Pod ochroną Trzech Lwów

Wojny handlowe na poważnie wystartowały, tymczasem rynki finansowe kontynuują pozytywne odbicie. Ostatnie słowo nie zostało jeszcze wypowiedziane, więc trwałość poprawy nastrojów nie jest pewna. W międzyczasie gorąco robi się na brytyjskiej scenie polityczne, gdzie ostatnie postanowienia ws. Brexitu wywołują roszady w rządzie.

W piątek USA zaczęły respektować cła importowane na towary z Chin. W odpowiedzi Chiny zastosowały podobne środki dla towarów z USA. Konflikt handlowy między tymi dwoma krajami przeszedł z fazy zapowiedzi do faktycznych działań i bardzo prawdopodobne jest, że nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. W końcu sam prezydent Trump groził, że jeśli Chiny odpowiedzą na jego cła (co Pekin zrobił), to on zaostrzy cła nawet na cały import z Państwa Środka. Stąd eskalacja obaw rynkowych nie jest do końca wykluczona, choć jak na razie inwestorzy pozostają zrelaksowani. Być może jest to przejaw zmęczenia tematem i bez namacalnych dowodów ryzyka większych zaburzeń w globalnym handlu rynki nie zamierzają przereagowywać? To jednak byłoby coś nowego po „skocznym” czerwcu. A może rekordowe upały nawiedzające obecnie Wielką Brytanię otępiły traderów w City? Cokolwiek by to nie było, nie sądzę, aby zagrożenie minęło na dobre.

Póki co jednak odreagowanie aktywów ryzykownych trwa, na czym przede wszystkim korzystają waluty z Antypodów i Skandynawii, a przegranym jest USD (który do niedawna był bezpieczną przystanią). Piątkowy raport z rynku pracy USA z niższą od prognoz dynamiką płac nie przyłożył się do obrony wartości dolara. Pozytywny sentyment pomaga też złotemu i EUR/PLN systematycznie oddala się od 4,40, dziś testując 4,34. Dziś w kalendarzu brakuje kluczowych publikacji – indeks Sentix prawie nigdy nie przyciąga uwagi, a w popołudniowym przemówieniu w PE prezes EBC Draghi nie może niczym zaskoczyć po tym, jak w na czerwcowej konferencji dokładnie wyłożył stanowisko banku.

Entuzjazm po tym, jak premier Wielkiej Brytanii ogłosiła w piątek sukces w wypracowaniu konsensusu po wielogodzinnych rozmowach swojego gabinetu, okazał się krótkotrwały. Nowa propozycja dalszej strategii prowadzenia negocjacji Brexitu okazała się nie do zaakceptowania przez głównego ministra prowadzącego rozmowy z UE. David Davis złożył w niedzielę rezygnację, a w uzasadnieniu napisał, że obecny trend w polityce i przyjęta taktyka czynią coraz mniej prawdopodobnym, że Wielka Brytania opuści unię celną i jednolity rynek europejski. W odniesieniu do GBP na szali na przeciw siebie pozostawione są stabilność rządu i wzmocnienie szans na „miękki Brexit”. W rządzie wciąż pozostało kilku głośnych zwolenników twardego rozstania z UE (np. Boris Johnson), którzy mogą torpedować działania od środka. Ponadto May musi jeszcze przekonać do swojej wizji swoją partię, gdzie nie brakuje osób o poglądach bliższych Johnsona. Z drugiej strony May ma możliwość powołania na stanowisko Davisa kogoś, kto usprawni rozmowy z UE. Jeśli zostanie znalezione rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony, ułatwi to m.in. decyzję Banku Anglii o podwyżce stopy procentowej w sierpniu, choć nie zapominajmy, że BoE uważnie śledzi też dane z gospodarki – w tym tygodniu produkcja przesyłowa i PKB (wt). Na razie funt trzyma się mocno, w czym pomocny może być fakt, że brytyjska prasa także nie pastwi się nad rządem, a jest bardziej zajęta relacjonowaniem przygotowań do środowego meczu półfinałowego Anglii z Chorwacją. Premier May nie mogła wybrać lepszego momentu na odważne decyzje niż w momencie, kiedy reprezentacja Trzech Lwów odnosi zaskakujący sukces.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Stacje benzynowe inwestują w gastronomię. Są coraz ważniejszym graczem w tym segmencie

Stacje benzynowe inwestują w gastronomię. Są coraz ważniejszym graczem w tym segmencie 1

W branży gastronomicznej i handlu silnym graczem stały się stacje benzynowe. Konkurują z osiedlowymi sklepikami i dyskontami, doganiając je zarówno pod względem asortymentu, jak i promocji. Ekspresy na stacjach robią lepszą kawę niż niejedna lokalna kawiarnia, a oferta gastronomiczna zaczyna przypominać tę restauracyjną. Niemal każda z większych sieci paliwowych rozwija już własny koncept gastronomiczno-kawiarniany, a sprzedaż pozapaliwowa staje się coraz istotniejszym źródłem przychodów. 

– Stacje benzynowe zmieniają swój charakter, przyjmują nowe funkcje, oferują nowe usługi. Zmiany społeczne powodują, że ludzie traktują stacje benzynowe jako przestrzeń, w której realizują różne potrzeby, na przykład siedzą z laptopem i korzystają z darmowego Wi-Fi, jedzą lunch, na stacji można też na czas zakupów zostawić dziecko w kąciku multimedialnym, który często jest wyposażony lepiej niż w dobrej restauracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tadeusz Müller, restaurator i food concept director.

Zmiany na rynku paliwowym i niska marżowość na paliwach płynnych powodują, że stacje benzynowe stawiają na ofertę gastronomiczną i usługi dodatkowe. Z drugiej strony wpływa na to podejście samych konsumentów. Dla nich stacja benzynowa otwarta 24/7 i zawsze po drodze powoli przestaje być punktem tankowania auta i zakupu kilku batoników czy hot-doga. W coraz większym stopniu jest miejscem, w którym można zaspokoić większość potrzeb zakupowo-usługowych.

– W innych kulturach stacje kojarzą się z miejscem, w którym można coś zjeść. U nas jeszcze do niedawna kojarzyły się z miejscem, w którym pachnie ropą i nie jest zbyt przyjemnie. Obecnie ich jakość i standard przypomina dobre delikatesy, przyjemnie jest chodzić po takiej stacji. Mają bardzo ciekawą ofertę kawy, często lepszą niż w dobrej restauracji. Stacje benzynowe będą się zmieniać i inwestować w rynek HoReCa, będą rosły formaty gastronomiczne na stacjach paliw – ocenia Tadeusz Müller.

Sprzedaż pozapaliwowa jest istotnym punktem strategii BP. Paliwowy koncern jako pierwszy wszedł dekadę temu na rynek z gastronomiczno-kawiarnianym brandem Wild Bean Café, który oferuje restauracyjne menu i świeżo mieloną kawę. Na koniec ubiegłego roku sieć liczyła ponad pięćset kawiarni w całej Polsce – więcej niż restauracji McDonald’s. Sieć Circle K postawiła na świeżo wypiekane pieczywo, wprowadzając na stu stacjach koncept Great Bakery. Sukcesywnie rozwija też markę Simply Great Coffee, koncept samoobsługowych punktów kawiarnianych. Shell zamierza zwiększyć swoje przychody ze sprzedaży pozapaliwowej do 50 proc. przed 2025 rokiem, m.in. dzięki wprowadzeniu oferty zdrowej żywności. Natomiast Orlen postawił na polskie smaki, szybkie, ale wysokiej jakości przekąski do ręki. Przez dwa lata paliwowy koncern otworzył też ponad dwieście punktów z nowym konceptem Stop Cafe 2.0.

Jak podkreśla Tadeusz Müller, sieci paliwowe mocno śrubują też standardy jakości, stawiając na clean label. Dzięki temu przeganiają rynek QSR (Quick Servis Restaurants – restauracje szybkiej obsługi).

– Mają ofertę, która moim zdaniem przewyższa to, co proponuje dziś rynek QSR i fast foody. Możemy się spodziewać, że gastronomia na stacjach paliw będzie bardziej lokalna, będzie opierała się o bardziej wyselekcjonowane składniki, a to jest duża korzyść dla konsumentów. Coraz częściej zaspokajamy potrzeby poza domem i pracą. Właśnie dlatego stacja – nawet dla ludzi, którzy nie tankują samochodu – może być miejscem na lunch, co nie jest złem koniecznym, ale już świadomym wyborem – mówi Tadeusz Müller.

Ekspresy na stacjach robią lepszą kawę niż niejedna lokalna kawiarnia. W Wild Bean Café można wypić kawę w porcelanowych filiżankach, z kolei Orlen jest liderem jakości mielenia, parzenia i dodatków do kawy, na wielu stacjach można też kupić akcesoria do alternatywnych metod parzenia.

Co istotne, poszerza się też oferta usług dodatkowych na stacjach paliw. Na większości dostępne są bankomaty, paczkomaty InPostu, w których bez względu na porę można wygodnie odebrać albo nadać przesyłkę, kąciki ze świeżymi kwiatami czy oferta dodatkowych usług finansowych.

– Możemy odebrać paczkę kurierską, dorobić zapasowy klucz, napoić psa, możemy zjeść rozbudowany posiłek – te usługi są bardzo zróżnicowane. W Anglii byłem na stacji benzynowej, na której był sklep z organicznym mięsem. Kiedyś supermarkety stawiały obok punkty z ekonomicznym paliwem. Teraz to stacje benzynowe stawiają obok proximity markety, w którzy można się zaopatrzyć. To okazja tym bardziej teraz, w niehandlowe niedziele – zauważa Tadeusz Muller.

Food concept director i współautor sukcesu kilku znanych restauracji zauważa, że sieci paliwowe inwestują w ten segment, ale brakuje im jednak doświadczenia w branży gastronomicznej.

– Sieci, które zorientują się w trendach i skorzystają z usług firm doradczych, które mają doświadczenie w gastronomii, na pewno będą rosły. Obserwujemy, że po zmianach, ulepszeniu oferty, po lekkim rebrandingu i wprowadzeniu nowocześniejszego jedzenia, stacje benzynowe sprzedają nawet 20-30 proc. więcej szybkich przekąsek i jedzenia ogółem – mówi Tadeusz Muller.

Wiceprezes Kapsch TrafficCom: viaTOLL jednym z najbardziej efektywnych systemów poboru opłat. Kilka krajów w Europie chce realizować tego typu projekty

Wiceprezes Kapsch TrafficCom: viaTOLL jednym z najbardziej efektywnych systemów poboru opłat. Kilka krajów w Europie chce realizować tego typu projekty 2

System elektronicznego poboru opłat działa już od siedmiu lat i w tym czasie zapewnił wpływy do Skarbu Państwa przekraczające 10 mld zł. Jego operator podkreśla, że viaTOLL jest jednym z najbardziej efektywnych finansowo systemów w całej Europie, ale i najbardziej skomplikowanych – ze względu na wyśrubowane wymogi postawione przez GDDKiA. Grupa Kapsch TrafficCom – która zbudowała viaTOLL i zarządza nim od siedmiu lat – realizuje podobne projekty m.in. w Austrii, Czechach i na Białorusi, ale również poza Europą, w Stanach Zjednoczonych, RPA czy Australii.

System opiera się o technologię DSRC (bramownice na drogach i urządzenia w pojazdach), co zdaniem operatora jest najbardziej efektywnym rozwiązaniem, biorąc pod uwagę specyfikę polskiego rynku. Obecnie w całym kraju rozmieszczone są 964 bramownice, które mogą być wykorzystywane nie tylko na potrzeby viaTOLL, lecz także do wykrywania przejazdu pojazdów przeciążonych, przemytu czy wparcia organów ścigania.

 Pozyskanie projektu viaTOLL w Polsce nie było proste i wymagało długotrwałych starań. Ostatecznie jednak udało nam się wygrać międzynarodowy przetarg, dzięki zaoferowaniu najlepszej jakości i ceny. To było najtrudniejsze. Sam projekt i jego wdrożenie podlegały ścisłym ramom czasowym, ale na tym etapie poszliśmy najkrótszą drogą, finalizując podpisanie umowy w ciągu jednego miesiąca. Od tamtej pory system działa pełną parą, bez żadnych problemów czy zakłóceń, i generuje spore zyski dla strony polskiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michael Gschnitzer, wiceprezes Kapsch TrafficCom.

Elektroniczny system poboru opłat drogowych od kierowców viaTOLL działa od siedmiu lat. Powstał w rekordowo krótkim czasie – osiem miesięcy po podpisaniu umowy – i zwrócił się w całości już po półtora roku działania. Dotychczas system zapewnił wpływy przekraczające 10 mld zł do Krajowego Funduszu Drogowego, który przeznacza te środki na modernizację i budowę nowych dróg. Aktualnie w systemie zarejestrowanych jest prawie 1,2 mln pojazdów, a sieć obejmuje ponad 3 660 kilometrów dróg.

Za zbudowanie i utrzymanie systemu viaTOLL – na zlecenie Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad – odpowiada Kapsch Telematic Services. To spółka córka Kapsch TrafficCom – międzynarodowego dostawcy inteligentnych systemów transportowych, systemów poboru opłat drogowych i innowacyjnych rozwiązań opartych na technologiach telematycznych. Spółka zwraca uwagę na to, że wymogi postawione przez Skarb Państwa były bardzo wyśrubowane i ostatecznie w postępowaniu dotyczącym budowy systemu viaTOLL wzięły udział tylko dwa podmioty, które były w stanie im sprostać.

 Nasza spółka prowadzi działalność w tym obszarze już od 25 lat i jest obecna na pięciu kontynentach. Jako jedyna firma na świecie realizujemy zakrojone na szeroką skalę projekty tego typu w więcej niż jednej lokalizacji. System krajowy działa np. w Austrii, gdzie wdrażaliśmy nasz pierwszy projekt. Ostatnio ponownie wygraliśmy tam przetarg na nowy system, którego wdrażanie właśnie kończymy. Od 13 lat jesteśmy operatorem systemu tego typu w Czechach. Wkrótce będzie on przedmiotem kolejnego przetargu, bo aktualna umowa dobiega końca. Jeszcze przez 20 lat będziemy operatorem takiego systemu na Białorusi – mówi Michael Gschnitzer.

Grupa Kapsch TrafficCom zajmuje się realizacją podobnych projektów nie tylko w Europie, lecz także w Stanach Zjednoczonych, RPA, Ameryce Łacińskiej i Australii.

– W Europie kilka krajów chce realizować projekty tego typu. Często są to systemy wdrażane w ramach ponownych przetargów, ponieważ obowiązujące umowy dobiegają końca. Oprócz tego są inne kraje, takie jak Grecja czy Bułgaria, gdzie ostatnio wygraliśmy przetarg i teraz realizujemy tam prace wdrożeniowe. Należy także wspomnieć o Azji Środkowej i tamtejszych projektach na dużą skalę – wylicza Michael Gschnitzer.

Jak podkreśla, polski system poboru opłat od kierowców viaTOLL jest jednym z najskuteczniejszych i najbardziej efektywnych kosztowo w Europie – i to pomimo faktu, że stawki opłat drogowych w Polsce są jednymi z najniższych. Koszty operacyjne stanowią 16 proc. wpływów (1,6 mld zł w trakcie siedmiu lat działania viaTOLL), a system jest szczelny niemal w stu procentach.

Na przychody polskiego systemu poboru opłat viaTOLL składają się opłaty pobierane od pojazdów lekkich: manualnie (na bramkach) bądź za pośrednictwem urządzeń viaAUTO oraz opłaty za przejazdy samochodów ciężarowych, busów i autobusów po sieci dróg płatnych (kierowcy autobusów i pojazdów ciężarowych o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 t muszą obowiązkowo korzystać z systemu). W miarę rozwoju systemu i pod wpływem badań satysfakcji kierowców – operator wprowadził szereg dodatkowych udogodnień, m.in. opcję eNota, powiadomienia SMS oraz aplikację mobilną.

Od 2 listopada br. pieczę nad systemem ma przejąć publiczny podmiot – Główny Inspektorat Transportu Drogowego, który po siedmiu latach ma zastąpić dotychczasowego operatora.

Brak podwyżek stóp procentowych uderza w oszczędzających na lokatach. Szukają więc bardziej zyskownych form inwestycji

Brak podwyżek stóp procentowych uderza w oszczędzających na lokatach. Szukają więc bardziej zyskownych form inwestycji 3

Podwyżek stóp procentowych nie należy się spodziewać jeszcze przez co najmniej rok – tak uważa prezes NBP Adam Glapiński, sugerując, że być może nie wzrosną one nawet w 2020 roku. To dobra wiadomość dla kredytobiorców, ale zła dla osób, które oszczędzają na lokatach. Niskie oprocentowanie w połączeniu z inflacją i podatkiem Belki niweluje zyski kapitałowe, przez co Polacy szukają bardziej zyskownych możliwości lokowania oszczędności. Rosnącą popularnością cieszą się fundusze inwestycyjne, które pozwalają lepiej zarobić, a pieniądze, w odróżnieniu od lokaty, można wypłacić w dowolnym momencie wraz z wypracowanym zyskiem. 

Główna stopa procentowa NBP wynosi obecnie 1,5 proc. Na niezmienionym, historycznie niskim poziomie utrzymuje się już od marca 2015 roku.

Niskie stopy procentowe oznaczają z jednej strony niskie raty kredytów hipotecznych, co z pewnością ucieszy osoby, które planują zakup mieszkania na własność czy w celach inwestycyjnych. Z drugiej strony, niskie stopy procentowe przekładają się na niskie oprocentowanie lokat, dlatego poszukiwane są inne możliwości, które pozwalają skutecznie pomnażać środki – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Tymoszuk, menadżer ds. kluczowych klientów w Union Investment TFI.

Lokaty są drugą najpopularniejszą formą oszczędzania po przysłowiowej skarpecie. Według badania Konferencji Przedsiębiorstw Finansowych oraz Instytutu Rozwoju Gospodarczego SGH pieniądze odkłada na nich 43 proc. Polaków. Lokaty są stosunkowo bezpiecznym instrumentem finansowym, ale aktualnie niskie oprocentowanie, inflacja i podatek Belki niwelują zyski. Według Comperia Analytics, średnie oprocentowanie lokat 3M skali roku wyniosło w kwietniu br. 1,42 proc. przy inflacji na poziomie 1,6 proc. rdr., co oznacza, że lokaty przyniosły oszczędzającym straty. Expander szacuje je na ok. 1,9 mld zł w zeszłym roku, gdy Polacy trzymali na lokatach ok. 280 mld zł.

– Widać wzrastające zainteresowanie inwestowaniem w nieruchomości. Tego typu inwestycje często wymagają na samym początku zgromadzenia większych środków pieniężnych, a jeśli mówimy o mieszkaniach na wynajem, dochodzą do tego dodatkowe kwestie związane z zarządzaniem nieruchomością – mówi Łukasz Tymoszuk.

Z wyliczeń Metrohouse wynika, że w I kwartale 2018 roku 28 proc. mieszkań kupiono z zamiarem inwestycyjnym (w porównaniu do 23 proc. rok wcześniej). Z badań wynika, że już dwie trzecie Polaków uznaje nieruchomości za najlepszą formę lokowania kapitału. Z danych Reas wynika, że w zeszłym roku popyt na nowe mieszkania na sześciu głównych rynkach (w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, Trójmieście Poznaniu i Łodzi) wzrósł o 17 proc., a pierwszy kwartał br. tylko potwierdził, że popyt na mieszkania z rynku pierwotnego wciąż nie słabnie. Wielu Polaków wybiera jednak inną alternatywę – fundusze inwestycyjne.

– Klienci najczęściej wybierają fundusze gotówkowe i pieniężne, które pozwalają zyskać więcej niż lokaty bankowe przy stosunkowo niskim ryzyku ­– podkreśla menadżer ds. kluczowych klientów Union Investment TFI

W tym przypadku próg wejścia zaczyna się już od kilkuset złotych. W odróżnieniu od lokaty, gdzie wcześniejsza wypłata powoduje utratę odsetek, pieniądze w funduszu wraz z wypracowanym zyskiem są dostępne w każdej chwili. Odpowiedni fundusz można wybrać w zależności od akceptowalnego ryzyka i oczekiwanej stopy zwrotu.

– Wpływ na wybór odpowiedniego funduszu ma wiele czynników, m.in. profil ryzyka klienta, oczekiwana stopa zwrotu i horyzont inwestycyjny. Poszukując właściwego funduszu inwestycyjnego, warto szukać firmy o ugruntowanej pozycji na rynku, która istnieje wiele lat i jest wyróżniana za osiągane wyniki. Dzięki temu możemy mieć pewność, że nasze środki będą zarządzane efektywnie i skutecznie – mówi Łukasz Tymoszuk.

Jak wynika z przeprowadzonego na początku roku badania KPF i SGH, oszczędności zgromadzone w jednostkach funduszy inwestycyjnych ma 4,7 proc. polskich gospodarstw domowych. Podobny odsetek wskazuje marcowe badanie na zlecenie Deutsche Banku. Wynika z niego, że oszczędności w jednostkach funduszy ma 3,6 proc. Polaków, przy czym ten odsetek jest dwukrotnie wyższy (8,3 proc.) w gronie osób bardziej zamożnych, z dochodami przekraczającymi 7 tys. zł miesięcznie.

Kolejne cła w światowym handlu. Na razie napięcia na linii USA – Chiny nie powinny zaszkodzić Polsce

Kolejne cła w światowym handlu. Na razie napięcia na linii USA – Chiny nie powinny zaszkodzić Polsce 4

W życie wchodzą kolejne zapowiadane przez administrację amerykańską cła na towary chińskie i zapowiadane przez władze Chin cła na towary amerykańskie. To nie pierwsze bariery w wymianie handlowej między tymi krajami, a zapowiadane są następne. Napięcia w światowym handlu nie omijają też UE, która w czerwcu w odwecie na środki wprowadzone przez Donalda Trumpa nałożyła cła na niektóre amerykańskie towary. Na razie nie wpływa to znacząco na światowy handel, ale w długiej perspektywie może to mieć znaczenie dla europejskich gospodarek, również polskiej.

– Unia Europejskie niektóre produkty amerykańskie okłada cłem: jeansy, Burbon. Nie są to duże wartości, to niecałe 3 mld euro, razem z tymi produktami, które USA obłożyły cłem, tzn. aluminium i stal, to jest może 1,5 proc. całej wymiany handlowej UE – Stany, więc na razie jest to potyczka handlowa, a nie wojna handlowa – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Kuczyński, główny analityk Domu Inwestycyjnego Xelion. – Gorsze jest to, że może to być początek czegoś znacznie poważniejszego, co jak widzimy w tej chwili wydaje się rodzić na linii Stany Zjednoczone – Chiny.

22 czerwca weszły w życie 25-proc. cła wprowadzone przez Unię Europejską na niektóre amerykańskie produkty, takie jak dżinsy, Burbon, jachty czy niektóre motocykle. To reakcja na obłożenie przez prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa cłami importowanych aluminium i stali. Obowiązują one od początku czerwca. Co więcej, to może być dopiero początek wojny handlowej, bo Trump już zapowiedział, że przyjrzy się importowi samochodów. Przede wszystkim chciałby zmniejszenia wwozu niemieckich aut i nakłonienia koncernów zza Odry, by składały swoje pojazdy w USA. Wówczas Unia, która na razie stara się nie zaogniać sytuacji, musiałaby podjąć kolejne kroki.

– Na razie tego nie odczujemy, odczulibyśmy na pewno, gdyby ta wojna handlowa się naprawdę nasiliła, gdyby – co pan Trump obiecuje – na nasze karne cła pojawiły się dużo większe ich cła, my byśmy znowu zwiększyli swoje i pojawiłoby się sprzężenie zwrotne. To doprowadziłoby do prawdziwej wojny handlowej, która zahamowałaby wzrost gospodarczy na całym świecie. Odczulibyśmy to niewątpliwie również w Polsce, na własnych kieszeniach i na rynku pracy – przewiduje Piotr Kuczyński.

Amerykański prezydent zamierza chronić rodzimy rynek nie tylko przed Unią Europejską. Kolejnym jego celem stały się Chiny – w lipcu zaczną obowiązywać cła na 1100 produktów z Chin o łącznej wartości 50 mld dolarów i już szykuje kolejne, o czterokrotnie wyższej wartości. Pekin natychmiast zapowiedział wprowadzenie własnych ceł na towary z USA. I choć ekonomiści zgodnie twierdzą, że wojna z USA Chinom się nie opłaci, mocarstwo to nie może sobie pozwolić na pozostawienie kroku Trumpa bez odpowiedzi ze względów ambicjonalnych.

– Trump odpowiedział, że on w związku z tym obłoży cłami następne 200 mld dolarów – przypomina główny analityk DI Xelion. – Na razie, jak mówi szef Goldman Sachs, jest to tylko retoryka, która służy do tego, żeby dojść do porozumienia. Tak zresztą reagują na to rynki finansowe. Nie bardzo wierzą w pełną skalę wojny handlowej, ale trzeba brać pod uwagę to, że ego pana prezydenta Trumpa może doprowadzić do różnych rozwiązań. Ponadto Azjaci nadzwyczaj cenią sobie zachowanie twarzy i nie dadzą się upokorzyć, do czego zdaje się dążyć pan Trump. To może doprowadzić do zupełnie nieoczekiwanych wyników. Zbitka tych dwóch postaw może doprowadzić do prawdziwej wojny handlowej.

Na Unię Europejską, Chiny i Stany Zjednoczone przypada po ok. 15 proc. światowego obrotu towarami, co razem daje niemal połowę globalnej wymiany. To przeszło 10 bln euro. Jednak jedna piąta całego unijnego eksportu do krajów zewnętrznych trafia do Stanów Zjednoczonych. To niemal dwa razy tyle, co do Chin. A zważywszy na fakt, że Amerykanom zależy na ograniczeniu pozycji Niemiec, uderzenie w ten kraj może zaszkodzić Polsce. Niemiecka gospodarka odbiera bowiem niemal 28 proc. polskiego eksportu. To więcej niż pięć kolejnych krajów razem wziętych.

– W obecnej sytuacji nie będziemy tego odczuwali, bo to nie są duże wartości. Jeżeli jednak na pełną skalę rozkręci się wojna handlowa, wtedy słabnący globalnie wzrost gospodarczy doprowadzi do recesji lub stagnacji w Niemczech, a to natychmiast przełoży się na koniunkturę w Polsce – ocenia Piotr Kuczyński.

Od przyszłego roku ma zniknąć użytkowanie wieczyste gruntów. Potrzebne gigantyczne zmiany w 2,5 mln ksiąg wieczystych

Od przyszłego roku ma zniknąć użytkowanie wieczyste gruntów. Potrzebne gigantyczne zmiany w 2,5 mln ksiąg wieczystych 5

Z początkiem przyszłego roku ma zniknąć prawo użytkowania wieczystego – tak zakładają przepisy, nad którymi właśnie pracuje Sejm. To oznacza, że właściciele domów jednorodzinnych i mieszkań, którzy byli użytkownikami wieczystymi, automatycznie uwłaszczą się na gruncie, na którym znajduje się ich nieruchomość. Dotychczasową opłatę za użytkowanie zastąpi opłata przekształceniowa, płacona przez kolejnych 20 lat. Zmiana zapewni przyszłym właścicielom dużo większe możliwości dysponowania gruntem czy zaciągania zobowiązań. Dla samorządów to gigantyczna operacja, która wymaga wprowadzenia zmian w 2,5 mln ksiąg wieczystych.

Nowe przepisy zakładają, że od 1 stycznia przyszłego roku zniknie użytkowanie wieczyste gruntów zabudowanych na cele mieszkaniowe we współwłasność. Każdy użytkownik wieczysty, który jest dzisiaj właścicielem swojego mieszkania albo domu, a współużytkownikiem wieczystym gruntu, z mocy prawa stanie się właścicielem gruntu pod swoim domem lub mieszkaniem w całości bądź w przysługującym mu udziale. Ustawa jest już na ostatniej prostej ścieżki legislacyjnej. Wczoraj w Sejmie odbyło się I czytanie, po którym projekt został skierowany do dalszych prac w komisji sejmowej.

– Nowe przepisy będą dotyczyć około 2,5 mln użytkowników wieczystych, a więc wraz z rodzinami pewnie ok. 10 mln Polaków. To ważna informacja, bo oznacza, że już nikt nigdy nie otrzyma decyzji o zmianie stawki za użytkowanie wieczyste. Zdarzało się tak, że wzrost wartości nieruchomości aktualizowany przez samorząd powodował zwielokrotnienie tej opłaty. To było całkowicie społecznie nieakceptowalne – mówi agencji Newseria Biznes Artur Soboń, sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju.

Jak podkreśla, użytkowanie wieczyste gruntów, które zostało wprowadzone w latach 60., to relikt epoki PRL, nieprzystający do dzisiejszych realiów rynkowych.

– Własność oznacza możliwość zaciągania zobowiązań, dajemy ludziom swobodę dysponowania gruntem. Nie muszą czekać kilkudziesięciu lat w ramach tego dziwactwa, jakim jest 99-letnie użytkowanie wieczyste – podkreśla Artur Soboń.

Przekształcenie użytkowania wieczystego we własność nie będzie jednak całkiem bezpłatne. Projekt nowej ustawy zakłada, że w miejsce obecnych opłat za użytkowanie wieczyste przyszli właściciele będą wnosić opłatę przekształceniową, rozłożoną na 20 lat. Wysokość rocznych rat ma być równa opłacie rocznej z tytułu użytkowania wieczystego obowiązującej przed 1 stycznia 2019.

– W przypadku, kiedy będzie to teren Skarbu Państwa, zaproponowaliśmy w ustawie 60-proc. bonifikatę, jeśli ktoś zapłaci opłatę łączną. W przypadku terenów należących do samorządów, to one dysponują własnym mieniem i określą wysokość takiej bonifikaty – mówi Artur Soboń.

Jak ocenia, w przypadku części nieruchomości nowe przepisy spowodują wzrost ich wartości. Natomiast dla rynku nieruchomości w dużych miastach nie będą mieć wielkiego znaczenia, ponieważ wartość użytkowania wieczystego jest już dzisiaj niemal równa wartości rynkowej.

Wprowadzone w latach 60. użytkowanie wieczyste oznacza, że każdy, kto kupił albo wybudował dom, mieszkanie czy garaż na gruncie w użytkowaniu wieczystym jest jego właścicielem, ale nie dysponuje własnością gruntu, na którym ta nieruchomość się znajduje. Za jej użytkowanie musi co roku uiszczać określoną opłatę Skarbowi Państwa bądź samorządowi. Jak podkreśla sekretarz stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, zmiana tych przepisów będzie bardzo dużym wyzwaniem logistycznym.

 To jest gigantyczna operacja w 2,5 mln ksiąg wieczystych. Mamy na to przygotowane pieniądze, zatrudnimy armię ludzi do tego, aby w tych księgach dokonać zmian. To duża operacja dla samorządów, które muszą wydać odpowiednie zaświadczenia, i dla 2,5 mln użytkowników wieczystych, którzy muszą albo przyjść do notariusza i to szybko załatwić, albo spokojnie płacić, wiedząc, że z czasem będą musieli zapisać przekształcenie w księgach – mówi Artur Soboń.

Panasonic i Green Caffè Nero podnoszą się po dużych kryzysach wizerunkowych. Przykład firm pokazał znaczenie strategii antykryzysowych dla marek

Panasonic i Green Caffè Nero podnoszą się po dużych kryzysach wizerunkowych. Przykład firm pokazał znaczenie strategii antykryzysowych dla marek 6

Kryzys wizerunkowy Panasonica, którego pracownik zamieścił na LinkedInie seksistowski komentarz, pokazał, jak ważna w działaniach każdej marki jest strategia antykryzysowa. Internauci negatywnie zareagowali na oświadczenia firmy, które – w ocenie ekspertów – były przesiąknięte korporacyjną nowomową, nijakie i zbyt ogólne. Coraz częściej zdarza się, że pracownik, naruszając normy społeczne bądź wartości wyznawane przez internautów, sprawia kłopoty, przez co firmę zalewa fala krytyki. 

Kryzys wizerunkowy firmy Panasonic pokazał, jak ważna jest konkretna komunikacja, a nie uderzanie w korporacyjną nowomowę. Jeden z jej pracowników zapytał na portalu LinkedIn o umiejętności seksualne potencjalnej kandydatki na asystentkę. Wśród oburzonych tym faktem znalazła się dziennikarka, która nagłośniła sprawę w mediach społecznościowych. Krytyka Panasonica bardzo szybko pojawiła się na Facebooku marki – mówi agencji informacyjnej Newseria Maciej Przybylski, redaktor serwisu PRoto.pl.

W odpowiedzi na zarzuty Panasonica – poza stwierdzeniem, że ma świadomość zaistniałej sytuacji – odciął się w oświadczeniu od komentarza pracownika, podkreślając, że w procesach rekrutacji firma zwraca uwagę jedynie na kompetencje poszczególnych kandydatów. Eksperci, z którymi rozmawiało PRoto.pl, zwracali jednak uwagę na to, że w komunikacji firmy Panasonic coś poszło nie tak, ponieważ odbiorcy zwracali bardziej uwagę na samą firmę, a nie na głównego winowajcę, czyli jednego z pracowników, który zamieścił seksistowski komentarz.

Powodem tego – według ekspertów – mogło być zbyt słabe odcięcie się Panasonica od działań swojego pracownika oraz zbyt ogólne komunikaty – mówi Maciej Przybylski.

Barbara Labudda-Krysztofczyk z agencji Synertime podkreśliła, że oświadczenie marki w przypadku kryzysu wizerunkowego nie może być nijakie, zbyt ogólne czy pełne korporacyjnej nowomowy. Jeżeli ktoś został poszkodowany, należy go przeprosić i wyrazić ubolewanie. Zdaniem Urszuli Podrazy z agencji Planet PR, z którą rozmawiał serwis PRoto.pl, Panasonic mógł też przedstawić konkretne działania, które podjął w związku z tą sprawą. Innym firmom ekspertka poradziła, żeby w swoich strategiach na wypadek kryzysu wizerunkowego także uwzględniły sytuację podobną do tej, z którą zmierzył się Panasonic. Coraz częściej bowiem zdarza się, że jakiś pracownik firmy – naruszając normy społeczne – sprawia kłopoty, przez co firma jest krytykowana przez internautów.

Kilka dobrych praktyk antykryzysowych eksperci wskazali za to w działaniach sieci kawiarni Green Caffè Nero. Problem firmy związany był ze zdrowiem klientów, ponieważ w produktach sprzedawanych przez sieć kawiarni wykryto bakterie, które wywoływały salmonellę. Zatruciu uległo kilkadziesiąt osób, wiele z nich trafiło do szpitala, przez co marka spotkała się z krytyką internautów – mówi Maciej Przybylski.

W działaniach antykryzysowych Green Caffè Nero bardzo ważną rolę odegrał Facebook. Za pośrednictwem tego kanału marka poinformowała o problemie i z własnej inicjatywy skontaktowała się z poszczególnymi poszkodowanymi. Ogłosiła też, że wycofuje ze sprzedaży podejrzane produkty, by zapobiec kolejnym zatruciom. Dodatkowo na facebookowym profilu marka opublikowała film z przeprosinami samego Adama Ringera, czyli prezesa sieci kawiarni.

Jak stwierdził Jan Kołodyński z agencji Lighthouse, jego oświadczenie było bardzo ludzkie, pozbawione korporacyjnej mowy-trawy, dlatego wypadło dobrze i tak samo było oceniane. Zdaniem eksperta takie oświadczenia mogą pokazywać ludzką twarz biznesu. Urszula Podraza z Planet PR dodała, że dzięki zaangażowaniu prezesa w działania antykryzysowe firma może pokazać, że rzeczywiście traktuje poważnie całą tę sytuację – mówi Maciej Przybylski.

Eksperci na ogół chwalą działania antykryzysowe marki, wskazując jednak, że przeprosiny mogły się pojawić nieco wcześniej, marka mogła też odpowiadać na większą liczbę zgłoszeń na Facebooku.

W działaniach antykryzysowych bardzo ważne są nie tylko pierwsze dni po rozpoczęciu kryzysu, lecz także późniejszy okres, w którym firma musi pokazać, że rzeczywiście poradziła sobie z sytuacją. Dr hab. Monika Kaczmarek-Śliwińska z UW wskazała, że późniejsze dni po wygaśnięciu pierwszej fali kryzysu mogą być okazją do przewartościowania myślenia o firmie przez konsumentów. To może być okazja do nowego otwarcia, ale także do pogłębienia pogorszonej reputacji firmy, dlatego działania antykryzysowe w razie jakiegoś problemu są bardzo ważne – mówi redaktor serwisu PRoto.pl.

Dostęp do zdjęć satelitarnych dla każdego dzięki nowej platformie. Codziennie z kosmosu przybywa dwadzieścia terabajtów nowych danych satelitarnych

Dostęp do zdjęć satelitarnych dla każdego dzięki nowej platformie. Codziennie z kosmosu przybywa dwadzieścia terabajtów nowych danych satelitarnych 7

Dane satelitarne są coraz bardziej dostępne dla zwykłych użytkowników i firm. Ułatwienia dostępu do danych z obserwacji Ziemi wszystkim zainteresowanym ma stymulować rozwój usług, które bazują na wykorzystaniu danych satelitarnych. Konstelacji satelitarnych, które przynoszą takie dane, jest coraz więcej, w tym Copernicus, wysyłany w kosmos przez Europejską Agencję Kosmiczną. Codziennie dostarczanych jest nawet dwadzieścia terabajtów danych, których jak dotąd wyzwaniem było odpowiednie wykorzystanie, a wciąż problemem jest ich przechowywanie.

Dane satelitarne zyskują na znaczeniu. Już teraz szacuje się, że 60 proc. rynku kosmicznego stanowi właśnie wykorzystanie danych satelitarnych przez użytkowników. Służą do nawigacji, ale pomagają też obserwować Ziemię, zmieniające się środowisko, umożliwiają przewidzenie zjawisk naturalnych i zminimalizowanie ewentualnych strat. Problemem jednak jest ogromna liczba danych, które spływają każdego dnia.

– Jest mnóstwo rzeczy, które można zrobić z danymi satelitarnymi. Program DIAS polega na tym, żeby te dane łatwo udostępnić użytkownikom i wszystkim tym, którzy mogą mieć jakieś nowe pomysły. Większości zastosowań tych danych jeszcze nie znamy, nie zostały jeszcze wymyślone. Po to właśnie jest platforma, która ma ułatwić dostęp do nich, żeby wszystko, co spływa z tych satelitów, było łatwe do użycia – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Maciej Krzyżanowski, prezes CloudFerro.

Dane zgromadzone na platformie, której operatorem i dostawcą technicznym jest CloudFerro, to miliony gigabajtów. Wykonywane na bieżąco przez satelity zdjęcia, które trafiają do repozytorium, mają powiększać jego rozmiar o ponad dwa petabajty (dwa tysiące terabajtów) rocznie. Satelity generują olbrzymie ilości danych – dostarczając zarówno zdjęcia optyczne, w bliskiej podczerwieni, w bliskim nadfiolecie, jak i obserwacje radarowe. Wielkość zgromadzonych danych może ostatecznie przekroczyć nawet 30 PB.

– Dane satelitarne zbierane są przez satelity systemu Copernicus – europejski system obserwacji satelitarnej. Obecnie są trzy rodzaje satelitów: radarowe, obserwacyjne i meteorologiczne, zaraz będą kolejne. Tych danych spływa bardzo dużo, 20 TB dziennie. To około 40 laptopów spadających codziennie z nieba. W tej chwili danych na platformie mamy już 7,5 PB, czyli 7,5 tys. TB, czyli 15 tys. laptopów. Danych cały czas przybywa, więc niezwykle ważna jest dostępność tych danych, żeby można było ich łatwo użyć i żeby wszyscy, którzy mają dobre pomysły, mogli to zrobić –  mówi ekspert.

Możliwości wykorzystania zobrazowań satelitarnych są bardzo duże zarówno przez administrację, jak i firmy. Mogą się okazać przydatne przy zarządzaniu kryzysowym, np. w przypadku powodzi, a także przy planowaniu optymalnych tras linii wysokiego napięcia czy dróg szybkiego ruchu. Fotografie pozwalają na bieżąco monitorować zmiany klimatu, prowadzić inspekcje instalacji naftowych i zwalczać nielegalną wycinkę lasów deszczowych. To źródło informacji dla geologów, rolników czy ekologów.

Program Copernicus DIAS ma przybliżyć dane z obserwacji Ziemi potencjalnym użytkownikom. Platforma umożliwia wybór satelity, miejsca do zobrazowania czy zakresu dat, z których zdjęcie ma pochodzić. Można też skorzystać z dostępnych narzędzi obliczeniowych.

– Satelity obserwacyjne robią zdjęcia w wielu pasmach fal świetlnych, od bliskiej podczerwieni do bliskiego nadfioletu, a przede wszystkim po prostu w świetle widzialnym, można mieć po prostu zwykłe zdjęcie, tak jak my widzimy świat. Drugi rodzaj to satelity radarowe, które za pomocą fal radarowych przebijają się przez chmury, sięgają wszędzie i widzą wszystko bez przerwy, dając cały zestaw możliwości, które są niemożliwe do osiągnięcia dla fal widzialnych. W szczególności można za ich pomocą robić tzw. interferometrię – obserwować, jak przesuwa się teren – tłumaczy Maciej Krzyżanowski.

Z raportu Euroconsul wynika, że globalny rynek danych  satelitarnych osiągnie wartość 8,5 mld dol. do 2026 roku.

Przestój w negocjacjach dotyczących brexitu. Rozmowy powinny zostać zamknięte maksymalnie do października

Przestój w negocjacjach dotyczących brexitu. Rozmowy powinny zostać zamknięte maksymalnie do października 8

Od kilku miesięcy brak przełomu w negocjacjach dotyczących brexitu. Główne, wciąż nierozstrzygnięte kwestie to sytuacja prawna Irlandii Północnej i przyszłe relacje handlowe. Bruksela i Londyn mają na razie fundamentalnie różne wizje dotyczące przyszłego statusu Wielkiej Brytanii i docelowego modelu współpracy. Negocjacje może przyspieszyć przyjęte w ubiegły piątek stanowisko brytyjskiego rządu, ale czasu jest coraz mniej. – Żeby porozumienie było obowiązujące, musi zostać wypracowane w stosunkowo krótkim czasie i ratyfikowane do marca. To oznacza, że realne negocjacje powinny zostać zamknięte do września, października – mówi ekspert PISM.

– W negocjacjach brexitowych w tej chwili obserwujemy moment zastoju i przesilenia. On jest związany z tym, że w grudniu w porozumieniu politycznym, które wówczas podpisano między Unią a Wielką Brytanią szereg najtrudniejszych kwestii pozostawiono otwartych. Teraz, ze względu na zbliżający się dealine, wymagają one rozstrzygnięcia. Są to kwestie najtrudniejsze politycznie, zwłaszcza po stronie brytyjskiej. Na pierwszy plan wybija się kwestia statusu granicy lądowej między Irlandią Północną a Republiką Irlandii. W tle trwają regularne spotkania zespołów negocjacyjnych i na poziomie technicznym te negocjacje idą stopniowo do przodu – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Przemysław Biskup, starszy analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Na szczycie w Brukseli w końcówce czerwca szefowie państw i rządów 27 krajów UE wezwali Wielką Brytanię do przyspieszenia negocjacji dotyczących wyjścia tego kraju ze Wspólnoty. Główny unijny negocjator ds. brexitu przestrzegał przed brakiem porozumienia w tej sprawie. Michael Barnier już w połowie maja informował, że od marca w negocjacjach „nie odnotowano znaczącego postępu”. Zgodnie z harmonogramem Wielka Brytania powinna opuścić unijne struktury do 29 marca 2019 roku.

Jednym z głównych nierozwiązanych problemów w negocjacjach pozostaje przyszła sytuacja prawna Irlandii Północnej i kwestia uregulowania granicy lądowej pomiędzy Irlandią i Irlandią Płn. (po Brexicie będzie ona jedyną częścią Wielkiej Brytanii posiadającą granicę lądową z UE). Według unijnych ekspertów powrót do twardej granicy może oznaczać powrót do eskalacji konfliktu w Ulsterze. Początkowo Bruksela zaproponowała utrzymanie Irlandii Północnej w unii celnej i stworzenie granicy przepływu towarów na Morzu Irlandzkim. Pomysł został jednak odrzucony przez Theresę May. Szefowa brytyjskiego rządu zaproponowała w końcówce maja, że Wielka Brytania miałaby pozostać zamknięta na unię celną z UE dopóki kwestia irlandzkiej granicy nie zostanie ostatecznie uregulowana.

– Ryzyko braku porozumienia jest w tej chwili dość wysokie z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby porozumienie było obowiązujące, musi zostać wypracowane w stosunkowo krótkim czasie i ratyfikowane do marca. To oznacza, że realne negocjacje powinny zostać zamknięte do września, października. Z drugiej strony, na stole pozostają najtrudniejsze kwestie polityczne. Długookresowo jest to pytanie, czy UE uda się skłonić Wielką Brytanię do przyjęcia statusu państwa w jakiś sposób stowarzyszonego z Unią. Tutaj najczęściej mówi się o formule trwałego pozostania Wielkiej Brytanii w unii celnej z UE po brexicie – mówi dr Przemysław Biskup.

Miesiąc temu brytyjski dziennik Sunday Times opublikował szczegóły tajnego, rządowego raportu dotyczącego konsekwencji wyjścia Wielkiej Brytanii z UE bez porozumienia dotyczącego przyszłych relacji handlowych. Wynika z niego, że tzw. twardy brexit może doprowadzić do poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu państwa. Po kilku dniach w odległych zakątkach kraju i w Szkocji zaczęłoby brakować żywności, szpitale mogą borykać się z brakiem leków, pojawiłby się też problem z niedostatkiem paliwa, a w walkę z kryzysem musiałaby zaangażować się armia.

UE najchętniej widziałaby maksymalne przedłużenie status quo, tzn. Wielką Brytanię będącą członkiem jednolitego rynku, tak jak w modelu norweskim. Mniejsze, ale ciągle wysokie poparcie ma też model turecki, w którym Wielka Brytania pozostałaby nie we wspólnym rynku, ale przynajmniej w unii celnej. W ostatni piątek brytyjski rząd przyjął stanowisko dotyczące przyszłości negocjacji z UE. Jedną z propozycji jest stworzenie strefy wolnego handlu, w której uregulowany byłby przepływ dóbr przemysłowych i artykułów rolnych.

 Sami Brytyjczycy chcą odzyskania swobody decyzyjnej w zakresie polityki handlowej, prawodawstwa, sądownictwa i budżetu. Te postulaty w zasadzie wykluczają rozwiązania preferowane przez Unię. Dlatego Brytyjczycy proponują rozbudowaną umowę o wolnym handlu na wzór CETA albo coś, co oni nazwali partnerstwem celnym. W kategoriach formalno-prawnych jest to formuła nieokreślona, trzeba byłoby ją zdefiniować od zera. Moim zdaniem żaden z istniejących modeli nie jest adekwatny. Gdyby rzeczywiście chcieć pogodzić postulaty obu stron i zakładać, że to są negocjacje równorzędne, trzeba stworzyć całkiem nowy model – ocenia dr Przemysław Biskup.

Jak podkreśla ekspert PISM, brexit jest bezprecedensowy, ponieważ nigdy w historii ostatnich 100-150 lat nie mieliśmy do czynienia z ruchem, który dążyłby nie ku integracji gospodarczej, ale raczej ku jej przeciwieństwu.

– Istotnym pytaniem jest, czy te negocjacje będą do końca równorzędne. Jak na razie taktyka Brukseli jest mocno oparta na tym, że Unia Europejska jest dużo silniejszym partnerem w stosunku do Wielkiej Brytanii. To w pewnym sensie przynosi dobre rezultaty, które widzieliśmy na przykładzie porozumienia podpisanego w grudniu, ale też rodzi wyzwania polityczne po stronie brytyjskiej, które podwyższają ryzyko braku ostatecznego porozumienia – ocenia analityk Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych.

Negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej ruszyły 19 czerwca. To efekt referendum z 2016 roku, w którym za takim scenariuszem opowiedziało się 17,4 mln Brytyjczyków.

Jak podaje Eurostat, w 2016 roku państwa Unii Europejskiej odpowiadały za 47 proc. eksportu i 51 proc. importu Wielkiej Brytanii. Na rozwodzie z UE najbardziej ucierpi wspólny rynek (który dla Wielkiej Brytanii oznacza również dostęp do ponad 400 mln europejskich konsumentów). Brytyjski dziennik „Financial Times” ujawnił w ubiegłym roku, że aby Wielka Brytania mogła bez przeszkód funkcjonować na arenie międzynarodowej po brexicie, brytyjski rząd musi renegocjować co najmniej 759 umów i kontraktów handlowych ze 168 państwami.

Młodzi Polacy przestają korzystać z Facebooka

Z Facebooka korzysta obecnie (czerwiec 2018) ponad 16 milionów Polaków w wieku 13+. Oznacza to, że w ciągu roku serwis zdobył 8% nowych użytkowników. W tym samym czasie Instagram, również należący do Facebooka, zanotował w naszym kraju wzrost  o 47% – z 4,2 miliona do 6,2 miliona. Analiza demograficzna osób aktywnie korzystających z Facebooka pokazuje jednak ciekawe zjawisko – spadek liczby użytkowników wśród najmłodszych. Danym z bliska przygląda się Grzegorz Berezowski, CEO NapoleonCat

W czerwcu ubiegłego roku, w grupie wiekowej 13-17, Facebook posiadał 1,8 miliona użytkowników. Po roku ta liczba spadła do 1,5 miliona, co oznacza 18-procentową stratę. Ten niekorzystny wynik serwis nadrabia z nawiązką w pozostałych grupach wiekowych. Zwłaszcza wśród osób powyżej 35. roku życia Facebook zanotował dwucyfrowy wzrost. Łącznie zdobył 1,2 miliona nowych użytkowników, co oznacza 8-procentowy wzrost rok do roku.Młodzi Polacy przestają korzystać z Facebooka

W tym samym okresie Instagram zanotował 48-procentowy wzrost liczby użytkowników – z 4,2 miliona w czerwcu 2017 do 6,2 miliona w czerwcu 2018, czyli 2 miliony nowych osób w ciągu roku. W tym przypadku wzrosty możemy zaobserwować we wszystkich grupach docelowych, choć procentowo najwyższe są także w starszych wiekowo grupach – wśród osób pow. 45 roku życia nawet trzycyfrowe. Oczywiście, tłumaczyć to można niską bazą w starszych grupach wiekowych oraz wysoką penetracją w gronie młodszych Polaków.uzytkownicy instagrama w Polsce

Ciekawie przedstawia się też analiza współkorzystania z platform społecznościowych należących do Facebooka, czyli Instagrama, Messengera oraz samego Facebooka. Łączny zasięg tych trzech platform w czerwcu 2018 roku wyniósł 17 milionów. W tej grupie 24% osób korzysta jedynie z Facebooka, 6% – tylko z Instagrama, zaś łącznie ze wszystkich trzech narzędzi korzysta 24%, czyli ponad 4 miliony Polaków.platformy

Porównanie tej szerokiej grupy wiekowej z najmłodszą, czyli użytkownikami w (deklarowanym) wieku 13-17 lat, ukazuje ciekawe różnice. Wśród nich aż 50% korzysta jednocześnie z Facebooka, Messengera oraz Instagrama. Z samego Instagrama natomiast korzysta taki sam odsetek, czyli 6 procent.platformy 2

Powyższe dane sugerują, iż Facebook dojrzewa, zyskując coraz szerszą popularność wśród dorosłych Polaków. Pomimo i tak już wysokiej penetracji w naszym kraju, nadal sukcesywnie powiększa grono swoich aktywnych użytkowników. Instagram stale rozbudowując swoje możliwości wizualnej ekspresji, przede wszystkim dzięki Instagram Stories, staje się platformą atrakcyjną dla coraz szerszej grupy Polaków. Co ciekawe, nie jest on alternatywą, lecz raczej uzupełnieniem Facebooka, który stanowi źródło informacji oraz miejsce w którym toczone są dyskusje pomiędzy jego użytkownikami. Naturalne uzupełnienie obu serwisów stanowi Messenger, który stanowi obecnie nie tylko narzędzie do komunikacji pomiędzy indywidualnymi użytkownikami; jest coraz częściej wybierany przez nich jako preferowany kanał kontaktu z markami/firmami, dla których Social Customer Service przestał być pustym buzzwordem i stał się biznesową codziennością.

Co nas czeka w następnym tygodniu

Najbliższy tydzień będzie ważnym testem sentymentu i może przynieść próbę ucieczki inwestorów od dyskusji na temat wojen handlowych. Jeśli tak, pod lupę mogą być wzięte wskaźniki makro, w tym CPI z USA, produkcja przemysłowa z Eurolandu, czy PKB z Wielkiej Brytanii. Posiedzenia banków centralnych zaplanowano w Polsce i Kanadzie, przy czym do zmian może dojść tylko w tym drugim przypadku.

Przyszły tydzień: CPI z USA, Zew, produkcja przemysłowa z EZ, Brexit, PKB z Wlk. Brytanii, RPP, BoC

USD pozostaje silny kontrastem w ocenie kondycji gospodarki USA i reszty świata, choć w dalszym ciągu występuje asymetryczność, gdzie dolar więcej może stracić po słabszych danych, niż zyskać po lepszych. Jeśli spór handlowy USA-Chiny nie będzie po weekendzie eskalował, od strony makro dolar pozostanie z niesmakiem po lekko gołębim raporcie NFP. Dopiero dane o inflacji w czwartek będą mogły zmienić obraz. Wyższa od prognozowanych 2,3 proc. r/r inflacja bazowa byłaby solidnym impulsem dla podbicia rentowności obligacji USA, co wsparłoby USD. Ze strony Fed usłyszymy od Williamsa (śr), Kashkariego, Harkera (czw) i Bostica (pt), choć małe szanse, aby prywatne opinie zburzyły wizję jastrzębio nastawionego banku.

EUR potrzebuje, aby dane napływające z gospodarki pokazywały, że EBC nie może być już bardziej gołębi, a nawet jego stanowisko może się zaostrzyć. W mijającym tygodniu doniesienia, że część członków EBC nie jest zadowolona z rynkowej wyceny podwyżki dopiero na grudzień 2019 r., pomogły wzmocnić EUR. Teraz przydatne byłoby, gdyby niemiecki ZEW (wt) i dane o produkcji przemysłowej (czw) potwierdziły poprawę wskaźników po rozczarowującym I kw. Uważamy, że EUR będzie kierować się wyżej w kolejnych tygodniach, ale proces ten będzie postępował bardzo powoli z dużą uwagą przywiązywaną do danych makro.

Funt ma po swojej stronie dobre dane i rosnące szanse na sierpniową podwyżkę Banku Anglii, ale jest wstrzymywany niepewnością wokół Brexitu. Finał dzisiejszego zamkniętego posiedzenia gabinetu premier May będzie kluczowym bodźcem dla handlu w następnym tygodniu. Jeśli nowa propozycja „miękkiego Brexitu” zyska akceptację parlamentu i UE, byłby to silny impuls dla aprecjacji GBP. Poza tym dane o handlu zagranicznym i produkcji przemysłowej (wt) będą chwilowym katalizatorem zmienności. Nowością jest zmiana sposobu publikacji danych o PKB na miesięczne aktualizacji kroczącej dynamiki kwartalnej. Oznaki przyspieszenie wzrostu będą ważnym argumentem za podwyżką.

W Polsce przed nami kolejne mało wnoszące posiedzenie Rady Polityki Pieniężnej (wt-śr) bez zmian w poziomie stóp procentowych. Od ostatniego posiedzenia po stronie gospodarki realnej niewiele uległo zmianie. CPI odbija w oparciu o wyższe ceny ropy naftowej, ale poza tym nie widać nasilania presji inflacyjnej. Z kolei po stronie produkcji przemysłowej i sprzedaży detalicznej widać mocne odczyty. Na konferencji prezes Glapiński może być zapytany o ostanie osłabienie złotego i czy NBP ma zamiar z tym cokolwiek robić, ale wątpimy, aby bank centralny miał zamiar ingerować w mechanizmy rynkowe. Szybkie odejście EUR/PLN do 4,41 pokazuje, że ostania fala słabości stoi w sprzeczności z fundamentami, jednak w obliczu napięć na rynkach globalnych zmienność pozostanie podwyższona.

Uważamy za zaskakującą odporność USD/JPY na wahania sentymentu rynkowego, gdyż spodziewalibyśmy się większego popytu na jena przy wzroście awersji do ryzyka. Jeśli korelacja z Nikkei 225 byłaby dalej zachowana, USD/JPY powinien być teraz w okolicach 108. Wydaje się, że obie waluty w podobnej skali są wykorzystywane jako „bezpieczna przystań”, stąd dla bezpośredniej relacji zachowana jest równowaga. Przy danych z Japonii pozostających na dalszym planie, wrażliwość kursu uzależniona będzie od bezpośredniej zmiany nastawienia wobec dolara. Jednak słabość USD może być łatwo zaburzona, jeśli osłabną obawy o wojny handlowe, a rynki akcji ruszą na północ. Obecnie preferujemy podejście wait-and-see.

AUD i NZD pozostają przede wszystkim skupione na rozwoju sytuacji wokół sporu handlowego USA-Chiny, więc ich krótkoterminowe perspektywy w dużym stopniu będą zależeć od kształtowania się ogólnego apetytu na ryzyko. Słabość cen metali odzwierciedla obawy o negatywne skutki dla globalnego wzrostu, a spadki na chińskim rynku akcji będą podsycać pesymizm w stosunku do walut mocno wrażliwych na sentyment w stosunku do Chin. W danych z Australii intersujące będzie, czy indeksy zaufania biznesu (wt) i konsumentów (śr) wskażą na rosnące niepokoje związane z wojnami handlowymi.

W przyszłym tygodniu w Kanadzie na pierwszym planie będzie decyzja BoC (śr). Zakładamy podwyżkę stopy overnight o 25 pb do 1,50 proc. W przemówieniu w ubiegłym tygodniu prezes BoC Poloz brzmiał optymistycznie, wyrażając zadowolenie z ogólnego stanu gospodarki, jednocześnie bagatelizując jednorazowe „wyskoki” w danych miesięcznych. W tym ostatnim zdawał się odnosić się do rozczarowującego odczytu majowej sprzedaży detalicznej, podczas gdy dobrą kondycję gospodarki potwierdził wyższy do oczekiwań odczyt PKB za kwiecień. Ponadto kwartalna ankieta banku centralnego wśród przedsiębiorstw wskazała na wzrost ogólnego wskaźnika nastrojów do najwyższego poziomu od 2011 r. W badaniu widać było też wzrost oczekiwań inflacyjnych i napięć na rynku pracy z powodu niedoboru pracowników. Przy podwyżce zdyskontowanej w 80 proc. wciąż jest pole do umocnienia CAD w okresie zbliżania się do decyzji. Dalsze perspektywy będą zależeć od wydźwięku komunikatu, ale jeśli BoC nie położy nacisku na obawy o eskalację sporu handlowego z USA, rynek dostanie zielone światło, by dalej wyciągać CAD z obszaru niedowartościowania.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Kurs funta traci podwójnie. Co z euro i dolarem?

Inwestorzy z całego świata nadal bacznie obserwują relacje handlowe między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Od ich przyszłości zależy także los polskiej waluty.

Polska waluta, podobnie jak inne waluty Europy Środkowo-Wschodniej doznały wczoraj wyraźnego umocnienia w relacji do głównych walut. W ich wzroście pomagało umocnienie euro, brak presji ze strony dolara i ogólna poprawa sentymentu do aktywów ryzykownych, widoczna również we wzrostach na globalnym rynku akcji.

Sytuacja euro i dolara

Europejska waluta zaczęła umacniać się przed rozpoczęciem londyńskiej sesji, w parze z dolarem wzrastając do poziomu 1,17. Wzrost kursu wspierały dane dotyczące produkcji przemysłowej w największej gospodarce strefy euro, jak i niedawny raport agencji Bloomberg. Według doniesień Bloomberga, część członków Europejskiego Banku Centralnego uważa, że końcówka 2019 r. jest zbyt późnym terminem na pierwszą podwyżkę stóp w strefie euro.

Ton zmienił również Waszyngton. Europejscy producenci samochodów otrzymali informację, że administracja Trumpa nie będzie grozić ocleniem samochodów pochodzących z Unii. Nie jest to jednak bezwarunkowe – prezydent USA oczekuje, że w zamian UE zniesie cła na import pojazdów ze Stanów Zjednoczonych. Wczorajsze umocnienie euro można po części przypisać również temu oświadczeniu.

Wczorajsze dane z USA były raczej niezłe, co jednak nie wystarczyło, żeby dolar amerykański zakończył dzień umocnieniem. Sytuacja na rynku pracy była mniej więcej zgodna z oczekiwaniami, a aktywność biznesowa w sektorze usług wzrosła. Indeks ISM osiągnął najwyższy od czterech miesięcy poziom 59,1.

Odsuwając na bok dane ekonomiczne warto wspomnieć o najważniejszej czwartkowej publikacji. Podsumowanie ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej sugeruje, że z uwagi na obawy dotyczące wojny handlowej, niektóre amerykańskie firmy zmniejszają skalę inwestycji lub odkładają je w czasie. O ile pogarszający się sentyment biznesu może zaszkodzić wzrostowi gospodarczemu w przyszłości, nie wydaje się to jeszcze być na tyle dużym problemem, aby zostać odzwierciedlonym w danych ekonomicznych.

Kurs GBP/PLN traci podwójnie

W czwartek funt brytyjski nie zdołał utrzymać ostatnich wzrostów. Kurs GBP/PLN obniżył się o 5 groszy, co związane było zarówno ze wspomnianą wcześniej siłą złotego, jak i słabością szterlinga. Rośnie niepokój, że Wielka Brytania nie będzie w stanie zawrzeć porozumienia w kwestii handlu przed opuszczeniem UE, czemu można przypisać wyhamowanie ostatnich zysków. Funtowi brytyjskiemu nie pomogła nawet optymistyczna ocena perspektyw brytyjskiej gospodarki, wygłoszona przez obecnego przewodniczącego Banku Anglii. Carney potwierdził, że w ocenie Banku pogorszenie ekspansji gospodarczej na początku roku było jedynie przejściowe, i obrazowało pogorszenie warunków pogodowych, a nie pogarszający się klimat ekonomiczny.

Co nas czeka?

Dziś w Stanach Zjednoczonych opublikowany zostanie kluczowy raport o stanie amerykańskiego rynku pracy w czerwcu. Zdaniem konsensusu amerykańska gospodarka wytworzyła w tym miesiącu 195 tysięcy nowych miejsc pracy, a wynagrodzenia wzrosły o 2,8% w porównaniu z tym samym okresem w zeszłym roku. Oprócz odczytów, inwestorzy będą nadal bacznie obserwować relacje handlowe między Stanami Zjednoczonymi a Chinami. Administracja Trumpa oficjalnie ogłosiła nowe cła o wartości 34 miliardów dolarów na import z Chin, na co analogicznym ruchem odpowiedziały Chiny. Trump ponownie zagroził objęciem cłami większej ilości chińskich produktów – poinformował, że cła w przyszłości mogą objąć całość eksportu Chin do USA, jednocześnie zaznaczając, że kolejne cła na produkty o wartości 16 miliardów dolarów zostaną nałożone na Chiny w ciągu kilkunastu dni.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – raport z amerykańskiego rynku pracy

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Nie ma winnych zatorów płatniczych

Firmy nie widzą swojej winy w tym, że nie płacą odbiorcom w momencie, gdy sami nie otrzymują zapłaty. Nie poczuwają się też do winy za to, że mają kontrahentów, którzy nie płacą im na czas narażając na problemy finansowe a nawet bankructwo – wynika z badania zleconego przez BIG InfoMonitor. Co szczególnie niepokojące, badani nie dostrzegają zależności pomiędzy generowaniem zaległości i jakością zarządzenia firmą.

Sami nie otrzymują płatności na czas, dlatego opóźniają – to najczęstsza z odpowiedzi na pytanie: Jak sądzisz z czego to wynika, że niektórzy Państwa kontrahenci nie regulują terminowo swoich zobowiązań? Przedsiębiorcy uważają, że pętla nieterminowości wynika… z nieterminowości. Dłużnicy nie płacą, ponieważ im też nie płacą (50 proc.). Albo nie płacą, ponieważ mają stały problem z utrzymaniem płynności (31 proc.). Tę ostatnią opinię częściej wyrażają firmy handlowe. Co czwarty przedsiębiorca, a jeszcze częściej firmy usługowe oceniają natomiast, że nie płacenie, to strategia biznesowa, która sprowadza się do kredytowania kosztem innych. Firmy usługowe oraz producenci uważają też częściej niż reszta, że ich opóźniający płatności kontrahenci są po prostu niewypłacalni. Wśród ogółu badanych na tę przyczynę wskazał niemal co ósmy. Zaledwie 1,5 proc. ankietowanych zauważa, że sedno problemu może tkwić w złym zarządzaniu firmą przez właścicieli.

Przy okazji, warto zwrócić uwagę, że od niemal 7 do ponad 8 proc. firm mówi o tym, że opóźnienia wynikają ze skomplikowanych procedur płatności a także błędów na fakturach, czyli elementów niezależnych od moralności płatniczej i kondycji finansowej.
Efekt jest taki, że czwarty kwartał z kolei z problemami opóźnionych płatności wynoszących min. 60 dni zmaga się ponad połowa firm.

Nie mam pieniędzy to mój dostawca też nie będzie miał – uważa 7 na 10 przedsiębiorstw

Co więc robią sami, gdy dochodzi do kumulacji zobowiązań, a na koncie jest za mało pieniędzy? Opóźniają płatności innym. Zdarza się to ponad połowie firm (53 proc.) i nie mają one wówczas litości wobec swoich kontrahentów. Dostawcy towarów czy usług – siedem na dziesięć firm zapłaci na samym końcu, czyli po terminie.

– Uzyskane wyniki sugerują, że na rynku istnieje swoista akceptacja tego stanu rzeczy i dosyć powszechne wręcz zrozumienie dla praktyki niepłacenia na czas. W efekcie prowadzący biznes przestają poczuwać się do odpowiedzialności za skutki jakie wnoszą zatory płatnicze do firmy. Mają tendencję do przenoszenia ciężaru przyczyn takiego stanu „na zewnątrz”. Na dodatek nie wiążą tego w ogóle z jakością zarzadzania firmą czy pieniędzmi – zauważa Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

Faktury od kontrahentów, to w przypadku kumulacji płatności, zobowiązanie spłacane jako ostatnie przede wszystkim przez firmy produkcyjne. Przedsiębiorstwa usługowe i handlowe, mają wobec swoich dostawców większy respekt i częściej niż wynika z przeciętnych wskazań, decydują się „przesunąć” na koniec kolejki gazownię i elektrownię niż kooperanta. Handlowcy na listę płatności regulowanych bez pośpiechu dodają także czynsz. Natomiast mikro podmioty częściej niż reszta podają, że w ostatniej kolejności spłacają rachunki za telefon. Nie zmienia to jednak obrazu całości, który wypada mocno na niekorzyść przede wszystkim kontrahentów.

– Opinie przedsiębiorców, którzy nie wiążą złej jakości zarządzania firmą z tym, że opóźnia ona płatności, z jednej strony pokazują, że jest to sposób na radzenie sobie z kontrolowaniem płynności firmy, a z drugiej uświadamiają swego rodzaju poczucie bezradności i brak wiary przedsiębiorców w to, że można tym problemem pokierować – uważa Sławomir Grzelczak.

Niemal 9 na 10 firm korzystających z BIG jest przekonanych o jego skuteczności
Jednym z nisko kosztowych narzędzi pozwalających to robić jest Biuro Informacji Gospodarczej. W BIG, do którego wierzyciele zgłaszają osoby i firmy opóźniające płatności można sprawdzać wiarygodność płatniczą przedsiębiorstw i dowiedzieć się, czy ktoś inny już nie zawiódł się na firmie, z którą planowane jest podpisanie umowy. Dobrze jest też po zawarciu kontraktu, monitorować w BIG swoich kontrahentów upewniając się w ten sposób, że dobrze sobie radzą i terminowo rozliczają z innymi dostawcami. Jeśli coś złego zaczyna się dziać i kontrahenci informują o tym BIG, przedsiębiorca monitorujący wybraną firmę jest wśród pierwszych poinformowanych na ten temat. Jeśli sam ma problem z uzyskaniem zapłaty powinien szybko przystąpić do działania i nie dopuścić do długoterminowych opóźnień. Może skorzystać ze wsparcia windykacji w postaci wysyłki ostrzeżenia o wpisie do rejestru dłużników czy też ze specjalnego oprogramowania, które krok po kroku podpowiada co robić, podsuwa treści zredagowanych pism i sms-ów. Pozwala działać bez przekazywania sprawy od razu do firmy windykacyjnej co jest już bardziej kosztowne. Jak pokazują badania, korzystający z usług BIG doceniają jego pomoc. Niemal 88 proc. uważa, że jest skuteczne (zdecydowanie tak – 15,3 proc. i raczej tak – 62,3 proc.). Na to samo pytanie zadane wszystkim firmom, czyli korzystającym i nie korzystającym z BIG, przekonanie takie miało 48 proc. badanych.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm”. przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, maj 2018 r.

Biuro Informacji Gospodarczej InfoMonitor (BIG InfoMonitor) prowadzi Rejestr Dłużników BIG. Działając w oparciu o Ustawę o udostępnianiu informacji gospodarczych i wymianie danych gospodarczych przyjmuje, przechowuje i udostępnia informacje gospodarcze o przeterminowanym zadłużeniu osób i firm. BIG InfoMonitor umożliwia dostęp do baz: Biura Informacji Kredytowej i Związku Banków Polskich, dzięki czemu stanowi platformę wymiany informacji pomiędzy sektorem bankowym i pozostałymi sektorami gospodarki. Oferuje również sektorowi bankowemu i przedsiębiorcom narzędzia do weryfikowania wiarygodności płatniczej klientów i kontrahentów oraz wspiera ich w odzyskiwaniu zaległych należności. BIG InfoMonitor jest spółką zależną sektora bankowego – poprzez Biuro Informacji Kredytowej – swojego głównego akcjonariusza.

Nie bój się RODO! Spotkanie informacyjne w łódzkim Idea Hub

W europejskim prawie już od ponad miesiąca funkcjonuje dyrektywa RODO, czyli unijne Rozporządzenie Ogólne o Ochronie Danych Osobowych. Jeśli prowadzisz swój biznes i chcesz dowiedzieć się jak postępować, by zabezpieczyć swoją firmę przed dużymi karami pieniężnymi wynikającymi z niestosowania się do nowych przepisów, przyjdź w czwartek, 12 lipca o godzinie 19:00 do łódzkiego Idea Hub na rynku Manufaktury.  Podczas spotkania Wojciech Wawrzak, prawnik kreatywnych, autor bloga praKreacja.pl, omówi  najważniejsze problemy związane z RODO oraz strategie postępowania dla małych przedsiębiorców, których budżet na wdrożenie RODO jest ograniczony.

RODO oficjalnie funkcjonuje od 25 maja. Choć od tego czasu minął już nieco ponad miesiąc, dla wielu ludzi ta dyrektywa to wciąż jedna wielka niewiadoma. Tym bardziej dla przedsiębiorców, którzy pod groźbą dużych kar finansowych, zobowiązani są do chronienia wszystkich danych osobowych z którymi mają styczność w swojej działalności. Umowy, identyfikatory klientów sklepu internetowego, adresy mailowe i wszystkie inne dane, które potencjalnie mogą zdradzać tożsamość osoby, muszą być teraz traktowane w wyjątkowy sposób.

Jednak aby uniknąć zbędnych nerwów, warto zaczerpnąć fachowej wiedzy, która pomoże zrozumieć, w jakich przypadkach stawiać należy zmienić działania, a kiedy nie jest to konieczne. Nowa dyrektywa to nie tylko zobowiązanie do ochrony danych osobowych, które weszły w nasze posiadanie, ale również prawo do wiedzy oraz decydowania, kto przechowuje i w jaki korzysta z naszych personaliów. Nawet częste telefony od telemarketerów nie powinny mieć teraz miejsca bez zgody odbiorcy. Wśród oczekiwanych efektów RODO, eksperci wymieniają stałą ochronę danych na każdym etapie czy mniej wycieków danych. Co ciekawe, dane osobowe to nie tylko imię, nazwisko, adres czy PESEL, ale również informacje zawarte w plikach cookies czy dane biometryczne.

Uporządkowanie i usystematyzowanie wiedzy na temat nowego prawa może pomóc w funkcjonowaniu wielu małym przedsiębiorcom. Już w najbliższy czwartek, 12 lipca o godzinie 19:00 w łódzkim Idea Hub na rynku Manufaktury fachową wiedzą nt. RODO podzieli się Wojciech Wawrzak, prawnik kreatywnych, autor bloga praKreacja.pl, którypomaga twórcom, przedsiębiorcom, freelancerom, sklepom internetowym, start-upom oraz innym przedstawicielom branży kreatywnej i e-commerce. Idea Hub to przestrzeń coworkingowa, w której można bezpłatnie popracować, napić się kawy czy wynająć salę konferencyjną na spotkanie biznesowe. Regularnie odbywają się w niej również szkolenia dotyczące pozyskiwania i rozwijania przedsiębiorczych kompetencji.

Wstęp na spotkanie jest bezpłatny, jednak liczba miejsc jest ograniczona. Zapisy możliwe są pod adresem [email protected].

Bezpłatne warsztaty „SEO dla biznesu” w poznańskim Idea Hub

Dla wielu firm obecność na pierwszej stronie Google to „być albo nie być”. Co zrobić, aby faktycznie na nią trafić i utrzymać się na wysokiej pozycji? Co kryje się za skrótem SEO? W czym pozycjonowanie może pomóc mikro oraz małym przedsiębiorstwom? Już w najbliższy czwartek, 12 lipca o godzinie 18:00 w poznańskim Idea Hub, Piotr Michalak, starszy specjalista ds. SEO w Grupie TENSE zaprezentuje praktyczne podejście do pozycjonowania oraz pokaże, jak duże znaczenie w rozwoju biznesu może mieć ono w Internecie.

Choć SEO, czyli pozycjonowanie, przypomina walkę o jak najwyższe miejsce wśród rekordów w rankingu wyszukiwarki, przynieść ono może jeszcze więcej korzyści niż mogłoby się wydawać. Wśród zalet pozycjonowania wymienia się zwiększenie ruchu na stronie, wzrost zaufania do marki wśród konsumentów, możliwość lepszego poznania klientów oraz budowanie świadomości marki, które w rezultacie prowadzą do rozwoju biznesu.

Skuteczne pozycjonowanie może zajmować sporo czasu, jednak im więcej poświęci mu się uwagi, tym bardziej długotrwałe przynosi ono rezultaty. Wspinanie się po szczeblach stron w wyszukiwarkach zwiększa widoczność strony, co w konsekwencji mnoży szansę na pozyskanie coraz większej ilości klientów. Mimo osiągnięcia wymarzonej pierwszej strony w Google efekty mogą nie być natychmiastowe. Choć SEO nie sprawi, że z dnia na dzień obroty firmy większą się o kilkaset procent, to zmniejsza ono dystans pomiędzy marką a potencjalnym klientem, który spotykając się z firmą wielokrotnie z większym prawdopodobieństwem będzie chciał bliżej się z nią zapoznać. Co za tym idzie? Relacja z klientem nie jest szybka i jednorazowa. Długotrwałe budowanie zaufania poprzez SEO zaowocować może zdobyciem stałego klienta, który za sobą przyciągnąć może kolejnych interesantów.

Już w najbliższy czwartek, 12 lipca o godzinie 18:00 w poznańskim Idea Hub odbędą się bezpłatne warsztaty z SEO, w trakcie których uczestnicy dowiedzą się jakie czynniki wpływają na widoczność serwisu, które elementy optymalizacyjne są możliwe do samodzielnego wdrożenia, a także poznają narzędzia, z których korzystają agencje SEO. W roli eksperta wystąpi Piotr Michalak, starszy specjalista ds. SEO oraz Lider Sekcji Szkoleniowej w Grupie TENSE. Od 2014 roku pracuje z największymi Klientami w zakresie przygotowywania strategii pozycjonowania i optymalizacji serwisów internetowych. Prowadzi również szkolenia i warsztaty – zarówno wewnętrzne jak i dla Klientów, Partnerów czy Studentów.

Idea Hub to przestrzeń coworkingowa, w której można bezpłatnie popracować, napić się kawy czy wynająć salę konferencyjną na spotkanie biznesowe. Regularnie odbywają się w niej również szkolenia dotyczące pozyskiwania i rozwijania przedsiębiorczych kompetencji.

Wstęp na warsztaty jest bezpłatny. Liczba miejsc jest ograniczona. Zapisy możliwe są pod adresem [email protected].

Billon z nagrodą za najlepszy blockchain dla korporacji

Billon zdobywa brytyjską nagrodę „The Europas Awards“ za najlepszy projekt korporacyjny wykorzystujący technologię blockchain.

Polska spółka technologiczna Billon została wyróżniona za najlepszy korporacyjny projekt zbudowany na swojej technologii blockchain w konkursie The Europas. Nagroda, przyznana podczas odbywającej się co roku w Londynie konferencji największych europejskich firm technologicznych, dotyczy wspólnej inicjatywy Billona z Biurem Informacji Kredytowej (BIK).

Wyróżnienia The Europas przyznawane są na podstawie głosów 10 tys. najbardziej wpływowych i znaczących osobistości z branży fintech oraz opinii 30 międzynarodowych sędziów. Nagroda jest także konsekwencją niedawnego włączenia Billona, jako jedynej polskiej spółki, na listę FinTech50, w skład której wchodzą najlepsze europejskie startupy technologiczne i finansowe.

Jesteśmy dumni, że The Europas w taki sposób wyróżnił zbudowany dla korporacji polski projekt blockchainowy. Nasze partnerstwo z BIK stanowi początek prawdziwej rewolucji w zarządzaniu i dostępie do informacji zarówno dla korporacji jak i użytkowników końcowych. – mówi Andrzej Horoszczak, prezes i założyciel firmy Billon.

Partnerstwo z BIK, który zgromadził w swojej bazie około 146 milionów historii kredytowych ponad 24 milionów Polaków, stwarza niespotykaną dotąd przestrzeń do ochrony tożsamości i nową jakość zarządzania dokumentami klientów. Współpraca obu instytucji nad tym pionierskim rozwiązaniem zaczęła się już w IV kwartale 2017 roku i  wypłynęła z potrzeby rozwiązania problemu tzw. trwałego nośnika informacji, zdefiniowanego przez szereg regulacji i dyrektyw unijnych, takich jak  RODO oraz najnowszych rozporządzeń MIFID II i IDD.  Wykorzystanie technologii blockchain gwarantuje klientowi banku niezmienność opublikowanego dokumentu. Dodatkowo klient będzie miał łatwy dostęp do tego dokumentu nawet po ustaniu jego relacji z bankiem, poprzez portal bik.pl.

Stworzone przez polskich inżynierów rozwiązanie blockchainowe przynosi rewolucyjną zmianę w obrocie dokumentami. Pozwala też na realizację usług elektronicznego potwierdzenia doręczenia oraz zdalnego zawierania umów online. Testy przeprowadzone na jesieni dowiodły łatwość implementacji rozwiązania, jak również jego dużą wydajność. Blockchain opracowany przez inżynierów Billona jest w stanie publikować ponad 150 milionów dokumentów miesięcznie, co spełnia potrzeby największych instytucji finansowych w Polsce.

Niemal 100 miliardów euro na badania i innowacje w nowym programie ramowym Horyzont Europa

Horyzont Europa – tak nazywać się będzie kolejny program ramowy Unii Europejskiej, finansujący badania naukowe i innowacje. Zastąpi Horyzont 2020. W latach 2021-2027 do innowatorów trafi prawie 100 mld euro, czyli ponad 25% więcej niż w obecnej perspektywie finansowej.

Będzie to najwyższy do tej pory unijny budżet na innowacje. Ta kwota ma szansę jeszcze wzrosnąć, ponieważ Parlament Europejski wnioskował o 120 mld euro i jego przedstawiciele zapowiadają, że będą walczyli o pełne dofinansowanie.

Dotychczasowe programy pokazały, że inwestowanie w innowacyjność wpływa pozytywnie na europejską gospodarkę i wzrost jakości życia. Dzięki środkom z programów ramowych UE weszło na rynek wiele przełomowych rozwiązań. Są wśród nich wydajne baterie nowej generacji, autobusy zasilane paliwem wodorowym, mikrosatelity czy szczepionka przeciwko wirusowi Ebola. Do tej pory z tej ostatniej skorzystały tysiące ludzi, a 1,6 mln kolejnych dawek jest gotowych do użycia w nagłych wypadkach.

– Programy ramowe są coraz lepsze, Komisja Europejska przyjmuje uwagi od przedsiębiorców i wprowadza zmiany, żeby dofinansowanie trafiało do najbardziej obiecujących projektów. W SME Instrumencie (Horyzont 2020) finansowane są etapy prac od prototypu do wprowadzenia rozwiązania na rynek. Ostatnie 4 lata programu pokazują, że to podejście się sprawdza i wielu beneficjentów SME Instrumentu osiąga komercyjny sukces – mówi Alicja Grzegorzek Carrascosa, założycielka firmy Zafiro Solutions, która pomaga zdobyć dofinansowanie z SME Instrumentu.

Wyższy budżet na lata 2021-2027 to także szansa dla polskich innowacji. Krajowi przedsiębiorcy coraz lepiej radzą sobie w europejskich programach. Komisja Europejska uruchomiła w tym roku w ramach Horyzontu 2020 Europejską Radę ds. Innowacji (European Innovation Council, EIC), która ma wspierać innowatorów w realizowaniu ich pomysłów na skalę międzynarodową. Na razie Rada działa na zasadzie pilotażu i zbiera doświadczenia do następnego programu ramowego. Jednym z instrumentów finansowania, jakie ma do dyspozycji, jest SME Instrument, który najprawdopodobniej będzie kontynuowany w Horyzoncie Europa.

– Wciąż nie ma szczegółów dotyczących przyszłości SME Instrumentu, ale ze wstępnych informacji wynika, że program pozostanie i może mieć podobny format. To bardzo dobra informacja dla przedsiębiorców. Zwłaszcza że Unia Europejska ciągle ulepsza SME Instrument i dostosowuje go do realnych potrzeb biznesowych – dodaje Alicja Grzegorzek Carrascosa z Zafiro Solutions.

Program Horyzont Europa opiera się na trzech filarach: Open Science, Global Challenges and Industrial Competitiveness oraz Open Innovation. W ich ramach Komisja Europejska wspierać będzie przedsiębiorców, organizacje badawcze, uczelnie wyższe, fundacje, instytucje publiczne czy indywidualnych naukowców, pracujących nad przełomowymi technologiami o wysokim potencjale, rozwiązującymi aktualne problemy społeczne.

Bezrobocie w Polsce najniższe od 1990 r.

Bezrobocie osiągnęło najniższy poziom od 1990 roku. Polska waluta kolejny dzień odrabiała straty. Amerykański rynek pracy pokazuje coraz gorsze dane.

Złoty znów odrobił straty

Uspokajanie sytuacji na rynku pozwoliło złotemu odzyskać pewną część strat. Euro nie kosztuje już ponad 4,40 zł  a znów znalazło się w okolicach 4,35 zł. Frank spadł z 3,80 zł do 3,75 zł. Dolar i funt są z kolei wyceniane odpowiednio w okolicach 3,72 zł i 4,92 zł. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że pomimo silnego umocnienia, złoty nadal jest znacznie słabszy niż w ostatnich tygodniach.

Bezrobocie wciąż w dół

Rejestrowane bezrobocie w Polsce wyniosło 5,9%. Jest to najniższy poziom od 1990 roku. Biorąc pod uwagę czynniki sezonowo w kolejnych miesiącach czeka nas najprawdopodobniej dalsze bicie tych rekordów wszech czasów. Bezrobocie zawsze spada w okresie prac sezonowych w rolnictwie. Dlatego też fakt, że w ciągu miesiąca spadło o 0,2% nie mówi nam tak dużo, jak to, że w ciągu roku spadło o 1,1%. Ta druga informacja jest tutaj znacznie ważniejsza. Warto zwrócić uwagę, że liczba bezrobotnych spadła poniżej miliona. Najniższe bezrobocie jest w Wielkopolsce – 3,3%, najwyższe zaś w Warmińsko-Mazurskim.

Słabsze dane z amerykańskiego rynku pracy

Wczoraj poznaliśmy dwa ważne odczyty. Najpierw nadszedł raport ADP na temat zatrudnienia. Są to szacunkowe zmiany zatrudnienia w USA bez uwzględnienia rolnictwa. Zmiana wyniosła 177 tysięcy względem oczekiwanych 187 tysięcy. Drugi odczyt to wnioski o zasiłek dla bezrobotnych. Ich liczba ostatnimi tygodniami powoli wzrasta i po raz kolejny okazała się większa od oczekiwań. Wydawać by się mogło, że słabe odczyty z rynku pracy pociągną za sobą dolara w dół, tym bardziej, że amerykańska waluta już od początku dnia była w odwrocie. Jak się okazuje nic bardziej mylnego. W momencie publikowania tych danych dolar był najsłabszy tego dnia po czym zaczął się umacniać. Dlaczego słabe dane doprowadziły do umocnienia waluty? Są możliwe dwa wyjaśnienia. Po pierwsze umocnienie mogło być spowodowane innymi czynnikami. Warto zwrócić uwagę, że po dniu wolnym giełdy w USA otworzyły się na sporym plusie. To właśnie mogło być powodem umocnienia dolara.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – bilans handlu zagranicznego,
  • 14:30 – USA – stopa bezrobocia.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Gra dopiero się zaczyna

Od dziś obowiązują amerykańskie cła na chińskie produkty. Dopiero teraz zobaczymy jaka jest rzeczywista pozycja i strategia obu stron handlowego sporu i czy będzie on eskalował do wojen handlowych.

Między innymi na jaw wyjdzie to, czy Chiny zdecydują się na pozataryfowe ograniczenia i utrudnienia, np. poprzez silniejsze skierowanie się ku brazylijskim producentom soi lub przyjmą politykę preferowania europejskich dostawców (np. dostawy samolotów Airbus zamiast Boeinga). Piłka jest po stronie chińskiej, i to od niej zależy, czy konflikt będzie się nasilał. Zdecydowana odpowiedź na politykę USA będzie prowokować administrację Trumpa do nakładania kolejnych ceł i nakręcać konflikt. Na razie, pierwsze godziny po wejściu w życie ceł są spokojne a nastroje pozytywne, m.in Shanghai Composite wychodzi nad kreskę a od dziennego minimum odbija na prawie 3 proc. Tyle tylko, że nie oznacza to jeszcze kompletnie nic. Wyciąganie pochopnych, optymistycznych wniosków
i wykluczenie dalszych turbulencji byłoby co najmniej nierozsądne.

Poza rozwojem sporu na linii USA – Chiny uwaga na piątkowej sesji będzie nakierowana na dane z rynku pracy USA. Amerykańska gospodarka w ostatnich miesiącach jawi się jako odporna na globalną zadyszkę koniunktury i zachowuje się relatywnie mocno. Potwierdza to chociażby wczorajszy wzrost indeksu ISM dla usług, którego wartości są bliskie cyklicznym maksimom. Mocno kontrastuje to np. z barometrami koniunktury dla Eurolandu, które w tym roku zdecydowanie runęły. Tyle tylko, że siła gospodarki nie będzie się już przekładać na percepcję zamierzeń Fed. FOMC jasno przedstawił perspektywy polityki i ryzyka są asymetryczne, tzn. lepsze dane w najbliższych tygodniach nie dają szans na więcej podwyżek w najbliższych kwartałach, ani na podniesienie docelowego poziomu dla stóp.

Kluczem pozostaje oczywiście dynamika wynagrodzeń, która pozostaje blisko 2,8 proc. rok do roku. Rynek pracy ulega bezwzględnemu zacieśnianiu, co powinno wywierać presję na płace także w kolejnych miesiącach. To oczywiście wciąż pozytywne dla USD poprzez kanał oczekiwań inflacyjnych podnoszących rentowność długu i działających w kierunku rozszerzenia spreadów dochodowości z długiem innych gospodarek G-10 i EM. Tyle tylko, że wpływ rozpędzonego rynku pracy na wycenę obligacji USA będzie mniejszy niż do tej pory, ponieważ nie będzie szedł w parze z budową oczekiwań na bardziej jastrzębie stanowisko Fed. W wycenie USD jest przy tym bardzo dużo pozytywnych informacji a pozycjonowanie się znormalizowało (inwestorzy porzucili dominujący w I kwartale skrajny sceptycyzm wobec dolara). Wszystko to wskazuje, że potencjał do dalszej aprecjacji dolara został w znacznym stopniu wyczerpany. Tym bardziej, że w wycenie wielu walut ewidentne jest dyskonto negatywnych czynników. Dotyczy to m.in. euro i funta – obie waluty mają przestrzeń do kontynuacji odbicia.

W przypadku danych za czerwiec spodziewane jest utrzymanie miesięcznej dynamiki wynagrodzeń na 0,3 proc., co wskaźnik rok do roku powinno doprowadzić do wyrównania tegorocznych maksimów 2,8 proc. r/r. Tempo kreacji nowych miejsc pracy nadal jest zdecydowanie powyżej pułapu pozwalającego stabilizować stopę bezrobocia, która w związku z tym ma szansę na spadek z 3,8 do 3,7 proc. Zmiana zatrudnienia poza rolnictwem szacowana jest na 195 tys., czyli na poziomie spójnym z wartością średnią dla ostatniego roku. Trudno oprzeć się wrażeniu, że poprzeczka oczekiwań jest wysoko zawieszona, co tylko wzmagać może negatywną reakcję dolara w przypadku rozczarowania. Nie sądzimy jednak, że dzisiejsze odczyty byłyby w stanie zasiać ziarno niepewności odnośnie do kondycji amerykańskiej gospodarki.

Opracował Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz, DM TMS Brokers

Populizm i odejście od demokracji to problemy dotyczące Węgier i Polski

Populizm jest ostatnio wrzucany do jednego worka z niedemokratycznymi i nieliberalnymi zjawiskami. Taka sytuacja wymaga uporządkowania. Jego rozwój jest jednoczesny ze wzrostem ksenofobii i nacjonalizmu, jednak w Europie nie jest on na zatrważającym poziomie. Pojawiają się jednak pewne sygnały. Jak twierdzą niektórzy, populiści są barometrem tego, że coś złego dzieje się w systemie i wymaga zmian. Nigdzie na Zachodzie ich grupa nie ma szans na dojście do władzy i stworzenie rządu. Chociaż ostatnie wybory we Włoszech temu przeczą, należy pamiętać, że jest to bardzo specyficzny kraj, w którym rządy często się zmieniają. W Europie Zachodniej populizm nie stanowi problemu. Jest jedynie sygnałem, że warto zastanawiać się nad tym, jak ulepszać naszą liberalną demokrację.

– Ostatnie wydarzenia i rządy w Polsce można nazwać klientystycznym autorytaryzmem. Chodzi o wybieranie swojej części narodu do redystrybuowania wspólnego dobra publicznego. Taki system trwa od lat na Węgrzech. Pojawia się wiele określeń tego ustroju. Większość poważnych światowych instytucji kwalifikuje go już jako niedemokrację – powiedział serwisowi eNewsroom prof. Radosław Markowski, politolog – Polska i Węgry to dwa kraje w Europie Wschodniej, które mają obecnie największy problem jeśli chodzi o relacje z Unią Europejską, Komisją Wenecką i innymi autorytetami zajmującymi się demokracją. Narracja prezydenta Orbana wskazuje, że buduje on nieliberalną demokrację, chociaż te dwa pojęcia się wykluczają. Ustrój ten może być mniej lub bardziej liberalny, ale jego trzon – państwo prawa i niezależne sądownictwo – jest kluczowym, niezmiennym elementem. Tego oczekuje Unia Europejska i jej obywatele. W innych krajach wschodnioeuropejskich problemem nie jest populizm, a korupcja. Nie działają tam instytucje demokratyczne. W Polsce i na Węgrzech odnotowujemy odwrót od jakościowej demokracji w kierunku ustroju, który już przestaje nią być. W przypadku takich krajów, jak Bułgaria czy Rumunia należy pamiętać, że tam skonsolidowanej demokracji nigdy tak naprawdę nie było. Należy pamiętać o rozróżnianiu całej Polski i polskiego rządu oraz jego działań. Polacy nie mają wspólnego kwantyfikatora, a ich poglądy na temat tego, jak powinna wyglądać ich rzeczywistość są bardzo różne. Niepokojące są jednak badania, które mówią, że Polacy coraz bardziej nie lubią innych narodów. Warto zaznaczyć, że nie dotyczy to tylko obywateli państw, z którymi wiąże nas trudna historia. Jak się okazuje chodzi także o Hiszpanów, Chińczyków czy Japończyków. Niestety nie świadczy to o nas dobrze – dodał Markowski.

W ciągu kilku lat w Polsce może powstać bioniczna trzustka. To przełom w leczeniu cukrzycy typu pierwszego

W ciągu kilku lat w Polsce może powstać bioniczna trzustka. To przełom w leczeniu cukrzycy typu pierwszego 9

Polscy naukowcy opracowują rewolucyjne rozwiązanie dla cukrzyków. Nawet 20 tys. osób w Polsce mogłoby już teraz skorzystać z bionicznej trzustki – wydrukowanej w 3D, która funkcjonowałaby jak prawdziwy narząd, produkując insulinę i glukagon. Bioniczne trzustki miałyby być budowane w podobny sposób, jak drukuje się elementy kości. Już teraz trwają prace nad drukowaniem naczyń i stworzeniem całego systemu naczyniowego. Stworzenie bionicznej trzustki to szansa na normalne życie dla osób z cukrzycą typu pierwszego, gdzie trzustka przestaje wydzielać insulinę.

– Nikomu na świecie nie udało się wydrukować jeszcze całego narządu miąższowego, takiego jak wątroba, trzustka, nerka, serce, płuco czy nawet mięśnie, w takim stopniu, żeby można to było zastosować w praktyce klinicznej. My postanowiliśmy wydrukować bioniczną trzustkę – organ, który będzie produkował insulinę i glukagon, po to żeby móc leczyć pacjentów z cukrzycą – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje dr hab.n.med. Michał Wszoła, przewodniczący Rady Konsorcjum Bionic.

Medycyna coraz częściej sięga po możliwości jakie dają nowe technologie. Możliwe są operacje, w których lekarze uczestniczą nawet na odległość, w leczeniu pomaga wirtualna i rozszerzona rzeczywistość. Wykorzystuje się też druk 3D, choć na razie jeszcze w dość ograniczonym stopniu.

Obecnie technologie biodruku 3D umożliwiają prace nad nerkami, czy kośćmi. Już niedługo możliwe będzie stworzenie niemal każdej części zamiennej w organizmie, także narządu miąższowego, jak trzustka. Nad bioniczną trzustką pracują polscy naukowcy w ramach projektu finansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Obecnie planowane są doświadczenia na myszach.

– My jesteśmy teraz na etapie planowania doświadczenia na myszach. Chcemy zacząć wszczepiać płatki trzustkowe, czyli części, z której będzie się składała cała bioniczna trzustka, myszom bez układu immunologicznego, żeby zobaczyć na ile to co już w tym momencie wyprodukowaliśmy jest funkcjonalne, i na ile jest to w stanie odwrócić cukrzycę – tłumaczy Michał Wszoła.

Taka trzustka miałaby działać jak normalny organ – produkować insulinę. Na takim rozwiązaniu skorzystają cukrzycy, zwłaszcza chorzy na cukrzycę typu pierwszego, gdzie trzustka przestaje wydzielać insulinę. Obecnie jedynym sposobem na leczenie tego typu cukrzycy jest regularne wstrzykiwanie insuliny. To jednak działanie doraźne, które wymaga ciągłego monitorowania wyników.

– Na całym świecie ponad 400 mln osób choruje na cukrzycę, do 2040 roku chorych będzie ponad 650 mln osób. W Polsce ponad 3 miliony osób jest chorych na cukrzycę, ale jeśli spojrzymy tylko na cukrzycę typu pierwszego, który jest najbardziej interesujący w kwestii tego programu, to w Polsce chorych jest ponad 200 tys. osób, z czego pomocy chirurga transplantologa, czyli uzyskania przeszczepienia, wymaga 10-20 tys. osób. To one mogłyby natychmiast skorzystać z tej terapii – wskazuje ekspert.

Bioniczne trzustki miałyby być budowane w podobny sposób, jak drukuje się elementy kości. Konieczne jest jednak stworzenie „rusztowania” dla wysp trzustkowych, które pomagałoby je utrzymywać i umożliwiałyby ich funkcjonowanie. Trzustka miałaby zostać stworzona na bazie wysp trzustkowych przekształconych z własnych komórek macierzystych chorego lub wysp pobranych od dawcy. W ten sposób mniejsze byłoby ryzyko odrzucenia takiego przeszczepu.

– Tak jak w normalnej drukarce 3D mamy kartridże, ale zamiast tuszu wkładamy zawiesinę komórek, czyli komórek śródbłonka, w drugim biotuszu używamy komórek macierzystych, a do trzeciego biotuszu wkładamy małe wyspy trzustkowe. To są małe kawałki tkanek bardziej zorganizowane razem z odpowiednim medium i przy pomocy odpowiednich dysz układamy to w odpowiedni wzór – tłumaczy przewodniczący Rady Konsorcjum BIONIC.

Obecnie wyzwaniem jest znalezienie odpowiedniej biodrukarki. Konsorcjum prowadzi właśnie zbiórkę crowdfundingową, aby zebrać potrzebne środki. Jednocześnie współpracuje też z innymi ośrodkami, które chcą stworzyć bioniczne narządy.

Z  raportu Grand View Research wynika, że rynek sztucznych organów życiowych i medycznej bioniki osiągnie wartość blisko 46 mld dolarów w 2022 roku.

Rewolucja w uzdatnianiu wody. Dzięki specjalnym ogniwom paliwowym można jednocześnie oczyścić ścieki i uzyskać energię elektryczną

Rewolucja w uzdatnianiu wody. Dzięki specjalnym ogniwom paliwowym można jednocześnie oczyścić ścieki i uzyskać energię elektryczną 10

Oczyszczanie ścieków wymaga znacznej ilości energii elektrycznej. Dzięki mikrobiologicznym ogniwom paliwowym, zamiast zużywać energię na oczyszczanie ścieków, można energię elektryczną wyprodukować w trakcie ich oczyszczania. Nowe technologie umożliwiają zdalne monitorowanie procesu oczyszczania ścieków w czasie rzeczywistym. Tym samym oczyszczanie ścieków może też być znacznie bardziej wydajne.

Oczyszczanie ścieków to proces energochłonny, w którym prawie wszystkie etapy wymagają znacznej ilości energii elektrycznej. Dzięki mikrobiologicznym ogniwom paliwowym (MFC), zamiast zużywać energię na oczyszczanie ścieków, można otrzymać jednocześnie oczyszczone ścieki i wyprodukować energię elektryczną. Ogniwa zamieniają energię chemiczną zawartą w związkach chemicznych na energię. W ogniwach mikrobiologicznych energię uzyskuje się dzięki bakteriom, które utleniają substancje organiczne, znajdujące się w ściekach.

– Opatentowaliśmy technologię produkcji mikrobiologicznych ogniw paliwowych, które pozwalają na oczyszczanie ścieków przy jednoczesnym wytwarzaniu energii elektrycznej. To duża zmiana w stosunku do konwencjonalnych technologii, które wymagają dużych nakładów energii. Dzięki naszej technologii możliwe jest jednoczesne wytwarzanie energii i oczyszczanie wody – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Mate Erdo z węgierskiego startupu BES Europe.

Firma opracowuje ogniwa paliwowe, które byłyby stosowane jako czujniki. W przeciwieństwie do zwykłych protokołów pomiaru , czujniki oparte na ogniwach paliwowych zapewniają monitorowanie w czasie rzeczywistym (w tradycyjnych czujnikach rezultaty dostarczane są 5 dni po pobraniu próbek), zdalnie i bez pracochłonnych prac laboratoryjnych. Zasada działania czujnika opartego na MFC opiera się na obserwacji, że prąd wyjściowy jest proporcjonalny do zawartości organicznej monitorowanych ścieków. Czujniki nie wymagają zewnętrznego zasilania, co umożliwia ich łatwe wdrażanie.

– Rozwiązanie to może okazać się bardzo przydatne w państwach lub miejscach, które nie dysponują infrastrukturą do oczyszczania ścieków lub nie ma do niej dostępu. Nasza technologia ma charakter modularny, a zatem może być dostosowana do lokalnych uwarunkowań. Skorzystają na niej przede wszystkim duże oczyszczalnie, którym zależy na obniżeniu kosztów operacyjnych czy nakładów związanych ze zużyciem energii elektrycznej. Skorzystają także małe miejscowości i firmy nieobjęte systemem oczyszczalni ścieków oraz branża gastronomiczna – wskazuje Mate Erdo.

Zastosowanie na szeroką skalę nowej technologii w zakresie oczyszczania ścieków zwiększy wydajność oczyszczalni. Jednocześnie niższe będą koszty operacyjne, bez konieczności zwiększania powierzchni produkcyjnej danego obiektu.

– Wciąż jesteśmy na etapie przeprowadzania testów, ale wielu naszych partnerów, w tym kilka browarów i oczyszczalni ścieków w Budapeszcie, wyraziło już zainteresowanie naszym produktem. Technologia zostanie u nich wdrożona na pewno jeszcze przed końcem tego roku, a do powszechnego obrotu trafi jeszcze w tym roku albo na początku następnego – zapowiada ekspert.

Z raportu Market Research wynika, że rynek mikrobiologicznych ogniw paliwowych wzrośnie z 9 mln dol. w 2017 roku do 18,6 mln dol. w 2025 roku.

Polska atrakcyjna dla firm biotechnologicznych. Globalne koncerny chętnie inwestują tu w badania kliniczne i opracowywanie nowych leków

Polska atrakcyjna dla firm biotechnologicznych. Globalne koncerny chętnie inwestują tu w badania kliniczne i opracowywanie nowych leków 11

Medycyna spersonalizowana oraz finansowanie nie tylko usług i leków, lecz także efektów zdrowotnych pozwalają optymalizować nakłady na technologie medyczne i rozwijać innowacje. Polska jest dla firm farmaceutycznych bardzo atrakcyjnym rynkiem pod tym względem. Jedna z nich, Amgen, obecna w Polsce od kilkunastu lat, prowadzi w Polsce badania kliniczne i rokrocznie przeznacza na działalność badawczo-rozwojową około 54 mln zł. Jednym z głównych obszarów działalności firmy są również leki biopodobne, opracowywane po wygaśnięciu ochrony patentowej oryginału i zgodnie z polskim prawem wprowadzane na listy refundacyjne, gdy są co najmniej o 25 proc. tańsze.

– Value based healthcare to medycyna oparta na wartościach – choć nie są to wartości etyczne, ale ekonomiczne. Można ją określić jako medycynę opartą na efekcie zdrowotnym. Dzisiaj system ochrony zdrowia płaci za poszczególne usługi czy leki. Natomiast przyszedł czas – szczególnie teraz, kiedy coraz węższe grupy docelowe stosują np. leki biologiczne – żeby system płacił za konkretny efekt zdrowotny. To jest zmiana paradygmatu, który pozwala stosować nowoczesne rozwiązania – mówi agencji Newseria Biznes Jacek Graliński, dyrektor ds. korporacyjnych Amgen.

Model efektywnej opieki opartej na wartościach zyskuje coraz większą popularność i nie jest już tak rewolucyjny, jak jeszcze dekadę temu. Ta koncepcja jest spójna z ideą medycyny personalizowanej, która w ostatnich latach spowodowała ogromny postęp w skuteczności leczenia onkologicznego. Leki celowane stanowią dzisiaj ponad 73 proc. stosowanych w czerniaku, 51 proc. w raku jelita grubego i 32 proc. w przypadkach nowotworu piersi.

Do końca 2016 roku na rynku było już dostępnych 137 terapii celowanych (spersonalizowanych), każdy z nich wymagający badania na okoliczność specyficznego biomarkera, a w ubiegłym roku zostały zarejestrowane pierwsze terapie genowe. Obecnie ponad jedna czwarta wszystkich nowych leków zatwierdzanych przez FDA to leki medycyny personalizowanej, których liczba w ciągu najbliższych pięciu lat ma wzrosnąć do 69 proc. Do końca tej dekady nakłady finansowe na medycynę spersonalizowaną w globalnej skali wzrosną kilkukrotnie, do ponad 149 mld dol.

Medycyna spersonalizowana znajduje zastosowanie nie tylko w onkologii, lecz także jej osiągnięcia coraz intensywniej wykorzystuje się też m.in. w kardiologii, reumatologii, chorobie Parkinsona czy Alzheimera. W połączeniu z koncepcją value based healthcare – ukierunkowaną na efekty – służy zarówno pacjentom, jak i optymalizacji nakładów przeznaczanych na technologie medyczne.

 Koncepcja value based healthcare jest w coraz większym stopniu obecna w świadomości menadżerów i polityków zdrowotnych w Polsce. Chcemy zabrać głos w tej dyskusji, ponieważ mamy doświadczenie i ekspertyzę – podkreśla Jacek Graliński.

Polska jest dla Amgen najważniejszym w Europie (drugim po USA) krajem pod względem liczby pacjentów w badaniach klinicznych. W 2016 roku firma prowadziła w Polsce pięćdziesiąt trzy badania kliniczne, głównie trzeciej fazy m.in. w obszarze onkologii, hematologii, chorób sercowo-naczyniowych, układu nerwowego, kostnego i chorób autoimmunologicznych. Ostatnio zostały też uruchomione w kluczowych obszarach trzy badania pierwszej fazy. W prowadzone w Polsce badania zaangażowanych jest aż czterysta pięćdziesiąt ośrodków badawczych, ponad dwa tysiące lekarzy oraz około cztery tysiące pacjentów.

Rok temu Amgen utworzył w Warszawie – jako szóste na świecie – Centrum Badań Klinicznych, które zarządza projektami w całej Europie i poza nią (m.in. w Rosji, Niemczech, Czechach, Szwajcarii i w krajach Półwyspu Bałkańskiego). Pod względem liczby badań klinicznych Polska zajmuje drugie miejsce na świecie w ramach globalnej struktury Amgen. Profesjonalizm i wysokie kompetencje lekarzy uczestniczących w badaniach oraz potencjał ośrodków medycznych są od lat doceniane przez firmę. Amgen, jako lider biotechnologii, aktywnie uczestniczy również w debacie nad wzmocnieniem potencjału Polski w tym zakresie.

– Myślimy o takich aktywnościach, które wesprą rozwój start-upów, albo dostarczaniu informacji, które są pomocne dla nowo tworzonych cząsteczek i organizacji uczestniczących w tym procesie – mówi Jacek Graliński.

Amgen w Polsce jest obecny od kilkunastu lat. Pod względem inwestycji w działalność badawczo-rozwojową plasuje się w czołówce firm farmaceutycznych na świecie, przeznaczając na ten cel ok. 4 mld dol. rocznie. Na polskim rynku w 2016 roku firma zainwestowała w B+R ponad 54 mln zł. Jednym z głównych obszarów działalności firmy są również leki biopodobne, opracowywane po wygaśnięciu ochrony patentowej oryginału i zgodnie z polskim prawem wprowadzane na listy refundacyjne gdy są co najmniej o 25 proc. tańsze.

– Z naszego punktu widzenia, oprócz wysokiej jakości i bezpieczeństwa dostaw tych produktów, korzyścią jest bez wątpienia duża oszczędność dla systemu ochrony zdrowia. Mówimy o bardzo istotnych kwotach, kiedy bierzemy pod uwagę setki milionów złotych wydawanych dzisiaj na terapie biologiczne, mówimy o bardzo dużej uldze dla budżetu płatnika– mówi Jacek Graliński.

Dyrektor ds. korporacyjnych Amgen ocenia, że Polska ma bardzo duży potencjał do rozwoju biotechnologii. Duża w tym zasługa przyjętej przez rząd w ubiegłym roku Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020, która wskazała tę branżę jako jeden z motorów innowacyjności całej gospodarki.

Wielu rodziców bagatelizuje leczenie zębów mlecznych u dzieci. Może to prowadzić do chorób zębów stałych i wad zgryzu

Wielu rodziców bagatelizuje leczenie zębów mlecznych u dzieci. Może to prowadzić do chorób zębów stałych i wad zgryzu 12

Bagatelizowanie konieczności leczenia zębów mlecznych to częsty błąd popełniany przez rodziców. Mleczaki są bardzo podatne na próchnicę i zanim wypadną, mogą zaszkodzić wyrzynającym się zębom stałym. Nieleczone mogą prowadzić do poważnych chorób zębów stałych oraz wad zgryzu. Eksperci podkreślają, że regularne kontrole u stomatologa należy zacząć więc już w momencie pojawienia się pierwszych ząbków i przeprowadzać je co trzy miesiące.

Moment pojawienia się pierwszych zębów jest bardzo indywidualny, zależny w dużej mierze od czynników genetycznych. Zazwyczaj proces ząbkowania rozpoczyna się między 6. a 8. miesiącem życia i trwa do trzecich urodzin dziecka. Większość rodziców nie przywiązuje wagi do leczenia zębów mlecznych ze względu na fakt, że dziecko wkrótce je utraci. Tymczasem zaniedbanie stanu mleczaków może prowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji w przyszłości. Wizyty kontrolne u dentysty warto zacząć więc już w momencie pojawienia się pierwszych zębów, najpóźniej natomiast w drugim roku życia malucha.

 Zębami należy zajmować się zawsze. Nikt z nas nie pozostawia stanu zapalnego na skórze i mówi: ponieważ skóra wymienia się dosyć często, w takim razie nie będziemy leczyć, poczekamy aż się zarośnie. Najwyżej będzie blizna. To samo jest z zębami mlecznymi – należy je leczyć, pomimo że będą wymienione na stałe – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Urszula Jarosz, lekarz ortodonta, protetyk i implantolog z Varsovia Dental.

Wczesne wizyty w gabinecie dentystycznym mają dwojakie znaczenie. Przede wszystkim pomagają oswoić maluchy z nowym otoczeniem, przyzwyczaić je do kontaktu z lekarzem i personelem medycznym oraz wyrobić w nich nawyk regularnego kontrolowania stanu uzębienia. W trakcie tego spotkania stomatolog może wykonać proste, całkowicie bezbolesne zabiegi, takie jak zapobiegające rozwojowi próchnicy lakierowanie czy lakowanie, dzięki czemu dziecko nie będzie obawiało się kolejnych wizyt. Lekarz może również zademonstrować maluchowi zasady działania niektórych przyrządów stomatologicznych.

– W takim wieku wizyta nie jest stresująca, bo dziecko może się pobawić, coś sobie obejrzeć, a jednocześnie można skontrolować, czy dobrze się rozwija, czy zęby wyrzynają się w odpowiednim miejscu, można się zorientować, czy istnieje wada zgryzu – mówi dr Urszula Jarosz.

Podczas pierwszej wizyty lekarz pokaże rodzicom, jak czyścić zęby i dziąsła malucha oraz jak zapobiegać próchnicy. Mleczaki cechuje dużo niższy poziom zmineralizowania niż zęby stałe, dlatego są bardziej podatne na powstawanie próchnicy. Rozwija się ona niezwykle szybko – nowe ubytki mogą powstać w kilka tygodni, dlatego wizyty kontrolne powinny odbywać się co trzy miesiące. Próchnica prowadzi do namnażania się bakterii i patogenów w jamie ustnej, które prowadzą do chorób śluzówki, niszczą nie tylko zęby mleczne, lecz także wyrzynające się zęby stałe.

Jeżeli będzie konieczność usunięcia mlecznych zębów, należy zadbać o to, by dziecko otrzymało utrzymywacze przestrzeni. W przeciwnym przypadku po utracie mleczaków, stałe zęby przesuwają się i zmniejszają luki po ekstracji. Jeżeli dziecko ma za wcześnie usunięte zęby mleczne, pojawiają się wady zgryzu i stłoczenia na tyle duże, że należy później usuwać zdrowe zęby stałe, najczęściej przedtrzonowce, żeby pozostałe zęby w ogóle zmieściły w łuku –mówi dr Urszula Jarosz.

Na wizytę u stomatologa przed ukończeniem przez malucha 6. miesiąca życia należy się zdecydować w przypadku dostrzeżenia takich zmian jak problemy ze śluzówką jamy ustnej lub stan zapalny. Zaniedbania w tym zakresie mogą prowadzić do problemów zdrowotnych oraz konsekwencji natury psychologicznej.

Jeżeli dziecko będzie miało stan zapalny zębów, jeżeli będzie go bardzo bolało, będzie przeżywało traumatyczne wizyty u dentysty, to nie jest to dobry start do zdrowego życia. Na pewno będzie to miało konsekwencje dla stanu uzębienia w przyszłości, bo zacznie tego dentysty unikać – mówi dr Urszula Jarosz.

Budowanie pozytywnego wizerunku w sieci ważne w każdej firmie. Warunkiem jest jednak uczciwa polityka wobec pracowników

Budowanie pozytywnego wizerunku w sieci ważne w każdej firmie. Warunkiem jest jednak uczciwa polityka wobec pracowników 13

Działania employer brandingowe, budujące pozytywny wizerunek, można wdrożyć w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości i budżetu. Warunkiem jest, aby firma prowadziła uczciwą politykę wobec pracowników i miała jasno sprecyzowane wartości. – Jeżeli nie mamy dobrych wartości, nie szanujemy pracownika, wynagrodzenia są zbyt niskie, to employer branding nie pomoże – mówi Karolina Latus, prezes Agencji Crafts. Firmy mają do dyspozycji cały wachlarz darmowych działań, które mogą poprawić ich markę pracodawcy. Rzadko zwracają uwagę na wrażenia kandydatów z całego procesu rekrutacyjnego.

– Często zgłaszają się do nas właściciele i menadżerowie, którzy mówią, że chcieliby zrobić kampanię employer brandingową, natomiast nie mają poukładanych wartości w firmie. Chodzi o to,  żeby nie malować trawy na zielono. Jeżeli nie mamy dobrych wartości, nie szanujemy pracownika, wynagrodzenia są zbyt niskie, to żaden employer branding tu nie pomoże – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Latus, prezes Agencji Pracy Tymczasowej Crafts.

Jak wynika z ostatniego raportu „Employer Branding w Polsce 2017”, przeprowadzonego przez HRM Institute, aż 86 proc. polskich pracodawców uważa, że dzięki strategii employer brandingowi łatwiej jest im przyciągnąć kandydatów do firmy. Mimo to w ubiegłym roku tylko 14 proc. pracodawców miało jasno sprecyzowaną strategię employer brandingową, a 32 proc. było w trakcie jej opracowywania.

– Ogłoszenia o pracę – fajne, kolorowe, kreatywne – wpływają na budowanie pozytywnego wizerunku pracodawcy w sieci. Współpraca działu marketingu i HR powinna być bardzo ścisła. Istotne jest to, aby wspólnie ocenić cechy, których poszukujemy w profilach kandydatów. Następnie wspólnie zastanawiamy się, w jakich miejscach oni przebywają i co zachęci ich do aplikowania na dane stanowisko. Dział HR powinien dać treść ogłoszenia, natomiast marketing – wspomóc w kwestiach graficznych, promocji, ale również w kwestii smaczków, które można wrzucać do sieci, żeby zainteresować kandydatów – mówi Karolina Latus.

Działania employer brandingowe można wdrożyć w każdej firmie, niezależnie od jej wielkości i budżetu. Przedsiębiorstwa, które dysponują relatywnie niewielkim budżetem na ten cel, mają do dyspozycji cały wachlarz działań, które nie wymagają dużych nakładów finansowych, ale przynoszą wymierne efekty.

– Organizujemy spotkania z pracownikami, rozmawiamy z nimi, ponieważ komunikacja wewnętrzna w firmie jest również elementem budowania dobrego wizerunku pracodawcy. Szacunek dla pracownika także nic nie kosztuje, a ma bardzo dobry wpływ. Możemy także zaangażować pracowników w różne działania charytatywne, organizować akcje społeczne jako firma. Ludzie lubią się czuć elementem większej całości, lubią robić dobre rzeczy i chętniej wybiorą firmę, która coś takiego umożliwia – wylicza Karolina Latus.

Jak podkreśla, firma powinna też zadbać o opinie na swój temat na forach dyskusyjnych w internecie. Błędem jest jednak zmuszanie pracowników, żeby pisali o niej pozytywy. Najlepiej po prostu zadbać, żeby atmosfera w pracy była przyjazna – wtedy zadowolony pracownik sam chętnie opowie o tym innym osobom.

– Tych bezkosztowych działań employer brandingowych jest naprawdę sporo. Natomiast jeżeli szukamy większej liczby pracowników, to możemy się pokusić o wydanie większego budżetu i zorganizowanie całej akcji. Dodajemy narzędzia takie jak np. storytelling i mamy gotową kampanię, która przyciąga kandydatów. Bardzo istotne jest, aby pamiętać, że kandydat to również nasz klient. Jeżeli będzie niezadowolony z procesu rekrutacyjnego, to mniej chętnie skorzysta później z usług firmy albo kupi jej produkt – podkreśla Karolina Latus.

Pracodawcy rzadko pamiętają, że ważnym elementem employer brandingu jest candidate experience. To wrażenia kandydata z całego procesu rekrutacyjnego – od momentu otrzymania telefonu czy e-maila aż do wyjścia z rozmowy rekrutacyjnej i otrzymania informacji zwrotnej. Wciąż niewiele firm wysyła ją do kandydatów, którzy wysłali aplikację, ale nie przeszli procesu rekrutacyjnego.

– Niewiele firm odpowiada krótką wiadomością „Dziękujemy za przesłanie CV” wszystkim kandydatom, którzy nadesłali aplikacje. Podobnie jak niewiele firm wysyła informację zwrotną po rozmowie kwalifikacyjnej. Informujemy kandydatów, którzy nas interesują i przeszli do następnego etapu, ale o pozostałych zapominamy. Powinniśmy przynajmniej podziękować im za poświęcony czas, bo w ten sposób również budujemy employer branding. Jeżeli ktoś twierdzi, że nie ma na to czasu, to sugeruję się zastanowić, czy dobrze optymalizuje swój czas pracy i czy nie zaprasza zbyt dużej liczby kandydatów na rozmowy kwalifikacyjne – mówi prezes Agencji Pracy Tymczasowej Crafts.

Polacy i zakaz handlu w niedziele

Od wprowadzenia zakazu handlu w niedziele minęły prawie cztery miesiące. Czy niehandlowe niedziele zmieniły zwyczaje Polaków? Czy znacząco utrudniły codzienne funkcjonowanie? Jak radzimy sobie z zakazem handlu? I przede wszystkim, czy chcemy żeby ten zakaz został zniesiony? Na te i inne pytania spróbował odpowiedzieć zespół badawczy Havas Media Group – Intelligence Team w cyklu badań zrealizowanych na przestrzeni od marca do czerwca 2018 r.

Średnio około 20% badanych wskazało, że wprowadzenie zakazu handlu w niedziele znacząco zmieniło sposób spędzania niedziel. Przed wprowadzeniem zakazu handlu, osoby te często spędzały niedziele na zakupach w centrach handlowych (ponad 30% badanych, w porównaniu do około 15% w całej próbie) i był to najpopularniejszy sposób spędzania wolnego czasu w tej grupie.

Obecnie niedziele niehandlowe to dzień, który spędzamy z rodziną (coraz częściej), oglądając telewizję lub spędzając ten czas na świeżym powietrzu – i takie spędzanie wolnego czasu w niedzielę deklarują zarówno osoby, których sposób spędzania tego dnia uległ znaczącej zmianie, jak i pozostali badani.

Warto zauważyć, w jaki sposób pogoda wpływała na sposób spędzania wolnego czasu w niedzielę. Pierwsza niedziela objęta zakazem handlu była jednym z pierwszych cieplejszych dni tego roku – tego dnia wiele osób spędziło czas na świeżym powietrzu. W drugą niedzielę nastąpiło załamanie pogody – ten dzień większość badanych spędziła przed telewizorem (co istotne – częściej przed telewizorem, niż z rodziną). Kolejne niedziele, w których przeprowadzono badanie to powrót pięknej pogody, która odciągnęła ludzi od telewizorów i skłoniła do spędzenia czasu na świeżym powietrzu.

Jak Polacy radzą sobie z zakazem handlu w niedziele?Jak Polacy radzą sobie z zakazem handlu w niedziele

Z brakiem możliwości zrobienia zakupów radziliśmy sobie w różny sposób. Większość osób starała się zrobić zakupy wcześniej, około 10% próbuje znaleźć jakikolwiek otwarty w niedzielę sklep. Do zakazu handlu Polacy przyzwyczajali się stopniowo, są coraz lepiej przygotowani i zakupy robią odpowiednio wcześniej.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-2

Osoby, które zadeklarowały, że wprowadzenie zakazu handlu w niedziele znacząco zmieniło ich sposób funkcjonowania, w pierwszych tygodniach zakazu deklarowały częstsze robienie zakupów przez internet. W ostatniej fali badania odsetek ten spadł i obecnie znajduje się na poziomie zbliżonym do populacji. Wciąż jednak osoby z tej grupy są gorzej przygotowane do niehandlowych niedziel – znacząco częściej niż ogół badanych poszukują sklepów otwartych w niedziele lub przekładają zakupy na kolejny tydzień.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-3

Ocena zakazu handlu podzieliła Polaków. Niemal taki sam odsetek badanych chciałby zniesienia handlu, co jego utrzymania. Również niewielkie różnice występują jeśli chodzi o ocenę zakazu handlu – nieznacznie większy odsetek osób ocenia jego wprowadzenie pozytywnie.Zakaz-handlu-w-niedziele_podsumowanie-4

Zgodni jesteśmy w jednym – niedziele powinny być wolne dla wszystkich, nie tylko pracowników handlu.

Badanie zostało przeprowadzone w 5 falach. Pierwszą z nich zrealizowano tydzień przed wprowadzeniem zakazu handlu, dwie kolejne: po pierwszej i drugiej niedzieli objętej zakazem handlu. Czwartą i piątą falę zrealizowano 23.04 i 20.06. CAWI, n=800, próba reprezentatywna dla internautów.

Gdy chodzi o VAT, sądy muszą chronić przed fiskusem nawet organy władzy

„Samorząd terytorialny uczestniczy w sprawowaniu władzy publicznej” (art. 16 ust. 2 Konstytucji RP). Jego jednostki organizacyjne, świadcząc odpłatne usługi, stają się podatnikami VAT. Część usług wykonują jednak nieodpłatnie, w ramach realizacji zadań publicznoprawnych. Rozdzieleniu dla potrzeb podatku VAT działalności w ramach tych dwóch sfer służy tzw. prewspółczynnik. Mimo że sama ustawa o VAT daje podatnikom możliwość dostosowania sposobu określenia proporcji, fiskus wymusza stosowanie metod określonych w akcie niższej rangi, jakim jest rozporządzenie.

11 maja 2018 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Opolu (sygn. I SA/Op 350/17) uchylił interpretację indywidualną Dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej (dalej: DKIS) odmawiającą jednej z gmin prawidłowości określania tzw. prewspółczynnika, dającego podstawę do odliczenia podatku naliczonego od wydatków służących zarówno działalności gospodarczej gminy, jak i niepodlegającej opodatkowaniu działalności niemającej charakteru gospodarczego (sygn. 0112-KDIL4.4012.213.2017.1.AR).

Usługi odpłatne a usługi nieodpłatne

Poprzez zakład oczyszczania i wodociągów gmina realizuje m.in. zadania zaopatrzenia mieszkańców w wodę czy oczyszczania ścieków komunalnych. Zazwyczaj robi to odpłatnie. Osiąga przychody, ale i ponosi koszty związane z utrzymaniem i rozbudową niezbędnej infrastruktury. Nie zawsze jednak wykonuje te zadania za opłatą – w części wykonuje je na potrzeby własne, np. poprzez dostarczanie wody do dwóch świetlic, z których mieszkańcy korzystają bezpłatnie. Ponieważ zaś zgodnie z art. 5 ust. 1 pkt 1 Ustawy o podatku od towarów i usług (Dz.U. 2004 nr 54, poz. 535 ze zm.) podatkiem VAT objęta jest odpłatna dostawa towarów i odpłatne świadczenie usług na terytorium kraju, gmina musi rozdzielić, jaką część wydatków ponoszonych na daną infrastrukturę może zakwalifikować do obniżenia podatku należnego o kwotę podatku naliczonego.

Trudności w rozdzieleniu

Gmina zwróciła uwagę, że nie będzie w stanie rozdzielić wydatków ponoszonych w związku z prowadzeniem infrastruktury wodno-kanalizacyjnej w ramach działalności gospodarczej od tych z nią niezwiązanych. Potrafi jednak określić udział ilości metrów sześciennych fizycznego zużycia wody i odprowadzonych ścieków od odbiorców, od których pobiera płatność w całkowitym zużyciu wody i odprowadzonych ścieków.

W związku z tym, że gmina planowała wykorzystywać tę infrastrukturę na potrzeby własne w marginalnym stopniu, uznała przedstawiony sposób wyliczania proporcji za najbardziej reprezentatywny dla celów kwalifikowania kosztów w związku ze świadczeniem usług w ramach działalności gospodarczej oraz poza nią.

W ocenie organu

Fiskus stwierdził jednak, że taki sposób określenia proporcji jest nieprawidłowy, a sposób interpretacji przepisów zaprezentowany przez gminę prowadziłby do nieczytelności odliczeń podatku naliczonego. Jedynie słuszny w tej sytuacji jest prewspółczynnik ustalany w drodze odesłania art. 86 ust. 22 ustawy o VAT do rozporządzenia z dnia 17 grudnia 2015 r. w sprawie sposobu określania zakresu wykorzystywania nabywanych towarów i usług do celów działalności gospodarczej w przypadku niektórych podatników (Dz.U. z 2015 r. poz. 2193). Jak uznał organ, „(…) argumentacja Wnioskodawcy jest nieprecyzyjna, nie zawiera racjonalnych i obiektywnych powodów, dla których wybrana metoda najbardziej odpowiada specyfice działalności jednostki. Nie jest to argumentacja wystarczająca do uznania tego sposobu określenia proporcji za bardziej reprezentatywny niż ten wskazany w rozporządzeniu”.

Organ zarzuca organowi dyskryminację

W skardze do WSA gmina podniosła szereg naruszeń dokonanych interpretacją indywidualną wydaną przez organ podatkowy – nie tylko poprzez błędną wykładnię przepisów ustawy o VAT, ale i naruszenie dyrektyw unijnych, a nawet konstytucyjnych zasad równego traktowania oraz zakazu dyskryminacji (sygn. I SA/Op 350/17). Gmina przypomniała fiskusowi, że na mocy art. 86 ust. 2h ustawy o VAT, jeśli ustalony poprzez zastosowanie przepisów rozporządzenia „sposób określenia proporcji nie będzie najbardziej odpowiadać specyfice wykonywanej przez niego [podatnika] działalności i dokonywanych przez niego nabyć, może zastosować inny bardziej reprezentatywny sposób określenia proporcji”.

Udawanie ślepego, czyli o co chodzi?

WSA w Opolu ostatecznie uchylił skarżoną interpretację podatkową. Nie jest to jednak pierwszy przypadek, gdy fiskus zdaje się ignorować uprawnienie nadane podatnikom w art. 86 ust. 2h (por. wyrok z 9 maja 2017 r., sygn. I SA/Po 1626/16, wyrok z 6 grudnia 2017 r., sygn. I SA/Sz 886/17, wyrok z 16 stycznia 2018 r., sygn. I SA/Rz 747/17, wyrok z 7 marca 2018 r., sygn. I SA/Ol 79/18).

W marcu 2018 r. WSA w Olsztynie rozpatrywał sprawę gminy, która stosując sposób określania proporcji na podstawie rozporządzenia, mogłaby odliczyć VAT jedynie w wysokości 5%, podczas gdy realny zdaniem gminy prewspółczynnik wynosił 98%. Sąd orzekł: „Gmina (…) może zastosować metodę kalkulacji prewspółczynnika na podstawie art. 86 ust. 2h (…) w oparciu o przyjęte zasady obliczania proporcji, które są dla niej bardziej reprezentatywne, gdy uzna że sposób ustalania proporcji zgodny z przepisami wydanymi na podstawie art. 86 ust. 22 ustawy o VAT nie odpowiada specyfice tej działalności” (sygn. I SA/Ol 79/18).

W innej sprawie skład orzekający stwierdził: „Nie ma w przepisach prawnych obowiązujących od 1 stycznia 2016 r. obligatoryjnego sposobu obliczania prewskaźnika, również dla podmiotów wymienionych w rozporządzeniu MF. Zatem podatnicy wymienieni w rozporządzeniu MF mają prawo zastosować inny sposób określenia proporcji, o ile wykażą, że ten inny sposób jest bardziej reprezentatywny do całej działalności gospodarczej, a zaproponowana metoda będzie odpowiadała najbardziej specyfice prowadzonej przez podatnika działalności gospodarczej” (sygn. I SA/Po 1626/16).

To nie jedyne przykłady, gdy sądy wypowiedziały się na korzyść podatników. Świadczy o tym chociażby takie orzeczenie Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Rzeszowie: „Przyznanie, z mocy ustawy podatnikowi prawa wyboru metody określania prewspółczynnika, opiera się na tym, że to przecież podatnik, najlepiej jest zorientowany w specyfice prowadzonej przez siebie działalności, zna jej uwarunkowania, determinujące dobór sposobu określenia proporcji uwzględniającego specyfikę działalności i dokonywanych nabyć. Jeżeli organ w skarżonej interpretacji uważa inaczej, powinien podać racjonalne, rzeczowe powody swojego stanowiska (…)” (sygn. I SA/Rz 747/17).

Pytanie: czy fiskus nie widzi prawa podatników do ustalania autonomicznego, najbardziej oddającego charakter prowadzonej przez nich działalności prewspółczynnika, czy też po prostu nie chce go widzieć?

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców.

33% wzrost wydatków na reklamę dóbr luksusowych w Internecie

Marcin Rupiński, CEO sieci reklamowej Royal Ad
Marcin Rupiński, CEO sieci reklamowej Royal Ad

Reklama luksusowa na dobre przeniosła się do mediów cyfrowych. Zgodnie z danymi opublikowanymi przez Zenith, w tym roku w Internecie pojawi się o 33% więcej reklam segmentu premium w stosunku do 2017. Prognozy na kolejne lata napawają optymizmem. Jak będzie wyglądać luksus online w przyszłości? O tym w artykule Marcina Rupińskiego, CEO Royal Ad.

Luksus częścią świata digital

Według raportu Zenith, to właśnie reklama cyfrowa głównie napędza sprzedaż dóbr luksusowych. Eksperci przewidują także, że w latach 2017-2019 wydatki na reklamę segmentu premium wzrosną o 886 mln dolarów. Tym samym reklama telewizyjna wzrośnie o 27 mln, kinowa o 21 mln, a radiowa o 2 miliony dolarów. Według ekspertów, za dwa lata dobra luksusowe zagospodarują 35% digitalu.

Odbiorcy marek premium

Konsumenci dóbr luksusowych coraz częściej dokonują decyzji zakupowych za pośrednictwem kanałów online. Finalizacja nie zawsze odbywa się w Internecie, jednak jest on miejscem, w którym podejmowana jest decyzja zakupowa. Wyniki najnowszych badań dotyczących intencji zakupowych konsumentów dóbr segmentu premium skłaniają ich producentów i sprzedawców do przeznaczania większości budżetów reklamowych na działania w digitalu. Zenith prognozuje, że producenci luksusowych samochodów wydadzą aż 39% swoich budżetów na reklamę cyfrową. Kolejno za nimi znajdą się producenci zegarków i biżuterii (28%), perfum i kosmetyków (27%) oraz luksusowej odzieży (13%). W wydatkach na reklamę online na prowadzeniu znajduje się branża hotelarska, ponieważ większość konsumentów, właśnie w sieci szuka informacji o luksusowych hotelach, restauracjach, klubach czy spa i tam też dokonuje rezerwacji oraz zakupu. Według raportu, w tym roku do sieci trafi 50% nakładów na reklamę dóbr i usług tej branży.

Największe rynki

W 2017 roku, w Stanach Zjednoczonych wydatki na reklamę dóbr luksusowych osiągnęły 5,2 mld dolarów, tym samym plasując tamtejszy rynek na pozycji lidera. Na drugim miejscu znalazły się Chiny, z wartością rynku reklamy marek luksusowych wynoszącą 2,1 mld dolarów. Spośród wszystkich krajów, które wskazano w raporcie, udziału w łącznych wydatkach na reklamę dóbr luksusowych Chin i USA wyniósł 61%. Chiny także mogą pochwalić się najbardziej zaawansowanym cyfrowo rynkiem reklamy, w którym w ubiegłym roku udział online wyniósł 53%, a zgodnie z prognozami w 2019 osiągnie 68%.

Jak wynika z raportu Luxury Advertising Expenditure Forecast 2018, w ubiegłym roku, 57% budżetów reklamowych trafiło do prasy, natomiast przewiduje się, że w 2019 będzie to 55%. Do tej pory większość marek premium docierała do konsumentów za pomocą ekskluzywnych tytułów prasowych. Reklamy online traktowano sceptycznie, ze względu na niskiej jakości kontent prezentowany w Internecie. Obecnie, rozwój formatów reklamowych dostępnych w sieci, coraz wyższa jakość prezentowanych treści, personalizacja przekazu, a także możliwość bardziej precyzyjnego dotarcia do klienta chociażby za pomocą reklamy w modelu programmatic sprawiają, że marki mogą bardziej efektywnie docierać do konsumentów przy jednoczesnym zachowaniu ekskluzywności.

W najbliższych latach, również polski rynek reklamy online dóbr luksusowych będzie rósł w siłę. Marki, chcąc dotrzeć z przekazem do jak największego i najodpowiedniejszego grona odbiorców, będą musiały dostosować się do preferencji klientów, których aktywność w większości koncentruje się na kanałach online. Zenith szacuje, że 40% konsumentów przed dokonaniem zakupu zapoznaje się z produktem w Internecie, natomiast komunikacja online wpływa na przeszło 60% decyzji zakupowych konsumentów dóbr luksusowych. To solidne dane, których nie należy bagatelizować.

Autor: Marcin Rupiński, CEO Royal Ad.

Roboty nie zastąpią ludzi – uważa 92% pracodawców z 42 państw. A co sądzą polscy managerowie?

Czy ludzie obawiają się, że zastąpią ich roboty? Zdecydowanie nie! Tak wynika z raportu Skills Revolutions 2.0 firmy Manpower. Aż 92% z 20 tysięcy przebadanych przez firmę pracodawców uważa, że maszyny nie zastąpią ludzi. A wręcz przeciwnie. W 34 na 42 badane państwa, dzięki automatyzacji spodziewany jest wzrost zatrudnienia. W tym gronie jest Polska.

Przedsiębiorcy nie chcą zastępować swoich pracowników robotami, wynika z analizy Manpower. Jak informuje agencja zatrudnienia w raporcie Skills Revolutions 2.0, w przeważającej większości przypadków czwarta rewolucja przemysłowa nie spowoduje zmniejszenia liczby pracowników. Z przeprowadzonego w 42 krajach świata badania wynika, że na 100 zapytanych managerów, aż 92 planuje utrzymanie na niezmienionym poziomie lub nawet zwiększenie zatrudnienia z powodu postępującej automatyzacji.

Maszyny wkraczają w coraz to nowsze dziedziny życia i wykonują czynności zarezerwowane dla człowieka. Roboty pracują już w przemyśle, usługach czy rolnictwie. W jednych obszarach zastępują ludzi, ale w innych tworzą miejsca pracy – mówi Sławomir Kuźniak z BPSC i zarazem dodaje – Zawody wymagające kreatywność, zarządzania ryzykiem oraz wykorzystania umiejętności społeczno-emocjonalne przynajmniej na razie pozostają domeną ludzi. – komentuje ekspert z katowickiej firmy, dostarczającej zaawansowane rozwiązania technologiczne dla firm, w tym systemy ERP i MES.

Będą zatrudniać, ale też… zwalniać

Wpływ technologii na poziom zatrudnienia w najbliższych dwóch lat będzie różny dla poszczególnych gospodarek świata. Spośród 20 tysięcy pracodawców pytanych przez Manpower, zdecydowana większość, aż 86% planuje utrzymać lub zwiększyć liczbę pracowników. Tylko 10% deklaruje, że zmierza zmniejszyć zatrudnienie z powodu postępującej cyfryzacji. 4% nie potrafi określić, czy robotyzacja wpłynie na wzrost, czy spadek zatrudnienia.

Gdzie kadra managerska planuje redukcję zatrudnienia? Sięgając do wyników raportu Skills Revolutions 2.0 widać, że krajami najbardziej zagrożonymi postępującą automatyzacją są państwa z Europy. W Norwegii, Słowenii, Słowacji, Rumunii, Finlandii i Bułgarii maszyny mogą doprowadzić do tego, że liczba etatów zmniejszy się nawet o 10%. Jednak krajem, w którym największe spustoszenia na rynku pracy mogą przynieść roboty, jest Austria. Tam automatyzacja może spowodować aż 20% redukcję zatrudnienia.

Polska zdaniem ekspertów będzie wpisywać się w ogólnoświatowe trendy. Jak podaje Manpower, w naszym kraju automatyzacja może wygenerować nawet 10% wzrostu zatrudnienia. A to będzie miało przełożenie na średni roczny wzrost gospodarczy w kolejnej dekadzie, szacuje McKinsey. Dzięki inwestycji w robotyzację może być on wyższy o nawet 1%, oceniają eksperci. A to nie wszystko. Postępująca automatyzacja przełoży się na wzrost produktywności. Dzięki niej w 2030 r. PKB Polski może urosnąć o 15%, podają analitycy McKinsey.

Roboty zagrożeniem dla Millenialsów?

Zdecydowana większość (79%) pracowników w wieku 18-35 lat, czyli tzw. „millenialsi” uważa, że technologia tworzy więcej miejsc pracy, niż niszczy, wynika z ogólnoświatowego sondażu opublikowanego w 2016 roku badania przez Światowe Forum Ekonomiczne (WEF). Czy słusznie?

Młode pokolenia dorastały z technologią i jest im ona znacznie bliższa niż ich rodzicom. Dlatego nie obawiają się jej, a wręcz upatrują w niej nadzieję – komentuje ekspert śląskiej firmy BPSC.

Pomimo licznych doniesień i ostrzeżeń o ryzyku, jakie niesie ze sobą wprowadzenie robotów w fabrykach i sztucznej inteligencji, młodzi ludzie nie zmienili zdania przez dwa lata i nadal z optymizmem patrzą w przyszłość. Czego najlepszym dowodem są dane A.T. Kearney. Z raportu Workplace of the Future 2018 dowiadujemy się, że ponad 70% menedżerów i 80% młodych pracowników cieszy się na myśl o nadchodzącej automatyzacji. To dobitnie pokazuje, że ludzie widzą potencjał w technologii, nie zaś zagrożenie.

Jakie branże są najbardziej zagrożone?

Polski oddział firmy McKinsey opublikował, które branże są najbardziej zagrożone automatyzacją. Jak wynika za prognoz są to sektory: przemysłowy i logistyczno-transportowy. Według firmy doradztwa strategicznego za 12 lat aż 49% czasu pracy Polaków może zostać zautomatyzowane.

Z roku na rok coraz więcej czynności wykonują maszyny i taka już będzie tendencja. Wynika to głównie z przyczyny obniżania kosztów produkcji. Przedsiębiorstwa uciekają od produkcji wielkoseryjnej na rzecz produkcji dopasowanej do potrzeb określonej grupy klientów, czyli produkcji krótko seryjnej czy wręcz jednostkowej. Muszą przy tym zachować poziom kosztów jednostkowych produkcji wielkoseryjnej. Nie da się tego zrobić bez automatyzacji procesów produkcyjnych z wykorzystaniem robotów i zaawansowanych algorytmów – tłumaczy Sławomir Kuźniak.

Słowa eksperta katowickiej firmy znajdują potwierdzenie w danych. W maju podczas Forum Ekspertów BPSC zapytało prawie 300 prezesów i dyrektorów ze średnich i dużych polskich firm produkcyjnych czy dostrzegają problem ze znalezieniem pracowników. Aż 81% badanych uczestników Forum, odpowiedziało, że ma kłopot ze znalezieniem rąk do pracy.

46% pytanych uważa, że odpowiedzią na te problemy będzie automatyzacja i robotyzacja. Czy to może oznaczać, że maszyny zajmą miejsca ludzi.

– Przynajmniej na razie roboty zastępują ludzi głównie w pracach fizycznych, które wymagają powtarzania tych samych, żmudnych czynności. Dzięki maszynom produkcja będzie bardziej efektywna i tańsza, a potencjał ludzki będzie uwolniony. Ludzie będą zajmować się pracami bardziej złożonymi i wymagającymi kreatywności, jednak w przyszłość może okazać się , że i do tych prac zostaną stworzone algorytmy sztucznej inteligencji. Wtedy pozostanie nam praca w usługach, ale to już inny temat – kończy Sławomir Kuźniak z BPSC.

Finansowanie, wiedza i sieć kontaktów – InnoEnergy odpowiada na potrzebę innowacji

InnoEnergy, największy w Europie fundusz inwestujący w rozwiązania z obszaru energii, cleantech, mobilności oraz szeroko pojętych technologii smart, będzie gospodarzem 6. edycji wydarzenia „The Business Booster” (TBB)[1] poświęconego innowacjom w energetyce. Tegoroczna edycja odbędzie się w Kopenhadze, w Danii w dniach 17-18 października, a tematem przewodnim będzie hasło „Future is Now”. Podczas dwóch dni będzie można zapoznać się ze 150 gotowymi produktami stworzonymi przy współpracy z InnoEnergy, jak również wymienić się spostrzeżeniami z przedstawicielami wiodących firm branży energetycznej z całej Europy. W poprzednich latach w TBB udział wzięli, m.in.: Orlen, PGE, Tauron, Rafako, Boryszew, Innogy Polska, Energa, EDF Polska, Grupa Kęty.

The Business Booster to jedyne wydarzenie zrzeszające najbardziej innowacyjne start-upy z całej Europy, uznanych ekspertów branżowych, inwestorów oraz instytucje sektora publicznego, aby przyspieszyć transformację w dziedzinie czystej energii w Europie – mówi Elena Bou, Dyrektor ds. Innowacji, InnoEnergy. – Oprócz wystąpień start-upów, uczestnicy będą mogli wziąć udział w równolegle organizowanych sesjach tematycznych, a także zobaczyć ekspozycje produktów – zapowiada Bou.

Premiera: Prezentacje ekspertów i krótkie prezentacje przed inwestorami

Podczas wystąpień zostaną zaprezentowane najnowsze innowacje oraz rozwiązania, które zrewolucjonizowały obszary związane z magazynowaniem, transportem, energią wiatrową i inteligentnymi miastami. Podczas krótkich prezentacji, firmy z sektora energetycznego zwrócą się do przedsiębiorców InnoEnergy w poszukiwaniu takich rozwiązań technologicznych w energetyce, które odpowiadałyby ich wyzwaniom.

Odpowiadamy na aktualne potrzeby uczestników, dlatego Business Booster zmienia się każdego roku. Wierzymy, że takie podejście pomaga start-upom i przedstawicielom branży energetycznej w osiągnięciu realnych korzyści z obecności na wydarzeniu – mówi Bou. Co więcej, przemyślane połączenie sesji tematycznych, prezentacji produktów i networkingu stwarza idealne warunki do nawiązywania kontaktów – dodaje.

Od wysokowydajnych rozwiązań magazynowych po sortowanie odpadów komunalnych

Wśród tegorocznych wystawców jest m.in. szwedzka firma Northvolt, która buduje największą w Europie fabrykę akumulatorów litowo-jonowych. W wydarzeniu wezmą udział również polscy przedsiębiorcy, którzy dzięki wsparciu InnoEnergy odnoszą już sukcesy rynkowe. Przykładem może być firma Impact Clean Power Technology, producent rozwiązań z zakresu magazynowania energii dla elektromobilności i przemysłu.

– Dla przedsiębiorców z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, The Business Booster jest doskonałą okazją zainteresowania swoimi produktami i rozwiązaniami inwestorów i przedstawicieli przemysłu właściwie z obszaru całej Europy. Możliwość komercyjnego wejścia na rynki międzynarodowe to jedna z unikalnych zalet współpracy z InnoEnergy – mówi Sebastian Siuchta, zarządzający portfelem start-upów w InnoEnergy Central Europe.

Wśród prelegentów jest już Dr Daniel M. Kammen, profesor energii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley i zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla w 2007 roku. Z kolei w debatach panelowych i równoległych sesjach tematycznych udział wezmą Robert Rosner, dyrektor i założyciel Instytutu Polityki Energetycznej Uniwersytetu w Chicago oraz eksperci branżowi – Lars Aagaard, prezes Duńskiego Stowarzyszenia Energetycznego oraz Michael Sen, członek zarządu Siemens.

[1] https://tbb.innoenergy.com/

Złoty odrabia straty

Złotówka zaczęła się umacniać i euro nie kosztuje już powyżej 4,40 zł. Zdaniem Bloomberga Danske Bank zamieszany w proceder prania pieniędzy. Porozumienie handlowe USA-UE.

Oddech złotego na rynkach

Po tym, jak za euro trzeba było płacić powyżej 4,41 zł na rynkach pojawiła się korekta. Dzisiaj rano na moment kurs zszedł do poziomu 4,37 zł. Co jest powodem umocnienia złotego? Zdaniem większości analityków jest to chęć realizowania zysków przez inwestorów, którzy grali wbrew polskiej walucie. Powoli złoty dochodzi do poziomów, gdzie jest po prostu tani. Inwestorzy widzą obecnie niedowartościowaną walutę oraz obligacje, które względem danych makroekonomicznych są również relatywnie tanie. Czy można się zatem spodziewać odbicia złotego? Potrzebne jest do tego kilka warunków. Po pierwsze pogorszenie danych makroekonomicznych z Polski. Po drugie brak kolejnych dużych ryzyk politycznych w Europie i na świecie. Po trzecie wyciszenie problemów politycznych wokół polskiego wymiaru sprawiedliwości. Może się oczywiście zdarzyć, że inwestorzy, widząc dobrą cenę i tak zainwestują w złotego, jak warunki te nie będą spełnione.

Kolejny bank zamieszany w pranie pieniędzy

Jak podaje agencja Bloomberg, Danske Bank ma być zamieszany w dużą aferę związaną z praniem brudnych pieniędzy z Europy Wschodniej. Temat dotyczy wydarzeń z lat 2007-2015 i dotyczyć estońskiej filii banku. Sam bank powstrzymuje się na razie od komentarzy, gdyż prowadzi własne wewnętrzne śledztwo, by sprawdzić jak taka sytuacja mogła trwać tak długo niezauważona.

Kolejny rozdział wojny handlowej

Konflikt w ramach ceł pomiędzy USA a innymi państwami nie musi wcale oznaczać nowych ceł. Okazuje się, że możliwa jest również ich wzajemna redukcja. Właśnie taka oferta jest obecnie negocjowana pomiędzy USA a Unią Europejską. Miałaby on dotyczyć importowanych samochodów. Głównym zainteresowanym po europejskiej stronie są Niemcy, których przemysł samochodowy mocno ucierpiał na aferze dieslowej. Gdyby dla odmiany doszło do poluzowania ceł, byłby to znacznie lepszy sygnał dla rynków obawiających się recesji związanej z wojną handlową.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:15 – USA – raport ADP na temat zatrudnienia,
  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 16:30 – USA – zmiana zapasów paliw,
  • 20:00 – USA – protokół z posiedzenia FOMC.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Kurs EUR/USD pozostaje w wąskim korytarzu wahań

Podczas wczorajszej sesji w Londynie euro minimalnie osłabiło się względem dolara.

Nieco lepsze od zakładanych dane o aktywności biznesowej PMI dla strefy euro nie dały wystarczającego wsparcia wspólnej walucie. W drugiej połowie dnia spadek utrzymał się, jednak jego tempo znacząco zwolniło. Ze względu na osłabienie dolara kurs pary EUR/USD zakończył dzień na poziomie zbliżonym do tego z jego początku, a po zakończeniu sesji londyńskiej zaczął nawet rosnąć.

Na umocnienie renminbi, którego kurs wzrósł z najniższego poziomu od 11 miesięcy, istotny wpływ miał słabszy dolar oraz werbalna interwencja Ludowego Banku Chin. Chińscy oficjele oświadczyli również, że rząd z pewnością nie zamierza wystrzelić pierwszych strzałów w potencjalnej wojnie handlowej. Oczekuje się, że już 6 lipca zarówno Stany Zjednoczone jak i Chiny nałożą na siebie nawzajem cła na towary importowe o wartości 34 miliardów dolarów. Środki podjęte przez Chiny odpowiadają groźbom prezydenta Trumpa. Są one podejmowane w reakcji na decyzję prezydenta o ukaraniu Chin za niesprawiedliwe praktyki w handlu.

Wczoraj ożywienia doświadczył nie tylko juan. Względny spokój na rynkach umocnił również część pozostałych walut emerging markets. Skorzystały zwłaszcza najbardziej płynne waluty Europy Środkowo-Wschodniej, które były poddane dużej presji ze względu na niepewność związane z stanem globalnego handlu. Największe zyski odnotował forint węgierski, zyskiwał również polski złoty.

Funt brytyjski kontynuuje ożywienie, w czym wspiera go osłabienie dolara oraz dobre dane PMI. Zgodnie z danymi aktywność sektora usług wzrosła z wartości 54,0 w maju do 55,1 w czerwcu. Wskaźnik znajduje się tym samym na poziomie najwyższym od ośmiu miesięcy. Szereg pozytywnych zaskoczeń na froncie ekonomicznym które obserwujemy w tym tygodniu zdaje się potwierdzać, że spowolnienie gospodarcze w Wielkiej Brytanii w pierwszym kwartale było zaledwie tymczasowe – tak jak sugerował Bank Anglii podczas przedostatniego spotkania.

Dziś zaleje nas prawdziwa powódź istotnych dla rynków informacji. Pośród wielu wypowiedzi członków banków centralnych i nowych publikacji makroekonomicznych, na przód wysuwa się wypowiedź przewodniczącego BoE Marka Carneya w środku dnia, raport o rynku pracy ADP oraz dane dotyczące zmian liczby bezrobotnych wnoszących o zasiłki w Stanach Zjednoczonych. Inwestorzy zwrócą również uwagę na wskaźniki PMI/ISM z USA, których publikacja została przesunięta ze względu na obchody Święta Niepodległości. Najistotniejsze jednak powinny być „minutki” z ostatniego spotkania Rezerwy Federalnej.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 12:00 – przemawia prezes BoE, Mark Carney
  • 12:55 – przemawia Jens Weidmann z Bundesbanku
  • 13:30 – raport Challengera dotyczący rynku pracy USA w czerwcu
  • 14:15 – dane ADP dla USA w czerwcu
  • 14:15 – przemawia Yves Mersch z EBC
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA
  • 15:45 – wskaźnik PMI dla usług USA w czerwcu
  • 16:00 – wskaźnik ISM dla usług USA w czerwcu
  • 20:00 – publikacja protokołu z ostatniego posiedzenia FOMC

Autor: Roman Ziruk, analityk Ebury

Powrót od pracy… i obaw

Po jednym dniu wywołanego świąteczną przerwa w USA uspokojenia wracają demony wojen handlowych, co nie wróży dobrze sentymentowi na rynkach. Trwa odliczanie do jutrzejszego uruchomienia przez Biały Dom ceł importowych na chińskie towary, co z dużym prawdopodobieństwem spotka się z odwetowymi działaniami Pekinu. Obawy o przygaszenie ożywienia globalne uderzają w waluty rynków wschodzących, surowce i indeksy. Na tym tle jasno świeci USD, dla którego dane są solidnym wsparciem.

Środa była potraktowana jako mini weekend z podwyższonym ryzykiem zdarzeń nadzwyczajnych, w efekcie czego we wtorek inwestorzy skupili się na domykaniu zyskownych pozycji, póki jeszcze mieli na to szanse. Jako że wczorajszy dzień minął bez niespodzianek, dziś wracamy do motywu przewodniego ostatnich dni, jaki są wojny handlowe i ich wpływ na globalną gospodarkę. Oczy inwestorów zwrócone są przede wszystkim na Chiny, gdzie dziś notowania juana były stabilne, ale rynek akcji pozostawał w niedźwiedzich nastrojach. Mocno traciły też miedź i ruda żelaza, co razem pokazuje, że jest nerwowo. W tym kontekście stabilność walut G10 imponuje, choć może to być cisza przed burzą. Do eskalacji sporu handlowego jest blisko, gdyż już jutro Biały Dom ma wprowadzić życie cła importowe obejmujące chińskie towary warte 34 mld USD. Donald Trump obiecał ograniczania importu dla dóbr wartych 50 mld USD, więc ryzykiem do końca tygodnia jest, co USA zamierzają zrobić z pozostałymi 16 mld USD. Jednocześnie Chiny zastrzegły, że „w żadnym razie” nie wykonają pierwszego ruchu, ale nie zawahają się odpowiedzieć na poczynania USA. Osobiście mam wątpliwości, czy wdrożenie ceł przyniesie reakcję rynku w stylu „kupuj plotki, sprzedawaj fakty”. Biorąc pod uwagę, że Trumpowi nie spodobają się działania odwetowe Chin i zagrozi dalszymi cłami, może to być przyczynkiem dla dalszej fali awersji do ryzyka.

Po pozytywnej stronie należy zaznaczyć, że inwestorzy często bywają jak niesumienni uczniowie w szkole, którzy przynoszą słabe oceny, ale każda kolejna „dwója” wywołuje coraz mniejsze emocje. Tak samo może być z obecnym konfliktem handlowym. Pierwsze uderzenie cłami było najsilniejsze, a każde kolejne będą już wywoływać mniejszą reakcję rynku, gdyż zakres potencjalnych taryf będzie systematycznie mniejszy. Jest bardzo małe prawdopodobieństwo, aby USA i Chiny poszły na wojnę na ograniczenia całej wymiany handlowej – nawet Trump musiał dostać stosowna notkę, że w takiej wojnie na koniec USA przegrają. Na razie jednak jesteśmy w fazie, gdzie strach karmi się niepewnością i nie można wykluczyć przynajmniej jeszcze jednej fali skoku awersji do ryzyka.

W wyczekiwaniu na kolejny rozdział sporu handlowego w czwartek przeszkadzać będą dane z USA, które powinny podkreślić kontrast między kondycją ekonomiczną USA i reszty świata. ISM dla usług powinien pozostać na wysokim poziomie ponad 58 pkt., szczególnie jego odpowiednik dla przemysłu mocno zaskoczył w poniedziałek, przecząc hipotezom, że wojna handlowa zaczyna odbijać się na aktywności biznesu. Raport ADP o zmianie zatrudnienia przygotuje nas na jutrzejszy NFP. Wieczorem minutki FOMC skupią uwagę, a tekst powinien potwierdzać, że Fed mocno stąpa po ścieżce „stopniowych podwyżek”.

Eskalacja napięć handlowych pozostaje głównym ryzykiem dla stabilności rynku FX. W G10 AUD i NZD pozostają najbardziej wrażliwe i mogą tracić głównie do USD i JPY. EUR/USD stracił kierunek bez oznak siły wybicia z przedziału 1,1530-1,1720. Na lokalnym rynku złoty skorzystał wczoraj na poprawie sentymentu i oddalił do 4,41 do 4,37, ale ostrożnie podchodzimy do perspektyw podtrzymania jednostajnego umocnienia w krótkim terminie.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Najważniejsze wydarzenia na rynkach w pierwszym półroczu 2018 r.

Pierwsza połowa 2018 roku obfitowała w bardzo dynamiczne zmiany nastrojów inwestorów, a wraz z nimi kursów walut, cen surowców, notowań największych indeksów czy spółek. Kamil Hajdamowicz z Vienna Life komentuje największe wydarzenia minionego półrocza na rynku.

Spółki technologiczne z USA przynoszą zyski polskim funduszom

W pierwszym półroczu 2018 r. fundusze inwestycyjne oparte na spółkach notowanych w Stanach Zjednoczonych przyniosły najwyższą średnią stopę zwrotu. – Tutaj należy wyróżnić fundusze inwestujące dużą część portfela w spółki technologiczne, których stopa zwrotu wyniosła 12-15%. Bardzo dobrze zachowywały się instrumenty inwestujące w szeroki sektor spółek technologicznych, zdywersyfikowane geograficznie. Do takich należy Investor Nowych Technologii, inwestujący w spółki ze Stanów Zjednoczonych, Europy Zachodniej i Polski, którego stopa zwrotu w I półroczu wyniosła 19,19% – mówi Kamil Hajdamowicz, Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.

Motorem napędowym są tzw. FAANG-i, czyli Facebook, Amazon, Apple, Netlix i Google. W marcu pojawiła się nerwowość wśród inwestorów spowodowana współpracą spółki Facebook z Cambrige Analityca i nieuprawnionym wykorzystaniem danych milionów użytkowników. Szybko jednak ta sprawa została zapomniana, a inwestorzy skupili się na prawdziwych wartościach tych spółek, a nie na spekulacjach, które do tej pory się nie zmaterializowały. Notowaniom pomagały wyniki kwartale spółek, które w prawie 80% przypadków przebiły rynkowe oczekiwania. Można oczekiwać utrzymania tego trendu w II kwartale, chociaż coraz większym czynnikiem ryzyka pozostaje polityka monetarna Fed.

Sprzyjającym czynnikiem dla instrumentów opartych na spółkach notowanych w USA był również wzrost wartości dolara. Względem złotego umocnił się on o 7,32 proc. (licząc do 25 czerwca br.).

Trump podgrzewa rynki

Bardzo sprzeczne doniesienia o kolejnych sankcjach wprowadzanych przez Trumpa także wpływały na zmienne nastroje inwestorów. Prezydent USA wdrożył już dodatkowe opłaty za import stali i aluminium z UE. W odwecie Unia nałożyła taryfy na warte 2,8 mld euro produkty (motocykle, Bourbon, sok pomarańczowy). Trump grozi teraz wprowadzeniem 20 proc. cła na samochody importowane z państw unijnych.

Obecnie natomiast najbardziej atmosferę na rynkach podgrzewają informacje o regulacjach blokujących chińskie inwestycje w sektor technologiczny Stanów Zjednoczonych. Trump rozważa przygotowanie planu wzmożonej kontroli eksportu, którego celem jest zapobieganie wypływowi technologii do Chin. The Wall Street Journal podaje, że prezydent USA tymi działaniami chce uniemożliwić Chinom realizację strategii „Made in China 2025” – państwo środka aspiruje, by stać się globalnym liderem w 10 obszarach związanych z technologią (m.in. przemysł lotniczy, biotechnologie czy technologia informacyjna). Jesteśmy w tym momencie świadkami szeroko zakrojonej rozgrywki politycznej (która w niektórych obszarach przybiera już postać wojny gospodarczej) o globalną supremację w obszarze nowoczesnych technologii

Rynki finansowe działają pod wpływem polityki Białego Domu. Trudno w tym momencie prognozować, czy wojna handlowa jest tylko nową formą gry negocjacyjnej i politycznej (przed wyborami do Kongresu na jesieni b.r.), czy też realną chęcią nałożenia ceł na wybrane obszary świata w celu obrony amerykańskiej gospodarki. Wpływa ona jednak na tempo globalnej wymiany handlowej i nastroje gospodarcze (odzwierciedlone w odczytach wskaźników wyprzedzających oraz w statystykach eksportu), co bezpośrednio przekłada się na nastroje rynkowych inwestorów. Obserwujemy w ostatnich tygodniach podwyższoną zmienność na rynkach finansowych, którą w szczególności dotknięte zostały rynki wschodzące, a przez to również Polska – komentuje Kamil Hajdamowicz.

GetBack i wpływ afery na rynek obligacji korporacyjnych

W wyniku problemów finansowych wrocławska firma windykacyjna winna jest dziś obligatariuszom ok. 2,5 mld zł. Na wniosek KNF w kwietniu br. zawieszono obrót akcjami spółki. Ponadto firma wielokrotnie przekładała przedstawienie sprawozdania finansowanego za ubiegły rok. Rynek i inwestorzy trwali w niewiedzy, a zainteresowanie sytuacją finansową spółki było ogromne. Gdy już wreszcie opublikowano raport, na jaw wyszło, że strata GetBack za 2017 rok wynosi 1,33 mld zł. Sytuacja związana z GetBack kolejny raz, w bardzo nieprzyjemny sposób, przypomniała wielu inwestorom zasadę, że wysoki zysk najczęściej idzie w parze z wysokim ryzykiem, a dotyczy to zarówno rynku akcji, jak i obligacji.

Sprawa GetBacku niekorzystnie wpływa na nastroje na rynku obligacji korporacyjnych. Skutki tego zjawiska są już widoczne na rynku Catalyst. Odzwierciedla się to w przewadze strony podażowej na tym rynku, co przekłada się na spadki wycen niektórych obligacji. Inwestorzy zaczęli oczekiwać wyższej premii za ryzyko, co miało wpływ na większą trudność w uplasowaniu nowych emisji na tym rynku (z uwagi na fakt, że przez efekt spadków cen na rynku dostępne są obligacje z dużo większą rentownością niż mogliby i chcieli zaoferować emitenci). Ponadto, przez sprawę GetBacku i działania KNF trudniej będzie domom maklerskim aktywnie uplasować nowe emisje obligacji, zwłaszcza mniejszych emitentów. Jeśli do tego dołożymy zeszłoroczne zalecenie KNF, by obligacje podporządkowane banków miały nominał nie mniejszy niż 400 tys. PLN i wstrzymanie się przez część banków z nowymi emisjami, obraz drugiego półrocza na rynku obligacji korporacyjnych może być trudny – dodaje Doradca Inwestycyjny w Vienna Life.

Analiza perspektyw dla rynku najmu w Polsce w perspektywie najbliższych 5 lat

– Trendy społeczne sprzyjają właścicielom mieszkań na wynajem – ocenia w swojej analizie perspektyw dla rynku najmu w Polsce Artur Kaźmierczak, prezes Mzuri Investments i spółek Mzuri CFI, które umożliwiają grupowe inwestowanie w mieszkania na wynajem osobom dysponującym relatywnie niewielkim kapitałem. – Główne ryzyka dla rynku najmu mają natomiast charakter regulacyjny – komentuje Kaźmierczak.

W ocenie eksperta największy wpływ na rozwój rynku najmu w Polsce w perspektywie najbliższych 5 lat będzie mieć utrzymanie lub dalszy wzrost wysokiego poziomu napływu imigrantów do Polski, skutkujący wysokim poziomem popytu na mieszkania na wynajem. Według danych Mzuri, Ukraińcy, Białorusini i inne nacje stanowią dużą część rynku najmu: ok. 10 proc. Dynamicznie rośnie też liczba studentów przyjeżdżających do Polski na studia (wg danych GUS w roku akademickim 2016/2017 studiowało w Polsce 65,8 tys. osób z zagranicy, co oznacza wzrost o 15 proc. w stosunku do roku poprzedniego). Niemniej, nie tylko imigranci będą motorem wzrostu. – Do wzrostu popularności najmu w Polsce niezmiennie przyczynia się również utrzymanie się trendu socjologicznego polegającego na rosnącym preferowaniu przez młodych ludzi najmu ponad własność. Trend ten będzie nakręcać popyt na mieszkania na wynajem – dodaje Kaźmierczak. Tendencje takie jak zwiększona mobilność pracowników, promocja najmu jako pełnoprawnej formy korzystania z mieszkania (choćby poprzez program Mieszkanie Plus), rosnąca niechęć do wieloletnich kredytów, czy duża liczba rozwodów będą dodatkowo przyczyniać się do wzrostu popularności najmu.

Z kolei takie czynniki jak wzrost stóp procentowych, rosnąca długość życia, czy dalszy wzrost cen mieszkań będą wpływać na ograniczenie podaży mieszkań na wynajem. – Mniej osób będzie inwestować w mieszkania na wynajem gdyż można zakładać, że krótkoterminowo wzrośnie relatywna atrakcyjność lokat bankowych, obligacji skarbu państwa itp., a tym samym zwolni tempo wzrostu podaży mieszkań na wynajem czyli zmniejszy się konkurencja między właścicielami mieszkań – komentuje Kaźmierczak. Z racji ograniczeń podaży gruntów, rosnących cen materiałów budowlanych i mniejszej osiągalności pracowników, inwestycja w mieszkanie na wynajem będzie też osiągalna dla mniejszej liczby osób.

Główne ryzyka dla rynku najmu w perspektywie najbliższych 5 lat mają natomiast charakter regulacyjny. – Gdyby rząd postanowił wprowadzić maksymalną stawkę czynszu za metr kwadratowy bądź zwiększyć opodatkowanie najmu mogłoby to zaburzyć atrakcyjność najmu – prognozuje Kaźmierczak. Rząd wdrożył już rozwiązania idące w tym kierunku podnosząc ryczałt od dochodów z najmu przekraczających 100 tys. zł rocznie do poziomu 12,5%. Jeśli gospodarka zacznie zwalniać i pojawią się kłopoty z finansowaniem programów socjalnych, rząd może mieć motywację do zwiększenia obciążeń właścicieli mieszkań na wynajem. – Prawdopodobieństwo takiego scenariusza jest jednak średnie; a ewentualny wpływ na rynek zależny od poziomu regulacji, ale zapewne nie bardzo duży – ocenia Kaźmierczak. Czynnikiem o potencjalnym negatywnym wpływie na rynek najmu byłoby też ograniczenie możliwości wynajmowania mieszkań na krótki termin. – Coraz więcej miast w Europie wprowadza podobne ograniczenia, rząd zapowiada, że pojawią się one również w Polsce. Ich wdrożenie mogłoby zmotywować właścicieli takich mieszkań do dwóch ruchów: albo przejścia na najem długoterminowy (tym samym zwiększając konkurencję między właścicielami mieszkań na wynajem długoterminowy) albo sprzedaży mieszkania, co z kolei albo zmniejszyłoby popyt na najem (bo spadek cen skłoniłby część potencjalnych najemców do zakupu własnego mieszkania) albo zwiększyło podaż mieszkań na długi termin, gdyby lokale te zostały kupione przez inwestorów – ocenia ekspert. Prawdopodobieństwo takiego scenariusza z perspektywy całego rynku jest średnie, a ewentualny wpływ na rynek niewielki.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali 2Q 2018

W II kwartale 2018 r. Ronson Development zakontraktował sprzedaż 232 lokali, czyli o 29% więcej niż w analogicznym okresie ubiegłego roku. Liczba lokali przekazanych klientom od początku kwietnia do końca czerwca br., które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ten okres, wyniosła 213 wobec 72 przed rokiem.

– W drugim kwartale tego roku osiągnęliśmy wyraźnie lepsze wyniki sprzedażowe niż w kilku poprzednich kwartałach. W ostatnich trzech miesiącach zakontraktowaliśmy sprzedaż 232 lokali, czyli niemal o 30% więcej niż przed rokiem. Strzałem w dziesiątkę okazał się nasz nowy projekt w Poznaniu – Grunwald2 wprowadzony do oferty w kwietniu. Sprzedaliśmy już tam ponad 40 mieszkań. W Warszawie naszym bestsellerem jest obecnie osiedle Miasto Moje na Białołęce, gdzie w samym drugim kwartale znaleźliśmy nabywców na ponad 60 lokali. Dlatego też niebawem planujemy rozpocząć realizację trzeciego etapu tej inwestycji. Niezmiennie dużą popularnością cieszy się również projekt City Link na Woli, w którym od kwietnia do czerwca sprzedaliśmy blisko 40 lokali. Dobre wyniki sprzedażowe notujemy także we Wrocławiu: w drugim kwartale tego roku w projektach Vitalia oraz Miasto Marina sprzedaliśmy po kilkanaście lokali – powiedział Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor sprzedaży i marketingu Ronson Development.

Narastająco od początku tego roku Ronson Development znalazł nabywców łącznie na 436 lokali, co jest rezultatem podobnym do osiągniętego w pierwszej połowie 2017 r. Liczba ta uwzględnia 32 apartamenty sprzedane w prestiżowym projekcie Nova Królikarnia na warszawskim Mokotowie, który Ronson odkupił w tym roku od Global City Holdings. W samym drugim kwartale Spółka sprzedała 16 lokali w tej inwestycji.

Na koniec czerwca br. w ofercie sprzedaży Ronson Development znajdowało się łącznie ponad 880 lokali w czterech miastach: Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu i Szczecinie.

– Drugi kwartał tego roku był dla nas bardzo udany również pod względem liczby mieszkań przekazanych nabywcom. Nasi klienci otrzymali w tym okresie klucze do 213 lokali. To niemal trzykrotnie więcej niż w analogicznym okresie 2017 r. Blisko 80 lokali przekazaliśmy w czwartym etapie projektu Espresso na Woli, którego budowa zakończyła się w lutym. W czerwcu uzyskaliśmy natomiast pozwolenie na użytkowanie pierwszego etapu osiedla Miasto Moje i do końca miesiąca zdążyliśmy przekazać nabywcom 60 mieszkań. W drugim kwartale przekazaliśmy również pierwsze 24 lokale w projekcie Nova Królikarnia. Są to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej średniej cenie jednostkowej, w związku z czym projekt ten będzie mieć znaczący udział w przychodach za drugi kwartał – wskazał Rami Geris, członek zarządu i dyrektor finansowy Ronson Development.

W całej pierwszej połowie 2018 r. Ronson wydał klucze do łącznie 517 lokali, wobec 371 lokali przekazanych klientom w pierwszych sześciu miesiącach 2017 r.

Ronson Development – sprzedaż i przekazania lokali

Liczba lokali 2Q 2018 2Q 2017 Zmiana r/r 1-2Q 2018 1-2Q 2017 Zmiana r/r
Sprzedaż 1) 232 180 +29% 436 439 -1%
Przekazania 213 72 +196% 517 371 +39%

1) Dane za 2018 r. obejmują sprzedaż odpowiednio 16 lokali w drugim kwartale i łącznie 32 lokali w pierwszym półroczu w ramach projektu Nova Królikarnia, który trafił do portfela Ronson Development na początku kwietnia br.

Rośnie prestiż wyścigów konnych w Polsce. Wyższe nagrody i modernizowane tory przyciągają coraz większą publiczność

Rośnie prestiż wyścigów konnych w Polsce. Wyższe nagrody i modernizowane tory przyciągają coraz większą publiczność 14

Rośnie zainteresowanie wyścigami konnymi w Polsce. Otwarcie Sezonu czy Derby przyciągają coraz więcej osób. Podczas największych wydarzeń na tory przychodzi kilkanaście tysięcy osób. Warszawski Służewiec odwiedziło w tym roku już nawet kilkanaście procent widzów więcej niż w poprzednich latach. Pojawiają się też sponsorzy i dodatkowe nagrody – w Gonitwie Derby Grupa Westminster ufundowała dodatkowe nagrody w kwocie 50 tys. zł. Wyższe nagrody to też większa szansa na przyciągnięcie najlepszych stajni, a tym samym – zwiększenie prestiżu gonitw w Polsce.

 Wyścigi konne w Polsce mają duży potencjał rozwojowy. Już pierwsze wyścigi w tym sezonie przyciągnęły 15 tys. ludzi. Macie znakomite obiekty i dużo inwestujecie, jakość koni wyścigowych w Polsce rośnie z każdym rokiem – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Marian Ziburske, prezes zarządu Grupy Westminster, głównego partnera sezonu 2018, a prywatnie także wielki fan jeździectwa.

Wyścigi konne przyciągają coraz więcej widzów. Stają się wydarzeniem towarzyskim – w dni gonitw przychodzi coraz więcej młodych ludzi i całych rodzin.

– Osoby odwiedzające tor spędzają tu 5–6 godzin. Można przyjść z rodziną. Dobrze bawić mogą się tu również dzieci, dla których przewidziano mnóstwo aktywności, jak np. jazda na kucykach – mówi Marian Ziburske.

W gonitwach biorą udział lepsze konie, ponieważ polskie tory stają się atrakcyjne dla najlepszych stajni. W Polsce działają obecnie cztery tory wyścigowe, a największą rangę z punktu widzenia hodowli i selekcji ma tor na warszawskim Służewcu, którego partnerem w tym roku jest Grupa Westminster.

– Nie ukrywam, że konie są moją pasją – sam uprawiam jeździectwo i jestem właścicielem dwudziestu pięciu koni wyścigowych. Ale myślę też, że jest to ogólnie bardzo dobry kierunek działalności sponsorskiej – przyznaje Ziburske.

Prywatnie Marian Ziburske kocha sport, a w szczególności konie, piłkę nożną i hokeja. Sponsoruje tor wyścigowy Berlin-Hoppegarten i German Friendships, wspiera klub hokeja na lodzie HC Dynamo Pardubice w Czechach. Grupa Westminster była również oficjalnym głównym sponsorem reprezentacji Niemiec w hokeju na lodzie.

Grupa zajmująca się wynajmem nieruchomości inwestuje w Polsce od 2017 roku. Podstawą jej koncepcji biznesowej jest pozyskiwanie lokali mieszkalnych i komercyjnych, ich modernizacja lub rozbudowa, a następnie długoterminowe wynajmowanie.

– Pod względem rozwoju naszego biznesu głównego w Polsce mamy powody do dużej satysfakcji. W ciągu ostatnich czternastu miesięcy nabyliśmy już ponad tysiąc lokali. Skupiamy się na kupowaniu i długoterminowym wynajmie nieruchomości mieszkalnych na terenie całej Polski, działamy więc inaczej niż firmy deweloperskie. Dostrzegam duży potencjał na tym rynku w Polsce – mówi Marian Ziburske.

Od tego roku logo Westminster można zobaczyć na Torze Służewiec. Jak podkreśla Marian Ziburske, to nie ostatnie słowo grupy we wspieraniu sportu w Polsce. Firma ma plany związane z piłką nożną i tenisem.

– Grupa Westminster działa w charakterze partnera głównego Toru Służewiec, dzięki czemu nasze reklamy można zobaczyć w bardzo atrakcyjnych miejscach na terenie toru przez wszystkie pięćdziesiąt cztery dni wyścigowe – mówi prezes Westminster.

Nagrody w Polsce są jeszcze stosunkowo niewielkie – wynoszą zazwyczaj kilkanaście, kilkadziesiąt tysięcy złotych. Te największe mają pule kilkuset tysięcy. 85 proc. nagrody za wygraną gonitwę trafia do właściciela konia.

– Wyścigi z roku na rok zwiększają swoją publiczność. Obserwujemy z każdym kolejnym rokiem wzrost sprzedaży biletów na poszczególne wydarzenia. Jeszcze nie zakończyliśmy tego wzrostu i myślę, że popularność wyścigów będzie z każdym rokiem rosła. Otwarcie sezonu jest jednym z większych dni wyścigowych. W tym roku przez tor w ciągu całego dnia przewinęło się już ponad osiem tysięcy osób – mówi Sylwester Puczen, rzecznik prasowy Toru Służewiec.

Polski Klub Wyścigów Konnych przeznacza w tym sezonie ponad 600 tys. zł na dodatkowe nagrody na Torze Służewiec. Za każdy ważny start konia polskiej hodowli w gonitwach grupowych zapłaci 200 zł, ufundował też trzy nagrody dla polskich hodowców, których konie zajmą najwyższe trzy miejsca w Derby i Wielkiej Warszawskiej (odpowiednio 15, 10 i 5 tys. zł).

 Jesteśmy jednym z partnerów Gali Derby, dzięki czemu nagroda w tym sezonie wzrosła do 50 tys., czyli o 30 proc. Na innych torach w Europie ma miejsce odwrotna sytuacja – kwoty nagród są obniżane – wskazuje Marian Ziburske.

Dzięki zaangażowanie partnera na służewieckim torze pojawią się też nowe gonitwy. Na Torze Służewiec we wrześniu odbędzie się Westminster Freundschaftspreis, gdzie suma nagród wyniesie 105 tys. zł.

– Stworzyliśmy nowe międzynarodowe wyścigi, na które zaprosimy naszych partnerów z Niemiec, Słowacji i Czech. Chcemy pokazać, że wyścigi konne w Polsce stoją na międzynarodowym poziomie, a ponadto zaprezentować zagranicznym gościom przepiękny obiekt na Służewcu – mówi Marian Ziburske.

Nie tylko wyścigi w Polsce mają coraz większy prestiż, lecz także same obiekty przechodzą remonty. Tor Służewiec po generalnych pracach ma odzyskać przedwojenny blask.

– W tym roku skupialiśmy się przede wszystkim na udoskonaleniu alei dojazdowej, wymieniliśmy oświetlenie, poprawiamy kasy biletowe. W 2017 roku otworzyliśmy Trybunę Honorową po gruntownym remoncie konserwatorskim, we wcześniejszych latach prowadziliśmy takie prace na Trybunie II. Teraz czas na prace dotyczące budynków związanych z bieżącą obsługą. Poprawiamy wszystko tak, aby ta perła architektoniczna służyła nam jak najdłużej – zapowiada Sylwester Puczen.

Nowe możliwości dla najpopularniejszych youtuberów. Serwis wprowadzi płatny dostęp do ekskluzywnych treści

Nowe możliwości dla najpopularniejszych youtuberów. Serwis wprowadzi płatny dostęp do ekskluzywnych treści 15

Serwis YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Youtuberzy mający więcej niż 100 tys. subskrybentów będą mogli odpłatnie udostępniać ekskluzywne treści. Pojawi się także możliwość sprzedawania gadżetów za pośrednictwem serwisu i publikowania nowych materiałów w sekcji „Premiery”. Zmiany czekają także użytkowników Facebooka – serwis testuje nową funkcję pokazującą, jaki czas dana osoba spędza w mediach społecznościowych i opcję chroniącą przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.

– YouTube zapowiedział wprowadzenie płatnych subskrypcji. Kosztują blisko 5 dol. i dotyczą tych twórców, którzy mają więcej niż 100 tys. subskrybentów. Dzięki skorzystaniu z płatnej subskrypcji użytkownicy otrzymują dostęp do ekskluzywnych treści publikowanych przez twórcę. Z kolei twórcy z USA, którzy mają więcej niż 10 tys. fanów, mogą sprzedawać własne gadżety na swoim kanale YouTube – wymienia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paulina Piotrowska, redaktor PRoto.pl.

Trzecia nowość w serwisie to sekcja „Premiery”, w której twórcy mogą zapowiadać i publikować nowe materiały.

– Facebook w ostatnich dniach poinformował o wprowadzeniu zmiany dotyczącej transparentności reklam, którą zapowiadał już w ubiegłym roku. Użytkownicy mogą teraz zobaczyć kampanie reklamowe, które w obecnym czasie są prowadzone przez strony. Nie muszą być też w grupie docelowej tych kampanii, aby móc się z nimi zapoznać – wyjaśnia Paulina Piotrowska.

Użytkownicy Facebooka zyskali dostęp do dodatkowych informacji na temat stron, również tych, które nie mają w danej chwili żadnej aktywnej reklamy. Mogą zobaczyć, kiedy powstała dana strona i czy zmieniała nazwę. W najbliższych tygodniach Facebook chce w ramach zakładki udostępnić kolejne informacje na ich temat.

– Facebook zapowiedział też powstanie narzędzia o nazwie Brand Collabs Manager, które ma ułatwiać nawiązywanie współpracy między markami a twórcami – wskazuje Paulina Piotrowska.

Za jego pośrednictwem marki będą mogły wyszukiwać facebookowych twórców i sprawdzać ich pod względem takich kryteriów jak zainteresowania, płeć czy wiek, oraz czy ich odbiorcy są zbliżeni do grupy docelowej marki. Twórcy po uzyskaniu dostępu do narzędzia mogą zaprezentować swoje portfolio, w tym np. statystyki czy dane dotyczące wcześniejszej współpracy.

Facebook poinformował też, że testuje nowy szablon dla materiałów wideo i wprowadził kolejne rozwiązania dla twórców – takie jak możliwość dodawania ankiet czy quizów, dzięki którym ich filmy mają być bardziej interaktywne.

Serwis Marka Zuckerberga rozpoczął testy nowej funkcji Keyword Snooze, która pozwala tymczasowo ukryć posty zawierające słowa kluczowe wskazane przez użytkownika. Po włączeniu funkcji wpisy z wybranymi hasłami przez 30 dni nie będą wyświetlać się na tablicy. Będzie ona także chronić użytkowników przed niepożądanymi spoilerami filmów czy seriali.

Serwis testuje też funkcję, która pokazuje czas, jaki użytkownik spędza w portalu społecznościowym. „Twój czas na Facebooku” pokazuje czas spędzony w aplikacji w ciągu tygodnia oraz średni czas poświęcony na korzystanie z serwisu w ciągu dnia. Facebook prowadzi też testy opłat za członkostwo w najbardziej popularnych grupach.

 Zmiany wprowadzono też do facebookowego komunikatora. W Messengerze pojawiły się automatycznie odtwarzające się reklamy wideo – wymienia redaktor PRoto.pl.

Z kolei Instagram poinformował o wprowadzeniu opcji zakupów do sekcji Stories. Marki zyskają możliwość oznaczania produktów w publikowanych przez siebie relacjach.

 Instagram stworzył także platformę wideo o nazwie IGTV. Jest to oddzielna aplikacja, ale żeby oglądać materiały, które są w niej publikowane, nie trzeba opuszczać Instagrama – dodaje Piotrowska.

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach. Mają one ukrócić patologie w branży i zakończyć plagę pożarów składowisk

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach. Mają one ukrócić patologie w branży i zakończyć plagę pożarów składowisk 16

Sejm pracuje nad nowymi przepisami o odpadach oraz Inspekcji Ochrony Środowiska. Oba projekty procedowane w ekspresowym tempie mają ukrócić patologie w branży gospodarowania odpadami i zakończyć plagę pożarów składowisk, które od kilku miesięcy przetaczają się przez całą Polskę. Jednak prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu Jerzy Ziaja ocenia, że w obecnym kształcie przepisy nie przyniosą oczekiwanego efektu i nie gwarantują zagospodarowania około 20 mln ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce. Spowodują za to lawinę bankructw małych i średnich przedsiębiorców.

– W Sejmie procedowana jest obecnie ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska i ustawa o odpadach. Obie mają na celu ograniczenie zjawiska, jakim jest palenie odpadów w magazynach i na składowiskach. Obecny system polega na selektywnej zbiórce i zakazie składowania frakcji palnej. Te czynności oraz jeszcze wiele innych  są sfinansowane z opłaty ryczałtowej od mieszkańców, którą pobiera gmina. Problem w tym, że opłata ryczałtowa, która jest zbyt niska,powoduje, że odpady są tylko zbierane i magazynowane. Jeżeli przedsiębiorca, który wygrał przetarg, chce zagospodarować je prawidłowo, niestety nie ma na to środków – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Ziaja, prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Podczas pierwszego czytania w Sejmie, w środę 27 czerwca, wszystkie kluby opowiedziały się za nowelizacją ustawy o gospodarce odpadami. Po drugim czytaniu w tym tygodniu oba projekty zostały odesłane do sejmowej komisji środowiska, ponieważ posłowie zgłosili do nich kolejne uwagi.

Oba procedowane w ekspresowym tempie projekty (zostały przyjęte przez rząd w końcówce czerwca) mają uszczelnić system gospodarki odpadami i zapobiegać ich nielegalnemu porzucaniu oraz ukrócić plagę pożarów magazynów i składowisk odpadów, które od kilku miesięcy wybuchają w różnych regionach Polski. Państwowa Straż Pożarna notuje lawinowy wzrost takich interwencji, a w wielu przypadkach odpady są podpalane celowo, żeby się ich pozbyć.

– W 90 proc. płoną odpady zmagazynowane przez jednostki budżetowe lub przedsiębiorców, którzy wygrali przetarg i nie wiedzą, co dalej z tymi odpadami zrobić, ponieważ nie ma możliwości pozbycia się ich poprzez legalne poddanie recyklingowi czy odzyskowi energetycznemu. Palą się magazyny, czyli odpady zebrane, posortowane, ale brakuje końcowego elementu, czyli odzysku energetycznego albo recyklingu, bo na to potrzebne są dodatkowe środki. W krajach UE odpad, który nie nadaje się do recyklingu, jest przekazywany do producentów paliwa alternatywnego. Oni przygotowują paliwo do wykorzystania energetycznego w cementowniach bądź elektrociepłowniach. W Polsce takich przepisów nie ma – mówi Jerzy Ziaja.

Jak podkreśla, ustawa ma również zaostrzyć przepisy dotyczące przewozu odpadów do odzysku energetycznego. Wiele odpadów, takich jak zużyte oleje i rozpuszczalniki, farby i kleje czy akumulatory ołowiowe, można poddawać recyklingowi i odzyskiwać z nich energię. Zaostrzenie przepisów w tej kwestii może przyczynić się do bankructwa wielu małych i średnich przedsiębiorców.

– Nowe przepisy mają zaostrzyć możliwość przywozu odpadów do odzysku energetycznego. Te, które dziś przyjeżdżają do Polski – z zezwoleniem lub bez – są z tzw. „Zielonej listy”, czyli są dopuszczone do takiej procedury przez Unię Europejską. Odpady takie poddawane są recyklingowi lub odzyskowi energetycznemu, a nie są składowane, za każdą tonę poddaną recyklingowi lub odzyskowi przedsiębiorca otrzymuje dofinansowanie na pokrycie kosztów procesu. Jak by nie liczyć, są to wpływy do budżetu państwa. Dzięki takiemu mechanizmowi przedsiębiorca może kupować polski odpad do tej samej produkcji. Zaostrzenie przepisów spowoduje, że około 3/4 małych i średnich przedsiębiorców będzie musiało pożegnać się z prowadzoną działalnością gospodarczą. W Polsce nie ma niestety szarości – jest albo zakaz, albo nakaz – mówi Jerzy Ziaja.

Prezes Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu ocenia, że w związku z tym od 2020 roku wielu przedsiębiorców będzie musiało zamknąć działalność. Przepisy nie gwarantują zagospodarowania około 20 milionów ton frakcji palnej, którą można by wykorzystać w energetyce.

– Aby rozwiązać problem przyszłościowo, należy przede wszystkim wprowadzić ekonomię w gospodarce odpadami. Ustawy, które są aktualne procedowanie, dotyczą nie tylko odpadów komunalnych, ale również złomu, żelaza, stali czy metali nieżelaznych, baterii czy zużytego sprzętu elektrycznego i elektronicznego. Musimy wprowadzić takie przepisy, które będą ekonomicznie uzasadnione, zgodne z dyrektywami UE dotyczącymi gospodarki o obiegu zamkniętym. Chodzi o system oparty na współodpowiedzialności wytwórcy odpadu i przedsiębiorcy, który taki odpad może przetworzyć pod odpowiednim nadzorem emisyjnym. Teraz mamy system, który jest dziurawy jak durszlak, taki funkcjonuje wyłącznie w Polsce – podkreśla Jerzy Ziaja.

Nowelizacja ustawy o gospodarce odpadami wprowadza m.in. obowiązkowy monitoring składowisk odpadów, a także zakaz składowania ich dłużej niż przez rok. Z kolei ustawa o Inspekcji Ochrony Środowiska przyznaje jej inspektorom większe uprawnienia m.in. w zakresie kontrolowania wysypisk i transportu śmieci przywożonych do Polski zza granicy.

W ciągu najbliższych 5 lat służba zdrowia przejdzie poważne zmiany. Najpilniejsze to dostępność do specjalistów, profilaktyki, nowoczesnych metod diagnostyki i terapii

W ciągu najbliższych 5 lat służba zdrowia przejdzie poważne zmiany. Najpilniejsze to dostępność do specjalistów, profilaktyki, nowoczesnych metod diagnostyki i terapii 17

Ogólnopolskie referendum dotyczące wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenie czasu oczekiwania na refundację leków, zrównanie składek wszystkich grup społecznych, a także powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi – to kilka z 15 propozycji think- tanku Medycznej Racji Stanu odnoszących się do przyszłego kształtu systemu ochrony zdrowia. Te reformy powinny zostać wdrożone w ciągu najbliższych 5 lat – podkreślają eksperci. W działania na rzecz zreformowania systemu ochrony zdrowia zaangażował się też Kościół. 

– Dostępność do specjalistów i diagnostyki to jedno z najpilniejszych wyzwań zdrowotnych. Kolejki są problemem, który najbardziej bezpośrednio dotyka Polaków. Do tej pory reformy w ochronie zdrowia były nakierowane na rozwiązania systemowe – to niezmiernie ważne, natomiast potrzebne są też takie rozwiązania, które odczują pacjenci, bo to oni są najważniejszym elementem w systemie. Druga ważna kwestia to brak kadr medycznych i średnia wieku osób, które pracują w służbie zdrowia. Musimy stworzyć takie rozwiązania, które zwiększą zasób kadr, zatrzymają odpływ lekarzy za graniczę czy – w przypadku pielęgniarek – do innych zawodów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Szumowski, Minister Zdrowia.

Według danych Komisji Europejskiej i OECD Polska znacząco odbiega od państw rozwiniętych pod względem nakładów na służbę zdrowia. Polska Unia Onkologii i Instytut Studiów Politycznych PAN już dwa lata temu zwróciły uwagę na niedoszacowanie wyzwań zdrowotnych, czego jaskrawym przejawem był brak tej tematyki podczas  wyborów prezydenckich i parlamentarnych. Służba zdrowia w Polsce jest historycznie mocno niedofinansowana – po 1989 roku był to jeden z obszarów, który najbardziej niedomagał finansowo i nigdy nie był priorytetem dla żadnej z ekip rządzących. Z sondażu przeprowadzonego w styczniu przez Ipsos na zlecenie OKO.press wynika, że 56 proc. Polaków chciałoby zwiększenia publicznych wydatków na służbę zdrowia.

Klimat wokół ochrony zdrowia stopniowo się jednak poprawia, czego dowodzi m.in. expose premiera Mateusza Morawieckiego, w którym po raz pierwszy zdrowie zostało zaliczone do priorytetów polskiego rządu. Z początkiem roku weszła w życie ustawa, która przewiduje, że w tym roku nakłady na służbę zdrowia mają wynieść nie mniej niż 4,67 proc. PKB, a w kolejnych latach będą stopniowo wzrastać, aby w 2024 roku osiągnąć docelowy poziom 6 proc. PKB.

W kwietniu Minister Zdrowia Łukasz Szumowski zainicjował ogólnopolską debatę o systemie służby zdrowia, której celem jest wypracowanie rozwiązań na kolejnych 15–30 lat. Debata ma potrwać do wiosny 2019 roku i zostaną w nią zaangażowani wszyscy interesariusze: pacjenci, pracownicy i pracodawcy systemu ochrony zdrowia, eksperci i samorządy.

– Musimy rozmawiać o tym, w jaki sposób najbardziej racjonalnie wydawać pieniądze na zdrowie, tak aby pacjent odniósł największą korzyść i odczuł poprawę sytuacji. Tezy, które padają w trakcie debat, są bardzo ważne dla mnie jako Ministra, urzędnika, dlatego że pokazują, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Liczę, że cykl takich debat pozwoli na wypracowanie stanowiska, które wyznaczy długoterminowy kierunek zmian. Powinniśmy dążyć do tego, żeby system opieki zdrowotnej w Polsce nie był gwałtownie zmieniany przez kolejnych Ministrów. Mam nadzieję, że uda się to wypracować. Zdrowie nie jest miejscem na rewolucje, ale na poprawę ewolucyjną opieki nad pacjentem – mówi Minister Łukasz Szumowski.

Powołany przez Instytut Studiów Politycznych PAN, Polską Unię Onkologii i Kolegium Lekarzy Rodzinnych think- tank Medycznej Racji Stanu,  który swą wiedzą wsparło interdyscyplinarne grono ekspertów, opracował „15 Tez dla Zdrowia”. Są tu propozycje m.in. ogólnopolskiego referendum dotyczącego wydatkowania środków na służbę zdrowia, skrócenia czasu oczekiwania na  dostęp do innowacyjnych terapii, umożliwienia pozabudżetowego dopływu środków finansowych na ochronę zdrowia i zrównania składek wszystkich grup społecznych. Wśród rekomendacji znalazło się również większe wsparcie dla pacjentów cierpiących na choroby rzadkie, seniorów osób uczestniczących w programie walki z nadwagą i otyłością. Zdaniem ekspertów think-tanku Medycznej Racji Stanu kluczowe reformy powinny zostać przeprowadzone w ciągu 5 lat („Horyzont 2023”).

– Postulujemy m.in. powołanie Funduszu na rzecz Walki z Rakiem i Chorobami Rzadkimi, ponieważ  trudno zgodzić się na to by – ludzie najbardziej dotknięci przez los pozostawali bez leczenia, w przypadkach, w których podjęcie terapii jest możliwe. Jednocześnie proponujemy konkretne rozwiązania, które mogą wspomóc budżet. Tych 15 tez poddajemy w tej chwili pod dyskusję, a na początku września  przekażemy je zainteresowanym resortom, ponieważ prezentowane tu rozwiązania dotyczą nie tylko Ministerstwa Zdrowia, ale również Resortu Przedsiębiorczości i Technologii oraz Rodziny Pracy i  Polityki Społecznej – mówi Anna Jasińska, rzecznik prasowy think-tanku Medycznej Racji Stanu.

Ogólnopolską debatę „Medyczna Racja Stanu – Tezy dla Zdrowia” objął patronatem ks. kardynał Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Jak podkreśla, dyskusja o przyszłym kształcie systemu ochrony zdrowia powinna odbywać się ponad podziałami.

– Kościół także powinien znaleźć swoje miejsce w tej debacie na miarę tego, na ile jest przygotowany do zajmowania się takimi sprawami. Kościół zawsze będzie wypowiadał się od strony przede wszystkim etycznej, także na tematy związane ze zdrowiem, z ochroną zdrowia i głosił prawdę piątego przykazania, które stoi na straży ludzkiego zdrowia. Kościół ma potężne narzędzie, jakim jest ambona. Kształtowanie świadomości ludzi dotyczącej własnego zdrowia, odpowiedzialności za drugiego człowieka, ale również narodowej solidarności w podejściu do tej tematyki – to jest nasza szansa i nasza nadzieja – mówi ks. kardynał Kazimierz Nycz.