Jakóbik: W przyszłym roku czekają nas wysokie podwyżki cen energii

90 procent odbiorców końcowych nie płaci ceny za energię wyższej niż w 2018 r. W Sejmie zakończyła się burzliwa dyskusja na temat nowelizacji ustawy o cenach energii.

Nowelizacji było kilka: – Nawet najtrudniejsze regulacje na rynku energii są do przeżycia, jeżeli są przewidywalne, są przyjmowane w sposób przejrzysty i klarowny, tego przy cenach energii niestety zabrakło – mówi w rozmowie z MarketNews24 Wojciech Jakóbik, red.nacz. BiznesAlert.pl.

Do końca roku nie będzie podwyżek dla odbiorców indywidualnych i samorządów.

– Jednak w przyszłym roku podwyżki będą wysokie, nawet kilkudziesięcioprocentowe, tego nie da się uniknąć bo ceny energii rosną w całej Europie – wyjaśnia W.Jakóbik.

USA odgrywają coraz większą rolę w obronności i gospodarce Polski

Prezydent Polski Andrzej Duda odwiedził ostatnio Donalda Trumpa w Białym Domu, prezydenckim pałacu Stanów Zjednoczonych. Przy okazji wizyty podkreślił, że polski rząd poważnie podchodzi do relacji gospodarczych i strategicznych z USA oraz że jest dumny z tego, jak ta współpraca dzisiaj wygląda. Warto przy tej okazji wspomnieć, jaki wpływ na polskie bezpieczeństwo mają  Stany Zjednoczone. Jednym z sojuszy, które gwarantują nam wsparcie militarne i strategiczne, jest bowiem Sojusz Północnoatlantycki (NATO), w którym USA odgrywa dominującą rolę. Obecnie zauważyć można, że działania militarne Stanów Zjednoczonych mają dla Polski szczególnie dużą wartość. Przejawia się to we wzmożonej, fizycznej obecności amerykańskich żołnierzy w regionie wschodnio-europejskim oraz w umożliwieniu Polsce zakupu amerykańskiego uzbrojenia, niedostępnego dla wszystkich członków NATO. Jednak we współpracy z Ameryką warto pamiętać, że równie ważny jest dla nas drugi sojusz – będący podstawą naszego bezpieczeństwa i rozwoju gospodarczego.

– Ważne jest, by Stany Zjednoczone ze zrozumieniem podeszły do drugiego filaru naszego bezpieczeństwa, którym jest współpraca gospodarcza w ramach Unii Europejskiej. Te dwa elementy w różnych przestrzeniach niestety ze sobą rywalizują – powiedział serwisowi eNewsroom Marcin Roszkowski, prezes Instytutu Jagiellońskiego. – Widać to bardzo dobrze w przestrzeni energetycznej, gdzie Stany Zjednoczone próbują zablokować inwestycję w Nordstream II – która zmierza do zwiększenia ilości rosyjskiego gazu w Europie. Widać jednak, że Polski rząd zdecydował się na pewne rozwiązania, zbliżające nas do amerykańskiej strony tego konfliktu. Stawiamy nie tylko na większą współpracę militarną ze Stanami, ale też  na dywersyfikację źródeł dostaw surowców energetycznych, w tym gazu naturalnego – właśnie w kierunku amerykańskim – podsumowuje Roszkowski.

Nie pytaj, czy w Twojej firmie nadejdzie kryzys, ale kiedy

Kryzys w firmie nastąpi. Tak to już jest, że ludzie lubią zarówno kryzysy wywoływać czy potęgować, jak i o nich słuchać. Zamiast więc zastanawiać się, jak nie dopuścić do powstania sytuacji kryzysowej w przedsiębiorstwie, lepiej opracować i wdrożyć mechanizmy, które pozwolą zdusić ją w zarodku oraz zminimalizować jej negatywne skutki.

„Do kryzysu przede wszystkim należy się przygotować, bo kryzys nadejdzie. Żyjemy w takich czasach, które są bardzo kryzysogenne i »kryzysochłonne«, biorąc pod uwagę oczywiście zainteresowanie mediów – to wszystko, co złego dzieje się w otoczeniu, nadaje się do publikacji. W związku z tym, jeżeli w pewnym momencie nie podejmiemy działań, które ten kryzys »uśpią« już w zalążku, to wtedy może być duża eskalacja” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Katarzyna Wilczewska, kierownik ds. komunikacji korporacyjnej w PEPCO.

Z kryzysami często bywa tak, że pojawiają się ni stąd, ni zowąd. Z drugiej strony są też sytuacje, o których od razu da się powiedzieć, że łatwo mogą stać się tykającą bombą. Firma musi przewidywać, co może jej zaszkodzić, a co raczej nie, i być wyczulona na punkcie potencjalnych zagrożeń. Trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie i odpowiednio wcześnie reagować.

Bardzo dobrze jest, jeśli w organizacji są przyjęte określone procedury na wypadek sytuacji kryzysowej – obowiązuje specjalna instrukcja postępowania, do której stosują się pracownicy. Rzecz jasna nie sposób trzymać się jej sztywno, ponieważ każdy kryzys jest inny. Ważne jednak, aby mieć pewne ogólne wytyczne, bazę (stale uaktualnianą), do której można się odwołać. Wówczas, choć opanowywanie kryzysu za każdym razem będzie przebiegało nieco inaczej, schemat postępowania pozostanie ten sam. Dzięki temu łatwiej będzie zachować zimną głowę i nie działać pod wpływem emocji, które zwykle kryzysom towarzyszą.

Oczywiście sama instrukcja to za mało, aby poradzić sobie z kryzysem. Potrzebna jest jeszcze wiedza – wynikająca głównie z doświadczenia, swojego i innych – pozwalająca stwierdzić, które działanie będzie w danym momencie najlepsze, a które tylko pogorszy sytuację. Nie wolno stosować metody prób i błędów. Należy być pewnym swoich decyzji i brać za nie odpowiedzialność. „Nie można się bać. Nie można starać się interpretować pewnych rzeczy. Tutaj szalenie istotna jest akuratność, precyzja. Trzeba wiedzieć, co mamy zrobić i jak możemy zrobić” – uważa Olaf Krynicki, dyrektor komunikacji w Samsung Polska.

PKN ORLEN wypłaci dywidendę w wysokości 3,5 zł na akcję

Zwyczajne Walne Zgromadzenie PKN ORLEN zatwierdziło wypłatę dywidendy w wysokości 3,5 zł na akcję, zarekomendowaną przez Zarząd PKN ORLEN pod kierownictwem Prezesa Daniela Obajtka. Termin jej wypłaty ustalono na 5 sierpnia 2019 roku.

PKN ORLEN od sześciu lat realizuje politykę dywidendową przy zachowaniu strategicznego celu bezpiecznych fundamentów finansowych GK ORLEN i prognoz dotyczących sytuacji makroekonomicznej. Zarekomendowany przez Zarząd rekordowy poziom dywidendy odzwierciedla stabilną sytuację finansową i efekty wdrożonych planów rozwojowych. Pozytywna decyzja ZWZ oznacza, że do Akcjonariuszy spółki trafi 1,5 mld zł.

Ponadto decyzją Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia absolutorium otrzymali wszyscy Członkowie Zarządu i Rady Nadzorczej PKN ORLEN pełniący swoje funkcje w 2018 roku. Akcjonariusze zaakceptowali również sprawozdanie Zarządu z działalności Spółki i Grupy Kapitałowej oraz sprawozdanie finansowe jednostkowe i skonsolidowane.

Zwyczajne Walne Zgromadzenie PKN ORLEN – na wniosek akcjonariusza Skarbu Państwa – ustaliło skład Rady Nadzorczej w maksymalnej liczbie wynikającej ze Statutu Spółki, która po zarejestrowaniu uchwalonych dzisiaj zmian do Statutu będzie mogła wynieść od 6-10 osób razem z Przewodniczącym Rady Nadzorczej.

Rada Nadzorcza obecnie pracuje w składzie:
• Izabela Felczak-Poturnicka – Przewodnicząca Rady Nadzorczej Spółki
• Barbara Jarzembowska – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Andrzej Kapała – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Michał Klimaszewski – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Jadwiga Lesisz – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Małgorzata Niezgoda – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Anna Sakowicz-Kacz – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Andrzej Szumański – Członek Rady Nadzorczej Spółki
• Anna Wójcik – Członek Rady Nadzorczej Spółki.

Co nas czeka w tym tygodniu? Przegląd wydarzeń tygodnia

Rynki finansowe zatrzymały się w poszukiwaniu kierunku. Z jednej strony oczekiwania luzowania polityki głównych banków centralnych łagodzą obawy o globalnym spowolnieniu. Z drugiej – niepewność wokół skutków wojen handlowych i rosnące napięcia geopolityczne nie pozwalają na wzrost apetytu na ryzyko. W przyszłym tygodniu przełomu może dostarczyć decyzja Fed, jeśli przybliży nas do obniżki stóp procentowych. Interesująca będzie też opinia bankierów centralnych Japonii, Norwegii i Wielkiej Brytanii.

FOMC, ZEW, PMI z Eurolandu, BoE, Norges Bank, BoJ, PKB z NZ, CPI/sprzedaż z Kanady

USA

Wydarzeniem tygodnia będzie posiedzenie FOMC (wt-śr). Uważamy, że Fed powstrzyma się od obniżki stóp procentowych już teraz, ale zasygnalizuje gotować do działania, nie osłabiając przy tym wysokich rynkowych oczekiwań na ruch w lipcu. Dodatkowe 6 tygodni pozwoli poznać więcej danych z gospodarki oraz poczekać na rozwój wypadków w sporze handlowych USA-Chiny, w tym na spotkanie Trump-Xi na szczycie G20. Biorąc pod uwagę, że rynek ma wyśrubowane gołębie oczekiwania ryzyka wokół decyzji przeważają po jastrzębiej stronie, m.in. w formie bardziej optymistycznych prognoz wzrostu lub projekcji ścieżki stopy procentowej sugerujące wyraźnie mniej niż trzy cięcia w 2019 r. (jak aktualnie dyskontuje rynek).

Strefa euro

W strefie euro wstępne szacunki PMI (pt) będą uproszczonym obrazem stanu gospodarki, ale uważnie będzie przyglądał się tym danym. Przy rozbudzeniu sporu handlowego USA-Chiny i przywróceniu wątpliwości do globalnych perspektywy wzrostu indeksy PMI prawdopodobnie czeka negatywna rewizja. Podobne obciążenie dotyczy też niemieckiego indeksu ZEW (wt). Dane będą testem dla długich pozycji w EUR.

Wielka Brytania

Po Banku Anglii (czw) nie spodziewamy się zmian w polityce. Uważamy, że bank nie dokona podwyżki, dopóki nie zobaczy pozytywnych rozstrzygnięć w temacie brexitu. W tym kontekście pierwszy możliwy termin podwyżki to listopad i to pod warunkiem, że dojdzie do porozumienia z UE przed aktualnym deadlinem na porozumienie wyznaczone na 31 października. Wcześniej w tygodniu reakcje na CPI (śr) i sprzedaż detaliczną (czw) będą stłumione wyczekiwaniem na BoE, ale i bez tego dane pozostają w cieniu polityki. W przyszłym tygodniu powinno się wyjaśnić, których dwóch kandydatów na przywództwo w Partii Konserwatywnej będzie przez kolejny miesiąc walczyć o głosy w terenie. Wysokie notowania Borisa Johnsona, który chce iść na twarde negocjacje z UE, nie są czymś, co pomoże funtowi.

Norwegia

W Norwegii Norges Bank dokona zapowiedzianej podwyżki stopy procentowej (czw) i prawdopodobnie zasygnalizuje kolejny ruch przed końcem roku. Badania koniunktury wskazują na przyspieszenie ożywienia i wzmacnianie rynku pracy, które pomoże utrwalić presję inflacyjną. Projekcja ścieżki stóp procentowych powinna wskazywać na prawdopodobieństwo dwóch kolejnych podwyżek w 2020 r. Sporo tego jest już zdyskontowane w NOK i do czas decyzji kurs powinien być stabilny z ryzykiem sprzedaży faktów w czwartek.

Polska

W Polsce dane o inflacji bazowej (pon), z rynku pracy (wt) i o produkcji przemysłowej powinny mieć drugorzędne znaczenie dla złotego. Największym ryzykiem dla waluty jest wolny dzień w czwartek, kiedy rynek będzie trawił środową decyzję FOMC. Niższa płynność w przypadku zaskakującej decyzji, może dostarczyć dodatkowej zmienności na parach złotowych. Mimo wszystko sądzimy, że pole do umocnienia złotego jest ograniczone, a czynniki globalne mogą łatwo wzniecić awersję do ryzyka. Preferujemy ostrożne podejście.

Japonia

Oczekujemy, że Bank Japonii (śr-czw) pozostawi parametry polityki pieniężnej bez zmian. Chociaż eskalacja ryzyka w globalnym handlu podnosi negatywne ryzyka dla gospodarki Japonii, zagrożenia są na razie zbyt niewielkie, by bardziej nadwyrężać ultra-ekspansywne nastawienie banku. Mio to podtrzymanie dotychczasowego (gołębiego) przekazu może przez rynek być odebrane jako relatywnie jastrzębia na tle działań innych banków centralnych i być pretekstem do przejściowego umocnienia JPY.

Australia i Nowa Zelandia

Przed nami spokojny tydzień w Australii jedynie z protokołem z posiedzenia RBA (wt), który rzuci więcej światła na uzasadnienie obniżki stopy kasowej. Po negatywnym wydźwięku raportu z rynku pracy rynek wzmocnił oczekiwania na kolejne cięcie w lipcu, co wywiera presję na AUD. Wydaje nam się jednak, że RBA nie zamierza być tak agresywny i poczeka przynajmniej do sierpnia na skutki dotychczasowego luzowania polityki. Widzimy podwyższone ryzyko, że sprzedaż AUD zaszła za daleko. W Nowej Zelandii PKB za I kw. (czw) ma wskazać wzrost na poziomie 0,6 proc. k/k, tyle samo co w IV kw. ’18 r. i o 0,2 pp. powyżej prognoz RBNZ. Stąd odczyt musiałby być naprawdę zaskakująco niski, aby wpłynąć na wzrost oczekiwań dotyczących kolejnego cięcia stopy OCR. Sądzimy, że NZD jest niedowartościowany, gdyż rynek zbyt sceptycznie podchodzi do perspektyw polityki RBNZ, dyskontując więcej niż jedną obniżkę do końca roku.

Kanada

W Kanadzie tydzień przynosi ważne dane o produkcji przemysłowej (wt), inflacji CPI (śr) i sprzedaży detalicznej (pt). Będą to stadnie kluczowe odczyty przed lipcowym posiedzenie BoC (10 VII), więc silne dane mogą podkręcić oczekiwania na większy optymizm w przekazie BoC. Rynek w dalszym ciągu wycenia CAD z nastawieniem, że BoC pójdzie w gołębią stronę śladem innych banków centralnych, ale w naszej ocenie BoC ma większe pole manewru. Rozdźwięk z sytuacją USD powinien dalej napędzać spadki USD/CAD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Jak w 2018 roku radziła sobie europejska „mieszkaniówka”?

Krajowe media w ramach swoich doniesień dotyczących rynku mieszkaniowego, rzadko informują o sytuacji z innych państw Starego Kontynentu. Uwaga dziennikarzy oraz analityków skupia się głównie na danych z Polski, co raczej nie powinno dziwić. Czas na podsumowanie ubiegłorocznych wyników polskiej „mieszkaniówki” już minął. Właśnie dlatego eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili sprawdzić, jak miniony rok pod względem sytuacji branży mieszkaniowej przebiegał w pozostałych państwach Europy. Ta ciekawa analiza pokazuje, że nie tylko w Polsce był widoczny boom na rynku mieszkaniowym.

Wigor odzyskali inwestorzy z Portugalii oraz Grecji …

Eksperci RynekPierwotny.pl najpierw postanowili przyjrzeć się rocznym zmianom liczby pozwoleń na budowę mieszkań (lokali i domów), które wszyscy inwestorzy w 2018 r. uzyskiwali na terenie różnych krajów Starego Kontynentu oraz Turcji. Obecność Turcji w poniższym zestawieniu wynika z dwóch względów. Po pierwsze, ten kraj częściowo leży w Europie. Po drugie, załamanie tureckiej „mieszkaniówki” (spowodowane kryzysem gospodarczym i niestabilnością polityczną) z całą pewnością zasługuje na uwagę. Dane Eurostatu wskazują, że w 2018 r. liczba pozwoleń na budowę tureckich domów i lokali skurczyła się o prawie 53% (względem 2017 r.). Trudno o lepszy przykład mieszkaniowego krachu.

Sytuacja dotycząca liczby pozwoleń na budowę zupełnie inaczej wyglądała w przypadku krajów, które jeszcze niedawno borykały się z poważnym kryzysem na rynku mieszkaniowym. Mowa o Bułgarii (roczny wzrost liczby pozwoleń o 42,3%), Grecji (+42,0%), Irlandii (+40,7%) oraz Portugalii (+42,5%). Dobra mieszkaniowa passa trwała również na hiszpańskim rynku (wynik: +24,2%), który przez kolejny rok z rzędu odrabiał czasy kryzysu.

Ciekawy wydaje się także przykład Niemiec, czyli kraju borykającego się ze społecznymi skutkami długookresowego wzrostu cen mieszkań. W minionym roku niemieccy inwestorzy uzyskali tylko o 2,0% więcej pozwoleń na budowę niż poprzednio (2017 r.). Oczekiwania i potrzeby w tym względem były o wiele większe. Opisywana sytuacja będzie wywierać wpływ na ceny niemieckich mieszkań oraz inne kwestie (również polityczne).Jak europejska „mieszkaniówka” wyglądała w 2018 roku

Nowe lokale szybko drożały np. w Holandii i Czechach

Europejski Urząd Statystyczny (Eurostat) oprócz danych o liczbie pozwoleń na budowę publikuje również ciekawe informacje na temat ubiegłorocznych zmian cen mieszkań. Poniższy wykres przedstawia właśnie takie zmiany z podziałem na rynek pierwotny oraz rynek wtórny. Wg portalu RynekPierwotny.pl już na pierwszy rzut oka można stwierdzić, jakie trendy cenowe w 2018 r. przeważały na europejskich rynkach mieszkaniowych. Okazuje się bowiem, że spadki lub niewielkie wzrosty stanowiły rzadkość. Cenowa stagnacja po raz kolejny była widoczna na terenie Włoch, czyli kraju zmagającego się z zadłużeniem, kryzysem demograficznym, wysokim bezrobociem wśród młodych mieszkańców i niską konkurencyjnością gospodarki.

Pod względem cenowym, zupełnie inna sytuacja w 2018 r. miała miejsce na terenie Czech, Holandii, Irlandii, Portugalii oraz Węgier. Trzy ostatnie kraje wcześniej doświadczyły poważnego kryzysu na rynku mieszkaniowym, co wpłynęło również na skalę późniejszego „odbicia” cenowego. W przypadku Węgier, dodatkowe znaczenie ma polityka państwa przewidująca hojne dopłaty dla nabywców nieruchomości mieszkaniowych. Natomiast jeżeli chodzi o naszych południowych sąsiadów, to wydaje się, że kluczową rolę odgrywają trzy czynniki. Mowa o dobrej koniunkturze gospodarczej, rekordowo niskim bezrobociu oraz napływie kapitału inwestycyjnego.

Zagraniczni inwestorzy szczególnie chętnie kupują nieruchomości mieszkaniowe na terenie Pragi. Sytuacja z Pragi pod względem statystycznym i realnym mocno wpływa na cały rynek mieszkaniowy Czech. W tym kontekście warto pamiętać, że czeska „mieszkaniówka” jest skupiona na terenie stolicy o wiele bardziej niż polska. roczne zmiany cen mieszkańAutor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Zamienniki innowacyjnych leków dają wielomilionowe oszczędności w systemie służby zdrowia. Stanowią w Polsce 2/3 wszystkich sprzedawanych farmaceutyków

Zamienniki innowacyjnych leków dają wielomilionowe oszczędności w systemie służby zdrowia. Stanowią w Polsce 2/3 wszystkich sprzedawanych farmaceutyków 1

Zarówno w Polsce, jak i na całym europejskim rynku leki generyczne stanowią ponad 60 proc. wszystkich sprzedawanych farmaceutyków. Dzięki temu, że są nawet o połowę tańsze, zamienniki leków innowacyjnych są dostępne dla szerszego grona pacjentów i zapewniają wielomilionowe oszczędności w systemie służby zdrowia. Branża leków generycznych i biopodobnych – podobnie jak cały polski przemysł farmaceutyczny – wymaga jednak przejrzystych i stabilnych warunków oraz wsparcia legislacyjnego, które umożliwią jej zrównoważony rozwój i konkurowanie na rynku globalnym.

– Branża leków generycznych w Europie zmaga się w tej chwili z silnymi naciskami ze strony rządów na ograniczenie kosztów, co jest zrozumiałe. Z drugiej strony mamy rosnące koszty produkcji. Musimy więc wypracować równowagę między presją cenową po stronie rządów krajowych a potrzebami producentów w zakresie rosnących inwestycji ukierunkowanych na zwiększenie zdolności produkcyjnych. W przeciwnym razie narazimy się na ryzyko niedoborów i problemów z zaopatrzeniem. Potrzebujemy trwałych modeli, żeby osiągnąć cel, jakim jest zapewnienie pacjentom lepszego dostępu do leków – mówi Adrian van den Hoven, dyrektor generalny Medicines for Europe.

Leki generyczne to zamienniki oryginałów, opracowywane po wygaśnięciu ochrony patentowej i wprowadzane na rynek pod inną nazwą handlową. Zawierają taką samą ilość substancji czynnej i mają niemal identyczną skuteczność. Zamienniki leków innowacyjnych są nawet o 50–80 proc. tańsze – przez co dostępne dla szerszej grupy pacjentów. W Polsce, gdzie stanowią 2/3 wszystkich sprzedawanych leków, są podstawą bezpieczeństwa lekowego pacjentów.

Podobnie jest w całej Europie – szacuje się, że generyki stanowią 67 proc. wszystkich leków wydawanych na europejskim rynku i podwoiły dostęp do leczenia dla pacjentów z cukrzycą i chorobami serca. Leki generyczne, będące podstawą funkcjonowania sektora off patent, przynoszą też wielomilionowe oszczędności w budżecie refundacyjnym NFZ. Innym rodzajem leków zamiennych są leki biopodobne.

– Leki biopodobne są to leki biologiczne, których potrzebuje naprawdę wielu pacjentów. W Europie funkcjonują pewne ograniczenia w dostępie do drogich leków biologicznych, natomiast leki biopodobne można zaoferować pacjentom po cenach dużo niższych. Dzięki temu znacząco zwiększa się liczba chorych, którzy mogą z nich skorzystać. Są wśród nich pacjenci zmagający się m.in. z nowotworami, reumatoidalnym zapaleniem stawów, łuszczycą czy chorobą Leśniowskiego-Crohna – wskazuje Adrian van den Hoven.

Jak podkreśla, branża leków generycznych i biopodobnych konkuruje cenowo z lekami referencyjnymi po wygaśnięciu ich ochrony patentowej – co pozwala obniżyć koszty funkcjonowania systemów ochrony zdrowia i zapewnić leczenie większej liczbie pacjentów. Konieczna jest jednak odpowiednia polityka i regulacje ukierunkowane na zwiększanie dostępności terapii i wsparcie branży off patent.

– Konieczne jest wdrażanie przez rządy takiej polityki, która umożliwi konkurencję na rynku. To wiąże się z dużymi korzyściami dla samych pacjentów – w Europie w ciągu ostatniej dekady leki generyczne zwiększyły dostęp pacjentów do leczenia o 100 proc. W tym czasie leki biopodobne poprawiły go o połowę – mówi Adrian van den Hoven – Wierzymy, że przy odpowiednim wsparciu politycznym będziemy w stanie znacząco zwiększyć liczbę pacjentów mających dostęp do odpowiednich leków – również w Polsce, gdzie dostęp do drogich leków jest obwarowany wieloma ograniczeniami – dodaje.

W Polsce cały sektor farmaceutyczny ma strategiczne znaczenie dla krajowej gospodarki. Jak wynika z danych Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego, zapewnia bezpośrednio i pośrednio ponad 100 tys. miejsc pracy i przyczynia się do wytworzenia PKB o wartości ponad 15 mld zł (ok. 1,3 proc.). Branża generuje też 2,4 mld zł bezpośrednich wpływów do budżetu państwa i ma istotny – sięgający blisko 2 proc. – udział w polskim eksporcie. Charakteryzuje się też wysoką innowacyjnością.

– Sektor farmaceutyczny w Polsce dynamicznie się rozwija. Działają tu firmy takie jak Polpharma czy Adamed, które realizują inwestycje w badania i rozwój; są także dużymi eksporterami produktów wytwarzanych w Polsce. Z drugiej strony mamy nowoczesne technologie, jak np. leki biopodobne i bardziej zaawansowane produkty. Jest to także rynek, na którym krajowe, innowacyjne firmy inwestują i tworzą nowe miejsca pracy w zakresie zaawansowanych technologii – podkreśla Markus Sieger, prezes zarządu Polpharma SA.

Produkcja leków w Polsce wzmacnia gospodarkę i pozwala się uniezależniać od dostaw z zagranicy. Jak wynika z szacunków DeLAB Uniwersytetu Warszawskiego („Makroekonomiczne aspekty znaczenia sektora farmaceutycznego dla polskiej gospodarki”) – z każdej złotówki wydanej na zakup leku krajowych producentów 78 groszy trafia do Skarbu Państwa, wspierając krajowe PKB. Co drugi sprzedawany w Polsce farmaceutyk jest w tej chwili produktem krajowych firm. Te uniezależniają polski rynek od leków importowanych i są gwarantem bezpieczeństwa lekowego kraju, a jak wynika z badań PZPPF dla Polaków ma ono istotne znaczenie – braku leków w aptekach obawia się coraz więcej pacjentów, a 74 proc. doświadczyło już takiej sytuacji.

– Polpharma jest obecnie dużym graczem w regionie – 45 proc. naszych produktów sprzedajemy poza Polską. Jesteśmy największą firmą farmaceutyczną w Kazachstanie i szóstą pod względem wielkości firmą na rynku rosyjskim. Uważam, że polskie firmy mają ogromny potencjał, którego źródłem są ludzie – pracownicy i know-how oraz nadal atrakcyjne koszty produkcji. Dzięki temu mogą zwiększać swój zasięg i z pewnością mają możliwość stać się graczem o znaczeniu regionalnym – twierdzi Markus Sieger.

Niezbędne jest jednak wsparcie, które zagwarantuje branży farmaceutycznej zrównoważony rozwój i możliwość konkurowania w globalnej skali.

– Przejrzyste i stabilne warunki są kluczowe dla funkcjonowania i rozwoju przemysłu farmaceutycznego w Polsce. Takie warunki powinny być zapewnione przez odpowiednie przepisy. Największym wyzwaniem jest dla nas w tej chwili wykorzystanie środków refundacyjnych tak, żeby stymulować do rozwoju polski przemysł farmaceutyczny – dodaje Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

Jak podkreśla, branża nie wymaga większych nakładów finansowych, ale racjonalnego wykorzystania tych, które już są wydawane w systemie refundacyjnym w kwocie ok. 8 mld zł rocznie. Pozytywnie ocenia też mechanizm Refundacyjnego Trybu Rozwojowego – zakłada on specjalne preferencje w refundacji dla firm, które wytwarzają leki w Polsce bądź zamierzają uruchomić tu produkcję.

Polityka lekowa oparta na zdrowej konkurencji i spójnych przepisach, wsparcie dla branży leków generycznych i biopodobnych oraz zapewnienie dostępności leków dla starzejącego się społeczeństwa to główne tematy poruszane w trakcie tegorocznej Konferencji Medicines for Europe oraz International Generic and Biosimilar Medicines Association (Europejskie i międzynarodowe stowarzyszenia producentów leków generycznych i biologicznych równoważnych).

– Organizowana w Warszawie konferencja Medicines for Europe sprowadza do Polski przedstawicieli branży leków generycznych i biopodobnych z całego świata, którzy dyskutują na temat wyzwań i szans w zakresie poprawy dostępu pacjentów do leków – podsumowuje Adrian van den Hoven, dyrektor generalny Medicines for Europe.

Małe i średnie firmy inwestują w benefity dla pracowników. Dzięki temu łatwiej im konkurować o talenty z dużymi korporacjami

Małe i średnie firmy inwestują w benefity dla pracowników. Dzięki temu łatwiej im konkurować o talenty z dużymi korporacjami 2

Coraz większa rywalizacja o talenty na rynku pracy powoduje presję nie tylko na podnoszenie wynagrodzeń, lecz także na oferowanie pozapłacowych benefitów. Te stały się już koniecznością na rynku. Dodatkowe świadczenia mogą być czynnikiem umożliwiającym skuteczne pozyskiwanie najlepszych pracowników małym i średnim firmom, które muszą o nie konkurować z dużymi korporacjami. MŚP nie mają jednak swoich działów HR czy osób do obsługi programów świadczeń pozapłacowych, dlatego w ich przypadku ważna jest elastyczność, prostota i wygoda w korzystaniu z dodatkowych usług.

W Polsce działa ponad 2 mln przedsiębiorstw, z których ok. 99 proc. to firmy mikro-, małe i średnie. Te są bardzo istotnym segmentem gospodarki, ponieważ ok. 70 proc. wszystkich zatrudnionych w przedsiębiorstwach pracuje w sektorze MŚP, który generuje też połowę polskiego PKB. Z punktu widzenia dostawcy usług medycznych jest to dla nas bardzo ważny segment i stale rosnący – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Krzysztof Świetlik, dyrektor ds. sprzedaży w Medicover Polska.

Najniższe od 28 lat bezrobocie w połączeniu z wysokim wzrostem gospodarczym powoduje coraz większą konkurencję między pracodawcami i presję zarówno na podnoszenie płac, jak i oferowanie pozapłacowych benefitów. Z raportu „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników” Sedlak & Sedlak wynika, że w ubiegłym roku dodatkowe świadczenia funkcjonowały w 71 proc. ankietowanych firm, a korzystało z nich 90 proc. pracowników.

Firmy dość powszechnie zapewniają karnety na siłownie i do klubów fitness (46,5 proc.) czy ubezpieczenia na życie (38,3 proc.). Trzecim najpopularniejszym benefitem jest prywatna opieka medyczna. W ubiegłym roku taki podstawowy pakiet medyczny zapewniało pracownikom 36,5 proc. firm ankietowanych przez Sedlak & Sedlak. Co istotne, to świadczenie jest też najbardziej pożądane przez samych pracowników – prawie połowa (48,4 proc.) uznała je za najatrakcyjniejsze. Na drugim miejscu znalazł się samochód służbowy wskazany przez 20,3 proc.

– Benefity to dziś rzeczywiście must have na rynku. Warto traktować je jako czynnik, który ułatwia codzienne życie naszym pracownikom, dzięki czemu mogą się bardziej skupić na swoich zadaniach. Zamiast załatwiać mnóstwo rzeczy i poświęcać czas na ich zorganizowanie, mają to już przez firmę zapewnione – dodaje Anna Ałaszkiewicz, partner zarządzający agencji Whites.

Jak podkreśla, na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się zarówno rynek pracy, jak i podejście firm do pracowników. Przedsiębiorstwa coraz rzadziej postrzegają benefity jako dodatkowy koszt, ale bardziej jako inwestycję w zdrowie i dobrą kondycję swoich pracowników.

Nie można myśleć o pakiecie sportowym tylko jako o dodatkowym koszcie, dlatego że osoby, które uprawiają sport, są bardziej efektywne, wydajne i zdrowsze. To z kolei przekłada się na mniejszą liczbę zwolnień lekarskich – mówi Aleksandra Tokarewicz, prezes OK System Polska SA.

Również z badań Medicover wynika, że pozapłacowe świadczenia dla pracowników mogą być zwyczajnie opłacalne dla firmy. Raportu „Praca. Zdrowie. Ekonomia” wskazuje, że koszt choroby pracownika ponoszony przez firmę jest zależny od takich czynników, jak częstotliwość i rodzaj dolegliwości, ryzyko powikłań, dostęp do diagnostyki i możliwość szybkiego skorzystania z konsultacji lekarskiej. Badanie pokazało, że w firmach, w których pracownicy byli objęci opieką medyczną Medicover, oszczędności wyniosły średnio 623 zł rocznie w przeliczeniu na pojedynczego pracownika.

Młodsze pokolenia – milenialsi czy generacja Z – są bardziej wymagające w stosunku do pracodawców, oczekują czegoś więcej niż samo wynagrodzenie. Pakiet benefitów w ich przypadku może nawet przesądzić o wyborze tego, a nie innego pracodawcy.

Widać też różnicę pomiędzy osobami, które mają już rodziny, dla których dużo większe znaczenie mają benefity związane np. z opieką medyczną, a osobami bardzo młodymi, dla których z kolei ważniejsza jest organizacja wolnego czasu, możliwość aktywności sportowej czy hobbystycznej – mówi Anna Ałaszkiewicz.

Atrakcyjne benefity pomagają małym i średnim firmom konkurować o pracowników z największymi korporacjami. Mniejsze podmioty często nie mają działów HR czy osób do obsługi programów świadczeń pozapłacowych, dlatego zwracają uwagę na ich elastyczność, prostota i wygodę w korzystaniu z dodatkowych usług.

– Badania pokazują, że biurokracja i trudności z zatrudnieniem pracowników są dziś największymi barierami wzrostu firm MŚP. Dlatego aby odpowiedzieć na potrzeby pracodawców, oferta musi być maksymalnie elastyczna, procesy obsługowe skrócone, a dokumentacja ograniczona do niezbędnego minimum. Przygotowaliśmy dla sektora MŚP siedem pakietów opieki medycznej, oferujemy też możliwość zawierania umów zdalnie. Dodatkowo udostępniamy bezpłatne narzędzia online zwane e-Member, w którym pracodawca może zarówno dopisać nowego pracownika, jak i pobrać na zakończenie miesiąca elektroniczną fakturę – mówi dyrektor ds. sprzedaży w Medicover Polska.

Nie mamy fizycznych kart, więc pracodawca nie musi ich zamawiać i dystrybuować wśród pracowników – mówi prezes OK System Polska SA. – Z myślą o małych firmach przygotowaliśmy też platformę Medicover Box, która daje pracownikom dostęp do pozapłacowych świadczeń, takich jak rabaty czy bilety do kin i teatrów. Ważne jest to, że pracodawca samodzielnie może ją wdrożyć i zasilić środkami przeznaczonymi na bonusy, a pracownik sam zdecyduje, na jaki cel chce wydać swoje środki.

Z raportu Sedlak & Sedlak „Świadczenia dodatkowe w oczach pracowników w 2018 roku” wynika, że coraz więcej pracowników jest skłonnych dopłacać do benefitów w zamian za poszerzenie ich oferty. W ubiegłym roku ten odsetek wyniósł 76,6 proc., a 2/3 pracowników zadeklarowało, że mogą przeznaczać na ten cel 100 zł miesięcznie. Taka opcja to dodatkowa korzyść, bo pracownicy są usatysfakcjonowani i mają możliwość wyboru, a pracodawca może obniżyć skalę wydatków na świadczenia pozapłacowe.

Mamy elastyczny system płacenia za opiekę medyczną – zarówno w całości płatnej przez pracodawcę, jak i w podziale między pracownika a pracodawcę. Oferujemy też mechanizm współpłacenia za niektóre usługi w trakcie korzystania z nich, co pozwala obniżyć miesięczną składkę nawet do 30 proc. – mówi Krzysztof Świetlik.

Branża fitness jedną z najdynamiczniej rozwijających się w Polsce. Rośnie zapotrzebowanie na trenerów personalnych

Branża fitness jedną z najdynamiczniej rozwijających się w Polsce. Rośnie zapotrzebowanie na trenerów personalnych 3

Na koniec ubiegłego roku na polskim rynku działało już ponad 2,5 tys. klubów fitness, z których usług korzystało prawie 3 mln osób. To zaledwie 8 proc. Polaków, co oznacza że potencjał do rozwoju branży wciąż jest bardzo duży. Moda na bycie fit powoduje, że branża fitness w Polsce błyskawicznie się rozwija, a to pociąga ze sobą rosnące zapotrzebowanie na trenerów personalnych. Jak podkreśla Magda Foeller, trener personalny, wykładowca toruńskiej Wyższej Szkoły Bankowej – w tym zawodzie wymagana jest nie tylko wiedza i technika, lecz także umiejętność pracy z ludźmi i chęć ciągłego dokształcania się, żeby nadążyć za zmianami na rynku.

– Trener personalny to zawód, który polega na ukierunkowywaniu ludzi mający problemy ze zdrowiem, nieprawidłową masą ciała, otyłością czy niezadowoleniem ze swojej sylwetki. Dąży do rozwiązania problemu, czyli do poprawy stanu zdrowia, kondycji, komfortu życia, poprawy samopoczucia przez polepszenie sylwetki i wymodelowanie jej. Trener personalny to osoba profesjonalna, która pomaga człowiekowi zmienić jego styl życia na zdrowszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Magda Foeller, trener personalny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Jak podkreśla, zawód trenera personalnego jest odpowiedzią na jedne z głównych problemów cywilizacyjnych współczesnego świata, jak permanentny brak czasu, stres i zabieganie, a z drugiej strony – otyłość i nadwaga, które stały się epidemią XXI wieku. Według danych WHO problem otyłości dotyczy ok. 400 mln, a nadwagi – ponad 1,6 mld osób na całym świecie. Natomiast w Polsce – jak wynika ze statystyk Narodowego Funduszu Zdrowia – z otyłością boryka się 25 proc. dorosłych mężczyzn i 23 proc. kobiet. W przypadku nadwagi statystyki są dużo wyższe – nadmierną masę ciała ma 68 proc. Polaków i 53 proc. Polek.

– Zainteresowanie tym zawodem stale wzrasta, ponieważ żyjemy w dobie kultury obrazkowej, więc chcemy wyglądać coraz lepiej, a w tym właśnie pomaga trener personalny. Z drugiej strony jesteśmy cały czas uświadamiani przez media o tym, że musimy prowadzić zdrowy styl życia, aby pozostać w pełni sił witalnych. Mamy więc świadomość konieczności ruchu, ale z racji tego pędu życiowego często nie możemy się po prostu za to zabrać – mówi Magda Foeller.

Trener personalny pełni rolę zewnętrznego doradcy, który pomoże ułożyć kompleksowy plan żywieniowo-treningowy i w nim wytrwać. Z kolei w trakcie treningów – mając wiedzę, doświadczenie i odpowiednie narzędzia – będzie służyć radą i wsparciem motywacyjnym.

– Nie wystarczy uświadomić sobie, że nie chce się ćwiczyć i wykonać treningu, ale trzeba jeszcze do tego przekonać tę drugą osobę, czyli trenera, którego najczęściej lubimy. Dlatego trener jest dobrym motywatorem – mówi Magda Foeller.

Jak podkreśla, trenerem personalnym może zostać każdy, kto lubi pracę z ludźmi i ma odpowiednią wiedzę i kompetencje, aby ten zawód wykonywać. Wymagana jest pasja do sportu i aktywności fizycznej, a z drugiej strony chęć dzielenia się tą pasją z innymi i zarażania sportowym bakcylem. Trener personalny powinien też mieć rozwinięte kompetencje interpersonalne, umieć nawiązywać relacje z ludźmi – bo w swojej pracy niejednokrotnie musi postawić się w roli laika i spojrzeć na plan treningowy nie okiem profesjonalisty, ale początkującego. Bardzo ważna jest również wiedza i odpowiednie doświadczenie, bo ćwiczenia muszą być wykonywane w odpowiedniej technice, z odpowiednią dozą bezpieczeństwa, które musi zapewnić właśnie trener.

– Tej techniki, metodyki ćwiczeń trener musi się najpierw sam nauczyć. Jednak, aby być dobrym trenerem, nie wystarczy tylko powziąć wiedzy z zakresu tego jak przeprowadzić trening, jak wyglądają ćwiczenia i jak tych ćwiczeń człowieka nauczyć. Trenerzy personalni dokształcają się m.in. w ramach studiów podyplomowych, żeby mieć również wiedzę z zakresu prowadzenia dietetycznego i suplementacyjnego klienta, z zakresu kompetencji motywacyjnych, menadżerskich czy marketingowych, żeby dobrze ugruntować swoją pozycję na rynku fitness – mówi Magda Foeller, trener personalny, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu.

Jak ocenia, perspektywy pracy dla trenerów personalnych są naprawdę ogromne. Polski rynek fitness cały czas się rozwija, powstają nowe kluby i sieci klubów fitness, które chłoną nowych pracowników, a z drugiej strony są również bardziej kameralne miejsca, jak studia treningu personalnego, studia treningu EMS, które również potrzebują trenerów.

– Można również rozwijać własną markę trenerską, prowadzić własną działalność i samemu tworzyć takie miejsce, jak studio treningowe czy nawet obsługiwać klientów w domu – mówi Magda Foeller – Branża fitness cały czas idzie do przodu. Każdego roku organizowane są ogromne targi fitness, np. FIWE, które pokazują nowe możliwości do wykorzystania w treningu personalnym. Dla przykładu, od kilku lat rozwija się trening z elektrostymulacją mięśni EMS, polegający na wykorzystaniu nowoczesnej technologii w treningu, co dodatkowo przekłada się jeszcze na oszczędność czasu dla klienta. Cały czas powstają też nowe urządzenia, które pomagają trenerowi, usprawniają, maksymalizują efekty jego pracy. Trzeba jednak pamiętać, że zawsze ten czynnik ludzki, czyli wiedza i osobowość trenera, pełni w całym programie treningowo-żywieniowym najważniejszą rolę.

Jak wynika z opublikowanego w tym roku raportu „The European Health & Fitness Market 2019” firmy Deloitte i EuropeActive, w Polsce i całej Europie trwa moda na bycie fit, co przekłada się na doskonałą kondycję branży fitness. Na koniec ubiegłego roku na polskim rynku działało ponad 2,5 tys. klubów fitness, z których usług korzystało prawie 3 mln Polaków.

Blisko 90 proc. Polaków uważa się za dobrych ojców. Współczesny tata przejmuje w rodzinie coraz więcej ról

Blisko 90 proc. Polaków uważa się za dobrych ojców. Współczesny tata przejmuje w rodzinie coraz więcej ról 4

Blisko dziewięciu na dziesięciu Polaków, którzy mają dzieci, uważa się za dobrych ojców. 80 proc. chciałoby spędzać ze swoimi dziećmi więcej czasu i w większym stopniu angażować się w opiekę nad nimi – wynika z najnowszych badań Nationale-Nederlanden. Co ciekawe, matki bardziej sceptycznie oceniają wkład ojców na przykład w rutynowe badania i szczepienia dzieci, choć 62 proc. mężczyzn zapewnia, że zajmuje się tym zawsze lub często. Domeną panów jest za to edukacja finansowa i uczenie dzieci, jak rozsądnie gospodarować finansami.

– Współcześni ojcowie bardzo dobrze radzą sobie w roli rodzica. Chociaż sami oceniają się dosyć krytycznie, bo 71 proc. ojców stwierdza, że są raczej dobrymi ojcami, to aż 49 proc. kobiet uważa, że są w tej roli bardzo dobrzy. Ta pozytywna opinia wynika głównie z tego, że angażują się oni w wiele aktywności domowych. Angażują się w opiekę nad dzieckiem, w jego wychowanie, prowadzą z dziećmi rozmowy na temat spraw finansowych, co właśnie pozytywnie odbija się na opinii matek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Diana Rychter, menadżer ds. badań i analiz rynkowych w Nationale-Nederlanden.

Jak wynika z najnowszego raportu „Powrót taty. Polskie ojcostwo: pełen etat czy praca dorywcza?”, opracowanego na zlecenie Nationale-Nederlanden – współczesny ojciec uczestniczy i chce być obecny we wszystkich obszarach życia swoich dzieci. 2/3 ojców zapewnia, że poświęca swoim dzieciom średnio 3 do 8 godzin dziennie, a z drugiej strony ponad 80 proc. chciałoby spędzać ze swoimi dziećmi więcej czasu i bardziej się angażować w ich wychowanie. Co trzeci po założeniu rodziny ogranicza życie zawodowe. Na pytanie: Czy jesteś dobrym ojcem?, blisko trzy czwarte odpowiada, że raczej tak.

– Największym wyzwaniem współczesnego ojca jest przede wszystkim bycie wsparciem dla swojego dziecka na każdym etapie jego rozwoju – wskazuje na to co trzeci mężczyzna. Podobnie duża grupa mówi też o potrzebie bycia dla swojego dziecka autorytetem, to sprawia panom spore kłopoty. Trzecim największym wyzwaniem jest partnerstwo, bycie dla swojego dziecka partnerem, na które wskazuje 27 proc. ojców – mówi Diana Rychter.

Blisko połowa mężczyzn deklaruje, że po narodzeniu dziecka na równi dzielą się z partnerką obowiązkami domowymi. Nieco odmienne zdanie na ten temat mają same kobiety, z których taką sytuację dostrzegła mniej niż co trzecia (29 proc.). Natomiast 39 proc. ankietowanych przyznaje, że obowiązki domowe w większej części spoczywają na partnerce. Zaledwie 7 proc. kobiet dostrzega, że druga strona przejęła w tym zakresie większą odpowiedzialność.

– W kwestii podziału obowiązków domowych w rodzinie jest bez wątpienia dużo lepiej niż było, ale jeszcze sporo musi się zmienić, żebyśmy mogli nazwać funkcjonowanie ojca i matki naprawdę partnerskim. Ojcowie włączają się w prace domowe, ale i kobiety, i mężczyźni zgadzają się co do tego, że to jednak jest głównie kwestia pań. Panowie pomagają – ocenia dr Aleksandra Piotrowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak podkreśla, dzisiejszy ojciec w porównaniu z tym sprzed kilku dziesięcioleci jest w znacznie większym stopniu obecny w rodzinie na co dzień. Nie ogranicza się do dostarczania środków finansowych na utrzymanie rodziny, ale włącza się również z takie czynności, jak np. wywiadówki syna lub córki w szkole (69 proc. deklaruje, że bierze aktywny udział w życiu szkolnym dzieci i ma kontakt z wychowawcą), rozmowy z nauczycielami. Również ojciec udający się z chorym dzieckiem na wizytę lekarską albo szczepienie nie jest już dzisiaj takim wyjątkiem. Innymi słowy: od funkcji stricte ekonomiczno-socjalnych współcześni ojcowie przeszli do spełniania także ról emocjonalnych, opiekuńczych czy wychowawczych.

– Współcześni ojcowie funkcjonują zupełnie inaczej w porównaniu z tym, co było jeszcze 50 czy 100 lat temu w takich tradycyjnych rodzinach. Dzisiaj ojciec pełni już nie tylko funkcję źródła domowej władzy i autorytetu, lecz także w międzyczasie stał się wychowawcą, opiekunem i powiernikiem swoich dzieci. Wykonuje bardzo wiele takich czynności, jakie jeszcze do niedawna były zarezerwowane w rodzinach dla kobiet. Odrabia z dziećmi lekcje, ba, nawet szykuje im drugie śniadanie do szkoły – mówi dr Aleksandra Piotrowska.

Z badań Nationale-Nederlanden wynika, że niektóre deklaracje mijają się z prawdą. Dla przykładu, matki nie zauważają zbyt dużego wkładu mężczyzn w rutynowe badania i szczepienia dzieci, choć 62 proc. z nich zapewnia, że zajmuje się tym zawsze lub często. Natomiast z drugiej strony – tego zdania jest tylko 37 proc. mam.

– Model polskiej rodziny się zmienił, ale są to zmiany zachodzące również na całym świecie. Zmienił się model funkcjonowania ojców – m.in. dlatego, że dzisiaj kobiety mają względem nich inne oczekiwania. Już nie wystarczy, że mężczyzna nie pije i nie bije, żeby kobieta uważała, że świetnie układają się jej losy z mężczyzną życia. Chce mieć koło siebie partnera – nie tylko współgospodarza organizacji zwanej rodziną – w którym ma psychologiczne wsparcie, z którym wiąże ją głębokie emocjonalne porozumienie – dodaje dr Aleksandra Piotrowska z Uniwersytetu Warszawskiego.

Jak pokazuje raport, ojciec w rodzinie wciąż pełni jednak rolę doradcy i mentora. 89 proc. mężczyzn uważa, że pozwala dzieciom na swobodne rozwijanie talentów. Jednocześnie blisko trzy czwarte ankietowanych przyznaje, że buduje ich zainteresowania z myślą o przyszłym zawodzie. Z kolei aż 82 proc. panów utrzymuje, że pozwala im uczyć się na własnych błędach. Ojcowie dbają też o przyszłość i finansowe kompetencje dzieci – blisko ¾ rozmawia z nimi na ten temat, a 80 proc. uczy rozsądnego wydawania pieniędzy. Co ciekawe, prawie 75 proc. ojców zachęca dzieci do samodzielnego zarabiania.

– Ojcowie poświęcają dużo czasu na rozmowy dotyczące kwestii finansowych. Przede wszystkim uczą dzieci, jak gospodarować swoimi finansami, tłumaczą, że należy oszczędzać, że pieniądze powinny być wydawane rozsądnie. Jednocześnie angażują w życie domowe – wyjaśniają dzieciom na przykładach sprawy związane z wydatkami, uczą, w jaki sposób gospodarować domowym budżetem, w jaki sposób planować i dysponować swoimi środkami – mówi Diana Rychter, Menadżer ds. Badań i Analiz Rynkowych w Nationale-Nederlanden.

75 proc. ojców zadeklarowało, że wraz z przyjściem na świat potomstwa wydaje mniej na własne przyjemności i ogranicza wydatki. Natomiast ponad 60 proc. Polaków deklaruje oszczędzanie z myślą o własnej przyszłości, a połowa gromadzi pieniądze na lepsze jutro dzieci. Blisko jedna czwarta ojców i matek deklaruje, że to właśnie narodziny dziecka są momentem, w którym zaczynają się zastanawiać nad zabezpieczeniem finansowym nowego członka rodziny.

– Współcześni ojcowie zabezpieczają przyszłość swoich dzieci na kilka sposobów. Podstawowym sposobem jest oczywiście oszczędzanie na przyszłość, tutaj aż 60 proc. rodziców ma oszczędności. Połowa z nich oszczędza już z myślą o przyszłości dzieci. Ojcowie chronią także swoje dzieci głównie przez polisy NNW – aż 73 proc. rodziców wykupuje je dla swoich dzieci. Niemal 60 proc. stanowią tzw. ubezpieczenie szkolne, ale już 22 proc. sięga po produkty indywidualne. Drugim ważnym elementem, ważniejszym niż dobra materialne, jest dobre wykształcenie, jest to podstawa dobrego startu dzieci w dorosłość – podsumowuje Diana Rychter.

Ponad 25 tys. uczestników i 200 szkół wzięło udział w projekcie Drużyna Energii. Gwiazdy sportu promowały aktywność fizyczną wśród dzieci

Ponad 25 tys. uczestników i 200 szkół wzięło udział w projekcie Drużyna Energii. Gwiazdy sportu promowały aktywność fizyczną wśród dzieci 5

Jak wynika ze statystyk Instytutu Matki i Dziecka, już co trzecie dziecko w Polsce zmaga się z nadwagą lub otyłością. Aktywizowanie dzieci i nastolatków, zachęcanie ich do ruchu i zdrowego odżywania ma ogromne znaczenie dla ich zdrowia. Taki cel przyświecał Drużynie Energii – jednemu z największych ogólnopolskich programów sportowo-edukacyjnych ostatnich lat, w którym uczniowie szkół podstawowych trenowali ramię w ramię z gwiazdami sportu. Właśnie zakończyła się jego II edycja, która objęła ponad 25 tys. uczniów i 200 podstawówek w całej Polsce.

– Dzieci dzisiaj stają się coraz bardziej otyłe, coraz mniej się ruszają, a wszystko to przez nowe technologie. Każdy odciągnięty od telewizora, tabletu czy smartfona młody człowiek jest niezmiernie ważny. My chcemy im pokazać, że jedno z drugim da się połączyć, i pozwolić im rozwijać się w ten sposób sportowo, również intelektualnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Grzegorz Bałkowiec, zastępca dyrektora Departamentu Komunikacji i Marketingu Energa SA.

Według statystyk Instytutu Matki i Dziecka już prawie co trzeci (31,2 proc.) ośmiolatek w Polsce ma zbyt dużą masę ciała. W tej grupie 18,5 proc. zmaga się z nadwagą, a 12,7 proc. – z otyłością. Dlatego aktywizowanie dzieci i nastolatków, zachęcanie ich do ruchu i zdrowego odżywania ma kolosalne znaczenie dla ich zdrowia.

– Dzieciaki często wolą wybrać grę na konsoli czy na tablecie niż grę zespołową, jaką jest siatkówka, koszykówka czy piłka nożna. Najlepiej im pokazywać, że warto, dając przykład. Takim przykładem jesteśmy my, czyli ambasadorzy, którzy osiągnęli już jakieś sukcesy w swoich dyscyplinach sportu – mówi Rafał „Lipek” Lipiński, ambasador Drużyny Energii.

Znani i lubiani wśród młodzieży sportowcy: piłkarz Marek Citko, siatkarz Krzysztof Ignaczak, dziennikarz sportowy Bartosz Ignacik, piłkarski freestyler Krzysztof Golonka, mistrzyni Europy w siatkówce Izabela Bełcik oraz najlepszy dunker świata Rafał Lipiński to ambasadorzy ogólnopolskiego programu sportowo-edukacyjnego Drużyna Energii, którego mecenasem jest Grupa Energa, a partnerem technicznym – New Balance. Program jest skierowany do uczniów klas VI–VIII szkół podstawowych. Jego główny cel to przekonanie młodzieży do większej aktywności fizycznej i zmiany nawyków żywieniowych za pośrednictwem social mediów i nowoczesnych kanałów komunikacji: Facebooka, Instagrama, YouTube’a czy TikToka. Właśnie zakończyła się jego II edycja, w której wzięło udział 200 podstawówek z całej Polski.

– Jestem naprawdę zaskoczony, że dzieciakom się chciało i taki był zamysł tej akcji – żeby odciągnąć je sprzed komputerów, żeby się trochę poruszały. To okazało się sukcesem i na zdrowie im to wyjdzie – mówi Rafał Lipiński.

– Szkoły się dobrze przygotowały, młodzież w tej 2. edycji jeszcze bardziej się przyłożyła, więcej trenowali, emocje były duże. W niektórych szkołach przeważała piłka nożna, w innych siatkówka czy koszykówka, ale mnie zaskoczyła jedna, w której dziewczyny bardzo dobrze odbijały piłkę. Piłka nożna otwiera się na dziewczęta, na kobiety, więc zobaczymy – być może niedługo też będziemy mieli silną reprezentację, która będzie zdobywała mistrzostwa świata i Europy – dodaje Marek Citko.

Druga edycja Drużyny Energii objęła w tym roku ponad 25 tys. uczniów klas 6–8. Sportowcy z Drużyny Energii wyznaczali im sportowe zadania, które należało nie tylko powtórzyć, lecz także udokumentować i przesłać w formie filmów za pośrednictwem strony konkursowej. Najlepsza szkoła w każdym z pięciu miesięcy rywalizacji wygrywała sprzęt sportowy, wizytę ambasadorów w swojej szkole oraz awans do Wielkiego Finału.

W sumie aktywne dzieciaki z 200 szkół nagrały ponad 20 tys. plików wideo z ćwiczeniami, a ambasadorzy przejechali w sumie ponad 2,4 kilometrów, odwiedzając najaktywniejsze szkoły z Dywit, Mroczna, Kamienicy i Żelkowa.

– Ta 2. edycja wzbudziła naprawdę super zainteresowanie, nie tylko samych nauczycieli i szkół, lecz przede wszystkim uczniów, którzy zachęcali nauczycieli do tego, aby zgłaszali szkoły. To przełożyło się na liczbę nadesłanych filmów, tych ćwiczeń jest już łącznie ponad 40 tys., co uważam za największy sukces projektu. On nie ogranicza się do wydarzenia zamkniętego w ramy jednego czy dwóch dni, ale jest to ciągły projekt, który wydłuża aktywność dzieciaków przez wiele, wiele miesięcy – mówi Robert Leszczyński, dyrektor ds. marketingu sportowego w New Balance.

– Najważniejsze liczby to 25 tys. ludzi młodych zaangażowanych w całe wydarzenie, 200 szkół, 4 tys. rozdanych koszulek i 20 tys. nadesłanych filmów. Same te cyfry pokazują, jak wielki kawał dobrej, fajnej roboty został wykonany – dodaje Robert Kwiatek z Grupy Energa.

Podsumowaniem wielomiesięcznej sportowej zabawy był Wielki Finał, który odbył się w tym tygodniu na gdańskim Stadionie Energa.

– Główna nagroda trafiła do Szkoły Podstawowej nr 1 im. Bohaterów Warszawy w Kamienicy, a jest nią czek do wykorzystania na sprzęt sportowy o wartości 10 tys. zł oraz przepiękny posrebrzany puchar, który zostaje w szkole – mówi Robert Leszczyński.

W ramach Wielkiego Finału, który podsumował 2. edycję programu Drużyna Energii, doszło do spotkania wszystkich najbardziej aktywnych szkół z ambasadorami i gwiazdami, które przyłączyły się do promowania aktywności fizycznej wśród dzieci. Na uczniów czekał szereg niespodzianek, m.in. zdrowe koktajle zwyciężczyni MasterChef Junior Julki Cymbaluk, inspirująca przemowa Szymona Radzimierskiego, konferencja prasowa prowadzona przez Adama Zdrójkowskiego, nagrody od mecenasa programu Grupy Energa, koncert niespodzianka Ani Dąbrowskiej, a wreszcie wspólny trening z gwiazdami sportu.

– Drużyna Energii jest czymś, czego brakowało, kiedy byłem w tym wieku. Dobrze, że jesteśmy w stanie połączyć nowe środowisko mediów i internet – bo to jest w tej chwili już nieodłączny element dzieciaków i ich funkcjonowania ze sportową aktywnością. Wierzę, że właśnie w ten sposób, zachęcając, puszczając fajne zajawki w internecie, jesteśmy w stanie skłonić je do wysiłku, a ten wysiłek zamieni się potem w upór, który procentuje. Miejmy nadzieję, że za kilka lat uda się jeszcze o tych zawodnikach usłyszeć – mówi Krzysztof Golonka, youtuber i mistrz świata trików piłkarskich, jeden z ambasadorów Drużyny Energii.

Urzeczywistnia się idea cyfrowych billboardów komunikujących się z przechodniem. Mogą dopasowywać przekaz reklamowy do wieku, płci czy orientacji seksualnej

Urzeczywistnia się idea cyfrowych billboardów komunikujących się z przechodniem. Mogą dopasowywać przekaz reklamowy do wieku, płci czy orientacji seksualnej 6

Reklamy cyfrowe zbiorą dane o przechodniach z ich smartfonów oraz na podstawie analizy wizualnej umożliwią reklamodawcom precyzyjne dotarcie z ofertą do potencjalnych klientów. Reklama coraz chętniej korzysta z rozwiązań takich jak sztuczna inteligencja czy rozszerzona rzeczywistość, a także z technologii blockchain, dzięki której może przejść rewolucję. W planach jest stworzenie zdecentralizowanego systemu łączącego bezpośrednio reklamodawców z posiadaczami nośników reklamy. Choć personalizacja reklam w oparciu o dane zapisywane w aplikacjach na smartfonie budzi wiele kontrowersji, to jej rozwój wydaje się być nieunikniony.

– Reklama Digital Out of Home to wszechobecna forma reklamy cyfrowej opartej na nośnikach zlokalizowanych w przestrzeni miejskiej. Z jednej strony w znacznie większym stopniu przyciąga uwagę niż tradycyjne formy drukowane, a z drugiej oferuje możliwości znane dotychczas z filmów science fiction. Może się łączyć z dowolnymi bazami danych i wchodzić w interakcje z konsumentem znajdującym się po drugiej stronie ekranu – tłumaczy agencji informacyjnej Newseria Innowacje Damian Rezner, dyrektor ds. innowacji w firmie Screen Network.

Reklamy DOOH mogą być bardzo precyzyjnie spersonalizowane, co może się okazać kluczowe dla reklamodawców. Dla firm liczy się już nie tylko dotarcie do jak największego grona odbiorców, lecz przede wszystkim do tych, których komunikat reklamowy powinien zainteresować. Wysoki poziom personalizacji współczesnych reklam udaje się osiągnąć dzięki analizie danych o odbiorcach zbieranych przez czujniki montowane przy nośnikach reklamy i analizowanych przez algorytmy. Bramą otwierającą możliwość ich gromadzenia są najczęściej smartfony.

– Nasz telefon komórkowy to skarbnica wiedzy o tym, gdzie przebywamy, jakie mamy zainteresowania czy planujemy dziecko, a nawet jakiej jesteśmy orientacji seksualnej. To wszystko może być przekładane na przekaz reklamowy, w ramach którego główną rolę pełni ekran. Jest on drzwiami przyjmującymi dane, dobierającymi odpowiednią reklamę, dzięki której możemy trafić do konsumenta z przekazem reklamowym, który przełoży się na jego zakup – przekonuje Damian Rezner.

Wykorzystywanie w celach marketingowych danych zbieranych przez telefony z jednej strony budzi powszechny sprzeciw, z drugiej zaś sami użytkownicy godzą się na gromadzenie tych danych, głównie dlatego, że nie czytają treści zgód zatwierdzanych przy instalacji aplikacji. Według raportu KPMG ledwie co siódma osoba nie wyraża zgody na przetwarzanie danych w celach marketingowych. To zaś, jak te informacje zostaną wykorzystane, zależy w dużej mierze od polityki i etyki firm. Przykładowo Google kładzie nacisk na ochronę danych osobowych. Nie oferuje więc spersonalizowanych reklam w oparciu o numer karty kredytowej, rachunek bankowy czy dane z dowodu osobistego. Nie godzi się ponadto na personalizację w oparciu o dane dotyczące orientacji seksualnej, wyznania czy sytuacji zdrowotnej. Brakuje natomiast sztywnych reguł prawnych dotyczących zasad personalizacji reklamy DOOH

Tymczasem upowszechnienie spersonalizowanej reklamy typu Digital Out of Home będzie następowało coraz szybciej, a to za sprawą upowszechnienia dostępu do szybkiego internetu. To za jego pośrednictwem następuje wymiana danych między nośnikiem, a telefonem, a co za tym idzie – odbiorcą. Z technicznego punktu widzenia za całym rozwiązaniem stoi szereg technologii już dziś stosowanych w personalizacji reklam, która odbywa się głównie poprzez przekazanie i obróbkę przez algorytmy sztucznej inteligencji informacji dotyczących zainstalowanych na smartfonie aplikacji i tego, jakie dane te aplikacje zbiorą. Może to być na przykład dzienna aktywność fizyczna, zmiany lokalizacji, a także parametry życiowe. Kolejnym źródłem pozyskania danych niezbędnych do opracowania profilu reklamowego są odwiedzane witryny czy historia wyszukiwania.

– To bardzo elastyczne medium. Możemy je łączyć z dowolnymi bazami danych, z nowymi urządzeniami. Technologia beaconów polega na instalowaniu przy półkach z produktami urządzenia, które skanuje użytkowników aplikacji mobilnych w pobliżu danej półki. Jeżeli będziemy w danym momencie w sklepie, będziemy przechodzić obok takiej półki, nasz telefon komórkowy zareaguje, zainteresuje nas danym produktem, a jednocześnie tę samą reklamę zobaczymy na ekranie w sklepie – wskazuje ekspert.

Reklama DOOH stwarza również możliwości do wdrożeń technologii blockchain. Szwajcarska sieć reklamowa HYGH pracująca w modelu peer-to-peer opracowała platformę łączącą właścicieli wyświetlaczy publicznych z reklamodawcami. Dzięki niej każdy może się stać reklamodawcą i docierać do sprofilowanej grupy klientów, niezależnie od wielkości firmy. Poprzez wykorzystanie technologii STO (Security Token Offering) i stworzenie tokena podobnego do kryptowaluty HYGH chce zbudować zdecentralizowany system, który umożliwi firmom różnej wielkości dotarcie do reklamy zewnętrznej w czasie rzeczywistym, niezależnie od budżetu.

W Londynie z kolei do kampanii reklamowej promującej krwiodawstwo została użyta technologia rozszerzonej rzeczywistości. Gdy przechodnie umieścili swojego iPhone’a przed cyfrowym billboardem, na ekranie pojawiała się naklejka, którą należało nakierować w miejsce wkłucia igły. Wówczas symulacja w rozszerzonej rzeczywistości pokazywała wkłucie w rękę użytkownika. Możliwości zastosowania jest jednak znacznie więcej.

– Mocno rozwijają się rozwiązania oparte na type learning i na sztucznej inteligencji, w tym m.in. na technologii rozpoznawania obrazu. W tym momencie te ekrany są w stanie rozpoznawać płeć, wiek, to, czy mamy zarost, to, czy się uśmiechamy, i przekładać to na przekaz reklamowy adekwatny do naszej płci czy naszego nastroju – dodaje Damian Rezner.

Według analityków z Allied Market Research światowy rynek reklamy DOOH osiągnie w 2023 roku wycenę na poziomie niemal 8,4 mld dol. To ponad dwukrotny wzrost w stosunku do wartości tego rynku w 2016 roku.

Powstają systemy mierzące skuteczności odkurzaczy oraz roboty, potrafiące sprzątać zabawki. Innowacyjne technologie zadbają o czystość w domu

Powstają systemy mierzące skuteczności odkurzaczy oraz roboty, potrafiące sprzątać zabawki. Innowacyjne technologie zadbają o czystość w domu 7

Branża urządzeń sprzątających przeznaczonych na rynek konsumencki znacząco ewoluowała na przestrzeni ostatnich lat. Unia Europejska odgórnie ograniczyła maksymalną moc silników klasycznych odkurzaczy, a na rynku pojawiły się roboty sprzątające, które zautomatyzowały proces odkurzania. Naukowcy prowadzą także prace nad zautomatyzowanymi systemami do usuwania z podłóg dużych obiektów oraz przyrządami, które w miarodajny sposób ocenią moc ssącą odkurzaczy.

Wprowadzenie przez Unię Europejską ograniczeń dotyczących maksymalnej mocy odkurzaczy mogło się wydawać decyzją kontrowersyjną, ale miała ona uzasadnienie. Moc silnika zamontowanego w urządzeniu nie ma bezpośredniego wpływu na moc ssącą, a co za tym idzie – na skuteczność odkurzania. Wraz z redukcją mocy odkurzaczy sprzedawanych na terenie Unii Europejskiej wprowadzono nowy wyznacznik ich jakości – Wskaźnik Zbierania Kurzu (DPU). Informuje on, jaki odsetek kurzu urządzenie usunęło w laboratoryjnych warunkach we wskazanym czasie z dywanów oraz podłóg twardych.

– Technicy badali odkurzacze poprzez przyłożenie ręki do otworów odkurzaczy i próby jego uniesienia. Jest to badanie niemiarodajne oraz nieobiektywne. Anemometr służy do miarodajnego i poglądowego odczytu mocy ssącej odkurzacza, co dla każdego użytkownika jest najważniejszą rzeczą w odkurzaczu, ponieważ to ona odpowiada właśnie za to, w jakim czasie posprzątamy pokój – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Sebastian Nowak, twórca anemometru do badania przepływu ciągu odkurzaczy.

Anemometr podaje wartość podciśnienia w kilopaskalach. Dzięki temu miarodajnie informuje konsumenta o rzeczywistej efektywności danego odkurzacza oraz tym, jak szybko mógłby oczyścić pomieszczenie o konkretnym metrażu.

Coraz częściej jednak tradycyjne odkurzacze zastępowane są przez te autonomiczne. Najnowsze urządzenia sprzątające firmy iRobot nie tylko mapują powierzchnię mieszkania, aby precyzyjnie zaplanować trasę sprzątania, lecz także są wyposażane w stacje bazowe z systemem opróżniania zbiornika na brud. Dzięki temu kiedy robot zapcha się, nie zaprzestanie czyszczenia podłogi – zjedzie do bazy, opróżni pojemnik i wznowi sprzątanie, w pełni automatyzując proces odkurzania.

Robot sprzątający MIJIA Handheld Vacuum od firmy Xiaomi wyposażono z kolei w pięciowarstwowe filtry antypyłowe, które w trakcie odkurzania oczyszczają powietrze z pyłu zagarniętego przez cztery szczotki czyszczące. Ikea pracuje aktualnie nad zasłonami filtrującymi zanieczyszczone powietrze. Z kolei inżynierowie z Preferred Networks eksperymentują z robotem wyspecjalizowanym w sprzątaniu dużych przedmiotów rozrzuconych po podłodze. Prototypowe modele Human Service Robot wykorzystują system sztucznej inteligencji do rozpoznawania obiektów i odkładania przedmiotów na półki.

Zaawansowane systemy automatycznego sprzątania sprawdzą się jednak wyłącznie w jednopoziomowych mieszkaniach, gdyż roboty sprzątające nie potrafią się jeszcze przemieszczać po schodach. Dlatego z punktu widzenia klienta to systemy analizujące moc ssącą mogą się okazać najlepszym sposobem na przyspieszenie i usprawnienie procesu sprzątania. Pierwsze prototypy anemometrów do odkurzaczy są już w fazie testów, a ich prosta konstrukcja pozwoli szybko i sprawnie zbadać rzeczywistą moc urządzeń sprzątających.

– Wystarczy włożyć rurę od odkurzacza do otworu w urządzeniu i włączyć odkurzacz. Po chwili wynik pokaże się na wyświetlaczu, który jest zainstalowany na górze urządzenia. Wynik jest wyrażony w kilopaskalach i jeśli się mieści od 20 do 22 kilopaskali, to uznajemy, że odkurzacz ma dobrą siłę ssącą. Grupą docelową tego rozwiązania są serwisy, punkty napraw sprzętów AGD oraz salony, w których są sprzedawane odkurzacze. Dzięki niemu konsumenci będą mogli w bardzo szybki sposób sprawdzić, który odkurzacz pasuje do ich preferencji – przekonuje Sebastian Nowak.

Według firmy badawczej Transparency Market Research wartość globalnego rynku domowych urządzeń sprzątających do 2026 roku wzrośnie do blisko 19 mld dol. W najbliższych latach rynek ten ma się rozwijać w tempie blisko 4,7 proc. w skali roku.

Tomasz Dąbrowski w zarządzie Banku Pocztowego S.A. XI kadencji

Rada Nadzorcza podczas posiedzenia w dniu 14 czerwca br. powołała Zarząd Banku Pocztowego S.A. XI kadencji.  Obecna, X kadencja Zarządu, upływa w dniu odbycia Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Banku Pocztowego S.A. zatwierdzającego sprawozdanie finansowe za rok 2018, które zaplanowane jest na 28 czerwca br.

Zgodnie z podjętą przez Radę Nadzorczą Uchwałą, od XI kadencji dotychczasowy skład Zarządu Banku Pocztowego uzupełni Tomasz Dąbrowski, któremu powierzono funkcję Członka Zarządu Banku Pocztowego S.A.

Skład Zarządu Banku Pocztowego S.A. XI kadencji, od następnego dnia po odbyciu Zwyczajnego Walnego Zgromadzenia Banku Pocztowego S.A., zaplanowanego na 28 czerwca 2019 r., będzie przedstawiał się następująco:

  • Robert Kuraszkiewicz – Wiceprezes Zarządu,
  • Paweł Kopeć – Członek Zarządu,
  • Tomasz Jodłowski – Członek Zarządu,
  • Tomasz Dąbrowski – Członek Zarządu.

Tomasz Dąbrowski – jest obecnie członkiem Zarządu Poczty Polskiej S.A. Od blisko 20 lat związany jest z instytucjami rynku finansowego. Posiada doświadczenie m.in. w obszarach: bankowości, rynku kapitałowego, zarządzania przedsiębiorstwem, zarządzania projektami, corporate finance, rachunkowości, controlingu, planowania finansowego, analizy i prowadzenia projektów inwestycyjnych, nadzoru właścicielskiego,  zarządzania ryzykiem.

W 1995 roku rozpoczął pracę w Kredyt Banku SA. Następnie przez 11 lat związany był z grupą Raiffeisen. W latach 1996 – 2000 pracował w domu maklerskim Raiffeisen Capital and Investment Polska SA, kolejno w Departamencie Rynku Pierwotnego, a następnie jako Zastępca Dyrektora Departamentu Corporate Finance. Od 2000 roku związany był z Raiffeisen Bank Polska SA, zajmując m.in. stanowiska Zastępcy Dyrektora w Departamencie Rynków Finansowych oraz Dyrektora Departamentu Bankowości Prywatnej, był także przedstawicielem funduszy Raiffeisen Capital Management AG w Polsce.

W latach 2007 – 2012 był Wiceprezesem Zarządu oraz Dyrektorem Finansowym Pentegy S.A. Następnie przez ponad rok związany był z Kancelarią Finansową Matczuk i Wojciechowski Sp. z o.o. Od początku 2013 roku do końca maja 2016 roku był Wiceprezesem i CFO domu maklerskiego Q Securities S.A., którego jest jednym z założycieli.

Tomasz Dąbrowski był współzałożycielem i Wiceprezesem Stowarzyszenia Dyrektorów Finansowych FINEXA. Pełnił ponadto funkcję członka i przewodniczącego licznych rad nadzorczych, zarówno spółek publicznych, jak i niepublicznych.

Jest ekonomistą, absolwentem Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego (kierunek Finanse i Bankowość).

Orliki w coraz gorszej kondycji. Blisko połowa boisk nie nadaje się do użytku

orliki piłka nożnaWedług najnowszej analizy Instytutu Badawczego ABR SESTA i Akademii Piłkarskiej EsKadra, przez ostatni rok spadł odsetek boisk, które zupełnie nie nadają się do użytku. Jest też więcej obiektów częściowo niefunkcjonalnych. Tych, które prawie lub w pełni klasyfikują się do eksploatacji, jest tyle samo co w zeszłym roku. Eksperci alarmują, że jest pilnie potrzebny plan naprawczy. Inaczej na boiskach będzie coraz gorzej. Nie pomogą też doraźne naprawy, które obecnie są stosowane. One jedynie tymczasowo rozwiązują problem. W gminach również zbyt mało pojawia się przetargów na remonty. Choć obiektów z wadami przybywa, to w ciągu roku do Ministerstwa Sportu i Turystyki wpłynęła zaledwie jedna prośba o pomoc w tej kwestii.

Stan Orlików

– Badanie wykazało, że liczba Orlików, które całkowicie nie nadają się do użytku, znacząco się zmniejszyła – z 33% w ub. roku do 13% w br. Jednak z zebranego materiału wynika, że w większości przypadków zastosowano doraźne zabiegi, polegające na wymianie fragmentów nawierzchni w najbardziej uszkodzonych miejscach. To oczywiście daje tylko chwilowe efekty – mówi Olaf Ćwierzyński, szef zespołu oceniającego stan Orlików z warszawskiej Akademii Piłkarskiej EsKadra.

Dr Paweł Jurowczyk z Instytutu Badawczego ABR SESTA zauważa, że zwiększyła się liczba boisk, które częściowo nie nadają się do użytku, tj. z 6 do 26%. Olaf Ćwierzyński wyjaśnia, że wynika to z ich eksploatacji i zużycia przez ostatni rok. Chociaż sztuczna nawierzchnia jest zdecydowanie łatwiejsza w utrzymaniu od naturalnej, to nadal wymaga zabiegów pielęgnacyjnych i stałego nadzoru. Gdy tego brakuje, stan obiektu sukcesywnie się pogarsza.

– Prace konserwacyjne polegają głównie na czesaniu sztucznej trawy, uzupełnianiu i rozprowadzaniu granulatu tuż po okresie zimowym. Jeżeli jednak zostały one zaniedbane w pierwszych 2-3 latach użytkowania, to trwałość nawierzchni jest już mocno osłabiona, a jej żywotność skrócona. W mojej ocenie, jest sporo takich przypadków na terenie całej Polski – zaznacza Robert Złotnicki, przedstawiciel jednego z największych producentów sztucznej trawy na świecie.

W sumie negatywnych ocen jest dokładnie tyle samo co w zeszłym roku, czyli 39%. Michał Kleszczewski, prezes zarządu AP EsKadra, ekspert z zakresu napraw i użytkowania naturalnych oraz sztucznych boisk, przewiduje, że w kolejnych latach przybędzie obiektów niespełniających wymogów bezpieczeństwa. Zużycie i niedostateczna pielęgnacja będą obniżały noty przyznawane w następnych edycjach badania. Myślenie, że jeszcze przez jakiś czas Orliki będą nadawały się do użytku, jest złudne. Do tego Robert Złotnicki dodaje, że ich walory użytkowe już teraz są prawie żadne.

– Łącznie pozytywnych ocen jest tyle samo, co w zeszłym roku, tj. 61%. Można zauważyć, że przybyło boisk częściowo nadających się do użytku – z 15 do 48%. Różnica wynosi 33 p.p. Dokładnie o tyle samo zmalała liczba obiektów w pełni kwalifikujących się do gry. W 2018 roku takich miejsc było 46%. A teraz jest ich tylko 13%. Jeżeli nie zostaną podjęte stanowcze kroki, to za kilka lat Orliki spełniające w pełni wymogi bezpieczeństwa będzie można policzyć na palcach jednej ręki – alarmuje prezes Kleszczewski.

Tło problemu

Orlik zwykle jest pod opieką szkoły lub gminy, która z reguły nie ma odpowiednich środków ani personelu w pełni kompetentnego do zarządzania takim obiektem. Gospodarowanie nim wymaga specjalistycznej wiedzy oraz przyrządów. Problemem jest też brak wykwalifikowanych osób nadzorujących boisko. Sytuacja nie jest przegrana, bo przecież można ubiegać się o wsparcie resortu. Jednak na przestrzeni ostatnich 12 miesięcy spośród wniosków inwestycyjnych złożonych do Ministerstwa Sportu i Turystyki tylko jeden dotyczył modernizacji obiektu typu Orlik.

– Decyzja w tej sprawie jeszcze nie zapadła. Nasz samorząd zgłosił się do programu „Sportowa Polska – Program rozwoju lokalnej infrastruktury sportowej” i czeka na rozstrzygnięcie konkursu. Ewentualnie przyznane środki zainwestujemy w Orlik, który został wybudowany w 2008 roku i stanowczo wymaga renowacji. Jeżeli nie uzyskamy wsparcia resortu, będziemy aktywnie szukali innych źródeł finansowania modernizacji naszego boiska – zapowiada Marek Klasa, zastępca wójta gminy Lipusz w województwie pomorskim.

Jak komentuje Olaf Ćwierzyński, w praktyce bezpieczeństwo dzieci na boisku zależy od zaangażowania przedstawicieli władz lokalnych. Poza jedną gminą w całej Polsce, brakuje takich postaw, co jest dość niepokojące. Potrzebny jest więc ogólnokrajowy program naprawczy z góry narzucający odpowiednie działania i normy. Oczywiście ustanowienie go i wprowadzenie w życie to byłaby kosztowna inwestycja dla państwa, ale bez tego raczej nic „samo” się nie zmieni. Innym wyjściem jest zlikwidowanie niebezpiecznych obiektów, co oczywiście również wymagałoby funduszy. I przede wszystkim byłoby niekorzystne społecznie.

– Boiska były budowane w latach 2008-2012. Gwarancja na sztuczną trawę wynosiła 60 miesięcy, czyli 5 lat. Ten czas już dawno minął. W pierwszej kolejności należy wymieniać najstarsze nawierzchnie i te najbardziej zużyte. A to kosztuje minimum 300 tys. zł netto. Do tego dochodzą koszty utylizacji starych elementów. Przetargi na wymianę Orlików w różnych regionach kraju są stopniowo ogłaszane, na razie w małej skali – średnio 1-2 razy w miesiącu. Decyzje o wymianie trawy zależą od dyrektorów szkół, lokalnych władz i ogólnej świadomości, że obiekty są w katastrofalnym stanie – tłumaczy Robert Złotnicki.

Analiza wykazała, że najczęściej dochodzi do mechanicznego wytarcia źdźbeł sztucznej trawy i nagromadzenia gumowego granulatu. Ubytki w nawierzchni powodują niebezpieczne dziury oraz nierówności. Olaf Ćwierzyński podsumowuje, że każdy tego typu obiekt wymaga osobnej ekspertyzy. Raz w roku powinny odbywać się samodzielne audyty we wszystkich gminach, ale raczej trudno ich oczekiwać. Niektórzy przedstawiciele władz lokalnych reagują dość nerwowo na negatywne oceny, uzyskane w badaniu. Czasem nieudolnie próbują tłumaczyć, że u nich wszystko jest w porządku. Twierdzą, że np. granulat jest wymieniany co tydzień, czego nigdzie się nie stosuje.

W tym roku zbadano blisko 150 obiektów w okresie od 5 kwietnia do 12 maja. W zeszłym roku było ich 100. Eksperci porównali też 50 losowo wybranych boisk spośród tych, które były analizowane w ub. roku. Celem tego było ustalenie, jakie konkretnie zaszły zmiany na danym terenie. Szczegółowej analizie poddana była długość trawy syntetycznej, ilość granulatu, z którego zbudowana jest nawierzchnia, a także liczba ubytków na boisku.

Odbiór przesyłek kurierskich. Optymalizacja i wyzwania ostatniej mili

Instalacje do odbioru przesyłek kurierskich to dynamicznie kształtujący się trend nie tylko na rynku polskim, ale również z perspektywy globalnej. Sam sektor cechuje bardzo duża zmienność, będąca efektem chęci sprostania oczekiwaniom nowoczesnych konsumentów. Tego typu usługi mają przede wszystkim za zadanie zwiększyć ich komfort oraz wygodę. Jest to także rozwiązanie zdecydowanie bardziej przyjazne dla środowiska oraz realnie optymalizujące proces dostarczenia przesyłek w ujęciu biznesowym.

Michał Czechowski, prezes zarządu SwipBox Polska
Michał Czechowski, prezes zarządu SwipBox Polska

Wystarczy wspomnieć, że sam kanał dostawy do punktów odbioru rośnie obecnie zdecydowanie szybciej niż tradycyjna dostawa produktów do domu. Konsumenci zyskują na czasie, odbioru mogą dokonać w dogodnym dla siebie momencie, a przy okazji połączyć przyjemne z pożytecznym w przypadku, gdy automaty są zlokalizowane na przykład w sklepie blisko domu.

Rynki są na tyle chłonne, że starają się sukcesywnie wychodzić naprzeciw potrzebom nowoczesnych konsumentów. Deutsche Post w Niemczech, który wymyślił automaty na przesyłki, obecnie może pochwalić się liczbą ponad 3500 takich urządzeń. W Danii natomiast jest realizowany pilotażowy projekt na testowych 200 automatach, zakładający uruchomienie agnostycznej sieci dla wszystkich firm kurierskich. Punkty odbioru są zlokalizowane bardzo blisko siebie, a ich odpowiednie zagęszczenie ma być kluczem do satysfakcji użytkowników. Prognoza dla tego projektu zakłada implementację 10 000 automatów do końca 2020 r., a mówimy przecież o kraju zdecydowanie mniejszym niż Polska.

Prognozy rozwoju e-commerce

Nowe technologie bezpośrednio wpływają na rozwój całego sektora e-commerce. Konsumenci są już przyzwyczajeni do rozwiązań mobilnych w oparciu o sztuczną inteligencję, chcą optymalizować swój czas, zależy im na tym, że usprawniać procesy, wymagające ich zaangażowania. Kolejnym krokiem będzie inwestycja w budowę sieci urządzeń zewnętrznych, które nie ograniczają się wyłącznie do automatów zlokalizowanych wewnątrz sklepów czy dedykowanych placówek, dostępnych w godzinach ich funkcjonowania. Naturalnym miejscem wydają się parkingi przed marketami, a eliminacja konieczności komunikacji GSM sprawia, że urządzenia mogą być instalowane w miejscach do tej pory zupełnie niedostępnych, na przykład w garażach. Wszystko to składa się na skuteczną realizację potrzeb w zakresie wygodnego odbioru przesyłek przez konsumentów. Usługi stanowią nie tylko alternatywę dla tradycyjnego modelu dostaw kurierskich, ale w głównej mierze są jego doskonałym uzupełnieniem. Naturalnym wyborem są sklepy typu convenience, centra handlowe, supermarkety czy dyskonty, które cieszą się największą popularnością wśród konsumentów. Oczywiście, nie można zapominać o dodatkowej infrastrukturze, wpływającej na atrakcyjność danej lokalizacji. Ważne, aby były to miejsca najbardziej dogodne z perspektywy odbiorców przesyłek.

Rynek nadal będzie rozwijać się bardzo szybko, ponieważ ciągle mamy do czynienia z wyzwaniami ostatniej mili, czyli finalną fazą dostawy realizowanej przez kuriera. Ponadto, rynek przesyłek do domu rośnie równie szybko, mimo że konsumenci coraz więcej czasu spędzają poza nim. W dedykowanych punktach odbioru obecnie jest odbierana co piąta przesyłka.

Kluczem do sukcesu jest zaspokojenie potrzeb wszystkich odbiorców przesyłek bez względu na lokalizacje. Konsument w jednym miejscu może nie tylko zrobić zakupy, ale również odebrać przesyłkę w dogodnym dla siebie terminie. Cały proces obsługi przebiega dokładnie w ten sam sposób jak dostarczenie tradycyjnej przesyłki. Różni się jedynie miejsce dostawy.

Michał Czechowski, prezes zarządu SwipBox Polska

Niemiecka produkcja przemysłowa ciągnie przemysł europejski w dół

W tym tygodniu zostały opublikowane kwietniowe wyniki produkcji przemysłowej w strefie euro. Dane wykazały, że spadła ona 0,4% w ujęciu rok do roku. Wyniki te nie były zaskoczeniem, a to przede wszystkim ze względu na wcześniej opublikowane dane dla przemysłu niemieckiego. Produkcja przemysłowa w Niemczech w kwietniu spadła o 0,8% r/r. Niemcy jako główny gracz przemysłowy strefy euro ciągną cały sektor produkcyjny w dół. Spośród znaczących gospodarek przeciwwagą były lepsze wyniki we Francji, gdzie przemysł wzrósł o 1,1% rok do roku i Hiszpania, która poprawiła swój wynik o 1,7%. Interesujące jest, że dobrze wiedzie się państwom, które nie mają waluty euro. Przykładowo, w Polsce zanotowano wzrost produkcji przemysłowej o 6,5% r/r, na Słowacji o 6,3% r/r, a w Czechach o 3,3% r/r. Problemy niemieckiego przemysłu na razie nie rzutują na sytuację w tych państwach, ale istnieje ryzyko, że ten stan się zmieni. Oprócz spowolnienia przemysłu najpotężniejszej europejskiej gospodarki aktualne pozostają inne zagrożenia, w tym wojny handlowe USA, a przede wszystkim ryzyko wprowadzenia cła dla europejskiego przemysłu motoryzacyjnego. Co więcej, Mario Draghi w swoim przemówieniu wspomniał, że wg niego wprowadzenie ceł na samochody i wojny handlowe zagrażają całej Europie, a przede wszystkim Czechom, Słowacji, Polsce i Rumunii.

Złoty w tym tygodniu się umocnił i jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,26 EUR/PLN. Eurodolar w tym tygodniu trochę się osłabił i jego kurs na koniec tygodnia znajdował się poniżej poziomu 1,13 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Uproszczone APA – wady i zalety

Ministerstwo Finansów pracuje nad projektem ustawy o rozstrzyganiu sporów dotyczących podwójnego opodatkowania oraz zawieraniu uprzednich porozumień cenowych. Wstępna wersja ustawy została opublikowana 22 marca 2019 r. Projektowane przepisy przewidują m.in. zapewnienie przejrzystości i dostępności procedur, uporządkowanie procedur dotyczących podwójnego opodatkowania, wprowadzenie nowego mechanizmu rozwiązywania sporów w zakresie unikania podwójnego opodatkowania, przeniesienie do projektowanej ustawy regulacji dotyczącej uprzednich porozumień cenowych (APA) oraz wprowadzenie zmian i ujednolicenie terminologii. Dodatkowo projekt przewiduje długo wyczekiwane przez przedsiębiorców przepisy dotyczące uproszczonej procedury zawierania jednostronnych uprzednich porozumień cenowych. Projektowane przepisy wejdą w życie 1 lipca 2019 r. Nowe regulacje mają sprawić, że procedura ta będzie bardziej dostępna dla podatników, ale czy w rzeczywistości tak się stanie?

Co to jest APA?

APA jest pewnego rodzaju „umową” zawieraną pomiędzy podatnikiem a Ministerstwem Finansów, na podstawie której podatnik otrzymuje potwierdzenie, że ceny stosowane w ramach transakcji zawieranych z jednostkami powiązanymi odpowiadają cenom rynkowym. Podatnik zyskuje zatem pewność, że stosowane ceny nie ulegną zmianom w przyszłości np. na skutek kontroli podatkowej. W chwili obecnej procedura uzyskiwania APA jest bardzo skomplikowana, kosztowna i czasochłonna. Dodatkowo wymagane jest przedstawienie dużej liczby dokumentów oraz nieustanna komunikacja z urzędem. Nie dziwi zatem, że wielu podatników decyduje się na wsparcie profesjonalnych doradców podatkowych.

Otrzymanie decyzji APA (także uproszczonej) wyłącza stosowanie ograniczenia wynikającego z art. 15e ustawy o CIT – limitowanie kosztów w podatku dochodowym. Dodatkowo APA potwierdza prawidłowość wyboru i stosowania metody kalkulacji ceny transferowej. Zatem APA daje podatnikom, zwłaszcza tym, którzy w dużym stopniu współpracują z podmiotami powiązanymi, duże korzyści podatkowe.

Uproszczona APA – zalety

W celu uproszczenia procedury występowania o uprzednie porozumienie cenowe Ministerstwo Finansów chce zmniejszyć wymogi dokumentacyjne w stosunku do wybranych rodzajów transakcji. Dużą zaletą uproszczonego APA ma być zakres informacji wymaganych we wniosku o wydanie uproszczonego APA, który będzie ograniczony i co do zasady dostosowany do specyfiki transakcji. Ułatwieniem będzie umożliwienie składania oświadczeń zamiast przedstawiania dużej liczby dokumentów, tak jak to jest obecnie z APA.

Kolejną cechą uproszczonego APA jest charakterystyczny okres ważności, który nie może być dłuższy niż 3 lata podatkowe, z możliwością jego odnawiania na kolejne okresy, każdorazowo nie dłuższe niż 3 lata podatkowe. Oczywiście, jeżeli elementy uproszczonego porozumienia cenowego nie uległy istotnej zmianie. Co do zasady uproszczone APA daje podatnikom ochronę na okres praktycznie 6 lat. Po tym czasie zakłada się konieczność złożenia nowego wniosku, co jest uzasadnione także zmieniającymi się uregulowaniami biznesowymi i otoczeniem gospodarczym.

Dużym ułatwieniem jest skrócenie okresu, w jakim fiskus powinien wydać APA. Postępowanie w sprawie uproszczonej APA ma trwać maksymalnie 3 miesiące. Dotychczas postępowanie nierzadko trwało dłużej niż 6 miesięcy, co w dynamicznie rozwijającym się biznesie stanowiło bardzo długi okres.

Zgodnie z treścią projektu w przeciwieństwie do uprzednich porozumień cenowych, na możliwość złożenia wniosku o zawarcie uproszczonego APA nie będą miały wpływu toczące się postępowania podatkowe, kontrole podatkowe, kontrole celno-skarbowe i postępowania przed sądem administracyjnym.

Zgodnie z projektowanymi przepisami toczące się obecnie postępowania o wydanie APA będą mogły zostać na wniosek zmienione w tryb uproszczony.

Uproszczona APA – wady

Jedną z głównych wad jest ograniczenie katalogu transakcji, dla których będzie można ubiegać się o uproszczone APA, do zdarzeń, które cechują się ograniczonym poziomem ryzyka zmniejszenia dochodu podatkowego. Możliwość wystąpienia o uproszczone APA będzie dotyczyła jedynie zakupu usług o niskiej wartości dodanej oraz opłat za korzystanie lub prawo do korzystania ze znaku towarowego lub wiedzy (informacji) związanej ze zdobytym doświadczeniem, nadającej się do wykorzystania w działalności przemysłowej, handlowej, naukowej lub organizacyjnej (know-how). Regulacja ta jest mało korzystna, ponieważ, decydując się na APA, podatnicy chcą często potwierdzać sposób ustanowienia ceny w trudniejszych transakcjach niż usługi o niskiej wartości dodanej.

Uproszczone APA nie będą wydawane dla transakcji zakończonych przed dniem złożenia wniosku oraz w przypadku, gdy określony udział dochodów wnioskodawcy w przychodach nie zostanie utrzymany w kolejnych latach. Niedotrzymanie tego warunku spowoduje, że uproszczone APA nie obowiązuje. Wprowadzenie tego wymogu ma na celu ograniczenie możliwości występowania o uproszczone APA przez podmioty, które ponoszą stratę lub wykazują niewielki udział dochodów w przychodach.

Podsumowanie

Pomimo pewnych wad procedurę uproszczonego APA należy uznać za korzystną dla podatników. Niemniej są to nowe regulacje i dopiero praktyka pokaże, jak będą one funkcjonowały w przyszłości. Wydaje się jednak, że w dalszym ciągu potrzebna będzie asysta i wsparcie doradców podatkowych. Zewnętrzny doradca powinien być zaangażowany przede wszystkim na etapie decyzji, czy w przypadku określonej transakcji wystąpić o wydanie uproszczonego APA. Następnie asysta zewnętrznego doradcy pozwoli na przygotowanie w odpowiedni sposób wniosku i dokumentacji, przez co podatnik uniknie nieporozumień w komunikacji z urzędem oraz ograniczy pracę administracyjną.

Autor: Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Raport Banku Pekao: Dlaczego wartość rynku fuzji i przejęć w Polsce będzie rosła?

  • Polska pozostaje liderem na rynku transakcji typu M&A w regionie
  • Średnia wartość realizowanych transakcji rośnie
  • Wzrasta rola funduszy Private Equity jako stron transakcji
  • Polska gospodarka dysponuje potencjałem do ponadprzeciętnego wzrostu w obszarze transakcji M&A

Rosnąca aktywność funduszy Private Equity będzie kluczowym elementem w rozwoju rynku fuzji i przejęć (M&A) w Polsce. Polskie firmy czeka era integracji z innymi podmiotami w Polsce i regionie. Wiele firm będzie przedmiotem sukcesji lub sprzedaży, a inne będą aktywnie poszukiwały celów przejęć w całej Europie. To tylko niektóre z wniosków z raportu Banku Pekao „Nowe otwarcie: Wyzwania polskiego sektora przedsiębiorstw motorem rozwojowym rynku M&A”. Wartość tego rynku za ostatnie trzy lata to aż 22 mld euro i prawdopodobnie nadal będzie rosła.

Polska liderem M&A w regionie

Jednym z wyznaczników kondycji gospodarki jest ilość zawieranych transakcji fuzji i przejęć – właśnie ten aspekt został poddany analizie przez Grupę Pekao i firmę doradczą Lazard w najnowszym raporcie „Nowe otwarcie: Wyzwania polskiego sektora przedsiębiorstw motorem rozwojowym rynku M&A”.

Michał Krupiński
Michał Krupiński

– Żyjemy w czasach rewolucji przemysłowej 4.0, a polskie firmy mogą być jej beneficjentami. Na ich korzyść przemawia kapitał intelektualny, ale również procesy konsolidacji wielu branż. Rodzime przedsiębiorstwa w najbliższych latach będą przejmowały firmy za granicą nie tylko w regionie, ale także w Europie Zachodniej. Większa aktywność w zakresie fuzji i przejęć jest zjawiskiem pożądanym i korzystnym dla całej polskiej gospodarki – powiedział Michał Krupiński, Prezes Zarządu Banku Pekao S.A.

Ten trend widać już dzisiaj. To w Polsce zawierana jest co trzecia transakcja M&A w regionie. W ostatnich trzech latach było ich ponad 400 o łącznej wartości 22 mld euro. Spośród 30 największych transakcji w tym okresie niemal połowa dotyczyła podmiotów z Polski. Łączna wartość polskiego rynku wzrosła o ponad 20 proc. (w porównaniu do lat 2013–15), gdy w innych krajach regionu odnotowano około 10-proc. spadek.

Co ciekawe, obserwujemy wyraźną dysproporcję między liczbą transakcji, w których uczestniczą podmioty zagraniczne na rynkach Europy Środkowej i Wschodniej, a Polską. W naszym kraju znaczna część fuzji i przejęć odbywa się pomiędzy podmiotami z polskim kapitałem lub polskimi korzeniami. Eksperci Pekao uważają, że ten trend ulegnie zmianie i polskie firmy będą częściej zarówno podmiotem przejęć, jak i przedsiębiorstwami kupującymi firmy za granicą.

Właśnie ze względu na coraz większe znaczenie wymiaru międzynarodowego transakcji, Grupa Pekao zdecydowała się na strategiczny sojusz z jednym z globalnych liderów w doradztwie transakcyjnym – firmą Lazard.

Oprócz doświadczenia i posiadanych relacji, Grupę Pekao wyróżnia też rozpoznawalność na międzynarodowym rynku finansowym. Uważamy, że globalna skala działania Lazard połączona ze znajomością regionu po stronie Pekao pozwoli wygenerować szereg pozytywnych efektów dla obu stron – stwierdził Bozidar Djelic, Dyrektor Zarządzający odpowiedzialny za Europę Środkowo-Wschodnią w Lazard.

Średnia wartość transakcji rośnie

W latach 2016-18 średnia wartość jednej transakcji M&A w Polsce wyniosła 121 mln euro (wzrost o 31 proc. w stosunku do okresu 2013-15). Raport wskazuje jednak, że polski rynek charakteryzuje przesunięcie w kierunku mniejszych transakcji (ponad połowa z nich o wartości poniżej 25 mln euro). Łączna wartość rynku podlega istotnemu wpływowi pojedynczych, dużych transakcji (powyżej 1 mld euro), jednak w całym regionie Europy Środkowej i Wschodniej zdarzają się one stosunkowo rzadko.

Rola funduszy Private Equity

Eksperci dostrzegają rosnącą rolę funduszy Private Equity zarówno w Polsce, jak i w całym regionie Europy Środkowej i Wschodniej. W badanym okresie fundusze tego typu odpowiadały za około 30 proc. transakcji M&A. Wzrasta wartość topowych transakcji, na znaczeniu zyskują transakcje cross-border, a przy jednoczesnym rozdrobnieniu wielu sektorów w Polsce i w regionie, utrzymanie tego kierunku wydaje się bardzo prawdopodobne również w najbliższych latach. Fundusze PE mogą pełnić rolę integratorów rozdrobnionych rynków.

Ciekawą obserwacją płynącą z raportu jest również dysproporcja pomiędzy transakcjami inwestycyjnymi funduszy Private Equity, a transakcjami wyjścia z inwestycji tych funduszy. Znaczna przewaga „wejść” oznacza – zdaniem ekspertów banku – dodatkowy bodziec dla rozwoju rynku M&A, ze względu na konieczność wyjścia funduszy z posiadanych udziałów w firmach w perspektywie kilku najbliższych lat.

Polska jest kluczowym krajem w regionie Europy Środkowo-Wschodniej w strategii globalnych i regionalnych funduszy Private Equity. To największy rynek w tej części świata, z dużymi firmami oraz „duchem przedsiębiorczości”, który charakteryzuje polską transformację. Widzimy rosnące zainteresowanie polskimi firmami wśród funduszy, które są, albo dopiero planują być w Polsce. Obserwujemy także zainteresowanie przedsiębiorstwami z regionu Europy Środkowo-Wschodniej wśród tych podmiotów, które mają zespoły transakcyjne w naszym kraju – powiedział Maciej Jacenko, Prezes Pekao Investment Banking.

Szybszy rozwój mid-marketu

Jednym z motorów wzrostu polskiego rynku M&A w najbliższych latach może stać się szybszy rozwój segmentu średnich transakcji (tzw. mid-marketu).

W ostatnich latach polskie średnie firmy znacząco rozwinęły swoją działalność, stając się atrakcyjnymi celami przejęć, ale też są coraz bardziej predestynowane do roli aktywnego przejmującego w Europie Środkowo-Wschodniej i Zachodniej.

W najbliższych latach polski rynek fuzji i przejęć powinna cechować nie tylko rosnąca aktywność, ale również jego coraz większa złożoność. Przyszłe transakcje na lokalnym rynku coraz częściej zawierać będą elementy międzynarodowe, udział zawodowego inwestora w postaci funduszy Private Equity, czy też bardziej skomplikowanego finansowania, a ponadto perspektywę dalszego inwestowania środków „emerytowanego” właściciela.

Polski rynek fuzji i przejęć – ponadprzeciętny potencjał wzrostu

Zdaniem autorów raportu, rynek M&A może być jednym z czynników rozwoju polskiej gospodarki. Wskazują, że model rozwoju przedsiębiorstw, polegający na wzroście produkcji poprzez zwiększenie zatrudnienia, prawdopodobnie uległ wyczerpaniu m.in. z powodów demograficznych. Nadchodzi era poszukiwania wzrostu przychodów i efektywności przedsiębiorstw poprzez zdobywanie nowych rynków zbytu czy konsolidację branżową. W obu wypadkach to właśnie fuzje i przejęcia mogą być bardzo ważnym czynnikiem sprzyjającym rozwojowi gospodarki.

W najbliższych latach możemy oczekiwać utrzymania wysokiej aktywności na rynku M&A, a silnym bodźcem do jego rozwoju może okazać się wzrost dynamiki w segmencie średnich transakcji. Słabsza koniunktura gospodarcza i niepewność geopolityczna powinny być bowiem neutralizowane przez nasilenie tendencji konsolidacyjnych, wzrost liczby spółek wystawianych na sprzedaż oraz poprawę ich wycen. Główne branże, które generują potencjał powyżej przeciętnego dla transakcji M&A w Polsce, to przemysł i produkcja żywności, branże technologiczne i sektor finansowy.

Wpływ sukcesji

Jeden z istotnych trendów, który będzie kształtował polski rynek M&A, to sukcesja. Zachodząca zmiana pokoleniowa w polskich firmach jest nieunikniona. Może oznaczać dojście do kontroli nad firmami młodych, dynamicznych managerów (sukcesorów), ale równocześnie – w przypadku braku ich zainteresowania zarządzaniem rodzinnym biznesem – decyzję o sprzedaży firmy.

Raport przewiduje utrzymanie się liczby transakcji na poziomie co najmniej zbliżonym do średniej z ostatnich lat (130-140 transakcji o wartości jednostkowej powyżej 5 mln dol.). Wartość rynku może pozostawać silnie zmienna pod wpływem prawdopodobnych dużych transakcji realizowanych w poszczególnych latach. Choć w centrum aktywności raczej pozostaną transakcje o stosunkowo niskiej wartości jednostkowej (do 25 mln euro), można spodziewać się dalszego rozwoju i wzrostu znaczenia tzw. mid-marketu.

Raport „Nowe otwarcie: Wyzwania polskiego sektora przedsiębiorstw motorem rozwojowym rynku M&A” został przygotowany przez analityków Grupy Pekao (Bank Pekao S.A. i Pekao Investment Banking) we współpracy z amerykańskim bankiem inwestycyjnym Lazard (jedna z najbardziej znanych firm doradczych z obszaru M&A, bankowości inwestycyjnej i asset management).

Na postawione w tytule pytanie, autorzy odpowiadają na podstawie danych z serwisu Mergermarket, dotyczących transakcji o jednostkowej wartości powyżej 5 mln dol., których przedmiotem była spółka mająca główną siedzibę w jednym z krajów Europy Środkowo-Wschodniej, ogłoszone i zamknięte (2013-17) lub ogłoszone i nieanulowane do połowy maja 2019 (transakcje z 2018), z wyłączeniem transakcji zakupu spółek SPV na rynku nieruchomości komercyjnych.

Najczęstsze kredyty: na mieszkanie, AGD lub samochód

Tylko połowa Polaków uważa kredyty bankowe za bezpieczne – wynika z II edycji Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku. Okazuje się, że najczęściej bierzemy kredyty na nieruchomości, sprzęty AGD oraz samochody. Najmniej chętnie natomiast na święta oraz dentystę.

Indeks Bezpieczeństwa Finansowego* realizowany jest cyklicznie na zlecenie Nest Banku przez agencję badawczą SW Research. Celem badania jest śledzenie postaw i przekonań Polaków w zakresie ich bezpieczeństwa finansowego. Indeks bada, czy Polacy czują się bezpiecznie ze swoimi finansami, czy mają obawy o przyszłość oraz jak rozumieją bezpieczeństwo finansowe.

Tylko połowa Polaków ma zaufanie do kredytów

Z tegorocznej edycji Indeksu Bezpieczeństwa Finansowego Nest Banku wynika, że niespełna 51% Polaków uważa kredyty za bezpieczne – to o 18% więcej niż w ubiegłym roku. Zaufanie do kredytów rośnie, co nie oznacza, że znikają obawy związane z całym procesem kredytowym. Badani obawiają się głównie ukrytych kosztów, wysokiej marży i oprocentowania oraz negatywnego wpływu kredytu na poziom życia ich rodziny. Co ciekawe ponad 27% badanych stwierdziło, że gdyby ich bezpieczeństwo finansowe zostało zachwiane to pomocy szukaliby właśnie w banku.

Kredyt tak, ale tylko na konkretny cel

Polacy najczęściej biorą kredyty na nieruchomości, sprzęt gospodarstwa domowego i samochody. Najmniej skłonni są zaciągać pożyczkę na święta oraz usługi dentystyczne. Aż 78% badanych zadeklarowało, że nigdy nie wzięli ani nie rozważaliby pożyczki na organizację świąt. Co ciekawe prawie 48% nigdy nie skorzystałoby z kredytu na wydatki związane z pójściem dzieci do szkoły, a 55% na organizację rodzinnych uroczystości (ślub, chrzest, komunia itp.).

Kredyt online? Zdania Polaków są podzielone

Kredyt online
Okazuje się, że z kredytu udzielanego online skorzystała prawie jedna trzecia badanych (34%), a 22% rozważa taką możliwość w najbliższym czasie. Co ciekawe aż 16% Polaków wzięło kredyt online kilkukrotnie. Jednak 30% badanach zadeklarowało, że nie skorzystało i nigdy nie skorzysta z takiego rozwiązania. Czynniki sprzyjające braniu kredytu online są zróżnicowane. Dwa najważniejsze związane są z ofertą, która powinna być atrakcyjna (34%) i na preferencyjnych warunkach (29%).

Agnieszka Porębska-Kość - Nest Banku
Agnieszka Porębska-Kość – Nest Banku

Według danych Związku Banków Polskich pod koniec 2018 roku z aplikacji mobilnych na telefonie aktywnie korzystało już prawie 8,8 mln Polaków, a sam dostęp do bankowości elektronicznej posiada ponad 17 mln. Oznacza to, że co drugi aktywny użytkownik bankuje za pomocą telefonu. Polacy stają się coraz bardziej mobilni i chcą korzystać niemal ze wszystkich usług bankowych online. Z tego wynika właśnie rosnąca popularność kredytów przez Internet. W Nest Banku podjęliśmy współpracę z największymi platformami kredytowymi takimi jak FinAI, Comperia czy Lendo. Dzięki temu klient ma naprawdę szeroki dostęp do oferty kredytowej online Nest Banku. – Agnieszka Porębska-Kość, Członek Zarządu Nest Banku, odpowiedzialna za Pion Rozwoju Produktów

* Badanie zostało zrealizowane w dniach 09.04-15.04.2019 przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel na próbie 1094 Polaków.

Napięcia na linii Waszyngton-Teheran trzęsą rynkami

Wczorajsze wydarzenia niedaleko cieśniny Ormuz zachwiały rynkiem i to nie tylko sektorem ropy. Nie chodzi nawet o sam atak na dwa tankowce, ale o potencjalny brak dostaw z tego kierunku (Zatoki Perskiej) oraz dalszą eskalację napięć na linii Waszyngton-Teheran.

Gwałtowny koniec minimów ropy

Co musi się wydarzyć, aby ceny ropy poszły gwałtownie w górę? Są dwie możliwości: przyspieszenie wzrostu gospodarczego skutkujące wzrostem globalnego popytu oraz niepokojące (często nagłe i nieprzewidywalne) wydarzenia mogące ograniczyć produkcję lub dostawy. O ile z reguły ciężko sobie wyobrazić nagły, skokowy wzrost zapotrzebowania na ten surowiec, o tyle ograniczenia w dostawach nie są czymś nieprawdopodobnym. Nie inaczej było w przypadku ataku na dwa tankowce w cieśninie Ormuz. Już sama ropa przewożona w ich zbiornikach to istotna wartość dla rynku w krótkim horyzoncie czasowym. Warto jednak spojrzeć na temat z szerszej perspektywy. Jeśli z powodów bezpieczeństwa trzeba by było zrezygnować z tej trasy transportu, oznaczałoby to, że 19% światowego eksportu ropy musi znaleźć inny sposób dotarcia do kontrahentów. Nie jest to możliwe do osiągnięcia w krótkim czasie i stąd gwałtowny wzrost cen czarnego złota. W końcu nic tak nie zmienia cen na giełdach, jak strach. Ropa podrożała wczoraj o niemal 3 dolary na baryłce, w szczytowym momencie rosnąc niemal 5%. USA o zamach oskarżyło Iran, który z powodu amerykańskich sankcji jest obecnie odcięty od legalnego eksportu własnego surowca. Jeżeli konflikt będzie eskalował, to ropa powinna dalej drożeć.

Pierwsza runda głosowania u Konserwatystów

Wczoraj odbyła się pierwsza runda głosowań na następcę Theresy May. Zgodnie z oczekiwaniami obserwatorów i bukmacherów wygrał ją Boris Johnson. Płacą oni zaledwie 1,15 funta za każdego funta postawionego na jego zwycięstwo. Warto pamiętać, że mechanizm tych wewnętrznych wyborów przewiduje kolejne tury głosowania i po każdej odpadać będzie najsłabszy kandydat. Na szczęście (z perspektywy czasu, który może zająć cała procedura) w pierwszej z nich odpadali wszyscy, którzy nie zdobyli minimum 17 głosów spośród puli 313 głosujących posłów. Obecnie w grze jest 7 osób, ale były burmistrz Londynu miał 71 głosów przewagi nad kolejnym kandydatem. Co ciekawe, pomimo tak dużej pewności rynków co do wyniku, funt i tak tracił na wartości.

Amerykańska giełda w górę

Parkiety za oceanem są sterowane przez kilka sprzecznych czynników. Najważniejszym z nich jest konflikt pomiędzy chęcią sprzedaży (powodowaną konfliktem handlowym z Chinami i spodziewanym spowolnieniem) a zapowiadaną obniżką stóp procentowych. Ten drugi element spowoduje, że koszt kapitału będzie niższy, ale spadną również zyski z inwestycji o niskim poziomie ryzyka. Nie bez znaczenia dla nastrojów była też sytuacja w Azji i ruchy na rynku ropy. Pomimo tego wczorajsze notowania udało się zamknąć zyskiem. Jest to o tyle ważne, że znajdujemy się zaledwie 1,5% poniżej ostatnich historycznych maksimów.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 10:00 – Polska – inflacja konsumencka,
  • 15:15 – USA – produkcja przemysłowa,
  • 16:00 – USA – raport Uniwersytetu Michigan.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Wirtualna teczka HR ułatwia życie zarówno pracodawcy, jak i pracownikowi

Po osiągnięciu wieku emerytalnego pracownik może zadecydować o kontynuowaniu pracy zawodowej lub o jej przerwaniu – przejściu na emeryturę. Jednak już na etapie kompletowania dokumentów, potrzebnych do uzyskania tego świadczenia, może on napotkać liczne utrudnienia – jak chociażby problem z uzyskaniem ERP-7 lub zaświadczenia o dochodach, z uwagi na zlikwidowanie dawnego miejsca pracy. Gdzie wtedy szukać pomocy i jak pracodawcy mogą, a w obliczu zmieniającego się prawa, powinni wręcz zadbać o dokumentację kadrową? Na te pytania odpowiadają eksperci firmy Iron Mountain.

Dokumenty potrzebne do złożenia wniosku o emeryturę wiele osób musi uzyskać z różnych miejsc pracy. Zdarza się, że niektóre z nich już od lat nie istnieją. A brak pełnego obrazu historii zawodowej, powoduje problemy przy wyliczeniu odpowiedniej wysokości świadczenia. Do pracodawcy należy więc odpowiednie zabezpieczenie dokumentacji kadrowej, aby byli pracownicy, nawet po likwidacji firmy, mogli zdobyć wszelkie niezbędne informacje.

Co jest niezbędne?

Chcąc otrzymać emeryturę, pracownik musi złożyć wniosek wraz z dokumentami poświadczającymi okresy składkowe i nieskładkowe, a także zaświadczenia z obecnego miejsca zatrudnienia. Dobrze jest załączyć wszystko, co może potwierdzić staż pracy. Niezwykle ważne jest również pozyskanie dokumentów potwierdzających wysokość wynagrodzeń w poszczególnych latach kariery zawodowej. W tym celu należy złożyć druk ZUS ERP-7, który wystawiany jest na podstawie listy płac czy karty wynagrodzeń. Należy pamiętać, że jego sporządzenie jest obowiązkiem pracodawcy. Kwota zamieszczona na ERP-7 pomaga określić Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych wysokość świadczeń emerytalno-rentowych, co przyczynia się do uzyskania odpowiedniej emerytury. Niestety, jeśli firma, w której pracowaliśmy, od wielu lat nie istnieje, możemy mieć problem z uzyskaniem tego najważniejszego dokumentu.

Gdzie szukać danych?

Na stronie ZUS znajduje się baza zlikwidowanych lub przekształconych zakładów pracy, w której znajdziemy także informacje o tym, gdzie przechowywana jest ich zarchiwizowana dokumentacja kadrowa. Jednym z takich miejsc może być magazyn Iron Mountain – lidera rynku zajmującego się zarządzaniem informacją, archiwizacją i digitalizacją dokumentów dla wielu instytucji i podmiotów z różnych branż. Firma ta pomaga także osobom indywidualnym w odnalezieniu potrzebnych dokumentów i na ich podstawie wystawia druk ERP-7.

Miesięcznie zwraca się do nas średnio 175 osób, które poszukują danych ze swoich byłych zakładów pracy. Od początku roku złożono u nas prawie 1000 wniosków o wydanie ERP-7, z których udało nam się zrealizować blisko 800. Na wydanie druku ERP-7 mamy ustawowo 8 tygodni, jednak średnio wydajemy takie zaświadczenie w 14 dni. Z naszych szacunków wynika, że czas realizacji może ulec skróceniu do 60% w przypadku pracy na danych zdigitalizowanych, przy założeniu, że nasza firma posiada dostęp zarówno do teczek HR, jak i dokumentacji płacowej w wersji elektronicznej. To istotne, w związku ze zmianami w prawie dotyczącymi możliwości przechowywania danych pracowniczych.- Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska.

Jak zadbać o dokumenty i pracownika?

Nowa regulacja, która weszła w życie z dniem 1 stycznia 2019 r., daje pracodawcom możliwość prowadzenia akt osobowych pracowników wyłącznie w formie elektronicznej (tzw. e-teczki, e-akta). Takie rozwiązanie zdecydowanie ułatwia nie tylko sam proces zarządzania dokumentacją w firmie, ale też późniejszej archiwizacji w momencie ustania stosunku pracy. Iron Mountain od lat pomaga firmom z różnych branż w porządkowaniu dokumentacji. Jedną z możliwości jakie oferuje jest tzw. outsourcing teczki personalnej. To mniej dokumentów w siedzibie firmy, oszczędność czasu dla działów HR, a także bezpieczeństwo i zgodność z RODO. To także łatwy dostęp do dokumentacji online. Firma oferuje szereg rozwiązań, które umożliwiają klientom stałe monitorowanie posiadanych zasobów – przekazanych do magazynu Iron Mountain. Poza podstawową usługą, jaką jest przygotowanie baz zawartości, Iron Mountain oferuje również autorską e-platformę e-Vault.
e-Vault pozwala kontrolować firmie swoje zasoby dokumentów. Zarówno teczki nieaktywnych pracowników, jak i tych obecnych są w każdym momencie dostępne dla pracodawcy. Dodatkowo system powiadamia o przedawnionych dokumentach czy takich, które ze względu na ustawę o RODO, muszą zostać usunięte. Wtedy, po dyspozycji ze strony klienta, takie dane zostają w bezpieczny sposób zniszczone. – Sylwia Pyśkiewicz, Prezes Iron Mountain Polska

Do tej pory pracodawca miał obowiązek przechowywać informacje o pracowniku przez 50 lat. Nowelizacja ustawy ze stycznia 2019 r. skraca ten czas do jednej dekady. Ciężko już teraz mówić o tym jak wpłynie to na funkcjonowanie firm i z jakimi problemami mogą za jakiś czas borykać się byli pracownicy. Na szczęście, zgodnie z prawem, firma może zatrudnić do obsługi dokumentacji i archiwum podmiot zewnętrzny. Takie rozwiązanie, połączone z digitalizacją teczek personalnych, nie tylko pomoże w odpowiedni sposób zabezpieczyć dokumentację pracowników, ale również pozwoli zaoszczędzić czas Działom Kadr i HR.

Nowelizacja Prawa Farmaceutycznego może ograniczyć dostępność leków

Rozpoczęte na początku roku prace nad nowelizacją Prawa Farmaceutycznego miały polegać, zgodnie z uzasadnieniem, na określeniu szczegółowych zasad dotyczących zabezpieczeń umieszczanych na opakowaniach produktów leczniczych stosowanych do ludzi, jako konsekwencja implementacji przepisów Unii Europejskiej. Niestety zaproponowane zapisy mogą ograniczyć płynność obrotu produktami leczniczymi, a tym samym dostępność leków na polskim rynku.

Wynika to z faktu, iż zaproponowane w nowelizacji brzmienie art. 77a może prowadzić do interpretacji tego przepisu w sposób ograniczający możliwość zawierania umów o przechowywanie lub dostarczanie produktów leczniczych wyłącznie do relacji podmiot odpowiedzialny – podmiot prowadzący hurtownię farmaceutyczną.

Ponadto w ustępie 4 art. 77a wprowadzono zakaz podzlecania czynności objętych w/w umową innym hurtownikom (hurtownik, który zawrze umowę z podmiotem odpowiedzialnym o przechowywanie lub dostarczanie produktów leczniczych nie będzie mógł podzlecić tych usług innym podmiotom). Zaproponowane rozwiązanie stoi w sprzeczności z samą ustawą – Prawo Farmaceutyczne, w tym z zakresem czynności mieszczących się w definicji obrotu hurtowego, a także z rozporządzeniem w sprawie wymagań Dobrej Praktyki Dystrybucyjnej.

W świetle obowiązujących przepisów, zlecanie czynności z zakresu obrotu hurtowego jest w pełni dopuszczalne, i nie powinno być w żaden sposób ograniczane. Apelujemy więc, aby w procedowanej ustawie dokonać stosownych korekt poprzez wskazanie w treści art. 77a, że dotyczy on wyłącznie zawierania umów przez podmioty odpowiedzialne (w celu umożliwienia przechowywania i dostarczania leków w ich imieniu przez podmioty prowadzące hurtownie farmaceutyczne) i nie narusza on obecnie obowiązujących przepisów i wytycznych o obrocie hurtowym, w świetle których outsourcing czynności z zakresu obrotu hurtowego jest w pełni dopuszczalny. Ponadto apelujemy o odejście od zakazu ograniczania podzlecania innym hurtownikom czynności objętych umową o przechowywanie lub dostarczanie produktów leczniczych, zawieraną pomiędzy podmiotem odpowiedzialnym a podmiotem prowadzącym hurtownię farmaceutyczną.

Pracodawcy Rzeczypospolitej Polskiej

Ucieczka od ryzyka

Ryzyka geopolityczne wychodzą na powierzchnię przy napięciach między USA i Iranem w związku z incydentem w Zatoce Perskiej. Ucieczka od ryzyka w towarzystwie rosnących oczekiwań na globalne luzowanie polityki pieniężnej jest idealnym paliwem dla rajdu cen złota. Czerwone otwarcie giełd w Europie wspiera też JPY i CHF. Reszta rynku FX jest uśpiona w oczekiwaniu na ważne dane z USA.

W czwartek najwięcej emocji towarzyszyło handlowi na rynku ropy naftowej, gdzie chwilami wzrosty sięgały prawie 5 proc., choć z biegiem czasu impet osłabł. Dwa tankowce należące do Norwegii i Japonii zostały zaatakowane w Zatoce Omańskiej. Nie do końca wiadomo, co faktycznie się stało (spekulacje dotycząc bomby lud torpedy) i kto stoi za atakiem, ale zagrożenia dla dostaw surowca to zawsze dobry pretekst, by podbić notowania. Z czasem ryzyko dla równowagi popytu i podaży przerodziło się w ryzyko geopolityczne, gdyż administracja USA otwarcie wini za atak Iran, który jednak stanowczo zaprzecza. To przebudza obawy o rozwinięcie się konfliktu między USA i Iranem, a rynki odpowiednio reagują. Jak na razie nie wiadomo, o jak poważnej eskalacji można mówić, ale nie zmienia to faktu, że to kolejny powód do podtrzymania awersji do ryzyka.

Razem z wojnami handlowymi i zagrożeniami dla globalnego ożywienia najzwyczajniej bardziej racjonalne jest trzymanie się „bezpiecznych przystani”. Dziś rano cena złota poprawia tegoroczne szczyty i powyżej 1350 USD/oz jest najwyżej do 14 miesięcy. Psychologiczne znacznie okrągłego poziomu połączone z przełamaniem poprzednich szczytów pozwala oczekiwać nasilenia presji wzrostowej. W złocie jest duży zapas do zdyskontowania napięć rynkowych. Wcześniej było o to ciężko, gdyż wzrosty kruszcu były blokowane przez silną postawę USD, który był równie istotną „bezpieczną przystanią”. Jednak teraz, kiedy dolar utracił swój urok wraz z ożywieniem dyskusji o obniżkach stóp procentowych Fed, złoto eksplodowało. Za to na FX zabezpieczeniem przed awersją do ryzyka pozostają JPY i CHF.

A co z USD? Poza wahnięciami związanymi z ryzykami geopolitycznymi, większość pozycji rozważanych w kontekście przyszłotygodniowego posiedzenia FOMC jest już zawartych i teraz ewentualnie dochodzi do kosmetycznych dostosowań. Dziś poznamy ostatnią paczkę ważnych danych, które mogą być istotnym wsadem dla decydentów z Fed. Po danych o sprzedaży detalicznej i produkcji przemysłowej oczekuje się odreagowania słabych figur z poprzedniego miesiąca. Przy zwiększonej uwadze na aktywności gospodarczej dziś nawet odczyt produkcji przemysłowej może być katalizatorem zmienności. Dodatkowo otrzymamy wyniki badań Uniwersytetu Michigan nt. nastrojów konsumentów, gdzie prognozy mówią o powrocie poniżej 100 pkt. Przyszłe oczekiwania Amerykanów będą interesujące w obliczu ostatnich wydarzeń.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Deloitte: Handel 4.0 zwiększa lojalność klientów

Prawie połowa konsumentów deklaruje, że urządzenia elektroniczne ułatwiają im zakupy w sklepach stacjonarnych. Uważają tak głównie klienci w wieku 18-45 lat, a jak przewidują autorzy raportu firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” ich liczba będzie wzrastać w kolejnych latach. Eksperci Deloitte prześledzili ścieżkę zakupową Polaków i wskaźnik wpływu cyfrowego, czyli to w jaki sposób i jak często na jej poszczególnych etapach wykorzystujemy narzędzia cyfrowe. Handel 4.0, dzięki temu, że umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz tworzyć atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb.

Klienci cenią w urządzeniach mobilnych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównania ich cen jeszcze przed wizytą w sklepie. Najczęstszym (48 proc.) źródłem wiedzy są dla nich strony internetowe poszczególnych sklepów. – Widzimy, że istotną rolę w dostarczaniu informacji o produkcie odgrywają narzędzia cyfrowe. Inspiracji, opinii i rad coraz częściej szukamy także w mediach społecznościowych. W przeprowadzonym przez nas badaniu 51 proc. osób powiedziało, że nie korzysta z pomocy asystentów w sklepie. Oznacza to, że klient jest bardziej świadomy i często sam najlepiej wie jaki produkt odpowiada jego potrzebom – mówi Michał Pieprzny, Partner, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich w Deloitte. Średni wskaźnik wpływu cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów. Dla najstarszych klientów, czyli tych powyżej 55 roku życia jest on ponad dwukrotnie niższy niż dla najmłodszej grupy.

Nowy klient w sklepie

Z badania Deloitte, które było tematem jednego z paneli podczas ostatniego Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach, wynika, że poza porównaniem produktów i cen (26 proc.) oraz szukaniem wiedzy o konkretnym produkcie (25 proc.), konsument 4.0 poszukuje także informacji o jego dostępności w danym sklepie stacjonarnym lub internetowym (16 proc.). Kolejne 6 proc. ogląda filmy instruktażowe dotyczące produktu i sposobów jego użytkowania. To oznacza, że klient, który pojawia się w sklepie przeważnie jest zdecydowany na konkretny zakup i ma rozległą wiedzę na temat interesującego go produktu. Handel 4.0 staje się więc szansą dla branży i koniecznym kierunkiem zmian.  – Dzisiejszy konsument wyraźnie różni się od tego sprzed 10 lat temu. Teraz klient ma coraz mniejszą potrzebę, by pytać. Widać to szczególnie w branży obuwniczej czy odzieżowej, ale ten trend wkracza już także do branży spożywczej. Spodziewam się, że 4.0 pomoże wypracować sprzedaż niszowych produktów. Ludzie chcą takie produkty kupować, ale nie wiedzą, jak je odróżnić czy znaleźć – mówi Jacek Sadowski, Prezes Demo Effective Launching.

 

Handel 4.0 nie tylko dla dużych

Jak zauważają autorzy raportu Deloitte, klienci wykorzystują różne źródła w zależności od kategorii produktów, o których szukają informacji. Przykładowo, dla kategorii takich jak żywność, odzież, zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt najczęściej przeglądamy stronę internetową bądź aplikację w smartfonie. Z kolei dla elektroniki, rozrywki oraz motoryzacji częściej wykorzystujemy komputer stacjonarny bądź laptopa. Przed zakupami zdecydowanie najwięcej klientów wykorzystuje technologie cyfrowe w odniesieniu do odzieży i motoryzacji (po 79 proc.). W trakcie zakupów nacisk przesuwa się na zdrowie (40 proc.), natomiast już po zakupach zdecydowanie największy odsetek klientów wykorzystuje technologie w odniesieniu do zakupów dla dzieci i niemowląt (21 proc). – Technologia może służyć nie tylko dużym sieciom, ale także małym sklepom, które rywalizują z dyskontami wielkością oferty asortymentowej. Najgorsze co może im się przytrafić to nietrafiony towar, to ryzyko, którego obawiają się najbardziej, ponieważ towar, który nie rotuje to zamrożony kapitał. Technologia i big data pozwalają to ryzyko ograniczać i optymalizować zamówienia w oparciu o dane analityczne dostępne dla każdego właściciela sklepu, między innym przez aplikacje, które dostarcza franczyzodawca – mówi Maciej Ptaszyński, Dyrektor Generalny Polskiej Izby Handlu. Aż średnio 49 proc. klientów zapytanych przez Deloitte deklaruje, że wsparcie urządzeń elektronicznych ułatwiło im dokonanie zakupu.

Godny odnotowania jest także fakt, że klientów, którzy dokonują zakupów jest znacznie więcej wśród tych, którzy korzystają z urządzeń elektronicznych przed zakupami i w trakcie (7 proc.). Niemal o połowę mniej (4 proc.) klientów dokonuje zakupu, jeśli korzysta z urządzeń elektronicznych jedynie przed lub jedynie w trakcie zakupów. Handel 4.0 umożliwia stworzenie ekosystemu z dostawcami i producentami, dzięki czemu pozwala być bliżej klienta, wypracować najlepsze dla niego korzyści oraz atrakcyjne oferty dostosowane do indywidualnych potrzeb. Tym samym zwiększa lojalność klienta, co niesie korzyści dla wszystkich zainteresowanych stron. – Pojawiła się nowa waluta, która staje się bardzo ważna dla klienta. Jest to czas. Jeśli potraktujemy czas jako priorytet, to zmianie ulegną zasady na jakich działamy i budujemy przewagi konkurencyjne – mówi Adam Manikowski, Wiceprezes Zarządu ds. operacyjnych Żabka Polska.

Social media zamiast opinii sąsiadki

Na zdefiniowany przez ekspertów Deloitte wskaźnik wpływu cyfrowego pozytywnie wpływa korzystanie z mediów społecznościowych. W przypadku klientów obecnych w social mediach jest on co najmniej o 10 proc. wyższy. To konsumenci bardziej świadomi podejmowanych decyzji oraz skuteczniejsi w porównywaniu produktów i cen. – Nowości i promocje, które wprowadzamy stają się tematem do rozmowy w mediach społecznościowych. Tworzą się grupy, które komunikują się ze sobą i informują, co pojawiło się nowego i jak to działa. Rewolucja 4.0 to proces, który cały czas trwa. Jest jednak druga strona medalu. Istnieje grupa klientów, którzy nie korzystają z nowych technologii. Wyzwaniem jest więc to, w jaki sposób połączyć te dwa światy – mówi Artur Pluta, Senior Digital Marketing Manager, Jeronimo Martins. Niemniej faktem jest, że handel 4.0 wyrównał szanse pomiędzy e-commerce a handlem stacjonarnym, a klienci, którzy nie korzystają z urządzeń elektronicznych poszukując informacji o produkcie stanowią 2 proc. ogółu.

Eksperci Deloitte zwracają też uwagę na różnice widoczne przy podejmowaniu decyzji zakupowych między kobietami i mężczyznami. Podczas, gdy kobiety bardziej impulsywne decyzje podejmują w odniesieniu do produktów z kategorii odzież i meble, mężczyźni spontanicznie kupują produkty związane z żywnością i rozrywką.

Handel 4.0 jest po to, aby być bliżej klienta, a taki klient potrafi się odwdzięczyć. Konsumenci korzystający z technologii cyfrowych są bardziej lojalni i częściej odwiedzają sklepy fizyczne. Z analizy Deloitte wynika, że wskaźnik wpływu cyfrowego rośnie wraz ze wzrostem liczby odwiedzin sklepu w ostatnich trzech miesiącach. – Należy jednak pamiętać, że nie wszędzie możemy mówić o handlu 4.0 i producentach 4.0. Czasem jest to 3.0, czasem 2.0. Nie ma wątpliwości, że klient oczekuje, aby przedsiębiorca był obecny w 4.0 i z tym wyzwaniem musimy się zmierzyć – mówi Piotr Kondraciuk, Prezes Zarządu PolskiKoszyk.pl.

OC o 10% tańsze niż na początku roku

W maju br. znów sprawdziliśmy średnią składkę polis OC. Warto dowiedzieć się, czy ta przeciętna cena obowiązkowego ubezpieczenia nadal malała.

Wartość barometru cenowego z maja 2019 r. = 90↘ (wynik dla poprzedniego miesiąca: 91↘)

Komentarz ekspertów Ubea.pl: 

Informacje przedstawione na poniższym wykresie potwierdzają, że majowy spadek średniej składki OC (względem kwietnia br.) był jedynie minimalny. W kwietniu 2019 r. przeciętna składka OC oferowana online przez dziewięciu ubezpieczycieli współpracujących z Ubea.pl wynosiła 1474 zł. Stanowiło to 91% analogicznej wartości ze stycznia 2019 r. (stanowiącej punkt odniesienia dla kolejnych miesięcy). Właśnie dlatego kwietniowa wartość barometru cenowego Ubea.pl wyniosła 91. Analogiczny odczyt z maja 2019 r. to 90. Oznacza to, że średnia majowa składka OC uwzględniona przez Ubea.pl wyniosła 90% porównywanej kwoty ze stycznia 2019 r. „Konkretniej rzecz ujmując, OC oferowane przez dziewięciu ubezpieczycieli współpracujących z Ubea.pl, w maju kosztowało średnio 1459 zł. Bardzo zbliżony wynik został odnotowany w lutym 2019 roku, o czym świadczą dane z poniższego wykresu” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Ogólnie rzecz biorąc, można stwierdzić, że w maju 2019 r. średnie koszty zakupu ubezpieczenia OC przez Internet wróciły do poziomu z lutego 2019 r. Taka sytuacja oznacza brak wyraźnego spadkowego trendu, na który polscy kierowcy mogli liczyć po wyraźnych obniżkach widocznych w lutym br. (patrz poniższy wykres). Wydaje się, że właściciele samochodów powinni dostosować swoje oczekiwania dotyczące obniżek cen OC do bieżącej sytuacji rynkowej. Czynnikiem hamującym spadki składek jest szybki wzrost świadczeń wypłacanych z OC ofiarom wypadków. „Warto także wspomnieć o kolejnym dyscyplinującym liście (w sprawie poziomu składek OC), który ubezpieczyciele niedawno otrzymali od KNF-u. Zakłady ubezpieczeń muszą również brać pod uwagę ewentualną konieczność wypłaty dodatkowego świadczenia dla opiekunów ciężko rannych ofiar wypadku (będących ich bliskimi). Sąd Najwyższy już niebawem podejmie decyzję w sprawie takiej rekompensaty” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

OC o 10% tańsze niż na początku roku
Źródło: porównywarka ubezpieczeń Ubea.pl

Metodologia tworzenia barometru cenowego Ubea.pl: analizowany poziom średniej składki za OC (bez produktów pakietowych – np. NNW), wynika ze wszystkich kalkulacji, jakie użytkownicy Ubea.pl wykonali w ciągu miesiąca. Średnia składka ze stycznia 2019 r. (1624 zł) jest punktem odniesienia (wartość indeksu cenowego = 100). Analiza uwzględnia polisy tych ubezpieczycieli, którzy byli obecni na rynku w styczniu 2019 r. i do tej pory oferują ubezpieczenia OC.

Nowe przepisy dotyczące emisji CO2 w Europie – sztorm stulecia w europejskiej motoryzacji

Najpoważniejsze zagrożenie, z którym musi zmierzyć się przemysł samochodowy Europy, to nie brexit ani potencjalne amerykańskie cła, ale własne przepisy UE ograniczające emisję dwutlenku węgla (CO2).

 

  • Najpoważniejsze zagrożenie, z którym musi zmierzyć się przemysł samochodowy Europy, to nie Brexit ani potencjalne cła amerykańskie, ale własne przepisy unijne ograniczające emisję dwutlenku węgla (CO2).
  • Cele w zakresie emisji dwutlenku węgla mogą potencjalnie doprowadzić do niekorzystnego scenariusza dla przemysłu samochodowego tworząc jednocześnie wyzwania przemysłowe, finansowe i handlowe.
  • Strategia częściowego dostosowania się producentów samochodów umożliwi im spełnienie ich zobowiązań tylko w 30%: czas na zajęcie się problemem przez polityków i konsumentów.

Dnia 15 kwietnia 2019 r. po kilku posiedzeniach przedstawiciele Komisji Europejskiej, Rady Europejskiej i Parlamentu Europejskiego zgodzili się[1] na zredukowanie średnich emisji CO2 w nowych samochodach osobowych o -15% w 2025 r., i o -37.5% w 2030 r., aby osiągnąć międzynarodowe cele określone w COP21/Porozumieniu paryskim. Nowe cele są najambitniejsze na świecie, surowsze niż pierwotne propozycje (-30% do 2030 r.) i większe niż oczekiwali producenci samochodów.

Nowy raport Euler Hermes pokazuje, że może to doprowadzić do niekorzystnej sytuacji w europejskim przemyśle motoryzacyjnym, stawiając przed nim wyzwania na trzech polach.

Po pierwsze, wyzwanie przemysłowe, ponieważ takie cele będą wymagać drastycznej korekty w proporcji stosowanych rozwiązań układu napędowego na rzecz pojazdów z alternatywnym źródłem zasilania (APV), mianowicie pojazdów elektrycznych (EV). Nasze opracowanie pokazuje, że udział w rynku nowych APV powinien przekroczyć 25%, aby spełnić wymogi przepisów europejskich – bez względu na kombinację udziałów w rynku samochodów o napędzie benzynowym i wysokoprężnym.

Po drugie, wyzwanie finansowe. Na podstawie danych z 2018 r. suma kar naliczonych dla globalnych producentów samochodów najbardziej zaangażowanych na rynku europejskim mogłaby osiągnąć poziom 30 mld euro. Do tego momentu, żaden z nich nie spełnił jeszcze wymagania celu CO2 w 2021. Ta kwota stanowi prawie 18% ich połączonego EBITDA i prawie połowę (45%) połączonych zysków netto osiągniętych w 2018 r. (67 mld euro). A należy jeszcze do tego dodać, iż korekta w proporcji stosowanych układów napędowych konieczna do spełnienia celu pociągnie za sobą znaczący wzrost kosztów produkcji (+7% do 2020 r. średnio dla zgodnego połączenia mixu układu napędowego).

Na końcu, wyzwanie handlowe ­– pełne przeniesienie dodatkowych kosztów produkcji na konsumentów doprowadzi do spadku (-9%) w sprzedaży samochodów do końca 2020 r., i –o 18% do 2025 r. Będzie to kosztować -0.1 pp zarówno francuskiego, jak i niemieckiego wzrostu PKB w 2019 i 2020 r., i zagrozi 160 tys. miejsc pracy. Ponadto, rosnąca konkurencja wśród producentów pojazdów EV (elektrycznych) dodatkowo obniży obroty i marże sektora motoryzacyjnego.

Producenci samochodów zrobią wszystko, co możliwe, aby uniknąć tej burzy stulecia, wykorzystując zgromadzone finansowe rezerwy i redukując koszty, poszukując “superkredytów”, wchodząc w porozumienia partnerskie zwane “poolami” i prowadząc dalszą konsolidację. Ta strategia częściowego dostosowania umożliwi im spełnienie zobowiązań tylko w 30%. W rezultacie, do końca 2020 r. prognozujemy: wzrost średnich cen samochodów o +2.6%, spadek liczby rejestracji nowych aut o -3.1%, spadek przychodów ze sprzedaży samochodów o 2.9 mld euro, zagrożenie dla 60 tys. miejsc pracy oraz prawie pewny fakt – producenci samochodów nie zdołają osiągnąć celów związanych z ograniczeniem emisji CO2.

Ponieważ europejski przemysł motoryzacyjny to 13% produkcji przemysłowej i 13,3 mln bezpośrednich lub pośrednich miejsc pracy, konsumenci i władze będą musieli coś z tym zrobić” – ocenił tę sytuację Maxime Lemerle, Szef Działu Badań Sektorowych i Badań nad Niewypłacalnością.

Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.
Tomasz Starus Dyrektor Biura Oceny Ryzyka Towarzystwo Ubezpieczeń Euler Hermes SA.

Jak ocenia Tomasz Starus, członek zarządu Euler Hermes odpowiedzialny za ocenę ryzyka: „Branża motoryzacyjna odpowiada za 8-10% polskiego PKB a także za analogiczny wskaźnik zatrudnienia w polskim przemyśle.  Wszelkie wstrząsy w tak istotnej części gospodarki będą więc odczuwalne – nawet pomimo tego, iż jak dotąd dominująca w Polsce produkcja części a nie gotowych pojazdów wychodziła obronną ręką z zawirowań w europejskiej motoryzacji. Było to możliwe dzięki nie tylko wysokiej jakości i efektywności w relatywnie nowych na tle innych krajów europejskich zakładach, ale także dzięki niższym kosztom pracy, co przyczyniało się do lokowania produkcji w Polsce. Ta przewaga w ostatnich trzech latach uległa zmniejszeniu, dlatego spodziewany spadek zamówień oraz zwiększona presja cenowa ze strony odbiorców – producentów samochodów może wpłynąć na harmonijny jak dotąd rozwój sektora motoryzacyjnego w Polsce. Wyzwaniem przed nim stojącym była dotychczas (i jest nadal) zbyt mała wartość dodana – mały udział autorskich projektów i technologii wytwarzania. Gwałtowne zmiany w sektorze nie koniecznie będą sprzyjać nakładom na nowe, innowacyjne rozwiązania w polskiej motoryzacji – wykorzystywać je będą w pierwszej kolejności Ci, którzy już nimi dysponują”.

Popularne dzielnice na gdańskim rynku nieruchomości

Polska gospodarka zwolni – co z programami społecznymi?

Polska już od jakiegoś czasu rośnie bardzo szybko, w tempie 5 proc. rocznie. Taka sytuacja nie jest możliwa do utrzymania w dłuższej perspektywie. Nie decyduje o tym jedynie coraz większa niepewność w ujęciu globalnym. Niemożliwe jest, aby gospodarka rozwijała się aż tak dynamicznie przez bardzo długi czas. Oczekiwane spowolnienie jest więc naturalnym zjawiskiem. W tym roku prognozuje się wzrost na poziomie 4,5-5 proc. Za rok wynik ten będzie już znacznie mniejszy – około 3,5 proc., a potem ok. 3 proc.

– Nadal nie jest to słabe tempo. Aktualny potencjał wzrostu polskiej gospodarki to właśnie ok. 3 proc. – powiedział agencji eNewsroom Mateusz Walewski, główny ekonomista BGK. – Wynik powyżej tego poziomu będzie powodem do dumy. Gorszy wyniki będzie mógł budzić obawy, ale nie za duże. Gospodarka w pewnym momencie musi zwolnić, nie może zostać przegrzana. Po okresie szybkiego wzrostu nieunikniony jest spadek. Owoce dobrej kondycji rozwoju gospodarki w Polsce można przeznaczać na cele społeczne, co obecnie ma miejsce. Najważniejsze, aby miały one pokrycie w dochodach. W tej chwili jest to możliwe w dużej mierze dzięki uszczelnieniu systemu podatkowego. Jeśli uda się je utrzymać – co będzie bardzo trudne w okresie spowolnienia gospodarczego – programy fiskalne mogą mieć nawet funkcję stymulującą. Nie można jednak zapominać o niepewności, w kierunku której zmierza gospodarka światowa. W przyszłości mogą pojawić się globalne problemy – ocenił Walewski.

Jak 5G zmieni motoryzację

Większość z nas spotkała się z określeniem 5G, ale czy na pewno wiemy, o co dokładnie chodzi? Kilkudziesięciokrotnie wyższa prędkość od LTE i ogromna przepustowość pomogą rozwinąć komunikację aut i infrastruktury drogowej między sobą. Dzięki 5G i mnogości urządzeń sieciowych wizja dróg pełnych pojazdów autonomicznych staje się realna. Sprawdźmy zatem, kiedy technologia 5G będzie dostępna w Polsce, jakie mity towarzyszą jej wykorzystaniu w codziennym życiu i co z tego będziemy mieli my, kierowcy.

5G umożliwi połączenie z internetem nawet 100 urządzeń mobilnych na metr kwadratowy! To oznacza, że do wszędobylskich smartfonów i komputerów dołączą tysiące innych urządzeń – zaawansowanych systemów kontroli toru jazdy czy czujników umieszczonych przy drodze. Oczekiwaniu na sieć 5G towarzyszy jednak wiele mitów, które obala najnowszy raport Ericsson ConsumerLab*. Wskazuje on między innymi na brak krótkoterminowych korzyści z uruchomienia sieci 5G lub postrzeganie smartfonów jako jedynych urządzeń jakie skorzystają na nowej technologii.

Usługi i aplikacje 5G dla fanów motoryzacji

W raporcie Ericssona użytkownicy smartfonów przewidują, że większość aplikacji i usług 5G upowszechni się w ciągu 2-3 lat od uruchomienia sieci 5G. W przypadku motoryzacji największe zainteresowanie dotyczy użycia nowej technologii w samochodowych centrach rozrywki. W dalszej kolejności – z perspektywą wprowadzenia w 3-5 lat od wejścia 5G – są takie rozwiązania jak szyby wykorzystujące rzeczywistość rozszerzoną (AR) oraz pojazdy autonomiczne. 4 na 10 uczestników badania twierdzi, że dostęp do sieci 5G będzie dla kierowców tak samo ważny jak zużycie paliwa czy moc silnika.

„Technologia 5G zrewolucjonizuje motoryzację i przyspieszy wprowadzanie pojazdów autonomicznych. Korzyści z transmisji gigabajtów danych bez opóźnień wykraczają daleko poza oglądanie filmów 4k w podróży. Dzięki 5G, analizie danych i sztucznej inteligencji samochody zmienią swoją funkcjonalność. Dostarczą nowych wrażeń, wyręczą nas w wielu czynnościach i zadbają o bezpieczeństwo” – mówi Marcin Sugak, dyrektor ds. rozwoju w firmie Ericsson.

Konsumpcja danych w erze 5G będzie wielokrotnie wyższa. Według raportu Ericsson ConsumerLab, transfery danych w smartfonach podłączonych do sieci 5G wzrosną nawet 14-krotnie, a użytkownicy tygodniowo będą oglądać 3 godziny materiałów wideo więcej niż robią to obecnie. Trend będzie widoczny również w podróży, podczas której pasażerowie, ale również kierowca półautonomicznego pojazdu, będą pochłonięci ulubionym serialem.

Rzeczywistość rozszerzona i auta jak z gier komputerowych

Dzięki technologii 5G i rozwojowi rzeczywistości rozszerzonej przednia i boczne szyby samochodu zmienią się w ekrany prezentujące informacje z różnych źródeł. Na przykład wyświetlą komunikat z pobliskiej restauracji o ostatnim wolnym stoliku lub pomogą bezpiecznie wyprzedzić inny pojazd. Szyby w naszym aucie będą przypominać ekrany z najlepszych gier komputerowych. W raporcie Ericssona na liście wyczekiwanych rozwiązań z 5G znalazły się również tzw. przezroczyste auta. Brzmi jak magia, a w rzeczywistości polega na wykorzystaniu wielu kamer, transmisji danych w czasie rzeczywistym i zaawansowanego wyświetlacza. Dzięki temu nasz lub inny pojazd może być półprzezroczysty lub zniknie z pola widzenia. Dla wielu osób taka wizja to wciąż pomysł rodem z filmów science-fiction.

Kiedy 5G zawita do Polski?

Sama technologia jest już w Polsce dostępna, ale konieczne jest jeszcze przydzielenie odpowiednich pasm i częstotliwości. Komisja Europejska oczekuje, że do 2025 r. kraje członkowskie będą posiadać szerokie pokrycie siecią 5G. W Polsce pierwszym miastem z niej korzystającym będzie Łódź. Jeżeli plany wprowadzenia nowej technologii powiodą się, to sieć komercyjna 5G zacznie działać nad Wisłą około 2022 roku. Początkowo będzie dostępna w dużych miastach, na wszystkich autostradach i na najważniejszych drogach ekspresowych. Od 2015 roku Ericsson zainstalował juz ponad 3 mln stacji bazowych gotowych obsłużyć 5G. Instalacja stacji nowej generacji dotyczy także Polski. Technologia jest gotowa, a obecne ograniczenia wynikają z uwarunkowań prawnych.

Polityka wynagrodzeń w spółce giełdowej po zmianie prawa

Wkrótce wejdą w życie nowe zasady prawne odnoszące się do spółek giełdowych. Przepisy te dotyczą m.in. wynagradzania członków zarządu oraz rady nadzorczej. Zobacz, co będzie musiała zawierać polityka wynagrodzeń w spółce po zmianie prawa.

„Nowe przepisy wprowadzają szereg szczegółowych wytycznych określających, co w takiej polityce powinno się znaleźć. Powinny tam być opisane stałe i zmienne składniki wynagradzania, cele zarządcze, które menedżerowie zrealizowali i za które otrzymają wynagrodzenie, to, w jaki sposób polityka wynagrodzeniowa przekłada się na realizację strategii biznesowej podmiotu, i to, jak wynagrodzenia menedżerskie odnoszą się do wynagrodzeń i warunków pracy innych pracowników” – mówi w wywiadzie dla agencji informacyjnej infoWire.pl Karol Raźniewski, associate partner w EY.

O przyjęciu polityki wynagrodzeń będzie decydować walne zgromadzenie akcjonariuszy. Zadaniem rady nadzorczej będzie z kolei coroczne sporządzanie sprawozdania z jej realizacji. Siłą rzeczy w czynności związane z polityką wynagrodzeń będą zaangażowani również menedżerowie będący członkami zarządu, którzy będą uczestniczyć w organizacji walnego zgromadzenia i przygotowywaniu projektów dokumentów. W spółce będą mogły je tworzyć dział HR, dział prawny, dział relacji inwestorskich czy biuro zarządu. O tym, kto będzie ponosił odpowiedzialność za powstawanie tych dokumentów, będzie stanowić już sama spółka.

Minister rolnictwa: Mamy wielką suszę hydrologiczną. Od sierpnia uruchamiamy program nawodnień w rolnictwie wart 1 mld zł

Minister rolnictwa: Mamy wielką suszę hydrologiczną. Od sierpnia uruchamiamy program nawodnień w rolnictwie wart 1 mld zł 8

Połączenie coraz częstszych okresów wysokich temperatur i niewielkich opadów powoduje, że susza dotyka kraj co roku. Bardzo złą sytuację ogólną pogarszają dodatkowo bezśnieżne zimy oraz suche jesienie. Już teraz susza dotknęła w Polsce osiem województw, w niektórych regionach plony mogą być nawet o kilkadziesiąt procent niższe. W sierpniu zostanie uruchomiony nowy program nawodnień w rolnictwie. Skorzystają na nim gminy najbardziej poszkodowane przez suszę w ostatnich latach – zapowiada Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

– W Polsce nie ma od wielu lat sytuacji bezpiecznej w zakresie zasobów wody. Brakuje wody w Polsce, jej poziom w glebach się obniża. Natomiast w tym roku ostatnie deszcze właściwie proces tej postępującej suszy powstrzymały. Drżę, żeby nie utrzymały się przez dwa tygodnie, czy krócej, czy dłużej, bardzo wysokie temperatury, które powodują zwiększenie ewapotranspiracji, bo wtedy susza może się rzeczywiście bardzo wyraźnie pokazać – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jan Krzysztof Ardanowski, minister rolnictwa i rozwoju wsi.

System Monitoringu Suszy Rolniczej podaje, że w okresie od początku kwietnia do końca maja suszę rolniczą stwierdzono w ośmiu województwach. Najgorsza sytuacja jest na terenie Pojezierza Lubuskiego, na Równinie Kutnowskiej czy na Pobrzeżu Szczecińskim. Zagrożone są przede wszystkim zboża jare, ozime oraz uprawy truskawek. Jeśli jednak wysokie temperatury będą się utrzymywać, a opady będą niewielkie, to susza będzie się pogłębiać i obejmie znacznie więcej regionów.

– Są takie obszary w naszym kraju, gdzie deszcz nie padał już dłużej niż miesiąc. Natomiast w dużym stopniu także zależy od gleb, jeżeli gleby są piaszczyste, z małą ilością substancji humusowej, znacznie szybciej wysychają i znacznie bardziej naraża to plon rolniczy. Natomiast dramat jest w całej Polsce, my w zeszłym roku mięliśmy bardzo wielką suszę, mówi się o suszy stulecia. Bardzo mocno obniżył się poziom wód gruntowych, mieliśmy bezśnieżną zimę, w związku z tym nie było tej dostawy wody do zasobów wód gruntowych, mamy znaczące obniżenie się poziomów wód gruntowych w wielu regionach Polski – tłumaczy dr hab. Zbigniew Karaczun, Katedra Ochrony Środowiska SGGW w Warszawie.

Z danych FreeMeteo.pl wynika, że w kwietniu w części regionów spadło zaledwie 1,7 mm – to tyle, ile średnio pada na obszarach pustynnych. Dodatkowo dzięki ocieplaniu klimatu znacznie łagodniejsze są zimy – brak śniegu sprawia zaś, że do gleby dostaje się znacznie mniej wody. Już teraz obserwuje się zanikanie największego dorzecza Warty – Noteci, cofnięcie się brzegu Jeziora Wilczyńskiego o kilka metrów. W Puszczy Białowieskiej obniżenie poziomu wód gruntowych powoduje stopniowe wymieranie świerku. Same opady sytuacji nie poprawią.

– Mamy wielką suszę hydrologiczną, ucieka nam woda gruntowa. Nie potrafimy zatrzymywać wody. Dramatycznym pomysłem jest betonowanie polskich rzek, budowanie autostrad rzecznych, bo to jeszcze bardziej przyspieszy spływ wód. Pilnie potrzebujemy programu małej retencji, retencji na terenach wiejskich, odbudowania małych zbiorników wodnych, odbudowywania małych terenów podmokłych czy w ogóle jakby terenów podmokłych, utrzymywania zadrzewień śródpolnych, bo to są wszystko zbiorniki retencyjne. Bez tego polskie rolnictwo naprawdę czeka dramat – przestrzega Zbigniew Karaczun.

Ekolodzy już od lat alarmują, że pustynnieje województwo łódzkie. Dokument opracowany przez Ministerstwo Środowiska „Polityka ekologiczna państwa 2030” wskazuje, że według szacunków na 90 proc. terytorium województwa już teraz istnieje ryzyko zagrożenia wystąpienia opadów poniżej 400 mm rocznie. Stale zagrożone suszą,oprócz łódzkiego, są także obszary Kujaw czy pojezierzy Dobrzyńskiego i Chełmińskiego.

Z powodu suszy ceny niektórych warzyw i owoców wzrosły o kilkaset procent w ciągu roku. Cierpią też rolnicy – części upraw może już nie dać się uratować, dlatego resort rolnictwa zapowiada nowy system wsparcia.

– Od sierpnia uruchamiamy nowy program nawodnień w rolnictwie, na razie jest na to 400 mln przeznaczone, cała pula to miliard złotych. Muszę zacząć od tych gmin, które były najbardziej dotknięte suszą w kolejnych latach i taki raport na podstawie danych Younga jest przygotowywany, tam będziemy dofinansowywali nawodnienia w gospodarstwach rolnych. Minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej od przyszłego roku uruchamia bardzo duży program dużej retencji w Polsce, która również będzie przydatna dla obszarów wiejskich – podkreśla an Krzysztof Ardanowski.

Zgodnie z zapowiedziami w pierwszej kolejności wsparcie mają otrzymać gminy, które były najbardziej poszkodowane przez suszę w ostatnich latach.

Z kolei Program Rozwoju Retencji to pierwszy w historii kompleksowy program, który ma zwiększyć retencjonowanie wody w Polsce oraz minimalizować skutki powodzi i suszy. Cały program o szacunkowej wartości 12 mld zł ma zwiększyć współczynnik retencji wód w Polsce z obecnych 6,5 proc. do 15 proc.. Plan ma obejmować wiele elementów, m.in. zbiorniki retencyjne, retencję naturalną, hydroenergetykę czy meliorację.

Branża piwowarska w Polsce przechodzi rewolucję. Radykalnie zmieniły się upodobania konsumentów

Branża piwowarska w Polsce przechodzi rewolucję. Radykalnie zmieniły się upodobania konsumentów 9

W ubiegłym roku segment piw bezalkoholowych w Polsce zanotował 80-procentowy wzrost sprzedaży – była to najwyższa dynamika na całym europejskim rynku. W tym roku branża spodziewa się podobnego, być może nawet trzycyfrowego wzrostu. Piwa nisko- i bezalkoholowe to obecnie najbardziej perspektywiczny segment piwnego rynku. Rośnie on kosztem piw mocnych wysokoalkoholowych – ich spożycie oscyluje już wokół marginalnego poziomu. Polska branża piwowarska – która jest trzecim największym w Unii Europejskiej producentem – musi szybko reagować na radykalną zmianę upodobań konsumentów. Z drugiej strony – jest pod silną presją kosztową, wywołaną m.in. wzrostem cen surowców i kosztów pracy oraz zapowiedzią podwyżki akcyzy. 

– Polski przemysł piwowarski jest w dobrej kondycji, ta branża w ostatnich latach bardzo urosła, rozwinęła się. Jej całościowy wkład do polskiego PKB szacujemy na ponad 20 mld zł, jest to ważny pracodawca. Ta branża jest także liderem jeśli chodzi o produkty szybko zbywalne na rynku spożywczym, generuje duży obrót zwłaszcza w najmniejszych sklepach – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego.

Polska jest trzecim co do wielkości producentem piwa w Europie – średnio co dziesiąte piwo dostępne na europejskim rynku jest ważone w Polsce. Branża generuje ponad 157 tys. miejsc pracy, płaci rocznie 11 mld zł podatków, co roku kupuje też u swoich poddostawców produkty i usługi za przeszło 6,5 mld zł. Jak podkreśla dyrektor ZPPP – branża piwowarska ma szeroko rozbudowany łańcuch wartości i jest znaczącą gałęzią polskiej gospodarki.

Prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich Andrzej Olkowski dodaje, że w ostatnich latach zachodzi w niej rewolucja, spowodowana zmianami w upodobaniach konsumentów. Rozwijają się segmenty kojarzone z tzw. piwną rewolucją – czyli piwa niepasteryzowane, mocno chmielone, smakowe, ale również nisko- i bezalkoholowe, tzw. zerówki.

– Klienci poszukują piw ciekawych – i to zarówno na rynku polskim, jak i europejskim. Ciekawe piwo to pojęcie bardzo szerokie i wiele można w nim zmieścić. Ostatnie dwa lata to eksplozja sprzedaży piw bezalkoholowych, z zerową zawartością alkoholu, ale rosną również piwa mocno chmielone, owocowe, ale z prawdziwymi owocami, z dodatkiem owoców tropikalnych, z dodatkiem miodu. Słowem: piwa inne niż jasny lager – mówi Andrzej Olkowski.

– Piwowarstwo w ogóle – w Polsce i w całej Europie, zwłaszcza w krajach „piwnych” – przechodzi dynamiczne zmiany. Zmienia się produkt, jakim jest piwo, ale zmienia się też konsument, który dzisiaj oczekuje czegoś całkiem innego. W Polsce konsumuje się coraz mniej mocnych piw wysokoalkoholowych – to jest już margines rynku. Zyskują natomiast piwa niskoalkoholowe, radlery. Z kolei najszybciej rosnącą częścią rynku są piwa całkiem bezalkoholowe – dodaje Bartłomiej Morzycki.

Jak podkreśla, w ubiegłym roku segment piw bezalkoholowych w Polsce zanotował 80-procentowy wzrost sprzedaży i była to najwyższa dynamika na całym europejskim rynku. W tym roku branża spodziewa się podobnego, być może nawet trzycyfrowego wzrostu.

– W tym tempie za 3 do 5 lat w Polsce co dziesiąte piwo będzie już piwem bez alkoholu. To potwierdza trend, który wynika z badań konsumenckich. Dziś konsumenci szukają w piwie przede wszystkim smaku, a nie alkoholu. Czyli – piją tyle samo, natomiast proporcja spożycia alkoholu się zmienia, coraz większą część stanowią piwa bezalkoholowe – mówi Bartłomiej Morzycki.

Innym, wyraźnym trendem w branży piwowarskiej jest w tym momencie premiumizacją, która oznacza, że wartość rynku rośnie znacznie szybciej niż zmiany wolumenowe. W ubiegłym roku rynek zanotował wzrost rzędu 3-4 proc., natomiast jego wartość zwiększyła się o blisko 8 proc.

– Na ten efekt złożyła się premiumizacja, czyli większy odsetek piw z wyższej półki. Konsumenci piwa coraz częściej eksperymentują, poszukują piwnych nowości, piwnych specjalności i coraz chętniej, odważniej sięgają po piwa nowe, z wyższej półki – mówi Bartłomiej Morzycki.

Dyrektor Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego podkreśla również, że piwo jest produktem o tradycyjnym charakterze, z kilkusetletnią tradycją i – mimo różnych trendów i zmian w upodobaniach konsumentów – piwo, jako produkt sam w sobie, zachowa swój tradycyjny charakter.

– Jednym z trendów konsumenckich jest właśnie powrót do dawnych smaków, odszukiwanie dawnych receptur. Patrząc np. na ofertę mikrobrowarów – ich pomysł na biznes często opiera się na wykorzystaniu receptur sprzed dziesiątek czy setek lat i powrót do takiego tradycyjnego ważenia. Myślę, że piwo w gruncie rzeczy zachowa tradycyjny charakter, natomiast zawsze będzie podlegało pewnym modom konsumenckim. W tej chwili takim trendem jest chęć bycia zdrowym, dbania o sylwetkę, co tłumaczy popularność piw zerówek. One mają mniej kalorii, mogą być spożywane przez osoby aktywne fizycznie. Jako browary, staramy się nadążać za tymi trendami i jednocześnie wpływać na nie – ocenia Bartłomiej Morzycki.

Jak podkreśla, jednym z wyzwań dla branży są obecnie rosnące koszty, co wiąże się m.in. z podwyżką cen energii, surowców i kosztów pracy. Wszystkie te czynniki powodują, że cena piwa jest pod silną presją kosztową.

– Dostępność i cena surowców, dostępność wody – to są rzeczy kluczowe dla przyszłości branży. Patrząc na lokalny, polski rynek – także gospodarka odpadami, recykling, obieg zamknięty to wszystko są kwestie, które nas dotyczą, ponieważ jesteśmy branżą, która dostarcza na rynek setki milionów, a nawet miliardy butelek i puszek. Jesteśmy jedyną w Polsce branżą, która na taką skalę organizuje rynek butelki zwrotnej. 50 proc. piwa jest sprzedawane w butelkach zwrotnych, to jest na polskim rynku jedyny taki przypadek – podkreśla Bartłomiej Morzycki.

Branża piwowarska jest też szczególnie wrażliwa na zmiany regulacyjne – zwłaszcza te dotyczące akcyzy i obszaru polityki zdrowotnej. Dlatego istotne jest, żeby wszelkie nowe zmiany w przepisach były przewidywalne i nie zakłócały funkcjonowania rynku.

– Obawiamy się podwyżki akcyzy – ale tylko wtedy, jeżeli byłaby ona niesprawiedliwie lub nierówno wprowadzona. Jeżeli podwyżka akcyzy będzie na poziomie, jaki zapowiadało Ministerstwo Finansów i dotknie wszystkie branże alkoholowe w tym samym stopniu – wówczas będzie to jakiś czynnik kosztotwórczy, ale sprawiedliwie podzielony. Bardziej obawialibyśmy się, gdyby nastąpiła jakaś zmiana systemu liczenia akcyzy, ale nie sądzę, żeby to miało miejsce – mówi Andrzej Olkowski, prezes Stowarzyszenia Regionalnych Browarów Polskich.

Zbigniew Sikorski, przewodniczący Sekretariatu Przemysłu Spożywczego Niezależnego Samodzielnego Związku Zawodowego „Solidarność” dodaje, że wzrost akcyzy – w połączeniu ze wzrostem cen surowców i rosnącą presją kosztową w branży piwowarskiej – może odbić się także na sytuacji pracowników zatrudnionych w tym sektorze.

– Regulacje dotyczące szykowanego wzrostu akcyzy stanowią pewne zagrożenie dla pracowników w przyszłości. Branża się rozwija doskonale, potrafi wyczuć czego oczekują klienci na rynku i odpowiednio przestawić swoją produkcję. W mojej ocenie nie ma rzeczywistych podstaw, żeby tę akcyzę podnosić, bo czemu robić coś nowego, jeśli stare funkcjonuje dobrze? – mówi Zbigniew Sikorski.

Polacy nie potrafią odpoczywać na wakacjach. Prawie 40 proc. nie odcina się od pracy podczas urlopu

Polacy nie potrafią odpoczywać na wakacjach. Prawie 40 proc. nie odcina się od pracy podczas urlopu 10

36 proc. Polaków nie umie zapomnieć o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Efekt jest taki, że po wakacjach wracamy jeszcze bardziej zmęczeni, niż byliśmy przed urlopem. Kluczowa jest tutaj czysta głowa oraz umiejętność zapomnienia, choć na chwilę, o pracy. Ważny jest relaks, robienie tego, co faktycznie sprawia nam przyjemność, oraz spędzanie czasu z bliskimi – doradza dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu. Część osób traktuje wypoczynek jako kolejny obowiązek i zapomina o własnych potrzebach, a w czasie urlopu nadal robi to, co uważa, że musi lub powinna robić. Tylko bez nakładania na siebie niepotrzebnej presji, urlop ma szansę spełnić swoją funkcję – przekonuje psycholog.

– Wypoczynek powinniśmy zaplanować z wyprzedzeniem, aby nie przeskakiwać nagle z trybu zadań służbowych na tryb urlopowy. Jeśli to przejście jest nagłe, to często rozpoczynamy urlop, mając jeszcze w głowie sporo spraw, których nie udało się nam zakończyć. Myślimy wtedy o rzeczach, które powinniśmy zrobić i tym samym cały czas jesteśmy przemęczeni psychicznie. A przecież tak naprawdę odpoczywamy przede wszystkim w naszej głowie – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjnej Newseria Biznes dr Karolina Oleksa-Marewska, psycholog z Wyższej Szkoły Bankowej w Poznaniu.

Blisko połowa Polaków uważa, że jesteśmy najbardziej zestresowanym narodem w Europie. Dla 37 proc. głównym źródłem stresu jest praca. Urlop nie zawsze jest rozwiązaniem – podczas wypoczynku myślimy o niedokończonych projektach oraz o tym, co czeka nas po powrocie. Monitor Rynku Pracy Instytutu Badawczego Randstad wskazuje, że 36 proc. Polaków nie potrafi zapomnieć o pracy podczas wakacyjnego wyjazdu. Dr Karolina Oleksa-Marewska wskazuje, że aby wypoczynek mógł spełnić swoją rolę, potrzebne jest odpowiednie przygotowanie mentalne oraz dbałość o fizyczny relaks i odpowiednie towarzystwo.

– Ważne jest, żebyśmy mieli czystą głowę, bo wtedy możemy myśleć pozytywnie i nie przejmować się pracą. Każdy z nas doświadczył przecież sytuacji, w której po powrocie do domu zastanawiał się jeszcze, czy dobrze napisał raport, czy odpowiedział na wszystkie e-maile, czy są tematy, które musi dokończyć następnego dnia. Wtedy, nawet jeśli bardzo chcemy odpocząć i spędzić czas z rodziną, to nam się to nie uda, bo służbowe myśli będą nam krążyć z tyłu głowy – tłumaczy psycholog z WSB w Poznaniu.

Eksperci radzą, aby przed urlopem załatwić możliwie jak najwięcej spraw, a w czasie wypoczynku nie myśleć o czekających nas obowiązkach. Jednak nie zawsze jest to możliwe. Monitor Rynku Pracy wskazuje, że 60 proc. pracowników otrzymało od przełożonych polecenie, aby w czasie urlopu byli pod telefonem, co trzeci zaś miał obowiązek natychmiastowego odpowiadania na służbowe telefony i e-maile.

Dobry wypoczynek łączy się także z fizycznym relaksem. Dla każdego może oznaczać on coś innego, jednak zdaniem ekspertki błędem jest korzystanie, w czasie urlopu z tabletów i smartfonów oraz przeglądanie mediów społecznościowych. Taka aktywność może co prawda pomóc nam się odprężyć, ale ostatecznie nie pozwala odpocząć naszemu mózgowi, który jest atakowany przez zbyt dużą liczbę bodźców.

– Robimy częsty błąd, gdy w czasie wakacji lub weekendu, który spędzamy w domu, sięgamy po telefon czy komputer – ocenia Oleksa. – Warto zadbać o aktywny wypoczynek fizyczny. Każdy z nas ma inny styl odpoczywania. Jeden uwielbia chodzić na basen lub jeździć rowerem, ale są też osoby, które po prostu lubią przesiadywać w domu na kanapie i to też jest okej. Najważniejsze, żebyśmy dali swoim oczom i umysłowi odpocząć. Lepiej więc sięgnąć po książkę, czy po prostu zafundować sobie krótką drzemkę – są to proste metody, dzięki którym nasze ciało może się zrelaksować.

Kluczowa jest jest też dbałość o towarzystwo i prawdziwe kontakty, które są alternatywą dla rozmów prowadzonych przez komunikatory internetowe.

– Mamy różne narzędzia – telefony, laptopy, tablety, ale de facto brakuje nam kontaktu typowo fizycznego, takiego czysto relacyjnego. Jeżeli spędzamy czas z osobami, które są nam bliskie, to możemy się trochę wygadać, wyżalić, pośmiać, pożartować. Okazuje się, że są to bardzo istotne dla nas bodźce, bardzo nam potrzebne. Jeśli możemy sobie pozwolić wyłącznie na krótki urlop, ale za to spędzimy go z kimś, kogo lubimy, to i tak jesteśmy w stanie naładować nasze baterie – przekonuje psycholog.

Współczesnym problemem jest również to, że wypoczynek traktujemy jako nasz kolejny obowiązek. Zamiast robić rzeczy, które rzeczywiście sprawiają nam przyjemność, to kierujemy się opinią innych i tym co wypada, a co nie. Dlatego zamiast leniwego wypoczynku nad morzem wybieramy zwiedzanie i odhaczanie kolejnych punktów na liście atrakcji czy mapie świata.

– Sami sobie narzucamy presję wewnętrzną i niestety ta presja nas mocno męczy. Jeżeli chcemy odhaczyć dużą liczbę spotkań rodzinnych, podczas których nie zawsze jesteśmy naturalni i uśmiechamy się tylko dlatego, aby dobrze wypaść, to w efekcie zamiast odpocząć, jeszcze bardziej siebie męczymy. Dlatego warto unikać takich czynności, których nie lubimy robić. Warto też unikać presji, jaką sami sobie narzucamy oraz osób, które są dla nas w jakiś sposób toksyczne – wymienia ekspertka.

Duże znaczenie ma też długość odpoczynku. Według różnych opinii urlop powinien trwać 8 dni albo trzy tygodnie. W tej krótszej wersji, na adaptację do nowych warunków przeznaczmy 2–3 dni, a dopiero później naprawdę odpoczywamy. Przy 3-tygodniowym urlopie, pierwszy tydzień ma nas odstresować i pomóc zapomnieć o obowiązkach, w drugim będziemy w pełni korzystać z wolnego, w trzeci powoli przygotowywać się na powrót do pracy.

– Dobrze wypocząć możemy nawet w tydzień. Bardzo istotne jest, abyśmy się do tego przygotowali, tzn. zamknęli maksymalnie dużo tematów przed wyjazdem. Po drugie, wybrali miejsce, które faktycznie nas interesuje – jeżeli naprawdę mamy ochotę pojechać w góry, to zróbmy to. Po trzecie, wybierzmy towarzystwo osób, z którymi czujemy się dobrze – podsumowuje Oleksa.

Część z nas ma potrzebę oznaczenia się w trakcie urlopu w mediach społecznościowych i pokazywania miejsc, w których przebywamy. W ten sposób chcemy wzbudzać zazdrość wśród naszych znajomych.

– Jeśli cały czas jesteśmy podłączeni do portali społecznościowych i czujemy presję, że musimy opublikować zdjęcia z kolejnej wycieczki, to w efekcie na naszym urlopie jesteśmy bardziej w sferze wirtualnej niż rzeczywistej. Nie mamy poczucia, że jesteśmy tu i teraz i że możemy odpocząć. Cały czas myślimy o tym, aby wyszło dobre zdjęcie, aby było najlepsze światło oraz zastanawiamy się, czy zrobiliśmy odpowiedni uśmiech albo pozę. W takiej sytuacji nasz mózg jest przeciążony procesami myślowymi i nie ma chwili wytchnienia. A wystarczy popatrzeć na wodę, na góry, wziąć głęboki oddech – tego nam naprawdę dzisiaj brakuje – przekonuje dr Karolina Oleksa-Marewska.

Niektórzy nastoletni blogerzy i vlogerzy mogą liczyć na spore zarobki. Z aktywnością w sieci wiążą swoje plany na przyszłość

Niektórzy nastoletni blogerzy i vlogerzy mogą liczyć na spore zarobki. Z aktywnością w sieci wiążą swoje plany na przyszłość 11

Nastoletni twórcy w internecie bardzo poważnie traktują swoją działalność, wkładając w nią dużo zaangażowania i przy okazji zdobywając przydatne kompetencje cyfrowe i społeczne. Przeważająca większość traktuje prowadzenie bloga czy vloga jako bezpośredni wstęp do przyszłej kariery zawodowej albo przynajmniej perspektywiczne hobby. Pozytywny feedback ze strony odbiorców daje twórcom duży impuls do samorozwoju, niezależność, możliwość zdobywania nieograniczonej wiedzy, a w wielu przypadkach także konkretnych pieniędzy – wynika z raportu NASK „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy”.

Młodzi ludzie podejmują swoją aktywność w sieci przede wszystkim dlatego, że chcą pokazać, co potrafią, podzielić się swoimi zainteresowaniami i pasjami. Chcą służyć radą innym. Zachęcają ich do tego przede wszystkim rówieśnicy, w mniejszym stopniu rodzice czy nauczyciele – mówi agencji Newseria Biznes Marcin Bochenek, dyrektor Pionu Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego w NASK.

Z kolei głównym powodem, dla którego po początkowych etapie młodzi twórcy kontynuują swoją działalność, jest pozytywna reakcja ze strony ich odbiorców. Autorzy raportu podkreślają, że nastolatki bardzo poważnie traktują swoją działalność w sieci, wkładając w nią dużo zaangażowania i przy okazji zdobywając przydatne kompetencje cyfrowe i społeczne.

Mówimy o szeroko rozumianych kompetencjach społecznych, samorozwoju, samodoskonaleniu, ale również o umiejętnościach potrzebnych do kreowania swojego bloga, tworzenia treści potrzebnych do przekazywania różnego rodzaju materiałów – mówi Agnieszka Wrońska, doradca dyrektora NASK ds. rozwoju społeczeństwa informacyjnego.

Kompetencje, które młodzi ludzie zdobywają w sieci, są zróżnicowane: od znajomości różnego rodzaju programów, narzędzi, przez kompetencje językowe, po kompetencje społeczne, takie jak radzenie sobie z trudnym odbiorcą, hejtem, umiejętność negocjacji. Tego młodzi ludzie uczą się dzięki obecności w sieci – dodaje Marta Witkowska, psycholog z Akademii NASK.

Jak podkreśla, aktywność w sieci i pozytywny feedback ze strony odbiorców dają młodym twórcom bardzo duży impuls do samorozwoju, niezależność, możliwość zdobywania nieograniczonej wiedzy, a w wielu przypadkach także konkretnych pieniędzy.

– Internet jest dla nich poligonem doświadczalnym, na którym mogą się sprawdzić, pokazać siebie i zyskać dużo dobrego, choć czasem także sporo hejtu –podkreśla Marta Witkowska.

– Czy oni sobie radzą z hejtem? Nie jest to łatwe, ale po pewnym czasie uodporniają się. Mówią: „początkowo było trudno, nie wiedziałem, co robić, ale po pewnym czasie doszedłem do wniosku, że może warto sobie z tym jakoś poradzić”. Robią to samodzielnie lub z pomocą swoich przyjaciół, grona rówieśniczego. Nabierają dzięki temu przekonania, że to, co robią, jest dobre, wartościowe i hejt im w tym nie przeszkodzi. Ale niewątpliwie jest to wyzwanie dla młodych ludzi – mówi Marcin Bochenek.

Raport NASK „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy” pokazuje też, że aktywność młodych w sieci mocno przekłada się na relacje – zarówno te w świecie offline, jak i online. Wbrew powszechnemu przekonaniu nastolatki kreatywnie zaangażowane w tworzenie własnych treści w internecie nie tracą kontaktów ani relacji społecznych w prawdziwym życiu.

Te kontakty z rówieśnikami ze szkoły czy podwórka zostają, są bardzo ważne i bardzo wzmacniające, ale rozwijają się także kontakty w online, w świecie, gdzie nie istnieją granice krajów. Dzięki temu młodzi budują szerokie sieci współpracy i kontaktów z ludźmi z całego świata, przełamują bariery językowe, stają się obywatelami świata – mówi Marta Witkowska.

Jak wynika z raportu NASK, przeważająca większość nastolatków traktuje swoją aktywność w sieci albo jako bezpośredni wstęp do przyszłej kariery zawodowej albo przynajmniej perspektywiczne hobby, które w przyszłości może się przekształcić w coś więcej i stać się źródłem zarobków.

– Jest stosunkowo niewielka grupa młodych ludzi, którzy mówią: „to zawsze będzie tylko hobby, nigdy praca”. Ryzykujemy taką hipotezę, że jednak większość chętnie widziałaby się w roli zawodowego twórcy internetowego. Część z nich już w tej roli jest, nierzadko zarabiają solidne pieniądze – mówi Marcin Bochenek.

Bardzo interesującym elementem naszych badań są też porady, jakich udzielali młodzi twórcy tym, którzy dopiero rozpoczynają swoją działalność w internecie. Przekazują kilka zasad, o tyle interesujących, że są one bardzo dojrzałe. Podstawowe rady to: skup się na swoich marzeniach, realizuj pasję, ale jednocześnie bądź oryginalny, nie kopiuj pomysłów, miej własny pomysł na siebie. Bądź cierpliwy w oczekiwaniu na sukces, ale jednocześnie odporny na krytykę – dodaje Agnieszka Wrońska.

Raport „Pozytywny internet i jego młodzi twórcy” jest pierwszym w Europie tak kompleksowym opracowaniem, badającym zaangażowanie młodych ludzi w internecie. Wszystkie wcześniejsze publikacje na ten temat skupiały się bowiem na kwestii cyberzagrożeń czy negatywnych zachowań w sieci. Przez ponad rok NASK prowadził badania dotyczące młodych twórców internetowych. Wzięła w nich udział grupa 100 nastolatków w wieku 13–18 lat, którzy są ponadprzeciętnie aktywni w internecie i mediach społecznościowych, prowadzą własne blogi lub vlogi i na swoich kanałach internetowych piszą lub mówią m.in. o modzie, sztuce, makijażu, fotografii, sporcie, podróżach, serialach, muzyce czy literaturze.

Prezes Radia Kolor: Wszystkie stacje prywatne są przeciwne cyfryzacji. Jednak to projekt nie do zatrzymania

0

Prezes Radia Kolor: Wszystkie stacje prywatne są przeciwne cyfryzacji. Jednak to projekt nie do zatrzymania 12

– Cyfryzacja radiofonii w systemie DAB+ jest procesem nie do zatrzymania, mimo że większość dużych rozgłośni jest jej przeciwna – mówi Alina Strześniewska, prezes Radia Kolor. Dodaje, że w tej chwili są na próbnych emisjach we Wrocławiu i w Gdańsku, a już w przyszłym tygodniu będą składać wniosek na Warszawę. O planach dotyczących cyfryzacji szefowa Radia Kolor mówiła podczas odbywającej się w tym tygodniu gali rozdania nagród Grube Ryby 2019, połączonych z 26. urodzinami rozgłośni.

– Wchodzimy w erę radia cyfrowego. Przyznam od razu, że wszyscy radiowcy – zaczynając od dużych sieci po stacje lokalne – jesteśmy temu przeciwni, bo w tej chwili internet jest taki wspaniały, że każdy ma w telefonie radio, jakie chce. Natomiast ten system jest testowany w Polsce już od wielu lat, Polskie Radio również prowadzi testy i ogromne pieniądze na to poszły. Wydaje się, że jest to już projekt nie do zatrzymania, więc oczywiście wsiadamy do tego pociągu również my – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Alina Strześniewska, prezes Radia Kolor.

System DAB+ (Digital Audio Broadcasting Plus) to najnowocześniejsza w tej chwili technologia radiofonii, która pozwala rozgłośniom nadawać w systemie cyfrowym, zamiast dotychczasowego, analogowego. Cyfryzacja radia w Polsce to jeden ze strategicznych celów Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji do 2022 roku, proces koncesyjny ma dotyczyć miejsc na multipleksach lokalnych w 34 miastach w Polsce. W ubiegłym roku KRRiT przedstawiła szczegółowe założenia do planu cyfryzacji radiofonii w Polsce w systemie DAB+. Duże, komercyjne stacje z dużym dystansem ustosunkowały się do tej strategii.

– My radiowcy – zaczynając od dużych sieci, Zetki, RMF-u czy Agory – wszyscy jesteśmy przeciwni, ponieważ to są zbędne koszty i dzisiaj wszyscy mamy dostęp do jakiejkolwiek stacji chcemy przez komórki – podkreśla Alina Strześniewska.

Obecnie w technologii DAB+ nadają jedynie publiczne stacje radiowe Polskiego Radia, a ich zasięg obejmuje głównie okolice większych miast. Polskie Radio, jako pierwsze w Polsce i w tej części Europy, rozpoczęło nadawanie w jakości cyfrowej 1 października 2013 roku. W maju przewodniczący KRRiT Witold Kołodziejski określił Polskie Radio mianem „pioniera, jeśli chodzi o technologię DAB+”.

– Będziemy się rozwijać i tak jak powiedziałam, wsiadamy do tego pociągu i składamy koncesję o kolejne miasta – mówi Alina Strześniewska – W tej chwili jesteśmy na próbnych emisjach we Wrocławiu i w Gdańsku, a już w przyszłym tygodniu będziemy składać wniosek na Warszawę.

Jak podkreśla, proces cyfryzacji radia wydaje się już nie mieć odwrotu, ale jest on obliczony na długie lata.

– To będzie długi proces, on potrwa na pewno kilka lat, ponieważ – żeby odbierać radio cyfrowe – musimy też mieć odbiorniki cyfrowe. One są już w tej chwili w bardzo przystępnych cenach, więc myślę, że nie będzie to problemem. Natomiast z drugiej strony – nie ma też oferty programowej, bo jest tylko Polskie Radio 24 w internecie i dwie inne stacje, które mają naprawdę niską słuchalność. Tak więc cały proces musi zajść równolegle, czyli producenci odbiorników i my, radiowcy, musimy przygotować fajną ofertę, żeby ludzi skłonić do zakupu tych odbiorników – mówi Alina Strześniewska.

Szefowa Radia Kolor ocenia też, że – mimo licznych głosów wróżących zbliżający się koniec tego medium – radio nadal ma w Polsce silną, stabilną pozycję. Według badań słucha 92 proc. Polaków słucha go co najmniej raz w tygodniu, a 72 proc. robi to codziennie.

– Śmierć radia wróżono już w latach 50., kiedy weszła telewizja. Nie wierzę w to, sama, będąc w Stanach Zjednoczonych, słuchałam radia satelitarnego, czyli muzyki bez żadnego DJ-a. To się nie sprawdzi, wszyscy potrzebujemy mieć kontakt z żywym człowiekiem, wiedzieć, że jest ktoś z drugiej strony i w razie czego, jeżeli coś się wydarzy, będziemy o tym na bieżąco informowani. Radio ma się naprawdę dobrze – mówi Alina Strześniewska.

O planach dotyczących cyfryzacji szefowa Radia Kolor mówiła podczas odbywającej się w tym tygodniu gali rozdania nagród Grube Ryby 2019. Statuetki powędrowały do laureatów w sześciu kategoriach, przy czym w pięciu z nich ostateczny werdykt należał do słuchaczy, którzy między 13 maja a 3 czerwca oddawali swoje głosy na stronie plebiscytu. Wśród nagrodzonych znaleźli się m.in. Patrycja Krzymińska (organizatorka słynnej zbiórki „Ostatnia puszka prezydenta Adamowicza”), Rafał Ganowski, autor profilu „Warsaw by drone”, psycholożka Katarzyna Miller oraz start-up Foodsi, który umożliwia Warszawiakom zamawianie jedzenia w niższych cenach. Gala rozdania nagród Grube Ryby była połączona z przypadającymi w tym roku 26. urodzinami Radia Kolor.

Prywatne przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w rozwój alternatywnych rakiet. Innowacje pozwolą ograniczyć koszty misji kosmicznych

Prywatne przedsiębiorstwa coraz chętniej inwestują w rozwój alternatywnych rakiet. Innowacje pozwolą ograniczyć koszty misji kosmicznych 13

Programy kosmiczne przestały być domeną agencji rządowych. Dynamiczny rozwój sektora kosmicznego związany jest m.in. z rosnącym zapotrzebowaniem na badania przeprowadzane w warunkach mikrograwitacji. Wystrzeliwanie przyrządów badawczych za pośrednictwem klasycznych rakiet jest procesem zbyt kosztownym dla wielu uczelni i przedsiębiorstw, dlatego powstają pomysły na zredukowanie środków potrzebnych do przeprowadzenia misji. Pomóc mogą w tym m.in. moduły wykonane metodą druku cyfrowego, rakiety wielokrotnego startu czy takie wystrzeliwane z platform stratosferycznych.

– Niektóre eksperymenty wymagające mikrograwitacji nie muszą lecieć na orbitę, wystarcza im krótszy czas działania mikrograwitacji, np. kilka minut. I w tym czasie dużo tańszym rozwiązaniem jest po prostu lot na rakiecie suborbitalnej. Razem z firmą Spartaqs pracujemy nad innowacyjną platformą do wynoszenia takich rakiet do stratosfery. Przez to, że ta rakieta będzie startowała z wysokości około 20 km, całą gęstą atmosferę zostawiamy poniżej, czyli potrzebujemy znacznie mniej energii na to, żeby osiągnąć takie wysokości, czyli polecieć w kosmos – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Damian Mayer, prezes Near Space Technologies.

Lista prywatnych producentów i operatorów rakiet nie ogranicza się wyłącznie do dużych korporacji pokroju SpaceX czy Blue Origin, które są w stanie wysyłać ładunek poza orbitę okołoziemską i bezpiecznie sprowadzić pojazd z powrotem na Ziemię. Również mniejsze przedsiębiorstwa inwestują w rozwój systemów rakietowych, które pozwalają przeprowadzać budżetowe eksperymenty w warunkach mikrograwitacji.

Start-up Relativity Space pracuje nad rakietami Terran 1 wykonanymi metodą druku 3D, które byłyby znacznie tańsze w produkcji niż klasyczne modele. Składałyby się ze stukrotnie mniejszej liczby części, co drastycznie zmniejszyłoby koszty produkcji oraz montażu, jedynie układy elektroniczne byłyby składane przy wykorzystaniu klasycznych procesów technologicznych. Wykonanie rakiety od podstaw ma trwać zaledwie 60 dni, a pierwsze loty testowe Terran 1 ma wykonać pod koniec 2020 roku.

Inżynierowie Near Space Technologies specjalizujący się w rozwiązaniach z branży near space stawiają z kolei na dwuetapowy system lotów. We współpracy z firmą Spartaqs opracowali system wysyłania ładunków za pomocą platform stratosferycznych. Dzięki wyspecjalizowanym dronom moduł rakietowy wynoszony jest na wysokość stratosfery i dopiero tam odpalane są główne silniki, które wyniosą rakietę w przestrzeń suborbitalną. Taki manewr pozwoli zredukować koszty misji nawet o 50 proc.

– Znacząco obniżamy koszt startu rakiety względem tego, co jest obecne na rynku. Mamy nowoczesne systemy dronowe, systemy sprowadzania ładunków z dużych wysokości do konkretnego punktu na Ziemi. Technika tak bardzo się rozwinęła, że jesteśmy w stanie zaoferować innowacyjne, bardzo nowoczesne rozwiązanie, które na pewno przyjmie się na rynku i będzie w stanie oferować usługi znacznie taniej niż konkurencja – mówi ekspert.

Firma SpaceX udowodniła, że równie efektywne są rakiety wielokrotnego użytku, a już wkrótce mogą się upowszechnić budżetowe projekty tego typu. Nad jednym z nich pracuje chińska firma LinkSpace Aerospace Technology Group, której udało się wystrzelić prototypowy model rakiety pionowego startu i lądowania NewLine Baby. Lot próbny miał posłużyć m.in. przetestowaniu silników, systemu wielokrotnego startu oraz dyszy wektorowej. Docelowo pojazdy będą służyły w budżetowych misjach suborbitalnych, dzięki czemu pozwolą zredukować ich koszt nawet o 80 proc. Inżynierowie LinkSpace planują także skonstruować dwustopniową rakietę wielokrotnego użytku NewLine-1, która pozwoliłaby obniżyć koszty wysłania na orbitę mikro- i nanosatelitów.

Ze względu na specyfikę branży często dochodzi w niej do współpracy firm z sektora prywatnego z ośrodkami naukowymi. Dobrym przykładem takiego działania są konsultacje przeprowadzone przez Near Space Technologies z zespołem Politechniki Wrocławskiej PoliWRocket, który startuje w zawodach SpacePort America Cup w Stanach Zjednoczonych. Firma pomagała studentom opracować system odzyskiwania rakiet oraz wykonała specjalne spadochrony klasterowane na potrzeby konkursu.

Takie budżetowe projekty mają pewne ograniczenia, nie będą w stanie wynieść ładunków o dużej wadze bądź pełnowymiarowych satelitów na orbitę okołoziemską. Rakieta Boleh 3 według wstępnych założeń będzie w stanie unieść satelity CubeSat o maksymalnym rozmiarze 3U, z kolei pojazdy od Near Space Technologies wystrzeliwane za pośrednictwem platformy stratosferycznej udźwigną do 70 kg ładunku i wzniosą się na wysokość do 200 km. Czas lotu ma być wystarczający do przeprowadzenia kompleksowych eksperymentów w warunkach mikrograwitacji.

– W tej chwili jesteśmy na etapie testowania prototypów, rakiety są już gotowe i czekają na start na poligonie w Drawsku Pomorskim. Start ma się odbyć we wrześniu. Przygotowujemy także duży prototyp zawierający testowe technologie, które mają się pojawić w docelowym rozwiązaniu. Taki prototyp chcemy wystrzelić na wysokość około 60 km jesienią tego roku lub wiosną przyszłego roku. Cały projekt zostanie ukończony w ciągu następnych kilku lat – przewiduje Damian Mayer.

Według analityków z firmy Report Ocean wartość globalnego rynku systemów lotów kosmicznych do 2024 roku wzrośnie do 19,5 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 13 proc.

Systemy rozpoznawania obrazu usprawnią funkcjonowanie firm. Będą fundamentem sklepów przyszłości, znajdą też zastosowanie u ubezpieczycieli

Systemy rozpoznawania obrazu usprawnią funkcjonowanie firm. Będą fundamentem sklepów przyszłości, znajdą też zastosowanie u ubezpieczycieli 14

Algorytmy sztucznej inteligencji zyskują na popularności wśród użytkowników biznesowych. Na rynku pojawiają się rozwiązania informatyczne wykorzystujące technologię rozpoznawania obrazu do autoryzacji tożsamości, w procesie obsługi klienta oraz do analizy jego indywidualnych potrzeb. Sklepy wykorzystują tę technologię do wdrożenia systemów rozpoznawania twarzy, a firmy ubezpieczeniowe mogą się posłużyć nią, aby przyspieszyć proces analizy wniosków odszkodowawczych.

– Projekt, który obecnie prowadzimy w likwidacji szkód w Warcie wykorzystujący sztuczną inteligencję do rozpoznawania obrazów, ma na celu zastąpienie oczu rzeczoznawcy. Algorytm komputerowy analizuje zdjęcia uszkodzonego pojazdu i zaznacza uszkodzone części, wskazując również, czy one są kwalifikowane do naprawy, czy też do wymiany, co później jest przekładane do automatycznego systemu kalkulacyjnego – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Rafał Stankiewicz, wiceprezes zarządu TUiR WARTA.

Inżynierowie Warty postanowili wykorzystać rozwiązania z zakresu sztucznej inteligencji, aby ułatwić pracę rzeczoznawcom. Wykorzystanie technologii rozpoznawania mowy oraz obrazu ma pozwolić usprawnić proces analizy dokumentów, a co za tym idzie – przyspieszyć przeprowadzenie procesu likwidacji szkód. Klient nie będzie musiał rozmawiać z konsultantem, aby złożyć wniosek odszkodowawczy. Wszystkie podstawowe dane zostaną zebrane i przeanalizowane przez wirtualnego asystenta.

Automatyzacji poddany zostanie także proces rozpoznawania szkód, który ma odpowiadać za analizę nawet 60 proc. spraw związanych wyłącznie z uszkodzeniami zewnętrznymi pojazdu. Technologia ta posłuży także do przeanalizowania kosztorysów sporządzanych przez mechaników. Sztuczna inteligencja ma rozpoznawać uszkodzenia karoserii i automatycznie oszacowywać koszt ich naprawy.

– Technologia Image Recognition na pewno przyśpieszy procesy, bo pracuje 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. W przypadku kalkulacji warsztatowych umożliwi bardzo szybką weryfikację takiej kalkulacji czy też faktury i szybką akceptację procesu naprawy czy szybką akceptację wypłaty – tłumaczy ekspert.

Inny pomysł na wykorzystanie systemów rozpoznawania obrazu zaprezentowali także inżynierowie Microsoftu. Firma we współpracy ze swoimi partnerami technologicznymi zaprezentowała projekt inteligentnego sklepu Microsoft Store of the Future wykorzystującego m.in. inteligentne kamery. Firmy Leaware i M4B w ramach tego projektu skonstruowały kiosk cgtvX, który jest w stanie w czasie rzeczywistym określić cechy demograficzne klienta takie jak wiek czy płeć, aby wyświetlić spersonalizowane oferty zakupowe.

Z kolei projektanci Lenovo postawili na terenie pekińskiego kampusu firmowego w pełni bezobsługowy sklep przyszłości Lecoo Unmanned Store, bazujący na technologii rozpoznawania obrazu. Na wejściu zainstalowano kamery rozpoznające twarz klienta, które pozwalają zautomatyzować proces płatności. Podczas opuszczania sklepu kamery identyfikują klienta i automatycznie naliczają należność.

Potencjał technologii rozpoznawania obrazu mogą wykorzystać także przedstawiciele branży e-commerce. Firma SaveCart opracowała algorytm służący do analizowania i porównywania zdjęć umieszczonych w sklepie internetowym. Jego głównym zadaniem jest określanie stopnia podobieństwa poszczególnych przedmiotów, a co za tym idzie – wdrożenie procesu rekomendowania produktów. Dzięki temu systemowi operator nie musi ręcznie wskazywać, jakie przedmioty powinny się wyświetlać kontekstowo przy danym produkcie, sztuczna inteligencja automatyzuje i przyspiesza ten proces.

– Dzisiaj sztuczna inteligencja jeszcze nie zastąpi człowieka, ona może być wsparciem dla naszych pracowników. Może zautomatyzować proste, powtarzalne procesy, ułatwić i przyspieszyć zbieranie danych, przyśpieszyć sporządzenie kalkulacji. Pewnie docelowo, za parę lat, będzie obejmowała jeszcze większą liczbę procesów. Na pewno to jest kierunek, którym warto się interesować i który warto rozwijać – mówi Rafał Stankiewicz.

Według analityków z firmy Industry Research wartość globalnego rynku technologii rozpoznawania obrazu w 2018 roku wyniosła 1,4 mld dol. Przewiduje się, że do 2024 roku wzrośnie ona do 5,3 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie blisko 25 proc.

Technologia budowy domów – którą wybrać, aby obniżyć koszty?

Dom z pieniędzyZmęczeni zgiełkiem miasta, smogiem i uciążliwymi sąsiadami za ścianą zaczynamy rozważać budowę domu poza miastem. Po uważniejszym zapoznaniu się ze stanem naszych finansów okazuje się jednak, że teoretycznie nie stać nas na zakup działki i postawienie własnych, czterech ścian. Czy na pewno? Oto kilka metod obniżenia kosztów budowy.

Projekt taniego domu

Oszczędności w budowie zaczynamy nie tylko od wyboru działki z niską ceną za metr kwadratowy, ale i odpowiedniego planu. Projekty domów tanich w budowie. Czy to możliwe? Oczywiście. Sami projektanci już dawno zauważyli tendencję do wznoszenia takich budynków, których całkowity koszt nie przekracza ceny mieszkania, a często jest nawet niższy. Pozwala to na zaspokojenie marzeń wielu rodzin o małym domku poza miastem, którego budowa zamknie się w rozsądnych kosztach. Projektanci dobrego studia architektonicznego, jak DomoweKlimaty.pl doradzą nie tylko, jaki dom będzie tańszy w budowie, ale i w dalszej eksploatacji.

Jaki projekt będzie tani w budowie?

Przyjmuje się, ze najtańsze w budowie są domy parterowe. Mniejsza powierzchnia ocieplenia, elewacji, prostsze fundamenty oraz konstrukcja dachowa sprzyjają niższym kosztom inwestycji. Trzeba jednak pamiętać, że płaski dach domu parterowego to duża powierzchnia, przez którą ucieka ciepło. Budynek parterowy, jednorodzinny, wymagać będzie większej działki budowlanej. Najbardziej ekonomicznym rozwiązaniem w eksploatacji będzie niewielki dom o zwartej bryle i dwuspadowym dachu o kącie nachylenia około 30-40°. Pamiętajmy też, że wbrew pozorom małe domy mają dosyć wysoki koszt jednego m2. Większe budynki stawia się taniej w przeliczeniu za metr kwadratowy.

Jak znaleźć projekt tani w budowie

Jak tanio wybudować dom?

Wyróżnić można kilka podstawowych metod budowy domów. Murowane, drewniane, szkieletowe – każda z tych konstrukcji ma swoje wady i zalety, ale stan surowy budynku to tylko 30% kosztów inwestycji. Coraz większy udział w ostatnich latach ma cena robocizny. Może wiec, dla oszczędności, poprowadzić budowę metodą gospodarczą? Ma ona swoje niezaprzeczalne zalety, ale też obciążona jest wieloma wadami. Te osoby, którzy potrafią zaprząc do pracy swoje ręce i nie boją się wyzwań, a przy tym mają smykałkę do majsterkowania, wiele prac na budowie mogą wykonać samodzielnie, fachowców wzywając tylko do specjalistycznych zadań. Największe oszczędności są możliwe do uzyskania w pracach wykończeniowych. Powiedzenie: „Wykończeniówka jest po to, by wykończyć inwestora”, ma realne podłoże. Jest to bowiem najbardziej czasochłonny i kosztowny etap budowy, dlatego trzeba tu wykazać żelazną wolę, by nie przekroczyć zakładanych kosztów budowy nawet o kilkadziesiąt procent. Bardzo dużo pieniędzy i nerwów możemy natomiast zaoszczędzić na wyborze ekipy budowlanej. Fachowcy za połowę ceny mogą być w konsekwencji najdroższą opcją z dostępnych. Lepiej jest zapłacić więcej za rekomendowaną na rynku ekipę, niż poprawiać po dyletantach, popadając w coraz większe koszty.

Biorąc pod lupę przykładowy projekt domu parterowego z garażem dwustanowiskowym „Oaza” z katalogu gotowych projektów domowych klimatów o łącznej powierzchni użytkowej 89.56 m² oraz powierzchni zabudowy 165.25 m² zestawiliśmy poniżej koszty jego budowy.

Tani w budowie projekt domu oaza wizualizacja 1

Koszty budowy domu różnymi metodami

Koszty budowy domu z projektu oaza - porównanie metod budowy domu

Jak widzimy po zestawieniu metod własny dom na przedmieściach nie musi oznaczać kolosalnych wydatków czy konieczności spłacania hipoteki do końca życia – wybudujemy go już za 250 tysięcy najtańszą metodą. Przy mądrym doborze projektu i wykonawcy możemy niedrogo stać się posiadaczami własnych czterech kątów. Decydując się na samodzielne wykonanie części prac i rozważnie prowadząc prace wykończeniowe, jesteśmy w stanie zostawić w portfelu znaczne kwoty.

Praca w Polsce – jak szukać?

Rynek pracy mamy obecnie na całkiem niezłym poziomie. Jakie masz możliwości, gdy szukasz zatrudnienia?

Zadowalające statystyki

Poziom bezrobocia w naszym kraju sukcesywnie spada. Dziś już mniej niż 6% Polaków w wieku produktywnym pozostaje bez pracy. Zwykle są to osoby, które z różnych przyczyn, najczęściej zdrowotnych, nie mogą pracować lub świadomie nie chcą. Oznacza to zatem, że w większości województw ze znalezieniem posady nie ma większych problemów. Oczywiście w zależności od regionu, różne może być zapotrzebowanie na pracowników danej specjalizacji, jednak dla chcących zarabiać, zawsze się coś znajdzie. Najtrudniej jest w województwie warmińsko-mazurskim, tutaj bez pracy jest ponad 10%. Dla porównania w Wielkopolsce jest to zaledwie nieco ponad 3%.

Sytuacja jest tak pozytywna, że coraz mniej rodaków decyduje się na popularne kilkanaście lat temu wyjazdy emigracyjne związane z zatrudnieniem w innym kraju. Co więcej, Polacy chętnie wracają do ojczyzny.

Gdzie szukać pracy?

Istnieje kilka sposobów. Przede wszystkim warto głośno mówić o tym, że się jej szuka. Być może ktoś z rodziny lub znajomych coś słyszał, wie gdzie aktualnie potrzebują pracowników, gdzie zwalnia się wakat. Innym sposobem jest metoda starej szkoły, czyli bezpośrednie odwiedzanie firm ze swoim CV. Niektórzy dobrze oceniają takie zaangażowanie, jednak może to mieć znaczenie w przypadku małych przedsiębiorstw. W dużych firmach, korporacjach zwykle proszą o pozostawienie swoich dokumentów w recepcji, czy sekretariacie, gdzie lądują one na kupce tych, które przyszły mailem.

Jeżeli zależy Ci na pracy w konkretnej firmie, możesz sprawdzić na jej stronie internetowej, czy nie ma tam żadnej wzmianki o rekrutacji. Coraz częściej bowiem prowadzone są zakładki „kariera”, z których od razu dowiesz się kogo szukają, na jakie stanowisko i jak przebiega aplikacja.

Strony internetowe z ofertami pracy to chyba najbardziej popularny sposób na znalezienie pracy. Na jobsora.pl możesz wyszukać te, które odpowiadają Twoim kwalifikacjom, założeniom finansowym oraz oczywiście lokalizacji. Dzięki możliwości filtrowania ogłoszeń, w szybki sposób wyświetlisz tylko te, które mogą Cię zainteresować.