Brexit straszy

Członkowie Fed powiedzieli inwestorom, co myślą o danych rynkowych, dlaczego są one ważne i co może z nich wynikać. Zielone światło dla podwyżek stóp nie oznacza wcale, że szybko do nich dojdzie, choć prawdopodobieństwo, że tak będzie, jest teraz stosunkowo wysokie. Liczą się jednak dane gospodarcze, a ponieważ w tym tygodniu ich nie brakuje, a tuż przed weekendem będzie ich jeszcze więcej, rynki wyjątkowo uważnie studiują wszystkie wskaźniki. Wczoraj wzięły pod lupę słaby indeks zaufania konsumentów, ale za to zgodną z prognozami inflację bazową PCE i rosnące wydatki konsumentów. Dzisiaj na pierwszy ogień pójdzie wskaźnik koniunktury ISM dla przemysłu, a także Beżowa Księga, czyli raport Rezerwy Federalnej o stanie amerykańskiej gospodarki. Na razie wygląda na to, że Fed ma powody, by podwyżki przyspieszyć.

W nocy premier Japonii Shinzo Abe poinformował, że chce opóźnić kolejny wzrost podatku od sprzedaży. Przed południem odbędzie się jego konferencja prasowa, na której podobno Shinzo Abe poinformuje o ważnych zmianach w państwie. Jen się umocnił, choć za kilka godzin sytuacja może się odwrócić. Inny los spotkał funta, który fatalnie zareagował na wczorajsze sondaże opublikowane przez Guardiana, według których wzrósł odsetek zwolenników Brexit. A już wydawało się, że sprawa jest jasna, że Brytyjczycy chcą pozostać w UE, a tymczasem okazuje się, że wyniki referendum nie są wcale przesądzone. Na notowania funta znowu większy wpływ będą miały wyniki sondaży niż dane makro. Lepiej jednak o nich pamiętać, bo informacje z brytyjskiej gospodarki wcale nie są jednoznaczne. Dzisiaj warto zwrócić uwagę m.in. na dane o wnioskach o kredyt hipoteczny.

Brytyjczycy opublikują dzisiaj też wskaźnik PMI, tak samo zresztą jak wiele innych państw na całym świecie. Środa to dzień PMI. Chińczycy już je podali, teraz sukcesywnie robi to Europa. Ponieważ są to w większości przypadków tylko finalne odczyty wskaźnika, wielkiego wpływu na rynki nie powinny one wywrzeć. Chyba, że pojawią się jakieś niespodzianki.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Wprowadzenie minimalnego wynagrodzenia przy umowach-zleceniach zwiększy bezrobocie?

Od 1 stycznia 2017 r., ma zacząć obowiązywać minimalna stawka godzinowa (12 zł brutto) dla osób zatrudnionych na umowę-zlecenie. Dla niektórych z nich wejście w życie nowej regulacji będzie oznaczało większe zarobki. Czy jej wprowadzenie nie przyczyni się jednak do zwiększenia bezrobocia i szarej strefy?

„Uważam, że każda praca powinna być wynagradzana adekwatnie, czyli proporcjonalnie do zakresu obowiązków, a także poziomu odpowiedzialności. Nie jestem jednak przekonana, czy wprowadzenie płacy minimalnej przy umowach-zleceniach zmieni znacząco sytuację wynagrodzeń Polaków. Mam wrażenie, że jest to wymuszanie pewnych zachowań. Ci, którzy nie będą chcieli zadbać o to, żeby pracownicy zarabiali adekwatnie, i tak tego nie zrobią. Poszerzy się szara strefa albo ograniczy liczba miejsc pracy” – mówi Pakita Łowczyńska z firmy GoldenLine.

Dużo lepszym rozwiązaniem jest zachęcenie pracodawców, aby tworzyli nowe miejsca pracy, oferowali stabilne zatrudnienie i podnosili płace sami z siebie. Jak to zrobić? Na pewno należy sprawić, żeby gospodarka Polski była silna, a sytuacja na naszym rynku pracy – perspektywiczna. Konieczne jest też ograniczenie biurokracji i uproszczenie prawa. Oprócz tego trzeba zmniejszyć koszty zatrudnienia pracownika, które są obecnie dla firm bardzo dużym obciążeniem. To wszystko powinno poprawić położenie pracodawców i spowodować, że będą oni mogli lepiej dbać o zatrudnione osoby.

Kurs złota w najbliższych miesiącach powinien być stabilny i oscylować wokół 1200–1300 dol. Czynnikiem ryzyka jest ewentualny brexit i wybory prezydenckie w USA

CEO Magazyn Polska

Notowania złota w ciągu najbliższych miesięcy powinny być stabilne i oscylować wokół 1200–1300 dol. za uncję. Większe wahania cen mogą mieć miejsce w przypadku ewentualnej wygranej w referendum zwolenników opuszczenia Unii Europejskiej przez Wielką Brytanię oraz zwycięstwa Donalda Trumpa w amerykańskich wyborach prezydenckich.

Myślę, że w krótszej perspektywie nie należy się spodziewać zbyt dynamicznej kontynuacji dość już silnego rajdu cen złota, widać, że poziom 1,3 tys. dol. za uncję jest takim, który ten impet powstrzymuje – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Inwestor Roman Przasnyski, główny analityk w firmie Gerda Broker. – W najbliższych miesiącach, jeżeli nie wystąpią czynniki nadzwyczajne, można się spodziewać raczej stabilizacji, czyli notowań w okolicach 1,2–1,3 tys. dol.

Od końca ubiegłego roku cena złota, jak zauważa Roman Przasnyski, znajduje się w silnym trendzie wzrostowym. W tym czasie z poziomu około 1050 dol. za uncję wzrosła do 1300 dol. na przełomie kwietnia i maja, czyli o ponad 20 proc.

Większe wahania mogą spowodować, oczywiście, ewentualne niepokoje na rynkach finansowych – zastrzega Roman Przasnyski. – Jest jasne, że w przypadku wzrostu napięcia i obaw związanych np. z chińską gospodarką czy z jakimikolwiek innymi problemami, na przykład referendum dotyczącym ewentualnego opuszczenia strefy euro przez Wielką Brytanię, można oczekiwać bardziej zdecydowanych wzrostów notowań kruszcu.

W trochę dłuższym horyzoncie trzeba brać także pod uwagę, jak radzi Roman Przasnyski, również politykę pieniężną głównych banków centralnych, przede wszystkim Fed. Jeżeli stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych będą rosły, na co wszystko wskazuje, to złoto powinno wyhamować wzrosty.

Chociaż tradycyjne zasady związane z kształtowaniem się cen kruszcu w niezbyt naturalnych, nadzwyczajnych warunkach działań związanych z polityką pieniężną nie dają klasycznych efektów jak poprzednio – zaznacza Roman Przasnyski. – Wcześniej było jasne, że jeśli inflacja idzie do góry, to rosną także ceny złota, które są dobrą przechowalnią kapitału podczas spadku wartości pieniądza. Natomiast teraz mamy deflację, a ceny złota również idą do góry. Można to łatwo wyjaśnić, patrząc na rentowności obligacji. Bardzo często mamy do czynienia z ujemnym oprocentowaniem papierów skarbowych najbardziej wiarygodnych państw. Inwestorzy więc w naturalny sposób poszukują innych form ochrony wartości kapitału i naturalnym kierunkiem wydaje się inwestowanie w złoto. To prawdopodobnie spowodowało ten rajd, z którym mieliśmy do czynienia.

Czynnikiem wpływającym na atrakcyjność złota – zdaniem Romana Przasnyskiego – może być niepewność związana ze zbliżającymi się wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump nie darzy sympatią obecnej szefowej Fed Janet Yellen, więc w przypadku wygranej prawdopodobnego kandydata republikanów możliwe są roszady na tym stanowisku.

Jest opinia, że prezydent Stanów Zjednoczonych ma wpływ na obsadę przede wszystkim stanowiska szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej – zauważa Roman Przasnyski. – Fed ma jednak pewną niezależność od bieżącej polityki rządu, chociaż nie jest ona modelowa. Nowy prezydent może chcieć wprowadzić bardzo wiele dużych zmian i rewolucyjnych rozwiązań, a to element niepewności dotyczący tego, co dalej będzie z polityką pieniężną i amerykańską gospodarką, które muszą ze sobą współgrać. Złoto powinno reagować na tę niepewność i ryzyko. Natomiast kwestie polityki pieniężnej będą się uwidaczniały stopniowo, w dłuższym okresie, kiedy już będzie jasne, co zaproponuje nowy prezydent.

Podczas inwestowania w złoto, jak przypomina Roman Przasnyski, nie należy się kierować bieżącymi wydarzeniami, zmianami rynku, tylko bardziej długofalowymi przemyśleniami i strategiami. Taka inwestycja, żeby była skuteczna, musi jednak trwać dłuższy czas, czyli przynajmniej kilka lat.

Wahania cen złota bywają, oczywiście, spektakularne, mogą wydawać się atrakcyjne, natomiast trzeba pamiętać o tym, że z inwestowaniem w ten kruszec wiążą się wysokie koszty, czyli marże, prowizje i różnego rodzaju opłaty zarówno przy zakupie, jak i sprzedaży – tłumaczy Roman Przasnyski. – Są one na tyle wysokie, że mogą zniwelować 20- czy 15-proc. wzrost ceny, co wymusza wydłużenie horyzontu inwestycyjnego.

T. Kaczor (BGK): W 2016 roku polskie PKB wzrośnie o 3,8 proc. Motorem napędowym będzie konsumpcja prywatna

Tomasz Kaczor

W tym roku dynamika wzrostu polskiego PKB wyniesie 3,8 proc. – prognozuje Tomasz Kaczor z Banku Gospodarstwa Krajowego. W przyszłym roku gospodarka może się rozwijać jeszcze szybciej, a tempo wzrostu może przyspieszyć do 4 proc. Motorem napędowym będzie przede wszystkim konsumpcja prywatna, stymulowana m.in. przez wpływy z programu „Rodzina 500 plus”, a także przez silny rynek pracy. Podstawowym zagrożeniem jest natomiast sytuacja na rynkach globalnych.

– Kilka najbliższych kwartałów to w moim oczekiwaniu będzie raczej dobry okres dla polskiej gospodarki. Oczywiście pewne ryzyka istnieją, natomiast to, co wiemy na pewno w tej chwili, to raczej to, że gospodarka będzie przyspieszać w stosunku do tego, co widzieliśmy choćby w zeszłym roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Inwestor Tomasz Kaczor, główny ekonomista BGK.

Szacunki Banku Gospodarstwa Krajowego zakładają, że w tym roku wielkość polskiego PKB wzrośnie o 3,8 proc. W 2017 roku wzrost może być jeszcze szybszy i wynieść 4 proc. Warunkiem jest jednak poprawa koniunktury w globalnej gospodarce. Tomasz Kaczor jednocześnie podkreśla, że sytuacja na rynkach zagranicznych jest obecnie najważniejszym czynnikiem ryzyka dla sytuacji w kraju.

– To, czy będziemy mieli spowolnienie w światowej gospodarce, w szczególności w gospodarkach rozwijających się, wpłynie pośrednio także na nas i może spowolnić nieco wzrost. Nie jest to jednak czynnik, który byłby w stanie pozbawić nas całkowicie tego wzrostu – wyjaśnia.

Zdaniem eksperta polska gospodarka znajduje się aktualnie w bardzo dobrej kondycji, która nie daje żadnych podstaw – przynajmniej w krótkim terminie – do obniżenia ratingu kredytowego. Główny ekonomista BGK zwraca uwagę na relatywnie niski poziom zadłużenia oraz wysokie tempo wzrostu PKB.

– Czynniki czysto makroekonomiczne na pewno nie dają powodu do tego, żeby obniżać Polsce rating. Natomiast można zrozumieć taką nieufność agencji ratingowych wobec niektórych działań i chęć przyglądania się temu. Myślę jednak, że powodów do obniżek ratingu tak naprawdę nie ma – stwierdza.

Ekonomista dodaje, że w najbliższych dwóch latach głównym motorem napędowym polskiej gospodarki będzie konsumpcja prywatna. Sprzyja temu silny rynek pracy oraz niewielka deflacja. W marcu stopa bezrobocia wyniosła według danych MRPiPS 10 proc., co jest wynikiem o 1,5 pp. lepszym niż rok wcześniej. Dynamika wzrostu płac w przedsiębiorstwach wyniosła w tym czasie 3,3 proc. Jednocześnie w nastąpił 0,9-proc. spadek przeciętnego poziomu cen.

– Jest też silny impuls do stymulacji fiskalnej w postaci programu „Rodzina 500 plus”. To także zastrzyk takiej żywej gotówki do wydania z dnia na dzień i to będzie czynnik, który będzie napędzał na pewno polską gospodarkę w ciągu kilku najbliższych kwartałów – dodaje.

Dodatkowym czynnikiem prowzrostowym, który powinien się pojawić w drugiej połowie 2016 roku, będą wydatki w ramach bieżącej perspektywy finansowej Unii Europejskiej.

Przedstawiciel BGK optymistycznie ocenia również realizację tegorocznego budżetu. Jego zdaniem wysoki wzrost gospodarczy będzie sprzyjał finansowaniu wydatków rządu.

– Natomiast 2017 rok to ciągle jeszcze spora niewiadoma. Myślę, że będzie to trudny rok. Na razie tak naprawdę nie wiemy, jak zostaną sfinansowane niektóre wydatki. Nie wiem także, kiedy pojawi się wreszcie inflacja, która jest bardzo istotnym czynnikiem, jeśli chodzi o kondycję budżetu – wyjaśnia.

Więcej na temat przyszłorocznego budżetu będzie wiadomo dopiero po wakacjach. Poznamy wówczas wstępny projekt ustawy budżetowej, wtedy też będzie można dokładniej ocenić perspektywy makroekonomiczne polskiej gospodarski.

– Na pewno to będzie wyzwanie – podkreśla Tomasz Kaczor.

Sklepy internetowe przyciągają coraz więcej osób. Do 2020 r. wartość polskiego handlu w sieci sięgnie 63 mld zł

Mateusz Gołda, manager ds. rozwoju back-office w sklepie Neo24.pl

Polacy coraz chętniej robią zakupy przez internet. W tym roku wartość e-commerce może sięgnąć 36 mld zł, a liczba sklepów internetowych przekroczy 23 tys. Klienci przykładają wagę do szybkości i łatwości zakupów. Jednocześnie ponad połowa Polaków przyznaje, że przed zakupami przez internet powstrzymują ich wątpliwości. Boją się ukrytych kosztów czy problemów ze zwrotem towarów.

Zakupy w internecie są prostsze i łatwiejsze, nie ma zbędnych formularzy ani potrzeby rejestracji. W tej chwili klienci poszukują łatwości i oszczędności czasu – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Mateusz Gołda, manager ds. rozwoju back-office w sklepie Neo24.pl.

„Barometr e-commerce 2016” przygotowany przez Sociomantic Labs wskazuje, że w tym roku rynek e-commerce w Polsce może wzrosnąć o 15 proc. i sięgnąć 35,8 mld zł, a w 2020 osiągnie wartość 63 mld zł. Rośnie też liczba sklepów internetowych, która w tym roku przekroczy 23 tys. (wzrost o 7 proc.). Polacy coraz chętniej kupują w sieci – wedle badań TNS na zlecenie serwisu Ceneo 84 proc. osób lubi zakupy online, a 82 proc. badanych deklaruje, że przegląda oferty e-sklepów dla przyjemności.

Klienci, którzy często robią zakupy w internecie, szukają tanich produktów oraz darmowej i szybkiej dostawy. Przy produktach porównywalnych szukają takich, które dostaną jak najszybciej. Drugi typ klientów to tacy, którzy dopiero zaczynają przygodę z zakupami w internecie. Ci szczególną uwagę zwracają na opinie o produktach. Im sklep ma lepsze opinie, tym większe jest zaufanie klientów do niego – tłumaczy Gołda.

Jak wynika z badań przeprowadzonych w 2015 roku przez Instytut Badawczy ARC Rynek i Opinia na zlecenie Poczty Polskiej, 56 proc. ankietowanych przyznaje, że przed zakupami przez internet powstrzymują ich wątpliwości. Najczęściej wiążą się one z zakupem towaru niezgodnego z wyobrażeniem. Do zakupów zniechęcają również wysokie koszty dostawy czy mało transparentny koszyk.

Innym elementem jest niewątpliwie wydłużony termin realizacji zamówienia. Kiedy produkty są do siebie podobne, a koszty zbliżone, wtedy klient wybiera ten sklep, który oferuje najszybszą dostawę. Najważniejszym aspektem i wydaje mi się, że to jest kluczowe w tej chwili, jest ciągłe przeświadczenie klientów, że będą mieli problem ze zwrotem – przekonuje Mateusz Gołda.

Zwrot towaru zakupionego w internecie jest jednak często łatwiejszy niż w przypadku tradycyjnego sklepu. Jedynie w niektórych przypadkach należy liczyć się z koniecznością zapłaty za przesyłkę towaru. Wygodna dostawa, szeroki wybór towarów i często preferencyjne warunki zakupów sprawiają jednak, że Polacy coraz chętniej kupują przez internet.

Najpopularniejszą formą dostawy jest darmowa dostawa bezpośrednio do domu klienta. Polacy wybierają najczęściej formę płatności za pobraniem, bezpieczną zarówno dla sklepu, jak i dla klienta. Kupujący płaci dopiero wtedy, kiedy otrzyma produkt, a sklep może od razu wysłać zamówienie, bez oczekiwania na rejestrację płatności – mówi przedstawiciel Neo24.pl.

Korzystne warunki dostawy sprawiają, że w sieci kupujemy nie tylko niewielkie przedmioty, lecz także duże sprzęty. Obecnie 56 proc. osób robiących zakupy przez internet, kupuje tam sprzęt RTV i AGD (badania Ceneo i TNS Polska).

Sprzedaż Neo24.pl rośnie rok do roku o kilkadziesiąt procent. Klienci najczęściej wybierają chłodziarki, pralki i zmywarki. Należy też tutaj wspomnieć o ciągle rosnącej branży GSM – podkreśla Gołda.

Obecnie klienci są bardziej świadomi swoich praw, a opiniami o zakupach chętnie dzielą się w sieci. Dlatego też – zdaniem eksperta – w najbliższych latach o zakupach będą decydowały inne czynniki niż tylko sam produkt i jego cena.

– Klient będzie przykładać coraz większą wagę do jakości obsługi, zarówno tej przedsprzedażowej, jak i posprzedażowej. Szczególnie ważne jest to, aby klient był po prostu zadowolony z zakupów. Coraz większą wagę będzie przykładał do opinii o produktach, niekoniecznie ważna będzie już sucha specyfikacja – ocenia Mateusz Gołda.

Białych plam na mapie Polski będzie ubywać. W Sejmie dobiegają końca prace nad prawem o rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych

CEO Magazyn Polska

Miejscowości, w których nie ma dostępu do internetu jest coraz mniej, jednak wciąż są obszary, gdzie zjawisko wykluczenia cyfrowego jest obecne. Główną przyczyną jest niska opłacalność tego typu inwestycji. Dlatego na takich obszarach kluczowe jest wsparcie państwa – ocenia Paweł Karłowski z firmy BT Global Services. Rozwój infrastruktury może przyspieszyć dzięki nowym przepisom. W Sejmie dobiegają końca prace nad zmianami w ustawie o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych.

Jednym z problemów w dostępie do szybkiego internetu jest środowisko inwestycyjne i prawno-podatkowe. Powoduje ono, że budowanie sieci jest uciążliwe i kosztowne, a w związku z tym obarczone wysokim ryzykiem. Wszyscy operatorzy budują sieci tam, gdzie zwrot z inwestycji jest pewny – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Karłowski, dyrektor generalny na Europę Środkowo-Wschodnią, Rosję i WNP w BT Global Services, globalnej firmie, która świadczy usługi IT.

Z danych resortu cyfryzacji wynika, że dostęp do internetu w Polsce ma 76 proc. gospodarstw domowych. Pod względem dostępu do internetu szerokopasmowego wskaźnik ten jest nieco słabszy. Obecnie korzysta z niego 71 proc. gospodarstw domowych. Według danych Eurostatu średnia unijna to 78 proc., a niższy wskaźnik od Polski ma tylko 7 państw europejskich: Bułgaria, Grecja, Chorwacja, Cypr, Litwa, Portugalia i Rumunia. O dostęp do internetu najtrudniej jest w najmniejszych miejscowościach, na terenach wiejskich i górskich. Z danych UKE za 2014 rok wynika, że regularnie zmniejsza się liczba takich białych plam. Takich miejscowości jest mniej o 2,5 proc., z czego 99 proc. to miejscowości najmniejsze, z liczbą mieszkańców nieprzekraczającą 100 osób. To mniej niż 8 proc. miejscowości w skali kraju.

Nie ma na to jednego rozwiązania. Z jednej strony należy przyglądać się obniżaniu podatków, jakie płacą operatorzy za dostęp do drogi. Z drugiej strony państwo powinno swoją pomoc publiczną skupiać na tych obszarach, gdzie inwestycje komercyjne nie są opłacalne. To bardzo ważne – przekonuje Karłowski.

Wsparcie ze strony państwa mogą zapewnić nowe przepisy, nad którymi pracuje Sejm. Znowelizowana ustawa o wspieraniu rozwoju usług i sieci telekomunikacyjnych to zmiana, na którą rynek czeka od trzech lat. Nowe przepisy mają przyczynić się do usunięcia najważniejszych barier administracyjnych i prawnych w procesie inżynieryjno-budowlanym. Mają też obniżyć koszty realizacji szybkich sieci telekomunikacyjnych. Ustawa ma wspierać inwestycje ze środków unijnych i krajowych przewidziane do 2022 r. i wdrażać dyrektywę w sprawie środków mających na celu zmniejszenie kosztów realizacji szybkich sieci łączności elektronicznej.

Kolejny warunek likwidacji białych plam jest taki, żeby państwo samo przechodziło do internetu. Doświadczenia innych krajów pokazują, że popyt na usługi dostępowe rośnie w tych krajach, w których państwo realizuje swoje świadczenia oraz komunikuje się z obywatelem w sieci – wskazuje dyrektor w BT Global Services. – Gdyby państwo zachęcało ludzi do nieprzychodzenia do urzędu poprzez zapewnienie dostępu do większości czynności bez konieczności wizyty w urzędzie, to stanowiłoby to istotny impuls kreujący popyt – przekonuje.

W Polsce coraz więcej urzędów zapewnia możliwość realizacji części spraw przez internet. Wciąż jednak wizyta w urzędzie jest najczęściej nieunikniona. Dlatego też, jak ocenia Karłowski, Polska ma tu wciąż wiele do zrobienia. Z raportu NIK „Świadczenie usług publicznych w formie elektronicznej na przykładzie wybranych jednostek samorządu terytorialnego” wynika, że niewielkie zainteresowanie elektroniczną formą załatwiania spraw wiąże się z istniejącymi barierami technicznymi, prawnymi i mentalnymi, które znacząco ograniczają korzystanie z takiej formy załatwiania spraw.

W ramach programu operacyjnego Polska Cyfrowa otrzymamy z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego niemal 2,2 mld euro, w tym ponad 1 mld euro na zapewnienie powszechnego dostępu do internetu. Największym problemem nie jest zdaniem eksperta jednak brak odpowiednich środków finansowych, ale ich mało efektywne wydatkowanie.

Te pieniądze mogą nam przepaść ze względu na brak odpowiedniej liczby projektów inwestycyjnych opłacalnych dla inwestorów prywatnych i atrakcyjnych dla oceniających te projekty administracji – ocenia Paweł Karłowski.

Z. Jakubas: Przy obecnym poziomie złotego zagraniczne firmy powinny inwestować w Polsce na potęgę. Odstraszają ich decyzję agencji ratingowych i polityczne spory

Zbigniew Jakubas

Polska jest wciąż zieloną wyspą. Oby tak dalej – podkreśla Zbigniew Jakubas, inwestor i przedsiębiorca. Dobra sytuacja gospodarcza i słaby złoty powinny prowadzić do napływu kapitału zagranicznego do Polski. Inwestorów jednak zniechęcają polityczne spory i opinie agencji ratingowych o Polsce.

Czuje się pewien dyskomfort, kiedy jest taki rumor polityczny, w dodatku zupełnie niepotrzebny. Dzisiaj polscy politycy kłócą się jak zwaśnione małżeństwo. To tak jakby rano ktoś przed pracą miał awanturę z własną małżonką, wtedy ten dzień będzie i dla jednej, i dla drugiej osoby stracony, bo awanturom towarzyszą emocje, niepotrzebna agresja. Tak to wygląda w tej chwili w naszej polityce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zbigniew Jakubas, przedsiębiorca i inwestor giełdowy.

13 maja agencja Moody’s obniżyła Polsce perspektywę ratingu, pozostając jednak przy niezmienionej ocenie inwestycyjnej, co jest zjawiskiem pozytywnym, bo to właśnie Moody’s ocenia Polskę najwyżej z wielkiej trójki. Standard & Poor’s dokonał obniżki już w połowie stycznia. Niższa perspektywa ratingu ze strony Moody’s oznacza jednak możliwość jego cięcia w kolejnych miesiącach. W lipcu swoją opinię przedstawi trzecia z wielkich agencji, Fitch. Wszystkie przyznają, że przyczyną decyzji są kwestie polityczne z ich ewentualnymi konsekwencjami fiskalnymi w przyszłości, a nie gospodarcze.

Chciałbym, żeby politycy prowadzili merytoryczne rozmowy. Jestem osobą apolityczną, w związku z tym pozwalam sobie czasami na krytykowanie bez względu na to, kto jest u władzy. W zeszłym roku, kiedy jeszcze rządziła Platforma Obywatelska, też wypowiedziałem się na tematy społeczne w państwie, na temat ułatwienia życia tym, którzy zarabiają mniej, przez podwyższenie chociażby kwoty wolnej od podatku – przypomina Jakubas.

Niekorzystna atmosfera w życiu publicznym oraz negatywne opinie agencji zniechęcają inwestorów zagranicznych do angażowania kapitału w naszym kraju. A ze względu na słabość złotego powinien to być opłacalny biznes – za tę samą kwotę w euro można kupić więcej złotych niż rok temu. W tym czasie polska waluta osłabiła się do europejskiej o blisko 7 proc. i to pomimo luzowania polityki pieniężnej przez EBC.

Teoretycznie kapitał zagraniczny przy obecnym poziomie złotego powinien się pchać drzwiami i oknami, bo automatycznie spadły koszty inwestycyjne. Natomiast jest on odstraszany tym, co robią agencje ratingowe, i tym, co się o nas mówi. A mówi się sporo i niestety często w sensacyjnych wymiarach, pokazując nasze grupy nacjonalistyczne, które są nieistotnymi małymi grupkami, ale często zagranica eksponuje je jako zagrożenie demokracji i stabilności bezpieczeństwa w Polsce – wskazuje przedsiębiorca. – Wszyscy powinni zwracać uwagę na to, żeby nie robić niepotrzebnego zamieszania polityczno-społecznego, które natychmiast rzutuje na gospodarkę i które będzie nam tylko przeszkadzało, a nie pomagało.

Jak dodaje, sytuacji nie poprawiają nastroje poza Polską, takie jak niepewność wokół przyszłości Unii Europejskiej, spowodowana ewentualnością opuszczenia wspólnoty przez Wielką Brytanię czy Grecję, kłopoty gospodarcze Włoch i Grecji, zagrożenie terroryzmem i kryzys związany z napływem uchodźców, który pod znakiem zapytania postawił polityczną przyszłość kanclerz Niemiec Angeli Merkel.

Z kolei polskim inwestorom poza sporami w życiu publicznym przeszkadza także wysoki – w porównaniu ze strefą euro, Szwajcarią czy Stanami Zjednoczonymi – koszt finansowania, czyli kredytu.

Kapitał polski jest aktywny i taki pozostanie, ale byłby jeszcze bardziej aktywny, jeżeli koszt pieniądza byłby niższy, mówię o finansowaniu – podkreśla Zbigniew Jakubas. – Przedsiębiorcy polscy również będą patrzyli, jak polityka polska będzie się kształtowała, czy będziemy mieli spokój, czy będą polsko-polskie wojenki na wszystkich szczeblach. To nie sprzyja inwestycyjnemu zapędowi.

Polacy doceniają smak whisky. Jesteśmy w pierwszej 20. największych importerów szkockiego trunku

Rośnie popularność whisky w Polsce. Konsumenci chętnie sięgają nie tylko po tańszą odmianę blended, lecz także po droższą single malt. Jej sprzedaż wzrosła o 50 proc. Częściej sięgają też po krótkie, limitowane edycje. Polska znajduje się również w czołówce największych importerów złotego trunku. Awansowała z 16. miejsca na 13. – W Polsce notujemy dwucyfrowy wzrost konsumpcji w porównaniu z jednocyfrowymi wzrostami na całym świecie – mówi Krzysztof Maruszewski, prezes Stilnovisti Investments. 

Konsumpcja whisky w Polsce regularnie rośnie, mamy coraz więcej miłośników złotego trunku, zarówno single maltów, jak i whisky blended. Odmiany blended są podstawą rynku na całym świecie, stanowią ponad 90 proc. konsumpcji. To najtańsze whisky, choć są również droższe, nawet po kilkadziesiąt tysięcy złotych, które mają w sobie składnik kilkudziesięcioletni. Widzimy też duży rozwój single maltów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Krzysztof Maruszewski, prezes Stilnovisti, firmy zajmującej się inwestowaniem w beczki whisky.

Z danych International Wine & Spirit Research wynika, że Polska jest jednym z najszybciej rosnących rynków whisky na świecie. W ciągu ostatniej dekady sprzedaż tego alkoholu rosła 20 proc. rocznie. Od 2008 roku zwiększyła udział w wolumenie sprzedaży napojów spirytusowych z nieco ponad 2 proc. do ponad 5 proc.

– W porównaniu do 2014 roku ilościowo wzrost importu wyniósł 34 proc., pod względem wartości – 20 proc. W ciągu ostatnich 10 lat na całym świecie import whisky ze Szkocji zanotował ponad 70 proc. wzrost. Widać więc, że cała kategoria bardzo mocno rośnie – podkreśla Maruszewski.

Polska jest w pierwszej 20. największych importerów szkockiej whisky. Eksport do naszego kraju wzrósł o 20 proc. do blisko 53 mln funtów. Import liczony w butelkach o pojemności 70 cl wzrósł zaś o ponad 34 proc. – z 18,2 do 24,5 milionów funtów, co dało nam 13. pozycję. Do czołówki rankingu sporo nam brakuje – wartość eksportu do USA wyniosła blisko 750 mln funtów, a do Francji – ponad 435 mln. Polska jest natomiast jednym z krajów, obok państw bałtyckich, Turcji i Brazylii, gdzie import whisky rośnie najszybciej.

– W Polsce mamy dwucyfrowy wzrost spożycia whisky w porównaniu z jednocyfrowymi wzrostami na całym świecie. Nawet na tak dużych rynkach jak Stany Zjednoczone, które są numerem jeden pod względem spożycia, tempo wzrostu jest niższe – mówi prezes Stilnovisti.

Z danych GfK Polonia wynika, że produkt z kategorii whisky kupiło od października 2014 roku do listopada 2015 roku przynajmniej raz 17,5 proc. polskich gospodarstw. Ponad połowa taki zakup powtarza. Najczęściej sięgamy po whisky blended.

W whisky blended jest 85 proc. whisky grain i 15 proc. whisky single malt. To tania whisky i bardzo popularna. Poza tym, że jest pita na czysto, jest również dodawana do koktajli, a wiadomo, że to najbardziej popularny sposób spożywania whisky – podkreśla Maruszewski.

W ocenie ekspertów rynek blended będzie rósł o ok. 8 proc. Dużo szybciej może się rozwijać rynek single malt, w tempie nawet 12–15 proc. Polacy coraz chętniej sięgają po bardziej wyrafinowane trunki, w tym wysokiej jakości kolekcjonerskie gatunki.

Whisky single malt zaczynają być w Polsce bardzo popularne. Notujemy ponad 50-proc. wzrost w skali roku. Widzimy, że zainteresowanie bardzo ambitnymi, wyszukanymi whisky w Polsce rośnie – przekonuje prezes Stilnovisti.

Większej popularności wysokiej jakości whisky sprzyjają inicjatywy, które popularyzują ten trunek w Polsce. Jak wskazuje Maruszewski, miłośnicy whisky gromadzą się wokół whisky barów, na rynku jest też coraz więcej wydarzeń dla wielbicieli złotego alkoholu – od szkoleń, poprzez degustacje, aż po festiwale.

Mamy trzy Domy Whisky: w Jastrzębiej Górze, Warszawie i Wrocławiu. Również festiwale bardzo mocno promują whisky. Mamy ich obecnie ponad 10, a największe z nich przyciągają ponad 7 tys. uczestników – mówi Krzysztof Maruszewski.

W ciągu 30 lat liczba mieszkańców miast się podwoi. Metropolie poradzą sobie z nowymi wyzwaniami dzięki inteligentnym technologiom

Jacek Łukaszewski

Przez najbliższe 30–40 lat do miast przeprowadzi się 2,5 mld ludzi, czyli infrastruktura miejska podwoi się – mówi prezes Schneider Electric Polska. To stawia przed miastami nowe wyzwania. Już dziś odpowiadają one za 75 proc. zużycia energii, a do 2030 roku całkowity popyt na energię zwiększy się o 200 proc. względem 2000 roku. Jedynym sposobem, aby miasta poradziły sobie z nowymi wyzwaniami, są inteligentne technologie. – Pozwalają one podnieść efektywność usługi świadczonej przez miasto i obsłużyć więcej mieszkańców przy mniejszym koszcie – ocenia Jacek Łukaszewski.

Ludzkość weszła w okres przyspieszonej urbanizacji. Szacuje się, że przez najbliższe 30–40 lat do miast przeprowadzi się 2,5 mld ludzi. To wszystko, co ludzkość zbudowała w zakresie miast przez ostatnie kilka tysięcy lat, musimy podwoić w ciągu następnych 40 lat. Tego się nie da zrobić bez wykorzystania technologii – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jacek Łukaszewski, prezes Schneider Electric Polska.

Według ONZ w ciągu najbliższych 30 lat procesy urbanizacji i rosnąca liczba ludności spowodują szybki wzrost miejskiej populacji. Jednocześnie liczba miast specjalnie się nie zmienia. To oznacza, że metropolie już istniejące muszą się przystosować do większej liczby mieszkańców, a co za tym idzie – do świadczenia tych samych usług większej grupie.

Nikt nie chce zburzyć istniejących miast i budować ich od nowa. Miasta należy przystosować do tego, aby świadczyły nam te usługi, których wymagamy, oraz dostarczały takich rzeczy, jak nowe technologie – ocenia Łukaszewski.

Jak podkreśla, wyzwaniem dla miast są kwestie związane z klimatem. Z danych Schneider Electric Polska wynika, że w latach 2000–2030 zapotrzebowanie na energię wzrośnie o 200 proc. Już dziś miasta odpowiadają za 75 proc. całkowitego zużycia energii.

Coraz więcej ludzi mieszka w miastach i zaczyna konsumować na poziomie rozwiniętych społeczeństw, a zatem produkujemy coraz więcej dóbr konsumpcyjnych i zużywamy coraz więcej energii. Wszyscy produkujemy coraz więcej danych, częściej z nich korzystamy, a przecież to wszystko potrzebuje prądu, zarówno centra przetwarzania danych, jak i urządzenia zbierające te dane – mówi Łukaszewski.

Coraz większa produkcja energii, w połączeniu ze stopniowo rosnącymi temperaturami sprawiają, że jeśli efektywność energetyczna znacząco się nie zwiększy, to wszyscy będziemy musieli się zmierzyć z negatywnymi skutkami zmian klimatycznych, np. huraganami czy powodziami. Kluczowe znaczenie ma mieć zrównoważone budownictwo, bo to właśnie budynki odpowiadają za ogromne zużycie energii elektrycznej i cieplnej.

Miasta muszą sobie poradzić ze zwiększonym popytem, dodatkowo muszą to robić przy mniejszej generacji negatywnych skutków dla klimatu, czyli gazów cieplarnianych i zanieczyszczeń. Te procesy odbywają się bardzo szybko, dlatego technologia wydaje się jedynym sposobem na to, aby to wszystko pogodzić – zaznacza ekspert.

Technologie smart city, w które inwestuje coraz więcej miast również w Polsce, ma na celu nie tylko polepszenie warunków życia mieszkańców, lecz także sprostanie wyzwaniom w zakresie zużycia energii, bezpieczeństwa, natężenia ruchu czy obsługi mieszkańców. Wartość globalnego rynku dla inteligentnych miast wynosić będzie do 2020 roku ok. 1,5 bln dolarów. Jak przekonuje Łukaszewski, miasta nie zmieniły swojej funkcji, ale obecnie wykorzystują do tego nowe technologie. Jako przykład podaje bezpieczeństwo publiczne.

Systemy monitoringu wizyjnego pozwalają dużo skuteczniej wykrywać sprawców, działają prewencyjnie. To klasyczny przykład na to, jak technologie smart pozwalają podnieść efektywność usługi świadczonej przez miasto. Takich przykładów mogą być setki, w zakresie transportu publicznego, zaopatrzenia w energię. To także inteligentne instalacje wodne oraz smart grid, czyli inteligentne instalacje energetyczne – wymienia prezes Schneider Electric Polska.

W Polsce inwestycje w inteligentne systemy planuje w najbliższym czasie ponad 70 proc. miast, do końca 2020 roku na ten cel trafi blisko 18 mld euro. Już ponad połowa aglomeracji ma pewne elementy inteligentnej infrastruktury. Do 2035 roku polskie miasta zainwestują w infrastrukturę mieszkaniową 737 mld zł.

Prawie 60 proc. miast w Polsce ma elementy monitoringu wizyjnego, a to część infrastruktury smart city. Bardzo dużo miast inwestuje w inteligentny transport – wskazuje Łukaszewski. – Większość, z uwagi na wymagania dotyczące czystości środowiska i środki unijne, dużo zainwestowała w inteligentne systemy mające na celu nie tylko dystrybucję wody i oczyszczanie ścieków, lecz także przygotowanie wody – dodaje.

Odpowiednie wykorzystanie mediów jest kluczowe. Polacy wydają średnio ponad 2 proc. dochodu na wodę i odprowadzenie ścieków. Z danych zebranych przez Schneider Electric wynika, że 72 proc. operatorów obiektów infrastruktury wodno-ściekowej wskazuje na efektywność jako priorytet swoich działań. Oznacza to konieczność minimalizowania strat wody i zwiększenia efektywności sieci wodociągowej.

Energetyka wchodzi w okres inwestowania w instalacje inteligentne. Zaczęło się od liczników inteligentnych, przygotowywane są instalacje w tzw. inteligentne sieci energetyczne, mocno nasycone oprogramowaniem. Jest kilka inwestycji przygotowywanych obecnie w zakresie systemów do ładowania aut elektrycznych, to także część inteligentnej infrastruktury – mówi ekspert.

Wachlarz możliwych do wdrożenia technologii jest szeroki, jednocześnie granica nowoczesnych technologii wciąż się przesuwa.

To, co dzisiaj może być najnowszą technologią, za 10 lat będzie już przestarzałe. Pod tym względem, niestety, cały czas gonimy króliczka – ocenia Jacek Łukaszewski.

W Polsce działa 100 przestrzeni coworkingowych. Ich liczba będzie rosła wraz ze zmianą modelu pracy na bardziej mobilny

CEO Magazyn Polska

Coworking cieszy się coraz większą popularnością. Na świecie liczba udostępnianych wielu osobom i firmom przestrzeni biurowych wzrosła dwukrotnie w ciągu ostatnich dwóch lat. W Polsce jest ich już ok. 100. – Istotą coworkingu nie są stanowiska pracy, ale społeczność i interakcje, jakie zachodzą między ludźmi – przekonuje Oskar Cięciel, inicjator akcji „Let’s cowork”. Jak podkreśla, coworking będzie się rozwijał wraz ze wzrostem liczby freelancerów i start-upów.

Coworking to przestrzeń do pracy wykorzystywana przede wszystkim przez freelancerów, start-upy i mikroprzedsiębiorców. To alternatywa dla pracy z domu lub z kawiarni. Szacuje się, że biur coworkingowych jest obecnie ok. 8 tys., prognozy wzrostu są bardzo optymistyczne. Do końca 2016 roku może być ich nawet 10 tys., pięć lat temu było ich tysiąc – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes Oskar Cięciel z Coworkingness, inicjator akcji Dni Otwarte Polskiego Coworkingu „Let’s cowork”.

Biuro coworkingowe oferuje wynajem pojedynczych biurek lub mikrobiur w zależności od potrzeb. W Polsce coworking jest wciąż mało popularny, choć liczba biur powoli rośnie. Obecnie jest ich ok. 100, jednak wiedza na ten temat i korzyści z tym związanych wciąż jest niewielka. Duża część freelancerów wciąż jeszcze pracuje z domu lub z kawiarni.

Podstawową różnicą pomiędzy shared office a coworkingiem jest społeczność. To ludzie są najważniejsi, a nie stanowiska pracy, choć oczywiście w biurach coworkingowych znajdziemy dobry internet, ekspres do kawy czy przystosowane do pracy stanowiska. Natomiast istotą są interakcje, które zachodzą między ludźmi – przekonuje Cięciel.

Dane z Global Coworking Survey 2015 wskazują, że dla 70 proc. osób, które pracują w przestrzeniach coworkingowych, tzw. small talks są istotą takich miejsc, dla ponad 60 proc. ważne jest dzielenie się wiedzą i doświadczeniem zawodowym. Połowa ankietowanych liczy na to, że w ten sposób zdobędzie nowe kontakty zawodowe.

To, jak będzie rozwijał się trend coworkingowy w Polsce, zależy od tego, jak bardzo będzie się zmieniał model pracy. Na świecie i w Polsce obserwujemy przechodzenie na nielimitowany czas pracy. Ludzie coraz częściej nawiązują współpracę na zasadzie projektowej z organizacjami, coraz mniej czasu spędzają w jednej organizacji, zwłaszcza programiści, dla których kryterium jest to, czy projekt jest ciekawy, a nie jakie jest wynagrodzenie – tłumaczy inicjator „Let’s cowork”.

Polacy coraz częściej decydują się na pracę na własną rękę. Z raportu „Polskie Start-upy Raport 2015” wynika, że obecnie w naszym kraju działa ponad 2,4 tys. start-upów. Przybywa też freelancerów. Z danych rejestru REGON wynika, że już blisko 3 mln osób prowadzi w Polsce jednoosobową działalność gospodarczą. Im więcej osób pracujących na własny rachunek, tym lepsze perspektywy czekają coworking.

Można wyróżnić dwa podstawowe modele coworkingowe. Jeden jest w pewnym sensie wtórny do organizacji zajmujących się start-upami, to fundusze venture capital. To przez nich tworzone są biura coworkingowe będące wylęgarnią start-upów. Inne nastawiają się na specjalistów, freelancerów, którzy nie są obecni na scenie start-upowej, ale są wysoko wykwalifikowanymi specjalistami – mówi Oskar Cięciel.

Wakacyjne wyjazdy polskich dzieci – gdzie, ile i za ile?

dzieci morzeWakacyjny wyjazd to z pewnością jeden z atrakcyjniejszych prezentów na Dzień Dziecka, ale na taki podarunek może liczyć w tym roku tylko co trzecie dziecko. Pociechy, którym uda się wyjechać, trafią głównie nad morze. Przeciętny koszt ich wyjazdu wyniesie 1057 zł – pokazuje badanie wykonane dla BIG InfoMonitor i BIK.

6 na 10 dzieci nie miało dotąd okazji wyjechać z domu ani na wakacje ani na ferie zimowe – wynika z badania Instytutu ARC Rynek i Opinia przeprowadzonego na zlecenie Biura Informacji Gospodarczej InfoMonitor oraz Biura Informacji Kredytowej*. Wyjazdu w tym roku, latem lub zimą, może być pewne 29 proc. dzieci. Rodzic co czwartego dziecka rozważa możliwość wysłania dziecka na obóz lub kolonie, lecz nie podjął jeszcze decyzji.

Około milionowi dzieci może przeszkodzić m.in. brak alimentów

Na wakacje z pewnością wyjechałoby więcej dzieci, często jednak na przeszkodzie stoi brak alimentów. Z szacunków organizacji kobiecych wynika, że finansowego wsparcia, w większości od ojców, nie otrzymuje około 1 mln dzieci, czyli co dziesiąte dziecko w wieku do 25 lat. – Rodzice wychowujący dzieci bez pomocy drugiego rodzica odmawiają dzieciom wielu rzeczy i wyjazdy na wakacje i ferie są jedną z nich. Taki wydatek, to spore obciążenie nawet dla obojga pracujących rodziców, a co dopiero dla jednego. Gdyby nie to, że moi rodzice uczestniczą w utrzymaniu moich dzieci, mnie również nie byłoby stać na sfinansowanie obozu sportowego starszego dziecka – mówi Katarzyna Tatar, ze Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci”. – Z rozmów z innymi rodzicami niealimentowanych dzieci, wiem, że większość rezygnuje z organizowania dzieciom właśnie wyjazdów – dodaje przedstawicielska Stowarzyszenia „Dla Naszych Dzieci”, które jest patronem akcji BIG InfoMonitor Odzyskuj Alimenty za 1 zł. Akcja umożliwia uprawnionym do otrzymania alimentów wpisanie dłużnika alimentacyjnego za 1 zł do Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor. – Jest to prosty i tani sposób na wywieranie nacisku na dłużnika. Z rejestru korzystają bowiem banki, firmy telekomunikacyjne i inne instytucje, które niesolidnym płatnikom odmawiają kredytu, telefonu na abonament, dostępu do internetu czy telewizji kablowej. Taki wpis może utrudnić również prowadzenie działalności gospodarczej. Warto podjąć również taką próbę odzyskania pieniędzy dla dziecka – przekonuje Mariusz Hildebrand, wiceprezes BIG InfoMonitor.

Z aglomeracji wyjeżdża dwa razy więcej dzieci niż z najmniejszych miejscowości

Największe szanse na wakacyjne wojaże mają mali mieszkańcy centrum kraju. O ile, bowiem ogólnopolska statystyka mówi o wyjazdach trojga na każde 10 dzieci, to w Polsce Centralnej rodzice zaplanowali podróż 38 proc. dzieci. Najmniej chętnie, na wypoczynek poza domem, wysyłają swoje pociechy mieszkańcy Polski Północnej i Wschodniej – odpowiednio 23 i 21 proc.

Prawdopodobieństwo wyjazdu znacząco wzrasta, jeśli dziecko mieszka w jednej z liczących ponad pół miliona mieszkańców aglomeracji. Gdy z najmniejszych miejscowości na obóz lub kolonie trafi 22 proc. dzieci, z miejscowości od 25 o 100 tys. mieszkańców – 30 proc., a z miast liczących od 100 do 500 tys. osób – 38 proc., to z Krakowa, Łodzi, Poznania, Wrocławia i Warszawy, na zorganizowany wypoczynek, może liczyć 43 proc. dzieci, czyli niemal dwa razy więcej niż na wsiach i w małych miasteczkach.

…ale częściej za pożyczone pieniądze

Mieszkańcom największych miast wysyłanie swoich pociech na letnie czy zimowe obozy i kolonie wbrew pozorom nie przychodzi łatwo. Co czwarty rodzic w aglomeracji wskazuje, że aby zapłacić za najbliższe wakacje lub ferie potomków będzie się posiłkował kredytami i pożyczkami. W pozostałych miejscowościach pożyczać pieniądze na taki cel gotowych jest jedynie około 10 proc. rodziców. Aby poradzić sobie finansowo z wyjazdem dziecka, nieliczni ankietowani (co 25., 4 proc.) z największych miast gotowi są nawet przesunąć płatności bieżących rachunków. W najmniejszych miejscowościach taka opcja nie jest w ogóle brana pod uwagę. Jednocześnie, to mieszkańcy aglomeracji gotowi są wydać najwięcej na wypoczynek dzieci – ponad 1280 zł, podczas gdy przeciętny deklarowany wydatek z tego tytułu to 1057 zł.

Morze górą

Sopot polskie morzeJeśli chodzi o kierunek dziecięcych wyjazdów, to badania nie pozostawiają wątpliwości – dzieci kochają morze. Nad Bałtyk wybierze się w tym roku ponad połowa małych turystów. Drugim pod względem popularności kierunkiem są góry. Po górskich szlakach pojedzie wędrować co piąte dziecko. Co ósme (12 proc.) będzie wypoczywało na Mazurach. 9 proc. dzieci spośród tych, które rodzice wyślą na wakacje w Polsce, zwiedzi inne miejsca, a 15 proc. dzieci wybierze się zagranicę, głównie do Europy.

Jedynie 7 proc. dzieci ma szansę na wyjazd kilka razy do roku

W grupie 29 proc. dzieci, którym uda się wyjechać na kolonie lub obóz troje na czworo będzie miało taką możliwość jedynie raz w ciągu roku, dwa razy lub więcej wyjedzie co czwarte dziecko. Priorytetem dla rodziców jest zorganizowanie wypoczynku latem. 83 proc. kupuje wyjazdy dzieciom właśnie w okresie wakacyjnym. 12 proc. stara się zapewnić tego typu atrakcję latem i zimą, wyłącznie ferie zimowe wybiera tylko 5 proc.

13 proc. rodziców nie zabiera dzieci na wakacyjny urlop

W badaniu spytaliśmy rodziców także czy wyjeżdżają na urlop razem z dziećmi. 87 proc. spędza czas wspólnie z dziećmi, a co ósma para wyjeżdża na wakacje sama.

*Badanie wykonane przez Instytut ARC Rynek i Opinie, techniką CAWI (Computer Assisted Web Interview), na panelu internetowym będącym własnością ARC (www.epanel.pl) posiadającego ok 40 tysięcy panelistów. Reprezentatywna próba Polaków w wieku od 25 do 60 roku życia, N= 802. Badanie zrealizowano w dniach: 7 – 13 kwietnia 2016 r.

Raport EY: Nadchodzi Pokolenie Z, które całkowicie zmieni sposób funkcjonowania firm

Pokolenie Z to zupełnie inna generacja niż wszystkie badane do tej pory – nie zna świata sprzed powstania tabletów czy mediów społecznościowych, a internet traktuje tak jak wcześniejsze generacje Encyklopedię Britannica. Siła nabywcza nowego pokolenia szacowana jest na 44 miliardy dolarów. Największym wyzwaniem dla przedsiębiorstw będzie pozyskanie lojalności Pokolenia Z – wynika z raportu EY.

Pokolenie to grupa ludzi, którą łączy tzw. przeżycie pokoleniowe, czyli wydarzenie (lub wydarzenia) zmieniające świat. Przewidzenie, kiedy kończy się jedna i zaczyna druga generacja oraz co będzie przeżyciem pokoleniowym jest niemożliwe. Pokolenie Z to osoby urodzone w latach 1997 – 2003, które zdecydowanie się różnią od poprzedniej generacji, czyli Millenialsów.

Pokolenie Z a Millenialsi

Millenialsi urodzili się w latach 1981 – 1996, w czasach boomu na posiadanie dzieci. Wszystkie badania pokazują, że są skoncentrowani wyłącznie na sobie, niesamodzielni, ale jednocześnie są kreatywnymi idealistami. Tymczasem Pokolenie Z ma doskonałą świadomość samego siebie, jest samodzielne, realnie patrzy na świat i jest wyjątkowo innowacyjne. Ale przede wszystkim jest generacją, która nie zna świata sprzed ataku terrorystycznego na World Trade Center w Nowym Jorku czy sprzed największego od lat 30. XX wieku kryzysu gospodarczego. To pierwsze prawdziwe dzieci nowoczesnych technologii. Dla nich normalne relacje z innymi ludźmi to kontakt poprzez media społecznościowe. Ponad połowa ankietowanych biorących udział w badaniu („Gen Z: Digital in their DNA”, JWT Intelligence, 2012) deklarowała, że łatwiej jest im się porozumiewać cyfrowo niż w tradycyjny sposób.

Czy rodzice też są inni?

Rodzice Millenialsów to grupa „helikopterów”, osób nadopiekuńczych, które ciągle angażowały się w wychowanie dzieci i w ich życie. Skutkuje to tym, że 24% 25-34-latków nadal mieszka ze swoimi rodzicami, podczas gdy w 1980 roku ten odsetek wynosił jedynie 11%. Tymczasem rodzice Pokolenia Z uczą swoje dzieci, jakie czyhają na nich niebezpieczeństwa i jak sobie z nimi radzić. Naciskają na edukację i zdobywanie doświadczenia zawodowego już w liceum. 84% badanych 14-17-latków przyznaje, że wie, dlaczego nie powinno się czegoś robić, ponieważ rodzice wytłumaczyli im konsekwencje („Consumer Insights”, Viacom, October 2013). 93% rodziców Pokolenia Z przyznaje, że ich dzieci mają wpływ na wydatki domowe (Cassandra Report 2015), 65% twierdzi, że o wakacjach decydują razem, a 32% wspólnie podejmuje decyzje co do zakupu mebli do domu („Gen Z: Digital in their DNA”, JWT Intelligence, 2012).

Co jest dla Pokolenia Z najważniejsze?

Ponad 60% nastolatków chce założyć własny biznes. Nie chcą pracować na etacie. Mają w sobie ducha przedsiębiorczości oraz innowacyjności. 71% zdaje sobie sprawę, że ich pierwsza firma najpewniej upadnie. Nie potraktują tego jako porażki, tylko jako metodę nauki biznesu. 57% woli oszczędzać niż natychmiast wydawać pieniądze. Aż 89% spędza swój wolny czas w sposób produktywny i aktywny (High School Careers Study, Millenial Branding, 2014). Jednocześnie ponad 40% obawia się, że największy wpływ na ich życie będzie miała przemoc w szkole, z którą spotykają się na co dzień (Cassandra Report, 2013).

Przez internet do serca

Największym wyzwaniem dla przedsiębiorstw będzie pozyskanie lojalności Pokolenia Z. Inny raport EY „Nowa definicja lojalności w handlu” pokazuje, że tradycyjne metody przyciągania klientów nie działają. Programy lojalnościowe są ważne tylko dla 1/3 Pokolenia Z, w przypadku Millenialsów jest to 45%. Obecna siła nabywcza Pokolenia Z jest szacowana na 44 miliardy USD, najchętniej kupują przez internet i to z dostawą do domu.

W 2015 roku jedna z sieci restauracji szybkiej obsługi wprowadziła aplikację mobilną, która pozwala na zamawianie i płatność online. Zamówienie składa się samodzielnie, a menu dostosowuje do swoich potrzeb. Według pierwszych danych, zamówienia złożone tą drogą były o 20% wyższe niż tradycyjne, a restauracja ugruntowała swoją pozycję ulubionego miejsca Pokolenia Z. Inna z kolei umożliwiła nie tylko łatwe zamówienie jedzenia za pomocą aplikacji, ale także śledzenie drogi posiłku od restauracji do domu zamawiającego. Oczekiwanie na jedzenie zamieniła w zabawę budując relacje z młodymi ludźmi.

Pokolenie Z pokochało także aplikację, która za niewielką opłatą pozwala wybierać sobie siłownię oraz rozmaite zajęcia fizyczne w różnych miejscach danego miasta. Tym samym stwarza możliwość samodzielnego dobierania rodzajów treningów, czasu i miejsca, zamiast być skazanym tylko na jedno centrum i dostosowywanie się do rozkładu zajęć. W dodatku, czym zdobyła zaufanie młodzieży, pozwala na rezygnację z zajęć nawet 12 godzin wcześniej.

 – Młodzi klienci stają się coraz bardziej wymagający i zaawansowani technologicznie. Nie czują się petentami, stawiają warunki i mają wysokie oczekiwania. Są w stanie bardzo łatwo porównać oferty i zaciągnąć niezależną opinię na forach społecznościach. Już dziś wiele przedsiębiorstw dostrzega potrzebę zmiany strategii komunikacji z klientem. Coraz większego znaczenie nabierają elektroniczne kanały sprzedaży, spójna polityka zarządzania kanałami (omnichannel), czy agenda cyfrowa (digital agenda) – mówi Krzysztof Pigłowski, Partner w Dziale Doradztwa Biznesowego EY.

Trzy drogi do celu

Raport EY pokazuje, że są 3 sposoby dotarcia do obecnych nastolatków. Po pierwsze, firmy muszą się dostosować do stale zmieniających się potrzeb Pokolenia Z. Muszą dać im to, co to pokolenie ceni najbardziej, w sposób wygodny dla niego. Po drugie, firmy muszą im pozwolić współuczestniczyć w wypracowywaniu rozwiązań. Trzeba stworzyć wiele możliwości, by sami wybrali co, jak, kiedy i gdzie chcą kupić. A po trzecie, przedsiębiorstwa muszą wypracować relację wzajemnego szacunku, demonstrując lojalność wobec Pokolenia Z, zanim nastolatkowie o to poproszą. – Pokolenie Z wymaga także specyficznych motywatorów w pracy – podkreśla dr Karol Raźniewski, dyrektor w zespole People Advisory Services EY Polska. – Jeszcze większa koncentracja na perspektywach rozwojowych, a nie na bieżącym wynagrodzeniu gotówkowym, to wyróżniki tego pokolenia. Młode pokolenie, które już pojawia się u pracodawców stawia na multidyscyplinarność, czyli łączenie różnych dziedzin wiedzy w nowy, innowacyjny efekt. Pracodawcy, którzy będą w stanie wykorzystać tę kreatywność wygrają wyścig o te najbardziej utalentowane osoby – dodaje Karol Raźniewski. – Zmieniające się potrzeby potencjalnych pracowników stanowią duże wyzwanie dla firm. Co będzie ważne dla młodych ludzi za kilka lat? Jakie będą ich cele zawodowe? Jak korporacje będą w stanie dopasować się do oczekiwań? Czy proces zmiany w dużej organizacji będzie na tyle elastyczny, aby nadal była ona atrakcyjnym pracodawcą dla młodych ludzi? To są nasze pytania dzisiaj. Szukamy odpowiedzi i staramy się, aby młodzi ludzie znaleźli w naszej firmie doświadczenie oraz rozwinęli umiejętności, które pomogą im w przyszłości zbudować efektywny biznes. Zapewniamy im narzędzia oraz wiedzę, która z pewnością zaprocentuje w przyszłości. Jednak to, jaki kierunek rozwoju obierze każdy z naszych pracowników, zależy przede wszystkim od niego – podsumowuje Anna Woźniak, Menedżer ds. Rekrutacji w EY.

Niższe limity cenowe w programie Mieszkanie dla Młodych na lata 2017 i 2018

Nowe zabezpieczenie przed bankructwami banków

System bankowy ma być lepiej zabezpieczony przed skutkami bankructw, wymuszają to dyrektywy UE. Dlatego przygotowana została ustawa o Bankowym Funduszu Gwarancyjnym. W rządowym projekcie ustawy SKOK-i potraktowane zostały inaczej niż inne banki, co oznacza także inny koszt dla ich klientów.

W ustawie założono, że dla zabezpieczenia przed skutkami potencjalnych bankructw musi powstać fundusz restrukturyzacji. Wszystkie banki musiałyby zgromadzić na takim funduszu 1,2 proc. środków gwarantowanych, pochodzących z depozytów od ich klientów, gdy natomiast SKOK-i tylko 0,14 proc. Drugi fundusz, który miałby powstać, aby wypłacane były z niego depozyty, też dzieli sektor na dwie kategorie. SKOK-i na tym funduszu miałyby zgromadzić 1 proc. Wartości depozytów, gdy inne banki 2,6 proc.

W rozmowie z MarketNews24 mówi o tym Krzysztof Pietraszkiewicz, prezes Związku Banków Polskich.

Złoty czeka na PKB i deflację

Wydarzeniem wtorku na krajowym rynku walutowym będzie publikacja danych nt. dynamiki PKB i inflacji. Jednakże szanse na to, że raporty te mocno zaskoczą, a tym samym wpłyną istotnie na notowania złotego, nie są duże. Dlatego potencjalnie mocniejszym impulsem mogą być dane płynące z rynków globalnych. Zwłaszcza z USA.

Wtorkowy poranek przynosi niewielkie zmiany na krajowym rynku walutowym. Aczkolwiek w kierunku osłabienia złotego. O godzinie 09:05 kurs EUR/PLN testował poziom 4,3965 zł, USD/PLN 3,9505 zł, CHF/PLN 3,9810 zł, a GBP/PLN 5,7850 zł. Ten spokój można wiązać z oczekiwaniem na publikowane dziś przez Główny Urząd Statystyczny (GUS) szczegółowe dane nt. dynamiki Produktu Krajowego Brutto (PKB) za I kwartał br. oraz wstępne szacunki wysokości deflacji w maju. Przynajmniej w teorii. W praktyce bowiem dużo większy wpływ na notowania niż wymienione raporty, będą miały impulsy napływające z zagranicy.

O godzinie 10:00 GUS opublikuje dane o PKB. Zgodnie ze wstępnymi szacunkami wzrost gospodarczy wyhamował w pierwszych trzech miesiącach roku do 3% R/R z poziomu 4,3% R/R w ostatnim kwartale 2015 roku. W relacji kwartalnej zaś PKB (wyrównany sezonowo) skurczył się o 0,1% wobec odnotowanego w IV kwartale ub.r. bardzo dobrego wyniku na poziomie +1,3% R/R. Dzisiejsze dane powinny potwierdzić, że motorem wzrostu jest konsumpcja, a jednocześnie wzrost obniżają hamujące inwestycje.

Nie jest wykluczone, że dziś GUS nieco skoryguje w górę te wyniki. Zakładamy, że w relacji kwartalnej dynamika PKB nie zmieniła się, a w relacji rocznej ukształtowała się na poziomie 3,1%. Taki wynik mógłby lekko wzmocnić złotego, jednak istotnie nie zmieni spojrzenia na perspektywy polskiej gospodarki. Bez emocji za to zostałyby przyjęte jeszcze słabsze dane. Inwestorzy już dawno spisali pierwszy kwartał na straty, oczekując przyspieszenia wzrostu w kolejnych kwartałach. Dane kwietniowe te oczekiwania potwierdzają.

Dużych emocji nie powinny również przysporzyć popołudniowe dane inflacyjne. GUS opublikuje je o godzinie 14:00. Konsensus mówi o wzroście w maju wskaźnika inflacji CPI do -0,9% R/R z odnotowanego w kwietniu poziomu -1,1% R/R. Dotychczas raport ten głównie zaskakiwał in minus, pokazując głębszą od prognoz deflację i wydłużając tym samym ścieżkę powrotu do inflacji. Obecnie zakładamy jednak, że będzie niespodzianka na plus i wskaźnik cen ukształtuje się na poziomie -0,8% R/R. To jednak zbyt małe odchylenie od prognoz, żeby wpłynąć na oczekiwania co do przyszłej ścieżki inflacji. Stąd też również ten raport nie powinien stać się istotnym impulsem dla rynku walutowego.
W sytuacji gdy krajowe dane prawdopodobnie tylko na chwilę zaabsorbują uwagę inwestorów, wpływ na notowania głównych polskich par walutowych będą mieć przede wszystkim impulsy płynące z rynków globalnych. I o ile jeszcze publikowane przed południem szacunkowe dane o majowej inflacji w Eurolandzie zostaną „wyciszone” przez oczekiwanie na podobny raport z Polski, to już popołudniowa seria danych z USA (dochody i wydatki Amerykanów, indeks zaufania amerykańskich konsumentów, indeks Chicago PMI), ma szansę przełożyć się na wahania złotego. Im lepsze będą dane z USA, tym rosnąć będą oczekiwania na przyszłe podwyżki stóp procentowych przez Fed, co będzie miało negatywne przełożenie na złotego. I odwrotnie. Złotego ma szansę też wspierać obserwowana dziś poprawa klimatu inwestycyjnego na świecie, co zwiększa apetyt na ryzyko i przekłada się na większe zainteresowanie polską walutą.

Aktualna sytuacja na wykresach polskich par każe zakładać w najbliższych tygodniach prawdopodobieństwo osłabienia złotego w relacji do dolara i brytyjskiego funta, przy jednoczesnej stabilizacji notowań euro blisko, ale poniżej 4,40 zł, a także wahań CHF/PLN wokół psychologicznej bariery 4 zł.

Komentarz przygotował:
Marcin Kiepas
Główny Analityk
Admiral Markets AS Oddział w Polsce

5 nowoczesnych rozwiązań B2B, które podbijają polski rynek

Jeszcze kilka lat temu zaledwie niewielki procent polskich przedsiębiorców słyszał o tych usługach – dziś korzysta z nich coraz większa liczba polskich firm. Pomagają zmniejszyć koszty i usprawniają funkcjonowanie biznesu. Przedstawiamy 5 nowoczesnych rozwiązań biznesowych, które podbijają polski rynek B2B.

Wynajem długoterminowy samochodów

Wynajem długoterminowy samochodów, czyli użytkowanie zamiast kupowania na własność, cieszy się w Polsce z roku na rok coraz większą popularnością nie tylko wśród dużych korporacji, ale również firm z sektora MŚP i Mikro. Osiągnięta w 2015 r. dynamika wzrostu łącznej liczby aut na poziomie 16,6% jest najwyższą odnotowaną przez Polski Związek Wynajmu i Leasingu Pojazdów. Jest to wynikiem nie tylko zmian w mentalności samych przedsiębiorców, którzy coraz częściej wolą z auta korzystać, niż je posiadać, a również z faktu, iż wynajem długoterminowy umożliwia dostęp do samochodów, które w przypadku rozliczenia gotówkowego byłyby poza możliwości finansowymi większości firm.

Wynajem długoterminowy umożliwia redukcję kosztów, które trzeba ponosić w przypadku zakupu pojazdów na własność. Miesięczne opłaty są stałe i oprócz finansowania auta, mogą obejmować m.in. koszty serwisu mechanicznego, sezonowe wymiany opon oraz ubezpieczenia i Assistance – twierdzi Bartosz Olejnik, Dyrektor Sprzedaży i Marketingu w Carefleet S.A., jednej z czołowych polskich firm z branży CFM.

W 2015 r. rynek wynajmu długoterminowego samochodów powiększył się  o blisko 21 tys. samochodów. Oznacza to, że co piąte nowe auto osobowe kupione przez przedsiębiorców w polskich salonach w ubiegłym roku sfinansowane było właśnie w tym modelu.

Pozapłacowe świadczenia motywacyjne

Pracodawcy coraz częściej dostrzegają korzyści płynące ze stosowania pozapłacowych systemów motywacyjnych. Zwiększają one zaangażowanie pracowników i umacniają relacje z firmą, a to z kolei bezpośrednio przekłada się na osiągane wyniki. Jak ustaliła firma Sedlak&Sedlak, rynek pracowniczych benefitów w naszym kraju osiągnął w ubiegłym roku wartość 11 miliardów złotych, a według danych MDDP aż 83% polskich przedsiębiorstw stosuje już świadczenia pozapłacowe. Najczęściej w ten sposób motywują swoich pracowników największe firmy – według raportu „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników 2015” aż 87% przedsiębiorstw zatrudniających powyżej 500 osób oferuje pozapłacowe benefity. Do najpopularniejszych świadczeń tego typu należą podstawowa opieka medyczna, karnety na siłownie i do kubów fitness, a także specjalistyczna opieka medyczna. Coraz większym zainteresowaniem cieszą się pakiety kulturalne, dzięki którym pracownicy mogą korzystać z szerokiej oferty kin, teatrów i muzeów w całej Polsce.

– Z roku na rok obserwujemy coraz większe zainteresowanie świadczeniami pozapłacowymi. Jest to efekt nie tylko rosnących potrzeb pracowników, ale też zmian zachodzących w otoczeniu przedsiębiorstw. Otwarty i atrakcyjny dla wielu młodych ludzi  europejski rynek pracy, a także niż demograficzny mobilizują pracodawców do większego dbania o posiadane kadry – twierdzi Joanna Skoczeń, Prezes Zarządu VanityStyle, firmy, która pod markami FitProfit, FitSport i QlturaProfit oferuje programy motywacyjne z obszaru sportu, rekreacji i kultury.

Faktoring                                            

Faktoring to usługa finansowa, polegająca na wykupie nieprzeterminowanych wierzytelności firm, należnych od odbiorców z tytułu dostaw towarów lub usług, połączona z finansowaniem klientów oraz świadczeniem na ich rzecz dodatkowych usług. Ze względu na liczne korzyści, rozwiązanie to cieszy się rosnącym zainteresowaniem wśród polskich przedsiębiorców.

– W dobie utrudnionego dostępu do tradycyjnych źródeł zewnętrznego finansowania zalety faktoringu doceniają zarówno małe firmy, jak i duże korporacje. Faktoring jest instrumentem, który rzeczywiście zabezpiecza dopływ funduszy dla firm i okazuje się być elastycznym narzędziem wspierającym działalność przedsiębiorstw – twierdzi Stanisław Atanasow, Prezes Zarządu Eurofaktor S.A.

Jak podaje Polski Związek Faktorów, 22 firmy faktoringowe zrzeszone w PZF osiągnęły na koniec pierwszego kwartału br. obroty o łącznej wartości 35 mld zł. W porównaniu do analogicznego okresu ubiegłego roku jest to wzrost o 15,4%., co potwierdza bardzo dobrą kondycję polskiego rynku faktoringu i rosnące zainteresowanie usługą. Tylko w ciągu pierwszych trzech miesięcy 2016 r. faktorzy sfinansowali ponad 1,6 mln. faktur, czyli o 200 tysięcy więcej niż w pierwszym kwartale ubiegłego roku.

Outsourcing IT

Już prawie połowa polskich firm korzysta z outsourcingu IT, przekazując obsługę swoich zasobów informatycznych zewnętrznym firmom wyspecjalizowanym w tego rodzaju działaniach. Taka strategia okazuje się w wielu przypadkach korzystna, zarówno pod względem finansowym, jak i operacyjnym. Jak wynika z Ogólnopolskiego Badania Wynagrodzeń serwisu wynagorodzenia.pl, średnia miesięczna pensja specjalisty IT w Polsce to 5050 złotych brutto. Szukając oszczędności, coraz więcej firm rezygnuje z bezpośredniego zatrudniania informatyków i poszukuje zewnętrznych rozwiązań. Według analityków IDC tempo wzrostu rynku outsourcingu IT w Polsce wynosi 4% rocznie, a do 2019 roku jego wartość ma przekroczyć 6 mld USD. Wkrótce możemy zająć drugie miejsce w Środkowo-Wschodniej Europie.

W przypadku budowy własnego data center obiekt musi spełniać szereg wymogów dotyczących takich aspektów jak: zasilanie, lokalizacja oraz łączność. Natomiast decydując się na outsourcing, przedsiębiorca już na samym początku współpracy ustala miesięczne koszty jakie będzie ponosić, a do tego od razu otrzymuje dostęp do już przygotowanej infrastruktury. Nie musi zatem podejmować dodatkowych wydatków, które są związane z kosztami konserwacji, przystosowaniem pomieszczeń czy zakupem nowoczesnego sprzętu – tłumaczy Łukasz Polak, Wiceprezes Beyond.pl.

Chmura obliczeniowa

Ponad 50%  polskich przedsiębiorców uważa chmurę za technologię przyszłości. Przechowywanie danych w ten sposób jest tańsze, a – wbrew obawom wielu – jest równie, a nawet bardziej bezpieczne. Tego typu rozwiązania są dostępne dla przedsiębiorstw każdej wielkości, a dla użytkowników końcowych nie ma zauważalnej różnicy w korzystaniu z cloud computingu w porównaniu do tradycyjnych technologii. W 2014 r. wydatki na chmurę publiczną i prywatną w Polsce wyniosły 130,3 mln dol. Według ekspertów z IDC w 2019 r. wartość rynku usług w chmurze – prywatnej i publicznej – przekroczy w Polsce 450 mln dol., co stanowić będzie ok. 11 proc. całego lokalnego rynku usług IT.

Rozwiązania chmurowe cieszą się w Polsce coraz większą popularnością. Zdecydowanie gonimy Zachód pod tym względem. Tam technologia chmurowa jest codzienna wykorzystywana praktycznie cały czas podczas migracji istniejących rozwiązań bądź przy ich budowie – twierdzi Mateusz Młynarczyk, Program Manager z firmy ITMagination.

Za półtora roku czeka nas ostudzenie rynku mieszkaniowego

Analitycy spodziewają się w tym roku rekordowej liczby mieszkań oddawanych do użytku przez deweloperów. Takich wyników nie było od epoki Gierka. Mogą to być jednak ostatnie rekordy przed spodziewanym ostudzeniem rynku.

Już w I kwartale br. ukończono w Polsce budowę ok. 17 tys. lokali. W kolejnych miesiącach tempo przekazywanych inwestycji z pewnością nie osłabnie. – Jednak boom na rynku mieszkaniowym nie będzie trwać w nieskończoność. Moim zdaniem obecna koniunktura potrwa jeszcze maksymalnie do końca przyszłego roku. Nie spodziewam się po tym okresie drastycznej zmiany na rynku mieszkaniowym, ale raczej naturalnego zwolnienia tempa.  Dobre projekty nadal znajdą nabywców – twierdzi Dariusz Krawczyk, prezes zarządu Polnordu.

Ciągle w dobrej kondycji

Analitycy REAS przekonują, że deweloperzy wciąż płyną na fali popytu. – Wydawałoby się, że w ubiegłym roku padł trudny do pobicia rekord wprowadzanych na sprzedaż lokali – 53,8 tys. Jednak po I kwartale br. rekord ten jest już nieaktualny – zapewnia Katarzyna Kuniewicz, odpowiadająca za pracę Zespołu Badań i Analiz Rynku w REAS. Od kwietnia 2015 do marca 2016 roku deweloperzy uruchomili bowiem sprzedaż 54,3 tys. mieszkań, czyli o 500 sztuk więcej. Co ciekawe, sprzedaż w tym samym okresie przewyższyła podaż o 0,3 tys. wynosząc 54,7 tys. lokale. – Mimo utrzymującej się niewielkiej przewagi popytu nad podażą, oferta mieszkań liczona łącznie dla Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta, Poznania i Łodzi utrzymuje się na bezpiecznym poziomie 41-51 tysięcy już od prawie dwóch lat – mówi Katarzyna Kuniewicz. Jej zdaniem o dobrej kondycji rynku może świadczyć również fakt, że w ofercie wciąż ubywa mieszkań gotowych. Na koniec marca br. było ich o 10 proc. mniej niż w grudniu 2015 r. i o ponad 23 proc. mniej niż przed rokiem. Na sześciu monitorowanych przez REAS rynkach łącznie znajdowało się tylko 8,3 tys. gotowych lokali, które stanowiły ok. 17 proc. całej oferty. Coraz trudniej jest więc o „M” w gotowym projekcie, o atrakcyjnym metrażu i cenie. Np. Polnord oferuje kompaktowe, dwu- i trzypokojowe mieszkania w jednej ze swych trójmiejskich inwestycji – 2 Potoki w Gdańsku Rębowo. Ich ceny są dopasowane do lokalizacji i kieszeni klientów, oscylując wokół poziomu 3990 zł za mkw. W III, gotowym etapie osiedla zostały już ostatnie lokale. Klienci mają natomiast znacznie większy wybór ofert w IV etapie 2 Potoków, gdzie czeka jeszcze spora liczba mieszkań o najpopularniejszych metrażach 36 – 63 mkw. Będą gotowe pod koniec bieżącego roku.

Jarosław Jędrzyński, analityk portalu RynekPierwotny.pl. przekonuje, że szanse na kolejny, trzeci już z rzędu rekordowy rok pod względem sprzedanych lokali deweloperskich są jak najbardziej aktualne. – Gdyby tak się stało, to poprawa raczej nie będzie rzędu kilkunastu czy ponad dwudziestu procent, ale najwyżej kilku. Wynika to z mocno wyśrubowanej zeszłorocznej bazy. Jest ona na tyle wysoka, że nawet gdyby deweloperzy sprzedali np. o 10 proc. mniej mieszkań w br., to trudno byłoby uznać ten rok za nieudany pod jakimkolwiek względem – tłumaczy Jarosław Jędrzyński.

Nie straszna nadpodaż

Zdaniem ekspertów w obecnej sytuacji prędzej czy później na rynku nastąpi nadpodaż nowych „M”. Trudno jednak przewidzieć czy dojdzie do niej w tym czy przyszłym roku. – Historia uczy nas, że deweloperzy reagują na zmiany poziomu popytu z pewnym opóźnieniem. Dziś mamy do czynienia z dużym optymizmem wśród deweloperów i trudno się temu dziwić. Od dwóch lat ustanawiają oni nowe rekordy liczby sprzedanych mieszkań. Powód jest prosty – na rynku jest mnóstwo kapitału, który szuka ujścia – ocenia Bartosz Turek, analityk Lion’s Bank. Zwraca jednocześnie uwagę, że każda rozpoczynana dziś nowa inwestycja będzie gotowa za dwa lata. A to uniemożliwia płynne reagowanie na spadek popytu na mieszkania, który z czasem nastąpi. – Przyczyn zmniejszonego zainteresowania lokalami w przyszłości można wyliczyć kilka: wyczerpanie się pieniędzy na MdM, nowy program mieszkaniowy, który pozwoli zostać najemcą lokum o niskim czynszu z dojściem do własności, utrudnienia w dostępie do kredytów czy w końcu podnoszenie wkładu własnego lub w perspektywie dłuższej podnoszenie stóp procentowych przez RPP. Wtedy deweloperzy zostaną z niesprzedanymi mieszkaniami – zapowiada Bartosz Turek. Nadpodaż nie oznacza jednak szybkich przecen mieszkań, bo deweloperzy będą mieli za sobą 2-3 dobre lata, więc są w stanie przetrwać słabszy okres.

Z kolei Dariusz Krawczyk zauważa, że sprzedaż mieszkań z pewnością pobudzą nowe rządowe programy, jak na przykład „Rodzina 500+” – Pozostaje jednak pytanie czy taki program, choć pobudzający gospodarkę, nie będzie stanowić poważnego obciążenia dla budżetu państwa. Nie jestem zwolennikiem nadmiernego optymizmu, dlatego strategia Polnordu przygotowana na kolejne cztery lata uwzględnia negatywne skutki wprowadzenia programu – mówi Dariusz Krawczyk. Jego zdaniem przy panującej niepewności warto w kolejnych latach mocniej zaznaczyć obecność w największych aglomeracjach, takich jak Warszawa i Trójmiasto – Pamiętajmy też, że dobrze skalkulowane projekty w atrakcyjnych lokalizacjach zawsze znajdą nabywców, nawet jeśli proces ich sprzedaży się wydłuży – zaznacza prezes Polnordu.

Nowa siedziba rzeszowskiego Centrum Usług dla Biznesu Deloitte

Centrum Usług dla Biznesu, Deloitte w Rzeszowie
Centrum Usług dla Biznesu, Deloitte w Rzeszowie

Firma doradcza Deloitte rozwija się i inwestuje w swoje regionalne struktury. Już w sierpniu b.r. Centrum Usług dla Biznesu na Europę Środkową Deloitte przeniesie się do najnowocześniejszego biurowca w Rzeszowie – SkyRes Warszawska. Zmiana lokalizacji siedziby związana jest nie tylko ze wzmożoną rekrutacją w istniejących już działach Centrum. Od lipca w ramach Centrum funkcjonować będzie także regionalne Centrum Usług dla Audytu w Europie Środkowej.

W nowym biurze Deloitte w Rzeszowie będą miały siedzibę działy finansowo-księgowe, IT oraz zespoły świadczące usługi wewnętrzne z zakresu zarządzania ryzykiem, funkcjonujące w ramach Centrum Usług dla Biznesu na Europę Środkową oraz Centrum Usług dla Audytu na Europę Środkową, które wkrótce rozpoczyna działalność. W niespełna 9 m/cy, w stolicy Podkarpacia Deloitte stworzył do chwili obecnej 80 nowych miejsc pracy. Do 2021 roku zatrudnienie zostanie zwiększone nawet do ponad 300 osób.

Doradcami Deloitte w trakcie poszukiwania nowej siedziby byli eksperci z firmy JLL. SkyRes Warszawska to pierwszy w Rzeszowie wielkopowierzchniowy biurowiec w klasie A o powierzchni całkowitej 25 648 m2. W ramach 14. kondygnacyjnego budynku Deloitte zajmie 2 piętra. „Jesteśmy bardzo zadowoleni z lokalizacji oraz komfortu jaki daje nam SkyRes. Stworzymy tam nowoczesne Centrum odpowiadające marce i kulturze pracy Deloitte. Dalszy rozwój Centrum Usług dla Biznesu jest kolejnym krokiem w realizacji długoterminowych planów rozwojowych i inwestycyjnych Deloitte” – mówi Gerard Murray, Deloitte CE CFO, Deloitte CE Business Services Center Sponsoring Partner. „Mamy satysfakcję, że uruchamiając i rozwijając nasze Centrum Usług dla Biznesu, przyczyniamy się do rozwoju całego regionu podkarpackiego” – dodaje.

Nowopowstałe Centrum Usług dla Audytu zajmować się będzie wsparciem dla działów audytu w całym regionie Europy Środkowej, wykonując m.in. analizę danych, statystyczny wybór próby, potwierdzenia oraz wiele innych aspektów związanych z przeprowadzaniem weryfikacji sprawozdań finansowych. „Planujemy zatrudnić specjalistów, którzy będą ściśle współpracować z zespołami audytu w biurach Deloitte w Europie Środkowej. Jesteśmy przekonani, że dzięki najwyższemu standardowi świadczonych usług z wykorzystaniem najlepszych praktyk i wiedzy oraz zastosowaniu innowacyjnych narzędzi analitycznych, będziemy działać skuteczniej na rzecz naszych klientów w całym regionie” – mówi Wolda Grant, Partner Zarządzający działem Audytu Deloitte na Europę Środkową.

Rozwój Centrum Usług dla Biznesu Deloitte w Rzeszowie cieszy się ogromnym zainteresowaniem i poparciem władz Rzeszowa. „Jesteśmy dumni, że taka firma jak Deloitte, rozwija swe struktury na Europę Środkową właśnie w Rzeszowie, nie tylko wybierając na swą siedzibę SkyRes, najnowocześniejszy biurowiec w naszym regionie, ale przede wszystkim tworząc nowe miejsca pracy dla młodych ludzi jak i doświadczonych profesjonalistów” – cieszy się Tadeusz Ferenc, Prezydent Rzeszowa.

W Centrum Usług dla Audytu Deloitte w Europie Środkowej zatrudnienie znajdą nie tylko specjaliści z obszaru audytu, ale również absolwenci i studenci ze specjalizacją z zakresu finansów, ekonomii lub technologii. Nowa jednostka stanie się częścią Centrum Usług dla Biznesu Deloitte, działającego w Rzeszowie od września 2015 roku. Centrum Usług dla Biznesu Deloitte stopniowo rozszerza zakres swego działania, docelowo będzie obsługiwać 18 krajów i terytoriów Europy Środkowej, gdzie Deloitte posiada swoje oddziały.

Nowy adres siedziby Centrum Usług dla Biznesu:
Skyres
Ul. Warszawska 18
35-205 Rzeszów

Poza Centrum Usług dla Biznesu, Deloitte w Rzeszowie od lat prowadzi swój regionalny oddział do świadczenia usług dla klientów, przy al. Rejtana 20.

Patrycja Ptaszek-Strączyńska z Macrologic Prezesem FINEXA

Patrycja Ptaszek-Strączyńska, Dyrektor ds. Finansów Macrologic SA, polskiego dostawcy systemów klasy ERP stanęła na czele Stowarzyszenia Dyrektorów Finansowych FINEXA. Nową Prezes organizacji wybrano w wyniku głosowania spośród grona członków zarządu, w którego skład wchodzą dyrektorzy finansowi najbardziej liczących się przedsiębiorstw w Polsce. 

Wybranie mnie na Prezesa Stowarzyszenia Dyrektorów Finansowych FINEXA to dla mnie ogromne wyróżnienie, ale przede wszystkim dostrzeżenie mojej pracy przez dyrektorów finansowych reprezentujących znamienite marki na polskim rynku – mówi Patrycja Ptaszek-Strączyńska. Wcześniej organizacją zarządzał Paweł Domosławski, współzałożyciel oraz pierwszy Prezes Stowarzyszenia, który aktualnie jest Członkiem Zarządu, a także ważnym fundamentem wsparcia organizacji.

Patrycja Ptaszek-Strączyńska, poza działalnością w Stowarzyszeniu, pełni funkcję Dyrektora ds. Finansów Macrologic SA, polskiej spółki dostarczającej systemy klasy ERP, notowanej na GPW.

W firmie, z którą jest już związana od 20 lat odpowiada za politykę finansową, sprawozdawczość giełdową, komunikację z Interesariuszami Spółki, procesy wsparcia oraz zarządzanie flotą. Nowa Prezes FINEXA ukończyła studia doktoranckie w zakresie finansów w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie. Ponadto posiada dyplom MBA w Thames Valley University, London.

– Cieszę się, że mogłam stanąć na czele organizacji, w której jestem już od 4 lat. Tym bardziej, że FINEXA jednoczy świetnych profesjonalistów, posiadających imponującą wiedzę oraz wieloletnią praktykę. Członkowie Stowarzyszenia na co dzień zajmujący się zarządzaniem finansami, chętnie współpracują i dzielą się wiedzą, co daje ogromny potencjał ciągłego doskonalenia – wyjaśnia nowa Prezes Stowarzyszenia Dyrektorów Finansowych FINEXA.

Stowarzyszenie Dyrektorów Finansowych powstało na początku 2011 r. Jego celem jest wspieranie rozwoju oraz reprezentowanie interesów środowiska zawodowego dyrektorów finansowych, wypracowanie wysokich standardów zawodowych, upowszechnianie dobrych praktyk w zakresie zarządzania finansami i ryzykiem przedsiębiorstwa, a także wymiana doświadczeń i integracja środowiska zawodowego.

BioMaxima S.A. chce wypłacić dywidendę z zysku za 2015 r.

BioMaxima S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od czerwca 2010 r., działającą w obszarze biotechnologii na rynku diagnostyki laboratoryjnej, zamierza wypłacić dywidendę z zysku wypracowanego w 2015 r. w wysokości 0,20 zł na akcję. Decyzję w tym zakresie podejmą Akcjonariusze Emitenta podczas najbliższego ZWZA.

Zarząd Spółki podjął Uchwałę o rekomendacji Zwyczajnemu Walnemu Zgromadzeniu Akcjonariuszy wypłaty dywidendy z zysku za 2015 r. w wysokości 0,20 zł na jedną akcje. Proponowanym dniem ustalenia prawa do dywidendy będzie 31.08.2016 r. Natomiast jej wypłata na nastąpić w dniu 16.09.2016 r. Rada Nadzorcza BioMaxima S.A. pozytywnie zaopiniowała propozycję Zarządu w sprawie podziału zysku za 2015 rok. Łącznie w ręce Akcjonariuszy może trafić 608 tys. zł, co stanowi prawie 42% zysku netto wypracowanego przez Emitenta w 2015 r. Spółka zakończyła miniony rok zyskiem netto w kwocie 1.455 tys. zł przy przychodach ze sprzedaży wynoszących 23.085 tys. zł. W 2015 r. BioMaxima S.A. wypłaciła dywidendę w wysokości 0,10 zł na akcję.

Sytuacja finansowa Spółki jest na tyle dobra, że wypłata dywidendy nie ogranicza naszych planów rozwojowych.” – ocenia Henryk Lewczuk, Prezes Zarządu Spółki BioMaxima S.A.

BioMaxima S.A. wypracowała w 1 kw. 2016 r. 444 tys. zł zysku netto przy przychodach ze sprzedaży sięgających 5.845 tys. zł. W analogicznym okresie ub. roku zysk netto Emitenta wyniósł 413 tys. zł, a jego przychody ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 5.256 tys. zł. Po czterech miesiącach 2016 r. wartość przychodów ze sprzedaży Spółki wynosiła 7.631 tys. zł, podczas gdy rok wcześniej było to 6.982 tys. zł. Emitent dynamicznie rozwija swoją działalność na rynku krajowym oraz na rynkach zagranicznych, stawiając na rozwój innowacyjności, rozszerzanie asortymentu produktowego oraz wprowadzenie zaawansowanych technologii.

Polska nie ma wiecznych wrogów i wiecznych przyjaciół

Piotr Zgorzelski, Poseł PSL
Piotr Zgorzelski, Poseł PSL

Coraz głośniejsza jest w Polsce sprawa embarga nałożonego na Rosję. Wśród wielu głosów, które docierają do opinii publicznej, narastają te, w których słychać troskę o polskich przedsiębiorców i polskie miejsca pracy. – Nikt nam do tej pory skutecznie nie zrekompensował strat, wynikających z zamknięcia rynków wschodnich. To być może  dobry moment, by powrócić do rozmów z Rosją na temat obustronnego zniesienia embarga. Na blokadzie cierpią przede wszystkim pracownicy zakładów produkcyjnych i przetwórczych oraz rolnicy. Ograniczenie zatrudnienia w tej branży i niższe płace to właśnie efekt embarga – mówi Piotr Zgorzelski, poseł Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Nie boi się pan, że ktoś ludowcom będzie próbował przylepić łatkę osób działających na szkodę Polski ?

Żaden odpowiedzialny polityk nie może ignorować strat, jakie ponosi Polska w wyniku embarga. Są to konkretne, wyliczalne kwoty! Dla przykładu same tylko jabłka. Eksportowaliśmy do Rosji 700 tysięcy kg jabłek rocznie. Ich średnia cena to 2,5 złotego. To daje 1 750 000 złotych, których polscy sadownicy nie zarobili. Do tego straty zawiązane z eksportem mięsa, serów…. To miliony złotych, które tracimy w wyniku braku możliwości eksportu żywności. Na szkodę Polski działa ten, kto bezrefleksyjnie chce przedłużania tego stanu. To również działanie na szkodę Polaków.

Na embargu tracą też obywatele?

Przede wszystkim obywatele. Rolnicy oraz osoby z branży produkcyjnej i przetwórczej opowiadają mi na spotkaniach o swoich problemach. Utrata pracy czy obniżenie zarobków – to problemy, które dotknęły bardzo wiele osób. Tracą branże transportowa, logistyczna, opakowaniowa. I to szczególnie na terenach, gdzie praca jest w ogóle trudno dostępna. Tymczasem rząd nie ma żadnego pomysłu jak temu przeciwdziałać. Pozwólmy polskim firmom działać i rozwijać się tak, jak wcześniej. Rozmawiajmy z naszymi partnerami gospodarczymi. Zwłaszcza, że Polska ma doskonała markę, jeśli chodzi o żywność. Nasze towary są cenione na całym świecie, także w Rosji.

Zniesienie embarga pomoże w rozwoju całego rynku?

Najpierw usiądźmy z naszymi partnerami gospodarczymi do stołu i porozmawiajmy o możliwościach i potrzebach. Nie chodzi przecież o jednostronny gest, tylko o zbudowanie nowej, spójnej polityki, wspierającej zatrudnienie. To wielka szansa dla polskich obszarów pozamiejskich. Szansa dla rolników, ale także osób zatrudnionych w przetwórstwie, hodowli zwierząt i w wielu innych branżach. Mówimy o 15 milionach osób, które odczuwają skutki embarga. Mamy problem w skali całego kraju.

Czemu wracacie do tego pomysłu dzisiaj?

Posłowie Polskiego Stronnictwa Ludowego na swoich poselskich dyżurach otrzymują wiele sygnałów o problemach wynikających z tego embarga. Przez ostatnie 3 miesiące odbyłem kilkadziesiąt spotkań z ludźmi, którzy pracują w branżach dotkniętych zakazem eksportu do Rosji. Obecne władze nie chcą im pomóc. A przecież oni mają na swoim utrzymaniu rodziny, dzieci. Dotknęła ich globalna polityka. Dlatego PSL mówi – najpierw nasz własny interes, interes naszych obywateli, interes Polski, a później geopolityka. Można powiedzieć tak: Polska nie ma wiecznych wrogów czy wiecznych przyjaciół. Wieczny jest tylko interes Polaków i Polski oraz nasz obowiązek ochrony tych interesów. Tak przecież robią Niemczy czy Francuzi, prowadząc interesy z Rosją.

Może po prostu skuteczniej zajmują się swoimi sprawami?

Bierzmy z nich przykład. Skoro oni realizują swoje interesy, między innymi poprzez rozmowy z Rosją w zakresie kolejnych wspólnych projektów gospodarczych, wymianę handlową, produkcję – to my też powinniśmy. Świetnym przykładem są tutaj Węgry. Prowadzą w tym zakresie niezależną politykę, osiągając korzyści.

Czyli najpierw gospodarka?

Gospodarka to narzędzie, nie cel sam w sobie. Tak jak embargo, które coraz bardziej przypomina sito. Dlatego dzisiaj patrzę na efekty, które udało się osiągnąć i mówię – usiądźmy do stołu z naszymi partnerami. To w interesie nas wszystkich.

A jeśli nie zniesiemy embarga?

To szukajmy innych możliwości – zarówno politycznych, jak i gospodarczych.  Dzisiaj mamy problem, który trzeba rozwiązać jak najszybciej. PSL zawsze stawia na rozmowę. Szczerą, czasem nawet trudną. Zawsze szukamy kompromisu. Dokładnie tak jak przy konflikcie wokół Trybunału Konstytucyjnego.

Dziękuję za rozmowę.

PARP ogłasza konkurs Wdrażanie innowacji przez MŚP

Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ogłosiła konkurs, którego celem jest wsparcie przedsiębiorców z Polski Wschodniej w budowaniu przewagi konkurencyjnej poprzez rozwijanie innowacyjnych produktów lub usług. Otrzymana pomoc może zostać przeznaczona zarówno na finansowanie inwestycji w fazie początkowej przedsięwzięcia, jak i na zakup usług doradczych czy uzyskania patentów, niezbędnych do skutecznego wdrożenia innowacji. Nabór wniosków potrwa od 30 czerwca do 31 lipca.

Wsparcie oferowane w ramach konkursu umożliwi przedsiębiorcom m.in. zakup nieruchomości, wykonanie robót budowlanych, nabycie wartości niematerialnych i prawnych w formie patentów, licencji, know-how oraz innych praw własności intelektualnej. , a także dostęp do usług szkoleniowych, np. w zakresie wzornictwa czy doradztwa technicznego.

Oferta skierowana jest do mikro, małych i średnich firm z pięciu województw Polski Wschodniej, należących do ponadregionalnych powiązań kooperacyjnych, a więc zrzeszeń przedsiębiorców działających w pokrewnych sektorach, którzy współpracują ze sobą
w procesie tworzenia produktów lub usług o komplementarnym charakterze. Przedsiębiorca ubiegający się o dofinansowanie powinien w ostatnim roku obrotowym zatrudniać
co najmniej 5 pracowników i osiągać przychody ze sprzedaży nie mniejsze niż 600 tysięcy złotych przynajmniej w jednym zamkniętym roku obrotowym w okresie ostatnich 3 lat. Maksymalna kwota dofinansowania udzielona jednemu wnioskodawcy na realizację jednego projektu wynosi 7 mln zł.

Konkurs jest prowadzony w ramach Poddziałania 1.3.1 „Wdrażanie innowacji przez MŚP”, które jest finansowane ze środków Programu Operacyjnego Polska Wschodnia na lata
2014-2020. Kwota przeznaczona na dofinansowanie w tej edycji konkursu wynosi  135 mln zł. W ramach poprzedniego konkursu, który został rozstrzygnięty w kwietniu 2016 r., wybrano do dofinansowania 33 projekty o łącznej wartości blisko 142 mln zł.

Po raz pierwszy od ponad 2 lat spadły inwestycje

PKB liczony w cenach stałych roku poprzedniego wzrósł realnie w I kwartale 2016 roku o 3 proc. – podał GUS.

Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek
Małgorzata Starczewska-Krzysztoszek

Komentarz dr Małgorzaty Starczewskiej-Krzysztoszek, głównej ekonomistki Konfederacji Lewiatan

Tempo wzrostu gospodarczego w I kwartale 2016 roku było najsłabsze od dwóch lat, w tym po raz pierwszy od 9 kwartałów spadły inwestycje (o 1,8 proc.). PKB rósł dzięki spożyciu indywidualnemu i publicznemu. Wzrost spożycia o 3,2 proc., przy bardzo dobrej sytuacji na rynku pracy, rosnących tak nominalnie, jak i realnie, dzięki deflacji, wynagrodzeniach, pokazuje jednak, że gospodarstwa domowe są ostrożne w przeznaczaniu coraz wyższych dochodów na konsumpcję. Do silniejszego wydawania pieniędzy nie skłoniła ich nawet perspektywa otrzymywania dodatku na dzieci w ramach programu 500+.
Spadek inwestycji świadczy o tym, że przedsiębiorstwa obawiają się, że w najbliższych kwartałach, trudno będzie zwiększyć sprzedaż. W tym kontekście mocny, prawie 10 proc. wzrost zapasów należy uznać za zjawisko negatywne. Firmy nie widzą silnych sygnałów wzrostu gospodarki, o czym świadczą chociażby kurczące się inwestycje. Wzrost zapasów, przynajmniej w części jest więc efektem braku możliwości sprzedaży produktów, a nie zakupu surowców i materiałów z powodu ich niskiej ceny.
Negatywnie na wzrost PKB, już dugi kwartał z rzędu, wpływał również eksport netto.

Mamy zatem relatywnie słaby, jak na sprzyjające warunki, wzrost spożycia indywidualnego, spadające inwestycje i rosnące zapasy. Na dodatek import rośnie szybciej niż eksport. W takich warunkach trudno oczekiwać, żeby gospodarka urosła w tym roku, jak zapisano w budżecie, o 3,8 proc. Na razie przedsiębiorstwa nie sygnalizują wzrostu skłonności do inwestycji, gospodarstwa domowe kontrolują swoje wydatki, a eksporterzy mimo słabego złotego nie są w stanie zwiększać sprzedaży na eksport w stopniu większym niż rośnie import.

Złudne może też być upatrywanie szans na szybszy wzrost PKB w kolejnych kwartałach dzięki pieniądzom z programu 500+. Część gospodarstw domowych niekoniecznie przeznaczy 500 zł na zakupy czy usługi. Niektórzy będą chcieli wydać dodatkowe pieniądze na spłatę długów, czy zakup używanego auta sprowadzonego z zagranicy. Inni ulokują je w bankach, które przygotowały atrakcyjne programy oszczędzania dla dzieci.

Konfederacja Lewiatan

Wzrost kursu USD tym razem traktowany jest inaczej

To kluczowy tydzień dla testowania mocy ostatniego rajdu dolara amerykańskiego, ponieważ po fali uwag ze strony przedstawicieli Fed szanse na podwyżkę stóp procentowych latem – na posiedzeniu FOMC w czerwcu lub w lipcu – zdecydowanie wzrosły. Retoryka Fed – wzmianki o możliwości dwóch, czy nawet trzech podwyżek stóp w tym roku – była wyraźnie skoordynowana i miała na celu podwyższenie oczekiwań rynku co do ewentualnego wzrostu stóp procentowych. Dzięki temu Fed będzie mogła spokojnie decydować o poziomie stóp bez niepotrzebnego elementu zaskoczenia; najwyraźniej decydenci doszli do wniosku, że lepiej jest w pierwszej kolejności wspomnieć o możliwości podwyżki, a następnie powiązać ten potencjał z jakością napływających danych ekonomicznych. Właśnie ze względu na to uzależnienie od danych publikowane w tym tygodniu odczyty ze Stanów Zjednoczonych mogą wywołać krótkoterminową zmienność, ponieważ rynek skoryguje według nich prawdopodobieństwo czerwcowego, lipcowego lub wrześniowego terminu podwyżki (jeżeli dane w tym tygodniu i za czerwiec okażą się zdecydowanie korzystne, możliwa jest nawet podwyżka i w czerwcu, i we wrześniu).

Podczas gdy debata na temat stóp Fed zdominowała doniesienia medialne, a być może także akcję na rynkach walutowych w ujęciu godzina po godzinie, kolejnym interesującym zjawiskiem w ubiegłym tygodniu była wyraźna deklaracja rynku, że nie obawia się Fed. Kiedy przed dwoma tygodniami przedstawiciele Fed zaczęli prezentować bardziej agresywne prognozy, światowy apetyt na ryzyko został poskromiony, a waluty i giełdy rynków wschodzących ostro pikowały. Była to tradycyjna reakcja na „jastrzębie” z Fed i mocnego dolara, datująca się od czasu „histerii” z maja 2013 r., kiedy to prezes Bernanke zaledwie delikatnie napomknął o tym, że pewnego dnia Fed zacznie zwalniać tempo dalszego rozszerzania bilansu, ograniczając skup aktywów. Jednak w ubiegłym tygodniu światowe rynki zdecydowanie powróciły do formy, a amerykański indeks S&P 500 dzieli wręcz zaledwie kilka procent od rekordowych maksimów. Światowy indeks MSCI, nawet jego część denominowana w USD, w ubiegłym tygodniu wzrósł o imponujące dwa procent.

Co to oznacza? Kilkakrotnie tego roku inwestorzy byli przekonani, że nawet jedna podwyżka stóp procentowych w grudniu to zbyt wiele dla globalnych rynków. Obecnie Fed otwarcie mówi o dwóch, a nawet trzech podwyżkach, a mimo to rynki się umacniają? Być może to sygnał, że to, czy stopa referencyjna Fed wynosi 0,5%, czy 1,00%, nie ma większego znaczenia, a globalne warunki dla polityki pieniężnej pozostają hiperstymulacyjne, biorąc pod uwagę trwające masowe drukowanie pieniędzy przez Bank Japonii i EBC oraz najnowsze bodźce wdrażane w Chinach. W takim przypadku Fed może nieoczekiwanie stwierdzić, że zamiast wyprzedzić krzywą, znalazła się w tyle, ponieważ rynki aktywów – zamiast załamania – idą w górę w oparciu o emocje inwestorów.

Konsekwencje tej sytuacji dla dolara amerykańskiego są niejednoznaczne. Zwolennicy mocnego dolara mogą argumentować, iż ostatnie wzmianki Fed na temat podwyżek stóp sprawiły, że spready stóp procentowych są obecnie korzystne dla USD, jeżeli porównamy krótkoterminowe stopy amerykańskie ze stopami większości pozostałych głównych walut. Ostatecznie krótkoterminowe stopy w Japonii i Europie w najbliższym czasie raczej na pewno nie wzrosną, a w państwach takich jak Australia czy Nowa Zelandia trwa cykl obniżek stóp, aby zrównoważyć straty wywołane spadkiem cen surowców i obawami o recesję w Chinach.

Tymczasem dolarowi sceptycy dysponują mocnym argumentem, wskazując na nadal bardzo niskie stopy procentowe oraz na nadal ujemne stopy realne w Stanach Zjednoczonych (gdy inflacja jest wyższa niż rentowność aktywów nieobarczonych ryzykiem, takich jak amerykańskie obligacje skarbowe).  Aby dolar amerykański uzyskał bardziej kompleksowe fundamentalne wsparcie w środowisku rosnących stóp procentowych, Fed musi przyjąć jeszcze bardziej agresywną retorykę, a amerykańskie stopy długoterminowe również muszą wzrosnąć – i to szybciej, niż inflacja.

John J. Hardy, dyrektor ds. strategii rynków walutowych, Saxo Bank

Nowe przepisy utrudnią zatrudnianie cudzoziemców

Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan
Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

Zastąpienie uproszczonej procedury zatrudniania cudzoziemców, tzw. oświadczeniowej dwoma dodatkowymi typami zezwoleń na pracę sezonową i krótkoterminową będzie miało niekorzystny wpływ na rynek pracy, ponieważ ograniczy dostęp do niego cudzoziemców – ostrzega Konfederacja Lewiatan. Receptą na stwierdzone nadużycia w zatrudnianiu cudzoziemców powinno być wprowadzenie skuteczniejszych środków monitorowania tego procesu.

Projekt zmiany ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy będzie miał zasadniczy wpływ na zatrudnianie cudzoziemców, w szczególności obywateli sześciu państw: Ukrainy, Rosji, Białorusi, Armenii, Gruzji oraz Mołdawii.

Cele stawiane przed tzw. procedurą oświadczeniową

– Procedura oświadczeniowa pełni bardzo ważną rolę, umożliwiając polskim przedsiębiorcom elastyczne reagowanie na braki kadrowe, w sektorach w których w trudno znaleźć pracowników, przy minimalnych formalnościach i kosztach. Wprowadzone kilka lat temu ułatwienie dostępu do naszego rynku pracy (na podstawie bezpłatnych oświadczeń zamiast płatnych i skomplikowanych proceduralnie zezwoleń na pracę) umożliwiło skuteczne wypełnienie braków na krajowym rynku pracy wyspecjalizowanych pracowników oraz spowodowało napływ pracowników, w tym sezonowych zza wschodniej granicy. Obserwując trendy rynku uważamy, że było to rozwiązanie korzystne dla polskiej gospodarki – mówi Robert Lisicki, ekspert Konfederacji Lewiatan

W ramach systemu oświadczeniowego obcokrajowcy wypełniali w Polsce te wakaty, które z różnych względów były mało interesujące dla polskich pracowników. Ze statystyk wynika, że nasz rynek jest „wydrenowany” ze specjalistów takich jak: elektrycy, operatorzy wózków widłowych, szwaczki, tapicerzy, itp. Uproszczona procedura zatrudniania obcokrajowców pozwalała neutralizować ten trend.

Jednocześnie w okresie rosnącego napływu obcokrajowców w ramach systemu oświadczeniowego mieliśmy do czynienia ze stałym trendem spadku bezrobocia. Stopa bezrobocia w latach 2013 – 2015 spadła z 14,2% do 9,8%. Oznacza to, że napływ pracowników w ramach systemu oświadczeniowego nie miał negatywnego wpływu na sytuację na rynku pracy obywateli polskich.

Skutki wprowadzenia zmian – zagrożenia

– W 2015 r. zostało zarejestrowanych około 800 tys. oświadczeń o zamiarze zatrudnienia cudzoziemców. Biorąc pod uwagę, że obecnie tryb uproszczony jest powszechnie stosowany i korzysta z niego ogromna rzesza przedsiębiorców, istnieje poważne ryzyko, że wprowadzenie tak istotnych zmian w postaci nowych typów zezwoleń w miejsce oświadczeń, spowoduje znaczący wzrost zatrudnienia cudzoziemców bez pozyskiwania wymaganych zezwoleń. Scenariusz taki jest niekorzystny zarówno dla państwa, obywateli, przedsiębiorców, jak i samych cudzoziemców. Dlatego warto szukać rozwiązań, które wyeliminują nadużycia, a jednocześnie pozwolą utrzymać uproszczone procedury dla zatrudnienia cudzoziemców – dodaje Robert Lisicki.

Monitoring zatrudniania pracowników
Zniesienie formy oświadczeniowej dostępu do polskiego rynku pracy obywateli sześciu państw na rzecz procedury zezwoleń na pracę budzi wątpliwości. Odpowiedzią na stwierdzone nadużycia w zatrudnianiu pracowników z tych krajów powinno być wprowadzenie skuteczniejszych środków monitorowania zatrudniania cudzoziemców.

Konfederacja Lewiatan proponuje zachowanie bezpłatnej procedury oświadczeniowej, przy jednoczesnym uszczelnieniu systemu. Firmy, które chciałyby z niej skorzystać musiałyby spełnić dodatkowe wymagania:
- raportowanie właściwemu powiatowemu urzędowi pracy raz na kwartał o liczbie zatrudnionych cudzoziemców na podstawie zarejestrowanych oświadczeń o zamiarze powierzenia wykonywania pracy,
- zatrudnienie minimum 10 osób w okresie 3 miesięcy poprzedzających złożenie wniosku o rejestrację oświadczenia,
 – prowadzenie działalności gospodarczej przez okres 6 miesięcy przed dniem złożenia wniosku,
 – dołączenie do pierwszego, w danym roku kalendarzowym, wniosku o rejestrację oświadczenia, zaświadczenia o niezaleganiu w płatnościach ZUS czy w US.

Podmioty, które nie zatrudniłyby określonej liczby osób (np. co najmniej 20%), dla których zarejestrowały oświadczenia, traciłyby prawo do zatrudniania na podstawie oświadczenia przez okres 1 roku.

W każdym przypadku przyjęte ostatecznie rozwiązania powinny uwzględniać dynamicznie zamieniającą się sytuację na rynku pracy oraz konkurencyjność rynków innych państw członkowskich.

Konfederacja Lewiatan

USA: po słowach pora na twarde dane

Wtorek będzie dużo mniej świąteczny niż poniedziałek. Na pełnych obrotach kręcą się Stany Zjednoczone, Wielka Brytania również wróciła do pracy. W USA pojawi się solidny pakiet danych, z których na pierwszy plan wychodzą dochody i wydatki Amerykanów, a także wskaźnik zaufania konsumentów oraz  inflacja PCE. Amerykańskie indeksy mają się poprawić, a jeżeli tak rzeczywiście się stanie, klimat przed danymi z rynku pracy – najpierw raportem ADP, a później rządowymi payrolls – będzie bardzo dobry. Dolar ciągle jest pod wrażeniem wypowiedzi członków Fed, na czele z Janet Yellen, którzy dali zielone światło dla szybkich podwyżek stóp.

Niemcy są już po porannych wskaźnikach sprzedaży detalicznej. Duży ciężar gatunkowy mają dane o stopie bezrobocia. W strefie euro dominuje dziś inflacja CPI, zwłaszcza, że oczekiwania są spore po wczorajszych wskaźnikach wzrostu cen z Niemiec. Jeżeli inflacyjne prognozy dla Eurolandu się sprawdzą, euro ma szanse urosnąć, i to tuż przed posiedzeniem EBC.

W pakiet danych o inflacji wpisują się dziś Francuzi, ale w ich przypadku to nie one mają teraz priorytet. Dziś do protestów włączają się kolejarze, paryskie lotniska już strajkują, za chwilę mogą wesprzeć ich dokerzy w portach. Nie są to dobre informacje ani dla francuskiej gospodarki, ani dla euro, zwłaszcza, że końca strajku nie widać. Chyba, że rząd w końcu się ugnie i zrezygnuje z reformowania rynku pracy.

dr Maciej Jędrzejak, Dyrektor Zarządzający Saxo Bank Polska

Gdzie, ile i jaki rodzaj reklamy wyświetlać internautom, aby ich nie drażnić i zarabiać

Już co 3. Polak korzysta z możliwości blokowania reklamy internetowej, co daje Polsce 2. wynik w Europie, wynika z najnowszych badań. Nie jest to dobra wiadomość dla e-wydawców, dla których przychód z reklam stanowi kluczowe źródło zarobku. W których miejscach, w jaki sposób wyświetlać, jakie formy i rodzaje reklam wybrać, aby zmaksymalizować przychody z e-reklamy, a jednocześnie nie zniechęcić internautów?

Według najnowszych badań, z programów do blokowania reklam w internecie korzysta już od 22 proc. (dane IRCenter) do nawet 34,9 proc. Polaków (dane Adobe i Page Fair). Co więcej, eksperci wskazują, że na tym polu polscy użytkownicy nie mają sobie równych – więcej zainstalowanych aplikacji do blokowania przekazów reklamowych mają tylko Grecy. Nie jest to dobra wiadomość dla e-wydawców, dla których przychód z reklam stanowi jeden z podstawowych źródeł monetyzacji serwisów. W jaki sposób wyświetlać przekazy reklamowe, nie zniechęcając użytkowników, a jednocześnie maksymalizując przychody z e-reklamy?

Złoty środek – wydawco, nie popadaj w przesadę

Wielu wydawców przesadnie wykorzystuje najbardziej znienawidzone przez większość internautów formaty reklamowe – wyskakujące reklamy typu pop-up czy auto-odtwarzające się video. – Wydawcy, którzy nie zdecydują się zaprzestać lub ograniczyć stosowania agresywnych formatów reklamowych, sami niejako prowokują użytkowników do korzystania z AdBlocka – mówi Jarosław Wisłocki z OptAd360.com. – Tymczasem w ich przypadku adekwatna jest zasada, powszechna w marketingu, „less i more”. Jeśli już z takiego formatu korzystamy, powinniśmy robić to rzadko, jednocześnie dbając o pozostawienie wyraźnych przycisków zamykających te reklamy oraz zrezygnować z automatycznego odtwarzania video – dodaje ekspert. Po drugiej stronie barykady mamy wydawców, którzy z kolei w obawie przed utratą czytelników serwisu, wręcz „boją” się reklam i minimalizują ich ilość do tego stopnia, że portal albo w ogóle nie zarabia, albo musi szukać źródeł dochodu gdzieś indziej np. w postaci płatnego dostępu do treści, który wcale nie jest łatwiejszym sposobem na monetyzację serwisu. – Ważna jest edukacja użytkowników, że treści w internecie są darmowe dzięki reklamom, na których zarabiają wydawcy. Internauta albo zablokuje możliwość ich oglądania, ale zacznie płacić za czytane treści, albo zaakceptuje obecność przekazów reklamowych na stronie. Innej drogi nie ma. – dodaje Jarosław Wisłocki.

Spójrz na serwis oczami użytkownika

Przystępując do zmian w ułożeniu siatki reklamowej portalu, warto w pierwszej kolejności dokonać gruntowej analizy tego, jak użytkownik porusza się po serwisie. Z jakich urządzeń korzysta przychodząc na stronę www? Na co zwraca uwagę w trakcie przeglądania witryny? W którym momencie kończy czytać znajdujące się w niej treści? Jak zmienia się ilość odsłon reklamowych w górnej części strony w stosunku do tych mieszczących się w dolnej części serwisu? – Reklamy na górze strony, czyli inaczej reklamy na pierwszym ekranie – ATF, zwykle mają średnio o 20-30 proc. więcej odsłon, niż te znajdujące się u dołu strony (tzw. BTF, reklamy na drugim ekranie), przez co również stawki za wyświetlenie reklamy w tym miejscu są nawet o 70-100 proc. wyższe. O te pozycje powinniśmy najlepiej zadbać – podkreśla ekspert OptAd360.com. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że użytkownik bardzo szybko przechodzi do poszukiwanej treści, a więc zamiast przeładowywać przekazami reklamowymi górną część strony, warto podążać śladem użytkownika. – Można przyjąć, że dla stron z artykułami na desktopie odsłony reklam spadają o 5-25 proc. wraz z przesuwaniem się czytelnika w dół strony na kolejne ekrany, a w przypadku stawek za reklamy w tych miejscach, to spadają o ok. 35-45 proc. – wymienia Wisłocki. – W przypadku boksu reklamowego umieszczonego po właściwej treści artykułu spadki w odsłonach i stawkach wynoszą już 50 proc. Są to miejsca na stronie, w których trzeba zaprezentować użytkownikowi coś ciekawego, aby zatrzymać go w serwisie. Z tego względu kluczową kwestią jest angażowanie użytkownika długimi treściami – podsumowuje ekspert OptAd360.com.

Kto szuka strony bez reklam, ten znajdzie

Reklamy są wszędzie? Niekoniecznie! Okazuje się, że na każdym portalu internetowym znajdziemy podstrony z niewykorzystanymi reklamowo obszarami. Wielu wydawców wpina kody w określonych miejscach w szablonach i spodziewa się, że wybrane przekazy reklamowe pojawią się na każdej podstronie – tymczasem niekoniecznie tak jest. Listingi, wyniki wyszukiwania – to przykłady miejsc, w których często nie znajdziemy żadnej reklamy. W celu znalezienia takich stron , warto porównywać statystyki narzędzi pomagających w monetyzowaniu serwisu z wynikami dotyczącymi ruchu na stronie pokazywanym przez Google Analytics. Do najlepszych narzędzi monetyzujących reklamy można zaliczyć AdSense i AdX. Uzupełniająco warto korzystać również z takich systemów jak Adform, Rubicon czy Criteo. Pomocne w zarabianiu na reklamach mogą być również dostępne na rynku programy afiliacyjne – niemniej jednak ich wybór wiąże się z przeprowadzeniem wielu testów w celu wybrania takiego programu, który w przypadku danej witryny przyniesie zadowalające efekty.

Nie zapomnij o mobile

Inaczej przeglądany serwis wygląda, gdy użytkownik odwiedza go korzystając z komputera, czy laptopa, a inaczej gdy dociera na niego za pośrednictwem kanału mobilnego. Siatka reklamowa w przypadku strony mobilnej jest prosta i pionowa – wystarczy rozmieścić reklamy w odpowiednich miejscach i odstępach. Według opinii ekspertów z OptAd360, z tego też względu na mobile’u spadki w ilości odsłon reklamowych przy przekazach ulokowanych wokół treści zmniejszają się łagodniej wraz z przesuwaniem się użytkownika w dół strony – średnio o 5-15 proc., a stawki za reklamy w granicach 10-15 proc. Należy pamiętać, że w przypadku stron tworzonych w modelu RWD (Responsive Web Design), czyli zaprojektowanych w sposób, który pozwala na ich samodzielną adaptację do wielkości ekranu, rodzaju urządzenia czy okna przeglądarki, w niemal 90 proc. przypadkach reklamy występują w dokładnie tych samych miejscach. Rozkładając reklamy dla strony „w desktopie”, zawsze należy sprawdzić jak docelowo będą wyglądały również w wersji mobilnej.

Umiejętnie rozlokowana, nieagresywna reklama nie powoduje porzucenia strony przez użytkowników. Dobrym przykładem są tutaj serwisy społecznościowe. Stosowane w nich w 79 proc. reklamy natywne, idealnie wkomponowujące się w otoczenie i właściwie rozmieszczone, nie przypominają upstrzonych krzykliwymi bannerami, wyskakującymi znienacka oknami reklamowymi czy autoodtwarzajacymi  się przerywnikami video portali internetowych. Wydawcy, chcąc zwiększać przychody z serwisów, powinni wykorzystywać najlepsze rynkowe wzorce. Zamiast całkowicie porzucać reklamy jako źródła zarobku, albo narzekać na wzrastającą grupę użytkowników AdBlocka, powinni skoncentrować się na minimalizowaniu irytujących formatów reklamowych i zastąpieniu ich spersonalizowanymi, odpowiednio rozmieszczonymi w serwisie reklamami, które będą przynosić zadowalające zyski.

Coface: Polska gospodarka może odczuć spadek dynamiki międzynarodowej wymiany handlowej

Polska gospodarka, która staje się coraz bardziej otwarta na zagraniczną wymianę handlową z udziałem eksportu w PKB na poziomie bliskim już 50 proc., może odczuć negatywne konsekwencje niższego popytu zewnętrznego. Istotnym zagrożeniem pozostaje możliwość wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. W obliczu trudności gospodarczych, widocznych zwłaszcza w dużych krajach rozwijających się, globalna wymiana handlowa spowolniła. W ostatnich latach dynamika międzynarodowego eksportu jest niższa niż światowy wzrost gospodarczy i tendencja ta utrzymuje się także w tym roku.

Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej
Grzegorz SIELEWICZ, główny ekonomista Coface w Europie Centralnej

Nieznaczny spadek wzrostu gospodarczego w 2016 roku

Prognoza Coface zakłada, że wzrost gospodarczy Polski wyniesie w tym roku 3,5 proc. i będzie to tempo nieznacznie słabsze niż wzrost 3,6 proc. odnotowany w 2015 roku. Główną siłą napędową naszej gospodarki pozostanie popyt wewnętrzny, a zwłaszcza konsumpcja gospodarstw domowych w obliczu dalszej poprawy na rynku pracy z malejącą stopą bezrobocia i rosnącymi wynagrodzeniami. Ponadto, uprawnieni beneficjenci skorzystają na wprowadzeniu programu 500+, który będzie stanowił dodatkowy bodziec wspierający dynamikę wydatków konsumentów.

Dynamika polskiego eksportu spowolni

Podczas gdy wzrost konsumpcji prywatnej wydaje się być pewny i ten komponent będzie silnikiem napędzającym rodzimą gospodarkę, to zagraniczna wymiana handlowa nie rysuje się już w tak optymistycznych barwach. Zgodnie z przewidywaniami Coface dynamika polskiego eksportu spowolni w tym roku do 5 proc., co będzie wynikiem słabszym niż tempo uzyskiwane w ostatnich latach. Niemniej jednak nadal będzie to wzrost, a konkurencyjność naszego eksportu będzie wspierana przez sprzyjający poziom kursu walutowego. W strukturze polskiego eksportu dominują dobra przetworzone, co stawia nas w lepszej pozycji niż np. Rosję czy Brazylię, które pomimo że ich waluty znacznie straciły na wartości, nie mogły skorzystać istotnie na wzroście konkurencyjności, ponieważ głównie eksportują surowce, których ceny ustalane są na poziomie globalnym, a wartość dodana jest niska.

Gorzej w Niemczech, gorzej w Polsce

Na wyniki polskiego eksportu wpływa struktura geograficzna naszej wymiany handlowej. Dominującym partnerem handlowym pozostaje strefa euro, a zwłaszcza Niemcy, do których kierujemy już prawie 29 proc. naszej łącznej sprzedaży zagranicznej. Właśnie poprzez zachodnich partnerów handlowych możemy odczuć negatywne konsekwencje spowolnienia gospodarki Chin, która stanowi jeden z głównych kierunków niemieckiego eksportu. Niższy popyt z kraju smoka już teraz osłabia eksport Niemiec, który z kolei zasilany jest w pewnym stopniu przez komponenty i półprodukty dostarczane przez polskie firmy. Z drugiej strony dobry wynik gospodarczy pierwszego kwartału tego roku oraz wskaźniki obrazujące bieżąca i przewidywaną aktywność konsumentów i przemysłu potwierdzają, że w okresie zawirowań na rynkach zagranicznych niemiecka gospodarka może oprzeć się na stabilnym fundamencie popytu wewnętrznego.

Perspektywy

W obliczu wolniejszego tempa rozwoju handlu światowego oraz nadal mizernego ożywienia gospodarczego w krajach rozwiniętych, polski eksport skazany jest na wolniejszą dynamikę wzrostu niż notowana w latach ubiegłych. Istotnym zagrożeniem pozostaje możliwość wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, zarówno bezpośrednio dla naszego eksportu (Wielka Brytania jest trzecim największym odbiorcą polskiego eksportu), jak również dla wymiany handlowej na rynkach zagranicznych. Poszukiwanie nowych rynków zbytu wspiera naszą zagraniczną wymianę handlową, jednak wciąż eksportujemy głównie na rynki Unii Europejskiej i to właśnie popyt z tego kierunku będzie miał największy wpływ na polską sprzedaż zagraniczną. W odróżnieniu od wielu innych krajów rozwijających się, zwłaszcza spoza regionu Europy Środkowo-Wschodniej, Polska może liczyć na solidny popyt krajowy utrzymujący wzrost gospodarczy na przyzwoitym poziomie. Niemniej jednak, wyjście z recesji lub spowolnienia, jakich doświadczają obecnie duże gospodarki rozwijające się (Chiny, Rosja, Brazylia) ożywiłoby globalną wymianę handlową, co pozytywnie wpłynęłoby także na polski eksport.

Firmy coraz częściej spłacają obligacje przed terminem zapadalności

CEO Magazyn Polska

Pozytywnym sygnałem dla rynku jest to, że firmy coraz częściej spłacają swoje zadłużenia względem obligatariuszy przed terminem ich zapadalności – mówi Krzysztof Dziubiński, członek zarządu Domu Maklerskiego Navigator. Przedterminowe wykupy obligacji, mimo że są niezbyt lubiane przez wierzycieli, to co do zasady są dowodem na to, że kondycja finansowa spółki jest dobra. 

– Obserwując rosnącą liczbę przedterminowych wykupów na rynku, postanowiliśmy przeanalizować to zjawisko. Nasi analitycy zestawili transakcje z ostatniego roku i początku tego roku oraz przeanalizowali warunki emisji obligacji notowanych na Catalyst – mówi Krzysztof Dziubiński, członek zarządu Domu Maklerskiego Navigator.

Tylko w pierwszych czterech miesiącach 2016 roku wśród spółek, których instrumenty dłużne notowane są na jednym ze zorganizowanych rynków w Polsce, odnotowano 28 transakcji wcześniejszego wykupu części lub całości obligacji o łącznej wartości nominalnej bliskiej 270 milionów złotych.

Przedterminowe spłaty długów na żądanie emitenta są, jak zaznacza ekspert, pozytywnym sygnałem dla całego rynku. Oznaczają bowiem, że kondycja finansowa spółki była na tyle dobra, że mogła ona pozwolić sobie na spłatę zadłużenia względem obligatariuszy przed terminem jego zapadalności.

– To zjawisko nasilające się w ostatnim okresie – podkreśla Dziubiński. – Spółki chcą wykorzystać okres stosunkowo dobrej koniunktury gospodarczej i dosyć taniego pieniądza, a środowisko niskich stóp procentowych pozwala na dosyć tanie pozyskiwanie finansowania – dodaje.

Od początku 2015 roku transakcji przedterminowego wykupu było blisko 100, a ich wartość przekroczyła 1,5 miliarda złotych. W zakresie obligacji notowanych na Catalyst, w 2015 r. przedterminowo wykupione zostało 8,40% wszystkich serii notowanych obligacji na koniec 2014 r., a ich wartość stanowiła 2,35% łącznej wartości notowanych obligacji (z wyłączeniem BGK). Jak zaznacza ekspert spółki, chcą wykorzystać dobrą koniunkturę gospodarczą i niskie stopy procentowe, by wydłużyć sobie okresy zapadalności długu na kolejne lata oraz obniżyć koszty finansowania

To jednak nie jest jedyny powód wcześniejszego wykupu długu. Dziubiński zwraca uwagę na to, że do tego typu transakcji na Catalyst dochodzi też w momencie, kiedy spółka jest przejmowana przez inny podmiot, który ma albo tańsze finansowanie, np. za granicą, albo chce zmienić strukturę finansowania i finansować to z poziomu holdingu czy spółki matki.

– Czasami chodzi także o zagospodarowanie nadwyżek finansowych przez emitenta w momencie, kiedy sprzedaje on aktywa, czy to operacyjne aktywa czy po prostu jakąś spółkę w ramach holdingu, w którym działa – mówi Krzysztof Dziubiński.

Podkreśla, że takich przedterminowych wykupów również było kilka w ostatnim czasie. W maju takie transakcje zapowiedział m.in. Empik, gdy sfinalizuje sprzedaż Smyka oraz P.R.E.S.C.O. po sprzedaży pakietu wierzytelności.

Jak tłumaczy Dziubiński, tego typu transakcje nie są jednak lubiane przez inwestorów, bo wymuszają na nich konieczność znalezienia innego sposobu ulokowania zwolnionych w ten sposób środków. Wykup odbywa się zwykle 12–18 miesięcy przed pierwotnym terminem zapadalności obligacji, a emitent w związku z realizacją przedwczesnej spłaty długu musi zapłacić premię obligatariuszom.

– Premia jest zwykle określona w warunkach emisji. Najczęściej jest ona degresywna, czyli im bliżej do terminu wykupu, tym jest ona mniejsza i najczęściej jest możliwa do realizacji w dniach płatności odsetek – tłumaczy ekspert z DM Navigator.

Nieco inaczej sytuacja wygląda, gdy emitent w warunkach emisji nie zastrzegł sobie możliwości przedterminowego wykupu. Wtedy droga do transakcji jest dłuższa i bardziej kosztowna.

– Wymaga to porozumienia się z obligatariuszami i dogadania warunków transakcji – mówi Dziubiński. – Aczkolwiek to jest trudniejszy oraz droższy proces ze względu na to, że emitent ma gorszą pozycję negocjacyjną. W przypadku obligacji notowanych na Catalyst dodatkowo emitent może nie być w stanie dotrzeć do wszystkich obligatariuszy, co utrudniać mu będzie zarządzanie strukturą finansowania.

Przykładem emisji, gdzie emitent nie zastrzegł sobie prawa wcześniejszego wykupu, jest sama Giełda Papierów Wartościowych. Musiała następnie poprzez raport bieżący wzywać do sprzedaży obligacji, proponując dosyć wysoką premię za przedterminowy wykup.

Można jednak zauważyć, że emitenci coraz częściej zapewniają sobie opcję call przy plasowaniu nowych serii obligacji, co ułatwi im w przyszłości przedterminowe wykupy i może się przełożyć na większą liczbę takich transakcji w kolejnych latach.

Obowiązek rejestracji kart pre-paid do 2 stycznia może doprowadzić do paraliżu telekomunikacyjnego

Michał Boni

Projekt ustawy antyterrorystycznej zakłada obowiązek rejestracji kart pre-paid do 2 stycznia 2017 roku. Osoby, które nie podadzą operatorom swoich danych, muszą się liczyć z wyłączeniem telefonów. Dotyczy to ponad 20 mln Polaków. Ogromna liczba kart, które należy zarejestrować, i niefortunny termin przypadający na przełom roku mogą utrudnić całą operację. – Dodatkowy miesiąc mógłby pozwolić na sprawniejsze jej przeprowadzenie i rząd powinien wziąć to pod uwagę – przekonuje europoseł Michał Boni.

Polscy konsumenci, którzy bardzo dużo korzystają z pre-paidów, będą musieli z nich zrezygnować. Pre-paidy z punktu widzenia prowadzenia śledztwa, ochrony przed różnymi przestępstwami, także terroryzmem, są niedobre, bo utrudniają identyfikację. Obowiązek rejestracji wydaje się więc potrzebny, natomiast będą oni mieli stosunkowo krótki czas na zmianę swojego sposobu używania telefonów komórkowych – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Boni, europoseł, były minister administracji i cyfryzacji.

Dodaje, że termin 2 stycznia 2017 roku, do którego posiadacze telefonów na kartę będą musieli zarejestrować karty, jest też mało fortunny. Biorąc pod uwagę fakt, że większość Polaków załatwia sprawy na ostatnią chwilę, może to spowodować paraliż telekomunikacyjny.

Polacy przesyłają rozliczenie podatkowe dopiero w ostatnim tygodniu kwietnia, podobnie może być i w tej kwestii, a okres świąteczny dodatkowo to utrudni. Oznacza to, że nagle na początku roku ludzie, którzy zapomną o obowiązku zmiany statusu i rejestracji pre-paidu, będą narażeni na to, że nie będą mogli korzystać z telefonu komórkowego, bo operatorzy wyłączą im wszelkie połączenia – przekonuje Boni.

Dlatego też zdaniem byłego ministra administracji i cyfryzacji dobrym pomysłem byłoby wydłużenie czasu na rejestrację o miesiąc. Pozwoliłoby to nie tylko osobom korzystającym z kart na uniknięcie problemu, lecz także ułatwiłoby życie operatorom, którzy w ten sposób zyskają czas na przygotowanie akcji informacyjnej.

– Zmiana umowy z klientami wymaga dobrego przygotowania i dobrej akcji promocyjno-komunikacyjnej dokonanej przez operatorów. Z drugiej strony to jest także inny model biznesowy, w związku z tym z każdym klientem trzeba nawiązać kontakt, przedstawić mu warunki nowego porozumienia, dać czas do namysłu i szansę wyboru rozwiązania. Taka troska o konsumenta powinna tutaj być – ocenia Boni. – Wydaje mi się, że rząd powinien to wziąć pod uwagę i wyrazić zgodę na przedłużenie terminu w końcowych etapach pracy nad ustawą antyterrorystyczną.

Szacuje się, że obecnie na rynku działa ok. 25 mln kart. Ich rejestracja to duże wyzwanie logistyczne dla operatorów, zwłaszcza że ustawa nakłada na nich szereg innych obowiązków, m.in. dostarczania na własny koszt informacji potrzebnych organom ścigania, blokowania na żądanie władz określonego kontentu internetowego czy uruchamiania na własny koszt na żądanie władz tymczasowych instalacji radiokomunikacyjnych w określonych lokalizacjach i na określony czas.

Jeśli chcemy, żeby wszyscy byli zadowoleni: państwo, bo będzie miało te nowe rozwiązania i nie będzie pre-paidów, klienci, bo zamiast pre-paidów będą mieli świadomość, jaką usługę wybierają i z czego mogą korzystać, oraz operatorzy, bo wprowadzą te rozwiązania na czas, to przesunięcie w czasie tego rozwiązania jest potrzebne – przekonuje Michał Boni.

Jak podkreśla, w ustawie antyterrorystycznej są także inne braki.

W ustawie antyterrorystycznej nie ma zabezpieczeń dla wolności obywatelskich ani odpowiedniej kontroli dla służb. Nie ma też kontroli sądowej, a rzeczy, które nie mają żadnego wpływu na akcje terrorystyczne są traktowane jako początek zdarzeń terrorystycznych. Potrzeba narzędzi do walki z terroryzmem, ale muszą one być tworzone w zgodzie z ochroną wolności, swobody wypowiedzi i prywatności. Takich zabezpieczeń w polskiej ustawie nie ma – ocenia Michał Boni.

Polskie marki rosną w siłę. PZL-Świdnik i Ursus wśród nagrodzonych Godłem „Teraz Polska”

CEO Magazyn Polska

Ostatnie lata przyniosły rozkwit patriotyzmu konsumenckiego. Polacy chętnie sięgają po krajowe marki, wspierając w ten sposób polskie firmy i gospodarkę. Wzmacnianiu pozycji rodzimych produktów służy Godło „Teraz Polska”, które rozpoznaje 70 proc. konsumentów. Wśród nagrodzonych w tym roku firm znalazły się producent śmigłowców PZL-Świdnik i producent ciągników firma Ursus. Marki te z powodzeniem reprezentują Polskę na wielu rynkach zagranicznych.

Polskie produkty i usługi, które najlepiej reprezentują polski biznes w kraju i za granicą, już po raz 26. zostały nagrodzone w Konkursie „Teraz Polska”. Warunkiem udziału w nim jest zarejestrowanie firmy w Polsce.

Kryzys, który się pojawił w Europie parę lat temu, spowodował powrót do narodowości. My nie mieliśmy wcześniej tego problemu, bo w odróżnieniu od wielu innych państw mieliśmy około 50-proc. konsumpcję własnej produkcji. To bardzo ważne, bo to właściwie są podwaliny patriotyzmu konsumenckiego. Teraz dołączamy do tego kwestie edukacji społecznej i zachęcamy, by wybierać produkty polskie, bo to wspiera polskie firmy i przekłada się na wyższe PKB – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Przybył, prezes Fundacji Polskiego Godła Promocyjnego „Teraz Polska”.

Coraz częściej o zakupie danego produktu decyduje kraj pochodzenia. W badaniach przeprowadzonych przez dra Tomasza Barana i prof. Dominikę Maison w ramach Ogólnopolskiego Panelu Badawczego „Ariadna” 84 proc. Polaków deklaruje, że często sięga po polskie produkty. 86 proc. społeczeństwa chce wspierać rodzime firmy poprzez kupowanie ich produktów.

Polskie produkty i usługi coraz częściej doceniane są także za granicą, z uwagi na wysoką jakość i przystępną cenę. Mają silną pozycję w krajach ościennych. Największym partnerem eksportowym są kraje Unii Europejskiej, szczególnie Niemcy, ale polskie firmy z powodzeniem radzą sobie także na dalekich rynkach. Hitem eksportowym są produkty z różnych branż, zarówno artykuły rolno-spożywcze, jak i zaawansowane maszyny przemysłowe.

Oczywiście tutaj liczy się też marka – trzeba ją systematycznie budować i nad tym bardzo dużo pracujemy. Już pewną markę sobie wypracowaliśmy, pomagali nam w tym wielcy Polacy – Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Dzięki temu popularność Polski rosła, a siła marki coraz bardziej się zwiększała – dodaje Przybył.

Propagowaniu polskiej marki w kraju i za granicą służyć ma Konkurs „Teraz Polska”. Kapituła konkursu, przyznając co roku wyróżnienie polskim firmom, produktom, gminom i osobistościom, kieruje się przede wszystkim jakością.

Chcemy być dumni z tego, że potrafimy robić wyroby wysokiej jakości, wysoko zaawansowane technologicznie. Takie wyroby w Polsce powstają i o tym trzeba mówić za granicą, ale ja bym powiedział przewrotnie, że przede wszystkim tutaj w Polsce musimy bardziej uwierzyć w siebie i w nasze możliwości i osiągnięcia – mówi Krzysztof Krystowski, wiceprezes Leonardo Helicopters, właściciela PZL-Świdnik, laureata tegorocznego Godła „Teraz Polska” za śmigłowiec SW-4.

Jak podkreśla, Polska od 60 lat jest bardzo dobrze rozpoznawana na świecie jako jeden z wiodących producentów i projektantów śmigłowców. W Europie – poza Polska – są tylko cztery kraje, które się tym zajmują. Kilkadziesiąt różnych państw korzysta ze śmigłowców produkowanych w Polsce.

Jesteśmy zaszczyceni otrzymaniem Godła „Teraz Polska” dla śmigłowca SW-4. Jest to najmniejszy z oferowanych przez nas śmigłowców, a jednocześnie najmłodsze polskie dziecko, bo to maszyna zaprojektowana i wybudowana w Polsce. To śmigłowiec, który jest przeznaczony przede wszystkim na eksport. Liczymy na to, że będziemy sławili imię polskiego przemysłu jeszcze mocniej, mając właśnie ze sobą to Godło – dodaje Krzysztof Krystowski.

Godło „Teraz Polska” często jest ukoronowaniem wieloletniej pracy. Firma Ursus z ponad 120-letnią tradycją otrzymała Godło za ciągnik C-380, który jest w tej chwili najlepiej sprzedającym się ciągnikiem w kraju. Sprzedaż sięgnęła 800 tys.

Jest to ciągnik, który konkuruje z największymi produktami największych producentów światowych. Cieszymy się, że ma taki dobry odbiór nie tylko u nas w kraju, lecz także w Europie Zachodniej. Pierwsze ciągniki już trafiły do Niemiec, Francji, Włoch i Irlandii. To są największe rynki dla nas w Unii Europejskiej – mówi Karol Zarajczyk, prezes zarządu Ursus SA. – Mamy całą gamę ciągników, od 50 do 280 koni mechanicznych, przeznaczonych nie tylko na rynek europejski, lecz także na rynki wschodnie i afrykańskie. Bardzo ważne, żebyśmy dawali tutaj na miejscu pracę, na miejscu płacili podatki i na miejscu rozwijali własne marki i produkty.

Tegoroczna edycja Konkursu była jedną z najbardziej interesujących pod względem różnorodności zgłoszonych produktów i usług. 58 proc. zgłoszeń jeszcze na etapie oceny ekspertów otrzymało co najmniej 900 punktów na 1000 możliwych, co potwierdza wysoki poziom konkurentów.

Kapituła Konkursu „Teraz Polska” po raz piąty przyznała honorowe wyróżnienia wyjątkowym wydarzeniom i inicjatywom promującym Polskę w kraju i za granicą. Otrzymali je Stowarzyszenie WIOSNA za organizację akcji Szlachetna Paczka, Muzeum Powstania Warszawskiego, Polski Związek Piłki Siatkowej za organizację Ligi Światowej.

W tym roku tytuły Wybitnego Polaka otrzymali Irena Eris, Elżbieta Wysoczańska oraz prof. Krzysztof Matyjaszewski.

Modernizacja terminala na Lotnisku Chopina przynosi efekty. Port obsługuje 11 mln pasażerów rocznie, a jest gotowy na prawie 20 mln

CEO Magazyn Polska

11,2 mln odprawionych pasażerów to ubiegłoroczny rekord Lotniska Chopina. W tym roku co miesiąc warszawski port lotniczy notuje kilkuprocentowe wzrosty – kwiecień był dwunastym miesiącem z rzędu z rekordowym wynikiem. Lotnisko jest przygotowane na dalsze dynamiczne wzrosty ruchu. Po zakończonej w ubiegłym roku modernizacji terminala T1 może obsługiwać nawet 20 mln pasażerów rocznie. – Dzięki niej mamy najnowocześniejszy terminal lotniczy w Polsce – przekonuje rzecznik lotniska.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z nowego terminala, nie tylko my, jako zarządzający lotniskiem, lecz także pasażerowie, którzy korzystają z Lotniska Chopina. Mają więcej stanowisk do odprawy, więcej stanowisk kontroli bezpieczeństwa, nowe sklepy i restauracje w części wolnocłowej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Przemysław Przybylski, rzecznik Lotniska Chopina. – Dzięki jego uruchomieniu przepustowość lotniska wzrosła do ponad 20 mln pasażerów. W 2015 roku obsłużyliśmy 11,2 mln pasażerów, a więc ten zapas przepustowości mamy jeszcze całkiem spory.

Nowy terminal został oddany do użytku 22 maja 2015 roku. Projekt zrealizowany przez konsorcjum Hochtief Polska i Hochtief Solutions AG obejmował przebudowę i modernizację Terminala 1 oraz jego zintegrowanie z terminalem T2. W ramach inwestycji powstał obiekt o powierzchni ponad 60 tys. mkw., dwa tunele podziemne łączące terminal ze stacją kolejową SKM. Wdrożono również nowoczesny system obsługi bagażu (BHS).

Projekt ten został właśnie nagrodzony w kategorii obiekty komunalne i komunikacja tytułem Budowy Roku 2015 przyznawanym przez Polski Związek Inżynierów i Techników Budownictwa. Jak podkreślają przedstawiciele generalnego wykonawcy, inwestycja pod wieloma względami była wyjątkowa. Jedną z jej cech charakterystycznych było zamontowanie na dachu terminala ogniw fotowoltaicznych o łącznej powierzchni 7 tys. mkw. To jeden z największych systemów tego typu w Polsce. Poza tym realizacja projektu pełnej integracji terminala T1 z T2 odbywała się przy normalnym trybie pracy lotniska.

Żyjemy w czasach, gdzie bezpieczeństwo na lotnisku stało się tematem bardzo istotnym, a więc wszystkie nasze działania prowadzone na lotnisku musiały być koordynowane ze służbami bezpieczeństwa lotniska, ze służbami operacyjnymi. Poza tym systemy instalacyjne musiały być testowane w porze nocnej, kiedy jest krótka przerwa w pracy lotniska, to był dodatkowy wymóg. Dzisiaj można powiedzieć, że zostało to zwieńczone sukcesem. Dzięki właściwej organizacji robót lotnisko nie przerwało pracy nawet na minutę – mówi Adam Janus, kierownik kontraktu w Hochtief Polska Oddział w Warszawie.

Firma Hochtief od lat współpracuje z Lotniskiem Chopina w Warszawie. W 1990 roku spółka wygrała przetarg na zaprojektowanie, sfinansowanie i wybudowanie trzech obiektów lotniska: bazy cateringowej, terminala cargo i terminala pasażerskiego.

Dla firmy to było wspaniałe wejście na rynek. To projekt na miarę nie tylko europejską, lecz także światową. To również odkrycie nowych technologii, nowych sposobów organizowania pracy. Było to przejście przez przysłowiowe ucho igielne do standardów pracy nowoczesnej firmy budowlanej. Rozpoczynając ten projekt w Warszawie w latach 90., nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że zapoczątkujemy historię, którą będziemy budować przez kolejne lata – mówi dr Krzysztof Jankowski, dyrektor Działu Obsługi Biznesowej i Komunikacji w Hochtief Polska.

Sukces tego przedsięwzięcia zachęca zarządzających lotniskiem do kolejnych inwestycji, które mają poprawić zarówno jakość i sprawność obsługi pasażerów, jak i komfort przebywania na lotnisku w oczekiwaniu na lot. W planach jest np. wydłużenie pirsów, w których znajdują się gate’y, czyli poczekalnie odlotowe.

Zastanawiamy się już teraz nad tym, jak rozbudowywać dalej terminal, żeby liczbę obsługiwanych pasażerów stale zwiększać, ponieważ ruch lotniczy w Polsce rośnie bardzo dynamicznie, z roku na rok na Lotnisku Chopina obsługujemy o kilkaset tysięcy pasażerów więcej – mówi Przemysław Przybylski. – Myślimy też o tym, jak zwiększać liczbę stanowisk postojowych dla samolotów, zwłaszcza dla dużych samolotów szerokokadłubowych, które przylatują do Warszawy z innych kontynentów. Potrzeby na pewno są i już teraz musimy o tym myśleć, ale konkretnych decyzji jeszcze nie ma.

W Polsce brakuje kompleksowej opieki medycznej i pełnego dostępu do leków dla pacjentów z chorobami rzadkimi

CEO Magazyn Polska

Mukopolisacharydoza to jedna z chorób rzadkich, która może prowadzić do ciężkiego kalectwa i przedwczesnej śmierci. Odpowiednie leczenie jest w stanie nie tylko przedłużyć życie chorych, lecz także znacznie poprawić jego jakość. Dzięki odpowiedniej terapii, wielu z nich może podjąć studia i pracę zawodową. W Polsce wciąż brakuje jednak pełnego dostępu do leków – refundacją nie zostały objęte leki na MPS typu IV, tzw. zespół Morquio. Ponadto problemem jest leczenie dorosłych pacjentów z MPS ze względu na brak lekarzy specjalistów i wysoko wyspecjalizowanych ośrodków. 

Mukopolisacharydoza to grupa lizosomalnych, wrodzonych chorób metabolicznych, w których organizm nie jest w stanie wytwarzać odpowiedniej ilości enzymów odpowiedzialnych za rozkładanie mukopolisacharydów. W wyniku niedoboru enzymu mukopolisacharydy gromadzą się nadmiernie w komórkach, upośledzając ich pracę. Mukopolisacharydozy mają podłoże genetyczne, dziedziczy się je autosomalnie recesywnie, co oznacza, że chory dziedziczy po jednej zmienionej kopii genu od każdego z rodziców. Obecnie medycyna wyróżnia jedenaście różnych niedoborów enzymatycznych powodujących siedem typów mukopolisacharydoz.

Są to choroby postępujące. Początkowo objawy są niewidoczne, a przynajmniej mało uchwytne dla osób, które nie są wprowadzone w tę złożoną problematykę medyczną czy diagnostyczną. Niestety, są to choroby, które nie mają pomyślnych rokowań – mówi agencji informacyjnej Newseria prof. Anna Tylki-Szymańska z Instytutu „Pomnik-Centrum Zdrowia Dziecka”.

Mukopolisacharydozy to choroby przewlekłe dotykające wielu układów i narządów organizmu, mające bardzo zróżnicowany przebieg. U pacjentów występują takie objawy, jak choroby serca, choroby układu oddechowego, niskorosłość, zaburzenia widzenia, sztywność i bóle stawów, głuchota, problemy ze strony układu kostnego, upośledzona wytrzymałość fizyczna. U niektórych chorych dochodzi także do upośledzenia intelektualnego w wyniku zajęcia centralnego układu nerwowego. W przypadku ciężkiego przebiegu choroba może prowadzić do przedwczesnego zgonu.

Upośledzenie intelektualne nie dotyczy pacjentów z typem IV i VI MPS, dając szanse na sukcesy w edukacji i satysfakcjonującą aktywność w życiu zawodowym.

Poszczególne typy mukopolisacharydoz dzielą się na podtypy. I tak w MPS I mamy do czynienia z cięższą postacią typu Hurler i z lżejszą typu Scheie, z kolei w MPS II w chorobie Huntera także mamy postać o ciężkim i umiarkowanym przebiegu. Ci pacjenci są prawidłowo intelektualnie rozwinięci, studiujący, pracujący, to młodzież, która chce funkcjonować – mówi dr Zbigniew Żuber z Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego Św. Ludwika w Krakowie.

Obecnie mukopolisacharydozy są chorobami nieuleczalnymi. Terapia polega głównie na leczeniu objawowym, a więc łagodzeniu symptomów. Możliwy jest także przeszczep szpiku kostnego – metoda ta bywa stosowana w przypadku MPS I. Inną metodą jest tzw. zastępcza terapia enzymatyczna polegająca na bezpośrednim, dożylnym podaniu brakującego enzymu. Ten rodzaj terapii stosowany jest u pacjentów z MPS I, MPS II, MPS IV i MPS VI. W Polsce nie wszyscy chorzy mają jednak pełny dostęp do leków.

Objęte refundacją są objęte MPS I, MPS II i MPS VI, a MPS IV jeszcze nie. Mamy nadzieję, że pacjenci z chorobą Morquio także będą objęci w niedługim czasie programem terapeutycznym, czyli refundacją leczenia – mówi dr Zbigniew Żuber.

Ze względu na różnorodność objawów diagnostyka mukopolisacharydoz stanowi wyzwanie dla lekarzy, zdaniem ekspertów w Polsce stoi jednak na wysokim poziomie. Zastrzeżeń nie budzi także opieka nad chorymi dziećmi. W znacznie gorszej sytuacji znajdują się pacjenci dorośli – brak bowiem lekarzy specjalistów oraz ośrodków, które zapewniałyby im kompleksową opiekę zdrowotną. Obecnie istnieje tylko kilka tak wysoko wyspecjalizowanych ośrodków, głównie w dużych miastach takich jak Warszawa i Kraków.

Jeżeli pacjent zakwalifikuje się do enzymatycznej terapii zastępczej, to z racji tego, że jest oceniany co pół roku, jest rehabilitowany i ma przeprowadzone badania, jest co tydzień w szpitalu pod opieką lekarzy specjalistów. Jeżeli pacjent nie ma żadnej enzymatycznej terapii, zostaje absolutnie bez opieki medycznej, rehabilitacyjnej czy psychologicznej – mówi Teresa Matulka, prezes Stowarzyszenia Chorych na Mukopolisacharydozę i Choroby Rzadkie.

Zdaniem środowisk pacjenckich w przypadku chorych na MPS kompleksowa opieka medyczna powinna być standardem. Domagają się one nie tylko objęcia refundacją leków na MPS IV, lecz także zwiększenia środków finansowych na wysoko specjalistyczną opiekę medyczną dla pacjentów z chorobami rzadkimi.

Dzisiaj jesteśmy finansowani jak zdrowy człowiek. Szpital, przyjmując nas na badania czy na leczenie, potrzebuje specjalistycznego sprzętu, drogich leków, więc zadłuża szpital, w związku z czym nie chce nas przyjmować. Stąd pozostajemy bez opieki medycznej – mówi Teresa Matulka.

Dużym problemem sygnalizowanym przez Kolegium Lekarzy Rodzinnych jest także brak pomocy socjalnej dla rodziców dziecka cierpiącego z powodu ciężkiej postaci choroby. Dziecko to wymaga stałej, nieprzerwanej opieki ze strony co najmniej jednego rodzica, co dla dorosłych oznacza rezygnację z pracy i uszczuplenie domowego budżetu.

Wraz z dzieckiem staranną opieką medyczną powinni być objęci także jego bliscy – dodaje dr Michał Sutkowski, rzecznik prasowy Kolegium Lekarzy Rodzinnych. – To kolejne wyzwanie dla całego systemu. Jeśli więc możemy umniejszać skalę problemu, skutecznie lecząc te przypadki, które leczyć potrafimy, to per saldo będzie to inwestycja, a nie tylko wydatek.

W resorcie zdrowia trwają obecnie prace nad wdrożeniem Narodowego Planu Chorób Rzadkich. Odpowiedzialny jest za to zespół pod przewodnictwem wiceministra Krzysztofa Łandy. Celem planu jest poprawienie opieki zdrowotnej i pomocy socjalnej dla pacjentów z chorobami rzadkimi, także mukopolisacharydozami.

Nowe technologie pozwolą w sposób znaczący ograniczyć emisję dwutlenku węgla w elektrowniach. W Polsce ponad połowa elektrowni ma ponad 30 lat

CEO Magazyn Polska

Ponad połowa elektrowni węglowych w Polsce jest przestarzała. Nowoczesne technologie stosowane w nowych i modernizowanych blokach energetycznych pozwalają ograniczyć emisję dwutlenku węgla o jedną czwartą. Inwestycje w nowe technologie są o tyle istotne, że węgiel w ciągu najbliższych 20–30 lat będzie stanowił wciąż ponad połowę polskiego miksu energetycznego. Zyskiwać będą OZE, w tym morskie farmy wiatrowe, oraz gaz.

Polska jest krajem o profilu tradycyjnym, bardzo mocno nastawionym z jednej strony na bezpieczeństwo energetyczne, a z drugiej na niskie ceny energii. W tym jesteśmy bardzo podobni do krajów bałtyckich, a także Czech, Słowacji i Węgier. Wprowadzamy nowy miks energetyczny wolniej, ale dzięki temu jesteśmy beneficjentem obniżających się cen nowych technologii. Wykorzystujemy węgiel, żeby zapewnić sobie bezpieczeństwo energetyczne i możliwość kreowania własnej polityki energetycznej – ocenia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Grzegorz Należyty, członek zarządu, dyrektor generalny Power Generations w Siemensie.

Jak wskazuje, polski miks energetyczny znacznie różni się od miksów krajów takich jak Niemcy, Wielka Brytania czy państw skandynawskich. W Polsce udział węgla w produkcji energii elektrycznej wynosi ok. 87 proc., z czego znacząca część wytwarzana jest z węgla kamiennego. Dla porównania w Niemczech udział węgla w produkcji sięga 45 proc., w Danii nieco ponad 30 proc.

Mamy mocno rozbudowany wydobywczy przemysł górniczy, który potężnie zasila naszą energetykę paliwem. Dzięki temu możemy mówić o niezależności energetycznej. Przewiduję, że w przyszłości nieznacznie się to zmieni, choć w ciągu następnych 20 lat wciąż powyżej 50 proc. energii w Polsce będzie opartych o ten surowiec. Jednocześnie aktualne ceny kosztów emisji dwutlenku węgla na poziomie 8 euro w zdecydowany sposób nie determinują rozszerzania miksu energetycznego – ocenia ekspert Siemensa.

Niskie ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla powodują, że poważnie rozważa się budowę kolejnych bloków węglowych. Zasadniczą rewizję istniejącego miksu energetycznego mogłyby dopiero spowodować znacznie wyższe ceny za tonę emisji – np. na poziomie ok. 30 euro. Jednocześnie budowę jednostek opartych na węglu wspiera nowoczesna technologia, która pozwala znacznie ograniczyć emisję dwutlenku węgla o ok. 25 proc. w porównaniu do wyłączanych starych jednostek. Obecnie ponad połowa jednostek wytwórczych w Polsce osiągnęła wiek powyżej 36 lat.

Budowa nowych jednostek o mocy 4,2 GW bazujących na węglu, zarówno brunatnym, jak i kamiennym, i 1,6 GW w technologii gazowej idzie w kierunku wykorzystania nowych technologii, aby poprawić efektywność produkcji energii elektrycznej i zredukować poziom dwutlenku węgla – podkreśla Grzegorz Należyty.

Jak analizuje ekspert, choć węgiel gwarantuje bezpieczeństwo Polsce, to nie ma gwarancji, że ceny opłat emisyjnych dwutlenku węgla pozostaną na niskim poziomie, a tym samym, że ceny energii dostarczanej do przemysłu będą w przyszłości na stosunkowo niskim poziomie. To zaś jest warunek tego, by polski przemysł mógł z powodzeniem konkurować na światowych rynkach.

Ważne, żeby naszą przewagą konkurencyjną były nie tylko niskie koszty pracy, lecz także energii. W przyszłości wpływ na to może mieć zmiana kosztów certyfikacji dwutlenku węgla. Dlatego musimy myśleć o tym, żeby przyszły miks energetyczny zapewniał z jednej strony niskie ceny energii, a z drugiej strony pozwolił zachować bezpieczeństwo dostaw i zwiększyć efektywność energetyki – podkreśla członek zarządu i dyrektor Power Generation w Siemensie.

Dlatego w przyszłości miks energetyczny naszego kraju, choć wciąż zdominowany przez węgiel, będzie oparty również na OZE (obecnie 7,8 GW zainstalowanych mocy) i gazie. Eksperci szacują, że za kilkanaście lat udział gazu w miksie sięgnie 20 proc.

Myślę, że rozwój OZE będzie wykorzystywał naturalne położenie naszego kraju i dostęp do basenu Morza Bałtyckiego, co oznacza szansę na rozwój  wiatrowych farm morskich. Może to być również znaczącym bodźcem do wykreowania nowego przemysłu w Polsce. Znajdziemy tam również miejsce dla energetyki opartej o gaz. Widzimy taki trend na rynku globalnym, nowych dostawców, porty LNG, decyzja o eksporcie gazu łupkowego ze Stanów Zjednoczonych będzie kluczowa dla dywersyfikacji dostaw i dalszej obniżki na światowych rynkach tego surowca. Kogeneracja wówczas może być wysoce efektywną i sprawną technologią dostarczania ciepła i produkowania energii elektrycznej – przekonuje Grzegorz Należyty.

Polacy nie przywiązują zbyt dużej wagi do tego, z jakiego materiału wykonane są ich ubrania. Zwykle kupują tańszą odzież na 1–2 sezony

CEO Magazyn Polska

Przy zakupie ubrań Polacy najczęściej sugerują się modą, fasonem, kolorem i ceną, a rzadko kiedy zwracają uwagę na to, z jakiego materiału został wykonany dany produkt. W szafach przeważa odzież z dżerseju bawełnianego, z włókien syntetycznych i poliestrowych. Ubrania zwykle służą przez jeden lub dwa sezony, a później zastępowane są innymi, które odpowiadają aktualnym trendom. Tylko nieliczni z dbałością dobierają szlachetne tkaniny, które posłużą przez lata.

Z badania „Jak Polacy dbają o ubrania” przeprowadzonego na zlecenie Leifheit Polska wynika, że podczas czytania metki informacji o składzie materiału poszukuje 62 proc. osób, natomiast o kraju pochodzenia danego produktu – 38 proc.

– Polacy w swoich szafach mają coraz więcej materiałów wykonanych z włókien chemicznych, zwłaszcza syntetycznych, poliestrowych, bo taka jest światowa produkcja. Co więcej, obawiam się, że w dużej części sami Polacy nie wiedzą, co mają w swoich szafach, ponieważ nie zawsze świadomie kupują. Często nie zwracają uwagi na materiał, z którego jest wykonane dane ubranie – mówi agencji informacyjnej Newseria dr inż. Marzanna Lesiakowska-Jabłońska, specjalistka ds. materiałoznawstwa Via Moda.

Podczas zakupu odzieży decydujące jest wrażenie estetyczne, krój i kolor. Duże znaczenie ma również cena czy aktualna promocja. Natomiast niewiele osób czyta metki i wybiera ubrania pod kątem tworzywa, z którego zostały wykonane. Sprzedawcy też nie uświadamiają w tej kwestii klientów.

Zachłysnęliśmy się zakupami w sieciówkach i często, nie zwracając uwagi na materiał, kupujemy odzież, ponieważ jest po prostu ładna i modna. Często również uznajemy, że nie warto poświęcać uwagi materiałom, ponieważ tak szybko zmieniające się trendy w modzie wypierają jedne ubiory z naszych szaf, zastępując je innymi. W tej chwili dzięki technologiom wytwarzania możemy uzyskać podobny efekt wizualny, zastępując bardzo szlachetne materiały, bardzo szlachetne struktury ich erzacami – mówi dr inż. Marzanna Lesiakowska-Jabłońska.

Ekspertka podkreśla, że choć garderoby Polek i Polaków są zróżnicowane i nie brakuje w nich eleganckich zestawów na specjalne okazje, to jednak przeważają ubrania wygodne i uniwersalne – takie, które można dopasować do wielu stylizacji.

Jest moda na dzianiny dresowe, które są wygodne, ale trudno nazwać je eleganckimi czy produktami z wysokiej półki. W naszych szafach jest wiele wyrobów wykonanych z dżerseju bawełnianego, np. T-shirty z nadrukami, farbowane. Nie mamy raczej w swoich szafach takich wyrobów, które czasami przekazuje się z pokolenia na pokolenie. Nie mamy jeszcze np. tradycji fraku, w którym chodził ojciec i który przekazał synowi – podkreśla Lesiakowska-Jabłońska.

Respondenci, którzy brali udział w badaniu ARC dla Leifheit Polska, podkreślali, że podczas pielęgnacji odzieży, najbardziej zależy im na tym, by ubrania zachowały kolor (73 proc.), były czyste (70 proc.) i miały świeży zapach (59 proc.). Dla ponad połowy badanych istotne jest z kolei zachowanie fasonu i trwałości tkanin. Mimo że większość Polaków (86 proc.) uważa, że wystarczająco dba o swoje ubrania, to blisko 60 proc. zniszczyło swoją odzież przez nieprawidłową pielęgnację. Eksperci tłumaczą, że kupowanie ubrań z dobrych tkanin to nie tylko wyznacznik stylu i dobrego gustu. W ten sposób można też zaoszczędzić, bo choć cena danego produktu może być wyższa, to posłuży on przez lata i podczas prania czy użytkowania nie ulegnie deformacji.

Odzież ogólnie jest niepodatna na recykling ze względu na wieloskładnikowość tych struktur. Mamy nici, guziki, suwaki w strukturze odzieży i nie jest łatwo użyć tych materiałów, nawet jeśli są szlachetne, do kolejnego etapu produkcji. Dlatego namawiam do odpowiedzialnego kupowania, do dbałości o odzież, do kupowania rzeczy, które poprzez szlachetność swojej struktury przenoszą wartość w czasie i niekoniecznie podlegają szybko zmieniającym się trendom i modom – mówi dr inż. Marzanna Lesiakowska-Jabłońska.

Zdaniem ekspertki społeczeństwa zamożne kierują się w stronę nurtu slow fashion. Po chwilowym zachwycie tym, co szybkie, łatwe i ogólnie dostępne konsumenci zmieniają preferencje.

Coraz bardziej zwraca się uwagę na to, z czego ta odzież jest wykonana, czy przenosi swoją wartość w czasie, czy jest to zgodne z trendem odpowiedzialnej konsumpcji, ekologii. Myślę, że młode pokolenia, które są bardzo wrażliwe na trendy, będą ten odwrót manifestowały i nawet jeżeli nie będzie to w rzeczywistości przekładało się na zakupy, to będzie wypadało mówić o tym, że jednak staramy się kupować unikatowo, staramy się kupować wyjątkowe wyroby, że nie wyrzucamy – dodaje dr inż. Marzanna Lesiakowska-Jabłońska.

Jak uniknąć „tumiwisizmu” i „rutynizmu” w pracy?

Poczucie zniechęcenia i brak inspirujących bodźców zawodowych dotyczy wielu pracujących Polaków. W badaniu Pracuj.pl, co piąty respondent przyznał, że doskwiera mu „tumiwisizm” w pracy, a co czwarty skarżył się na „rutynizm”. Brak motywacji do pracy wpływa negatywnie na jej efekty, a tym samym na rozwój i poziom satysfakcji pracowników. Dlatego warto, nie tylko angażować się w swoje obowiązki i podejmować nowe wyzwania, ale także szukać zawodowych okazji.
20 proc. Polaków ma poczucie, że nie angażuje się dostatecznie w wykonywaną pracę – wynika z raportu Pracuj.pl „Czas na zawodowe zmiany”. Rutyna w obecnym miejscu pracy dotyczy 24 proc. ankietowanych. Jeszcze więcej, bo aż 36 proc. badanych, ma poczucie, że w obecnej pracy stoi w miejscu.

Dokonaj bilansu zysków i strat

W przypadku osób, dla których rozwój zawodowy odgrywa ważną rolę, „tumiwisizm” może być wyraźnym sygnałem, że warto dokonać analizy wykonywanej pracy i zastanowić się czy spełniamy się dzięki wykonywanym obowiązkom i realizujemy nasze cele zawodowe. Powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie, co lubimy w pracy, a czego nie, co nas zniechęca, a co motywuje do działania. Spadek zaangażowania jest w dużej mierze przejawem niezadowolenia z jakiegoś aspektu naszej pracy.

Rozwiń skrzydła i poszukaj nowych możliwości

Kiedy poznamy już powody popadnięcia w „tumiwisizm” i „rutynizm” zacznijmy im przeciwdziałać. Skupmy się na tych aspektach naszej pracy, które napędzają nas do działania. Ustalmy swoją pozycję w strukturze firmy, postarajmy się zrozumieć jej cele, bierzmy przykład z doświadczonych współpracowników. Spróbujmy także przedyskutować z szefem zmianę części zakresu naszych obowiązków, aby bardziej odpowiadał naszym kompetencjom i oczekiwaniom. Wyjdźmy z inicjatywą i zaproponujmy rozwiązania. Zaangażujmy się w nowe projekty, które pozwolą nam rozwinąć zainteresowania i umiejętności. Wreszcie pomyślmy nad uzupełnieniem lub zaktualizowaniem naszych kompetencji zawodowych.

Może już czas na zmianę?

W przypadku, kiedy bardzo trudno nam zmotywować się do efektywnej pracy, warto zastanowić się czy to nie odpowiedni moment na jej zmianę. Popadnięcie w „rutynizm” i „tumiwisizm” może skutkować przegapieniem zawodowej szansy w innym miejscu pracy. Myśląc o zmianie nie warto czekać do ostatniego momentu, tylko stale aktualizować swoją wiedzę o oczekiwaniach pracodawców.