Chcesz z sukcesem pozycjonować stronę? Wiemy, jak to zrobić

Pozycjonowanie strony firmowej jest trochę jak prowadzenie auta: każdemu wydaje się, że zrobiłby to perfekcyjnie, dopóki nie usiądzie za kierownicą. Rzeczywistość pokazuje jednak, że nie każdy jest w stanie pokonać ostry zakręt nad przepaścią – a tym właśnie są nieprzemyślane działania SEO. Aby upewnić się, że prace podejmowane na stronie przyniosą oczekiwany efekt, dobrym wyjściem jest zwrócenie się do profesjonalistów, którzy, niczym wykwalifikowany kierowca rajdowy, poprowadzą Cię do mety, czyli wysokich pozycji w rankingu Google. A jeżeli już zacząłeś pozycjonować witrynę samodzielnie, sprawdź, na co zwrócić uwagę.

1. Struktura strony powinna być jasna i przejrzysta

To na witrynie firmowej opiera się internetowe życie Twojego przedsiębiorstwa, a także wszystkie działania SEO. Ona jest celem Twoich Klientów i na nią właśnie mają dotrzeć, a później pozostać tu na dłużej. Aby zatem na wstępie nie zniechęcić odbiorcy, zadbaj o hierarchiczną strukturę witryny, która doprowadzi zainteresowanego użytkownika prosto do celu. Pomogą Ci w tym specjaliści z Agencji IN. Zwykle do rozbudowy wystarczą trzy poziomy – to optymalna ilość pozwalająca zachować przejrzystość strony.

2. Treści muszą zainteresować odbiorcę

Twój serwis jest pełen rozbudowanych, przygotowanych pod SEO treści, ale i tak nie obserwujesz na stronie żadnego ruchu? Być może nie są one merytoryczne i nie przedstawiają dla odbiorcy żadnej wartości. Teksty, które publikujesz, powinny odpowiadać na pytania i potrzeby Twojej grupy docelowej. Zanim więc zamieścisz jakiś artykuł na stronie firmowej, upewnij się, że właśnie tego tematu będą szukać internauci.

3. Słowa kluczowe trzeba dobierać rozważnie

Opieranie tak ważnej kwestii, jaką jest dobór fraz pod pozycjonowanie, na domysłach, nie jest najlepszą strategią. Ty, jako przedsiębiorca na stałe związany z branżą, stosujesz chociażby profesjonalne słownictwo, którego nie znają Twoi odbiorcy. Przeciętny internauta nie wpisze raczej w pole wyszukiwania frazy „buty trekkingowe z membraną”, ale „buty górskie” czy „buty nieprzemakalne”. Planując słowa kluczowe, warto więc skorzystać z profesjonalnego planera, którego używa specjalistyczna agencja SEO (https://inpozycjonowanie.pl) – na przykład Agencja IN. Narzędzie to pokaże, jakie frazy z Twojej branży są najczęściej wpisywane w Google, a ekspert na bieżąco będzie się z Tobą konsultował w sprawie ich wyboru.

4. Teksty powinny być unikalne i niepowtarzalne

Zdarza się, że właściciele sklepów i stron internetowych umieszczają taki sam opis produktu czy kategorii na kilku różnych podstronach. I chociaż to rozwiązanie pozwala zaoszczędzić sporo czasu, to z punktu widzenia pozycjonowania lepiej go unikać. Roboty podczas indeksowania „rozpoznają” bowiem skopiowane treści i oznaczają je jako „duplicate content”, przez co strona znacznie traci w oczach Google. Często stosowanym zabiegiem jest powielanie opisu stworzonego przez producenta lub wytwórcę produktu albo technologii. Tej procedury algorytm wyszukiwarki również nie pochwala. Co zatem można zrobić? Jedynym i najlepszym wyjściem jest napisanie od zera własnych, unikalnych tekstów, których nie ma gdzie indziej.

Źródło – https://inpozycjonowanie.pl/

Niemcy upraszczają procedury zatrudniania cudzoziemców, ale Polska ma swoje „asy w rękawie”, by zatrzymać pracowników z Ukrainy

Co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy planuje podjęcie zatrudnienia w Niemczech, które z początkiem marca złagodziły zasady zatrudniania obcokrajowców. Jednak Polska jest w stanie zawalczyć o pracowników zza naszej wschodniej granicy. Świadczą o tym wyniki badania socjologicznego „Pracownik z Ukrainy – między Polską a Niemcami”, przeprowadzonego przez EWL S.A. oraz Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego.  Metodą bezpośrednich wywiadów indywidualnych przebadanych zostało 855 obywateli Ukrainy, którzy przybyli do Polski w celu podjęcia pracy.

Mimo dużej popularności Polski jako kierunku migracji zarobkowej, zatrudnienie w Niemczech planuje co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy. Na drugim miejscu uplasowały się Czechy (13%), a na trzecim – Szwecja (7%). Największą barierą w planach wyjazdu do Niemiec jest dla Ukraińców brak znajomości języka. W grupie pracowników z Ukrainy już planujących podjęcie pracy w Niemczech, jedynie 12% respondentów zadeklarowało znajomość języka niemieckiego na poziomach „średni”, „dobry” czy „bardzo dobry”, a niemal 2/3 przyznało się, że w ogóle go nie zna.Co trzeci pracujący w Polsce obywatel Ukrainy planuje podjęcie zatrudnienia w Niemczech

EWLWedług zebranych danych, ponad 2/3 respondentów, którzy już planują wyjazd do RFN, mogą zostać w Polsce, jeśli ich zarobki ulegną podwyższeniu. Niższa bariera językowa to z kolei argument dla co czwartego pracownika z Ukrainy. Bardzo istotnym atutem naszego rynku pracy jest możliwość uzyskania pozwolenia na pobyt w Polsce oraz obywatelstwa (22%), a także uproszczona procedura zatrudniania cudzoziemców (17%) .

„Bardziej otwarty na migrantów rynek europejski będzie stanowił dużą konkurencję dla polskich firm, jednak Polska także ma kilka „asów w rękawie”. Rokrocznie w naszym kraju obserwujemy wzrost wynagrodzeń, w tym wśród pracowników z Ukrainy, zaś polskim urzędom udało się zwiększyć liczbę wydanych zezwoleń na pracę. Idąc w tym kierunku, Polska będzie miała szansę powalczyć z Niemcami o pracowników ze Wschodu. Powinniśmy teraz skoncentrować się na zatrzymaniu specjalistów, którzy nauczyli się języka i zdobyli doświadczenie, ale muszą wyjechać z powodu problemów z przedłużeniem swojego pobytu” – uważa prezes EWL S.A. Andrzej Korkus.

1 marca – data exodusu Ukraińców z Polski?

1 marca Niemcy zmienią prawo migracyjne, otwierając się szerzej na pracowników z Ukrainy. Niemiecki rynek pracy jest atrakcyjniejszy od polskiego – czy polscy pracodawcy mogą obawiać się odpływu ukraińskich pracowników? Szanse naszego biznesu na wygraną w tej bitwie obniża wciąż brak polskiej polityki migracyjnej.

Nowe zasady w Niemczech nie oznaczają pełnego otwarcia tamtejszego rynku pracy. Chętni Ukraińcy będą m.in. musieli wykazać się znajomością języka niemieckiego (lub rozpocząć lektorat na miejscu), czy też uzyskać potwierdzenie dyplomu o posiadanych kwalifikacjach zawodowych. Jednak sam fakt zbliżających się zmian już został zauważony przez polskich przedsiębiorców. – Ukraińscy pracownicy pytają pośredników o szanse na rozpoczęcie pracy za Odrą – to budzi niepokój polskich pracodawców – wyjaśnia Katarzyna Siemienkiewicz, ekspert Pracodawców RP ds. prawa pracy. – Nawet niewykwalifikowani pracownicy mogą bowiem wyjechać z Polski i poszerzyć niemiecką szarą strefę. Exodusu jednak nie będzie, jako że niemiecka procedura nadal pozostaje dość restrykcyjna i stawia pewne wymogi – zaznacza ekspertka.

Niepokojąca jest jednak prognoza ujemnej – po raz pierwszy od 6 lat – dynamiki napływu ukraińskich pracowników na polski rynek pracy. Warto przypomnieć, że liczba Ukraińców ubezpieczonych w ZUS zmniejszyła się w IV kwartale 2019 r. o około 20 tysięcy. Pewne jest, że ukraińscy pracownicy wyjadą z Polski – nie wiadomo tylko na jaką skalę. Dane na ten temat pojawią się zapewne dopiero w połowie tego roku.

– Brak pracowników to obecnie najpoważniejszy problem polskiego rynku pracy, a zapowiedzi stworzenia polityki migracyjnej nadal pozostają wyłącznie zapowiedziami. Za złagodzeniem norm prawa migracyjnego w Niemczech lobbowali tamtejsi przedsiębiorcy – z kolei polscy biznesmeni nawet nie dostali szansy odniesienia się do jakiejkolwiek koncepcji polityki migracyjnej. Wciąż bowiem czekają na jej zaprezentowanie – podkreśla Katarzyna Siemienkiewicz.

Obecnie polscy przedsiębiorcy wciąż muszą zmagać się z długotrwałą, sformalizowaną procedurą, naszpikowaną biurokracją. Średni czas trwania uzyskiwania pozwoleń na pracę lub pobyt stały to np. 400 dni w województwie dolnośląskim, ponad 350 dni w pomorskim, 300 dni w lubuskim i zachodniopomorskim. Dlatego przedsiębiorcy, organizacje pracodawców oraz samorządy apelują o pilne przyspieszenie prac nad uproszczeniem przepisów dotyczących zatrudniania cudzoziemców. Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) – członka Pracodawców RP, wskazuje na dwie główne kwestie do pilnego uregulowania: wydłużenie ważności oświadczeń do 12 lub nawet 18 miesięcy oraz przekazanie samorządom uprawnień urzędów wojewódzkich w zakresie rozpatrywania wniosków o zezwolenie na pracę.

Nietoperze są żywym barometrem zmian klimatycznych. W Polsce szybko ubywa gatunków zimnolubnych

Liczebność nietoperzy rośnie. Podczas tegorocznego badania w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym chiropterolodzy naliczyli ich o 300 więcej niż pięć lat temu. Niepokojąca jest jednak obserwacja poszczególnych gatunków, z której wynika, że szybko przyrasta populacja tych ciepłolubnych, natomiast liczba zimnolubnych spada. Ponadto dwudziestoletnie obserwacje naukowców wykazują istotny związek pomiędzy zmianami liczebności nietoperzy a pogarszaniem się stanu środowiska naturalnego.

– W tym roku odnotowaliśmy rekordową liczebność nietoperzy. Naliczyliśmy ich 38 910 z dziewięciu różnych gatunków. To o 300 więcej niż podczas poprzedniego rekordu, który padł w 2015 roku – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Tomasz Kokurewicz z Instytutu Biologii Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Zgodnie z zarządzeniem Unii Europejskiej chiropterolodzy co pięć lat dokonują przeliczenia nietoperzy w Międzyrzeckim Rejonie Umocnionym w województwie lubuskim. Wiedza na temat liczby poszczególnych gatunków tych ssaków jest niezbędna, aby ustrzec je przed ewentualnym wyginięciem.

Chociaż obliczenia dokonane przez ekipę 70 chiropterologów z całej Europy na pozór nie dają powodów do niepokoju, sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana. Nietoperze dzielą się bowiem na ciepłolubne i zimnolubne. Nagły wzrost liczebności jednej z grup należy uznać za czynnik alarmujący.

– Rekordowa liczebność jest spowodowana głównie przyrostem jednego gatunku – ciepłolubnego nocka dużego. Jednak sytuacja gatunków zimnolubnych nie jest najlepsza. Do hibernacji potrzebują one temperatury w okolicy 3°C. Jednak temperatura zarówno na powierzchni ziemi, jak i w podziemiu rośnie. W konsekwencji nie mają one odpowiednich warunków. Liczebność gatunków takich jak mopek zachodni, gacek brunatny czy nocek wąsatek spada. To budzi niepokój – tłumaczy ekspert Uniwersytetu Przyrodniczego we Wrocławiu.

Nietoperze jesienią gromadzą tłuszcz, który pomaga im przetrwać okres zimowy w stanie hibernacji. Przebudzenia gatunków zimnolubnych, związane ze wzrostem temperatury otoczenia, powodują znacznie szybsze wyczerpanie się nagromadzonych zapasów. To z kolei może doprowadzić do śmierci głodowej zwierzęcia.

– Obecnie pozostało około 30 proc. nietoperzy z gatunków zimnolubnych w porównaniu do początku XXI wieku. Spadek liczebności może być spowodowany ich wymieraniem. Bardziej optymistyczny scenariusz zakłada jednak, że nietoperze przenoszą się do chłodniejszych miejsc, takich jak dziuple drzew czy bunkry nadziemne – wyjaśnia dr Tomasz Kokurewicz.

Nietoperze żywią się głównie motylami nocnymi, chrząszczami, świerszczami, meszkami i komarami. W ciągu nocy jeden nietoperz potrafi zjeść owady o masie równej 30 proc. masy własnego ciała, co może stanowić nawet 500 komarów. To sprawia, że zwierzęta te są sprzymierzeńcami w walce człowieka z insektami.

– Nietoperze są potrzebne do zachowania równowagi w ekosystemie – odpowiadają głównie za kontrolowanie liczebności owadów w środowisku. Ponadto są one również bioindykatorami. Oznacza to, że pomagają ocenić stopień zanieczyszczenia środowiska naturalnego. Zmniejszenie ich populacji należy zatem odbierać jako poważny sygnał ostrzegawczy – mówi badacz.

W Polsce wszystkie nietoperze są objęte ścisłą ochroną gatunkową. Ważne jest jednak, aby chronić również ich żerowiska, miejsca zimowania oraz rozrodu. Warto wspomnieć, że nie są zwierzętami niebezpiecznymi dla człowieka. Powiązanie ich z pojawieniem się koronawirusa jest niepotwierdzone.

– Nietoperze nie są żadnym wyjątkiem, jeśli chodzi o przenoszenie chorób. Jednak przez to, że mają bardzo złą opinię, zawsze obwinia się je jako pierwsze. To fatalnie odbija się przede wszystkim na skuteczności ich ochrony, za którą odpowiadają głównie ludzie. Lokalne społeczności muszą być przekonane, że warto chronić nietoperze. Pojawiające się doniesienia medialne dotyczące tego, że przenoszą one straszliwe choroby, utrudniają ich ratunek – tłumaczy dr Tomasz Kokurewicz.

Rząd chce zachęcać młodych do pielęgniarstwa i położnictwa. Plan rozwoju tych zawodów rozpisany jest do 2030 roku

Zwiększenie liczby pielęgniarek i położnych w polskim systemie opieki zdrowotnej oraz powstrzymanie emigracji zarobkowej – to tylko niektóre z najważniejszych celów rządowej polityki na rzecz rozwoju obu tych zawodów. Rząd chce również zmotywować młodych ludzi do wyboru tej ścieżki kariery i utrzymać na rynku pracy osoby, które nabywają uprawnienia emerytalne. – Ważny jest również rozwój kompetencji i samodzielności – mówi Greta Kanownik, dyrektor w Ministerstwie Zdrowia. Temu służyć ma wprowadzenie porad pielęgniarskich w przychodniach.

Ministerstwo Zdrowia już od 2015 roku realizuje bardzo wiele przedsięwzięć na rzecz środowiska pielęgniarek i położnych – mówi agencji Newseria Biznes Greta Kanownik, dyrektor Departamentu Pielęgniarek i Położnych w Ministerstwie Zdrowia. – Myślę, że najważniejszym elementem jest przyjęta niedawno przez rząd „Polityka na rzecz położnictwa i pielęgniarstwa w Polsce”. To jest bardzo ważny dokument rządowy, który określa zadania do 2030 roku. Zawiera działania, które mają przyczynić się przede wszystkim do rozwoju tych zawodów oraz zachęcić młode osoby do kształcenia na kierunkach pielęgniarskich i położniczych.

Jak zaznacza ekspertka, dokument ten został wypracowany przez resort zdrowia wspólnie ze środowiskiem pielęgniarek i położnych. Głównymi celami polityki przyjętej przez rząd są m.in.: zwiększenie liczby studentów oraz poprawa jakości kształcenia na kierunkach pielęgniarstwo i położnictwo, zmiany w systemie kształcenia podyplomowego oraz poprawa warunków pracy pielęgniarek i położnych. Ponadto strategia przewiduje wprowadzenie do systemu opieki zdrowotnej zawodu wspomagającego pracę pielęgniarek w bezpośredniej opiece nad pacjentem, a także określenie ról oraz kompetencji pielęgniarek i położnych. Niezbędne będzie także ustalenie faktycznej liczby personelu w systemie ochrony zdrowia (wraz z doprecyzowaniem docelowych wskaźników na 1 tys. mieszkańców). Osobnym zadaniem na liście priorytetów jest rozwój badań naukowych w pielęgniarstwie.

Środki finansowe na realizację programu mają pochodzić z budżetu państwa, jednostek sektora finansów publicznych, Funduszu Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych, Funduszu Pracy oraz z budżetu Unii Europejskiej.

– Oprócz kwestii finansowych, które są jednym z najważniejszych elementów tego programu, duże znaczenie mają także aspekty pozafinansowe, przede wszystkim te, które dotyczą rozwoju kompetencji zawodu pielęgniarki i położnej – uściśla Greta Kanownik. – Jedną z istotnych zmian jest wprowadzenie świadczenia porady pielęgniarskiej i porady położnej do zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (AOS), a także – już niedługo – do podstawowej opieki zdrowotnej (POZ).

Umożliwia to pielęgniarkom i położnym wykonywanie bez zlecenia lekarskiego świadczeń zapobiegawczych, diagnostycznych, leczniczych i rehabilitacyjnych oraz samodzielne ordynowanie niektórych leków, środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego, wyrobów medycznych oraz wypisywanie recept w realizacji świadczeń gwarantowanych z zakresu ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Dla pielęgniarek i położnych jest to szansa na większą samodzielność i niezależność, a dla pacjentów ułatwienie w dostępie do świadczeń medycznych. Nowe świadczenie pomoże także odciążyć w pracy lekarzy.

5 lutego 2020 roku zainaugurowano w Polsce międzynarodową kampanię Nursing Now, która ma podkreślić ogromną rolę pielęgniarek i położnych w ochronie zdrowia. Ma to związek z ogłoszeniem przez Światową Organizację Zdrowia roku 2020 Międzynarodowym Rokiem Pielęgniarki i Położnej.

Jest to bardzo ważny rok – podkreśla dyrektor Departamentu Pielęgniarek i Położnych w Ministerstwie Zdrowia. – Mając na uwadze problemy, które dotykają nie tylko Polski, ale też całego świata, czyli przede wszystkim brak kadry pielęgniarskiej i położniczej, decydenci, dyrektorzy szpitali i całe środowisko dołożą starań, aby je wspólnie rozwiązać.

Tendencje są optymistyczne. Rekrutacja na studia na kierunkach pielęgniarskich i położniczych zwiększa się od 2015 roku.

– Wynika to z faktu, że w ostatnim czasie zwiększyła się liczba szkół kształcących pielęgniarki i położne. Dla przykładu, w 2014 roku w Polsce działały 74 szkoły o takim profilu, a obecnie jest ich 105 – podkreśla Greta Kanownik. – Należy jednak pamiętać, że przez ostatnie 20 lat braki wykwalifikowanego personelu narastały, więc odbudowanie kadry będzie wymagało dłuższego czasu, ale idziemy w dobrym kierunku. 

PIE: Coroczna grypa bardziej spowalnia wzrost gospodarczy Polski, niż może to zrobić koronawirus. Wszystko zależy od skuteczności walki z tą epidemią

Wpływ koronawirusa na polską gospodarkę będzie zależał od tego, czy Chinom uda się zwalczyć epidemię w I kwartale roku, i od tego, kiedy dotrze on do Polski. Zdaniem Piotra Araka, dyrektora Polskiego Instytutu Ekonomicznego, epidemia może obniżyć wzrost chińskiego popytu o 2 proc., co oznaczałoby dynamikę PKB na poziomie 5 proc., niższą niż w Polsce w 2018 roku. To nie powinno być odczuwalne przez polską gospodarkę. Jednak poważniejsze spowolnienie w Chinach na pewno odbije się na zamówieniach dla europejskiego, w tym również polskiego przemysłu.

– Wzrost gospodarczy w tym roku będzie wynosił w granicach 3,3 proc. [jak prognozuje Komisja Europejska – przyp. red.], może nawet wynieść do 3,7 proc., jak zakładała pierwotnie ustawa budżetowa. Jestem bardziej zwolennikiem tezy o tym, że będziemy w granicach 3,5 proc., więc nadal będziemy jednym z czterech najszybciej się rozwijających państw w Unii Europejskiej – mówi agencji Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Sygnały dotyczące gospodarki niemieckiej z początku tego roku są dosyć optymistyczne i możemy się spodziewać, że ona będzie poprawiała swój standing finansowy. To oznacza, że polscy eksporterzy, którzy w zeszłym roku mówili, że mieli mniej zamówień z Niemiec, mogą zacząć otrzymywać ich więcej.

W ubiegłym roku PKB Polski wzrósł według wstępnych szacunków GUS o 4,0 proc., wyraźnie wolniej niż rok wcześniej, gdy gospodarka rozwijała się w tempie 5,1 proc. Nieznany jest jednak jeszcze wpływ epidemii koronawirusa na globalną gospodarkę. Niemiecki instytut Ifo zakłada, że popyt w Chinach zmniejszy się w skali roku o 2 proc., co odpowiada spadkowi wzrostu gospodarczego Państwa Środka o 1 pkt proc. Według PIE obniżyłoby to tempo wzrostu gospodarczego w Polsce w 2020 roku o 0,02 proc.

– Czynnikiem zmniejszającym szanse rozwojowe jest to, co się będzie działo z epidemią koronawirusa. Działa to negatywnie na trendy gospodarcze i zachowania inwestorów. Według chińskich danych mieliśmy już szczyt zachorowań, a teraz będziemy mieli szczyt śmiertelności, ale I kwartał tego roku ma, według zapowiedzi Chin, kończyć fazę zmniejszenia popytu i podaży produktów z gospodarki chińskiej – mówi Piotr Arak. – Szok zewnętrzny w postaci tej epidemii może być trochę większy niż w przypadku SARS w latach 2005–2006, ponieważ chiński rynek wewnętrzny jest o wiele ważniejszy dla globalnej konsumpcji. 

Wielu ekonomistów jest jednak zdania, że wpływ epidemii z Wuhanu na chińską gospodarkę będzie głębszy, co odbije się najmocniej na gospodarce niemieckiej, a za jej pośrednictwem także na polskiej. Według Markit Economics niemiecki PMI (wskaźnik nastrojów menedżerów ds. zakupów) w sektorze przemysłowym lekko wzrósł, choć ciągle pozostawał wyraźnie poniżej 50 punktów. Liczba zamówień w niemieckim przemyśle spadła najwolniej od 15 miesięcy, ale wciąż był to spadek.

W Polsce z kolei w styczniu poziom nowych zamówień otrzymanych przez producentów obniżył się 15. miesiąc z rzędu, a to najdłuższy okres spadków od niemal siedmiu lat. W obu krajach następują także cięcia zatrudnienia w sektorze produkcyjnym i ich tempo nie spada.

– Jeżeli wzrost gospodarczy w Chinach i konsumpcja wewnętrzna zwolnią bardziej, to już zaczniemy mówić nie o błędach statystycznych, tylko realnych kwotach, które mogą sprawić, że zapotrzebowanie na polskie produkty i półprodukty, które były oferowane na rynku niemieckim, a potem chińskim, rzeczywiście spadnie. To już będzie w granicach 0,1 proc. spadku dynamiki wzrostu gospodarczego – przewiduje dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Panuje rzeczywiście duży niepokój, na razie jeszcze medialny. Nie jest tak, że mamy pandemię chorobową, natomiast przez media wiele osób reaguje ponad realne zagrożenia. 17 osób umarło w tym roku od grypy w Polsce. Grypa występująca co roku w tym samym czasie ma o wiele większy impakt gospodarczy niż koronawirus miał i pewnie będzie miał w tym roku.

Przedsiębiorcy mają czas do poniedziałku na zgłoszenie się do tzw. małego ZUS-u plus. W ciągu kilku tygodni Ministerstwo Rozwoju zaproponuje firmom kolejne ulgi

Poniedziałek 2 marca to ostatni dzień przyjmowania zgłoszeń do tzw. małego ZUS-u plus, który wszedł w życie 1 lutego. W ciągu tego niespełna miesiąca skorzystało z tej możliwości 80 tys. małych firm, a łącznie małym ZUS-em objętych jest już 240 tys. podmiotów. Ministerstwo Rozwoju liczy na to, że część zaoszczędzonych pieniędzy przedsiębiorcy wykorzystają na rozwój działalności. W ciągu kilku tygodni resort ma zaproponować kolejny pakiet zachęt do inwestycji.

 Najmniejszym polskim przedsiębiorcom mały ZUS plus pozwoli na stabilny rozwój, ale pozwoli też dostosować obciążenia związane z ubezpieczeniami społecznymi do realnych rozmiarów ich biznesów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marek Niedużak, podsekretarz stanu w Ministerstwie Rozwoju. – Nam najbardziej zależy na tym, żeby przedsiębiorcy rośli, żeby mali stawali się średni, a średni stawali się duzi. Na starcie, kiedy firma jest mniejsza, tego typu wsparcie może się okazać bardzo przydatne.

Według szacunków Ministerstwa Rozwoju do ulgi tej ma prawo około 360 tys. najmniejszych firm. W porównaniu z małym ZUS-em obowiązującym w 2019 roku podniesiony został z 63 tys. zł do 120 tys. zł limit przychodów, który uprawnia do opłacania niższej, bo powiązanej z uzyskanym dochodem, a nie przychodem, składki. Kolejnym warunkiem jest prowadzenie działalności w poprzednim roku przynajmniej przez 60 dni oraz niewykonywanie działalności na rzecz byłych pracodawców. Przedsiębiorca w ciągu każdych pięciu lat będzie mógł skorzystać z możliwości płacenia niższych składek przez łącznie trzy lata.

Mały ZUS plus automatycznie obejmie przedsiębiorców, którzy korzystali z małego ZUS-u w ubiegłym roku. Ci, którzy nie spełniali kryteriów lub dopiero rozpoczęli działalność, muszą się zgłosić do 2 marca, a w kolejnych latach – do końca stycznia każdego roku. Z szacunków resortu wynika, że w kieszeniach przedsiębiorców powinno pozostać 1,3–1,5 mld zł rocznie.

– Liczymy, że przedsiębiorcy tak zaoszczędzone pieniądze nie tylko po prostu schowają do kieszeni, ale również przeznaczą na rozwój swoich firm – podkreśla Marek Niedużak.

Mały ZUS plus to kolejny element tzw. pasa startowego dla firm: przez pierwsze sześć miesięcy prowadzenia działalności można korzystać z „ulgi na start”, która oznacza brak konieczności podlegania pod ubezpieczenia społeczne. Przedsiębiorca opłaca jedynie składkę zdrowotną. Następnie przez 24 miesiące opłaca preferencyjne składki na ZUS.

Ministerstwo obiecuje niebawem kolejne ułatwienia.

– Pracujemy nad pakietem proinwestycyjnym, tzw. pakietem robotyzacyjnym czy automatyzacyjnym. Chcemy nim zachęcić firmy do zakupu maszyn, oprogramowania, robotów czy kobotów, które pozwolą im rozwijać się nie tylko dzięki niskim kosztom pracy, ale także najnowocześniejszym technologiom – wyjaśnia podsekretarz stanu w MR. – To będą rozwiązania przede wszystkim o charakterze ulg podatkowych skierowanych właśnie na budowę Przemysłu 4.0.

Jak zapowiada, rozwiązanie zostanie zaprezentowane w ciągu najbliższych tygodni, możliwe, że jeszcze w marcu.

Trzeba jednak pamiętać, że to nie jest tylko i wyłącznie decyzja ministra rozwoju, ponieważ wszystkie projekty muszą najpierw przejść przez Zespół ds. Programowania Prac Rządu – mówi Marek Niedużak.

Ubój zwierząt w przydomowych rzeźniach nie zaszkodzi producentom mięsa. Nie powinien zagrażać także bezpieczeństwu żywności

– Ubój rolniczy w przydomowych rzeźniach nie zaszkodzi branży. Jeśli procedury będą przestrzegane, nic nikomu nie grozi – ocenia Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego. Od połowy lutego każdy rolnik może otworzyć małą ubojnię i wprowadzać mięso na rynek na małą skalę, w ramach rolniczego handlu detalicznego czy działalności lokalnej. Dotychczas, jeśli chciał zabić zwierzę, musiał korzystać z pośrednictwa dużych zakładów. Teraz może to zrobić samodzielnie, ale konieczne jest jednak spełnienie szeregu kryteriów.

– Wprowadzenie nowych przepisów w zakresie uboju rolniczego oceniam pozytywnie. Podobnie w innych krajach europejskich takie procedury są dopuszczane. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to miało negatywnych skutków, np. rozwijania szarej strefy – mówi agencji Newseria Biznes Wiesław Różański, prezes Unii Producentów i Pracodawców Przemysłu Mięsnego.

Od 18 lutego każdy rolnik może otworzyć przydomową rzeźnię. Rozporządzenie ministra rolnictwa wprowadziło ułatwienia w zakresie przepisów weterynaryjnych dla takich podmiotów i zniosło obowiązek pośrednictwa wielkich ubojni. Uproszczenia dotyczą m.in. liczby pomieszczeń w takiej rzeźni, sposobu i miejsca przechowywania mięsa pakowanego i niepakowanego, systemu urządzeń do odkażania narzędzi. Przed rozpoczęciem takiej działalności rolnicy będą musieli zatwierdzić projekt technologiczny pomieszczeń u powiatowego lekarza weterynarii, który skontroluje je po wybudowaniu lub adaptacji.

 Uważam, że ubój rolniczy nie zaszkodzi całej branży. Ważne tylko, żeby rolnicy robili to zgodnie z obowiązującymi przepisami – podkreśla Wiesław Różański.

Dziennie rzeźnia rolnicza może przerobić 25 sztuk drobiu, jedną krowę czy 10 świń (poniżej 15 kg). Zgodnie z rozporządzeniem można w niej dokonywać rozbioru, ale samo przetwarzanie ma się odbywać w ramach innych form działalności. Mięso z takich ubojni nie będzie specjalnie znakowane w sprzedaży. Rolnik może też ubijać zwierzęta na potrzeby innych gospodarstw, o ile znajdują się w tym samym powiecie. Rozporządzenie nie precyzuje, jak ma wyglądać ubojnia, będzie więc mogła składać się z tylko jednego pomieszczenia. Główny Lekarz Weterynarii ostrzega, że jeśli w jednym miejscu dokonuje się uboju i obróbki poubojowej, a jednocześnie przechowuje się w nim tusze, może to nie spełniać warunków higieny. Zdaniem Różańskiego, jeśli rolnicy będą przestrzegać wszystkich wymagań, nie ma zagrożenia dla bezpieczeństwa żywności.

– Procedury dotyczące całego procesu uboju, ochrony sanitarnej, bezpieczeństwa produkcji muszą dotyczyć wszystkich, również tych, którzy będą prowadzili ubój rolniczy. Ważne, żeby nie odstępować od żadnych reguł – przekonuje Wiesław Różański.

Wymagania dotyczą m.in. kryteriów mikrobiologicznych dla mięsa, łańcucha chłodniczego czy kwalifikacji osób dokonujących uboju. Aby móc założyć przydomową ubojnię, trzeba odbyć bezpłatne szkolenie organizowane przez powiatowego lekarza weterynarii oraz mieć trzymiesięczną praktykę na stanowisku ubojowym.

Główny Inspektorat Sanitarny zapowiada, że rzeźnie rolnicze będą podlegały nadzorowi i urzędowym kontrolom Inspekcji Weterynaryjnej. Ubijane zwierzęta będą poddawane badaniom przed- i poubojowym przeprowadzanym przez urzędowych lekarzy weterynarii.

Rośnie rola treści wideo w grafice komputerowej. Programiści także coraz chętniej eksperymentują ze sztuczną inteligencją i wirtualną rzeczywistością

Dynamiczny rozwój nowych technologii sprawił, że graficy komputerowi zyskali nowe narzędzia, które ułatwiają i usprawniają ich pracę. Powstają systemy sztucznej inteligencji automatyzujące wykonywanie rutynowych zadań, aplikacje ułatwiające tworzenie profesjonalnych grafik przez amatorów oraz narzędzia przystosowane do projektowania w wirtualnej rzeczywistości. Na znaczeniu zyskują treści wideo.

– Jednym z trendów, które możemy zaobserwować wśród użytkowników, jest odejście od obrazów w formie statycznych grafik w kierunku treści wideo. Świat internetu jest światem filmików, a nie statycznych obrazów. Obecnie wielu ludzi, zwłaszcza młodych – uczniów czy studentów – chce tworzyć treści wideo – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Georgia Vidler, dyrektor produktu w firmie Canva.

W odpowiedzi na rosnące zapotrzebowanie na treści wideo na popularności zyskują narzędzia do tworzenia spersonalizowanych filmów. Strony pokroju Placeit udostępniają szablony, które przy minimalnym wysiłku pozwalają błyskawicznie stworzyć intro do kanału na YouTubie bądź animowany banner internetowy. Wystarczy tylko podstawić pożądany tekst czy logo, a oprogramowanie automatycznie wyrenderuje i wygeneruje docelową animację.

Zmienia się także podejście do narzędzi projektowania przestrzennego. Pojawienie się konsumenckich zestawów VR doprowadziło do powstania oprogramowania graficznego funkcjonującego w wirtualnej rzeczywistości. Narzędzia tego typu ułatwiają tworzenie cyfrowych obiektów 3D w wysoce immersyjnym środowisku. Potencjał takiego oprogramowania doceniła m.in. firma Adobe, która pod koniec roku odkupiła od Facebooka narzędzie Oculus Medium. Uzupełni ono portfolio narzędzi graficznych korporacji i umożliwi twórcom projektowanie modeli 3D oraz wykonywanie trójwymiarowych malunków za pośrednictwem wirtualnej rzeczywistości.

– W przyszłości wiele się zmieni w kwestii grafiki. Teraz obserwujemy trend, w którym wiele rzeczy robi się automatycznie, coraz powszechniejsze jest wykorzystanie VR lub rozszerzonej rzeczywistości. W przyszłości będziemy żyli nie tylko w tej fizycznej rzeczywistości, lecz także w przestrzeniach cyfrowych. Graficy będą musieli się do tego dostosować i tworzyć projekty w nowej przestrzeni rozszerzonej rzeczywistości – przekonuje ekspertka.

Prawdziwą rewolucją może jednak okazać się upowszechnienie narzędzi automatyzujących pracę grafików przy wykorzystaniu systemów sztucznej inteligencji. Adobe opracowało narzędzie Sensei do realizacji projektów graficznych przy wsparciu algorytmów SI. Oprogramowanie poddaje statyczne i ruchome obrazy dogłębnej analizie, dzięki czemu jest w stanie w pełni automatycznie np. usunąć postaci z krajobrazu, uzupełnić przycięte elementy obrazu bądź wyretuszować obraz, znacząco przyspieszając pracę grafika.

Prace nad inteligentnymi narzędziami automatyzującymi pracę z obróbką obrazu prowadzi również firma Google. Korporacja opracowała framework AutoFlip, wykorzystujący sztuczną inteligencję do automatycznego kadrowania nagrań. Narzędzie ma ułatwić twórcom przystosowanie filmów do odtwarzania na różnych nośnikach i w różnych formatach. Po przepuszczeniu materiału przez algorytm oprogramowanie automatycznie przycina nagranie w taki sposób, aby dobrze wyglądało odtwarzane w trybie pionowym.

– Wiele elementów w projektowaniu grafiki da się zautomatyzować. Jest też jednak sporo rzeczy, których nie będziemy w stanie zautomatyzować, np. projektów, które są niesamowicie oryginalne. To może stanowić dla komputerów nie lada wyzwanie, choć chciałabym zobaczyć kiedyś, jak maszyny sobie z tym poradzą. Na razie zupełnie nie wyobrażam sobie tego, że będą powstawać piękne i unikatowe grafiki w sposób całkowicie zautomatyzowany. Jestem jednak ciekawa, dokąd ten trend nas zaprowadzi – mówi Georgia Vidler.

Według Credence Research globalny rynek grafiki komputerowej w najbliższych latach będzie rósł w tempie 7 proc. średniorocznie.

Nowe technologie pozwalają błyskawicznie przeanalizować skład produktów pod kątem zawartości substancji odżywczych czy alergenów

Przenośne urządzenia łatwo sprawdzają alergeny zawarte w żywności. Inne, niezależnie od daty podanej na opakowaniu, ocenią optymalny czas na spożycie produktów. Większość konsumentów odżywia się świadomie, a za zdrową, ekologiczną żywność jest w stanie zapłacić znacznie więcej. Nie zawsze jednak mamy pewność, że to, co kupujemy, faktycznie nie zawiera szkodliwych związków. Zespół LumiSep opracował technologię, która pozwala przeprowadzić szybką i skuteczną analizę żywności nawet w sklepie.

– Prowadzimy projekt badawczo-rozwojowy. Celem jest stworzenie urządzenia pomiarowego wraz z instrukcją dla użytkownika do oznaczania śladowych ilości związków szkodliwych w żywności, takich jak aflatoksyny oraz wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Anna Gernand, prezes LumiSep.

Konsumenci jedzą coraz zdrowiej, sięgają po ekologiczne zamienniki, częściej czytają też skład produktów. Nie brakuje nowych rozwiązań technologicznych, które pomagają im żywić się świadomie. Na rynku dostępne są np. mobilne czujniki alergenów – wystarczy próbka jedzenia, by na smartfonie połączonym z aplikacją pojawiła się informacja o wszystkich alergenach. Start-up SCiO stworzył mikrospektrometr, który pochłania światło odbite od obiektu, rozkłada je na widmo i analizuje w celu określenia składu chemicznego. Umożliwia w ten sposób identyfikację składu chemicznego żywności, w tym informacji o wartościach odżywczych. Technologia pomaga też ocenić faktyczną świeżość produktu, niezależnie od daty podanej na opakowaniu. Inteligentne etykiety pokazują, kiedy żywność jest najlepsza do spożycia, ostrzegają zaś, kiedy kończy się termin przydatności.

LumiSep przeprowadza natomiast szybkie i dokładne analizy zawartości szkodliwych substancji w pożywieniu. Dzięki instrukcji i zestawowi do pomiaru użytkownik sam wykona analizę w dowolnym miejscu i w krótkim czasie bez wysyłania próbki do laboratorium.

– Nasz pomysł był taki, aby dać użytkownikom urządzenie, które sami mogą wykorzystywać, ale jego dokładność jest podobna do metod stosowanych przez laboratoria certyfikowane – tłumaczy Anna Gernand. – Żeby skorzystać z urządzenia, należy przygotować próbkę, włożyć ją do urządzenia pomiarowego, nacisnąć odpowiedni przycisk, a wynik pojawia się od razu na ekranie.

Z nowych rozwiązań technologicznych korzystają też firmy spożywcze. Firma ImpactVision opracowała np. nieinwazyjną technologię, która wykorzystuje rozpoznawanie obrazów i uczenie maszynowe. Zapewnia ona wgląd w jakość produktów spożywczych, w ich świeżość, trwałość lub zanieczyszczenie. Technologia pozwala producentom zapewnić stałą jakość żywności i zapobiega marnotrawstwu w łańcuchu dostaw. LumiSep sprawdzi się także w firmach branży spożywczej.

– Obecnie rozmawiamy ze średnimi i małymi przedsiębiorstwami związanymi z produkcją spożywczą. W tej chwili posiadamy już prototyp urządzenia, będziemy je testować wraz z końcowymi użytkownikami na wiosnę tego roku, a latem chcielibyśmy, aby było już dostępne w sprzedaży – zapowiada Anna Gernand.

Tankowanie będzie droższe

Zbliżające się wybory prezydenckie uruchomiły lawinę obietnic wyborczych, które jakoś trzeba sfinansować. Trzynasta emerytura jest tutaj dziwnym rozwiązaniem, ale efekt ten jest widocznie skuteczniejszy, niż po prostu podniesienie emerytur.

Będzie droższe tankowanie?

Mamy złą i dobrą wiadomość. Ta pierwsza to fakt, że minister infrastruktury podniósł opłatę paliwową o 12,3%. Dobra wiadomość dotyczy tego, że udział tej opłaty w cenie paliwa jest relatywnie niski i w rezultacie cena litra powinna wzrosnąć o trochę ponad 2 grosze. Jest to odważny ruch biorąc pod uwagę zbliżające się wybory. Jednak z czegoś trzeba finansować wypłatę trzynastej emerytury przed pierwszą turą wyborów prezydenckich.

Dolar wciąż w odwrocie

Pomimo dobrych danych z USA, gdzie liczba sprzedanych nowych domów jest o ponad 7% większa od oczekiwań, dolar w dalszym ciągu traci. W ciągu tygodnia jest już to 1,5 centa straty względem euro i wygląda na to, że najsilniejsza korekta w ruchu spadkowym może być powoli przełamaniem trendu. Warto zwrócić uwagę, że w dłuższym okresie analiza techniczna i tak wspiera scenariusz dalszego umacniania się dolara względem głównych walut światowych, w tym wspólnej europejskiej waluty. Efektem obecnego ruchu jest spadek ceny dolara poniżej poziomu 3,95 zł.

Ropa naftowa w odwrocie

Strach oraz spadające prognozy wzrostu gospodarczego na świecie powodują, że surowce energetyczne mają bardzo słabą passę. Ropa naftowa, która zaczynała ten rok w okolicach 66 dolarów za baryłkę, przez moment przekraczając nawet 70 dolarów, dzisiaj kosztuje zaledwie 52 dolary. Mowa tutaj o giełdzie w Londynie, w Nowym Yorku cena baryłki spadła już poniżej 50 dolarów. Nie pomagają (wolniej od oczekiwań) rosnące zapasy z USA, które zwyczajowo powodują wzrost cen surowca. Inwestorzy prawdopodobnie widząc tempo spadków, odkładają w czasie zakup, co tylko pogłębia spadki cen.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Pierwsze objawy koronawirusa na polskim rynku pracy

Według danych Grupy Progres 5 proc. firm twierdzi, że koronawirus jest obecnie realnym problemem dla ich biznesu. Wielu przedsiębiorców z branży produkcyjnej zakłada przymusowe przestoje czy ograniczenie czasu pracy. Niestety tylko część firm w Polsce jest przygotowana na konkretne scenariusze, które bardzo szybko mogą odczuć ich pracownicy. Inni szefowie, mimo że o tym mówią, dopiero szukają odpowiedniej recepty na walkę z wirusem.

Koronawirus nie dotarł jeszcze do Polski, a już zaczyna odbijać się echem na naszym rynku pracy. Niestety trafia na podatny grunt, bo kondycja polskich pracodawców była w ostatnim czasie wielokrotnie sprawdzana. Wzrost płacy minimalnej o 15,6 proc. w stosunku do 2019 r., wyższe koszty utrzymania pracownika czy spowolnienie gospodarcze nie wpływają dobrze na nastroje panujące w polskich firmach. Co więcej, utrudniają planowanie działań biznesowych pozwalających na stabilną sytuację przedsiębiorstw, ale też tworzenie planów awaryjnych. Są one niezbędne, by przetrwać w nagłych i dynamicznie zmieniających się realiach tj. pojawienie się koronawirusa.

Urlopy, przestoje, zwolnienia – każdy scenariusz zły?

Z naszej wiedzy i rozmów prowadzonych z polskimi przedsiębiorcami wynika, że dopuszczają oni kilka scenariuszy, niestety każdy z nich odczują zatrudnione u nich osoby. Te najczęściej wymieniane dotyczą m.in. znacznej i nagłej redukcji zatrudniania, która w pierwszej kolejności obejmie pracowników tymczasowych. Sytuacja dotknie nie tylko Polaków, ale też Ukraińców, dla których pracy w Polsce ostatnio było coraz mniej. Tylko w lutym z rynku zniknęło od 30 do 40 proc. ofert, którymi zainteresowani byli obcokrajowcy – nie rozpoczynali oni pracy w naszym kraju, mimo wydanych oświadczeń. Co więcej, z naszych danych wynika, że znacznie zwiększyła się podaż pracy, a czas rekrutacji skrócił się nawet o połowę – mówi Cezary Maciołek, wiceprezes Grupy Progres.

Według Cezarego Maciołka innym ze scenariuszy planowanych w firmach jest redukcja wszelkich nadgodzin. Oferowana będzie praca w systemie 8-godzinnym, na ¾ lub ½  etatu. Co spowoduje wzrost liczby osób zatrudnianych w niepełnym wymiarze godzin. Według Eurostatu w 2018 r. w Polsce stanowili oni 6,2 proc. w grupie wszystkich aktywnych zawodowo – pracowało tak 685 tys. kobiet oraz 315 tys. mężczyzn.

Firmy, które swój biznes opierają na towarach importowanych z Chin, Niemiec, czy Włoch zakładają grupowe urlopy i całkowite wstrzymanie lub ograniczenie produkcji, co wpłynie nie tylko na sytuację pracowników tymczasowych, ale też na tych etatowych. Niestety, to działanie pojawia się w planach rosnącej liczby pracodawców. Szczególnie, że w polskiej gospodarce ok. 40 proc. towarów importowanych z Chin jest wykorzystywanych w procesach produkcyjnych. Bez chińskich komponentów, prace przedsiębiorstw zostaną wyhamowane.

Kolejną z opcji rozważaną w firmach produkcyjnych, które działają na wielu rynkach jest migracja pracowników w ramach jednej organizacji, będą oni wysyłać delegacje tam, gdzie produkcja nie zostaje wstrzymana i pracownicy są potrzebni.

Które branże i regiony są najbardziej zagrożone?

Z danych Grupy Progres wynika, że 5 proc. firm określa koronawirusa jako realny problem. Sektory, których najbardziej on dotyczy to szeroko pojęty przemysł, produkcja, branża odzieżowa, turystyczna oraz budownictwo.  Zjawisko widoczne jest w całej Polsce, jednak w tym momencie powody do niepokoju mogą mieć firmy i pracownicy z województw, w których działa wiele firm z zagrożonych gałęzi gospodarki: pomorskiego, łódzkiego, wielkopolskiego, śląskiego i dolnośląskiego. Tam najczęściej wspomina się o tym, że koronawirus może mieć wpływ na ich sytuację i decyzje dotyczącą kadry.

Niepewny los pracowników

Bez względu na to, czy wirusa uda się szybko okiełznać czy nie polscy pracodawcy powinni być przygotowani na najgorsze, mieć kilka planów awaryjnych w zależności od rozwoju sytuacji.  Nasi partnerzy biznesowi rzadko pytają o procedury związane z postępowaniem na wypadek pandemii i to w jaki sposób zapewniamy zastępstwo i w jakim czasie. Obecnie koncentrują się na tym jak zachować płynność procesów organizacyjnych oraz przede wszystkim finansową – zaznacza Cezary Maciołek. – Z naszych obserwacji wynika, że wiele firm działających na polskim rynku szuka ratunku u innych dostawców, niż Chiny, Niemcy czy nawet Włosi. Niestety niektórzy chwytają się przysłowiowej brzytwy – przepłacają, podpisują niekorzystne dla nich umowy, a to z pewnością nie wpłynie na polepszenie ich sytuacji. Moim zdaniem optymalnym rozwiązaniem na niepewne czasy powinna być przede wszystkim dobrze zaplanowana elastyczność – zaznacza.

Koronawirus, wbrew pozorom, w zależności od rozwoju sytuacji, może wpłynąć na wzrost popularności pracy tymczasowej – firmy będą bardziej doceniać tę formę współpracy, szczególnie w czasach kryzysowych, w których nie będą w stanie zagwarantować stałego etatu, a bez kadry ich firma nie przetrwa.  Bardziej popularna może stać się również praca zdalna. Obecnie, jak wynika z badania Grupy Progres „Rynek pracy 360 stopni”, 63 proc. polskich firm dopuszcza pracę zdalną. Najczęściej praktykowana jest opcja raz w miesiącu – 34 proc. i kilka razy w miesiącu – 38 proc., raz w tygodniu można pracować zdalnie w 14 proc. firm, tylko zdalnie w 14 proc. organizacji.

Jak dodaje Cezary Maciołek, jeśli wymienione scenariusze zostaną wcielone w życie, a koronawirusa w krótkim czasie uda się opanować to w kwietniu lub maju pojawi się wysoki pik rekrutacyjny. Firmy będą chciały nadrobić straty, poszukiwanie pracowników będzie zintensyfikowane m.in. w branżach produkcyjnej, odzieżowej czy turystycznej. Wtedy może wrócić problem z rekrutacją pracowników i sytuacja znowu odwróci się na ich korzyść.

Na skróty do kieszeni płatnika – ZUS może żądać od pracodawcy zwrotu wyłudzonego zasiłku

Grudniowa uchwała Sądu Najwyższego[1] dała ZUS-owi potężny oręż do walki ze świadczeniami pobranymi nienależnie przez pracowników. Tym razem jednak wymierzyła go przeciwko pracodawcom.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci
Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci

Z uchwały Sądu Najwyższego (dalej – SN) wynika, że ZUS zamiast wystąpić o zwrot nienależnie pobranego zasiłku do pracownika, może skierować roszczenie bezpośrednio do płatnika (pracodawcy). Stanowisko wyrażone przez SN może zachęcić organy rentowe do wszczynania postępowań przeciwko przedsiębiorcom, którzy są z reguły łatwiej osiągalni i bardziej wypłacalni niż pracownicy.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych konsekwentnie tropi przypadki, w których świadczenia takie jak np. zasiłki chorobowe, są wypłacane pomimo braku podstaw. Zgodnie z przepisami ma to miejsce gdy:

  • świadczenia wypłacone są mimo zaistnienia okoliczności powodujących ustanie prawa do świadczeń albo wstrzymanie ich wypłaty w całości lub w części, jeżeli osoba pobierająca świadczenie była pouczona o braku prawa do ich pobierania;
  • świadczenia są przyznane lub wypłacone na podstawie nieprawdziwych zeznań lub fałszywych dokumentów albo w innych przypadkach świadomego wprowadzania
    w błąd organu wypłacającego świadczenia przez osobę pobierającą świadczenia.

W praktyce chodzi o sytuacje, w których wypłacany jest zasiłek chorobowy, a w tym samym czasie chory wykonuje pracę zarobkową albo umowa o pracę zawierana jest tylko po to, by zatrudniony mógł korzystać z zasiłku. Ten drugi przypadek jest zbliżony do okoliczności,
w których orzekał Sąd Najwyższy w grudniu ubiegłego roku. Chodziło o umowę o pracę zawartą przez pracodawcę z członkiem jego rodziny. Krótko po podpisaniu umowy opiewającej na wysokie wynagrodzenie, pracownik zaczął często przebywać na długotrwałych zwolnieniach lekarskich. W ocenie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych umowa została zawarta dla pozoru – nie miała być wykonywana, stała się natomiast sposobem na uzyskanie świadczenia. Jeśli umowa jest zawarta dla pozoru – aby ukryć rzeczywisty cel jej zawarcia, uznaje się ją za fikcyjną, a w konsekwencji za nieważną. To z kolei powoduje brak podstaw do ubezpieczenia społecznego i wypłaty zasiłku. Dlatego jeśli zasiłek został pobrany, musi być zwrócony.

Do tej pory wśród pracodawców powszechne było przekonanie, że zwrot świadczenia to problem tego, kto z zasiłku korzystał. I faktycznie – ZUS zwykle w pierwszej kolejności dochodził zwrotu od pracownika. Sąd Najwyższy przyjrzał się jednak dokładniej przepisowi zgodnie z którym, jeżeli pobranie nienależnych świadczeń zostało spowodowane przekazaniem przez płatnika składek nieprawdziwych danych mających wpływ na prawo do świadczeń lub na ich wysokość, obowiązek zwrotu tych świadczeń wraz z odsetkami obciąża tego płatnika składek lub inny podmiot. Orzekający w siedmioosobowym składzie SN uznał, że organ rentowy (tj. ZUS) jako podmiot zobowiązany do zwrotu świadczenia nienależnie pobranego przez świadczeniobiorcę, może wskazać płatnika składek. Nie ma bowiem przepisów, które narzucałyby ZUS-owi kolejność, w jakiej ma egzekwować należne kwoty.

Omawiana uchwała nie zmienia położenia ubezpieczonych – finalnie nadal obciąża ich obowiązek zwrotu świadczenia. Może natomiast znacząco wpłynąć na praktykę ZUS-u
i zmienić sytuację przedsiębiorców – płatników. Zakład ma teraz zielone światło na to, by żądać zwrotu świadczenia bezpośrednio do przedsiębiorcy (pracodawcy). To z kolei oznacza, że odzyskanie pieniędzy od pracownika stanie się zmartwieniem pracodawcy, a nie jak dotychczas, organu rentowego.

Karolina Kołakowska, adwokat w Kancelarii Brzezińska Narolski Adwokaci (http://bnadwokaci.pl). Ekspert z zakresu indywidualnego i zbiorowego prawa pracy oraz ochrony danych osobowych, trener
i szkoleniowiec.

[1] Uchwała Sądu Najwyższego z 11.12.2019 r., III UZP 7/19.

Polskie REIT-y wciąż w martwym punkcie

Z początkiem bieżącego roku minęła pierwsza rocznica planowanego wejścia w życie zapisów ustawy o firmach inwestujących w najem nieruchomości (FINN), czyli tzw. polskich REIT-ach. Niestety, po z górą roku oczekiwania praktycznie nic nie wskazuje na to, by FINN-y miały ujrzeć światło dzienne w przewidywalnej przyszłości. Czy ujrzą je kiedykolwiek?

Wielki znak zapytania

Proces wdrażania na krajowym rynku kapitałowym instytucji REIT, pod rodzimym pojęciem FINN, ruszył już ponad trzy lata temu i doczekał się już trzeciej wersji projektu. Jak tłumaczą eksperci z portalu RynekPierwotny.pl według pierwotnych założeń FINN-y miały inwestować wyłącznie w nieruchomości komercyjne. Następnie dołączono do nich mieszkaniowe, by w końcu, już w najnowszej wersji projektu ustawy z września 2018 roku, pozostawić tylko te ostatnie jako jedyny dopuszczalny cel inwestycyjny polskich REIT-ów.

Ministerstwo Finansów, instytucja odpowiedzialna za ostateczny kształt przedmiotowych przepisów, uzasadniała tego typu decyzję opinią Narodowego Banku Polskiego, który zdecydowanie odrzucił możliwość inwestowania w komercję przez FINN-y. Powodem miałoby być wysokie ryzyko inwestycyjne, wynikające z faktu zdominowania rodzimego rynku nieruchomości komercyjnych przez dużych inwestorów zagranicznych, z którymi ponoć trudno by było konkurować świeżo powołanym podmiotom. A to – zdaniem NBP – mogłoby rodzić niebezpieczeństwo strat nie tylko dla inwestorów, ale co gorsza dla krajowego systemu bankowego, który dla FINN-ów miałby stanowić jedno z głównych źródeł pozyskiwania kapitału.

Wg portalu RynekPierwotny.pl niestety wszystko wskazuje na to, że w jakiejkolwiek opcji FINN-y jako rodzime REIT-y nieprędko ujrzą światło dzienne, o ile ujrzą je kiedykolwiek. Oczywiście samo nasuwa się pytanie, dlaczego projekt rzekomo tak ważnej ustawy trafił na dobre do sejmowej „zamrażarki” w poprzedniej kadencji Sejmu, pomimo wręcz entuzjastycznych ocen i opinii wyrażanych przez rządowych notabli jeszcze na kilka tygodni przed planowanym wejściem w życie przepisów o FINN w styczniu 2019 roku.

Strach przed porażką?

Jedyną sensowną teorią, tłumaczącą zatrzymanie prac ustawodawczych poprzedniej kadencji Sejmu w przedmiotowym przypadku, jest po prostu obawa rządowych gremiów odpowiedzialnych za powstanie ustawy o FINN-ach przed legislacyjną porażką. Czy faktycznie istnieją uzasadnione obawy, że wejście w życie przepisów o firmach inwestujących w najem nieruchomości mogłoby okazać się wizerunkową klapą rządowych decydentów, co gorsza wypadającą w newralgicznym czasie tuż przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi?

Zasadniczy problem z FINN-ami, wg przyjętej w projekcie ustawy z września 2018 r. formuły, miałby polegać na tym, że od klasycznych REIT-ów odróżniałoby je to, co w inwestycjach absolutnie najważniejsze, czyli ich dywersyfikacja. Światowe REIT-y inwestują we wszelkiej maści obiekty komercyjne: biurowce, galerie handlowe, magazyny, hotele itp., natomiast mieszkaniówka stanowi margines ich zainteresowań albo wręcz wcale nie jest brana pod uwagę. W przypadku FINN-ów miało być dokładnie odwrotnie – przyjęto regułę inwestowania praktycznie tylko w mieszkania na wynajem, przy niemal całkowitym wykluczeniu obiektów komercyjnych.

Tymczasem jak wiadomo im słabsza dywersyfikacja portfela inwestycyjnego, tym wyższe jego ryzyko. FINN-y byłyby więc typowo rodzimym „wynalazkiem” o podwyższonym ryzyku, a ich wprowadzenie na rynek klasycznym eksperymentem z trudnym do przewidzenia efektem końcowym.

Poza tym wymogi jakie postawiono podmiotom aspirującym do instytucji FINN, czyli przede wszystkim wysoki poziom nieruchomościowych aktywów rzędu minimum 50 mln zł, mógłby ograniczyć wolumen kandydatów do jednej tylko pozycji – Funduszu Mieszkań na Wynajem BGK.

Powrót do korzeni?

Potwierdzeniem wyżej opisanej tezy jest praktycznie jedyny sygnał na przestrzeni kilkunastu miesięcy, jaki w spawie perspektyw FINN dotarł na rynek ze strony gremiów rządowych. Pojawił się on na spotkaniu wiceministra rozwoju Roberta Nowickiego z członkami Polskiej Izby Nieruchomości Komercyjnych, jakie miało miejsce pod koniec ub. roku. Przy tej właśnie okazji wiceminister przyznał, że pomysł inwestowania przez FINN-y jedynie w mieszkania traci na aktualności na rzecz przywrócenia możliwości rozszerzenia ich opcji inwestycyjnych także na nieruchomości komercyjne. Oznaczałoby to swoisty powrót do korzeni, czyli zarówno wcześniejszych założeń ustawowych polskich REIT-ów, jak i wypracowanych przez dekady i sprawdzonych ich standardów światowych.

W tej sytuacji mogłoby się wydawać, że nie ma nic prostszego. Zgodnie z zasadą dyskontynuacji ustawodawca wyrzuca do przysłowiowego kosza nieuchwalony w poprzedniej kadencji projekt ustawy o FINN, a następnie uruchamia procedowanie kolejnego, będącego wynikiem bieżących ustaleń i konsultacji. Sęk w tym, że od trzech już miesięcy nad kwestią polskich REIT-ów zapanowała ponownie cisza, która po raz kolejny potwierdza bardzo słabe perspektywy uruchomienia ich misji w kraju.

Polskich REIT-ów droga pod górkę

Wbrew dość powszechnej opinii o świetlanych perspektywach REIT-ów na rodzimym rynku kapitałowym oraz o ich wręcz zbawiennym znaczeniu dla rozwoju krajowej mieszkaniówki, sprawa zdaje się nie wyglądać aż tak optymistycznie i bezproblemowo.

Wg ekspertów portalu RynekPierwotny.pl przede wszystkim podstawowym warunkiem sukcesu FINN-ów jest w pełni rozwinięty rynek kapitałowy z prężnie działającą giełdą papierów wartościowych. Tymczasem warszawska GPW wydaje się od dłuższego czasu bardziej zwijać niż podlegać pożądanemu rozwojowi. Co szczególnie deprymujące, kategoria tzw. „ulicy”, czyli szerokiej rzeszy inwestorów indywidualnych, ze szczególnym uwzględnieniem drobnych ciułaczy, w praktyce od lat tu nie istnieje.

Gwoździem do trumny zainteresowania giełdą przez przysłowiowego Kowalskiego był kazus GetBacku, który skutecznie wypłoszył resztki inwestorów indywidualnych, dla których warszawska giełda bardziej kojarzy się dziś z kasynem i hazardem aniżeli z cywilizowaną formą inwestowania. Tymczasem bez udziału na odpowiednią skalę giełdowej drobnicy marzenie o powodzeniu projektu wprowadzenia w Polsce REIT-ów może okazać się jedynie mrzonką.

Co gorsza, rodzima historia pośredniego inwestowania w nieruchomości za sprawą certyfikatów krajowych funduszy nieruchomości (tzw. FIZ), a więc podmiotów pod wieloma aspektami analogicznymi do FINN-ów czy REIT-ów, jest o tyle bogata, co zdecydowanie niechlubna. Przez długie lata kojarzyły się one w Polsce głównie z permanentnymi stratami idącymi w dziesiątki procent, co zapewne nie byłoby czynnikiem zachęcającym do inwestycji w udziały FINN, przynajmniej w początkowym okresie ich rynkowej misji.

I wreszcie wbrew pozorom, a nawet zwykłej logice, inwestycje bezpośrednie i pośrednie w nieruchomości to dwie zupełnie różne kwestie, zwłaszcza w warunkach krajowych, będących pochodną mentalności rodaków. Innymi słowy, argument, że wręcz owczy na dziś dzień pęd Polaków do lokowania oszczędności w mieszkania na wynajem jest gwarancją powodzenia spółek FINN na giełdzie, to zdecydowanie błędna kalkulacja, nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością.

Niestety wobec tych wszystkich wątpliwości widoczna dziś awersja rodzimych decydentów do jak najszybszego wprowadzenia w Polsce instytucji REIT-ów wydaje się jak najbardziej uzasadniona i zrozumiała. W tym przypadku ewentualnej porażki legislacyjnej, której skutki trudno byłoby przecenić, nie dało by się bowiem w żaden sposób zamaskować, zbagatelizować czy wytłumaczyć. W takim razie nasuwa się pytanie – jakie są perspektywy wprowadzenia FINN-ów do polskiego prawa w stosunkowo bliskiej perspektywie.

Niestety wygląda na to, że raczej iluzoryczne, i to pomimo bardzo popularnej tezy, że powołanie do życia tego typu podmiotów w kraju jest absolutnie niezbędne, a nawet nieuniknione w przewidywalnej przyszłości.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Wynajmujesz mieszkanie lub prowadzisz firmę i opłacasz ryczałt? To już ostatni dzwonek na rozliczenie podatkowe PIT-28

Czas pierwszych rozliczeń ze skarbówką już za pasem. Do najbliższego poniedziałku 2 marca podatnicy, którzy w minionym 2019 roku wynajmowali mieszkanie, opłacali ryczałt z tytułu prowadzonej działalności gospodarczej lub zarabiali jako wspólnicy w spółce, mają czas na rozliczenie się z fiskusem. Adwokat i doradca podatkowy dr Jacek Drosik z Kancelarii Ślązak, Zapiór i Wspólnicy w Katowicach przypomina, że to już ostatni dzwonek na złożenie zeznania podatkowego PIT-28.

Zgodnie z obowiązującymi przepisami, termin na złożenie deklaracji podatkowej o wysokości uzyskanego przychodu, wysokości dokonanych odliczeń i należnego ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych, mija z końcem lutego. W tym roku jednak ostatni dzień lutego przypada w sobotę, zatem ostateczny termin rozliczenia się z PIT-28 za 2019 rok przesunięty zostaje na najbliższy poniedziałek 2 marca. Rozliczenia można dokonać przez Internet przez system Ministerstwa Finansów, nawet do godz. 23:59 w poniedziałek. Pamiętać jednak należy, że jedynym potwierdzeniem prawidłowo złożonego zeznania podatkowego w formie elektronicznej jest otrzymanie tzw. UPO, czyli Urzędowego Poświadczenia Odbioru. Nie warto więc zostawiać rozliczenia na ostatnie minuty.

Kto musi rozliczyć się na PIT-28?

Do złożenia deklaracji podatkowej PIT-28 zobowiązane są osoby fizyczne, które jako formę opodatkowania uzyskiwanych przychodów wybrały zryczałtowany podatek dochodowy. Do tej grupy należą osoby, które w 2019 roku wynajmowały mieszkanie, nie prowadząc jednak w tym przedmiocie działalności gospodarczej. Z wyjątkiem najmu, w sposób zryczałtowany mogą być również opodatkowane przychody przedsiębiorców – mogą być to osoby fizyczne prowadzące jednoosobową działalność gospodarczą lub w formie spółki cywilnej albo jawnej. Należy jednakże w każdym przypadku badać, czy przedsiębiorcy nie zaliczają się do podmiotów wykluczonych z tej grupy przez ustawę (np.  nie mają prawa do ryczałtu przedsiębiorcy osiągających w całości lub w części przychody z tytułu prowadzenia aptek). Ponadto, formularz PIT-28 muszą również składać właściciele nieruchomości, którzy uzyskują przychody z najmu prywatnego lub dzierżawy i zdecydowali się na rozliczenie w formie ryczałtu. Zatem wszyscy rozliczający się z podatku dochodowego w formie ryczałtowej powinni złożyć zeznanie PIT-28.

O czym warto pamiętać?

Składając deklarację podatkową PIT-28 podatnik może rozliczyć się wyłącznie z przychodów opodatkowanych ryczałtem. Jeżeli podatnik uzyskuje dochody, które opodatkowane są na innych zasadach, powinien złożyć osobne zeznanie podatkowe. Na przykład, osoba uzyskująca dochody z tytułu umowy o pracę oraz dodatkowo wynajmuje mieszkanie, powinna złożyć dwie deklaracje podatkowe – PIT-28 na którym rozliczy najem oraz PIT-37 wynikający ze stosunku pracy. Warto również podkreślić, że zeznania PIT-28 nie można rozliczyć wspólnie z małżonkiem, poza najmem ryczałt uniemożliwia też wspólne rozliczenie na zasadach ogólnych.

Pakiet mobilności i kolejna wersja smart tacho

Do tej pory inteligentnym tachografom przypisywano głównie rolę poprawy bezpieczeństwa na drodze i walki z plagą manipulacji. Jednak wraz z zatwierdzeniem pakietu mobilności, co najprawdopodobniej nastąpi jeszcze w pierwszej połowie 2020 roku, to rozliczanie płacy minimalnej oraz śledzenie operacji kabotażowych staną się ważnymi funkcjonalnościami tak zwanych smart tacho. Oznacza to, że ponad 36 tysięcy polskich firm, odpowiedzialnych za transport międzynarodowy rzeczy na zasadach komercyjnych[1], stanie przed koniecznością zmierzenia się z nowymi wytycznymi Unii Europejskiej. Jak to będzie wyglądać w praktyce oraz dlaczego tachografy inteligentne nieustannie są ulepszane do coraz to nowych wersji? Na te pytania odpowiada Mateusz Włoch z Inelo.

Pakiet mobilności i zmiana tachografów

Sprawa jest kontrowersyjna. Dlaczego? Po pierwsze, od lipca 2019 roku do stycznia 2020 roku zarejestrowano 13 446 nowych ciągników[2]. Zgodnie z rozporządzeniem 165/2014 z dnia 04.02.2014 r., są to pojazdy z wbudowanym fabrycznie lub montowanym obligatoryjnie smart tacho, czyli najnowszym na rynku urządzeniem cyfrowym rejestrującym czas pracy kierowców zawodowych. Przewoźnicy będą zmuszeni wymienić czytniki w tych samochodach, gdy pojawią się zmienione przepisy unijnego legislatora i producenci stworzą kolejną wersję inteligentnych tachografów. Jak to będzie się odbywać?

Cały proces nastąpi etapowo, ale wydaje się, że dość szybko. Po zatwierdzeniu zmian w prawie transporotowym w ramach pakietu mobilności UE opublikuje przepisy techniczne – wyjaśnia ekspert Inelo. – Przewiduję, że na ten dokument możemy czekać maksymalnie około 12 miesięcy. Po dwóch latach od ustanowienia tych szczegółowych przepisów technicznych – w tym czasie producenci mają stworzyć inteligentny tachograf drugiej generacji – obowiązkowe stanie się montowanie najnowszej wersji rejestratora w fabrycznie nowych pojazdach ciężarowych. Po trzech latach wymóg ten będzie stosowany wobec wszystkich pojazdów ciężarowych, jeżdżących w transporcie międzynarodowym, a po czterech latach będzie trzeba wymienić tachografy inteligentne pierwszej generacji również w tych ciężarówkach, które są wyposażone w smart czytniki cyfrowe obowiązujące od połowy 2019 roku.

Warto przyjrzeć się tej procedurze i czujnie śledzić kolejne kroki europarlamentarzystów w Brukseli, gdyż możliwe, że za pięć lat, aby móc wykonywać jakikolwiek transport międzynarodowy, trzeba będzie dysponować pojazdem wyłącznie z inteligentnym tachografem drugiej generacji.

Kabotaż z pakietem mobilności będzie trudniejszy

Według aktualnych statystyk Eurostat w 2018 roku ciężarówki na polskich tablicach rejestracyjnych przewiozły 16 637 milionów tonokilometrów w ramach operacji kabotażowych. Mimo spadku tego wolumenu aż o 7 proc. w stosunku do 2017 roku, Polska nadal dominuje w kabotażach realizowanych na terenie krajów Wspólnoty. Za nami pozostają między innymi Litwa (3885 mln tkm), Rumunia (3725), Holandia (1862). Niemcy również wykonują takie przewozy, jednak zdecydowanie rzadziej. W 2018 roku przewieźli 1532 mln tkm w granicach innych krajów UE. Jesteśmy liderem Europy, ale nasza pozycja może słabnąć w ciągu najbliższych kilku lat, a po wejściu w życie pakietu mobilności firmy będą musiały się zmierzyć ze zmieniającymi się i niekorzystnymi regulacjami. Dostęp do rynków wewnętrznych państw członkowskich Wspólnoty będzie mocno ograniczony.

Właśnie na tym polu mają również pomóc tachografy inteligentne drugiej generacji. Jak to będzie wyglądać w praktyce? Funkcją rejestratora cyfrowego będzie między innymi automatyczne zapisywanie przekraczania granic, na przykład na podstawie wbudowanych map. Natomiast kierowca będzie miał obowiązek wpisywania momentów rozładunku i załadunku. W jakim celu? Będzie to jednoznaczna informacja dla inspektorów, czy kierujący pojazdem ciężarowym przejechał przez państwo unijne tranzytem czy zrealizował transport międzynarodowy, czy może kabotażwyjaśnia Mateusz Włoch z Inelo. – Dodatkowo, te dane wskażą, jak długo pracownik przebywał w podróży służbowej w danym kraju i jakie z tego tytułu należy mu się wynagrodzenie minimalne. W przyszłości kontrolerom z pewnością pomoże także system elektronicznych listów przewozowych. Ten projekt jest obecnie rozwijany i będzie procedowany w Parlamencie Europejskim. Przedsiębiorcy zaoszczędzą czas dzięki automatyzacji przesyłania danych, a inspekcje zyskają dostęp do szczegółowych informacji o rodzaju przewozu i jego realizacji. Zmiany mają służyć usprawnianiu pracy urzędników oraz wdrażaniu nowych regulacji odnośnie płac minimalnych i kabotażu w czasie, gdy zacznie obowiązywać pakiet mobilności – dodaje ekspert.

Tachografy w busach

W nowej sytuacji znajdą się także przewoźnicy, dysponujący flotą busów. Według najnowszych informacji, od 1 lipca 2026 roku każdy pojazd w DMC do 3,5 tony ma mieć na pokładzie tachograf inteligentny. Będzie to już rejestrator drugiej generacji. Tym samym samochody transportu lekkiego mają być obligatoryjnie wyposażone w takie samo urządzenie do rejestrowania czasu pracy kierowców, jak kierujący tirami. W branży przewozów międzynarodowych to prawdziwa rewolucja, gdyż dopiero pakiet mobilności może uregulować kontrowersyjną wśród transportowców kwestię inteligentnych tachografów w busach. To okaże się niebawem. Kolejne i prawdopodobnie ostatnie dwa posiedzenia
– Rady UE i PE w sprawie zmieniającego się prawa transportowego odbędą się przypuszczalnie w pierwszej połowie 2020 roku.

[1] Dane m.in. GITD, CEIDG/KRS

[2] Dane PZPM, www.pzmp.org.pl

Pozytywne rekomendacje na Wall Street w cieniu spadków

Kontrakty terminowe na amerykańskie indeksy wskazują na otwarcie notowań na rynku kasowym poniżej środowego zamknięcia. Indeksy giełdowe mogą zniżkować w czwartek ze względu na rosnące obawy o globalne rozprzestrzenianie się koronawirusa. Liczba przypadków we Włoszech stale rośnie, a nowe przypadki w Europie zostały potwierdzone. W Stanach Zjednoczonych sytuację swoim przemówieniem próbował uspokoić Donald Trump, jednak jak na razie nieskutecznie.

Na Wall Street jednak nie brakuje spółek, które albo opierają się spadkom, albo dostają nowe wyższe ceny docelowe. Tak jest również w przypadku spółki Salesforce, która 25 lutego opublikował wyniki za czwarty kwartał. Firma zajmująca się tworzeniem oprogramowania do zarządzania klientami miała w tym czasie przychody w wysokości 4,85 mld dolarów. Konsensus rynkowy znajdował się na poziomie 4,75 mld. W całym roku 2019 spółka odnotowała zysk w wysokości 126 mln USD przy przychodach równych 17,1 mld USD. Od początku roku cena akcji wzrosła do wczorajszego zamknięcia o ponad 8 proc.

Według analityków Argus Research Corp. poziom ceny docelowej dla rekomendacji kupna może zostać przesunięty na poziom 215 USD za akcję z poziomu 180 USD. Cena ta znajduje się 20 proc. powyżej rynku. Średni poziom ceny docelowej dla CRM to 210,55 USD. Na Wall Street spółka ma 37 rekomendacji kupna, 4 trzyma i 0 sprzedaj. Z kolei analitycy Canaccord Genuity, którzy również utrzymują rekomendację kupna, podnieśli cenę docelową ze 185 USD do 200 USD. Spółka Salesforce również poinformowała, że uzgodniono przejęcie firmy Vlocity, dostawcy oprogramowania w chmurze oraz na natywnie zbudowanej aplikacji na platformie Salesforce za 1,33 mld USD.

Kolejną ze spółek, dla której podniesiona została cena docelowa, jest dobrze znana wszystkim grafikom, i nie tylko, Adobe. Analitycy Morgan Stanley podnieśli cel dla ceny akcji do 450 USD z 410 USD. Poziom wyznaczony przez bank jest najwyższym na Wall Street i jest o 28 proc. powyżej wczorajszej ceny zamknięcia. Adobe ma 20 rekomendacji kupna, 11 trzymaj i 0 sprzedawaj. Od początku roku akcje spółki podrożały o ponad 7 proc., a dwa tygodnie temu ustanowiły swój rekord na poziomie 386,75 USD.

W szerszym kontekście obecnych wydarzeń warto zwrócić uwagę na oczekiwania odnośnie dalszych działań Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych. Według uczestników rynku stopy procentowej Fed może w tym roku dwukrotnie obciąć stopę funduszy federalnych po 25 p.b. Niższe stopy procentowe są z reguły katalizatorem dla dalszych wzrostów, zwłaszcza na amerykańskim rynku akcji.

Departament Zarządzania Aktywami
Copernicus Capital TFI S.A.

Rynek walutowy reaguje na ekspansję koronawirusa

Obecnie zmianami na rynkach finansowych w głównej mierze sterują wieści dotyczące epidemii koronawirusa, który wywołuje chorobę COVID-19.

Początek minionego tygodnia przyniósł pewną poprawę nastrojów w kontekście koronawirusa i wydawało się, że sytuacja na rynkach przynajmniej częściowo zaczyna powracać do normalności. Tempo wzrostu zakażeń oraz liczba nowych zgonów powiązanych z koronawirusem uległy obniżeniu (Wykres 1). W momencie pisania tego raportu na świecie odnotowano około 82 tys. przypadków zakażeń wirusem w 50 krajach (wzrost o ok. 7 tys. w relacji do poprzedniego tygodnia). W konsekwencji śmierć poniosło nieco ponad 2,8 tys. osób (wzrost z poziomu ok. 1,9 tys.).

Wykres 1: Potwierdzone przypadki zakażeń koronawirusem [na świecie i w Chinach] [skala logarytmiczna] (22/01/20 – 26/02/20)

Potwierdzone przypadki zakażeń koronawirusemŹródło: WHO Data: 26/02/2020

Kluczową kwestią, która zaniepokoiła inwestorów w ostatnich dniach, był istotny skok liczby zakażeń koronawirusem poza granicami Chin. 18 lutego liczba przypadków w krajach innych niż Chiny wynosiła około tysiąca. Do 27 lutego liczba ta wzrosła ponad trzykrotnie, a w ostatni weekend obserwowaliśmy wzrost zakażeń i zgonów z tytułu koronawirusa m.in. w Korei Południowej, Włochach i Iranie. Liczba przypadków zarejestrowanych poza Chinami w ostatnim czasie wzrosła do ponad 3300 (Wykres 2), co stanowi około 4,1% przypadków zarejestrowanych na świecie. Wzrost ten jest niebagatelny, zważywszy na to, że wcześniej nie przekraczał on 1%.

Wykres 2: Potwierdzone zakażenia koronawirusem [poza Chinami] [skala logarytmiczna] (22/01/20 – 26/02/20)

Potwierdzone zakażenia koronawirusemŹródło: WHO Data: 26/02/2020

Na nowe doniesienia związane z zakażeniami poza Chinami negatywnie reagowały szczególnie rynki akcji, w tym kluczowe amerykańskie indeksy giełdowe. Indeksy Dow Jones Industrial Average oraz S&P 500 od początku tygodnia straciły około 6%. Istotnego spadku doświadczył również indeks Shanghai Composite, aczkolwiek zdołał on odrobić część ostatnich strat.

Reakcja rynku walutowego była bardziej „uporządkowana”. Do wzrostów powrócił jen japoński, ponownie zachowując się jak waluta safe haven. Wygląda na to, że inwestorzy dość szybko zapomnieli o bardzo słabych danych o PKB Japonii w czwartym kwartale 2019 r. Ze względu na istotny wzrost liczby zakażeń notowanych w Korei Południowej, istotnej deprecjacji doświadczył południowokoreański won. Spadki notowały również waluty rynków wschodzących, takie jak polski złoty. Juan chiński z kolei zdołał się ustabilizować, a nawet odrobić część strat w relacji do dolara amerykańskiego. Kurs USD/CNY obecnie utrzymuje się nieznacznie powyżej poziomu 7,0.

Wykres 3: Indeksy Dow Jones Industrial Average & S&P 500 (2020)

Indeksy Dow Jones Industrial AverageŹródło: Refinitiv Data: 26/02/2020

W jaki sposób epidemia wpływa na światową gospodarkę?

Ograniczone publikacje makroekonomiczne opublikowane dotychczas nie pozwalały na oszacowanie pełnego wpływu koronawirusa na światową gospodarkę. Styczniowe odczyty indeksów PMI dla przemysłu Chin opisujące aktywność biznesową w sektorze pokazały spadki w relacji do poprzedniego miesiąca, sugerując lekkie pogorszenie sytuacji gospodarczej w Chinach (Wykres 4). Niemniej warto zwrócić uwagę, że obawy związane z koronawirusem zaczęły wyraźnie rosnąć dopiero pod koniec okresu, który obejmują dane.

Wykres 4: Indeksy PMI dla Chin (2016 – 2020)

Indeksy PMI dla ChinŹródło: Refinitiv Datastream Data: 25/02/2020

Patrząc na dane spoza Azji, publikacje odczytów aktywności w istotnej części gospodarek wypadały dość dobrze – tak było przynajmniej na Starym Kontynencie. Ostatni odczyt indeksów PMI dla strefy euro pokazał ich stabilizację. W lutym wskaźnik dla sektora usług wzrósł, osiągając poziom 52,8 pkt – wyższy poziom odnotowano w sierpniu ubiegłego roku. Wskaźnik dla sektora przemysłu, którego poziom w większym stopniu zależy od kształtowania się popytu zewnętrznego, osiągnął najwyższy poziom od roku i obecnie (49,1 pkt) znajduje się stosunkowo blisko poziomu 50 pkt, który oddziela ekspansję od kurczenia się sektora. Większość wzrostu wskaźnika miała związek z nowymi zamówieniami i zatrudnieniem, odnotowano jednak problemy związane z łańcuchami dostaw. Dane dotyczące kolejnego miesiąca zostaną opublikowane 24 marca. Wtedy będziemy w stanie lepiej ocenić wpływ koronawirusa na przedsiębiorstwa w strefie euro.

Co czeka gospodarki Azji?

Mimo fali ponurych nagłówków z całego świata, jakie pojawiły się w ostatnich dniach, podtrzymujemy pogląd, że wpływ epidemii koronawirusa na rynki finansowe w długim terminie będzie ograniczony, a negatywne skutki ekonomiczne okażą się tymczasowe.

Na negatywny wpływ epidemii koronawirusa w krótkim terminie najbardziej narażone mogą być kraje, których gospodarki uzależnione są od popytu z Chin, a zatem m.in. Korea Południowa (gdzie 25% eksportu trafia do Chin), czy Japonia (20%).  Sądzimy, że całkiem prawdopodobne jest, że Japonia doświadczy recesji w pierwszym kwartale roku po ostrym, 6,3-procentowym spadku w ujęciu zanualizowanym odnotowanym w czwartym kwartale 2019 r., który w sporej części miał związek z ostatnią podwyżką podatku od sprzedaży. W przypadku Chin za niemal pewne można uznać, że w pierwszym kwartale br. wzrost spowolni, jednak obniżenie przez agencję S&P prognozy wzrostu gospodarki kraju do 5% w 2020 r. uważamy za przesadną reakcję. Kluczową publikacją jaką poznamy w najbliższym czasie i swoistym testem dla CNY, będzie sobotnia publikacja oficjalnych danych PMI za luty, które naszym zdaniem niemal na pewno wskażą na spowolnienie.

Oczekujemy jednak, że średni i dłuższy termin przyniosą poprawę sytuacji, po tym, jak obawy związane z wirusem zaczną ustępować – podobnie jak miało to miejsce w przypadku epidemii wirusa SARS. Tempo ożywienia gospodarczego, naszym zdaniem, będzie zależeć od tego, jak długo zostaną utrzymane środki mające na celu powstrzymanie dalszej ekspansji koronawirusa. Część z nich została już poluzowana, niemniej większość nadal pozostaje w mocy. Jeżeli dane ekonomiczne ulegną pogorszeniu, możliwe jest również rozluźnienie polityki pieniężnej ze strony banków centralnych w Azji. Banki powinny mieć możliwość rozluźnienia swojej polityki w kolejnych miesiącach i wsparcia gospodarek regionu poprzez wprowadzenie na rynek dodatkowej płynności. Ludowy Bank Chin już podjął tego typu działania. Sądzimy, że w przypadku krajów Azji istnieje również możliwość wsparcia ze strony polityki fiskalnej, które mogłoby złagodzić tymczasowe skutki epidemii koronawirusa. Za przykład takich działań może służyć ogłoszona w tym tygodniu decyzja Hongkongu o wprowadzeniu pakietu pomocowego w wysokości 120 mld dolarów hongkońskich.

Co może stać się później?

Pozostajemy ostrożni, ale też stosunkowo optymistyczni w kontekście wpływu epidemii na światową gospodarkę i rynki finansowe w średnim terminie. Warto zwrócić uwagę, że o ile liczba ofiar śmiertelnych w związku z koronawirusem nadal rośnie, obecnie zaledwie 57 z nich (2%) odnotowano poza Chinami, większość (94,3%) natomiast jest skoncentrowana w prowincji Hubei. Wygląda na to, że nowe przypadki zakażeń w Chinach osiągnęły szczyt (Wykres 5), a wzrost liczby wyzdrowień przyspieszył. Przy okazji naszego poprzedniego raportu z 11 lutego wskazywaliśmy, że stosunek wyzdrowień do zgonów był wówczas bliski 4:1. Obecnie jest to niemal 12:1, co oznacza, że do tej pory wyzdrowiało około 40% osób zakażonych wirusem.

Wykres 5: Nowe przypadki zakażenia koronawirusem – zmiana dzienna [Chiny] (23/01/20 – 26/02/20)Nowe przypadki zakażenia koronawirusem

Źródło: Worldometer Data: 26/02/2020

Wykres 6: Nowe przypadki zakażenia koronawirusem – zmiana dzienna [wyłączając Chiny] (23/01/20 – 26/02/20)

Nowe przypadki zakażenia koronawirusem – zmiana dzienna

Źródło: Worldometer Data: 26/02/2020

W związku z powyższym, nie widzimy powodów, aby popadać w panikę, ani nie spieszymy się z wprowadzaniem zmian do naszych obecnych prognoz walutowych. Nadal sądzimy, że waluty rynków wschodzących powinny doświadczyć aprecjacji, po tym, jak zniknie niepewność związana z koronawirusem. Niemniej będziemy nadal obserwować codzienne doniesienia dotyczące liczby zakażeń i pozostałe statystyki w celu wychwycenia sygnałów sugerujących zmianę sytuacji na froncie walki z koronawirusem. Cały czas wyczekujemy również na kolejne odczyty globalnych indeksów PMI oraz twardych danych z Chin, aby ocenić skalę wpływu koronawirusa na stan gospodarki światowej.

*zgodnie z danymi Worldometer (worldometers.info)

Autorzy: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk – analitycy Ebury

Podatek od nieruchomości – zasady i obowiązki

Obowiązki spoczywające na podatniku podatku od nieruchomości w przypadku zdarzeń mających wpływ na wysokość opodatkowania podatkiem od nieruchomości w ciągu roku.

Osoby fizyczne oraz prawne, u których w ciągu roku wystąpiły okoliczności wpływające na podatek od nieruchomości, mają szereg obowiązków związanych z prawidłowym zadeklarowaniem i rozliczeniem podatku. Informacje przekazywane czy deklarowane organom podatkowym powinny być pełne i zgodne ze stanem faktycznym. Brak poinformowania organów podatkowych w terminie lub nieujawnienie istotnych okoliczności podlegają pod surowe przepisy kodeksu karnoskarbowego oraz regulacje dotyczące odsetek. W niektórych przypadkach organy podatkowe mogą nawet wydłużyć okres przedawnienia zobowiązania podatkowego.

Zasady ogólne

Zgodnie z ogólną zasadą wyrażoną w art. 6 ust. 1 ustawy o podatkach i opłatach lokalnych (dalej „pod. opłat. lok.”) obowiązek podatkowy powstaje od pierwszego dnia kolejnego miesiąca po dacie zdarzenia. Innymi słowy, jeżeli podatnik nabył nieruchomość w maju, wówczas obowiązek podatkowy powstaje w czerwcu. Powyższa zasada wydaje się prosta do interpretacji, jednak co w sytuacji, gdy podatnik nabywa niedokończoną inwestycję? Wyrok w dniu 5 września 2019 r. w podobnej sprawie wydał Wojewódzki Sąd Administracyjny w Szczecinie, sygn. I SA/Sz 127/19, który wskazał, że zasadniczo nabycie już istniejącego budynku (jego części) rozstrzyga o powstaniu obowiązku podatkowego.

Inna reguła obowiązuje w sytuacji, gdy obowiązek podatkowy związany jest z okolicznością istnienia budynku lub budowli albo ich części. W takim przypadku obowiązek podatkowy powstaje zasadniczo z dniem 1 stycznia roku następującego po roku, w którym budowa budynku lub budowli została zakończona albo rozpoczęto jej użytkowanie. Przepis ten budzi wiele kontrowersji w szczególności w zakresie momentu zakończenia budowy i rozpoczęcia użytkowania. Przykładowo WSA w Gliwicach w wyroku z 23 maja 2019 r., sygn. I SA/Gl 1334/18, wskazał, że przesądzającym momentem jest rozpoczęcie faktycznego użytkowania budynku, niezależnie od spełnienia formalnych kryteriów wynikających z prawa budowlanego.

Z kolei zgodnie z treścią art. 6 ust. 3 pod. opłat. lok. w sytuacji, gdy w trakcie roku podatkowego miało miejsce zdarzenie mające wpływ na wysokość podatku od nieruchomości, jak np. zmiana sposobu wykorzystania nieruchomości, podatek ulega odpowiednio podwyższeniu lub obniżeniu, poczynając od pierwszego dnia kolejnego miesiąca. Zmiana przeznaczenia może być różnego rodzaju. Przykładowo w ciągu roku może nastąpić zmiana z wynajmu mieszkalnego na wynajem nieruchomości na sklep, a później wynajem dla partii politycznej.

Co do zasady obowiązek podatkowy wygasa wraz z upływem miesiąca, w którym ustały okoliczności uzasadniające ten obowiązek. Jeżeli ma to miejsce w trakcie roku, obowiązek podatkowy określa się proporcjonalnie.

Obowiązki podatnika – osoby fizyczne

Jeżeli wystąpi jedna z powyższych sytuacji, niezbędne jest podjęcie przez podatnika odpowiednich działań. W przypadku podatku od nieruchomości inne regulacje obowiązują w zakresie osób fizycznych, inne w przypadku osób prawnych. W przypadku osób fizycznych – mają one 14 dni na zgłoszenie do właściwego organu podatkowego informacji o nieruchomości i obiektach budowlanych na formularzu IN-1. Termin liczy się od dnia wystąpienia okoliczności uzasadniających zmianę.

Należy zaznaczyć, że w takim zgłoszeniu podatnik powinien wskazać i ujawnić wszystkie niezbędne dane do ustalenia wysokości zobowiązania i to jego obowiązkiem jest aktualizowanie tych informacji w ciągu roku (wyrok WSA w Poznaniu z 19 września 2018 r., sygn. I SA/Po 615/18). Powyższe nie oznacza konieczności corocznego składania takich informacji, lecz jedynie w sytuacji wystąpienia okoliczności powodujących zmianę zasad opodatkowania. Po otrzymaniu informacji od podatnika organ podatkowy wyda decyzję w sprawie określenia wysokości podatku od nieruchomości. Warto zaznaczyć, że obowiązek ujawnienia wszystkich danych dotyczących nieruchomości jest bardzo istotny i powinien być skrupulatnie wypełniony przez podatnika, gdyż w niektórych sytuacjach może prowadzić do wydłużenia okresu przedawnienia zobowiązania podatkowego. Przykładowo NSA w wyroku z 14 czerwca 2018 r., sygn. II FSK 3484/17, orzekł, że „okres przedawnienia prawa do ustalenia zobowiązania w podatku od nieruchomości może ulec przedłużeniu do 5 lat, w wypadku wystąpienia określonych uchybień realizacji obowiązków dokumentacyjnych podatnika, o których mowa w art. 68 § 2 pkt 1 i 2 Ordynacji podatkowej. Należy do nich nieujawnienie przez podatnika wszystkich danych niezbędnych do ustalenia wysokości zobowiązania podatkowego”.

Obowiązki podatnika – osoby prawne

Więcej obowiązków w związku z zaistnieniem zmiany w zakresie opodatkowania podatkiem od nieruchomości w trakcie roku mają osoby prawne, jednostki organizacyjne i spółki niemające osobowości prawnej.

W przypadku wystąpienia w ciągu roku zdarzenia powodującego wygaśnięcie lub powstanie obowiązku podatkowego podatnik będący osobą prawną powinien złożyć w ciągu 14 dni od daty zaistnienia okoliczności uzasadniających powstanie lub wygaśnięcie obowiązku deklarację na podatek od nieruchomości na dany rok. Ewentualnie, jeżeli zmiana dotyczyła np. przeznaczenia nieruchomości, podatnik powinien skorygować uprzednio złożone deklaracje. Ponadto zgodnie z zasadą samoobliczenia podatku występującą w przypadku osób prawnych, powinny one obliczyć i wpłacić na odpowiedni rachunek organu podatkowego należny podatek w terminie do 15 miesiąca (w styczniu do 31).

Należy zaznaczyć, że w przypadku wystąpienia współwłasności nieruchomości pomiędzy osobą fizyczną i prawną zastosowanie znajdą reguły dotyczące osób prawnych. W takim przypadku nie ma znaczenia, czy grunt jest wykorzystywany pod działalność, czy nie, ponieważ zgodnie z wyrokiem WSA w Rzeszowie z dnia 9 maja 2019 r., sygn. I SA/Rz 1199/18, decydującym czynnikiem jest jego posiadanie (własność) przez osobę prawną.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W Polsce największa od siedmiu lat liczba niewypłacalności firm produkcyjnych

Euler Hermes, globalny ubezpieczyciel należności handlowych, zbadał sytuację firm w Polsce pod względem niewypłacalności*. Kluczowe wnioski:

  • W styczniu 2020 roku w oficjalnych źródłach (Monitorach Sądowych i Gospodarczych) opublikowano informację o 84 niewypłacalnych firmach wobec 98 w 2018, o 14% mniej niż przed rokiem
  • Skala zmian pochodną spadku (styczeń r/r) ich liczby w kluczowych branżach jak budownictwo (-10), handel (-5) czy transport (-2)
  • Niestety, w usługach liczba niewypłacalności pozostała na relatywnie wysokim w skali miesiąca poziomie (20 firm)
  • 30% wzrost liczby niewypłacalności firm produkcyjnych, najwyższa ich liczba od 7 lat (32 w styczniu 2013 roku)
  • Produkcja art. inwestycyjnych bardziej ryzykowna od produkcji art. konsumpcyjnych (11 vs. 19 niewypłacalności), chociaż…
  • Niewypłacalność 6 producentów i przetwórców żywności w skali miesiąca świadczy o trudnym okresie w wielu sektorach przemysłu spożywczego

W Polsce największa od siedmiu lat liczba niewypłacalności firm produkcyjnych

Tomasz Starus, Członek Zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka komentuje: Czy odczyt z początku roku może świadczyć o odwróceniu trendu i po 4 latach wzrostu lub ostatnio utrzymywania się liczby niewypłacalności na wysokim poziomie ich liczba zacznie wreszcie spadać? Odpowiedź dadzą dopiero kolejne miesiące, ale od razu można zauważyć, że mówimy bardziej o efekcie statystycznym, niż o rzeczywistej poprawie. Kilka lat wzrostu ryzyka niewypłacalności w Polsce sprawiło, że nawet 14% spadek r/r za okres jednego miesiąca cofa nas najwyżej o rok, do poziomu z 2018 roku, który nie był w tym względzie łaskawy dla firm, a już na pewno nie był rokiem hossy pod kątem ich płynności finansowej i w efekcie – niewypłacalności.

O ile wyniki budownictwa w końcówce roku były nienajgorsze (pomimo tego, iż cały 2019 sprawił jednak zawód, biorąc pod uwagę oczekiwania na rynku), a uruchamiane nowe inwestycje zaowocowały bieżącym dopływem gotówki do branży, to trudno wskazać podobną przyczynę w transporcie, która uzasadniałaby zmniejszenie w nim liczby niewypłacalności, nawet tak nieznaczne. O braku odbicia w transporcie świadczą m.in. malejące zakupy ciężkich zestawów transportowych (zresztą to tendencja ogólnoeuropejska), których w styczniu sprzedano w Polsce mniej, niż np. w Holandii.

Handel dyskontował jeszcze zwiększenie programów socjalnych w ubiegłym, wyborczym roku (500+ na pierwsze dziecko, transfery dla emerytów), chociaż aktualne odczyty poziomu konsumpcji wskazują, że impuls ten może być krótkotrwały.

Przemysł – ryzyko wzrosło, zwłaszcza w produkcji art. inwestycyjnych, części i komponentów

Wzrost liczby niewypłacalności w przemyśle o 30% r/r nie ma jednej przyczyny, wskazać można ich kilka – zależnie od rodzaju produkcji. Producenci art. inwestycyjnych, których niewypłacalności w styczniu były prawie dwukrotnie liczniejsze (19) niż tych konsumpcyjnych (11) byli tym razem względnie mało zróżnicowaną grupą. Ich profil produkcji to różnego rodzaju części i konstrukcje metalowe oraz dostarczanie rodzaju maszyn dla przemysłu i obsługa procesów inwestycyjnych. Ponowne spowolnienie inwestycji przedsiębiorstw w ostatnim czasie nie pozostało więc bez echa. Dobre wyniki eksportu ogółem nie muszą zaś świadczyć o równomiernym utrzymywaniu się popytu na wszystkie grupy towarowe – dostawcy części musieli odczuć m.in. spowolnienie aktywności przemysłu w Niemczech.

Czy na tym tle sektor produkcji art. konsumpcyjnych, odpowiadający za 1/3 niewypłacalności przemysłu jest w zdecydowanie odmiennej kondycji? Na pewno nie ta część, która zajmuje się produkcją i przetwórstwem żywności. Pomimo utrzymującego się wysokiego popytu wewnętrznego jak i eksportowego aż 6 niewypłacalności w skali miesiąca potwierdza duży problem z utrzymaniem marż, rentownością pogłębianych przez różne chwilowe czynniki (ASF, susza, ptasia grypa etc.).

 

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Jak dodaje Tomasz Starus: Wspomniane problemy i spowolnienie przekładające się na liczbę niewypłacalności nie miały jak dotąd związku z koronawirusem i jego skutkami dla gospodarki. Zanim więc polski przemysł doczekać się może odbicia w europejskiej produkcji przemysłowej, której jest częścią w łańcuchu dostaw, spodziewać się może pogłębienia sygnalizowanych tendencji na skutek wspomnianej epidemii. Polski przemysł nie jest samowystarczalny, co jest efektem rosnącej specjalizacji i udziału w globalnym łańcuchu dostaw – tak jak przemysł w innych krajach korzysta z importowanych komponentów, m.in.; elektronicznych i elektrycznych z Dalekiego Wschodu czy z innych krajów europejskich, które też wykorzystują podstawowe półprodukty z całego świata. Mowa tutaj o elektronice w produkcji części samochodowych, artykułów AGD ale też o tekstyliach i półproduktach do produkcji odzieży, obuwia i artykułów wyposażenia wnętrz. Zaraz po problemie dostępności półproduktów i części pojawi się kwestia popytu na wyroby polskich producentów – jego redukcji w odpowiedzi na zakłócenia w łańcuchach dostaw czy z powodu upadłości wielu firm nieprzygotowanych na takie zakłócenia produkcji i sprzedaży…

W Polsce największa od siedmiu lat liczba niewypłacalności firm produkcyjnych 2 W Polsce największa od siedmiu lat liczba niewypłacalności firm produkcyjnych 3

* Niewypłacalności obejmują niezdolność do regulowania zobowiązań wobec dostawców, skutkującą upadłością bądź którąś z form postępowania restrukturyzacyjnego.

ZUS ostro prześwietla L4. Wynik: Ponad pół miliona kontroli i prawie 40 tys. decyzji wstrzymujących zasiłki

W 2019 roku ZUS przeprowadził ponad 574 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy. W porównaniu z 2018 rokiem liczba ta wzrosła o niemal 78 tys. W ubiegłym roku wydano prawie 40 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych na łączną kwotę przeszło 37,4 mln zł. Natomiast 12 miesięcy wcześniej takich rozstrzygnięć było o ponad 7 tys. mniej, w sumie na 31,2 mln zł. Zdaniem ekspertów, kontroli będzie coraz więcej, bo widoczny jest m.in. problem nadużywania L4.

Zakład Ubezpieczeń Społecznych w ciągu ubiegłego roku przeprowadził 574,1 tys. kontroli osób posiadających zaświadczenie o czasowej niezdolności do pracy. To o blisko 78 tysięcy więcej niż w 2018 roku, kiedy było ich 496,3 tys. Skala działań w 2019 roku była podobna do tej w 2015 roku (584,1 tys.) i w 2016 roku (569,5 tys.).

– ZUS ma ustawowy obowiązek kontrolować zarówno prawidłowość orzekania o niezdolności do pracy, jak i wykorzystania zwolnień lekarskich. System ubezpieczeń społecznych jest tworzony i finansowany przez obywateli oraz zasilany z naszych składek. Instytucja, której powierza się zarządzanie tymi środkami, musi kontrolować ich wydatkowanie – komentuje Paweł Żebrowski, rzecznik ZUS-u.

Natomiast Wojciech Bociański, ekspert BCC ds. służby zdrowia, podkreśla, że takie kontrole są konieczne. I zaznacza, że w Polsce pacjenci za łatwo dostają zwolnienia. Z kolei jak przekonuje Robert Lisicki, dyrektor Departamentu Pracy w Konfederacji Lewiatan, większe zaangażowanie ZUS-u w tej kwestii to wyjście naprzeciw postulatom zgłaszanym przez pracodawców. Oni mają poczucie, że pewien odsetek zwolnień jest nie do końca zasadnych albo wykorzystywanych niezgodnie z zaleceniami lekarza.

– Wśród pracowników można zaobserwować tendencję wzrostową do korzystania ze zwolnień. To oczywiście problem dla gospodarki, ale przede wszystkim dla pracodawców w zapewnieniu efektywności prowadzonej działalności. Jednak, chcąc podejść do tej kwestii globalnie, należałoby zweryfikować, na jakie jednostki chorobowe wystawiane są zaświadczenia o czasowej niezdolności – mówi Sławomir Jagieła, ekspert BCC ds. systemu ochrony zdrowia.

Według Pawła Żebrowskiego, wprowadzenie elektronicznych zwolnień ułatwiło monitorowanie sytuacji. W zasadzie każdy może być skontrolowany, ponieważ ZUS typuje osoby losowo. Jednak kontroli podlegają przede wszystkim osoby, które często korzystają z kolejnych krótkotrwałych zwolnień lekarskich od różnych lekarzy albo zwolnień długoterminowych, a także osoby, które kiedyś musiały zwrócić zasiłek, bo korzystały z niego nieprawidłowo.

– Konfederacja Lewiatan wspierała wprowadzenie e-zwolnień. Uważaliśmy bowiem, że to rozwiązanie przyczyni się do lepszego monitorowania rynku i już widać efekty. Pracodawcy ponoszą spore koszty w wyniku niecelowego wykorzystywania L4 przez pracowników. To dezorganizuje pracę – dodaje dyrektor Lisicki.

W ubiegłym roku ZUS wydał 39,9 tys. decyzji wstrzymujących dalszą wypłatę zasiłków chorobowych na łączną kwotę przekraczającą 37,4 mln zł. Dla porównania, 12 miesięcy wcześniej statystyki te wyniosły odpowiednio 32,6 tys. oraz 31,2 mln zł. Zdaniem Wojciecha Bociańskiego, nie są to duże pieniądze dla ZUS-u, zwłaszcza przy kosztach, które na bieżąco ponosi. Większe znaczenie ma to dla gospodarki i pracodawców, którzy czasowo tracą pracowników.

– Nie tylko ZUS dokonuje kontroli. Ma do tego prawo każdy pracodawca, który zatrudnia więcej niż 20 osób. Upoważnieni pracownicy firmy mogą sprawdzić, w jaki sposób pracownik wykorzystuje swoje zwolnienie lekarskie. Taka weryfikacja odbywa się w czasie wizyty w domu zatrudnionego – informuje Paweł Żebrowski.

Natomiast zdaniem Roberta Lisickiego, przeprowadzenie kontroli przez pracodawcę jest dodatkowym wyzwaniem, zwłaszcza dla jego służb kadrowych. Tu pojawiają się problemy związane z weryfikacją sposobu wykorzystywania zwolnienia, ponieważ tak naprawdę kluczowe są wskazania lekarza, tym bardziej że nasila się problem chorób psychicznych. Do Konfederacji Lewiatan sporadycznie docierają głosy o takich kontrolach. Według eksperta, odbywają się one w przypadkach, w których firmy mają poczucie, że są jawnie oszukiwane przez pracownika.

– Uważam, że kontroli przeprowadzanych przez ZUS będzie coraz więcej. I prawdopodobnie wzrośnie też skuteczność takich działań. Już pomaga w tym system elektronicznych zwolnień. To powinno zdyscyplinować nieuczciwych pracowników – zaznacza Wojciech Bociański z BCC.

Z kolei Sławomir Jagieła prognozuje wzrost decyzji wstrzymujących wypłatę zasiłków chorobowych. Zdaniem eksperta, stanie się tak z powodu uszczelniania systemu oraz nadużywania wydawania L4. Ale problemem jest też spadek efektywności ekonomicznej każdego zakładu pracy, co ma przełożenie na krajową gospodarkę.

Najlepsi specjaliści SEM spotkają się w Krakowie Branża warta ponad 2 mld złotych rośnie w tempie 6,1 proc. rocznie

  • Krajowy rynek marketingu w wyszukiwarkach w 2020 roku ma osiągnąć wartość ponad 2 mld złotych, odnotowując coroczny wzrost o 6,1 procent[1].
  • Tylko dwie trzecie firm w Polsce wykorzystuje Internet do pozyskiwania nowych klientów lub reklamowania swoich usług[2].
  • Polscy specjaliści są cenieni na świecie, czego dowodem jest m.in. ich uczestnictwo w jury międzynarodowych konkursów.
  • Ekspertów od pozycjonowania można spotkać na semKRK #14 – wydarzeniu organizowanym przez DevaGroup, które odbędzie się 6 marca w krakowskim Muzeum Manggha.

Przedsiębiorstwa w Polsce coraz częściej korzystają z możliwości plasowania reklam oraz pozycjonowania strony w wynikach wyszukiwania. Krajowy rynek marketingu w wyszukiwarkach (search advertising) w tym roku osiągnie wartość ponad 2 mld złotych, a przeciętne wydatki na reklamę w przeliczeniu na jednego użytkownika Internetu wzrosną do 71 PLN[3].

– Mimo rosnącej wiedzy o nowych narzędziach reklamowych, wiele firm wciąż nie wykorzystuje w pełni marketingu online w swojej codziennej pracy. Tylko dwie trzecie przedsiębiorstw w Polsce używa Internetu do pozyskiwania nowych klientów lub reklamy[4] – zauważa Krzysztof Marzec, CEO DevaGroup. – Jedną z przeszkód może być brak wiedzy czy doświadczenia. Pierwsze kroki w branży można stawiać, zdobywając wiedzę z poradników o marketingu w wyszukiwarkach lub na wydarzeniach skupiających specjalistów z całej Polski.

Najlepszym miejscem do rozpoczęcia takiej nauki w najbliższym czasie będzie semKRK #14 organizowane przez DevaGroup, które odbędzie się 6 marca w Krakowie. Wydarzenie poświęcone tematyce marketingu w wyszukiwarkach oraz analityki skupi specjalistów z całej Polski. Eksperci będą się dzielić m.in. wiedzą na temat Google Ads, Google Search Console, planowania struktury serwisu, linkowaniu oraz pozycjonowania.

Wydarzenie poprowadzi Krzysztof Marzec, ekspert z prawie 15-letnim doświadczeniem w branży marketingowej i jeden z polskich specjalistów docenianych globalnie. W nadchodzącej edycji prestiżowego konkursu European Search Awards będzie pełnił funkcję Head Judge na Polskę, został także nominowany do grona sędziów w Global Search Awards. W Krakowie Marzec będzie dzielił się m.in. wiedzą z zakresu tworzenia reklam zoptymalizowanych pod Google Ads. Na semKRK #14 wystąpią również m.in.: Anna Karczewska (When.pl), Paweł Rabinek (Redseo), Sebastian Heymann (EACTIVE #wiemyjak), Michał Suski (Surfer SEO), Kamil Demidowski (Fox Strategy), Monika Kołodziejczyk (ThinkDigital), Albert Czajkowski (Czajkowski.Consulting).

– Wartość branży rośnie średnio o 6,1 procent rocznie[5] – rośnie również jej konkurencyjność. Jednocześnie rzeczywistość, z którą pracujemy, codziennie się zmienia – wyszukiwarki nieustannie wprowadzają nowe funkcje czy zasady, które wpływają na pozycjonowanie stron – komentuje Krzysztof Marzec. Zdaniem eksperta, w tak dynamicznej branży kluczem do osiągnięcia sukcesu są trzy podstawowe zasady:

  1. Wieloaspektowe podejście do kampanii

Często słyszy się o kampaniach, których sukces oparł się na wykorzystaniu wyłącznie jednego mechanizmu związanego z pozycjonowaniem. Zarówno sędziowie w konkursach branżowych, jak i klienci częściej jednak doceniają kompleksowe podejście do wyzwań. To oznacza wykorzystanie różnorodnych metod pozycjonowania oraz reklamy, bez ograniczania się tylko do jednej z nich.

  1. Poszukiwanie opinii z zewnątrz

Częste dyskusje z osobami z branży i networking na branżowych wydarzeniach umożliwiają spojrzenie „z zewnątrz” na nasze działania. Dlatego wydarzenia w rodzaju semKRK stanowią niezwykle cenną okazję dla osób, które chcą rozwiać swoje wątpliwości dotyczące danej kampanii czy porozmawiać z ekspertami na temat prowadzonych przez nich działań.

  1. Nieustanne poszerzanie wiedzy

W tak dynamicznie zmieniającej się branży nieustanne poszerzanie swojej wiedzy jest konieczne. Oprócz śledzenia najnowszych wiadomości, warto również bywać na wydarzeniach dla specjalistów, aby wymienić doświadczenia. W ten sposób można nie tylko nawiązać ważne kontakty, ale również odkryć nowe sposoby na optymalizację prowadzonych działań czy poznać nowe narzędzia przydatne w codziennej pracy marketingowca.

[1] Search advertising, Statista

[2] Reasons why businesses use internet in Poland 2019, Statista

[3] Search advertising, Statista

[4] Reasons why businesses use internet in Poland 2019, Statista

[5] Search advertising, Statista

CyberRescue ostrzega przed oszustwami związanymi z koronawirusem. Phishing, fałszywe szczepionki i szybujące ceny masek.

Koronawirus czyni szkody nie tylko w świecie fizycznym, ale i w tym wirtualnym. Postępujący strach przed szerzącą się epidemią wykorzystują skutecznie oszuści działający w sieci. Oferują oni „szczepionki” przeciw wirusowi bądź maski ochronne w fałszywych sklepach internetowych. Widoczne są też próby wyłudzania danych bądź pieniędzy w ramach phishingu, a także masowe udostępnianie fake newsów. Jak chronić się przed aktywnością cyberprzestępców?

Epidemia koronawirusa, zapoczątkowana w środkowych Chinach na początku grudnia, rozprzestrzenia się w błyskawicznym tempie. Według najnowszych doniesień, obecność wirusa SARS-CoV-2 stwierdzono już w ok. 30 krajach na całym świecie. Szerzącej się epidemii towarzyszy coraz więcej fałszywych bądź mylących informacji pojawiających się w sieci. Napędzają one panikę i strach wśród społeczeństwa, co jest chętnie wykorzystywane przez internetowych oszustów.

Maski typu anty-koronawirus i fałszywe szczepionki

Jedną z odczuwalnych w ostatnich tygodniach oznak obawy przed szalejącym wirusem są masowo wykupywane maseczki ochronne. Ich ceny wzrosły, praktycznie z dnia na dzień – nawet dziesięciokrotnie! Problem z zaopatrzeniem w maski ma coraz więcej hurtowni i aptek, co chętnie wykorzystują sprzedawcy na portalach aukcyjnych. Produkt ten, dostępny zwykle za kilka złotych, potrafi osiągać na Allegro ceny niemal 200 zł. Warto przy tym podkreślić, że maseczki higieniczne służą głównie temu, by ograniczyć ryzyko zarażenia przez osoby, u których wykryto obecność koronawirusa. Co ciekawe, z dnia na dzień zmieniają się też nazwy produktów oraz ich pozycjonowanie w sieci – ze zwykłych maseczek ochronnych czy też chirurgicznych stały się one nagle maseczkami typu „anty-koronawirus”. Powstają nawet dedykowane sklepy internetowe „specjalizujące się” w sprzedaży masek chroniących przed koronawirusem. Wśród nich można znaleźć takie, których wiarygodność budzi spore wątpliwości. – Jeśli przyjrzymy się danym sklepu przedstawionym w jego regulaminie, możemy zauważyć, że wyglądają one na należące do innej firmy. Nie mamy więc pewności, czy strona ich po prostu komuś nie “podebrała”. Dodatkową lampkę ostrzegawczą stanowią niedziałające odnośniki do mediów społecznościowych czy konieczność płatności przez PayPal, co może utrudniać reklamację. Dlatego zawsze wybierajmy zakup w sprawdzonych źródłach – mówi Weronika Bartczak, koordynatorka zespołu ds. cyberbezpieczeństwa z CyberRescue, startupu wyspecjalizowanego w pomocy osobom, które padły ofiarami cyberprzestępców. Oszuści idą o krok dalej, oferując w sieci „szczepionki” na koronawirusa, co jest jawnym oszustwem. Ich zakupu można dokonać w bitcoinach. To jedno z następstw pojawiających się w sieci teorii spiskowych, zgodnie z którymi szczepionka ta została wynaleziona już pięć lat temu i od tego czasu była ukrywana przed społeczeństwem.

Plaga fake newsów i wyłudzanie danych

Wraz z globalnym rozprzestrzenianiem się epidemii rośnie też problem dezinformacji i masowo udostępnianych fake newsów poświęconych koronawirusowi, związanych głównie z nieprawdziwymi statystykami odnośnie zachorowań, jak i fałszywymi propozycjami terapii. Moderatorzy sieci społecznościowych mają w związku z tym ręce pełne roboty, starając się walczyć z fałszywymi treściami, blokując je bądź oznaczając w sposób widoczny dla użytkowników. Rosnącym i niepokojącym zjawiskiem towarzyszącym tematowi koronawirusa jest tzw. phishing – czyli metoda wyłudzania pieniędzy bądź danych przez przestępców działających w internecie. Na tę chwilę przypadki phishingu są zgłaszane głównie w krajach, gdzie wirus jest już obecny. Warto jednak zapoznać się z mechanizmem działania takich ataków, na wypadek pojawienia się podobnych prób w naszym kraju. Oszuści podszywają się w fałszywych wiadomościach SMS bądź telefonach pod inne firmy, przekazując rzekome informacje na temat epidemii lub informując o darmowych maseczkach. Jednocześnie, wyłudzają od swoich ofiar personalne informacje, a nawet pieniądze. Kolejnym problemem – bazującym na strachu przed chorobą – są także udostępniane w sieci wiadomości e-mail z treściami poradnikowymi na temat wykrywania i leczenia koronawirusa. Zawarte w nich pliki i/lub linki zawierają złośliwe oprogramowanie, które infekują urządzenia elektroniczne, nierzadko skutecznie wykradając wrażliwe dane.

Jak chronić się przed działalnością oszustów?

Przede wszystkim należy zachować zdrowy rozsądek i nie dawać się udzielającej się szeroko społecznej panice. Informacje na temat koronawirusa warto czerpać przede wszystkim z oficjalnych kanałów, takich jak https://www.gov.pl/web/zdrowie/ lub http://www.euro.who.int/en/home. Starajmy się weryfikować autentyczność interesujących nas postów związanych z zagadnieniem koronawirusa zanim podzielimy się nimi dalej w sieci. Jeśli chcemy zaopatrzyć się w maskę ochronną, postawmy na sprawdzone źródła jak np. apteki. – Aby ochronić się przed działalnością oszustów internetowych, którzy chcą wyłudzić nasze dane bądź pieniądze, pamiętajmy o maksymalnej ostrożności przy dokonywaniu transakcji w sklepach internetowych bądź na portalach aukcyjnych. Zawsze sprawdzajmy wiarygodność sklepu. Pamiętajmy też, by nigdy nie otwierać podejrzanych linków lub załączników. Jeśli chcemy zweryfikować ich autentyczność, możemy zgłosić się do ekspertów ds. cyberbezpieczeństwa – podsumowuje Weronika Bartczak z CyberRescue.

Fed może więcej, ale wcale nie musi

Rynek akcji nie przerywa spadków, a najnowszym katalizatorem jest pierwszy przypadek zarażenia w Kalifornii, gdzie pochodzenia wirusa jest nieznane. Liczba przypadków koronawirusa poza Chinami dalej wrasta bez wytracania tempa, co mogłoby zahamować falę paniki na rynkach. Spekulacje o reakcji Fed uderzają w USD.

Zmienność na rynkach finansowych wzmaga się w obliczu rosnącej liczby zachorowań na świecie z kolejnymi krajami potwierdzającymi pojawienie się wirusa. Globalny rynek akcji spada szósty dzień z rzędu. S&P500 od szczytu odpadł o prawie 10 proc. i ociera się o średnia 200-sesyjną – ważną barierę techniczną, która może zdecydować, czy przed weekendem inwestorzy odzyskają nadzieje na opanowanie paniki. Ale analiza techniczna może łatwo przegrać w walce z negatywnymi doniesieniami o postępach epidemii.

Na rynku walutowym słabnie dolar amerykański. Z jednej strony w dolarze utrzymywana była największa pozycja długa w relacji do pozostałych głównych walut i w obliczu chaosu pozycje są redukowane. Ale w międzyczasie rozkręcają się spekulacje, że USD może ucierpieć ze względu na zwrot w polityce monetarnej. Fed z najwyższymi stopami procentowymi w G10 (1,75 proc., obok BoC) ma najwięcej przestrzeni do załagodzenia polityki. Zdecydowanie więcej niż poróżniony w tej kwestii w swoim jądrze EBC, czy już posiadające ujemne oprocentowanie Bank Japonii i SNB. Obecnie rynek dyskontuje 70 pb obniżki w USA, choć na początku lutego nie było to dużo mniej (-50 pb). Jakkolwiek krótkoterminowo jest to dobry pretekst do pesymistycznego zapatrywania się na dolara, to w szerszym kontekście ogarniętego obawami o koronawirusa świata kierunek dla USD nie jest taki oczywisty. Skupiając się na największych – strefie euro i Japonii – ekspozycja tych gospodarek na Chiny jest większa niż USA, stąd i szkody z tytułu zakłócenia łańcucha dostaw będą większe. USA przede wszystkim stoją rynkiem usług i są najbardziej zamkniętą gospodarką w G10, dlatego powinny być względnie odizolowane od globalnego spowolnienia w handlu i produkcji. Stąd nie jest wcale tak pewne, czy Fed zdecyduje się na agresywne luzowanie polityki. Oczywiście wiele będzie zależeć od napływających w kolejnych tygodniach danych, które uczestnicy rynku będą skrupulatnie analizować. Ale jeśli negatywny efekt ma być odczuwalny, to raczej mocniej poza USA niż w kraju. I na tym USD będzie ponownie zyskiwał.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Co może przekonać Polaków do wprowadzenia „podatku cukrowego”?

Kilkanaście krajów na świecie wprowadziło tak zwany „podatek cukrowy” do swojego porządku prawnego. Opodatkowanie ilości cukru zawartego w produktach spożywczych ma na celu przeciwdziałanie masowej konsumpcji cukru, która prowadzi do wielu chorób. Założeniem podatku jest to, że producenci zmniejszą ilość słodzików w swoich produktach. W Polsce dyskusja o wprowadzeniu „podatku cukrowego” toczy się od paru lat. Statystyka donosi, że średnia roczna konsumpcja cukru zwiększyła się w ostatnim pięćdziesięcioleciu aż dwa razy. To oznacza, że przeciętny Polak zjada rocznie ponad 50 kilogramów cukru. Tak duża konsumpcja prowadzi do wzrostu zachorowań na cukrzycę i inne choroby cywilizacyjne. Jednak „podatek cukrowy” – jak każda propozycja wprowadzenia kolejnego podatku – spotyka się z wieloma emocjami. Konsumenci boją się wzrostu cen, a producenci – utraty dotychczasowego popytu i wzrostu kosztów produkcji.

– W ostatnich dniach pojawiły się zapowiedzi ze strony Ministerstwa Zdrowia, dotyczące wprowadzenia tego typu podatku. Mamy nadzieję na realne wprowadzenie gotowych rozwiązań w ciągu trzech lat. Jednak każdy nowy podatek jest bardzo kontrowersyjnym i trudnym tematem – powiedziała serwisowi eNewsroom Sylwia Szczepańska, dyrektor ds. dialogu w Federacji Przedsiębiorców Polskich (FPP). – Ten podatek jest nam jednak potrzebny, również z finansowego punktu widzenia. Radykalnie rosną bowiem wydatki Narodowego Funduszu Zdrowia na leczenie osób, które nadużywają cukru i stosują złą dietę. Powinniśmy więc zastanowić się nad rozwiązaniem, które przekona społeczeństwo do wprowadzenia „podatku cukrowego”. Rozwiązaniem mogłoby być przeznaczenie środków z podatku na fundusz onkologiczny – który byłby skierowany na zwiększenie dostępności najnowocześniejszych procedur medycznych i leków w onkologii. Każdy z nas, w rodzinie bądź w najbliższym otoczeniu, styka się z osobami chorymi na nowotwory. Jest to temat który nas bardzo dotyka. Myślę, że przeznaczenie środków z „podatku cukrowego” na fundusz onkologiczny uzyskałoby akceptację społeczną – przekonuje Szczepańska.

Tanio, długo i mało wydajnie. Czy tak pracują Polacy?

„Polska gospodarka musi stać się bardziej produktywna, bo już teraz zaczyna słabnąć siła magnesu na inwestycje, którym niewątpliwie są dziś niskie koszty pracy nad Wisłą” – alarmuje w swoim nowym raporcie portal ALEO.com.Aleo_produktywnosc_ile_godzin

W publikacji „Produktywność pracy w Polsce – jak dogonić Europę?” ALEO.com bierze pod lupę statystyki OECD dot. wydajności europejskich gospodarek. Polska jest dziś jednym z najmniej produktywnych krajów w całej Unii Europejskiej. Przeciętny Polak w ciągu godziny wytwarza 1,5 raza mniej niż Niemiec i ponad dwukrotnie mniej niż w Norwegii, Irlandii czy Luksemburgu.Aleo_produktywnosc_w_europie

Jak tłumaczą autorzy raportu, te dysproporcje mogą wynikać ze specyfiki polskiej gospodarki. Nad Wisłą koszty pracy są blisko trzy razy niższe od unijnej średniej, a wartość wytwarzanych produktów i usług pozostaje relatywnie niewielka. W szerszej perspektywie taka sytuacja niekorzystnie wpływa na wyniki produktywności. Widać to zwłaszcza w takich sektorach, jak produkcja przemysłowa, rolnictwo czy energetyka – czyli obszarach, w których Polska jest nawet o 59% mniej wydajna niż kraje Europy Zachodniej.

ALEO.com podkreśla jednak, że tanie roboczogodziny powoli przestają być magnesem, który przyciąga do Polski zagranicznych inwestorów. Pomiędzy 2008 a 2018 rokiem płaca minimalna rosła nad Wisłą w tempie 6,5% rocznie, a mediana wynagrodzeń wzrosła łącznie o 55%. Co z produktywnością? Ta w podobnym okresie rosła niemal dwukrotnie wolniej niż zarobki – średnio o 3,4% rocznie.Aleo_produktywnosc_co_wplywa

Koszty pracy powoli będą się więc zbliżać do europejskich standardów. By wzmocnić konkurencyjność polskiej gospodarki, nad Wisłą może być konieczna rewolucja w zarządzaniu. „Produktywność w znacznej mierze zależy od decyzji właścicieli firm oraz kadry zarządzającej” – piszą autorzy raportu, według których pracodawcy mają dziś problem z efektywnym wykorzystaniem czasu swoich pracowników. Mimo niskiej wydajności, jesteśmy dziś bowiem drugim najdłużej pracującym narodem w UE: w 2018 r. statystyczny Polak przepracował aż o 429 godziny więcej niż Niemiec. Daje to prawie 54 dni po 8 godzin.

Zwiększeniu wydajności może sprzyjać skrócenie czasu pracy. Na taki ruch decyduje się coraz więcej firm – m.in. japoński oddział Microsoftu, który w ramach eksperymentu w sierpniu 2019 r. na miesiąc wprowadził 4-tygodniowy tydzień roboczy. Efekt? Wzrost produktywności aż o 40%!

Polacy niechętnie patrzą jednak na tego typu zmiany. Jak wynika z badań przytoczonych w raporcie ALEO.com, nad Wisłą tylko 38% pracowników poparłoby skrócenie tygodnia pracy, jeśli wiązałoby się to z obniżeniem ich pensji. Jednocześnie ponad połowa z nich opowiada się za skróceniem czasu pracy z 8 do 7 godzin.

Kosmetyczne trendy na Amazon w 2020 r.

Olejki w składzie, naturalność oraz nawilżanie jako główna funkcja to najważniejsze trendy w sprzedaży kosmetyków na Amazon – wynika z raportu firmy EUBRAND, która przeanalizowała 1000 bestsellerów w kategorii Beauty. Innym zauważalnym trendem jest przejrzystość i prostota w opakowaniach, na którą stawiają producenci sprzedażowych hitów z Amazon.

EUBRAND wzięła pod lupę najpopularniejsze na Amazon produkty przeznaczone do pielęgnacji cery, ciała i włosów. Analiza daje wiedzę m.in. o tym, czego szukają kupujący na Amazon. Właśnie o nich walczy coraz więcej polskich marek kosmetycznych.

– Aktualnie ogromną popularnością cieszą się kosmetyki z olejkami. Ten składnik znajduje się na etykietach artykułów reprezentujących osiem spośród dziesięciu przebadanych kategorii – od płynów pod prysznic i szamponów poprzez peelingi i maski, po serum, kremy na dzień, balsamy oraz kremy do rąk i stóp. Poszukiwanymi składnikami są też aloes, kwas hialuronowy, witaminy i masło shea – mówi Urszula Nowicka z EUBRAND, firmy doradczej, opiekującej się markami na Amazon. – Innymi zyskującymi na popularności cechami są naturalność i organiczny skład. Ta ostatnia cecha dotyczy zwłaszcza kosmetyków do pielęgnacji skóry twarzy – kremów, serum i masek. Dodatkowo w tych kategoriach coraz lepiej sprzedają się kosmetyki wegańskie – dodaje Urszula Nowicka.

Trendy w kategorii Beauty dotyczą także zadań, jakie mają spełniać produkty. Najpopularniejszą rolą niezmiennie pozostaje nawilżanie. Takie działanie ma aż 42% produktów, zarówno do pielęgnacji ciała, włosów, jak i cery. Drugą pod względem popularności funkcją jest ujędrnianie (16%), a trzecią walka z trądzikiem (14%). Klienci oczekują tego przede wszystkim od kremów do twarzy, serum, masek, a także balsamów.

– Ważnym trendem w sprzedaży kosmetyków i innych produktów na Amazon są także zmiany w wyglądzie opakowań. Liczy się przejrzystość i spójny przekaz na temat cech produktu, a jednocześnie producenci starają się wyróżnić. Stąd nowoczesny design etykiet czy nieszablonowa typografia. Ten trend jest napędzany przez chęć dostosowania się do oczekiwań kupujących na Amazon, ale też czasami zmiany opakowań są konieczne ze względów logistycznych. Niektórzy producenci projektują czy dostosowują dotychczasowe opakowania specjalnie na potrzeby tego kanału sprzedaży. Zdają sobie sprawę, że jest to warte zachodu, biorąc pod uwagę rosnące udziały tej platformy w europejskim rynku detalicznym, nie tylko online, ale i ogółem – stwierdza Jakub Milewski, partner w firmie EUBRAND.

Amazon jest obecnie największym marketplace’em i internetowym sprzedawcą w Europie z dostępem do 340 milionów klientów, obejmującym swoim zasięgiem 27 europejskich krajów. Ponad 30% całego europejskiego ecommerce, wartego w 2019 r. ponad €621 miliardów euro, przechodzi przez tę platformę.

PLM – narzędzie do rozwoju i zwiększenia konkurencyjności firmy

W warunkach dzisiejszej, wymagającej gospodarki, sukces danego produktu, a co za tym idzie całego przedsiębiorstwa, zależny jest od zdolności firmy do pokonania konkurencji, która także zaciekle walczy o swoją pozycję. Wygraną zapewni dobry produkt, który będzie odpowiadał na oczekiwania klientów w zakresie jego funkcjonalności, wydajności i niezawodności, a jednocześnie dostarczenie go w cenie, jaką rynek jest w stanie zapłacić. Kolejnym krokiem na drodze do zwycięstwa nad konkurentami jest ciągła optymalizacja produktu tak, aby dążyć do minimalizacji kosztów produkcji, zapewnienia łatwiejszej obsługi, poprawy jakości towarów, czy też wspierania proekologicznych inicjatyw. W tej sytuacji niezbędne jest kompleksowe zarządzanie cyklem życia produktu, tak aby móc łatwo zdefiniować obszary, które mogą ulec usprawnieniu. Z pomocą przychodzi tutaj system PLM, gdzie skrót ten oznacza z ang. ‘Product Lifecycle Managament’. Zacznijmy jednak od początku…

Co to jest PLM?

Zanim przejdziemy do omówienia systemu PLM, ustalmy najpierw czym jest cykl życia produktu. W dużym skrócie, jest to ciąg zdarzeń począwszy od pojawienia się koncepcji na produkt, poprzez proces jego wytworzenia, wprowadzenia na rynek, sprzedaży, aż do utylizacji. PLM to nic innego jak zarządzanie cyklem życia produktu, umożliwiające firmom  ekonomiczne i wydajne prowadzenie wszystkich procesów z nim związanych. To narzędzie, które integruje zasoby ludzkie, procesy i systemy oraz gromadzi i udostępnia dane na wszystkich etapach cyklu życia produktu. 

Jak system PLM może pomóc Twojej firmie?

Dzięki stosowaniu rozwiązań PLM, product managerowie, czy osoby zarządzające procesami mogą opracowywać efektywnie strategie usprawniające i w ten sposób poprawiać wyniki na wszystkich etapach cyklu. Dodatkowo każda osoba uczestnicząca w przy realizacji projektu, ma wgląd do kompleksowych informacji niezbędnych przy realizacji swoich zadań. System PLM to strategiczne podejście biznesowe, którego celem jest zwiększenie przychodu firmy, przy jednoczesnej minimalizacji zasobów niezbędnych do utrzymania i zarządzania produktem w cyklu życia. To rozwiązanie stosowane przez wiodące na rynku, świadome i szybko rozwijające się firmy, które osiągają najlepsze wyniki pod względem produktywności i jakości. 

Ale… jak to działa? 

grafikPLM system Autodesk® Fusion Lifecycle to rozwiązanie oparte na chmurze, w której przechowywane i procesowane są dane. Głównym filarem systemu jest lista materiałowa, czyli wykaz wszystkich elementów, składających się na cykl życia produktu. Znajdują się w niej m. in. komponenty niezbędne do wykonania towaru, zasoby ludzkie, technologie, szczegóły wykonawcze, cena. Lista materiałowa jest główną bazą wiedzy jeśli chodzi o zarządzanie cyklem życia produktu PLM.

Ponadto na system PLM Autodesk składają się funkcjonalne moduły:

 

  • Wprowadzanie Nowego Produktu (NPI) – zestaw danych i narzędzi, umożliwiających zarządzanie projektem, zadaniami, harmonogramem, podczas wprowadzania na rynek nowego produktu.
  • Zarządzanie jakością – zestaw danych i narzędzi, umożliwiających automatyzację procesów w zakresie eliminacji i zapobiegania usterek, a także utrzymywania produktu w niezmiennie dobrej jakości, podsumowując to zarządzanie jakością w cyklu życia produktu, na każdym jego etapie. 
  • Zarządzanie zmianą – zestaw danych i narzędzi, umożliwiających automatyzację procesów w zakresie obiegu informacji i dokumentów, związanych ze zmianami i rozwojem produktów.
  • Zarządzanie Danymi produktów – zbiór danych o produkcie, takich jak rysunki techniczne i dokumentacja, w jednym miejscu. 
  • Współpraca z poddostawcami – zestaw danych i narzędzi, umożliwiających automatyzację procesów niezbędnych do współpracy z dostawcami, jak np. zamawianie komponentów i materiałów, zgodnie z dobrymi praktykami producentów. 

 

Poza powyższymi system PLM Autodesk umożliwia pełną integrację oprogramowania z innymi systemami informatycznymi, z jakich korzysta przedsiębiorstwo. Dzięki takiemu rozwiązaniu upłynniony zostaje sposób prowadzenia procesów w firmie oraz zapobiega się błędów komunikacyjnych między różnymi komórkami firmy. 

Kolejną ważną zaletą systemu PLM jest możliwość korzystania z niego przez współpracujące z przedsiębiorstwem firmy zewnętrzne, po nadaniu im odpowiednich uprawnień. W ten sposób posiadają one także niezbędną wiedzę o produkcie i obecnym zapotrzebowaniu przedsiębiorstwa, mogą więc lepiej odpowiadać na jego potrzeby. 

projektJak wdrożyć Product Lifecycle Managment w swojej firmie? 

Jeśli należysz do grona świadomych przedsiębiorców, którzy wiedzą, że aby uzyskać przewagę konkurencyjną należy kompleksowo zarządzać całym cyklem życia produktu, stosując do tego rozwiązania cyfrowe – wejdź na autodesk.pl. Poznasz tam znacznie więcej wymiernych korzyści, jakie przyniesie Ci korzystanie z systemu PLM, a także dowiesz się o kolejnych, zaawansowanych możliwościach oprogramowania, które będziesz mógł natychmiast wdrożyć w swojej firmie. Nie ma na co czekać – zaufaj rozwiązaniu stosowanemu przez najlepszych.

Amazon otwiera ultranowoczesne centrum logistyczne w Gliwicach

Największe zrobotyzowane centrum logistyki e-commerce w Gliwicach to kolejny, ósmy już obiekt logistyczny Amazon w Polsce i trzeci na Śląsku. Od 2014 roku firma stworzyła w kraju łącznie ponad 16 000 stałych miejsc pracy. Teraz, dzięki inwestycji na Górnym Śląsku, liczba ta wzrośnie o kolejny tysiąc.

  • Pracownicy Amazon otrzymają bardzo atrakcyjne wynagrodzenie w wysokości
    od 20 zł/godzinę brutto, pakiet dodatkowych świadczeń i możliwości rozwoju kariery.
  • Trwa rekrutacja na stanowiska specjalistyczne i poziomu początkowego.
  • Centrum w Gliwicach, o powierzchni ponad 210 000 m2, jest największym budynkiem Amazon w Polsce, wykorzystującym technologie Amazon Robotics.
  • Imponująca liczba 3 900 robotów transportowych wesprze pracowników w realizacji zamówień.
  • Otwarcie centrum w Gliwicach jest odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie polskich oraz europejskich klientów na usługi Amazon.

Cieszymy się, że to właśnie w Gliwicach powstało kolejne nowoczesne Centrum Logistyki E-commerce Amazon. Wychodzimy z atrakcyjną ofertą pracy, jednocześnie dając szansę na rozwój w jednej z najbardziej dynamicznych firm technologicznych na świecie. Amazon w Gliwicach wesprze także lokalne społeczności i współpracujące z nami przedsiębiorstwa – mówi dyrektor regionalny Amazon w Polsce, Marian Sepesi. Na Śląsku działają już dwa budynki firmy w Sosnowcu – jeden o powierzchni 11 000 m2, specjalizujący się w nadrukach na koszulki i etui na telefony oraz drugi, o powierzchni 105 tys. m2, realizujący zamówienia na odzież i obuwie.

Centrum w Gliwicach będzie największym budynkiem firmy w kraju, wykorzystującym technologie Amazon Robotics. Pracownicy odpowiedzialni będą za realizację zamówień klientów na produkty o małej i średniej wielkości, takie jak książki, rzeczy codziennego użytku czy elektronika. 3 900 robotów transportowych, dzięki innowacyjnej technologii Amazon Robotics pomoże w składowaniu i kompletowaniu zamówień pracownikom. Pozwala to nie tylko na ograniczenie czasu wysyłki przesyłek do klientów, ale również na znaczące zwiększenie przestrzeni magazynowej.Centrum dystrybucji e-commerce Amazon w Gliwicach_Materiał 2

Rekrutacja do Amazon Gliwice

Pracę w nowym centrum Amazon znajdą specjaliści na stanowiskach kierowniczych, między innymi w finansach, HR, logistyce czy inżynierii oraz pracownicy stanowisk poziomu początkowego. Firma oferuje nie tylko konkurencyjne wynagrodzenie od 20 zł/godzinę brutto, ale również szereg dodatkowych świadczeń oraz inne atrakcyjne benefity.

Centrum dystrybucji e-commerce Amazon w Gliwicach_Materiał 3W Amazon staramy się tworzyć jak najlepsze warunki pracy dla naszych pracowników. Oferujemy prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie, ciepłe posiłki za złotówkę, bezpłatny transport do pracy i z powrotem na wybranych trasach czy bonus miesięczny do 15% – w tym 8% za frekwencję indywidualną i 7% za produktywność zespołu. Ponadto, wierzymy że dobre miejsce pracy to również zapewnianie odpowiednich warunków do rozwoju. Z tego względu, w ramach programu „Postaw na swój rozwój” pokrywamy nawet 95% kosztów kształcenia na kursach, dzięki którym pracownicy zdobywają nowe umiejętności i kompetencje szczególnie poszukiwane na rynku pracy – mówi Marta Dworowska, dyrektor HR w regionie Europy Środkowo-Wschodniej.

Do Polski napływają nowe marki hotelowe

Jakie hotele otworzyły się w ostatnim czasie w naszym kraju? Jakie rozpoczną działalność? Jakie nowe marki pojawią się na rynku?   

Najszybciej rozwijającym się rynkiem hotelowym w kraju jest Warszawa, która według danych Walter Herz, dysponuje dziś 15 tys. pokoi hotelowych. Otwarcia planowane w najbliższych trzech latach przyniosą natomiast miastu około 5 tys. kolejnych pokoi hotelowych. Poza stolicą, segment hotelowy najszybciej rośnie w Krakowie i Trójmieście. Krakowskie zaplecze hotelowe, liczące dziś 12 tys. pokoi, w dwuletniej perspektywie wzrośnie o ponad 2,5 tys. pokoi.

Po otwarciu w Gdańsku największego w Trójmieście, hotelu Radisson Hotel & Suites z 340 pokojami, wchodzącego w skład kompleksu Deo Plaza nad Motławą, tamtejszy rynek liczy prawie 7 tys.  pokoi. Nowe obiekty, które mają zostać otwarte do końca 2022 roku dostarczą zaś około 1,7 tys. miejsc noclegowych, podaje Walter Herz.

Warszawa

Od kilku miesięcy w Warszawie funkcjonuje Motel One Warszawa Chopin z 333 pokojami. To pierwszy obiekt tej marki w Polsce.  W minionym roku wszedł też na warszawski rynek biznesowo-lifestyle’owy holel Vienna House Mokotow Warsaw, który zlokalizowany jest w biurowej części Mokotowa. W ścisłym centrum miasta, przy ulicy Widok pojawił się zaś hotel sieci Puro ze 148 pokojami, restauracją, barem, salami konferencyjnymi i przestrzenią fitness.

Niebawem w Warszawie otworzy się Hotel Nobu, należący do sieci znanych lifestylowych hoteli i restauracji, która powstała dzięki współpracy Roberta De Niro, szefa kuchni Nobu Matsushisa i producenta Meir Tepera. Hotel zajmie nowo wybudowany gmach oraz budynek dawnego hotelu Rialto przy ulicy Wilczej.

Pod koniec drugiego kwartału br. ma zostać otwarty w Warszawie także butikowy hotel Sadie Best Western z 66 pokojami, zamiast istniejącego dotąd w tym miejscu hotelu Harenda. Na stołecznej mapie hotelowej pojawi się wkrótce również hotel Radisson RED.

Pod szyldem Hampton by Hilton będzie natomiast działał hotel, który powstaje przy ulicy Mszczonowskiej, obok centrum handlowego Reduta. Do dyspozycji gości będzie w nim około 150 pokoi.

Wśród nowych warszawskich obiektów hotelowych wymienić należy także zapowiadany przez Polski Holding Hotelowy hotel Moxy & Residence Inn oraz pierwszy w Polsce i w Europie hotel marki Vīb, należącej do sieci Best Western Hotels & Resorts, który ma mieścić się w budynku zajmowanym dotychczas przez Apartamenty Zgoda by DeSilva w ścisłym centrum Warszawy.

Na warszawskiej Pradze przy ulicy Targowej zadebiutuje natomiast Tulip Residences, pierwszy hotel tej marki w Polsce.

W przyszłym roku w Warszawie otworzy się również pierwszy obiekt grupy hotelowej Barceló. Czterogwiazdkowy hotel, działający pod marką Occidental położony będzie na Powiślu u zbiegu ulic Zajęczej i Wybrzeża Kościuszkowskiego, w bezpośrednim sąsiedztwie Elektrowni Powiśle. Zaoferuje 150 pokoi, przestrzeń konferencyjną oraz bar na dachu budynku.

Niemiecka grupa hotelowa Meininger wprowadzi natomiast pierwszy w Polsce i drugi w Europie Środkowo-Wschodniej hotel nowej marki z klasy ekonomicznej, adresowany do rodzin, osób podróżujących biznesowo i backpackerów. Budynek, w którym znajdzie się hotel Meininger Warszawa z ponad 150 pokojami istnieje, a firma planuje zakończyć jego modernizację do końca 2022 roku.

Hotel nowej marki z segmentu life style planuje również wprowadzić Orbis. Zlokalizowany w sercu Warszawy, przy ulicy Brackiej hotel TRIBE Warszawa Bracka zaoferuje 113 pokoi, bar i restaurację, zaplecze konferencyjne i strefę fitness. Hotel zlokalizowany w miejscu dawnej siedziby Orbisu ma zostać otwarty w 2022 roku.

Wniosek o pozwolenie na budowę hotelu złożyła także spółka NDI Smolna, powiązana z sopocką firmą deweloperską NDI. Inwestor zamierza postawić sześciopiętrowy budynek w pasie zieleni między ulicą Smolną i alejami Jerozolimskimi w Warszawie, nieopodal ronda de Gaulle’a.

Kraków

W Krakowie przy Alei Róż jesienią ubiegłego roku został otwarty hotel ibis Styles Kraków Santorini z 63 pokojami. Na ostatni kwartał przyszłego roku jest natomiast zaplanowane oddanie przy ulicy Mogilskiej kolejnego hotelu tej marki z 259 pokojami. W stolicy Małopolski pojawić ma się również hotel Radisson RED Kraków.

Spółka AMW Hotele, wchodząca w skład Grupy Polskiego Holdingu Hotelowego zapowiedziała z kolei wprowadzenie na krakowski rynek ekskluzywnej marki Le Méridien. Rebranding ma przejść istniejący hotel Royal, który po zmianie marki zaoferuje około 100 pokoi w doskonałej lokalizacji.

Inna, nowa, lifestylowa marka, która pojawić ma się w Krakowie w 2022 roku to TRIBE. Hotel TRIBE Kraków Stare Miasto, położony przy ulicy Worcella, obok istniejącego Mercure Kraków Stare Miasto, Galerii Krakowskiej i dworca kolejowego dostarczyć ma 170 stylowych pokoi, restaurację, kącik kawowy i bar, centrum fitness i saunę.

W pierwszym kwartale przyszłego roku gości przyjmie także Mercure Kraków Fabryczna City. 200 pokojowy hotel, w którym znajdzie się również 3,5 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni konferencyjnej, 2 tys. mkw. powierzchni fitness & spa z basenem oraz bar i restauracja powstanie w ramach realizowanej w Krakowie inwestycji Fabryczna City. W zabytkowych budynkach na terenie kompleksu mieścić się będzie też sześć innych restauracji, z których jedna dysponowała będzie własnym browarem z piwem warzonym na miejscu.

Wrocław

We Wrocławiu, w którym według danych Walter Herz, do dyspozycji podróżujący jest ponad 5 tys. pokoi hotelowych, planowane hotele przyniosą łącznie ponad 2 tys. pokoi.

Pod koniec ubiegłego roku wrocławskie portfolio sieci Best Western poszerzyło się o drugi w mieście hotel tej marki. Czterogwiazdkowy Best Western Premier Hotel City Center położony u zbiegu ulic Piłsudskiego i Gwarnej oferuje 64 pokoje. Przed końcem przyszłego roku we Wrocławiu ma zostać otwarty także hotel Holiday Inn Express Wrocław ze 142 pokojami.

Jeszcze w tym roku ma natomiast powitać gości, powstający w dawnym pałacu Leipzigerów we Wrocławiu  pięciogwiazdkowy hotel Altus Palace. W zmodernizowanym, zabytkowym budynku znajdzie się 81 pokoi. Operatorem hotelu będzie spółka Dobry Hotel.

Na projekt hotelowy we Wrocławiu podpisała także umowę sieć hoteli Vienna House. Nowy obiekt  pod marką Vienna House Easy ma zostać otwarty w 2022 roku.

Katowice

Andrzej Szymczyk – Hospitality Associate Director w Walter Herz
Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz

– W Katowicach, które dysponują ponad 2,2 tys. pokoi, po otwarciu hoteli będących w trakcie realizacji i w fazie planowania podaż zwiększy się o prawie 1,9 tys. pokoi – podaje Andrzej Szymczyk, Associate Director Hospitality Department w Walter Herz.

W tym roku w Katowicach gości przyjąć ma hotel Diament Plaza Katowice, który po rozbudowie zaoferuje 135 pokoi. Przy ulicy Młyńskiej otworzy się także Mercure Katowice City Center z 268 pokojami. Przy alei Korfantego trwa zaś budowa czterogwiazdkowego hotelu Puro, dzięki któremu katowicki rynek wzbogaci się o około 247 pokoi. Jego otwarcie planowane jest w pierwszym kwartale 2022 roku.

Wśród nowych katowickich obiektów hotelowych jest też hotel Qubus z 97 pokojami oraz dwumarkowy Kyriad i Première Classe, który zaoferuje łącznie około 200 pokoi. W miejscu wyburzonego, słynnego hotelu Silesia w ścisłym centrum miasta stanie natomiast Nova Silesia. Cała inwestycja obejmować będzie dwa czternastokondygnacyjne budynki biurowe, które przyniosą 30 tys. mkw. powierzchni i siedmiokondygnacyjny hotel ze 150 pokojami.

Sieć Vienna House u zbiegu ulic Sokolskiej i Piotra Skargi otworzy natomiast w Katowicach swój drugi hotel. Czterogwiazdkowy Vienna House R.evo z 203 pokojami łączył będzie funkcje hotelu z apartamentami na dłuższe pobyty.

Poznań

W Poznaniu przy ulicy Zielonej w pobliżu parku Chopina powstanie z kolei pierwszy w naszym kraju hotel sieci Occidental, należącej do hiszpańskiej Grupy Barcelo.

Pod koniec zeszłego roku Polski Holding Hotelowy otworzył zaś w mieście pierwszy w Polsce hotel marki Moxy, należący do sieci Marriott International, największej sieci hotelarskiej na świecie. Moxy Poznań Airport, położony w bezpośrednim sąsiedztwie Portu Lotniczego Poznań-Ławica, oferuje 120 pokoi.

Kupiec Poznański, będący jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków w mieście, wzbogaci się natomiast o nową funkcję  – hotel z sieci Marriott. Obiekt pod marką AC by Marriott zaoferuje około 150 pokoi, restaurację, bar oraz powierzchnie konferencyjne. Ma zostać otwarty w 2022 roku.

Nowe hotele w kurortach

Nowe hotele rosną też w polskich kurortach. Sieć Radisson podpisała umowy franczyzowe na hotele : Radisson Resort Szklarska Poręba, Radisson Resort Kołobrzeg, Radisson Blu Ostroda Mazury Lakes, Radisson Blu Sopot, które łącznie z Radisson RED Warsaw i Radisson RED Kraków dostarczą na nasz rynek ponad 1000 pokoi.

W Kołobrzegu między ulicą Kasprowicza, Kołłątaja i Kościuszki powstaje też czternastokondygnacyjny hotel Baltic Wave z 468 apartamentami, panoramicznym basenem typu infinity-edge, krytym kompleksem basenowym, strefą spa&wellness, barem i kawiarnią widokową, restauracjami i centrum konferencyjnym. Hotel, który będzie działał pod marką Crowne Plaza Resort w ramach sieci Intercontinental Hotel Group, ma być gotowy na koniec 2021 roku.

Krótko po otwarciu obiektu w Nowym Targu, sieć hoteli B&B Hotels otworzyła także na początku tego roku hotel B&B Rzeszów Centrum przy ulicy Grottgera w Rzeszowie z 64 pokojami i zapleczem konferencyjnym.  Od jesieni ubiegłego roku funkcjonuje w Rzeszowie również nowy hotel przy lotnisku. Holiday Inn Express Rzeszów Airport oferuje 120 pokoi w standardzie trzech gwiazdek.

W Szczyrku przy ulicy Górskiej zlokalizowany będzie zaś hotel Aries Residence & SPA Szczyrk. Dostarczy 118 pokoi i apartamentów, sale konferencyjne i restaurację oraz pierwszy w Szczyrku Aqua Aries ze strefą basenową i blisko 400 metrowym saunarium.

W Świeradowie-Zdroju przy ulicy Zakopiańskiej powstać ma z kolei kompleks w standardzie pięciogwiazdkowym z 79 pokojami i 52 apartamentami oraz częścią wypoczynkowo-rozrywkową.

270 pokoi zaoferuje natomiast czterogwiazdkowy hotel marki Hotels&Preference Luxury. Obiekt, który otworzy się w Szklarskiej Porębie w 2021 roku będzie pierwszym obiektem tej sieci w Polsce i największą realizacją hotelową w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej w technologii modułowej. Będzie to pierwszy obiekt sieci Hotels&Preference w Polsce.

W Szklarskiej Porębie pod koniec minionego roku otwarty został hotel Platinum Mountain Hotel & SPA. Pięciogwiazdkowy obiekt oferuje 147 pokoi, salon dr Irena Eris Beauty Partner, przestrzeń konferencyjną oraz jeden z większych w kurorcie, kryty basen i basen zewnętrzny w kształcie naturalnego stawu. W Wiśle grupa Górskie Resorty buduje zaś pięciogwiazdkowy hotel Crystal Mountain Hotel.

5 gwiazdek na hotelowym niebie

W naszym kraju rośnie też liczba obiektów o najwyższym standardzie. – W zeszłym roku otwartych zostało w Polsce osiem hoteli pięciogwiazdkowych, a ich liczba zwiększyła się do 76. Wkrótce będziemy mogli także obserwować kolejne otwarcia tej klasy obiektów – informuje Andrzej Szymczyk.

– Znacznie więcej powstanie jednak hoteli niższej kategorii, których usługi skierowane są do szerszego grona klientów niż hoteli z najwyższej półki. W najbliższych latach powinno się pojawić również więcej obiektów usytuowanych poza najbardziej oczywistymi lokalizacjami w centrach dużych miast. W ten naturalny sposób rynek hotelowy będzie sukcesywnie zagospodarowywał popyt na mikrorynkach lokalnych – dodaje.

Egzotyczne wakacje nie tracą na popularności mimo zagrożenia koronawirusem. Polacy tradycyjnie najczęściej wybierają Tajlandię, Dominikanę i Kubę

Wyjazdy zagraniczne poza sezonem letnim stanowią silną grupę produktową w ofercie biur podroży. Na liście najpopularniejszych kierunków wybieranych przez polskich turystów są: Tajlandia, Dominikana, Kuba, Malediwy, Seszele, Mauritius, a od kilku lat także Zjednoczone Emiraty Arabskie. Zagrożenie koronawirusem w Chinach nie wywołało większych obaw wśród turystów, którzy wcześniej wybrali Azję Południowo-Wschodnią, i wyjazdy odbywają się zgodnie z planem. Większe obawy budzi teraz sytuacja we Włoszech.

Poza sezonem letnim, czyli od jesieni do wiosny, ok. 20 proc. klientów biur podróży stawia na wyjazdy egzotyczne. Wybór konkretnego kraju zależy od wielu czynników: indywidualnych preferencji, cen w bieżącym sezonie itp. – mówi agencji Newseria Biznes Jarosław Kałucki z Travelplanet.pl. – Zauważamy, że bardzo często są to wyjazdy połączone ze zwiedzaniem, bo pobyt trwa zwykle dłużej niż tydzień, a sam przelot zajmuje więcej niż 2–3 godziny.

Dla przykładu, lot do Zjednoczonych Emiratów Arabskich trwa ok. sześciu godzin, a jest to jeden z bliżej położonych krajów egzotycznych. Dłuższy pobyt na miejscu zachęca do zwiedzania i poznawania kultury danego kraju, a nie tylko wypoczynku. W ofercie biur podróży są również tzw. wycieczki pobytowe, czyli klienci kupują przelot i zakwaterowanie, a atrakcje na miejscu organizują we własnym zakresie. Ta opcja cieszy się jednak mniejszym zainteresowaniem.

Choć zdecydowana większość klientów planuje urlopy w okresie od początku czerwca do końca września, to jesienne i zimowe miesiące wybiera coraz więcej osób. 2019 rok był kolejnym, w którym sezon letni rozciągnął się na październik. Wyjechało wówczas 6,09 proc. turystów (przy 4,5 proc. w październiku 2018 roku). Na wyjazd od listopada do marca decyduje się po ok. 3 proc. turystów.

Preferencje polskich podróżnych nie zmieniły się w wyniku zagrożenia koronawirusem.

Obserwujemy niewielkie obawy w przypadku wyjazdów do Tajlandii. W przypadku Chin koronawirus nie wpłynął na spadek zainteresowania tym kierunkiem podróży z prostego powodu – nie były one popularnym krajem dla tych, którzy poszukują egzotycznych wakacji – wyjaśnia Jarosław Kałucki.

W całym ubiegłym roku wyjazdy do Chin stanowiły zaledwie niecałe 0,2 proc. w całym zorganizowanym ruchu turystycznym, a kraj ten uplasował się na 33. miejscu listy rankingowej. Choć jeszcze kilka lat temu, kiedy w ofercie biur podróży pojawiły się tanie wyjazdy do Pekinu i okolic, Chiny znajdowały się w pierwszej piątce na  liście najpopularniejszych turystycznie krajów.

Większe obawy wywołuje teraz sytuacja we Włoszech. W czasie ferii wypoczywało tam ok. 13 proc. turystów, którzy w tym czasie wyjechali z biurami podróży. Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszystkie wyjazdy, które nie są konieczne, do 11 gmin w Lombardii i Wenecji Euganejskiej. To obszary poza dominującym w zimie ruchem turystycznym, przede wszystkim do ośrodków narciarskich w Alpach i Dolomitach. Warto zauważyć, że problem pandemii pojawił się już po zakończeniu ferii zimowych, czyli po zimowym szczycie wyjazdów.

Biura podróży analizują dynamicznie zmieniającą się sytuację, ale ich ewentualne decyzje to pochodna stanowiska MSZ. A resort ostrzeżenie trzeciego stopnia (w czterostopniowej skali), z zastrzeżeniem, że ostateczna decyzja należy do wyjeżdżających, wydał w odniesieniu do precyzyjnie określonych miejscowości, niebędących popularnymi kierunkami wyjazdów – komentuje Jarosław Kałucki.

Jak podkreśla, klient, który obawia się koronawirusa, może w każdej chwili zrezygnować z wycieczki, ale nie zawsze ma prawo do zwrotu kosztów wyjazdu w całości.

Pełny zwrot kosztów można otrzymać wtedy, gdy zgodzi się na to biuro podróży, bo np. zawiesza wyjazd, albo kiedy zgodnie z prawem występuje zagrożenie dla turystów w miejscu pobytu lub w bezpośrednim sąsiedztwie – uściśla Jarosław Kałucki. – Poziom zwrotu kosztów określa ustawa. Obecnie nie ma wycieczek do prowincji Hubei, gdzie występuje zagrożenie koronawirusem. Z kolei w przypadku wyjazdów do innych części Chin wszystko zależy od touroperatora.

Polskie biura podróży w styczniu odwołały zaplanowane na kolejne tygodnie wycieczki do Chin. Swoje loty zawiesiły także PLL LOT.

W obliczu groźnych epidemii, np. koronawirusa lub ebola, są zauważalne odpowiedzialne zachowania zarówno w działaniach touroperatorów, jak i turystów. Z kolei w przypadku zdarzeń, które w opinii turystów nie mają bezpośredniego wpływu na ich bezpieczeństwo i nie są skierowane bezpośrednio przeciwko nim, klienci nie chcą rezygnować z wyjazdów – tłumaczy Jarosław Kałucki. – Najlepszym przykładem jest Egipt, kiedy kilka lat temu, na skutek bardzo mocnego nacisku mediów, biura turystyczne odwoływały wyjazdy, a klienci żądali odszkodowań, bo uważali, że sytuacja w Kairze nie ma wpływu na ich bezpieczeństwo w Szarm el-Szejku czy w Hurghadzie.

Polacy coraz chętniej personalizują i zmieniają wygląd swoich aut. Hitem stało się zabezpieczanie lakieru folią ochronną

Prawie 9 na 10 kierowców przywiązuje wagę do wyglądu i estetyki swojego samochodu – wynika z sondażu SW Research „Czy pasja do motoryzacji ma płeć?” na zlecenie 3M. Mężczyźni bardziej dbają o stan lakieru, a kobiety poświęcają większą uwagę temu, aby samochód miał atrakcyjny kolor, i chętniej personalizują jego wnętrze. Coraz popularniejszą metodą, która pozwala zmienić wygląd auta, jest car wrapping, czyli oklejanie samochodu specjalną folią. Umożliwia to zabezpieczenie karoserii samochodu przed odpryskami i uszkodzeniami mechanicznymi. Takie rozwiązanie bierze pod uwagę już blisko 2/3 kierowców. 

– Wygląd samochodu jest dla Polaków bardzo ważny, a właściciele aut chcą się wyróżniać. Typowe auto można odmienić, używając folii z ciekawymi nadrukami i projektami graficznymi. Wymagania klientów są w tym zakresie bardzo różne: niektórzy chcą bardzo delikatne stylizacje samochodu, inni wręcz życzą sobie mieć na nich dzieła sztuki. Mężczyźni chcą, żeby grafika auta była indywidualna, ciekawa i zwracała uwagę z dużej odległości. Z kolei kobiety zwracają większą uwagę na kolory, na to, aby grafika była dobrze dopracowana i oddawała ich styl – mówi agencji Newseria Biznes Michał Małachowski, projektant, BuyTheWrap.com.

Na wygląd i estetykę swojego samochodu zwraca uwagę 87 proc. kierowców. Tylko nieznacznie częściej są to kobiety (89 proc.) niż mężczyźni (85 proc.) – wynika z grudniowego sondażu SW Research przeprowadzonego na zlecenie 3M. Kierowcy przywiązują największą wagę do tego, żeby ich samochód był czysty (69 proc.), a lakier w jak najlepszej kondycji (62 proc.). Na jego stan zdecydowanie częściej zwracają uwagę mężczyźni (66 proc. vs 57 proc. kobiet), którzy bardziej dbają też o to, żeby samochód wyróżniał się na drodze poprzez akcesoryjne felgi i opony. Z kolei kobiety poświęcają większą uwagę temu, aby samochód miał atrakcyjny kolor (32 proc. vs 26 proc. mężczyzn) i chętniej personalizują jego wnętrze.

Niezależnie od płci jedną z głównych motywacji w dbaniu o auto jest chęć wyrażenia swojego stylu i zainteresowań (dla 21 proc. kierowców). Nie bez znaczenia jest też chęć utrzymania samochodu w jak najlepszym stanie w celu ograniczenia utraty jego wartości (17 proc.).

– Kierowcy mocno personalizują projekty folii, chcą, aby były stworzone całkowicie pod nich. W przypadku mężczyzn z reguły projekt jest groźny, agresywny, natomiast dla kobiet – słodki, w ciepłych kolorach, często z motywem kwiatowym. Co istotne, wartość samochodu, który jest fajnie wystylizowany folią, wzrasta – przekonuje Michał Małachowski.

Popularną metodą, która pozwala odświeżyć albo spersonalizować wygląd samochodu, jest car wrapping. Polega ona na oklejeniu auta specjalną folią, aplikowaną bezpośrednio na lakier, dzięki czemu w trzy–pięć dni można całkowicie zmienić jego wygląd wedle własnego projektu. W ten sposób można zmienić kolor całego samochodu albo pojedynczych elementów, bo okleić można np. tylko lusterka, dach czy maskę.

– Jest to proces odwracalny i ogranicza nas tylko wyobraźnia. Można stworzyć własną grafikę, zmienić kolor czy zaakcentować stylistykę samochodu – mówi Rafał Żmuda, założyciel The Wrap Center, certyfikowany trener 3M.

Sondaż SW Research pokazuje, że ponad połowa kierowców (51 proc.) jest zainteresowana oklejeniem swojego samochodu kolorową folią. Wśród kobiet, które się na to decydują, preferowanym kolorem są odcienie czerwieni. Mężczyźni natomiast częściej wybierają czarny – zarówno połysk, jak i mat. Obie płcie chętnie wybierają też kolor chromowanego srebra oraz wyrazisty odcień żółtego.

– Niedawno wprowadziliśmy nową serię folii do zmiany koloru samochodu serii 2080. Wyróżnia się tym, że folie błyszczące mają dodatkowo zabezpieczającą warstwę ochronną. Po zakończonej aplikacji usuwamy warstwę ochronną z folii, wtedy mamy idealny połysk bez żadnego zarysowania. Dotychczas aplikatorzy mieli z tym duży problem, ponieważ folie błyszczące podczas aplikacji bardzo często rysowały się od rakli. Teraz tego problemu już nie ma. Dodatkowo folia ta jest dużo bardziej plastyczna niż poprzednie wersje, dużo łatwiej ją układać, ma też dłuższą gwarancję, do ośmiu lat – podkreśla Tomasz Turkiewicz, specjalista ds. rozwoju rynku w 3M.

Jak wynika z sondażu SW Research, dla kierowców, którzy rozważają oklejenie samochodu specjalną folią, liczą się przede wszystkim odporność na uszkodzenia mechaniczne (41 proc.) oraz czynniki atmosferyczne (37 proc.). Kobiety częściej wskazują na cechy związane z odpornością folii, jej łatwą aplikacją oraz na możliwość umieszczenia na niej dowolnej, nawet skomplikowanej grafiki. Oprócz zmiany koloru auta car wrapping pozwala też zabezpieczyć lakier bezbarwną folią ochronną PPF (Paint Protection Film). Takim rozwiązaniem zainteresowanych jest jeszcze więcej, bo 65 proc. kierowców.

– Najważniejszą funkcją folii ochronnej PPF jest funkcja samoregeneracji. Oznacza to, że pod wpływem temperatury znikają drobne rysy, które powstają od codziennego użytkowania – mówi Rafał Żmuda. – Jest to powłoka bezbarwna, więc pozostawia oryginalny kolor auta. Elementy zabezpieczone foliami ochronnymi PPF są praktycznie niewidoczne dla oka.

– Oklejanie samochodu za pomocą folii PPF jest w tej chwili najbardziej popularną formą zabezpieczania lakieru. To folia poliuretanowa, która daje nam 100 proc. gwarancji, że na lakierze nie powstaną żadnego rodzaju odpryski i zarysowania. Można nią okleić cały samochód albo elementy najbardziej narażone na uszkodzenia, czyli front samochodu, maskę, zderzak, błotniki, krawędzie drzwi, próg załadunkowy bagażnika czy wnęki klamek samochodowych – wymienia Tomasz Turkiewicz.

Jak podkreśla, folie do car wrappingu, które pojawiają się na rynku, są coraz bardziej zaawansowane i uwzględniają rozwiązania ułatwiające ich bezproblemową aplikację.

Do połowy maja potrwają konsultacje unijnej strategii rozwoju sztucznej inteligencji. Nowe przepisy mają pomóc Europie dogonić Chiny i USA

Komisja Europejska chce uregulować i ujednolicić przepisy dotyczące sztucznej inteligencji oraz wesprzeć rozwój tej technologii na europejskim rynku. W tym celu opublikowała tydzień temu tzw. białą księgę AI, która do maja będzie przedmiotem publicznej debaty. KE proponuje w niej m.in. zacieśnienie współpracy między państwami członkowskimi oraz zwiększenie inwestycji w rozwój i wdrażanie AI. Na te działania ma zostać przeznaczone ok. 17,5 mld euro. Celem jest maksymalizacja korzyści płynących z tej technologii – ale przy jednoczesnym poszanowaniu praw obywateli i dbałości o ich bezpieczeństwo.

– Dyskusja o sztucznej inteligencji toczy się nad tym, gdzie jako Europa chcemy być w przyszłości. Jeżeli wypracujemy warunki współpracy, jesteśmy w stanie konkurować z takimi krajami jak Chiny czy USA. Jednak jeżeli zaczniemy się rozdrabniać, przeregulowywać rynek, to będzie niebezpieczne, bo spowoduje spowolnienie innowacyjności – mówi agencji Newseria Biznes Krzysztof Szubert, prezes funduszu NCBR Investment Fund, były pełnomocnik rządu ds. jednolitego rynku cyfrowego.

19 lutego Komisja Europejska przedstawiła strategię cyfrową, której filarami są dwa dokumenty: europejska strategia w zakresie danych i biała księga w sprawie sztucznej inteligencji. Ta będzie przedmiotem publicznych konsultacji z partnerami biznesowymi i rządami państw członkowskich do 19 maja br. Następnie KE ma do końca tego roku przedstawić pierwsze propozycje legislacyjne, m.in. w ramach Kodeksu usług cyfrowych.

Strategia dotycząca uregulowania sztucznej inteligencji w Unii Europejskiej to dokument, nad którym wszystkie państwa pracowały przez ostatnie dwa lata w różnych grupach, tzw. high level, zajmujących się przyszłością AI – mówi Krzysztof Szubert. – To jest ważna rzecz. Zaraz po publikacji szef ds. technologii Białego Domu określił tę strategię jako dokument ciekawy, ale w wielu miejscach niezbyt nowoczesny w podejściu i trochę blokujący rozwój tej technologii. Wiadomo, że w UE zupełnie inaczej patrzymy na kwestie bezpieczeństwa obywateli, dostępu do danych, bo Stany Zjednoczone są bardziej nastawione na biznes, dominację rynkową, rozwój firm. To jest dla nich głównym driverem, Europa ma trochę więcej obiekcji dotyczących AI.

Jak wskazała Komisja Europejska, sztuczna inteligencja rozwija się szybko, dlatego Europa musi zwiększyć poziom inwestycji w tę technologię. Jednocześnie niesie ona ze sobą szereg potencjalnych zagrożeń, więc potrzebne są ramy etyczne i prawne, które pozwolą im przeciwdziałać. Regulacje mają koncentrować się zwłaszcza na tzw. systemach sztucznej inteligencji wysokiego ryzyka. Zdaniem KE takie systemy muszą być certyfikowane, testowane i kontrolowane, podobnie jak samochody, kosmetyki i zabawki.

„Wszystkie systemy i algorytmy sztucznej inteligencji są mile widziane na rynku europejskim, o ile są zgodne z przepisami UE” podkreśliła Komisja w dokumencie.

Strategia AI wskaże, co dopuszczamy i uważamy za dobre, a z drugiej strony, co blokujemy i w ogóle nie ma obszaru do dyskusji – mówi Krzysztof Szubert. – Pierwszym spostrzeżeniem jest to, że ten dokument jest trochę zbyt czarno-biały. W sztucznej inteligencji, której jeszcze dobrze nie znamy, nie wiemy, jak daleko zajdzie i jak dużą swobodę damy tej technologii w przyszłości, musimy też zachować taki szary obszar do późniejszego dopracowania i doprecyzowania.

KE proponuje m.in. ulepszenie badań, zacieśnienie współpracy między państwami członkowskimi oraz zwiększenie inwestycji w rozwój i wdrażanie AI. Miałyby być one sfinansowane z programów Horyzont Europa i Cyfrowa Europa. W ramach pierwszego z nich KE chce przeznaczyć 15 mld euro na klaster Technologie cyfrowe, przemysł i przestrzeń kosmiczna, przy czym AI miałaby być kluczowym obszarem objętym wsparciem finansowym. W ramach drugiego z tych programów prawie 2,5 mld euro ma zostać zainwestowane we wdrażanie platform danych i zastosowań AI.

Unijna strategia ma też zainicjować dyskusję nad możliwością korzystania z systemów rozpoznawania twarzy, czyli zdalnej identyfikacji biometrycznej. Komisja Europejska stoi na stanowisku, że jest to praktyka zakazana przepisami o ochronie danych osobowych. Można z niej korzystać tylko w wyjątkowych przypadkach, kiedy wymaga tego interes publiczny, i z poszanowaniem prawa UE.  Biała księga jest zaproszeniem do debaty na temat przypadków, w których biometryczna identyfikacja byłaby dopuszczalna.

– Jest to o tyle ważne, że na poziomie Komisji Europejskiej pojawiają się głosy hamujące rozwój i innowacyjność w tym obszarze. Mieliśmy ostatnio dyskusję o tym, czy przypadkiem nie należałoby zahamować rozwoju AI w obszarze rozpoznawania twarzy, z czym mamy teraz do czynienia w Chinach. Systemy tam działające oceniają ludzi na ulicy na podstawie ich zdjęć, algorytmów rozpoznawania twarzy, udzielając pozwolenia na wejście do restauracji albo zakazując wstępu do konkretnych miejsc. Pytanie, jak daleko Europa powinna w tym pójść – mówi prezes funduszu NCBR Investment Fund.

Jak wskazuje KE, rozpoznawanie twarzy może przybierać różne formy. Można je wykorzystać do uwierzytelnienia użytkownika, czyli np. odblokowania smartfona, lub weryfikacji tożsamości danej osoby z dokumentem podróży na przejściach granicznych i lotniskach. Może być również wykorzystywane do zdalnej identyfikacji biometrycznej, gdzie obraz danej osoby jest sprawdzany w bazie danych (porównanie jeden do wielu). Jest to najbardziej inwazyjna forma rozpoznawania twarzy i co do zasady zakazana w UE.

Rząd zapowiada uproszczenie w programie Czyste Powietrze. Powodem jest zbyt małe wykorzystanie dostępnych funduszy

Program Czyste Powietrze ma przyczynić się do ograniczenia emisji do atmosfery szkodliwych substancji, które są efektem spalania niskiej jakości paliwa i wykorzystania przestarzałych instalacji w gospodarstwach domowych. Na dofinansowanie wymiany pieców i termomodernizacji budynków rząd przeznaczył 103 mld zł, które chce rozdysponować przez 10 lat. – Dotąd wartość zakontraktowanego wsparcia to zaledwie 1,6 mld zł. Musimy przyspieszyć ten proces i sprawić, aby program był powszechnie dostępny – zapowiada Ireneusz Zyska z Ministerstwa Klimatu.

Aby udało się osiągnąć cele programu Czyste Powietrze i wykorzystać środki finansowe przeznaczone na jego realizację, co roku beneficjenci powinni wykorzystać w sumie 10 mld zł – mówi agencji Newseria Biznes Ireneusz Zyska, sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu oraz pełnomocnik rządu ds. odnawialnych źródeł energii. – Niezbędne są zmiany, które uproszczą i upowszechnią ten program. Ponadto beneficjenci zostaną podzieleni według kategorii dochodowych. Chodzi o to, by stworzyć bardziej dogodne warunki wspierania tych osób, które są dotknięte ubóstwem energetycznym i sami nie są w stanie poradzić sobie z zapewnieniem dobrych warunków termicznych w domach lub mieszkaniach.

O pomoc finansową rządu mogą się ubiegać właściciele i współwłaściciele domów jednorodzinnych lub wydzielonych lokali mieszkalnych. Oprócz zakupu nowoczesnych pieców spełniających normy emisji dofinansowanie obejmuje także termomodernizację budynków oraz instalację odnawialnych źródeł energii – kolektorów słonecznych i paneli fotowoltaicznych oraz montaż wentylacji mechanicznej z odzyskiem ciepła. Inwestycje dofinansowane z programu Czyste Powietrze mają zapewnić lepsze zarządzanie energią cieplną w domu o każdej porze roku. Dzięki odpowiedniemu ociepleniu budynku i wymianie źródła ciepła rachunki za ogrzewanie mogą być niższe o 40 proc.

Wysokość dofinansowania zależy od miesięcznego dochodu na osobę w gospodarstwie domowym, a zakres prac objęty wsparciem finansowym jest uzależniony od wieku budynku. Maksymalny koszt, który podlega dofinansowaniu, to 53 tys. zł, a minimalny koszt kwalifikowany przedsięwzięcia to 7 tys. zł. Dotacja może wynosić od 30 do 90 proc. kosztów kwalifikowanych. Program przewiduje też pożyczki na preferencyjnych warunkach.

Chcemy zaprosić do współpracy instytucje finansujące, które będą weryfikować możliwości spłaty tych zobowiązań. Pojawiła się także propozycja, aby zamiast sprawdzania wiarygodności finansowej beneficjentów weryfikacja odbywała się poprzez składane oświadczenia, w których wnioskodawcy zagwarantują poziom uzyskiwanych dochodów. Te oświadczenia będą weryfikowane w późniejszym etapie, żeby procedury nie blokowały składania wniosków, ich pozytywnej weryfikacji i uzyskiwania wsparcia finansowego – tłumaczy Ireneusz Zyska.

Jak podkreśla, zmiany w programie Czyste Powietrze zostaną oficjalnie ogłoszone przez ministra klimatu Michała Kurtykę oraz Piotra Woźnego, prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej, najpewniej w marcu, jeszcze przed Światowym Dniem Wody, który obchodzony jest 22 marca.

Chcemy w tej kadencji Sejmu doprowadzić do zdecydowanej poprawy jakości powietrza w miastach, wszędzie tam, gdzie dzisiaj odczuwamy smog. Myślę, że ten program będzie temu dobrze służył – mówi sekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu.

Rząd liczy, że program Czyste Powietrze będzie mieć także wymiar gospodarczy i przyczyni się do rozwoju branży budowlanej, instalacyjnej oraz technologicznej, oferującej innowacyjne rozwiązania z zakresu odnawialnych źródeł energii.

Tak duży zastrzyk finansowy, który ma przyczynić się do eliminacji smogu i poprawy efektywności energetycznej budynków, spowoduje rozwój produktów i usług oraz poprawi kondycję całej branży z tym związanej – zakłada Ireneusz Zyska. – Ten program z pewnością wyzwoli cały szereg impulsów gospodarczych, stworzy nowe branże i firmy, które będą dostosowywać swoją ofertę do potrzeb rynku.

Innowacyjne firmy z szansą na dofinansowanie i współpracę z rynkowymi gigantami. Zostało kilka dni na zgłoszenie

Unikatowy pomysł, dostęp do finansowania, know-how i ekspozycja na klientów – to główne czynniki, które przesądzają o sukcesie start-upu bądź młodej firmy wprowadzających na rynek innowacje. Te, które mają pomysł na nowe produkty i usługi w branży energetycznej, cleantech, mobility czy smart cities, mogą liczyć na wsparcie w ramach konkursu PowerUp! Challenge organizowanego przez EIT InnoEnergy. Jego cel to wyłonienie najlepszych projektów i umożliwienie im współpracy z największymi graczami na rynku. Start-upy i firmy mogą zgłaszać się do konkursu do 5 marca. Na zwycięzców czeka 50 tys. euro i możliwość międzynarodowego rozwoju. 

– Innowacja jest definiowana na tysiące różnych sposobów, ale jest to przede wszystkim nowy, odkrywczy i unikalny sposób na to, jak odpowiedzieć na potrzebę rynkową. To z kolei prosta droga, żeby szybko się skomercjalizować, zaistnieć na rynku i mieć klientów – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Sebastian Siuchta, dyrektor ds. innowacji w InnoEnergy Central Europe.

Dla sektora energetycznego innowacja to szansa na sprostanie głównym wyzwaniom, takim jak m.in. konieczność ograniczania emisji CO2, magazynowanie energii z odnawialnych źródeł, efektywność energetyczna, wymogi polityki klimatycznej czy rosnące zapotrzebowanie i ceny energii. Start-upy i młode firmy mają do tych problemów bardziej elastyczne i nowatorskie podejście niż duże koncerny energetyczne. Dlatego też współpraca jest dla obu stron korzystna: pierwsza zyskuje wsparcie i finansowanie, druga – innowacyjne rozwiązania, które odpowiadają na jej potrzeby i budują konkurencyjność.

 Start-upy potrzebują stabilnego finansowania, żeby osiągnąć sukces. Potrzebują także wiedzy dotyczącej tego, jak zwiększyć skalę działania  – mówi Sebastian Siuchta. – Sama innowacyjność nie jest jeszcze receptą na sukces. Musi być wsparta kompetencjami z obszaru zarządzania, finansów i sprzedaży. Każdy potrafi wymienić kilka świetnych technologicznych pomysłów, o których słyszał, ale które nie odniosły rynkowego sukcesu. Naszą rolą jest wsparcie takich innowacyjnych przedsięwzięć poprzez dostarczenie im tego, czego do sukcesu brakuje.

EIT InnoEnergy – w ramach międzynarodowego konkursu PowerUp! Challenge – poszukuje najlepszych start-upów i innowacyjnych firm z regionu Europy Środkowo-Wschodniej. Swoich sił mogą próbować przedsiębiorstwa na każdym etapie rozwoju. Te najlepsze zyskają  dostęp do finansowania, know-how i sieci renomowanych partnerów biznesowych.

 Do konkursu PowerUp! Challenge zapraszamy zarówno start-upy, scale-upy, jak i małe oraz średnie przedsiębiorstwa. Szukamy firm, które posiadają produkty, pomysły i rozwiązania z obszaru energetyki, cleantechu, mobilności czy smart cities, ale nie ograniczamy się jedynie do nich. Każdy, kto przyjdzie do nas z czymś unikatowym, ma szansę zostać wyróżnionym – podkreśla Sebastian Siuchta.

Laureaci poprzednich edycji konkursu dobrze radzą sobie na rynku, czego przykładem są m.in. spółka Bin-e, która produkuje inteligentne kosze na śmieci i podpisała umowę z dużym dystrybutorem na sprzedaż swoich urządzeń, czy start-up Indoorway, który stworzył narzędzie przydatne dla właścicieli i zarządców nieruchomości, umożliwiające szczegółową analizę ruchu wewnątrz budynków.

 Przykład naszej inwestycji z ubiegłego roku to firma Wheelme, agregator, który zbiera i udostępnia użytkownikom na jednej mapie wszystkie rozwiązania z zakresu last mile czy shared mobility w ramach danej aglomeracji. To pomaga rozstać się z samochodem, być bardziej ekologicznym i ograniczyć emisję CO2 mówi Sebastian Siuchta.

Start-upy i firmy, które mają swój pomysł na innowacyjny pomysł lub usługę, mogą zgłosić się do konkursu PowerUp! jeszcze do 5 marca. Po weryfikacji zgłoszeń wybrane zespoły wezmą udział w krajowych bootcampach, czyli warsztatach biznesowych z mentorami i coachami.

 Finaliści z poszczególnych krajów przejdą następnie do wielkiego finału, gdzie będą oceniani przez międzynarodowych ekspertów i będą mieli okazję zaprezentować się przed przedstawicielami funduszy venture capital – mówi Sebastian Siuchta.

Finał konkursu PowerUp! odbędzie się podczas impact’20 – największej, prestiżowej konferencji ekonomicznej w Europie Środkowo-Wschodniej. Zwycięskie projekty otrzymają nagrody pieniężne (pierwsze miejsce to 50 tys. euro). Z kolei wszyscy finaliści będą mogli zaprezentować swoje pomysły przedstawicielom największych firm przemysłowych i funduszy venture capital. Mogą też liczyć na indywidualne nagrody, ufundowane przez partnerów konkursu, wśród których jest m.in. firma Amazon Web Services. Dla wybranych uczestników globalna marka przekazała dostęp do usług AWS Activate w wysokości 100 tys. dol.

– Wartości dla uczestników to przede wszystkim dostęp do naszej sieci kontaktów i wiedzy zgromadzonej w naszej organizacji. Umożliwiamy wejście na rynki międzynarodowe i zwiększenie skali działania – zarówno geograficzne, jak i ekonomiczne. – podkreśla dyrektor ds. innowacji w EIT InnoEnergy Central Europe.

PowerUp! to jeden z największych konkursów dla innowacyjnych firm z Europy Środkowo-Wschodniej. W tym roku wystartowała jego szósta edycja. Bilans poprzednich to ponad 200 przedsięwzięć objętych wsparciem InnoEnergy, z których 121 już skomercjalizowało swoje rozwiązania, a 42 złożyło wnioski patentowe.

Zgłoszenia można wysyłać do 5 marca: powerup.innoenergy.com.

Technologia druku 3D usprawni produkcję spersonalizowanych przedmiotów. Znajdzie zastosowanie na rynku motoryzacyjnym i medycznym

Z drukiem 3D eksperymentuje coraz więcej firm. Technologia wdrażana jest do fabryk samochodów, branży budowlanej czy medycznej. Drukarki wykorzystywane są zarówno do wytwarzania spersonalizowanych produktów medycznych, jak i wielkopowierzchniowych budynków. Branża technologiczna prowadzi badania, które pozwolą unowocześnić tę technologię i uczynić ją jeszcze wszechstronniejszą.

– W Polsce druk 3D jest w fazie testowej, trudno mówić o wielkości rynku. Możemy mówić o firmach czy start-upach, które otwierają działy dotyczące druku 3D. Ten rynek dotyczy głównie części rozwoju badań w różnych obszarach, które są wspomagane przez druk 3D przez drukowanie tzw. prototypów. Obserwujemy u naszych partnerów ściślejszą współpracę z firmami z różnych części przemysłu nad lepszym i bardziej masowym wykorzystaniem druku 3D w przemyśle – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Marcin Olszewski, dyrektor zarządzający HP Polska.

Jednym ze sztandarowych projektów HP w dziedzinie druku 3D jest powołanie do życia Centrum Doskonałości Druku 3D i Produkcji Addytywnej w Barcelonie. Kompleks ten wykorzystywany jest jako centrum badań nad nowymi technologiami, które pozwolą wdrożyć rozwiązania z zakresu druku 3D na skalę przemysłową. Rolą instytucji będzie opracowywanie nowych rozwiązań z zakresu materiałoznawstwa, projektowania czy aplikacji wykorzystywanych w procesie druku 3D.

W Polsce nowe rozwiązania z tej branży promowane są m.in. przez Pomorski Park Naukowo-Technologiczny Gdynia oraz Gdański Park Naukowo-Technologiczny, które w tym roku organizują czwartą edycję Pomorskich Dni Druku 3D. W ramach wydarzenia prezentowane będą innowacyjne rozwiązania m.in. z zakresu Przemysłu 4.0, wykorzystujące druk 3D do usprawniania procesów technologicznych i przystosowania ich do funkcjonowania w wysoce zautomatyzowanym środowisku.

– Dziś nie mamy technologii, która pozwala drukować w tak różnych materiałach jak metal i plastik, dlatego skupiamy się na połączeniu różnego rodzaju drukarek 3D w jedną linię produkcyjną. To powinno ułatwić i wspomóc np. przemysł samochodowy, gdzie jest zainteresowanie produkcją małych komponentów na drukarkach 3D. Drugim wyzwaniem jest rozwój aplikacji. Tu jest ogromne pole do rozwoju, nawet bardzo małych firm, które zaczną się specjalizować w przygotowywaniu aplikacji sterujących drukarkami 3D – wskazuje Marcin Olszewski.

W innowacyjny sposób do druku 3D podeszli projektanci Forda, którzy we współpracy z firmą EOS opracowali technologię tworzenia spersonalizowanych nakrętek zabezpieczających koła modeli Mustang. Przy produkcji samochodu rejestruje się głos kierowcy, który następnie jest transkrybowany na trójwymiarowy wzorzec. Ten z kolei jest wykorzystywany do wydrukowania klucza ze stali nierdzewnej oraz drążenia nakrętek blokujących o spersonalizowanym kształcie. Taki zestaw zapobiegnie kradzieży kół, gdyż odkręcenie ich będzie możliwe wyłącznie przy użyciu klucza przypisanego do danego pojazdu.

Potencjał druku 3D doceniła także branża medyczna, która coraz częściej sięga po tę technologię w celu produkcji spersonalizowanych narzędzi i protez. Łódzki Bionanopark wyspecjalizował się w produkcji drukowanych implantów szczękowych dopasowanych do indywidualnych potrzeb pacjentów, z kolei naukowcy z Uniwersytetu w Tel Awiwie wykorzystali drukarkę 3D do stworzenia serca z w pełni funkcjonalnymi komórkami i naczyniami krwionośnymi.

Badacze z Rutgers University poszli o krok dalej i stworzyli materiał, który pozwala elementom wydrukowanym w 3D zmieniać się w czasie. Nowa technologia została wykorzystana do stworzenia podskórnych nanoigieł nowej generacji. Zastosowanie inteligentnego materiału do produkcji igieł pozwoli przeprowadzać iniekcje bezboleśnie i precyzyjniej dostarczać leki do tkanek.

– Produkowanie protez, elementów związanych ze stomatologią, które są wspierane poprzez druk 3D oraz zespolenie tego ze skanerami 3D daje bardzo szerokie możliwości do zindywidualizowanego przygotowania protezy, koronki czy implantu dla pacjenta. Sektor medyczny będzie wymagał rozwiązań bardzo zindywidualizowanych pod konkretnego pacjenta, dlatego tutaj widzimy bardzo duży obszar do rozwoju – przewiduje ekspert.

Wspomniane technologie wykorzystywane są głównie w przemyśle, gdyż obecna generacja drukarek 3D działa zbyt wolno i jest zbyt skomplikowana technologicznie, aby urządzenia te mogły być stosowane na szeroką skalę na rynku konsumenckim.

– Barierą przejścia druku 3D z zastosowań przemysłowych do domowych jest koszt nie tylko samej drukarki, ale także proszku, z którego drukujemy. Nie ma jeszcze technologii, która pozwala zdecydowanie obniżyć koszty wydruku. Widzimy drukarki 3D na rynku konsumenckim, ale jakość ich wydruku pozostawia bardzo wiele do życzenia. HP Ink skupia się na jakości druku, w związku z czym nie jest przeznaczona dla tej najtańszej półki, ponieważ nie widzimy tutaj możliwości osiągnięcia przy technologii, która jest na świecie, satysfakcjonującej dla nas jakości druku – tłumaczy Marcin Olszewski.

Według analityków z firmy Mordor Intelligence wartość globalnego rynku druku 3D w 2019 roku wyniosła 13,7 mld dol. Przewiduje się, że do 2025 roku wzrośnie do niemal 63,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 29,5 proc.

Transport kolejowy czekają historyczne zmiany. Powstają innowacyjne dworce, a po torach będą jeździć autonomiczne pociągi

W Polsce do użytku oddawane są już pierwsze innowacyjne dworce kolejowe, które wykorzystują do zasilania odnawialne źródła energii. Coraz bardziej ekologiczne będą także pociągi, które już wkrótce mogą przestawić się na zasilanie z wodoru. Po torach niebawem zaczną jeździć także autonomiczne pociągi. To rozwiązania oczekiwane zwłaszcza w transporcie ładunkowym. Już dziś w Chinach prowadzone są pilotażowe programy, w ramach których pociągi poruszają się bez maszynisty.

– Kierunki, na których skupiają się wysiłki branży kolejowej w zakresie innowacji, przede wszystkim koncentrują się dzisiaj wokół ekoinnowacyjności, redukcji emisji CO2 – mówi w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Paweł Skoczowski, ekspert klastra Luxtorpeda 2.0. – Rozwiązania proekologiczne na kolei bazują na odnawialnych źródłach energii. Przede wszystkim będą to nowe funkcje dworców, które pozwalają wytwarzać zieloną energię, m.in. dzięki fotowoltaice, i będą umożliwiały jej magazynowanie.

Pod koniec stycznia w Czeremsze (woj. podlaskie) został otwarty innowacyjny dworzec PKP. Jest on wyposażony w instalacje OZE, na które składają się kolektory słoneczne i pompa ciepła. W budynku odzyskiwana jest też woda deszczowa, a oświetlenie tworzą świetlówki LED. To jeden ze 189 Innowacyjnych Dworców Systemowych, które do 2023 roku planuje stworzyć w Polsce PKP. W ramach programu, który pochłonie 1,65 mld zł, mają zostać wybudowane nowe lub zostać zmodernizowane zabytkowe dworce kolejowe. Mają być wyposażane nie tylko w instalacje OZE, lecz także w systemy informacji głosowej.

– Dzisiaj bardzo mocno akcentujemy zarówno redukcję emisji CO2, jak i innego rodzaju zanieczyszczeń. Takim zanieczyszczeniem jest np. hałas. Regulacje europejskie nakładają zobowiązania, aby w perspektywie kilkuletniej przewoźnicy towarowi zredukowali intensywność emisji hałasu, który pochodzi z przewozów towarowych. Tworzy to duże wyzwanie i przede wszystkim potrzeby inwestycyjne w cichsze środki transportu, w cichsze wagony, platformy intermodalne. I to wszystko sprawi, że kolej będzie bardziej innowacyjna, przyjazna środowisku, a jakość usług wzrośnie – twierdzi ekspert.

Rewolucja czeka również tabor kolejowy. Pojawiają się autonomiczne rozwiązania, które mogą zrewolucjonizować zwłaszcza transport ładunkowy.

– Innowacje w kolei podążają jednak wielotorowo, należą do nich przede wszystkim gruntowna modernizacja sieci, wykorzystywanie nowoczesnych środków transportu, nowoczesnych wielosystemowych lokomotyw. To także perspektywa wykorzystania autonomicznych środków transportu, gdzie przemieszczanie przede wszystkim ładunków będzie odbywało się z wykorzystaniem autonomicznych lokomotyw bez operatora, bez udziałów maszynisty – wskazuje Paweł Skoczowski.

Pod koniec roku pierwszy autonomiczny, nieporuszający się po torach pociąg zaczął kursować w chińskiej prowincji Syczuan. Zamiast tradycyjnych torów wymuszających na pojeździe kierunek kursu automatyczna lokomotywa wykorzystuje zaawansowaną sieć czujników LIDAR i GPS. Budowa niespełna 18-kilometrowego odcinka wirtualnej linii kolejowej prowadzącej przez Yibin kosztowała 120 mln funtów. Nowoczesnym pociągiem może się poruszać dziennie od 10 do nawet 25 tys. pasażerów. Jednorazowo może on zabrać 300 pasażerów.

Inwestycje w innowacyjną kolej nie mogą obejmować jednak wyłącznie taboru i infrastruktury. To również potrzeba zmiany sposobu zarządzania siecią transportową i obsługi pasażerów.

– Służą temu innowacje wprowadzane przez przewoźników. To na przykład jeden bilet, czyli rozwiązanie, które pozwala za pomocą jednej transakcji nabyć bilet na różne środki transportu i kontynuować podróż zaczętą np. w kolei międzymiastowej, a później przesiąść się na połączenie regionalne bez konieczności nabywania nowych biletów. Innowacje to także inne doświadczenia podróżnych, które mogą opierać się na rozwiązaniach marketingowych – mówi Paweł Skoczowski.

Z danych Ministerstwa Transportu wynika, że w 2019 roku pociągami w Polsce podróżowało około 330 mln pasażerów. Oznacza to wzrost o 18 proc. w porównaniu z rokiem 2015. Według analityków MarketsandMarkets światowy rynek inteligentnych kolei osiągnie do 2024 roku wartość 39 mld dol., podczas gdy w 2019 roku było to 20,5 mld dol.

Kultura organizacyjna w Twojej firmie

To, czy dana firma osiągnie na lokalnym rynku spektakularny sukces czy też druzgocącą porażkę, uzależnione jest od przynajmniej kilku czynników. Podczas optymalizacji działań firmy przeważnie na celownik brane są takie aspekty jak modele zarządzania, proces rekrutacji czy dystrybucja zasobów finansowych. Zadziwiająco często zapomina się o tym, że kultura organizacyjna również ma niebagatelne znaczenie.

  1. Czym właściwie jest kultura organizacyjna w firmie?
  2. Jakie są zasady tworzenia kultury organizacyjnej?
  3. Kultura organizacyjna – co można dzięki niej zyskać?

Chcesz wiedzieć więcej na ten temat? Koniecznie przeczytaj poniższy tekst. Może zainspiruje Cię on do wprowadzenia wartościowych zmian w Twojej firmie, dzięki którym będzie ona mogła jeszcze bardziej rozwinąć biznesowe skrzydła?

Czym właściwie jest kultura organizacyjna w firmie?

Chcąc zoptymalizować działanie firmy, trzeba wziąć pod lupę także kulturę organizacyjną. Zanim jednak w tym obszarze zaczną być wprowadzane zmiany, to wypada się zapoznać z definicją tego terminu. Kultura organizacyjna jest swoistym zbiorem norm społecznych czy też systemów wartości, jakie obowiązują w ramach danej jednostki organizacyjnej, jaką jest firma. Dowiedz się więcej, czym jest kultura organizacyjna na blogu Harbingers, a konkretnie na https://harbingers.io/ Znajdziesz tam garść ciekawych porad oraz jeszcze więcej inspirujących artykułów, które mogą znacząco wpłynąć na rozwój Twojego biznesu.

Jakie są zasady tworzenia kultury organizacyjnej?

Tworząc kulturę organizacyjną w firmie, trzeba jasno określić, jakie wartości będą miały naczelne znaczenie przy prowadzeniu działań biznesowych. Nie bez znaczenia pozostaje także obranie odpowiedniego modelu zarządzania pracownikami. Dzisiejsza rzeczywistość biznesowa wymaga tego, aby pracownicy byli elastyczni i posiadali wiedzę z różnych dziedzin, którą potrafią kreatywnie wykorzystać przy realizacji określonych zadań. Managerom z kolei w dzisiejszych czasach o wiele bliżej do coachów, niż do przysłowiowego sierżanta stojącego z pałką nad wystraszonym pracownikiem.

Kultura organizacyjna – co można dzięki niej zyskać?

Warto pamiętać o tym, że kształtowanie kultury organizacyjnej to proces, który może trwać stosunkowo długo, jednak prawdziwe perełki potrzebują odpowiedniej ilości czasu, by dojrzeć. Chcąc, by teoretyczne założenia sprawdzały się w praktyce, trzeba pracownikom dać jasne instrukcje postępowania w trudnych sytuacjach, które będą zgodne z wartościami przyjętymi przez firmę. Sam przekonaj się o tym, ile może zyskać Twoja firma dzięki wartościowej kulturze organizacyjnej!

Domino’s Pizza z nową rekomendacją kupna. Google wyda miliardy na biura i centra danych

Sesja w Stanach Zjednoczonych w dniu 26 lutego może zakończyć słabą passę indeksów giełdowych, która trwała od czterech sesji. Na otwarciu rynku w środę indeks Dow Jones zyskał 354 pkt, co przełożyło się na wzrost o 1,3 proc. Indeks S&P 500 wzrósł na otwarciu o 1,3 proc., a Nasdaq Composite o 1,7 proc. Byki próbują wykorzystać przecenione akcje do zakupów po niższych cenach, licząc na to, że apogeum strachu związane z koronawirusem i jego możliwym wpływem na gospodarkę już minęło.

Spoglądając na wzrost wartości akcji z poszczególnych sektorów, najwięcej zyskują spółki technologiczne, ponad 1 proc. W dalszej kolejności plasuje się sektor opieki zdrowotnej, przemysłowy oraz finansowy, który rośnie o ponad 0,7 proc. Z informacji płynących z poszczególnych spółek, właściciel Google poinformował o tym, że w tym roku zainwestuje ponad 10 mld dolarów w biura i centra danych w całych Stanach Zjednoczonych. Nowe inwestycje będą koncentrować się na 11 stanach, w tym Massachusetts, Nowym Jorku i Ohio. Sundar Pichai, CEO Alphabet, na swoim blogu napisał, że dzięki tym inwestycjom powstaną tysiące miejsc pracy – w tym wzrośnie zatrudnienie w Google, w ramach prac budowlanych, w centrach danych i obiektach energii odnawialnej oraz pojawią się nowe możliwości dla przedsiębiorstw w okolicznych miastach i lokalnych społecznościach. W czwartym kwartale 2019 r. całkowite koszty i wydatki technologicznego giganta wzrosły aż o 19 proc. do ponad 36,8 mld USD.

Po wczorajszych lepszych od oczekiwań wynikach sieci marketów budowlanych Home Depot pojawiła się nowa rekomendacja odnośnie ceny docelowej dla akcji spółki. Zdaniem analityków Bernsteina cena docelowa została podniesiona ze 192 do 225 USD. Również UBS podniósł swój cel z 250 USD do 268 USD, co oznacza cenę wyższą od wczorajszej ceny zamknięcia o 13 proc. Średnia cena docelowa dla HD na Wall Street to 249,33 USD. Firma ma łącznie 20 rekomendacji kupna, 12 trzymaj i 2 sprzedaj – wynika z danych zebranych przez agencję Bloomberg.

20 lutego spółka Domino’s Pizza podała lepsze od oczekiwań wyniki finansowe, o których pisaliśmy w ówczesnym komentarzu. Dziś DPZ dostała kolejną rekomendację i wyższą cenę docelową od Argus Research Corp. Analitycy firmy podnieśli rekomendację, do kupuj, z trzymaj, a cenę docelową ustalili na poziomie 420 USD. Jest ona wyższa o 14 proc. od ostatniego zamknięcia. Po wynikach cena akcji sieci pizzeri ustanowiła najwyższy poziom w historii i mimo ostatniego zamieszania na rynkach akcji, nadal się przy tym poziomie utrzymuje. Na Wall Street DPZ ma 11 rekomendacji kupna, 13 trzymaj i 2 sprzedaj.

Departament Zarządzania Aktywami

Copernicus Capital TFI S.A.

Presja na waluty naszego regionu utrzymuje się

Złoty pozostaje pod presją negatywnych informacji związanych z koronawirusem.

Początek tygodnia przyniósł dalsze osłabienie polskiego złotego, który w parze z euro w poniedziałek powrócił do okolic 4,30. Wczoraj w trakcie dnia kurs EUR/PLN doświadczył umocnienia, schodząc do okolic 4,29, jednak niedługo po rozpoczęciu sesji amerykańskiej presja na krajową walutę powróciła i jest wyraźnie widoczna również dziś.

Kurs EUR/PLN (17/02/20 – 26/02/20)

kurs euro
Źródło: Bloomberg Data: 26/02/20

Słabość w ostatnich dniach nie odnosi się wyłącznie polskiej waluty. Presji poddane zostały ogólnie aktywa ryzykowne – w tym również inne waluty naszego regionu. Wśród nich szczególną słabością wyróżnia się korona czeska, co można uzasadnić tym, iż to właśnie ta waluta w ostatnich tygodniach radziła sobie najlepiej. Możliwe, że teraz mamy do czynienia z odreagowaniem po nadmiernej aprecjacji.

Za wzrost presji na aktywa ryzykowne w ostatnich dniach odpowiadają informacje dotyczące koronawirusa, który dotarł do Europy, z dnia na dzień rozprzestrzeniając się na coraz więcej krajów. Póki co przypadki te (wyłączając Włochy) nie są liczne, często jednostkowe, a informacje z ogniska epidemii – Chin – w ostatnich dniach wyraźnie się poprawiły. Niemniej, w związku z eskalacją zakażeń w innych krajach inwestorzy i tak próbują zabezpieczyć swój kapitał, decydując się na przeniesienie go w bezpieczniejsze miejsca.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN we wtorek zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,29-4,31. Kurs EUR/USD w tym czasie kierował się na północ, kontynuując lekki wzrost. Można odebrać to jako odreagowanie po ostatniej serii spadków, w konsekwencji których kurs spadł z okolic 1,11 na początku miesiąca do 1,08.

Ostatnie dni nie przyniosły wielu istotnych informacji ze strefy euro. Poniedziałkowe odczyty indeksów Ifo dla Niemiec w lutym zaskoczyły nieco in plus, pokazując utrzymujący się wzrost kluczowego indeksu opisującego nastroje w biznesie. Wtorkowa rewizja szacunków PKB w Niemczech w ostatnim kwartale ubiegłego roku nie przyniosła zmian w relacji do wstępnego odczytu – wzrost w ujęciu kwartalnym był zerowy.

Dziś i jutro nie poznamy żadnych istotnych odczytów z gospodarek strefy euro. Niemniej, dziś warto zwrócić uwagę na popołudniowe przemówienie przewodniczącej Europejskiego Banku Centralnego, Christine Lagarde.

GBP

Kurs GBP/PLN we wtorek wzrósł o 0,3%, wahając się w widełkach 5,12-5,16. Początek tygodnia nie przyniósł żadnych danych z Wielkiej Brytanii, które byłyby warte uwagi. Inwestorzy obecnie koncentrują się raczej na kwestii Brexitu. Więcej informacji na tym froncie, które mogą wpłynąć na zachowanie brytyjskiej waluty powinien przynieść przyszły tydzień – wtedy bowiem mają zacząć się formalne negocjacje dot. przyszłości relacji między Zjednoczonym Królestwem, a Unią po zakończeniu okresu przejściowego.

USD

Kurs USD/PLN we wtorek spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 3,95-3,97. Kalendarz ekonomiczny dla Stanów Zjednoczonych w pierwszej części tygodnia nie obfituje w istotne publikacje. Można jedynie wspomnieć o danych Conference Board o nastrojach amerykańskich konsumentów. Wczorajszy odczyt nieco rozczarował: indeks znalazł się na poziomie 130,7 pkt wobec poziomu 130,4 pkt w poprzednim miesiącu (zrewidowanego w dół z 131,6 pkt). Mimo lekkiego zaskoczenia w relacji do oczekiwań konsensusu, dane cały czas wskazują na to, że nastroje amerykańskich konsumentów są dobre, co sugeruje utrzymanie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego w początkach roku.

Indeks nastrojów konsumentów Conference Board (2009 – 2020)

Indeks nastrojów konsumentów
Źródło: Bloomberg Data: 26/02/20

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska