Biotts S.A.: Obniżymy koszty leczenia i zwiększymy komfort życia milionów pacjentów

  • Naukowcy z wrocławskiej spółki biotechnologicznej Biotts S.A. opracowują autorskie preparaty oraz receptury leków w oparciu o naturalne ekstrakty.
  • Ich pomysł docenili nie tylko inwestorzy: spółka zajęła I miejsce w kategorii „Startup” na BioForum i II miejsce w konkursie Startup-Award, została finalistą Start-Up-Med oraz 5. edycji akcelerator MIT Enterprise Forum Poland, co więcej otrzymała „Dolnośląski Bon na Innowacje”, finansujący usługi badawcze.
  • Rynek biotechnologiczny od kilkunastu lat nieprzerwanie wykazuje dużą dynamikę̨ wzrostu, jego wartość liczona jest globalnie w setkach miliardów dolarów.
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik
od lewej dr Paweł Biernat oraz dr Jan Meler i Anna Szczepanik

Biotts jest jedną z pierwszych firm biotechnologicznych w regionie CEE, tworzącą autorskie nośniki leków w oparciu o ekstrakty pochodzenia naturalnego zwiększające biodostępność substancji czynnych. Nośniki Biotts mogą być wykorzystane jako system transportujący dla powszechnie stosowanych leków onkologicznych, przeciwzapalnych czy przeciwbólowych, zwiększając ich celowane działania nawet 10-krotnie, zmniejszając przy tym dawkę leku nawet 5-krotnie i radykalnie redukując skutki uboczne terapii. Na swoim koncie spółka ma już dwa zgłoszenia patentowe, intensywnie pracuje nad kolejnymi. Biotts rozwija także własne receptury leków w obszarze onkologii, dermatologii oraz chorób autoimmunologicznych.

Nasz uniwersalny nośnik MTC-Y (Multifunctional Transdermal Carrier-Y) działa bezpośrednio na chorobowo zmienione tkanki, gwarantując silniejszy efekt terapeutyczny, przy jednoczesnej redukcji skutków ubocznych oraz zwiększając komfort pacjenta. Przyjmowanie leków jest uciążliwe, trzeba o nich pamiętać, a zastrzyki są bolesne i dla dziecka, i dla dorosłego. Podawanie farmaceutyków w formie plastra, który uwalnia substancję czynną przez co najmniej 10 dni, to idealne rozwiązanie dla rodziców, podających leki swoim pociechom, i dla chorych, np. na Alzheimera – podkreśla dr Paweł Biernat, prezes Biotts, zarazem adiunkt Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu. – Dzięki naszej technologii nie tylko obniżymy koszty leczenia, ale zwiększymy komfort życia milionów pacjentów – dodaje dr Biernat.

Firmę z Wrocławia dostrzeżono już w startupowym ekosystemie. Biotts zdobył pierwsze miejsce w kategorii „Startup” na BioForum w Łodzi, drugie miejsce w konkursie Start-Up-Award, organizowanym podczas Forum Innowacji w Tarnowie; ponadto został wyróżniony w konkursie Start-Up-Med podczas IV Kongresu Wyzwań Zdrowotnych. Spółka brała także udział w akceleracji MIT Enterprise Forum Poland, gdzie zdobyła dwa wyróżnienia. Co więcej zespół biotechnologów otrzymał kolejne wsparcie finansowe – „Dolnośląski Bon na Innowacje”. Grant, przyznawany przedsiębiorstwom z Dolnego Śląska, finansuje usługi badawcze, konsultacje z jednostkami naukowymi i audyt technologiczny. W ramach projektu finansowane są także prace badawczo-rozwojowe, dotyczące wdrożenia lub rozwoju produktu oraz technologii. Ma też wśród swoich inwestorów osoby prywatne, jak i fundusz Leonarto Alfa.

To ważne, że nasza technologia już została dostrzeżona. Wsparcie finansowe oznacza duże przyspieszenie dla efektywnej komercjalizacji naszych produktów. Mogę zdradzić, że nową dotację wykorzystamy do badań nad zobrazowaniem przenikania przez warstwy skóry substancji czynnych, połączonych z naszym uniwersalnym nośnikiem – dodaje dr Jan Meler, współzałożyciel spółki, technolog postaci leku, od ponad 30 lat związany z Uniwersytetem Medycznym we Wrocławiu.

Zespół Biotts dostarczył na rynek już wiele rozwiązań na bazie surowców naturalnych m.in.: nieagregujący nanonośnik zastosowany w produkcji preparatów witaminowych, półstałe postacie leku z nośnikiem o głębokiej penetracji, półstałe postaci leku przyspieszające odbudowę tkanek, produkty kosmetyczne o zwiększonej biodostępności na bazie surowców naturalnych, żele lecznicze, ustabilizowane i naturalnie zakonserwowane kwasy omega oraz receptury żywności funkcjonalnej.

W Biotts wskrzeszamy, z wykorzystaniem współczesnych rozwiązań technologicznych, stare receptury, często zapomniane. Dzięki tym działaniom uzyskujemy całkowicie nową jakość – mówi Jan Meler. – Korzystamy z najstarszych zapisków w poszukiwaniu metod, które możemy teraz wykorzystać. Nasze najstarsze źródło to Papirus Ebersa, czyli zbiór recept i procedur medycznych, spisanych ok. 1550 lat p.n.e. W tej jednej z pierwszych encyklopedii medycznych jest ok. 700 receptur kosmetycznych i leczniczych. Dwa tysiące lat przed Chrystusem nieznane były możliwości chemiczne niektórych składników, teraz wiemy, jak je podkręcić, aby były skuteczniejsze – dodaje Paweł Biernat.

Rynek biotechnologiczny, na którym działa Biotts, od kilkunastu lat rośnie w siłę, lecz dzięki nowym technologiom wciąż najlepsze ma przed sobą. Według analiz Global Market Insights, sam rynek biofarmaceutyków wart będzie w tym roku ponad 70 mld USD, by już w 2024 r. przebić barierę 110 mld USD.

Deficyt specjalistów na rynku pracy. Czego oczekują pracownicy w 2019 roku?

Jak wynika z danych przedstawionych w raporcie OLX Praca Know How 2019 aż 25% badanych pracodawców uważa, że w 2018 roku znalezienie odpowiednio wykwalifikowanego pracownika produkcji było trudniejsze niż rok wcześniej. Rekruterzy starają się więc przyciągnąć kandydatów ciekawymi ogłoszeniami oraz rozbudowaną ofertą benefitów. Które czynniki decydują o tym, jakie oferty są uznawane przez kandydatów za interesujące?

Kandydat starający się o pracę, np. w dziale produkcyjnym, niewiele czasu spędza na analizie ogłoszenia o pracę, a liczą się dla niego konkretne czynniki. Badania przeprowadzone na osobach poszukujących pracy poprzez portal OLX Praca w kategorii Produkcja wykazują, że najważniejsze są zarobki (ten czynnik badani ocenili na 4,5 w 5-stopniowej skali) oraz atmosfera pracy (3,8 pkt). Na trzecim miejscu znalazły się godziny pracy, kariera oraz lokalizacja (po 2,9 pkt).

Wniosek jest jasny – podkreślajmy w ofercie zasady wynagrodzenia i proponowane widełki płacowe – to zwiększy liczbę aplikacji niemal o 50%. Ponadto jeśli jesteśmy firmą o przyjaznej kulturze organizacyjnej, warto się tym chwalić i poza suchymi faktami, zaprezentować “ludzką twarz” firmy, np. dodając opis przedsiębiorstwa. Dodatkowo warto skorzystać z opcji przekierowania do własnej strony www ze strony firmowej na OLX, gdzie można pokazać więcej, m.in. zdjęcia zespołu czy filmy z ważnych wydarzeń – mówi Grzegorz Sawicki, Sales Manager w OLX Praca. Żeby nasze ogłoszenie było traktowane jako wiarygodne, należy zamieścić w nim podstawowe dane firmy. Niestety ogłoszenia publikowane przez agencje rekrutacyjne, które nie uwzględniają nazwy klienta, są traktowane jako mniej interesujące. Te zabiegi mają bezpośredni wpływ na liczbę spływających do rekruterów CV – dodaje.

Zdarza się, że praca w hali produkcyjnej wiąże się z trudnymi warunkami. Co więc ważne dla pracowników – w pracy muszą panować określone zasady, a ustalone reguły współpracy powinny być ściśle przestrzegane. W ogłoszeniu zdjęcia należy więc zamieścić zdjęcia ukazujące miejsce i narzędzia pracy, lub zawrzeć dokładne informacje na ich temat, oraz opisać podstawowe zasady współpracy i zakres obowiązków.

Jeśli są w firmie osoby, które awansowały z stanowiska produkcyjnego na wyższe stanowiska, warto uwzględnić tę informację w ogłoszeniu. Jest to dowód na to, że firma daje szansę rozwoju. Dla części pracowników produkcyjnych będzie to dodatkowa motywacja do wytężonej pracy. Poza tym, dla tej grupy zawodowej ważne jest odczuwanie dumy ze swojego miejsca pracy, a tego rodzaju materiały budują pozytywny wizerunek pracodawcy. – dodaje Grzegorz Sawicki.

Jak wynika z opinii pracowników produkcyjnych zebranych w ramach badania OLX umiejętnie dobrany pakiet udogodnień świadczy o tym, w jaki sposób firma ich traktuje. Najbardziej cenione benefity to: obiad za „złotówkę”, autobus pracowniczy czy możliwość szkolenia się np. z obsługi wózków widłowych. Ważniejsze od benefitów są jednak relacje z szefem.

Czasem wystarczy, że ktoś przyjdzie i doceni twoją pracę. To dużo daje. Pochwała zamiast polecenia „przyspiesz” (…) – mówi jeden z pracowników, który wziął udział w badaniu.

W 2018 roku najwięcej ogłoszeń w branży produkcyjnej opublikowano na portalu OLX Praca – aż 10 tys. (dla porównania ofert na stanowisko kasjer/ekspedient opublikowano 9,8 tys., a kierowca – 9,7 tys.). Konkurencja jest duża, dlatego warto podejść do tematu ogłoszenia bardzo skrupulatnie. Dla większości kandydatów jest to jedyny moment, gdy mają styczność z marką, niezbędna jest więc odpowiednia zachęta do podjęcia współpracy. Uwzględnienie powyższych wskazówek spowoduje, że oferta zamieszczona na portalu będzie atrakcyjniejsza, a liczba napływających CV bardziej satysfakcjonująca.

Stowarzyszenie Agencji Zatrudnienia z nowym zarządem

Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Michał Podulski, Maciej Kopaczyński i Krzysztof Jakubowski, zostali wybrani do nowego zarządu Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). Wybór prezesa organizacji nastąpi na najbliższym zebraniu zarządu – najprawdopodobniej jeszcze w czerwcu br.         

Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.
Nowy zarząd SAZ, od lewej: Michał Podulski, Iwona Szmitkowska, Aneta Janik-Barciś, Maciej Kopaczyński, Krzysztof Jakubowski.

W czwartek (30 maja) członkowie Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ) spotkali się w Kazimierzu Dolnym, żeby podsumować rok 2018 i wybrać nowy zarząd. Głosami przedstawicieli firm zrzeszonych w SAZ, na czele organizacji stanęli: Iwona Szmitkowska, prezes Work Service, Aneta Janik-Barciś, prezes Macro-Work, Michał Podulski, dyrektor ds. sprzedaży Toolip HR, Maciej Kopaczyński, prezes Laxo Care oraz Krzysztof Jakubowski, wiceprezes InterKadra.

Na najbliższym spotkaniu nowego zarządu, które planowane jest pod koniec czerwca, wybrany zostanie prezes SAZ. Obecnie funkcję tę pełni Iwona Szmitkowska.

– Sytuację na obecnym rynku oceniamy jako dynamiczną, głównie ze względu na brak pracowników, co oznacza oczywiście, że nie brakuje i nie będzie brakować nam wyzwań. Zdajemy sobie sprawę, że temat pracy tymczasowej i zatrudniania cudzoziemców cały czas wymagają zmian i ulepszeń, ale patrzymy w przyszłość z optymizmem – mówi Iwona Szmitkowska.

Aneta Janik-Barciś zastąpiła w zarządzie Artura Skibę, prezesa Antal International, wiceprezesa SAZ w poprzedniej, trzyletniej kadencji i przewodniczącego Sekcji Agencji Rekrutacyjnych.

– Przede wszystkim bardzo cieszę się z tego, że w składzie zarządu SAZ są teraz dwie kobiety. Moim zdaniem kobiety wnoszą inną wizję i spojrzenie do biznesu i powinno nas jak najwięcej zasiadać na wysokich stanowiskach. Niestety w Polsce wciąż jeszcze zbyt małej liczbie pań udaje się „przebijać szklane sufity” – mówi Aneta Janik-Barciś i dodaje, że chce skoncentrować się na promowaniu idei SAZ i współpracy z innymi ważnymi organizacjami – izbami gospodarczymi, związkami przedsiębiorców, które liczą się na rynku. – Mamy już swojego przedstawiciela (Michała Podulskiego) w Radzie Dialogu Społecznego i Radzie Rynku Pracy. Zaczynamy się coraz bardziej liczyć jako organizacja dająca gwarancję jakości i bezpieczeństwa pracownikom i zrzeszająca firmy, które robią uczciwy biznes. Trzeba iść dalej tą drogą – mówi.

Stowarzyszenie, które jest dziś największą tego typu organizacją branżową w Polsce i zrzesza niemal 60 firm, zamierza kontynuować działalność edukacyjną, której celem jest promowanie legalnych formy zatrudnienia i rozwój sektora. W tym roku SAZ planuje jeszcze m.in. coroczną konferencję dla Agencji Pracy Tymczasowej (APT), a także poświęconą tematyce delegowania pracowników za granicę. Biuro organizacji rozpoczęło też już przygotowania do kolejnego kongresu rekrutacyjnego, który w tym roku został bardzo pozytywnie oceniony przez środowisko HR.

Nasz drogi smog. Przez smog Polska traci 111 mld zł rocznie

Światowy Dzień Środowiska został ustanowiony w 1972 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Co roku 5 czerwca obchodzi go ponad 100 krajów. Ma zwracać uwagę opinii publicznej na problemy środowiska i pogłębiać wiedzę na temat jego ochrony. W tym roku przebiega pod hasłem #beatairpollution. Jak wynika z raportu firmy doradczej Deloitte przygotowanego we współpracy z firmą InnoEnergy „Czyste powietrze jako wyzwanie. Transport i ogrzewnictwo jako rozwiązania na rzecz czystszego powietrza” Polska jest w czołówce krajów z najbardziej zanieczyszczonym powietrzem. Nie lepiej wypadamy w kwestii wykorzystania zasobów naturalnych. To, co miało wystarczyć na 12 miesięcy, wykorzystaliśmy już do 15 maja.

Organizowane 5 czerwca na całym świecie festyny, pikniki i warsztaty mają uświadomić nam wagę kwestii związanych ze środowiskiem, ekologią, segregacją śmieci czy oszczędzaniem wody. To także działania związane z edukacją w zakresie ochrony środowiska i propagowanie idei zrównoważonego rozwoju.

Nasz drogi smog

Co roku Unia Europejska ”płaci” za smog około 2,9 proc. wygenerowanego na jej terenie PKB. Tylko w przypadku Polski to 111 mld zł rocznie. Zanieczyszczone powietrze w oczywisty sposób wpływa na zdrowie oraz samopoczucie mieszkańców i jest jedną z przyczyn chorób, m.in. układu oddechowego. Dane wskazują, że zła jakość powietrza odpowiada również za przedwczesną śmierć co dziesiątego człowieka na świecie, a w samej Europie corocznie za ponad 400 tys. przedwczesnych zgonów. Wzrost pyłu PM10 o 100 jednostek u 5- letniego dziecka powoduje skrócenie jego życia średnio o około 2,3 roku. Przez smog obniża się także produktywność pracy. Komisja Europejska szacuje, że całkowite koszty zewnętrzne związane z oddziaływaniem smogu na zdrowie w 2020 r. wyniosą pomiędzy 243 mld EUR a 775 miliardów euro. Światowy Dzień Środowiska obchodzimy w tym roku po raz 47, ale nadal w wielu krajach konieczne jest zwiększenie wiedzy na temat wyzwań związanych z ochroną środowiska, dostrzeżenie ich skali i potrzeba konkretnych działań.

Julia Patorska
Julia Patorska, Lider zespołu analiz ekonomicznych Deloitte

Przykładem jest tu Polska, mająca poważny problem z zanieczyszczeniem powietrza, gdzie w niektóre dni – zwłaszcza w sezonie grzewczym – stężenie zanieczyszczeń w wielu miastach kilkakrotnie przekracza dopuszczalne limity. Chociaż w ostatnich latach nastąpił wzrost społecznej świadomości, co do zagrożeń związanych ze smogiem, to nadal większość najbardziej zanieczyszczonych miast w Europie znajduje się w Polsce. Na terenach wiejskich nie jest lepiej, a mieszka tam blisko 40 proc. ludności – mówi Julia Patorska, Lider zespołu ds. analiz ekonomicznych, Deloitte.

Ostatnie dane pokazują wprawdzie pewną zmianę na lepsze, ale wciąż blisko 60 proc. Polaków mieszkających w miastach jest narażone na stężenie pyłu PM10 przekraczające unijne normy, a jego stężenie w Polsce jest drugim, co do wielkości w Europie, tuż po Bułgarii.

Świat reaguje

Obchody Światowego Dnia Środowiska odbywają się co roku pod innym hasłem, które ma odzwierciedlać najbardziej newralgiczne problemy ekologiczne. W ubiegłym roku było to #beatplasticpollution, ukierunkowane na problem zanieczyszczenia środowiska odpadami z tworzyw sztucznych. Między innymi dzięki tej inicjatywie 21 maja br. Rada Unii Europejskiej zatwierdziła nową dyrektywę dotyczącą ograniczenia wpływu na środowisko niektórych produktów z plastiku (tzw. Single-use plastics directive). Dyrektywa przewiduje m.in. zakaz używania plastikowych słomek czy patyczków higienicznych, które będą musiały zostać zastąpione przez produkty np. z papieru, trzciny cukrowej czy skrobi kukurydzianej. W Polsce dyrektywa powinna zacząć obowiązywać już w 2021 roku.

Zaciągamy dług nie do spłacenia

5 czerwca zostanie również ogłoszona data Światowego Dnia Długu Ekologicznego. W Polsce w tym roku wypadła on o 4 dni wcześniej niż w roku poprzednim. Nadmierna konsumpcja wpędziła nas w „dług”, który powiększamy od 1970 roku, kiedy to po raz pierwszy został przekroczony roczny budżet zasobów naturalnych do wykorzystania przez człowieka. Przodują w tym kraje rozwinięte. Według ekspertów Deloitte, gdyby wszyscy ludzie żyli na poziomie jaki oferują kraje o wysokich dochodach, to konsumowalibyśmy blisko cztery razy więcej zasobów niż jest dostępnych. Według Global Footprint Network (GFN), organizacji, która opracowała wskaźnik śladu ekologicznego (mierzący zapotrzebowanie ludzkości na zasoby naturalne oraz przestrzeń konieczną do zaabsorbowania emisji dwutlenku węgla z wykorzystania paliw kopalnych), w ubiegłym roku globalnie w okres długu wkroczyliśmy już 1 sierpnia. Oznacza to, że w ciągu 212 dni skonsumowaliśmy zasoby, które powinny wystarczyć na cały rok.

Ten wysoki deficyt ekologiczny jest kontynuacją długoterminowego trendu. Po raz pierwszy dzień długu ekologicznego wypadł 29 grudnia. Zaledwie 50 lat później wypada on kwartał wcześniej. W tym roku Polacy „na koszt” Ziemi żyją już od 15 maja. Najwcześniej swój dług zaciągnęły Katar i Luksemburg, odpowiednio 11 i 16 lutego. To pokazuje, w jakim tempie zaciągamy kredyt, którego nigdy nie będziemy w stanie spłacić – mówi Irena Pichola, Partner, Lider zespołu ds. zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej, Deloitte.

Negatywne dla środowiska konsekwencje aktywności człowieka osłabiają gospodarkę, generują problemy społeczne a także mogą zagrozić stabilności finansowej, np. poprzez rosnące ryzyko kosztownych kataklizmów.

Gospodarka cyrkularna zamiast linearnej

Przejście na model gospodarki o obiegu zamkniętym może okazać się okazać zatem nie tylko opcją zmiany sposobu funkcjonowania gospodarki, ale wręcz ratunkiem i koniecznością. Jak wynika z raportu Deloitte „Zamknięty obieg – otwarte możliwości”, przygotowanego we współpracy m.in. z ING Bankiem Śląskim, gospodarka o obiegu zamkniętym uniezależnia rozwój gospodarczy od konsumpcji surowców, oszczędza kapitał naturalny, zwiększa możliwości regeneracji poszczególnych elementów ekosystemu, a także rozwija innowacje. Innymi słowy umożliwia wzrost dobrobytu przy jednoczesnym zmniejszeniu i optymalizacji zużycia zasobów, a więc odciążeniu środowiska naturalnego. Eksperci Deloitte obliczyli, że gdyby sektory spożywczy, budownictwa, samochodowy i elektroniczny działały zgodnie z zasadami GOZ, obniżyłyby emisję gazów cieplarnianych związanych z produkcją dóbr konsumowanych w Unii o 33 proc. Zysków jest jednak więcej. Lepsze gospodarowanie zasobami może zmienić gospodarkę w bardziej innowacyjną, odporniejszą i wydajniejszą. Zarówno inwestorzy indywidualni, jak i globalne firmy, coraz częściej biorą pod uwagę nie tylko koszty i zyski finansowe, ale także korzyści społeczne oraz środowiskowe. Do całkowitego przestawienia gospodarki światowej na neutralną dla klimatu potrzeba bowiem ogromnego kapitału.

Pieniądze to (nie)wszystko

6 bilionów euro – tyle rocznych inwestycji potrzeba, aby do 2030 roku ograniczyć globalne ocieplenie do 2 stopni Celsjusza. Osiągnięcie ustalonych w Paryżu celów polityki energetycznej i klimatycznej samej Unii Europejskiej będzie wymagało dodatkowej rocznej inwestycji w wysokości 180 miliardów euro między 2021-2030.

Finansowanie przedsięwzięć biznesowych realizujących ideę gospodarki o obiegu zamkniętym jest wyzwaniem, ponieważ różnią się one od tradycyjnych modeli biznesowych oraz są obciążone sporym ryzykiem. Ponadto fundusze publiczne nie wystarczą na zaspokojenie wszystkich potrzeb inwestycyjnych. Ważną rolę do odegrania w tym obszarze mają banki I tak na przykład ING Bank Śląski, wspiera rozwój gospodarki o obiegu zamkniętym, m.in. poprzez promowanie prośrodowiskowych postaw wśród pracowników i klientów.

Rafał Benecki
Rafał Benecki

Finansujemy projekty, które realizują założenia gospodarki o obiegu zamkniętym, przyczyniając się do zmniejszenia zużycia energii konwencjonalnej i zwiększenia czystej. Stworzyliśmy odpowiednie instrumenty finansowe, także z myślą o inwestycjach, które wspierają wydłużenie cyklu życia produktów oraz zastępowanie materiałów jednorazowych takimi, które mogą być wielokrotnie wykorzystywane. To kierunek koniecznych zmian w polskich firmach. UE stawia wysoko poprzeczkę, za jakiś czas podobnych zachowań będą oczekiwać partnerzy handlowi z Europy Zachodniej. Przespanie zmian może być równie bolesne jak zapóźnienia w transformacji energetycznej. Taka polityka naszego banku jest wyrazem osobistych przekonań proekologicznych. Prowadzimy akcję #mojepowietrze, która zachęca Polaków do proaktywnej postawy na rzecz czystego powietrza i dzielenia się swoimi pomysłami na walkę ze smogiem – mówi Rafał Benecki, Dyrektor Biura Analiz Makroekonomicznych z ING Banku Śląskiego.

Eksperci Deloitte podkreślają, że w walce o czyste środowisko pomóc może efektywna i przejrzysta współpraca sektora prywatnego i władz publicznych. Szacują, że w latach 2018 – 2025 obywatele Unii mogą zaoszczędzić dzięki temu nawet 183 mld euro.

Jak uratować lokalne połączenia autobusowe, tzw. PKSy?

Lokalne połączenia autobusowe, dawniej nazywane PKSami, w wielu polskich gminach są zagrożone zniknięciem. Brak państwowych środków inwestowanych w utrzymywanie połączeń w małych miejscowościach skutkuje zanikaniem tych, które nie przynoszą prywatnym przewoźnikom odpowiedniego zysku. Wynikiem tego jest wykluczenie komunikacyjne osób mieszkających we wsiach i miejscowościach, do których nie opłaca się jeździć. To jednak problem tak zróżnicowany, jak zróżnicowane są polskie gminy. Mimo tego więc, że sejm przyjął właśnie ustawę, która ma finansować połączenia lokalne, jej zapisy nie uratują wielu miejscowości przed wykluczeniem.

– Ustawa przewiduje finansowanie połączeń, które powstaną po jej uprawomocnieniu, lub nie funkcjonowały przez 3 miesiące od tej daty. To rozwiązanie nie pozwoli uratować tych połączeń, które teraz dogorywają – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.  – Od dawna apeluję, by w życie prowadzić ujednolicony akt – który nazwałbym Konstytucją Polskiego Transportu Publicznego. Zawierałby w sobie i transport autobusowy i transport kolejowy, byłby też powiązany z komunikacją miejską w miastach. Przeniósłby finansowanie transportu na poziom województwa – co pozwoliłoby na wykorzystanie tych pieniędzy w sposób, który odpowiadałby na potrzeby poszczególnych gmin. Niestety ustawa, którą przyjął sejm, nie zawiera takich zapisów. Nadzieja na zatrzymanie likwidacji połączeń autobusowych jest więc zdecydowanie mniejsza – podsumował Furgalski.

Francuski SERIS przejmuje KONSALNET

SERIS, wiodąca niezależna francuska grupa działająca w branży security, ogłosiła przejęcie firmy KONSALNET, lidera na polskim rynku ochrony osób i mienia. Dzięki przejęciu, liczba pracowników zatrudnionych w Grupie przekroczy 40 000. Umożliwi ono również uzyskanie rocznych obrotów w wysokości ponad 700 milionów euro.

W dniu 31 maja 2019 r. Grupa SERIS sfinalizowała zakup 100% działalności spółki KONSALNET w zakresie ochrony (z wyłączeniem segmentu Cash), należących do funduszu inwestycyjnego Value4Capital. Nabycie to zostało sfinalizowane po uzyskaniu niezbędnych zezwoleń od właściwych organów. Obecny zespół zarządzający KONSALNET pozostaje bez zmian i jest w pełni zaangażowany w dalszy rozwój Spółki.

KONSALNET posiadający blisko 10% udział w rynku, jest liderem na polskim rynku, zatrudniającym 18 500 pracowników i generującym obroty w wysokości ponad 200 milionów euro. Działalność spółki obejmuje ochronę, monitoring, mobilne zabezpieczenia i inne uzupełniające usługi, takie jak sprzątanie. Poprzez dołączenie do SERIS, segmenty działalności KONSALNET wzmocniły branżową wiedzę Grupy.

Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding
Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding

Połączenie Konsalnet Holding i Seris zapewni dalszy dynamiczny rozwój spółki oparty na międzynarodowej wiedzy pozyskanej od inwestora. Porozumienie to stanowi kamień milowy na drodze zwiększenia naszej konkurencyjności i rozpoczyna nowy etap naszej działalności. Jesteśmy i nadal będziemy gwarantować naszym klientom usługi na najwyższym, teraz nawet światowym, poziomie. – mówi Tomasz Wojak, Prezes Konsalnet Holding.

Dzięki temu przejęciu Grupa SERIS, zarządzana przez Guya TEMPEREAU i obecna na rynku zabezpieczeń od ponad 60 lat, potwierdza swoje znaczne ambicje wzrostu w tym sektorze na rynku polskim i pozostałych rynkach Europy Środkowo – Wschodniej.

Ostatnimi laty pracownicy KONSALNET wykazali się zdolnością do dostarczania usług w zakresie bezpieczeństwa i ochrony spełniających najwyższe standardy jakości. Z przyjemnością i dumą witamy ich w naszej Grupie, aby wspólnie kontynuować ten przyszłościowy projekt. Nasza fachowa wiedza, historia i długofalowa wizja pozwalają nam zaoferować wszystkie niezbędne gwarancje dotyczące ciągłości usług i trwałości zobowiązań nie tylko wobec klientów, ale także pracowników. – mówi Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS

Jesteśmy przekonani, że ich know-how i zaangażowanie, w połączeniu z ambicjami i projektem Grupy SERIS, sprawią, że będziemy punktem odniesienia dla innych podmiotów w branży. – dodaje Arnaud JAMET, President of the Group’s International Division.

Inwestycja SERIS w KONSALNET otwiera dla nas nowe rynki strategiczne. Działający na terenie całej Polski KONSALNET, da nam możliwość bycia obecnym na polskim rynku i uczestniczenia w umacnianiu jego rozwoju. – zaznacza Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS.

Nowa lokalizacja otwiera nam również dostęp do Europy Środkowej, co pozwoli na rozszerzanie działalności i realizację naszej fundamentalnej ambicji: czynienie świata bezpieczniejszym miejscem.” – dodaje Guy TEMPEREAU, prezes Grupy SERIS.

Pakiet mobilności – dlaczego i komu zależy na nowych regulacjach

W 2017 roku kierowcy polskich przedsiębiorstw transportowych przejechali ponad 335 milionów tonokilometrów (tkm)– najwięcej w Unii Europejskiej, z czego blisko 18 milionów tkm to wynik działalności kabotażowej. Przejazdy w ramach innego państwa niż siedziba firmy wzrosły o 38 proc. w odniesieniu do roku poprzedniego. Ponadto Polska, jako jedyna z krajów członkowskich, które prężnie działają w sektorze transportu drogowego, w latach 2010-2016 zdołała zwiększyć swój udział na rynkach europejskich.

Kabotaż od 2013 roku notuje nieprzerwanie największe wzrosty – pod względem wartości rynku to obecnie 65 proc. więcej niż pięć lat temu. Dlaczego więc wykonują go głównie firmy z Polski (blisko 40 proc.), a dalej z Rumunii i Litwy? Na krótkich dystansach lubią jeździć też kierowcy z Francji, Austrii, Włoch czy Niemiec, zatem europosłowie w Brukseli postanowili ograniczyć wewnętrzne rynki przewozowe dla transportowców z Europy Środkowo-Wschodniej. Czy to kres Unii wolności i swobody przepływu towarów i usług?

Łukasz Włoch OCRK
Łukasz Włoch, ekspert OCRK

Pakiet mobilności to zbiór zasad i przepisów regulujących funkcjonowanie firm z branży transportowej w państwach Wspólnoty. Obecny stan legislacyjny pozostawia wiele do życzenia, budzi wątpliwości, przez co przewoźnicy w Europie działają w chaosie prawnym. Polscy przedsiębiorcy potrafili w ciągu ostatnich trzech lat dostosować się do zasad gry wprowadzanych przez Niemcy, Francję czy Austrię, które miały na celu utrudnić prowadzenie działalności transportowej właścicielom firm z Polski, Rumunii czy Litwy. Chodzi tu głównie o płace minimalne i działalność służb kontrolnych za granicą. Teraz pod populistycznymi hasłami kraje założycielskie starej Unii robią wszystko, by zepchnąć firmy z Polski z głównej trajektorii na margines przewozów kabotażowych. Protekcjonizm wygrywa z obroną wolności i swobód, które ta sama Unia miała zapewniać – komentuje Łukasz Włoch z Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK).

Demokratyczna republika kabotażu

Według najnowszych danych Eurostatu w całej Europie kabotaż reprezentuje 2,3 proc. wszystkich tkm wykonanych w 2017 roku i 1,1 proc. ton towarów przewiezionych w granicach Unii. Tego typu transport wzrósł z 2,9 proc. w 2013 do 4,3 proc. w 2017 roku, kiedy to osiągnął wynik 44,3 miliardów tkm. To rodzaj przewożenia załadunków, którego wartość rośnie nieprzerwanie od pięciu lat. Niemcy pozostają terytorium, na którym realizuje się najwięcej kabotaży w UE. To ponad dwadzieścia miliardów tonokilometrów w ostatnim czasie, czyli 46 proc rynku całej Wspólnoty. Druga w kolejności jest Francja, 25,4 proc. Trzecie zaś Włochy, 5,2 proc.

Federalny Urząd ds. Ruchu Towarowego (BAG) donosi, że polskie firmy przewozowe zwiększyły swoją wydajność aż pięciokrotnie w latach 2004-2017. To właśnie nasze rodzime przedsiębiorstwa w minionym roku zrobiły najwięcej operacji kabotażowych w granicach niemieckich landów.

Wymiana towarowa między Niemcami a Francją, opierająca się na największym wolumenie obrotów w UE, jest realizowana głównie przez przewoźników niemieckich oraz polskich. Wspierają nas Rumunii i Litwini, a także Hiszpanie. Dominacja państw Europy Wschodniej nie podoba się politykom z krajów starej Unii, czyli naszym zachodnim sąsiadom. Dlaczego? Okazuje się, że tamtejsi kierowcy nie lubią wyruszać w dalekie i wymagające trasy. Chętnie wracają do domu codzienne lub w każdy weekend. Obecnie tendencja jest taka, że preferowane są krótkie kabotaże, a nie długodystansowe przerzuty. Nastąpiły zmiany w łańcuchu dostaw, które sprawnie i solidnie zapełniły ciężarówki z Polski. Pod hasłem równych szans i poprawy warunków pracy, podejmowane są próby ograniczenia możliwości wykonywania kabotaży, które przypomnijmy, powstały, by niwelować puste przebiegi i podnosić efektywność transportu drogowego. Teraz to wszystko może się zmienić – przekonuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK.

Niepewność rodzi niepokój

Niemcy, Francja, Wielka Brytania, Hiszpania i oczywiście Polska – te kraje dominują w Europie i przewiozły najwięcej tonokilometrów w 2017 roku. Z danych Eurostat wynika, że między 2004 a 2016 rokiem łączna liczba przetransportowanych towarów wzrosła trzykrotnie, a polscy transportowcy z roku na rok zwiększali w tym sektorze swoje znaczenie. W 2016 udział rodzimych firm w międzynarodowych przewozach drogowych wynosił 17,1 proc., a obecnie mówimy już o udziale 25-30 proc. Można odnieść wrażenie, że przedsiębiorcy TSL radzą sobie znakomicie i nasza pozycja jest niezagrożona. Nic bardziej mylnego.

Mimo iż dominujemy w tak zwanych przerzutach, tj. przewożeniu towarów w obrębie kraju lub krajów, które nie są siedzibą przedsiębiorstwa, aktualny układ sił może niebawem zostać zachwiany. Dlaczego? Blisko 40 proc. rynku kabotaży wykonywanych głównie w Niemczech, Francji czy Wielkiej Brytanii za dwa lata może okazać się przeszłością. Jeśli nowy skład Parlamentu Europejskiego zaakceptuje propozycje zawarte w pakiecie mobilności w takim kształcie, okres vacatio legis i wejście w życie nowych reguł, według których powinny funkcjonować firmy z Europy Środkowo-Wschodniej, to około dwa lata. W tym czasie przewoźnicy będą musieli przygotować się na zmiany, a tym samym na utratę części zleceń i znaczny wzrost kosztów prowadzenia działalności. Bez wsparcia w rozumieniu przepisów i konsolidacji polskiego rynku przewoźników wiele małych i średnich biznesów może upaść – mówi Łukasz  Włoch.

Według najnowszego badania OCRK nastroje przedsiębiorców słusznie wskazują na obawy związane z sytuacją w Parlamencie Europejskim. Coraz więcej zapytanych właścicieli firm transportowych (58 proc) ocenia przyszłość kabotażu jako niekorzystną i niepokojącą.

Wiąże się to z tym, iż zaczynamy rozumieć, że tak zwany pakiet mobilności, czyli zbiór regulacji, które zaburzą między innymi działanie polskiego kabotażu na arenie międzynarodowej, prędzej czy później zostanie wprowadzony. Nie można liczyć na wycofanie się unijnego legislatora z prób ustanowienia nowego prawa dla transportu drogowego. Pytanie brzmi jedynie, czy nowo wybrani europarlamentarzyści wraz z członkami Rady Unii Europejskiej cofną zapisy z powrotem do komisji TRAN w celu opracowania dobrego prawa, a nie protekcjonistycznych nakazów kilku krajów. Obecnie trwa formowanie grup politycznych, a pierwsze posiedzenie zaplanowane jest w lipcu. Sytuację w PE należy monitorować na bieżąco i reagować na każdą próbę ograniczenia wolności rynku – podsumowuje Łukasz Włoch, ekspert główny OCRK.

Dr Joanna Uchańska została Partnerem w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Z początkiem czerwca do grona Partnerów Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy dołączyła dr Joanna Uchańska, dotychczasowy Szef Praktyki Life Science and Healthcare. Z Kancelarią związana jest od początku 2019 roku.

Dr Joanna Uchańska - Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy
Dr Joanna Uchańska – Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy

Dr Joanna Uchańska specjalizuje się w prawnych aspektach life science, przede wszystkim w branżach: biotechnologicznej, farmaceutycznej, medycznej, spożywczej i beauty. Ponadto, w obszarze jej zainteresowań jest prawo własności intelektualnej, przemysłowej, nowych technologii, prawo cywilne i ochrona dóbr osobistych. Posiada ona wieloletnie doświadczenie w branży IP oraz praw człowieka i prawie humanitarnym. Doradza zarówno podmiotom gospodarczym, jaki i klientom indywidualnym.

Nowy Partner w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy jest związany z kilkoma organizacjami branżowymi, w tym Krajową Radą Suplementów i Odżywek (członek zarządu). Bierze także aktywny udział w spotkaniach i inicjatywach Klastra Life Science w Krakowie.

Dr Uchańska prowadzi zajęcia z bioetyki i prawa medycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim w ramach Zakładu Bioetyki i Prawa Medycznego, Katedry Prawa Karnego, na Wydziale Prawa i Administracji. Napisała kilkadziesiąt artykułów naukowych i branżowych m.in. na temat prawa medycznego, farmaceutycznego i spożywczego. W ramach grantu naukowego przyznawanego przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego uczestniczyła w pracach nad projektem nowej ustawy 2.0 o szkolnictwie wyższym. Brała również udział w procesie legislacyjnym na poziomie krajowym nad nowelizacją ustawy o prawie własności przemysłowej i ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, a także dotyczącym najnowszych zmian w obszarze unijnego prawa farmaceutycznego. Współrealizowała projekt naukowo-badawczy w zakresie unikatowej metody badania zdolności patentowej wynalazków we współpracy międzynarodowej m.in. z ośrodkami naukowymi w Niemczech, Włoszech, Rosji, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych czy Indiach. Nagrodzona w 2012 roku przez Urząd Patentowy RP za publikację naukową dotyczącą własności intelektualnej. Jej praca doktorska nosi tytuł „Patent na wynalazek biotechnologiczny i jego jakość w analizie prawnoporównawczej”.

Dołączenie dr Joanny Uchańskiej do zespołu naszej Kancelarii, a teraz zostanie Partnerem, to efekt jej wieloletniej pracy i ciągłego podnoszenia kompetencji. Doceniamy jej wkład w rozwój oferty Kancelarii, otwartość na nowe rozwiązania oraz zaangażowanie w pracę z Klientami – mówi mec. Jarosław Chałas, Partner Zarządzający w Kancelarii Prawnej Chałas i Wspólnicy.

Prywatnie Joanna Uchańska jest zaangażowana społecznie, bliskie są jej tematy ochrony środowiska i wolności obywatelskich.

Jaka przyszłość czeka SCC w Polsce?

Ilość miejsc pracy z centrach usług wspólnych w Polsce corocznie zwiększa się, w 2018 r. zapewniając zatrudnienie 279 tys. osób. Gwarantuje to naszemu krajowi pozycję niekwestionowanego lidera w regionie CEE. Co jeszcze można ulepszyć, aby stać się światowym gigantem?

Na korzyść Polski przemawiają umiejętności specjalistów obecnych na rynku, często już pracujących w strukturach międzynarodowych korporacji, oraz oczywiście koszty zatrudnienia i wynajmu przestrzeni biurowej. Nie bez znaczenia pozostaje też wygoda pracy według czasu środkowoeuropejskiego – poza Stanami Zjednoczonymi najwięcej spółek korzystających ze wsparcia polskich pracowników pochodzi z krajów UE.” – mówi Anna Kowalczyk, dyrektor Fyte.

Szybki wzrost zatrudnienia w sektorze outsorcingu usług pozwolił ogłosić SSC i BPO rynkowym sukcesem. W 2019 r. CEO World Magazine uznał Polskę drugim, po Malezji, najbardziej atrakcyjnym krajem do dokonywania inwestycji i współpracy biznesowej. Najliczniej reprezentowanymi branżami są finanse i księgowość, obsługa klienta i szeroko pojęte usługi IT. Zapotrzebowanie jest na tyle duże, że firmy poszukują wsparcia w postaci pracowników z zagranicy.

W ostatnich latach tylko w Polsce centra usług wspólnych tworzyły po kilkadziesiąt nowych miejsc pracy dziennie. To kreuje duże zapotrzebowanie na wykwalifikowaną kadrę, która musi płynnie poruszać się w międzynarodowych strukturach. Szacuje się, że do 2020 r. trzeba zrekrutować kandydatów na 50 tys. dodatkowych stanowisk, które jeszcze nie istnieją.” – dodaje Kowalczyk. „Obecny rynek kandydata wymaga urozmaicenia metod pozyskiwania najlepszych pracowników. Rekrutacja prowadzona jest zarówno korzystając z tradycyjnych źródeł – ogłoszeń, portali społecznościowych, networkingu – jak i nowoczesnych metod i narzędzi digitalowych. W zależności od stanowiska jesteśmy w stanie przedstawić pierwszych kandydatów od 1 do 3 tygodni. Najtrudniej jest zapełnić wakaty na stanowiskach Java developerów oraz DevOps, których jest po prostu za mało. Pomimo popularności nauczania niemieckiego w szkołach, brakuje też osób płynnie posługujących się tym językiem.”

Jednocześnie wskazuje się, że wraz ze zautomatyzowaniem procesów część pracowników odpowiadających za prostsze zadania straci pracę. Alternatywą będą stanowiska związane z zarządzaniem i konserwacją systemów. To rodzi zapotrzebowanie na absolwentów kierunków technicznych i informatycznych, których przybywa w zbyt wolnym tempie. Sytuacji nie poprawia odpływ wykwalifikowanych pracowników za granicę. Niektóre procesy idą natomiast w przeciwnym kierunku. Zauważalny jest wyraźny rozwój w przenoszeniu procesów HR do Polski, obejmujących różne zakresy aktywności – od zarządzania wynagrodzeniami i płacami po typowe stanowiska HR.

Wykorzystane dane podchodzą z raportów:

  • 10 lat sektora nowoczesnych usług biznesowych w Polsce, PAIiZ 2015
  • Market Overview. Shared services centres. Poland 2016., Michael Page International 2016
  • Business sevice sector in Poland 2018, ABSL 2018

Kurs dolara na wakacje 2019 r.

Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia
Daniel Kostecki, główny analityk Conotoxia

Ostatnich kilka dni przyniosło zauważalne osłabienie amerykańskiej waluty, również względem złotego, który w pewnym momencie umocnił się do poziomu 3,79 za dolara. Głównym powodem słabości USD wydają się coraz gorsze dane makroekonomiczne zza oceanu oraz wzrost szans na cięcie stóp procentowych przez tamtejszy bank centralny – pisze Daniel Kostecki, Główny Analityk Conotoxia Ltd.

Dolar amerykański tanieje od piątku, a jego wyprzedaż przyspieszyła wczoraj po serii publikacji danych z gospodarki oraz po wypowiedzi Jamesa Bullarda, szefa oddziału Rezerwy Federalnej z St. Louis. Co prawda James Bullard od dawien dawna wypowiada się w gołębim tonie, czyli takim, który wskazywać może na łagodne podejście do polityki monetarnej, jednak wczoraj rynek mocniej zareagował na słowa regionalnego szefa FED. James Bullard powiedział, że z obawy o sytuację dotyczącą handlu i eskalację wojny handlowej Rezerwa Federalna może być zmuszony do cięcia stóp procentowych. Dodatkowym argumentem za obniżką stóp procentowych w USA może być niska inflacja, która na razie nie ma zamiaru zbliżyć się do celu.

Ostatnie miesiące, w których na wartości zyskiwała amerykańska waluta, zdawały się pokazywać, że inwestorzy traktowali Stany Zjednoczone jako kraj odporny na wojnę handlową i jej wpływ na gospodarkę. W rezultacie dolar amerykański umocnił się w maju do najwyższego poziomu od dwóch lat. Trwało to do momentu, kiedy pojawiły się gorsze dane dla amerykańskiego przemysłu, które zostały potwierdzone wczoraj przez odczyty indeksów PMI i ISM dla przemysłu. Indeksy te spadły kolejno do 50,5 pkt oraz 52,1 pkt, co oznacza odpowiednio najniższe wartości od września 2009 r. i października 2016 r.

W konsekwencji rynek stopy procentowej zaczął wskazywać na możliwość nawet trzech cięć stóp procentowych w USA do końca roku. Gdyby ten skrajny scenariusz się zmaterializował, to mogłoby oznaczać spadek przedziału stopy funduszy federalnych z 2,25-2,5 proc. do 1,50-1,75 proc. Jest to obecnie mało prawdopodobny scenariusz, ale być może wystarczający do tego, aby doprowadzić do silniejszej reakcji na dolarze.

Spoglądając na kurs dolara wyrażony w złotych, widzimy, że od wielu miesięcy notowania mają olbrzymi problem z pokonaniem bariery 3,85-3,86. Jeśli zatem zwrot na dolarze miałby być trwalszy, to złoty mógłby umocnić się w kierunku 3,74, a w skrajnym przypadku nawet w strony 3,62 zł.

Legalna działalność bukmacherska – ile to kosztuje?

Zakłady bukmacherskieZałożenie działalności bukmacherskiej jest z pewnością nie lada wyzwaniem. Aby w ogóle móc starać się o zezwolenie Ministra Finansów, spółka musi spełnić mnóstwo warunków opisanych w ustawie o grach hazardowych. Już samo postawienie stacjonarnego punktu przyjmowania zakładów wzajemnych oznacza wiele pracy i dokumentów, które należy przedstawić. Jeżeli firma decyduje się także na działalność internetową, to generuje to kolejne koszty, godziny przygotowań i warunki do spełnienia.

Nie każdy w Polsce może pozwolić sobie na założenie firmy bukmacherskiej. Już na starcie należy wykazać, że spółka dysponuje kapitałem o minimalnej wartości 2 000 000 złotych. Aby móc działać legalnie należy uzyskać zezwolenie. Istnieją dwa rodzaje takich zezwoleń – na działalność stacjonarną oraz przez Internet. Za każde zezwolenie należy zapłacić konkretną kwotę, a zgodnie z Art. 63 ustawy spółka musi dodatkowo złożyć odpowiednie zabezpieczenie finansowe.

ZEZWOLENIE MINISTRA FINANSÓW

Każda spółka, która chce rozpocząć działalność bukmacherską w Polsce, musi uzyskać zezwolenie Ministra Finansów. Warunki, jakie należy spełnić, aby takie zezwolenie dostać, zostały szczegółowo opisane w ustawie o grach hazardowych. Zezwolenie jest wydawane na okres 6 lat i jest ono płatne.

PUNKT STACJONARNY

Oprócz podstawowej opłaty za zezwolenie (2000% kwoty bazowej), spółka musi także uiścić zapłatę w wysokości 50% kwoty bazowej za każdy punkty stacjonarny. A takich punktów w Polsce jest już całkiem sporo – w 2016 roku było ich około 1350.

Czym jest kwota bazowa? To kwota przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w obszarze przedsiębiorstw ustalona w drugim kwartale ubiegłego roku. Jest ona ogłaszana w Dzienniku Urzędowym Głównego Urzędu Statystycznego.

DZIAŁALNOŚĆ W INTERNECIE

Duża część firm bukmacherskich nie poprzestaje jedynie na działalności stacjonarnej. Nic w tym dziwnego – jak pokazują statystyki, coraz więcej czasu spędzamy w Internecie. Według Digital 2019 Polacy są online około 6 godzin dziennie. Ten fakt wykorzystują także bukmacherzy, kusząc kolejnych graczy ciekawymi promocjami i bonusami. Obstawianie zakładów przez Internet stało się popularne dzięki swojej prostocie i szybkości, ale przyjmowanie zakładów w taki sposób generuje spółce spore koszty. Jak już wspomnieliśmy, podstawowa opłata za uzyskanie zezwolenia na urządzanie zakładów wzajemnych wynosi 2000% kwoty bazowej, a do tego dochodzi kolejne 2000% kwoty bazowej jeśli zakłady przyjmowane będą przez Internet + kolejne 5000% kwoty bazowej za każdą stronę na której planowane jest przyjmowanie zakładów.

WYMAGANE ZABEZPIECZENIA

Zgodnie z Art. 63 ustawy spółka musi także złożyć zabezpieczenie finansowe, aby zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom zakładów wzajemnych, a także na poczet zabezpieczenia zobowiązań podatkowych. Dla spółek prowadzących punkty przyjmowania zakładów wzajemnych, kwota zabezpieczenia wynosi 40 tysięcy zł w przypadku 1-3 punktów i już 80 tysięcy zł jeśli punktów tych będzie 4-6. Jeśli punktów  jest więcej to kwota zabezpieczenia rośnie. Szczegóły znaleźć można w Art. 63 ustawy o grach hazardowych.

Także w przypadku działalności internetowej bukmacher jest zobowiązany do złożenia stosownego zabezpieczenia finansowego. Tutaj kwota ta ustalona jest na poziomie 480 tysięcy złotych. Bukmacher musi uiścić ją w terminie opisanym w zezwoleniu.

Spółki mogą złożyć wymagane zabezpieczenie np. poprzez wpłatę środków na specjalne konto bankowe. Inną opcją jest przedstawienie gwarancji bankowych.

W JAKI SPOSÓB ZARABIAJĄ BUKMACHERZY?

Widać zatem, że aby móc założyć działalność bukmacherską, należy dysponować sporym kapitałem i to już na starcie, zanim firma zacznie przynosić zyski. Można się zatem zastanawiać, w jaki sposób bukmacherzy w ogóle zarabiają, skoro coraz częściej słyszy się o niesamowitych, wysokich wygranych graczy.

Bukmacher zapewnia sobie stały zarobek na marżach. Każde ustalone przez niego prawdopodobieństwo rozstrzygnięcia danego zdarzenia (tzw. sprawiedliwy kurs) jest odpowiednio pomniejszane, aby uwzględnić właśnie kilka procent marży.

Marża zazwyczaj nie jest zbyt wysoka. Jej wielkość w dużym stopniu zależy od popularności zdarzenia i generalnie ustalana jest na poziomie kilku, do maksymalnie kilkunastu procent.

Pomimo więc sporych kosztów prowadzenia działalności bukmacherskiej (wspomnieliśmy jedynie o kosztach niezbędnych do otrzymania zezwolenia, a przecież musimy pamiętać również o wynajęciu siedziby, opłacaniu pracowników, zapewnieniu obsługi technologicznej, itd.) legalnych bukmacherów na polskim rynku jest sporo i jak możemy zobaczyć na legalny-bukmacher.com nowe zezwolenia wydawane są dość często.

Założenie działalności bukmacherskiej wiąże się z pewnością także z koniecznością przygotowania dużej ilości dokumentów i poświęcenia czasu na dopełnienie formalności. Dodatkowo, jak wykazaliśmy, każda spółka, która chce wejść na rynek bukmacherski, musi liczyć się z zainwestowaniem sporych kwot jeszcze przed startem. Czy jest to więc opłacalny biznes? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi, aczkolwiek tempo powstawania nowych firm sugeruje, że powinien przynosić on profity.

Źródła: Ustawa

Nowoczesne techniki diagnostyczne zwiększają szanse na całkowite wyleczenie raka piersi. Wykrywają nowotwór już w początkowym stadium choroby

0

Nowoczesne techniki diagnostyczne zwiększają szanse na całkowite wyleczenie raka piersi. Wykrywają nowotwór już w początkowym stadium choroby 1

Tomosynteza, rezonans magnetyczny i mammografia kontrastowa to nowe technologie umożliwiające rozpoznanie raka piersi już w stadium przedinwazyjnym. Rodzaj badania dobierany jest indywidualnie do każdej pacjentki, na podstawie grupy ryzyka i gęstości piersi. Personalizacja diagnostyki pozwala uniknąć skutków ubocznych badań kontrastowych oraz zwiększyć stopień wykrywalności nowotworu. Rak piersi to najczęściej diagnozowany nowotwór u kobiet w krajach rozwiniętych – według danych International Agency for Research on Cancer stanowi on 25 proc. wszystkich diagnoz onkologicznych. 

Na świecie co roku przybywa 1,7 mln nowych zachorowań na raka piersi, w Polsce natomiast blisko 17 tys. Jak podaje Krajowy Rejestr Nowotworów w ciągu ostatnich trzydziestu lat zachorowalność zwiększyła się dwukrotnie. WHO podaje, że na świecie co roku z powodu tej choroby umiera ponad 500 tys. kobiet, w Polsce natomiast prawie 6 tys. Problemem jest fakt, że większość pacjentek zgłasza się do lekarza w zaawansowanym stadium nowotworu, tymczasem wczesna diagnoza daje szanse nawet na całkowite wyleczenie.

 Zdarzają się szybko rosnące nowotwory, których nie da się wykryć wystarczająco wcześnie. Ale w większości przypadków nowotwory piersi możemy wykryć wcześnie, co przyczynia się zarówno do ratowania życia, jak i do wyeliminowania konieczności stosowania chemioterapii – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner, dyrektor Centrum Referencyjnego ds. Przesiewowych Badań Mammograficznych w Niemczech.

Celem leczenia jest uzyskanie jak najdłuższego przeżycia oraz uniknięcie skutków ubocznych występujących przy stosowaniu chemioterapii. Podstawą terapii powinno być tradycyjne leczenie operacyjne, polegające na wycięciu guza, ewentualnie w połączeniu z radioterapią. Taki wzór terapeutyczny nie wyniszcza organizmu pacjentki, a do tego zmniejsza koszty leczenia. Warunkiem jego wprowadzenia jest jednak rozpoznanie choroby, możliwe dzięki nowoczesnej technologii diagnostycznej – obecnie lekarze są w stanie wykryć nowotwór piersi już w stadium przedinwazyjnym.

– Średni rozmiar nowotworów wykrywanych w latach 90. wynosił od 1,5 do 2 cm. Teraz są to dużo mniejsze rozmiary. W naszym programie badań przesiewowych mamy 20 proc. nowotworów wykrytych w stadium przedinwazyjnym, o stopniu złośliwości charakterystycznym dla tego stadium – mówi prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner.

Przełomem w diagnostyce raka piersi było wprowadzenie mammografii cyfrowej, dającej bardzo wysoką rozdzielczość i duży kontrast, oraz mammografii kontrastowej, polegającej na dożylnym wstrzyknięciu środka kontrastowego i obserwowaniu, czy zmiana w piersi ulega wzmocnieniu pod jego wpływem. Ogromny postęp medycyna zanotowała także w zakresie badań ultrasonograficznych. Do nowych technologii stosowanych w diagnostyce nowotworu piersi należy rezonans magnetyczny, którego czułość oceniana jest nawet na 99 proc. Badanie to ma zupełnie inny charakter niż USG i mammografia, pozwala więc wykryć zmiany niewidoczne przy zastosowaniu tamtych technologii, w dodatku nawet bardzo małe.

– Ostatnio pojawiło się kilka możliwości diagnostycznych. Jedną z nich jest tomosynteza. Jest to nowa metoda wykrywania zmian w piersi, w ramach której tworzone są liczne warstwy obrazów równoległych do płaszczyzny detektora. Jest to technologia tomograficzna podobna do tomografii komputerowej – mówi prof. dr Luis Javier Pina Insausti z Kliniki Uniwersytetu Nawarry w Pampelunie.

– Pacjentka jest ustawiona w pewnej projekcji, a lampa obraca się wokół piersi i wykonuje wiele bardzo niskodawkowych ekspozycji, a później komputer rekonstruuje to w bryłę tak, że można tę pierś zobaczyć warstwa po warstwie – uzupełnia Magdalena Barcikowska, ekspert ds. mammografii w Siemens Healthineers.

W ramach tomosyntezy urządzenie robi serię nawet kilkudziesięciu zdjęć, które następnie są przetwarzane w technologii 3D. Tomosynteza pozwala na określenie dokładnej lokalizacji zmian – bardzo dobrze sprawdza się w przypadku piersi o dużej gęstości.

Zdaniem ekspertów diagnostyka raka piersi będzie coraz bardziej spersonalizowana, co oznacza, że badania będą dostosowywane indywidualnie do każdej pacjentki. Przyczyni się to do większej wykrywalności nowotworów oraz zminimalizuje negatywne skutki uboczne. Istotnym kryterium wyboru metody diagnostycznej będzie gęstość tkanki piersiowej. Przewaga tkanki gruczołowej nad tłuszczową zwiększa bowiem ryzyko wystąpienia nowotworu, a także utrudnia zaobserwowanie zmian w piersi w przypadku niektórych badań, np. mammograficznych. Równie istotne znaczenie dla techników radiologów powinna mieć przynależność pacjentki do określonej grupy ryzyka.

– W przypadku badań przesiewowych, w których biorą udział również kobiety z grupy niskiego ryzyka, zastosowanie kontrastu moim zdaniem nie wchodzi w grę. Może on wywołać działania niepożądane u kobiet, które z dużą pewnością nie są narażone na zachorowanie – mówi prof. dr Sylvia Heywang-Köbrunner.

Zastosowanie kontrastu jest natomiast korzystne u kobiet z grupy wysokiego lub podwyższonego ryzyka. W tym przypadku podstawą diagnostyki powinny być takie badania jak rezonans magnetyczny z kontrastem i mammografia spektralna.

– W mammografii spektralnej wykorzystuje się kontrast. Zmiana inaczej go zatrzymuje niż zdrowa tkanka i wykonując dwa zdjęcia z różnymi energiami, możemy zobaczyć różnicę, możemy zobaczyć coś, co się ukrywa w piersi. Mammografia spektralna niejako zastępuje rezonans, do którego czasami jest trudny dostęp i pacjentki muszą długo czekać na to badanie – mówi Magdalena Barcikowska.

Eksperci są zdania, że samodzielna diagnostyka – choć istotna – może stanowić jedynie uzupełnienie badań wykonywanych w specjalistycznych ośrodkach medycznych.

– Nowotwór złośliwy piersi to nie jest pojedyncza choroba, ale grupa chorób, z których niektóre znacznie się od siebie różnią. Nie można zdiagnozować wszystkich rodzajów nowotworów piersi za pomocą domowej metody. Może w przyszłości tak będzie, ale nie w ciągu najbliższych dziesięciu lat – mówi prof. dr Luis Javier Pina Insausti. 

Celem producentów sprzętu diagnostycznego jest także zredukowanie dyskomfortu odczuwanego przez pacjentki podczas badania. W przypadku mammografii oznacza to mniejszy ucisk maszyny na pierś. Innowacyjna technologia to jednak nie jest jedyna zmiana, jaka zachodzi w diagnostyce onkologicznej. Równie istotne jest stworzenie jak najbardziej przyjaznego środowiska w postaci ładnie zaaranżowanych poczekalni, krótszego czasu oczekiwania na wizytę. Wszystko to ma zachęcić kobiety do regularnego wykonywania badań przesiewowych.

– W Polsce mamy bardzo często sytuację, że pacjentka przychodzi tylko raz na badanie i nie wraca z powodu nie najlepszego doświadczenia. A ważne jest, żeby wracała, żeby lekarze mogli kontrolować stan jej zdrowia – mówi Magdalena Barcikowska.

Syndrom oszusta problemem wielu osób odnoszących sukcesy. Z jego powodu częściej cierpią kobiety

0

Syndrom oszusta problemem wielu osób odnoszących sukcesy. Z jego powodu częściej cierpią kobiety 2

Syndrom oszusta wiąże się z przekonaniem, że własne sukcesy zawdzięcza się nie talentowi i ciężkiej pracy, lecz przypadkowi i szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Osoba, której dotyka, czuje się nieuczciwie, ma wrażenie, że wcale na swój sukces nie zasłużyła i lada chwila ktoś odkryje jej niekompetencje. To zjawisko – z różnym nasileniem – dotyka ok. 70 proc. ludzi, ale częściej z powodu syndromu oszusta cierpią kobiety. Zwłaszcza te, które odnoszą duże sukcesy albo zajmują wysokie stanowiska.

Syndrom oszusta to jest mechanizm psychologiczny, który sprawia, że nie do końca wierzymy w swoje własne osiągnięcia. Trochę jakbyśmy mieli poczucie, że wdzieramy się na scenę i mamy wrażenie, że za chwilę ktoś zdemaskuje fakt, że w ogóle nie powinniśmy się tam znaleźć, że na to nie zasługujemy. Syndrom oszusta jest o tyle ciekawy, że ludzie, którzy cierpią z jego powodu, zaprzeczają swoim ewidentnym osiągnięciom, na które mają dowody – mówi agencji Newseria Biznes Marzena Jankowska, psycholog, wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Syndrom oszusta został opisany w literaturze naukowej już na początku lat 70. Nie jest to zaburzenie ani choroba psychiczna, choć może do nich prowadzić. W skrajnych przypadkach stres i obawy przed zdemaskowaniem rzekomej niekompetencji mogą powodować m.in. bezsenność czy objawy nerwicowe.

Badania pokazują, że około 70 proc. ludzi czasami tego doświadcza. Mnie dziwi te pozostałe 30 proc., bo jednak większość z nas ma czasem poczucie, że sukces nas przerasta, nie do końca jesteśmy pewni swoich kompetencji. Co ciekawe, z powodu syndromu oszusta prawdopodobnie znacznie częściej cierpią kobiety niż mężczyźni – mówi Marzena Jankowska.

To zjawisko zdecydowanie częściej dotyka też osób na wysokich stanowiskach i tych, którzy osiągają w życiu duże sukcesy. Innymi słowy, im większy sukces, tym większe ryzyko, że wystąpi syndrom oszusta.

Do związanych z nim odczuć w przeszłości wprost przyznawali się m.in. Tom Hanks, Sheryl Sandberg, szefowa operacyjna Facebooka i mentorka Marka Zuckerberga, czy aktorka Emma Watson. Z powodu syndromu oszusta prawdopodobnie cierpiał nawet Albert Einstein, który pod koniec życia miał zwierzyć się przyjacielowi, że mimowolnie czuje się oszustem z powodu przeceniania jego dorobku naukowego.

Zupełnie niedawno do syndromu oszusta przyznała się również Michelle Obama, która przez większość swojego życia musiała sobie z nim radzić. Dotyczy on więc osób, które osiągają naprawdę duże sukcesy. To w zasadzie jest spójne, bo podstawą syndromu oszusta jest ciężka praca. Paradoks polega na tym, że im ciężej pracujemy, tym bardziej mamy poczucie, że nie zasługujemy na sukces. Wśród wybitnych postaci w świecie artystycznym, w świecie sportu, nauki czy polityki dotyczy to głównie kobiet albo być może kobiety mają większą skłonność, żeby się do tego przyznać – mówi Marzena Jankowska.

Badania pokazały, że syndrom oszusta jest charakterystyczny m.in. dla kobiet na wysokich stanowiskach, odnoszących sukcesy przedstawicieli mniejszości etnicznych, wysoko postawionych menadżerów czy osób, które szybko osiągnęły wysoki status społeczny. Do jego wystąpienia przyczynia się perfekcjonizm, często połączony z pracoholizmem, a dodatkowym czynnikiem może być niskie poczucie własnej wartości i brak wiary w siebie.

Mamy kilka typów przejawiających się w syndromie oszusta. Pierwszy, podstawowy, to perfekcjonizm, który wiąże się ze stawianiem sobie kompletnie nierealistycznych oczekiwań. Kolejny przejaw wiąże się z byciem superwoman, czyli potrzebą dawania sobie rady samodzielnie. Solistka – kolejny typ – to osoba, która uważa, że korzystanie z jakiejkolwiek formy pomocy jest oznaką słabości. Mamy też typ eksperta – ten z kolei dotyczy głównie kobiet, które mają potrzebę być bezbłędne i znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Najczęściej jest tak, że w syndromie oszusta mamy wszystkiego po trochu – mówi wykładowca Wyższej Szkoły Bankowej w Chorzowie i Katowicach.

Jak ocenia, do częstszego występowania tego zjawiska wśród kobiet mogą się przyczyniać również oczekiwania społeczne, stawiane kobietom już w dzieciństwie.

Ciągle jednak to dziewczynki mają być te grzeczne, spełniające oczekiwania, ładnie uśmiechnięte – mówi Marzena Jankowska.

Ekspert WSB podkreśla, że syndrom oszusta można przezwyciężyć – jednak pierwszym krokiem do tego jest akceptacja, przyznanie się do problemu. Dopiero to stanowi punkt wyjścia do zmiany sposobu myślenia.

– Świetną metodą jest skoncentrowanie się na wartości, jaką moja praca ma wnieść w życie innych ludzi, zamiast na tym, żeby dobrze wypaść. To jest też fundament budowania odporności psychicznej. Ważne, żeby przekierowywać tę uwagę na to, jaką radość daje mi moja praca, co jest w niej przyjemnego –mówi Marzena Jankowska. 

OKNOPLAST rozbudowuje zakład produkcyjny pod Krakowem

Grupa OKNOPLAST – małopolska firma znajdująca się w pierwszej piątce największych europejskich producentów okien i drzwi PVC – rozpoczęła dużą inwestycję. Ma ona na celu zwiększenie zdolności produkcyjnej przedsiębiorstwa. Projekt zostanie zrealizowany dzięki wsparciu Krakowskiego Parku Technologicznego.

Prace już ruszyły i obejmują budowę nowego kompleksu produkcyjno-logistycznego o powierzchni 16 tys. m2 oraz zwiększonym poziomie automatyzacji. W ramach realizacji rozbudowana i zautomatyzowana zostanie produkcja wyrobów z aluminium, jak również z PVC. Kolejnym obszarem zmian będzie stworzenie nowoczesnego centrum logistycznego do sortowania i pakowania towarów gotowych oraz kompletacji akcesoriów okiennych razem z produktami.

Robotyzacja w obrębie produkcji została zaplanowana w sposób bardzo przemyślany. Dotyczy ona przede wszystkim kluczowych jej etapów z punktu widzenia jakości wyrobów. Warto także podkreślić, że zmniejszy liczbę odpadów poprodukcyjnych, co stanowi kolejny krok naszego przedsiębiorstwa w stronę ochrony środowiska – powiedział Mikołaj Placek, Prezes Zarządu Grupy OKNOPLAST. – Jestem przekonany, że takie zmiany są nieodzowne, aby w perspektywie lat utrzymać pozycję czołowego producenta stolarki otworowej. Cały czas chcemy być liderami technologicznymi i jak dotąd odnieśliśmy w tym zakresie wiele sukcesów. Jednocześnie zdajemy sobie jednak sprawę, że przed nami wciąż sporo wyzwań. Dzięki inwestycji będziemy gotowi, by z jeszcze większą siłą realizować najbardziej kreatywne pomysły, zapewniając zarazem najwyższą precyzję wykonania produktów.

Inwestycja Grupy OKNOPLASTJakie korzyści przyniesie inwestycja?

Nowa infrastruktura pozwoli poprawić efektywność procesów produkcyjnych i logistyczno-magazynowych, a w rezultacie zwiększyć moce produkcyjne zakładu o 30 proc. Ponadto dzięki nowej przestrzeni logistycznej dodatkowo udoskonalona zostanie jakość pakowania towarów. Co ważne, inwestycja wpłynie także znacząco na poprawę komfortu wykonywania zadań przez pracowników produkcyjnych.

W ramach budowy kompleksu produkcyjno-logistycznego poszerzona będzie także przestrzeń biurowa – przedsiębiorstwo stworzy nowoczesną infrastrukturę dla części działów Grupy OKNOPLAST. Cały projekt ma zostać zrealizowany do 1 marca 2024 roku.

Tylko w co piątym powiecie ukończono komunalne „M”

Wyniki dotyczące liczby lokali komunalnych oddanych do użytku w 2018 r. są słabe. Jeszcze gorzej wygląda liczba powiatów i miast na prawach powiatu, w których nie powstały takie „M”.

Główny Urząd Statystyczny niedawno poinformował, że w 2018 r. na terenie całego kraju oddano do użytku tylko 1863 mieszkania komunalne. To bardzo słaby wynik zważywszy na skalę deficytu gminnych mieszkań (wynoszącego około 160 000 sztuk). Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili nieco dokładniej przyjrzeć się budowlanej aktywności gmin w 2018 r. Wyniki takiej analizy są mało optymistyczne. Wskazują one bowiem, że w prawie 80% powiatów i miast na prawach powiatu miniony rok nie zakończył się oddaniem do użytku jakichkolwiek mieszkań komunalnych.

Obecnie w naszym kraju mamy 314 powiatów oraz 66 miast na prawach powiatu. Analiza portalu RynekPierwotny.pl dotycząca budowy mieszkań komunalnych w 2018 roku, uwzględnia te 380 jednostek podziału administracyjnego. Po przeanalizowaniu danych Głównego Urzędu Statystycznego okazuje się, że lista powiatów i miast na prawach powiatu, w których ukończono jakiekolwiek mieszkanie komunalne, niestety jest stosunkowo krótka.

Od stycznia do grudnia 2018 roku, gminne „M” powstały tylko w 81 analizowanych jednostkach administracyjnych (67 powiatach oraz 14 miastach na prawach powiatu). Taki wynik oznacza, że na terenie tylko 21% uwzględnionych jednostek administracyjnych w 2018 r. pojawiły się nowe mieszkania komunalne.

Dane Głównego Urzędu Statystycznego wskazują również, że od stycznia do grudnia 2018 r. najwięcej mieszkań komunalnych oddano do użytku w następujących powiatach i miastach na prawach powiatu:

  • Poznań – 140 mieszkań
  • piaseczyński – 93
  • Wałbrzych – 72
  • Warszawa – 68
  • słupski – 66
  • Sopot – 60
  • miński – 60
  • zawierciański – 60
  • Toruń – 58
  • poznański – 57
  • tatrzański – 48
  • Kalisz – 45
  • kołobrzeski – 44
  • żyrardowski – 43
  • rawski – 40

Warto dodać, że w 32 analizowanych jednostkach administracyjnych ubiegłoroczna liczba ukończonych mieszkań komunalnych nie przekroczyła 10 sztuk.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Rynek czeka na słowa szefa Fed

Pogarszające się perspektywy globalnego ożywienia wzmagają dyskusję o łagodzeniu polityki głównych banków centralnych z Fed na czele. Słabość dolara zaczyna dominować a coraz większa uwaga jest przypisywana komentarzom przedstawicieli Fed. Dziś rynek czeka na słowa szefa Powella. Tymczasem w Australii jesteśmy już po oczekiwanej obniżce.

Bank Rezerwy Australii wypełnił oczekiwania rynkowe i pierwszy raz od sierpnia 2016 r. dokonał obniżki stopy kasowej o 25 pb do 1,25 proc. AUD nie spadł po decyzji, gdyż od pewnego czasu rynek w pełni dyskontował cięcie. Choć inwestorzy wciąż oczekują dalszych obniżek przed końcem roku, dziś RBA nie dał jasnych sygnałów, że zamierza kontynuować politykę. Usłyszeliśmy, że decyzja ma wesprzeć wzrost zatrudnienia i wzbudzić większe zaufanie dla osiągnięcia celu inflacyjnego. Jednocześnie bank przyznał, że „sytuacja na rynku pracy sugeruje, że gospodarka Australii może wytrzymać niższy poziom stopy bezrobocia”, co należy rozumieć, że dalszy spadek bezrobocia niekoniecznie będzie generował presję inflacyjna. Teraz pytaniem jest, czy jednak obniżka wystarczy do osiągniecia celów RBA? Bank centralny poczeka kilka miesięcy na ocenę wpływu decyzji, ale rynek prawdopodobnie pozostanie sceptyczny i nie zrezygnuje z wyceny dalszych obniżek. Jednak w krótkim terminie, utrzymywanie krótkich pozycji w oparciu o oczekiwania co do polityki monetarnej RBA może okazać się bezowocne, podczas gdy wrażliwość AUD na ewentualne skoki apetytu na ryzyko pozostanie duża. Nie wykluczałbym kolejnej obniżki stopy kasowej RBA na jesieni, ale na razie rozsądnym wydaje się zostawienie AUD w spokoju.

Szczególnie, że jeśli wehikułem do sprzedaż Aussie był AUD/USD, to zarysowująca się ostatnio słabość USD może zagłuszyć inne sygnały. Rynek skupia obecnie wyjątkową uwagę na dyskusji o przejściu Fed od obniżek stóp procentowych z nasilającymi się głosami o cięciach we wrześniu i grudniu (i przy 24 proc. szans przyznawanych dla decyzji za dwa tygodnie!). Spekulacje podsycił wczoraj James Bullard z Fed w St. Louis, zdaniem którego obniżka stóp procentowych może być wkrótce uzasadniona przez obawy o wojny handlowe i inflację. Bullard jest dobrze znanym gołębiem, jednak podkreślenie słowa „wkrótce” nasila pro-obniżkową retorykę. Dziś startuje konferencja Fed poświęcona strategii w polityce monetarnej, instrumentach i komunikacji banku centralnego. Choć konferencja będzie platformą do czysto akademickiej dyskusji, równie dobrze może posłużyć jako miejsce do skrupulatnie zaaranżowanej ofensywy, by przygotować rynki dla obniżki stóp procentowych w dalszej części roku. Tego rynek obawia się teraz najbardziej, co widać w spadających rentownościach długu USA i taniejącym dolarze. Dziś po południu usłyszymy od prezesa Fed Powella, gdzie ryzyka przeważają po stronie gołębiego wydźwięku, który pchnie USD niżej.

Widzimy presję na USD szczególnie w konfrontacji z walutami defensywnymi, głównie JPY i CHF. Korzysta też EUR, które w ubiegłym tygodniu było silnie wyprzedawane, a jednak nie udało się złamać tegorocznych minimów, więc kapitulacja podaży na EUR/USD jest dobrym paliwem do wzrostów. Jednak ryzykiem w tym tygodniu jest czwartkowe posiedzenie EBC, skąd mogą napłynąć gołębie sygnały. Ogólnie klimat na rynkach jest dziś spokojny, choć z negatywnym zacięciem. Nie są to warunki do umocnienia złotego, ale też nie ma paniki, która miałaby wysłać dziś EUR/PLN na 4,30.

Poza tym komentarze Williamsa i Brainard z Fed. Przed nami też uzupełninie decyzji RBA w postaci przemówienia prezesa banku Lowe’a. Kalendarz zawiera CPI z Polski i Eurolandu, PMI dla brytyjskiego sektora budowlanego i zamówienia fabryczne z USA, ale dane powinny być mało znaczącym tłem.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Polacy pokochali piwa smakowe. Wzrosty są na poziomie nawet 200%

W porównaniu do I kwartału ub. roku wzrosła promocja piw w sieciach handlowych o 19%. W tej kategorii zdecydowanie najbardziej poszły w górę bezalkoholowe trunki – aż o 90%. Największy przyrost odnotowały w hipermarketach – 193%. Na drugim miejscu znalazły się smakowe piwa. Ich udział w gazetkach zwiększył się o 57%. Najmocniej widoczny wzrost był w sklepach typu convenience – 191%. Trzecią pozycję w zestawieniu zajęły ciemne piwa ze zwyżką 47%. Aktywność promocyjna tych produktów szczególnie podniosła się w sieciach convenience, tj. o 155%. Na samym końcu tabeli jest jasne piwo z wynikiem zaledwie 8%. Promocja tego typu alkoholu w największym stopniu wzrosła w hipermarketach – o 55%.

– Z analizy firmy Hiper-Com Poland wynika, że w I kwartale tego roku, w stosunku do pierwszych trzech miesięcy ub. roku, sieci handlowe ogólnie zwiększyły promocję piwa o 19%. Zaobserwowany wzrost jest połączony z mocnym rozwojem branży piwowarskiej. Portfolio poszczególnych marek rozrasta się, a wprowadzanie na rynek nowych produktów siłą rzeczy wymaga większej aktywności promocyjnej. W sklepach pojawia się coraz więcej nowości i to już nie tylko od znanych producentów – mówi Bartłomiej Morzycki, Dyrektor Generalny Związku Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie.

Najbardziej zwiększyła się promocja piw bezalkoholowych, bo aż o 90%. Jak wyjaśnia Julita Pryzmont, Business Development and Communication Director w Hiper-Com Poland, ma to związek z dynamicznym rozwojem tego segmentu. Wybór i jakość w jego obrębie stale wzrasta, co powoduje, że każdy smakosz jest w stanie znaleźć napój odpowiadający jego upodobaniom. Producenci, konkurując ze sobą, nieustannie wprowadzają nowe smaki. A nowości trzeba przecież komunikować konsumentom. Promocje stanowią do tego doskonałą okazję.

– Polska jest europejskim liderem pod względem tempa wzrostu konsumpcji piw bezalkoholowych. Staramy się doganiać Europę Zachodnią. Dla przykładu, w Hiszpanii tego typu napoje mają kilkunastoprocentowy udział w rynku. Spodziewam się, że u nas podobny poziom osiągniemy w ciągu kilku najbliższych lat. Będzie temu sprzyjać głównie moda na zdrowy styl życia – przewiduje Dyrektor Morzycki.

Patrząc na konkretne formaty handlowe, najwięcej promocji piw bezalkoholowych przybyło w hipermarketach, tj. o 193% więcej. Widoczny wzrost zaobserwowano w hurtowniach – 131%, a także w sieciach typu cash & carry – 93%. Według eksperta z Hiper-Com Poland, większe placówki mogą zaprezentować zdecydowanie szerszy asortyment niż np. sklepy typu convenience, które odnotowały przyrost na poziomie 50%.

– Z kolei piwa smakowe odnotowały ogólny przyrost na poziome 57%. W ostatnich latach widocznie wzrosło zainteresowanie Polaków tymi artykułami, zwłaszcza wśród kobiet. Sieci handlowe doskonale znają zmieniające się oczekiwania swoich klientów. Dlatego tak mocno zwiększyły aktywność promocyjną w tym segmencie. Wskazane artykuły wpływają na wybór miejsca zakupu, a to się liczy dla sklepów – tłumaczy dr Paweł Jurowczyk, Market Research Consultant w Instytucie Badawczym ABR SESTA.

Dyrektor Morzycki dodaje, że zmieniają się oczekiwania konsumentów względem smaków piw. Polacy zdecydowanie oczekują nowych doznań smakowych, w tym zaskakujących mieszanek soków owocowych, różnych odmian chmielu czy też przypraw. Chcą przy tym konsumować trunki o niskiej zawartości kalorii. Coraz częściej sięgają po produkty z wyższej półki. I w odpowiedzi na te wymagania przybywa coraz więcej marek i rodzajów piw smakowych, które są szeroko promowane.

– Największy przyrost promocji piwa smakowego zanotowano w sieciach convenience – aż o 191%. W tym kanale ww. art. stanowią jedną z ważniejszych kategorii. Wpływa na to fakt, że Polacy coraz częściej sięgają po droższe i lepszej jakości trunki o unikalnych smakach. Odpowiednia komunikacja promocji piw smakowych przekłada się na częstsze wizyty i zakupy w sklepach. Dla porównania można wskazać, że w hipermarketach aktywność promocyjna wzrosła o 76% – zaznacza dr Jurowczyk.

Promocja piw ciemnych zwiększyła się o 47%. Jak przypomina Julita Pryzmont, są one mniej popularne niż lżejsze trunki, zwłaszcza wiosną czy latem. Jednak w chłodniejsze wieczory mogą zdecydowanie bardziej odpowiadać konsumentom niż inne napoje. Dlatego pierwszy kwartał roku był idealnym momentem na promowanie tego typu produktów. Ekspert z Hiper-Com Poland ocenia odnotowany wzrost jako znaczący.

– Najwięcej promocji piw ciemnych przybyło w sieciach convenience – o 155%. W hipermarketach wzrost wyniósł 76%. To podobna sytuacja, jak w przypadku piw smakowych. Może to wynikać z tego, że piwa ciemne często są postrzegane przez konsumentów jako trunki o unikalnym smaku. Dlatego strategie przyjęte przez ww. segmenty są dość zbliżone – zauważa ekspert z Instytutu Badawczego ABR SESTA.

Na samym końcu tabeli jest piwo jasne z przyrostem zaledwie na poziomie 8%. Zdaniem Julity Pryzmont, ten trunek jest najchętniej spożywany w okresie letnim lub w czasie wydarzeń sportowych. Właśnie wtedy jego sprzedaż znacznie wzrasta. Pierwszy kwartał roku zazwyczaj nie jest najlepszy dla tej kategorii. Bliżej lata sieci handlowe bardziej intensyfikują działania promocyjne w jej obrębie.

– Przyrost promocji piwa jasnego widać w hipermarketach – o 55%, następnie w sieciach convenience – o 21%, a dalej w sklepach cash & carry – o 3%. Aktywność promocyjna zmniejszyła się w dyskontach – o 18%, w supermarketach – o 11%, jak również w hurtowniach – o 10%. Moim zdaniem, wzrosty są odzwierciedleniem tego, że piwo jasne ciągle jest najpopularniejsze wśród Polaków. Natomiast spadki pokazują, że spora część konsumentów odwraca się od tego trunku na rzecz innych segmentów – podsumowuje dr Paweł Jurowczyk.

Henkel Polska: dział Laundry & Home Care z nowym dyrektorem zarządzającym

Veli Dincel został mianowany dyrektorem zarządzającym działu Laundry & Home Care (środki do prania i czystości) w polskim oddziale firmy Henkel. Na nowym stanowisku odpowiada za wyniki sprzedaży oraz działania marketingowe wszystkich marek detergentowych Henkla obecnych na polskim rynku, do których należą m.in. Persil, Silan, Perwoll, Somat, Bref.

Veli Dincel, Henkel
Veli Dincel, Henkel

Veli Dincel związany jest z firmą Henkel od ponad 5 lat. Przed objęciem funkcji w Polsce piastował stanowisko dyrektora sprzedaży w Turcji oraz dyrektora zarządzającego w Regionie Adriatyku.

Veli Dincel zastąpił na stanowisku Markusa Rauniga, który pełnił tę funkcję od 2012 roku. W nowej roli będzie odpowiedzialny za wyniki sprzedaży i działania marketingowe działu Laundry & Home Care (środki do prania i czystości).

Moim głównym celem na stanowisku szefa działu środków do prania i czystości w Polsce jest zbudowanie trwałych podstaw długofalowego, zrównoważonego wzrostu. Jestem przekonany, że uda się tego dokonać przy wsparciu doświadczonego i zgranego zespołu, którym mam przyjemność zarządzać – powiedział Veli Dincel.  

Veli Dincel ma 46 lat. Jest absolwentem Wydziału Historycznego Uniwersytetu Boğaziçi w Stambule. Prywatnie interesuje się koszykówką.

30 lat transformacji gospodarczej: Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich

PKB wzrósł ponad dwuipółkrotnie, a wartość eksportu prawie czternastokrotnie. Dochody gospodarstw domowych są dwa razy wyższe, a mieszkania większe i lepiej wyposażone – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Polska 1989-2019. Społeczeństwo, gospodarka, kultura”. Obecnie Polka żyje średnio o prawie sześć, a Polak o prawie osiem lat dłużej. Wyższym wykształceniem legitymuje się dziś co 4. mieszkaniec Polski, a rosnące wydatki na infrastrukturę idą w parze z większą dbałością o środowisko.

Porównując się do sytuacji z czerwca 1989 roku możemy zaobserwować szereg zmian jakościowych, które nastąpiły we wszystkich sferach życia publicznego. Z gospodarczego punktu widzenia ostatnie trzydzieści lat to najlepszy czas w historii Rzeczpospolitej – mówi Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego i dodaje, że wystarczy spojrzeć na polski eksport, którego wartość wzrosła z 19 mld USD w 1990 roku do 262 mld USD w roku 2018.

Znacznej przemienia uległa struktura zatrudnienia. 30 lat temu w rolnictwie pracował co czwarty Polak, obecnie zaledwie co dziesiąty. Wyraźnie wzrosło znaczenie usług: obecnie w tym sektorze pracuje sześciu na dziesięciu zatrudnionych. Struktura polskiej gospodarki stała się tym samym podobna do państw Europy Zachodniej i Ameryki Północnej.30 lat transformacji gospodarczej Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich

Okres transformacji gospodarczej charakteryzował nie tylko dynamiczny wzrost dochodów polskich gospodarstw domowych, który dzisiaj jest niemal dwukrotnie wyższy (96%), lecz także wzrost zadłużenia oraz rosnący zasięg ubóstwa. Zadłużenie polskich gospodarstw domowych wzrosło z niespełna 2,3 proc polskiego PKB w 1995 do niemal 35,6 proc. PKB w roku 2017. W okresie 1994-2004 procent gospodarstw domowych żyjących poniżej poziomu relatywnego ubóstwa wzrósł o połowę (z 13,5 proc. do 20,3 proc.). Od 2005 r. widoczny jest stopniowy spadek wartości tego wskaźnika, który obecnie kształtuje się na poziomie zbliżonym do tego z połowy lat 90.

30 lat transformacji gospodarczej Polska gospodarka zbliża się do standardów zachodnich 2Przemiany wpłynęły również na poprawę jakości systemu ochrony zdrowia, promocję zdrowego trybu życia, a co za tym idzie wzrost długości życia, która w przypadku kobiet wzrosła z 75,2 lat do 81,8 lat, a w przypadku mężczyzn z 66,2 lat do 74 lat. Znacząco wzrosła również liczba studentów: z 378 tys. w 1990 roku do 1,2 mln w roku 2017.

Nowe wyzwania

Wolny rynek zaowocował nieskrępowanym rozkwitem gospodarki, a przystąpienie Polski do NATO w 1999 roku i do Unii Europejskiej w 2004 r. zapewniło Polsce mocną pozycję na arenie międzynarodowej. Oczywiście nie wszystko w tym okresie się udało. Były też trudne chwile i niewykorzystane szanse, dlatego patrząc w przyszłość należy się uczyć na zebranych dotychczas doświadczeniach.

Musimy zmierzyć się z niekorzystnymi trendami demograficznymi, zwiększaniem potrzeb i oczekiwań zdrowotnych Polaków czy nadciągającą rewolucją cyfrową. Ponadto, wspólnie z innymi narodami, będziemy musieli stawić czoło takim problemom, jak światowy pokój i bezpieczeństwo, globalne ocieplenie, a także przyszłość Unii Europejskiej – podsumowuje Piotr Arak.

Nowe drogi ekspresowe napędzają rynek magazynowy

Boom na rynku przemysłowo-logistycznym trwa. W latach 2017-2018 całkowite zasoby powierzchni magazynowej w Polsce powiększyły się o ponad 40%, a dane z I kw. tego roku pokazują, że dynamiczny rozwój jest kontynuowany. Znacząca wielkość nowej podaży, wysoki poziom zainteresowania najemców oraz rekordowa ilość powierzchni w budowie udowadniają, że w krótko- i średnioterminowej perspektywie wolumen powierzchni magazynowej w Polsce będzie nadal szybko się powiększał.

Polska Centralna liderem wzrostu

Nowe projekty magazynowe powstają we wszystkich głównych klastrach magazynowych, jednak zdecydowanie najszybciej rozwijającym się obszarem jest rejon Polski Centralnej. Od początku 2018 r. do końca marca 2019 r. całkowite zasoby powierzchni magazynowej w tym regionie powiększyły się o 870 tys. m kw., co oznacza wzrost o 51% w tym okresie. Czynnikami napędzającymi rozwój obszaru jest centralna lokalizacja, bliskość dwóch dużych obszarów miejskich, Łodzi i Warszawy oraz położenie na skrzyżowaniu dwóch głównych arterii transportowych w Polsce – autostrad A1 i A2. Za znaczną część nowej powierzchni odpowiedzialny jest rozwój Central European Logistics Hub, który docelowo ma stać się największym w Europie kompleksem logistycznym. – Hanna Milczarek, dyrektor, powierzchnie przemysłowe i logistyczne, dział Rynków Kapitałowych, BNP Paribas Real Estate Poland

W dobie rekordowo niskiej stopy bezrobocia, dynamiczne tempo rozwoju sektora generującego wysokie zapotrzebowanie na pracownika sprawia, że skompletowanie załogi przez firmy z branży logistycznej staje się coraz większym wyzwaniem. Deweloperzy doskonale zdają sobie sprawę z takiego stanu rzeczy, dlatego dbając o atrakcyjność swoich obiektów, szukają alternatywnych lokalizacji z większym dostępem do siły roboczej. Jednak w dalszym ciągu kluczowym kryterium rozpoczęcia inwestycji jest dostęp do dróg szybkiego ruchu. W rezultacie, w ostatnim czasie mamy do czynienia z „otwieraniem” dla logistyki nowych lokalizacji poprzez oddawanie do użytku kolejnych fragmentów dróg ekspresowych i autostrad. Najlepszym przykładem takiego zjawiska może być otwarcie w I kw. tego roku ogromnego centrum dystrybucyjnego (130 000 m kw.) dedykowanego gigantowi e-commerce – firmie Zalando. Centrum to położone jest pod Olsztynkiem w bezpośrednim sąsiedztwie niedawno oddanego fragmentu trasy S7. Innym obiektem powiązanym bezpośrednio z rozwojem sieci drogowej jest S5 Wrocław North Gate, którego budowa rozpoczęła się w tym roku w pobliżu nowego fragmentu trasy S5. Zarówno województwo warmińsko-mazurskie, jak i północna część aglomeracji wrocławskiej nie należały dotąd do wiodących lokalizacji logistycznych – Igor Roguski, dyrektor działu powierzchni przemysłowych i logistycznych, w firmie BNP Paribas Real Estate Poland

Pomimo bardzo dynamicznego rozwoju rynku, udział niewynajętej powierzchni pozostaje wciąż na relatywnie niskim poziomie – 5,8% (marzec 2019 r.). Powodem tego jest utrzymujące się, wysokie zainteresowanie magazynami najemców z branż 3PL, e-commerce oraz motoryzacyjnej, które równoważy przyrost nowych powierzchni przemysłowych i logistycznych. To przekłada się również na brak gwałtownych wahań stawek czynszu. Jednak, rosnące koszty budowlane wywierają coraz większą presje na koszty najmu i w dłuższej perspektywie będziemy świadkami ich stopniowego wzrostu – wynika z najnowszego raportu międzynarodowej firmy doradczej BNP Paribas Real Estate Poalnd pt. „Rynek powierzchni przemysłowych i magazynowych w Polsce, I kw. 2019 r.”

Włochy ponownie na celowniku Komisji Europejskiej

Włochy stały się pierwszym krajem, któremu grozi procedura nadmiernego długu. Komisja Europejska ocenia, że realizacja wszystkich obietnic wyborczych włoskiego rządu stwarza zagrożenie dla gospodarki tego kraju, a więc także destabilizuje całą UE.

Jak dotąd stosowana była tylko procedura nadmiernego deficytu, gdy deficyt przekracza 3 proc. PKB. Przed kilku laty wśród krajów nią objętych, w okresie europejskiej dekoniunktury, przejściowo znalazła się Polska, a rząd musiał ograniczyć wydatki publiczne.

We Włoszech deficyt budżetowy jest też na niebezpiecznym poziomie, ale jeszcze większym problemem jest dług publiczny.

– Włoski dług publiczny przekracza 130 proc. PKB tego kraju, w UE większy dług ma tylko Grecja – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

KE przestrzegała już włoski rząd, aby nie realizował w całości swych obietnic wyborczych. Jednak robiła to bez skutku. Jakie mogą być konsekwencje wszczęcia procedury nadmiernego długu?

– Włoski rząd musiałby złożyć nieoprocentowany depozyt w wielkości odpowiadającej 0,2 proc. PKB, czyli byłaby to kwota 3,5 mld euro – wyjaśnia ekspert XTB.

To uniemożliwiłoby włoskiemu rządowi realizację całego pakietu wyborczych obietnic.

TSUE daje zielone światło podatkowi handlowemu. Czekają nas podwyżki cen w supermarketach

Podatek handlowy, zawieszony ze względu na decyzję Komisji Europejskiej, może wejść w życie na początku przyszłego roku. Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, do którego Polska wniosła odwołanie po decyzji Komisji, 19 maja wydał wyrok korzystny dla polskiego wnioskodawcy. Podatek handlowy, któremu Komisja Europejska zarzuciła bycie narzędziem pomocy publicznej, może zacząć obowiązywać od przyszłego roku. Na razie wyrok jest nieprawomocny i każdej stronie przysługuje od niego odwołanie. Jednak jeśli wejdzie w życie, duże sieci handlowe będą musiały zmierzyć się z wyższym opodatkowaniem. Jego skutki dotkną także klientów.

– Zwiększenie kosztów, jakie poniosą duże sieci handlowe sprawi, że w supermarketach wzrosną ceny. Dzięki temu dysproporcja między ofertą cenową dużych sieci a mniejszych i średnich przedsiębiorców się zmniejszy – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej. – Wprowadzenie tego podatku ma więc na celu przede wszystkim wyrównanie szans małych sklepów. Duże sieci nie będą w stanie tego podatku wziąć na siebie. Będą go musiały przełożyć na klientów, co będzie widoczne w cenach – wskazuje Soroczyński

Co się dzieje z autem po szkodzie całkowitej?

Jedna z niedawnych interpelacji poselskich zwróciła uwagę na pewną kwestię. Chodzi o losy mocno zniszczonych pojazdów.

Szkoda całkowita w ubezpieczeniu OC to temat, który już od dość długiego czasu wzbudza emocje. Właściciele uszkodzonych pojazdów nierzadko skarżą się, że zakład ubezpieczeń zakwalifikował szkodę jako całkowitą, gdyż taka opcja była dla niego bardziej korzystna. Do mediów oraz Rzecznika Finansowego docierają też skargi związane ze zbyt wysoką wyceną wraków. Wiele wskazuje na to, że niedawno pojawił się jeszcze jeden ciekawy i kontrowersyjny temat dotyczący szkód całkowitych. Problem związany z takimi szkodami, na początku maja 2019 r. zasygnalizował jeden z posłów (Józef Lassota). Interpelacja tego parlamentarzysty zwraca uwagę, że dokładnie nie wiemy, co się dzieje z wrakami samochodów, w przypadku których orzeczono szkodę całkowitą. Nie można wykluczyć, że wiele takich mniej zniszczonych wraków po gruntownym remoncie wraca na rynek wtórny. Powypadkowe samochody nie podlegają dodatkowym badaniom, co może negatywnie wpływać na poziom bezpieczeństwa ich właścicieli oraz pozostałych użytkowników polskich dróg.

Zakład ubezpieczeń powinien pomagać w sprzedaży wraku …

Tytułem wstępu warto przypomnieć, że ze szkodą całkowitą mamy do czynienia wtedy, gdy: „pojazd uległ zniszczeniu w takim stopniu, że nie nadaje się do naprawy albo gdy koszt naprawy przekroczyłby wartość pojazdu w dniu likwidacji szkody”. Cytowane sformułowanie pochodzi z ważnego wyroku, jaki Sąd Apelacyjny w Katowicach wydał 12 lutego 1992 r. (zobacz sygnatura akt I ACr 30/92). Definicja szkody całkowitej przyjęta przez katowicki sąd jest ważna, ponieważ przepisy nie mówią o tym, kiedy ubezpieczyciel może stwierdzić taką szkodę. Warto dodać, że podobną definicję szkody całkowitej stosuje również KNF. Komisja Nadzoru Finansowego w swoich wytycznych dotyczących likwidacji szkód komunikacyjnych wskazała, że orzeczenie szkody całkowitej jest uzasadnione jeśli przewidywany koszt naprawy przekracza wartość rynkową samochodu sprzed wypadku. „Wspomniane wytyczne KNF – u określają również sposób zagospodarowania wraku pojazdu po szkodzie całkowitej. Komisja Nadzoru Finansowego w 2014 r. stwierdziła, że po uznaniu szkody za całkowitą, zakład ubezpieczeń powinien udzielić uprawnionemu pomocy w zagospodarowaniu pozostałości pojazdu” – mówi Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Przepisy nie regulują dalszych losów samochodowego wraku

Aktualna praktyka polega na tym, że wrak samochodu, w przypadku którego orzeczono szkodę całkowitą jest sprzedawany przez Internet. Takie pozostałości kupują nie tylko podmioty profesjonalnie zajmujące się naprawą pojazdów. Zbywca przekazuje zwycięzcy licytacji wrak wraz z dowodem rejestracyjnym. Ze względu na lukę w przepisach, późniejsze losy poważnie uszkodzonego auta są nieznane. Istnieje niestety duże prawdopodobieństwo, że wiele „eks – wraków” po naprawie wraca na rynek wtórny samochodów. Problemy związane z opisywaną sytuacją są dwojakie. „Po pierwsze, remont auta po szkodzie całkowitej bywa dokonywany z wykorzystaniem najtańszych zamienników lub zużytych części oryginalnych. Dzięki takiej niechlujnej naprawie i późniejszej odsprzedaży auta, można bowiem sporo zarobić. Skoro ubezpieczyciel stwierdził, że kapitalny remont samochodu jest nieopłacalny, to osiągnięcie dużego zysku ze sprzedaży takiego auta prawdopodobnie wymaga znacznego obniżenia jakości naprawy” – tłumaczy Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Drugim problemem wydaje się możliwość wprowadzenia powypadkowego pojazdu do obrotu na rynku wtórnym bez dodatkowych badań oraz wiedzy kupującego. Osoba nabywająca samochód z poważną powypadkową przeszłością, nie tylko może znacząco przepłacić za auto. „Taki właściciel pojazdu zostaje również narażony na skutki kiepsko wykonanej naprawy. Co więcej, nie można przesądzać, że pierwsze rutynowe badanie techniczne wykonane po gruntownej naprawie odkryje powypadkową przeszłość samochodu i ewentualne problemy konstrukcyjne” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Informacja w „aktach” pojazdu mogłaby rozwiązać problem

Warto podkreślić, że autor majowej interpelacji do Ministra Infrastruktury (zobacz Interpelacja Poselska numer 31375) proponuje konkretne działania, które mogą pomóc w rozwiązaniu problemu samochodowych wraków. Poseł Lassota postuluje, żeby wytyczne KNF-u dotyczące szkody całkowitej wprowadzały konieczność odnotowania poważnego wypadku w dokumentach pojazdu i zgłoszenia takiej informacji do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPIK). Autor interpelacji proponuje również opracowanie specjalnej procedury, która dzięki rozszerzonym badaniom technicznym pozwoli na bezpieczne wprowadzanie do ruchu pojazdów po szkodzie całkowitej. Wspomniane auta musiałyby trafić pod lupę niezależnego rzeczoznawcy. „Konieczność sprostania właściwym wymogom technicznym prawdopodobnie zniechęciłaby te firmy, które aktualnie skupują wraki w celu dokonania ich remontu i odsprzedaży. Można mieć nadzieję, że rząd jeszcze przed jesiennymi wyborami parlamentarnymi odpowiednio zareaguje na interpelację posła Lassoty i dokładnie przyjrzy się tematowi skupu powypadkowych wraków” – podsumowuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Autor/Źródło: Ubea.pl

Polaków irytują nietrafne oferty i nieprzemyślany marketing. Cyfrowa analiza emocji pozwala uniknąć tych błędów

Polaków irytują nietrafne oferty i nieprzemyślany marketing. Cyfrowa analiza emocji pozwala uniknąć tych błędów 3

Nadmierna liczba telefonów i e-maili, zalewanie niedopasowanymi treściami oraz różnice między ofertą online a offline – to według badań SAP najczęstsze zachowania marek, które irytują konsumentów i mogą ich zniechęcić do korzystania z produktów i usług danej firmy. Dlatego coraz więcej przedsiębiorstw zaczyna stawiać pozytywne doświadczenia klientów w centrum uwagi. Pomagają im w tym narzędzia technologiczne, które pozwalają łączyć twarde dane z cyfrową analizą emocji klienta.

– Polski klient szczególnie zirytowany jest tym, kiedy firma odpowiada zbyt późno, kiedy jest zbyt dużo komunikacji pomiędzy klientem a firmą i kiedy jest niespójna oferta pomiędzy sklepem stacjonarnym a kanałami cyfrowymi. Dlatego musimy bardzo dużą uwagę przyłożyć do tego, w jaki sposób i jak często się komunikujemy, czy jest to komunikacja adekwatna, we właściwym czasie i czy mamy spójną ofertę offline i online – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Michał Rusinowski, CX Sales Leader w SAP Polska.

Badania SAP Customer Experience wskazują, że polscy konsumenci bardzo zwracają uwagę na jakość obsługi klienta. Trzy czwarte (73 proc.) rezygnuje z danej marki, jeśli zbyt długo czeka na odpowiedź od niej, a blisko połowa (46 proc.) – gdy doświadcza powtarzających się problemów. To zaś bezpośrednio przekłada się na wyniki biznesowe.

– Wiele firm audytorskich wskazuje, że to właśnie zadowolenie klienta z marki bezpośrednio wpływa na wartość firmy. Istnieją porównania, które pokazują, że firmy mające znacznie wyższy poziom zadowolenia klienta są znacznie więcej warte na Giełdzie Papierów Wartościowych. Połączenie danych operacyjnych z danymi typu experience bezpośrednio wpływa na zwiększenie sprzedaży i wartość marki – mówi Michał Rusinowski.

Jak wynika z badań przeprowadzonych przez KPMG (raport „Cyfrowy klient nasz Pan”), firmy działające na polskim rynku przykładają coraz większą wagę do budowania pozytywnych doświadczeń klientów i radzą sobie z tym coraz lepiej. W ubiegłym roku odsetek firm pozytywnie ocenionych przez konsumentów w Polsce był o 10 proc. wyższy niż jeszcze rok wcześniej.

– Experience management, czyli zarządzanie relacją z klientem, polega na zarządzaniu każdym z punktów styku klienta z naszą firmą i marką. Bez względu na to, czy jest to e-mail, telefon albo aplikacja mobilna i bez względu na to, jaki jest kontekst tej komunikacji, czy jest to  zamówienie, czy windykacja, powinniśmy zarządzać tym, jakie jest odczucie klienta odnośnie do naszej firmy – podkreśla Michał Rusinowski.

Największy wpływ na opinię klientów o markach mają wiarygodność firmy oraz personalizacja oferty. Raport SAP Customer Experience wskazuje, że konsumenci rozumieją przez personalizację najczęściej otrzymywanie od marek dopasowanych prezentów (np. zniżek) – tak twierdzi 61 proc. badanych lub rekomendacji produktów (44 proc.). Według 40 proc. za personalizacją kryje się pamiętanie o historii relacji marki z danym konsumentem i korzystanie z niej, by nie wysyłać kolejnych niepasujących ofert.

– Wszystkie te działania dążą do tego, żeby to klient był w centrum tego, co robimy. Nie możemy więc sobie wyobrazić tego, żeby zmiany w firmie dokonywane były wyłącznie w oparciu o to, co dzieje się wewnątrz niej. Musimy połączyć te dane na temat efektywności i procesów wewnętrznych z danymi o tym, jak nasi klienci postrzegają naszą markę – wyjaśnia ekspert SAP.

Umożliwiają to nowe technologie i metodologie, np. lean management, który dąży do tego, żeby wewnętrzne procesy w firmie zachodziły w zgodzie z oczekiwaniami klientów. Umożliwiają one także cyfrową analizę emocji konsumentów.

 – To właśnie narzędzia customer experience powodują, że jesteśmy w stanie uspójnić ofertę w wielu kanałach lub też wprowadzić przemyślaną strategię obecności naszych produktów w tych kanałach. Jesteśmy w stanie zapewnić, że komunikacja ostanie sprowadzona do jednego miejsca, w którym będziemy dbali i czuwali nad tym, żeby odpowiedź na zapytania klienta następowała wtedy, kiedy powinna – mówi Michał Rusinowski. – Ważne jest, żeby rozumieć, jaką potrzebę klienta zaspokajamy. Dlatego na przykład w SAP Polska proponujemy naszym klientom skorzystanie z metodyki customer journey. Pomaga ona zbudować pewną ścieżkę, którą klient przebywa z firmą na wszystkich etapach relacji jako konsument.

Customer journey i narzędzia, które służą do jej poprawiania, były głównym tematem spotkania ponad setki ekspertów z branży podczas SAP CX Day.

Ryzyka związane z nową mobilnością. Jak się chronić?

W drodze do pracy, szkoły czy domu lub podczas zwykłego spaceru po mieście coraz częściej możemy natknąć się na elektryczne hulajnogi. Według raportu „Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?”, opracowanego przez Polską Izbę Ubezpieczeń przy współpracy z McKinsey & Company, popularność tego typu środków transportu – zwanych UTO – dynamicznie rośnie. Polacy skorzystali już z ponad 3000 takich urządzeń. Sięgamy po nie chętnie, ponieważ pozwalają nam szybko pokonywać krótkie dystanse. Rzadko jesteśmy jednak świadomi skali ryzyka związanego z ich użytkowaniem. Biorąc pod uwagę, że obecność UTO nie jest uregulowana, warto zadać sobie pytanie, jakie ubezpieczenie chroni nas na wypadek nieszczęśliwego zdarzenia.

Nowa miejska mobilność: niebezpieczna hulajnoga?

Urządzenia transportu osobistego (UTO) są w Polsce dopiero od kilku miesięcy, dlatego nie mamy jeszcze statystyk dotyczących wypadków z ich udziałem. Jednak patrząc na dane ze Stanów Zjednoczonych, możemy zaobserwować aż 25-krotnie wyższą wypadkowość hulajnóg w porównaniu z rowerami miejskimi. W 2018 r. odnotowano ok. 1500 wypadków z urazami wymagającymi hospitalizacji, w których uczestnikami byli użytkownicy elektrycznych hulajnóg. W tym czasie zrealizowano ok. 30 mln przejazdów. Oznacza to ok. 50 poważnych wypadków na milion przejazdów. Do najczęstszych urazów należą złamania (40%), uszkodzenia głowy (32%) oraz skręcenia i skaleczenia (28%). W zdecydowanej większości przypadków są one spowodowane upadkiem (80%), rzadziej kolizją – z elementem infrastruktury drogowej (11%) lub innym pojazdem (9%). Oczywiście, jedni powiedzą, że to sporo, drudzy, że zaledwie promil. Dla ubezpieczycieli wniosek jest jeden. Jest ryzyko, które może rodzić zapotrzebowanie na ochronę. Do tego trzeba się przygotować.

…czy brak wyobraźni?

Wydaje się, że jazda na elektrycznej hulajnodze to nic trudnego. Takie wyobrażenie często bywa jednak zgubne. Nie zapoznajemy się dobrze ze sprzętem i często nie stosujemy się do zasad jego użytkowania. Dobrym przykładem może być korzystanie z hulajnogi przez dwie osoby jednocześnie. Zapominamy też, że taki pojazd może osiągnąć prędkość do 25 km/h i ma dynamiczne przyśpieszenie. Przy nieostrożnej jeździe nie trudno więc o wypadek, zwłaszcza w miejscach, gdzie są wysokie krawężniki lub chodniki są w złym stanie.

Problem braku regulacji

Ryzyko związane z użytkowaniem UTO wynika też z braku przepisów regulujących ich obecność w przestrzeni miejskiej, zarówno na poziomie Unii Europejskiej, jak i Polski. Obecnie możemy zostawić hulajnogę nawet na środku chodnika. Co stwarza zagrożenie dla innych użytkowników, zwłaszcza osób niewidomych. Aby uniknąć tego typu sytuacji, w niektórych krajach, np. w Wielkiej Brytanii czy Holandii, elektryczne hulajnogi nie są dopuszczone do ruchu w miejscach publicznych. Również Francja planuje od września uregulowanie korzystania z UTO m. in. poprzez zakaz jazdy hulajnogami elektrycznymi po chodnikach czy ograniczenie maksymalnej prędkości tych pojazdów do 25 km/h.

W Polsce konieczne jest uwzględnienie urządzeń transportu osobistego w nowelizacji ustawy Prawo o ruchu drogowym. Należy zdefiniować ich parametry, dozwolony obszar poruszania się oraz miejsca do parkowania. Warto zaznaczyć, że szczegółowe rozwiązania mogą być wprowadzane na poziomie miast, jak ma to miejsce np. w Barcelonie. Jest to zasadne, ponieważ władze i społeczności lokalne najlepiej znają infrastrukturę swojego miejsca zamieszkania.

Mądry Polak przed szkodą

Zapoznanie się ze urządzeniem, przestrzeganie zasad jego użytkowania oraz uważanie na innych uczestników ruchu to warunki konieczne, aby zminimalizować ryzyko wypadku. Dodatkowo warto uświadomić sobie, jakie ubezpieczenie chroni nas w razie nieszczęśliwego zdarzenia. Według dyrektywy UE 168/2013, UTO nie podlegają homologacji i rejestracji, która jest także jednym z powodów obowiązkowego ubezpieczenia OC. Ich użytkownicy nie muszą więc posiadać OC komunikacyjnego. Na razie jedynie w Niemczech planowane jest wprowadzenie obowiązku posiadania prawa jazdy kategorii AM dla korzystających z tego typu pojazdów, a co za tym idzie – również obowiązkowego OC. Niemieccy ubezpieczyciele zamierzają też wprowadzić polisy specjalnie dla użytkowników UTO.

W Polsce takie produkty na razie nie istnieją. I nie ma takiej potrzeby. Mamy produkty, które wystarczą, by pokryć ryzyko związane z korzystaniem z UTO. Jeśli więc, jadąc na hulajnodze, spowodujemy wypadek, w którym poszkodowana zostanie osoba trzecia, otrzymamy wsparcie finansowe z tytułu OC w życiu prywatnym. W sytuacji, gdy sami poniesiemy uszczerbek na zdrowiu, pomocne będzie indywidualne ubezpieczenie NNW. Co nie znaczy, że nie ma tu pola do stworzenia zupełnie nowej oferty.

Usage-based insurance

W najbliższej przyszłości możemy spodziewać się rozwoju produktów wykorzystujących mechanizm usage-based insurance. Są to ubezpieczenia, w których stawka jest zależna np. od czasu użytkowania pojazdu lub od długości pokonywanej trasy (opłata podstawowa + za kilometr). Biorąc pod uwagę, że coraz więcej osób, zwłaszcza z pokolenia Z, oczekuje prostych i elastycznych rozwiązań, to taki trend spowoduje powstanie nowych modeli ubezpieczeniowych, które odpowiedzą na te potrzeby.

Możliwe, że powstaną produkty oferujące ochronę „na żądanie”. Uruchamiane np. w momencie rozpoczęcia korzystania z UTO i tylko na czas jazdy. Albo zryczałtowane ubezpieczenia chroniące nas w jakimś określonym czasie, np. tylko w ciągu dnia pracy, albo wyłącznie na konkretnym obszarze.

Dystrybucja może odbywać się za pomocą aplikacji umożliwiającej zakup ubezpieczenia bez względu na to, z którego serwisu wynajmującego korzystamy. Może także pojawić się możliwość wykupienia produktu gwarantującego jednolitą ochronę w różnych krajach np. gdy korzystamy z usług tego samego operatora. Możliwości jest bardzo wiele, a czas i oczekiwania klientów pokażą, które z nich zostaną wdrożone i staną się popularne. Świadomość ubezpieczeniowa przecież ciągle rośnie.

Wojny handlowe kierują rynkami

Maj 2019 był dla S&P drugim najgorszym (pod względem stopy zwrotu) majem od 1960. Na rynkach dominują obawy o perspektywy amerykańskiej i globalnej gospodarki, co zwiększa znaczenie dzisiejszej publikacji ISM dla sektora przetwórstwa przemysłowego za maj. O ile headlinowe odczyty indeksów regionalnych wskazują na wciąż dobrą kondycję amerykańskiego przetwórstwa, to ich struktura (głównie zmiany zamówień) sugerują, że amerykański przemysł przestaje się opierać negatywnym tendencjom widocznym w globalnej gospodarce. Druga kluczowa publikacja z USA to piątkowe dane z rynku pracy. Wzrost zatrudnienia w tempie około 200 tys. powinien potwierdzić, że trendy: spadkowy bezrobocia i wzrostowy wynagrodzeń na razie się utrzymają.

W sobotę zakończył się okres przejściowy utrzymujący niższe (10%) cła na import towarów z Chin do USA. Zgodnie z wcześniejszą decyzją D. Trumpa cła wzrosły do 25%. Równolegle weszły też w życie cła na amerykańskie towary, które w odwecie zostały podniesione przez Chiny (z 5-10% do 20-25%).

Zgodnie z naszymi oczekiwaniami finalny odczyt indeksu nastrojów konsumentów wg Uniwersytetu Michigan uplasował się znacząco poniżej wstępnego szacunku (100 pkt. vs 102,4 pkt. wg oceny flash). Głównym źródłem silnego pogorszenia nastrojów gospodarstw domowych w drugiej połowie maja było fiasko negocjacji handlowych pomiędzy USA i Chinami. W drugiej połowie miesiąca aż 35% badanych w swoich ocenach spontanicznie podnosiło kwestię wojen handlowych (vs 15% w pierwszej połowie miesiąca). Zapowiedź wzrostu ceł przełożyła się także na wzrost oczekiwań inflacyjnych (wzrost oczekiwanej w horyzoncie roku inflacji do 2,9% wobec 2,5% w poprzednim badaniu) oraz ograniczenie przez gospodarstwa domowe planów co do dokonywania istotnych zakupów.

Źródło: PKO Bank Polski

Zapowiedź pogorszenia koniunktury

Indeksy koniunktury w dalszym ciągu potwierdzają nadejście trudniejszych chwil na rynkach. Dane z Polski wypadają lepiej od średniej dla strefy euro, ale wciąż nie można ich nazwać dobrymi. Złotemu w dalszym horyzoncie mogą również ciążyć problemy dwóch polskich banków.

Finalne dane z indeksów PMI

Dzisiaj rano poznaliśmy uzupełnienie wstępnych danych z indeksów PMI dla Europy. Z jednej strony, dane dla strefy euro oraz indywidualnie dla Niemiec, które były głównym powodem niepokojów, okazały się zgodne z oczekiwaniami. Z drugiej strony, zrewidowano odczyt dla Polski z 49 punktów na 48,8 punktu. Pomimo zmiany wskaźniki te nie wpłynęły na złotego. Warto natomiast zwrócić uwagę, że poziom 50 punktów oddziela przewagę odpowiedzi negatywnych i pozytywnych. Oznacza to, że więcej ankietowanych spodziewa się spowolnienia w gospodarce, a nie wzrostów, co nie jest najlepszą wróżbą na przyszłość.

Problemy polskich banków

Komisja Nadzoru Finansowego nie wyraziła zgody na połączenie Getin Banku z Idea Bankiem. Oznacza to, że plan naprawczy, polegający na połączeniu obu podmiotów, musi zostać zweryfikowany. Dodatkowym problemem jest rezygnacja (nazywana przez część analityków ucieczką) trzech członków zarządu Idea Banku. Nie ujawnili przyczyn swoich decyzji, ale pamiętając fatalne wyniki finansowe, można mieć pewne przypuszczenia. Połączenie dwóch instytucji nie było ostatnią możliwością na wyjście z trudnej sytuacji. W dalszym ciągu trwa poszukiwanie inwestora, który byłby skłonny dokapitalizować Idea Bank. Wielkość obu tych organizacji (nawet w przypadku niekorzystnego scenariusza) sprawia, że ich problemy nie zachwieją systemem bankowym w Polsce. Jednak jeśli kłopoty się pogłębią, może to stawiać złotego w złym świetle.

Ropa wciąż w dół

Po piątkowych doniesieniach o przecenach ropy okazało się, że dno jest znacznie głębiej. W ostatnich 10 dniach maja czarne złoto straciło imponującą wartość 12 dolarów na baryłce. W tym samym czasie widoczny był proces osłabiania się rubla, jako waluty silnie związanej z tym surowcem. Ruch nie był tak silny, jak w przypadku ropy, ale przecena sięgnęła 3%. Dla porównania to tak jakby nagle euro zmieniło wycenę do złotego o 13 groszy.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Chief Happiness Officer (CHO) – jak dyrektorzy szczęścia zmieniają organizacje?

Chief Happiness Officer (CHO), czyli dyrektor ds. szczęścia to stanowisko, które coraz częściej pojawia się w zachodnich firmach. Do zadań takiej osoby należy m.in. zwiększenie zadowolenia pracowników oraz budowanie ich zaangażowania, dzięki czemu staną się bardziej efektywni w pracy. Czy polskie firmy potrzebują tego typu specjalistów? Eksperci z obszaru rekrutacji z firmy Michael Page zaprezentowali lokalnym przedsiębiorcom ze Śląska globalne trendy w zarządzaniu zespołem i organizacją.

Dyrektor szczęścia

Jednym z wyzwań współczesnego biznesu jest nieustająca pogoń za produktywnością. Odpowiedzią na nią może być zbudowanie zaangażowanego zespołu, który z pasją realizuje swoje obowiązki zawodowe. Wiele firm dostrzegło, że zwiększenie satysfakcji i zadowolenia z pracy oddziałuje na efektywność zespołów. W związku z tym, na rynku pracy już kilka lat temu pojawiło się nowe stanowisko – Chief Happiness Officer (CHO), którego zadaniem jest pomaganie pracownikom zrozumieć cel i znaczenie wykonywanej przez nich pracy. Zakres obowiązków dyrektorów ds. szczęścia jest elastyczny i często zależy od indywidualnych potrzeb danej organizacji, jednak wszyscy z nich dążą do tego, aby każdy pracownik czuł się ważny dla firmy oraz widział głębszy sens swojej pracy.

Dyrektorzy ds. szczęścia odpowiadają również za definiowanie i promowanie wartości firmy, które powinny być spójne ze strategią i celem całej organizacji. Takie stanowiska po raz pierwszy pojawiły się kilka lat temu w Stanach Zjednoczonych i na Zachodzie Europy. W Polsce trend ten nie jest jeszcze popularny. Biorąc pod uwagę konkurencyjność rynku pracy i trudności związane z pozyskaniem i zatrzymaniem talentów w firmie, możemy przypuszczać, że w przyszłości i polscy pracodawcy będą szukać specjalistów z tego obszaru – mówi Radosław Szafrański, senior dyrektor w firmie rekrutacyjnej PageGroup.

Polski rynek pracy cechuje bez wątpienia silna pozycja kandydatów, którzy w niektórych branżach wręcz przebierają w ofertach pracy. Sytuację pracodawców utrudnia również fakt, że spośród nowo zatrudnionych pracowników  wielu odchodzi po okresie próbnym lub w pierwszym roku pracy. 23 maja spotkaliśmy się w Zabrzu z przedstawicielami śląskiego biznesu, aby wspólnie omówić największe wyzwania współczesnego rynku pracy. Cieszymy się, że jako eksperci z obszaru rekrutacji mogliśmy doradzić pracodawcom w kwestii pozyskiwania i zatrzymania talentów w firmie. Kolejne takie spotkanie odbędzie się już 11 czerwca w Katowicach – mówi Bogumiła Siwiec, senior manager w Michael Page.

Jak wynika z badania „Confidence Index” przeprowadzonego przez firmę rekrutacyjną Michael Page, w I kwartale 2019 r. z warunków zatrudnienia i sytuacji na rynku pracy zadowolonych było 64 proc. ankietowanych Polaków. Jednak to nie pieniądze były dla nich głównym motywatorem do pracy. Badanie pokazało, że wyższa pensja do zmiany miejsca zatrudnienia zachęciłaby tylko 43 proc. respondentów. Dużo większe znaczenie dla rodaków ma za to możliwość pozyskiwania nowych kompetencji oraz szansa na rozwój w organizacji. Ponad 90 proc. ankietowanych przyznało również, że zwraca uwagę na atmosferę w firmie i relacje między pracownikami i przełożonym.

Nasze obserwacje, jak i wyniki badań potwierdzają, że obecnie zaoferowanie kandydatom wyższej pensji może nie wystarczyć, aby przyciągnąć i zatrzymać talenty, a tym bardziej zbudować ich zaangażowanie i lojalność względem firmy. W związku z tym, rola dyrektora ds. szczęścia również w naszym kraju może w niedługim czasie zyskać na znaczeniu – dodaje Radosław Szafrański.

Cel uświęca środki

Nic tak nie łączy ludzi jak wspólny cel. Również w biznesie, kluczem do zwiększenia zaangażowania pracowników jest jasne sprecyzowanie celu organizacji, z którym ci będą się utożsamiać. Zgodnie z danymi EY, około 87 proc. konsumentów uważa, że przedsiębiorstwa osiągają najlepsze wyniki, gdy ich cel wykracza poza zysk. Dostrzegli to zwłaszcza najwięksi na rynku gracze, jak np. firma odzieżowa Patagonia, która nie tylko otwarcie i transparentnie komunikuje swoje przekonania i wartości, ale również przekłada je na działalność biznesową.

Cel firmy powinien być oparty na wartościach organizacji, wiarygodny i realny do osiągnięcia. Dyrektorzy ds. szczęścia powinni również zabiegać o to, aby każdy z pracowników firmy widział, jak trud, który wkłada w pracę przybliża go do sukcesu. Biznes ukierunkowany na cel nie tylko stymuluje zaangażowanie zespołów, ale również napędza wzrost i rozwój organizacji, co wielokrotnie podkreślaliśmy na spotkaniu z pracodawcami – podsumowuje Bogumiła Siwiec.

Przedstawiciele śląskiego biznesu oraz eksperci z obszaru rekrutacji z firmy PageGroup spotkali się 23 maja w Zabytkowej Kopalni Guido, aby wziąć udział w merytorycznych dyskusjach nt. najnowszych globalnych trendów w zarządzaniu zespołem i organizacją. Wspólnie starali się znaleźć odpowiedź na nurtujące przedsiębiorców pytanie, jak zwiększyć konkurencyjność firmy na współczesnym, wymagającym rynku pracy? Kolejne spotkanie, które odbędzie się 11 czerwca w Browarze Mariackim w Katowicach adresowane jest do osób zarządzających zakładami produkcyjnymi. Eksperci będą rozmawiać m.in. o tym, jak zaangażować i zmotywować pracowników do zmian, które w następstwie zoptymalizują procesy biznesowe.

Polityka i obawy o przyszłość gospodarki kierują rynkami

Zdecydowana reakcja chińskiego rządu na politykę celną Donalda Trumpa istotnie przyczyniła się do wzrostu napięcia na rynkach finansowych. Indeksy giełdowe z całego świata ulegają wyprzedaży, a rentowności obligacji rządowych regularnie spadają.

W porównaniu z innymi aktywami, rynek walutowy zachowuje się jednak stosunkowo spokojnie – wyjątek stanowi meksykańskie peso. Po ostatnich wypowiedziach prezydenta Trumpa o cłach na meksykański import, waluta Meksyku osłabiła się o ponad 3% w relacji do dolara amerykańskiego. W konsekwencji, peso efektywnie straciło wszystkie „zyski” osiągnięte przez siebie w 2019 roku.

Z kolei na miano najgorzej radzącej sobie waluty G10 zasłużył po raz kolejny funt brytyjski. W obliczu chaosu politycznego i braku wyraźnych perspektyw rozwiązania problemu Brexitu, pewność inwestorów co do szterlinga wyraźnie stopniała.

Czynniki polityczne, jak i potencjalny długoterminowy wpływ konfliktu handlowego na wzrost gospodarczy, wyraźnie zastępują dane makroekonomiczne oraz politykę pieniężną, jako główne siły kierujące rynkami finansowymi. W ostatnich dniach analitycy byli zajęci obniżaniem dotychczasowych prognoz dla walut G10, oczekując obniżek stóp procentowych wszędzie tam, gdzie są one dodatnie – dotyczy to zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Jesteśmy jednak zdania, że z takimi prognozami rozważniej będzie poczekać na faktyczne dane makroekonomiczne. Na ten moment nie oczekujemy żadnych zmian w dotychczasowej polityce Rezerwy Federalnej – ani w górę, ani w dół.

Najważniejszym wydarzeniem kalendarza ekonomicznego w nadchodzącym tygodniu będzie czerwcowe spotkanie Europejskiego Banku Centralnego. Oczekujemy również, że pod koniec tygodnia nowy raport o amerykańskim rynku pracy wprawi rynek w ruch.

PLN

Podobnie jak pozostałe waluty w regionie CEE, również polski złoty doświadczył aprecjacji w drugiej połowie ubiegłego tygodnia. Tym samym PLN ożywił się po wyprzedaży, której waluta doznała w wyniku wzrostu niepewności związanej z wojną handlową na linii USA-Chiny.

W przypadku Polski najistotniejszym wydarzeniem zeszłego tygodnia było sprawozdanie z majowego spotkania Rady Polityki Pieniężnej. „Minutki” nie przyniosły wielu zaskoczeń. Decydenci NBP oczekują, że w najbliższych kwartałach stopy procentowe utrzymają się na dotychczasowym poziomie. Dynamika cen CPI, która w kwietniu wyniosła ponad 2%, powinna zwolnić w nadchodzących miesiącach – jej gwałtowny wzrost wynikał ze wzrostu wynagrodzeń, jak i wyższych cen energii. Według niektórych członków Rady wyższy poziom inflacji może jednak uzasadniać zacieśnianie polityki monetarnej w nadchodzących kwartałach. Jesteśmy zdania, że polityka monetarna NBP pozostanie niezmieniona do końca 2019 roku. W przyszłym roku natomiast nie można wykluczyć podwyżki stóp.

Kalendarz ekonomiczny w nadchodzącym tygodniu przewiduje publikację danych o dynamice cen w maju, jak i kolejne spotkanie decyzyjne Narodowego Banku Polskiego. Biorąc pod uwagę, że polska gospodarka rozwija się zgodnie z naszymi prognozami, nie spodziewamy się, żeby retoryka banku centralnego miała doświadczyć gwałtownej zmiany.

GBP

Niepewność związana z Brexitem wciąż rośnie. Najnowsze sondaże sugerują wyraźną zmianę na scenie politycznej Wielkiej Brytanii – zarówno torysi, jak i laburzyści tracą na rzecz partii z wyraźnym stanowiskiem w sprawie Brexitu. Po jednej stronie znajdują się Liberalni Demokraci, popierający Remain, natomiast po przeciwnej stronie barykady znajduje się najnowszy twór polityczny Nigela Farage’a.

Niebawem minie drugi miesiąc od uzgodnienia z Unią Europejską dłuższego terminu na Brexit i od tego czasu nie widać prawie żadnego śladu postępu. Z obecnej sytuacji zdecydowanie nie są zadowolone rynki finansowe. Pod koniec tygodnia szterling po raz kolejny okazał się najsłabszą walutą G10. Kalendarz ekonomiczny w nadchodzącym tygodniu nie oferuje istotnych danych, stąd w najbliższych dniach kurs funta będzie zależał praktycznie wyłącznie od wieści politycznych.

EUR

Kurs euro okazał się stosunkowo stabilny w obliczu rosnącej niechęci do ryzyka, jak i zagrożenia wojną handlową. Nadchodzący tydzień będzie natomiast burzliwy dla wspólnej europejskiej waluty. Poza oczywistością, jaką jest nadciągające spotkanie decyzyjne Europejskiego Banku Centralnego, we wtorek poznamy wstępne dane o dynamice cen w bloku walutowym w maju. Konsensus rynkowy zakłada, że inflacja spadnie do wartości podobnych do tych z pierwszego kwartału br.

Większość analityków wyczekuje również bardzo gołębiej retoryki przewodniczącego EBC. Widzimy zatem pewne szanse na aprecjację euro w nadchodzącym tygodniu – konsensus oczekuje wyraźnie gołębiej retoryki EBC, a na rynku dominują krótkie pozycje na euro. Do umocnienia waluty wystarczy zatem, że albo dane o inflacji, albo komunikacja banku centralnego okaże się bardziej optymistyczna niż zakłada rynek.

USD

Konsensus rynku i ekonomistów zgodnie oczekuje obniżki oprocentowania depozytów overnight Rezerwy Federalnej, jednak dane makroekonomiczne kreślą inną historię. Naszym zdaniem w perspektywach gospodarczych USA nie zmieniło się wiele. Nadal obserwujemy wysoki wzrost gospodarczy, silną kreację miejsc pracy, rosnące realne wynagrodzenia oraz ograniczoną presję inflacyjną. Napięcia w handlu międzynarodowym są co prawda czynnikiem grającym na niekorzyść w średnim okresie, niemniej uważamy, że administracja Trumpa będzie naciskać na osiągnięcie porozumień, jeżeli tylko pojawią się pierwsze sygnały szkód w amerykańskiej gospodarce.

Utrzymujemy naszą opinię o stabilnej polityce monetarnej Fedu i uważamy, że raport o amerykańskim rynku pracy, który poznamy w piątek, tylko potwierdzi naszą prognozę.

Autor: Enrique Diaz-Alvarez, Ebury

Karol Kondrat wzmocnił zespół MLP Group

MLP Group powiększył zespół odpowiedzialny za ekspansję oraz komercjalizację parków logistycznych. Karol Kondrat objął funkcję Leasing Managera i będzie odpowiedzialny za pozyskiwanie terenów inwestycyjnych oraz wynajem powierzchni magazynowych na rynku lubelskim.

Karol Kondrat, MLP Group
Karol Kondrat, MLP Group

MLP Group wzmacnia dział odpowiedzialny za wynajem powierzchni komercyjnych. Do zespołu dołączył Karol Kondrat obejmując stanowisko Leasing Managera. W ramach MLP Group będzie odpowiedzialny za pozyskiwanie terenów inwestycyjnych w nowych lokalizacjach na rynku polskim oraz wynajem powierzchni w parku logistycznym MLP Lublin II.

Karol Kondrat posiada 7-letnie doświadczenie w branży nieruchomości magazynowych i przemysłowych. Dotychczas sfinalizował 64 transakcje najmu o łącznej powierzchni 67 000 m2. Przed dołączeniem do zespołu MLP Group pełnił funkcję doradcy ds. nieruchomości komercyjnych w ramach marki osobistej karolkondrat.pl. W latach 2012-2017 zdobywał doświadczenie otwierając i prowadząc regionalny oddział Agencji Nieruchomości Komercyjnych magazyny24.net w Lublinie. W latach 2016-2017 pełnił funkcję zarządcy nieruchomości w Centrum Logistycznym Mełgiewska oraz był odpowiedzialny za komercjalizację powierzchni magazynowych i produkcyjnych. Tytuł magistra inżyniera uzyskał na Politechnice Lubelskiej.

MLP Group rozwija aktualnie drugi park logistyczny w pobliżu Lublina. Pierwszy został już w całości skomercjalizowany.  Nowa inwestycja zlokalizowana jest w podlubelskim Świdniku i dostarczy docelowo około 51,5 tys. m2 nowoczesnych powierzchni magazynowo – produkcyjnych.

Pominięcie pełnomocnika a przedawnienie zobowiązań podatkowych

Przesłanki przedawnienia zobowiązań podatkowych od zawsze budziły wiele kontrowersji. Niejasna i nieczytelna konstrukcja przepisów Ordynacji podatkowej wielokrotnie stawała się przyczyną sporów pomiędzy podatnikami a fiskusem. W ostatnim czasie najwięcej emocji budzi przesłanka zawieszenia biegu terminu przedawnienia w postaci wszczęcia postępowania karnoskarbowego. Sprawa dotarła nawet do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Przedawnienie zobowiązań podatkowych

Przedawnienie się zobowiązań podatkowych stanowi jedną z najważniejszych instytucji chroniących prawa podatników. Po upływie ustawowego 5-letniego okresu organ podatkowy traci możliwość skutecznego dochodzenia zapłaty podatku wynikającego z określonego zobowiązania podatkowego. Konstrukcja przepisów Ordynacji podatkowej powoduje jednak, że na tym tle rysują się liczne spory pomiędzy fiskusem a podatnikiem. Organy skarbowe robią wiele, aby nie doszło do przedawnienia. W tym celu sięgają po różne mechanizmy zawieszenia jego terminu. Problematyczna dla podatnika jest sama konstrukcja terminu. Początek jego biegu związany jest bowiem z upływem terminu płatności podatku, a nie z powstaniem zobowiązania podatkowego. Dodatkowo liczony jest od końca danego roku. W konsekwencji 5-letni termin niejednokrotnie znacząco się wydłuża.

Przesłanka wszczęcia postępowania karnoskarbowego

Kontrowersyjna jest również przesłanka wskazana w art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej, czyli wszczęcie postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania. Przesłanka ta budzi wątpliwości z tego względu, iż nie jest związana z zapłatą podatku ani też z postępowaniem wymiarowym lub jego kontrolą. W praktyce zatem fiskus dysponuje silną bronią, umożliwiającą mu każdorazowe zawieszenie biegu terminu przedawnienia.

Stanowisko Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego

Z kwestią przedawnienia zobowiązania podatkowego zmierzył się m.in. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Łodzi. Wydał wyrok niekorzystny dla podatnika, nie uwzględniając przedawnienia. Sąd stwierdził, że skoro Dyrektor Urzędu Kontroli Skarbowej w Łodzi wszczął postępowanie przygotowawcze związane z podejrzeniem popełnienia przez podatnika czynu zabronionego polegającego na podaniu nieprawdy w deklaracjach VAT-7, to zawiadomienie o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia, doręczone podatnikowi przez Naczelnika Urzędu Skarbowego należy uznać za skuteczne. Podatnik miał co prawda pełnomocnika, ale pełnomocnictwo złożono w odrębnym postępowaniu prowadzonym przez Dyrektora Urzędu Kontroli Skarbowej. Dokument ten obejmował z kolei upoważnienie do reprezentowania podatnika w tym konkretnym postępowaniu oraz na jego kolejnych etapach.

Konieczne rozstrzygnięcie przez NSA

Podatnik nie dał za wygraną i wniósł skargę kasacyjną do Naczelnego Sądu Administracyjnego. Skarżący stwierdził, iż skoro powiadomienie o wszczęciu postępowania karnoskarbowego miało bezpośredni wpływ na postępowanie dotyczące zawieszenia biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, oznacza to, że organy skarbowe miały obowiązek uwzględnić fakt posiadania przez podatnika profesjonalnego pełnomocnika. To właśnie do niego powinno zostać skierowane zawiadomienie o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania. W ocenie podatnika sąd błędnie uznał, iż przedawnienie zobowiązania nie nastąpiło.

Niejednolite orzecznictwo

Omawiane zagadnienie budzi liczne kontrowersje. Orzecznictwo w tym zakresie nie jest jednolite. Przykładowo Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 14 października 2015 r. (sygn. akt I FSK 1052/14), odwołując się do wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 17 lipca 2012 r. (sygn. P 30/11), stwierdził, że istotne jest powzięcie przez podatnika informacji o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia. Nie ma natomiast znaczenia, czy zawiadomienie zostało skierowane bezpośrednio do podatnika, czy też doręczono je pełnomocnikowi. Podobnie orzekały wojewódzkie sądy administracyjne oraz Naczelny Sąd Administracyjny w innych wyrokach. Z drugiej jednak strony istnieje spora liczba orzeczeń, w których sądy doszły do diametralnie różnych wniosków. Przykładowo Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 9 grudnia 2016 r. (sygn. akt I FSK 359/15) uznał, że jeżeli podatnik skutecznie ustanowił pełnomocnika i prawidłowo zawiadomił o tym fakcie organy podatkowe, ewentualne pismo o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia doręcza się pełnomocnikowi. Istnieje nawet trzecia linia, która zakłada bezwzględny obowiązek doręczenia zawiadomienia bezpośrednio podatnikowi.

Potrzebna uchwała „siódemkowa”

Zagadnienie okazało się na tyle trudne, że podjęto decyzję o przedstawieniu go do rozstrzygnięcia składowi siedmiu sędziów Naczelnego Sądu Administracyjnego. On z kolei 18 marca 2019 r. (sygn. akt I FPS 3/18) wydał uchwałę, w której podzielił stanowisko podatnika. W ocenie Naczelnego Sądu Administracyjnego, jeżeli strona ustanowiła pełnomocnika, to właśnie jemu należy doręczać wszelkie pisma w sprawie. Pominięcie pełnomocnika odnosi natomiast taki skutek jak pominięcie strony. Organy skarbowe powinny natomiast zadbać o szybki i sprawny przepływ informacji pomiędzy poszczególnymi strukturami, wydziałami i komórkami tych organów.

Pełnomocnictwo ogólne a pełnomocnictwo szczególne

Należy podkreślić, że ustalenie, czy w danej sytuacji strona ma pełnomocnika, czy też działa samodzielnie, możliwe jest na podstawie dokumentu pełnomocnictwa. Przy czym możemy mieć do czynienia z pełnomocnictwem ogólnym lub szczególnym. Pełnomocnictwa szczególnego udziela się po to, aby dana osoba mogła nas reprezentować w konkretnym postępowaniu. W treści umocowania wskazuje się wtedy precyzyjnie, o jakie postępowanie chodzi. 1 lipca 2016 r. w prawie podatkowym pojawiła się natomiast instytucja pełnomocnictwa ogólnego. Upoważnia ono pełnomocnika do działania we wszystkich sprawach podatkowych oraz innych sprawach należących do właściwości organów podatkowych. Informacja o udzieleniu takiego pełnomocnictwa trafia natomiast do Centralnego Rejestru Pełnomocnictw Ogólnych. Organy podatkowe mają zatem bieżący dostęp do informacji dotyczących udzielonych pełnomocnictw i ich obowiązkiem jest każdorazowe sprawdzenie, przed doręczeniem stronie jakiegokolwiek pisma, czy dany podmiot posiada pełnomocnika.

Wyzwanie dla KAS?

Realizacja postanowień uchwały Naczelnego Sądu Administracyjnego może okazać się dużym wyzwaniem dla organów administracji skarbowej. Jak powszechnie wiadomo, wymiana informacji na temat poszczególnych, równolegle prowadzonych postępowań przez różne jej komórki, pozostawia wiele do życzenia. Często sąsiadujące ze sobą oddziały nie mają wiedzy na temat postępowań, które wzajemnie prowadzą. Osoby prowadzące postępowania karnoskarbowe lekceważą natomiast obowiązki związane z weryfikowaniem pełnomocnictw w Centralnym Rejestrze Pełnomocnictw Ogólnych bądź ze sprawdzeniem faktu udzielenia pełnomocnictwa szczegółowego.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Technologiczna przyszłość pracowników handlu

Czasochłonna inwentaryzacja, żmudne przyjęcia towarów, kłopotliwe zwroty produktów to tylko jedne z wielu obowiązków, na które w przyszłości nie będą tracić czasu pracownicy zatrudnieni w branży retail. Automatyzacja zmieni organizację pracy w handlu i będzie wymagała od obsługi sklepów nowych kompetencji. Odpowiedzialni detaliści już dziś przygotowują się do tej rewolucji, a pracownicy powinni zastanowić się jakie umiejętności powinni nabyć by wykonywać ten zawód, gdy ulegnie on diametralnej zmianie.

Intensywny rozwój technologii jest ogromną szansą na budowanie przewagi konkurencyjnej w branży retail. Jednocześnie stanowi on duże wyzwanie dla detalistów pełniących rolę pracodawców. Wielu przedsiębiorców w Stanach Zjednoczonych (92 proc.) i Azji 70 proc.) nie czeka na to co stanie się za kilka lat i już wdraża systemy zdalnej identyfikacji radiowej (RFID) pozwalające zrewolucjonizować ich pracę. W porównaniu z nimi Europa (30 proc. firm wdraża RFID)* i Polska mają jeszcze dużo do zrobienia. Większość osób otwiera się na nadchodzące zmiany. W regionie Azji i Pacyfiku, entuzjastycznie podchodzi do nich aż 81 proc. respondentów, w Europie 59 proc. badanych wynika z raportu „Evolution of Work”. Technologicznej rewolucji w handlu nie da się zatrzymać. Firmy, które za nią nie podążą mogą zniknąć z rynku. Wpłynie ona również na pracowników, bo ich obowiązki w niczym nie będą przypominały tych obecnych.

Pracownik sklepu w przyszłości, nie będzie tracił czasu na działania, które pochłaniają wiele godzin. Należy do nich pełna inwentaryzacja, przyjęcie dostaw, kompletowanie zamówień, sprzedaż przy kasie czy replenishment. Te i wiele innych czynności zostanie zautomatyzowanych i będzie można wykonywać je nie tylko intuicyjnie, ale też zdecydowanie szybciej – mówi Marek Kwiatkowski, Head of Retail RFID w Sescom. – Jedna z ostatnich analiz Sescom wykazała, że pracownicy naszego klienta – właściciela sieci sklepów z obuwiem, w każdym obiekcie, na wykonywanie obowiązków, których nie będą musieli wypełniać po wdrożeniu RFID, poświęcają miesięcznie po 185 godzin, czyli ponad jeden etat. Jest to tylko jeden z wielu przykładów, które można mnożyć. Nieefektywna organizacja pracy w sklepach stanowi dla wielu firm problem. Szczególnie dotyczy on sieci wykorzystujących przestarzałe metody zarządzania i tych bez solidnej bazy stałych pracowników. Dlatego detaliści inwestują w technologie, które sprawiają, że zespół pracuje szybciej, skuteczniej i koncentruje się na działaniach generujących wyższą sprzedaż takich jak ciągła aktualizacja stanów magazynowych czy Omnichannel – zaznacza Marek Kwiatkowski.

Handlowcy z intuicją

Doświadczenie zebrane przez Sescom w 30 krajach podczas współpracy z ponad 300 klientami (przeszło 40 000 obiektów) pozwalają prognozować przyszłość handlowców. Fale radiowe zautomatyzują ich pracę i sprawią, że stanie się ona intuicyjna. Przyjęcie towaru nie będzie polegało już na żmudnym otwieraniu kartonów i przeliczaniu ich zawartości. Prześwietli je za nas RFID. Bezobsługowe kasy czy inteligentne przymierzalnie (już testowane przez niektóre firmy) sprawią, że klienci sami dokonają transakcji zakupu wybranych przez nich produktów, w tym czasie sprzedawca zajmie się np. visual merchandisingiem czy uzupełnianiem towarów. Geolokalizacja produktów ułatwi znalezienie konkretnej rzeczy na sali sprzedaży czy na zapleczu sklepu i pozwoli m.in. ograniczyć liczbę ginącego towaru.

Problemem nie będzie także pełna inwentaryzacja. W średniej wielkości sklepie, w którym w sumie znajduje się ok. 3.000 sztuk towaru zamiast 48 godzin (łącznie) potrwa ona tylko 2 godziny. Dzięki falom radiowym jedna osoba w ciągu 60 minut będzie w stanie zweryfikować min. 1.750 sztuk towaru (bez wykorzystania tej technologii jedynie 150 sztuk).

Praca w sklepie zmieni się nie tylko na poziomie niższych stanowisk, ale też tych kierowniczych i managerskich. Zarządzający siecią sklepów dzięki RFID będzie mógł zdalnie kontrolować sytuację w każdym obiekcie i podejmować trafne, błyskawiczne decyzje np. o przecenie, zmianie ekspozycji towarów lub ich przesunięciach pomiędzy sklepami. System poinformuje go o bieżącym stanie zatowarowania całego sklepu czy jego strategicznych miejsc np. wyspy z produktami ustawionej w jego frontowej części. Jeśli zasygnalizuje braki, manager będzie mógł skontaktować się z pracownikami w danej lokalizacji i poprosić o natychmiastowe uzupełnienie towaru – mówi Marek Kwiatkowski.

Z prognoz Sescom wynika, że w przyszłości problemem przestanie być także efektywność pracowników. Wyniki działań zespołu nie będą, jak dotychczas, aż tak uzależnione od jego skrupulatnej pracy. Błędy będą raczej niemożliwe, bo system już teraz działa w czasie rzeczywistym, szybko wyłapuje niedociągnięcia, przypomina o zadaniach do zrealizowania i daje pełny obraz sytuacji w sklepie.

– Intuicyjność, która pojawi się dzięki nowym technologiom, będzie odpowiedzią na trend związany ze zmianą podejścia do pracy pokoleń rozpoczynających swoją aktywność zawodową i oczekiwaną przez nie wygodą wykonywania powierzonych im obowiązków. Dzięki automatyzacji łatwiejsze stanie się również wdrożenie nowej osoby lub przeniesienie jej do innego sklepu, bo intuicyjna praca sprawi, że nikogo nie trzeba będzie prowadzić za rękę – podkreśla Marek Kwiatkowski.

* Raport „Cyfrowa przyszłość firm z branży detalicznej”, Accenture.

Grupa ONICO przekroczyła 3 mld zł przychodów w 2018 roku

Skonsolidowane przychody ze sprzedaży Grupy ONICO w 2018 roku wyniosły 3,06 mld zł, o blisko 9 procent więcej niż rok wcześniej. To drugi najlepszy wynik w historii spółki, nieznacznie niższy od rekordowych przychodów na poziomie 3,15 mld zł, osiągniętych w 2016 roku. Zysk ze sprzedaży wyniósł 19 mln zł, wobec 7,1 mln zł w 2017 roku, a zysk z działalności operacyjnej 7,4 mln zł (15,1 mln zł rok wcześniej).

Na poziomie netto Grupa zanotowała stratę w wysokości 21,2 mln zł, w porównaniu do 10,7 mln zł zysku w 2017 roku, ale jak podkreśla zarząd Spółki, w dużej mierze wynikała ona z dwóch zdarzeń jednorazowych.

Na koniec 2018 roku Grupa ONICO utrzymywała 41,2 tys. ton zapasów obowiązkowych, finansowanych kredytami walutowymi. Na koniec roku nastąpiła negatywna wycena kredytów w stosunku do wartości zapasów, wycenianych po kursach historycznych. Skutkiem tego było powstanie ujemnych, niezrealizowanych różnic kursowych w wysokości 9,5 mln zł, co musiało zostać odzwierciedlone w wynikach finansowych Spółki. Zarząd ONICO zwraca uwagę, że jest to wartość przejściowa i w momencie odsprzedaży zapasów ujemny wpływ zostanie zniwelowany.

Ponadto wykryto błędne rozpoznanie kosztu własnego sprzedaży produktów w 2017 roku, w wysokości 15,2 mln zł (która została skorygowana przez wynik lat ubiegłych w bieżącym okresie). Zarząd Spółki przeprowadził dogłębną analizę, która wykazała, że problem powstał na wskutek błędu algorytmu systemu kalkulacji mieszania biokomponentów, a trudność w jego szybkim wykryciu spowodowana była jego kroczącym efektem narastającym w długim okresie oraz niewielką skalą w stosunku do wartości sprzedanych towarów (0,7 proc.). W celu uniknięcia podobnej sytuacji zarząd wprowadził dodatkowe procedury kontrolne oraz wzmocnił dział kontrolingu finansowego.

Dodatkowo w wyniku pogarszającej się sytuacji płatniczej klientów Spółka utworzyła odpisy aktualizujące wartość należności w wysokości 9,56 mln zł.

Bez wpływu tych zdarzeń jednorazowych, wynik netto Grupy za 2018 roku oscylowałby wokół kilkunastu mln zł zysku.

Grupa ONICO podjęła działania zmierzające do poprawy wyników. Wdrożono program redukcji kosztów i dokonano dogłębnej analizy rentowności spółek działających w Grupie. Podjęto decyzję o ograniczeniu finansowania pobocznych działalności Grupy i skupieniu się na sprzedaży paliw ciekłych.

W ocenie zarządu Spółki, pomimo błędów popełnionych w latach 2017-2018, Grupa nadal prowadzi bardzo rentowną działalność core-biznesową, która po wyeliminowaniu błędów finansowo-księgowych jest w pełni zdolna do utrzymywania zyskowności i dynamiki wzrostu z okresów poprzedzających rok 2018.

Badanie Mastercard: Polacy cenią sobie bankowość mobilną i online za wygodę i szybkość, oczekują bezpieczeństwa

Polacy ponownie znaleźli się w ścisłej, europejskiej czołówce, jeśli chodzi o popularność usług bankowości cyfrowej, która stała się już ich codziennym standardem.

Mastercard opublikował wyniki drugiej edycji europejskiego badania nt. bankowości online i mobilnej, w którym wzięli udział internauci z 11 krajów, w tym z Polski[1]. Potwierdza ono, że Polacy coraz chętniej korzystają z cyfrowych usług finansowych i są pod tym względem w europejskiej czołówce. Ankietowani uważają, że takie usługi są wygodne i pozwalają oszczędzać czas. Są też zainteresowani korzystaniem z rozwiązań tzw. bankowości otwartej, takich jak na przykład aplikacja pozwalająca zarządzać środkami zdeponowanymi w różnych bankach. Jednocześnie najważniejszym czynnikiem branym pod uwagę  przy podejmowaniu decyzji o korzystaniu z cyfrowych usług finansowych jest bezpieczeństwo, a banki pozostają najbardziej zaufanym źródłem informacji o zarządzaniu finansami.2019-05-24 #digitalbanking_BankingEuropeMap_RZ-RGB 2019-05-24 #digitalbanking_BankingEuropeMap_RZ-RGB

Polacy entuzjastami bankowości cyfrowej

Dostęp do konta przez internet stał się już standardem w ofercie banków, a ponad 10 milionów klientów[2] w Polsce korzysta z usług bankowych za pośrednictwem smartfona. Badanie Mastercard potwierdza, że korzystanie z usług bankowości cyfrowej stało się już codziennością dla zdecydowanej większości polskich internautów. Już 96% z nich deklaruje, że z takiej oferty korzysta (lub korzystało w przeszłości), w porównaniu z 88% w 2017 r. Co najmniej raz w tygodniu serwisu bankowości internetowej lub bankowej aplikacji mobilnej używa natomiast 56% badanych, w porównaniu z 45% dwa lata temu. Rośnie zatem liczba klientów korzystająca z cyfrowych rozwiązań, ale jeszcze szybciej rośnie częstotliwość, z jaką są one używane.

Powyższe dane obrazują też technologiczne zaawansowanie Polaków, którzy znaleźli się w ścisłej, europejskiej czołówce. Tylko Rosjanie powszechniej korzystają z usług bankowości cyfrowej – 99% badanych, w tym 60% co najmniej raz w tygodniu. Tym samym wyprzedzamy uznawane na rynku za rozwinięte kraje Europy Zachodniej, takie jak na przykład Niemcy, Francja czy Wielka Brytania.

Klienci polskiej bankowości cieszą się, że mają do dyspozycji coraz więcej nowoczesnych usług finansowych. 60% z nich pozytywnie ocenia cyfryzację w bankowości, uważając, że ułatwia ona codzienne zarządzanie finansami osobistymi i gwarantuje ich bezpieczeństwo.

Smartfon wygodniejszy od oddziału

Wśród zalet cyfrowej bankowości ankietowani najbardziej doceniają szybkość (76%), łatwość użycia (71%), a także dostępność w dowolnym miejscu i czasie (30%). Oszczędność czasu jest przy tym dla Polaków ważniejsza niż dla innych Europejczyków (średnia europejska 66%), co pokazuje, że coraz częściej operacji finansowych dokonujemy „w biegu” i zależy nam na tym, żeby zrealizować je możliwie szybko. Oszczędność czasu i wygoda jednak nie wystarczą. Przy podejmowaniu decyzji o korzystaniu z usług bankowości cyfrowej na pierwsze miejsce wysuwa się bezpieczeństwo, na które wskazuje 73% badanych. Dopiero później użytkownicy zwracają uwagę na: wygodę użytkowania (35%), niskie koszty i programy lojalnościowe (29%) oraz na przejrzystość i możliwość kontroli wydatków (25%).

W ostatnich latach, wśród cyfrowych usług finansowych, najbardziej dynamicznie rośnie popularność bankowości mobilnej. Polacy uważają, że ten trend się utrzyma. Według ankietowanych w badanu Mastercard na sukces bankowości mobilnej składają się wygoda i prostota użytkowania (64%), możliwość realizacji transakcji finansowych za pomocą telefonu (30%), a także nowoczesność i dopasowanie tej usługi do ich stylu życia (22%). Polacy przewidują też, że „bankowanie przez telefon” będzie powodowało zmniejszenie znaczenia placówek banków. O ile 92% z nich wierzy, że za 10 lat oddziały bankowe będą nadal funkcjonować, o tyle 62% uważa, że ich liczba w tym czasie spadnie.

Polacy zainteresowani rozwiązaniami bankowości otwartej

We wrześniu 2019 r. w życie wejdą nowe przepisy, które sprawią, że rzeczywistością stanie się tzw. otwarta bankowość, w której usługi do tej pory zarezerwowane dla banków będą mogli świadczyć też inni rynkowi gracze. Jedni i drudzy będą ze sobą konkurować, ale też współpracować, dzięki czemu usługi finansowe staną się jeszcze bardziej innowacyjne i wygodne.

Zgodnie z wynikami badania Mastercard, Polacy są zainteresowani korzystaniem z rozwiązań typowych dla bankowości otwartej. 48% z nich chciałoby używać aplikacji, która pozwala zarządzać kontami w różnych bankach, a 25% z takiej, która pozwala planować swoje wydatki na podstawie historii transakcji pochodzących z różnych źródeł. Ponadto 24% respondentów chciałoby używać usług finansowych, które oferują daleko idącą personalizację, w oparciu o dane z ich kont w różnych instytucjach.

Presja konkurencyjna ze strony nowych, cyfrowych graczy może być wyzwaniem dla tradycyjnych banków. Klienci oczekują bowiem od swojego banku wygody, którą zapewnia coraz mocniej obecna w ich życiu technologia. 30% Polaków uważa, że ich bank powinien być bardziej dostępny, a jego produkty prostsze w obsłudze. 24% ankietowanych sygnalizuje potrzebę większej przejrzystości i kontroli nad wydatkami w czasie rzeczywistym. Z kolei 23% oczekuje większej elastyczności, co rozumieją jako brak długoterminowych umów, możliwość konsultacji 24 godz. na dobę itp. 57% Polaków rozważa zmianę swojego aktualnego banku na bardziej cyfrowy i mobilny, z czego 12% planuje taką zmianę zrealizować w ciągu najbliższego roku.

Banki, mimo że mogą odczuwać presję konkurencyjną ze strony nowych graczy, mają jeden z kluczowych zasobów – zaufanie klientów. 65% respondentów w badaniu Mastercard odpowiedziało, że ich zaufanym źródłem informacji o zarządzaniu finansami są właśnie banki. Co więcej, zaufanie to jest jeszcze wyższe (71%) w najmłodszej grupie wiekowej (18-29 lat), która szczególnie chętnie korzysta z technologicznych nowinek. Dopiero na dalszych miejscach znalazły się inne godne zaufania źródła informacji o finansach, takie jak: rodzina i przyjaciele (39%), media tradycyjne (35%) i media społecznościowe (19%). Co ciekawe, Polacy do mediów, zarówno tych tradycyjnych, jak społecznościowych, mają największe zaufanie w Europie (średnia europejska odpowiednio 21% i 11%).

Jednocześnie instytucje finansowe wprowadzające nowe usługi w oparciu o ekosystem bankowości otwartej muszą być przygotowane na konieczność edukacji klientów. Polacy mają bowiem małą świadomość nadchodzących zmian. Tylko 23% z nich uważa, że dobrze rozumie, na czym polega bankowość otwarta.

Współpraca kluczem do innowacji

Oprócz badania opinii klientów, Mastercard przygotował też europejską mapę cyfrowych banków. Znalazło się na niej aż 60 innowacyjnych instytucji z różnych krajów, zarówno banków, jak i firm fintech. Liczba ta jest dwa razy większa niż w analogicznym raporcie sprzed dwóch lat, co pokazuje, że grono nowych, innowacyjnych graczy szybko rośnie, a trend cyfryzacji w finansach przyspiesza. W Polsce wyróżniony został mBank, a także firmy DiPocket i IgoriaCard.

„Dziś trudno wyobrazić sobie bank bez serwisu transakcyjnego online czy bez aplikacji mobilnej. Klienci oczekują coraz to nowych udogodnień, dlatego instytucje finansowe oferują kolejne innowacje, wykorzystujące technologie takie jak tokenizacja, biometria, sztuczna inteligencja czy blockchain. Już teraz polskie banki są bardzo zaawansowane technologicznie, ale spodziewam się, że rozwój firm fintech skłoni je do oferowania kolejnych cyfrowych funkcjonalności. W Mastercard stawiamy sobie za cel wspieranie współpracy różnych graczy w ramach ekosystemu bankowości otwartej, aby klienci instytucji finansowych mogli korzystać z jeszcze bardziej inteligentnych i wygodnych usług” – mówi Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.

Wraz z coraz większą liczbą dostawców usług finansowych coraz ważniejsza staje się współpraca pomiędzy różnymi graczami rynkowymi. 94% ankietowanych Polaków uważa, że takie partnerstwo jest niezbędnym elementem dla tworzenia innowacji w finansach, a 26% wierzy, że współpraca taka zacieśni się w przyszłości. Mastercard od lat wspiera proces cyfryzacji sektora finansowego oraz współpracę między dużymi instytucjami i sektorem fintech.

[1] Informacje na temat metodologii badania można znaleźć w stopce na końcu tekstu.

[2] Na podstawie danych Cashless.pl i PRnews.pl za I kw. 2019 r.

Rynek faktoringu będzie rósł w dwucyfrowym tempie

W II kwartale br. 7,5 proc. przedsiębiorców z sektora MŚP wskazało, że do finansowania swojej działalności korzysta z faktoringu  wynika z Barometru EFL. Kwartał wcześniej na to narzędzie wskazało mniej, bo 6 proc. firm. Na rosnącą rolę faktoringu wskazują również najnowsze dane sprzedażowe. W I kwartale 2019 roku firmy faktoringowe zrzeszone w Polskim Związku Faktorów (PZF) sfinansowały wierzytelności o łącznej wartości 62,6 mld zł. To aż o 18,4 proc. więcej niż przed rokiem.

Eksperci Eurofactor Polska S.A. podkreślają, że rynek faktoringowy w całym 2019 roku będzie rósł w dwucyfrowym tempie, a dynamika sektora będzie pochodną głównie dwóch czynników.

 Po pierwsze, jeszcze wiele firm w Polsce nie miało do czynienia z faktoringiem. Z badania EFL wynika, że sięga po niego 1 na 13 mikro-, małych lub średnich firm, co oznacza, że zdecydowana większość jeszcze nie zapoznała się z zaletami tego narzędzia finansowego.  Jednak świadomość zalet i korzyści wynikających z faktoringu rośnie, co widać po wynikach firm faktoringowych, i kolejne lata powinny być dalszym okresem dynamicznego rozwoju faktoringu w Polsce. Po drugie, faktorzy dostosowują swoją ofertę do specyfiki klientów – pojawiają się dedykowane usługi dla najmniejszych firm, które dotychczas nie były grupą docelową faktorów, ze względu na ich specyfikę i profil ryzyka; czy faktoring dla bardzo dużych korporacji, w ramach których możemy obsłużyć tysiące odbiorców jednego klienta. – mówi Stanisław Atanasow, prezes zarządu Eurofactor Polska S.A.

Z „Barometru EFL” wynika, że w II kwartale br. swoją działalność faktoringiem planuje finansować 7,5 proc. Mikro-, małych i średnich firm. Najczęściej decydują się na niego firmy średnie (14,2 proc. wskazań), podczas gdy wśród małych firm ten odsetek jest niemal o połowę niższy (7,5 proc.), a w przypadku najmniejszych przedsiębiorstw wynosi zaledwie 3,5 proc. Z faktoringu najczęściej korzystają firmy transportowe – blisko 11 proc. i produkcyjne – 10 proc. Nieco mniejsze zainteresowanie obserwujemy w usługach – 8 proc. wskazań.

Z danych Polskiego Związku Faktorów (PZF) wynika, że w I kwartale 2019 roku przedsiębiorcy najczęściej wybierali faktoring pełny krajowy. Wartość wierzytelności sfinansowanych przy użyciu tego instrumentu wyniosła 31,7 mld zł, co stanowi nieco ponad połowę obrotów (51 proc.). Na drugim miejscu znalazł się faktoring krajowy niepełny z udziałem na poziomie 33 proc. W sumie z usług firm należących do PZF korzysta niemal 16 tys. przedsiębiorców.

Murapol: Filtry antysmogowe to nowy standard wyposażenia inwestycji

Mieszkania powstające w najnowszych inwestycjach Grupy Murapol, poza możliwością zainstalowania w nich inteligentnych rozwiązań smart home, wideomofonów z systemem SOS czy korzystania z monitoringu wizyjnego części wspólnych, będą wyposażone również w innowacyjną technologię zapewniającą ochronę przed smogiem i innymi zanieczyszczeniami powietrza. Deweloper rozszerzył wachlarz funkcjonalności systemu Home Management System o unikalne filtry antysmogowe, które poprawią jakość powietrza w mieszkaniach Murapolu.

Wykorzystana do budowy filtrów specjalna membrana z nanowłókien zatrzymuje nawet najmniejsze stałe i ciekłe cząsteczki, dzięki czemu chroni powietrze w mieszkaniu przed smogiem, pyłkami, kurzem, grzybami i bakteriami, zapewniając jednocześnie doskonałą przepuszczalność powietrza. Montowane w nawiewnikach okiennych filtry eliminują także konieczność stosowania siatek przeciw owadom.

Filtry antysmogowe, jako nowy standard wyposażenia inwestycji, znajdą się w kilkunastu najnowszych komercjalizowanych obecnie projektach Grupy Murapol w większości lokalizacji, w których Grupa jest obecna tj. na terenie Krakowa, miast województwa śląskiego, Wrocławia, Warszawy, Poznania oraz innych lokalizacji.

Nikodem Iskra
Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol S.A.

– Wysokie zanieczyszczenie powietrza, szczególnie w okresie grzewczym, to coraz bardziej dotkliwy problemem dla mieszkańców większości miast w Polsce, w tym także tych, w których realizujemy projekty deweloperskie. Mając na uwadze jego istotność postanowiliśmy wyposażyć nasze najnowsze inwestycje w rozwiązanie, które zapewni ochronę mieszkań przed smogiem i innymi szkodliwymi związkami chemicznymi – mówi Nikodem Iskra, prezes zarządu Murapol SA. – Filtry antysmogowe są kolejnym elementem wdrożonego z początkiem bieżącego roku autorskiego Home Management System. Analizujemy dalsze możliwości uzupełniania go o kolejne funkcjonalności odpowiadające na obserwowane potrzeby klientów – dodaje Nikodem Iskra.

Murapol opracował własny systemu infrastruktury technicznej i instalacji HMS w celu wyposażenia oferowanych lokali w dodatkowe udogodnienia dla mieszkańców, które nie tylko zapewnią wygodę i bezpieczeństwo, ale również pozwolą na oszczędności w eksploatacji. W ramach HMS deweloper umożliwia wyposażenie nabywanych mieszkań w smart rozwiązania Murapol Appartme, dzięki którym można m.in. zarządzać zużywaną energią, sterować oświetleniem, ogrzewaniem, zaworami wody czy roletami wewnętrznymi, zarówno lokalnie jak i zdalnie za pomocą aplikacji w telefonie lub tablecie. Poza tym system obejmuje monitoring wizyjny części wspólnych oraz wideodomofony z systemem SOS, umożliwiającym szybkie wezwanie pomocy w nagłych sytuacjach.

Polki nie są zadowolone z zarobków, chcą podwyżek. Najnowszy raport Fundacji Sukces Pisany Szminką

64 proc. kobiet ankietowanych przez Sukces Pisany Szminką jest zadowolonych ze swojej pracy, ale tylko 27 proc. w pełni satysfakcjonuje to, co robią. Ponad 1/3 w ogóle nie jest zadowolona z kariery zawodowej. Aż 66 proc. kobiet uważa, że ich wynagrodzenie nie jest adekwatne do kompetencji i chciałoby dostać podwyżkę w wysokości min. 1000 zł na rękę. Raport „Satysfakcja Polek z Pracy i Zarobków” odkrywa też dobre karty: kobiety nie pozostają bezczynne – chętnie uczestniczą szkoleniach i warsztatach, także poza pracą.

SYTUACJA POLEK

Aż 4 miliony Polek w wieku 20-64 lata pozostaje biernych zawodowo – wynika z raportu „Ukryty potencjał polskiego rynku pracy. Kobiety nieaktywne zawodowo” przygotowanego przez Deloitte na zlecenie Coca-Coli. Potwierdzają to ostatnie dane GUS – w 2018 roku niepracujących było 52 proc. kobiet. Dlaczego? Bo się boją, nie wierzą w swoje możliwości, nie mają dostępu do szkoleń, a często rezygnują z kariery zawodowej na rzecz rodziny.

Zapytane przez Fundację Sukces Pisany Szminką kobiety wskazały bariery w rozwoju zawodowym, które sprawiają, że nie są one z niego zadowolone. Okazało się, że to zbyt niskie zarobki powodują największa frustrację – tylko 24 proc. ankietowanych określiła je jako bardzo dobrze lub dobrze pasujące do ich kompetencji.

ZAROBKI

Nic więc dziwnego, że pytane o podwyżkę wskazują dość wysokie kwoty. 1000 zł to minimum, większość chciałaby nawet 2000 zł podwyżki na rękę. Dlaczego aż tyle? Jak odpowiadają: „koszty życia w Polsce bardzo szybko rosną, moja wypłata za 8h dziennie w pracy nie wystarcza mi i muszę być zależna od męża”. Dodatkowe 1000 zł niektórym ankietowanym umożliwiłoby samodzielne zaspokojenie podstawowych potrzeb, ale żeby być usatysfakcjonowaną z zarobków chciałyby zarabiać nawet 3000 zł więcej.

Kobiety wskazują też inne powody, dla których ich pensje miałyby pójść znacząco w górę: często pracują za najniższe ceny rynkowe albo według widełek przyjętych na zajmowanych stanowiskach zarabiają najniższą stawkę. Nawet za pracę opartą na relacjach z zarządem czy prowadzenie kluczowych projektów dla organizacji, kobiety pracują za mniejsze pieniądze niż mężczyźni na podobnych stanowiskach (60 proc. odpowiedzi).

– Chciałabym zarabiać chociaż o 1 000 zł więcej, ponieważ jestem warta więcej niż obecnie marne 2100 zł, które otrzymuję po 20 latach pracy. Mam dużą wiedzę, doświadczenie i wysokie zaangażowanie oraz motywację, a mimo to nie mogę wykorzystać swoich talentów i możliwości w obecnej pracy – mówi jedna z uczestniczek ankiety Fundacji Sukces Pisany Szminką.

Na co kobiety wydają zarobione pieniądze? Okazuje się, że ponad  42 proc. odpowiedziało, że najwięcej przeznacza na rachunki, 17 proc. na jedzenie i 10 proc. ze na dzieci. Tylko ok. 6 proc. ankietowanych najwięcej wydaje na podróże i inwestycje, a 4 proc. na rozwój zawodowy. Ubrania i dbanie o siebie znalazły się dalej w zestawieniu.

– Czytając wyniki badania, miałam przed oczami kobietę z jednej strony świadomą swoich potrzeb w obszarze; pieniądz, rozwój i partnerstwo, z drugiej strony nadal poszukającą odpowiedzi – jak tym zarządzić, by coś się realnie zmieniło – i czy to ja mam tym zarządzić czy ktoś powinien to zrobić za mnie? Wydaję mi się zatem, że jesteśmy w połowie drogi. Następny krok to podjęcie konkretnych działań oraz edukacja i uświadamianie innych – naszych przełożonych, współpracowników i partnerów. – mówi Olga Kozierowska, prezeska Fundacji Sukces Pisany Szminką

ROZWÓJ ZAWODOWY POLEK

Z ankiety wyłaniają się także inne pozytywne wnioski: 1/3 ankietowanych kobiet korzysta ze szkoleń w miejscu pracy, a aż 92 proc. prywatnie z innych narzędzi rozwoju zawodowego. Tu prym wiodą książki (80 proc. wskazań), różnego rodzaju warsztaty oraz e-booki, podcasty i wideo.

Część odpowiedzi pochodzi od uczestniczek bezpłatnych warsztatów prowadzonych przez Fundację w ramach programu Sukces To Ja. Oczekują one, że dzięki tym szkoleniom poznają ciekawe kobiety, które będą ich inspiracją, zdobędą kompetencje miękkie, pozbędą się lęków, nabiorą motywacji i zaczerpną przykłady, które przełożą się na samorozwój, wyższe zarobki czy zakładanie własnych biznesów.

Rosnące cła wyhamują wzrost gospodarczy. Czy odbije się to na bijącej rekordy polskiej wymianie handlowej

Napięta sytuacja na linii USA-Chiny budzi wiele wątpliwości co do przyszłości globalnej wymiany handlowej. W obecnej sytuacji OECD przewiduje spadek poziomu wzrostu gospodarczego do 3,2 proc. Taki rozwój sytuacji, to realizacja scenariusza rosnącego egoizmu gospodarczego opisywanego przez DNB Bank Polska i PwC w raporcie „Kierunki 2019”. Na tę chwilę nic nie zapowiada złagodzenia sytuacji, co nie jest dobrą wiadomością dla polskiej gospodarki. Do tej pory globalizacja nam sprzyjała. Polski eksport pod względem wzrostu jest dziś w europejskiej czołówce.

W ramach wymiany ciosów gospodarczych administracja USA podjęła decyzję o wpisaniu firmy Huawei na listę podmiotów, które mają ograniczony dostęp od amerykańskich technologii. Zdaniem ekspertów decyzja ta w znaczący sposób odbije się na rozwoju chińskiego giganta. Na skutek tych działań brytyjski producent chipów firma ARM,  ze względu na swoje powiązania z USA, zawiesił współpracę z Huawei. W odpowiedzi Chiny mogą wstrzymać eksport do Stanów Zjednoczonych produktów z metali szlachetnych, wykorzystywanych do produkcji elektroniki. To kolejne etapy wojny handlowej, która do tej pory ograniczała się do nakładania ceł.

Wzrost barier odczują wszyscy

Decyzja USA o podwyższeniu ceł z 10 proc. do 25 proc. na część chińskich towarów niesie ze sobą duże konsekwencje. Analitycy Banku DNB wskazują, że cła w większym stopniu dotkną międzynarodowe koncerny niż chińskie firmy. Głównie technologiczne, ale ta zależność dotyczy także innych branż. Straty Państwa Środka mogą okazać się największe w przypadku wyrobów chemicznych.

Eksperci argumentują, że wiele firm i tak podjęłoby w przyszłości decyzje o przeniesieniu produkcji z Chin. Wpływ na nią ma wiele czynników takich jak rosnący poziom płac, ceny ziemi i ochrona środowiska. Jednak zdaniem analityków DNB konflikt gospodarczy w wielu przypadkach przyspieszy decyzje o relokacji.

Obecne relacje pomiędzy USA i Chinami to ciągłe przeciąganie liny. Z perspektywy inwestorów oznacza to niepewność, czyli wzrost ryzyka. W takiej sytuacji wiele firm rozważa opuszczenie „strefy konfliktu”. Jest to racjonalne, ponieważ o ile Chiny dają wiele możliwości inwestycyjnych, nie są jedynym miejscem gdzie można się rozwijać. Alternatywą są inne kraje rozwijające się – mówi Marcin Prusak, Członek Zarządu DNB Bank Polska.

Liczba firm rozważających rekolacje z ChinŹródło: The American Chamber of Commerce in South China/ DNB Markets

Branże, które odczują cła USAŹródło: Peterson Institute/ DNB Markets

Polscy przedsiębiorcy są przeciwni egoizmowi gospodarczemu

Liczby obrazujące konsekwencje konfliktu są jednoznaczne – egoizm gospodarczy nie sprzyja rozwojowi biznesu. Jak pokazuje badanie DNB Bank Polska i PwC, ochrona własnych interesów w oczach polskich przedsiębiorców nie powinna być związana z ograniczaniem swobód wymiany handlowej. Nikt z ankietowanych nie zgadza się w pełni ze stwierdzeniem, że rządy powinny stosować politykę gospodarczą, która chroni rodzimych przedsiębiorców kosztem ograniczenia swobody przepływu towarów, kapitału i przedsiębiorczości. Zdecydowana większość sceptycznie podchodzi do takich ograniczeń.

ograniczenia swobody przepływu towarów, kapitału i przedsiębiorczościŹródło: DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw”

Polscy przedsiębiorcy postrzegają globalizację jako zjawisko sprzyjające rozwojowi gospodarczemu. Takiej odpowiedzi udzieliło 65,2 proc. badanych. Pozostałe 34,8 proc. jest odmiennego zdania. Wskazują oni, że otwartość ekonomiczna i społeczna niesie ze sobą zagrożenia w postaci osłabienia spójności ze względu na migrację i koszty polityki socjalnej państw.

Z którym ze stwierdzeń zgadzają się Państwo w największym stopniuŹródło: DNB Bank Polska i PwC „Kierunki 2019. Nowe nadzieje, nowe zagrożenia w dobie rosnącego egoizmu gospodarczego. Skutki dla polskiej gospodarki i przedsiębiorstw”

Udział Polski w wymianie handlowej wzrasta

Pozytywne podejście do globalizacji polskich przedsiębiorców to także efekt wzrostu wymiany handlowej. WTO podaje, że w roku 2018 wartość polskiego eksportu wyniosła 261 mld dolarów, co stanowiło 1,34 proc. światowego eksportu. W ciągu roku jego skala zwiększyła się o 11,3 proc. Oznacza to, że dynamika eksportu jest w Polsce jedną z najwyższych w Unii Europejskiej. Jednocześnie import przewyższył eksport i dziś jesteśmy pod tym względem na dziewiętnastej pozycji na świecie (z udziałem globalnego importu na poziomie 1,34 proc.). Obrazuje to, że Polska handluje na coraz większą skalę.

Ze względu na różnice w rozmiarach gospodarek, Polska ma deficyt handlowy w relacjach z Chinami. W ujęciu liczbowym wartość eksportu to około 10 proc. wartości importu chińskich towarów. O ile ta proporcja jest niekorzystna, to warto podkreślić, że nie jesteśmy wyjątkiem. Zgodnie z danymi Eurostat w roku 2018 deficyt handlowy Unii Europejskiej w stosunku do Chin wyniósł 185 mld EUR. Oznacza to, że jako Wspólnota importujemy z Chin więcej towarów niż eksportujemy. Mimo tego deficytu, relacja na linii UE-Chiny przebiega bez zakłóceń. – Nie oznacza to jednak, że obie strony nie odczują narastającego egoizmu gospodarczego. Wymiana handlowa to dziś system naczyń połączonych. Otwartym pozostaje więc pytanie o przyszłość polskiej, europejskiej i  globalnej ekonomii – mówi Marcin Prusak.

Zmiany klimatyczne coraz większym zagrożeniem dla gospodarki żywnościowej

Zmiany klimatyczne wpływają na bardzo wiele obszarów. Bardzo istotnym jest gospodarka żywnościowa. Globalny rynek żywności zwiększył się trzykrotnie. Rolnictwo, jak i hodowla zwierząt, stały się przemysłowe i masowe. To postęp cywilizacyjny ludzkości, która na przestrzeni ostatnich 70-80 lat się w tym wyspecjalizowała. Mamy więc znaczną nadprodukcję żywności i wynikające z niej ogromne obciążenia środowiskowe. Udział produkcji przemysłowej mięsa w emisji gazów cieplarnianych to aż 18 proc. Zmienia się także struktura upraw. Pogłębia się kryzys wodny – więc te, które wymagają dużego nawodnienia, zastępowane są innymi – jak choćby soja czy pewne odmiany kukurydzy. Monouprawy są jednak dużym zagrożeniem dla świata. Znacznie zubożają bioróżnorodność, a przy okazji powodują globalne wymieranie owadów, czyli naturalnych zapylaczy.

– W tej sytuacji należałoby przywrócić gospodarkę rolną opartą na niewielkich, zróżnicowanych areałach. Oprócz tego należy pamiętać o zabójczej dla organizmów chemizacji rolnictwa – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Generalny Global Compact w Polsce –  Obciążenia środowiskowe Polski – przy zmieniającym się bilansie wodnym, gdzie będzie coraz większa susza – mogą przyspieszyć proces stepowienia. Poszczególne tereny tracą wodę, a sytuacja ta będzie się pogłębiać. Pojawiają się też zjawiska takie, jak trąby powietrzne, gwałtowne ulewy po przedłużających się okresach suszy. Dochodzi do nagłych przejść od temperatur wysokich do bardzo niskich. Będziemy mieli do czynienia z wyjątkowo mroźnymi zimami i upalnymi latami. Do zaniku warunków charakterystycznych dla wiosny i jesieni będzie trzeba dostosować nową strukturę upraw. Należy zapomnieć o tych chłodnolubnych, czyli ozimych – jak wiele gatunków zbóż. W ich miejsce pojawią się uprawy soi, cytrusy czy winorośle. W obliczu braków wody hodowla zwierząt stanie się utrudniona. W Polsce przypada obecnie 1600 m3 wody na mieszkańca. To bardzo mały zasób, porównywalny do Egiptu. W Hiszpanii, gdzie od lat ogłoszony jest kryzys wodny, to 2700 m3. Średnia unijna jest znacznie wyższa – ok. 4000 m3 na mieszkańca. To bezpieczny poziom, wyraźnie poniżej którego znajduje się Polska. Działania powinny zostać podjęte natychmiast – wdrożenie narodowego programu, w ramach którego magazynuje się wodę – podkreślił Wyszkowski.

Zawód Fizjoterapeuty, a obowiązek ubezpieczeniowy w świetle nowych przepisów po 1 czerwca 2019 r.

Z dniem 1 czerwca weszło w życie rozporządzenie Ministra Finansów w sprawie obowiązkowego ubezpieczenia OC podmiotów wykonujących działalność leczniczą. Rozporządzenie doprecyzowuje kwestie ubezpieczenia zawodowego, jakie musi posiadać każdy fizjoterapeuta prowadzący działalność gospodarczą. W świetle nowych przepisów takie ubezpieczenie mają obowiązek posiadać wszyscy fizjoterapeuci prowadzący działalność gospodarczą – zarówno w formie podmiotu leczniczego, a także jako indywidualna lub grupowa praktyka fizjoterapeutyczna. Co daje takie ubezpieczenie? Czy różni się ono w zależności od formy wykonywania zawodu? Jakiej jeszcze ochrony potrzebuje fizjoterapia/”>fizjoterapeuta? Oto ubezpieczeniowe scenariusze dla fizjoterapeutów w myśl nowych przepisów.   

Fizjoterapeuci mogą wykonywać swój zawód w nowej formie – jako indywidualne lub grupowe praktyki zawodowe. Praktyki te, podobnie jak praktyki pielęgniarek i położnych, muszą spełniać określone warunki prowadzenia działalności leczniczej. Jednym z głównych warunków jest obowiązek posiadania od 1 czerwca 2019 roku odpowiedniej polisy odpowiedzialności cywilnej OC.

Obowiązek ubezpieczeniowy obejmuje fizjoterapeutów, którzy posiadają własną działalność gospodarczą. Co oznacza w praktyce konieczność zakupu OC?

Andrzej Twardowski, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTER Polska
Andrzej Twardowski, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTER Polska

– Nowe przepisy prawa, umożliwiające fizjoterapeucie rejestrację własnej praktyki zawodowej są odpowiedzią na postulaty środowiska. Dziś każdy fizjoterapeuta prowadzący własną działalność gospodarczą może wybrać formę jej wykonywania, natomiast niezależnie od podjętej decyzji, podlega obowiązkowemu ubezpieczeniu OC. Polisy dla podmiotu leczniczego i praktyki fizjoterapeutycznej różnią się wysokością sum ubezpieczenia. Jako podmiot leczniczy fizjoterapeuci muszą posiadać wyższe sumy ubezpieczenia. Jest to minimum 75 tys. euro na jedno i 350 tys. euro na wszystkie zdarzenia w okresie ubezpieczenia. Z kolei dla praktyki fizjoterapeutycznej, te kwoty wynoszą odpowiednio – 30 tys. euro i 150 tys. euro mówi Andrzej Twardowski, Dyrektor Biura Ubezpieczeń Medycznych i OC w INTER Polska

Od 01 czerwca br. INTER oferuje dedykowany pakiet ubezpieczeń INTER Fizjoterapeuta, który jest w pełni dostosowany do obowiązujących przepisów prawnych i powstał w wyniku ścisłej współpracy ze środowiskiem fizjoterapeutycznym. Posiada on rekomendację Stowarzyszenia fizjoterapia Polska.

W zależności od wybranego wariantu ochrona ubezpieczeniowa obejmuje nie tylko OC obowiązkowe, ale także ubezpieczenie od naruszenia praw pacjenta, ochronę prawną w życiu zawodowym i prywatnym, ubezpieczenie od następstw nieszczęśliwych wypadków, ubezpieczenie na wypadek ekspozycji na materiał zakaźny HIV/WZW czy ubezpieczenie na wypadek agresji pacjenta – mówi Andrzej Twardowski z INTER.

Własna działalność gospodarcza w formie praktyki fizjoterapeutycznej

Po 1 czerwca 2019 roku, chcąc zarejestrować praktykę fizjoterapeutyczną w Krajowej Izbie Fizjoterapeutów, należy wykazać się polisą obowiązkowego ubezpieczenia OC podmiotu wykonującego działalność leczniczą z odpowiednimi sumami gwarancyjnymi. Jest to obowiązek wynikający z ustawy o działalności leczniczej. Brak polisy uniemożliwi rejestrację praktyki fizjoterapeutycznej w rejestrze i w konsekwencji także prowadzenie dalszej działalności w tej formie.

Własna działalność gospodarcza w formie podmiotu leczniczego

Co z fizjoterapeutami, którzy mają podmiot leczniczy i już wcześniej kupili polisę obowiązkowego ubezpieczenia – czy muszą podjąć jakieś działania związane z ubezpieczeniem po 01.06.2019? Nie. Jeśli nie chcą przerejestrować podmiotu i zamieniać go w praktykę fizjoterapeutyczną, to nie muszą podejmować żadnych działań. Obecna polisa ubezpieczenia podmiotu wykonującego działalność leczniczą jest ważna i nie trzeba jej zmieniać.

Praca na etacie

W przypadku fizjoterapeutów pracujących na etacie, których ustawodawca nie objął nowym obowiązkiem zakupu ubezpieczenia, dobrym zabezpieczeniem jest dobrowolna polisa OC. Obecnie jako pracownik etatowy fizjoterapeuta ponosi bowiem odpowiedzialność za szkody wyrządzone pracodawcy do wysokości trzech wynagrodzeń. Jeśli więc pracodawca był ubezpieczony na niskie kwoty, a szkoda była wysoka, koszty mogą być pokryte z pensji fizjoterapeuty. Dobrowolna polisa OC chroni majątek w sytuacji, w której fizjoterapeuta popełni błąd w sztuce i sąd uzna, że musi naprawić szkodę, wypłacając odszkodowanie, zadośćuczynienie bądź rentę. W takiej sytuacji ubezpieczyciel pokryje koszty do wysokości sum gwarancyjnych polisy, którą posiadamy.

Praca na umowie zleceniu

Jeszcze inną sytuację mają fizjoterapeuci pracujący na umowach zlecenie. Wprawdzie ta grupa także nie musi mieć obowiązkowego OC, jednak trzeba pamiętać, że w myśl przepisów pracując na zlecenie – fizjoterapeuta ponosi odpowiedzialność do pełnej wysokości szkody. Praca bez ubezpieczenia wiąże się więc z ekstremalnym ryzykiem. Sąd może zadecydować, że fizjoterapeuta, który popełnił błąd, musi pokryć koszt operacji, wypłacić zadośćuczynienie za ból i cierpienie pacjenta, a nawet zdecydować o rencie dla pacjenta, który stracił możliwość powrotu do pracy. Przy takim wachlarzu ryzyk posiadanie dobrowolnego ubezpieczenia OC jest oczywistym wyborem.

–  Fizjoterapeuci powinni pamiętać, że mając polisę obowiązkową, zgodnie z decyzją Ustawodawcy są ubezpieczeni tylko w zakresie szkód osobowych powstałych w następstwie udzielania świadczeń zdrowotnych. To znaczy, że ochroną nie są objęte chociażby szkody w mieniu pacjentów, czy szkody u osób postronnych przebywających na terenie placówki. Taką ochronę można dokupić w formie ubezpieczenia OC dobrowolnego. Wykonując zawód fizjoterapeuty, warto pamiętać, że jest to zawód wysokiego ryzyka. Zakup polisy to z jednej strony obowiązek wynikający z ustawy w przypadku osób prowadzących działalność, z drugiej to obowiązek wobec siebie i pacjentów  – podkreśla Andrzej Twardowski.