Rezerwa Federalna wkracza do akcji. Indeksy zwyżkują

Na początku marca pisaliśmy w komentarzu o tym, że Wall Street liczy na pomoc Fed, przez zwiększenie presji na cięcie stóp procentowych za oceanem. Wczoraj Rezerwa Federalna, po raz pierwszy od 12 lat, wykonała obniżkę stóp procentowych między posiedzeniami o 50 punktów bazowych. Był to tzw. emergency cut, aby już teraz przeciwdziałać skutkom wpływu epidemii koronawirusa na amerykańską gospodarkę. Rynki liczą również na podobne działanie po drugiej strone Atlantyku, dając 90 proc. szans, że Europejski Bank Centralny obniży stopę depozytową w przyszłym tygodniu.

Jak pokazują kontrakty na amerykańskie indeksy, dziś rynek kasowy wzrośnie po otwarciu. Kontrakt na indeks DoW Jones rośnie o 2,2 proc., S&P 500 idzie w górę o 1,9 proc., a Nasdaq 100 o niecałe 2 proc. Co ważne, cofa się kontrakt na indeks strachu VIX, zmniejszając oczekiwaną zmienność na rynku akcji w USA. Z punktu widzenia danych z gospodarki, pozytywnie na nastroje mogły wpłynąć również dane o zmianie zatrudnienia w sektorze prywatnym w lutym. Według raportu ADP zatrudnienie wzrosło o 183 tys. nowych etatów przy konsensusie rynkowym na poziomie 170 tys..

Z poszczególnych spółek warto zwrócić uwagę ponownie na Home Depot. HD otrzymała wyższą rekomendację od Nomury, z neutralnej do kupuj. Akcje dziś drożeją o około 2 proc. Cena docelowa została podniesiona z 240 USD do 251 USD (obecnie 233 USD). Argumentem za zmianą nastawienia ma być m.in. spadek stóp procentowych, jako dodatkowy bodziec popytowy, który z kolei może zrównoważyć wszelkie zakłócenia spowodowane koronawirusem. HD ma na Wall Street 19 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj. 25 lutego spółka opublikowała wyniki, które przekroczyły oczekiwania analityków na Wall Street.

Spółką, która dziś się pozytywnie wyróżnia w indeksie Dow Jones Industrial Average, jest Unitedhealth Group. Wzrost ceny akcji spółki o wartości prawie 280 mld dolarów wynosi dziś ponad 10 proc. Spółka działa w sektorze opieki zdrowotnej, w tym obsługuje duże, małe i średnie przedsiębiorstwa czy osoby prywatne. Posiada również usługi w zakresie konsultingu dla całego sektora opieki zdrowotnej, agencji rządowych, jak i organizacji i całych szpitali. Pod względem kapitalizacji UNH znajduje się w pierwszej dziesiątce spółek z DJIA.

Rynek wydaje się zatem już teraz bardzo spokojny, po awaryjnym cięciu stóp procentowych przez Fed i wie, że są szanse na ewentualne dalsze kroki, jeśli sytuacja w najbliższych dwóch tygodniach się nie ustabilizuje. Do tego mogą dojść działania z zakresu polityki fiskalnej, ponieważ mamy również w USA rok wyborczy, a obniżki podatków mogłyby być dobre i dla obywateli i dla rynków.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

home.pl podbija Europę

Rumunia, Bułgaria i Węgry to kraje, w których największy w Polsce dostawca usług internetowych już prowadzi sprzedaż. W kolejnych miesiącach home.pl wejdzie do Czech i na Słowację. Zagraniczna ekspansja popularnego hostingodawcy nabiera tempa.

Docelowo firma chce do 2025 roku prowadzić sprzedaż i wspierać ebiznes na co najmniej 15 europejskich rynkach. Na miejsce zagranicznego debiutu home.pl wybrał Rumunię. Sprzedaż ruszyła tam w połowie 2019 roku, a oferta firmy spotkała się ze sporym zainteresowaniem tamtejszych klientów.

– Zaczęliśmy od Rumunii, co było następstwem analizy potencjału rynku małych i średnich firm w zakresie informatyzacji i wykorzystania nowoczesnych technologii internetowych – mówi Marcin Kuśmierz, prezes home.pl.

Zagranicą home.pl posługuje się marką IONOS należącą do globalnej grupy United Internet, której home.pl jest częścią. IONOS to rozpoznawalny w świecie brand, który obecny jest m.in. w Austrii, Francji, Wielkiej Brytanii, Niemczech, Włoszech, Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Teraz do tej grupy dołączyły – prócz wspomnianej Rumunii – także Węgry i Bułgaria. Za wprowadzenie tam biznesu i jego rozwój odpowiada właśnie home.pl.

– Bułgaria i Węgry to kraje z wysokim wzrostem PKB i potencjałem w zakresie transformacji cyfrowej. W obu przypadkach strategie rządowe aktywnie wspierają rozwój sektora nowych technologii, a małe i średnie firmy są ich głównymi beneficjentami. Chcemy być ich partnerem w zakresie wykorzystania nowych technologii informatycznych – komentuje Marcin Kuśmierz.

Na Węgrzech i w Bułgarii funkcjonuje ponad 1,1 mln małych i średnich firm. Kraje te są znane dzięki technologicznym start-upom o globalnym zasięgu. Pochodzą stamtąd m.in. pCloud, AImotive czy Prezi.

Na każdym z nowych, zagranicznych rynków marka IONOS już na starcie posiada najszerszy katalog rozwiązań biznesowych w chmurze. W ofercie – prócz szeregu aplikacji takich jak antywirusy, G Suite i Office 365 – znajdują się także domeny i hostingi, certyfikaty SSL i kreatory stron WWW. Oprócz usług własnych firma posiada w portfolio produkty kilkudziesięciu międzynarodowych dostawców oprogramowania w chmurze m.in. Dropbox, Google czy Microsoft. Wkrótce udostępni też cyfrowe materiały edukacyjne i konsultacje dla rodzimego biznesu.

– Na zagranicznych rynkach oferujemy wsparcie techniczne w lokalnych językach i rozwiązania dopasowane do potrzeb i realiów tam panujących – mówi Marcin Kuśmierz.

Po doświadczeniach pierwszych trzech zagranicznych przyjdzie czas na kolejne. W planach firma ma rozpoczęcie świadczenia usług w Czechach i na Słowacji. Stanie się to prawdopodobnie w drugim kwartale bieżącego roku.

Oferta home.pl skierowana do klientów w Rumunii, Bułgarii i na Węgrzech dostępna jest w serwisach internetowych: ionos.ro, ionos.bg i ionos.hu.

Spowolnienie gospodarcze o wiele głębsze niż początkowo prognozowano

Prognozy dla polskiego PKB w 2020 r. są coraz gorsze i będą się jeszcze wielokrotnie zmieniać. Niepewność narasta i możliwe, że wzrost gospodarczy spadnie do 3 proc.

W 2018 r. dynamika PKB była bardzo wysoka, wynosiła 5,1 proc. W minionym roku była o prawie 1 pkt. proc. gorsza, choć nadal wysoka jak na kraje UE. Teraz wiele ośrodków badawczych zgłasza korekty do swoich prognoz, obniżając swe przewidywania.

Mamy dużo czynników zewnętrznych, które wpłynęły na obniżenie prognoz dla polskiego PKB. To sytuacja gospodarcza w krajach UE, konsekwencje brexitu, które dopiero są przed nami i skutki wojen handlowych. Natomiast nie uwzględniono jeszcze konsekwencji koronawirusa, bo jest zbyt wcześnie, aby je określić.

– Negatywne czynniki wewnętrzne związane są z tym, że nie będzie już tak wysokiego impulsu wzrostowego ze strony konsumpcji, bo poziom świadczeń społecznych, który był odpowiedzialny za wzrost tych wydatków stabilizuje się – mówi w rozmowie z MarketNews24 Bohdan Wyżnikiewicz, prezes Instytutu Prognoz i Analiz Gospodarczych, były prezes GUS.

Coraz większym zagrożeniem w bliskiej przyszłości będą bardzo niskie obecnie inwestycje przedsiębiorstw. To będzie czynnik ograniczający konkurencyjność polskiej gospodarki.

Prognozy dotyczące 2020 r. prawdopodobnie będą się jeszcze zmieniać i to w istotnym stopniu, zwłaszcza że niepewność jest coraz większa.

– Powinniśmy spodziewać się wzrostu PKB w granicach 3,0-3,4 proc. – ocenia B.Wyżnikiewicz.

5 alarmujących infografik o sytuacji kobiet na rynku pracy

Kobieta, która rodzi dziecko, nigdy nie dorówna swoimi zarobkami kobietom bezdzietnym. Bycie ojcem nie wpływa na wysokość zarobków. Sytuacja matek jest najgorsza, ale kobietom na całym świecie jest trudniej na rynku pracy niż mężczyznom o takich samych kwalifikacjach.

W skali globalnej sytuacja kobiet na rynku pracy ulega poprawie od drugiej połowy XX wieku, a jednak dane wciąż szokują. Kobiety mniej zarabiają. Bycie kobietą obniża szanse na sukces podczas rekrutacji, a matka po 10 latach od urodzenia dziecka zarabia średnio 20% mniej niż kobieta, która nie zdecydowała się mieć potomstwa. Eksperci rankomat.pl, największej polskiej porównywarki ubezpieczeń i usług finansowych, przypatrują się danym o zarobkach i zatrudnieniu kobiet.

W ponad połowie krajów świata kobiety wciąż nie mogą wykonywać tych samych zawodów, co mężczyźniCzy niekarmiące i nieciężarne kobiety mogą wykonywać te same zawody co mężczyźni_v1

Na mapie zaznaczono na zielono kraje, w których kobiety osiągnęły pełną równość wykonywania wszystkich zawodów. W 2017 roku, kiedy przeprowadzono to badanie po raz ostatni, takich krajów było zaledwie 45% na świecie. Do państw, w których występują nierówności płciowe (choćby niewielkie), zaliczają się również demokratyczne europejskie kraje rozwinięte takie jak Czechy czy Francja.

Przyczyny są różne, w części krajów powodem są przepisy wyraźnie zakazujące wykonywania kobietom niektórych prac. Przykładowo w Rosji tylko mężczyzna może zostać maszynistą w metrze (zmiana ma nastąpić w 2021), na Białorusi obowiązuje zakaz pracy kobiet z materiałami szkodliwymi dla zdrowia. Kobiety również (pomimo braku barier prawnych) nie są zatrudniane z pewnych zawodach ze względu na stereotypy oraz tradycyjne role płciowe. Kobiety częściej wykonują prace związane z opieką nad chorymi i dziećmi (odpowiednio 89% i 95% wszystkich zatrudnionych w tych branżach to kobiety). Tymczasem zatrudnienie kobiet w przemyśle nie przekracza 17%, a na stanowiskach związanych z nowymi technologiami wynosi zaledwie 25%.

Ślepa rekrutacja wyrównuje szanse kobiet na rynku pracy Jak ślepa rekrutacja wpływa na szanse mężczyzn i kobiet na sukces w procesie rekrutacyjnym_v1

Kobiety odnoszą większy sukces na rynku pracy, jeśli rekruterzy nie znają płci kandydatów starających się o nowe stanowisko. Różnica to nawet blisko 60% więcej szans na zatrudnienie, kiedy rekrutacja przeprowadzona jest w trybie “ślepym”.  Nawet kiedy na danym rynku nie ma formalnych przeszkód, żeby kobiety wykonywały dowolny zawód, nierówności płciowe nie zawsze zupełnie znikają. Zatrudniający, świadomie bądź podświadomie kreują bariery, faworyzując mężczyzn w procesie rekrutacyjnym.

Wykres pokazuje, jak zmieniał się procent zatrudnionych kobiet, kiedy w rekrutacji ukryto tożsamość (w tym płeć) kandydatów. Badanie przeprowadzono w orkiestrach symfonicznych w Stanach Zjednoczonych.

Większość znanych orkiestr symfonicznych w Stanach Zjednoczonych zmieniło zasady przesłuchań muzyków w latach 70tych i 80tych czyniąc je bardziej wyrównanymi i ustandaryzowanymi.

Wprowadzony dodatkowe zasady mające na celu bezstronny płciowo wybór. Płeć muzyka mogła zostać ukryta przed komisją. Nie wszystkie przesłuchania przeprowadzone były w trybie “ślepym” (czyli z ukrytą tożsamością uczestników). Te same kandydatki uczestniczyły w ślepych i tradycyjnych rekrutacjach, dzięki temu można porównać jakie szanse na sukces miały w obu przypadkach.

W tradycyjnej rekrutacji (komisja znała płeć kandydatów) jedynie 1,7% ze startujących kobiet zostało zatrudnionych, podczas gdy wśród mężczyzn aż 2,7% odniosło sukces. 2,7% spośród tych samych kobiet odniosło sukces w ślepej rekrutacji. U mężczyzn różnice pomiędzy ślepymi a tradycyjnymi rekrutacjami są niewielkie, natomiast dla kobiet szanse na sukces wzrosły niemal o 60%. Obecnie ślepe rekrutacje zyskują na popularności. Na taką formę poszukiwania nowych kandydatów zdecydowało się między innymi BBC. Jest to sposób na wyrównywanie szans na rynku pracy bez uciekania się do pozytywnej dyskryminacji (takiej jak parytety).

Równość płci w trendzie wzrostowymLuka płacowa w wybranych krajach_v1

W skali świata nierówności płac mężczyzn i kobiet zmniejszają się. Wciąż są znaczące, ale mniej przytłaczające niż w roku 1970. W szczególności ogromną poprawę widać na rynku brytyjskim oraz w Stanach Zjednoczonych, jednak tam wyjściowy poziom nierówności był szczególnie wysoki.

Luka płacowa według OECD (liczona jako różnica średniego wynagrodzenia kobiet i mężczyzn) dla Wielkiej Brytanii w roku 1970 wynosiła 47,6%, w roku 2016 spadła do 16,8%. W Stanach Zjednoczonych od roku 1973 do 2016 nastąpił spadek z 38,1% do 18,1%. Natomiast dla Francji w roku 2002 wynosiła 13,3%, w roku 2014 spadła do 9,9%.

Nierówności płacowe związane z posiadaniem dzieci, czyli kara za macierzyństwo (motherhood penalty)Wpływ posiadania dzieci na zarobki (kobiety)_v1 Wpływ posiadania dzieci na zarobki (mężczyźni)_v1

Zmniejszająca się luka płacowa działa na korzyść kobiet, ale nie wyrównuje szans matek na rynku pracy.

Badania przeprowadzone w Danii (warto zauważyć, że to kraj cechujący się wysoką równością płci) pokazały, jakie są prawdziwe konsekwencje macierzyństwa. Po urodzeniu dziecka, zarobki kobiet gwałtownie spadają i już nigdy nie zrównają się z dochodami kobiet bezdzietnych. W przypadku mężczyzn nie widać wpływu narodzin dziecka na wysokość wynagrodzeń ani na dynamikę ich wzrostu.

Wykres pokazuje zmiany w wynagrodzeniu kobiet i mężczyzn po narodzinach dziecka. Punktem odniesienia jest wynagrodzenie odnotowane przed narodzinami dziecka, a więc przed momentem, kiedy możemy obserwować skutki narodzin na wysokość zarobków. Powody, dla których obserwujemy “karę za macierzyństwo” mogą być różnorakie. Często po narodzinach dziecka kobiety decydują się na zmianę pracy na taką, która pozwoli im na wcześniejsze powroty do domu, są mniej skłonne do pozostawania w pracy w godzinach nadliczbowych, w niektórych przypadkach rezygnują z awansu lub zupełnie rezygnują z pracy zawodowej.

Przeszkoda, której nie dało się pokonaćNierówność związana z dziećmi a nierówność związana z wykształceniem-_v1

Nierówność płacowa będąca konsekwencją posiadania dzieci jest dziś większa niż w roku 1980. Dzieje się tak mimo faktu, że luka płacowa zmniejsza się. Kolejne kraje znoszą lub łagodzą bariery prawne dla kobiet na rynku pracy (Rosja i Białoruś zmniejszą do roku 2021 liczbę zawodów, których wykonywanie przez kobiety jest zabronione). Firmy zaczynają sięgać po rozwiązania umożliwiające “ślepe” rekrutacje, aby wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w walce o stanowisko.

Wykres pokazuje strukturę zmniejszającej się nierówności płacowej płci (luki płacowej). Podczas gdy zdecydowanie zmniejszyła się nierówność będąca wynikiem różnic w wykształceniu oraz nierówność, której źródłem były inne czynniki (bariery prawne, stereotypy), to nierówności będące wynikiem macierzyństwa utrzymują się na tym samym poziomie, a nawet lekko wzrastają w porównaniu do lat 80tych. Warto dodać, że dane te pochodzą z Danii, kraju który ma najwyższy odsetek pracujących matek na świecie (82%) oraz szeroko rozbudowany system wspierania kobiet po urodzeniu dziecka na rynku pracy (urlop tacierzyński, bezpłatna opieka nad dziećmi w państwowych żłobkach i przedszkolach).

W tekście wykorzystano następujące źródła danych:

Dane o zatrudnieniu OECD,

Dane The National Center for Women & Information Technology (NCWIT),

Dane The World Bank,

Dane National Women’s Law Center,

Badanie autorstwa Henrik Kleven, Camille Landais, Jakob Egholt Søgaard, styczeń 2018, Children and Gender Inequality: Evidence from Denmark,

Badanie CLAUDIA GOLDIN AND CECILIA ROUSE, wrzesień 2000, Orchestrating Impartiality: The Impact of “Blind” Auditions on Female Musicians.

Różnorodność wspiera innowacje. Ale w działach B+R kobiety wciąż stanowią mniejszość

Obszar innowacyjności pozostaje zdominowany przez mężczyzn. Z „Międzynarodowego Barometru Innowacji” opracowanego przez Grupę Ayming wynika, że niemal połowa kadry zarządzającej uważa, że różnorodność w miejscu pracy nie jest ważna. W przypadku kierowników zespołów B+R odsetek ten wynosi 35 proc. Osoby na najwyższych stanowiskach często nie są dostatecznie świadome korzyści wynikających z różnorodności pracowników dla generowania innowacyjnych rozwiązań.

Z badania Kantar* wynika, że w ponad połowie firm, które prowadzą w Polsce działalność innowacyjną, kobiety stanowią mniej niż 15 proc. członków zespołów badawczo-rozwojowych. W co piątej firmie odsetek kobiet wynosi od 15 do 50 proc., a tylko u 7 proc. przedsiębiorców zespoły B+R składają się w większości z kobiet. Na tym tle ciekawie prezentuje się przypadek Francji, gdzie – według „Międzynarodowego Barometru Innowacji” Grupy Ayming – 16 proc. respondentów deklaruje, że ich zespoły składają się w całości z kobiet. Z kolei w Kanadzie w większości zespołów B+R kobiety zajmowały od 26 do 50 proc. stanowisk.

Kobiety w innowacjach

Innowacje powstają dzięki umiejętnościom pracowników, a połączenie doświadczeń zróżnicowanej kadry pozwala podejmować lepsze decyzje oraz efektywniej zarządzać kompleksowymi wyzwaniami. Tymczasem to mężczyźni zajmują większość stanowisk związanych z obszarem B+R, a różnorodność płciowa jest często uznawana za niemającą wpływu na sukces innowacji. Firmy powinny stosować różne strategie zachęcające kobiety do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju oraz tworzyć instrumenty motywujące je do podążania tą ścieżką kariery. Jak to zrobić? Według respondentów „Międzynarodowego Barometru Innowacji” najlepszym sposobem jest stosowanie przejrzystej ścieżki kariery – uważa tak 40 proc. osób.

– Dostępność talentów to największa siła napędowa B+R. Im firma ma ich więcej, tym więcej środków może zainwestować w działania proinnowacyjne. Nie można planować budżetu na działania B+R bez znalezienia i zatrudnienia odpowiednich osób. Jednak dostęp do odpowiednich specjalistów bywa ograniczony. Dlatego tak ważne jest zachęcanie kobiet do studiowania na kierunkach ścisłych, inżynieryjnych i technicznych, a na dalszym etapie – do zajmowania stanowisk związanych z badaniami i rozwojem, co pomoże poszerzyć grupę talentów – dodaje Agnieszka Hrynkiewicz-Sudnik, Dyrektor Obszaru Podatków i Innowacji w Ayming Polska.

Z politechniki do biznesu

W raporcie „Kobiety na Politechnikach”, przygotowanym przez Fundację Edukacyjną „Perspektywy”, czytamy, że w latach 2015-2018 udział kobiet wśród studentów uczelni technicznych wyniósł 37 proc. (dekadę wcześniej było to około 30 proc.). W roku akademickim 2017/2018 najmniej studentek wybrało kierunki związane z elektrotechniką, mechatroniką, automatyką, mechaniką i budową maszyn (udział kobiet wyniósł od 6 do 9 proc.), a najwięcej – architekturę wnętrz i architekturę krajobrazu (odpowiednio 89 i 83 proc.) oraz biotechnologię i chemię (po 76 proc.). Inżynierię chemiczną i procesową wybrało 65 proc. studentek, a na zarządzaniu i inżynierii produkcji niemal połowę studentów stanowiły kobiety.

Studentki na uczelniach technicznych nie natrafiają na wiele przeszkód. Na pewno problemem jest to, że kobiety często myślą, że nie będą tak dobre w przedmiotach ścisłych, jak mężczyźni. Zmiana myślenia nie leży tylko po ich stronie. Każdy powinien zmienić swój sposób postrzegania udziału kobiet nie tylko w obszarze STEM (z ang. Science, Technology, Engineering, Mathematics), ale także w biznesie. Coraz więcej organizacji powinno tworzyć kulturę organizacyjną, która ceni różnorodność oraz zapewnia otwarty dostęp do możliwości i rozwoju dla obu płci – stwierdza inżynier Karolina Łukasik, Starszy Konsultant w Dziale Innowacji, Ulg i Dotacji w Ayming Polska.

Zmiana podejścia zarządów

Zachęcanie kobiet do podjęcia pracy w obszarze badań i rozwoju jest ważne, jednak w pierwszym kroku należy dostrzec wartość różnorodności płci w organizacji. Ma ona bezpośrednie przełożenie na zróżnicowanie umiejętności całego zespołu i wzmocnienie tak pożądanych cech, jak empatia, komunikacja czy kreatywność. Różnorodność płciowa nie jest uznawana za czynnik wspierający innowacje – co zaskakujące – zwłaszcza przez osoby, które mogłyby najwięcej na niej skorzystać, czyli przez kadrę zarządzającą. 41 proc. ankietowanych przez Grupę Ayming CEO i CFO przyznało, że obecność kobiet w zespołach badawczo-rozwojowych nie ma przełożenia na wzrost innowacyjności organizacji.

Musimy zmienić postrzeganie znaczenia różnorodności płciowej, a sposobem na to jest odpowiednie uświadamianie kadry zarządzającej. Przykład musi iść z góry. Bardzo ważne jest wspieranie rozwoju zawodowego kobiet, ponieważ ich kompetencje stanowią istotny wkład w funkcjonowanie każdej firmy. Niemniej istotna jest większa elastyczność czasu pracy w momencie, gdy na horyzoncie pojawi się kwestia wychowania dzieci” – tłumaczy Magdalena Burzyńska, Dyrektor Zarządzający Ayming Polska.

* Badanie Kantar na zlecenie Ayming Polska, zrealizowane metodą CATI od 30 kwietnia do 30 maja 2019 r. wśród 100 firm zatrudniających ponad 50 pracowników.

„Międzynarodowy Barometr Innowacji” powstał na podstawie szczegółowej ankiety przeprowadzonej w drugiej połowie 2019 r. wśród 300 ankietowanych – CFO, kadry zarządzającej, właścicieli firm i ekspertów B+R – w 12 krajach: w Belgii, Kanadzie, Czechach, Francji, Irlandii, Włoszech, Polsce, Portugalii, Słowacji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii i w Stanach Zjednoczonych.

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA

Mamy już prawdopodobnie zamknięty temat największej niespodzianki na rynkach finansowych tego kwartału. Obniżka stóp procentowych o dwa poziomy w USA raczej nie zostanie przebita. Co ciekawe, zaskoczyło to znacznie bardziej analityków niż inwestorów. Najwyraźniej ludzie, którzy popierali własne prognozy swoimi pieniędzmi, mieli znacznie lepsze rozeznanie.

Dobry początek tygodnia dla złotego

Po wyraźnej przecenie przyszedł czas na korektę. Na początku tygodnia złoty był na niewidzianym od października poziomie niemal 4,34 zł za euro. Dzisiaj oglądamy je poniżej 4,30 zł. Mocniej staniał dolar, którego przecena sięgnęła aż 7 groszy. Jest to wynikiem silnego ruchu na EURUSD osłabiającego dolara względem europejskiej waluty. Skoro dolar tracił do euro, a euro traciło do złotego, to dolar tracił zdecydowanie mocniej względem złotego niż euro.

Niespodzianka dla analityków, a nie rynków

Niespodziewana obniżka stóp procentowych w USA to coś, co rozpaliło do czerwoności analityków. Pamiętajmy, że obniżono je na nadzwyczajnym posiedzeniu i to od razu o 0,5%, podczas gdy typowa zmiana FED wynosi 0,25% i bardzo rzadko wykonywana jest podwójna. Znacznie częściej są to ciągi zmian na kolejnych posiedzeniach. Co takiego wydarzyło się, że doszło do tej decyzji? Powodem są zmiany prognoz w światowej gospodarce. Mówiąc wprost, wstrzymana produkcja w Chinach z powodu koronawirusa powoduje, że świat (a w tym USA) nie będą się rozwijać tak szybko, jak sądzono. Jak zareagowały rynki? Delikatnie mówiąc sennie. Dolar, co prawda, wyraźnie tracił od wielu dni, co było po części pokłosiem plotek o możliwej zmianie, aczkolwiek przewidywana skala była znacznie mniejsza. Po samej decyzji dolar tracił na wartości ledwo powyżej pół centa względem euro.

Co zrobi RPP

Dzisiaj poznamy decyzję Rady Polityki Pieniężnej w sprawie stóp procentowych w Polsce. Analitycy są zgodni co do dwóch rzeczy. Po pierwsze decyzja będzie o utrzymaniu stóp procentowych na niezmienionych poziomach. Po drugie pojawi się głos nawołujący do obniżki stóp procentowych, jak zresztą co posiedzenie. Patrząc na spadki dynamiki wzrostu PKB i sytuację na świecie członkowie postulujący podwyżkę stóp procentowych w związku z wyskokiem inflacji mogą się wstrzymać od głosowania tego wniosku. Patrząc na rozwój sytuacji inflacja może być bowiem faktycznie przejściowa, a Rada nie lubi zmieniać stóp procentowych jeżeli nie jest do tego zmuszona.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Polska wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier wideo

Firma Try Evidence przygotowała raport na temat stanu polskiej branży gier wideo. Dane pokazują, że gry wideo stanowią obecnie jeden z najważniejszych „towarów eksportowych” Polski. Rok 2020 może być najważniejszy od momentu, gdy Wiedźmin 3 i Dying Light podbiły światowe rynki.

Z raportu „Przekrój polskiej branży gier wideo” wynika, że Polska jest wschodzącą gwiazdą na światowej mapie producentów gier, a rodzime rozwiązania technologiczne należą do światowej czołówki i potrafią wyznaczać nowe trendy.

Ubiegły rok był przysłowiową „cisza przed burzą”. W roku 2020 premierę będzie miała jedna z najbardziej oczekiwanych gier w historii –  tworzony w Polsce Cyberpunk 2077 od CD Projekt Red. Możliwe, że na rynku pojawi się także Dying Light 2 od Techland, choć jego premiera została przesunięta na niesprecyzowany termin.

CD Projekt Red, wyceniany na 8 mld dolarów, jest aktualnie drugą co do wartości firmą w sektorze gier w Europie, ustępuje jedynie światowemu potentatowi o kilkudziesięcioletniej tradycji – Ubisoft (9,6mld $ wyceny spółki).

Polski rynek gier wideo od lat dynamicznie rośnie. Jak wynika z podsumowania graczpospolita.pl ze stycznia 2020 roku, wartość 36 notowanych na giełdzie krajowych spółek tworzących i wydających gry wzrosła w ciągu roku z 17,7 do 32,3 mld zł. Do końca lutego, nawet w czasie rynkowej paniki spowodowanej oczekiwaną epidemią koronawirusa, spółki gamingowe głównego parkietu radziły sobie w większości lepiej niż szeroki rynek. Rynek gier już wiele lat temu prześcignął branżę filmową.  Mamy w tym swój udział. Polacy w grach są wszechstronni. Na rynek składają się zarówno firmy tworzące produkcje klasy AAA jak CD Projekt RED czy Techland, są też firmy o modelu inwestycyjnym orientowanym na współpracę z licznymi, małymi studiami, tworzącymi gry o niewielkich budżetach (grupa PlayWay), jak i działające w sektorze mobile (Ten Square Games). W Polsce tworzymy gry na wszystkie dostępne platformy i możemy konkurować z każdym zagranicznym rynkiem – ocenia Maciej Żmuda Adamski, Członek zarządu Try Evidence.

Rok 2019 pod wieloma względami był czasem przygotowywania do zmian, których efekty mają się pojawić w roku 2020. W tym roku szykuje się wiele przełomowych wydarzeń, a dużo obietnic i oczekiwań zostanie zweryfikowanych przez rynek. W nadchodzących miesiącach zobaczymy, czy niezwykle wysoko postawionym oczekiwaniom graczy sprosta CD Projekt z Cyberpunkiem 2077 i drugi raz po serii Wiedźmin dostarczy wzorcową grę RPG. Wkrótce zadebiutują nowe generacje konsol: PlayStation 5 i Xbox Series X, w bardziej dojrzałą fazę rozwoju wejdą również platformy streamingowe gier, takie jak Stadia. Z perspektywy producentów i wydawców gier to będzie kolejny rok, w którym trzeba zintensyfikować zabiegi marketingowe w celu pozyskania coraz bardziej rozproszonej uwagi graczy. Z tradycyjnymi grami w modelu „premium” rywalizują gry F2P, eSport, czy wreszcie trend „oglądania gier” w serwisach streamingowych, takich jak Twitch czy Mixer. Jednocześnie według wszystkich prognoz rynek gier wideo będzie stale rósł, a wraz z nim będzie przybywać graczy na całym świecie. Według prognoz, do 2021 roku rynek gier wideo  i gier mobilnych może przekroczyć wartość 180 miliardów dolarów – komentuje Michał Gembicki, CEO, Klabater S.A.

Raport „Przekrój polskiej branży gier wideo” nie jest skoncentrowany na wynikach finansowych spółek, na które wpływ ma wiele czynników, ale na wynikach konkretnych gier: jak sobie poradziły na rynku, do ilu graczy dotarły i jak zostały odebrane w mediach. Wiele firm tworzących gry nie jest notowanych na giełdzie. Twórcy raportu dotarli także do takich spółek.

Pełna treść raportu do pobrania: https://tryevidence.com/raport-przekroj-polskiej-branzy-gier-wideo-01-2020/

Notino z przychodem 384 milionów euro

Obroty największego w Europie e-sklepu z perfumami i kosmetykami Notino, dawniej znanego w Polsce jako iperfumy.pl, wzrosły o 17% w porównaniu do ubiegłego roku. Firma przyciągnęła 2,1 miliona nowych klientów oraz osiągnęła sprzedaż na poziomie 384 milionów euro, o 56 milionów więcej niż w 2018 roku.  Jest to najlepszy wynik w ciągu 15 lat funkcjonowania Notino na rynku europejskim.

Firma zanotowała rekordowy rok pod względem liczby sprzedanych produktów. „W 2018 roku sprzedaliśmy w Europie 29 milionów produktów, natomiast w ubiegłym roku liczba ta wyniosła o 20% więcej, czyli 35 milionów, z czego największą część, bo aż 6 milionów stanowiły perfumy.” – powiedział Zbyněk Kocián, dyrektor zarządzający Notino. Rośnie również zainteresowanie klientów kosmetykami do pielęgnacji skóry i makijażu, a także wzrasta zapotrzebowanie na produkty do pielęgnacji włosów oraz zapachy do domu.

Najbardziej udanym, pod względem sprzedażowym, dniem w roku był tak jak poprzednio Black Friday, który przypadł na 29 listopada 2019 roku. „W Black Friday zrealizowaliśmy 100 000 zamówień w całej Europie i sprzedaliśmy 400 000 produktów, co daje około 280 produktów na minutę” – powiedział Tomáš Hofer, dyrektor logistyki w Notino.

Obecnie Notino działa w 24 krajach. Ponadto w zeszłym roku firma weszła na rynek w Szwajcarii i Rosji. „Rosja stanowi dla nas największe wyzwanie pod względem logistyki. Podczas gdy w 2018 roku, paczka z zamówieniem dotarła najdalej do Hiszpanii, teraz musi pokonać dwa razy dłuższą drogę – ponad 8000 kilometrów do regionu Sachalin” – dodał Hofer.

W 2019 roku firma rozszerzyła również swoją sieć sklepów stacjonarnych i punktów odbioru zamówień. Pierwsze sklepy zostały otworzone w Bułgarii i Austrii dzięki czemu zakupy stacjonarnie można zrobić i odebrać już w 9 krajach. W Polsce Notino ma 8 sklepów w 7 miastach: w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Katowicach, Gdańsku, Wrocławiu i Łodzi.

W tym roku europejski lider branży beauty e-commerce planuje rozbudowę i modernizację istniejących sklepów stacjonarnych, rozszerzenie asortymentu, uruchomienie drugiego magazynu oraz zwiększenie sieci kanałów dystrybucji w całej Europie.

Notino w 2019 roku w liczbach:

  • Przychody ze sklepu internetowego Notino wyniosły 384 milionów euro. Jest to wzrost o 17% w porównaniu do minionego roku.
  • Notino przyciągnęło 2,1 miliona nowych klientów.
  • Firma sprzedała 35 milionów produktów, o 6 milionów więcej niż w 2018 roku.
  • Najbardziej udanym dniem pod względem sprzedażowym był Black Friday (29.11.2019 r.) – 400 000 produktów i 100 000 zamówień.

Cyberprzestępcy grają z nami w chowanego, zagrożony przemysł i urzędy

Cyberprzestępczość rozwija się równie szybko jak nowoczesne technologie. Gdy firmy instalują nowe zabezpieczenia, hakerzy nie próżnują i znajdują coraz to nowsze sposoby na skuteczne cyfrowe oszustwa i wymuszenia. Co więcej, coraz częściej wykorzystują metody służące do maskowania swoich działań – wynika z najnowszego raportu VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook”. Cyberataki udają zaufane procesy, standardowy ruch sieciowy i  jak podają autorzy badania, najbardziej na te naruszenia podatne są dzisiaj instytucje publiczne, firmy energetyczne i przemysł.

Firma VMware, lider w dziedzinie nowoczesnego oprogramowania dla biznesu, opublikowała właśnie swój najnowszy raport poświęcony krajobrazowi współczesnych cyberzagrozeń. VMware Carbon Black “2020 Cybersecurity Outlook” ukazuje najpopularniejsze techniki i sposoby cyberataków zaobserwowane w ciągu ostatniego roku. Oto najważniejsze wnioski:

  • Omijanie zabezpieczeń: na 2000 analizowanych cyberataków, ponad 90 proc. imituje standardowe zachowania ruchu sieciowego, zaufane procesy lub po prostu dezaktywuje rozwiązania zabezpieczające.
  • Ransomware znowu na topie: jest to kategoria złośliwego oprogramowania, zaprojektowanego aby blokować dostęp do komputera, dopóki odpowiednia suma okupu nie zostanie uiszczona na konto przestępcy. W ciągu ostatniego roku hakerzy chętniej sięgali po tę metodę niż rok wcześniej. W 95 proc. przypadków ataki te były maskowane.
  • Geopolityka sprzyja hakerom: z raportu wynika, że w ciągu ostatniego roku kamuflowane ataki ransomware dotknęły przede wszystkim instytucje publiczne oraz organizacje z takich branż jak energetyka i przemysł. Zdaniem autorów to wynik uboczny rosnących na świecie napięć politycznych.
  • Czysta destrukcja w cenie: ataki typu „wiper”, czyli takie, które mają wymazywać wszystkie pliki oraz dane zyskują na popularności. Hakerzy z takich krajów jak np. Iran doceniają destruktywne korzyści płynące ich efektów. Ataki te również są maskowane. 64 proc. analizowanych próbek stosowało metody maskujące.

Cyberzagrożenia rozwijają się dzisiaj szybciej niż są w stanie za nimi nadążyć działy bezpieczeństwa. Gonimy króliczka i choć w tej grze akurat chodzi o to, żeby go złapać, to przy obecnym podejściu to się nie uda. Choćby dlatego, że zawsze będą tzw. podatności dnia zerowego, czyli luki w systemie, których nikt jeszcze nie opublikował, więc dla których też nikt nie opublikował rozwiązania. Króliczek jest więc zawsze o krok przed nami – komentuje Stanisław Bochnak, strateg ds. biznesowych w VMware Polska. Musimy zmienić reguły gry. Zamiast gonić złego króliczka, wykorzystajmy nasze przewagi tj. znajomość naszego środowiska, naszych aplikacji, tego jak się zachowują i co jest normalnym stanem. I taki dobrze znany, bezpieczny stan chrońmy na każdym poziomie infrastruktury – we własnym centrum danych i w chmurze, wszędzie w taki sam sposób – dodaje

Sojusznik na wagę bezpieczeństwa

Z istniejących zagrożeń i wyzwań przedstawiciele kadry zarządzającej w firmowych działach IT i departamentach bezpieczeństwa doskonale zdają sobie sprawę. Jak wykazały jednak analizy VMware, przeprowadzone we współpracy z Forrester Consulting, ponad 74 proc. z nich jest zgodnych, że ich działy nie podejmują w tym zakresie odpowiedniej i koniecznej współpracy.

Broniąc swoje dane, musimy przestać myśleć o tym, jak samodzielnie to osiągnąć. Poszczególne działy w firmach muszą budować odpowiednie relacje z zespołami IT. Nadszedł czas na współpracę. Dzisiaj firmowe działy nie mogą już sobie pozwolić na rozwiązanie problemu cyberbezpieczeństwa samemu – komentuje Rick McElroy, jeden z autorów raportu VMware Carbon Black. Potrzebujemy zespołów IT, aby szukać rozwiązań bezpieczeństwa, które są wbudowane w każde narzędzie w firmie. Czas, aby bezpieczeństwo stało się częścią naszego organizacyjnego DNA. Czas, aby bezpieczeństwo stało się nieodłącznym elementem naszego procesu tworzenia, wdrażania i utrzymywania technologii – dodaje.

Badania VMware wykazały ponadto, że dla 55 proc. ankietowanych kierowników ds. IT i/lub bezpieczeństwa współpraca ta powinna być dla współczesnych firm jednych ze strategicznych priorytetów. 50 proc. z nich przyznało, że w ciągu kolejnych 3-5 lat zarówno działy IT, jak i bezpieczeństwa powinny wspólnie pracować nad bezpieczeństwem urządzeń pracowniczych, firmowej infrastruktury IT i zarządzaniem tożsamością użytkowników.

Czas na wbudowane bezpieczeństwo

Poważnym wyzwaniem w przypadku obu działów pozostaje jednak nadal poważny deficyt specjalistów. Prawie 50 proc. ankietowanych w badaniu VMware przyznało wprost, że ich działy są niedokadrowane. Walki z cyberprzestępcami nie ułatwia zresztą samo skomplikowanie firmowych zabezpieczeń. Według raportu „VMware & Forbes Security Research” już teraz 29 proc. firm posiada ponad 26 różnych rozwiązań dla cyberbezpieczeństwa. 83 proc. proc. organizacji zamierza zakupić nowe usługi w ciągu 3 lat.

Dzisiaj firmom potrzebne jest podejście „platformowe”, które upraszcza operacyjne zarządzenie bezpieczeństwem. 5 lat temu nasze własne IT wykorzystywało ponad 70 różnych narzędzi w obszarze bezpieczeństwa. Obecnie zmniejszyliśmy tę liczbę o połowę i cały czas pracujemy dalej, by obciąć kolejną połowę – do ok. kilkunastu, może nawet kilku narzędzi – przyznaje Bochanak z VMware – To właśnie jest obietnica, którą składamy biznesowi: radykalnie uprościmy Wasze środowisko. To też wyzwanie rzucone rynkowi cyberbezpieczeństwa: uprościmy ten rynek – konkluduje.

O raporcie VMware Carbon Black 

Badanie przeprowadzone zostało w dwóch częściach. Do pierwszej, analizującej krajobraz zagrożeń, firma wykorzystała globalnie uznany framework MITRE ATT&CK™. To dostępna na całym świecie baza wiedzy o taktyce i technikach cyberprzestępców, oparta na obserwacjach w świecie rzeczywistym. W drugiej fazie badań, firma VMware we współpracy z Forrester Consulting przeprowadziła wywiady z grupą ponad 624 przedstawicieli kadry menadżerskiej z korporacyjnych działów IT i departamentów ds. cyberbezpieczeństwa. Celem analizy było zbadanie relacji miedzy tymi oddziałami i jak wpływa ona na bezpieczeństwo firm.

STIR – Szef Krajowej Administracji Skarbowej blokuje coraz więcej kont

Rośnie liczba blokad rachunków bankowych w ramach Systemu Teleinformatycznej Izby Rozliczeniowej. Algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcom, dlatego istnieje ryzyko nadużyć przez organy skarbowe.

To jest system, który umożliwia szefowi Krajowej Administracji Skarbowej zainicjowanie blokady rachunków firmowych, które w ocenie KAS są wykorzystywane przy wyłudzeniach skarbowych.

– Firma, która zostaje pozbawiona dostępu do własnego rachunku bankowego jest jak sparaliżowana, co może prowadzić do jej upadłości – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Jacek Matarewicz, adwokat, doradca podatkowy w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Nasz niepokój budzi to, że przesłanki dotyczące blokowania rachunków są bardzo nieostre, nieweryfikowalne z punktu widzenia zaskarżalności tego bardzo dotkliwego środka.

Ten mechanizm nie powinien być stosowany w sytuacjach, gdy to kontrahenci firmy są nieuczciwi i na tej podstawie blokuje się rachunki uczciwego przedsiębiorcy. Może tak się stać, ponieważ algorytm, na podstawie którego rachunki są blokowane, nie jest znany przedsiębiorcy.

– Warto też zwrócić uwagę na kwestię dowodową, tutaj nie możemy ograniczać się do tego, że algorytm pokazał, że rachunek jest wykorzystywany do wyłudzeń – komentuje dr Jacek Matarewicz. – Ten materiał dowodowy powinien być badany przez organ, który stosuje ten środek, tak dotkliwy dla przedsiębiorcy, ważne jest, aby można było sprawdzić czy podjęte działania nie wykraczają poza ramy Konstytucji.

Przedsiębiorca powinien mieć możliwość zakwestionowania materiału dowodowego. Nie może być tak, że ograniczamy się do algorytmu, którego nikt nie zna.

Wystawcy weksli inwestycyjnych kuszą wysokimi zyskami. W razie ich upadłości inwestorzy nie są w żaden sposób chronieni

Inwestycje w weksle kuszą zyskiem 6–10 proc. w skali roku. To kilkukrotnie więcej niż w bankach na lokatach. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega jednak przed takimi produktami. Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują ominąć wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych. – Taka inwestycja nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, w związku z czym istnieje ryzyko, że konsument nie odzyska wpłaconych pieniędzy – podkreśla Agnieszka Majchrzak z UOKiK.

Celem zwykłego weksla jest dodatkowe zabezpieczenie długu. Wątpliwości urzędu budzi fakt, że z pieniędzy uzyskanych w emisji weksla udzielane są pożyczki.

– W prawie funkcjonuje tylko pojęcie zwykłego weksla, nie ma czegoś takiego jak weksel inwestycyjny. Niektórzy przedsiębiorcy, aby ominąć wymagania dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, wykreowali ten produkt jako nowy sposób pozyskiwania kapitału. Konsument może kupić taki weksel, a z tych pieniędzy emitent udziela przedsiębiorcom pożyczek, których zabezpieczeniem są ich nieruchomości. To transferowanie pieniędzy budzi nasze wątpliwości, bo nie wiadomo, czy konsument w ogóle odzyska pieniądze – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Agnieszka Majchrzak z Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Zgodnie ze zmienionymi przepisami papiery wartościowe muszą zostać zarejestrowane w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Taka regulacja pojawiła się w związku z aferą z obligacjami korporacyjnymi firmy GetBack. Obowiązek ten nie dotyczy jednak weksli. Nie podlegają one również ustawie o ofercie publicznej czy o obrocie instrumentami finansowymi, pieniądze nie są więc właściwie zabezpieczone.

– Firmy, które emitują weksle inwestycyjne, próbują niejako ominąć dosyć restrykcyjne wymogi dotyczące emisji obligacji korporacyjnych, czyli np. obowiązek przedstawienia dokumentu ofertowego czy warunków emisji obligacji. W związku z tym osoba, która decyduje się na taką inwestycję, może nie mieć wystarczających informacji o ryzyku – mówi ekspertka.

Taka osoba ma za to perspektywę szybkiego wzbogacenia się, ponieważ emitenci weksli inwestycyjnych nieruchomościowych deklarują zyski na poziomie 6–10 proc.

– Firmy, które emitują takie weksle, oferują tę inwestycję jako atrakcyjną formę lokowania pieniędzy. Wielu konsumentów zamiast wybierać standardową lokatę, będzie chciało zainwestować w taki weksel inwestycyjny. Jednak apelujemy do konsumentów, bo to inwestycja obarczona dużym ryzykiem, nie jest chroniona gwarancjami Bankowego Funduszu Gwarancyjnego – ocenia Agnieszka Majchrzak. – BFG dotyczy naszych oszczędności zgromadzonych w bankach oraz w SKOK-ach do 100 tys. euro.

To oznacza, że w przypadku upadłości emitenta weksli konsumenci mogą nie odzyskać swoich pieniędzy. Urząd przygląda się tym produktom i jeżeli będą podstawy, rozpocznie postępowania wyjaśniające.

– Zawsze musimy pamiętać o ryzyku, które się wiąże z jakąkolwiek inwestycją, zwłaszcza z taką, która nam obiecuje szybki zysk. Nie ma czegoś takiego jak oferty bardzo szybkiego, bezpiecznego i pewnego zysku – przypomina ekspertka UOKiK.

Radzi, aby dokładnie przeanalizować każdą ofertę, zwłaszcza taką, która oferuje znacznie większy zysk niż np. lokata bankowa czy obligacje korporacyjne. W przypadku wątpliwości można zgłosić taką ofertę do Rzecznika Finansowego, Komisji Nadzoru Finansowego oraz UOKiK.

– Potrzebne są nam zrzuty ekranu, SMS-y, które ktoś dostał od firmy, umowa, którą zawarł, regulaminy, adres strony internetowej, numer telefonu. Im więcej informacji, tym lepiej. Prosimy każdego konsumenta o to, żeby robił zrzut ekranu oferty, którą przegląda, żeby nie informował nas enigmatycznie o jakiejś inwestycji, tylko dostarczył nam konkretne dowody. Takie informacje pozwolą nam zidentyfikować i namierzyć osoby, które mogą stać za danym procederem, i prowadzić postępowanie w sprawie – apeluje Agnieszka Majchrzak.

Pracownicy chcą się rozwijać i mieć realny wpływ na decyzje w firmach. To, obok dobrego wynagrodzenia i umowy, najważniejsze aspekty relacji pracowniczych

Rynkiem pracy od zawsze rządzą skomplikowane zależności. Dziś jednym z ważniejszych tematów z nim związanych staje się kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej. Trendy te przybierają obecnie na sile i dotyczą oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, w których mogą rozwijać się zawodowo oraz czuć się z nimi związani poprzez budowanie relacji i przynależności. Pracodawcy powinni coraz lepiej zdawać sobie sprawę, że budowanie zaangażowania pracowników nie opiera się na systemie benefitów, ale przede wszystkim zależy od umiejętności liderów zespołów, którzy potrafią rozwijać ludzi i dbać o nich.

– Ludzie przede wszystkim oczekują szacunku od pracodawcy, podstawowego kontraktu i możliwości samorozwoju w pracy. Można też spojrzeć na to w kontekście tego, jak zmieniają się gospodarka, firmy i oczekiwania konsumentów. Pracownik też jest konsumentem, a konsumenci coraz mocniej naciskają na firmy, żeby zmieniały swoje praktyki, żeby produkty były bardziej ekologiczne, a firma odpowiedzialna społecznie. Te oczekiwania przenoszą również na pracę – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paulina Zadura, dyrektor Departamentu Analiz i Strategii w Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Pracownicy chcą też mieć poczucie przynależności i wpływu na organizację. Tymczasem w 43 proc. polskich przedsiębiorstw decyzje dotyczące zatrudnionych są podejmowane bez konsultacji z nimi – wynika z badania „Bilans Kapitału Ludzkiego” (BKL)” realizowanego przez PARP wraz z Uniwersytetem Jagiellońskim. Jedynie 2 proc. organizacji pozostawia pracownikom podejmowanie ważnych dla nich decyzji.

– Wiele firm zapomina, że dzisiaj pracownicy chcą być zaangażowani w to, jak organizacja osiąga swoje cele. Jedną z prostych rzeczy jest umożliwienie im wpływu na to, w jaki sposób ona funkcjonuje. Zaangażowanie ich nie tylko w codzienną pracę, ale też w sukces całej firmy można osiągnąć poprzez rozmowę, docenianie działań, które szef uważa za cenne. To są proste elementy, które dzisiaj każda organizacja może wdrożyć, żeby zaangażowanie szybko wzrosło – mówi Tomasz Józefacki, członek zarządu Nais, aplikacji do doceniania i nagradzania pracowników.

Eksperci podkreślają, że kultura organizacji zbudowana na wartościach, świadomym zarządzaniu i odpowiedzialnej kadrze menedżerskiej to dziś jeden z kluczowych wymogów rynku pracy. Wynika wprost z oczekiwań pracowników, którzy szukają takich miejsc pracy, gdzie mogą rozwijać się zawodowo, ale i będą doceniani i będą czuli się związani z organizacją.

– Firmy konkurują dziś same ze sobą o pracowników, szukają ludzi i kompetencji, których na rynku brakuje. Pozycjonowanie się jako firma, która dba o pracowników, jest bardzo dobrym sposobem, aby ich pozyskać – mówi  Paulina Zadura.

Tymczasem – jak wynika z badań BKL – tylko trzy czwarte polskich firm korzysta z jakichkolwiek narzędzi zarządzania zasobami ludzkimi. Najczęściej wykorzystywanym narzędziem w tych przedsiębiorstwach są opisy stanowisk pracy – korzysta z nich połowa średnich i dużych firm, natomiast identyfikacja pracowników o wysokim potencjale odbywa się tylko w 7% z nich.

Zmianom na rynku pracy sprzyjają także zmiana pokoleniowa, gdyż urodzone w latach 80. pokolenie milenialsów i późniejsze generacje stanowią dziś najliczniejszą grupę pracowników, jak i rekordowo niskie bezrobocie, które pozwala im dyktować warunki pracodawcom.

– Powoli zaczyna już dominować pokolenie, które pojawiło się na rynku pracy po 2000 roku. Jego oczekiwania – dotyczące docenienia przez pracodawcę i dobrej atmosfery w pracy – są niezwykle istotne. Kolejny trend to rosnąca konkurencyjność organizacji. Firmy starają się być bardziej skuteczne i szybciej reagować na to, co dzieje się na rynku, szybciej wychodzić z produktami i inicjatywami. Aby móc te rzeczy dostarczać, wszystko sprowadza się do tego, jaką mamy atmosferę w pracy, w zespole najbliższych współpracowników, jak często i w jaki sposób ze sobą rozmawiamy  – mówi Tomasz Józefacki.

Badania pokazują, że w tej chwili nie są to jednak mocne punkty polskich firm. Aż 91 proc. liderów biznesowych i HR-owych deklaruje, że jakość komunikacji ma duże znaczenie dla zapewnienia pozytywnych doświadczeń pracowników, ale jednocześnie tylko 52 proc. określiło ją jako skuteczną lub bardzo skuteczną – wynika z raportu „Trendy HR 2018” opracowanego przez Randstad i Deloitte. Szwankująca komunikacja przekłada się z kolei na niezadowolenie kadry i większy stres, mniejszą efektywność pracy, pogorszenie atmosfery w zespołach oraz ogólne relacje między pracodawcą i pracownikami. Te również wymagają poprawy. Jak wynika z badania zrealizowanego przez Komitet Dialogu Społecznego KIG, Forum Odpowiedzialnego Biznesu i House of Skills, w Polsce aż 95 proc. pracowników dostrzega zjawiska, które mogą wiązać się z deficytem kapitału społecznego. Jako najbardziej problematyczne na pierwszym miejscu zostały wymienione brak przepływu informacji wewnątrz organizacji, brak zaufania i brak współpracy między zespołami.

Ważne w budowaniu dobrej atmosfery w pracy jest też przeciwdziałanie zagrożeniom wywołanym stresem, który prowadzi wprost do spadku motywacji i produktywności. Tymczasem Polacy są narodem pracującym w największym stresie – prawie co trzeci pracownik (27 proc.) twierdzi, że odczuwa go codziennie. Wśród następnych w zestawieniu pracowników francuskich i brytyjskich ten odsetek wynosi 20 proc. („The Workforce View in Europe 2018”).

– O dobrostan pracowników trzeba zadbać w sposób odpowiedzialny. To nie są wyłącznie benefity, nagrody rzeczowe czy motywowanie konkretną nagrodą. Ważniejsze jest to, żeby lider, który zarządza zespołem czy całą organizacją, był po prostu w dobrych relacjach ze swoimi pracownikami, potrafił o nich zadbać. Z badań wynika, że pracownicy deklarują potrzebę przynależności do miejsca pracy, identyfikowania się z pracodawcą. Chcą czuć się dobrze w miejscu pracy i jest to dla nich ważniejsze niż liczba benefitów – mówi Magdalena Bigaj, ekspertka Komitetu Dialogu Społecznego KIG.

Eksperci podkreślają, że – w kontekście czwartej rewolucji przemysłowej i rozwoju nowych technologii – redefinicji wymagają też wszelkie aspekty powiązane ze stosunkami pracy. Dlatego też konieczna jest szeroka publiczna debata obejmująca takie zagadnienia jak przemiany rynku pracy, modele biznesowe przedsiębiorstw, znaczenie związków zawodowych, Kodeks pracy i dobrostan pracowników.

Trendy na rynku smartfonów w 2020 roku

Rynek telefonów komórkowych osiągnął już swoją dojrzałość. Według GSMA Intelligence urządzenia te posiada aż 67% światowej populacji. Wciąż jednak jest to jeden z najdynamiczniej rozwijających się segmentów – producenci prześcigają się w tworzeniu nowych modeli telefonów z lepszymi podzespołami oraz ciekawym designem.

Pod względem premier, szczególnie pierwsza połowa 2020 zapowiada się bardzo obiecująco. Swoje modele z serii Galaxy S20 zaprezentował Samsung i są już w oficjalnej przedsprzedaży, choć do rąk klientów trafią od połowy marca. Na marzec Huawei zaplanował prezentację P40 i zapowiada się, że w najbliższym czasie Apple ogłosi wejście na rynek długo wyczekiwanego nowego modelu iPhone. Wielką niewiadomą wciąż jeszcze jest premiera Xiaomi Mi10 i 10 Pro na rynku europejskim. Produkty już pojawiły się na rynku chińskim, na którym okazały się hitem i zostały całkowicie wyprzedane, więc w Europie też mogą podbić rynek. Nie wiadomo tylko, kiedy…

Jeszcze doskonalsze zdjęcia

Producenci premierowych modeli postawili na udoskonalone aparaty fotograficzne, pozwalające na precyzyjne oddanie rzeczywistości, a także nagrywanie coraz lepszych filmów. Tegorocznym hitem będą aparaty o rozdzielczości 108 megapikseli. Taki posiada już dostępny na rynku Xiaomi Mi Note 10, a firma zapowiada, że wyposażone będą w niego również premierowe modele – Mi 10 i 10 Pro. W aparat robiący zdjęcia o takiej rozdzielczości wyposażony jest również Samsung Galaxy S20 Ultra.

– Pierwszy kwartał nowego roku to na rynku smartfonów zawsze czas premier i wzmożonego zainteresowania tą kategorią produktów – mówi Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Duża grupa klientów poszukuje w tym czasie nowości. Według naszych badań aż 22 proc. klientów rozważa wymianę sprzętu natychmiast gdy pojawia się nowy model na rynku, a dla 51 proc. ważne jest, aby sprzęt elektroniczny pasował do ich stylu. Smartfony przestają być już tylko gadżetem elektronicznym, wyrażają indywidualny charakter i styl użytkownika, stąd tak duże zainteresowanie nowościami.

Klienci są obecnie bardziej świadomi – porównują oferty, poszukują rzetelnych dostawców, którzy są w stanie zaoferować atrakcyjne i elastyczne warunki zakupu.

– Ostatnio notujemy zwiększone zainteresowanie smartfonami. Wpływa na to kilka czynników, między innymi interesujące premiery, a także sytuacja na polskim rynku. Wielu klientów do niedawna szukających spektakularnych okazji cenowych u nieautoryzowanych sprzedawców zraziła się do takich zakupów i poszukują teraz wiarygodnego dostawcy. Dodatkowo smartfony to grupa produktów najchętniej kupowanych na raty, a RTV EURO AGD oferuje system finansowania ratalnego, więc klient może przyjść do naszego sklepu, w ciągu kilku minut załatwić formalności i wyjść z najnowszym smartfonem nie płacąc nawet złotówki – dodaje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD.  

Producenci już stawiają na 5G

Od kilku już lat mówi się o wdrożeniu sieci 5G, ale w tym roku jest szansa, że testowany na całym świecie system będzie realnie dostępny dla dużo większej liczby użytkowników. W porównaniu do 4G ma zapewnić dziesięciokrotnie szybszą transmisję danych i dużo stabilniejsze połączenie. Według zapowiedzi operatorów, pierwsze komercyjne wdrożenia sieci piątej generacji mają nastąpić w Polsce już w 2020 roku.

– W związku z wdrożeniami sieci 5G na świecie, producenci telefonów równolegle pracują nad swoją ofertą i na rynku zaczynają się pojawiać urządzenia obsługujące ten standard. W tym roku Samsung zaprezentował Galaxy S20+, który dostępny będzie zarówno w wersji 5G, jak i 4G oraz S20 Ultra, dostępny wyłącznie w wersji 5G – mówi Mariusz Joachmiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Według danych Strategy Analytics, w roku 2025 liczba smartfonów funkcjonujących w standardzie 5G będzie wynosić już 1,5 miliarda.

Modele składane w nowej odsłonie

Moda na designerskie klasyki z klapką, które były hitem na rynku telefonów przed kilkunastoma laty, zainspirowała producentów do wprowadzenia ich w zupełnie nowej i innowacyjnej odsłonie. Motorola, inspirując się klasycznym modelem, zaprezentowała najnowszy razr, a Samsung 11 lutego oficjalnie pokazał światu Galaxy Z Flip, który jest już dostępny w sprzedaży.

– Galaxy Z Flip i razr są ciekawymi nowościami na rynku smartfonów – komentuje Mariusz Joachimiak, Kierownik Działu Handlowego w RTV EURO AGD. – Obydwa modele mają ciekawy design, są kompaktowe, wyposażone w składane, elastyczne ekrany oraz niewielkie wyświetlacze, pokazujące powiadomienia po złożeniu smartfonu. Dodatkowo, Samsung w modelu Z Flip zastosował tryb Flex, który dzieli aplikacje na pół, zamieniając górną połowę w obszar do oglądania, a dolną do sterowania.

Od przyszłego roku na dopłaty do czynszu najmu mieszkania będzie trafiać 1 mld zł rocznie. Liczba osób z nich korzystających spada

Z dopłat państwa do czynszu najmu mieszkania korzysta w Polsce co najwyżej 12 proc. dorosłych Polaków, a jeszcze 10 lat temu odsetek ten wynosił 15 proc. – Spadek ten wynika w dużej mierze z tego, że przyrosty liczby mieszkań socjalnych, komunalnych czy społeczno-czynszowych są niskie – mówi Łukasz Stępkowski, ekspert Centrum Amron. Sposobem na poprawę sytuacji mają być inwestycje finansowane z udziałem Banku Gospodarstwa Krajowego.

– Najem subsydiowany to najem z pewną pomocą publiczną, w ramach której dopłaca się do czynszu. Mówimy tu głównie o mieszkaniach komunalnych oraz czynszowo-społecznych. Szacuje się, że w Polsce w zeszłym roku z tego typu formy wsparcia korzystało około 11 do 12 proc. dorosłych Polaków. To dużo, jeżeli spojrzymy na kraje europejskie, ale mniej niż jeszcze kilka lat temu. W 2010 roku z takiej formy pomocy korzystało około 15 proc. populacji – mówi agencji Newseria Biznes Łukasz Stępkowski, specjalista ds. eksploatacji i rozwoju systemu Grupy Amron.

Z jednej strony to efekt bogacącego się społeczeństwa. Poprawa sytuacji na rynku pracy sprawiła, że część najemców czynszowych w poszukiwaniu lepszych standardów mieszkaniowych przeszła na otwarty najem. Z drugiej strony powodem jest niska podaż mieszkań na rynku najmu subsydiowanego. Tendencje spadkową widać od kilku lat. Jak podaje Centrum Amron, z roku na rok maleje liczba nowych lokali socjalnych i czynszowych – w 2010 roku oddano do użytku 3506 lokali komunalnych, podczas gdy osiem lat później było zaledwie 1863 takich mieszkań. To może się zmienić dzięki prowadzonym inwestycjom.

Z danych GUS wynika, że w ubiegłym roku oddano do użytkowania ponad 4,5 tys. mieszkań komunalnych, czynszowo-społecznych i zakładowych. To o 30 proc. więcej niż rok wcześniej. Nieco zmniejszyła się za to liczba mieszkań, których budowę rozpoczęto (2,8 tys. wobec 2,6 tys.).

– Bank Gospodarstwa Krajowego w latach 2019–2025 planuje duże inwestycje związane z dopłatami do czynszów, ale też kredyty. Na tego typu inwestycje mieszkaniowe od 2021 roku ma być miliard złotych rocznie – mówi Łukasz Stępkowski.

W ramach akcji kredytowej BGK rozdysponuje 1,3 mld zł w programie Społecznego Budownictwa Czynszowego. W ubiegłym roku ruszył też program bezzwrotnego wsparcia budownictwa komunalnego i socjalnego z Funduszu Dopłat. W 2019 i 2020 roku na ten cel trafi 500 mln zł rocznie, a w kolejnych czterech latach – po 1 mld zł rocznie.

– Wydaje się, że działania Banku Gospodarstwa Krajowego są nie tyle potrzebne, co wręcz konieczne. W Polsce cały czas jest grupa osób, która wymaga takiego wsparcia. Musimy mieć świadomość, że najem subsydiowany jest przeznaczony dla grupy społecznej na odpowiednio niższym poziomie płacowym. Te inwestycje Banku Gospodarstwa Krajowego mają więc za zadanie przede wszystkim pomóc najuboższym – wyjaśnia Łukasz Stępkowski.

Celem prowadzonej przez rząd polityki jest zwiększenie dostępu do mieszkań dla osób o zbyt niskich dochodach, aby kupić lub wynająć mieszkanie na wolnym rynku, ale też zaspokojenie podstawowych potrzeb mieszkaniowych osób zagrożonych wykluczeniem społecznym ze względu na niskie dochody lub szczególnie trudną sytuację życiową. Jak wynika z prezentacji „Narodowy Program Mieszkaniowy – raport z realizacji”, 149 tys. osób w Polsce czeka na mieszkanie komunalne.

Rynek najmu zmieniają także rozwiązania instytucjonalne, m.in. Fundusz Mieszkań na Wynajem, dzięki któremu w kilku największych miastach Polski powstały mieszkania wynajmowane na zasadach rynkowych, ale na stabilnych warunkach. Program Mieszkanie Plus zakłada budowę dostępnych cenowo mieszkań na wynajem, także z dojściem do własności. W styczniu 2019 roku został uzupełniony o Mieszkanie na Start – system dopłat do czynszu najmu. Mogą się o nie ubiegać najemcy mieszkań budowanych terenie gmin, które zawarły umowy z BGK.

– Podmioty instytucjonalne, które działają na rynku najmu, generują wzrosty w obszarze najmu subsydiowanego – mówi Łukasz Stępkowski. – Najem instytucjonalny daje większą ochronę prawną zarówno najemcom, jak i wynajmującym, więc zdaje się, że to dobry mechanizm, aby najem stał się bardziej popularny. Myślę, że coraz więcej osób będzie decydowało się na wynajem mieszkania właśnie w takiej formie.

Misja nowego szefa Lexusa: wprowadzić zmiany

Przedstawiciele Lexusa nie mogą narzekać. W zeszłym roku marka sprzedała na całym świecie o 10% aut więcej niż rok wcześniej i zanotowała rekordową sprzedaż na wielu rynkach. Ale Koji Sato, nowy prezydent Lexus International, chce dalej rozwijać firmę i zamierza wprowadzić zmiany. Mówi m.in o nowych sportowych modelach. Jak twórca zjawiskowego Lexusa LC wpłynie na japońską markę?

Emocje, elektryfikacja i jazda zautomatyzowana

Koji Sato jest prezydentem Lexus International od 1 stycznia 2020 roku. Kiedy objął stanowisko, usłyszał bardzo krótką radę od Akio Toyody, prezydenta macierzystej Toyota Motor Corporation: dokonaj zmiany. „Lexus jest symbolem ducha wyzwań w koncernie Toyota. Toyota jest wielką organizacją, ale Lexus jest mniejszą i bardziej elastyczną firmą. Akio oczekuje od Lexusa, że wykona pewnego rodzaju zmianę czy podejmie nowe wyzwanie” – mówi w wywiadzie z portalem Automotive News Sato.

Nowy prezydent Lexusa podkreśla, że marka zamierza skupić się teraz na trzech głównych aspektach – emocjach, elektryfikacji i jeździe zautomatyzowanej. Elektryfikację producent rozpoczął już lata temu, pokazując w 2005 roku hybrydowego Lexusa RX – pierwszego w historii luksusowego SUV-a z takim napędem. Teraz Japończycy otwierają kolejny rozdział i zaraz wprowadzą do salonów w pełni elektryczny model UX 300e. A jeśli chodzi o jazdę zautomatyzowaną, to już w tym roku ma zadebiutować pierwszy model marki wyposażony w system Teammate, który niemal całkowicie wyręczy kierowcę w czasie jazdy po autostradach. W temacie emocji Japończycy również mają dość precyzyjne plany.

Więcej modeli F Lexusa

Ogromny udział napędów hybrydowych w sprzedaży powoduje, że Lexus nie musi obawiać się nowych, jeszcze bardziej restrykcyjnych norm emisji spalin. I kiedy wielu producentów w obawie przed nowymi regulacjami musi rozważyć wycofanie kolejnych sportowych modeli, prezydent Lexusa zapowiada coś zupełnie innego. „Zwiększymy aktywność w kwestii modeli F w przyszłości” – mówi dla Automotive News. „F obejmie prowadzenie. A każdy inny model zostanie w pewien sposób odświeżony” – dodaje. Na tę chwilę pod marką F Lexus sprzedaje dwa rasowo sportowe modele – coupé RC F oraz sedana GS F. Koji Sato nie precyzuje natomiast, jakie auto będzie kolejnym członkiem rodziny F.

Lexus LC F i 660 KM

Jednym z najsilniejszych kandydatów jest coupé LC. Już standardowa odmiana tego modelu – LC 500 – dysponuje V-ósemką o mocy ponad 450 KM. Zgodnie z tradycją w wersji F moc auta powinna wyraźnie wzrosnąć. Najnowsze plotki mówią, że Lexus LC F będzie dysponował motorem o mocy około 660 KM, sparowanym z 10-biegowym automatem. Niemal na pewno samochód zostanie wyposażony w nową V-ósemkę twin-turbo. Lexus potwierdził, że pracuje nad takim motorem i zamierza wykorzystać go w samochodach drogowych.

Model LC nie jest jednym, który może doczekać się rasowego krewniaka. Mówi się również o limuzynie LS ze znaczkiem F oraz o sportowym SUV-ie. Choć to nadal pogłoski, możemy traktować je poważnie. Kiedy na fotelu prezesa Lexusa siedzi główny inżynier odpowiedzialny za stworzenie zjawiskowego Lexusa LC – auta tak odważnego, że początkowo miało nie wejść do produkcji – to wszystko jest możliwe.

Sezonowość najmu w Polsce

High season, czyli tzw. wysoki sezon, jest okresem w roku, który statystycznie cechuje się wyższym obłożeniem w porównaniu do pozostałych miesięcy, czyli mid-season i low season. Zazwyczaj wyprzedzenie rezerwacji w wysokim sezonie jest wyższe, tak jak i przychody z wynajmu krótkoterminowego.

Kiedy tak naprawdę mamy high season w Polsce?

Sezonowość zależy od lokalizacji w jakiej znajduje się apartament. Nad morzem najwyższy sezon wypada w miesiącach lipiec-sierpień. Średnim sezonem, czyli miesiącami zazwyczaj poprzedzającymi wysoki sezon oraz zamykającymi go, są w przypadku lokalizacji nadmorskich maj-czerwiec oraz wrzesień. W okresie high season stawki za dobę w stosunku do sezonowych mogą wzrosnąć nawet o 200%.

W górach doświadczamy dwóch okresów, które można nazwać wysokim sezonem: są to okres letni (lipiec, sierpień) oraz okres zimowy (od połowy grudnia nawet do marca, jeśli pogoda sprzyja narciarzom). Miesiące takie jak maj, czerwiec, wrzesień i marzec są statystycznie miesiącami o średnich zarobkach oraz obłożeniu. Grudzień jest miesiącem dość specyficznym. W okresie świąteczno-sylwestrowym osiągane ceny za dobę potrafią być najwyższymi w roku, dzięki czemu zarobki w tym czasie potrafią być porównywalne do tych z całego sezonu zimowego.

W większych miastach sezonowość również występuje, natomiast jest zdecydowanie bardziej uzależniona od położenia apartamentu i nie obejmuje tak długich okresów jak w kurortach górskich lub nadmorskich. W Warszawie statystycznie najlepsze przychodowo miesiące to czerwiec i październik, jednakże dla apartamentów zlokalizowanych na Starym Mieście to miesiące takie jak czerwiec, lipiec i sierpień będą cechowały się najwyższym obłożeniem i zarobkami. Najsłabsze miesiące to okres zimowy, czyli styczeń i luty. Jednak przychody w dużych miastach są mocno uzależnione od wydarzeń specjalnych takich jak koncerty, mecze, targi lub wydarzenia biznesowe, które wiążą się z masowym napływem turystów. W dobrze zlokalizowanym apartamencie obłożenie podczas weekendów festiwalowych może wygenerować przychody rekompensujące niski sezon.

Wnioski z sezonowości

Statystyki dotyczące sezonowości są tylko wskazówką w kwestii szacowania obłożenia i przychodów na cały rok. Rynek wynajmu krótkoterminowego bardzo prężnie rozwija się i zmienia, co wpływa na zmiany w sezonowości danego obszaru. Wraz ze wzrostem konkurencji skraca się na przykład okno rezerwacji (czyli wyprzedzenie, z jakim goście dokonują rezerwacji) co oznacza, że rezerwacje w sezonie będą pojawiać się z krótszym wyprzedzeniem niż w poprzednich latach. Takie zjawisko zauważamy w ostatnich latach w Zakopanem. W sezonie letnim w 2018 roku średnie wyprzedzenie rezerwacji wyniosło 38 dni, natomiast w roku 2019 okno rezerwacji zmniejszyło się do średnio 25 dni.

Zespół Revenue Management, Rent like home

Fed skradł show

Fed skradł show we wtorek nadzwyczajną obniżką stóp procentowych o 50 pb, jednak reakcja rynków nie jest pomyślna. Zamiast znaleźć uspokojenie, inwestorzy zaczęli dywagować, czy Fed nie wie czegoś więcej niż oni o skutkach wirusa w USA. Wygląda na to, że banki centralne nie będą w stanie samodzielnie przeciwdziałać niepokojom. Konieczne jest wsparcie fiskalne.

Fed zadziałał wyprzedzająco w obawie przed spowolnieniem wzrostu gospodarczego wskutek rozwoju epidemii koronawirusa w USA, choć jednocześnie prezes Powell zapewniał, że gospodarka pozostaje silna. Cięcie o 50 pb miało pokazać, że Fed poważnie podchodzi do sprawy, jak również nie zamyka się przed dalszymi obniżkami. I rynek zdaje się dalej na to liczyć, oceniając wczorajsze działania za niewystarczające. Wczorajszy spadek głównych indeksów na Wall Street o ok. 3 proc. świadczy o tym najlepiej. Najbliższe posiedzenie FOMC jest już za dwa tygodnie i rynek podtrzymuje oczekiwania, że wówczas dojdzie do kolejnej obniżki o 25 pb. I ten aspekt najbardziej teraz ciąży dolarowi. Póki pole do łagodzenia polityki jest spore – a z poziomu 1,25 proc. takie w istocie jest – USD może nie odzyskać równowagi.

Fed dał sygnał dla innych banków centralnych, by podążyły jego śladem. Za nami już obniżka stopy procentowej RBA, a dziś po południu prawdopodobnie na cięcie zdecyduje się Bank Kanady. Ze stopą na 1,75 proc. BoC ma taką samą siłę reakcji, co Fed, nawet jeśli liczba przypadków wirusa w Kanadzie pozostaje mała. Jednak już poprzednim razem w styczniu bank wyrażał zaniepokojenie hamowanie ożywienia, więc teraz powinno być mu łatwiej poluzować politykę. Jakkolwiek obniżka o 25 pb jest w pełni zdyskontowana, tak bliźniaczy ruch do Fed może dołożyć presji na CAD.

W kolejnych dniach należy spodziewać się działań innych banków centralnych. W przyszłym tygodniu EBC może być niechętny do obniżek głębiej w ujemne poziomy, ale bank pokazał, że zna inne sposoby uwalniania płynności w sektorze bankowym. Na cięcie Banku Anglii przyjdzie poczekać do 26 marca. Ostatecznie bardziej gołębie nastawienie powinny podjąć wszystkie ważniejsze banki centralne, ale może to być za mało, by uchronić globalną gospodarkę przed spowolnieniem. Niepewność oznacza podwyższoną zmienność na rynkach i podtrzymanie apetytu na bezpieczne aktywa. A gdy nigdzie nie jest w pełni bezpieczne, wygrywa płynność, którą oferuje USD i obligacje skarbowe USA. Nawet jeśli rentowność 10-latek USA pierwszy raz w historii spadła poniżej 1 proc., to wciąż jest to wysoka dochodowość w porównaniu z papierami Niemiec (-0,64 proc.), czy Japonii (-0,13 proc.). Kiedy już strach przed Fed wyparuje, USD powinien wracać do szerokiego umocnienia.

Jest mało prawdopodobne, aby Rada Polityki Pieniężnej miała się zapatrywać na graczy z wyższej ligi i dokonać obniżki stóp procentowych. Jednak komunikat raczej będzie wzbogacony o obawy o wpływ koronawirusa na aktywność gospodarczą, choć na obecnym etapie skala szkód jest trudna do oszacowania i dlatego RPP woli pozostać przy nastawieniu wait-and-see. Decyzyjność Rady komplikują przeciwstawne sygnały z polskiej gospodarki, które dziś podkreśli nowa projekcja makroekonomiczna. Spodziewamy się obniżenia ścieżki wzrostu gospodarczego oraz podwyższenia prognoz inflacji.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W ślad za taniejącą od początku roku ropą naftową spadają też ceny paliw. Spodziewane są kolejne obniżki

0

Od początku roku ceny ropy obniżyły się o przeszło 20 proc. Z pewnym przesunięciem czasowym zaczęły też tanieć paliwa na stacjach. Tylko w ciągu dwóch ostatnich tygodni spadły one o 10 lub nawet kilkanaście groszy na litrze. Dopóki epidemia koronawirusa nie zostanie opanowana i chińska gospodarka nie ruszy w normalnym tempie, nadpodaż ropy będzie skutkować spadkiem cen zarówno samego surowca, jak i jego pochodnych.

– Sytuacja na rynku międzynarodowym przekłada się na rynek polski, co jest optymistyczne z perspektywy kierowców, gdyż ceny paliw mogą ulegać pewnej obniżce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Bogucki, analityk rynku paliw, e-Petrol.pl. – Siłą rzeczy na Polskę oddziałują notowania międzynarodowe, a tam bardzo wyraźnie odzwierciedlają się spadki związane z sytuacją w Chinach. Zapotrzebowanie na ropę na świecie jest mniejsze, ropy jest dużo i co za tym idzie, również dotyczy to produktów ropopochodnych. Zatem ten czynnik także można wskazywać jako argument za spadkami na rynku polskim.

Od początku roku, gdy świat dowiedział się o epidemii koronawirusa w Wuhanie i całej prowincji Hubei, amerykańska ropa WTI potaniała o 25 proc., a europejska Brent o przeszło 22 proc. Są to poziomy najniższe od połowy 2017 roku. Pochodną tej przeceny są spadki cen na stacjach paliw: jeszcze w połowie lutego za litr oleju napędowego trzeba było płacić 5,12 zł, obecnie jest to 5,03 zł, a prognozy na początek marca przewidują zakres od 4,90 do 5,03 zł. Benzyna 95 ma kosztować od 4,76 do 4,89 zł (obecna średnia to 4,87 zł), zaś gaz LPG, który w ciągu ostatniego miesiąca staniał o kilkanaście groszy do 2,20 zł, wciąż ma potencjał spadku o kilka groszy w ciągu kolejnych dni.

– Myślę, że zejście jeszcze o kilka groszy jest prawdopodobne. To byłoby cały czas konsekwencją zmian, jakie mieliśmy na rynku hurtowym i półhurtowym, gdzie bardzo znaczące zmiany spadkowe są widoczne od początku roku – mówi Jakub Bogucki. – Jednak na stacjach zachodzi to zdecydowanie wolniej, można powiedzieć, że jest to odpracowywanie marż także przez właścicieli stacji czy też nie wszystkie stacje z jednakową szybkością przenoszą te spadki. Ale potencjał do tych spadków cały czas jest, więc wydaje się, że niższe ceny LPG jeszcze w najbliższych 2-3 tygodniach są jak najbardziej prawdopodobne.

Chiny są największym konsumentem ropy na świecie. Spowolnienie w chińskiej gospodarce spowodowane epidemią ograniczyło chiński popyt na ten surowiec o ponad 20 proc. W sobotę 29 lutego rządowa Chińska Federacja Logistyki i Zaopatrzenia opublikowała odczyty indeksów PMI za luty. Wskaźnik dla przemysłu  wyniósł 35,7 (oczekiwano 46), natomiast w usługach jest to 29,6 przy szacunkach 51,4. Poziom 50 punktów wyznacza granicę między rozwojem sektora a jego kurczeniem się. W dodatku są to dane oficjalne, zatem i tak prawdopodobnie zawyżone. Nic więc nie wskazuje na to, by w najbliższym czasie Chiny miały powrócić do normalnego poziomu zużycia ropy. Dlatego też spotkanie 30 krajów eksporterów ropy, uczestników porozumienia o ograniczeniu wydobycia OPEC+, zostało przyśpieszone i ma się odbyć 5–6 marca. Bardzo prawdopodobna jest decyzja o dalszym ograniczeniu wydobycia. Jednak w przypadku gazu LPG to nie jedyna przyczyna spadku cen na stacjach.

– Notowania na rynkach międzynarodowych są coraz niższe, co wiąże się chociażby ze zmianami produkcji czy wysokości eksportu, chociażby z Rosji, bo to jest główny dostawca LPG, które jest paliwem przede wszystkim importowanym do Polski z kierunku wschodniego. I tutaj zmiany o charakterze logistycznym czy produkcyjnym u naszych wschodnich sąsiadów powodują obniżki także na rynku polskim – tłumaczy analityk e-Petrol.pl. – Tę średnią można też wiązać z tym, co się dzieje w Chinach, to jest oczywiście dalsza konsekwencja, która dotyczy wszystkich produktów naftowych czy ropopochodnych, ale niebezpośrednio. Zdecydowanie bardziej zmiany w Rosji, o których często nawet w Polsce nie wiemy, determinują to, jak wygląda polski rynek LPG. W najbliższym czasie można się spodziewać  dalszego ciągu spadków na rynku detalicznym.

Straty branży turystycznej z powodu koronawirusa są szacowane na minimum 22 mld dol. Ich skala zależy od rozwoju epidemii

Sposób, w jaki epidemia koronawirusa wpłynie na branżę turystyczną w Polsce, pozostaje na razie zagadką. Andrzej Gut-Mostowy, wiceminister rozwoju ds. turystyki, podkreśla, że sytuacja w rodzimej branży będzie zależała od liczby zarażonych. Światowa Rada Podróży i Turystyki (WTTC) szacuje, że dochody ze światowej turystyki spadną o 22 mld dol. To dane obliczone tylko na podstawie malejących wydatków na cele turystyczne obywateli Chin.

W Polsce wciąż nie został potwierdzony żaden przypadek zachorowania na koronawirusa. Na świecie liczba chorych wzrosła do ponad 88 tys. osób, a z powodu wirusa zmarło ponad 3 tys. osób. Główny Inspektorat Sanitarny odradza wyjazdy do dziewięciu krajów: Chin, Hongkongu, Korei Południowej, Włoch, Iranu, Japonii, Tajlandii, Singapuru i Tajwanu. Jeśli sytuacja nie ustabilizuje się przed wakacjami, wielu Polaków zamiast wyjazdu za granicę może wybrać destynację w kraju. Minister Gut-Mostowy pytany o sytuację w branży w Polsce w ostatnich latach i tempo jej rozwoju jest optymistą.

– Turystyka rozwija się pod względem liczby turystów co roku średnio o 4–5 proc. Wydatki na turystykę krajową wzrosły aż 14 proc. rocznie. To jest bardzo duży wzrost środków przeznaczonych na turystykę przez Polaków – mówi agencji Newseria Biznes Andrzej Gut-Mostowy, wiceminister rozwoju ds. turystyki.

Szacuje, że branża turystyczna w Polsce będzie się rozwijać stabilnie, w podobnym tempie w ciągu najbliższych kilku lat. Minister podkreśla także dobrze działający w Polsce system zabezpieczeń wyjazdów turystycznych. Ubiegłoroczne upadki biur podróży – Thomasa Cooka i należącego do niego Neckermanna – były testem, które systemy zabezpieczeń zdały.

– Upadki zagranicznych biur podróży nie odbiły się mocno na polskich turystach, natomiast uświadomiły Polakom, jak dobry system zabezpieczeń wyjazdów turystycznych mamy w Polsce. Oczywiście to jest zasługa bardzo dobrej, konstruktywnej branży turystycznej, która potrafiła w odpowiednim momencie pokazać wszystkim osobom, które stwarzały podstawy legislacyjne do II filaru, że warto dopłacić dodatkowe 20 zł do każdej imprezy turystycznej w Polsce,  aby mieć 100-proc. pewność bezpiecznego powrotu z zagranicy – mówi Andrzej Gut-Mostowy.

Tegoroczny sezon wakacyjny może być wyjątkowy, bo turyści mogą podejmować decyzje pod wpływem chwili i bieżącej sytuacji związanej z koronawirusem, więc cena będzie miała dla nich drugorzędne znaczenie.

Zgodnie z procedowanym projektem ustawy ws. przeciwdziałania rozprzestrzenianiu się COVID-19 przygotowanym przez rząd – w przypadku odwołania wycieczek turystycznych biura podróży otrzymają rekompensaty z wpłat na Turystyczny Fundusz Gwarancyjny. Możliwe będą także zwroty kosztów w sytuacji, gdy z powodu wirusa z wycieczki zrezygnuje klient. Przepisy mają ograniczyć straty biur podróży.

Polski rynek nieruchomości handlowych 2019

Międzynarodowa firma doradcza Cushman & Wakefield podsumowała polski rynek nieruchomości handlowych. W 2019 roku dostarczono 406 000 m kw. nowoczesnej powierzchni handlowej. Około 500 000 m kw. jest obecnie w budowie, z czego aż 85% ma otworzyć się do końca roku. W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów mniejszymi miastami – poniżej 100 000 mieszkańców, prognozują eksperci.

  • Aktywność inwestycyjna na polskim rynku nieruchomości handlowych osiągnęła poziom wynoszący 1,95 mld EUR, co wpisywało się w zakres osiąganych wartości z ostatnich 5 lat.
  • Pomimo utrzymującej się relatywnie dużej aktywności inwestycyjnej w sektorze nieruchomości handlowych na rynku zaobserwowano wzrost stóp kapitalizacji w tej klasie aktywów – do 4,75% dla najlepszych centrów handlowych w Warszawie.
  • Całkowite zasoby powierzchni handlowej w 2019 roku (wszystkie formaty) wyniosły 15 mln m kw., a nowa podaż 406 000 m kw.
  • Najwięcej nowej powierzchni oddano w formacie centrów handlowych – 183 000 m kw.
    Powierzchnia handlowa w budowie (wszystkie formaty) z planowanym terminem oddania do użytku na 2020-2021 r. wyniosła 500 000 m kw.
  • Poziom powierzchni niewynajętej dla 18 największych rynków w Polsce pozostał na niskim poziomie i wyniósł 3,9%.
  • Czynsze „prime” w najlepszych centrach handlowych w Warszawie wyniosły 120-130 EUR/m kw./miesiąc.

W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów mniejszymi miastami o populacji poniżej 100 000 mieszkańców – prawie 50% powierzchni handlowej będącej obecnie w budowie zostanie dostarczone na te właśnie rynki.

Całkowita wielkość powierzchni handlowej oddanej do użytku w ramach wszystkich formatów w 2019 r. wyniosła 406 000 m kw., z czego 46% stanowiły centra handlowe. W związku z restrukturyzacją sieci Tesco i zamknięciem kilku centrów handlowych, około 28 000 m kw. powierzchni handlowej wycofano z podaży, a kolejne 50 000 m kw. ulegnie w najbliższym czasie przebudowie z formatu centrów handlowych na wolnostojące magazyny handlowe. Zasoby powierzchni handlowej wynoszą obecnie 15 mln m kw.

Centra handlowe z blisko 73% udziałem niezmiennie pozostają dominującym formatem rynku powierzchni handlowych w Polsce (456 obiektów o łącznej powierzchni ponad 11 mln m kw.), a zasoby w tym formacie powiększyły się w minionym roku o 183 000 m kw. Format parków handlowych zasiliło w ubiegłym roku ponad 84 000 m kw. powierzchni, a 127 000 m kw. powstało w ramach wolnostojących magazynów handlowych. W ramach centrów wyprzedażowych na rynku pojawił się jeden nowy obiekt o powierzchni 12 000 m kw. (Silesia Outlet w Gliwicach).

Połowa nowej podaży zasiliła największe miasta. Stało się to głównie dzięki otwarciu Galerii Młociny o powierzchni 78 500 m kw. w Warszawie. Natomiast na najmniejsze rynki miast i miejscowości o populacji poniżej 100 000 mieszkańców trafiło aż 27% nowej powierzchni handlowej w tym roku.

W najbliższym czasie wciąż będziemy obserwować wzmożone zainteresowanie inwestorów właśnie mniejszymi miastami. Na te rynki zostanie dostarczone prawie 50% powierzchni handlowej, będącej obecnie w budowie. Nasycenie rynku w głównych aglomeracjach oraz widoczne zmiany w zachowaniu i oczekiwaniach klientów wpływają na zmiany w planowanej podaży obiektów handlowych, na którą w najbliższych latach będą się składać głównie małe centra typu convenience”, parki handlowe i obiekty wielofunkcyjne – mówi Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield, autorka raportu.

Ponad 500 000 m kw. powierzchni handlowej jest obecnie w trakcie budowy, z czego 85% planowane jest do otwarcia do końca 2020 r. Pomimo ubiegłorocznego wyraźnego wyhamowania ilości nowej podaży centrów handlowych (-35% r/r) na rok 2020 planowane jest otwarcie około 220 000 m kw. w ramach tego formatu, czyli o 23% więcej niż w ubiegłym roku.

W 2019 roku o ekspansji w obiektach handlowych w Polsce zdecydowało dwadzieścia nowych międzynarodowych marek, między innymi włoska Gagliardi oferująca modę męską, niemiecka bieliźniarska marka Sloggi, czy luksusowa międzynarodowa marka Hermes. Nadal wyczekiwany przez rynek jest również debiut w Polsce irlandzkiej sieci Primark (Galeria Młociny, Warszawa), a także marki American Urban Outfitters (Elektrownia Powiśle, Warszawa), których wejście na rynek zapowiedziano na rok 2020.

Mniejsza odwiedzalność centrów handlowych w związku z niedzielnymi ograniczeniami handlu była zauważalna szczególnie w początkowym okresie ich obowiązywania. Z czasem sytuacja zaczęła się stabilizować. Ogółem średnia miesięczna odwiedzalność centrów handlowych (Fooftall Index, PRCH) wzrosła w 2019 r. o 4% r/r., a średnie obroty na m kw. we wszystkich kategoriach handlowych wynosiły w 2019 r. 882 zł.

Jak wynika z danych PRCH, szczególnie duży wzrost – o 12 % rok do roku – zanotowała kategoria rozrywkowa, a o 10% wzrosła kategoria restauracyjna. Jest to efekt działań wprowadzonych przez centra handlowe w zakresie poszerzania i uatrakcyjniania oferty rozrywkowo-gastronomicznej. Stabilny wzrost obrotów na poziomie 9% zaobserwowano również w kategorii usług, które mocno rozwijają się w obiektach handlowych w ostatnich latach.

Na koniec 2019 r. średni wskaźnik powierzchni niewynajętej w centrach handlowych osiemnastu największych rynków w Polsce pozostał na niskim poziomie 3,9%. Wśród ośmiu głównych aglomeracji najwięcej powierzchni niewynajętej odnotowano w Krakowie (6,1%), Łodzi (5,6%) i Poznaniu (5,4%). W grupie miast o populacji 100-200 tys. mieszkańców poziom pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie 2,0%, co jest wynikiem mniejszego nasycenia tych rynków powierzchnią handlową.

Czynsze ”prime” w najlepszych centrach handlowych pozostają stabilne z lekką tendencją zwyżkową. Najdroższym rynkiem wciąż jest Warszawa, gdzie czynsze „prime” za lokale o pow. 100 m kw. w najlepszych centrach handlowych oscylują w granicach 120-130 EUR/m kw./miesiąc. W pozostałych głównych miastach stawki dla podobnych lokali wahają się w granicach 40-52 EUR/m kw./miesiąc.

Silna konkurencja i rosnące nasycenie rynku powierzchni handlowych w Polsce powoduje coraz większą presję na obniżenie czynszów w drugorzędnych centrach handlowych z mniej atrakcyjną ofertą lub gorszą lokalizacją. Z tego powodu wciąż pogłębia się obserwowana od pewnego czasu polaryzacja rynku centrów handlowych, w wyniku której zwiększają się różnice w średnich stawkach czynszu w poszczególnych obiektach – mówi Małgorzata Dziubińska.

Mimo zwrotu inwestorów w kierunku nieruchomości magazynowych i biurowych, rok 2019 należy uznać za kolejny udany okres biorąc pod uwagę osiągnięte wolumeny transakcji w sektorze nieruchomości handlowych. Łączna wartości transakcji na rynku powierzchni handlowych przekroczyła ponad 1,95 mld EUR, co wpisywało się w zakres osiąganych wartości z ostatnich 5 lat. Spośród aktualnych trendów na rynku nieruchomości handlowych należy wymienić rosnące zainteresowanie transakcjami w formule sale & lease-back, gdzie nieruchomości handlowe sprzedawane są przez ich dotychczasowych właścicieli, którzy po zakończonej transakcji pozostają nadal jej użytkownikami najczęściej w formule długoletniej umowy najmu na okres powyżej 10 lat.

Co-living wkroczył na polski rynek nieruchomości

Co-living wkroczył na polski rynek nieruchomości. Dzielenie przestrzeni, zainteresowań i wartości, przy uwzględnieniu możliwości finansowych osób wspólnie zamieszkujących daną nieruchomość, to trend, który w Stanach Zjednoczonych i w Europie zachodniej zdążył się już zadomowić, natomiast w Polsce dopiero raczkuje, przez co stanowi ogromny potencjał do rozwoju. Eksperci przewidują wzrost tego trendu na polskim rynku nieruchomości. Mają na to wpływ między innymi boom technologiczny, zmiany pokoleniowe oraz demograficzne. Zagadnienie zgłębiają eksperci międzynarodowej firmy doradczej Cushman & Wakefield w najnowszym raporcie „Co-living – nowa era na inwestycyjnym rynku nieruchomości w Polsce”.

Zmiany demograficzne i kulturowe, postęp technologiczny, coraz większa świadomość konsumentów dotycząca ochrony środowiska, a także motywy finansowe mają wpływ na rosnące zainteresowanie co-livingiem w Polsce. Elastyczność, mobilność, brak długoterminowych zobowiązań finansowych to tylko niektóre zalety tej formy zamieszkiwania. Szczególną rolę odgrywa tu również możliwość stworzenia mini społeczności, a także poczucie przynależności do niej i brak poczucia osamotnienia. Przestrzenie co-livingowe niezależnie od tego, do jakiej grupy docelowej są adresowane, mają jedną wspólną cechę – zamiast własności oferują wynajem powierzchni mieszkalnej ograniczonej do minimum na rzecz rozbudowanych przestrzeni wspólnych, bogatej oferty udogodnień i usług dodatkowych” – podkreśla Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research, Cushman & Wakefield.

W odpowiedzi na potrzeby rynku

Z raportu Cushman & Wakefield wynika, że ekonomia współdzielenia rozwija się między innymi przez zmiany demograficzne. Klasa średnia, która napędza popyt w globalnej gospodarce, rozwija się obecnie najszybciej ze wszystkich klas społecznych i po raz pierwszy w dziejach ludzkości stanowi ponad połowę globalnej populacji. Co ciekawe, Liczba obcokrajowców decydująca się na studia w Polsce rośnie dynamicznie, a obecnie ich liczba przekracza już 78 tys. i tylko w ciągu ostatniego roku wzrosła o prawie 8%. Polskie uczelnie są w stanie zapewnić zakwaterowanie tylko niewielkiej grupie osób z zagranicy. Jakub Bartos, Head of Residential w Golub GetHouse podkreśla: „Segment prywatnych akademików w Polsce jest jednym z najbardziej perspektywicznych sektorów nieruchomości w kraju. Jestem przekonany, że zapotrzebowanie na nowoczesne powierzchnie w domach studenckich będzie stale rosło, ponieważ jak pokazują najnowsze dane rynkowe, obecnie dostępne akademiki uczelnianie zapewniają zakwaterowanie zaledwie ok. 9% studentów.”

Co-living na emeryturze

Ekonomia współdzielenia będzie też w coraz większym stopniu dotyczyć osób w wieku emerytalnym, ponieważ – zgodnie z danymi Światowej Organizacji Zdrowia – odsetek osób w wieku 60 lat i więcej do 2050 roku podwoi się z około 11% do 22%, a ich liczba wzrośnie z 605 milionów do 2 miliardów na całym świecie.

Nowoczesne ośrodki dla seniorów w Polsce to na razie rzadkość. Co więcej, zgodnie z wynikami „Badania spójności społecznej 2015”, aktywność osób starszych w zakresie kontaktów społecznych jest generalnie niższa niż osób w młodszych grupach wiekowych. Eksperci zaznaczają, że częściowe lub całkowite wyłączenie się z życia zawodowego nie oznacza rezygnacji z życia towarzyskiego i społecznego. Wręcz przeciwnie, jest to doskonały moment na rozpoczęcie spędzania czasu w sposób aktywny lub taki, jaki seniorzy prowadzili wcześniej. Senior housing, czyli co-living na emeryturze jest rozwiązaniem wielu problemów. Takie projekty, dzięki odpowiedniej koncepcji i lokalizacji, dają osobom w starszym wieku możliwość realizowania pasji i zainteresowań, wzajemnej opieki oraz socjalizacji.

Zapotrzebowanie na stacjonarną opiekę długoterminową systematycznie rośnie – do 2035 r. co trzeci Polak będzie miał ponad 65 lat. Tworząc miejsca tętniące życiem, ORPEA Polska przeczy stereotypom związanym z funkcjonowaniem domów opieki, a rozwijając sieć placówek w centrach miast lub w ich pobliżu umożliwia utrzymywanie więzi rodzinnych i przyjacielskich oraz udział mieszkańców w życiu kulturalnym i społecznym” – zaznacza z kolei Beata Leszczyńska, Prezes Zarządu ORPEA Polska.

Współdzielenie dla młodych profesjonalistów

W raporcie poruszone są także kwestie młodych specjalistów i zmian na rynku pracy. Boom technologiczny, zmiany pokoleniowe oraz wprowadzenie koncepcji ekonomii współdzielenia wpływają bezpośrednio na zmianę tradycyjnego sposobu wykonywania pracy oraz wykorzystywania powierzchni biurowej i mieszkalnej. Styl życia młodych pokoleń zmienia się, a młodzi ludzie stają się bardziej mobilni. Jak sytuacja wygląda w stolicy? „W Warszawie dostępnych jest na rynku wiele lokali w pełni umeblowanych, ale nie oferują one użytkownikom wartości dodanej. Postanowiliśmy poszerzyć ofertę i ułatwić przeprowadzkę do Warszawy, zapewniając przy tym idealne warunki do mieszkania. Dzięki obecności w stolicy wielu międzynarodowych firm, do czego przyczynił się między innymi Brexit, powstały tysiące nowych miejsc pracy dla młodych specjalistów. Z uwagi na najwyższy w historii Polski odsetek absolwentów lokalnych szkół wyższych, relokację miasta start-upów z Berlina, rozwój kultury hipsterskiej na Pradze i przystępne koszty życia, Warszawa będzie nadal zyskiwała na atrakcyjności, a towarzyszyć temu będzie rosnący popyt na w pełni wyposażone mieszkania” – mówi Yoni Karako, Co-Founder i C.E.O. Vonder.

Więcej w raporcie Cushman & Wakefield

We wtorek, 3 marca 2020 r. raport „Co-living – nowa era na inwestycyjnym rynku nieruchomości w Polsce” został zaprezentowany na śniadaniu biznesowym w warszawskiej Elektrowni Powiśle. Rodzaje co-livingów, alternatywne inwestycje, sposoby ich finansowania oraz aspekty prawne i podatkowe – między innymi te zagadnienia były tematem wtorkowych rozmów. Ekspertami Cushman & Wakefield, którzy wcielili się w role prelegentów były: Mira Kantor-Pikus, Partner, Capital Markets Equity, Debt & Alternative Investments, Małgorzata Dziubińska, Associate Director, Consulting & Research oraz Katarzyna Lipka-Nawrocka Associate Director, Consulting & Research Manager.

Na Polaka przypada już 11 500 zł mieszkaniowego długu

W 2019 r. znów zwiększyło się zadłużenie wynikające z kredytów mieszkaniowych. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili przeanalizować, jak wzrastał taki dług w przeliczeniu na jednego Polaka.

Dobra kondycja rynku mieszkaniowego połączoną z szybkim wzrostem cen lokali, sprzyjała powiększaniu się zadłużenia hipotecznego Polaków w 2019 r. Na podstawie danych Narodowego Banku Polskiego można sprawdzić, ile takie zadłużenie wynosiło pod koniec minionego roku. Eksperci RynekPierwotny.pl przy wykorzystaniu informacji NBP obliczyli również poziom mieszkaniowego zadłużenia w przeliczeniu na jednego Polaka.

Infografika – Zadłużenie – mały rozmiarNarodowy Bank Polski regularnie publikuje comiesięczną wartość kredytów mieszkaniowych, które w swoich bilansach mają krajowe banki. Takie informacje NBP wskazują, że pod koniec każdego kolejnego roku zadłużenie gospodarstw domowych związane z finansowaniem mieszkań wynosiło:

  • 2005 r. – 50,37 mld zł
  • 2006 r. – 77,59 mld zł
  • 2007 r. – 116,63 mld zł
  • 2008 r. – 192,05 mld zł
  • 2009 r. – 214,46 mld zł
  • 2010 r. – 263,28 mld zł
  • 2011 r. – 313,52 mld zł
  • 2012 r. – 315,90 mld zł
  • 2013 r. – 330,18 mld zł
  • 2014 r. – 350,15 mld zł
  • 2015 r. – 375,08 mld zł
  • 2016 r. – 393,78 mld zł
  • 2017 r. – 387,95 mld zł
  • 2018 r. – 415,22 mld zł
  • 2019 r. – 442,76 mld zł

Pomimo dużych podwyżek cen mieszkań w 2019 roku, dług mieszkaniowy Polaków rósł tak samo szybko, jak rok wcześniej (od stycznia do grudnia 2018 r.). Jedną z przyczyn takiej sytuacji mogła być większa wartość nadpłacanego zadłużenia.

Jeżeli natomiast chodzi o wartość mieszkaniowego długu przypadającą na jednego Polaka, to w analizowanym okresie zmieniała się ona następująco:

  • 2005 r. – 1 319 zł
  • 2006 r. – 2 034 zł
  • 2007 r. – 3 059 zł
  • 2008 r. – 5 039 zł
  • 2009 r. – 5 624 zł
  • 2010 r. – 6 898 zł
  • 2011 r. – 8 137 zł
  • 2012 r. – 8 197 zł
  • 2013 r. – 8 569 zł
  • 2014 r. – 9 096 zł
  • 2015 r. – 9 748 zł
  • 2016 r. – 10 245 zł
  • 2017 r. – 10 094 zł
  • 2018 r. – 10 804 zł
  • 2019 r. – 11 527 zł

Wzrost analizowanego wskaźnika z minionego roku był znaczący (+7%). Trudno go jednak porównywać z wynikami notowanymi w czasach poprzedniego boomu mieszkaniowego (2006 r. – 54%, 2007 r. – 50%, 2008 r. – 65%).

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Spowolnienie to fakt. Firmy będą ciąć koszty

Trzy czwarte pracodawców już odczuwa spowolnienie gospodarcze – tak wynika z ankiety przeprowadzonej wśród członków Pracodawców RP na przełomie lutego i marca. Ponad 60 proc. zapytanych zamierza zmniejszyć koszty prowadzonej działalności, a ponad połowa – ograniczyć inwestycje.

Ankieta członkowska pokazuje, że przedsiębiorcy obecną sytuację gospodarczą oceniają niejednoznacznie: 56 proc. zapytanych uważa ją za złą, 44 proc. za dobrą. Jednak aż trzy czwarte widzi przejawy spowolnienia gospodarczego w prowadzonej działalności.

Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-1Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-2Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-3Spowolnienie-ankieta-PracodawcyRP-4Najwięcej obaw rodzi wzrost kosztów pracy – ponad 80 proc. zaznaczyło tę odpowiedź. Ale już na drugim miejscu znalazło się niestabilne prawo i niejasne przepisy – ponad 70 proc. ankietowanych wskazało na to zagrożenie. – Niestabilne prawo to motyw przewodni obaw polskich przedsiębiorców. Teraz do problemów, z jakimi muszą się borykać dochodzą raptowny wzrost kosztów pracy i globalne spowolnienie – mówi Piotr Wołejko, ekspert ds. społeczno-gospodarczych Pracodawców RP – Jak widać, ich sytuacja robi się coraz trudniejsza.

Kolejnymi zagrożeniami dostrzeganymi przez pracodawców są wzrost inflacji, płacy minimalnej i obciążeń fiskalnych oraz spadek zamówień. Te odpowiedzi wskazywał co drugi zapytany przez organizację przedsiębiorca.

Z nadchodzącymi problemami pracodawcy zamierzają walczyć. Ponad 55 proc. zadeklarowało ograniczenie inwestycji, ponad 35 proc. ograniczenie zatrudnienia, a ponad 65 proc. wprowadzenie innych działań redukujących koszty prowadzenia działalności. – Przedsiębiorcy będą walczyć o przetrwanie swoich firm, o zachowanie ich w najlepszej kondycji. Redukcja kosztów, inwestycji czy zatrudnienia to naturalne drogi – mówi Piotr Wołejko. – Tym bardziej zatrważa fakt, że do problemów przedsiębiorców państwo „dokłada” coś, czego wcale nie musi być – niestabilne prawo i niejasne przepisy. O ile łatwiej byłoby prowadzić działalność i zmagać ze spowolnieniem, gdyby tego dodatkowego kłopotu nie było – dodaje ekspert Pracodawców RP.

Pracodawcy RP

Największe wzrosty od lat. Stay at home trade będzie popularną strategią?

Tak spektakularnego odbicia amerykańskich indeksów giełdowych, jakie miało miejsce wczoraj, nie obserwowaliśmy od lat. Główne indeksy z Wall Street podskoczyły od 4 do 5 proc., czyniąc poniedziałek 2 marca kolejnym dniem, który zapisze się w historii rynków finansowych. Wszystko to dzięki bardzo dużym nadziejom na globalne ratowanie gospodarki przez banki centralne i rządy krajów.

Dziś pierwszy z banków centralnych, podejmujący decyzje w marcu, obniżył główną stopę procentową o 0,25 pkt proc. do 0,5 proc. Mowa tu o banku centralnym Australii. Kolejnym może być jest Bank Kanady, Europejski Bank Centralny oraz amerykańska Rezerwa Federalna. To właśnie w tej instytucji inwestorzy pokładają największe nadzieje i liczą na to, że przedział dla stopy funduszy federalnych zostanie obniżony o 50 pkt bazowych już 18 marca.

W okolicach godziny 14:00 pojawiło się oświadczenie ministrów finansów G7 i prezesów banków centralnych wydane po wspólnej konferencji. Nie przyniosło ono żadnych konkretnych deklaracji, a jedynie ogólniki, co trochę zepsuło dobre nastroje panujące na rynku od godzin porannych. Potwierdzono zobowiązanie do korzystania ze wszystkich odpowiednich narzędzi politycznych w celu osiągnięcia silnego, trwałego wzrostu i zabezpieczenia przed ryzykiem jego spadku. Z kolei ministrowie finansów G7 oświadczyli, że są gotowi podjąć działania, w tym, w stosownych przypadkach, środki fiskalne, aby wesprzeć gospodarkę. Rynek i inwestorzy czekają zatem na konkrety i działania, a nie tylko deklaracje.

Z ciekawszych nowych rekomendacji dla znanych spółek pojawiła się rekomendacja dla Tesli od JMP Securities. Została ona podniesiona z market perform do outperform. Cena docelowa została ustanowiona na poziomie 1060 USD, co jest najwyższą wartością na Wall Street. Różnica między poniedziałkową ceną zamknięcia to aż 43 proc.

Wśród analityków w Nowym Jorku pojawiają się również pierwsze sygnały dla spółek, które mogą zyskiwać w związku z faktem, że ludność świata zaczyna przebywać dłużej w domu w związku z koronawirusem. Nazywają to „stay at home trade”. Mowa głównie o spółkach z sektora gamingowego. Twórcy i wydawcy gier wideo już zaczynają zauważać wzrost zaangażowania graczy i sprzedaży w regionach bardziej narażonych na COVID-19 – wynika z informacji podanych przez agencję Bloomberg. Mowa np. o Ubisoft, Electronic Arts czy Activision Blizzard.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Krzysztof Domarecki: Światowa gospodarka zaczyna pękać na pięć kawałków, tworzących nowe bloki ekonomiczne

W 2020 roku w skali światowej jesteśmy w zupełnie nowej sytuacji ekonomicznej. Skończyła się złota epoka globalizacji. Epoka, w której praktycznie nie było granic, a przedsiębiorcy na całym świecie z entuzjazmem rozwijali swoje firmy w ramach nieskrępowanego handlu w skali światowej. Dotyczy to zarówno małych,  średnich, jak i dużych przedsiębiorców. Ostatnie pięć lat zajęło nam jednak tworzenie coraz większej liczby granic. Zglobalizowany świat zaczyna pękać na pięć kawałków, tworzących nowe bloki ekonomiczne – które będą ścierać się między sobą. Do gospodarki światowej wraca więc bardziej lub mniej rozwinięty protekcjonizm. Polska jest na tym tle w dobrej sytuacji. Mamy rozpędzoną gospodarkę, nowe inwestycje – częściej zagraniczne, rzadziej polskie – ale jest ich cały czas dużo. Natomiast stoi przed nami też kilka wyzwań.

– Polska należy do tych kilku krajów w skali światowej, które mają wyjątkowo niekorzystną strukturę kapitału lokalnego. Obserwujemy w Polsce przewagę kapitalizmu państwowego. Coraz większa liczba firm należy do skarbu państwa. Z drugiej strony mamy bardzo dużą liczbę firm z kapitałem zagranicznym. Pomiędzy tymi dwoma blokami znajduje się nierosnący, pozostający w stagnacji, blok firm z kapitałem krajowym prywatnym – powiedział serwisowi eNewsroom Krzysztof Domarecki, prezes zarządu Grupy Selena. – Te firmy muszą się przebić, mimo rosnącej konkurencji ze strony gigantów państwowych, które pochłaniają coraz większą część gospodarki. Z drugiej strony odczuwają presję bardzo silnego, rozwiniętego, mającego znakomite wsparcie ze strony swoich spółek matek, kapitału zagranicznego. By utrzymać dynamikę polskiej gospodarki, musimy wspierać polski eksport, realizowany przez polskie firmy prywatne. Niestety – wsparcie firm prywatnych w Polsce jest z jednej strony deklarowane, a z drugiej coraz bardziej wątpliwe. Obserwujemy rosnące regulacje i większą penalizację gospodarki. To nie są elementy sprzyjające wzrostowi gospodarczemu, a tym samym nie są to elementy budujące siłę państwa polskiego – analizuje Domarecki.

Polscy naukowcy odkryli prawdziwe pochodzenie dinozaurów. Znaleziony w Polsce silezaur może służyć jako model do kolejnych badań

Ostatnie lata przynoszą wiele przełomowych odkryć w dziedzinie dinozaurów. Naukowcy w zasadzie co chwila podają informacje o nowych gatunkach, wiedzą, jak rozwijały się mózgi tych zwierząt,  a korzystając z kombinacji obrazowania, anatomii i analizy inżynierskiej, potrafią określić budowę ich kości. Polscy naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego, na podstawie pradinozaura odkrytego w Krasiejowie pod Opolem Silesaurus opolensis, odkryli, że dinozaury wywodziły się bezpośrednio z czworonożnych zwierząt. To odkrycie diametralnie zmienia spojrzenie na wczesne etapy ich ewolucji.

– Wbrew dotychczasowym hipotezom postulujemy, że przodkowie dinozaurów poruszali się na długich przednich kończynach, a więc były to zwierzęta czworonożne, nie dwunożne, jak dotychczas sądzono. Dwunożność u dinozaurów pojawiła się znacznie później w różnych ich liniach rodowych. Ta zmiana powoduje, że przyjmowana dotąd koncepcja o pochodzeniu dinozaurów rozsypuje się w drobny mak. Proponujemy nową koncepcję popartą długotrwałymi badaniami nad lokomocją silezaura – mówi agencji Newseria Innowacje Rafał Piechowski, doktorant z Zakładu Paleobiologii i Ewolucji Uniwersytetu Warszawskiego.

Każdego miesiąca naukowcy odkrywają coś, co przybliża szczegóły z życia dinozaurów. Niedawno eksperci z University of Missouri opublikowali badania, które udowadniają, że czaszka T. rexa była sztywna, podobnie jak czaszki hien i krokodyli, a nie elastyczna jak węży czy ptaków, jak wcześniej myśleli paleontolodzy. To tłumaczy fakt, że mógł gryźć wystarczająco mocno, aby miażdżyć kości ofiary bez łamania własnych kości czaszki. Z kolei naukowcy z Heritage Collegof Osteopathic Medicine Uniwersytetu Ohio udowadniają, że różne dinozaury rozwiązały na inne sposoby problem z przegrzewaniem organizmu. To tylko przykłady niedawnych odkryć.

Polacy doszli zaś do przełomowego wniosku i udowadniają, na podstawie pradinozaura odkrytego w Krasiejowie pod Opolem Silesaurus opolensis, że dinozaury nie wywodzą się z dwunożnych zwierząt, jak dotychczas sądzono, tylko z czworonożnych.

– Badaliśmy obie kończyny silezaura, które swoją budową przypominają kończyny przednie zauropodów. Opracowaliśmy również kończynę tylną, a zajmowaliśmy się, po pierwsze, analizą przyczepów mięśni w kończynach silezaura, następnie udało się zrobić rekonstrukcję umięśnienia lokomotorycznego obydwu kończyn. Doprowadziło nas to do zakwestionowania dogmatu pochodzenia dinozaurów jako wywodzących się od dwunożnych przodków – tłumaczy Rafał Piechowski.

Polacy twierdzą, że silezaur miał rozbudowane prostowniki i zginacze kolan. Kończyna tylna była przystosowana do pełnienia głównej funkcji napędowej, zaś kończyny przednie stanowiły podporę. To w wyniku ewolucji przednie kończyny zostały zwolnione z funkcji lokomotorycznych i mogły być wykorzystane do innych zadań.

– Nasze odkrycie diametralnie zmienia spojrzenie na wczesne etapy ewolucji dinozaurów. Jako pierwsi opisaliśmy i zrekonstruowaliśmy umięśnienie kończyny przedniej u pradinozaura. Nasz opis umięśnienia kończyny tylnej jest najdokładniejszy na świecie. Do tej pory uważaliśmy, że dinozaury wywodzą się z przodków dwunożnych. Dzięki naszym badaniom dowodzimy, że jest zupełnie inaczej – wskazuje ekspert.

Polacy postulują, by to właśnie silezaur, który żył ok. 230 mln lat temu, był traktowany jako model w badaniach nad dinozaurami. Dotychczas naukowcy badali budowę dinozaurów na podstawie tyranozaura.

– Na pewno będziemy kontynuować badania nad silezaurem, pojawił się taki zamysł, żeby badać różne aspekty jego anatomii i fizjologii. Chcemy, żeby nasz silezaur funkcjonował jako tzw. organizm modelowy, czyli wytrych do badania różnych hipotez, w tym przypadku na temat pochodzenia i ewolucji dinozaurów – zapowiada Rafał Piechowski.

Weterynaria eksperymentuje z komórkami macierzystymi. Nowoczesne leki pomogą psom chorym na zwyrodnienia stawów

Leki biologiczne są szansą dla psów cierpiących na choroby autoimmunologiczne. Stworzony z komórek macierzystych lek zrewolucjonizuje leczenie psów chorych m.in. na zwyrodnienia stawów. Podawany zamiast środków chemicznych może uchronić je przed powikłaniami i skutkami ubocznymi farmakoterapii. Naukowcy badają także możliwość wykorzystania toksyn z wąglika przy leczeniu raka pęcherza moczowego u psów. Potencjalnie mogą być także stosowane u ludzi. Coraz lepsze możliwości diagnostyczne i terapeutyczne pozwolą taniej i skuteczniej leczyć zwierzęta domowe.

– Zajmujemy się rozwojem leków biologicznych dla zwierząt towarzyszących, czyli psów i kotów. Zwierzęta te, podobnie jak ludzie, zmagają się z chorobami cywilizacyjnymi, do których należą głównie choroby o podłożu zapalnym i autoimmunologicznym. Rozwijamy leki biologiczne, wykorzystując jako substancję aktywną komórki macierzyste – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Łukasz Bzdzion, prezes zarządu i główny pomysłodawca start-upu Bioceltix.

Postępy w opracowywaniu metod diagnozowania weterynaryjnego pozwalają lepiej rozpoznawać choroby u zwierząt, również te o podłożu autoimmunologicznym. W drugim kwartale tego roku do sprzedaży trafi test diagnostyczny Antech, umożliwiający badanie przesiewowe krwi w kierunku nieswoistych zapaleń jelit u psów. Tradycyjne metody diagnozowania obejmują, podobnie jak u człowieka, badanie endoskopowe i histopatologiczne pobranych próbek tkanki jelita. Z uwagi na to, że koszty leczenia w przypadku zwierząt pokrywa właściciel, tego typu choroby były u psów i kotów diagnozowane, a co za tym idzie niezwykle rzadko właściwie leczone. Do innych chorób autoimmunologicznych najczęściej występujących u zwierząt można zaliczyć niedokrwistość hemolityczną, małopłytkowość i zapalenie stawów.

– Nasz pierwszy produkt, który rozwijamy, służy leczeniu zmian zwyrodnieniowych stawów u psów. 20 proc. populacji psów cierpi z powodu zmian zwyrodnieniowych stawów, które są główną przyczyną przewlekłego bólu u tych zwierząt. Obecnie złotym standardem leczenia w weterynarii chorób o podłożu zapalnym, jakimi są zmiany zwyrodnieniowe stawów, są klasyczne leki chemiczne, czyli głównie steroidowe i niesteroidowe leki przeciwzapalne, które mają ograniczoną skuteczność i powodują wiele skutków ubocznych – mówi Łukasz Bzdzion.

Leczenie farmakologiczne zwykle sprowadza się do próby wyłączenia działania układu odpornościowego, który atakuje komórki organizmu. Często zdarza się, że autoagresja organizmu ustępuje, ale spada też odporność na infekcje, co prowadzi do chorób towarzyszących. Jako substancję czynną polski start-up wykorzystuje zawiesinę żywych mezenchymalnych komórek zrębu, pochodzących z tkanki tłuszczowej. Zastosowanie leku tworzonego z komórek macierzystych ma wysoką skuteczność i pozwala uniknąć powikłań.

– Z naszym rozwiązaniem chcemy trafić zarówno do lekarzy weterynarii, którzy będą ten lek aplikowali, jak również pośrednio do właścicieli zwierząt, żeby mieli świadomość, że oprócz klasycznych leków chemicznych mają alternatywę w postaci leków biologicznych – mówi prezes start-upu Bioceltix.

Tymczasem leki biologiczne coraz skuteczniej radzą sobie też z nowotworami u zwierząt. Do walki z rakiem pęcherza moczowego u psów została wykorzystana teoretycznie śmiertelnie niebezpieczna laseczka wąglika. Naukowcy z Purdue University oparli się na modyfikacji toksyny wąglika, która została połączona z naturalnie występującym białkiem, zwanym naskórkowym czynnikiem wzrostu (EGF). Białko to występuje w nienaturalnie dużych stężeniach u pacjentów z rakiem pęcherza moczowego. Komórki rakowe pochłaniają toksynę wąglika, co wywołuje ich destrukcję przy jednoczesnym oszczędzeniu zdrowych komórek. Potencjalnie ten schemat leczenia może być zastosowany również u człowieka. Dokonania zarówno amerykańskich, jak i polskich badaczy są jednak w początkowej fazie rozwoju.

– Ścieżka rejestracyjna będzie realizowana w Europejskiej Agencji Leków i obejmie badania kliniczne. Z pierwszym naszym lekiem chcemy wejść na rynek z początkiem 2023 roku – zapowiada Łukasz Bzdzion.

Start-up Bioceltix wygrał konkurs Start-Up Challenge, jest jednym z pięciu finalistów w konkursie Chivas Venture oraz wziął udział w Akademii BioMed PFR.

Według Grand View Research światowy rynek leków weterynaryjnych był w 2018 roku wyceniany na 24,5 mld dol. Do 2026 roku będzie rósł w średniorocznym tempie przekraczającym 6 proc.

Jakie problemy sprawia przekształcenie użytkowania wieczystego gruntów pod domami i blokami?

Przekształcenie użytkowania wieczystego nie przebiega bez pewnych problemów. Wyjaśniamy, jakie utrudnienia są związane z tą operacją.

Przekształcenie użytkowania wieczystego pod domami i blokami to bezprecedensowa operacja, która dość zasadniczo zmienia stosunki własnościowe w wielu miastach. Ogólne szacunki mówią, że to gruntowe uwłaszczenie objęło nawet 2,5 miliona osób. Mowa o Polakach posiadających domy lub lokale wybudowane na gruncie wcześniej należącym do samorządów albo Skarbu Państwa. Tak duża skala operacji przekształceniowej sprzyja powstawaniu różnych problemów. Wbrew pozorom, są one związane nie tylko z tempem wydawania zaświadczeń o przekształceniu współużytkowania wieczystego we współwłasność. Warto wiedzieć, że przekształcenie użytkowania wieczystego jest kłopotliwe między innymi dla niektórych przedsiębiorców.

Wiele zaświadczeń wciąż jeszcze nie jest gotowych

Jeżeli chodzi o przekształcenie użytkowania wieczystego, to oczy dziennikarzy często są skierowane na Warszawę. Wynika to między innymi z bardzo dużej liczby zaświadczeń przekształceniowych, które musieli wydać stołeczni urzędnicy. Chodzi o mniej więcej 450 000 dokumentów. Już od dawna było wiadomo, że tych wszystkich zaświadczeń nie uda się przygotować do końca 2019 roku. Aktualne dane mówią, że w Warszawie zostało już wydanych niemal 90% zaświadczeń. Nie oznacza to jednak, że stołeczni urzędnicy zakończą pracę bardzo szybko. „Na koniec pozostawiono bowiem najbardziej kłopotliwe przypadki przekształcenia” – dodaje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wbrew pozorom, Warszawa nie cechuje się największymi opóźnieniami, jeżeli chodzi o tempo wydawania potrzebnych zaświadczeń. Sytuacja wygląda o wiele gorzej między innymi we Wrocławiu oraz Częstochowie. „Urzędnicy nie bez racji tłumaczą, że dodatkową pracę, którą generuje przekształcenie użytkowania wieczystego muszą wykonać bez realnego wsparcia ze strony administracji centralnej” –  zauważa Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Na całe szczęście, opóźnienia w wydawania zaświadczeń przekształceniowych nie oznaczają poważnych kłopotów dla zdecydowanej większości zainteresowanych osób. Ustawa regulująca przekształcenie użytkowania wieczystego (Ustawa z 20 lipca 2018 r.  – Dz. U. z 2019 r. poz. 916 ze zm.) zapewnia bowiem dwumiesięczny termin na złożenie wniosku o bonifikatę przez te osoby, które otrzymały zaświadczenie po 30 listopada 2019 r. Ewentualne opóźnienie związane z dostarczeniem zaświadczenia może jedynie skutkować koniecznością uregulowania całej opłaty przekształceniowej za 2019 r. i/lub 2020 r. „Te wpłaty zostaną jednak później rozliczone po przyznaniu bonifikaty” – przypomina Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zróżnicowanie bonifikat budzi pewne wątpliwości …

Nie tylko opóźnienia związane z wydawaniem potrzebnych zaświadczeń wzbudzają pewne wątpliwości. Warto również pamiętać o tym, że wysokość samorządowych bonifikat jest zróżnicowana. Wiele gmin w ramach swoich samodzielnych decyzji wprowadziło bonifikaty na standardowym poziomie przewidzianym również dla byłych gruntów Skarbu Państwa (60%). Mieszkańcy takich jednostek samorządu terytorialnego, z zazdrością patrzą między innymi na warszawskie stawki bonifikaty (98% – 99%). Duże zróżnicowanie samorządowych bonifikat powoduje kontrowersje – podobnie jak wcześniejsze wyceny gruntów. „Wspomniane wyceny wpływały na poziom opłat za użytkowanie wieczyste, a teraz stanowią podstawę do określenia wysokości rocznej i jednorazowej opłaty przekształceniowej” –  mówi Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Zaletą aktualnych przepisów na pewno jest to, że zobowiązują one wojewodę do ustalenia na terenie danej gminy stawek bonifikaty dotyczących działek Skarbu Państwa nie niższych od tych, które mają zastosowanie do samorządowych gruntów. Jest to odpowiedź na wcześniejsze wątpliwości odnośnie bardzo różnej wysokości warszawskich bonifikat dla osób uwłaszczonych na samorządowych gruntach (98%/99%) oraz byłych współużytkowników wieczystych działek Skarbu Państwa (60%). „Obecnie taka różnica została już zlikwidowana (nie tylko w Warszawie)” – wyjaśnia Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Przedsiębiorcy muszą uważać na limit „de minimis”

Przekształcenie użytkowania wieczystego na pewno jest dość problematyczne dla tych przedsiębiorców, którzy ze względu na opisywaną operację przekroczą limit dopuszczalnej pomocy publicznej albo już go wykorzystali. „W nawiązaniu do tego tematu, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów opublikował nawet specjalne wyjaśnienia dla firm” – komentuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Wspomniany limit pomocy publicznej (de minimis) wynosi 200 000 euro w ciągu trzech lat podatkowych. Firmy przekraczające limit, będą musiały wnieść dopłatę obliczaną w następujący sposób: poziom dopłaty = wartość rynkowa gruntu – (suma opłat przekształceniowych + wartość dostępnego przed przekształceniem limitu pomocy de minimis). Pomoc publiczna nie zostanie udzielona wtedy, gdy przedsiębiorca wybierze płatność przez:

  • 99 lat (przy stawce dawnej opłaty za użytkowanie wieczyste wynoszącej 1%) lub
  • 50 lat (dawna stawka: 2%) lub
  • 33 lata (dawna stawka: 3%)

Na całe szczęście, osiągniecie wspomnianego limitu de minimis nie grozi tysiącom osób, które posiadają część jednego mieszkania wydzieloną na potrzeby działalności gospodarczej. „Tacy drobni przedsiębiorcy muszą jednak wypełnić dodatkowe oświadczenie, w którym poinformują gminę o sposobie wykorzystania lokalu na potrzeby firmowe” –  podkreśla Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

O pozytywnym rozstrzygnięciu mogą mówić również spółdzielnie mieszkaniowe. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wyjaśnił, że jako pomoc de minimis jest traktowana tylko przekształceniowa korzyść dotycząca lokali spółdzielni wykorzystywanych do działalności gospodarczej. „Inna interpretacja przepisów oznaczałaby spore kłopoty dla rodzimych spółdzielni mieszkaniowych” – podsumowuje Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl.

Źródło: Leszek Markiewicz, ekspert portalu NieruchomosciSzybko.pl

Elektroniczny obieg dokumentów – co warto o nim wiedzieć?

Elektroniczny obieg dokumentów jest nowoczesnym i bardzo praktycznym rozwiązaniem, dzięki któremu firmy mogą skutecznie oszczędzać czas i pieniądze. Wdrożenie systemu do digitalizacji i automatyzacji obiegu zadań i dokumentów pozwala także podnieść wydajność pracowników oraz bezpieczeństwo przechowywanych w firmie danych i informacji. Na czym polega elektroniczny obieg dokumentów i jakie korzyści wiążą się z jego wdrożeniem w firmie?

Rola i rodzaje dokumentacji w firmie – na czym polega elektroniczny obieg dokumentów?

Dokumenty pełnią bardzo istotną rolę w działalności każdej firmy. Pod pojęciem dokumentacji kryją się nie tylko dokumenty w firmie papierowej, ale także e-maile, arkusze kalkulacyjne, dokumenty elektroniczne, skany, pliki graficzne, raporty, notatki odręczne i komputerowe oraz wiele innych danych. Aby dokumenty mogły właściwie spełniać swoją rolę i usprawniać pracę zawodową w firmie, muszą zostać odpowiednio uporządkowane, skatalogowane oraz udostępnione uprawnionym do ich odczytu (edycji) pracownikom. Wiele firm ma jednak trudności z przechowywaniem, udostępnianiem, przetwarzaniem i archiwizowaniem generowanej przez siebie i przychodzącej z zewnątrz dokumentacji. Specjalnie z myślą o nich powstały systemy elektronicznego obiegu dokumentów, które znacząco ułatwiają pracę z dokumentacją w firmie.

Elektroniczny obieg dokumentów polega na umożliwieniu przepływu dokumentów między pracownikami firmy wedle ściśle określonych procedur. Pozwala to na wyeliminowanie wielu zbędnych czynności, które mogą wprowadzać bałagan w firmie, zwiększają ryzyko pomyłek oraz wymagają od pracowników dodatkowego nakładu pracy oraz czasu. Elektroniczny obieg dokumentów pozwala na wyręczenie pracowników w zakresie zarządzania dokumentacją oraz automatyzuje proces jej obiegu. Sprawia ponadto, że praca z dokumentami jest wygodniejsza oraz bezpieczniejsza – wyeliminowane zostaje bowiem ryzyko zgubienia lub zniszczenia dokumentów.

Najważniejsze korzyści z korzystania z elektronicznego obiegu dokumentów

Dobrze wdrożony i wysokiej klasy system workflow sprawia, że po firmie krąży zdecydowanie mniej dokumentów w wersji papierowej. Pracownicy mogą więc skupić swoją uwagę na działaniach wnoszących większą wartość dodaną, a nie rozpraszają ich kolejne dokumenty, które pojawiają się na ich biurku. Wprowadzenie elektronicznego obiegu dokumentów daje także możliwość uzyskania szybkiego dostępu do dokumentów archiwalnych lub starszych zasobów, bez konieczności ich ręcznego wyszukiwania w archiwum firmy lub innym miejscu, w którym są one przechowywane. Wszystkie dokumenty są dostępne z poziomu przeglądarki internetowej (lub w intranecie), co pozwala uzyskać do nich szybki i wygodny dostęp, bez konieczności opuszczania stanowiska pracy.

Elektroniczny obieg dokumentów w firmie pozytywnie wpływa także na bezpieczeństwo pracy z danymi oraz zwiększa poufność i kontrolę nad przekazywanymi między pracownikami (lub poza firmę) informacjami. Dzięki automatyzacji procesu przekazywania dokumentów firma zyskuje pewność, że dokumenty będą trafiały wyłącznie w ręce osób uprawnionych do wglądu w nie, co pozytywnie wpływa na bezpieczeństwo przekazywania i kontrolę nad edytowaniem informacji. Wreszcie, elektroniczny obieg dokumentów usprawnia pracę całej firmy, gdyż ułatwia dotrzymywanie terminów płatności i realizacji zleceń. Daje łatwy, szybki i wygodny dostęp do dokumentacji oraz pozwala na koordynację przepływu korespondencji w całym przedsiębiorstwie.

Firmy motoryzacyjne, elektroniczne, FMCG i logistyczne dostrzegają potencjał autonomicznych robotów mobilnych

Lider na rynku autonomicznych robotów mobilnych (ang. autonomous mobile robots, AMR), Mobile Industrial Robots (MiR), przeprowadził badania wśród amerykańskich firm motoryzacyjnych, elektronicznych, FMCG i logistycznych (3PL), dotyczące ich podejścia do automatyzacji procesów intralogistycznych (logistyki wewnątrz zakładowej). MiR zapytał respondentów między innymi o rzeczywisty okres, w którym roboty AMR mogłyby zostać włączone do wewnętrznej logistyki, o wpływ autonomicznych robotów mobilnych na przemysł oraz najważniejsze bariery w automatyzacji.2020_03_MiR_raport_infografika

„Automatyzacja pozwala stworzyć nowe możliwości bezpieczniejszych i wydajniejszych środowisk pracy. Dzięki niej firmy zachowują globalną konkurencyjność, oszczędzając czas, redukując koszty i skuteczniej reagując na potrzeby klientów. Badanie potwierdza to, co słyszymy od naszych klientów – autonomiczne  roboty mobilne mogą bardzo skutecznie i szybko zautomatyzować transport wewnętrzny” – mówi Jesper Sonne Thimsen, dyrektor sprzedaży w regionie Europy Środkowej i Wschodniej, Mobile Industrial Robots.

Czy nadszedł czas na automatyzację intralogistyki z robotami AMR?

Na integrację AMR z transportem wewnętrznym w najbliższej przyszłości najbardziej optymistycznie spoglądają firmy motoryzacyjne. 88% respondentów z tego segmentu w ciągu kolejnych 2 lat planuje wdrożenie autonomicznych robotów mobilnych. W przypadku przemysłu elektronicznego 25% firm wskazuje okres 1 roku, 35% okres 1-2 lata, a 30% 3-5 lat. W sektorze FMCG odpowiedzi są następujące: 58% w ciągu 2 lat, 21% 3-5 lat, 7% ponad 5 lat, podczas gdy 14% nie bierze pod uwagę AMR. W przypadku firm logistycznych 58% respondentów wskazuje na okres 2 lat, a 42% 3-5 lat.

Wartość biznesowa

Wdrożenie AMR przekłada się na konkretną wartość biznesową. Korzyści obejmują optymalizację kosztów pracy i kosztów operacyjnych, zwiększenie produktywności, dokładności i wydajności. Wśród firm motoryzacyjnych 64% dostrzega potencjał robotów AMR w zakresie obniżenia kosztów, zwiększenia bezpieczeństwa i jakości. 16% twierdzi, że AMR mogą pomóc w uzyskaniu przewagi konkurencyjnej, a ta sama liczba wskazuje, że mogą one wspierać rozwój firmy. W przypadku branży FMCG 79% dostrzega potencjał obniżenia kosztów, zwiększenia bezpieczeństwa i jakości oraz poprawy konkurencyjności. 43% firm z branży elektronicznej postrzega AMR jako sposób na przyszły wzrost przedsiębiorstwa. Odpowiedzi tej udzieliła również 1/4 firm 3PL.

Brak wykwalifikowanego personelu

50% respondentów zarówno z branży motoryzacyjnej, jak i logistycznej twierdzi, że brak wykwalifikowanego personelu jest barierą w dalszych planach związanych z automatyzacją. Ten problem

wskazało także 35% przedstawicieli branży elektronicznej i prawie 30% w przypadku sektora FMCG. Ponad połowa respondentów z każdego segmentu stwierdziła, że zwrot z inwestycji w automatyzację nie jest wystarczająco szybki. Prawie 40% firm z branży FMCG i elektroniki oceniło swoje procesy jako zbyt zmienne lub o zbyt małej skali, by można je było poddać automatyzacji.

„Wdrażanie nowych technologii, takich jak AMR jest często klasyfikowane jako inwestycja w technologię. Należy ją natomiast postrzegać jako narzędzie wspomagające firmę jako całość. Jestem pewien, że doświadczenia naszych klientów, takich jak fabryka Whirlpool w Polsce lub Visteon na Słowacji, mogą pomóc innym firmom dostrzec ogromny potencjał skutecznej automatyzacji intralogistyki” – mówi Jesper Sonne Thimsen.

O raporcie

Ankieta została przeprowadzona pod koniec 2019 r. wśród 117 amerykańskich liderów biznesowych działających w różnych branżach, w tym m.in. w motoryzacji, elektronice, logistyce firm trzecich (3PL) i FMCG. Raport został uzupełniony o 20 wywiadów z przedstawicielami zarządów producentów i dystrybutorów. Dalsze informacje zebrano po przeprowadzeniu badań stacjonarnych i analiz publicznie dostępnych informacji istotnych dla celu badania. Więcej informacji na temat raportu: https://www.mobile-industrial-robots.com/pl/report/

Jak szybko wprowadzić alkohol na rynek?

Wprowadzanie na polski rynek wina, piwa lub innego alkoholu przywiezionego z zagranicy to proces skomplikowany i wymagający spełnienia wielu procedur. Istnieje jednak sposób, aby go uprościć, chociażby przez naklejenie banderol dopiero w Polsce.

Importem wina lub innych alkoholi do Polski może się zajmować wyłącznie zarejestrowana firma, która ma odpowiednie zezwolenia – czy to na hurtowy obrót alkoholem, czy to na jego sprzedaż detaliczną w konkretnych punktach sprzedaży.

Firma, która chce sprowadzać alkohol z zagranicy, musi też uzyskać „zezwolenie na nabywanie wyrobów akcyzowych”. Kolejny krok to złożenie w urzędzie celnym zabezpieczenia oraz założenie ewidencji znaków akcyzy.

Potem przychodzi czas na banderole, jednak zapotrzebowanie na kolejny rok zgłasza się w terminie do 30 października roku bieżącego. W związku z tym do sprzedaży alkoholu należy się przygotować z dużym wyprzedzeniem. A co, gdy wszystkie wstępne procedury zostaną już spełnione?

Import wina z zagranicy

Kluczowe będzie ustalenie, czy towar będzie sprowadzany z innego kraju Unii Europejskiej, czy spoza Unii. W obydwu przypadkach będziemy mieli do czynienia z zupełnie innymi procedurami.

Mogłoby się wydawać, że zakup alkoholu z Włoch czy Francji będzie wymagał mniejszej liczby dokumentów i procedur niż  np. import wina z Argentyny czy Chile. W praktyce, aby prowadzić obrót towarami akcyzowymi w ramach Unii w sposób możliwie łatwy, alkohol możemy sprowadzać w systemie zapłaconej akcyzy – wówczas wystarczy faktura lub dokument UDT (uproszczony dokument towarzyszący). Jest to jednak rozwiązanie, które można polecić głównie najmniejszym importerom.

Znacznie bardziej opłaca się jednak skorzystanie z procedury zawieszonej akcyzy. Dzięki niej podatek można zapłacić dopiero po tym, gdy alkohol opuści skład podatkowy i trafi do hurtowni lub na sklepowe półki. Aby jednak mieć taką możliwość, najpierw należy uzyskać status zarejestrowanego odbiorcy. Potem jeszcze należy zarejestrować się do bazy SEED, a następnie wszystkie czynności związane z importem rejestrować w systemie EMCS, czyli w Systemie Przemieszczania i Nadzoru Wyrobów Akcyzowych (Excise Movement and Control System).

Z kolei towary importowane spoza Unii, muszą przejść procedurę celną. W tym przypadku także można odroczyć zapłatę podatku, ale warunkiem jest sprowadzenie towaru do składu celnego.

Banderole dopiero w Polsce

Choć procedura wprowadzenia towaru do składu celnego jest czym innym niż wprowadzenie towaru do składu podatkowego, to jednak skutki dla importera będą podobne. Podstawową korzyścią będzie możliwość odroczenia zapłaty podatków (w przypadku importu spoza Unii – akcyzy, VAT, cła) aż do chwili wprowadzenia alkoholu do obrotu handlowego. Czas ten można wykorzystać np. na wypełnienie procedur niezbędnych do dopuszczenia towaru do obrotu na obszarze UE. Ale nie tylko!

– Szczególnie wiele korzyści daje współpraca z podmiotem prowadzącym usługowy skład podatkowy oraz skład celny. Dzięki nim można już w Polsce zlecić komplet usług dodatkowych. Jedną z zalet współpracy z taką firmą jest chociażby możliwość nałożenia dopiero na miejscu polskich znaków akcyzy (lub znaków akcyzy innego kraju przeznaczenia) – mówi Remigiusz Zdrojkowski z firmy PRO-LOG, świadczącej usługi tego typu.

Również w składzie celnym i podatkowym mogą zostać wydrukowane oraz naklejone na butelki nowe etykiety. Importerzy często decydują się na zastąpienie niezbyt ciekawych etykiet z kraju pochodzenia, polskimi – przetłumaczonymi i bardziej przykuwającymi uwagę na sklepowych półkach.  Etykietowanie odbywa się przy użyciu specjalistycznego sprzętu, dzięki czemu można okleić więcej butelek w krótszym czasie, w porównaniu z etykietowaniem ręcznym. To z kolei wpływa na obniżenie kosztów.

Firma zewnętrzna może również od razu w składzie celnym bądź podatkowym przygotować zestawy promocyjne produktów, a dodatkowo składować towar z opcją śledzenia poszczególnych partii produkcyjnych. Co istotne, spełniamy w ten sposób obowiązek wynikający z ustawy o bezpieczeństwie żywności. W wysokiej klasy magazynie wszystkie zadania objęte są odpowiednim systemem informatycznym, co przekłada się na sprawną realizację usług oraz porządek w dokumentacji.

Wino na półkę – akcyza do zapłaty

Zauważmy, że wszystkie wymienione wyżej usługi realizowane są już w Polsce, ale jeszcze przed odprawą celną. Można powiedzieć, że zarówno skład celny jak i podatkowy może stanowić rodzaj przechowalni oraz „przygotowalni” alkoholu do dalszego obrotu. Dopóki jednak towar znajduje się w składzie, nie występuje obowiązek zapłaty akcyzy za sprowadzony towar.

Odprawa celna czy też wyprowadzenie towaru ze składu podatkowego następuje dopiero wtedy, gdy alkohol ma wyjechać na sklepowe półki. Szczególną sytuacją jest procedura tranzytu, stosowana w sytuacji, gdy Polska jest tylko przystankiem dla towaru, który został przywieziony spoza Unii (do składu celnego) i ma trafić poza Unię. Wówczas nie występuje obowiązek zapłaty cła i akcyzy w naszym kraju. Jeśli natomiast alkohol pochodzi z Europy i ma zostać przemieszczony do kraju spoza Unii, wówczas obowiązuje klasyczna odprawa celna.

W każdym przypadku, korzystanie z usługowych składów celnych i podatkowych pozwala importerom zarówno odroczyć koszty podatkowe, jak również usprawnić cały proces przyjęcia alkoholu, jego przygotowania oraz wprowadzenia do obrotu.

Alternatywą może być posiadanie własnego składu celnego i podatkowego, jednak takie rozwiązanie jest na tyle kosztowne, że opłaca się jedynie dużym firmom. Mniejsi gracze na rynku alkoholi mają do wyboru albo płacenie akcyzy wcześniej i realizowanie usług dodatkowych na własną rękę (często w kraju pochodzenia alkoholu) lub współpracę z wyspecjalizowanymi podmiotami w Polsce.

Lek nie na całe zło

Kolejne banki centralne poszły śladem Fed i zapowiedziały gotowość do podjęcia działań łagodzących ekonomiczne skutki koronawirusa, a Bank Rezerwy Australii poszedł dalej i dziś rano ściął stopę procentową o 25 pb. Ministrowie finansów G7 będą dziś rozmawiać o skoordynowanych działaniach, choć doniesienia, że żadna decyzja na polu wydatków rządowych nie zostanie podjęta, przygasiły wstępny optymizm. Posunięcia banków centralnych oraz oczekiwania co do ich przyszłych działań pozwoliły opanować rynkową panikę, ale raczej nie doprowadzą do znaczącego odbicia. Strachu przed zakażeniem nie rozwiąże się wpuszczeniem na rynki dodatkowych pieniędzy.

Banki centralne mają teraz jedno zadanie – powstrzymać spiralę paniki na rynkach finansowych. Oceniając wyniki poniedziałkowych notowań można stwierdzić, że w pewnym stopniu plan się powiódł. Wall Street przeszło do kupowania przecenionych akcji, choć we wcześniejszych godzinach inwestorzy w Europie nie byli do końca przekonani. Udało się opanować jeden element strachu – pęd ku sprzedaży akcji w obawie, że zostanie się w tyle, kiedy inni będą porzucać papiery. Mimo to wciąż pozostaje aspekt ekonomiczny wycen – jak globalna gospodarka odczuje przerwy w dostawach towarów, wstrzymanie prac zakładów produkcyjnych i ograniczenie rekreacji i turystyki. Na tym froncie deklaracje uwolnienia kapitału poprzez obniżki stóp procentowych i inne narzędzia stymulujące nie ochroni ludzi przed zakażeniem się wirusem i nie zachęci ludzi do wychodzenia z domów. Tutaj potrzeba dowodów, że wirus został opanowany wszędzie tam, gdzie właśnie się rozprzestrzenia.

Dodatkowym zastrzykiem optymizmu byłyby decyzje o skoordynowanych działaniach na polu fiskalnym. Innymi słowy, jakiekolwiek szkody gospodarcze zostaną wyrządzone przez epidemię teraz, w kolejnych kwartałach zostaną naprawione z pomocą wydatków rządowych. Jeśli inwestorzy zyskaliby przekonanie, że gospodarka globalna dostanie pomoc, by szybciej stanąć na nogi, byłoby łatwiej już teraz dyskontować lepszą przyszłość. Nadzieje na taki scenariusz narosły w poniedziałek po zakomunikowaniu telekonferencji ministrów finansów G7, która odbędzie się dziś o 13:00. Niestety późniejsze doniesienia zasugerowały, że żadna decyzja na polu skoordynowanych wydatków rządowych nie zostanie podjęta. Ogólnikowe przyrzeczenia, że zostaną użyte odpowiednie środki do walki z wirusem to za mało, by przynieść wyraźną poprawę nastrojów na rynkach. Obawiam się, że jakkolwiek sesje giełdowe z przeceną w skali 4-5 proc. są teraz mniej prawdopodobne, indeksy nie odskoczą za bardzo z obecnych poziomów. Kotwicą pozostanie niepewność, w jakim tempie wirus będzie się dalej rozprzestrzeniać, podczas gdy dane makro dopiero zaczną pokazywać słabe wyniki.

Władze fiskalne muszą wziąć na siebie ciężar finansowego kontrataku i nawet zadeklarować więcej niż potrzeba, w przeciwnym wypadku strach przed recesją stanie się samospełniającą się prognozą. Spotkanie ministrów G7 może dziś rozczarować, jednak w tym gronie jest jeden członek, który lubi grać według własnych zasad. Prezydent USA Donald Trump może być najmniej ociągający się z wydawaniem środków rządowych, szczególnie mając na uwadze wybory prezydenckie w tym roku. Jeśli USA przygotują sobie tarczę ochronną na skutki ekonomiczne wirusa i Wall Street w to uwierzy, może to być wystarczający czynnik, by przynieść odbicie rynków. Mam nadzieję jednak, że liderzy innych państw tak nie myślą i nie chcą pasożytować na hojności Kongresu USA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

W Belgii niedługo zaczną obowiązywać nowe przepisy zabraniające umieszczania etykiet samoprzylepnych na owocach.

Stosowanie etykiet samoprzylepnych umieszczanych bezpośrednio na warzywach i owocach ma być zabronione na terenie Flandrii (Belgia) już od stycznia 2021 roku. To ważna informacja dla polskich sadowników i rolników. Eksperci ze Stowarzyszenia Unia Owocowa przewidują, że przepisy na wzór flamandzki może wkrótce wprowadzić więcej krajów UE.

Regulacje uchwalone w Belgii, w ramach flamandzkiego rozporządzenia w sprawie zrównoważonego zarządzania cyklami materiałowymi i odpadami (Flemish Regulation on the sustainable management of material cycles and waste, VLAREMA), mają zacząć obowiązywać od 1 stycznia 2021 roku. Przewidują one, że stosowanie etykiet samoprzylepnych umieszczanych bezpośrednio na warzywach i owocach jest zabronione, chyba że informacje na etykiecie są funkcjonalne lub wymagane przez prawo. Jest to sygnał, że pierwsze kraje Europy, zaczynają samodzielnie i z wyprzedzeniem przepisów unijnych wprowadzać ograniczenia w znakowaniu owoców i warzyw.

Powodem deklarowanym jako przyczyna wprowadzenia powyższego zakazu jest negatywny wpływ naklejek na procesy kompostowania. Belgia ze względu na wysoki odsetek bioodpadów odbieranych przez służby komunalne, jak również kraj o istotnym udziale domowego kompostowania, może stać się jednym z liderów wyznaczających trendy dla legislacji w Unii Europejskiej. Według ekspertów z Unii Owocowej, belgijskie rozwiązania mogą stać się wzorcem do uchwalenia kolejnych podobnych legislacji w krajach starej Unii Europejskiej.

W uzasadnieniu do przepisów zamieszczonych w raporcie wyjaśniającym dla rządu flamandzkiego do VLAREMA 7 można przeczytać: „Czasami naklejki są umieszczane bezpośrednio na owocach i warzywach, by oznaczyć markę lub pochodzenie. Bardzo często naklejki te trafiają do kosza wraz z odpadami owocowymi i warzywnymi i w kolejnym kroku zakłócają proces kompostowania. Same naklejki zwykle nie ulegają rozkładowi lub ulegają degradacji bardzo powoli. Dodatkowym problemem jest klej z naklejek, który zanieczyszcza końcowy kompost. Ten przepis zabrania używania naklejek, chyba że informacje na naklejce są funkcjonalne lub obowiązkowe, lub że naklejki są certyfikowane jako kompostowalne. Wejście w życie przepisów przewidziane jest na 1 stycznia 2021 roku, aby dać sektorowi wystarczająco dużo czasu na dostosowanie”.

Przepisy wprowadzone w Belgii pokazują kierunek przyszłych zmian. W ciągu najbliższych trzech lat będą one błyskawicznie następowały w kolejnych krajach Unii Europejskiej. Wynikać to będzie z konieczności transpozycji kolejnych Dyrektyw UE do krajowych porządków prawnych – podkreśla Paulina Kopeć Sekretarz Generalny Stowarzyszenia Unia Owocowa.

Według Dyrektywy UE 851/2018 w sprawie odpadów, która ma zostać przez państwa członkowskie transponowana do narodowych porządków prawnych, najpóźniej do 5 lipca 2020 roku zostanie wprowadzony wymóg Unii Europejskiej dotyczący organizowania do 2023 r. przez państwa członkowskie selektywnej zbiórki bioodpadów. Planowane są również bardziej rygorystyczne przepisy w kwestii kryteriów jakościowych kompostu. Podobnie większe restrykcje zapowiada powszechne wdrożenie Dyrektywy w sprawie tworzyw sztucznych do jednorazowego użytku 2019/904.

– Obecnie flandryjski przepis powinniśmy traktować jako zapowiedź przeszkody handlu z Belgią (Flandria, Bruksela, Walonia) i możliwe pierwsze problemy w negocjacjach z sieciami handlowymi dotyczące zamówień na 2021 rok z ich sieci handlowych. Warto jednak cały czas monitorować rozwój sytuacji pod kątem podobnych zmian w innych krajach Europy. Powielanie wzorców belgijskich byłoby bowiem bardzo szkodliwe dla polskiego rynku sadowniczego. Z punktu widzenia producentów, znakowanie naklejkami na owocach uważamy za bardzo ważne. Naszym zdaniem przyczynia się ono do ograniczenia użycia plastiku i jest bardzo ważnym nośnikiem dla ważnych informacji funkcjonalnych takich jak: „gotowe do spożycia”, PLU, pochodzenie, kolor i śledzenie pochodzenia produktów. Zmiana sposobu znakowania żywności z zakazem używania naklejek niesie natomiast za sobą ogromne koszty dla producentów dodaje Paulina Kopeć.

– Doniesienia z Belgii są bardzo niepokojące. W przypadku, gdy większość krajów chciałaby wprowadzić podobne uregulowania to konieczne będą inwestycje w nowe maszyny i sposoby znakowania np. znakowanie laserowe znakowanie lub kompostowalne naklejki, oferowane dziś jedynie przez garstkę dostawców. Niestety unijne Stowarzyszenie Bioplastiku zapowiada, że naklejki na owoce staną się przedmiotem większej debaty w UE w 2020 roku. Mają zostać też opublikowane wyniki badań nt. unikania zanieczyszczenia bioodpadów i zastosowania kompostowalnych alternatyw do: herbacianych torebek, wkładek do ekspresów do kawy, torebek plastikowych i naklejek na owoce, wykonane na zlecenie UE. Potrzebne są działania uświadamiające skalę kosztów i inwestycji dla eksporterów, za nim kolejne rządy zdecydują się na tak restrykcyjne rozwiązania. Zdaniem unijnych ekspertów krótki żywot będą miały również naklejki o charakterze funkcjonalnym, gdyż przepisy te mają obowiązywać z dużymi obostrzeniami przekonuje Arkadiusz Gaik ze Stowarzyszenia Unia Owocowa.

G Suite vs darmowy Gmail – jakie są różnice, co warto wiedzieć?

Wśród użytkowników panuje przekonanie, że darmowa poczta Gmail jest wystarczająca do prowadzenia działalności. Nadal wiele firm nie zdaje sobie sprawy z rażących różnic jakie są pomiędzy bezpłatnym, a płatnym kontem Gmail. Na które z nich powinniśmy zwrócić szczególną uwagę?

Wersja darmowa – Gmail 

Wielu z nas spotkało się już z darmową wersją programu pocztowego Gmail, do którego otrzymujemy dostęp po założeniu darmowego konta w Google. Jest to rozwiązanie dla osób fizycznych, nieprowadzących działalności. Co więcej, adres mailowy zawiera @gmail.com, co sugeruje odbiorcy, gdzie posiadamy naszą skrzynkę email. 

Jeśli chcielibyśmy pracować i używać tego rodzaju adresu, prawdopodobnie zostalibyśmy odebrani jako osoby nieprofesjonalne. Brakuje nam wielu funkcjonalności, które możemy wykorzystać dzięki płatnej wersji G Suite. Mamy również inny sposób zabezpieczeń, który w przypadku osób fizycznych jest zadowalający, ale już dla firmy może być niewystarczający.

G Suite – Profesjonalny Gmail dla firm

Wiele możliwości skrzynki pocztowej G Suite wykracza poza podstawowy rodzaj poczty email. Podstawową różnicą jest możliwość utworzenia konta mailowego, który jest we własnej domenie. Po pierwsze, zwiększa to nasz profesjonalizm, po drugie, pozwala na pracę w prostym interfejsie, który dużej liczbie użytkowników jest znany. Co więcej, w G Suite można stosować filtry antyspamowe, przez co skrzynka firmowa nie będzie zaśmiecona wiadomościami wysyłanymi przez boty czy w tematach nie związanych z działalnością przedsiębiorstwa. 

Dodatkowo, w G Suite zwiększono ilość miejsca na Dysku Google, przez co można w poczcie gromadzić dużo więcej wiadomości oraz załączników czy innych plików. Większy limit zyskała również aplikacja Hangouts dzięki której możemy przeprowadzać wideorozmowy z nawet 250 osobami jednocześnie, udostępniając przy tym ekran jak również pisząc na czacie podczas rozmowy.

Wysoki poziom bezpieczeństwa z G Suite

Kolejną zaletą płatnej wersji Gmaila jest zaostrzenie bezpieczeństwa dostępu do danych czy też ochrony konta. Dzięki temu możemy spać spokojnie, nie martwiąc się, że do naszych skrzynek czy plików na Dysku dostęp będzie miał ktoś bez uprawnień, nawet jeśli wszystkie te dane są w chmurze. Dostęp do poczty na urządzeniach mobilnych jest zapewniony, a dodatkowo użytkownik może nimi administrować, mając całkowitą kontrolę. W razie kradzieży lub podejrzanej próby logowania do urządzenia, administrator otrzyma stosowną informację, by podjąć kolejne kroki, które mają uchronić przed utratą danych.

W przypadku problemów przy instalacji, łączenia maila z własną domeną, czy występującymi problemami, użytkownicy G Suite mają bezpośredni dostęp do wsparcia technicznego, które błyskawicznie stara się rozwiązać problem.  

Czy warto zapłacić za pakiet G Suite?

Patrząc na wszystkie zalety, które oferuje G Suite ze swoimi aplikacjami, można powiedzieć, że płatna wersja programu jest warta swojej ceny. To nie tylko zwykła  poczta e-mail. Poza możliwością odbierania i wysyłania wiadomości, pozwala na używanie aplikacji przyspieszających działania. Niektórzy będą korzystać z Hangouts, by na czatach móc korespondować z innymi. Kolejni połączą mail z kalendarzem, żeby móc umawiać spotkania i być na bieżąco z wszystkimi wydarzeniami w firmie. 

Patrząc na temat od strony finansowej, miesięczny koszt dostępu do maila nie jest wysoki, porównując go z wszystkimi możliwościami, jakie mamy korzystając z płatnej wersji G Suite. Zależnie od stopnia zaawansowania narzędzia, które potrzebujemy, możemy korzystać z różnych opcji G Suite.  Najtańsza wersja pakietu kosztuje mniej więcej tyle ile średnia kawa w jednej z popularnych kawiarni. 5,2 euro, bo tyle musimy zapłacić za pakiet Basic w porównaniu do ilości aplikacji biurowych oznacza niewielki koszt. Oczywiście cenę możemy obniżyć stosując specjalny kod promocyjny na G Suite, który obniży naszą cenę aż o 10%.

Banki muszą się zmienić, aby przeżyć

Sektor finansowy ma coraz większe problemy z oferowaniem atrakcyjnych produktów swoim klientom. Z jednej strony coraz niższe stopy procentowe powodują, że oszczędzanie w bankach przestaje mieć sens. Z drugiej, niskie tempo wzrostu gospodarczego większości państw rozwiniętych zwiększa ryzyko kredytowe. Coraz więcej firm funkcjonuje na rynku tylko dzięki bardzo taniemu finansowaniu. Każda podwyżka stóp procentowych może pociągnąć za sobą falę bankructw, która bezpośrednio przełoży się na sytuację banków.

Słabość sektora bankowego jest szczególnie dobrze widoczna na zyskownym rynku drobnych pożyczek konsumenckich. Tradycyjne instytucje bankowe, mimo ogromnej przewagi kapitałowej, nie są w stanie konkurować z dynamicznymi i elastycznymi firmami pożyczkowymi. Podobnie jest w przypadku rynków walutowych. Banki, mające ogromną wiedzę, dostęp do taniego kapitału i rynku międzybankowego ani przez moment nie były w stanie stawić czoła kantorom wymiany walut czy brokerom rynku forex.

Problemy te są widoczne również na giełdach. Polski indeks WIG-banki w ciągu ostatnich pięciu lat spadł z 7610 do 6895 punktów, czyli o ponad 9%. Dużo gorzej bywa za granicą. Na przykład niemiecki DAX-banks przez 5 lat zanurkował ze 197 do 85 punktów. Inwestorzy stracili ponad 56%. Niewykluczone więc, że już niedługo cały sektor bankowy będzie musiał szukać nowych pomysłów na swoje funkcjonowanie.

I nawet wiadomo, jakie to będą pomysły. Branża będzie musiała zwiększyć przychody i ograniczyć koszty. Przeniesienie bankowości do internetu jest krokiem w dobrą stronę, ale wyniki finansowe sektora pokazują, że niewystarczającym. Dzięki niemu banki zlikwidowały najmniej płatne miejsca pracy – kasjerów czy doradców kredytowych. Kolejny krok powinien polegać na automatyzacji kluczowych procesów.

Być może branża bankowa weźmie przykład ze swoich konkurentów, z którymi przegrała walkę o rynek drobnych pożyczek konsumenckich. Na przykład polska spółka Provema powierza podejmowanie decyzji kredytowych algorytmom opartym na sztucznej inteligencji. Zdaniem Grzegorza Mizery, wiceprezesa zarządu, takie rozwiązanie nie tylko obniża koszty funkcjonowania firmy, ale także jest znacznie skuteczniejsze od tradycyjnych metod oceny wniosków kredytowych. Oprogramowanie samodzielnie osiąga założone cele i uczy się na własnych błędach. Potrafi rozpoznać oszusta po ruchach kursora myszki na ekranie w czasie składania wniosku kredytowego. Dzięki temu ilość niespłacanych pożyczek spada z miesiąca na miesiąc, a w tej branży to kluczowy czynnik sukcesu.

Jak łatwo się domyślić, w przeciwieństwie do bankowych gigantów spółka bardzo dynamicznie się rozwija. Efekty przynosi strategia polegająca na koncentracji na wysoko zyskownym segmencie rynku i rozsądne podejście do zarządzania kosztami operacyjnymi. Problemu dla spółki nie stanowi też coś, czego do tej pory nie umiał naprawdę dobrze zrobić żaden polski bank – ekspansja międzynarodowa. We wrześniu 2019 roku firma wystartowała w Hiszpanii, wkrótce rusza oddział na Litwie, w dalszej perspektywie w Bułgarii i w Chorwacji.

Koronawirus uderza w światowe rynki. Na rynek walutowy powraca zmienność

Miniony tydzień przyniósł wyraźny wzrost wahań na rynkach finansowych. Inwestorzy nie spuszczają z oczu informacji o koronawirusie.

Wyprzedaż, którą w ostatnich dniach obserwowaliśmy na globalnych rynkach akcji, jest największym tego typu tygodniowym załamaniem od czasu kryzysu finansowego z 2008 roku. Za spadkami cen akcji stał niepokój inwestorów związany z ekspansją koronawirusa oraz niepewność, w jaki sposób środki wprowadzone w celu walki z epidemią wpłyną na kondycję gospodarki światowej.

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average (luty ‘20)

Indeksy S&P 500 i Dow Jones Industrial Average
Źródło: Refinitiv Data: 02/03/20

Rosnącą awersję do ryzyka na rynku walutowym najsilniej odczuły kraje rynków wschodzących, których waluty doświadczyły gwałtownej wyprzedaży w stosunku do większości walut G10. Niemniej warto też zwrócić uwagę na ciekawy przypadek juana chińskiego, który w ostatnich dniach doświadczył umocnienia w parze z dolarem amerykańskim. Inwestorzy zdają się wierzyć, że władze Chin zdołały opanować epidemię. Z kolei aprecjacja euro w relacji do głównych walut w ostatnim tygodniu zdaje się potwierdzać naszą hipotezę, że niedawna słabość tej waluty wynikała z wykorzystania jej w realizacji strategii „carry trade”. Obecnie, w obliczu wzrostu awersji do ryzyka, inwestorzy zdają się w pośpiechu zamykać tego typu pozycje.

 

W tym tygodniu na rynek walutowy wpływać będą trzy czynniki. Po pierwsze, znaczenie będą miały codzienne doniesienia o dalszej ekspansji koronawirusa oraz informacje o postępie w ograniczaniu tempa jego transmisji. Po drugie, istotne będą publikacje wskaźników aktywności ekonomicznej, które pozwolą na określenie wpływu epidemii na sytuację gospodarczą na świecie. Opublikowane w weekend oficjalne indeksy aktywności biznesowej PMI dla Chin okazały się słabe, wskazując na najszybsze tempo kurczenia się aktywności przedsiębiorstw w Chinach w historii tego badania. Po trzecie, istotnym czynnikiem będą komunikaty ze strony banków centralnych. Decydenci powinni określić, jakiego stopnia wsparcia można oczekiwać w związku z nadzwyczajną sytuacją związaną z wirusem. W międzyczasie należy spodziewać się podwyższonej zmienności na rynkach finansowych.

Indeksy PMI dla przemysłu Chin (2017 – 2020)

Indeksy PMI dla przemysłu Chin
Źródło: Refinitiv Datastream Data: 02/03/20

PLN

Polski złoty był jedną z walut rynków wschodzących wyprzedawanych w kontekście obaw związanych z koronawirusem. W relacji do euro waluta znalazła się na najniższym poziomie od października. Opublikowane w zeszłym tygodniu informacje o wzroście PKB Polski w IV kwartale 2019 roku były istotne, jednak nie miały wyraźnego wpływu na zachowanie polskiego złotego. Wzrost okazał się nieco wyższy niż szacowano wstępnie, jednak w kontekście jego struktury martwić może słabość konsumpcji.

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na środową decyzję RPP. W związku z wysoką inflacją, ale też zagrożeniami z zewnątrz, trudno spodziewać się zmiany stóp procentowych w najbliższym czasie. Inwestorzy powinni jednak zwrócić uwagę na retorykę RPP w kontekście koronawirusa.

GBP

W zeszłym tygodniu funt brytyjski otrzymał ciosy z dwóch stron. Szterling mierzył się nie tylko z ogólną ucieczką od ryzyka w związku z obawami przed pandemią, ale też ostrą retoryką rządu Borisa Johnsona, który deklaruje gotowość do odstąpienia od negocjacji handlowych z Unią Europejską bez osiągnięcia porozumienia.

W tym tygodniu dodatkowym źródłem zmienności dla funta będzie publikacja projektu budżetu dla Wielkiej Brytanii. Zmiana reguł na umożliwiające rozluźnienie polityki fiskalnej jest prawdopodobna, zwłaszcza uwzględniając obecną sytuację. Nie bylibyśmy zaskoczeni, gdyby w tym kontekście doszło do odbicia kursu funta w tym tygodniu.

EUR

Aprecjacja euro w ubiegłym tygodniu była całkiem imponująca: wspólna europejska waluta umocniła się w stosunku do niemal każdej głównej waluty – jedynym wyjątkiem był jen japoński. Owo umocnienie waluty wspiera nasz pogląd, zgodnie z którym jej spadek w lutym był związany w większości z kwestiami technicznymi, a szczególnie wykorzystaniem euro jako waluty finansującej w tzw. transakcjach „carry trade”, a nie pogorszeniem fundamentów gospodarczych krajów wspólnego bloku. Pozycje te w obliczu paniki są zamykane, co wspiera euro. Tego typu sytuacja w najbliższym czasie raczej nie ulegnie zmianie, w związku z czym euro w tym tygodniu powinno zachowywać się podobnie jak waluty safe haven.

Kluczowym wydarzeniem dla euro w tym miesiącu będzie spotkanie Europejskiego Banku Centralnego zaplanowane na 12 marca. Inwestorzy będą obserwować komunikację EBC w odpowiedzi na epidemię koronawirusa.

USD

Głównie drugorzędne odczyty ekonomiczne z USA, opublikowane w zeszłym tygodniu, w większości okazały się dobre, jednak w dużym stopniu zostały one zignorowane przez rynki. Kontrakty fed funds futures wyceniają obecnie niemal cztery obniżki stóp FOMC o 25 pb. w odpowiedzi na sytuację związaną z koronawirusem. Rynki oczekują również, że do pierwszych cięć powinno dojść podczas najbliższych dwóch spotkań Rezerwy Federalnej. Będziemy uważnie obserwować najbliższe komunikaty ze strony Fedu, które mogłyby potwierdzić lub zmienić te oczekiwania.

W kalendarzu ekonomicznym dla tego tygodnia znajdują się publikacje danych ISM o aktywności biznesowej w przemyśle (w poniedziałek) i usług (w środę). Pozwolą one wstępnie ocenić, jaki był dotychczasowy wpływ koronawirusa na łańcuchy dostaw. Na piątek zaplanowana jest również publikacja raportu z amerykańskiego rynku pracy w lutym. Najpewniej nie odegra on tak istotnej roli, jak zazwyczaj ze względu na to, że niemal na pewno nie pokaże wpływu koronawirusa na amerykańską gospodarkę.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Grzegorz Chłopek odchodzi z zarządu Nationale-Nederlanden PTE

Grzegorz Chłopek z dniem 28 lutego br. złożył rezygnację ze stanowiska prezesa zarządu Nationale-Nederlanden Powszechne Towarzystwo Emerytalne S.A. Swoje obowiązki będzie pełnił do dnia 31 marca 2020 roku.

– W imieniu swoim oraz całego zespołu chciałbym podziękować Grzegorzowi za czas i energię, jaką poświęcił na rozwój Nationale-Nederlanden PTE. Nie mam wątpliwości, że jego wiedza i doświadczenie miały ogromny wpływ na działalność naszej firmy i przyczyniły się do tego, że Towarzystwo jest jednym z liderów rynku produktów emerytalnych w Polsce. Życzę Grzegorzowi dalszych sukcesów i powodzenia w dalszym rozwoju kariery – mówi Paweł Kacprzyk, prezes zarządu Nationale-Nederlanden.

Grzegorz Chłopek swoje obowiązki w roli prezesa zarządu będzie pełnił do dnia 31 marca 2020.

Grzegorz Chłopek to doświadczony menadżer. Stanowisko CEO Nationale-Nederlanden PTE objął w 2012 roku. Z Nationale-Nederlanden związany był od 1998 r., gdzie przeszedł ścieżkę kariery od starszego specjalisty ds. inwestycji, przez wicedyrektora i dyrektora departamentu inwestycyjnego, by w lutym 2004 dołączyć do zarządu firmy. Zdecydowanie przyczynił się do wzrostu i osiągnięcia przez Nationale-Nederlanden OFE pozycji lidera wśród funduszy emerytalnych w Polsce, pod względem liczby klientów, wysokości zarządzanych aktywów, a także stopy zwrotu, jak również rozwoju dobrowolnych funduszy emerytalnych.

Powszechna elektromobilność w Polsce dopiero po 2040 roku?

Zespół foresightu Polskiego Instytutu Ekonomicznego zainicjował i zrealizował badanie, dotyczące przyszłości naszego kraju. Grupę ekspertów, w której reprezentowane były nauka, biznes, organizacje pozarządowe i media, spytano o opinię na temat najważniejszych zagadnień z zakresu rozwoju naszej gospodarki. Wśród nich znalazło się pytanie o rozwój elektromobilności – czyli o upowszechnianie w Polsce samochodów o napędzie alternatywnym. W badaniu eksperci mieli odnieść się do wskazanej tezy, która twierdziła, że w 2035 roku pojazdy elektromobilne będą w Polsce powszechnie stosowane. Grupa ekspercka dosyć jednogłośnie opowiedziała się za tym, że rozwój elektromobilności będzie miał duże znaczenie dla naszego kraju. Zdania były podzielone, jeżeli chodzi o rozwój gospodarczy. Eksperci wątpią także, by ta zmiana zaszła w Polsce szybko.

– Połowa ekspertów wskazuje, że dopiero rok 2035 może być momentem, w którym nastąpi przełom w elektromobilności. Aż 75% ekspertów przewiduje jednak, że pojazdy o napędzie alternatywnym będą faktycznie upowszechnione dopiero w 2040 roku – powiedziała serwisowi eNewsroom Katarzyna Dębkowska, kierowniczka zespołu foresightu gospodarczego w Polskim Instytucie Ekonomicznym. – Eksperci sceptycznie odnieśli się także do wpływu upowszechnienia elektromobilności na rozwój gospodarczy Polski. Tylko 34% z nich uważa, że upowszechnianie pojazdów o napędzie alternatywnym ma istotne znaczenie dla rozwoju naszego kraju, natomiast 14% badanych wskazało przeciwnie. Uważają, że produkcja pojazdów elektrycznych nie jest i nigdy nie będzie domeną naszej gospodarki – w związku z tym nie przełoży się na rozwój społeczno-gospodarczy. Większość badanych zgadza się jednak, że jest to bardzo istotne z punktu widzenia ochrony środowiska i klimatu. Podkreślają również, że podstawowym czynnikiem warunkującym rozwój elektromobilności będą nakłady państwa. Jednak rozmowa o rozwoju napędów alternatywnych w Polsce wciąż jest prowadzona czysto teoretycznie. Eksperci sceptycznie odnoszą się do czasu upowszechniania pojazdów elektrycznych w naszym kraju. Nie liczą na to, że ta idea się szybko zrealizuje – analizuje Dębkowska.

Wall Street liczy na pomoc Rezerwy Federalnej. Akcje drożeją

Pierwszy tydzień marca przynosi próbę uspokojenia rynku i inwestorów po korekcie, która pojawiła się pod koniec lutego. Już w piątek wieczorem pojawiła się optymistyczna wypowiedź przewodniczącego amerykańskiej Rezerwy Federalnej, w której Jerome Powell zaznaczył, że bank centralny Stanów Zjednoczonych jest gotowy do działania, jeśli będzie taka potrzeba. W handlu po sesji kontrakty na indeksy wskazywały na silne odreagowanie.

Dziś, po weekendowej publikacji rozczarowujących danych z Chin, kontrakty terminowe charakteryzowały się bardzo dużą zmiennością i to jeszcze nim wystartował rynek kasowy. Futures na przemian znajdowały się na zielonym i czerwonym terytorium. W weekend pojawiły się również uspokajające wypowiedzi płynące z administracji Trumpa. Wyżsi urzędnicy administracji prezydenta starali się zmniejszyć obawy związane z globalną recesją, mówiąc, że społeczeństwo USA zareagowało zbyt przesadnie. Stąd też, dla uspokojenia i obywateli i rynków, mówi się o możliwej obniżce podatków w USA oraz o cięciu stóp procentowych przez Fed 18 marca aż o 50 punktów bazowych. Taki właśnie ruch wyceniają kontrakty terminowe na stopę funduszy federalnych. Jeśli tak by się stało, to przedział dla stopy Fed znalazłby się na najniższym poziomie od końca 2017 r., a od szczytu łącznie oprocentowanie zostałoby ścięte o 1,25 punktu procentowego. Takie oczekiwania mogą uspokoić inwestorów i podnieść rynek po korekcie, zwłaszcza że Fed, oprócz stóp procentowych, ma jeszcze inne narzędzia, które może wykorzystać w tej nadzwyczajnej sytuacji.

Na Wall Street, po ostatniej korekcie, pojawią się nowe propozycje od analityków, którzy spoglądają na przecenione akcje, jako na być może dobrą okazję do inwestycji. Jedną z ciekawszych spółek z sektora gamingowego jest Activision Blizzard, dla której cena docelowa została podniesiona z 67 do 72 USD przez analityków Stephens. Po spadku od szczytu w lutym o około 10 proc. przecenione akcje mogą mieć potencjał, a katalizatorem może być gra Call of Duty Warzone i tryb gry „Battle Royale”, który może zostać uruchomiony w przyszłym tygodniu. Dzięki temu może zostać utrzymane silne zaangażowanie użytkowników, co może przełożyć się na monetyzację gry.

Również spółka Apple trafiła na listę mogących lepiej sobie radzić przedsiębiorstw w Oppenheimer. Zdaniem analityków tej firmy cena docelowa dla spółki z Cupertino została podniesiona do 320 USD, a rekomendacja zmieniona z „market perform” na „outperform”. Średni poziom ceny docelowej dla AAPL na Wall Street to 336,07 USD. Firma ma 28 rekomendacji kupna, 15 trzymaj i 4 sprzedaj. Obecna cena akcji to 282 USD, co oznacza wzrost o 3 proc. od piątkowego zamknięcia.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Tylko kilka procent pielęgniarek i położnych nie spotkało się z agresją w miejscu pracy. Konieczne jest wprowadzenie systemu szybkiego powiadamiania

Z agresją spotyka się zdecydowana większość pielęgniarek i położnych. Z ankiety Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych wynika, że tylko 6 proc. respondentek nie było narażonych na atak. – Koniecznie trzeba zapewnić personelowi odpowiednie środki bezpieczeństwa, np. możliwość szybkiego powiadomienia – przekonuje Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Niezbędna jest też edukacja społeczeństwa.

– Jeszcze trzy–cztery lata temu nie można było mówić o takiej skali agresywnych zachowań. W tej chwili praktycznie każdy tydzień przynosi bardzo nieprzyjemne sytuacje. Zrobiliśmy ankietę, którą można jeszcze wypełnić na stronie Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Na ponad 800 pielęgniarek tylko 50 nie było narażonych na agresywne zachowanie pacjenta – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

Z badania przeprowadzonego w 2014 roku przez naukowców z Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Jagiellońskiego wynika, że 70 proc. pielęgniarek miało styczność z jakąś formą agresji w pracy ze strony przede wszystkim pacjentów, ich rodzin, a także członków personelu, przy czym 36 proc. doznało agresji fizycznej. Dziś ten odsetek może być znacznie większy. Na 817 pielęgniarek i położnych 768 doświadczyło agresji podczas wykonywania zawodu w placówkach ochrony zdrowia i innych instytucjach. To nie tylko szpitale i przychodnie, lecz także żłobki.

– Najwięcej agresywnych zachowań pacjentów obserwujemy w oddziałach szpitalnych, na SOR-ze, ale także oddziałach chirurgicznych i psychiatrycznych, gdzie są bardzo drastyczne przypadki, nawet niezwiązane z jednostką chorobową, na którą leczony jest pacjent. Również pielęgniarki i położne, które idą do domów pacjenta, stykają się z agresywnymi zachowaniami – wskazuje Zofia Małas.

Najczęściej agresywni są pacjenci i ich rodziny, ale także inni pracownicy medyczni. Niebezpieczne zachowania to m.in. groźby, szturchania i popychania. Dla większości pielęgniarek to właśnie zagrożenie bezpieczeństwa osobistego jest najbardziej obciążającym czynnikiem w pracy. Jednocześnie tylko niewielki odsetek może liczyć na wsparcie po ataku.

NRPiP apeluje o zmiany legislacyjne, które nakładałyby na pracodawców zobowiązania dotyczące zapewnienia odpowiednich środków bezpieczeństwa.

– Dobrze by było wyposażyć personel medyczny, w tym pielęgniarki i położne, w system szybkiego powiadamiania. Jeżeli pielęgniarka jest np. na sali chorego i tam zostanie zaatakowana, przydałby się jakiś sygnał dźwiękowy, żeby zawiadomić innych – mówi prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

W szpitalach brakuje systemu szybkiego powiadamiania o zagrożeniu. Nie ma żadnych rejestrów monitorujących agresywne zachowania. Brakuje także osób przeszkolonych, które mogłyby zareagować w sytuacji zagrożenia.

Jak podkreśla Zofia Małas, niezbędne są także: wprowadzenie procedur, które wskażą tryb postępowania w przypadku agresji, szkolenia dla personelu medycznego czy kursy samoobrony. Istotne może być także dofinansowanie monitoringu, ale i jasne informacje dla pacjentów o ewentualnych konsekwencjach za naruszenie nietykalności personelu.

– Konieczna jest też edukacja społeczeństwa, że nie wolno atakować personelu medycznego, bo ma status funkcjonariusza publicznego, tak jak policjant czy inne osoby na służbie – podkreśla prezes NRPiP.

Na podstawie nowelizacji ustaw o zawodach pielęgniarki i położnej z 2012 roku personel medyczny podczas wykonywania obowiązków służbowych korzysta z ochrony prawnej przewidzianej dla funkcjonariusza publicznego. Oznacza to, że naruszenie nietykalności cielesnej, zniewaga czy czynna napaść na pielęgniarkę lub położną może skutkować karą grzywny, ograniczenia lub pozbawienia wolności.