Samochody elektryczne to jeden z głównych trendów, który zmienia rynek motoryzacyjny. Wymusza też inwestycje w technologie i nowe rozwiązania ze strony producentów opon, gdyż elektryki wymagają specjalnego ogumienia. Te tradycyjne zużywają się szybciej, a na ich trwałość wpływa m.in. ciężar akumulatora. Inżynierowie Goodyeara opracowali specjalną, koncepcyjną oponę, która ma wspierać mobilność elektryczną, ale przede wszystkim zapewnić większy komfort kierowcom. Goodyear reCharge opiera się na personalizacji, wygodzie i zrównoważonym rozwoju, dostosowując się do warunków na drodze i stylu jazdy konkretnego użytkownika.
– Opony do samochodów elektrycznych mają trochę inny kształt i strukturę niż dotychczas. Czujniki stosowane w nich także będą odgrywać coraz ważniejszą rolę w przyszłej mobilności. W tej chwili służą już nie tylko do pomiaru ciśnienia, ale często również do analizowania eksploatacji dużych flot samochodów ciężarowych. W przyszłości w połączeniu ze sztuczną inteligencją i wykorzystywaniem danych z chmury będą miały jeszcze większe znaczenie – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes Paweł Jezierski, kierownik komunikacji Goodyeara. – Dzięki temu połączenie kierowcy z pojazdem i z oponami, a docelowo z nawierzchnią, po której się porusza – przełoży się na wygodniejszą, bardziej świadomą komunikację w nowoczesnych aglomeracjach miejskich.
Systemy czujników, telematyka i technologie oferowane przez firmy oponiarskie już w tej chwili przynoszą firmom transportowym konkretne oszczędności w postaci mniejszego zużycia paliwa czy ogumienia, oszczędności czasu albo niższej awaryjności – bo dzięki czujnikom umieszczonym w oponach i analizie danych system może przewidzieć awarię i ostrzec przed nią zarządcę floty, jeszcze zanim do niej dojdzie. Dlatego też inwestycje operatorów flot i firm transportowych w nowe rozwiązania to trend zarówno na polskim, jak i ogólnoeuropejskim rynku.
W nowe technologie inwestują też producenci opon. Wymuszają je zmieniający się rynek motoryzacyjny i trendy takie jak carsharing, elektromobilność czy samochody autonomiczne.
– Goodyear co roku stara się pokazywać innowacyjne koncepcje opon, które odpowiadają na wyzwania nowoczesnej motoryzacji, mobilności przyszłości. W Luksemburgu i Stanach Zjednoczonych mamy nasze centra innowacji, które pracują nad nowoczesnymi rozwiązaniami dla opon, dla ich użytkowników i dla flot samochodowych. Staramy się odpowiadać na wyzwania, które niesie ze sobą elektromobilność i samochody autonomiczne, ale także na pragmatyczne oczekiwania naszych konsumentów co do wygody korzystania z opon, ich personalizacji i naszego wpływu na środowisko naturalne – mówi Paweł Jezierski.
W ubiegłym roku producent wypuścił na rynek koncepcyjną oponę Aero, która może służyć zarówno jako tradycyjna opona drogowa, jak i śmigło do latania. Jest wyposażona w napęd magnetyczny niezbędny do poruszania się pojazdu po drogach, a jednocześnie do wyniesienia go w powietrze, czujniki optyczne monitorujące warunki drogowe czy stan zużycia ogumienia, a nawet procesor sztucznej inteligencji, którego zadaniem jest analiza danych z czujników i zewnętrznych źródeł. Aero ma przyczynić się do urzeczywistnienia koncepcji autonomicznych, latających samochodów przyszłości. Pracują nad nimi już m.in. Airbus, Audi i Uber, który – we współpracy z NASA – rozwija swój pomysł latających taksówek.
Rok wcześniej Goodyear prezentował rozwiązanie przydatne dla operatorów flot: system obejmujący oponę, czujniki i algorytmy pracujące w chmurze. Czujniki w inteligentnych oponach zbierają dane z pojazdu oraz źródeł zewnętrznych i w czasie rzeczywistym dostarczają je do specjalnych algorytmów opracowanych przez inżynierów Goodyeara. System na bieżąco komunikuje się z operatorem floty poprzez aplikację mobilną, dzięki czemu może on np. optymalizować koszty i zapobiegać awariom.
Rozwój elektromobilności wymusza jednak opracowywanie nowych opon. Jak wykazały testy Goodyeara – tradycyjne opony zamontowane w pojazdach elektrycznych zużywają się nawet do 30 proc. szybciej, a na ich trwałość wpływa m.in. ciężar akumulatorów. W związku z tymi wyzwaniami Goodyear zaprezentował w tym roku oponę reCharge. Nowe rozwiązanie ma zapewnić większy komfort kierowcom, opiera się też na personalizacji, dostosowując się do konkretnego użytkownika.
– Koncepcyjna opona Goodyear reCharge opiera się na trzech filarach: na personalizacji, wygodzie i na ograniczaniu wpływu na środowisko naturalne. W kontekście personalizacji pozwala ona na dostosowanie swojej struktury i swojego bieżnika do warunków panujących na drodze oraz do stylu jazdy danego użytkownika. Jej wygoda polega na tym, że jej eksploatacja i serwisowanie sprowadza się do wymiany kapsułek ze specjalną mieszanką bieżnika, który następnie tworzy całą strukturę opony. Z kolei dzięki temu, że opona jest wykonana w pełni z biodegradowalnych komponentów – przyczynia się do ochrony środowiska. Do jej wykonania wykorzystujemy pajęczy jedwab, czyli jedną z najtrwalszych substancji na świecie – podkreśla Paweł Jezierski.
W środku opony reCharge znajduje się miejsce na specjalne kapsuły wypełnione biodegradowalną mieszanką bieżnika – specjalnie dobraną mieszanką płynów wykonaną z materiału biologicznego i wzmocnioną włóknami z jedwabiu pajęczego. Kapsuły wypełnione nią umożliwiają regenerację bieżnika i dostosowanie opony do warunków klimatycznych czy drogowych. Dzięki wykorzystaniu SI i czujników umieszczonych w oponie płynna mieszanka może też zostać dostosowana do indywidualnych potrzeb kierowcy i jego stylu jazdy.
Koncepcyjna opona reCharge została stworzona przez inżynierów z myślą o rozwoju elektromobilności. Ta rozwija się bardzo szybko zarówno w całej Europie, jak i w Polsce. Najnowszy „Licznik elektromobilności” PSPA pokazuje, że z końcem stycznia br. w Polsce było zarejestrowanych łącznie 9099 samochodów osobowych z napędem elektrycznym. Tylko w tym miesiącu zarejestrowano 462 nowe auta, co stanowiło blisko 200-proc. wzrost w ujęciu rocznym. Część państw europejskich (m.in. Norwegia i Niemcy) planuje już całkowite wstrzymanie sprzedaży samochodów spalinowych w latach 2025–2030.
Przyspieszają prace nad pierwszą oryginalną polską cząsteczką przeciwnowotworową. Ryvu Therapeutics testuje już inhibitory białka, które mogą mieć duży potencjał w leczeniu różnych typów nowotworów. Nowa cząsteczka sprawdzi się tam, gdzie ze względu na rodzaj mutacji nowotwory nie były dotychczas podatne na typowe leczenie. Obecnie blisko 20 proc. wszystkich nowotworów litych ma przynajmniej jedną mutację w podjednostkach kompleksu.
– Ryvu ogłosiło podpisanie umowy z Narodowym Centrum Badań i Rozwoju na dofinansowanie projektu w zakresie syntetycznej letalności na kwotę 32 mln zł. Pozwoli nam to na przyspieszenie prac nad oryginalną polską cząsteczką przeciwnowotworową. Mamy nadzieję, że już za trzy lata kolejna cząsteczka Ryvu trafi do badań klinicznych – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Przewięźlikowski, prezes Ryvu Therapeutics.
Naukowcy od lat pracują nad inteligentnymi cząsteczkami, które mogą okazać się skuteczne w walce z rakiem. Pod koniec 2019 roku okazało się np., że eksperymentalny lek, AMG 510, który celuje w zmutowane formy białka KRAS, całkowicie skurczył guzy u myszy, a dane z małego badania klinicznego pokazują, że wydaje się on być aktywny przeciwko różnym typom raka z mutacją KRAS. To o tyle istotne, że białka KRAS były dotychczas całkowicie oporne na leczenie, a nawet jedna trzecia wszystkich nowotworów jest powodowana przez szkodliwe mutacje w rodzinie genów RAS. Niedawno naukowcy doszli też do przełomowego odkrycia, że część komórek rakowych wytwarza więcej białka niż pozostałe, tym samym dając sygnał organizmowi, żeby ich nie zwalczał.
Także Polacy są na dobrej drodze do opracowania rewolucyjnego leku przeciw nowotworom litym. Ryvu Therapeutics zawarło umowę z NCBiR na dofinansowanie projektu „Rozwój terapii celowanych opartych na mechanizmie syntetycznej letalności w onkologii”.
– Rozpoczęliśmy badania nad cząsteczkami na modelach zwierzęcych w probówkach, pracujemy nad projektem już około trzech lat. Najwcześniej w 2024 roku możemy przystąpić do badań klinicznych. Uważamy, że inhibitory białka SMARCA2 syntetycznie letalne z białkiem SMARCA4 mogą mieć duży potencjał w leczeniu różnego rodzaju typów nowotworów, przede wszystkim nowotworów płuca, ale również trzustki i innych nowotworów, guzów litych – tłumaczy prezes Ryvu Therapeutics.
Ryvu rozwija projekty leków wycelowanych w genetycznie określone typy nowotworów, które ze względu na rodzaj mutacji nie były dotychczas podatne na zwykłe leki. Syntetyczna letalność pozwoli zidentyfikować geny, w których doszło do mutacji. Jak podaje Ryvu, blisko 20 proc. wszystkich nowotworów litych ma przynajmniej jedną mutację w podjednostkach kompleksu, w tym podjednostce helikazowej SMARCA4 (BRG1), występującej często m.in. w niedrobnokomórkowym raku płuc.
– W zasadzie każda innowacyjna terapia przeciwnowotworowa jest przełomowa, dlatego że z rakiem musimy walczyć na wielu frontach, typ nowotworu po typie nowotworu, białko po białku – i tę wojnę powoli będziemy wygrywać. Jednak nie ma co liczyć na to, że jedna cząsteczka czy jeden projekt wyleczy wszystkie nowotwory. To jest raczej walka typu wioska po wiosce – mówi Paweł Przewięźlikowski.
Kolej staje się coraz bardziej innowacyjna. Pojawiają się nowoczesne tabory i superszybkie, ekologiczne pociągi. Sztuczna inteligencja pomaga maszynistom, zmniejsza ryzyko wypadków i ostrzega przed zagrożeniami. Na zmianach korzystają również pasażerowie. Nowoczesne aplikacje nie tylko pozwalają na zakup biletu, ale też w czasie rzeczywistym podają informacje o ruchu w miejscu docelowym. Innowacje nie omijają także pociągów regionalnych. POLREGIO wprowadziło np. rozwiązania, które pozwalają niepełnosprawnym łatwiej zaplanować podróż.
– Innowacje, które szykuje POLREGIO na najbliższe lata, to przede wszystkim poprawa jakości oferty dla pasażera i komfortu pracy naszych pracowników. Dotyczy to przestrzeni pasażerskiej, np. wprowadzenia ergonomicznych foteli czy kącików małego podróżnika. Musimy też mieć świadomość, że już jesteśmy bardziej cyfrowym społeczeństwem i bez cyfryzacji na wielu etapach procesu przewozowego nie pozyska się nowych pasażerów – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Krzysztof Zgorzelski, prezes POLREGIO.
Kolej przechodzi szybkie zmiany. Inaczej wyglądają same pociągi – aerodynamiczne, zbudowane z lekkich materiałów są znacznie szybsze, coraz częściej także ekologiczne, np. napędzane wodorem. Dla maszynistów nowe technologie oznaczają duże ułatwienia – systemy sztucznej inteligencji ostrzegają przed wypadkiem, a czujniki umieszczone na torach alarmują przy wykryciu nieprawidłowości. Zyskują też pasażerowie.
Nie tylko najwięksi przewoźnicy, lecz także regionalni wprowadzają udogodnienia podczas podróży. Większość biletów kupuje się online w domu lub na stacji za pośrednictwem automatów biletowych. Po zakupie można zeskanować kod kreskowy z biletu w barierze bezpieczeństwa, eliminując potrzebę papierowych biletów. Najnowsze aplikacje zapewniają pasażerom wszystkie informacje, których mogą potrzebować podczas podróży, w tym rozkłady jazdy pociągów i ważne aktualizacje usług. Jeśli pasażer przyjeżdża do nieznanego miasta, ma dostęp do lokalnych linii autobusowych, tramwajowych i metra, dzięki czemu może zaplanować kolejną część podróży.
– W POLREGIO inwestujemy i rozwijamy nasz system sprzedaży biletów nie tylko dla pasażerów, którzy mogą się normalnie poruszać. Nasza aplikacja „Podróż bez barier” zapewnia asystę dla osób z niepełnosprawnościami – wskazuje Krzysztof Zgorzelski.
Platforma „Podróż bez barier” zaprojektowana przez Przewozy Regionalne udostępnia w jednym miejscu wszystkie informacje istotne dla pasażerów – wyszukiwarkę i siatkę połączeń, wszystkie przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych. Pasażer może też zamówić asystę, a wszystko bez konieczności rejestracji.
– Technologie cyfrowe, które chcemy rozwijać, to system informacji pasażerskiej na pokładach naszych pociągów, żeby na bieżąco można było je aktualizować i żeby były bardziej czytelne niż do tej pory. To pierwszy nurt, czyli komunikacja między nami a pasażerem, od chwili zainteresowania się przez niego naszą ofertą, żeby mógł wybrać, dokąd i kiedy chce jechać – tłumaczy prezes POLREGIO.
Elektroniczne systemy informacji pasażerskiej podają komunikaty o zbliżających się stacjach. Podobne systemy działają w większości krajów, ale np. w Azji wyświetlają informacje o możliwych przesiadkach w zależności od stacji, podają też najszybszą trasę na inne perony. U większych przewoźników elektroniczne systemy są dopasowane do indywidualnych potrzeb pasażerów.
Jak mówi Krzysztof Zgorzelski, cyfryzacja w POLREGIO pozwala też przyspieszyć ewentualne reklamacje.
– Dzięki cyfryzacji obieg i grupowanie informacji są znacznie łatwiejsze w celu poprawy oferty dla pasażera – dodaje.
Najczęściej występującymi przestępstwami gospodarczymi w polskich firmach są korupcja i łapownictwo oraz nadużycia księgowe – wynika z badania przeprowadzonego przez firmę doradczą PwC. Z tymi zjawiskami kryminalnymi spotkało się odpowiednio 54% i 49% firm – ofiar nadużyć. Dla porównania, w badaniu z 2018 r. obie kategorie zgłosiło tylko 17% respondentów. Rosną też straty – co trzecia firma mówi o ponad 4 mln zł.
Z danych zebranych w raporcie PwC „Global Economic Crime Survey 2020”, przygotowanym na podstawie 9. badania przestępczości gospodarczej, wynika, że zjawisko korupcji i łapownictwa w polskich przedsiębiorstwach jest znacznie częstsze niż w firmach na świecie. W tegorocznym sondażu, w którym uczestniczyło 5018 respondentów, w tym 76 z Polski – aż 54% spośród polskich firm, które doświadczyły nadużyć przyznało, że było dotkniętych zjawiskiem korupcji. W badaniu z 2018 roku było to jedynie 17%. To też znacznie więcej niż odsetek wśród firm z całego świata (30%). Drugą kategorią przestępstw są nadużycia księgowe, z którymi zetknęło się 49% spośród polskich przedsiębiorstw, w których wystąpiły nadużycia. Na świecie najczęstszym przestępstwem gospodarczym według wskazań respondentów są nadużycia popełnione przez klientów. Ogólnie przestępstwa gospodarcze dotknęło 46% przedsiębiorców w Polsce wobec 50% deklarowanych w badaniu 2 lata temu.
Kiedy dochodzi do oszustwa, bezpośrednie straty finansowe to dopiero początek. Zbyt często towarzyszą im inne koszty, które są mniej policzalne, ale potencjalnie znacznie bardziej szkodliwe – od szkód które wpływają na markę, przez utratę pozycji rynkowej, aż do zniszczenia morale pracowników. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost świadomość polskich przedsiębiorców w zakresie ryzyk jakie wiążą się z korupcją, a tym samym zwiększenie wykrywalności tego zjawiska. Nie bez znaczenia są tutaj zmiany i propozycje zmian legislacyjnych dotyczące przede wszystkim odpowiedzialności podmiotów zbiorowych i ochrony sygnalistów. – Marcin Klimczak, partner w PwC, lider zespołu usług śledczych i wykrywania nadużyć w Polsce, na Ukrainie i w krajach bałtyckich.
Promocja znaczenia sygnalistów w wykrywaniu przestępstw gospodarczych w firmach jest w Polsce bardzo potrzebna. Zwłaszcza, że w badaniu firmy deklarują, że znacznie rzadziej za ich pomocą wykrywają nadużycia. Ekspertów niepokoi duży spadek liczby nadużyć zgłoszonych przez sygnalistów – z 45% w 2018 r. do zaledwie 6% w obecnej edycji badania (w porównaniu z 16% na świecie). Polskie firmy nie wskazały również, aby do wykrycia nadużyć dochodziło za pomocą systemów zarządzania ryzykiem, bądź zaawansowanej analizy danych.
Niestety nie wszystkie firmy są w pełni gotowe, aby sprostać wymogom regulacyjnym. Aż 72% badanych przedsiębiorców nie wdrożyło programów antykorupcyjnych, a co więcej prawie połowa nie posiada formalnych procedur oraz nie przeprowadza formalnego procesu oceny ryzyka w tym zakresie. Jedynie 6% polskich firm przyznało, że posiada dedykowanego eksperta compliance, a wdrożenie programów antyfraudowych uznaje jako priorytetowy wydatek w budżecie. – Angelika Ciastek-Zyska, starszy menedżer w zespole usług śledczych i wykrywania nadużyć w PwC
Jedynie 29% polskich firm przyznało, że doświadczenie nadużycia je wzmocniło. Jednocześnie aż 45% firm na świecie twierdzi, że w skutek doświadczenia nadużycia, znalazły się one w lepszej sytuacji jako organizacja. Podobnie, firmy w Polsce gorzej niż firmy na świecie radziły sobie z doświadczeniem sytuacji kryzysowych, jakimi były nadużycia.
Firmy nie radzą sobie z sytuacjami kryzysowymi jakimi jest doświadczenie nadużyć. Aż 70% polskich firm, które doświadczyły nadużyć wskazała na wątpliwości, co do tego, czy podjęte przez nie działania były właściwe zarówno na poziomie strategicznym – w kontekście zgodności z wartościami firmy, jak i na poziomie operacyjnym- czyli komunikacji, wykorzystania informacji, czy też odpowiednio szybkiej reakcji. Jedynie 1/3 polskich firm przyznaje, że doświadczenie nadużyć je wzmocniło- dla porównania, podobnie twierdzi prawie połowa firm na świecie, która doświadczyła nadużyć. – Katarzyna Kreft, menedżer w zespole usług śledczych i wykrywania nadużyć w PwC.
W wyniku wykrytych oszustw i nieprawidłowości 61% przedsiębiorstwo w Polsce w ostatnich 24 miesiącach straciło ponad 0,4 mln zł 0 jest to zbliżone do poziomu światowego. Jeszcze 2 lata temu deklaracje dotyczące strat były niższe (o kosztach powyżej 0,4 mln zł mówiło 43% firm). Z raportu PwC wynika, że 63% (wobec 55% dwa lata temu) nadużyć zostało popełnionych z udziałem osób z wewnątrz firmy. Ponadto, 60% spośród nadużyć wewnętrznych było efektem działań przedstawicieli kadry kierowniczej.O raporcie Global Economic Crime Survey 2020
Raport został przygotowany na podstawie analizy danych z badania, w którym wzięło udział 5018 respondentów na świecie, w tym 76 z Polski. Przede wszystkim kadry kierowniczej, z 99 krajów, reprezentujących 30 branż i sektorów.
Według wstępnych danych resortu rodziny, pracy i polityki społecznej stopa bezrobocia wyniosła w lutym br. 5,5%, czyli utrzymała się na tym samym poziomie co w styczniu. W ubiegłym roku poziom bezrobocia sięgał 6,1%. Brak spadku stopy bezrobocia na przełomie stycznia i lutego był odnotowany również w poprzednich dwóch latach. Wśród województw z najwyższym bezrobociem, od lat w czołówce utrzymują się województwa: warmińsko – mazurskie (obecnie 9,6%), świętokrzyskie i podkarpackie (oba 8,3%) i kujawsko – pomorskie (8,1%). Na przeciwległym biegunie znajdują się województwa: wielkopolskie (3,1%), małopolskie (4,4%) i mazowieckie (4,1%), czyli te, które mają na swoim obszarze silne ośrodki miejskie, będące zarówno ważnymi ośrodkami akademickimi, jak i siedzibą wielu dużych firm.
W lutym liczba osób zarejestrowanych jako bezrobotne wyniosła 921 tys. osób, i w porównaniu ze styczniem 2020 roku nieznacznie się zmniejszyła (o1,2 tys. osób, co stanowi zaledwie 0,1 proc).Spadki liczby osób bezrobotnych odnotowano w 10 województwach, zaś w 6 – niewielki wzrost. Co ciekawe, wzrost liczby bezrobotnych dotyczy województwa wielkopolskiego, które do tej pory miało jeden z najniższych wskaźników bezrobocia (poniżej 3,5%), a Poznań – najniższe wskaźniki w całym kraju (około 1,2 – 1,4 w 2020 roku).
W kolejnych miesiącach możemy się spodziewać stopniowego spadku bezrobocia z uwagi na uruchomienie programów aktywizacyjnych finansowanych ze środków Funduszu Pracy, choć nie należy się spodziewać tak spektakularnych odpływów na rynek pracy jakie miały miejsce w ostatnich latach, głównie z uwagi na dużą ostrożność pracodawców w planowaniu zwiększenia zatrudnienia z powodu przewidywanych zmian sytuacji gospodarczej.
Warto również zauważyć, że stopa bezrobocia w coraz mniejszym stopniu jest parametrem mierzącym sytuację na rynku pracy. O ile w latach wysokiego bezrobocia zmiany tego wskaźnika odzwierciedlały kształtowanie się popytu na pracę, o tyle w tej chwili jego niewielkie wahania nie oddają ani problemów pracodawców z pozyskaniem pracowników, ani nie odzwierciedlają problemu kurczących się zasobów pracy. Wydaje się, że zmiany liczby zarejestrowanych bezrobotnych mogą w większym stopniu wynikać z dostępności środków na programy aktywizacyjne niż z faktycznego przechodzenia tych osób na otwarty rynek pracy.
2 marca 2020 r. Sejm uchwalił ustawę o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19 (koronawirusa), innych chorób zakaźnych oraz wywołanych nimi sytuacji kryzysowych. Ustawa została przekazana do Senatu. Po jej uchwaleniu przez parlament i podpisaniu przez prezydenta ma wejść w życie z dniem następującym po dniu ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.
Polecenie wykonywania pracy zdalnej
Proponowane przepisy (art. 3 ustawy) przewidują m.in. możliwość wydania pracownikowi polecenia wykonywania, przez czas oznaczony pracy zdalnej. Pracownik będzie miał obowiązek zastosować się do polecenia pracodawcy. W tym przypadku nie będzie wymagana zgoda pracownika na pracę poza miejscem jej stałego wykonywania. Uzasadnieniem podjęcia takich środków, może być niewątpliwie wykonywanie przez pracodawcę obowiązku zapewnienia bezpiecznych i higienicznych warunków pracy oraz dbania o zdrowie pracowników. W okresie wykonywania pracy zdalnej pracownik zachowywać będzie pełne prawo do należnego mu wynagrodzenia.
Podejrzenie zarażenia
Należy jednak pamiętać, że samo podejrzenie zarażenia, bez ustalenia realnego zagrożenia wystąpienia infekcji nie jest wystarczającą przyczyną uzasadniającą polecenie pracownikowi wykonywania pracy zdalnej. Natomiast, zgodnie z zaleceniami opublikowanymi przez Główny Inspektorat Sanitarny, w przypadku kiedy dana osoba ma uzasadnione podejrzenie ryzyka zarażenia (np. pozostawała w bliskim kontakcie z osobą zarażoną koronawirusem, powrotu z regionu o dużej liczbie zarażeń), ale nie ma jeszcze objawów, powinna pozostać w domu i unikać kontaktu z innymi osobami, aby nie doszło do rozprzestrzeniania się wirusa. Pracownik powinien wtedy za pośrednictwem środków porozumiewania się na odległość niezwłocznie poinformować pracodawcę o zaistniałej sytuacji.
Zasiłek opiekuńczy dla rodziców
Zgodnie z art. 4 projektu ustawy rodzice sprawujący opiekę nad dzieckiem, w przypadku zamknięcia z powodu koronawirusa żłobka, klubu dziecięcego, przedszkola lub szkoły do których uczęszcza dziecko, będą mieć prawo do dodatkowego zasiłku opiekuńczego za okres nie dłuższy niż 14 dni z powodu konieczności osobistego sprawowania opieki nad dzieckiem. Warto zauważyć, że przesłanką uzyskania tego świadczenia jest sam fakt zamknięcia placówki a nie wystąpienie u dziecka objawów choroby.
Skierowanie na urlop bezpłatny
Jak informują niektórzy pracownicy ich pracodawcy kierują osoby powracające z urlopów na terenach dotkniętych epidemią na urlop bezpłatny lub żądają zaprzestania stawiania się w pracy przez pewien okres. Warto wiedzieć, że poza wyjątkami przewidzianymi w Kodeksie pracy, pracodawca nie może jednostronnie skierować pracownika na urlop bezpłatny. Zgodnie z art. 174 Kodeksu pracy, pracodawca na pisemny wniosek pracownika może udzielić mu urlopu bezpłatnego. Na czas urlopu ulegają zawieszeniu wszystkie prawa i obowiązki stron stosunku pracy, w tym nie jest wypłacane wynagrodzenie za pracę. Okres ten nie jest wliczany do okresu pracy, od którego zależą uprawnienia pracownicze. Oznacza to, że nawet pracownik, który jest potencjalnym nosicielem wirusa, musi wyrazić zgodę na skierowanie na urlop bezpłatny.
Autorzy:
Krystian Stanasiuk, partner w Taylor Wessing w Warszawie
Katarzyna Pęcak, associate w Taylor Wessing w Warszawie
Wtorkowa obniżka stóp procentowych ze strony Rezerwy Federalnej podjęta na nadzwyczajnym posiedzeniu sprawiła, że inwestorzy zaczęli jeszcze bardziej zastanawiać się, jakie kroki podejmą inne banki centralne, w tym Narodowy Bank Polski. Co przyniosło wczorajsze spotkanie RPP?
Wczoraj, na zakończenie dwudniowego spotkania decyzyjnego Rady Polityki Pieniężnej, RPP podjęła decyzję o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionym poziomie, ze stopą referencyjną w wysokości 1,5%. Stopy procentowe w Polsce pozostają bez zmian już 5 lat (Wykres 1).
Wykres 1: Stopa referencyjna NBP (2010 – 2020)
Źródło: Bloomberg Data: 05/03/20
Spotkanie Rady Polityki Pieniężnej było istotne z dwóch powodów. Po pierwsze, ze względu na publikację marcowej projekcji inflacji i PKB, której kluczowy fragment został zawarty w komunikacie z posiedzenia RPP. Po drugie, ze względu na kwestię nowego, istotnego ryzyka w postaci koronawirusa, który wywołał serię działań globalnych decydentów.
Owe działania objawiały się serią obniżek stóp procentowych kluczowych banków centralnych. Patrząc jedynie na kraje walut G10, we wtorek stopy obniżyły Bank Rezerwy Australii (25 pb.) oraz Rezerwa Federalna (50 pb.), w środę z kolei cięcia ogłosił Bank Kanady (50 pb.). Dalsze obniżki stóp w tych krajach nie są wykluczone. Prawdopodobne są również cięcia m.in. ze strony Europejskiego Banku Centralnego (decyzja ma zapaść 12 marca) oraz Banku Anglii (26 marca).
W wyniku istotnego wzrostu obaw rynku w związku z rozprzestrzenianiem się koronawirusa poza Chiny – które w zeszłym tygodniu przejawiały się istotnymi spadkami na globalnym rynku akcji i osłabieniem walut rynków wschodzących – rynek zaczął wyceniać obniżki stóp procentowych również w Polsce. Wycena kontraktów FRA 12×15 w PLN w ostatnich dniach sugerowała, że rynek zakłada łącznie 2-3 obniżki stóp procentowych o 25 pb. w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Z tą agresywną wyceną obniżek stóp procentowych można również powiązać część słabości, jakiej doświadczył złoty w poprzednim tygodniu.
Wykres 2: Implikowana zmiana stopy WIBOR 3M w horyzoncie rocznym na podstawie kontraktów FRA 12×15 w PLN [pb.] (2015 – 2020)
Źródło: Bloomberg Data: 05/03/20
Wczorajsza retoryka Rady Polityki Pieniężnej nie sugerowała, żeby tak miało się stać. W komunikacie po spotkaniu decyzyjnym zawarto wprawdzie informację o niepewności względem perspektyw światowej gospodarki związanej z nowym globalnym zagrożeniem, nie umieszczono jednak informacji o zobowiązaniu się RPP do podjęcia działań w tym kontekście. W trakcie konferencji prasowej prezes Glapiński podtrzymał swoją dotychczasową retorykę sugerując, że oczekuje stabilizacji stóp lub ewentualnego ich spadku – jeśli do jakiejkolwiek ich zmiany miałoby dojść. Decydenci towarzyszący mu na konferencji, czyli prof. Ancyparowicz oraz prof. Sura, nie wyrażali istotnie odmiennej opinii, również sugerując, że stabilizacja stóp obecnie wydaje się najbardziej prawdopodobnym scenariuszem.
Nie oznacza to, że wspomniane wyżej działania innych banków centralnych prezes Glapiński ocenia negatywnie. Niemniej, zwracał on uwagę na to, że sytuacja w Polsce istotnie różni się od tej w innych krajach – na korzyść Polski.
Odnosząc się do sytuacji w Polsce, prezes Glapiński był jednak sceptyczny względem skuteczności działań samej polityki pieniężnej, sugerując, że w przypadku materializacji negatywnego scenariusza „niewiele by dała”. Dodał jednak, że RPP jest przygotowana na taką ewentualność, stwierdzając: „jesteśmy gotowi, gdyby zaszła taka konieczność”. Przewodniczący RPP w tym kontekście zwrócił również uwagę jak istotna jest koordynacja działań banku centralnego i polityki fiskalnej. Ton Glapińskiego w kontekście koronawirusa w ujęciu ogólnym był dość optymistyczny.
Przechodząc do drugiej istotnej kwestii, czyli marcowej projekcji Departamentu Analiz Ekonomicznych (DAE) NBP, prezes Glapiński w trakcie konferencji odczytał jej kluczowe założenia zawarte w komunikacie z posiedzenia RPP. W relacji do poprzedniej projekcji, największe zmiany to silniejszy wzrost cen w 2020 roku oraz niższe tempo wzrostu gospodarczego w latach 2020-2021 od tego szacowanego w listopadzie. Marcowa projekcja uwzględnia również 2022 rok.
W kontekście tego, że sytuacja w związku z koronawirusem, który stanowi ryzyko dla globalnego wzrostu i inflacji, zmienia się z tygodnia na tydzień, warto w tym miejscu podkreślić, że projekcja opiera się na danych i informacjach zebranych do 18 lutego, nie uwzględniając tym samym okresu późniejszego.
Zgodnie z najnowszą projekcją DAE NBP z 50% prawdopodobieństwem wskaźniki gospodarcze znajdą się w wyznaczonych widełkach.
Roczna dynamika CPI (%)
Roczny wzrost PKB (%)
2020
3,1 – 4,2 (2,1 – 3,6)
2,5 – 3,9 (2,7 – 4,4)
2021
1,7 – 3,6 (1,6 – 3,6)
2,1 – 3,9 (2,3 – 4,2)
2022
1,3 – 3,4
1,8 – 3,7
(projekcja listopadowa)
Niedługo po decyzji Rady Polityki Pieniężnej polski złoty umocnił się w parze z euro. Skala zmian na parze była jednak ograniczona, a ruch ten częściowo stanowił odrobienie wcześniejszych strat. Niemniej, w trakcie konferencji prasowej kurs EUR/PLN obniżył się poniżej 4,29 schodząc do najniższego poziomu od ponad tygodnia.
W następstwie spotkania, zmianie uległa również wycena zmian stóp procentowych na podstawie kontraktów FRA. Sugerowany poziom stopy WIBOR 3M za rok obecnie wynosi 1,17% (Wykres 3), co sugeruje, że rynek spodziewa się, że Rada Polityki Pieniężnej w horyzoncie rocznym obniży stopy procentowe łącznie o 50 pb.
Wykres 3: Stawki kontraktów FRA 12×15 w PLN (luty ‘20 – marzec ‘20)
Źródło: Bloomberg Data: 05/03/20
Umocnienie złotego oraz zmiana wyceny zmian stóp procentowych w Polsce po spotkaniu RPP sugerują, że wczorajsza decyzja Rady, wydźwięk komunikatu ze spotkania i konferencji prasowej wpłynęły na pewne ograniczenie rynkowych oczekiwań względem rozluźnienia polityki pieniężnej ze strony RPP.
Naszym zdaniem rynek jednak cały czas przeszacowuje możliwość podjęcia działań przez Radę. Biorąc pod uwagę obecną w Polsce wysoką inflację oraz perspektywy jej utrzymania w krótkim i średnim terminie wydaje nam się mało prawdopodobne, żeby Rada Polityki Pieniężnej w najbliższym czasie zdecydowała się na rozluźnienie polityki pieniężnej. Niemniej, uwzględniając rosnące ryzyko dla globalnej gospodarki z tytułu koronawirusa, wygląda na to, że jakiekolwiek głosy za podwyżką stóp procentowych zupełnie ucichną – przynajmniej dopóki sytuacja w kontekście tego nowego zagrożenia nie ulegnie istotnej poprawie. Głosy te wyraźnie słychać było jeszcze w styczniu, kiedy zagrożenie dla gospodarki globalnej z tytułu koronawirusa wydawało się istotnie mniejsze. Wtedy za ruchem stóp w górę o 15 pb. opowiadało się 3 członków RPP.
Jeśli eskalacja koronawirusa nie będzie postępowała w wyraźnie szybszym tempie, a wpływ na globalną gospodarkę z jego tytułu okaże się ograniczony oraz dość krótkotrwały, sądzimy, że rynek wycofa się z oczekiwania obniżek stóp procentowych w Polsce. Uważamy, że w takiej sytuacji złoty powinien otrzymać wsparcie zarówno z tego tytułu, jak i ze strony samej deeskalacji ryzyka w kontekście koronawirusa.
Allianz Polska ogłosił właśnie pełne wyniki finansowe za 2019 rok. Ubiegły rok był czasem wzmożonej pracy nad rozwojem firmy i biznesu Allianz w Polsce.
Stabilny wzrost
W 2019 spółka skupiona była na wzmocnieniu fundamentu prowadzonego biznesu. Pomimo znaczących obniżek cen na rynku firma utrzymała stabilną sprzedaż, a spółki z Grupy Allianz zamknęły rok z zyskiem operacyjnym na poziomie 241 mln zł – o 3% większym niż w roku 2018. Jednocześnie to kolejny rok z rzędu z najwyższym wynikiem operacyjnym w historii Allianz w Polsce – ponad dwukrotnie wyższym niż w roku 2015. – Osiągnięcie takich wyników możliwe było dzięki wytężonej pracy nie tylko naszych pracowników ale także naszych agentów, którzy codziennie sprzedają produkty Allianz – mówi Grzegorz Krawiec, CFO, członek Zarządu Allianz Polska. W spółce życiowej przypis urósł o 2%, podczas gdy cały rynek życiowy w tym samym czasie skurczył się o 2%. W połączeniu z bardzo dobrym wynikiem operacyjnym w tej spółce, daje to dobrą i stabilną bazę do polepszania wyników w obszarze produktów życiowych także w przyszłości. W majątku najsilniejszy (ponad 10%) wzrost spółka osiągnęła w sprzedaży pakietów dealerskich oraz ubezpieczeń turystycznych. – W 2020 roku stawiamy na dynamiczny oraz rentowny wzrost – inwestujemy jednocześnie w sieć agencyjną, wprowadzając kolejne rozwiązania, które mają ułatwić sprzedaż. Nasze wyniki pozwalają nam planować mocny rozwój w Polsce na najbliższe lata – podsumowuje Grzegorz Krawiec.
Fundament na przyszłość
Z myślą o klientach i ich potrzebach w 2019 Allianz zainwestował w wiele nowych rozwiązań. Wprowadzone zostały nowe produkty: Mój Dom i Mój Samochód. Także dla klientów wdrożona została internetowa aplikacja Allianz Asystent Szkody, która w znaczącym stopniu ułatwia klientom proces likwidacji. Firma zadbała także o wsparcie dla agentów: prowadzone były intensywnie szkolenia, rozwinięte zostało wsparcie menedżerów produktowych w terenie oraz wdrożona została funkcja menedżera zdalnego. Wiele z inicjatyw realizowanych w 2019 r. miało na celu zbudowanie solidnych fundamentów do rentownego wzrostu w kolejnych latach, między innymi w obszarach korporacyjnym i komunikacyjnym.
Rośniemy w Polsce, rośniemy na świecie
O zaufaniu i sile marki Allianz nie tylko w Polsce, ale i na świecie, świadczą także globalne wyniki finansowe. Grupa Allianz osiągnęła znakomite wyniki w zakresie przychodów, zysku operacyjnego i zysku netto w 2019 roku. Przychody wzrosły o 7,6 procent – do 142,4 mld euro. Allianz w skali globalnej osiągnął w 2019 r. rekordowy zysk operacyjny, który wyniósł 11,9 mld euro, czyli o 3% więcej niż w roku poprzednim.
Na rynkach finansowych nadal panuje relatywnie większa zmienność, przekładająca się na większe wahania indeksów giełdowych, które po wcześniejszym cofnięciu, jak na razie nie obrał dokładnego kierunku. Zmienność zatem pozostaje w obrębie konsolidacji, która utworzyła się po uprzednio obserwowanej korekcie.
Mimo to, dziś kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy spadają z powodu obaw, że sytuacja może się pogorszyć po tym, jak ogłoszono stan wyjątkowy już nie tylko dla poszczególnych hrabstw, ale dla całego stanu Kalifornia. Może mieć to jednak swoje pozytywne konsekwencje, które mogą zmniejszyć rozprzestrzenianie się epidemii, co z kolei mogłoby bardziej pozytywnie wpłynąć na rynki finansowe.
W cieniu wirusa pojawią się wciąż jednak spółki, których wynik może się poprawić. Pisaliśmy już o “stay at home trade”, czyli np. o spółkach z branży gamingowej, które mogą zyskiwać na tym, że ludność świata przebywa dłużej w domu. Z kolei w momencie robienia dużych zapasów, gdzie z półek sklepowych szybko znikają towary pierwszej potrzeby, Citi wydało rekomendację kupna akcji spółki Johnson&Johnson. J&J na Wall Street posiada 14 rekomendacji kupna, 8 trzymaj i 0 sprzedawaj. Cena akcji spółki w zaledwie 3 ostatnie dni wzrosła o ponad 6,5 proc. Procter&Gamble, spółka z podobnego sektora co J&J w 3 dni odrobiła prawie wszystkie straty z lutego, zyskując około 10 proc.
Również spółką, która może skorzystać, co już wyceniają poniekąd inwestorzy, na odwoływaniu spotkań “na żywo”, jest spółka Zoom Video Communications. Firma zadebiutowała w 2019 r., a tylko od początku 2020 r. cena akcji wzrosła o ponad 70 proc. Coraz więcej firm przesuwa spotkania i konferencje do świata wirtualnego, a spotkania odbywają się online, ze względów bezpieczeństwa i ochrony przed koronawirusem. ZM dostarcza platformę do takich spotkań, a spółka jest wyceniana na ponad 30 mld USD.
Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.
RPP po raz kolejny pokazuje, że nie takie rzeczy potrafi przeczekać. Inflacja nie budzi u jej członków szczególnych emocji, wskazując na przejściowość procesu. Z drugiej strony Ameryka Północna już obniża stopy procentowe, w związku z czym najprawdopodobniej znowu przegapiliśmy okazję na zmianę i teraz “już nie warto”.
Rada nie zawiodła
Zgodnie z oczekiwaniami Rada Polityki Pieniężnej nie zmieniła stóp procentowych. Na posiedzeniu natomiast znów słyszeliśmy o przejściowości. Słuchając wypowiedzi prezesa Glapińskiego można odnieść wrażenie, że Rada mogłaby się zbierać spokojnie raz na pół roku, skoro i tak na wszystkie wskaźniki patrzy w długiej perspektywie. Obecna inflacja jest przejściowa i w końcu wróci do normy, podobnie jak deflacja, którą udało się przeczekać. Coś, co RPP ogłasza jako swój sukces, było niemal 4-letnim okresem przebywania inflacji poniżej celu inflacyjnego. Dużo jak na organizację, której celem jest dbanie o stabilność pieniądza. Teraz przeczekamy odchylenie w drugą stronę.
Kanada tnie stopy procentowe
Bank Kanady podjął decyzję o obniżce stóp procentowych o 0,5%. Jest to dokładnie taki sam ruch jak decyzja FED z początku tego tygodnia. Patrząc na silne powiązanie ekonomiczne tych gospodarek, decyzja ta nie powinna być zaskoczeniem. Część analityków spodziewała się jednak stopniowej adaptacji i ruchu o 0,25% teraz, w związku z czym po decyzji dolar kanadyjski tracił na wartości.
Dobre dane z USA
Wczoraj poznaliśmy raport ADP na temat zatrudnienia. Oczekiwania były pesymistyczne. Jednak pomimo tego, że nowych miejsc pracy jest mniej niż wcześniej, należy zaznaczyć, iż jest to wynik korzystniejszy od oczekiwań. Dolar w rezultacie lepszych danych utrzymywał swoją wartość. Patrząc na ostatnie dwa tygodnie, sam fakt utrzymywania wartości przez dolara już jest niejakim sukcesem.
Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:
14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
16:00 – USA – zamówienia na dobra.
Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl
Spółka zagraniczna nabyła udziały w polskiej spółce kapitałowej, która powstała wskutek przekształcenia spółki komandytowej, działającej wcześniej w formie spółki cywilnej. Byli komandytariusze chcieli obniżyć podstawę opodatkowania uzyskanego z tego tytułu dochodu o wynikającą z bilansu zamknięcia spółki komandytowej wartość praw i obowiązków, istniejącą w dacie jej przekształcenia. Fiskus nie zgodził się na to, twierdząc, iż kosztem uzyskania przychodu z tytułu zbycia udziałów może być jedynie koszt historyczny, poniesiony przez tych wspólników na ich nabycie jeszcze przy zakładaniu spółki cywilnej. Wspólnicy wygrali jednak w sądzie, który przypomniał organowi podatkowemu, że orzecznictwo wypracowało w tej kwestii ugruntowane stanowisko, zgodnie z którym, rozpoznając koszty uzyskania przychodu z tytułu odpłatnego zbycia udziałów, nie należy sięgać do pierwotnie poniesionych wydatków na ich nabycie, lecz do rzeczywistej wartości tych udziałów w chwili sprzedaży.
Zgodnie z art. 23 ust. 1 pkt 38 ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych (Dz.U. 1991 nr 80 poz. 35, ze zm.) nie uznaje się za koszty uzyskania przychodu wydatków na objęcie lub nabycie udziałów czy akcji. Jednakże wydatki te stanowią koszt uzyskania przychodu z odpłatnego zbycia tych udziałów lub akcji.
Przekształcenie spółki cywilnej w komandytową
Dwóch wspólników zawiązało spółkę cywilną i w tej formie prowadziło działalność gospodarczą. Każdy z nich wniósł do niej wkład pieniężny. Rozwój biznesu skłonił przedsiębiorców do zmiany formy prowadzenia działalności. Przekształcili ją więc w spółkę komandytową, sami stając się w niej komandytariuszami. Po pewnym czasie pojawił się inwestor – spółka zagraniczna, która wyraziła gotowość doinwestowania firmy, ale tylko w sytuacji, gdyby była ona prowadzona w formie spółki kapitałowej, w której mogłaby objąć udziały. Wspólnicy przekształcili więc swoją spółkę komandytową w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością i sprzedali inwestorowi 100 udziałów. Spółka zagraniczna objęła także 300 nowo utworzonych udziałów. Tym samym zwiększeniu uległ kapitał zakładowy przekształconej spółki.
Wartość udziałów rosła
Zdaniem wspólników, sprzedając inwestorowi udziały w spółce z o.o., będą mogli zaliczyć wartość ogółu praw i obowiązków w spółce komandytowej ustaloną w dniu przekształcenia jej w spółkę z o.o. jako koszt uzyskania przychodu z tej sprzedaży. Spółka komandytowa, aż do ustalenia jej bilansu zamknięcia, a więc do chwili przekształcenia jej w spółkę kapitałową, prowadziła bowiem działalność gospodarczą, która przynosiła dochody i powiększała majątek spółki. Powołując się na przepis art. 23 ust. 1 pkt 38 ustawy o PIT, wspólnicy podnieśli, że wartość ogółu praw i obowiązków z bilansu otwarcia spółki z o.o. (równego bilansowi zamknięcia spółki komandytowej) stanowi kategorię wydatków poniesionych na objęcie lub nabycie udziałów w ramach transakcji odpłatnego ich zbycia.
Wydatki historyczne
Organ podatkowy stwierdził jednak, że według przepisów Kodeksu spółek handlowych spółka przekształcona jest kontynuatorem praw i obowiązków, jakie przysługiwały spółce przekształcanej, dlatego też nie można w tej sprawie mówić o likwidacji spółki komandytowej i utworzeniu w jej miejsce spółki z o.o. Jest to jedynie zmiana formy prowadzenia działalności gospodarczej przez ten sam podmiot, stąd samo przekształcenie jest neutralne podatkowo. Zdaniem dyrektora Krajowej Informacji Skarbowej wspólnicy spółki komandytowej nie wnoszą do spółki z o.o. żadnego aportu, zatem nie dochodzi do objęcia w zamian za niego udziałów w tej spółce. To z kolei powoduje, że nie powstaje przychód z kapitałów pieniężnych zgodnie z art. 17 ust. 1 pkt 9 ustawy o PIT.
Co do rozpoznania kosztów uzyskania przychodu, to rzeczywiście zastosowanie znajdzie art. 23 ust. 1 pkt 8 ustawy o PIT. Niemniej w przedmiotowej sprawie kosztami tymi nie będą wydatki poniesione na objęcie lub nabycie udziałów w spółce kapitałowej, a wydatki historyczne, poniesione jako pierwsze przy powstawaniu podmiotu, a więc na wkład w spółce cywilnej. Dla przedsiębiorców oznaczało to, że obniżające ich podstawę opodatkowania koszty nie będą obejmować i uwzględniać powiększenia wartości firmy w okresie jej działalności od czasu zawiązania jej w formie spółki cywilnej, poprzez okres działalności w formie spółki komandytowej, aż do momentu jej przekształcenia w spółkę kapitałową.
Sprawa była jasna, ale nie dla organu
Rozpoznający wniesioną przez przedsiębiorców skargę Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie to właśnie im przyznał rację, uznając za błędną wydaną przez organ podatkowy interpretację. WSA był pewny swego rozstrzygnięcia, bowiem wskazał, że w kwestii będącej przedmiotem tej sprawy nie powinny istnieć wątpliwości interpretacyjne, z uwagi na jednolitą linię orzecznictwa.
Sąd orzekł, że ważna jest wartość majątku spółki komandytowej w dacie jej przekształcenia w spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, bo to ten majątek pełnić będzie funkcję wkładu do spółki z o.o. Wartość nominalna udziałów nie jest tożsama z ich wartością rynkową i bilansową, która może być wyższa. To z kolei zależne jest przede wszystkim od wartości majątku spółki. Dlatego w chwili zbycia udziałów w spółce z o.o. nieistotna staje się wartość wydatków, jakie wspólnicy ponieśli na zawiązanie pierwotnej spółki cywilnej, bo ta się zdewaluowała. Doniosła jest aktualna w chwili sprzedaży udziałów spółki z o.o. wartość tych udziałów, a więc taka, jaka jest zgodna z bilansem zamknięcia spółki komandytowej.
„(…) wydatki na nabycie udziałów są kosztem uzyskania przychodów z odpłatnego zbycia tych udziałów. Koszty te wyznacza wartość środków poniesionych dla uzyskania majątku spółki komandytowej, który w dacie ustania bytu prawnego tej spółki, a więc w dacie powstania spółki z o.o., równy był początkowej wartości majątku spółki z o.o. Kosztem uzyskania przychodu powinna więc być wartość bilansowa spółki komandytowej z dnia ustania jej bytu prawnego, będąca jednocześnie wartością bilansową spółki z o.o. z dnia rozpoczęcia tego bytu” (wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Krakowie z 15 listopada 2019 r., sygn. I SA/Kr 938/19).
Korzystne przekształcenie spółki
Powyższa sprawa pokazuje, że istniejące instytucje prawa korporacyjnego, prawa spółek dają prowadzącym działalność gospodarczą szerokie możliwości, nie tylko w zakresie biznesowym. Dostosowanie prowadzonej działalności do jej charakteru, czy w celu nadążenia za jej rozwojem, jednocześnie pozwala na pełniejszą optymalizację kosztów prowadzenia tej działalności. To również przekształcenie spółki na potrzeby pozyskania inwestora, ale i dla uzyskiwania szerszych korzyści, jakie dają systemy podatkowe innych państw, możliwe do osiągnięcia dzięki tworzeniu holdingów zagranicznych spółek. Dlatego planujące rozwój przedsiębiorstwa, ale i te poszukujące ochrony swojego majątku, mogą korzystać z dobrodziejstw, jakie daje im instytucja przekształcenia spółki.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
2019 rok był rekordowy pod względem wartości inwestycji na polskim rynku nieruchomości komercyjnych – wynika z analizy przeprowadzonej przez EY Polska „The Polish Real Estate Guide 2020. The real state of real estate”. Inwestorów nie odstraszyły rosnące ceny nieruchomości, spowodowane między innymi coraz mniejszą dostępnością gruntów i wzrostem kosztów budowlanych, a eksperci EY spodziewają się, że Polska w najbliższym czasie nadal pozostanie na radarze inwestorów.
Wartość transakcji na polskim rynku nieruchomości komercyjnych wyniosła w 2019 roku 7,8 mld euro, co w perspektywie ostatnich lat jest znaczącym wzrostem, biorąc pod uwagę, że rok wcześniej po raz pierwszy przekroczona została kwota 7 mld euro, a jeszcze w 2017 roku wynosiła ona niespełna 5 mld euro.Największym rynkiem inwestycyjnym był w 2019 roku rynek biurowy. Wartość transakcji przekroczyła tu łączną wartość umów zawartych w sektorze handlowym oraz magazynowym i stanowiła 52% wartości wszystkich inwestycji na polskim rynku nieruchomości w ubiegłym roku. Największą transakcją, sfinalizowaną na polskim rynku biurowym w 2019 roku, była sprzedaż Warsaw Spire za 386 mln euro. Jedną z przyczyn zmniejszenia udziału nieruchomości handlowych wśród odnotowanych transakcji inwestycyjnych, jest dynamiczny rozwój sektora e-commerce, który odwraca zainteresowanie inwestorów od tradycyjnych centrów handlowych. Niższy udział sektora magazynowego i przemysłowego jest spowodowany przede wszystkim mniejszą liczbą tego typu nieruchomości dostępnych w ofercie, jak również niższymi cenami w stosunku do obiektów biurowych i handlowych.
– Ze względu na dobrą sytuację gospodarczą, inwestorzy są niezwykle aktywni na polskim rynku nieruchomości. Sądzimy, że pozostanie on dla nich atrakcyjny ze względu na wielkość i skalę rynku, jego silne fundamenty i stopy zwrotu – wciąż wyższe niż w krajach Europy Zachodniej. Najwięcej kapitału inwestycyjnego napływa do Polski z Europy i Stanów Zjednoczonych, choć naszym rynkiem zainteresowani są również inwestorzy z Azji i Republiki Południowej Afryki. W pierwszych trzech kwartałach 2019 roku około 20% transakcji zostało przeprowadzonych przez inwestorów z Singapuru, Korei Południowej, Japonii, Filipin i Malezji – tłumaczy Anna Kicińska, Partner EY, Lider Grupy Rynku Nieruchomości.
Biura na szczycie
Stolica wyróżnia się niezmiennie na biurowej mapie Polski i to na nią przypada ponad połowa (51%) dostępnej powierzchni biurowej. Dużo mniejszą powierzchnią biurową, ale za to największą wśród miast regionalnych, może pochwalić się Kraków (13% udziału w tym rynku) i Wrocław (11%). Łącznie w największych polskich miastach, na koniec 2019 roku dostępnych było ponad 11 mln mkw. biur. Eksperci EY wskazują jednak, że na znaczeniu coraz bardziej zyskiwać będą mniejsze miasta, takie jak Rzeszów, Częstochowa czy Toruń, w których działają już centra usług wspólnych – główni kreatorzy popytu w miastach regionalnych.. Kupujący i najemcy poszukują na rynku biurowym przede wszystkim nowoczesnych obiektów z innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi, które mogą być potencjalną kartą przetargową dla pracodawców, próbujących „skusić” pracowników przyjaznymi i nowoczesnymi biurami.
Sklepy zmieniają się wraz ze zwyczajami zakupowymi
Na segment nieruchomości handlowych przekładają się zmiany zwyczajów zakupowych Polaków, którzy coraz częściej zamiast sklepów stacjonarnych wybierają internetowe. Centra i parki handlowe – za sprawą kin, stref restauracyjnych i wypoczynkowych, służą natomiast w coraz większym stopniu interakcji społecznej.
– Najwięcej nowych powierzchni handlowych powstaje w dużych miastach. W budowie jest obecnie 217 tys. metrów kwadratowych, które zostaną oddane do użytku w przyszłym roku. Poszukujący przestrzeni handlowych wciąż koncentrują się przede wszystkim na najlepszych lokalizacjach i są w stanie płacić za nie kilkukrotnie więcej. Polska znajduje się również na radarze sieci handlowych i firm, których dotąd jeszcze w naszym kraju nie było. W ubiegłym roku na polskim rynku pojawiło się co najmniej kilka nowych marek, natomiast wyzwaniem dla kolejnych może się okazać ograniczona dostępność powierzchni handlowych w najbardziej atrakcyjnych lokalizacjach – tłumaczy Łukasz Jarzynka, Associate Partner EY, Lider Zespołu Audytu Grupy Rynku Nieruchomości.
Magazyny odpowiadają na potrzeby handlu
Zmiany zachowań zakupowych Polaków, rozwój sektora e-commerce i coraz lepsza infrastruktura transportowa będą nadal napędzać rynek nieruchomości magazynowych, na który 2019 roku trafił rekordowo wysoki wolumen powierzchni. Najbardziej aktywni użytkownicy nieruchomości magazynowych to operatorzy logistyczni i przedstawiciele sektora e-commerce. Choć obecnie największą część rynku stanowi Warszawa i okolice – gdzie skupionych jest w sumie 23,3% nieruchomości tego rodzaju, a także Górny Śląsk (18,3%) i Polska centralna (16,5%), to ze względu na dostępność gruntów i pracowników magazynowych, szansę na rozwój mają nowe lokalizacje, jak na przykład: Bydgoszcz, Toruń, Lublin, Rzeszów, czy Zielona Góra.
Mieszkania nie tylko… do mieszkania
Mimo rekordowo wysokich cen (kształtowanych przez wysoki popyt, coraz mniejszą podaż terenów pod budowę, a także rosnące koszty budowy), sprzedaż mieszkań w Polsce utrzymuje się na wysokim poziomie. Na sześciu głównych rynkach (Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław, Poznań, Łódź) poziom sprzedaży w 2019 roku był jedynie o 10% niższy od rekordowego 2017 roku. Spadek sprzedaży (w Krakowie i Trójmieście) to głównie efekt niższej liczby mieszkań w ofercie, a nie mniejszego popytu. Niezmiennie, najbardziej rozwiniętym rynkiem mieszkaniowym może pochwalić się Warszawa – rocznie powstaje tu ponad 20 tysięcy mieszkań. W związku ze zmianą preferencji nabywców (z własności na najem), obserwowany jest również wyraźny wzrost popytu inwestorów instytucjonalnych w sektorze mieszkań na wynajem. Także prywatne domy studenckie stanowią punkt zainteresowania inwestorów, ze względu na stale wysoki popyt i znikomą ofertę zasobów mieszkaniowych oferowanych przez uczelnie. Z kolei czynniki demograficzne (starzejące się społeczeństwo) stwarzają przestrzeń do powstania nowego segmentu rynku, związanego z rozwojem tzw. „silver economy”. Jest to potencjał dla rozwoju budownictwa mieszkaniowego przystosowanego do potrzeb seniorów lub będącego połączeniem mieszkań z punktami opieki medycznej.
Hotele mają nową konkurencję
Choć turystyka w Polsce ma się dobrze, a na rynku dostępnych jest ponad 2,6 tysiąca hoteli (najwięcej w Krakowie, Warszawa natomiast przoduje pod względem liczby dostępnych pokoi hotelowych), to przed rynkiem hotelowym stoi wyzwanie, wynikające z rozwoju krótkoterminowego najmu mieszkań. Zazwyczaj tego typu nieruchomości są dostępne w bardziej przystępnej cenie niż pokoje hotelowe, a jednocześnie są równie dobrze zlokalizowane i wyposażone, co sprawia, że stanowią ciekawą ofertę konkurencyjną.
Zmiany prawne i podatkowe
Rok 2019 i początek 2020 przyniósł kilka ważnych zmian w polskim systemie prawnym i podatkowym. Choć żadna z nich nie zrewolucjonizowała rynku nieruchomości, nie pozostają one dla tego sektora obojętne.
– W 2019 roku dla rynku nieruchomości komercyjnych znacząca była nowelizacja ustawy o ograniczeniu handlu ziemią rolną. Wprowadzone zmiany pozwalają na nabycie bez zgody Dyrektora Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa nieruchomości rolnej o powierzchni nie większej niż 1 ha, zarówno przez osoby fizyczne jak i przez spółki (przed nowelizacją spółki praktycznie nie miały takiej możliwości). Pozytywną informacją dla uczestników rynku nieruchomości mogą być też uproszczenia przepisów prawa budowlanego, których celem jest skrócenie procesów formalnych oraz zapewnienie większej stabilności uzyskanych pozwoleń na budowę. Z kolei wprowadzenie postulowanych przez Prezesa UOKiK zmian w ustawie deweloperskiej (np. wpłaty na Deweloperski Fundusz Gwarancyjny) może przyczynić się do dalszego wzrostu cen mieszkań. Wciąż inwestorzy czekają na rozstrzygnięcia dotyczące REITów, które wraz z rozwojem polskiego rynku inwestycji w nieruchomości, mogłyby stanowić dodatkową ofertę inwestycyjną – mówi Piotr Woźniak, manager, Lider Zespołu Prawnego Grupy Rynku Nieruchomości.
Kolejnym wyzwaniem dla spółek w bieżącym roku może być również przygotowanie sprawozdania finansowego w wersji elektronicznej w pliku XML wg regularnie aktualizowanych struktur logicznych. Wymóg ten dotyczy obecnie wszystkich sprawozdań finansowych sporządzonych zgodnie z ustawą o rachunkowości i w przyszłości należy się spodziewać, iż będzie rozszerzany także na inne sprawozdania finansowe. Dodatkowo, począwszy od 2020 roku grupy kapitałowe będące emitentami papierów wartościowych dopuszczonych do obrotu na rynkach regulowanych UE i sporządzające skonsolidowane raporty roczne zgodnie z MSSF będą miały obowiązek przygotowywać je w nowym formacie XBRL, który został wybrany w związku z wprowadzeniem jednolitego europejskiego formatu raportowego – ESEF (ang. European Single Electronic Format). Celem tych działań ma być zwiększenie przejrzystości informacji o emitentach, oraz zwiększenie porównywalności danych i ułatwienie analizy przez inwestorów. Nie bez znaczenia dla rynku nieruchomości okazały się również wprowadzone w 2019 roku zmiany podatkowe, z których część będzie kontynuowana również w tym roku. Są one związane głównie z przepisami, które wprowadzane są w całej Europie i które mają służyć ograniczaniu wykroczeń podatkowych czy unikania opodatkowania.
– Od ponad roku następuje reforma regulacji dot. podatku u źródła, aby od lipca br. uzależnić możliwość stosowania zniżek i zwolnień w tym podatku od spełnienia szeregu dodatkowych wymogów. Od listopada 2019 roku przedsiębiorcy muszą stosować mechanizm podzielonej płatności, który objął swoim zasięgiem między innymi roboty budowlane. Zmieniły się również zasady dokonywania płatności za towary i usługi, które muszą obecnie odbywać się na rachunki z tzw. białej listy, aby mogły stanowić koszt podatkowy. W 2019 roku weszły też w życie regulacje dotyczące raportowania schematów podatkowych (MDR), a aktualnie spodziewamy się kolejnych przepisów uszczelniających regulacje podatkowe. Te oraz wiele innych zmian istotnie zmieniło środowisko biznesowe, nakładając na podatników wiele dodatkowych obowiązków – mówi Tomasz Ożdziński, Associate Partner EY, Lider Zespołu Podatkowego Grupy Rynku Nieruchomości.
„The Polish Real Estate Guide 2020. The real state of real estate” to doroczna analiza przygotowywana przez Grupę Rynku Nieruchomości EY. Pokazuje ona sytuację rynkową oraz klimat inwestycyjny, jest także źródłem informacji o kwestiach podatkowych, prawnych czy audytowych.
Średnie emisje CO2 (wg NEDC) nowych samochodów w Europie w 2019 roku wzrosły już trzeci rok z rzędu. Zdecydowana większość producentów sprzedała w zeszłym roku bardziej emisyjne samochody niż rok wcześniej. Wśród nielicznych marek, którym udało się obniżyć średnią emisję sprzedanych w ciągu roku samochodów, największy spadek – o 2,3% – zanotowała Toyota. Japońska marka jako jedyna w Europie ma średnią emisję poniżej 100 g/km – dokładnie 97,5 g/km. Japończycy zawdzięczają ten sukces świetnym wynikom sprzedaży hybryd.
Jak podaje JATO Dynamics, nowe samochody sprzedane w 23 krajach Europy w 2019 roku wykazały się średnią emisją mierzoną wg cyklu NEDC na poziomie 121,8 g/km. Już po raz trzeci z rzędu emisje te rosną zamiast maleć, pomimo coraz bardziej restrykcyjnych europejskich przepisów. Najniższy wynik, jaki do tej pory udało się uzyskać w skali regionu, to 117,8 g/km w 2016 toku. Samochody elektryczne nadal stanowią margines i nie są w stanie odwrócić negatywnego trendu.
Choć w 2019 roku średnia emisja dla Europy była o 1,3 g/km wyższa niż rok wcześniej, udało się nieco przyhamować jego tempo – różnica między 2017 a 2018 rokiem wyniosła aż +2,4 g/km. Choć sprzedaż aut elektrycznych (EV) wzrosła w ostatnim roku, nie była dość znacząca, by zrównoważyć wzrost sprzedaży SUV-ów oraz aut benzynowych kosztem diesli. Felipe Munoz, globalny analityk JATO Dynamics podkreśla: „Średnia emisja zelektryfikowanych samochodów wyniosła w ubiegłym roku 63,2 g/km – około połowy średniej emisji konwencjonalnych samochodów benzynowych i wysokoprężnych. Niestety udział EV w rynku pomimo wzrostu wyniósł tylko 6% wszystkich rejestracji, co nie wystarczyło, by odwrócić negatywny trend”.
W rankingu 20 dużych marek o najniższych średnich emisjach CO2 w 2019 roku, opracowanym przez JATO Dynamics, Toyota ponownie zajęła pierwsze miejsce z wynikiem 97,5 g/km. Japońska marka sprzedała w ubiegłym roku ponad pół miliona hybryd (wzrost o 16%), a ich udział na rynkach Europy Zachodniej i Środkowej skoczył do 61%. W konsekwencji średnia emisja CO2 nowych aut Toyoty zmniejszyła się o rekordowe 2,3 g/km. „Toyota to bardzo ciekawy przykład, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że na razie marka nie ma w swojej ofercie samochodów elektrycznych na baterie (BEV), a mimo to dalece wyprzedza pod względem elektryfikacji europejskie marki, które wciąż mają więcej planowanych zelektryfikowanych modeli niż rzeczywistych produktów” – zauważył Felipe Munoz.
W sumie w TOP20 rankingu JATO Dynamics tylko 4 marki obniżyły swoje emisje. Obok Toyoty jest to Citroen (2. miejsce, 106,4 g/km, -1,7 g/km), Opel (12. miejsce, 124,9 g/km, -1,1 g/km) i BMW (16. miejsce, 129 g/km, -1,3 g/km). Co ciekawe, producenci najpopularniejszych aut elektrycznych, którzy jednocześnie opierają swoją ofertę na konwencjonalnych samochodach, tacy jak Renault, Nissan czy VW, zwiększyli swoje średnie emisje pomimo wzrostu sprzedaży EV. Emisja Renault wzrosła aż o 3,4 g/km, Nissana o 1,4 g/km, Volkswagena o 2,0 g/km, Hyundaia o 2,0 g/km, Audi o 2,6 g/km, zaś Kii o 0,2 g/km. Jedynym wyjątkiem w tym gronie jest BMW.
W rankingu producentów Toyota Motor Europe ma ogromną przewagę nad konkurentami i znajduje się tuż za Teslą. Średnia emisja CO2 Toyoty i Lexusa wynosi 99 g/km, aż o 14,3 g/km mniej od kolejnego najlepszego koncernu – PSA. Poniżej średniej dla rynku na poziomie 121,8 g/km znalazły się m.in. Nissan Group, Renault Group, Mitsubishi i Suzuki. Największy producent w Europie, Volkswagen Group miał w ubiegłym roku średni wynik 123,6 g/km.
SUV-y wymagają szybkiej elektryfikacji
SUV-y to główny powód wzrostu średnich emisji CO2 nowych samochodów w Europie. Ich ogromna popularność oraz względnie niskie koszty projektowania ze względu na wiele wspólnych elementów z autami osobowymi, sprawiają, że producenci czerpią ze sprzedaży SUV-ów znaczne zyski, jednak jednocześnie zużycie paliwa i emisja CO2 przez to rośnie. W ubiegłym roku średnia emisja CO2 dla SUV-ów wynosiła aż 131,5 g/km – więcej niż dla limuzyn (131 g/km), nie mówiąc już o autach segmentu A (107,7 g/km), segmentu B (109,2 g/km), aut kompaktowych (115,3 g/km) i średniej wielkości (117,9 g/km). Munoz podkreśla, że „segment SUV wymaga większego wyboru zelektryfikowanych modeli. Do tej pory koncentrowano się na wersjach elektrycznych hatchbacków i sedanów, jednak jeśli producenci chcą uniknąć przyszłych sankcji, powinni wprowadzić bogatszą ofertę niskoemisyjnych SUV-ów”.
Niższa emisja CO2 nowych samochodów tylko w 7 krajach
Tylko dwa kraje mogły pochwalić się w ubiegłym roku średnią emisją CO2 nowych samochodów poniżej 100 g/km. Pierwsze miejsce zajmuje Norwegia z wynikiem 60,3 g/km (-12 g/km), ale na szczególną uwagę zasługuje Portugalia, która w ciągu roku zredukowała swój wynik aż o 22,2 g/km do poziomu 83,2 g/km. Dane z tego kraju są jednak trudne do porównania, gdyż Portugalia, podobnie jak Finlandia i Dania, podają wyniki wg WLTP, a nie NEDC.
Trzecie miejsce zajęły Niderlandy, w których niespodziewany sukces samochodów elektrycznych, w tym Tesli Model 3, przyczynił się do redukcji wyniku o 5,9 g/km – do 100,1 g/km. W 2018 roku na każdy BEV przypadały w Holandii 2,3 diesle, jednak rok później te proporcje niemal się odwróciły – na jednego nowego diesla przypadało 1,9 samochodów elektrycznych.
Polska znajduje się niestety niemal na końcu zestawienia JATO Dynamics. Pod względem średniej emisji CO2 (131,4 g/km) zajmuje 2. miejsce od końca przed Szwajcarią (137,7 g/km), a pod względem wzrostu emisji (+3,1 g/km) nasz kraj jest na trzecim miejscu od końca, przed Grecją (+4,6 g/km) i Chorwacją (+3,6 g/km). Największe europejskie rynki również zanotowały wzrosty – Niemcy o 0,8 g/km, Wielka Brytania o 2,3 g/km, Włochy o 3 g/km, zaś Hiszpania o 2 g/km.
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci
Na każdym pracodawcy spoczywa obowiązek zapewnienia podwładnym bezpiecznych i higienicznych warunków pracy. Jak wobec zagrożeń związanych z koronawirusem SARS-CoV- powinien zachować się pracodawca? Przepisy prawa pracy nie dają niestety jednoznacznych odpowiedzi, dlatego podpowiadamy, jak bezpiecznie rozstrzygnąć 5 najistotniejszych kwestii w obliczu zagrożenia wirusem.
Podróże służbowe
Pracodawca może wydać zakaz odbywania podróży służbowych w rejony świata, gdzie ryzyko zarażenia jest wysokie. W takiej sytuacji przełożony (kierownik, menadżer) nie będzie mógł wydawać swoim podwładnym polecenia wyjazdu zagranicznego. Jeśli powodem jest ryzyko naruszenia bezpiecznych warunków pracy, każdy pracownik musi podporządkować się takiemu zakazowi. Z drugiej strony, jeśli pracodawca wydałby polecenie wyjazdu służbowego w rejon zagrożenia, pracownik ma prawo odmówić. Zgodnie z art. 210 Kodeksu pracy, pracownik ma prawo powstrzymać się od wykonywania pracy, jeśli stwarza ona zagrożenie dla jego życia lub zdrowia ze względu na to, że warunki pracy nie odpowiadają przepisom bezpieczeństwa i higieny pracy. Nie może to być jednak samowola – pracownik musi zawiadomić przełożonego o odmowie wyjazdu.
Zwolnienie lekarskie
Coroczny dylemat, jak postępować z pracownikami, którzy w sezonie grypowym przychodzą do pracy chorzy, staje się szczególnie aktualny w kontekście koronawirusa. Kodeks pracy i przepisy wykonawcze pozwalają pracodawcy jedynie skierować pracownika na badania profilaktyczne, które nie są związane z bieżącym stanem zdrowia pracownika. Jeśli objawy u pracownika wskazują, że jest chory, pracodawca nie ma prawnych możliwości wydania polecenia, aby udał się do lekarza – jest to wyłącznie decyzja pracownika. Wyjątek stanowi sytuacja, w której pracodawca stwierdza, że na skutek objawów chorobowych pracownik stracił zdolność do pracy potwierdzoną dotychczasowym orzeczeniem lekarskim. Wtedy może skierować podwładnego na wcześniejsze badanie okresowe. Potwierdził to Sąd Najwyższy w jednym ze swoich orzeczeń, stwierdzając, że orzeczenie lekarskie o zdolności do pracy jest aktualne tak długo, jak długo odzwierciedla rzeczywisty stan zdrowia pracownika. Są zatem sytuacje, w których wcześniejsza kontrolna zdolności do pracy jest w pełni uzasadniona – przykładem może być zagrożenie epidemiologiczne.
Zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy
Kodeks pracy daje pracodawcy prawo do zwolnienia podwładnego z obowiązku świadczenia pracy tylko w związku z wypowiedzeniem umowy o pracę. W każdej innej sytuacji niezbędna jest zgoda pracownika, który zachowuje przy tym prawo do wynagrodzenia. Wynika to z faktu, że świadczenie pracy jest nie tylko obowiązkiem, ale także prawem pracownika – nie może być ich pozbawiony bez wyraźnej podstawy prawnej. Nie otrzymując wynagrodzenia pracownik korzystałby de facto z urlopu bezpłatnego, z wszystkimi tego konsekwencjami. Zwolnienie z obowiązku świadczenia pracy powinno mieć zatem oparcie w porozumieniu z pracownikiem. Z drugiej jednak strony, zgodnie z art. 2092§2 Kodeksu pracy, w razie wystąpienia bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia lub życia, pracodawca jest obowiązany wstrzymać pracę i wydać pracownikom polecenie oddalenia się w miejsce bezpieczne i nie godzić się na wznowienie pracy do czasu usunięcia zagrożenia. Zasada ta powinna mieć zastosowanie, jeśli w zakładzie pojawi się realne zagrożenie zarażenia, o którym mogą świadczyć objawy chorobowe pracownika albo potwierdzony przypadek zachorowania. O zagrożeniu pracodawca powinien poinformować wszystkich pracowników.
Urlop
Termin wykorzystania urlopu wypoczynkowego wynika z planu urlopów (jeśli w danym zakładzie pracy funkcjonuje) albo z porozumienia z pracownikiem. Sytuacja zagrożenia wirusem nie uzasadnia wydania pracownikowi polecenia skorzystania z urlopu wypoczynkowego. W ostatnim czasie pojawiają się głosy, że skoro pracodawca może nakazać pracownikowi wykorzystanie zaległego urlopu, to może to zrobić także w obliczu zagrożenia koronawirusem. O ile w przypadku braku porozumienia z pracownikiem pracodawca może wyznaczyć termin wykorzystania zaległego urlopu, o tyle w kontekście zagrożenia wirusem nie można tracić z pola widzenia tego, jaki jest rzeczywisty cel urlopu wypoczynkowego. Z pewnością nie jest nim profilaktyka zachorowań, ani też leczenie. Porozumienie z pracownikiem potrzebne jest zatem także w tym przypadku.
Praca zdalna (home office)
Polskie przepisy przewidują możliwość telepracy, która polega na regularnym wykonywaniu pracy poza zakładem, z wykorzystaniem środków komunikacji elektronicznej. Nie mamy niestety powszechnie obowiązujących uregulowanych rozwiązań na wypadek okazjonalnej pracy zdalnej. Wiele zakładów pracy stosuje własne reguły w tym zakresie, wydając np. regulaminy pracy zdalnej, które określają przyczyny uzasadniające pracę poza biurem, zasady wykorzystania sprzętu służbowego i potwierdzania czasu pracy. To rozwiązanie może sprawdzić się w sytuacji zagrożenia koronawirusem. Jeśli pracodawca nie określił zasad telepracy, może uregulować te kwestie w porozumieniu z pracownikiem. Należy jednak pamiętać o stworzeniu takich warunków dla wszystkich pracowników, których praca może być wykonywana zdalnie, aby uniknąć zarzutu nierównego traktowania.
Podsumowanie
Jak widać pracodawca nie jest całkiem bezradny w nadzwyczajnej sytuacji, zagrożenia wirusem. Mimo braku szczegółowych unormowań prawnych można skorzystać z ogólnych dyspozycji Kodeksu pracy i innych przepisów, które pozwolą przetrwać ten trudny okres w zarządzaniu firmą.
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener
i szkoleniowiec.
Jak Polki oceniają swoją pozycję zawodową na rynku pracy? Okazuje się, że kobiety w Polsce są bardziej zadowolone z warunków zatrudnienia i wysokości pensji niż mężczyźni, jednak mniej optymistycznie wypowiadają się o stabilności swojego stanowiska
i możliwościach awansu. Panie, w porównaniu do panów, mniejszą wagę przykładają do pieniędzy, za to większe znaczenie ma dla nich etyka organizacji – pokazuje badanie „Confidence Index” przeprowadzone przez firmę rekrutacyjną PageGroup w IV kwartale 2019 r. wśród polskich pracowników.
Zadowolone z pracy, bardziej elastyczne i kompromisowe
Zbliżający się Dzień Kobiet to dobry moment, aby przyjrzeć się sytuacji kobiet na rynku pracy. Firma rekrutacyjna PageGroup (częścią której w Polsce są dwie marki: Michael Page i Page Executive) zapytała polskie kobiety o to, jak oceniają poszczególne aspekty swojego zatrudnienia. Okazuje się, że w porównaniu do mężczyzn, panie są bardziej zadowolone z pracy – 60 proc. z nich wyraziło satysfakcję z ogólnych warunków zatrudnienia w stosunku do 55 proc. panów. Z badania „Confidence Index” wynika również, że kobiety rzadziej narzekają na wysokość wynagrodzeń. Niemal 60 proc. respondentek deklaruje, że jest zadowolona ze swojej pensji, przy czym takiej samej odpowiedzi udzieliło niecałe 50 proc. mężczyzn. Porównując dane ze względu na płeć, okazuje się, że kobiety jednak mniej optymistycznie podchodzą do kwestii awansu – 17 proc. z nich (w stosunku do 20 proc. mężczyzn) spodziewa się otrzymania wyższego stanowiska w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Polki mają również nieco więcej obaw względem stabilności zatrudnienia – aspekt ten pozytywnie ocenia co druga z nich w stosunku do 57 proc. panów.
Mocną stroną kobiet są również relacje w pracy. Z wyników badania PageGroup wynika, że kobiety lepiej dogadują się ze współpracownikami oraz szefem i rzadziej odchodzą z organizacji ze względu na atmosferę w miejscu zatrudnienia. Dodatkowo, wykazują się większą elastycznością pod kątem np. poświęcenia swojego work-life balance na rzecz pracy – do takich wyrzeczeń skłonnych jest o 8 p.p. więcej Polek niż Polaków.
Polki na szczycie
Z raportu Głównego Urzędu Statystycznego „Kobiety i Mężczyźni na rynku pracy” wynika, że wskaźnik aktywności zawodowej kobiet w wieku produkcyjnym w Polsce nadal pozostaje niższy w porównaniu do mężczyzn[1]. Podobnie jest w całej Europie, gdzie w 2018 r. poziom zatrudnienia mężczyzn we wszystkich państwach członkowskich Unii Europejskiej był wyższy niż wskaźnik zatrudnienia kobiet[2]. Dane GUS za II kwartał 2019 r. pokazują, że udział pań aktywnych zawodowo w Polsce na tle ogółu pracujących wynosi 47 proc[3].
Większość najwyższych stanowisk w polskich firmach nadal zajmują mężczyźni. Jak wynika
z raportu Deloitte z 2019 r., kobiety w Polsce stoją na czele 6 proc. firm i objęły 13 proc. stanowisk członków zarządów wszystkich spółek giełdowych. Zajmują też niemal 16 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek giełdowych z rynku głównego, a w 9 proc. analizowanych firm pełnią funkcję przewodniczącego rady nadzorczej, co stanowi około 0,9 proc. wzrost w porównaniu do 2017 r. Na arenie globalnej, odsetek kobiet w zarządach jest nieco wyższy i wynosi 17 proc., co oznacza, że od 2017 r. wzrósł o niemal 2 p.p[4].
– Mniejszy odsetek kobiet niż mężczyzn pełniących najważniejsze role w przedsiębiorstwach wynika z wielu czynników. Jednym z nich są np. uwarunkowania kulturowe, których podstawą mogą być np. różnice w wychowaniu dziewczynek i chłopców. Odmienne spojrzenie na przygotowywanie ich do ról społecznych sprawia, że w dalszym ciągu to głównie panie odpowiadają za organizację życia rodzinnego i domowego (niejako drugi darmowy etat). M.in. taka socjalizacja powoduje, że część kobiet bywa mniej pewna swoich kompetencji w późniejszym życiu zawodowym i rzadziej niż mężczyźni pretenduje do wyższych stanowisk. Na szczęście te trendy się sukcesywnie zmieniają. Kobiety w Polsce nie tylko są lepiej wykształcone – jak pokazują dane Eurostatu z 2018 r. dyplom wyższej uczelni posiadała co trzecia Polka (34 proc.) i co piąty mężczyzna[5]. W wielu obszarach, to panie mają również bardzo dobre predyspozycje do pełnienia funkcji zarządczych. Wg raportu opracowanego przez Fundację Liderek Biznesu w 2019 r., jedną z przewag kobiet są wysoko rozwinięte umiejętności miękkie, w tym wyróżniający je wysoki poziom empatii i umiejętności komunikacyjne[6]. W PageGroup w Polsce, 65 proc. zatrudnionych pracowników stanowią kobiety, z czego dwie pełnią najwyższe stanowiska
w organizacji – mówi Agnieszka Kulikowska, partner w Page Executive, firmie executive search zajmującej się rekrutacją kandydatów na najwyższe stanowiska zarządzające. – Choć liczba kobiet na najwyższych stanowiskach z roku na rok się zwiększa, polskie firmy nadal mają jeszcze wiele do zrobienia w tej kwestii – dodaje Agnieszka Kulikowska.
Czego pragną kobiety?
Badanie przeprowadzone przez PageGroup sprawdzało również, jakie aspekty miejsca zatrudnienia są najistotniejsze dla kobiet. Okazuje się, że w IV kwartale 2019 r. najczęstszymi powodami zmiany pracy wśród pań były: chęć zdobycia nowych umiejętności (58 proc.) oraz brak perspektyw do rozwoju w obecnej firmie (37 proc.). W przeciwieństwie do mężczyzn, dla Polek mniejsze znaczenie ma wysokość oferowanego wynagrodzenia. Chęć zarabiania większych pieniędzy do zmiany pracy skłaniała 44 proc. Polek i ponad 54 proc. panów. Panie większą uwagę zwracają natomiast na strukturę etyczną firmy – z tej przyczyny nowego pracodawcy szukało 38 proc. respondentek i zaledwie 27 proc. respondentów.
Atrakcyjne miejsce pracy to wg pań takie, które umożliwia zachowanie równowagi między pracą, a życiem prywatnym. Takiej odpowiedzi udzieliło 95 proc. z nich. Niewiele mniej, bo 94 proc. przyznało, że zależy im na dostępie do szkoleń branżowych. Dodatkowym atutem organizacji może być również zaoferowanie prywatnej opieki medycznej (92 proc.), czy dodatkowego ubezpieczenia na życie (80 proc.). Co ciekawe, Polki w porównaniu do mężczyzn, większą uwagę zwracają także na samochód służbowy – chciałoby go mieć niemal 60 proc. z nich. Dla porównania, wśród panów takiej odpowiedzi udzieliło tylko 47 proc. ankietowanych.
[1] Główny Urząd Statystyczny, Raport „Kobiety i Mężczyźni na rynku pracy” 2018 r.
[2] Eurostat, Dane statystyczne dotyczące zatrudnienia, 2019 r.
[3] Główny Urząd Statystyczny, Informacja o rynku pracy w drugim kwartale 2019 r.
[4] Deloitte, Kobiety w zarządach. Perspektywa globalna, 2019 r.
[5] Eurostat, Dane dotyczące wykształcenia, 2018 r.
[6] Fundacja Liderek Biznesu, Kobiety w biznesie. Marzenia, a rzeczywistość, 2019 r.
Serwisy informacyjne zostały zdominowane przez informacje o rozprzestrzeniającym się koronawirusie. Okazuje się, że zagraża on nie tylko ludziom, ale również… biznesowi. Alibaba już przygotowała 3 mld USD na pożyczki dla firm poszkodowanych wskutek ograniczenia handlu. Czy globalna epidemia zatrzęsie rynkiem ecommerce?
Od początku roku z ust całego świata nie schodzi słowo „koronawirus”. Groźna epidemia szybko rozprzestrzenia się po całym globie i budzi strach wśród jego mieszkańców. Okazuje się, że niebezpieczna choroba zagraża nie tylko ludzkiemu życiu, ale w konsekwencji również kondycji rynku internetowej sprzedaży. Jak to możliwe?
– Rynek zmaga się z problemami logistycznymi i niedoborami produktów. Dotyczy to szczególnie dóbr importowanych z Chin. To jedna strona medalu. Druga jest taka, że wybuch epidemii stworzył przychylne warunki dla handlu elektronicznego, gdyż kupujący utknęli w domach, a w związku z tym robią zakupy online – zauważa Sascha Stockem z sopockiego start-upu Nethansa, który wspiera polskie i niemieckie firmy w sprzedaży na Amazonie. – Coraz częściej dochodzą do nas głosy, że wirus ma wpływ na kondycję rynku e-commerce. Jednak nie są to wyłącznie zmiany o charakterze negatywnym, jak wielu mogłoby sądzić – dodaje ekspert.
Jego słowa znajdują odzwierciedlenie w wynikach poszczególnych podmiotów. I tak w okresie 10 dni (do 2. do 12. lutego) sprzedaż świeżej żywności na stronie JD.com urosła o 215%. Tylko w tym okresie firma sprzedała aż 15 tys. ton produktów spożywczych.
Strach przed zachorowaniem i troska o życie najbliższych to główne motywatory zakupowe. Dlatego wybuch epidemii wywołał gwałtowny wzrost internetowej sprzedaży produktów, pomagających zabezpieczyć się przed epidemią. Należą do nich środki czystości, leki oraz obiecujące podniesienie odporności organizmu suplementy diety. Dobrym przykładem jest sytuacja marki Dettol, która należy do firmy Reckitt Benckiser. W chińskim sklepie internetowym Suning.com sprzedaż środków dezynfekujących Dettol w terminie pomiędzy 10. do 13. lutego wzrosła o imponujące 643% w porównaniu z analogicznym okresem w roku ubiegłym.
Doskonale zdają sobie z tego sprawę szefowie jednej z największych spółek na świecie – Procter & Gamble. Poinformowali oni akcjonariuszy, że wirus pozytywnie oddziałuje na gałąź sprzedaży internetowej. Dzieje się tak kosztem sprzedaży w sklepach stacjonarnych. Popyt jest ten sam, klienci natomiast chętniej decydują się na zakupy bez wychodzenia z domu. Taka zmiana tendencji może wydawać się czymś błahym, jednak od strony logistycznej stanowi ogromne wyzwanie. Jest to prawdą szczególnie w przypadku największych korporacji, których obroty sięgają miliardów dolarów. – To przeciwność, na jaką ciężko się było przygotować, wyzwania operacyjne zmieniają się z upływem każdej godziny, co bardzo utrudnia dokładne oszacowanie tego, jak rozwinie się sytuacja – przyznał Jon Moeller, dyrektor finansowy Procter & Gamble.
Czy wobec tego, każdy sklep online zyskuje? – Niekoniecznie. Wiele zależy od kategorii produktów. Na przykład zabawki czy komponenty komputerowe, które często produkowane są w Chinach, zdrożały nawet o 300%. Inaczej sprawy mają się w przypadku szybko zbywalnych produktów, takich jak np. żywność czy środki czystości. Zazwyczaj nie są to dobra importowane, lecz wytwarzane regionalnie, więc łatwo jest zaspokoić na nie popyt – uspokaja Sascha Stockem i zaznacza jednocześnie, że z będących fabryką świata Chin sprowadzamy gros atrakcyjnych cenowo komponentów, koniecznych do wyrobu całego wachlarza produktów.
Restrykcje związane z działaniem fabryki odpowiedzialnej np. za ogniwa lub tranzystory mogą spowodować opóźnienia i komplikacje w wytwarzaniu urządzeń, które wcale nie dzierżą metki „Made in China”. Działanie wirusa nie ogranicza się więc do konsumentów zamkniętych w domach. To również zablokowane drogi, krótszy czas pracy fabryk czy problemy z logistyką – szczególnie z transportem lotniczym.
Zareagować na posuwające się zmiany w dotychczasowych trendach sprzedażowych postanowił Alibaba, chiński gigant ecommerce i jeden z głównych konkurentów Amazona. Jak podaje agencja Reuters, spółka zapowiedziała, że przeznaczy blisko 3 mld USD na nisko oprocentowane pożyczki, które mają pomóc firmom w pośredni sposób dotkniętym epidemią wirusa. Co więcej, firma zaoferuje również „wyjątkowo tanie” warunki kredytowe dla przedsiębiorstw, które zlokalizowane są w prowincji Hubei – centrum wybuchu epidemii. Alibaba przeznaczy ok. 1,5 mld USD firm tylko z tego regionu.
– Nie ma w tym przypadku. Siłą chińskiej platformy są rodzimi producenci i dystrybutorzy, którzy skupiają się na sprzedaży dóbr wyprodukowanych wewnątrz kraju. W porównaniu z Amazonem jest to diametralnie inny model biznesowy. Platforma Jeffa Bezosawspółpracuje bowiem z firmami z całego świata. Taka dywersyfikacja pozwala na zachowanie stabilności całej platformy – tłumaczy CEO Nethansy.
Czy wobec tego globalny handel online jest zagrożony? I tak i nie. Wszystko zależy od perspektywy. W jednych miejscach powstają wyrwy, podczas gdy inne stają się bardziej rentowne. Można pokusić się o stwierdzenie, że środowisko handlu nie cierpi próżni i przy pomocy niewidzialnej ręki rynku, zawsze dąży do równowagi.
Wall Street znalazło powód do zadowolenia w lepszym odczycie ISM dla usług i przeznaczeniu przez Kongres prawie 8 mld USD na walkę z koronawirusem. Otrzymaliśmy dowody, że polityka fiskalna i monetarna zostały zaprzęgnięte do przeciwdziałania skutkom wirusa. To wystarczy, by zatrzymać panikę, ale działania tylko ze strony USA to za mało na mocniejsze odbicie.
Powinniśmy chwalić Kongres za szybkie działanie, jak również widać plusy decyzji Fed o obniżce stóp procentowych o 50 pb. Ale nie mamy jasnych sygnałów, aby inne rządy i banki centralne widziały konieczność nadzwyczajnych działań. Otrzymaliśmy wprawdzie zapewnienia o gotowości do podjęcia środków, jeśli będzie to konieczne, ale rynki i decydenci mocno mijają się w ocenie, kiedy ta konieczność zaistnieje. W G10 RBA i Bank Kanady też już dokonały obniżek stóp procentowych, choć trzeba przyznać, że było im łatwiej podjąć tą decyzję na już zaplanowanych na ten tydzień posiedzeniach. EBC, Bank Anglii czy Bank Japonii dalej kończą swoją aktywność na werbalnych zapewnieniach i zasłanianiu się potrzeba otrzymania dodatkowych danych. Sam nie jestem zwolennikiem przereagowywania, ale obecnie każdy dzień uspokojenia inwestorów, konsumentów i przedsiębiorców może ważyć na tym, czy gospodarki otrą się o recesję.
Dodatkowa gotówka nie zachęci ludzi do wyjścia z domu i nie stworzy magicznej bariery ochronnej przed wirusem. Ale zadbanie o efekt majątkowy, obniżenie obciążeń kredytowych lub gwarancje zapewnienia płynności dla firm wstrzymujących działalność lub ponoszących straty z powodu załamania popytu – tymi kanałami zwiększa się szanse, że po zdławieniu epidemii będzie do czego wracać. Takich szans inwestorzy na razie nie widzą i nie nabierzmy się na imponujące odbicie na Wall Street wczoraj. Jest bardziej prawdopodobne, że nastroje na rynkach będą teraz raz lepsze, raz gorsze przy podwyższonej zmienności.
Na FX widzimy podtrzymanie ostrożności i mniej zapału do odwracania bezpiecznych pozycji. USD/JPY pozostaje blisko 107, gdyż jen dalej jest postrzegany jako podstawowa bezpieczna przystań. USD wciąż jest uwiązany oczekiwaniami, że Fed zrobił za mało i przed nami jeszcze kilka cięć stóp procentowych, może nawet już na najbliższym posiedzeniu 18 marca. Ale EUR/USD nie wspina się dalej ponad 1,12, gdyż wzmacnia się retoryka, że strefa euro ucierpi od koronawirusa, szczególnie, że nie słychać o żadnej interwencji monetarnej i fiskalnej. Zyskuje funt, gdyż rynek stawia na połączone działania rządu (przyszłotygodniowa rewizja budżetu) i Banku Anglii (ale obniżka o 25 pb jest już w pełni wyceniona). Hojniejsze wydatki budżetowe zdejmą z BoE presję do dalszych cięć, co powinno uwolnić potencjał GBP.
Na PLN mamy huśtawkę wokół 4,30, co odzwierciedla silną zależność od nastrojów na rynkach zewnętrznych, ale też i obniżoną płynność, co wpływa na większe wahania. Wczorajszy przekaz RPP niewiele wniósł do oceny perspektyw złotego, gdyż nikt nie wierzył, aby Rada miała podnieść swoją skłonność od obniżek stóp procentowych. RPP w dalszym ciągu za pierwszorzędny cel stawia stabilizację stóp procentowych do końca kadencji w połowie 2022 r., a prezes Glapiński nie ma przekonania, aby obniżka mogłaby pomóc w przeciwdziałaniu skutkom wirusa i większą skuteczność widzi w działaniach rządu. Osobiście nie sądzę, aby w wycenie złotego była uwzględniona premia za oczekiwane obniżki stóp procentowych, stąd nie sądzę, aby bierność RPP miała mieć teraz pozytywny wpływ na walutę.
Obroty w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w 2019 r. osiągnęły poziom ok. 13,7 mld EUR, tylko nieco poniżej rekordu z 2018 r. Najwięcej kapitału popłynęło do Polski – wynika z najnowszego raportu Colliers International „The CEE Investment Scene Q4 2019”.
Polska pozostaje bardzo ważnym celem inwestycyjnym dla kapitału międzynarodowego. Wolumen inwestycji w tym kraju w 2019 r. stanowił 55% ogółu inwestycji w regionie CEE6. Drugie miejsce zajęły Czechy z 24% udziałem w ogóle inwestycji, a kolejne Węgry (13%). W pozostałych krajach regionu obroty spadły poniżej wielkości z lat 2018 i 2017.
Pomimo rekordowo niskich stóp zwrotu na większości rynków i w większości sektorów, w kolejnych 12 miesiącach przewiduje się ich dalszą kompresję ze względu na duży napływ kapitału w poszukiwaniu produktów inwestycyjnych.
Działalność inwestycyjna w 2019 r. była zdominowana przez sektor biurowy, który odpowiadał dokładnie za połowę obrotów. W porównaniu z 2018 r. obroty w segmencie handlowo-usługowym i przemysłowym zmniejszyły się o ok. jedną trzecią, natomiast branża hotelowa wyraźnie zyskała w ujęciu rok do roku.
W 2019 r. największą aktywność wykazywali rodzimi inwestorzy z Europy Środkowo-Wschodniej, zwłaszcza kapitał czeski i węgierski, który lokowany był zarówno na rynkach krajowych, jak i na rynkach zagranicznych regionu. Przykładowo węgierska firma WING nabyła udział większościowy w polskiej spółce Echo Investment, a Grupa CPI nieustannie rozwija swoją platformę i portfel w całym regionie.
Jak zwykle aktywny kapitał zachodnioeuropejski niemal dotrzymywał tempa inwestorom z Europy Środkowo-Wschodniej, odpowiadając za 26% wolumenu inwestycji. Szerszym strumieniem napływał również kapitał azjatycki, zwłaszcza z Korei Południowej, wyprzedzając inwestorów z RPA.
— Ogólnie rzecz ujmując, różnorodność pochodzenia kapitału w tym regionie jest bardzo pozytywnym czynnikiem. Spodziewamy się, że taka tendencja się utrzyma ze względu na wciąż bardzo atrakcyjne wskaźniki rynkowe w regionie. Wybiegając w przyszłość, dostrzec można szereg sprzyjających i niekorzystnych czynników, które będą miały wpływ na budowę nowych nieruchomości, ich najem czy zakup. Przewiduje się jednak globalne spowolnienie gospodarcze, którego skala jest jak dotąd nieznana. To zjawisko przełoży się na zmiany na rynkach nieruchomości, choć jak dotąd wskaźniki rynku Europy Środkowo-Wschodniej kształtują się całkiem nieźle, a apetyt inwestorów w roku 2020 nie słabnie. Mamy nadzieję, że dostępność produktów będzie wystarczająca – mówi Kevin Turpin, dyrektor regionalny ds. badań rynku na Europę Środkowo-Wschodniąw Colliers International.
— Region Europy Środkowo-Wschodniej pozostaje jednym z najbardziej dynamicznych i atrakcyjnych celów inwestycyjnych w Europie, o czym wyraźnie świadczą dane. Zarówno w 2019 r., jak i w późniejszym czasie działalność inwestycyjną ograniczała w zasadzie jedynie podaż. Wszystkie pozostałe czynniki, takie jak inwestycje krajowe, apetyt międzynarodowych inwestorów, stopy kredytowe i poziom najmu wskazują na to, że nasz region ma prawo utrzymać dotychczasowe tempo rozwoju — dodaje Luke Dawson, dyrektor zarządzający i dyrektor ds. rynków kapitałowych na region CEE w Colliers International.
Wiele wskazuje, że w ub.r. do mediacji została skierowana rekordowa liczba spraw. Mówi się nawet o 30 tysiącach, ale na oficjalne dane z Ministerstwa Sprawiedliwości trzeba będzie jeszcze poczekać. W zestawieniach za pierwszą połowę 2019 roku widnieje niemal 15 tys. przypadków, czyli np. więcej niż w całym 2014 roku. Ostatnio odsetek spraw skierowanych do tego trybu wyniósł 1,2%, a więc był przeszło 2 razy wyższy niż 6 lat temu. Statystyki za okres od stycznia do czerwca ub.r. obejmują przeszło 4 tys. skutecznych mediacji. Oznacza to, że wskaźnik skuteczności zbliżył się do poziomu 27%. Natomiast w 2017 roku przekroczył on 32%. Z kolei współczynnik ugód w sprawach cywilnych wyniósł blisko 37% w pierwszej połowie zeszłego roku. To najlepszy wynik w ostatnich latach.
Jak informuje Agnieszka Borowska, rzecznik prasowy Ministerstwa Sprawiedliwości, liczba spraw kierowanych do mediacji z roku na rok znacząco wzrasta. W 2014 roku było ich 13 239, a w 2018 roku – już 2 razy więcej – 26 810. Z najnowszych statystyk wynika, że w I połowie 2019 roku takich przypadków odnotowano 14 933. To oznacza, że na koniec grudnia mogło ich być nawet 30 tysięcy. Jednak dane za cały ubiegły rok dopiero zostaną opublikowane.
– Zainteresowanie mediacjami rośnie bardzo dynamicznie. Sami sędziowie przekonują się do tego rozwiązania i zauważają w nim potencjał, albowiem spora część pracy jest wykonywana przez samego mediatora i strony. To w istotny sposób odciąża sąd. Pozwala też zakończyć spór szybciej i definitywnie, bez potrzeby sporządzania uzasadnienia wyroku i odwoływania się przez niezadowoloną stronę po rozstrzygnięcie do drugiej instancji – mówi radca prawny Hubert Sommerrey.
Z kolei Agnieszka Borowska podkreśla, że wskaźnik mediacji wzrósł ponad dwukrotnie od 2014 roku do połowy 2019 roku. Na początku tego okresu wyniósł 0,5% (tak jak w 2013 roku), a ostatnio – 1,2%. Jak stwierdza Hubert Sommerrey, cieszy wzrost spraw kierowanych do mediacji, ale jest on ciągle dalece niezadowalający. Według eksperta, wynik z ubiegłego roku jest niski i w tym zakresie pozostaje jeszcze dużo do zrobienia.
– W mojej ocenie, przy obecnych regulacjach prawnych, odsetek liczby spraw kierowanych do mediacji znacząco wzrósł w ostatnich latach. Bez wątpienia do tego rozwiązania coraz bardziej przekonują się sędziowie oraz prokuratorzy. Także sami pełnomocnicy coraz chętniej wyrażają wolę mediowania w imieniu swoich klientów. Nie mam jednak złudzeń, że odsetek ten mógłby być znacznie większy, gdyby wprowadzone zostały odpowiednie przepisy – komentuje adwokat Maciej Zaborowski.
Natomiast rzecznik Ministerstwa podkreśla dużą efektywność mediacji. Wskaźnik skuteczności, który w 2017 r. wyniósł aż 32,4% (8897 skutecznych mediacji), to najlepszy wynik w analizowanym czasie. W statystykach z badanego okresu widzimy, że w latach 2013-2014 wyniósł on 28,7% (3836 i 3798 skutecznych mediacji), w 2015 roku – 24,3% (4328), a w 2016 roku – 21,8% (5246). Później mieliśmy 2018 rok – 26,4% (7090), a także I półrocze 2019 roku – 26,8% (4006).
– Efektywność należy rozpatrywać na dwóch poziomach. Jeden to powyższe statystyki. Tutaj faktycznie jest wzrost i wynika on w głównej mierze z mediacji, które kończą się najczęściej zawarciem ugody przez strony. Ale jest też drugi. Często sam proces przeprowadzenia jej może mieć bardzo pozytywny wpływ na dalszy proces sądowy, nawet jeśli z różnych przyczyn nie dojdzie do zawarcia samej ugody – podkreśla mecenas Zaborowski.
Jak dodaje Hubert Sommerrey, rośnie świadomość samych stron procesu, które gotowe są pójść na różnego rodzaju ustępstwa. W efekcie kończą spór szybciej i uzyskują przynajmniej częściowo satysfakcjonujące rozwiązanie. Unika się dzięki temu ryzyka przegranej w procesie, nie traci czasu i nie ponosi dalszych kosztów występowania przed sądem. Z ekonomicznego punktu widzenia to bardzo korzystne rozwiązanie.
– Skuteczność w ogromnej części zależy od profesjonalizmu samego mediatora. Tutaj niestety bywa bardzo różnie, żeby nie powiedzieć słabo. Jedną z przyczyn są bardzo niskie wynagrodzenia, w szczególności w sprawach karnych. Zniechęcają one wysokiej klasy specjalistów do podejmowania takiej pracy. Zdecydowanie należy to zmienić. Na zajęciach, które prowadzę z aplikantami adwokackimi, zawsze powtarzam, że jeśli ktoś zajmuje się w profesjonalny sposób mediacją, to musi być pasjonatem. Z całą pewnością nie da się z tego żyć i utrzymać rodziny – zaznacza Maciej Zaborowski.
W pierwszej połowie 2019 roku wskaźnik ugód w sprawach cywilnych wyniósł 36,7% (1535 zawartych ugód). I był najwyższy w ostatnich latach. W statystykach za 2013 rok widzimy 26,8% (663 ugody), za 2014 rok – 32,9% (922), a za 2015 rok – 33,4% (1155). Z kolei dane za 2016 rok to 32,5% (1649), 2017 rok – 34,2% (2269), natomiast za 2018 rok – 32,3% (2476).
– Mediacja, jako sposób rozwiązywania sporów, jest stosunkowo nowym rozwiązaniem i nie tak popularnym, jak ugoda zawarta podczas procesu. Są też sprawy, które można załatwić ugodą na sali sądowej, a w mediacji, ze względów formalnych, zakończyć się nie da. Konieczna jest też wola stron do tego, żeby ze sobą rozmawiały. W sytuacji, kiedy są one gotowe do dialogu, często kompromis udaje się wypracować już na rozprawie. Wtedy mediator nie jest nam potrzebny – podsumowuje radca prawny Hubert Sommerrey.
Kobiety coraz lepiej radzą sobie na rynku pracy, ale wciąż obserwują na nim wiele nierówności – wynika z najnowszych badań Pracuj.pl. Według 6 na 10 badanych Polki są w znacznie lepszej sytuacji zawodowej, niż 10 lat temu. Jednocześnie aż 7 na 10 z nich zauważa, że wciąż nie mają równych szans na rynku pracy, co mężczyźni. Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet zapytaliśmy je o poglądy na temat życia zawodowego.
Wybrane wyniki badań w skrócie:
7 na 10 Pań uważa, że płeć ma wpływ na wysokość wynagrodzenia.
8 na 10 chce gwarancji równych zarobków i elastycznego grafiku.
7 na 10 chce od pracodawców dostępu do szkoleń w „męskich” zawodach.
Co druga badana wspiera parytety płci na kierowniczych stanowiskach.
Tylko 15% oczekuje, że ich stanowisko będzie podawane w żeńskiej formie.
W dobrą stronę
Międzynarodowy Dzień Kobiet obchodzony jest już od 1910 roku. Pod kątem życia zawodowego trudno porównywać tamtą epokę z dzisiejszymi czasami. Tylko w latach 1950-2016 udział kobiet w ogólnej liczbie zatrudnionych w Polsce wzrosła z 31 do 49%. W ostatniej dekadzie przemiany na rynku pracy dodatkowo przyspieszyły. Kolejne firmy podejmują odważne kroki dotyczące równości płac między płciami, parytety w zarządach czy szkolenia dedykowane dla kobiet w zawodach zdominowanych przez mężczyzn.
Ogólne pozytywne zmiany potwierdzają także najnowsze badania, przeprowadzone wśród użytkowniczek serwisu Pracuj.pl. 61% pań uważa, że sytuacja zawodowa kobiet w Polsce jest obecnie znacznie lepsza, niż 10 lat temu. Jednocześnie badane zauważają jednak liczne wyzwania, przed którymi wciąż stają. Oczekują także wprowadzania wielu rozwiązań, które wspierają kobiety w życiu zawodowym.
Szanse wciąż nierówne
Jak wykazały wyniki badania Pracuj.pl, ogólna poprawa sytuacji zawodowej kobiet nie wpływa w ich oczach na negatywną ocenę ich sytuacji w kluczowych aspektach kariery. Aż 7 na 10 badanych uważa, że nadal nie mają równych szans w życiu zawodowym, co mężczyźni. O równouprawnieniu na rynku przekonana jest mniej, niż co piąta respondentka (19%). Podobnie jest w wypadku wpływu płci pracownika na wysokość wynagrodzenia – dostrzega go w Polsce 69% pań, a o równouprawnieniu przekonane jest 22%. Większość badanych Polek (60%) uważa, że mężczyźni są inaczej traktowani, gdy starają się o awanse.
Wyniki najnowszego badania Pracuj.pl to kolejny dowód na to, że zmiany mentalne i społeczne, które obserwujemy w ostatnich latach, do świata pracy i biznesu wciąż przedostają się z pewnym opóźnieniem.
Większość Pań, które przebadaliśmy, jest oczywiście świadoma pozytywnej ewolucji. Pojawia się też w Polsce coraz więcej wewnętrznych firmowych regulacji, wspierających różnorodność w zarządach czy promujących przykłady błyskotliwych karier kobiet, zwłaszcza w dużych firmach. Szczegółowe odpowiedzi Polek pokazują jednak, że wciąż muszą mierzyć się z nierównościami w obszarze płac czy awansów. Pracodawcy powinni pamiętać, że coraz więcej kobiet jako kandydatki zwraca szczególną uwagę na politykę przyjętą przez firmy w celu wyrównywania szans – komentuje Konstancja Zyzik, Talent Acquisition & Capabilities Development Manager w Grupie Pracuj.
Wsparcie mile widziane
W obliczu przedstawionych danych trudno się dziwić, że badane Polki w większości przypadków odnoszą się pozytywnie do różnorodnych form wsparcia ich karier, wykorzystywanych na rynku pracy. Największym uznaniem badanych cieszą się gwarancje równych zarobków na dwóch równoważnych stanowiskach niezależnie od płci, regulowane odgórnie przez firmę. Pozytywnie postrzega je aż 83% respondentek, a przeciwnych jest im tylko co dziesiąta (9%).
Dużym uznaniem badanych cieszą się formy wsparcia dedykowane dla matek. 80% respondentek docenia umożliwianie kobietom wychowującym dzieci układania elastycznego grafiku pracy (80%) oraz oferowanie im dodatkowego wsparcia (76%) – np. dodatkowych dni urlopowych, pracy zdalnej, dedykowanych benefitów pozapłacowych.
W opiniach użytkowniczek Pracuj.pl odbijają się także wyraźnie głośne dyskusje związane z kwestiami równouprawnienia. Odnosi się to szczególnie do debat toczących się wokół parytetów zaangażowania kobiet w biznesie. Polki są podzielone np. w ocenie wyznaczania odgórnie udziału kobiet na stanowiskach kierowniczych. To działanie firm postrzega pozytywnie 51% respondentek, negatywnie – 20%, a aż 28% jest wobec niego obojętnych. Jeszcze mniej (43%) popiera parytety płci podczas rekrutacji.
Warto zauważyć, że badane Polki dość zgodnie popierają natomiast szkolenia w zawodach, w których większość pracowników stanowią mężczyźni (71%). Istotny wpływ na ten stan rzeczy mogą mieć wysokie lub stale rosnące płace w specjalizacjach postrzeganych potocznie jako „męskie” – nie tylko w branży IT, ale choćby m.in. wśród specjalistów Business Intelligence, w budownictwie czy wśród wykwalifikowanych pracowników fizycznych.
Tytuł (raczej) nie ma znaczenia
Zdecydowanie mniej wyraźne emocje budzi wśród badanych Polek nazewnictwo stanowisk zawodowych, będące jednym z tematów regularnie wracających w dyskusjach o równouprawnieniu w miejscu pracy. Aż 7 na 10 respondentek Pracuj.pl nie przykłada wagi do tego, czy pełnione przez nie stanowisko będzie miało formę męską (np. „specjalista”, „kierownik”) czy żeńską (np. „specjalistka”, „kierowniczka”).
Co interesujące, 14% badanych pań mając wybór wybrałoby nazwę charakterystyczną dla mężczyzn, a tylko 15% – dla kobiet. Jak zauważa ekspertka, w przypadku tego zagadnienia trudno o jednoznaczne wskazówki dla pracodawców.
Nazewnictwo stanowisk to obszar, w którym odbijają się nasze wieloletnie przyzwyczajenia. Widać to choćby w dyskusjach na ten temat, w których przetaczane bywają argumenty o „nienaturalnym” brzmieniu danego terminu czy profesji w wersji żeńskiej. Z drugiej strony decyzja o wykorzystywaniu nazw stanowisk dopasowanych do płci może być ze strony pracodawcy formą dodatkowego okazania szacunku pracowniczce. Wiele w tym wypadku zależy od kontekstu. Dla wielu firm problem niejako rozwiązuje coraz częstsze stosowanie nazewnictwa w języku angielskim, w którym problem „płci” stanowiska nie występuje – komentuje Konstancja Zyzik.
Długa droga do sukcesu
Opinie respondentek Pracuj.pl pokazują z jednej strony dość surową ocenę równouprawnienia na rynku pracy ze strony Polek, z drugiej – ich otwartość na różne formy wsparcia, niekoniecznie wynikające np. z odgórnie wyznaczanych parytetów.
W tych wyzwaniach nie są jednak osamotnione. Według raportu Światowego Forum Ekonomicznego, całkowite zamknięcie luki między płciami (m.in. w obszarach ekonomii, edukacji, zdrowia i reprezentacji politycznej) przy obecnej dynamice zmian zajmie ponad 99 lat. W świetle tych danych nie tylko w Międzynarodowy Dzień Kobiet warto wsłuchiwać się w ich głos dotyczący aspiracji zawodowych i wyzwań, przed którymi muszą stawać.
Aleksandra Skwarska
Biała lista podatników z założenia miała być narzędziem służącym przedsiębiorcom do sprawdzania partnerów biznesowych.
Pomysł Ministerstwa Finansów nie jest jednak pomocny przy obecnie największej bolączce polskich firm – zatorach płatniczych.
W bazie brak jest m.in. informacji o opóźnieniach w regulowaniu faktur, które stanowiłyby faktyczną pomoc przy wyborze kontrahentów.
Przedsiębiorcy liczący na to, że biała lista podatników – narzędzie zaproponowane przez Ministerstwo Finansów, będzie faktycznie pomocne przy dobieraniu kontrahentów, bardzo się rozczarują. Pomysł zamiast ułatwiać firmom codzienne funkcjonowanie, nakłada na nie kolejne obowiązki, których niedopełnienie od 1 stycznia może skutkować przykrymi konsekwencjami. Działania ustawodawcy, choć potrzebne, nie nadążają za potrzebami przedsiębiorców, dla których najważniejsze jest utrzymanie płynności finansowej firmy i dysponowanie własnymi zafakturowanymi pieniędzmi tak szybko jak tylko to możliwe.
Niestety „czarne listy” dłużników są znacznie dłuższe niż te białe – nawet 9 na 10 przedsiębiorców w naszym kraju płaci rachunki po terminie (raport Intrum European Payment Raport 2019).
Zamiast pomocy kolejny obowiązek
Biała lista podatników umożliwia sprawdzenie, czy kontrahent jest czynnym płatnikiem VAT i na jaki numer rachunku bankowego powinien zostać wykonany przelew za wystawioną fakturę. Nie jest to jednak ułatwienie dla przedsiębiorcy, ale obowiązek. Zapłata należności na inny niż widniejący w bazie nr konta, może skutkować brakiem możliwości zaliczenia tej płatności do kosztów uzyskania przychodów, a nawet solidarną odpowiedzialnością za zaległości podatkowe dostawcy usługi.
– Prowadzenie firmy wymaga wiele uwagi, przedsiębiorcy codziennie muszą mierzyć się z kolejnymi wyzwaniami, a wśród największych z nich są bez wątpienia opóźnienia w spłacie należności przez kontrahentów. Należałoby szukać takich rozwiązań, które nie będą dodatkowo przytłaczały przedsiębiorców, a stanowiły faktyczną pomoc w walce z zatorami płatniczymi. Być może ujęcie w bazie dodatkowych informacji o dotychczasowych problemach danej firmy ze spłatą należności ustrzegłoby przedsiębiorców przed nawiązywaniem relacji biznesowych z nieuczciwymi podmiotami. Czasem jednak są zmuszeni współpracować z partnerem, który ich cierpliwość wystawia na próbę, bo chce płacić po wielu miesiącach. Takich problemów jest bardzo dużo, codziennie docierają do nas przedsiębiorcy wnioskujący o finansowanie faktoringowe skracające czas otrzymania gotówki i będące buforem chroniącym przed ewentualnymi nieuczciwymi płatnikami – mówi Jacek Załęcki Dyrektor Regionu w eFaktor.
Dotychczasowe pomysły nie są wystarczające
Od początku roku przedsiębiorcy mogą korzystać także z innego mechanizmu, który w konsekwencji ma wyeliminować zatory płatnicze (tzw. ustawy antyzatorowej). Nowe rozwiązania przewidują m.in. skrócenie do maksymalnie 60 dni terminu zapłaty należności mikro, małym lub średnim przedsiębiorstwom przez duże firmy. Ważnym rozwiązaniem jest także zmniejszenie podstawy opodatkowania wierzyciela, który na zapłatę czeka od przynajmniej 90 dni – licząc od dnia upływu terminu płatności. Dzięki temu przedsiębiorca nie będzie musiał ponosić dodatkowych strat związanych ze współpracą z nierzetelnym kontrahentem.
– Wszystkie pomysły, które weszły w życie na początku roku bez wątpienia są potrzebne, ale nie nadążają za potrzebami firm, które od lat musiały samodzielnie mierzyć się ze zjawiskiem zatorów płatniczych. Do tej pory pomocy można było szukać jedynie u firm faktoringowych, które w tego typu sytuacjach gwarantują finansowanie pomostowe. Tak z pewnością będzie nadal, ponieważ nawet miesięczne opóźnienie w uzyskaniu należności skutkuje zaburzeniem płynności finansowej, co przy spowolnieniu gospodarki może skończyć się upadłością firmy. Przedsiębiorcy często nie mogą sobie pozwolić na długie oczekiwanie na pomoc ze strony państwa – dodaje Jacek Załęcki z eFaktor.
Grupa INC od początku roku podpisała 5 nowych umów na wprowadzenie spółek na warszawską giełdę, a obecnie jest w trakcie realizacji 11 takich projektów. W I półroczu Grupa chce przeprowadzić procesy oferowania papierów wartościowych dla 12 klientów, a ich oczekiwana wartość to łącznie ponad 20 mln zł. Trwają również zaawansowane rozmowy z kolejnymi podmiotami planującymi pozyskanie finansowania lub debiut na GPW.
Zdecydowana większość nowo pozyskanych klientów Grupy INC to dynamiczne rosnące spółki tzw. nowej ekonomii, które poszukują finansowania na rynku publicznym lub prywatnym, poprzez emisję akcji, obligacji, czy też equity crowdfunding. Część projektów realizowana jest także w formule venture, w której Grupa INC zostaje już na wczesnym etapie rozwoju spółki jej strategicznym doradcą i inwestorem, wspierając ją w na każdym etapie drogi na giełdę.
– Intensywnie rozpoczęliśmy 2020 r., spośród trzech tegorocznych debiutów pracowaliśmy przy dwóch z nich. Jesteśmy bardzo aktywni zarówno w zakresie wprowadzania spółek, jak i oferowania papierów wartościowych, przede wszystkim dla firm z segmentu nowych technologii, gamingu i life science. W całym roku chcieliśmy wprowadzić minimum 10 spółek na warszawską giełdę i już obecny pipeline zapewnia nam realizację tego celu. Dodatkowo prowadzimy zaawansowane rozmowy z kolejnymi podmiotami, zarówno w zakresie pozyskania finansowania, jak i wprowadzenia na giełdę. To również większe projekty, które powinny się zmaterializować się w II połowie bieżącego roku i trafić na Główny Rynek GPW. – komentuje Paweł Śliwiński, prezes INC.
Grupa INC zawarła także dwie nowe umowy na wprowadzenie do obrotu akcji notowanych już spółek. Dodatkowo w I połowie br. Dom Maklerski INC planuje dwie publiczne emisje obligacji korporacyjnych o wartości kilku milionów złotych. Aktualnie Grupa INC może zaoferować pełne portfolio usług dla firm poszukujących finansowania oraz notowanych na giełdzie. W najbliższych tygodniach Grupa przedstawi zaktualizowaną strategię rozwoju, która będzie odpowiedzią na bieżące otoczenie rynkowe oraz potrzeby innowacyjnych i rosnących firm tzw. nowej ekonomii.
– Dynamiczny wzrost działalności INC to konsekwencja zmian w Grupie, które zaszły na przestrzeni ostatnich dwóch – trzech lat, a które znacznie przyśpieszyły w ostatnich miesiącach. W najbliższych tygodniach chcemy przedstawić zaktualizowaną strategię rozwoju, która będzie konsekwencją tych zmian oraz potrzeb małych i średnich firm na rynku kapitałowym. – dodaje Paweł Śliwiński.
Kobiety piastują funkcję przewodniczącej rady nadzorczej w 29 proc. największych organizacji notowanych na warszawskiej giełdzie.
Odsetek kobiet wchodzących w skład zarządów i rad nadzorczych organizacji działających w Polsce rośnie powoli. Pozytywne tendencje najwyraźniej widać w największych spółkach giełdowych. Jak wynika z szóstej edycji raportu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”, przygotowanego przez firmę doradczą Deloitte, kobiety przewodniczą niespełna 9 proc. rad nadzorczych w Polsce. Co ciekawe, w przypadku największych spółek akcyjnych notowanych na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie odsetek kobiet stojących na ich czele jest ponad trzykrotnie wyższy.
W 2019 roku odsetek kobiet wchodzących w skład rad nadzorczych w Polsce wynosił 15,8 proc. To wzrost o 0,6 proc. w porównaniu z 2017 rokiem. Kobiety zasiadają na czele zaledwie 8,7 proc. rad, co stanowi prawie jednoprocentowy wzrost. Te wyniki są zauważalnie wyższe w przypadku firm wchodzących w skład WIG20, czyli indeksu 20 największych spółek akcyjnych notowanych na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych. Kobiety zajmują 23 proc. miejsc w ich radach nadzorczych, co oznacza wzrost o 4 proc. w porównaniu z wynikami badania sprzed dwóch lat i piastują funkcję przewodniczącej rady w 29 proc. tych organizacji (spadek o 1 proc.).
Obserwowany trend wzrostu liczby kobiet w radach nadzorczych spółek wchodzących w skład WIG20 bardzo cieszy. Różnorodność perspektyw, jaką gwarantuje prowadzenie kultury włączającej kobiety do organów zarządzających i nadzorczych, pozwala kadrze zarządzającej podejmować trafniejsze decyzje, a sam proces ich podejmowania staje się ciekawszy i sprawniejszy, co ma również wpływ na wyniki – mówi Dorota Snarska-Kuman, Partner w Sektorze Instytucji Finansowych, Liderka Programu Rozwoju Rad Nadzorczych w Deloitte.
Na tle Europy
Z raportu Deloitte wynika, że najlepszym wynikiem, jeżeli chodzi o udział kobiet w radach nadzorczych, mogą pochwalić się Niemcy. W 2019 roku po raz pierwszy odsetek ten przekroczył 30 proc. Z kolei w Austrii procentowy udział kobiet w radach nadzorczych spółek giełdowych objętych parytetem wynosi 27,5 proc. Warto jednak zauważyć, że w organizacjach nie spełniających tego wymagania wynik jest ponad dwukrotnie niższy (13 proc.). W największych spółkach na rynku austriackim należących do ATX20, czyli najważniejszego indeksu Wiedeńskiej Giełdy Papierów Wartościowych, udział procentowy kobiet w radach nadzorczych wynosi 27,7 proc, czyli jest zbliżony do polskiego wyniku. W Czechach panie stanowią 15,2 proc. członków rad.
Różnorodność sprzyja innowacyjności
W polskim biznesie stale rośnie świadomość potrzeby wprowadzenia różnorodności płci. Odbywa się wiele debat publicznych, konferencji i wydarzeń, które zachęcają do zwiększania obecności kobiet w radach nadzorczych i zarządach. Od 2016 roku spółki notowane na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie podlegają Kodeksowi Dobrych Praktyk. Dokument ten, co prawda, zobowiązuje organizacje do publikowania na swoich stronach internetowych polityki różnorodności w odniesieniu do organów spółki i kluczowych funkcji kierowniczych, jednak nie określa formalnych sankcji za nieprzestrzeganie tych zasad. W 2013 roku Ministerstwo Skarbu Państwa zarekomendowało spółkom częściowo należącym do Skarbu Państwa, aby przy wyborze członków rad nadzorczych uwzględniały postulat zróżnicowania płci.
Do tej pory praktyki zalecane w Kodeksie zastosowała zaledwie jedna czwarta spółek giełdowych. Dla porównania w Norwegii i Francji zostały przyjęte normy gwarantujące kobietom 40 proc. miejsc w radach nadzorczych spółek publicznych. W Belgii zaś wymagany jest udział każdej płci w zarządach firm na poziomie co najmniej jednej trzeciej mówi Dorota Snarska-Kuman.
Promocja kultury włączającej w Polsce
Na rodzimym rynku powstają różnego rodzaju inicjatywy, które mają wspierać rozwój osobisty i zawodowy kobiet na stanowiskach menedżerskich, wykonawczych i zarządczych. Jedną z takich inicjatyw jest powołany w 2011 roku Klub Deloitte SheXO, który obecnie działa w ośmiu krajach Europy Środkowej.
W zeszłym roku ogłosiliśmy wyniki Diversity & Inclusion Rating, pierwszego ratingu liderów zarządzania różnorodnością i promowania włączającej kultury organizacyjnej, opracowanego razem z Forum Odpowiedzialnego Biznesu. Firmy są oceniane w oparciu o cztery obszary związane z różnorodnością i integracją, z uwzględnieniem światowych standardów i wytycznych. Celem jest zapewnienie obiektywnej i przejrzystej oceny postępów firm w zakresie różnorodności i integracji – mówi Iva Georgijew, Partner w Deloitte, Liderka Diversity & Inclusion w Deloitte w Europie Środkowej, założycielka i liderka Klubu SheXO Deloitte.
O badaniu „Women in the Boardroom: A Global Perspective”
Na zlecenie Deloitte Global firma MSCI ESG Research Inc. zgromadziła dane na temat różnorodności członków zarządów w 8 648 spółkach z 49 krajów w regionie Azji i Pacyfiku, Ameryk oraz Europy, Bliskiego Wschodu i Afryki (według stanu na dzień 15 grudnia 2018 roku). Na ich podstawie opracowany został raport „Women in the Boardroom”, zawierający analizę postępów, jakie dokonują się w skali globalnej, regionalnej i krajowej w obszarze zwiększania różnorodności w organach zarządzających różnych firm. Publikacja zawiera również szczegółowe informacje na temat liczebności kobiet w zarządach w podziale na sześć kluczowych sektorów (branża usług finansowych; konsumencka; technologii, mediów i telekomunikacji; produkcyjna; nauk przyrodniczych i medyczna; energetyczna). Dane te zostały uzupełnione przez Deloitte Global informacjami na temat wiążących kwot dla kobiet oraz innych inicjatyw podejmowanych w celu zwiększenia różnorodności zarządów spółek w 17 innych krajach. Publikacja koncentruje się zatem na działaniach podejmowanych w 66 różnych krajach celem osiągnięcia odpowiedniego parytetu płci w organach zarządzających. Dodatkowe wywiady przeprowadzone z członkami zarządów firm z Australii, Stanów Zjednoczonych i Hiszpanii prezentują istotne wnioski płynące z badania z perspektywy autorów publikacji, uzupełnione wnikliwymi obserwacjami na temat stopniowych zmian zachodzących w tym zakresie w tych trzech częściach świata.
Statystyki dotyczące Polski przygotowane zostały na bazie danych dla 444 spółek giełdowych według stanu na dzień 28 czerwca 2019 roku.
Spada konsumpcja piw zawierających alkohol, a od kilku lat zmniejsza się także średnia zawartość alkoholu w piwie. W 2019 roku Polacy wypili blisko 0,6 mln hektolitrów piwa alkoholowego mniej niż w 2018 roku – wynika z badania firmy Nielsen. Tracą piwa mocne, o zawartości alkoholu powyżej 6,1 proc., i tradycyjne lagery. Szybko rośnie natomiast spożycie piwa bezalkoholowego, które stanowi już 5 proc. rynku piwa. Taki trend będzie się utrzymywać.
– Piwo jako cała kategoria zanotowało w 2019 roku niewielki spadek wolumenu sprzedaży. Jest to podyktowane przede wszystkim słabszymi wynikami największego z jego segmentów, czyli lagera alkoholowego, który spadł o 2,7 proc. Za niższy wolumen sprzedaży lagerów odpowiada przede wszystkim spadek mocnego lagera o 3,7 proc. To jest bardzo znaczący trend, który pokazuje, że konsumenci odwracają się od piw mocnych – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Cyganiak, dyrektor komercyjny Nielsen.
Choć spada wolumen piwa, to rośnie wartość rynku. Sprzedaż zwiększyła się o ponad 3 proc., do 17,4 mld zł. To nie tylko wynik inflacji, lecz także tego, że sięgamy po coraz lepsze jakościowo piwa. Zawartość alkoholu ma w nich mniejsze znaczenie, wybiera się je ze względu na smak.
– Ludzie piją trochę mniej, ale lepszej jakości piwa. Można powiedzieć, że pijąc piwa z górnej półki, przyczyniają się do „premiumizacji” – wskazuje Paul Davies, prezes ZPPP – Browary Polskie. – Drugim trendem jest ogromna dynamika rozwoju piw bezalkoholowych.
– 2019 był dobrym, stabilnym rokiem dla branży piwowarskiej, chociaż już nie tak dobry jak rok 2018. Za spadek wolumenu sprzedaży w ubiegłym roku o 0,5 proc. odpowiada m.in. pogoda. Ten spadek byłby większy, gdybyśmy tylko wzięli pod uwagę piwo alkoholowe, ponieważ w tym segmencie te spadki są już dość wyraźne – ocenia Bartłomiej Morzycki, dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie.
Z analiz firmy Nielsen wynika, że od kilku lat systematycznie spada średnia zawartość alkoholu w piwie – w 2017 roku było to 5,37 proc., w 2018 roku – 5,33 proc., a w 2019 roku już 5,27 proc. W ubiegłym roku liczba kupionych lagerów spadła o 2,7 proc., zaś lagery smakowe i piwne specjalności wzrosły pod względem wolumenu o ponad 7 proc.
Na znaczeniu rosną przede wszystkim piwa bezalkoholowe, które stanowią już 4,7 proc. całej kategorii, a wartość tego segmentu rynku sięga 822 mln zł. Taki trend będzie się utrzymywać, a zdaniem ekspertów w 2020 roku wartość piw bezalkoholowych sięgnie aż miliarda złotych.
– Od kilku lat obserwujemy dynamiczne wzrosty wolumenu piw bezalkoholowych. W zeszłym roku ten wzrost wyniósł prawie 60 proc. i w tym momencie już prawie 5 proc. wartości rynku piwa w Polsce to są piwa bezalkoholowe – informuje Bartłomiej Morzycki.
Dane Nielsena wskazują, że spośród piw 0,0 proc. najchętniej wybierane są warianty smakowe (2,9 proc. kategorii), które wzrosły pod względem wolumenu o 64,2 proc. w 2019 roku.
– Rosną piwa smakowe, tzw. radlery, 1/3 stanowią bezalkoholowe lagery, ale również w zeszłym roku pojawiła się bardzo ciekawa kategoria bezalkoholowych specjalności, czyli piwa pszeniczne, piwa typu IPA i APA. Ten rynek staje się coraz bardziej zróżnicowany i cały czas się rozwija – przekonuje dyrektor generalny ZPPP – Browary Polskie.
Jak wskazują eksperci, podobny trend obserwuje się w innych krajach regionu. W Niemczech piwa bezalkoholowe odpowiadają za 7,5 proc. rynku, w Rosji – 2,3 proc., w Czechach i Słowacji – podobnie jak w Polsce, czyli nieco mniej niż 5 proc.
– Na wielu rynkach daje się zaobserwować podobną tendencję w zakresie wzrostu udziału piw bezalkoholowych i silnego spadku w obszarze piw mocniejszych. W przypadku tzw. piw smakowych wzrost jest bardzo gwałtowny. Jeśli chodzi natomiast o piwa bezalkoholowe, uważam, że Polska jest najdynamiczniej rozwijającym się rynkiem w skali całej Europy – mówi Paul Davies.
Za spadek spożycia mocniejszych piw odpowiada też rosnąca świadomość konsumentów. Rzadziej po nie sięgają, częściej sprawdzają skład. Dlatego też ZPPP – Browary Polskie podpisały dobrowolne porozumienie, w którym zobowiązały się podawać na etykietach piw zawierających alkohol pełny skład produktu.
– Na wszystkich piwach alkoholowych warzonych przez członków naszego związku znajdują się już informacje dotyczące wartości kalorycznej, jak i pełny skład produktów. W internecie natomiast dostępne są wszystkie informacje dotyczące wartości odżywczych danego piwa – zaznacza Bartłomiej Morzycki.
Eksperci podkreślają, że 2020 rok może być dla branży piwowarskiej pełen wyzwań. Rosną koszty, o 10 proc. wzrosła też akcyza, a podatek cukrowy uderzy w bezalkoholowe piwa smakowe.
– Tym, czego nam brakuje jest bardziej przewidywalne środowisko regulacyjne i szersze konsultacje nowych rozwiązań prawnych – ocenia Paul Davies. – Branża potrzebuje tego dla lepszego planowania działań w kolejnych latach– podsumowuje prezes ZPPP – Browary Polskie.
W polskich szpitalach i placówkach medycznych pracuje 233 tys. pielęgniarek oraz 28 tys. położnych. Mimo że w latach 2013–2018 przybyło ich ponad 20 tys., wciąż brakuje młodych adeptów tych zawodów. Niezbędne są działania, które przyciągną studentów na kierunki pielęgniarskie i położnicze. – Ostatnio płace pielęgniarek i położnych wyraźnie wzrosły, a to ma wpływ na postrzeganie tych profesji jako dobry wybór na przyszłość – mówi Andrzej Tytuła, przewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych w Lublinie oraz Komisji Warunków Płacy i Pracy przy Naczelnej Radzie Pielęgniarek i Położnych.
– Wzrost wynagrodzeń nie jest aż tak duży, jak byśmy tego oczekiwali, ale na pewno wpłynął na polepszenie sytuacji zawodowej pielęgniarek i położnych – dodaje Andrzej Tytuła. – W efekcie częściej decydują się one na pozostanie w Polsce i poszukują pracy w swoim zawodzie. Myślę, że w porównaniu z wysokością wynagrodzeń, którą można było uzyskać w tych zawodach jeszcze kilka lat temu, teraz zarobki są na godnym poziomie i taka tendencja powinna być utrzymana. Pensje pielęgniarek i położnych w Polsce powinny stopniowo dochodzić do poziomu średniej krajowej i wierzę, że przy dobrej współpracy z Ministerstwem Zdrowia będzie to możliwe.
Jak podkreśla, to wysokość wynagrodzeń jest czynnikiem stanowiącym o atrakcyjności zawodu i jednocześnie motywuje do zdobywania wykształcenia. Systematyczny wzrost płac pielęgniarek i położnych będzie przyciągał młodych ludzi do szkół, gdyż daje dobre perspektywy na przyszłość.
– Efekty są już widoczne, bo coraz więcej osób studiuje na wydziałach pielęgniarskich i położniczych, a zawody pielęgniarki i położnej na nowo stają się atrakcyjne – zauważa przewodniczący Okręgowej Izby Pielęgniarek i Położnych.
Nadmierny optymizm nie jest jednak wskazany, ponieważ sytuacja wciąż nie jest dobra. W Polsce wskaźnik liczby pielęgniarek przypadających na tysiąc mieszkańców jest jednym z najniższych w Europie i wynosi 5,2. Dla porównania średnia unijna to 9,4. Niepokojące są także dane dotyczące średniego wieku polskich pielęgniarek – w 2015 roku wynosił on 50 lat, a w 2019 roku 52 lata. Według prognoz na 2030 rok średnia wieku pielęgniarek wyniesie 60 lat.
– Jeszcze trudniejsza jest sytuacja w podstawowej opiece zdrowotnej, gdzie średnia wieku pielęgniarek i położnych już dziś wynosi powyżej 60 lat – uściśla Andrzej Tytuła. – Na rynku pracy w zawodach pielęgniarki i położnej obserwujemy tzw. lukę pokoleniową, czyli brak kadry, który wynika z okresowego spadku zainteresowania tym zawodem wśród młodych ludzi. Staramy się to zmienić i wypełnić niedobór pielęgniarek i położnych. Gdyby nie wzrost wynagrodzeń, sytuacja byłaby jeszcze trudniejsza niż obecnie.
Wzrost liczby studentów to dopiero początek zmian, bo nauka na studiach pierwszego stopnia trwa trzy lata, więc trzeba jeszcze poczekać, aby absolwenci trafili na rynek pracy. Jak zakłada przewodniczący OIPiP w Lublinie, sytuacja będzie się poprawiać z roku na rok i tzw. luka pokoleniowa będzie się wypełniać.
Rocznie w Polsce prawie 5 tys. absolwentów studiów pielęgniarskich odbiera prawo wykonywania zawodu, a 10 proc. z nich to położne. Wykształcenie personelu pielęgniarskiego systematycznie rośnie – w 2013 roku było 42,4 tys. pielęgniarek z wyższym wykształceniem, a w 2018 roku liczba ta sięgnęła 76,2 tys.
Jeszcze cztery lata temu izby pielęgniarskie wydawały ponad tysiąc zaświadczeń umożliwiających wyjazd za granicę. W roku 2018 było ich tylko 400, a w ciągu ostatnich czterech lat ponad 3 tys. pielęgniarek wróciło do zawodu. Jednak szpitale wciąż odczuwają ich deficyt.
– Największe potrzeby związane z niedoborem kadry pielęgniarskiej mają szpitale powiatowe, bo tam wynagrodzenia są niższe niż w placówkach wojewódzkich, klinicznych czy specjalistycznych – zaznacza Andrzej Tytuła. – Szczególnie trudna sytuacja panuje na zachodzie Polski. W niektórych szpitalach pielęgniarki mogą znaleźć zatrudnienie od ręki. Personelu pielęgniarskiego brakuje także w Małopolsce, np. w nowo powstałym szpitalu klinicznym w Krakowie-Prokocimiu, który jest tak dużą placówką, że w zasadzie mógłby zatrudnić niemal każdą liczbę pielęgniarek.
Federacja Przedsiębiorców Polskich (FPP) zwraca uwagę na niepokojącą praktykę związaną z zamówieniami publicznymi. Kryteria oceny ofert konkurujących ze sobą o zamówienie często są oceniane nie ze względu na jakość ich usług i cenę, lecz na możliwość przyznania ulg za zatrudnianie osób niepełnosprawnych. Według FPP takie postępowanie wynaturza cel działania Polskiego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), który wspiera zatrudnianie osób z niepełnosprawnością, przyznając takie ulgi pracodawcom. Niestety, instytucje publiczne otrzymują odpisy obowiązkowych wpłat na PFRON, których musiałyby dokonać jeśli nie współpracują z firmą zatrudniającą osoby z niepełnosprawnością. Jest to więc praktyka uszczuplająca budżet Funduszu. Odbija się również negatywnie na jakości zamawianych usług.
– Konkurencja w postępowaniach o zamówienia publiczne jest całkowicie wypaczona, ponieważ finalna ocena oferty nie ma żadnego związku z jakością usługi – powiedział serwisowi eNewsroom Grzegorz Lang, ekspert Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Zamawiający – zwłaszcza nabywający usługi takie, jak sprzątanie czy ochrona – nadal stosują kryterium oceny ofert uzależnione od przyznania ulgi z PFRON. To drastycznie zmniejsza możliwość porównania jakości ofert składanych w postępowaniu. Dlatego FPP zwraca się do właściwych władz postulując, by wyeliminować tę praktykę. Przy ocenianiu aspektów finansowych oferty powinno brać się pod uwagę tylko koszt usługi. Natomiast kwestie związane z odpisami na PFRON powinno się oceniać w sferze, do której należą – czyli promocji zatrudnienia osób niepełnosprawnych – podkreśla Lang.
Dziewięć milionów Polaków to palacze, z których blisko połowa sięga po papierosy mentolowe. Te wskutek unijnej dyrektywy po 20 maja całkowicie znikną z rynku. Tymczasem ponad połowa palaczy w ogóle nie jest świadoma zbliżających się zmian, ale zdecydowana większość – bo aż 90 proc. – nie zamierza z tego powodu rzucać palenia. Co czwarty wprost zapowiada, że papierosów mentolowych będzie szukać w szarej strefie – wynika z badania przeprowadzonego dla Forum Konsumentów. Organizacja rozpoczęła właśnie akcję informacyjną, która ma uświadomić palaczom, że po 20 maja nie znajdą już popularnych mentoli na sklepowych półkach. Po tym terminie jedynym legalnym wyrobem tytoniowym o aromacie mentolowym będą podgrzewacze tytoniu.
– Większość Polaków nie jest świadoma zbliżającego się wycofania z rynku papierosów mentolowych i produktów mentolowych. Co ważniejsze, również palacze papierosów mentolowych nie są świadomi nadchodzących zmian – mówi w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Dominika Maison, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Od 20 maja z rynku wycofane zostaną papierosy mentolowe i z kapsułką w filtrze, która po naciśnięciu zmienia smak zwykłego papierosa na mentolowy. To efekt unijnej dyrektywy tytoniowe, przyjętej w 2014 roku, która w założeniu ma się przyczynić do spadku liczby nałogowych palaczy. Zakaz sprzedaży mentoli zostanie wprowadzony nie tylko w Polsce, lecz także w całej UE. Dyrektywa wprowadza zakaz sprzedaży papierosów i tytoniu do samodzielnego skręcania papierosów o charakterystycznym aromacie, tj. zapachu lub smaku innym niż zapach lub smak tytoniu, w tym mentolowym. Po 20 maja jedyną legalną alternatywą tytoniową o aromacie mentolowym dostępną w sklepach będą tzw. podgrzewacze tytoniu. Pierwszym tego typu produktem w Polsce był system IQOS. W sprzedaży pozostaną także mentolowe olejki do e-papierosów.
Z danych Forum Konsumentów wynika, że papierosy pali obecnie ponad 25 proc. dorosłych Polaków, czyli ok. 9 mln osób. W tej grupie aż 42 proc. sięga właśnie po papierosy mentolowe bądź z kapsułką – z czego 28 proc. wybiera je regularnie. Co istotne, ponad połowa (51 proc.) z nich nie ma świadomości zbliżających się zmian i nie wie, że po 20 maja nie znajdzie już popularnych mentoli na sklepowych półkach.
– Większość Polaków negatywnie ocenia ten zakaz. Po pierwsze, uważają, że jest to pewne ograniczenie wolności wyboru, po drugie – nie bardzo wierzą, że wpłynie to na zachowania związane z paleniem – mówi prof. Dominika Maison.
Jak wynika z badania przeprowadzonego w styczniu br. przez Maison & Partners dla Forum Konsumentów – 81 proc. Polaków jest zdania, że wycofanie z rynku popularnych mentoli nie przyczyni się do zmniejszenia liczby palaczy, a ci znajdą inne sposoby, żeby obejść unijny zakaz. Większość Polaków uważa też, że palacze powinni mieć prawo, aby samemu decydować, jakie papierosy chcą palić.
Negatywnie do planowanych zmian odnoszą się także sami palacze – zwłaszcza ci, którzy sięgają po papierosy mentolowe i z kapsułką. Ponad 60 proc. z nich jest zdania, że unijna dyrektywa ogranicza ich wolność wyboru i nie przyniesie oczekiwanych rezultatów. Jednocześnie wielu z nich nie rozumie tej zmiany i nie wie, z czego zakaz wynika. Zdecydowana większość z nich – bo aż 90 proc. – nie zamierza też z jego powodu rzucać palenia.
– Zdecydowana większość osób palących mentolowe papierosy nie zamierza kończyć z nałogiem. Około 50 proc. z nich planuje przerzucić się na tradycyjne papierosy, a tylko 16 proc. będzie szukać alternatywnych, legalnych wyrobów tytoniowych [jak e-papierosy czy podgrzewacze tytoniu – przyp. red.]. Z kolei prawie 20 proc. deklaruje, że będzie szukać tych produktów na czarnym rynku. Przy czym trzeba zaznaczyć, że ten wynik może być zaniżony, ponieważ z natury trudno nam się przyznać – nawet w badaniach – do tego, że zamierzamy łamać prawo – mówi Agnieszka Plencler, prezes Fundacji Forum Konsumentów.
– Blisko 20 proc. palaczy zadeklarowało, że zamierza szukać na czarnym rynku produktów, które zastąpią ich dotychczasowe papierosy mentolowe. To bardzo zły wynik, który oznacza, że ta grupa będzie sięgać po produkty z nielegalnego źródła, być może dużo gorszej jakości i o większej szkodliwości dla zdrowia – dodaje prof. Dominika Maison.
Prezes Fundacji Forum Konsumentów przestrzega przed kupowaniem papierosów mentolowych z szarej strefy, ponieważ stanowi to duże ryzyko związane z brakiem zachowania odpowiednich standardów i wątpliwą jakością takich produktów, które mogą być niebezpieczne dla zdrowia.
– Konsumenci powinni pamiętać, że kupowanie w szarej strefie to przede wszystkim ryzyko dla własnego zdrowia, ponieważ, po pierwsze, np. na bazarach – czy innymi kanałami – kupują produkty niewiadomej jakości, dość ryzykowne. Po drugie, jest to wspieranie nieuczciwej konkurencji, producentów, którzy wytwarzają coś w sposób nielegalny, a po trzecie – przekłada się to również na mniejsze wpływy do budżetu państwa – wylicza Agnieszka Plencler.
Wczoraj ukazał się także szósty raport Public Health England (PHE), czyli agencji wykonawczej ministerstwa zdrowia Wielkiej Brytanii, w którym eksperci zachęcają do korzystania z alternatyw dla papierosów. – Najlepszą rzeczą, jaką palacz może zrobić dla swojego zdrowia, jest całkowite rzucenie palenia. Elektroniczne papierosy mogą pomóc niektórym osobom rzucić palenie i są bezpieczniejszą alternatywą – powiedział prof. Chris Whitty, Chief Medical Officer for England.
Eksperci PHE podkreślają, że choć palenie e-papierosów nie jest całkowicie pozbawione ryzyka, są znacznie mniej szkodliwe niż papierosy. Produkty te zawierają znacznie mniej szkodliwych substancji, wywołujących choroby związane z paleniem, ale długoterminowe skutki ich używania pozostaną nieznane jeszcze przez jakiś czas. Specjaliści z Wielkiej Brytanii zwracają uwagę, że błędne przekonanie o wyższej szkodliwości e-papierosów od zwykłych gwałtownie wzrosło wśród brytyjskich palaczy po przypadkach uszkodzenia płuc wśród ich konsumentów w USA jesienią 2019 roku. Władze USA potwierdziły jednak, że główną przyczyną śmierci pacjentów i zachorowań był octan witaminy E, środek zagęszczający dodawany właśnie do nielegalnych płynów (w Polsce i Wielkiej Brytanii) zawierających THC, czyli substancję czynną konopi indyjskich.
Eksperci w raporcie podkreślają, że polscy konsumenci muszą przede wszystkim rozumieć, po co i dlaczego zostaje wprowadzony zakaz mentoli. Tymczasem badania jednoznacznie pokazują, że większość Polaków – w tym palących papierosy – nie jest ani świadoma zbliżającego się zakazu, ani nie wie, z czego on wynika, i nie zamierza z jego powodu rzucać nałogu.
Forum Konsumentów zapowiada, że będzie śledzić efekty zmiany ustawodawczej, a tymczasem – w celu uświadomienia konsumentom zbliżających się zmian, które wejdą w życie 20 maja br. – wystartowało z akcją HASHZakazMentoli. Na stronie internetowej kampanii osoby palące mogą znaleźć wszystkie informacje związane z wejściem w życie zakazu sprzedaży mentoli, rady dotyczące tego, jak wyjść z nałogu, oraz informacje o ryzykach związanych z kupowaniem produktów tytoniowych w szarej strefie.
– Na pewno będziemy monitorować konsekwencje tej zmiany ustawodawczej, mamy nadzieję, że efekt będzie taki, jaki został zamierzony. Jednak biorąc pod uwagę wyniki badań, śmiemy w to wątpić, a ponadto nie jesteśmy zwolennikami metody zakazów i nakazów. Dlatego ruszamy z kampanią informacyjną, która wychodzi naprzeciw konsumentom – na stronie www.zakazmentoli.pl znajdą wszystkie niezbędne informacje i ostrzeżenia – mówi Agnieszka Plencler.
W ostatniej dekadzie sytuacja na rynku pracy uległa diametralnej zmianie, pozytywnie wpływając jednocześnie na pozycję kobiet, również tych z kilkunasto lub nawet kilkudziesięcioletnim stażem zawodowym. Widoczny już jednak trend spadkowy, powodujący powolny, lecz ponowny wzrost bezrobocia sprawia, że można patrzeć w przyszłość z lekkim niepokojem i troską o dalszą bezpieczną pozycję kobiet. I choć w niektórych przedziałach wiekowych % aktywnych zawodowo pań jest zbliżony lub identyczny jak panów, stale obserwowany jest niebezpieczny trend związany ze „znikaniem” z rynku pracy kobiet po 45 roku życia. Wiele pań ma nie tylko problem z utrzymaniem dotychczasowych stanowisk, ale również ze znalezieniem nowego zatrudnienia, często w innej niż dotychczas branży czy zawodzie, a z każdym kolejnym rokiem ich życia, znalezienie pracy staje się coraz trudniejsze. I choć mówi się, że zarówno płeć, jak i wiek, nie mają obecnie znaczenia w kwestii zatrudnienia, nadal mierzymy się ze stereotypami, stawiającymi kobiety w gorszej pozycji i powodującymi ich odpływ z rynku pracy, niestety często już definitywny. Dlaczego tak się dzieje i jakie mogą być główne powody takiej sytuacji oraz jak takiemu stanowi rzeczy mogą zapobiegać same zainteresowane?
Rynek pracy – kobiety vs. mężczyźni, a kwestia pokoleń
Cykl życia kobiet na rynku pracy znacząco różni się od cyklu mężczyzn. Panie później niż panowie wchodzą na rynek pracy, poświęcając się częściej zdobywaniu wykształcenia i zwykle już po kilku latach znikają z niego na jakiś czas, by urodzić i wychować potomstwo. Przerwa w ich życiu zawodowym trwa zwykle od kilku miesięcy do nawet kilku lat, a powrót do zawodowej rzeczywistości może być niezwykle trudny, nie tylko ze względu na „pauzę” w zatrudnieniu, ale często w związku z koniecznością poszukiwania nowego pracodawcy lub też zawodu. A następnie szybciej niż mężczyźni odchodzą na emeryturę. Opisany powyżej schemat zmienia się jednak w zależności od pokolenia i już obecnie widoczne są spore odchylenia od niego w najmłodszych grupach wiekowych zatrudnionych (obecnie na rynku pracy mamy przedstawicieli aż czterech pokoleń).
Według danych GUS, w styczniu 2020 roku stopa bezrobocia w Polsce wynosiła 5,5%, choć jak pokazują liczby, sytuacja delikatnie pogarsza się z każdym miesiącem. W 2018 roku aktywnych zawodowo było 60% kobiet w wieku produkcyjnym[1], choć % ten różnił się w zależności od przedziału wiekowego. Aktywność kobiet na rynku pracy jest mocno uzależniona od poziomu ich wykształcenia – pracuje znacznie więcej pań posiadających wyższe wykształcenie niż wykształcenie podstawowe. Przy zmianie listy obecnie wykonywanych zawodów w najmłodszych pokoleniach (szczególnie w pokoleniu Z) widoczny jest jednak trend rezygnacji z edukacji na rzecz zdobywania praktycznych umiejętności i doświadczenia zawodowego w różnych obszarach i organizacjach. Na krok taki decyduje się coraz więcej młodych kobiet, które postanawiają odłożyć na później edukację, by była ona bardziej dostosowana do ich zawodowych potrzeb.
W większości miejsc pracy 50% siły roboczej stanowią aktualnie przedstawiciele pokolenia Millenialsów, w wieku 38 lat i młodsi. Oznacza to, że wielu rekrutujących, którzy szukają talentów, może być uprzedzonych wobec starszych pracowników, często również kobiet, które przynajmniej z założenia posiadają już rodzinę i są zaangażowane w jej życie, i ignorować ich kandydatury na wakujące stanowiska. Pracodawcy szukają zaangażowania, nowych pomysłów i sposobów optymalizacji pracy, aby stale zapewniać lepsze wyniki. Najlepiej zatem pokazać im nie tylko własne umiejętności, podejście do pracy i wykonywanych obowiązków, ale również swój potencjał i pomysły na stały rozwój.
Nie popełniaj samobójstwa zawodowego
Proces poszukiwania pracy zmienił się (dostosowując się do różnych pokoleń), zatem zmianie musi ulec również podejście kandydatów, tym bardziej w przypadku kobiet ze starszych generacji pracowników. Rekruterzy patrzą już nie tylko na osiągnięcia i doświadczenie, ale oceniają również wygląd, sposób prezentowania się, mówienia i komunikowania, a także np. wygląd profilu na LinkedIn i ostatnie aktywności edukacyjno-rozwojowe czy eksperckie, nie mówiąc już o nastawieniu i otwartości na zmiany, technologie czy współpracowników. Nie można zatem spocząć na laurach i myśleć, że można utrzymać pracę lub łatwo znaleźć nową, bez inwestowania we własny rozwój, zarówno ten w obszarze umiejętności technicznych, jak i miękkich. Osoby rekrutujące poszukują osób zorientowanych na sukces. Chcą ludzi, którzy dostarczają wyniki i nie poprzestają we własnym rozwoju. Patrząc na zachowania starszych pokoleń pracowników na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci stwierdzić można jednak, że wiele osoby aktywnych zawodowo, osiągając pewien wiek nie inwestowało we własny rozwój, wycofywało się z rynku i nie wykazywało się już innowacyjnością, często również uniknąć wyzwań. Sytuacja taka miała miejsce również w przypadku wielu kobiet, które po powrocie na rynek pracy i łączeniu życia zawodowego z życiem rodzinnym nie poświęcały już czasu na własną edukację i rozwój.
Wiele osób boi się zmian i dodatkowego wysiłku, jaki trzeba podjąć, aby poradzić sobie z innowacjami i iść naprzód, a wiele pań dodatkowo boi się porażki. Kobiety osiągające pewien wiek, choć zaznaczam że ta sama sytuacja dotyczy również mężczyzn, muszą być obecnie antytezą stereotypu – gdy masz ponad 40 lat nie jesteś już kreatywna, brakuje Ci umiejętności technicznych i nie masz zapału, by wykonać „dobrą robotę”. Warto zatem stale inwestować we własny rozwój i każdego dnia mieć przekonanie, że stereotypy i obiegowe przekonania nie dotyczą mnie. W związku z niezwykle dynamicznym rozwojem technologii, zmieniających również, a może przede wszystkim, rynek pracy, przewiduje się, że „Rewolucja 4.0” może wpłynąć na jeszcze większą dyskryminację i znacząco osłabić pozycję kobiet na rynku pracy, pomimo stale rosnącej liczby absolwentek kierunków technicznych. Dotyczyć będzie to szczególnie pracujących pań posiadających już znaczne doświadczenie zawodowe. Warto zatem już teraz myśleć o jednoczesnym rozwoju umiejętności technicznych i miękkich, ale też otaczać się ludźmi o dobrym nastawieniu i charyzmie, którzy zarażają pozytywnym myśleniem, motywacją i energią do działania. Choć rynek pracy rządzi się oczywiście swoimi prawami i w różny sposób traktuje różne pokolenia pracowników, to w coraz większej liczbie krajów dostrzec można, że dyskryminacja ze względu na wiek zaczyna się znacznie szybciej, niż zakładano do tej pory i jest szczególnie widoczna w przypadku kobiet, pojawiając się nawet już w przypadku 40-latków. Klucz do tej sytuacji kryje się w kolejnym stereotypie dotyczącym zdolności ludzi do uczenia się nowych rzeczy, dostosowywania się i podejmowania inicjatyw w miarę starzenia się. I to rolą kobiet jest jego przełamanie. W Polsce coraz częściej mają one jednak świadomość zagrożeń i dlatego poświęcają czas na własną edukację czy zdobywanie nowych umiejętności lub zmianę kwalifikacji w kierunku bardziej technicznym – twierdzi Grzegorz Święch, Wiceprezes i Partner w firmie szkoleniowej Nowe Motywacje.
Udział kobiet w sile roboczej danego kraju jest odzwierciedleniem jego sytuacji gospodarczej, wzrostu i rozwoju, ale także poziomu wykształcenia, współczynnika dzietności, norm społecznych i innych czynników. Ma jednak pozytywny wpływ nie tylko na wyniki ekonomiczne, ale przede wszystkim na zajmowaną przez kobiety pozycję w społeczeństwie i ich rolę w jego dalszym rozwoju. To co jednak jest najważniejsze to zapewnienie im dostępu do wysokiej jakości edukacji, możliwości uczenia się przez całe życie oraz miejsc pracy, które pozwolą im aktywnie uczestniczyć w życiu społeczeństwa na każdym etapie ich życia, bez względu na wiek czy sytuację osobistą. Można mieć jednak nadzieję, że kurczące się zasoby dostępnych „rąk do pracy” spowodują, że kobiety w wieku 45+ nie będą niczym duchy znikać bez śladu z rynku pracy, ale coraz mocniej zaznaczać na nim swoją obecność i rozwijać karierę w kolejnych obszarach. Tkwiący w nich potencjał jest bowiem tak ogromy, że jego niewykorzystanie byłoby stratą zarówno dla nich samych, jak i całego społeczeństwa. Być może nie każdy wie, że kariera wielu kobiet sukcesu np. Very Wang, Marthy Steward, Anny Wintour czy Marii Skłodowskiej Curie, zaczęła się już dobrze po 40-tce.
Agencja S&P zweryfikowała swoje spojrzenie na wpływ SARS-CoV-2 na gospodarkę, a OECD zaapelowała do banków centralnych i rządów o wsparcie rynków, aby zapobiec jeszcze większemu spowolnieniu. – Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce – powiedział Wojciech Murdzek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. Epidemia koronawirusa obejmuje już 83 kraje na wszystkich kontynentach. Wczoraj pierwszy przypadek został potwierdzony także w Polsce.
Z ocen agencji S&P wynika, że makroekonomiczne skutki koronawirusa od ostatniego raportu z 11 lutego są dwa razy większe. Obniżyła więc swoje prognozy globalnego wzrostu PKB z przewidywanych w grudniu 3,3 proc. do 2,8 proc. Obniżyła też o 0,9 p.p. tempo wzrostu chińskiej gospodarki, a o 0,7 włoskiej.
Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju jest jeszcze bardziej sceptyczna. Jej zdaniem globalny PKB wzrośnie nie więcej niż 2,4 proc., i to pod warunkiem, że koronawirus przestanie się rozprzestrzeniać po I kwartale. W przeciwnym przypadku może spaść nawet do 1,5 proc.
Zagrożona jest również strefa euro, której gospodarka spowolni z prognozowanych wcześniej 1,1 proc. do 0,8 proc. OECD zaapelowała więc do rządów i banków centralnych o wzmocnienie poszczególnych gospodarek, aby oprócz epidemii nie rozprzestrzeniała się również recesja. Pierwszy zareagował Fed, który niespodziewanie obniżył stopy procentowe. Jego śladem poszły banki centralne Kanady, Australii i Malezji. Spowolnienie może też dotknąć Polskę, ale NBP zachował spokój.
– Na pewno w gospodarce są zjawiska, które pilnie musimy obserwować. Odzwierciedlają się one we wzroście lub spadku PKB i wskazują, czy mamy wzrost gospodarczy, czy grozi nam stagnacja. Cieszymy się, że na tle innych krajów polska gospodarka wykazuje zdecydowanie większą stabilność, i chcemy, żeby rosła w tempie ponad 3-proc. i powyżej średniego europejskiego PKB – mówi Wojciech Murdzek, sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
Zdaniem analityków Citibanku scenariusz taki może być jednak zagrożony. Ich zdaniem, gdyby nie epidemia, polska gospodarka rzeczywiście rosłaby w tempie 3–3,5 proc. Z końcem lutego, czyli zanim koronawirus trafił do Polski, obniżyli już swoje prognozy do 2,8 proc.
– Nie jesteśmy wyizolowaną wyspą, ale analizy zawsze są trudne, bo w tej chwili nie tylko ci, którzy zajmują się naszym zdrowiem, ale też świat gospodarczy stawia sobie pytania, na ile ten kryzys związany z koronawirusem przełoży się na gospodarkę. Wiemy, że tąpnięcie w Chinach jest bardzo wyraźne, a ten kraj i gospodarka globalna to naczynia połączone. Zachodzi ryzyko, ale w ułamku procenta, że znajdzie to odzwierciedlenie w naszej gospodarce – mówi Wojciech Murdzek.
Zdaniem OECD PKB chińskiej gospodarki spadnie do 4,8 proc. Spadną też obroty handlowe między Chinami i innymi państwami, co Polska może odczuć nie tylko bezpośrednio, ale i pośrednio. Bezpośrednio, ponieważ gros towarów importujemy z Chin, a pośrednio, ponieważ od dawna odczuwalne jest spowolnienie gospodarcze Niemiec, które są naszym największym partnerem handlowym, a znaczącym dla Chin. Niektóre przedsiębiorstwa już zaczęły sygnalizować brak importowanych półproduktów.
– Powinniśmy więc zachęcać do szukania dywersyfikacji rynków docelowych. To jest wyzwanie, ale Polacy potrafią – nazwijmy to – improwizować gospodarczo, bo przecież spowolnienie w Niemczech nie przełożyło się wprost na polską gospodarkę. Stało się tak, ponieważ zbudowaliśmy powiązania gospodarcze z wieloma różnymi krajami, choćby z Chinami, do których eksport w 2019 roku wzrósł aż o 25 proc., wypełniając lukę, która pojawiła się gdzie indziej– tłumaczy sekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju.
Resort nie wyklucza, że spowolnienie może się przełożyć na zahamowanie wzrostu cen. Nie widzi więc powodu, żeby podejmować jakieś nadzwyczajne działania.
– Rząd nie przygotowuje się wprost na trudne czasy, bo stara się reagować na rzeczywistość w sposób dynamiczny i płynny. Cały czas staramy się podnosić poprzeczkę, akcentować, że rozwój gospodarczy jest podstawową bazą i siłą naszego kraju. Wszystkie rozwiązania temu służą. Pracujemy nad kolejnymi ustawami, które mają wspierać inwestycje i innowacje. To jest właśnie nie permanentne przygotowywanie się, tylko ciągła gotowość do szukania coraz lepszych rozwiązań i do wspierania gospodarki jako podstawy wszystkich poczynań związanych z budżetem– podkreśla Wojciech Murdzek.
Międzynarodowa współpraca to dla naukowców z Polski szansa na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także na szybszą komercjalizację efektów prac badawczych. Polscy badacze – szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy – od lat rozwijają ją na gruncie polsko-francuskim. Dowodem na jej potencjał jest przyznana właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuska Nagroda Naukowa im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Otrzymały ją dwa polsko-francuskie tandemy naukowców za wieloletnią współpracę, która zaowocowała m.in. prestiżowymi publikacjami naukowymi.
– Współpraca polskich uczonych z naukowcami i uczelniami z innych krajów jest niezwykle ważna, bo, po pierwsze, dzięki niej powstają świetne publikacje, a po drugie – buduje się środowisko naukowe. Tym, co nas niszczy – czasem nawet wśród polskich naukowców – jest fakt, że współzawodniczymy o granty przyznawane przez różne instytucje. Tymczasem w wielu przypadkach powinniśmy ze sobą współpracować – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes prof. Maciej Żylicz, prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej.
Jak podkreśla, polscy uczeni – szczególnie fizycy, matematycy i biolodzy – współpracują ze wszystkimi ważnymi ośrodkami naukowymi na świecie i publikują wyniki swoich prac, co przekłada się nie tylko na międzynarodowy prestiż. Choć istnieją różnice kulturowe i komunikacyjne między badaczami z różnych państw, a problemy sprawiają też rezygnacja ze współzawodnictwa czy różnice w standardach i dokumentacji naukowej, to dla naukowców współpraca ta daje szansę na wymianę doświadczeń i wiedzy, poszerzenie perspektyw, zdobycie większego finansowania, a także szybszą komercjalizację efektów prac badawczych.
– Publikacje, które powstają w wyniku współpracy naukowej, są lepiej rozpoznawalne na świecie, a opłaca się ona niemal wszystkim – mówi prof. Maciej Żylicz. – Jeżeli chcemy publikować dobre prace, które będą zauważone przez społeczność naukowców – najlepiej, żeby one powstawały właśnie w wyniku współpracy.
– Współpraca międzynarodowa zawsze daje pewien efekt synergii. Mamy różne wykształcenie i pochodzenie, inny sposób rozumienia rzeczywistości, bo pochodzimy z różnych środowisk. To wzbogaca, rozwija i ułatwia działalność – dodaje prof. Jakub Zakrzewski z Wydziału Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego.
Polsko-francuską współpracę rozwija też Fundacja na rzecz Nauki Polskiej. W ramach prowadzonego przez nią programu Międzynarodowe Agendy Badawcze przy wsparciu Komisji Europejskiej powstają w Polsce tzw. centra doskonałości – czyli wyspecjalizowane jednostki, które prowadzą interdyscyplinarne badania w międzynarodowych zespołach (przy pomocy wiodących instytucji i agencji ds. badań w Europie). FNP utworzyła już 14 takich jednostek – z czego trzy we współpracy z francuskimi ośrodkami naukowymi.
– Współpraca polsko-francuska od lat jest najbardziej zaawansowana w fizyce, natomiast bardzo dobrze rozwija się też w innych naukach ścisłych i w naukach humanistycznych. Mamy Instytut Polski w Paryżu, który działa od XIX w., prowadzi działalność i się rozwija – mówi prof. Jakub Zakrzewski.
Dowodem na to, że polsko-francuska współpraca naukowa jest silna, ale ma dalszy potencjał do rozwoju, są przyznane właśnie po raz pierwszy Polsko-Francuskie Nagrody Naukowe im. Marii Skłodowskiej i Pierre’a Curie. Zostały one ustanowione w ubiegłym roku przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej i Francuską Akademię Nauk wspólnie z francuskim Ministerstwem Szkolnictwa Wyższego, Nauki i Innowacji – z okazji Polsko-Francuskiego Roku Nauki – w celu wspierania i promowania polsko-francuskiej współpracy naukowej. Nagrody, których wysokość wynosi 15 tys. euro dla każdego z laureatów. przyznano w drodze konkursu.
– Ta nagroda naukowa jest ukoronowaniem naszej wspólnej pracy. Wielu z nas współpracuje z ośrodkami naukowymi we Francji i osiągnęło tam sukces. Mało tego, pozyskujemy pieniądze na dalszą współpracę. Dzięki temu studenci i doktoranci mają szansę wyjechać do Francji, a francuscy naukowcy mogą przyjechać do Polski. Tak się buduje międzynarodowe środowisko – mówi prof. Maciej Żylicz.
W tym roku laureatami pierwszej nagrody zostały dwa zespoły naukowców. Pierwszy z nich tworzą dr hab. Marcin Szwed (Instytut Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego) i neurolog, prof. Laurent Cohen (Instytut Badań nad Mózgiem i Rdzeniem Kręgowym w Paryżu), którzy współpracują od 2007 roku. Zostali docenieni za nowatorskie badania dotyczące procesów zachodzących w mózgu podczas czytania. Ich eksperymenty wykazały, że u osób niewidomych czytanie za pomocą alfabetu Braille’a pobudza te same obszary wzrokowe, co zwykłe czytanie u osób widzących. Naukowcy dowiedli, że specjalizacja korowa mózgu wynika ze specyfiki zadania – część wzrokowa kory mózgowej nauczyła się czytać brajlem, mimo że powinna za to odpowiadać jej część dotykowa.
Eksperyment pokazał, że mózg jest bardziej plastyczny, niż naukowcy wcześniej zakładali, a obszary kory mózgowej odpowiedzialne za wzrok czy słuch potrafią się przestawić na odbiór informacji z innych zmysłów. Wyniki badań zostały opisane w siedmiu artykułach naukowych.
– Mam bardzo pozytywne doświadczenia związane ze współpracą naukową z dr. Marcinem Szwedem. Jestem pewien, że będzie ona kontynuowana. Wpisuje się ona w tradycję współpracy kulturalnej pomiędzy naszymi krajami. Polska i Francja, czyli państwa o tak długich tradycjach intelektualnych i naukowych, powinny ze sobą współpracować – mówi prof. Laurent Cohen.
Drugi nagrodzony zespół to fizycy, prof. Jakub Zakrzewski (Wydział Fizyki, Astronomii i Informatyki Stosowanej Uniwersytetu Jagiellońskiego) oraz dr hab. Dominique Delande (Narodowe Centrum Badań Naukowych we Francji, CNRS), którzy współpracują od 1995 roku i zostali wyróżnieni za osiągnięcia dotyczące fizyki układów kwantowo-mechanicznych. Zrozumienie podstawowych procesów mikroskopowych zachodzących w tych układach ma ogromne znaczenie dla szybkiego rozwoju technologii kwantowych. Przez 28 lat naukowcom udało się zbudować wzorcowy system długoterminowej współpracy między polskimi i francuskimi grupami badawczymi, a owocem ich badań jest 36 wspólnych publikacji – z czego siedem ukazało się w prestiżowym czasopiśmie naukowym „Physical Review Letters”.
Jak podkreśla prezes Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, prof. Maciej Żylicz – zainteresowanie konkursem było bardzo duże, co pokazuje, że naukowe kontakty pomiędzy badaczami z Polski i Francji się rozwijają.
– Złożonych zostało aż 51 nominacji, mimo że czas na wybór nagrody był bardzo krótki. Wiele wniosków było bardzo dobrych, co pokazuje, że współpracę polsko-francuską prowadzimy już od lat, nieformalnie, oddolnie. Ona jest stymulowana przez przyjaźń i ciekawość naukową– myślę, że w ten sposób robi się prawdziwą naukę – mówi prof. Maciej Żylicz.
Trwają coraz bardziej zaawansowane badania genetyczne. Opracowywana jest Genomiczna Mapa Polski, która pozwoli na wprowadzanie na rynek leków celowanych. Coraz więcej start-upów i młodych firm pracuje nad analizą danych genetycznych, która może przyczynić się do lepszego doboru leków w konkretnych chorobach. Krakowska firma Intelliseq chce oferować szpitalom i uczelniom przystępne cenowo oprogramowanie do analizy genów.
– Nasze oprogramowanie ma na celu zautomatyzowanie i przyspieszenie procesu analizowania danych genetycznych i usprawnienie pozyskiwania informacji z kodu genetycznego – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Rafał Sobczak, dyrektor ds. produktu w Intelliseq. – Rynek jest ciągle w początkowej fazie. Pierwszy genom zsekwencjonowano mniej więcej 15 lat temu. Od tego czasu zaczęły powstawać kolejne firmy, jednak nie obawiamy się konkurencji. Udało nam się znaleźć własną niszę.
Krakowski Intelliseq działa na rynku badań genomicznych, oferując oprogramowanie do analizy badań genetycznych. Obecnie prowadzi dwa projekty. PGx Plus zakłada opracowanie oprogramowania do farmakogenomiki, które bada wpływ genomu danej osoby na leki i pozwala na ich optymalny dobór. Celem projektu Mobigen jest z kolei opracowanie aplikacji mobilnej, która w przejrzysty i czytelny sposób zaprezentuje użytkownikowi informacje z dziedziny genetyki personalnej. Firma rozwija też system do analizy danych genetycznych z NGS (Next Generation Sequencing).
– Na rynku są dostępne bardzo zaawansowane metody, które są drogie w zakupie, jak również kosztowne we wdrożeniu. Nasze rozwiązanie nie wymaga dużych nakładów na start. Dzięki temu jest dostępne dla wielu laboratoriów i tym samym pozwala im wejść na rynek danych genetycznych – zaznacza Rafał Sobczak. – Z naszym rozwiązaniem chcielibyśmy trafić do laboratoriów, do uniwersytetów i do tzw. core facilities przy uniwersytetach i przy szpitalach.
Z kolei Inno-Gene opracowuje Genomiczną Mapę Polski. W jej ramach firma wykona 5 tys. sekwencjonowań genomowych mieszkańców Polski. Na ich podstawie utworzy narzędzia bioinformatyczne. To największy w historii Polski projekt genetyczny. Jego efektem będzie lepsze profilowanie i wprowadzenie leków celowanych. Instytut Chemii Bioorganicznej PAN przekazał pod koniec lutego pierwszych 500 próbek do badań.
W połowie 2020 roku planowana jest z kolei komercjalizacja projektu PCR|ONE warszawskiej spółki Scope Fluidics. System ten pozwoli na analizę materiału biologicznego pacjenta i identyfikację ewentualnych zakażeń bakteryjnych. Docelowo ma on skrócić czas wykrycia gronkowca złocistego z doby do 15 minut, co może okazać się szczególnie pomocne w szpitalach, gdzie najczęściej dochodzi do zakażenia tą bakterią.
W marcu ruszy natomiast usługa Intelliseq.
– My już używamy tego rozwiązania wewnątrz naszej firmy, wykorzystujemy silnik, który analizuje dane genetyczne. Wykonujemy już usługi dla wielu ciekawych podmiotów z Polski i z zagranicy, głównie ze Stanów Zjednoczonych. Jednak uruchomienie produktu, z którego będzie można skorzystać w formie SaaS (Software as a Service – przyp. red.), jest przewidziane na marzec – mówi Rafał Sobczak.
Według danych Allied Market Research globalny rynek NGS był w 2018 roku wart 4,5 mld dol. W 2026 roku jego wartość ma osiągnąć poziom 18,56 mld dol., rosnąc rok do roku o 19,2 proc.
Z Europejskiego Rankingu Innowacyjności opracowanego przez Komisję Europejską wynika, że w 2019 roku kraje unijne po raz pierwszy przegoniły pod względem wdrażania innowacyjnych projektów technologicznych Stany Zjednoczone, ustępując jedynie Japonii oraz Korei Południowej. Polska gospodarka zajmuje czwarte miejsce od końca pod względem innowacyjności wśród krajów unijnych. W poprawieniu naszej pozycji w rankingu mogą pomóc konkursy oraz programy wsparcia dla obiecujących przedsiębiorców, a w jednym z nich ogłoszono polskie produkty przyszłości.
– Zachęcamy przedsiębiorców z wszystkich branż, żeby przychodzili do Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości po wsparcie, startowali w różnych konkursach. Nagradzane produkty przedsiębiorców i jednostek naukowych dotyczą bardzo różnych branż. W tym roku do konkursu Polski Produkt Przyszłości zgłosiło się prawie 100 projektów i są to gotowe produkty, które często przeszły już kilkuletnią, a czasami kilkunastoletnią drogę – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Małgorzata Oleszczuk, prezes Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.
Uczestnicy 22. edycji konkursu Polski Produkt Przyszłości ubiegali się o trzy granty w wysokości 100 tys. zł na rozwój projektów z takich sektorów jak biotechnologia, chemia, elektronika czy medycyna. Inicjatywa ta ma zachęcić przedsiębiorców oraz ośrodki naukowe do prac nad innowacyjnymi rozwiązaniami, które mają potencjał na sukces w skali międzynarodowej.
Za najbardziej obiecującą innowację z sektora prywatnego uznano inteligentny stetoskop StethoMe, który pozwala przeprowadzić samodzielne badanie w domu pacjenta. Nagrodę innowacyjności w sektorze nauki i szkolnictwa wyższego przyznano Akademii Górniczo-Hutniczej za stworzenie protezy ucha środkowego Otoimplant o działaniu bakteriobójczym. W kategorii głównej nie wyłoniono zwycięzcy, lecz przyznano jedno wyróżnienie dla Fundacji Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu oraz firmy Innosil za opracowanie produktu stymulującego odporność roślin.
– Biomedycyna ma bardzo dużą przyszłość, drugim takim obszarem jest energetyka. Branże te mają tak duży potencjał dlatego, że jest bardzo duże zapotrzebowanie na tego typu produkty nie tylko w Polsce, ale i na świecie. W mojej subiektywnej ocenie najciekawszym produktem w konkursie Polski Produkt Przyszłości była szyba z nanokryształami, która potrafi nie tylko wytworzyć energię elektryczną z promieni słonecznych, ale również zaabsorbować około 80 proc. ciepła, nie wpuszczając go do budynku – wskazuje Wojciech Kamieniecki, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.
Jednym z kluczowych problemów, z jakim zmagają się polscy innowatorzy, są niewielkie zasoby finansowe przeznaczane na działalność badawczo-rozwojową zarówno w sektorze publicznym, jak i prywatnym. Plan na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju opublikowany przez polski rząd w 2016 roku zakładał, że do 2020 roku wydatki na ten cel wzrosną do 2 proc. PKB. Tymczasem z najnowszych badań Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że dziś wskaźnik ten wynosi zaledwie 1,21 proc. PKB. Unijna średnia wydatków na innowacje jest blisko dwukrotnie wyższa.
Polska może mieć także problem z realizacją założeń programu Europa 2020, który zakłada, że do końca bieżącego roku wskaźnik innowacyjności Unii Europejskiej osiągnie poziom 3 proc. unijnego PKB. Aby zrealizować te założenia, wskaźnik innowacyjności polskiej gospodarki powinien wzrosnąć powyżej poziomu 1,7 proc. PKB.
Konkursy takie jak Polski Produkt Przyszłości mają pomóc przedsiębiorcom oraz ośrodkom naukowym wybić się na tle europejskich i globalnych rozwiązań.
– Wydawałoby się, że technologie techniczne w Polsce to jest abstrakcja, ale okazuje się, że nie, i bardzo się z tego cieszę, bo nie możemy tracić dystansu w bardzo rozwojowych dziedzinach – mówi Wojciech Kamieniecki.
W 2020 roku NCBiR ma większe środki do rozdysponowania. Oprócz normalnego budżetu dostępne są także środki z nadkontraktacji.
– To są oszczędności, które się uwidoczniły przy realizacji projektów z zeszłych lat, lub też środki, które były zaoszczędzone w wyniku przerwania niektórych projektów na pewnym etapie prac badawczych. Badania przy ocenie wniosku są zawsze stopniowane i po osiągnięciu pewnego „kamienia milowego” następuje ocena. Jeżeli okaże się, że badania nie idą w kierunku przewidywanych efektów, tylko gdzieś zbaczają albo udowadniają, że ten efekt jest niemożliwy, to ten projekt kończymy. Środki wracają wtedy do puli i możemy dysponować nimi ponownie – wyjaśnia Wojciech Kamieniecki.
Czy zauważyliście, że Firefox i Chrome zaczęły blokować powiadomienia Web Push, czyli krótkie wiadomości, które za zgodą użytkowników wyświetlały się w przeglądarce internetowej? Według niedawnych badań Firefox’a, irytowały one aż 97 proc. użytkowników! W trosce o ich komfort przeglądarka od stycznia br. znacząco ograniczyła inwazyjność tego sposobu komunikowania się stron internetowych z nami. W zeszłym miesiącu w ślady swojego konkurenta poszedł Chrome, a wkrótce na podobny krok powinien zdecydować się także Edge – informuje serwis Domeny.pl.
Strony internetowe wykorzystywały powiadomienia Web Push do informowania w krótkiej formie o np. nowych informacjach opublikowanych na stronie. Prośba o zezwolenie na wyświetlanie tego typu komuników pojawiała się zawsze podczas pierwszego kontaktu użytkownika ze stroną. Po jej akceptacji, witryna mogła wysyłać powiadomienia.
Eksperyment Fierfox’a przesądził sprawę
„W jaki sposób na to narzędzie reagowali użytkownicy? Takie pytanie zadał sobie niedawno Firefox i przeprowadził eksperyment, żeby to sprawdzić. Jego wyniki pokazały między innymi, że aż 99 proc. wyświetlających się powiadomień nie zostało zaakceptowanych przez użytkowników – w tym niemal 48 proc. zostało wprost zanegowanych, a pozostałe 52 proc. powiadomień zostało zamkniętych przez wybranie opcji ‘nie teraz’. Dodatkowo ustalono, że jeżeli użytkownik nie wyrazi zgody na Web Push za pierwszym razem, nie zrobi tego również później” – mówi Elżbieta Kornaś z serwisu Domeny.pl.
Bazując na wynikach swojego eksperymentu, Firefox wprowadził w styczniu zmiany w sposobie wyświetlania komunikatów Web Push.
„Dotychczas pojawiające się okienka zostały zastąpione przez ikonki powiadomienia. Znalazły one miejsce w pasku przeglądarki – zaraz obok ikonki „kłódki”, która symbolizuje, że oglądana witryna jest bezpieczna, bo posiada certyfikat SSL. Dopiero w tym momencie, po najechaniu ikonki, użytkownik ma kontakt z notyfikacją. Użytkownik, chcąc dołączyć do bazy subskrybentów, będzie musiał kliknąć w pasku przeglądarki widoczną ikonkę i wówczas wyrazić zgodę na otrzymywanie komunikatów” – tłumaczy serwis Domeny.pl.
Chrome idzie w ślady Firefoxa, wkrótce powinien dołączyć Edge
Od lutego śladem Firefoxa podążył także Chrome, który w wersji nr 80 swojej przeglądarki wprowadził m.in. zmiany związane z komunikatami Web Push. Stały się one obecnie cichsze.
„Automatyczne blokowanie powiadomień push odbywa się tu w przypadku dwóch sytuacji. Pierwsza z nich jest związana z doświadczeniami użytkowników. Ci, którzy konsekwentnie pozostają niewzruszeni na pojawiające się komunikaty, blokując powiadomienia, nie będą musieli robić tego ręcznie. Blokowanie zostanie włączone domyślnie. Druga sytuacja dotyczy witryn, na których współczynnik akceptacji powiadomień Web Push jest na bardzo niskim poziomie, czyli w praktyce dla większości. Tu również Chrome będzie domyślnie blokował powiadomienia” – wyjaśnia serwis Domeny.pl.
Eksperci Domeny.pl spodziewają się, że wkrótce na ograniczenie inwazyjności Web Push w podobny sposób, jak Chrome, powinna się także zdecydować przeglądarka Edge, która od swojej najnowszej wersji bazuje na silniku Chromium – takim samym, jak wykorzystywany przez przeglądarkę Google’a. Zwracają oni też uwagę, że najwcześniej komunikaty Web Push zostały ograniczone w przeglądarce Safari. Witryny nie mogą w niej wyświetlać prośby o zgodę na powiadomienia podczas ładowania strony internetowej. Mogą natomiast poprosić o taką zgodę w odpowiedzi na interakcję użytkownika na stronie.
„Za powiadomieniami Web Push użytkownicy raczej nie będą tęsknić. Niejednokrotnie zdarzało się przecież, że omyłkowo klikali oni niewłaściwy przycisk i tym samym zgadzali się na aktywację powiadomień. To stanowiło nie lada gratkę dla cyberprzestępców, którzy często przejmowali kontrolę nad tym narzędziem na witrynach i używali go do rozpowszechniania podejrzanych linków. Jedno niewłaściwie kliknięcie, a na komputerze moglibyśmy mieć złośliwe oprogramowanie. Dlatego to dobrze, że komfort i bezpieczeństwo użytkowników stały się priorytetem dla najpopularniejszych przeglądarek” – komentuje Elżbieta Kornaś.
Z początkiem roku 2020 Małgorzata Fibakiewicz objęła stanowisko Dyrektora Zarządzającego ds. sektora nieruchomości biurowych i projektów strategicznych w BNP Paribas Real Estate Poland.
Małgorzata Fibakiewicz posiada 15-letnie doświadczenie na polskim rynku nieruchomości. W BNP Paribas Real Estate Poland pełniła dotychczas rolę Dyrektora Działu Powierzchni Biurowej oferując rozwiązania dopasowane do potrzeb i oczekiwań wynajmujących, najemców oraz inwestorów.
W ramach awansu Małgorzata Fibakiewicz przejęła nowy zakres obowiązków. W najbliższym czasie skupi się na stworzeniu platformy, której będzie oferować kompleksowe usługi dla klientów z sektora biurowego z wykorzystaniem multidyscyplinarnych kompetencji poszczególnych linii biznesowych. Ważnym obszarem działalności Małgorzaty będą również szeroko rozumiane projekty strategiczne które pozwolą na dalszy, intensywny rozwój spółki w Polsce, w perspektywie krótko i długookresowej. Dodatkowo, wykorzystując doświadczenia Małgorzaty w obszarze account managementu, przejmie ona odpowiedzialność za doradztwo i obsługę klientów korporacyjnych w zakresie projektów nieruchomościowych.
Erik Drukker, BNP Paribas Real Estate
Biorąc pod uwagę naszą strategię, zmierzającą do intensywnego rozwoju spółki, realizacja strategicznych projektów to jeden z kluczowych jej elementów. W naturalny sposób podnoszą one bowiem efektywność i zyskowność wszystkich linii biznesowych. Powołanie Małgorzaty na stanowisko Dyrektora Zarządzającego to kolejny etap ekspansji naszej organizacji. Znajomość sektora nieruchomości biurowych, otwartość na innowacje, a także umiejętność zarządzania projektami z pewnością pozwolą Małgosi odnieść sukces, a nam realizować nasze cele – Erik Drukker CEO, CEE w BNP Paribas Real Estate
Branża nieruchomości coraz częściej odchodzi od tradycyjnych rozwiązań stając się przez to coraz bardziej wymagająca. Klienci są świadomi swoich potrzeb, które dodatkowo dynamicznie się zmieniają. Dla nas oznacza to pracę nad nowymi rozwiązaniami i ofertą, która sprosta rosnącym oczekiwaniom naszych klientów. Innowacyjność staje się priorytetem zarówno w kwestii stosowanych narzędzi jak i samego podejścia do potrzeb partnerów biznesowych. Okazane mi zaufanie, jakim jest powierzenie tego stanowiska, jest dla mnie ogromnym zaszczytem, a jednocześnie ogromnym wyzwaniem, któremu mam nadzieję, uda mi się sprostać. Wierzę bowiem, że dzięki ciężkiej wspólnej pracy uda nam się zrealizować nasze coraz ambitniejsze cele
Małgorzata Fibakiewicz, Dyrektor Zarządzający ds. sektora biurowego & projektów strategicznych.
Co dzieje się z cenami mieszkań, kiedy popyt jest tak duży, że może przewyższać podaż? Ceny mieszkań rosną i właśnie pod znakiem regularnych wzrostów cen w Warszawie upłynął cały 2019 rok. Opierając się na danych transakcyjnych jednoznacznie możemy potwierdzić, że średnia cena 1m2 mieszkania w 2019 roku przekroczyła 9 tys. zł i zmierza ku 10 tys. zł.
Rynek wtórny w gąszczu wielu publikacji pozostaje w cieniu rynku pierwotnego Natomiast jest to rynek trudniejszy do zbadania, bardziej rozproszony, mniej mierzalny w porównaniu do łatwości obserwacji działalności i wyników spółek deweloperskich. Rynek tak samo ciekawy i tak samo rozgrzany w ostatnim czasie.
Przeciętna cena transakcyjna mieszkania w 2019 roku wyniosła 9 285 zł/m2. Jeszcze na początku roku, czyli w I kw. 2019 r. dynamika wzrostu cen wynosiła około 10%, jednak kolejne kwartały przyniosły lekkie spowolnienie wzrostu. Zgodnie z badaniami SonarHome tempo wzrostu cen mieszkań z rynku wtórnego zwolniło w 2019 roku do około 6% (2019 vs 2018 r.). Nie znaczy to jednak, że ceny przestaną rosnąć, tutaj dużą rolę odgrywa popyt – czyli kupujący, których do tej pory nie powstrzymuje ogólne spowolnienie gospodarcze kraju.
„Po przekroczeniu granicy cenowej 9 tys. zł/m2 widzimy wyraźne spowolnienie wzrostu w kolejnych kwartałach. Bardzo dobrze to zjawisko odzwierciedla wykres zmiany cen mieszkań od I kw. 2018 r. do IV kw. 2019 roku. Na tej podstawie możemy przypuszczać, że dalsza droga ku 10 tys. zł/m2 jest jak najbardziej możliwa jednak ceny będą rosły wolniej niż dotychczas.” – mówi Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości w SonarHome.
Średnie ceny transakcyjne 1 m2 mieszkania w Warszawie
źródło: SonarHome * w przypadku wartości dotyczących ostatnich miesięcy 2019 roku zastosowano prognozę wartości z powodu trwającego procesu pobierania danych transakcyjnych z tego okresu.
Ponad 10 tys. zł/m2 już w pięciu dzielnicach
W pięciu warszawskich dzielnicach za 1m2 mieszkania z rynku wtórnego kupujący zapłacili więcej niż 10 tys. zł. Ceny transakcyjne nominalnie przekroczyły już poziom z poprzedniego boomu na rynku nieruchomości, który miał miejsce w latach 2007-2008. Pozycja liderów pod względem ceny za 1m2 się nie zmienia. Na średnią cenę w stolicy, najmocniej wpływają dzielnice, w których zawierana jest najwyższa liczba transakcji, czyli Mokotów i Wola.
Śródmieście – 12 404 zł/m2
Żoliborz – 10 878 zł/m2
Wola – 10 212 zł/m2
Wilanów – 10 168 zł/m2
Mokotów – 10 100 zł/m2
Średnie ceny mieszkań w dzielnicach Warszawy vs średnia cena 1 m2 w całym mieście
źródło: SonarHome
„Najbardziej dynamicznie rosły ceny na Włochach (9%) i Ursusie (10%), Nie bez znaczenia w ich przypadku były wciąż niskie na tle całej Warszawy ceny mieszkań. W 2019 roku za mieszkanie z rynku wtórnego kupujący na Ursusie płacili średnio 7,8 tys. zł/m2 a na Włochach 8,6 tys. zł/m2. Oprócz ceny, która jest jednym z najważniejszych kryteriów, zaletą Ursusa i Włoch są połączenia komunikacyjne z różnych części tych dzielnic: zarówno stacje kolejowe (między innymi Koleje Mazowieckie), połączenia regionalne oraz WKD (Warszawska Kolej Dojazdowa). Kolejnym czynnikiem wpływającym na wyraźne odbicie ceny średniej jest niska wartość bazowa cen w tych dzielnicach w 2018. W takim przypadku przy wzroście cen średnich wartość procentowa rośnie wyraźniej niż w przypadku dzielnic z wysoką wartością bazową w poprzednim roku (czyli np. Śródmieście, Żoliborz)” – komentuje Barbara Bugaj, główny analityk rynku nieruchomości w SonarHome.
Wzrost ceny 1 m2 mieszkania w Warszawie w podziale na dzielnice (2019 vs 2018)
źródło: SonarHome
Ceny ofertowe rosną nieprzerwanie
Wysoki popyt zachęca sprzedających do podnoszenia cen ofertowych, które rosną systematycznie od dłuższego czasu. Przez ostatnie dwa lata nie było momentu, by trend wzrostowy zatrzymał się chociaż na chwilę. Roczne tempo wzrostu cen w styczniu 2020 było równe 13% (01.2020/01.2019) to o 2 pp. więcej niż w grudniu 2019, kiedy wzrost cen w skali roku wynosił 11%. Przez dwa lata poziom ceny ofertowej w Warszawie wzrósł z 8,5 tys. zł/m2 do 10,5 tys. zł/m2, co daje 24% wzrost.
„Obecnie obniżenie ceny ofertowej mieszkania nie musi być regułą na portalach ogłoszeniowych. Sprzedającym zdarzało się również podnosić cenę w trakcie trwania oferty lub wystawiać to samo mieszkanie do ekspozycji na różnych portalach ogłoszeniowych w różniących się cenach. Jednak na dzisiejszym rozgrzanym rynku wtórnym skłonności sprzedających do negocjacji ceny są niskie i bardzo często cena mieszkania w ofercie nie ulega obniżeniu.”- wyjaśnia Barbara Bugaj
Cykl życia oferty – skrajne przykłady z 2019 r.
Aż o 35% wzrosła cena ofertowa kawalerki na Woli o powierzchni 20 m2, sprzedający podniósł cenę z 215 tys. zł do 289, 9 tys. zł (czyli z 10,6 tys. zł/m2 do 14,4 tys. zł), mieszkanie było w ofercie przez 45 dni.
O 28% sprzedający obniżył cenę mieszkania o powierzchni 91 m2 na Dolnym Mokotowie. Cena spadła z 1 mln zł do 720 tys. zł (11 tys. zł/m2 -> 7,9 tys. zł/m2)
Średnie ceny ofertowe 1 m2 mieszkania w Warszawie – styczeń 2020
źródło: SonarHome
Pół metra mieszkania za przeciętne wynagrodzenie
Dzięki wzrostowi przeciętnej płacy przez ostatnie dwa lata możliwości nabywcze dla kupujących na rynku wtórnym w Warszawie pozostawały na stabilnym poziomie mimo wzrostu cen mieszkań. Tempo wzrostu wynagrodzeń pozostawało stałe (na poziomie 5%-6% r/r), natomiast wzrost średnich cen 1 m2 lokalu mieszkalnego w 2019 roku nieco złagodniał i również w porównaniu do 2018 roku wyniósł około 6%. Oznacza to, że płace rosły w takim samym tempie co ceny mieszkań, dlatego zmiany wskaźnika możliwości nabywczych były niewielkie. Potencjalny kupujący, zarabiający średnią pensję w Warszawie, planujący zakup mieszkania z rynku wtórnego o powierzchni 50 m2 musiałby oszczędzać całkowitą wysokość swojej pensji przez prawie 8,5 roku. Gdyby powierzchnia mieszkania zwiększyła się do 55 m2 pełną kwotę mieszkania kupujący uzbierałby dopiero po upływie 9 lat i 3 miesięcy, a na mieszkanie o powierzchni 70 m2 musiałby oszczędzać prawie 12 lat.
przeciętne wynagrodzenie netto
średnia cena mieszkania [zł/m2]
możliwości nabywcze kupujących [m2 ]
I kw. 2018
4 344 zł
8 499 zł
0,51
II kw. 2018
4 325 zł
8 728 zł
0,50
III kw. 2018
4 254 zł
8 925 zł
0,48
IV kw. 2018
4 484 zł
9 201 zł
0,49
I kw. 2019
4 564 zł
9 276 zł
0,49
II kw. 2019
4 558 zł
9 228 zł
0,49
III kw. 2019
4 502 zł
9 272 zł
0,49
IV kw. 2019
4 766 zł
9 365 zł
0,51
źródło: SonarHome
Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących i sprzedających? Prognozy na 2020
Dzisiejszy rynek nieruchomości mieszkaniowych w Polsce jest bardzo rozgrzany. Widać to zarówno na rynku pierwotnym jak i wtórnym. O kolejkach do kupna mieszkania, w których ustawiają się potencjalni kupujący mówią zarówno deweloperzy, pośrednicy jak i osoby prywatne sprzedające mieszkanie. Nie ma jednego słusznego scenariusza na to jak zachowa się rynek w bieżącym roku ani w dalszej perspektywie. Dlatego od prognoz ważniejsza jest bieżąca analiza czynników zewnętrznych (makroekonomicznych) wpływających na rynek oraz obserwacja popytu, podaży i tempa wzrostu cen.
Obecne czynniki zewnętrzne wpływające na rynek wskazują jednoznacznie na kontynuację wzrostu cen mieszkań. Dopóki pozostaną one w dotychczasowych trendach, trudno wyobrazić sobie inną sytuację. Należy zauważyć jednak, że w momencie, gdy cena transakcyjna lokalu mieszkalnego w Warszawie przekroczyła 9 tys. zł/m2 dynamika wzrostu nieco wyhamowała. Na tej podstawie można przyjąć założenie, że kolejne wzrosty cen w kierunku 10 tys. zł/m2 mogą być łagodniejsze niż dotychczas. Z drugiej strony tempo zmian cen ofertowych, biorąc pod uwagę najświeższe wyniki ze stycznia 2020, nie słabnie i jest szybsze niż wzrost cen transakcyjnych.
Mimo spowolnienia gospodarczego w ubiegłym roku (wzrost PKB w 2018 = 5,1%; w 2019 = 4%) popyt na mieszkania wciąż pozostawał na wysokim poziomie Prognozowane przez NBP tempo wzrostu w 2020 roku wyniesie około 3%-3,6%[1]. Obserwacja zachowania rynku pozwala stwierdzić, że strona popytowa nie zareagowała na osłabienie tempa wzrostu gospodarki. Początek roku, który zwykle jest spokojniejszy na rynku nieruchomości mieszkaniowych, w 2020 roku wcale spokojny nie jest. Rynek wtórny przeżywa oblężenie szczególnie w segmencie mieszkań o najpopularniejszym metrażu, czyli do 60 m2.
Co może czekać rynek wtórny w najbliższej przyszłości? Czy zbliżamy się do bańki cenowej?
Nastała moda na nieruchomości. Czego z reguły nie przeczytamy w analizach rynku, to tego, że nieruchomości stały się modne. Ważny wpływ na to mają niskie stopy procentowe NBP (nieopłacalność trzymania pieniędzy na lokatach) oraz to, z czym może nie każdy zechce się zgodzić, czyli bogacenie się społeczeństwa. Dlatego rynek wtórny jest tak bardzo popularny, bo tzw. mieszkania używane mają większą popularność wśród inwestorów indywidualnych niż mieszkania z rynku pierwotnego. Wynika to przede wszystkim z szybkiej dostępności lokali.
W krótkim okresie najbardziej prawdopodobnym scenariuszem jest kontynuacja wzrostu cen mieszkań, jednak tempo wzrostu w Warszawie może plasować się na poziomie kilku procent. Gdyby z rynku pracy zaczęły spływać słabsze dane o zatrudnieniu, a wzrost wynagrodzeń zatrzymałby się, istnieje możliwość, że popyt na te dane zareaguje szybciej niż na spadek wzrostu gospodarczego, który do tej pory nie miał negatywnego wpływu. Taka sytuacja jednak nie może trwać w nieskończoność i gdyby tempo wzrostu gospodarczego zwolniło do poziomu poniżej 3%, najprawdopodobniej przełożyłoby się to na zmniejszenie popytu. Gdyby pogorszenie warunków gospodarczych postępowałoby łagodnie, mamy większe prawdopodobieństwo na stabilizację cen w pierwszym okresie tych zmian.
Czy na rynku mamy bańkę cenową? Nie dowiemy się o tym, póki ona nie pęknie. Obecny poziom cen jeszcze na bańkę nie wskazuje. To szybkie tempo wzrostu cen mogłoby być przyczyną narastania bańki cenowej. Jeśli utrzyma się ono przez kolejne lata i zbiegnie się z możliwym podwyższeniem stóp procentowych, reakcja rynku może być natychmiastowa. Ryzyko powstania bańki zatem istnieje. Co obecnie jest podobne do poprzedniego boomu? – Historie, brzmiące jak samospełniające się przepowiednie. Mało kto wierzy w to, że trend zmian cen może się kiedykolwiek zmienić. Na początku 2008 roku ceny także miały tylko rosnąć. Zmiana przyszła nagle i to już pod koniec roku, choć główny na to wpływ miał wybuch globalnego kryzysu finansowego. Czy obecnie sytuacja jest inna? Warto przytoczyć pewne fakty. W obecnym cyklu ceny rosły w tempie kilku do kilkunastu procent r/r wobec dynamiki rzędu 40% – 50% r/r podczas poprzedniego boomu. Realnie po uwzględnieniu inflacji oraz wzrostu wynagrodzeń dzisiejsze ceny mieszkań są niższe niż te z poprzedniego boomu. Dlatego mamy jeszcze przestrzeń do kontynuacji wzrostów. Obecnie banki udzielają dużej liczby kredytów, jednak zniknęły wcześniej bardzo popularne kredyty walutowe, a wymagania co do wysokości minimalnego wkładu własnego zostały zwiększone. Kupując mieszkanie na inwestycję i posiłkując się kredytem warto dokładnie policzyć opłacalność takiej inwestycji. Obliczenia należy dokonać nie tylko przy aktualnych warunkach rynkowych, ale również zakładając inne scenariusze, jak np. wzrost raty kredytu w wyniku hipotetycznego podniesienia stóp procentowych. Inwestor, który nie rozumie tych mechanizmów, może doświadczyć w przyszłości niemiłej niespodzianki.
„Przy narastaniu bańki cenowej w 2007 roku możliwości nabywcze kupujących spadły do 0,34 m2. Obecnie wynoszą one 0,51 m2. Aby na warszawskim rynku powtórzyła się sytuacja sprzed 13 lat, wynagrodzenia musiałyby przestać rosnąć, a ceny musiałyby być wyższe od obecnych o 35%” – podsumowuje Barbara Bugaj, główny analityk ds. rynku nieruchomości
Co dzisiejsze trendy znaczą dla kupujących:
Na rynku wtórnym kupujący mają więcej opcji niż na rynku pierwotnym. Istnieje również możliwość negocjacji cenowych i wydaje się, że jest ona większa niż w przypadku nowych mieszkań. Nie oczekuj jednak dużych rabatów. Sprzedający wiedzą, że są dziś w komfortowej sytuacji, bo kupujących jest bardzo dużo. W krótkim czasie nie można raczej liczyć na spadek cen, może się też zdarzyć, że mieszkanie z oferty, która Ci się podobała podrożeje, bo sprzedający oceni, że może to podnieść cenę ze względu na wysokie zainteresowanie. Najczęściej będzie to dotyczyło mieszkań do 60 m2.
Co dzisiejsze trendy znaczą dla sprzedających:
Gwałtowne wzrosty cen zwalniają, ale sprzedawcy nadal mogą spodziewać się mocnego popytu. Popyt jest napędzany z dwóch kierunków. Twój klient albo kupuje dla siebie albo inwestycyjnie. Bez względu na to jak może być to trudne, porzuć sentyment do swojego mieszkania. W ofercie jest wiele przeszacowanych mieszkań. Skutkiem czego długo pozostają one w ofercie i trudno je sprzedać. Porównaj ceny z okolicy, możesz dodatkowo skorzystać z darmowego narzędzia do wyceny online. Mimo tego, że popyt jest wysoki, z podażą na rynku wtórnym nie ma aż tak dużego problemu, jak na rynku pierwotnym. Szczególnie zwróć na to uwagę, gdy Twoje mieszkanie ma większą powierzchnię, czyli taką powyżej 60 m2.
[1] Wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, luty 2020
Spowolnienie w Polsce jest o wiele głębsze niż wynikałoby to z rządowych prognoz – alarmują Pracodawcy RP. Jego skala spowoduje o wiele silniejsze negatywne konsekwencje takich zjawisk jak uboczne skutki „ofensywy” uszczelniania podatków, wzrostu płacy minimalnej czy fatalnego wpływu braku konsultacji społecznych przy tworzeniu prawa.
– Spowolnienie to jeszcze nie recesja, ale jego skutki mogą być dotkliwe – ocenia dr Sławomir Dudek, Główny Ekonomista Pracodawców RP. Zwraca uwagę, że choć statystycznie PKB nadal może notować wzrost, to dla konkretnych firm i ich pracowników rzeczywistość może nabrać ciemnych barw. – W wymiarze społecznym w ciągu kilkunastu miesięcy możemy spodziewać się wzrostu bezrobocia, co po ostatnich latach, gdy panował „rynek pracownika” może być dla wielu szokiem. Przedsiębiorstwa będą z kolei ciąć koszty, walczyć o przetrwanie zamiast planować ekspansję i inwestycje – mówi ekspert.
Jego zdaniem najważniejszą sprawą jest obecnie zaktualizowanie rządowych prognoz, które w ciągu ostatnich miesięcy całkowicie oderwały się od rzeczywistości. W ciągu pół roku rządowa prognoza wzrostu PKB – 3,7 proc. zupełnie wyszła poza zakres prognoz rynkowych. Obecnie średnia prognoza rynkowa to 3,1 proc., a minimum 2,7 proc. Z inflacja jest jeszcze gorzej – prognozowany przez Ministerstwo Finansów wskaźnik inflacji konsumenckiej w wysokości 2,5 proc. na luty 2020 roku zderza się prognozą Reutersa – maksimum 3,9 proc. oraz minimum 3,2 proc. Przeciętna prognoza rynkowa to 3,6 proc.
– Mam nadzieję, że w wieloletnim planie finansowym państwa, nad którym Ministerstwo Finansów już pracuje zobaczymy zaktualizowane plany makroekonomicznie i plany finansowe. Wtedy dowiemy się jaki jest prawdziwy stan finansów publicznych. O tym dokumencie już teraz powinniśmy publicznie rozmawiać – mówi dr Dudek. Zaznacza, że w świetle corocznego raportu Unii Europejskiej „Country Report” o stanie gospodarki każdego z członkowskich państw, w 2019 roku deficyt Sektora Finansów Publicznych wyniesie ok. 2,2 proc. PKB. – Jeśli dołożymy do tego spowolnienie gospodarcze, coraz bardziej dotkliwe konsekwencje koronawirusa, to zaczynamy bardzo niebezpiecznie zbliżać się do przekroczenia bariery, za którą jest drakońska procedura nadmiernego deficytu – uważa Dudek.
Jego zdaniem, groźnymi konsekwencjami na polskiej gospodarce odbiją się wszystkie decyzje niemające oparcia w gospodarczych realiach, a jakie w ostatnich latach zostały wprowadzone w życie. Będą to przede wszystkim negatywne skutki „ofensywy” uszczelniania VAT. Firmy zostaną też przytłoczone wzrostem kosztów pracy po zwiększeniu płacy minimalnej z pominięciem konsultacji społecznych. Część firm zostanie z kolei dodatkowo „dociśnięta” podatkami sektorowymi.
Ustawa o podatku od czynności cywilnoprawnych (dalej „pod. cyw.”) w dużej części odwołuje się do wartości rynkowej czynności w przypadku określania podstawy opodatkowania. Prawidłowe określenie podstawy opodatkowania jest istotne w celu uniknięcia dyskusji z organami podatkowymi, w szczególności nie powinno się tego robić w oparciu o dowolne dane, lecz z uwzględnieniem szczególnych okoliczności oraz wytycznych z ustawy w zakresie określania wartości rynkowej.
Podstawa opodatkowania
Wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej powinna zostać uwzględniona w przypadku: umów sprzedaży oraz zamiany, umowy dożywocia, umowy o zniesienie współwłasności lub o dział spadku, przy oddaniu spółce rzeczy lub praw majątkowych do nieodpłatnego używania.
Z powyższego wyliczenia widać, że wartość rynkowa czynności cywilnoprawnej wpływa na bardzo dużą liczbę zdarzeń objętych podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Prawidłowe ustalenie podstawy opodatkowania ma wpływ na kwotę podatku do zapłaty.
Ustalenie wartości rynkowej
Zgodnie z treścią art. 6 ust. 2 pod. cyw. co do zasady wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnej wyznacza się w oparciu o ceny stosowane w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, biorąc pod uwagę stan, stopień zużycia oraz inne okoliczności. Niezbędnymi elementami określającymi wartość rynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych jest przeciętna cena stosowana w obrocie rzeczami tego samego rodzaju i gatunku, a także takie czynniki jak miejsce położenia, stan rzeczy, na który składa się zarówno stan faktyczny, jak i stan prawny, jak również stopień zużycia rzeczy. Zgodnie z orzecznictwem Naczelnego Sądu Administracyjnego przez pojęcie „przeciętnej ceny” rozumie się wynagrodzenie, jakie można uzyskać w obrocie wolnorynkowym za podobne rzeczy uwzględniające miejsce oraz czas, a także cechy tych rzeczy oraz sytuację rynkową, a w szczególności zależność między popytem a podażą na daną rzecz.
Przykładowo więc w przypadku umów sprzedaży pojazdu powinno się kierować wytycznymi dotyczącymi wartości rynkowej, a jeżeli podatnik uważa, że powinna ona być inna, wtedy winien mieć uzasadnienie w zakresie niższej wartości (np. pojazd uszkodzony). Nieco bardziej skomplikowanie wygląda sytuacja zakupu nieruchomości, w szczególności wymagającej nakładów inwestycyjnych. Należy pamiętać, że kwota nakładów co do zasady nie może pomniejszyć bezpośrednio kwoty podstawy opodatkowania, jednak w przypadku wyceny nieruchomości jej stan powinien być wzięty pod uwagę przy ustaleniu ceny rynkowej.
Wartość firmy – przykład wyceny rynkowej
W celu prawidłowego określenia wartości rynkowej czynności cywilnoprawnej istotne jest przeanalizowanie jedynie czynników wpływających na tę wartość. Dobrym przykładem jest tzw. goodwill, czyli wartość firmy, która ma wymiar finansowy, lecz nie jest to prawo majątkowe i jako taka nie podlega opodatkowaniu podatkiem od czynności cywilnoprawnych. Zgodnie z wyrokiem Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 23 maja 2019 r., sygn. II FSK 1393/17, „Sprzedaż przedsiębiorstwa podlega podatkowi od czynności cywilnoprawnych w odniesieniu do poszczególnych składników. Opodatkowana jest jednak tylko sprzedaż rzeczy i praw majątkowych. Podstawą opodatkowania jest ich wartość rynkowa”. Oznacza to, że w takim przypadku podatnik powinien dla ustalenia wartości rynkowej brać pod uwagę tylko rzeczy i prawa opodatkowane tym podatkiem, a nie dowolne składniki wyceny.
Określenie wartości rynkowej przez organ podatkowy
Jeżeli podatnik w sposób nieprawidłowy określi wartość rynkową czynności, organ podatkowy wzywa go do określenia prawidłowej wartości w terminie minimum 14 dni. Jeżeli powyższe okaże się w ocenie organu nieskuteczne, może on na podstawie opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy sam dokonać określenia wartości rynkowej czynności. W takim przypadku, jeżeli wartość określona przez organ podatkowy odbiegałaby o więcej niż 33% wartości określonej przez podatnika, podatnik będzie musiał pokryć koszty opinii biegłego lub wyceny rzeczoznawcy.
Punktem wyjściowym do ustalenia wartości rynkowej przez organ jest wartość rynkowa wskazana przez podatnika. Jeżeli organ podatkowy nie zgadza się z wartością ujawnioną przez podatnika, powinien wezwać go do zmiany wartości, wskazując, jak zaznaczył WSA w Krakowie (wyrok z dnia 20 kwietnia 2018 r. I SA/Kr 31/18), uzasadnienie wezwania wraz ze wstępną wyceną oraz stanowiskiem organu.
Opinia biegłego
Opinia biegłego powinna określać wartość wolnorynkową przedmiotu czynności cywilnoprawnych. Należy jednak zaznaczyć, że nie powinna ona zmierzać do ustalenia stanu faktycznego, lecz do wykorzystania eksperckiej wiedzy w trakcie oceny stanu faktycznego, przedstawionego przez organ podatkowy. Innymi słowy, biegły nie powinien wyręczać organów podatkowych w zakresie prawidłowego i pełnego ustalenia stanu faktycznego. Oczywiście opinia biegłego jest jednym z dowodów w postępowaniu i będzie musiała być poddana ocenie organu podatkowego. W podobnym tonie wypowiedział się też WSA w Łodzi w wyroku z 9 marca 2004 r., sygn. akt I SA/Łd 292/03.
Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.
Dla posiadaczy akcji miniony tydzień był jednym z najgorszych od kilkunastu lat. Silne przeceny dotknęły najważniejsze rynki, taniała również ropa naftowa. Kapitał szukał schronienia w tzw. „bezpiecznych przystaniach”, a więc obligacjach skarbowych Niemiec, USA czy innych rozwiniętych gospodarek, które wyraźnie podrożały. Wielu analityków i uczestników rynku mówiło wprost o panice spowodowanej informacjami o kolejnych przypadkach występowania koronawirusa. Była ona podsycana przez napływające informacje o zakłóceniach w ruchu lotniczym w Europie czy masowych rezygnacjach z noclegów w miejscowościach turystycznych. Ostatnie wzrosty cen akcji po zeszłotygodniowych spadkach nie oznaczają, że sytuacja – w oczach inwestorów – jest już pod kontrolą. Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.
Jak interpretować sytuację na rynkach finansowych i jakie ma ona znaczenie dla gospodarek?
Rynki finansowe – zwłaszcza rynek akcji czy rynki walutowe – charakteryzują się w niektórych okresach dużą zmiennością wycen. Z jednej strony można to interpretować w ten sposób, że inwestorzy ulegają czasami nadmiernie emocjom. Z drugiej poszukiwanie tzw. godziwej wyceny aktywów jest jedną z głównych funkcji tych rynków, a ceny muszą reagować na pojawiające się nowe informacje. Zwłaszcza, jeśli są to sygnały, które wymagają zmiany dotychczasowych prognoz wzrostu PKB, inflacji czy zysków firm.Silny spadek cen akcji i jednocześnie silny wzrost cen obligacji (czyli spadek ich rentowności) występuje najczęściej w okresach poprzedzających recesję. Taniejące akcje odzwierciedlają niższe przewidywane zyski i dywidendy płacone przez spółki, z kolei wycenom obligacji zazwyczaj sprzyja łagodzenie polityki pieniężnej przez banki centralne, które w ten sposób starają się podtrzymywać słabnącą koniunkturę.
Skala zmian na rynku finansowym sugeruje, że koronawirus będzie oddziaływał na gospodarki poprzez wiele mechanizmów, a siła tego oddziaływania jest wciąż nieznana. W przypadku koronawirusa mamy do czynienia zarówno z czynnikami fundamentalnymi, czyli wpływającymi na warunki prowadzenia działalności gospodarczej jak i psychologicznymi, takimi jak np. niepewność czy nawet panika W przypadku tych pierwszych możemy wyróżnić zmienne, które oddziałują na gospodarkę i sektor przedsiębiorstw od strony popytowej jak i podażowej.
Choć w Polsce potwierdzono dopiero jeden przypadek zakażenia COVID-19, to także w naszym kraju możemy zauważyć wpływ sytuacji globalnej na lokalne zachowania. W niektórych sklepach zaczęto wykupywać duże ilości żywności i produktów higienicznych w obawie przed zbliżającą się kwarantanną. Organizacje pracodawców i niektóre przedsiębiorstwa zaczęły ostrzegać przed kurczącymi się zapasami materiałów i półproduktów, które są importowane z Chin. Wstrzymanie pracy chińskich portów morskich oraz lotniczych oznacza, że problemy dotkną również firmy eksportujące, których wyroby czekają na rozładunek i dostarczenie do odbiorców.
Struktura konsumpcji w Polsce – dobra i usługi krajowe oraz z importu
Trudność w ocenie wpływu koronawirusa na gospodarkę polega m.in. na tym, że jednocześnie dotyka on strony popytowej oraz podażowej, przez co to ryzyko dotyczy wielu branż. W przypadku przemysłu, bezpośrednie ryzyko wynika przede wszystkim z zaburzeń w łańcuchach dostaw, natomiast koniunktura w branżach usługowych będzie zależeć głównie od popytu ze strony konsumentów. Istotny jest również podział na dobra i usługi produkowane w Polsce oraz importowane. Spadek popytu w przypadku tych drugich będzie oddziaływał negatywnie na PKB innych krajów niż UE-27.
Ze struktury konsumpcji gospodarstw domowych w Polsce wynika, że w przypadku dóbr i usług produkowanych w kraju największe ryzyko spadku popytu może dotyczyć handlu detalicznego (zwłaszcza dóbr trwałego użytku), usług finansowych oraz usług związanych z wyżywieniem. Usługi związane z rynkiem nieruchomości czy dostawami energii ze względu na dominację czasowych kontraktów nie powinny być istotnie dotknięte. Pozostałe kategorie charakteryzują się mniej elastycznym popytem lub koronawirus nie powinien mieć istotnego wpływu na decyzje zakupowe.
W analizach i komentarzach dotyczących wpływu koronawirusa często wskazuje się turystykę jako branżę doświadczającą wysokiego spadku popytu. W perspektywy gospodarki, usługi, które można przyporządkować do tej branży nie stanowią dużego udziału w wydatkach przeciętnego gospodarstwa domowego w Polsce. Czynnikiem łagodzącym może być również to, że obecny czas nie należy do tzw. wysokiego sezonu w turystyce. Zupełnie inny byłby wpływ na tę branżę i gospodarkę w miesiącach letnich lub w czasie ferii zimowych.
Sytuacja w przypadku dóbr importowanych jest bardziej skomplikowana, gdyż te rynki mogą być dotknięte zarówno poprzez ograniczenie popytu (jak w przypadku droższych dóbr trwałego użytku np. elektroniki, komputerów, mebli), ale także ograniczenie podaży, zwłaszcza, jeśli są produkowane w Chinach. Wysokie ryzyko spadku popytu – także zakłóceń w łańcuchach dostaw – dotyczy produkcji pojazdów, zwłaszcza samochodów i części do nich. Oczywiście powyższy przegląd statystyk jest dopiero pierwszym krokiem w analizie potencjalnego wpływu, który może dotknąć poszczególne branże.
Struktura wymiany handlowej Polski z Chinami
Mimo stabilizacji sytuacji w Chinach pod względem dynamiki zachorowań, gospodarka wciąż operuje znacznie poniżej swojego potencjału, co generuje ryzyko dla wszystkich partnerów handlowych. Wskazuje na to najnowszy wskaźnik PMI, mierzący koniunkturę w sektorze usług i przemysłu. Jego lutowe odczyty dla Chin były wyraźnie poniżej poziomu 50 pkt., który oddziela wzrost aktywności gospodarczej od jej ograniczania (wartość PMI wyniosła 35,7 pkt dla przemysłu, 29,6 pkt. dla usług). W efekcie, były to najsilniejsze spadki tego wskaźnika dla Chin w całej historii jego publikacji.
Pięć najważniejszych grup wyrobów, które Polska importuje z Chin to:
urządzenia elektryczne (32,55 proc.),
urządzenia przemysłowe (18,84 proc.),
zabawki (5,79 proc.),
odzież (4,30 proc.),
meble (3,95 proc.).
Analogiczny ranking dla eksportu Polski do Chin to:
miedź (23,40 proc.),
urządzenia elektryczne (16,19 proc.),
urządzenia przemysłowe (14,49 proc.),
pojazdy (10,93 proc.),
meble (5,95 proc.).
Patrząc na mapę wpływu koronawirusa na gospodarkę, sytuacja w handlu zagranicznym z Chinami jest tylko jednym z wielu czynników ryzyka dla polskiej gospodarki. Polski eksport może również ucierpieć z powodu pogorszenia się koniunktury w Niemczech, które są bardzo ważnym partnerem handlowym dla Polski oraz Chin. W przypadku największej gospodarki UE sytuacja jest o tyle ciekawa, że niemiecki rząd rozważa zawieszenie reguły wymagającej uchwalania zrównoważonego budżetu. Taki ruch ma umożliwić próbę stabilizowania koniunktury poprzez wyższe wydatki publiczne lub ograniczenie ciężarów podatkowych. Obecnie nie są znane szczegóły zapowiadanego pakietu fiskalnego, więc nie da się ocenić, czy i jak silnym wsparciem dla polskiego eksportu może być luźniejsza polityka fiskalna w Niemczech.
Co dalej?
Nie jest wykluczone, że wpływ koronawirusa będzie ograniczony do pierwszego półrocza 2020, a rynki akcji zaczną rosnąć i nadrobią straty z lutego. To scenariusz optymistyczny i na razie mamy za mało informacji by móc określić, czy jest on najbardziej prawdopodobny. W bardziej negatywnym scenariuszu koronawirus będzie jedynie „zapalnikiem”, katalizatorem, który poprzez wskazane kanały wpływu – gospodarkę realną, rynek finansowy i czynniki psychologiczne – odsłoni poważniejsze strukturalne problemy w krajach rozwiniętych, zwłaszcza UE i USA.
Niezależnie od scenariusza dalszego rozwoju sytuacji, klasyczne polityki makroekonomiczne oddziałujące na popyt – tj. polityka monetarna i fiskalna będą miały ograniczoną skuteczność. To dlatego, że koronawirus – przynajmniej w krótkim okresie – będzie negatywnie wpływał na gospodarki od strony podażowej, a więc produkcyjnej. W takiej sytuacji pobudzanie popytu może powodować wzrost inflacji i generować różne zniekształcenia rynków i konkurencji. Jeszcze inną kwestą zasługującą na odrębną analizę jest to, czy cel w postaci podtrzymywania wzrostu PKB, bez dostatecznej dbałości o jego strukturę i jakość jest zawsze wart kosztów i ryzyk, jakie generuje w średnim i długim okresie.
Decydujące w kontekście wpływu koronawirusa na gospodarkę będzie to, czy szybko uda się zahamować wzrost liczby zachorowań w krajach rozwiniętych i przywrócić sprawne funkcjonowanie globalnych łańcuchów wartości.
Dane za 2017 r. The Growth Lab at Harvard University. (2019). “Growth Projections and Complexity Rankings, V2” [Data set].
Wśród inwestorów dominują obawy związane z epidemią koronawirusa, które istotnie wpływają na handel na rynku walutowym. Wraz z alarmującym tempem wzrostu liczby zakażeń koronawirusem poza Chinami, inwestorzy zaczęli zastanawiać się, jakiej odpowiedzi można oczekiwać ze strony światowych banków centralnych oraz rządów państw.
Odpowiedź ze strony Rezerwy Federalnej była szybka i zdecydowana. Decydenci we wtorek ogłosili obniżkę stóp procentowych o 50 punktów bazowych, ścinając stopę fed funds do przedziału 1,00-1,25%. Decyzja była jednogłośna i nadeszła niedługo po publikacji oświadczenia ministrów finansów i bankierów centralnych krajów G7, które sugerowało, że niedługo prawdopodobnie nadejdzie szerokie rozluźnienie polityki pieniężnej i fiskalnej.
Rynek spodziewał się, że Fed w tym miesiącu obetnie stopy procentowe o co najmniej 25 pb., jednak inwestorów zaskoczył moment obniżki stóp. Decyzja ws. stóp procentowych miała zapaść 18 marca, pod koniec zaplanowanego spotkania decyzyjnego banku centralnego. Ostatni raz Fed podjął decyzję o nieplanowanym cięciu stóp procentowych u szczytu kryzysu finansowego w październiku 2008 roku. Widać, że Fed nie ociąga się i woli podjąć natychmiastowe działania mające na celu ochronę gospodarki USA przed skutkami negatywnych zdarzeń.
W oświadczeniu do decyzji, bank centralny zwrócił uwagę, że koronawirus stanowi „ewoluujące ryzyko dla aktywności gospodarczej”, stwierdzając, że dodatkowa stymulacja była niezbędna w celu osiągnięcia celów banku centralnego, czyli maksymalnego zatrudnienia i stabilności cen. Konferencja prasowa przewodniczącego FOMC, Jerome’a Powella, w następstwie decyzji była dość krótka. Niemniej, w jej trakcie Powell wyraził przekonanie, że cięcie będzie stanowiło znaczące wsparcie dla gospodarki. Stwierdził również, że bank centralny będzie nadal wykorzystywał wszelkie dostępne mu środki, co sugeruje możliwość dalszych obniżek stóp procentowych w przyszłości oraz możliwej formalnej koordynacji działań decydentów monetarnych G7.
Natychmiastowa reakcja amerykańskiej waluty w odpowiedzi na decyzję Rezerwy Federalnej nie stanowi zaskoczenia: dolar osłabił się zarówno w relacji do euro, jak i polskiego złotego. Kurs EUR/USD na moment wzrósł powyżej poziomu 1,12, jednak skala owego ruchu była ograniczona, a niedługo później euro utraciło większość tych zysków. Kurs USD/PLN po decyzji na moment znalazł się nieznacznie poniżej poziomu 3,84. Od tamtej pory odrobił część strat, jednak nadal znajduje się wyraźnie poniżej poziomu notowanego przed decyzją Rezerwy Federalnej (Wykres 1). Ograniczoną reakcję wspomnianych par wiążemy ze wspomnianymi wyżej wysokimi oczekiwaniami rynku dotyczącymi działań Rezerwy Federalnej w odpowiedzi na epidemię koronawirusa.
Reakcja rynku akcji sama w sobie opowiada pewną historię. Pierwszą reakcją amerykańskich indeksów były zwyżki, jednak przed końcem nowojorskiej sesji indeks Dow Jones znalazł się na poziomie o około 800 punktów niższym niż podczas jej rozpoczęcia, kończąc dzień spadkiem rzędu ok. 3% (Wykres 2). Realną obawą rynku jest to, że działania ze strony polityki monetarnej mogą jedynie częściowo zgładzić ekonomiczne skutki epidemii i nie są w stanie rozwiązać kryzysu zdrowotnego. Mówiąc wprost: banki centralne nie mogą wydrukować szczepionki. O ile ich działania mogą wesprzeć popyt konsumpcyjny, to jednak ich wpływ na złagodzenie szoku podażowego wywołanego przez wirus najpewniej będzie bardzo ograniczony. Ostatnie informacje z USA sugerują, że amerykańskie firmy już notują pewne niedobory komponentów z Chin, co jest bezpośrednią konsekwencją powszechnych przestojów w największej gospodarce Azji. Niższe stopy procentowe nie rozwiążą tej kwestii. Wygląda na to, że zamiast uspokoić inwestorów, obniżka ujawniła skalę obaw Rezerwy Federalnej w kontekście koronawirusa.
Wykres 2: Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average (luty ‘20 – marzec ‘20)
Źródło: Refinitiv Data: 04/03/2020
Sądzimy, że obniżka stóp procentowych ze strony Fed oraz oświadczenie opublikowane przez bankierów centralnych i ministrów finansów G7 będą wstępem do rozluźnienia polityki pieniężnej ze strony kluczowych światowych banków centralnych. Jeszcze przed tym jak stopy procentowe ściął Fed, Bank Rezerwy Australii (RBA) zdecydował się na cięcie stóp procentowych o 25 pb., sugerując możliwość ich dalszej obniżki. Sądzimy, że podczas dzisiejszego spotkania decyzję o obniżce stóp podejmie Bank Kanady (BoC). Także rynek nie ma wątpliwości, że będzie to kolejny bank, który zdecyduje się na taki ruch. Oczekujemy też, że podczas spotkania 26 marca decyzję o cięciu stóp podejmie Bank Anglii.
Europejski Bank Centralny (EBC) o stopach decydować będzie z kolei w następny czwartek. Sądzimy, że cięcie stopy depozytowej o 10 pb. jest bardzo prawdopodobne, możliwe jest również zwiększenie pożyczek w ramach programu TLTRO oraz zwiększenie programu luzowania ilościowego. Problemem dla EBC jest to, że – uwzględniając, że stopy procentowe w strefie euro są ujemne – bank centralny nie ma zbyt dużego pola do działania.
Wspomniane oświadczenie G7 sugeruje, że światowe rządy są gotowe zwiększyć wydatki, jeśli niepewność przełoży się na istotne spowolnienie globalnego wzrostu. Grono to obejmuje również Niemcy, które przez długi czas opierały się głosom sugerującym odpowiedź ze strony polityki fiskalnej na niski wzrost w Europie. Oceniamy, że brak miejsca na istotne obniżki ze strony EBC w połączeniu z rosnącymi szansami na kolejne cięcia stóp ze strony Fed-u i stymulację fiskalną ze strony niemieckiego rządu powinny w tym roku wspierać zarówno euro, jak i polskiego złotego w relacji do dolara amerykańskiego.
Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk
Czy liczba mieszkań nabywanych w celach inwestycyjnych rośnie? W których projektach deweloperskich najczęściej kupowane są lokale pod wynajem? W jakiej cenie można znaleźć najtańsze mieszkania? Sondę przeprowadził serwis nieruchomości Dompress.pl
Mirosław Kujawski, członek zarządu Develia S.A.
Większość osób kupujących mieszkanie z myślą o wynajmie czy alokacji kapitału wybiera przede wszystkim małe, jedno lub dwupokojowe mieszkanie w projektach zlokalizowanych w centrach miast lub też w pobliżu większych ośrodków biznesu czy oświaty. Tego typu lokale dają najwyższą stopę zwrotu. Ich nabywcy nie mają też później trudności z ich szybką sprzedażą. Na rynku zwyczajnie brakuje tego typu oferty. Wystarczy wspomnieć, iż w typowym projekcie udział mieszkań o małej powierzchni waha się w okolicy 50 proc., co oznaczałoby, że niemal wszystkie niewielkie mieszkania kupowanie są przez inwestorów, zarówno w inwestycjach w centrum, jak i na obrzeżach miast.
W zależności od projektu, jego lokalizacji i struktury mieszkań zakup inwestycyjny może jednak dominować. Tak było w przypadku inwestycji Bastion Wałowa zlokalizowanej w centrum Gdańska, Kamienna 145 we Wrocławiu, czy Przy Mogilskiej w Krakowie, gdzie do 70 proc. liczby mieszkań nabywanych było z myślą o wynajmie. W zależności od projektu, ceny mniejszych lokali zaczynały się od 8 tys./mkw.
Zbigniew Juroszek, prezes Atal
W skali całej sprzedaży ilość mieszkań kupowanych inwestycyjnie to maksymalnie około 30 proc. Większość mieszkań nabywanych jest z przeznaczeniem na własne cele mieszkaniowe. Mamy dedykowaną ofertę lokali inwestycyjnych w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i Trójmieście. Projekty cieszą się dużym zainteresowaniem, a przy zakupie mieszkań można odliczyć podatek VAT. Ceny za metr kw. zaczynają się od 6300 zł netto.
Małgorzata Ostrowska, członek zarządu i dyrektor Pionu Marketingu i Sprzedaży w J.W. Construction Holding S.A.
Szacujemy, że w celach inwestycyjnych ponad 30 proc. klientów kupiło mieszkania w inwestycji Bliska Wola Tower na warszawskiej Woli u zbiegu ulicy Kasprzaka i alei Prymasa Tysiąclecia, w szczególności te o najmniejszych metrażach. Inwestycja łączy funkcje mieszkalne z biurowo-aparthotelowymi i usługowymi. Powstanie w niej 170 apartamentów i 407 małych biur o wysokim standardzie, które idealnie nadają się dla przedsiębiorców lub klientów-inwestorów zainteresowanych wynajmowaniem powierzchni biurowych. Lokal użytkowy na wynajem to inwestycja, która może przynieść więcej korzyści niż inne nieruchomości inwestycyjne, tym bardziej, że przy jego zakupie przedsiębiorca odliczy VAT. Od lokalu zakupionego w celach użytkowych, na wynajem, może odliczyć 23 proc. podatku praktycznie każdy, kto jest czynnym podatnikiem podatku od towarów i usług. Od lokalu mieszkalnego podatek VAT wynosi natomiast 8 proc. Własne biuro w Bliskiej Woli Tower można kupić już za 230 tys. zł netto. Podobna sytuacja jest w naszej prestiżowej inwestycji w centrum Szczecina, gdzie łącznie powstanie 480 lokali mieszkalnych i wiele z nich, zostało zakupionych za gotówkę i w celach inwestycyjnych. Najmniejszy lokal o metrażu ponad 28 mkw. kosztuje około 275,5 tys. zł.
Joanna Chojecka, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu ROBYG SA.
Mniej więcej na stałym poziomie utrzymuje się liczba klientów inwestycyjnych, w Robyg to około 30-40 proc. zakupów. Dopasowujemy ofertę mieszkaniową do potrzeb kupujących i obserwujemy rynek elastycznie się do niego dostosowując. Należy równocześnie podkreślić, że kupujący są coraz bardziej świadomi i decyzje zakupowe opierają także na poza cenowych parametrach. Dla klientów oprócz renomy marki dewelopera, liczy się również dobra komunikacja drogowa i miejska, czy dostęp do placówek publicznych, jak ośrodki zdrowia, szkoły oraz sklepy.
Ponadto wprowadziliśmy na rynek nowy produkt – mikroapartamenty. Pierwsza tego typu inwestycja powstanie w sąsiedztwie projektu City Sfera w warszawskich Włochach. W dwóch budynkach Modern Space powstaną 402 lokale o metrażach od 17 mkw. do 39 mkw. w cenie od 239 tys. zł. Mikroapartamenty to nowoczesna forma inwestowania i doskonała lokata finansowa. Są atrakcyjnym rozwiązaniem m.in. dla osób poszukujących wygodnego lokum blisko miejsca pracy, alternatywą dla wynajmu lub hotelu, a dla studentów perspektywą inwestycyjną. Pozwalają także przedsiębiorcom na odliczenie VAT.
Andrzej Gutowski, wiceprezes Ronson Development, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu
Udział zakupów inwestycyjnych w naszych projektach wynosi średnio około 20-25 proc. Dla klientów kupujących mieszkania na wynajem kluczową rolę odgrywa lokalizacja. Największym zainteresowaniem cieszą się więc nieruchomości w centrach miast lub w ich okolicy, bardzo dobrze skomunikowane z resztą miasta. Odsetek mieszkań kupowanych pod kątem inwestycyjnym w takiej lokalizacji wyraźnie się zwiększa.
Interesującą opcją dla inwestorów jest koncepcja aparthotelu, którą zrealizowaliśmy w naszej wrocławskiej inwestycji Miasto Marina nad samą Odrą. Powstało w niej 151 lokali w wysokim standardzie w pięciu kameralnych apartamentowcach. Projekt jest położony vis-a-vis Politechniki Wrocławskiej. W tej chwili oferujemy w nim ostatnie apartamenty dwupokojowe.
Klienci kupują także mieszkania na wynajem w klasycznych projektach mieszkaniowych. W inwestycji City Link na warszawskiej Woli odsetek klientów, którzy kupują mieszkania na wynajem, przekracza 70 proc. W sąsiedztwie tego projektu realizowana jest stacja metra Płocka, której otwarcie planowane jest w kwietniu br. W ofercie zostały już obecnie ostatnie lokale.
Janusz Miller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu Home Invest
Prowadzimy sprzedaż mieszkań w kilku inwestycjach w Warszawie. W zależności od lokalizacji grupa osób nabywających mieszkania w celach inwestycyjnych z przeznaczeniem na wynajem jest mniejsza lub większa. Największym zainteresowaniem inwestorów cieszą się projekty zlokalizowane w pobliżu stacji metra. Takim przykładem jest choćby inwestycja Metro Park. Budynek położony będzie zaledwie 5 minut pieszo od stacji metra Słodowiec. W ofercie mamy jeszcze mieszkania i mikroapartamenty od 21 mkw. do 65 mkw. Najtańszy lokal można kupić w cenie 290 tys. zł brutto. W styczniu 2020 roku rozpoczęliśmy też budowę inwestycji Apartamenty Oszmiańska 20, która znajduje się 450 metrów od stacji metra Targówek Mieszkaniowy. Najtańsze mieszkanie dwupokojowe kosztuje tam 363 tys. zł brutto.
Agnieszka Jaworska-Goździewska, Marketing i PR Manager w Nickel Development
Potwierdzamy duży udział klientów kupujących w celu inwestycyjnym. Z produktów będących w naszym portfelu najczęściej interesują się oni mieszkaniami w wieżowcu ST_ART Piątkowo w Poznaniu. Duży udział mają w nim dwupokojowe mieszkania o powierzchni około 40 mkw., obecnie bardzo popularne wśród wynajmujących. W aktualnej ofercie inwestycji ST_ART Piątkowo znajdują się mieszkania i apartamenty w cenie od 290 tys. zł brutto.
Magdalena Gąsienica-Samek, p.o. dyrektor marketingu Red – Real Estate Development
40 procent to dokładnie odsetek mieszkań kupowanych pod wynajem w naszym poznańskim Red Parku. W ostatnim czasie obserwujemy wzrost zainteresowania inwestorów tym właśnie projektem. We wrocławskiej Nowej Papierni odsetek kupujących inwestycyjnie jest jeszcze wyższy i wynosi około 70 proc. To właśnie z myślą m.in. o inwestorach stworzyliśmy apartamenty w Kamienicy pod Pelikanem. Budynek stoi w znakomitej lokalizacji, niedaleko ścisłego centrum Wrocławia. Lokalizacja jest dla inwestorów jednym z kluczowych czynników decydujących o wyborze. Zwracają także uwagę na wielkość mieszkań. Pod wynajem poszukują zwłaszcza lokali jednopokojowych lub dwupokojowych. W ostatnich latach inwestorzy stali się na wielu rynkach najważniejszą grupą nabywców i to oni napędzają popyt i dobrą koniunkturę.
Zuzanna Należyta, dyrektor ds. handlowych w Eco Classic
Klienci kupujący mieszkania w celu inwestycyjnym stanowią około 20-30 proc. i wybierają zwykle małe lokale. Notujemy zakupy inwestycyjne, zarówno w warszawskiej inwestycji Przy Arsenale, jak i w gdańskim projekcie Wolne Miasto.
Jarosław Kozak, wiceprezes w Waryński S.A. Grupa Holdingowa
Gdańska inwestycja Atol to projekt mieszkaniowy, w którym lokale sprzedawane są głownie klientom w celu dalszego wynajmu. Na dzień dzisiejszy najtańsze mieszkania, które są w niej dostępne oferujemy w kwocie około 9330 zł/mkw. To cena zakupu mieszkania o powierzchni 56 mkw., do której należy doliczyć standardowe miejsce postojowe w garażu w kwocie 29,9 tys. zł lub z boksem na jednoślad w cenie 38870 zł, albo miejsce postojowe naziemne za 15 tys. zł.
Kostiantyn Fedyna – członek zarządu grupy BY MADE
W naszym przypadku sprawa jest oczywista, Legnicka 60C to wrocławski projekt stworzony w odpowiedzi na potrzeby inwestorów, którzy zgłaszają coraz większe zainteresowanie lokalami na wynajem. W kręgu ich zainteresowania od długiego czasu są nieduże lokale i takie oferujemy. Największą popularnością cieszą się apartamenty inwestycyjne o powierzchni 18,5 mkw. oraz małe lokale dwupokojowe o metrażu 23 mkw. Przemawia za nimi nie tylko świetna lokalizacja, zapewniająca inwestorom wysokie stawki najmu, ale także atrakcyjna cena zakupu, od której dodatkowo można odliczyć podatek VAT. Dotyczy to również osób fizycznych, którym pomagamy w tym procesie. Ceny w aparthotelu Legnicka 60C zaczynają się od 189 tys. zł netto za apartament z wykończeniem pod klucz. Lokale będą wykończone i wyposażane w wysokim standardzie, co doskonale widać na przykładzie gotowego apartamentu pokazowego. Grupa BY MADE jako pierwsza we Wrocławiu umożliwia obejrzenie lokalu na tak wczesnym etapie realizacji projektu. Wykończeniem zajmuje się profesjonalny operator, któremu można powierzyć także zarządzanie wynajmem. W takim przypadku stopa zwrotu z inwestycji wynosi 7 proc.
Wojciech Duda, wiceprezes Duda Development
Inwestorzy stanowią znaczną część naszych klientów. Ich szczególnym zainteresowaniem cieszą się mieszkania o kompaktowym metrażu, zazwyczaj jedno lub dwupokojowe. W Poznaniu jest to inwestycja Fyrtel Wilda zlokalizowana u zbiegu ulic Sikorskiego i 28 Czerwca, natomiast w Łodzi – Diasfera Łódzka położona pomiędzy ulicą Kilińskiego i Targową.
Cezary Grabowski, dyrektor sprzedaży i marketingu Bouygues Immobilier Polska
W niektórych inwestycjach, szczególnie tych w niewielkiej odległości od centrum, przeważają zakupy pod wynajem. Obecnie największym zainteresowaniem inwestorów, głównie ze względu na bardzo dobre połączenie z centrum transportem publicznym, cieszy się nasza nowa inwestycja w Warszawie przy ulicy Grochowskiej 230, w której większość mieszkań zostało już sprzedanych. Najtańsze, dostępne lokale są do nabycia w cenie od 410 tys. zł. Inwestorzy kupują mieszkania także w Zajezdni Wrocław, którą realizujemy przede wszystkim z myślą właśnie o nich. W tej inwestycji dominują mieszkania jednopokojowe typu studio, które są idealne pod wynajem. Ich ceny zaczynają się od 269,9 tys. zł. Do tego dochodzi dogodna lokalizacja na klimatycznym Nadodrzu oraz kompletna infrastruktura okolicy. To wszystko zachęca inwestorów, którzy postrzegają takie inwestycje jak pewną, rentowną lokatę kapitału.
Aleksandra Goller, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w spółce mieszkaniowej Skanska
Nasze osiedla cieszą się dużym zainteresowaniem, zarówno wśród klientów indywidualnych, jak i inwestycyjnych. Tych drugich szczególnie przyciągają projekty usytuowane w okolicach biznes hubów. Wiedzą, że dobra lokalizacja, gęsta siatka komunikacji miejskiej i podwyższony standard to aspekty szczególnie ważne dla wynajmujących. W tego typu osiedlach inwestorzy upatrują możliwości najwyższej stopy zwrotu zainwestowanych środków.
Wojciech Chotkowski, prezes zarządu Aria Development
W przeciwieństwie do Warszawy, gdzie czasem połowę mieszkań w inwestycji sprzedawana jest na wynajem krótko bądź długoterminowy, w naszych projektach klienci przede wszystkim kupują w celu zamieszkania. Zdarzają się również nabywcy inwestycyjni, ale to raczej rodziny, które chcą na przykład kupić mieszkanie i dopóki dzieci nie dorosną planują je wynajmować. To olbrzymi plus naszych realizacji. Dzięki temu, społeczność mieszkańców jest bardzo zintegrowana i wszyscy traktują osiedla jak dom.
Sebastian Barandziak, prezes zarządu Dekpol Deweloper
Duże zainteresowanie zakupem projektów w celach inwestycyjnych widzimy od wielu lat. Taki trend utrzymywał się również w minionym roku. Dlatego w ramach szerokiej oferty przygotowujemy różne projekty, które są atrakcyjne dla tego rodzaju klientów. Wybierają oni inwestycje zlokalizowane w ścisłym centrum Gdańska, jak np. Grano Residence, które są przeznaczone pod najem krótkoterminowy. Dużą popularnością cieszą się także inwestycje powstające w tzw. sypialni Gdańska i przeznaczone pod najem długoterminowy. W tym zakresie proponujemy lokale m.in. w Osiedlu Pastelowe w dzielnicy Łostowicach czy Osiedlu Zielone w Jasieniu. Na terenie Gdańska najtańsze mieszkanie jest dostępne w Osiedlu Pastelowe w cenie około 350 tys. zł brutto. Tańsze propozycje, już od 230 tys. zł klienci znajdą w ramach inwestycji zlokalizowanej w Rokitkach koło Tczewa.