Rynek fuzji i przejęć w Polsce rozwija się dynamicznie

Trzysta firm działających w Polsce sprzedano nowym inwestorom. Wartość tych transakcji to 11 mld euro. Dominowały fuzję i przejęcia o wartości do 10 mln euro.

– W Polsce będzie rosła liczba transakcji, w których kupującymi są firmy z Chin – mówi w rozmowie z MarketNews24 Maciej Krzekotowski, dyrektor Działu Konsultingu w Crowe Horwath.

Fuzje i przejęcia (M&A) nadal są chętnie stosowaną strategią rozwoju firm. W rekordowym 2015 r. globalna wartość transakcji wyniosła 24,28 bln dolarów, co stanowi rekordowy wynik wszechczasów. Czy żegluga po tym oceanie jest bezpieczna i pozwala dopłynąć do docelowego portu? Tak, pod warunkiem, że mamy do dyspozycji sprawny kompas oraz mapę licznych gór lodowych.

Przedstawia ją opublikowany właśnie raport Crowe Horwath, 8. co do wielkości firmy doradczej na świecie, oraz kancelarii prawnej TGC Corporate Lawyers. Raport prezentuje wnioski z badań międzynarodowych przedsiębiorstw zaangażowanych w proces fuzji i przejęć. W ankiecie złożonej z 20 pytań wzięło udział 180 respondentów – członków wyższego kierownictwa odpowiedzialnych za finanse. Ponad dwie trzecie (68 proc.) z nich pochodziła ze spółek prywatnych, pozostali reprezentowali firmy publiczne i organizacje non-profit.

Dobra sytuacja w sektorze bankowym

Po raz pierwszy od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. Fed zadeklarował, że wszystkie duże banki są bezpieczne po przeprowadzeniu corocznych testów w warunkach skrajnych. Stanowi to uzupełnienie oświadczenia Janet Yellen, że prawdopodobnie nie zobaczymy kolejnego kryzysu finansowego w ciągu naszego życia. Sektor bankowy jest obecnie w dobrym nastroju i udało mu się podciągnąć również resztę rynków. Wiele firm ogłosiło, że będą nagradzać swoich akcjonariuszy dodatkowymi dywidendami oraz odkupem akcji.Akce_29_06_2017

Podczas ostatniego posiedzenia Banku Anglii zaskakującym było, jak wielu członków faktycznie głosowało za podwyższeniem stóp procentowych w Wielkiej Brytanii. Bank Anglii utrzymywał stopy na bardzo niskim poziomie biorąc przykład z innych banków centralnych od czasu kryzysu. Po decyzjach w sprawie Brexitu, obniżył swoje stawki nawet jeszcze bardziej, aby zachęcić do brania pożyczek i wydawania pieniędzy w tym niepewnym czasie.

GBPUSD_29_06_2017Prezes Banku, Mark Carney, był jednym z największych zwolenników utrzymywania niskich stawek, ale wydaje się, że nawet teraz ugiął się pod naciskiem i również zasygnalizował, że nadszedł czas, aby zrównać się z resztą świata i zacząć myśleć o podnoszeniu stopy procentowej. Ci, którzy już od jakiegoś czasu śledzą moje komentarze, wiedzą, dlaczego jest to tak ważne. Pozostałym przypominam, iż pomimo Brexitu i okropnego występu Theresy May w wyborach 8 czerwca, inwestorzy czują, że nawet cień szansy wyższych stóp wystarczy, aby podnieść cenę funta. Teraz wyobraźmy sobie, co się stanie, jeżeli rzeczywiście je podniosą.

Wolumen_Kryptowalut_29_06_2017Wygląda na to, że duży spadek Bitcoina rzeczywiście znalazł kilku kupców, ale są oni nietypowi. Patrząc na woluminy w ciągu ostatnich 24 godzin widzimy, że klientem numer jeden jest koreańska giełda Bithumb. To pierwszy raz, kiedy można zauważyć przewagę Koreańczyków nad Poloniex. Musimy jednak pamiętać, że w tej chwili Koreańczycy nie mają praktycznego zastosowania dla Bitcoinów. Nie mają wielu sklepów, które by je akceptowały, a nowy rząd ma teraz większe zmartwienia, niż tworzenie ram prawnych dla aktyw cyfrowych. Jedynym krajem, który ma szybko rosnącą liczbę sprzedawców akceptujących Bitcoiny jest Japonia. BitFlyer znajduje się obecnie na 10 pozycji. Nie dlatego, że niedawno odnotowali duże spadki, ale dlatego, iż nie zwiększali zamówień kupna od czasu szczytu. Dlatego możemy pokusić się o stwierdzenie, że powodem, dla którego Bitcoin ostatnio wzrasta, jest spekulacja. Na ten moment jest to niekoniecznie zła wiadomość, raczej coś, o czym należy pamiętać.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Synergia i ekspansja. Połączenie Megellana i BFF

CEO BFF i MagellanPierwszy rok wspólnej działalności Magellana i BFF upłynął pod znakiem intensywnej synergii działań. Suma wspólnych doświadczeń zaprocentowała w postaci udoskonalonej oferty produktów finansowych. Kolejne wyzwania to utrzymanie pozycji lidera na rynku finansowania służby zdrowia, dalszy rozwój usług faktoringowych, produktów finansowych dla samorządów, a także ekspansja w krajach Europy Środkowej i Wschodniej.

Od roku Magellan należy do grupy bankowej BFF – jednej z najszybciej rozwijających się instytucji, dostarczających rozwiązania finansowe dla sektora publicznego i opieki zdrowotnej w Europie oraz faktoring dla biznesu. Połączenie miało dla łódzkiej spółki strategiczne znaczenie. Przynależność do międzynarodowej grupy bankowej zapewnia Magellanowi łatwiejszy dostęp do kapitału i tańszego finansowania usług. Co najistotniejsze, Spółka zdobyła także know-how w zakresie bankowości. Implementuje również model zarządzania, przynoszący wymierne korzyści partnerom z BFF. Z kolei włoski bank włącza do swojej oferty najbardziej innowacyjne produkty finansowe, opracowane i z powodzeniem oferowane przez Magellana.

– Połączenie Magellana oraz BFF dało pozytywne impulsy rozwoju zarówno naszej spółce, jak i grupie bankowej, w której skład weszliśmy. BFF posiada długą tradycję i dostarcza najlepszych wzorów biznesowych. Prowadzi swoją działalność nie tylko we Włoszech, ale również w Hiszpanii i Portugalii. Dynamiczny rozwój jest czymś, co łączy grupę BFF z naszą spółką, która działa również na terenie Czech i Słowacji – podkreśla Krzysztof Kawalec, prezes zarządu Magellan S.A

Proces integracji Magellana i BFF przebiega wielostopniowo i dotyczy różnych poziomów zarządzania korporacyjnego. Jego istotnym elementem jest współpraca obu podmiotów w zakresie analizy potencjału rynków i dzielenie się doświadczeniami w tym zakresie. Integracja dotyczy również kompetencji ludzi, pracujących w obu firmach, którzy biorą udział we wspólnych szkoleniach i warsztatach.

– Ten rok pokazał, że współpraca między BFF i Magellanem przebiega intensywnie i układa się bardzo dobrze. Do tej pory udało nam się z powodzeniem zakończyć większość z przewidzianych rok temu procesów integracyjnych – mówi Massimiliano Belingheri, CEO BFF Banking Group.

Wszystkie wdrażane zmiany w zakresie zarządzania korporacyjnego mają przyczynić się nie tylko do utrzymania przez BFF i Magellana pozycji lidera w swoich segmentach rynku oraz dalszej ekspansji na rynki Europy Środkowej i Wschodniej. Massimiliano Belingheri podkreśla również ideowy wymiar działalności biznesowej prowadzonej przez firmę:

– Naszą misją jest upowszechnianie w pełni wiarygodnych i zupełnie transparentnych praktyk biznesowych. Takich, które respektują i wspierają nie tylko rozwój biznesowy firmy, ale też rozwój osobisty ludzi ją tworzących.

Bliski Wschód kusi producentów słodyczy

Wobec stagnacji na rodzimym rynku, polscy producenci słodyczy coraz chętniej poszukują nowych kierunków zbytu. Nie ograniczają się przy tym do „sprawdzonych odbiorców”, czyli krajów UE – w ostatnim czasie wzrosło zainteresowanie rynkami z grupy MENA, a w szczególności Emiratami Arabskimi oraz Pakistanem.

Wartość polskiego rynku słodyczy jest szacowana na 13 mld zł, natomiast wartość samego eksportu – rosnącego w tempie 10-15 proc. rocznie –  to ok. 6 mld zł. Ekspansji zagranicznej sprzyja z pewnością fakt, że rodzime wyroby cukiernicze mogą pochwalić się wysoką jakością przy relatywnie niskich kosztach produkcji. Ponadto, poszukiwanie nowych, atrakcyjnych rynków zbytu to efekt stagnacji na polskim rynku słodyczy, spowodowanej m.in. przez nasilającą się konkurencję wewnętrzną oraz zewnętrzną, głównie z Ukrainy, oferującej dużo tańsze produkty. Dlatego też, polscy producenci coraz śmielej wychodzą ze swoją ofertą na zagraniczne rynki, nie ograniczając się przy tym do najbardziej „oddanych” odbiorców z UE, w tym przede wszystkim z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Rodzime łakocie są już dostępne w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, jak również na Dalekim Wschodzie, np. w Chinach czy Wietnamie. Kolejnym, atrakcyjnym punktem na mapie eksportowej staje się też region MENA.

Pełen potencjału jak MENA

Skrót MENA oznacza grupę krajów z bliskiego wchodu i północnej Afryki (Middle East and North Africa). To region określany jako jeden z najszybciej rozwijających się rynków słodyczy i przekąsek na świecie. Jego wartość szacowana jest obecnie na 9 mld dolarów, a zgodnie z prognozami ekspertów, w latach 2015-2018 sprzedaż słodyczy ma we wspomnianym regionie wzrosnąć o kolejne 20 proc., natomiast przekąsek – o 24 proc[1]. Oznacza to więc ogromny potencjał i szansę dla polskich eksporterów, którzy zresztą zaczynają tę szansę dostrzegać. – Z roku na roku obserwujemy coraz więcej polskich stoisk na jednych z najważniejszych, międzynarodowych targach słodyczy i przekąsek, czyli Yummex Middle East w Dubaju. Dzięki temu, mamy szansę na promocję i budowanie wizerunku polskich produktów w rejonie MENA. Zwłaszcza, że konsumenci z innych krajów nie kojarzą jeszcze polskich marek słodyczy, co jest efektem eksportu głównie pod marki własne zagranicznych sieci handlowych – zauważa Arkadiusz Drążek z firmy Brześć produkującej słodycze i przekąski. Główną barierą dla promocji polskich marek na rynkach trzecich jest brak wystarczających środków finansowych, stąd też współpraca z zagranicznymi partnerami ogranicza się zwykle do produkcji pod marki własne.  

Nie tylko Emiraty Arabskie

Rodzimi producenci słodyczy postrzegają rejon MENA głównie w kontekście współpracy z Emiratami Arabskimi, choć równie interesującym kierunkiem staje się np. Pakistan. Jeszcze niedawno jego udział w ogólnej puli eksportu oscylował w okolicach 0,1 proc. Obecnie kraj ten rozwija się i bardzo dużo importuje, co przekłada się na fakt, że Polska notuje nawet dwucyfrowe wzrosty eksportu do Pakistanu w stosunku r/r. W jaki sposób polskie firmy nawiązują kontakty z partnerami biznesowymi z rynków trzecich? –  Najskuteczniejszym sposobem na budowanie relacji z kontrahentami z Bliskiego Wschodu jest obecność na wspomnianych wcześniej, międzynarodowych targach branżowych. Warto zainwestować również w certyfikaty niezbędne w krajach Bliskiego Wschodu, jak np. Halal przyznawany produktom nadającym się do spożycia przez muzułmanów – mówi Arkadiusz Drążek z firmy Brześć, która w ostatnim czasie rozpoczęła współpracę eksportową z Pakistanem.

[1] http://www.yummex-me.com.

Kurs dolara spada 7. kolejny dzień i wraca do 3,70 zł

Wystarczyła nieco bardziej jastrzębia wypowiedź Draghiego i nieco mniej jastrzębia Yellen, żeby kurs EUR/USD poszybował w górę, odciskając tym samym silne piętno na notowaniach złotego. W najbliższych dniach rynki globalne wciąż pozostaną głównym drogowskazem dla krajowego rynku walutowego.

Czwartkowe przedpołudnie na krajowym rynku walutowym upływa pod znakiem wzrostu notowań euro, przy jednoczesnym spadku kursu dolara. Ten ostatni traci 7. kolejny dzień, zbliżając się do silnego wsparcia na poziomie 3,70-3,7023 zł (minimum z marca 2016), które to wsparcie na początku miesiąca zatrzymało półroczne spadki USD/PLN. O godzinie 10:47 dolar kosztował 3,7098 zł, podczas gdy za euro trzeba było zapłacić 4,2393 zł. Zmiany te są odzwierciedleniem obserwowanego dziś wzrostu notowań EUR/USD do 1,1426 dolara.

Ostatni tydzień czerwca na rynku walutowym upływa pod znakiem banków centralnych. To liczne wypowiedzi przedstawicieli głównych banków centralnych generują zmienność na tym rynku. Wszystko zaczęło się od słów Mario Draghiego, prezesa Europejskiego Banku Centralnego (ECB), o ożywieniu gospodarczym i przejściowym charakterze ostatniego cofnięcia inflacji. Spowodowały one zmianę oczekiwań co do polityki monetarnej tego banku. Zaczęto prognozować, że już na jesieni bank zakomunikuje kolejne ograniczenie programu skupu aktywów, która to decyzja wejdzie w życie z początkiem 2018 roku. Jako, że jednocześnie wtorkowe wystąpienie Janet Yellen nie było tak jastrzębie jak zakładano, a dane makro z USA w tę retorykę się wpisywały, więc kurs EUR/USD poszybował w górę. Para ta dynamicznie wybiła się górą z 1,5-miesięcznej konsolidacji w przedziale 1,11-1,1284 dolara, co otworzyło drogę nawet do 1,15 dolara.

Skok notowań EUR/USD, który korelował z dużymi zmianami na europejskim rynku długu, wywarł silną presję na notowaniach złotego. Kurs USD/PLN systematycznie spadał, podczas gdy na EUR/PLN obserwować można było silne wahania w przedziale 4,20-4,26 zł.

W kolejnych dniach dolar może próbować atakować wsparcie na 3,70 zł, ale szanse na jego trwałe pokonanie nie wydają się teraz duże. To silne wsparcie, a krótkoterminowe wyprzedanie jest już spore. Ponadto sygnały docierające z banków centralnych (nie tylko z ECB, ale też Banku Anglii, Banku Kanady), nie są korzystne dla złotego. Normalizacja polityki monetarnej przez czołowe banki, w sytuacji gdy złoty był beneficjentem taniego pieniądza, to sygnał do realizacji zysków. Szczególnie, że jednocześnie oczekiwania co do podwyżek stóp procentowych w Polsce raczej się odsuwają niż przybliżają. Dlatego też można zakładać, że obecnie cały impet zmian EUR/USD będzie przyjmowała na siebie para EUR/PLN, podczas gdy USD/PLN pozostanie blisko 3,70 zł.

W czwartek w centrum uwagi rynku walutowego pozostaną doniesienia z Europy. Uwaga skoncentruje się przede wszystkim na zaplanowanej na godzinę 14:00 publikacji wstępnych szacunków niemieckiej inflacji, którą to poprzedzą analogiczne dane z poszczególnych landów. Prognozowany jest spadek inflacji CPI do 1,4 proc. R/R z 1,5 proc. w maju. Gdyby jednak była ona wyższa, to wpisałaby się we wcześniejsze sygnały z ECB, dając impuls do umocnienia euro.

Dziś też zostaną opublikowane dane o koniunkturze gospodarczej w Strefie Euro (godz. 11:00), a także raporty z USA nt. zasiłków dla bezrobotnych (godz. 14:30) i finalnego odczytu PKB za I kwartał br. (godz. 14:30). Wszystkie te publikacje nie powinny jednakże wywołać równie dużych emocji co inflacja w Niemczech.

Marcin Kiepas, główny analityk Fundacji FxCuffs

Slashies – nowy typ pracownika

Mówiono już o pokoleniu X, Y, Z, teraz przyszła pora na slashies. Kim są? To przedstawiciele generacji millenialsów, którzy równocześnie poszukują inspiracji w różnych branżach i nie ograniczają się do jednego zajęcia czy zawodu. Takie podejście do zatrudnienia jest coraz bardziej widoczne wśród młodych mieszkańców dużych polskich miast. Jaki może mieć wpływ na rynek pracy i co oznacza to dla pracodawców?

Programista i malarz w jednej osobie

Łączenie kilku różnych ról – zawodów czy hobby to dla slashies nie problem, a sposób życia. Nazwa tej generacji pochodzi od angielskiego słowa slash, które oznacza ukośnik (łamane przez). Naraz mogą więc być na przykład copywriterami / studentami / programistami / muzykami lub baristami / malarzami / grafikami – możliwości połączeń jest nieskończenie wiele. Dla tych osób istotna jest zarówno praca, jak i pasja. Chcą je łączyć – zarabiać na tym, co lubią robić. A że zainteresowań mają wiele, angażują się w różne branże. – W tych osobach można dostrzec tak zwanych multipotencjalistów, czyli ludzi, którzy pasjonują się wieloma tematami, mają zadatki na rozwój w kilku dziedzinach i nie chcą wybierać tylko jednej z nich. Równocześnie odcinają się od rozumienia kariery jako osiąganych kolejno szczebli na drabinie sukcesu w jednej firmie na rzecz tworzenia całego portfolio różnorodnych aktywności zawodowych i nauki przez całe życie. Takie podejście do pracy raczej nie stanie się trendem dominującym, jednak jest coraz częściej spotykane wśród 20- i 30-latków mieszkających w dużych polskich miastach – zauważa Aleksandra Budzińska, Młodszy Konsultant ds. Rekrutacji z firmy doradczo-szkoleniowej Integra Consulting Poland.

Elastyczność i planowanie

Slashies działają bardzo aktywnie na wielu płaszczyznach, dlatego u pracodawców cenią sobie elastyczność i sami też się nią charakteryzują. Równocześnie do perfekcji opanowują sztukę planowania, która pozwala im znaleźć czas na wszystko, co chcą robić. Zdarza się, że odpoczywając mają poczucie, że marnują czas, który ich zdaniem mogliby wykorzystać bardziej produktywnie. Niektórzy badacze zastanawiają się nad tym, czy długotrwałe funkcjonowanie w ten sposób nie będzie skutkowało przepracowaniem i w efekcie zbyt małą ilością snu czy czasu dla najbliższych. Tymczasem slashies wychodzą z założenia, że w każdym momencie mogą zrezygnować z któregoś z zajęć, jeśli przestanie ich pasjonować lub zacznie ich przerastać zbyt duża liczba aktywności. Bez problemu przełączają się więc z jednej roli na drugą – na przykład w ciągu dnia studiują lub pracują na etacie, popołudniami poświęcają się swojemu hobby, a wieczorami czy w weekendy podejmują się dodatkowych, dorywczych zleceń. – Funkcjonowanie na co dzień poza schematami, w różnych środowiskach i kontekstach może dać szerszą i unikalną perspektywę, prowadzić do otwartości i przełamywać bariery przed podejmowaniem ryzyka. Łączenie kilku etatów pozwala lepiej wykorzystać potencjał i daje możliwość zdobywania szerszego spektrum kompetencji, nowych doświadczeń. Osoby, które czerpią inspiracje, idee i trendy z różnych branż, często mogą zaoferować swoim pracodawcom świeże spojrzenie i nieszablonowe pomysły wykraczające poza rozwiązania z jednej dziedziny – komentuje Aleksandra Budzińska.

Wyzwanie dla pracodawców

Slashies lubią różnorodność i angażują się w to, co robią, istnieje jednak niebezpieczeństwo, że szybko się znudzą, a nawet zakończą współpracę, jeśli zatrudniający nie będzie w stanie zapewnić im interesujących wyzwań. Docenią jednak menedżera, który dostrzeże także ich inne pasje i będzie starał się łączyć je z aktywnościami firmy lub co najmniej umożliwi ich realizację, na przykład poprzez indywidualne dostosowanie grafiku pracy. – Nie każde stanowisko wymaga bowiem fizycznej obecności w pełnym wymiarze godzinowym lub o określonej porze dnia, niektóre nakierowane są na bardziej zadaniowy tryb. Również rozwój nowych technologii znacznie ułatwia elastyczne formy zatrudnienia. Wiele zadań można wykonywać zdalnie w całości lub chociaż częściowo, wówczas łatwiej jest je pogodzić z innymi zajęciami. Młodzi ludzie cenią pracodawców, którzy indywidualnie podchodzą do ich potrzeb, między innymi tej dotyczącej aktywności na wielu polach równocześnie. To dobry sposób na wzbudzenie ich zaufania i lojalności – zauważa Aleksandra Budzińska z Integra Consulting Poland. Dla tych młodych ludzi spore znaczenie ma też kultura organizacji – ważne, żeby sprzyjała rozwojowi i dawała im poczucie, że są częścią czegoś ważnego.

Co na to rynek pracy?

Według specjalistów pojawienie się slashies wpłynie na rynek pracy, ale nie zadziała na niego – jak obawiają się niektórzy – jednoznacznie negatywnie. Obecnie można przecież podpisać umowę między innymi na pół etatu. Jest to częsta praktyka na przykład studentów bądź rodziców, którzy chcą jednocześnie wychowywać swoje dzieci. – Wielu pracodawcom indywidualne dostosowywanie  grafików nie przeszkadza i tak raczej pozostanie. Niektórzy jednak, ze względu na specyfikę branży, działalności lub stanowiska, będą nadal poszukiwać osób, które są dostępne w pełnym wymiarze godzin, a dodatkowo skupiają się na jednej konkretnej dziedzinie i inwestują swój czas w pogłębianie wiedzy czy zdobywanie umiejętności w jej zakresie. Mimo to coraz częściej będziemy słyszeć o łączeniu różnych ról. Z jednej strony to rozwiązanie jest bowiem odpowiedzią na potrzeby kandydatów, a z drugiej daje firmom możliwość zabezpieczenia realizacji ich celów biznesowych. Podczas gdy rekruterom trudno pozyskać talenty, elastyczność ze strony pracodawcy może zachęcić potencjalnych pracowników. Rynek musi być otwarty na takie rozwiązania – zauważa Aleksandra Budzińska. – Czy specjalista ds. HR, jeśli tylko wywiązuje się ze swoich zadań i realizuje cele organizacji, nie mógłby jednocześnie w weekendy lub wieczorami być baristą? Jedno jest pewne: każdy powinien robić to, co sprawia mu przyjemność i to, z czego obie strony czerpią wymierne korzyści – dodaje.

Deloitte: Już co trzecia transakcja na rynku dóbr luksusowych odbywa się online

Wyniki sprzedaży 100 największych firm z sektora dóbr luksusowych wyniosły w minionym roku obrotowym 212 mld dolarów, wobec 222 mld dolarów osiągniętych rok wcześniej. Popyt w tym sektorze opiera się głównie na konsumentach z rynków wschodzących, spośród których 70 proc. deklaruje, że w ciągu ostatnich pięciu lat zwiększyło swoje wydatki na dobra luksusowe. Mimo, że ich sprzedaż odbywa się wciąż głównie w sklepach tradycyjnych, to niemal połowa klientów uważa, że kanały cyfrowe na rynku dóbr luksusowych będą zyskiwały coraz większe znaczenie – wynika z raportu Deloitte „Global Powers of Luxury Goods 2017. The new luxury consumer”.   

Spadek sprzedaży w minionym roku obrotowym w branży dóbr luksusowych wyniósł 4,5 proc., jednak po uwzględnieniu łącznego wpływu kursów walutowych, odnotowujemy wzrost sprzedaży o 6,8 proc. Rok wcześniej był to wzrost o 3,6 proc. Aż 67 spółek miało wyższe przychody ze sprzedaży niż rok wcześniej. W przypadku 45 firm wynosiły one ponad miliard dolarów. Średni zysk netto dla całego TOP 100 wyniósł 9,7 proc. Średnia wartość sprzedaży przypadająca na jedną spółkę sięgnęła 2,1 mld dolarów, a żeby znaleźć się w zestawieniu trzeba było osiągnąć przychody na poziomie co najmniej 180 mln dolarów. Tylko sześć firm z czołowej setki odnotowało dwucyfrowy spadek sprzedaży w omawianym roku obrotowym. Połowa z nich to jubilerzy, czyli segment produktów charakteryzujący się dużymi wahaniami popytu.

Konsumenci z rynków wschodzących nadal decydują o rozwoju rynku dóbr luksusowych. „W Chinach, Rosji i Zjednoczonych Emiratach Arabskich, czyli w krajach klasyfikowanych jako wschodzące rynki sprzedaży dóbr luksusowych, procentowy udział konsumentów, deklarujących wzrost wydatków w tym sektorze w ciągu ostatnich pięciu lat wyniósł 70 proc., tymczasem na rynkach bardziej dojrzałych, czyli w krajach UE, USA i Japonii klienci tacy stanowili 53 proc.” – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Natomiast średnia dla wszystkich badanych krajów wyniosła 59 proc. Prawie połowa dóbr luksusowych jest kupowana przez konsumentów podróżujących za granicę (31 proc. w sklepach i 16 proc. na lotniskach). W przypadku klientów z rynków wschodzących wskaźnik ten wzrasta do 60 proc. Co ciekawe skłonność do kupowania towarów luksusowych poza krajem zamieszkania maleje wraz z wiekiem.

Jak się okazuje ceny tych samych towarów luksusowych w różnych krajach mogą się znacząco różnić. W Chinach, uwzględniając zmiany kursu dolara USA, są one o ponad 50 proc. wyższe niż w Europie.

Największą średnią różnicę obserwuje się w odniesieniu do zegarków i biżuterii, najniższa dotyczy torebek.

Milenialsi kupują towary luksusowe w Internecie

Jeżeli marki luksusowe chcą pozyskać nowych, w tym młodych klientów, muszą dotrzymywać kroku zmianom technologicznym i stale unowocześniać swoje produkty, nie tracąc przy tym ich unikatowego charakteru. „Jak pokazało badanie Deloitte 63 proc. zakupów towarów luksusowych ma miejsce w sklepach tradycyjnych, ale rola e-commerce rośnie, szczególnie wśród młodych konsumentów. I tak w przypadku przedstawicieli pokolenia milenialsów odsetek towarów luksusowych zakupionych on-line wynosi 42 proc., podczas gdy w generacji powojennej wskaźnik ten wynosi jedynie 28 proc.” – wyjaśnia Mariusz Chmurzyński, Dyrektor w Dziale Konsultingu Deloitte, członek Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich.

Zdaniem prawie połowy badanych (48 proc.) kanały cyfrowe będą zyskiwać na znaczeniu w sprzedaży towarów luksusowych, a 37 proc. uważa, że dobra luksusowe i nowoczesne technologie będą coraz ściślej powiązane. Dla konsumentów towarów luksusowych najważniejsza jest ich wysoka jakość (88 proc.) oraz poczucie szczęścia i komfortu, które daje im ich posiadanie (82 proc.). Od producentów klienci oczekują większej personalizacji (45 proc.), nagród za lojalność (44 proc.) oraz zwiększonej liczby kanałów zakupowych (39 proc.).

Eksperci Deloitte wskazują, że choć źródłem wzrostu dla producentów dóbr luksusowych są rynki wschodzące, to jednocześnie największymi graczami w tym sektorze pozostają następujące kraje europejskie: Włochy (26 firm w zestawieniu), Szwajcaria, Francja i Wielka Brytania (po 10 firm) oraz USA (15). Największy udział w sprzedaży mają firmy francuskie (23,9 proc.) oraz amerykańskie (21,3 proc.).

Jak dotąd żadna z polskich firm nie znalazła się w zestawieniu producentów dóbr luksusowych, choć rynek ten rozwija się dynamicznie. Według danych Euromonitora w 2016 roku sprzedaż w tym segmencie wzrosła w naszym kraju o 5 proc. – Polska staje się coraz bardziej atrakcyjna dla luksusowych marek z całego świata, choć wciąż znajdujemy się w początkowym stadium rozwoju. Popyt napędzany jest nie tylko przez osoby o bardzo wysokich dochodach, ale także przez konsumentów z tzw. klasy średniej, jak i również zagranicznych turystów coraz częściej odwiedzających Warszawę, Kraków, Poznań, Wrocław czy Gdańsk – mówi Magdalena Jończak, Lider Zespołu ds. Sektora Dóbr Konsumenckich, Partner w dziale Konsultingu Deloitte.

Najbardziej rentowni producenci szerokiego asortymentu dóbr luksusowych

W minionym roku obrotowym pierwsze miejsce wśród 100 największych producentów dóbr luksusowych ponownie zajął francuski koncern LVMH, w którego portfolio znajdują się m.in. Louis Vuitton czy Marc Jacobs. Na podium znalazł się także producent m.in. biżuterii i zegarków Compagnie Financiere Richemont oraz koncern kosmetyczny Estée Lauder. Pierwsza dziesiątka zanotowała wzrost 9,6 proc., a więc więcej niż wzrost przychodów TOP 100. Producenci z TOP 10 wygenerowali w sumie 48,1 proc. sprzedaży całej pierwszej setki.

W raporcie znalazło się także podsumowanie TOP 20, grupujące najszybciej rozwijające się firmy w tej branży. W tym roku miejsce dotychczasowego lidera (Kate Spade & Company) zajęła włoska firma Marcolin Group, której przychody w ciągu roku wzrosły o 20,1 proc., a w latach 2013-2015 o 43,1 proc.

W zestawieniu TOP 100 największych producentów dóbr luksusowych na świecie pojawiło się w tym roku dziesięć nowych firm. Najwięcej spółek w zestawieniu to tradycyjnie producenci ubrań i butów (41 firm), ale największy wzrost sprzedaży zanotowali producenci torebek i akcesoriów (o 13,4 proc.). Najwyższą rentowność sprzedaży osiągnęły z kolei firmy oferujące różnorodny asortyment dóbr luksusowych.

Transakcje M&A na rynku dóbr luksusowych

Rok 2016 cechował się wzmożoną aktywnością na rynku fuzji i przejęć w sektorze dóbr luksusowych– tak wynika z raportu Deloitte „Private Equity and Investors Survey 2017. Global report”.

W tym czasie na rynku globalnym zarejestrowano 211 transakcji głównie w sektorze: „Odzież i akcesoria” oraz „Zegarki i biżuteria”, (w Europie zawarto 14 transakcji), tj. o 70 więcej niż w 2015 roku.

Do najbardziej interesujących należały: przejęcie Elizabeth Arden przez Revlon, zakup przez Luxotticę marki luksusowych okularów Essilor, IT Cosmetics przez L`Oreal, oraz Donna Karan przez G-III Apparel.

Spośród wszystkich transakcji fuzji i przejęć, 68 proc. zostało przeprowadzonych przez strategicznych inwestorów, co oznacza wzrost o 73 transakcje w stosunku do 2015 roku, z kolei aktywność inwestorów finansowych nie zwiększyła się w stosunku do roku poprzedniego.

Sektor dóbr luksusowych cieszy się stałym zainteresowaniem inwestorów nie tylko branżowych, ale także funduszy private equity. W 2017 roku 90 proc. funduszy rozważa możliwość ulokowania kapitału w branży mody i dóbr luksusowych a zwiększenie zainteresowania dotyczy takich segmentów jak „Odzież i akcesoria” (inwestycje planowane przez 68 proc. respondentów), „Kosmetyki i perfumy” (49 proc.), Digital (21 proc.) oraz „Zegarki i biżuteria” (21 proc.), który cieszy się niesłabnącą popularnością pomimo spowolnienia na rynkach azjatyckich, spadku konsumpcji oraz presji ze strony nowych graczy
(m.in. marek „contemporary”).

„Sektor dóbr luksusowych jest wciąż popularny wśród inwestorów głównie ze względu na rozwój nowych technologii w tym digitalizację procesów zakupowych marek luksusowych, wysoką odporność na wahania koniunktury gospodarczej. Co więcej, branże te osiągają ponad przeciętne wyniki, co ma również odzwierciedlenie w wycenach tych spółek. W 2016 roku, 37 proc. transakcji osiągnęło mnożniki ponad 15krotność EBITDA a 34 proc. w przedziale 11-15krotności EBITDA” – mówi Katarzyna Sermanowicz-Giza, Dyrektor w Dziale Doradztwa Finansowego Deloitte.

Zdaniem ponad połowy inwestorów w perspektywie kolejnych trzech lat branża mody i dóbr luksusowych nadal będzie rosła o 5-10 proc. rocznie, co jest zgodne z oczekiwaniami zeszłorocznymi. Wzrost szczególnie przewidywany jest w segmencie „Digital”, „Kosmetyki i perfumy”, dla których prognozy są coraz bardziej optymistyczne.

TOP 10 rankingu „Global Powers of Luxury Goods”

Miejsce w rankingu Nazwa firmy Wybrane marki Kraj pochodzenia Przychody ze sprzedaży netto (mln dolarów) Wzrost przychodów ze sprzedaży netto rok do roku (w proc.)
1 LVMH Moët Hennessy Louis Vuitton SA Louis Vuitton, Fendi,

Donna Karan, Marc Jacobs

Francja 22 431 15,2
2 Compagnie Financiere Richemont SA Cartier, Montblanc Szwajcaria 12 232 6,4
3 Estée Lauder Companies Inc. Estée Lauder, Aveda,

Jo Malone

USA 11 262 4,5
4 Luxottica Group SpA  Ray-Ban, Oakley Włochy 9 815 15,5
5 Kering S.A.

 

Gucci,

Bottega Veneta Saint Laurent

 

Francja 8 737 16,4
6 Swatch Group Ltd. Longines, Omega,

Rado

Szwajcaria 8 508 -3,0
7 L’Oréal Luxe Biotherm, Lancôme Francja 8 031 16,7
8 Ralph Lauren Corporation Ralph Lauren, Polo Ralph Lauren, Purple Label USA 7 405 -2,8
9 Chow Tai Fook Jewellery Group Limited Hearts on Fire Hong Kong 7 295 -11,9
10 PVH Corp. Tommy Hilfiger, Calvin Klein USA 6 292 -2,3

 

O raporcie „Global Powers of Luxury Goods 2017. The new luxury consumer”

Raport skupia się na czterech szeroko pojmowanych kategoriach dóbr luksusowych: ekskluzywnej odzieży, torebkach
i akcesoriach, biżuterii i zegarkach oraz kosmetykach i perfumach. W raporcie nie uwzględnia się luksusowych samochodów, podróży i obsługi turystycznej, łodzi i jachtów, sztuki i kolekcjonerstwa oraz luksusowych win, wódek i koniaków. Rozdział „Nowy konsument dóbr luksusowych” przedstawia wyniki ankiety przeprowadzonej na próbie ponad 1 300 konsumentów z jedenastu krajów (Chiny, Francja, Niemcy, Włochy, Japonia, Rosja, Hiszpania, Szwajcaria, ZEA, Wielka Brytania i USA).

Ropa tania tylko do końca roku

Pomimo przykręcenia kurka przez głównych producentów, cena surowca spadła poniżej 50 dolarów za baryłkę. Pytanie czy to trend, czy przejściowy spadek. Według prognoz na koniec roku ropa może podrożeć do 60 USD.

Amerykanie idą na rekord. Energy Information Administration szacuje, że dzienne wydobycie ropy w przyszłym roku wyniesie 10 mln baryłek. To najwyższy poziom od 1970 roku, kiedy rafinerie w USA pompowały  codziennie 9,6 mln baryłek. Już teraz dzienna produkcja wynosi 9,3 mld baryłek i jest o 10 proc. wyższa niż w połowie 2016 r. Rośnie wydobycie ropy, gdyż Amerykanie stale zwiększają liczbę szybów wiertniczych. Jak podaje firma Baker Hughes, w pierwszym tygodniu czerwca czynnych było 741 odwiertów, najwięcej od kwietnia 2015 r.

Przecena ropy

Podczas gdy Amerykanie rozbudowują przemysł naftowy, ceny ropy na światowych rynkach spadły w maju do 46 dolarów za baryłkę. W kolejnych tygodniach surowiec nadal taniał. I to pomimo zapowiadanego przez kraje OPEC oraz Rosję utrzymania cięć w produkcji ropy aż do końca I kwartału 2018 r. Pierwotnie, zgodnie z porozumieniem, które weszło w życie w styczniu tego roku, ograniczenia miały obowiązywać do czerwca. – Wbrew oczekiwaniom kartelu, przykręcenie kurka nie zmniejszyło w wystarczającym stopniu nadwyżki ropy w magazynach na świecie, co było głównym celem OPEC i Rosji. Ceny zamiast rosnąć, zaczęły spadać, osiągając poziom 47 dolarów – mówi Piotr Marciniak, dyrektor zarządzający BGŻOptima.

Przecena w maju była reakcją rynku na informacje o wzroście stanu magazynów w USA o 3,5 mln baryłek. To pierwsza nadwyżka po ośmiu tygodniach spadków zapasów. Pomimo cięć wydobycia u największych światowych producentów, podaż surowca wciąż jest duża. Po części jest to efekt niepełnej lojalności sygnatariuszy porozumienia. Według S&P Global Platt, w maju dzienna produkcja w krajach kartelu była wyższa o 270 tys. baryłek niż przyjęty limit, osiągając poziom 93,5 mln baryłek. Ponadto, nie wszyscy liczący się producenci ropy przystąpili do umowy. Nie ma wśród nich Libii, Nigerii i oczywiście USA.

Niedźwiedzie kontra byki

25 maja br. kraje OPEC i Rosja podpisały nowe porozumienie, zgodnie z przewidywaniami wydłużając okres limitowania wydobycia do końca I kwartału 2018 r. Od czerwca ceny ropy po czterech tygodniach spadków zaczęły rosnąć. Zdaniem części analityków jest to odreagowanie wcześniejszego dołka, które nie zmienia ogólnej perspektywy rynku. Ten, w coraz większym stopniu, pozostaje pod wpływem niedźwiedzich nastrojów. Redukcja wydobycia przez głównych producentów wcale nie musi oznaczać wzrostu cen, ponieważ system reglamentacyjny jest nieszczelny. Poszczególni uczestnicy porozumienia łamią ustalone limity. Nadwyżkę magazynową trudno więc ograniczyć, co minimalizuje potencjał wzrostu cen surowca. Zmniejszeniem produkcji nie jest zainteresowany również Iran. Nie wiadomo też czy uda się utrzymać solidarność kartelu, która w związku z kryzysem wokół Kataru poddawana jest próbie.

Nadzieja w popycie

Według analityków spadek cen ma przejściowy charakter i jest głównie reakcją na zaskakujące dane o zapasach w USA. Przyglądając się jednak dokładniej, okazuje się, że nadwyżka jest wynikiem transferu strategicznych rezerw rządowych do prywatnych magazynów. Poza tym, część ropy została przepompowana z trudnych do śledzenia zbiornikowców do urządzeń naziemnych, gdzie łatwiej obliczyć rzeczywistą wielkość zasobów surowca. To wpłynęło na dokładne doszacowania zapasów.

– Nadwyżka jest więc w dużej części zjawiskiem o charakterze przejściowym i technicznym. Szanse na realizację celów nakreślonych przez kraje OPEC, czyli wzrost cen poprzez ograniczenie podaży, są duże – dodaje Piotr Marciniak.

Choć członkom kartelu trudno jest utrzymać solidarność i jedność, determinacja do zachowania układu jest duża. Każdy z uczestników porozumienia jest w istotnym stopniu uzależniony od wpływów ze sprzedaży ropy, dlatego wzrost cen jest dla ich budżetów sprawą kluczową. Jak na razie ograniczone jest też ryzyko ze strony amerykańskich nafciarzy. Produkcja w USA rośnie, jednak miejscowe rafinerie są bardzo wrażliwe na cenę surowca.

Analitycy Domu Maklerskiego BGŻ BNP Paribas oraz BNP Wealth Management spodziewają się, że cena ropy przekroczy 50 dolarów za baryłkę, a pod koniec roku, kiedy obniżą się stany zapasów w USA, dojdzie do 60 USD.

Nieco ostrożniejsi w prognozach są eksperci Saxo Bank, choć również spodziewają się odbicia na rynku ropy. Główną przesłankę stanowi wzrost popytu na surowiec w Chinach, których gospodarka nabiera rozpędu. Poza tym Pekin odbudowuje strategiczne rezerwy paliw.

Jednak nie tylko Chiny są przyczyną takiego stanu rzeczy. Zdaniem Saxo Banku wstrzymanie inwestycji w infrastrukturę wydobywczą w ostatnich dwóch latach, gdy ceny ropy gwałtownie spadły, ograniczy moce produkcyjne, które nie będą w stanie zaspokoić rosnącego popytu. W konsekwencji z rynku zacznie odpływać nadwyżka surowca, dźwigając w górę ceny.

Przedsiębiorcy już liczą straty wynikające z Nowelizacji Ustawy o gazie

Wzrost kosztów wytworzenia produktów, utrata konkurencyjności na rynkach zagranicznych i w kraju oraz wizja grupowych zwolnień pracowniczych – takie wnioski płyną z badania przeprowadzonego wśród polskich firm przez Hermes Energy Group w ciągu 2 dni po głosowaniu Sejmowej Komisji Energii i Skarby Państwa nad Nowelizacją Ustawy o zapasach ropy i gazu.

Prawie połowa firm (45,2%) przewiduje, że wzrost ceny gazu, będący efektem nowelizacji przepisów o zapasach ropy i gazu, wpłynie na podwyżkę ceny ich produktu o 3 proc. Ponad 25 proc. przedsiębiorstw obawia się, że podwyżka ta zmieni ceny ich finalnych produktów o 4-5 proc. a 12 proc. uznało, że kwota ta może być większa niż 5 proc..

wykres1Jednocześnie prawie połowa badanych firm obawia się negatywnych skutków wzrostu cen gazu w postaci ograniczenia kosztów działalności i redukcji  zatrudnienia pracowników, w celu zachowania opłacalności biznesu.

Badanie objęło ponad 40 dużych przedsiębiorstw działających w branży produkcyjnej, wodnej i oczyszczania ścieków, chemicznej , hotelarskiej i turystycznej, motoryzacyjnej oraz handlu detalicznego. Badanie miało formę anonimowej ankiety online prowadzonej w okresie 20-23.06.2017.

Union Investment TFI odświeżyło swój fundusz akcji dywidendowych

Union Investment TFI odświeżyło proces inwestycyjny subfunduszu UniAkcje Dywidendowy. Dzięki temu zarządzający zyskał dodatkowy oręż, który umożliwi mu jeszcze szybsze reagowanie na informacje płynące z rynku i ze spółek. Z korzyścią dla stopy zwrotu.

UniAkcje Dywidendowy jest obecny na rynku od 2013 roku. Inwestuje w akcje wyłącznie wyselekcjonowanych spółek dywidendowych. Trzon jego portfela stanowią akcje notowane na giełdach w Europie Środkowo-Wschodniej, m.in. w Polsce, Czechach i na Węgrzech. Od połowy 2016 roku subfundusz poszukuje okazji inwestycyjnych także na rynkach rozwiniętych Europy Zachodniej.

W ramach odświeżenia procesu inwestycyjnego zarządzający Union Investment TFI dokonali gruntownego przeglądu oraz analizy spółek europejskich, w które zgodnie ze swoim statutem może inwestować subfundusz i stworzyli spektrum inwestycyjne.

– Efektem naszej pracy jest dodanie do spektrum inwestycyjnego spółek, które spełniają wyśrubowane kryteria i potencjalnie mogą znaleźć się w portfelu subfunduszu – mówi Tomasz Matras, zastępca dyrektora inwestycyjnego w Union Investment TFI i zarządzający UniAkcje  Dywidendowy.

– Wprowadzone ulepszenie zoptymalizowało proces zarządzania, dzięki czemu subfundusz będzie jeszcze bardziej aktywny niż dotychczas. Powinno to korzystnie wpłynąć na osiągane stopy zwrotu – dodaje zarządzający.

Spektrum inwestycyjne od kuchni

Tworzenie spektrum inwestycyjnego UniAkcje Dywidendowy przebiegało dwuetapowo. Na pierwszym etapie zarządzający określili podstawowe warunki, które spółki musiały bezwzględnie spełnić. – Do portfela trafiają wyłącznie te spółki, które mają przyjętą politykę dywidendową oraz przynajmniej trzy razy w ciągu ostatnich pięciu lat wypłaciły dywidendę. Istotne jest także wysokie prawdopodobieństwo, że w przyszłości w dalszym ciągu będą ją wypłacały. Stopa dywidendy (dividend yield) również musi być odpowiednio wysoka. Zwracamy też uwagę, czy wartość dywidendy wypłacanej przez spółkę rośnie, ponieważ oznacza to, że dana firma się rozwija – mówi Tomasz Matras.

W odniesieniu do spółek spełniających te kryteria zarządzający zastosowali autorski model punktacyjny. Na drugim etapie wszystkie spółki, które przeszły eliminację były szczegółowo analizowane pod względem parametrów fundamentalnych (kondycja finansowa, przewagi konkurencyjne, jakość zarządzania przedsiębiorstwem etc.) oraz płynności akcji.

Finalnie zarządzający Union Investment TFI zdecydowali, że w spektrum inwestycyjnym znajdzie się 80-90 spółek. – Nie jest to sztywny limit. Liczba spółek może się zmieniać w zależności od sytuacji rynkowej – mówi Tomasz Matras.
– Poza okresowymi przeglądami dopuszczamy także doraźne korekty. Jeśli jakaś spółka się wyróżni, może zostać wciągnięta na listę. Jeśli natomiast pojawi się okoliczność dyskwalifikująca, zostanie ze spektrum usunięta – dodaje.

Subfundusz UniAkcje Dywidendowy (wydzielony w funduszu parasolowym UniFunduszeFIO) działa od 30 kwietnia 2013 roku. Jest on skierowany do szerokiego grona inwestorów. Minimalna pierwsza i kolejna wpłata wynosi 100 zł. W 2016 roku UniAkcje Dywidendowy wypracował 16,4% zysku.

Imigranci z Afryki i Syrii nie są ratunkiem dla polskiego rynku pracy

Pracodawcy w Polsce w wielu sektorach odczuwają deficyt kadry i wyrażają większą skłonność do sięgania po pracowników z zagranicy. Oprócz Ukraińców, którzy już zdążyli się zadomowić, w kolejce po pracę ustawiają się Gruzini czy Białorusini. Przed naszym krajem również perspektywa imigracji z Syrii i Afryki. Eksperci Work Service Ukraine podkreślają jednak, że nie każdy imigrant jest w stanie przyczynić się do lepszego funkcjonowania polskiego rynku pracy. Obywatele Bliskiego Wschodu czy Afryki ze względu na argumenty ekonomiczne nie będą masowo wybierali Polski jako swojego kraju docelowego, a różnice kulturowe czy społeczne znacząco utrudnią asymilację do polskich warunków pracy.

Powodów, dla których imigranci z Bliskiego Wschodu oraz Afryki nie przyczynią się do poprawy sytuacji na polskim rynku pracy, jest kilka. Ogólnie można je podzielić na ilościowe, związane z warunkami ekonomicznymi w naszym kraju, które nadal są mniej atrakcyjne niż w wielu zachodnich gospodarkach, oraz jakościowe, w tym społeczne i kulturowe – mówi Krzysztof Inglot, Dyrektor Zarządzający Work Service Ukraine.

Polska mało atrakcyjna dla imigrantów

Jednym z ważniejszych kryteriów wyboru docelowego kraju dla imigrantów czy uchodźców, oprócz poszukiwania schronienia, są warunki ekonomiczne na miejscu. Chodzi tutaj głównie o oferowaną pomoc socjalną czy możliwe zarobki. Z tego punktu widzenia, Polska nadal nie może konkurować z lepiej rozwiniętymi gospodarkami zachodnimi, gdzie płace są nawet trzykrotnie wyższe, a pomoc socjalna w wielu aspektach jest atrakcyjniejsza. W związku z tym do Polski napływa niewielu imigrantów m.in. z Syrii, na co wskazują najnowsze dane Urzędu do Spraw Cudzoziemców.

W pierwszych miesiącach 2017 roku zaledwie nieco ponad dwudziestu obywateli Syrii złożyło wnioski o udzielenie ochrony międzynarodowej w Polsce. Natomiast w całym 2016 roku było to czterdzieści kilka osób. To niewiele biorąc pod uwagę, że jak podaje Eurostat, w ubiegłym roku Niemcy udzieliły azylu aż 295 tys. obywateli Syrii, Szwecja prawie 45 tys., a Wielka Brytania 1850 osobom. To pokazuje, że Polska nie jest pierwszym wyborem dla imigrantów. Podobnej tendencji można spodziewać się w przypadku obywateli z Afryki, którzy według Ministra Współpracy i Rozwoju Niemiec ruszą masowo do Europy – mówi Krzysztof Inglot.

Różnice kulturowe nie bez znaczenia

Przychylność pracodawców w Polsce względem pracowników z Ukrainy wynika w dużej mierze z bliskości kulturowej obu narodów. Dzięki temu łatwiej przełamać bariery, w tym językową czy obyczajową. Kultura imigrantów z Afryki czy krajów Bliskiego Wschodu różni się od obowiązującej w kraju nad Wisłą. To powoduje, że dopasowanie napływających pracowników do oczekiwań pracodawców, może być trudniejsze. Pierwszą barierą jest język. Jest to utrudnienie dla znaczącej większości firm, które na co dzień posługują się wyłącznie językiem polskim. I choć zdarza się, że komunikacja w firmach w Polsce jest prowadzona w języku angielskim, nadal jest to niszowe zjawisko.

Ważny aspekt stanowi też mentalność i nastawienie do pracy. Według statystyk OECD, pokazujących przeciętną liczbę godzin przepracowanych przez jedną osobę zatrudnioną, polscy pracownicy znaleźli się na piątym miejscu. W Europie pod tym względem wyprzedzają polskich pracowników jedynie zatrudnieni w Grecji. Oznacza to, że praca w Polsce wymaga dużego zaangażowania. Dodatkowo, polscy pracownicy są bardzo wydajni, o czym świadczy m.in. skłonność unijnych pracodawców do zatrudniania pracowników z Polski czy decyzje międzynarodowych koncernów, przenoszących produkcję do naszego kraju. Napływający imigranci będą musieli brać to pod uwagę.

Niesprzyjającej nastroje społeczne

Jak wskazuje CBOS, od maja 2015 roku Polacy są sceptycznie nastawieni do relokacji uchodźców przybyłych do Unii Europejskiej z Bliskiego Wschodu i Afryki. Co więcej, od grudnia 2015 roku odsetek zdecydowanych przeciwników przyjęcia części uchodźców przybywających do Europy jest wyższy niż łączny odsetek umiarkowanych i zdecydowanych zwolenników. Z ostatnich danych, opublikowanych w kwietniu 2017 roku wynika, że relokacji osób z Bliskiego Wschodu i Afryki sprzeciwia się trzy czwarte (74%) badanych, przy czym dominującą odpowiedzią jest zdecydowany sprzeciw (43%). Za przyjęciem uchodźców opowiada się w sumie nieco więcej niż jedna piąta Polaków (22%). Inaczej sprawa wygląda w przypadku obywateli Ukrainy. Polacy są zdecydowanie przychylniej nastawieni do przyjmowania uchodźców z tego kraju. W kwietniu tego roku za udzieleniem im schronienia opowiadało się ponad połowa (55%) badanych, a przeciwnych jest dwóch na pięciu (40%).

– Uchodźcy z krajów Bliskiego Wschodu i Afryki nie są ratunkiem dla polskiego rynku pracy. Zarówno z punktu widzenia przychylności społecznej, jak i bliskości kulturowej. Trzeba też pamiętać, że głównie są to imigranci socjalni a nie zarobkowi. Dlatego dla pracodawców lepszym rozwiązaniem jest zatrudnianie pracowników z Ukrainy. Oni chcą pracować w naszym kraju, o czym świadczą dane Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej za 2016 rok. W ramach uproszczonej procedury zatrudnienia obcokrajowców firmy deklarowały zatrudnienie 1,3 mln osób. Ponad milion to Ukraińcy. Warto też zwrócić, uwagę, że pomimo zniesienia wiz dla Ukraińców, którzy mogą teraz swobodnie podróżować po krajach Unii Europejskiej, z danych Fundacji Inicjatywy Demokratyczne wynika, że tylko 22% z nich chciałoby znaleźć pracę w szarej strefie dzięki temu rozwiązaniu (wiza nie pozwala na podjęcie pracy). A to oznacza, że dla obywatela Ukrainy liczy się legalność zatrudnienia, o którą w Polsce nie jest trudno, bo m.in. agencje zatrudnienia takie jak nasza, pomagają w załatwieniu wszystkich formalności – podsumowuje Krzysztof Inglot z Work Service Ukraine.

Draghi, Carney – ojcowie zmienności, siewcy chaosu

Mario Draghi we wtorek optymistycznie wypowiadał się o perspektywach inflacji w Eurolandzie. Jego ton mocno kontrastował z ostrożnym, wręcz sceptycznym podejściem zaprezentowanym podczas konferencji wieńczącej czerwcowe posiedzenie ECB. Dysonans nieco rozwiały wczorajsze głosy z ECB. W ich myśl inwestorzy wyciągnęli z ostatniego wystąpienia Prezesa ECB zbyt pochopne wnioski a jego stanowisko w gruncie rzeczy powinno być odczytane jako neutralne. Okazuje się zatem, że prawdziwym jest te pierwsze oblicze Draghiego.

Przy wykupionym rynku i skrajnym pozycjonowaniu obrazowanym przez dane CFTC wczorajsze pogłoski wywołały ostre cofnięcie kursu EUR/USD w kierunku 1,13, które później zostało wygaszone. Przetasowania z wtorku, szczególnie na rynku długu okazały się niemożliwe do odwrócenia. W nocy kurs naruszył 1,14 i na początku czwartkowej sesji utrzymuje się powyżej tego pułapu.

Kluczem do średnioterminowych perspektyw eurodolara będzie zachowanie kursu w końcówce kwartału. Jednak jedynie zamknięcie piątkowej sesji wewnątrz obwiązującego przez wiele tygodni przedziału wahań było jednoznacznie negatywnym sygnałem.
Mimo to słabość odczytów inflacyjnych za czerwiec może położyć kres krótkoterminowemu rajdowi euro i napędzającej tę tendencję wyprzedaży obligacji skarbowych państw strefy euro. Pierwsze negatywne symptomy nadeszły już wczoraj – roczna dynamika inflacji konsumenckiej we Włoszech wyhamowała z 1,6 aż do 1,2 proc. (przy konsensusie zakładającym o połowę mniejszy ruch). Ważniejsze informacje napłyną dziś z Hiszpanii i Niemiec a kluczowy będzie jutrzejszy wskaźnik dla całego Eurolandu. Tym bardziej, że poznamy również najważniejszą dla polityki monetarnej inflację bazową, która mocno rozczarowuje Radę Prezesów ECB.

W tym kontekście warto przytoczyć nasz model uwzględniającym m.in. ceny paliw, siłę euro i presję cenową we Włoszech, który sugeruje mocniejszą niż zakłada to mediana prognoz dezinflację w dobiegającym końca miesiącu (z 1,4 do 1,1 przy konsensusie 1,2 proc. r/r). Zgodne z tym scenariuszem obniżenie się dynamiki cen oznaczałoby, że dynamika inflacji bardzo ostro hamuje z 2 proc. osiągniętych w lutym. Dodajmy, że w kolejnych miesiącach ścieżka cen paliw będzie przekładać się na negatywne efekty bazy statystycznej.
Informacyjny chaos nie dotyczy wyłącznie ECB. Sprzeczne głosy docierały ostatnio z Banku Anglii, w MPC rośnie siła zwolenników podwyżki stóp. Wczoraj gubernator Carney przyznał, że może zaistnieć potrzeba ograniczenia stymulacji gospodarki. Stoi w ewidentnej sprzeczności z jego komentarzami sprzed niespełna dwóch tygodni. Kolejny, zaskakujący zwrot w retoryce wypchnął kurs GBP/USD w kierunku 1,30.

W Wielkiej Brytanii, tuż po ubiegłorocznym referendum Bank Anglii obawiając się bardzo silnego spowolnienia gospodarki poluzował politykę. Pesymistyczne prognozy nie zmaterializowały się. Zamiast tego pojawiła się groźba wyższej od prognoz inflacji napędzanej dodatkowo słabością funta. W tym świetle uważamy, że nie może być mowy o całym cyklu, a ewentualnie o jedynie jednej podwyżce o charakterze korekty ubiegłorocznego luzowania. Taki ruch jest już właściwie wyceniony. Okazuje się, że rynek pieniężny dyskontuje wzrost stóp do końca 2018 roku o ponad 35 pb. Wyłącznie wczoraj rynek wycenił aż 4 punkty bazowe podwyżek w tym horyzoncie. Jednocześnie ostatnie potężne odbicie kursu odzwierciedla zamykanie krótkiej pozycji zbudowanej po katastrofalnym dla rządu torysów wyniku czerwcowych wyborów parlamentarnych. Oznacza to, że – odwrotnie niż polityka pieniężna – ryzyko polityczne związane z negocjacjami ws. Brexitu i słabszym rządem jest w niedostatecznym stopniu uwzględnione w wycenie funta. Dodatkowo spodziewamy się pogorszenia kondycji brytyjskiej gospodarki pod wpływem hamowania realnej dynamiki wynagrodzeń. Z tego względu nie widzimy potencjału do wyjścia nad strefę oporu 1,3050 – 1,31 i pozostajemy negatywnie nastawieni do funta, zwłaszcza względem dolara.

Część przedstawicieli władz monetarnych sugeruje, że Fed najpierw powinien rozpocząć redukcję sumy bilansowej a dopiero potem dokonywać kolejnych podwyżek kosztu pieniądza. Należy też doszukiwać się wskazówek, czy FOMC nadal ze spokojem podchodzi do serii słabszych danych. W każdym razie rynkowa wycena przyszłego tempa zacieśniania przez Fed jest cały czas niedostateczna i wymaga urealnienia. W perspektywie końca 2018 roku rynek dyskontuje mniej niż dwie podwyżki kosztu pieniądza, rynek pieniężny nie uwzględnia też w cenach wpływu redukcji portfela aktywów. Ten ostatni proces będzie naszym zdaniem mocno uderzał przede wszystkim w waluty emerging markets i tych przedstawicieli G-10, których atutem były wysokie realne stopy procentowe.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
DM TMS Brokers

Łukasz Bugaj, DM BOŚ: Wakacyjny czas

Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ
Łukasz Bugaj, analityk DM BOŚ

Okres wakacyjny ma swoje prawa na rynku kapitałowym. Aktywność inwestorów jest mniejsza, co przekłada się na względną łatwość w wygenerowaniu przesunięć indeksów. Z drugiej jednak strony inwestorzy otrzymują mniej impulsów i z czysto informacyjnego punktu widzenia nierzadko doświadczyć można niemałej posuchy. W otoczeniu okres spokoju będzie przerwany wynikami spółek za kończący się w tym tygodniu II kw., ale lokalnie po ostatnich zmianach w terminach publikacji raportów okresowych uzbroić się będzie trzeba w większą cierpliwość. Zresztą ostatnie sesje dość wyraźnie pokazują, że uwaga przesunęła się nieco z parkietów akcyjnych na rynki walutowe i obligacyjne. Pierwsze skrzypce wciąż grają słowa bankierów centralnych, spośród których najbardziej wypatrywane są te tyczące się ograniczenia europejskiego stymulusu monetarnego. Wpływa to na względną siłę waluty wspólnotowej, co lekko ogranicza konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw, a to one miały być wynikowym prymusem w tym roku. Z kolei w przypadku obligacji głośno zrobiło się o wypłaszczeniu amerykańskiej krzywej rentowności. Na jej krótki koniec wpływają zwyżki stóp procentowych aplikowane przez FOMC, ale długi koniec pozostaje zakotwiczony przez powracający niczym bumerang paradygmat sekularnej stagnacji. To bardzo istotna zmiana, gdyż jeszcze nie tak dawno inwestorzy wierzyli w możliwość wejścia globalnej gospodarki w długotrwały okres wzrostu, co wywierałoby odpowiednią presją na oczekiwania inflacyjne. Teraz jednak ta nadzieja przemija, co jest dość silnie skorelowane z kolejnymi porażkami Donalda Trumpa. Warto w tym miejscu wspomnieć, że we wtorek przesunięte zostało głosowanie nad kluczową dla republikanów ustawą o ubezpieczaniach zdrowotnych. Nakłada się na to fakt kontynuacji słabości sektora spółek technologicznych oraz pewne przesunięcie popytu w stronę defensywnych sektorów. Sumarycznie rzecz biorąc każe to zachować długoterminową ostrożność wobec ryzykownych aktywów, choćby dlatego, że ostatni raz amerykańska krzywa rentowności była tak płaska w grudniu 2007 roku, czyli w okresie końca poprzedniej hossy. Oczywiście nie oznacza to, że już zaraz zacznie się okres dekoniunktury. Wprost przeciwnie, z sezonowego punktu widzenia wakacyjny okres jest całkiem niezły, tyle że służy mu wiosenna korekta. W tym roku maj i czerwiec nie przyniosły jednak większych spadków, co może ograniczać potencjał letnich wzrostów. Tych wykluczyć jednak nie można i wydaje się, że do jesieni globalna koniunktura powinna się utrzymać na dobrym poziomie.

Autor: Łukasz Bugaj, Dom Maklerski BOŚ S.A.

Funt dostał wsparcie

Środowa sesja na rynku forex przyniosła niewielkie zmiany na koniec dnia, jednak nie bez emocji w trakcie. Dolar amerykański znajdował się pod presją. Spore wzrosty odnotowano na rynku ropy.

Ceny ropy zyskały na wczorajszym zamknięciu blisko 3%. Działo się tak pomimo danych, które wykazały niewielki, aczkolwiek wzrost zapasów paliw względem oczekiwań analityków. Amerykańskie indeksy giełdowe również sporo wczoraj rosły, zyskując w przypadku SP500 blisko 0.9%. Inaczej było w przypadku lokalnego podwórka, gdzie WIG20 stracił 0.7%. Być może to rozminięcie nastrojów sprawi, iż dzisiejsze otwarcie będzie miało miejsce na wyższym poziomie niż ostatnie zamknięcie.

Oprócz danych makro inwestorzy otrzymali wczoraj szereg wypowiedzi ludzi związanych z bankami centralnymi. Najwięcej zamieszania na rynkach wywołał chyba Mark Carney, szef Banku Anglii, który stwierdził, iż „jakieś ograniczenia obecnego pakietu stymulującego może być w przyszłości konieczne”. Ta wypowiedź dodała skrzydeł funtowi brytyjskiemu, który momentalnie zyskał na sile. Dziś przemówień brak – poznamy za to dane z USA o PKB i wnioskach o zasiłki dla bezrobotnych.

Funt dostał wsparcie 1

Wczorajsze umocnienie funta może zwiastować kłopoty EUR/GBP. Rynek zmaga się teraz z oporem na 0.88. Dodatkowo wskaźnik RSI pokonał linię trendu wzrostowego. To jeszcze nic nie znaczy, choć pokazuje, iż impet byków może maleć. Zejście poniżej 0.87 może otworzyć drogę sporym spadkom. Opór mamy na 0.89 i .90.

Sylwester Majewski

Sylwester Majewski
www.forex-desk.net

Obiektywy z wbudowanym światłem to nowy trend w fotografii. Powstają pierwsze obiektywy makro z wbudowaną lampą doświetlającą

Obiektywy z wbudowanym światłem to nowy trend w fotografii. Powstają pierwsze obiektywy makro z wbudowaną lampą doświetlającą 2

Miniaturyzacja źródeł świateł opartych na diodach LED pozwoliła wprowadzić do fotografii nowe, innowacyjne rozwiązania. Jednym z nich są obiektywy wyposażone we własne, wbudowane lampy doświetlające.

Do tej pory w przypadku fotografii makro jedynym w pełni skutecznym rozwiązaniem było stosowanie wyspecjalizowanych i zazwyczaj drogich lamp do tego typu zdjęć, montowanych wokół lub po obu stronach obiektywu. Jednak miniaturyzacja źródeł światła opartych na diodach LED pozwoliła na skonstruowanie obiektywów wyposażonych we własne, wbudowane lampy doświetlające.

– Mamy dwa obiektywy z wbudowaną lampą doświetlająca, wcześniej to był obiektyw 28 mm EF-M, który jest przeznaczony do użytku z aparatami kategorii bezlusterkowców z wbudowaną lampą LED. Drugi obiektyw to nowość, która niedawno pojawiła się na rynku, jest to obiektyw EF-S 35 mm również z wbudowaną lampą LED, która doświetla nam  plan w przypadku przede wszystkim zdjęć makro – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Robert Woźniak z firmy Canon Polska.

Zdjęcia makro to specyficzna odmiana fotografii, która wyróżnia się między innymi tym, że zwykłe lampy błyskowe – te wbudowane w aparat i te zewnętrzne, montowane na tzw. gorącej stopce – nie zdają w niej egzaminu. Wszystko dlatego, że źródło sztucznego światła umieszczone z boku powoduje powstanie niepotrzebnych dodatkowych cieni na fotografowanych obiektach, a przez to psuje finalne zdjęcia. Tej wady pozbawione są obiektywy z wbudowaną lampą umieszczoną wokół przedniej soczewki.

– To oświetlenie znajduje się na końcu obiektywu, wbudowane w sposób stały, co powoduje, że jest w osi optycznej zdjęcia, które wykonujemy. Dzięki temu możemy oświetlić przedmiot z bliskiej odległości przy fotografii makro i uzyskujemy fotografię bezcieniową, lub też mamy wpływ na kształtowanie światłocieni – tłumaczy Robert Woźniak.

Dodatkowo wbudowana w obiektyw EF-S 35 mm lampa składa się z dwóch niezależnie sterowanych połówek, dzięki czemu możliwe jest ustawienie mocniejszego światła z dowolnej strony w stosunku do strony przeciwnej, wyłączenie jednej ze stron lub działanie obu połówek w ten sam sposób. Ten ostatni tryb najlepiej sprawdza się zwykle przy bezcieniowych fotografiach typu makro oraz… przy filmach wideo.

Oprócz tego zaletą nowego obiektywu jest także wydajny system stabilizacji.

– Obiektyw 35 mm makro ma hybrydową stabilizację obrazu, jest to hybrydowa stabilizacja optyczna, która znakomicie sprawdza się przy drganiach typowych dla trzymania aparatu w rękach, jak i przy fotografii makro, kiedy mamy tzw. drgania przesuwne, góra-lewo-prawo. Wtedy ta hybrydowość umożliwia uzyskiwanie ostrych zdjęć na dłuższych czasach naświetlania, możemy sobie również wyobrazić lepszą jakość stabilizacji obrazu przy filmowaniu – podsumowuje Robert Woźniak.

Dzięki technologii 3D już niedługo w Polsce może powstać bioniczna trzustka. Pomoże ona ok. 200 tys. osób cierpiących na cukrzycę

Dzięki technologii 3D już niedługo w Polsce może powstać bioniczna trzustka. Pomoże ona ok. 200 tys. osób cierpiących na cukrzycę 3

Już za 3–4 lata cukrzycę typu pierwszego będzie można leczyć w bardzo innowacyjny sposób. W Instytucie Nenckiego PAN trwają prace nad stworzeniem bionicznej trzustki. Wszczepiona wewnątrz organizmu mogłaby sama wydzielać insulinę i funkcjonować jak prawdziwy narząd. Do produkcji trzustki ma być wykorzystana technologia druku 3D. W Polsce na cukrzycę choruje ok. 3 mln osób, z czego 200 tys. na cukrzycę typu pierwszego. 

W Polsce na cukrzycę choruje 3 mln osób. Do 2020 roku choroba może dotknąć już co dziesiątego Polaka. Blisko 200 tys. osób cierpi na cukrzycę typu pierwszego, w której trzustka przestaje wydzielać insulinę. Obecnie jedynym sposobem na leczenie tego typu cukrzycy jest regularne wstrzykiwanie insuliny.

– Jednym z urządzeń, które ułatwia życie cukrzykom, jest pompa insulinowa, elektroniczne urządzenie, które chorzy cały czas noszą przy sobie, pod ubraniem, i które specjalnymi wężykami dostarcza insulinę do organizmu. My chcielibyśmy stworzyć narząd, który można byłoby wszczepić wewnątrz ciała, czyli pod skórę pacjentów z cukrzycą typu pierwszego i który to narząd funkcjonowałby dokładnie tak jak naturalna trzustka wydzielająca insulinę. Z tym, że byłoby to coś, co stworzylibyśmy w laboratorium, a następnie dokonali transplantacji tak, aby narząd funkcjonował jak własna trzustka – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. dr hab. Agnieszka Dobrzyń, kierownik Pracowni Sygnałów Komórkowych i Zaburzeń Metabolicznych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

W prace nad nowym sztucznym narządem zaangażowany jest zespół biologów molekularnych z Instytutu Nenckiego, transplantologów z Uniwersytetu Medycznego w Warszawie, a także inżynierów materiałowych z Politechniki Warszawskiej.

– Prace są podzielone na kilka grup: mięśniową, trzustkową oraz grupę związaną z badaniem tkanki tłuszczowej. Obecnie pracujemy nad bioniczną trzustką, którą tworzymy z wykorzystaniem wysp trzustkowych pobranych od dawców oraz specjalnie do tego celu przygotowanych polimerów. Aktualnie największym problemem jest utrzymanie tożsamości i funkcjonalności przeszczepianych wysp. Pracujemy nad tym, aby wyspy ‘opakowane’ w narząd z polimeru były bardziej trwałe – podkreśla dr Justyna Janikiewicz, adiunkt w Pracowni Sygnałów Komórkowych i Zaburzeń Metabolicznych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

Bioniczne trzustki miałyby być budowane w podobny sposób, jak drukuje się elementy kości. Konieczne jest jednak stworzenie „rusztowania” dla wysp trzustkowych, które pomagałoby je utrzymywać i umożliwiałyby ich funkcjonowanie (nad tym pracują naukowcy z Politechniki Warszawskiej). Trzustka miałaby zostać stworzona na bazie wysp trzustkowych przekształconych z własnych komórek macierzystych chorego lub wysp pobranych od dawcy. W tym drugim przypadku problemem jest zbyt mała liczba dawców oraz konieczność zastosowania terapii immunosupresyjnej.

– Dlatego realizujemy innowacyjny projekt polegający na przeszczepieniu komórek macierzystych wyizolowanych z tkanki tłuszczowej, przekształconych w komórki wydzielające insulinę i glukagon. Będzie to przeszczep autologiczny. Innowacyjność tej metody polega na tym, że będziemy wykorzystywać komórki macierzyste z reprogramowanym genomem i zmienionym transkryptomem, dzięki czemu będą one mogły wydzielać insulinę i glukagon, staną się zupełnie nowym typem komórek. Ponieważ będą pochodziły od pacjenta, będzie można je bez problemu przeszczepić tej samej osobie – przekonuje dr Anna Dziewulska, adiunkt w Pracowni Sygnałów Komórkowych i Zaburzeń Metabolicznych w Instytucie Biologii Doświadczalnej im. M. Nenckiego PAN.

Jak zapowiada prof. Agnieszka Dobrzyń, narząd miałby powstać dzięki technologii biodrukowania 3D. W pierwszej kolejności skonstruowany narząd zostanie wszczepiony zwierzętom. Jeśli będzie funkcjonować tak, jak zakładają naukowcy, to już w ciągu kilku lat chorzy na cukrzycę typu pierwszego będą mogli skorzystać z zupełnie nowego sposobu leczenia.

– Będziemy mogli dokonywać transplantacji bionicznych trzustek, które stworzymy w laboratorium, do pacjentów, od których pobraliśmy komórki macierzyste. Komórki będą przekształcone tak, że samodzielnie będą utrzymywać prawidłowe stężenie glukozy we krwi, wydzielając insulinę i glukagon, co za tym idzie –osoby, które cierpią na cukrzycę typu pierwszego, będą mogły żyć dokładnie tak jak wszystkie zdrowe osoby. Taki jest nasz cel, mamy nadzieję, projekt zakończy się sukcesem – ocenia prof. Agnieszka Dobrzyń.

Ponad 90 proc. rodziców skarży się na ograniczone możliwości pobytu ze swoimi dziećmi w szpitalu. Brakuje pokoi noclegowych dla rodziców

Ponad 90 proc. rodziców skarży się na ograniczone możliwości pobytu ze swoimi dziećmi w szpitalu. Brakuje pokoi noclegowych dla rodziców 4

Eksperci podkreślają, że stałe przebywanie z hospitalizowanym dzieckiem jest niezwykle ważne zarówno dla małych pacjentów, jak i ich mam. Kobietom zapewnia komfort psychiczny, dzieciom pomaga oswoić się z nową sytuacją i obcymi ludźmi oraz szybciej wrócić do zdrowia. Jest to istotne nie tylko w przypadku noworodków karmionych mlekiem matki. Dlatego z inicjatywy marki Pampers i Fundacji Polsat w Powiatowym Centrum Zdrowia w Otwocku otwarto w czerwcu Pokój dla Mam, które towarzyszą swoim pociechom podczas leczenia szpitalnego. 

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez TNS Polska, 90 proc. polskich rodziców skarży się na ograniczone możliwości nocowania w szpitalu. W większości placówek dorośli zmuszeni są spać na korytarzach lub na krzesłach przy łóżkach swoich dzieci.

 Niemal 50 proc. Polaków, z którymi rozmawialiśmy, wskazywało, że sami bądź ich bliscy byli w sytuacji, kiedy chcąc towarzyszyć dziecku w szpitalu, musieli przynosić ze sobą karimaty czy śpiwory, by na nich przespać noc – mówi agencji informacyjnej Newseria Mariola Mirek, menadżer ds. komunikacji marki Pampers w Procter & Gamble.

Projekt „Wspólnie dbamy o bobasy” ma na celu wspieranie mam w ich trudzie opieki nad dzieckiem poprzez tworzenie przyjaznych im przestrzeni czy angażowanie całej rodziny i społeczeństwa w wychowanie dziecka. Pierwszą inicjatywą zrealizowaną w ramach tej kampanii jest Pokój dla Mam w Powiatowym Centrum Zdrowia w Otwocku. Znajdują się w nim cztery łóżka, szafa na ubrania, łazienka z prysznicem i pralko-suszarką oraz aneks kuchenny. Dodatkowo korzystające z pokoju mamy mają do dyspozycji produkty codziennego użytku, takie jak płyn do mycia naczyń, szampony i odżywki do włosów, pasty do zębów, podpaski oraz produkty do prania.

– Zdaję sobie sprawę z tego, że pobyt mamy w szpitalu z chorym dzieckiem jest trudnym doświadczeniem, dlatego chcemy ułatwić jej ten czas. Chcemy wspierać mamy w takim zakresie, w jakim możemy, nie tylko oferując produkty do pielęgnacji noworodków i małych dzieci, lecz także poprzez takie pokoje jak ten przy Oddziale Pediatrycznym w Otwocku – mówi Mariola Mirek.

Tworząc „Pokój dla Mam” marka Pampers dołączyła do projektu realizowanego przez Fundację Polsat, która działa na rzecz poprawy opieki zdrowotnej polskich dzieci. Organizuje ogólnopolskie kampanie, z których dochód przeznaczany jest na zakup sprzętu medycznego do szpitali i placówek zdrowia opiekujących się dziećmi. Finansuje też liczne zabiegi, leki i terapie oraz sponsoruje remonty i modernizacje placówek medycznych. W tym roku Fundacja realizowała modernizację Oddziału Pediatrycznego w Powiatowym Centrum Zdrowia w Otwocku.

– Oczywiście było pytanie, czy znajdzie się przestrzeń na zaaranżowanie „Pokoju dla Mam” w Powiatowym Centrum Zdrowia w Otwocku. Okazało się, że po rozmowach z panią prezes placówki i z panią ordynator tę przestrzeń znaleźliśmy. W trakcie trzymiesięcznego remontu udało się ją wyremontować i zagospodarować tak, że mogła trafić do rąk mam z Otwocka i okolic – mówi Mariola Mirek.

Rocznie na oddziale tym hospitalizowanych jest ponad tysiąc dzieci, zarówno noworodków, jak i nieco starszych. Często trafiają tam maluchy, które z braku miejsc, mimo skierowania, nie zostały przyjęte do Instytutu „Pomnik – Centrum Zdrowia Dziecka” lub muszą wykonać badania diagnostyczne z długim terminem oczekiwania. Remont prowadzony przez Fundację Polsat objął całościową modernizację Oddziału Pediatrycznego, w tym wymianę instalacji wodno-kanalizacyjnej i centralnego ogrzewania. Marka Pampers planuje otwarcie kolejnych pokoi dla mam w innych placówkach medycznych w Polsce.

– Chcemy poprzez ten projekt pokazywać, że wszyscy mamy ogromną rolę do odegrania w pomaganiu, we wspieraniu mam w trakcie wychowania małego dziecka. Wiemy, że wychowanie dziecka jest bardzo trudnym procesem. Mama jest najważniejsza, ale potrzebuje wsparcia – mówi Mariola Mirek.

Polska wzbogaciła się o milion nowych drzew. Posadzono je w ramach 9. edycji programu „Po stronie natury”

Polska wzbogaciła się o milion nowych drzew. Posadzono je w ramach 9. edycji programu „Po stronie natury” 5

Tegoroczna edycja programu „Po stronie natury” zakończyła się posadzeniem ponad miliona nowych drzew. Dotychczasowy bilans tej ogólnopolskiej akcji to 6 mln posadzonych drzew i ponad 1000 km odnowionych szlaków górskich. Organizator „Po stronie natury”, marka Żywiec Zdrój, wraz z partnerami, sadzi drzewa, aby chronić zasoby wody pitnej w Polsce i prowadzi działania edukacyjne zachęcające Polaków do ekologicznego stylu życia. Ambasadorką programu już po raz drugi jest Martyna Wojciechowska.

Drzewa pełnią niezwykle istotną rolę w ekosystemie. Neutralizują zanieczyszczenia atmosferyczne, redukują ilość gazów cieplarnianych, zwiększają wilgotność powietrza, normują temperaturę otoczenia. Pełnią poza tym ogromną rolę w ochronie zasobów wody pitnej – zwiększają infiltrację wody do ziemi oraz oczyszczają wody gruntowe.

– Dla Żywiec Zdrój bardzo ważne jest to, że woda pochodzi z natury. Dlatego czujemy się zobowiązani do troski o przyrodę. Sadzimy drzewa, ponieważ to najlepszy sposób na ochronę zasobów wody pitnej w Polsce. Ochrona tych zasobów jest ważna, ponieważ są one cennym elementem dla przyszłości naszego kraju – mówi agencji informacyjnej Newseria Fabrizio Gavelli, prezes zarządu Żywiec Zdrój.

Dotychczas w ramach programu „Po stronie natury” posadzono 6 mln drzew – obsadzonych zostało w sumie ponad 900 ha powierzchni. Do akcji mógł się przyłączyć każdy mieszkaniec kraju. Wystarczyło wpisać kod spod etykiety wody Żywiec Zdrój i zadedykować drzewo bliskiej osobie.

– 6 mln to bardzo dużo, ale to kropla w morzu potrzeb. Potrzebujemy sadzić dużo więcej drzew w Polsce, bo drzewa są potrzebne dla świeżego powietrza, naszego zdrowia, byśmy mieli wystarczające zasoby czystej wody w naturze – mówi Inga Songin, dyrektor marketingu i PR Żywiec Zdrój.

Ambasadorką programu „Po stronie natury” po raz drugi  została Martyna Wojciechowska. Dziennikarka podkreśla, że jest to bardzo pożyteczna akcja, która angażuje ludzi do działań na rzecz środowiska naturalnego. Twierdzi, że nie ma nic lepszego od wykorzystywania rozpoznawalności do właściwych celów, a dla niej celem takim jest mówienie o ekologii i edukowanie Polaków w zakresie ochrony przyrody. Ambasadorka programu przypomina, że zdrowie przyszłych pokoleń zależy od tego, jak obecne generacje zadbają o naturę.

Sadzenie drzew to tylko jeden z elementów programu „Po stronie natury”. W ramach akcji odnawiane są także szlaki turystyczne – dotychczas zrewitalizowano ponad tysiąc kilometrów szlaków, na których zamontowano m.in. drogowskazy, tablice z mapami oraz tablice edukacyjno-informacyjne. Ponadto 150 tyś. dzieci zostało ambasadorami akcji „Listy dla Ziemi”. Innym elementem programu „Po stronie natury” jest konkurs grantowy „Inicjatywy Społeczne PSN”, w ramach którego przyznawane są granty na realizację najbardziej kreatywnych rozwiązań problemów ekologicznych. Do tej pory dzięki grantom zrealizowane zostały m.in. takie działania jak budowa ścieżek edukacyjnych, parków i przyszkolnych ogrodów dendrologicznych.

Finał tegorocznej edycji programu „Po stronie natury” odbył się 11 czerwca w Warszawie. Uczestnicy imprezy mogli wymienić plastikowe butelki na sadzonki drzew, wziąć udział w edukacyjnych grach i zabawach oraz warsztatach ze znakowania szlaków turystycznych, a także skorzystać z konsultacji dietetycznych. Partnerami programu są Lasy Państwowe, Polskie Towarzystwo Turystyczno-Krajoznawcze oraz Fundacja Ekologiczna „Arka”. Wciąż można głosować na wybrane inicjatywy proekologiczne w konkursie grantowym. Głosowanie trwa do 30 czerwca, lista finałowych projektów dostępna jest na stronie postronienatury.pl

Branża farmaceutyczna obawia się nowelizacji ustawy refundacyjnej. Resort zdrowia chce przerzucić odpowiedzialność za refundację leków na rynek

Branża farmaceutyczna obawia się nowelizacji ustawy refundacyjnej. Resort zdrowia chce przerzucić odpowiedzialność za refundację leków na rynek 6

W projekcie nowej ustawy refundacyjnej, nad którą pracuje Ministerstwo Zdrowia, pojawiła się nowa propozycja paybacku, czyli mechanizmu zwrotu kosztów w systemie refundacyjnym. Do tej pory zakładał on, że jeżeli NFZ wyda na refundację leków aptecznych więcej, niż zakładał w planie finansowym, to nadwyżkę pokryją na równi producenci leków i resort zdrowia. Nowa regulacja ma przerzucić całą odpowiedzialność na branże farmaceutyczną, która wytyka błędy w propozycjach resortu. 

– Payback jest formą mechanizmu finansowania leków. Jeżeli dojdzie do przekroczenia planu wydatków refundacyjnych NFZ, to ten naddatek powinien być na określonych zasadach zwrócony do Funduszu albo do budżetu państwa. Payback istnieje też w innych krajach, to forma umowy pomiędzy stroną publiczną a prywatną, która mówi, że dzielimy się odpowiedzialnością za to, co dzieje się na rynku leków na receptę, szczególnie refundowanych – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Magdalena Władysiuk, wiceprezes firmy doradczej HTA Consulting.

Propozycję nowego paybacku, czyli mechanizmu zwrotu kosztów w systemie refundacyjnym, zawiera projekt nowelizacji ustawy refundacyjnej, nad którą pracuje Ministerstwo Zdrowia.

Rozwiązanie, które proponuje resort, wzbudziło duże wątpliwości i obawy przemysłu farmaceutycznego. Zakłada ono, że jeżeli NFZ wyda na refundację leków aptecznych więcej, niż zakładał w planie finansowym, to różnice pokryją producenci leków sprzedawanych w aptekach.

Do tej pory odpowiedzialność finansowa za przekroczenie budżetu refundacyjnego NFZ rozkładała się na równi pomiędzy producentów leków a resort zdrowia i Fundusz. Dyrektor generalna Infarmy Bogna Cichowska-Duma zauważa, że to motywowało NFZ do ścisłego przestrzegania swojego budżetu.

– Ministerstwo proponuje, żeby teraz koszty ryzyka były w 100 proc. ponoszone przez firmy farmaceutyczne. Do tej pory były one pokrywane w połowie przez NFZ, a w połowie przez firmy farmaceutyczne. Być może dlatego ustawowy payback nigdy dotąd nie był płacony, bo NFZ był zmotywowany do pilnowania swojego budżetu. Ta zmiana jest dla nas nieracjonalna, bo przerzuca całą odpowiedzialność za budżet płatnika na firmy farmaceutyczne i zupełnie nie motywuje NFZ do pilnowania swojego budżetu, wręcz przeciwnie – podkreśla Bogna Cichowska-Duma, dyrektor generalna Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych INFARMA.

Payback nie powinien promować ani leków oryginalnych, ani generycznych, ani też określonych grup pacjentów. Jego głównym celem jest utrzymanie dyscypliny budżetowej Narodowego Funduszu Zdrowia.

– Jeżeli payback z założenia ma służyć utrzymaniu dyscypliny budżetowej, powinien obejmować wszystkich graczy na rynku na określonych i takich samych zasadach. Wtedy nikt nie będzie dyskryminowany. Jeśli natomiast zostaną wprowadzone różne zasady dla rożnych podmiotów, na przykład dla leków nowych, starych, dla leków o określonych wskazaniach albo skierowanych do określonych grup, to wtedy pojawia się ryzyko, że państwo może w pewien sposób promować albo dyskryminować określone leki lub producentów. Obecna propozycja dyskryminuje wszystkie leki na receptę, ponieważ obejmuje tylko tą grupę – ocenia Magdalena Władysiuk.

Mechanizm paybacku, który obowiązywał do tej pory, został sprecyzowany w ustawie z 2011 roku. Zakładał, że koszty przekroczenia budżetu refundacyjnego NFZ na leki apteczne ponoszą na równi firmy farmaceutyczne i płatnik publiczny. W tym roku, przy okazji nowelizacji ustawy refundacyjnej, Ministerstwo Zdrowia planuje zmienić te zapisy, przenosząc całą odpowiedzialność finansową na rynek.

– Nowe zapisy budzą obawy. Pierwsza z nich dotyczy całego rynku leków na receptę, ponieważ obecne zapisy powodują, że cała odpowiedzialność za zbyt duże wydatki spadnie tylko na firmy farmaceutyczne. Druga obawa jest związana z tym, że dotychczas mechanizm uruchamiania paybacku był zależny od wielkości tzw. rezerwy, czyli dodatkowych środków, które Ministerstwo Zdrowia przeznacza na zwiększoną refundację. Teraz leki na receptę będą pozbawione tej rezerwy, co będzie powodowało wysoką presję na ceny – ocenia Magdalena Władysiuk.

Nowy mechanizm paybacku, który proponuje Ministerstwo Zdrowia, może zmusić firmy farmaceutyczne do nieprzewidzianych wydatków, co osłabi ich kondycję finansową.

Cały rynek będzie dostosowywał się do nowego paybacku. Jeżeli proponowane zapisy zostaną utrzymane, spowoduje to ograniczenie wchodzenia na rynek nowych leków. Obawiamy się, że nie poszerzą się możliwości wprowadzania nowych substancji, nieważne czy generycznych, czy oryginalnych. Spowoduje to też rosnącą presję cenową dla rynku generycznego, co będzie niekorzystnym mechanizmem – przestrzega Magdalena Władysiuk.

Dyrektor generalna Infarmy Bogna Cichowska-Duma zauważa, że do tej pory z paybacku były zwolnione firmy farmaceutyczne, które zawarły z ministerstwem tzw. umowy dzielenia ryzyka. W takim porozumieniu firma, wprowadzając na rynek innowacyjny lek, przejmuje część odpowiedzialności za duży wzrost kosztów tego leku (większy niż cena ustalona w negocjacjach z MZ). Jeżeli koszty refundacyjne takiego leku zostały przekroczone, to jego producent pokrywał nadwyżkę ze środków własnych.

– Te umowy to często takie „indywidualne paybacki”. Są poufne, żeby nie wprowadzać zamieszania na rynkach międzynarodowych. Są ceny oficjalne, które zapobiegają wywozowi leków innowacyjnych za granicę, a mechanizm poufności gwarantuje, że koszty leków są dla ministerstwa dużo niższe. Do tej pory z ustawowego paybacku były wyłączone firmy i leki, które miały zawarte takie indywidualne umowy z ministerstwem. Wydaje się to racjonalne, ponieważ te firmy już i tak biorą na siebie ryzyko przekroczenia budżetu. Wciągniecie ich pod ustawowy payback wydaje się nieuzasadnionym, podwójnym obciążeniem – przestrzega Bogna Cichowska-Duma.

Mario Draghi kończy z deflacją – komentarz rynkowy

Jeszcze wczoraj i dzisiaj wiele było słychać na temat banków centralnych. Zwykle oświadczenia prezesów tego typu instytucji są dosyć nudne, ale co jakiś czas lubią spłatać figla. Prezes Europejskiego Banku Centralnego, Mario Draghi, poruszył wczoraj rynki, tworząc proste, ale daleko idące oświadczenie: „nie ma już zagrożenia deflacją, a siły deflacyjne są nadal w grze”.

Deflacja była od kilku lat ważną kwestią na całym świecie. Przedsiębiorcy i bankierzy lubią, gdy pieniądze tracą swoją wartość w czasie. Najbardziej cieszą się, gdy stopa inflacji wynosi niewiele poniżej 2%. Jeżeli wiec, tak jak ostatnio, pieniądze zyskują na wartości, jest to „zagrożenie”, któremu trzeba sprostać. Najczęstszym sposobem radzenia sobie z tym, jest drukowanie coraz większej ilości pieniędzy, dopóki popyt i podaż nie zaczną się zmniejszać. Tak więc powyższe oświadczenie Mario Draghiego, rynki przyjęły jako deklarację EBC do zmniejszenia ilości drukowanych pieniędzy. Euro nabrało rozpędu.

EURUSD_28_06_2017Później tego samego dnia w Stanach Zjednoczonych, amerykański odpowiednik Draghiego, Janet Yellen, wystosowała jeszcze śmieszniejsze stwierdzenie: „Nie widzę kryzysu finansowego występującego w naszych czasach”. Proszę mi wybaczyć, iż odnoszę się do tego ze szczyptą rezerwy, ale nie jestem w tym osamotniony. Bankierzy nikogo nie oszukują. Akcje na całym świecie, zwłaszcza w sektorze technologii, wraz z dolarem amerykańskim notują poważne spadki. Nasdaq 100 spadł o 1,6%, a większość głównych indeksów na całym świecie mówi o stratach powyżej 0,5% w ciągu ostatnich 24 godzin.

USDOLLAR_28_06_2017W tej chwili trudno powiedzieć, jak daleko może to zajść. Z dolarem amerykańskim (i jenem japońskim) spadającym łeb na szyję, nawet Bitcoin wygląda znacznie bardziej stabilnie. Oczywiście musimy pamiętać, że kryptowaluty to niezwykle ryzykowny rynek, ale zwróćcie na niego uwagę, jeżeli czekacie na spadki w celu poleceń zakupu. Bitcoin wczoraj odbijał się od swojej linii wsparcia. Czy to znaczy, że jego spadki się zakończyły?

BTC_28_06_2017Niekoniecznie. Biorąc pod uwagę zmienność tego rynku, nie zdziwiłbym się, gdyby spadł do poziomu 1900 dolarów zanim zacznie znowu rosnąć, tak jak przewidział przed dwoma tygodniami Goldman Sachs. Jednak dla tych, którzy wierzą, że w ciągu najbliższych 5 lat Bitcoin osiągnie wartość 10 000 dolarów, może to być dobry moment na rozpoczęcie składania zamówień. Nie pytajcie o Ethereum. Nie mam pojęcia, dokąd zmierza ta waluta w dłuższej perspektywie i czy gdzieś osiądzie. Jeśli chodzi o krótkoterminowe zlecenia, przy niewielkich ilościach oraz zrozumieniu czynnika ryzyka, można osiągnąć znaczne zyski, oczywiście jeżeli potrafisz trafić w moment na rynku.

Mati Greenspan, Starszy Analityk Rynków eToro

Polskie drogi najbardziej niebezpieczne w Europie. Co 2 godziny ginie na nich człowiek

Według danych Komendy Głównej Policji w 2016 roku miało miejsce ponad 30 tys. zdarzeń drogowych, w których zginęło ponad 3 tys. osób, a 40 tys. zostało rannych. Liczba wypadków spada, jednak nadal zajmujemy niechlubną, wysoką pozycję wśród krajów Unii Europejskiej.

Pod względem ofiar śmiertelnych na milion mieszkańców w 2016 roku Polska uplasowała się na czwartym miejscu od końca w UE – wynika z raportu Europejskiej Rady Bezpieczeństwa Transportu (ETCS). Za nami jest tylko Łotwa, Rumunia i Bułgaria. Jeszcze gorzej wypadamy pod względem wypadków na liczbę przejechanych kilometrów. W tym przypadku jesteśmy liderem. Statystyki są nieubłagane. W ciągu ostatniej dekady w wypadkach drogowych w Polsce zginęło 40 tys. osób. Mówiąc bardziej obrazowo oznacza to, że w ciągu 10 lat jedno z takich miast jak Puławy, Skierniewice, Kutno praktycznie przestało istnieć. Na tym nie koniec, średnio 135 osób dziennie jest poszkodowanych w wypadkach drogowych. W kontekście bezpieczeństwa na drodze dużo mówi się o nadmiernej prędkości oraz używaniu środków odurzających przez kierowców, natomiast wiele zdarzeń drogowych jest konsekwencją braku odpowiedniej edukacji kierowcy – twierdzi Krzysztof GOS z Akademii Bezpiecznej Jazdy, współinicjator kampanii „Odpowiedzialni na drodze”. – Chcemy wspólnie z firmami Cartrack i DuPont pokazać, że odpowiednia edukacja kierowców przynosi realne korzyści społeczne oraz biznesowe – dodaje.

Bądźmy odpowiedzialni

Eksperci inicjatywy „Odpowiedzialni na drodze” zwracają uwagę na fakt, aby poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach, nie wystarczy informowanie kierowców o przekraczaniu dozwolonej prędkości i kierowanie pojazdami  w stanie po użyciu alkoholu, ale równie ważna jest szeroko rozumiana  edukacja praktyczna, która nie powinna polegać na bezmyślnym uczeniu się na pamięć przepisów ruchu drogowego. – Kierowca powinien umieć  analizować sytuacje na drodze i skutecznie przewidzieć niebezpieczne zachowania innych, które mogą wystąpić niemalże w każdych warunkach drogowych. Jadąc  trasą szybkiego ruchu widzę bardzo często pojazdy, które jadą w niewielkich odstępach od siebie, najwyżej 5 metrów z prędkością  130 km/h. Tymczasem w ciągu 1 sekundy, czyli od momentu zauważenia zagrożenia do rozpoczęcia hamowania, samochód przejeżdża aż 36 metrów. Nie trzeba mieć wiele wyobraźni, aby przewidzieć skutek wypadku. Kierowca nie ma najmniejszych szans, aby nie wjechać w tył auta jadącego z przodu przypomina Krzysztof GOS.

Telemetria, edukacja i monitorowanie efektów

Poprawa bezpieczeństwa na polskich drogach to konieczność. Z odsieczą przychodzą nowoczesne technologie, które pomagają osiągnąć oczekiwany efekt. – Telemetria w pojazdach to technologia  dostarczająca danych, które wpływają na zwiększenie bezpieczeństwa kierowców oraz wspierają  ekologiczny styl jazdy. Opiera się ona na danych pozyskanych z GPS, akcelerometru i magistrali CAN pojazdu, które  pozwalają miedzy innymi odczytywać informacje o  obrotach silnika, spalaniu, przyspieszaniu, hamowaniu czy gwałtownych skrętach pojazdu np. w zakrętach dróg. Jest to solidna podstawa do rozpoczęcia  wielopoziomowego i długofalowego procesu edukacji – tłumaczy Kamil Jakacki, Dyrektor Sprzedaży Cartrack.

Pierwszym z nich jest diagnoza zachowań kierowcy, a więc określenie sposobu prowadzenia pojazdu, który może przyczynić się do wystąpienia zdarzenia drogowego. Kolejny to analiza wyników, wyznaczenie obszarów do poprawy i dobranie odpowiednich narzędzi szkoleniowych. – Ostatnim etapem jest ciągłe monitorowanie stylu jazdy kierowcy. Tutaj wykorzystuje się całe spektrum możliwości, jakie daje telemetria, czyli dostęp do danych on-line o zachowaniu kierowcy na drodze.  Dane te przetwarzane są na szereg raportów z grupy EcoDriving obrazujących sposób prowadzenia pojazdu i  parametry eksploatacji mające wpływ na środowisko – dodaje Kamil Jakacki.

48,2 mld złotych – tyle budżet państwa traci na wypadkach

Według Krajowej Rady Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego roczne koszty społeczne wypadków i kolizji drogowych w 2015 roku wyniosły 48,2 mld złotych, to ogromna strata dla gospodarki. Z kosztów, jakie generują wypadki drogowe coraz częściej zaczynają sobie zdawać sprawę firmy posiadające floty samochodowe gdzie ludzie są najważniejszą częścią każdej organizacji. – Wartości ich zdrowia i życia nie da się oszacować, dlatego w DuPont został wdrożony system weryfikacji umiejętności kierowców samochodów służbowych i zapewniony im wieloetapowy, zindywidualizowany system szkoleń – mówi Anna Okręglicka-Majda, Global Workplace Safety & OH Consultant DuPont. – Program szkoleniowy przyniósł wymierne efekty. Nasi kierowcy od 10 lat nie notują wypadków. Przy flocie 80 aut to dobry wynik, niemniej jednak ciągle pracujemy nad udoskonalaniem naszych działań – dodaje Anna Okręglicka-Majda.

Szacuje się, że firmowych aut jeżdżących po drodze jest około 2 mln. Odpowiednia polityka firm mogłaby znacznie wpłynąć na bezpieczeństwo na polskich drogach. Dla przedsiębiorstw dbanie o bezpieczeństwo pracowników ma również element finansowy, choćby w postaci niższych kosztów ubezpieczenia floty. – Zachęcamy wszystkich do działań mogących skutecznie podnieść świadomość wszystkich uczestników ruchu drogowego i sprawić, aby na polskich drogach było bezpiecznie, ponieważ mamy na to realny wpływ – podsumowuje Anna Okręglicka-Majda.

Muzyka w restauracji a prawa autorskie

Odpowiednio dobrane ścieżki dźwiękowe wspomagają sprzedaż w restauracji. Dla restauratora odtwarzanie muzyki wiąże się jednak z kosztami w postaci opłat dla organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi. Istnieje jednak sposób na znacznie tańsze korzystanie z muzyki – tzw. Royalty Free Music. Kiedy i gdzie sprawdzi się takie rozwiązanie?

Muzyka w restauracji jest jednym z elementów oddziaływań marketingowych, razem z wystrojem wnętrz, zapachem i przede wszystkim kuchnią tworzy klimat restauracji. Mówi się, że „muzyka łagodzi obyczaje”, dzięki temu ma ogromną moc wprowadzania gości w dobry nastrój. Przywołuje ona również przyjemne skojarzenia. Zdecydowana większość konsumentów docenia muzykę w restauracji, a wybór miejsca oraz długość spędzania w nim czasu wiąże często ze swoimi upodobaniami odnoście repertuaru.

Według badań muzyka jest w stanie oddziaływać na świadome i nieświadome zachowania klientów restauracji. Odpowiednio dobrany repertuar może sprawić, że klienci będą czuć się dobrze w przestrzeniach lokalu, będą skłonni zostać tam dłużej, wydadzą więcej pieniędzy i zarekomendują dane miejsce znajomym – po prostu im się tam spodoba. Oprócz rodzaju muzyki ważne jest jej tempo, które wpływa na długość pobytu gości w lokalach gastronomicznych. Muzyka w szybkim tempie sprawia bowiem, że klienci szybciej kończą posiłki i idealnie nadaje się do sieci typu fast food i barów szybkiej obsługi. Natomiast powolne i relaksujące tempo nadawane wieczorem w restauracjach, wydłuża pobyt gości i wpływa na zwiększoną ilość zamówień.

Wybrane wnioski z badań nad wpływem muzyki na biznes

  • 82% właścicieli restauracji uważa, że muzyka zachęca klientów do odwiedzania ich lokali, jak i wydłuża ich czas pobytu w nich
  • 83% klientów wybierze ten lokal, w którym gra muzyka
  • W 85% restauracji muzyka jest odtwarzana przez większość czasu, zaś 83% klientów odwiedzających te lokale twierdzi, że muzyka w nich odtwarzana im się podobała
  • 32,6% klientów restauracji wybierze inny lokal, jeżeli zostanie wyłączona dobra muzyka
  • 72% klientów pubów mając do wyboru dwa podobne do siebie charakterem lokale wybrałoby ten, w którym piwo jest droższe, ale gra tam dobra muzyka
  • 80% klientów pubów i restauracji zapamiętuje lokal i chętniej do niego wraca dzięki dobrej muzyce
  • 86% klientów słysząc lubianą muzykę w lokalu, chętniej zostaje dłużej
  • 22% klientów deklaruje, iż częściej odwiedzałoby badany lokal gastronomiczny, gdyby była w nim odtwarzana muzyka jaką lubią
  • 83% klientów twierdzi, iż dobrze dobrana muzyka w odwiedzanych przez nich restauracjach, pubach, ma pozytywny wpływ na ich nastrój oraz nastrój ich przyjaciół
  • 80% klientów uważa, że muzyka zmniejsza napięcie i eliminuje niezręczną ciszę w lokalu
  • 73% właścicieli pubów i barów uważa, że muzyka w lokalu wpływa na wzrost sprzedaży i dochodów

Źródło: ZPAV

W przypadku lokali gastronomicznych przyjmuje się, że odtwarzanie muzyki przeznaczone jest dla klientów i zazwyczaj ma wpływ na osiąganie korzyści majątkowych przez właściciela. Umieszczenie odbiornika w takim miejscu ma na celu uprzyjemnienie klientom czasu spędzonego w lokalu i może wpływać na decyzje konsumenckie, a więc i zwiększenie korzyści z prowadzonej działalności – tak mniej więcej zapisane jest w polskim prawie. A więc restaurator chcący odtwarzać muzykę komercyjną na terenie swojego lokalu, powinien zawrzeć umowę z takimi organizacjami zbiorowego zarządzania jak: STOART lub SPAW – reprezentujące artystów, ZAIKS – reprezentujący autorów, oraz ZPAV – działającym w imieniu producentów.

Prawa autorski do muzyki komercyjnej same w sobie budzą nieco kontrowersji, zwłaszcza teraz, kiedy rozpowszechnianie nielegalnej muzyki przestało mieć wymiar stricte materialny. Co więcej, licencje fonograficzne zazwyczaj bardzo mocno ograniczają nam możliwość wykorzystywania legalnie zakupionego produktu. Nieuiszczanie opłat za tantiemy jest w świetle prawa jednoznaczne z łamaniem ustawy o prawie autorskim. W tym wypadku musimy liczyć się nawet z ryzykiem procesu sądowego. Pocieszający jest jednak fakt, że stowarzyszenia zajmujące się ochroną praw zwykle wolą iść na ugodę, dlatego ryzyko podjęcia drogi sądowej jest niewielkie.

Royalty Free Music

Lokale gastronomiczne odtwarzające muzykę, mogą jednak uniknąć opłat dla organizacji działających na rzecz praw autorskich i praw pokrewnych. Wraz z rozwojem firm zajmujących się audiomarketingiem, artyści coraz częściej przenoszą się do nich ze swoimi utworami. Korzystają na tym zarówno właściciele lokali jak i sami twórcy muzyki.

Lokale użytku publicznego, wykorzystujące muzykę artystów, którzy przenieśli prawa autorskie i prawa pokrewne do swoich utworów na firmę audiomarketingową, nie są członkami żadnej innej organizacji chroniącej prawa autorskie, a co za tym idzie odtwarzający ich muzykę nie muszą odprowadzać opłat do żadnych organizacji.

Wiele młodych zespołów zgadza się na odtwarzanie swojej muzyki w restauracjach. Dzięki takiej promocji mają szansę zaistnieć i dlatego decydują się na tego typu współpracę z firmą audiomarketingową.  Lokale natomiast chcą zaskakiwać swoich klientów i odtwarzać muzykę, której nie można usłyszeć w radiu. W ten sposób zyskują zarówno artyści jak i restauracje czy kawiarnie, których wizerunek poprawia się, a notowania rosną.

Lokale wybierając do obsługi muzycznej profesjonale firmy audiomarketingowe, mogą same decydować, jakiego rodzaju muzykę chcą odtwarzać. Zaletą tego rozwiązania jest również możliwość emitowania własnych reklam i jingli.

Koszt miesięcznego abonamentu za punkt waha się od 50 do 200 złotych (cena jest ok. 4 razy niższa niż w przypadku muzyki w ramach organizacji praw autorskich). Wszystko zależy od rozwiązania, na jakie zdecyduje się klient. Zapotrzebowanie na dany typ muzyki, określa profil gościa danej restauracji. Największą popularnością cieszą się zatem zespoły grające muzykę komercyjną. Artyści mogą rejestrować się na stronie firmy audiomarketingowej. Jeśli ich utwory będą pasowały do konkretnych typów, trafią do specjalnej bazy, a tym samym do oferty firmy zajmującej się audiomarketingem. Odtwarzanie muzyki wiąże się oczywiście z gratyfikacją finansową dla jej twórcy. Ciągle jest to jednak dużo tańsze rozwiązanie od kupowania płyt i odprowadzania składek na rzecz organizacji praw autorskich.

Przykładawo, firma Mood w swojej bazie posiada obecnie około kilkuset tysięcy piosenek własnych. Są to utwory, za odtwarzanie których klient nie płaci organizacjom chroniącym prawa autorskie. To korzystne rozwiązanie dla obu stron – zarówno dla lokali gastronomicznych, które chcą postawić na nowe brzmienia i promować młodych, niezrzeszonych twórców, jak i dla tej drugiej strony, czyli dla artystów którzy mają szansę zabłysnąć na rynku.

Zanim zdecydujemy się na muzykę wolną od praw autorskich należy wziąć pod uwagę, że wszyscy znani twórcy są jednak zrzeszeni w organizacjach praw autorskich i pokrewnych. Jeśli chcemy zatem umilać czas swoim gościom puszczając im Grechutę, Jennifer Lopez, czy Anię Dąbrowską, to płacenie na rzecz organizacji jest niezbędne. Z kolei jeśli markę naszego lokalu chcemy kształtować na bardziej niszową lub gdy znana muzyka mimo wszystko nie jest nam potrzebna, to warto wówczas rozważyć repertuar składający się z wschodzących gwiazd z tzw. zbioru muzyki Royalty Free.

AUTOR: Aleksandra Potrykus-Wincza, Country Manager Poland & Baltics w Mood

100 miliardów dolarów – tyle przez 5 lat firmy wydały na cyfryzację fabryk. Efekty rozczarowują

Przemysł 4.0 to wizja w pełni zinformatyzowanych i zautomatyzowanych fabryk, które oswoiły najnowsze technologie.  Przyświeca ona wytwórcom przemysłowym na całym świecie. W wyścigu cyfryzacji biorą udział nie tylko najwięksi producenci, ale również średnie przedsiębiorstwa, wypatrując w nim szansę na rozwój i zdobycie przewagi nad konkurencją. W ciągu 5 ostatnich lat, globalne wydatki firm na digitalizację fabryk sięgnęły 100 miliardów dolarów. Niestety, mimo bajońskich inwestycji, większość projektów wciąż pozostaje w powijakach.

100 miliardów dolarów przez ostatnie 5 lat wydano na cyfryzację fabryk na całym świecie — donosi raport Capgemini „Smart Factories: How can manufacturers realize the potential of digital industrial revolution”. Na liście wydatków znalazły się m.in. nowoczesne systemy IT, narzędzia do analityki danych oraz IIoT, czyli przemysłowy internet rzeczy. Do czego wytwórcy potrzebują nowych technologii? Zdaniem Piotra Rojka z firmy DSR, specjalizującej się w dostarczaniu zaawansowanych rozwiązań IT dla produkcji, firmy inwestują głównie po to, by poprawić funkcjonowanie fabryki i zredukować wiele cyklicznych kosztów związanych jej utrzymaniem. — Istnieje jeden wspólny kierunek inwestycji: wykorzystanie olbrzymich ilości danych, które w sferze produkcji gromadzone są od dawna, a obecnie ich zbieranie jest coraz tańsze i prostsze, do skutecznego podejmowania decyzji biznesowych, optymalizacji produkcji i lepszego zarządzania fabryką, magazynami czy łańcuchem dostaw. Jednym z dominujących trendów wśród inwestycji w IIoT jest predictive maintenance (konserwacja predykcyjna – przyp. red.). Czujniki wykrywają odstępstwa od normy w pracy maszyn, dzięki czemu można poddać je konserwacji zanim dojdzie do awarii, utrzymać płynność na linii produkcyjnej i dzięki temu zaoszczędzić znaczące kwoty — wyjaśnia Rojek.

Wielu jest powołanych, lecz niewielu dojrzałych

Cyfrowa fabryka, w której wszystkie procesy znajdują się pod baczną kontrolą nowoczesnych systemów komputerowych i dzięki temu są regularnie analizowane oraz optymalizowane, to kierunek rozwoju całej branży produkcyjnej. Mimo, że firmy przeznaczają niebagatelne kwoty na digitalizację fabryk, to póki co trudno mówić o spektakularnych efektach – zwracają uwagę autorzy raportu.

Eksperci wyróżniają 4 kategorie cyfrowej dojrzałości. Pierwsza to Digital Beginners (Cyfrowi Początkujący). Należą do niej organizacje znajdujące się w początkującym stadium digitalizacji, rozpoczęły wdrażanie odpowiednich technologii, ale nie czerpią z nich jeszcze korzyści. Brakuje im spójnej wizji przemian, odpowiednio przeszkolonej i świadomej kadry oraz znaczących zmian w sposobie funkcjonowania. Według Capgemini, na tym etapie znajduje się aż 78 proc. firm produkcyjnych. Kolejna kategoria to Digital Fashionists (Cyfrowi Feszioniści). Należą do niej przedsiębiorstwa, które wdrożyły nowe technologie, ale nie wykorzystują ich możliwości i siłą rzeczy nie czerpią z nich biznesowych korzyści. Za modą bez wymiernych efektów i zmian w sposobie zarządzania podąża tylko 1 proc. objętych badaniem producentów. Digital Conservatives (Cyfrowi Konserwatyści) to kolejna kategoria. Znajdują się w niej firmy, które ze sporym dystansem i opieszałością podchodzą do wdrażania cyfrowych rozwiązań, ale gdy już podejmują się wybranego wdrożenia to robią to dobrze na każdej płaszczyźnie. Ich pracownicy posiadają odpowiednie cyfrowe umiejętności, a digitalizcja obejmuje sposób zarządzania i wewnętrzne procesy w przedsiębiortswie. Według analityków z Capgemini, firm produkcyjnych o takiej charakterystyce jest 15 proc. W mniejszości znaleźli się Digital Masters (Cyfrowi Mistrzowie), producenci, którzy przeszli proces cyfrowej transformacji i w zaawansowany sposób korzystają z nowych technologii, czerpiąc z nich znaczące korzyści biznesowe. Liderów digitalizacji wśród światowych producentów jest zaledwie 6 proc.

Dni małych początków

Na wdrożenie technologii Przemysłu 4.0 przeznaczono astronomiczne kwoty. Nasuwa się wiec pytanie, skąd tak niski poziom cyfrowej dojrzałości wśród wytwórców przemysłowych? Aż 78 proc. z nich znajduje się dopiero na początku drogi i nie czerpie żadnych korzyści z podjętych kroków. Zdaniem Piotra Rojka z DSR obszar produkcji jest najtrudniejszy do zinformatyzowania. — Proces digitalizacji przedsiębiorstw, szczególnie tych produkcyjnych, jest żmudny i złożony. Bez odpowiedniego know-how i wsparcia wysoko wykwalifikowanych specjalistów można narobić więcej szkód niż korzyści — tłumaczy Rojek. Według eksperta, cyfrowa transformacja dopiero się zaczęła, a w pełnej chwale i okazałości zobaczymy ją może za 10 lat, kiedy obejmie nie tylko największych graczy na rynku, lecz również firmy z sektora MŚP.

Od 30 czerwca 2017 r. GPW Benchmark pełni obowiązki organizatora Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR

  • 30 czerwca 2017 r. będzie pierwszym dniem publikacji stawek referencyjnych WIBID i WIBOR przez GPW Benchmark
  • Przejęcie organizacji Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR to pierwszy etap dostosowania się do wymogów rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady nakładanych na instytucje obliczające wskaźniki referencyjne

Rozpoczęcie publikacji Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR przez GPW Benchmark jest następstwem przejęcia obsługi tego procesu od Stowarzyszenia ACI Polska i w konsekwencji wejścia w życie nowego Regulaminu Fixingu tych stawek, który będzie obowiązywał od 30 czerwca 2017 r. Nowy Regulamin wprowadza zmiany w zakresie organizatora Fixingu stawek referencyjnych oraz agenta kalkulacyjnego. Obie te funkcje będzie pełnić GPW Benchmark.

Dotychczasowy organizator Fixingu stawek referencyjnych ACI Polska zdecydował o rezygnacji z pełnienia funkcji organizatora w wyniku wprowadzenia przepisów rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r. w sprawie indeksów stosowanych jako wskaźniki referencyjne w instrumentach finansowych i umowach finansowych lub do pomiaru wyników funduszu inwestycyjnego.

Warto podkreślić, że procesowi przejmowania organizacji Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR przez GPW Benchmark towarzyszy przejęcie zadań agenta kalkulacyjnego przez tę instytucję. Rada ds. Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR, w ramach kompetencji wynikających z Regulaminu Fixingu, monitoruje bieżące działanie oraz zatwierdza zmiany w organizacji Fixingu. W mojej ocenie zaangażowanie podmiotu z Grupy GPW pozwala na płynne przejęcie i ułatwi dostosowanie organizacji Fixingu do wymogów regulacyjnych –powiedział Sławomir Panasiuk, Przewodniczący Rady ds. Fixingu WIBID i WIBOR, Wiceprezes Zarządu KDPW.

Zmiana organizatora oraz agenta kalkulacyjnego na GPW Benchmark nie będzie skutkować zmianami w zakresie dotychczasowej metodologii i godzin publikacji stawek referencyjnych. Ponadto bieżące wartości stawek referencyjnych oraz dane archiwalne będą dostępne na stronie internetowej www.gpwbenchmark.pl.

GPW Benchmark podejmuje również działania w celu zapewnienia spójności metodologii tworzenia stawek referencyjnych rynku pieniężnego w Polsce z rozporządzeniem Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/1011 z dnia 8 czerwca 2016 r., które będzie obowiązywać od 1 stycznia 2018 r. Proces ten jest realizowany we współpracy z bankami – uczestnikami Fixingu WIBID i WIBOR. Ma to szczególne znaczenie z punktu widzenia roli, jaką banki pełnią w tym procesie, oraz zakresu wykorzystania stawek referencyjnych w działalności prowadzonej przez banki.

Przeniesienie funkcji organizatora i agenta kalkulacyjnego Fixingu stawek referencyjnych WIBID i WIBOR do GPW Benchmark jest jednym z ważniejszych wydarzeń w ostatnich latach związanych z realizacją tego procesu. Szczególnie cieszy nas fakt, że proces przejęcia Fixingu jest realizowany płynnie z punktu widzenia zarówno banków panelowych, jak i dystrybutorów informacji – powiedział Dariusz Kułakowski, Prezes Zarządu GPW Benchmark.

Stawki referencyjne WIBID i WIBOR

Stawka WIBOR jest obliczana od 1991 r., zaś stawka WIBID – od 1995 r. Publikowane o 11:00 stawki są uśrednionymi poziomami, po których banki są skłonne zawierać transakcje na rynku pieniężnym. Od początku za proces organizacji Fixingu stawek odpowiadało Stowarzyszenie ACI Polska, funkcjonujące wcześniej pod nazwą Polskie Stowarzyszenie Dealerów Bankowych FOREX Polska. Obecnie każda ze stawek jest obliczana dla dziewięciu różnych terminów. Stawki WIBID i WIBOR należą do najważniejszych i najszerzej stosowanych stawek referencyjnych w polskim systemie finansowym. Szacuje się, że są one wskaźnikiem bazowym dla umów kredytowo-depozytowych o wartości 850 mld zł, obligacji Skarbu Państwa o zmiennym oprocentowaniu oraz obligacji 147 emitentów notowanych na Catalyst. Ponadto służą do wyceny szeregu instrumentów finansowych oraz pomiaru wyników funduszy inwestycyjnych.

Draghi przypomina o sobie rynkom walutowym

Wczorajsza konferencja prasowa prezesa EBC rozpoczęła istny rajd na głównej parze walutowej świata. Stopa bezrobocia w Polsce osiąga kolejne minimum, a zdaniem analityków to jeszcze nie koniec. Problemy w USA.28

Draghi znów rządzi rynkiem

Prezes Europejskiego Banku Centralnego nieprzypadkowo jest uważany za jedną z najważniejszych postaci na rynkach walutowych. Jego wczorajsze wystąpienie jest tego doskonałym dowodem. Na konferencji prasowej opowiadał o poprawiającej się sytuacji w Europie. Zaraz potem dodał, że wciąż konieczne jest utrzymywanie dotychczasowej polityki monetarnej. Czyli tłumacząc to na prosty język: jest dobrze i nie zamierzamy na razie nic zmieniać. Jak zareagowały rynki. To jest duża niespodzianka. Inwestorzy nagle odkryli duży potencjał inwestycyjny w euro. Bardzo szybko przenosząc kurs EUR/USD z okolic 1,12 do 1,1350. Dlaczego sam optymizm w słowach Mario Draghiego spowodował tak silne zmiany na rynku trudno powiedzieć. Faktem jest, że od dawna dane z USA nie napawały optymizmem, ale ostatnie problemy południa Europy skłaniają raczej do przeciwnych ruchów na walutach.

Jak nisko spadnie bezrobocie w Polsce

Ostatnie dane z rynku pracy w Polsce można śmiało określić jako bardzo dobre. Jeżeli obecna tendencja się utrzyma to w szczycie wakacyjnego zapotrzebowania na pracowników sezonowych może ono spaść w okolice 7%. W maju poziom wyniósł 7,4% i był o aż 0,3% niższy niż w kwietniu. Dane te w długiej perspektywie z pewnością nie przeszkadzają złotemu.

Problemy w senacie w USA

Republikanie ponownie odkładają w senacie głosowanie na temat ustawy likwidującej sztandarowy program poprzedniej prezydentury – system ubezpieczeń zdrowotnych ObamaCare. Powodem był brak większości wymaganej do przeprowadzenia ustawy. Dodatkowym ciosem w dolara była obniżka perspektywy wzrostu przez MFW w 2017 roku z 2,3% na 2,1%. Zgranie tego w czasie z konferencją Mario Draghiego spowodowało, że o ile to prezes EBC z rana umacniał euro wobec dolara to po południu amerykanie sami kontynuowali ruch osłabiając dolara względem euro.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

W drodze do kryzysu

Od 2008 roku największe banki centralne podjęły szereg starań w celu odblokowania akcji kredytowej oraz pobudzenia inflacji. Oprócz tradycyjnych narzędzi do realizacji swoich celów wykorzystali całkiem nowe jak quantitative easing, którego głównym celem było obniżenie rentowności długu rządowego oraz korporacyjnego. Dodatkowym plusem wtłoczenia do systemu monetarnego ogromnej świeżo wydrukowanej gotówki był wzrost cen akcji, co przełożyło się na wzrost zaufania wśród kredytodawców.

Niemniej jednak sytuacja zmieniła się razem z pierwszą podwyżką stóp procentowych przez Rezerwę Federalną. Inwestorzy oraz analitycy rynkowi nie wierzyli w to co się dzieje, ale jednak. Amerykańskie władze monetarne podwyższyły koszt pieniądza i to nie raz. Analizując historię podwyżek stóp procentowych przez najważniejszy bank centralny na świecie możemy dojść do jednego wniosku – podwyżki zostaną zatrzymane dopiero wtedy, gdy przyjdzie recesja.

stopy procentowe USA

Źródło: BofA Merrill Lynch Global Investment Strategy

Po niemal każdym zacieśnianiu monetarnym Rezerwy Federalnej dochodziło do recesji gospodarczej. Kolejnym, bardzo interesującym czynnikiem jest zmniejszenie luzowania ilościowego przez sam Bank Japonii oraz Europejski Bank Centralny, niemal w tym samym momencie, co FED rozpoczął zacieśnianie monetarne.

Zmiana nastawienia głównych banków centralnych na świecie przełoży się na jeszcze wolniejszy wzrost gospodarczy oraz recesję. Inwestorzy mówiący o nadciągających problemach finansowych mają rację. Powołują się na duże zadłużenie oraz bardzo drogie spółki. Niemniej jednak zapominają o dwóch rzeczach.

Po pierwsze, jeżeli wszyscy spodziewają się wyprzedaży, to według finansów behawioralnych obecna hossa powinna zostać utrzymana. Aczkolwiek tutaj też widzimy pewną zmianę. W ostatnim czasie na rynku przestały pojawiać się wstrząsające analizy mówiące o przyszłej wyprzedaży i drogich spółkach giełdowych, jest ich znacznie mniej. Być może trwa ubieranie ulicy.

Po drugie, na dzień dzisiejszy w amerykańskim systemie bankowym nie brakuje płynności. Widać to chociażby po zachowaniu stawek Libor 1M lub też spreadzie 10 i 2 letnich obligacji rentowności USA.

spread 10 i 2 letnich obligacji USA

Źródło: Bloomberg

Powyższy wykres przedstawia spread 10 i 2 letnich obligacji amerykańskich. Linia pionowa – poziom 0. W normalnych warunkach rynkowych długoterminowy kredyt powinien być droższy niż krótkoterminowy. Jeżeli tak się nie dzieje, to mamy problem z krótkoterminową płynnością. Ponadto w najbliższej inwestorzy spodziewają się spadku stóp procentowych (widać to chociażby po zachowaniu 10-letnch obligacji). Za każdym razem, gdy spread rentowności 10 i 2 letnich amerykańskich spadł poniżej zera pojawiała się recesja.

Podsumowanie

Pomimo słabszych danych z najważniejszej gospodarki na świecie (Stany Zjednoczone) zapowiadane są kolejne podwyżki stóp procentowych. Inwestorzy zgłaszają swój sprzeciw poprzez spadającą rentowność obligacji. Jest to kolejny dowód, że polityka monetarna znalazła się na złych torach. Ponadto zmiana retoryki mediów finansowych wskazuje na „ubieranie” niedoświadczonych inwestorów. Dokładając do tego pogarszające się warunki kredytowe powinniśmy zobaczyć recesję w przeciągu dwóch lat.

Pobierz MT4 Supreme i bądź na bieżąco z wydarzeniami na świecie

Legalnie w Polsce czy za wyższe stawki na Zachodzie – gdzie będą pracować Ukraińcy?

Od 11 czerwca obywatele Ukrainy mają prawo podróżowania do Unii Europejskiej, ale pod pewnymi warunkami. Wiza nie będzie równoznaczna z prawem do pracy. Oprócz tego będą mieli obowiązek posiadania paszportu biometrycznego, a czas ich pobytu na terenie Unii nie będzie mógł być dłuższy niż trzy miesiące. To duża zmiana, która stwarza wiele możliwości. Na pewno jednak przyczyni się do tego, że Ukraińcy będą podejmowali pracę nielegalnie, zwłaszcza na największym rynku europejskim – w Niemczech.

– Czy w związku z tym zaobserwujemy znaczny odpływ pracowników zza wschodniej granicy na polskim rynku? Obecnie w naszym kraju jest ich około miliona, zarówno pracujących legalnie, jak i w szarej strefie – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Arendarski, prezes Krajowej Izby Gospodarczej Pewne dziedziny gospodarki nie mogłyby się obejść bez zatrudniania Ukraińców. Gdyby ich zabrakło, takie sektory jak handel detaliczny, przetwórstwo rolno-spożywcze czy branża budowlana bardzo by spowolniły z powodu braku rąk do pracy. To duży problem, jednak zdaniem wielu specjalistów nie musimy się tego obawiać. Nie przewidują masowego wyjazdu Ukraińców z Polski na Zachód. Zapewne część z nich skuszą kilkukrotnie wyższe zarobki, np. w Niemczech. Należy jednak pamiętać o tym, że nie będą mogli tam legalnie pracować, a niemiecki system kontroli w tym zakresie jest bardzo sprawny. O jego skuteczności w minionych latach przekonali się także Polacy. Drugą barierę stanowi język i kultura. W Polsce Ukraińcy czują się dobrze – choćby dlatego, że mogą się łatwo porozumiewać. W Niemczech oprócz przeszkód prawnych czekają ich także trudności komunikacyjne. To powoduje, że nie należy spodziewać się dużych zmian na polskim rynku pracy. Powinniśmy jednak zachować czujność, gdyż ukraińscy pracownicy są niezbędnym elementem funkcjonowania gospodarki w Polsce. W naszym interesie jest, aby przyjeżdżali do nas ludzie, którzy zakorzenią się w naszym kraju – będą płacili podatki, zostaną otoczeni opieką społeczną, a ich dzieci zaczną się tu kształcić. Według ostatnich danych coraz więcej Ukraińców decyduje się w Polsce na kupno nieruchomości – dodał Arendarski.

Faliński: Zakaz handlu w niedzielę będzie niekorzystny dla małych sklepów

Restrykcyjne wchodzenie w rynki, od których tak wiele zależy – tak jak w sektorze handlu – nie jest pozytywnym zjawiskiem. Wewnętrzna cyrkulacja towarów jest nadal kluczowym procesem w naszej gospodarce. Jest to uderzenie w podstawowe zasoby – czas pracy oraz ekspozycję towaru na klienta – piekielnie konkurencyjnego rynku, który posiada wszystkie możliwe formaty handlowe, chce sprzedawać jak najczęściej oraz najwięcej, pracującego na bardzo niskich marżach. Ma to swoje konsekwencje dla różnych czynników ekonomicznych – powstrzymuje proces generowania oraz napływania inwestycji, wpływa na sytuację rynku pracy, na konkurencję. Zakaz handlu w niedzielę wpływa w sposób dyskryminujący na ten sektor.

– Najwięksi uczestnicy rynku poczują się zagrożeni w swoich interesach – powiedział agencji eNewsroom.pl Andrzej Maria Faliński, ekspert rynku handlowego – Konkurencja dotyczy wszystkich uczestników, którzy muszą wykazać się asortymentem, jakością oraz dobrą ceną. Najwięksi, którzy posiadają zapasy, będą zaostrzali formy konkurowania przez promocje, inwestycje w niskie ceny, rotację asortymentu oraz strategię in-out’ów. Podmioty uprzywilejowane zakazem handlu ustawi w narożniku – tak jak miało to miejsce na Węgrzech. Celem było uruchomienie krajowego kapitału pracującego na mniejszych powierzchniach – ale okazało się, że duże powierzchnie inwestując we wspomniany sposób doprowadziły do sytuacji, że przez 6 dni dozwolonego handlu ludzie zaczęli kupować zdecydowanie więcej niż w sytuacji gdy handel był dozwolony przez 7 dni. Sprzedaż wzrosła o 6,4%, natomiast z małych powierzchni sprzedaż spadła. W mniejszych sklepach było drożej i pogorszyła się jakość – ludzie z tego względu przestali w nich kupować. W związku ze zmianami poruszany jest temat zaufania do państwa oraz reguł prawnych. Porządek prawny w Polsce jest hybrydowy. Na porządek składają się krajowe przepisy oraz reżim wspólnotowy, gdzie nie ma miejsca na żarty w przypadku branży FMCG. Wspomniane argumenty, gdzie dodamy dezorganizacje związane ze świeżym produktem,  zapleczem logistycznym sklepu, problem centrów handlowych – powodują, że ekonomicznie sprawy są bardzo wątpliwe – ocenił Faliński

Grubszy portfel poprawia nastroje Polaków

Po raz pierwszy w historii prowadzonych przez GUS badań nastrojów konsumentów, optymiści uzyskali przewagę nad niezadowolonymi. Taki wynik nie dziwi, biorąc pod uwagę poprawę większości czynników, wpływających na zasobność naszych portfeli.

nastroje konsumentów
Źródło: Gerda Broker na podstawie danych GUS

W maju po raz pierwszy w historii prowadzonych od 2000 r. przez Główny Urząd Statystyczny badań nastrojów konsumentów, charakteryzujące je wskaźniki osiągnęły wartości dodatnie, co oznacza przewagę optymistów na osobami negatywnie oceniającymi sytuację. Czerwiec przyniósł dalszą poprawę zarówno w kwestii bieżącej kondycji konsumentów, jak i jej perspektyw. Przewaga zadowolonych Polaków jest niewielka, bo sięga zaledwie 1,8 punktu w przypadku przyszłości i 4,8 punktu w ocenie stanu obecnego. To jednak ogromny postęp, jeśli wziąć pod uwagę, że jeszcze pięć lat temu optymiści stanowili jedynie jedną trzecią spośród badanych. Z największym nasileniem pesymistycznych ocen mieliśmy ostatnio do czynienia na przełomie lat 2012-2013 (wcześniej gorsze nastroje były jedynie wiosną 2009 r. i w pierwszych czterech latach obecnego stulecia, czyli tuż po dwóch poważnych kryzysach na rynkach finansowych i w globalnej gospodarce). Od tego czasu nastroje ulegały systematycznej, choć powolnej poprawie i obecnie są najlepsze w historii, lepsze niż w szczycie poprzedniego boomu gospodarczego, który miał miejsce w latach 2007-2008. Bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej wzrósł w tym czasie z minus 32 punktów do wspomnianych plus 4,8 punktu, a wskaźnik wyprzedzający, odnoszący się do przyszłości, zwiększył swoją wartość z minus 41 punktów do plus 1,8 punktu.

Wzrost optymizmu, widoczny w badaniach ankietowych, ma swoje wyraźne podstawy, wynikające z konkretnych danych, dotyczących zasobności portfeli Polaków, sytuacji na rynku pracy oraz kondycji gospodarki. Jak niedawno podał GUS, średni dochód rozporządzalny na osobę w gospodarstwach domowych, czyli kwota po uwzględnieniu wszystkich obciążeń podatkami i składkami na ubezpieczenia społeczne, wyniósł w ubiegłym roku 1474,6 zł, a więc był wyższy o 16 proc. niż w 2012 r. W latach 2011 i 2012 kwota ta się zmniejszała (w ujęciu realnym, bo nominalnie nieznacznie szła w górę), po sześciu latach wcześniejszych wzrostów. Obecna tendencja zwyżkowa trwa czwarty rok z rzędu i z roku na rok przybiera na sile. Dochód rozporządzalny w 2016 r. wzrósł realnie (po uwzględnieniu zmian cen) o 6,4 proc., a więc najmocniej od czterech lat. Co ciekawe, za dynamicznym wzrostem dochodu sporo w tyle zostają wydatki na osobę w gospodarstwie domowym. W 2016 r. zwiększyły się one jedynie o 3,7 proc. W porównaniu do 2012 r. wzrosły o nieco ponad 8 proc., a więc o połowę mniej niż dochód rozporządzalny. Świadczy to tym, że część dochodów jednak odkładamy. W 2012 r. było to 225 zł na osobę, czyli prawie 18 proc. dochodu, w ubiegłym roku zaś 343 zł, a więc aż 23 proc. Mowa tu oczywiście o wartościach średnich, a więc trzeba mieć na względzie spore zróżnicowanie sytuacji w poszczególnych gospodarstwach. Pamiętając o wspomnianych proporcjach optymistów i pesymistów, można sądzić, że odkłada mniej więcej połowa gospodarstw, a połowa nie odkłada, bo najczęściej nie ma z czego. Warto zwrócić uwagę, że udział wydatków w dochodzie rozporządzalnym maleje systematycznie od wielu lat. W 2003 r. sięgał on nieco ponad 95 proc., zaś w ubiegłym roku już tylko niecałe 77 proc.

Dane GUS znajdują potwierdzenie także w analizach prowadzonych przez Narodowy Bank Polski. Według nich w ubiegłym roku dochód do dyspozycji w gospodarstwach domowych (kategoria zbliżona do gusowskiego dochodu rozporządzalnego) wzrósł realnie o 5,6 proc., przyspieszając wyraźnie w drugiej połowie roku (w czwartym kwartale zwiększył się o 7,6 proc., w porównaniu do czwartego kwartału 2015 r.). Spory w tym udział miały dochody ze świadczeń społecznych, program 500+ , które dynamikę dochodu do dyspozycji zwiększyły o 2,1 punktu procentowego (bez nich wzrósłby on w czwartym kwartale jedynie o 5,5 proc.). Zarówno analizy GUS, jak i NBP, wskazują na osłabienie dynamiki dochodów z pracy najemnej w dochodzie rozporządzalnym i dochodzie do dyspozycji. Według GUS zwiększyły się ona w ubiegłym roku realnie o 2,7 proc., a według NBP o 2,5 proc. Bardzo dynamicznie, bo aż o ponad 21 proc. zwiększyły się dochody z własności, a więc z odsetek od lokat, dywidend, czynszów z najmu, wzrostu wartości akcji itp. Problem w tym, że udział tej kategorii dochodów w dochodach ogółem jest znikomy i sięga jedynie około 5 proc., podczas gdy świadczenia społeczne stanowią aż 20 proc., dochody z pracy najemnej 40 proc., a z działalności gospodarczej około 30 proc., choć oczywiście udział dochodów każdej z tych kategorii jest inny dla poszczególnych grup gospodarstw domowych (np. w przypadku emerytów dominować będą świadczenia społeczne, w przypadku pracowników najemnych wynagrodzenia).

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Polskie obligacje skarbowe wciąż w cenie

  • Polskie obligacje skarbowe w dalszym ciągu cieszą się dużym zainteresowaniem inwestorów zagranicznych.
  • Do kupna polskich papierów rządowych zachęca dobra sytuacja budżetowa. Po maju deficyt budżetowy wyniósł zaledwie 0,3 proc. planu rocznego.
  • Planowane przez resort finansów ograniczenie emisji obligacji ustabilizuje ceny już wyemitowanych papierów. Wpłynie to pozytywnie na wyniki funduszy obligacyjnych.

Ministerstwo Finansów zrealizowało już 70% potrzeb pożyczkowych budżetu państwa na ten rok. W III kwartale br. planuje ograniczenie emisji obligacji skarbowych do poziomu 10 mld zł i odwołanie dwóch aukcji nowego długu. Resort finansów ma w tym względzie bardzo komfortową sytuację. Na koniec maja deficyt budżetowy okazał się znacznie mniejszy od oczekiwanego – wyniósł zaledwie 0,3 proc. planu na 2017 rok. Znaczący wzrost dochodów państwa udało się osiągnąć dzięki dynamicznemu wzrostowi gospodarczemu oraz uszczelnieniu systemu podatkowego. W porównaniu do pierwszych pięciu miesięcy 2016 roku, dochody z podatku VAT wzrosły o 30 proc., a CIT o ponad 14 proc. Jeśli ta tendencja się utrzyma, deficyt budżetowy na koniec roku może być niższy niż dotąd zakładano.

Lepsza sytuacja budżetowa korzystna dla inwestorów

Mniejsza liczba emisji obligacji Skarbu Państwa ustabilizuje ceny już wyemitowanych papierów. Wynika to z klasycznej reguły popytu i podaży. Im większy popyt (od przełomu lutego i marca inwestorzy zagraniczni chętnie kupują polskie skarbówki) i mniejsza podaż, tym wyższe ceny. Jest to szczególnie dobra informacja dla inwestorów, którzy lokują swoje pieniądze w funduszach inwestycyjnych. Dla przypomnienia, najlepsze fundusze obligacyjne wypracowały w tym roku już 4%. Jak na moment w cyklu, który zdecydowanie bardziej sprzyja inwestycjom w akcje, są to bardzo dobre wyniki.

W najbliższej przyszłości polski rynek obligacji powinien pozostać atrakcyjnym kierunkiem inwestycyjnym dla inwestorów zagranicznych. Poza znacznie lepszym od oczekiwanego wykonaniem budżetu, przemawia za tym również dobra koniunktura gospodarcza w naszym kraju. Pozytywnego obrazu nie zmienia nawet czerwcowa podwyżka stóp procentowych w USA. Co prawda wywołała ona niewielką korektę spadkową, ale nie ma większego znaczenia dla polskiej Rady Polityki Pieniężnej. Inflacja w Polsce pozostaje na niskim poziomie i dopóki gwałtownie nie wzrośnie, Rada nie ma powodu, aby podnosić stopy procentowe. A to dobra wiadomość dla uczestników funduszy obligacyjnych.

Krzysztof Izdebski, zarządzający funduszami obligacji Union Investment TFI

Transakcje sale and leaseback i REITy sposobem na pozyskiwanie kapitału

Więcej możliwości zdobywania funduszy na inwestycje w segmencie nieruchomości komercyjnych

Obecna sytuacja na rynku sprawia, że ilość wolnego kapitału daje firmom bardzo łatwy dostęp do środków inwestycyjnych w postaci leasingu, kredytów, czy finansowania z private equity. A inwestorzy nieustannie poszukują możliwości uzyskania najtańszego kapitału na rozwój, jednocześnie optymalizując zyski i przychody.

Jednym ze sposobów zyskania funduszy są transakcje typu sale and leaseback. Jak podkreślają specjaliści Walter Herz, dzięki odpowiedniej strukturyzacji i podejściu potencjalny przychód może być z nich zdecydowanie większy. – W Polsce tego typu transakcje zyskują na popularności wśród takich firm jak apteki, sieci sklepów detalicznych, DIY, centra dystrybucji, czy firmy produkcyjne – wymieniają eksperci.

Możliwości sale and leaseback

Biorąc pod uwagę sale and leaseback jako źródło pozyskania środków pieniężnych na ekspansję lub inne cele wzmacniające główną działalność, firmy starają się porównać korzyści z tego typu transakcji z tradycyjnym finansowaniem. Doradcy Walter Herz zaznaczają, że zaletą rozwiązania sale and leaseback jest wysoki poziom kontroli, jaki utrzymuje firma nad nieruchomością jako najemca. W tym w szczególności elastyczna możliwość ekspansji zgodnie ze zmiennymi potrzebami, czy ewentualność podnajmu nieruchomości.

Specjaliści wyjaśniają, że transakcje sale and leaseback mogą być zorganizowane na różne sposoby i mogą przynieść korzyści, zarówno sprzedającym, jak i kupującym. Wszystkie strony muszą jednak rozważyć ich wszystkie zalety i wady biznesowe oraz podatkowe, obostrzenia i ryzyka z nimi związane i konsekwencje wynikające z późniejszego długofalowego układu dwustronnego.

Wzrost liczby transakcji

Eksperci zauważają, że w minionym roku niewiele firm decydowało się na pozyskanie kapitału w wyniku zawartych umów sale and leaseback. – Obecnie zaś doradzamy w kilku tego typu transakcjach, co jest ciekawą zmianą, biorąc pod uwagę, że w ostatnich latach sporadycznie podejmowane były takie decyzje – informuje Bartłomiej Zagrodnik, prezes zarządu Walter Herz. – Mamy do czynienia z dużym ożywieniem, jeśli chodzi o transakcje sale and leaseback. Poza uwolnieniem środków na działalność operacyjną, powodami dla których firmy zbywają nieruchomości, po to by zwrotnie wynajmować w nich powierzchnię od kupujących jest też chęć pozbycia się obowiązków ciążących na właścicielu lub też możliwość zmniejszenia zobowiązań podatkowych. Motywacją jest również maksymalizacja potencjału i przyśpieszenie rozwoju poprzez zbycie tzw. twardych aktywów – wyjaśnia Bartłomiej Zagrodnik.

Prezes Walter Herz tłumaczy, że dzięki sprzedaży budynków i ich późniejszemu najmowi, spółki pozbywają się pozycji w bilansie, które wiążą się z pracochłonną obsługą i stałym zarządzaniem nieruchomością, co nie stanowi ich core business. W efekcie transakcji poprawiają wynik finansowy. Najem jest zaś mniej kosztownym i bardziej elastycznym rozwiązaniem. Bartłomiej Zagrodnik zaznacza, że w tym przypadku bardzo ważne jest przygotowanie odpowiednich rozwiązań i zapisów, które spełnią określone oczekiwania przyszłego najemcy i sprawią, że potencjał płynący z transakcji zostanie rzeczywiście zmaksymalizowany.

Rozwiązania sale and lease back, a REITy

– Przy umowach sale and lease back zakres negocjacji jest dużo szerszy niż w przypadku typowego najmu, czy sprzedaży powierzchni biurowej. Konieczne jest odpowiednie przygotowaniem samych umów, zarówno kupna-sprzedaży, jak i najmu, w których zawartych jest szereg zagadnień, jakie nie występują w standardowych umowach – podkreśla Bartłomiej Zagrodnik.

Zakres doradztwa, jak i odpowiednie przygotowanie takiej transakcji wymaga szerokiego spojrzenia na proces oraz samą strukturę transakcji, ponieważ tylko wtedy można zwiększyć przychód i osiągnąć najwyższe stopy zwrotu, informują eksperci Walter Herz. Zwracają uwagę, że w przypadku transakcji sale and lease back bardzo istotne dla nabywcy jest przeprowadzenie due diligence, a także jasne określenie niektórych kwestii, dzięki czemu relacje pomiędzy kupującym, a sprzedającym w następnych latach staną się bardziej komfortowe.

Nowy instrument finansowy

Transakcje sale and lease back są alternatywą dla wchodzących obecnie na rynek REITów.

Narzędzie dla firm poszukujących tego typu produktów inwestycyjnych stworzy ustawa o REITach (Real Estate Investment Trust), która ma wejść w życie z początkiem 2018 roku. REITy to niedostępny dotąd w naszym kraju instrument, który umożliwi wspólne inwestowanie w nieruchomości, a firmom realizującym projekty otworzy drzwi do kapitału licznych inwestorów.

Dzięki wprowadzeniu nowych przepisów każdy będzie mógł zostać akcjonariuszem spółki, notowanej na giełdzie i zainwestować w rozwój prowadzonego przez nią projektu. Doradcy Walter Herz przyznają, że będzie to dodatkowy mechanizm zapewniający firmom finansowanie inwestycji komercyjnych i wsparcie dla rozwoju tego segmentu rynku nieruchomości w Polsce.

Autor: Walter Herz

Rynek IDaaS wart 15 mld dolarów

Crackerzy atakują. Na rynku coraz częściej dochodzi do wycieku wrażliwych danych. To sprzyja tworzeniu nowych usług w zakresie bezpieczeństwa, których wartość liczy się już nie w milionach, a w miliardach dolarów.

Identity as a Service, czyli tożsamość jako usługa, to model dopiero wchodzi na biznesowe salony. Zdaniem analityków z Frost & Sullivan jego rosnąca popularność ma bezpośredni związek z rozwojem chmury obliczeniowej i ucyfrowieniem biznesu, a w konsekwencji dostępem coraz większej liczby pracowników do istotnych informacji firmowych. Zewnętrzne zarządzanie personaliami to rynek na tyle obiecujący, że według wyliczeń firmy analitycznej Markets and Markets do 2021 roku osiągnie on już wartość niemal 15 miliardów dolarów.

Kto, gdzie i kiedy

IDaaS to usługa polegająca na monitorowaniu i uwierzytelnianiu przez zewnętrznego partnera wszelkich prób dostępu do firmowej chmury. Umożliwia ona także monitorowanie i analizę aktywności użytkowników, dzięki czemu administratorzy sieci wiedzą, który pracownik, w jakim czasie i do jakich danych miał dostęp.

– Zarządzanie tożsamością ma coraz większe znaczenie z uwagi na wzrost cyberzagrożeń, a także wykorzystywanie do celów służbowych własnych urządzeń mobilnych (BYOD) i niski poziom świadomości użytkowników firmowej infrastruktury. Warto zauważyć, że większość incydentów związanych z kradzieżą informacji – według analizy Forrestera aż 80% – odbywa się poprzez przejęcie kont pracowników. Firmy, które wdrożyły zaawansowane metody zarządzania tożsamościami i personalizowanym dostępem znacznie minimalizują ryzyko utraty kluczowych danych – zwraca uwagę Tomasz Rozdżestwieński z Atmana, największego operatora centrum danych w Polsce.

Efekt domina

Przejęcie jednego rekordu pracowniczego może prowadzić do wycieku milionów profili gromadzonych w firmowych bazach, w tym informacji o klientach. To oznacza nie tylko utratę reputacji, ale także wymierne straty. Przykładów na potwierdzenie tej tezy nie brakuje. W październiku ubiegłego roku cyberprzestępcy pozyskali dane logowania jednego z pracowników brytyjskiego operatora telekomunikacyjnego Three. Następnie włamali się do infrastruktury firmy uzyskując dostęp do nawet sześciu milionów rekordów zawierających personalia klientów. Kilka lat temu podobny incydent przydarzył się Dropboxowi. Jeden z członków kadry pracowniczej użył do logowania się do systemu przedsiębiorstwa loginu i hasła z LinkedIna, popularnego, biznesowego serwisu społecznościowego. Dane dostępowe zostały przejęte przez crackerów, którzy uzyskali dostęp do 68 milionów rekordów. Wszystkie zostały sprzedane na internetowym czarnym rynku. Przed tym rodzajem cyberprzestępczej działalności nie uchronił się również jeden z potentatów na rynku e-handlu – Ebay – którego wewnętrzna sieć została zinfiltrowana przez niepowołane osoby trzecie dysponujące danymi logowania kilku pracowników firmy.

Nadzór nad tożsamością w cenie

W tym kontekście zwiększenie nakładów na zarządzanie tożsamością nie powinno dziwić. Wskazują na to nie tylko dane Markets and Markets. Podobne wnioski wyłaniają się z analiz Gartnera i firmy analitycznej Pierre Audoin Consultants (PAC). Z przeprowadzonej przez nią ankiety wynika, że aż 93% europejskich firm planuje przeznaczyć więcej pieniędzy na ten rodzaj zabezpieczeń.

Deloitte: Polska wśród krajów najchętniej wybieranych na siedzibę centrum usług wspólnych

Polska jest jednym z pięciu krajów, które są brane pod uwagę przy lokalizacji nowego lub przeniesieniu dotychczasowego centrum usług wspólnych (SSC). Jak wynika z kolejnej edycji raportu „Global Shared Services 2017 Survey Report”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, wydajność centrów usług wspólnych zwiększa się średnio o 8 proc. rocznie, a prawie trzy czwarte respondentów twierdzi, że wzrost ten wynosi 5 lub więcej procent. Zdaniem ekspertów Deloitte rozwijająca się w błyskawicznym tempie robotyzacja procesów całkowicie odmieni sposób funkcjonowania centrów usług wspólnych.

Począwszy od roku 1999 co dwa lata Deloitte przeprowadza badanie, którego celem jest zrozumienie, w jaki sposób centra usług wspólnych wykorzystują najlepsze praktyki i trendy, aby poradzić sobie z wyzwaniami i lepiej spełniać oczekiwania swoich klientów. Tegoroczne badanie objęło ponad 330 firm z różnych branż reprezentujących ponad 1 100 centrów usług wspólnych na świecie.

Decydują koszty i odległość

Aż 44 proc. badanych firm ma w planach zbudowanie lub zmianę lokalizacji centrum usług wspólnych. Wśród najczęściej wymienianych lokalizacji, które firmy wybrałyby na siedzibę nowego lub przeniesienie dotychczasowego centrum usług wspólnych znalazła się Polska, którą respondenci wymieniali wraz z USA, Meksykiem, Indiami oraz Chinami. To oznacza, że Polska jest jedną z najbardziej atrakcyjnych lokalizacji do tego typu inwestycji. Głównym czynnikiem decydującym o wyborze danego miejsca pozostają koszty, ale równie istotna jest odległość do siedziby firmy lub miejsca jej głównej działalności – mówi Krzysztof Pniewski, Partner, Audit & CFO Advisory, Lider Programu CFO w Polsce.

Centra Kompetencyjne

Liczba centrów usług wspólnych świadczących usługi w więcej niż trzech obszarach znacząco wzrosła z 20 proc. w roku 2013 do 31 proc. w roku 2015 i 53 proc. w roku 2017. Głównymi obszarami, którymi zajmują się centra usług wspólnych są finanse (88 proc.), HR (63 proc.) oraz technologie informatyczne (53 proc.). Centra usług wspólnych nadal realizują głównie procesy transakcyjne, jednak od roku 2013 liczba centrów kompetencyjnych (tzw. Centre of Excellence) podwoiła się, a w niektórych przypadkach nawet potroiła – wskazuje Krzysztof Pniewski.

Centra usług wspólnych tworzą z roku na rok więcej wartości. Produktywność centrów usług wspólnych zwiększa się średnio o 8 proc. rocznie, a 73 proc. respondentów twierdzi, że wzrost ten wynosi 5 lub więcej procent. Dwa lata temu taką odpowiedź wskazywało 70 proc. badanych.

Czas robotów

Robotyzacja procesów rozwija się w błyskawicznym tempie i może odmienić model świadczenia usług wspólnych i globalnych usług biznesowych, radykalnie zmniejszając koszty i nakład pracy wymagany do realizacji rutynowych, pracochłonnych zadań. I tak 8 proc. ankietowanych firm korzysta już z robotyki, 26 proc. prowadzi lub planuje pilotażowe działania, a 24 proc. rozpoczęło w tym obszarze wstępne badania. Ponad jedna trzecia badanych (36 proc.) uważa, że robotyzacja może skutkować obniżeniem kosztów o 20 lub więcej procent, z czego 9 proc. jest zdania, że oszczędności te mogą sięgnąć powyżej 40 proc. – Robotyka i techniki poznawcze w przyszłości mogą radykalnie zmienić funkcjonowanie centrów usług wspólnych, zwiększając również wydajność i jakość świadczonych usług – podkreśla Krzysztof Pniewski.

Dopuszczalna dobrowolność obsługi przez centrum

Coraz większa liczba organizacji biorących udział w badaniu zezwala na dobrowolność w korzystaniu z usług centrów, jednak nadal bardziej powszechny jest model obligatoryjny. Taką odpowiedź wybrało 69 proc. badanych. Najważniejszym priorytetem dla klientów użytkowników centrów biznesowych pozostają koszty usług i ich terminowość.

Rozwój w kierunku wielofunkcyjnych centrów hamuje

Wielofunkcyjne globalne centra usług cieszą się coraz większą popularnością, jednak aż 72 proc. organizacji, które obecnie nie funkcjonują w tym modelu nie planuje jego wprowadzenia, a dalsze 4 proc. firm, pomimo próby, zrezygnowało z wdrożenia takiego modelu. Najczęstszymi powodami tej decyzji były: wysokie koszty funkcjonowania, brak gotowości wdrożeniowej czy niewystarczające wsparcie ze strony najwyższego kierownictwa.

Likwidacja tzw. groszówek mogłaby doprowadzić do zmian w strategiach sieci handlowych

We Włoszech trwa dyskusja na temat wycofania drobnego bilonu. Według naszych ekspertów, w Polsce też należy to rozważyć. Konsekwencją rezygnacji z 1 i 2 groszy mogłoby być zaokrąglanie cen, które będzie prowadzić zarówno do ich podwyżek, jak i obniżek. Duże sieci byłby w stanie zyskać na obu zabiegach i to podwójnie.

Jak przypomina ekonomista Łukasz Białek, w ostatnich latach monety o najmniejszych nominałach przestały emitować takie kraje, jak Irlandia, Dania, Australia, Finlandia, Holandia, Szwecja, Kanada oraz Węgry. Tamtejsze rynki detaliczne nie odnotowały w związku z tym żadnych negatywnych skutków. U nas, temat pozbycia się najdrobniejszego bilonu był mocno obecny w przestrzeni publicznej 4 lata temu. Wówczas NBP przedstawił projekt ustawy o wycofaniu z obiegu monet o wartości 1 i 2 gr. Jednak, Ministerstwo Finansów sprzeciwiło się temu rozwiązaniu. Kluczowym uzasadnieniem była obawa o to, że sprzedawcy zaczną zaokrąglać ceny w górę, co byłoby niekorzystne dla konsumentów.

– Uważam, że temat wycofania tzw. groszówek należy ponownie poruszyć, ponieważ ich użyteczność stale spada. Po wydaniu reszty klientowi, taka moneta trafia do portfela i bardzo często jest już nieużywana, a jedynie magazynowana, np. w słoiku. Konsumenci niechętnie używają tak drobnych pieniędzy, bo muszą zgromadzić ich ogromną ilość, aby dokonać jakiejkolwiek transakcji. W związku z tym, że monety nie wracają do obiegu, są produkowane kolejne ich partie. I tak koło się zamyka. Pojedyncze grosze nie są zliczane jako kapitał, ale w perspektywie roku okazuje się, że jednak znacząca kwota, zatrzymywana w domowych pojemnikach, znika z rynku – mówi Norbert Kowalski, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Zdaniem Łukasza Białka, argumentem przemawiającym za likwidacją najdrobniejszego bilonu jest problem z wydawaniem reszty. Pieniądz powinien ułatwiać zawieranie transakcji, a nie komplikować jej realizację. Klienci często słyszą od kasjerów, że nie mają im wydać 1, 2 lub 5 groszy. Wielu Polaków, spiesząc się, rezygnuje z czekania na drobne monety. Niemniej, trudno znaleźć miarodajne statystki, które potwierdzałyby problemy z wydawaniem reszty w naszym kraju.

Kto straci, a kto zyska?

– Owszem, z perspektywy sprzedawcy, niewydawanie klientowi reszty, w postaci drobnego bilonu, oznaczałoby wygodę, a także mniejsze koszty zarządzania gotówką. Jednak, z drugiej strony, zaszłaby konieczność zaokrąglenia cen. Jedni by je podnieśli, inni – obniżyli. Po czasie okazałoby się, która część rynku znalazłaby się w gorszej sytuacji. W obu przypadkach nastąpiłaby jednak znacząca zmiana w zakresie promowania, bowiem końcówka 99 po przecinku obecnie zachęca klientów do kupowania i podnosi sprzedaż towarów – przewiduje dr Maria Andrzej Faliński, ekspert rynku detalicznego.

Natomiast, Norbert Kowalski uważa, że dla małych i średnich sklepów, które nie mają wysokich promocji, wycofanie tzw. groszówek nie powinno przynieść negatywnych skutków. Z kolei, w przypadku dużych formatów, np. hipermarketów, nie da się ocenić skali utrudnienia, w zakresie planowania promocji. Z badania „This Number Just Feels Right: The Impact of Roundedness of Price Numbers on Product Evaluations” (2015) wynika, że okrągłe ceny sprawdzają się wyłącznie w przypadku zakupów robionych pod wpływem emocji. Klienci są wtedy w stanie szybciej obliczyć koszt produktu. Jeśli zatem sieci dobrze się przygotują do ewentualnej zmiany, to niczego nie stracą, a wręcz zyskają możliwość zaprojektowania nowej strategii cenowej.

– Duże sieci handlowe straciłyby najmniej lub wręcz skorzystałyby na tym zabiegu, i to podwójnie. Zaokrąglając cenę w górę, skorzystałyby na niej literalnie. Zmieniając zaś w dół, mogłyby zyskać na obrocie, który często sięga miliardów złotych. Wynikałoby to z tego, że więcej klientów zdecydowałoby się na zakupy po symbolicznie niższej, ale jednak bardziej pociągającej, cenie. Do tego doliczyć trzeba by było znacząco większy, niż w całym rynku, udział transakcji elektronicznych, sięgający do 50%. Zatem kłopot, wprawdzie minimalny, ale faktyczny, miałyby raczej małe podmioty sektora handlu. Nie dysponując skalą sklepów dużych, uzyskałyby groszowe przychody z zaokrąglenia w dół – wyjaśnia dr Maria Andrzej Faliński.

Bezgotówkowa dyskryminacja?

Tymczasem, Łukasz Białek zapewnia, że handel oraz klienci nie stracą na usunięciu 1 i 2 groszy. Konsumpcja wewnętrzna nie zmieni swojej dynamiki. Cena zaokrąglona np. do pełnych 5 zł, 4,90 zł czy też 4,95 zł, zamiast 4,99, nie powstrzyma ludzi przed robieniem zakupów. Zarówno sprzedawcy, jak i kupujący, bez przeszkód, dostosują się do nowych uwarunkowań. Ponadto, rozwija się handel internetowy, a także rośnie rynek płatności bezgotówkowych w sklepach stacjonarnych. W obu rodzajach transakcji nie mają znaczenia groszowe końcówki. Ekspert wskazuje na dane globalnej firmy, emitującej karty płatnicze. Wynika z nich, że co 4 polski konsument płaci zbliżeniowo codziennie lub prawie codziennie. To ponad 3-krotnie więcej, niż wynosi średnia europejska.

– Lekceważeniu najniższych nominałów najbardziej sprzyja upowszechnienie płatności elektronicznych. Tutaj każda kwota, wprowadzona do terminala, jest dobra i zaokrąglenie niczego nie zmienia. To 1/3 transakcji detalicznych. Biorąc pod uwagę, obroty na rynku, to jednak nie jest zbyt wiele. Stanowczo odradzam wycofywania z obiegu 1 i 2 groszy. Doszłoby bowiem do dyskryminacji tradycyjnych formatów, w których przyjmowanie płatności elektronicznych wprawdzie rośnie, ale jest wyraźnie niższe, pomimo poprawy opłacalności instalacji stosownych urządzeń. Tym samym więc kłopoty, związane z gotówkową sprzedażą po cenach zaokrąglanych, dotknęłyby te podmioty w większym stopniu – zauważa dr Maria Andrzej Faliński.

Jednak Łukasz Białek zwraca uwagę na dynamiczny wzrost liczby terminali płatniczych. Jeszcze w 2010 roku w Polsce było ich 252 tysięcy, a w 2015 roku – 465 tys., co oznacza przyrost o ponad 84%. Według NBP, na koniec 2016 roku w Polsce działało 531 tys. terminali POS, z czego 485 tys. akceptowało płatności zbliżeniowe. Z kolei, z 37 mln wszystkich kart płatniczych w Polsce aż 28 mln posiada „antenkę” do płatności bezstykowych. To 77% ogółu wszystkich kart. Ponadto, jak wynika z raportu „Future of Retail” z 2016 roku, Polska zajmuje 3. miejsce, po Hiszpanii i Wielkiej Brytanii, pod względem gotowości do obsługi tzw. klienta przyszłości. Świadczy o tym nasza otwartość na wielokanałowość handlu i rosnące znaczenie urządzeń mobilnych. W Polsce już obecna technologia zbliżeniowa NFC pozwala na to, aby do terminali zbliżeniowych przykładać smartfon, zegarek czy nawet brelok i zrealizować transakcję.

Promocje bez końcówek

– Bez cen zakończonych wartością 99 po przecinku, można nadal tworzyć atrakcyjne oferty, proponując np. 2 produkty za 3 zł albo jeden – w kwocie 9,90 zł. Wystarczy odpowiednio dostosować przekaz i reklamę do produktu oraz emocji, jakie on wywołuje. Należy przeanalizować, czy jest to zakup codzienny, czy raczej planowany bądź impulsywny. Uważam, że wycofanie tzw. groszówek pociągnie za sobą więcej możliwości, niż utrudnień. Zarówno sieci, jak i konsumenci powinni szybko się zaadaptować do nowej sytuacji – przekonuje Norbert Kowalski.

Jak podkreśla Łukasz Białek, przy poprzedniej debacie publicznej, w sprawie projektu NBP, handlowcy twierdzili, że rzekomo wpłynie on niekorzystnie na ich zabiegi marketingowe. Według eksperta, czas przyznać, że pokazywanie ceny np. 9,99 zł, zamiast 10 zł, to działanie najbardziej prymitywne i manipulujące umysł klienta. Oczywiście specjaliści wyjaśnią, że tego typu praktyki to poważne elementy psychologii sprzedaży. Natomiast, marże produktów, również tych po rabatach, są na tyle wysokie, że konsumenci często przepłacają za towary nawet po kilkaset procent. Dotyczy to np. artykułów szybko zbywalnych, które są kupowane w Azji za kilka dolarów i sprowadzane do europejskich sieci handlowych.

– Po zlikwidowaniu 1 i 2 groszy, sieci i inne duże firmy handlowe prawdopodobnie opracują nowe rodzaje wyprzedaży, np. realizowane elektronicznie. Wybranych artykułów klienci nie kupią za gotówkę, bo jeden towar na sklepie nie może mieć dwóch cen. Sprzedawcy zastosują pewnie łączone promocje. To znaczy, cena danego artykułu będzie miała końcówkę 99 groszy, a drugiego do pary – 51 gr. Możliwości oczywiście jest wiele, w tym rezygnacja z rabatów. Praktyka zdecydowałaby o kierunku ewentualnych zmian – przyznaje dr Faliński.

Podsumowując, Łukasz Białek zwraca uwagę na to, że handlowcy często powołują się na zwiększanie obrotów przez ceny z końcówkami 0,99 lub 0,98. Jeżeli nawet nie będzie monet o najniższych nominałach, to sprzedawcy wcale nie zaokrąglą kwot w górę. Jeżeli równe sumy nie przyciągają uwagi klientów, to ten zabieg byłby dla nich niekorzystny. Jeśli przyjmiemy za wiarygodne ich uzasadnienie o potrzebie pokazywania ceny z przecinkiem, to będą oni wręcz zmuszeni stosować tzw. obniżki nie o 1 czy 2 grosze, ale o 5 czy 10 groszy. W ten sposób, uzyskane wartości działałyby na nas zachęcająco.

Współczesne urządzenia 3D w niczym nie przypominają topornych drukarek sprzed kilku lat. Polskie firmy z tej branży przodują pod względem innowacyjności

Współczesne urządzenia 3D w niczym nie przypominają topornych drukarek sprzed kilku lat. Polskie firmy z tej branży przodują pod względem innowacyjności 7

Urządzenia służące do druku 3D to jedna z tych branż, które mają być kołem zamachowym przyszłości światowej gospodarki. Prognozy mówią o sześciokrotnym globalnym wzroście tego rynku – do ponad 30 mld dol. w ciągu najbliższych sześciu lat. Polskie firmy odnoszą w branży 3D coraz większe sukcesy, stawiając szczególnie na innowacje kompleksowe rozwiązania dla firm i użytkowników domowych. ​ 

– Druk 3D wchodzi coraz energiczniej w tzw. segment desktopowy, czyli maszyny mniejszych rozmiarów, kierowane do małych i średnich przedsiębiorstw, także do użytkowników domowych, i są to urządzenia, które z powodzeniem mieszczą się na biurku i mogą pracować obok komputera personalnego – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Przemysław Jaworski, prezes ZMorph, polskiej firmy produkującej drukarki 3D. – Trendy są takie, aby wychodzić z segmentu, gdzie mamy drukarki bardzo proste, drukujące jednym materiałem, natomiast coraz bardziej wychodzimy tutaj w kierunku multimateriałowości, czyli łączenia ze sobą różnych materiałów. To dzieje się między innymi u nas.

Jak wskazuje, dzięki użyciu wielofunkcyjnych końcówek narzędziowych drukarki 3D uzyskują wiele nowych możliwości. Można na przykład drukować w technologii, w której dwa typy tworzywa sztucznego (filamentu) łączone są w różnych proporcjach, umożliwiając nadruk kolorowych tekstur i obrazów na obiekcie 3D (tzw. image-mapping, autorska technologia firmy ZMorph) lub łączenie właściwości odrębnych materiałów w różnych modelach wielokolorowych. Innowacyjne jest także tworzenie modeli architektonicznych, w których następuje połączenie przezroczystości i nieprzezroczystości realizowane podczas jednego nieprzerwanego wydruku.

– Trendy idą w kierunku dodawania funkcjonalności bardziej zaawansowanych i rozwoju oprogramowania, a także samego przekształcania urządzeń w takie, które będą przyjazne dla użytkownika. Nad tym mocno pracujemy w ZMorph. Chodzi o to, aby urządzenia nie były tajemnym pudełkiem, do obsługi którego trzeba zgłębiać nieskończone instrukcje, żeby były intuicyjne i proste w użyciu – dodał prezes ZMorph.

Jak wynika z raportu firmy badawczej Context, która monitoruje globalny rynek druku 3D, liczba sprzedanych drukarek 3D wzrośnie o 39 proc. w 2017 r, a lokomotywami napędzającymi wzrost w tej branży będą lotnictwo, medycyna i motoryzacja. Według szacunków Context w kolejnych pięciu latach liczba sprzedanych drukarek będzie rosnąć w średnio w tempie ok. 42 proc. rocznie (CAGR), a wartość przychodów ze sprzedaży drukarek 3D w badanym okresie będzie rosnąć każdego roku w tempie 33 proc.

– Mimo wielofunkcyjności najczęściej używaną przez naszych klientów funkcjonalnością jest druk 3D – mówimy o druku materiałami termoplastycznymi lub elastycznymi. Ostatnio mieliśmy ciekawy case, gdzie dwie studentki zrobiły platformę do zamawiania personalizowalnych butów, które są drukowane bezpośrednio na tkaninie. To bardzo ciekawy przykład, który nakierowuje nas na spojrzenie na potrzeby, które mogą być zaspokojone za pomocą drukarek 3D i tej technologii, czyli dostosowywanie obiektów do człowieka, bo każdy z nas jest inny – wskazuje Przemysław Jaworski.

Context podaje ponadto, że na bazie danych opublikowanych w 2016 roku tempo rozwoju w segmencie drukarek desktopowych w skali roku wyniesie nieco ponad 8 proc. Firma badawcza zakłada, że wolumenowo branża druku 3D zdominowana będzie przez drukarki FFF (fused filament fabrication).

– Nieliczna część drukarek obecnie na rynku potrafi wycinać w twardych materiałach za pomocą wrzeciona frezującego tak jak nasza drukarka ZMorph. Mogą też mogą ciąć laserem, mogą ciąć tkaniny, tekturę, nacinać skórę, grawerować itd. Mogą też wytwarzać elektroniczne płytki drukowane za pomocą lasera, jest to specjalna technologia, którą opanowaliśmy i udostępniamy naszym użytkownikom – wymienia szef ZMorph. – Drukarka 3D wiele zyskuje, gdy zestawi się ją ze skanerem 3D, wtedy możemy sobie kopiować obiekty, kładąc obiekt na skanerze lub używając skanera, aby go cyfrowo pozyskać do komputera. Jesteśmy w stanie później wytworzyć wiele kopii w plastiku lub innych materiałach i ma to wiele ciekawych zastosowań.

Według raportu Deloitte „3D Printing Market 2016” w 2014 roku wartość rynku druku 3D wynosiła 3,7 mld dolarów, by rok później osiągnąć 4,8 mld dol. Deloitte szacuje, że do roku 2020 rynek ten wzrośnie czterokrotnie, osiągając wartość ponad 20 mld dol., a dwa lata później przekroczy 30 mld dol. Raport „3D Printing Market (…) Global Forecast to 2022” prognozuje średnioroczną dynamikę wzrostu rzędu 28,5 proc. do 2022 roku.

– W ciągu najbliższych kilku lat będziemy widzieć duże zmiany w precyzji maszyn, które drukują w 3D. Będziemy też widzieli przyspieszenie tempa wytwarzania obiektów. Dobrym przykładem jest drukarka Carbon 3D, która od niedawna jest na rynku. To bardzo droga drukarka, która potrafi drukować około stu razy szybciej niż wszystkie inne drukarki – ocenia Przemysław Jaworski. – Stawiamy mocno na multimateriałowość, czyli możliwość łączenia wielu różnych materiałów w jednym obiekcie, podczas jednego procesu wydruku i tutaj jesteśmy w czołówce firm, które rozwijają tego typu technologie. Każda z tych rzeczy jest ważna, natomiast my staramy się być najlepsi właśnie w multimateriałowości, nie zapominając o pozostałych rzeczach.

Powstaje coraz więcej start-upów. Większość bez zewnętrznych źródeł finansowania nie ma szans na rozwój i przetrwanie

Powstaje coraz więcej start-upów. Większość bez zewnętrznych źródeł finansowania nie ma szans na rozwój i przetrwanie 8

Powstaje coraz więcej start-upów, bardzo innowacyjnych, jednak wiele z nich boryka się z problemem zdobycia odpowiedniego dofinansowania. To uniemożliwia ich szybki rozwój. Mogą one jednak liczyć na wsparcie funduszy, które zapewniają nie tylko środki do działania, lecz także wsparcie merytoryczne.

Środki, które udaje się pozyskać start-upom, są kluczowe dla ich rozwoju. W przypadku start-upu Yestersen pieniądze pozyskane od inwestora umożliwią budowę nowej platformy, pozwolą rozwinąć logistykę oraz szereg działań marketingowych.

– Zdecydowaliśmy się dofinansować Yestersen, dlatego że jest to jedna z czterech wiodących platform handlu meblami typu vintage. Spółka rozwija się bardzo dynamicznie, rośnie w granicach kilkudziesięciu procent miesiąc do miesiąca, kwartał do kwartału. Jesteśmy przekonani, że firma ta może odegrać rolę wiodącego gracza na rynku europejskim – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Dariusz Lewandowski, CEO firmy ARIA.

ARIA to przykład funduszu, który wspiera innowacyjne rozwiązania z sektora nowych technologii. Inwestor poszukuje start-upów z największym potencjałem. Najczęściej są to młode firmy, które zgłosiły lub otrzymały patenty.

– Mamy już w portfelu przedsięwzięcia, które cieszą się unikalnymi zgłoszeniami patentowymi bądź przyznanymi patentami. Kierujemy swoją uwagę na rozwój technologii, na wejście na konkretne rynki, na to, aby wynalazcy mieli szanse sprzedawać technologie – wyjaśnia Dariusz Lewandowski.

Założyciele start-upów, wynalazcy czy twórcy w pierwszej fazie realizacji swoich projektów potrzebują szeroko rozumianego wsparcia w budowie biznesu zarówno finansowego, jak i merytorycznego. Dlatego fundusze wspierają precyzyjnie wyselekcjonowane projekty na wielu płaszczyznach.

– Dziewięciu na dziesięciu właścicieli projektów, którzy się do nas zgłaszają, potrzebują bardzo silnego doradztwa, jeżeli chodzi o finansowanie. Dla nas są to zagadnienia bardzo proste, a mogę sobie wyobrazić, że tak jak dla nas, finansistów, pewne kwestie technologiczne mogą być bardzo trudne, tak dla wynalazców, założycieli, kwestie związane z finansowaniem są trudne. Obiektywnie muszę przyznać, że to są sprawy bardzo istotne z punktu widzenia własnościowego – przekonuje Dariusz Lewandowski.

Ekspert nie ma wątpliwości, że bez zewnętrznych źródeł finansowania wiele start-upów nie byłoby w stanie się w ogóle rozwijać. To właśnie inwestor jest jednym z kluczowych czynników, które wpływają  na sukces start-upu.

– Doskonale rozumiemy, że właściciele zarządzający firmami chcą utrzymać poczucie, że ta organizacja, którą zbudowali, to ich organizacja. My to doskonale rozumiemy, wspieramy ich w tym, aby czuli, że rzeczywiście pracują dla siebie, ale też musimy wszyscy pamiętać, że tak jak bilans musi się zawsze zgadzać, zawsze się bilansować, tak źródła finansowania, które w tym bilansie się znajdują, są jednym z istotniejszych źródeł sukcesu. Stąd też nasza inwestycja w taki projekt jak Yestersen, gdzie bez finansowania ten projekt najzwyczajniej nie przeszedłby do kolejnego etapu – podsumowuje Dariusz Lewandowski.

Dobre perspektywy przed polskim rynkiem badań klinicznych. Trwają prace nad zmianami w przepisach

Dobre perspektywy przed polskim rynkiem badań klinicznych. Trwają prace nad zmianami w przepisach 9

Mimo dużego potencjału rynek badań klinicznych w Polsce jest jeszcze słabo rozwinięty. Każdego roku bierze w nich udział około 40 tys. pacjentów – kilkukrotnie mniej niż w Czechach, Niemczech i innych krajach regionu. Badania kliniczne to szansa na rozwój medycyny, korzyść dla pacjentów i lekarzy oraz zyski dla budżetu NFZ, ale w Polsce takie projekty wciąż budzą negatywne skojarzenia. Brakuje też finansowania i sprzyjających regulacji prawno-administracyjnych. Szansą na odwrócenie sytuacji mają być projektowane zmiany w prawie i rozporządzenie Unii Europejskiej, które wejdzie w życie w 2018 roku.

Liczba badań klinicznych w Polsce jest stabilna albo nieznacznie się zmniejsza co roku. Mówimy o kilkuset zarejestrowanych badaniach rocznie. To jest duża liczba, ale w porównaniu do Czech czy Bułgarii mamy ich dwa razy mniej w przeliczeniu na mieszkańca. Może ich być znacznie więcej. Tym, co z mojego punktu widzenia trudno zaakceptować, jest fakt, że większość badań klinicznych jest komercyjna, realizowana przez firmy farmaceutyczne. Badania kliniczne potrzebują natomiast substancji naukowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Patryk Mikucki, dyrektor ds. badań i rozwoju regionu Europy w AstraZeneca.

Badania kliniczne mają sprawdzić, czy dany lek albo terapia są bezpieczne i przynoszą efekty. Dzięki nim wzrasta wiedza lekarzy. Natomiast pacjenci mogą skorzystać z innowacyjnych, często ratujących życie terapii na długo przed wprowadzeniem ich na rynek. Uzyskują też dostęp do opieki medycznej o podwyższonym standardzie, wysoko wykwalifikowanych specjalistów, nowoczesnej diagnostyki i badań przesiewowych. Udział w takich badaniach jest szansą dla osób cierpiących z powodu ciężkich i rzadkich chorób, u których zawiodły standardowe metody leczenia. Dla części pacjentów to jedyna szansa na dostęp do leku, który może spowodować poprawę stanu zdrowia.

Badania kliniczne są niezbędne dla rozwoju medycyny, szczególnie w nowotworach i chorobach rzadkich. W onkologii są podstawowym narzędziem, które pozwala ocenić skuteczność innowacyjnych terapii i ustanawiać nowe standardy leczenia. Bez badań klinicznych nie byłoby również nowych leków.

Szpitalom, placówkom medycznym i naukowym badania kliniczne – jako działalność ściśle innowacyjna – mogą przynosić prestiż i dochód. Są również korzystne dla budżetu państwa i NFZ-u. Globalna firma badawcza PwC podaje, że tylko w 2014 roku do państwowej kasy wpłynęło ponad 300 mln zł z tytułu podatków i opłat odprowadzonych w związku z prowadzonymi w Polsce badaniami klinicznymi. W tym samym czasie Narodowy Fundusz Zdrowia mógł zaoszczędzić na kosztach leczenia onkologicznego nawet 600 mln zł.

Ze względu na skokowy postęp w biotechnologii, farmacji i dziedzinach okołomedycznych na przestrzeni ostatnich lat nastąpił kilkukrotny wzrost liczby zarejestrowanych badań klinicznych na całym świecie. Większość z nich jest prowadzona w krajach wysoko rozwiniętych, w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej.

Polska ma natomiast bardzo duży, ale niewykorzystany potencjał w obszarze badań klinicznych. Na plus zalicza się dostępność wysoko wykwalifikowanych specjalistów, dużą populację pacjentów oraz koszty przeprowadzania badań klinicznych, które są konkurencyjne w stosunku do zachodnioeuropejskich.

Naszą siłą jest na pewno duża liczba dobrych ośrodków badawczych oraz lekarzy znających się na rzeczy i chętnych, żeby się uczyć. Nasi lekarze są bardziej dynamiczni i chcą dokładać swoją cegiełkę naukową, są wspomagani przez swoje uczelnie i starszych, bardziej doświadczonych kolegów – wylicza Patryk Mikucki.

Większość polskich szpitali nie ma jednak wystarczająco dobrej infrastruktury do przeprowadzania badań klinicznych, a dyrekcje nie chcą w ogóle kontraktować projektów o niskim budżecie. Obok finansowania takich projektów jedną z największych barier są też skomplikowane procedury prawne i administracyjne. Żeby zarejestrować badania kliniczne, trzeba złożyć wniosek do Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Środków Biobójczych (URPL), co wymaga wielu dokumentów i czasu.

Prawo musi się zmienić i dostosować. Musimy mieć świadomość, że badania są po to, aby pomagać, finalnie dostarczać leki do pacjentów i zwiększać liczbę dostępnych możliwości terapeutycznych – podkreśla Patryk Mikucki.

Każdego roku w Polsce około 40 tys. pacjentów bierze udział w badaniach klinicznych, które obejmują różne obszary terapeutyczne. Średnio co piąty projekt dotyczy onkologii (22 proc., dane PwC na koniec 2015 roku). Dalej plasują się neurologia (12 proc.), pulmonologia (11 proc.), reumatologia oraz kardiologia (odpowiednio 8 i 6 proc.). W przeważającej większości (ponad 60 proc.) są to wieloośrodkowe badania kliniczne III fazy.

W porównaniu z innymi krajami regionu – takimi jak Czechy, Węgry czy Bułgaria – liczba prowadzonych w Polsce badań w przeliczeniu na mieszkańców jest prawie dwa razy niższa. W porównaniu z Niemcami ta różnica jest 3–4-krotna.

Większość badań klinicznych ma charakter komercyjny i jest realizowana pod patronatem firm farmaceutycznych. W Polsce prawie w ogóle nie prowadzi się projektów akademickich. Dla porównania w UE akademickie badania kliniczne stanowią około 40 proc. wszystkich tego typu przedsięwzięć.

Musi być więcej badań inicjowanych przez środowisko medyczne. One są trudne do zrobienia w Polsce, bo stopień skomplikowania administracyjnego jest na tyle duży, że firmom jest łatwiej sobie z tym poradzić. My mamy know-how, determinację i ludzi, dzięki którym możemy to zrobić. Naukowcy są od tego, żeby wymyślać naukę, nie powinni zbyt dużo czasu poświęcać na administrację. Stąd mój apel do ustawodawców: ułatwmy ludziom nauki robienie nauki. Ważne są ułatwienia dla badań naukowych i badań w chorobach rzadkich. To buduje naukę i przyspiesza proces poszukiwania nowych terapii dla pacjentów – podkreśla Patryk Mikucki.

Od strony legislacyjnej badania kliniczne ma ułatwić rozporządzenie Parlamentu Europejskiego nr 536/2014, które muszą wdrożyć państwa Wspólnoty. Nowe przepisy wprowadzą we wszystkich krajach jednolity system rejestrowania i standard prowadzenia badań klinicznych. W kwietniu specjalny Zespół ds. Badań Klinicznych przy Ministrze Zdrowia przedstawił resortowi swoje rekomendacje związane z nowymi przepisami, nad którymi pracował przez ostatni rok.

Musimy dostosować prawodawstwo do unijnego. Mamy rozporządzenie UE, które ma ułatwić prowadzenie badań klinicznych. Mówimy tutaj o pewnej centralizacji, unifikacji. W całej Europie badania kliniczne będą w przyszłości rejestrowane przez jeden system, a kraje UE będą przyjmowały je u siebie. Będą one poddawane dodatkowej ocenie komisji bioetycznych – mówi Patryk Mikucki.

W Polsce mimo długiej listy korzyści badania kliniczne wciąż jeszcze są owiane złą sławą i budzą negatywne skojarzenia. Ponadto pacjenci często nie wiedzą też, jakie przysługują im świadczenia i prawa. Obawiają się na przykład, czy uczestnicząc w badaniach klinicznych, nie stracą prawa do standardowego leczenia w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. To powód, dla którego podmioty prowadzące badania kliniczne często mają problemy ze znalezieniem pacjentów, którzy spełniają określone kryteria i chcą się poddać eksperymentalnemu leczeniu.

Podobnie jak w krajach zachodnioeuropejskich potrzebne są kampanie społeczne i ogólnodostępne, rzetelne źródło wiedzy o badaniach klinicznych. To pozwoli rozwiać społeczne obawy i zmienić negatywny wizerunek, jaki mają w Polsce badania kliniczne.

Konieczna jest rzetelna informacja na temat badań klinicznych skierowana do pacjentów i do społeczeństwa. Potrzebujemy wsparcia agend rządowych, regulatorów, niezależnych portali, kogoś, kto może uczciwie powiedzieć wszystkim pacjentom, jaka jest prawda o badaniach klinicznych. W Europie jest bardzo dużo programów edukacyjnych. Ambasadorzy badań klinicznych tłumaczą ludziom, o co w tym wszystkim chodzi. Przykładem jest unijny projekt EUPATI – mówi Patryk Mikucki.

Jedną z najważniejszych kwestii jest też uregulowanie postępowania z pacjentami w leczeniu klinicznym. W tej chwili brakuje ramowych standardów, nieprecyzyjne są np. regulacje dotyczące rozliczania części terapii w ramach NFZ.

Procedury w badaniu klinicznym są opłacane przez sponsora. Część z nich to standardowe procedury medyczne. Istnieje pewien spór, są różne interpretacje prawne dotyczące tego, które z tych procedur powinny być opłacane przez sponsorów, czyli przez firmy farmaceutyczne, a które przez NFZ w ramach standardowego koszyka świadczeń – wskazuje dyrektor ds. badań i rozwoju regionu Europy w AstraZeneca.

Tylko 8 proc. Polaków korzysta z usług prawnika. Ponad połowa samodzielnie interpretuje przepisy albo szuka odpowiedzi w internecie i wśród znajomych

Tylko 8 proc. Polaków korzysta z usług prawnika. Ponad połowa samodzielnie interpretuje przepisy albo szuka odpowiedzi w internecie i wśród znajomych 10

Blisko 90 proc. Polaków przynajmniej raz w roku potrzebuje porady prawnej. W razie potrzeby połowa szuka informacji samodzielnie – w internecie, mediach albo wśród znajomych. Zaledwie 8 proc. decyduje się zapłacić i skorzystać z profesjonalnej pomocy prawnika lub radcy prawnego. Polaków odstraszają wysokie koszty usług prawniczych, dlatego na polskim rynku ma się szansę upowszechnić rozwiązanie znane z zachodniej Europy – ubezpieczenia od ochrony prawnej.

– Większość Polaków chciałaby korzystać z porad prawnych. Co piąty ma taką potrzebę kilka razy w ciągu roku. W rzeczywistości nie korzystamy jednak z porad specjalistów. Przyczyny trzeba się doszukiwać w aspekcie finansowym. Dla przeciętnego Kowalskiego porada prawna wydaje się zbyt kosztowna –mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Rafał Wiejski, ekspert od współpracy z multiagencjami w D.A.S. Towarzystwo Ubezpieczeń Ochrony Prawnej SA.

Jak wynika z badania, które instytut ARC Rynek i Opinia przeprowadził dla D.A.S. Towarzystwa Ubezpieczeń Ochrony Prawnej, ogromna większość, bo aż 87 proc. Polaków, uważa, że co najmniej raz w roku przydałaby się im porada prawnika. Prawie co piąty (19 proc.) potrzebuje takiej pomocy znacznie częściej, przynajmniej kilka razy w roku.

Obowiązujące w Polsce przepisy prawne są postrzegane jako zawiłe i zbyt skomplikowane. Jednak w razie problemów natury prawnej zaledwie 8 proc. Polaków przyznaje, że rzeczywiście decyduje się na opłacenie profesjonalnych usług adwokata czy radcy prawnego. Pozostali najczęściej szukają pomocy na własną rękę i w niepewnych źródłach.

– Każdy szuka wsparcia tam, gdzie jest najłatwiej. Pierwszym wyborem jest zwykle najbliższe środowisko, czyli rodzina i znajomi. W dzisiejszych czasach popularny jest też internet – to tam poszukujemy porad prawnych – mówi Rafał Wiejski.

Ponad połowa Polaków (52 proc.) szuka rozwiązań samodzielnie – w internecie, na branżowych forach dyskusyjnych albo bazuje na informacjach i poradach prawnych zamieszczanych w mediach. Niesie to jednak za sobą wiele zagrożeń. Po pierwsze, każda sprawa jest indywidualna i nie wszystkie przepisy mają uniwersalne zastosowanie. Po drugie, część internetowych źródeł jest niesprawdzona, przekazuje niepełne albo błędnie interpretowane informacje.

– Nie jest to najlepszy kierunek. Internet często nie daje rzetelnych informacji, więc można się sparzyć i znaleźć w jeszcze gorszych kłopotach. Pomimo popularności nie jest to więc dobre rozwiązanie. Jako osoba związana z branżą ochrony prawnej nie zachęcam – przestrzega  Rafał Wiejski.

Bez wiedzy prawniczej bywa trudno zrozumieć zależności pomiędzy przepisami prawa. Błędna ich interpretacja może natomiast skomplikować problem, narazić na niepotrzebne koszty, a nawet spowodować niekorzystne rozstrzygnięcie sporu. Ekspert od współpracy z multiagencjami w D.A.S. TUOP zauważa, że Polacy wolą ponosić to ryzyko, zamiast zwrócić się do specjalisty, ponieważ odstraszają ich koszty obsługi i pomocy prawnej.

Koszty postępowań sądowych są w Polsce jednymi z najwyższych w UE, a siła nabywcza społeczeństwa – jedną z najniższych. To powoduje, że Polacy nie są skłonni lub wręcz nie mają finansowej możliwości korzystania z usług prawniczych.

Rozwiązaniem powszechnym w krajach UE są ubezpieczenia od ochrony prawnej. W uproszczeniu można je określić jako abonament za prawnika. W ramach odprowadzonej co miesiąc składki gwarantuje ono pokrycie kosztów postępowania, wynagrodzenia adwokata, podróży do sądu czy porad prawnych. Zwykle zapewnia też stały dostęp telefoniczny do porad prawnych. Ubezpieczony korzysta z usług adwokata w ramach polisy i nie musi sam opłacać jego honorarium.

– Patrząc przez pryzmat Europy Zachodniej, ochronę prawną ma prawie każdy. To rozwiązanie, które powinniśmy wprowadzić na nasz rynek, bo pomaga w przyziemnych sprawach. Jest skierowane do każdego przeciętnego Kowalskiego. Świadomość ochrony prawnej w naszym społeczeństwie jest znikoma, ale z każdym rokiem wzrasta. Dlatego w kolejnych latach to rozwiązanie będzie coraz popularniejsze i coraz częściej wykorzystywane – ocenia Rafał Wiejski.

W Polsce rynek ubezpieczeń prawnych dopiero się rozwija, podczas gdy na przykład w Niemczech korzysta z nich około 70–80 proc. obywateli. Od kilku lat kampanie popularyzujące ubezpieczenia ochrony prawnej prowadzą między innymi Naczelna Rada Adwokacka i Polska Izba Ubezpieczeń.

– Rynek rośnie. Może dziś przeciętny Kowalski nie wie, że jest coś takiego jak ochrona prawna, ale w perspektywie kilku lat stanie się to bardziej popularnym rozwiązaniem. Podobna sytuacja miała miejsce z ubezpieczeniami medycznymi, które jeszcze 10 lat temu nie były aż tak popularne – prognozuje Rafał Wiejski.

Na lipcowej liście refundacyjnej po raz kolejny nie znalazły się nowoczesne leki na raka prostaty. Polska niemal jedynym krajem w Europie, który ich nie refunduje

Na lipcowej liście refundacyjnej po raz kolejny nie znalazły się nowoczesne leki na raka prostaty. Polska niemal jedynym krajem w Europie, który ich nie refunduje 11

Rak prostaty to drugi najczęstszy wśród mężczyzn nowotwór złośliwy. Każdego roku w Polsce notuje się prawie 10 tys. nowych przypadków. Życie chorych na zaawansowaną postać raka prostaty nawet o kilka lat mogłyby wydłużyć nowoczesne leki hormonalne. Jednak polscy pacjenci w przeciwieństwie do tych z większości krajów UE wciąż nie mają do nich dostępu.

– Jako urolog nie chcę, żeby moi pacjenci czymkolwiek różnili się od tych, którzy mieszkają w starych krajach UE. Szczęśliwe społeczeństwo to zdrowe społeczeństwo, które ma zapewnioną dobrą jakość życia. Dlatego nie chcę ograniczeń w dostępie do dobrego leczenia. Każdy dzień życia mojego podopiecznego ma znaczenie, zarówno tego, który ma 8 lat, jak i tego, który ma lat 88 – podkreśla prof. dr hab. med. Piotr L. Chłosta.

Mimo dużej liczby zachorowań rak prostaty nadal pozostaje w Polsce tematem tabu. Według ogólnopolskiego stowarzyszenia „Gladiator” każdego roku diagnozuje się około 10 tys. nowych przypadków tego nowotworu, z których połowa kończy się śmiercią. Stowarzyszenia pacjenckie podkreślają, że ten wskaźnik może być o wiele niższy, jeżeli w Polsce poprawi się dostęp do nowoczesnych terapii. W tej chwili dysproporcje między Polską a sąsiednimi krajami, również tymi o porównywalnym, a nawet niższym PKB, są widoczne zarówno w braku refundacji leków, jak i procedur chirurgicznych.

– Mówimy o technikach robotycznych w dziedzinie leczenia chorób męskiego układu moczowego i moczopłciowego. Także o dostępności do wielu leków, które są refundowane w krajach Europy Zachodniej, natomiast u nas w dalszym ciągu czekają na proces refundacji. Skuteczność i wiarygodność lecznicza tych leków jest oparta na badaniach klinicznych i opinii najpoważniejszych instytucji uroonkologicznych. Udostępnienie ich polskim pacjentom stwarza szansę wydłużenia im życia co najmniej o 56 miesięcy – podkreśla prof. dr hab. med. Piotr L. Chłosta, prezes Polskiego Towarzystwa Urologicznego.

W ramach programu lekowego finansowanego z budżetu państwa jest obecnie refundowany tylko jeden lek – octan abirateronu. Równie skuteczne to enzalutamid i dichlorek radu 223. Są one dostępne w wielu krajach europejskich oraz w Kanadzie i USA. Oba to leki nowej generacji, które dają bardzo dobre rezultaty w leczeniu nowotworu prostaty. W Polsce otrzymały pozytywną ocenę Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji, która rekomenduje nowe leki i terapie do refundacji. Mimo to po raz kolejny nie trafiły ani na majową, ani lipcową listę refundacyjną.

Środowiska pacjenckie wielokrotnie zwracały się do resortu zdrowia o umożliwienie chorym dostępu do nowoczesnych leków, takich jak enzalutamid i dichlorek radu 223. Od przeszło czterech lat ich apele spotykają się z odpowiedzią odmowną.

– Poza Polską wszystkie kraje UE refundują te leki. Na ostatnim spotkaniu z wiceministrem zdrowia Markiem Tombarkiewiczem dowiedzieliśmy się, że nie znajdą się pieniądze – mówi Tadeusz Włodarczyk, prezes ogólnopolskiego Stowarzyszenia Gladiator.

Według wyliczeń stowarzyszenia koszt refundacji obu terapii wyniósłby około 2 mln zł rocznie. Na niedawnym spotkaniu parlamentarnego zespołu ds. praw pacjenta w Sejmie Edyty Matusik z resortu zdrowia przytoczyła dane, z których wynika, że w tym roku NFZ przeznaczy około sto milionów złotych na programy lekowe w leczeniu jelita grubego i drugie tyle na leczenie łuszczycy.

„Nie przyjmujemy do wiadomości, że przy takich budżetach nie da się wygospodarować siedmiuset tysięcy złotych do końca tego roku na pomoc wszystkim potrzebującym pacjentom z zaawansowanym rakiem prostaty!” – napisali pacjenci z UroConti w liście otwartym do ministra zdrowia Konstantego Radziwiłła.

Nowoczesne leki mogą przedłużyć życie chorych z zaawansowanym rakiem prostaty co najmniej o 56 miesięcy. Ze względu na niski poziom toksyczności pozwalają także pacjentom prowadzić niemal normalny tryb życia, nie osłabiają bowiem organizmu i nie powodują skutków ubocznych. Opóźniają także powstawanie kolejnych przerzutów. Są przy tym wygodne w stosowaniu, ponieważ chorzy przyjmują je doustnie.

– W dobie starzenie się społeczeństw i wiedzy, że występowanie nowotworów urologicznych zależy od wieku, bycie chorym nie jest wstydem. Wstydem jest za to możliwości dostępu do leczenia, które oferuje najlepsze wyniki. Nie możemy na to pozwolić – mówi prof. dr hab. med. Piotr L. Chłosta.

– W onkologii są leki, które nie są wcale droższe od tych aktualnie stosowanych i pacjenci mogliby z nich korzystać. Są roboty operujące, takie jak Da Vinci. W Rumunii jest 16 takich robotów, w Czechach – 12, a w Polsce tylko dwa. Urzędnicy są po to, aby odpowiednio prowadzić politykę finansową, ale w praktyce różnie z tym bywa – dodaje Bogusław Olawski, przewodniczący sekcji prostaty Stowarzyszenia UroConti.

Bezrobocie będzie dalej spadać. W wakacje może paść kolejny rekord

Bezrobocie będzie dalej spadać. W wakacje może paść kolejny rekord 12

Według Głównego Urzędu Statystycznego maj był kolejnym miesiącem spadków bezrobocia. Poziom 7,4 proc. jest najniższy od ćwierćwiecza. Według prognoz w wakacje bezrobocie może spaść nawet do 7 proc., co będzie efektem zwiększonego zapotrzebowania na pracowników sezonowych w takich sektorach jak rolnictwo czy budownictwo. Zdaniem ekonomisty Marka Zubera w 2018 roku możliwe są jeszcze większe spadki stopy bezrobocia.

– To nie jest koniec, jeśli chodzi o rekordowe bezrobocie w tym roku. W wakacje zobaczymy jeszcze niższe poziomy, zbliżymy się zapewne do 7 proc. Niżej pewnie nie zejdziemy, te różnice nie będą już duże. Na koniec roku zanotujemy ponowny wzrost, bo odpadnie czynnik sezonowości. Natomiast w przyszłym roku, biorąc pod uwagę sytuację na całym świecie i ósmy rok hossy w USA, powinno udać nam się zejść poniżej rekordowych tegorocznych poziomów – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zuber, ekonomista i analityk rynków finansowych.

Sytuacja na polskim rynku pracy jest najlepsza od ćwierćwiecza. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego pokazują, że w maju stopa bezrobocia po raz kolejny spadła, tym razem do poziomu 7,4 proc. (z 7,7 proc. w kwietniu). Realia okazały się o 0,1 pkt proc. lepsze niż szacunki Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które prognozowało bezrobocie na poziomie 7,5 proc.

Zdaniem ekonomisty majowe dane z rynku pracy nie są zaskoczeniem, a w trakcie miesięcy letnich należy się spodziewać dalszych spadków stopy bezrobocia. Jak co roku wpłynie na to zwiększone zapotrzebowanie na pracowników sezonowych. Tę ocenę podziela większość ekspertów, którzy szacują, że stopa bezrobocia będzie dalej spadać i już w lipcu może złamać barierę 7,0 proc.

– W ciągu ostatnich 20 lat nie pamiętam maja, który odnotował wyższe bezrobocie niż w kwietniu. Mieliśmy taką sytuację tylko raz, w apogeum kryzysu w 2009 roku, kiedy później bezrobocie w czerwcu wzrosło. Mamy do czynienia z sezonowością w rolnictwie czy budownictwie. To powoduje, że bezrobocie spada i moim zdaniem tak będzie również w lipcu – ocenia Marek Zuber.

Według prognoz rządu pod koniec tego roku stopa bezrobocia będzie jeszcze niższa i wyniesie 7,2 proc., natomiast w 2018 może spaść do poziomu 6,4 proc. Marek Zuber ocenia, że w dłuższej perspektywie największym zagrożeniem dla rynku pracy będzie sytuacja na globalnych rynkach, przede wszystkim w USA.

– Najniższy poziom bezrobocia w historii to bezdyskusyjnie dobra informacja. Według statystyk UE jest ono nawet niższe niż 7,4 proc., różnica wynosi ponad 1,5 pkt proc. To jest ewidentny sukces. Natomiast trzeba mieć z tyłu głowy, że z Polski wyjechało 2 mln ludzi i porównywanie aktualnego poziomu bezrobocia z tym, które mieliśmy w latach 90., nie do końca jest miarodajne – zauważa Marek Zuber.

Podkreśla, że Polska znajduje się w cyklu koniunkturalnym, który rozpoczął się na przełomie 2013 i 2014 roku. Utrzymujący się wzrost gospodarczy pozytywnie oddziałuje na rynek pracy i poziom bezrobocia, który spada od ponad trzech lat. Według GUS-u na początku 2013 roku stopa bezrobocia sięgała jeszcze 14,2 proc., a w połowie 2015 roku spadła do poziomu jednocyfrowego.

– W Polsce, jak i w całej Europie mieliśmy drugi kryzys zadłużeniowy, który dość mocno wyhamował polską gospodarkę. Odnotowaliśmy nawet jeden kwartał o spadku PKB. Potem zaczęliśmy się rozwijać i dzisiaj jesteśmy w tym cyklu, który obserwujemy od początku 2013 roku. To jest trzeci rok rozwoju i wzrostu polskiej gospodarki, a tym samym trzeci rok spadku bezrobocia – mówi Marek Zuber.

Według danych GUS-u liczba bezrobotnych zarejestrowanych w urzędach pracy wyniosła w maju 1 000 202 tys. (wobec 1 000 252 tys. miesiąc wcześniej spadek o 50 tys. osób). Z rejestrów wykreślono 193,7 tys. osób, natomiast liczba nowo zarejestrowanych bezrobotnych wyniosła 143,1 tys. Eksperci podkreślają, że w Polsce w pełni ukształtował się już rynek pracownika, co rodzi problemy dla firm i przedsiębiorców, którzy mają problemy z pozyskaniem wykwalifikowanych kadr. Część z nich jest zmuszona posiłkować się pracownikami zza wschodniej granicy.