Polski rynek VC Q1 2019 – 21 transakcji z kwotą 103,3 mln zł

Bieżący rok rozpoczął się bardzo imponująco i ma potencjał stać się najlepszym w historii polskich startupów i funduszy VC. Liderem Q1 2019 okazał się Packhelp, który zebrał 38 mln złotych inwestycji, tuż za nim Tylko – 15 mln zł. Poniżej przedstawiamy wyniki i podsumowanie pierwszego kwartału 2019 roku przygotowane przez Inovo Venture Partners.

Pierwszy kwartał 2019 r. wygląda bardzo obiecująco – zostało przeprowadzonych 21 transakcji na łączną kwotę 103,3 mln zł. Jest to znacząca poprawa w porównaniu z poprzednim kwartałem (14 transakcji o wartości 35,1 mln zł), a także z analogicznym pierwszym kwartałem 2018 r. (również 14 ofert z sumą 75,3 mln zł).wartośc inwestycji VC

Tomasz Swieboda, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners
Tomasz Swieboda, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners

W ostatnim czasie zbadaliśmy wyniki polskich venture capital i ekosystemu startupów próbując uchwycić trendy i podsumować transakcje w celu oszacowania wielkości całego rynku. Od tego czasu postanowiliśmy włączyć do analizy nie tylko rundy pozyskiwania funduszy przez polskie startupy, ale także inwestycje polskich funduszy venture capital w spółki zagraniczne – daje to lepszy obraz tego, jak lokalne VC rozdzielają swój kapitał, mówi Tomasz Swieboda, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners

Imponujący początek roku

Z analizy wynika, że polskie fundusze są bardziej skłonne do inwestowania w rodzime  startupy. Na początek zalecamy zainwestowanie w casino st benedicts przed podjęciem kroku, który jest wyższy. Kwota takich inwestycji przekroczyła 50 mln zł, co stanowi ponad połowę wszystkich transakcji VC w Q1. Zagraniczne inwestycje polskich funduszy wynoszą 8,96 mln zł. Z czego większość tej wartości została wygenerowana przez kilka kluczowych transakcji.

Liderem został Packhelp, internetowa platforma do tworzenia i zamawiania niestandardowych opakowań, której udało się zebrać 38 milionów złotych, ponad jedną trzecią wartości wszystkich transakcji w zeszłym kwartale. Inwestorami byli między innymi White Star Capital – międzynarodowy fundusz z oddziałami w Londynie, Paryżu, Tokio i Nowym Jorku, Speedinvest z Austrii, PROfounders z Wielkiej Brytanii oraz lokalny fundusz – Market One Capital.

Tylko, marka D2C (direct to consumer), który opracował wyjątkową aplikację pozwalającą samodzielnie zaprojektować meble dostosowane do konkretnego pomieszczenia, przyciągnął również imponującą rundę finansowania w wysokości 15 mln zł od TDJ Pitango Ventures.

W zeszłym kwartale było też kilka innych rund: Archdesk – 4,3 mln zł z Credo Ventures, Manta Ray i Data Ventures, eyerim – 6,5 mln zł z Inovo Venture Partners i 3TS Capital Partners, a także Fluentbe – 3 mln zł z bValue VC.

Najlepszy rok dla startupów i VC

inwestycje polskich VCZebrane dane wskazują, że ten rok ma potencjał stać się najlepszym w historii polskich startupów i ekosystemu VC. Według Swiebody łączna wartość transakcji w tym roku może przekroczyć poziom 100 mln USD. Jednak do wyciągnięcia wniosków, określenia trendów i porównania naszego rynku do globalnego rynku potrzebne są dokładne dane dot. wszystkich przeprowadzonych transakcji.

Michał Rokosz, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners
Michał Rokosz, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners

Do przygotowania raportów używamy publicznie dostępnych źródeł. Z tego względu rekomendujemy wszystkim założycielom i ich inwestorom dzielenie się informacjami nt. wykonanych transakcji – w formie danych umieszczanych w ogólnodostępnych bazach  startupowych (np. Crunchbase) lub poprzez komunikaty prasowe, wyjaśnia Michał Rokosz, Partner Zarządzający funduszu Inovo Venture Partners.

Metodologia:

Do zebrania danych o rundach finansowania korzystaliśmy z ogólnodostępnych danych z następujących źródeł:

  1. MamStartup (mamstartup.pl) – wiodący portal newsowy pokrywający zdecydowaną większość transakcji odbywających się na polskim rynku
  2. Trzy internetowe bazy danych agregujące informacje o firmach prywatnych i publicznych: o Crunchbase (crunchbase.com), o Pitchbook (pitchbook.com), o Dealroom (dealroom.co)

Po zebraniu informacji z powyższych stron prześledziliśmy każdą z nich, starając się potwierdzić wszystkie transakcje, a także wyeliminować błędy, powtórki i wsparcia w formie grantów. Od tego roku dodaliśmy także inwestycje polskich funduszy venture capital w spółki zagraniczne.

Dawid Przygodzki, Bloomga SA: Pozytywne efekty współpracy z inwestorami

Redakcja: Panie Prezesie, spółka jest w trakcie publicznej emisji akcji. Czy pozytywnie ocenia Pan jej przebieg ?

DP: Od samego początku współpracy z inwestorami zapowiadaliśmy możliwość przeprowadzenia kilku rund finansowania w miarę rozwoju spółki. Dwie rundy w oparciu o prywatne emisje akcji są za nami. Pozyskaliśmy z nich kapitał w kwocie 1,76 mln zł. Natomiast publiczna emisja akcji Bloomga SA w ramach Pre-IPO już dziś przyniosła przychody w postaci ponad 225 tys. zł i  dała nam bardzo pozytywny odzew wśród inwestorów oraz sporą rozpoznawalność. Do zakończenia emisji został miesiąc, więc nasza praca z inwestorami wchodzi w kluczową fazę. Mamy wielu zainteresowanych, którzy zapoznają się ze szczegółami spółki. Moim celem jest pozyskanie około 2 mln zł, ale mamy otwartą emisję na 4,2 mln zł, więc mamy spor

Dawid Przygodzki, prezes Bloomga SA
Dawid Przygodzki, prezes Bloomga SA

e możliwości dla inwestorów jako spółka. Im większy kapitał pozyskamy, tym większy będzie to sukces dla spółki, a co za tym idzie szybszy jej rozwój. Szczególnie, że nasza pierwsza gra pozyskuje graczy już w ponad 70 krajach za pośrednictwem wydawców gier on-line. Dzięki środkom z emisji udało się nam m.in. wejść z początkiem maja na rynek USA, co dla wielu inwestorów było bardzo istotnym warunkiem do podjęcia decyzji o objęciu naszych akcji w ramach obecnej emisji publicznej. Efekty współpracy na rynku amerykańskim są zaskakująco dobre, co widzę już po pierwszych dniach współpracy. Z pewnością więc dzięki emisji publicznej rozwój spółki jeszcze mocniej przyspiesza.

Redakcja: Panie Prezesie, Bloomga SA jest polskim producentem gier cross platformowych. Proszę naszym czytelnikom wyjaśnić model biznesowy spółki.

DP: Idea jest wbrew pozorom bardzo prosta. Planując każdą nową produkcję założyliśmy, że nasze gry będą dostępne zarówno jako gry mobilne jak i gry przeglądarkowe – jednocześnie. Taki model pozwala osiągać większe zyski przy podobnych nakładach na marketing, a jednocześnie daje szansę dotarcia do każdego użytkownika, który gra na PC, tablecie czy urządzeniu mobilnym. W globalnym rynku gier generującym już ponad 135 miliardów dolarów przychodów rocznie, gry mobilne stanowią od roku 2018 już ponad 50% przychodów. Model aby nasze produkcje były cross platformowe jest naszym zasadniczym celem i modelem biznesowym. Wierzymy, że cyfrowy model dystrybucji pozwala z dobrym produktem na szybki wzrost wartości spółki dla akcjonariuszy. Sukces w zakresie pozyskania czterech wydawców tylko w ostatnim miesiącu dla gry Islandoom pokazuje ewidentnie, że nasze szanse rynkowe na zbudowanie pozycji liczącego się w Europie dewelopera gier rosną, a wyjątkowo duże zainteresowanie drugą produkcją spółki (przyp. redakcji. – gra Wild West Age) pokazuje, że niebawem będziemy mieć dwa wysokiej jakości produkty generujące przygody z globalnego rynku. Oczywiste przy tym jest, że sukces emisji pozwoli jeszcze mocniej przyspieszyć wzrost spółki i zwiększyć nakłady na marketing, co przekłada się wprost na zyski.  Idąc dalej. Za nami jest pierwszy miesiąc współpracy z międzynarodowymi wydawcami gry Islandoom.  W kwietniu weszły w życie cztery nowe kluczowe kontrakty wydawnicze i staliśmy się przedsiębiorstwem działającym globalnie, a gra Islandoom jak wspomniałem jest już obecna w ponad 70 krajach.

Redakcja: Panie Prezesie, Bloomga SA jak Pan ocenia rozwój spółki dzięki współpracy z inwestorami.

DP: Dam jeden przykład tego jak pozytywny wpływ na rozwój mają nowe środki finansowe. W kwietniu, dzięki pozyskiwanym z emisji publicznej akcji nowym środkom uruchomiliśmy kampanie reklamowe w drugim modelu pozyskiwania graczy jaki stosujemy poza współpracą z wydawcami. Są to kampanie CPA na najważniejszych dla nas rynkach takich jak Niemcy, Rosja, Wielka Brytania, Polska., itd. Dzięki kampanią CPA pozyskujemy własnych graczy, niezależnie od pracy wydawców. Ten model jest dla spółki w horyzoncie długofalowym najlepszy, gdyż 100% zysków wygenerowanych z naszych własnych kampanii zostaje w spółce, bez potrzeby dzielenia się z pośrednikami. Na początkowej drodze rozwoju na rynku międzynarodowym, zbudowanie bazy pierwszego, a następnie kolejnego miliona graczy w grze wymaga zaangażowania sporych środków, więc mając na uwadze obecne sukcesy widzimy, że nowy kapitał pozwala znacznie przyspieszyć rozwój organiczny. Dla inwestorów dodatkowym argumentem powinien być element stricte biznesowy. Dla porównania z kampanii własnych spółki w modelu CPA ponad 65% graczy zachęcony spersonalizowaną reklamą pozostaje w grze Islandoom i z to nich budujemy grupę graczy płacących. Natomiast w wyniku współpracy z wydawcami jest to poziom niższy. Jak widać, nie tylko brak opłat dla wydawcy skłania nas aby mocniej akcentować rozwój o własne działania marketingowe z których pozyskujemy bardziej trafny ruch do gry, ale również poziom trafności reklam własnych jest na wyższym poziomie. Sądzę, że to dobry argument dla inwestorów już zaangażowanych w spółkę i tych, którzy nami się dopiero interesują.

Redakcja: Panie Prezesie, Bloomga SA jakie są mocne strony spółki Bloomga ?

DP: Mając na uwadze fakt, że Bloomga SA posiada dwie najważniejsze kompetencje, tworzenie gier w oparciu o fantastyczny zespół i ich wydawanie, to coraz odważniej budujemy plan pozostania wydawcą dla innych deweloperów gier, którzy korzystają z zewnętrznych kanałów sprzedaży. Pewnie nikogo nie zdziwi fakt, że w tym aspekcie sukces emisji jest niezwykle istotny.

Redakcja: Panie Prezesie, skąd taki optymizm w zakresie sukcesu nowych gier spółki.

DP: O tym, że tworzymy dobre produkcje świadczy fakt, że druga gra Bloomga – Wild West Age, cieszy się ogromnym zainteresowaniem wydawców na całym Świecie.  Mimo, że nawet nie podaliśmy konkretnej daty premiery są już kontrakty na jej wydawanie.

Redakcja: Panie Prezesie, czy takie kontrakty są już podpisywane czy zamierza Pan dopiero je zawierać. Mam na myśli drugą grą której akcja dzieje się na Dzikim Zachodzie.

DP: Oczywiście że pierwsze umowy wydawnicze są podpisane. Inaczej bym o tym nie wspominał. Nasz wydawca z USA już nas naciska aby gra była zakończona w IVQ2019, a nie jak sugerujemy w IQ2020. Jeśli inwestorzy dopiszą to jesteśmy w stanie przyspieszyć datę premiery. Może nawet zbiegły się z datą debiutu giełdowego. W tej grze upatruję bardzo dużego sukcesu kasowego. Poza fabułą jej mocną stroną będzie model dostępu – czyli cross platformowość i “casualowy” charakter gry. Pozwoli nam to w ten sposób  pozyskać graczy – mężczyzn oraz kobiet z różnych kategorii wiekowych. Sądzę, że grupa docelowa to kilkadziesiąt milionów użytkowników.

Dodam, że nasza pierwsza gra Islandoom, w odróżnieniu od Wild West Age jest grą typu “hardcore”. Skierowana jest ona do prawdziwych zapaleńców strategii. Liczba użytkowników jest mniejsza dla tego typu produkcji, ale za to są oni gotowi do dokonywania częstych mikropłatności.

Wszystkich zainteresowanych oraz chętnych do zapoznania się z naszą spółką zapraszamy na stronę http://bloomga.com/poznaj_nas/

Błędne koło polskiego transportu

W ciągu 10 lat przybyło nam 2412,5 km dróg szybkiego ruchu i autostrad, ale jednocześnie zlikwidowano 588 km szlaków kolejowych – wynika z raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego „Transport inkluzywny – rola polityki transportowej w kształtowaniu zrównoważonego rozwoju kraju”. To pokazuje jakim ogromnym przemianom ulega polska sieć transportowa. Jednak pomimo zmian dostępność usług przewozowych jest ograniczona. Nadzieją dla wykluczonych transportowo regionów Polski może stać się rozwój lokalnych połączeń autobusowych.

W 2016 roku branża transportowa zatrudniała w 28 państwach Unii Europejskiej około 11,5 miliona osób, z czego ponad 750 tys. w Polsce. 13 proc. budżetu gospodarstw domowych przeznaczono na wydatki związane z transportem. Gospodarka i transport są ze sobą nierozerwalnie połączone, lecz ich dalszy wzrost nie jest możliwy bez odpowiedniej infrastruktury, która usprawnia produkcję i dystrybucję, a także przeciwdziała wykluczeniu społecznemu.Błędne koło polskiego transportu

W ostatnich kilkunastu latach inwestycje w obszarze transportu skupiały się w dużej mierze na infrastrukturze drogowej. W latach 2007-2017 przybyło w Polsce 2412,5 km dróg szybkiego ruchu i autostrad. Jednocześnie dynamiczny rozwój gospodarczy spowodował, że relatywne obciążenie sieci dróg wzrosło: liczba tonokilometrów zwiększyła się w tym okresie dwukrotnie.

W tym samym czasie zlikwidowano jednak aż 588 km szlaków kolejowych, najwięcej na Śląsku (208 km) oraz na Warmii i Mazurach (125 km). Od 2004 roku ubyło aż 40 proc. kursów komunikacji autobusowej poza miastami. Ponad ¼ wszystkich sołectw w Polsce nie posiada połączeń z miejscowością gminną, pomijając autobusy szkolne. To mniej niż w większości regionów „starej UE”.

Taka sytuacja tworzy błędne koło, w którym ludzie przesiadają się do samochodów osobowych lub przeprowadzają do większych miejscowości – mówi Łukasz Czernicki, kierownik zespołu strategii Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Dla osób mniej zamożnych, których nie stać na własne cztery kółka, jedyną nadzieją jest sieć lokalnych połączeń autobusowych. Ich liczba jednak uległa znacznej redukcji w ostatnich kilkunastu latach. Chcąc przeciwdziałać wykluczeniu transportowemu i biorąc pod uwagę potencjalnie niską rentowność lokalnych połączeń autobusowych, koniecznie wydaje się zaangażowanie państwa w poprawę funkcjonowania tego obszaru.

Pod względem sieci infrastrukturalnej relatywnie najsłabiej rozwinięte są województwa Polski Wschodniej. Zarówno w 2007 r., jak i w 2017, województwa podlaskie, podkarpackie, lubelskie i warmińsko-mazurskie miały mniejszą gęstość dróg niższego i wyższego rzędu niż wynosiła średnia dla wszystkich regionów kraju. Podobnie było z gęstością sieci kolejowej, co wynika poniekąd z mniejszego uprzemysłowienia tych obszarów oraz niekompatybilności z siecią torową wschodnich sąsiadów.

Outdoorzy S.A. wypłaci dywidendę

Outdoorzy S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect, zajmująca się sprzedażą odzieży oraz sprzętu sportowego za pośrednictwem własnego sklepu internetowego, wypłaci po raz pierwszy w historii dywidendę z zysku za rok obrotowy 2017/2018. Emitent poprawia wyniki finansowe i umacnia swoją pozycję rynkową.

Akcjonariusze Spółki podczas jej ZWZA podjęli uchwałę w sprawie przeznaczenia części zysku netto za rok obrotowy 2017/2018 na wypłatę dywidendy. Wysokość dywidendy wyniesie 0,01 zł na akcję. Dzień ustalenia dywidendy został wyznaczony na 28 czerwca 2019 r., a dzień jej wypłaty na 15 lipca 2019 r. Akcjonariusze Outdoorzy S.A. otrzymają łącznie 105 tys. zł, a pozostała część zysku netto w kwocie ponad 43 tys. zł zostanie przeznaczona na kapitał zapasowy. Zarząd Spółki ocenia, że wypłata dywidenda pozwoli budować pozytywny wizerunek na rynku kapitałowym oraz zwiększy zainteresowanie nią wśród inwestorów.

Chcemy wynagrodzić naszym inwestorom to, że są z nami i postanowili zainwestować w nasze akcje i spółkę Outdoorzy, dlatego w tym roku podjęliśmy decyzję o wypłacie dywidendy. Podejmując decyzję o dywidendzie mamy na uwadze fakt, że Outdoorzy to spółka wzrostowa i w przyszłości chcemy zachować zrównoważony balans pomiędzy podziałem zysku w postaci dywidendy, a tym, aby nadal móc się dynamicznie rozwijać.” – komentuje Łukasz Golonka, Członek Zarządu Spółki Outdoorzy S.A.

Spółka osiągnęła w 1 kw. roku obrotowego 2018/2019 przychody netto ze sprzedaży w wysokości 1.566 tys. zł i miała 3 tys. zł straty netto. Rok wcześniej jej przychody netto ze sprzedaży wyniosły 1.324 tys. zł, a strata netto sięgnęła 43 tys. zł. Emitent w 1 kw. roku obrotowego 2018/2019 wygenerował dodatni wynik na poziomie zysku ze sprzedaży w kwocie 16 tys. zł oraz zysk z działalności operacyjnej w wysokości 10 tys. zł wobec straty w poprzednim roku zarówno ze sprzedaży, jak i z działalności operacyjnej. Outdoorzy S.A. realizuje działania marketingowe mające na celu zwiększenie zasięgu sklepu i dotarcie z ofertą do nowych odbiorów oraz prowadzi stałą optymalizację asortymentu produktowego. Dla Zarządu Spółki nadrzędnym celem jest odpowiedni dobór asortymentu, który umożliwi dalszy wzrost rentowności.

„Pierwszy kwartał był dla nas intensywny ze względu na występujący tym czasie okres świąteczno-zimowy. Jeśli chodzi o kolejne kwartały to patrzymy na nie z optymizmem, ponieważ w tym roku cele mamy nie mniejsze niż w poprzednim roku i wierzymy, że uda nam się je zrealizować. Ten rok będzie dla nas wyjątkowy, bowiem nasz rok obrotowy zostanie przedłużony o ostatnie 2 miesiące bieżącego roku kalendarzowego.” – zakończył Golonka.

Emitent kontynuuje prace nad nową platformą on-line, której wdrożenie powinno nastąpić w najbliższych miesiącach. Spółka cały czas poprawia swoją pozycję w rankingach serwisów konsumenckich w kategorii „Sport”. Dodatkowo sklep outdoorzy.pl został również wyróżniony w ostatnim czasie w zakresie jakości.

W roku obrotowym 2017/2018 Spółka osiągnęła zysk netto w wysokości 148 tys. zł przy przychodach netto ze sprzedaży wynoszących 7.225 tys. zł. Rok wcześniej zysk netto Outdoorzy S.A. sięgnął 137 tys. zł, a przychody netto ze sprzedaży ukształtowały się na poziomie 7.344 tys. zł.

Pracownicze Plany Zdrowotne, czyli pomysł FPP na lepsze finansowanie opieki zdrowotnej

Nieodpowiednie finansowanie systemu ochrony zdrowia jest jednym z największym problemów systemowych, z którym na co dzień stykają się Polacy. By zapewnić systemowi lepsze finansowanie, Federacja Przedsiębiorców Polskich proponuje wprowadzenie Pracowniczych Planów Zdrowotnych. Miałyby funkcjonować podobnie do Pracowniczych Planów Kapitałowych, które od tego roku mają usprawnić działanie systemu emerytalnego. PPZ miałyby być dodatkowymi, dobrowolnymi ubezpieczeniami zdrowotnymi. Pracownicy, którzy wezmą w nich udział, mogą liczyć na ulgi podatkowe i jednorazowe premie.

– Ten system pomyślany jest w taki sposób, by te dodatkowe środki były kierowane na konkretne cele i na zaspokajanie konkretnych potrzeb – powiedział serwisowi eNewsroom Łukasz Kozłowski, Główny Ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich. – Środki zasiliłyby działanie obszarów kardiologii i onkologii, które zajmują się leczeniem chorób stanowiących przyczynę 70% zgonów w Polsce. Gdyby udało się osiągnąć zamierzony poziom partycypacji w Pracowniczych Planach Zdrowotnych, poziom finansowania ochrony zdrowia mógłby się zwiększyć nawet o 6% – prognozuje Kozłowski.

Wciąż niespokojnie na linii USA-Chiny

Nie ma jednolitego wzoru dla zachowania rynków wobec nieobliczalnego ryzyka politycznego i po jednym dniu uspokojenia nerwowość ponownie daje o sobie znać. Główne uderzenie dotyka rynku akcji i surowców, podczas gdy rynek FX utrzymuje względne opanowanie. Czekamy, dyskutujemy, reagujemy, często zanim poznamy fakty. Typowy klimat w oparach niepewności.

Nie chciałbym się za bardzo rozwodzić, ile racji jest w ostatnim skoku awersji do ryzyka, gdyż w obliczu ryzyka politycznego (spór handlowy USA-Chiny) jedna decyzja może obrócić nastroje o 180 stopni. Faktyczne rozmowy startują w Waszyngtonie jutro i potrwają do piątku. Wydaje się wątpliwe, że w dwa dni uda się rozwiązać wszystkie kwestie sporne. Ale to też nie oznacza, że do porozumienia już w ogóle nie dojdzie. Z perspektywy rynku negatywne jest to, że częściowo za rajdem rynku akcji od początku roku stało przeświadczenie, że rozmowy handlowe są blisko finalizacji, co odblokuje globalną wymianę handlową i poprawi perspektywy światowego ożywienia. Teraz te projekcje trzeba zrewidować w dół i to skłania m.in. do korekty indeksów. Nie uważam jednak, abyśmy mieli mieć powtórkę z wydarzeń z grudnia 2018 r. Inne aspekty (jak np. trendy w danych makro, reakcja chińskich władz) prezentują się dużo lepiej. Możemy mieć przejściowe schłodzenie nastrojów, ale pozostaję optymistyczny w ocenie dłuższej perspektywy.

Na razie słabo wygląda rynek akcji, lepiej ma się złoto, a na FX głównym beneficjentem jest JPY. Spadają rentowności obligacji skarbowych, co implikuje rosnące oczekiwania gołębiej polityki głównych banków centralnych na dłużej. Dotyczy to przede wszystkim Fed, który ma największe pole od obniżek stóp procentowych i to ciąży na wycenie USD. Dlatego m.in. EUR/USD pozostaje w zawieszeniu przy 1,12, mimo że ryzyko wojen handlowych oznacza problemy dla strefy euro. Perturbacje silniej widoczne są w segmencie walut rynków wschodzących – w naszym regionie uwagę zwraca silna przecena liry tureckiej. Inaczej ma się złoty, który tradycyjnie odbiera wydarzenia na rynkach zewnętrznych w osłabionej sile, choć presja wzrosła na odejście EUR/PLN w stronę 4,29. Sięgnięcie 4,30 jest możliwe w obecnych warunkach, ale nie sądzę, aby rynek utrzymał się tam na długo i maj w większości powinien upłynąć na dryfie w przedziale 4,27-4,29.

Problemy wokół Chin to zła wiadomość dla AUD i NZD, ale obie waluty otrzymały tymczasową siłę równoważącą ze strony banków centralnych. Po tym jak wczoraj RBA powstrzymał się od obniżki stopy procentowej, dziś RBNZ był bardziej aktywny, ale decyzję o pierwszym od 2,5 roku cięciu stopy OCR o 25 pb do 1,50 proc. okrasił komunikatem, który sugeruje, że nie zamierza rozpoczynać cyklu obniżek. Z perspektywy rynku liczącego na więcej była to tzw. jastrzębia obniżka i wstępna przecena NZD została szybko odwrócona. Zarówno RBA, jak i RBNZ nie są skore agresywnie zmieniać nastawienia na wyraźnie gołębie i są bardziej cierpliwe w ocenie sytuacji gospodarczej w kraju i na świecie. Jest to obecnie motyw przewodni dla wielu banków centralnych: wygodnie jest wybrzmiewać gołębio, ale najlepiej nie przekuwać tego w decyzje o parametrach polityki. Asekuracja przez deprekacją waluty to jedno, ale wielomiesięczna walka z konsekwencjami zbyt luźnej polityki jest niepotrzebnym kosztem, szczególnie kiedy warunki gospodarcze mogą się łatwo obrócić. Jeśli kwestia wojen handlowych ponownie przycichnie, po AUD i NZD oczekiwałabym wyraźnego odreagowania słabości.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Ministerstwo Obrony Narodowej z cyberplanem. Czy mają go także polscy przedsiębiorcy?

Ochrona cyberprzestrzeni staje się obecnie jednym z kluczowych celów strategicznych w obszarze bezpieczeństwa państw. Potwierdza to m.in. ogłoszony przez MON program CYBER.MIL.PL, który zakłada rozbudowę i wzmocnienie potencjału Polski w zakresie cyberbezpieczeństwa. Czy w ślad za mobilizacją działań na poziomie rządowym, zmienia się postawa przedsiębiorców kierujących zakładami produkcyjnymi? Czy są gotowi na walkę z zagrożeniami w sferze cyber?

W lutym br. Ministerstwo Obrony Narodowej zapowiedziało integrację zasobów odpowiedzialnych za cyberbezpieczeństwo i powstanie nowych instytucji. Powołany został również pełnomocnik MON ds. utworzenia wojsk obrony cyberprzestrzeni. Resort uruchomił program CYBER.MIL.PL, w ramach którego zamierza kompleksowo rozwijać zdolność Polski do zwalczania zagrożeń cyberprzestrzeni. Wśród planowanych działań pojawiło się także wzbogacenie oferty edukacyjnej z myślą o osobach zainteresowanych pracą w tym obszarze.

Cyberbezpieczeństwo w przemyśle

Jak kształtuje się na tym tle sytuacja polskich zakładów produkcyjnych? Czy są one zdolne zapewnić bezpieczeństwo swojej produkcji?

– Głównym zagrożeniem, jakie obecnie obserwujemy w sieciach przemysłowych, jest brak separacji między siecią przemysłową a IT. Kolejny problem stanowi wysoka determinacja cyberprzestępców i grup, które inicjują ataki geopolityczne. Systemy przemysłowe od zawsze były projektowane pod kątem niezawodności działania; bezpieczeństwa nie uznawano za priorytet. Trudno więc oczekiwać, by systemy sprzed kilkunastu lat, funkcjonujące w zakładach produkcyjnych, spełniały współczesne wymagania. Dlatego istotne jest tworzenie nowych zabezpieczeń – komentuje Igor Zbyryt, dyrektor ds. cyberbezpieczeństwa w przemyśle, ASTOR.

Wzmocnienie zabezpieczeń w sieciach przemysłowych ma istotne znaczenie także w perspektywie przyjętej w lipcu 2018 r. przez Sejm RP ustawie o krajowym systemie cyberbezpieczeństwa. Wdraża ona do polskiego prawa tzw. Dyrektywę NIS (dyrektywę w sprawie środków na rzecz wysokiego, wspólnego poziomu bezpieczeństwa sieci i systemów informatycznych na terytorium UE). Zgodnie z nią, operatorzy usług kluczowych są zobowiązani do wprowadzenia skutecznych zabezpieczeń, szacowania ryzyka wystąpienia cyberzagrożeń i przekazywania informacji o poważnych incydentach oraz ich obsługi we współpracy z jednym z trzech CSIRT. Regulacje te dotyczą m.in. firm z sektora finansowego, energetycznego, transportowego, a także szpitali, firm farmaceutycznych, instytucji publicznych, kopalni i stacji uzdatniania wody.

Sieci przemysłowe pod lupą

Z najnowszego raportu firmy CyberX – „Global ICS & IIoT Risk Report”* wynika, że sieci przemysłowe nadal pozostają łatwym celem dla coraz bardziej zdeterminowanych przestępców. Można wskazać co najmniej kilka przyczyn tej sytuacji. Po pierwsze, w przypadku aż 40% firm, ich sieci mają wyjście do publicznego Internetu, co naraża je na ataki i złośliwe oprogramowanie. Po drugie, 53% zakładów korzysta z niewspieranych systemów Windows, takich jak XP. Komputery w nie wyposażone nie są wspomagane aktualizacjami zabezpieczeń od Microsoftu i mają problemy z obsługą nowoczesnych programów. Niepokój budzi również fakt, że 69% przedsiębiorstw posługuje się nieszyfrowanymi hasłami w postaci zwykłego tekstu, które są bardzo łatwe do przechwycenia.

To jednak nie wszystko. Analiza danych zgromadzonych przez CyberX wykazała, że w ponad połowie firm nie funkcjonują programy antywirusowe z automatyczną aktualizacją. Ponadto 16% zakładów jest wyposażona w bezprzewodowe punkty dostępowe (WAP), co zwiększa prawdopodobieństwo ataków, ponieważ mogą z nich korzystać nieautoryzowani użytkownicy, np. serwisanci urządzeń. Aż 84% obiektów przemysłowych korzysta z kolei z protokołów służących do zdalnego połączenia RDP, VNC i SSH. Wszystko to sprawia, że hakerom łatwiej jest „wedrzeć się” do systemu.

Powyższe dane składają się na ogólny wynik bezpieczeństwa, który wyniósł średnio 70%, przy czym według rekomendacji CyberX wartość ta powinna kształtować się na poziomie 80%. Ten pułap udało się osiągnąć tylko przedsiębiorstwom z branży naftowej i gazowej oraz z sektora energetycznego. Porównując dane z lat 2017 i 2018 trudno dostrzec większe zmiany. Świadomość potrzeby silniejszej ochrony sieci komputerowych (ICS) rośnie, ale wciąż jest wiele do zrobienia. Zwłaszcza mając na uwadze blisko 25-letnią lukę, która dzieli sieci OT i IT w kontekście praktyki stosowania różnego rodzaju zabezpieczeń.

Jak chronić cyberprzestrzeń w przemyśle?

– Aby uniknąć zagrożeń, zakłady przemysłowe powinny przede wszystkim opracować odpowiednią politykę bezpieczeństwa. Zgodnie z nią każdy element systemu (w tym osoba czy program) powinien mieć dostęp tylko do tych informacji i zasobów, które są niezbędne do wykonania powierzonych mu zadań. Należy także zadbać m.in. o system tworzący kopie zapasowe danych, odpowiednie oprogramowanie antywirusowe, integrację wdrażanych rozwiązań z istniejącymi już w firmie wersjami systemów i programów oraz odpowiednią aktualizację zarówno systemu operacyjnego, jak i aplikacji – także tych przemysłowych. Takie działania pozwalają zmniejszyć nie tylko ryzyko ataku, ale i nieintencjonalnej utraty danych. Wszystkie te działania powinny uwzględniać specyfikę sieci przemysłowych, co w dużym uproszczeniu przekłada się na uwzględnienie wymagań konkretnych producentów systemów automatyki, zaplanowaniu ich w kontekście cyklu produkcji i przestojów remontowych oraz oszacowania ryzyka i podjęcia decyzji, gdzie je podjąć – komentuje Igor Zbyryt.

Ile osób zostanie pozbawionych minimalnej emerytury?

Wzrost liczby osób pozbawionych prawa do emerytury na najniższym gwarantowanym poziomie jest gwałtownie narastającym zjawiskiem, stanowiącym poważny problem społeczny. O ile w 2011 r. takich osób było ok. 24 tys.1, wg danych ZUS o strukturze świadczeń po waloryzacji w marcu 2014 r. ich liczba sięgnęła ok. 92,5 tys. W marcu 2018 r. liczba osób pozbawionych prawa do najniższego świadczenia emerytalnego osiągnęła poziom ok. 234 tys. FPP i CALPE alarmują, że art. 9 ustawy o SUS spowodował, że w okresie 7 lat skala występowania tego bardzo niepokojącego zjawiska wzrosła nawet 10-krotnie.

Wprowadzając w 1998 roku ustawę o systemie ubezpieczeń społecznych zakładano, że funkcjonowanie nieoskładkowanych form wykonywania pracy będzie miało pozytywny wpływ na gospodarkę i pozwoli na zatrudnienie osobom, które będąc w trudnej sytuacji na rynku pracy nie będą mogły wykonywać „klasycznej” umowy o pracę. Jednak dzisiaj rząd powinien na nowo ocenić czy funkcjonowanie w takiej formule art. 9. ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych pobudza gospodarkę. Niestety, następstwem wprowadzenia art. 9 jest coraz większa liczba pracowników, która pozostaje poza ochroną ubezpieczeniową.

Marek Kowalski, przewodniczący FPP
Marek Kowalski, przewodniczący FPP

„Już w 2014 r. liczba osób otrzymujących emeryturę „sub-minimalną” – czyli mniejszą od poziomu minimalnego – zaczęła przewyższać liczbę świadczeniobiorców otrzymujących emeryturę minimalną. Bardzo istotny wzrost liczby osób otrzymujących emerytury poniżej minimalnego poziomu nastąpił w 2017 r. – zwiększył się on wówczas do ok. 208,9 tys. osób z ok. 112,1 tys. osób w poprzednim okresie. Ma to związek ze znaczącą podwyżką emerytury minimalnej, jaka nastąpiła w marcu 2017 r. Rząd kontynuuje politykę systematycznego podnoszenia minimalnej emerytury, ale takie działanie nie jest skuteczne, ponieważ główną przyczyną niskich emerytur jest niewystarczający staż składkowy, a nie zbyt niski kapitał. W przypadku uchylenia art. 9 ustawy o systemie ubezpieczeń społecznych, osoby których wynagrodzenie do tej pory było oskładkowane do poziomu płacy minimalnej, płaciłyby składki od pełnej wysokości swoich zarobków. Restytucja ubezpieczeń społecznych zakłada – poza pełnym oskładkowaniem – również zaewidencjonowanie i zapisanie nieodprowadzonych składek w okresach przeszłych. Przyjmując, że pracownik posiadał kapitał początkowy w wysokości 150 tys. zł i przez ostatnie 5 lat był zatrudniony na nieoskładkowanych umowach zlecenia, na skutek wprowadzenia restytucji jego emerytura byłaby wyższa o ok. 30%” – mówi Marek Kowalski, przewodniczący Federacji Przedsiębiorców Polskich, prezes Centrum Analiz Legislacyjnych i Polityki Ekonomicznej (CALPE).

Duży wzrost liczby osób otrzymujących świadczenie niższe niż minimalne jest bezpośrednim dowodem na to, że dla licznej grupy ubezpieczonych wykazanie stażu ubezpieczeniowego wymaganego do nabycia prawa do najniższej emerytury jest niemożliwe. Natomiast jedną z głównych przyczyn posiadania niewystarczającego stażu jest niepodleganie ubezpieczeniom emerytalno-rentowym w okresie aktywności zawodowej w pełnym zakresie.

Przyszłość szkoleń dla kierowników i menedżerów

szkolenia_handlowcowZmiany na rynku pracy oraz samym sposobie jej wykonywania nieuchronnie wpływają na to, że zmieniają, a przede wszystkim, zwiększają się wymagania od kierowników i menedżerów. Coraz lepiej wykształceni pracownicy, rozproszone zespoły, rosnące oczekiwania co do pracodawców i menedżerów sprawiają, że wiele firm musi zmienić swoje podejście do rozwoju menedżerów.

Dlaczego szkolenia dla kierowników i menedżerów są takie ważne?

Szkolenia dla kierowników są niezbędne ponieważ niezależnie od posiadanych predyspozycji warto, aby pracować bardziej świadomie, z odpowiednimi narzędziami ze swoim zespołem. Dzięki szkoleniom dla kierowników można uniknąć różnego rodzaju niepowodzeń, które mogą się przytrafić menedżerom na drodze do efektywnego zarządzania zespołem.

Nowe trendy w szkoleniach dla kierowników i menedżerów

Szkolenia trenerskie

Od jakiegoś czasu obserwujemy popyt na szkolenia trenerskie dla menedżerów i kierowników. mają one na celu przygotować ich do prowadzenia szkoleń on the job, treningów on the job coachingu, czy po prostu, lepszego onboardingu pracowników.

Lepsze rozumienie różnych pokoleń

Innym tematem szkoleń, coraz częściej poruszanym na warsztatach, są różnice międzypokoleniowe. O ile zawsze one występowały i trudności między pokoleniami komunikacyjne były i będą, to aktualnie jesteśmy świadkami przeskoku kulturowego związanego z rozwojem internetu, który bardzo rzutuje na współpracę pokoleniową w firmach. Z tego powodu właśnie potrzebne są szkolenia dla menedżerów które wskażą jak postępować w zespołach wielopokoleniowych.

Szkolenia z zarządzania rozproszonym zespołem

Kolejnym aspektem który warto rozwijać w pracy kierowników i prowadzi z tego tematu szkolenia to temat zarządzania rozproszonym zespołem. Zespół rozproszony nie działają tylko w branży IT, ale są bardzo często spotykane w korporacjach, a standardem są w działach sprzedaży. Szkolenie kierowników z zarządzania zespołem rozproszonym jest bardzo ważnym aspektem, ale często zaniedbywanym w planach rozwojowych.

Szkolenia z zarządzania efektywnością i produktywnością

Zarządzanie efektywnością własną i pracowników to nadal aktualny temat szkolenia dla kierowników. W tym aspekcie warto uwzględnić obszar wykorzystanie aplikacji IT w firmie i w zespole do lepszej komunikacji i zarządzania. Temat ten jest całkiem świeży, więc również wymaga przygotowania managerów właśnie poprzez szkolenia dla kierowników firmach.

Szkolenia z budowania zaangażowania

Ostatnim tematem który wydaje mi się kluczowy dla współczesnych kierowników, to temat budowania zaangażowania. Na szkoleniach z budowania zaangażowania pracowników wykracza się poza standardowe techniki motywacji o których mówiło się od lat na szkoleniach. To temat ważny ponieważ wpływa na ograniczenie rotacji i absencji pracowników dlatego warto prowadzić szkolenia dla kierowników i menedżerów z tego tematu.

Autor: Maciej Sasin – trener, coach, założyciel firmy doradczej Akademii Rozwoju Kompetencji

Transakcje łańcuchowe a odliczenie VAT

W przypadku, gdy kilka podmiotów dokonuje dostawy tego samego towaru w ten sposób, że pierwszy z nich wydaje towar bezpośrednio ostatniemu w kolejności nabywcy, uznaje się, że dostawy towarów dokonał każdy z tych podmiotów. Na gruncie przepisów o VAT tego typu transakcja stanowi tzw. transakcję łańcuchową. Transakcje łańcuchowe mogą występować w różnych konfiguracjach, zarówno krajowych, jak i zagranicznych. Z perspektywy rozliczeń VAT bardzo ważne jest odpowiednie rozpoznanie transakcji łańcuchowych, szczególnie z zaangażowaniem podmiotów zagranicznych. Szczególnym przypadkiem transakcji łańcuchowych są transakcje trójstronne, dokonywane pomiędzy trzema podmiotami z różnych krajów w ramach Unii Europejskiej. W zakresie rozliczenia transakcji łańcuchowych mogą skutkować brakiem możliwości odliczenia VAT wraz z możliwością nałożenia dodatkowych sankcji.

Transakcja „ruchoma”

W przypadku transakcji łańcuchowych z wykorzystaniem transakcji wewnątrzwspólnotowych opodatkowaniu preferencyjną 0% stawką VAT podlega wyłącznie jedna dostawa w łańcuchu dostaw, do której jest „przyporządkowana” wysyłka lub transport towaru (tzw. dostawa „ruchoma” lub „międzynarodowa”). Pozostałe dostawy (tzw. „dostawy nieruchome”) są natomiast opodatkowane odpowiednio – w miejscu rozpoczęcia wysyłki lub transportu towarów (dostawa poprzedzająca dostawę ruchomą) lub jej zakończenia (dostawa następująca po dostawie ruchomej) według stawki VAT właściwej dla dostawy towarów na terytorium tych krajów.

Przed określeniem transakcji „ruchomej” należy rozstrzygnąć kwestię organizacji transportu, poprzez wskazanie, który podmiot wykonuje lub zleca transport towarów. Ponadto bardzo istotne jest określenie, gdzie (na terytorium którego kraju) na kolejne podmioty w łańcuchu przechodzi prawo do rozporządzania towarem jak właściciel. Przykładowo, jeżeli transport organizowany jest przez podmiot będący pierwszym podmiotem w łańcuchu, powinien on być przyporządkowany do pierwszej dostawy w łańcuchu.

Konsekwencje

Przykładowo w transakcji biorą udział trzy podmioty: Producent (zarejestrowany na VAT we Francji), Pośrednik (spółka polska) oraz Nabywca (spółka czeska). Każdorazowo należy ustalić w pierwszej kolejności, kto organizuje transport. Jeżeli dostawy pomiędzy Producentem a Pośrednikiem stanowią dostawy międzynarodowe („ruchome”), które w określonych okolicznościach mogą korzystać z preferencyjnej stawki VAT przewidzianej dla WDT (bądź ze zwolnienia z VAT), to dostawy pomiędzy Pośrednikiem a Nabywcą, jako dostawy następujące po dostawie ruchomej, co do zasady powinny być opodatkowane na terytorium Czech (kraju zakończenia transportu) przy zastosowaniu odpowiedniej lokalnej stawki VAT.

W świetle powyższego, w przykładowej sytuacji Pośrednik zasadniczo byłby zobowiązany na terytorium Czech:

  • zadeklarować WNT z tytułu nabycia towarów od Producenta oraz
  • wykazać dostawę krajową opodatkowaną lokalną stawką VAT.

Powyższe wymaga od pośrednika zarejestrowania się dla celów VAT w Czechach.

Procedura uproszczona

W tym miejscu należy zwrócić uwagę, iż przepisy ustawy o VAT przewidują procedurę uproszczoną dla transakcji trójstronnych, o której mowa w art. 135-138 ustawy o VAT. Uproszczenie to polega na tym, iż ostatni w kolejności podatnik rozlicza VAT z tytułu dokonania na jego rzecz dostawy towarów przez drugiego w kolejności podatnika. Wobec powyższego uproszczenie to m.in. zwalnia drugi podmiot w łańcuchu z obowiązku rejestracji dla celów VAT w kraju zakończenia transportu towarów. Jednakże, aby strony transakcji mogły skorzystać z ww. procedury, muszą zostać spełnione odpowiednie warunki oraz wypełnione pewne obowiązki dokumentacyjne i sprawozdawczo-ewidencyjne, od których wypełnienia uzależniona jest możliwość zastosowania przedmiotowego uproszczenia.

Stanowisko NSA

Transakcje łańcuchowe często stanowią przedmiot rozważań sądów administracyjnych, Przykładowo w dniu 12 lutego 2019 r. zostały wydane dwa wyroki Naczelnego Sądu Administracyjnego w Warszawie (NSA), sygn. akt I FSK 488/17 i I FSK 489/17, w których NSA uznał, że dostawa „ruchoma” zachodzi pomiędzy polskimi spółkami, które organizują wywóz do nabywcy znajdującego się na terytorium innego Państwa Unii Europejskiej (UE). W takiej sytuacji polski pośrednik nieprawidłowo odliczył VAT z faktury wystawionej przez polskiego producenta. Zgodnie z przepisami powinien zarejestrować się na VAT w tym innym państwie UE i tam rozpoznać wewnątrzwspólnotowe nabycie towarów.

Komentarz

Praktyka orzecznicza pokazuje, że temat rozliczania transakcji łańcuchowych jest ciągle „żywy”. Wynika to z dwóch pobudek. Pierwszą z nich są skomplikowane przepisy w tym zakresie, co dodatkowo potęgowane jest licznym orzecznictwem, także na poziomie unijnym. Drugą jest fakt, iż każda transakcja jest inna i powinna być analizowana odrębnie. Innymi słowy, ustalenie jednego powtarzalnego system rozliczenia wymaga fachowej wiedzy oraz dyscypliny w działach sprzedaży. Najlepiej w takich przypadkach skontaktować się z doradcą podatkowym i „ułożyć” proces w sposób umożliwiający ograniczenie ryzyka do minimum.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Rynek magazynowy bliski 17 mln mkw.

Pod koniec I kwartału 2019 zasoby nowoczesnej powierzchni magazynowej w 11 głównych regionach Polski osiągnęły poziom 16,6 mln mkw. Liderem pod względem podaży pozostaje wciąż rynek warszawski, na którym znajduje się blisko 25% krajowych zasobów (4 mln mkw.).

W I kwartale 2019 roku na rynek magazynowy w Polsce trafiło 507 tys. mkw., z czego ponad 120 tys. mkw. w ramach obiektu Hillwood Olsztynek. Najwyższy poziom nowej podaży odnotowano w Centralnej Polsce i Wrocławiu, gdzie deweloperzy oddali do użytku kolejno 89,7 tys. mkw.  i 84,2 tys. mkw. nowoczesnej powierzchni magazynowej, co stanowiło łącznie ponad 1/3 całkowitej podaży w minionym kwartale.

Magazyny w budowie

Pod względem powierzchni będącej w budowie, rynek rozwijał się w szybkim tempie we wszystkich regionach, jednak na prowadzenie wysunął się Górny Śląsk. To tu pod koniec kwartału znajdowało się ponad ¼ całkowitej powierzchni w budowie (570,7 tys. mkw.).

Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działy Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International
Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działy Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International

— Górny Śląsk, podobnie jak Centralna Polska, to wciąż jedne z najszybciej rozwijających się regionów w Polsce pod względem zasobów powierzchni magazynowej, głównie za sprawa lokalizacji zapewniającej dostęp do zasobów ludzkich i coraz lepszej infrastruktury drogowej —mówi Tomasz Kasperowicz, senior partner, dyrektor Działy Powierzchni Logistycznych i Przemysłowych w Colliers International.

Spadek popytu

W I kw. wynajętych zostało 981,2 tys. mkw. Zapotrzebowanie na powierzchnie magazynowe ze strony najemców wciąż jest wysokie, choć w porównaniu do analogicznego okresu roku ubiegłego wynik jest o blisko o 20% niższy. Jedną z większych umów najmu w I kw. 2019 r. była renegocjacja 60,0 tys. mkw. podpisana przez Jysk w Logistic City Piotrków Trybunalski.

Esaliens TFI wśród pierwszych oferujących PPK

Polski Fundusz Rozwoju rozpoczął wpisywanie instytucji finansowych do ewidencji PPK. Wśród pierwszych podmiotów znalazł się Esaliens TFI, jeden z liderów Pracowniczych Programów Emerytalnych (PPE), jednocześnie prowadzący najstarsze PPE w Polsce. Do grona wieloletnich klientów programów emerytalnych zarządzanych przez TFI należą największe firmy z najbardziej wymagających branż, w tym m.in. liderzy sektora energetycznego, farmaceutycznego czy finansowego.

Tomasz Jędrzejczak
Tomasz Jędrzejczak, prezes zarządu Esaliens TFI

Jak wielokrotnie podkreślaliśmy, PPK to naturalny i strategiczny kierunek rozwoju naszej obecnej oferty emerytalnej. Co ważne, projekt ten wpisuje się doskonale w kompetencje zespołu Esaliens. Posiadamy najdłuższe i unikalne w skali polskiego rynku doświadczenie w zakresie wdrażania i administrowania grupowymi planami oszczędzania w przedsiębiorstwach. Nasi klienci, a są wśród nich duże międzynarodowe grupy kapitałowe, cenią nas szczególnie za bezpieczeństwo inwestycyjne, operacyjne i najwyższą jakość obsługi. Zespół odpowiedzialny za PPK zaczęliśmy istotnie wzmacniać już w momencie ogłoszenia pierwszych informacji dotyczących programu, tak by być jak najlepiej przygotowanym do jego debiutu. Jestem przekonany, iż w tym zakresie mamy duże przewagi konkurencyjne. To też dowód na to, że rynek produktów emerytalnych to dla nas obszar strategiczny, a nie tymczasowa moda. Bogaci w wiedzę i doświadczenie we wdrażaniu rozwiązań emerytalnych w największych polskich firmach będziemy aktywnie pomagać przedsiębiorcom płynnie i bezproblemowo przejść przez proces wprowadzania PPK i dalszej ich obsługi – komentuje Tomasz Jędrzejczak, prezes zarządu Esaliens TFI.

Esaliens TFI przez 20 lat budowało doświadczenie w strukturach dużych międzynarodowych korporacji takich jak Citigroup i Legg Mason. Obecnie łączy zaangażowanie i elastyczność firmy prywatnej z bezpieczeństwem operacyjnym charakterystycznym dla dużych korporacji. Na rynku rozwiązań emerytalnych jest obecne od jego początków. Produkty o charakterze emerytalnym są kluczowym obszarem działalności Esaliens TFI stanowiąc ponad 50% wszystkich zarządzanych środków (PPE, PPO, PPZE, IKZE, IKE, asset management). Przez lata obecności na polskim rynku Esaliens zdążyło zdobyć zaufanie największych grup kapitałowych – zarówno polskich, jak i zagranicznych.

PPK to powszechny system oszczędzania długoterminowego, oparty na preferencyjnych warunkach i skierowany do ogółu zatrudnionych odprowadzających składki na ZUS. Szacuje się, że może dotyczyć nawet 11,5 mln osób. Docelowo obowiązek PPK ma objąć wszystkie przedsiębiorstwa w Polsce, jednak będzie wdrażany stopniowo – w zależności od wielkości przedsiębiorstwa. Jako pierwsze – już w tym roku – PPK muszą wprowadzić firmy zatrudniające ponad 250 osób według stanu na dzień 31 grudnia 2018 r. W 2020 r. obowiązek ten obejmie firmy zatrudniające co najmniej 50 osób, a w 2021 r. – co najmniej 20 osób.

Firmy Dassault Systèmes i BHP nawiązują długoterminowe strategiczne partnerstwo

  • Firmy zamierzają korzystać z możliwości, jakie niesie zastosowanie technologii cyfrowych w górnictwie
  • Wygenerowanie dodatkowej wartości poprzez zastosowanie w górnictwie technologii sprawdzonych w innych branżach
  • Partnerstwo ma na celu stworzenie nowego poziomu zrozumienia zasobów i potencjału operacyjnego

Firmy Dassault Systèmes (Euronext Paris: #13065, DSY.PA) i BHP, jeden z największych na świecie koncernów wydobywczych, nawiązały długoterminowe partnerstwo strategiczne, mające na celu zastosowanie technologii cyfrowych w górnictwie.

Połączenie doświadczeń i zasobów obu firm umożliwi odblokowanie wartości przez wykorzystanie technologii sprawdzonych w innych branżach wobec podstawowych dziedzin górnictwa, takich jak nauki o Ziemi i inżynieria zasobów. Partnerstwo ma pomóc w osiągnięciu nowego poziomu zrozumienia zasobów i potencjału operacyjnego dzięki zaangażowaniu obu firm w kwestie związane z bezpieczeństwem i zrównoważonym rozwojem.

Bernard Charlès, wiceprezes i dyrektor generalny firmy Dassault Systèmes– Firmy BHP i Dassault Systèmes łączy wspólna wizja i ambicje związane z branżą wydobywczą w XXI wieku – mówi Bernard Charlès, wiceprezes i dyrektor generalny firmy Dassault Systèmes. – Dzięki cyfryzacji wszystkich operacji od planowania po eksploatację, nasza platforma 3DEXPERIENCE zapewnia korzyści związane ze stosowaniem wirtualnych, bliźniaczych kopii procesów, tworząc także innowacyjne i sprzyjające współpracy środowisko ukierunkowane na szeroko rozumianą optymalizację. Tego rodzaju podejście transformacyjne, które doskonale sprawdziło się w branży produkcyjnej, zwiększa zwinność biznesową, pozwala lepiej przewidywać zmiany, podnosi innowacyjność technologii wydobywczych, a także pozwala znacznie obniżyć koszty w całym cyklu eksploatacji.

Które benefity są w cenie?

Warszawa, 8 maja 2019 r. – Wg polskich pracowników nie tylko wysokie wynagrodzenie czyni miejsce pracy atrakcyjnym. Okazuje się, że kandydaci oczekują od pracodawców również dodatków pozapłacowych. Wśród najbardziej popularnych świadczeń są szkolenia (93 proc.), prywatna opieka zdrowotna (86 proc.) oraz ubezpieczenie na życie (75 proc.) – wynika z badania Confidence Index przeprowadzonego w I kwartale 2019 r. przez firmę rekrutacyjną Michael Page.

Oferowanie pracownikom benefitów pozapłacowych jest już niemal standardem. Jednak, jak pokazują badania Michael Page, nadal stanowią one dodatkowy atut organizacji i mogą wpływać na atrakcyjność firmy na rynku pracy. Do najpopularniejszych, a zarazem najbardziej docenianych przez pracowników świadczeń należą szkolenia, prywatna opieka zdrowotna oraz ubezpieczenie na życie. Ponad połowa respondentów (52 proc.) chciałaby otrzymywać także kartę sportową, a niewiele mniej, bo 50 proc. liczy na dostęp do samochodu służbowego. Dla ponad 43 proc. ankietowanych atrakcyjnym rozwiązaniem byłaby możliwość wzięcia dodatkowych dni urlopowych w pracy. Niemal taki sam odsetek badanych (43,5 proc.) potwierdził również znaczenie programów oszczędnościowych.  Niewiele mniej, bo 37 proc. respondentów chciałoby otrzymywać karty podarunkowe. Blisko co czwarty ankietowany pracownik (24 proc.) ma także apetyt na bezpłatne przekąski i owoce w biurze.

Piotr Dziedzic
Piotr Dziedzic

Pozapłacowe dodatki do pensji pojawiają się w ofercie niemal każdej firmy, dlatego pracodawcom coraz trudniej jest zaskoczyć kandydatów oryginalnym benefitem. W tym celu dobrym rozwiązaniem może być postawienie na te rzadziej spotykane rozwiązania. Może to być np. wprowadzenie pracy zdalnej, którą docenia już ponad połowa respondentów (52 proc.), czy możliwość wyboru elastycznych godzin pracy, których znaczenie potwierdza ponad 65 proc. badanych – mówi Piotr Dziedzic, dyrektor w Michael Page i członek zarządu Polskiego Forum HR.

Z badania przeprowadzonego na zlecenie Benefit Systems pod kątem świadczeń pozapłacowych i dedykowanych budżetów wynika, że w 2018 r. wydatki przeznaczane na działania motywacyjne wzrosły w co trzeciej firmie. Średnio pracodawcy na jednego pracownika przeznaczali 1995 zł. Była to kwota o 80 zł większa niż w 2017 r. Co ważne, wg badania, z pozapłacowych świadczeń korzysta już 87 proc. ankietowanych.

Możemy przypuszczać, że w najbliższej przyszłości budżet przeznaczany na benefity dodatkowe dla pracowników będzie wzrastać. Wpływ na to ma coraz mocniejsza pozycja kandydatów na rynku pracy, którzy coraz śmielej przedstawiają swoje potrzeby. Firmy natomiast, chcąc pozyskać do organizacji najlepsze talenty, są coraz bardziej otwarte na wychodzenie naprzeciw ich oczekiwaniom – dodaje Piotr Dziedzic.

Polskie firmy dobrze radzą sobie na zagranicznych rynkach. Eksport idzie w górę mimo spowolnienia gospodarczego i protekcjonizmu

Polskie firmy dobrze radzą sobie na zagranicznych rynkach. Eksport idzie w górę mimo spowolnienia gospodarczego i protekcjonizmu 1

Mimo protekcjonistycznych zapędów rządów wielu krajów, spowolnienia gospodarczego u największych partnerów handlowych i niepewności związanej z brexitem polski eksport niezmiennie rośnie. Wzrasta również udział krajów rozwiniętych w wartości wysyłanych za granicę towarów. Zdaniem Piotra Kuby z Polskiego Funduszu Rozwoju to głównie zasługa wysokiej jakości produkowanych nad Wisłą wyrobów przy wprawdzie kurczącej się, ale wciąż wyraźnej przewadze cenowej.

– Zbudowanie przewagi konkurencyjnej na zagranicznym rynku przez polskie przedsiębiorstwo jest jak najbardziej możliwe i myślę, że szereg firm udowadnia to na co dzień – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Kuba, członek zarządu ds. inwestycyjnych PFR TFI. – Kluczem w tym zakresie jest zaoferowanie produktu o bardzo dobrej jakości i w rozsądnej cenie. Polscy przedsiębiorcy, mając pewną przewagę konkurencyjną w postaci kosztów, są w stanie znakomicie się pozycjonować w tej układance.

W 2018 roku polskie firmy wyeksportowały towary o wartości 221 mld euro, o 7 proc. większej niż w 2017 roku. Ze względu na różnice kursowe wzrost ten wyniósł nawet 13,1 proc. w dolarach, a w przeliczeniu na złote nieco mniej – 6,5 proc. Mimo rządowych programów mających na celu zainteresowanie firm kierunkami innymi niż Unia Europejska, udział Wspólnoty w polskim eksporcie jeszcze się zwiększył – w ubiegłym roku wyniósł 80,4 proc. wobec dokładnie 80 proc. rok wcześniej.

Największym odbiorcą pozostają niezmiennie Niemcy, do których trafia 28,2 proc. wartości całego eksportu. W 2018 roku udział tego kraju był wyższy niż w 2017 roku o 0,7 pkt proc. Na drugim miejscu znajdują się Czechy (6,4 proc., bez zmian rok do roku), a podium zamyka Wielka Brytania (6,2 proc., spadek o 0,2 pkt proc.). Temu ostatniemu szkodzi niepewność związana z konsekwencjami brexitu, niepewność przedłużona o kolejne pół roku – ostatnio ustalony termin opuszczenia UE przez Zjednoczone Królestwo to 31 października.

– Mówiąc o brexicie, powinniśmy pamiętać o dwóch elementach: o krótkoterminowym zamieszaniu, które może być bardzo duże – komentuje Piotr Kuba. – Natomiast w długim okresie na pewno rynki się dostosują. Wierzę, że w tych warunkach polscy przedsiębiorcy, którzy już niejednokrotnie pokazali, że są bardzo sprawni i umieją sobie radzić z problemami, właśnie sobie z tym problemem brexitu poradzą. Paradoksalnie może się okazać, że na całym zamieszaniu, po tym jak już brexit i związany z nim kurz opadnie, polskie przedsiębiorstwa będą jednymi ze zwycięzców, którzy na brexicie najbardziej skorzystali.

Działalność polskich firm za granicą to nie tylko eksport towarów do zagranicznych odbiorców, lecz także inwestycje w zagraniczne podmioty. W 2017 roku (NBP podaje te informacje z dużym opóźnieniem) polskie inwestycje bezpośrednie za granicą osiągnęły kwotę 10,4 mld zł. To wprawdzie dużo mniej niż w poprzednich dwóch latach, gdy wyniosły one odpowiednio 18,8 mld zł oraz 45,7 mld zł, ale za to dochody polskich firm z tytułu tych inwestycji wzrosły ponaddwukrotnie – do 8,8 mld zł z niespełna 4 mld zł w 2016 roku.

– Z punktu widzenia funkcjonowania i konkurowania na rynkach zagranicznych ważne są dwa elementy: pierwszy to globalne tendencje, np. wojny handlowe czy spowolnienie koniunktury – wyjaśnia członek zarządu PFR TFI. – To są elementy, które wpływają na ogólny obraz gospodarczy. Natomiast z drugiej strony na każdym lokalnym rynku występuje specyficzna konstelacja konkurencji, podmiotów, z którymi polski przedsiębiorca konkuruje. Z tym musi sobie radzić i wynajdywać sposoby, żeby być lepszym od rywali i radzić sobie z wyzwaniami, które spotyka na tym lokalnym rynku.

Polscy przedsiębiorcy udowadniają jednak, że potrafią sobie w takiej sytuacji skutecznie radzić. Drugim pod względem wartości odbioru polskiego eksportu krajem są Czechy, które cyklicznie starają się zrazić swoich obywateli do polskiej żywności, a czwartym Francja, również mająca zapędy protekcjonistyczne. W ubiegłym roku wartość eksportu polskich firm do obu tych krajów wzrosła odpowiednio o 5,7 proc. oraz 5,3 proc., licząc w euro. Spośród pierwszej dziesiątki największych kontrahentów najmocniej poszła w górę sprzedaż do toczących wojnę handlową Stanów Zjednoczonych – aż o 18,8 proc., licząc w dolarach amerykańskich. Ze względu na różnice kursowe w złotych dynamika wyniosła 12 proc.

– Jeżeli chodzi o pewne elementy protekcjonistyczne, należy wskazać z jednej strony na zagrożenie wojen celnych, z drugiej blokowanie dostępu przez wszelkiego rodzaju certyfikaty czy pozwolenia. Tu w grę wchodzi też patriotyzm lokalny czy gospodarczy – wylicza Piotr Kuba. – Te wszystkie elementy powodują, że polskim przedsiębiorcom jest trudniej konkurować. Mnożące się bariery powodują, że działalność na rynkach zagranicznych jest trudniejsza. Natomiast jestem optymistą. Polskie przedsiębiorstwa potrafią produkować produkty o rozsądnej jakości i w atrakcyjnej cenie, więc ten element będzie zwyciężał, nawet w trudnych warunkach.

Liczba kart kredytowych będzie rosła. Citi Handlowy chce je wydawać w mniej niż pół godziny dzięki biometrii i analizie danych

Liczba kart kredytowych będzie rosła. Citi Handlowy chce je wydawać w mniej niż pół godziny dzięki biometrii i analizie danych 2

Citi Handlowy w ciągu następnych trzech lat pokaże, jak wygląda drugie życie karty kredytowej i dlaczego jest ona atrakcyjna dla klientów – zapowiada prezes banku Sławomir S. Sikora. Jak ocenia, mimo spadku liczby kart w obiegu w ostatnich kilku latach, obecnie jest to jeden z najbardziej perspektywicznych produktów. Citi Handlowy chce wykorzystać m.in. biometrię i analizę danych, aby móc zaoferować ją nowym klientom w maksymalnie pół godziny. Prezes banku ocenia również, że pierwszy kwartał tego roku okazał się dobrym początkiem do realizacji nowej strategii skupionej na cyfrowej transformacji i technologiach.

– W nowej strategii podkreśliliśmy trzy filary. Pierwszym jest digitalizacja banku. W segmencie bankowości instytucjonalnej prawie 100 proc. z 7 mln transakcji zostało przeprowadzonych drogą elektroniczną. Natomiast w segmencie klientów indywidualnych mamy ponad 70-proc. wzrost sprzedaży pożyczek drogą online – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Sławomir S. Sikora, prezes zarządu Citi Handlowy.

Zgodnie z nową strategią rozwoju do 2021 roku Citi Handlowy zamierza zwiększyć liczbę klientów detalicznych o 50 proc. i udzielić im 2 mld zł nowych kredytów. Bank skupia się w niej przede wszystkim na poprawie doświadczeń klientów oraz cyfrowej transformacji, bazującej na nowych technologiach takich jak biometria, sztuczna inteligencja i uczenie maszynowe. To z tymi rozwiązaniami będzie związany rozwój nowych kart kredytowych.

Naszym rozwiązaniem będzie karta kredytowa, której oferowanie dla nowego klienta mamy nadzieję zmieścić w pół godziny. Dziś jest to proces znacznie dłuższy. Dzięki wykorzystaniu biometrii, analizy danych i tzw. silnika kredytowego będziemy w stanie skroić ofertę na miarę nowego klienta w czasie nie dłuższym niż pół godziny – mówi Sławomir S. Sikora.

Citi Handlowy ma w Polsce blisko 700 tys. klientów korzystających z kart płatniczych i kredytowych. Prezes banku ocenia, że mimo spadku liczby kart kredytowych w obiegu w ostatnich 6–7 latach jest to jeden z najbardziej perspektywicznych produktów.

Zgadzam się z tymi, którzy mówią, że ona zniknie fizycznie. Może nie tak szybko, ale w końcu plastik przestanie być popularny. Natomiast liczba klientów kart kredytowych – mówiąc o funkcjonalności – wzrośnie. Citi Handlowy będzie tym bankiem, który w ciągu następnych 3 lat pokaże, jak wygląda drugie życie karty kredytowej i dlaczego jest ona atrakcyjna dla klientów – zapowiada Sławomir S. Sikora.

W nadchodzącym kwartale bank zapowiada też wprowadzenie dalszych nowości w ofercie dla firm.

W obszarze firm będą dwie grupy produktowe. Pierwsza to nowoczesny system rozliczania – tu przyszłością będą nie pojedyncze produkty, ale kompleksowe rozwiązania. Przykładowo, dla firmy, która rozwozi jedzenie, kwestia bieżącego rozliczania się jest kluczowa. Chcielibyśmy, żeby dla takich firm i ich pracowników rozliczenia były szybkie, łatwe i bezpieczne. Innym produktem, który będzie się rozwijał, będzie finansowanie dużych przedsięwzięć – zarówno budowania nowych fabryk, jak i fuzji i przejęć – mówi Sławomir S. Sikora.

Zapowiada, że w segmencie małych i średnich firm dostępne będą rozwiązania czerpiące z obsługi największych globalnych koncernów. Pozwoli to wspierać polskie przedsiębiorstwa w ich ekspansji zagranicznej (dzięki sieci Citi dostępnej w 100 krajach), a także zagraniczne firmy, które dopiero wchodzą na krajowy rynek.

Prezes Citi Handlowy podkreśla, że pierwszy kwartał br. okazał się dobrym początkiem do realizacji nowej, 3-letniej strategii. Bank odnotował w I kwartale br. skonsolidowany zysk netto w wysokości 59,5 mln zł, co oznacza prawie 60-proc. spadek względem poprzedniego. To przede wszystkim efekt wyższej składki na fundusz restrukturyzacji Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. Dodatkowa opłata regulacyjna wyniosła 95 mln zł, co oznacza blisko dwukrotny wzrost w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku.

– Pierwszy kwartał przyniósł nam wynik, który oceniamy jako bardzo przyzwoity w porównaniu z poprzednim. Pomijając jednorazowe zdarzenie, w postaci gwałtownego wzrostu opłat na Bankowy Fundusz Gwarancyjny, zysk kształtował się na poziomie 155 mln zł, zbliżonym do ostatnich dwóch kwartałów. Jednakże raportowany wynik ze względu na ponad 80-proc. wzrost opłaty na fundusz restrukturyzacyjny ostatecznie wyniósł 59 mln zł. Cieszy nas duża dynamika biznesu, zarówno w segmencie klientów indywidualnych, jak i instytucjonalnych – mówi prezes zarządu Citi Handlowy.

W tym samym czasie przychody banku osiągnęły poziom 537,1 mln zł (spadek o 30,4 mln, czyli 5,4 proc. w ujęciu kwartalnym). Portfel kredytów był o 11 proc. wyższy niż przed rokiem, z kolei depozyty indywidualne na koniec marca urosły o 15 proc., a instytucjonalne – o 13 proc.

Media społecznościowe zmieniają branżę PR. Wyzwaniem jest walka z fake newsami i hejtem

Media społecznościowe zmieniają branżę PR. Wyzwaniem jest walka z fake newsami i hejtem 3

Prawie trzy czwarte Polaków uważa media społecznościowe za swoje codzienne źródło informacji. Zdaniem co trzeciego jest to najlepszy kanał komunikacji z markami. To z tego powodu marketing w social mediach zyskuje na znaczeniu. Dobra reakcja firmy na wiadomości klientów sprawia, że są oni skłonni ponownie skorzystać z jej usług czy produktów i polecić je innym. Marki wspierają się pozyskanymi tam informacjami przy planowaniu zmian. Ogromny zasięg mediów społecznościowych może też oznaczać wyzwania. Wśród nich są m.in. walka z hejtem oraz zalewem fake newsów.

– Social media zmieniają znacząco branżę PR w zasadzie od samego początku. To nowa forma komunikowania się nie tylko firmy z klientem, lecz także klienta z firmą. To jest bardzo dobra zmiana, bo klient dostał możliwość komunikowania się z marką i nie jest to tylko jednokierunkowy przekaz. Ta dwukierunkowość z mojej perspektywy jest bardzo wartościowa – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Olaf Krynicki, rzecznik prasowy firmy Samsung.

Marketing w mediach społecznościowych jest uważany za najbardziej wpływowy od momentu pojawienia się telewizji. Wskazują na to liczby. Jak podaje IAB, telewizja potrzebowała 67 lat, by zbudować globalny zasięg, a Instagram w ciągu 5 lat zgromadził 400-milionową społeczność ludzi na całym świecie. Media społecznościowe dają markom nieograniczone możliwości w dotarciu do potencjalnego klienta.

– Marki zyskały wiedzę o tym, co klienci o nich wiedzą i myślą, jak odbierają ich produkty. Zaczęły walkę z konkurencją na zupełnie innym polu – nie tylko na to, jaki jestem fajny, co mogę zaproponować, lecz także pod kątem jakości komunikacji, tego, co i jak mówimy, w jaki sposób się komunikujemy – ocenia Olaf Krynicki w rozmowie przeprowadzonej podczas Kongresu Profesjonalistów PR w Rzeszowie.

Lista korzyści z obecności w social mediach jest długa, przede wszystkim ze względu na możliwe zyski dla firmy. Harvard Business Review podaje, że osoby, które uzyskały odpowiedź na pytanie w mediach społecznościowych, z dużym prawdopodobieństwem zostają klientami danej firmy. Dodatkowo są w stanie wydać więcej pieniędzy i polecają ją innym. Według Sprout Social szybka odpowiedź na pytanie klienta w social media skłania do zakupu blisko połowę konsumentów.

– Możemy dużo więcej powiedzieć, możemy być o wiele bardziej atrakcyjni i mówić do tych, którzy naprawdę są zainteresowani tym, co chcemy powiedzieć. Możemy też starać się być atrakcyjni, żeby przyciągnąć inną grupę odbiorców, którzy nie są nas do końca pewni – podkreśla rzecznik prasowy Samsunga.

Dla marek równie ważny jest negatywny feedback, czyli informacja o tym, co można poprawić i nad czym pracować.

– Z drugiej strony są też negatywy takich sytuacji, to się zaczyna rozchodzić bardzo szybko i trudno mieć nad tym jakąkolwiek kontrolę, więc czas reakcji jest bardzo ważny. Jeżeli mamy dobre medium i ludzi, którzy nas słuchają, to szybko jesteśmy w stanie zareagować – mówi Olaf Krynicki.

Szybkie rozprzestrzenianie się negatywnych opinii jest jednym z wyzwań dla obecnych w mediach społecznościowych firm. Tym bardziej że wśród takich komentarzy zdarzają się również fake newsy, czyli nieprawdziwe informacje. Dodatkowym utrudnieniem jest aktywność internetowych trolli, którzy hejtują głównie po to, by sprowokować i skupić na sobie uwagę innych.

– Borykamy się z problemem hejtu, który jest kompletnie niekontrolowany. W internecie jest mnóstwo trolli, bardzo niebezpiecznych, ekspansywnych, przez co ta komunikacja czasami potrafi być zaburzona – podkreśla Olaf Krynicki. – Myślę, że kolejne lata będą zdominowane staraniami, by pozbyć się fake newsów, kłamliwych informacji. Fake newsy idą zdecydowanie za daleko, prowadzą do szeregu innych zdarzeń, niejednokrotnie tragicznych, dlatego ta walka jest szalenie istotna i wszyscy musimy się starać szukać rozwiązań systemowych.

Dobre perspektywy dla rynku mieszkaniowego. W kolejnych miesiącach sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie, ale wzrost cen wyhamuje

Dobre perspektywy dla rynku mieszkaniowego. W kolejnych miesiącach sprzedaż utrzyma się na stabilnym poziomie, ale wzrost cen wyhamuje 4

Polski rynek mieszkaniowy stymuluje deficyt, który sięga nawet 3 mln lokali – ocenia Łukasz Borkowski z firmy Atal. Sprzedaż utrzyma się w tym roku na stabilnym poziomie, spowolnić powinna za to dynamika wzrostu cen, która w ostatnich latach była rekordowa. Wzrosty cen sięgną maksymalnie 100–200 zł/kw. Nie należy się spodziewać spadków z względu na wysokie ceny zakupu gruntów, koszty wykonawstwa i materiałów budowlanych.

– Ten rok będzie bardzo dobry dla rynku mieszkaniowego, podobnie jak poprzedni. Koniunktura na rynku jest niezmienna. Trzeba pamiętać, że rynek mieszkaniowy w Polsce nie porusza się od hossy do bessy, jest stymulowany raczej utrzymującym się brakiem mieszkań. Dlatego liczymy, że sprzedaż pozostanie na stabilnym, wysokim poziomie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Łukasz Borkowski, PR manager w Atal SA.

Jak podkreśla, deficyt mieszkań w Polsce szacowany jest nawet na 3 mln lokali.

– Głód nowych mieszkań jest bardzo duży, więc lokale nadal będą znajdowały swoich nabywców. Zwłaszcza że rynek jest dodatkowo stymulowany przez zakupy inwestycyjne mieszkań pod wynajem, jak również coraz większą liczbę cudzoziemców, którzy osiedlają się w Polsce – mówi Łukasz Borkowski.

Jak ocenia, wbrew opinii części ekspertów na rynku nie widać na razie żadnych symptomów spowolnienia i w perspektywie najbliższych 5 lat powinna utrzymywać się stabilna sytuacja. Wyjątkiem są ceny lokali, które rosną obecnie najszybciej od 2007 roku i jest tego kilka powodów: dobra sytuacja gospodarcza i wzrost wynagrodzeń Polaków, hossa na rynku mieszkaniowym, niskie stopy procentowe, rosnące koszty pracy i materiałów budowlanych. Jednak, jak ocenia Borkowski, po dużych wzrostach na przestrzeni ostatnich kilku lat w 2019 roku dynamika powinna spowolnić.

– Największy wzrost cen mamy już za sobą, w związku z tym możliwe są pewne korekty wzwyż o 100–200 zł na 1 mkw. Nie są to już takie podwyżki, z jakimi mieliśmy do czynienia na przestrzeni ostatnich lat – mówi Łukasz Borkowski. – Średnie ceny mieszkań w Warszawie oscylują wokół 7,5–8 tys. zł za mkw. Przewidujemy, że one będą poruszały się w trendzie wzrostowym, ale pozostaną dość stabilne. Na większą korektę cen mieszkań nie wskazują na razie ani kwoty zakupu gruntów, ani ceny wykonawstwa i materiałów budowlanych.

Według danych GUS w ostatnim kwartale 2018 roku ceny mieszkań wzrosły o 7,7 proc. w stosunku do analogicznego okresu rok wcześniej (o 6,3 proc. na rynku pierwotnym i o 8,7 proc. na rynku wtórnym). W ujęciu kwartalnym wzrost wyniósł natomiast 2,4 proc. Z kolei sprzedaż mieszkań na sześciu największych rynkach regionalnych – według danych JLL Reas – spadła w ubiegłym roku o 11 proc. Łączna wartość transakcji nabycia mieszkań była zaś niższa o 4 proc. Nie oznacza to jednak spowolnienia ani słabszego roku, bo liczba mieszkań wprowadzonych do oferty i sprzedaż w sztukach były wyższe niż w 2016 roku i drugie najlepsze w historii po rekordowym 2017 roku.

W ubiegłym roku Atal zakontraktował w sumie 2 420 lokali. Najwięcej umów deweloperskich podpisano we Wrocławiu, Łodzi i Warszawie. Spółka zakłada, że w 2019 roku sprzedaż pozostanie na wysokim poziomie – analogicznym do wyniku z 2018 roku.

Atal skupia się na dywersyfikacji biznesu, stąd obecność we wszystkich największych aglomeracjach w Polsce, co uniezależnia go od koniunktury panującej na rynkach regionalnych. Rosnąca liczba wydań sprawia też, że deweloper notuje historycznie najwyższe przychody i zysk netto, a w nadchodzących latach nie zamierza zwalniać tempa – w 2018 roku spółka wydała na zakup gruntów pod nowe inwestycje rekordową jak dotąd kwotę 232,2 mln zł.

Produkty superfood wciąż niszą na rynku. Ich sprzedaż może wzrosnąć dzięki edukacji konsumentów i przystępnym cenom

Produkty superfood wciąż niszą na rynku. Ich sprzedaż może wzrosnąć dzięki edukacji konsumentów i przystępnym cenom 5

Choć produkty typu superfood są coraz bardziej widoczne na półkach polskich sklepów, wciąż stanowią rynkową niszę. Z badań firmy Purella Superfoods wynika, że większość konsumentów omija ekosklepy i półki ze zdrową żywnością, bo nie wie, jak i do czego używać tego typu produktów. Obawia się ich smaku, a dodatkowym elementem odstraszającym jest wysoka cena jednostkowych opakowań. Prezes firmy Michał Czerwiński podkreśla, że sprzedaż superfoods można zwiększać dzięki edukacji konsumentów i niższym cenom.

– Superfoody na świecie rozwijają się w tej chwili w tempie około 20 proc. rocznie, a ich całkowitą wartość na świecie szacuje się na 250 mld dol. Jest to gigantyczny rynek, który bardzo szybko rośnie, a największe rynki to Stany Zjednoczone, Niemcy i Chiny – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Czerwiński, prezes zarządu Purella Superfoods.

W Polsce sytuacja na tym rynku nie jest tak dobra jak u zachodnich sąsiadów.

– Rynek superfoodów w Polsce jest trochę taki jak rynek smoothies w Wielkiej Brytanii. To jest bardzo ciekawa kategoria, ludzie, którzy zajmują się zdrowym żywieniem, kochają smoothie, natomiast ten segment w Wielkiej Brytanii się rozwijał, ale nigdy się nie rozwinął. Jako producenci superfoodów w Polsce zrobiliśmy bardzo wiele, żeby one się rozwinęły, natomiast nigdy nie przemyśleliśmy, jakie one mają ograniczenia w rozwoju – mówi Michał Czerwiński.

Z przeprowadzonych w ubiegłym roku badań firmy wynika, że podstawową barierą jest wysoka cena tych produktów. Tym bardziej że konsumenci nie do końca znają ich właściwości i prozdrowotne zalety.

– Polacy jeszcze boją się półek zdrowej żywności, nie chcą tam wchodzić, ponieważ tam jest albo bardzo drogo, albo nie wiedzą, co tam jest ­– wyjaśnia prezes Purella Superfoods.

Tłumaczy, że choć konsumenci oswoili się już z jagodami goji lub acai czy nasionami chia, to wciąż mają problem z zastosowaniem baobabu, camu camu czy moringi, a już na pewno nie kupią na próbę produktu w dużym opakowaniu, którego cena sięga kilkudziesięciu złotych.

– One rzeczywiście są kierowane do bardzo wyedukowanych klientów, których tak naprawdę w Polsce jest mało –  podkreśla Michał Czerwiński.

Dodaje jednak, że na krajowym rynku jest potencjał do sprzedaży tego typu produktów, ale pod pewnymi warunkami.

– Polacy są otwarci na nowości, jeżeli dobrze się ich przeprowadzi przez te nowości. Konsumenci są też otwarci na produkty funkcjonalne. Polska jest jednym z największych w Europie rynków suplementów diety – mniej istotne jest, co to jest za produkt, ale bardzo istotne jest, jaką on ma funkcję. Więc jeżeli superfoods będą dobrze komunikowane i podane, to zdecydowanie możemy powiedzieć, że Polacy są otwarci na tego typu nowości – mówi Czerwiński.

Firma zamierza zmienić strategię sprzedażową. Już od tego kwartału będzie wprowadzać do sklepów asortyment w mniejszych gramaturach i niższej cenie jednostkowej. Mają one trafiać nie tylko na regały ze zdrową żywnością, na które wielu konsumentów w ogóle nie zagląda, lecz także na półki z dodatkami do potraw, tak by konsumenci zaczęli traktować superfoody jak niezbędne nośniki wartości odżywczych, podobnie jak traktują przyprawy jako nośniki smaku.

Większość opakowań nowej linii dostępna będzie w opakowaniach zawierających po 21–45 g produktu, a ich cena jednostkowa zaczynać się będzie od niespełna 3 zł, a kończyć na 7 zł za sztukę. Tylko popularniejsze produkty, takie jak sól himalajska czy mąka kokosowa dostępne będą w porcjach 100-gramowych, a nawet 200-gramowych. Linia będzie sukcesywnie rozbudowywana, zarówno o całkowicie nowe produkty, pozycje już obecne w portfolio Purelli, jak i mieszanki.

– Masowy odbiorca, który chciałby dodać troszkę zdrowia do swojej diety, nie wie, w jaki sposób tych produktów używać, stąd też nasza kampania, która ruszy jesienią. Będziemy uczyli Polaków gotować z superfoodami, będziemy mówili, jakich produktów używać, jak je łączyć ze sobą w prosty sposób – zapowiada Michał Czerwiński. – Nie chcemy żadnej rewolucji w polskiej diecie, Polacy są bardzo tradycyjni, jeżeli chodzi o kuchnię i dietę, i my to bardzo szanujemy. Natomiast z drugiej strony chcą odżywiać się zdrowo, więc nasza strategia dodania łyżeczki wartości odżywczych na co dzień, to jest właśnie odpowiedź na te oczekiwania.

Sztuczna inteligencja rozpozna nawet najmniejsze zmiany w mózgu. Przyspieszy diagnozę i wyeliminuje ryzyko błędu w tomografii komputerowej

Sztuczna inteligencja rozpozna nawet najmniejsze zmiany w mózgu. Przyspieszy diagnozę i wyeliminuje ryzyko błędu w tomografii komputerowej 6

W Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln, a w Europie 13 mln tomografii komputerowych głowy rocznie. Nawet co dziesiąta interpretacja obrazu jest błędna – ludzkie oko nie jest w stanie wykryć wszystkich zmian. Dzięki sztucznej inteligencji diagnozę można znacznie przyspieszyć. Maszyna wychwyci szczegóły niewidoczne dla ludzkiego oka i zasugeruje klasyfikację badania mózgu. Jednocześnie czas interpretacji badania może być nawet o 1/3 krótszy.

– Celem projektu BrainScan jest stworzenie systemu wspomagającego interpretację obrazów tomografii komputerowej głowy. Bazujemy na funkcjach uczenia maszynowego. Naszym celem jest skrócenie czasu interpretacji badań tomografii komputerowej głowy i zwiększenie precyzji tej interpretacji – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Robert Kitłowski, prezes i współzałożyciel spółki BrainScan.

Sztuczna inteligencja, system komputerowy mający naśladować ludzką inteligencję, zyskuje coraz większe zainteresowanie i jest włączana do wielu dziedzin, w tym medycyny. Poprawia dokładność diagnozy i jakości opieki nad pacjentem. Jest już niemal niezbędna zwłaszcza tam, gdzie ze względu na ogromną liczbę danych i konieczność szybkiego podjęcia decyzji, człowiek bywa zawodny. Wykorzystanie uczenia maszynowego zaś sprawia, że nowa technologia sama zdiagnozuje obraz i podpowie rozwiązanie.

Rozwiązanie proponowane przez polski start-up eliminuje problem błędnych interpretacji i rosnących kolejek do medycznej interpretacji tomografii. Oprogramowanie wykorzystuje uczenie maszynowe do analizy obrazów tomografii komputerowej głowy w celu wykrywania i oceny zmian w mózgu

– Bazujemy na trójwymiarowych sieciach neuronowych. To konwolucyjne sieci, jest to głębokie uczenie, najwyższy poziom technologii światowej. Bazujemy na najnowszych osiągnięciach w tej dziedzinie – przekonuje Robert Kitłowski.

BrainScan automatycznie wyszukuje podobne skany tomografii komputerowej lub rezonansu magnetycznego w dużych zestawach danych. Wyszukuje przypadki medyczne podobne do danego skanowania lub obszaru zainteresowania. Lekarze mogą łatwo znaleźć historyczne przypadki i badania, które wykazały podobne zmiany lub nieprawidłowe zmiany w porównaniu z badanymi pacjentami, co może być niezwykle przydatne w procesie diagnozy. Lekarz może też załadować skany do systemu i wybrać obszar zainteresowania zmiany.

System przeszukuje całe archiwum skanów w poszukiwaniu podobnych zdarzeń. W ciągu kilku sekund pobrane skany są przedstawiane lekarzowi wraz z lokalizacją zmian podobnych do danego przypadku, pokazuje też szczegóły dotyczące diagnozy, leczenia i wyników. Projekt bazuje na najbardziej wydajnych technikach głębokiego uczenia maszynowego, w tym trójwymiarowych sieci neuronowych. Zapewniają one dużą dokładność w podsumowywaniu treści 3D i szybkie porównywanie próbek danych. Są również wydajnymi obliczeniowo metodami szybkiego przetwarzania dużych zbiorów danych.

– Docelowo chcemy skrócić czas interpretacji badania co najmniej o 1/3. Uczenie maszynowe jest też w stanie interpretować obrazy z precyzją co najmniej taką, jak doświadczony radiolog – wskazuje współzałożyciel BrainScan.

Z danych BrainScan wynika, że obecnie na jednego pacjenta przypada ok. 70 zdjęć tomografii komputerowej. To zaś zwiększa ryzyko popełnienia pomyłki przez lekarza. Szacuje się, że ok. 9 proc. diagnoz tomografii jest błędnych, właśnie ze względu na przeciążenie pracą, ale i niekiedy niewielkie zmiany, niewidoczne ludzkim okiem. BrainScan automatycznie oznacza dany obraz jako normalny, lub ze zmianami patologicznymi, m.in. guzem, krwawieniem, zwapnieniem, udarem niedokrwiennym. Rozpoznaje także zmiany po udarze.

– W Stanach Zjednoczonych wykonuje się 23 mln badań tomografii komputerowej głowy rocznie, w Europie jest to 13 mln badań. W skali tych dwóch rynków zapotrzebowanie jest ogromne. Jesteśmy w stanie poczynić ogromne oszczędności czasowe i finansowe wśród wszystkich podmiotów, które wykonują tego typu badania – przekonuje Robert Kitłowski.

Start-up niedawno otrzymał milion dolarów finansowania na badania i rozwój od Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Finansowanie ma umożliwić dalszy rozwój najnowocześniejszego silnika analitycznego do obrazowania 3D.

Blockchain zrewolucjonizuje energetykę. Pozwoli na obniżenie kosztów dostarczania energii, zarządzanie nią w warunkach domowych i odsprzedaż jej nadmiaru

Blockchain zrewolucjonizuje energetykę. Pozwoli na obniżenie kosztów dostarczania energii, zarządzanie nią w warunkach domowych i odsprzedaż jej nadmiaru 7

Najnowsze technologie pomagają zarządzać energią elektryczną. Blockchain pozwala już na błyskawiczne transakcje na rynku energetycznym bez żadnych pośredników, co znacznie obniża koszty dostarczenia energii. Technologia umożliwi także prowadzenie  i zarządzanie domową elektrownią – produkowanie energii ze źródeł odnawialnych, jej magazynowanie i odsprzedaż, gdy energii będzie zbyt dużo. Sztuczna inteligencja z kolei pomoże zarządzać sieciami energetycznymi w skali całego miasta czy kraju.

– Blockchain jest tą technologią, która w niedalekiej przyszłości pomoże nam efektywnie zarządzać konsumpcją energii. Dzisiaj mamy bardzo duży problem w zarządzaniu profilami energetycznymi odbiorców końcowych. Odbiorcy nie do końca wiedzą w ogóle, jak konsumują energię. Największym problemem jest zrozumienie procesu. Jeżeli zrozumiemy proces, to łatwo będzie nim zarządzać, optymalizować, oszczędzać – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Artur Pollak, prezes zarządu APA Group.

Technologia blockchain ułatwi pozyskanie prądu z sieci rozproszonych dostawców. Pierwsze wdrożenia łańcucha bloków w europejskiej energetyce są już za nami. Niemiecki operator sieci energetycznej E.ON oraz włoski Enel jako pierwsze przeprowadziły na europejskim rynku energetycznym transakcje blockchainowe, które wykonywane są w czasie rzeczywistym i nie wykorzystują pomocy pośredników. Dzięki temu udało się zredukować koszty dystrybucyjne dla klienta końcowego, zaś sama energia w tym modelu dystrybucji jest dostarczana od producenta do klienta za pośrednictwem transakcji peer-to-peer.

– Blockchain być może wspomoże nas w procesach wytwórczych, jeżeli chodzi o energię elektryczną, być może każdy z nas będzie mógł być producentem energii. Na balkonie postawimy sobie panele fotowoltaiczne albo wiatrak, będziemy produkować energię, sami ją będziemy konsumować, część będziemy sprzedawać. Będziemy mogli tym zarządzać – twierdzi ekspert.

Blockchain pozwoli zredukować koszty energii także po stronie klienta końcowego. Inżynierowie Boscha wykorzystali tę technologię w projekcie inteligentnej lodówki, która dzięki podłączeniu do internetu pozwoli w pełni zarządzać procesem zużycia prądu w ramach oferty od austriackiego dystrybutora Wien Energie. Po sparowaniu z aplikacją mobilną, klient będzie mógł zadecydować, z jakiego źródła pochodzi energia, która jest dostarczana do jego domu. Oprogramowanie pozwoli także w czasie rzeczywistym śledzić zużycie prądu, kontrolować temperaturę wewnątrz lodówki oraz monitorować jej stan techniczny.

Aby rozwiązać problem nieefektywnej dystrybucji energii, należy jednak sięgnąć po rozwiązania funkcjonujące w skali globalnej, usprawniając procesy magazynowania i pozyskiwania prądu. Projekt iDistributedPV, powołany do życia w ramach unijnego Programu Ramowego Unii Europejskiej Horyzont 2020, ma upowszechnić systemy pozyskiwania prądu ze źródeł odnawialnych oraz przystosować sieci do współpracy z rozproszonymi systemami wytwarzania energii takimi jak panele fotowoltaiczne umieszczone na prywatnych posesjach.

W przyszłości projekt decentralizacji sieci energetycznych może pójść jeszcze dalej. Firma Moixa postanowiła powołać do życia eksperymentalną elektrownie wirtualną. Będzie ona przetwarzać i magazynować prąd za pośrednictwem m.in. paneli fotowoltaicznych, systemów szybkiego ładowania pojazdów elektrycznych, magazynów energii czy systemów ciepłowniczych. Integralnym elementem systemu będzie platforma GridShare, która wykorzysta moc obliczeniową sztucznej inteligencji do efektywnego zarządzania wydajnością energetyczną całej sieci.

– Już spotyka się obiekty zeroenergetyczne, czyli takie obiekty, gdzie wytwórstwo z konsumpcją się bilansują. Czyli nie dokupujemy energii na rynku, tylko wytwarzamy ją. Powstają np. dachy zeroenergetyczne w budownictwie pasywnym. Przyszłość już powoli do nas wkracza. Polska jest bardzo nowoczesnym krajem, nowinki technologiczne bardzo szybko adaptują się do potrzeb. Energetyka odnawialna do tej pory nie miała zbyt dobrej prasy, ale w tej chwili wiatraki, panele fotowoltaiczne to jest to, co rozwiąże prawdopodobnie w najbliższej przyszłości niedobory energetyczne, które w tej chwili mamy – przewiduje Artur Pollak.

Według analityków z firmy MarketsandMarkets wartość globalnego rynku inteligentnych systemów energetycznych w 2018 roku wyniosła niemal 24 mld dol. Przewiduje się, że do 2023 roku wzrośnie ona do przeszło 61 mld dol. przy średniorocznym tempie wzrostu na poziomie 21 proc.

Małe i średnie firmy liczą na sezonowy wzrost sprzedaży, ale sen z powiek spędza im brak pracowników

40 proc. firm z sektora MŚP prognozuje wzrost sprzedaży swoich produktów i usług w II kwartale 2019 roku – wynika z Barometru EFL. Jest to jeden z trzech najwyższych wyników w historii badania (od początku 2015 roku). W opinii ponad połowy przedsiębiorców na lepszą kondycję ich firm wpłynie sezonowy wzrost sprzedaży (55 proc.), a zdaniem co trzeciego wprowadzenie na rynek nowego produktu lub usługi (36 proc.). Z drugiej strony, tylko niecałe 15 proc. zapytanych liczy się ze spadkiem zamówień kw./kw. Winna temu jest sytuacja na polskim rynku pracy. Aż 6 na 10 podmiotów zgłasza problemy ze znalezieniem pracowników, a ponad połowa obawia się rosnących oczekiwań płacowych.

– Wysoki odsetek przedsiębiorców spodziewających się wzrostu sprzedaży zdecydował o wzroście poziomu głównego indeksu Barometru EFL w II kwartale. Sprzedażowych optymistów jest niemal dwa razy więcej niż w I kwartale br. (23 proc.), ale jeszcze o 4,2 pkt. proc. mniej niż w rekordowym II kwartale 2018 roku. Optymizm w kontekście sprzedaży deklarują wszystkie firmy z sektora MŚP, przy czym największy wykazują firmy średnie. Blisko 50 proc. z nich przewiduje wzrost sprzedaży. Nie jest jednak aż tak kolorowo, bo sen z powiek przedsiębiorców spędza nasz rynek pracy. Już od kilku kwartałów jak mantra powtarzają, że najpoważniejszym czynnikiem, który może zahamować ich rozwój, jest mała dostępność pracowników. Dlatego obok korzystania z już coraz mniejszej puli bezrobotnych, zatrudniania pracowników z Ukrainy, warto sięgać po jeszcze dwa „lekarstwa”. Pierwszym jest automatyzacja pracy, której celem nie jest odebranie zatrudnienia Polakom, lecz zadziałanie tam, gdzie ich brakuje. Drugim jest sięganie po seniorów, którzy coraz chętniej chcą aktywnie spędzać czas swojej emerytury – mówi Radosław Kuczyński, Prezes EFL.

Po pierwsze, gorący sezon dla mikro firm i HoReCa

Szukając możliwych czynników, które wpłyną na poprawę sytuacji przedsiębiorstw, najczęściej mikro, mali i średni przedsiębiorcy w pierwszej kolejności wskazywali na sezonowy wzrost sprzedaży. Tak uważa 54,5 proc. zapytanych. Co ciekawe, to najmniejsze firmy najbardziej liczą na ten czynnik wzrostu ich biznesu – aż 2 na 3 mikro firmy udzieliły takiej odpowiedzi (68 proc.). W przypadku małych ten odsetek wynosi 59 proc., a zatrudniających od 50 do 249 pracowników – niecałe 54 proc. Na tle sześciu badanych branż gorącego sezonu najbardziej oczekują hotelarze i restauratorzy (74 proc. wskazań), budownictwo (67 proc.) oraz handel (63 proc.).

Po drugie, handel przyciągnie klientów nową ofertą

W rozkręceniu biznesu w II kwartale br. w opinii 36 proc. przedstawicieli sektora MŚP pomoże wprowadzenie nowego produktu lub usługi. I tutaj, odwrotnie niż w przypadku sezonowej dynamiki sprzedaży, na ten czynnik najbardziej liczą średnie firmy (43 proc. wskazań), następnie małe (40 proc.) i mikro (39 proc.). Optymizm związany z uruchomieniem nowego produktu dotyczy w największym stopniu firm handlowych (51 proc.), produkcyjnej (45 proc.) oraz transportowej (39 proc.).

Po trzecie, bez obcokrajowców MŚP daleko nie pojedzie

W związku z ograniczoną dostępnością polskich pracowników, 1 na 4 przedsiębiorców liczy na wsparcie ze strony zagranicznej kadry. W szczególności dotyczy to małych firm, wśród których taką odpowiedź udzieliło 36 proc. zapytanych. W przypadku średnich firm ten odsetek wyniósł 30 proc., a w przypadku mikro – 19 proc. Możliwość zatrudnienia pracowników z zagranicy najbardziej może wpłynąć na kondycję branży budowlanej oraz produkcyjnej (odpowiednie 40 proc. i 36 proc.).

Trudności w skompletowaniu kadry

Wśród czynników mogących wpłynąć negatywnie na sytuację przedsiębiorstwa w I kwartale 2019 roku, zapytani w pierwszej kolejności wskazali na trudności w znalezieniu pracowników (61 proc.) oraz rosnące oczekiwania płacowe (52 proc.). Te problemy wskazywane są przez firmy ze wszystkich trzech segmentów (mikro, małe, średnie) jako najważniejsza przyczyna potencjalnego pogorszenia się sytuacji. Podobnie sytuacja wygląda w przypadku branż – każda boryka się z brakiem rąk do pracy. Najbardziej dotyczy ten czynnik budownictwa i produkcji (po 75 proc.) oraz HoReCa (74 proc.).

Auxilia S.A. kontynuuje realizację transakcji z PHI Wierzytelności

Auxilia S.A., Spółka notowana na rynku NewConnect od stycznia 2016 r., działająca na rynku odszkodowawczym, przeprowadziła kolejną transakcję z PHI Wierzytelności S.A. o łącznej szacunkowej wartości w kwocie 1,00 mln zł. Oba podmioty zgodnie z podpisaną umową ramową współpracują już od ubiegłego roku.

Emitent w kwietniu br. podpisał z PHI Wierzytelności S.A. umowę cesji wierzytelności odszkodowawczych o całkowitej szacunkowej wartości sięgającej ok. 1,00 mln zł. Zawarcie tej umowy stanowi wykonanie założeń podpisanej w marcu tego roku pomiędzy spółkami umowy przedwstępnej. Aktywa stanowiące przedmiot powyższej umowy to wybrane wierzytelności przyszłe będące wynagrodzeniem Auxilia S.A. ze spraw odszkodowawczych pozyskanych w ramach prowadzonej działalności gospodarczej. Spółka przeprowadziła już kilka tego typu transakcji z PHI Wierzytelności S.A., co stanowi realizację postanowień umowy ramowej podpisanej pomiędzy podmiotami. Zarząd Auxilia S.A. uważa, że dokonywanie transakcji z PHI Wierzytelności wpłynie pozytywnie na wyniki finansowe Grupy Kapitałowej.

Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.
Kamila Barszczewska – Wiceprezes Zarządu AUXILIA S.A.

„Spółka bardzo dobrze ocenia dotychczasową współpracę z PHI Wierzytelności S.A. i zakłada jej kontynuację w dłuższej perspektywie czasowej. Zawarta w kwietniu umowa cesji wierzytelności jest już trzecią transakcją tego typu w 2019 r. Dalsze kontynuowanie współpracy w zakresie zawierania umów cesji wierzytelności niewątpliwie wpłynie pozytywnie na wynik finansowy zarówno samej Spółki, jak i Grupy Kapitałowej.” – omawia dotychczasową współpracę pomiędzy spółkami Kamila Barszczewska, V-ce Prezes Zarządu Spółki AUXILIA S.A. – „Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy powinny wynieść ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym.” – dodaje Kamila Barszczewska.

W marcu 2019 r. Zarząd Spółki przyjął politykę dywidendową, której głównym założeniem w zakresie rekomendowania WZA wypłaty dywidendy jest realizowanie przez Auxilia S.A. wypłat stosownie do wielkości wypracowanego zysku i możliwości finansowych. Zgodnie z przyjętą polityką, jeśli Spółka osiągnie wystarczające wyniki finansowe, to Zarząd będzie corocznie przedkładał WZA propozycję podziału zysku z uwzględnieniem przeznaczenia części lub całości zysku na wypłatę dywidendy. Przy zgłoszeniu propozycji Zarząd Auxilia S.A. będzie brał pod uwagę takie czynniki, do których można zaliczyć m.in. wynik netto, ogólną sytuację finansową i płynność Grupy Kapitałowej Emitenta, istniejące i przyszłe zobowiązania, ocenę perspektyw Grupy w określonych uwarunkowaniach rynkowych i makroekonomicznych, ewentualną konieczność wydatkowania środków w związku z rozwojem Grupy, czynniki o charakterze jednorazowym, a także obowiązujące przepisy prawa.

Emitent przeprowadził także aktualizację strategii rozwoju i będzie koncentrować się na aktywności w segmentach rynku, w których zidentyfikowano istnienie wysokowartościowych należności wymagających: innowacyjnego rozwiązania prawnego lub ekonomicznego, specjalistycznej wiedzy lub zapotrzebowania na kapitał przy opracowaniu strategii, metodologii działań czy też przy wdrożeniu dochodzenia należności. Strategia Grupy Kapitałowej Auxilia S.A. zakłada dalszy rozwój dotychczas prowadzonej działalności w kilku najważniejszych obszarach, do których można zaliczyć: obszar sprzedaży, obszar oferty produktowej, obszar finansów, obszar obsługi prawnej oraz obszar procesów wewnętrznych.

W całym 2018 r. Spółka wypracowała 1.380 tys. zł zysku netto na poziomie skonsolidowanym przy przychodach netto w wysokości 10.989 tys. zł wobec 8.711 tys. zł rok wcześniej. Emitent przeprowadził pod koniec 2018 r. emisję zabezpieczonych obligacji serii B, z której pozyskał 1,32 mln zł. Termin ich wykupu został wyznaczony na dzień 18.06.2020 r. Natomiast na początku stycznia 2019 r. Auxilia S.A. dokonała terminowego wykupu obligacji serii A o łącznej wartości nominalnej wynoszącej 2.773 tys. zł.

Spółka w grudniu 2018 r. podpisała z PHI Wierzytelności S.A. umowę ramową o współpracy, która określa ogólne zasady i warunki zawierania transakcji pomiędzy podmiotami w zakresie nabywania wierzytelności Spółki przez kontrahenta. Auxilia S.A. szacuje, że planowane przychody z tytułu realizacji postanowień tej umowy wyniosą ok. 9,24 mln zł w ujęciu rocznym, co powinno mieć pozytywny wpływ na jej przychody ze sprzedaży oraz wynik netto.

Podnoszenie kompetencji cyfrowych – już czas na działanie w tym zakresie

Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska
Beata Jarosz, prezes i współzałożycielka CodersTrust Polska

Rynek pracy na całym świecie przechodzi ogromne zmiany. Przyspieszające tempo cyfryzacji i digitalizacji, coraz większa rola sztucznej inteligencji, zastępowanie pracy ludzi przez maszyny – to wszystko powoduje, że pracownicy, ale również całe firmy, powinny dostosować się do zmieniającej się rzeczywistości. Widzę tutaj dużą rolę pracodawców, którzy jako organizacje mają większe możliwości, aby zapewnić swoim kadrom umiejętności niezbędne na dzisiejszym rynku pracy. Takie umiejętności można zyskać dzięki szytym na miarę programom reskillingu i upskillingu, wykorzystującym na przykład naukę programowania, dzięki którym pracownicy podnoszą swoje kompetencje cyfrowe. Pytanie, czy firmy zdają sobie sprawę z ciążącej na nich odpowiedzialności.

Częściową odpowiedź na to pytanie przynosi świeżo opublikowany raport firmy ManpowerGroup. Wynika z niego, że aż 90% organizacji w Polsce przewiduje podnoszenie kwalifikacji swoich pracowników w perspektywie do 2020 roku. Według autorów opracowania, wynika to z największego od 12 lat niedoboru talentów. Badane firmy są świadome, że znalezienie odpowiedniego kandydata może stanowić wyzwanie.

Dużą rolę reskillingu i upskillingu podkreśla również gigant branży doradztwa strategicznego – McKinsey – który szacuje, że do 2030 roku nawet 375 mln pracowników (14% globalnej siły roboczej) na całym świecie musi się przebranżowić i zdobyć nowe umiejętności, aby nie wypaść z rynku pracy. Niektóre firmy już dziś działają w tym kierunku, m.in. Starbucks, Google, GE czy Amazon, które tworzą obowiązkowe programy szkoleniowe z rozumienia podstaw języków programowania. Z kolei Francja przeznaczyła 15 miliardów euro na program mający wzmocnić kompetencje swoich obywateli.

Warto również zwrócić uwagę na jeszcze jedną statystykę z raportu ManpowerGroup. Jedna trzecia badanych firm uważa, że trudno jest szkolić pracowników w zakresie umiejętności technicznych. 36% pracodawców przyznaje, że jeszcze trudniejsze jest wyszkolenie w zakresie kompetencji miękkich, takich jak myślenie analityczne i komunikacja.

Z naszych obserwacji wynika, że firmy dotychczas inwestowały właśnie głównie w rozwój kompetencji miękkich. Ich poziom wśród pracowników – szczególnie w sektorze finansowym – jest już satysfakcjonujący. O wiele ważniejsze jest dziś szkolenie w zakresie kompetencji technicznych, rozumianych jako umiejętności cyfrowe, pozwalających na pracę przy nowych projektach, najczęściej związanych z nowoczesnych technologiami. Pozyskanie tych kompetencji wymaga wysiłku, zaangażowania i pracy własnej – bez wsparcia pracodawcy trudno będzie to osiągnąć.

Z podnoszeniem umiejętności ciągle nie jest w naszym społeczeństwie zbyt dobrze. Badanie Aktywni+. Przyszłość rynku pracy przynosi w tym kontekście kilka niepokojących statystyk. Tylko 29% pracujących Polaków ogólnikowo deklaruje, że poszerza swoje kompetencje w zakresie wykonywanej pracy. Jedynie 13% uczęszcza na kursy i szkolenia podnoszące kompetencje, które mają zwiększyć ich szanse na rynku pracy. Również 13% badanych zadeklarowało, że poszerza swoją wiedzę w zakresie nowych technologii. Pokazuje to, jak ważna jest edukacja i działania komunikacyjne w tym zakresie. Bez kompetencji w dziedzinie nowych technologii, nie będzie zawodów przyszłości, coraz częściej obecnych w firmach – specjalistów od chmur, uczenia maszynowego, analityków danych i programistów. Nie dziwi fakt, że Polska jest obecnie w ogonie krajów OECD, jeśli chodzi o kompetencje cyfrowe, a także w gronie państw o największym ryzyku zastępowania istniejących zawodów przez automatyzację i robotyzację – według wspomnianego wyżej raportu Aktywni+, w Polsce zagrożonych jest aż 40% obecnych miejsc pracy.

Spotykając się z firmami zainteresowanym włączaniem nauki programowania w programy upskillingu i reskillingu często słyszymy, że ich pracownicy doskonale rozumieją potrzeby klienta. Są kreatywni, potrafią świetnie zarządzać, budować długotrwałe relacje i rozwiązywać pojawiające się problemy. Pod tym względem nie mamy się czego wstydzić. Czego im brakuje, to umiejętność budowy systemów i narzędzi technologicznych, wspierających działalność całej organizacji. Ta luka kompetencyjna będzie się zwiększać, jeśli firmy nie podejmą stanowczych działań. Rozwój digitalizacji zwiększy nacisk na rozwój kompetencji technologicznych u praktycznie wszystkich grup pracowników. Będą oni musieli posiadać umiejętności komunikowania się z nowymi systemami, a także wiedzieć, jak je skutecznie wykorzystać.

Warto w tym miejscu podkreślić, że zarówno kompetencje techniczne, jak i miękkie, wpływają na efektywność pracy. Ich połączenie z dużym prawdopodobieństwem gwarantuje pracownikom odnalezienie się na przyszłym rynku pracy. To ważne w kontekście pojedynczego pracownika, który będzie musiał szukać sobie nowego miejsca w związku z reorganizacją i redukcją etatów. W tym miejscu warto raz jeszcze zaapelować do polskich pracodawców. Kasujesz stanowisko? Nie kasuj człowieka. Dzięki programom upskillingu i reskillingu możesz przygotować go do nowej roli, wynikającej ze zmian w firmie.

Digitalizacja, automatyzacja i robotyzacja – to trio, które wymaga dziś nieustannego podnoszenia kompetencji. Pozwolą one z odwagą wkroczyć w świat cyfrowy. Wiele osób ma już predyspozycje i zdolności, aby tego dokonać. Teraz potrzeba im konkretnej wiedzy i umiejętności technicznych – takich, jak chociażby znajomość języków programowania. Już najwyższy czas na działanie w tym zakresie.

Jak sztuczna inteligencja i głębokie uczenie zmieniają e-commerce

Przez kolejne dwa lub trzy lata tempo rozwoju sztucznej inteligencji nabierze wprost niewyobrażalnego tempa. Zdaniem Devina Weniga, dyrektora generalnego i prezesa eBay, to właśnie w handlu w pierwszej kolejności będzie nam dane obserwować najbardziej obiecujące praktyczne zastosowania sztucznej inteligencji. Już teraz zespół eBay stosuje algorytmy głębokiego uczenia maszynowego, które rozpoznają podróbki. Udostępnia także rozwiązanie dla osób z ograniczoną sprawnością, za pomocą którego można sterować kursorem na ekranie bez użycia rąk.

Żyjemy w rzeczywistości, w której samochód może sam poprowadzić nas do celu podróży, komputery mogą już diagnozować choroby i tworzyć teorie naukowe, a termostat zaczyna chłodzić dom, bo wie, że za 15 minut przekręcimy klucz w zamku. W historii rozwoju sztucznej inteligencji pojawiło się wiele szumu i mnóstwo obietnic. W ostatnich latach poczyniono znaczne postępy i sztuczna inteligencja znajduje coraz więcej praktycznych zastosowań – między innymi w e-commerce.

Odkrycie prawdziwych intencji zakupowych

Niezależnie od platformy, którą posługuje się użytkownik, zrozumienie czego chcą klienci to klucz do dostarczenia prawdziwie osobistego, kontekstowego doświadczenia zakupowego. Oczywiście personalizacja to nic nowego – to stały element strategii każdej firmy zajmującej się handlem.  Niemniej jednak, do tej pory skupiano się głównie na grupowaniu towarów lub analizie zachowania użytkowników. Na czym to polega? Upraszczając: platforma sprzedażowa wie, że klienci kupujący mydło zazwyczaj kupują też szczoteczki do zębów, więc rekomenduje im zakup odpowiednich produktów.

Sztuczna inteligencja z pewnością przyspieszy proces odejścia od zwykłego grupowania towarów na korzyść przetwarzania zgromadzonej wiedzy o osobach, zachowaniu, trendach i kontekstach. Konsumenci będą mogli poczuć się, jakby tuż obok stał ich osobisty doradca – do tego za każdym razem będzie mądrzejszy i coraz lepiej dostosowany do ich potrzeb. Wyobraź sobie, że chcesz kupić szalik. Korzystając ze sztucznej inteligencji, platformy i narzędzia handlowe będą w stanie przewidzieć, czy interesuje cię zakup szalika za 30 czy za 300 zł. Będą wiedzieć, jaki kolor ci odpowiada, czy wolisz włókna naturalne, czy może sztuczne oraz jaką kolejną rzecz zamierzasz kupić. Wraz z dostępem online do towarów ze wszystkich stron świata, sztuczna inteligencja pomoże konsumentom odnaleźć te odpowiednie wśród wszechogarniającego chaosu – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Głęboka analiza danych na potrzeby handlu

Podejście eBay do sztucznej inteligencji to efekt prowadzonych badań oraz wszechstronnej wiedzy o zachowaniu konsumentów, gromadzonej przez dziesięciolecia. Platforma używa algorytmów uczenia maszynowego do rozpoznawania przedmiotów wystawionych na sprzedaż, znajdowania podobnych produktów i szeregowania rekomendacji. Wdraża również sztuczną inteligencję w różnych obszarach – od analizy uporządkowanych danych, po tłumaczenie maszynowe, zarządzanie ryzykiem i ochronę przed oszustwami.

Niedawno przejęliśmy Expertmaker, firmę, która stworzyła zaawansowaną platformę AI umożliwiającą optymalizację i automatyzację. Obecnie pracujemy nad wdrożeniem ich technologii na naszej platformie, aby skrócić czas wysyłki i dostawy, zwiększyć zaufanie, obniżyć ceny i osiągnąć wiele innych korzyści – mówi Devin Wenig, dyrektor generalny i prezes eBay.

Sztuczna inteligencja znajduje swoje zastosowanie w projektowaniu innowacyjnych rozwiązań, które nie tylko usprawniają procesy zakupowe, ale także w ogóle umożliwiają je osobom z ograniczoną sprawnością. W ubiegłym roku grupa pracowników eBay stworzyła technologię HeadGaze, dzięki której osoby z niedowładem górnych kończyn mogą samodzielnie dokonać zakupów na platformie. Technologia wykorzystuje Apple ARKit i aparat iPhone X do śledzenia ruchu głowy, co pozwala na łatwe poruszanie się po interfejsie platformy bez używania rąk. Zespół zbudował model wirtualnego piórka, które podąża za ruchem głowy (w górę, w dół, z boku na bok), zbierając z ARKit informacje 3D o ruchu głowy i stosując mapowanie geometrii 3D, aby uzyskać lokalizację „kursora” na ekranie. Jednocześnie zespół zaprojektował i wdrożył także nowe widgety interfejsu użytkownika, które wyczuwają i reagują na interakcję „kursora”. Podobnie jak mysz przemieszcza kursor po ekranie pulpitu, projekt HeadGaze pozwala wskazać głową dowolne miejsce na ekranie i aktywować wyznaczone „przyciski”. Technologia ta została udostępniona w ramach otwartych zasobów, a w kwietniu br. została wybrana finalistą konkursu Fast Company’s World Changing Ideas Awards w kategorii AI + Data. https://vimeo.com/289180466

Głęboka analiza danych to także sposób na walkę z podróbkami zalewającymi rynek online. Dzięki wykorzystaniu techniki rozpoznawania obrazów, eBay uczy sztuczną inteligencję, w jaki sposób powinna rozpoznawać oryginalne produkty – weryfikacja komputerowa powinna być jak najbardziej zbliżona do mechaniki rozpoznawania przedmiotów przez mózg człowieka. W momencie, kiedy konsument ocenia buty czy torbę, pobiera i przetwarza różnego rodzaju informacje – od stylu po wzór na tkaninie. Klient podejmuje decyzję, który przedmiot jest oryginalny, zgodnie z najlepszą hipotezą opartą na wielu czynnikach i zdobytych spostrzeżeniach. Algorytmy eBay działają na analogicznej zasadzie stale ucząc się, by jeszcze lepiej rozpoznawać podróbki od oryginalnych produktów. https://vimeo.com/298637345

Trendy e-commerce w 2019 roku

Obecnie branża handlu online stoi u progu nowej rewolucji. W ciągu najbliższych kilku lat będziemy świadkami bezprecedensowej konwergencji, zbliżania się technologii oraz oczekiwań sprzedawców i konsumentów. Coraz większe znaczenie będą zyskiwały technologie oparte na sztucznej inteligencji, algorytmach głębokiego uczenia maszynowego i wyszukiwania wizualnego. Maszyny staną się jeszcze lepsze w dekodowaniu języka naturalnego, więc handel w coraz większym stopniu będzie opierać się na komunikacji głosowej, a w efekcie pole wyszukiwania straci na znaczeniu. Dzięki technologii i skupieniu się na potrzebach konsumenta, proces robienia zakupów stanie się bardziej intuicyjny, dostępny i po prostu łatwiejszy.

Milion samochodów elektrycznych w Polsce na razie nie do zrealizowania

Rozwój elektromobilności jest nieunikniony. Silniki elektryczne będą podstawą napędu samochodów osobowych i ciężarowych. Pierwsze elektryczne ciężarówki są już dostępne, chociaż nie można jeszcze mówić o produkcji masowej. Auta osobowe tego rodzaju powstają seryjnie, a oferowana gama modelowa jest coraz szersza. Dotychczas nie przeprowadzono jednak badań, które udowodniłyby, że elektromobilność jest czystszym rozwiązaniem w stosunku do tradycyjnej motoryzacji. Z drugiej strony brak jednoznacznych stwierdzeń, że jest na odwrót. Na elektromobilność i jej zalety należy więc patrzeć w szerszym kontekście. W przypadku polskiego rynku ślad węglowy, jeśli chodzi o produkcję samej energii, jest dość duży. Elektrownie pracują w oparciu o ten surowiec, więc zanieczyszczenia i tak są produkowane. Obecnie mówi się raczej o przeniesieniu ich punktu – z centrów miast na zewnątrz, gdzie ulokowane są elektrownie. Wiele zależy także od sposobów produkcji samochodów. Firmy w swojej działalności starają się uwzględniać kwestię ekologii. Przykładem jest niemiecki zakład BMW. Niemal w całości zasila go czysta energia, pochodząca z odnawialnych źródeł. W taki właśnie sposób ślad węglowy powinien być ograniczany – zarówno na etapie produkcji, jak i wykorzystania auta.

– Na rynku polskim postęp elektromobilności nie będzie jednak aż tak silny, jak zapowiadają politycy. Milion samochodów elektrycznych zarejestrowanych do 2025 roku, to póki co nierealne do spełnienia marzenie – powiedział serwisowi eNewsroom Wojciech Drzewiecki, prezes IBRM Samar  Według jego prognoz w 2023 roku odnotowanych zostanie ok. 5-6 tysięcy tego typu pojazdów. Wpływ na to mają dwa czynniki – infrastruktura i oferta. Sami producenci nie są jeszcze w stanie dostarczyć zapowiadanej liczby samochodów, a Polska – przynajmniej na razie – nie jest rynkiem priorytetowym. Taka sytuacja nie zmieni się – dopóki nie ma rozwiązań, które w jakikolwiek sposób zachęcałyby firmy do produkowania tych aut, a kierowców – do ich kupowania. Obecna ustawa o eletromobilności wymusza na instytucjach państwowych nabywanie takich pojazdów, ale nie wpływa na zainteresowanie klientów indywidualnych. Samochody elektryczne nadal pozostają drogie, nawet biorąc pod uwagę dopłaty. Nadal są one atrakcyjniejsze dla firm niż osób prywatnych, które najczęściej – ze względów finansowych – szukają ofert na rynku samochodów używanych – ocenił Drzewiecki.

Chcesz zarządzać zmianą – zapomnij o zarządzaniu

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS
prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS

Badający innowacje i rozwój Clayton Christensen sformułował tezę, którą można sprowadzić do przewrotnej myśli: „żeby zarządzać zmianą, należy zapomnieć o zarządzaniu”. To proces, który wymaga usunięcia się w cień, pokory, nieustannej refleksji i otaczania się ludźmi lepszymi od nas, co dla wielu osób jest bardzo trudne – komentuje prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo na Uniwersytecie SWPS.

Zarządzanie zmianą to ciągłe wyzwanie dlatego, że jest pasmem nieustannych porażek. Od menedżerów wymaga pokory i uznania większej wiedzy i doświadczenia innych. Umiejętne wprowadzenie zmian jest szczególnie trudne w przypadku rynków technologicznych. Na takie problemy natrafiła firma Kodak. Wszystko zaczęło się wraz ze wzrostem popularności aparatów cyfrowych. Czy Kodak nie potrafił odpowiedzieć na ten trend? Nie, ponieważ nie zmienił modelu biznesowego opartego na kliszach fotograficznych. Czy Kodak nie znał technologii fotografii cyfrowej? Oczywiście, że znał. Co więcej – sam ją wymyślił. Dlaczego więc upadł? Firma stała się ofiarą swojego historycznego sukcesu. Główne źródło przychodów stanowiła marża ze sprzedaży klisz fotograficznych. I choć rynek zaczął się kurczyć, organizacja nie była w stanie podjąć decyzji o zbudowaniu świeżego modelu dla nowego rynku fotografii cyfrowej.

Nie musisz się ze mną zgadzać

Jeżeli zarządzanie zmianą wymaga od nas porzucenia idei zarządzania – w jaki sposób poradzić sobie z tym problemem? Należy oprzeć się na zaufaniu i uznaniu w drugiej osobie (w tym także w pracowniku) partnera. Ważne, żeby na pewien czas zrezygnować ze sztywnego liczenia kosztów. Na taki komfort mogą sobie jednak pozwolić tylko dojrzałe organizacje z wyraźnie określonymi długookresowymi celami. Dojrzałość firm będzie się także wyrażała w ich wewnętrznej różnorodności, podmiotowym traktowaniu pracowników i zaakceptowaniu faktu, że znajdą się wśród nich osoby nie w pełni zgadzające się z zarządem.

Nie słuchaj specjalistów, licz się ze stratą

Dlaczego zarządzanie zmianą jest tak trudną sztuką? Ponieważ wymaga od menedżerów odrzucenia wszystkiego, co wiedzieli dotychczas na temat kierowania organizacją – szczególnie w procesach prowadzących do przekształceń w obszarach biznesowych. Zrozumienie, że nie warto otaczać się gronem specjalistów danego zagadnienia, którzy już na wstępie mogą zawęzić horyzont potencjalnych zmian, wymaga dużej pokory. Podobnie w kwestii badań marketingowych, które nie dadzą rzetelnych wyników, ponieważ w przypadku nowo powstałych rynków brakuje ku temu danych. Nie można też liczyć na opinie klientów, których jeszcze nie ma. Z pewnością należy się natomiast przygotować na straty – takie przedsięwzięcia są na początku mało rentowne. Tu właśnie przydaje się długoterminowa strategia i odporność dojrzałych organizacji.

Z zarządzaniem jak z dzieckiem

Skoro zarządzanie zmianą i wdrażanie innowacyjnych modeli biznesowych jest tak ryzykowne i nieopłacalne, dlaczego w ogóle podejmować takie wyzwanie? To sytuacja analogiczna do posiadania dziecka. Z punktu widzenia czystego rachunku ekonomicznego, jego wychowywanie jest inicjatywą nieopłacalną. Ludzie jednak inwestują w swoje (i nie tylko swoje) potomstwo. Dlaczego? Każdy zapewne odpowiada na to pytanie indywidualnie. Jeżeli jednak mamy trwać jako gatunek ludzki, musimy tak postępować. To inwestycja opłacalna w długim okresie, która warunkuje nasze ogólne trwanie.

prof. Jakub Brdulak, wykładowca na kierunku zarządzanie i przywództwo, Uniwersytet SWPS

Te same obawy, ale inne czasy

Po wstępnym wstrząsie w poniedziałek, w kolejnych godzinach rynek walutowy uspokoił się, a inwestorzy czekają na więcej szczegółów, w którą stronę pójdą negocjacje handlowe USA-Chiny. Waszyngton gra twardo i od piątku zamierza podnieść cła na chińskie towary. Ale dalsze rozmowy nie zostały zerwane i to daje nadzieje na załagodzenie napięć.

To delikatna sytuacja dla rynków, gdyż z obecnego położenia sprawy w łatwym sposób mogą przybrać pozytywny lub negatywny obrót. Chińska delegacja z wicepremierem Liu He na czele wciąż potwierdza przybycie do Waszyngtonu, by w czwartek i piątek kontynuować rozmowy. Obie strony zdają sobie sprawę, że przy braku porozumienia nikt nic nie zyska. Ale też sytuacja gospodarcza jest lepsza niż pół roku temu, więc zarówno USA i Chiny czują się na tyle silne, by starać się ugrać więcej dla siebie. Dla rynków oznacza to okres podwyższonej niepewności, ale bez wpadania w tryb paniki. Szybka reakcja Ludowego Banku Chin w poniedziałek w postaci obniżki stopy rezerw obowiązkowych dla małych banków pokazuje, że implikacje dla globalnej gospodarki i rynków będą tym razem inne. Chińska gospodarka ma już aktywne wsparcie fiskalne i monetarne i jest gotowa na potencjalny wzrost napięć z tytułu sporu handlowego. Z globalnej perspektywy przerwany został łańcuch strachu, który uwidaczniał się w ubiegłym roku: spór handlowy z USA uderzy mocno w chińskie ożywienie, co w fali wtórnej osłabiłoby perspektywy globalnego wzrostu, przynosząc recesyjny klimat na rynki finansowe. Teraz wiemy, że władze w Pekinie już zaadresowały rozterki chińskich firm, więc spirala strachu nie nakręca się. To pozwala zachować spokój wśród inwestorów na rynkach finansowych i umożliwia podtrzymać nadzieje, że ostatecznie dojdzie od porozumienia.

Bank Rezerwy Australii zdecydował o pozostawieniu głównej stopy procentowej na 1,50 proc. Taka była też nasza prognoza, choć większość rynkowa spodziewała się cięcia o 25 pb, stąd dzisiejszy skok AUD jest uzasadniony. Bank przyznał, że inflacja w pierwszym kwartale rozczarowała i w związku z tym zrewidował w dół prognozy CPI dla 2019 i 2020 r. Podtrzymał jednak prognozy PKB i podkreślił istotność rynku pracy, co stało za pozostawianiem dziś parametrów polityki bez zmian. W komunikacie stwierdzono, że w kolejnych miesiącach bank będzie się uważnie przyglądał rozwojowi sytuacji na rynku pracy. To sugeruje, że RBA będzie cierpliwy do czasu, aż nie zobaczy pogorszenia się sytuacji, ale w więcej niż jednym raporcie. W ten sposób można wykluczyć ryzyko obniżki w czerwcu, ale kolejne posiedzenia będą „żywe”, jeśli dane zaczną rozczarowywać. Rynek nie zrezygnuje z oczekiwań, że tak w istocie będzie, i podtrzymuje dyskonto co najmniej jednej obniżki do końca roku. W efekcie potencjał do dalszej aprecjacji AUD pozostaje ograniczony, a przy rosnących napięciach wokół sporu handlowego USA-Chiny zwyżki AUD mogą kusić do odnowienia sprzedaży.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania

Przybywa dowodów na mniejszą szkodliwość e-papierosów. Polscy i rosyjscy naukowcy będą prowadzić nad nimi wspólne badania 8

Nie ma żadnych wątpliwości, że nowatorskie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych – ocenia prof. Andrzej Sobczak ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, ekspert w dziedzinie toksykologii, którego zespół od 10 lat prowadzi badania nad szkodliwością e-papierosów. Polscy naukowcy nawiązali właśnie współpracę z badaczami z Rosyjskiej Akademii Nauk, którzy doszli do zbliżonych wniosków. Na świecie przybywa badań potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i podgrzewaczy tytoniu – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy.

Bez wątpienia można powiedzieć, że e-papierosy są mniej szkodliwe niż konwencjonalne. Wiedza na ich temat jeszcze nie jest wystarczająca, ale już na tyle duża, że można wyciągać wnioski, które – moim zdaniem – potwierdzą się w przyszłości – mówi agencji Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Andrzej Sobczak, kierownik Zakładu Chemii Ogólnej i Nieorganicznej Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach.

Według danych Ministerstwa Zdrowia papierosy pali prawie 1/4 dorosłych Polaków, co daje 8–9 mln osób. Z powodu chorób wywołanych dymem tytoniowym umiera co roku ok. 60 tys. osób. Wbrew obiegowej opinii ich bezpośrednią przyczyną nie jest nikotyna, ale substancje smoliste i toksyczne metale zawarte dymie tytoniowym, takie jak ołów czy kadm.

– Substancje smoliste będące wynikiem spalania stanowią główną przyczynę negatywnego oddziaływania dymu tytoniowego na zdrowie. Nikotyna też ma swoje negatywne strony, jest to związek toksyczny, uzależniający, jednak nie powoduje powstawania chorób nowotworowych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W tradycyjnych papierosach tytoń jest spalany, a powstały w wyniku tej reakcji dym zawiera 6–7 tys. związków chemicznych, substancji smolistych i toksycznych pierwiastków. W e-papierosach reakcja spalania w ogóle nie zachodzi – roztwór gliceryny lub propylenu glikolowego, który zawiera nikotynę i związki aromatyzujące, jest podgrzewany do temperatury 200–250°C. Dzięki temu ilość szkodliwych związków wdychanych przez e-palaczy jest kilkudziesięciokrotnie mniejsza.

W dymie tytoniowym znajduje się kilkadziesiąt związków o działaniu rakotwórczym, w tym dziewięć związków zaliczanych do grupy pierwszej w klasyfikacji Międzynarodowej Agencji Badań nad Rakiem. Tymczasem w aerozolu z elektronicznych papierosów znajdujemy tylko jeden taki związek, mianowicie formaldehyd. Już samo to porównanie świadczy o tym, że ryzyko rozwoju chorób nowotworowych jest zdecydowanie mniejsze niż w przypadku papierosów konwencjonalnych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

Na świecie przybywa dowodów potwierdzających koncepcję zmniejszonego ryzyka, zgodnie z którą konsumpcja e-papierosów i wyrobów zawierających podgrzewany tytoń – nawet jeśli nie są one całkowicie nieszkodliwe – nadal powoduje mniej szkód niż tradycyjne papierosy. W ocenie części naukowców nowatorskie produkty nikotynowe mogą być potencjalnie rozważane jako nikotynowa terapia zastępcza u osób palących, które nie mogą lub nie chcą rzucić palenia.

– Niewątpliwie w tym momencie nie ma już absolutnie żadnych wątpliwości, że takie wyroby tytoniowe będą miały zdecydowanie mniejszy wpływ na powstanie chorób nowotworowych. Papierosy konwencjonalne to de facto pierwsza przyczyna powstawania nowotworów. Wiadomo również, że po przejściu całkowicie na elektroniczne papierosy zdecydowanie spada ryzyko zachorowania, co można wywnioskować chociażby z pomiaru biomarkerów substancji rakotwórczych – mówi prof. Andrzej Sobczak.

W Polsce badania nad zamiennikami papierosów od 10 lat prowadzi zespół naukowców ze Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, który – nie opowiadając się za żadną formą palenia wyrobów tytoniowych – sprawdził zawartość kadmu i ołowiu w dymie z tradycyjnych i elektronicznych papierosów oraz poziom ekspozycji palaczy na szkodliwe substancje. Wyniki opublikowane na łamach wydawanego przez Oxford University Press „Nicotine & Tobacco Research” pokazują, że całkowite przestawienie się z papierosów konwencjonalnych na elektroniczne prowadzi do poprawy stanu zdrowia palaczy.

Badania nad potencjalnym chemicznym i biomedycznym wpływem e-papierosów prowadzą też naukowcy z Rosyjskiej Akademii Nauk (IBCP RAS). Na początku marca rosyjscy badacze spotkali się z zespołem prof. Andrzeja Sobczaka z ŚUM, aby omówić wyniki badań i nawiązać współpracę w zakresie badania profilu ryzyka nowych produktów nikotynowych oraz stworzenia wiarygodnych modeli oceny wpływu takich produktów na zdrowie człowieka.

Aerozol z e-papierosa zawiera mniej substancji toksycznych w porównaniu do dymu papierosowego. Ogólnie rzecz biorąc, aerozole pochodzące z urządzeń elektronicznych różnią się dość znacznie od dymu papierosowego, mają również inne właściwości od aerozoli produkowanych przez ten sam typ urządzeń wcześniejszych generacji. Obecnie staramy się ustalić potencjalny wpływ aerozolu z e-papierosów na zdrowie użytkowników – mówi prof. Alexei Trofimov z Emanuel Institute of Biochemical Physics, Russian Academy of Science.

Jak podkreśla, badania naukowców z Rosyjskiej Akademii Nauk dotyczące szkodliwości e-papierosów pokrywają się z wiodącym nurtem badań w tej dziedzinie, choć temat nadal pozostaje przedmiotem sporów środowiska naukowego.

To dość nowa dziedzina badań i wiele jej aspektów wymaga gruntownego zbadania. Dym papierosowy nie był przedmiotem badań przez setki lat, przez co ludzie nie zdawali sobie sprawy z zagrożeń, jakie ze sobą niósł z racji swoich właściwości chemicznych i oddziaływania na zdrowie. Myślę, że przed naukowcami całe dekady badań nad właściwościami i działaniem e-papierosów i wytwarzanych przez nie aerozoli – mówi Alexei Trofimov.

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje

Innowacje w sprzęcie medycznym poprawią diagnostykę i terapię. Urządzenia takie jak angiograf zyskują całkiem nowe funkcje 9

Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, ta branża musi borykać się z wieloma problemami – mówi Philip Stenner z Siemens Healthineers. Jak podkreśla, innowacyjne rozwiązania mogą załagodzić te problemy. Szybki rozwój technologii i sprzętu medycznego pozwala dokładniej diagnozować pacjentów, usprawnia proces leczenia i pracę lekarzy oraz optymalizuje koszty i zapewnia oszczędności. W ostatnich latach mówi się o rewolucyjnym wpływie sztucznej inteligencji, druku 3D czy robotów chirurgicznych, ale urządzenia wyposażone w najnowocześniejsze rozwiązania technologiczne już coraz powszechniej trafiają pod strzechy polskich szpitali.

W polskiej służbie zdrowia przybywa pieniędzy, ale i wyzwań. Rok temu parlament przyjął ustawę, zgodnie z którą nakłady na służbę zdrowia nie spadną poniżej 4,67 proc., a do 2024 roku mają zrównać się ze średnią krajów OECD i wzrosnąć do 6 proc. krajowego PKB. Jednak z drugiej strony społeczeństwo się starzeje, GUS szacuje, że w 2050 roku osób w wieku 65+ będzie już 13,7 mln, co będzie stanowić 40 proc. ogółu ludności. To oznacza więcej chorób przewlekłych i większe nakłady na opiekę długoterminową.

– Presja kosztowa ma obecnie ogromne znaczenie na rynku medycznym. Brakuje też kadr, więc branża boryka się z wieloma problemami – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Philip Stenner, Dyrektor Marketingu Międzynarodowego Radiologii Interwencyjnej w Siemens Healthineers.

Służba zdrowia cierpi też na brak lekarzy i pielęgniarek – według statystyk OECD w Polsce na tysiąc mieszkańców przypada średnio 2,3 lekarza. To jeden z najgorszych wyników wśród państw europejskich, na dodatek wielu z nich jest już w wielu przedemerytalnym.

Eksperci są zgodni, że lekiem na bolączki służby zdrowia jest cyfryzacja i nowe technologie. Wśród innowacji, które zmienią rynek medyczny, wymienia się m.in. roboty chirurgiczne, egzoszkielety i druk 3D czy wirtualną rzeczywistość. Ich rozwój i upowszechnienie to dopiero perspektywa nadchodzących lat, ale nowinki technologiczne, np. sprzęt wykorzystujący algorytmy uczenia maszynowego i sztucznej inteligencji – już w tej chwili powszechnie trafiają do szpitali. Przyrost mocy obliczeniowej komputerów i miniaturyzacja spowodowały szybki rozwój sprzętu medycznego – urządzenia takie jak rentgen czy tomograf komputerowy zostały wyposażone w całkiem nowe funkcje.

– Zupełnie przebudowaliśmy system angiograficzny oraz od nowa zaprojektowaliśmy obrazowanie 2D i 3D, dzięki któremu możemy uzyskać obrazy w jakości tomografii komputerowej – mówi Philip Stenner. – System ARTIS icono został zbudowany praktycznie od zera. Stworzyliśmy kompletnie nową maszynę wyposażoną w specjalne silniki, które pozwalają na osiąganie bardzo precyzyjnych ruchów. W ten sposób dostajemy zupełnie nowe narzędzie do obrazowania mózgu. Nazwaliśmy je Sine Spin ze względu na sinusoidalne ruchy nałożone na zwykłą trajektorię ruchu w obrazowaniu 3D. Dodaliśmy też funkcję o nazwie Twin Spin, która pozwala na łatwe przełączenia pomiędzy obrazowaniem 2D i 3D oraz znacznie przyspiesza wykonywanie badania.

Urządzenie zaprojektowano z myślą m.in. o neuroradiologii zabiegowej i interwencjach neurochirurgicznych, gdzie ważne jest dokładne i wyraźne odwzorowanie nawet najmniejszego naczynia.

– Innym zastosowaniem obrazowania 3D w zabiegach endowaskularnych jest upewnienie się, czy dana interwencja przebiegła pomyślnie. W tym celu wykonuje się śródzabiegowe badanie tomografii komputerowej poprzez obrót ramienia angiografu. Dużym plusem jest to, że nie jest konieczne przenoszenie pacjenta do pracowni tomograficznej po operacji – mówi Philip Stenner.

System może mieć zastosowanie nie tylko w obrazowaniu mózgu, ale i np. w kardiologii pediatrycznej, w przypadku leczenia pacjentów z wrodzonymi chorobami serca.

– Mogą z niego równocześnie korzystać lekarze różnych specjalizacji z pożytkiem dla pacjenta. To wciąż system dla specjalistów: radiologów, specjalistów radiologii zabiegowej, kardiologów, ale jego obsługa jest dość intuicyjna. Dążymy do maksymalizacji jego wykorzystania, co w konsekwencji przyczyni się do osiągnięcia lepszych wyników końcowych. To oznacza też wiele korzyści dla pacjentów. Dzięki lepszej jakości obrazów wykonywanie zabiegów jest dużo bezpieczniejsze – mówi Philip Stenner.

Neuroradiologia jest obszarem, w którym szczególnie liczy się dokładne rozpoznanie i czas, w jakim zostanie podjęta interwencja. Ten powinien być jak najkrótszy – w czym szczególnie pomagają nowe technologie.

– Szybkość jest bardzo ważna z dwóch powodów. Po pierwsze, z technicznego punktu widzenia, im szybsza rotacja w obrazowaniu 3D, tym mniej artefaktów ruchowych na obrazach. Udało nam się skrócić czas akwizycji z 20 sekund do 8, co stanowi duży przełom w jakości obrazu – mówi Philip Stenner.

Jak podkreśla Philip Stenner, szybki rozwój sprzętu medycznego przyczynia się do poprawy diagnostyki, zwłaszcza nieinwazyjnej. Innowacje medyczne znacząco przekładają się też na jakość i efektywność – w tym również kosztową – opieki zdrowotnej.

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty

Organizacja pierwszej komunii kosztuje rodziców średnio 1,1 tys. zł. Najwięcej pochłoną wydatki na przyjęcie i prezenty 10

Pierwsza komunia dziecka to dla rodziców i najbliższych spore wydatki. Organizacja przyjęcia i zakup prezentów mogą znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Średnio na ten cel Polacy wydadzą około 1150 zł, nieznacznie więcej niż przed rokiem – wynika z Barometru Providenta. Dużo pieniędzy pochłoną prezenty. Rowery, zegarki czy medaliki tracą na popularności. W ramach prezentu komunijnego najczęściej wręczamy gotówkę i sprzęt elektroniczny.

– Badanie wskazuje, że zwykle na organizację przyjęcia, prezenty i wszystko, co jest z tym związane, wydamy średnio około 1 150 zł. Jest to kwota zaledwie o 45 zł wyższa niż w ubiegłym roku – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Jak wynika z badania Barometr Providenta, rodzinom z dziećmi przystępującymi do pierwszej komunii organizacja uroczystości może znacząco nadwyrężyć domowy budżet. Przyjęcie dla bliskich coraz częściej odbywa się poza domem, np. w restauracji czy hotelu, co generuje dodatkowe koszty.

– W tym roku będziemy stawiać przede wszystkim na wygodę, więc zwykle przyjęcia komunijne, które organizujemy sami, jak i te, w których bierzemy udział, odbywają się w restauracjach, lokalach, poza domem, gdzie w zasadzie nie interesuje nas cała organizacja i wszystko mamy zapewnione. 30 proc. badanych wskazuje właśnie na miejsca poza domem – mówi Karolina Łuczak.

Dużym kosztem, oprócz organizacji przyjęcia, są także prezenty dla dziecka. Jeszcze kilka lat temu obowiązkową pozycją na liście prezentów były książki, rowery i medaliki. Teraz decyduje się na nie niewielki odsetek gości – w 2018 roku łańcuszki i zegarki kupiło ok. 11 proc. osób, książki – zaledwie 2 proc.

– Najbardziej popularnym prezentem jest gotówka. Prawie 60 proc. respondentów mówi, że podaruje dzieciom właśnie pieniądze. Tuż za nimi w zestawieniu są sprzęty technologiczne – laptopy i smartfony. Około 40 proc. respondentów wskazuje właśnie na te dobra. Mniejszą popularnością z roku na rok cieszą się rowery. W tym roku 27 proc. badanych wskazuje, że podaruje właśnie rower, przy czym w ubiegłym roku było to prawie 40 proc. – wskazuje przedstawicielka Providenta.

Większość rodzin do organizacji pierwszej komunii przygotowuje się z dużym wyprzedzeniem czasowym i finansuje to z oszczędności (60 proc.) lub bieżących dochodów (44 proc.).

– Jedynie 3 proc. będzie się wspierało pomocą znajomych, przyjaciół, pomocą finansową, a 4 proc. będzie się ubiegać o pożyczkę w banku bądź w firmie pożyczkowej – zaznacza Karolina Łuczak.

Ekspertka radzi, by przy oprawie uroczystości zachować umiar. Zwłaszcza że maj to miesiąc sporych wydatków, choćby ze względu na majówkę, Dzień Matki czy przygotowania do Dnia Dziecka.

– Powoli zaczynamy też myśleć o wakacjach, więc wpłacamy pierwsze zaliczki związane z finansowaniem wakacji. Warto zaplanować te wydatki wcześniej, rozłożyć je sobie w czasie i zaciągać pożyczki tylko wtedy, kiedy musimy i kiedy jesteśmy pewni, że je spłacimy – radzi Karolina Łuczak.

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku

Volvo Trucks przyspiesza rozwój proekologicznych ciężarówek. W pełni elektryczne pojazdy trafią do sprzedaży w przyszłym roku 11

Na transport drogowy przypada prawie 5 proc. ogólnej emisji gazów cieplarnianych na terytorium Unii Europejskiej. W lutym UE zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe, ale Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze. Producent wprowadził na rynek pierwsze modele wyposażone w napęd elektryczny, które trafią do sprzedaży w 2020 roku, oraz rozwija segment pojazdów napędzanych gazem LNG i CNG. Po udanym dla firmy ubiegłym roku ten również zapowiada się dobrze, choć czynniki ryzyka pozostają brexit i europejski pakiet mobilności.

Volvo Trucks bardzo angażuje się w to, żeby produkty były coraz bardziej ekonomiczne i ekologiczne. Startujemy ze Step D [nową normą – red.] naszych tradycyjnych silników diesla. Są to silniki, które w znaczny sposób obniżą zużycie paliwa, a tym samym przyczynią się do zmniejszenia emisji dwutlenku węgla. Kolejnym udoskonaleniem na bazie silnika Step D będzie Turbo Compound, który doprowadzi do kolejnej obniżki zużycia paliwa o kilka procent, a tym samym również redukcji dwutlenku węgla – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Małgorzata Kulis, dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland.

W lutym br. Unia Europejska zadecydowała o uregulowaniu emisji dwutlenku węgla przez samochody ciężarowe. Nowe regulacje mają zastosowanie do pojazdów wyprodukowanych i zarejestrowanych w tym roku lub później. Zakładają, że średnia emisja ma zostać ograniczona o 15 proc., począwszy od 2025 roku, oraz o 30 proc. od roku 2030 (w porównaniu do tegorocznego poziomu).

Volvo Trucks chce przyspieszyć rozwój w tym obszarze i inwestuje w kolejne rozwiązania przyjazne dla klimatu. Od początku lat 90. marka zmniejszyła o 1/5 zużycie paliwa w nowo produkowanych przez siebie samochodach ciężarowych. Kilka miesięcy temu producent dostarczył klientom pierwsze modele pojazdów wyposażonych w napęd elektryczny. Już w lutym pierwsze w pełni elektryczne samochody ciężarowe z pilotażowej partii – śmieciarka oraz pojazd dystrybucyjny – zostały dostarczone dwóm firmom w Szwecji. W tym roku rozpocznie się ich produkcja seryjna.

– Pojazdy elektryczne nie są jeszcze dostępne w Polsce, będziemy je oferować od 2020 roku. Jesteśmy na dobrej drodze do osiągnięcia celu, jakim jest 15-proc. redukcja dwutlenku węgla – mówi Małgorzata Kulis.

Obok elektryków Volvo Trucks wprowadza też pojazdy napędzane gazem LNG i CNG. Volvo FH LNG zasilane gazem ziemnym emituje o około 20 proc. mniej dwutlenku węgla w porównaniu z pojazdem napędzanym konwencjonalnym silnikiem wysokoprężnym. W przypadku zastosowania do tego celu biogazu emisja w ujęciu od zbiornika do koła może być mniejsza nawet o 100 proc.

Pojazdy LNG i CNG już zjeżdżają z linii produkcyjnej i trafiają do końcowych klientów. W Polsce sprzedaliśmy pierwsze 23 sztuki. Zwiększanie sprzedaży tych pojazdów jest mocno powiązane z infrastrukturą. W krótkim czasie powinno powstać więcej stacji, bo większość klientów zainteresowanych pojazdami LNG i CNG deklaruje również chęć otwarcia własnej stacji tego typu. Myślę też, że przepisy i zachęty podatkowe doprowadzą do prężnego rozwoju tej branży – mówi Małgorzata Kulis.

Dyrektor zarządzająca Volvo Group Trucks Poland ocenia też, że w nadchodzących latach rynek transportowy czekają duże zmiany w związku z wprowadzeniem samochodów autonomicznych.

Samochody autonomiczne tak naprawdę są już gotowe. Są testowane w Australii i Szwecji, natomiast tutaj chodzi nie tyle o rozwój produktu, ile legislacji, a na to potrzeba jeszcze kilku lat – mówi Małgorzata Kulis. – Zmiana rynku nastąpi również na skutek połączeń connectivity i elektryfikacji jako takiej. Zmienią się odległości, na jakich będą przewożone ładunki oraz sposoby dostarczania tych ładunków, powstaną smart cities. Wszystko to sprawi, że rynek przewozu towarów się zmieni. Natomiast pojazdy autonomiczne odegrają w tym tylko część roli, bo tutaj dokona się cała rewolucja.

Jak podkreśla Małgorzata Kulis, ubiegły rok był bardzo udany dla firmy. Volvo Trucks Poland sprzedała 4 439 pojazdów ciężarowych o wadze pow. 16 ton, co zapewniło firmie 4. miejsce na rynku. Koncern odnotował prawie 30-proc. wzrost sprzedaży w segmencie podwozi.

Rok 2019 pozostaje pod znakiem zapytania. Pierwszy kwartał wskazuje, że wszystko toczy się bardzo dobrze i cały czas mamy wzrost. Drugi również wygląda na stabilny, nasz karnet zamówień jest wypełniony. Na rynku jest jednak dużo większa niepewność, m.in. przez pakiet mobilności, brexit, warunki geopolityczne czy stosunki między Stanami, Chinami i Rosją. Wszystkie te elementy w sposób mniej lub bardziej bezpośredni dotykają branży transportowej – mówi Małgorzata Kulis.

Zbiórki pieniędzy od społeczności internetowej stają się coraz popularniejszą formą pozyskiwania kapitału na rozwój spółek

Zbiórki pieniędzy od społeczności internetowej stają się coraz popularniejszą formą pozyskiwania kapitału na rozwój spółek 12

Crowdinvesting ułatwia spółkom pozyskanie środków na rozwój. Chętnie korzystają z niego przede wszystkim początkujące przedsięwzięcia, np. start-upy. Dla emitentów crowdinvesting to szansa na pozyskanie większego grona inwestorów, a dla nich z kolei oznacza to większą ofertę inwestycyjną. To również opcja dla niedoświadczonych inwestorów, którzy boją się angażować duże środki.

– Crowdinvesting polega, po pierwsze, na budowaniu wokół spółek społeczności akcjonariuszy, po drugie, na pozyskiwaniu przez interesujące spółki kapitału od szerokiego grona potencjalnych inwestorów, w tym np. od swoich klientów – wyjaśnia w rozmowie z agencją Newseria Biznes Sebastian Huczek z Domu Maklerskiego INC SA. – Oferty prowadzone crowdinvestingowo to nic innego jak oferty publiczne. Jest to forma przekazywania informacji o tych ofertach.

Dla inwestorów jest to rozszerzenie dostępnej na rynku oferty inwestycyjnej. Może także służyć jako środowisko testowe dla tych początkujących.

Trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, czy akcje w ogóle są dobrym instrumentem dla początkujących inwestorów, w szczególności akcje małych i średnich spółek. Natomiast cechą crowdinvestingu jest to, że z założenia dopuszcza bardzo niewielkie kwoty inwestycji. Jeżeli inwestor jest niedoświadczony, może na początku nie ryzykować dużych kwot i spróbować dokonać inwestycji na bardzo niewielką kwotę – podkreśla Sebastian Huczek.

Jeszcze niedawno takie oferty wymagały skomplikowanych i czasochłonnych procedur. Platformy crowdinvestingowe oferują szereg ułatwień dla zainteresowanego inwestora. Nie musi on już składać wizyty w domu maklerskim i podpisywać licznych dokumentów. Wystarczy, że zapozna się z ofertą i profilem spółki na platformie i złoży zapis na stronie spółki.

Pierwszą platformą crowdinvestingową w Polsce prowadzoną przez dom maklerski jest Platforma Crowdconnect.pl. Publikowane są tu informacje dotyczące parametrów oferty, opis emitenta, opis czynników ryzyka i możliwość przejścia na właściwą stronę emitenta, na której zainteresowany inwestor może złożyć zapis. Emisje prowadzone są w trybie uproszczonej oferty publicznej o wartości do 1 mln euro.

– Na platformie Crowdconnect.pl prezentowane są oferty publiczne spółek, które docelowo zamierzają zadebiutować na rynku NewConnect. Są to oferty spółek małych i średnich – mówi przedstawiciel Domu Maklerskiego INC SA.

Spółki, które przeprowadzą swoją ofertę za pośrednictwem platformy, docelowo będą notowane na rynku zorganizowanym, aby móc zapewnić potencjalnym inwestorom możliwość wyjścia z inwestycji. Jak wyjaśniają eksperci Crowdconnect.pl, kupno akcji będzie miało więc charakter inwestowania tylko w sytuacji, gdy spółka ma wartościową historię, nie jest w trudnej sytuacji finansowej lub planuje upublicznienie. W innych przypadkach przekazanie środków będzie zwykłym wsparciem, a nie inwestycją.

 Podstawową różnicą pomiędzy platformą CrowdConnect.pl a innymi już funkcjonującymi platformami jest zakres informacji o spółce. Prezentujemy znacznie więcej informacji na różnych poziomach szczegółowości, czyli od ogólnych materiałów reklamowych aż po bardzo zaawansowany i obszerny dokument ofertowy, gdzie inwestorzy mogą znaleźć bardzo szczegółowe informacje o działalności firmy – przekonuje Sebastian Huczek.

Pierwszą emisją publiczną była ta przeprowadzona przez spółkę Plantwear SA. Dostępna jest na platformie od połowy marca i potrwa do 10 maja. Producent zajmuje się ręczną produkcją akcesoriów modowych z drewna – zegarków, okularów, etui do telefonów i biżuterii. W 2018 r. spółka sprzedała ponad 30 tysięcy produktów, a przychody ze sprzedaży przekroczyły 4,7 mln zł. Plantwear chce pozyskać łącznie 2,4 mln zł. Do 6 maja uzbierał niemal 550 tys. zł.

Jeszcze w II kwartale planowana jest emisja spółki genXone, implementującej innowacyjne rozwiązania genetyczne do codziennego życia, a przed końcem III kwartału trzech kolejnych przedsięwzięć: czarterującej katamarany w regionie Adriatyku i Karaibów spółki The Yachting Club, produkującej, sprzedającej i wynajmującej kontenery socjalne, biurowe i magazynowe spółki Polkon oraz dystrybutora części samochodowych z północnej Polski spółki ITD.

– Naszym założeniem jest to, że przynajmniej w pierwszym etapie rozwoju Crowdconnect.pl na platformie będą spółki, które już mają pewną historię, wyniki finansowe i rozsądne wyceny rynkowe. Na razie większość ofert crowdinvestingowych w Polsce to były oferty start-upów – mówi Sebastian Huczek. –Chcemy do możliwości zapisywania szerokiego grona akcjonariuszy dodać element inwestycyjny, czyli żeby parametry emisji były korzystne.

Brytyjskie portale crowdinvestingowe Seedrs i Crowdcube, które są światowymi liderami w tym obszarze, przeprowadziły oferty na łączną kwotę przekraczająca 1 mld funtów. Na Seedrs pierwsze środki na rozwój pozyskał fintech Revoult, którego wycena w niecały rok wzrosła pięciokrotnie do 1,7 mld dol.

Nowy materiał z grafenu jest 200 razy mocniejszy od stali, a przy tym znacznie lżejszy. Będzie stosowany w branży motoryzacyjnej, budowlanej i lotniczej

Nowy materiał z grafenu jest 200 razy mocniejszy od stali, a przy tym znacznie lżejszy. Będzie stosowany w branży motoryzacyjnej, budowlanej i lotniczej 13

O tym, że grafen może zrewolucjonizować elektronikę mówi się od dawna. Okazuje się jednak, że dodanie go do innych tworzyw zwiększa ich sztywność i pozwala obniżyć masę, nawet o połowę. Dzięki temu grafen może być z powodzeniem wykorzystywany również w przemyśle motoryzacyjnym i lotniczym, a także tekstylnym. Opracowano już nową grupę materiałów o nazwie polygrene, które stosowane będą już wkrótce w branży budowlanej. Są nawet 200 razy mocniejsze od stali. 

– Polygrene to szeroka gama polimerów z zawartością grafenu. Należy do nich np. Nanene, linia materiałów z grafenu wielowarstwowego. Wbudowujemy je w materiały termoplastyczne, aby udoskonalić ich właściwości mechaniczne, dzięki czemu uzyskujemy bardzo dobrą sztywność, możemy poprawić wydłużenie w zależności od układu polimerów, co pozwala nam na szeroki zakres zastosowań. Koncentrujemy się szczególnie na branży budowlanej oraz wszelkiego rodzaju wzmocnieniach mechanicznych w sektorze lotniczym i motoryzacyjnym – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Stephen Hodge z firmy Versarien.

Nanene to szczególny rodzaj grafenu. Świetnie przewodzi ciepło i energię elektryczną, jest zarówno elastyczny, jak i przezroczysty. Wyniki badań przeprowadzonych przez Uniwersytet w Manchesterze wskazują, że jest to materiał 200 razy mocniejszy od stali. Oznacza to, że jest on najsilniejszym znanym materiałem przewodzącym ciepło i energię elektryczną. Nanene można wykorzystać np. do poprawy wytrzymałości tworzyw sztucznych formowanych wtryskowo i w drukarkach 3D.

Z uwagi na swoje właściwości fizyczne, takie jak niezwykła wytrzymałość i elastyczność, grafen może zastąpić np. miedź stosowaną w produkcji przewodów elektrycznych. Materiał wykazuje ponadto zerową oporność na prąd, co czyni go superprzewodnikiem. Ogromnym rynkiem dla rozwoju tego materiału mogą być więc też technologie związane z ekranami dotykowymi czy szeroko pojęta elektronika.

– Grafen może nie tylko poprawić właściwości mechaniczne, lecz także właściwości opóźniające spalanie czy właściwości termiczne lub elektryczne. Możemy więc teraz naprawdę wykorzystać możliwości tych materiałów i znaleźć dla nich zastosowania komercyjne – mówi Stephen Hodge.

Zaprezentowany został już najlżejszy na świecie zegarek, powstały w wyniku współpracy firm Richard Mille i McLaren Applied Technologies. Kompozyt, z którego zbudowane jest urządzenie, zawiera 2 proc. grafenu. Dzięki jego obecności inżynierom udało się zmniejszyć masę przy zwiększeniu sztywności materiału. Ostatecznie cały zegarek wraz z paskiem waży zaledwie 40 gramów. To połowa masy przeciętnego zegarka na rękę. To jednak nie są jedyne korzyści ze stosowania grafenu.

– Dzięki zastosowaniu grafenu możemy podnieść wytrzymałość mechaniczną materiałów, mogą one być lżejsze i mniej się zużywać. Mamy nadzieję, że przyniesie to również ogromne korzyści dla środowiska. W branży towarów konsumpcyjnych główne zastosowanie naszych produktów ma związek z ograniczeniem ilości plastiku używanego w opakowaniach i w codziennym życiu – twierdzi ekspert.

Zastosowanie grafenu nie ogranicza się jednak tylko do wzmacniania materiałów sztywnych. Ogromny potencjał tego materiału tkwi także w branży tekstylnej. Pod koniec minionego roku zaprezentowane zostały buty z grafenu. Marka inov-8 wprowadziła na rynek dwa modele butów z gumowymi podeszwami wzmocnionymi grafenem. Zgodnie z zapewnieniami producenta buty są o połowę mocniejsze i twardsze w porównaniu do konkurencyjnych modeli, a zarazem bardziej elastyczne. Ich masa to od 335 do 345 gramów, czyli niewiele więcej niż lekkie buty do biegania, a innov-8 swoje grafenowe modele stworzył z myślą o turystyce.

Grafen zaczyna także stosować branża motoryzacyjna.

– Obecnie sprzedajemy nasze materiały firmom produkującym wyposażenie wnętrza samolotów, gdzie grafen wykazuje właściwości opóźniające spalanie. Dzięki temu można zastąpić materiały nieorganiczne, które przy spalaniu wydzielają dość toksyczne substancje. Przy spalaniu grafenu powstaje wyłącznie dwutlenek węgla, więc jest on mniej toksycznym materiałem o dużo lepszych właściwościach – przekonuje Stephen Hodge.

Według analityków z Grand View Research światowy rynek grafenu był w 2017 roku wyceniany na blisko 43 mld dol. Do 2025 roku średnioroczne tempo wzrostu ma się utrzymać na poziomie 38 proc.

Zmiany klimatyczne do 2100 r. mogą doprowadzić do zmiany koloru połowy światowych oceanów. Naukowcy znaleźli sposób na uniknięcie tej ekologicznej katastrofy

Zmiany klimatyczne do 2100 r. mogą doprowadzić do zmiany koloru połowy światowych oceanów. Naukowcy znaleźli sposób na uniknięcie tej ekologicznej katastrofy 14

Zmiany klimatyczne postępują i mają wpływ na niemal całe środowisko. Do 2100 roku ponad połowa powierzchni oceanów będzie miała inny kolor niż obecnie. Duży wpływ na barwę ma obecność różnych mikroorganizmów. Wraz ze wzrostem temperatur coraz więcej będzie w nich sinic i fitoplanktonu. Wyższa temperatura wody przyczyni się też do częstszych zakwitów glonów, co w efekcie może doprowadzić do masowej śmierci roślin i zwierząt. Aby móc na bieżąco monitorować stan oceanów i reagować na niepokojące zmiany, powstał komputerowy model oceanu. Za pomocą satelitów pogodowych naukowcy chcą szybciej reagować na zachodzące zmiany.

– Oceany zmieniają kolor pod wpływem różnych zawirowań prądów morskich, ale też zanieczyszczeń, fitoplanktonu. W ubiegłym roku musieliśmy np. określić, jak daleko sięgają sinice w Bałtyku. Za pomocą zdjęć satelitarnych są monitorowane zmiany w fitoplanktonie i zanieczyszczenia na polu mórz i oceanów. Najnowszy satelita z grupy Sentinel-3 z instrumentem OLCI (Ocean and Land Colour Instrument – przyp. red.) został specjalnie wyprodukowany do tego celu – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Innowacje prof. Katarzyna Dąbrowska-Zielińska, kierownik Centrum Teledetekcji Instytutu Geodezji i Kartografii w Warszawie.

Zmiany klimatu powodują znaczące zmiany w fitoplanktonie na oceanach świata. Badania naukowców z Massachusetts Institute of Technology w Cambridge wskazują, że w nadchodzących dziesięcioleciach zmiany te wpłyną na kolor oceanu, zintensyfikują niebieskie regiony i zielone. Satelity powinny wykrywać te zmiany odcienia, zapewniając wczesne ostrzeganie o szerokich zmianach w ekosystemach morskich.

Na łamach „Nature Communications” naukowcy MIT wskazują, że opracowali globalny model oceanów, który symuluje wzrost i interakcję różnych gatunków fitoplanktonu lub glonów oraz pokazuje, jak zmienia się mieszanka gatunków w różnych miejscach wraz ze wzrostem temperatury. Naukowcy symulowali również sposób, w jaki fitoplankton absorbuje i odbija światło.

To przełom, bo choć satelity niezmiennie od lat 90. prowadzą monitoring koloru wód oceanów, to dopiero teraz wiadomo, jak na kolor wpływa określona liczba mikroorganizmów. Dzięki temu będzie można dokładniej ocenić spływające z satelitów zdjęcia i na bieżąco reagować przy nadmiernym pojawianiu się glonów. W ten sposób możliwe stanie się uniknięcie katastrofy ekologicznej.

– Każdy kolor zmian odpowiada zawartości, np. zawiesiny w wodach, zanieczyszczeń czy podnoszonej temperatury wody. Gołym okiem nie zauważymy różnicy, ale za pomocą przetworzonego zdjęcia satelitarnego zmiany dostrzegamy choćby na Bałtyku. Obserwujemy, co dzieje się przy ujściu dużych rzek jak Odra i Wisła, jaka część tych zanieczyszczeń jest wpuszczana do wody – tłumaczy prof. Katarzyna Dąbrowska-Zielińska.

Kolor oceanu zależy w dużej mierze od tego, jak woda reaguje na światło słoneczne. Cząsteczki wody absorbują prawie całe światło słoneczne, z wyjątkiem niebieskiej części widma, która jest odbijana z powrotem. Dlatego stosunkowo jałowe regiony otwartego oceanu, ubogie w życie, z kosmosu wydają się ciemnoniebieskie. Jeśli w oceanie są jakieś organizmy, to wchłaniają i odbijają różne długości fal światła, np. fitoplankton zawiera chlorofil, który absorbuje głównie w niebieskich częściach światła słonecznego, a w rezultacie odbija się więcej zielonego światła. To dlatego regiony bogate w algi maja zielonkawy odcień.

Naukowcy z MIT na podstawie modelu oceanów oceniali, jak dużo w danych wodach może być w przyszłości fitoplanktonu. Według ich badań zmiany będą tak duże, że do 2100 roku przeszło połowa oceanów na świecie zmieni kolor w wyniku m.in. zmian klimatycznych.

– Przyczyną zmian są też spływające do rzek nawozy w postaci różnych biotopów, które przepływają do oceanów i do mórz, zanieczyszczając i pozwalając na rozwój właśnie fitoplanktonu wokół stref brzegowych. To także zanieczyszczenia, które są wydalane ze statków w różnej postaci. Zmiany, które następują, pociągają za sobą również zmiany temperatury wody, a za tym idą zmiany w rybołówstwie, zmiany niekorzystne dla życia w morzach – wskazuje ekspertka.

Zmiany nie muszą być widoczne gołym okiem. Na zdjęciach satelitarnych ocean będzie wyglądał niemal tak samo jak teraz, w subtropikach kolor będzie nieco bardziej niebieski, a w pobliżu równika i biegunów – zielony. To jednak wystarczy, żeby wpłynęło to na cały łańcuch sieci pokarmowej. Większe stężenie glonów może mieć katastrofalne skutki dla całej przyrody. Kiedy na wybrzeżu USA pojawiło się więcej fitoplanktonu, masowo umierały ptaki i ryby, które zatruły się wydzielanymi przez niego toksynami.

Takie sytuacje mogą być w przyszłości normą ze względu na ocieplający się klimat i coraz większe zanieczyszczenia.

Podatek u źródła na nowych zasadach.

Przepisy wprowadzające rewolucyjne zmiany w zakresie zasad poboru podatku u źródła weszły w życie 1 stycznia 2019 r., ale ich stosowanie zostało w istotnej części odroczone do 1 lipca 2019 r.

Owa rewolucja dotyczy wypłat, których suma na rzecz danego podatnika w trakcie jego roku obrachunkowego przekroczy 2 mln zł. Nowe regulacje mogą niestety powodować „zamrożenie” znacznych sum na kontach urzędu skarbowego.

Przypomnijmy, iż dotychczas, jeśli spełnione były warunki do zastosowania zwolnienia z podatku u źródła lub zastosowania obniżonej stawki podatkowej, płatnik mógł korzystać z takiej preferencji podatkowej automatycznie, tj. wypłacić należność kontrahentowi w pełnej wysokości (w przypadku zwolnienia podatkowego) albo w wysokości pomniejszonej o podatek u źródła pobrany według niższej stawki.

– W świetle nowych przepisów, nawet jeśli będą spełnione warunki do zastosowania preferencji podatkowych, to i tak pełną kwotę podatku u źródła będzie trzeba wpłacić do urzędu skarbowego – mówi w rozmowie z MarketNews24 Paweł Stańczyk, doradca podatkowy, lider Praktyki Planowania Podatkowego w Kancelarii Ożóg Tomczykowski. – Po wpłaceniu podatku będzie można ubiegać się o jego zwrot po przedstawieniu pełnej dokumentacji poświadczającej spełnienie warunków uprawniających do korzystania ze zwolnienia podatkowego lub też obniżonej stawki podatku u źródła. Urząd będzie miał jednak aż 6 miesięcy na rozpatrzenie sprawy i ewentualny zwrot podatku.

Sposobem na uniknięcie konieczności wpłaty nadmiernego podatku do urzędu jest złożenie w momencie wypłaty należności oświadczenia przez zarządu spółki, iż podatnik posiada wszystkie dokumenty niezbędne do korzystania ze zwolnienia podatkowego lub obniżonej stawki podatku u źródła, a także że nie posiada wiedzy o istnieniu okoliczności wykluczających możliwość stosowania takich korzyści podatkowych. Należy jednak pamiętać, iż nowe przepisy wprowadzają warunki, które może być trudno zweryfikować płatnikowi (np. czy podmiot otrzymujący płatność prowadzi rzeczywistą działalność gospodarczą). W konsekwencji, złożenie takiego oświadczenia przez zarząd może być ryzykowne zarówno dla spółki, jak i dla samych członków zarządu.

W przypadku, gdy mamy do czynienia ze zwolnieniem z poboru podatku u źródła, alternatywnym rozwiązaniem jest wystąpienie z wnioskiem o wydanie tzw. opinii o stosowaniu zwolnienia. Podmiot ubiegający się uzyskanie opinii powinien przedstawić komplet dokumentów i informacji potwierdzających prawo do stosowania zwolnienia.

– Jeśli urząd pozytywnie zweryfikuje taki wniosek, wyda opinię o stosowaniu zwolnienia, która umożliwi płatnikowi automatyczne stosowanie zwolnienia podatkowego bez konieczności wpłaty podatku czy też składania oświadczeń przy wypłatach należności na rzecz konkretnego podatnika – wyjaśnia mec.Paweł Stańczyk. – Opinia taka jest ważna przez kolejne 36 miesięcy.

Transformacja energetyczna w Polsce – jaką strategię przyjmie rząd?

Transformacja energetyczna – tak samo jak kiedyś rewolucje przemysłowe – jest uwarunkowana technologicznie. Dotyczy energetyki odnawialnej, która działa w rozproszonej sieci i uniezależnia wytwórcę energii od wielkich spółek, które mają ją dostarczać. W założeniu to prosument – wytwarzający, a następnie sprzedający energię na rynek – jest jednocześnie niezależnym jej wytwórcą i odbiorcą w tym samym czasie. Zamysł ten jest realizowany w różnym stopniu w wielu miejscach na świecie. W Polsce także będzie zachodzić transformacja energetyczna. Już teraz zaobserwować można coraz więcej wiatraków czy paneli fotowoltaicznych. Tempo zmian w naszym kraju będzie zależało także od odpowiednich regulacji. Potrzebne są przemyślane i stopniowe zmiany. Warto spojrzeć na to, co obecnie mamy do dyspozycji. Prawie 80 proc. polskiej energii pochodzi z węgla. Reszta to nieznaczne ilości energetyki odnawialnej i innych źródeł.

– Rewolucyjna ścieżka jest w tym przypadku bardzo kosztowna. Ale brak jakichkolwiek działań będzie jeszcze droższy – powiedziałserwisowi eNewsroom Wojciech Jakóbik, redaktor naczelny Biznes Alert – Kiedy rynek zagraniczny będzie się zmieniał, a energetyka poza Polską coraz tańsza, status quo w naszym kraju będzie warunkować wysokie ceny prądu. Już na początku tego roku Polacy dotkliwie je odczuli. Polska ma więc kilka możliwości. Pierwszą jest atom – co znacznie obniży emisję, ale będzie bardzo kosztowne w budowie – choć tańsze w użytkowaniu. Innym rozwiązaniem są farmy wiatrowe na lądzie i na morzu. Można je budować szybko i w dużej ilości niskimi nakładami inwestycyjnymi. Pozostaje także energetyka gazowa, która jest paliwem przejścia, ale może stabilizować energetykę konwencjonalną i odnawialną. Od wyboru strategii będzie zależała ścieżka polskiej transformacji energetycznej. Obecnie rząd stawia na energetykę jądrową oraz wiatrową morską. Takie rozwiązanie potwierdzi się, jeżeli Polska znajdzie metodę finansowania budowy atomu. W przeciwnym razie pozostanie opcja wykorzystania wiatru i gazuTransformacja musi być prowadzona z wykorzystaniem takich środków, jakie jesteśmy w stanie na to przeznaczyć – wskazał Jakóbik.

Polscy przedsiębiorcy długo czekają na pieniądze? W Europie bywa gorzej

Mistrzami Europy w czekaniu na przelew są Portugalczycy. Na opłacenie faktury oczekują średnio 65 dni. Najmniej cierpliwości potrzeba za to przedsiębiorcom z Łotwy i Estonii – należne im pieniądze dostają w niecałe trzy tygodnie. Na tle innych europejskich krajów Polska okazuje się miejscem przyjaznym przedsiębiorcom.

60 dni na uregulowanie zobowiązań płatniczych to standard wprowadzony unijną dyrektywą (2011/7/EU) już dobrych kilka lat temu. W Polsce potwierdza go stosowna ustawa z 2013 r. Zgodnie z założeniami jednolitego rynku, realia prowadzenia biznesu w tej kwestii powinny już dziś wyglądać podobnie na całym kontynencie. Jednak poza prawnymi terminami płacenia faktur duże znaczenie ma też zwyczajowa praktyka w poszczególnych krajach. Pokazuje ona, że przedsiębiorcy w jednych miejscach mogą być bardziej skrupulatni niż w Polsce w regulowaniu zobowiązań płatniczych, za to w innych podchodzą do tych spraw z dużo większą beztroską.

Michał Pawlik, prezes SMEO
Michał Pawlik, prezes SMEO

Osobom, które zaczynają prowadzić biznes za granicą, wydaje się, że najgorsze już przeszli, rozwijając go w Polsce. W innych krajach powinni wreszcie zastać środowisko sprzyjające prowadzeniu firmy. Niemałym zaskoczeniem może być sytuacja, gdy na pieniądze od partnera z Francji lub Włoch przychodzi czekać dłużej niż kiedykolwiek na polskim rynku. Jasne, że u nas długie terminy płatności podcinają skrzydła zwłaszcza małym i średnim przedsiębiorcom. Nie należy jednak się spodziewać, że za granicą będzie pod tym względem łatwiej. Lepiej poszukać dobrego sposobu na zachowanie płynności finansowej – komentuje Michał Pawlik, CEO nowoczesnej firmy faktoringowej SMEO.

Regulacje i realia

Jednym z krajów, który wprowadził bardziej restrykcyjne terminy opłacania faktur od unijnych, są Niemcy. Zgodnie z tamtejszą ustawą przeciwko opóźnieniom w płatnościach, firmy mają tylko 30 dni kalendarzowych na przekazanie należności swoim kontrahentom. Podobnie jest w Wielkiej Brytanii, Francji, Włoszech, Belgii czy Szwecji. Z kolei przy 60-dniowym terminie pozostały m. in. Austria, Holandia i Polska.

Warto przy tym zauważyć, że w większości krajów przepisy zostawiają przedsiębiorcom furtkę, pozwalając wydłużyć ten termin, jeśli obie strony transakcji uzgodnią to w umowie. Na faktyczny czas oczekiwania na płatność w poszczególnych krajach wpływ mają też uwarunkowania gospodarcze i społeczne, a także technologiczne np. ogólny poziom cyfryzacji. W efekcie, jak wynika z badania z szwedzkiej Intrum Justitia opublikowanego a w analizie “European Payment Report 2018”, w Austrii mimo ustawowych dwóch miesięcy na dokonanie płatności, przedsiębiorca dostaje swoje pieniądze średnio w 24 dni. Z kolei hiszpańska firma musi na nie poczekać aż 56 dni, choć przepisy sugerują, że powinna mieć je na koncie prawie miesiąc wcześniej.

Oto jak wygląda deklarowany czas oczekiwania na płatność w relacji między dwiema firmami w europejskich krajach wg. ponad 9 tys. przedsiębiorców, którzy wzięli udział w powstaniu “European Payment Report 2018”.

Szybka Północ, niespieszne Południe

  • Raport pokazuje, że największą cierpliwością w oczekiwaniu na przelew muszą się wykazać firmy działające na rynkach południowoeuropejskich. Najsłabszy wynik osiągnęły Portugalia (65 dni) Włochy (56), Bośnia i Hercegowina (56), Chorwacja (43), Francja (42) i Grecja (40).
  • Dosłownie na przeciwnym biegunie Europy znalazły się kraje północy: Łotwa (18 dni), Estonia (19), Irlandia (20), Dania (24), Norwegia (25), Finlandia (25), choć należy zauważyć, że w czołówce zestawienia znajdziemy również Niemcy (24) i kilka krajów Europy Środkowej np. Słowację (23).
  • Polska ląduje w środku stawki. Z wynikiem 33 dni plasuje się odrobinę lepiej od europejskiej średniej, która wynosi 34 dni.

Poza interesującymi liczbami raport wskazuje, że przedsiębiorcy w krajach spoza czołówki zestawienia, min. z Polski, deklarują, że zatrudniliby więcej osób, gdyby nie musieli liczyć się utratą płynności finansowej przez opóźnione płatności. Nie czekając, aż Polska podskoczy w rankingu, mogą zrealizować ten cel korzystając z rozwiązań takich jak faktoring. Przykładowo we Włoszech, które w tym zestawieniu wypadają gorzej niż Polska, większość firm korzysta powszechnie z różnych form zabezpieczenia przed płatnościami realizowanymi z dużym opóźnieniem. – zauważa Michał Pawlik ze SMEO.

Artur Białkowski awansował na stanowisko Dyrektora Zarządzającego w Medicover Polska

Artur Białkowski – Medicover Polska
Artur Białkowski – Medicover Polska

Od kwietnia br. Artur Białkowski objął nowoutworzone stanowisko Dyrektora Zarządzającego w Medicover Polska. W nowej roli będzie on odpowiadać przede wszystkim za funkcjonowanie placówek Medicover Polska na terenie całego kraju, a także za rozwój biznesu ambulatoryjnego, usług niemedycznych, ofertę biznesową, obsługę klienta oraz sprzedaż i marketing.

Artur Białkowski swoją karierę zawodową w Medicover rozwija od 2012 roku. Na początku jako Dyrektor Sprzedaży, a od czerwca 2016 jako Wiceprezes Zarządu odpowiedzialny za pion commercial.

Od kwietnia bieżącego roku w swojej nowej roli będzie on odpowiedzialny za funkcjonowanie centrów medycznych, dostępność do opieki medycznej, obsługę klienta, rozwój cyfrowy oraz ofertę niemedyczną dla klientów korporacyjnych i indywidualnych.

Przez ostatnie lata Artur z sukcesami budował silną pozycję Medicover Polska na rynku świadczeń pozapłacowych. Dlatego jestem przekonany, że w swojej nowej roli przyczyni się do wzmocnienia synergii pomiędzy kluczowymi obszarami usług naszej firmy oraz do jej dynamicznego rozwoju -komentuje John Stubbington, COO Healthcare Services, Medicover.

Artur posiada ponad 20-letnie doświadczenie managerskie oraz wiedzę ekspercką w zakresie zarządzania i sprzedaży.

Przed rozpoczęcie pracy w Medicover, swoje doświadczenie zawodowe zdobywał w takich firmach jak Orange (Centertel), Siemens oraz DHL Express.

Jest absolwentem Uniwersytetu Warszawskiego. Ukończył także studia doktoranckie w Kolegium Zarządzania i Finansów warszawskiej Szkoły Głównej Handlowej.

Wszyscy mają chrapkę na wieżowce

Warsaw Trade Tower, jeden z najstarszych wieżowców biurowych w Warszawie, zbudowany w latach 1997–1999, obchodzi w tym roku swoje 20-lecie. Natomiast zakończenie prac nad najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej – Varso Tower planowane jest już na 2020 r. Prawdziwy boom na warszawskie drapacze chmur dopiero nadchodzi, ale od zawsze stanowiły one przedmiot zainteresowania inwestorów i najemców. Od ponad dwóch dekad horyzont w stolicy ulega ciągłym zmianom, coraz bardziej przypominając duże zachodnie miasta.

CBRE_Najwyższe budunki biurowe w WarszawieW tym momencie w Warszawie kilkanaście niebotyków znajduje się w budowie. Obecnie najwyższym, już istniejącym budynkiem biurowym w stolicy jest nowoczesny kompleks Warsaw Spire, który osiągnął wysokość 220 m z iglicami. Ten zlokalizowany na Woli wieżowiec został oddany do użytku w 2016 r., a już w 2018 r. Ghelamco sprzedało 50% udziałów wieży funduszowi Madison International Realty.

Zaszczytne drugie miejsce zajmuje 43-piętrowy drapacz chmur Warsaw Trade Tower, który wraz z iglicą wznosi się na wysokość 208 m. Wieża WTT została zbudowana przez koreański koncern Daewoo, a w 2006 r. kupił ją fundusz Akron Investment Central Eastern Europe II. Wieża pozostawała we władaniu Akron aż do tego roku, a niedawno przejął ją podmiot kontrolowany przez Globalworth Poland Real Estate. Przy sprzedaży budynku eksperci CBRE doradzali firmie Akron.

Nowoczesny wieżowiec biurowy Q22 o wysokości 195 m z iglicą też był przedmiotem transakcji w ostatnich latach. W 2016 r. budynek zaprojektowany przez renomowaną pracownię ‎Kuryłowicz & Associates kupiło Invesco Real Estate. W transakcji, której wolumen wyniósł 273 mln euro, CBRE doradzało właścicielowi, firmie Echo Investment.

-– Najemcy i inwestorzy cenią wieże biurowe przede wszystkim za doskonałe lokalizacje, w jakich powstają te obiekty. To wraz z wyróżniającą się architekturą nadaje inwestycji prestiżu, który gwarantuje wysoki poziom komercjalizacji i stabilny dochód właścicielom budynków. Co więcej, duże powierzchnie dające możliwość ekspansji lub konsolidacji wszystkich oddziałów przyciągają renomowane marki, które często podpisują umowę najmu na długie lata. Zdarza się nawet tak, że to właśnie z brandem stałego najemcy kojarzymy dany wieżowiec – jak np. w przypadku wieży WTT, która nieformalnie nazywana jest AXA Tower – mówi Przemysław Felicki, Dyrektor w Dziale Rynków Kapitałowych firmy CBRE.

W 2020 r. warszawski horyzont będzie wyglądał już kompletnie inaczej. Na ten właśnie rok planowane jest ukończenie m.in. wieżowca Varso Tower (HB Reavis), najwyższego budynku biurowego w Unii Europejskiej. Wtedy zostanie oddany także Skyliner (Karimpol Group), który osiągnie wysokość 195 m, czym zrówna się z Q22. W 2021 r. na mapie stolicy pojawią się kolejne niebotyki, m.in. Warsaw UNIT (Ghelamco) oraz Generation Park Y (Skanska). Natomiast już jesienią tego roku do użytku oddany zostanie wieżowiec Mennica Legacy Tower, którego budowa realizowana jest przez Golub GetHouse i Mennicę Polską S.A. Budynek ten został w pełni skomercjalizowany, a na swoją główną siedzibę wybrał go mBank. Co ciekawe nawet po zakończeniu prac nad nowymi prestiżowymi drapaczami chmur, Warsaw Trade Tower nadal nie da się zepchnąć z podium i wciąż będzie na liście trzech najwyższych wież biurowych – wraz z Varso Tower (310 m z iglicą) oraz wieżą kompleksu Warsaw Spire.