenasów – czy to indywidualnych, czy biznesowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Leksiński z Patronite.
Jak wynika z raportu „ING Leon. Generation & Banking Audit”, pieniądze są dla młodych niezwykle ważne. Stanowią one środek do rozwoju i realizacji marzeń. Młodzi przyznają, że często żałują spontanicznych wydatków na ubrania, kosmetyki czy imprezy, ale za to pieniądze wydawane w czasie podróży i na realizację pasji już ich nie bolą. Oba te cele określają jako inwestowanie w siebie.
– Wspieramy ludzi w samorealizacji, dostarczamy narzędzi finansowych do podejmowania mądrych decyzji. Młodzi ludzie są bardzo aktywni, mają pasje i marzenia, które nie zawsze są rozumiane przez starszych, czasami są to pasje bardzo nietypowe. Zachęcamy ich do odwagi, do tego, by podejmowali wyzwania i starali się realizować swoje marzenia. Z drugiej strony, wierzymy, że jesteśmy w stanie zainspirować starszych do tego, aby byli bardziej otwarci na idee młodych i bardziej ich słuchali – mówi Mariusz Witecki, ekspert ING.
Historie o młodych i utalentowanych, którzy rzucają pracę w korporacji, żeby realizować pasje i zakładać własne biznesy, są dziś dość powszechne. Młodzi Polacy mają silną potrzebę samorealizacji, mają swoje pasje i są bardzo aktywni w ich realizacji. Przyznają, że marzenia są paliwem pozwalającym trzymać orientację na cel. Młodzi często jednak nie wiedzą, jak zacząć i wyjść z przysłowiowej szuflady. Ideą kampanii „Najlepiej robić swoje” jest wspieranie młodych, aby mogli wykorzystać swój potencjał i rozwijać twórczość u boku najlepszych.
– Tysiące młodych ludzi udowodniło, że można połączyć pasję z pracą. Robią to, co kochają, i jeszcze znaleźli sposób, żeby na tym zarabiać. To wspaniała rzecz móc spełniać swoje marzenia, a na dodatek czerpać z tego korzyści – mówi Mariusz Witecki. – Kampania społeczna „Najlepiej robić swoje”, którą prowadzimy we współpracy z platformą Patronite, pomaga młodym ludziom realizować swoje marzenia i pasje.
Patronite to platforma crowdfundingowa, której celem jest budowanie społeczności i kojarzenie pasjonatów, artystów i twórców z mecenasami, którzy są skłonni zapewnić im finansowanie. Za jej pośrednictwem dziennikarz Tomasz Sekielski zbiera fundusze na swój najnowszy film dokumentalny, a pieniądze na nowe projekty zdobywa Krzysztof Gonciarz, jeden z najpopularniejszych polskich youtuberów. Patronite to platforma dla tych, którzy nie chcą albo nie mogą prowadzić działalności komercyjnej, za to potrzebują finansowania na realizację swoich marzeń i pasji.
– Kiedy kilka lat temu zaczynałem swoją górską przygodę, w życiu bym nie przewidział, że ta pasja i determinacja doprowadzą mnie do tak niesamowitych wydarzeń jak zimowa wyprawa narodowa na K2, której byłem rzecznikiem – mówi Michał Leksiński.
Portal crowdfundingowy i lubiany przez młodych Polaków bank właśnie połączyły siły we wspólnej akcji. Spośród wszystkich profili założonych na platformie, które zgłoszą się do 12 października, wpływowi autorzy Patronite wybiorą dziewiątkę najbardziej obiecujących i wejdą z nimi we współpracę mentorską, której celem będzie rozwinięcie ich pasji. Może to zaowocować na przykład specjalnym projektem, autorskim pomysłem czy serią contentu o wybranej tematyce. Trójka najlepszych otrzyma po 10 tys. zł na rozwinięcie skrzydeł.
– Często zadajemy sobie pytanie: „Co chcę w życiu robić?”. Na to właśnie odpowiada hasło kampanii „Najlepiej robić swoje”. Będziemy razem z ING łowić takich pasjonatów i starać się wesprzeć ich w rozwoju ich pasji. Zgłoszenie jest niezwykle proste. Wystarczy wejść na stronę patronite.pl, założyć tam konto, wypełnić je treścią, pochwalić się i pokazać nam swoją pasję. Wszystkie te profile będą przez nas przeglądane i analizowane, a następnie wyłonimy grupę najlepszych – mówi Michał Leksiński.
Kampania „Najlepiej robić swoje”, która zainaugurowała współpracę ING i Patronite, jest skierowana głównie do osób w wieku 18–26 lat. W kampanii ING proponuje młodym Polakom również wsparcie w realizacji ich pasji poprzez ofertę dopasowaną do ich oczekiwań – aplikację Moje ING mobile z nowym Kontem Mobi.
– W codziennym życiu młodzi ludzie są zabiegani, bankowość jest dla nich czymś przy okazji. Nie chcą specjalnie poświęcać na nią czasu, chcą załatwiać sprawy w kolejce, w autobusie. Wolną energię i czas wolą poświęcać na swoje pasje. Dlatego wprowadziliśmy Konto dla młodych Mobi, które odpowiada na ich potrzeby. Wiemy, że młodzi lubią zera, których w Koncie Mobi jest jeszcze więcej. Jeżeli bankujesz komórką, masz darmowe wypłaty z bankomatów w Polsce BLIK-iem, bezwarunkowo darmowa jest też karta debetowa do konta. Dodatkowo z kontem dostępna jest aplikacja, która pomaga w codziennym życiu. Łatwiej rozliczać się z przyjaciółmi dzięki przelewom na telefon, łatwiej płacić w internecie dzięki BLIK-owi. A specjalna klawiatura ING pozwala to zrobić, nie wychodząc z przeglądarki czy komunikatora – wylicza Mariusz Witecki.
Z badania socjologicznego przeprowadzonego dla ING wynika, że brak pieniędzy jest dominującym motywem krążących online treści przekazywanych przez młodych ludzi. Sytuacje, w których nie mogą realizować swoich pragnień, sprawiają, że czują się bezradni. Z treści przez nich tworzonych wynika także, że młodzi ludzie nie mają poczucia sprawczości w obszarze pieniędzy, nie mają nad nimi kontroli i to im doskwiera.
Ponad 40 proc. Polaków deklaruje, że było w przeszłości świadkami wypadku bądź stłuczki na drodze. Jednak statystycznie tylko w 15 na 100 przypadków poszkodowanym udzielana jest pierwsza pomoc przed przyjazdem karetki, a większość Polaków ostatni kontakt z wiedzą ratowniczą miało podczas kursu na prawo jazdy. Tę wiedzę warto odświeżać na kursach pierwszej pomocy. Również pracodawcy coraz częściej włączają je w standardowe szkolenia z zakresu BHP – zwłaszcza w branżach szczególnie narażonych na urazy i wypadki, jak budownictwo, logistyka czy przetwórstwo przemysłowe.
– Prawdopodobieństwo, że staniemy się świadkami wypadku na drodze, jest bardzo duże. Statystycznie najwięcej wypadków zdarza się w domu, drugie w kolejności jest miejsce pracy. Wielu z nas jeżdżąc samochodem, przynajmniej raz było świadkami wypadku czy stłuczki. W takich sytuacjach warto wiedzieć, jak się zachować. Trzeba przede wszystkim zadbać o własne bezpieczeństwo, a w drugiej kolejności powiadomić odpowiednie służby, które są przygotowane do niesienia pierwszej pomocy. Potem do przyjazdu pogotowia ratunkowego powinniśmy poszkodowanego zabezpieczyć, co znacznie zwiększa jego szanse na przeżycie – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Urbanke, Kierownik Pogotowia i Hotline Medicover.
W ubiegłym roku na polskich drogach doszło do 32,7 tys. wypadków komunikacyjnych. Co więcej, ponad 40 proc. Polaków deklaruje, że było w przeszłości świadkami wypadku bądź stłuczki na drodze. Dodatkowo tylko w I kwartale tego roku w wypadkach przy pracy zostało poszkodowanych zostało 15,9 tys. osób. Prawdopodobieństwo znalezienia się w sytuacji, w której konieczne będzie udzielenie pierwszej pomocy, jest więc bardzo wysokie, dlatego wiedza i praktyczne umiejętności ratownicze mają kolosalne znaczenie. Tymczasem statystycznie tylko w 15 na 100 przypadków poszkodowanym udzielana jest pierwsza pomoc przed przyjazdem karetki. I to mimo że Kodeks karny zobowiązuje świadków zdarzenia do podjęcia akcji ratunkowej pod groźbą kary pozbawienia wolności do lat trzech.
– To jest najważniejszy moment w całym łańcuchu udzielania pierwszej pomocy. Pogotowie dojeżdża do poszkodowanego w trakcie 8–15 minut, natomiast jeśli dojdzie do zatrzymania akcji serca i oddechu, ludzki mózg jest w stanie przeżyć bez tlenu zaledwie 4 minuty. W związku z tym życie i zdrowie poszkodowanego zależy głównie od nas i naszych umiejętności – mówi Ireneusz Urbanke.
Udzielanie pierwszej pomocy należy rozpocząć od sprawdzenia stanu poszkodowanego – jego oddechu i pulsu.
– Jeśli poszkodowany nie oddycha, oznacza to, że najprawdopodobniej jego serce również nie pracuje, w związku z czym przechodzimy do resuscytacji krążeniowo-oddechowej. Uciskamy klatkę piersiową 30 razy, następnie dwukrotnie wdmuchujemy powietrze do płuc. Warto użyć własnej apteczki i warto mieć maseczkę do sztucznego oddychania. To są kluczowe elementy, które musimy wykonać przed przyjazdem pogotowia. Jeśli powstrzymamy się od jakichkolwiek działań, może się okazać, że jest za późno, żeby uratować poszkodowanego – mówi Kierownik Pogotowia i Hotline Medicover.
Większość Polaków ostatni kontakt z wiedzą ratowniczą miało w szkole lub podczas kursu na prawo jazdy, dlatego warto się zastanowić nad jej odświeżeniem podczas specjalnych kursów pierwszej pomocy. Oferta tego typu zajęć na rynku jest coraz szersza. Sięgają po nią także pracodawcy, włączając ją w standardowe szkolenia z zakresu BHP. Jest to przydatne zwłaszcza w branżach szczególnie narażonych na urazy i wypadki, jak budownictwo, logistyka czy przetwórstwo przemysłowe.
Jak podkreśla Ireneusz Urbanke, wybierając szkolenie, należy zwrócić uwagę na to, czy prowadzący mają na co dzień do czynienia z ratowaniem życia oraz czy jest ono nastawione na ćwiczenia praktyczne.
– Nasze szkolenia prowadzą instruktorzy, którzy na co dzień jeżdżą w pogotowiu. Są one realistyczne – po nich odbywają się zawody, w trakcie których staramy się odwzorować jak najbardziej realistyczne przypadki. One są z życia wzięte – to przypadki, które nasi instruktorzy widują na co dzień, jeżdżąc w pogotowiu. Jest też presja czasu, są ucharakteryzowani pozoranci, ludzie, którzy krzyczą, wzbudzając panikę. Fundujemy naszym zawodnikom kontrolowany stres. Po takich zawodach nie będą się bali już udzielać pierwszej pomocy, ponieważ najgorszy jest pierwszy raz, a oni ten symulowany pierwszy raz przeżyli tutaj – mówi Ireneusz Urbanke.
Akademia Ratownictwa Medicover po raz jedenasty realizuje projekt „Bezpieczna firma”, którego intencją jest propagowanie profilaktyki, edukacji zdrowotnej oraz inicjatyw zwiększających bezpieczeństwo pracowników. Jego częścią są Mistrzostwa Ratownictwa Medycznego, które pozwalają uczestnikom nie tylko przyswoić podstawowe zasady udzielania pierwszej pomocy, lecz także sprawdzić się w sytuacjach, w których zimna krew i opanowanie ratują ludzkie życie. W zawodach biorą udział przeszkoleni pracownicy, którzy w realistycznych warunkach, w zainscenizowanych sytuacjach zagrażających życiu – takich jak wybuchy, pożary i wypadki samochodowe – i z udziałem statystów mogą się wykazać pod okiem ekspertów z zakresu ratownictwa.
– Takie szkolenie daje wiedzę i dodaje pewności siebie. Wiemy, jak w trudnej sytuacji udzielić pierwszej pomocy najbliższym czy poszkodowanym na ulicy. W ostatnim zadaniu musieliśmy ewakuować poszkodowanego z poparzeniem twarzy, następnie zająć się jego żoną, która miała poparzoną nogę i udzielić jej pomocy, odnaleźć i ewakuować dzieci i udzielić im bezpiecznego schronienia. Najtrudniejsze są okoliczności, czyli dym, krzyki, niepewność, co za chwilę się może wydarzyć – mówi Rafał Dębicki, uczestnik zawodów, Gillette Poland International.
W tegorocznych 11. Mistrzostwach Ratownictwa Medycznego „Bezpieczna firma” wzięło udział blisko 40 zespołów z całej Polski. Uczestnicy musieli sprawdzić się w takich sytuacjach, jak ewakuacja z płonącego budynku, atak terrorystyczny, zatrzymanie akcji serca czy wypadek w warsztacie stolarskim.
– Kiedy weszliśmy, pracownik leżał na ziemi i musieliśmy udzielić mu pierwszej pomocy. Inscenizacja jest naprawdę realistyczna, jak w prawdziwym zakładzie stolarskim. Dostaliśmy nauszniki, więc nie słyszeliśmy nic – i to było najtrudniejsze, ponieważ musieliśmy się posługiwać gestami. Stres, piły tarczowe, osoba nieprzytomna leżąca na ziemi, nie wiadomo, co się dzieje, ale jednak mamy podstawowe przeszkolenie, więc staraliśmy się podejść do tego ze spokojem. Takie szkolenia z pierwszej pomocy – czy to podstawowe, czy w zakładzie pracy – są bardzo przydatne. Możemy nauczyć się reagować w sytuacjach, które mogą nas spotkać w życiu codziennym – mówi Katarzyna Źróbek, uczestniczka zawodów, QIAGEN Business Services.
W tym roku na podium „Bezpiecznej firmy” stanęły zespoły z McKinsey EMEA Shared Services sp. z o.o. (I miejsce), TI Poland sp. z o.o. Wieprz (II miejsce) oraz Gillette Poland International sp. z o.o. (III miejsce).
Globalny rynek telewizorów Smart TV w 2025 roku przekroczy wartość 292 mld dolarów – wynika z danych Grand View Research. Znacząca jego część już teraz opanowana jest przez chińskich producentów elektroniki, których udział choćby w amerykańskim rynku jest na poziomie ponad 10 proc. Europa jest dla nich atrakcyjnym celem ekspansji ze względu na stosunkowo wysoką średnią cenę telewizorów. W Polsce – choć jest ona nieco niższa niż u zachodnich sąsiadów – spodziewany jest zwrot konsumentów w stronę jeszcze lepszych i większych urządzeń.
– W rynku w USA udział chińskich producentów telewizorów już teraz jest na poziomie kilkunastu procent, a sprzedaje się tam ponad 40 mln telewizorów. W Europie na razie ta ekspansja odbywa się nieco wolniej, ponieważ rynek jest bardziej rozdrobniony niż amerykański – jest tu wiele krajów, w których sprzedaje się 30 mln telewizorów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Maciejewski, dyrektor ds. rozwoju produktu TCL w Europie.
Jak podkreśla, chińscy producenci elektroniki wykonali w ostatnich latach bardzo duży skok rozwojowy, co pozwala im umacniać pozycję na świecie i w Polsce. Dla przykładu, w I kwartale tego roku co czwarty sprzedany smartfon miał logo Huawei, w II kwartale był to już co trzeci telefon – wynika z danych GfK Polonia. Z kolei według danych IDC Huawei w II kwartale br. dostarczył na ogólnoświatowy rynek 54,2 mln urządzeń, co w porównaniu z analogicznym okresem 2017 roku, kiedy liczba urządzeń wynosiła 38,4 mln, dało wzrost o 41 proc.
– Główną przewagą chińskich producentów jest całościowa produkcja telewizora. My to nazywamy pionową integracją, czyli tworzymy panele do telewizorów oraz same telewizory. Jesteśmy w stanie stworzyć produkt, który jest bardzo zintegrowany, ma bardzo cienką ramkę, prawie niewidoczną, jest również bardzo cienki, a to bardzo się podoba. To ważne, ponieważ stawiamy również na wzornictwo. Zależy nam na tym, żeby produkty podobały się nie tylko w Chinach, ale również w Polsce, USA czy Ameryce Południowej – dodaje Marek Maciejewski. – Telewizory, podobnie jak telefony, stały się bardzo ładne, ciekawe i spełniające większość wymagań dzisiejszego konsumenta.
Inwestycje, które producenci z Państwa Środka poczynili w zakresie technologii, pozwalają na bardzo optymistyczne prognozowanie dalszego rozwoju sprzedaży na międzynarodowych rynkach.
Jak wynika z raportu firmy analitycznej WitsView, w 2017 roku na świecie sprzedano 211 milionów telewizorów. W tym roku firma TCL tylko w samych Stanach Zjednoczonych sprzedała 5 mln telewizorów, co stanowi ponad 10 proc. całego tamtejszego rynku.
– My dzisiaj w USA jesteśmy numerem 3, w Europie w zależności od rynku numerem 5 lub 6. W ciągu 3 lat powinniśmy awansować na trzecią pozycję. Globalnie już w tym roku będziemy numerem 2 pod względem liczby wyprodukowanych telewizorów – mówi Maciejewski. – W Europie naszym rynkiem, na którym jesteśmy na zbliżonym poziomie co w USA, jest Francja. Powoli umacniamy swoją pozycję w Niemczech, Wielkiej Brytanii i Polsce, gdzie mamy fabrykę i w krótkiej perspektywie musimy osiągnąć udział 10 proc. rynku.
Europa jest bardzo atrakcyjnym rynkiem dla chińskich producentów, co wynika z wysokich średnich cen telewizorów. Europejczycy szukają coraz większych urządzeń, oferujących wysoką jakość obrazu i nowoczesne rozwiązania. W Niemczech średnia cena telewizora wynosi 650 euro. Jeszcze więcej kosztują one w krajach Beneluksu czy Skandynawii.
– Polska jest trochę za Niemcami, ponieważ średnia cena wynosi 1,9 tys. zł, czyli 400 euro. Jednak bardzo zbliżony jest zarówno udział Ultra HD, jak również udział Smart TV, czyli tylko odstajemy w wybieranych przekątnych. Polacy cały czas kupują trochę mniejsze telewizory, czasami trochę słabiej wyposażone – podkreśla Marek Maciejewski
Jak wynika z badań przeprowadzonych przez S&P Global Market Intelligence, Polska jest niekwestionowanym liderem w zakresie wykorzystania Smart TV w telewizorach. 81 proc. konsumentów przyznało się do oglądania treści wideo dostarczanych przez internet na telewizorze – to o 2 pkt proc. więcej niż w Wielkiej Brytanii i o 8 pkt proc. więcej niż w Stanach Zjednoczonych.
W rozwoju chińskiej elektroniki na rynkach europejskich pomóc może reklamowa ofensywa producentów z Państwa Środka.
– Niebawem będziemy widzieli coraz więcej reklam i coraz większą ofensywę ze strony firm elektroniki użytkowej. Ambasadorem marki TCL jest Neymar, znany piłkarz, który wspiera nas w działaniach marketingowych na całym świecie, zarówno w Europie, Chinach, jak i w Ameryce. Już obserwujemy duże zainteresowanie ze strony klientów. Jest to jasne połączenie marki z futbolem, a telewizor to urządzenie, które służy do socjalizacji, oglądania razem takich wydarzeń jak właśnie mecze piłki nożnej – dodaje Marek Maciejewski.
TCL Operations Polska posiada fabrykę telewizorów w Żyrardowie, która realizuje produkcję na rynki europejskie. Dysponuje ona czterema liniami z potencjałem produkcyjnym 2,8 mln telewizorów rocznie.
Na rynek trafia coraz więcej elektronicznych urządzeń do noszenia. Inteligentne są już nie tylko zegarki czy opaski. Wyposażona w czujniki odzież może mierzyć naszą aktywność, a łączące się z aplikacją mobilną buty zmierzą liczbę wykonanych kroków i pozwolą ustawić odpowiednią temperaturę wkładki. Coraz popularniejsza w konsumenckiej elektronice jest także technologia przewodzenia kostnego, pozwalająca na przesyłanie dźwięku za pomocą wibracji. Okulary przeciwsłoneczne Voxos przekazują dźwięk bezpośrednio do mózgu przez kości policzkowe z pominięciem uszu. Z kolei inteligentny pasek do zegarka SGNL pozwala na prowadzenie rozmów poprzez dotknięcie palcem skroni.
– Inteligentny pasek umożliwia odbieranie połączeń jednym palcem. Urządzenie komunikuje się z telefonem za pomocą technologii Bluetooth. W przypadku połączenia przychodzącego, wbudowany w pasek przekaźnik zacznie wibrować, a wibracja dotrze aż do koniuszka palca. Gdy przyłożymy palec do ucha, będziemy mogli słyszeć dźwięk – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Heeyoung Kim z Innomdle Lab.
Pasek SGNL wykorzystuje technologię przewodnictwa kostnego do przekazywania dźwięku. Emitowane przez niego wibracje są przekazywane na koniuszki palców. Po przyłożeniu ich do skroni, drgania przekazywane są bezpośrednio do ucha środkowego, które przetwarza je na impulsy elektryczne interpretowane przez mózg jako fala dźwiękowa. Tak powstaje dźwięk, który usłyszy wyłącznie posiadacz opaski SGNL. Urządzenie wyposażono również w zintegrowany, czuły mikrofon umożliwiający prowadzenie rozmów bez wyjmowania telefonu z kieszeni.
– Tego rodzaju komunikacja zrewolucjonizuje sposób, w jaki będziemy odbierać telefony. Już nie będzie trzeba szukać w kieszeni zestawu słuchawkowego ani martwić się, że go zgubimy. Dzięki naszym urządzeniom wystarczy jeden ruch palca – przekonuje Heeyoung Kim.
Branża elektronicznych urządzeń do noszenia, tzw. wearables, rośnie w błyskawicznym tempie. Na rynku pojawia się także coraz więcej urządzeń wykorzystujących wibracje do przekazywania dźwięku.
Amerykański Departament Obrony wydał 10 mln dol. na przeprowadzenie testów Molar Mic, bezprzewodowego głośnika Bluetooth montowanego w jamie ustnej. Sprzęt ten przytwierdzany jest do górnej szczęki, wprowadzając w wibracje zęby, które przekazują drgania przez czaszkę do mózgu. Urządzenie, podobnie jak SGNL, jest niemal niewidoczne, komunikuje się ze światem zewnętrznym za pośrednictwem opaski zawieszanej u szyi. Gadżet od Sonitus Technologies opracowano z myślą o zawodowych żołnierzach, pracownikach służby medycznej czy strażakach.
Urządzenia wearables mogą pełnić także rolę mobilnych sprzętów medycznych. Najnowszy zegarek Apple Watch ma pierwszy na świecie elektrokardiograf zintegrowany z kopertą. Czujnik ma z 98-procentową skutecznością wykrywać migotanie komór serca. Innowacyjna opaska Garmin Vivosmart ma z kolei miniaturową wersję pulsoksymetru – urządzenia do nieinwazyjnego pomiaru saturacji krwi. Opaska monitoruje także jakość oraz fazy snu, aby wybudzić użytkownika w najlepszym możliwym momencie .
Rosnącą popularnością cieszą się także inteligentne paski. Firma Montblanc w swoim inteligentnym pasku zmieściła moduł płatności zbliżeniowych, niewielki, zintegrowany wyświetlacz oraz mechanizm wibracyjny informujący o połączeniach przychodzących. Producenci paska SGNL stworzyli także inteligentny pasek do zegarków analogowych.
– Cała inteligentna technologia schowana jest w sprzączce i z zewnątrz nie widać, że mamy do czynienia z inteligentnym paskiem. Jest on kompatybilny ze zwykłymi zegarkami. Gdy pobierzemy aplikację, uzyskamy dostęp do kolorowych ikon, krokomierza i podstawowych opcji, a gdy dostaniemy SMS lub połączenie przychodzące, dioda LED zacznie migać – tłumaczy ekspertka.
Analitycy Prescient & Strategic Intelligence szacują, że w 2017 roku wartość rynku inteligentnych zegarków wyniosła 10 mld dol. Według prognoz do 2023 roku branża będzie rozwijała się w tempie blisko 23 proc.
Innowacyjne urządzenia do stałego monitorowania pracy serca mają niewielkie rozmiary i są wygodniejsze w użytkowaniu niż tradycyjny Holter. Pozwalają zbadać rytm serca w 4 godziny, a dzięki połączeniu ze smartfonem natychmiast przesyłają wyniki lekarzowi. Są też dobrym rozwiązaniem dla osób aktywnych fizycznie. Mierząc zmienność rytmu zatokowego, ostrzegają bowiem przed nadmiernym wysiłkiem.
– Qardio zakłada się na pierś jak pulsometr. Urządzenie służy do ciągłego monitorowania sygnału z trzech czujników EKG. Mierzy także temperaturę ciała, tętno oraz zmienność rytmu zatokowego. Następnie za pomocą iPhone’a przekazuje wszystkie zebrane dane do naszej chmury. W chmurze funkcjonują systemy analityczne, które wykrywają ewentualne nieprawidłowości kardiologiczne – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Steve MacAleese z Qardio.
Smartfony stają się coraz bardziej zaawansowane, dzięki czemu mogą stanowić istotny element systemu opieki zdrowotnej. Innowacje związane z tzw. mobilnym zdrowiem wpisują się w zyskujący coraz większą popularność trend telemedycyny. Dzięki najnowszym urządzeniom medycznym, kontrolować swoje zdrowia można wszędzie i w sposób ciągły, co pozwala na uzyskanie dokładniejszych wyników badań. Za pomocą aplikacji mobilnej wyniki w czasie rzeczywistym mogą być przekazywane do lekarza prowadzącego, co znacznie przyspiesza postawienie diagnozy. To ważne zwłaszcza przy zaburzeniach związanych z pracą serca.
– Wszystkie dane przesyłane są do szpitala w czasie rzeczywistym za pomocą iPhone’a. Podczas noszenia go przez cztery godziny mogą wystąpić zaburzenia kardiologiczne, które następnie można przeanalizować i od razu zdiagnozować w szpitalu. Urządzenia nie trzeba nosić przez 24 godziny, a diagnozę można postawić na podstawie przesyłanych danych. To duże ułatwienie – przekonuje Steve MacAleese.
Do tej pory jedynymi rozwiązaniami w przypadkach zaburzeń układu sercowego była długa i kosztowna z punktu widzenia systemu opieki zdrowotnej hospitalizacja lub stosowanie niezbyt wygodnego dla pacjenta urządzenia do stałego monitorowania pracy serca metodą Holtera.
– Osoby mające problemy kardiologiczne niekiedy skarżą się na ból w klatce piersiowej, idą do lekarza, lekarz zleca badania, ale po pewnym czasie już niczego nie wykryje i odsyła pacjenta do domu. Sytuacja się powtarza i ponownie nie udaje się zdiagnozować schorzenia. A niektóre z nich mogą się okazać śmiertelne – ostrzega ekspert.
Holter składa się z pięciu diod rozmieszczanych na klatce piersiowej oraz zawieszanego na szyi monitora, który w sposób ciągły rejestruje zapis pracy serca. Jest ono niewielkie i nie ogranicza codziennego funkcjonowania w znaczny sposób, bywa jednak słabo tolerowane przez pacjentów.
– Z naszych obserwacji wynika, że ludzie czasami zdejmują elektrody, ponieważ są dla nich bardzo niewygodne. Następnie wracają po 24–48 godzinach i często okazuje się, że rejestrator nie zapisał wszystkiego tak, jak należy, i konieczne jest powtórzenie całej procedury – tłumaczy przedstawiciel Qardio.
Domowe urządzenia medyczne w połączeniu z telemedycyną znacznie przyspieszają proces stawiania diagnozy. Lekarz może się zalogować na platformę internetową, gdzie natychmiast uzyska dostęp do wszystkich zebranych przez urządzenie danych. Do tej pory tego rodzaju technologia dostępna była wyłącznie w szpitalach, obecnie mogą z niej korzystać wszyscy, nie tylko lekarze i osoby z dysfunkcjami pracy serca. Qardio ma bowiem funkcję krokomierza, mierzenia spalonych kalorii oraz zmienności rytmu zatokowego, który odzwierciedla sprawność fizyczną.
– W niektóre dni ludzie nie powinni trenować, gdyż niska zmienność rytmu zatokowego nie jest dla nas dobra. Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy. Dzięki temu urządzeniu mamy możliwość monitorowania go i podejmowania świadomych decyzji, w które dni wybrać się na trening, a kiedy z niego zrezygnować – mówi Steve MacAleese.
Produkt dostępny jest w całej Europie, także w Polsce mogą go kupić zarówno szpitale, jak i pacjenci. Urządzenie kosztuje ok. 500 euro. Według danych Orbis Research, światowy rynek mobilnego zdrowia będzie rósł do 2020 r. w tempie 35 proc. średniorocznie. W 2017 r. był warty 23 mld dol.
Wzory zachowań ukształtowane w rodzinie mają coraz większy wpływ na decyzje Polaków dotyczące ubezpieczenia mieszkania. Jako powód nabycia polisy wskazujemy je częściej niż konieczność zabezpieczenia kredytu hipotecznego czy skorzystanie z atrakcyjnej oferty ubezpieczeniowej – wynika z badania przeprowadzonego przez Santander Aviva we współpracy z SW Research Agencją Badań Rynku i Opinii[1].
Świadomość ubezpieczeniowa Polaków sukcesywnie rośnie. Jeszcze kilka lat temu od skutków zdarzeń losowych ubezpieczona była zaledwie połowa wszystkich nieruchomości. Dziś ten odsetek przekracza 70%.
Głównym czynnikiem skłaniający nas do zakupu polisy majątkowej jest możliwość uniknięcia znacznych wydatków w przypadku szkody. Na taki powód wskazuje ponad połowa Polaków (54,8%). Przeszło co siódmy badany (13,2%) deklaruje, że miał kiedyś szkodę w mieszkaniu i dlatego wie, że warto posiadać ubezpieczenie.
Coraz większe znaczenie dla naszych decyzji ubezpieczeniowych mają jednak wzorce zachowań ukształtowane w rodzinie. Na zakup polisy majątkowej ze względu na to, że rodzice również ubezpieczali mieszkanie, decyduje się przeszło co dziewiąty ankietowany (11,7%). Co ciekawe czynnik ten dla Polaków jest ważniejszy nawet niż wymogi banków związane z zabezpieczeniem kredytu hipotecznego (10,2%) czy możliwość skorzystania z atrakcyjnej oferty (9,9%).
– Świadomość korzyści płynących z pewnej pomocy w sytuacjach losowych wywiera największy wpływ na decyzje ubezpieczeniowe Polaków. Kluczowe znacznie w kształtowaniu właściwych postaw w tym zakresie ma jakość oraz szybkość świadczenia usług przez ubezpieczycieli. Polisa, taka jak Locum Comfort oferuje np. wypłatę odszkodowania w 10 dni roboczych, co stanowi istotną wartość dla klientów, mogących w krótkim czasie przystąpić do usuwania szkód. Cieszy również fakt, że świadomość ubezpieczeniowa jest coraz częściej przekazywana z pokolenia na pokolenie. Wpływa to pozytywnie na stopień zaufania do rynku, a tym samym poziom bezpieczeństwa klientów i ich majątku – komentuje Krzysztof Charchuła, Prezes Santander Aviva Ubezpieczenia.
Obawiamy się pożaru, a najczęściej zdarza się… zalanie
Największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa mieszkania w ocenie Polaków jest ogień. Pożaru obawia się aż 63% ankietowanych. Na kolejnych miejscach znalazły się włamania (42,3%), ekstremalne zjawiska pogodowe, takie jak powodzie, burze i wichury (42,1%) oraz zalania (41,4%). Zestawienie zamykają awarie sprzętu AGD, RTV, IT (20,7%) oraz stłuczenie okna (10,4%)[2].
– Ubezpieczenia nieruchomości kojarzą się Polakom głównie z pożarami, włamaniami oraz nagłymi zjawiskami pogodowymi. Tymczasem, jak pokazują dane Santander Aviva, najczęstszą przyczyną wypłat odszkodowań są zalania. Zdarzenia tego typu są bardzo specyficzne. Mogą bowiem dotyczyć kilku lokali jednocześnie, znacznie zwiększając koszty naprawy powstałych szkód. Oprócz usuwania skutków szkody z własnego lokum, możemy być również zobowiązani do naprawienia zalanego mienia sąsiadów, jeżeli ponosimy odpowiedzialność za takie zdarzenie – komentuje Joanna Nogowska, Starszy Specjalista ds. Produktów w Santander Aviva Ubezpieczenia.
Warto więc zadbać o odpowiednie ubezpieczenie, szczególnie jeżeli porówna się koszt jego zakupu do wartości szkód jakie mogą powstać w nieruchomości. Wybierając polisę dla mieszkania lub domu powinniśmy upewnić się czy uwzględnia ona wszystkie najważniejsze ryzyka, oszacować wartość ubezpieczanego mienia, a także sprawdzić czy zawiera odpowiednią sumę gwarancyjną w ubezpieczeniu odpowiedzialności cywilnej w życiu prywatnym, proporcjonalnie do wartości potencjalnych szkód. W przypadku ubezpieczenia Locum Comfort oferowanego przez Santander Aviva Towarzystwo Ubezpieczeń S.A. roczna składka za ubezpieczenie mieszkania o powierzchni 50 m2 wynosi ok. 160 zł.
[1] Badanie przeprowadzone na zlecenie Santander Aviva Ubezpieczenia przez SW Research Agencję Badań Rynku i Opinii zostało zrealizowane na reprezentatywnej grupie Polaków (n=1004) wieku powyżej 18 lat w dniach 16-17 lipca 2018 r.
Corteva Agriscience™, dział rolniczy koncernu DowDuPont (NYSE:DWDP), ogłosił zmiany w swojej strukturze kierownictwa, których celem jest zapewnienie większego wzrostu i tworzenia wartości zarówno dla udziałowców, klientów, jak i pracowników nowej, niezależnej firmy skoncentrowanej na rolnictwie.
Zmiany te łączą się z wczorajszym ogłoszeniem przez DowDuPont, że James C. Collins Jr., dotychczasowy dyrektor operacyjny Działu Rolniczego, zajmie tę samą pozycję w Corteva Agriscience, gdy ta stanie się samodzielną firmą, co ma nastąpić do 1 czerwca 2019 roku.
Po znacznych postępach w łączeniu DuPont Pioneer, DuPont Crop Protection oraz Dow AgroSciences, zadaniem nowego kierownictwa Cortevy będzie przyspieszenie jej procesu usamodzielnienia. Oznacza to między innymi przygotowanie Cortevy do funkcjonowania jako jednolitej, niezależnej firmy, której siła wynikać będzie z szerokiej oferty produktowej. W tym celu powstanie efektywna struktura firmy, integrująca platformy biznesowe i komercyjne z obszaru nasion, środków ochrony roślin i technologii cyfrowych.
„Przez ostatni rok tworzyliśmy solidne fundamenty, dzięki którym Corteva stanie się światowym liderem w obszarze rolnictwa, z odpowiednim zapleczem by dalej się rozwijać i który we wszystkich swoich działaniach będzie kierować się dobrem klientów”, powiedział Collins. „Najlepsi z najlepszych pomogą nam wykorzystać dynamikę, której nabraliśmy jako dział DowDuPont i wykorzystywać nadarzające się okazje, by wszystkie marki i kanały naszej firmy mogły służyć klientom i zapewniać dalszy wzrost”.
W skład nowego kierownictwa, które będzie opowiadać przed Jamesem Collinsem, wchodzą: Rajan Gajaria, poprzednio wiceprezes pionu ochrony roślin w Dziale Rolniczym DowDuPont, który obecnie zajmie stanowisko wiceprezesa wykonawczego działu Business Platform w Corteva Agriscience; Tim Glenn, były wiceprezes pionu nasion w Dziale Rolniczym DowDuPont, zostanie wiceprezesem wykonawczym ds. handlu; Greg Friedman, pracujący jako szef pionu finansowego w Dziale Rolniczym i wiceprezes ds. relacji z inwestorami DowDuPont, mianowany został wiceprezesem ds. Finansowych w Cortevie; natomiast Cornel Fuerer, obecny szef pionu prawnego w Dziale Rolniczym, zostanie pierwszym wiceprezesem i radcą generalnym.
Konieczność wybicia dziesiątek tysięcy zwierząt i duże straty materialne – to bilans rozprzestrzeniającego się w Polsce i na świecie wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF). Wszystko wskazuje na to, że ekspansja choroby będzie się rozszerzać. Mogą na tym ucierpieć nie tylko hodowcy, ale również cała branża mięsna.
Wirus afrykańskiego pomoru świń dotarł do Polski w 2014 r. z Ukrainy i Białorusi, gdzie pierwsze przypadki zanotowano odpowiednio w 2012 i 2013 r. Sytuacja wydawała się niegroźna dla polskich hodowców, jako że wirus występował tylko przy granicy z Białorusią. Szybko jednak okazało się, że rozprzestrzenia się w dużym tempie a przypadki zachorowań odnotowywano w kolejnych województwach. Prognozuje się, że w niedługim czasie obejmie swoim zasięgiem kolejne obszary Polski. Pełne obaw są m.in. liczne wielkopolskie firmy zajmujące się hodowlą trzody oraz producenci wyrobów mięsnych, którym grozi załamanie produkcji.
Coraz większe straty
ASF jest nieuleczalną i wysoce zakaźną wirusową chorobą świń oraz dzików. Straty hodowców związane są przede wszystkim z faktem, że gdy wirus afrykańskiego pomoru świń zostanie wykryty nawet u jednej świni w danej hodowli, całe stado musi zostać wybite. Problem polega tez na tym, że choć rolnikom przysługują w takich przypadkach odszkodowania, wypłaty często są dokonywane z dużym opóźnieniem. W 2017 roku na walkę z wirusem i wspieranie hodowców wydano 140 mln zł. W tym roku budżet na ten cel jest ponad dwukrotnie większy i wynosi 290 mln zł.
Na obszarach objętych ASF mocno spadają również ceny żywca, a zakłady mięsne nie mogą eksportować produktów poza UE. Dlatego też na alarm biją organizacje hodowców i przetwórców wieprzowiny. Domagają się m.in. wprowadzenia działań mających na celu powstrzymanie rozprzestrzeniania się wirusa. Zależy im przede wszystkim na egzekwowaniu założeń bioasekuracji, której obowiązek został wprowadzony na terenie całego kraju w lutym 2018 roku a także opracowaniu kompleksowego planu działań w przypadku drastycznego pogorszenia się sytuacji na terenach intensywnej hodowli trzody chlewnej, zwłaszcza w województwie wielkopolskim oraz kujawsko-pomorskim.
Niezbędna dezynfekcja
Na hodowcach świń ciąży obowiązek zachowania bioasekuracji, która pomaga w zahamowaniu rozprzestrzeniania się wirusa. Biorąc pod uwagę, że ASF może być przenoszone m.in. przez owady, szczury i ptaki, a nawet koty lub psy, najważniejsze jest niedopuszczanie trzody chlewnej do kontaktu z innymi zwierzętami. istotne jest również bieżące odkażanie narzędzi oraz sprzętu wykorzystywanego do obsługi świń oraz karmienie ich paszą zabezpieczoną przed dostępem zwierząt wolno żyjących. Należy także stosować zaostrzone zasady higieny w kontakcie z trzodą chlewną oraz przeprowadzać okresową dezynfekcję pojazdów gospodarskich. Do tego celu niezbędne są m.in. maty dezynfekcyjne nasączone płynem biobójczym o odpowiednim stężeniu (np. SULFOXID i CHLOROTAAB-D polskiego producenta Inter-Iodex czy VIRKON S firmy Bayer). Koszty poniesione przez hodowców mogą zostać częściowo zrefinansowane z budżetu państwa. Rolnicy, którzy hodują świnie, mogą również liczyć na zwrot do 75 proc. kosztów zakupu sprzętu do wykonywania zabiegów dezynfekcyjnych, produktów biobójczych, środków dezynsekcyjnych lub deratyzacyjnych, odzieży ochronnej i obuwia ochronnego oraz zabezpieczenia budynków, w których utrzymywane są świnie, przed dostępem zwierząt domowych.
ASF szkodzi branży przetwórstwa mięsnego
Według danych Instytutu Ekonomiki, Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej – Państwowego Instytutu Badawczego w czerwcu o 3 proc. wzrosło pogłowie trzody chlewnej w Polsce w stosunku do tego samego okresu ubiegłego roku. W związku z tym w wzrosła też produkcja żywca wieprzowego. Jak wynika z obliczeń Biura Analiz i Strategii Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, w ciągu pierwszych pięciu miesięcy tego roku za granicę wywieziono 333 tys. ton mięsa wieprzowego i jego przetworów. To o 7,5 proc. więcej niż przed rokiem. Jednak prognozy na koniec grudnia nie są już tak optymistyczne. Jak oczekuje KOWR, w drugim półroczu 2018 r. tempo wzrostu produkcji będzie wolniejsze. Jedną z przyczyn będą ograniczenia dla krajowych eksporterów związane z występowaniem ASF w Polsce. Uniemożliwiają one sprzedaż wieprzowiny na niektóre perspektywiczne rynki azjatyckie. W efekcie w 2018 tempo wzrostu produkcji i eksportu produktów wieprzowych z Polski będzie znacznie wolniejsze.
Producenci trzody chlewnej odczuwają też skutki spadku cen żywca. W ciągu roku zmalały one o około 15 proc.
Problem na skalę światową
ASF ma wpływ nie tylko na polskich hodowców i producentów przetworów mięsnych. Jego ogniska pojawiają się także w wielu innych krajach, m.in. na terenie Rumunii i Bułgarii. Wirus zdobywa nowe regiony także na świecie. W ostatnim czasie zasięg choroby znacznie się rozszerzył – kolejne zachorowania odnotowano przede wszystkim w Chinach, które są największym producentem trzody chlewnej na świecie. Żyje tam połowa światowego pogłowia trzody chlewnej. Do tej pory zutylizowano tam już 40 tys. Świń a choroba pojawiła się na przestrzeni kilku tysięcy kilometrów. W związku z tym, że problemy wynikające z dalszych postępów choroby w tej części świata mogą być poważne, na początku września Organizacja Narodów Zjednoczonych zwołała posiedzenie ekspertów w dziedzinie zdrowia zwierząt. Pojawili się na nim m.in. epidemiolodzy weterynaryjni oraz eksperci związani z regulacją branży rolno-spożywczej z Chin i dziewięciu pobliskich państw pochodzący z Kambodży, Japonii, Laosu, Mongolii, Birmy, Filipin, Korei Płd., Tajlandii i Wietnamu – krajów, które uważa się za zagrożone.
Nieuzasadnione obawy
ASF to choroba, która bardzo szkodzi wizerunkowi hodowli trzody chlewnej. Powoduje również nieuzasadnione lęki ze strony konsumentów, choć w żaden sposób nie jest niebezpieczna dla ludzi. Stąd też wielu odbiorców powstrzymuje się od importu wieprzowiny z krajów bądź regionów, które zostały dotknięte afrykańskim pomorem świń.
Główny Inspektorat Weterynarii prowadzi aktualizowaną na bieżąco mapę ognisk wirusa w Polsce. Więcej informacji pod adresem: https://www.wetgiw.gov.pl/nadzor-weterynaryjny/asf-w-polsce
Czy wiesz, że…
Pierwszy przypadek ASF stwierdzono w Kenii w 1910 roku. W 1957 r. wirus ten wykryto w Portugalii.
Nowoczesny controlling to przede wszystkim wielkie wyzwania, nowe inspiracje i szereg skutecznych rozwiązań. Dlatego od controllera oczekuje się dzisiaj gotowości do śledzenia zmian i odpowiadania na potrzeby dynamicznie rozwijającego się rynku. Z tej okazji zapraszamy na spotkanie, które wprowadzi Państwa w najważniejsze aktualności i problemy controllingu.
Forum Nowoczesnego Controllingu odbędzie się w Warszawie w dniach 25–26 października. Konferencja jest doskonałą okazją do rozwijania wiedzy controllingowej, poznawania przydatnych narzędzi i budowania kontaktów biznesowych. Każdy z uczestników konferencji zyska niepowtarzalną okazję, żeby spojrzeć z zewnątrz na swoją role w firmie, poddać analizie wyzwania, jakie są przed nim stawiane oraz odnieść się do popularnych, choć nie zawsze dobrze mu znanych metod i narzędzi.
W ramach Forum odbędą się cztery bloki tematyczne. Konferencję rozpocznie panel dotyczący znaczenia controllingu w obliczu transformacji. Prelegenci wraz z uczestnikami zastanowią się, czy praca finansistów zostanie kiedyś zastąpiona przez roboty i czym różni się metoda Agile (Lean) od tradycyjnych metod zarządzania. Ponadto, szczegółowo i na przykładach zostaną omówione typowe błędy stosowania metodyk agile/lean.
Garść inspiracji związanych z kulturą organizacji i działalnością Kaizen poznają Państwo w trakcie wystąpień w ramach drugiego panelu. W jego trakcie omówione zostaną możliwości w zakresie spójnego połączenia rachunkowości zarządczej z usprawnieniami procesów, a także dowiedzą się Państwo, jak włączyć wszystkich pracowników w działania bezpośrednio przekładające się na podniesienie rentowności firmy.
Trzeci panel skoncentrowany został wokół wyzwań controllingu wpływających na rozwijanie biznesu. Nowoczesne zasady zarządzania a klasyczne praktyki budżetowe, przyszła rola controllera w procesie digitalizacji oraz technologie SaaS i Big Data to tylko niektóre z tematów przygotowanych dla uczestników.
Panel czwarty poświęcony został informacji zarządczej i roli controllera w raportowaniu informacji z różnych obszarów przedsiębiorstwa. Szczegółowe omówienie raportowania i odniesień do najważniejszych prezentacji informacji zarządczej według International Bussines Communication Standards pomogą Państwu jeszcze lepiej odnaleźć się w świecie przedsiębiorstwa. W trakcie tego panelu dowiedzą się też Państwo, jak przygotować przejrzyste i kompleksowe raporty, a jednocześnie skupić uwagę decydentów na najważniejszych kwestiach.
Chociaż nie da się jednoznacznie określić, co jest dzisiaj w controllingu najważniejsze, trudno nie zgodzić się jednak, ze wysokiej jakości informacja zarządcza to priorytet. Forum Nowoczesnego Controllingu umożliwi Państwu merytoryczną dyskusję i zebranie rzetelnych danych, dzięki którym podejmowanie trafnych decyzji oraz osiąganie sukcesów stanie się łatwiejsze. Zapraszamy do udziału!
Przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw w sierpniu 2018 r. wyniosło 4798,27 zł. Wzrost dochodów gospodarstw domowych jest najniższy od ponad roku.
Nominalna dynamika wynagrodzeń w sektorze przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 9 osób zmniejszyła się w sierpniu do 6,8% r/r z 7,2% w lipcu.
Dane GUS są po raz pierwszy od wielu miesięcy rozczarowujące dla gospodarstw domowych, zwłaszcza, że inflacja okazała się nieco wyższa. Gospodarstwa domowe odczuwają też skutki wzrostu cen paliw na stacjach benzynowych.
– Wzrost odczuwalnych dochodów gospodarstw domowych osób zatrudnionych w sektorze przedsiębiorstw wyniósł w sierpniu 8,1 proc. i jest najniższy od kwietnia 2017 roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB. – Jednak jest to nadal wzrost bardzo wysoki i nie do utrzymania w dłuższym okresie.
STIR to system gromadzenia i analizy danych o transakcjach dokonywanych za pośrednictwem wszystkich rachunków bankowych w kraju i przekazywania ich wielu różnym organom państwowym: szef KAS, ale też ABW, CBA, Agencji Wywiadu.
STIR umożliwia organom skarbowym analizowanie wszystkich transakcji bankowych podatników. Na bieżąco, czyli codziennie. Dane przekazywane są tak szybko, że szef KAS może przeciwdziałać wyłudzeniom VAT praktycznie natychmiastowo.
– Blokada kont jest możliwa i będzie dokonywana z zaskoczenia – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Izabela Andrzejewska-Czernek, radca prawny z kancelarii Kochański Zięba i Partnerzy (KZP). – Konto można zablokować wszystkim przedsiębiorcom i osobom prowadzącym działalność zarobkową na własny rachunek. Możliwa będzie blokada rachunku rozliczeniowego, lokaty terminowej i rachunku VAT.
Oprócz blokady możliwe są: odmowa rejestracji podmiotu jako podatnika VAT, wykreślenie z rejestru VAT czy też wszczęcie postępowania karnego.
Czynnikiem decydującym o podjęciu tych działań jest tzw. wskaźnik ryzyka – wskaźnik wykorzystywania działalności banków do wyłudzeń.
Podmioty o określonych parametrach, dokonujące określonych transakcji będą z automatu oznaczane przez system STIR jako „podejrzane”. Oznaczenie to będzie nadawane na podstawie tajnych algorytmów. Izba rozliczeniowa następnie przekaże tę informację szefowi KAS.
– Szef KAS będzie mógł zablokować rachunek bankowy na 72 godziny z możliwością przedłużenia tej blokady do 3 miesięcy – wyjaśnia Izabela Andrzejewska-Czernek z KZP.
Początek tygodnia przyniósł otwarcie nowego rozdziału konfliktu handlowego USA i Państwa Środka. Decyzja USA o zwiększeniu presji na Chiny nie wywołała jednak gwałtownej reakcji na rynkach finansowych.
Stany Zjednoczone ogłosiły w poniedziałek nałożenie ceł na chińskie produkty o wartości 200 mld USD. Nowe taryfy w wysokości 10% wejdą w życie 24 września, natomiast od przyszłego roku mają wzrosnąć do 25%. Chiny skrytykowały ruch USA i zapowiedziały odwet. Reakcja rynków finansowych na informacje była jednak ograniczona, ze względu na to, że ruch Stanów Zjednoczonych nie był dużym zaskoczeniem – informacje sugerujące planowane przez USA nałożenie nowych taryf poznaliśmy już w piątek.
Polski złoty od początku tygodnia zyskuje, wspierany m.in. przez słabość dolara amerykańskiego. Dzisiejsze dane z krajowego rynku pracy nieco rozczarowały: głębszy od spodziewanego spadek odnotowała dynamika płac, niespodziewanie zwolnił również wzrost zatrudnienia. Na pierwszy rzut oka dane mogą martwić. Jednak jeśli uwzględnimy, że niższy wzrost zatrudnienia prawdopodobnie jest konsekwencją ograniczeń po stronie podaży pracy, niewykluczone, że rezultatem będzie utrzymanie wysokiego tempa dynamiki płac w przyszłości, a nie pogorszenie sytuacji pracowników. Negatywnym aspektem jest to, że jeśli dojdziemy do „ściany” w kwestii możliwości rynku pracy i spadek dynamiki zatrudnienia będzie kontynuowany, docelowo przełoży się to na spadek ekspansji krajowej gospodarki.
SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY
EUR
Kurs EUR/PLN we wtorek spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Wspólna waluta była względnie stabilna w relacji do ważonego koszyka walut, zyskując jedynie na słabości dolara amerykańskiego. Wczoraj poznaliśmy zrewidowane dane o sierpniowej inflacji w krajach wspólnego bloku walutowego. Odczyty były zgodne z poprzednimi szacunkami i wyniosły odpowiednio 2% w przypadku inflacji CPI oraz 1% rocznie w przypadku inflacji bazowej. Bazowy indeks nadal znajduje się znacznie poniżej celu inflacyjnego Banku i jeszcze nie wykazuje silnego trendu wzrostowego, co sprawia, że na podwyżki stóp procentowych w strefie euro najpewniej przyjdzie nam poczekać do drugiej połowy 2019 r.
GBP
Kurs GBP/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,83-4,85. Brytyjska waluta w poniedziałek była jedną z najlepiej radzących sobie głównych walut, mimo stabilizacji w parze ze złotym, szterling zyskiwał w relacji do ważonego koszyka walut.
Brytyjski „Times” zasugerował w poniedziałek, że główny negocjator z ramienia UE, Michel Barnier pracuje nad bardziej elastycznym planem, który zminimalizuje potrzebę fizycznych kontroli na granicy z Irlandią. Informacje miały pozytywny wpływ na nastroje inwestorów i wspierały umocnienie brytyjskiej waluty. To właśnie kwestia granicy Irlandii i Irlandii Północnej pozostaje bowiem jedną z kluczowych przeszkód na drodze do uzyskania porozumienia UE i Wielkiej Brytanii w kwestii Brexitu. Informacje o postępach i wzroście szans na osiągnięcie umowy z UE podobnie jak w minionym tygodniu tak i teraz sprzyjają i mogą nadal sprzyjać brytyjskiej walucie.
USD
Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,67-3,71. Amerykańska waluta rozpoczęła tydzień osłabieniem, tracąc w relacji zarówno do polskiego złotego, jak i do głównych walut. Wtorkowy poranek przynosi lekkie umocnienie dolara amerykańskiego, jednak jego skala jest bardzo ograniczona. Dzisiejszy dzień nie przyniesie istotnych informacji z USA, na wartościowe odczyty przyjdzie nam poczekać do jutra.
Dane GUS potwierdzają, że polski rynek pracy ma się dobrze, ale nie tak dobrze jak sądzili analitycy. Donald Trump potwierdził nowe cła handlowe, Chiny odpowiadają.
Rynek pracy w Polsce zwalnia
GUS podał dane na temat wzrostu zatrudnienia i wynagrodzeń w Polsce. Potwierdziły się przewidywania analityków – dobra pass powoli musiała zacząć się kończyć. W dalszym ciągu wzrost wynagrodzeń o 6,8% a zatrudnienia o 3,4% to bardzo dobre wyniki. Wiele państw może nam zazdrościć tych parametrów. Problem w tym, że analitycy oczekiwali odpowiednio 7% i 3,5%. Dane te spowodowały delikatne osłabienia się złotego względem głównych walut. Najwyraźniej inwestorzy liczyli na utrzymanie rewelacyjnej passy.
Wraca wojna handlowa
Prezydent USA Donald Trump ogłosił kolejną listę produktów importowanych z Chin, które będą podlegać ocleniu. Jest to kilka tysięcy produktów na łączną kwotę 200 mld dolarów. Na początku wyniosą one 10%, ale z początkiem stycznia jeżeli nie dojdzie do porozumienia mają one wzrosnąć do 25%. Powodem takiego podejścia jest danie czasu producentom do relokacji zakładów poza Chiny. Jak nietrudno się domyślić Pekin nie pozostał dłużny i odpowiedział również cłami. Warto przypomnieć, że pierwsza runda sankcji miała rozmiar 50 mld dolarów i była podzielona na dwie części. Inwestorzy przyjęli te informacje dość spokojnie, gdyż wielu analityków przewidywało brak okresu przejściowego z niższą stawką.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl
Ostatni tydzień sprawił, że PLN odrobił część strat notowanych względem większości głównych walut. Złoty pozostaje stabilny względem euro, a niewielkie osłabienie się dolara na rynku globalnym również przyniosło umiarkowaną presję zewnętrzną na PLN. Jedynie funt brytyjski jest silny wobec złotówki, co według ekspertów Aforti Exchange jest wskazaniem do wstrzymania się z zakupem brytyjskiej waluty.
Ubiegłotygodniowe dane potwierdzają jednocześnie notowania złotego we wtorkowy poranek (2018-09-18), kiedy to polska waluta wyceniana była na 4,2970 PLN względem euro; 3,6743 PLN wobec dolara amerykańskiego oraz 4,8324 PLN w odniesieniu
do funta szterlinga.
EUR/PLN na fali spadkowej – europejska waluta tanieje względem złotówki
Zgodnie z oczekiwaniami analityków Aforti Exchange poziom 4.3080, pokrywający się z barierą długoterminową, zatrzymał w ubiegłym tygodniu wzrosty europejskiej waluty. Co ważne, wspomniany poziom EUR/PLN pokrywa się z 50-proc. zniesieniem poprzedniej fali wzrostowej, zatem jego pokonanie będzie bardzo trudne.
Jeżeli w nadchodzącym tygodniu okolice 4.3100 pozostaną nieprzekraczalną barierą, notowania EUR/PLN rozpoczną kolejną falę spadkową, podobną do tej z lipca 2018, kiedy
z poziomu 4.3640 rynek cofnął się o ponad 10 groszy.
Zatem, jeżeli bariera długoterminowa w cenie 4.3080 pozostanie oporem, a dodatkowo dojdzie do cofnięcia poniżej poziomu 4.2980, cofnięcie EUR/PLN w kierunku strefy 4.2000 – 4.2100 stanie się bardzo realne.
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/PLN w układzie miesięcznym
USD/PLN – perspektywa przeceny amerykańskiego dolara to kwestia czasu
Zgodnie z przewidywaniami ekspertów Aforti Exchange, strefa 3.7300 – 3.7400 zatrzymała próbę jej przekroczenia w ubiegłym tygodniu. Zdecydowane cofnięcie spowodowało również, że powstał wstępny sygnał na powstanie formacji spadkowej RGR o potencjale cofnięcia w rejon lokalnego minimum w cenie 3.6280.
Jeżeli w nadchodzącym tygodniu wspomniany na początku zakres również zatrzyma wzrosty, a dodatkowo dojdzie do trwałego cofnięcia poniżej poziomu 3.6900, przecena zdecydowanie przyspieszy.
Źródło: Aforti Exchange – notowania USD/PLN w układzie miesięcznym
GBP/PLN – funt szterling coraz droższy
Warto wstrzymać się z zakupem brytyjskiej waluty – zgodnie z oczekiwaniami, strefa 4.8140 – 4.8320 – ograniczana przez 50-proc. zniesienie poprzedniej fali spadkowej –- zatrzymała kolejną próbę jej pokonania. To wstępny sygnał do zakończenia odreagowania na rynku, co według analityków Aforti Exchange oznacza, że
z zakupem GBP warto się na tym etapie jeszcze wstrzymać.
Sytuacja zmieni się dopiero wówczas, kiedy dojdzie do trwałego ruchy powyżej poziomu 4.8320. Nie zmienia to jednak faktu, że próba jego przekroczenia na początku nadchodzącego tygodnia jest niemal pewna.
Źródło: Aforti Exchange – notowania GBP/PLN w układzie miesięcznym
SEK/PLN – korona szwedzka w trendzie spadkowym
Cofnięcie w zeszłym tygodniu nie zagraża jeszcze kontynuacji odbicia korony szwedzkiej,
do którego doszło 3 tygodnie temu ze strefy 0.3985 – 0.4025, będącej silnym wsparciem
dla kolejnych prób rozwinięcia większego ruchu wzrostowego w kierunku strefy 0.4145 – 0.4170.
Niezależnie od tego, notowania pozostają wciąż pod wpływem trendu spadkowego. Jeżeli
w nadchodzącym tygodniu nie dojdzie do trwałego przekroczenia poziomu 0.4110, powrót w rejon wspomnianej na początku strefy będzie scenariuszem podstawowym.
Źródło: Aforti Exchange – notowania SEK/PLN w układzie miesięcznym
EUR/USD – euro zyskuje na wartości względem dolara amerykańskiego
Górne ograniczenie kanału spadkowego okazało się solidnym wsparciem dla ruchu powrotnego.
Z poziomu 1.1550 doszło do podbicia w rejon poziomu 1.1720, aby ostatecznie zakończyć tydzień na oporze w cenie 1.1625. To może wywołać cofnięcie na początku tygodnia, które jednak nie powinno zanegować poziomu 1.1550, jeżeli odreagowanie ma być kontynuowane.
Póki co, kupujący mogą liczyć na podejście notowań w rejon poziomu 1.1790, jeżeli rynek będzie dążył do zrównania kolejnych fal wzrostowych. Jednakże poziom 1.1625 musi zostać trwale pokonany w nadchodzącym tygodniu.
Źródło: Aforti Exchange – notowania EUR/USD w układzie miesięcznym
Marek Paciorkowski, dyrektor ds. rynków finansowych, Aforti Exchange / Grupa AFORTI
Nie jest tajemnicą, że Przemysł 4.0 nie kończy się na wdrożeniu nowoczesnego systemu ERP czy internetu Rzeczy. Przedsiębiorstwa, które reprezentują odmienne podejście mogą od razu wywiesić białą flagę, ponieważ ich wysiłki skazane są na porażkę. O tym, jak przygotować organizację na gruntowne „przemeblowanie” i w pełni wykorzystać potencjał nowych technologii, spytaliśmy najlepszych branżowych ekspertów.
Międzynarodowa firma badawcza IDC uważa cyfrową transformację za najistotniejszy trend w globalnej gospodarce. Potwierdzeniem tej tezy ma być przedstawiona niedawno światowa prognoza wydatków na digitalizację. W 2018 r. mają one przekroczyć kwotę 1.1 biliona dolarów. Dla porównania, na technologie i cyfrowe usługi w roku minionym firmy wydały 958 mld dolarów, co daje wzrost na poziomie 16.9 proc. rdr. Taka tendencja może być dowodem na to, że świat biznesu podchodzi do sprawy coraz poważniej, widząc zagrożenie, jakie niesie ze sobą brak odpowiednich działań. Jak przekonuje Piotr Rojek z DSR, firmy wspierającej sektor przemysłowy w procesach cyfryzacji, aby uzyskać wymierne efekty, realizowane działania powinny być gruntowne i zdecydowane. – Musimy pozbyć się myślenia, że digitalizacja biznesu polega wyłącznie na inwestycjach w oprogramowanie i infrastrukturę. Taka mentalność prowadzi na cyfrowe manowce. Tu chodzi o coś więcej niż o implementację nowych technologii. Naszym celem powinno być cyfrowa dojrzałość, a tej nie da się osiągnąć bez gruntownej przemiany sposobu funkcjonowania organizacji tak, by dostawać ją do nowych rynkowych wymogów – ocenia Rojek.
Rzeczywistość nie pozostawia złudzeń. Mimo rosnącej świadomości rynkowych wyzwań jakie niesie ze sobą zmieniająca się gospodarka, większość firm wciąż nie posiada adekwatnej strategii cyfryzacji. Co gorsza, przedsiębiorstwa, które w tym obszarze posiadają już jasno zdefiniowane cele, zmagają się z wieloma przyziemnymi problemami uniemożliwiającymi ich skuteczną realizację. Blokady występują na każdy stadium cyfrowej transformacji, a najwięcej znaków zapytania pojawia się na samym jej początku. Okazuje się, że jest to moment kluczowy, a błędy popełnione u zarania procesu mogą zaważyć na jego realizacji. Nie dziwi więc fakt, że większość szefów IT rwie włosy z głów w poszukiwaniu pomysłów na rozpoczęcie zmian w organizacji tak, by nie narazić jej na zbędne perturbacje.
Po pierwsze wizja
Eksperci są zgodni co do tego, że u podstaw każdej udanej cyfrowej transformacji leży szczegółowa, holistyczna wizja. W sporej części fabryk znajdziemy co najmniej jeden system. Może to być wiekowy ERP, który wraz z rosnącym zapotrzebowaniem uzupełniono o kolejne aplikacje – zazwyczaj zewnętrzne. Niektóre z nich powstały, aby wspierać realizację konkretnego konceptu, takiego jak np. Just-in-Time lub teoria ograniczeń, a z upływem czasu, pod wpływem naglących potrzeb, uzupełniano je o dodatkowe rozwiązania. Oczami eksperta takie przedsiębiorstwo przypomina człowieka, który z rana planuje iść na plaże, więc zakłada klapki i kąpielówki, pogoda jednak płata figle i z powodu zimna ubiera kolejne warstwy – cokolwiek jest pod ręką. Najpierw krótkie spodenki, potem koszulkę i marynarkę, a gdy z nieba zaczyna kropić deszcz, na głowę zakłada cylinder. W międzyczasie jego plany ulegają zmianie i w tak skompletowanej kreacji nasze bohater postanawia udać się do opery. Nikt o zdrowych zmysłach nie funkcjonuje w taki sposób – co do tego nie ma wątpliwości. Niestety, tego samego nie można powiedzieć o producentach przemysłowych, którzy bez spójnej wizji łatają dziury przypadkowym oprogramowaniem. Jak wskazuje Bartłomiej Ślawski, Country Manager w VMware Polska, cyfrowa transformacja w wielu firmach przypomina zakupy w sklepie sportowym, tymczasem kupno modnego, innowacyjnego i najdroższego sprzętu do biegania nie zrobi z nas złotych medalistów. –Musimy zrozumieć, że cyfrowa transformacja to nie jest moda, w której każdy musi wziąć udział, bo taki jest wymóg czasów. Zmiana musi wynikać z planu biznesowego, który konsekwentnie będziemy realizować. Firmy, które podejmą decyzję o zmianach muszą zmienić swój sposób działania na każdym polu, dokonać strategicznej transformacji biznesowej, ponieważ zmieniają się nie tylko narzędzia, ale sam rynek, konsumenci czy rynek pracy – przekonuje Ślawski. Jego zdaniem cyfrowa transformacja to odpowiedzialność nie tylko firmowych ekspertów od IT, ale przede wszystkim zarządu. Na tym polu potrzebna jest daleko idąca współpraca między biznesem a IT i wciągnięcie informatyków w proces decyzyjny. – CIO nie powinien być tylko osobą do określania procedur awaryjnych i naprawczych, a dział IT nie może być tylko serwisem. CIO, albo specjalnie wyznaczona przez zarząd osoba powinni mieć uprawnienia do wyznaczania i realizowania strategii przeprowadzania cyfrowej transformacji w przedsiębiorstwie – dodaje ekspert.
Firmy, które decydują się na stworzenie spójnej strategii cyfryzacji zapraszając do procesu twórczego dział IT, powinny pamiętać, że o sukcesie projektu decyduje kilka czynników. Jednym z nich jest jasne sprecyzowanie oczekiwanego efektu końcowego. Tymczasem przedsiębiorstwa produkcyjne często decydują się na siłową cyfryzację jak największej ilości obszarów, bez zdefiniowania celu i określenia problemów, które powinny zostać za jej sprawą rozwiązane. Według Dr inż. Jacka Kozłowskiego, partnera w ASD Consulting, takie podejście jest kosztowne, czasochłonne i nie dające żadnej gwarancji zwrotu z inwestycji – Nawet, jeżeli firmy osiągnęły wysoki stopień cyfryzacji w zakresie akwizycji danych, wymiany informacji czy infrastruktury IT, to stopień wykorzystania całości jako systemu jest niewielki i sprowadza się najczęściej do podstawowych analiz lub uproszczenia procesów wymiany informacji – opisuje nieudane projekty Kozłowski. Dr z Politechniki Warszawskiej w przypadku procesów produkcyjnych wyróżnia 2 główne cele transformacji cyfrowej, tj. monitorowanie i sterowanie procesem oraz zarządzanie procesem. Odpowiedź na pytanie, który z tych obszarów jest docelowy, powinna stanowić podstawę wyboru strategii, metod i narzędzi pomiarowych, infrastruktury IT, zasobów do implementacji, obsługi i wykorzystywania efektów transformacji w wybranym obszarze.
Po drugie sterowanie i zarządzanie
Sterowaniem procesem może mieć formę inżynierską lub statyczną. Ta pierwsza to inaczej sterowanie tradycyjne, sprzętowe, będące doskonałym źródłem danych pochodzących bezpośrednio z linii produkcyjnej – czujników zintegrowanych z maszynami lub dodatkowych, instalowanych dla prawidłowego działania procesu (np. z urządzeń wspierających czy kontrolnych). – Ważne, aby czujniki były zdolne do komunikacji z systemami kontroli i innymi systemami zewnętrznymi w celu monitorowania, a docelowo umożliwiały dynamiczną zmianę konfiguracji maszyn. W tym przypadku należy poszukać optymalnego rozwiązania sprzętowego dla systemu sterowania i powiązania danych sprzętowych z systemami zewnętrznymi – radzi dr inż. Kozłowski z ASD Consulting.
Sterowanie statystyczne (ang. Statistical Process Control), jest sterowaniem wyższego rzędu, pozwalającym antycypować wystąpienie awarii na podstawie obserwacji zachowania procesu i jego statystycznej analizy. Nie obejdzie się tu bez dostępu on-line do danych procesowych z czujników oraz inwestycji w infrastrukturę IT związaną z systemami/aplikacjami do analizy SPC. Ważne jest również odpowiednie przeszkolenie specjalistów podejmujących decyzje na podstawie wniosków z SPC czy wręcz narzędzi bezpośrednio sterujących procesem. – Nasze dotychczasowe doświadczenia wskazują, że mimo wysokiego poziomu technologicznego procesów, technicznego parku maszynowego i wysokiej jakości oraz ilości danych rejestrowanych na maszynach, najczęściej brakuje integracji z systemami zewnętrznymi sterowania i zarządzania, a próby rozbudowy o takie systemy są kosztowne. a czasami niemożliwe. Jedyną drogą na rozwiązanie tego problemu jest manualny transfer danych z maszyn do systemów zewnętrznych lub implementacja równoległych systemów pomiarowych DAQ (Data Aquisition), zintegrowanych ze środowiskiem zewnętrznym – dodaje Kozłowski.
18 września br. Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOl) i Allianz ogłosili, że ubezpieczyciel dołączy do programu „Światowy partner olimpijski” (TOP) w 2021 roku.
Dzięki umowie sponsorskiej Allianz będzie współpracował z MKOI w celu wsparcia ruchu olimpijskiego, w tym również komitetów organizacyjnych igrzysk olimpijskich poprzez zapewnienie innowacyjnych i zintegrowanych rozwiązań ubezpieczeniowych. Allianz chce dostarczać najlepsze rozwiązania ubezpieczeniowe dla Narodowych Komitetów Olimpijskich, ich drużyn olimpijskich i sportowców na całym świecie. Wsparcie obejmie zarówno istniejące produkty, takie jak ubezpieczenia flotowe, ubezpieczenia majątkowe i osobowe, jak i rozwiązania ubezpieczeniowe dla nowych produktów i usług, napędzanych przez postępujące zmiany technologiczne. Współpraca potrwa od 2021 r. do 2028 r.
Celem współpracy dla obydwu partnerów jest wykorzystanie siły sportu i nawiązanie relacji
z nową publicznością za pośrednictwem kanałów cyfrowych. Dzięki partnerstwu, Allianz ma możliwość dotarcia do nowej generacji odbiorców i może odpowiadać na ich potrzeby ubezpieczeniowe.
Jednocześnie Allianz nie rezygnuje i będzie kontynuował silne partnerstwo z Międzynarodowym Komitetem Paraolimpijskim (IPC), które trwa od ponad dziesięciu lat. W Polsce Allianz jest partnerem Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego od 2018 roku.
– To nowe partnerstwo z MKOl pokazuje globalny urok i wielką siłę Ruchu Olimpijskiego. Cieszymy się, że możemy współpracować z Allianz w celu wspierania sportu na całym świecie. Allianz zbudował globalny biznes oparty na zaufaniu. Nasze partnerstwo także oparte jest na wzajemnym zaufaniu. Dodatkowo firma ma silne sportowe dziedzictwo i zgodnie z Agendą Olimpijską 2020 dzielimy cyfrową ambicję łączenia się z młodymi ludźmi na całym świecie w celu promowania wartości olimpijskich i siły sportu – mówi Thomas Bach, Prezydent MKOl.
– Cieszę się, że dołączamy do globalnej społeczności sportowców, ludzi entuzjastycznie nastawionych do sportu i pracy zespołowej – rozszerzając nasze dotychczasowe silne partnerstwo z Międzynarodowym Komitetem Paraolimpijskim (IPC). Dzięki kanałom cyfrowym i społecznościowym MKOl możemy łączyć się z większą liczbą osób niż kiedykolwiek wcześniej i oferować im naszą specjalistyczną wiedzę z zakresu ubezpieczeń. Uważamy, że świat jest lepszym miejscem, gdy ludzie mają odwagę pozostawić za sobą różnice i stanąć razem, aby osiągnąć lepsze wyniki dla siebie i społeczeństw, w których żyją – mówi Oliver Bäte, szef grupy Allianz na świecie.
– Cieszymy się, że możemy ogłosić to nowe partnerstwo z jedną z wiodących firm ubezpieczeniowych na świecie i że wspólnie rozpoczniemy nową, ekscytującą podróż – dodaje Tsunekazu Takeda, przewodniczący Komisji Marketingowej MKOl
– Jako światowy ubezpieczyciel, Allianz jest bezpośrednio osadzony we wszystkich wydarzeniach, które tworzą i przekształcają nasze globalne społeczeństwo. Dlatego ważne jest dla nas, aby stać się światowym partnerem olimpijskim MKOl i IPC w kategorii ubezpieczeń. Będziemy współpracować, aby wprowadzić oba zespoły na wyższy poziom – cyfrowo, komercyjnie i globalnie. Cieszymy się także z możliwości wprowadzenia Allianz na nowe rynki, a także wzmocnienia naszej pozycji tam gdzie już jesteśmy. Razem z MKOl i IPC możemy dzielić się naszą pasją do sportu. Jest to także sposób na uzyskanie korzyści społecznych, fizycznych i mentalnych, jakie to partnerstwo przynosi ludzkości – mówi Jean-Marc Pailhol, szef ds. zarządzania i dystrybucji na rynku w Allianz SE.
Okres sponsoringu Allianz obejmie Zimowe Igrzyska Olimpijskie Pekin 2022, Igrzyska Olimpijskie Paryż 2024, Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026 i Igrzyska Olimpijskie LA 2028. W Chinach, Francji i Hiszpanii Allianz będzie miał prawa marketingowe od 2019 roku.
W marcu 2018 r. MKOl i IPC ustanowiły długoterminowe partnerstwo między obiema organizacjami do 2032 r. W ramach tej umowy od 2021 r. wszyscy światowi partnerzy TOP będą również partnerami IPC i Igrzysk Paraolimpijskich.
17 lipca 2018 r. WSA w Warszawie uchylił decyzję Urzędu Kontroli Skarbowej zarzucającą pozorność dokonanego przez spółkę przymusowego umorzenia udziałów (III SA/Wa 3163/17). Organ stwierdził, że umorzenie było dobrowolne. Ta subtelna zmiana przymiotnika w kwalifikacji czynności miała kosztować firmę blisko 195 milionów złotych.
Domiar po 5 latach. 142 miliony i aż 37% odsetek
W grudniu 2011 r. na mocy umowy spółki P1 Sp. z o.o. nastąpiło przymusowe umorzenie jej udziałów w zamian za wynagrodzenie. Obniżenie kapitału zakładowego P1, spółki córki i jedynego wspólnika Emperia Holding S.A., zostało stwierdzone postanowieniem wydziału gospodarczego KRS Sądu Rejonowego w Lublinie w kwietniu 2012 r. Po niespełna 5 latach, w styczniu 2017 r., Emperia otrzymała decyzję Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej określającą zobowiązanie w podatku dochodowym od osób prawnych za 2011 r. w wysokości ponad 142 mln zł. Mimo iż ustalenie po 5 latach zobowiązania podatkowego było rezultatem tak późno wydanej w tej sprawie decyzji przez organ skarbowy, to spółka, zgodnie z art. 53 i 55 Ordynacji podatkowej, została obarczona dodatkowym ciężarem w wysokości ponad 52 mln zł odsetek za zwłokę.
Zwolnienie z CIT
W stanie prawnym z grudnia 2011 r. dochód z umorzenia udziałów stanowił dochód z udziału w zyskach osób prawnych (art. 10 ust. 1 pkt 1 ustawy z dnia 15.02.1992 r. o podatku dochodowym od osób prawnych, Dz.U. z 2011 r. nr 74, poz. 397) pod warunkiem, że nie dotyczył umorzenia udziałów objętych za wkład niepieniężny w postaci przedsiębiorstwa lub jego zorganizowanej części (art. 10 ust. 1b). Zgodnie z art. 22 ust. 1 ustawy o CIT dochód z umorzenia udziałów podlega opodatkowaniu podatkiem dochodowym w wysokości 19%. Niemniej spełnienie przesłanek określonych w ust. 4-6 tego artykułu zwalniało tak osiągnięty dochód z podatku CIT. Spółka uzyskująca dochód musiała podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od całości swoich dochodów na terytorium RP lub innego państwa Unii Europejskiej lub Europejskiego Obszaru Gospodarczego, bez względu na miejsce ich osiągania. Ponadto musiała posiadać bezpośrednio nie mniej niż 10% udziałów w kapitale spółki wypłacającej dochód z udziału w zyskach osób prawnych oraz nie mogła korzystać ze zwolnienia z opodatkowania podatkiem dochodowym od całości swoich dochodów. Spełnienie czwartej przesłanki wymagało od spółki wypłacającej dochód posiadania statusu podatnika podatku dochodowego oraz siedziby lub zarządu na terytorium RP.
Umorzenie dobrowolne a przymusowe
Zastosowanie zwolnienia z art. 22 ust. 4-6 nie budziłoby żadnych wątpliwości, gdyby nie nowelizacja ustawy o CIT z dnia 25 listopada 2010 r. (Dz.U. z 2010 r. nr 226, poz. 1478), która weszła w życie 1 stycznia 2011 r. Uchyliła ona bowiem pkt 2 art. 10 tej ustawy, wyrzucając ze źródeł dochodów z udziału w zyskach osób prawnych „dochód uzyskany z odpłatnego zbycia udziałów (akcji) na rzecz spółki, w celu umorzenia tych udziałów (akcji)” (Dz.U. z 2011 r. nr 74, poz. 397). Od tego momentu organy podatkowe zaczęły uzależniać możliwość skorzystania ze zwolnienia od przymiotowości umorzenia udziału. Zwolnienia obejmowały umorzenia przymusowe i warunkowe. Nie dotyczyły natomiast umorzeń dobrowolnych (zob. interpretacja indywidualna Dyrektora Izby Skarbowej w Warszawie z 04.07.2011 r., IPPB3/423-299/11-2/JB).
Zgodnie z art. 199 ustawy z dnia 15 września 2000 r. Kodeks spółek handlowych: „§ 1. (…) Udział może być umorzony za zgodą wspólnika w drodze nabycia udziału przez spółkę (umorzenie dobrowolne) albo bez zgody wspólnika (umorzenie przymusowe). Przesłanki i tryb przymusowego umorzenia określa umowa spółki. (…) § 4. Umowa spółki może stanowić, że udział ulega umorzeniu w razie ziszczenia się określonego zdarzenia bez powzięcia uchwały zgromadzenia wspólników. Stosuje się wówczas przepisy o umorzeniu przymusowym” (Dz.U. 2000 nr 94 poz. 1037 z późn.zm., brzmienie przepisów identyczne, jak w grudniu 2011 r.).
Znajomość prawa szkodzi
31 stycznia 2017 r. spółka otrzymała decyzję, w której Dyrektor UKS podważył przymusowy charakter umorzenia udziałów spółki córki, zarzucając przeprowadzonej czynności pozorność. Powołując się m.in. na kontrolę kapitałowo-osobową jednej spółki nad drugą, stwierdził, że w rzeczywistości doszło do dobrowolnego umorzenia udziałów. Jak uzasadniał organ: „zamiarem stron było takie ukształtowanie stosunków Emperia Holding S.A. ze Spółką P1, by – przy zachowaniu formalnej zgodności z prawem podejmowanych czynności – zmierzały do osiągnięcia celu sprzecznego z prawem podatkowym” (za „Sprawozdanie Zarządu z działalności Spółki Emperia Holding S.A. w 2017 roku”).
Zaskakujący dla spółki mógł być zwłaszcza fakt powołania się przez organ przy formułowaniu zarzutów pozorności na powiązania kapitałowe obu spółek. Ustawa o podatku dochodowym od osób prawnych jako jedną przesłankę konieczną do zastosowania ulgi z art. 22 ust. 4-6 wymienia bowiem bezpośrednie posiadanie przez spółkę uzyskującą przychód z tytułu udziału w zyskach osób prawnych nie mniej niż 10% udziałów w kapitale spółki wypłacającej ów przychód (art. 22 ust. 4 pkt 3 ustawy o CIT).
Zarzut pozorności i podważanie prawomocnego orzeczenia sądu
Spółka złożyła od tej decyzji odwołanie. Ponieważ Dyrektor Izby Administracji Skarbowej utrzymał ją w mocy, sprawa trafiła przed Wojewódzki Sąd Administracyjny. Zdaniem spółki decyzja Dyrektora UKS stała w sprzeczności nie tylko z prawem podatkowym, ale także z prawem cywilnym i prawem spółek handlowych. Przede wszystkim uchwała nadzwyczajnego zgromadzenia wspólników, którą spółka dokonała umorzenia przymusowego, jako jednostronna czynność prawna nieskierowana do konkretnego adresata, nie mogła być obarczona zarzutem pozorności. Spółka podniosła również, że aby doszło do dobrowolnego umorzenia udziałów, musiałaby zostać zawarta pomiędzy wspólnikiem a spółką umowa nabycia udziałów celem ich umorzenia. Do tego jednak nigdy nie doszło.
Zarzut pozorności czynności prawnej jest negacją istnienia określonego stosunku prawnego. Skoro taki zarzut stanowi podstawę sporu między dokonującym tej czynności a organem, to podnoszący go organ powinien, zgodnie z instrukcją art. 199a § 3 Ordynacji podatkowej, wystąpić do sądu powszechnego o ustalenie istnienia lub nieistnienia tego stosunku. A w przeciwieństwie do organu podatkowego, który sam dokonywał takich ustaleń w obszarze prawa prywatnego, dokonanie przymusowego umorzenia udziałów przez spółkę zostało stwierdzone prawomocnym orzeczeniem sądu rejestrowego.
Przedsiębiorcy muszą walczyć o swoje firmy w sądach
W wyroku z 17 lipca WSA w Warszawie zgodził się ze spółką, że organ podatkowy nie mógł samodzielnie ustalać istnienia lub nieistnienia spornego stosunku prawnego i powinien zwrócić się w tej sprawie do sądu powszechnego (III SA/Wa 3163/17). Czy zrobi to wydający decyzję na podstawie art. 199a § 2 Ordynacji podatkowej fiskus: „Jeżeli pod pozorem dokonania czynności prawnej dokonano innej czynności prawnej, skutki podatkowe wywodzi się z tej ukrytej czynności prawnej” (Dz.U. 1997 nr 137 poz. 926 z późn.zm.) – zależy od tego, czy dysponuje wystarczającym materiałem dowodowym do wystąpienia przed sąd powszechny. Jeśli nie, wówczas może zaskarżyć wyrok WSA lub po prostu zmienić swoją decyzję.
Bez względu na kształt ostatecznego zakończenia sporu spółki z fiskusem już samo jego istnienie pokazuje, w jakim położeniu się znajdują i z jaką rolą muszą godzić się przedsiębiorcy. Organy podatkowe nie tylko odmawiają im przychylnych rozstrzygnięć co do czynności, jakie chcieliby podjąć, a o które pytają we wnioskach o wydanie interpretacji podatkowej, ale także sięgają do czynności, które miały miejsce wiele lat wstecz i z nich „lekką ręką” wyprowadzają bardzo negatywne dla firm konsekwencje. Pomimo tego, że te działają zgodnie z literą prawa, to i tak w jednej chwili mogą zostać obarczone wielomilionowymi zobowiązaniami podatkowymi, co gorsza mocno zawyżonymi dodatkowym ciężarem odsetkowym.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.