Polska administracja szybko się cyfryzuje, jednak brakuje rozwiązań wpisujących się w trend e-demokracji. Na wybory przez internet Polska nie jest jeszcze gotowa

Polska administracja szybko się cyfryzuje, jednak brakuje rozwiązań wpisujących się w trend e-demokracji. Na wybory przez internet Polska nie jest jeszcze gotowa 1

W obszarze cyfrowych usług publicznych Polska zajmuje dopiero 24. miejsce na 28 europejskich krajów. Choć blisko 90 proc. polskich przedsiębiorstw przynajmniej raz skorzystało z e-administracji, a podobna grupa użytkowników e-administracji pozytywnie ocenia załatwianie spraw przez internet, w kwestii wykorzystania e-usług w sektorze publicznym mamy wiele do nadrobienia. Brakuje rozwiązań wpisujących się w trend e-demokracji, problemem jest też przekazywanie cyfrowych danych miedzy urzędami. Na e-wybory Polska nie jest jeszcze gotowa – ocenia Michał Boni, były minister cyfryzacji.

– Stopień zaawansowania cyfryzacji w sektorze publicznym jest o wiele mniejszy niż powinien być – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Michał Boni, były minister cyfryzacji. – W systemie ochrony zdrowia brak jest szyny łączącej P1, która dawałaby większe możliwości interoperacyjnego przekazywania danych. Ciągle mamy kłopoty z dokumentami cyfrowymi i ciągle mam wrażenie, że z punktu widzenia użytkownika my składamy cyfrowo pewne wnioski, natomiast po stronie urzędów jeszcze ta odpowiedź jest raczej analogowa – dodaje.

Z raportu DESI 2018 („The Digital Economy and Society Index”), w którym oceniany jest postęp cyfrowy w 28 krajach UE wynika, że w obszarze cyfrowych usług publicznych Polska zajmuje dopiero 24. miejsce. Za nami są tylko Grecja, Węgry i Rumunia. Choć sytuacja dynamicznie się zmienia, pojawia się coraz więcej e-rozwiązań, to wciąż nie są jeszcze ze sobą spójnie połączone. Brakuje skoordynowanego przepływu danych pomiędzy różnymi instytucjami – systemy i rejestry wzajemnie się nie widzą. Te same informacje są gromadzone równolegle i powielane, dane nie są ponownie wykorzystywane, co stanowi ograniczenie dla biznesu.

– Nie zadajemy sobie pytania szerszego, jak wzmocnić funkcjonowanie różnego rodzaju platform, które by otwierały dane. Te dane mogłyby być wykorzystywane przez firmy w ramach tzw. ponownego użycia informacji publicznej i danych, co z korzyścią dla tych firm zwiększyłoby ich efektywność, a nam dałoby poczucie pełni otwarcia danych – ocenia Michał Boni.

Z danych resortu przedsiębiorczości i technologii z początku roku wynika, że z Profilu Zaufanego korzysta obecnie 2,6 mln osób, czyli ponad osiem razy więcej niż jeszcze trzy lata temu. W 2018 roku złożono przez internet ok. 2,5 mln wniosków w programach Rodzina 500+ i Dobry Start. Do urzędów tą samą drogą trafiło 170 tys. wniosków o wydanie dowodu osobistego. Od 1 czerwca 2018 roku – czyli od dnia uruchomienia e-usługi – rodzice zgłosili online narodziny ponad 27 tys. dzieci. Blisko 40 tys. osób zameldowało się w nowym miejscu zamieszkania online, Polacy złożyli też prawie 35 tys. wniosków o odpis aktów stanu cywilnego.

Jednymi z najbardziej popularnych e-usług są możliwość sprawdzenia online historii pojazdu oraz liczby punktów karnych. Polacy skorzystali z nich niemal 60 mln razy. Wszystkie badania i statystyki jasno wskazują, że zapotrzebowanie na cyfrowe usługi administracji jest ogromne, ta jednak nie zawsze potrafi nadążyć za potrzebami. W części samorządów wprowadzane są możliwości wymiany informacji z obywatelami – portale, na których mieszkańcy mogą zgłaszać istotne problemy. Takiego rozwiązania brakuje jednak na szczeblu krajowym, a tylko komunikacja pozwala odpowiedzieć na realne potrzeby.

– Dodałbym jeszcze jeden element, który mi się wydaje istotny, coś, co się nazywa e-demokracją, tzn. konsultacje społeczne, realizacja praw obywatelskich z użyciem narzędzi cyfrowych. W niektórych krajach się o tym dyskutuje, w Polsce także powinno się o tym dyskutować i również to powinno zaistnieć – przekonuje były minister cyfryzacji.

Ograniczenia polskiej e-administracji sprawiają, że zapowiadana od lat możliwość głosowania online jest na razie kwestią przyszłości. Dla porównania w Estonii w tegorocznych wyborach parlamentarnych aż 44 proc. głosów zostało oddanych przez internet. System i-voting jest nie tylko wygodny, lecz także bezpieczny – pozwala się upewnić, czy oddany głos rzeczywiście trafił do bazy i został policzony. W ten sposób można sprawdzić, czy system nie został zainfekowany szkodliwym oprogramowaniem. Bezpieczeństwo jest kluczowe, bo ryzyko cyberataków jest bardzo duże.

Dlatego Komisja Europejska zaleciła szereg działań mających zapewnić wysoki poziom cyberbezpieczeństwa sieci 5G w całej UE.

– Wybory przez internet są technicznie możliwe, natomiast szczególnie w świetle aktywności rosyjskiej, jeśli chodzi o dezinformację, w tym roku i w ostatnim pojawiło się wiele wątpliwości, czy elementy hakowania danych nie byłyby zagrożeniem. I stąd np. powstała kilka miesięcy temu sieć dotycząca warunków cyfrowych i bezpieczeństwa danych podczas wyborów do Parlamentu Europejskiego i w kontakcie są wszystkie państwowe komisje wyborcze. Na dzisiaj więc musimy jeszcze chyba z wyborami drogą elektroniczną poczekać – podkreśla Michał Boni.

Rząd i największe światowe koncerny zapowiadają walkę z plastikiem. To coraz większe zagrożenie dla życia na Ziemi

Rząd i największe światowe koncerny zapowiadają walkę z plastikiem. To coraz większe zagrożenie dla życia na Ziemi 2

Europejczycy co roku wytwarzają 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych. Tylko niecałe 30 proc. jest zbieranych i poddanych recyklingowi. Na świecie do mórz i oceanów każdego roku trafia nawet 8 mln ton plastiku. W tym tempie już w 2050 roku liczba plastikowych odpadów mogłaby być większa niż ryb. Katastrofy może udać się uniknąć. Na rynku pojawia się coraz więcej biodegradowalnych opakowań czy sztućców. W połączeniu z większą odpowiedzialnością producentów, nowoczesnymi urządzeniami do recyklingu i zapowiedziami zmian w przepisach ilość plastiku uda się zredukować. 

– Strategia Single Used Plastic mówi o wycofaniu części plastiku zarówno w przestrzeni miejskiej, jak i w przestrzeni naturalnej, gdzie pojawia się tego plastiku bardzo dużo. Zdecydowaliśmy, jako kraj wspólnoty europejskiej, o tym, że musimy zredukować 10 produktów, które najczęściej pojawiają się na plaży. Część będzie wycofana, kolejną część obejmie rozszerzona odpowiedzialność producenta, kampanie edukacyjne i taki sposób projektowania, aby one jak najmniej wpływały na środowisko – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Sławomir Mazurek, wiceminister środowiska.

Plastiku jest coraz więcej, tymczasem wciąż jeszcze brakuje jasnych rozwiązań, jak poradzić sobie z jego recyklingiem. Według danych Komisji Europejskiej, co roku w Europie wytwarza się 25 mln ton odpadów z tworzyw sztucznych, ale tylko co trzeci jest poddawany recyklingowi. Jeżeli produkcja i zapotrzebowanie na tworzywa sztuczne będą rosnąć w podobnym tempie co dotychczas, to w 2050 roku może zostać przekroczony poziom miliarda ton. Przyjęta w styczniu ogólnoeuropejska strategia w dziedzinie tworzyw sztucznych zakłada jednak, że do 2030 roku wszystkie opakowania z tworzyw sztucznych na rynku UE mają się już nadawać do recyklingu.

Obecnie kończą się prace Komisji Europejskiej nad dyrektywą, aby wiele produktów jednorazowego użytku wykonanych z tworzyw sztucznych było objętych zakazem wprowadzenia do obrotu i zastąpionych zamiennikami. Dotyczy to m.in. słomek, sztućców czy patyczków kosmetycznych.

– Wycofanych zostanie 10 produktów, które najczęściej znajdujemy na plaży, takie jak sztućce, słomki, patyczki do baloników, patyczki do uszu czy artykuły higieniczne. Mówimy o tej rozszerzonej odpowiedzialności producenta, jeśli chodzi o część artykułów, których nie da się poddać procesom recyklingu, a które też są znajdowane na plaży. Nawet takie elementy jak filtry papierosów są wyzwaniem, ale będzie następowało zastępowanie tych produktów tak, aby te produkty nie powstawały, nie znajdowały się w środowisku morskim – zapowiada Sławomir Mazurek.

Zgodnie z badaniami prowadzonymi przez KE, ponad 90 proc. Europejczyków zauważa problem zanieczyszczenia plastikiem. Ten zaś jest ogromy. Tworzywa sztuczne są dosłownie wszędzie, zostały znalezione w oceanie nawet na głębokości 11 km, znajdują się także na najwyższych szczytach gór. Na powierzchni oceanów znajduje się pięć wysp utworzonych z plastikowych odpadów. Z kolei w okolicach Wielkiej Pacyficznej Plamy Śmieci, gdzie pływa 3,5 mln ton plastików, a jej wielkość naukowcy porównują do powierzchni Indii, organizmy morskie jedzą więcej plastiku niż naturalnego pożywienia.

Działania KE mają tę sytuację zmienić. Państwa członkowskie UE mają też zadbać o to, by do 2025 roku 90 proc. jednorazowych butelek na napoje z tworzyw sztucznych było zbieranych. Takie recyklomaty już się pojawiają. Pierwszy stanął w Krakowie, a kolejne zostaną umiejscowione w Warszawie. Produkcją urządzeń do recyklingu zajmie się polska firma EcoTech, w ramach wspólnej akcji Coca-Coli, Miasta Stołecznego Warszawy i Fundacji Nasza Ziemia.

W automatach będzie można oddać trzy rodzaje zużytych opakowań: butelki plastikowe PET, aluminiowe puszki oraz szklane butelki.  Za każdy surowiec dostaje się eco punkty, które będzie można wymienić np. na bilety do kina. Pierwszych pięć maszyn stanie wraz z początkiem wakacji, m.in. na ul. Ząbkowskiej na warszawskiej Pradze oraz na pl. Bankowym.

– Obecnie rozważamy kilka miejsc, które cieszą się popularnością wśród warszawianek i warszawiaków. Pierwszych pięć maszyn docelowo stanie wraz z początkiem wakacji. Kolejne pięć recyklomatów pojawi się jesienią. Będziemy obserwować, które punkty na mapie stolicy sprawdzają się najlepiej – czy te przy atrakcjach turystycznych czy raczej te niedaleko głównych ciągów komunikacyjnych, np. blisko stacji metra – wskazuje Dominika Wiśniewska z Urzędu m.st. Warszawy.

Akcja wpisuje się też w tzw. pakiet odpadowy, który Polska musi wdrożyć do 2020 roku. Zakłada on, że do 2025 roku musimy odzyskać połowę tworzyw sztucznych, a do 2030 roku – 55 proc..

– Już teraz działa szereg start-upów, które produkują biodegradowalne sztućce, produkty, które potem mogą być użyte w przemyśle. I myślę, że to wyzwanie i ten kryzys, z którym się mierzymy, jeśli chodzi o zanieczyszczenie plastikiem, mamy szansę pokonać dzięki współpracy wszystkich zainteresowanych, a jednocześnie uruchomić niezwykły potencjał, jaki drzemie w innowacyjności – podkreśla Sławomir Mazurek.

Nowy układ sił w Europarlamencie może powstrzymać przyjęcie pakietu mobilności. W obecnym kształcie zmiany zagrażają polskim firmom transportowym

Nowy układ sił w Europarlamencie może powstrzymać przyjęcie pakietu mobilności. W obecnym kształcie zmiany zagrażają polskim firmom transportowym 3

Pakiet mobilności, gdyby został przyjęty w obecnej formie, może oznaczać upadek wielu polskich firm transportowych. Co więcej, będzie to także cios dla polskiej gospodarki – ocenia  Leszek Luda, prezes Polskiej Unii Transportu. Ostatnio przegłosowane propozycje pakietu zakładają m.in. ograniczenie wykonywania kabotażu do trzech dni, przy kolejnej operacji w tym samym kraju dopiero po 60 godzinach. Uderzy to przede wszystkim w kraje wschodnioeuropejskie. Procedowanie ustawy zostało odroczone na czas po wyborach do Parlamentu Europejskiego. To szansa, że z pakietu znikną niekorzystne przepisy.

– Pakiet mobilności może spowodować problemy firm prowadzących działalność transportową, na skutek czego pracę straci bardzo dużo osób. W tym ostatnim projekcie pakietu mobilności, bo już kilka ich było, jest propozycja posła Ertugi [europoseł Ismail Ertug – red.], żeby kierowcy zjeżdżali po każdym kabotażu do kraju, gdzie samochód jest zarejestrowany, i dopiero po 60 godzinach mogli wrócić do danego kraju. Spowoduje to mniejszą liczbę kursów, więc nie będzie potrzeba tylu kierowców i tylu firm transportowych – mówi agencji Newseria Biznes Leszek Luda, prezes Polskiej Unii Transportu Związku Pracodawców.

Pakiet mobilności obejmuje kluczowe zmiany w zasadach delegowania kierowców, czasu jazdy i odpoczynków oraz kabotażu, czyli dostępu do krajowego rynku przewozów. W kwietniu Parlament Europejski przyjął pakiet mobilności. Przegłosowano m.in. zapis, że przewoźnik będzie musiał zapewnić kierowcom powrót do domu przynajmniej raz na cztery tygodnie.

Związek Pracodawców „Transport i Logistyka Polska” przewiduje, że pakiet mobilności może zabrać polskim firmom przynajmniej połowę rynku usług transportu międzynarodowego. W najgorszej sytuacji będą mniejsze przedsiębiorstwa rodzinne, a tych jest zdecydowana większość. Duże firmy będzie stać na otwieranie zagranicznych oddziałów, ale dla tych mniejszych będzie to zbyt kosztowne.

Konsekwencje perturbacji na rynku transportowym odczuje cała gospodarka. Szacuje się, że branża wypracowuje 6 proc. polskiego PKB, w przewozach międzynarodowych pracuje ok. 300 tys. kierowców.

– Nie tylko Polska zgłasza zastrzeżenia, ale wszystkie kraje Europy Środkowo-Wschodniej mają te same problemy. Bogatsze państwa potrafią przekupić niektóre z nich, np. obietnicą postawienia urzędu pracy w danym kraju. Wyspecjalizowaliśmy się jako przewoźnicy i to się nie podoba Zachodowi. Te kraje po prostu nie chcą nas tam, ale nie wiedzą, że także ich gospodarka na tym ucierpi – ocenia prezes Polskiej Unii Transportu.

Zdaniem przedstawicieli polskiej branży transportowej nowe przepisy mobilności to skutek niezadowolenia zachodnich firm, które tracą udziały w rynku na rzecz konkurencyjnych cenowo przedsiębiorstw z Europy Środkowo-Wschodniej.

Dalszymi pracami nad pakietem mobilności ma się zająć nowo wybrany Parlament Europejski i w tym można upatrywać szansy dla polskich przedsiębiorców.

 Najbardziej prawdopodobne jest to, że wróci on do Komisji Turystyki i Transportu i prace rozpoczną się od nowa. W proponowanym teraz kształcie praktycznie dla żadnej gospodarki nie jest to korzystne. Myślę, że te sytuacje, które miały miejsce przed wyborami, to był element kampanii wyborczej do Europarlamentu – ocenia Leszek Luda.

Wciąż możliwe jest, że zostaną przyjęte nieco korzystniejsze rozwiązania, ale dużo będzie zależeć od wyniku wyborów do Parlamentu Europejskiego.

– Jeżeli przeważy opcja polityki socjalnej, a tak naprawdę chodzi wyłącznie o ochronę własnych rynków, to będzie źle z transportem polskim, a także z litewskim, bułgarskim czy rumuńskim. Natomiast jeżeli będzie lobby gospodarcze, to miejmy nadzieję, że pojawi się jakiś głos zdroworozsądkowy i będziemy mogli normalnie pracować, rozwijać się i korzystać ze swobód europejskich, jak m.in. swoboda przepływu usług – podkreśla Leszek Luda.

Mimo ostatnich opadów w czterech województwach występuje susza rolnicza. Turbulencje pogodowe mogą wpłynąć na ceny produktów spożywczych

Mimo ostatnich opadów w czterech województwach występuje susza rolnicza. Turbulencje pogodowe mogą wpłynąć na ceny produktów spożywczych 4

Zmiana pogody poprawiła w niektórych regionach kraju sytuację rolników, ale mimo to Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa w Puławach stwierdził występowanie suszy. Problemy mają województwa lubuskie, zachodniopomorskie, pomorskie i wielkopolskie. Największe zagrożenie suszą IUNG odnotował w uprawach zbóż jarych, ale też zbóż ozimych i truskawkach. W innych regionach kraju problemem jest nadmiar wody. Szkody spowodowały też wiosenne przymrozki i duże wahania temperatur. Te turbulencje mogą odbić się na cenach produktów rolno-spożywczych.

– Stwierdzamy, że niedobory wody dla roślin uprawnych wynoszące od -70 do -100 mm wystąpiły na dużym obszarze kraju. Według obecnych warunków pogodowych straty plonów z powodu deficytu wody powodujące obniżenie plonów przynajmniej o 20 proc. w skali gminy w stosunku do plonów uzyskanych w średnich wieloletnich warunkach pogodowych wystąpiły w uprawach zbóż jarych i ozimych oraz truskawek. Natomiast na południu kraju zasoby wodne są duże, na polach uprawnych występuje nadmiar wody, co może skutkować również znacznym obniżeniem plonów roślin uprawnych – pisze w komunikacie Instytut Uprawy Nawożenia i Gleboznawstwa – Polski Instytut Badawczy.

Pierwsze oznaki problemu suszy, drugi rok z rzędu, były widoczne jeszcze w marcu. Najmniej deszczu spadło wtedy w regionach południowych i centralnych. Miejscami na Kujawach oraz Warmii i Mazurach w kwietniu opady nie przekraczały 0,1 mm. IMGW podaje, że np. na Mazowszu średnio co roku w pierwszych 20 dniach kwietnia suma opadów wynosi 25 mm. W tym roku było to zaledwie 1,6 mm.

– Susza w tej chwili uwidoczniła się bardzo mocno, ponieważ w ubiegłym roku mieliśmy również suszę i okres zimowy z bardzo suchą glebą, bez żadnych zapasów zimowych – tłumaczy Jan Heichel. prezes Warmińsko-Mazurskiej Izby Rolniczej. – Najbardziej zagrożone w tej chwili są uprawy jare, bo część zbóż jarych nie powschodziło. Natomiast na glebach lekkich są zagrożone również uprawy ozime.

Z raportu IUNG wynika, że suszę w uprawach zbóż jarych odnotowano w czterech województwach na powierzchni 0,64 proc. gruntów ornych. Z kolei w uprawach zbóż ozimych dotyczy ona 0,3 proc. gruntów w tych samych województwach.

– Problemem dla województwa warmińsko-mazurskiego są wiosenne przymrozki, które mocno uszkodziły rośliny, zwłaszcza uprawy sadownicze. Spowodowały one także utratę części kwiatostanu i pęknięcia w uprawach rzepaku – mówi Jan Heichel.

Turbulencje pogodowe mogą jeszcze pogłębić szacowane straty rolników. Mimo nowelizacji ustawy o ubezpieczeniach od suszy, ten system nie działa. Rolnicy narzekają ze stawki są dla nich zbyt wysokie, nawet z dopłatą 60 proc. z budżetu państwa.

– Są to ubezpieczenia bardzo drogie i w związku z tym rolnik sobie kalkuluje, czy utrata dochodu 30 czy 40 proc., czy ubezpieczenie od suszy spowoduje, że on na tym nie skorzysta. W związku z tym jedno w drugie wchodzi i rolnicy z tego nie korzystają. Po drugie, jest jeszcze problem z oszacowaniem skutków suszy, bo towarzystwa ubezpieczeń mówią, że winna jest agrotechnika, a rolnik mówi, że susza, więc są spory – mówi Jan Heichel. – Najlepszym rozwiązaniem byłoby zbudowanie systemu satelitarnego, co zapowiada ministerstwo, kiedy możemy określić precyzyjnie stan upraw rolnych na podstawie zdjęć satelitarnych. Niektóre kraje to zaczynają wprowadzać i ten system zaczyna funkcjonować.

Sytuacja na polach i w sadach będzie mieć przełożenie na ceny produktów rolnych i spożywczych. Już teraz ceny warzyw i owoców na rynku są znacznie wyższe niż rok wcześniej. Znacznie podrożały m.in. ziemniaki czy cebula.

– Funkcjonujemy na globalnym rynku. To, że w kilku województwach w Polsce występuje susza, nie musi się przekładać na wzrost cen produktów, bo można je przywieźć z innych krajów. Natomiast jeśli to będzie się pogłębiało w całej Europie, to można się spodziewać wzrostu cen – mówi Jan Heichel.

Coraz więcej Polaków zapada na choroby psychiczne. Szpital psychiatryczny nie musi być dla nich ostatecznością, ale częścią leczenia

Coraz więcej Polaków zapada na choroby psychiczne. Szpital psychiatryczny nie musi być dla nich ostatecznością, ale częścią leczenia 5

Wzrasta liczba Polaków z rozpoznanymi problemami psychicznymi wymagającymi leczenia. Dla diagnostyki i wdrożenia odpowiedniej terapii kluczowy jest szybki dostęp do lekarza specjalisty. W Polsce czas oczekiwania na wizytę może jednak wynieść nawet kilka miesięcy. Alternatywą dla publicznej opieki zdrowotnej stają się prywatne placówki oferujące kompleksową opiekę, dającą bardzo dobre efekty terapeutyczne i znacznie skracającą czas leczenia. Zdaniem ekspertów hospitalizacja w przypadku chorób psychicznych powinna być integralną częścią terapii, a nie ostatecznością.

Najnowsze badania kondycji psychicznej Polaków przeprowadzone przez Główny Urząd Statystyczny dotyczą lat 2015 i 2016. W tym czasie o 8 tys. wzrosła liczba chorych na zaburzenia psychiczne, liczba osób cierpiących na zaburzenia rozwojowe zwiększyła się natomiast o 6 tys. Jak wynika z badań przeprowadzonych w ramach projektu EZOP, prawie 25 proc. populacji przynajmniej raz w życiu doświadcza zaburzeń psychicznych. W ich leczeniu niezwykle ważne jest szybkie rozpoczęcie terapii, obejmującej również niekiedy hospitalizację. W Polsce pobyt w szpitalu psychiatrycznym nadal traktowany jest jednak nie jako część leczenia, ale ostateczność. Eksperci podkreślają, że w wielu przypadkach hospitalizacja jest niezbędnym elementem procesu diagnozy i leczenia zaburzeń psychicznych.

– Celem hospitalizacji może być proces diagnostyczny, przeprowadzenie niezbędnych badań, których celem jest postawienie diagnozy, żeby następnie zaplanować odpowiednie leczenie. Może być nim również modyfikacja leczenia czy przyjęcie pacjenta w sytuacji kryzysu psychicznego – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Konrad Rokita, ordynator Mazowieckiego Szpitala i Centrum Diagnostycznego Allenort.

Według danych Eurostat w Polsce na 100 000 mieszkańców przypada zaledwie 9 lekarzy psychiatrów, co plasuje nasz kraj na ostatnim miejscu w Europie. Dostęp do lekarzy specjalistów w ramach publicznej służby zdrowia jest bardzo utrudniony, wiąże się bowiem z długim, nawet kilkumiesięcznym, czasem oczekiwania na wizytę. W przypadku ciężkich zaburzeń czy kryzysu psychicznego jest to stanowczo za długo, pacjenci ci wymagają natychmiastowej pomocy.

Alternatywą stają się prywatne szpitale, oferujące hospitalizację pod opieką interdyscyplinarnego zespołu specjalistów: psychiatrów, psychologów i psychoterapeutów, a w razie konieczności także neurologa i internisty. Tego rodzaju hospitalizacja nie tylko jest efektywniejsza, lecz także istotnie wpływa na skrócenie czasu diagnostyki i samej terapii.

– Stworzyliśmy prywatny ośrodek z myślą o zaproponowaniu alternatywnej formy leczenia szpitalnego w stosunku do oferty publicznej, żeby pacjent miał możliwość być leczony w ośrodku, który jest komfortowy, miły i przyjazny, zorientowany na jego potrzeby i respektujący prawa pacjenta. Chcieliśmy, żeby pacjent miał możliwość wyboru, czy będzie leczony w szpitalu publicznym, czy w szpitalu prywatnym – mówi prof. dr hab. n. med. Marcin Wojnar, dyrektor medyczny i przewodniczący rady naukowej Klinik Terapii Allenort.

Mazowiecki Szpital i Centrum Diagnostyczne Allenort zostały otwarte w 2018 roku. Oferują kompleksowe wsparcie dla osób z zaburzeniami psychicznymi oraz leczenie w komfortowych warunkach lokalowych. Szpital posiada 37 łóżek w jedno- i dwuosobowych salach, a do przyjęcia nie jest wymagane skierowanie. Pacjenci w poważnym kryzysie psychicznym są przyjmowani natychmiast, pozostali odbywają najpierw wizytę konsultacyjną, podczas której lekarz ocenia potrzebę hospitalizacji oraz określa świadczenia, jakie chory powinien otrzymać w ramach leczenia szpitalnego.

– W momencie pozytywnej decyzji o przyjęciu do szpitala pacjent jest przyjmowany na jeden z oddziałów i otrzymuje od razu zarówno pakiet diagnostyczny, jak i terapeutyczny. W ramach tego pakietu ma pełną diagnostykę, zarówno od lekarza psychiatry, jak i od psychologa, i ustalany jest tryb postępowania, czy to zlecane kolejne badanie, czy ewentualnie włączane leczenie – mówi prof. Marcin Wojnar.

W trakcie hospitalizacji pacjent może uczestniczyć w grupowych lub indywidualnych zajęciach terapeutycznych – ich doboru dokonuje się na podstawie programu leczenia danego chorego. Długość pobytu ustalana jest indywidualnie, przy czym pacjenci przyjmowani są zarówno na dłuższe pobyty terapeutyczne, jak i krótkie hospitalizacje diagnostyczne, po których wracają pod opiekę swojego lekarza prowadzącego.

Pod opieką Mazowieckiego Szpitala znajdują się pełnoletni chorzy, którzy zgłaszają się sami w momencie kryzysu psychicznego bądź trafiają do szpitala dzięki najbliższym.

– Naszymi pacjentami są głównie pacjenci z zaburzeniami depresyjnymi, nerwicowymi, zaburzeniami osobowości, pacjenci w kryzysie psychicznym czy też osoby uzależnione. Oferujemy pełną szpitalną ofertę leczenia dla pacjenta z każdym problemem psychicznym – mówi dr Magdalena Konieczna, zastępca ordynatora Mazowieckiego Szpitala i Centrum Diagnostycznego Allenort.

Jak zmniejszyć szarą strefę w branży bukmacherskiej?

Największym procentem nielegalnych transakcji, tworzących nieopodatkowaną szarą strefę, może się pochwalić branża zakładów wzajemnych. Nielegalne zakłady bukmacherskie stanowiły w tym roku ponad połowę wszystkich dokonanych transakcji. Biorąc pod uwagę wartość tego rynku, w szarej strefie znalazła się kwota około 6 miliardów złotych. To pieniądze nie opodatkowane i wymykające się kontroli państwa. Szczególnie niepokoi porównanie do danych z 2015 roku, w którym wartość nielegalnych transakcji wynosiła 5 miliardów. Szara strefa na rynku bukmacherskim nie zmniejsza się, a jej wzrost skorelowany jest z rozwojem branży, która obraca w skali rocznej coraz większymi kwotami. Brak podatku od ponad 50% transakcji jest dla budżetu państwa bolesną stratą. Sprawą chce zająć się Federacja Przedsiębiorców Polskich.

– Złożyliśmy propozycję do Ministerstwa Sprawiedliwości w zakresie penalizacji przepisów kodeksu skarbowego, w odniesieniu do udziału w nielegalnym zakładzie bukmacherskim – powiedział serwisowi eNewsroom Mariusz Korzeb, wiceprzewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich.  Zmiany, które zostały wprowadzone do ustawy hazardowej w 2017 roku doprowadziły do tego, że legalne podmioty mają możliwość budowania swojej pozycji na rynku. To jednak nie wystarczy, by zmniejszyć liczbę nielegalnych transakcji. Mamy nadzieję, że Ministerstwo Sprawiedliwości i Ministerstwo Finansów uznają nasze postulaty za konieczne. Zapewnią one wpływ do budżetu państwa oraz możliwość prowadzenia legalnej i opłacalnej działalności przez przedsiębiorców – zapewnia Korzeb.

Rośnie zainteresowanie innowacyjnymi i ekologicznymi magazynami

Czy najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne w magazynach to dla deweloperów karta przetargowa w walce o najemcę? Jakie innowacje z tej dziedziny pojawiły się ostatnio w branży i czemu one służą?

Maciej Szczepański, Business Development Manager w dziale powierzchni przemysłowych i logistycznych, Cushman & Wakefield
Maciej Szczepański, Business Development Manager w dziale powierzchni przemysłowych i logistycznych, Cushman & Wakefield

Rosnące wymagania najemców oraz postęp technologiczny wymuszają na deweloperach obiektów przemysłowych i logistycznych budowanie coraz nowocześniejszych budynków z wykorzystaniem innowacyjnych rozwiązań. Klienci oczekują wartości dodanej już na etapie rozmów o inwestycji czy wynajmie obiektu. Nie jest to tylko wiedza o najnowszych narzędziach dostępnych na rynku, ale przede wszystkim umiejętność wskazania, które z nowości są ekonomicznie korzystne dla wynajmującego, mogą poprawić jego procesy lub wizerunek. Najemcy chcą również otrzymywać informacje o technologiach stosowanych przez innych, konkurujących deweloperów. Profesjonalny zespół doradców powinien wspomóc najemcę w ocenie oferowanych rozwiązań np. przeprowadzając analizę procesów wynikających z potrzeb przyszłego najemcy. Następnie powinna zostać przedstawiona bezstronna rekomendacja.

Technologia w ofercie deweloperów

W pierwszym etapie negocjacji deweloperzy oferują obiekty w wersji podstawowej, następnie, po rozmowach o jego specyfikacji, ustala się możliwe ulepszenia technologiczne. Obecnie jako standard oferowane jest wyposażanie obiektów w oświetlenie w technologii LED. Rozwiązanie to ma dwie znaczące zalety dla najemców. Pierwszą jest duże obniżenie kosztów eksploatacji m.in. poprzez niższy pobór energii czy bezusterkowość, drugą – aspekt bezpieczeństwa i higieny pracy – lepsze rozproszenie światła oraz, nietłukące oprawy, co jest szczególnie ważne dla firm pracujących z żywnością.

Pozostałe rozwiązania, jakie obecnie oferowane są w nowych obiektach, to m.in. wyposażanie ich w nowoczesne sieci teleinformatyczne. Sprawne systemy zarządzania magazynem i wykorzystanie nowych rozwiązań w procesie obsługi magazynowej nie może funkcjonować bez takiej infrastruktury, a dostarczenie jej na etapie budowy jest z pewnością dużo tańszym i łatwiejszym rozwiązaniem w porównaniu do instalacji tego typu rozwiązań w istniejącym budynku.Dla dużych obiektów, gdzie odbywa się znaczny ruch aut ciężarowych, deweloper może zaproponować system zarządzania ruchem obejmujący przepływ informacji pomiędzy bramą wjazdową, biurem magazynu i kierowcą z wykorzystaniem elementów wizualizacji oraz powiadomień i wiadomości SMS.

Rozwiązania z zakresu IT optymalizują procesy wewnętrzne najemców – obsługa o wysokim standardzie może być świadczona przy możliwie niskich kosztach.

Ekologiczna przyszłość magazynów

W najbliższym czasie możemy spodziewać się większego zainteresowania najemców rozwiązaniami ekologicznymi. Najbardziej popularne obecnie rozwiązania to wykorzystanie deszczówki czy panele solarne. Ze względu jednak na wysokie koszty, technologie te stosuje się w przypadku inwestycji długoterminowych.

Zastosowanie innowacji w magazynach wpływa na koszty budowy takich obiektów. Szacunkowo można przyjąć, że mogą one być wyższe o 15 do nawet 30 proc. kosztów budowy standardowego obiektu.

Znaczenie skupu złomu w gospodarce

130827-F-TQ704-019Skup metali najczęściej kojarzy się nam z ogromnymi złomowiskami starych aut i maszyn. Okazuje się jednak, że metale nietypowe, a wśród nich metale szlachetne, takie jak, platyna czy metale powszechnie używane w elektronice i w przetwórstwie chemicznym, przede wszystkim wolfram i pallad, także są często skupowane i odzyskiwane. Zajmują się tym wyspecjalizowane firmy jak przykładowo zlomskup.eu  mające w swoich zasobach odpowiedni sprzęt do oceny zawartości metali nietypowych w złomie i znajomość technologii ich odzysku.

Bez metalu ani rusz

Współcześnie na świecie, wskutek nadmiernej eksploatacji złóż, dostępne jest coraz mniej metali szlachetnych i metali powszechnie wykorzystywanych w przemyśle w systemach katalitycznych i w przetwórstwie stali i, co bardziej oczywiste, w jubilerstwie. Metale szlachetne czyli platynowce (ruten, rod, pallad, osm, iryd, platyna), srebro i złoto, prawie nie reagują z innymi pierwiastkami, przez co odporne są na korozję i dlatego są często stosowane w przemyśle, wszędzie tam, gdzie potrzebna jest wysoka odporność chemiczna. Metale rzadkie, z kolei, znalazły zastosowanie w przemyśle ciężkim i elektronicznym, ze względu na ich właściwości chemiczne, w tym dobre przewodnictwo cieplne i elektryczne, zdolność łączenia się z innymi metalami w stopy, co z kolei zapewnia możliwość poprawy

Cenne surowce

Bez wolframu czy palladu nie można sobie współcześnie wyobrazić wyrobów powszedniego zastosowania w tym stopów twardej stali, żarników żarówek, wielu lamp samochodowych. Ponadto wolfram jest bardzo wytrzymały na działanie silnych i żrących chemikaliów co znacznie poszerza możliwości jego zastosowania.

Podobnie jest w wypadku platyny, która jako metal szlachetny w przyrodzie występuje znacznie rzadziej niż złoto. Jej stosowanie nie kończy się na dobrze znanym nam złotnictwie i oprawie brylantów. Twardości i chemiczna trwałość platyny wykorzystywana jest najczęściej w przemyśle samochodowym, do wytwarzania katalizatorów, w zakładach chemicznych oraz w w przemyśle elektrotechnicznym. Recykling platyny z wszelkiego rodzaju sprzętów laboratoryjnych, termopar, katalizatorów pozwala na częściowy zwrot inwestycji poczynionej w ich zakup, już po okresie ich eksploatacji.

Oprócz doskonale nam znanych metali szlachetnych, recyklingowi można poddać także tytan, który w związku ze swą dobrą trwałość mechaniczną i niską wagę, znalazł implementację w przemyśle samochodowym i lotniczym. Dlatego też najczęstszym źródłem złomu tytanu są elementy samochodowe, takie jak tłumiki lub części lotnicze np. turbiny. Źródłem tytanu mogą być także przedmioty używane w medycynie, przemyśle zbrojeniowym i oczywiście biżuteria.

Nie tylko względy zysku przemawiają za recyklingiem metali szlachetnych i rzadkich. Dużą rolę pełni tu ekologia i ochrona środowiska przyrodniczego. Złomowanie części zawierających wyżej wymienione metale jest jawnym marnotrawstwem, za to ich recykling umożliwia zawrócenie metali do obrotu i powtórne użycie, bez utraty ich właściwości.

Rok po RODO z punktu widzenia dziennikarza

Po niemal roku od wprowadzenia RODO sprawdziliśmy, jak największe agencje PR i firmy w Polsce reagują na dziennikarzy mających chęć otrzymywania od nich informacji i nawiązania z nimi kontaktu. Interesowało nas to, w jaki sposób odpowiadają na prośbę o przesyłanie informacji, jak nawiązują relację oraz czy są przygotowane na pytania o szczegóły przetwarzania danych i usunięcie z bazy.

Naszym celem nie była ocena treści klauzul czy systemów informatycznych, którymi dysponują badane podmioty. Chcieliśmy jednak sprawdzić, czy branża public relations zdążyła się już przygotować na realizację próśb oraz praw osób, których dane przetwarza.

Badanie prowadzone było od lutego do okolic połowy maja br. Składało się z trzech etapów:

  • wyrażenie zainteresowania otrzymywaniem informacji od agencji lub firmy oraz prośba o dopisanie do bazy danych – I etap;
  • prośba o informację, jak przetwarzane są dane osobowe pytającego dziennikarza – II etap;
  • prośba o usunięcie z bazy kontaktów – III etap.

Pierwsze wrażenia

Zaskakujące wnioski z przeprowadzonego badania:

  • nawet firmy profesjonalnie zajmujące się komunikacją w wielu przypadkach nie potrafią właściwie reagować na zainteresowanie otrzymywaniem informacji o markach, dla których pracują;
  • pytanie o to, w jaki sposób przetwarzane są dane, bardzo często odbierane jest jako niezadowolenie lub wręcz pretensja, a reakcje odpowiadających wręcz zaskakują – w kilku przypadkach odpowiedzią było pytanie, czy dane mają zostać usunięte z bazy, lub dane zostały usunięte nawet bez takiego pytania, choć dziennikarz wcale o to nie prosił;
  • w kilku przypadkach pomimo potwierdzenia, że dziennikarz znalazł się w bazie kontaktów medialnych, podmiot nigdy nie przesłał żadnej informacji. Mogło to być wprawdzie podyktowane brakiem informacji z interesującego obszaru tematycznego w badanym okresie, ale nadal dość interesujący jest brak chęci szybkiego wykorzystania nowego kontaktu z bazy.

Wprawdzie nie ma to związku bezpośrednio z badaniem, ale warto zauważyć, że tylko jedna z agencji PR zaprosiła dziennikarza na spotkanie, aby zbudować relację. Zdecydowanie wypada wyróżnić takie podejście.

Milena Wilkowska, Maruta Wachta, radca prawny, dla fundacji internetPR.pl

Wyniki testu – agencje PR

  • dziennikarzowi udało się znaleźć w bazie kontaktów medialnych w przypadku 45% agencji
  • 55% agencji, w których bazach dziennikarzowi udało się znaleźć, dodało go do nich w pełni poprawnie – odesłało dziennikarza do formularza (22%) lub przesłało treść obowiązku informacyjnego (33%)
  • zupełny brak odpowiedzi na prośbę dziennikarza o dopisanie do bazy zdarzył się w 40% przypadków, przy czym dodatkowo jeden z adresów kontaktowych okazał się nieaktywny – w skrzynce dziennikarza pojawiła się informacja zwrotna o braku doręczenia maila
  • w przypadku 10% agencji pomimo wymiany maili finalnie dziennikarz nie znalazł się w bazach, było to tłumaczone brakiem interesujących informacji (5%) – co mimo wszystko można odczytać pozytywnie, jako brak chęci spamowania – lub wynikało z nagłego i niezrozumiałego zaniechania komunikacji (pozostałe 5%)
  • 78% agencji, w których bazach dziennikarz się znalazł, poprawnie odpowiedziało na prośbę o udzielenie informacji, w jaki sposób przetwarzane są jego dane
  • udzielenie odpowiedzi na pytanie o szczegóły przetwarzania danych w 29% przypadków było dopiero pierwszym momentem, kiedy dziennikarz otrzymał jakiekolwiek informacje prawne
  • 22% agencji zignorowało mail z pytaniem o szczegóły przetwarzania danych
  • 100% agencji, które poprawnie odpowiedziały na pytanie o szczegóły przetwarzania danych, niezwłocznie zrealizowało też prośbę o usunięcie z bazy (realizacja do 72 h od wyrażenia takiej chęci przez dziennikarza z pominięciem weekendu)

Warto odnotować, że dopytanie o szczegóły przetwarzania danych nie było w kilku przypadkach konieczne – w stopce maili wysyłanych przez agencję umieszczono link prowadzący do miejsca, w którym o wszystkim można się było dowiedzieć.

Wyniki testu – firmy

  • dziennikarzowi udało się znaleźć w bazie kontaktów medialnych w przypadku 58% firm
  • 18% firm, w których bazach dziennikarzowi udało się znaleźć, dodało go do nich w pełni poprawnie – odesłało dziennikarza do formularza (nikt nie potwierdził dodania do bazy wysyłką treści obowiązku informacyjnego, jedna firma tłumaczyła się później problemami technicznymi przy dołączaniu stosownej klauzuli do treści maila)
  • zupełny brak odpowiedzi na prośbę dziennikarza o dopisanie do bazy zdarzył się w 26% przypadków
  • w przypadku 16% firm pomimo wymiany maili finalnie dziennikarz nie znalazł się w bazach – było to tłumaczone brakiem chęci spamowania (11%) lub wynikało z nagłego i niezrozumiałego zaniechania komunikacji (pozostałe 5%)
  • 64% firm, w których bazach dziennikarz się znalazł, poprawnie odpowiedziało na prośbę o udzielenie informacji, w jaki sposób przetwarzane są jego dane
  • udzielenie odpowiedzi na pytanie o szczegóły przetwarzania danych w 86% przypadków było dopiero pierwszym momentem, kiedy dziennikarz otrzymał jakiekolwiek informacje prawne
  • 36% firm albo w ogóle nie odpowiedziało na mail z pytaniem o szczegóły przetwarzania danych (9%), albo zrobiło to tak, że w mailu zwrotnym nie znajdowała się faktyczna odpowiedź na pytanie (27%)
  • 29% firm, które poprawnie odpowiedziały na pytanie o szczegóły przetwarzania danych, niezwłocznie zrealizowało też prośbę o usunięcie z bazy (realizacja do 72 h od wyrażenia takiej chęci przez dziennikarza z pominięciem weekendu)

Podobnie jak w przypadku agencji PR, tak i tutaj warto odnotować, że bardzo przyjemnym rozwiązaniem jest link w stopce maila z informacją prasową prowadzący do miejsca, gdzie można dowiedzieć się wszystkiego na temat przetwarzania danych osobowych w dziale komunikacji danej firmy.

rok_po_rodo_infografika

Założenia i przebieg testu

Podczas I etapu nasz dziennikarz do każdego podmiotu wysłał mail z prośbą o dopisanie do bazy. Adres wybrany do pierwszego kontaktu był pierwszym adresem kontaktowym, który pojawił się na stronie biura prasowego organizacji (w przypadku braku biura prasowego był to ogólny kontakt znaleziony w witrynie).

Rejestrując odpowiedzi (lub ich brak), szczególną uwagę zwracano na fakt, czy sukcesowi w postaci dopisania do bazy towarzyszyło otrzymanie niezbędnych informacji prawnych, tj. czy przesłany został link do formularza z zawartymi w nim klauzulami lub czy w mailu potwierdzającym dopisanie do bazy podana została treść obowiązku informacyjnego. W przypadku braku jakiejkolwiek odpowiedzi prośba była ponawiana.

II etapie po 45 dniach od znalezienia się w bazie (w przypadku podmiotów, które zareagowały dopiero po mailu przypominającym, po odpowiednio mniejszej liczbie dni) dziennikarz wysłał mail z pytaniem o to, w jaki sposób przetwarzane są jego dane osobowe – kto jest administratorem? w jakim celu i na jakiej podstawie znajduje się w bazie? itd.

Po otrzymaniu takich informacji, podczas III etapu, dziennikarz poprosił o usunięcie z bazy. W przypadku tej prośby badana była nie tyle jej realizacja, ile niezwłoczna realizacja – w czasie nieprzekraczającym 72 h od momentu jej zgłoszenia z pominięciem weekendu. Ponieważ zgłoszenia tego typu wynikają w większości przypadków z niezadowolenia dziennikarzy, takie roszczenie warto zaspokoić jak najszybciej.

W badaniu uczestniczyły agencje PR (kolejność przypadkowa): Partner of Promotion, MSL Group, Neuron, Hill + Knowlton Strategies, 24/7 Communication, Grayling Poland, Solski Communications, InnerValue, 38PR & Content Communication, Havas PR Warsaw, Linkleaders, NBS Communications, Publicis Consultants, Clue PR, Genesis PR, TBT i Wspólnicy, Brandscope, Grupa Onboard, Garden of Words, Walk.

W badaniu uczestniczyły firmy (kolejność przypadkowa): PKN Orlen, PGNiG, Energa, PZU, Grupa Lotos, PGE, KGHM Polska Miedź, PGL Lasy Państwowe, Cinkciarz.pl, PKO BP, Enea, Asseco Poland, Cyfrowy Polsat, Grupa Azoty, PPHU Specjał, Neuca, AB, Polska Grupa Górnicza, Lewiatan.

Emilia Zakrzewska, wiceprezes PSPR, dla fundacji internetPR.pl

Komentarz końcowy

Wizją Fundacji internetPR.pl jest budowanie silnej i nowoczesnej branży public relations. Chcemy wspierać dobry PR, pomagać w wymianie doświadczeń, a także badać, analizować i komentować zjawiska na rynku branżowym oraz w społeczeństwie.

Badanie agencji PR i firm w rok po wprowadzeniu RODO miało za zadanie wskazać obszary, w których branża mogłaby się poprawić na poziomie operacyjnym – widocznym na zewnątrz dla dziennikarza. Nie oceniano zgodności podmiotów z RODO – to o wiele bardziej skomplikowana kwestia, w ramach której należałoby m.in. przyjrzeć się rozliczalności operacji prowadzonych na danych (a zatem systemom informatycznym), zbadać treść klauzul prawnych, a także przeanalizować dokumentację wewnętrzną firmy – Fundacja nie ma możliwości ani kompetencji do oceny tych obszarów.

Konkluzją wynikającą z przeprowadzonego badania jest konieczność edukacji rynku. RODO jest postrzegane jako problem, choć działa w interesie branży usług PR-owych. W praktyce reguluje obrót danymi i będzie wpływało na profesjonalizację rynku.

Razem z organizacjami branżowymi i partnerami będziemy starali się pokazywać, że RODO w public relations to szansa. W tę edukację chcą się zaangażować Polskie Stowarzyszenie Public Relations, kancelarie prawne wyspecjalizowane w kwestiach RODO i dostawcy oprogramowania.

Badanie o nieco zmienionej metodologii będzie kontynuowane w przyszłości również sektorowo dla różnych branż.

Iron Mountain Polska: w ramach RODO uporządkowaliśmy 100 mln dokumentów w ciągu roku

„Mija właśnie rok od wprowadzenia Rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679[1] o ochronie danych osobowych (RODO). W ciągu tego roku zauważyliśmy, że klienci, którzy do tej pory korzystali z usług Iron Mountain na wielu różnych płaszczyznach, postanowili powierzyć nam także proces dostosowania się do nowych przepisów, co nas cieszy, bo świadczy o ich zaufaniu. Obserwowaliśmy różne reakcje ze strony obsługiwanych przez nas branż. Podsumowując mijający rok, możemy jednak wskazać, że najsumienniej do procesu RODO podeszła branża finansowa, w tym banki i ubezpieczyciele. Tuż za nimi na podium plasuje się sektor medyczny i branża handlowa, która zarządza danymi klientów detalicznych” – komentuje Sylwia Pyśkiewicz, CEO w Iron Mountain Polska Sp. z o.o.

„Pierwsze informacje o zmianach w prawie i potrzebie dostosowania polskiej ustawy o ochronie danych osobowych do przepisów unijnych pojawiły się 24 maja 2016 roku, kiedy to weszło w życie Ogólne rozporządzenie o ochronie danych (RODO). Firmy miały więc 2 lata na przygotowanie się do wprowadzanych zmian. Czy im się to udało? Z perspektywy firmy zarządzającej informacją i dbającej o kwestie zabezpieczania danych mogę powiedzieć, że tak naprawdę zależy to od branży. Z naszych obserwacji wynika, że klienci, których działalność bazuje na przetwarzaniu danych osobowych wzięły sobie nową ustawę bardzo do serca i solidnie przyłożyły się do wprowadzenia wymaganych zmian. Mam tu na myśli branżę finansową, ubezpieczeniową, a także medyczną i handlową, która zarządza danymi klientów detalicznych. Pozostałe branże wymagają dalszej edukacji i wsparcia w tym obszarze.

W ciągu ostatniego roku uporządkowaliśmy z naszymi klientami archiwa liczące ponad 100 mln dokumentów w wersji papierowej oraz elektronicznej. Podczas naszych prac okazało się, że ponad 40% przechowywanych zasobów już dawno się przeterminowało. Zniszczyliśmy więc 40 mln dokumentów, dzięki czemu wiele firm uchroniło się przed potencjalnymi karami. To pokazuje, że nasza wiedza i doświadczenie może pomóc w procesie dostosowania się do przepisów RODO. Widzimy, że firmy rzeczywiście szukają wsparcia. Nasi stali klienci powierzali nam ten trudny proces, wiedząc, że przeprowadzimy ich przez niego profesjonalnie i „bezboleśnie”.

A jak to robimy? Jesteśmy z firmą czy instytucją już na etapie audytu, który pozwala określić aktualny poziom zgodności z RODO i dobrać najlepszą ścieżkę działań. Już na tym etapie możliwa jest optymalizacja czasu realizacji procesów związanych z dostosowaniem do RODO do 30% oraz kosztów – do 20%. Należy wskazać tzw. „wąskie gardła”, zarówno w kontekście potencjalnego wycieku danych, jak i spełnienia licznych obowiązków wynikających z RODO. Chodzi tu m.in. o dostęp do danych, minimalizację ich przetwarzania czy prawo do bycia zapomnianym.

Istotnym elementem tego procesu jest również określnie czy dane (zarówno w formie papierowej, jak i elektronicznej) nie są zbyt długo przechowywane i przetwarzane. Dzięki prawidłowemu zidentyfikowaniu dokumentów przeznaczonych do zniszczenia jesteśmy w stanie ograniczyć  koszty przechowywania nawet do 30%.

Nasze doświadczenie w dziedzinie przechowywania i zabezpieczania danych pozwala nam, oczywiście w ścisłej współpracy z klientem, stworzyć mapę danych osobowych, które znajdują się w zasobach firmy, wraz z informacją do jakich procesów firma je wykorzystuje. Celem takiego działania jest dążenie do zminimalizowania przetwarzania danych osobowych czy nawet całkowita anonimizacja (przechowywanie danych w postaci ciągu cyfr lub kodu kreskowego), dzięki czemu prawie w 100% eliminujemy ryzyko przetwarzanie lub wycieku danych osobowych.

W dalszej kolejności tak modelujemy procesy, aby dla nowo powstałych dokumentów stworzyć ścieżkę postępowania, która, w najbardziej efektywny i zgodny z RODO sposób, pozwoli klientowi zarządzać i przetwarzać dane osobowe. W tym miejscu warto wspomnieć, że rokrocznie we współpracy z naszymi klientami przeprowadzamy także audyty bezpieczeństwa IT, obejmujące bezpieczeństwo danych (w tym również pod nadzorem instytucji kontrolujących, takich jak KNF). Wszystkie zrealizowane do tej pory audyty były pozytywne. W ubiegłym roku przeprowadziliśmy ich kilkanaście.

Aby ułatwić firmom i instytucjom przetwarzającym dane osobowe dostosowanie do przepisów RODO, Iron Mountain we współpracy z Kancelarią Kobylańska & Lewoszewski przygotowuje prosty manual oparty na konkretnych pytaniach. Celem tego narzędzia będzie szybka i sprawna weryfikacja dostosowania firmy do obowiązujących przepisów, poprzez oznaczenie obszarów zgodności lub jej braku, wraz ze wskazaniem potencjalnych ścieżek działania” – dodaje Sylwia Pyśkiewicz, CEO w Iron Mountain Polska Sp. z o.o.

RODO z prawniczej perspektywy – największe wyzwania i pierwsze wyroki za niezgodność z przepisami

  • Czy firmy nauczyły się funkcjonować w nowej rzeczywistości?

„Przedsiębiorcy na pewno są obecnie bardziej świadomi tego, że nowe prawo ochrony danych osobowych obowiązuje i dotyka także ich działalności w bardzo namacalny sposób. Ostatnie miesiące z punktu widzenia kancelarii to bardzo intensywna praca nad pewnym novum w polskiej rzeczywistości. Chodzi właśnie o wspieranie klientów, którzy masowo przetwarzają dane osobowe, w reagowaniu na ogromną ilość żądań opartych na RODO, kierowanych do nich przez ich klientów czy pracowników. Jak się okazuje to dla przedsiębiorców wyzwanie nie tylko prawnicze, ale też organizacyjne, co obserwujemy, pracując nad sprawami naszych klientów. Choć przed polskimi firmami jeszcze długa droga do swobodnego funkcjonowania w nowej rzeczywistości, to spora grupa ma już świadomość, że nieprzestrzeganie zasad wynikających z RODO to zwykle problem, który może przynieść bardzo realne szkody dla przedsiębiorstwa, nie tylko ze względu na potencjalne sankcje, ale przede wszystkim z uwagi na straty wizerunkowe” – komentuje Marcin Lewoszewski, Radca Prawny, Partner w Kancelarii Kobylańska & Lewoszewski

  • O czym świadczą pierwsze wyroki za niezgodność z ustawą RODO?

„Na kwestię egzekwowania RODO należy patrzeć szerzej niż przez pryzmat tylko Polski, bo konsekwencje wynikające z nieprzestrzegania przepisów wyciągane są w całej Unii Europejskiej. To właśnie doradzamy klientom, którzy chcą podejmować świadome decyzje – unikanie nadmiernej ekscytacji lokalnym rynkiem i sumienne obserwowanie tego, co dzieje się w Europie. Ze względu na małą jak do tej pory liczbę kar dotyczących RODO w naszym kraju, dla wielu polskich przedsiębiorców dopiero spojrzenie na wyroki zagraniczne może być wskazówką w jaki sposób działać i czego unikać w prowadzonym biznesie. Dla zobrazowania sytuacji – w Polsce nałożono na ten moment jedynie dwie kary, a w samych Niemczech aż siedemdziesiąt pięć. A to z pewnością dopiero początek. Ciekawostką, chyba przemilczaną w Polsce, jest też decyzja litewskiego organu nadzorczego, który w ubiegłym tygodniu nałożył 61 500 euro kary nie tylko z tytułu niepoinformowania go o zaistniałym naruszeniu, ale także w związku z przetwarzaniem zbyt szerokiego katalogu danych o osobach, których te dane dotyczą. Warto podkreślić, że spora część nałożonych w Europie kar dotyczy właśnie kwestii bezpieczeństwa i nieumiejętnego radzenia sobie z trudnymi sytuacjami, które przecież zdarzają się wszędzie. Jak więc sobie z tym radzić? Trzeba po prostu mozolnie zdobywać doświadczenie, czy to dotyczące „wycieków danych”, czy postępowań prowadzonych przez organ nadzorczy w oparciu o RODO, żeby nie popełniać kosztownych błędów. Nie ma tu chyba drogi na skróty. Póki co, nasze doświadczenie zdobywane już na gruncie RODO mówi tyle: organy nadzorcze są zainteresowane poważnymi kwestiami, które potencjalnie i w świadomości organu nadzorczego rodzą wysokie ryzyka. I takie kwestie nas zajmują” – dodaje Marcin Lewoszewski, Radca Prawny, Partner w Kancelarii Kobylańska & Lewoszewski.

[1]Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE.

Inflacja zaskoczyła. Podwyżka stóp procentowych możliwa w marcu 2020 r.

Wzrost cen będzie szybszy w najbliższych miesiącach. O rosnącej presji na wzrost cen świadczy inflacja bazowa w ujęciu miesięcznym. Ceny wzrosły w kwietniu o 1,0%, co było czwartym najwyższym miesięcznym wzrostem wskaźnika od 1999 r.

Inflacja CPI wzrosła w kwietniu do 2,2% wobec 1,7% w marcu, co było zgodne. Dynamika cen żywności i napojów bezalkoholowych zwiększyła się w kwietniu do 3,3% wobec 2,6% w marcu. Główną przyczyną przyspieszenia wzrostu cen żywności ogółem był wzrost dynamiki cen wieprzowiny z -2,7% r/r w marcu do 7,1% w kwietniu.

Do wzrostu inflacji przyczyniła się także wyższa inflacja bazowa, która zgodnie z szacunkami Credit Agricole Bank Polska wzrosła w kwietniu do ok. 1,8% r/r wobec 1,4% w marcu. Jej zwiększenie wynikało z przede wszystkim z wyższej dynamiki cen w kategoriach „użytkowanie mieszkania” (wyższe ceny za wywóz śmieci), „transport” (wyższe ceny usług transportowych), „łączność”, „rekreacja i kultura” oraz „inne wydatki na towary i usługi”.

– Mamy szeroki zakres wzrostu cen używanych do pomiaru inflacji bazowej i widzimy rosnącą presję kosztową w polskiej gospodarce, a te dostosowania będą miały charakter szybki i przed nami wyższa inflacja w horyzoncie kilku miesięcy, która wzrośnie do 2,5-3,0 proc. na przełomie roku – mówi w rozmowie z MarketNews24 Krystian Jaworski, starszy ekonomista Credit Agricole Bank Polska. – Ale w przyszłym roku, gdy te dostosowania zakończą się, inflacja lekko spadnie.

W przyszłym roku pewną zagadką będzie postępowanie rządu dotyczące cen energii, a więc to, czy jej ceny nadal będą zamrożone. – Jeżeli ceny zostaną uwolnione, będzie to dodatkowy impuls proinflacyjny, ale nie doprowadzi to do eksplozji cen – ocenia K.Jaworski. – A podwyżkę stóp procentowych przewidujemy na marzec 2020 roku.

Obietnice wyborcze: jak wpłyną na kieszeń podatnika, gospodarkę i GPW?

Wybór europosłów to dopiero wstęp do festiwalu obietnic wyborczych – kulminacja nastąpi w związku z zbliżającymi się wyborami do Sejmu. Ile każdy z nas zapłaci za realizację zobowiązań, które dziś składają politycy? Czy pomogą one wzrostowi gospodarczemu i warszawskiej giełdzie, czy wprost przeciwnie?

Zapowiadane programy socjalne – rozszerzone 500+, jednorazowe świadczenie dla emerytów – mają kosztować budżet państwa ok. 40 mld zł. I zmuszają rząd do poszukiwania sposobów ich finansowania.

– Największa kwota wpłynie do budżetu w wyniku likwidacji OFE i pobrania tzw. opłaty przekształceniowej, niemal 20 mld zł. Opłata ta, w wysokości 15%, ma dotyczyć środków zgromadzonych na koncie uczestnika OFE w związku z ich przeniesieniem do IKE – wyjaśnia w rozmowie z MarketNews24 Maciej Leściorz, ekspert CMC Markets. Likwidacja OFE może zniwelować korzyści, które przynieść miały Pracownicze Plany Kapitałowe.

Kolejne źródło dodatkowych dochodów do budżetu państwa to akcyza na alkohol, która ma zostać podwyższona od 2020 r. Najbardziej kontrowersyjna zmiana dotyczy jednak powrotu do oprotestowanej już wcześniej ustawy o zniesieniu górnego limitu składek na ZUS, przez co osoby o wyższych dochodach będą dostawać okrojone pensje. Wpływ do budżetu z tego tytułu ma wynieść ok. 5 mld zł.

Jak te zmiany wpłyną na notowania na warszawskim parkiecie? – W portfelach OFE nadal znajduje się ponad 160 mld zł, z czego ogromna większość to akcje notowane na GPW – mówi Maciej Leściorz. – Likwidacja OFE sprawi, że pojawi się dodatkowa podaż akcji. Większość środków wprawdzie pozostanie w IKE, jednak może spaść oczekiwany, pozytywny wpływ, jaki na GPW miały mieć Pracownicze Plany Kapitałowe, które zamiast zapewnić napływ kapitału, zbilansują jego odpływ – dodaje ekspert CMC Markets.

Jak zwiększyć szanse na skuteczną restrukturyzację?

W dzisiejszych czasach już sama świadomość konieczności podjęcia działań restrukturyzacyjnych jest dużym sukcesem menedżerów. Niestety, to początek drogi, która łatwa nie jest. I tylko nie wielu udaje się tę drogę przebyć. Jedynie 24 procent postępowań restrukturyzacyjnych w Polsce kończyło się dotąd pomyślnie. Analizując dotychczasowe powodzenia i niepowodzenia można określić kilka przesłanek, które pozwalają zwiększyć szanse na skuteczną restrukturyzację.

Przemysław Furmanek - specjalista w dziale Restrukturyzacji, firma doradcza Lege Advisors
Przemysław Furmanek – specjalista w dziale Restrukturyzacji, firma doradcza Lege Advisors
  1. Prowadząc przedsiębiorstwo niezbędne jest badanie sytuacji spółki także pod kątem ewentualnych problemów finansowych. Jak wskazuje Prawo Restrukturyzacyjne istnieje możliwość otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego w sytuacji nie tylko niewypłacalności, jak ma to miejsce przy ogłoszeniu upadłości, ale także i przy zagrożeniu niewypłacalnością. Uchwycenie tego momentu pozwala na podjęcie odpowiednich działań restrukturyzacyjnych, gdy jest to jeszcze możliwe oraz opłacalne zgodnie z zasadą stop loss. Natomiast w przypadku problemów strukturalnych segmentu rynku, pozwala na podjęcie odpowiednich działań restrukturyzacyjnych przed konkurencją i zwiększenie szans na „przetrwanie kryzysu”.
  2. Po pojawieniu się przesłanek do otwarcia postępowania restrukturyzacyjnego, warto skontaktować się z doradcą, który jest specjalistą posiadającym doświadczenie w zarządzaniu majątkiem oraz niezbędną wiedzę z zakresu postępowań restrukturyzacyjnych i upadłościowych. Szukając doradcy restrukturyzacyjnego trzeba zwrócić uwagę na segment rynku w którym działa oraz na dotychczasowe doświadczenie. Zrozumienie sytuacji przez doradcę pozwala na zaproponowanie odpowiednich narzędzi restrukturyzacyjnych np. uzyskanie finansowania. Jeśli chodzi o wybór doradcy restrukturyzacyjnego, nie warto pozostawiać takiej decyzji Sędziemu. Przy takiej ilości spraw nie jest on w stanie badać na bieżąco kompetencji każdego doradcy. Dlatego, jak wskazuje praktyka, dobrze jest zasugerować doradcę nawet w przypadku braku wymaganego poparcia 30% niepowiązanych wierzycieli. Sąd w większości przypadków uwzględnia wnioski o ustanowienie wskazanego doradcy restrukturyzacyjnego.
  3. Istotny jest także wybór odpowiedniego postępowania restrukturyzacyjnego. Do dyspozycji mamy: postępowanie o zatwierdzenie układu, przyspieszone postępowanie układowe, postępowanie układowe oraz postępowanie sanacyjne. Każde z nich posiada inne zastosowanie, które należy dobrać indywidualnie do sytuacji. Postępowanie o zatwierdzenie układu charakteryzuje się najmniejszym formalizmem i jest najszybsze ze względu na zminimalizowany udział postępowania przed Sądem. Jednak nie gwarantuje zabezpieczenia przed egzekucją. Przyspieszone postępowanie układowe jest zdecydowanie najszybsze i najczęściej wybierane, ale jest skierowane do podmiotów, które mają nie więcej niż 15% wierzytelności spornych. Jednocześnie nie zapewnia ochrony egzekucyjnej przed wierzycielami rzeczowymi. W przypadku postępowania sanacyjnego możliwe są najgłębsze zmiany oraz jest ochrona przed wierzycielami rzeczowymi. Należy się jednak liczyć z tym, że zostanie powołany tymczasowy nadzorca sądowy do zbadania sytuacji przedsiębiorstwa, a postępowanie może być długotrwałe.
  4. Kolejnym krokiem jest przygotowanie wstępnego planu restrukturyzacyjnego stanowiącego element wniosku o otwarcie postępowania restrukturyzacyjnego. Plan taki musi być wiarygodny dla Sądu. Posłuży on później za podstawę stworzenia planu restrukturyzacyjnego wdrażanego przez doradcę i przyjęcie propozycji układowych, które będą akceptowalne przez wierzycieli, a równocześnie nie spowodują utraty płynności finansowej Dłużnika. Dobrze przygotowany wstępny plan pozwala na podjęcie działań restrukturyzacyjnych wcześniej, co daje większe szanse restrukturyzacji. Plan restrukturyzacyjny, w zależności od rodzaju postępowania, może obejmować: rozłożenie na raty, częściowe umorzenie wierzytelności, konwersję na udziały lub akcje wierzytelności, redukcję zatrudnienia, odstąpienie od umów niewykonanych w całości.
  5. Znaczna część przedsiębiorstw wymagających restrukturyzacji potrzebuje dodatkowych środków finansowych w celu poprawienia płynności finansowej. Płynność pozwoli nie tylko na rozwój dotychczas prowadzonej działalności, ale także na spłatę wierzytelności. Istotne jest więc pozyskanie finasowania zewnętrznego od kontrahentów, inwestorów lub wierzycieli. Finansowanie może odbyć się także w ramach pomocy publicznej, z zachowaniem zasad Działu V Prawa Restrukturyzacyjnego. Zbilansowanie finansów i zastosowanie odpowiednich środków restrukturyzacyjnych doprowadzi do osiągnięcia celów restrukturyzacji.
  6. Restrukturyzacja w zależności od rodzaju postępowania i środków może trwać od kilku miesięcy do 2-3 lat. Wyniki dotychczasowych obserwacji wskazują, że im restrukturyzacja trwa krócej, tym są większe szanse na skuteczne jej zakończenie. Ważna tutaj jest optymalizacja czasu postępowania w zależności od potrzeb oraz od rodzaju postępowania. Co do zasady, działania restrukturyzacyjne powinny trwać do 6 miesięcy. Dążąc do jak najszybszego zakończenia postępowania warto współpracować ze sprawnym doradcą, który odpowiada za przygotowanie spisu wierzycieli, przygotowanie planu restrukturyzacyjnego, pozyskanie ewentualnego dofinansowania oraz zorganizowania głosowania nad układem. Nie ma uniwersalnej zasady wskazującej na odpowiedni czas trwania postępowania ze względu na specyfikę przedsiębiorstw.
  7. Dokonując restrukturyzacji należy pamiętać o potrzebie uzyskaniu porozumienia z wierzycielami od których ostatecznie zależy przyjęcie układu. Otwierając postępowanie restrukturyzacyjne niezbędne jest uwzględnianie warunków na jakie skłonni są zgodzić się wierzyciele. W przypadku upadłości mogą oni co do zasady liczyć jedynie na szczątkową spłatę wierzytelności. Prowadzi to do sytuacji, że wierzyciele są gotowi na wydłużenie czasu spłaty, bądź znaczące umorzenie wierzytelności, aby odzyskać w ostatecznym rozrachunku wyższą kwotę. Nie bez znaczenia pozostaje także sytuacja finansowa samych wierzycieli, którzy mogą nie akceptować rozłożenia spłaty w długim okresie ze względu na regulacje własnych zobowiązań. Trzeba też wziąć pod uwagę, że po zakończeniu postępowania wierzyciele mogą stać się naszymi kontrahentami. Dlatego tak ważne są rozmowy z wierzycielami, w których doradca restrukturyzacyjny wspiera merytorycznie dłużnika, ale też uświadamia wierzycielom konsekwencje poszczególnych rozwiązań.

Jak widać nie ma uniwersalnej drogi do przeprowadzenia skutecznej restrukturyzacji. Niezbędne jest dopasowywanie istniejących rozwiązań do potrzeb, ale i możliwości restrukturyzowanego przedsiębiorstwa. Istotną rolę i odpowiedzialność za cały ten proces bierze na siebie doradca restrukturyzacyjny, którego doświadczenie, mądrość i umiejętność wykorzystania dostępnych narzędzi mogą przynieść wielki sukces.

Autor: Przemysław Furmanek – specjalista w dziale Restrukturyzacji, firma doradcza Lege Advisors

Revolut Money Report: polscy milenialsi oszczędzają na wakacje

  • Czas obalić mit o latte i tostach z avocado, 68% milenialsów korzystających z Revolut w Polsce oszczędza regularnie
  • Milenialsi korzystający z Revolut w Polsce odkładają zarówno na wakacje 56%, jak i na „czarną godzinę” 55%
  • Najwięcej w Sejfach Vaults oszczędzają londyńczycy i berlińczycy, w Polsce gdańszczanie wyprzedzili poznaniaków
  • Polscy milenialsi są bardziej pewni siebie niż brytyjscy, oszczędzają systematycznie i nie mają z tym trudności

Revolut, najszybciej rosnący fintech w Europie, przeprowadził badanie opinii wśród użytkowników w wieku 18-38 lat. Milenialsi stanowią w Polsce potężną, liczącą ponad 300 tysięcy osób grupę klientów, blisko 3/4 społeczności korzystającej z usługi nad Wisłą. Na ankietę Revolut Money Report Polska odpowiedziało 2 tysiące osób. Okazało się, że wbrew miejskim legendom, młodzi wcale nie trwonią pieniędzy na przysłowiową latte i tosty z awokado. Większość regularnie oszczędza (68%), zarówno na tzw. czarną godzinę (55%), jak i na wakacje (56%). Ponad 7% do oszczędzania używa Sejfów Valut w Revolut.

Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce
Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce

Revolut chce wspierać użytkowników w regularnym oszczędzaniu na z góry upatrzone cele. Dzięki aplikacji można łatwo tymi celami zarządzać, ustawiać mechanizm oszczędzania – kwoty, cykliczność, metodę – adekwatnie do każdego z nich i mieć je stale pod kontrolą” – powiedział Karol Sadaj, country manager Revolut w Polsce.

Oszczędzanie? Nic prostszego!

W badaniu porównano kraje i miasta, na poziomie deklaracji, jak i twardych danych. W Polsce wyniki pokazały, że millenialsi nie uciekają od tematu finansów. Po pierwszym pytaniu zaledwie 17% respondentów przyznało, że nie lubi zajmować się finansami. Większość zaprzeczyła także by oszczędzanie sprawiało im trudności (55%). Wśród Polaków urodzonych w latach 1981-2001 używających Revolut 68% potwierdziło, że po opłaceniu miesięcznych rachunków, regularnie oszczędzają coś z tego co zostanie. To więcej niż brytyjczycy (67%), spośród których wielu deklaruje, że ma trudności z oszczędzaniem (47%) i niepokoi się o swoją przyszłość finansową (63%).

Wakacje kontra emerytura

Myśli większości z nas dryfują teraz w stronę letnich wakacji (badanie realizowano w maju). Polscy milenialsi nie są wyjątkiem. Choć najczęściej wskazywanym celem oszczędności były wakacje (56%), tuż za nimi uplasowało się odkładanie na przysłowiową czarną godzinę (55%). Chodzi tu chyba jednak bardziej o nagłą nieprzewidzianą potrzebę, niż oddaloną w czasie emeryturę, na którą wskazało 20% odpowiedzi. Ważnym celem jest natomiast mieszkanie, odkłada na nie 42% polskich millenialsów (w Wielkiej Brytanii 30%). Co ciekawe oszczędzanie na auto (27%) i sprzęt RTV/AGD (17%) bierze prym we wskazaniach nad odkładaniem na dzieci (10%) i wesele (7%).

Sejf kontra lokata

W pokoleniu milenialsów nie widać wyraźnego przełomu co do metod lokowania oszczędności. A może brakuje innowacyjnych narzędzi? 64% respondentów lokuje zaoszczędzone pieniądze na rachunku oszczędnościowym, 35% na lokacie, a 7% oszczędza za pomocą Sejfów Vault w Revolut. Jak jeszcze? 10% respondentów wskazała na fundusze inwestycyjne, 9% na waluty tradycyjne, 8% na mieszkania na wynajem, a 7% na kryptowaluty. Wśród możliwych odpowiedzi firma nie umieściła tradycyjnej “skarpety”, ale wiele osób wspomniało o niej zaznaczając kategorię Inne (8%). W otwartych odpowiedziach pojawiły się m.in. złotówki w gotówce, ROR i “skarpeta”.

Kto ma wyniki w oszczędzaniu?

Średnie oszczędności w Sejfach Vault (w PLN) – polskie miasta Średnie oszczędności w Sejfach Vault (w PLN) – kraje i stolice Średnie miesięczne oszczędności w Sejfach Vault (w PLN)Oszczędzanie w Sejfach Vault dobrze idzie Niemcom i Brytyjczykom, zwłaszcza w stolicach. Milenialsi z Niemiec odkładają w sejfach średnio 732 zł/mc (w Berlinie 1254 zł/mc), zaś Brytyjczycy 849 zł/mc (w Londynie nawet 1240 z/mc). Nieco mniej oszczędzają Francuzi i Irlandczycy (odpowiednio 693 zł/mc i 503 zł/mc) oraz Czesi i Polacy (kolejno 454 zł/mc i 429 zł/mc). Ranking europejskich stolic układa się mniej więcej podobnie.

Największe środki na Sejfach Vault w Polsce udaje się odłożyć średnio w miesiącu gdańszczanom (585 zł) oraz warszawiakom (555 zł), nieco mniej milenialsom z Krakowa (457 zł) i Katowic (418 zł). Pierwszą piątkę zamyka oszczędny Poznań (385 zł). Najmniej w Sejfach Vaults oszczędzają wrocławianie (295 zł) i łodzianie (188 zł). To co jest pozytywne, to fakt, że w taki czy inny sposób milenialsi oszczędzają i robią to regularnie. Nie wypadamy pod tym względem gorzej niż inne kraje UE, a przynajmniej badanie Revolut Money Report tego nie ujawniło.

* * *
O Revolut Money Report
Revolut Money Report to badanie przeprowadzone metodą ankietową online wśród użytkowników Revolut w Europie. Polska edycja badania zrealizowana została w dniach 7-8 maja 2019. Do udziału w ankiecie zaproszono mailowo 27469 polskojęzycznych użytkowników w Polsce, urodzonych w latach 1981-2001 (wiek 18-38 lat). W ankiecie udział wzięło 1969 respondentów. Najmniejsza liczba odpowiedzi udzielonych na pojedyncze pytanie: 1623. Język ankiety: polski. Liczba pytań: 21. Typ pytań: jednokrotnego wyboru i wielokrotnego wyboru, pytania w większości zamknięte. Średni czas wypełnienia ankiety: 3 minuty.

Trendy konsumpcji lodów w Polsce i we Włoszech | Wyniki badania na zlecenie LOTTE Wedel

Polak konsumuje średnio 5,5[1] kilograma lodów w ciągu roku, Włoch – prawie trzy kilogramy więcej[2]. Jemy je najczęściej w domu, a Włosi w lodziarniach i cukierniach. W Polsce królują śmietankowe, Włosi na pierwszym miejscu stawiają te o smaku czekoladowym. Obie narodowości zgodne są natomiast co do jednego – to czekolada stanowi nieodzowny dodatek do lodów. LOTTE Wedel – najsilniejsza czekoladowa marka w Polsce, która rozszerza swoją ofertę lodów „jak ze snów”, postanowiła zbadać zwyczaje konsumpcji tych mroźnych słodkości w naszym rodzimym kraju i porównać je do lodowej ojczyzny – Włoch.

Lody jedzą (prawie) wszyscy

Wyniki badania potwierdzają sprzyjający klimat dla branży lodowej, który zwiastowało już zeszłoroczne długie i upalne lato. Lody jedzą bowiem prawie wszyscy przebadani Polacy
i Włosi. Na 2000 respondentów z obu krajów znalazło się jedynie 6 osób deklarujących, że nie jedzą lodów. Niemal połowa Polaków konsumuje je co najmniej raz w tygodniu. We Włoszech odsetek ten jest większy – co najmniej jednokrotne sięganie po mrożone słodkości  w ciągu tygodnia zadeklarowało 59 proc. mieszkańców słonecznej Italii. Miłośnikami lodów w Polsce są głównie kobiety – co czwarta respondentka typuje je jako ulubioną słodycz, stawiając je na równi z domowym ciastem. Czym w takim razie wolą się rozkoszować polscy mężczyźni? Są fanami czekoladowych tabliczek i domowych wypieków. Włosi natomiast, bez względu na płeć czy wiek, jako ulubioną słodycz wskazują właśnie lody.

W domu czy w lodziarni?

We Włoszech, ojczyźnie słynnego gelato czy tartufo di Pizzo, najpopularniejszym miejscem konsumpcji lodów są lodziarnie i cukiernie. Polacy najchętniej raczą się nimi
w domowym zaciszu. 69 proc. badanych wskazało dom jako miejsce, w którym zazwyczaj zdarza się im jeść lody. Dla obu narodowości mrożone słodkości są na pierwszym miejscu spośród przekąsek spożywanych w trakcie spaceru (tak wskazało odpowiednio 41 i 43 proc. polskich i włoskich respondentów). Badanie wykazało różnicę w postrzeganiu lodów jako dodatku – Polacy częściej niż Włosi, widzą je jako dodatek do kawy czy ciepłej szarlotki.

Lody i czekolada – duet idealny!

Zarówno w Polsce, jak i we Włoszech, królują lody mleczne, w tyle pozostawiając sorbety. Różnice występują natomiast w kwestii preferencji smakowych. W Polsce podium należy do wanilii i śmietanki (które jako ulubione, na równi wskazuje połowa respondentów),
a także czekolady preferowanej przez 44 proc. badanych. To właśnie ona zamyka ścisłą czołówkę uwielbianych przez Polaków smaków, tuż za nią plasują się bakalie i karmel. Dla Włochów to czekolada jest niekwestionowanym numerem jeden. Poza tym, gustują oni głównie w lodach orzechowych: pistacjowych oraz laskowych.

Według badań, dodatkiem, dzięki któremu lody stają jeszcze smaczniejsze, jest czekolada
– aż 9 na 10 Polaków jest zdania, że doskonale się łączą. Popularność tej kompozycji wynika również z faktu, że Polacy traktują lody głównie jako mrożoną alternatywę dla innych deserów. Co czwarty Polak, gdy ma ochotę na coś słodkiego, sięga właśnie po lody
– najchętniej z czekoladowym dodatkiem.

Wedlowska czekolada od prawie 170 lat jest synonimem najwyższej jakości
i niepowtarzalnego smaku.  Aby konsumenci mogli cieszyć się nią również w sezonie letnim, rozszerzyliśmy naszą ofertę o lody „jak ze snów”. Wśród mroźnych słodkości na patyku, każdy może odnaleźć to, co lubi najbardziej – czekoladę w różnych połączeniach i odsłonach. Nasze nowości bazują na tradycyjnych smakach, jednak zaskakują oryginalnymi dodatkami, tj.
kawałki migdałów, truskawek czy słonych, karmelizowanych orzechów – mówi Aleksandra Kusz vel Sobczuk, Kierownik Komunikacji Korporacyjnej w LOTTE Wedel.

Lodowy impuls

Wyniki badania wskazują na zdecydowanie impulsowy charakter konsumpcji lodów , 70 proc. Polaków sięga po nie spontanicznie wtedy, gdy ma na to ochotę. Najpopularniejszym formatem lodów impulsowych w Polsce (dostępnych w sklepach) są lody na patyku. 90 proc. badanych deklaruje, że co najmniej raz w roku je właśnie ten rodzaj lodów. Dla porównania, ten format wskazało ¾ Włochów, dla których najpopularniejsze w tej kategorii są za to lody w rożku (93 proc.).

Przyjemność, którą chcemy się dzielić

Pomimo impulsowego charakteru konsumpcji mroźnych deserów, zaledwie 18 proc. Polaków przyznaje, że cieszy się nimi w samotności. Deklaruje tak natomiast ponad ¼ Włochów. Chętniej niż Włosi wybieramy się na lody w towarzystwie i serwujemy je najbliższym.

57 proc. respondentów dzieli się chwilami słodkiej przyjemności w gronie rodzinnym,
a 47 proc. raczy się nimi w parach. Niezależnie od indywidualnych preferencji oraz zwyczajów konsumentów, z badania wynika, że co do jednego jesteśmy zgodni: lody smakują najlepiej w towarzystwie i w… czekoladzie.

***

O badaniu

Badanie „Lody oczami Polaków i Włochów” zrealizował ośrodek badawczy Kantar na zlecenie LOTTE Wedel w dniach 15-23 kwietnia, metodą CAWI (panel), 15 min, na reprezentatywnej grupie Polaków i Włochów korzystających z internetu.

Źródło: „Lody oczami Polaków i Włochów”, Kantar na zlecenie LOTTE Wedel, metodologia CAWI, Polska, N=1000, Włochy, N=1000, kwiecień 2019 r.

[1] E.Wedel za Nielsen- Panel handlu detalicznego, cała Polska, Sprzedaż wolumenowa za okres maj 2018 – kwiecień 2019.

[2] Ice cream Market in Italy, https://www.statista.com/outlook/40100400/141/ice-cream/italy (dostęp 22.05.2019)

Rok po RODO: Polacy coraz bardziej ufają, że pracodawcy chronią ich dane osobowe

  • Ponad połowa polskich pracowników (59,6 proc.) uważa, że ich dane osobowe w miejscu pracy są bezpieczne. To o 10 pproc. więcej niż rok temu.
  • Polska znajduje się wśród czołówki krajów w Europie pod względem zaufania do bezpiecznego przetwarzania danych osobowych w miejscu pracy. Średnia europejska wynosi 56,3 proc.
  • Największe zaufanie do bezpieczeństwa przechowywania danych przez pracodawców mają milenialsi – aż 75,60 proc. z nich uważa, że ich pracodawca skutecznie zabezpiecza ich dane osobowe.

Nowe regulacje, które weszły w życie w połowie 2018 r. wywołały nie lada zamieszanie. Przepisy nałożyły bowiem na pracodawców nowe obowiązków, które miały sprawić, aby przechowywanie i przetwarzanie danych w firmach było jak najlepiej zabezpieczone. Czy to się udało? Wyniki badania ADP „Workforce View in Europe 2019” wyraźnie wskazują, że pracownicy odczuli zdecydowaną różnicę.

25 maja mija rok, odkąd w życie weszło Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych Osobowych (RODO). Firma ADP, globalny dostawca rozwiązań z zakresu zarządzania kapitałem ludzkim, postanowiła sprawdzić, czy pracownicy polskich firm zauważyli zmianę w postawie swoich pracodawców związaną z przetwarzaniem danych osobowych. Okazało się, że 56 proc. polskich pracowników jest zdania, że ich dane osobowe są przetwarzane zgodnie z prawem. Jak mówi Tomasz Czerkies, radca prawny w ADP Polska, to bardzo dobry wynik, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę średnią europejską.

– Polska jest jednym z czołowych krajów pod względem zaufania do bezpiecznego przetwarzania danych osobowych w miejscu pracy. Pod tym względem wyprzedzamy Wielką Brytanię, Hiszpanię, czy Francję. Z naszych badań wynika też, że do tego tematu przykładamy dużo więcej uwagi – odsetek osób, które nigdy nie myślały o temacie ochrony danych osobowych w ciągu roku zmalał o 5 pproc. do poziomu 18 proc., co jest najniższym wynikiem w historii – mówi ekspert.

Milenialsi czują się bezpiecznie

Wyniki raportu ADP wskazują, że największe zaufanie do swoich pracodawców pod względem bezpieczeństwa danych osobowych mają milenialsi. Aż 76 proc. najmłodszych pracowników pozytywnie ocenia swoją organizację pod tym kątem (wzrost o  13 pproc. w porównaniu do poprzedniego roku). Jak podkreśla Tomasz Czerkies, są to pracownicy, którzy najchętniej otwierają się na zmiany i nie boją się ich.

–  Żyjemy w społeczeństwie informacyjnym, gdzie wiedzę czerpie się z wielu źródeł – mediów, kanałów społecznościowych, forów dyskusyjnych. Dzięki byciu ciągle online młodzi, wykształceni ludzie mają coraz większą świadomość swoich praw, także tych związanych z ochroną danych osobowych. Z naszych badań wynika, że tylko 1 na 100 milenialsów uważa, że pracodawca przetwarza dane osobowe bez jego zgody, a zaledwie 1 na 20 czuje, że nie ma kontroli nad swoimi danymi – mówi.

Które branże ufają swoim pracodawcom?

Wprowadzenie w maju 2018 r. w Polsce RODO miało też różny wpływ na zaufanie pracowników poszczególnych sektorów gospodarki. Największy wzrost można zaobserwować w sprzedaży, mediach i marketingu – 69 proc. zatrudnionych w tym sektorze ufa firmie pod względem przetwarzania danych osobowych, co stanowi aż o 27 pproc. więcej w stosunku do roku 2018. Zaufanie dla pracodawców znacząco wzrosło również w sektorze healthcare (21,30 pproc.). Natomiast nie jest zaskoczeniem, że w bezpieczeństwo swoich danych najbardziej wierzą pracownicy branży IT (71 proc.). Co ciekawe, mimo restrykcyjnych przepisów, w dwóch branżach tj. w transporcie i podróżach oraz w architekturze, inżynierii i budownictwie, spadł odsetek pracowników wierzących, że ich dane w pracy są bezpieczne.

O badaniu

„The Workforce View in Europe 2019” przedstawia opinie pracowników na temat aktualnego środowiska pracy oraz ich oczekiwania związane z przyszłością. Badanie zostało przeprowadzone przez niezależną agencję badań rynku Opinion Matters na zlecenie ADP w październiku 2018 r. wśród 10 585 dorosłych pracujących osób z ośmiu krajów Europy: Francji, Niemiec, Włoch, Holandii, Polski, Hiszpanii, Szwajcarii oraz Wielkiej Brytanii.

Spowolnienie na rynku mieszkaniowym czas zacząć!

W danych budownictwa mieszkaniowego coraz trudniej o rosnące słupki, czyli  spowolnienie czas zacząć.

Najnowsza informacja GUS, komunikująca wstępne wyniki budownictwa mieszkaniowego w kwietniu oraz w okresie pierwszych czterech miesięcy bieżącego roku, dostarcza kolejnych argumentów świadczących o wchodzeniu rynku w fazę cyklicznego spowolnienia. Statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu krajowej mieszkaniówki jakby wciąż chciały rosnąć, jednak na przeszkodzie staje wyraźna zadyszka po pięciu latach historycznej prosperity.

Tradycyjnie już i niezależnie od stanu koniunktury największą wagę z punktu widzenia bieżącej kondycji  rynkowej należy przypisać gusowskim statystykom prezentującym wolumen mieszkań, których budowę rozpoczęto. W kwietniu inwestorzy ogółem ruszyli z budową nieco ponad 22 tys. lokali. Jest to wciąż bardzo dobry miesięczny wynik, choć o kilka procent gorszy zarówno w relacji r/r jak i m/m. Z kolei ilość mieszkań, których budowę rozpoczęto ogółem (indywidualne, przeznaczone na sprzedaż, spółdzielcze oraz pozostałe) w pierwszych czterech miesiącach br., zamknęła się liczbą niespełna 76 tys., co oznacza progres względem wyniku osiągniętego w analogicznym okresie ub. roku o równe 7 proc.

Wyraźniejsze osłabienie w rozpoczynaniu nowych inwestycji widać natomiast u deweloperów. Z wynikiem kwietniowym rzędu 11,5 tys. jednostek wypadli oni gorzej licząc rok do roku o ponad 5 proc. i o aż 13 proc. słabiej niż w miesiącu poprzednim. Gdyby jednak wykreślić słupek obrazujący wynik za okres styczeń — kwiecień br. na poziomie 44,9 tys. lokali, to wciąż byłby on wyższy od analogicznego z zeszłego roku o niecałe 5 proc.

W ostatnich czasach, obok nowo rozpoczynanych budów, do najmocniejszych stron gusowskich danych sygnalnych budownictwa mieszkaniowego należały statystyki dotyczące nowych pozwoleń na budowę bądź zgłoszeń z projektem budowlanym. Coraz więcej wskazuje na to, że użyty w tym przypadku tryb przeszły jest jak najbardziej uzasadniony. Choć bowiem sam kwiecień z wynikiem ogółem 22,8 tys. pozyskanych tego rodzaju decyzji administracyjnych nie wygląda wprawdzie najgorzej, notując wyraźny wzrost zarówno rok do roku, jak i miesiąc do miesiąca, to wynik za okres styczeń – kwiecień na poziomie 80 tys. pozyskanych pozwoleń ustępuje temu z analogicznego okresu roku ubiegłego o ponad 8 proc. Jeszcze gorzej przedmiotowe statystyki prezentują się w przypadku deweloperów. W czterech pierwszych miesiącach tego roku uzyskali oni bowiem „tylko” 48 tys. nowych pozwoleń, a to oznacza już wynik gorszy rok do roku aż o ponad 14 proc.

Statystyki nowych pozwoleń na budowę są, jak wiadomo podstawowym parametrem oceny potencjału popytowego rynku w przyszłych okresach przez deweloperów, a także najlepszym barometrem optymizmu inwestorów reprezentujących wszystkie formy budownictwa. Bieżące dane GUS wyraźnie więc sygnalizują perspektywę oczekiwanych trudności w utrzymaniu pozytywnych trendów rozwoju koniunktury pierwotnego segmentu mieszkaniówki w dłuższym terminie, nie mówiąc już o dalszej eskalacji rekordowego w ostatnich latach popytu na mieszkania z pierwszej ręki.

Z kolei miesięczne statystyki mieszkań oddanych do użytkowania od około roku oscylują w zakresie 15 – 20 tys. lokali. W tegorocznym kwietniu przedmiotowy wolumen osiągnął dolny poziom ograniczenia wahań z wynikiem 16,5 tys. lokali. Natomiast ogółem od początku roku oddano bez mała 64 tys. mieszkań, co jest rezultatem lepszym od uzyskanego w analogicznym okresie 2018 roku o ponad 9 proc.

W sumie widać wyraźnie, że statystyki inwestycyjne pierwotnego segmentu mieszkaniówki, choć wciąż utrzymują się na zadowalających poziomach, to jednak zaczynają powoli podążać za danymi sprzedażowymi mieszkań z pierwszej ręki. A te jak wiadomo, już ponad rok temu przybrały tendencję spadkową, sygnalizując koniunkturalne przesilenie i wejście rynku w fazę cyklicznego spowolnienia. Jest to jak najbardziej właściwa, a nawet pożądana reakcja, zapobiegająca ryzyku wykreowania sytuacji kryzysowej analogicznej choćby do tej sprzed dokładnie dekady.

Autor: Jarosław Jędrzyński, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

IX Europejski Kongres Finansowy 3-5 czerwca Sopot

baner EKF2019 – 600×200 v2Rok 2019 to czas, w którym coraz liczniej i głośniej pojawiają się opinie o zbliżającym
się nieuchronnie spowolnieniu wzrostu gospodarczego. I choć, na szczęście, niezbyt często pada określenie „nadchodzący kryzys”, to czy na pewno wyciągnęliśmy wnioski z ostatniego kryzysu gospodarczego i czy mamy świadomość złożoności i różnorodności możliwych przyczyn ewentualnego kolejnego kryzysu?

IX Europejski Kongres Finansowy, podobnie jak w latach poprzednich, podejmie dyskusję o tym co istotne, aby przyszłość finansów, a więc i gospodarki była stabilna, nowoczesna i sprawiedliwa.

Gościem Specjalnym IX EKF będzie Nouriel Roubini, profesor Stern School of Business, New York University, autorytet w dziedzinie makroekonomii, który wsławił się m.in. przewidując nadejście kryzysu finansowego z 2008 roku. Profesor Nouriel Roubini wygłosi wykład inauguracyjny Kongresu.

Roubini

Główne obszary tematyczne tegorocznego EKF to:

  • Brexit i napięcia w globalnej gospodarce
  • Czy jesteśmy przygotowani na okres dekoniunktury?
  • Wyzwania dla modeli biznesowych i stabilności systemu finansowego ze strony rewolucji technologicznej
  • wzrost wiarygodności i zaufania na rynkach finansowych
  • Rynek kapitałowy a zrównoważony i innowacyjny rozwój gospodarczy
  • Rynek nieruchomości – potencjał inwestycyjny i mechanizmy finansowania

TYLKO w Sopocie podczas EKF:

  • Makroekonomiczne wyzwania i prognozy dla polskiej gospodarki
  • Mapa wyzwań technologicznych dla sektora bankowego
  • Mapa wyzwań przed sektorem bankowym – debata Prezesów Banków

IX Europejski Kongres Finansowy odbędzie się w dniach 3-5 czerwca 2019 roku w Centrum Konferencyjnym Hotelu Sheraton w Sopocie.

Więcej informacji o Kongresie: www.efcongress.com

Przeniesienie działalności gospodarczej za granicę bez podatku dochodowego

Praktyka gospodarcza pokazuje, że szereg polskich przedsiębiorców decyduje się na przeniesienie działalności gospodarczej poza Polskę. Przyczyny takiego stanu rzeczy są różnorakie, poczynając od rozszerzenia rynków zbytu, zredukowania barier przepływu towarów, wzrostu konkurencyjności, poprzez wzrost obowiązków administracyjnych, na zbyt agresywnej polityce aparatu fiskalnego naszego państwa kończąc.

Nie budzi również wątpliwości, że każdy transfer majątku gospodarczego poza terytorium Polski może wiązać się z powstaniem obowiązków podatkowych. Wyróżnić tutaj należy przede wszystkim podatek od towarów i usług oraz podatek dochodowy od osób fizycznych.

W przypadku tego pierwszego transfer majątku gospodarczego nie powinien jednak wygenerować obowiązku zapłaty podatku. Przemawiają za tym zasady rządzące systemem podatku od wartości dodanej, z których najbardziej wyraźna mówi, że podatek VAT nie powinien obciążać przedsiębiorcy. Między innymi w związku z tą zasadą wprowadzono do porządku krajowego instytucję przemieszczenia towarów w ramach przedsiębiorstwa. Spełnienie przez podatnika odpowiednich przesłanek formalnych powoduje, że transfer aktywów poza granice Polski może nie podlegać podatkowi VAT obowiązującemu w naszym kraju, jak również w kraju, do którego aktywa są wywożone.

Podatek dochodowy od osób fizycznych

Bardziej skomplikowane zagadnienie związane z transferem majątku pojawia się w przypadku podatku dochodowego od osób fizycznych. Aby ustalić obowiązek jego odprowadzenia, warto posłużyć się stanem faktycznym, który został przedstawiony w jednym z wniosków o wydanie indywidualnej interpretacji prawa podatkowego.

Na gruncie jednej ze spraw osoba fizyczna, polski rezydent podatkowy, wskazała, że jest komandytariuszem spółki osobowej prowadzącej działalność w formie spółki komandytowej. Ze względu na zaangażowanie tej spółki na jednym z rynków UE rozważono założenie za granicą spółki osobowej, do której zamierzano przenieść całą obecną działalność inwestycyjną spółki polskiej. Mając to na uwadze, konieczne stało się zaopatrzenie zagranicznej spółki w aktywa potrzebne do prowadzenia tej działalności. Miało to zostać dokonane za pośrednictwem aportu określonych towarów oraz praw przez spółkę polską.

Polski rezydent podatkowy powziął zatem w wątpliwość, czy dokonanie aportu do zagranicznej spółki będzie podlegało opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób fizycznych po jego stronie.

W opinii podatnika przeniesienie składników majątku nie powinno wygenerować obowiązku podatkowego, w związku z czym cała operacja powinna być neutralna podatkowo na gruncie omawianego podatku.

Organ podatkowy zgodził się ze stanowiskiem podatnika i tym samym z dokonaną przez niego wykładnią przepisów.

Organ podatkowy potwierdził, że w zależności od przedmiotu wkładu wniesionego do spółki zagranicznej, czynność ta może podlegać opodatkowaniu w kraju siedziby tej spółki lub w Polsce. Stanowisko to jest naturalnie pokłosiem brzmienia odpowiedniej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania, której regulacje mówią, kiedy transfer określonego aktywa może podlegać opodatkowaniu w Polsce. Organ wyjaśnił dalej, że jeżeli transfer ten podlega opodatkowaniu w naszym kraju (czyli w państwie, w którym przenoszący tytuł własności ma miejsce zamieszkania), to skutki opisanego we wniosku zdarzenia rozpatrywać należy w świetle przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych.

W dalszej kolejności organ podatkowy przywołał podstawę prawną, na którą powoływał się podatnik, argumentując własne stanowisko. Organ przytoczył art. 21 ust. 1 pkt 50b ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zgodnie z którym wolne od podatku są przychody z tytułu przeniesienia własności składników majątku będących przedmiotem aportu wnoszonych do spółki osobowej.

Stwierdzono zatem finalnie, że przeniesienie wkładu niepieniężnego w postaci całej swojej obecnej działalności inwestycyjnej do zagranicznej spółki osobowej będzie czynnością prawną, neutralną podatkowo w związku ze wskazaną powyżej regulacją prawną.

Podsumowanie

Jak wynika z powyższego, przeniesienie działalności gospodarczej za granicę może okazać się transakcją „bezpodatkową”. Jeśli zaś krajem przyjmującym jest państwo o mniejszym natężeniu obowiązków administracyjnych oraz obciążeń fiskalnych, to polski podatnik uzyskuje niejako podwójną korzyść.

Co warte zauważenia, polski ustawodawca, dostrzegając aktywność podatników podążającą w kierunku zmiany miejsca prowadzenia działalności gospodarczej, wprowadził z dniem 1 stycznia 2019 r. do polskiego porządku prawnego tzw. exit tax. Danina ta to kolejny podatek nałożony na przedsiębiorców, którzy przenoszą swój biznes za granicę. Dodać jednak trzeba, że podatek ten nie ma bezwzględnego charakteru. Istnieją bowiem podstawy prawne eliminujące obowiązek jego zapłaty. Przykładowo exit tax nie może zostać nałożony, jeżeli łączna wartość rynkowa przenoszonych składników majątku nie przekracza kwoty 4 000 000 zł.

Analiza powyższego skłania do wniosku, że zmiana miejsca prowadzenia działalności może nie wygenerować w Polsce obowiązków podatkowych. Jeśli zaś nowa jurysdykcja podatkowa okaże się korzystniejsza od polskiej, będzie to stanowiło mocny punkt całego przedsięwzięcia.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Nieruchomości magazynowe i przemysłowe w pierwszym kwartale 2019 r.

Popyt na nieruchomości magazynowe i przemysłowe w pierwszym kwartale 2019 r., pomimo odnotowania spadku rdr., niemal dwukrotnie przekroczył podaż nowej powierzchni, podaje firma doradcza Savills. Na mapie logistycznej Polski pojawiają się nowe lokalizacje, które są odpowiedzią na niskie bezrobocie na głównych rykach. Na znaczeniu zyskują również obiekty przeznaczone pod logistykę miejską.

Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills
Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills

„Po raz pierwszy w historii najwięcej powierzchni magazynowej i przemysłowej oddano poza głównymi rynkami. Stało się tak za sprawą dwóch projektów: BTS dla Zalando w Olsztynku (120 500 m kw.) oraz Panattoni Park Kielce (22 200 m kw.). Dopiero za nimi uplasował się Wrocław, gdzie w pierwszym kwartale przybyło niespełna 95 000 m kw. Nowe lokalizacje, które mają szanse rozwijać się w najbliższym czasie to również Bolesławiec, Gorzów Wielkopolski, Radom, Świebodzin, Słubice czy Zielona Góra. Coraz więcej buduje się także projektów przeznaczonych pod logistykę miejską. Na koniec marca w trakcie realizacji znajdowało się blisko 65 000 m kw. powierzchni tego typu, czyli o ponad 1/3 więcej niż trzy miesiące wcześniej” – mówi Kamil Szymański, dyrektor w dziale powierzchni magazynowych i przemysłowych w Savills.

Jak wynika z raportu „Market in Minutes – Rynek magazynowy w Polsce” w pierwszym kwartale 2019 r. popyt na nieruchomości magazynowe i przemysłowe niemal dwukrotnie przewyższył podaż nowej powierzchni. W ciągu trzech pierwszych miesięcy roku na rynek dostarczono ponad 505 000 m kw. nowej powierzchni (o 28% więcej, niż w analogicznym okresie ubiegłego roku), a wynajęto ponad 965 000 m kw. (21% mniej niż przed rokiem). Najsilniejszy popyt odnotowano w Warszawie (prawie 285 000 m kw., wzrost o 35%).

Zgodnie z danymi Savills na koniec marca 2019 r. Polska dysponowała 16,2 mln m kw. nowoczesnej powierzchni magazynowej i przemysłowej. Największym rynkiem magazynowym pozostaje Warszawa i okolice (4 mln m kw.). Na drugim miejscu jest Górny Śląsk (2,62 mln m kw.), do którego jednak bardzo szybko zbliża się Polska Centralna (2,60 mln m kw.). Po pierwszym kwartale w budowie znajdowało się kolejne 2,1 mln m kw. (13% więcej, niż przed rokiem), z czego zdecydowana większość powinna zostać oddana do użytku do końca roku. Ponad 60% powierzchni w budowie jest już zabezpieczone umowami najmu.

Stopa pustostanów w pierwszym kwartale wzrosła nieznacznie (0,7 pkt. proc. rdr.) i na koniec marca 2019 r. wyniosła 5,5%. Czynsze bazowe ustabilizowały się na poziomie od 2,7 euro do 4,2 euro za m kw. na miesiąc w przypadku wielkopowierzchniowych obiektów, sięgając 5,35 euro za m kw. na miesiąc w mniejszych modułach zlokalizowanych na terenie Warszawy.

„Rynek nieruchomości magazynowych jest nadal na fali. Pomimo utrzymującej się ogromnej dynamiki, rozwija się on w sposób zdrowy i zrównoważony. Dane za pierwszy kwartał potwierdzają, że nowe inwestycje znajdują najemców, a stopa pustostanów utrzymuje się na niskim poziomie. Stawki czynszowe, po wzrostach odnotowanych w zeszłym roku ustabilizowały się, co powinno stanowić czynnik zachęcający najemców do inwestowania w ekspansje i przenoszenia się do obiektów w lepszych lokalizacjach i o wyższym standardzie” – podsumowuje Kamil Szymański z Savills.

Otwarte rozwiązania dźwignią dla rozwoju polskiego biznesu. Za nami 12. edycja konferencji Open Source Day

14 maja w Warszawie odbyła się kolejna edycja największej w Europie Środkowo-Wschodniej konferencji poświęconej otwartym technologiom. Ponad 800 uczestników dopisało kolejną kartę do 12-letniej historii wydarzenia. Na uczestników czekało 9 sesji technicznych podzielonych na 3 bloki tematyczne. Wśród omawianych wątków znalazły się takie tematy jak: bezpieczeństwo i monitoring infrastruktury IT, cloud computing, automatyzacja czy rozwój oprogramowania. Organizatorzy spotkania, czyli przedstawiciele Linux Polska, keynote speakerzy i zaproszeni goście byli zgodni co do jednej kwestii – technologia open source jest motorem rozwoju światowej gospodarki, ale otwarte rozwiązania są coraz częściej niezbędnym elementem w rozwoju polskich przedsiębiorstw.

Wdrażanie rozwiązań open source synonimem innowacyjności i szansą na rozwój

W tym roku konferencję Open Source Day gościł warszawski stadion Legii im. Józefa Piłsudskiego. Konferencję otworzył Dariusz Świąder, prezes Linux Polska, który nawiązał do postaci marszałka Piłsudskiego, jednego z ojców naszej niepodległości i niezależności. Podkreślając tym samym, że te same wartości stoją za ideami niezależności i otwartości, które nierozerwalnie wiążą się z rozwiązaniami open source.

Znaczenie technologii otwarto źródłowych dla światowej gospodarki, w tym dla Polski, jest dziś nie do przecenienia. Dzięki coraz bardziej powszechnemu stosowaniu rozwiązań open source nadrabiamy zaległości w informatyzacji naszego kraju, a także te związane z edukacją w tym obszarze, które wynikają, chociażby z naszych uwarunkowań historycznych. Od pewnego czasu obserwujemy, że coraz więcej firm odchodzi od wyboru rozwiązań komercyjnych, a tym samym od ograniczeń, które się z nimi wiążą. Z kolei otwartość i dostępność do tworzonych narzędzi i rozwiązań – czerpanie z wiedzy i know-how milionów specjalistów (co daje większe szanse na rozwój), to naczelne zasady filozofii i ruchu open source. Co więcej, każdy, kto będzie starał się „zamknąć” i ograniczyć rozwiązania tworzone w tym duchu, spotka się z oporem społeczności twórców, jak i całego społeczeństwa, ponieważ w dzisiejszym świecie wszyscy jesteśmy beneficjentami open source – zaznacza Dariusz Świąder.

Ekonomia współdzielenia i rozwiązania otwarte są dziś najlepszą drogą prowadzącą do innowacyjności. Twórcy i producenci narzędzi z tego obszaru są świadomi, jaka duża odpowiedzialność na nich ciąży. Muszą bowiem publikować wyniki swoich prac, jeżeli chodzi o technologię open source, poddawać je weryfikacji i ocenie użytkowników, bo tylko tą drogą odbywa się rozwój.

W ostatnim czasie mogliśmy być świadkami kilku istotnych przejęć firm zajmujących się rozwiązaniami otwartymi przez światowych gigantów z sektora IT, którzy wcześniej byli kojarzeni wyłącznie z rozwiązaniami zamkniętymi. To kolejny przykład pokazujący, że open source jest przyszłością i jednym z ważniejszych czynników zapewniających sukces w biznesie – dodaje Dariusz Świąder, Prezes Linux Polska, organizator Open Source Day.

Open source w mainstreamie

Dwadzieścia lat temu nie wierzono w sukces technologii open source. Firmy nie traktowały rozwiązań otwartych jako wartościowej alternatywy w stosunku do rozwiązań komercyjnych i nie sądzono, że mogą one z powodzeniem wspierać działalność największych przedsiębiorstw na rynku. Branża IT, co paradoksalne, w związku tym także patrzyła podejrzanie na open source, bez przekonania, że rozpowszechnienie tej technologii może stanowić podstawę działalności biznesowej. Dziś rozwiązania otwarto źródłowe są rozwiązaniami informatycznymi pierwszego wyboru. Nikt się nie zastanawia, czy je wdrażać, tylko jak je wdrażać, które konkretne narzędzia zastosować, by wspierały wybrane procesy w przedsiębiorstwach czy po prostu zapewniały efektywne działanie infrastruktury IT w danej firmie – stwierdził Tomasz Dziedzic, Wiceprezes Zarządu ds. Technologii w Linux Polska, występujący w panelu głównym podczas Open Source Day 2019.

Nie można jednak przyznać, że w kontekście Polski wszystko już zostało zrobione w kwestii zwiększania świadomości na temat korzyści z wdrożenia i samej mechaniki funkcjonowania narzędzi open source.

W dodatku tworzenie nowych produktów i rozwiązań w tym obszarze to domena głównie firm i producentów zagranicznych. Jeżeli Polska ma w pełni korzystać z tej ogromnej fali zainteresowania rozwiązaniami otwarto źródłowymi nie tylko wśród firm z sektora prywatnego, ale i instytucji publicznych, z którą mamy obecnie do czynienia, to jako kraj powinniśmy nastawić się na aktywne tworzenie i produkowanie rozwiązań otwartych – zauważa Tomasz Dziedzic.

III generacja rozwoju otwartego oprogramowania

Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat
Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat

Podobne zdanie o obecnej sytuacji rynku rozwiązań otwartych przedstawił podczas konferencji Adam Wojtkowski, Regional General Manager CEE w Red Hat, firmy będącej partnerem wydarzenia od pierwszej edycji.

Blisko od dekady rozwiązania open source, jeżeli chodzi o powszechność zastosowania, znajdują się w mainstreamie. Co więcej, na świecie, a także i w Polsce, są motorem zmian, które zachodzą w przedsiębiorstwach, również w urzędach administracji centralnej czy samorządowej. Dziś możemy mówić o tym, że wkroczyliśmy w trzecią generację rozwoju otwartego oprogramowania. Biorąc pod uwagę trzy ważne aspekty wdrażania rozwiązań otwarto źródłowych, w dalszym ciągu utrzymują one przewagę nad rozwiązaniami komercyjnymiuważa Adam Wojtkowski.

Koszt zakupu i zastosowania dla przedsiębiorstw rozwiązań otwartych jest relatywnie niższy niż tych „tradycyjnych”. Podobnie jest ze wskaźnikiem innowacyjności – pozostaje on niższy dla narzędzi nie-opensourcowych. A jeżeli chodzi o elastyczność użytkowania, dopasowanie do narzędzi IT posiadanych już przez przedsiębiorstwo, technologia open source nie ma żadnej konkurencji.

Obecnie 15 mln deweloperów na całym świecie pracuje nad rozwiązaniami open source, a rozwijanych jest ok. milion produktów. Inne dane są mniej optymistyczne. Jak podaje GUS, w Polsce brakuje ok. 50 tys. deweloperów, ale według szacunków mówiących o realnym zapotrzebowaniu, liczba ta wynosi nawet
200 tys. W Hiszpanii brakuje aż 500 tys. programistów. Podobnie jest w Danii, która ma ambicje stać się kolejną Doliną Krzemową. Jest to o tyle problematyczna kwestia, że to deweloperzy oprogramowania nadają ton zmianom gospodarczym, to oni tworzą narzędzia, które pozwalają zawalczyć firmom o rynkową konkurencyjność. Także i w tym przypadku odpowiedzą może być open source.

Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB
Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB

Kolejnym gościem panelu głównego 12. edycji konferencji Open Source Day był Jan Karremans, Director Sales Engineering EMEA w EnterpriseDB, jednej z firm będącej partnerem wydarzenia, który mówił o drugiej fali w rozwoju relacyjnych baz danych opartych o technologie open source. W gronie partnerów Open Source Day 2019 znalazły się również: MicrosoftOracle MySQLSysdig oraz Zabbix.

Honorowy patronat nad konferencją Open Source Day 2019 objęły: Ministerstwo Cyfryzacji, Ministerstwo Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwo Przedsiębiorczości
i Technologii
 oraz Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Z kolei wśród patronów medialnych znalazły się redakcje: TOK FM, Warsaw Business Journal, Infor.pl, Egospodarka.pl, PC Format, CD Action, Magazynu Programista, ITWiZ, IT Reseller, Dziennika Internautów, OSworld.pl, Linux.pl oraz Linux Magazine Polska.

Ponad 3200 firm prowadzi prace nad sztuczną inteligencją

Ponad 3200 firm prowadzi prace nad sztuczną inteligencją – wynika z analiz dr. Andrzeja Wodeckiego, adiunkta na Wydziale Zarządzania Politechniki Warszawskiej. Najwięcej z nich specjalizuje się w Big Data i uczeniu maszynowym. Badania pokazują też, że w pracach nad AI cały czas dominują Amerykanie, ale po piętach mocno depczą im Chińczycy.

Serwis Index.co to jeden z największych analitycznych serwisów internetowych gromadzących i udostępniających informacje na temat firm z całego świata. Wykorzystał je w swoich badaniach dr Andrzej Wodecki z Politechniki Warszawskiej, który postanowił przeanalizować wykorzystanie sztucznej inteligencji w przedsiębiorstwach. Badania zostały po raz pierwszy zaprezentowane podczas konferencji Oracle Cloud Day.

Dofinansowanie nie dla wszystkich

Jak wynika z jego analiz, w połowie maja tego roku, 3269 firm uwzględnionych w statystykach Index.co. deklarowało, że zajmuje się sztuczną inteligencją. Najwięcej, bo 1947 z nich specjalizuje się w technologii Big Data, 1724 firmy prowadzi prace w zakresie uczenia maszynowego, a 682 specjalizuje się w wykorzystaniu sztucznej inteligencji w obszarze Internetu. Mniej popularna jest działalność badawcza skoncentrowana np. na przetwarzaniu języka naturalnego (375 firm), wykorzystaniu AI w marketingu (238), obszarze finansów (208) czy zdrowia (199). Najmniej firm deklaruje, że zajmuje się analityką predyktywną.

Największy zastrzyk gotówki otrzymały do tej pory firmy specjalizujące się w technologii: Big Data (16,5 mld dolarów dofinansowania) oraz uczeniu maszynowym (15,5 mld), a także wykorzystujące AI w Internecie (5,1 mld). Firmy specjalizujące się w produkcji oprogramowania otrzymały na rozwój sztucznej inteligencji kwotę 4,2 mld dolarów, te działające w obszarze bezpieczeństwa 3,9 mld dolarów. Przedsiębiorstwa specjalizujące się w rozpoznawaniu obrazu pozyskały 2,9 mld dolarów, a te rozwijające technologie w zakresie robotyki, w sumie 2,4 mld dolarów.

Tylko w ubiegłym roku przejęliśmy kilka podmiotów specjalizujących się w sztucznej inteligencji. To m.in. firma DataFox, której oparty na chmurze silnik AI analizuje dane dotyczące 2,8 mln przedsiębiorstw, czy Data Science. Dzięki takim inwestycjom, łatwiej jest pozyskać wiedzę, szybciej można rozwijać innowacje w obszarze AI czy uczenia maszynowego. Pamiętajmy, że te technologie mają dzisiaj największy biznesowy potencjał, co dobrze widać na przykładzie zarówno rozwiązań, np. autonomicznej bazy danych, która wykorzystując technologię uczenia maszynowego sama się stroi, optymalizuje i zabezpiecza, bez konieczności udziału człowieka, jak i prognoz firm analitycznych. IDC spodziewa się, że do 2021 r. przedsiębiorstwa wydadzą na sztuczną inteligencję i uczenie maszynowe, blisko 60 mld dolarów – zwraca uwagę Tomasz Przybyszewski, Autonomous Cloud, Regional Senior Sales Leader z Oracle.

Firmy inwestują w technologiczne fundamenty

Badania dr Andrzeja Wodeckiego wskazują na dużą przewagę inwestycji w technologie stanowiące fundament rozwoju sztucznej inteligencji nad inwestycjami w gotowe, branżowe rozwiązania. Przedsiębiorstwa dostarczające aplikacje wykorzystujące AI w branży zdrowotnej i finansowej otrzymały 1,9 mld dolarów dofinansowania, a te dostarczające rozwiązania dla branży transportowej 1,8 mld dolarów. To nawet 8-krotnie mniej niż wyniosły inwestycje w rozwijające się technologie.

Oznacza to, że rynek technologii jest już dojrzały, ale aplikacyjny dopiero się rozwija. Widzę tutaj duże pole dla globalnych firm, które samodzielnie rozwijając technologie AI, bądź też przejmując podmioty się w nich specjalizujące, mają dzisiaj wystarczającą wiedzę i możliwości, by edukować rynek w zakresie wykorzystania sztucznej inteligencji w biznesie – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Prześledził on też wartość inwestycji w spółki już na etapie serii B, czyli w momencie, kiedy firma dysponuje gotowym produktem i sprawdzonym modelem biznesu. – To najlepszy wskaźnik potencjału nie tylko samych firm, ale też konkretnych technologii.  Okazało się, że wciąż największe szanse na sprawdzony model biznesu mają inwestycje w technologie Big Data czy uczenia maszynowego. To one niosą największą wartość dla przedsiębiorstw. Znów potwierdza się teza, że dla popularyzacji sztucznej inteligencji i wdrożeniu jej z sukcesem w biznesie, niezmiernie ważna jest rola firm technologicznych takich jak np. Oracle. Agregując doświadczenia z wdrożeń sztucznej inteligencji na wielu polach, zdobyły one doświadczenia, którymi mogą się dzielić – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Stany Zjednoczone potęgą w AI

Andrzej Wodecki w swoich badaniach przeanalizował także lokalizację firm specjalizujących się w sztucznej inteligencji. Najwięcej z nich, co nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem, działa w Stanach Zjednoczonych (1067), ale kolejne pozycje mogą już nieco dziwić. Druga pod względem nasycenia rynku firmami zajmującymi się AI, Wielka Brytania, może pochwalić się 340 tego typu działającymi na rynku podmiotami. Co ciekawe, na 3 pozycji uplasowała się Holandia ze 147 firmami specjalizującymi się w sztucznej inteligencji. Na kolejnych miejscach znalazły się: Kanada (109 firm), Indie i Francja (po 107) oraz Finlandia (98), Hiszpania (84) i Chiny (81). Ranking zamyka Izrael (77), Szwecja (58), Szwajcaria (28) oraz Dania i Włochy (po 27 firm).

– Gdybyśmy wzięli wyłącznie pod uwagę liczbę działających w obszarze sztucznej inteligencji firm, to uzyskalibyśmy niepełny obraz rynku. Dlatego przeanalizowałem także firmy pod kątem inwestycji, czyli realnego potencjału płynącego z ich działalności dla inwestorów. Tu wyniki są zupełnie inne – zwraca uwagę dr Andrzej Wodecki.

Pekin najsilniejszym ekosystemem

W firmy specjalizujące się w AI zainwestowano do tej pory najwięcej na rynku amerykańskim (12,8 mld dolarów). Zaskakująca jest druga pozycja Chin. Na tamtejszym rynku firmy pozyskały blisko 8 mld dolarów. Dla porównania, w trzeciej na liście Wielkiej Brytanii, dofinansowanie wyniosło kilkakrotnie mniej, bo 1,8 mld dolarów. Poniżej 1 mld dolarów dofinansowania zebrały firmy z Izraela, Kanady i Francji. Poniżej progu 500 mln zł zebrały przedsiębiorstwa niemieckie, szwedzkie, japońskie, hinduskie, fińskie i hiszpańskie. Stawkę zamykają firmy z Estonii (116 mln dolarów), Tajwanu (84 mln dolarów) oraz Singapuru (71 mln dolarów).

– Najsilniejsze ekosystemy firm specjalizujących się w sztucznej inteligencji znajdziemy w Krzemowej Dolinie i w Pekinie, gdzie tamtejsze firmy otrzymały do tej pory 6,4 mld dolarów dofinansowania od inwestorów. To bardzo ciekawe, bo jeśli spojrzymy na liczbę firm, to zdecydowanie dominują tutaj ośrodki amerykańskie i europejskie. Pekin nie został nawet uwzględniony w zestawieniu tych najpopularniejszych. To może świadczyć o tym, że jeśli Chińczycy inwestują w sztuczną inteligencję, to po pierwsze dużo, a po drugie, przede wszystkim w duże spółki – mówi dr. Andrzej Wodecki.

Silnymi aglomeracjami, które pozyskały ponad 1 mld dofinansowania są też Chicago, Londyn i Nowy Jork. Na liście nie brakuje też Cambridge (700 mln dolarów), Paryża (488) czy Tel Avivu (383).

Talenty są w cenie

Zatrudnienie w sektorze AI przekracza 1 mln pracowników. W badanych przez dr. Wodeckiego firmach, średnie zatrudnienie nie przekracza 8 osób. Ciekawa jest też rynkowa wartość specjalistów AI. Według badań, pracownik o tej specjalizacji wart jest średnio 1,5 mln dolarów, ale zdarzają się też przypadki, gdzie są oni wyceniani na poziomie nawet 45 mln dolarów.

Badania dr. Andrzeja Wodeckiego zostały przeprowadzone w oparciu o ogólnodostępne dane. Informacje na temat firm pochodzą m.in. z serwisu analitycznego Index.co.

Czy May poda się do dymisji? Niemiecka koniunktura znów słabo

Funt brytyjski ostatnio nie ma dobrej passy. Temat Brexitu przez cały czas pozostaje niewyjaśniony, a kolejne próby rozwiązania problemu wcale nie przybliżają do sukcesu, a prędzej do dymisji szefowej rządu. Na horyzoncie coraz wyraźniej widać kolejny wyznaczony termin opuszczenia Wspólnoty, czyli 31 października.

Dane z Polski

O 10:00 poznaliśmy dwa ważne odczyty dla naszego kraju. Sprzedaż detaliczna wzrosła o 13,6% w skali roku wobec oczekiwanych 8,6%. Z kolei produkcja budowlano-montażowa o 17,4% przy oczekiwaniach na poziomie 15,9%. Analitycy są zgodni, że tak duże wzrosty są jednym z efektów licznych programów socjalnych. Potwierdza to również opinie ekonomistów, że środki te są raczej konsumowane, a nie inwestowane. Co interesujące, pomimo tego, że są to bardzo dobre dane, w momencie ich publikacji złoty się osłabiał. Było to jednak spowodowane publikacją w tym samym momencie odczytów zza zachodniej granicy.

Niemiecka koniunktura znów słabo

Pomimo zgodnych z oczekiwaniami pomiarów w sprawie finalnego odczytu PKB, nasz zachodni sąsiad nie może zaliczyć tego dnia do udanych. Powodem były indeksy PMI, które zarówno dla przemysłu, jak i dla usług, wypadły poniżej oczekiwań. Nie bez znaczenia był również (opublikowany równo z polskimi danymi) indeks instytutu IFO. Okazał się on o 1,2 pkt gorszy od przewidywań, co było kolejnym ciosem dla europejskiej waluty. Niemcy są zdecydowanie najważniejszą gospodarką Unii i spowolnienie tej gospodarki ma największe przełożenie na pozycję euro. Z kolei słabość euro przekłada się na słabszego złotego.

Czy premier May poda się do dymisji?

Po ostatnim braku sukcesów w sprawie Brexitu oraz buncie wewnątrz partii coraz głośniej słychać o ustąpieniu Theresy May, które mogłoby nastąpić nawet jutro. Teoretycznie w Izbie Gmin jest kolejna propozycja rozwiązania brexitowego galimatiasu, ale szanse na znalezienie większości nie są zbyt duże. Gdyby doszło do odwołania pani premier, to prawdopodobnie można się spodziewać dalszego osłabienia funta, chociaż spora część zawirowania wokół tego tematu jest już zawarta w jego cenie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:30 – USA – wnioski o zasiłek dla bezrobotnych,
  • 15:45 – USA – indeks PMI dla przemysłu,
  • 16:00 – USA – sprzedaż nowych domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl

Dane wskazują na siłę polskiej gospodarki. Złoty jednak nie reaguje

Polski złoty wczoraj zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie w relacji do euro i dolara amerykańskiego. Złoty, podobnie jak główne waluty, w środę umocnił się w relacji do słabszego funta brytyjskiego.

Do wczorajszych dobry danych o krajowej produkcji przemysłowej, dziś dołączył świetny odczyt sprzedaży detalicznej w kwietniu. W ujęciu rocznym sprzedaż rosła o 13,6% w cenach bieżących i 11,9% w cenach stałych. Realna dynamika była najwyższa od 2011 r. Wysoki wzrost sprzedaży częściowo jest wynikiem efektu ułożenia kalendarza, który sprawił, że świąteczne zakupy przypadły właśnie na kwiecień. Znaczenie miała również niska baza z analogicznego okresu w ubiegłym roku. Niemniej, wyraźny rozstrzał z oczekiwaniami konsensusu ekonomistów (rzędu kilku punktów procentowych) pokazuje, jak dobre były to dane.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 4,30-4,31, notując bardzo niewielką zmienność. Kurs EUR/USD wczoraj również pozostawał względnie stabilny.

Ostatnie godziny przyniosły gros odczytów makroekonomicznych ze strefy euro. Poranne dane o dynamice PKB Niemiec okazały się zgodne ze wstępnym szacunkiem. PKB kraju rosło o solidne 0,4% w ujęciu kwartalnym, odbijając wyraźnie w relacji do płaskiej dynamiki z końcówki ubiegłego roku. Z jednej strony można to uznać za optymistyczny sygnał, z drugiej natomiast należy zwrócić uwagę, że znaczenie dla poprawy danych miała kwestia niskiej bazy z poprzedniego kwartału.

Co tyczy się bardziej bieżących danych: dzisiejsze odczyty PMI dla strefy euro rozczarowały, notując jednocześnie poziomy zbliżone do tych z poprzedniego miesiąca. O tej samej godzinie opublikowane zostały dane Ifo opisujące sentyment biznesu w Niemczech, które w ujęciu ogólnym zaskoczyły in minus, sugerując pogorszenie nastrojów wśród niemieckich przedsiębiorców w maju. Wspólna europejska waluta na dzisiejsze dane zareagowała negatywnie, doświadczając wyprzedaży w relacji do głównych walut.

Oprócz danych warto zwrócić uwagę, że dziś rozpoczynają się wybory do Parlamentu Europejskiego, które potrwają do końca tygodnia. Zgodnie z oczekiwaniami znaczenie populistów w PE ma istotnie wzrosnąć. W tym kontekście istotna będzie skala tego wzrostu. Im będzie on większy, tym najpewniej gorzej dla europejskich aktywów. Zakładając, że wybory nie przyniosą większych niespodzianek, w naszej opinii ich wpływ na samą walutę powinien być jednak dość ograniczony. Ewentualne większe zmiany na europejskich aktywach mogą zostać zaobserwowane na początku przyszłego tygodnia, wyniki wyborów mamy poznać bowiem dopiero w niedzielę.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę spadł o 0,3%, wahając się w widełkach 4,87-4,91. Wczorajsze, gorsze od oczekiwań dane o inflacji w Wielkiej Brytanii nie skupiły na sobie zbyt wielkiej uwagi inwestorów. Tematem numer jeden pozostaje Brexit, a coraz mniejsze szanse na akceptację porozumienia Theresy May przez brytyjski parlament sprawiają, że funt nie przestaje tracić. Co więcej, jak donosi brytyjski „The Times” sytuacja może jeszcze bardziej skomplikować się w piątek, kiedy zgodnie ze źródłami dziennika premier Wielkiej Brytanii ma ogłosić rezygnację z urzędu. Zgodnie z doniesieniami, May ma pozostać na stanowisku jedynie do momentu wyboru nowego lidera.

USD

Kurs USD/PLN w środę zakończył dzień na niemal niezmienionym poziomie, wahając się w widełkach 3,85-3,87. „Minutki” z ostatniego spotkania FOMC opublikowane wczoraj wieczorem nie przyniosły istotnego przełomu. Członkowie Rezerwy Federalnej postulują „cierpliwość przez jakiś czas” w kwestii stóp procentowych. Jednocześnie wielu z nich zgadza się z opinią prezesa Fed, zgodnie z którą ostatni spadek dynamiki cen jest zjawiskiem tymczasowym.

 

Dziś poznamy cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA oraz wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej PMI w USA w maju. Wieczorem przemawiać będzie również kilku członków FOMC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – cotygodniowe dane o zadeklarowanych wstępnych bezrobotnych w USA
  • 15:45 – wstępny odczyt wskaźników aktywności biznesowej w USA w maju
  • 16:00 – dane z amerykańskiego rynku nieruchomości w kwietniu
  • 18:00 – przemawia Ewald Nowotny z EBC
  • 19:00 – przemawiają Thomas Barkin, Raphael Bostic, Mary Daly i Robert Kaplan z FOMC

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Revolut uruchamia wspólne Sejfy (Group Vaults) do organizacji zrzutek wśród znajomych i rodziny

  • Group Vaults to alternatywa dla wspólnych kont i łatwy sposób na oszczędzanie z przyjaciółmi i rodziną
  • Grupa może odkładać zaokrąglone końcówki, ustawić powtarzalne donacje, zrobić jednorazową zrzutkę
  • Od kwietnia 2018 r. użytkownicy stworzyli 1 milion Sejfów Vault i zaoszczędzili na nich 360 milionów zł

Revolut, najszybciej rosnący fintech w Europie, ogłosił uruchomienie Group Vaults, łatwego sposobu na wspólne oszczędzanie ze znajomymi, współlokatorami lub rodziną na z góry ustalone cele.

Użytkownicy będą mogli w dowolnym czasie wpłacać do sejfów Group Vaults zaokrąglone końcówki płatności, ustawić automatyczne powtarzające się donacje lub dokonać jednorazowej wpłaty. To najłatwiejszy sposób na organizację zrzutki na wyjazd wakacyjny, wspólny budżet na domowe rachunki lub składkowy prezent.

Nowa funkcjonalność może spodobać się parom, które nie chcą wypełniać formularzy i podań o wspólne konto w tradycyjnych instytucjach finansowych. Elastyczna funkcjonalność pozwoli w dowolnym momencie zwiększyć lub zmniejszyć poziom donacji, zmodyfikować tryb oszczędzania lub szybko wypłacić zgromadzoną kwotę.

Od wprowadzenia funkcji Sejfów Vault w kwietniu 2018 roku użytkownicy Revolut w Europie założyli ponad 1 milion sejfów oszczędzając na nich łącznie ponad 360 milionów zł. Każdego dnia zakładanych jest około 3000 nowych sejfów na przeróżne cele, marzenia i potrzeby. Najczęściej nadawanymi nazwami sejfów w Europie są “savings” (70 tys.), “holidays” (60 tys.) i “car” (10 tys.), a w Polsce “wakacje” (5600 sejfów). Walutami, w których użytkownicy najczęściej oszczędzają w Sejfach Vault, są euro (EUR), brytyjskie funty (GBP), franki szwajcarskie (CHF) oraz bitcoiny (BTC).

Po sukcesie Sejfów Vault, otrzymaliśmy tysiące pytań przez czat pomocy w aplikacji Revolut, na internetowym forum naszej społeczności użytkowników i mediach społecznościowych o dalszy rozwój tej usługi. Wiele osób wskazywało na konieczność poszerzenia jej o wspólne oszczędzanie. To przeciwieństwo naszej funkcji split bill, czyli automatycznego dzielenia rachunku. Group Vaults można porównać też do funkcji grupowego czatu, który łatwo założyć, łatwo do niego dołączyć, łatwo go opuścić i łatwo zamknąć. Oddajemy go w ręce użytkowników. Mamy nadzieję, że ułatwi realizację wielu udanych zbiórek” – powiedział Ed Cooper, Head of Mobile w Revolut.

Revolut zamierza umocnić swoją pozycję jednego z najbardziej innowacyjnych fintechów w Europie realizując w najbliższych miesiącach szereg zapowiadanych premier, w tym: usługi robo-advisory, bezprowizyjnego handlu akcjami, aplikacji dla dzieci oraz Google Pay i Apple Pay.

Niezależnie od nadchodzących nowości produktowych, Revolut planuje w najbliższych miesiącach wyjść poza Europę i udostępnić usługi w Australii, Nowej Zelandii, Japonii, Singapurze, Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. Na listach kolejkowych oczekuje na to łącznie 190 000 przyszłych użytkowników.

Wpłata własna w leasingu. Sprawdź, jak ją dopasować

euro-870758_1280Zamierzasz wziąć samochód w leasing? Aby taka forma finansowania była jak najbardziej korzystna, już na wstępie musisz ustalić wysokość wpłaty własnej. To istotny element wszystkich opłat leasingowych, który zależy m.in. od aktualnej sytuacji finansowej przedsiębiorstwa oraz Twoich oczekiwań.

Leasing może być korzystną formą finansowania firmowej floty pojazdów. Duże znaczenie ma ustalenie wpłaty własnej w takiej wysokości, która będzie odpowiadała na potrzeby i oczekiwania przedsiębiorcy. Dlatego często pojawia się dylemat: zdecydować się na możliwie najniższy czynsz inicjalny czy wpłacić większą kwotę? W podjęciu odpowiedniej decyzji pomoże kalkulator leasingowy – internetowe narzędzie, z którego warto skorzystać.

Wpłata własna – ważny element całkowitego kosztu leasingu

Wpłata własna to parametr, który występuje również pod nazwą czynszu inicjalnego lub opłaty wstępnej. Ponosi ją leasingobiorca w momencie podpisywania umowy leasingowej – na poczet całkowitego kosztu leasingu. Stanowi procentową wartość liczoną od wartości leasingowanego pojazdu.

Wpłata własna stanowi ważny element leasingu. Między innymi od jej wysokości zależy wysokość miesięcznej raty. Od niej zależy również całkowity koszt leasingu. Im wyższa wpłata własna, tym niższy koszt całkowity. I odwrotnie – niższy czynsz inicjalny oznacza wyższy koszt całkowity. Warto jednak podkreślić, że w istotną rolę może odgrywać przy tym także wysokość wykupu.

Wysoka czy niska wpłata własna – co się opłaca?

Kalkulator leasingowy nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Biorąc pod uwagę fakt, że różnice w kosztach całkowitych wcale nie muszą być znaczące, nie zawsze warto decydować się na wysoki czynsz inicjalny. Zamiast wpłacać np. 30%, aby uzyskać optymalną ratę, lepiej wybrać wkład własny na poziomie 10% – i w tym przypadku wysokość raty może być akceptowalna. Za przykład może posłużyć Leasing SMARTPLAN na nowe pojazdy z oferty Toyota Leasing, którego cechą charakterystyczną jest niższa nawet o połowę miesięczna rata.

Przykład. Załóżmy, że wybierasz leasing z wpłatą własną na poziomie 10% i okresem finansowania wynoszącym 3 lata. Toyotę Yaris możesz wziąć w leasing już od 505 zł netto na miesiąc. 

Wysoka wpłata własna będzie korzystna, jeśli:

  • chcesz osiągnąć dużą korzyść podatkową w miesiącu poniesienia wydatku,
  • nie masz odpowiednio wysokiej zdolności kredytowej.

Jeżeli natomiast na względzie masz wyłącznie niską ratę, może to zapewnić także niski czynsz inicjalny na poziomie 10%. Różnicę warto natomiast przeznaczyć na inwestycje lub pozostawić jako środki obrotowe w przedsiębiorstwie.

Jak rozpoznać indywidualne motywatory pracowników?

Utrzymanie wysokiego zaangażowania wśród pracowników to niezwykle ważny element funkcjonowania każdej firmy. O tym co najbardziej mobilizuje do działania niektórzy mówią wprost, inni nie chcą lub nawet nie potrafią dokładnie określić, co ich motywuje. Podpowiadamy jak skutecznie motywować pracowników oraz jak sprawdzić ich indywidualne potrzeby.

Motywacja jest bardzo ważnym czynnikiem nie tylko do wykonywania efektywnej pracy, ale także do rozwoju indywidualnych kompetencji. Kluczowe znaczenie ma osobowość, czyli potencjał do osiągania sukcesów, a także sytuacja życiowa i zawodowa.

Badania i praktyka wielokrotnie pokazywały, że osobowość jest jednym z najlepszych czynników prognostycznych, w jaki sposób ludzie budują relacje, postrzegają rzeczy i podchodzą do pracy. Wszystkie te cechy w dużym stopniu przewidują wyniki pracy, potrafią ukazać zachowania pracownika lub rekrutowanego kandydata, odzwierciedlając jego kompetencje i zapewniając wgląd w jego mocne strony i obszary rozwoju, a także ich motywatory i wartości. – mówi Magdalena Nowacka, Senior Consultant, Assessment Systems Polska.

Obecnie wśród firm panuje przekonanie iż nowocześnie urządzone biura, owocowy dzień, czy też niekończąca się kafeteria pozapłacowych świadczeń pomoże motywować pracowników. Zapominamy, iż każdy człowiek ma swój system wartości i zestaw jego osobistych motywatorów wewnętrznych, np.: rozpoznawalność, władza, hedonizm, altruizm, przynależność, tradycja, bezpieczeństwo, finanse, estetyka i nauka. Ten zestaw rdzennych wartości opisuje również kulturę organizacyjna jaką tworzą poszczególne osoby na konkretnych stanowiskach w swoim otoczeniu. Często faktyczna kultura organizacyjna mocno różni się od oficjalnie głoszonych haseł w firmie.

Czynniki motywujące pracowników do efektywniejszej pracy

Finanse: bez wątpienia skutecznym motywatorem są pieniądze, czyli premie i podwyżki płac. Na pracowników dobrze działają również świadczenia pozapłacowe takie jak karnety sportowe, bilety do kina i teatru, czy bony na zakupy.

Pakiet dodatkowych świadczeń socjalnych działa niestety tylko przez krótki czas. Jest jednak szereg czynników, które nie mają bezpośredniego związku z finansami, a o których każdy pracodawca powinien pamiętać. Wśród wymienionych motywatorów na pewno choć jeden mobilizuje każdego z naszych pracowników.

Stabilność zatrudnienia i bezpieczeństwo: praca w stabilnych warunkach to dla wielu osób ważny czynnik, który pozwala wykonywać powierzone obowiązki z zaangażowaniem. Gdy pracownik czuje, że w danym miejscu pracy zostanie dłużej i otrzymuje „na czas” wynagrodzenie, bardziej identyfikuje się z firmą.

Niezależność w wykonywaniu obowiązków: większą swobodę w działaniu i podejmowaniu decyzji na pewno docenią osoby, które lubią niezależność. Okazane w ten sposób zaufanie  przez przełożonego na pewno pozytywnie wpłynie na wyniki pracy wśród tego typu osób. Warto pamiętać, że takie osoby nie odnajdują się w organizacjach o strukturze hierarchicznej, czyli tam, gdzie obowiązują sztywne reguły i procedury.

Przyjazna atmosfera/kultura organizacyjna: „Przychodzimy do firmy, odchodzimy od szefa” – to zdanie często słyszymy w kuluarach, gdy żegnają się pracownicy. Szacunek i wsparcie przełożonego oraz możliwość wykonania zadań w bezstresowych warunkach to niezwykle istotna kwestia w każdej pracy niezależnie od branży i wykonywanych obowiązków. Jeśli dodatkowo szef potrafi pochwalić i podziękować za dobrze wykonane zadanie możemy być pewni, że kolejne zostanie wykonane z jeszcze większym zapałem.

Posiadanie wpływu na realizowane zadania: wielu pracowników lubi mieć pewność, że powierzony projekt wpłynie pozytywnie na ich rozwój i umiejętności. Lubią mieć poczucie realizacji interesującego i odpowiedzialnego zadania.

Hedonizm: poczucie zadowolenia z pracy i radość w życiu prywatnym to wciąż dla wielu kluczowy element codziennego życia. Jeśli kultura organizacyjna firmy jest spójna z systemem wartości danej osoby to jest szansa na długoterminową lojalność pracownika, ponieważ odnajduje on każdego dnia radość z pracy.

Nauka: poszukiwanie wiedzy, technologii i danych – pracownicy o wysokich wynikach na skali nauki doskonale odnajdą się w firmach o nowoczesnej technologii. Ich motywacją jest ciągłe uczenie się. Jeśli takie osoby trafią do firmy, która dużą wagę przywiązuje do reliktów przeszłości, szybko się frustrują i uciekają.

Jak sprawdzić prawdziwą motywację przyszłych i obecnych pracowników?

Niezwykle ważne jest, by pracodawca poznał indywidualne motywatory swoich pracowników. Pamiętajmy, że to, co motywuje przełożonego – nie musi motywować jego podwładnych. Wprowadzenie systemów motywacyjnych wiążę się z dodatkowymi kosztami. Warto wybrać takie, które zostaną docenione. Przydatnym narzędziem do sprawdzenia indywidualnych motywatorów wśród pracowników może okazać się opracowany przez amerykańskiego psychologa Roberta Hogana Kwestionariusz Motywów, Wartości i Preferencji (MVPI), który wskazuje pragnienia i prawdziwą motywację, system wartości badanego, zamiary oraz  dopasowanie do kultury organizacyjnej badanego. Kwestionariusz składa się z 200 pytań, na wypełnienie których ankietowany ma 15 – 20 minut. Swoją efektywność zawdzięcza normalizacji na grupie ok 150 000 osób pracujących w 200 zawodach obejmujących główne gałęzie przemysłu. W Polsce jedynym przedstawicielem metod Hogana jest Assessment Systems Polska.

Jak zhakować wybory? Fake news – subtelna sztuka manipulacji

W pewnym “demokratycznym” kraju odbywały się wybory, tak więc jeden porządny obywatel poszedł do lokalu wyborczego i oddał swój głos. Kiedy wrócił do domu, żona spytała go na kogo zagłosował. Odpowiedział, że w tym roku postanowił dać szansę opozycji. Jego żona krzyknęła “Oszalałeś?! Zabiją nas oboje jeżeli nie zagłosujemy na aktualnego prezydenta! Wracaj i zmień swój głos!”. Facet niechętnie wrócił do lokalu i wyjaśnił strażom o tym, że zaszła pomyłka i chciałby zmienić swój głos. Strażnik odpowiedział: “Już nie trzeba proszę Pana, zrobiliśmy to za Pana!”.

Pomimo tego, że ingerowanie w wynik wyborów to nie jest sprawa do żartów, nie jest to nowe zjawisko. Hakowanie wyników wyborów występowało już w historii pod wieloma postaciami, poczynając od lat 40-tych XX wieku. W dzisiejszych czasach, gdy cyberataki stają się coraz popularniejsze, to właśnie one stały się najsilniejszą bronią, za pomocą której jedno państwo może uderzyć w drugie.

Subtelna sztuka manipulacji

Przykładem najbardziej znanej metody wpływania na wynik wyborów jest domniemana rosyjska kampania podczas amerykańskich wyborów z 2016 roku. Miała ona polegać na manipulowaniu skomputeryzowanymi systemami głosowania. Wiele osób słyszało o niej dzięki licznym doniesieniom w mediach.

Jednym z podobnych doniesień była historia 11-letniego chłopca, który znalazł podatności w kopii strony internetowej  wyborów w stanie Floryda. Po włamaniu się na fałszywą stronę był w stanie zmienić sumy głosów na niej zapisane w niecałe 10 minut.

Istnieją jednak bardziej subtelne, ale równie szkodliwe techniki, pozwalające zagranicznym lub krajowym aktorom na złamanie lub zmianę reguł wedle własnego upodobania, bez konieczności przebywania w pobliżu maszyny do głosowania.

Od roku 2016, cyfrowe kampanie propagandowe i dezinformacyjne stały się coraz bardziej wyrafinowane. Wynika to po części ze wzmożonego zainteresowania obcych sił tematem podatności międzynarodowych systemów głosowania, a po części z faktu, że media społecznościowe są szczególnie podatne na zorganizowanie kampanie dezinformacyjne, co pokazuje słynna i kontrowersyjna sprawa firmy konsultingowo-politycznej Cambridge Analytica.

Wiele osób obarcza winą za istniejący stan rzeczy tysiące fałszywych kont na Twitterze i Facebooku, mających ogromny wpływ na opinię publiczną. Jednakże wg specjalistów bezpieczeństwa cybernetycznego z firmy Check Point Software Technologies jest to tylko po części prawdziwe.

Weźmy jako przykład nadchodzące wybory w Izraelu. Według niektórych szacunków, w celu zdobycia jednego miejsca w parlamencie, na daną partię musi zagłosować 100 000 osób. W rzeczywistości ciężko jest przekonać głosujących, żeby w ogóle pofatygowali się do lokalu wyborczego i zagłosowali, a co dopiero żeby zagłosowali na konkretnego kandydata. Jest to również rozwiązanie bardzo kosztowne, co widać po wydanych 5 miliardach dolarów na amerykańskie wybory w połowie 2018 roku, uznane za najdroższe wybory w historii.

Powyższe wynika z faktu, że w tygodniach poprzedzających dzień wyborów, wyborcy są zalewani politycznymi komunikatami, co w praktyce bardzo ogranicza wpływ pojedynczej wiadomości, niezależnie od tego czy jest ona pozytywna czy negatywna – wskazują eksperci Check Pointa.

Zamiast tego, dużo bardziej efektywnym i potężnym sposobem jest wpływanie na narrację wiadomości. Dzięki temu, zewnętrzne siły mają znaczący wpływ na wzmocnienie obecności poszczególnych artykułów w mediach społecznościowych, co może spowodować zmianę wyniku wyborów.

Najważniejsze jest wyczucie czasu

Głosujący często mają ustalony światopogląd i podejście do sił politycznych biorących udział w wyborach. Z tego powodu, według badań nad komunikacją polityczną, media nie są efektywne w mówieniu ludziom co mają myśleć. Natomiast z dużym sukcesem są w stanie nakłonić czytelników i widzów, o czym mają myśleć.

 

Co więcej, na preferencje wyborcze wpływ ma fenomen określany jako recency bias (ang. “uprzedzenia spraw aktualnych”), polegający na tym, że sprawy omawiane w mediach najczęściej na kilka tygodni przed wyborami, mają dla wyborców największe znaczenie. Przykładowo, artykuły o imigrantach będą jedną z kluczowych kwestii, która może zadecydować o wyborze populistycznego bądź niepopulistycznego kandydata.

Z powodu powyższego, niekoniecznie boty postujące tysiące wiadomości o konkretnej kwestii są najbardziej efektywnym sposobem hakowania wyborów. Zamiast tego, seria skandali, które wyciekną do mediów w odpowiednim czasie bezpośrednio przed wyborami, może mieć największy wpływ poprzez zdominowanie narracji mediów. W ten sposób, zagraniczne siły mogą w ukryty sposób wstrzykiwać wiadomości, prawdziwe bądź nie, w ogólną świadomość.

Udawaj aż Ci się uda

Jak wspominaliśmy wcześniej, dezinformacja podczas wyborów nie jest niczym nowym, ale piąta generacja zagrożeń sieciowych, dezinformacja czy fake news są rozprzestrzeniane w dzisiejszych czasach na znacznie bardziej wyrafinowane sposoby. Wraz z rozwojem technologii, narzędzia, które zaczynały jako oczywiste fałszywe konta rozsyłające spam w mediach społecznościowych, stały się dużo bardziej dojrzałe.

W sercu wszystkiego znajduje się sztuczna inteligencja, która pozwala komputerom przeprowadzać obliczenia w czasie rzeczywistym i tworzyć treści, które wydają się coraz bardziej prawdziwe i naturalne. Doszliśmy do momentu, w którym część z nich jest uznawana przez ich autorów za zbyt niebezpieczną, aby je publikować. Tak było w przypadku GPT-2, opartej na sztucznej inteligencji maszyny, która opierając się na algorytmach wykorzystujących algorytmy uczenia maszynowego i big data, mogła generować bardzo spójne akapity tekstu bez konieczności ingerencji użytkownika.

Narzędzia te nie ograniczają się jedynie do tekstu. Osiągnięto zaskakujące wyniki w tworzeniu fałszywych nagrań wideo, które są praktycznie nierozróżnialne od oryginalnych. Wykorzystując fakt, że materiały wideo stały się preferowanym medium dla milionów odbiorców na całym świecie (przede wszystkim dzięki popularyzacji smartfonów), wykorzystując materiały wideo tzw. “Deep Fake”, ktoś może sfingować wypowiedzi kandydatów politycznych, które tak naprawdę nigdy nie miały miejsca. Zanim prawda wyjdzie na jaw, szkody zostały już wyrządzone.

Wykorzystując opisane wyżej narzędzia i potencjał wiralny platform mediów społecznościowych, strach pomyśleć, jakie efekty można osiągnąć. Mimo tego, że istnieją inicjatywy próbujące przeciwstawić się zalewowi dezinformacji ogarniającej media społecznościowe, ciężko nie odnieść wrażenia, że nie nadążają one za nowościami wprowadzanymi na froncie nowoczesnych cyberzagrożeń.

Jednym z powodów obecnego stanu rzeczy może być fakt, że narzędziom zapobiegawczym brakuje dostępu do danych przechowywanych przez platformy społecznościowe, które pozwoliłyby na odsianie fałszywych i wprowadzających w błąd treści – wnioskują analitycy Check Pointa.

Podczas gdy trwają spory w jakim stopniu platformy te są odpowiedzialne za treści na nich udostępniane, jedno jest pewne: zdecydowanie potrzeba kooperacji pomiędzy nimi i stroną trzecią, czy to rządami czy prywatnymi firmami, które mają interes w zminimalizowaniu szkód wyrządzonych użytkownikom. Bez podjęcia takich środków, najprawdopodobniej zobaczymy kolejne ataki na wszystkie etapy procesów wyborczych oraz rezultaty tego typu szkodliwych działań.

2019 rokiem wyborów

Od Hiszpanii, przez Polskę, do Izraela i od Kanady po Nową Zelandię, ponad 90 regionalnych i państwowych wyborów zostało zaplanowanych na rok 2019, a strach przed obcą interwencją rośnie.

Wolne wybory są kluczowym elementem działania demokratycznych instytucji. Cyberataki na te instytucje umożliwiają ingerencję w wyniki wyborów i podważenie samych podstaw demokracji przez siły zarówno rządowe jak i pozarządowe.

Niezależnie od tego czy chodzi o atakowanie skomputeryzowanych systemów głosowania czy manipulowania preferencjami wyborczymi poprzez sianie dezinformacji, podstawą tego typu działań jest technologia. Dlatego też odpowiedzią na wszelkiego rodzaju cyberataki powinny być rozwiązania, które również opierają się na alternatywnych, ale wcale nie mniej rozwiniętych technologiach, które pomogą zapobiec tego typu działaniom.

RODO zmieniło polskie firmy

Wejście w życie RODO, w 89% polskich firm skutkowało istotnymi zmianami – wynika z przygotowanego przez EY Polska raportu „Rok z RODO. Stosowanie RODO w firmach – szanse i zagrożenia”. 68% organizacji poniosło odczuwalne wydatki na dostosowanie do nowych przepisów, a oprócz pieniędzy zainwestowało w ten proces również czas. Jedna trzecia organizacji poświęciła na wdrożenie dyrektywy co najmniej rok, a 44% około pół roku. Ale koszty to nie wszystko. Firmy, które dostosowały się do nowych regulacji, wykorzystały okazję, by wdrożyć w swojej działalności podejście procesowe (82%), zoptymalizować zasoby (70%) i zwiększyć bezpieczeństwo informatyczne (68%).

Przepisy dotyczące ochrony danych osobowych, które weszły w życie 25 maja 2018 roku bez wątpienia wymusiły na przedsiębiorstwach konieczność wprowadzenia zmian. Jak wynika z raportu EY Polska powstałego na podstawie badania zleconego firmie badawczej CubeResearch, prawie dla połowy organizacji były one bardzo istotne. Dotyczy to przede wszystkim największych firm (zatrudniających co najmniej 1000 osób).

Zmiany wprowadzone w firmach, w największym stopniu (70%) wpłynęły na procesy obsługi klienta i procesy rekrutacyjne. Z kolei 67% ankietowanych odczuło skutki RODO w procesach kadrowych, 47% – w marketingowych.

Biorąc pod uwagę kwestię dostosowania technologicznego, 1/3 firm – przede wszystkim dużych – przyznała, że by wdrożyć nowe przepisy konieczny był zakup dodatkowego oprogramowania.

Wprowadzenie w życie zmian, dla niemal wszystkich firm wiązało się z koniecznością poniesienia dodatkowych kosztów. Wysokie i średnio wysokie wydatki odnotowano w 68% firm.

Oprócz inwestycji pieniężnych, przedsiębiorcy musieli w zmiany zainwestować również czas. Dostosowanie do przepisów RODO, średnio zajęło firmom około pół roku – tak deklaruje 44% ankietowanych, biorących udział w badaniu. Z kolei 33% przyznało, że proces był znacznie dłuższy i trwał co najmniej rok.

– Wyniki badania potwierdzają, że zmiany dla firm wynikające z RODO mają istotny, przekrojowy i dotykający całej organizacji charakter. RODO z założenia jest aktem interdyscyplinarnym, wymagającym dostosowania również na innych polach niż tylko prawne – m.in. na polu zarządzania danymi, oceny ryzyka oraz bezpieczeństwa. Chociaż po nałożeniu przez francuski i polski organ ochrony danych kar pieniężnych za nieprawidłowości przy spełnianiu obowiązku informacyjnego, a w przypadku organu francuskiego również za nieprawidłowości przy odbieraniu zgody, może błędnie wydawać się, że RODO sprowadza się tylko do zagadnienia klauzul będącego domeną działów prawnych. Oczywiście tak nie jest. W mojej opinii zmiany wynikające z RODO mają w rzeczywistości sens biznesowy – mówi Konstanty Dobiejewski, Radca prawny,  Associate Partner, Kancelaria EY Law

Z punktu widzenia ponad połowy firm (56%) wyzwania na nadchodzący czas to ograniczenie wpływu RODO na działania marketingowe i sprzedażowe. Przedsiębiorcy deklarują, że będą musieli stawić również czoła nadużywaniu przez konsumentów np. prawa do zapomnienia (39%) i lepiej przygotować się bardziej skomplikowany proces rekrutacji pracowników (30%).

Komu najtrudniej wynająć mieszkanie i dlaczego najem instytucjonalny to dobre rozwiązanie?

Pomimo wzrostu cen wynajmowanych mieszkań, chętnych na nie wciąż nie brakuje i obecnie popyt na lokale do wynajęcia stanowi ponad 20 proc. całego popytu na rynku nieruchomości. Okazuje się jednak, że stale rosnące koszty najmu, to niekiedy najmniejszy problem w poszukiwaniu idealnego miejsca do życia. Dla niektórych wynajęcie mieszkania to nie lada wyzwanie.

Według ostatnich doniesień, średnio czynsz w Polsce wzrósł o ok. 3 proc, ale nie zraziło to potencjalnych zainteresowanych poszukujących mieszkań na wynajem.

Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem
Rafał Malik, Fundusz Mieszkań na Wynajem

Duże zainteresowanie mieszkaniami na wynajem to nie tylko kwestia większej konkurencji pomiędzy potencjalnymi najemcami, ale także jeszcze trudniejsze znalezienie odpowiedniego miejsca dla wybranych grup społecznych. Okazuje się, że część właścicieli  lokali na wynajem ma różne preferencje i wymagania, co do przyszłego najemcy – komentuje Rafał Malik,  dyrektor biura zarządzania najmem Funduszu Mieszkań na Wynajem. Dane pokazują, że wśród prywatnych osób chcących wynająć mieszkanie są mniej i bardzie preferowani lokatorzy.

Obcokrajowcy a uprzedzenia

Jak wynika z danych dostępnych na stronie Urzędu ds. Cudzoziemców na przestrzeni ostatnich lat zauważalny był wzrost liczby wydanych pozwoleń na zamieszkanie na czas oznaczony lub pobyt czasowy. W 2017 roku była to rekordowa liczba 103 219 pozwoleń, co w stosunku do roku 2014, gdzie wydano 42 557 takich pozwoleń, oznacza wzrost o ponad 58 proc. Okazuje się, że najliczniej przybywającą do nas grupą emigrantów są mieszkańcy Ukrainy, a następnie Wietnamu, Chin i Białorusi.

Często wynajem mieszkania dla tych osób bywa kłopotliwy. Właścicieli mieszkań na ogół zniechęca nadal obecna bariera językowa i różnice kulturowe, które dla wynajmujących mogą być problematyczne.– zauważa Rafał Malik.

Rodzinom z dziećmi wcale nie jest łatwiej

Problemy z wynajmem mają także osoby zakładające rodzinę Niekiedy wprost można usłyszeć od osób oferujących nieruchomość, że mieszkanie nie zostanie wynajęte, ponieważ dziecko pomaże ściany. W tej sytuacji na nic zdaje się argument, że w umowie jest wyraźnie zaznaczone, że najemca ponosi wszystkie koszty zniszczeń i szkód.

Sceptycznie wobec zwierząt

Okazuje się, że posiadanie czworonożnego przyjaciela także nie ułatwia znalezienia mieszkania. Mimo, iż większość z nas lubi i samemu posiada zwierzęta w domu, to w przypadku wynajmowania mieszkania, nie jesteśmy już tak otwarci. Jak wynika z raportu Kantar Public (dawniej Zespół Badań Społecznych TNS Polska) w 2017 roku ponad połowa z nas, bo 52 proc. Polaków miała zwierzę w domu. Niestety, właściciele nieruchomości często obawiają się zniszczeń, zwłaszcza świeżo wyremontowanych mieszkań, jakich może dokonać nasz pupil, zwłaszcza jeśli jest to pies lub kot lub nieprzyjemnego zapachu. Z tego względu wielu najemców poszukujących domu ze swoim czworonogiem niejednokrotnie musieli zrezygnować z wynajmu wymarzonego lokum z powodu zapisu w umowie, że przetrzymywanie zwierząt jest w nich niedopuszczalne.

Nie wszyscy wynajmujący mają upodobania

Osoby dyskryminowane w trakcie poszukiwań mieszkania do wynajęcia coraz częściej, aby uniknąć nieprzyjemności, decydują się na skorzystanie z tzw. najmu instytucjonalnego. W Funduszu Mieszkań Na Wynajem, który oferuje wygodną opcję najmu instytucjonalnego, są jasne zasady i warunki, które trzeba spełnić, aby zamieszkać w jednym z mieszkań. Ocenie podlega zdolność finansowa i to jest główne kryterium dostępności mieszkań.

Jako Fundusz zdajemy sobie sprawę z powyższych problemów, dlatego staramy się im przeciwdziałać naszą ofertą, która jest dostępna dla wszystkich. Wystarczy spełnić określone wymogi formalne i nie obawiać się jakichkolwiek uprzedzeń ani dyskryminacji. Obecnie z naszej oferty coraz chętniej korzystają osoby, które przyjechały do Polski zza wschodniej granicy. Przejrzyste warunki wynajmu i dostęp do anglojęzycznej obsługi zdecydowanie ułatwia przejście formalności i znalezienie komfortowego lokum. Chcemy aby nasi lokatorzy czuli się jak u siebie – przede wszystkim bezpiecznie, mając przy tym poczucie równego traktowania – podkreśla Rafał Malik.

Polskie recyklomaty w Warszawie – wymienisz puste opakowania na benefity

10 automatów do oddawania zużytych opakowań: plastikowych butelek PET, butelek szklanych i puszek aluminiowych pojawi się Warszawie. 5 recyklomatów pojawi się już przed wakacjami, a kolejne 5 na jesieni. Za programem pilotażowym stoi Coca-Cola, Miasto Stołeczne Warszawa i Fundacja Nasza Ziemia. To kolejny etap realizacji przez firmę inicjatywy ‘Świat Bez Odpadów’.

Automaty dostarczy polska firma EcoTech System, oferująca rozwiązania wspierające działania ekologiczne. Schemat działania jest prosty: każdy do maszyny będzie mógł wrzucić butelki plastikowe PET, aluminiowe puszki oraz butelki szklane. Recyklomaty są zintegrowane z aplikacją, która rejestruje każdy oddany surowiec i w zamian przyznaje ECO-punkty. ECO-punkty oddający opakowania będzie mógł wymieniać na różnego rodzaju benefity, jak np. zniżki na bilety do kina czy zniżki na kawę czy zakupy. Podobne dwie maszyny (testowe) działały już m.in. w Wieluniu.

Maszyny, które staną w stolicy to pierwsze w Polsce zewnętrzne recyklomaty, które przyjmą aż 3 frakcje odpadów: butelki PET, szkło i aluminium. Wszystkie dane o całym procesie segregacji w recyklomacie są przesyłane w trybie on-line do Centralnej Platformy ETS m.in.: ilość zebranych surowców, szacunkowa waga poszczególnych frakcji, poziom napełnienia komory poszczególną frakcją, ilość osób korzystających oraz ilość zebranych ECO-punktów przez użytkowników.

EcoTech System jest autorem innowacyjnego rozwiązania, który właśnie za pomocą aplikacji mobilnej i systemu nagród ma zwiększyć poziom segregacji odpadów w Polsce (Motywacyjny System Gospodarki Odpadami).

– W systemie motywacyjnym zachęcamy do segregacji wszystkich odpadów opakowaniowych, a recyklomat odbiera każdy rodzaj opakowania (możemy tak zdefiniować i nauczyć recyklomat, aby przyjmował dowolne opakowanie np. szklany słoik – tzw. machine learning). W systemie kaucyjnym automaty przyjmują tylko opakowania objęte kaucją – wyjaśnia Łukasz Waksmundzki z firmy EcoTech System.

Firma Coca-Cola zdaje sobie sprawę, że odpady po opakowaniach konsumenckich, szczególnie te z plastiku są dziś kwestią niezwykle ważną społecznie. Choć w Polsce butelki PET tylko ok. 6 proc. odpadów komunalnych, firma postanowiła działać. Realizując inicjatywę ‘Świat Bez Odpadów’ wspiera więc w takie rozwiązania, które mają pomóc wprowadzić tę ideę w życie, czyli m.in. maszyny, które staną niebawem w stolicy.

Równocześnie Coca-Cola ogłosiła dziś start globalnej kampanii społecznej #NEVERSETTLE. Polska jest pierwszym krajem, gdzie kampania zostanie wyemitowana. Hasło w Polsce to #WCIĄŻZMIENIAMY. Poprzez nie Coca-Cola pragnie pokazać, jak tworzy rozwiązania prośrodowiskowe i zamierza przeciwdziałać zanieczyszczeniu odpadami opakowaniowymi czy nadmiernej eksploatacji zasobów wodnych, a także podejmuje wyzwania społeczne związane z sytuacją demograficzną czy barierami na rynku pracy. Tutaj przykładem może być współpraca z Fundacją Sukces Pisany Szminką i programy Sukces to Ja czy YEP Academy, które służą aktywizacji zawodowej kobiet i młodzieży.

Inauguracja kampanii #WCIĄŻZMIENIAMY i program recyklomatów ma współgrać z celami polityki ekologicznej firmy Coca-Cola*:

– Do 2025 roku Coca-Cola będzie tworzyć opakowania, które będą w 100 proc. nadawały się do recyklingu. Co ciekawe w Polsce ten cel został już osiągnięty.

– Do 2030 roku średnio 50 proc. składu opakowań produktów Coca-Cola będą stanowiły surowce wtórne. W Polsce stanowią one ok. 8 do 10 proc. składu opakowań Coli, ale firma będzie je sukcesywnie zwiększać.

– Do 2030 r. Coca-Cola chce zbierać i przekazywać do recyklingu tyle opakowań, ile trafia od niej do rąk konsumenta. Ważne jest, by każde opakowanie trafiało do odpowiedniego pojemnika w ramach selektywnej zbiorki odpadów, by następnie mogło być przetworzone i ponownie wykorzystane.

– Produkcja puszek z recyklingu w porównaniu do produkcji z boksytu pozwala zmniejszyć zanieczyszczenie powietrza aż o 95%, natomiast w przypadku wody o 97%. Co więcej, recykling 1 tony aluminium pozwala oszczędzić 4 tony boksytu, którego złoża są nieodnawialne. Chcemy nagradzać za segregację, pozytywnie wpływać na zmianę zachowań i przyzwyczajeń mieszkańców oraz zwiększać poziomy segregacji w każdym samorządzie. Coca-Cola po raz kolejny wspólnie z EcoTech System angażuje się w motywację do segregacji przy wykorzystaniu nowych technologii tak jak to miało miejsce podczas szczytu klimatycznego COP24 – mówi prezes zarządu EcoTech System Konrad Romek.

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji

0

Firmy przestawiają się na odnawialne źródła energii. Mają coraz więcej opcji finansowania takich inwestycji 6

Zgodnie z wymogami unijnej polityki klimatycznej do 2020 roku Polska musi zwiększyć udział odnawialnych źródeł w końcowym zużyciu energii do 15 proc. Jedną z metod osiągnięcia tego celu są inwestycje w fotowoltaikę, również na poziomie małych i średnich firm. Coraz więcej przedsiębiorców decyduje się lub rozważa taką inwestycję. Tym bardziej, że pojawiają się nowe możliwości ich dofinansowania. Bank Gospodarstwa Krajowego wspiera tego typu inwestycje poprzez gwarancje spłaty kredytu Biznesmax. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro.

Do 2020 roku nasz kraj powinien zapewnić 15 proc. udział odnawialnych źródeł energii w końcowym zużyciu energii.

– Jesteśmy świadomi, że Polska musi wypełnić swoje zobowiązania związane z polityką klimatyczną Unii Europejskiej. Do 2020 roku chcemy obniżyć emisyjność naszej gospodarki o 20 proc., i poprawić o 20 proc. efektywność energetyczną gospodarki – mówi Wojciech Hann, członek zarządu Banku Gospodarstwa Krajowego. – Walka o niskoemisyjne źródła energii i transformacja energetyczna są faktem. Wszyscy w Europie o tym mówią, myślą i to robią. Trudno, żeby polscy przedsiębiorcy zachowywali się inaczej. Jedną z metod osiągnięcia większego udziału OZE jest fotowoltaika, również ta na mikro- i małą skalę, instalowana np. przez małych i średnich przedsiębiorców.

Dlatego Bank Gospodarstwa Krajowego zdecydował, że jeden ze swoich produktów gwarancyjnych, czyli gwarancje Biznesmax, rozszerzy i szczególnie ukierunkuje na fotowoltaikę. Projekt zyskał akceptację Ministerstw.

– Inicjatywa BGK to kolejny krok w stronę realizacji zainicjowanego przez minister Jadwigę Emilewicz programu Energia plus. Jego celem jest upowszechnienie w Polsce prosumenckich instalacji fotowoltaicznych, po to, by zmniejszyć koszty energii elektrycznej, pomóc w realizacji przez Polskę unijnego celu OZE, a także poprawić jakość powietrza w naszym kraju. W ciągu ostatnich lat ceny takich instalacji spadły u nas niemal dwukrotnie. Podejmujemy działania na rzecz tego, by spopularyzować je wśród MŚP, samorządów, wspólnot i spółdzielni mieszkaniowych oraz gospodarstw domowych. Teraz ze swoją ofertą, gwarancjami Biznesmax – wchodzi Bank Gospodarstwa Krajowego. Jestem przekonany, że gwarancje te ułatwią przedsiębiorcom inwestowanie w fotowoltaikę i pomogą w jej rozpropagowaniu – mówi wiceminister przedsiębiorczości i technologii Marek Niedużak.

– Temat czystej energii jest nierozerwalnie związany z kwestią poprawy jakości powietrza w Polsce, która jest jednym z najważniejszych wyzwań i priorytetów polskiego rządu. Od początku tego roku w ramach programu Czyste Powietrze udało nam się wprowadzić ulgę termomodernizacyjną w podatku dochodowym od osób fizycznych. Ulga ta umożliwia również rozliczenie zakupu mikroinstalacji fotowoltaicznej w PIT. Niezależnie od tego ciągle wprowadzamy inne zmiany w przepisach prawa gwarantujące polskim gospodarstwom domowym możliwość wykorzystywania dobrych źródeł ciepła i paliw o odpowiedniej jakości – przypomina Piotr Woźny, pełnomocnik premiera ds. programu Czyste Powietrze.

Gwarancja Biznesmax jest bezpłatnym zabezpieczeniem kredytu, udzielanym przez BGK tym przedsiębiorcom, którzy chcą zaciągnąć kredyt na sfinansowanie zakupu instalacji fotowoltaicznej. Maksymalna kwota gwarancji to 2,5 mln euro, przyznawana jest na maksymalnie 20 lat i zabezpiecza do 80 proc. wartości kredytu. Z oferty BGK mogą skorzystać mikro-, mali i średni przedsiębiorcy, którzy chcą produkować prąd na własne potrzeby i w ten sposób ograniczyć rachunki za energię. Jak podkreśla Wojciech Hann z BGK, instrument wsparcia w postaci gwarancji Biznesmax ma zachęcić tę grupę przedsiębiorców do podjęcia decyzji o inwestycjach w fotowoltaikę.

Obecne alokacje środków pozwolą na wygenerowanie 2,87 mld zł akcji kredytowej, pokrywającej wszystkie koszty kwalifikowane związane z samą inwestycją, czyli zakupem instalacji fotowoltaicznych, oraz z kosztami dodatkowymi, takimi jak doradztwo. Środki finansowe można przeznaczyć także na montaż oraz wydatki bieżące, związane uruchomieniem instalacji fotowoltaicznej.

Program Biznesmax jest finansowany ze środków pochodzących z Unii Europejskiej (z Programu Operacyjnego Inteligentny Rozwój). Z informacji Ministerstwa Inwestycji i Rozwoju wynika, że do tej pory gwarancje BGK pozwoliły bankom udzielić finansowania w wysokości ponad 150 mln zł dla mikro-, małych i średnich przedsiębiorstw.

– Fundusz gwarancyjny  wsparcia innowacyjnych przedsiębiorstw to największy instrument finansowy w programie Inteligentny Rozwój. Przeznaczyliśmy na niego blisko 1,2 miliarda złotych z Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego. Środki te ułatwiają innowacyjnym przedsiębiorcom dostęp do kredytów bankowych na sfinansowanie inwestycji, które przyczynią się do ich rozwoju. Łączna wartość kredytów, jakie będą udzielone dzięki gwarancjom ze środków POIR to blisko 3 miliardy złotych. Zachęcam zatem innowacyjnych przedsiębiorców do korzystania z tego atrakcyjnego instrumentu, jakim są gwarancje Biznesmax – dodaje Małgorzata Jarosińska-Jedynak, Wiceminister Inwestycji i Rozwoju.

Nie ma górnego ograniczenia kosztów kredytu zaciąganego przez małego lub średniego przedsiębiorcę. Gwarancje spełniają wymogi dopuszczalnej pomocy publicznej, w tym de minimis i podlegają ustawodawstwu Komisji Europejskiej. Dzięki gwarancjom Biznesmax przedsiębiorcy zyskują łatwiejszy dostęp do kredytów. BGK zapewnia szybką ścieżkę decyzyjną. Wnioski można składać w trybie ciągłym, a ocena merytoryczna projektu jest maksymalnie uproszczona. Poza wydatkami inwestycyjnymi kredyt z gwarancją może pokryć część kosztów towarzyszących i bieżących związanych z inwestycją. Poza tym finansowane są wydatki w kwotach brutto, czyli z VAT.

Bank Gospodarstwa Krajowego jest punktem kontaktowym, w którym można uzyskać informacje o warunkach gwarancji. Obecnie bank współpracuje przy udzielaniu gwarancji Biznesmax na fotowoltaikę z dwoma bankami komercyjnymi – BOŚ Bankiem i Alior Bankiem. Wkrótce lista banków oferujących kredyt zabezpieczony gwarancją ulegnie rozszerzeniu o pozostałe banki współpracujące z BGK w programie gwarancji Biznesmax.

innogy Renewables Polska wybuduje elektrownię wiatrową o mocy 33 MW w Żukowicach na Dolnym Śląsku

innogy Renewables Polska rozpoczyna budowę lądowej farmy wiatrowej Żukowice. Farma otrzymała wsparcie w drodze aukcji, przeprowadzonej w listopadzie 2018 roku przez Urząd Regulacji Energetyki. Park wiatrowy Żukowice wyposażony będzie w 11 turbin wiatrowych – 10 typu N131/3000 i 1 typu N117/3000 – wyprodukowanych przez firmę Nordex. Grupa Nordex i innogy, w ramach strategicznego partnerstwa, wspólnie realizują projekty lądowe zarówno na terenie Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. Farma wiatrowa Żukowice ma zostać oddana do użytku w 2020 r.

Robert Macias
Robert Macias

Ogromnie cieszy nas fakt, że po zaledwie czterech latach od ostatniej inwestycji w sektorze energetyki wiatrowej, znów mamy okazję instalować turbiny wiatrowe budując Park Wiatrowy Żukowice. Wygrana przez innogy Renewables Polska aukcja, której wyniki ogłoszono w listopadzie zeszłego roku, to kolejny, niezwykle ważny element naszego zaangażowania w rozwój, budowę i popularyzację odnawialnych źródeł energii w Polsce. Fakt, że od realizacji poprzedniego projektu minęło tak niewiele czasu, to potwierdzenie zasadności rozwoju strategicznej współpracy z Grupą Nordex – mówi Robert Macias, Członek Zarządu innogy Renewables Polska.

Grupa innogy eksploatuje w Polsce 8 parków wiatrowych o łącznej mocy zainstalowanej ponad 240 MW. Farmy wiatrowe umiejscowione są w czterech regionach Polski: w Nowym Stawie w pobliżu Gdańska, Opalenicy w rejonie Poznania, Krzęcina i Tychowa na terenie Pomorza Zachodniego oraz na obszarze województwa podlaskiego, w okolicach Suwałk, Piecek i Taciewa.

Polska – kraj wielu możliwości dla koreańskich inwestorów

Korea Południowa jest jednym z największych pozaeuropejskich inwestorów w Polsce, a jej zaangażowanie w Polsce rośnie. Między Odrą a Wisłą działa ponad 260 przedsiębiorstw z koreańskim kapitałem. Z okazji 30. rocznicy nawiązania stosunków dyplomatycznych między oboma krajami, Polska Agencja Inwestycji i Handlu oraz firma doradcza JP Weber przygotowały raport Poland Land of Opportunities, prezentujący aktywność inwestycyjną firm południowokoreańskich w Polsce oraz identyfikujący najbardziej perspektywiczne sektory dla koreańskich inwestorów. Premiera raportu odbyła się dzisiaj w Seulu podczas forum biznesowego Polska – Korea.

Południowokoreańskie przedsiębiorstwa działają w Polsce praktycznie od momentu nawiązania relacji dyplomatycznych. Skala ich zaangażowania w polską gospodarkę robi wrażenie. – Korea Południowa to trzeci po USA i Japonii największy inwestor zagraniczny spoza Unii Europejskiej. PAIH obsłużyła już 53 projekty z tego kraju  mówi Krzysztof Senger, wiceprezes Polskiej Agencji Inwestycji i Handlu, która jest współautorem raportu oraz organizuje forum inwestycyjne w Korei. Jak podkreśla Senger, do niedawna Koreańczycy byli u nas kojarzeni głównie z produkcją elektroniki i AGD. Od kilkunastu miesięcy wspólnie z polskimi inżynierami, piszą nowy rozdział historii motoryzacji.

– Właśnie dzięki Koreańczykom i powstającemu wokół fabryki LG Chem klastra elektromobilnego, w polskiej motoryzacji dokonuje się rewolucyjna zmiana technologiczna. Polska staje się ważnym centrum produkcji aut elektrycznych w Europie – mówi SengerW ostatnich latach, dyskusja na temat przyszłości transportu i jego oddziaływania na środowisko skłoniły światowych producentów motoryzacji do rozwoju napędów zeroemisyjnych. Korea, jako ważny producent rozwiązań do aut elektrycznych, postawiła na Polskę, aby w europejskim centrum produkcji podzespołów motoryzacyjnych produkować m.in. baterie i inne elementy do innowacyjnych „elektryków”.

Autorzy raportu podkreślają, że zainteresowanie Polską wśród koreańskich firm wiąże się przede wszystkim z wysokimi kompetencjami polskich kadr technicznych, dostępem do poddostawców czy aż 160 centrami innowacji w całym kraju. Znaczenie ma również atrakcyjna oferta zachęt. – Gospodarka koreańska jest najbardziej innowacyjna na świecie, co przekłada się na specyfikę projektów inwestycyjnych prowadzonych przez przedsiębiorstwa z tego krajuPolski system zachęt inwestycyjnych wychodzi im naprzeciw. Zapewnia innowatorom jedne z najwyższych ulg podatkowych wśród krajów OECD, a do tego oferuje wyższy zwrot z inwestycji niż średnia w UE – wyjaśnia Senger.

Według Marcina Dudarskiego, Partnera Zarządzającego JP Weber i współautora raportu, oferta kierowana do inwestorów przedstawia polską gospodarkę, jako dynamicznie rozwijający się organizm.

Silną zachętą jest Polska Strefa Inwestycji, z szansą na zwolnienia z podatku CIT przez okres od 10 do 15-lat. To nowe rozwiązanie pozwala inwestorom na lokalizację wedle życzenia – praktycznie w całej Polsce, a nie zmusza do ograniczenia się do terenów znajdujących się w zasobach stref ekonomicznych. Ważnym impulsem są w dalszym ciągu dostępne fundusze unijne, wpierające działania B+R, czyli przyciąganie inwestycji o wysokim stopniu technologicznego zaawansowania i możliwości dalszego rozwoju know-how w Polsce. Towarzyszą temu instrumenty takie, jak ulga B+R, Innovation Box, a także system zachęt na poziomie lokalnym i rządowym dla inwestycji o istotnym znaczeniu dla gospodarki. To kluczowe argumenty, poza dostępnością doskonałej kadry inżynieryjnej i znaczną poprawą infrastruktury kolejowej oraz drogowej, aby przekonać koreańskiego inwestora do lokalizacji fabryki w Polsce  – mówi Marcin Dudarski z JP Weber, działającej w obszarze transakcji.

PAIH oraz JP Weber, które na co dzień współpracują z koreańskimi inwestorami, spodziewają się napływu kolejnych inwestycji z tego kraju. W międzynarodowym rankingu najbardziej atrakcyjnych lokalizacji dla biznesu południowokoreańskiego Polska zajmuje 14. miejsce. Firmy z tego kraju są aktywne w 11 polskich województwach. Tylko w PAIH prowadzonych jest obecnie 11 projektów z Korei Południowej, za którymi stoją przed wszystkim firmy z segmentu elektromobilność. Autorzy raportu dostrzegają jednak rosnące zainteresowanie Polską również wśród firm z Korei Południowej z innych sektorów. Chcąc wykorzystać ten potencjał Biuro Handlowe PAIH w Seulu zorganizowało 24 maja w Seulu Polsko – Koreańskie Forum Biznesowe. – Zamierzamy zaproponować przedsiębiorcom z Korei Południowej współpracę przy projektach infrastrukturalnych, jak Centralny Port Komunikacyjny, czy wzmocnić ich obecność na rynku nieruchomości komercyjnych, produkcji spożywczej, a także skłonić do przyjrzenia się polskiemu sektorowi usług nowoczesnych w tym ICT – tłumaczy Krzysztof Senger.

O znaczeniu wydarzenia dla bilateralnej współpracy świadczy obecność licznej delegacji polskich instytucji i firm, na czele z wiceministrem Przedsiębiorczości i Handlu, Tadeuszem Kościńskim. Do inwestowania w Polsce Koreańczyków w Seulu przekonują m.in. Polska Agencja Inwestycji i Handlu, Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP), Katowicka Specjalna Strefa Ekonomicznej, a także przedstawiciele Centralnego Portu Komunikacyjnego, czy firmy z sektora nieruchomości komercyjnych, jak Capital Park czy CBRE, a także reprezentanci firm koreańskich, już obecnych w Polsce.

Z analizy Biura Handlowego PAIH w Seulu wynika, że koreańskie firmy mogą być zainteresowane zarówno zarządzaniem, jak i generalnym wykonawstwem Centralnego Portu Komunikacyjnego z racji na doświadczenie w udziale w analogicznych projektach m.in. w Iraku, Kuwejcie czy Turcji . Aktywne w naszym kraju są także przedsiębiorstwa z Korei Południowej z segmentu nieruchomości komercyjnych. Pod koniec 2018 roku fundusz inwestycyjny z tego kraju przejął jeden z warszawskich biurowców. Dodatkowo w Polsce działają już trzy oddziały banków koreańskich Industrial Bank of KoreaShinhan Bank oraz Woori.

O tym, jak skorzystać z potencjału inwestycyjnego Polski koreańskie firmy dowiedzą się z raportu Poland Land of Opportunities, electromobility and other sectors in the heart of Europe, którego premiera odbyła się podczas Forum Biznesowego w Seulu. Przyszli inwestorzy znajdą w nim informacje na temat ekonomicznych oraz formalno – prawnych warunków prowadzenia działalności biznesowej w Polsce, systemu zachęt inwestycyjnych czy instytucji wsparcia oraz sektorów z najwyższym potencjałem do zainwestowania w naszym kraju. Wzmocnieniu współpracy w jubileuszowym roku służyć ma podpisanie w trakcie seulskiego forum aż trzech umów bilateralnych między PAIH a siostrzanym podmiotem koreańskim KOTRA, rządową agencją importową KOIMA oraz federacją przemysłu koreańskiego FKI.

MLP Group trzykrotnie zwiększa zysk netto

MLP Group opublikowało skonsolidowane wyniki finansowe za pierwszy kwartał 2019 roku. W tym okresie Grupa zarobiła na czysto 12,9 mln zł niemal potrajając wynik sprzed roku. Przychody wzrosły natomiast r./r. o 25,9% do 34,8 mln zł. Konsekwentnie rosną również aktywa netto oraz wartość nieruchomości inwestycyjnych.

MLP Group, deweloper nowoczesnych powierzchni magazynowych, w pierwszym kwartale 2019 roku uzyskał 34,8 mln zł przychodów, czyli o 25,5% więcej w porównaniu do analogicznego okresu poprzedniego roku. Grupa zanotowała 23 mln zł zysku na działalności operacyjnej, co jest wynikiem blisko dwa razy wyższym niż rok wcześniej (było 13,9 mln zł). MLP Group jednocześnie niemal trzykrotnie poprawiło wynik netto wypracowując 12,9 mln zł na plusie względem 4,3 mln zł uzyskanych w pierwszym kwartale 2018 r. Deweloper powierzchni magazynowych na koniec marca 2019 r. posiadał kapitały własne (aktywa netto) o wartości 827,5 mln zł, czyli o 1,5% wyższe niż wartości wykazane na koniec 2018 roku. Z kolei wartość nieruchomości inwestycyjnych wzrosła o 3,9% do 1,5 mld zł (336,3 mln euro).

Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.
Radosław T. Krochta, Prezes MLP Group S.A.

„Cały czas konsekwentnie się rozwijamy. Osiągane wyniki potwierdzają jednocześnie, że strategia zorientowana na utrzymaniu silnej pozycji na krajowym rynku oraz ekspansji zagranicznej jest słuszna i przynosi świetne efekty finansowe. Zawarta kilka dni temu umowa najmu z liderem niemieckiej branży tekstylnej na ponad 56 tys. m2 świadczy również, że nasza oferta jest bardzo dobrze przyjmowana przez najbardziej wymagających klientów w Europie”  – podkreślił Radosław T. Krochta, Prezes Zarządu MLP Group S.A.

„Grupa posiada bardzo dobrą kondycję finansową. W okresie kwartale br. wypracowaliśmy bardzo wysoką rentowność operacyjną oraz netto. Jednocześnie utrzymujemy zadłużenie na bezpiecznym poziomie mając niemal pełne pokrycie zobowiązań kapitałami własnymi. Daje nam to bardzo dobrą bazę do dalszego dynamicznego rozwoju” – powiedziała Monika Dobosz, Dyrektor Finansowy MLP Group S.A.

Na koniec marca br. MLP Group miało podpisane umowy najmu na 519,7 tys. m2, czyli o 3,2% więcej niż rok wcześniej. Aktualnie w budowie pozostaje  44,2 tys. m² , z czego 39,5 tys. m2 objętych jest umowami najmu. Z kolei docelowa powierzchnia do zabudowy na posiadanych gruntach sięga blisko 1,1 mln m2, co oznacza możliwość podwojenia obecnej skali działalności.

Zgodnie ze strategią „build & hold”  MLP Group po zakończeniu budowy parków logistycznych utrzymuje je w swoim portfelu.  Doceniają to najemcy, którzy przez cały okres współpracują z tymi samymi osobami odpowiadającymi za wysoką jakość świadczonych usług.

Polski rynek złomu czeka kryzys? Rosną obawy wytwórców

Po trwającym 1,5 roku prosperity polski rynek złomu staje na krawędzi kryzysu. Ma na to wpływ spadek cen złomu na światowych rynkach oraz malejąca od kilku miesięcy sprzedaż wyrobów stalowych. Sytuacji nie polepszają także decyzje dużych koncernów, które stopniowo ograniczają produkcję stali w Polsce.

Będzie kryzys? Ceny na to wskazują!

Druga połowa 2019 roku zapowiada się nie najlepiej dla polskiego rynku złomu. Przedstawiciele firm handlujących surowcem mówią wręcz o widmie kryzysu, jakie zawisło nad całą branżą. Jedną z przyczyn upatrują w tendencji spadkowej cen złomu stalowego na Londyńskiej Giełdzie Metali.

Ceny te na przestrzeni ostatniego roku spadły z poziomu 359 USD za tonę do 291 USD. Także 2019 rok nie przynosi poprawy sytuacji. Ostatnie 4 miesiące tylko umocniły negatywny trend, zapoczątkowany w styczniu obniżką cen do poziomu 280 USD za tonę – najniższego w ciągu ostatnich 2 lat.

Znaczny spadek cen na świecie już uderza w ceny na rodzimym rynku. Od kilku miesięcy notujemy ich wyraźną obniżkę dla każdej klasy złomu. Przykładowo w maju br. ceny te spadły aż o 100 zł za tonę. To niepokojąca tendencja, która zapowiada dalsze spadkimówi Przemysław Oleś, prezes spółki Olmet, która jest jednym z liderów na polskim rynku złomowym.

Rosnący import stali uderza w dostawców złomu

Niepokojąca jest nie tylko cena stali, ale również coraz niższa sprzedaż wyrobów stalowych. W 2018 roku eksport tego typu towaru w Polsce spadł o 4%, przy jednoczesnym wzroście importu o 11%. Początek 2019 roku przyniósł natomiast pogłębienie tej dysproporcji.

Według raportu Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w okresie od stycznia do lutego br. eksport wyrobów stalowych wynosił 950 tys. ton, a import – dwa razy tyle, bo aż 1914 tys. ton. Zmalała także produkcja stali w Polsce. W okresie od stycznia do marca wynosiła ona 2,479 tys. ton, tj. aż o 7,3% mniej niż w tym samym okresie przed rokiem – podaje World Steel Association.

W skutek ograniczania produkcji w Polsce spada zapotrzebowanie na złom wykorzystywany do jej wytwarzania. Pierwsza połowa 2019 roku jest pod tym względem szczególnie niepokojąca. Kolejny wzrost importu będzie bowiem oznaczał kolejne zmniejszenie liczby zamówień na ten surowiec u rodzimych dostawców – mówi Przemysław Oleś.

Zdaniem przedstawicieli branży zagrożeniem jest także napływ do Polski i pozostałych krajów Unii Europejskiej taniej stali ze Wschodu. Tylko w 2019 roku import z krajów Wspólnoty Niepodległych Państw, czyli m.in. Rosji i Ukrainy, wzrósł trzykrotnie w stosunku do ubiegłego roku.

Gasną piece, spada zapotrzebowanie na złom

Całej sprawie nie pomaga trudna sytuacja, w jakiej dziś znajduje się polskie hutnictwo. Na początku maja największy producent stali w Polsce, koncern ArcelorMittal Poland, poinformował, że planuje tymczasowo wstrzymać pracę wielkiego pieca w Krakowie. To sygnał alarmowy dla całego rynku złomu i stali.

Decyzja firmy podyktowana jest m.in. rosnącym importem spoza Unii Europejskiej, malejącym popytem na stal, ale również wzrostem cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla oraz rosnącymi kosztami produkcji. ArcelorMittal wskazuje także na wysokie ceny energii w Polsce.

Rynek staje dziś w obliczu realnego ryzyka wycofania produkcji stali z Polski, a w najlepszym przypadku jej znacznego ograniczenia. Argumenty, które podaje ArcelorMittal, w hutnictwie pojawiają się coraz częściej. Zaczynają także pociągać za sobą konkretne decyzje – mówi prezes Olmetu.

Co to oznacza dla rynku złomu? Przede wszystkim dalszy spadek zapotrzebowania na produkt.

Niestety, ale polskie firmy stopniowo tracić będą odbiorców w kraju. Wymusi to poszukiwanie ich na rynkach zagranicznych, a tym samym skoncentrowanie się na eksporcie. Dla wielu firm oznaczać to będzie konieczność zmiany modelu biznesowego – mówi Przemysław Oleś.

Problem w tym, że nie każda firma złomowa będzie w stanie poradzić sobie w nowej sytuacji na bardzo konkurencyjnym rynku. W niedalekiej przyszłości może to oznaczać upadek mniejszych przedsiębiorstw, które nie są w stanie wytrzymać konkurencji np. na zachodnim rynku. Przetrwają najsilniejsi – dodaje.

Kluczem do przetrwania w branży złomowej w czasach kryzysu może okazać się jednak technologia. Przykład płynie z Tarnowskich Gór, a dokładnie z firmy Olmet.

Od lat konsekwentnie realizujemy intensywną politykę inwestycyjną. Dzięki niej nasza firma może pochwalić się tym, że jest napędzana nowoczesną technologią i działa niczym rozpędzona lokomotywa, którą trudno zatrzymać. Obecnie mimo pesymistycznych prognoz dla branży Olmet jest w trakcie realizacji największego zadania inwestycyjnego w historii spółki – dodaje.

Raport ONZ przestrzega: Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka

Przez trzy lata na zlecenie ONZ powstawał raport o wymieraniu gatunków. Obejmował on pracę badawczą i analityczną, skupioną na działalności ludzi w epoce zwanej antropocenem, która – jak sama nazwa wskazuje – jest przez nich zdominowana. Ta sytuacja powoduje radykalne zubożenie bioróżnorodności. Według ostatnich szacunków wyginęło 10 proc. owadów, a do 2049 roku wyłowiona zostanie ostania ryba z oceanu na skutek przeławiania, czyli nadmiernej eksploatacji łowisk. Na całym świecie od 1950 roku wyprodukowano już 8 miliardów ton plastiku. W przeliczeniu na jednego człowieka przypada więc jedna tona. Tworzywo to oczywiście w tak krótkim czasie nie mogło się rozłożyć. Ono także przyczynia się do zabijania bioróżnorodności. Wielka plama odpadów na Pacyfiku obejmuje ok. 100 tysięcy ssaków morskich, aż milion ptaków i niezliczoną ilość ryb. Powoduje też podobne spustoszenia ekosystemów w przestrzeni lądowej. Według danych ONZ, przyczynia się do tego również osuszanie mokradeł, które dotknęło już 85 proc. wszystkich na świecie. Na potęgę wycinane są lasy tropikalne – nie tylko w Brazylii, ale i w tzw. złotym trójkącie, który tworzą Tajlandia i Indonezja. Niszczenie zielonych płuc Ziemi nie odbędzie się bez szkody dla człowieka.

 Jeżeli dalej będziemy działać w ten sposób, ludzkość, jako gatunek homo sapiens wyginie. Stanie się to mniej więcej w 2200-2250 roku – powiedział serwisowi eNewsroom Kamil Wyszkowski, reprezentant i prezes Global Compact w Polsce. – Ubożenie bioróżnorodności to problem, który dotyka już także Polskę. Jest efektem zmian klimatycznych. Przede wszystkim zaobserwować można kryzys wodny. Kurczące się zasoby skutkują suszą – nie tylko w rolnictwie, ale również w polskich lasach. W perspektywie jest więc wyschnięcie drzew iglastych, które charakteryzuje płytki system korzeniowy. W ten sposób występowanie sosen i świerków przesunie się na północ i przestaną być one elementem polskiego krajobrazu. Stopniowe ocieplanie i zanieczyszczanie Bałtyku azotanami i fosforanami powoduje natomiast zjawisko eutrofizacji. Powoduje to pojawianie się glonów – organizmów takich, jak okrzemki i sinice, które zaburzają gospodarkę tlenową. Tym samym zagrożone wyginięciem będą ryby, a w konsekwencji ssaki morskie i ptactwo wodne. Zmiana ekosystemu doprowadzi do utraty ich bazy pokarmowej – alarmuje Wyszkowski.

Kurs funta na czteromiesięcznych minimach. EUR/USD w konsolidacji

Protokół z posiedzenia Fed nie wnosi nic nowego. Wprawdzie decydenci słabość inflacji postrzegają jako zjawisko przejściowe, ale i tak przeważają ryzyka po stronie takiego rozwoju wypadków, który wymagać będzie załagodzenia polityki. Innymi słowy obniżka jest bardziej prawdopodobna niż podwyżka stóp procentowych. Należy przy tym pamiętać, że ostatnie posiedzenie Fed miało miejsce tuż przed zaognieniem konfliktu handlowego na linii USA – Chiny, gdy oficjalnie negocjacje szły w dobrym kierunku. W obecnej sytuacji nakazuje to jeszcze szybciej zapomnieć o możliwości powrotu do zacieśniania przez Fed.

Na froncie wojen handlowych widać zmianę broni. Odejście od środków taryfowych na rzecz wzięcia na tapetę chińskich firm technologicznych rodzi odpowiedź pod postacią podjęcia kroków mających odciąć USA od dostępu do chińskich zasobów metali ziem rzadkich, które znajdują zastosowanie w nowoczesnych technologiach. Chiny odpowiadają za 2/3 globalnego wydobycia. USA są co prawda nieznacznym konsumentem tych surowców, lecz około 80 proc. swoich potrzeb zaspokajają importem z Państwa Środka. Ostre komentarze i twarde stanowisko obu stron pokazuje, że na przełom nie ma co szybko liczyć. Powinno to podtrzymywać awersję do ryzyka na podwyższonym poziomie (korzystne środowisko dla JPY i CHF), choć pierwsza szokowa reakcja oczywiście jest już za nami.

Kurs EUR/USD tkwi w konsolidacji poniżej 1,12 a euro jest wyraźnie słabe. Rynek oczekuje na dzisiejsze dane o koniunkturze, a w mniejszym stopniu na protokół z ostatniego posiedzenia ECB. Brak nawet skromnego odbicia PMI dla przemysłu w największych gospodarkach sugeruje ryzyko zejścia eurodolara na nowe minima. Dane z Eurolandu nadal są słabe, ale na tle oczekiwań wypadają coraz korzystniej. Obecne wycena euro w szerszym horyzoncie jest jednoznacznie atrakcyjna, ale windująca kurs redukcja negatywnego nastawienia do wspólnej waluty nie nastąpi bez wyraźnej poprawy w fundamentach makroekonomicznych.

Funt jest na czteromiesięcznych minimach. Tygodnie mijają a na brexitowym froncie nie ma postępów. Nasila się za to presja na premier May, której posada wisi na włosku. Jej odejście dla GBP nie będzie niczym dobrym, gdyż prowadzić prawdopodobnie będzie do objęcia władzy przez zwolennika twardego brexitu. Ze swojego stanowiska zrezygnowała Przewodnicząca Izby Gmin, Andrea Leadsom, która nie wierzy w zachowanie wierności rządu wynikom referendum z 2016 roku. Trudno o bardziej namacalny i jednoznaczny dowód, że w pozycja premier w Partii Konserwatywnej jest fatalna.

Przy słabości rynku metali przemysłowych (praktycznie całe tegoroczne odbicie cen miedzi wymazane) i chińskich indeksów giełdowych (Szanghai Composite kilkanaście procent poniżej kwietniowego szczytu), zaognionej wojnie handlowej i jasnych perspektywach polityki monetarnej (gubernator Lowe zapowiedział, że na czerwcowym posiedzeniu należy spodziewać się obniżki kosztu pieniądza) nie może dziwić, że polityczna niespodzianka pod postacią prorynkowego wyniku wyborów parlamentarnych nie dała dolarowi australijskiemu trwałego aprecjacyjnego impulsu a podbicie kursu stało się jedynie okazją do sprzedaży. AUD/USD nie może jak na razie zejść pod 0,6850 i na nowe lokalne minima, ale do AUD pozostajemy jednoznacznie negatywnie nastawieni. W obecnym środowisku rynkowym przestrzeń do zniżek widzimy zwłaszcza w przypadku AUD/JPY.

Bartosz Sawicki
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Coraz więcej Polaków chce pracować zdalnie. Czy polskie firmy są gotowe na zmiany?

Jak wynika z badania „Confidence Index”, przeprowadzonego w I kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page, już ponad połowa Polaków (52 proc.) chciałaby od czasu do czasu pracować poza biurem. Jeszcze więcej, bo ponad 65 proc. ankietowanych docenia możliwość wyboru godzin, w jakich będzie wykonywać swoje obowiązki. Czy firmy w Polsce są gotowe na wprowadzenie elastycznego stylu pracy? – analizuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Modny trend czy standard?

Coraz więcej pracowników oczekuje możliwości wykonywania pracy poza biurem. Z badania Michael Page „Confidence Index” wynika, że na początku 2018 r. na ten aspekt zwracało uwagę 50 proc. respondentów, a więc o 2 p.p. mniej niż obecnie. Rośnie również popularność korzystania z elastycznych godzin pracy – w analogicznym okresie ub.r. w takim trybie chciało pracować 62 proc. ankietowanych., w stosunku do 65 proc. obecnie.

Rynek pracy przechodzi pokoleniową zmianę, która wpływa również na kulturę organizacji oraz kształtuje nowe postawy wobec pracy. Zauważamy, że coraz więcej kandydatów już na rozmowie rekrutacyjnej pyta o możliwość korzystania z pracy zdalnej w firmie, podczas gdy jeszcze 5 lat temu taki temat poruszany był o wiele rzadziej. Nasze obserwacje pokrywają się również z opiniami ekspertów, którzy zgodnie przyznają, że pokolenie millenialsów oraz osób jeszcze młodszych – dopiero rozpoczynających karierę zawodową – oczekują zdecydowanie więcej swobody i chciałoby mieć wpływ na to gdzie, kiedy i jak będzie wykonywać swoje obowiązki. Według szacunków PWC, do 2020 r. połowę siły roboczej na świecie będą stanowili millenialsi. Możemy zatem przypuszczać, że trend pracy zdalnej będzie się upowszechniał – komentuje Mateusz Bocian, konsultant w firmie rekrutacyjnej Michael Page.

Kto i jak często pracuje zdalnie?

Z badania Michael Page „Życie w Pracy”, przeprowadzonego w 2018 r., wynika, że już 6 na 10 polskich pracowników ma możliwość realizowania swoich obowiązków zdalnie. Z takiego przywileju najczęściej korzystają freelancerzy (82 proc.) oraz managerowie i dyrektorzy (69 proc.). Największy odsetek respondentów (35 proc.) zadeklarował, że poza biurem swoje obowiązki zawodowe wykonuje rzadziej niż raz w miesiącu. Niewiele mniej, bo 33 proc. pracę zdalną podejmuje minimum cztery razy w miesiącu. Poza firmą od 2 do 3 razy w miesiącu pracuje co piąty respondent (21 proc.), a tylko raz na miesiąc zdarza się to co 10. osobie (11 proc.).

– W Polsce tzw. „home office” jest szczególnie popularny w branżach IT, finansowej, przemysłowej i produkcyjnej – o ile zadania nie wymagają pracy przy użyciu konkretnych maszyn, sprzętu, czy taśmy produkcyjnej. Możliwość korzystania z tego udogodnienia coraz częściej spotykana jest także wśród specjalistów z innych obszarów, których zadania nie wymagają fizycznej obecności w wyznaczonym miejscu. Na wprowadzenie takiego przywileju bardziej otwarte są także firmy znajdujące się w gorszej lokalizacji lub poza miastem. W ten sposób pracodawcy chcą zrekompensować pracownikom trudności związane z dojazdem do biura – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Dwie strony medalu

Wprowadzenie pracy zdalnej może przynieść konkretne profity nie tylko kandydatom, ale również pracodawcom. Dzięki temu mają oni szansę zwiększyć atrakcyjność firmy na rynku pracy oraz wpłynąć na poprawę satysfakcji i work-life balance pracowników. W dłuższej perspektywie może to przełożyć się także na ich produktywność oraz wyniki. Ponadto, „home office” wpływa korzystnie na samodzielność zespołów, co może w przyszłości ograniczyć liczbę managerów i obniżyć koszty związane z utrzymaniem biura. Warto również zauważyć, że większa swoboda i elastyczność w realizacji zadań może zredukować liczbę nagłych urlopów i zwolnień wynikających np. z potrzeby załatwienia pilnej sprawy, czy zostania w domu z chorym dzieckiem.

Praca zdalna wiążę się też z pewnymi zagrożeniami. Wymaga przekazania pracownikom dużego „kredytu zaufania”, który, co oczywiste, nie wszyscy będą potrafili docenić. Wprowadzenie takiego modelu pracy zwiększa także ryzyko potencjalnego niedopełnienia obowiązków czy obniżenia jakości wykonywanych zadań. Ponadto zespoły, których członkowie często pracują poza biurem, mogą mieć trudności, aby się zintegrować i działać efektywnie – dodaje Mateusz Bocian z Michael Page.

Kto gotowy na „home office”?

Wprowadzenie „home office” jest praktycznie niemożliwe w przedsiębiorstwach, gdzie przeważająca część działań oparta jest na pracy fizycznej, wymagającej obecności specjalistów w określonym miejscu. Trudności w dostosowaniu się do tego trendu mogą mieć także mniejsze organizacje, w których role pracowników są bardziej płynne i mniej ustrukturyzowane, przez co często trudne do zaplanowania. Zarządzanie zadaniami takiego zespołu może okazać się dużym wyzwaniem również dla niektórych pracodawców, zwłaszcza tych którzy przywykli do hierarchicznej struktury w organizacji oraz oczekują tradycyjnej i formalnej postawy wobec pracy.

Także wśród pracowników możemy spotkać osoby niechętnie nastawione do tego, aby przejść na swobodniejszy styl wykonywania zadań. Niekomfortowo w takiej atmosferze mogą czuć się zwłaszcza starsi stażem pracownicy, którzy przyzwyczaili się, że ich praca jest kierowana i skrupulatnie nadzorowana. Wszystko wskazuje jednak na to, że w niedalekiej przyszłości organizacje hołdujące tradycyjnemu, hierarchicznemu modelowi zarządzania będą tracić na konkurencyjności na rynku pracy. Złotem środkiem wydaje się zatem zapewnienie pracownikom możliwości wyboru oraz systematyczne przygotowywanie managerów, jak i zespołów do nadchodzących zmian – podsumowuje Mateusz Bocian.

Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników

Co dziesiąte zapytanie sprawdzające w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor wiarygodność potencjalnego klienta otrzymuje w odpowiedzi informację o długu sprawdzanej osoby. A wtedy o udzieleniu jej kredytu, pożyczki, czy sprzedaży telefonu nie ma mowy. Najwięcej niesolidnych dłużników wychwytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne, do nich osoby z problemami finansowymi przychodzą najczęściej. Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor dochodzi do 41 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500+ w obecnym jego kształcie.

Na swoistej tablicy ogłoszeń jaką jest Rejestr Dłużników BIG InfoMonitor znajduje się już ponad 2,2 mln osób i z każdym miesiącem jest ich więcej. W ostatnim roku przybyło ponad 159 tys. niesolidnych dłużników. Powód, to nie tylko postępujący problem z wypłacalnością, ale coraz powszechniejsze wykorzystanie narzędzia jakim jest Biuro Informacji Gospodarczej do mobilizowania dłużników. Firmy, które nie otrzymują płatności za sprzedane towary czy usługi coraz chętniej zgłaszają dłużnika do rejestru BIG licząc, że ten w trosce o reputację finansową spłaci zaległość. W ten sposób ostrzegają też innych przed niesolidnymi klientami i udaje się to coraz lepiej.

Statystycznie każda z osób widniejących w BIG InfoMonitor ma na koncie co najmniej dwa nieuregulowane zobowiązania, a wpisów o zaległościach osób fizycznych jest prawie 5,5 mln. – Wiedza o tych długach wychodzi na jaw w co dziesiątym raporcie sprawdzającym wiarygodność finansową potencjalnego klienta. Jeszcze częściej negatywne informacje z pobieranych raportów odczytują firmy pożyczkowe i telekomunikacyjne. Po pożyczkę i nowy telefon przychodzi najwięcej osób, które wcześniej nie dały rady opłacić posiadanych już zobowiązań – informuje Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.Do firm pożyczkowych i telekomów przychodzi najwięcej dłużników
Źródło: BIG InfoMonitor

Liczba zapytań weryfikujących potencjalnych klientów systematycznie rośnie, w I kwartale tego roku zbliżyła się już do 5 mln, podczas gdy całym 2018 r. było ich ponad 18,5 mln. Tradycyjnie zainteresowanie raportami na temat konsumentów jest najwyższe w ostatnich trzech miesiącach roku, co wynika ze wzmożonej aktywności zakupowej i kredytowej Polaków w tym właśnie okresie.

Niesolidni dłużnicy to straty liczone w milionach

Nie jest, więc łatwo ukryć się w tłumie z niespłaconymi zobowiązaniami. Firmy, bowiem częściej zgłaszają dłużników i coraz chętniej zaglądają do rejestru zanim sprzedadzą, np. abonament na telewizję kablową czy internet, abonament telefoniczny albo oddadzą coś w leasing lub pożyczą. Sprawdzenie odbywa się online i już w trakcie rozmowy z klientem sprzedający wie, czy może zaufać osobie siedzącej po drugiej stronie lady.

Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor
Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor

Obecność na liście dłużników BIG InfoMonitor może więc sprawić, że niesolidny dłużnik nie otrzyma kolejnego kredytu lub nie kupi następnego sprzętu na raty. – My jednak patrzymy na to inaczej. Znalezienie niesolidnego dłużnika w rejestrze może uchronić go przed spiralą zadłużenia, a sprawdzającą go firmę przed stratami z tytułu niezapłaconych rachunków – mówi Sławomir Grzelczak. – Wyobraźmy sobie, że z dokonywanych przez nas na co dzień transakcji co dziesiąta kończy się w ten sposób, że płacimy, ale nie otrzymujemy tego co kupiliśmy. Czasami jest to chleb, ale innym razem prąd w mieszkaniu. Ewentualnie dostajemy tylko część tego za co zapłaciliśmy i internet działa co drugi dzień, a telewizja kablowa raz na tydzień, itp. Tego właśnie ze strony niesolidnych klientów doświadczają firmy, szczególnie te oferujące usługi i towary na masową skalę. Sprawdzenie wiarygodności kupującego pozwala im w pewnym stopniu ograniczyć udział nieudanych transakcji. Dla firmy posiadającej miliony klientów jak choćby dostawcy energii, czy telekomunikacyjnej, przykładowe 10 proc. niezapłaconych rachunków, to już straty idące w setki tysięcy na nawet miliony złotych, choć z perspektywy pojedynczych osób są to niewielkie kwoty – dodaje prezes BIG InfoMonitor.

Wartość nieopłaconych zobowiązań osób zgłoszonych do BIG InfoMonitor wynosi obecnie do 40,7 mld zł, co stanowi równowartość niemal dwóch lat wypłat z programu 500 + w obecnym jego kształcie. Każdy kto ureguluje swoją zaległość, zgodnie z  ustawą o Biurach Informacji Gospodarczej, maksymalnie w ciągu 21 dni usuwany jest z rejestru. W BIG nie pozostaje jakakolwiek informacja o wykreślonym dłużniku ani jego długu. Do rejestru można trafić za nieopłacenie min. 200 zł na rzecz jednej firmy, przy opóźnieniu wynoszących co najmniej 30 dni. Wierzyciel przed wpisem zobowiązany jest przesłać listem poleconym pismo informujące i zamiarze wpisu do BIG. Informację wysyła pod ostatni posiadany adres klienta. Dla skuteczności wpisu nie jest konieczne potwierdzenie odbioru listu przez dłużnika.