Negocjacje Brexitowe. Wreszcie dobre dane z USA

Czy Londyn zerwie negocjacje? Stopy procentowe w Australii mają rosnąć od przyszłego roku. dobre dane z USA. Kryzys w Wenezueli.

Możliwe zerwanie negocjacji Brexitowych?

Według Sunday Telegraph taki scenariusz jest możliwy, aczkolwiek mało prawdopodobny. Na tym etapie negocjacji odchodzenie od stołu byłoby dużym pokazem siły i prowokacją wobec drugiej strony. Obie strony na ten moment chcą uchodzić za racjonalnych i wiarygodnych partnerów, stąd do momentu kiedy nie pojawią się nierealne roszczenia, nie powinno dojść do gwałtownych ruchów. Nie można ich jednak wykluczyć w momencie negocjacji wpłat Wielkiej Brytanii do wspólnego europejskiego budżetu. Kwota, w zależności od źródeł, waha się od 40-100 mld euro. Negocjacje te będą mieć istotny wpływ na notowania funta względem obcych walut. Im lepsze warunki uzyska Londyn, tym mocniejszy będzie funt.

Stopy procentowe w Australii

Według analityków od 2018 roku do krajów podnoszących stopy procentowe dołączy również Australia. Kraj ten – jak większość obecnie na świecie – w wyniku kryzysu ustalił je na historycznych minimach. Spodziewane są podwyżki z obecnego 1,5% do 3,5% w perspektywie 2 lat. Powodem przyspieszenie wzrostu stóp procentowych jest szybko rosnąca inflacja osiągająca już cel inflacyjny oraz stabilny, około 3%, wzrost gospodarczy. Rosnące stopy procentowe będą umacniać dolara australijskiego.

Dobre dane z USA

W piątek poznaliśmy serię lepszych od oczekiwań danych z USA. Dochody i wydatki Amerykanów rosną odpowiednio o 0,4% i 0,1%. Nie są to przesadnie dobre dane, ale przynajmniej nie były poniżej oczekiwań analityków. Lepiej wypadły za to indeksy zarówno Chicago PMI oraz Uniwersytetu Michigan. Świadczy to o wciąż wysokim optymizmie dotyczącym przyszłości gospodarki USA. Potwierdza to zresztą reakcja rynków. Po tym jak EURUSD ustanowił maksima w okolicach 1,1450 spadł już poniżej 1,14.

Kolejne problemy w Wenezueli

Powiedzenie, że Wenezuela ma problemy gospodarcze to i tak łagodne stwierdzenie. W tym państwie inflacja wynosi w tym roku 720%. Właśnie po raz trzeci od stycznia podniesiono minimalną pensję i to o 50%. Problemem tego kraju jest sztywny kurs wymiany waluty wobec dolara. Co ciekawe, obecne działania mają na celu walkę z inflacją i spadającą wartością waluty. Od początku kryzysu z 2008 roku, pomimo sztywnego połączenia z dolarem, wenezuelska waluta była już 3 razy dewaluowana, w sumie niemal 5-krotnie, a zdaniem analityków konieczna jest kolejna dewaluacja, gdyż kurs czarnorynkowy znacznie odbiega od oficjalnego.

Dzisiaj dzień wolny w Kanadzie i skrócona sesja giełdowa w USA. W kalendarzu makroekonomicznym warto zwrócić uwagę na:

15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,

16:00 – USA – indeks ISM dla przemysłu.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Firmy farmaceutyczne pracują nad nowymi lekami na choroby nowotworowe, układu krążenia czy cukrzycę. Barierą przy wprowadzaniu nowych leków są czas badań i wysokie koszty

Firmy farmaceutyczne pracują nad nowymi lekami na choroby nowotworowe, układu krążenia czy cukrzycę. Barierą przy wprowadzaniu nowych leków są czas badań i wysokie koszty 1

Nowe trendy w leczeniu to przede wszystkim medycyna personalizowana w onkologii, immunoonkologii oraz terapie nakierowane na mutacje genowe. Pojawiają się też nowe leki na choroby cywilizacyjne takie jak cukrzyca czy choroby układu krążenia. Główną barierą przy wprowadzaniu nowego leku jest jednak czas przeprowadzenia badań i wysokie koszty. Szacuje się, że na wprowadzenie tylko jednego leku potrzebne jest nawet 1,5 mld dol. W Polsce problemem jest też długi proces rozpoczęcia badania.

– Wszyscy zastanawiamy się, kto w końcu wymyśli lek na choroby nowotworowe. To truizm, bo jednego leku nie będzie, natomiast na pewno terapie celowane, terapie immunologiczne, leki biologiczne, terapie z uwzględnieniem mutacji genowych to trendy, które już są i będą się rozwijać. Nie powinniśmy zapominać o chorobach cywilizacyjnych takich jak choroby układu krążenia czy cukrzyca, które są problemem naszej cywilizacji i tutaj też pojawią się nowe leki i terapie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Alina Pszczółkowska, dyrektor zarządzająca projektem rozbudowy globalnego centrum operacyjnego badań klinicznych w AstraZeneca.

Firmy farmaceutyczne inwestują w cząsteczki, które mogą pomóc w walce z chorobami, które są najczęstszą przyczyną zgonów na świecie. Stawiają na onkologię z immunoonkologią tak, aby ciało zwalczało nowotwór, celując dokładnie w niego i nie niszcząc niczego poza nim. Trwają też prace nad cząsteczkami, które trafiają w potrzeby klasycznej onkologii, chorób układu oddechowego i układu krążenia.

– Nowe trendy w leczeniu to na pewno medycyna personalizowana w onkologii, immunoonkologii oraz terapie nakierowane na mutacje genowe, do tego leki biologiczne – wskazuje Alina Pszczółkowska.

Pod względem inwestycji w badania i rozwój AstraZeneca plasuje się w pierwszej dziesiątce firm farmaceutycznych na świecie. Ponadprzeciętne zaangażowanie w prace badawczo-rozwojowe przekłada się na oferowane przez firmę portfolio leków. Według Bloomberg Intelligence Innovation Scorecard firma zakończyła 2016 rok z najbardziej innowacyjnym na świecie portfolio leków w późnych stadiach badań. W III fazie badania lub na etapie procesu rejestracyjnego firma miała łącznie 12 nowych molekuł, w tym w astmie ciężkiej, raku płuc, raku piersi, oraz 26 nowych wskazań dla posiadanych leków.

– Nasza firma działa w trzech dziedzinach terapeutycznych. W onkologii mamy bardzo szerokie portfolio, np. wprowadzony ostatnio na rynek lek we wskazaniu raka jajnika u pacjentek z mutacją – Olaparib czy zarejestrowany niedawno w raku pęcherza lek immunoonkologiczny Durvalumab. Działamy również w chorobach metabolicznych, nie tak dawno pojawił się lek Dapagliflozyna dla pacjentów z cukrzycą, w procesie rejestracji, po pozytywnych wynikach badań, mamy lek biologiczny w ciężkiej astmie Benralizumab – wymienia przedstawicielka AstraZeneca.

Z danych firmy Bioscience wynika, że rocznie w Polsce rejestruje się 400–500 nowych badań klinicznych (w 2016 roku blisko 460). Informacje Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA wskazują, że ponad połowa z nich to badania fazy III, które mają na celu ostateczne potwierdzenie skuteczności badanej substancji w leczeniu danej choroby. Blisko 30 proc. to badania fazy II – kiedy sprawdzane jest, czy lek działa w określonej grupie chorych i czy jest dla nich bezpieczny.

– Staramy się, aby proces badania klinicznego był szybszy i sprawniejszy, aby leki szybciej mogły trafić do pacjentów. Wszystkie bazy danych, postęp technologii umożliwiający elektroniczny transfer danych bezpośrednio z baz danych szpitali, które później analizujemy pod kątem badania skuteczności leku, wszelkiego rodzaju elektroniczny kontakt z pacjentem przez aplikacje mobilne. W szerszym zakresie mówimy o nakierowaniu na pacjenta, aby badania były łatwiejsze do pacjentów i zachęcały do uczestnictwa – tłumaczy Alina Pszczółkowska.

Problemem w rejestracji nowych leków są przede wszystkim wysokie koszty i długi czas trwania badań. Ocenia się, że na wprowadzenie tylko jednego leku potrzebne jest nawet 1,5 mld dol. Najwięcej kosztów pochłaniają końcowe fazy badań klinicznych.

– Trzeba wziąć też pod uwagę koszty cząsteczek, które nie przeszły badań klinicznych – od 5 do 10 tys. cząsteczek przeskanowanych po to, aby do badań późnych faz weszło 5 do 10, z których jedna stanie się lekiem. Koszt badań jest ogromny – podkreśla ekspertka.

Barierą są również kwestie administracyjne, które znacznie wydłużają wprowadzenie nowych cząsteczek na rynek. Sytuacja na świecie powoli się zmienia, agencje są otwarte na dialog z przemysłem. Polska, choć często jest wskazywana jako kraj pierwszego wyboru na prowadzenie badań klinicznych, cierpi ze względu na skomplikowaną legislację. Przy wniosku o rejestrację badań należy przedłożyć umowy między wszystkimi stronami badania.

– Takie umowy składane są we wszystkich krajach, natomiast nie przed samym rozpoczęciem procesu, w związku z tym ten proces rozpoczęcia badania jest dosyć długi, ale UE stara się przyciągnąć więcej badań do Europy, ciągle USA są tutaj liderem. Nowe prawo europejskie, które my także wprowadzamy, powinno pomóc w zniknięciu tych barier  – podsumowuje Alina Pszczółkowska.

Na nietrzymanie moczu cierpi co najmniej 2,5 mln Polaków. Brakuje dostępu do nowoczesnych terapii, które na świecie są standardem

Na nietrzymanie moczu cierpi co najmniej 2,5 mln Polaków. Brakuje dostępu do nowoczesnych terapii, które na świecie są standardem 2

Nietrzymanie moczu to wstydliwy problem, dlatego trudno o dokładne dane obrazującego jego skalę. Specjaliści szacują, że to schorzenie dotyka od 2,5 do nawet 5 mln Polaków, częściej kobiet niż mężczyzn. Pacjenci z nietrzymaniem moczu apelują do Ministerstwa Zdrowia o lepszy dostęp do sprawdzonych w Europie metod terapeutycznych i nowych leków. 

– Nietrzymanie moczu to bardzo interdyscyplinarny problem, z którym mierzą się lekarze różnych specjalizacji. Społeczne i ekonomiczne koszty tego problemu są trudne do oszacowania. Z pewnością są wysokie, ponieważ mówimy o dużej części społeczeństwa. Ponadto system ochrony zdrowia w Polsce nie proponuje systemowych rozwiązań, a tylko stara się gasić pożary. Brak refundacji w leczeniu farmakologicznym i zabiegowym powoduje, że część osób zostaje pozostawiona sama sobie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Tomasz Michałek, pełnomocnik zarządu Stowarzyszenia UroConti do spraw współpracy międzynarodowej. – Z naszych wyliczeń wynika, że koszt absencji wynikających ze zwolnień chorobowych związanych z nietrzymaniem moczu wynosi ponad 1,3 mld zł według konserwatywnych wyliczeń.

Według Światowej Organizacji Zdrowia i Międzynarodowego Towarzystwa Kontynencji (ICS) nietrzymanie moczu to przypadłość obejmująca mimowolny wyciek moczu z pęcherza moczowego. Przyczyn tego schorzenia jest bardzo wiele, w zależności od tego, czy osoba cierpiąca na NTM jest mężczyzną, kobietą, osobą starszą czy dzieckiem.

Częstotliwość występowania nietrzymania moczu (NTM) jest trudna do określenia ze względu na brak jednoznacznych danych. Szacuje się, że na tę przypadłość cierpi od 4 do 8 proc. społeczeństwa. Od kilku lat ten odsetek sukcesywnie wzrasta. W 2018 roku na całym świecie problem nietrzymania moczu dotknie około 420 mln osób – 300 mln kobiet i 120 mln mężczyzn (dane przyjęte podczas 6. Międzynarodowych Konsultacji nad Inkontynencją). W Polsce na NTM cierpi łącznie około 2,5 mln pacjentów.

Wśród kobiet NTM występuje częściej niż inne choroby przewlekłe, nawet takie jak nadciśnienie tętnicze, depresja czy cukrzyca. Według WHO ta przypadłość może dotyczyć nawet co trzeciej kobiety.

Pacjent, u którego pojawią się problemy z nietrzymaniem moczu, powinien się zgłosić do lekarza rodzinnego w POZ, a następnie zasięgnąć konsultacji specjalisty – urologa, neurologa a w przypadku kobiet również ginekologa. Lekarz powinien przeprowadzić bardzo szczegółowy wywiad i zlecić badania diagnostyczne, by znaleźć źródło problemu. Do podstawowych badań zaliczają się: USG, cystoskopia, posiew moczu oraz badanie urodynamiczne, które pozwalają wykluczyć schorzenia wpływające na funkcje pęcherza.

– Pacjent, który podejrzewa u siebie nietrzymanie moczu, powinien się zgłosić do lekarza podstawowej opieki zdrowotnej. Tu zaczynają się schody. Niestety, część lekarzy nie jest w pełni przygotowana na to, aby konfrontować się z tym wyzwaniem. Bardzo ważne jest, aby pacjent, szukając pomocy, nie poddawał się od razu, jeśli usłyszy, że jest zbyt stary albo zbyt stara i tak już musi być, to absolutnie nie powinien w to wierzyć. Nietrzymanie moczu można i należy leczyć, nie można tego schorzenia pozostawić samego sobie. Trzeba starać się szukać rozwiązań, które oferuje współczesna medycyna, które oferuje słabo działający, ale jednak działający, system ochrony zdrowia. Takim przykładem jest odpowiedni dobór środków chłonnych, które są w Polsce refundowane. Zanim zaczniemy leczyć NTM, powinniśmy wspólnie z lekarzem POZ zadbać o higienę. To podstawa – podkreśla Tomasz Michałek.

Z danych Narodowego Funduszu Zdrowia wynika, że w ubiegłym roku koszt świadczeń związanych z wykonaniem badań urodynamicznych wyniósł 12,1 mln zł (spadek o 8 proc. w ujęciu rocznym).

– Może to wydawać się dużo, ale odnotowaliśmy trend spadkowy, ponieważ w 2015 roku było to ponad milion złotych więcej. Ministerstwo Zdrowia zdecydowało się usunąć niepotrzebny, jak twierdzą eksperci medyczni, wymóg badania urodynamicznego przy refundacji leków na zespół pęcherza nadreaktywnego. Usunięcie tego wymogu spowodowało, że koszty wreszcie zaczęły spadać, a badanie oferowane jest tylko tym pacjentom, którym jest to naprawdę potrzebne – wyjaśnia Tomasz Michałek.

Pierwszym sposobem leczenia nietrzymania moczu (NTM) jest tzw. leczenie zachowawcze, niewymagające stosowania leków. Opiera się na fizjoterapii, między innymi ćwiczeniach mięśni Kegla, elektrostymulacji, biofeedback’u i treningu pęcherza.

– Innym środkiem pomocniczym są leki. Niestety, w Polsce stosowane są tylko dwa leki refundowane: tolterodyna i solifenacyna. Refundacja wynosi 30 proc. Na świecie stosuje się różne leki, my cały czas czekamy na refundację mirabegronu, który jest w tej chwili dostępny jedynie pełnopłatnie. Nasi pacjenci nie mogą sobie pozwolić na pełnopłatne kupowanie tego leku i korzystanie z takiej terapii – dodaje prezes stowarzyszenia Anna Sarbak.

Mirabegron stwarza możliwość dalszego leczenia tym pacjentom, u których dostępne i stosowane dotychczas leki nie przyniosły efektów albo musieli oni zrezygnować z farmakoterapii ze względu na zbyt dużą uciążliwość skutków ubocznych. Mimo pozytywnej rekomendacji AOTMiT, wydanej już w 2014 roku, mirabegron nie znalazł się na liście refundacyjnej i jest w Polsce pełnopłatny. Na całym świecie ta substancja uznawana jest za terapię przyszłości w leczeniu nadreaktywnego pęcherza. Zdaniem specjalistów mirabegron może być w przyszłości lekiem pierwszego rzutu ze względu na wysoką skuteczność i znikome działania niepożądane.

Narodowy Fundusz Zdrowia refunduje obecnie siedem innych preparatów stosowanych w leczeniu NTM – jeden na bazie solifenacyny oraz sześć na bazie tolterodyny. Są one przeznaczone są dla osób chorych na zespół pęcherza nadreaktywnego (OAB). W ubiegłym roku wydano łącznie 394 551 opakowań leków stosowanych w przypadku leczenia NTM. Na ich refundację NFZ wydał 12,7 mln zł.

– Pacjenci potrzebują leków łatwo dostępnych, tanich i nowoczesnych. W chwili obecnej mamy możliwość wypisywania refundowanych leków, stosowanych w leczeniu nadreaktywności pęcherza moczowego. Są to leki nowoczesne, ale nie wszystkie z nich są refundowane. W związku z tym pewien obszar leczenia jest dla części pacjentów nadal niedostępny – podkreśla Ewa Barcz, ginekolog-położnik z Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM.

Ostatnią, inwazyjną metodą leczenia nietrzymania moczu (NTM) jest leczenie operacyjne. W zasięgu pacjentów są refundowane operacje z użyciem taśm oraz zabieg założenia sztucznego zwieracza cewki moczowej. W ubiegłym roku NFZ wydał na refundację zabiegów operacyjnych stosowanych w terapii nietrzymania moczu nieco ponad 33 mln zł (spadek o 1,2 proc.). Liczba zabiegów wykonanych z użyciem taśm spadła w tym czasie do 3 232.

– Pacjenci, którym nie pomagają terapie pierwszego rzutu, powinni skorzystać z neuromodulacji. Szacujemy, że w Polsce takich operacji może być rocznie około stu. Są to przypadki, gdzie nic innego nie pomaga. Operacja polega na wszczepieniu elektrod i aparatu podobnego do rozrusznika w sercu, tzw. stymulatora. W tej chwili taka terapia jest w Polsce niemożliwa, takich operacji się nie przeprowadza. Postulowaliśmy, aby pojawiła się możliwość wykonywania takich operacji, ale Ministerstwo Zdrowia na razie jej nie widzi. Istnieje jeszcze możliwość wyjazdu na leczenie za granicę, co umożliwia dyrektywa transgraniczna, ale wymagane są tu zezwolenia konsultanta krajowego do spraw urologii – mówi Anna Sarbak.

Internauci popełniają wiele błędów językowych. Może to zniweczyć ich szanse na zdobycie pracy

Internauci popełniają wiele błędów językowych. Może to zniweczyć ich szanse na zdobycie pracy 3

Tylko na przestrzeni ostatnich 3 miesięcy w mediach społecznościowych pojawiło się ponad 270 tys. postów i artykułów, w których znalazły się błędy językowe – wynika z danych Instytutu Monitorowania Mediów. Najwięcej tego typu publikacji pojawiało się na Facebooku. Błędy językowe popełniane w tekstach publikowanych w mediach społecznościowych, podobnie jak w CV, mogą zrobić złe wrażenie na potencjalnych pracodawcach i zaważyć na ich decyzji rekrutacyjnej. 

Publikacje w mediach społecznościowych to nieformalna wizytówka każdego internauty. To właśnie na ich podstawie inni użytkownicy internetu, w tym potencjalni pracodawcy, wyrabiają sobie wstępną opinię o autorze postów. Przez rekruterów błędy językowe popełniane w publikacjach internetowych, podobnie jak w CV, odbierane są jako brak staranności lub niewystarczająca znajomość zasad języka polskiego.

– Popełnianie błędów w publikacjach internetowych może wpłynąć na to, że nie zostaniemy zaproszeni do kolejnego etapu rekrutacji, chociaż oczywiście zależy to od poziomu i zakresu stanowiska – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Pawłowska z Instytutu Monitorowania Mediów.

Internauci popełniają jednak wiele błędów językowych. Z najnowszego badania IMM wynika, że od początku marca do końca maja bieżącego roku w internecie zostało opublikowanych około 275 tys. artykułów i postów zawierających nieprawidłowości. Większość błędów to niepoprawnie napisane bądź użyte w złym znaczeniu słowa. Listę nieprawidłowości IMM sporządził na podstawie sugestii fanów facebookowej strony Poprawna Polszczyzna.

 Pośród tych słów królował przysłówek „na pewno” pisany łącznie oraz pleonazm „dzień dzisiejszy”. Na niechlubną listę wpisały się także frazy „dlatego bo”, oraz „z powrotem” pisane łącznie przez s, pleonazmy „okres czasu” i „trwać nadal” – mówi Magdalena Pawłowska.

Z badania IMM wynika, że najwięcej błędów, bo aż 50 proc., pojawia się na Facebooku. Drugim medium społecznościowym pod względem nieprawidłowości językowych jest Twitter z wynikiem 15 proc. Treści na tej drugiej platformie publikowane są zazwyczaj dość szybko – stanowią gorący komentarz aktualnych wydarzeń, stąd duża liczba błędów. Postów nie można ponadto edytować w celu usunięcia nieprawidłowości.

– Przyjrzeliśmy się także interakcjom w mediach społecznościowych, wśród których aż 87 proc. stanowią udostępnienia. Niestety, nie wszystkie to internetowe lekcje języka polskiego, tak jak w przypadku tweeta, który został podany dalej ponad 1700 razy, a w którym autor tłumaczył pisownię słowa „włączać” – mówi Magdalena Pawłowska.

IMM przypomina, że ewentualne błędy językowe i literówki powinny być brane pod uwagę przez osoby zajmujące się monitoringiem publikacji internetowych. Nieprawidłowości mogą się bowiem pojawić w słowach kluczowych.

Służba zdrowia wymaga pilnych zmian. Rozwiązaniem problemów może być zaadaptowanie holenderskiego systemu opieki zdrowotnej

Służba zdrowia wymaga pilnych zmian. Rozwiązaniem problemów może być zaadaptowanie holenderskiego systemu opieki zdrowotnej 4

Starzejące się społeczeństwo i ograniczone zasoby finansowe to największe wyzwania systemu opieki zdrowotnej. Chcąc im sprostać, służba zdrowia musi postawić na nowe technologie i koordynację procedur medycznych. To pozwoli obniżyć ich koszty i poprawić jakość usług dla pacjentów. Koordynowana opieka medyczna sprawdziła się w wielu krajach europejskich, między innymi w Holandii. O tym, jak przenieść ten model na polski rynek, eksperci rozmawiali podczas ubiegłotygodniowego Polsko-Holenderskiego Szczytu Zdrowia.

– Holenderska opieka zdrowotna jest dobrze oceniana przez pacjentów, ponieważ jest łatwo dostępna. To efekt systemu, w którym lekarz rodzinny jest kimś w rodzaju kontrolera ruchu. Pacjenci otrzymują taką opiekę, jakiej naprawdę potrzebują. Nie tylko szpitalną, lecz także psychologiczną i społeczną – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Nick Guldemond z Instytutu Polityki Zdrowotnej i Zarządzania Erasmus University.

W ubiegłym roku Holandia kolejny raz zajęła pierwsze miejsce w Europejskim Konsumenckim Indeksie Zdrowia. Tamtejszy system opieki zdrowotnej od kilku lat jest w sondażach bardzo dobrze oceniany przez pacjentów.

Zamiast jednego płatnika, Holendrzy mają do wyboru różnych ubezpieczycieli i ponad 20 polis zdrowotnych. Wszystkie mają podpisane kontrakty z placówkami medycznymi. Głównym celem rynku jest zapewnienie wysokiej jakości usług medycznych w przystępnej cenie.

– Jest to kraj, w którym opieka jest ukierunkowana na pacjenta, a sam pacjent jest traktowany jak partner, człowiek i klient, uczestniczy w całym procesie leczenia. W Holandii na służbę zdrowia przeznacza się 10,6 proc. PKB, natomiast u nas 4,4 proc. PKB. To również w pewnym stopniu odpowiada za różnice, ponieważ służby zdrowia nie da się przebudować za darmo – zauważa prof. Mirosław Wysocki, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH oraz konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego.

Poza wysokością nakładów polski i holenderski model służby zdrowia różni się modelem opieki nad pacjentem. W Holandii lekarz rodzinny pełni rolę koordynatora, który nadzoruje cały proces leczenia i stanowi dla pacjenta punkt styku. Podmioty publiczne, prywatne i środowisko naukowe ściśle współpracują ze sobą i koordynują procedury medyczne. Taki model wdraża powoli również Wielka Brytania.

– Opieka koordynowana jest obecnie modnym i ważnym tematem w ochronie zdrowia, zarówno w Polsce, jak i w krajach europejskich. W części z nich taki model jest na etapie wdrażania. Opieka koordynowana jest jednym z wyzwań, które mają na celu nie tylko optymalizację kosztów w systemie ochrony zdrowia, lecz także stworzenie lepszego środowiska do powrotu do zdrowia dla pacjentów – mówi Michał Kępowicz, dyrektor ds. relacji zewnętrznych, Philips Polska.

Model opieki koordynowanej polega na zapewnieniu pacjentom ciągłości leczenia poprzez połączenie różnych dostawców usług medycznych oraz terminowych i wysokiej jakości świadczeń w całym procesie leczenia. Począwszy od konsultacji lekarza podstawowej opieki zdrowotnej, badań wstępnych, następnie konsultacji u lekarza specjalisty, hospitalizacji i rehabilitacji, skończywszy na badaniach kontrolnych po zakończeniu leczenia. Taka forma opieki nad pacjentem może nie tylko poprawić jakość oferowanych usług, podnosząc poziom opieki zdrowotnej, lecz także zmniejszyć koszty związane z procesem leczenia.

– Jednym z priorytetów opieki koordynowanej jest to, aby pacjent możliwie długo przebywał w środowisku domowym. To pozwala zapewnić mu komfort i poczucie bezpieczeństwa, a przy tym nie generuje niepotrzebnych kosztów na poziomie ambulatoryjnej opieki szpitalnej. Są to zatem korzyści finansowe, a także związane z samopoczuciem pacjenta i jego rodziny, która jest w stanie stale wspierać wymagającego opieki członka rodziny. Te wszystkie elementy składają się na pozytywną całość – wyjaśnia Michał Kępowicz.

Rozwój technologiczny i coraz nowocześniejsze rozwiązania w zakresie diagnostyki, obrazowania, farmakologii czy rehabilitacji umożliwiają skoordynowanie wszystkich procedur medycznych i optymalizację procesu leczenia. To pozwala też obniżyć jego koszt. Poza Holandią opieka koordynowana sprawdziła się już w wielu krajach zarówno w Europie, jak i poza nią, m.in. w Niemczech, Szkocji i w odległej Australii.

– Koordynacja polega na tym, że pacjent jest płynnie kierowany ze szpitala do opieki poszpitalnej, od lekarza podstawowej opieki zdrowotnej do specjalistów. Nie on to wszystko załatwia, nie on czeka i stoi w kolejkach. Koordynuje ten proces na przykład podstawowa opieka zdrowotna albo szpital. Wiąże się to z łączeniem danych, dlatego potrzebna jest cyfryzacja systemu ochrony zdrowia. Czynimy wysiłki w tym kierunku, ale jesteśmy dość daleko. To będzie jedno z głównych wyzwań służby zdrowia: łączenie danych i sprawna cyfryzacja – ocenia prof. Mirosław Wysocki.

Kluczowym wyzwaniem w opiece koordynowanej jest współpraca pomiędzy środowiskiem pacjenckim, regulatorem, który tworzy przepisy, rodzinami, które wspierają pacjenta w trakcie procesu leczenia i rehabilitacji, a środowiskiem naukowym, które bada efektywność takiego modelu opieki. Jedną z grup zaangażowanych są też firmy technologiczne, które dostarczają rozwiązania i systemy możliwe do wdrożenia na różnych rynkach medycznych.

– Mamy w tej kwestii doświadczenia w Ameryce Północnej. Kraje europejskie także są coraz bardziej zainteresowane zintegrowaną opieką. Wdrażamy długoterminowy projekt w Liverpoolu, gdzie chcemy zaoferować zintegrowaną opiekę medyczną, nie tylko dla tych najciężej chorych, lecz także dla grup zagrożonych. W Niemczech nawiązaliśmy ostatnio współpracę i realizujemy tam program dotyczący ataków serca. Razem badamy pacjentów cierpiących na choroby sercowe i ludzi zagrożonych takimi schorzeniami – mówi Robert Goudswaard, senior director w Philips Personal Health Solution Europe.

Firma Philips jest jednym z dostawców rozwiązań, które wspierają nie tylko tzw. infrastrukturę ciężką, diagnostyczną, lecz także komunikację pomiędzy różnymi szczeblami ochrony zdrowia, która ma służyć wsparciu opieki koordynowanej. W Unii Europejskiej Phillips brał udział w projekcie finansowanym ze środków funduszy strukturalnych, który miał na celu stworzenie podstawy naukowej na potrzeby pilotażu opieki koordynowanej w pięciu regionach Wspólnoty. Wspólnie z brytyjskim NHS realizował natomiast projekt dla grupy pacjentów cierpiących na choroby płuc, cukrzyków, osób po incydentach kardiologicznych, dzięki któremu ponad 20 proc. nie musiało z powrotem wracać do opieki ambulatoryjnej.

– Opieka zdrowotna to nie tylko diagnostyka i leczenie, lecz także zapobieganie schorzeniom, opieka poszpitalna i promowanie zdrowego trybu życia. Mamy szereg rozwiązań, które dotyczą całej sfery opieki zdrowotnej i w coraz większym stopniu staramy się je integrować w jedną całość – mówi Robert Goudswaard.

Koordynowana opieka zdrowotna, która według ekspertów może się przyczynić do poprawy jakości opieki i zadowolenia pacjentów, a także do ograniczenia zbędnych kosztów była głównym tematem Polsko-Holenderskiego Szczytu Zdrowia, który 22 czerwca gościł w Warszawie.

– Możemy się wiele nauczyć od siebie nawzajem. Ja na przykład zdobyłem duże doświadczenie we Wrocławiu, gdzie działa wiele nowoczesnych start-upów, które w nieszablonowy sposób myślą o wykorzystaniu IT w opiece zdrowotnej, w diagnostyce chorób, w tym także chorób serca. Te rozwiązania mogą się przydać holenderskim pacjentom. Możemy się uczyć od siebie nawzajem i wymieniać wiedzę, zamiast wymyślać na nowo coś, co już istnieje – mówi Nick Guldemond z Instytutu Polityki Zdrowotnej i Zarządzania Erasmus University.

– W niemal wszystkich krajach Unii opieka zdrowotna działa w taki sposób jak w Holandii. Taki model powinien zostać wprowadzony również w Polsce, ponieważ jesteśmy członkiem UE i nie wyobrażam sobie, abyśmy pozostali jakimś skansenem bez koordynacji – podkreśla prof. Mirosław Wysocki, dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH oraz konsultant krajowy w dziedzinie zdrowia publicznego.

Usługa bezprzewodowego ładownia smartfonów może zwiększyć przychody placówek gastronomicznych. Rozwiązanie zachęca do wydłużenia wizyty np. w kawiarni

Usługa bezprzewodowego ładownia smartfonów może zwiększyć przychody placówek gastronomicznych. Rozwiązanie zachęca do wydłużenia wizyty np. w kawiarni 5

Jak pokazują badania, rozwiązanie problemu ładowania wydłuża wizytę klienta średnio o 11 minut, co wyraźnie przekłada się na zwiększenie przychodów. Powstał więc start-up Powermat, który w prosty sposób chce rozwiązać problem ciągłej potrzeby naładowania smartfona. Firma działa na całym świecie. Swoją ofertę kieruje do uczelni, dworców, lotnisk, hoteli, a przede wszystkim restauracji i kawiarni. 

– Powermat Polska jest oficjalnym gold resellerem firmy Powermat, która jest oficjalnym pomysłodawcą wdrażania bezprzewodowego ładowania o  standardzie PMA na całym świecie. Naszym oficjalnym partnerem jest Starbucks Polska. Ponadto nasze rozwiązanie obejmuje już 2500 lokali dostępnych na całym świecie. W Polsce są trzy wdrożenia pilotażowe, w Hulakula, w Nailbarze Świeżo Malowane i w restauracji Marka Kościkiewicza – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Juliusz Korwin, dyrektor ds. marketingu w Powermat Polska.

Powermat to system składający się z dyskretnych, niewidocznych mat oraz mobilnych pierścieni, które dają możliwość bezprzewodowego ładowania dowolnych smartfonów wyposażonych w port Micro USB lub Lightning. Oczywiście w przypadku, w którym telefon sam wyposażony jest w opcję ładowania bezprzewodowego, Dodatkowy pierścień o nazwie PowerMat Ring nie jest już potrzebny. Wystarczy położyć telefon na macie, zainstalować aplikację i zsynchronizować oba sprzęty ze sobą, aby bez trudu doładować telefon. Powermat sprawdzi się w szeroko rozumianym HoReCa, a więc hotelach, restauracjach i kawiarniach. Polski oddział firmy różni się jednak od pozostałych części firmy, rozsianych na całym świecie.

– Mamy inne podejście marketingowe od naszej centrali, bardziej wychodzimy do biznesu, pokazując, że dzięki systemowi nasz klient może być o 11 minut dłużej w lokalu, co bezpośrednio przekłada się na powiększenie przychodów. Należy zauważyć, że Powermat to system wykorzystujący chęć naładowania telefonu, ale połączony z systemem lojalnościowym – im dłużej jesteśmy w lokalu, tym mamy ciekawsze promocje – wyjaśnia Juliusz Korwin.

Powermat to izraelski start-up, który rozpoczął działalność w 2006 roku. Fundacja współpracowała wtedy, z takimi firmami jak: Blackberry, Starbucks czy P&G. Obecnie standard PMA wymagany jest we wszystkich telefonach komórkowych.

– Do końca 2017 roku chcemy mieć tysiąc aktywnych mat do ładowania w całej Polsce, nie tylko w hotelach, restauracjach czy kawiarniach, ale też na lotniskach, uniwersytetach – wszędzie tam, gdzie jest duże skupisko konsumentów, ludzi, i gdzie jest potrzeba naładowania – podkreśla Juliusz Korwin.

Ekspert prognozuje, że w przyszłości wszystkie urządzenia mobilne będą ładowane bezprzewodowo. Co ciekawe, boom na tego typu rozwiązania nadejdzie już w przyszłym roku.

– Najbliższe trendy związane z nowymi technologiami to na pewno skupienie się na bezprzewodowym ładowaniu urządzeń mobilnych. Można to porównać do boomu, jaki miał miejsce przy WiFi – w każdym lokalu wcześniej czy później to WiFi się pojawiało. Prognozujemy, że do końca 2018 roku będzie miał miejsce pełny boom na to zjawisko, ponieważ znacząco ułatwia życie – podsumowuje Juliusz Korwin.

Tylko 220 z 6 tys. firm wykonało obowiązkowy audyt energetyczny. Za niedopełnienie obowiązku grożą wysokie kary finansowe

Tylko 220 z 6 tys. firm wykonało obowiązkowy audyt energetyczny. Za niedopełnienie obowiązku grożą wysokie kary finansowe 6

Zaledwie 220 przedsiębiorstw złożyło informację o przeprowadzeniu audytu do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Zobowiązanych jest do tego w sumie ponad 6 tys. podmiotów. Na realizację audytu pozostały im tylko trzy miesiące. Za niedopełnienie ustawowego obowiązku grożą im kary finansowe, sięgające nawet 5 proc. rocznych przychodów. Większość przedsiębiorstw nie zdaje sobie sprawy ze zbliżającego się terminu albo traktuje audyt wyłącznie jako konieczny obowiązek administracyjny.

W październiku ubiegłego roku weszła w życie ustawa o efektywności energetycznej, która nakłada na wybrane przedsiębiorstwa obowiązek przeprowadzenia audytu energetycznego w ciągu 12 miesięcy od uchwalenia nowych przepisów. Obowiązek dotyczy przedsiębiorstw, które spełniają jedno z trzech kryteriów: wielkość zatrudnienia – co najmniej 250 pracowników, roczny obrót netto powyżej 50 mln euro lub całkowity bilans roczny wynoszący ponad 43 mln euro.

– Są to duże przedsiębiorstwa, w Polsce jest około 6 tys. takich podmiotów. Z danych opublikowanych przez URE pod koniec maja wynika, że do tej pory jedynie 4 proc. zobowiązanych podmiotów wypełniło już ustawowy obowiązek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca firmy doradczej Ayming Polska.

Tylko 220 przedsiębiorstw złożyło dotychczas informację o przeprowadzeniu audytu do Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki. Pozostałym firmom pozostały zaledwie trzy miesiące na dopełnienie ustawowego obowiązku.

– Deadline upływa 30 września, zostało bardzo niewiele czasu – podkreśla Magdalena Burzyńska.

Zgodnie z ustawą, audyt energetyczny musi przeprowadzić niezależny podmiot z odpowiednią wiedzą i doświadczeniem, albo wewnętrzny ekspert – pod warunkiem, że nie jest zaangażowany bezpośrednio w ten segment działalności firmy. Przedsiębiorstwa muszą przeprowadzać audyt regularnie, co cztery lata i składać z niego raport do Prezesa URE. Oprócz sprawozdania z kontroli, dokument musi zawierać informację o możliwych do uzyskania w firmie oszczędnościach energii.

Eksperci podkreślają, że kontrola efektywności energetycznej firmy może też obniżyć koszty jej funkcjonowania i otworzyć nowe możliwości finansowania inwestycji.

– Przedsiębiorstwa widzą w przeprowadzeniu audytu energetycznego jedynie administracyjny obowiązek. Nie widzą za to korzyści, których jest naprawdę dużo. Przede wszystkim przedsiębiorstwa mogą usprawnić swoje działanie i poprawić wyniki finansowe. Poprzez wprowadzanie efektywniejszych, bardziej energooszczędnych rozwiązań obniżają koszty – komentuje Magdalena Burzyńska, dyrektor zarządzająca Ayming Polska.

Koszty energii są dużym wydatkiem zwłaszcza w budżetach firm produkcyjnych, gdzie cena surowca jest istotnym elementem końcowej ceny produktu. Jak wynika z badania, przeprowadzonego w kwietniu przez Kantar Millward Brown na zlecenie Ayming Polska, zdecydowana większość przedsiębiorstw (93 proc.) deklaruje, że koszty energii elektrycznej to istotna pozycja w ich kosztach. Większość z nich nie podejmuje jednak prób optymalizacji tego obszaru.

– Z naszych badań wynika, że 65 proc. przedsiębiorstw  nie  zdaje sobie sprawy jakie przysługują im dodatkowe źródła finansowania. Tych źródeł jest kilka. To przede wszystkim białe certyfikaty, czyli papiery wartościowe, które przedsiębiorstwa mogą uzyskać w wyniku przeprowadzenia audytu energetycznego i działań energoefektywnych. Drugim źródłem jest dofinansowanie europejskie pochodzące z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko, który proponuje niskooprocentowane pożyczki dla przedsiębiorstw, nawet do 75 proc. kosztów kwalifikowanych. Pożyczki te w 15 proc. mogą przekształcić się w dotacje, które idą bezpośrednio do kieszeni przedsiębiorców – mówi Magdalena Burzyńska.

Ustawa o efektywności energetycznej wprowadziła zmiany w systemie świadectw efektywności energetycznej, czyli tak zwanych białych certyfikatów. Funkcjonują one podobnie jak zielone certyfikaty na rynku OZE.

Sprzedawcy energii są zobligowani do pozyskania i umorzenia określonej liczby takich świadectw, ewentualnie do uiszczenia  opłaty zastępczej. Z kolei odbiorcy energii, którzy zrealizowali lub planują działania poprawiające efektywność energetyczną mogą otrzymać białe certyfikaty. Wydaje je Prezes Urzędu Regulacji Energetyki, a żeby je uzyskać – firma musi najpierw przejść audyt energetyczny. W związku z tym, że białe certyfikaty są rodzajem papierów wartościowych, firma może je odsprzedać na Towarowej Giełdzie Energii i w ten sposób częściowo zrekompensować koszty poniesione na inwestycje proefektywnościowe.

Drugie źródło finansowania – o które firmy mogą ubiegać się po przeprowadzeniu audytu energetycznego – to fundusze europejskie, dostępne w Programie Operacyjnym Infrastruktura i Środowisko. Występują w postaci preferencyjnych pożyczek, nawet do 75 proc. kwalifikowanych kosztów inwestycji. Przedsiębiorstwa mogą liczyć również  na umorzenie części pożyczki nawet do 15 proc. wysokości kosztów kwalifikowanych.

Za niedopełnienie ustawowego obowiązku przeprowadzenia audytu energetycznego, firma może zostać obciążona karą finansową sięgającą nawet 5 proc. jej rocznych przychodów.

Wybór odpowiedniej domeny przed rozpoczęciem działalności w internecie to nie wszystko. Firmy muszą zadbać też o certyfikaty bezpieczeństwa czy rozwój mediów społecznościowych

Wybór odpowiedniej domeny przed rozpoczęciem działalności w internecie to nie wszystko. Firmy muszą zadbać też o certyfikaty bezpieczeństwa czy rozwój mediów społecznościowych 7

Zaznaczenie obecności nowej firmy w internecie nie jest prostym zadaniem. By przyciągnąć klientów, start-up nie tylko powinien wybrać odpowiednią domenę i zweryfikować jej wartość pod kątem biznesowym, lecz także powinien zadbać o odpowiednie certyfikaty bezpieczeństwa. Ważne jest również wykreowanie odpowiedniego wizerunku poprzez rozwijanie mediów społecznościowych.

– Tworząc start-up, możemy wybrać spośród 1200 końcówek domenowych, więc ważne jest, aby dobrać odpowiednią domenę. W Polsce najpopularniejszymi domenami są .pl i domeny globalne .com, .net, .org, natomiast coraz częściej młode firmy, start-upy, zwłaszcza te innowacyjne, technologiczne, wybierają spośród pozostałych, nowych końcówek domenowych – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Paszkiewicz, dyrektor sprzedaży i marketingu z firmy OVH – Przykłady takich rozszerzeń to: .io, .xyz, .top, ale mogą być również bardziej branżowe .ecommerce, .shop, .travel, takich końcówek jest bardzo wiele. W konsekwencji możemy swobodnie wybierać między nimi.

Wybór odpowiedniej domeny to zaledwie pierwszy z wielu kroków, który powinni wykonać założyciele start-upu, by zaznaczyć swoją obecność w internecie. Jak podkreśla ekspert, istotne jest również zweryfikowanie wartości domeny pod kątem biznesowym.

– Drugi aspekt to kwestia dobrej weryfikacji naszego biznesu, co faktycznie chcemy robić i czy dana końcówka domenowa jest nam bardziej potrzebna czy mniej. Są firmy, które z definicji zabezpieczają się wieloma domenami, po to, by ustrzec się przed konkurencją, nie pozwolić, żeby ktoś pod daną nazwą uruchomił konkurencyjny dla nas biznes. W innych przypadkach może się okazać, że jest to na tyle lokalna inicjatywa, że nie ma potrzeby inwestowania w dodatkowe końcówki domenowe i wystarczy nam jeden lub dwa adresy – twierdzi Robert Paszkiewicz.

Kolejnym ważnym elementem dotyczącym obecności w internecie są elementy wyróżniające tworzoną stronę pod względem technologicznym. Jednym z nich są rozwiązania dotyczące bezpieczeństwa, które wspomagają zarówno bezpieczne przeglądanie zawartości stron, jak i np. bezproblemowe zakupy.

– Powszechnym standardem jest wykorzystywanie certyfikatów SSL, natomiast nie każdy wie o takiej technologii jak DNSSEC. W chwili obecnej w Polsce tylko 1 proc. stron internetowych jest w ten sposób zabezpieczony, a klienci bardzo lubią wyróżniki, swego rodzaju potwierdzenia, że firmy prowadzące biznes działają w optymalny sposób. Jeżeli dołączymy do tego grona i zabezpieczymy naszą stronę na przykład tą technologią, to będziemy mieli szansę zyskać jeszcze większe zaufanie klientów – przekonuje Robert Paszkiewicz.

Ekspert zaznacza, że budowanie wizerunku w sieci nie powinno się ograniczać jedynie do rozwijania własnej witryny internetowej, ale do mediów społecznościowych, które powinny ją dopełniać, tworząc spójną całość.

– Jeśli chodzi o dodatkowe usługi dla start-upów, to warto pamiętać o mediach społecznościowych. Oprócz strony załóżmy konto na Facebooku, profil naszej firmy, pamiętajmy o wideo, czyli na przykład kanale na YouTube. Są to ważne rzeczy, stanowią swoiste uzupełnienie strony internetowej, działają razem, możemy w jednym miejscu budować społeczność, w drugim tworzyć nasz content wideo, czyli na przykład materiały reklamowe i promocyjne, a strona internetowa jest spięciem tych wszystkich elementów, może służyć jako kanał transakcyjny, czyli miejsce, gdzie uruchomimy nasz sklep internetowy – podsumowuje Robert Paszkiewicz.

Polska gospodarka traci 3 mld zł rocznie z powodu piractwa w sieci. Z nielegalnych treści korzysta co drugi internauta

Polska gospodarka traci 3 mld zł rocznie z powodu piractwa w sieci. Z nielegalnych treści korzysta co drugi internauta 8

Przez piractwo treści w internecie Skarb Państwa stracił w ubiegłym roku 836 mln zł. W skali całej gospodarki jest to 3 mld zł utraconego PKB, czyli mniej więcej równowartość 30 proc. rocznych wydatków państwa na kulturę i media. Eksperci podkreślają, że skala piractwa w Polsce rośnie, a do walki z nim konieczne są nie tylko zmiany w prawie, lecz przede wszystkim wyedukowanie społeczeństwa.  

– Połowa Polaków w wieku od 15 do 75 lat posługujących się internetem korzysta z nielegalnych źródeł i treści. Wielu z nich nie zdaje sobie z tego sprawy. To zjawisko występuje na wielu rynkach treści: wideo, książek, prasy, transmisji online, muzyki i audiobooków. W 2016 roku polska gospodarka straciła z tego tytułu ponad 3 mld zł, to są ogromne kwoty. Jest to także ponad 20 tys. miejsc pracy, które mogłyby zostać utworzone albo nieutracone, gdyby nie istniało piractwo w sieci – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Julia Batorska, ekonomista Deloitte.

Stowarzyszenie Kreatywna Polska i firma doradcza Deloitte przygotowały raport obrazujący skalę piractwa w polskim internecie i wpływu, jaki wywiera ono na kulturę i gospodarkę. Wynika z niego, że około 12 mln Polaków, czyli średnio co drugi internauta, korzysta w sieci z nielegalnych źródeł i treści.

– Najbardziej dotkliwe jest piractwo audiowizualne, kradzież meczów, eventów sportowych, kradzież telewizji na żywo, filmów kinowych, seriali. Branża audiowizualna wyróżnia się największą skalą strat – mówi Marcin Przasnyski ze stowarzyszenia Kreatywna Polska.

W ubiegłym roku szacunkowa suma wydatków poniesionych na serwisy pirackie przez użytkowników internetu wyniosła około 900 mln zł. To równowartość dziewięciu rocznych budżetów Biblioteki Narodowej albo suma, za którą można kupić prawie 50 mln biletów do kina. Szacunkowy łączny przychód pirackich serwisów w 2016 roku wyniósł około 745 mln zł.

– Konsumenci wydają na pirackie treści około 900 mln zł rocznie, natomiast część tej kwoty trafia do legalnie działających pośredników. Nielegalne przychody to ponad 700 mln zł rocznie – mówi Julia Batorska.

– Te pieniądze trafiają w czarną dziurę. Użytkownicy nie mają gwarancji, że dostaną dostęp do opłaconych treści ani że będą one wysokiej jakości. Bardzo często nie dostają nic, bo około 20 proc. portali to serwisy wyłudzające. W takich przypadkach użytkownicy myślą, że płacą za dostęp do określonych treści, a w odpowiedzi dostają kadr z jakiegoś filmu albo zostają zupełnie z niczym, także bez swoich danych osobowych, które przy okazji są wyłudzane. Często jest przy tym instalowane złośliwe oprogramowanie. Buduje się duży sektor nielegalnej działalności, która jest szkodliwa nie tylko dla użytkowników, lecz także dla krajowej gospodarki – mówi Teresa Wierzbowska, prezes Stowarzyszenia Sygnał, które działa na rzecz poszanowania własności intelektualnej.

W wyniku piractwa treści w internecie (na sześciu rynkach kreatywnych: telewizyjnym i filmowym, muzycznym, książkowym i prasowym) w 2016 roku Skarb Państwa stracił 836 mln zł. W skali całej gospodarki jest to 3 mld zł utraconego PKB. To mniej więcej równowartość jednej trzeciej rocznych wydatków państwa na kulturę i media.

– Prognozujemy, że to zjawisko będzie narastać. Wynika to z rozwoju technologii, z rozwoju kompetencji cyfrowych oraz szerszego dostępu do szybkiego internetu. To może spowodować, że w 2023 roku przekroczymy poziom 4 mld zł strat dla PKB z tytułu piractwa – mówi Julia Batorska, ekonomistka.

Jak oszacowali eksperci Deloitte, w latach 2017–2024 całkowita wartość pirackiej konsumpcji treści z nielegalnych źródeł w internecie sięgnie 30,4 mld zł. Za taką kwotę można by pokryć blisko trzy czwarte wartości deficytu sektora publicznego albo wybudować ponad 700 kilometrów autostrad.

– Skala piractwa niestety rośnie. Straty gospodarki z tytułu piractwa treści internetowych są liczone w miliardach złotych, jest to gigantyczna skala. Bierność prawa i całego rynku spowodowały, że powstał gigantyczny biznes, który czerpie korzyści albo bezpośrednio od użytkowników, którzy nieświadomie płacą za dostęp do nielegalnych treści, albo poprzez emisję reklam – mówi Teresa Wierzbowska.

Piractwo i korzystanie z nielegalnych treści w internecie ma też przełożenie na rynek pracy. Z wyliczeń ekspertów Deloitte wynika, że to zjawisko przekłada się na 27,5 tys. utraconych miejsc pracy (lub takich, które mogłyby powstać). To mniej więcej liczba mieszkańców Zakopanego i 13 proc. wszystkich bezrobotnych zarejestrowanych na Mazowszu.

– Kultura nigdy nie była tak szeroko dostępna jak teraz. Niestety, korzysta ona głównie z nielegalnych kanałów. To szansa dla przemysłów kreatywnych, żeby zaspokoić ten wielki popyt, ale najpierw trzeba zrobić porządek z piractwem, do którego doprowadziły przepisy prawne i wieloletnie zaniedbania. Trzeba o tym głośno mówić, piractwo dotyka wszystkich, przynosi straty nie tylko kulturze, lecz także gospodarce. Problem można minimalizować, jest na to wiele sposobów – mówi Marcin Przasnyski ze stowarzyszenia Kreatywna Polska.

– Jest koniecznością, żeby polskie prawo odpowiadało standardom unijnym. Te standardy są wyznaczone przez dyrektywy UE oraz orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości. W tym zakresie znacząco odbiegamy od tego, co dzieje się w tej chwili w Europie. Jeśli mamy gonić lub być w centrum Europy, powinniśmy spojrzeć jak Europa walczy z naruszeniami praw własności intelektualnej – wskazuje Oskar Tułodziecki, prawnik specjalizujący się w ochronie własności intelektualnej.

Eksperci Deloitte wskazują, że w walce z piractwem kluczowe jest zwiększanie podaży legalnych treści, upowszechnianie elastycznych modeli dostępowych oraz dostosowanie licencji do dynamicznie zmieniającego się rynku cyfrowego. Potrzebny jest również szereg zmian w istniejących przepisach.

– Nikt nie chce ścigać internautów. Chodzi o to, żeby wyeliminować piractwo na trochę innym poziomie – tam, gdzie jest jego źródło. Jeśli się nie da, istotne jest odcięcie użytkowników od pirackich treści i zaoferowanie im treści legalnych – wskazuje Oskar Tułodziecki – Pilnie powinna zostać zrewidowana sytuacja portali, które udają portale wymiany plików, a w rzeczywistości rozpowszechniają nielegalne treści. Mówimy o wdrożeniu dyrektywy e-commerce, bo istotne jest to, aby sądy mogły wydawać zarządzenia przeciwko tzw. niewinnym pośrednikom, a więc osobom, których usługi są wykorzystywane przez piratów. Mam tu na myśli dostawców internetu czy operatorów płatności online – dodaje.

– Duże koncerny mediowe lub wydawcy treści starają się organizować w ramach swoich struktur działy antypirackie, które na bieżąco i z wykorzystaniem dostępnych mechanizmów prawnych reagują i zgłaszają tego typu naruszenia. Robią to z dużą skutecznością. Żeby skutecznie przeciwdziałać piractwu, potrzebne są mechanizmy prawne. Bez tego poszkodowani twórcy nie są w stanie skutecznie dbać o swoje interesy – mówi Teresa Wierzbowska, prezes Stowarzyszenia Sygnał.

Jednym ze sposobów na walkę z piractwem może być stworzenie krajowej bazy stron internetowych, za pośrednictwem których dochodzi do masowego naruszania praw autorskich. Potrzebna jest również edukacja społeczna i kampanie informacyjne na temat skutków naruszeń własności intelektualnej.

– Aby uniemożliwić ten proceder, staramy się ograniczyć dopływ pieniędzy do serwisów pirackich. Możemy to robić m.in. poprzez blokowanie modelu reklamowego. Zachęcamy reklamodawców i domy mediowe, aby uważniej przyglądały się, gdzie lokują budżety reklamowe swoich klientów i czy oby marki znanych produktów są reklamowane w kontekście legalnych treści. Być może te budżety zasilają działalność o charakterze przestępczym. Współpracujemy także z pośrednikami płatności, to jest rosnący model przychodowy serwisów pirackich – wylicza Teresa Wierzbowska.

Rekordowe wyniki rynku Catalyst w 2016 r.

  • Wartość nieskarbowych instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst osiągnęła na koniec czwartego kwartału 2016 r. 81,8 mld zł – wynika z raportu firmy Grant Thornton przygotowanego pod patronatem Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie
  • Był to najwyższy wynik od momentu powstania rynku Catalyst
  • Po raz pierwszy od trzech lat w żadnym kwartale 2016 r. nie wystąpił spadek wartości notowanych na tym rynku instrumentów

Firma audytorsko-doradczo-outsourcingowa Grant Thornton już po raz piąty dokonała analizy polskiego rynku instrumentów dłużnych Catalyst. Ubiegły rok pokazał, że funkcjonujący od września 2009 r. Catalyst nie jest jedynie miejscem emisji instrumentów dłużnych Skarbu Państwa, a rozwijający się segment obligacji korporacyjnych przedsiębiorstw nadal stanowi atrakcyjną alternatywę dla finansowania bankowego czy rynku akcji.

Potwierdzają to dane dotyczące wartości i wielkości rynku Catalyst. Na koniec 2016 r. wartość instrumentów notowanych (z wyłączeniem obligacji skarbowych) wyniosła 81,8 mld zł, co jest najwyższym wynikiem od momentu powstania tego rynku. Dla porównania, na koniec 2015 r. wartość ta osiągnęła 69,6 mld zł, a na koniec 2014 r. 64,1 mld zł. Oznacza to również znaczną poprawę dynamiki wzrostu tej wartości (z 8,5 proc. w 2015 r. do 17,5 proc. w roku 2016). Co więcej, po raz pierwszy od trzech lat w żadnym kwartale 2016 r. nie wystąpił spadek wartości notowanych instrumentów. Potwierdza to systematyczny rozwój rynku Catalyst.

Wykres 1. Wartość instrumentów notowanych na koniec poszczególnych kwartałów (z wyłączeniem obligacji skarbowych)

Wartość instrumentów notowanych na koniec poszczególnych kwartałów

W 2016 r. wzrosła również liczba instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst. Wyłączając z analizy obligacje Skarbu Państwa, liczba pozostałych instrumentów osiągnęła z końcem roku 525 serii, co stanowi wzrost o 29 instrumentów w porównaniu z wynikiem na koniec 2015 r.

Miniony rok był dla rynku Catalyst pozytywny. Od niemal ośmiu lat – czyli od powstania Catalyst we wrześniu 2009 – dokładamy starań, by rynek ten służył zarówno przedsiębiorstwom, umożliwiając im finansowanie rozwoju przy wykorzystaniu obligacji, jak i inwestorom, którzy coraz chętniej inwestują środki w instrumenty dłużne – powiedział Jacek Fotek, Wiceprezes Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie S.A. – Popularność tego rynku rośnie, w 2016 roku pojawili się nowi emitenci. Co więcej, emitenci, którzy już są obecni na rynku, plasują kolejne serie. Catalyst to dla nich sprawdzone i skuteczne sposoby pozyskania kapitału – dodaje.

Rynek Catalyst może być wzorem dla rynków instrumentów dłużnych w państwach regionu Europy Środkowo-Wschodniej (CEE). Zgodnie z danymi za 2016 r. prezentowanymi przez Federation of European Securities Exchanges (FESE), łączna liczba instrumentów dłużnych notowanych na Catalyst na koniec ubiegłego roku wyniosła 566 serii – to aż o 392,2 proc. więcej niż na rynku czeskim, który pod względem liczby notowanych instrumentów zajmuje drugie miejsce. Catalyst dominuje również w Europie Środkowo-Wschodniej jeśli chodzi o wartość przeprowadzonych transakcji w latach 2010-2016, z obrotem w wysokości 3,2 mld euro, co stanowi aż 48,6 proc. wszystkich transakcji zawieranych w tym okresie w regionie CEE.

Wykres 2. Obroty sesyjne na giełdach obligacji państw Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2010-2016Obroty sesyjne na giełdach obligacji państw Europy Środkowo-Wschodniej w latach 2010-2016

Rynek Catalyst bez wątpienia pozostaje niekwestionowanym liderem wśród państw Europy Środkowo-Wschodniej – powiedział Rafał Śmigórski, Partner w Departamencie Doradztwa Transakcyjnego w Grant Thornton. – Warto również zaznaczyć, że nie zachwiały nim takie wydarzenia polityczne jak brytyjskie referendum w sprawie Brexit czy wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Co więcej, polski rynek długu korporacyjnego, dzięki nieznacznej korelacji z zagranicą stanowi stabilną ofertę i ostoję dla inwestorów charakteryzujących się awersją do ryzyka – dodaje.

Zachęcamy do lektury pełnej treści raportu „Catalyst. Rynek papierów dłużnych w 2016 roku” opracowanego przez firmę Grant Thornton, nad którym patronat objęła GPW.

Murapol przydzielił obligacje o wartości 28 mln zł

Grupa Murapol wyemitowała w drodze prywatnej oferty 28 169 obligacji serii BA o wartości nominalnej 1 tys. zł każda. 3-letnie instrumenty dłużne, o stałym półrocznym oprocentowaniu w wysokości 6 proc. w skali roku, zostały objęte przez inwestorów instytucjonalnych. Pozyskane od obligatariuszy środki Murapol przeznaczy na finansowanie bieżącej działalności Grupy.

– Strategia rozwoju holdingu Murapol zakłada stałe rozbudowywanie obszaru inwestycyjnego działalności poprzez wprowadzanie na rynek kolejnych produktów inwestycyjnych. Temu służą tworzone we współpracy z TFI fundusze inwestycyjne zamknięte, jak również organizowane emisje obligacji korporacyjnych. Instrumenty te, z jednej strony stanowią atrakcyjne produkty inwestycyjne, z drugiej dostarczając finansowanie, umożliwiają nam stały rozwój. – mówi Michał Sapota Prezes Zarządu Murapol S.A. – Każdorazowe uplasowanie oferty obligacji to dla nas potwierdzenie, że obok zaufania klientów, wypracowaliśmy także zaufanie uczestników rynku kapitałowego. – dodaje Michał Sapota.

Obecnie w obrocie giełdowym znajdują się cztery serie instrumentów dłużnych Murapol S.A. (P, R, T i U) o łącznej wartości 67,5 mln zł, a kolejne dwie serie obligacji – W i Z na kwoty odpowiednio 12 mln zł i 13,2 mln zł – są w trakcie procedowania dopuszczenia do Alternatywnego Systemu Obrotu na rynku Catalyst.

Od 3 lat Grupa Murapol tworzy, we współpracy z wiodącymi polskimi TFI, fundusze inwestycyjne zamknięte aktywów niepublicznych. Obecnie Grupa zarządza blisko 200 mln zł wpłaconymi przez nabywców certyfikatów czterech FIZ-ów, w tym uruchomionego w bieżącym roku Murapol HRE FIZAN. W styczniu br. został rozliczony pierwszy fundusz inwestycyjny zamknięty współtworzony z Murapolem – Murapol FIZ Mieszkaniowy, który wypłacił nabywcom certyfikatów inwestycyjnych, w gwarantowanych w trakcie oferty terminie i wysokości, 8 proc. zysku w skali roku. W bieżącym roku zamierzamy powołać kolejne 2-3 FIZ-y.

Wyższe stopy procentowe w Polsce dopiero w 2019?

W czerwcu inflacja w Polsce nieoczekiwanie wyhamowała do 1,5 proc. i była najniższa od grudnia ub.r. Dane wzmacniają, powtarzana jak mantrę, sugestię prezesa Glapińskiego, że również w 2018 roku nie będzie argumentów za podwyżką stóp procentowych w Polsce.

Inflacja w Polsce, która na początku roku mocno wystrzeliła w górę, teraz systematycznie się cofa. Jak wynika z opublikowanych w piątek przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) wstępnych szacunków, w czerwcu wskaźnik inflacji CPI ukształtował się na poziomie 1,5 proc. w relacji rocznej wobec 1,9 proc. w maju i wobec 2,2 proc. w lutym. Tym samym był on najniższy od grudnia ub.r., gdy ukształtował się na poziomie 0,8 proc. rok do roku, i znacznie niższy od celu inflacyjnego Narodowego Banku Polskiego (NBP) na poziomie 2,5 proc. Na koniec roku powinna ona znaleźć się poniżej 1,5 proc.

Inflacja CPI (R/R) w Polsce w latach 2007-2017

Inflacja CPI RR w Polsce w latach 2007-2017
Źródło: Reuters

Dane inflacyjne mocno zaskoczyły. Spadek okazał się głębszy od oczekiwań. Rynkowy konsensus kształtował się na poziomie 1,7 proc. rok do roku. Zaskoczenie było tym większe, że obserwując jak w analogicznym okresie kształtowały się ceny w Niemczech oraz całej strefie euro, a także mając na uwadze czerwcowe osłabienie złotego do koszyka walut, można było zakładać nawet odczytu powyżej konsensusu.

Opublikowane przez GUS dane wzmacniają znaczenie, powtarzanych od wielu miesięcy, słów prezesa Rady Polityki Pieniężnej (RPP), że również w 2018 roku nie będzie mocnych argumentów przemawiających za podwyżką stóp procentowych. Przemawia za tym nie tylko odległa perspektywa przekroczenia celu inflacyjnego, ale też spodziewane w przyszłym roku wyhamowanie wzrostu gospodarczego w Polsce, a także „genetyczna” skłonność tej Rady do odwlekania pierwszej podwyżki, żeby jak najdłużej wspierać wzrost gospodarczy. Dlatego jest prawdopodobne, że za kilka miesięcy przeświadczenie o 2019 roku stanie się nowym rynkowym konsensusem. Póki co, ten wskazuje na III kwartał 2018 roku, jako termin potencjalnej podwyżki stóp procentowych.

Złoty nie zareagował na dane opublikowane przez GUS, kontynuując wcześniejsze umocnienie do koszyka walut. O godzinie 15:00 kurs EUR/PLN testował poziom 4,2240 zł, USD/PLN 3,7015 zł, CHF/PLN 3,8636 zł, a GBP/PLN 4,8020 zł. Należy jednak mieć na uwadze, że polityka monetarna zaczyna stanowić poważny czynnik ryzyka dla niego. Potencjalne odsunięcie w czasie oczekiwań odnośnie podwyżki w Polsce, przy jednocześnie trwającym procesie podwyżek stóp procentowych w USA, a przede wszystkim przy wzroście oczekiwań na szybsze podwyżki stóp w Wielkiej Brytanii i szansach iż na jesieni wartość programu skupu aktywów ograniczy Europejski Bank Centralny (ECB), musi w końcu przełożyć się na osłabienie złotego. Szczególnie, że ten był jednym z większych beneficjentów luźnej polityki monetarnej w strefie euro.

Obecnie jednak inwestorzy ignorują to ryzyko, wciąż kupując złotego. Szczególnie ciekawie prezentuje się sytuacja na USD/PLN, gdzie piątek jest już 8. kolejnym dniem przeceny dolara, który dodatkowo atakuje wsparcie na 3,70 zł, które to na początku miesiąca zatrzymało półroczną przecenę „zielonego”, co następnie skutkowało korekcyjnym wzrostem o 12 gr. Znaczenie tego wsparcia, ale też krótkoterminowe wyprzedanie sugerować mogą, że i tym razem będzie to potencjalny punkt zwrotny. Gdyby tak się stało, to kurs szybko wróciłby powyżej 3,80 zł. W innym przypadku należy liczyć się z zejściem w okolice 3,62 zł, gdzie znajduje się kolejne techniczne wsparcie na wykresie USD/PLN.

Przyszły tydzień na rynku walutowym, który to zostanie przedzielony przez wtorkowe święto w USA (Dzień Niepodległości), upłynie pod znakiem indeksów PMI, danych z amerykańskiego rynku pracy, szczytu przywódców G20 w Hamburgu, a w Polsce dodatkowo pod znakiem posiedzenia RPP i decyzji Fitch ws. ratingu.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Przegląd wydarzeń nadchodzącego tygodnia

Przyszły tydzień jest przełamany przez obchody Dnia Niepodległości w USA, ale fajerwerki mogą się pojawić także przy wydarzeniach z kalendarza makro. Dolar czeka na pozytywne impulsy z indeksów ISM i raportu z rynku pracy. Ostatnia werbalna aktywność bankierów centralnych wzmocni zainteresowanie minutkami Fed i ECB. Posiedzenia banków centralnych w Australii, Szwecji i Polsce nie powinny przynieść zmian, ale będą interesujące w przekazie.

Przyszły tydzień: ISM i NFP z USA, minutki Fed/ECB, Riksbank, RPP, RBA, rynek pracy z Kanady

W przyszłym tygodniu kalendarz z USA zawiera topowe publikacje. Indeksy ISM dla przemysłu (pon) i usług (czw) pomogą stwierdzić, czy tempo ekspansji aktywności gospodarczej dalej zwalnia, jak to sugerują inne wskaźniki wyprzedzające. W protokole z posiedzenia FOMC (śr) inwestorzy będą szukać klaryfikacji, w jakim stopniu Fed jest w stanie tolerować słabsze odczyty inflacji, zanim zdecyduje się złagodzić jastrzębie nastawienie. Wreszcie w raporcie z rynku pracy (pt) dynamika płac pozostaje w głównym świetle (w poszukiwaniu impulsu dla inflacji), gdyż tempo zatrudnienia pozostaje solidne, a stopa bezrobocia jest nisko. Pomimo ostatniego osłabienia USD dalej pozostaje wrażliwy na rozczarowania w danych i brak jastrzębiości w komentarzach z Fed.

W strefie euro indeksy PMI (pon, śr) są rewizją szacunków sprzed tygodnia i nie powinny generować istotnych impulsów. Sprzedaż detaliczna (śr) zwykle ma drugorzędne znaczenie, za to inwestorzy przywiążą większą uwagę do minutek z ostatniego posiedzenia ECB (czw). Znaczenie będzie mieć potencjalna dyskusja odnośnie terminu rozpoczęcia redukcji skupu aktywów oraz warunków dla podwyżek stóp procentowych. Jest to pozytywne ryzyko, które wsparłoby już i tak silną pozycję EUR.

W Wielkiej Brytania indeksy PMI (pon-śr) będą analizowane pod kątem, czy ostatnie zawirowania na scenie politycznej odciskają piętno na zaufaniu biznesu. Majowe dane zdołały już pokazać pierwsze tonowanie wcześniejszego optymizmu i kolejny słaby wynik będzie solidnym przyczynkiem do sprzedaży GBP. Przy odczytach bilansu handlowego i produkcji przemysłowej (oba w piątek) rynek także będzie bardziej wrażliwy na rozczarowanie.

W mniejszych gospodarkach europejskich najmocniej wyróżnia się posiedzenie szwedzkiego Riksbanku (wt). Nie oczekujemy zmian w polityce monetarnej, choć możliwe jest, że Riksbank pójdzie śladem innych banków centralnych z Europy i porzuci część z gołębich elementów nastawienia. Nowe prognozy makroekonomiczne powinny przynieść podwyższenie ścieżki inflacji po pozytywnej niespodziance w maju. Podtrzymujemy pozytywne nastawienie do SEK, który po ostatniej słabości ma duże pole do odbicia.
W Polsce start nowego miesiąca przynosi odczyt PMI dla przemysłu (pon), decyzję RPP (śr) oraz decyzję Fitch ws. ratingu (pt). W tym ostatnim zakładamy utrzymanie ratingu A- i perspektywy stabilnej, gdyż od czasu ostatniej rewizji w styczniu czynniki determinujące ocenę Fitch nie uległy większej zmianie. Po odczycie PMI spodziewamy się wzrostu indeksu napędzanego przez pozytywne wibracje z Europy, głównie z Niemiec. Subindeksy nowych zamówień eksportowych oraz zatrudnienia powinny stać za przyspieszeniem ekspansji sektora. Rada Polityki Pieniężnej deklaruje utrzymanie stóp procentowych bez zmian nawet do końca 2018 r., co jasno ustawia oczekiwania rynkowe. W lipcu Rada będzie mieć do dyspozycji nowe projekcje makroekonomiczne i interesujące będzie, jak bardzo ostatnie oznaki dezinflacji opóźniają powrót inflacji do celu. W wycenie złotego nie ma oczekiwań na rychłe podwyżki, więc pasywność RPP w nikłym stopniu wpłynie na zmienność kursu. Mimo to wśród walut rynków wschodzących obserwujemy różnicowanie jakościowe i relatywnie niskie stopy procentowe w Polsce osłabiają atrakcyjność złotego. Jesteśmy sceptyczni wobec szans na wyraźne umocnienie złotego w najbliższych tygodniach.

W Japonii ciekawie prezentuje się raport Tankan o sytuacji w przedsiębiorstwach (pon). Publikowane co kwartał indeksy nastrojów w przemyśle i usługach cieszą się większym uznaniem niż wskaźniki PMI. Po drugim kwartale oczekuje się poprawy odczytów w ślad za globalnym przyspieszeniem wzrostu. Dobre dane dadzą przestrzeń do oddechu dla Banku Japonii, choć z perspektywy JPY mogą mieć ograniczone znaczenie.

Na Antypodach kalendarz z Australii skradnie całe show. RBA powinien utrzymać stopę kasową bez zmian (wt), a w komunikacie zostanie podtrzymany ton z poprzedniego posiedzenia – optymistyczne zapatrywania na perspektywy gospodarcze przy jednoczesnych obawach o niską inflację. Rynek może pozycjonować się na jastrzębi zwrot (w ślad za ostatnimi sygnałami z innych banków centralnych), stąd neutralny przekaz RBA może przynieść rozczarowanie i przejściowe osłabienie AUD. Z danych makro otrzymamy sprzedaż detaliczną (wt) i bilans handlowy (czw). W pierwszym przypadku istnieje ryzyko powrotu słabości, z kolei po bilansie handlowym oczekuje się solidniej nadwyżki. W kalendarzu z Nowej Zelandii brak jest pierwszorzędnych publikacji.

W Kanadzie główna uwaga będzie na danych z rynku pracy (pt). Ostatnia seria miesięcznych publikacji była imponująco dobra, co zwiększa ryzyko odreagowania. Mimo to jeden słabszy odczyt nie powinien odmienić oceny sytuacji na rynku pracy, a tym bardziej osłabić wysokich oczekiwań przed decyzją BoC w następnym tygodniu. Rynek daje 70 proc. dla podwyżki w lipcu na fali jastrzębich komentarzy z BoC i jest to podstawowe wsparcie dla CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Polsce zanotowano najniższy poziom bezrobocia od 1991 roku

Majowa stopa bezrobocia w Polsce wyniosła 7,4%. Jest to najniższy wynik od ponad ćwierćwiecza. Pozytywnie wygląda również sytuacja na Ryn ku pracy w strefie euro, chociaż nadal istnieją wyraźne różnice między jej krajami. Wg Mario Drogiego poprzez luźną politykę pieniężną o wsparcie rynku pracy stara się również EBC, który zwraca uwagę przede wszystkim na problematyczną sytuację na rynku pracy w południowej części strefy euro. Jednak niepewne jest do jakiego stopnia polityka pieniężna może w tej dziedzinie mieć wpływ na zmiany.

Poza tym na rynek pracy w Europie negatywnego wpływu nie powinien mieć już Brexit. Po wypowiedzi Theresy May wydaje się, że proces ten będzie łagodniejszy, niż oczekiwano, a obywatele UE mieszkający w Wielkiej Brytanii nie będą zmuszeni do borykania się z poważnymi ograniczeniami związanymi z wyjściem z Unii. Jest to pozytywna informacja również dla Polaków, którzy żyją na terytorium Zjednoczonego Królestwa.

Dla polskiego rynku pracy ważne są również obiecujące perspektywy gospodarcze głównego partnera handlowego -Niemiec. W największej europejskiej gospodarce indeks IFO wzrósł na poziom 115,1 p kt., czyli historyczne maksimum, co oznacza pozytywne perspektywy dla niemieckiej gospodarki. W tym roku szacuje się, że wzrost PKB tego kraju osiągnie poziom o koło 2%.

Mijający tydzień możemy uznać za bardzo udany dla wspólnej waluty. Euro w dalszym ciągu umacnia się wobec dolara i w piątek rano kurs eurodolara był na poziomie 1,14. Euro umocniło się również w stosunku do złotego. Ta para walutowa na koniec tygodnia była notowana z kursem 4,24.

AKCENTA CZ a.s.

Linux Polska z nagrodą Innowator Roku 2017 od Red Hat

Linux Polska, lider rynku otwartych technologii, otrzymał nagrodę Innowator Roku 2017 w regionie EMEA przyznawaną przez Red Hat. To pierwsze tego typu wyróżnienie dla polskiej firmy. Nagroda została wręczona podczas Red Hat Partner Conference EMEA 2017 we Frankfurcie.

Nagroda Innowator Roku przyznawana jest za wybitne osiągnięcia we wdrażaniu nowych rozwiązań i wkład w transformację cyfrową.

– Z przyjemnością przyznaliśmy w tym roku nagrodę Innovator of the Year pierwszej firmie nie tylko  Polski, ale także całego regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Linux Polska walczył o przyznawany raz na dwa lata tytuł najbardziej innowacyjnej organizacji z setkami podmiotów z regionu EMEA. To ogromne wyróżnienie, otrzymane nie tylko za najwyższej jakości wdrożenia produktów i usług na bazie rozwiązań Red Hat, ale także ekspertyzę w zakresie potrzeb klienta końcowego. Nagrodzone wdrożenia dotyczą technologii kluczowych dla cyfrowej transformacji współczesnego biznesu – mówi Krzysztof Rocki, Senior Regional Manager CEE w Red Hat.

Wyróżnienie dla Linux Polska zostało przyznane za komercyjne zastosowanie rozwiązań takich jak: OpenStack, (rozwiązania chmurowe), Openshift (wykorzystanie i zarządzanie kontenerami) i Ansible (automatyzacja) dla przedsiębiorstw z sektora telekomunikacyjnego, banków, a także administracji publicznej. Doceniona została nie tylko wielkość sprzedaży, ale przede wszystkim profesjonalna obsługa podczas wdrożeń i szkolenia zespołów klientów. Technologie wdrażane przez Linux Polska znacznie zwiększają wydajność działania infrastruktury IT, podnoszą jej bezpieczeństwo i elastyczność. Linux Polska jako jedyna firma nominowana była w dwóch z czterech kategorii nagród spośród kilkuset podmiotów z całego regionu EMEA.

– Cieszymy się z wyróżnienia, które zdobyliśmy, konkurując z przedsiębiorstwami z całego regionu EMEA, w tym notowanymi na giełdach w Londynie czy Frankfurcie. Nagroda Innovator of the Year to obecnie jedno z najbardziej prestiżowych wyróżnień przyznawanych liderom otwartych technologii. Naszą ambicją jest nadal systematycznie rozwijać poziom innowacyjności i specjalizacji stosowanych przez nas narzędzi i procedur. Stale podnosimy kompetencje zespołu, bierzemy aktywny udział w projektach krajowych i zagranicznych związanych z trwającą cyfrową transformacją. Nasze kompetencje potwierdzane są nie tylko przyznanymi nam certyfikatami, ale przede wszystkim referencjami zadowolonych klientów. Rozwiązania otwarto-źródłowe uzupełniamy własnymi aplikacjami analitycznymi o unikalnym zastosowaniu w branżach od finansów po telekomunikację – powiedział Dariusz Świąder prezes zarządu Linux Polska Sp. z o.o.

Nagrody przyznawane są raz na dwa lata  przez Red Hat Inc. największego na świecie dostawcę rozwiązań i usług opartych o otwarty kod źródłowy. Ich celem jest wyróżnienie firm, które przyczyniają się do rozwoju innowacji w sektorze otwartych technologii w skali globalnej.

Od 1 lipca dostawcy internetu będą blokować strony z rejestru Ministerstwa Finansów

Dzięki nowym przepisom ustawy o grach hazardowych polscy gracze zyskają dostęp wyłącznie do legalnej oferty . Od 1 lipca br. dostawcy Internetu – pod karą grzywny do 250 tys. zł – będą mieli obowiązek blokować dostęp do niezarejestrowanych w Polsce domen. Obecnie w prowadzonym przez Ministerstwo Finansów rejestrze znajduje się blisko 500 domen. Kończy się era niepewności i prawnego bałaganu, zaczyna się droga do uzdrowienia polskiego rynku i zbliżenia go do europejskich standardów – oceniają eksperci Totolotek S.A., legalnego bukmachera.

Słowa „nielegalny” i „Internet” niestety często idą w parze. Dotkliwie odczuwa to rodzima branża zakładów bukmacherskich, która od lat zmaga się z nieuczciwą konkurencją w sieci. Do niedawna, podmioty działające spoza Polski i poza polską jurysdykcją zajmowały większą część internetowego rynku. Rzadko zdarza się sytuacja, w której rodzimy rynek wręcz wyklucza rodzime podmioty gospodarcze. Jednak wysyp nielegalnych zakładów bukmacherskich online spowodował, że polski rynek został w 90 proc. opanowany przez firmy zagraniczne. Nie rejestrują one swojej działalności w Polsce i nie płacą u nas podatków. Sytuacja ta wymagała radykalnych rozwiązań. Dlatego z uznaniem należy przyjąć nowelizację ustawy o grach hazardowych, która całościowo reguluje legalny hazard w sieci, zarówno od strony prawnej, jak i technicznej.

Najprostszym wyjściem jest skierowanie graczy wyłącznie do legalnie działających serwisów internetowych. Dlatego nowe przepisy wprowadzają rejestr domen zakazanych, do których dostęp będzie z mocy prawa zablokowany. Rejestr prowadzi minister finansów, i to od jego decyzji zależy czy dana strona internetowa zostanie do niego wpisana. Dzięki automatycznej wymianie informacji z dostawcami Internetu i operatorami usług płatniczych, zarówno dostęp do takiej strony, jak i możliwość dokonywania poprzez nią płatności zostaną zablokowane. Przyjrzyjmy się więc, czy rejestr domen zakazanych będzie lekiem na nielegalny hazard w sieci.

Rejestr – jak to działa?

Rejestr zakazanych domen jest jawny i dostępny dla każdego. Prowadzi go Ministerstwo Finansów:  https://hazard.mf.gov.pl. Dzięki czemu można natychmiast zweryfikować czy mamy do czynienia z legalną stroną internetową.

Minister finansów podejmuje decyzję o wpisie do rejestru jeżeli podmiot zarządzający domeną nie ma zezwolenia na prowadzenie gier hazardowych na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej, zwłaszcza jeżeli udostępnia strony internetowe w języku polskim i reklamuje je w Polsce. W konsekwencji, dostawcy Internetu będą zobowiązani do zablokowania dostępu do takiej strony w ciągu 48 godzin od pojawienia się jej w rejestrze.

Z kolei operatorzy płatności musza zablokować możliwość dokonywania transakcji na rzecz właścicieli tych domen w ciągu 30 dni od wpisania ich do rejestru. Brak blokady może skończyć się dla tych podmiotów grzywną do 250 tys. zł.

Co czeka graczy?

Gracz, który wejdzie na zakazaną domenę ujrzy komunikat o blokadzie i zostanie skierowany do prowadzonej przez Ministerstwo Finansów listy legalnie działających podmiotów.  Jednocześnie zostanie pouczony o odpowiedzialności karno-skarbowej za uczestnictwo  w nielegalnie organizowanych grach. Ponadto, wprowadzono rozwiązania, których celem jest skuteczniejsza ochrona graczy. Będzie on musiał m.in. potwierdzić pełnoletniość, a także obowiązkowo zarejestrować się przed rozpoczęciem gry. Niewykluczone, że dla wielu polskich graczy będzie to pierwszy kontakt z legalną ofertą zakładów bukmacherskich.

Podmioty, które ich zdaniem niesłusznie znalazły się w rejestrze domen zakazanych, mogą  – w ciągu dwóch miesięcy od dokonania wpisu – odwołać się od decyzji ministra finansów. Jeżeli decyzja zostanie podtrzymana, zainteresowani mają możliwość skorzystania z drogi sądowej, zgodnie z obowiązującymi przepisami dotyczącymi postępowania przed sądami administracyjnymi. Pozwala to przedsiębiorcom chronić swoje prawa i tym samym działać w przewidywalnym otoczeniu prawnym.

Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.
Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.

– Zawsze istnieją obawy, że rzeczywistość wyprzedzi prawo. Nie zwalnia to jednak ustawodawcy od wysiłku na rzecz budowania stabilnego ładu prawnego. Cieszy więc fakt, że wysiłek ten został podjęty. Blokowanie domen internetowych oferujących nielegalne gry hazardowe z pewnością nie będzie samo w sobie remedium na bolączki branży. Oferuje to jednak bezpiecznie warunki do korzystania z legalnej oferty bukmacherskiej w sieci. Jednocześnie, wprowadzi jasne zasady dla tych podmiotów, które chcą walczyć fair o sportowe emocje polskich graczy – podsumowuje Adam Lamentowicz, prezes zarządu Totolotek S.A.

Rząd w Wielkiej Brytanii. Jak PKO BP przewalutuje kredyty?

Theresa May ma Wotum zaufania. Zbigniew Jagiełło zapowiada przewalutowania kredytów frankowych. Dobre dane z USA.             

Rząd Theresy May z wotum zaufania

Zgodnie z oczekiwaniami po uzyskaniu porozumienia konserwatystów z Partią Demokratycznych Unionistów z Irlandii Północnej. Co ciekawe nie jest to koalicja tylko porozumienie dotyczące Votum zaufania oraz głosowań budżetowych. Ta dość dziwna z naszego punktu widzenia formuła nazywana jest po angielsku confidence and supply. W praktyce oznacza to, że porozumienie w pozostałych kwestiach będzie indywidualnie negocjowane każdorazowo.

PKO BP ma zaoferować własne reguły przewalutowania kredytów walutowych

Polska Agencja Prasowa przekazała słowa prezesa PKO BP Zbigniewa Jagiełły. Wynika z nich, że bank jest gotowy zaoferować swoim klientom propozycję zmiany kredytów z CHF na PLN. Warunkiem wstrzymującym całą operacje są rozporządzenia Ministra Finansów. Mowa o zwolnieniu kredytobiorców z podatku dochodowego (spadek wartości kredytu mógł być uważany był za dochód i podlegał opodatkowaniu). Drugim ważnym elementem, a dla banku ważniejszym nawet, jest możliwość rozliczenia operacji jako koszt. W ten sposób bank będzie podobno w stanie zaoferować klientom rozwiązanie nie zwiększające raty kredytu. Jak to możliwe? Skoro zmienią się stopy procentowe o ponad 2%? Kto dopłaci owe 2% odsetek? Najprawdopodobniej klient w postaci wydłużonego okresu kredytowania. Nie znamy co prawda detali ale jest to najprostsze rozwiązanie by bez dodatkowych kosztów po stronie banku utrzymać ratę kredytu to wydłużyć okres spłat.

Dane z USA

Wczoraj o 14:30 poznaliśmy pakiet danych zza oceanu. PKB w skali roku rośnie o 1,4%, to i tak lepiej o 0,2% od oczekiwań analityków. Liczba wniosków o zasiłek dla bezrobotnych wyniosła 244 tysiące i była o 4 tysiące większa od oczekiwań. Rynek uznał te dane za dobre powodując chwilowe umocnienie dolara w trwającym właśnie ruchu osłabiającym. Warto również zwrócić uwagę, że były to nieliczne dane ostatnio które pozytywnie zaskakiwały analityków. Jest to szczególnie cenne w obliczu prognoz niektórych analityków przewidujących recesję w USA. Biorąc pod uwagę przewartościowanie rynku akcji oraz widoczne zainteresowanie długoletnimi obligacjami coś może być na rzeczy.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Przygotuj się na przyszły tydzień 30.06.2017

W nadchodzących tygodniach będzie gorąco. Zmienność powróciła na rynek z wielkim przytupem. Z racji bardziej jastrzębiego wydźwięku bankierów centralnych indeksy europejskie oraz amerykańskie zostały wyprzedane. W nadchodzącym czasie powinniśmy zaobserwować dalszą rozbieżność amerykańskich oraz europejskich danych makroekonomicznych. W przyszłym tygodniu poznamy koszt pieniądza w Australii, decyzję poznamy we wtorek o godzinie 06:30. Z kolei w środę o godzinie 10:00 odbędzie się spotkanie członków ECB, w ten sam dzień zostanie także opublikowany protokół z ostatniego posiedzenia FOMC dot. polityki monetarnej. W czwartek poznamy bilans handlowy z kilku rozwiniętych gospodarek. Natomiast dane tygodnia pojawią się w piątek, poznamy najnowszy odczyt liczb miejsc pracy poza rolnictwem.

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Najistotniejsze dane makroekonomiczne dla Australii, Kanady, Stanów Zjednoczonych, Strefy Euro, Nowej Zelandii, Japonii, Wielkiej Brytanii

Źródło: Admiral Markets

Australia – stopy procentowe

Konsensus ekonomistów oraz rynkowy nie przewiduje zmiany kosztu pieniądza.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Australii

Źródło: Bloomberg

Inwestorzy tylko z 39 procentowym prawdopodobieństwem wyceniają podwyżkę w połowie 2018 roku. Niemniej jednak warto podkreślić, że coraz większa część banków centralnych zmieniło swoje nastawienie do prowadzenia polityki monetarnej. Być może zobaczymy to też w Australii, co powinno umocnić walutę tego państwa.

Spotkanie Członków ECB – na co zwracać uwagę

Kilka dni temu Draghi dostarczył jastrzębiej retoryki – euro umocniło się na szerokim rynku. Bankier centralny stwierdził, że siły deflacyjne zostały ostateczne zastąpione reflacyjnymi. Dzięki temu wiemy, iż możemy spodziewać się szybszego wygaszania programu quantitative easing. Konsekwencje takiego doboru słów widzimy do dnia dzisiejszego: euro umocniło się na szerokim rynku, spadła cena obligacji europejskich, niemiecki indeks Dax został wyprzedany.

Ponadto inwestorzy w Strefie Euro zaczęli wyceniać możliwą podwyżkę stopy depozytowej w tym roku. Jeszcze w połowie tego miesiąca prawdopodobieństwo takiego ruchu wynosiło 0 porc., teraz wzrosło do 20 procent, co zostało zobrazowane przez białą linie na poniższym wykresie.

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Prawdopodobieństwo podwyżki stóp procentowych w Strefie Euro

Źródło: Bloomberg

Nonfarm payrolls – nowe miejsca pracy poza rolnictwem

Dane z amerykańskiego rynku pracy zostaną opublikowane o godzinie 14:30. Według prognozy nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym ma wynieść 179 tysięcy. Oprócz samych miejsc pracy poznamy stopę bezrobocia oraz czynnik, który na przełomie ostatnich kilku miesięcy jest najważniejszy – płacę godzinową.

Stopa bezrobocia

stopa bezrobocia

Źródło: Admiral Markets

Stopa bezrobocia spada sukcesywnie od 2009 roku. Aktualnie znalazła się na poziomie 4.3 procenta, co sugeruje bezrobocie naturalne. Jest to wielkość bezrobocia w warunkach równowagi na rynku pracy. Jest to odsetek siły roboczej obejmujący tych, którzy nie chcą podjąć pracy przy płacy realnej zapewniającej równowagę i są dobrowolnie bezrobotni.

W takich warunkach powinniśmy zobaczyć rosnącą inflacje oraz presję na wzrost płacy, jeżeli w takich warunkach płaca pozostaje na takim samym miejscu, to mamy do czynienia z niezdrowym rynkiem pracy.

Płaca godzinowa M/M

Płaca godzinowa M/M

Źródło: Bloomberg

Prognoza wzrostu płaci godzinowej miesiąc do miesiąca wynosi 0.3 procenta. Wszystko poniżej tej wartości powinno doprowadzić do wyprzedaży dolara amerykańskiego. Odczyt powyżej prognozy powinien umocnić dolara amerykańskiego. Nie zapominajmy również o samym odczycie nowych miejsc pracy w sektorze pozarolniczym. Konsensus rynkowy zakłada 175 tysięcy nowych miejsc pracy. Strategie, które możemy przyjąć pod publikację piątkowych danych makroekonomicznych została przedstawiona poniżej.

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Możliwe zachowanie EUR/USD na piątkowe dane z amerykańskiego rynku pracy

Źródło: Opracowanie własne

Przez ostatnie kilka miesięcy mogliśmy zaobserwować dwie reakcje związane z publikacją danych. Pierwsza była powiązana z liczbą miejsc pracy. Wyższy odczyt od prognozy doprowadzał do umocnienia dolara amerykańskiego, słabszy odwrotnie.

Niemniej jednak w warunkach neutralnej stopy bezrobocia liczy się płaca godzinowa, która powodowała druga rekcję na rynku. Wszystkie możliwe scenariusze oraz reakcję pary walutowej EUR/USD zostały przedstawione w powyższej tabeli.

Instrumenty do obserwacji

W przyszłym tygodniu pod obserwację należy wziąć parę walutową AUD/NZD. Spoglądając na spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich oraz notowania danej pary walutowej dojdziemy do jednego wniosku, wyprzedaż AUD na rzecz NZD zaszła za daleko.

Spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich na tle AUD/NZD

Spread 10 letnich obligacji australijskich i nowozelandzkich na tle AUD/NZD

Źródło: Admiral Markets

W bieżącym tygodni doszło do bardzo mocnego odbicia notowań od tygodniowej strefy popytu. Spodziewając się także korekty na głównym produkcie eksportowym Australii – rudy żelaza, w dłuższym terminie powinniśmy zobaczyć ruch wzrostowy w okolicę poziomu 1.09.

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Notowania AUD/NZD, interwał tygodniowy

Źródło: Admiral Markets

Matusz Groszek
Analityk Rynków Finansowych

Odszkodowanie za nielegalne przetwarzanie danych osobowych RODO

Nowe rozporządzenie unijne o ochronie danych osobowych RODO a odszkodowanie za nielegalne przetwarzanie danych.

Obecnie w przypadku naruszenia przepisów o ochronie danych osobowych przez administratora danych, dochodzenie rekompensaty pieniężnej w postaci zadośćuczynienia jest możliwe na podstawie przepisów dotyczących naruszenia dóbr osobistych zgodnie z art. 24 oraz 448 kodeksu cywilnego. Prawo do ochrony danych osobowych jest bowiem dobrem osobistym. Ustawa o ochronie danych osobowych nie zawiera przepisu uprawniającego poszkodowanego do żądania odszkodowania za niezgodne z prawem przetwarzanie tych danych. Niedługo jednak się to zmieni.

Na mocy rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (zwane RODO) w ramach prawa do sądu, osobie, której dane dotyczą, przysługiwać będą roszczenia odszkodowawcze względem administratora danych oraz podmiotu przetwarzającego dane w jego imieniu (art. 82 rozporządzenia). Rozporządzenie to weszło w życie w 24 maja 2016 roku i będzie bezpośrednio stosowane we wszystkich krajach członkowskich Unii Europejskiej od 25 maja 2018 roku. Do tego czasu przepisy obowiązujące w państwach członkowskich będą musiały zostać dostosowane do treści rozporządzenia. Co za tym idzie osoby, których dane osobowe podlegały nielegalnemu przetworzeniu będą mogły domagać się odszkodowania za naruszenie danych osobowych od administratorów danych.

Większa odpowiedzialność

Rozporządzenie rozszerza odpowiedzialność za niezgodne z prawem przetwarzanie danych osobowych na szkody spowodowane przez podmioty, które mimo że nie są administratorami danych, przetwarzające te informacje. Warto podkreślić, że odpowiedzialność podmiotu przetwarzającego dane w imieniu administratora jest – zgodnie z RODO – ograniczona i zachodzi wyłącznie w przypadku niedopełnienia przez niego obowiązków wskazanych w RODO. Obowiązki te to m.in. przetwarzanie danych wyłącznie na udokumentowane polecenie administratora, zachowanie danych osobowych w tajemnicy czy wdrożenie odpowiednich środków technicznych i organizacyjnych dla zapewnienia stopnia bezpieczeństwa odpowiadającego ryzyku zagrożenia bezpieczeństwa danych. Podmiot przetwarzający dane ponosi również odpowiedzialność, gdy działał poza zgodnymi z prawem instrukcjami administratora lub wbrew nim.

Jak w takim razie należy interpretować pojęcie szkody związanej z niezgodnym z prawem przetwarzaniem danych osobowych? Szeroko. Należy przy tym brać pod uwagę orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości w sposób w pełni odzwierciedlający cele rozporządzenia. Odszkodowanie przysługuje zarówno za szkody majątkowe jak i niemajątkowe, np. za poczucie dyskomfortu wywołane niezgodnym z prawem przetwarzaniem danych osobowych. Poszkodowany będzie musiał przed sądem udowodnić wysokość poniesionej szkody, co może być utrudnione, zwłaszcza przy szkodach niematerialnych.

Decyduje wina

Odpowiedzialność zarówno administratora, jak i podmiotu przetwarzającego dane jest odpowiedzialnością opartą o zasadę winy. A zatem odszkodowanie będzie mogło zostać zasądzone, gdy te podmioty będą ponosić winę za zdarzenie, które doprowadziło do powstania szkody. Jeśli administrator lub podmiot przetwarzający dane udowodnią, że nie ponoszą winy za wystąpienie powodującego szkodę zdarzenia, wówczas może nastąpić zwolnienie od odpowiedzialności. Jednak spoczywa na nich (a nie na poszkodowanym) ciężar dowodu. Wmuszą wykazać, że nie ponoszą winy za ich niezgodne przetwarzanie „w żaden sposób”. Najmniejsza wątpliwość dotycząca legalności przetwarzania danych, będzie działać na korzyść poszkodowanego.

Jeśli w tym samym przetwarzaniu danych brało udział więcej podmiotów, to odpowiedzialność administratora i podmiotu przetwarzającego dane ma charakter solidarny. Gdy zostaną włączeni do jednego postępowania sądowego, to odszkodowaniem można obarczyć każdego z administratorów i każdy z podmiotów przetwarzających dane stosownie do ich winy za szkodę wynikłą z przetwarzania. Poszkodowany może domagać się całości należnego mu odszkodowania od wszystkich podmiotów biorących udział w przetwarzaniu jego danych, jak i od każdego z nich z osobna.

Autor: Bogdan Fischer, radca prawny, Partner Kancelarii Chałas i Wspólnicy

100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej

Już szósty rok z rzędu najbardziej wartościową spółką na świecie jest Apple, która w bieżącym roku zwiększyła ponad dwukrotnie różnicę do drugiej spółki w rankingu Alphabet (właściciel Google) w stosunku do zeszłego roku. Łączna wartość rynkowa 100 największych spółek na świecie wzrosła o 1.861 mld dolarów (czyli 12%).

Ranking firmy PwC „100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej” uwzględnia zmiany kapitalizacji przedsiębiorstw w okresie od 31 marca 2016 roku do 31 marca 2017 roku, w tym dynamikę i trendy w ujęciu globalnym, krajowym i sektorowym.

„Przepaść pomiędzy największymi spółkami ze Stanów Zjednoczonych oraz spółkami z reszty świata ciągle się pogłębia. Amerykańskie firmy zwiększają globalny zasięg, wysoki poziom innowacyjności, oraz siłę finansową – stanowi to wyraźny kontrast w stosunku do spółek pochodzących z Wielkiej Brytanii i Europy, które wciąż tracą pozycje w rankingu. Po okresie niepewności na rynkach azjatyckich, chińskie firmy nabrały siły, a Tencent oraz Alibaba szykują się, aby wejść do Top 10 w przyszłym roku” – mówi Bartosz Margol, wicedyrektor w zespole ds. rynków kapitałowych PwC.

  • Spółki ze Stanów Zjednoczonych zwiększyły swoje prowadzenie w rankingu PwC TOP 100, podczas gdy liczba i łączna wartość spółek z Europy spadły.
  • Łączna kapitalizacja wszystkich spółek z rankingu odrobiła straty z 2016 roku wzrastając o 12% względem analogicznego okresu poprzedniego roku osiągając rekordowy poziom 17,4 bln dolarów.
  • Liczba spółek ze Stanów Zjednoczonych wzrosła z 54 w roku ubiegłym do 55 w bieżącym rankingu. Udział firm z USA pod względem kapitalizacji wzrósł nieznacznie do 63% (z 62%, czyli o 1.292 mld dolarów). Obecnie wszystkie spośród 10 największych spółek pochodzą z USA.
  • Z rankingu wypadły kolejne dwie spółki z Europy i aktualnie jest ich 22. Spadł również łączny udział firm europejskich w kapitalizacji – z 19% do 17% (przy względnie niewielkim spadku wartości o 35 mld dolarów).
  • Wielka Brytania utrzymuje trzecią pozycję z pięcioma firmami w TOP 100, pomimo utraty dwóch przedsiębiorstw z rankingu w porównaniu z zeszłym rokiem (w następstwie wycofania z giełdy SABMiler po przejęciu przez Anheuser-Busch InBev oraz niezakwalifikowania się w bieżącym roku Vodafone do TOP 100).
  • Łączny udział przedsiębiorstw z Chin i Hongkongu pozostał niezmieniony na poziomie ok. 12%. Dwie chińskie spółki Tencent oraz Alibaba uplasowały się odpowiednio na pozycjach 11 oraz 12, odnotowując znaczący wzrost w rankingu w 2017 roku.
  • Już szósty rok z rzędu najbardziej wartościową spółką na świecie jest Apple, która w bieżącym roku zwiększyła ponad dwukrotnie różnicę do drugiej spółki w rankingu Alphabet (właściciel Google) w stosunku do zeszłego roku.
  • Podobnie jak w zeszłym roku, w 2017 r. łączna wartość spółek z sektora technologicznego przekroczyła łączną wartość spółek z sektora finansowego.

100 największych światowych spółek pod względem wartości rynkowej

Łączna wartość rynkowa 100 największych spółek na świecie wzrosła o 1.861 mld dolarów (czyli 12%) porównując do 31 marca 2016 roku. Wzrost ten z nadwyżką zrekompensował spadki z poprzedniego roku oraz przyczynił się do osiągnięcia rekordowej łącznej wartości rynkowej 100 największych spółek na świecie.

Niemal 70% wzrostu łącznej wartości rynkowej 100 największych spółek świata wynika ze wzrostu spółek ze Stanów Zjednoczonych, które skorzystały z dobrej sytuacji gospodarczej przed oraz po wyborach prezydenckich. W Europie udało się zatrzymać 2 lata spadków wartości rynkowej spółek, natomiast ich udział w łącznej wartości spółek z rankingu w bieżącym roku dalej się zmniejszał.

Trzeci rok z rzędu firmy z USA stanowią ponad połowę (55 wobec 54 w roku ubiegłym) wszystkich spółek przedstawionych w rankingu, a pod względem kapitalizacji – aż 63% łącznej wartości wszystkich przedsiębiorstw w TOP 100. W bieżącym roku Apple odnotował największy wzrost wartości rynkowej – w ujęciu nominalnym kapitalizacja spółki wzrosła o 149 mld dolarów (25%) w stosunku do 31 marca 2016 roku. Na drugim miejscu wśród największych wzrostów, uplasował się Amazon, który zwiększył swoją kapitalizację rynkową o 144 mld dolarów (51%) w porównaniu do 31 marca 2016 roku. Silny wzrost kapitalizacji firm amerykańskich był spowodowany także wzrostem wycen takich spółek jak Facebook, Bank of America oraz JPMorgan Chase.

Apple pozostaje liderem rankingu już szósty raz z rzędu, wyraźnie zwiększając przewagę nad drugim w rankingu Alphabet, podwajając różnicę w wycenie z 86 mld dolarów w zeszłym roku do 175 mld dolarów na dzień 31 marca 2017 roku, przy czym jeszcze w lutym 2016 roku kapitalizacja Alphabet chwilowo była wyższa niż rynkowa wycena Apple. Jest to szczególnie warte uwagi biorąc pod uwagę fakt, że Apple w roku kalendarzowym 2016 zwrócił więcej gotówki akcjonariuszom (29 mld dolarów) w postaci dywidend oraz skupie akcji (w roku kalendarzowym 2015 – 42 mld dolarów). Alphabet w 2016 roku rozdystrybuował łącznie 4 mld dolarów.

Łączna wartość spółek z sektora nowych technologii drugi rok z rzędu przewyższyła łączną wartość spółek z sektora finansowego. Ponadto, z sektora nowych technologii pochodzą wszystkie spółki z podium rankingu: Apple, Alphabet oraz Microsoft, a do tego Facebook uplasował się na szóstej pozycji. Działalność tych gigantów pokrywa praktycznie cały świat, znacząco przyczyniając się do cyfrowej rewolucji w skali globalnej.

Europejskie spółki znacząco ucierpiały w wyniku kryzysu finansowego, ale również znacznie słabiej poradziły sobie z odrobieniem utraconej pozycji w następnych latach. Jedynie 22 firmy z Europy znalazły się w rankingu (o 9 mniej względem 2009 roku oraz o 19 mniej względem roku 2008). Pod względem łącznej kapitalizacji spółki europejskie stanowią obecnie jedynie 17% rankingu (spadek z 36% z 2008 roku).

Względem ubiegłego roku łączna wartość spółek z Chin i Hongkongu wzrosła o 14%, z 11 spółkami w TOP 100 (liczba spółek nie zmieniła się od 2016 roku) – po niepewnej sytuacji na tamtejszych giełdach, chińskie rynki odzyskują pozycję w 2016 roku. Spółka Tencent odnotowała największy wzrost wartości rynkowej zwiększając swoją kapitalizację o 42% do 272 mld dolarów od 31 marca 2016 roku. Tencent oraz Alibaba są obecnie odpowiednio na 11 oraz 12 miejscu rankingu, bliskie wejścia do globalnego TOP 10.

Koniec hossy deweloperów? Nic bardziej mylnego

Jak wynika z najnowszych danych GUS, deweloperzy nie zwalniają tempa i budują coraz więcej. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto w maju, wzrosła rok do roku o 56,2%. Nadal wysoki procent sprzedaży stanowią transakcje gotówkowe. Popyt jest w dużej mierze napędzany przez obcokrajowców.

Od początku roku wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym na budowę 106 841 mieszkań, co oznacza 38,3 proc. wzrost w stosunku do 2016 r. Liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto, też jest imponująca. Liczba oddanych do użytku mieszkań wyniosła 63 903 lokali, a udział deweloperów jest znaczący w tej puli i wynosi 29 658 tysięcy mieszkań. Rynek deweloperski jest nadal w fazie ożywienia i mimo głosów, że koniec MdM osłabi koniunkturę na rynku, a Mieszkanie Plus zabierze klientów, nic takiego póki co nie ma miejsca.

– Podobnie jak w poprzednich latach, które charakteryzowały się historycznie dobrymi wynikami, tak i w tym roku ostrożnie podchodzimy do wieszczenia kolejnych rekordów, jednak dane GUS nastrajają nas bardzo pozytywnie i z dużą uwagą przyglądamy się kolejnym raportom o stanie branży – mówi Konrad Płochocki, Dyrektor Generalny Polskiego Związku Firm Deweloperskich.

Dobrą sytuację potwierdza również francuski deweloper z ugruntowaną pozycją na rynku polskim, firma Bougues Immobilier Polska.

– Widzimy w naszych biurach sprzedaży, że popyt na mieszkania nie słabnie. Mamy inwestycje, które niemal w połowie wyprzedają się na etapie przedsprzedaży. Z naszych obserwacji wynika, że nadal znaczna część zakupów to transakcje gotówkowe, w II kwartale 2017 stanowiły one 43%. Oznacza to, że mieszkania nadal stanowią preferowaną formę inwestycji kapitału, przez co popyt nie ulega większym wahaniom – mówi Krzysztof Foder, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska.

Jeżeli chodzi o powody tego stanu rzeczy, to z pewnością możemy wymienić wśród nich bardzo dobrą, dającą poczucie bezpieczeństwa sytuację na rynku pracy oraz niskie stopy procentowe, które zachęcają ludzi zarówno do zakupu mieszkań pod inwestycje, jak i zapewniają łatwiejszy dostęp do kredytów hipotecznych.

– Znaczenie będą miały także zmiany wprowadzone przez rząd w programie Mieszkanie dla Młodych, które sprawiły, że już w sierpniu będzie możliwe złożenie wniosku i uzyskanie dopłaty do mieszkania z puli 100 milionów złotych. Dzięki temu kolejne rodziny będą miały możliwość skorzystania ze wsparcia. Popularność programu pokazuje, że Rząd powinien rozważyć jego przedłużenie – dodaje Płochocki.

Wysoka sprzedaż napędzana przez obcjokrajowców

Nie ulega wątpliwości, że wysoką sprzedaż mieszkań deweloperzy zawdzięczają w dużej mierze obcokrajowcom. Ukraińcy, Niemcy i Brytyjczycy coraz częściej inwestują
w nieruchomości w Polsce. W ubiegłym roku kupili aż 6,4 tys. lokali w największych polskich aglomeracjach. W odniesieniu do województw, prym wiedzie: mazowieckie (blisko 294 tys. mkw. kupionej powierzchni), małopolskie (99,2 tys. mkw.) oraz dolnośląskie (57,2 tys. mkw.). Z wstępnych szacunków wynika, że ten trend będzie się utrzymywał i nowe mieszkania nie będą długo czekały na nabywców. Popyt stymulowany przez zagranicznych nabywców z pewnością będzie miał przełożenie nie tylko na podaż, ale też podejście do potencjalnych klientów.

– Większość deweloperów już od dawna zdaje sobie sprawę, że dużą grupę nabywców stanowią osoby z zagranicy. W związku z tym strony internetowe w języku angielskim czy odpowiednio dostosowane działania marketingowe, stają się powoli standardem. W naszym centralnym Biurze Sprzedaży jest interaktywny ekran, na którym można zobaczyć inwestycje mieszkaniowe w formie 3D. Istnieje możliwość obracania bryłą budynku, sprawdzania ekspozycji mieszkania na światło dzienne i widoku z balkonu. Posługiwanie się obrazami i intuicyjny interfejs sprawiają, że to narzędzie jest dużo bardziej przyjazne obcokrajowcom, niż tradycyjny folder – dodaje Foder.

Inwestorzy obserwują rynek i dostosowują się do jego wymagań, dzięki czemu rynek deweloperski jest stabilny – nie ma galopujących cen ani zakupów spekulacyjnych. Wszystko wskazuje na to, że ten rok będzie dla branży równie dobry, jak ubiegły.

Inflacja = weryfikacja

W tym tygodniu rentowność amerykańskich dziesięcioletnich obligacji skarbowych podniosła się o kilkanaście punktów bazowych. W normalnych warunkach powinno przełożyć się to na umocnienie dolara. Okoliczności nie sprzyjały temu jednak ze względu na globalny zwrot w polityce monetarnej w kierunku zacieśniania. W rezultacie dolar jest w głębokiej defensywie.

W tym samym czasie, a wręcz od wtorku dochodowość niemieckich dziesięcioletnich obligacji skarbowych podniosła się aż o 20 pb, wzrosła do 0,46 proc. Oznacza to, że pomimo silnego podniesienia się krzywej rentowności amerykańskich obligacji, kanał relatywnej dochodowości obligacji działał zdecydowanie w kierunku wzrostów eurodolara.
Rynek musiał też wycenić, że gubernator Banku Anglii, Mark Carney zmieni zdanie i otworzy się na podwyżkę stóp procentowych w tym roku. Taki ruch wynika z faktu, że inflacja pozostaje wyraźnie powyżej celu (jedyny taki przypadek w całej przestrzeni G-10) a realne stopy procentowe są na poziomie -2,7 proc. Do Fed jako jedynego z głównych banków centralnych, które zacieśniają politykę w pierwszej kolejności dołączy jednak Bank Kanady, z którego płyną kolejne sygnały, że może do tego dojść już w lipcu. W ich wyniku, od poniedziałku inwestorzy zdyskontowali pół podwyżki stóp. Zepchnęło USD/CAD pod 1,30. Wycenianie jastrzębiego zwrotu w polityce monetarnej stało się motywem przewodnim notowań na rynku FX i obligacji. Dynamika wydarzeń dotycząca euro, funta i dolara kanadyjskiego została ekstrapolowana też na inne waluty. M.in. rynek zaczął wyceniać (wzrost o 6 pb w kilka dni) zacieśnianie ze strony RBA. Uważamy to za całkowicie bezzasadny krok i w tym świetle wzrost AUD/USD na kilkumiesięczne maksima i do 0,77 postrzegamy jako niemożliwy do utrzymania. Istnieje spore ryzyko, że zamiast zaostrzenia retoryki na przyszłotygodniowym posiedzeniu i w najbliższych komentarzach władz monetarnych głównym przesłaniem będzie zaniepokojenie siłą waluty. Wartość dolara australijskiego do koszyka ważonego obrotami handlowymi (kurs efektywny) wzrosła w rok o ponad 7 proc. a w samym czerwcu podniosła się o 3,5 proc. Nasze prognozy zakładają spadek AUD/USD do 0,74 w trzecim kwartale i 0,72 na koniec roku. Podobnie: nie widzimy pola do kontynuacji umocnienia przez funta szterlinga. Rynek nie wycenia możliwości spowolnienia gospodarki ani pojawienia się ryzyka politycznego związanego z negocjacjami Brexitu oraz słabym rządem a wycenia niemal 40 pb podwyżek kosztu pieniądza do końca 2018 roku.

Piątkowa sesja będzie w dużej mierze weryfikacją trwałości ostatnich przetasowań na rynkach długu i walut. O 11:00 poznamy bowiem wstępną inflację za czerwiec z Eurolandu. Konsensus zakłada spadek CPI z 1,4 do 1,2 r/r i wzrost cen bazowych z 0,9 proc. do 1,0 proc. r/r. Wnioski płynące z analizy wskazań inflacyjnych z Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii przemawiają za odczytem zgodnym z konsensusem, ale większej reakcji spodziewamy się na rozczarowanie odczytami. Przemawia za tym silne krótkoterminowe wykupienie i ekstremalne średnioterminowe pozycjonowanie. Rynek szczególnie uważnie monitorować będzie inflację bazową, której ścieżka determinować będzie pośpiech z jakim ECB normalizować będzie politykę. Po południu poznamy też amerykański wskaźnik PCE Core za maj, najważniejszą w oczach Fed miarę presji cenowej. Zakładany jest spadek z 1,538 do 1,4 proc. r/r. Mniejsze niż zakłada konsensus obniżenie się dynamiki ( a wręcz wartość przed zaokrągleniem) będzie potwierdzać ocenę Fed, że słabość gospodarki i tendencji cenowych są przejściowe. O 14:00 GUS opublikuje szacunek CPI za czerwiec. Nasze prognozy wpisują się w rynkowy konsensus i zakładają wyhamowanie rocznej dynamiki wskaźnika z 1,9 do 1,7 proc.

Kurs EUR/PLN kwartał powinien zakończyć w przedziale wahań z ostatnich kilkudziesięciu godzin (4,22 -4, 25). Spodziewamy się jednak kontynuacji wzrostów kursu w kierunku 4,28. USD/PLN pozostaje tuż na 3,70. W tym przypadku nie widzimy potencjału do trwałego zejścia poniżej tej okrągłej bariery. Bardziej ryzykowne waluty emerging markets (ZAR, TRY, MXN) właśnie odwracają swoje aprecjacyjne trendy i prawdopodobnie wyznaczają przyszły kierunek kursowi USD.PLN. W środowisku rosnących rentowności amerykańskich obligacji i słabnącej koniunktury na globalnych rynkach akcji (wczoraj technologiczny NASDAQ spadł 1,7 proc.) i wzrostu zmienności spodziewamy się głębokiej letniej przeceny walut EM.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Columbus Energy S.A. miał ponad 2 mln zł zysku netto w 2 kw. 2017 r.

Columbus Energy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, przedstawiła szacunki skonsolidowanych wyników finansowych w drugim kwartale 2017 r. Zgodnie z nimi Spółka osiągnęła w tym okresie ponad 2,08 mln zł zysku netto przy przychodach netto ze sprzedaży przekraczających 9,84 mln zł.

W całym pierwszym półroczu 2017 r. skonsolidowany zysk netto Emitenta wyniósł 3,08 mln zł, a jego przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 16,25 mln zł. Columbus Energy S.A. zanotował bardzo dobre wyniki finansowe dzięki dynamicznemu rozwojowi sprzedaży instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego oraz dalszej rozbudowie portfela klientów. Spółka zwiększyła również sprzedaż umów gotówkowych. W samym maju 2017 r. Emitent podpisał 100 szt. umów abonamentowych o wartości 2,61 mln zł oraz 52 szt. umów gotówkowych o wartości 1,13 mln zł. Podane przez Columbus Energy S.A. dane finansowe są szacunkowe i nieaudytowane. Raport okresowy Spółki za 2 kw. 2017 r. zostanie opublikowany w dniu 12.08.2017 r.

Cieszymy się, że zaczęliśmy ten rok z takim impetem. To prawda, iż rozwijamy się w bardzo niestandardowym tempie, które generuje ponadprzeciętne wyniki. To również pokazuje, że utrzymujemy cały czas pozycję lidera w naszej branży. Sprzedajemy i montujemy najwięcej komercyjnych instalacji fotowoltaicznych na domach Polaków. Kolejnym elementem innowacji produktowej jest wprowadzenie przez Columbus Energy Gwarancji Totalnej. To 15-letnia gwarancja na każdy element systemu, wydłużająca gwarancje producentów. To unikatowa oferta na rynku, którą już doceniają nasi klienci. Trzeci kwartał 2017 r. będzie bardzo pracowity właśnie dlatego, że chcemy, aby słupki cały czas rosły, a wynik netto na koniec roku był dwucyfrowy, zgodnie z naszą strategią i prognozami. Trzeci kwartał to też rozpoczęcie sprzedaży termomodernizacji w segmencie budownictwa jednorodzinnego, ale też projektowane wcześniej refinansowanie umów abonamentowych z pierwszego kwartału – co już rozpoczęliśmy procesować.” – komentuje Dawid Zieliński, Prezes Zarządu Spółki Columbus Energy S.A.

W 1 kw. 2017 r. Columbus Energy S.A. przeprowadziła z sukcesem dwie emisje obligacji, z których pozyskała środki finansowe w łącznej wysokości 5,45 mln zł. Zostały one przeznaczone na montaż instalacji fotowoltaicznych w ramach programu abonamentowego. W marcu br. Spółka podpisała umowę współpracy z Nest Bank S.A., dzięki czemu zapewnione zostało finansowanie dla jej klientów. Nest Bank S.A. zobowiązał się do przekazywania na rachunek Emitenta środków finansowych wynikających z umów zawartych z jej klientami, co pozwoli na realizowanie jeszcze większej liczby instalacji.

Z kolei w maju tego roku spółka zależna Columbus Energy Finanse Sp. z o.o. podpisała umowę współpracy z Bankiem Ochrony Środowiska S.A. w zakresie pośrednictwa oraz wykonywania w imieniu i na rzecz Banku czynności faktycznych związanych z działalnością bankową dotyczących produktu Eko Kredyt PV. Jest on przeznaczony na finansowanie instalacji fotowoltaicznych sprzedawanych przez Columbus Energy S.A. Zgodnie z zapisami podpisanej umowy Columbus Energy Finanse Sp. z o.o. będzie odpowiadała za współpracę z Klientem w zakresie rozpatrzenia wniosków oraz zawarcia umowy przez Bank, jak również przyjmowania dokumentacji i jej weryfikacji. Podpisana umowa poszerza ofertę Spółki i rozwija jej produkt abonamentowy, zapewniając tym samym Klientowi możliwość finansowania instalacji fotowoltaicznych przez Bank Ochrony Środowiska S.A.

Quercus TFI proponuje zmiany w Radzie Nadzorczej Skarbiec Holding S.A.

Zmiany w akcjonariacie Skarbca, które wzbudziły niepokój wśród pracowników oraz otoczenia rynkowego, wymagają stabilizacji – postuluje Quercus TFI. Jako środek zapobiegawczy proponuje wprowadzenie zmian w składzie Rady Nadzorczej Skarbiec Holding S.A. i powołanie w jej skład dwóch niezależnych, doświadczonych członków.

Kandydatami, zaproponowanymi przez Quercus TFI są Raimondo Eggink oraz Andrzej Sołdek. Pierwszy jest konsultantem, który zasiada w radach nadzorczych kilku spółek giełdowych. Drugi do niedawna był prezesem i dyrektorem inwestycyjnym w PTE PZU. Obecnie zasiada w radzie nadzorczej Ferro i Elektrobudowy.

Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI
Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI

W ostatnich tygodniach doszło do niespodziewanej zmiany w strukturze akcjonariuszy Skarbca – Enterprise Investors sprzedało 33% pakiet firmie Murapol. Wywołało to zamieszanie na rynku, popłochwewnątrz organizacji i spadek kursu akcji Skarbca.” – podkreśla Sebastian Buczek, prezes Quercus TFI.

Stąd propozycja otwarcia nowego rozdziału w historii Skarbca i ustabilizowania sytuacji, skierowana do akcjonariuszy finansowych oraz firmy Murapol.

„Z zadowoleniem przyjmujemy ostatnie komunikaty dotyczące wzmocnienia składu Zarządzających Skarbca. Mamy nadzieję, że nasza propozycja zostanie zaakceptowana przez pozostałych akcjonariuszy ipozwoli na uspokojenie sytuacji.’’ – dodaje prezes Quercus TFI.

Niebezpiecznie na USD/PLN

Nie wiedzie się dolarowi. Czwartek był kolejnym dniem, kiedy to amerykańska waluta znajdowała się pod presją. Również i tamtejsze indeksy giełdowe odnotowały spadki. Nie udało się utrzymać wzrostów na ropie.

Przez większość wczorajszej sesji ropa zyskiwała na sile, kontynuując impet wzrostowy z środy. Od początku amerykańskiego otwarcia inwestorzy wyprzedawali jednak ten instrument, który ostatecznie zakończył dzień na małym minusie, zostawiając na wykresach dziennych górny cień. Sporym zainteresowaniem cieszyło się za to euro. Wspólna waluta zyskuje od trzech dni. Inwestorzy oczekują, iż Europejski Bank Centralny będzie zmuszony uczynić swą politykę monetarną bardziej restrykcyjną. Nie pomogły zapewnienia banku, iż ostatnia wypowiedź prezesa EBC została źle zinterpretowana.

Z wczorajszych publikacji makroekonomicznych dowiedzieliśmy się, iż spadek dynamiki wzrostu PKB był niższy, niż się tego obawiano(1.4% vs 1.2%). Dziś w nocy dotarły też na rynek informacje z Japonii, gdzie bezrobocie dość nieoczekiwanie wzrosło do poziomu 3.1% z 2.8%. Poprawie uległy dane o produkcji przemysłowej w skali rocznej. Niebawem poznamy dane o brytyjskim PKB oraz informacje o dochodach i wydatkach amerykanów.

Niebezpiecznie na USD/PLN 9

Nieciekawie wygląda sytuacja dolara na wykresie USD/PLN. Rynek odbił się od środkowej linii kanału spadkowego i przed nim jest już dosłownie przepaść. Potencjalnym celem może być nawet 3.55-o ile nie nastąpi szybki odwrót. Jedynym pozytywem jest wskaźnik RSI, mocno już wyprzedany i szukający dywergencji. Dopiero zamknięcie ponad 3.8, aktualnym oporem, może być dla byków zbawienne.

Sylwester Majewski


Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Wartość polskiego rynku dronów może wzrosnąć w ciągu najbliższych lat do 10 mld zł. Potrzebne są jednak zmiany w przepisach

Wartość polskiego rynku dronów może wzrosnąć w ciągu najbliższych lat do 10 mld zł. Potrzebne są jednak zmiany w przepisach 10

Drony mają coraz więcej zastosowań w różnych sektorach gospodarki. Szczególnie w Polsce, która jako pierwsza wprowadziła w 2013 roku przepisy dotyczące ich komercyjnego wykorzystywania. Dzięki temu na arenie europejskiej mamy opinię jednego z liderów branży bezzałogowców. Eksperci podkreślają, że wartość sektora dronów w Polsce w ciągu najbliższych 10 lat może urosnąć do blisko 10 mld zł. Dodają jednak, że konieczne jest jak najszybsze uchwalenie szczegółowych przepisów dotyczących wykorzystania technologii dronowych. 

Sektor dronów w Polsce to ponad dwieście firm. Duża część ich przychodów to drony importowane i zastosowanie dronów w fotografii. W naszej ocenie przy korzystnych warunkach ten sektor mógłby w ciągu najbliższych dziesięciu lat urosnąć do około 10 mld zł wartości sprzedanej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Bogusław Bławat, dyrektor Instytutu Badań Rynku, Konsumpcji i Koniunktur w Warszawie.

Firma doradcza PwC podkreśla, że Polska to pierwszy kraj, który wypracował kompletne ramy prawne w zakresie komercyjnych lotów dronami, a branża ma na polskim rynku bardzo dobre perspektywy rozwoju. Potwierdza to również ubiegłoroczny raport Instytutu Mikromakro, który oszacował wartość polskiego rynku dronów na nieco ponad 201 mln zł (prawie 23-procentowy wzrost rok do roku).

Według szacunków PwC potencjał światowego rynku zastosowań dronów w biznesie wynosi ponad 127 mld dol. Najlepsze perspektywy komercyjnego wykorzystania dronów stwarzają sektory infrastrukturalny, rolnictwo i transport, bezpieczeństwo cywilne oraz branża medialno-rozrywkowa.

W sektorze cywilnym możemy dostarczać rozwiązania dla rolnictwa, co jest interesujące z perspektywy eksportu. Są kraje takie jak Bangladesz zainteresowane wykorzystaniem dronów przy monitorowaniu i obserwacji dużych areałów. Wdzięcznym obszarem jest też geodezja. Drony potrafią wykonać pomiary geodezyjne z prędkością wielokrotnie większą, niż robi się to tradycyjnymi metodami – wylicza Bogusław Bławat.

Wyposażone w czujniki i kamery bezzałogowe maszyny latające mają całe spektrum zastosowań. W rolnictwie mogą służyć do zbierania danych dotyczących gruntów i upraw, do oprysków roślin (drony robią to taniej niż wykorzystywane dotychczas śmigłowce), analizy składu gleby czy obserwacji meteorologicznych. Wykorzystuje się je do pomiarów geodezyjnych (dzięki czemu w przyszłości mogą np. wspomóc urzędy w naliczaniu i ściąganiu podatku od nieruchomości), nadzorowania prowadzonych inwestycji infrastrukturalnych oraz monitorowania bezpieczeństwa na terenach publicznych.

W przyszłości mogą znaleźć zastosowanie w reklamie albo w branży kurierskiej i dostarczać przesyłki albo niewielkie paczki. Z takim pomysłem wyszedł dwa lata temu Amazon, jeden z liderów e-commerce’owej branży. Jednak na razie w Polsce drony są wykorzystywane przede wszystkim w fotografii i do filmowania z powietrza. Szybko pojawiają się jednak nowe koncepcje ich zastosowania, na przykład w ratownictwie czy transporcie medycznym.

– Możliwe jest zastosowanie dronów w krwiodawstwie. Organy do transportu transplantacyjnego wymagają obecności lekarza, natomiast dron może przewozić krew. Będzie to robić jedna z polskich firm, są prowadzone prace w tym kierunku i testy w Białymstoku. Być może wkrótce po prawej stronie Wisły, między Szpitalem Praskim a Centrum Krwiodawstwa, będą latały drony z próbkami krwi – mówi Bogusław Bławat.

Polska w 2013 roku wprowadziła przepisy, które regulują komercyjne wykorzystywanie dronów, co umożliwiło rozwój całej branży. Jak podkreślają eksperci IBRKK i Instytutu Mikromakro w tegorocznym raporcie „Potencjał rynku systemów bezzałogowych w Polsce”, wprowadzenie kategorii statków bezzałogowych wraz z przejrzystą procedurą uzyskiwania uprawnień zaowocowało w krótkim czasie dużą liczbą świadectw kwalifikacji. Do marca 2017 roku wydano ich 4,2 tys., co daje Polsce miejsce w światowej czołówce. Dyrektor IBRKK podkreśla jednak, że dalszy rozwój branży dronów na polskim rynku warunkują zmiany legislacyjne.

Według aktualnego prawodawstwa amatorskie wykorzystanie dronów (do 25 kilogramów) w celach rekreacyjnych nie wymaga zezwoleń, o ile maszyna pozostaje w zasięgu wzroku pilota. Używanie ich w celach zarobkowych/ komercyjnych wymaga zdania państwowego egzaminu, uzyskania licencji i wykupienia ubezpieczenia OC. Do wykorzystywania dronów w różnych sektorach gospodarki potrzebne jest wprowadzenie szeregu szczegółowych przepisów.

– Przykładowo, dziś prawo geodezyjne nie dopuszcza pomiaru z drona jako uznanej metody dokonywania pomiaru obiektów. Przez to nie możemy na ich podstawie czynić wiarygodnych map – mówi Bogusław Bławat. – Część koniecznych zmian regulacyjnych dotyczy dopuszczenia dronów do przestrzeni miejskiej. Pomaga nam w tym Unia Europejska, która wprowadza zmiany dotyczące użycia dronów w tzw. U-space, czyli w obszarze miejskim o określonej wysokości lotu – dodaje.

UE pracuje nad stworzeniem i ujednoliceniem przepisów, które będą umożliwiać wykorzystanie dronów na szeroką skalę. Ramy dla prawa dronowego powinny powstać do 2019 roku.

– Szczęśliwie się złożyło, że w Polsce sektor dronowy znalazł wsparcie ze strony Ministerstwa Rozwoju, które pomogło w integracji tego środowiska. Powstało też stowarzyszenie pracodawców tego sektora – mówi Bogusław Bławat.

Narodowe Centrum Badań i Rozwoju ogłosiło w październiku wyniki pierwszego konkursu dla dronów i statków bezzałogowych. Program sektorowy INNOSBZ to jeden z elementów programu operacyjnego Inteligentny Rozwój. W pierwszym konkursie NCBiR oceniło pozytywnie 11 projektów, dla których łączna kwota dofinansowania sięgnęła 42 mln zł. Te środki zostaną przeznaczone na rozwój nowych technologii dronowych.

Obiektywy z wbudowaną lampą to nowy trend w fotografii. To rozwiązanie szczególnie przydaje się w przypadku obiektywów makro

Obiektywy z wbudowaną lampą to nowy trend w fotografii. To rozwiązanie szczególnie przydaje się w przypadku obiektywów makro 11

Miniaturyzacja źródeł świateł opartych na diodach LED pozwoliła wprowadzić do fotografii nowe, innowacyjne rozwiązania. Jednym z nich są obiektywy wyposażone we własne, wbudowane lampy doświetlające.

Do tej pory w przypadku fotografii makro jedynym w pełni skutecznym rozwiązaniem było stosowanie wyspecjalizowanych i zazwyczaj drogich lamp do tego typu zdjęć, montowanych wokół lub po obu stronach obiektywu. Jednak miniaturyzacja źródeł światła opartych na diodach LED pozwoliła na skonstruowanie obiektywów wyposażonych we własne, wbudowane lampy doświetlające.

– Mamy dwa obiektywy z wbudowaną lampą doświetlająca, wcześniej to był obiektyw 28 mm EF-M, który jest przeznaczony do użytku z aparatami kategorii bezlusterkowców z wbudowaną lampą LED. Drugi obiektyw to nowość, która niedawno pojawiła się na rynku, jest to obiektyw EF-S 35 mm również z wbudowaną lampą LED, która doświetla nam  plan w przypadku przede wszystkim zdjęć makro – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Woźniak z firmy Canon Polska.

Zdjęcia makro to specyficzna odmiana fotografii, która wyróżnia się między innymi tym, że zwykłe lampy błyskowe – te wbudowane w aparat i te zewnętrzne, montowane na tzw. gorącej stopce – nie zdają w niej egzaminu. Wszystko dlatego, że źródło sztucznego światła umieszczone z boku powoduje powstanie niepotrzebnych dodatkowych cieni na fotografowanych obiektach, a przez to psuje finalne zdjęcia. Tej wady pozbawione są obiektywy z wbudowaną lampą umieszczoną wokół przedniej soczewki.

– To oświetlenie znajduje się na końcu obiektywu, wbudowane w sposób stały, co powoduje, że jest w osi optycznej zdjęcia, które wykonujemy. Dzięki temu możemy oświetlić przedmiot z bliskiej odległości przy fotografii makro i uzyskujemy fotografię bezcieniową, lub też mamy wpływ na kształtowanie światłocieni – tłumaczy Robert Woźniak.

Dodatkowo wbudowana w obiektyw EF-S 35 mm lampa składa się z dwóch niezależnie sterowanych połówek, dzięki czemu możliwe jest ustawienie mocniejszego światła z dowolnej strony w stosunku do strony przeciwnej, wyłączenie jednej ze stron lub działanie obu połówek w ten sam sposób. Ten ostatni tryb najlepiej sprawdza się zwykle przy bezcieniowych fotografiach typu makro oraz… przy filmach wideo.

Oprócz tego zaletą nowego obiektywu jest także wydajny system stabilizacji.

– Obiektyw 35 mm makro ma hybrydową stabilizację obrazu, jest to hybrydowa stabilizacja optyczna, która znakomicie sprawdza się przy drganiach typowych dla trzymania aparatu w rękach, jak i przy fotografii makro, kiedy mamy tzw. drgania przesuwne, góra-lewo-prawo. Wtedy ta hybrydowość umożliwia uzyskiwanie ostrych zdjęć na dłuższych czasach naświetlania, możemy sobie również wyobrazić lepszą jakość stabilizacji obrazu przy filmowaniu – podsumowuje Robert Woźniak.

Brytyjczycy mają dwa lata na wypracowanie nowych umów handlowych z resztą świata. Największym wyzwaniem będzie porozumienie z UE

Brytyjczycy mają dwa lata na wypracowanie nowych umów handlowych z resztą świata. Największym wyzwaniem będzie porozumienie z UE 12

Trwają negocjacje w sprawie brexitu. W ciągu dwóch lat Wielka Brytania musi wypracować nowe porozumienie handlowe z Unią Europejską, co będzie najtrudniejszym punktem dwustronnych rozmów. W tym czasie brytyjski rząd będzie zmuszony renegocjować i podpisać na nowo 750 umów i kontraktów z blisko 170 państwami, żeby kraj mógł sprawnie funkcjonować na arenie międzynarodowej. Jeżeli ten termin okaże się zbyt krótki, najmocniej ucierpi na tym import i eksport.  

– Z punktu widzenia importu i eksportu, jeżeli Wielka Brytania nie poradzi sobie z podpisaniem i renegocjacją tak wielu umów, z uzgodnieniem preferencyjnej umowy handlowej z UE oraz wprowadzeniem unii celnej, brytyjscy konsumenci będą musieli się liczyć z podwyżką cen i mniejszą liczbą produktów dostępnych na rynku. Z kolei producenci nie będą chcieli zakładać fabryk w Wielkiej Brytanii ani wspierać handlu wewnętrznego i będą szukać lokalizacji dla swoich produkcji gdzie indziej – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marta Piech, starszy ekspert celny w firmie Rusak Business Services, która specjalizuje się w obsłudze celnej podmiotów gospodarczych.

Negocjacje dotyczące wyjścia Wielkiej Brytanii ze struktur Unii Europejskiej ruszyły 19 czerwca. To efekt ubiegłorocznego referendum, w którym za takim scenariuszem opowiedziało się 17,4 mln Brytyjczyków. Z końcem marca premier Theresa May oficjalnie uruchomiła art. 50 Traktatu Lizbońskiego, rozpoczynając procedurę brexitu.

– Zegar zaczął odmierzać dwuletni okres, w którym Wielka Brytania musi sobie poradzić z ustanowieniem własnej polityki handlowej oraz własnych zasad funkcjonowania w świecie międzynarodowego handlu. Pytanie, czy ten dwuletni okres jest wystarczający. Bardzo możliwe, że Wielka Brytania sobie poradzi, ale śmiem w to wątpić. Jest też możliwość przedłużenia tego dwuletniego okresu, ale muszą się zgodzić na to wszystkie kraje członkowskie UE. Ponadto, art. 50. stwarza też możliwość zejścia z tej ścieżki, co oznacza, że Wielka Brytania może jeszcze zrezygnować z opuszczenia UE. Wątpliwe jednak, że to zrobi –mówi Marta Piech.

Na opuszczenie unijnych struktur Wielka Brytania ma czas do marca 2019 roku, czyli dokładnie dwa lata. Brytyjski dziennik „Financial Times” ujawnił z końcem maja, że do tego czasu brytyjski rząd będzie musiał renegocjować co najmniej 759 umów i kontraktów handlowych ze 168 państwami. To niezbędne, żeby Wielka Brytania mogła bez przeszkód funkcjonować na arenie międzynarodowej po brexicie.

– Zdaniem optymistów Wielka Brytania przejdzie softbrexit i w ciągu dwóch lat zdoła uzgodnić nowe, lepsze umowy handlowe, na bardziej preferencyjnych warunkach niż te wynegocjowane przez UE. Z kolei przeciwnicy twierdzą, że będzie to hardbrexit, a Wielka Brytania nie poradzi sobie z tak wielkim natłokiem kwestii do ustalenia i uzgodnienia. Średni czas negocjacji pomiędzy UE a krajem trzecim wynosi od 4 do 9 lat. Wielka Brytania ma bardzo dużo umów, które musi renegocjować i podpisywać na nowo. Można wyobrazić sobie, jak wiele pracy czeka brytyjskich urzędników. Mówi się, że Wielka Brytania nie ma takiej liczby ekspertów, którzy byliby w stanie wykonać tak wielką pracę w tak krótkim czasie – mówi Marta Piech.

Gospodarcze i ekonomiczne skutki brexitu są trudne do przewidzenia. Eksperci szacują, że na rozwodzie Wielkiej Brytanii z Unią Europejską najbardziej ucierpi wspólny rynek (który dla Wielkiej Brytanii oznacza również dostęp do ponad 400 mln europejskich konsumentów). Dlatego dla brytyjskiego rządu kluczową sprawą będzie wynegocjowanie warunków nowego porozumienia handlowego z UE. Jednocześnie będzie to najtrudniejszy i najbardziej zapalny punkt rozpoczętych właśnie negocjacji.

– Wielka Brytania dąży do tego, aby uzgodnić lepszą umowę handlową z UE. Obie strony wystosowały odpowiednie instrukcje dotyczące tego, jak będą podchodzić do brexitu. Brytyjczycy opublikowali w styczniu swoje zasady. W odpowiedzi UE w odpowiedzi wystosowała swoje „guidelines”, których przewodnią myślą jest zasada „wszystko albo nic”. Unia od razu zaznaczyła, że Wielka Brytania nie będzie miała żadnej możliwości oddzielnego negocjowania warunków z poszczególnymi krajami Wspólnoty – mówi Marta Piech.

Jak podaje Eurostat, w 2016 roku państwa Unii Europejskiej odpowiadały za 47 proc. eksportu i 51 proc. importu Wielkiej Brytanii. Na brytyjskim rynku najwięcej sprzedają Niemcy (samochody i elektronika) oraz Hiszpania, która poza elektroniką dostarcza na brytyjski rynek także warzywa i owoce. Na Wyspy trafia ok. 6,5 proc. towarów wyprodukowanych w Polsce. Dla polskich i europejskich eksporterów, którzy nie wiedzą jeszcze, jak ukształtuje się współpraca w ramach wspólnego rynku po opuszczeniu struktur unijnych przez Zjednoczone Królestwo, brexit oznacza niepewność i konieczność poszukiwania całkiem nowych partnerów handlowych i alternatywnych kierunków eksportu.

W przyszłym roku ceny pamięci RAM mogą spaść nawet o połowę. Znacznie tańsze będą też dyski SSD

W przyszłym roku ceny pamięci RAM mogą spaść nawet o połowę. Znacznie tańsze będą też dyski SSD 13

Z powodu niedoboru komponentów na rynku utrzymują się wysokie ceny pamięci RAM i dysków SSD. Dyrektor regionalny Kingston Technology ocenia, że w przyszłym roku sytuacja się odwróci, a ceny mogą spaść nawet o połowę. Specjalizująca się w produkcji różnych typów pamięci firma coraz mocniej stawia też na branżę gamingową i zapowiada, że niedługo wprowadzi do oferty nowe kategorie produktów dla graczy. 

– Pamięci RAM i dyski SSD zachowują wysoką cenę, ponieważ mamy w tej chwili do czynienia z niedoborem, brakuje komponentów do produkcji tych produktów. Kilkanaście lat temu było 15 firm produkujących chipy do pamięci flash i pamięci RAM. Dzisiaj zostały cztery tego typu organizacje na świecie i jeśli któraś z nich ma jakieś kłopoty bądź świadomie chce pchnąć ceny w górę, wystarczy im zdobyć się na decyzję o zamrożeniu bądź czasowym zmniejszeniu produkcji. W momencie, w którym jest zbieżność interesów i wszyscy chcieliby uzyskać efekt wyższych cen na rynku, bardzo łatwo jest ten rynek kontrolować – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Paweł Śmigielski, dyrektor regionalny Kingston Technology.

Wysoki kurs dolara spowodował wzrost cen wielu podzespołów komputerowych, jednak ceny pamięci RAM i flash rosły zdecydowanie najszybciej. Ten trend utrzymywał się przez cały ubiegły rok i trwa do tej pory. Specjalizująca się w analizach tego rynku firma badawcza TrendForce podała, że w okresie od września do października 2016 roku średnia cena 4 GB pamięci DRAM zwiększyła się o 20 proc. (z 14,5 do 17,5 dol.), a wzrosty cena utrzymają się również w 2017 roku.

Ceny pamięci RAM rosną przez niewystarczającą ilość kości używanych do ich produkcji. Brak komponentów przekłada się na niższą podaż i wyższe ceny. Dyrektor regionalny Kingston Technology ocenia jednak, że już w przyszłym roku ceny powinny spaść, i to radykalnie.

– Przez cały 2016 rok aż do teraz mamy do czynienia z sytuacją, gdzie ceny pamięci idą w górę wskutek niedoboru komponentów. Uważamy, że ta sytuacja się odwróci, ponieważ kilku producentów stara się bardzo szybko zwiększyć możliwości produkcyjne, aby załapać się na to eldorado. Kiedy ceny pamięci są wysokie, firmy naturalnie chcą produkować ich więcej, co zaowocuje tylko tym, że w 2018 roku będziemy mieć nadprodukcję i ceny pamięci będą zjeżdżać po równi pochyłej. Za rok ceny dysków SSD, pamięci flash mogą być niższe o około 30–50 proc.– prognozuje Paweł Śmigielski.

Zarówno w Polsce, jak i na całym świecie Kingston ma około 50-procentowy udział w rynku w segmencie RAM (co zapewnia mu pozycję globalnego lidera), ale specjalizuje się także w produkcji różnych innych typów pamięci. Na początku tego roku firma oficjalnie zaprezentowała nową pamięć USB, oferującą największą obecnie na rynku pojemność 2 TB. Pendrive DataTraveler Ultimate Generation Terabyte to w tej chwili jedyny na świecie nośnik umożliwiający przechowywanie tak dużych plików.

– Ciągle dużym biznesem jest pamięci do komputerów, pamięci RAM. Ten segment rynku nie rośnie szczególnie szybko, ponieważ na świecie nie przybywa komputerów stacjonarnych. Bardzo szybko rosnącą częścią biznesu są za to pamięci do wszelkiego rodzaju urządzeń mobilnych, telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych, smartfonów, tabletów, do wszystkich urządzeń, które już nosimy, albo za moment zaczniemy ich używać – mówi Paweł Śmigielski.

Kingston zamierza w najbliższych latach skupić się na fundamentach swojego biznesu, czyli produkcji pamięci RAM, pamięci flash, USB i dysków SSD. Równolegle firma chce jednak dynamicznie rozwijać nowy segment, czyli produkty dla graczy. Koncern wyodrębnił spółkę HyperX, w której ofercie znalazły się m.in. słuchawki, klawiatury i myszy do gamingu. Wkrótce mają do nich dołączyć nowe kategorie produktowe.

Dyrektor regionalny Kingstona podkreśla, że gamingowy rynek rośnie w skokowym tempie, a firmy, które już teraz zaznaczą na nim swoją pozycję i będą kształtować gusta graczy, prześcigną konkurencję i w przyszłości łatwiej im będzie poszerzać portfolio w tym segmencie.

– Idziemy w kierunku gier. HyperX to nasza najszybciej rosnąca kategoria produktowa. Rynek graczy i gamingu rozwija się w takim tempie, w jakim nie rozwijała się żadna inna kategoria produktowa. Pracuję z Kingston 22 lata i nie pamiętam szybciej rosnącego biznesu. Wystarczy popatrzeć, ilu jest graczy, nie tylko nastolatków, którzy spędzają wiele godzin, grając w gry komputerowe: jedni na telefonach, inni na konsolach, a jeszcze inni na PC. Ludzie próbują znaleźć coś, co rozładowuje stres, zapewni im rozrywkę, zagospodaruje czas. Gry doskonale się do tego nadają. Ten rynek ma ogromny potencjał, wyraźnie to widzimy – podsumowuje dyrektor regionalny Kingston Technology.

Pokój hotelowy na własność zyskowną alternatywą dla lokaty bankowej. Na tej inwestycji można zarobić 10 proc. w skali roku

Pokój hotelowy na własność zyskowną alternatywą dla lokaty bankowej. Na tej inwestycji można zarobić 10 proc. w skali roku 14

Niskie oprocentowanie lokat bankowych i inflacja sprawiają, że Polacy masowo wycofują z nich pieniądze i szukają bardziej zyskownych form lokowania kapitału. Coraz popularniejszą alternatywą jest rynek nieruchomości, który jest w bardzo dobrej kondycji. Poza mieszkaniem na wynajem, biurami czy ziemią modne w ostatnich latach stały się aparthotele i condohotele, czyli mieszkania i apartamenty wakacyjne. Te pozwalają zarobić inwestorom od 6 do nawet 10 proc. w skali roku przy relatywnie niskim poziomie ryzyka. 

– Stopy zwrotu z lokat są w tej chwili bardzo niskie. Przy 2-procentowej inflacji przynosi to stratę kapitału. W tej chwili jedynie mieszkania wydają się sensowną alternatywą, dlatego duża część wycofywanych wkładów – a jest to ponad 11 mld zł w przeciągu roku – trafia na rynek nieruchomościowy. Część tych pieniędzy jest lokowana w aparthotelach i condohotelach – tłumaczy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Piotr Puchała, prezes zarządu firmy deweloperskiej Prestige.

Lokaty bankowe są stosunkowo bezpiecznym instrumentem finansowym. Jednak przy aktualnym, 1,9-proc. poziomie inflacji w ujęciu rocznym przynoszą straty, zwłaszcza że uzyskane z nich odsetki są dodatkowo obłożone 19-procentowym podatkiem od zysków kapitałowych (tzw. podatkiem Belki).

Miesiąc temu Expander, powołując się na dane NBP, podał, że w kwietniu Polacy wypłacili z lokat prawie 4 mld zł. To największy miesięczny spadek salda lokat od czterech lat. Według wyliczeń Expandera oprocentowanie lokaty powinno być wyższe niż 2,47 proc. aby nie przynosiła ona strat. Na rynku jest stosunkowo niewiele takich ofert – średnie oprocentowanie rocznych depozytów jest obecnie najniższe w historii. Dlatego Polacy coraz bardziej się do nich zniechęcają i szukają alternatywnych możliwości lokowania kapitału.

Długoterminowy najem mieszkań w dużym mieście może przynieść 4 proc. zysku w skali roku. Aparthotele i condohotele to 6–8 proc, a przy dobrym zarządzaniu nawet 10 proc. zwrotu z inwestycji w skali roku. Dla uproszczenia pomijamy koszty utrzymania tego mieszkania wynajęcia tego mieszkania, żeby pokazać proporcje. Rynek aparthoteli i condohoteli jest rynkiem dynamicznie rosnącym w tej chwili w Polsce. Nie ma tygodnia w którym nie dowiedzielibyśmy się o nowym projekcie wprowadzanym przez deweloperów – wskazuje Piotr Puchała.

Inwestycje w nieruchomości są niezmiennie od lat postrzegane jako relatywnie bezpieczna forma lokowania kapitału, która generuje przepływy w postaci dochodów z najmu albo zysk ze sprzedaży. Dobra kondycja tego rynku powoduje, że duża część Polaków rezygnuje z inwestowania w lokaty i fundusze, zwracając się ku nieruchomościom. Potwierdzają to statystyki – analitycy Reas oszacowali, że w ubiegłym roku popyt na mieszkania wzrósł o 20 proc., a ten rok również będzie dla deweloperów bardzo dobry pod względem sprzedaży.

Inwestycje w nieruchomości obejmują jednak nie tylko mieszkania na wynajem, biura czy grunty, ale coraz modniejsze w ostatnich latach aparthotele i condohotele, które mają wielu współwłaścicieli. Inwestycja polega na tym, że deweloper buduje hotel, a inwestorzy wykupują w nim na własność poszczególne apartamenty, które później wynajmują, czerpiąc z nich zyski. Całością zarządza wyspecjalizowany operator, który dba o wszystko: począwszy od promocji i marketingu, poprzez konserwację aż po pozyskiwanie nowych klientów i obsługę gości hotelowych.

To daje możliwość zarabiania bez aktywnego uczestnictwa inwestora. Można komuś powierzyć zarządzanie i zadowolić się lepszą stopą zwrotu. Te stopy są wysokie i przez długi czas jeszcze będą przewyższały zyski z lokat bankowych czy też długoterminowego najmu mieszkań w dużych aglomeracjach jak Warszawa, Poznań czy Kraków – ocenia prezes zarządu Prestige.

Wakacyjny wynajem apartamentu w condohotelu przynosi przychód 6–8 proc. zainwestowanej kwoty, ale rentowność takiej inwestycji może nawet sięgnąć 10 proc. rocznie. Wynika to z wyższych, dziennych stawek wynajmu w kurortach i miejscowościach atrakcyjnych turystycznie jak Międzyzdroje, Kołobrzeg, Karpacz czy Zakopane. Taka lokata kapitału jest bardziej rentowna niż wynajem długoterminowy w dużych miastach.

To prosty szacunek: ile można z danego mieszkania uzyskać w roku? Nie wnikając w sprawy podatkowe i koszty utrzymania: jeśli zainwestujemy 400 tys. zł w mieszkanie w Warszawie, możemy liczyć, że będziemy je wynajmować za 2 tys. zł miesięcznie. Prosto licząc, przychód z takiego mieszkania wynosi więc około 24 tys. zł rocznie. Nad morzem, gdzie sezon jest dosyć krótki, ale ceny bardzo wysokie, 100-dniowe obłożenie takiego mieszkania, na przykład w Międzyzdrojach, generuje przychód rzędu 35 tys. zł – wylicza Piotr Puchała.

Oprócz polskiego wybrzeża i gór, deweloperów przyciągają też Warmia i Mazury. Wysokość zysków jest uzależniona od długości sezonu turystycznego i stawek na lokalnym rynku oraz długości pobytów właścicielskich (czas, w którym właściciel apartamentu lub mieszkania sam w nim przebywa i nie jest ono wynajmowane). Posiadanie własnego mieszkania w górach czy nad morzem jest bowiem także gwarancją miejsca noclegowego na wakacje czy weekendowe wyjazdy.

Inwestycja w aparthotele i condohotele to wydatek w wysokości około 400 tys. zł, czyli mniej więcej tyle, ile kosztuje zakup mieszkania. To kwota, za którą można kupić około 40 mkw., w pełni wykończonych, zwykle o podwyższonym standardzie.

Prezes firmy deweloperskiej Prestige zauważa, że przy wyborze konkretnej inwestycji trzeba przede wszystkim kierować się bezpieczeństwem i dokładnie sprawdzić operatora hotelowego, który będzie nią zarządzał. Im większe ma on doświadczenie, tym większy i pewniejszy będzie zysk.

W przypadku zakupu aparthotelu takie mieszkanie jest chronione ustawą o ochronie praw nabywcy. Pieniądze deponujemy na rachunek powierniczy, a bank zwalnia środki wraz z postępem w budowie, co przekłada się na duże bezpieczeństwo. W condohotelach mamy do czynienia z mniejszym zakresem bezpieczeństwa, ponieważ pieniądze wpłacamy bezpośrednio na rachunek dewelopera. Z tego względu aparthotel można kupić już na wstępnym  etapie planów czy na początku realizacji. Przy condohotelach radziłbym kupować już istniejącą inwestycję . Jeżeli możliwy jest wgląd w wyniki, jakie osiągał condohotel: jakie są stopy zwrotu, ile było przychodu na poszczególny pokój w poprzednim okresie – wtedy bezpieczeństwo wzrasta, bo wiadomo jak inwestycja jest zarządzana – mówi Piotr Puchała.

Dla inwestorów prywatnych i instytucjonalnych aparthotele i condohotele są relatywnie bezpieczną formą lokowania i pomnażania kapitału, bardziej rentowną niż inne instrumenty. Jednak taka inwestycja jest atrakcyjna również dla deweloperów, którzy traktują ją jako dywersyfikację działalności i możliwość wejścia na rynek hotelowo-turystyczny, który notuje w Polsce rekordowe wzrosty. W latach 2006–2015 liczba turystów korzystających z usług hoteli wzrosła w Polsce o 86 proc., natomiast krajowa baza noclegowa zwiększyła się o 80 proc. Ze względu na atrakcyjne ceny, intensywne działania promocyjne i zagrożenie terrorystyczne w innych krajach Europy, Polska cieszy się coraz większą popularnością wśród krajowych i zagranicznych turystów.

Dziennie w wypadkach drogowych poszkodowanych jest 66 osób. Przyczyną jest często brak odpowiedniej edukacji kierowców

Dziennie w wypadkach drogowych poszkodowanych jest 66 osób. Przyczyną jest często brak odpowiedniej edukacji kierowców 15

Pod względem wypadków na liczbę przejechanych kilometrów i liczby ofiar śmiertelnych w wypadkach drogowych Polska plasuje się pod koniec europejskich rankingów. W 2016 roku w 33,5 tys. wypadków zginęło ponad 3 tys. osób. Wiele kolizji to konsekwencja słabej edukacji kierowców. Zwiększyć bezpieczeństwo na drogach pomagają nowoczesne technologie. W programie „Odpowiedzialni na drodze” wykorzystywane są symulatory jazdy, które w połączeniu z telemetrią pozwalają dobrać narzędzia szkoleniowe do zachowania konkretnego kierowcy.

– Statystyki policyjne pokazują, że dziennie w Polsce około 66 osób jest poszkodowanych w wypadkach drogowych. To duża liczba, choć rokrocznie tych wypadków drogowych jest coraz mniej, wciąż jest ich zbyt dużo. Każdy wypadek drogowy niesie za sobą reperkusje: administracyjne, ekonomiczne dla rodziny, ale i dla każdego z nas. Objawia się to zwiększeniem stawek ubezpieczeniowych, reperkusjami prawnymi, do tego dochodzi bardzo często zwolnienie kierowcy z pracy – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Gos z Akademii Bezpiecznej Jazdy, współinicjator kampanii „Odpowiedzialni na drodze”.

Z danych Komendy Głównej Policji wynika, że między 2006 a 2016 rokiem liczba wypadków drogowych znacząco spadła. W ubiegłym roku doszło do ponad 33 tys. wypadków, w których zginęło nieco ponad 3 tys. osób (dla porównania w 2006 roku w blisko 49 tys. wypadków zginęło ponad 5 tys. osób). Łącznie w ciągu dekady zginęło 40 tys. osób. Z raportu Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu (ETCS) wynika, że choć wypadków jest coraz mniej, na tle Europy wyglądamy kiepsko. Pod względem liczby ofiar śmiertelnych gorzej jest tylko w Rumunii, Bułgarii i Łotwie. Pod względem wypadków na liczbę przejechanych kilometrów zajmujemy zaś niechlubne pierwsze miejsce.

 Długoletnia praktyka przekazywania wiedzy kierowcom przez różne ośrodki i instytucje wskazuje, że nie do końca spełniają one swoją rolę. Przyszedł czas na wymuszenie takich działań, które będą mogły bezpośrednio i poprawnie oddziaływać na każdego z kierowców posiadających wcześniejszą edukację. Przyszedł czas, aby do tych działań wykorzystać najnowsze technologie – przekonuje ekspert.

Zdaniem Gosa w Polsce problemem jest nie tylko duża liczba kierowców prowadzących pojazdy pod wpływem alkoholu czy środków odurzających, ale brak odpowiedniej edukacji. Stąd inicjatywa „Odpowiedzialni na drodze”, która stawia na edukację praktyczną kierowców, nie tylko uczenie się na pamięć przepisów.

– Możemy stworzyć koszyk potrzeb dla każdego kierowcy, z doświadczeniem i bez, inaczej mówiąc normalny wzór szkolenia pilotów. Każdy z kierowców po takim szkoleniu na symulatorze ma określone predyspozycje do bycia niebezpiecznym lub bezpiecznym kierowcą. Nieprawdą jest, że wszyscy jesteśmy niebezpiecznymi kierowcami – prawda jest taka, że jesteśmy słabo edukowani – tłumaczy Krzysztof Gos.

Na zwiększenie bezpieczeństwa kierowców pozwala telemetria. Technologia opiera się na danych pozyskanych m.in. z GPS, czy magistrali komunikacyjnej CAN pojazdu, odczytuje informacje o obrotach silnika, przyspieszaniu, hamowaniu czy gwałtownych skrętach pojazdu. W ten sposób diagnozuje sposób prowadzenia samochodu przez danego kierowcę, analizuje wyniki, wyznacza te obszary, które można byłoby poprawić, a następnie dopasowuje odpowiednie narzędzia szkoleniowe.

 Telemetria połączona z ultranowoczesnym symulatorem pozwala nam w bardzo krótkim czasie zdiagnozować i zniwelować problemy u kierowców. Program „Odpowiedzialni na drodze” składa się z trzech etapów: pierwszym jest diagnostyka oraz szkolenie indywidualne kierowcy z wykorzystaniem symulatora, następnym jest jazda w ruchu miejskim z zaawansowaną technologią telemetryczną, ostatnim etapem jest szkolenie z wykorzystaniem ekspertów ds. bezpieczeństwa i techniki jazdy – wymienia ekspert Akademii Bezpiecznej Jazdy.

Taka edukacja jest konieczna, zwłaszcza że jak wskazują statystyki, najczęstszą przyczyną wypadków na prostej drodze jest niedostosowanie prędkości do warunków panujących na drodze. Często zbyt bliska jest też odległość między pojazdami.

– Niejednokrotnie widzimy na drogach szybkiego ruchu, że kierowcy przy prędkości 130 km/h jadą w odległości 5 metrów. Podczas gwałtownego hamowania kierowca jadący za pojazdem często ulega wypadkowi. Przy takiej prędkości, w ciągu jednej sekundy przemieszczamy się o około 36 metrów – analizuje współinicjator kampanii „Odpowiedzialni na drodze”.

Niebezpieczne zdarzenia drogowe mają poważne skutki ekonomiczne, obejmujące m.in. koszty leczenia ofiar wypadku, wypłaty rent, także koszty dla całej gospodarki, czyli zwolnienia lekarskie, kalectwa i śmierć. Jak szacuje Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego, tylko w 2015 roku koszty społeczne wypadków i kolizji drogowych przekroczyły 48 mld zł. Coraz częściej aspekty finansowe związane z wypadkami zauważają firmy.

– Wiele firm zauważyło pozytywne elementy naszego programu i zaczynają inwestować w szkolenia kierowców – mówi Krzysztof Gos.

Program „Odpowiedzialni na drodze” to inicjatywa firm DuPont, Cartrack i Akademii Bezpiecznej Jazdy GOS.

Egipt ponownie staje się ulubioną destynacją turystyczną Polaków. Zainteresowanie wyjazdami wzrosło w ciągu roku niemal dwukrotnie

Polscy turyści wracają do Egiptu. Jeszcze kilka lat temu co roku wyjeżdżało tam 600 tys. osób. Zawirowania polityczne spowodowały, że liczba chętnych na wakacje w tym regionie spadła. Jak pokazują jednak tegoroczne dane biur podróży, Egipt wraca do łask. Dynamika wzrostu sprzedaży wycieczek do tego kraju przekracza 90 proc. względem 2016 roku. Jak przekonują przedstawiciele władz Egiptu, kurorty turystyczne są bezpieczne, dodatkowo wdrażany jest też system ochrony lotnisk.

 W ostatnich latach notowaliśmy spadek liczby turystów z Polski, ale powoli zaczynają oni do nas wracać. W latach przed rewolucją Polska była trzecim krajem, z którego najliczniej przyjeżdżali do nas turyści. Odwiedzało nas ponad 600 tys. Polaków rocznie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Khaled Fouda, gubernator regionu Południowego Synaju.

Egipt był tradycyjnie najpopularniejszym kierunkiem wakacyjnych podróży. Jeszcze kilka lat temu co trzecia osoba planująca zagraniczne wakacje wybierała właśnie ten kraj. Sytuacja zmieniła się po wydarzeniach Arabskiej Wiosny i zamachach terrorystycznych w północnej Afryce.

– Problemy były kilka lat temu, w czasie rewolucji, ale teraz jest już spokojnie i sytuacja wraca do normy – przekonuje Fouda.

W tym roku Egipt jest jednym z kierunków, które notują największe wzrosty. Z ostatniego raportu Polskiego Związku Organizatorów Turystyki, przygotowanego na podstawie danych z systemu MerlinX, wynika, że w pierwszej dwudziestce najpopularniejszych wakacyjnych destynacji znajdują się dwa egipskie kurorty (Hurghada i Marsa Alam, odpowiednio na 14. i 18. miejscu). W maju dynamika wzrostu sprzedaży wakacji w Egipcie przekraczała 90 proc. względem ubiegłego roku.

W ostatnich dwóch miesiącach sprzedaży nie sprzyjały zamachy na koptyjskie kościoły w północnym Egipcie oraz sprawa tajemniczej śmierci polskiej turystki. Jednak eksperci Instytutu Badań Rynku Turystycznego TravelDATA podkreślają, że ten wpływ już wygasł. Wyjazdom w ten region sprzyjają za to niższe niż przed rokiem ceny.

– W Egipcie jest wiele różnych atrakcji. To gwarantowana pogoda przez cały rok, poza tym ciepłe morze i wspaniałe zabytki, których nie ma nawet w Grecji –tłumaczy gubernator Południowego Synaju.

Egipt przyciąga turystów tradycyjnie piramidami i Sfinksem, ale zabytków jest znacznie więcej. W tym roku misja archeologiczna odkryła w Luksorze 66 posągów Sechmet, bogini wojny, chorób i zemsty. Z kolei w przyszłym roku ma zostać otwarte Grand Egyptian Museum, największe na świecie muzeum starożytności w Kairze.

 Mamy też bardzo szeroką ofertę turystyczną: safari, akweny do nurkowania i snorkelingu. W naszych miejscowościach turystycznych każdy znajdzie coś dla siebie. Rozwija się turystyka religijna i kongresowa – wymienia Ahmed Abdalla, gubernator regionu Morza Czerwonego.

Jak przekonują przedstawiciele Egiptu, mimo zawirowań politycznych i niepokojów ich kraj jest dla turystów bezpieczny.

– Nie ma żadnego zagrożenia dla turystów w Szarm el-szejk czy w Hurghadzie. Także lotniska w tych miastach są dobrze zabezpieczone – mamy nowoczesne systemy, które ułatwiają szczegółowe kontrole – wskazuje Khaled Fouda.

– Szarm el-Szejk jest bardzo bezpieczne. Lotnisko zostało zmodernizowane i ma najnowocześniejsze systemy zabezpieczeń. Ludzie, którzy przyjeżdżają do nas odpocząć, mogą się czuć tu bezpiecznie. Można bez obaw spacerować nawet w środku nocy – przekonuje Ahmed Abdalla.

Jeszcze w ubiegłym roku w Egipcie rozpoczęto wdrażanie nowoczesnego systemu ochrony lotnisk. Instalowany jest system do biometrycznego kontrolowania dokumentów pracowników portów lotniczych w Hurghadzie i w Szarm el-Szejk. Na szkolenia i rozwój systemu bezpieczeństwa na lotniskach kraj już wydał 42 mln dol.

10 kwietnia w Egipcie wprowadzono stan wyjątkowy, istnieje też ryzyko zamachów terrorystycznych. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże do Egiptu, z wyjątkiem wyjazdów grupowych do miejscowości turystycznych.

Polacy piją coraz więcej wina wysokiej jakości. Hitem ostatnich lat są wina mołdawskie

Polacy piją coraz więcej wina wysokiej jakości. Hitem ostatnich lat są wina mołdawskie 16

Systematycznie rośnie sprzedaż wina. Choć z 7 litrami spożycia na osobę Polska jest daleko za światową czołówką, to powoli goni winiarskie potęgi. Dużą rolę w popularyzacji tego trunku odgrywają dyskonty, jednak coraz więcej Polaków szuka win wytrawnych lepszej jakości. Coraz większą popularnością cieszą się wina mołdawskie. Do Polski trafia nawet co czwarta butelka wina wyprodukowana w Mołdawii.

– Rynek win w Polsce szybko się to zmienia. Wino konkuruje z takimi trunkami jak piwo i wódka. Kilka lat temu nie było na to szans, dzisiaj widzimy, że Polacy piją coraz więcej wina, kiedyś było to 1,5 litra, teraz 4 litry, w całości ok. 7 litrów wina. Rynek wina jest rozwojowy, nie ma ryzyka finansowego, wino się rozwija i nie ma wewnętrznych ani zewnętrznych przeszkód, które mogłyby go zatrzymać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Witold Franczak, wiceprezes firmy Partner Center, dystrybutora win importowanych.

W międzynarodowych rankingach Polacy pod względem spożycia wina wciąż są w tyle Europy (35. miejsce). Francuzi wypijają rocznie 45 litrów wina (15 razy więcej), niewiele mniej Portugalczycy (42 litry) czy Włosi (37 litrów). Rynek rośnie jednak w siłę. Jak wynika z raportu KPMG, od 2004 roku do 2015 roku sprzedaż win gronowych, zarówno spokojnych, jak i musujących, wzrosła w Polsce o 56 proc. Jeszcze 3 lata temu przeciętny Polak wypijał 3 litry wina. Obecnie, wedle różnych szacunków, to od 5,5 do 7 proc. (łącznie z winami owocowymi).

– Polacy piją dwa razy więcej wina, niż pili. W ostatnich miesiącach ten przyrost jest jeszcze większy, około 9–11 proc., zostały wprowadzone nowe wina wytrawne, następuje zmiana w piciu win półwytrawnych i półsłodkich na rzecz półwytrawnych. Idziemy w dobrym kierunku, konsumpcja zmienia się w tym kierunku, w którym każdy kraj, w którym nie rosną winogrona, musiał przejść – ocenia Franczak.

Jak podkreśla ekspert, większa popularność win, to w dużej mierze efekt ich sprzedaży w dyskontach. Zwłaszcza że jak wynika z danych GFK, najważniejszym kanałem (w ujęciu wartościowym), w którym gospodarstwa domowe zaopatrują się w wino, są sklepy dyskontowe jak Biedronka czy Lidl (39 proc. wartości wszystkich zakupów win gronowych).

– Nastąpiło przesunięcie konsumpcji wina do małych miejscowości i na wieś. Dużą rolę we wprowadzeniu win na wsi odegrała Biedronka, wprowadziła ona te wina, których ci ludzie nigdy nie mogli wypić i znaleźć w dobrej cenie. Jest to praca importerów i sieci, to daje efekty, których nie spodziewali się analitycy – tłumaczy wiceprezes Partner Center.

Jednocześnie coraz więcej Polaków kupuje wina świadomie, sięga po wytrawne, dopasowuje je do potraw czy pór roku. To efekt większej świadomości.

– Polacy dojrzeli do wina, wyjeżdżają do krajów produkujących wino, głównie krajów Morza Śródziemnego i Morza Czarnego. Wino promowane jest przez dziennikarzy, w filmach, w gazetach. Do tego nastąpiła zmiana stylu życia, Polacy zaczęli żyć spokojniej, zaczęli szukać przyjemności, połączyli jedzenie z winem – przekonuje ekspert.

Większa jest też kultura picia alkoholu. Częściej po trunek sięgają smakosze, którzy są w stanie zapłacić za butelkę znacznie więcej. Partner Center, dystrybutor importowanych win, od lat wyznacza kierunki na polskim rynku, inspiruje zachowania konsumentów. Aktywnie uczestniczy w kreowaniu kultury spożywania alkoholu poprzez integrację ze światem nauki i sztuki.

– Przez 26 lat firma Partner Center była trendsetterem rynku. Wyprzedzamy rynek, pomagamy w rozwoju kultury, jesteśmy sponsorami festiwali, pomagamy artystom, teatrom – podkreśla Franczak.

Firma została wyróżniona nagrodą kapituły TERAZ POLSKA! w kategorii Usługa, import i dystrybucja win butelkowanych. Dobrze przyjęte przez Polaków zostały kolekcje win Dor i win mołdawskich.

Liczba nieszczepionych dzieci w Polsce rośnie. Lekarze apelują do rodziców, by nie wierzyli w nieprawdziwe teorie o szkodliwości szczepionek

Liczba nieszczepionych dzieci w Polsce rośnie. Lekarze apelują do rodziców, by nie wierzyli w nieprawdziwe teorie o szkodliwości szczepionek 17

Coraz silniejsze ruchy antyszczepionkowe przekonują, żeby nie szczepić dzieci z uwagi na zdarzające się niepożądane odczyny poszczepienne (NOP). Lekarze są jednak zdania, że dużo bardziej niebezpieczne są choroby i powikłania po nich niż NOP. Zapewniają, że szczepionki są sprawdzone, bezpieczne i skutecznie chronią dziecko przed wieloma groźnymi chorobami. Mimo to liczba nieszczepionych dzieci rośnie. Resort zdrowia rozważa wprowadzenie systemu rekompensat za ewentualne niepożądane odczyny poszczepienne.

Eksperci w dziedzinie epidemiologii podkreślają, że liczba niezaszczepionych dzieci wzrasta od 2010 r. Wtedy od obowiązku szczepienia uchyliło się 2437 osób. W ubiegłym roku było to już około 23 tys. Z popularnymi mitami dotyczącymi szczepień można się spotkać na każdym kroku, co wzbudza nieufność i wątpliwości niektórych rodziców. Lekarze jednak uspokajają.

– Światowy Komitet ds. Bezpieczeństwa Szczepień na podstawie wszystkich dostępnych źródeł przewiduje, czy szczepionka jest w dalszym ciągu bezpieczna, czy też nie jest. Nad bezpieczeństwem szczepień czuwają nie tylko firmy farmaceutyczne, lecz także ośrodki, które badają tzw. pokliniczne profile bezpieczeństwa szczepień – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska, kierownik Kliniki Immunologii w Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.

Od kilku lat narasta konflikt pomiędzy zwolennikami rozbudowy programu szczepień obowiązkowych a przeciwnikami takiego kroku. Z jednej strony podkreśla się konieczność zapobiegania chorobom zakaźnym, zapewnia o bezpieczeństwie i skuteczności szczepień, a z drugiej strony padają argumenty podważające zasadność takich działań i wskazuje się na ryzyko występowania niepożądanych odczynów poszczepiennych (NOP).

– Zaufanie do szczepionek można budować, poświęcając dostateczny czas na przekonanie nieprzekonanych w oparciu o badania naukowe, że szczepienia są bezpieczne. Jako lekarze rozumiemy, że rodzice mają wiele obaw, czy szczepionka jest naprawdę konieczna. Wiemy, że wielu nieprzekonanych rodziców nie zdołamy przekonać, oni w dalszym ciągu będą podlegali wpływom wypowiedzi, które znajdują na Facebooku czy na Twitterze – mówi prof. Ewa Bernatowska.

Z przeprowadzonego w ubiegłym roku badania ARC Rynek i Opinia wynika, że dziewięciu na dziesięciu rodziców popiera szczepienie dzieci. 6 proc. deklaruje, że jest przeciwko, ale uważa, że dzieci należy szczepić. Co trzeci badany wskazał, że obawia się komplikacji po szczepionkach skojarzonych (wieloskładnikowych) takich jak autyzm czy porażenie.

– Obecny rząd myśli o tym, aby jakoś rodzicom rekompensować to, że szczepienia łączą się z dyskomfortem – zachorowaniem dziecka, bólem czy wręcz koniecznością hospitalizacji. Tego typu zdarzenia mogą mieć miejsce. Wiemy, że dziecko może gorączkować, mieć biegunkę – my nie rozstrzygamy, czy jest to po szczepieniu, czy nie, ale następuje to w momencie szczepienia – mówi prof. dr hab. n. med. Ewa Bernatowska.

Otwarta pozostaje kwestia budowy systemu odszkodowawczego za NOP. Dziś dochodzenie odszkodowania i zadośćuczynienia za szkodę spowodowaną NOP odbywa się na zasadach ogólnych przed sądem powszechnym w trybie postępowania cywilnego jako roszczenie wobec podmiotów odpowiedzialnych za powstanie tej szkody. W maju minister zdrowia Konstanty Radziwiłł powiedział, że resort rozważa wprowadzenie systemu odszkodowawczego za NOP. Zapewnił jednak, że poważne przypadki takich odczynów zdarzają się niezwykle rzadko.

W Polsce szczepienia dzieci są obowiązkowe, co wynika bezpośrednio z przepisów prawa, a terminy szczepień obowiązkowych reguluje rozporządzenie Ministra Zdrowia. Jednak zawsze przed podaniem szczepionki dziecko powinno być dokładnie zbadane przez lekarza. Rodzic powinien też przed szczepieniem przeczytać ulotkę dołączoną do preparatu.

– Jeżeli chodzi o szczepionkę przeciwko HPV, która zawiera adiuwanty, o których się mówi, że mogą powodować niepożądane odczyny poszczepienne, jest stosowana od 2006 roku i mniej więcej co roku przeglądane są wszystkie doniesienia dotyczące bezpieczeństwa tej szczepionki. Nie ma żadnego związku między szczepieniem a występowaniem takich chorób, jak na przykład uogólniony zespół bólowy. Szczepionki te w żadnym wypadku nie uszkadzają mózgu, jak niektórzy opisywali – tłumaczy prof. Ewa Bernatowska.

Janet Yellen nie przewiduje kolejnego kryzysu za naszego życia

Bardzo odważna wypowiedź szefowej FED na temat kryzysów gospodarczych. Banki w USA gotowe na ewentualne zawirowania. Rośnie optymizm we Francji.

Brak kryzysów na horyzoncie?

Zdarzają się prognozy w przypadku, których już w momencie ich tworzenia wiadomo, że są bardzo odważne. Wiadomo również, że są szybko notowane, bo będzie dobra okazja by je wypomnieć. Taką myśl popełniła właśnie prezes FED. Janet Yellen mówiąc o możliwym kolejnym kryzysie powiedziała, że fakt, że nie będzie go w ogóle jest prawdopodobnie zbyt daleko idący, ale wyraziła nadzieję, że za naszego życia to się nie wydarzy. Warto zwrócić uwagę, że Pani Janet Yellen już 70 lat. Z jednej strony to dużo, ale ostatnie duże kryzysy miały miejsce w latach 2000 i 2008. Jeżeli zadziała statystyka powinna nie tylko dożyć kolejnego, ale również zrobić to na obecnym stanowisku, a wtedy z pewnością ta wypowiedź nie raz jeszcze zostanie wypomniana.

Dobre wyniki stress testów amerykańskich banków

Na rynek trafiły wyniki prowadzony testów co by się stało z amerykańskim systemem bankowym w przypadku pojawienia się kolejnej fali kryzysu. System bankowy jest silnie dokapitalizowany przez ostatnie lata ograniczonej wypłaty dywidend. Test wypadł pomyślnie, jednak były również analizowane scenariusze w których w przypadku globalnej recesji wiele banków gwałtownie zmniejszać swoją wypłacalność. Dane te spowodowały wzrost optymizmu i wzrosty na amerykańskiej giełdzie. Gorzej wypadł natomiast dolar, który kolejny dzień traci. Na początku tygodnia wielu analityków uważało poziom na EURUSD 1,13 za nieprzekraczalny. Od rana oglądamy już nawet 1,14 a ruch trwa.

Rosną nadzieje we Francji

Po wygranych przez Emmanuela Macrona wyborach prezydenckich oraz wspieraną przez niego formację wyborach parlamentarnych rośnie optymizm w biznesie. Indeks nastrojów gospodarczy wzrósł do 108 punktów. To 5 punktowy wzrost od maja. Spadają obawy o poziom bezrobocia oraz inflacji. Rośnie ocena standardu życia a większość gospodarstw deklaruje, że w ciągu roku będą w stanie oszczędzać. Nie jest to oczywiście wpływ działań obecnego prezydenta, gdyż jest on za krótko na stanowisku. Warto natomiast zwrócić uwagę, że przy takim poziomie optymizmu szybko powinno się to przełożyć na konsumpcję i inwestycje co będzie widać w twardych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

OVH pozyskuje 400 milionów euro, aby kontynuować swoją strategię rozwoju

OVH, europejski lider usług w chmurze, ogłasza pozyskanie finansowania w wysokości 400 milionów euro w konsorcjum bankowym składającym się z 9 instytucji. Operacja ta pozwoli grupie wzmocnić swoją strukturę finansową w celu kontynuowania strategii globalnej ekspansji w ciągu 5 kolejnych lat.

Grupa OVH, która od założenia w roku 1999 odnotowuje stały wzrost, związany z przyjętą strategią rozwoju, otrzymała wsparcie od konsorcjum bankowego w postaci linii kredytowej RCF w wysokości 400 milionów euro.

OVH posiada dziś 270 000 serwerów zainstalowanych w 20 centrach danych zlokalizowanych w 5 krajach, w tym w Ameryce Północnej, w Europie i w Azji. Grupa dostarcza usługi w chmurze w modelach prywatnym, publicznym i hybrydowym dla ponad miliona klientów na całym świecie, generując obrót bliski 400 milionom euro w roku budżetowym 2016/2017.

Nowa inwestycja pozwoli OVH na kontynuowanie strategii globalnej ekspansji, rozpoczętej jesienią 2016 roku poprzez wkład funduszy KKR i Towerbrook do kapitału grupy w wysokości 250 milionów euro. Europejski lider rozwiązań cloud computing ogłosił ambitny plan rozwoju oraz inwestycji w wysokości 1,5 miliarda euro.

Grupa zapoczątkowała już realizację planu globalnej ekspansji przede wszystkim otwierając kolejne centra danych w nowych lokalizacjach geograficznych. Otwarto trzy centra danych: w Australii, w Singapurze i w Polsce. Trwa budowa kolejnych centrów danych – w Niemczech i w Wielkiej Brytanii. Dwa centra danych zostaną wkrótce otwarte również w Stanach Zjednoczonych, gdzie OVH założyło nową spółkę w 2017 roku.

Nicolas Boyer, Chief Financial Officer grupy OVH, wskazuje: ”Nowe finansowanie zapewnia nam wsparcie jeszcze silniejszej grupy banków, które podtrzymują zaufanie w przyjętą strategię grupy oraz w jej pozycję na świecie. Wejście do tego konsorcjum amerykańskiego banku inwestycyjnego JP Morgan odzwierciedla naszą pozycję międzynarodowej firmy oferującej chmurę obliczeniową. Będziemy kontynuować wdrażanie naszego planu strategicznego poprzez rozwój na arenie międzynarodowej, konsolidację naszej pozycji na rynku cyfrowym, przyspieszenie wzrostu w segmencie klientów korporacyjnych oraz wzmocnienie i kształtowanie naszej organizacji, aby czerpać jak najwięcej korzyści z potencjału, jaki oferuje rynek.”

Operacja była koordynowana przez Société Générale Corporate & Investment Banking, które towarzyszy OVH od 2014 roku.

Organizatorami i liderami linii kredytu konsorcjalnego są BNP Paribas, Groupe Crédit Agricole, HSBC France oraz Société Générale Corporate & Investment Banking. 

Uczestnikami są JPMorgan Chase Bank N.A. (Paris Branch), CIC Nord Ouest oraz Banque Commerciale du Marché Nord Europe.

Czy polscy przedsiębiorcy powinni bać się cyberataków?

  • W wyniku ostatnich działań hakerów sparaliżowane zostały firmy i instytucje w całej Europie; najbardziej ucierpiała Ukraina.
  • Cyberataki oznaczają dla przedsiębiorstw wielomilionowe straty związane z przerwaniem pracy, odszkodowaniami za wyciek poufnych danych, a nawet z żądaniami okupu.
  • Ten do tej pory tylko teoretyczny problem nabrał realnego kształtu i może spowodować zmianę w postawie także polskich przedsiębiorców.

W ostatnich dniach Europa musiała stawić czoła zmasowanemu atakowi hakerów. Ich działania najdotkliwiej odczuła Ukraina, gdzie zaatakowane zostały m.in. systemy bankowe i telekomunikacyjne, lotniska, metro oraz elektrociepłownie. Wiele wskazuje na to, że cyberataki nie ominęły także Polski – firmy zgłaszały problemy z działaniem sieci informatycznej i przepraszały swoich klientów za utrudnienia. Po wielu latach bagatelizowania zagrożenia, problem okazał się na tyle realny, że polski rząd zdecydował się na zwołanie posiedzenia zespołu zarządzania kryzysowego.

Polskie firmy nie boją się hakerów

Do tej pory, polscy przedsiębiorcy nie byli zainteresowani ochroną przed tego typu zagrożeniami, co najlepiej widać w branży ubezpieczeniowej. Zarówno towarzystwa ubezpieczeniowe, jak i właściciele firm bagatelizowali problem, o czym świadczy uboga oferta produktów mających na celu zabezpieczenie przed cyberatakami oraz niski popyt na tego typu usługi.

Cyberataki są obecnie traktowane przez klientów tak samo wirtualnie, jak środowisko, w którym występują. Zarówno sam fakt ich wystąpienia, jak i konsekwencje, z którymi trzeba się uporać, wydają się tak odległe i nieprawdopodobne, że aż nierealne. Świat ubezpieczeń opiera się niestety na lęku. Nie ma lęku – nie ma potrzeby, nie ma potrzeby – nie ma produktu. Po wydarzeniach podobnych do tych m.in. na Ukrainie podejście klientów, a w odpowiedzi skromna obecnie oferta produktowa powinny ulec zmianie – mówi Michał Kwasek z ANG Spółdzielni Doradców Kredytowych.

Paraliż systemu to wielomilionowe straty dla przedsiębiorców

Większość współczesnych przedsiębiorstw opiera się na systemach informatycznych, w których przechowywane są wszystkie dane firmy oraz ich klientów. Tego typu dane są niezwykle cenne, o czym doskonale wiedzą hakerzy. Ich wyciek może oznaczać dla przedsiębiorstwa katastrofę – zarówno wizerunkową, jak i finansową. Poszkodowani będą zgłaszać się po odszkodowania, a pracownicy nie będą mogli wykonywać swojej pracy. Często zdarza się, że hakerzy żądają okupu za przywrócenie systemu do normalnego stanu lub za nie ujawnienie poufnych informacji. Takie konsekwencje oznaczają nawet wielomilionowe straty dla dużych przedsiębiorstw i trudne do oszacowania straty wizerunkowe.

Produkty chroniące przed skutkami cyberataków powinny więc w najbliższym czasie zyskać na znaczeniu. Głównym problemem związanym z przygotowaniem oferty takiego ubezpieczenia jest trudność w oszacowaniu możliwych strat. Nie mniej jednak, oczekujemy ożywienia w branży – wzbogacenia oferty towarzystw ubezpieczeniowych i zwiększenia popytu na ubezpieczenie od skutków działań hakerów – dodaje Michał Kwasek.

Umowa renty dożywotniej i klauzula „trzech siódemek”

Przenosząc prawo własności lokalu lub domu, względnie spółdzielcze własnościowe prawo do lokalu, bardzo często zastanawiamy się w jaki sposób zabezpieczyć zapłatę ceny. Może się bowiem zdarzyć, że nabywca będzie zwlekał z uiszczeniem należnej nam kwoty. W takim przypadku warto skorzystać z art. 777 § 1 pkt 4 Kodeksu postępowania cywilnego. Małgorzata Rosińska, Kierownik Działu Prawnego Funduszu Hipotecznego DOM, wyjaśnia w jaki sposób interpretować ten przepis.

Art. 777 § 1 pkt 4 Kodeksu postępowania cywilnego najczęściej znajduje zastosowanie w umowie sprzedaży. Z powodzeniem może być jednak stosowany także w innych umowach, w których dłużnik zobowiązał się do uiszczenia wierzycielowi oznaczonej sumy pieniężnej. Dla przykładu w akcie notarialnym obejmującym umowę o dożywocie lub umowę renty odpłatnej nabywca może poddać się egzekucji w zakresie zapłaty comiesięcznych świadczeń, w kwocie uzgodnionej ze zbywcą. Taka sytuacja ma miejsce w przypadku umów stosowanych w Funduszu Hipotecznym DOM.

Co to oznacza w praktyce?

Jeśli nabywca nieruchomości spóźni się z wypłatą renty, chociażby o jeden dzień, jej dotychczasowy właściciel może wystąpić do sądu o nadanie aktowi notarialnemu tzw. klauzuli wykonalności (zgodnie z przepisami sąd nadaje taką klauzulę niezwłocznie, nie później niż w terminie 3 dni), po czym zwraca się bezpośrednio do komornika, by ten wyegzekwował należne mu pieniądze. Jest to najprostszy i najszybszy sposób dochodzenia roszczeń. Atrakcyjne – z punktu widzenia wierzyciela – są również koszty tzw. postępowania klauzulowego. Zgodnie z art. 71 ustawy z dnia z dnia 28 lipca 2005 r. o kosztach sądowych w sprawach cywilnych opłata sądowa wynosi 50 zł.

Gospodarka napędzi wyniki polskich spółek

  • Koniunktura gospodarcza w Polsce i strefie euro się poprawia. Rośnie produkcja i konsumpcja.
  • Wyższa sprzedaż pomoże najlepszym polskim spółkom wypracowywać lepsze wyniki finansowe i niwelować wzrost kosztów pracy, cen surowców oraz umocnienie się złotego.
  • Prognozujemy, że spółki z GPW zwiększą swoje zyski o średnio kilka procent.

W 2017 roku polska giełda w ładnym stylu powróciła do europejskiej czołówki. Zgodnie z naszymi oczekiwaniami w ostatnich miesiącach prym wiodły duże spółki. Od lokalnego dołka w listopadzie ubiegłego roku WIG20 urósł o ponad 30% – znacznie bardziej niż indeksy GPW grupujące spółki o średniej i małej kapitalizacji. To efekt m.in. napływu zagranicznego kapitału oraz funduszy typu ETF inwestujących w Polsce, ale także dużego popytu na największe spółki ze strony inwestorów instytucjonalnych.

Obecnie skłaniamy się coraz bardziej ku giełdowym „misiom”. Choć akcje wielu z nich znacznie już podrosły, a ich ceny są już nieco powyżej długoterminowych średnich, widzimy w tym segmencie przestrzeń do dalszych wzrostów. Jest jeden warunek – w najbliższych kwartałach spółki muszą pokazać dobre wyniki finansowe.  

Większy potencjał „misiów” dzięki ożywieniu w gospodarce

Na pierwszy rzut oka może się wydawać, że otoczenie nie sprzyja mniejszym spółkom. Powodem do zmartwień wielu przedsiębiorstw jest wzrost kosztów pracy, który wynika z podniesienia wynagrodzenia minimalnego i najniższego od 1991 roku bezrobocia. Na niekorzyść spółek eksportowych działa dodatkowo mocny złoty. Jeśli jednak przyjrzymy się nieco uważniej, polska i europejska gospodarka szybko się rozkręcają.

W Polsce w pierwszym kwartale tego roku PKB (po wyeliminowaniu efektów sezonowych oraz zmienności kalendarzowej) wzrósł aż o 4,1%. Ponadto produkujemy i konsumujemy coraz więcej. W maju produkcja przemysłowa zwiększyła się o 9,1 proc, a sprzedaż detaliczna o 8,4 proc. Spółkom prowadzącym biznes za granicą pomaga poprawa koniunktury w strefie euro. Jest ona widoczna nie tylko w Niemczech, ale także u innych partnerów handlowych Polski – we Francji, a nawet we Włoszech i Hiszpanii.

Zyski spółek w 2017 roku wzrosną o kilka procent

Oczekujemy, że silne ożywienie gospodarcze prędzej czy później przełoży się na wzrost przychodów i zysków wielu spółek notowanych na GPW. Nasze uśrednione prognozy na 2017 rok zakładają kilkuprocentowy wzrost zysków spółek. Jeśli się sprawdzą, inwestorzy dostaną do ręki argument za tym, by dalej inwestować w akcje.

Niezmiennie trzeba pamiętać tylko o jednym. W przeciwieństwie do indeksu WIG20, w którym dominują banki, spółki wchodzące w skład indeksów mWIG40 i sWIG80 to bardzo zróżnicowana kategoria. Aby wykorzystać potencjał „misiów”, konieczna będzie dokładna selekcja.

Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego ds. akcji Union Investment TFI

RODO a procesorzy – nowe obowiązki i więcej ograniczeń

Procesorów, czyli podmioty przetwarzające dane w imieniu przedsiębiorców, czekają duże zmiany wynikające z wejścia w życie europejskiego rozporządzenia o ochronie danych osobowych (RODO). Muszą się oni przygotować na wprowadzenie przepisów zwiększających zakres ich obowiązków wobec administratorów danych oraz ograniczenia, których do tej pory nie mieli. Z nowymi regulacjami powinny zapoznać się przede wszystkim firmy przetwarzające dane osobowe usługowo, np. działające w obszarze telemarketingu, call centre lub biura księgowe.

Obowiązkowy IOD

Firma zewnętrzna świadcząca usługi na rzecz podmiotu, który musiał wyznaczyć Inspektora ochrony danych (obecnego ABI, którego po 25 maja 2018 r. zastąpi IOD) będzie zobowiązana do wyznaczenia osoby do pełnienia takiej funkcji. Oznacza to, że każdy zleceniobiorca, któremu będą powierzane dane wymagające obligatoryjnego powołania IOD przez ich administratora będzie zobowiązany go powołać. Jest to spowodowane m.in. nowym zakresem obowiązków procesorów oraz obostrzeniami, jakie wprowadza w zakresie przetwarzania danych osobowych unijne rozporządzenie – mówi Konrad Gałaj-Emiliańczyk, ekspert ds. ochrony danych, ODO 24.

Powierzanie przetwarzania

Procesor będzie mógł przetwarzać powierzone dane wyłącznie na udokumentowane polecenie administratora tych danych. Warto dodać, że jeżeli zmieni on np. cel ich przetwarzania to automatycznie stanie się ich administratorem. Oznacza to, że będzie także ponosił za nie pełną odpowiedzialność, niejako w zastępstwie pierwotnego administratora danych.

Zakaz podpowierzania

RODO wprowadza w odniesieniu do zlecania przez procesora przetwarzania danych osobowych innym podmiotom ograniczenie w postaci pisemnej zgody administratora tych danych. Obecnie kwestia ta jest regulowana wyłącznie w treści umowy powierzenia i jest zależna od woli stron umowy powierzenia. Procesorzy nie chcą być ograniczani w tym zakresie, dlatego że sami korzystają z usług podwykonawców, którzy często się zmieniają. To obostrzenie domyślnie ujawni administratorowi danych wszystkie podmioty zewnętrzne, które będą miały faktyczny dostęp do powierzanych danych – wskazuje ekspert ODO 24.

Bezpieczeństwo przede wszystkim

Zapewnienie odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa przez podmiot, któremu podpowierzone zostało przetwarzanie danych osobowych jest kolejnym obowiązkiem, który wprowadza RODO. Jeżeli podprocesor nie zapewni odpowiednich zabezpieczeń zgodnych z nowymi przepisami, odpowiedzialność za jego uchybienia poniesie podmiot, który mu podpowierzył dane, a nie sam administrator danych. Obecnie proces ten jest regulowany tylko w treści umów powierzenia przetwarzania danych osobowych.

Zachowanie tajemnicy

Zleceniobiorcy muszą zadbać o to by osoby, które zostały upoważnione do przetwarzania powierzonych danych osobowych zachowały je w tajemnicy. Obecnie jest to regulowane z mocy samej ustawy o ochronie danych osobowych, która bezpośrednio zobowiązuje osoby upoważnione do zachowania danych osobowych w tajemnicy – dodaje Konrad Gałaj-Emiliańczyk.

Wsparcie administratora

Procesorzy, po wejściu w życie nowych regulacji, będą musieli – w miarę możliwości – pomagać administratorom danych wywiązać się z obowiązku odpowiadania na żądania osób, których dane dotyczą. Ponadto będą zobowiązani po zakończeniu przetwarzania powierzonych danych usunąć je lub zwrócić administratorowi danych w zależności od jego woli.

Warto dodać, że procesorzy danych będą zobowiązani do udostępnia administratorom wszelkich informacji niezbędnych do wykazania spełnienia obowiązków określonych w przepisach Rozporządzenia ogólnego UE oraz umożliwienia im lub audytorom upoważnionym przez administratorów przeprowadzania audytów, w tym inspekcji – mówi Gałaj-Emiliańczyk z ODO 24.

Dodatkową zmianą techniczną jest możliwość zawierania umów powierzenia w formie elektronicznej. Do tej pory mogły być one sporządzane wyłącznie na piśmie.