Wojna handlowa trwa. Podwyżka ceł stała się faktem

Rynki walutowe podchodzą do nowych ceł bez emocji. Złotówka na otwarciu dnia bez większych zmian. Wreszcie niezłe dane z Niemiec.

Słowo stało się ciałem

Ogłoszona na twitterze podwyżka ceł na towary eksportowe z Chin stała się faktem. Weekendowe groźby Donalda Trumpa weszły dziś w życie. Stany Zjednoczone podwyższyły opłaty z 10% do 25%. Jest to kolejna salwa w wojnie handlowej, która trwa już blisko rok. Aktualnie toczą się dalsze rozmowy między przedstawicielami Państwa Środka i USA. Amerykańscy dyplomaci nie kryją, że jeśli impas negocjacyjny będzie się przedłużał, to istnieje możliwość nałożenia kolejnych obostrzeń. Póki co na rynkach walutowych kolejne doniesienia z frontu przyjmowane są dość spokojnie.

Złotówka o poranku

W piątkowy poranek na notowaniach krajowej waluty działo się niewiele. Kurs złotówki w stosunku do głównych walut znajduje się w okolicy wczorajszego zamknięcia. Franka szwajcarskiego kupimy dziś za 3,77 zł. Wspólna waluta kosztuje 4,29 zł. Z kolei dolar amerykański wyceniany jest na 3,82 zł, a funt brytyjski na 4,97 zł.

Odbicie za zachodnią granicą?

Rano poznaliśmy dane handlu zagranicznego Niemiec. Nadwyżka handlowa okazała się wyższa niż przewidywano. Wywołało to pozytywne zaskoczenie po dłuższym czasie “smuty” w niemieckiej gospodarce. Dynamika eksportu wzrosła o 1,5% przy spodziewanym spadku na poziomie 0,3%. Import w tym samym czasie poszedł w górę o 0,4% wobec oczekiwanego 0,5% wzrostu.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

14:30 – USA i Kanada – w Stanach ukaże się wskaźnik inflacji konsumenckiej, a z Kanady dostaniemy informacje o tamtejszym rynku pracy.

Mateusz Wielewicki – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Zarządzanie talentami jest proste. Usuwaj im kłody spod nóg!

Krzysztof Filarski
Krzysztof Filarski, członek zarządu firmy doradczo-szkoleniowej Westhill Consulting oraz spółki informatycznej Gamehill

Samo pojęcie zarządzania talentami (talent management, high potential) pojawiło się w latach 90. Uświadomiliśmy sobie, że traktowanie wszystkich równo jest nieskuteczne i nieuczciwe. Grupę o najwyższym potencjale należy WYŁONIĆ, zadbać o jej ROZWÓJ, aby ją  UTRZYMAĆ w organizacji. Bo to właśnie ta grupa będzie decydować, jak firma ma wyglądać za kilka lat. Oraz… czy w ogóle będzie na rynku istnieć.

Talent indywidualny czy talent organizacyjny?

Choć definicje talentu w kontekście zarządzania różnią się od siebie, to jednak w każdej z nich ważne jest, by nie utożsamiać talentu z umiejętnościami. Te ostatnie można przekazać innym za pomocą szkolenia lub innej formy nauki, a przekazanie talentu jest oczywiście niemożliwe.

Niektóre definicje opisują talent jako osobę o szczególnych uzdolnieniach. Na przykład w raporcie The Conference Board z 2006 roku znajdziemy taką definicję talentu:

„Talent to pracownik, który w sposób szczególny wpływa na wzrost wartości firmy i wyróżnia się wyższym, niż przeciętny pracownik w organizacji, potencjałem do dalszego rozwoju oraz sprawowania wyższych funkcji menedżerskich”.

Dziś wiem także, że sprawowanie wyższej funkcji menedżerskiej jest jedną z wielu, a nie jedyną ścieżką rozwoju dla talentów. Inne to np. coraz bardziej wąska specjalizacja lub odwrotnie – coraz większa różnorodność czy coraz większa samodzielność.

Jest też inne podejście w obszarze zarządzania talentami. W badaniach, które przeprowadził na całym świecie Instytut Gallupa (2 mln osób przebadanych) udowodniono, że każdy z nas jest utalentowany, tylko każdy inaczej. W takim podejściu zarządzanie talentami dotyczy wszystkich pracowników i polega na pomocy każdemu z nich w odkryciu swoich talentów. Można wówczas tak ukształtować rolę w firmie, by każdy pracownik mógł odpowiedzieć „TAK” na pytanie: Czy każdego dnia w pracy robię to, co potrafię robić najlepiej?

Wiele organizacji wdraża takie podejście, również przy naszej pomocy – przykładem może być projekt dla Mercedes-Benz. Grupę wszystkich pracowników zaproszono najpierw do badania potencjału osobistego metodą TalentReflect, a następnie zaproponowano coaching rozwojowy w oparciu o dominujące silne strony.

Jak zadbać o najlepszych w firmie?

Zarządzanie talentami to proces, który obejmuje kilka etapów. Pierwszym z nich jest przyciąganie talentów, a więc zbudowanie marki pracodawcy i zaoferowanie odpowiednich warunków do rozwoju kariery. Kolejnym etapem jest zatrzymywanie talentów w organizacji. Jest to kwestia równie ważna jak etap przyciągania. Nawet najlepiej przeprowadzona rekrutacja nie będzie skuteczna, jeśli pozyskany pracownik po kilku miesiącach oceni, że miejsce pracy nie odpowiada jego oczekiwaniom. Aby zatrzymać talenty w organizacji, należy zaoferować im dopasowany do potrzeb firmy system szkoleń, motywację, a także atmosferę rozwoju i współpracy.

Przykład: Leroy Merlin organizuje proces zarządzania grupą o najwyższym potencjale: od wyboru (DC) poprzez program rozwojowy: szkolenia, coachingi, mentoringi, projekty wewnątrzfirmowe. Wszystko to spina fabularna platforma grywalizacyjna. Efekt: przygotowany menedżer wyższego szczebla.

Dlaczego firmy wdrażają proces zarządzania talentami?

Nikt nie ma wątpliwości, że dziś dominuje gospodarka oparta na wiedzy. To ona decyduje o konkurencyjności i innowacyjności. Wynikający z niej sukces firma zawdzięcza ludziom. Jeśli traktujemy pracowników jako jedną z największych, jeśli nie największą inwestycję firmy, to logicznym jest, że należy o nią dbać. Ale o najlepszych trzeba zadbać najlepiej.

Na decyzję o wdrożeniu programu zarządzania talentami mają wpływ czynniki wewnątrzorganizacyjne oraz pozaorganizacyjne. Do pierwszych zaliczyć można chęć zwiększenia efektywności firmy, potrzebę budowania zaangażowania i lojalności u osób o dużym potencjale i szczególnych uzdolnieniach, a także zwiększenie szans na pozyskanie utalentowanych pracowników.

To, że nowoczesny HR dostrzega znaczącą rolę talentów w rozwoju i innowacyjności firm, jest zjawiskiem bardzo pozytywnym i dla pracowników, i dla pracodawców. Wdrażanie programów zarządzania talentami, stwarzanie odpowiednich warunków do rozwoju dla osób uzdolnionych wpływa korzystnie na sytuację zawodową pracowników i na rozwój ich kariery, a jednocześnie pomaga firmie osiągać konkurencyjną przewagę.

Absolutnie pewne jest, że kolejne lata przyniosą następne wyzwania związane z zarządzaniem talentami. Zmiany pokoleniowe na rynku pracy wymuszają także zmiany w sposobie zarządzania. Zapotrzebowanie na pracowników wyróżniających się szczególnymi zdolnościami, o wysokiej kreatywności i zaangażowaniu z całą pewnością będzie rosło. Więc może tak, jak tytułowe kłody: wystarczy zapewnić skrupulatnie wyodrębnionej grupie dobre warunki, usuwając przeszkody?

Autor: Krzysztof Filarski, członek zarządu firmy doradczo-szkoleniowej Westhill Consulting oraz spółki informatycznej Gamehill

https://www.linkedin.com/in/krzysztof-filarski/

Globalne zmiany i ich wpływ na rynek nieruchomości na świecie

  • Miasta w Indiach, Chinach i na Bliskim Wschodzie rozwijają się coraz prężniej, będąc w dłuższej perspektywie również coraz atrakcyjniejsze dla inwestorów aktywnych na rynku nieruchomości
  • Nowy Jork, Tokio, Londyn i Los Angeles to pierwsza czwórka sporządzonego przez Savills rankingu Najbardziej Stabilnych Miast, które najlepiej odpowiadają na globalne zmiany
  • W Polsce dynamiczny wzrost gospodarczy głównych ośrodków miejskich daje realne perspektywy wyższych zwrotów z inwestycji w nieruchomości komercyjne, niż w głównych ośrodkach biznesu starego porządku świata

Według międzynarodowej firmy doradczej Savills, odważni inwestorzy zainteresowani osiągnieciem zysków w dłuższej perspektywie powinni zwrócić większą uwagę na miasta na Bliskim Wschodzie, w Indiach i Chinach. To właśnie te rynki, w tym takie miasta jak np. Rijad w Arabii Saudyjskiej czy Delhi w Indiach w najbliższym czasie będą się najbardziej rozwijały w obliczu globalnych zmian, pomimo, że ich potencjał był dotychczas stosunkowo słabo wykorzystywany.

W regionach tych znajdują się miasta, które analitycy Savills określili mianem aspirujących i uwzględnili je w stworzonym przez siebie Indeksie Stabilnych Miast, opublikowanym w najnowszym raporcie Impacts.  Eksperci Savills dokonali analizy miast, które będą najbardziej odporne lub otwarte na zmiany w sferze technologii, demografii i innowacji, a także tym samym ich obecnej i przyszłej atrakcyjności dla globalnych inwestorów aktywnych na rynku nieruchomości.

Nowy Jork, Tokio, Londyn i Los Angeles to miasta, które zajmują obecnie pierwsze cztery miejsca i które, według prognoz, utrzymają je również za 10 lat. Savills wskazuje także na osiem miast aspirujących, które w najbliższej dekadzie odnotują największy awans i znajdą się w pierwszej pięćdziesiątce zestawienia.

Tabela 1. Miasta aspirujące, czyli lokalizacje, które według autorów raportu Impacts firmy Savills mogą awansować o co najmniej 10 miejsc i znaleźć się w pierwszej pięćdziesiątce Indeksu Stabilnych Miast do roku 2028[i].

MIASTA ASPIRUJĄCE
Miasto Kraj Kategoria Pozycja w roku Zmiana
2018-2028
2008 2018 2028
Hangzhou Chiny Aspirujące 54 40 29 11 ↑
Rijad Arabia Saudyjska Aspirujące 66 44 31 13 ↑
Nankin Chiny Aspirujące 53 46 32 14 ↑
Ningbo Chiny Aspirujące 57 50 40 10 ↑
Delhi Indie Aspirujące 166 106 44 62 ↑
Mumbaj Indie Aspirujące 129 80 46 34 ↑
Dżudda Arabia Saudyjska Aspirujące 130 59 49 10 ↑
Bengalur Indie Aspirujące 0 98 20 48 ↑

Źródło: dział badań Savills

Według Savills miasta aspirujące będą rywalizowały z lokalizacjami o ugruntowanej pozycji korzystając na zachodzących na świecie zmianach, ponieważ często potrafią szybciej i sprawniej reagować na przemiany technologiczne i społeczne. Z tego względu miasta te powinni monitorować w szczególności inwestorzy zainteresowani inwestycjami długoterminowymi na rynku nieruchomości. Żadna lokalizacja w USA i Europie nie uzyskała statusu miasta aspirującego, a ze Starego Kontynentu do pierwszej dwudziestki Indeksu Stabilnych Miast zakwalifikowały się jedynie Londyn i Paryż.

„Wspólną cechą ośmiu miast aspirujących jest to, że wszystkie mogą odnotować znaczny wzrost PKB oraz przychodów gospodarstw domowych. Dodatkowo, do roku 2028 ich współczynnik obciążenia demograficznego, czyli stosunek liczby osób w wieku nieprodukcyjnym do liczby osób w wieku produkcyjnym, będzie malał lub rósł wolniej niż w innych największych miastach. Oznacza to, że w porównaniu z niektórymi bardziej znanymi lokalizacjami będą to miasta młode, zamożne i potrafiące szybciej dostosowywać się do zmian w otaczającym świecie” – mówi Sophie Chick, dyrektor z działu globalnych badań w Savills.

Tabela 2. Indeks Stabilnych Miast firmy Savills: 20 miast, które będą najbardziej stabilne w przeciągu następnych 10 lat według autorów raportu Impacts firmy Savills.

Miasto (aglomeracja) Kraj Kategoria Pozycja w roku Zmiana
2018-2028
2008 2018 2028
Nowy Jork USA Stabilne 1 1 1 0 –
Tokio Japonia Stabilne 2 2 2 0 –
Londyn Wielka Brytania Stabilne 3 3 3 0 –
Los Angeles USA Stabilne 4 4 4 0 –
Szanghaj Chiny Stabilne wschodzące 23 11 5 6 ↑
Chicago USA Stabilne 5 5 6 -1 ↓
Pekin Chiny Stabilne wschodzące 24 14 7 7 ↑
Paryż Francja Stabilne 6 6 8 -2 ↓
Shenzhen Chiny Stabilne wschodzące 20 13 9 4 ↑
Dallas USA Stabilne 10 8 10 -2 ↓
Waszyngton DC USA Stabilne 7 7 11 -4 ↓
Kanton Chiny Stabilne wschodzące 35 21 12 9 ↑
Singapur Singapur Stabilne 15 9 13 -4 ↓
San Francisco USA Stabilne 9 10 14 -4 ↓
Houston USA Stabilne 12 12 15 -3 ↓
Filadelfia USA Stabilne 11 15 16 -1 ↓
Tiencin Chiny Stabilne wschodzące 40 26 17 9 ↑
Boston USA Stabilne 13 16 18 -2 ↓
Suzhou Chiny Stabilne wschodzące 47 30 19 11 ↑
Dżakarta Indonezja Stabilne wschodzące 103 51 20 31 ↑
Metodologia. Indeks Stabilnych Miast firmy Savills stanowi miarę zamożności danego miasta (PKB), zamożności gospodarstw domowych (gospodarstwa o przychodach przekraczających 70 tys. dolarów amerykańskich) oraz współczynnika obciążenia demograficznego

Źródło: dział badań Savills

 

„Czołówka rankingu może wydawać się nienaruszalna, co nie zmienia faktu, że w obliczu nadchodzących zmian w ciągu następnych 10 lat będziemy świadkami przełomu w sposobie funkcjonowania firm i całych społeczeństw. Z naszego Indeksu Stabilnych Miast wynika, że miasta o ugruntowanej pozycji rzeczywiście będą w dużej mierze bezpieczne i odporne na przewidywane zmiany w najbliższej dekadzie. Pierwsza dziesiątka najbardziej popularnych miast wśród inwestorów krajowych i zagranicznych w 2018 roku odzwierciedla ten stary porządek świata wskutek czego nieruchomości w tych lokalizacjach podrożały i należą obecnie do najbardziej pożądanych aktywów” – komentuje Simon Hope, dyrektor działu globalne rynki kapitałowe w Savills.

„Wskazane przez nas osiem miast aspirujących może stać się wkrótce alternatywnymi kierunkami inwestycyjnymi. Nie są one pozbawione ryzyka, ale będą szybko awansowały w rankingach, ponieważ wykazują się odpornością na wyzwania przyszłości. Inwestorzy, którzy są gotowi zachować cierpliwość i myślą długofalowo, powinni rozważyć możliwość wejścia na te rynki. Co piąty człowiek na świecie jest Chińczykiem, a wraz z upływem czasu i dalszym rozwojem chińska gospodarka stanie się największą na świecie, oferując jednocześnie atrakcyjne możliwości dla inwestorów na rynku nieruchomości” – dodaje Simon Hope.

„Wszystkie miasta aspirujące znajdują się w Chinach, Indiach lub na Bliskim Wschodzie. Niektóre z nich, takie jak Delhi, Mumbaj, Bengalur, Rijad i Dżudda, są powszechnie znane, ale dotychczas pozostawały poza kręgiem zainteresowań globalnych inwestorów aktywnych na rynku nieruchomości. Chińskie miasta – Hangzhou, Nankin i Ningbo – w ogóle nie są znane pomimo dużej liczby mieszkańców. Jednak wszystkie charakteryzują się młodą populacją, odnotowują wzrost zamożności i będą w stanie szybko dostosowywać się do nadchodzących zmian” – mówi Paul Tostevin, dyrektor z działu globalnych badań Savills.

Michał Stępień, associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce
Michał Stępień, associate w dziale doradztwa inwestycyjnego Savills w Polsce

„Głębokie zmiany w demografii i technologii oraz ich wpływ na rynek nieruchomości widoczne są również w Polsce, gdzie analogicznie duże ośrodki miejskie także wychodzą obronną ręką, dość szybko dostosowując się do zachodzących zmian. Z pewnością, podobnie jak we wiodących aglomeracjach na świecie, w Warszawie sprzyja temu napływ młodych ludzi oraz koncentracja biznesu i usług. Polska od lat plasuje się w unijnej czołówce wzrostu gospodarczego. Wchodząc do UE w 2004 r. PKB Polski według parytetu siły nabywczej było mniej więcej na poziomie 50% średniej unijnej. W 2017 r. poziom ten przekroczył 70%. Zgodnie z danymi opublikowanymi ostatnio przez Eurostat, Warszawa znalazła się na 19 miejscu w rankingu regionów UE o najwyższym PKB per capita według parytetu siły nabywczej, wyprzedzając takie ośrodki jak Wiedeń czy Salzburg. I choć w ujęciu nominalnym poziom zamożności mieszkańców polskich aglomeracji jest nadal znacznie niższy od wiodących rynków Europy Zachodniej, to właśnie dynamiczny wzrost gospodarczy głównych ośrodków miejskich jest czynnikiem, który przyciąga kapitał inwestycyjny, dając realne perspektywy wyższych zwrotów z inwestycji w nieruchomości komercyjne niż w głównych ośrodkach biznesu starego porządku świata” – mówi Michał Stepień, Associate z działu doradztwa inwestycyjnego w Savills.

[i] Benglalur nie został uwzględniony w rankingu za rok 2008, ponieważ jego PKB nie przekraczał 50 mld dolarów amerykańskich.

F5 sfinalizowało proces przejęcia NGINX

F5 – światowy lider w dziedzinie usług aplikacji w środowiskach multi-cloud sfinalizował proces przejęcia NGINX – lidera w dziedzinie dostarczania aplikacji open-source. Informacja o zawarciu umowy przejęcia NGINX została ogłoszona 11 marca br.

Połączone firmy umożliwią korzystanie z usług aplikacji multi-cloud we wszystkich środowiskach. Zapewnią łatwość obsługi i elastyczność, jakich potrzebują programiści, przy jednoczesnym spełnieniu wymagań zespołów operacyjnych w zakresie skali, bezpieczeństwa, niezawodności i gotowości do działania.

Kryzys motoryzacyjny w Chinach? Nie na rynku aut premium

Największy na świecie rynek samochodowy zwalnia. Marzec był 9. miesiącem z rzędu, w którym w Chinach zanotowano spadek sprzedaży aut. Ale chiński rynek nie kurczy się równo. Segment samochodów premium ma się w tym kraju lepiej niż dobrze.

Koniec epoki

Chiny stały się największym rynkiem motoryzacyjnym w 2009 roku, odbierając ten tytuł Stanom Zjednoczonym. Cztery lata później azjatycki kraj, jako pierwszy w historii zanotował roczną sprzedaż sięgającą 20 mln samochodów. A jeszcze w 2000 roku chiński rynek motoryzacyjny był o 29 razy mniejszy od amerykańskiego. Przez lata sprzedaż samochodów w Chinach regularnie rosła, ale od połowy 2018 roku ten trend wyraźnie się odwrócił, sprawiając, że sprzedaż samochodów w Państwie Środka spadła po raz pierwszy od 20 lat.

Ubiegły rok zakończył się z wynikiem 4,1% na minusie, wynika z danych China Passenger Car Association (CPCA), a w marcu 2019 roku zdaniem China Association of Automobile Manufacturers cały rynek motoryzacyjny skurczył się o 5,2% względem analogicznego okresu rok temu. Takie wyniki dobrze odzwierciedlają aktualną kondycję chińskiej gospodarki, która w 2018 roku zanotowała wzrost na poziomie tylko 6,6%, co jest najgorszym wynikiem od 28 lat.

Wzrost sprzedaży aut luksusowych

Zmniejszenie chińskiego rynku nie dosięgnęło jednak segmentu samochodów luksusowych. W pierwszym kwartale roku wzrósł on o 7,5% – podaje CPCA. Najlepsze światowe marki premium regularnie zyskują w Chinach coraz lepsze wyniki. W ubiegłym roku Audi zanotowało tam ponad 10-procentowy wzrost, podobnie Mercedes, a BMW zyskało prawie 8%. Na tym tle najbardziej wyróżnia się jednak Lexus, który w 2018 roku sprzedał o 21% aut więcej, niż przed rokiem.

Lexus rośnie w Chinach

W Chinach japońska marka premium jest na fali. W kwietniu Lexus sprzedał w Państwie Środka 21 839 aut – po raz pierwszy w historii miesięczna sprzedaż samochodów producenta była wyższa niż w USA, dotąd najważniejszym rynku dla Lexusa. Różnica wyniosła 479 aut. Ponadto w pierwszym kwartale 2019 roku Lexus sprzedał w Państwie Środka 60 465 samochodów i według szacunków do końca roku sprzedaż ma osiągnąć poziom 200 000 egzemplarzy. Dla porównania w Europie, w której Lexus również notuje regularne wzrosty, w całym ubiegłym roku sprzedano 76 188 aut tej marki. Trudno o lepszy dowód na to, jak potężny jest chiński rynek.

Limuzyny hitem

Prawdziwym bestsellerem Lexusa na chińskim rynku jest obecnie model ES, w ubiegłym roku wyróżniony tytułem China Car of the Year 2019. Uznanie dla japońskiego sedana tylko podkreśla słabość Chińczyków do luksusowych limuzyn. Podobne doświadczenia mają inni producenci, jak na przykład Audi, którego najpopularniejszym modelem w tym kraju jest sedan A4 L. Popularność limuzyn udowadniają zresztą liczby opisujące cały rynek. Według danych CPCA, od stycznia do listopada 2018 roku sprzedaż luksusowych sedanów w kraju wzrosła o 18,8%, kiedy segment SUV-ów klasy premium powiększył się o jedyne 3,5%.

Samochodowe fabryki w Chinach

W obliczu tak dużego zainteresowania samochodami klasy premium w Chinach, producenci coraz częściej decydują się na produkcję swoich samochodów w tym kraju, a także tworzenie modeli przeznaczonych wyłącznie na chiński rynek. Zarówno BMW, Audi i Mercedes mają już swoje zakłady w Państwie Środka.

Lexus prawdopodobnie zdecyduje się też na produkcję w tym kraju. Japońska marka, która bardzo poważnie podchodzi do jakości swoich produktów, wcześniej obawiała się, czy auta wyjeżdżające z chińskich zakładów będą wystarczająco dopracowane, a ich produkcja opłacalna. Jednak gwałtowanie rosnące zainteresowanie samochodami Lexusa w Chinach i coraz lepsza jakość chińskich produktów sprawiają, że włodarze japońskiej marki debatują nad takim posunięciem.

To, jak istotny dla Lexusa jest klient z Chin podkreśla również najnowszy model pokazany przez producenta z Kraju Kwitnącej Wiśni, czyli Lexus LM. Pierwszy luksusowy van marki powstał z myślą o azjatyckich klientach, a przede wszystkim odbiorcach z Chin, gdzie auta tego typu cieszą się dużą popularnością.

Kurs jena japońskiego – prognoza długoterminowa

„Wojna handlowa” pomiędzy USA i Chinami wspiera japońską walutę. Ale jeśli ten konflikt, pomimo ostatniego zaostrzenia retoryki Stanów Zjednoczonych, zostanie rozwiązany, wtedy jen japoński powinien doświadczyć osłabienia. Dlaczego? To w swojej analizie tłumaczą eksperci Ebury.

Pod koniec ubiegłego roku jen japoński (JPY) doświadczył wyraźnej aprecjacji, zyskując 10% w relacji do polskiego złotego. JPY jednocześnie był najlepiej radzącą sobie walutą z grupy G10. Przez większość obecnego roku jen pozostawał względnie stabilny w parze z polskim złotym, jednak w ostatnim czasie waluta umocniła się do najwyższego poziomu od stycznia.

Kurs USD/JPY & PLN/JPY (maj ’18-maj ’19)

Kurs USD JPY & PLN JPYŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 09/05/2019

Konflikt mocarstw wspiera jena

Za ostatnie umocnienie jena odpowiadają przepływy do tzw. bezpiecznych przystani (ang. safe-haven), w konsekwencji wzrostu ryzyka rynkowego na świecie. Polegają one na przenoszeniu kapitału do aktywów powszechnie uznawanych za bezpieczne, a takim mianem cieszy się m.in. jen japoński. Głównym czynnikiem wpływającym na niepokój inwestorów jest ryzyko eskalacji konfliktu handlowego na linii USA-Chiny.  To właśnie dematerializacja ryzyka (szczególnie niższe ryzyko eskalacji wspomnianego konfliktu) sprawiła, że przez większość bieżącego roku jen japoński pozostawał względnie stabilny.

W konsekwencji powrotu ryzyka, po ostatnich groźbach prezydenta Donalda Trumpa, siła jena powróciła. Nastąpiło to po tym, jak prezydent Trump w niedzielę ogłosił, że już w ten piątek cła na chińskie towary o wartości 200 mld USD wzrosną z 10% do 25%, co dziś nastąpiło. Do umocnienia jena doszło pomimo tego, iż ostatnie odczyty danych makroekonomicznych z Japonii zdają się wspierać ekspansywną politykę monetarną, co z zasady nie sprzyja aprecjacji waluty.

Oprócz kwestii konfliktu handlowego USA i Chin, rynek walutowy obawiał się również ogólnego spowolnienia w gospodarce światowej. Stąd wzrosło zainteresowanie inwestorów lokowaniem środków w aktywach powszechnie uznawanych za bezpieczne. W ostatnich tygodniach część obaw w tej kwestii nieco zmalała, jednak zwiększenie ceł może zagrozić perspektywom gospodarczym Chin, co nie pozostałoby bez wpływu na globalną gospodarkę.

Rzut oka na gospodarkę

Powracając jednak do sytuacji Japonii, bank centralny tego kraju od dłuższego czasu utrzymuje ekstremalnie luźną politykę monetarną, której najpewniej nie będzie chciał modyfikować. Zwłaszcza biorąc pod uwagę napływ słabych danych o aktywności gospodarczej w kraju.

Podczas kwietniowego spotkania banku centralnego decydenci BoJ nie zmienili poziomu stóp procentowych, dodatkowo komunikując, że stopy pozostaną niezmienione co najmniej przez okres wiosny 2020 r. Pozostawienie stóp na niezmienionym, ujemnym poziomie (-0,1%) w kwietniu oznacza, że pozostają one stabilne od ponad trzech lat. Bank centralny równocześnie prowadzi program „luzowania ilościowego i jakościowego przy jednoczesnej kontroli krzywej dochodowości”. W ramach tego nietypowego instrumentu polityki monetarnej, BoJ rocznie skupuje równowartość 80 bln jenów obligacji rządowych, co ma sprawić, iż rentowności 10-letnich papierów dłużnych skarbu państwa pozostaną w okolicy zera.

Uzasadnieniem ekspansywnej polityki monetarnej jest brak presji inflacyjnej w Japonii. Dynamika cen pozostaje niska, nawet pomimo ekstremalnie ekspansywnego nastawienia BoJ. W lutym inflacja CPI spadła do poziomu 0,2% w ujęciu rocznym, co jest najniższym poziomem indeksu od końcówki 2016 roku. Indeks cen konsumentów w marcu również znajdował się wyraźnie poniżej 2-proc. celu inflacyjnego banku centralnego, osiągając poziom 0,5%. Również inflacja bazowa nie przekracza poziomu 1%, od kiedy w pomiarach wskaźnika przestano uwzględniać wpływ, jaki na ceny miał nałożony w 2015 roku podatek od sprzedaży. Spodziewamy się, że polityka Banku Japonii pozostanie zdecydowania ekspansywna, dopóki dynamika cen w Japonii nie wróci do poziomu zbliżonego do celu inflacyjnego.

Inflacja w Japonii (2010-2019)

Inflacja w JaponiiŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 09/05/2019

Polityka japońskiego banku centralnego nie zdołała wystarczająco wzmocnić krajowego wzrostu gospodarczego, co niewątpliwie niepokoi jego decydentów. W ostatnim kwartale 2018 roku w Japonii można było obserwować wzrost na poziomie zaledwie 0,3% w ujęciu rocznym, co jest bardzo nieznaczną poprawą w porównaniu do poprzedniego kwartału, kiedy wzrost PKB wynosił jedynie 0,1%. Gospodarka pod koniec roku radziła sobie lepiej w ujęciu kwartalnym. Jednak należy to powiązać ze spowolnieniem w trzecim kwartale, kiedy Japonia cierpiała z powodu silnych tajfunów w zachodniej części kraju, jak i katastrofalnego w skutkach trzęsienia ziemi na północy, które negatywnie wpłynęły na produkcję.

Sygnały napływające z gospodarki w pierwszym kwartale bieżącego roku również nie są szczególnie optymistyczne. W 2019 roku aktywność biznesowa w dość istotnym dla Japonii sektorze przemysłu spadła i pozostaje na niskich poziomach. W marcu i lutym wskaźnik PMI dla sektora znajdował się poniżej granicznej wartości 50, przekraczając ów poziom nieznacznie w kwietniu. Oznacza to, że zgodnie ze wskazaniami indeksu w dwóch z trzech miesięcy wchodzących w skład pierwszego kwartału obecnego roku japoński przemysł kurczył się. Twarde dane pokazują dodatkowo, że produkcja przemysłowa spadała przez cztery z dziewięciu ostatnich miesięcy pomiarów.

Indeksy PMI dla Japonii (2016-2019)

Indeksy PMI dla Japonii
Źródło: Thomson Reuters Datastream Data: 09/05/2019

Co czeka jena?

Gołębia retoryka Banku Japonii, niższa aktywność gospodarki, jak i uparcie utrzymująca się na niskim poziomie dynamika cen w Japonii prowadzą nas do podtrzymania dotychczasowej prognozy. Zakłada ona, że w najbliższej przyszłości krajowy bank centralny najpewniej utrzyma dotychczasowy poziom stóp procentowych. Jesteśmy również zdania, że utrzymanie luźnej polityki monetarnej powinno ograniczać przepływy „safe-haven”. Jeśli konflikt na linii USA-Chiny, pomimo ostatniego zaostrzenia retoryki Stanów Zjednoczonych, ostatecznie zostanie rozwiązany, jen japoński powinien doświadczyć osłabienia.

Nasza prognoza nadal zakłada zatem osłabienie jena japońskiego w 2019 roku. Aczkolwiek prawdopodobieństwo utrzymania stabilnej polityki monetarnej przez Rezerwę Federalną powinno ograniczyć straty, jakich mogłaby doświadczyć japońska waluta. Jednocześnie w związku z oczekiwanym przez nas umocnieniem złotego w relacji do euro, spodziewamy się również aprecjacji krajowej waluty w parze z jenem japońskim. Prognozy Ebury na koniec roku to: USD/JPY 115, EUR/JPY 132, JPY/PLN 0,032.

Autorzy: analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Usługi ciągłe a usługi świadczone w sposób ciągły – zakres przedmiotowy pojęcia

W toku prowadzenia działalności gospodarczej świadczenia często mają podobny charakter i są wykonywane w ramach jednej umowy. Przedsiębiorcy zauważyli, że dostawy w celu realizacji określonej umowy można by traktować jako dostawy realizowane w okresach rozliczeniowych, dla których ustalane są następujące po sobie terminy płatności lub rozliczeń. Takie podejście znacznie uprościłoby współpracę, poprzez ograniczenie obowiązków administracyjnych przedsiębiorców. Fiskus odrzucił jednak ten pomysł, twierdząc, że każda dostawa lub świadczenie (nie dotyczy usług ciągłych) powinny być fakturowane osobno. Sprawy trafiły do sądów.

Usługi ciągłe a usługi świadczone w sposób ciągły

Ustawodawca nie definiuje pojęć usługi ciągłej oraz usługi świadczonej w sposób ciągły. W art. 19a ust 3 ustawy o VAT wskazuje się, że usługę, dla której w związku z jej świadczeniem ustalane są następujące po sobie terminy płatności lub rozliczeń, uznaje się za wykonaną z upływem każdego okresu, do którego odnoszą się te płatności lub rozliczenia, do momentu zakończenia świadczenia tej usługi. Z kolei usługę świadczoną w sposób ciągły przez okres dłuższy niż rok, dla której w związku z jej świadczeniem w danym roku nie upływają terminy płatności lub rozliczeń, uznaje się za wykonaną z upływem każdego roku podatkowego, do momentu zakończenia świadczenia tej usługi.

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z 11 kwietnia 2017 r. (sygn. I FSK 1104/15) wskazał, że pojęcie usługi ciągłej należy rozumieć w inny sposób niż pojęcie usługi świadczonej w sposób ciągły. Przede wszystkim rozumienia usługi świadczonej w sposób ciągły nie można ograniczać do usług świadczonych w sposób nieustający, bezustanny, bez przerwy. W szczególności sądy administracyjne wskazują, że pod tym pojęciem znajdują się także zobowiązania polegające na stałym i powtarzalnym (trwałym) zachowaniu się strony zobowiązanej do świadczenia.

Usługi ciągłe

W orzecznictwie sądów administracyjnych można spotkać się ze stanowiskiem, że usługą ciągłą może być usługa tylko konkretna, jednorodzajowa, dla której przewidziana jest jedna stawka podatkowa, jeden moment powstania obowiązku podatkowego w świetle przepisów ustawy o VAT. Przykładowo WSA w Gliwicach w wyroku z 19 kwietnia 2017 r. (sygn. III SA/Gl 1291/16) wskazał, że nie można uznać za usługę ciągłą świadczonych trzech różnych usług, tj. np. terminalowych, przewozowych i spedycyjnych. Z kolei NSA w wyroku z 15 grudnia 2017 r. (sygn. I FSK 173/16) wskazał, że o usługach ciągłych można mówić tylko wtedy, gdy poszczególnych czynności usługodawcy nie sposób wyodrębnić. Innymi słowy, nie można określić, kiedy kończą się pewne świadczenia, a kiedy następne się rozpoczynają.

Usługi i dostawa towarów świadczone w sposób ciągły

Z przywołanej wyżej treści art. 19a ust 3 ustawy o VAT wynika, że możliwość rozliczenia usług w okresach rozliczeniowych dotyczy zarówno usług świadczonych w sposób ciągły, jak i wszelkich innych usług, o ile tylko strony zdecydowały się na rozliczanie ich w okresach rozliczeniowych lub ustaliły następujące po sobie terminy płatności. Dotyczy to także dostaw towarów, co potwierdza NSA w wyroku z 22 lutego 2019 r. (sygn. I FSK 150/17).

Przykładowo więc, jeżeli z umów z kontrahentami wynika, że podatnik świadczy usługi np. transportowe, które nie są zaliczane do usług ciągłych, ale których rozliczenia dokonywane są w ustalonych przez strony okresach rozliczeniowych, to dostawy realizowane w ramach tej umowy można uznać za dostawy świadczone w sposób ciągły i w konsekwencji nie trzeba wystawiać faktury po każdej pojedynczej dostawie. Sądy obu instancji podkreśliły w sprawie, że z wykładni celowościowej i systemowej art. 64 ust. 2 dyrektywy VAT wynika, że realizowanie dostaw w sposób ciągły może również polegać na ich powtarzalnym wykonywaniu.

Podsumowanie

Podejście do usług i dostaw towarów świadczonych w sposób ciągły ulega znacznej liberalizacji na skutek pozytywnych dla podatników orzeczeń sądów administracyjnych. Jako pozytywną należy ocenić w szczególności wykładnię poczynioną przez NSA, z której wynika, że także dostawy realizowane w ramach jednej umowy w okresach rozliczeniowych nie muszą być rozpoznawane na zasadach ogólnych, co wiązałoby się z koniecznością fakturowania każdej pojedynczej dostawy. Podatnicy mają możliwość wystawienia jednej „zbiorczej” faktury za dostawy realizowane w określonym czasie. Oczywiście takie podejście może nie spotkać się do końca z aprobatą fiskusa, ponieważ co do zasady podatnik w ten sposób będzie mógł zapłacić podatek w późniejszym okresie. Przykładowo dostawy w ramach tej samej umowy zostały zrealizowane w styczniu, lutym i marcu, a jako umowny okres rozliczeniowy przyjęto kwartał. Zatem podatnik nie wykaże dostaw w styczniu ani w lutym, tylko w marcu, przez co fiskus później otrzyma wpływ z VAT.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Dane z niemieckiej gospodarki wciąż martwią

W tym tygodniu poznaliśmy wyniki produkcji przemysłowej w Niemczech. W marcu zanotowano wzrost w porównaniu z poprzednim miesiącem o 0,5%. Biorąc pod uwagę korektę sezonową, międzyrocznie spadła ona natomiast o 0,9%. Zamówienia przemysłowe w porównaniu miesiąc do miesiąca wzrosły o 0,6%, a w ujęciu rok do roku spadły o 6%. To niekorzystne wyniki nie tylko dla niemieckiego, ale również dla polskiego przemysłu. Niedawno został opublikowany również wynik Indeksu Menadżerów Zakupów dla Polski, który wyniósł 49 pkt. Utrzymujący się poziom PMI poniżej 50 pkt., w kombinacji z wcześniej wymienionymi danymi dot. rozwoju niemieckiego przemysłu, wskazują na spowolnienie wzrostu polskiego sektora produkcyjnego.

Ważny dla niemieckiego, jak i dla polskiego przemysłu, jest również rozwój negocjacji między USA i Chinami. Donald Trump ponownie przestraszył rynki finansowe swoim niedawnym tweetem. Zasugerował, że cła na przywóz z Chin powinny ponownie znacznie wzrosnąć. Tweety amerykańskiego prezydenta często nie mają pokrycia w rzeczywistości, ale sama wiadomość oczywiście wpłynęła na rynki, które są niezwykle czułe na takie sygnały. Niemniej jednak szanse na zaostrzenie wojny handlowej wzrosły i zobaczymy, co przyniosą negocjacje między obiema stronami. Pierwsze wyniki rozmów między USA i Chinami być może poznamy już w piątek lub w ciągu weekendu. Nadal więc utrzymuje się spora niepewność w światowej gospodarce.

W tym tygodniu złoty stracił zyski, które zdobył w ubiegłym tygodniu. Kurs EUR/PLN nadal się zmienia. W piątek rano jego notowania w stosunku do euro były na poziomie 4,30. Kurs EUR/USD w tym czasie był na poziomie 1,12 EUR/USD.

Tygodniowy komentarz walutowo-makroekonomiczny Malwiny Krakus, analityczki AKCENTY, instytucji płatniczej rozliczającej i zabezpieczającej transakcje walutowe eksporterów i importerów z Europy Środkowej.

Wojny handlowe – pies, który nie zaszczekał

W opowiadaniu o Sherlocku Holmesie pt. „Srebrny płomień”, pewnej nocy ze stajni znika utytułowany koń wyścigowy, a jego trener zostaje zamordowany. Prowadzący śledztwo Sherlock Holmes zwraca uwagę na coś, co się nie wydarzyło: pies strzegący terenu nie zaszczekał.

Od ponad dwóch lat żyjemy w strachu przed wojnami handlowymi, obawiając się, że eskalacja protekcjonistycznej polityki stłumi globalną wymianę handlową i wywoła potężną dekoniunkturę w gospodarce światowej. Międzynarodowy Fundusz Walutowy (MFW) ostatnio wywołał kolejną falę alarmujących doniesień medialnych swoimi prognozami dla światowej gospodarki („World Economic Outlook”).

Wciąż jednak nie doszło do załamania światowego handlu, a globalna gospodarka nie wyhamowała. Wojny handlowe na świecie są zatem jak pies, który nie zaszczekał.

Ta sytuacja ma, według mnie, trzy powody. Zamiast wojen obserwowaliśmy niewielkie potyczki, wolny handel w rzeczywistości nigdy nie był naprawdę wolny oraz, co najważniejsze, zależność globalnego wzrostu od globalnego handlu przeszła strukturalną przemianę.

Dla inwestorów oznacza to dwie ważne implikacje, które omówię pod koniec niniejszego tekstu: (1) globalny wzrost prawdopodobnie pozytywnie nas zaskoczy, podobnie jak rentowność obligacji, oraz (2) naprawdę ważnych czynników należy szukać na poziomie poszczególnych spółek, branż i rynków krajowych, w związku z czym selekcja instrumentów do portfela jeszcze nigdy nie była tak istotna.

Pogłoski o śmierci globalnego handlu są mocno przesadzone

Dynamika światowego handlu rzeczywiście zwolniła w 2018 r., jednak było to po części uspokojenie po bardzo mocnym 2017 r., gdy globalna wymiana handlowa rosła w tempie 4,7%, czyli trzykrotnie szybciej niż rok wcześniej. Ubiegłoroczne tempo 3,3% wciąż wygląda dobrze na tle średniego poziomu 2,0% z lat 2012–2016.dynamika światoweg handlu

Tempo wzrostu handlu światowego dodatkowo spadło pod koniec ubiegłego roku: trzymiesięczna średnia krocząca przez większą część 2017 r. utrzymywała się w okolicach poziomu 5%, później spadła o jeden punkt procentowy do ok. 4% w drugim i trzecim kwartale 2018 r., by wreszcie wyhamować do stycznia 2019 r. Ten trend należy uważnie obserwować, ale zanim wpadniemy w panikę, warto zauważyć, że na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat już dwukrotnie byliśmy świadkami znaczącego spadku dynamiki handlu światowego (w latach 2015–2016 i 2011–2012) i za każdym razem później następowało przyzwoite odbicie.spadki i odbicia

Co jeszcze ważniejsze, należy pamiętać, że światowy wzrost utrzymywał się w ubiegłym roku na stabilnym i niezmiennym od 2017 r. poziomie 3,7%, pomimo spadku dynamiki globalnej wymiany handlowej. Ani strach przed wojnami handlowymi ani faktyczne spowolnienie w obszarze handlu nie były na tyle poważne, by stłumić dynamikę ogólnoświatowego rozwoju gospodarczego.napięcia handlowe

Nie wojny, a potyczki

Są trzy powody, dla których napięcia w światowym handlu mają ograniczony wpływ na globalny wzrost. Po pierwsze, scenariusz zakrojonej na szeroką skalę wojny handlowej i potężnej fali protekcjonizmu, który stale jest przywoływany przez komentatorów, jak dotąd się nie zrealizował. Nawet najtrudniejszym dwustronnym negocjacjom towarzyszą wyważone działania o ograniczonym zakresie, a nie eskalacja wzajemnych obciążeń celnych.

Dlaczego? Przynajmniej po części dlatego, że Stany Zjednoczone mają rację: niemal wszystkie gospodarki stosują wyższe cła; nawet Unia Europejska (UE) nakłada na import cła średnio o 50% wyższe niż Stany Zjednoczone (5,1% w porównaniu z 3,4%). Poniższy wykres pokazuje, że wszystkie kraje, z którymi Stany Zjednoczone toczą największe spory (zaznaczone na zielono) stosują znacznie wyższe cła niż Stany Zjednoczone. Amerykanie bez wątpienia mogliby zajmować się tymi kwestiami z większą finezją, ale inne kraje nie odpowiadają gwałtownym odwetem właśnie dlatego, że zdają sobie z tego sprawę i miałyby znacznie więcej do stracenia w przypadku eskalacji konfliktu.cła w USA

Sytuacja ta ma zatem ograniczony wpływ na światowy handel i przypuszczam, że nadchodzące miesiące przyniosą stabilizację globalnej wymiany handlowej po niedawnym spowolnieniu.

 Przedsiębiorcy radzą sobie z niepewnością lepiej niż komentatorzy

Po drugie, przedsiębiorcy nie wpadli w panikę. Obawiano się, że niepewność wywoływana przez narastające napięcia w handlu może skłonić spółki do wstrzymania realizacji planów inwestycyjnych. Wprawdzie anegdotyczne dowody istotnie sugerują, że menedżerowie spółek niepokoją się napiętą sytuacją w handlu, ale dane potwierdzają solidny wzrost inwestycji w latach 2017 i 2018: krajowe inwestycje w sektorach prywatnych brutto wzrosły z 17,0% produktu krajowego brutto (PKB) na koniec 2016 r. do 17,4% na koniec 2017 r. i 18,1% na koniec 2018 r. Pomimo pewnego narzekania, wielu przedsiębiorców najwyraźniej z rezerwą podchodzi do doniesień medialnych, a ich wiara w oparte na solidnych fundamentach globalne ożywienie jak dotąd przewyższa obawy wokół napiętej sytuacji w handlu.spółki spokojne

Ekonomiści również najwyraźniej nie docenili zdolności spółek do dostosowania się do jak dotąd ograniczonych zakłóceń łańcuchów dostaw. Przypomnijmy, ponadto, że wolny handel nigdy nie był rzeczywiście wolny. Jak wspomniano wcześniej, szereg krajów stosuje spore opłaty celne, a na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat byliśmy już świadkami narastającego protekcjonizmu w postaci wymogów dotyczących krajowej lokalizacji zakładów na rynkach wschodzących i innych odmiennej natury niż cła. Wiele przedsiębiorstw już nauczyło się adaptacji do nowych warunków.

Strukturalne zmiany w światowym handlu

 Po trzecie i najważniejsze, wrażliwość światowego wzrostu gospodarczego na zmiany w globalnym handlu znacząco spadła na przestrzeni ostatnich 10 lat. W ciągu półtorej dekady przed globalnym kryzysem finansowym, ogólnoświatowa wymiana handlowa rosła dwukrotnie szybciej niż globalny PKB. Z kolei na przestrzeni 10 ostatnich lat tempo wzrostu globalnej wymiany handlowej było o jedną piątą niższe od tempa wzrostu światowego PKB. Światowa gospodarka wciąż rozwijała się jednak średnio w tym samym tempie, co podczas globalnego boomu handlowego.globalny wzrost a handel

Oznacza to ważną zmianę strukturalną wynikającą z trzech kluczowych czynników.

Po pierwsze, solidny wzrost gospodarczy na rynkach wschodzących zaowocował powstaniem szybko rosnącej klasy średniej, której udział w globalnej konsumpcji zaczął rosnąć. Coraz większa część towarów i usług wytwarzanych w Chinach, w Indiach i na innych dużych rynkach wschodzących jest obecnie kupowana na rynkach lokalnych, a nie eksportowana. Według danych McKinsey Global Institute, udział rynków wschodzących w globalnej konsumpcji wzrósł o ok. 50% w ciągu ostatnich 10 lat, a prognozy instytutu przewidują, że do 2025 r. rynki wschodzące będą skupować prawie dwie trzecie globalnej produkcji wyrobów przemysłowych.[1] Obecnie Chiny eksportują zaledwie 9% swojej produkcji, co oznacza spadek o prawie połowę w porównaniu z 17% w 2007 r.

Po drugie, kilka rynków wschodzących już zaczęło budować solidniejsze krajowe łańcuchy dostaw, aby podnieść ich wydajność i skrócić czas dostarczania wyrobów na rynek. Przykładowo, według danych zawartych we wspomnianym wcześniej raporcie McKinsey Global Institute, wschodzące rynki azjatyckie importują obecnie zaledwie 8% materiałów potrzebnych do produkcji, w porównaniu z ponad 15% zaledwie rok wcześniej w 2017 r. W rezultacie rośnie znaczenie handlu w obrębie regionu. Wraz ze wzrostem konsumpcji na rynkach wschodzących, udział wymiany handlowej z innymi rynkami wschodzącymi (w odróżnieniu od handlu z rynkami rozwiniętymi) w całkowitej wymianie handlowej wzrósł o ponad 40% na przestrzeni ostatniej dekady.

Po trzecie, nowe zaawansowane technologie produkcyjne, od druku trójwymiarowego po rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji, znacząco zmniejszają znaczenie niższych kosztów pracy i skłaniają przedsiębiorstwa z krajów rozwiniętych do przenoszenia produkcji w miejsca oferujące lepszą infrastrukturę, bardziej wykwalifikowaną siłę roboczą oraz, w przypadku Stanów Zjednoczonych, spadające koszty energii. Podobne innowacje technologiczne zwiększają znaczenie handlu usługami, w tym, między innymi, usługami elektronicznymi czy wartościami niematerialnymi, takimi jak własność intelektualna, który rośnie w znacznie szybszym tempie niż handel towarami.

Te zmiany prawdopodobnie będą trwały także w latach kolejnych, wraz z dalszą poprawą jakości życia na rynkach wschodzących i rozwojem technologii. Handel światowy wciąż odgrywa kluczową rolę, ale obecne umiarkowane tempo wzrostu światowego handlu jest spójne z solidnym wzrostem globalnego PKB.

Innymi słowy, wojny celne, których tak wielu się obawia, są skoncentrowane na tradycyjnych sektorach przemysłowych, podczas gdy środek ciężkości wymiany handlowej przesuwa się w kierunku nowych sektorów gospodarki. To może tłumaczyć ograniczony wpływ sporów handlowych. W swoim październikowym raporcie „WEO”, MFW przedstawił symulację scenariusza, w którym następuje eskalacja wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami, Stany Zjednoczone nakładają 25-procentowe cło na wszystkie importowane samochody i części, po czym otrzymują cios o porównywalnej sile w ramach działań odwetowych, nastroje w biznesie spadają, a przedsiębiorstwa notują spadek kondycji finansowej wraz ze spadkiem marż.

Efekt? Poziom globalnego PKB byłby o 0,4% niższy po pięciu latach, co oznaczałoby jeszcze mniejszy wpływ na stopy wzrostu PKB. Obniżenie poziomu PKB o 0,4% nie jest wprawdzie bez znaczenia, ale z pewnością nie jest katastrofą.

W opublikowanym ostatnio kwietniowym wydaniu „WEO”, MFW przedstawił nową analizę symulującą wpływ 25-procentowego cła na cały handel pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, jednak bez uwzględnienia konsekwencji związanej z tym niepewności na inwestycje. Analiza oparta jest na szeregu różnych modeli ekonometrycznych, włącznie z tym, który wykorzystano przy październikowych symulacjach. Ponieważ ta publikacja wywołała kolejną falę alarmujących doniesień medialnych, pragnę przedstawić dwa spostrzeżenia:

  • Wyniki nowej symulacji są generalnie zgodne z wynikami analizy przedstawionej w październiku, jednak są zaprezentowane w sposób znacznie bardziej dramatyczny, włącznie ze stwierdzeniem, że „Straty rocznego realnego PKB wyniosłyby od -0,3% do -0,6% w Stanach Zjednoczonych i od -0,5% do -1,5% w Chinach”. Taka wizja przekonała nawet Wall Street Journal do sformułowania prognozy spadku chińskiego PKB o 0,5–1,5%. Jednak symulacja wcale tego nie sugeruje. Chiński PKB nie poszedłby w dół, ale nadal by rósł, choć w słabszym tempie.[2]
  • Co istotne, 25-procentowe cło na całą wymianę handlową pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Chinami to najbardziej pesymistyczny scenariusz, który wydaje się skrajnie nierealny, a zatem jest niezbyt przydatny jako podstawa do formułowania oczekiwań biznesowych czy rynkowych. Gdyby Stany Zjednoczone i Chiny nałożyły po 25% cła na cały dwustronny handel, miałoby to bez wątpienia znaczący wpływ na obydwie gospodarki. Na myśl przychodzi mi jednak reakcja na słowa Filipa II Macedońskiego, który grożąc starożytnej Sparcie powiedział: „Jeżeli wprowadzę swoją armię na waszą ziemię…” Spartanie lakonicznie odpowiedzieli: „Jeżeli”.

Implikacje dla inwestorów

Inwestorzy powinni wyciągnąć z tej sytuacji dwa ważne wnioski.

Po pierwsze, światowy wzrost prawdopodobnie pozytywnie nas zaskoczy, ponieważ obawy dotyczące handlu są przesadzone. To z kolei wesprze większy wzrost rentowności na tle rynkowych oczekiwań, pomimo wycen rynkowych i decyzji Rezerwy Federalnej Stanów Zjednoczonych dotyczących stóp procentowych.

Po drugie, naprawdę istotne rzeczy dzieją się w na niższym poziomie: sankcje skoncentrowane na określonych obszarach będą miały wpływ na pewne segmenty świata biznesu, w tym, między innymi, poprzez przekierowanie wymiany handlowej. Co ważniejsze, zmiany i wydarzenia związane z ochroną własności intelektualnej i powiązanymi z tym kwestiami bezpieczeństwa (jak w przypadku Huawei) będą miały wpływ na wydajność produkcji i konkurencyjność zarówno spółek, jak i krajów przez wiele dziesięcioleci. Musimy wszyscy zwracać na to większą uwagę, gdy będziemy kalibrować naszą ekspozycję na kraje, sektory i pojedyncze spółki. Podsumowując, szczegółowe analizy fundamentalne połączone z aktywnym zarządzaniem portfelami jeszcze nigdy nie były tak ważne jak dziś.

Autor komentarza: Dr Sonal Desai, Wiceprezes wykonawczy, CIO Franklin Templeton Fixed Income

Wokół rozmów handlowych USA-Chiny

Piątek zaczynamy bez postępów w rozmowach USA-Chiny, ale z wyższymi cłami na warte 200 mld USD chińskie towary sprowadzane do USA. Rynki jednak nie panikują z pomocą cudownej sesji na giełdzie w Szanghaju i „pięknego” listu prezydenta Chin Xi do prezydenta USA Trumpa. Przynajmniej panowie ze sobą rozmawiają i to na razie wystarcza, by podtrzymać nadzieje na porozumienie.

Jeszcze wczoraj pesymizm wokół rozmów handlowych USA-Chiny sięgał zenitu, ale nie pierwszy raz prezydent Trump potrafił obrócić wszytko do góry nogami. Tym razem na pozytywną stronę. Prezydent USA otrzymał „piękny list” od prezydenta Chin Xi, a on sam ma „wspaniałą alternatywę” dla umowy handlowej (nie wiemy jednak, jaką). To wystarczyło, by podtrzymać nadzieję, że jakaś forma porozumienia nastąpi, nawet pomimo podniesienia ceł z 10 proc. do 25 proc.

Na początku tygodnia wskazywałem, że dla rynków największym ryzykiem w tym tygodniu nie są konsekwencje wojen handlowych, ale pojawiające się znienacka potencjalne zwroty akcji, zmiany stanowisk itp. Dlatego też rynki w ostatnich dniach pozostawały w szarpanej zmienności, ale bez silnego zaznaczenia kierunku (spadek S&P500 o 2,5 proc. od początku tygodnia nie ma znamion panicznej wyprzedaży). Obraz rynku w piątek rano mógłby wyglądać inaczej, gdyby reakcja chińskich aktywów na wprowadzone cła była poważna. Nic takiego jednak nie ma miejsca. Kurs juana do dolara praktycznie nie uległ zmianie, po części z pomocą wyższego fixingu ustanowionego przez Ludowy Bank Chin. Giełda w Szanghaju w pierwszej reakcji zaczęła wyznaczać nowe dołki w tym tygodniu, gdy nagle sentyment się całkowicie odwrócił i ostatecznie piątkowa sesja przyniosła wzrosty o 3,1 proc. Rynek spekuluje, ile w tym interwencji władz z Pekinu. Wprawdzie w reakcji na wyższe cła Chiny zapowiedziały podjęcie koniecznych działań zaradczych, ale nie sprecyzowały, czy w grę wchodzi także stabilizacja rynku finansowego.

Ogólnie rzecz ujmując, rozmowy wciąż trwają (dziś druga runda z rezultatami prawdopodobnie w godzinach nocnych), a inwestorzy nie porzucają nadziei, że nie dojdzie do zerwania negocjacji. Poza mini-rajdem ulgi po wczorajszej przecenie, rynki finansowe pozostają w zawieszeniu, gdyż w szerszym kontekście wciąż nie wiemy, co i kiedy zostanie uzgodnione i jakie będzie miało konsekwencje dla globalnego ożywienia. Osobiście dalej pozostaje niepoprawnym optymistą, albo przynajmniej uważam, że tematy nieprzynoszące szybkiego rozstrzygnięcia z czasem są przez rynki odsuwane w kąt. Do handlu potrzeba świeżych i konkretnych impulsów, a czekanie na cokolwiek nie wiadomo kiedy nie jest skuteczną metodą na zarabianie.

W piątek inwestorzy będą bacznie uważać na przecieki z Waszyngtonu, ale też powrócą do śledzenia danych. Nie tych z Wielkiej Brytanii, gdyż funt wciąż jest w goryczy, że rząd zdecydował się na przygotowania do wyborów do europarlamentu, zamiast przyspieszyć międzypartyjne pertraktacje nad umową brexitu. Po południu dane o zatrudnieniu i płacach z Kanady będą wsparciem dla CAD pod warunkiem, że przypomną o dobrej kondycji rynku pracy. Główna uwaga będzie jednak na inflacji CPI z USA. Kolejny słaby odczyt podda w wątpliwość stanowisko Fed, że ostatnie spowolnienie dynamiki cen jest przejściowe. Wzmocnione przekonanie, że kolejny ruch Fed będzie obniżką stanie się paliwem dla dalszych wzrostów EUR/USD.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Wyniki Grupy Netia za I kw. 2019 r.

Grupa Eurocash prezentuje wyniki za pierwszy kwartał 2019 r.

Deloitte na XI Europejskim Kongresie Gospodarczym w Katowicach

Po niemal 10 latach koncentrowania się firm na transformacji cyfrowej, 84 proc. liderów biznesowych i HR-owych deklaruje, że by zwiększyć produktywność przedsiębiorstwa muszą przemyśleć swoje relacje z pracownikami. Jak wynika z badania firmy doradczej Deloitte „2019 Deloitte Global Human Capital Trends” dziś największym wyzwaniem, jakie stoi przed autorami strategii biznesowych, jest łączenie kwestii społecznych z gospodarczymi i politycznymi. O tym, a także o edukacji, rynku pracy i handlu 4.0 będą mówili eksperci Deloitte podczas zbliżającego się XI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.

Jak wskazują eksperci Deloitte technologia w miejscu pracy wyprzedziła człowieka, który teraz musi te zaległości nadrobić.

Mówiąc o zarządzaniu kadrami w czasie transformacji trzeba zauważyć paradoks z jakim dziś mamy do czynienia. Żyjemy w świecie wszechobecnej technologii, ale to ludzki potencjał jest tym, co pcha nas do przodu. Aby jednak w pełni korzystać z niego w środowisku pracy wiele trzeba zmienić. 85 proc. pracowników na całym świecie nie jest zaangażowanych w pracę lub wręcz jest z niej wyłączonych. Ludzie pracują często zbyt intensywnie i w olbrzymim stresie, co może być niebezpieczne dla zdrowia. Nie angażują się w pracę, bo żyją w przeświadczeniu, że łatwiej będzie im znaleźć zajęcie u nowego pracodawcy niż utrzymać zatrudnienie w obecnej organizacji

– mówi Tomasz Konik, Partner, Lider zespołu Clients&Industries w Deloitte.

Eksperci Deloitte stworzyli zbiór zasad, którymi powinno się kierować przedsiębiorstwo, by pozytywnie wpływać na pracowników, odkrywać i rozwijać ich możliwości. Pierwsza z nich zakłada nadawanie pracy sensu i celu przez organizacje. Nie tracąc z oczu zysków, powinny one wpływać w pozytywny sposób na klientów i społeczeństwa. Druga zasada to wykorzystywanie danych, technologii i systemów w sposób uczciwy i nienadwyrężający zaufania. Trzecia – to dbanie o rozwój pracowników i zapewnianie im możliwości rozwoju ich pasji, nadawania pracy osobistego charakteru. Eksperci Deloitte zauważają też konieczność budowania i rozwijania zespołów, wychodzenia poza technologię cyfrową w celu budowania relacji osobistych w pracy. Piąta zasada dotyczy otwartej wymiany informacji, dyskusji na temat wyzwań i błędów w kierowaniu organizacją.

Rewolucja w edukacji

W obliczu nieustannego rozwoju sztucznej inteligencji, technologii poznawczych i automatyzacji, 86 proc. respondentów tegorocznego badania „Global Human Capital Trends” uważa, że muszą na nowo opanować sztukę uczenia się. Kolejne 80 proc. zauważa, że przez presję szybszego rozwoju i konieczność dostosowywania się do coraz bardziej zróżnicowanej siły roboczej, musi inaczej rozwijać liderów. Także o tym eksperci Deloitte będą mówić w Katowicach.

System edukacji można porównać do wielkiego tankowca. Każda zmiana kursu to ogromny wysiłek – sam manewr zajmuje dużo czasu, a na jego efekty trzeba również długo czekać. Podobnie wyglądają próby dopasowania edukacji do rynku pracy. Decyzje o zmianach w systemie przyniosą efekty za ponad dekadę. Nie mamy więc pewności, czy obecny system dobrze przygotuje dzisiejszych uczniów do wejścia na rynek pracy, bo też nie wiemy z jakimi wyzwaniami przyjdzie im się mierzyć za 10 – 15 lat – mówi Marek Metrycki, Partner Zarządzający w Deloitte.

Trendy takie jak Przemysł 4.0, sztuczna inteligencja czy robotyka kształtują dzisiejszy rynek pracy. Nie wiadomo jednak, jak go zmienią w przyszłości i jakie nowe trendy pojawią się w ciągu najbliższych 20 lat, dlatego, jeśli o pracownikach przyszłości można powiedzieć coś pewnego to to, że wraz z rozwojem technologii na znaczeniu będą zyskiwać kompetencje miękkie, czyli takie, które pozwolą pracownikom dostosować się do zmieniających się warunków i sytuacji na rynku pracy.

Szkoła przyszłości powinna uczyć dzieci… jak się uczyć. Powinna doskonalić w nich elastyczność i umiejętność radzenia sobie ze zmianami. To, jak łatwo będą potrafiły przystosować się do zmieniającego się otoczenia, zadecyduje o ich sukcesie jako pracowników – tłumaczy Marek Metrycki.

Z jednego z najnowszych badań ekspertów Deloitte „Voice of the workforce in Europe” wynika, że pracodawcy powinni zachęcać pracowników do aktualizacji i podnoszenia kwalifikacji, a instytucje publiczne dostosować infrastrukturę edukacyjną do zmian technologicznych. I choć spora część siły roboczej wydaje się być świadoma, że umiejętności miękkie są niezbędne do utrzymania zatrudnienia, z tego samego badania wynika, że około jedna trzecia ankietowanych pracowników nie podjęła żadnych działań w celu poszerzenia lub poprawy swoich umiejętności, a prawie 60 proc. z nich uważa, że w ogóle nie potrzebuje podnoszenia kwalifikacji.

Handel 4.0

Jednym z głównych tematów poruszanych w tym roku podczas XI Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach będzie wpływ technologii cyfrowych na preferencje zakupowe Polaków. Technologia zmieniła nie tylko sposób w jaki kupujemy, ale też to co kupujemy i ile wydajemy.

Dziś to nie koleżanka jest doradcą w temacie nowego kosmetyku ani kolega w temacie nowej konsoli. Inspiracji, opinii i rad coraz częściej szukamy w mediach społecznościowych. Jedynie żywność pozostaje kategorią, w przypadku której klienci rzadziej korzystają z rozwiązań cyfrowych. Niemniej z naszego badania wynika, że smartfony czy tablety 49 proc. klientów ułatwiają robienie zakupów w sklepach stacjonarnych – mówi Michał Pieprzny, partner, lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich w Deloitte.

Zdefiniowany przez firmę doradczą wskaźnik wpływu cyfrowego pokazuje zachowania klientów w sklepie, ale także pozwala poznać ich preferencje dotyczące poszukiwania informacji       o produktach, najczęstsze sposoby płatności i wiele innych. Dla sprzedawców to informacje pomocne przy definiowaniu najlepszego podejścia do klienta.

Panele podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego, w których będą uczestniczyć eksperci Deloitte:

  1. 14 maja, godz. 15:30-17:00
    Handel 4.0: nowe doświadczenia, digital, personalizacja.
    Moderator: Michał Pieprzny, Partner, lider zespołu do spraw sektora dóbr konsumenckich
  2. 14 maja, godz. 11:30-13:00
    Zarządzanie kadrami w czasie transformacji.
    Tomasz Konik, Partner, lider obszaru Clients&Industries
  3. 14 maja, godz. 13:30-15:00
    Gospodarka obiegu zamkniętego.
    Moderator: Irena Pichola,  Partner, lider zespołu do spraw zrównoważonego rozwoju w Polsce i Europie Środkowej
  4. 14 maja, godz. 13:30-15:00
    Edukacja dla rynku pracy.
    Marek Metrycki, Partner zarządzający
  5. 14 maja, godz. 13:30-15:00
    Automaty, roboty, coboty.
    Paweł Zarudzki, Dyrektor, lider zespołu robotyzacji i automatyzacji kognitywnej

QubicGames skokowo zwiększa przychody

Ponad 2,17 mln zł przychodów ze sprzedaży wypracował QubicGames w pierwszym kwartale 2019 r., prawie o 270% więcej niż w analogicznym okresie roku ubiegego. To wymierny efekt wdrażanej od początku roku nowej strategii, której celem jest ugruntowanie pozycji spółki w roli światowego Premium Indie Game Publisher’a.

Przy przychodach ze sprzedaży na poziomie 2,17 mln zł (wzrost o 269% wobec analogicznego okresu roku ubiegłego), QubicGames wypracował w pierwszym kwartale 2019 r. 0,62 mln zł zysku ze sprzedaży. Dzięki dodatkowym przychodom z tytułu wyceny inwestycji, zysk netto na koniec minionego kwartału przekroczył 0,8 mln zł (wzrost o 150%). – Zrewidowana strategia zaczyna mieć realne przełożenie na wyniki spółki. Naszym celem jest utrzymanie trendu z przełomu roku w kolejnych kwartałach. – podkreśla Jakub Pieczykolan, prezes QubicGames. Na pewno pomoże w tym liczba wydawanych gier, która w bieżącym roku może sięgnąć 24, a w roku 2020 przekroczyć 30 tytułów. Tyko w związku z obchodami 15- lecia istnienia QubicGames, spółka przygotowała aż 5 niezwykle obiecujących premier gier na platformę Nintendo Switch. Blazing Beaks zadebiutuje w Nintendo E-shop już w dniu dzisiejszym w cenie 14.99 USD/EUR, Akane – 17 maja w cenie 4,99 USD/EUR, Hungry Baby: Party Treats – 24 maja w cenie  4.99 USD/EUR, Warlocks 2: God Slayers w drugiej połowie czerwca oraz Geki Yaba Runner Anniversary Edition będzie wydana na przełomie maja i czerwca. Dokładne daty premier dwóch ostatnich produkcji zostanią ujawnione wkrótce.

15- lecie QubicGames rozpoczeliśmy od promocji 12 gier z naszego portfolio na konsole Nintendo Switch – są dostępne w obniżce od 80 do 94%. Dodatkowo dla graczy posiadających co najmniej jedną z gier QubicGames wprowadzona zostanie obniżka cen o 50% na wszystkie nowe tytuły QubicGames wydane w tym okresie. Po przekroczeniu 1.000.000 sprzedanych gier, mamy  przygotowaną wielką niespodziankę da graczy. Licznik już cyka– dodaje prezes.

Handel papierosami może zostać wstrzymany

System rejestrujący podmioty sprzedające wyroby tytoniowe nie działa, tymczasem sprzedawcy i producenci muszą dokonać w nim rejestracji najpóźniej do 20 maja br. Handel wyrobami tytoniowymi może zostać zatrzymany, alarmuje Polska Grupa Supermarketów!

Przygotowywany przez Polską Wytwórnię Papierów Wartościowych system track&trace, pozwalający na precyzyjne kontrolowanie obrotem wyrobów tytoniowych wciąż nie działa, choć rejestracja w nim ma być warunkiem koniecznym m.in. dla sklepów prowadzących handel.

Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)
Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów (PGS)

– Wyrażamy obawy, że 10-dniowy okres na rejestrację w systemie może być niewystarczający. W przyszłym tygodniu dziesiątki tysięcy sklepów i podmiotów gospodarczych będzie rejestrować swoją działalność, co może doprowadzić do przeciążenia nieprzetestowanego jeszcze systemu – tłumaczy Michał Sadecki, prezes Polskiej Grupy Supermarketów.

Jak informuje Dziennik Gazeta Prawna, system nie jest jeszcze gotowy, ponieważ musi zostać dostosowany do unijnego systemu integrującego dane z wszystkich krajów członkowskich, a w tym wprowadzane są zmiany przez tworzącą go szwajcarską firmę.

Polska Grupa Supermarketów oraz inne podmioty funkcjonujące na rynku wyrażają głęboką obawę, że serwery obsługujące system mogą nie wytrzymać obciążenia ponad stu tysięcy rejestrujących się użytkowników. Zdaniem PGS, tryb wprowadzenia nowego rozwiązania jest zbyt szybki i nieuwzględniający czynników losowych, co może przełożyć się na możliwość handlu wyrobami tytoniowymi.

Ministerstwo Finansów przełoży termin wprowadzenia w życie Nowej Ordynacji podatkowej na rok 2021

Z najnowszych doniesień medialnych wynika, że resort finansów podjął decyzję o przełożeniu terminu wprowadzenia w życie Nowej Ordynacji podatkowej na rok 2021. Z nowym rokiem wejdą w życie wyłącznie przepisy dotyczące Rzecznika Praw Podatnika. To racjonalna decyzja. Najpierw bowiem należy uchwalić ustawę o RzPP, a dopiero później NOP. Ponadto w ten sposób zarówno podatnicy, jak i organy administracji skarbowej, będą mieli szansę odpowiednio przygotować się do stosowania przepisów i uniknąć prawnego chaosu.

Trwa nieustająca debata nad projektem nowej Ordynacji podatkowej. Zastąpienie dotychczas obowiązującej ustawy zupełnie nowym aktem prawnym ma zdaniem projektodawcy realizować dwa podstawowe założenia, mianowicie ochronę praw podatników w jego relacjach z organami podatkowymi oraz zwiększenie efektywności i skuteczności poboru podatków. Projekt ciągle wzbudza wątpliwości zarówno w kwestiach fundamentalnych co do sensu samej reformy, jak również w zakresie jego obszerności, poziomu skomplikowania czy nieprecyzyjności poszczególnych zapisów. Swoje uwagi do treści projektu zgłaszali nie tylko przedsiębiorcy, ale również Rada Legislacyjna, która w sposób niezwykle krytyczny oceniała projekt. Obawy dotyczące negatywnego wpływu nowych przepisów na stabilność systemu podatkowego trzeba, więc uznać za uzasadnione.

Zgodnie z pierwotnymi założeniami projektodawcy ustawa miała wejść w życie z dniem 1 stycznia 2020 r. Ministerstwo Finansów postanowiło jednak wycofać się z tych planów i odsunąć wejście w życie przepisów do 2021 roku. Jest to niewątpliwie korzystna decyzja. Pracodawcy RP jeszcze we wrześniu ubiegłego roku w swoim stanowisku przedstawionym w ramach konsultacji społecznych jednoznacznie wskazywali, że „nie kwestionują potrzeby uchwalenia nowej ustawy regulującej procedurę podatkową. W ocenie Organizacji taka zmiana jest pożądana, jednakże musi zostać poprzedzona rzetelną dyskusją i zakrojonym na szeroką skalę dialogiem z partnerami społecznymi. Zasadne jest, więc odłożenie w czasie wejścia w życie Projektu do czasu stworzenia przepisów procedury podatkowej, które pozwolą na zrealizowanie celów, jakie pokłada się w Ordynacji podatkowej”. W tym miejscu z całą stanowczością należy podkreślić, że do dziś ani minister finansów ani też Komisja Kodyfikacyjna Ogólnego Prawa Podatkowego nie przedstawili w sposób rzetelny opinii publicznej celów, jakie pokładane są w nowej ordynacji podatkowej. A w szczególności za pomocą jakich mechanizmów zwiększona zostanie ochrona praw podatników. W tym kontekście pozytywnie trzeba ocenić, że resort finansów wsłuchał się w głos przedsiębiorców i nie dąży do przeprowadzenia tak kluczowej dla sytemu podatkowego reformy na siłę, z nie w pełni przygotowanym projektem.

Racjonalne działanie resortu finansów daje szansę na dalszą dyskusję nad reformą i sposobem jej przeprowadzenia. Wejście w życie projektowanych zmian już w 2020 r. wiązałoby się, bowiem z pogłębieniem chaosu w prawidłowym interpretowaniu i stosowaniu przepisów prawa, który mógłby doprowadzić do paraliżu administracji skarbowej i sądów administracyjnych. Przede wszystkim jednak wpłynęłoby to negatywnie na prowadzenie działalności gospodarczej i kontakty podatników z administracją.

Przedsiębiorcy wyrażają nadzieję, że resort finansów okaże się otwarty na dialog i będzie gotowy do dalszych prac nad projektem w celu wypracowania takich rozwiązań, które rzeczywiście pozwolą na naprawę polskiego systemu podatkowego i zapewnią podatnikom elementarne poczucie przestrzegania ich praw.

Kwietniowa zwyżka może być pierwszym zwiastunem poprawy koniunktury

Kwiecień przyniósł poprawę sytuacji indeksu największych spółek warszawskiego parkietu, kontynuację tendencji wzrostowej w segmencie najmniejszych firm i lekką spadkową korektę na rynku średniaków. Akcyjna część portfela ma potencjał wzrostowy, choć wymaga selektywnego podejścia.

Po dwóch nieco słabszych miesiącach, indeks największych spółek w kwietniu zyskał I proc. To niezbyt wiele, szczególnie w porównaniu z rosnącym o ponad 2 proc. wskaźnikiem rynków wschodzących, jak i zdecydowanie mocniej zwyżkującymi indeksami głównych światowych giełd. Spokojne, choć nieco rozczarowujące zachowanie WIG20 w pierwszych miesiącach roku, nie powinno jednak zniechęcać do zaangażowania w ten segment części kapitału na dalszą część roku. Kwietniowa zwyżka może być pierwszym zwiastunem poprawy koniunktury. Ponadto należy zwrócić uwagę, że większość blue chips już do tej pory przyniosła ich posiadaczom spore zyski. Niekorzystnie na indeks wpływają głównie akcje spółek energetycznych i paliwowych, zaś na papierach firm telekomunikacyjnych i korzystających z popytu konsumpcyjnego, takich jak na przykład Dino, LPP i CCC oraz walorach większości dużych banków, można było nieźle zarobić, zarówno od początku roku, jak i w horyzoncie dwunastu miesięcy. Jednocześnie WIG20 od ponad roku znajduje się w trendzie bocznym. Zestawienie tych faktów pokazuje znaczenie odpowiedniej selekcji składników portfela i ograniczenia wynikające z kierowania się wyłącznie obserwacją indeksów.

Kwiecień przyniósł kontynuację wzrostowej tendencji w segmencie najmniejszych spółek, choć jej dynamika była wyraźnie słabsza niż poprzednio. sWIG80 zyskał w kwietniu I proc., choć przez większą część miesiąca znajdował się w fazie łagodnej korekty, wynikającej raczej z osłabienia popytu niż z realizacji zysków. Problemem nie tylko tego segmentu warszawskiego parkietu jest wciąż niska aktywność inwestorów na rynku akcji. Kapitał i rosnące szybko oszczędności kierowane są na rynki aktywów uznawanych za najbardziej bezpieczne, choć przy rekordowo niskich stopach procentowych przynoszą one niewielkie zyski, często nie kompensujące inflacyjnej erozji kapitału. W kwietniu akcje połowy małych spółek traciły, a połowy zyskiwały na wartości, ale w horyzoncie od początku roku proporcje są znacznie bardziej korzystne dla posiadaczy akcji, gdyż trzy czwarte walorów wchodzących w skład sWIG80 zanotowało zwyżki, sięgające od kilkunastu do kilkudziesięciu procent.

W fazę spadkowej korekty wszedł w kwietniu indeks średnich firm, jednak jej przebieg można określić jako bardzo łagodny. mWIG40 zniżkował o zaledwie O,3 proc., po tym jak od listopada ubiegłego roku zyskał na wartości ponad 13 proc. Mocniejsze spadki notowań miały miejsce w przypadku akcji spółek, które rozczarowały wynikami finansowymi za 2018 r. i za pierwszy kwartał obecnego roku.

Perspektywa jedynie niewielkiego osłabienia koniunktury w polskiej gospodarce oraz utrzymania silnego popytu konsumpcyjnego pozwalają spodziewać się poprawy sytuacji większości firm w dalszej części roku, co powinno mieć odzwierciedlenie w zachowaniu się kursów ich akcji. Dotyczy to nie tylko segmentu średnich firm.

Pozytywnym impulsem dla rynku akcji powinno być wyjaśnienie się kwestii przekształcenia otwartych funduszy emerytalnych oraz rozpoczęcie funkcjonowania pracowniczych planów kapitałowych. Spośród czynników zewnętrznych należy spodziewać się poprawy koniunktury w strefie euro i w Chinach, co przy jednoczesnym utrzymywaniu luźnej polityki pieniężnej przez główne banki centralne tworzyć będzie korzystne warunki dla inwestycji

Miesiąc na rynku obligacyjnym

W kwietniu kontynuowana była poprawa nastrojów i tendencja wzrostu aktywności zarówno emitentów, jak i inwestorów. Dobrą tego ilustracją jest duże zainteresowanie obligacjami PCC Rokita, na które zapisy złożyło aż 985 inwestorów i konieczna była sięgająca niemal dwie trzecie redukcja wartości zapisów. Warto podkreślić, że okres wykupu obligacji wynosi siedem lat przy stałym oprocentowaniu wynoszącym 5 proc., a papiery są niezabezpieczone. Cyfrowy Polsat bez trudu sprzedał obligacje o wartości miliarda złotych, choć w tym przypadku nabywcami byli inwestorzy instytucjonalni. W kontekście afery GetBack, symptomatyczne było powodzenie dużej, liczącej 210 mln zł oferty Kredyt Inkaso, świadczące o normalizacji sytuacji na rynku. Nie słabnie zainteresowanie obligacjami deweloperów, czego dowodem są zakończone emisje Atalu i Echo Investment o wartości 100 mln zł każda oraz Vantage Development o wartości 45,4 mln zł.

Autorzy: Adam Dakowicz, Wojciech Juroszek, Zbigniew Kowalczyk, Jakub Bentke
Departament Zarządzania Aktywami AgioFunds TFI S.A.

OC i AC: na których ubezpieczycieli rzadko się skarżymy?

Wiemy już, ile skarg na ubezpieczycieli (dotyczących OC i AC) Rzecznik Finansowy otrzymał w 2018 r. Warto porównać te wyniki z udziałem rynkowym poszczególnych zakładów ubezpieczeń.

Wspomniane sprawozdanie Rzecznika Finansowego zawiera między innymi informacje na temat liczby skarg dotyczących ubezpieczeń komunikacyjnych. Takie polisy są bardzo ważne z punktu widzenia działalności krajowych towarzystw. Właśnie dlatego eksperci Ubea.pl przygotowali poniższe zestawienie porównujące liczbę „komunikacyjnych” skarg na ubezpieczycieli zarejestrowanych w Polsce oraz udział rynkowy takich firm (konkretniej rzecz ujmując: udział w składce przypisanej brutto z polis komunikacyjnych od stycznia do grudnia 2018 r.). „W celach porównawczych, liczba skarg została przeliczona na 1% udziału rynkowego każdego ubezpieczyciela. Pozwala to na porównywanie częstości skarg dotyczących np. PZU S.A. oraz jednego z bardzo małych ubezpieczycieli” – wyjaśnia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Wiodący polski ubezpieczyciel majątkowy (PZU S.A.) w 2018 r. cechował się zdecydowanie największą liczbą skarg klientów i poszkodowanych w sprawie polis komunikacyjnych. Taki wynik nie może jednak dziwić zważywszy na fakt, że udział rynkowy wspomnianego towarzystwa w całym segmencie polis komunikacyjnych oscylował na poziomie około 34% (2018 r.). Po przeliczeniu liczby próśb do Rzecznika Finansowego o interwencję w PZU na udział rynkowy tej firmy okazało się, że największy krajowy zakład ubezpieczeń odnotował bardzo dobry wynik. Podobna sytuacja dotyczyła również STU Ergo Hestii oraz Warty, czyli dwóch zakładów ubezpieczeń lokujących się za PZU pod względem ogólnej liczby skarg komunikacyjnych. Eksperci Ubea.pl podkreślają, że Warta osiągnęła najlepszy wynik w grupie wszystkich analizowanych zakładów ubezpieczeń. Na 1% udziału rynkowego tego ubezpieczyciela przypadały w 2018 r. tylko 22 skargi. Dobrze wypadły również następujące towarzystwa ubezpieczeń:

  • Pocztowe TUW (wynik: 31 skarg na 1% udziału rynkowego)
  • STU Ergo Hestia S.A. (wynik: 35)
  • TUiR Allianz Polska S.A. (wynik: 36)
  • Gothaer TU S.A. (wynik: 43)
  • PZU S.A. (wynik: 45)
  • Concordia Polska TUW (wynik: 46)
  • TU INTERRISK S.A. VIG (wynik: 46)

Nie można zapominać o tych zakładach ubezpieczeń oraz TUW-ach, które osiągnęły najmniej pozytywne wyniki. Chodzi o TUZ TUW (wynik: 104 skargi na 1% udziału rynkowego), AVIVA TU Ogólnych S.A. (wynik: 83) oraz Link 4 TU S.A. (wynik: 81). „Dwa ostatnie zakłady ubezpieczeń cechują się niską składką polis komunikacyjnych, co zapewne nie pozostaje bez wpływu na odnotowane wyniki. Wszyscy klienci życzyliby sobie obecności na rynku ubezpieczyciela, który jednocześnie jest bardzo konkurencyjny cenowo i cechuje się niską „skargowością”. Takie połączenie niestety wydaje się jednak trudne do zrealizowania w praktyce” – komentuje Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Liczba oraz częstość skarg na zakłady ubezpieczeniowe w 2018 r. (ubezpieczenia komunikacyjne)*
Nazwa ubezpieczyciela

Liczba skarg w sprawie ubezpieczeń komunikacyjnych         (od 1 stycznia 2018 r. do 31 grudnia 2018 r.) Udział rynkowy mierzony wartością składki przypisanej brutto (wynik dla polis komunikacyjnych od 1 stycznia 2018 r.               do 31 grudnia 2018 r.) Liczba skarg przypadająca na każdy 1% udziału rynkowego
AVIVA TU Ogólnych S.A. 61 0,7% 83
AXA Ubezpieczenia TUiR S.A. 331 5,3% 62
Concordia Polska TUW 25 0,5% 46
Generali TU S.A. 240 3,9% 62
Gothaer TU S.A. 85 2,0% 43
Link 4 TU S.A. 323 4,0% 81
Pocztowe TUW 11 0,4% 31
PZU S.A. 1513 33,6% 45
STU Ergo Hestia S.A. 549 15,9% 35
TU Compensa S.A. VIG 224 4,4% 51
TU INTERRISK S.A. VIG 102 2,2% 46
TUiR Allianz Polska S.A. 194 5,4% 36
TUiR WARTA S.A. 358 16,5% 22
TUW TUW 130 1,9% 70
TUZ TUW 59 0,6% 104
UNIQA TU S.A. 158 2,6% 61

*- Uwzględniono zakłady ubezpieczeń z siedzibą w Polsce. Źródło: opracowanie własne Ubea.pl na podstawie danych Rzecznika Finansowego i KNF

Źródło: Ubea.pl

Pocztylion-Arka PTE S.A. uzyskał wpis do ewidencji PPK

W dniu 25 kwietnia 2019 r. Pocztylion-Arka PTE S.A. zakończył sukcesem ostatni etap procedury formalnej o wpis do ewidencji Pracowniczych Planów Kapitałowych. Towarzystwo spełniło wszelkie warunki ustawowe, a uzyskując – jako jeden z podmiotów z pierwszej grupy instytucji finansowych – wpis do ewidencji PPK prowadzonej przez Polski Fundusz Rozwoju, otrzymało możliwość oferowania na rynku produktu PPK.

„Cieszymy się ogromnie, że po wielu miesiącach przygotowań Pocztylion-Arka PTE S.A. pozytywnie przeszedł przez proces weryfikacji w PFR i uzyskał wpis do ewidencji instytucji zarządzających PPK. Jesteśmy w pełni gotowi do świadczenia najwyższej jakości usług w ramach programu Pracowniczych Planów Kapitałowych. Z myślą o obecnych i przyszłych Klientach Towarzystwa przygotowaliśmy unikatową ofertę, której zadaniem będzie zapewnienie godnego zabezpieczenia emerytalnego. Fundusze zdefiniowanej daty PPK Pocztylion powstały w oparciu o międzynarodową wiedzę i kompetencje naszych inwestycyjnych partnerów – Invesco Ltd. oraz BNP Paribas, co w połączeniu z ponad 20-letnim doświadczeniem w zarządzaniu funduszami emerytalnymi przez Pocztylion-Arka jest niewątpliwym gwarantem sukcesu.” – mówi Adam Gola, Prezes Zarządu Pocztylion-Arka PTE S.A.

Pocztylion-Arka PTE S.A. jest instytucją finansową obecną na polskim rynku od 1998 r. Do jej portfolio należy m.in. Otwarty Fundusz Emerytalny „Pocztylion” (utworzony w 1999 r.) oraz Dobrowolny Fundusz Emerytalny „Pocztylion Plus” (utworzony w 2012 r.).

Towarzystwo specjalizuje się w zarządzaniu funduszami emerytalnymi i długoterminowym inwestowaniu środków na rynku kapitałowym w Polsce i za granicą. W ciągu 20 lat swojej działalności, zdobyło zaufanie ponad 550 tys. Klientów, których aktywa wynoszą blisko 3 mld zł.

Rząd przygotowuje nowe ulgi podatkowe dla młodych i słabo zarabiających

Rząd pracuje nad rozwiązaniami, które ułatwią młodym ludziom odnalezienie się na rynku pracy. W Polsce już funkcjonują pewne mechanizmy zwiększające szanse na zatrudnienie osób ze świeżo zdobytym średnim wykształceniem, ale instytucje publiczne chcą zaproponować kolejne udogodnienia. Rozwiązania dedykowane dla tej grupy demograficznej są szczególnie ważne, ze względu na wysoki poziom bezrobocia. Dzięki opracowywanym przez rząd nowym ulgom podatkowym, kilkadziesiąt tysięcy młodych osób będzie miało większą szansę na zatrudnienie. Wprowadzane rozwiązania mogą też zwiększyć liczbę umów o pracę, zawieranych z młodymi ludźmi. Dzisiaj są oni najczęściej zatrudniani na czas określony.

– Według propozycji nowej ustawy młodzi ludzie, do 24 czy też 26 roku życia, będą zwolnieni z płacenia podatku PIT. Jednak tylko w przypadku umów o pracę – powiedział serwisowi eNewsroom Piotr Arak, prezes Polskiego Instytutu Ekonomicznego. – Najprawdopodobniej dzięki temu liczba zawieranych umów o pracę zostanie zwiększona, ponieważ tylko one będą objęte dodatkową korzyścią podatkową. Kolejną zmianą, zapowiedzianą przez instytucje publiczne, jest zmniejszenie opodatkowania dla osób zarabiających do 44 tysięcy złotych rocznie. Będą one płaciły tylko 17% podatku dochodowego, w miejsce płaconych do tej pory 18%. Na to wszystko musimy jednak poczekać, aż zostaną przygotowane ostateczne projekty ustaw i zapadnie decyzja rządu, a później parlamentu – zaznacza Arak.

Geolokalizacja nie daje pewności, że po jej zastosowaniu zyski galerii się zwiększą. Wpływa na to szereg czynników

Wykorzystanie geofencingu w centrach handlowych w praktyce umożliwia wysyłanie ofert tylko tym klientom, którzy faktycznie są zainteresowani określonymi produktami. Jednak eksperci ostrzegają, że samo posiadanie nowoczesnych narzędzi czy nawet gigabajtów danych jeszcze nie gwarantuje pewnego sukcesu sprzedażowego. Istotne są decyzje, podejmowane przez właścicieli czy zarządców galerii, w zakresie ich stosowania. Powinni oni korzystać z fachowej pomocy specjalistów w dziedzinie analizy dużej ilości informacji, gdyż sami z reguły nie mają takich kompetencji. Zwiększanie zysków ze sprzedaży produktów wymaga ustrukturyzowanego podejścia do testowania możliwości wynikających z użycia geolokalizacji. Po jej implementacji konieczne jest mierzenie efektów prowadzonych działań i wyciąganie odpowiednich wniosków.

Narzędzia to nie wszystko

Geofencing zbiera informacje o pojawiających się na wybranym obszarze i opuszczających go urządzeniach, które są wyposażone w usługi lokalizacji. W ten sposób pozyskiwane są dane dotyczące klientów, ich ścieżek poruszania się po galerii i czasu przebywania w sklepach. Z kolei beacony to nadajniki działające niezwykle dokładnie na powierzchniach od 1 do 70 m. Pod wpływem wejścia w ich zasięg uruchamiają zaprogramowane akcje na smartfonach odbiorców. Mogą to być np. komunikaty z aplikacji zakupowych, które informują o trwającej promocji na produkty znajdujące się w najbliższych alejkach, a także powiadomienia o ograniczonych czasowo ofertach specjalnych.

– Oczywiście sama geolokalizacja nie sprawi jeszcze, że konsument zdecyduje się coś kupić. Potrzebny jest impuls, który wywoła w nim określoną potrzebę zakupową. A tę mogą bezpośrednio wesprzeć narzędzia towarzyszące, m.in. SMS-y czy beacony. Właśnie ich działanie umożliwia personalizację ofert w czasie rzeczywistym. I to jest obecnie istotnym, umacniającym się trendem w rozwoju sieci i centrów handlowych – mówi Agnieszka Winkler, Dyrektor w Dziale Doradztwa i Rozwoju Projektów Handlowych w Colliers International.

Jak podkreśla dr Krzysztof Łuczak, członek zarządu firmy technologicznej Proxi.cloud, bez względu na wybrane rozwiązanie konsument zwykle potrzebuje zachęty do wyboru produktu. Sam bodziec musi być skuteczny. Powinien trafiać z odpowiednimi propozycjami do właściwych osób, gdy robią one zakupy. Zbieranie danych nt. klientów w sklepach stacjonarnych, w czasie rzeczywistym, jeszcze nigdy nie było tak szybkie, łatwe i trafne, jak dzięki geofencingowi. Jeśli chodzi o sposób przekazywania komunikatów, to ekspert poleca sieci Wi-Fi bądź beacony. Wysyłanie za ich pośrednictwem wiadomości nie wiąże się z opłatami, które trzeba uiszczać operatorom sieci komórkowych. Co więcej, klienci dokonują wyboru, czy chcą dostawać powiadomienia z aplikacji. Nad SMS-ami nie mają takiej kontroli, co często budzi ich irytację.

– Nie można jednoznacznie stwierdzić, że geolokalizacja w centrach handlowych to pewne źródło zysków ze sprzedaży. Nie zależą one bezpośrednio od posiadanych narzędzi, ale od jakości decyzji podejmowanych w związku z wykorzystaniem wielu różnych rozwiązań technologicznych i informacji. Trzeba umieć analizować dane i wyciągać z nich wnioski. Istotna jest też umiejętność łączenia wiedzy eksperckiej z różnych dziedzin. Ponadto liczy się dobra znajomość rynku i doświadczenie w tego typu biznesie samych właścicieli i zarządców galerii. Szczególnie nowi gracze na rynku powinni o tym pamiętać – przypomina ekspert z Colliers International.

Dr Łuczak zaznacza, że każde narzędzie okazuje się bezużyteczne w momencie, gdy nie wiadomo, jak z niego korzystać. Właściciele czy też zarządcy centrów handlowych z reguły nie mają kompetencji z zakresu analizy danych geolokalizacyjnych. Natomiast mogą zwrócić się do wyspecjalizowanych firm z prośbą o konsultacje. Jeszcze przed podjęciem jakiekolwiek inwestycji należy przeprowadzić gruntowną analizę potrzeb danej galerii. Trzeba też wyznaczyć sobie cel do zastosowania nowoczesnej technologii. W czasach, gdy niektóre centra handlowe w Polsce walczą o przetrwanie, sposobem na wygranie z konkurencją może być właśnie unowocześnienie przestrzeni. Oczywiście zwiększenie liczby klientów musi wiązać się z podniesieniem zysków ze sprzedaży. Inaczej to nie miałoby sensu.

Jak wykorzystać tę technologię?

– Geolokalizacja pozwala galeriom i ich najemcom zwiększać precyzję komunikacji z potencjalnymi klientami. Jednak z doświadczenia wiem, że realizacja tego celu nie zawsze bezpośrednio przekłada się na zyski wynikające ze wzrostu sprzedaży. Jest to osiągalne, ale wymaga ustrukturyzowanego podejścia do testowania możliwości wynikających z użycia tej technologii. Istotne jest też mierzenie efektów prowadzonych działań. W samym podejściu tkwi ogromny potencjał, ale przekucie go w sukces biznesowy nie jest łatwe – uważa Michał Taranta, Head of Integrated Communication z domu mediowego Havas Media Group.

Ekspert z Proxi.cloud dodaje, że rezygnowanie z pomiarów oznacza niekorzystanie z potencjału ww. technologii. Trzeba je stale prowadzić, aby optymalizować swoje działania i w razie potrzeby zmieniać obrane strategie. To daje przewagę konkurencyjną nad galeriami, które nie unowocześniają się. Kluczową kwestią jest umiejętność wyciągania właściwych wniosków z dużej liczby danych. I tego tak naprawdę sami specjaliści jeszcze się uczą, bo kilka czy kilkanaście lat temu nie było na rynku takich możliwości. Korzystanie z każdej innowacji wymaga praktyki. Podobnie było wcześniej z komputerami czy telefonami komórkowymi, bez których nie funkcjonują dzisiejsze biura. Z czasem geolokalizacja również się upowszechni.

– W czasach consumer centric economy osoby zarządzające galeriami i sklepami powinny zadać sobie pytanie, jak daleko chcą się zagłębić w poznanie klienta i jego oczekiwań, żeby móc następnie je spełnić i wziąć odpowiedzialność za właściwe oszacowanie czy ocenę jego preferencji. Dopiero odpowiednie stargetowanie oferty może przekładać się na zyski ze sprzedaży. Dotyczy to wszystkich narzędzi i efektywności ich wykorzystania oraz interpretacji posiadanych danych – zwraca uwagę Agnieszka Winkler.

Zdaniem eksperta z Havas Media Group, aktywacja danych umiejscowionych w tym repozytorium nie zbuduje dużej skali komunikacji, a co za tym idzie – nie wpłynie znacząco na wolumen sprzedaży poszczególnych sklepów w centrum handlowym. Z kolei dr Łuczak twierdzi, że grupy odbiorców budowane na podstawie danych geolokalizacyjnych charakteryzują się wyjątkowo dużą skutecznością. Fizyczna obecność konsumentów w sklepach stacjonarnych bardzo rzadko jest całkowicie przypadkowa. W galeriach warto badać szczególnie częstotliwość wizyt i najczęściej wybierane przez klientów sklepy. Dzięki temu można przygotować odpowiednie oferty np. dla studentów, przebywających tam po zajęciach, a także dla przedsiębiorców robiących zakupy tylko w sobotnie popołudnia.

– Posiadanie narzędzi geolokalizacyjnych pozwoli również właścicielom centrów handlowych dowiedzieć się, z kim tak naprawdę konkurują. Ta technologia daje m.in. możliwość poznania, z których jeszcze centrów handlowych korzysta ich klient. A określenie graczy, z którymi się konkuruje, stanowi bardzo cenną informację, ponieważ pozwala lepiej prowadzić działania mające na celu przekonanie do siebie konsumentów. Tym samym możliwa jest trafna ocena efektywności lokowanych w promocję budżetów – przyznaje Agnieszka Winkler.

Ze względu na społeczny wymiar galerii handlowych nie można oczekiwać, że wszyscy przebywający w nich ludzie mają na celu kupowanie czegokolwiek. Mogą znajdować się w okolicy ze względu na inne pobliskie miejsca użytkowe, jak np. dworzec czy salon fryzjerski. Ale nawet wówczas mogą okazać się potencjalnymi klientami, właśnie dzięki geolokalizacji. Jak podsumowuje ekspert z Proxi.cloud, w takich przypadkach użycie tej technologii niezaprzeczalnie może podnosić wyniki sprzedażowe. Im więcej różnego typu lokali znajduje się w pobliżu, tym szerszą grupę osób można przyciągnąć na spontaniczne zakupy.

Rząd chce walczyć z białymi plamami na transportowej mapie Polski. Kolejnym krokiem Strategia Rozwoju Transportu

Rząd chce walczyć z białymi plamami na transportowej mapie Polski. Kolejnym krokiem Strategia Rozwoju Transportu 1

Na przestrzeni ostatnich 10 lat ubyło 588 km szlaków kolejowych i 40 proc. kursów komunikacji autobusowej poza miastami. Bez inwestycji w tym obszarze nie będzie możliwy dalszy wzrost i przeciwdziałanie wykluczeniu społecznemu – wynika z nowego raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Według ekspertów szansą dla wykluczonych transportowo regionów jest rozwój lokalnych połączeń autobusowych. W tym tygodniu rząd przyjął już tzw. ustawę pekaesową i – jak zapewnia wiceminister infrastruktury Mikołaj Wild – rozwój transportu jest traktowany priorytetowo. W przygotowaniu jest również Strategia Rozwoju Transportu.

W kwestii transportu kolejowego zdecydowanie wciąż dużo jest w Polsce do zrobienia. Z jednej strony mamy samorządy, które są w stanie skutecznie zapewnić swoim mieszkańcom dostępność transportową, ale jednocześnie w bardzo wielu miejscach w Polsce mamy do czynienia z prawdziwymi białymi plamami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Mikołaj Wild, wiceminister infrastruktury i pełnomocnik rządu ds. CPK. – Transport to rozwój, więc rozwój się nie wydarzy bez dostępności transportowej. Dotyczy to zarówno miast, jak i całych regionów. Dlatego rolą mądrego państwa jest wspieranie rozwoju poprzez wspieranie transportu.

Jak wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego pt.„Transport inkluzywny. Rola polityki transportowej w kształtowaniu zrównoważonego rozwoju kraju”, branża transportowa zatrudnia w Polsce ponad 750 tys. pracowników i około 11,5 mln osób łącznie we wszystkich 28 krajach Unii Europejskiej (dane za 2016 rok). Transport jest nie tylko ściśle powiązany z rynkiem pracy, ale i warunkuje rozwój gospodarczy. Jednak w Polsce dostępność usług przewozowych wciąż jest ograniczona. Wpływa to także na sytuacje gospodarstw domowych, które na wydatki związane z transportem przeznaczają średnio ok. 13 proc. swoich budżetów.

Brak dostępności transportowej w regionie oznacza wykluczenie, zamykanie ludzi w pułapce. Oznacza nie tylko brak możliwości załatwienia spraw urzędowych, ale też ograniczenie możliwości rozwoju mieszkańców – podkreśla Mikołaj Wild.

Raport PIE pokazuje, że na przestrzeni 10 lat (2007-2017) w Polsce przybyło 2412,5 km dróg szybkiego ruchu i autostrad, ponieważ w tym czasie inwestycje koncentrowały się głównie na infrastrukturze drogowej. W tym samym okresie zlikwidowano 588 km szlaków kolejowych, najwięcej na Śląsku (208 km) oraz na Warmii i Mazurach (125 km). Pod względem sieci infrastrukturalnej relatywnie najsłabiej rozwinięte są województwa wschodniej Polski (podlaskie, podkarpackie, lubelskie i warmińsko-mazurskie).

Od 2004 roku ubyło 40 proc. kursów komunikacji autobusowej poza miastami. Obecnie ponad 25 proc. wszystkich sołectw w Polsce nie posiada połączeń z miejscowością gminną (pomijając autobusy szkolne). To cios przede wszystkim dla mniej zamożnych gospodarstw domowych, których nie stać na posiadanie własnego samochodu. Tymczasem – jak ocenia Polski Instytut Ekonomiczny – to właśnie rozwój lokalnych połączeń autobusowych jest nadzieją dla wykluczonych transportowo regionów Polski.

– W tym tygodniu Rada Ministrów przyjęła ustawę o funduszu autobusowym. To działanie doraźne, które zapewnia przywracanie połączeń autobusowych tam, gdzie ich w tej chwili brakuje – mówi wiceminister. – Tego typu działania powinny być realizowane jak najszybciej. Jestem przekonany, że parlament też będzie zdawać sobie sprawę z ważności tych zadań. Kluczowe jest jednak dochowanie wszelkich procedur, które są przewidziane w postępowaniu prawodawczym. Chodzi o to, żeby wyłączyć wszelką arbitralność, podejrzenie nietransparentności przydziału środków, ponieważ mówimy o uruchomieniu potężnych strumieni finansowych.

Projekt ustawy o Funduszu rozwoju przewozów autobusowych to część tzw. „nowej piątki Kaczyńskiego”. Zakłada utworzenie specjalnego funduszu, z którego będą dofinansowywane lokalne połączenia autobusowe. Jak podkreśla Mikołaj Wild, chodzi o wsparcie podmiotów, które stworzą jak największą wartość dodaną dla lokalnych społeczności. Jednocześnie zaznacza, że w obszarze inwestycji transportowych w ostatnim okresie dużo się dzieje.

Fakt, że jesteśmy liderem w wykorzystaniu środków unijnych pomaga w podnoszeniu jakości. To są zarówno inwestycje w sieć drogową, jak i kolejową – mówi Mikołaj Wild. – W końcówce postępowania przedrządowego jest już Strategia Rozwoju Transportu, która też mierzy się z wyzwaniami transportowymi, przed jakimi stoimy. To jest strategia, które określa działania państwa w tym obszarze do 2030 roku.

Pełnomocnik rządu ds. CPK zwraca również uwagę na fakt, że do rozbudowy sieci połączeń kolejowych w całej Polsce przyczyni się realizacja sztandarowej inwestycji infrastrukturalnej obecnego rządu, bo projekt Centralnego Portu Komunikacyjnego zakłada również utworzenie ok. 1,3 tys. nowych linii kolejowych i węzłów przesiadkowych.

CPK to nie tylko inwestycja w sam węzeł, ale i rozbudowa sieci kolejowej w całej Polsce. Ten program zostanie już w najbliższych tygodniach przedłożony do konsultacji, żeby zapewnić możliwie szerokiemu gronu możliwość wypowiedzenia się, w jaki sposób ma być realizowana ta dostępność transportowa za pomocą sieci kolejowej – mówi Mikołaj Wild. – To są bardzo ważne zmiany. Aby osiągnąć zadowalający efekt, potrzebna jest nie tylko determinacja po stronie rządu, ale też aktywna współpraca z jednostkami samorządu terytorialnego i innymi interesariuszami.

Trójmiasto jednym z najważniejszych ośrodków start-upowych w Polsce. Wyspecjalizowane kadry i infrastruktura przyciągają kolejnych inwestorów

Trójmiasto jednym z najważniejszych ośrodków start-upowych w Polsce. Wyspecjalizowane kadry i infrastruktura przyciągają kolejnych inwestorów 2

Gdańsk i całe Trójmiasto to jeden z czterech największych ośrodków start-upowych w Polsce. Wpływa na to rozbudowany ekosystem wsparcia dla młodych innowacyjnych firm oraz inwestycje, które mają poprawić poziom życia mieszkańców. Te ostatnie powodują, że liczba mieszkańców Gdańska stale rośnie – z danych Głównego Urzędu Statystycznego wynika, że jest bliska historycznego rekordu. Miasto jest bardzo atrakcyjną lokalizacją dla biznesu i rozwoju nowych technologii, z wyspecjalizowaną kadrą i przyjaznym systemem wsparcia inwestorów – zapewnia prezydent Aleksandra Dulkiewicz. 

– Firmy, które lokują się w Gdańsku czy na Pomorzu, potrzebują przede wszystkim wykwalifikowanych pracowników. Naszym zadaniem – jako sektora publicznego – jest stworzyć takie warunki do życia, aby ludzie chcieli zostać tutaj jak najdłużej i być wyspecjalizowaną siłą roboczą. Ważna jest bardzo dobra jakość życia, rozrywka, czyste powietrze, na które dzisiaj coraz więcej osób zwraca uwagę, i kompaktowe miasto. Staramy się to wszystko budować, jesteśmy gdzieś w połowie tej drogi – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Aleksandra Dulkiewicz, prezydent Gdańska.

Pomorze jest uznawane za jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów pod względem jakości życia i możliwości rozwoju zawodowego. W 2017 roku zajęło 4. miejsce w rankingu Instytutu Milkena wśród najlepiej prosperujących lokalnych gospodarek Europy – tuż obok Londynu, Sztokholmu i Budapesztu. W rankingu portalu TripAdvisor „Top Destinations on the Rise for 2017” zajmuje 1. miejsce w Europie i 5. na świecie. Pomorskie notuje też jeden z najwyższych wskaźników jakości życia (według raportu „Diagnoza społeczna 2015”).

Atrakcyjne warunki do nauki, pracy i rozwoju zachęcają wyspecjalizowanych pracowników do osiedlenia się na Pomorzu. Ci są pilnie potrzebni, bo dobra koniunktura gospodarcza w kraju i regionie przekłada się na rekordowy przyrost liczby nowych miejsc pracy. Co istotne, na Pomorzu chce mieszkać i pracować coraz więcej osób – region ma trzecie najwyższe pozytywne saldo migracji w Polsce. Stopa bezrobocia w województwie pomorskim jest niższa od średniej krajowej, a w samym Trójmieście waha się w okolicach 2 proc.

– Są powody, dla których Gdańsk – jak pokazują dane GUS – jest miastem, w którym nieustająco rośnie liczba mieszkańców – mówi Aleksandra Dulkiewicz.

Jak podkreśla, Pomorze i Gdańsk to przede wszystkim lokalizacje atrakcyjne dla biznesu. Składa się na to m.in. strategiczne położenie, dostępność wyspecjalizowanych kadr – Pomorskie jest największym ośrodkiem akademickim w północnej Polsce, w którym działają 24 wyższe uczelnie, kształcące ok. 84 tys. studentów rocznie, boom na rynku nowoczesnych nieruchomości biurowych i szybki rozwój gospodarczy regionu (według Instytutu Milkena w latach 2012–2016 Pomorskie rozwijało się szybciej niż Berlin i Paryż), którego siłą napędową są usługi, przemysł i budownictwo. Wśród najszybciej rosnących branż są m.in. usługi dla biznesu, IT, sektor morski i logistyczny, elektronika, motoryzacja i biotechnologia.

Pomorze zajmuje 2. miejsce w organizowanym przez PARP rankingu przedsiębiorczości, zaraz po województwie mazowieckim. Na 1 tys. mieszkańców przypadają tu 54 aktywne przedsiębiorstwa. Jak podaje Invest in Pomerania (Agencja Rozwoju Pomorza), region zalicza się też do pierwszej piątki obszarów najbardziej atrakcyjnych dla zagranicznych inwestorów w Polsce. W 2017 roku działało tu 1 127 podmiotów z udziałem kapitału zagranicznego, a wartość ulokowanego w nich kapitału zagranicznego wyniosła prawie 5,8 mld zł.

Prezydent Gdańska podkreśla, że na atrakcyjność miasta i regionu wpływają przyjazny system obsługi i wsparcia inwestorów oraz ciągłe inwestycje w infrastrukturę, które służą zarówno przedsiębiorstwom, jak i mieszkańcom.

– Inwestujemy w komunikację miejską i rozbudowę ekologicznego transportu. Dobrego klimatu dla biznesu nie byłoby też bez terenów pod nowe inwestycje mieszkaniowe i przemysłowe. Zależy nam na usługach logistycznych, które wspierają rozwijający się Port Gdański i terminal. Coraz lepsza jest także współpraca z uczelniami wyższymi, przede wszystkim Politechniką Gdańską i Uniwersytetem Gdańskim, które we współpracy z firmami mogą dostarczać pracowników – mówi Aleksandra Dulkiewicz.

Miasto stawia również na rozwój innowacyjnych rozwiązań i start-upów, czego przejawem jest między innymi współpraca z InfoShare.

– Gdańsk jest przyjaznym miejscem do rozwoju biznesu. Wspieramy tworzące się firmy i start-upy, czego przykładem jest chociażby nasza współpraca z InfoShare oraz konkurs start-upowy, gdzie w tym roku główna nagroda wynosi 20 tys. euro – mówi Aleksandra Dulkiewicz.

Infoshare to największa i najbardziej prestiżowa impreza dla start-upów w regionie Europy Środkowo-Wschodniej, w której corocznie bierze udział kilka tysięcy inwestorów i start-upowców z kilkudziesięciu państw świata. W tym roku odbyła się jej 13. edycja. Częścią konferencji jest Startup Contest, konkurs dla start-upów z całego świata, w którym pula nagród sięga 30 tys. euro w gotówce. Fundatorem jest Prezydent Gdańska. W obecnej edycji do konkursu zgłosiło się 601 start-upów z 58 krajów. Ok. 20 proc. pochodzi z Polski, dalej najwięcej jest zgłoszeń z Niemiec, Wielkiej Brytanii, Włoch, Francji i Izraela.

Organizatorzy podkreślają, że InfoShare ma swój znaczący udział w rozwoju Pomorskiego i miasta Gdańska, które na kilka dni staje się jednym z najważniejszych ośrodków start-upowych na całym świecie.

– Przyciągamy wielu gości z kraju i zagranicy. W tym roku jest tu ponad 6 tys. osób, które mają niepowtarzalną okazję do tego, żeby poznać Gdańsk i lokalny ekosystem dla start-upów czy branży IT. To faktycznie jest bardzo ważną częścią strategią rozwoju Gdańska – mówi Grzegorz Borkowski, CEO InfoShare. – Jako speakerzy przyjeżdżają bardzo uznani eksperci ze Stanów Zjednoczonych, Azji i Europy Zachodniej. Potem wracają do swoich domów i promują w swoich środowiskach Gdańsk, InfoShare i to, co się tutaj dzieje.

Jak wynika z raportu Fundacji StartUp Poland, całe Trójmiasto jest jednym z największych w Polsce ośrodków start-upowych, skupiających największą liczbę młodych spółek. Specjalizacją Gdańska jest big data – ponad 20 proc. tutejszych start-upów działa właśnie w tym obszarze. Co istotne, na Pomorzu i w samym Gdańsku działa dobrze zorganizowany ekosystem wsparcia dla start-upów, w tym kilka parków naukowo-technologicznych i inkubatorów przedsiębiorczości (m.in. Gdański Inkubator Przedsiębiorczości Starter, Gdański Park Naukowo-Technologiczny GPN-T, bałtycki Starter Nowych technologii).

Brexit oznacza same czarne scenariusze. Bez względu na zasady wyjścia ucierpi gospodarka i pozycja polityczna Wielkiej Brytanii

Brexit oznacza same czarne scenariusze. Bez względu na zasady wyjścia ucierpi gospodarka i pozycja polityczna Wielkiej Brytanii 3

Brexit to klasyczny przypadek gry, w rezultacie której stratne są obie strony: zarówno Wielka Brytania, jak i Unia Europejska – przekonują autorzy raportu „Brexit. Gdy wszyscy przegrywają”. Według szacunków unijne PKB może się zmniejszyć od 0,4 do 1,5 proc. w skali roku, a brytyjskie już do tej pory straciło nawet 2,5 proc. i może stracić znacznie więcej. Brexit nie pozostanie też bez wpływu na sytuację wewnętrzną Zjednoczonego Królestwa. Coraz silniejsze mogą się stać tendencje separatystyczne Szkocji.

– W zasadzie konsekwencje wychodzenia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej są wyłącznie negatywne, i to dla obu stron. To jest wybór między złym a bardzo złym rozwiązaniem, bo oznacza wychodzenie z UE po ponad 40 latach europeizacji i dotyka wszystkich dziedzin polityki publicznej – przekonuje w rozmowie z agencją Newseria Biznes dr Bartłomiej Nowak, współautor raportu Fundacji im. Roberta Schumana i Fundacji Konrada Adenauera „Brexit. Gdy wszyscy przegrywają”.

Autorzy raportu, powołując się na Global Innovation Index, wskazują, że obecnie gospodarka Wielkiej Brytanii jest piątą największą na świecie pod względem PKB, a czwartą pod względem poziomu innowacji. Na wyjściu z UE może jednak wiele stracić. W 80 proc. gospodarka opiera się na sektorze usług, który odpowiada za 45 proc. brytyjskiego eksportu. W blisko 40 proc. popyt na nie generowany jest przez państwa członkowskie UE. Co więcej, niemal 2/3 brytyjskiego handlu dotyczy UE lub krajów, z którymi ma ona podpisane porozumienia handlowe.

– Szacunki są bardzo różne – mówią, że Wielka Brytania będzie stratna od 6 do 16 proc. PKB, aczkolwiek trudno szacować, ponieważ nie znamy przyszłego modelu relacji Wielkiej Brytanii z Unią Europejską, który jest absolutnie kluczowy. Pytanie, czy będzie obejmował tylko strefę wolnego handlu, czy usługi i jakie to będą porozumienia – zaznacza dr Bartłomiej Nowak.

Już od momentu referendum ws. wyjścia z UE Wielka Brytania straciła 2–2,5 proc. PKB. W wypadku braku porozumienia jej PKB per capita może być mniejsze o 3,5–8,7 proc. w porównaniu z opcją pozostania w UE. Jeśli zostałoby przyjęte porozumienie wynegocjowane przez Theresę May, Wielka Brytania długoterminowo utraci 4 proc., a gdyby pozostała w unii celnej – 2 proc. PKB. W najgorszym scenariuszu, czyli braku porozumienia z UE i braku napływu siły roboczej z krajów EOG, PKB może spaść o 9,3 proc.

– Dotychczasowe porozumienie nie dotyczy sektora usług, a one stanowią 80 proc. brytyjskiego PKB, czyli są absolutnie kluczowe. Dla londyńskiego City to też oznacza bardzo dużo, dlatego że sektor usług finansowych jest zdecydowanie najprężniejszy w Wielkiej Brytanii. W jakimkolwiek modelu nie będzie można dokonywać tzw. paszportowania, czyli uznania usług finansowych na rynku Unii Europejskiej – przypomina współautor raportu.

Brytyjskie usługi finansowe (bez ubezpieczeń i funduszy emerytalnych) ucierpią najbardziej. Według raportu długoterminowo będą około 60 proc. niższe. Spośród wszystkich usług finansowych tylko 28 proc. jest eksportowanych poza Europę, a 67 proc. trafia do UE.

Brexit to nie tylko straty gospodarcze, lecz także polityczne, społeczne i prawne. Szacuje się, że od 15 do 50 proc. prawa wewnętrznego Zjednoczonego Królestwa w sposób bezpośredni lub pośredni było wynikiem regulacji UE.

– Społeczeństwo brytyjskie i partie polityczne są bardzo podzielone i to będzie wpływało na tworzenie prawa w Wielkiej Brytanii, bo przecież to prawo unijne, które do tej pory obowiązywało, trzeba będzie zastąpić prawem krajowym. Do tego trzeba będzie wypracować pewien konsensus, a w obecnym stanie systemu politycznego i podzielonego społeczeństwa to będzie bardzo trudne – przekonuje dr Bartłomiej Nowak.

Jeżeli brexit odbędzie się w sposób chaotyczny i bez porozumienia, to może wywołać poważne reperkusje przede wszystkim w przypadku Szkocji i Irlandii Północnej. Ponadto Szkocja i Walia uznały, że dostęp do jednolitego rynku UE jest dla nich priorytetem. Wspólnie z Irlandią Północną sprzeciwiały się ograniczeniom w wolnym przepływie osób. Dla nich brexit oznacza utratę finansowania z funduszy europejskich.

– Pytanie o ponowne referendum szkockie prawdopodobnie kiedyś stanie na agendzie, bo Szkocja będzie chciała być częścią Unii Europejskiej. Wydaje mi się, że mówienie Wielkiej Brytanii o tym, że będzie globalną Brytanią, to jest pieśń przeszłości, która miała miejsce jeszcze w XX wieku, ale już nie w XXI – ocenia dr Bartłomiej Nowak.

Decyzja o zakupie mieszkania coraz częściej zapada w internecie. Wirtualna rzeczywistość będzie ułatwiać ten proces

Decyzja o zakupie mieszkania coraz częściej zapada w internecie. Wirtualna rzeczywistość będzie ułatwiać ten proces 4

Bez względu na branżę klienci podejmują większość decyzji zakupowych w internecie. Nieruchomości nie są pod tym względem wyjątkiem. W sieci nie da się jednak wszystkiego dokładnie obejrzeć, czego oczekują potencjalni nabywcy. Dodatkowo Polacy, w przeciwieństwie do innych nacji europejskich, znacznie częściej podejmują decyzję o zakupie mieszkania jeszcze na etapie budowy lub nawet dziury w ziemi. Na Zachodzie jest to nie do pomyślenia. W obu tych przypadkach duże możliwości dają nowe technologie. – Wirtualne spacery, technologia 3D, VR będą przybliżać klienta do produktu, który ma kupić – podkreślają eksperci Obido.pl.

– Cały proces zakupu nieruchomości nigdy nie przeniesie się w 100 proc. do internetu, chociażby dlatego, że jest to jedna z najważniejszych inwestycji w życiu pod względem wartości. Wymaga dużo więcej zastanowienia, poznania lokalizacji przed podjęciem decyzji o kupnie nieruchomości. Myślę jednak, że coraz większa cześć procesu decyzyjnego będzie się przenosiła do internetu. Zresztą wystarczy obserwować to, co już się dzieje – to rzeczywiście bardzo silny trend, który na pewno będzie postępował – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marian Bruliński, dyrektor marketingu Obido.pl.

Jak podkreśla, w internecie nie da się jednak wszystkiego dokładnie obejrzeć, a tego oczekują potencjalni nabywcy. Tu duże pole do rozwoju stwarzają nowe technologie – przede wszystkim wirtualna rzeczywistość. Takie narzędzia sprawdzają się również w przypadku zakupu na etapie budowy lub dziury w ziemi.

– Są pewne różnice pomiędzy tym, jak wygląda proces decyzyjny w Polsce i na rynkach bardziej rozwiniętych. W wielu krajach klientom nie przyszłoby do głowy, żeby kupić nieruchomość, której najpierw nie zobaczą. W Polsce – z uwagi na to, że rynek jest bardzo dynamiczny i większość mieszkań sprzedaje się już na etapie budowy – fizycznie jest to niemożliwe – podkreśla Marian Bruliński.

Jak podkreśla, zmienia się również technologia mieszkalnictwa. Domy i mieszkania są wyposażane w coraz to nowsze systemy i rozwiązania technologiczne. Do spopularyzowania systemów inteligentnego domu przyczyni się jeszcze wdrożenie w Polsce sieci 5G, które zbliża się dużymi krokami (zgodnie z wymogami UE do 2020 roku ma być dostępna w co najmniej jednym dużym mieście, a powszechnie – do 2025 roku). Rosnąca popularność smart home to trend zauważalny nie tylko na polskim, lecz także na globalnym rynku – według raportu opracowanego przez agencję Lucintel rynek inteligentnych rozwiązań dla domu osiągnie wartość 107,4 mld dol. do 2023 roku, rozwijając się w tempie 9,5 proc. rocznie.

– Coraz więcej rozwiązań rzeczywiście jest już planowanych na etapie inwestycji przez samych deweloperów, natomiast bardzo duże pole manewru będzie miał sam użytkownik, właściciel mieszkania, który może decydować, w co chce to mieszkanie wyposażyć – mówi Marian Bruliński.

Cyfryzacja to jeden z trendów, który stopniowo zmienia rynek nieruchomości. Kolejnym jest prefabrykacja, która w coraz większym stopniu interesują się deweloperzy. W tej technologii prefabrykowany moduł powstaje najpierw w zakładzie produkcyjnym, a dopiero później jest dostarczany na plac budowy i przyłączany do infrastruktury podziemnej. Ten model budownictwa mieszkaniowego jest bardzo popularny w krajach skandynawskich. Jego zaletą jest skrócenie czasu inwestycji i obniżenie jej kosztów.

– Sam proces budowy wiąże się z dość dużymi różnicami w kontekście przygotowania inwestycji. Trzeba bardzo dokładnie wszystko wcześniej zaplanować, w zasadzie co do dnia, bo elementy powstają wcześniej w fabryce, a później są tylko montowane. Czas budowy jest krótszy. Czy będziemy zmierzali w tym kierunku? Patrząc na koszty pracy, dojdziemy do momentu, kiedy technologia prefabrykowana będzie bardziej ekonomiczna i część deweloperów naturalnie się na nią przestawi – mówi Marian Bruliński.

Według danych GUS w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Ceny mieszkań rosną obecnie najszybciej od 2007 roku i jest tego kilka powodów: dobra sytuacja gospodarcza i wzrost wynagrodzeń Polaków, hossa na rynku mieszkaniowym, niskie stopy procentowe, rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych.

– Obserwując powody wzrostu cen, raczej trudno się spodziewać, żeby którykolwiek z tych czynników ustąpił. Koszty pracy raczej nadal będą rosły, bo zarabiamy coraz więcej, do tego się przyzwyczajamy i bez drastycznych sytuacji na rynkach światowych ten trend w Polsce nie powinien się odwrócić. Kolejny powód to wzrosty cen materiałów budowlanych. Poza tym kończą się grunty w miastach, przez co ich ceny także będą rosły – mówi Marian Bruliński.

Zbudowanie gospodarki opartej na wiedzy jest możliwe dzięki matematyce. Polacy są uzdolnieni matematycznie, źle działa jednak system nauczania

0

Zbudowanie gospodarki opartej na wiedzy jest możliwe dzięki matematyce. Polacy są uzdolnieni matematycznie, źle działa jednak system nauczania 5

Matematyka ma rosnące znaczenie dla innowacji i rozwoju gospodarki. – Czasy uruchamiania prostych rezerw się skończyły, teraz trzeba trochę pokombinować i od tego jest matematyka – przekonuje dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN. Jak podkreśla, trudno wskazać dziedzinę, w której rozwiązania problemów nie mogliby dostarczyć matematycy. Choć w Polsce nie brakuje zdolnych naukowców, brakuje im warunków do rozwoju.

– Rośnie rola matematyki w cywilizacji, a my sobie z nią nie najgorzej radzimy, więc być może powinniśmy iść właśnie w tym kierunku. Ale to się samo nie zadzieje. Musimy stworzyć odpowiednie warunki, a ośmielę się powiedzieć, że wszystkie rządy od kilkudziesięciu lat bardzo się starają, żeby nasi najzdolniejsi ludzie nie realizowali się w tym kraju – mówi agencji Newseria Biznes dr Kamil Kulesza z Instytutu Matematycznego PAN.

Jak podkreśla ekspert, trudno już znaleźć dziedzinę, w której nie byłyby wykorzystywane osiągnięcia matematyki. Wykorzystują ją nauki biologiczne, fizyczne, nawet społeczne. Niedawno zakończony matematyczny hackathon ESGI zorganizowany w Warszawie przez Instytut Matematyczna PAN pokazał, że dzięki matematyce można rozwiązać problemy biznesu, m.in. w sektorze energetycznym, hotelowym czy górniczym. Dzięki takim wydarzeniom jak ESGI biznes może współpracować z matematykami akademickimi nad istotnymi dla branży kwestiami.

– Jeżeli chodzi o problemy, w których rozwiązaniu matematycy mogliby pomóc, to chyba prościej wymienić te, w których nie byliby w stanie nic zdziałać – podkreśla dr Kamil Kulesza. – Nawet najbardziej dziwne rzeczy można obsłużyć za pomocą matematyki. A dlaczego tak jest? Dlatego że matematyka to tak naprawdę jest inny język, system opisu świata i jeżeli ją dobrze rozumiemy, to jesteśmy w stanie opisać prawie wszystko.

Matematyka jest jedną z największych technologii. To właśnie dzięki niej można zbudować gospodarkę opartą na wiedzy. Państwa i firmy, które tego nie dostrzegają, mogą się przestać liczyć w coraz bardziej cyfrowym świecie. Podniesienie wskaźnika wyników z testów PISA w obszarze matematyki i nauk ścisłych o 100 pkt przekłada się na roczny wzrost PKB ok. 1,7 proc.

– Przykładem może być Singapur – państwo, które w ogóle nie ma żadnych zasobów naturalnych, tylko położenie strategiczne. Ludzie, którzy rządzili i rządzą tym państwem, zrozumieli, że z samego przeładunku kontenerów nie będzie się dostatecznie długo i dobrze żyło. Postawiono na gospodarkę opartą na wiedzy – przekonuje dr Kamil Kulesza.

Także Polska ma szanse stworzyć gospodarkę opartą na wiedzy, zwłaszcza że jak pokazują badania, polscy uczniowie mają do matematyki talent. Raport NIK wskazuje, że więcej niż połowa dzieci polskich przed rozpoczęciem szkolnej edukacji wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem takich uzdolnień. Wiele do życzenia pozostawia jednak system nauczania. W Singapurze władze zdecydowały, że szkoła będzie kłaść większy nacisk na rozwój umiejętności pracy zespołowej i analitycznego myślenia, zamiast uczyć encyklopedycznej wiedzy.

Sztuczna inteligencja rozładuje kolejki w przychodniach. Pomoże w zdiagnozowaniu dziecka i podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna

Sztuczna inteligencja rozładuje kolejki w przychodniach. Pomoże w zdiagnozowaniu dziecka i podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna 6

W szybkim tempie rośnie liczba aplikacji pomagających rodzicom w opiece nad dziećmi. Na rynku są dostępne czujniki, które pozwalają na bieżąco monitorować stan zdrowia, pilnują ilości przyjmowanego pokarmu czy pomagają w wychowaniu. Wspierana przez sztuczną inteligencję aplikacja Babydoc24 pozwala rodzicom uzyskać wstępną diagnozę na podstawie objawów chorobowych dziecka. Podpowie, czy wizyta u lekarza jest konieczna, a tym samym pomoże rozładować kolejki w przychodniach, do których część małych pacjentów trafia ze zwykłym przeziębieniem.

– Załóżmy, że jest sobota wieczór, dziecko zaczyna płakać, zaczyna kaszleć, ma gorączkę. Zaczynamy googlować objawy i zamiast rozwiązania zwiększa nam się stres. Część z nas po prostu trafi na izbę przyjęć tylko dlatego, że ich dziecko ma zwykłe przeziębienie, które może być z powodzeniem leczone w domu. Chcemy dać rodzicom wstępną diagnozę, zastąpić „doktora Google”, dać im rzetelną wiedzę medyczną, do której mogą zawsze i wszędzie mieć dostęp – tłumaczy agencji Newseria Innowacje Wojciech Jańczak, lekarz rodzinny i współzałożyciel start-upu Babydoc24.

Na rynku nie brakuje urządzeń, które mają na celu ułatwianie życia rodzicom. To m.in. pieluszki, które sprawdzają poziom nawodnienia i same informują, kiedy należy je zmienić. Specjalne smoczki mierzą temperaturę, butelki kontrolują, czy rodzice prawidłowo karmią dzieci, a słuchawki założone podczas karmienia piersią ułatwiają sprawdzenie, czy dziecko zjadło wystarczająco dużo pokarmu. Rodzice mogą też skorzystać z małych czujników, które monitorują stan zdrowia dziecka i jakość snu, zapobiegając nagłej śmierci łóżeczkowej.

Choć nie brakuje gadżetów, które przekazują na bieżąco najważniejsze informacje o zdrowiu, to w sytuacji choroby czy temperatury większość rodziców jest bezradna. Objawy sprawdza w internetowej wyszukiwarce, przy zwykłym przeziębieniu często doszukuje się poważnych schorzeń i na wszelki wypadek jedzie z dzieckiem do szpitala.

Przewagą aplikacji jest zastosowanie sztucznej inteligencji. Dzięki temu objawy można dopasować do określonej choroby, ale przetwarzane są przy tym dodatkowe informacje o dziecku, czyli np. wiek, waga czy płeć. Objawy, które mogą się okazać potencjalnie niebezpieczne u kilkumiesięcznego dziecka, u przedszkolaka nie muszą świadczyć o niczym poważnym.

– Rodzic po prostu dostaje od nas rzetelną wiedzę medyczną dostępną 24/h. Nie mówimy, że zastępujemy lekarza, bo to niemożliwe, my po prostu zastępujemy wyszukiwanie internetowe, czytanie przeróżnych forów. U dziecka wszystko ma znaczenie: wysokość gorączki, wiek czy płeć. U nas możemy znaleźć rzetelną wiedzę w jednym miejscu, dostosowaną do konkretnych objawów dziecka – przekonuje Wojciech Jańczak.

Obecnie aplikacja pozwala sprawdzić kilka podstawowych objawów, ale z biegiem czasu ich lista będzie rozszerzana, a cały system ma działać, jak czat z wirtualnym asystentem, który po kilku informacjach podpowie, co dolega dziecku, pomoże też uniknąć wizyt u pediatry z lekko przeziębionym dzieckiem.

– Wiadomo, że średni czas oczekiwania na wizytę lekarską wynosi kilka dni, w USA to 2 tygodnie, a średni czas oczekiwania w poczekalni to 30–40 minut. Ludzie są przyzwyczajeni do wiedzy, do dostania po prostu odpowiedzi tu i teraz, nie chcą czekać, a my im to dajemy – podkreśla współzałożyciel Babydoc24.

Zgodnie z założeniami Babydoc24 ma być nie tylko aplikacją do oceniania stanu zdrowia dziecka, lecz także pełnym przewodnikiem dla świeżo upieczonych rodziców.

– Matka nie wie na początku, jak np. nakarmić dziecko piersią, pojawia się masa różnych problemów. Chcemy te wszystkie problemy zaadresować. Wychodzimy ze szpitala z narodzonym dzieckiem, ale nie dostajemy podręcznika obsługi. Chcemy stworzyć takie miejsce, gdzie rodzic, który ma wątpliwość, może zawsze otworzyć aplikację czy stronę i znaleźć odpowiedź. Oczywiście, jeżeli to będzie problem złożony, pokierujemy go do lekarza, natomiast te podstawowe chcemy rozwiązywać – mówi Wojciech Jańczak.

Aplikacja ma być już wkrótce dostępna. Już teraz, jak wynika z danych OSOZ Polska, tylko w 2017 roku w Google Play i App Store było dostępnych ok. 325 tys. aplikacji zdrowotnych. BIS Research podaje zaś, że wartość światowego rynku medycznych aplikacji mobilnych do 2025 roku ma przekroczyć 11 mld dolarów.

Coraz bardziej zaawansowane systemy pozycjonowania rewolucjonizują rynek autonomicznych, latających pojazdów. Ulepszony GPS pozwoli nawigować także w powietrzu

Coraz bardziej zaawansowane systemy pozycjonowania rewolucjonizują rynek autonomicznych, latających pojazdów. Ulepszony GPS pozwoli nawigować także w powietrzu 7

Dynamiczny rozwój technologii kosmicznych wpływa na nasze codzienne życie. Dzięki nim powstają narzędzia, które poprawią nasze bezpieczeństwo podczas lotów i pozwolą lepiej zrozumieć otaczający nas świat. Zaawansowane systemy obrazowania satelitarnego wykorzystuje się do monitorowania jakości upraw czy zanieczyszczenia powietrza. Ewoluują także nawigacje satelitarne, dzięki czemu w przyszłości będą mogły powstać wysoce zaawansowane pojazdy autonomiczne do transportowania ludzi oraz ultradokładne systemy lokalizacyjne. 

– W lotnictwie cywilnym i wojskowym wykorzystywany jest przede wszystkim sygnał satelitarny z satelitów, które umożliwiają pozycjonowanie. Oczywiście, GPS nie jest systemem w pełni certyfikowanym dla potrzeb lotniczych, natomiast ułatwia orientowanie się w przestrzeni – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Mariusz Kacprzak z Instytutu Lotnictwa w Centrum Technologii Kosmicznych.

Coraz większa liczba latających pojazdów, nie tylko samolotów, lecz także samochodów czy taksówek, wymaga zwiększenia precyzji usług lokalizacyjnych. Tymczasem GPS jest już dość starym systemem, którego początki sięgają lat 70. ubiegłego wieku. Dlatego powstają nowsze, bardziej zaawansowane systemy nawigacji, wzbogacane m.in. technologiami kosmicznymi.

– W lotnictwie bezzałogowym technologie satelitarne są podstawowym narzędziem do wyznaczania pozycji. W oparciu o sygnał GPS i sygnał z jednostek z tzw. IMU (jednostek nawigacji inercyjnej – przyp.red.), pozwalają pozycjonować statki powietrzne, a także wyznaczać trasę lotu. Zdjęcia satelitarne stanowią zaś podstawę do tworzenia map, a na podstawie tych map wyznaczane są trasy przelotu – mówi Mariusz Kacprzak.

Jednostki nawigacji inercyjnej IMU, wyposażone w żyroskop i przyspieszeniomierz, umożliwiają dokładne śledzenie orientacji i położenia obiektu w dwóch osiach. Są szeroko używane np. do stabilizacji dronów czy pojazdów samobalansujących się typu segway. Wykorzystywane są także w statkach powietrznych i kosmicznych. Mogą być także podstawą do budowy floty latających samochodów, choć do tego niezbędne będzie stworzenie hybrydowego, zaawansowanego systemu nawigacji satelitarnej.

Nad projektem elektrycznego pojazdu, który będzie pionowo startował i lądował, pracują m.in. firmy Honeywell i Volocopter. Ich inżynierowie opracowują hybrydowy system kontroli lotu, bazujący na klasycznym sygnale GPS, mikroelektromechanicznym systemie kontroli kursu i wysokości oraz czujnikach obrazowania, co pozwoli precyzyjnie rozpoznać przeszkody na drodze pojazdu oraz ułatwi przeprowadzenie procesu podchodzenia do lądowania.

Firma Aireon z kolei chce zmodernizować system GPS, wzbogacając go o technologie kosmiczne. Planuje przenieść odbiorniki ADS-B, radary lotnicze, które w ramach starego systemu rozmieszczono na Ziemi, na pokład satelitów. To umożliwi pokrycie całej powierzchni globu sygnałem GPS i precyzyjne namierzanie śledzonych obiektów bez potrzeby budowania całego systemu od zera. Największą zaletą rozwiązania ma być pełna kompatybilność z dotychczasowymi nawigacjami satelitarnymi, wykorzystującymi klasyczne stacje ADS-B.

Systemy nawigacji satelitarnej coraz częściej wykorzystywane są także w procesie szczegółowego obrazowania powierzchni Ziemi. Centrum Technologii Kosmicznych Instytutu Lotnictwa prowadzi m.in. badania nad metodami wykorzystania narzędzi teledetekcyjnych do zwiększenia konkurencyjności polskich produktów roślinnych na globalnym rynku zbytu. Zdjęcia satelitarne zrobione przez satelity, posłużą do oceny wpływu warunków pogodowych na uprawy czy wykrywania ośrodków chorób przechowalniczych na wczesnym etapie rozwoju.

Nad efektywniejszymi metodami przetwarzania danych satelitarnych pracują także inżynierowie Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej, którzy we współpracy z Akademią Górniczo-Hutniczą, Akademickim Centrum Komputerowym Cyfronet, Centrum Badań Kosmicznych Polskiej Akademii Nauk oraz Polską Agencją Kosmiczną powołali do życia konsorcjum Sat2Envi.

– Projekt Sat4Envi jest bardzo ważny i przełomowy. W jego ramach przygotowano serię szkoleń i spotkań z pracownikami administracji publicznej po to, żeby pokazać potencjał danych. I dzięki temu programowi cała branża teledetekcyjna w Polsce ma szansę skorzystać i dostarczać innowacyjne produkty – zauważa Mariusz Kacprzak.

W ramach tego projektu powstanie cyfrowa baza informacji satelitarnej. Zgromadzone w niej dane posłużą przede wszystkim administracji publicznej do realizacji zadań związanych z ochroną środowiska, planowaniem przestrzennym czy projektowaniem sieci transportowych. Wgląd do bazy danych będą mieli także prywatni przedsiębiorcy, którzy wykorzystają zdjęcia satelitarne do rozwoju najróżniejszych usług o charakterze komercyjnym.

Według firmy badawczej Allied Market Research wartość globalnego rynku komercyjnych satelitów obrazujących do 2022 roku wzrośnie do 5,3 mld dol. W najbliższych latach ma się rozwijać w tempie blisko 11,5 proc. w skali roku. Analitycy Morgan Stanley prognozują z kolei, że rynek latających samochodów do 2040 r. może być wart nawet 3 bln dol.

Prefixbox uznany jako reprezentacyjny dostawca wyszukiwarek internetowych uzywajacych technologii NLP

Zdolności przetwarzania języka naturalnego (ang. Natural Language Processing – NLP) firmy Prefixbox nadają dystrybutorom przewagę nad konkurencją.

Przetwarzanie języka naturalnego (ang. Natural Language Processing) jest kluczowe w optymalizacji wyszukiwarek, ponieważ sklep internetowy należy do wysoce konkurencyjnej branży, w której dystrybutorzy muszą dotrzymywać kroku trendom, aby przekonać klientów do własnej oferty. NLP jest używane przede wszystkim w polach wyszukiwania i funkcjach czatu, gdyż ta technologia umożliwia komputerom przetwarzanie języka mówionego. Coraz częściej klienci wyszukują produkty w sposób podobny do rozmowy z kolegami.

Aby zapewnić przyjemne zakupy, sklepy internetowe potrzebują technologii, która obsługuje formaty wielozadaniowe, aby ich potencjalni klienci nie wylądowali na stronach bez rezultatów – najgorsze co może przytrafić się kupującemu (to się zdarza średnio w 20% przypadków).

Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.
Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.

W tym badaniu Gartner stwierdza, że „aby zrozumieć intencję (NLP), dana wyszukiwana domena/produkt muszą także być zrozumiane. To pomaga generować właściwe odpowiedzi lub kolejne pytania, które pomogą klientowi znaleźć poszukiwany produkt”[1]. Według dowodów zewnętrznych jest to bezpośrednio powiązane ze zwiększaniem dochodów online i wskaźnika konwersji.

Funkcja wyszukiwania to kluczowy przyrząd zwiększający dochody online, ponieważ prowadzi on kupujących do produktów, których poszukują.

„W firmie Prefixbox staramy się zapewnić zaawansowaną, ale także łatwą do wprowadzenia technologię wyszukiwania handlowego. Jesteśmy zaszczyceni, że Gartner uznał naszą pracę w coraz ważniejszej przestrzeni wyszukiwania handlowego z użyciem NLP” powiedział Istvan Simon, założyciel i prezes Prefixbox’u.

[1] To understand intent [of NLP], the specific domain/product set to be searched must also be understood. This helps generate appropriate answers or next questions for the customer as the conversation leads to a product selection

Dzień Kierowcy Zawodowego. Dokąd podróżują, ile zarabiają?

Z okazji Międzynarodowego Dnia Kierowcy Zawodowego Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców odkrywa karty branży transportowej. Sprawdzamy, kto prowadzi polskie ciężarówki, jakie napotyka trudności i jakie nastroje panują w tej grupie zawodowej.

Kim jest?

Raport przygotowany przez Ogólnopolskie Centrum Rozliczania Kierowców (OCRK) „Kim jest polski kierowca ciężarówki?” wskazał, że 86% zatrudnionych w naszym kraju na stanowisku kierującego pojazdem ciężarowym stanowią Polacy. Jednak z danych Głównego Inspektora Transportu Drogowego (GITD) wynika, że z roku na rok wydawanych jest coraz więcej świadectw kierowców dla pracowników głównie zza wschodniej granicy. Zgodnie z zestawieniem w 2018 roku wydano 72 390 takich dokumentów[1], rok wcześniej było to nieco ponad 46 tys.[2], a trzy lata temu wygenerowano 26 624 świadectwa[3]. Wśród zagranicznych pracowników, jeżdżących dla polskich przewoźników, dominują Ukraińcy, Białorusini i Mołdawianie.

Zawód profesjonalnego kierowcy jest wciąż domeną mężczyzn – stanowią oni 98% zatrudnionych w tym sektorze. Mimo to panie coraz częściej prowadzą ciężarówki, co jest doskonałą odpowiedzią na nieustannie zwiększający się deficyt osób wykwalifikowanych w tym zawodzie.

Kto może jeździć?

Obecnie szacuje się, że na rynku brakuje około 100 tys. zawodowych kierowców. Z roku na rok liczba wolnych wakatów zwiększa się drastycznie – jest to jeden z najpoważniejszych problemów, z którymi mierzy się branża transportowa. Wszystko wskazuje na to, że deficyt może sięgnąć poziomu nawet 40%. Rocznie z zawodu odchodzi 25 tys. pracowników.

W ostatnim czasie wprowadzane są przepisy rozszerzające zakres osób, które mogą ubiegać się o podjęcie pracy na stanowisku kierowcy o m.in. osoby niesłyszące i niedosłyszące. Także zmiana programu nauczania w szkołach zawodowych, ułatwiająca młodym kandydatom zdobycie kwalifikacji do prowadzenia ciężarówek, jest receptą na braki kadrowe w branży.

Z czym mierzy się transport?

Kierowcy to starzejąca się grupa zawodowa. W Europie średni wiek pracującego za kółkiem wynosi 44 lata, o czym informuje najnowszy raport Międzynarodowej Unii Transportu Drogowego (IRU)[4]. Z badań OCRK wynika, że zatrudnieni w polskich firmach transportowych mają średnio 42 lata. Natomiast niemieccy kierowcy są starsi średnio o 5 lat.[5]

Według tego zestawienia w Europie aż 20% stanowisk jest nieobsadzonych. Powodów, dla których brakuje chętnych do pracy za kierownicą, jest wiele. Badania wskazują, że dużym problemem jest niekorzystny wizerunek profesji (60% ankietowanych), stereotypowe postrzeganie zawodu (zaledwie 2% zawodowych kierowców stanowią kobiety), czy też długie przebywanie poza miejscem zamieszkania, z daleka od bliskich (twierdzi tak 77% osób biorących udział w badaniu).[6]

Wśród problemów, z którymi mierzą się transportowcy można wyróżnić także złożone przepisy transportu drogowego, liczne zmiany legislacyjne, presję czasu, stres i olbrzymią odpowiedzialność. 

Co myślą truckerzy?

Kierowcy zdecydowanie lubią swoją pracę – tak twierdzi blisko 79% osób aktywnych zawodowo. Podkreślają, że ich profesja pozwala na poznawanie nowych miejsc i ludzi, a także, że nie muszą się obawiać o brak miejsca pracy. Raport zawiera także czynniki, których kierowcy nie lubią w swoim zawodzie – wymieniają tutaj m.in. długie rozłąki z rodziną i przyjaciółmi (56,9%), niebezpieczeństwa na drodze (56,9%), stres (49,2%) czy też długi czas spędzony za kierownicą (20,4%).[7]

Dokąd podróżują?

Jak wynika z raportu OCRK ponad 50% polskich kierowców w tzw. międzynarodówce wykonuje przejazdy do Niemiec, dla 14% celem podróży jest Francja, zaś Belgia i Holandia uplasowały się na 3 miejscu zestawienia – tam wykonuje się po 5% polskich przejazdów międzynarodowych.

Czy dużo jeżdżą?

87 tys. kilometrów – tyle średnio w ciągu roku pokonuje polski kierowca, co pokazują badania OCRK.[8] Ponad 34% truckerów przemierza rocznie od 100 tys. do 200 tys. km. Polska jest liderem transportu drogowego w Europie – wykonuje 17,5% całkowitej wartości tonokilometrów w UE[9] i aż 40% kabotażu.[10] Średnia długość delegacji kierowców z Polski wynosi siedem dni, a rekordziści w pracy spędzają nawet 260 dni w ciągu roku. 30% truckerów wykorzystuje zaledwie od 1-10 dni wolnych,
a 14% specjalistów na urlopie przebywa ponad 20 dni. Być może właśnie dlatego rodzimi kierowcy doceniani są przez zagranicznych kontrahentów za solidność, terminowość i pracowitość.

Ile zarabiają?

Jak wynika z raportu „Zarobki zawodowych kierowców w Polsce”, 95% osób w zawodzie zatrudnionych jest w oparciu o umowę o pracę, a średnia wysokość pensji wynosi nieco ponad 5 tys. PLN. Warto zwrócić uwagę, że na wynagrodzenie kierowcy składa się podstawa, która jest często stawką minimalną oraz ekwiwalent wypłacany z tytułu podróży służbowej. Badania pokazują, że ponad 1/3 prowadzących ciężarówki zarabia powyżej 6000 PLN netto. Zazwyczaj są to osoby wykonujące transport międzynarodowy. 82,4% ankietowanych kierowców zadeklarowało, że w ciągu ostatnich trzech lat ich wynagrodzenie wzrosło. [11]

Czy to bezpieczne?

Stowarzyszenie Transported Asset Protection Association (TAPA) prognozuje, że 2019 będzie rekordowym rokiem pod względem ilości napadów na przewoźników na terenie Europy, Afryki
i Bliskiego Wschodu, co budzi ogromne obawy. Jednak praca truckera nadal daje wielu osobom dużą satysfakcję, a kierowcy stanowią zorganizowaną społeczność, która wspiera się w trudnych sytuacjach.

[1] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/updated/Dane-statystyczne-dotyczace-transportu-miedzynarodowego-w-roku-2018.pdf

[2] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/imported/24081/Dane-statystyczne-2017.pdf

[3] https://www.gitd.gov.pl/fileadmin/imported/24081/Dane-statystyczne-2016.pdf

[4] https://www.iru.org/resources/newsroom/fifth-driver-positions-unfilled-european-road-transport-sector

[5] https://www.iru.org/resources/newsroom/fifth-driver-positions-unfilled-european-road-transport-sector

[6] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

[7] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

[8] Raport OCRK „Kim jest polski kierowca” z 2018r. sporządzony na podstawie danych za 2017r. zebranych przez Dział Analiz i Rozliczeń OCRK od 1239 kierowców.

[9] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Road_freight_transport_statistics

[10] https://ec.europa.eu/eurostat/statistics-explained/index.php?title=Road_freight_transport_statistics_-_cabotage

[11] Raport „Zarobki kierowców zawodowych w Polsce” autorstwa trans.info z 2018r.

Emotis wprowadza wynajem samochodu razem z hulajnogą elektryczną

Ogólnopolska wypożyczalnia samochodów Emotis jako pierwsza w Polsce wprowadza do oferty opcję wynajęcia auta z hulajnogą elektryczną. Taki dodatek pozwoli klientom na jeszcze większą mobilność w każdej sytuacji.

Małe, jednoosobowe pojazdy elektryczne zyskują na popularności. W centrach dużych miast pojawiły się niedawno hulajnogi wynajmowane na minuty, rośnie także sprzedaż tego typu dwukołowców. Wynika to z prostego faktu – hulajnogi pozwalają przemieszczać się sprawnie i szybko wszędzie tam, gdzie nie wjedziemy samochodem. A przy tym nie zanieczyszczają środowiska!

hulajnoga-emotis2Hulajnoga sprawdzi się w tych zakamarkach miasta, do których trudno dostać się innym pojazdem. Zamiast stać w korkach, możemy zaparkować auto nieco dalej, wyjąć hulajnogę z bagażnika i ostatnią część trasy przemierzyć na dwukołowcu. Ale samochód i hulajnoga w jednym zestawie to doskonałe połączenie także poza miastem, np. w czasie wakacji. Nowoczesne ośrodki wypoczynkowe czy campingi często przypominają małe miasteczka – dzięki hulajnodze, poruszanie się po nich okazuje się dużo wygodniejsze i szybsze.

W maju wypożyczalnia samochodów Emotis zaproponowała swoim klientom hulajnogi elektryczne jako dodatkowy element wyposażenia wynajmowanego pojazdu. Cena dopłaty za hulajnogę wynosi 38 zł brutto za dobę. Do jednego auta można wynająć maksymalnie tyle hulajnóg, ile przewidziano miejsc w samochodzie (tj. do 9 dla minibusa), bez dodatkowych formalności.

Na start Emotis przygotował promocję. Klienci, którzy dokonają rezerwacji do 30.06 (niezależnie od terminu, którego dotyczy wynajem), otrzymają 50-procentowy rabat na pierwsze wypożyczenie hulajnogi. Rabat dotyczy wynajmu razem z autem na okres od 1 do 30 dni. Oznacza to, że klient zapłaci za hulajnogę jedynie 19 zł brutto za dobę.

Hulajnogi są dostępne także podczas wynajmu samochodu na średni termin (na min. 1 miesiąc), w cenie 225 zł miesięcznie za sztukę. W tym przypadku również można skorzystać z promocji na start i w pierwszym miesiącu zapłacić za hulajnogę jedynie 112,50 zł brutto za pierwszą sztukę.

W ofercie wypożyczalni dostępne są nowoczesne modele Mi Electric Scooter. Pozwalają one przejechać na jednym ładowaniu nawet 30 km. Na takiej hulajnodze można przemieszczać się 5-krotniej szybciej niż pieszo. Pojazdy te wyposażono w podwójny system hamulcowy, który maksymalnie zwiększa bezpieczeństwo, a także w pneumatyczne opony i wysokiej jakości oświetlenie. Hulajnogę można złożyć i rozłożyć w 3 sekundy, co ułatwia codzienne korzystanie z niej oraz przewożenie jej w samochodzie.

– Hulajnogi w samochodach na wynajem wprowadzamy jako pierwsi w Polsce, ponieważ bardzo bliska jest nam idea nowoczesnej mobilności dla firm i osób prywatnych. Nie tylko obserwujemy światowe trendy, ale też sami je współtworzymy. Uważamy, że hulajnogi elektryczne mogą ułatwić życie naszym klientom w wielu sytuacjach i co nie mniej ważne, zapewniają wygodę w zgodzie z ekologią – mówi Ireneusz Tymiński, prezes Emotis.

Emotis to wypożyczalnia samochodów z oddziałami w 14 polskich miastach. Opcja wypożyczenia auta z hulajnogą od maja dostępna jest w każdym z oddziałów.

PKN ORLEN przekazał Krajowej Administracji Skarbowej 15 nowych samochodów

Koncern przekazał Krajowej Administracji Skarbowej 15 nowoczesnych samochodów, które pozwolą na dalsze skuteczne przeciwdziałanie oszustwom podatkowym na rynku paliw. To kolejny krok wspierający działania administracji państwowej na rzecz walki z szarą strefą, dzięki którym w ostatnich latach legalna konsumpcja oleju napędowego w Polsce wzrosła o ok. 30%. Wcześniej PKN ORLEN przekazał organom skarbowym 7 mobilnych laboratoriów, pozwalających na szybkie badanie transportowanych w Polsce paliw, pod kątem zgodności ich składu z obowiązującymi przepisami.

Wdrożony przez premiera Mateusza Morawieckiego pakiet paliwowy i podjęte przez rząd działania na rzecz walki z szarą strefą, pokazały z jak olbrzymią skalą problemu mieliśmy wcześniej do czynienia. Wzrost legalnej konsumpcji oznacza nie tylko większe przychody Koncernu i lepszą jakość paliw dla klientów, ale także większe wpływy do budżetu państwa. W ubiegłym roku odprowadziliśmy do budżetu 36 mld zł, to o 11 mld zł więcej niż w roku 2015. W tym kontekście szczególnie ważne jest kontynuowanie działań na rzecz legalnego rynku paliw, w które jako największa polska firma paliwowa aktywnie się włączamy – powiedział Daniel Obajtek, Prezes Zarządu PKN ORLEN.  

Walkę z szarą strefą w obrocie paliwami jest dla nas kluczową kwestią przy uszczelnianiu systemu podatkowego. Dzięki realizacji przez KAS działań kontrolnych w obszarze towarów akcyzowych i podatku VAT skutecznie redukujemy szarą strefę i wspieramy uczciwe firmy. Przekłada się to na realny wzrost wpływów do budżetu państwa – powiedział wiceminister finansów, Szef Krajowej Administracji Skarbowej Marian Banaś.

PKN ORLEN przekazał Krajowej Administracji Państwowej łącznie 15 nowoczesnych pojazdów. Samochody zostały wyposażone w specjalny cyfrowy system łączności ADAM, kompatybilny z obecnie używanym przez służby skarbowe. Darowizna wzmocni flotę samochodów KAS w 9 województwach: dolnośląskim, lubuskim, małopolskim, mazowieckim, opolskim, wielkopolskim, podlaskim, śląskim i zachodniopomorskim. Samochody będą wykorzystywane przede wszystkim do kontroli realizowanych w ramach systemu monitorowania drogowego przewozu towarów oraz do działań kontrolnych na lotniskach w Warszawie, Krakowie i Katowicach.

Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?

4,3 bln dolarów będzie wart globalny rynek nowej mobilności w 2030 r.[1] – wynika z analiz McKinsey & Company. Nowa mobilność, czyli alternatywa dla tradycyjnego transportu samochodowego (pojazdy autonomiczne i elektryczne, urządzenia transportu osobistego, zamawianie transportu przez aplikacje), zdobywa popularność dzięki rozwojowi technologii, urbanizacji i postawom proekologicznym. Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) opracowała raport o urządzeniach transportu osobistego (UTO), opisując ich charakterystykę, status prawny oraz wpływ na ubezpieczenia. Najważniejsze wnioski z raportu zostały omówione podczas panelu „Nowa miejska mobilność. Co oznacza dla ubezpieczeń?” na VII Kongresie PIU.

Według danych ONZ liczba ludności w miastach zwiększy się do 2025 r. prawie o 10%[2]. Coraz więcej osób będzie szukało sposobów sprawnego poruszania się po mieście. – Dodatkowo, rosnąca świadomość ekologiczna skłania nas do rezygnacji z samochodu, przynajmniej od czasu do czasu. Taką deklarację złożyło aż 79% Polaków w badaniu Eurobarometru, przeprowadzonym w 2017 r. – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Nowe oblicze miejskiej mobilności

Międzynarodowa Organizacja Lekkich Pojazdów Elektrycznych (LEVA) definiuje UTO jako dwu/trzykołowe pojazdy z napędem elektrycznym, ogniwo-paliwowym lub hybrydowym, ważące do 100 kg. Zaliczamy do nich m.in. elektryczne rowery i hulajnogi, a także segway’e czy hoverboardy. Na popularyzację UTO duży wpływ miał rozwój technologii akumulatorów litowo-jonowych oraz ekonomii współdzielenia.

Około 10 lat temu pojawiły się pierwsze programy rowerów miejskich. UTO to najnowsza fala miejskiej mobilności. Ich ogromną zaletą jest możliwość pozostawienia pojazdu w dowolnym punkcie, w którym kończymy podróż oraz efektywność na krótkich dystansach. Dzięki temu jesteśmy w stanie szybko pokonać tzw. „ostatni kilometr”, czyli odcinek łączący miejsce docelowe np. z przystankiem komunikacji miejskiej – mówi Michael Wodzicki, Associate Partner w warszawskim biurze McKinsey & Company.

Potrzebna ochrona ubezpieczeniowa…

Według dyrektywy UE 168/2013, UTO to pojazdy z silnikami o mocy do 250 W, osiągające prędkość do 25 km/h. Nie podlegają homologacji. Nie dotyczy ich więc obowiązek posiadania numerów rejestracyjnych, a ich użytkownicy nie muszą mieć prawa jazdy czy ubezpieczenia OC. Ponadto brakuje jednolitych regulacji, które określałyby, jakie przepisy ruchu drogowego powinny być stosowane do UTO. Przekłada się to na brak odpowiedniej ochrony ubezpieczeniowej. Regulaminy wypożyczalni z  reguły przerzucają na użytkowników odpowiedzialność wynikającą z wypadków.

… i regulacje

UTO stają się częścią krajobrazu miejskiego. Dla ich dalszego rozwoju ważne jest uregulowanie ich roli w ruchu ulicznym, a przede wszystkim zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim jego uczestnikom.

Wyzwaniem jest nowelizacja Prawa o ruchu drogowym. Trzeba zdefiniować obszar, po którym takie pojazdy mogą się poruszać oraz limit prędkości. W Barcelonie podzielono UTO na trzy klasy i określono ich wymiary, wymogi dotyczące bezpieczeństwa, ubezpieczenia i minimalnego wieku użytkownika. Z  kolei w Holandii żadna z wypożyczalni hulajnóg elektrycznych nie dostała jak dotąd zgody na funkcjonowanie. W Wielkiej Brytanii UTO można poruszać się wyłącznie na terenie prywatnym – mówi Łukasz Kulisiewicz, ekspert PIU.

Warto zaznaczyć, że użytkownicy UTO, którzy są narażeni na wypadki, mogą być zainteresowani nowymi produktami ubezpieczeniowymi.

[1] McKinsey Quarterly: Mobility’s second great inflection point, luty 2019 r.

[2] Population Division of the UN Department of Economic and Social Affairs, 2018 Revision of World Urbanization Prospects

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów

Podaż biur rośnie, spada poziom pustostanów w porównaniu do zeszłego roku, a popyt napędzają firmy z sektorów IT, usług oraz produkcji – tak przedstawia się sytuacja na polskim rynku biurowym na koniec I kwartału 2019 r.

Firma doradcza JLL podsumowała sytuację na polskim rynku biurowym w I kwartale 2019 r.

Popyt

Całkowity wolumen transakcji najmu w pierwszym kwartale tego roku wyniósł ponad 270 000 mkw., z czego 130 500 mkw. przypadło na główne rynki poza Warszawą, gdzie za 67% popytu odpowiadały Kraków (43%) i Wrocław (24%). Do największych transakcji zawartych w Polsce w tym czasie należało odnowienie umowy na 11 200 mkw. przez Akamai w Vinci Office w Krakowie, nowa umowa firmy Wirtualna Polska na 7 000 mkw. w Business Garden w Warszawie, nowa umowa firmy z sektora publicznego na 7 000 mkw. w budynku Vector+ w Warszawie, nowa umowa Perform Group (Perform Content i Perform Media) na 6 400 mkw. w Face2Face Campus w Katowicach oraz odnowienie umowy i ekspansja GlobalLogic na 6 300 mkw. w Bonarka for Business w Krakowie.

Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL
Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Niezmiennie głównym motorem napędowym największych regionalnych rynków biurowych w Polsce jest sektor nowoczesnych usług biznesowych. Firmy z tej branży w pierwszym kwartale tego roku wygenerowały blisko 40% zapotrzebowania na biura poza Warszawą. Najwyższy udział branży BPO/SSC w popycie został odnotowany w Katowicach – blisko 74%, i Trójmieście – ponad 45%. – Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych, JLL

Ponadto, coraz istotniejszą rolę na rynkach biurowych – nie tylko w Warszawie – odgrywają operatorzy elastycznych przestrzeni do pracy. Ponad 60 000 mkw. nowej powierzchni elastycznej jest już potwierdzone do otwarcia w 2019 r., a wolumen ten może być jeszcze większy.

Podaż

Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant w Dziale Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Silną pozycję rynku biurowego w Polsce potwierdza wciąż rosnąca podaż. W Krakowie i Wrocławiu zasoby nowoczesnej powierzchni biurowej wynoszą ponad milion mkw., w Trójmieście blisko 800 000 mkw., w Katowicach i Poznaniu przekroczyły 500 000 mkw., a Łódź osiągnie ten wynik już w tym roku. Natomiast łączne zasoby biurowe w Polsce, z uwzględnieniem Warszawy, to już prawie 10,7 mln mkw. – Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

W I kwartale na polski rynek dostarczono łącznie ponad 142 000 mkw., w tym ponad 120 000 mkw. na największych rynkach regionalnych.

W budowie pozostaje blisko 1,6 mln mkw., z czego 800 000 mkw. na głównych rynkach regionalnych. Spośród nich najbardziej aktywny jest Kraków, Trójmiasto i Wrocław, gdzie powstaje Business Garden II, największy realizowany obecnie kompleks biurowy poza Warszawą, który już teraz cieszy się dużym zainteresowaniem najemców.
Łukasz Dziedzic, Starszy Konsultant, Dział Badań Rynku i Doradztwa, JLL

Do największych ukończonych w I kwartale projektów biurowych w Polsce należy m.in: pięć budynków drugiej fazy kompleksu Business Garden w Poznaniu (46 100 mkw., Vastint), V.Offices w Krakowie (21 700 mkw., AFI Europe) oraz Spark B w Warszawie (15 700 mkw., Skanska Property Poland).

Powierzchnie niewynajęte i czynsze

Średni poziom pustostanów w Polsce to 9,3%. W Warszawie 9,1% istniejących zasobów biurowych pozostaje do wynajęcia. Poza nią, najniższy (5,4%) współczynnik powierzchni niewynajętej charakteryzuje Trójmiasto, a najwyższy (15,8%) przypada na Poznań. Łącznie na rynkach regionalnych niewynajęte jest 9,4% zasobów.

Dodatkowo, po raz pierwszy współczynnik pustostanów został przeanalizowany w Górnośląsko-Zagłębiowskiej Metropolii i wyniósł 9,8% na koniec pierwszego kwartału 2019.

Obecnie na rynkach regionalnych najwyższe czynsze transakcyjne charakteryzują Kraków (13,5 – 15 euro za mkw. miesięcznie), a najniższe Lublin (10,5 – 11,5 euro za mkw. miesięcznie). Z kolei w szerokim centrum Warszawy czynsze dla najlepszych nieruchomości wynoszą od 17 do 24 euro za mkw. miesięcznie, a poza nim od 11 do 15 euro za mkw. miesięcznie.

Zwiększa się rynkowy udział luksusowych mieszkań

Kwartalne analizy portalu RynekPierwotny.pl dotyczące sytuacji na największych rynkach deweloperskich już od dłuższego czasu informowały o wzroście znaczenia droższych mieszkań. Rozbudowa oferty bardziej ekskluzywnych „M”, przyspieszała wzrosty średniej ofertowej ceny 1 mkw. między innymi na terenie Warszawy oraz Gdańska. Zwiększanie się rynkowego udziału luksusowych lokali to z pewnością bardzo ciekawe zjawisko. Właśnie dlatego eksperci RynekPierwotny.pl postanowili bliżej mu się przyjrzeć.Drogie lokale RP wyk.1

Definicja drogiego mieszkania będzie zmieniać się razem z cenami

Przed analizą rynku ekskluzywnych mieszkań, najpierw trzeba dobrze zdefiniować takie lokale. Zastosowanie sztywnego progu cenowego dla wszystkich badanych rynków wydaje się niezbyt dobrym rozwiązaniem. W tym kontekście, duże znaczenie mają dwie kwestie. Po pierwsze, krajowe metropolie cechują się sporym zróżnicowaniem cenowym. Dlatego nowe mieszkania o cenie 8500 zł/mkw. w Łodzi mogą uchodzić za oferty „premium”. Lokale kosztujące tyle samo, na warszawskim rynku będą wciąż mieścić się w tzw. segmencie popularnym. Wynika to z faktu, że przeciętna ofertowa cena 1 mkw. nowego lokalu z Warszawy znacząco przekroczyła już 9000 zł/mkw. (według danych RynekPierwotny.pl). Szybkie wzrosty cen nowych mieszkań z największych rynków sprawiają, że swoista granica lokalowego luksusu przesuwa się w górę. To kolejny powód sugerujący, że lepiej nie klasyfikować bardziej ekskluzywnych „M” na podstawie jednego i stałego limitu cenowego.

W ramach swojej najnowszej analizy, eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili zakwalifikować mieszkania z segmentu „premium” do dwóch grup. Pierwsza kategoria skupia lokale o ofertowej cenie za 1 mkw. wynoszącej 150% – 200% średniej rynkowej stawki z danego kwartału. W drugiej kategorii znalazły się nowe „M”, które są co najmniej dwa razy droższe od średniej. Takie rozwiązanie sprawia, że progi kwalifikujące mieszkania do grupy „premium” zmieniają się wraz z cenami na rynku.

Nie we wszystkich metropoliach droższe lokale nabierają znaczenia

W pierwszej kolejności warto sprawdzić, jak przez ostatnie kwartały zmieniał się rynkowy udział wszystkich nowych mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. wynoszącą ponad 150% lokalnej średniej. Poniższy wykres prezentuje dane na ten temat, które dotyczą sześciu krajowych metropolii i okresu pomiędzy II kw. 2016 r. oraz I kw. 2019 r. Informacje prezentowane na wykresie wskazują, że nie we wszystkich metropoliach był widoczny wzrost rynkowego udziału „drogich” ofert. Szybko wzrosła natomiast średnia wartość dla sześciu analizowanych miast. W II kw. 2016 r. mieszkania przynajmniej o 50% droższe od rynkowej średniej stanowiły 1,5% oferty deweloperów z sześciu metropolii. Analogiczny wynik obliczony dla I kw. 2019 r. to 3,4%.

Gdańscy deweloperzy liczą na zainteresowanie zamożnych klientów

Poniższa tabela prezentuje natomiast zmiany udziału nowych lokali należących do dwóch wcześniej wyodrębnionych grup (tzn. mieszkań z ofertową ceną 1 mkw. na poziomie 150% – 200% średniej oraz min. 200% rynkowej średniej). Informacje z tego zestawienia wskazują, że przez trzy lata średni odsetek mieszkań z obydwu analizowanych kategorii wzrósł około dwukrotnie. Najbardziej widoczne zmiany miały miejsce na terenie Warszawy i Gdańska. Z wyraźnym spadkiem znaczenia bardziej ekskluzywnych mieszkań (cena: 150% – 200% średniej), mieliśmy natomiast do czynienia w Poznaniu. Tamtejsi deweloperzy mają trudne zadanie w kontekście sprzedaży drogich lokali, ponieważ wielu zamożnych klientów woli się przeprowadzić do powiatu poznańskiego.

Szczególnie ciekawa wydaje się też sytuacja Gdańska, czyli tego miasta, które pod względem udziału mieszkań kosztujących 150% – 200% średniej niedawno wyprzedziło Warszawę. Wszystko wskazuje, że deweloperzy działający na terenie Gdańska chcą pozyskać bardziej zamożnych klientów (w tym również inwestorów). Prawdopodobnie wynika to z faktu, że sopocki rynek mieszkań stał się zbyt mały w stosunku do potrzeb nabywców.Drogie lokale RP tab.1

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

Twisto pozyskało 60 mln zł na rozwój w Europie Środkowej i Wschodniej

0,5 mln użytkowników w Polsce i pozycja wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej. Takie cele na najbliższe 5 lat postawiło przed sobą Twisto. Plan rozwoju technologicznej spółki, która w tym roku zadebiutuje na polskim rynku z  aplikacją do codziennych płatności i kartą wielowalutową, wsparli inwestorzy, którzy w drugiej rundzie zainwestowali w fintech 60 mln zł. 

W drugiej rundzie inwestycyjnej, w której Twisto pozyskało 60 mln zł (14 mln EUR), dominująca rolę odegrały międzynarodowe fundusze Finch Capital i Velocity Capital. Nowe akcje objęli również dotychczasowi inwestorzy fintechu – ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, którzy do tej pory zainwestowali w Twisto ok. 21 mln zł (5 mln EUR). Jednym z kluczowych inwestorów w spółce pozostał ENERN, fundusz venture i private equity, w Polsce znany z inwestycji w Booksy i Finiata.

– Runda inwestycyjna z 2017 r., w której wzięły udział ING Ventures, UNIQA Ventures i ING Bank Śląski, pozwoliła Twisto rozpocząć działalność w Polsce, gdzie zaoferowaliśmy najwygodniejsze na rynku płatności w formule „kup teraz, zapłać później” w sklepach internetowych. W tym roku uruchomimy na polskim rynku sztandarowe rozwiązanie Twisto – aplikację do codziennych płatności, powiązaną z kartą wielowalutową MasterCard i Apple Pay. Dzięki nowym funduszom umocnimy naszą wiodącą pozycję w Europie Środkowej i Wschodniej i  wprowadzimy kilka unikalnych innowacji produktowych –  ujawnia Michał Smida, założyciel i CEO Twisto.

Twisto działa w Polsce od lipca 2018 r., w strategicznym partnerstwie z ING Bankiem Śląskim.

– Formuła zakupowa Twisto – „kup teraz, zapłać później” jest już dostępna w ponad 150 sklepach internetowych. E-sklepy mogą wdrożyć Twisto samodzielnie lub jako element bramki do płatności online banku ING, imoje  – dodaje Krzysztof Blinowski, country manager w Twisto Polska.

Ekspansja na polski rynek to pierwszy kamień milowy w planie rozwoju Twisto.  W ciągu 5 lat fintech chce pozyskać  w Polsce 0,5 miliona użytkowników oraz zdobyć pozycję wiodącej aplikacji do codziennych płatności w Europie Środkowej i Wschodniej.

– Region Europy Środkowej i Wschodniej nie ma jeszcze swojego czempiona w dziedzinie consumer finance. Od pewnego czasu rozważaliśmy inwestowanie w firmę, która dostarcza unikalną wartość dla klienta i ma potencjał, by nim zostać. Poza niezwykle szybkim rozwojem, ogromną wartością Twisto jest Nikita – unikalny, autorski mechanizm internetowego scoringu klientów – wyjaśnia Aman Ghei, dyrektor w Finch Capital.

Nikita wykorzystuje big data i machine learning do wykrywania oszustw i sprawdzania wiarygodności kredytowej klienta w ułamku sekundy. Dzięki Nikicie użytkownicy Twisto mogą korzystać z oferowanych rozwiązań bez zbędnych formalności i podawania wrażliwych danych.

– W Europie Zachodniej nie spotkaliśmy firmy z tak postępowym podejściem do płatności i kredytów, choć to właśnie ten region bywa uważany za lidera innowacji finansowych. Wierzymy, że dzięki naszemu doświadczeniu i kompetencji zespołu Twisto, będziemy mogli szybko skalować biznes i pomóc Twisto umocnić pozycję wiodącego fintechu w regionie CEE – dodaje Allard Luchsinger, dyrektor Private Equity w Velocity Capital.

Po drugiej rundzie finansowania Twisto ma zabezpieczone ponad 21 mln EUR kapitału własnego i 15 mln EUR finansowania dłużnego. Do końca roku firma planuje pozyskać na rozwój dodatkowe 30-40 mln EUR finansowania dłużnego.

Aplikacja Twisto w tym roku w Polsce

W tym roku fintech zaplanował launch pełnej usługi Twisto na polskim rynku. Użytkownicy uzyskają dostęp do bezpłatnej aplikacji mobilnej z najwygodniejszymi rozwiązaniami do realizowania codziennych płatności, takimi jak opłacanie rachunków i faktur za pomocą zdjęcia telefonem i podział płatności za rachunek w restauracji na kilka osób jednym kliknięciem. Aplikacja jest powiązana z wielowalutową kartą MasterCard, która oferuje najlepszy kurs wymiany walut. Umożliwia również dostęp do indywidualnej linii z kredytem odnawialnym i realizację płatności zbliżeniowych przy pomocy Apple Pay.

Filipińczycy i Wietnamczycy przyjadą pracować w Polskich fabrykach

Polskie agencje pracy sięgają coraz dalej w poszukiwaniu chętnych do pracy w naszych zakładach. W azjatyckich konsulatach trwa wizowy zator, jednak nadzieję budzą Filipiny i Wietnam. Agencje pracy chcą też lobbować za zmianą prawa migracyjnego. – Stawka jest dużo wyższa niż tylko nasze interesy. Chodzi o kondycję polskiej gospodarki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ).

Mateusz_Matysiak_Wietnam_rekrutacja_small– Bez wsparcia pracowników zza granicy polska gospodarka może wkrótce dostać zadyszki – mówi Michał Podulski, wiceprezes Stowarzyszenia Agencji Zatrudnienia (SAZ). – Wiele firm, które są naszymi klientami już mówi nam, że ogranicza ilość zleceń, które mogłyby realizować, bo brakuje im rąk do ich wykonania. To nie służy ani rozwojowi biznesu, ani wpływom do budżetu z tytułu podatków – dodaje.

Agencja chce lobbować za zwiększeniem listy państw objętych tzw. uproszczoną procedurą zatrudniania oraz wydłużeniem tej procedury z sześciu do dwunastu miesięcy, dla krajów, które już są nią objęte.

W New Delhi bez zmian

Tymczasem nie dość, że coraz trudniej jest zrekrutować pracowników z Ukrainy (o których w dodatku konkurować będziemy wkrótce z Niemcami), to jeszcze rozczarowaniem roku okazały się kierunki azjatyckie: Indie, Nepal i Bangladesz, z którymi w 2018 agencje wiązały duże nadzieje.

– O pracowników stamtąd zaczęliśmy zabiegać od września 2017. Przez ostatni rok z 700 osób, które zrekrutowaliśmy wizę dostało 50. Musieliśmy przeorientować ten kierunek biznesowy, bo mocno się rozczarowaliśmy – mówi Rafał Dryla, prezes agencji GP People z siedzibą w Toruniu.

– Procedura wizowa w New Delhi to loteria. Wizy otrzymuje około 10 procent chętnych, a my nawet nie wiemy, jaki jest klucz do tych decyzji. To dla nas bardzo frustrująca sytuacja mówi Magdalena Wójtowicz, wiceprezes lubelskiej spółki InTemporis.

– Mamy dużo propozycji współpracy od rekruterów, którzy ściągają ludzi z tych krajów, ale co z tego, kiedy wiemy, że temat i tak utknie w konsulacie. Żaden pracodawca nie będzie czekał pół roku w niepewności na pracownika – mówi Aneta Janik-Barciś, prezes częstochowskiej spółki Macro-Work. Dodaje, że firma nie sprowadziła dotąd ani jednej osoby z tych krajów, za to pod koniec 2018 roku proponowała wsparcie ambasadzie. – Chcieliśmy wspomóc organizacyjnie i finansowo zatrudnienie personelu do polskiej placówki dyplomatycznej. Okazało się jednak, że ambasada nie może przyjąć takiego wsparcia bez podejrzenia o lobbing z naszej strony – mówi Janik-Barciś.

Rafał Dryla dodaje, że przez 1,5 roku korespondował z polskim MSZ, chcąc wyjaśnić skąd się biorą i jak wyeliminować zatory. Skończyło się na obietnicach. – Ministerstwo odpisało mi, że mają w planie wprowadzenie outsourcingu do obsługi ruchu wizowego. Ale do dziś go nie ma – mówi prezes GP People.

Nowa nadzieja w Wietnamie i Filipinach

Zdaniem Mateusza Matysiaka, managera Emat HRC (Wolsztyńska firma od 9 lat rekrutuje ludzi zza granicy, głównie z Ukrainy), problem niewydolności wizowej konsulatów nie ogranicza się jedynie do New Delhi, ale dotyczy całej Azji.

– Taka sama sytuacja jest Manili, Dżakarcie, czy w Hanoi. Zainteresowanie ludzi pracą w Polsce jest ogromne, ale służby konsularne są na to kompletnie nieprzygotowane. Brakuje też umów międzynarodowych. Pierwsze trzy, z Filipinami, Wietnamem i Bangladeszem niby już są, ale zanim wejdą w życie trochę czasu upłynie – mówi Mateusz Matysiak.

Mimo to firma, za rekomendacją doświadczonego na rynkach azjatyckich pośrednika, zdecydowała się rozpocząć poszukiwania pracowników w Wietnamie. Argumenty: Wietnamczycy są pracowitymi ludźmi i lojalnymi pracownikami znają już i pozytywnie kojarzą Polskę, bo żyje tu duża mniejszość wietnamska. Jednak największym zdaniem Matysiaka plusem jest to, że emigracja zarobkowa jest w Wietnamie mocno wspierana instytucjonalnie.

– Nasze oferty trafiają bezpośrednio do tamtejszych urzędów pracy, które działają bardzo profesjonalnie i dają dużą pomoc. Na bardzo wysokim poziomie jest też przygotowanie w ośrodkach kształcenia zawodowego. Uczą one nie tylko języka angielskiego, ale też różnic kulturowych. O ile kwalifikacje pracowników z Ukrainy jest zazwyczaj loterią, o tyle z Wietnamu zazwyczaj przyjeżdżają kandydaci o takich kwalifikacjach, o jakie prosi pracodawca – mówi Matysiak. – Spotkałem się z tym, że w okresie oczekiwania na wizę Wietnamczycy dostają pracę w zakładzie o podobnym profilu, żeby już wdrażać się na stanowisku – dodaje.

Pierwszą grupa, która ma przyjechać do Polski do pracy w fabryce kanapek, jest w trakcie procesu wizowego. Część już go zakończyła.

– Niestety polska strona ma bardzo ograniczone zasoby administracyjnie. Konsulat w Hanoi zatrudnia dwie osoby, które przecież nie zajmują się wyłącznie wizami pracowniczymi, ale te tysiącami studentów i ludzi odwiedzających rodziny w naszym kraju. Z tego, co wiemy przyjmują tygodniowo kilka osób, jeśli chodzi o wizy pracownicze – mówi manager Emat HRC. – Ale jesteśmy dobrej myśli. Liczymy, że pierwsza grupa przyleci do Polski w maju.

Zdaniem szefów agencji pracy już dawno powinna powstać prywatna służba konsularna.
– Wiadomo, jak działa administracja, biznes zawsze będzie działał szybciej – mówią. Ich zdaniem znacznie poprawiło by to sytuację na polskim rynku pracy.

Z kolei GP People zdobywa pierwsze doświadczenia w rekrutacji Filipińczyków. Firma liczy, że podpisana niedawno umowa międzynarodowa i otwarcie ambasady w Manili (dotychczas działała tylko jedna – w Kuala Lumpur), sprawią, że barier w nawiązywaniu współpracy będzie mniej.

– Z tego co wiem Filipińczycy są zainteresowani pracą w Polsce i przyzwyczajeni do migracji. Dlatego testuję ten kierunek z moimi handlowcami. Kiedy sprawdzimy, jak to działa w praktyce zdecydujemy, czy działamy na większą skalę – zapowiada Dryla.

500+ pracowników dla firm

Szefowie agencji pracy podkreślają, że polskie firmy potrzebują nowego otwarcia, jeśli chodzi o możliwości zatrudniania obcokrajowców. Rynki sześciu krajów (Armenii, Białorusi, Gruzji, Mołdawii, Rosji i Ukrainy), w których rekrutacja do Polski odbywa się na uproszczonych zasadach są już praktycznie wyeksploatowane.

Michał Podulski, który z ramienia SAZ zasiada w Radzie Dialogu Społecznego, a niedawno odebrał także nominację do Rady Rynku Pracy, chce skoncentrować się właśnie na problemach związanych ze sprowadzaniem cudzoziemców do Polski i przygotować we współpracy z zainteresowanymi stronami pakiet rozwiązań, które pomogły by w tym przedsiębiorcom.

– Chciałbym bardzo, żeby udało się wydłużyć okres objęty uproszczoną procedurą zatrudniania cudzoziemców z sześciu do dwunastu miesięcy, żeby zmniejszyć rotację pracowników. Będę też lobbował za zwiększeniem listy państw objętych tą procedurą albo przynajmniej grup zawodów, czy o specjalnych kwalifikacjach – mówi Podulski. – Na tej rozszerzonej liście widziałbym właśnie takie kraje, jak Indie, Wietnam czy Bangladesz. Jestem po obiecującym spotkaniu w biurze Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorstw, na którym przekazaliśmy pracownikom Rzecznika, że jest to temat, nad którym warto się pochylić, bo jeśli nie będziemy mieli ludzi do pracy to polska gospodarka nie będzie szła do przodu, tylko będzie się kurczyć.

Wiceprezes SAZ chce też, by włączyć się jako strona opiniująca w ramach Stowarzyszenia lub Rady Dialogu Społecznego, kwestie związane z uporządkowaniem polityki migracyjnej Rzeczpospolitej Polskiej. Półtora miesiąca temu wystosował pismo w tej sprawie do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych.

– Wiem, że Pani wiceminister Renata Szczęch pracuje obecnie nad ponad 200-stronicowym już dokumentem o polityce migracyjnej. Z przyjemnością zajmiemy się zaopiniowaniem tego dokumentu. Na razie czekam na odpowiedź – mówi Podulski.

POZWOLENIA NA PRACĘ W POLSCE

Z danych Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że w 2018 r. wydano najwięcej, bo 238.334 pozwoleń na pracę w Polsce Ukraińcom, 19.912 zezwoleń otrzymali Nepalczycy, 19.233 Białorusini, 8.341 obywatele Bangladeszu, 8.362 Hindusie, 6.035 obywatele Mołdawii. Liczbę wakatów na polskim rynku pracy ocenia się obecnie na poziomie 150 tys.

Zakupy ze smartfonem w ręku

Coraz częściej mówi się o wpływie technologii cyfrowych na preferencje zakupowe Polaków, zarówno w trakcie zakupów w sklepach stacjonarnych, jak i tych internetowych. Obecnie trudno postawić wyraźną granicę oddzielającą te dwa światy. Raport firmy doradczej Deloitte „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” udowadnia, że podczas blisko dwóch na trzy wizyty w sklepie klienci wykorzystują urządzenia elektroniczne. Jest to tzw. Wskaźnik Wpływu Cyfrowego, który w Polsce kształtuje się na poziomie 60 proc. Dla przedstawicieli pokolenia Z i milenialsów jest on średnio 1,8 razy wyższy niż dla osób starszych. Najczęściej po smartfon czy laptopa sięgamy, kupując elektronikę, najrzadziej wybierając się po zakupy spożywcze.

Technologie cyfrowe wywierają silny wpływ na preferencje zakupowe Polaków, w tym także na obecność klientów w sklepach stacjonarnych. Eksperci Deloitte zdefiniowali go jako Wskaźnik Wpływu Cyfrowego (ang. Digital Influence Factor). Pokazuje on nie tylko, w jaki sposób klienci kupują i podejmują decyzje będąc na zakupach, ale pozwala także na poznanie ich preferencji w zakresie poszukiwania informacji na temat produktów, źródeł inspiracji czy też oczekiwanego wsparcia ze strony sprzedawców. Sieciom detalicznym informacje te mogą pomóc w zdefiniowaniu odpowiedniego podejścia i podjęciu niezbędnych działań w celu zaspokojenia potrzeb klientów na wszystkich etapach ścieżki zakupowej.

– Wykorzystywanie urządzeń elektronicznych służy klientom do znajdowania inspiracji, a w trakcie zakupów przekłada się na liczbę osób, które dokonują zakupu. Jest ona wyższa o 7 proc. w przypadku osób korzystających z technologii w porównaniu do osób niekorzystających z narzędzi cyfrowych ani przed, ani w trakcie zakupów – mówi Michał Pieprzny, Lider zespołu ds. sektora dóbr konsumenckich, Partner w dziale konsultingu Deloitte.

Wskaźnik Wpływu Cyfrowego pozwala określić odsetek wizyt klientów w sklepach stacjonarnych, pod wpływem użycia jakiegokolwiek urządzenia elektronicznego, tj. komputera stacjonarnego, laptopa, tabletu, smartfonu, wearables (tzw. urządzenia ubieralne), urządzenia do płatności elektronicznych w sklepie oraz sklepowego interaktywnego systemu informacji (np. tablice czy kioski informacyjne). Według analizy Deloitte wynosi on w Polsce 60 proc. Najwięcej klientów korzysta z technologii cyfrowych przed zakupami – prawie 3 na 4 klientów (74 proc.), blisko połowa (42 proc.) w trakcie, a po zaledwie co piąty klient (18 proc.). Co trzeci klient korzysta z urządzeń zarówno przed, jak i po zakupach (33 proc.).

Kobiety i mężczyźni na zakupach

Co ważne pomiędzy kobietami i mężczyznami nie ma znaczących różnic w tym zakresie. Poziom „zdigitalizowania” zakupów dla obydwu grup jest prawie równy i wynosi około 60 proc., przy czym jednak to mężczyźni nieznacznie częściej sięgają po urządzenia elektroniczne. – Nie jest zaskoczeniem, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego maleje wraz z wiekiem klientów, przy czym najwyższy wynik odnotowaliśmy w grupie wiekowej 18-24 lata. Jest to aż 71 proc. Dla wszystkich badanych osób do 44 roku życia wynosi on 60 proc. lub więcej – mówi Radosław Pidzik, Starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte. Dla porównania w grupie osób w wieku 45-54 lata spada on do 53 proc., a wśród 65-70-latków jest to już jedynie 38 proc.

Wraz z wielkością miejscowości rośnie odsetek wizyt klientów, na które wpłynęły technologie cyfrowe; wyjątek stanowią tu obszary wiejskie, gdzie wskaźnik ten jest nieznacznie wyższy niż dla mieszkańców miast poniżej 20 tys. mieszkańców. Co ciekawe klienci o najniższych dochodach osiągają wyższe wartości cyfryzacji zakupów niż osoby z dochodem od 2000 do 4000 zł.

W sieci szukamy informacji i porównujemy ceny

Odwiedzając jakie rodzaje sklepów, najczęściej sięgamy po urządzenia cyfrowe? Pod tym względem zdecydowanie wyróżnia się elektronika ze Wskaźnikiem Wpływu Cyfrowego na poziomie 68 proc. Tuż za nią plasują się zdrowie, meble, rozrywka i motoryzacja z wynikami około 62 proc. Na drugim biegunie znajdują się odzież i żywność (tu wskaźnik wyniósł zaledwie 50 proc.).

Na początku ścieżki zakupowej, czyli na etapie poszukiwania informacji i inspiracji, klienci, niezależnie od kategorii produktowej, cenią w urządzeniach elektronicznych możliwość szybkiego wyszukania informacji o produktach oraz porównanie ich cen (odpowiednio 25 i 26 proc. odpowiedzi). Źródłem informacji są dla nich najczęściej strony internetowe (48 proc. klientów). Jedna piąta badanych korzysta z wyszukiwarek internetowych. Poszukiwanie inspiracji odbywa się także za pośrednictwem mediów społecznościowych (8 proc. proc. klientów), z czego największą popularnością cieszą się Facebook i YouTube. W tym obszarze największą aktywność wykazują osoby młode (18-25 lat), wśród których przynajmniej jeden na czterech klientów skorzystał z mediów społecznościowych jeszcze przed zakupami.

Ze smartfonem w ręku wydajemy więcej

Co się dzieje w ich trakcie? Zdecydowana większość klientów (61 proc.) przyznaje, że wydaje więcej niż planowała, co – w zależności od kategorii zakupowej – wynika z zakupu dodatkowych produktów i akcesoriów (elektronika), skorzystania z promocji i rabatów, a tym samym włożenia dodatkowych produktów do koszyka (żywność) czy też z dbałości o jakość produktów (zdrowie oraz artykuły dla dzieci i niemowląt). Klienci korzystający z mediów społecznościowych wydają się bardziej świadomie podejmować decyzje oraz skuteczniej porównywać produkty i ceny, dzięki czemu w zdecydowanej większości kategorii produktów wydają mniej lub tyle samo, ile planowali. – Zdecydowana większość ankietowanych twierdzi, że dokonała zakupu świadomie, tj. wiedziała o produkcie, chciała go kupić i wiedziała, gdzie ma to zrobić. Mniej jest respondentów, którzy o produkcie usłyszeli pierwszy raz i skusili się na jego kupno dzięki reklamie. Co naturalne w szczególności bardzo mało podatni na impulsowe zakupy pod wpływem reklamy są klienci kupujący produkty z kategorii elektronika i motoryzacja – mówi Anna Bystrek, Menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Co ważne widoczne są tu dość wyraźne różnice w podejmowaniu decyzji przez kobiety i mężczyzn. Kobiety bardziej impulsywnie dokonują zakupów w kategorii odzież i meble, natomiast mężczyźni dokonują nieplanowanych zakupów kupując żywność czy produkty lub usługi związane z rozrywką.

Internet zastępuje sprzedawcę

Większość klientów (51 proc.) twierdzi, że w trakcie zakupów nie potrzebowała pomocy asystenta lub sprzedawcy. Jeśli pojawiało się takie zapotrzebowanie to głównie w trakcie zakupów z kategorii elektronika, meble czy motoryzacja, gdzie sprzedawcy są często traktowani jako eksperci w danej dziedzinie.

Na zakończenie ścieżki zakupowej warto przyjrzeć się temu jak klienci oceniają wsparcie urządzeń cyfrowych w całym procesie zakupowym. Blisko połowa respondentów (49 proc.) odpowiedziała, że dzięki użyciu urządzenia elektronicznego podczas zakupów łatwiej było im go dokonać, niewiele mniej osób odpowiedziało, że nie zauważyło różnicy, a prawie nikt nie odpowiedział, że było mu trudniej dokonać zakupu. – Nasze badanie ma unikalny charakter, ponieważ pokazuje, że dziś już nie mamy dwóch światów: zakupów cyfrowych i tradycyjnych. W mniejszym lub w większym stopniu się one przenikają, co jest niezwykle ważną informacją dla sprzedawców, którzy konkurują o konsumentów, dla których wykorzystywanie urządzeń cyfrowych na co dzień stało się chlebem powszednim. Jesteśmy również przekonani, że Wskaźnik Wpływu Cyfrowego w kolejnych latach będzie wzrastał – mówi Radosław Pidzik.

Raport „Koniec ery dwóch światów. Wpływ narzędzi cyfrowych na zakupy Polaków 2019” będzie jedną z inspiracji dyskusji panelowej nt. Handlu 4.0 w dniu 14 maja o godz. 15.30 podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego w Katowicach.
Moderator: Michał Pieprzny, partner, Deloitte

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe: Dochody opodatkowane i zwolnione

Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe stanowią bardzo specyficzną konstrukcję prawną. Ze względu na swoją złożoną i szczególną strukturę posiadają one odrębny sposób opodatkowania. Na pierwszy rzut oka chciałoby się stosować do nich zasady właściwe dla spółek kapitałowych. Spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe różnią się jednak tym, że nie są osobami prawnymi, a nadto stanowią zrzeszenie osób, a nie kapitałów. Jak zatem wygląda opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych? Ze względu na specyficzny charakter tych podmiotów nie będą one podlegały opodatkowaniu CIT, o ile podejmowane przez spółdzielnię lub wspólnotę mieszkaniową czynności będą mieściły się w ramach „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. W pozostałych przypadkach spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa zapłaci 19% podatek.

Czy dochody spółdzielni i wspólnot są opodatkowane?

Co do zasady spółdzielnie, jako osoby prawne, powinny podlegać opodatkowaniu podatkiem dochodowym od osób prawnych, zgodnie z przepisami ustawy o CIT. Niewątpliwie jednak akt ten wskazuje na pewne wyłączenia. Zostały one zawarte między innymi w art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy. Zgodnie z tymi regulacjami wyłączeniu spod opodatkowania podlegają dochody spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot mieszkaniowych, towarzystw budownictwa społecznego oraz samorządowych jednostek organizacyjnych prowadzących działalność w zakresie gospodarki mieszkaniowej, uzyskane z gospodarki zasobami mieszkaniowymi części przeznaczonej na cele związane z utrzymaniem tych zasobów, z wyłączeniem dochodów uzyskiwanych z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi.

Wszystko zależy od charakteru działalności

Precyzyjne określenie zasadności opodatkowania wymaga zatem odniesienia się do charakteru działalności spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Osiągnięty przez te podmioty zysk, pomniejszony o podatek dochodowy oraz dodatkowe obciążenia, nazywany jest nadwyżką bilansową. W oparciu o uchwałę walnego zgromadzenia podlega ona podziałowi proporcjonalnie do posiadanych przez członków spółdzielni udziałów. To, co spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa posiada, zawiera się w trzech zasadniczych filarach. Po pierwsze w funduszu udziałowym. Powstaje on z wpłat udziałów poszczególnych członków, a także z odpisów na udziały członkowskie, jeżeli doszło do podziału nadwyżki bilansowej i innych źródeł określonych w odrębnych przepisach. Po drugie w funduszu zasobowym, który opiera się na wpisowym części nadwyżki bilansowej. Po trzecie natomiast w funduszu wkładów istniejącego tylko w niektórych spółdzielniach, wymagających wniesienia wkładu, który podlega zwrotowi i nie uczestniczy w pokryciu straty. Przekładając to na stronę praktyczną, utrzymanie wszelkich przestrzeni służących prawidłowemu korzystaniu z lokali mieszkalnych nie podlega opodatkowaniu. Jeżeli jednak spółdzielnia osiąga dochód z wynajmu lokali użytkowych osobom fizycznym lub prawnym, to taki dochód nie podlega zwolnieniu, ponieważ nie mieści się w „gospodarce zasobami mieszkaniowymi”.

Gospodarka zasobami mieszkaniowymi

Dochodem spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej będzie zatem po pierwsze dochód faktycznie uzyskany z danego udziału, w tym również dochód przeznaczony na podwyższenie funduszu udziałowego oraz dochód, który stanowi równowartość kwot przekazanych na ten fundusz z innych funduszy. Po drugie dochód obejmujący wartość majątku otrzymanego w związku z likwidacją spółdzielni lub wspólnoty mieszkaniowej. Dochód osiągnięty dzięki zyskom spółdzielni lub wspólnoty opodatkowany jest na zasadach ryczałtu, w oparciu o stawkę 19%. Należy jednak pamiętać, że w tej sytuacji możemy mieć do czynienia ze zwolnieniem. Skorzystanie z niego będzie wymagało jednak łącznego spełnienia kilku przesłanek. Wypłacającym dywidendę oraz inne przychody z tytułu udziału w zyskach osób prawnych musi być bowiem spółka, będąca podatnikiem podatku dochodowego i mająca siedzibę w Polsce. Po drugie tym, który uzyskuje dochód – i jednocześnie jest jego odbiorcą – musi być spółdzielnia. W praktyce zatem omawiane zwolnienie skupia się na dywidendach z tytułu udziału w zyskach osób prawnych. Zwolnienie to znajdzie jednak zastosowanie tylko wtedy, gdy spółdzielnia uzyskująca dochód posiada udziały (akcje) w spółce wypłacającej te należności nieprzerwanie przez okres dwóch lat, a nadto, gdy ten okres upływa po dniu uzyskania tych dochodów. W przypadku niedotrzymania tych terminów po stronie spółdzielni pojawi się obowiązek podatkowy w wysokości 19% dochodów wraz z odsetkami. Oczywiście, przepisów dotyczących zwolnienia nie stosuje się wówczas, gdy byłoby to sprzeczne w danych okolicznościach z przedmiotem lub celem tych przepisów albo cel transakcji lub sposób działania był sztuczny.

Co stanowi dochód wspólnoty?

Innym aspektem opodatkowania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych jest zagadnienie gospodarki zasobami mieszkaniowymi. Na podstawie art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT zwolnienie od opodatkowania oparte jest w dużej mierze właśnie na pojęciu „gospodarki zasobami mieszkaniowymi”. Tylko takie dochody będą bowiem podlegały zwolnieniu. Czym jest ta tajemnicza gospodarka zasobami mieszkaniowymi? Opierając się dodatkowo na ustawie o spółdzielniach mieszkaniowych, trzeba wskazać, że pod pojęciem zasobów mieszkaniowych należy rozumieć lokale mieszkalne, pozostałe pomieszczenia i urządzenia, które wchodzą w skład budynku mieszkalnego, lub które znajdują się poza nim, których to istnienie jest niezbędne dla prawidłowego korzystania z mieszkań. Z powyższego wynika, że w ramach zasobu mieszkaniowego będziemy mieli nie tylko same mieszkania, ale również takie przestrzenie jak piwnice, strychy, garaże i pomieszczenia administracyjne budynku. Naczelny Sąd Administracyjny w jednym z wydanych wyroków stwierdził, że „pod pojęciem gospodarki zasobami mieszkaniowymi należy rozumieć działania, mające na celu utrzymanie substancji pomieszczeń mieszkalnych w należytym stanie”. Tym, co wyróżnia elementy wchodzące w skład gospodarki zasobami mieszkaniowymi, jest niewątpliwie ich mieszkalna funkcja. Opodatkowane nie będą zatem m.in. wszelkiego rodzaju opłaty związane z użytkowaniem lokali mieszkalnych, czynsze, odsetki za zwłokę od nieterminowych wpłat tych opłat lub czynszów itd. Takie stanowisko potwierdził również Minister Finansów w wydanej interpretacji ogólnej z 5 marca 2008 r. Odniósł się wtedy dość szczegółowo do postanowień art. 17 ust. 1 pkt 44 ustawy o CIT, regulujących zwolnienia podatkowe.

Jakie dochody zostaną opodatkowane?

Skoro zatem wiadomo, co podlega wyłączeniu, należałoby również wskazać, jakie dochody zostaną opodatkowane. Ustawa wskazuje, że będą to wszystkie dochody osiągnięte z innej działalności gospodarczej niż gospodarka zasobami mieszkaniowymi, niezależnie od celu, na jaki zostanie przekazany. Mówimy zatem o działalności, która nie stanowi podstawy działania spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. W ramach tego należałoby wymienić m.in. wynajmowanie lokali użytkowych, wynajmowanie powierzchni budynków mieszkalnych (dachów, elewacji itd.) pod reklamy, ustawienie anten satelitarnych itp.

Opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych

Bez względu na to, czy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa osiąga dochody z działalności zwolnionej od opodatkowania, czy też mu podlegającej, podmiot ten zobowiązany jest do złożenia zeznania CIT-8. Obowiązek ten istnieje nawet w sytuacji, gdy spółdzielnia lub wspólnota mieszkaniowa poniesie stratę lub wykaże dochód zerowy. Ze względu na swoją wielowątkowość opodatkowanie spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych może okazać się problematyczne. Jak bowiem wynika z powyższych rozważań, możliwe jest zminimalizowanie obciążeń podatkowych spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych. Konieczne jest jednak opracowanie odpowiedniej strategii, która jednocześnie nie będzie wzbudzała podejrzeń ze strony fiskusa, a zatem wszelkie przepływy finansowe będą dobrze widoczne i w pełni uzasadnione.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Cyfryzacja miejsc pracy: jak uniknąć porażki? O sukcesie decydują 3 zasady

Trójka to dla naszej kultury cyfra szczególna. Zasada trójki działa wszędzie – w kinie, literaturze, w codziennym życiu. Wystarczy spojrzeć na słynne cytaty czy hasła reklamowe, które wykorzystują moc cyfry trzy – Veni, vidi, vici, Wolność, równość, braterstwo czy Just Do It. A co jeśli ten sam koncept zaadaptować do cyfrowej transformacji. IDC wspólnie z VMware przekonują, że jest to jak najbardziej możliwe. I pożądane. Szczególnie, że wiele firm nadal ma problem z digitalizacją miejsc pracy.

Analitycy Gartnera podają, że obecnie większość inicjatyw digitalizacji miejsca pracy kończy się niepowodzeniem. Tylko jedna czwarta średnich i dużych globalnych organizacji z powodzeniem dokona przekształceń w 80 proc. projektów. Za porażkami stoją jednak nie tyle kwestie technologiczne, ale przede wszystkim brak ogólnej strategii zmian.

Działania w cyfrowym miejscu pracy nie mogą być traktowane wyłącznie jako inicjatywa IT. Oprócz zmian w zakresie technologii konieczne jest zaangażowanie pracowników i zmiany kulturowe – wyjaśnia Carol Roswell, wiceprezes ds. badań w Gartnerze. Jej zdaniem bez tego sukces cyfryzacji miejsca pracy nie jest możliwy. W dzisiejszych czasach jest jednak pożądany i wart włożonego wysiłku. Według badań Forbes’a 78 proc. firm dostrzega wzrost sprzedaży i przychodów jako rezultat wdrożenia cyfrowego miejsca pracy.

Trzy filary innowacyjnego pracodawcy

Jak można stworzyć nowoczesne miejsce pracy, które przyniesie zyski firmie, a pracownikowi satysfakcję? Wystarczy pamiętać o trzech głównych filarach. IDC w swoim najnowszym raporcie Becoming „Future of Work” Ready: Follow the Leaders przekonuje, że firmy cyfrowy sukces trzeba oprzeć na kulturze organizacji, przestrzeni pracy i zasobach.

IDC wyraźnie podkreśla, że obecnie tylko 30 proc. europejskich organizacji opracowało i zaczęło wdrażać kompleksową strategię innowacyjnego środowiska pracy. Trzeba podkreślić, że tylko te organizacje, które będą w stanie zbudować swoją pozycję wokół wszystkich tych trzech filarów i nie będą bały się innowacji przetrwają każdą rynkową zawieruchę. Cała reszta, która nie będzie w stanie złapać wiatru zmian w swoje żagle, zostanie w ten czy inny sposób zmieciona z rynku – komentuje Charles Barratt, główny inżynier rozwiązań EUC dla biznesu w VMware EMEA.

Filar pierwszy: kultura

Kultura organizacyjna może być niekiedy największy firmowym atutem albo jego zgubą. Netflix przykładowo osiągnął swój status cyfrowego prymusa m.in. ze względu na kulturę szczerości w szeregach swoich pracowników. Odpowiedzialność za czyny i słowa jest jednak kluczowa bez względu na stanowisko. Z drugiej strony kultury oparte na zaufaniu i swobodzie czasem mogą wyrwać się spod kontroli. Jak przekonują eksperci, tzw. patologiczne kultury organizacyjne w konsekwencji demoralizują pracowników; zrażają klientów do produktów, niszczą reputację firmy i wartość całego biznesu.

Zła kultura organizacyjna to miejsce pracy, gdzie dominuje podejście „rządź i kontroluj”. A tutaj potrzeba otwartości i współpracy, jeśli biznes chce wdrażać nowe pomysły. Badania VMware wykazały, że zaszczepiając kulturę opartą na swobodzie wyboru narzędzi pracu, zaufaniu i szczerości, począwszy od zarządu aż po szeregowych pracowników, każda firma może być gotowa na wzrost obrotów, wydajności i ogólnego zadowolenia pracowników – przekonuje Charles Barratt z VMware EMEA. Ekspert przekonuje, że firmy, które postawiły np. na swobodę wyboru narzędzi pracy i aplikacji stosowanych w środowisku pracowniczym odnotowały nawet pięciokrotny wzrost produktywności swojego personelu.

Filar drugi: przestrzeń

Eksperci IDC podkreślają, że biznes by czerpać korzyści z cyfryzacji musi zmienić podejść do samej natury pracy. Nie jest to już tylko miejsce, a przede wszystkim czynność, która musi nieść konkretną korzyść. Dzisiejsze pokolenia pracowników nie chcą już pracować przy przysłowiowym biurku od 9:00 do 17:00. Nie liczy się bowiem to jak pracują, tylko jakie efekty przynoszą.

Analitycy IDC przekonują, że do 2021 r. 60 proc. firm z globalnej listy Forbes G2000 oficjalne wdrożą politykę zdalnego miejsca pracy, by podnieść zaangażowanie i produktywność swoich pracowników. By takie mobilne środowisko pracy mogło jednak zaistnieć firmy muszą lepiej zrozumieć jaki potencjał drzemie w dzisiejszych technologiach. To właśnie dzięki innowacjom mamy dostępne dla wszystkich biura coworkingowe, korporacje wdrażają polityki elastycznego czasu pracy, a pracowników wspierać będą niebawem aplikacje sterowane głosem i wirtualni asystenci – tłumaczy Charles Barratt z VMware EMEA.

Trzeci filar: zasoby

Trzecim kluczowym składnikiem udanej cyfryzacji miejsc pracy, według IDC, są zasoby organizacyjne. Ich charakter nieustannie ewoluuje i zmienia się na naszych oczach. Z jednej strony dynamika demograficzna przeobraża skład personalny firm pod kątem wielkości zespołów, wieku czy różnorodności. Z drugiej strony nowoczesne, inteligentne technologie cały czas automatyzują proces pracy, stwarzając dla biznesu coraz to ciekawsze perspektywy, ale i stawiając nowe wyzwania – jak pogodzić pracownika z automatem?

Automatyzacja, sztuczna inteligencja czy uczenie maszynowe wynoszą firmę na zupełnie nowy poziom produktywności i dokładności operacyjnej. Umożliwiają jednocześnie pracownikom uczenie się na błędach. Cyfrowe środowisko pracy daje bowiem w łatwy sposób testować nowe rozwiązania, a jeśli coś pójdzie nie tak, potrafi się naprawić i dać pracownikowi szansę na kolejny eksperyment – podsumowuje Barratt.