SoftwareHut i TenderHut na liście Financial Times

W rankingu wskazującym 1000 najszybciej rozwijających się firm w Europie jest aż 14 polskich spółek IT. Pierwsze miejsce wśród nich zajmuje SoftwareHut z Białegostoku. Polska spółka produkująca oprogramowanie ma wzrost przychodów na poziomie 3000%. Ten wynik zagwarantował SoftwareHut 34. miejsce w zestawieniu opiniotwórczego brytyjskiego dziennika Financial Times,

SoftwareHut to:

  • wzrost przychodów na poziomie 3090,2% w latach 2015 -2018
  • przychód 32,8 mln PLN na koniec 2019 r. (wynik niezaudytowany)
  • 8 oddziałów programistycznych w Polsce
  • 10 obsługiwanych rynków

Ranking Financial Times powstał na bazie porównania tempa wzrostu przychodów firm z 32 europejskich krajów. Dotyczy lat 2015 – 2018. Do finalnego zestawienia 1000 spółek trafiły 44 polskie firmy. W poprzednim roku było ich tylko 23. Najszybciej rozwijające się technologiczne spółki z Polski to: SoftwareHut, RTB House, Virtus Lab, Global Control 5, CSHARK, ITFS, AppUnite, TenderHut, Hostersi, Solwit, J-Labs, Future Mind, Codedose, Luxon. W rankingu trzeci rok z rzędu zostało ujętych 90 firm, w tym 4 spółki z Polski.

SoftwareHut na koniec 2018 roku odnotował przychód w wysokości 19,9 mln PLN (4,68 mln Euro), co w zestawieniu z rokiem 2015, gdzie przychód spółki wynosił 0,62 mln PLN (0,15 mln Euro), zaowocowało wzrostem na poziomie 3090,2%. Średni wskaźnik rocznego wzrostu (CAGR) w latach 2015-2018 wyniósł 217,2%. Większość obrotu firmy (95%) generowane jest na rynkach zagranicznych. – Naszą wizją było skonsolidowanie polskiej branży IT oraz tworzenie oprogramowania głównie dla zagranicznych klientów. Oba cele z założenia były ambitne, ale przez ostatnie 4 lata skutecznie, krok po kroku, realizowaliśmy tę wizję przejmując lokalne firmy IT. Założyliśmy SoftwareHut w 2015 roku jako firmę oferującą oprogramowanie i outsourcing IT wspierającą programistycznie inne spółki w grupie. Teraz to najprężniej rozwijająca się spółka w całej Grupie TenderHut i zgodnie z tym, co twierdzi Financial Times, również najszybciej rozwijająca się spółka IT w Polsce – mówi Robert Strzelecki, prezes zarządu SoftwareHut i Grupy Kapitałowej TenderHut.

Początki spółki sięgają 2015 roku. Dziś SoftwareHut ma programistów nie tylko w Białymstoku, ale również w Warszawie, Szczecinie, Wrocławiu, Poznaniu, Przemyślu, Olsztynie, Trójmieście, a także w duńskiej spółce SoftwareHut Nordic. – Był moment, że rośliśmy w takim tempie, że z dnia na dzień pojawiało się u nas kilkudziesięciu nowych pracowników. Wdrożenie strategii rozwoju przyjętej przez zarząd było dużym wyzwaniem. Ale dbając o pracowników i poziom technologiczny udało się nad tym zapanować – wspomina Marcin Bartoszuk, CTO SoftwareHut, odpowiedzialny w spółce za dobór najwłaściwszych programistów. Mierząc się z wyzwaniem dynamicznego wzrostu firma stworzyła swoją czołową aplikację do zarządzania biurem, czyli Zonifero. Obecnie obsługuje 10 globalnych rynków, a dla wielu klientów pełni rolę partnera i doradcy w cyfrowej transformacji.

Gdzie leży tajemnica sukcesu polskiego software house’u? – Podchodząc do projektu staramy się zawsze patrzeć przez pryzmat korzyści, jakie z wdrożenia może osiągnąć klient. Nowe oprogramowanie powinno usprawnić działanie firmy, przynieść jej wymierne korzyści, a nie stanowić tylko pozycję kosztową. Przejmując kolejne firmy na polskim rynku IT poszerzaliśmy swoje kompetencje technologiczne i zwiększaliśmy zakres usług dla klientów. W tym momencie jesteśmy dla nich miejscem, w którym mogą zaspokoić swoje wszystkie technologiczne potrzeby. Wyzwaniem było scalenie programistów z różnych środowisk w jedną efektywną organizację. Ale ten proces nadal trwa – tłumaczy Jacek Zadrąg, COO SoftwareHut, dbający o operacyjną efektywność organizacji. Według Roberta Strzeleckiego, prezesa GK TenderHut, oprócz kompleksowego podejścia do obsługi klienta, tajemnicą sukcesu jest globalne patrzenie na rynek oraz współpraca między spółkami należącymi do całej grupy.  

W ubiegłorocznej edycji rankingu FT1000 najwyższe miejsce z polskich firm zajęła spółka matka SoftwareHut, czyli Grupa Kapitałowa TenderHut. Firma wraz z 3 innymi polskimi spółkami znalazła się po raz trzeci w zestawieniu. Najlepsza polska spółka w rankingu FT1000 2020 – Domator24.com, która zajęła 30 miejsce, mimo, że została ujęta w kategorii meblarskiej, jest również w pewnym sensie powiązana z branżą technologiczną, ponieważ produkuje fotele dla graczy. Gratulacje.

Niskie stopy procentowe mocno napędzają rynek nieruchomości. Ich ewentualne podwyżki podniosłyby ratę kredytu o kilkanaście procent

Niskie realne stopy procentowe i wysoka inflacja powodują, że nie opłaca się oszczędzać na bezpiecznych instrumentach, takich jak lokaty. Z tego powodu Polacy coraz częściej inwestują gotówkę w nieruchomości. Zakupom mieszkań sprzyja też niskie oprocentowanie kredytów. – Gwałtowny wzrost cen nieruchomości to właśnie efekt zbyt niskich stóp procentowych – mówi ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, dr hab. Bogusław Półtorak. Ich podwyżki mogłyby znacząco zwiększyć raty kredytów. Na razie RPP takich planów nie ma. Liczy, że inflacja sama wyhamuje, bo konsumenci zaczną bardziej wstrzemięźliwie podchodzić do zakupów.

Ze strony prezesa Narodowego Banku Polskiego słyszymy zapewnienia, że inflacja jest przejściową zwyżką cen wynikającą z jednorazowych przyczyn, np. ze wzrostu cen energii. Te do tej pory były jedne z najniższych w Europie, a ich podwyżki mają skompensować potrzeby inwestycyjne w energetyce – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr hab. Bogusław Półtorak, profesor Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. – Jeżeli, powtarzając argumenty Rady Polityki Pieniężnej, przyczyny są również na zewnątrz, czyli np. po stronie wzrostu cen paliw, może się okazać, że rzeczywiście w ciągu roku–dwóch te ceny wyhamują. Ze strony Rady dochodzi sygnał, że czekamy i zobaczymy, co z tą inflacją w najbliższym czasie będzie.

Zaskakująco wysoki wstępny odczyt inflacji za styczeń 2020 roku – 4,4 proc. rok do roku – wobec i tak wysokich oczekiwań na poziomie 4,2 proc. i celu inflacyjnego 2,5 proc. z dopuszczalnymi odchyleniami +/-1 proc. rozpętał dyskusję na temat polityki pieniężnej RPP. Stopy procentowe pozostają na niezmienionym poziomie od niemal pięciu lat. Są więc dokładnie takie same, jak były przy deflacji na poziomie 1,6 proc., a to różnica 5 pkt proc. To powoduje niskie oprocentowanie depozytów i nieopłacalność trzymania oszczędności na bankowych lokatach.

– Na rynku nieruchomości mieszkaniowych blisko 60 proc. transakcji było dotychczas za gotówkę, co oznacza, że część osób wycofuje pieniądze z banków i szuka alternatyw inwestycyjnych, które pozwolą zrealizować wyższe stopy zwrotu, rekompensujące relatywnie wysoką inflację – komentuje ekonomista Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu.

Z drugiej strony niskie stopy to niski WIBOR, czyli element zmienny kosztu kredytów hipotecznych. Gdyby więc ktoś chciał wykorzystać oszczędności jako wkład własny i wspomóc się kredytem, również ma do niego ułatwiony dostęp. Wiąże się z tym jednak ryzyko, że w razie podwyżki stóp – a taka może być konieczna, jeśli inflacja utrzyma się powyżej 3,5 proc. przez kilka miesięcy – raty zaczną szybko rosnąć.

Przyrost podstawowej stopy procentowej o 1 pkt proc. oznacza wzrost raty kredytu o kilkanaście procent, czyli to są już bardzo konkretne kwoty – mówi dr hab. Bogusław Półtorak. – Ten popyt na rynku mieszkaniowym tworzy formę bańki na rynku aktywów, która powoduje pytania, czy ceny mieszkań jeszcze będą rosły, czy mamy już syndrom przegrzania rynku.

Zdaniem ekonomisty najlepszy moment na podwyżki minął półtora roku temu, a w warunkach niskich stóp procentowych w strefie euro czy Stanach Zjednoczonych oraz spowolnienia gospodarczego podnoszenie ich teraz byłoby nieracjonalne.

– My w Polsce dzisiaj trochę ryzykujemy. Nie podnosząc stóp procentowych, godzimy się na to, że efekty popytowe napędzają nam inflację. RPP liczy, że inflacja jednak wyhamuje, ponieważ konsumenci sami w pewnym sensie zaczną wstrzemięźliwie podchodzić do zakupów – mówi ekonomista. – Gdyby inflacja styczniowa utrzymała się dłużej, musi pójść sygnał ze strony RPP i NBP, że coś z tym będą robić, że będą wpływać na to, żeby te ceny jednak ograniczać. Moim zdaniem ważny jest element psychologiczny – musimy się przekonać, że te wzrosty cen nie są uzasadnione.

Jak podkreśla, dziś jednak zarówno konsumenci, jak i przedsiębiorcy liczą się ze wzrostem cen, np. żywności i usług. Jest to trend akceptowany przez rynek.

– Kupujemy szybko mieszkania, bo wierzymy, że ceny będą coraz wyższe. Świadczą o tym czynniki podażowe, wzrost kosztów usług, wynagrodzeń w budowlance, cen materiałów budowlanych. Jeśli wszyscy się przekonamy, że jednak musimy ceny naszych usług i nasze wynagrodzenia zmniejszać, czy przynajmniej pozostawić na takim samym poziomie, to uzyskamy takie podejście, że trzeba zacząć bardziej racjonalnie dysponować pieniędzmi i w związku z tym presja na wzrost cen się zmniejszy – podkreśla dr hab. Bogusław Półtorak.

Powrót ptasiej grypy zablokował wiele rynków eksportowych. Ucierpią na tym producenci i eksporterzy, ale dla konsumentów może to oznaczać niższą cenę

Powrót ptasiej grypy zablokował wiele rynków eksportowych. Ucierpią na tym producenci i eksporterzy, ale dla konsumentów może to oznaczać niższą cenę 1

W ciągu dwóch miesięcy 2020 roku stwierdzono już 26 ognisk grypy ptaków w ośmiu województwach. Spowodowało to zamknięcie lub ograniczenie eksportu do krajów pozaunijnych, zwłaszcza azjatyckich. Wirus przynoszony jest w chłodnych miesiącach przez dzikie ptactwo, od którego zaraża się drób. Zdaniem prezesa Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego na tym etapie trudno przewidzieć, jak choroba odbije się na cenach drobiu i jego przetworów, ale branża straci na pewno.

– Niestety ptasia grypa w Polsce w dalszym ciągu się rozwija, mamy kolejne przypadki w województwie łódzkim. Jest to dla polskiego rynku producentów drobiu trudny okres, bo niestety wszystkie rynki, na które można było eksportować drób, zostały dla nas zamknięte i do czasu ustąpienia tej choroby nie możemy go tam wysyłać –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Jest to dla nas duży cios, ale mam nadzieję, że te przypadki zostaną szybko usunięte z rynku i nie będzie nowych, będziemy czekali na okres kwarantanny od trzech do sześciu miesięcy i znowu zyskamy te rynki.

Niespełna półtora roku Polska miała status kraju wolnego od grypy ptaków. Zaraz po Nowym Roku Główny Inspektorat Weterynarii poinformował o wykryciu pierwszego ogniska wysoce zjadliwej ptasiej grypy na Lubelszczyźnie. Do końca lutego ujawniono łącznie 26 ognisk w połowie województw, tak jak było to podczas poprzedniej fali zachorowań między listopadem 2017 roku a marcem 2018 roku. Województwa, w których stwierdzono obecność choroby, to lubelskie, opolskie, warmińsko-mazurskie, śląskie, wielkopolskie, dolnośląskie i zachodniopomorskie, a ostatnio także łódzkie. Najwięcej ognisk zidentyfikowano na Lubelszczyźnie i w Wielkopolsce. Potwierdzono także obecność dzikiego ptactwa zarażonego wirusem grypy ptaków.

Już po pierwszym komunikacie pozaeuropejskie kraje zaczęły wprowadzać częściowy lub całkowity zakaz importu polskiego drobiu i jego przetworów. Te kraje to głównie państwa azjatyckie: Hongkong, Korea Południowa, Singapur, Japonia, Tajwan, Kazachstan, Armenia, ale także Białoruś, Rosja, Kuba, Zjednoczone Emiraty Arabskie czy RPA. Wprawdzie Polska, która jest największym eksporterem drobiu w Europie, większość produktów eksportuje do innych krajów Unii, jednak odzyskanie wymienionych rynków kosztowało branżę sporo wysiłku.

– To wszystko może oznaczać  wzrost cen, jak również ich spadek. To zależy od tego, jak rynek Unii Europejskiej będzie reagował na takie przypadki, bo my nie żyjemy tylko i wyłącznie w kraju i nie działamy w tym zakresie tylko na terenie naszego rynku wewnętrznego, ale na rynku całej Unii. Stąd też te rzeczy są zależne od wielu innych zdarzeń, takich jak np. ptasia grypa w Niemczech czy też ptasia grypa w innych krajach UE, co spowoduje różnego rodzaju reperkusje, których jeszcze nie znamy – ocenia Wiesław Różański. – Na pewno to będzie ze szkodą dla polskiej branży i producentów. Myślę, że najmniej ucierpi na tym konsument, bo może zawsze kupić tańszy produkt, jeżeli go będzie więcej na rynku polskim, bo nie będzie można go wyeksportować, cena na rynku wewnętrznym może spaść.

W ciągu 12 miesięcy 2019 roku cena detaliczna mięsa drobiowego w Polsce wzrosła o 2,1 proc., czyli mniej, niż wyniosła inflacja ogółem (2,3 proc.), i dużo mniej niż średnio ceny żywności (5,3 proc.). Jednak w grudniu 2019 roku za drób trzeba było płacić już o 7,1 proc. więcej niż rok wcześniej. Ceny tuszek spadły jednak, jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, o 6,8 proc. między styczniem a październikiem 2019 roku włącznie. Ich cena była o ponad 40 proc. niższa niż w Unii Europejskiej, przy czym na rynkach głównych odbiorców: Niemiec, Wielkiej Brytanii i Francji trzeba było za nie płacić odpowiednio o 68 proc., 34 proc. i 52 proc. więcej niż na rodzimym rynku. W ciągu trzech kwartałów 2019 roku eksport polskiego drobiu wzrósł rok do roku o 10,6 proc. do 1199 tys. ton.

– To jest niestety naturalny przypadek, że ptactwo, które przylatuje do Polski, takie choroby przynosi nam z zewnątrz i trudno jest nad tym zapanować. Gdyby to było zależne tylko od nadzoru i dobrostanu zwierząt, moglibyśmy nad tym panować – wyjaśnia prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. – Niestety to przychodzi do nas z zewnątrz i musimy z tym walczyć. Czekamy na zmianę pogody, nie będzie już takich słot, jak są teraz, lub też takiego chłodu. Będzie ciepło i sama temperatura zabije ten wirus.

Ministerstwo Klimatu przedstawi zaktualizowaną strategię energetyczną i klimatyczną. Będą nowe standardy w budownictwie

Wiceminister klimatu Ireneusz Zyska ocenia, że obecna ciepła zima jest pod pewnymi względami korzystna dla gospodarki i generuje mniejsze zapotrzebowanie na paliwa stałe, ograniczając niską emisję i smog, ale za to wiosną z problemami powinni liczyć się rolnicy. Resort klimatu pracuje nad zaktualizowaniem polityki energetyczno-klimatycznej. Ważnym jej punktem ma być budownictwo, które będzie oparte na odnawialnych źródłach energii.

– Podejmujemy działania w celu sformułowania nowej polityki klimatyczno-energetycznej i będzie to istotna zmiana jakościowa. Nie chciałbym jeszcze mówić o szczegółach, ale niebawem zostanie przedstawiony cały program zmierzający m.in. do tego, aby na obszarach miejskich stworzyć nową agendę dotyczącą urbanistyki, zagospodarowania terenów, nawodnienia i terenów zielonych, jak również wyznaczenia nowych, jakościowych standardów w zakresie budownictwa. Budynki będą obowiązkowo wyposażone w instalacje energetyczne oparte na źródłach odnawialnych – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Zyska, wiceminister klimatu i pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii.

Jak podkreśla, zmiany klimatyczne są przez resort dostrzegane i oceniane poważnie i stąd właśnie działania zmierzające do sformułowania nowej polityki klimatyczno-energetycznej. Na obszarach wiejskich strategia ma skupić się m.in. na rozwoju biogazowni, wsparciu rozproszonej energetyki prosumenckiej i tworzeniu klastrów energii.

– Polska wieś może być zieloną doliną efektywności energetycznej i wytwarzania energii na potrzeby lokalne. Oznacza to przede wszystkim rozwój klastrów energii i spółdzielni energetycznych czy autonomicznych rejonów energetycznych. Dzisiaj są to określenia jeszcze niewypełnione treścią, ale po to właśnie został powołany pełnomocnik ds. OZE, aby wraz ze wszystkimi interesariuszami, w tym samorządami, podjąć działania zmierzające do osiągnięcia tych celów – mówi Ireneusz Zyska.

Resort wciąż pracuje nad aktualizacją Polityki energetycznej Polski do roku 2040 i Krajowego planu na rzecz energii i l klimatu 20212030, który choć z końcem grudnia ub.r. został przekazany do akceptacji Komisji Europejskiej, ma być przejrzany ponownie.

Pod koniec lutego wiceminister klimatu Ireneusz Zyska poinformował też, że resort pracuje nad kolejnym dokumentem strategicznym Polską Strategią Wodorową, która ma m.in. ułatwić pozyskiwanie środków unijnych na nowoczesne technologie w tym obszarze. Zgodnie z zapowiedziami Polska będzie chciała produkować „zielony” wodór z OZE w tym z morskich farm wiatrowych który będzie wykorzystywany m.in. w przemyśle, transporcie kołowym i kolejowym oraz w celu magazynowania energii.

– Ostatnie lata wskazują, że zmiany klimatu są bardzo głębokie i zaczynają się utrwalać. Ciepła zima wiąże się natomiast również z mniejszym zapotrzebowaniem na paliwa stałe w zakresie ogrzewania. Nie zmienia to faktu, że polskie miasta toną w smogu. Duże programy – takie jak Czyste Powietrze, Stop Smog czy AgroEnergia dla terenów wiejskich – zmierzają właśnie do tego, żeby wyeliminować zjawisko niskiej emisji na obszarach komunalnych. Z kolei w obszarze transportu zostanie niebawem uruchomione wsparcie w postaci dopłat do samochodów elektrycznych z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu. To będzie silny bodziec dla rozwoju tego rynku i obniżenia emisji z transportu w miastach – zapowiada minister Ireneusz Zyska.

Jak ocenia, ciepła zima jest pod pewnymi względami korzystna dla gospodarki, ponieważ dodatnie temperatury pozwalają na prowadzenie prac budowlanych i drogowych, a tym samym przekładają się na większe możliwości inwestycyjne.

– Jednak z pewnością ciepła zima jest pewną anomalią, zaburzeniem, do którego dotychczas nie byliśmy przyzwyczajeni – stwierdza minister.

Według szacunków PGW Wody Polskie obecna zima jest trzecią z rzędu, w której opady śniegu nie występują prawie w ogóle, a od co najmniej siedmiu lat są znikome. Długotrwały brak opadów oznacza gorszy bilans wodny i słabe nawodnienie gleby, które w tej chwili wynosi poniżej 40 proc., a w niektórych regionach Polski nawet poniżej 35 proc. To z kolei oznacza złe prognozy dla rolników.

– Brak opadów jest większym zagrożeniem dla rolnictwa niż plusowa temperatura, bo generuje problemy z gospodarką wodną. Z kolei temperatury powyżej zera powodują, że część roślin już rozpoczęła wzrost. To może skutkować niekorzystnymi zjawiskami, bo wczesną wiosną może dojść do przymrozków i te rośliny ulegną uszkodzeniu, co byłoby niekorzystne dla zbiorów – mówi minister Ireneusz Zyska. – Mniejsze opady mogą mieć też negatywny skutek dla systemu elektroenergetycznego, który jest oparty na chłodzeniu wodą. Zarówno w elektrowniach węglowych, jak i innych systemach ciepłowniczych woda odgrywa istotne znaczenie. Stąd należałoby rozwijać na obszarach wiejskich magazynowanie energii, ale też magazynowanie wody i gospodarkę wodną. Chcemy się do tego wszystkiego przygotować, tworząc dobre otoczenie prawne i legislacyjne.

500 zawodników z niepełnosprawnością intelektualną powalczy o wyjazd na Światowe Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych w 2021 roku. Zawody zaczynają się 4 marca

0

W Polsce żyje około 1,2 mln osób z niepełnosprawnością intelektualną, w tym 200 tys. ze znaczną niepełnosprawnością. Sport uprawia już ponad 17 tys. zawodników zrzeszonych w kilkuset klubach Olimpiad Specjalnych. W Ogólnopolskich Zimowych Igrzyskach Olimpiad Specjalnych 2020 w Zakopanem i Bydgoszczy, które rozpoczną się 4 marca, o medale powalczy 500 polskich zawodników. – Polscy niepełnosprawni sportowcy mają wspaniałe wyniki – podkreśla Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister sportu.

Milion osób w Polsce zmaga się z lekką niepełnosprawnością, a blisko 200 tys. ze znacznym stopniem niepełnosprawności. To właśnie z tą grupą Olimpiady Specjalne Polska prowadzą szeroko pojętą rehabilitację poprzez uprawianie sportu na miarę ich możliwości.

– Sport jest jeden. Musimy zatem wspierać wszystkich sportowców, doceniać ich trud i angażować w działalność sportową, aby angażować ich też społecznie. Ministerstwo Sportu przeznaczyło w tym roku ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej ponad 18,7 mln zł na sport osób z niepełnosprawnością intelektualną i ruchową, z czego na sport osób z niepełnosprawnością intelektualną ok. 5 mln zł  – mówi agencji Newseria Biznes Danuta Dmowska-Andrzejuk, minister sportu. – Warto wspomnieć, że Ministerstwo Sportu niebawem wystąpi o dodatkowe dofinansowanie – w wysokości 1 mln zł – w ramach Funduszu Solidarności, przeznaczone na promocję sportu osób niepełnosprawnych. Stabilność finansowa z pewnością pomoże naszym zawodnikom w osiąganiu jeszcze lepszych wyników  sportowych.

Osoby z niepełnosprawnością intelektualną są coraz bardziej aktywne sportowo. Obecnie w ruchu Olimpiad Specjalnych w Polsce zrzeszonych jest ok. 500 klubów i ponad 17 tys. zawodników. Na arenie międzynarodowej należą do najlepszych – w 2017 roku podczas Światowych Zimowych Igrzysk Olimpiad Specjalnych w Austrii polscy zawodnicy zdobyli 39 medali, w tym 10 złotych. Z ubiegłorocznych Światowych Letnich Igrzysk Olimpiad Specjalnych przywieźli rekordowe 69 medali.

Od 4 do 7 marca w Zakopanem i od 17 do 20 marca w Bydgoszczy polscy sportowcy powalczą o nominację do reprezentacji kraju na XII Światowe Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych w 2021 roku.

– To prawie 500 zawodników: narciarzy alpejskich, narciarzy biegowych, biegaczy na rakietach śnieżnych, hokeistów, unihokeistów i łyżwiarzy szybkich. Będzie ich obsługiwało przez kilka dni w Zakopanem i Bydgoszczy prawie 500 wolontariuszy, organizatorów, trenerów, obsługa medyczna i sędziowska – wskazuje Joanna Styczeń-Lasocka, dyrektor generalna Olimpiad Specjalnych Polska.

W Zakopanem o medale w narciarstwie alpejskim, zjazdowym i biegu na rakietach śnieżnych powalczy 230 zawodników. W bydgoskiej hali sportowcy spróbują swoich sił w łyżwiarstwie szybkim, hokeju halowym i unihokeju.

– Nasi zawodnicy to prawdziwi sportowcy. Zgodnie z ideą Pierre’a de Coubertina [ojca nowożytnych igrzysk olimpijskich – przyp. red.] ważny jest dla nich udział w zawodach. Chcą osiągać swoje cele, chcą stawać na najwyższym stopniu podium, więc łzy szczęścia lub porażki będą widoczne również na tych igrzyskach – zauważa Joanna Styczeń-Lasocka.

– W zdrowym ciele zdrowy duch, więc sport jest oczywiście ważny dla każdego. Kiedy nic nie robimy, przychodzą momenty melancholii. Ale trzeba pamiętać, że sport to często działanie w grupie, rywalizacja, zrzeszanie się osób, które są do siebie podobne, mogą złapać kontakt – mówi Marcelina Zawadzka, ambasadorka Olimpiad Specjalnych Polska.

Wspieranie osób niepełnosprawnych, kibicowanie ich zmaganiom sportowym i zachęcanie do tego społeczeństwa jest celem kampanii HASHGrajmyRazem prowadzonej wspólnie dzięki Państwowemu Funduszowi Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i Ministerstwa Sportu.

– Cel kampanii jest taki, żeby społeczeństwo nie zamykało się na osoby niepełnosprawne intelektualnie, tylko pomagało im, było na nie otwarte i przede wszystkim było z nimi – mówi Marcelina Zawadzka.

Jak podkreślają przedstawiciele kampanii, chodzi o to, by uzmysłowić społeczeństwu, że olimpiady specjalne są trzecim filarem ruchu olimpijskiego – obok zwykłych olimpiad oraz paraolimpiad – a sportowcy z niepełnosprawnością intelektualną reprezentują nasz kraj i zdobywają dla niego medale tak samo jak pełnosprawni olimpijczycy i paraolimpijczycy.

Ogólnopolskie Zimowe Igrzyska Olimpiad Specjalnych Zakopan –Bydgoszcz 2020 to pierwsze tak duże wydarzenie, które Olimpiady Specjalne Polska realizują wspólnie z nowym sponsorem głównym – Huawei Polska.

– Olimpiady specjalne budują wartość uczestników i udowadniają, że są takimi samymi ludźmi jak wszyscy inni. Chcielibyśmy, żeby ludzie, którzy nie są w żaden sposób upośledzeni, mieli trochę więcej serca dla osób niepełnosprawnych i ułatwiali im życie. Dlatego cieszymy się, że możemy być częścią tego wydarzenia – tłumaczy Radosław Kędzia, wiceprezes zarządu Huawei w regionie Europy Środkowo-Wschodniej i krajów nordyckich. – Musimy się skupiać na tym, co nas łączy, a nie na tym, co nas dzieli. Pomagamy niwelować bariery i wykluczenia.

Jak podkreśla, polski oddział Huawei, który działa na rynku od 15 lat, chętnie angażuje się w lokalne inicjatywy i wsparcie potrzebujących.

– W ubiegłym roku nasi pracownicy oddali część swojego podatku, w sumie ponad 700 tys. zł, na TOPR. Wspieramy również edukację poprzez programy takie jak Tysiąc Marzeń i Seeds for the Future (Ziarna Przyszłości). W ramach tego pierwszego przekazujemy książki dla szpitali i uczelni, natomiast w drugim programie identyfikujemy najlepszych studentów z polskich uniwersytetów i wysyłamy ich na program do Chin, żeby poszerzać ich horyzonty i wiedzę – wyjaśnia Radosław Kędzia.

Polska firma dzięki wirtualnej rzeczywistości pomoże leczyć wady wzroku u dzieci

Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że na świecie żyje 253 mln ludzi z zaburzeniami widzenia. Ponad 80 proc. wszystkich problemów ze wzrokiem można wyleczyć lub im zapobiec. Może w tym pomóc wirtualna rzeczywistość – niedawne wyniki badań wskazują, że okulary VR poprawiają ostrość widzenia i zmniejszają wady wzroku. Polska firma opracowała technologię, która rozwiąże problem zeza i leniwego oka u dzieci.

– RemmedVR to telemedyczna platforma do zdalnych usług rehabilitacyjnych i za chwilę również diagnostycznych. Pierwszym obszarem, który zaczęliśmy komercjalizować, to terapia widzenia u dzieci, konkretnie chodzi o niedowidzenie i zeza. Jest to nasz pierwszy komercyjny projekt, jesteśmy w trakcie przygotowania metodologii pod rehabilitację pacjentów powylewowych i powstrząsowych – mówi agencji Newseria Innowacje Maciej Szurek, prezes RemmedVR.

Wirtualna rzeczywistość rewolucjonizuje medycynę. Pomaga walczyć z depresją, leczy fobie i lęki, pomocna jest także w terapii uzależnień. To właśnie dzięki VR lekarzom udało się usunąć guza mózgu u dwuletniego dziecka bez otwierania czaszki. Technologia ta pozwoliła lekarzom załadować obraz MRI i CT mózgu chłopca w 3D, a zespół dzięki temu mógł przećwiczyć chirurgiczne usunięcie jak największej części guza i ochronę krytycznych struktur. Narzędzia VR są też coraz częściej wykorzystywane przy porodach czy zabiegach wykonywanych u dzieci.

Ostatnie badania udowadniają też, że specjalne okulary VR mogą pomóc w leczeniu wad wzroku. Badanie kliniczne wykonane w Moorfields Eye Hospital wykazało, że urządzenie VR wykazuje 70-proc. skuteczność – poprawia się ostrość widzenia, znacznie zmniejsza się także wada wzroku. Polska firma opracowała natomiast rozwiązanie, które pomoże dzieciom w leczeniu zeza czy tzw. leniwego oka.

– VR jest głównym komponentem hardware’owym, którego używamy do wyświetlania różnego typu bodźców, zarówno w terapii widzenia, jak i w terapii neurologicznej, niezależnie dla prawego i lewego oka. VR jest do tego idealnie stworzone, ponieważ ma dwa niezależne wyświetlacze. Jeśli chodzi o diagnostykę, to mamy specjalne moduły pomiarowe, które z wykorzystaniem eyetrackingu i handtrackingu są w stanie zbierać dla nas odpowiednie informacje, których używamy przy optymalizacji procesów rehabilitacyjnych i diagnostycznych – tłumaczy Maciej Szurek.

Specjalne gogle VR pozwalają zmieniać ostrość widzenia na jednym z oczu, tzw. kontrolowane „oszukiwanie” mózgu, który steruje pracą narządów, co przyspiesza leczenie. Inną metodą jest wzmacnianie kontrastu – czyli 100 proc. kontrastu przy słabszym oku, a kilkanaście–kilkadziesiąt procent w mocniejszym oku. Pierwsze wyniki już pokazały, że takie leczenie jest znacznie szybsze i skuteczniejsze niż klasyczne metody.

Urządzenie obejmuje aplikację z zestawem ćwiczeń terapeutycznych oraz system zbierania i prezentowania danych dla terapeuty. W ten sposób może on nadzorować leczenie, które odbywa się zdalnie.

– Podstawową przewagą, którą dostarczamy na rynek, jest mobilność naszego rozwiązania. Cały system był od samego początku projektowany w taki sposób, żeby miał pełną funkcjonalność zarówno rehabilitacyjną, jak i wkrótce diagnostyczną w warunkach zdalnych – zaznacza ekspert.

Produkt jest skierowany przede wszystkim do odbiorców instytucjonalnych – przy leczeniu wymagana jest obecność terapeuty, który dopasuje rodzaj terapii do określonej wady. Obecnie RemmedVR już współpracuje z ośrodkami z państw Europy Środkowej i Wschodniej. Spółka ma też działać w USA i Indiach.

Docelowo platforma ma być rozbudowywana. Dzięki uczeniu maszynowemu i sztucznej inteligencji będzie można leczyć także osoby po udarach i wylewach mózgu, a na podstawie analizy superszybkich ruchów źrenic urządzenie przewidzi ryzyko zachorowania na choroby neurologiczne, m.in. chorobę Parkinsona czy Alzheimera.

– Będziemy dokładać kolejne usługi do naszej platformy. Już dzisiaj chętnie mówimy o naszym rozwiązaniu jako rozwiązaniu platformowym, które ma służyć dostarczaniu różnego typu usług właśnie w charakterze telemedycznym – podkreśla Maciej Szurek.

Najnowsze technologie wkraczają do telewizji. Standardem staje się rozdzielczość 4K, a nadawcy testują już 8K

W dobie rosnącej popularności serwisów VoD nadawcy telewizji linearnej muszą zadbać o poprawę atrakcyjności ramówki, aby przyciągnąć do siebie klientów. W tym celu inwestują w narzędzia do transmisji 4K, technologię dronową czy narzędzia wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości zwiększające immersyjność treści. Nadawcy eksperymentują już z nowymi technologiami, takimi jak 8K, które zarówno poprawią jakość obrazu, jak i zwiększą atrakcyjność transmisji.

– Telewizja 4K jest standardem formalnie przyjętym i używanym, chociażby w Polsce przez Canal+. Nasze systemy są kompatybilne z 4K i każdy nowy sprzęt, jaki kupujemy, jest z zasady 4K. Jest to również już standard, jeśli chodzi o odbiorniki telewizyjne, a wszystkie nowe seriale powstają w tej technologii. Pod tym względem jest to standard, choć nie jest on tak powszechny, jak byśmy chcieli. Z kolei 8K zaczyna funkcjonować już na pograniczu telewizji. Przy niektórych produkcjach używa się 8K po to, żeby później ułatwić montaż w postprodukcji – mówi agencji Newseria Innowacje Jarosław Kordalewski, wiceprezes zarządu Platformy Canal+.

Do wdrożenia technologii wysokich rozdzielczości zmusiła nadawców sytuacja na rynku telewizorów. W dobie rosnącej popularności inteligentnych odbiorników producenci sprzętu odchodzą od produkcji matryc Full HD i stawiają na bardziej perspektywiczną rozdzielczość 4K, która pozwoli w pełni wykorzystać potencjał serwisów VoD. Telewizja linearna podpina się pod ten trend i coraz więcej stacji inwestuje w tę technologię. Największą szansę na szybką adaptację ma w przypadku relacji z wydarzeń sportowych.

Punktem przełomowym w adaptacji tej technologii mogą okazać się letnie igrzyska olimpijskie w Tokio. Publiczna telewizja NHK zadecydowała, że wszystkie relacje z wydarzenia będą transmitowane albo w rozdzielczości 4K, albo w 8K. Dostęp do odbiorników pracujących w tej wyższej rozdzielczości jest dość ograniczony, ale już teraz na rynku dostępne są konsumenckie wersje urządzeń, które natywnie obsługują ten format obrazu.

Eksperymenty z nowymi technologiami na rynku telewizji linearnej nie ograniczają się jednak do zwiększania rozdzielczości materiału. Nadawcy coraz chętniej korzystają także z alternatywnych metod realizacji materiałów.

– Coraz więcej używamy dronów, to jest też dosyć istotna zmiana w produkcji outside casting. Mamy technologie z zakresu wirtualnej rzeczywistości, studia wirtualne, wszelkiego rodzaju mieszanie wirtualnych i rzeczywistych bytów. To nie jest nowy trend, ale ostatnio spektakularnie to wygląda. Te technologie są bardzo dojrzałe, są powszechnie stosowane i praktycznie każda stacja telewizyjna w jakimś zakresie ich używa – mówi ekspert.

Pionierskim podejściem do wykorzystania nowych metod transmisji wykazała się m.in. stacja Fox, która od kilku lat współpracuje z HeliVideo Productions nad realizacją materiałów telewizyjnych przy wykorzystaniu dronów. Jednym z jej najbardziej zaawansowanych i wymagających technologicznie projektów była realizacja nagrań z lotu ptaka na potrzeby wyścigów Daytona 500. Nadawca wykorzystał drona DJI Inspire 2 do realizacji i transmisji na żywo materiału na potrzeby kanału Fox Sports.

Popularność zyskują także transmisje realizowane przy wykorzystaniu wirtualnej i rozszerzonej rzeczywistości, które pozwalają zwiększyć immersyjność odbioru treści. Potencjał tej technologii wykorzystuje m.in. stacja The Weather Channel, która wizualizuje efekty powodzi czy huraganów niszczących studio, aby w ten sposób zademonstrować zagrożenie związane z danym żywiołem.

W dość nietypowy sposób potencjał tej technologii postanowiła zaprezentować południowokoreańska telewizja Munhwa Broadcasting Corporation, która pomogła pewnej matce spotkać się ze swoją zmarłą córką. Kobietę wyposażono w gogle VR, za pośrednictwem których mogła zobaczyć dziecko. Widzowie mogli śledzić to spotkanie za pośrednictwem technologii rozszerzonej rzeczywistości, gdyż sylwetkę matki nałożono na cyfrowy świat, na który spoglądała przez gogle.

Na polskim rynku wirtualną rzeczywistość w pionierski sposób zastosowała telewizja TVN, która izraelski odcinek programu „Kobieta na krańcu świata” zrealizowała za pośrednictwem technologii VR i udostępniła do dystrybucji w kinach VR.

– Świętym Graalem telewizji jest przejście na telewizję holograficzną i w ogóle na telewizję trójwymiarową. Podjęto próbę jej wdrożenia 10 lat temu, ale była ona nieudana dlatego, że wymagała specjalnych narzędzi. Ta stereoskopia się nie sprawdziła. Jednak w zanadrzu jest jeszcze technologia trójwymiarowej telewizji holograficznej. Wierzę, że to kiedyś nastąpi, że to jest ten święty Graal telewizji, do którego kiedyś dojdziemy – przewiduje Jarosław Kordalewski.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku wirtualnej rzeczywistości w 2018 roku wyniosła 7,9 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 55,7 dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 33,5 proc.

Zlecasz pozycjonowanie swojej strony? Sprawdź, czego oczekiwać!

Decydując się na pozycjonowanie z pomocą profesjonalnej agencji, wielu właścicieli firm zadaje sobie pytania: czego mogę się teraz spodziewać? Czy usługa będzie błyskawiczna? Jakie działania będą na mojej stronie podejmować specjaliści? Kwestie te często są podstawą do rozpoczęcia rozmowy z opiekunem SEO i prowadzą do wyjaśnienia wielu wątpliwości. Jeżeli więc myślisz nad inwestycją w pozycjonowanie, przeczytaj poniższy artykuł. Znajdziesz w nim odpowiedzi na podstawowe pytania, z którymi w swojej pracy spotykają się eksperci SEO.

Spodziewaj się kompleksowych działań w witrynie i poza nią

Warto wiedzieć, że usługa pozycjonowania stron nie kończy się na jednorazowym działaniu mającym na celu wyniesienie strony Klienta do czołówki wyników wyszukiwania. Nie jest to też sam audyt połączony z zaleceniami optymalizacyjnymi. Specjalistyczna agencja marketingowa, taka jak INSEO (https://www.inseo.pl/), od audytu dopiero rozpoczyna pracę. Podczas sprawdzania witryny internetowej przygotowywana jest cała strategia pozycjonowania: optymalizacja techniczna, dobór słów kluczowych, wdrożenie skonstruowanych pod SEO treści, budowanie sieci wartościowych linków i wprowadzanie sugerowanych udoskonaleń. Na tym jednak nie koniec – wymienione czynności to tylko przykładowa praca, jaką wykonują specjaliści. Każda strona jest bowiem zbudowana inaczej i ma inne potrzeby, dlatego końcowy zestaw zalecanych działań jest zawsze przygotowywany indywidualnie.

Dostaniesz cennik idealnie dopasowany do Twoich potrzeb

Podejmując decyzję o pozycjonowaniu strony z pomocą wykwalifikowanej agencji, chcesz być pewien, że nie zaskoczą Cię żadne niespodzianki. Dlatego profesjonaliści tuż po przeprowadzeniu audytu prezentują ofertę i dostępne pakiety, a także informują, jakie prace wchodzą w ich zakres. Możesz zatem spać spokojnie – nawet, jeżeli będziesz chciał dodać jakąś usługę do wybranego pakietu, najpierw otrzymasz jej wycenę. Eksperci z Agencji INSEO zgodnie twierdzą, że wygląd pakietów pozycjonerskich nie jest przypadkowy. Znajduje się w nich bowiem wszystko, co ma wpływ na pozycję witryny w wynikach wyszukiwania, a wszelkie inne działania są wykonywane jedynie na wyraźne życzenie Klientów.

Otrzymasz wymierne efekty, na które warto było poczekać

Ostatnia kwestia, nad którą często zastanawiają się właściciele przedsiębiorstw i sklepów internetowych, to czas trwania współpracy z agencją SEO. Zdarza się, że niektóre z nich oferują szybkie wywindowanie strony firmowej do TOP3. To może zadziałać – ale na krótko. Pozycjonowanie jest inwestycją długofalową, a termin, w którym zauważysz rezultaty, uzależniony od wielu czynników. Są to na przykład: rozmiary konkurencji, wybrane słowa kluczowe, dotychczasowy wygląd strony i profil prowadzących do niej linków. Nietrudno się zatem domyślić, że pozycjonowanie, które w przypadku firmy Twojego kolegi trwało dwa miesiące, w Twoim sklepie internetowym może przynieść oczekiwane efekty dopiero po pół roku. Dobrą wiadomością jest fakt, że już samo wprowadzenie optymalizacji skutkuje stopniowym wzrostem ruchu w witrynie, co po pewnym czasie przekłada się na konwersje i wyższe pozycje w rankingu Google.

Źródło: https://www.inseo.pl/

JR HOLDING ASI S.A. rozpoczęła pracę nad rozwojem i wdrożeniem terapii leczenia stwardnienia rozsianego

JR HOLDING ASI S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od 2012 r., poinformowała o podpisaniu przez spółkę portfelową Adelante Sp. z o.o. umowy z Dr n. med. Wojciechem Orłowskim. Jej przedmiotem jest wspólny rozwój projektu i wdrożenie w ośrodkach leczniczych terapii stwardnienia rozsianego.

Adelante Sp. z o.o. będąca spółką portfelową JR HOLDING ASI S.A. podpisała umowę z Dr n. med. Wojciechem Orłowskim, której przedmiotem jest rozwój projektu i wdrożenie w ośrodkach leczniczych terapii stwardnienia rozsianego. Współpraca będzie odbywać się pomiędzy Dr n. med. Wojciechem Orłowskim i Adelante na zasadach wyłączności w zakresie wykorzystania w terapii stwardnienia rozsianego w najszerszym możliwie zakresie metody autologicznego transferu komórek macierzystych szpiku kostnego oraz związanego z tą metodą patentu uzyskanego przez Doktora oraz wykorzystania w terapii stwardnienia rozsianego praw własności przemysłowej i autorskich praw majątkowych, które przysługują Doktorowi. Adelante wraz Dr n. med. Wojciechem Orłowskim zamierzają uzyskać w przyszłości patent pt. „Cell product for treating autoimmune diseases” oraz inne patenty opracowane w ramach realizacji zawartej umowy, a także wdrożyć terapię stwardnienia rozsianego w komercyjnym leczeniu klinicznym w oparciu o ww. metodę, patenty, inne prawa własności przemysłowej, majątkowe prawa autorskie, know-how, wiedzę i doświadczenie. Strony będą także dążyły do rozwoju terapii stwardnienia rozsianego autologicznym transferem komórek macierzystych szpiku kostnego oraz terapii innych schorzeń w tym schorzeń autoimmunologicznych. Zarząd JR HOLDING ASI S.A. bardzo dobrze ocenia potencjał pierwszego projektu z branży biotechnologicznej.

„Jestem niezwykle zadowolony, że nasza spółka portfelowa Adelante podpisała umowę o współpracy z Dr. n. med. Wojciechem Orłowskim. Jest to wybitny specjalista w swojej dziedzinie nauki, a dzięki połączeniu tego potencjału z naszym doświadczeniem na rynku kapitałowym, powinniśmy zbudować podmiot posiadający niesamowite perspektywy do dalszego rozwoju. W mojej opinii opracowana metoda leczenia stwardnienia rozsianego będzie stanowić przełom w medycynie. Gdy ją skomercjalizujemy to będziemy mogli wyleczyć wiele osób cierpiących na to schorzenie. W ten sposób oprócz samej misji wzrostu wartości Grupy dla naszych Akcjonariuszy będziemy mogli także stać się też Spółką społecznie odpowiedzialną za biznes.” – wyjaśnia January Ciszewski, Prezes Zarządu Spółki JR HOLDING ASI S.A.

Do podstawowych obowiązków Doktora Orłowskiego wynikających z umowy należy m.in. koordynowanie projektu i doradztwo w zakresie jego rozwoju w tym terapii stwardnienia rozsianego autologicznym transferem komórek macierzystych szpiku kostnego oraz komercyjnego wprowadzania jej w ośrodkach leczniczych na terenie Polski oraz zagranicą. Z kolei Adelante jest odpowiedzialne za zapewnienie niezbędnego wsparcia organizacyjnego, marketingowego, finansowego i prawnego dla projektu, zapewnienie usług pomocniczych dla jego realizacji oraz podpisanie umów z laboratoriami, bankami tkanek i komórek, ośrodkami leczniczymi i innymi podmiotami. Podstawową rolą JR HOLDING ASI S.A. jest zapewnienie finansowania pierwszego etapu projektu, wyznaczanie celów i kierowanie całością projektu. Operacyjnie projekt realizowany będzie w ramach Adelante.

„Cały projekt został bardzo dobrze przemyślany i podzieliliśmy kompetencje oraz obowiązki. Każdy doskonale wie, za jaki obszar odpowiada. Uważam, że w ten sposób możemy efektywnie wykorzystać potencjał drzemiący w poszczególnych podmiotach i osobach. Naszym celem jest stworzenie prężnie działającego globalnego podmiotu, który pomaga ludziom odzyskać sprawność i wrócić do normalnego funkcjonowania.” – zakończył Prezes Ciszewski.

Terapia polega na leczeniu stwardnienia rozsianego autologicznym przeszczepem komórek macierzystych szpiku kostnego. Przechodzi ona testy kliniczne, które zostaną uzupełnione o dodatkowe niezbędne dane oraz uzyska dopuszczenie do zastosowania jako zabiegi lecznicze wykonywane zgodnie ze wskazaniami, które wynikają z aktualnej wiedzy medycznej. Dzięki zastosowaniu terapii wszystkie osoby chore na stwardnienie rozsiane, które uczestniczyły w terapii, zostały bezpiecznie i skutecznie leczone, z wysokim stopniem obniżenia skali niepełnosprawności spowodowanej chorobą w ocenie neurologicznej (≥ 50%). Dodatkowo, w ramach projektu, prowadzone będą dalsze badania nad wykorzystaniem zastosowanych w terapii rozwiązań w leczeniu innych chorób, w tym autoimmunologicznych.

JR HOLDING ASI S.A. opublikowała w listopadzie ub. roku strategię rozwoju na lata 2020-2022, która przewiduje wyjście z segmentu nieruchomościowego i reinwestycję środków w nowe projekty inwestycyjne z obszaru odnawialnych źródeł energii, gier komputerowych oraz nowych technologii, zwłaszcza sztucznej inteligencji. Spółka planuje także przenieść notowania na rynek główny GPW w Warszawie. JR HOLDING ASI S.A. będzie prezentowała wartość portfela inwestycyjnego poprzez kwartalną aktualizację wyceny aktywów, w szczególności aktywów notowanych na giełdzie. Ambicją Zarządu Spółki jest osiągnięcie do końca 2022 r. aktywów o wartości 1 mld zł.

W portfelu inwestycyjnym JR HOLDING ASI S.A. znajduje się obecnie kilka spółek publicznych. Jedną z nich jest notowana na rynku NewConnect Columbus Energy S.A. będąca liderem na rynku mikroinstalacji fotowoltaicznych w Polsce. JR HOLDING S.A. jest także akcjonariuszem Setanta S.A. – spółki notowanej na Głównym Rynku GPW w Warszawie, która jest w trakcie połączenia z wydawnictwem gier komputerowych ALL IN! GAMES Sp. z o.o. Kolejną spółką portfelową z rynku NewConnect jest ONE MORE LEVEL S.A. będąca producentem gier komputerowych, która pracuje obecnie nad swoją największą produkcją – grą „Ghostrunner”. Innym podmiotem portfelowym JR HOLDING ASI S.A. jest spółka z rynku NewConnect – Thunderbolt S.A. Podmiot ten buduje globalną platformę szkoleniowo-edukacyjną TopLevelTennis.com, na której zamieszczane będą nagrania z największymi światowymi gwiazdami tenisa ziemnego. JR HOLDING ASI S.A. jest także akcjonariuszem notowanej na rynku NewConnect Spółki Premium Fund S.A., która podpisała Term Sheet w sprawie nabycia 100% udziałów Mousetrap Games Sp. z o.o. działającej w branży gier mobilnych. JR HOLDING ASI S.A. posiada też akcje notowanej na rynku NewConnect spółki Synerga.fund S.A., która posiada 8% udziałów w spółce ALL IN! GAMES Sp. z o.o. oraz podpisała Term Sheet, zgodnie z którym będzie odpowiadała za marketing i skalowanie terapii na świecie oraz budowę globalnej marki Adelante i produktu oraz terapii.

Jak trwoga to do…

Luzowanie przez banki centralne ponownie okazuje się jedynym panaceum na kolejne tarapaty światowej gospodarki i rynków finansowych. Najgorszy tydzień na Wall Street od 2008 roku zaktywizował Rezerwę Federalną. Na początku tygodnia murem z Fed staje Bank Japonii.

Skoordynowana odpowiedź na paraliż globalnych łańcuchów dostaw i spiralę wyprzedaży na rynkach akcji ratuje nastroje. W jej wyniku rynek zakłada, ze Fed zetnie w tym roku stopy o około 100 pb. Swoje trzy grosze, ale nie tylko werbalnie lada moment dorzuci Reserve Bank of Asutralia, który za 24 godziny będzie już prawdopodobnie po obniżce stóp procentowych. Jak szybko i z jaką mocą władze monetarne będą odpowiadać na zagrożenie , w dużej mierze będzie zależne od informacji napływających z gospodarek.

Naszym scenariuszem bazowym na początek tygodnia jest próba wygenerowania odbicia na rynkach akcji i poprawa nastrojów inwestycyjnych. W przypadku kontraktu na indkes DAX pozytywnym symptomem byłoby wyjście ponad 12000 pkt.

W obecnym środowisku, w szerszym horyzoncie powinno zyskiwać również złoto – o wzrostach rentowności długu należy zapomnieć. Nie widzimy natomiast dużej przestrzeni do dalszego osłabienia dolara względem euro. EUR/USD wyszedł nad 1,10, ale istnieje spore ryzyko, że z obecnych okolic będzie zawracać pomimo zwrotu w retoryce dokonywanego właśnie przez Fed. Amerykańska gospodarka nadal pozostaje znacznie silniejsza od pozostałych z grupy G-10 a może się okazać, że błyskawiczne zdyskontowanie silnego luzowania to kolejne w ostatnich tygodniach przestrzelenie fundamentów przez rozchwiane i niestabilne rynki finansowe. Złoty ma potencjał by nieco zyskać. EUR/PLN powinien dryfować do 4,30, ale nie sądzimy by możliwe było szybkie zejście do 4,25.

Przed indeksami ISM dla przemysłu (pon) i usług (śr) oczekiwania przeważają po stronie rozczarowania po tym, jak słabo wypadły wstępne szacunki PMI. Mimo to relatywnie dane z USA wypadają mocniej niż w pozostałych głównych gospodarkach, co od strony pływu na USD powinno być czynnikiem łagodzącym. Odczytem tygodnia będzie raport NFP (pt), gdzie spodziewane jest podtrzymanie silnego tempa przyrostu zatrudnienia (175 tys.) przy spadku stopy bezrobocia (3,5 proc.). Będzie interesujące czy dobre dane będą w stanie przywrócić stabilizację na rynki finansowe. W tle danych i doniesień o COVID-19 odbędzie się Super Wtorek, kiedy mieszkańcy 14 stanów będą głosować w prawyborach kandydata na prezydenta z Partii Demokratycznej. Sondaże wskazują na umocnienie się Berniego Sandersa na pozycji lidera. Jego program polityczny jest uznawany za negatywny dla gospodarki i rynku kapitałowego w USA i może to być czynnik ryzyka, który będzie ciążył na Wall Street, choć dopiero w drugiej połowie roku bliżej terminu wyborów prezydenckich.

Rewizje indeksów PMI w Europie (pon, śr) będą analizowane pod kątem wpływu COVID-19. Wstępne odczyty wypadły zaskakująco mocno, choć dane były oparte o ankiety z początku miesiąca, kiedy obawy o epidemię nie były tak duże. Ponadto wzrost indeksów brał się częściowo z wydłużonego czasu dostaw, co zwykle oznacza rosnący popyt na towary, ale tym razem odzwierciedla opóźnienia w realizacji dostaw z Chin, gdzie prace w zakładach produkcyjnych zostały wstrzymane w związku z epidemią. Zamówienia przemysłowe Niemiec (pt) raczej nie zaskoczą pozytywnie, biorąc pod uwagę załamanie popytu na samochody z Chin. Ostatnio EUR zyskało na wartości, ale by to skutek panicznego domykania krótkich pozycji i nie powinien być oznaką wewnętrznej siły waluty.

Podejście do finalnych odczytów PMI z Wielkiej Brytanii (pon-śr) jest takie samo, jak dla Eurolandu (patrz wyżej), zatem ryzyka dla GBP przeważają po negatywnej stronie.

W Polsce PMI dla przemysłu (pon) powinien wskazać skromny wzrost (prognoza TMS: 47,9, poprz. 47,4) na bazie poprawy sentymentu wśród firm na początku roku, zanim w gospodarkę globalną uderzył COVID-19. Jednak w związku z wydarzeniami ostatnich dni z danych nie będą wyciągane żadne znaczące wnioski, gdyż marcowa aktualizacja może przynieść zupełnie inne obraz. Po RPP nie spodziewamy się zmian stóp procentowych (śr) przy powtórzeniu przekazu o prawdopodobnej stabilizacji kosztu pieniądza co najmniej do połowy 2022 r. Komunikat powinien przyjąć ostrożnościowy ton w obliczu globalnej epidemii wirusa, choć bez sugestii rychłej zmiany polityki. Złoty pozostaje pod wpływem zmian w nastawieniu inwestorów do ryzyka.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Departament Analiz
Dom Maklerski TMS Brokers

W 2020 roku w Polsce zostanie przekroczony pułap 20 mln m kw. powierzchni magazynowej

Rynek magazynowo-logistyczny w Polsce jest jednym z najszybciej rozwijających się sektorów nieruchomości w Europie. Jak wynika z danych BNP Paribas Real Estate Poland, całkowita powierzchnia wszystkich obiektów w tym segmencie podwoiła się w ciągu zaledwie pięciu lat, a ilość projektów w budowie pokazuje, że w najbliższym czasie tempo rozwoju nie zamierza zwolnić. Niemniej, od początku ubiegłego roku obserwowany był stopniowy wzrost wskaźnika pustostanów.

Rekord nowej podaży

W ciągu dwunastu miesięcy ubiegłego roku oddano do użytku obiekty magazynowe o łącznej powierzchni 2,7 milionów m kw., czyli o 24% więcej niż w 2018 r. – wynika z najnowszego raportu BNP Paribas Real Estate Poland. Uzyskany wynik stanowi absolutny rekord rocznego wolumenu nowej podaży na polskim rynku. Najwięcej powierzchni magazynowej przybyło w rejonie Polski Centralnej (604 tys. m kw.) oraz na Górnym Śląsku (555 tys. m kw.), a do największych obiektów przekazanych w ręce najemców należały obiekty dedykowane gigantom branży e-commerce.

Światowi liderzy e-commerce inwestują w Polsce, skąd obsługują klientów w całej Europie
W 2019 r. ukończono budowę kilku dużych obiektów, które w całości zajmą światowi liderzy branży handlu elektronicznego. Na szczególną uwagę zasługuje centrum logistyczne położone w Gliwicach dedykowane firmie Amazon.

Na czterech kondygnacjach o łącznej powierzchni 210 tys. m kw. zatrudnienie znajdzie nawet tysiąc pracowników i niemal cztery tysiące robotów. Co ciekawe, nie była to jedyna inwestycja realizowana w Polsce dla amerykańskiego giganta e-commerce. W drugiej połowie zeszłego roku zakończono pracę nad dwoma innymi obiektami, które co prawda pod względem powierzchni nie dorównują lokalizacji w Gliwicach, ale mimo wszystko również imponują wielkością – Igor Roguski, Dyrektor Działu Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wspomniane centra logistyczne położone są w okolicach Bolesławca oraz Łodzi i powiększyły zasoby powierzchni magazynowej użytkowanej przez Amazona w Polsce o odpowiednio 60,5 tys. m kw. i 45 tys. m kw.

Drugim największym obiektem magazynowym oddanym w zeszłym roku do użytku był Distribution Park Olsztynek o łącznej powierzchni 120 tys. m kw. Jego najemcą został inny, światowy przedstawiciel branży e-commerce – firma Zalando. Nowy magazyn ma obsługiwać dostawy dla klientów klubu zakupowego Zalando Lounge, liczącego aktualnie około 15 milionów członków na 13 europejskich rynkach. Lokalizacja Zalando jest doskonałym przykładem potwierdzającym dwa z najsilniejszych obecnie trendów obserwowanych na polskim rynku. Po pierwsze to ogromne centrum dystrybucyjne obsługuje głównie klientów poza Polską. Inwestycja ta wpisuje się również w trend powstawania nowych lokalizacji logistycznych dzięki rozwojowi sieci dróg szybkiego ruchu oplatających cały kraj. Obiekt położony jest bowiem w bliskim sąsiedztwie niedawno oddanego fragmentu trasy S7. Jest to region, który do niedawna w ogóle nie był kojarzony z tego typu przedsięwzięciami.

Kolejne projekty w realizacji, główne rynki motorem napędowym

Rekordowy poziom nowej podaży w 2019 r. nie zniechęca deweloperów do rozpoczynania nowych inwestycji. Według raportu BNP Paribas Real Estate Poland, na koniec grudnia ubiegłego roku wolumen realizowanej powierzchni osiągnął poziom niemal 1,9 mln m kw. Najwięcej budowanej powierzchni przypada na rejon Górnego Śląska (478 tys. m kw.) oraz Warszawy II (425 tys. m kw). Hanna Milczarek, Dyrektor, Magazyny i Logistyka w dziale Rynki Kapitałowe z BNP Paribas Real Estate Poland, podkreśla wciąż dominującą rolę głównych klastrów magazynowych w całkowitej wielkości nowej podaży obiektów logistycznych.

Mają one duży, bo aż prawie 70-proc. udział w całkowitym wolumenie powierzchni w budowie. Za to wśród klastrów rozwojowych, czyli takich o wielkości nieprzekraczającej miliona m kw. powierzchni magazynowej, warto zwrócić uwagę na Trójmiasto. Budują się tam obiekty magazynowe o łącznej powierzchni przekraczającej 260 tys. m kw., w tym jeden z największych obecnie powstających w Polsce obiektów – Panattoni Park Gdańsk Airport (68,5 tys. m kw.). – Hanna Milczarek, Dyrektor, Magazyny i Logistyka w dziale Rynki Kapitałowe z BNP Paribas Real Estate Poland

Już wkrótce ma wprowadzić się tam pierwszy najemca – home&you, a docelowo kompleks ma składać się z czterech budynków magazynowych.

Jak szacują eksperci z BNP Paribas Real Estate Poland, planowe przekazanie w ręce najemców wszystkich budowanych obecnie obiektów sprawi, że w 2020 roku zostanie złamana kolejna granica – całkowite zasoby powierzchni przemysłowo-logistycznej w Polsce przekroczą pułap 20 milionów m kw.

Popyt na magazyny nie słabnie

W raportowanym okresie popyt na powierzchnie magazynowo-przemysłowe utrzymywał się na stabilnym, bardzo wysokim poziomie. W efekcie, trzeci rok z rzędu łączny wolumen przekroczył granicę 4 milionów m kw. Największym zainteresowaniem cieszył się obszar Warszawa II, gdzie wynajęto prawie 1,1 miliona m kw. Dzięki bliskości stolicy, rozbudowanej sieci transportowej oraz atrakcyjnym kosztom najmu dużych powierzchni, obszar ten jest szczególnie popularny wśród firm logistycznych oraz sieci handlowych.

Wysoki poziom popytu w połączeniu z rosnącymi kosztami pracy i materiałów budowalnych przyczyniły się do systematycznego, aczkolwiek powolnego, wzrostu stawek czynszów, głównie tzw. stawek bazowych.

Z drugiej strony duża konkurencja na rynku zmuszała wynajmujących do walki o klienta poprzez oferowanie różnorodnych zachęt czynszowych, które w efekcie przyczyniają się do redukcji wysokości kosztów efektywnych po stronie najemców. Przed znaczącym wzrostem kosztów najmu powierzchni chroni wysoki poziom nowej podaży, zarówno tej zrealizowanej w roku minionym jak spodziewanej w ciągu najbliższych kwartałów. – Robert Pawłowski, Zastępca Dyrektora, Dział Powierzchni Przemysłowych i Logistycznych, BNP Paribas Real Estate Poland

Wskaźnik powierzchni niewynajętej powoli rośnie, branża na razie obserwuje rozwój sytuacji

W ciągu 2019 r. wskaźnik pustostanów w Polsce wzrósł o 2,3 p. proc. do 7,4% na koniec IV kwartału, w ten sposób osiągając poziom najwyższy od pięciu lat. Biorąc pod uwagę rekordowo szybki przyrost nowej podaży w ostatnich latach, udział dostępnej powierzchni pozostaje wciąż na relatywnie niskim poziomie. Duża w tym zasługa projektów typu BTS, czyli magazynów „szytych na miarę” oraz specyfiki całego segmentu, w którym obiekty w budowie wynajęte są średnio w 49%, a w momencie oddania do użytku są już często w całości zapełnione najemcami. Najwyższy odsetek niewynajętej powierzchni – 13% – zanotowano w rejonie Warszawa I, a najniższy w strefie Zachód obejmującej lokalizacje wzdłuż granicy polsko – niemieckiej, gdzie istniejące budynki są wynajęte w 100%. Niski poziom wskaźnika pustostanów odnotowano także w regionach: Wschód (1,9%), Szczecin (2,9%) i Dolny Śląsk (3,2%).

Produkty konopne mogą mieć zastosowanie w terapii wielu chorób. W Polsce wciąż brakuje dobrego prawa dla rozwoju tego rynku

Badania potwierdzają skuteczność leków z kannabidiolem (CBD), czyli substancją z konopi siewnych, w leczeniu padaczki, stwardnienia rozsianego, boreliozy, parkinsona i wielu dolegliwości bólowych. W Polsce rynek tego typu produktów wciąż jest w początkowej fazie rozwoju. Problemem jest brak odpowiedniego prawa, które pozwoliłoby się rozwijać w tym zakresie dużym podmiotom, ale również brak świadomości społeczeństwa. – Zanim w Polsce będą powszechne leki oparte na CBD i pacjenci będą mogli powszechnie korzystać ze zdrowotnych właściwości konopi, upłynie jeszcze kilka lat – przewidują specjaliści z Cannabis Poland.

Od wielu lat medycyna upatruje źródeł leczniczych substancji w konopiach siewnych. Na celowniku farmaceutów są dwa związki chemiczne – CBD i THC.

CBD to inaczej kannabidiol, czyli substancja organiczna pochodząca z konopi siewnych. Substancja ta działa prozdrowotnie. Ma pozytywny wpływ m.in. na układ nerwowy, pomaga w walce z depresjami, nerwicami, problemami ze snem, wszelkiego rodzaju bólami. Od THC różni się tym, że nie jest psychoaktywna i nie uzależnia – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Jakub Bartoszek, prezes Cannabis Poland SA.

Od niedawna prowadzone są intensywne badania dotyczące zastosowania CBD. Są już dowody na jego pozytywne działanie w przypadku takich chorób jak: parkinson, alzheimer, borelioza, wszelkiego rodzaju dolegliwości bólowe. Istnieją również dowody (głównie przedkliniczne) na to, że CBD może potencjalnie znaleźć zastosowanie w terapii co najmniej kilku innych jednostek chorobowych z uwagi na właściwości kannabidiolu: neuroochronne, dotleniające, anksjolityczne, antypsychotyczne, przeciwbólowe oraz przeciwzapalne, przeciwastmatyczne i przeciwnowotworowe.

Jesteśmy jeszcze na początku badań, ale niemal codziennie dowiadujemy się o nowych zastosowaniach CBD – dodaje Jakub Bartoszek

W raporcie Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) czytamy, że kolejne prawdopodobne zastosowanie terapeutyczne CBD to leczenie uzależnienia od narkotyków. Wyniki badań sugerowały, że kannabidiol może być przydatny w leczeniu uzależnienia od opioidów, kokainy i stymulantów, marihuany i tytoniu. Jednak, aby prawidłowo  ocenić skuteczność takiej terapii, potrzebne są dalsze prace badawcze. Jak podaje WHO, kliniczne stosowanie CBD jest najbardziej zaawansowane w terapii padaczek. Udowodniono skuteczność kannabidiolu w terapii przynajmniej kilku form epilepsji.

– Na rynek brytyjski trafił lek oparty na CBD. Badania kliniczne wskazują, że jest on lepszy niż tradycyjne terapie. Mamy przykłady na to, że pacjenci chorzy na padaczkę lekooporną, przyjmując CBD, mieli dużo mniej jej napadów niż przy wcześniejszych sposobach leczenia – mówi prezes Cannabis Poland SA.

Lek został dopuszczony do obrotu przez Europejską Agencję Rejestracji Leków. W  najbliższej przyszłości ma być on dostępny w pozostałych krajach europejskich.

W Polsce leki CBD jeszcze nie są dostępne. W Stanach Zjednoczonych oraz Wielkiej Brytanii możliwe było wprowadzenie takiego leku, ponieważ tamtejsze rynki są bardziej rozwinięte, a prawo lepiej przystosowane do tego typu działalności. Uważam, że w Polsce potrzebujemy jeszcze na to co najmniej kilku lat oraz zmiany prawa, ponieważ duży biznes nie może się rozwijać w momencie, kiedy rynek nie jest jeszcze do końca uregulowany – mówi Jakub Bartoszek.

W Polsce od listopada 2017 roku można legalnie kupić tzw. susz CBD z zawartością do 0,2 proc. THC, ale obowiązuje zakaz sprzedaży substancji psychoaktywnych, czyli THC, w produktach spożywczych. Trzeba jednak odróżnić produkty prozdrowotne zawierające substancje pochodzące z konopi od marihuany, czyli suszonych kwiatostanów konopi, które mają działanie narkotyczne.

Temat CBD zrobił się bardzo popularny w Polsce. Punkty sprzedające produkty konopne rosną jak grzyby po deszczu. Wyroby konopne możemy spotkać już nawet na stacjach benzynowych, w sklepach monopolowych czy popularnych drogeriach – mówi prezes Cannabis Poland SA.

Jak podkreśla, poza zmianą prawa potrzebna jest także zmiana podejścia do produktów konopnych. Polacy wciąż mylą je z marihuaną, która w przeciwieństwie do CBD jest psychoaktywna i uzależnia.

– Szybki rozwój branży nie idzie w parze z odpowiednią edukacją, co można zauważyć w sloganach firm sprzedających susz konopny jako legalną marihuanę. W grudniu 2019 roku został powołany Parlamentarny Zespół ds. Legalizacji Marihuany. Sama nazwa pokazuje, że problem ten nie jest rozumiany nawet przez nasze władze. Dlatego też do legalizacji marihuany jeszcze bardzo długa droga, a parlamentarzyści powinni skupić się na depenalizacji i poprawie prawa tak, żeby było mniej surowe dla konsumentów – podkreśla prezes Cannabis Poland. – Do rozwoju rynku potrzebujemy przede wszystkim zmian prawnych, by producenci oraz konsumenci nie bali się produktów konopnych, oraz świadomych sprzedawców tych produktów, którzy będą edukowali społeczeństwo.

Czy ekonomia współdzielenia zrewolucjonizuje gospodarkę?

Dzięki postępującej cyfryzacji społeczeństwa odrodziła się w ostatnich latach gospodarka współdzielenia. Sposób korzystania z dóbr, świadczenia usług i zakupu produktów – który wcześniej mógł istnieć tylko pomiędzy znajomymi lub członkami rodzin – dzięki platformom internetowym uzyskał drugie życie. Ekonomia współdzielenia przeciwstawia się zasadzie ekonomii klasycznej – w której jeden usługodawca lub producent obsługuje dużą ilość klientów, a jego działanie jest scentralizowane.

W ekonomii współdzielenia, zwanej także ekonomią współpracy, usługodawstwo jest rozproszone w sieci społecznej. Jeden człowiek świadczy usługę drugiemu. 

Przykładem nowoczesnego zastosowanie ekonomii współdzielenia są usługi Ubera, gdzie konkretny kierowca podwozi swojego klienta. Platforma cyfrowa pozwala na przeniesienie płatności do strefy uregulowanej, co pozwala na budowanie zaufania. Na takiej zasadzie działa również portal Airbnb – dzięki któremu właściciele mieszkań mogą wynająć krótkoterminowo swoje posiadłości turystom, bez konieczności zakładania działalności gospodarczej. Jednak eksperci wskazują na to, że ekonomia współdzielenia wcale nie jest taka neoliberalna, na jaką pozuje.

– Mimo zasady rozproszenia, dana platforma cyfrowa zawsze ma swojego właściciela. Również użytkownicy są też koniec końców twardymi posiadaczami tej czy innej akcji danej platformy. Podstawą ekonomii współdzielenia pozostaje więc własność – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowskiprezydent Centrum im. Adama Smitha. – Gospodarka własności, czyli liberalizm gospodarczy, zawsze będzie się dobrze trzymał. Kraje, które dochodzą do ściany w wyniku różnego rodzaju eksperymentów, na koniec przywracają wolność gospodarczą – aby móc się rozwijać. To był przypadek chociażby naszego kraju. Socjalizm skończył się przyjęciem najbardziej wolnościowej, liberalnej gospodarczo ustawy, która przywracała w Polsce wolność gospodarczą. Możliwość własności i samodzielności na wolnym rynku jest podstawą działania współczesnej gospodarki. Wątpliwe więc, żeby gospodarka współdzielenia zrewolucjonizowała kapitalizm – przewiduje Sadowski.

Branża budowlana ma coraz mniejsze problemy z brakiem kadr i drożejącymi materiałami. Ceny mieszkań będą rosły, ale wolniej

Mimo 6-proc. wzrostu produkcji budowlano-montażowej i poprawy średniej rentowności ubiegły rok był trudny dla branży budowlanej. Warunki kontraktowe między wykonawcami i zamawiającymi są wciąż na korzyść tych drugich, a na rynku zaostrza się konkurencja. Plusem jest poprawa kwestii braków kadrowych i stabilizacja cen materiałów budowlanych. W nadchodzących siedmiu latach polski rynek budowlany powinien rosnąć o kilka procent rocznie, napędzany głównie programami infrastrukturalnymi, których wartość sięgnie w tym czasie 500 mld zł. – Z kolei w segmencie deweloperskim ceny mieszkań będą nadal rosnąć, choć wolniej niż do tej pory – ocenia Dariusz Blocher, prezes giełdowego Budimeksu. 

Zapotrzebowanie na siłę roboczą zmalało. Jeszcze dwa lata temu szacowaliśmy, że brakuje nam w branży około 150 tys. pracowników. Dzisiaj te szacunki mówią już o 70–80 tys., czyli jest lepiej, choć pracowników w dalszym ciągu nam brakuje – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dariusz Blocher, prezes Budimex SA.

Brak kadr był w ostatnich latach jedną z kilku głównych bolączek branży. Spółka ocenia, że sytuacja związana z pozyskiwaniem pracowników, jak i współpracą z podwykonawcami znacząco się poprawiła, choć ryzyko stwarza zapowiedź otwarcia niemieckiego rynku pracy dla obywateli Ukrainy i Białorusi. Budimex szacuje, że w branży budowlanej może to spowodować 15-20-proc. odpływ pracowników, którzy wybiorą tamtejszy rynek. Niedobór kadr jest szczególnie dotkliwy w segmencie kolejowym.

Potrzebne są specjalistyczne, wysoko wykwalifikowane zawody i dziś na rynku nie ma takich pracowników – mówi Dariusz Blocher. – Jest też niższa presja na podwyżki. Oczywiście nadal spodziewamy się, że pracownicy będą chcieli zarabiać więcej, ale ta presja będzie mniejsza niż jeszcze dwa–trzy lata temu.

Pozytywem jest też stabilizacja cen materiałów budowlanych. Branża spodziewa się, że okres spektakularnych wzrostów ma już za sobą.

Ceny niektórych materiałów nawet spadają. Jest to związane z makrosytuacją i koronawirusem – ropa, stal czy miedź tanieją, bo Chiny przestają kupować, więc mamy chwilowy zastój. Jednak nie spodziewam się, żeby w nadchodzących latach ceny rosły w takim tempie jak do tej pory. Mieliśmy lata, w których asfalt podrożał o 50–60 proc. Teraz nastąpi stabilizacja, ceny niektórych materiałów być może spadną ze względu na trendy globalne. Z kolei ceny  materiałów wytwarzanych w Polsce będą lekko rosły, o kilka procent – ocenia prezes Budimeksu.

Firma wskazuje, że na rynku zaostrza się konkurencja: najtańsze oferty często odbiegają od rzetelnych kosztorysów nawet o 20–30 proc, co może wpłynąć destabilizująco na całą branżę i odbić się na jakości realizowanych projektów. Apeluje też o zrównoważenie ryzyk między wykonawcami i zamawiającymi, bo warunki kontraktowe wciąż się nie poprawiają.

Rok 2019 dla branży budowlanej był trudny ze względu na duży wzrost cen, kończenie kontraktów ze stratami. Rentowność dużych firm budowlanych, zatrudniających powyżej 250 osób, jest na poziomie 1 proc., czyli znacznie poniżej średniej dla rynku. Na tym tle Budimex poradził sobie dobrze – zanotowaliśmy wzrost sprzedaży, utrzymaliśmy rentowność w części budowlanej, bardzo dobrze rozwija się Budimex Nieruchomości i FBSerwis, który zaczynamy teraz konsolidować. Z optymizmem patrzymy na to, co będzie się działo w 2020 roku – mówi Dariusz Blocher.

Największa w Polsce grupa budowlana zamknęła ubiegły rok z 7,57 mld zł skonsolidowanych przychodów (wobec 7,39 mld zł na koniec 2018 roku), 318,4 mln zł zysku operacyjnego (417 mln zł rok wcześniej) i 226 mln zł zysku netto (305,4 mln zł rok wcześniej) przypadającego akcjonariuszom jednostki dominującej.

Prezes Budimeksu podkreśla, że w portfelu grupy są w tej chwili same „zdrowe” kontrakty – spółka zakończyła te, które przynosiły straty wynikające ze wzrostu cen materiałów, i negocjuje z zamawiającymi w sprawie zwrotu wzrostu kosztów za waloryzację cen. Jej wyniki w segmencie energetyki wciąż obciążają dwa kontrakty w Turowie i Wilnie. Budimex ma z ich tytułu kilkusetmilionowe roszczenie wobec klienta i rozważa wykazanie w pełnym raporcie rocznym rezerw na straty.

Zmiana sytuacji na rynku spowodowała, że część kontraktów znalazła się na ujemnych marżach. Wśród kluczowych, a mamy ich w sumie 350, zostały nam tylko dwa, które są jeszcze pod presją negatywnych marż, czyli kontrakt w Turowie i kontrakt w Wilnie na spalarnię śmieci. Oba te kontrakty zakończymy w tym roku. Mam nadzieję, że też porozumiemy się z zamawiającymi w Turowie i w Wilnie co do rozwiązania sporów finansowych, przynajmniej w pewnym zakresie – mówi Dariusz Blocher.

Spółka ocenia, że w kolejnych siedmiu latach polski rynek budowlany będzie rósł o kilka procent rocznie, do czego przyczynią się głównie rządowe i samorządowe programy infrastrukturalne o wartości sięgającej w sumie ok. 500 mld zł, co daje 60–70 mld zł rocznie.

Liczymy na to, że w kolejnych latach największe pieniądze będą w komponencie kolejowym związanym z Centralnym Portem Komunikacyjnym, a także z robotami hydrotechnicznymi – i tam Budimex będzie się znajdował – mówi Dariusz Blocher.

Budowa CPK ma obejmować również 1,6 tys. km nowych linii kolejowych, potrzebna będzie też autostrada Łódź – CPK – Warszawa i obwodnica metropolii warszawskiej. Największa w Polsce grupa budowlana upatruje też szans w rządowym programie budowy 100 obwodnic.

Mamy duży, około 20-proc. udział w rynku budowy i modernizacji dróg i kolei. Nie spodziewamy się, żebyśmy istotnie go zwiększyli. Cały rynek będzie rósł o kilka procent rocznie, Budimex chce rosnąć zgodnie z tym trendem rynkowym. Kładziemy natomiast większy nacisk na znacznie szybszy rozwój naszej części usługowej, czyli FBSerwis. Chcemy też utrzymać poziom sprzedaży w Budimeksie Nieruchomości. Taka jest strategia. Będziemy również przyglądali się rynkom ościennym typu Słowacja, Czechy czy Litwa i rozważali, czy opłaca nam się tam zaistnieć – mówi Dariusz Blocher.

W segmencie deweloperskim Budimex Nieruchomości sprzedał w ubiegłym roku 1655 mieszkań. Obecnie ma w ofercie nieco ponad 1,5 tys. lokali w pięciu lokalizacjach. Przychody z tego segmentu wzrosły w ubiegłym roku o 2 proc. i sięgnęły 558 mln zł. Prezes Budimeksu ocenia, że rynek jest w zdrowej kondycji, a w najbliższym czasie ceny mieszkań będą rosły. Ten trend mogłaby zahamować tylko większa dostępność działek budowlanych po odrolnieniu gruntów w miastach.

Nie ma żadnych podstaw, dla których ceny mieszkań w długiej perspektywie miałyby spadać. Nie dlatego, że deweloperzy chcą więcej zarabiać, ale dlatego, że wszystko drożeje: grunty, koszty wykonawstwa, koszty materiałów i ochrony środowiska. Udział płac w kosztach to ok. 1/3, więc przy 6–7-proc. wzroście płac, których się spodziewamy w najbliższych latach, ceny mieszkań z pewnością będą rosły, może już nie o 15 proc., ale 3–5  proc. – podkreśla Dariusz Blocher.

Co czwarta działalność gospodarcza jest zakładana online. Coraz częściej robimy to przez bankowość elektroniczną

Polska ma jeden z najwyższych w Europie wskaźników samozatrudnienia. Dzięki wprowadzonym na przestrzeni ostatnich lat ulgom prowadzenie mikrofirmy jest tańsze i prostsze. Uproszczono i przyspieszono również sam proces zakładania działalności. W tej chwili już co czwarta jest rejestrowana online, w tym jedna trzecia za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Wynika to z faktu, że proces zakładania firmy w tym kanale zajmuje kilka chwil, a banki oferują początkującym przedsiębiorcom dodatkowe ułatwienia na start.

Jak wynika z danych Banku Światowego za 2019 rok, samozatrudnieni stanowią w Polsce ponad 20 proc. pracujących i jest to jeden z najwyższych wskaźników w Europie. Ubiegłoroczny „Indeks Przedsiębiorczości 2.0” TaxCare wskazuje, że w Polsce przybywa średnio 916 jednoosobowych firm dziennie. To o 130–150 nowych pomysłów na biznes więcej niż jeszcze pięć lat, a nawet dwa lata temu. Z badania wynika, że zdaniem mikroprzedsiębiorców praca „na swoim” w porównaniu z etatem oferuje lepsze zarobki (73 proc.) i możliwość robienia tego, co się lubi (65 proc.). Taka forma zatrudnienia daje dużą elastyczność, swobodę w działaniu i pozwala na dywersyfikację źródeł zatrudnienia. Przynosi też korzyści fiskalne, bo jednoosobowe działalności gospodarcze są w Polsce uprzywilejowane pod względami podatkowymi. Mogą liczyć m.in. na ulgę na start, mały ZUS czy mały ZUS plus. Coraz prostszy i szybszy jest również sam proces zakładania firmy.

– Zakładanie własnej działalności gospodarczej znacząco się zmieniło. Jeszcze na początku ubiegłej dekady przedsiębiorca, który chciał założyć firmę, musiał udać się do urzędu i spełnić szereg formalności. Było to czaso- i pracochłonne, jak również skomplikowane. Jednak od kilku lat ta droga została mocno zdigitalizowana, dzięki czemu przedsiębiorca może założyć firmę w pełni online, dowiadując się wcześniej, jak to zrobić, na biznes.gov.pl, a następnie korzystając z naszego systemu CEIDG czy poprzez stosunkowo nowy kanał, jakim jest bankowość elektroniczna – mówi agencji Newseria Biznes Tomasz Majda, ekspert Ministerstwa Rozwoju.

Statystyki resortu pokazują, że jeszcze na początku 2016 roku zaledwie co 25. działalność gospodarcza w Polsce była zakładana online. W tej chwili jest to już co czwarta. Znaczący jest w tym również udział banków, ponieważ blisko 1/3 mikrofirm rejestrowanych online jest zakładana właśnie za pośrednictwem bankowości elektronicznej. Liderem jest ING Bank Śląski – w styczniu tego roku prawie połowa (49 proc.) działalności gospodarczych zakładanych w kanale bankowym została zarejestrowana w tym banku.

 Możliwość założenia firmy w ING Banku Śląskim wprowadziliśmy niecały rok temu. Od tego czasu skorzystało z niej około 6 tys. klientów, a około tysiąca tylko w styczniu tego roku. Wzrost, który obserwujemy, jest spowodowany wygodą tej usługi. Wystarczy mieć smartfon lub dostęp do Mojego ING i w prosty sposób można założyć firmę wraz z kontem firmowym. Jest to o tyle istotne, że zawsze przy zakładaniu działalności gospodarczej trzeba wskazać konto bankowe, więc przedsiębiorca może to zrobić w jednym procesie i od razu z niego aktywnie korzystać – mówi Wojciech Widenka, dyrektor Centrum Agile Przedsiębiorcy w ING Banku Śląskim.

Zakładanie działalności gospodarczej online poprzez bankowość elektroniczną jest opcją chętnie wybieraną zwłaszcza przez młodych przedsiębiorców. Wynika to z faktu, że formalności przejmuje bank, który na starcie przesyła wniosek do CEIDG.

 Chcemy wspierać naszych klientów-przedsiębiorców na każdym etapie prowadzenia firmy – od momentu, kiedy ją założą. Dotyczy to nie tylko produktów typowo bankowych, jak rachunki czy kredyty, ale również innych usług, które nasi klienci postrzegają jako związane z finansami, np. prowadzenia księgowości. Oferujemy naszym klientom możliwość skorzystania z usługi księgowości online, która do końca tego roku jest prowadzona za darmo – mówi Wojciech Widenka.

Jak wynika z danych GUS, na koniec 2019 roku w rejestrze REGON było prawie 2,8 mln osób fizycznych prowadzących działalność, w tym osób samozatrudnionych i zatrudniających do dziewięciu pracowników było 2,74 mln.

W Polsce będzie powstawać innowacyjne oświetlenie do samochodów. Nowa fabryka zatrudni 350 osób

Do końca roku około 350 osób znajdzie zatrudnienie w nowej fabryce produkującej oświetlenie do samochodów. Jest to warta 54 mln euro inwestycja firmy Varroc w podlubelskich Niemcach. Lokalizacja jest nieprzypadkowa – producent liczy, że w regionie bez problemu znajdzie wykwalifikowanych pracowników technicznych. Zapowiada także współpracę z lokalnymi szkołami, by wesprzeć kształcenie kadry przyszłych inżynierów. Zakład został zbudowany w koncepcji Przemysłu 4.0, a jedną z jego największych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka, która pozwala usprawnić komunikację online w procesie produkcji w czasie rzeczywistym.

– Fabryka w Niemcach powstała, aby produkować przednie lampy do samochodów. Są to lampy budowane w różnej technologii, od halogenów oraz LED-ów, skończywszy na projektorach i lampach typu LED Matrix, które są inteligentne i wychodzą naprzeciw najbardziej aktualnym oczekiwaniom klientów – mówi agencji Newseria Biznes Artur Grudzień, dyrektor fabryki Varroca w Niemcach.

Wraz ze wzrostem liczby produkowanych aut rośnie zapotrzebowanie na zaawansowane technologicznie oświetlenie. Stąd decyzja o budowie 12. już fabryki firmy. Maksymalne możliwości produkcyjne zakładu wyniosą 3,6 mln lamp i modułów oświetleniowych rocznie. Pomóc ma w tym zainstalowanie 10 linii montażowych i budowa całej fabryki w koncepcji Przemysłu 4.0, w ramach której jedną z największych zastosowanych innowacji jest tzw. wirtualna fabryka. Program opracowany przez Varroca ma usprawnić w czasie rzeczywistym komunikację online w procesie produkcji.

– Virtual Factory to jest narzędzie wymyślone przez Varroca, które wychodzi naprzeciw zastosowaniom Przemysłu 4.0. Pomaga nam w doskonały sposób nadzorować proces produkcji, znaleźć wąskie gardła, poprawić wydajność oraz szybko reagować na pojawiające się problemy. Dzięki temu jesteśmy w stanie być bardziej efektywni i bardziej wydajni – przekonuje Artur Grudzień.

Docelowo w podlubelskiej fabryce znajdzie zatrudnienie kilkaset osób, a poza stanowiskami produkcyjnymi firma szuka ekspertów z wyższym wykształceniem technicznym i pracowników, którzy chcą się rozwijać zawodowo w obszarze technicznym.

 Niemce to dla nas logiczny wybór, ponieważ dzięki niemu znajdujemy się blisko naszych głównych klientów z Europy Środkowej i Wschodniej. Ponadto Lubelskie to dobry region, jeśli chodzi o możliwość znalezienia wykwalifikowanych pracowników technicznych – mówi Stephane Vedie, prezes Varroc Lighting Systems. – Wnosimy do regionu technologię, innowacje, produkty zaawansowane technicznie, więc potrzebujemy do pracy inżynierów, techników, osób ze specjalistycznymi umiejętnościami. Myślę, że możemy ich znaleźć w Niemcach i w Lubelskiem.

Jak podkreśla, wybór na Niemce padł ze względu na położenie, dobrą komunikację z innymi krajami regionu i wysoko wykwalifikowaną kadrę.

– Docelowo inwestycje Varroca dla regionu oznaczają niemal 400 miejsc pracy – podkreśla Stephane Vedie. – Będziemy też współpracować z lokalnymi szkołami, aby podnieść kompetencje w tym zakresie.

Fabryka w Niemcach to kolejna inwestycja Varroca w Polsce, po krakowskim centrum badawczo-rozwojowym.

 Stale rozwijamy naszą działalność. W ciągu ostatnich 10 lat nasz wzrost wyniósł 20 proc. rok do roku. Udało nam się nawiązać ścisłe relacje z naszymi klientami z globalnego sektora samochodów osobowych, dzięki czemu zyskaliśmy w ciągu dwóch i pół roku 1 mld euro w zamówieniach od nowych i dotychczasowych klientów. W związku z naszym rozwojem potrzebowaliśmy nowej lokalizacji, a Niemce okazały się najlepszym wyborem – przekonuje Tarang Jain, dyrektor zarządzający Varroc Group.

Działy finansowe nie są przygotowane na nowe technologie. Konieczne zwiększenie nakładów na rozwój kompetencji ich pracowników

Firmy coraz chętniej korzystają z technologii cyfrowych w obszarze finansów. 11 proc. działów finansowych już teraz stosuje automatyzację procesów, a 17 proc. zamierza zrobić to w perspektywie 3-5 lat. Z drugiej strony przedsiębiorstwa za mało inwestują w rozwój pracowników działów finansowych. Cyfrowa transformacja wymaga od nich nowych kompetencji, tymczasem większość nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ, jaki mają na branżę sztuczna inteligencja, automatyzacja i nowe technologie. 76 proc. organizacji na szkolenia pracowników przeznacza mniej niż 10 proc. budżetu założonego na cyfrową transformację – wynika z badań Association of International Certified Professional Accountants.

– Specjaliści do spraw finansów muszą być odpowiednio przygotowani na to, co przyniesie przyszłość. Wymagane jest od nich posiadanie konkretnego zestawu umiejętności, które są niezbędne z punktu widzenia przedsiębiorstw i które pozwolą na podejmowanie decyzji biznesowych. Aby wypracować takie umiejętności, potrzebne jest nowe spojrzenie na rolę działu finansowego. To pozwoli przygotować specjalistów ds. finansów na wyzwania, jakie czekają ich w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes Amal Ratnayake FCMA, CGMA, prezydent Instytutu Rachunkowości Zarządczej CIMA (The Chartered Institute of Management Accountants).

Jak wynika z ubiegłorocznego raportu CIMA „Future of Finance”, już 54 proc. działów finansowych w firmach wykorzystuje rozwiązania chmurowe, 11 proc. – robotyzację, a 25 proc. – zaawansowaną analizę danych. Odsetek przedsiębiorstw, które zamierzają wprowadzić je w obszarze finansów w ciągu najbliższych trzech–pięciu lat, wynosi kolejno 23 proc., 17 proc. i 24 proc. To pokazuje, że firmy coraz powszechniej korzystają ze wsparcia cyfrowych technologii w obszarze finansowym.

W nadchodzących latach kluczowe w tym obszarze będą też sztuczna inteligencja i automatyzacja, które mogą być wykorzystane m.in. w celu usprawniania procesów czy wykrywania nieprawidłowości w sprawozdawczości.

– Zbieranie i analiza danych podlega automatyzacji. Nie ma w tym nic złego, bo to są żmudne, rutynowe czynności. Najbardziej interesujący jest dla nas obszar pracy związany z wykorzystywaniem zgromadzonych danych w celu wyciągania wniosków i podejmowania decyzji finansowych – mówi Amal Ratnayake.

Jak wynika z badań CIMA, zdaniem 74 proc. specjalistów z dziedziny finansów automatyzacja prostych procesów pozwoli im zaoszczędzić czas i skupić się na bardziej strategicznych zadaniach. Co więcej, może też zwiększyć ich rolę w organizacji – z księgowych i specjalistów ds. rachunkowości zarządczej staną się strategicznymi doradcami w biznesie.

Jednak cyfrowa transformacja i wdrażanie w firmach nowych technologii oznacza też, że finansiści muszą posiadać odpowiednie umiejętności, aby radzić sobie w nowej rzeczywistości. Ponad 50 proc. globalnych liderów z obszaru finansów uważa, że w ciągu najbliższych trzech lat kompetencje ich zespołów będą się musiały znacząco zmienić w wyniku przejmowania tradycyjnych zadań przez nowe technologie.

– W niedalekiej przyszłości będzie wymagane, aby specjaliści ds. finansów posiadali umiejętności inne niż te, którymi obecnie dysponują, a wszystko przez tempo zachodzących zmian. Jeśli nadal będzie ono tak szybkie, wpłynie to na konieczność ponownego zdefiniowania zakresu naszych zadań oraz rodzaju pracy, jaką wykonujemy – mówi Amal Ratnayake. – Potrzebujemy umiejętności analitycznych i cyfrowych oraz ciągłego ich doskonalenia. Musimy w miarę rozwoju technologii stale podnosić nasze kompetencje.

Prezydent CIMA podkreśla, że oprócz solidnych umiejętności cyfrowych specjalistom z obszaru finansów niezbędne są także kompetencje interpersonalne, które umożliwią sprawną współpracę w ramach całej organizacji.

– W nowym świecie, w którym specjaliści ds. finansów mają więcej czasu na wyciąganie wniosków i podejmowanie decyzji biznesowych, aby robić to naprawdę dobrze, musimy współpracować z innymi działami. Musimy umieć słuchać ludzi, wsłuchiwać się w to, co mówią, i rozumieć, w jaki sposób funkcjonuje przedsiębiorstwo. Potrzebne są także umiejętności przywódcze – podkreśla Amal Ratnayake.

W tej chwili większość zespołów finansowych i specjalistów z tej dziedziny nie rozwija swoich umiejętności na tyle szybko, żeby uwzględniały one wpływ sztucznej inteligencji, automatyzacji procesów i innych nowych technologii na branżę. Z drugiej strony same firmy również nie kładą na to nacisku. Jak pokazuje badanie przeprowadzone przez Association of International Certified Professional Accountants (Międzynarodowe Stowarzyszenie Dyplomowanych Specjalistów ds. Rachunkowości stworzone przez Instytut Rachunkowości Zarządczej CIMA i American Institute of CPAs) oraz KPMG International, 76 proc. z ponad 670 organizacji, które obecnie planują, opracowują lub realizują programy transformacji finansów, przeznacza mniej niż 10 proc. swojego budżetu na szkolenia, aby zaradzić najważniejszym brakom kompetencyjnym swoich pracowników.

– Może to być problematyczne, bo do rozwoju przedsiębiorstw potrzebujemy ludzi, którzy mają odpowiednie umiejętności. Bez tego transformacja w obszarze finansów się nie powiedzie – podkreśla prezydent CIMA. – W CIMA wierzymy w inwestycje w badania i rozwój oraz rozumiemy znaczenie nowych technologii. Opracowujemy narzędzia i zasoby edukacyjne, z których nasi członkowie korzystają w celu podnoszenia swoich kwalifikacji.

Rozszerzona rzeczywistość wkracza do biznesu. Rynek oczekuje łatwych we wdrażaniu narzędzi zapewniających szybką redukcję kosztów

Technologia rzeczywistości rozszerzonej wkracza do świata biznesu. Wykorzystanie gogli AR w parze ze spersonalizowanym oprogramowaniem przystosowanym do pracy w konkretnym środowisku pozwoli przyspieszyć i zautomatyzować wykonywanie niektórych rutynowych czynności. Pracownicy otrzymają narzędzie do zdalnego rozwiązywania problemów oraz komunikacji z ekspertami. Polski start-up stworzy narzędzie do optymalizacji procesów przemysłowych za pośrednictwem rozszerzonej rzeczywistości, które ma oferować błyskawiczne korzyści w postaci oszczędności czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego.

– Augmented Reality dopiero się rozwija, cały czas wchodzą nowe narzędzia. Do tej pory na rynku pojawiały się rozwiązania z branży retail, e-commerce, rozrywkowej czy wizualizacje przestrzeni. W AR Solutions chcemy położyć nacisk na to, żeby zaoferować przedsiębiorstwom możliwość wykorzystania tej technologii w prosty sposób. Chodzi o to, żeby to było skuteczne rozwiązanie, które pozwoli zobaczyć rezultaty wdrożenia tej technologii. Osiągać wymierne korzyści w postaci oszczędności, redukcji kosztów czy zmniejszenia ryzyka błędu ludzkiego – mówi agencji Newseria Innowacje Magdalena Chrzanowska, dyrektor ds. rozwoju biznesu i marketingu AR Solutions.

Upowszechnienie rozwiązań z zakresu rozszerzonej rzeczywistości pozwoli spersonalizować środowisko pracy i rozszerzyć je o cyfrowe elementy. Wykorzystanie gogli AR umożliwi nałożenie na rzeczywisty obraz obiektów wirtualnych, które wejdą w interakcje z otoczeniem. Potencjał tej technologii docenili m.in. inżynierowie firmy Microsoft odpowiedzialni za produkcję gogli HoloLens. Druga generacja tego urządzenia trafiła do dystrybucji pod koniec 2019 roku i będzie wykorzystywana m.in. przez amerykańską armię w ramach systemu IVAS do poszerzenia możliwości żołnierzy na polu walki.

Do gry włączyła się również firma HTC, która zapowiedziała, że pracuje nad hybrydowym, w pełni niezależnym zestawem VR/AR Vive Proton. Sprzęt ma pozwolić na dynamiczne przełączanie się pomiędzy rzeczywistością rozszerzoną i wirtualną, a zintegrowany układ przetwarzania danych uniezależni go od komputera, dzięki czemu będzie można swobodnie przemieszczać się w tych goglach. Z myślą o użytkownikach biznesowych firma opracowała także specjalne nakładki na stacjonarne gogle VR Vive Cosmos, które pozwolą skorzystać z potencjału rzeczywistości rozszerzonej. Właśnie na biznesie skupia się polski start-up AR Solutions.

– Oferujemy sprzęt pozwalający na nakładanie cyfrowych elementów, dzięki którym pracownik terenowy może widzieć, jak wykonać daną czynność. Minimalizuje to ryzyko wystąpienia błędu ludzkiego. Okulary umożliwią połączenie się ze zdalnym ekspertem czy przeprowadzenie wideokonferencji. Pracownik będzie widział to, co np. pracownik biurowy widzi na swoim ekranie. Będzie mógł przywołać schemat urządzenia, przesłać wskazówki i poinstruować, w jaki sposób wykonać dane zadanie – wyjaśnia ekspertka.

AR Solutions stawia sobie za cel stworzenie interaktywnej platformy rzeczywistości rozszerzonej, która usprawniłaby pracę w środowisku spełniającym standardy branży Przemysłu 4.0. Spersonalizowane oprogramowanie ma umożliwić m.in. przeprowadzanie zdalnych konsultacji z ekspertami czy dokonywanie napraw przy wsparciu zespołu wsparcia technicznego komunikującego się w ramach modułu AR.

Z narzędziami tego typu eksperymentuje także firma Apple, która opracowała platformę QuickLook do nakładania trójwymiarowych modeli na obraz przechwycony przez obiektyw w telefonie. Rozwiązanie to funkcjonuje natywnie w aplikacjach od Apple i pozwala renderować realistycznie wyglądające przedmioty w naszym otoczeniu. Firma zintegrowała QuickLook z usługą Apple Pay, dzięki czemu wirtualna rzeczywistość może zostać wykorzystana m.in. do zdalnego sprzedawania mebli posiadaczom iPhone’ów. Wykorzystując to narzędzie, klient może np. sprawdzić, jak meble ze sklepu internetowego prezentują się w jego mieszkaniu.

DHL wykorzystuje z kolei technologię AR w środowisku kurierskim. Dzięki niej pracownicy mogą np. zeskanować bryłę przesyłki, a oprogramowanie automatycznie zasugeruje, w jakim opakowaniu najlepiej ją przetransportować. To właśnie produkcją takich wyspecjalizowanych i spersonalizowanych narzędzi chce zajmować się polski start-up AR Solutions.

– Jesteśmy na etapie wstępnego prototypu, który walidujemy wraz z klientami. Produkt będzie miał wersję podstawową i rozszerzoną, dopasowane do potrzeb poszczególnych użytkowników. Chcemy zaoferować większą elastyczność zarówno w zakresie doboru sprzętu, inteligentnych okularów, jak i w zakresie funkcjonalności zakresu zastosowań u poszczególnych przedsiębiorców. W ciągu najbliższych trzech miesięcy planujemy przystąpić do fazy kodowania podstawowej wersji aplikacji, która będzie później testowana i walidowana ponownie w celu wykrywania błędów – tłumaczy Magdalena Chrzanowska.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku rzeczywistości rozszerzonej w 2019 roku wyniosła 10,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie do 72,7 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 46,6 proc.

Przyszłością kolejnictwa jest wodór. Pierwsze polskie pociągi na paliwo wodorowe mogą się pojawić już w 2021 roku

Wodór to ekologiczne i wydajne paliwo. Idealnie wpisuje się także w plany Unii Europejskiej dotyczące redukcji poziomu emisji gazów cieplarnianych w gospodarce. Transport obecnie odpowiada za 25 proc. emisji w UE, dlatego wprowadzenie paliwa, którego jedyną pochodną jest woda, jest tak istotne. W planach polskich producentów są już także pierwsze pociągi zasilane wodorem. Choć udział transportu kolejowego w emisji CO2 jest marginalny, to plan Unii do 2050 roku zakłada osiągnięcie zeroemisyjności.

– Przewagi wodoru są oczywiste. Efektem jego spalania jest woda, co jest jego główną zaletą. Choć teraz trudno to przewidzieć, to wodór zmieni polską kolej. Jesteśmy na samym początku drogi, jednak wodór może dać kolei szansę na bardzo duży skok – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Mikulski, członek zarządu Stowarzyszenia Polski Wodór.

Eksperci podkreślają, że wodór nie zastąpi całkowicie pojazdów elektrycznych. Jednak w tych miejscach, w których dalej są używane napędy spalinowe w lokomotywach, już teraz można zastosować napędy wodorowe. Polska ma szansę zostać jednym z liderów wodorowej rewolucji.

– Mamy możliwości, mamy ekspertów. Możemy rozwijać własne technologie, warto również zrobić przegląd dorobku naukowego w naszych uczelniach politechnicznych i sprawdzić, gdzie i co możemy wykorzystać w naszej gospodarce – zaznacza Robert Mikulski.

W 2018 roku niemiecki tabor został rozszerzony o skład Coradia iLint zbudowany przez firmę Alstom. Zasilany przez ogniwa wodorowe pociąg może osiągnąć prędkość 140 km/h, a zasięg na jednym tankowaniu to 1000 km. Niemiecka kolej zamówiła w maju 2019 roku 27 kolejnych pociągów, które będą kursować w regionie Renu i Menu, a tankowanie wodorem będzie odbywało się we Frankfurcie nad Menem.

Polskie firmy nie chcą pozostawać w tyle. W grudniu bydgoska PESA zadeklarowała, że do połowy 2020 roku planuje opracować etapy rozwoju technologii napędu wodorowego dla kolei. Przy realizacji tego celu będzie współpracować z PKN Orlen. W 2021 roku wraz z koncernem paliwowym chce rozpocząć pierwsze próby tych pojazdów. Według zapowiedzi przedstawicieli polskiego producenta w planach jest już budowa pasażerskiego pociągu z napędem wodorowym. Tymczasem PKN Orlen już teraz otwiera wodorowe stacje tankowania dla samochodów.

– Pierwsza lokomotywa z napędem pochodzącym z ogniw wodorowych będzie bardzo szybko – wskazuje Robert Mikulski. – Oczywiście są problemy infrastrukturalne, jest kwestia stacji tankowania, magazynowania wodoru, przewożenia, czyszczenia, ale te rzeczy są na pewno przed nami, więc trzeba będzie się z nimi zmierzyć.

Według danych Unii Europejskiej 25 proc. emisji gazów cieplarnianych w jej krajach pochodzi właśnie z transportu. Niemal 72 proc. pochodzi z transportu drogowego. Udział kolei w emisji wynosi tylko 0,5 proc.

Co dalej z Mieszkaniem Plus?

We wtorek minister rozwoju Jadwiga Emilewicz zapowiedziała, że na początku marca poinformuje o przygotowanym pakiecie tzw. „dziewięciopaku” dla budownictwa, który ma rozszerzyć program mieszkaniowy Mieszkanie Plus. Powtórzyła w nim o zamiarze rozszerzenia bezzwrotnej dotacji m.in. dla budownictwa społecznego. O zaproponowanych wcześniej udogodnieniach i zmianach w programie mieszkaniowym oraz jego perspektywach na przyszłość mówi Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl.

Kolejne rekordy na rynku obligacji skarbowych

Rozszerzająca się panika na rynkach finansowych spowodowana epidemią koronawirusa powoduje, że inwestorzy szukają bezpiecznego sposobu na ulokowanie kapitału, dzięki czemu zyskują obligacje skarbowe i to od wschodu do zachodu, na całym globie, w tym w Polsce. Popyt na dług nie słabnie, dzięki czemu kolejne rekordy zostały ustanowione np. na papierach amerykańskich czy polskich.

Popyt na dług jest nie tylko spowodowany przetransferowaniem kapitału np. z rynku akcji do rynku obligacji, czyli z rynku uważanego za bardziej ryzykowny, na rynek uważany za bardziej bezpieczny. Istotnym czynnikiem jest to, że inwestorzy obawiają się o negatywne skutki dla gospodarki spowodowane epidemią i niższy wzrost PKB poszczególnych krajów i całego świata, a nawet możliwością wystąpienia recesji w niektórych krajach, jak w Japonii czy w Niemczech. W rezultacie rosną szanse na obniżki stóp procentowych. W Stanach Zjednoczonych, według rynku, szanse na cięcie stóp w tym roku są blisko 100-procentowe. Mowa jednak nie o jednej, a o dwóch obniżkach. Szanse na cięcie stóp w strefie euro również są w pełni wyceniane do 2021 roku. Dodatkowo na rynku stopy procentowej wzrosły szanse na obniżkę stóp procentowych również w Polsce.

Z reguły oczekiwania co do niższego poziomu stóp procentowych w przyszłości powodują, że inwestorzy wolą już dziś kupować dług, przez co rośnie jego cena, niż w przyszłości, gdy będzie już po obniżce stóp, a zatem i dług będzie niżej oprocentowany. To kolejny argument za hossą na rynku obligacji skarbowych. Stąd też w Stanach Zjednoczonych rentowności 10 i 30-letnich obligacji ustanowiły nowe historyczne minima. W Niemczech rentowność bundów spadła do -0,6 proc. Również w Polsce, na koniec lutego, został ustanowiony rekord na 10-letnich obligacjach Skarbu Państwa. Ich rentowność spadła do 1,65 proc.

Należy jednak odnotować również fakt wypłaszczenia polskiej krzywej na odcinku 2 do 5 lat. Jeszcze miesiąc temu spread wynosił 0,36 pkt proc., a obecnie spadł do 0,12 pkt proc. Wypłaszczanie krzywej rentowności jest obawą inwestorów o mniejszy wzrost gospodarczy w Polsce w najbliższej przyszłości, co również uzasadnia wycenę większego prawdopodobieństwa cięcia stóp procentowych przez RPP. Spread względem niemieckiego długu wynosi w piątek 232,9 p.b., a względem amerykańskiego 54,4 p.b.

Z danych makroekonomicznych, które pojawiły się w tym tygodniu, nie sposób nie wspomnieć o wzroście stopy bezrobocia w Polsce. W październiku 2019 r. stopa bezrobocia kształtowała się na poziomie 5 proc. Od tamtego momentu systematycznie rośnie, z miesiąca na miesiąc, do 5,5 proc. w styczniu. Jest to najwyższy poziom bezrobocia od kwietnia 2019 r., co także budzi obawy o przyszłą kondycję polskiej gospodarki i sytuację gospodarstw domowych oraz konsumpcji, która była jednym z głównych składników dla wzrostu PKB.

Departament Zarządzania Aktywami, Copernicus Capital TFI S.A.

Pamiętnik Johna Boltona, byłego doradcy prezydenta Trumpa w rękach cenzury

John Bolton, niedawny doradca prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego napisał wspomnienia o swojej pracy w Białym Domu, które, jak wynika z ujawnionych fragmentów, mogą okazać się prawdziwą bombą atomową w sprawie impeachmentu D. Trumpa. Zgodnie z obowiązującym prawem rękopis został przesłany do Białego Domu, do standardowej kontroli. Biały Dom może wykorzystać procedurę do opóźnienia publikacji albo nawet całkowicie ją zablokować. Wiadomo, iż Bolton zamieścił w swoim pamiętniku opis fatalnej decyzji prezydenta Trumpa o wstrzymaniu pomocy wojskowej dla Ukrainy w wysokości 400 mln dolarów. Jako urzędnik, który posiadał poświadczenie bezpieczeństwa, nie może publikować książki czy postów na blogu o swojej pracy w rządzie, bez uprzedniego przedstawienia materiału oficjalnym cenzorom.

Istniejące prawo umożliwia agencjom, takim jak CIA czy Departament Obrony, sprawdzanie pracowników, którzy piszą książki i inne materiały pod kątem ujawnienia tajemnic. Rząd argumentuje, że jest to uprawnione, ponieważ pracownicy podpisują stosowne umowy o nieujawnianiu informacji niejawnych.

Niektóre organizacje protestują przeciw takim rozwiązaniom, uważając, iż system cenzury jest niejasny, brakuje bowiem ograniczeń i gwarancji wymaganych przez sądy. Agencje wywiadowcze mogą kontrolować publikacje byłych pracowników, nawet osoby, które nigdy nie miały dostępu do informacji niejawnych. Standardy są trudne do ustalenia, nie ma wyznaczonych terminów, a cenzorzy agencji zwykle nie uzasadniają swoich decyzji. W przypadku pozwów sądy zwykle przychylają się do decyzji agencji.

Pomimo pozycji Johna Boltona Biały Dom nie dał gwarancji, że książka zostanie szybko oceniona i ukaże się drukiem. Wysłał natomiast list wyraźnie ostrzegający przed opublikowaniem książki. Przypadek Boltona jest szczególny, więc możliwe, że presja opinii publicznej i Kongresu zmusi Biały Dom do szybkiej i rzetelnej oceny rękopisu. O jego niebezpieczeństwie dla prezydentury Trumpa świadczyć może fakt, iż Senat przegłosował wniosek o niepowoływaniu kolejnych świadków w sprawie impeachmentu. Czołowi Republikanie próbują zaś przekonywać Boltona do „wycofania” książki lub przynajmniej do ograniczenia grona jej odbiorców do senatorów prowadzących sprawę przeciwko Trumpowi.

Według The New York Times przypadek Boltona pokazuje, jak doniosła jest potrzeba reformy cenzury rządowej.

Źródło: The New York Times z 31.01.2020 r.

Podsumowanie lutego 2020 na rynku walutowym

Wystarczył jeden weekend, by diametralnie odmienić postrzeganie wpływu koronawirusa na rynki. Wirus przestał być problemem wyłącznie Chin, a strach przed rozprzestrzenianiem dotyka całego świata. Wielką niewiadomą jest dalsza skala ewolucji epidemii i w jaki sposób wpłynie ona na globalną gospodarkę. W krótkim terminie powinniśmy obserwować defensywne podejście do ryzyka, a zmienność cen aktywów pozostanie podwyższona przy dużej wrażliwości na dobre i złe informacje.

Przed miesiącem zachowanie rynków finansowych w obliczu epidemii koronawirusa wyglądało zupełnie inaczej niż teraz. Na przełomie stycznia i lutego śledziliśmy wzrost liczby przypadków zachorowań w samych Chinach, konsekwencją czego było zamknięcie fabryk i badanie tego, jak to wpłynie na globalną gospodarkę od strony przerwania łańcucha dostaw. Jednak nagły wybuch epidemii w Korei Południowej i Włoszech, rosnąca liczba chorych w Iranie oraz ostrzeżenia o niemal pewnym rozprzestrzenieniu się wirusa w USA uświadomiły, że kryzys epidemiologiczny nie zakończy się w kilka tygodni, jak pierwotnie zapewniano.

Na tę chwilę nikt już nie podejmuje się określić, w jaki sposób będzie postępować dalsza ewolucja epidemii i na ilu płaszczyznach uderzy w światową gospodarkę. Wstępnie ryzyko leżało po stronie dostaw z Chin, osłabienia turystyki, spadku liczby lotów pasażerskich i ograniczeniu popytu na paliwa. Obecnie niepewność rozlewa się na interakcje handlowe i społeczne poza kontaktem z Państwem Środka. Przy otwartych granicach w Europie epidemia we Włoszech jest zagrożeniem dla całego kontynentu. Niewiele trzeba, by w USA podjęto decyzje o zamknięciu na transport i ruch pasażerski z Europy.

Ponieważ potencjalne postępy w opracowywaniu szczepionki na COVID-19 bardziej będą odpowiedzią na wybuch epidemii grypy w przyszłości, aktualnie bardziej prawdopodobna jest przewaga negatywnych informacji, które będą potęgować zmienność i awersję do ryzyka na rynkach. Przy opóźnionym odbiciu szkód ekonomicznych w danych, inwestorzy będą bardziej polegać na szacunkach i opiniach, w których przeważać będzie ostrożne i konserwatywne podejście do szans szybkiego odreagowania. Pocieszeniem powinny być działania banków centralnych i innych władz na rzecz przeciwdziałania wpływowi epidemii. Rekordowo niskie rentowności obligacji skarbowych implikują, że rynek przeszedł do dyskonta luzowania polityki Fed, ale też EBC, BoE, RBA, RBNZ i BoC. Wsparcie fiskalne (głównie w strefie euro) jest realne, choć na tym etapie trudne do oszacowania co do skali i momentu wdrożenia.

Na rynku walutowym rozwój wydarzeń i podwyższona zmienność powinny przemawiać za utrzymaniem siły USD względem walut ryzykownych/surowcowych. Jakkolwiek dalej zakładamy, że w kolejnych miesiącach Fed dokona obniżki stóp procentowych, nie powinno być to czynnikiem blokującym dolara, jeśli luzowanie polityki będzie się odbywać w środowisku podobnych działań innych banków centralnych. Przy rynku już dyskontującym 78 pb cięcia do końca roku, pole do dalszego negatywnego wpływu na USD z tego tytułu jest ograniczone. Jednocześnie USD powinien mieć solidniejsze fundamenty. USA przede wszystkim stoją rynkiem usług i są najbardziej zamkniętą gospodarką w G10, dlatego powinny być względnie odizolowane od globalnego spowolnienia w handlu i produkcji.

Sądzimy, że AUD, NZD, NOK i CAD mocno ucierpią na szoku gospodarczym Chin i konsekwencjach dla perspektyw surowców przemysłowych. Uważamy, że podwyższone jest ryzyko cięcia stóp procentowych w Australii, Nowej Zelandii i Kanadzie. JPY i CHF zachowają status bezpiecznej przystani w dobie awersji do ryzyka.

Jesteśmy zmuszeni zrewidować nasze oczekiwania w stosunku do EUR, gdyż globalna epidemia COVID-19 przekreśla szanse na wsparcie waluty poprzez odbicie ożywienia gospodarczego. Dane makro z Eurolandu były słabe jeszcze przed ujęciem skutków koronawirusa, a silne powiązanie gospodarki strefy euro z Chinami (szczególnie Niemiec) czyni ją narażoną na relatywnie mocniejsze odczuwanie negatywnego szoku. Chociaż wątpimy w rozszerzenie ekspansji monetarnej EBC, tak obawiamy się, że spekulacje rynkowe w tym temacie nie ucichną, co dodatkowo będzie ciążyć na wycenie EUR. Szybkie zgaszenie ryzyka rozprzestrzeniania się wirusa lub zdecydowane działania na polu polityki fiskalnej w strefie euro mogłyby diametralnie odmienić perspektywy EUR, ale obecnie widzimy niewielkie szanse dla takiego scenariusza.

Pozostajemy z neutralnym nastawieniem do perspektyw złotego, ale z uwzględnieniem podwyższonej awersji do ryzyka na rynkach zewnętrznych. Pogorszenie krajowych fundamentów oraz pasywność RPP w stosunku do podwyższonej inflacji nie są czynnikami, które znajdują istotne przełożenie na rynek walutowy. Podobnie spór z KE o regułę praworządności czy kwestia kredytów frankowych pozostaje bladym tłem (choć z niezerowym ryzykiem eskalacji w pewnym momencie w przyszłości). Nie można wykluczyć, że spirala rynkowej paniki przyniesie rajd EUR/PLN ponad 4,35, ale tak, jak zwykle, powinny być to krótkotrwałe epizody.

Konrad Białas, DM TMS Brokers

Irakijski Turek na czele tzw. Państwa Islamskiego ISIS

Zachodnie agencje wywiadowcze potwierdziły, że przywódcą tzw. Państwa Islamskiego ISIS został po raz pierwszy człowiek spoza krajów arabskich. Pogłoski o nowym przywódcy zaczęły krążyć już w kilka godzin po zabiciu przez siły amerykańskie samozwańczego kalifa Abu Bakr al-Baghdadiego. 27 października 2019 r. magazyn Newsweek poinformował, że ISIS mianowało na swojego przywódcę człowieka znanego jako Abdullah Qardash. Według magazynu nazwisko Qardash było czasami pisane po angielsku jako Karshesh. Ponadto niekiedy występował on pod pseudonimem Hajji Abdullah al-Afari.

Początkowo nazwiska ujawniane przez Newsweek nie były rozpoznawalne dla zachodnich wywiadów i ekspertów, którzy monitorują Państwo Islamskie. Obecnie według The Guardian zachodnie służby wywiadowcze doszły do wniosku, że mężczyzna zwany Abdullah Qardash został istotnie w październiku ubiegłego roku nowym przywódcą ISIS. Gazeta ujawniła, że jego rodowe nazwisko brzmi Amir Mohammed Abdul Rahman al-Mawli al-Salbi. Prawdopodobnie nie jest Arabem, ale irackim Turkiem, którego rodzina pochodzi z Tal Afar, północno-zachodniego miasta irackiego, położonego blisko granic Syrii i Turcji.

Al-Salbi jest uważany za pierwszego nie-arabskiego przywódcę grupy bojowników ISIS. Podobnie jak większość jego założycieli, al-Salbi poznał Baghdadiego w 2004 r. w Camp Bucca, amerykańskim więzieniu w Umm Qasr. Al-Salbi ma wykształcenie islamskie, co umożliwiło mu szybkie awansowanie w szeregach ideologów ISIS i wywieranie znaczącego wpływu. Do 2018 r. Al-Salbi stał się głównym decydentem w grupie i był w stanie kształtować jej działalność i politykę na Bliskim Wschodzie oraz poza nim.

The Guardian twierdzi, że al-Salbi jest „zahartowanym weteranem w tym samym stylu, co al-Baghdadi”. To oznacza, że nie będzie większych zmian w strategii Państwa Islamskiego pod jego kierownictwem.

Źródło: The Guardian z 20.02.2020 r.

Dalszy wzrost płacy minimalnej to potencjalne źródło wysokiej inflacji i bezrobocia

Płaca minimalna wzrosła do 2 600 zł, a po uwzględnieniu parytetu siły nabywczej jesteśmy wśród 10 krajów UE, w których wynagrodzenie minimalne jest najwyższe.

– Płaca minimalna to ok. 50 proc. średniego wynagrodzenia w Polsce. W porównaniu do mediany, czyli najczęściej wypłacanego wynagrodzenia jest to już poziom 60 proc. – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Sławomir Dudek, główny ekonomista, Pracodawcy RP.

To oznacza, że płaca minimalna w Polsce jest tym bardziej wysoka, a niepokojące jest, że rząd zaproponował jej wzrost do 4 000 zł od 2023 r.

– Po uwzględnieniu siły nabywczej byłby to wzrost do poziomów w Niemczech czy Luksemburgu, to byłby duży eksperyment i zagrożenie dla istnienia polskich przedsiębiorstw – komentuje ekspert Pracodawców RP.

Nadchodzące spowolnienie gospodarcze powinno ochładzać skłonność do podwyższania płacy minimalnej, tym ciekawsze jest jaki jej wzrost od początku 2021 r. rząd wkrótce zaproponuje.

Strach, panika i zmiana oczekiwań związana z wpływem koronawirusa na globalną gospodarkę

Bieżący tydzień był jednym z najciekawszych okresów na rynkach od bardzo długiego czasu. Niezależnie od tego, jakie aktywa obserwowaliśmy, na wykresach wyraźnie widać było przeradzający się w panikę strach.

Strach związany z wpływem koronawirusa na globalną gospodarkę zupełnie zmienił dotychczasową sytuację – obserwowaliśmy drastyczne spadki aktywów postrzeganych za ryzykowne i wyraźne wzrosty tych uznawanych za bezpieczne. W ostatnich kilku dniach największe zmiany można było zaobserwować na rynkach akcji, a panikę można było odczuć zwłaszcza w trakcie sesji amerykańskich. Ostatnie pięć z nich przyniosło spadek kluczowych amerykańskich indeksów (S&P 500, Dow Jones Industrial Average, Nasdaq Composite) o ponad 10%. Pod presją znalazły się również akcje po naszej stronie Atlantyku, w tym polskie spółki – patrząc na sytuację rano wydawało się, że WIG20 zamknie tydzień ze stratą rzędu 15%.

Obawy te wpłynęły również na istotną zmianę oczekiwań względem działań światowych banków centralnych. Rynek spodziewa się, że spora część kluczowych banków, które mogą pozwolić sobie na rozluźnienie polityki pieniężnej, zdecyduje się na taki krok. Zgodnie z kontraktami fed funds futures, implikowane prawdopodobieństwo cięcia stóp procentowych podczas najbliższego spotkania FOMC wynosi ponad 100%. Oznacza to, że rynek jest obecnie przekonany, że dojdzie do obniżki stóp o 25 pb. i częściowo wycenia nawet większy ruch. Za ciekawostkę w tym kontekście uznać można to, że wyraźna zmiana oczekiwań względem działań banków centralnych nie ominęła również Polski. Kontrakty FRA 12×15 w PLN jeszcze kilka godzin temu sugerowały, że – nie zważając na wysoką tak bieżącą, jak i oczekiwaną inflację – rynek wyceniał dwie obniżki stóp procentowych w Polsce za rok (obecnie oczekiwania nieco spadły, rynek nadal wycenia jednak co najmniej jedno cięcie). Powyższe dane przywołuję nie po to, aby zasugerować, że taki scenariusz może nas czekać (w moim przekonaniu tego typu ruch ze strony RPP jest mało prawdopodobny), tylko aby pokazać skalę „przetasowań” na rynkach od nieco innej strony.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Premier Boris Johnson zaakceptuje wykonawstwo przez Huawei brytyjskiej sieci 5G

Johnson zasygnalizował, że wbrew sprzeciwom USA i zaniepokojeniu części członków swojej partii zaakceptuje realizację brytyjskiej sieci mobilnej 5G przez Huawei. Premier zapowiedział, że przedstawi plan kompromisowy ograniczający rolę chińskiej firmy w projekcie. Uważa się, że do oponentów należą minister spraw wewnętrznych Priti Patel, jak również minister obrony Ben Wallace. Jednak obserwatorzy twierdzą, iż ich sceptycyzm nie „zrobi różnicy”. Johnson bowiem już dawno zapowiedział, że krokiem naprzód będzie stworzenie systemu, który „zapewni obywatelom korzyści, jakich oczekują dzięki technologii 5G”.

Premier podkreślił, że projekt nie zagraża krytycznej infrastrukturze kraju, bezpieczeństwu ani brytyjskiej zdolności do współpracy z innymi potęgami wywiadu na całym świecie. Oczekuje się, że Wielka Brytania pozwoli Huawei dostarczyć sprzęt do projektu 5G, który zdaniem firm telefonicznych Vodafone i BT jest bardziej zaawansowany i tańszy niż jego rywali, ale z szeregiem ograniczeń mających na celu uspokojenie Waszyngtonu.

Źródła twierdzą, że Huawei zostanie określony jako dostawca wysokiego ryzyka i będzie podlegał pewnym ograniczeniom, m.in. ograniczeniu udziałowi w rynku i zakazowi dostarczania technologii 5G do wrażliwych części sektora publicznego i sektorów o strategicznym znaczeniu.

Debata w Izbie Gmin uwidoczniła niezadowolenie w szeregach konserwatystów. Tom Tugendhat stwierdził, że pozwolenie Huawei na dostarczenie technologii 5G „zagnieździ smoka” w sercu „krytycznej infrastruktury” Wielkiej Brytanii. Wielu innych wierzy, że rząd nie podejmie tej decyzji.

Jednak brytyjskie agencje wywiadowcze uspokajają, że wszelkie ryzyko ze strony Huawei, który już dostarczał sprzęt 3G i 4G, może być ograniczone. Nie ma natomiast pewności co do tego, czy kompromisowa pozycja Wielkiej Brytanii uspokoi Biały Dom, który intensywnie lobbował przeciwko umowie. Decyzja Wielkiej Brytanii może wpłynąć na rozmowy handlowe z USA po Brexicie. Sekretarz stanu Mike Pompeo powiedział, że „tylko narody zdolne do ochrony swoich danych będą suwerenne”, ale brytyjscy politycy są coraz bardziej poirytowani amerykańskim lobbingiem, który, jak twierdzą, był uproszczony i nie wskazał żadnych realnych alternatyw dla Huawei.

Huawei odmówił komentarza przed podjęciem decyzji, zaś jego głównym celem jest uniknięcie całkowitego zakazu inwestycji.

Źródło: The Guardian z 27.01.2020 r.

Rosyjski wywiad ujawnia tożsamość swoich agentów pracujących pod przykryciem

Szef rosyjskiej agencji wywiadowczej Siergiej Naryszkin z okazji obchodów 100-lecia służby ujawnił tożsamość kilku tajnych oficerów KGB i jego następcy, rosyjskiej służby wywiadu zagranicznego (SVR).

Przemawiając na konferencji prasowej w Moskwie, Naryszkin ujawnił nazwiska i przeczytał krótkie notatki biograficzne siedmiu oficerów tzw. nielegałów, określanych w języku rosyjskim jako „pазведчики-нелегалы”. Termin odnosi się do oficerów wywiadu, którzy są potajemnie delegowani do pracy za granicę, bez ochrony dyplomatycznej. Nie mają oficjalnych związków z rosyjską placówką dyplomatyczną, a niektórzy nawet udają obywateli państw trzecich.

Tzw. nielegałowie funkcjonują w KGB od 1922 r., a po 1991 r. w dyrekcji SVR „S”, której oficjalny tytuł to Pierwszy Główny Zarząd lub Pierwsza Naczelna Dyrekcja. Zwyczajem służb jest utrzymywanie w tajemnicy ich tożsamości, również po przejściu na emeryturę, a nawet po śmierci. Jednak jeszcze w grudniu ubiegłego roku Naryszkin zaskoczył wielu obserwatorów, ogłaszając, że wkrótce ujawni tożsamość wielu byłych członków, jak to określił „specjalnego personelu rezerwowego”.

Ujawnił nazwiska siedmiu osób i dość szeroko opisał ich pracę. Ujawnieni oficerowie to: Jurij Anatolijewicz Szewczenko (ur. 1939), Jewgienij Iwanowicz Kim (1932-1998), Michaił Anatoljewicz Wasenkow (ur. 1942), Witalij Wiaczesławowicz Nieetyksa (1946-2011) i jego małżonka Tamara Iwanowna Nieetyksa (ur. 1949), Władimir Josifowicz Lokhov (1924-2002) i Witalij Aleksiejewicz Nuykin (1939-1998).

Załączone biografie opublikowane przez SVR nie ujawniają żadnych szczegółów na temat krajów, w których działali, rodzaju realizowanych operacji i konkretnych dat, w których byli aktywni. Większość z nich działała od końca lat 60. do wczesnych lat 90. XX wieku.

Źródło: portal intelNews.org z 29.01.2020 r.

Zaskakujące spotkanie szefów wrogich wywiadów Turcji i Syrii w Moskwie

Szefowie wywiadu Turcji i Syrii – dwóch ostro rywalizujących państw w wojnie domowej w Syrii –spotkali się w poniedziałek 13 stycznia 2020 r. w Rosji, co zaskoczyło wszystkich obserwatorów. Spotkanie odbyło się w Moskwie, potwierdziły je obie strony. Jest to prawdopodobnie pierwszy od ponad dekady kontakt na tak wysokim szczeblu między wywiadem tureckim i syryjskim.

Turecki rząd prezydenta Recepa Tayyipa Erdoğana otwarcie wzywał do obalenia syryjskiego przywódcy Baszara al-Assada, a jego samego określał mianem „terrorysty” i obwiniał o tajne wspieranie paramilitarnych Kurdów, którzy od kilku dziesięcioleci toczą wojnę secesyjną z Turcją.

Jednak sytuacja w regionie jest dynamiczna, zwłaszcza od początku 2017 r., kiedy to Stany Zjednoczone zaczęły się wycofywać z konfliktu. W następnych miesiącach Waszyngton wycofał poparcie dla rebeliantów walczących z prezydentem Syrii. W ubiegłym roku wojsko amerykańskie opuściło północną Syrię i pozwoliło siłom tureckim najechać region i wyprzeć uzbrojone jednostki kurdyjskie z granicy syryjsko-tureckiej.

W tym okresie krążyły pogłoski o koordynacji działań wywiadowczych między Ankarą i Damaszkiem, ale nigdy nie wydano oficjalnego potwierdzenia. Dopiero 13 stycznia 2020 r. syryjska agencja informacyjna SANA ujawniła, że w Moskwie odbyło się spotkanie szefów wywiadu Syrii i Turcji. Niedługo potem wielu anonimowych tureckich urzędników potwierdziło te doniesienia.

Reuters, cytując tureckiego urzędnika, poinformował, że obie strony omówiły stan zawieszenia broni w północno-zachodniej prowincji Syrii oraz przyszłe kroki, mające na celu koordynację działań przeciwko kurdyjskim separatystom w północnych regionach Syrii.

Źródło: portal intelNews.org z 14.01.2020 r. [za:] syryjska agencja SANA i Reuters z 13.01.2020 r.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, dr Marek Ciecierski, Profesjonalny Wywiad Gospodarczy „Skarbiec” Sp. z o.o.

Krajowy przemysł pod presją

Ceny akcji wielu firm produkcyjnych nadal niskie mimo, że ich kondycja ekonomiczna jest dobra. Nie zaobserwowano spadku eksportu, a nawet w ostatnich miesiącach ubiegłego roku jego wartość pokonywała historyczne maksima. Czy to jest dobry moment na zakupy akcji polskich producentów?  

Rok 2019 zaczął się dla akcji największych polskich producentów bardzo dobrze. W pierwszym kwartale Giełdowy Indeks Produkcji (GIP60) wzrósł o 8,44% i z wartością 936,73 pkt zbliżył się do swojej wartości bazowej (1000 pkt) ustalonej na dzień 1 stycznia 2016 roku. Niestety w kolejnych kwartałach GIP60 już tylko tracił: w Q2 spadł o 6,61%, w Q3 o kolejne 5,56%, a w ostatnim kwartale zredukował swoją wartość o kolejne 4,11% do poziomu 792,21 pkt, co oznacza sumaryczny roczny spadek o 8,29%. Takie warunki doprowadziły do ustanowienia nowego historycznego minimum, które na początku grudnia wyniosło 778,95 pkt. Traciły głównie największe spółki, które zaważyły na słabym wyniku całego GIP60, co w znacznej mierze współgra z sytuacją panującą w ubiegłym roku na całej GPW – indeks SWIG80 zyskał 13,9% podczas, gdy WIG20 spadł o 5,6%.

Najlepsze spółki

W ubiegłym roku najczęściej na podium miesięcznych rankingów GIP60 trafiała spółka MERCATOR MEDICAL, która dwukrotnie znalazła się na pierwszym miejscu (w styczniu i w grudniu) i tyle samo razy zajęła trzecie miejsce tej klasyfikacji (w czerwcu i w październiku). I mimo, że spółka nie może zaliczyć ubiegłego roku do najlepszych pod względem budowy wartości rynkowej – masywny spadek wartości spółki, który trwał od połowy lutego do połowy maja był tak głęboki, że akcje spółki sumarycznie straciły w 2019 roku 7,87% – to wykazała duży potencjał do wzrostów. Na początku 2020 roku nastąpił skokowy wzrost popytu na produkty spółki w wyniku zataczającej coraz szersze kręgi epidemii koronawirusa. W konsekwencji akcje spółki są jedną z nielicznych bezpiecznych przystani inwestycyjnych w obecnej sytuacji kryzysowej, które od października podrożały już niemal trzykrotnie.

Na podiach comiesięcznych rankingów GIP60 w zeszłym roku gościliśmy aż 27 spółek, co stanowi prawie połowę całego portfela indeksu GIP60. Spektakularne wzrosty, jakich byliśmy świadkami w nienajlepszym przecież roku, mogą zdradzać niemały sentyment inwestorów do sektora produkcyjnego (dostanie się na podium GIP60 w 2019 roku wymagało przeważnie zwrotu przewyższającego 25% m/m), choć z drugiej strony część z tych „sukcesów” to było po prostu odreagowanie zbyt gwałtownych korekt, których doświadczały spółki.

Dlatego tradycyjnie o zwycięzcy rocznego rankingu GIP60 decyduje względna stopa wzrostu ceny akcji liczona od ceny otwarcia pierwszej sesji roku do ceny zamknięcia ostatniej. Największy roczny wzrost wartości rynkowej w 2019 roku zanotowała spółka ZPUE, dla której cena akcji wzrosła z 58,5 zł do 147 zł (+151,28%). Na drugim miejscu wrocławska SELENA FM za wzrost wartości akcji o 83,43%, a na trzecim miejscu spółka ES-SYSTEM, której wartość rynkowa w ciągu roku wzrosła o 65,71%. Warto w tym miejscu nadmienić, że spółki z branży elektromaszynowej zdominowały nie tylko podium rocznej klasyfikacji (1 i 3 miejsce), ale aż 6 spółek znalazło się w górnej dziesiątce rocznego rankingu, a średni roczny wzrost wartości rynkowej dla spółek z tej branży wyniósł 20%.

Przemysł zwalnia

Jak podaje GUS, w całym 2019 roku produkcja sprzedana przemysłu zwiększyła się o 4%. Zestawiając ten wynik z dynamiką na poziomie 5,8%, którą obserwowano w 2018 r. i 6,5% w 2017 r. nietrudno zauważyć spowolnienia w polskim przemyśle. Na szczęście skala tego spowolnienia jest mniejsza niż ma to miejsce np. w Niemczech, gdzie indeks produkcji obliczany przez niemiecki urząd statystyczny spadł do poziomów z początku 2015 roku (dane z końca listopada).

Osłabienie krajowego przemysłu, mimo że na tle naszych partnerów handlowych ciągle niewielkie, znajduje odzwierciedlenie w badaniach ankietowych przeprowadzanych regularnie na pracownikach działu logistyki wybranych spółek produkcyjnych. Wskaźnik PMI® pod koniec 2018 roku wynosił 47,6 pkt, a rok 2019 zakończył z wynikiem 48,0 pkt, zaliczając w październiku dołek na poziomie 45,6 pkt. Każdy odczyt poniżej neutralnego poziomu 50 pkt oznacza, że ankietowani zauważają spadek aktywności w branży produkcyjnej. Nie jest najlepiej, ale znowu nie najgorzej jeśli weźmiemy pod uwagę wyniki analogicznych badań przeprowadzonych w Niemczech (spadek z 51,5 do 43,7 pkt). Powagi obecnej sytuacji dodaje jeszcze fakt, że fala negatywnych nastrojów opanowała pracowników niemalże wszystkich krajów europejskich uczestniczących w badaniach firmy IHS Markit z wyjątkiem Grecji, która utrzymała PMI w okolicach 54 pkt.

Sytuacja naszych sąsiadów niewątpliwie stawia krajowy przemysł pod presją, z którą jak już zauważyliśmy, radzi on sobie nie najgorzej. Jak dotąd nie zaobserwowano spadku eksportu, a nawet w ostatnich miesiącach ubiegłego roku jego wartość pokonywała historyczne maksima. Gdyby taka sytuacja utrzymała się w najbliższym roku, a popyt wewnętrzny zachowywał się stabilnie, to stworzyłoby to w przemyśle przyzwoite warunki do dalszego rozwoju. Nie trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że źródłem naszej przewagi konkurencyjnej są niskie koszty produkcji, a to oznacza, że należy przyglądać się również postępującym zmianom w poziomach cen. Rosnąca inflacja, która osiągnęła wysokie poziomy np. w usługach, prędzej czy później musi przełożyć się na wzrost cen wyrobów. Duże znaczenie będzie tu miała również sytuacja na rynku walutowym. Oczywiście nie można również zapominać o epidemii COVID-19, która doprowadziła już do paraliżu chińskiego przemysłu i paniki na rynkach akcji, więc w najbliższym czasie, a może nawet w całym roku, będzie to istotny czynnik zarówno dla wyników polskich spółek produkcyjnych, jak również ich wyceny rynkowej.

Na rynku jest coraz więcej adwokatów, radców prawnych i doradców podatkowych. Ale ceny usług nie spadają

W ciągu ostatnich 5 lat liczba czynnych adwokatów w Polsce wzrosła o prawie 5,5 tys. Przybyło też ponad 1,5 tys. tych, którzy nie wykonują zawodu. W przypadku aplikantów mówimy o spadku o blisko 1,8 tys. Z kolei grupa radców prawnych powiększyła się o przeszło 12 tys. Te dane dotyczą okresu od 2013 roku do połowy ub.r. Jeśli chodzi o doradców podatkowych, w styczniu br. było ich o ponad 200 więcej niż w 2015 roku. Teoretycznie przez ww. kwestie usługi powinny być tańsze. Jednak, jak podkreślają eksperci, dzieje się zupełnie odwrotnie.

Według danych Naczelnej Rady Adwokackiej, na koniec ubiegłego roku było dokładnie 19 142 adwokatów wykonujących zawód. Patrząc na ostatnie lata, liczba ta stopniowo wzrastała. W 2014 roku wyniosła 13 749, w 2015 roku – 15 028, a w 2016 roku – 16 094. Natomiast 3 lata temu adwokatów było 17 448, a 2 lata wstecz – 18 554.

– Dla rynku, w tym zwykłego Kowalskiego, to paradoksalnie niekoniecznie pozytywne wiadomości. Mitem jest bowiem to, że wraz ze wzrostem liczby adwokatów, spadają ceny. Dzieje się wręcz przeciwnie. Nasze usługi to nie jest bułka, którą trzeba sprzedać za wszelką cenę, bo inaczej się zeschnie. To jest uboczny skutek bardzo szerokiego otwarcia zawodu. Nie przewidzieli go ci, którzy wprowadzali zmiany, bo przecież zapowiadano więcej specjalistów i niższe ceny – komentuje Rafał Dębowski, sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej.

Z obserwacji NRA wynika, że od lat popyt jest na tym samym poziomie. W efekcie liczba spraw wpływających miesięcznie do danej kancelarii jest statystycznie mniejsza. Ponadto dane wskazują na rosnącą grupę adwokatów, którzy nie wykonują zawodu. W 2014 roku było ich 2515, a rok później – 2836. W kolejnych latach liczba ta stopniowo się zwiększała i wynosiła odpowiednio 3076 (2016 rok), 3544 (2017 rok), 3900 (2018 rok) i 4041 (2019 rok).

– Część osób traktuje aplikację jako dodatkowe wykształcenie umożliwiające alternatywną ścieżkę zawodową. Prawda jest też taka, że nie wykonują, nie rozpoczynają albo zawieszają swoją działalność ze względów ekonomicznych. Nie mają zbyt wielu klientów i spraw indywidualnych, więc szukają innych sposobów zarobkowania. Jak widać, dzieje się to ze skutkiem pozytywnym – wyjaśnia sekretarz Dębowski.

W latach 2014-2018 liczba aplikantów regularnie spadała, natomiast w ubiegłym roku już wzrosła. Na początku analizowanego okresu było ich 6556, a następnie – 6551 (2015 rok) i 6191 (2016 rok). Później ta grupa zmniejszyła się do 4543 (2017 rok) i 3904 (2018 rok). Natomiast w ubiegłym roku nastąpił wzrost do 4759.

– Młodzi adepci prawa, którzy obserwują rynek, wiedzą o tym, że po aplikacji nie zarabia się kokosów. Po niej trzeba się jeszcze mocno natrudzić, żeby osiągnąć satysfakcjonujący poziom rozwoju zawodowego. I z tego się bierze mniejsze zainteresowanie takim działem w ostatnich latach – stwierdza sekretarz Naczelnej Rady Adwokackiej.

Widać też wzrost liczby radców prawnych. Według stanu z 30 czerwca 2019 roku, było ich 46 838. Natomiast statystyki Krajowej Rady Radców Prawnych na koniec 2013 roku wskazywały na 34 576, a 12 miesięcy później – 36 582. Dane za 3 kolejne lata to odpowiednio – 39 321, 43 606 oraz 45 305.

– To bardziej zwiększa konkurencyjność samych kancelarii radców prawnych niż wpływa na rynek od strony klienta. Z badań wynika, że Polacy nie korzystają z usług prawnych i nie widzą takiej potrzeby. Wiele osób zwraca się o pomoc do radcy prawnego dopiero wtedy, kiedy problem urósł do ogromnych rozmiarów. Ciągle popyt na usługi prawne jest o wiele mniejszy niż podaż. Natomiast ceny usług są różne, zależą od renomy kancelarii, trudności sprawy czy miasta. Każdy klient znajdzie pomoc dostępną dla niego cenowo – mówi Grzegorz Furgał, doradca Prezydium Krajowej Rady Radców Prawnych ds. mediów i PR.

Jak informuje Krajowa Izba Doradców Podatkowych, w styczniu br. było 9017 doradców podatkowych. W 2015 roku ich liczba wyniosła 8792, a następnie wzrosła do 8837 (2016 rok) i 8858 (2017 rok). Natomiast 2 lata temu spadła do 8836, aby w ubiegłym roku podskoczyć do 8916.

– Dla klientów to bardzo dobra wiadomość, że jest coraz więcej doradców podatkowych. Usługi stają się dzięki temu bardziej dostępne. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem zainteresowania kwestiami podatkowymi, rośnie popyt na usługi profesjonalistów w tym zakresie. Z pewnością jest to pozytywne zjawisko – stwierdza Paweł Prus, rzecznik prasowy KIDP.

Na początku br. najwięcej doradców podatków było w województwie mazowieckim (2621). Wysokie liczby odnotowano kolejno w śląskim (1048), wielkopolskim (922), dolnośląskim (807) i małopolskim (753). Natomiast najmniej przedstawicieli tego zawodu znajdowało się w świętokrzyskim (117), opolskim (132), lubuskim (150), podlaskim (151) oraz warmińsko-mazurskim (189). W 2019 roku wpisano 327 nowych doradców wstępujących do zawodu. We wcześniejszych latach było ich mniej, 256 (2015 rok), 244 (2016 rok), 212 (2017 rok) i 185 (2018 rok).

– W teorii, zgodnie z prawami rynku, wzrost liczby doradców może wpłynąć na obniżenie cen tych usług. Ale prawidłowość rozliczeń podatkowych wpływa na bezpieczeństwo każdej firmy, również tej niewielkiej. Z punktu widzenia naszych klientów, cena jest ważna, ale większe znaczenie mają jakość i korzyści dla biznesu. Można zaryzykować stwierdzenie, że dobry doradca swoimi działaniami jest w stanie z dużą nadwyżką zarobić na siebie. Finalnie więc firma wręcz skorzysta finansowo na zatrudnieniu takiego eksperta – podsumowuje Paweł Prus z Krajowej Izby Doradców Podatkowych.

Dobre dane z USA a dolar traci

Amerykańska waluta ma już prawie za sobą jeden z najgorszych tygodni od dłuższego czasu. Cena dolara względem złotego nie pokazuje skali spadków, gdyż złoty w tym tygodniu również traci.

Dobre dane z USA a dolar traci

Wczoraj poznaliśmy pakiet danych z USA. Zamówienia na dobra nie są na wysokich poziomach, ale są wyraźnie powyżej oczekiwań analityków, którzy spodziewali się znacząco słabszych wyników. Delikatnie słabiej wypadły dane na temat wniosków o zasiłek dla bezrobotnych, ale są to dane tygodniowe, więc drobne zmiany nie mają przeważnie wpływu na rynki. Na koniec korzystnie wypadł również indeks podpisanych umów kupna domów. Pomimo tych wszystkich czynników wciąż trwała wczoraj ucieczka inwestorów od dolara. Na chwilę przerwana po dobrych danych. W ciągu tygodnia dolar stracił już dwa centy względem euro, odrabiając połowę strat poniesionych od początku roku.

Dobre dane z Japonii

W nocy poznaliśmy odczyty z Kraju Kwitnącej Wiśni. Z jednej strony wzrosło bezrobocie do poziomu 2,4%, z drugiej lepiej od oczekiwań zachowała się zarówno produkcja przemysłowa jak i sprzedaż detaliczna. Inwestorzy najwyraźniej uznali te ostatnie wskaźniki za ważniejsze od rynku pracy, gdyż zareagowali wzrostami na japońskim jenie. Zyskiwał on nie tylko względem mającego wyraźne problemy w tym tygodniu dolara, ale również względem innych głównych walut w tym euro. Drożał on też względem polskiego złotego od rana rosnąć z 3,59 zł na 3,62 zł.

Czy mocny frank naprawdę szkodzi?

Wielu analityków obawia się wpływu ostatnich wzrostów wartości franka szwajcarskiego na tamtejszą gospodarkę. Wpływ ten jest zdaniem komentatorów połączony ze wzrostem napięć na rynku w związku z epidemią Koronawirusa. Dane makroekonomiczne nie cierpią na razie aż tak bardzo. Delikatnie słabiej wypadła co prawda sprzedaż detaliczna, ale z drugiej strony indeks instytutu KOF osiągnął 100,9 pkt. Odczyty powyżej 100 sugerują pozytywne oczekiwania menedżerów związane z przyszłością. Analitycy spodziewali się 97,5 pkt, jednak jak widać Szwajcarzy pozytywnie patrzą w przyszłość.

Maciej Przygórzewski główny analityk w Internetowykantor.pl

Koronawirus szansą dla inwestorów?

Od kilku dni warszawska giełda odnotowuje ogromne spadki związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa. Wbrew powszechnej panice, praktycy rynkowi wskazują, że epidemia to nie czas na sprzedaż akcji, ale najlepszy moment na udane zakupy inwestycyjne “po przecenie”.

Wyprzedaż na Warszawskiej Giełdzie trwa już kilka dni. Jak podaje Gazeta Wyborcza, w miniony poniedziałek indeks WIG 20 stracił 4,2 proc. wartości, a akcje wielu polskich spółek notowanych na giełdzie osiągnęły najniższy poziom na przestrzeni ostatnich 52 tygodni. We wtorek obniżki były jeszcze wyższe. Przykładowo, akcje Orlenu spadły o 4,77 proc., a akcje Lotosu straciły w ciągu dwóch dni 7,9%.  Wczoraj po południu silne spadki odnotowały również takie spółki jak One More Level (-7,01), KGHM (-3,68), CCC (-5,80), TAURON (-3,11) czy Setenta, której akcje spadły aż o 13,17 proc.

Koronawirus jest czymś nowym i dlatego nie jesteśmy pewni, jak w danej sytuacji zachowa się rynek. Ludziom towarzyszy wszechobecna panika, która udziela się również inwestorom. Dochodzi do sytuacji, w której  giełdy dołują pomimo tego, że sytuacja spółek jest bardzo dobra. Powodem takiego stanu rzeczy jest zachowanie ludzi, którzy w panice wycofują pieniądze, aby zabezpieczyć się na tzw. czarną godzinę. Wypłacanie funduszy wpływa automatycznie na zwiększenie liczby transakcji sprzedaży. Więcej osób chce sprzedać, a mniej kupić, dzięki temu cena spada. Nazywając rzeczy po imieniu, mamy obecnie do czynienia z prawdziwymi przecenami akcji, które nie są spowodowane złą sytuacją spółki, tylko paniką rynkową. W związku z tym, jest to najlepszy moment na inwestycję dla osób, które dysponują wolnymi środkami oraz odpowiednim horyzontem czasowym – podkreśla Cezary Chybowski prezes Reliance Polska, właściciel portalu inwestycyjnego Obligain. – Spodziewamy się jeszcze większych przecen akcji w momencie, gdy koronawirus dotrze do Polski. Jednakże wierzymy, że z biegiem czasu sytuacja będzie się normowała, a w efekcie większość spółek wyjdzie z tej sytuacji obronną ręką – dodaje.

Złe wieści z chińskiego rynku – pękają łańcuchy dostaw

Jeśli obecny stan nadzwyczajny w chińskiej gospodarce potrwa dłużej, sytuacja wielu polskich firm wykorzystujących komponenty z Chin może stać się bardzo zła. Jak przewidują m.in. polscy przedsiębiorcy, można zakładać, że ze względu na braki komponentów najdalej za miesiąc sytuacja w wielu gałęziach gospodarki stanie się bardzo trudna – obecnie pracuje się jeszcze na resztkach zapasów, ale wymiana handlowa z Chinami zamiera.

Sytuacja na rynku chińskich komponentów zaczyna robić się bardzo zła, dotyczy to w szczególności elektroniki, niektórych substancji dla farmacji, części do produkcji maszynowej i motoryzacyjnej, a nawet odzieży roboczej. Dzieje się tak ze względu na wiele zamkniętych, czy z przyczyn sanitarnych operujących najwyżej na jedną trzecią swoich mocy przerobowych chińskich fabryk, jak również na zakorkowanie chińskich portów – mówi wiceprezydent Pracodawców RP Piotr Kamiński. – Największym problemem jest w tej chwili logistyka – w chińskich portach stoją statki załadowane kontenerami, w tym nierozładowane statki, na których są europejskie, w tym polskie towary, i takie, które miały wypłynąć z towarami chińskimi również do Polski. W szczególnie trudnej sytuacji są przedsiębiorcy, którzy wysłali do Chin produkty o krótkim terminie przydatności. Istnieje zagrożenie, że takie produkty, nierozładowane na czas, mogą ulec zepsuciu – często takie sytuacje nadzwyczajne nie są przewidziane w ochronie ubezpieczeniowej – wyjaśnia.

Problemem dla firm, w tym polskich, jest przerwanie łańcuchów dostaw i niemożność szybkiego przeniesienia produkcji do innych państw. Gdyby ograniczenia w produkcji i eksporcie z Chin miały się przedłużać, globalne koncerny i ich kooperanci znajdą się w wyjątkowo trudnej sytuacji. – Mogą pojawić się wzajemne roszczenia finansowe, a wielką karierę zrobi prawnicza koncepcja „siły wyższej”, na którą będą powoływać się strony niezrealizowanych kontraktów – przewiduje Piotr Wołejko, ekspert Pracodawców RP ds. społeczno-gospodarczych.

Do końca 2019 roku głównym problemem w zakresie wymiany handlowej z Chinami była wojna handlowa tego kraju ze Stanami Zjednoczonymi. Gdy strony osiągnęły już wstępne porozumienie i środowiska biznesowe oczekiwały ulgi, pojawił się koronawirus. Efektem tych dwóch zjawisk jest dalsze spowalnianie globalnej wymiany handlowej i pogarszające się nastroje przedsiębiorców. – Z racji silnego powiązania z gospodarką Niemiec, Polska powinna szczególnie uważnie obserwować sytuację za naszą zachodnią granicą – jeszcze przed pojawieniem się koronawirusa z niemiecką gospodarką nie było bowiem zbyt różowo – podkreśla Piotr Wołejko.

Holandia wprowadza obowiązek zgłaszania pracowników delegowanych w transporcie

Już od 1 marca 2020 r. zgłoszenie pracownika delegowanego w transporcie do pracy w Holandii dla przewozów kabotażowych, przewozów międzynarodowych i dla samozatrudnionych będzie obowiązkowe. Co to oznacza w praktyce? Kto będzie wyłączony spod tego obowiązku? Jakie kary grożą za niedopełnienie rejestracji? O nowym obowiązku przewoźników opowiada ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.

Holandia wprowadza nowy obowiązek dla przewoźników delegujących kierowców, którzy realizują przewozy kabotażowe i międzynarodowe na terytorium tego kraju. Od 1 marca 2020 r. frachty dokonywane na terenie Niderlandów należy zgłosić do elektronicznego systemu.

– Aby dokonać zgłoszenia kierowcy do delegowania należy po zalogowaniu się – za pośrednictwem portalu www.meldloket.postedworkers.nl uzupełnić formularz. Już teraz można dokonywać rejestracji wyjazdów, które będą realizowane po 1 marca 2020 r. – wyjaśnia Bartłomiej Zgudziak, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK). – Jeśli kierowca wyjedzie do Holandii przed tą datą, a formularz nie zostanie wysłany, to nie ma powodów do zmartwień. Pierwsza rejestracja powinna zostać dokonana przy pierwszym transporcie rozpoczynającym się po 1 marca – dodaje.

Kogo obowiązuje zgłaszanie delegowania?

Nowe przepisy obowiązują zagranicznych kierowców, którzy realizują na terenie Holandii przewozy kabotażowe oraz przewozy międzynarodowe. Zgłoszenia nie muszą składać przewoźnicy, którzy dokonują pasażerskiego transportu drogowego oraz tranzytu, czyli przejeżdżają przez Niderlandy, nie załadowując lub rozładowując ciężarówki na terenie tego kraju.

– Nowe przepisy mogą wydawać się dla przewoźników uciążliwe, jednak z pewnością dużym uproszczeniem w tym zakresie dla firm przewożących towary na terenie Niderlandów będzie możliwość skorzystania ze zgłoszenia rocznego – podpowiada ekspert OCRK.

Brak zgłoszenia delegowania równoznaczne z karą?

Niedopełnienie obowiązku elektronicznej rejestracji delegowania kierowcy może wiązać się z karą finansową o wartości nawet 12 tys. euro. Zaś w przypadku powtarzających się uchybień przewoźnicy powinni liczyć się z 50 proc. podniesieniem wartości wspomnianej kary.

Obowiązek zgłoszenia delegowania kierowcy do Holandii, to nie wszystkie nowości, które wiążą się z wprowadzeniem tego przepisu. Można spodziewać się również zaostrzenia kwestii związanych z wymaganą dokumentacją. Szczególny nacisk zostanie położony na dwie kwestie. Pierwszą z nich jest zaświadczenie A1, które kierowca powinien posiadać w ciężarówce. Kolejną istotnym obostrzeniem jest konieczność wyznaczenia osoby kontaktowej z adresem w Królestwie Niderlandów. W przypadku konieczności wskazania osoby pełniącej rolę reprezentanta firmy na terenie Holandii – może tę funkcję pełnić sam pracownik delegowany.

Uwaga! Wprowadzenie elektronicznego systemu rejestracji pracowników delegowanych z pewnością przyczyni się do szczegółowej weryfikacji kwestii wypłacania kierowcom holenderskiej płacy minimalnej.

Również warto przy tej okazji wspomnieć, że od 1 stycznia 2020 roku na terenie Niderlandów obowiązuje stawka minimalnego wynagrodzenie w wysokości 9,54 euro za godzinę pracy. Wprowadzenie konieczności rejestracji w systemie elektronicznym ułatwi proces egzekwowania minimalnych stawek holenderskich dla pracowników delegowanych. Jest to wyraźny znak, że jeszcze przed przyjęciem pakietu mobilności kolejne zachodnie kraje rozpoczynają walkę z konkurencyjnymi przewoźnikami z Europy Wschodniej – dodaje Bartłomiej Zgudziak.

Tab. 1 Wynagrodzenie minimalne za godzinę pracy na terenie Holandii

Tydzień pracy w pełnym wymiarze godzin w firmie 21 lat i więcej 20 lat 19 lat 18 lat 17 lat 16 lat 15 lat
40 godzin 9,54 euro / 1h 7,64 euro / 1h 5,73 euro / 1h 4,77 euro / 1h 3,77 euro / 1h 3,30 euro / 1h 2,87 euro / 1h

Źródło: Inelo

Turystyka zarażona koronawirusem. Odwołane loty, strach i zamknięte strefy

Aktualna sytuacja globalna związana z rozprzestrzenianiem się występowania zachorowań na COVID-19 (zapalenie płuc spowodowane nowym koronawirusem SARS-CoV-2) wywołuje bardzo duży niepokój w wielu dziedzinach życia społeczno-ekonomicznego. Informacje, które docierają za pośrednictwem mediów, w tym społecznościowych mają także wpływ na nastroje związane z podróżowaniem, a przez to konkretne zachowania konsumentów. Mówiąc dosłownie – zawieszeniu w wielu przypadkach ulegają plany wyjazdowe Polaków, a branża turystyczna stoi przez ryzykiem poważnych problemów i wielu niejasności. W praktyce wiąże się to z m.in. wstrzymaniem lotów przez linie lotnicze czy odwołaniem wycieczek. Pojawiające się najczęściej pytanie ze strony konsumentów dotyczy ewentualnej rezygnacji i odzyskania wpłaconych zaliczek lub wręcz całych kwot.

Kiedy możemy odstąpić od umowy z biurem podróży?

W tej sytuacji, w przypadku klientów, którzy wykupili pakiety turystyczne biur podróży swoje zastosowanie mogą znaleźć zapisy Ustawy z dnia 24 listopada 2017 r. o imprezach turystycznych i powiązanych usługach turystycznych (Dz. U. 2017 poz. 2361).

W artykule 47 ust. 4 przywołanej ustawy zapisano bowiem, że „Podróżny może odstąpić od umowy o udział w imprezie turystycznej przed rozpoczęciem imprezy turystycznej bez ponoszenia opłaty za odstąpienie w przypadku wystąpienia nieuniknionych i nadzwyczajnych okoliczności występujących w miejscu docelowym lub jego najbliższym sąsiedztwie, które mają znaczący wpływ na realizację imprezy turystycznej lub przewóz podróżnych do miejsca docelowego. Podróżny może żądać wyłącznie zwrotu wpłat dokonanych z tytułu imprezy turystycznej, bez odszkodowania lub zadośćuczynienia w tym zakresie.”

Podróże do Chin i północnych Włoch

Tak stanowi prawo, natomiast idąc krok dalej – sporą dyskusję wywołuje interpretacja zacytowanych powyżej zapisów. Nie ma bowiem wątpliwości, że zapisy te dotyczą niewątpliwie Chin i rejonu Wuhan, gdzie rozpoczęła się globalna ekspansja koronowirusa czy północnych Włoch – regionu Lombardii, gdzie również przez władze formalnie zostały odizolowane niektóre rejony. Znajduje to również swoje potwierdzenie w działaniach poszczególnych podmiotów – m.in. w odwołaniu połączeń przez PLL LOT do Pekinu i możliwości odzyskania pieniędzy za bilety lub ich przebukowania przez klientów czy anulacji wycieczek biur podróży, analogicznie – z możliwością pełnego zwrotu dla konsumentów.

Wyjazdy w regiony z pojedynczymi przypadkami zachorowań

W przypadku jednak wielu innych miejsc regionów, z których poprzez media płyną komunikaty o występowaniu pojedynczych przypadków zarażenia koronowirusem, sytuacja dotycząca prawa do rezygnacji i wyjazdu i automatycznego odzyskania całej wpłaconej kwoty pozostaje bardziej złożona. Warto bowiem zauważyć, że nie ma oficjalnego stanowiska np. rządu RP poprzez wytyczne MSZ lub władz danych krajów o formalnym zakazie wjazdu do miejsc, gdzie wystąpiły przypadki zachorowania koronowirusem. Do chwili obecnej nie pojawiły się bowiem formalne ogłoszenia o epidemii lub nie zostały w praktyce zamknięte granice. Ponadto od organów sanitarno-epidemiologicznych (w przypadku Polski Głównego Inspektora Sanitarnego) płyną komunikaty dla podróżujących (aktualizowane codziennie, na podstawie danych EDCC oraz WHO), mające jednak charakter ewidentnie doradczy, a nie wartość decyzji formalnej. Użyte w nich sformułowanie brzmi „GIS nie zaleca podróżowania… “. Ponadto w przypadku niektórych destynacji – dotyczy on nie jednoznacznie całego kraju, lecz szczególności wybranych regionów – tak jak ma to miejsce w przypadku Włoch, gdzie rekomendowane jest powstrzymanie się od podróży do przede wszystkim regionów północnych.

Co na to biura podróży?

Jak zatem może zostać rozwiązany sytuacja pojawiających się w ostatnich dniach zapytań klientów o możliwości rezygnacji z wycieczek do wielu innych miejsc? Jak zaznaczono powyżej – jest ona złożona i wręcz w pewnym momencie może stać się dosłownie „walką na argumenty”. Z perspektywy organizatora turystyki może pojawić się stanowisko, iż nie zachodzą wystarczające przesłanki do automatycznego anulowania całej wycieczki. Sytuacja klienta jest zatem określona przez tzw. „ogólne warunki uczestnictwa” każdego organizatora, stanowiące integralną część umowy z biurem podróży. Klient ma zawsze prawo do anulacji/rezygnacji z imprezy turystycznej, tylko pojawia się pytanie – jakie ma to konsekwencje w praktyce? W ramach poszczególnych zapisów organizatorzy turystyki wskazują konkretne graniczne terminy rezygnacji i wynikające z tego konsekwencje finansowe, na ogół wyrażone za pomocą procentowych potrąceń. Czy biura podróży uznają racje klientów i np. przychylą się do pozytywnej odpowiedzi poprzez zwrot całościowy kosztów lub zmianę terminu wyjazdu? To pytanie na tę chwilę wydaje się mocno subiektywne, bowiem zapewne każda sytuacja będzie rozpatrywana oddzielnie, biorąc pod uwagę konkretne warunki brzegowe itd.

Jeszcze inaczej wygląda sytuacja, gdy Klient ma wykupione ubezpieczenie od kosztów rezygnacji w formie konkretnej polisy. W tym przypadku za każdym razem należy weryfikować także zapisy „ogólnych warunków uczestnictwa” pod kątem zawarcia właśnie epidemii/sytuacji kryzysowych wśród wystarczających powodów do uznania roszczenia.

Dwie dodatkowe uwagi warte wspomnienia o charakterze praktycznym:

Przywołane powyżej zapisy ustawy mają charakter w miarę nowy, wynikają z implementacji do polskiego prawa zapisów dyrektywy unijnej. Oznacza to w praktyce, że nie ma jeszcze jednoznacznej interpretacji tych przepisów, poprzez m.in. wyroki sądów itd. Stąd powyższe komentarze o złożoności sytuacji itd.

Biura podróży z punktu ich funkcjonowania nie mogą od razu/w jednej chwili zwracać klientom środków, bowiem… są tak naprawdę ich dysponentami, przekazując wpłaty klientów do poszczególnych dostawców usług, a więc linii lotniczych, obiektów noclegowych, atrakcji turystycznych, a samemu pracując na często kilkuprocentowych marżach. Dopóki zatem formalnie np. na skutek anulacji lotów przez linię lotniczą nie odzyskają tych środków może zostać zaburzona ich płynność finansowa, co może wywołać kolejną lawinę, w najgorszym wypadku upadku organizatorów turystyki.

Może w tym kontekście potrzebna jest dyskusja o nie tylko zabezpieczeniu interesu klientów, ale i właśnie organizatorów turystyki od takich sytuacji, na wzór np. pomocy państwowej dla ofiar klęsk żywiołowych itd.?

O autorze: Dr Piotr Kociszewski, prodziekan Wydziału Turystyki i Rekreacji w Szkole Głównej Turystyki i Hotelarswa Vistula, jest ekspertem w zakresie turystyki i prawa turystycznego. Wykłada także na Uniewersytecie Warszawskiem i jest właścicielem Biura Podróży PITUR.

Pracodawco, przed wymierzeniem kary wysłuchaj pracownika!

Dlaczego w interesie pracodawcy leży prawidłowe przeprowadzenie wysłuchania pracownika przed wymierzeniem kary? Po pierwsze, pozwala ustalić obiektywne okoliczności naruszenia obowiązków. Po drugie, w razie sporu sądowego o uchylenie kary, może uchronić pracodawcę przed zarzutem niedopełnienia obowiązków.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci

Zastosowanie kary upomnienia, nagany, a w niektórych przypadkach kary pieniężnej, to powszechnie znany i stosowany środek dyscyplinowania pracowników. Pracodawcy często zapominają jednak o tym, że koniecznym elementem procedury gwarantującej skuteczność kary porządkowej jest wysłuchanie pracownika. Uniemożliwienie podwładnemu wypowiedzenia się lub też stworzenie fikcji wysłuchania ma poważne konsekwencje – w razie sporu sądowego jest podstawą uchylenia kary porządkowej.

Przykład:

Przełożony dowiaduje się o spóźnieniu pracownika. Podpisuje karę upomnienia i czeka z nią na spóźnionego podwładnego, wręczając mu ją natychmiast po pojawieniu się w pracy. Taki sposób postępowania jest błędny i w razie sporu sądowego – daje pracownikowi podstawy do żądania uchylenia kary.

Jak prawidłowo wymierzyć karę porządkową?

Przede wszystkim należy pamiętać, że możliwość zastosowania tego środka jest ograniczona w czasie. Kary nie można wymierzyć po upływie 2 tygodni od momentu, w którym pracodawca dowiedział się o naruszeniu obowiązku przez pracownika i po upływie 3 miesięcy od zaistnienia tego naruszenia. Ponadto kara może być zastosowana tylko po uprzednim wysłuchaniu pracownika. Wysłuchanie jest na tyle istotne, że jeśli z powodu nieobecności w miejscu zatrudnienia pracownik nie może być wysłuchany, bieg dwutygodniowego terminu na zastosowanie kary nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu. W pierwszym przypadku, pracodawca będzie miał na wymierzenie kary dwa tygodnie od chwili powrotu pracownika do pracy (ale nie więcej, niż 3 miesiące od momentu naruszenia obowiązku). W drugim przypadku termin dwóch tygodni biegnie na nowo dopiero od dnia powrotu pracownika.

Celem wysłuchania jest umożliwienie pracownikowi złożenia wyjaśnień i przedstawienia swoich racji. Pozwala jednocześnie pracodawcy zdobyć wiedzę o zdarzeniu z perspektywy pracownika. W trakcie wysłuchania często wychodzą na jaw okoliczności, których pracodawca nie mógł poznać z innych źródeł, a które mają wpływ na ocenę sytuacji. Zatem podjęcie decyzji o ukaraniu i o rodzaju zastosowanej kary przed wysłuchaniem pracownika jest nie tylko sprzeczne z przepisami Kodeksu pracy, ale także nieracjonalne. Pracodawca podejmuje wówczas decyzję bez pełnego oglądu sytuacji.

Przepisy Kodeksu nie regulują przebiegu wysłuchania. Z orzecznictwa natomiast wynika, że chodzi o stworzenie pracownikowi możliwości swobodnego zaprezentowania swojego stanowiska w sprawie. Do  podwładnego należy decyzja, czy z tej możliwości skorzysta. Nie ma wymogu protokołowania wysłuchania, ale na wypadek ewentualnego sporu warto sporządzić przynajmniej notatkę. Jeśli pracownik złoży wyjaśnienia, ich treść powinna znaleźć się w notatce, a w przypadku odmowy  – warto zamieścić wzmiankę na ten temat. Wiarygodność notatki będzie większa, gdy zostanie podpisana przez osobę, która ją sporządziła oraz przez obwinionego pracownika. W razie postępowania przed sądem taki dokument będzie stanowić dowód potwierdzający stworzenie pracownikowi możliwości wypowiedzenia się. Poza tym notatka może zawierać informacje potrzebne do weryfikacji późniejszych wersji przedstawionych przez strony w toku postępowania sądowego o uchylenie kary.

Kto może prowadzić wysłuchanie?

Wysłuchanie może być przeprowadzone przez każdą osobę wyznaczoną przez pracodawcę. Nie musi to być członek zarządu, czy dyrektor, ale na przykład bezpośredni przełożony, czy pracownik działu HR. Dobrą praktyką służącą zachowaniu obiektywizmu i bezstronności jest obecność podczas wysłuchania członka kadry kierowniczej, który nie jest bezpośrednio zaangażowany w relacje z pracownikiem. Jeśli decyzję o ukaraniu podejmuje inna osoba niż ta, która uczestniczyła w wysłuchaniu, należy jej przekazać informacje o wyjaśnieniach złożonych przez pracownika.

Pracownik może złożyć wyjaśnienia osobiście, na piśmie, w formie wiadomości e-mail lub telefonicznie. Ta ostatnia opcja uniemożliwia jednak potwierdzenie treści notatki przez pracownika bezpośrednio po zakończeniu wysłuchania.

SN a pozorne wysłuchanie

Zdarza się, że pracodawca organizuje wysłuchanie pracownika, ale na spotkanie z nim przychodzi z gotowym zawiadomieniem o ukaraniu. Takie postępowanie może wskazywać, że wysłuchanie ma charakter pozorny i nie realizuje celu, w jakim jest przeprowadzane. Wprawdzie Sąd Najwyższy w jednym z orzeczeń ocenił, że pracodawca może ostatecznie nie wręczyć pracownikowi dokumentu (np. go podrzeć), jeśli jednak tak się nie stanie i pracownik udowodni, że decyzja o ukaraniu zapadła już przed wysłuchaniem, to ma realną szansę na uchylenie kary przez sąd.

5 najczęściej popełnianych błędów przy wysłuchaniu pracownika

  1. Przełożony przedstawia pracownikowi wyłącznie własny punkt widzenia, nie dając mu szans na wyjaśnienia.
  2. Przełożony przychodzi na spotkanie z pracownikiem z gotowym zawiadomieniem o ukaraniu podpisanym przez dyrektora, który nie bierze udziału w wysłuchaniu, a następnie wręcza dokument pracownikowi na koniec spotkania.
  3. Przełożony nie daje pracownikowi dokończyć wypowiedzi.
  4. Wysłuchanie przeprowadza się po upływie terminu do zastosowania kary porządkowej.
  5. Przełożony przeprowadzający wysłuchanie nie przekazuje wyjaśnień pracownika pracodawcy, który podejmuje decyzję o ukaraniu.

Podsumowanie

Zanim pracodawca zdecyduje się na wymierzenie środka dyscyplinującego pracownika, powinien w prawidłowy sposób przeprowadzić wysłuchanie. Dzięki temu można zapobiec wystąpieniu przez podwładnego z pozwem o uchylenie przez sąd kary, a w razie zaistnienia sporu uchronić się przed zarzutem niedopełnienia obowiązków związanych ze stosowaniem kar porządkowych.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl/). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener i szkoleniowiec.

Wyroki drugiej instancji bez rozprawy – szybciej, ale czy dokładniej

Od czasu sięgnięcia po władzę w 2015 r. partia rządząca obiecywała reformę systemu wymiaru sprawiedliwości, która usprawni działania sądów. Nie wdając się w oceny słuszności zmian w sądownictwie podjętych w pierwszej fazie tych reform, należy jedynie odnotować, że żadna z nich nie była nawet pozornie ukierunkowana na uproszczenie procedur i przyspieszenie załatwiania spraw zwykłych obywateli. Jednak w 2019 r. przyjęta została nowelizacja przepisów procedury cywilnej, która wprowadziła wiele nowych rozwiązań, w tym między innymi możliwość rozpoznawania spraw w drugiej instancji na posiedzeniu niejawnym. Czy ta zmiana znacząco przyspieszy postępowania odwoławcze? Czy jednocześnie będzie mieć wpływ na ich wynik?

Wolne sądy, najwolniejsze…

Długotrwałość postępowania sądowego, nadmierna biurokracja i formalizacja procedur – to jedne z najczęstszych skarg klientów, z jakimi styka się prawnik procesowy w Polsce. Trudno nie zgodzić się z taką tezą w sytuacji, gdy nawet w biurze obsługi interesanta Sądu Apelacyjnego w Warszawie można usłyszeć, że na wyznaczenie terminu rozprawy czeka się ponad rok, a postępowanie w drugiej instancji w tym sądzie, które w lwiej części składa się z wymiany dwóch pism procesowych – apelacji i odpowiedzi na nią – oraz jednego posiedzenia sądowego – rozprawy.

Mając na względzie wprowadzone zmiany, ustawodawca uznał, że to właśnie rozprawy są największym „hamulcowym” wymiaru sprawiedliwości i postanowił wprowadzić szereg zmian, które odwracają wcześniejszy trend kładzenia nacisku na ustność procesu cywilnego. Zmiany, które wprowadzono do Kodeksu Postępowania Cywilnego (dalej „KPC”) w 2012 r., zmierzały do ograniczania niczym wcześniej nielimitowanej liczby pism procesowych, którymi strony zasypywały sądy. I tak historia zatoczyła koło, bo po siedmiu latach obowiązywania tych przepisów wprowadzono nowe, które mają koncentrować proces cywilny w pismach, a rozprawy mają być wyznaczane tylko, gdy zachodzi taka potrzeba.

Druga instancja bez rozprawy – czy to dobrze?

Jednym z przepisów, który wszedł w życie 7 listopada 2019 r., jest art. 374 KPC w nowym brzmieniu. Wprowadza on uprawnienie sądu drugiej instancji do rozpoznania sprawy na posiedzeniu niejawnym, jeśli sąd nie widzi potrzeby wyznaczania rozprawy. Przyjmując tok rozumowania Ustawodawcy, że to odbywanie się rozpraw powoduje przedłużanie procesu cywilnego, odrzucenie tego modelu postępowania apelacyjnego wydaje się rozsądnym ruchem. Jednak czy aby na pewno? Skoro sądy pierwszej instancji wyznaczały rozprawy i trwało to kilkanaście miesięcy, to jeśli tę samą liczbę spraw będą musiały rozpoznać na posiedzeniach niejawnych, czy czas oczekiwania na rozstrzygnięcie skróci się zauważalnie?

Nie ulega wątpliwości, że sądom odpadnie kilka formalności do załatwienia. Nie będzie trzeba pisać i wysyłać zawiadomień do stron, rezerwować po przynajmniej 30 minut na każdą rozprawę czy ogłaszać wyroków. Sędziowie w zaciszach swoich gabinetów będą rozpatrywać sprawy, analizując wyłącznie dokumenty. Nie zmniejszy to jednak liczby spraw do rozpoznania.

Strona może jednak niejako przymusić sąd do wyznaczenia rozprawy, składając stosowny wniosek w apelacji lub odpowiedzi na apelację, ale czy strona niereprezentowana przez profesjonalnego pełnomocnika będzie o tej możliwości wiedziała?

Bez pełnomocnika, bez rozprawy, bez szans

Załóżmy na chwilę, że szybkość procedowania w postępowaniach w drugiej instancji rzeczywiście wzrośnie, ale czy nie odbędzie się to kosztem stron niezastępowanych przez profesjonalnych pełnomocników?

Weźmy pod rozwagę następujący przykładowy układ procesowy:

Powód działający samodzielnie w pierwszej instancji przegrał proces, jednak uważa, że wyrok nie odpowiada prawu i postanawia złożyć od niego apelację. Poniósł na początku koszty wpisu sądowego, następnie musi ponieść koszty wpisu od apelacji, składa odwołanie od wyroku, jednak nie wnosi o przeprowadzenie rozprawy. Po kilku miesiącach otrzymuje pocztą rozstrzygnięcie, od którego nie ma odwrotu i odwołania. Czy to dobrze? Czy strona niezastępowana przez profesjonalnego pełnomocnika na pewno wyraziła precyzyjnie wszystkie swoje zarzuty? Czy wychwyciła wszystkie uchybienia w subsumpcji normy prawnej, których mógł dopuścić się sąd pierwszej instancji? Patrząc natomiast z perspektywy pozwanego, czy precyzyjnie odpowiedział na wszystkie zarzuty? Czy mógł napisać więcej? Czy na pewno nie należało go dopytać o niektóre z użytych w piśmie sformułowań?

Odpowiedzi na postawione wyżej pytania nie są oczywiste. Ignorantia iuris nocet, można powiedzieć. Można, ale czy o to chodzi w wymiarze sprawiedliwości? Trzeba było czytać pouczenia, można powiedzieć. Można, ale ich konstrukcja jest taka, że bez biegłości w czytaniu i rozumieniu przepisów nie pomagają one zbyt efektywnie. Sędziowie będą wyznaczać rozprawy, jeśli będą mieć wątpliwości, można powiedzieć. Można, ale czy pokusa załatwienia sprawy bez oglądania stron nie zwycięży? Trzeba było wziąć pełnomocnika, można powiedzieć. Można, i do tego trzeba zachęcać, bo gąszcz przepisów, w których poruszać się musi strona procesu cywilnego, zdaje się gęstnieć z każdą kolejną zmianą.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Tylko co 10. polski eksporter inwestuje za granicą

Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą wyniosła na koniec 2018 r. 92,5 mld PLN. Według raportu „Zagraniczna ekspansja inwestycyjna polskich przedsiębiorstw – tendencje, perspektywy” przygotowanego przez Polski Instytut Ekonomiczny zdecydowanie najważniejszą motywacją (93 proc.) badanych eksporterów do inwestowania za granicą jest zwiększenie rynku zbytu. Tylko 9 proc. planuje inwestycje bezpośrednie za granicą w latach 2020-2021.

Pod względem największych skumulowanych wartości bezpośrednich inwestycji za granicą, Polska (28,5 mld USD) zajęła na koniec 2018 roku 3. miejsce wśród krajów Europy Środkowo-Wschodniej – wyprzedziły nas tylko Czechy (34,8 mld USD) i Węgry (29 mld USD). Za nami znalazły się m.in. Estonia (8 mld USD) i Słowenia (6,7 mld USD). Na koniec 2018 r. aż 90 proc. polskich inwestycji bezpośrednich za granicą zlokalizowanych było w Europie.Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą

Polski Instytut Ekonomiczny zaprezentował wyniki wieloletnich badań ankietowych prowadzonych we współpracy z Głównym Urzędem Statystycznym na grupie 600 wyselekcjonowanych polskich przedsiębiorstw eksportujących. Ostatnie badanie przeprowadzono w październiku 2019 r. Wynika z niego, że inwestycje bezpośrednie za granicą podejmują głównie duże przedsiębiorstwa, zatrudniające 250 i więcej pracowników. Inwestujących za granicą eksporterów cechuje na ogół wysoki stopień orientacji eksportowej – dodaje Hanna Kępka, analityk zespołu handlu zagranicznego PIE. – Połowa z nich eksportowała ponad 50 proc. swojej produkcji, zaś tylko w co piątym udział eksportu w sprzedaży nie przekraczał 10 proc. Blisko 60 proc. polskich inwestorów za granicą ocenia swój poziom techniki jako średniowysoki.

Na przestrzeni lat 2006-2019 przedsiębiorstwa zmieniały preferencje w zakresie kierunków geograficznych swoich inwestycji. W 2006 roku większe znaczenie niż kraje UE-28 miały dla nich Ukraina oraz Białoruś. Tendencje te odwróciły się po kryzysie finansowo-gospodarczym 2008 roku. W latach 2010-2012 wzrosło z kolei zainteresowanie eksporterów-inwestorów rynkiem chińskim. W latach 2016-2017 dla około 30 proc. planowanych inwestycji w UE jako lokalizację wskazywano państwa członkowskie UE z Europy Środkowej, w tym dla blisko 1/3 z nich Czechy.Wartość polskich inwestycji bezpośrednich za granicą – plany

Czemu przedsiębiorcy nie inwestują za granicą?

Zdecydowana większość badanych przedsiębiorstw nie inwestuje za granicą – wynik w badaniach ankietowych PIE utrzymuje się od lat w granicach 91-93 proc., z wyjątkiem 2010 r., kiedy wzrósł do 97 proc. Główną przyczyną jest niezmiennie brak potrzeby inwestycji. W 2019 roku nie inwestowało za granicą 90 proc. respondentów, a brak potrzeby takich inwestycji wskazało za przyczynę 68 proc. spośród nich. W przypadku 16 proc. inwestowanie nie mieści się w strategii grupy kapitałowej, a więc brakuje samodzielnej polityki inwestycyjnej.

Na przestrzeni lat brak środków finansowych był coraz mniejszą przeszkodą dla przedsiębiorstw w podejmowaniu decyzji o umiędzynarodowieniu. W latach 2007-2008 miało to znaczenie dla ok. 10 proc. respondentów – w 2014 r. już tylko dla 5 proc. W ostatnich dwóch badaniach odsetek wskazań nieco wzrósł (w 2017 r. – 6 proc., w 2019 r. – 7 proc.), jednak nie na tyle, by stwierdzać jednoznacznie, że sytuacja finansowa przedsiębiorstw uległa pogorszeniu.

Fala paniki, spirala wyprzedaży

Liczba potwierdzonych nowych przypadków Covid-19 w Chinach jest niższa niż liczba zachorowań poza Państwem Środka. Koronawirus dociera m.in. na Litwę, do Nowej Zelandii, czy Afryki Subsaharyjskiej. Łączna liczba przypadków przekracza 83 tysiące a zgonów 2 850.

Wall Street długo wierzyło i chciało wierzyć, że wirus nie jest problem amerykańskim. Typowe „nas to nie dotyczy.” 33 nowe przypadki w Kalifornii i konieczność przeprowadzenia badań na szerszą skalę powoduje paniczną reakcję rynków finansowych. Ewidentne staje się, że Covid-19 jest problemem ogólnoświatowym.

Od euforii do paniki. Amerykańskie indeksy są ponad 10 proc. poniżej szczytów wszechczasów ustanawianych jeszcze w drugiej połowie ubiegłego tygodnia. Kontrakt na frankfurcki indeks DAX jest 2000 punktów poniżej ostatnich szczytów, o sytuacji na GPW lepiej nawet nie wspominać. Ropa jest najtańsza od kilkunastu miesięcy. Na rynku walutowym zyskuje jen, zyskuje frank. Rośnie również EUR/USD. Kurs wychodzi w okolice 1,10. Jest to przede korekta pozycjonowania. Zaangażowanie spekulacyjne inwestorów finansowych netto było w ubiegłym tygodniu nie tylko najniższe od prawie roku, ale również krótka pozycja netto w miesiąc rozszerzyła się o ponad 40 tysięcy kontraktów.

Przy takiej skali zmienności, szoku, paniki, niepewności najpewniejszym rozwiązaniem jest wycofanie się z rynku. Część inwestorów może być też zmuszona do realizacji zysków na jednych rynkach by utrzymać pozycje na Wall Street. Dlatego też, choć w długim terminie widzimy potencjał do dalszych wzrostów kursu, to jesteśmy ostrożni z ogłaszaniem, że dołek został ustanowiony i czeka nas bezpośrednia kontynuacja wzrostów. Podobnie można postrzegać ostatnie kilka godzin na rynku złota, którego kurs spada dziś ponad 1 proc. Jeszcze mocniej przeceniane są srebro, pallad, czy platyna. Trwałej poprawy nastrojów inwestycyjnych wynikającej z woli zwiększenia zaangażowania w ryzykowne aktywa przed weekendem nie należy się spodziewać. Co, najwyżej redukcji ekspozycji, jakiejkolwiek. Inwestorzy bać się będą, że weekend może przynieść rozlanie się wirusa na nowe kraje, drastyczny wzrost liczby zainfekowanych w Stanach Zjednoczonych itd.

Sporządził:
Bartosz Sawicki
Departament Analiz
DM TMS Brokers S.A.