Ruszają kontrole RODO u przedsiębiorców prowadzących telemarketing

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych rozpoczyna kontrole u przedsiębiorców prowadzących telemarketing.

Prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych (PUODO) opublikował „Roczny plan kontroli sektorowych na 2019 rok”. Wśród podmiotów z sektora prywatnego, które mogą spodziewać się kontroli wskazano przedsiębiorstwa zajmujące się telemarketingiem.

Telemarketing a RODO

Pod pojęciem telemarketingu powszechnie rozumie się działalność marketingową kierowaną bezpośrednio do klientów za pośrednictwem urządzeń telefonicznych. W szczególności tego typu działania obejmować będą przedstawianie ofert i różnego rodzaju informacji handlowych klientom poprzez rozmowę telefoniczną lub SMS. Zgodnie z zapowiedzią PUODO inspektorzy tej instytucji będą kontrolować, czy telemarketing jest przeprowadzany przez przedsiębiorców zgodnie z regulacjami zawartymi w Ogólnym Rozporządzeniu o Ochronie Danych Osobowych (dalej „RODO”). Na co w związku z tym powinni zwrócić uwagę przedsiębiorcy korzystający z tego narzędzia?

Za zgodą czy bez zgody

Przed przystąpieniem do przetwarzania danych osobowych każdy podmiot powinien ustalić podstawę, w oparciu o którą będzie przetwarzał dane osobowe. W przypadku telemarketingu wymaga to przede wszystkim ustalenia, czy dla zamierzonego przetwarzania danych osobowych niezbędne będzie uprzednie uzyskanie zgód osób, których dotyczą dane. Odpowiedź na to pytanie zależy od szeregu okoliczności właściwych dla danego przypadku. Z uwagi jednak na elementarne znaczenie dla prawidłowości przetwarzania danych, weryfikacja podejmowanych działań powinna rozpocząć się od tej kwestii. W tym kontekście jest także istotne, że kontakt telefoniczny w celach marketingowych podlega oprócz RODO także odrębnym przepisom branżowym, w szczególności przepisom ustawy prawo telekomunikacyjne oraz (w niektórych przypadkach) ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Każda z tych ustaw nakłada na telemarketerów odrębny wymóg uzyskania uprzedniej zgody na kontakt telefoniczny w celu marketingu bezpośredniego. Kwestia możliwości połączenia tych zgód ze zgodami na przetwarzanie danych osobowych pozostaje dyskusyjna i wymaga ostrożności i przemyślanych działań ze strony administratora danych. – Jakub Łabuz, Radca prawny, Managing Associate, Deloitte Legal

Obowiązek informacyjny

Kluczowe znaczenie dla oceny działań przedsiębiorcy jako administratora danych osobowych ma sposób informowania przez niego o przetwarzaniu danych osobowych. Przepisy obligują do przekazywania podmiotom danych szeregu informacji dotyczących podejmowanych działań i praw podmiotów danych, w zwięzłej formie, jasnym i prostym językiem. Odpowiednie klauzule informacyjne powinny być przekazywane osobie, której dane dotyczą w momencie zbierania od niej danych np. dołączane do formularzy kontaktowych, zgód marketingowych lub odczytywane na wstępie rozmów telefonicznych, a w przypadku gdy dane osobowe pochodzą z innych źródeł np. od brokerów danych – najpóźniej przy pierwszej komunikacji z osobą, której dane dotyczą, nie później jednak niż w terminach określonych w RODO. W realiach działalności telemarketingowej problematyczne może być opracowanie odpowiedniego sposobu przekazywania informacji o przetwarzaniu danych.

Informacja, o której mowa powinna być przygotowania i zaprezentowana w sposób spełniający wspomniane wymagania RODO co do zawartości informacji, momentu jej przekazania i czytelności przekazu. Z kolei przedsiębiorcy zależeć będzie, żeby na skutek zbyt rozbudowanych informacji o przetwarzaniu danych osobowych rozmówca telefoniczny nie stracił zainteresowania rozmową. Realizacja zarówno regulacji RODO, jak i interesów przedsiębiorcy stanowi często trudne zadanie. – Monika Skocz, Radca prawny, Senior Managing Associate, Deloitte Legal

W związku z tym, w kontekście możliwych kontroli, przedsiębiorcy powinni upewnić się, że przekazywane przez nich informacje są kompletne, przejrzyste i przekazywane w sposób przewidziany przez RODO.

Realizacja praw osób, których dane dotyczą

Administratorzy prowadzący działania telemarketingowe nie mogą także zapominać, że RODO przewiduje szereg praw przysługujących podmiotom danych w związku z przetwarzaniem ich danych osobowych m.in.: prawo dostępu do danych, prawo do sprostowania danych, prawo do usunięcia danych („prawo do bycia zapomnianym”), prawo do ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, czy prawo do wycofania udzielonej zgody. Na administratorach danych ciąży obowiązek realizacji wskazanych praw podmiotu danych.

Ponadto, w przypadku przetwarzania danych na potrzeby marketingu bezpośredniego, RODO uprawnia każdy podmiot danych do wniesienia w dowolnym momencie sprzeciwu wobec przetwarzania jego danych. Oznacza to, że podmioty prowadzące działalność telemarketingową powinny wdrożyć odpowiednie rozwiązania pozwalające osobom, których dane dotyczą na bezproblemowe zgłoszenie sprzeciwu, a także powinny zapewnić usunięcie tych danych m.in. z systemów teleinformatycznych. Często do wyrażenia sprzeciwu dochodzi podczas rozmowy telefonicznej z pracownikiem call center, dlatego niezbędna jest współpraca w tym zakresie pomiędzy administratorem, a podmiotem przetwarzającym dane w jego imieniu.

Mając powyższe na uwadze przedsiębiorcy prowadzący działania telemarketingowe powinni upewnić się, że przewidziane przez nich procedury wykonywania praw osób, których dane dotyczą, pozwalają tym osobom na pełną i terminową realizację przysługujących im uprawnień. – Grzegorz Olszewski, Radca prawny, Senior Associate, Deloitte Legal

Kary administracyjne

Za nieprzestrzeganie przepisów rozporządzenia grożą wysokie kary administracyjne. W sytuacji, gdy kontrola wykaże nieprawidłowości w przetwarzaniu danych osobowych, Prezes Urzędu Ochrony Danych może nałożyć karę nawet do 20 000 000 EUR, a w przypadku przedsiębiorstwa – w wysokości do 4% całkowitego rocznego światowego obrotu z poprzedniego roku obrotowego.

Tomasz Wiśniewski zdradza plany Pracowni Finansowej na 2019 r.

W zakresie nowych technologii i OZE drastyczny skok cen energii – spowodowany wzrostem opłat za prawa do emisji dwutlenku węgla – hamuje rozwój całego rynku. Planowana jest relokacja sprzętu poza Unię Europejską, gdzie prawa te nie obowiązują. Ceny przy ogromnych elektrowniach wodnych są tam dużo niższe. W ten sposób można nadal wykazywać dużą rentowność tego biznesu

– W 2019 roku Pracownia Finansowa ma zamiar wygrać kolejne aukcje, które prawdopodobnie odbędą się w jego pierwszej połowie. Dzięki nim wybudowanych zostanie osiem elektrowni wiatrowych – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Wiśniewski, wiceprezes Pracowni Finansowej Być może w ten sposób, za gotówkę, bez wsparcia kredytem bankowym, powstanie również park maszynowy. W nieruchomościach będzie to czas kontynuacji polityki budowy osiedli i domów jednorodzinnych w stolicy – niedaleko stacji metra w niskich cenach. To gwarantuje możliwość sprzedania ich końcowym nabywcom – dodał Wiśniewski.

Erwin Wieffering nowym dyrektorem zarządzającym BRITAX RÖMER w regionie EMEA

Erwin Wiefffering objął stanowisko dyrektora zarządzającego Britax Römer na Europę, Bliski Wschód i Afrykę (EMEA). Swoje obowiązki sprawuje od stycznia 2019 roku.     

Erwin Wiefffering - Britax Römer EMEA
Erwin Wiefffering – Britax Römer EMEA

Erwin Wieffering ma 22-letnie doświadczenie w obszarze marketingu i zarządzania na stanowiskach kierowniczych, które zdobył zarówno w europejskich, jak i światowych firmach.

Przed dołączeniem do Britax Römer, pełnił rolę Global Chief Marketing Officer w Verisure/Securitas Direct. Wcześniej Ervin Wieffering przez 18 lat pracował w Procter & Gamble i Gillette, gdzie zarządzał markami z sektora beauty, health i grooming.

„Z umiejętnościami przywódczymi Erwina, doświadczeniem z innych branż i jego świeżym spojrzeniem , Britax Römer jest na doskonałej drodze do osiągnięcia pełnego potencjału na europejskim rynku” – mówi Alexander Lacik, CEO Britax Childcare Group. „Niezmiernie cieszę się, że mogę powitać Erwina w rodzinie Britax Römer” – dodaje Lacik.

„Jestem podekscytowany możliwością dołączenia do jednej z najlepszych firm związanych
z transportem dzieci. Britax i Römer są w Europie markami kultowymi, znanymi z wysokich standardów bezpieczeństwa, które dbają o ochronę dzieci w podróży w obszarze EMEA i na całym świecie.”
– mówi Erwin Wieffering. „Jako firma mamy ważny cel – nieustanne doskonalenie rozwiązań transportowych dla najmłodszych, by stawały się one jeszcze bezpieczniejsze i wygodniejsze, równocześnie zapewniając rodzicom poczucie spokoju w trakcie wspólnych podróży” – dodaje Wieffering.

Erwin Wieffering będzie pracował w siedzibie głównej Britax Römer EMEA w Leipheim w Niemczech.

Przejęcie nieruchomości w postępowaniu egzekucyjnym jako forma wygaśnięcia zobowiązania podatkowego

Przepisy Ordynacji podatkowej wskazują, że jedną z możliwych form wygaśnięcia zobowiązania podatkowego jest przejęcie nieruchomości w postępowaniu egzekucyjnym. Co należy wiedzieć o takim sposobie wygaśnięcia? Jakie są jego konsekwencje i kiedy dokładnie następuje?

Wygaśnięcie zobowiązania podatkowego

Zgodnie z przepisami art. 59 Ordynacji podatkowej zobowiązanie podatkowe wygasa w całości lub w części wskutek: zapłaty, pobrania podatku przez płatnika lub inkasenta, potrącenia, zaliczenia nadpłaty lub zaliczenia zwrotu podatku, zaniechania poboru, przeniesienia własności rzeczy lub praw majątkowych, przejęcia własności nieruchomości lub prawa majątkowego w postępowaniu egzekucyjnym, umorzenia zaległości, przedawnienia, zwolnienia z obowiązku zapłaty, a także nabycia spadku w całości przez Skarb Państwa albo jednostkę samorządu terytorialnego stwierdzonego przez prawomocne postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku. Wskazany katalog ma charakter zamknięty, co oznacza, że nie istnieją żadne inne możliwości skorzystania z instytucji wygaśnięcia zobowiązania.

Wygaśnięcie zobowiązania przez zapłatę

Co do zasady w każdym z wymienionych przypadków wygaśnięcia zobowiązania podatkowego mamy do czynienia z zapłatą należnego podatku. Nie musi ona jednak zostać dokonana przez samego podatnika, albo przynajmniej nie bezpośrednio. Przepisy wykluczają możliwość udziału osób trzecich w tej czynności, ale za to uwzględniają szczególne przypadki. Jednym z nich jest chociażby przejęcie nieruchomości w postępowaniu egzekucyjnym. To niewątpliwie szczególna forma zapłaty, której w sensie prawnym dokonuje jednak sam podatnik.

Egzekucja nieruchomości w praktyce

Niezapłacenie przez podatnika należnego podatku może skutkować wszczęciem postępowania egzekucyjnego. Stosuje się je w kontekście obowiązków podatkowych, które wynikają z decyzji lub postanowień odpowiednich organów. W momencie powstania zaległości podatkowej, a zatem kiedy podatek nie zostanie zapłacony w terminie, po stronie fiskusa aktualizuje się uprawnienie do dochodzenia należności na drodze egzekucji. Właściwym organem w tym zakresie jest natomiast naczelnik urzędu skarbowego, który wymierzył podatek. Wierzyciel jest zobowiązany do przesłania podatnikowi pisemnego upomnienia do wykonania obowiązku podatkowego wraz z informacją o możliwości wszczęcia egzekucji. Brak reakcji ze strony podatnika uprawnia organ do wystawienia tytułu wykonawczego, który stanowi podstawę egzekucji. Należy pamiętać, że postępowanie egzekucyjne generuje dodatkowe koszty – opłaty egzekucyjne, opłatę manipulacyjną oraz opłaty za dokonanie czynności egzekucyjnej.

Jak bronić się przed egzekucją?

Tytuł wykonawczy nie pozbawia podatnika możliwości obrony. Ma on możliwość wniesienia zarzutów w sprawie prowadzenia postępowania egzekucyjnego. Co prawda nie wstrzymuje to postępowania, ale w uzasadnionych przypadkach organ egzekucyjny może wstrzymać podejmowane czynności do czasu rozpatrzenia zarzutów. Co może stanowić podstawę do wniesienia zarzutów? Na przykład wcześniejsze wykonanie obowiązku podatkowego, przedawnienie zobowiązania podatkowego, niedopuszczalność egzekucji administracyjnej, niedoręczenie podatnikowi upomnienia czy prowadzenie egzekucji przez niewłaściwy organ. Uwzględnienie zarzutów będzie skutkowało umorzeniem postępowania albo zastosowaniem innego środka egzekucyjnego. Innymi środkami obrony są skarga na czynności egzekucyjne organu egzekucyjnego lub egzekutora oraz skarga na przewlekłość postępowania egzekucyjnego. Oba te środki dotyczą raczej kwestii formalnych, ale niejednokrotnie stanowią najskuteczniejszą broń, ponieważ organom zwyczajnie zdarza się pomylić. Obie formy skarg rozpatruje organ wyższego stopnia, a zatem w stosunku do naczelnika urzędu skarbowego jest to dyrektor izby skarbowej.

Moment wygaśnięcia zobowiązania

W kontekście omawianego zagadnienia istotne jest również, kiedy w zasadzie można mówić o wygaśnięciu zobowiązania podatkowego. Za ten moment uznaje się dzień przeniesienia własności rzeczy lub prawa, co stwierdzone zostaje decyzją organu podatkowego. Orzeczenie to powinno określać wysokość wygasłego zobowiązania. W kontekście przejęcia własności nieruchomości konieczne jest ustalenie jej dokładnej wartości. Może się bowiem okazać, że nie zapewnia ona spłaty całego zobowiązania podatkowego, a zatem robi to jedynie częściowo albo następuje nadpłata. Po całkowitym zaspokojeniu roszczenia organu podatkowego podatnik zostaje uwolniony od ciążącego na nim zobowiązania. Częściowa spłata powoduje natomiast częściowe wygaśnięcie zobowiązania, a zatem nadal ono istnieje, jednak jego kwota ulega zmniejszeniu. Konsekwencją wygaśnięcia zobowiązania podatkowego jest to, iż po prostu przestaje ono istnieć.

Przeniesienie własności rzeczy lub praw majątkowych

Finalnie warto wskazać, że wygaśnięcie zobowiązania podatkowego poprzez przejęcie własności nieruchomości w postępowaniu egzekucyjnym bywa mylone z przeniesieniem własności rzeczy lub praw majątkowych. Druga z tych instytucji różni się tym, iż stanowi czynność cywilnoprawną i następuje na wniosek podatnika. Zadaniem organu podatkowego jest natomiast wyrażenie zgody lub odmowa. Wydanie pozytywnego dla strony orzeczenia umożliwia zawarcie z właściwym organem administracji publicznej umowy cywilnoprawnej, dotyczącej przejęcia nieruchomości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Kurs euro stabilny w oczekiwaniu na dalsze impulsy

Łagodna retoryka RPP będzie wspierać krajowy rynek długu. EURUSD pozostaje pod wpływem słabych danych ze strefy euro.

Rynek walutowy i stopy procentowej

We wtorek, podobnie jak miało to miejsce w poniedziałek, nie doszło do większych ruchów na polskiej krzywej dochodowości. Przed środowym posiedzeniem RPP presja na wyprzedaż obligacji była niewielka, w związku z umiarkowanymi oczekiwaniami na zmianę retoryki przez Radę. Obecnie rynek nie wycenia możliwości zmian stóp procentowych w Polsce w przeciągu najbliższych dwóch lat. Wobec oczekiwań na dalszą stabilizację polityki pieniężnej, polskie papiery z krótkiego końca krzywej dochodowości, nie odbiegają znacząco od stawki referencyjnej, a w sektorze 2-letnim powinny pozostać zbliżone do 1,50%.

W strefie euro publikacja wskaźników PMI dla sektora usługowego miała ograniczone znaczenie dla obligacji krajów bazowych w strefie euro (indeks dla Niemiec był lepszy niż oczekiwano). Jednak inwestorzy baczniej przyglądali się publikacjom z Włoch, gdzie PMI spadł poniżej 50 pkt, czyli znalazł się na poziomach wskazujących na recesję. Wstępne dane o PKB za czwarty kwartał pokazały, że Włochy znalazły się w technicznej recesji. Pesymizm związany z Włochami nie jest taki silny jak miał oto miejsce w październiku czy listopadzie zeszłego roku, jednak przyczynia się do wzrostu spreadu 10Y IT-DE o około 10 pb w ciągu tygodnia.

Wtorek 5 lutego nie przyniósł istotniejszych zmian na rynku walutowym. Kurs EUR/USD z ok. 1,1450 przesunął się do ok. 1,14, natomiast kurs EUR/PLN fluktuował wokół poziomu 4,2850. Głównymi wydarzeniami podczas sesji europejskiej były publikacje styczniowych danych PMI oraz grudniowej sprzedaży detalicznej ze strefy euro. Dane te okazały się nieco lepsze od oczekiwań jednak nie pomogło to notowaniom wspólnej waluty wobec dolara. Rynek EUR/USD pozostaje pod wpływem gołębiego EBC oraz zeszłotygodniowej wypowiedzi Weidmanna z Bundesbanku, który stwierdził, że w aktualnych uwarunkowaniach normalizacja polityki monetarnej w strefie euro zajmie „kilka lat”. W sytuacji, gdy kolejne publikacje danych z Eurolandu wpisują się w trend stopniowego spowalniania strefy euro kurs EUR/USD nie jest w stanie trwale urosnąć, a przed głębszym spadkiem powstrzymuje go tylko coraz bardziej gołębie stanowisko Fed-u (który poza „pozostawaniem cierpliwym” co do stóp procentowych, przymierza się również do ograniczenia tempa redukcji swojego bilansu w ciągu kilku najbliższych posiedzeń FOMC).

Kurs EUR/PLN utrzymuje się blisko 4,29. Wobec stabilnego stanowiska RPP, nasza waluta szuka impulsów do zmian przede wszystkim na rynkach globalnych, na których dominują obawy o spowolnienie globalnej gospodarki, a także niepewność co do finału toczących się amerykańsko-chińskich negocjacji handlowych. Co prawda ostatnio D. Trump wypowiadał się dosyć optymistycznie w tych kwestiach jednak ciągle brak jest przełomu w kwestii chińskiej polityki przemysłowej.

Wykres dnia: Rynek nie wycenia możliwości zmian stóp procentowych w Polsce w przeciągu najbliższych dwóch lat.

możliwości zmian stóp procentowych w Polsce
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Jarosław Kosaty, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Mniejsze tempo wzrostu liczby zezwoleń na pobyt posiadanych przez cudzoziemców

W 2018 r. liczba cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt w Polsce zwiększyła się o 47 tys. osób. Oznacza to wzrost mniejszy o odpowiednio 12 i 7 tys. w porównaniu do roku 2017 i 2016. Najliczniej powiększyła się grupa obywateli Ukrainy – o prawie 34 tys. osób. Zdecydowana większość obcokrajowców posiada zezwolenia na pobyt czasowy związany z pracą.

Cudzoziemcy chcący osiedlić się i zalegalizować swój pobyt w Polsce składają w urzędach wojewódzkich wnioski o zezwolenia na pobyt. Osoby spełniające warunki wydania zezwolenia otrzymują dokumenty potwierdzające ich prawo pobytu w kraju. Na początku tego roku ważne zezwolenia na pobyt posiadało 372 tys. cudzoziemców. Według stanu na 1 stycznia 2018 r. i 2017 r. było to odpowiednio 325 tys. i 266 tys. osób.

Mniejsze tempo wzrostu liczby zezwoleń na pobytW ubiegłym tego roku największy wzrost liczby zezwoleń na pobyt dotyczył przede wszystkim obywateli: Ukrainy – o 33,9 tys. do 179 tys. osób, Białorusi – o 4,7 tys. do 20 tys. os., Indii – o 1,9 tys. do 8,8 tys. os., Gruzji – o 1,3 tys. do 2,9 tys. os. oraz Wietnamu – o 0,7 tys. do 12,4 tys. os. Najwięcej przybyło zezwoleń na pobyt czasowy (maksymalnie do 3 lat) – o 35,8 tys. oraz stały – o 9 tys.

Zdecydowanie najczęstszym celem pobytu cudzoziemców w Polsce jest chęć podjęcia pracy – w ubiegłym roku dotyczyło to prawie 73 proc. spraw. Ponadto, 12 proc. wnioskodawców chciało pozostać w Polsce z powodów rodzinnych, a 10 proc. w związku z podjęciem lub kontynuacją studiów.

Najbardziej popularnymi regionami wśród cudzoziemców posiadających ważne zezwolenia na pobyt są województwa: mazowieckie – 114 tys. osób, małopolskie – 36 tys. os., dolnośląskie – 31 tys. os. oraz wielkopolskie – 28 tys. os.

Powyższe dane nie uwzględniają osób przebywających w Polsce tymczasowo np. na podstawie wiz.

Afryka – rynek przyszłości dla polskich firm, lecz obarczony licznymi ryzykami

Jakub Makurat, dyrektor generalny Ebury Polska, wyjaśnia, dlaczego warto, aby rynki państw afrykańskich były celem dla polskich eksporterów. Podpowiada także na co zwrócić w praktyce uwagę przy pierwszych kontaktach handlowych na Czarnym Lądzie.

Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska
Jakub Makurat – dyrektor generalny Ebury Polska

Polska w wymianie handlowej z Afryką od wielu lat utrzymuje dodatni bilans. Niestety na tym dobre informacje się kończą. Krajowi eksporterzy nie wykorzystują szans jakie dają im chłonne rynki państw z Czarnego Lądu. Jak podaje Ministerstwo Przedsiębiorczości i Technologii, w 2017 r. sprzedaż polskich przedsiębiorstw do afrykańskich państw stanowiła jedynie 1 proc. całego naszego eksportu.

W ostatnich latach polski eksport do Afryki utrzymywał się na poziomie ok. 2,5 mld dolarów rocznie. Tak niewielki eksport na ten kontynent to wynik m.in. tego, że na przestrzeni lat – czy to przed 1989 r. czy już w III RP – Polska nie zbudowała trwałych relacji handlowych z państwami afrykańskimi.

Na rynkach afrykańskich nie ma zbyt wielu przedstawicielstw czy oddziałów polskich firm. Rodzimym przedsiębiorcom znacznie łatwiej idzie handel zagraniczny nawet na odleglejszych rynkach. Obecnie polskie firmy realizujące kontakty handlowe z afrykańskimi partnerami, bazują najczęściej na prywatnych relacjach – np. z byłymi studentami polskich uczelni, którzy wrócili do swoich ojczyzn. Te pojedyncze relacje to stanowczo za mało, aby myśleć o stworzeniu trwałych stosunków handlowych. Dlatego w przyszłości polscy przedsiębiorcy powinni liczyć na większą pomoc organizacji państwowych wspierających eksport do Afryki.

A jest o co walczyć. Według prognoz, np. UNICEF, do 2050 r. ludność Afryki podwoi się do 2,5 mld osób. Co istotne dla polskich przedsiębiorców, w kolejnych latach powinna znacznie rosnąć konsumpcja w Afryce. Choć są to kraje o niskim stopniu rozwoju i wciąż niewielkiej zasobności portfela ich mieszkańców, to są przy tym niezwykle chłonnymi rynkami, na których jest zapotrzebowanie na produkty i usługi właściwie we wszystkich sektorach ich gospodarek.

Już wiele lat temu dostrzegły to Chiny, które inwestują coraz więcej w krajach afrykańskich – konsekwentnie budując tam pozycję partnera numer jeden. Firmy z Państwa Środka wykorzystują szanse, które daje Czarny Ląd, głownie wynikające ze wzrostu demograficznego i wzrostu dobrobytu. Są też w tym konsekwentnie wspierane przez instytucje rządowe z Państwa Środka.

Branże z potencjałem

W sposób naturalny rodzi się więc pytanie – czy polskie przedsiębiorstwa mogą w jakikolwiek sposób konkurować z chińskimi przedsiębiorstwami, które są znacznie większe, a do tego inwestują od lat w Afryce i mają już tam bardzo silne relacje handlowe?

Przy dużych projektach inwestycyjnych i branżach opartych na zaawansowanych technologiach, z pewnością polskie firmy nie mają większych szans z Chińczykami. Są jednak polskie produkty które mogą śmiało zaistnieć na afrykańskich rynkach i co ważne mamy tam już gospodarcze sukcesy. To choćby spółki przemysłowe notowana na warszawskiej giełdzie – jak np. Wielton, producent naczep i zabudów samochodowych. W minionym roku o tym, że Afryka to priorytet dla rozwoju firmy poinformował też Feerum, producent elewatorów zbożowych.

Z innych przykładów, coraz śmielej na Czarnym Lądzie poczyna sobie branża spożywcza. Jako przykład przedsiębiorstwa skupionego na rozwoju w handlu w Afryce można podać spółkę notowaną na rynku z NewConnect – Polska Meat, handlująca polskim mięsem m.in. w krajach Afryki Środkowej. Z kolei w krajach Afryki Północnej od lat dobrze radzą sobie polskie przedsiębiorstwa z branży mleczarskiej.

Oczywiście nie można także zapominać o przedsiębiorstwach informatycznych – np. podmioty z Grupy Asseco od kilku lat konsekwentnie budują silną pozycję na kolejnych rynkach afrykańskich.

Właśnie branża przemysłowa, spożywcza oraz firmy informatyczne i technologiczne mogą być w przyszłości znakiem rozpoznawczym polskich firmy na rynku afrykańskim.

Kilka ważnych wskazówek

Widzimy więc, że przedsiębiorcy coraz częściej szukają swoich szans również na Czarnym Lądzie. Czy są oni jednak w stanie zaadaptować się do warunków panujących w Afryce? Rozmawiając z przedsiębiorcami, którym udało się osiągnąć sukces na tym kontynencie, większość z nich powtarza, że kluczem jest przystosowanie się do kompletnie innej niż europejska kultury biznesowej. Najczęściej wskazywane jest inne nastawienie do negocjacji handlowych, czasu ich trwania oraz terminowości płatności.

Dlatego podmiotom zainteresowanym handlem z afrykańskimi partnerami, chciałbym przekazać kluczową radę, którą usłyszałem od przedsiębiorcy robiącego biznes w Afryce od ponad 20 lat. Podkreślił on, że dla bezpieczeństwa działalności, każda płatność afrykańskiego kontrahenta powinna być bardzo dobrze zabezpieczona oraz że najlepiej pracować na przedpłatach, a każdy kontrakt musi być wyjątkowo skrupulatnie przygotowany i określający szczegółowo terminy poszczególnych płatności.

Dodatkowo, warto pamiętać, że w Afryce, tak jak np. w Azji czy Ameryce Południowej, „kraj krajowi nierówny”. Poziomy zarówno rozwoju gospodarczego, jak i instytucjonalnego, afrykańskich państw diametralnie różnią się od siebie. Nie można w jednej grupie umieszczać RPA, Nigerii, Maroka czy Algierii z małymi krajami, które nierzadko są uwikłane w różnego rodzaju konflikty – wewnętrzne i zewnętrzne. Poza tym przedsiębiorcy wskazują, że pomiędzy różnymi afrykańskimi krajami istnieją znaczne różnice w postrzeganiu roli partnerów biznesowych, w tym tych pochodzących z Europy.

Które państwa są więc najpewniejsze dla polskich przedsiębiorstw? Tutaj wymieniłbym takie kraje jak RPA (ok. 25 proc. całego eksportu Polski do Afryki w 2017 r.), Algieria (14,1 proc.), czy też te stojące przed szansą wynikającą ze zmian demograficznych, takie jak Nigeria, z rekordowym wzrostem liczby ludności. Poza tym polscy przedsiębiorcy nie powinni zapominać o takich krajach jak: Maroko, Tunezja, Egipt, Kenia, Ghana, Tanzania czy Senegal. W tych państwach jest dość dobra infrastruktura do prowadzenia biznesu, a statystyki handlowe pokazują, że są one najbardziej przyjazne polskim przedsiębiorstwom.

Polscy przedsiębiorcy eksportujący do Afryki radzą też rozpoczęcie przygotowań od przeprowadzenia na miejscu możliwie dogłębnego zebrania informacji o lokalnym rynku. Warto zebrać jak najwięcej danych o interesującym nas kraju: sytuacji makroekonomicznej, stabilności sytemu finansowego i instytucji tam funkcjonujących, czy też kondycji lokalnej waluty. Niezależnie czy planujemy rozliczanie się w tradycyjny sposób w dolarach czy euro, czy też, aby chronić nasze marze skorzystamy z nowoczesnych usług finansowych i będziemy rozliczać się w południowoafrykańskim randzie, kenijskim szylingu, etiopskim birze, algierskim dinarze czy nigeryjskiej nairze, to stabilność lokalnej waluty może nam sporo powiedzieć o systemie finansowym i aktualnej sytuacji gospodarczej danego państwa.

Dodatkowo warto szukać wsparcia w polskich placówkach dyplomatycznych, a także zdobyć wiedzę wynikającą z doświadczeń innych polskich firm w danym kraju z Afryki.

Nie zapomnijmy też zabezpieczyć naszych międzynarodowych płatności, np. bezpiecznymi kontraktami walutowymi typu forward.

Myśl długoterminowo

Jak widzimy, eksportowanie produktów do Afryki ma swoje plusy (chłonne, szybko rosnące rynki), a także minusy (np. ryzyka wynikające z innej kultury biznesu). Jednak polskie przedsiębiorstwa, dla których rynek polski nie ma już potencjału wzrostu i które szukają nowych rynków – co ważne zapewniających atrakcyjną marżę – na pewno powinny zwrócić swoją uwagę na wybrane afrykańskie kraje.

Wszyscy moi partnerzy handlowi powtarzają, że aby zaistnieć na wymagających afrykańskich rynkach potrzeba sporo czasu i wysiłku. Należy się liczyć np. z koniecznymi inwestycjami na miejscu – w zaplecze marketingowe oraz handlowe. Polskie firmy często gubiło to, że chciałyby coś sprzedać na rynku afrykańskim bez zainwestowania w to czasu i pieniędzy, bez zdobycia relacji, informacji i infrastruktury. Polscy eksporterzy wskazują, że na rynki afrykańskie należy patrzeć długoterminowo: najpierw inwestycja, a później zyski. A te, z uwagi na wspomniane już czynniki m.in. demograficzne, mogą być solidne.

Na koniec ciekawostka. W Afryce jesteśmy świadkami interesującej rewolucji technologicznej. Afrykańczyków ominęła globalna komputeryzacja. Myli się jednak każdy, kto uważa, że są to narody zacofane technologiczne. Choć na przestrzeni ostatnich dekad większość z nich nie miała masowego dostępu do komputerów, to ludność zamieszkująca ten kontynent bardzo sprawnie wykorzystuje mobilne narzędzia, choćby te finansowe. Wszystko co mieści się w smartfonie, nie jest im obce. Adaptacja najnowszych technologii wśród narodów afrykańskich jest więc na bardzo wysokim poziomie.

Jakub Makurat, Dyrektor Generalny Ebury Polska

Coface zaktualizował oceny ryzyka krajów i sektorów: Podniesiono oceny 9 krajów. Sektor motoryzacyjny w Polsce w dół

W 2019 r. na przedsiębiorstwa czekają dwie pułapki: spowolnienie gospodarcze i ryzyko polityczne. Podczas konferencji Country Risk w Paryżu poświęconej ryzykom krajów i sektorów, Coface zaprezentował przedsiębiorstwom swoją wizję głównych trendów w gospodarce światowej w 2019 roku.

Wzrost ryzyka kredytowego dla przedsiębiorstw europejskich

Rosnąca liczba problemów, takich jak wzrastające ryzyko polityczne, znaczne wahania cen surowców, jak również ograniczenia podaży, przyczyniła się do spowolnienia tempa wzrostu gospodarczego w skali globalnej pod koniec 2018 r. i położyła się cieniem na prognozy na rok 2019 (3 proc. w 2019 r., po 3,2 proc. w latach 2017-2018). Tym razem to Europa Zachodnia odczuła skutki spowolnienia szybciej niż Stany Zjednoczone. Coface spodziewa się wzrostu liczby niewypłacalnych przedsiębiorstw w dwudziestu krajach Europy (z 26 objętych analizą) – o +1,2 proc. w strefie euro oraz o +6,5 proc. w Europie Środkowej. Taki wzrost ryzyka kredytowego dla przedsiębiorstw wynika ze spadku koniunktury, a także z utrzymującej się niepewnej sytuacji politycznej.

Czynniki te miały negatywny wpływ w szczególności na sektor motoryzacyjny. Po około ośmioletnim okresie wzrostu zaczyna on obecnie wykazywać tendencję spadkową. Potrzeba inwestycji, zwiększona konkurencyjność, zmiana stylu życia konsumentów oraz niezbędne dostosowanie się do nowych standardów zapobiegających zanieczyszczeniu środowiska – muszą zostać spełnione w kontekście dojrzałości rynku chińskiego, jak również narastającego protekcjonizmu. Taki rozwój wydarzeń skłonił Coface do obniżenia oceny dla sektora motoryzacyjnego do ryzyka średniego niemal we wszystkich krajach zachodnioeuropejskich, a także w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, natomiast w Ameryce Łacińskiej i Ameryce Północnej do ryzyka wysokiego.

Ryzyko polityczne będzie nadal stanowić poważny problem w Europie w 2019 roku. Wskaźnik Coface dotyczący ryzyka społecznego osiągnął swój najwyższy poziom od 2010 r. Takie rodzaje ryzyka pojawiają się często podczas wyborów. Należy zatem obserwować wybory w Grecji, jak również ewentualne przyspieszone wybory we Włoszech, w Hiszpanii i Niemczech. Zwiększające się niezadowolenie społeczne i wzrost popularności partii antyeuropejskich stają się na tyle istotne, że mogą doprowadzić po wyborach (które odbędą się w maju 2019 r.) do powstania bardzo podzielonego Parlamentu Europejskiego.

„Pierwszy raz od czasu kryzysu zadłużenia publicznego z lat 2011–2012, w tym roku przedsiębiorstwa muszą stawić czoła jednocześnie dwóm problemom – spadkowi koniunktury i ryzyku politycznemu” – powiedział Julien Marcilly, główny ekonomista Coface.

Gospodarki wschodzące nadal podatne na zagrożenia

Obecnie panująca sytuacja na świecie wywiera zróżnicowany wpływ na gospodarki krajów wschodzących. Spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego w strefie euro (prognozowane +1,6 proc. w 2019 r.) i w Stanach Zjednoczonych (+2,3 proc.) naraża rynki wschodzące na wystąpienie efektu domina, szczególnie w konsekwencji wymiany handlowej. Przewiduje się, że w tym roku tempo wzrostu w handlu światowym będzie nadal spadać (wg Coface tylko +2,3 proc. w tym roku). Jednakże, spowolnienie dynamiki wzrostu w Stanach Zjednoczonych ma także pozytywny skutek – mniejsze prawdopodobieństwo podwyższenia poziomu stóp procentowych przez amerykańską Rezerwę Federalną zmniejsza ryzyko odpływu kapitału z rynków wschodzących.

W tym roku należy obserwować czynniki ryzyka politycznego w gospodarkach krajów wschodzących, w tym w Afryce, w której obywatele mają obecnie do dyspozycji więcej możliwości wyrażania swojego niezadowolenia (wskaźnik dostępności internetu potroił się od 2010 r.), w kontekście napiętego kalendarza wyborczego (Nigeria, RPA i Algieria).

Jednak, mimo niepewnej sytuacji politycznej i w zakresie bezpieczeństwa, Coface zwraca uwagę na bardziej pozytywne perspektywy dla Mozambiku (obecnie D), w którym odnotowano najwyższy poziom rezerw dewizowych od 2014 r., a tempo wzrostu gospodarczego przekracza 3 proc., oraz Rwandy (A4), gdzie notuje się stałą poprawę klimatu dla biznesu, a tempo wprowadzania reform zostało utrzymane.

Coface podnosi oceny krajowe gospodarek opartych na przemyśle naftowym, w których ceny ropy utrzymują się na umiarkowanym poziomie mimo niestabilnej sytuacji. Należą do nich: Angola (obecnie C), Azerbejdżan (B), Kanada (A2), Zjednoczone Emiraty Arabskie (A3) oraz Trynidad i Tobago (B).

Liban to jak na razie jedyny kraj, któremu obniżono w tym roku ocenę (obecnie D) z uwagi na utrzymującą się trudną sytuację gospodarczą.

Oceny krajów Coface (161 krajów) obejmują ośmiostopniową skalę ryzyka w porządku rosnącym: A1 (ryzyko bardzo niskie), A2 (ryzyko niskie), A3 (ryzyko raczej akceptowalne), A4 (ryzyko akceptowalne), B (ryzyko istotne), C (ryzyko wysokie), D (ryzyko bardzo wysokie) oraz E (ryzyko ekstremalne).

Oceny sektorów Coface (13 sektorów w 6 regionach geograficznych, 27 krajów generujących prawie 87 proc. światowego PKB) obejmują czterostopniową skalę: ryzyko niskie, ryzyko średnie, ryzyko wysokie oraz ryzyko bardzo wysokie.Coface zaktualizował oceny ryzyka krajów

Zakaz handlu jednak wyjdzie galeriom na dobre?

W ocenie niektórych ekspertów, galerie już mocno ucierpiały na obowiązującym zakazie. Zaostrzyły więc rywalizację między sobą. Widoczny jest również trend zwiększania wydatków na informowanie o promocjach użytkowników smartfonów znajdujących się blisko centrów handlowych. Umożliwiają to rozwiązania geolokalizacyjne. Najwięksi gracze chcą też zbierać dane o tym, kiedy i jak często odwiedzają ich klienci. Przyznawanie punktów za wizyty w niedziele niehandlowe może być sposobem na poniesienie zysków. Część specjalistów uważa, że w takiej sytuacji konieczne jest przygotowywanie dodatkowych aplikacji. Polacy chcą udogodnień, w tym m.in. wirtualnych przymierzalni i obsługi kasowej za pomocą własnych telefonów.

Zaostrza się konkurencja

– Dość spore nasycenie powierzchnią handlową w dużych polskich miastach od dłuższego czasu mocniej prowokuje centra handlowe do walki o konsumentów. Zakaz handlu w niedziele tylko zaostrzył między nimi tę rywalizację. A rozgrywa się ona już nie tylko pomiędzy największymi obiektami. Nowa, mniejsza galeria jest w stanie zabrać klienta dużemu graczowi, jeśli np. zaoferuje atrakcyjniejszą ofertę rozrywki na niedzielne popołudnie – komentuje Maciej Tygielski, Szef Sprzedaży w Grupie AdRetail.

Tymczasem Łukasz Marynowski z Polskiej Rady Centrów Handlowych, podkreśla, że galerie są mocno poszkodowane w związku z zakazem handlu w niedziele. Trzeba pamiętać o tym, że tego typu obiekty tak naprawdę funkcjonują 24 godziny na dobę, przez 365 dni w roku, nawet wtedy, gdy są zamknięte dla klientów. Dla przykładu, codziennie działa klimatyzacja. W nocy można zmniejszyć oświetlenie. Ale zawsze musi być włączony system ochrony, który nadzorują pracownicy. Dlatego zmniejszony ruch na koniec weekendu prowadzi do ewidentnych strat w tym segmencie.

– Każde centrum handlowe jest odpowiedzialne za marketing miejsca przed swoimi najemcami, którzy co do zasady narzekają na istniejące warunki. W ten sposób pilnują własnych interesów, aby czasem nie podzielić się większymi zyskami z właścicielem galerii. Zatem obiekt musi stale pracować nad podnoszeniem liczby odwiedzin, a właściwie nad tzw. konwersją godziny do przychodu. I to dotyczy też dni, w których działają tylko kina i restauracje – dodaje Maciej Tygielski.

Zdaniem eksperta z PRCH, w czasach dobrej koniunktury i rosnącej sprzedaży detalicznej przez zakaz handlu cierpią też ci, których ograniczenie nie dotyczy. Są to m.in. obecne w galeriach kawiarnie i restauracje. Ich obroty spadły już w zeszłym roku, gdy było zdecydowanie więcej dni handlowych niż w br. Wynika to z tego, że nikt nie przyjeżdża tam specjalnie po to, żeby wypić kawę. O ile konsument może wybrać się do centrum handlowego innego dnia np. po spodnie, o tyle niewypity napój w niedzielę nie zostanie zakupiony w tym miejscu w poniedziałek.

– Konkurencja między galeriami zaostrza się i to mocno. Świadczy o tym trend zwiększania wydatków centrów handlowych na informowanie konsumentów o promocjach w tych dniach, w których można robić zakupy. Szczególnie widoczny jest wzrost zainteresowania ofertami skierowanymi do użytkowników smartfonów w pobliżu obiektów, czyli w promieniu paru kilometrów od budynków. A pozwalają już na to rozwiązania geofencingowe – informuje Norbert Kowalski, Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Wachlarz możliwości

W branży retail coraz częściej mówi się o tym, że zakaz handlu w niedziele oznacza konieczność przygotowywania dodatkowych aplikacji mobilnych. Powinny one nie tylko zachęcać klientów do robienia zakupów, ale także ułatwiać im poruszanie się po galeriach. Mogą np. umożliwiać identyfikację samochodu na parkingu, oferować nowoczesne programy lojalnościowe, a także pomagać w wyszukiwaniu konkretnych sklepów i aktualnych promocji.

– Wpływ zakazu handlu w niedziele będzie miał wielowymiarowy wpływ na kondycję rynku centrów handlowych. Trudno teraz mówić, czy remedium na skutki mogą być jakieś konkretne rozwiązania technologiczne. Wybór i wdrażanie tych właściwych dla sektora galerii jest nieuniknionym procesem, niezależnym od niehandlowych niedziel. To jest kierunek niedalekiej już przyszłości dla tej branży – przekonuje Marta Machus-Burek, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych, Partner w Colliers International.

Niektórzy eksperci zwracają uwagę na to, że polskie centra handlowe wciąż w ograniczonym zakresie wykorzystują nowe technologie. Z tą opinią stanowczo nie zgadza się Łukasz Marynowski. I zauważa, że w najnowocześniejszych obiektach w Polsce klient może już korzystać z aplikacji do odnajdywania sklepów na mapach i samochodów na parkingach. W wielu galeriach interaktywne ekrany zastępują tradycyjne tablice z listami butików. Ponadto pracownicy ochrony korzystają z inteligentnych systemów monitoringu. Nie są one widoczne dla konsumentów, ale wpływają na funkcjonowanie budynków.

– Biorąc pod uwagę techniczne funkcjonowanie obiektów, polskie centra handlowe rzeczywiście korzystają z nowoczesnych rozwiązań. Niemniej jednak w tym obszarze trendy z zakresu technologii proekologicznych, jak np. używanie wyłącznie paneli słonecznych, na skalę masową jest jeszcze przed nami – zaznacza ekspert z Colliers International.

Mówi się również, że centra handlowe słabo wykorzystują dane z urządzeń mobilnych klientów w połączeniu z geolokalizacją. Norbert Kowalski dostrzega, że największe galerie dopiero zaczynają myśleć o elementach związanych z geofencingiem, jak beacony i bluetooth. Chcą zbierać informacje o tym, kiedy i z jaką częstotliwością odwiedzają ich użytkownicy smartfonów. W ocenie eksperta, dobrym pomysłem byłoby też nagradzanie konsumentów za samo wejście na teren obiektu. To może zachęcić ludzi do odwiedzania galerii w niedziele niehandlowe.

Marta Machus-Burek, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers International
Marta Machus-Burek, Senior Partner, Dyrektor Działu Powierzchni Handlowych w Colliers International

– Chcąc zapewnić sobie możliwość personalizacji ofert i działania na współczesnym rynku, gdzie klient ma wiele opcji zakupów czy też odpowiednich miejsc do spędzania wolnego czasu, poznanie jego zachowań i zrozumienie potrzeb jest podstawą nawiązania skutecznej komunikacji. Klasyczne metody badawcze już nie wystarczają do przygotowania strategii odpowiadających na wyzwania współczesnego otoczenia konkurencyjnego – uważa Marta Machus-Burek.

Natomiast Maciej Tygielski przypomina, że tak naprawdę liczą się pomysły na to, jak przyciągnąć klienta do galerii. Technologia jest tylko narzędziem, choć oczywiście niezbędnym w dzisiejszej komunikacji. Natomiast wymagający konsument musi mieć poczucie, że faktycznie zyskuje na wyborze konkretnego centrum handlowego. Z kolei Łukasz Marynowski ostrzega przed kopiowaniem dobrych rozwiązań od konkurencji. Może być tak, że to, co się sprawdzi w jednym obiekcie, nie zadziała w innym, np. z powodu różnych zwyczajów zakupowych Polaków.

– Trzeba mieć przede wszystkim na uwadze to, że konsumenci życzą sobie nowinek technologicznych. Przykładem mogą być wirtualne przymierzalnie. Oprócz ułatwień w doborze odpowiedniego produktu współcześni klienci chcą korzystać z wygodnej obsługi kasowej za pomocą własnych smartfonów. Kasy bezobsługowe mogą być też impulsem dla użytkowników do odwiedzenia danego obiektu. Walcząc z konkurencją, warto zbudować wizerunek najnowocześniejszej galerii w swoim regionie – doradza Dyrektor Zarządzający w Grupie AdRetail.

Jak podsumowuje Marta Machus-Burek, w przypadku technologii sztucznej inteligencji czy analiz Big Data, gromadzonych w ramach Internetu Rzeczy, nie mamy jeszcze funkcjonujących i w pełni wdrożonych rozwiązań. Za granicą też nie jest to jeszcze powszechne. Oczywiście część centrów testuje lub jest na początkowym etapie wykorzystania np. Wi-Fi do monitorowania preferencji klientów. Jednak nie można nazwać tego w pełni działającymi rozwiązaniami, poza kilkoma wyjątkami. Dotoczą one głównie obiektów, które należą do międzynarodowych firm właścicielskich i funduszy.

Dzięki branży bukmacherskiej stacje telewizyjne zyskują widzów wydarzeń sportowych

Oglądalność tradycyjnej telewizji spada niemal na całym świecie, jednak transmisje i programy sportowe opierają się temu trendowi. Aż 60 proc. mężczyzn w wieku 18-34 lata, którzy oglądają sport w telewizji, obstawia również zakłady bukmacherskie. Szacunki te znalazły się w raporcie „Global TMT Predictions” firmy doradczej Deloitte i dotyczą Ameryki Północnej. Co więcej, im częściej kibice dokonują zakładów, tym więcej czasu spędzają przed telewizorem. Dlatego zdaniem ekspertów Deloitte branża bukmacherska staje się ważnym czynnikiem, gwarantującym stacjom telewizyjnym dopływ widzów śledzących wydarzenia sportowe.

W 2019 roku przeciętny młody Amerykanin w wieku 18-24 lat, poświęcił 11 godzin w tygodniu na oglądanie programów sportowych, podczas gdy mężczyźni w wieku 25-34 lata średnio o pięć godzin więcej. Programy sportowe będą stanowić odpowiednio około dwóch trzecich i trzech czwartych czasu spędzonego przez nich przed telewizorem. W tej grupie nie brakuje jeszcze bardziej zagorzałych kibiców. Około 30 proc. amerykańskich widzów w wieku 25-34 lata obejrzy 21 godzin programów sportowych tygodniowo, a w przypadku jednej piątej będzie to aż 35 godzin, czyli pięć godzin dziennie. Mowa jest tu przede wszystkim o mężczyznach, bo przekonanie, że kobiety nie są tak zagorzałymi fankami sportu w tym przypadku się sprawdza. Tylko 26 proc. Amerykanek w wieku 18-24 lat i 37 proc. w wieku 25-34 lat oglądało w telewizji w ubiegłym roku chociaż jedną transmisję wydarzeń sportowych.

Tradycyjna telewizja ma coraz większy problem, by utrzymać widownię na dotychczasowym poziomie, ale nie dotyczy to sportu. W 2018 roku młodzi Brytyjczycy w wieku 16-34 lat spędzili przed telewizorem dziennie średnio o 42 proc. mniej minut niż w 2010 roku. W przypadku sportu było to jedynie mniej o 24 proc. minut.

Podobne zjawisko obserwowano w USA, zapewne analogicznie będzie także na innych rynkach, choć każdy z nich niewątpliwie ma swoją specyfikę. Jednym z powodów, który utrzymuje widza przed telewizorem są dodatkowe emocje, które wiążą się ze śledzeniem widowiska sportowego – mówi Przemysław Zawadzki, Dyrektor, Lider Deloitte Sports Business Group.

Te emocje budzi, m.in. udział w zakładach bukmacherskich.

Związek wprost proporcjonalny

Deloitte przewiduje, że w tym roku 40 proc. amerykańskich widzów w wieku 18-34 lata oglądających programy sportowe, co najmniej raz w tygodniu będzie obstawiać wygraną w zakładach bukmacherskich. Wśród kobiet odsetek ten wynosi 15 proc. Różnice ujawniają się także w poszczególnych grupach wiekowych. Wraz z wiekiem spada skłonność do udziału w zakładach sportowych. W grupie widzów w wieku 55-75 lat jedynie mniej niż 5 proc. będzie miało kontakt z bukmacherem raz w tygodniu. Z kolei w grupie wiekowej 25-34 lata odsetek ten rośnie do 50 proc. Podobnie wyniki pokazały badania przeprowadzone wśród widzów kanadyjskich.

Przemysław Zawadzki, dyrektor w Dziale Audytu Deloitte
Przemysław Zawadzki, dyrektor w Dziale Audytu Deloitte

Ci którzy najczęściej obstawiają zakłady sportowe, są też najbardziej skłonni zasiąść przed telewizorem, by śledzić zmagania sportowców. Co najmniej trzy czwarte osób w USA, które biorą udział w zakładach, oglądają później w telewizji dyscyplinę lub zawody, które obstawili. To pokazuje, jak łączą się te dwie sfery – mówi Przemysław Zawadzki.

Prognozy mówią, że ci, którzy w tym roku obstawią co najmniej jeden zakład tygodniowo, obejrzą dwa razy więcej transmisji niż pozostali widzowie.

Hazard legalny i nielegalny

Wartość branży hazardowej wynosi około pół biliona dolarów w skali globalnej. Około 40 proc. tej sumy, czyli około 200 mld dolarów stanowią zakłady sportowe. Szacunki rynkowe pokazują, że w latach 2018-2022 będą one rosły w tempie prawie 9 proc. rocznie. Oszacowanie szarej strefy w branży hazardowej jest niezwykle trudne, ale tylko w USA całkowita kwota postawiona w nielegalnych zakładach sportowych mogła wynieść w ubiegłym roku 169 mld dolarów. Niewykluczone, że pieniądze zostawione u bukmacherów z szarej strefy przez fanów amerykańskiego futbolu są od czterech do pięciu razy większe niż przychody z biletów wstępu oraz z praw telewizyjnych w tym sporcie. W Polsce funkcjonuje 16 legalnych organizatorów zakładów bukmacherskich.

Gruntowne zmiany w polskim prawie sprawiły, że obroty oraz udziały rynkowe bukmacherów z licencją Ministerstwa Finansów zwiększyły się.

Zakłady bukmacherskie mogą być ważnym czynnikiem gwarantującym widownię telewizyjną istotnych wydarzeń sportowych. Firmy zajmujące się produkcją i dystrybucją telewizyjnych transmisji sportowych powinny współpracować, a nawet inwestować w biznes bukmacherski. Z kolei branża bukmacherska lokuje ogromne pieniądze w sponsoringu sportowym, ale też telewizyjnym. Nasz raport pokazuje, że te dwa sektory łączy więcej niż mogłoby się wydawać – podsumowuje Daniel Martyniuk, Partner, Deloitte Sports Business Group.

Słowo waży więcej niż czyny

Dolar australijski wsiadł do roller-coastera i po wczorajszym zaskakująco zrównoważonym komunikacie RBA dziś prezes banku centralnego uderzył w bardziej gołębie tony. Rynek błyskawicznie przeszedł do przewidywania terminu obniżki stóp procentowych. Sądzę, że pochopnie, ale euforia potrzebuje czasu, by wygasnąć. Dziś z kolei decyzja Rady Polityki Pieniężnej, ale raczej bez kalki wydarzeń z Australii.

Jak pisałem wczoraj, wyważony neutralny komunikat RBA miał racjonalne uzasadnienie, jeśli bank podtrzymuje prognozy wzrostu powyżej potencjalnego, a negatywne czynniki ryzyka, choć się wzmocniły, nie muszą się finalnie zmaterializować. Jednak dziś nad ranem wystąpienie prezesa RBA Phillipa Lwoe’a w National Press Club było mniej skupione na ostrożnym optymizmie, natomiast podkreślone zostały zagrożenia. Kluczowa fraza forward guidance z ostatnich miesięcy – „następny ruch na polu stóp procentowych prawdopodobnie będzie podwyżką” – został usunięty. Lowe stwierdził, że „dziś te prawdopodobieństwa zdają się być równo rozłożone.” Dodał, że przy podtrzymywanym wzroście bezrobocia i braku postępów w powrocie inflacji do celu może być wskazanym obniżenie stóp procentowych.

Dyskutowałbym, czy słowa Lowe’a uzasadniają tąpnięcie AUD o ponad 1 proc. Ryzyka globalne (Chiny) i lokalne (rynek nieruchomości, osłabienie PKB) były już znane od jakiegoś czasu i utemperowanie optymizmu RBA było konieczne. Rynek szybko przeskoczył do wyceny obniżki stóp procentowych, ale w stanowisku RBA nie widzę pośpiechu do działania i wszystko bardziej wskazuje na uważne obserwowanie rozwoju sytuacji gospodarczej w średnim terminie. Np. zakopanie topora wojennego między USA i Chinami w temacie handlu diametralnie odmieni sytuację. Słuszną reakcją jest wyprzedaż AUD po przemówieniu prezesa RBA, ale skala spadku więcej mówi o chęciach inwestorów (którzy od początku roku szukają pretekstów, by sprzedawać walutę) niż odpowiednio dyskontuje informacje. Rynek zdaje się widzieć to, co chce, wyolbrzymiając negatywne informacje, a ignorując te bardziej optymistyczne. Stąd zjazd AUD może być kontynuowany, szczególnie, że w nocy z czwartku na piątek RBA będzie prezentował Raport Stabilności Finansowej, gdzie ryzyka dla perspektyw gospodarczych będą szerzej opisane i będą stanowić pożywkę dla sprzedających Aussie.

Dziś w kalendarzu decyzja Rady Polityki Pieniężnej, ale nie spodziewam się, aby komunikat i konferencja prasowa zapewniły złotemu tyle samo emocji, co miał AUD. Z dużym prawdopodobieństwem otrzymamy konfirmację, że Rada pozostaje na autopilocie i nie rozważa zmiany stóp procentowych nawet do końca tej kadencji w 2022 r. (jeśli wierzyć słowom prezesa Glapińskiego). Ostatnia seria słabszych danych inflacyjnych, z przemysłu i rynku pracy osłabia argumenty jastrzębi, jednak solidny wzrost PKB blokuje gołębich członków. Bierność RPP jest dobrze znana inwestorom i nie zaszkodzi stabilizacji złotego w pobliżu 4,29 za euro.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Rząd nie sprzyja mikroprzedsiębiorcom? Zmiany w prawie 2018 okiem małego biznesu

Tylko 6% mikroprzedsiębiorców oceniło, że zmiany prawne, które weszły w życie w 2018 roku, pomogły im w prowadzeniu działalności gospodarczej – wynika z badania firmy inFakt. Pozostali nie odczuwają żadnych różnic w porównaniu z latami wcześniejszymi lub oceniają nowe przepisy negatywnie – głównie ze względu na towarzyszącą im większą liczbę czynności wyjaśniających i sprawdzających.

Zmiany nie zrobiły różnicy?

Wiele spośród nowych regulacji z 2018 roku określano przymiotnikiem „kontrowersyjna”. Dotyczyło to zarówno obowiązku składania JPK_VAT przez mikroprzedsiębiorców, jak i mechanizmu split payment (czyli podzielonej płatności za faktury) czy też systemu STIR. Z kolei takie rozwiązania jak e-składka czy ulga na start były traktowane jako takie, które powinny ułatwić małemu biznesowi działalność.

Tymczasem okazało się, że mikroprzedsiębiorcy w znacznej większości nie odczuli wprowadzonych zmian. Aż 70% z nich stwierdziło, że nowe prawo nie wywarło wpływu na ich działalność.

Jeśli już nowe przepisy niosły dla przedsiębiorców jakieś konsekwencje, to zazwyczaj negatywne. Zwrócił na to uwagę co czwarty ankietowany.

E-składka na plus, split payment oraz JPK na minusE-składka na plus, split payment oraz JPK na minus

Zapytani o zeszłoroczne zmiany prawne, badani przez inFakt przedsiębiorcy najwyżej ocenili e-składkę (66% głosów). Co czwarty badany za najkorzystniejszą uznał ulgę na start, a 7% badanych wskazało JPK.JPK wraz ze split payment regulacjami ocenionymi jako najbardziej uciążliwe

JPK wraz ze split payment okazały się natomiast regulacjami ocenionymi jako najbardziej uciążliwe. Oba rozwiązania otrzymały po 30% głosów. – Warto odwołać się w tym miejscu do wyników badania przeprowadzonego przez inFakt wśród księgowych na początku 2018 roku. Aż 59% ankietowanych wskazało wtedy split payment jako zmianę w prawie, która sprawi najwięcej kłopotów przedsiębiorcom – mówi Joanna Swatowska-Rybak z firmy inFakt, kierownik badania.

Co ankietowani mikroprzedsiębiorcy mówią na temat JPK?

  • Jest to dodatkowe raportowanie, powoduje też problem z ogarnięciem całości działalności.
  • Brak możliwości kwartalnego raportowania JPK_VAT niweluje komfort kwartalnych rozliczeń podatku.
  • Wysyłanie JPK co miesiąc jest uciążliwe, ponieważ rozliczam się kwartalnie. 

Więcej sprawozdań i wyjaśnień 

Więcej sprawozdań i wyjaśnień

Jedną z konsekwencji nowych regulacji prawnych jest większa liczba czynności sprawdzających i wyjaśniających, którym są poddawani przedsiębiorcy. Prawie połowa (44%) badanych przyznała, że doświadczyła tego albo bezpośrednio, albo zwiększona liczba kontroli dotknęła ich księgowych.

Należy podkreślić, że czynności te nie dotyczyły kontroli przeprowadzanych przez Urząd Skarbowy. Były związane z dostarczaniem dodatkowych danych klientów, składaniem wyjaśnień na zapytania Urzędu odnośnie prawa do odliczania podatku VAT czy zasadności zaksięgowania wskazanego wydatku do kosztów prowadzenia firmy.

Rząd nie sprzyja mikroprzedsiębiorcom?

Rząd nie sprzyja mikroprzedsiębiorcomBlisko połowa ankietowanych ma złe zdanie na temat polityki rządu wobec mikroprzedsiębiorców w 2018 roku. Badani wskazują, że kolejne zmiany w przepisach to brak stabilności legislacyjnej, dokładanie obowiązków i coraz większa inwigilacja.

Wśród negatywnych głosów na temat działań rządu często pojawiają się te, które wskazują, że prowadzenie działalności gospodarczej w Polsce wymaga coraz więcej pracy niezwiązanej z sednem działalności. Mikroprzedsiębiorcy, zamiast skupiać się na rozwoju, muszą na bieżąco śledzić, jak zmieniają się przepisy i poświęcać więcej uwagi sprawom księgowym – co nie przynosi wymiernych korzyści.

Metodologia badania

Badanie zostało przeprowadzone przez firmę inFakt od 18 stycznia do 2 lutego 2019 metodą CAWI (Computer Web Assisted Interviews) na reprezentatywnej grupie 673 przedsiębiorców z całej Polski.

Eksport polskiej żywności idzie na rekord. Producenci konkurują ceną, ale znaczenie ma też jakość

Eksport polskiej żywności idzie na rekord. Producenci konkurują ceną, ale znaczenie ma też jakość 1

Wartość eksportu polskiej żywności za 2018 rok prawdopodobnie znacznie przekroczy 29 mld euro, co będzie najlepszym wynikiem w dotychczasowej historii. Polscy producenci, aby rozwijać się na zagranicznych rynkach, muszą cały czas utrzymywać wysoką jakość i konkurencyjną, niską cenę. Istotna jest przy tym odpowiedzialna produkcja, którą wymuszają oczekiwania konsumentów. Zdrową żywność przynajmniej raz w tygodniu kupuje już 40 proc. Polaków – wynika z badań zleconych przez De Heus. 

– Polska żywność, jak wiadomo, z sukcesem sprzedaje się na rynkach europejskich i światowych. Najlepszym na to dowodem są cyfry i statystyka. Patrząc dzisiaj na wielkość eksportu polskiej żywności – nie tylko tej mięsnej, lecz także owoców, warzyw, jabłek, żywności świeżej, ekologicznej, wyprodukowanej w oparciu o różnego rodzaju koncepty produkcyjne – widzimy duży, kilkunastoprocentowy wzrost w ciągu ostatnich kilku lat – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Adam Zaleski, dyrektor generalny De Heus.

Polski eksport żywności rośnie nieprzerwanie od lat. W ubiegłym roku, zgodnie z danymi MPiT, wartość polskiego eksportu artykułów rolno-spożywczych w okresie styczeń–listopad zwiększyła się do 27,1 mld euro wobec 25,6 mld euro w analogicznym okresie rok wcześniej, co stanowiło blisko sześcioprocentowy wzrost. Prognozowana wartość za cały 2018 rok prawdopodobnie przekroczy 29 mld euro, co będzie najlepszym wynikiem polskiego eksportu w historii. Dla porównania jeszcze w 2004 roku wartość eksportu polskiej żywności wynosiła 5,4 mld euro.

– Przewagą polskiej żywności na rynkach europejskich i światowych jest przede wszystkim niska cena. Oczywiście, nie odbiegamy od standardów i najwyższej jakości, jednak konkurujemy przede wszystkim cenowo. Jeżeli pojedziemy do Chin na jakiekolwiek targi albo do chińskiego supermarketu, to zobaczymy, że tam cały świat próbuje sprzedać Chińczykom swoje produkty mleczarskie. Konkurencja jest bardzo duża, cały świat wydaje olbrzymie pieniądze na promocję i my też to staramy się robić. Ale jeżeli nie będziemy konkurencyjni cenowo, oferując przy tym wyśmienitą jakość naszych produktów, to niestety, na tych rynkach się nie odnajdziemy – mówi Sylwester Mierzejewski z Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka.

Jak ocenia, polska żywność wciąż jeszcze nie ma wyrobionej mocnej, rozpoznawalnej marki, która byłaby kojarzona w Europie i na całym świecie. Dlatego polscy producenci żywności, żeby rozwijać się na zagranicznych rynkach, muszą cały czas utrzymywać wysoką jakość i konkurencyjną, niską cenę. Istotna jest przy tym odpowiedzialna produkcja, którą wymuszają oczekiwania konsumentów.

– Patrząc dzisiaj na statystycznego producenta żywności w Polsce – jego poziom wiedzy, jego otwartość na edukację i innowacje jest całkowicie inna niż była 20 lat temu. Wpłynął na to dostęp do technologii, wiedzy oraz element konkurencji, który wymusił takie zachowania na producentach żywności – zauważa Adam Zaleski – Rynek rządzi się również interesem komercyjnym, więc wszyscy ci, którzy myślą poważnie o rozwoju swoich firm, o pozostaniu w tym biznesie, nie mają wyjścia. Muszą produkować w sposób odpowiedzialny – dodaje.

Dyrektor generalny De Heus podkreśla, że jednym z wymiarów odpowiedzialnej produkcji jest bezpieczeństwo, do którego ogromną wagę przykładają konsumenci. Technologia umożliwia dziś konsumentom wgląd w proces produkcji i przekonanie się, czy producent rzeczywiście wytwarza żywność odpowiedzialnie, zgodnie z dobrymi praktykami i w sposób bezpieczny. Z drugiej strony coraz istotniejsza jest tzw. produkcja zintegrowana, która przebiega w ramach współpracy pomiędzy różnymi uczestnikami rynku. Wszyscy ci uczestnicy wiedzą, czego oczekują od nich partnerzy z łańcucha dostaw i jakie standardy muszą spełniać, żeby te oczekiwania zaspokoić.

– Myślę, że zarówno w części przetwórczej, jak i produkcyjnej, tej na polskiej wsi, świadomość tej odpowiedzialności jest – mówi Adam Zaleski – Informacje, które dzisiaj pojawiają się w mediach, dotyczące takiej czy innej patologii w produkcji żywności, bardzo źle wpływają na wizerunek branży, na wizerunek kraju na rynkach zewnętrznych, ale w moim przekonaniu są to wyłącznie przypadki incydentalne – podkreśla.

Z badań przeprowadzonych przez agencję badawczą MANDS na zlecenie De Heus wynika, że polscy konsumenci przykładają wagę do transparentnego procesu produkcji czy pochodzenia produktów rolno-spożywczych. Zdrową żywność przynajmniej raz w tygodniu kupuje 40 proc. Polaków, przy czym za określeniem „zdrowa” najczęściej kryją się produkty z krótką listą składników, bez konserwantów, fosforanów i takie, które uprawia się w oddali od głównych dróg. Badanie pokazało, że Polacy zwłaszcza mięso i wędliny postrzegają jako te kategorie żywności, które warto kupić ze sprawdzonego źródła.

Łukasz Dominiak, dyrektor generalny Krajowej Rady Drobiarstwa, potwierdza, że konsumenci, zarówno w Polsce, jak i w Europie, szukają już przede wszystkim produktów o wyższym standardzie.

– Mam tu na myśli kurczaka wolnowybiegowego czy kurczaka w jakimś zakresie ekologicznego. Wyraźnie widać, że taki rynek rośnie, chociażby po ofercie sklepów. Sieci sklepowe też tutaj idą w sukurs, sprawdzają, czego klienci oczekują, i praktycznie już każdej sieci jest jakiś produkt, który jest ponad tym kurczakiem standardowym – mówi Łukasz Dominiak.

Przerwy w działalności spowodowane cyberatakiem największym zagrożeniem dla firm. Przedsiębiorcy coraz częściej obawiają się też zmian klimatu i braku kadr

Przerwy w działalności spowodowane cyberatakiem największym zagrożeniem dla firm. Przedsiębiorcy coraz częściej obawiają się też zmian klimatu i braku kadr 2

Przerwy w działalności biznesowej oraz cyberataki to największe zagrożenia dla firm – wynika z Barometru Ryzyk Allianz 2019. W 2018 roku cyberprzestępczość kosztowała firmy na całym świecie rekordowe 600 mld dol rocznie. W zestawieniu rośnie też liczba wskazań dla ryzyk związanych ze zmianami klimatu i brakami wyspecjalizowanej kadry. Polskie przedsiębiorstwa obawiają się także zmian w prawie– wskazuje Tomasz Kryłowicz z Allianz Polska.

– Głównymi zagrożeniami dla firm w ocenie menadżerów są przerwy w działalności oraz zagrożenia cyber, obydwa w podobnym stopniu są wskazywane przez uczestników badania. Jako ryzyka najbardziej rosnące zostały wskazane zmiany klimatyczne i braki w kadrach, szczególnie specjalistów – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Tomasz Kryłowicz, dyrektor departamentu zarządzania ryzykiem, Allianz Polska.

Wyniki Barometru Ryzyk Allianz 2019 pokazują, że według firm największym zagrożeniem dla ich działalności są incydenty cybernetyczne i przerwy w działalności (po 37 proc.). Nieco mniej ankietowanych (28 proc.) wskazuje na katastrofy naturalne. W ciągu ostatnich kilku lat liczba cyberataków tylko na komputery wzrosła na całym świecie o 232 proc. W Polsce w 2017 roku podjęto prawie 6 mln prób takich ataków. W Stanach Zjednoczonych niemal 93 proc. przedsiębiorstw stało się celem ataku hakerów. Nie dziwi więc, że cyberzagrożenia co roku są wskazywane przez firmy jako największe zagrożenie, zwłaszcza że mogą powodować przerwy w działalności.

– Przerwy w działalności biznesowej już po raz siódmy w Barometrze Ryzyk Allianz zostały wskazane jako najważniejsze zagrożenie dla firm, zarówno globalnie, jak i w poszczególnych krajach. Jest to ryzyko wskazywane w krajach Ameryki Płn., Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, w Europie Zachodniej m.in. Niemcy, Hiszpania, Włochy, jak również w Chinach – wskazuje Tomasz Kryłowicz.

Z danych Allianz wynika, że cyberzagrożenia są tym czynnikiem, który w największym stopniu wpływa na przerwy w działalności (blisko połowa firm), rzadziej na przestoje w firmach wpływają pożary czy klęski żywiołowe. Jednocześnie przerwy w działalności są postrzegane jako największa przyczyna strat finansowych dla firm, zaraz po incydentach cybernetycznych.

– Źródłem przerw w działalności mogą być katastrofy naturalne, które przerywają ciąg dostaw do producentów, również zamieszki polityczne, ale największy wpływ w ocenie zarządzających firmami, ma ryzyko cybernetyczne, przerwy w systemach informatycznych. To one są wskazywane jako główne ryzyko, które powoduje przerwy w działalności biznesowej, na kolejnych miejscach znajdują się pożary, eksplozje i katastrofy naturalne – mówi ekspert.

Cyberataki co roku powodują ogromne straty finansowe. Tylko w 2018 roku było to ok. 600 mld dol. W 2014 roku było to ok. 445 mld dol. Te kwoty będą rosnąć, zwłaszcza że w dobie cyfryzacji rośnie liczba możliwości potencjalnego ataku. W dobie internetu rzeczy atak na jedno urządzenie może pociągnąć za sobą zagrożenie dla innych, połączonych urządzeń. Dla porównania koszt przeciętnej, 10-letniej ekonomicznej straty z powodu katastrof naturalnych to rocznie nieco ponad 200 mld dol.

– Jest większa ekspozycja firm na tego typu zdarzenia, coraz więcej systemów informatycznych jest stosowanych, widać coraz większą digitalizację systemów i pracy poszczególnych firm, czyli jest większa ekspozycja na tego typu ryzyka i w końcu większe konsekwencje. Firmy nie tylko muszą się liczyć ze stratami, które same ponoszą w swojej własnej działalności, np. niższa sprzedaż, ale też muszą być gotowe na poniesienie kosztów strat, które ponieśli ich klienci i akcjonariusze. Zwiększające się regulacje (np. RODO) też tutaj nie pomagają – tłumaczy Kryłowicz.

Zmiana klimatu (13 proc.) oraz brak wykwalifikowanej kadry (9 proc.) to ryzyka, które odnotowały w tegorocznym barometrze najwyższy wzrost. Zmiana klimatu może być nie tylko zwiastunem rosnących strat i zakłóceń spowodowanych ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi. Może mieć także duży wpływ na regulacje i odpowiedzialność firm, biorąc pod uwagę cele w zakresie emisji oraz nowe wymogi w zakresie sprawozdawczości i ujawniania informacji w wielu sektorach.

Z kolei niedobór wykwalifikowanej kadry pojawia się po raz pierwszy wśród dziesięciu najważniejszych zagrożeń biznesowych na świecie, a także w wielu krajach Europy Środkowej i Wschodniej, Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii. Ryzyko to związane jest z takimi czynnikami, jak zmieniająca się demografia, niepewność związana z brexitem i niewielka pula talentów w gospodarce cyfrowej.

– Z kolei to, co jest mniej wskazywane przez uczestników badania, to ryzyko utraty konkurencji i ryzyko utraty reputacji przez markę. Zmniejszenie liczy wskazań tego typu ryzyka jest prawdopodobnie związane z tym, że menadżerowie w sposób bardziej świadomy widzą źródła utraty konkurencyjności – wskazuje przedstawiciel Allianz Polska.

Polskie firmy, podobnie jak przedsiębiorstwa na całym świecie, jako największe ryzyko wskazują na przerwy w działalności. Na kolejnych miejscach uplasowały się ryzyka związane ze zmianami w regulacjach prawnych, cyberataki i zmiany rynkowe.

– Polscy eksperci wyżej niż reszta świata wskazywali zagrożenia związane ze zmianami w prawie i w brakach wyspecjalizowanej kadry pracującej w ich przedsiębiorstwach. Może być to związane m.in. ze zmianami demograficznymi oraz odpływem wyspecjalizowanych pracowników z Polski do innych krajów Europy – mówi Tomasz Kryłowicz.

Nielsen: 2019 rok będzie przełomowy w handlu. Sprzedawcy będą inwestować, by oszczędzać czas konsumentów

Nielsen: 2019 rok będzie przełomowy w handlu. Sprzedawcy będą inwestować, by oszczędzać czas konsumentów 3

Coraz większą rolę w handlu będą odgrywać technologie, które z jednej strony usprawnią proces zakupowy, z drugiej spowodują lepszą personalizację ofert dla poszczególnych konsumentów. Sprzedawcy będą też więcej inwestować w segment zdrowej żywności, bo konsumenci coraz większą wagę przywiązują do pochodzenia i jakości produktów, oczekując od nich certyfikatów bio czy zrównoważonego rolnictwa. Podstawowymi trendami staną się convenience, wielokanałowość i związane z tym zakupy przez internet. 

– Rok 2019 w handlu będzie przełomowy. Jesteśmy w kulminacyjnym momencie czwartej rewolucji przemysłowej, kiedy technologia wchodzi pod strzechy i zaczyna zmieniać wszystkie obszary naszego życia, w tym handel detaliczny i rynek produktów szybkozbywalnych. Mówimy nie o pojedynczych, pilotażowych projektach, lecz o aktywności właściwie wszystkich detalistów, którzy wprowadzają nowe rozwiązania – wskazuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Karolina Zajdel-Pawlak, dyrektor zarządzająca w AC Nielsen. – To się zaczyna stawać normą. Te najbardziej zaawansowane technologicznie rozwiązania będą już naszą nową rzeczywistością w tym roku prawdopodobnie.

Najbardziej dominującą potrzebą współczesnego konsumenta jest potrzeba wygody. W przypadku jednych konsumentów będzie ona oznaczała wybór sklepów położonych blisko domu, w przypadku innych – możliwość dokonania ich przez internet, a następnie odebrania w konkretnym punkcie lub otrzymania z dostawą do domu. Stąd postępować będzie także zjawisko wielokanałowości, czyli przenikania się zakupów online i offline.

W 2019 roku na pewno będzie kontynuowany trend convenience, czyli wszystkie działania detalistów i producentów mające na celu oszczędzanie czasu konsumentów spędzanego na zakupach. Na pewno rozwój technologiczny spowoduje, że w dalszym ciągu będzie postępowała personalizacja produktów i usług – mówi Ewa Rybołowicz, retailer service director w AC Nielsen. – Z całą pewnością będzie rosło zainteresowanie zakupami online. Trendem, który jest już obecny na polskim rynku i będzie kontynuowany, jest trend produktów zdrowotnych, ekologicznych.

Konsument convenience oczekuje m.in. oszczędności czasu na zakupach, jest zwolennikiem i użytkownikiem nowinek technologicznych, chętnie korzysta z kas samoobsługowych czy też wszelkich udogodnień w płatnościach. Z drugiej strony polski rynek jest bardzo zróżnicowany i ważną postacią jest na nim konsument tradycyjny, dla którego stacjonarne zakupy są przyjemnością i bardzo ważny jest kontakt bezpośredni ze sprzedawcą.

Dlatego przewidujemy, że tradycyjny rynek w Polsce będzie miał się dobrze i przy odpowiednim zarządzaniu będzie sobie dobrze radził – wskazuje Ewa Rybołowicz. – Z uwagi na to, że mamy takie dwa typy konsumentów, na polskim rynku będą dostępne zarówno nowoczesne, jak i tradycyjne rozwiązania w handlu. Z jednej strony mamy możliwość zrobienia zakupów online. Z drugiej strony offline także oferuje przeróżne udogodnienia w postaci kas bezobsługowych, płatności bezdotykowych. To dopiero początek drogi, bo przed nami sklepy bezzałogowe, płatności biometryczne, inteligentne półki, które będą nam podpowiadać produkty i wiele innych udogodnień.

Na razie według szacunków Nielsena, handel internetowy odpowiada za zaledwie 1 proc. sprzedaży FMCG w Polsce. Jednak globalnie widać trend znacznie szybszego – czterokrotnie – wzrostu sprzedaży online niż offline. Dlatego również na polski rynku w ciągu najbliższych trzech lat udział handlu online powinien wzrosnąć dwukrotnie – do 2 proc. obrotów ogółem. Jest to nie tylko kwestia zwyczajów konsumentów, lecz także możliwości oferowanych przez detalistów.

– Zyskującym na sile oczekiwaniem, który może osiągnąć w tym roku punkt kulminacyjny, jest to, że będziemy mieli dostęp do produktów, które są dobre dla naszego zdrowia i dla środowiska – mówi Karolina Zajdel-Pawlak. – Obawa o zdrowie jest jedną z kluczowych wśród polskich konsumentów, a to przekłada się na to, jakie produkty wybieramy. Wybieramy produkty bio, eko, które zostały wytworzone z poszanowaniem środowiska. W ten sposób głosujemy swoim portfelem za takimi produktami i producentami, którzy dostarczają nam zdrowe, zrównoważone możliwości, a to się przekłada na świat, w którym żyjemy.

Rekordowy popyt na obligacje skarbowe. Najbliższe miesiące zapowiadają się równie dobrze

Rekordowy popyt na obligacje skarbowe. Najbliższe miesiące zapowiadają się równie dobrze 4

Popyt na obligacje skarbowe w ubiegłym roku był rekordowy – Polacy kupili papiery za łączną kwotę 12,7 mld zł. Także i w tym roku obligacje skarbowe powinny cieszyć się niesłabnącym zainteresowaniem, czemu sprzyjać ma m.in. dobra sytuacja gospodarcza i łagodna polityka Rady Polityki Pieniężnej w kwestii podnoszenia stóp procentowych. Dodatkowym czynnikiem są rosnące ceny mieszkań, które studzą zapędy osób chcących kupić nieruchomość w celach inwestycyjnych.

Rynek nieruchomości jest alternatywą dla bezpiecznych lokat bankowych. Można kupić mieszkanie na wynajem, ale jest to raczej rozwiązanie dla zamożnych, którzy dysponują dużymi środkami, bądź dla tych, którzy zdecydują się zaciągnąć kredyt hipoteczny i w ten sposób zainwestować, bo i tak część swoich oszczędności muszą wyłożyć jako wkład własny, a pozostałą część pożyczyć – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Sadowski, główny analityk Expander Advisors.

Historycznie niskie stopy procentowe, które przekładają się na oprocentowanie i niską rentowność lokat bankowych, to nadal jeden z czynników napędzających popyt na mieszkania. Nieruchomości cieszą się dużym zainteresowaniem, ponieważ są przez Polaków postrzegane jako solidna i bezpieczna inwestycja, która przynosi większe zyski niż lokaty przy średnim oprocentowaniu 1,5–1,7 proc. przy blisko 2-proc. inflacji. Jak wynika z danych fiskusa, już w 2017 roku liczba osób czerpiących dochody z najmu wzrosła o ponad 8 proc. do 715 tys.

Inwestycje w nieruchomości wymagają jednak sporych nakładów własnych, co może stanowić barierę dla mniej zamożnych. Na dodatek potencjalnych inwestorów studzą rosnące ceny mieszkań, które według danych NBP w ubiegłym roku wzrosły o średnio 10 proc.

Poza rynkiem nieruchomości mamy obligacje: skarbowe i przedsiębiorstw, więc można znaleźć coś dla siebie. Każdy z tych produktów daje nam w miarę wysokie bezpieczeństwo, ale warto pamiętać, że zawsze istnieje pewne ryzyko, że możemy nie odzyskać swoich pieniędzy. Takiego ryzyka nie ma właściwie tylko w przypadku lokat bankowych. Tu mamy Bankowy Fundusz Gwarancyjny, który gwarantuje zwrot poniżej równowartości 100 tys. euro. Bardzo niskie ryzyko jest również w przypadku obligacji skarbowych – mówi Jarosław Sadowski.

Popularność obligacji skarbowych rośnie. W 2018 roku Polacy nabyli papiery za rekordową kwotę 12,7 mld zł, co oznacza dwukrotny wzrost popytu na papiery detaliczne r/r (6,9 mld zł w 2017 roku).

W ubiegłym roku bardzo wzrosło zainteresowanie obligacjami skarbowymi detalicznymi, czyli kierowanymi do zwykłych Polaków. Wzrost jest naprawdę imponujący. Częściowo wynika on z tego, że wprowadzono zupełnie nowy typ obligacji 3-miesięcznych, które bardzo odpowiadają preferencjom Polaków, bo my nie bardzo lubimy zamrażać oszczędności na dłuższy okres. Nawet lokaty bankowe wybieramy najczęściej 3-miesięczne, góra półroczne. Wprowadzenie krótkoterminowych obligacji bardzo zwiększyło zainteresowanie – mówi Jarosław Sadowski.

W 2018 roku obligacje trzymiesięczne, z oprocentowaniem wynoszącym 1,5 proc. w skali roku, stanowiły 61 proc. wszystkich obligacji detalicznych sprzedanych przez resort finansów. Na ich zakup Polacy wydali w sumie 4,2 mld zł. Drugie miejsce zajęły obligacje dwuletnie, z blisko 30-proc. udziałem. Główny analityk Expander Advisors zwraca również uwagę na dynamiczny w ostatnich latach wzrost zainteresowania obligacjami 4-letnimi.

To są obligacje, których oprocentowanie jest oparte o inflację, właściwie gwarantują, że będzie ono wyższe niż inflacja. Kiedy pojawiły się prognozy dotyczące dużego wzrostu inflacji, wielu Polaków pomyślało, że w ten sposób może zabezpieczyć swoje pieniądze. Teraz prognozy się zmieniły, więc możliwe, że w przyszłym roku to zainteresowanie spadnie. Z drugiej strony, wciąż rosną wynagrodzenia, co większą liczbę osób może skłonić do lokowania kapitału. Najbliższe miesiące pokażą tendencje na ten rok – mówi Jarosław Sadowski.

Większość ekspertów jest zgodna, że obligacje skarbowe będą cieszyć się niesłabnącym zainteresowaniem również w 2019 roku, czemu sprzyjać ma m.in. dobra sytuacja gospodarcza i łagodna polityka RPP w kwestii podnoszenia stóp procentowych.

Oprocentowanie dużo wyższe niż w przypadku lokat i obligacji skarbowych pozwalają uzyskać obligacje korporacyjne, ale tu z kolei mamy dużo wyższe ryzyko, uzależnione od tego, kto emituje takie obligacje. Mamy firmy duże, o bardzo stabilnej sytuacji, ale afera GetBack pokazała, że zawsze istnieje ryzyko bankructwa. Warto mieć na uwadze, że im wyższe ktoś oferuje nam oprocentowanie, tym wyższe ryzyko z nim związane – podkreśla Jarosław Sadowski.

Polscy pacjenci onkologiczni wciąż mają mniejsze szanse na skuteczne leczenie niż mieszkańcy Europy Zachodniej. Brakuje skoordynowanej opieki i nowoczesnych leków

Polscy pacjenci onkologiczni wciąż mają mniejsze szanse na skuteczne leczenie niż mieszkańcy Europy Zachodniej. Brakuje skoordynowanej opieki i nowoczesnych leków 5

Diagnoza nowotworu przestała być równoznaczna z wyrokiem śmierci. Także w Polsce, dzięki zastosowaniu nowoczesnych leków, możliwe jest całkowite wyleczenie lub znaczne przedłużenie życia chorego, nawet w tak trudnych przypadkach jak rak płuca, rak jelita grubego, piersi czy nowotwory krwi. Wskaźniki pięcioletnich przeżyć wciąż są jednak u nas znacznie niższe niż w krajach Europy Zachodniej. To efekt zbyt późnego zgłaszania lekarzowi niepokojących objawów, braku wysoko wyspecjalizowanej opieki szpitalnej oraz dostępu do nowoczesnego leczenia.

Choroba nowotworowa co roku diagnozowana jest u ponad 160 tys. Polaków, a zgodnie z przewidywaniami WHO liczba ta będzie stale rosła. Prognozy epidemiologiczne mówią, że w ciągu kilku najbliższych lat na raka zachoruje co czwarty Polak, u co piątego natomiast leczenie nie przyniesie pozytywnego rezultatu. Pierwsza dekada XXI wieku przyniosła w onkologii zauważalny postęp, nawet w przypadku tak ciężkich do leczenia schorzeń jak rak płuca, rak jelita grubego, rak piersi  oraz nawrotowe i lekooporne postaci nowotworów krwi, np. ostrej białaczki limfoblastycznej czy szpiczaka mnogiego. Nadal jednak polscy lekarze są w stanie wyleczyć tylko ok. 45 proc. chorych, podczas gdy w Europie Zachodniej wskaźnik ten wynosi nawet 65 proc. Jest to efekt nie tylko zbyt późno stawianej diagnozy, lecz także braku wysokospecjalistycznych szpitali oraz dostępu do nowoczesnego leczenia.

– Nie jestem zwolennikiem szybkiego stosowania w Polsce leku, który wczoraj został dopuszczony do obrotu, natomiast jeżeli wiem, że lek jest już jakiś czas na rynku i ma bardzo dobrą historię efektywności terapeutycznej, to taki lek trzeba szybko wprowadzić na polski rynek, bo walczymy o życie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr n. farm. Leszek Borkowski, farmakolog kliniczny w Szpitalu Wolskim.

W Europie Zachodniej bardzo dobre wyniki pod względem wydłużenia życia chorych osiąga się w terapii nowotworu piersi, także w jego zaawansowanej, przerzutowej postaci. Pięcioletnie przeżycia uzyskuje się także w Polsce, w 2014 roku miało to miejsce u ponad 75 proc. pacjentek. Wciąż jest to jednak wynik niższy o 5–7 pkt niż w innych krajach Europy, gdzie do wachlarza terapeutycznego wprowadzono nową grupę leków opóźniających rozwój przerzutowej postaci nowotworu. Zdaniem ekspertów najpilniejsze potrzeby w zakresie leczenia pacjentek z rakiem piersi to stworzenie ośrodków koordynowanych, tzw. breast cancer unit, oraz dostęp do leków, zwłaszcza w przypadku kobiet z zaawansowaną, przerzutową postacią choroby.

– Jedną z najpilniejszych potrzeb jest zaopiekowanie się pacjentkami z potrójnie ujemnym rakiem piersi. Myślę, że to ta grupa pacjentek jest w chwili obecnej w najgorszej sytuacji, bo jeśli pojawia się ten nowotwór w zaawansowanym stopniu lub pojawiają się przerzuty właśnie w potrójnie ujemnym raku piersi, to dla tych pacjentek tak naprawdę nie ma leczenia – mówi Anna Kupiecka, Fundacja OnkoCafe.

Coraz dłuższe przeżycia osiągane są również w leczeniu nowotworów, których rozpoznanie jeszcze kilkanaście lat temu było równoznaczne z wyrokiem śmierci m.in. raku płuca, jelita grubego, przewlekłej białaczce limfocytowej, ostrej białaczce limfoblastycznej oraz szpiczaku mnogim. Tylko w tym ostatnim przypadku na świecie zarejestrowano w ostatnich latach sześć nowych cząsteczek. Znajdziemy tu lek o zupełnie nowym mechanizmie działania i leki o zmodyfikowanej strukturze cząsteczek. W Polsce na listy refundacyjne trafiła jednak tylko jedna z owych innowacyjnych terapii, podczas gdy eksperci nie mają wątpliwości, że optymalne możliwości leczenia zapewni jedynie dostęp do  kolejnych.

– Dwie, które są w tej chwili uznawane przez nas za najbardziej potrzebne, to jest karfilzomib i daratumumab. Trzecia to ixazomib, pierwszy lek z grupy inhibitorów proteasomów, który jest lekiem doustnym, ale – co szczególne – jest to lek, który działa u chorych ze szczególnymi mutacjami, które pogarszają rokowanie  – mówi prof. Wiesław Wiktor Jędrzejczak, Uniwersyteckie Centrum Medyczne WUM.

Wielkim osiągnieciem współczesnej onkologii jest leczenie sekwencyjne, pozwalające przy nawrocie choroby zastosować leki o mechanizmie działania odmiennym niż w dotychczasowych terapiach. Od kilku lat w kolejnych liniach leczenia stosuje się nowoczesną immunoterapię, a więc leki pobudzające układ odpornościowy pacjenta. Zdaniem ekspertów leki nowej generacji są w Polsce wprowadzane z opóźnieniem, co sprawia, że chory nie może odnieść  z ich podania takiej korzyści, jaką mógłby uzyskać, gdyby dostał lek na czas. Kolejnym problemem jest fakt, że są one dostępne zazwyczaj dla bardzo wąskiej grupy pacjentów.

– Programy lekowe, które w większości przypadków były ustalane kilka lat temu, powinny być zmodyfikowane w oparciu o najnowszą wiedzę medyczną i farmaceutyczną, bo to pozwoliłoby efektywniej wykorzystywać środki państwa polskiego przeznaczone na leczenie – mówi dr n. farm. Leszek Borkowski.

Rekomendację odnośnie do wprowadzenia nowego leku na listy refundacyjne przygotowuje Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Dopiero na podstawie jej opinii po rozpatrzeniu możliwości budżetowych resort zdrowia wydaje decyzję. Ministerstwo kieruje się zarówno efektownością kliniczną nowych cząsteczek, jak i opłacalnością kosztową. Środowiska pacjenckie apelują o to, by aspekt ekonomiczny tych decyzji nie dominował nad wartością kliniczną ocenianego leku.

– Jeżeli lek jest ogromnie drogi, a efekt kliniczny jest stuprocentowy, nawet dochodzi do wyleczenia, to wówczas nie mamy wątpliwości i staramy się zastanawiać, skąd te pieniądze znaleźć, żeby NFZ mógł zapłacić. Jestem pewien, że na pytanie: czy pacjenci mogą liczyć na takie terapie, odpowiedź będzie twierdząca, głównie dlatego, że jest coraz więcej pieniędzy w systemie, tylko ten przyrost pieniędzy nie jest skokowy – mówi Zbigniew Król, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia.

Zaprojektowane w Polsce ultralekkie koła hybrydowe poprawią zasięg aut elektrycznych i osiągi samochodów premium

Zaprojektowane w Polsce ultralekkie koła hybrydowe poprawią zasięg aut elektrycznych i osiągi samochodów premium 6

Technologia hybrydowa w produkcji felg może rozwiązać przypadłości, którymi obarczone były koła w całości kompozytowe, a jednocześnie pozwoli znacząco obniżyć masę w porównaniu do tych produkowanych ze stopów. Lekkie koła są niezbędne do wydłużenia zasięgu aut elektrycznych, a także poprawy osiągów auta. Zaprojektowane w Polsce ultralekkie felgi składają się zarówno z materiałów kompozytowych, jak i z aluminium, dzięki czemu są lekkie i sztywne, a dodatkowo posiadają znacznie mniej elementów, co pozwoli na zautomatyzowanie procesu ich produkcji.

– Fibratech pracuje nad ultralekką felgą samochodową. Próbujemy zrewolucjonizować rynek, który od 60 lat nie widział znaczącej redukcji masy. Chcemy zredukować masę felgi samochodowej o 15 proc., zwiększając jej sztywność. Chcemy też, żeby nasz produkt konkurował cenowo z kutymi felgami aluminiowymi – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Michał Smentoch, prezes zarządu Fibratech.

Felga Fibratech ma konstrukcję hybrydową. Składa się z części kompozytowej i z niewielkiej części aluminiowej, ważącej niecałe pół kilograma. Część kompozytowa składa się z dwóch elementów – włókna węglowego oraz żywicy. Obecnie w najnowszych autach pojawiają się felgi wykonane w całości z włókien węglowych. Rozwiązanie pozwala obniżyć wagę felgi z 6 – 13 kg w przypadku felgi aluminiowej, do nawet 3,5 kg. Oparte na włóknach węglowych felgi będzie można znaleźć np. w Fordzie Mustangu Shelby GT500, którego debiut jest zapowiadany na 2020 rok. Koła z włókna węglowego montuje w swoich modelach też Porsche.

Felgi wykonane z tego materiału lepiej tłumią energię, dzięki czemu samochód jest cichszy. Lżejsza ich konstrukcja przyczynia się ponadto do poprawy zachowania auta na zakrętach, a także lepszego przyspieszania i hamowania. Składają się jednak z wielu elementów. Polska firma zamierza nie tylko obniżyć wagę felg i zwiększyć ich sztywność, ale również zmniejszyć liczbę elementów, z których się składają. To pozwoli z kolei zautomatyzować proces ich wytwarzania.

– Felgi kompozytowe, które były tworzone do tej pory przez konkurencyjne spółki, składają się z bardzo dużej ilości elementów, co wiąże się z dużym nakładem pracy ludzkiej. Nasza koncepcja opiera się na redukcji ilości tych elementów. Zakładamy, że będzie ich poniżej 10, co pozwoli zautomatyzować cały proces i w konsekwencji zredukować cenę – tłumaczy Michał Smentoch.

Elektromobilność może być dużą szansą na zaistnienie technologii hybrydowej w produkcji felg, ponieważ twórcy i właściciele samochodów elektrycznych dążą do maksymalnego ograniczenia masy pojazdu w celu poprawienia osiągów, ale również wydłużenia zasięgu. Zamontowanie kompletu lekkich kół w samochodzie elektrycznym może pozwolić na wydłużenie dystansu do przejechania na jednym ładowaniu nawet o około 6 proc. W przypadku Tesli Model S z akumulatorem o większej pojemności oznaczałoby to korzyść w postaci dodatkowych niemal 30 kilometrów.

– Pierwsza grupa docelowa którą zidentyfikowaliśmy, to są auta elektryczne, czyli właściciele Tesli, natomiast docelowo wraz z rosnącą popularnością elektromobilności zakładamy, że grono naszych klientów będzie się poszerzać o kolejne firmy. To mogą być zarówno auta osobowe, jak i transportowe, autobusy, czy ciężarówki.  Widzimy też potencjał oczywiście w innych obszarach, takich jak lotnictwo, rowery, motocykle, natomiast teraz skupiamy się tylko na autach – mówi ekspert.

Polska firma prowadzi rozmowy na temat wdrożenia swojej technologii z gigantami motoryzacyjnymi, takimi jak BMW, Audi, Ford czy AMG Mercedes.

– Celujemy w grupę klientów, którzy kupują kute felgi aluminiowe, a zatem są to produkty oscylujące w cenach między 20-80 tys. złotych. Zakładamy, że nasz produkt znajdzie się w dolnej części tego przedziału cenowego. W segmencie OEM, czyli producentów aut, naszym celem jest zejść poniżej 700 euro za sztukę, co pozwoli nam konkurować z najlżejszymi felgami aluminiowymi, powstającymi w technologii kutego aluminium – twierdzi Michał Smentoch

Rynek aftermarket dla motoryzacji, zgodnie z przewidywaniami GlobeNewswire, ma osiągnąć wartość 1,4 bln dol do 2024 roku.

Media społecznościowe, smartfony i smartwatche mogą być groźnymi urządzeniami szpiegującymi. UODO: Publikowanie oświadczeń na prywatnych profilach jest bezcelowe

Media społecznościowe, smartfony i smartwatche mogą być groźnymi urządzeniami szpiegującymi. UODO: Publikowanie oświadczeń na prywatnych profilach jest bezcelowe 7

Media społecznościowe wiedzą o swoich użytkownikach więcej, niż można się tego spodziewać. Nie tak dawno okazało się, że popularny Facebook nielegalnie zbierał dane i je udostępniał. Oświadczenia o braku zgody na wykorzystywanie wizerunku  czy informacji są bezcelowe. Eksperci podkreślają, że zadbać o bezpieczeństwo w sieci można samemu. Nie tylko nie publikując określonych informacji, ale uważając na instalowane aplikacje i niemal automatycznie udzielane przy tym zgody. Smartfony i smartwatche mogą okazać się najgroźniejszymi urządzeniami szpiegującymi.

– Publikowanie oświadczeń na Facebooku o tym, że nie wyrażamy zgody na przetwarzanie danych osobowych, np. zdjęć, które umieściliśmy na tym portalu, nie jest w żaden sposób wiążące dla administratora, ponieważ nie spełnia ono przesłanek żądania usunięcia naszych danych z rozporządzenia. To jest nasze konto i publikowanie informacji na tym koncie jest po prostu tylko naszym oświadczeniem, natomiast nie rodzi żadnych skutków prawnych – mówi agencji Newseria Innowacje dr Edyta Bielak-Jomaa, prezes Urzędu Ochrony Danych Osobowych.

W dobie mediów społecznościowych, kwestia zabezpieczenia danych osobowych jest kluczowa. Jak jednak przypominają eksperci, informacje które udostępniamy na Facebooku czy Instagramie to tylko wierzchołek góry lodowej. Źródłem wiedzy mogą być smartfony i smartwatche. Warto choćby sprawdzić już zainstalowane lub wgrane fabrycznie aplikacje, które mogą mieć dostęp do takich danych, których wolelibyśmy nie udostępniać. Przegląd zainstalowanych aplikacji pod kątem ochrony naszej prywatności jest też o tyle istotny, że automatyczne aktualizacje wprowadzają nowe rozwiązania i nowe ustawienia.

Także smartwatche mogą okazać się narzędziem szpiegującym. Wskazał na to norweski urząd zajmujący się ochroną konsumentów – w jednym z raportów ocenił, że niektórzy producenci urządzeń przetwarzali dane w chmurze, która znajdowała się w Chinach i nie gwarantowała odpowiedniego poziomu zabezpieczeń.

Media społecznościowe teoretycznie gwarantują bezpieczeństwo, jednak w praktyce – jak pokazała choćby sprawa zbierania i udostępniania danych przez portal Facebook – nie jest to pewne.

– Facebook nie ma prawa rozpowszechniać informacji, które są zamieszczone na kontach, natomiast wynika to nie z faktu, że użytkownicy żądają zaprzestania rozpowszechniania informacji umieszczając to żądanie na swoim koncie społecznościowym, tylko wynika to po prostu z przepisów ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych – tłumaczy dr Edyta Bielak-Jomaa.

Korzystanie z twórczości innych osób dozwolone jest po przeniesieniu praw autorskich. Do tego konieczne jest podpisanie umowy, ale warto pamiętać że niektóre media społecznościowe mogą korzystać z publikowanych przez nas treści bez takiej umowy, jeśli wyraziliśmy zgodę na to podczas zakładania konta.

Przy korzystaniu z mediów społecznościowych warto więc zachować podstawowe zasady bezpieczeństwa – przejrzeć ustawienia, ale przede wszystkim zwracać baczną uwagę na to, jakie informacje udostępniamy. Zdjęcia z wakacji mogą być pożywką dla złodziei, podobnie zdjęcia wnętrza domu, samochodów i drogich sprzętów.

Według analityków PwC, 90 proc. wzrostu internetowego rynku reklamy to zasługa portali Facebook i Google. Rynek ten jest obecnie warty ponad 88 mld dol.

DIMAQ Voice po raz #4!

Zapraszamy na kolejnebezpłatne spotkania na temat digital marketingu z merytorycznym udziałem posiadaczy certyfikatów DIMAQ. To już czwarte spotkanie DIMAQ Voice, na którym będziemy poruszać aktualne tematy z zakresu digital marketingu. Prelekcje prowadzą najlepsi eksperci z branży.

Spotkania skierowane do osób, które interesują się szeroko pojętym digitalem. Posiadacze certyfikatów DIMAQ za udział w wydarzeniu otrzymują 5 punktów recertyfikacyjnych.

Na ostatnim spotkaniu poruszaliśmy temat UX i sprzedaży zintegrowanej. Tym razemprzybliżymy reklamę w Google, narzędzia do komunikacji oraz  zastanowimy się nad rozwojem digitalu w Chinach w kontekście aplikowania rozwiązań AI.

Czwarte spotkanie już  11 lutego w godz. 17:15-19:30 w Marzyciele i Rzemieślnicy (ul. Bracka 25, III piętro Domu Towarowego Bracia Jabłkowscy).

UWAGA. Można się rejestrować TYLKO na najbliższy termin wydarzenia.

AGENDA NAJBLIŻSZEGO SPOTKANIA:

17:15 Rejestracja
17:30 Rozpoczęcie

17:35 PREZENTACJA I

Tytuł:Czego marka / agencja może nauczyć się od startupu (turkusowego). Praktyczne tricks and tips, które można wprowadzić w każdej organizacji i się wyróżnić.

Prelegent: Jakub Dzięcielski, Marketing Manager Poland, Codecool Poland

Prezentacja dotyczy nowoczesnych metod, które wykorzystuje wiele startupów a które są często jeszcze nieodkryte przez duże i ustabilizowane firmy. Jak lepiej się komunikować w zespole i z partnerami, jak usprawnić pracę i być bardziej efektywnym.

18:10 PREZENTACJA II

Temat:Reklama w Google 2019 oraz Voice Search!

Prelegent: Łukasz Chwiszczuk, Head of Digital Performance, Media Group

Prezentacja narzędzi  służących do przeprowadzenia kampanii na voicesearch. Prelegent pokaże , w jaki sposób przygotować reklamy w asystencie Google oraz w jaki sposób optymalizować kampanie, aby przynosiły największe dochody.

18:35 Przerwa

18:45 PREZENTACJA III

Tytuł: Rozwój digitalu w Chinach w kontekście aplikowania rozwiązań AI

Prelegent:Daniel Marciniak

19:15 Pytania, dyskusja, networking

Spotkania są otwarte dla wszystkich zainteresowanych, ale liczba miejsc jest ograniczona Obowiązuje rejestracja! ➡http://bit.ly/2MI6B09

Szczegółowe informacje zawsze w wydarzeniu na Facebooku: http://bit.ly/2F3091I

Konferencja Specjalistów Logistyki 14-15 marca 2019 Warszawa

Zapraszamy wszystkich do udziału w Konferencji Specjalistów Logistyki, która odbędzie się 14-15 marca 2019 w Warszawie. Konferencja adresowana jest do pracowników działów logistyki, dyrektorów, osób związanych z magazynowaniem i produkcją,  praktyków, w szczególności do logistyków, służb utrzymania ruchu, osób odpowiedzialnych za zakupy, inwestycje, jakość i bezpieczeństwo w hali.

konferencja specjalistów logistykiPrelegenci na podstawie realnych studiów przypadków omówią sprawdzone rozwiązania (case study) jak omijać pułapki w przypadku podejmowania kluczowych logistycznych decyzji, które mają wpływ na działanie przedsiębiorstwa przez wiele lat.

Organizatorem jest JARTOM Real Estate www.jartom.com, doradca na rynku nieruchomości logistycznych. Złotym Sponsorem jest WiSeNe,  a srebrnym Alplast. Wśród towarzyszących Konferencji punktów wystawowych, jednym z wystawców będzie wyłączny importer wózków widłowych UniCarriers.

Przyjmowane są jeszcze zgłoszenia wystawców, sponsorów i uczestników. Zaprezentuj się przed liderami i ekspertami rynku magazynowego i logistycznego. Więcej na http://www.konferencja-specjalistow-logistyki.jartom.com/

Rok 2019 to bez wątpienia rok logistyki. Robotyzacja, automatyzacja, sztuczna inteligencja, autonomiczne pojazdy i wózki widłowe, innowacje i ciągłe zmiany. Na Konferencji dowiemy się jak dostosować się, zmniejszać koszty i wybierać właściwe rozwiązania. Bezpieczeństwo przy zakupach i wynajmie budynków magazynowych, wyposażenia, polis ubezpieczeniowych oraz finansowaniu to tematy które czynią z wydarzenia kluczowy moment polskiej społeczności magazynowania i logistyki. O metodach zapobiegania zwiększeniu kosztów energii, przy gwałtownym wzroście cen, poprzez oszczędności, magazynowanie i autoprodukcję energii rozmawiać będziemy w gronie specjalistów i użytkowników centrów logistycznych. Sponsorem Konferencji jest firma Ecoenergia, a partnerem merytorycznym związanym z gospodarowaniem energią jest Narodowa Agencja Poszanowania Energii S.A.

Program wydarzenia znaleźć można pod adresem http://www.konferencja-specjalistow-logistyki.jartom.com/program

Patronat naukowy sprawuje Wyższa Szkoła Logistyki, Wydział Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej z Zespołem Konstrukcji Metalowych oraz Wyższą Szkołą Bankowości Bydgoszcz Toruń kierunek Logistyka.

Konferencja E-learning i Zarządzanie Wiedzą 2019

To już IV edycja konferencji „E-learning i zarządzanie wiedzą”. Co roku spotykamy się w gronie ponad 50 praktyków, by w miłej atmosferze wymienić się doświadczeniami. Konferencja ma cel edukacyjny, ale także rozrywkowy. Ma pokazywać możliwości edukowania zarówno naszych pracowników, jak i nas samych. Wydarzenie ma na celu nie tylko przedstawić opinie, poglądy, doświadczenia i prognozy poszczególnych sfer tematycznych, ale przede wszystkim ma dostarczyć ogromny zasób wiedzy i praktycznych rozwiązań, o których każdy będzie mógł merytorycznie dyskutować.

Ideą konferencji nie jest przekazanie gotowych rozwiązań, ale wskazanie nowych możliwości, odmiennych punktów widzenia, także tych kontrowersyjnych, z których każdy będzie mógł wybrać to, co dla jego organizacji, departamentu czy przedsiębiorstwa będzie najlepsze. Nie twierdzimy, że wszystkie rozwiązania i pomysły przedstawione w czasie kongresu znajdą bezpośrednie zastosowanie w firmach uczestników – mamy natomiast stuprocentową pewność i przekonanie, że z tego olbrzymiego wachlarza pomysłów i doświadczeń każdy znajdzie coś idealnego dla siebie.

E-learning i zarządzanie wiedzą 2019 >>> https://practicalevents.pl/s/wydarzenia/e-learning/

Prelegenci czwartej edycji konferencji „E-learning i zarządzanie wiedzą” nie będą podczas swoich krótkich wystąpień reklamować usług i firm. Będą natomiast pokazywać konkretne problemy i przedstawiać sposoby ich rozwiązywania, które w przeszłości zastosowali w swoich strukturach z lepszymi – bądź gorszymi – rezultatami. Prelekcje odnosić się będą merytorycznie do konkretnych kwestii i wyzwań, z jakimi nasi prelegenci musieli się zmierzyć w ostatnich dwunastu miesiącach swojej pracy. Znając skalę tych zmagań, stworzyliśmy 2 bloki tematyczne – blok skierowany do deweloperów, który dotyczy pracy stricte operacyjnej i blok dedykowany HR-om, który przybliży wątki pracy koncepcyjnej i pokaże, jaką ścieżkę warto wybrać, planując rozwój swoich pracowników. Mieszanka młodzieńczego zapału z wizjonerstwem i praktycznym podejściem sprawi, że na każde zagadnienie uczestnicy będą mieli szansę spojrzeć z kilku perspektyw, aby móc wyciągnąć wnioski, co jest ważne w dalszym rozwoju e-learningu w Polsce.

Analityka pomaga człowiekowi żyć w harmonii z naturą

„Nadszedł czas, aby zrozumieć, że przyroda bez człowieka będzie istniała, ale człowiek bez przyrody nie”, powiedział swego czasu Arystoteles. Obecnie stwierdzenie to wydaje się być bardziej aktualne niż kiedykolwiek wcześniej. Z raportu „Living Planet Report 2018” autorstwa organizacji WWF wynika, że liczebność populacji ryb, ptaków, ssaków, płazów i gadów spadła aż o 60% w zaledwie 44 lata. Coraz mniejsza globalna bioróżnorodność to efekt działalności człowieka i nieustannie rosnącej konsumpcji. Jednocześnie klęski żywiołowe wciąż zbierają śmiertelne żniwo i stanowią ogromny problem szczególnie w krajach rozwijających się, które często nie dysponują odpowiednią infrastrukturą pozwalającą ochronić swoich obywateli.

– Ingerencja człowieka w naturę sprawia, że nie wszystkie zmiany, jakie w niej zachodzą mają pozytywne skutki. Chcąc osiągnąć harmonię, chronić środowisko naturalne, zapobiec skutkom powodzi, huraganów czy pożarów, niezbędne jest wykorzystanie potencjału analizy danych. Potwierdzają to wyniki badania The Economist Intelligence Unit i SAS, w którym jeden na trzech respondentów określa narzędzia analityczne jako bardzo efektywne w procesie rozwoju zarządzania kryzysowego podczas klęski żywiołowej. Ponadto połowa badanych oczekuje, że rozwiązania klasy Business Intelligence wpłyną na rozwój systemów wczesnego ostrzegania.

Walka z efektami klęski żywiołowej

Jak wynika z raportu organizacji pozarządowej Christian Aid, każda z dziesięciu największych katastrof naturalnych związanych z ekstremalnymi zjawiskami pogodowymi w 2018 r. kosztowała co najmniej miliard dolarów. Social media, usługi lokalizacyjne czy Internet rzeczy ułatwiają służbom ratunkowym szybką identyfikację zagrożeń i podjęcie odpowiednich działań. Coraz częściej wykorzystują one również analizę zdjęć wykonanych przez drony i satelity. Dzięki temu możliwe jest lokalizowanie osób potrzebujących pomocy czy miejsc, gdzie przeprowadzenie ewakuacji może być szczególnie trudne, takich jak domy opieki, szpitale czy szkoły. Narzędzia analityczne są także ważnym elementem działań prewencyjnych polegających m.in. na analizie wzorców pogodowych, co pozwala przewidzieć wystąpienie negatywnych zjawisk atmosferycznych. Amerykańska agencja The National Oceanic and Atmospheric Administration wykorzystała mapowanie i geolokalizację do określenia, gdzie uderzą huragany Harvey i Irma.

Gdy w 2015 roku Nepalem wstrząsnęło potężne trzęsienie ziemi, tysiące rodzin pozostało bez dachu nad głową. Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji wykorzystała systemy analityczne SAS do ich bezpiecznego rozmieszczenia, biorąc pod uwagę czynniki, takie jak ryzyko przeludnienia, potrzebę zapewnienia dostępu do czystej wody, możliwość utylizacji odpadów czy ryzyko wystąpienie chorób u osób starszych. Z kolei IOM (ang. International Organization for Migration) mogła lokalizować rodziny korzystające w prowizorycznego schronienia, które stanowiło dla nich zagrożenie.

Ocalić geparda

Przeciwdziałanie zanikaniu globalnej bioróżnorodności nie jest możliwe bez wiedzy, gdzie znajdują się zagrożone gatunki i jak wiele jest osobników, które trzeba objąć specjalną ochroną. Tradycyjne metody monitoringu, takie jak obrączkowanie, wszczepianie specjalnych czipów czy telemetria radiowa nie zawsze przynoszą pożądany efekt. Wymagają one bezpośredniego kontaktu ze zwierzęciem i mogą mieć negatywny wpływ na jego zdrowie, co spowodowane jest stresem, jaki wywołuje znakowanie.

Zgodnie z danymi Zoological Society of London (ZLS), w 2017 roku na świecie żyło tylko 7100 gepardów. Zdaniem ekspertów, obecnie jest ich jeszcze mniej i według prognoz do 2100 roku nie przeżyje ani jeden osobnik. Członkowie organizacji WildTrack wykorzystują analitykę do badania śladów pozostawianych przez gepardy, które znajdują się na liście gatunków zagrożonych. Dzięki sztucznej inteligencji w systemach SAS są oni w stanie, na podstawie zdjęcia odcisku łapy, niczym wytrawny tropiciel, określić m.in. płeć danego osobnika. Proces ten przebiega automatycznie, bez potrzeby manualnego wprowadzania danych. Odpowiednia ilość informacji pozwala na określnie nie tylko liczebności, ale również zwyczajów zwierząt, a w efekcie stworzenie skutecznego planu ich ochrony.

Systemy analityczne wykorzystujące sztuczną inteligencję są w stanie działać szybciej od człowieka i na o wiele większą skalę. Z tego powodu analityka jest skutecznym narzędziem niezależnie od tego, czy chronimy ludzi, zwierzęta, czy prowadzimy szersze inicjatywy mające na celu ochronę środowiska.

Spowolnienie gospodarcze nie jest równoznaczne z kryzysem

W świetle opublikowanego raportu IHS Markit, główny wskaźnik PMI dla polskiego sektora przetwórstwa w Polsce wyniósł w styczniu br. 48,2. Trzeci miesiąc z rzędu znajdujemy się poniżej progu 50 punktów, a zatem przeważają menedżerowie wieszczący pogorszenie warunków w sektorze. Jednocześnie styczniowy wynik stanowi lekkie odbicie po grudniowym 47,6 – i ta korekta wydaje się sugerować, że słabnąca koniunktura nie jest równoznaczna z kryzysem.

Ankietowani menedżerowie logistyki konsekwentnie wskazują, że dynamika zmian w obszarze ich działalności dostarcza sygnałów o spowolnieniu. Spada liczba zamówień (utrwala się wysokie grudniowe tempo spadków), a jeszcze silniej spada liczba zamówień eksportowych (najsłabsze od 2009). Malejący popyt prowadzi do spadków produkcji przemysłowej (trzeci miesiąc z rzędu, bardzo wysoka dynamika spadku), co oznacza mniejsze zapotrzebowanie na materiały – ale już niekoniecznie na pracę. Po kwartale spadków zatrudnienie znów zaczyna rosnąć. Zarazem, wolne moce produkcyjne pozwalają na niwelowanie zaległości oraz sprzyjają powiększeniu zapasów niesprzedanych towarów (tempo kumulacji jest historycznie bardzo wysokie). Spowolnienie zmniejsza inflację kosztów produkcji, ale i ceny gotowych produktów rosną najwolniej od pół roku.

Zmiany subindeksów PMI nie pozostają wątpliwości, że po okresie dobrej koniunktury przechodzimy w okres zmniejszonego zapotrzebowania na dobra. Nie dziwi to w kontekście zagrożenia techniczną recesją w Niemczech, a także słabymi perspektywami innych partnerów handlowych Polski oraz dużych gospodarek (Chiny). Ponadto, ogólne poczucie o historycznych spadkach stanowi naturalną konsekwencję bardzo wysokich poziomów wyjściowych, odzwierciedlonych np. we wczorajszym odczycie PKB. Menedżerowie formułują zwiększony optymizm w zakresie oczekiwań, co do przyszłej produkcji – na pewno jednak nie należy liczyć na eksport.

Komentarz Soni Buchholtz, ekspertki ekonomicznej Konfederacji Lewiatan

Michał Bartkowiak: 2018 rok był przełomowy dla INEA

Rok 2018 upłynął dla INEA pod znakiem dużych zmian. Najważniejsza wydarzyła się w pierwszym kwartale, kiedy to operator został przejęty przez fundusz Macquarie European Infrastructure Fund 5. Wsparcie udzielone przez nowego inwestora oraz dotychczasowe doświadczenie i konsekwentna strategia zaowocowały wieloma sukcesami w dalszej części roku oraz dobrymi wynikami finansowymi.

INEA może pochwalić się nie tylko wprowadzaniem nowych technologii, rozbudową oraz udostępnianiem swojej infrastruktury światłowodowej, ale również doskonałymi wynikami finansowymi. Inwestycje takie, jak pokrycie światłowodem blisko 60% własnej sieci czy otwarcie jej na innych operatorów przyniosły firmie wymierne korzyści finansowe. Przychody INEA w ujęciu rok do roku wzrosły w 2018 o +29%, a wskaźnik EBITDA o +25%. W drugiej połowie roku liczba klientów indywidualnych INEA przekroczyła 260.000, a grono klientów biznesowych i instytucjonalnych poziom  11.000.

Już sam początek roku był bardzo intensywny. W lutym nastąpiło zamknięcie transakcji przejęcia większościowych udziałów INEA przez australijski fundusz inwestycyjny Macquarie European Infrastructure Fund 5. Na przestrzeni całego roku operator był skupiony na budowie otwartej sieci światłowodowej na terenach wykluczonych cyfrowo w ramach drugiego konkursu Programu Operacyjnego Polska Cyfrowa (POPC). Końcówka roku przyniosła uruchomienie symetrycznego Internetu 10 Gb/s dla klientów indywidualnych oraz drugie z rzędu zwycięstwo w rocznym rankingu dostawców najszybszego Internetu w Polsce wg Speedtest.pl.

Pod wieloma względami rok 2018 był dla nas przełomowy. Z jednej strony poprzez nasze inwestycje i udział w POPC zbudowaliśmy podstawy dla realizacji naszej długoterminowej strategii rozwoju, jako operatora otwartej infrastruktury światłowodowej. Z drugiej strony skupialiśmy się na potrzebach i doświadczeniach klientów korzystających z naszych usług. INEA dysponuje obecnie bardzo silnym zapleczem technologicznym i biznesowym, które będzie fundamentem rozwoju w najbliższych latach – mówi Michał Bartkowiak, Chief Operating Officer INEA. – Bardzo cieszy mnie fakt, iż drugi rok z rzędu zostaliśmy dostawcą najszybszego Internetu w Polsce. Nasza pozycja rynkowa i wyniki finansowe są efektem ciężkiej pracy całego zespołu. Kolejny rok zapowiada się równie intensywnie – dodaje Bartkowiak.

Słabsze dane z USA. Lepsze z Europy

Zamówienia w USA okazały się słabsze, niż przewidywano. Indeksy PMI okazały się lepsze w Europie od oczekiwań, szkoda, że to indeksy dla usług a nie przemysłu. Australia utrzymała stopy procentowe.

Słabsze dane z USA

Wczoraj o godzinie 16:00 poznaliśmy dane na temat zamówień w USA. Zarówno wskaźnik na dobra trwałego użytku jak i te przemysłowe okazały się gorsze od oczekiwań. Zamówienia w przemyśle zgodnie z oczekiwaniami spadają. Te na dobra trwałego użytku rosną tylko dzięki środkom transportu. Ciekawa była reakcja rynku na te dane. Wraz z ich publikacją dolar umocnił się po czym niemal od razu wrócił do poprzedniej wartości. Najwyraźniej część inwestorów uznała, że ta dane nie są tak złe by przy wzrostowej sesji na giełdzie dolar nie szedł w górę.

Lepsze indeksy w Europie

Po serii słabszych danych indeks PMI dla usług wbrew oczekiwaniom analityków nie spadł. W dół ciągnęły strefę euro Włochy i Francja. Dobre dane pokazały z kolei Niemcy oraz Hiszpania. Warto w tym miejscu przypomnieć, że dla rynków walutowych zdecydowanie ważniejszy jest odczyt indeksu PMI dla przemysłu. To na niego znacznie silniej reagują waluty.

Australia utrzymała stopy procentowe

Bank Australii jest obecnie w trochę innym miejscu niż inne banki centralne. Bardzo długo wydawało się, że przejdzie on przez kryzys z bardzo wysokim poziomem stóp procentowych. Cykl obniżek trwał jednak nawet dłużej niż w Strefie Euro. Dopiero w połowie 2016 stopy osiągnęły swoje minimum wynoszące tak samo jak w Polsce 1,5%. Analitycy spodziewali się utrzymania stóp procentowych na niezmienionym poziomie. Inflacja w okolicach 2% pokazuje, że jest miejsce na lekką podwyżkę. Tą jednak blokuje najprawdopodobniej niepewność co do stóp procentowych w USA, które po ostatnich wypowiedziach powinny rosnąć wolniej od oczekiwań o ile w ogóle rosnąć. Po tych danych dolar australijski umacniał się.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych danych.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Polski rynek paliw – pierwsi do podwyżki ostatni do obniżki

Polski rynek paliw z kilku minionych miesięcy oraz badania naukowe z kilkunastu ostatnich lat potwierdzają obiegową opinię kierowców. Ceny detaliczne paliw w Polsce szybko rosną, gdy następują podwyżki w hurcie, natomiast gdy na globalnym rynku dochodzi do silnych obniżek, spadają bardzo powoli. Co można zrobić, by przeciwdziałać tej sytuacji? – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

ceny benzynyNiespełna rok temu rozpoczęły się silne podwyżki hurtowych cen benzyny. Na europejskim rynku ARA (Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) koszt litra tego paliwa wzrósł z ok. 1,50 zł do ok. 2,10 zł. W tym czasie i praktycznie o taką samą wartość podniósł się także średni koszt zatankowania popularnej „95” na stacjach. Według danych Komisji Europejskiej (KE) w połowie marca ub.r. jej cena wynosiła 4,58 zł za litr, a po półtora miesiąca osiągnęła wartość 5,14 zł.

Ceny „bezołowiówki” obserwowane na rynku ARA od czerwca do początku października 2018 r. praktycznie się nie zmieniały i w większość zawierały się pomiędzy 2,00 a 2,10 zł/litr. Małe wahania w tym czasie były także widoczne w polskim detalu i mieściły się w przedziale 5,00-5,10 zł/litr. Zaburzenia cen pomiędzy rynkiem hurtowym i detalicznym rozpoczęły się w drugiej połowie października ub.r.

Notowania benzyny na rynku ARA bardzo silnie spadły i 23 listopada osiągnęły 1,41 zł/litr. Od tego czasu, czyli od dwóch i pół miesiąca, poruszały już w dość ograniczonym przedziale wahań, z przeciętną wartością 1,39 zł/litr.

Gdy ceny hurtowe silnie spadały, obniżki w detalu były praktycznie niewidoczne przez 6 kolejnych tygodni. Dodatkowo spadki cen w detalu zatrzymały się znacznie powyżej wartości, które odpowiadają cenom hurtowym. W rezultacie na rynku hurtowym mamy od końca listopada stabilizację cen na poziomie o 10 gr/litr niższym niż niecały rok temu, a w detalu jest to wartość o ponad 20 gr wyższa (według KE z 28 stycznia 4,79 zł/litr) niż w marcu 2018 r. To oznacza, że na każdym litrze benzyny przepłacamy ponad 30 gr.

Ceny rosną szybko, a spadają wolno

Zaburzenia ostatnich miesięcy są niepokojące z punktu widzenia konsumentów paliw. Warto jednak się zastanowić, czy jest to anomalia systemowa występująca latami, czy też kilkumiesięczne oderwanie się cen paliw od rzeczywistości?

Przede wszystkim jest niezwykle mało badań na ten temat na rynku krajowym. Dodatkowo te, które się pojawiały, głównie zwracały uwagę na zależność cen ropy z cenami detalicznymi paliw. To niestety był poważny błąd, gdyż z ropy w procesie rafinacji powstaje wiele produktów, które później cieszą się różnym popytem i to przekłada się na nierówny poziom zapasów. Obecnie globalny rynek paliw jest dosłownie zalany benzyną i bywa ona notowana nawet poniżej cen ropy naftowej w Europie czy w USA.

Jedno z najbardziej kompleksowych badań obejmujące przede wszystkim zależności pomiędzy hurtowym i detalicznym rynkiem paliw zostało opisane w monografii pt. „Asymetryczne dostosowania cenowe na rynku paliw w Polsce”.

Katarzyna Leszkiewicz-Kędzior z Katedry Modeli i Prognoz Ekonometrycznych Uniwersytetu Łódzkiego, badając zależności cen z rynku ARA z cenami detalicznymi na polskich stacjach benzynowych w okresie 13 lat (od 2000 do 2012 r.), udowodniła, że podwyżki w hurcie są szybciej i w większej skali realizowane przez stacje paliw niż obniżki.

Leszkiewicz-Kędzior pisze: „Wyraźne dostosowania asymetryczne występują natomiast pomiędzy krajowymi cenami hurtowymi i detalicznymi, co zostało wykazane w przypadku obydwu najpopularniejszych gatunków paliw. Należy również podkreślić, iż asymetria na tym etapie ma dwojaki charakter – z jednej strony wynika z różnej szybkości dostosowań do długookresowej ścieżki równowagi, z drugiej zaś z różnic w sile i czasie dostosowań krótkookresowych”. Autorka również zauważa, że „odczucia konsumentów odnośnie asymetrycznego sposobu ustalania cen znajdują mocne empiryczne potwierdzenie”.

Rakietowe wzrosty i łagodne jak lot pióra spadki

Jak to zwykle bywa, wydarzenia w Polsce nie są niczym szczególnym. Wiele krajów boryka się z cyklami cenowymi nazywanym „rockets and feathers” (z ang. rakiety i pióra). Dotyczą one nie tylko paliw, ale również żywności, gdzie występują np. w przypadku owoców czy warzyw. Jak jednak można im przeciwdziałać?

Odpowiedź na to pytanie można znaleźć np. w obszernej publikacji OECD „Competition in Road Fuel”. Działania koncernów paliwowych wynikają przede wszystkim z braku informacji wśród konsumentów dotyczących procesów cenowych, niewielkiej siły przetargowej kierowców w stosunku do producentów paliw czy braku substytutów oferowanych produktów (benzynę czy olej napędowy trudno zastąpić). Pozycję przetargową konsumentów może wzmocnić m.in. ich lepsze rozeznanie w cenach, które wzmaga konkurencję pomiędzy koncernami paliwowymi.

W dobie smartfonów i powszechnego dostępu do internetu dobrym pomysłem wydaje się ustawowy nakaz publikowania każdej zmiany ceny paliwa przez wszystkie krajowe stacje benzynowe do urzędu antymonopolowego. Taki obowiązek został już zastosowany w Niemczech oraz Austrii po przeprowadzonych przez tamtejsze urzędy badaniach.

Dzięki temu kierowcy mają dostęp do zawsze aktualnych cen paliw, co wzmaga konkurencję pomiędzy koncernami a beneficjentami tych zmian są konsumenci mający dostęp tańszego paliwa. Według danych Komisji Europejskiej z 28 stycznia br. po wyłączeniu podatków ceny detaliczne benzyny bezołowiowej oraz diesla są od 16 do 25 gr na litrze niższe w Niemczech i Austrii niż w Polsce.

UKNF zabiera się za rynek family office

Urząd Komisji Nadzoru Finansowego zwrócił uwagę na wzrost liczby podmiotów, które reklamują się jako tzw. family office i jednocześnie wykonują czynności zastrzeżone dla sfery działalności maklerskiej. I przywołał firmy do porządku. Jeżeli brakuje im wymaganej licencji, to narażają się na bardzo dotkliwe konsekwencje. Kara grzywny może wynieść nawet 5 mln zł. Według ekspertów, zdecydowana większość tego typu firm nie przestrzega prawa. Z kolei doradzanie bez odpowiednich kwalifikacji zagraża interesom ich klientów. Tracą też na tym uczciwie działający specjaliści, którzy odmawiają wykonywania niedozwolonych usług. Z drugiej strony pojawiają się opinie, że bariery wejścia do tego biznesu są zbyt wysokie – zarówno kapitałowe, organizacyjne, jak i formalno-prawne. Gdyby zostały obniżone, to więcej firm ubiegałaby się o właściwe licencje i problem zniknąłby z rynku.

Regulator ostrzega

Krzysztof Michrowski
Krzysztof Michrowski

– Komunikat UKNF w sprawie podmiotów oferujących usługę zarządzania majątkiem ze stycznia br. trafnie zwraca uwagę na działalność tzw. doradców finansowych, których model biznesowy opiera się na prowizji od sprzedanych papierów wartościowych. De facto nie wykracza to poza zwykłą sprzedaż. Tacy pseudodoradcy są wynagradzani przez firmy szukające finansowania, emitentów obligacji itp. W konsekwencji to nie interes i profil klienta decyduje o oferowanych usługach i produktach, lecz wysokość potencjalnej prowizji – ostrzega Krzysztof Michrowski, makler papierów wartościowych z uprawnieniami do wykonywania czynności doradztwa inwestycyjnego z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Natomiast, jak informuje Jacek Barszczewski, Dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej UKNF, zasadniczym trzonem oferty podmiotów typu family office jest proponowanie i realizacja inwestycji. Dotyczyć to może nieruchomości, dóbr luksusowych, ale też pomnażania środków pieniężnych poprzez lokowanie ich na rynku kapitałowym. Niejednokrotnie zdarza się, że klientom kupowane są też bilety na różnorodne wydarzenia, a nawet organizowane wakacje dla całych rodzin. Obsługa może być więc szeroko pojęta.

– Wiele podmiotów działających pod szyldem family office, w celu szybkich i ponadprzeciętnych zysków, świadczy też usługi zastrzeżone dla sfery działalności maklerskiej – aktywności ściśle reglamentowanej. Wykonywanie ich jest możliwe dopiero po uzyskaniu odpowiedniego zezwolenia KNF. Nieuczciwi doradcy koncentrują się głównie na sprzedaży produktów inwestycyjnych. A to stanowi duże zagrożenie dla klientów, ponieważ pseudodoradcy nie mają do tego odpowiedniej wiedzy i kwalifikacji. Trzeba ich odróżnić od uczciwie działających specjalistów – zaznacza Krzysztof Michrowski.

Zakres części ww. działalności reguluje Ustawa z dnia 29 lipca 2005 r. o obrocie instrumentami finansowymi. UKNF ostrzega w szczególności przed podmiotami, które bez wymaganych uprawnień świadczą usługi polegające na doradztwie inwestycyjnym (art. 69 ust. 2 pkt 5) i zarządzaniu portfelami instrumentów finansowych (art. 69 ust. 2 pkt 4). Ponadto ich działania mogą nosić znamiona m.in. wykonywania zleceń nabycia lub zbycia instrumentów finansowych na rachunek zleceniodawcy (art. 69 ust. 2 pkt 2). Zdaniem Jacka Barszczewskiego, regulacje w tym zakresie są relatywnie proste i czytelne.

– Warto wiedzieć o tym, że zarządzanie portfelem polega na podejmowaniu i realizacji decyzji inwestycyjnych na rachunek klienta, w ramach pozostawionych do dyspozycji zarządzającego środków pieniężnych lub instrumentów finansowych. Z kolei doradztwo inwestycyjne oznacza przygotowywanie pisemnej, ustnej lub w innej formie, w szczególności elektronicznej, rekomendacji dotyczącej nabycia bądź zbycia instrumentu finansowego czy też powstrzymania się od wykonania takiej czynności – wyjaśnia ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Nieświadomi klienci

Według Piotra Kuczyńskiego, głównego analityka Domu Inwestycyjnego Xelion, większość osób korzystających z usług polegających na zarządzaniu majątkiem nie wie, jak powinno to wyglądać od strony prawnej. Z obserwacji eksperta wynika, że tacy klienci często też nie mają wykształcenia ekonomicznego. Nawet bardzo zamożni i doświadczeni przedsiębiorcy zwykle nie wiedzą, co faktycznie wolno doradcy finansowemu. Dlatego regulator rynku powinien informować społeczeństwo o zagrożeniach w sposób jasny i zrozumiały dla większości Polaków.

dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB
dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB

– Moim zdaniem, niewielu klientów tego rodzaju usług czyta komunikaty UKNF. Nie sądzę, żeby ww. ostrzeżenie dotarło do szerszego grona konsumentów i poszerzyło ich wiedzę nt. family office. Oczywiście, jako usługodawcy, chcielibyśmy, aby Polacy dobrze orientowali się w sferze finansów i ekonomii. Wtedy cała gospodarka funkcjonowałaby dużo lepiej. Ale to jest myślenie życzeniowe i w tej materii zasadniczych zmian nie należy się spodziewać – stwierdza dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista X-Trade Brokers.

W ocenie Krzysztofa Michrowskiego, klienci nie wiedzą też dokładnie, jak ta branża działa i dlaczego trzeba mieć odpowiednie licencje. Ekspert przyznaje, że prawo rynku kapitałowego jest bardzo zawiłe. Wchodzą kolejne dyrektywy. Nowelizowane są ustawy i rozporządzenia. Nawet bardzo przedsiębiorczy Polacy za tym nie nadążają. Przeciętny klient, jeśli w ogóle zapoznał się z ostrzeżeniem wystosowanym przez UKNF, to raczej nie zadał sobie trudu, żeby zgłębić temat.

– Jeżeli klient ma wątpliwości co do legalności działania konkretnej firmy, z której usług chciałby ewentualnie skorzystać, to może sprawdzić, czy figuruje ona na liście podmiotów nadzorowanych. Taką informację znajdzie na naszej stronie internetowej – www.knf.gov.pl. Zachęcam do tego, aby skorzystać z tej możliwości – mówi Dyrektor Departamentu Komunikacji Społecznej UKNF.

Z kolei Krzysztof Michrowski dodaje, że klient powinien zainteresować się też tym, czy wybrany podmiot prowadzi agresywną sprzedaż instrumentów finansowych. Na spotkaniu warto, aby zwrócił uwagę na to, jakiego typu usługi są mu oferowane. Obsługa family office powinna polegać głównie na prowadzeniu komunikacji z bankami i sporządzaniu raportów dot. stanu majątku klienta. Według eksperta, usługodawca może również udzielać wsparcia merytorycznego w zakresie produktów inwestycyjnych czy finansowych. Ale to ma ograniczać się do tłumaczenia, jak one działają.

– Szereg osób działających w branży family office ma doświadczenie na rynku finansowym, w tym w podmiotach nadzorowanych. Trudno więc mówić o tym, żeby nie wiedzieli, czego im nie wolno robić bez stosownego zezwolenia KNF. Tym samym są w stanie przekazać klientom wiedzę nt. akceptowalnego przez prawo modelu swojej działalności. Natomiast łamanie przepisów przez profesjonalnych uczestników rynku może świadczyć o intencjonalnym działaniu – podkreśla Jacek Barszczewski.

Aktualna sytuacja

W ostatnich latach na rynku bankowym zaszło wiele zmian. Dochodziło do przejęć i połączeń banków. Była duża rotacja pracowników. Ich wynagrodzenia ulegały zmianie. Część osób składało wypowiedzenia i szukało dla siebie alternatyw. Niektórzy zdecydowali się na własną działalność gospodarczą właśnie pod szyldem family office. Krzysztof Michrowski dostrzega, że zdecydowana większość z nich prowadzi działalność maklerską bez zezwolenia. Największy przychód czerpią ze sprzedaży przeróżnych instrumentów finansowych. Oczywiście założenie, że każdy tak robi, byłoby mocno krzywdzące.

– W mojej ocenie, bariery wejścia do tego biznesu są w Polsce zbyt wysokie – zarówno kapitałowe, organizacyjne, jak i formalno-prawne. Należy je obniżyć. Wówczas większa liczba firm ubiegałaby się o właściwe licencje. Z punktu widzenia regulatora oznaczałoby to oczywiście więcej pracy. Natomiast na dłuższą metę byłoby to dużo korzystniejsze dla gospodarki. Ale dopóki prawo nie zostanie zmienione, trzeba je bezwzględnie przestrzegać w obecnym kształcie. Co do tego nie ma wątpliwości – zastrzega dr Kwiecień.

Na koniec 2018 roku w całej Polsce było w sumie ponad 700 doradców inwestycyjnych oraz blisko 1400 maklerów z uprawnieniami do wykonywania czynności doradczych. Zdobycie ww. tytułów wymaga zdania trudnego egzaminu, obejmującego wiele dziedzin prawa i ekonomii. Krzysztof Michrowski uważa, że rzetelna analiza profilu inwestycyjnego klienta, dopasowanie proponowanych rozwiązań do konkretnej sytuacji, ocena ekonomiczna czy prawna określonych inwestycji wymagają rozległej wiedzy i doświadczenia. I za to wszystko trzeba odpowiednio zapłacić.

– UKNF dał sygnał firmom, żeby przemyślały, czy ich oferty są zgodne z przepisami. Jeśli brakuje im wymaganej licencji do tego, co proponują stałym czy potencjalnym klientom, to narażają się na dotkliwe konsekwencje finansowe, a tak naprawdę – egzystencjalne. Prowadzenie działalności w zakresie obrotu instrumentami finansowymi bez posiadania odpowiednich uprawnień zagrożone jest – zgodnie z art. 178 Ustawy o obrocie instrumentami finansowymi – karą grzywny nawet do 5 mln zł – informuje dr Kwiecień.

Urząd, przy okazji wykonywania czynności nadzorczych, coraz częściej styka się z działalnością podmiotów prowadzących działalność wbrew przepisom prawa. Reakcja na to nie ogranicza się jedynie do wydania komunikatu. Jak podaje Jacek Barszczewski, podejmowane są również inne kroki w celu eliminowania podmiotów świadczących usługi bez wymaganych uprawnień. Część działań należeć będzie także do kompetencji innych organów państwa.

– Bardzo często sami klienci wręcz oczekują od nas niedozwolonych działań. Zwykle już na pierwszym spotkaniu pytają o to, w co warto obecnie inwestować. Po krótkiej rozmowie z osobą zainteresowaną ewentualną obsługą okazuje się, że oczekuje ona od razu wskazania konkretnych instrumentów finansowych. Wyjaśniam wtedy, że tego typu porada powinna być poprzedzona analizą profilu klienta, w tym jego celów inwestycyjnych, akceptowalnego ryzyka czy sytuacji finansowej. Trzeba rozważyć odpowiadające mu kategorie inwestycji, aktualne trendy i strategie alokacji środków – tłumaczy ekspert z Kancelarii Michrowski Bartosiak Family Office.

Zdarza się, że trafna porada polega na rezygnacji z inwestycji w daną kategorię aktywów. Korzyść klienta to wówczas 100% kapitału, jaki chciał zainwestować, a którego nie straci. Takie działanie jest jednak możliwe jedynie wówczas, gdy doradca jest wynagradzany przez usługobiorcę, a nie przez podmioty zewnętrzne, oferujące produkty finansowe. Niestety czasami klientom od razu polecane są akcje lub obligacje konkretnych spółek, określone towary czy waluty. W efekcie mamy na rynku tysiące pokrzywdzonych osób. Dlatego rekomendacje mogą być wydawane jedynie przez specjalistów z odpowiednimi licencjami, które potwierdzają ich wiedzę i standardy etyczne.

Polacy zalegają za mandaty karne już ponad 700 mln zł

Wymierzaniem tego typu kar zajmują się różne służby, a zdecydowanie najczęściej czyni to policja. Ostania jej akcja protestacyjna miała spory wpływ na ubiegłoroczne statystyki. Funkcjonariusze stosowali pouczenia za niewielkie wykroczenia. W 2018 roku planowane dochody z tytułu mandatów karnych wynosiły ok. 402 mln zł. Do budżetu przekazano 397,7 mln zł, natomiast narastające zaległości za poprzednie lata przekroczyły już ponad 700 mln zł. Warto też dodać, że w ciągu ostatniego roku spadła liczba mandatów karnych o około 2,4 mln. Z kolei kwota zaległych należności wzrosła o ponad 116 mln zł. Z tego wynika, że sporo osób nadal unika płacenia w wyznaczonym terminie, licząc na przedawnienie. Jednak dłużnicy nie mogą spać spokojnie, bo obecnie w Ministerstwie Finansów trwają zawansowane prace związane z usprawnieniem egzekucji administracyjnej tego typu należności.

W 2018 roku różne służby wystawiły 3 267 638 mandatów karnych na łączną kwotę 512 683 870,80 zł. 12 miesięcy wcześniej było 5 634 247 takich kar o wartości 786 068 864,20 zł, o czym informuje Ewa Szkodzińska, naczelnik wydziału komunikacji Krajowej Administracji Skarbowej. Statystyki te uwzględniają nie tylko działania policji. W tej grupie znajdują się m.in. Żandarmeria Wojskowa, Straż Graniczna, Lasy Państwowe, nadzór budowlany, urzędy morskie czy urzędy żeglugi śródlądowej.

– Rzeczywiście, nasza akcja spowodowała spadek liczby wystawionych mandatów, jednak nie przyczyniła się do wzrostu ilości wypadków czy zdarzeń drogowych. To potwierdza tylko słuszność naszej opinii nt. karania mandatami. Oczywiście dla tzw. recydywistów i wariatów drogowych nie może być mowy o pobłażaniu. Natomiast dla tych, którym zdarzyło się po raz pierwszy niewielkie wykroczenie, pouczenie powinno być jak najbardziej wystarczającym środkiem wychowawczym – mówi aspirant sztabowy Rafał Jankowski, przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów.

Jak zaznacza Ewa Szkodzińska, planowane dochody z tytułu mandatów karnych wynosiły w 2017 roku – 400 mln zł, a w 2018 – 401,948 mln zł. Według analityka Piotra Kuczyńskiego, to są niewątpliwie znaczące pieniądze. Odpowiadają mniej więcej tygodniowemu finansowaniu programu 500+, który kosztuje ok. 25 mld zł rocznie. Jednak 400 mln zł to nie jest dużo w całym koszyku wydatków państwa. Bowiem one przekraczają 300 mld zł rocznie.

– Niestety spotykamy się z tym, że przełożeni wymuszają często nakładanie mandatów dla poprawy tzw. statystyki. To, naszym zdaniem, nie ma większego sensu. Policja jest od tego, żeby pomagać i chronić, a nie tylko represjonować – stwierdza przewodniczący Zarządu Głównego NSZZ Policjantów.

Z kolei, jak podkreśla Andrzej Nowakowski z Polskiego Towarzystwa Kierowców, karanie osób np. stwarzających zagrożenie na drogach jest dobrym kierunkiem pod jednym warunkiem. Wszystkie wpływy z mandatów, co do złotówki, powinny być przeznaczane wyłącznie na konkretne projekty związane z bezpieczeństwem. Zdaniem eksperta, takie rozwiązanie jest uczciwe i ma sens. W każdej innej sytuacji, karanie służy drenowaniu kieszeni kierowców i łataniu dziury budżetowej.

– W 2017 roku z tytułu mandatów przekazano do budżetu państwa 533 870 479,37 zł, a pozostałe zaległości również za lata poprzednie to wartość – 640 648 036,12 zł. W ubiegłym roku były to kwoty wynoszące odpowiednio 397 713 585,68 zł oraz 757 002 440,45 zł – wylicza naczelnik wydziału komunikacji Krajowej Administracji Skarbowej.

Zdaniem Piotra Kuczyńskiego, zaskakująca i niepokojąca jest skala zaległości. Z niej wynika, że część Polaków stara się odwlekać termin płatności, żeby ostatecznie uniknąć kary. Według eksperta, nie jest to postawa obywatelska, ale z czasem ludzie zmienią swoje podejście. Muszą tylko zrozumieć, że mandaty to nie jest wyrywanie im pieniędzy z kieszeni, tylko konsekwencja konkretnego zachowania. Pieniądze posłużą w jakimś zbożnym celu, o ile nie zostaną przeznaczone na premie dla urzędników.

– Kodeks wykroczeń mówi, że orzeczona kara lub środek karny nie podlega wykonaniu, jeżeli od daty uprawomocnienia się rozstrzygnięcia upłynęły 3 lata. Stąd sprawy o zaległe należności mandatowe mogą być prowadzone przez okres 36 miesięcy od dnia nałożenia mandatu – dodaje Ewa Szkodzińska.

Natomiast Andrzej Nowakowski podkreśla, że 3 lata są w zupełności wystarczającym okresem na ściągnięcie kary. Ona powinna być bardzo szybko egzekwowana, maksymalnie w ciągu kilku miesięcy. Jeżeli państwo nie radzi sobie z windykacją słusznie wystawionych mandatów, niekiedy na drobne kwoty, to mamy do czynienia z wysoce niewydolnym systemem.

– Wierzyciel ma prawo uruchomić sformalizowane czynności, polegające na przesłaniu upomnienia, a następnie na wystawieniu tytułu wykonawczego i skierowaniu go do egzekucji. Wcześniej może również podjąć działania zmierzające do dobrowolnej spłaty zobowiązania. Ich celem jest szybkie, bezkosztowe, także po stronie zobowiązanego, uregulowanie należności pieniężnych. Z posiadanych informacji wynika, że w 2017 roku podjęto ponad 2,1 mln, a w 2018 roku – 2,4 mln tego typu działań – wyjaśnia naczelnik wydziału komunikacji Krajowej Administracji Skarbowej.

Obecnie w Ministerstwie Finansów prowadzone są prace legislacyjne w zakresie zmiany ustawy z dnia 17 czerwca 1966 roku o postępowaniu egzekucyjnym w administracji. Celem tych działań jest usprawnienie egzekucji administracyjnej należności pieniężnych, nie tylko wynikających z mandatów. Projekty zakładają wprowadzenie reformy systemu kosztów egzekucyjnych, a także uproszczenie i usprawnienie całego postępowania.

Piotr Gąsiorowski: Faktoring rośnie w kryzysie i podczas hossy

W 2018 roku branża faktoringowa zarządzała wierzytelnościami przedsiębiorców o łącznej wartości 242,8 mld zł. To wzrost o 26,7 % w stosunku do 2017 roku. Z faktoringu skorzystało w ubiegłym roku blisko 17 tys. przedsiębiorców, faktorzy sfinansowali 14,5 mln faktur.*

Piotr Gąsiorowski - Prezes Zarządu eFaktor S.A.
Piotr Gąsiorowski – Prezes Zarządu eFaktor S.A.

Po wzrostach blisko 17% na koniec 2017 roku wydawało się, że trudno będzie ten wynik przebić, tymczasem potrzeby przedsiębiorców odnośnie elastycznego finansowania są tak duże, że na koniec 2018 roku mówimy o wzroście blisko 27%. To największy wzrost obrotów w ciągu ostatnich ośmiu lat. To także absolutnie wyjątkowy i rekordowy wynik, jeśli chodzi o produkty finansowe dla firm. W rzeczywistości wzrost branży faktoringowej jest jeszcze większy, bo duża część nowych firm na tym rynku pozostaje poza Polskim Związkiem Faktorów i ich wyniki nie są wliczane do zbiorczych danych. Uzyskany wzrost zadaje kłam opiniom tradycjonalistów uważających, że faktoring to usługa wyłącznie na czas bessy i regresu gospodarczego. Okazuje się – o czym ja od dawna mówiłem – że w wielu branżach faktoring może być narzędziem wzrostu i rozsądnej polityki przedsiębiorstwa także w czasie dobrej koniunktury gospodarczejPKB Polski wzrósł w 2018 r. o 5,1 proc. Czas przestać myśleć o faktoringu wyłącznie jako o ratunku w trudnej sytuacji i narzędziu awaryjnego ratowania płynności.

Branża mocno się rozwija, a potencjał do wzrostu w kolejnych latach jest w Polsce ciągle duży. Gonimy standardy wielu krajów UE i choć na rynkach Zachodniej Europy z faktoringu korzysta znacznie większy odsetek przedsiębiorców niż w Polsce, wzrosty takie jak w 2018 roku zbliżają nas do tamtych poziomów. Na mocne wyniki i popularności usługi najbardziej wpływają zwiększające się opóźnienia w płatnościach, powszechne w polskim obrocie gospodarczym, częściowo także ustawa o podzielonej płatności VAT czy problemy z brakiem siły roboczej i rosnące koszty płacowe. Do potrzeb przedsiębiorców dostosowują się też faktorzy przyspieszając czas rozpatrywania wniosków, czy zmniejszając koszty i prowizje.

Na rynku pojawiają się kolejne fintechy, które starają się zagospodarować coraz większą niszę.Obecnie można spotkać oferty faktoringowe na finansowanie faktur o wartości już od 100 zł.

Niewątpliwie kolejny rok będzie równie dobry dla faktoringu. Chociażby z tego względu, że polityka banków będzie nadal ostrożna, a może się zaostrzać w związku z prawdopodobnie zbliżającym się spowolnieniem gospodarczym. Efekt spowolnienia, jeśli zadziała, to na pewno z opóźnieniem wykraczającym poza obecny rok. Z tej perspektywy, przynajmniej przejściowo, rynek faktoringu skorzysta, gdyż firmy faktoringowe są z definicji w rzeczywistości bardziej elastyczne niż banki. Dopóki kredyty bankowe są dość drogie i trudno dostępne dla małych lub krótko funkcjonujących na rynku firm, faktoring będzie zyskiwał na popularności. Obecnie banki raczej poszerzają tzw. „czarne listy” branż, które z akcji kredytowej są wyłączone. W takich zestawieniach są firmy transportowe, budowlane, czy IT.

W 2019 roku prawdopodobnie relatywnie najszybciej będą rozwijać się mali faktorzy pozabankowi, bo ich oferta jest dostępna dla najszerszej grupy odbiorców, także tych dla których oferty nie mają banki, a różnice w kosztach finansowania nie będą odgrywać decydującej roli. Faktorzy związani z bankami stawiają zazwyczaj wyższe wymagania, raczej nie wykupują też pojedynczych wierzytelności, wolą pakiety faktur, oczekują większej ilości kontrahentów zgłaszanych do faktoringu.

* Pełne dane znajdują się na stronie Polskiego Związku Faktorów – www.faktoring.pl

Blisko ćwierć biliona złotych obrotów polskich faktorów w 2018 r.

Cisco: Od czego zależy bezpieczeństwo w sieci

Dziś obchodzimy Dzień Bezpiecznego Internetu, który został ustanowiony w 2004 r. z inicjatywy Komisji Europejskiej. Co roku jest to okazja do inicjowania i propagowania działań na rzecz bezpiecznego dostępu dzieci i młodzieży do zasobów internetowych, ale również zwiększania świadomości wśród pozostałych grup internautów. Zdaniem ekspertów Cisco, bezpieczeństwo w sieci zależy od trzech czynników: wyrobienia właściwych nawyków wśród użytkowników, odpowiedniej dbałości o dane w biznesie i ciągłego podnoszenia standardów cyberbezpieczeństwa.

O 1/3 cyberataków nic nie wiemy

Jak podaje raport „Cisco Annual Cybersecurity Report”, w 2017 roku 89% polskich firm odnotowało naruszenia cyberbezpieczeństwa. Dane te dotyczą oczywiście zdarzeń, które zostały dostrzeżone. Eksperci Cisco zwracają uwagę na fakt, że w Polsce ponad 1/3 (38%) alertów nie jest analizowana. Oznacza to, że wiele z nich pozostaje bez reakcji, a złośliwe oprogramowanie powoduje spustoszenie w zasobach firmowych lub, co gorsza wykorzystuje je, aby dotrzeć do danych klientów. Wtedy poza stratami finansowymi trzeba liczyć się z utratą wizerunku i spadkiem zaufania, co w konsekwencji może być dużo bardziej kosztowne. Eksperci Cisco podkreślają, że bezpieczeństwo w sieci wymaga holistycznego podejścia i współpracy zarówno użytkowników, biznesu, jak i władz odpowiedzialnych za ustawodawstwo i międzynarodowe standardy sieciowe.

Świadomość i właściwe nawyki użytkowników

Tworzenie kopii zapasowych danych, nieudostępnianie haseł ani loginów czy ostrożne korzystanie z publicznych sieci WiFi i unikanie logowania się za ich pośrednictwem np. do aplikacji płatności mobilnych. To kilka podstawowych zasad, które powinni stosować wszyscy użytkownicy sieci. Informacje o kolejnych cyberatakach czy wycieku danych osobowych wydają się być skutecznym motywatorem do wdrożenia ich w życie. Tymczasem, jak wynika z danych Polskiego Instytutu Cyberbezpieczeństwa, 21% Polaków deklaruje zmianę haseł do swoich kont internetowych rzadziej niż raz w roku. 28% robi to raz w roku, a tylko 9% raz w miesiącu. Te dane pokazują, że przed polskimi użytkownikami Internetu wciąż daleka droga do pełnej świadomości jak wiele zależy od ich właściwych nawyków poruszania się w sieci. Specjaliści Cisco zwracają uwagę na fakt, że najsłabszym ogniwem systemu cyberbezpieczeństwa zazwyczaj jest człowiek.

RODO mobilizuje biznes

Istotnym bodźcem do podniesienia standardów cyberbezpieczeństwa było ogłoszenie wejścia w życie Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych. Firmy musiały zrewidować dotychczasową politykę bezpieczeństwa i zadbać o informacje, którymi zarządzają. Wpłynęło to na ogólny poziom cyberbezpieczeństwa co potwierdzają wyniki badania Cisco „Data Privacy Benchmark Study”. Choć większość firm doświadczyła w minionym roku przynajmniej jednego incydentu związanego z bezpieczeństwem danych, to w przypadku firm, które zadeklarowały zgodność z RODO, jego prawdopodobieństwo było mniejsze w porównaniu do firm, które takiej gotowości nie deklarowały (74% vs 89%). Co więcej, w przypadku ich wystąpienia ataki te dotykały mniejszej liczby danych (79 000 rekordów w przypadku gotowości na RODO i 212 000 w przypadku braku gotowości) oraz wiązały się z mniejszym przestojem spowodowanym brakiem dostępu do zasobów firmowych (6,4 godz. w przypadku gotowości na RODO i 9,4 godz. w przypadku braku gotowości).

Upowszechnienie standardów bezpieczeństwa sieci

Zarówno biznes, jak i użytkownicy nie będą w stanie zapewnić bezpieczeństwa w sieci bez odpowiednich regulacji prawnych (takich jak wspomniane wyżej RODO) oraz upowszechnienia dobrych praktyk związanych z cyberbezpieczeństwem. Przykład stanowi popularyzacja szyfrowanego ruchu sieciowego. Od lipca 2018 roku każda witryna, która nie posługuje się protokołem HTTPS jest oznaczana w przeglądarce Google Chrome jako niebezpieczna. Należy jednak pamiętać, że szyfrowany ruch sieciowy wykorzystują również cyberprzestępcy. W minionym roku eksperci Cisco zaobserwowali trzykrotny wzrost wykorzystania szyfrowanej komunikacji sieciowej w sprawdzanych plikach malware.

Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland
Łukasz Bromirski, CTO w Cisco Systems Poland

„Sieć łączy wszystkie elementy infrastruktury IT, a także użytkowników biznesowych i prywatnych. Aby zagwarantować wysoki poziom bezpieczeństwa, niezbędne jest zapewnienie widoczności ruchu co pozwala wykrywać różnego rodzaju zagrożenia. Z pomocą przychodzą mechanizmy uczenia maszynowego i sztuczna inteligencja, które analizują terabajty danych ruchu sieciowego w poszukiwaniu anomalii, charakterystycznych dla złośliwego kodu. Automatyzacja procesów pozwala efektywniej lokalizować zagrożenia i znacznie skraca czas reakcji w przypadku wystąpienia cyberataku. Technologia jest wciąż nowa, nie zawsze doskonała, ale jak wynika z raportu Cisco 2018 Annual Cybersecurity Report, już teraz 77% organizacji opiera swoje działania związane z bezpieczeństwem IT na machine learning, a 73% na AI” – mówi Łukasz Bromirski, dyrektor ds. technologii w Cisco.

Grupa WKG rozwija ofertę dla sektora rolniczego

Grupa WKG w 2019 roku rozszerza swoją ofertę na sektor rolniczy, będącym nowym obszarem biznesu. Firma w III kwartale minionego roku rozpoczęła sprzedaż nawozów wapiennych, a z początkiem lutego dołączyła do oferty kredy pastewne, tj. dodatek paszowy będący bogatym źródłem wapnia. Firma w minionym roku zakończyła rozbudowę przemiałowni kamienia wapiennego, której wzrost mocy produkcyjnych umocni pozycję WKG na rynku i pozwoli na szybszą komercjalizację rozwiązań chronionych patentami, będących wynikiem prowadzonych projektów B+R.

Podstawą działalności WKG jest przetwarzanie i sprzedaż surowców mineralnych, głównie produktów wapienniczych (kruszonych i mielonych). Grupa wprowadziła do sprzedaży produkty (kredy pastewne) dedykowane nowemu segmentowi: rynkowi rolno-spożywczemu. M.in. w tym celu w 2018 roku firma ukończyła rozbudowę zakładu w Raciszynie, którego roczne możliwości wytwarzania produktów mielonych wzrosły dwukrotnie, do 500 tys. ton. Oprócz wejścia na rynek paszowy, WKG zwiększy dotychczasową sprzedaż do sektora energetycznego (sorbenty do odsiarczania spalin), przemysłu szklarskiego (produkcja szkła), czy chemii budowlanej (produkcja klejów, tynków, zapraw itd.).

– Funkcjonując na rynku od kilkunastu lat, dotychczas głównie współpracowaliśmy z klientami branży przemysłowej i energetycznej. Zbudowane know-how i przede wszystkim istotne zaplecze podażowe surowców wapienia, skłania nas do wejścia na atrakcyjny rynek rolniczy, co stanowi naturalny krok rozwoju. W minionym roku ruszyliśmy z ofertą wapna nawozowego, a dzisiaj rozpoczynamy sprzedaż kred pastewnych – mówi Zbigniew Rybakiewicz, Prezes Zarządu WKG S.A. – W ostatnich latach obserwujemy dynamiczny rozwój rynku producentów pasz dla zwierząt. Rolnictwo w Polsce profesjonalizuje się i istotnie rośnie popyt na gotowe mieszanki pełnoporcjowe i premiksy. To rodzi szanse na sukces handlowy, czemu także będzie sprzyjać skokowy wzrost mocy produkcyjnych zakładu przemiałowni w Raciszynie.

Głównym składnikiem kred pastewnych WKG jest węglan wapnia (o zawartości powyżej 96 proc.), niezbędny w prawidłowym odżywianiu zwierząt gospodarskich (bydło, drób, trzoda chlewna i in.). Korzystnie oddziałuje na kondycję i zdrowie zwierząt, wspomaga trawienie, prawidłowy wzrost i chroni układ kostny. Kredy z Raciszyna zawierają czysty wapń (pow. 38 proc.) oraz tlenki krzemu, żelaza i glinu, dlatego poprawiają ekonomiczną efektywność produkcji zwierzęcej. Z kolei wprowadzone w III kw. 2018 r. do sprzedaży wapno nawozowe poprawia jakość gleby, odkwasza ją i zwiększa przyswajalność podstawowych składników (potasu, fosforu i in.), niezbędnych dla rozwoju roślin.

Istnieją dwa dodatkowe czynniki wspierające wzrost sprzedaży naszych produktów do segmentu rolniczego. To aktualne moce produkcyjne WKG, dzięki którym możemy zaspokoić największych graczy na rynku i dogodna lokalizacja zakładów grupy, co przekłada się na niezawodność logistyki. Ponadto nasze produkty posiadają pełną certyfikację i komplet wymaganych badań: atesty, świadectwa kwalifikacji, nadany numer weterynaryjny, certyfikat GMP+ – dodaje Rafał Pożyczka, dyrektor handlowy WKG S.A.

Grupa prowadzi szereg projektów B+R, których celem jest systematyczne wprowadzanie nowych rozwiązań do oferty handlowej. Wzrost mocy produkcyjnych zakładu przemiałowni poprzez synergie wewnętrzne dodatkowo wesprze potencjał obszaru rozwojowego. Firma sukcesywnie występuje o przyznanie ochrony patentowej na opracowane technologie (dotychczas WKG uzyskała ochronę m.in. na sposób wytwarzania reaktywnego sorbentu wapniowego i układ urządzeń do jego produkcji). Ponadto firma skutecznie wdraża technologię efektywnego wykorzystania produktów ubocznych, zmieniając je w pełnowartościowe materiały. M.in. takie rozwiązanie dla sektora chemii budowlanej (piaski wapienno-kwarcowe) jest na etapie prac B+R, co spotkało się z pozytywnym przyjęciem ze strony Klientów.

W 2019 roku stawiamy na rozwój zarówno w ujęciu ilościowym, jak i jakościowym. Dokładamy starań by osiągać coraz wyższą jakość naszych produktów, także w ujęciu technologiczno-innowacyjnym. Systematycznie wprowadzamy kolejne produkty do naszej oferty i analizujemy możliwości inwestycyjne w kolejnych obszarach działalności – podsumowuje Zbigniew Rybakiewicz.

Enefit podsumowuje 2018 rok i prezentuje nowe kierunki rozwoju

Enefit, spółka należąca do estońskiej grupy Eesti Energia, największego wytwórcy energii elektrycznej w krajach bałtyckich, zakończyła 2018 r. z wolumenem obrotu 1190 GWh energii elektrycznej (sprzedaż energii oraz zakup z OZE). Na koniec roku spółka miała blisko 250 klientów korporacyjnych. W 2019 r. Enefit zamierza skupić się na rozwoju polskiego rynku umów sprzedaży energii typu Corporate Power Purchase Agreement (PPA) oraz poszerzać swoją ofertę w zakresie OZE.

– Duża zmienność cen sprawiła, że ubiegły rok był pełen zawirowań w energetyce. W tych wymagających warunkach udało nam się znacząco rozbudować portfel naszych klientów i zwiększyć wolumen sprzedaży. Ponadto dzięki dobrze dopasowanej do sytuacji rynkowej strategi zabezpieczenia transakcji i ograniczenia ryzyka mogliśmy zapewnić ciągłość sprzedaży dla naszych klientów – mówi Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający Enefit w Polsce.

Nowa szansa dla energetyki odnawialnej w Polsce

Jednym z kierunków rozwoju Enefit na obecny rok będzie działalność na rynku tzw. umów Corporate PPA, które można rozpatrywać jako alternatywny dla systemów wsparcia sposób finansowania projektów OZE. W ramach takiej umowy firma będąca odbiorcą zawiera długoterminową umowę zakupu energii bezpośrednio od wytwórcy z konkretnego źródła. Skala umowy zapewnia wytwórcy podstawę do finansowania inwestycji, a odbiorca zabezpiecza sobie dostawy energii w długim okresie, po korzystnej cenie. W umowach Corporate PPA Enefit będzie pełnił rolę integratora, który jako spółka obrotu posiada odpowiednie kompetencje by zapewnić wszelkie usługi, niezbędne do poprawnego działania takiego rozwiązania.

Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska
Maciej Kowalski, dyrektor zarządzający w firmie Enefit Polska

– Corporate PPA to naturalna ewolucja rynku energetycznego i przyszłościowe rozwiązanie, którego rozwój wspierają regulacje unijnego rynku energetycznego. Rozwiązanie to daje korzyści wszystkim stronom i pozwala na dalszy rozwój energetyki odnawialnej. Dużym korporacjom zapewnia również gwarancję pochodzenia energii z OZE, co z punktu widzenia społecznej odpowiedzialności firm staje się coraz bardziej istotne – mówi Maciej Kowalski.

Sprzedaż energii i gazu oraz działalność w segmencie OZE

W ubiegłym roku Enefit sprzedał w Polsce 736 GWh energii elektrycznej. Wolumen sprzedaży gazu wyniósł 91 GWh. Umowy były podpisywane zarówno w formule tradycyjnej, tj. po cenie stałej (FIX), jak również w formie umów na produkty klikane/transzowe, czyli rozwiązanie pozwalające na ustalanie ceny na podstawie notowań energii na giełdzie w dogodnym dla odbiorcy momencie.

Oferta firmy kierowana jest do segmentu małych i średnich przedsiębiorstw, jak również największych odbiorców przemysłowych. Wśród klientów Enefit znalazły się firmy z takich sektorów jak: FMCG, handel, przemysł ciężki i lekki, logistyka, służba zdrowia i segment hotelarsko-gastronomiczny.

Enefit oferuje również usługę zakupu energii elektrycznej i bilansowania handlowego (POB) dla wytwórców energii ze źródeł odnawialnych. W ubiegłym roku spółka zakontraktowała łącznie 454 GWh. Umowy podpisano z farmami wiatrowymi, biogazowniami i farmami fotowoltaicznymi o łącznej mocy wytwórczej 136 MW.

Ponadto Enefit przygotowuje obecnie rozwiązania w zakresie sprzedaży instalacji PV dla potencjalnych wytwórców energii z sektora małych i średnich przedsiębiorstw. Plany rozszerzenia działalności Enefit w segmencie OZE wpisują się w strategię grupy Eesti Energia, która zakłada zwiększenie do 40% udziału energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych w całym portfelu wytwórczym do 2022 roku.

Rekordowe inwestycje funduszy venture capital w 2018 r.

W 2018 r. fundusze venture capital zainwestowały na świecie 254 mld USD – aż o 46% więcej niż w dotychczas rekordowym 2017 r. Inwestorzy preferują coraz bardziej rozwinięte spółki – spadła liczba transakcji, jednak znacząco wzrosła mediana wartości inwestycji w pojedyncze spółki. Zdecydowanie mniejsze jest zainteresowanie inwestycjami w startupy znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju – spadło do poziomu z 2010 r. USA to nadal zdecydowanie największy rynek startupów – ponad 50% środków finansowych fundusze VC przeznaczyły na inwestycje w amerykańskie spółki. Jednak najwięcej jednorożców (spółek z wyceną ponad 1 mld USD) pojawiło się w Azji.  Europa to tylko 10% globalnego rynku inwestycji funduszy venture capital – wynika z badania firmy doradczej KPMG.

Rekordowe inwestycje funduszy venture capital w 2018 r.

W IV kwartale 2018 r. łączna kwota zainwestowanych środków wyniosła 64 mld USD, a w całym 2018 r. rekordowe 254 mld USD. Największa inwestycja w 4 kwartale 2018 r. była związana z amerykańską firmą, produkującą papierosy elektroniczne. W 2018 r. fundusze zainwestowały w 94 jednorożce (wzrost o ponad 80% w stosunku do 2017 r.). Fundusze venture capital z dużym doświadczeniem rynkowym nie mają w tej chwili żadnych problemów z pozyskaniem nowych środków finansowych: obecnie zdecydowanie największy fundusz pochodzi z Japonii (z pozyskanym kapitałem 100 mld USD), ale w 2018 r. także 4 inne fundusze pozyskały ponad 1 mld USD.

Analizy wykonane przez KPMG pokazują też, że fundusze venture capital działają coraz bardziej w sposób zbliżony do funduszy typu private capital, skupiając się na inwestycjach w dojrzałe już spółki. Mediana wartości inwestycji w startupy znajdujące się w fazie stabilnego wzrostu wyniosła 11,5 mln USD, czyli dwukrotnie więcej niż w 2010 r. (wówczas było to 5,5 mln USD). Również dwukrotnie wzrosła wartość inwestycji w fazie zalążkowej (ang. seed) z 0,5 mln USD w 2010 r. do w 1,1 mln USD w 2018 r., przy medianie wyceny spółek pozyskujących takie finansowanie na poziomie 6,5 mln USD.

Fundusze venture capital dojrzewają równie szybko jak rynek startupów. Dzisiaj w inwestycjach preferuje się te spółki, które zbudowały już innowacyjne rozwiązania technologiczne i z powodzeniem konkurują na międzynarodowych rynkach. Takie spółki potrzebują znacznych środków finansowych na ekspansję rynkową oraz doskonalenie swoich produktów, ale są też obarczone znacznie mniejszym ryzykiem niż startupy, które znajdują się jeszcze we wczesnej fazie rozwoju innowacyjnych rozwiązań. Warto zwrócić uwagę na statystyki inwestycji funduszy venture capital z punktu widzenia polskiego rynku. Obawiam się, że jeśli na całym świecie w fazie zalążkowej inwestuje się w spółki średnio ponad 4 mln PLN, a te pieniądze idą w tej fazie przede wszystkim na budowę i rozwój innowacyjnych produktów, to polskim startupom może być trudno zbudować naprawdę konkurencyjne produkty, gdy w istniejącym obecnie systemie finansowania startupów w Polsce, takie inwestycje są ograniczone praktycznie do 1 mln PLN – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Wszyscy szukają spółek posiadających sprawdzone, innowacyjne produkty

W 2018 r. ponad 100 mld USD zainwestowano w spółki, które mają lub budują innowacyjne oprogramowanie, wspomagające obsługę cyfrowych klientów oraz cyfrową transformację biznesową przedsiębiorstw. Ponad 23 mld USD (ponad 40% więcej niż w 2017 r.) przeznaczono na sektor biotechnologii i cyfrowego zdrowia. Nadal dużym zainteresowaniem cieszą się fintechy – w przypadku mniej rozwiniętych rynków finansowych są to przede wszystkim spółki oferujące usługi płatności oraz pożyczki, podczas gdy na najbardziej rozwiniętych rynkach fundusze interesują się spółkami posiadającymi cyfrowe rozwiązania wspomagające usługi finansowe (np. regtechy, wykrywanie nadużyć czy automatyzacja funkcji wsparcia). W miarę dojrzewania handlu elektronicznego, fundusze coraz mniej środków przeznaczają na startupy związane z platformami
e-commerce (obecnie 5% wartości wszystkich inwestycji vs. 10% w 2010 r.).

Cyfryzacja to najważniejszy trend na całym świecie i nie ma się co dziwić, że fundusze tak chętnie inwestują w spółki, które rozwijają innowacyjny software wykorzystywany we wszystkich branżach. Zdrowie jest aspektem naszego życia, na które konsumenci przeznaczają coraz większe środki, a dynamiczny rozwój biotechnologii oraz cyfrowych rozwiązań wspomagających prewencję zdrowotną, diagnostykę oraz leczenie stwarza zupełnie nowe możliwości biznesowe, więc fundusze w naturalny sposób coraz chętniej inwestują w tę branżę – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

Europa to tylko 10% światowych inwestycji funduszy venture capital

W Europie fundusze venture capital zainwestowały 24 mld USD w 2018 r., tylko 8% więcej niż w 2017 r. Jest to mniej niż 10% globalnych inwestycji, podczas gdy Europa reprezentuje obecnie jedną czwartą światowej gospodarki. W 2018 r. w Europie zainwestowano w 10 jednorożców (w tym cyfrowy serwis muzyczny Spotify i holenderski fintech Adyen) z 6 różnych krajów.  Podobnie jak na całym świecie w Europie znacząco spadła (o 37% r/r) liczba inwestycji w fazie zalążkowej – mimo wyższych wycen w tej fazie zainwestowano też mniej środków finansowych w startupy znajdujące się we wczesnej fazie rozwoju (2,3 mld USD w 2018 vs. 2,8 mld USD w 2017 r.). Podobnie jak na całym świecie w Europie największym zainteresowaniem cieszyły się spółki oferujące oprogramowanie. Fundusze poszukują też w Europie startupów ze sprawdzonymi rozwiązaniami w biotechnologii i cyfrowym zdrowiu, wykorzystującymi sztuczną inteligencję, a także fintechów.

Pomimo bardzo dużej niepewności związanej z brexitem, Wielka Brytania to nadal główna scena inwestycji venture capital w Europie. Bardzo ważną rolę odgrywają też Niemcy (4,1 mld USD zainwestowanych w 2018 r.). Coraz ważniejszym rynkiem staje się Francja (3,1 mld USD) – w IV kwartale 2018 r. zainwestowano 117 mln USD we francuski startup, który stworzył platformę do wspólnych przejazdów samochodem, co było jedną z największych inwestycji funduszy w Europie w tym okresie.

W 2018 r. w Europie bardzo silną rolę odgrywały korporacyjne fundusze venture capital. Takie fundusze odpowiadały za 25% transakcji w IV kwartale 2018 r. (i ponad 41% wartości wszystkich inwestycji)

Polska jest jeszcze bardzo małym rynkiem z punktu widzenia globalnych funduszy venture capital. Naszą szansą jest obecna faza rozwoju globalnego rynku, w której fundusze coraz bardziej koncentrują się na dużych i dojrzałych już startupach. Coraz mniej jest inwestycji na całym świecie w projekty we wczesnej fazie zalążkowej i jeśli stworzymy w Polsce warunki, w których prawdziwie innowacyjne spółki będą mogły pozyskać środki na rozwój swoich produktów i skuteczne wejście na światowe rynki, to wykorzystując niszę w perspektywie kilku lat możemy się stać znaczącym graczem na europejskim rynku – mówi dr Jerzy Kalinowski, doradca zarządu KPMG w Polsce.

****

O RAPORCIE:

Raport pt. „Venture Pulse Q4 2018” to kwartalna publikacja dotycząca sektora venture capital, opracowany przez KPMG International. Raport przedstawia sytuację sektora venture capital w ujęciu globalnym i regionalnym, a ponadto zawiera dane nt. głównych trendów. Badanie zostało przeprowadzone na spółkach prywatnych, finansowanych przez fundusze venture capital, w tym firmy venture capital, podmioty korporacyjne bądź inwestorów prywatnych typu tzw. super angel. Analiza obejmuje dane pochodzące z całego 2018 roku.

Sektor nieruchomości pod presją polityki klimatycznej

W najbliższych latach sektor nieruchomości poddany będzie rosnącej presji społecznej na wypracowanie rozwiązań, które będą przeciwdziałać zmianom klimatu. Taki wniosek płynie z badania rynku zleconego przez Union Investment po ostatnim szczycie klimatycznym w Katowicach.

Badanie pokazuje, że niemal połowa respondentów (49%) uważa, że presja społeczna na firmy z sektora nieruchomości w zakresie podejmowania działań przeciwdziałających globalnemu ociepleniu wzrośnie w ciągu najbliższych pięciu lat. Presja ta będzie stopniowo narastać, w perspektywie dwuletniej jedynie 37% respondentów spodziewa się rosnącego nacisku ze strony opinii publicznej.

Największego wzrostu społecznych oczekiwań wobec branży spodziewają się deweloperzy i firmy budowlane – aż 55% przedstawicieli tych firm spodziewa się znaczącego wzrostu oczekiwań społeczeństwa już w ciągu najbliższych dwóch lat. Nie dziwi to w kontekście faktu, że firmy te tworzą zasoby nieruchomości na przyszłość i w większym stopniu stykają się z tematami zrównoważonego rozwoju przy już  prowadzonych projektach.

Biznes nieruchomościowy zakłada długoterminową perspektywę Dlatego też najwięksi inwestorzy rynkowi powinni już teraz zadbać o włączenie celów klimatycznych do swoich strategii biznesowych, zanim jeszcze temat ten wejdzie do głównego nurtu debaty publicznej –mówi Jens Wilhelm, członek zarządu Union Investment Asset Management Holding AG.

Badanie ujawniło również konieczność poprawy jakości i poszerzenia zakresu danych dotyczących zrównoważonego budownictwa. Aż 72% respondentów wskazało, że obecnie udostępniane dane nie pozwalają na skuteczne raportowanie o sposobie użytkowania aktywów nieruchomościowych. Odsetek ten był jeszcze wyższy w przypadku inwestorów rynku nieruchomości, funduszy emerytalnych czy firm ubezpieczeniowych.

Potrzebę uzyskania wartościowych danych o zrównoważonym budownictwie widzimy szczególnie wśród inwestorów instytucjonalnych. Kluczem do usprawnienia raportowania w tym obszarze jest ściślejsze powiązanie cyfryzacji ze zrównoważonym rozwojem. Pozwoli ono nieruchomościom na skuteczne konkurowanie z innymi klasami aktywów w długim terminie – stwierdził Jens Wilhelm.

Badanie objęło 150 osób zawodowo zajmujących się rynkiem nieruchomości w Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii, największych gospodarkach w Europie. Respondenci odpowiadali na pytania w kontekście tzw. reguł katowickich, pakietu wdrażającego porozumienie paryskie z 2015 r. Zgodnie z nimi, państwa-sygnatariusze zobowiązały się do przyjęcia jednolitych standardów raportowania do ONZ emisji gazów cieplarnianych. Narody uprzemysłowione powinny je wdrożyć w 2022 r.

W Polsce nadal brakuje małych mieszkań

W przypadku takiego kraju jak Polska, małe mieszkania od deweloperów czasem budzą kontrowersje. Najmniejsze lokale często postrzega się jako wybór wymuszony brakiem większych środków na zakup „M”. Niektóre analizy sugerują, że w ofercie deweloperów wciąż brakuje mieszkań o powierzchni nieprzekraczającej 40 mkw. Eksperci portalu RynekPierwotny.pl postanowili bliżej przyjrzeć się tej ciekawej kwestii.

Niewielkie lokale dwupokojowe są dość ważną częścią rynku

Popularność małych mieszkań, czyli lokali o powierzchni do 40 mkw. warto sprawdzić na przykładzie sześciu największych miast kraju. Te metropolie łącznie skupiają około 60% – 70% polskiego rynku deweloperskiego (zarówno pod względem popytu jak i podaży). Dane RynekPierwotny.pl z końca listopada 2018 r. wskazują, że na terenie sześciu analizowanych miast odsetek małych „M” jest bardzo zróżnicowany. Potwierdza to poniższy wykres przedstawiający udział lokali o powierzchni do 40 mkw. oraz kawalerek w całej ofercie deweloperskiej z Warszawy, Krakowa, Łodzi, Wrocławia, Poznania i Gdańska. Wśród tych miast, najbardziej skrajne wyniki odnotowano na terenie:

  • Łodzi (aż 13,3% mieszkań jednopokojowych oraz 19,0% mieszkań o powierzchni do 40 mkw.)
  • Warszawy (tylko 13,4% mieszkań o powierzchni do 40 mkw.)
  • Gdańska (jedynie 5,1% mieszkań jednopokojowych)

Wynik Łodzi jest dość zaskakujący, ponieważ to miasto zawsze cechowało się wysoką dostępnością cenową nowych mieszkań (w stosunku do zarobków). Trzeba jednak pamiętać, że w ostatnim czasie wzrosty cen nowego metrażu (do poziomu około 5600 zł/mkw.), znacząco pogorszyły dostępność łódzkich „M”. Dodatkowo w Łodzi najbardziej widoczne są niekorzystne zmiany demograficzne, które zwiększają popyt na małe lokale. Duża oferta kompaktowych łódzkich mieszkań może też stanowić odpowiedź na wzrost zainteresowania inwestycyjnym najmem. Jeżeli chodzi o Warszawę, to jej wynik prawdopodobnie jest efektem obecności rozbudowanego segmentu dużych i luksusowych lokali. Dzięki informacjom z poniższego wykresu łatwo można obliczyć, jaką część rynku pierwotnego reprezentują małe mieszkania dwupokojowe (do 40 mkw.). Pod koniec listopada 2018 roku, szacunkowy udział wspomnianych lokali był następujący:

  • Warszawa – 5,6% oferty deweloperów
  • Kraków – 8,5%
  • Łódź – 5,7%
  • Wrocław – 5,5%
  • Poznań – 5,2%
  • Gdańsk – 10,2%

Czy w Polsce nadal brakuje małych mieszkańPowyższe wyniki potwierdzają, że małe M2 są dość ważnym elementem rynku pierwotnego. Na terenie Gdańska, takie lokale w największym stopniu zastępują kawalerki.

Deficyt małych metraży można zauważyć m.in. w Warszawie

Odsetek kompaktowych mieszkań (do 40 mkw.) obliczony na podstawie danych RynekPierwotny.pl, warto porównać z długookresowym udziałem takich lokali w sprzedaży deweloperów. Odpowiednie zestawienie informacji popytowych i podażowych jest widoczne w poniższej tabeli. W ramach ogólnego porównania, zaprezentowano też udział mieszkań jednopokojowych na terenie każdej z sześciu metropolii.

Porównanie popytu na małe mieszkania oraz ich podaży: dane z krajowych metropolii
Nazwa miasta

Udział mieszkań do 40 mkw.

w całej ofercie deweloperów

Udział mieszkań jednopokojowych w całej ofercie deweloperów Średni udział mieszkań o powierzchni do 40 mkw. w sprzedaży deweloperów                       (II kw. 2017 r. – II kw. 2018 r.)
Warszawa 13,4% 7,8% 21,2%
Kraków 18,3% 9,8% 26,6%
Łódź 19,0% 13,3% 21,5%
Wrocław 16,1% 10,7% 19,3%
Poznań 17,0% 11,8% 21,9%
Gdańsk 15,3% 5,1% 27,8%

Źródło: opracowanie własne na podstawie danych NBP i RynekPierwotny.pl / Dane za listopad 2018 r.

Porównanie przygotowane przez ekspertów RynekPierwotny.pl wskazuje, że we wszystkich metropoliach rynkowy odsetek mieszkań o powierzchni do 40 mkw. jest mniejszy od udziału wspomnianych lokali w łącznej sprzedaży deweloperów. W zależności od miasta, taka luka podażowa wynosi:

  • Warszawa – 7,8 punktu procentowego (p.p.)
  • Kraków – 8,3 p.p.
  • Łódź – 2,5 p.p.
  • Wrocław – 3,2 p.p.
  • Poznań – 4,9 p.p.
  • Gdańsk – 12,5 p.p.

Powyższe wyniki sugerują, że niedobór małych lokali jest największy na trzech rynkach (warszawskim, gdańskim oraz krakowskim), które jednocześnie cechują się najbardziej rozbudowaną ofertą luksusowych mieszkań. Taka współzależność nie wydaje się przypadkowa, podobnie jak mała luka podażowa w Łodzi, czyli metropolii z małą ofertą nowych apartamentów. Analiza ekspertów RynekPierwotny.pl sugeruje, że duże zainteresowanie deweloperów budową największych lokali, skutkuje podażowym deficytem dotyczącym małych mieszkań. Wspomniane zjawisko może być związane z faktem, że ekskluzywne lokale zapewniają wyższą marżę niż małe mieszkania należące do segmentu popularnego.

Autor: Andrzej Prajsnar, ekspert portalu RynekPierwotny.pl

ESMA przedłuża interwencję produktową na rynku OTC

Spadek liczby klientów detalicznych, wzmożona aktywność brokerów spoza UE – ESMA przedłuża interwencję produktową na rynku OTC.

W sierpniu 2018 r. europejski regulator ESMA wprowadził interwencję produktową, która znacząco ograniczyła poziom dźwigni finansowej dla klientów indywidualnych handlujących na rynku forex w krajach Unii Europejskiej. Pod koniec stycznia br. ESMA opublikowała decyzję o przedłużeniu interwencji na kolejne trzy miesiące, tj. do 30 kwietnia 2018 r.[1]

ESMA nie widzi szkodliwego wpływu interwencji produktowej na unijny rynek OTC…

W uzasadnieniu do swojej decyzji ESMA napisała, że przedłużenie okresu obowiązywania interwencji produktowej nie stwarza ryzyka arbitrażu regulacyjnego oraz nie ma szkodliwego wpływu na efektywność rynków finansowych ani na inwestorów. Jednocześnie regulator przyznał jednak, że wprowadzenie interwencji produktowej nie wpłynęło znacząco na zmianę wyników klientów. ESMA podaje, że liczba zyskujących klientów jest względnie stała. Regulator zwrócił też uwagę na spadek liczby rachunków kontraktów CFD prowadzonych przez klientów detalicznych oraz wzrost liczby klientów profesjonalnych. Klient profesjonalny nie podlega takiej ochronie jak klient detaliczny, może natomiast wykorzystywać wyższy poziom dźwigni finansowej. Celem interwencji ESMA było zwiększenie ochrony klienta detalicznego. Dodatkowo ESMA zauważa wzmożoną aktywność firm inwestycyjnych spoza UE, które nakłaniają inwestorów do przeniesienia do nich swoich rachunków inwestycyjnych.

…tymczasem dane rynkowe pokazują spadki wśród unijnych firm inwestycyjnych

Według danych domów maklerskich działających w UE, po kilku miesiącach obowiązywania interwencji produktowej, zmniejszyła się wyraźnie liczba aktywnych inwestorów oraz spadł wolumen ich obrotu. Saxo Bank, jedna z największych firm inwestycyjnych na świecie zarejestrowana w Danii, podlegająca interwencji ESMA, od 6 miesięcy notuje spadek wolumenów obrotów walutami. W styczniu br. wartości te były najniższe od początku 2016 r.[2]

Wzrost obrotów i liczby aktywnych inwestorów notują natomiast firmy z krajów nieobjętych interwencją produktową ESMA. Przykładem może być szwajcarski broker Swissquote, który w 2018 r. odnotował rekordowe przychody i zyski. Łączne przychody brokera w 2018 r. wzrosły o 15 proc. r/r do poziomu 214 mln CHF.[3] IG Group, jeden z czołowych dostawców produktów CFD na świecie, w raporcie za II kw. roku obrotowego 2019 pokazuje, że wzrosła liczba klientów w związku z przenoszeniem przez klientów rachunków do krajów nieobjętych interwencją produktową ESMA.[4]

Dalsze ograniczenie konkurencyjności unijnej branży naraża inwestorów detalicznych na większe ryzyka

Przytoczone dane potwierdzają obawy podnoszone przez krajowe i europejskie firmy inwestycyjne. Ostatnie miesiące na rynku, po wprowadzeniu interwencji ESMA, w wielu aspektach pokazały brak skuteczności działania interwencji. Co więcej, interwencja ujawniła ryzyka arbitrażu regulacyjnego, odpływu klientów do podmiotów działających poza UE i osłabiła krajowe firmy maklerskie, które nie mogą konkurować ofertą z zagranicznymi firmami. Dalsze ograniczenie konkurencyjności krajowej branży naraża krajowych klientów na większe ryzyka inwestycyjne związane z korzystaniem z oferty podmiotów spoza nadzoru KNF. Izba Domów Maklerskich informowała Ministerstwo Finansów i Komisję Nadzoru Finansowego o przypadkach firmy spoza UE, które nie stosują się do interwencji produktowej ESMA i ich działania są prawdopodobnie niezgodne z krajowym prawem.

Marek Wołos, ekspert Izby Domów Maklerskich ds. rynków OTC

[1] https://eur-lex.europa.eu/legal-content/PL/TXT/?uri=uriserv:OJ.L_.2019.027.01.0036.01.POL&toc=OJ:L:2019:027:TOC

[2] https://www.home.saxo/pl-pl/about-us/investor-relations

[3] Finance Magnates „Intelligence Report Q3 2018”

[4]http://www.iggroup.com/sites/iggroup.com/files/H1%20FY19%20Interim%20Results%20Announcement_FINAL.pdf

Dziś pod lupą indeksy aktywności w sektorze usługowym z Wielkiej Brytanii i USA

Azja hucznie świętuje Nowy Rok Księżycowy, ale RBA nie dostarczył fajerwerków. Stopa procentowa w Australii pozostała bez zmian, a bank opiera się oczekiwaniom rynkowym, że po gołębim zwrocie Fed wszystkie inne banki powinny pójść tą samą drogą. Reszta rynku finansowego pozostaje w zawieszeniu w oczekiwaniu na świeże sygnały.

Bank Rezerwy Australii (RBA) podtrzymał swoje neutralne nastawienie, co dla części rynku było zaskoczeniem i domykanie krótkich pozycji w AUD pozwoliło na aprecjację waluty i wyjście na lidera wtorkowego handlu. Oświadczenie po posiedzeniu nie było bezkrytycznie pozytywne, ale też nie było przesiąknięte pesymizmem. Bank musiał przyznać, że ryzyka dla perspektyw wzrostu zwiększyły się po negatywnej stronie, szczególnie w otoczeniu globalnym. Ostatnie dane z gospodarki także rozczarowały, choć zdaniem RBA serie są dość zmienne i trzeba do nich podchodzić z rozwagą. Prognozy PKB i inflacji na ten i przyszły rok zostały nieco obniżone, ale ścieżka wzrostu gospodarczego dalej pozostaje powyżej potencjalnego. I przynajmniej na tej podstawie nieracjonalna byłaby zmiana nastawienia na gołębie. Kłóci się to jednak z oczekiwaniami rynku, który w ostatnich tygodniach zaczął dyskontować wyższe prawdopodobieństwo obniżki stopy procentowej w tym roku. Niepokojący skrót myślowy zaczął ogarniać inwestorów, według którego gołębi zwrot Fed dyktuje działania innym bankom centralnym. No to w przypadku RBA to się nie sprawdziło. Ostatnio słowo jeszcze nie zostało wypowiedziane, gdyż dziś w nocy przemawiać będzie prezesa RBA Phillip Lowe i zapewne dostarczy więcej szczegółowych informacji o przyjętej strategii. Jeśli jednak podtrzymane zostanie stanowisko, że następny ruch na stopie procentowej prawdopodobnie będzie w górę, AUD dostanie impuls, który będzie ciężko zignorować.

Odwracając teraz rynkowe oczekiwania wobec RBA (gołębi Fed implikuje gołębi zwrot innych banków), jeśli bankierzy centralni z Australii nie widzą podstaw to wyraźnej rewizji nastawienia, mimo że stan krajowej gospodarki jest gorszy od kondycji USA, to czy to nie wzmacnia argumentacji, że w zmianie retoryki Fed nie chodziło wyłącznie o zaspokojenie żądań rynków finansowych? Idąc tym tropem, gospodarka światowa zwalnia, ale nie aż tak, aby wymagałoby to skoordynowanego działania czołowych banków centralnych. Utwierdza mnie to w moim optymistycznym poglądzie na kondycję światowej gospodarki i apetyt na ryzyko w średnim terminie. Może warto też odgrzebać listę potencjalnych podwyżek stóp procentowych tam, gdzie jeszcze niedawno zaostrzenie polityki najlepiej rokowało. Bank Kanady, Norges Bank i Riksbank przychodzą mi pierwsze do głowy. Jeśli rynek przestanie wierzyć, że Fed jest influencerem dla innych banków centralnych, takie waluty jak CAD, NOK i SEK powinny błyszczeć.

W międzyczasie musimy zmierzyć się z marazmem rynkowym spowodowanym brakiem nowych impulsów. Obchody Nowego Roku Księżycowego wyłączają z obiegu debatę o sporze handlowym USA-Chiny. Dziś w nocy prezydent USA Trump wygłosi orędzie w Kongresie i poza tym, że podkreśli wspaniałość wszystkiego, co robi, nie spodziewałbym się przełomowych zapowiedzi. Ubogość katalizatorów dla ocieplenia rynkowego sentymentu podnosi ryzyko powrotu do gruntownego analizowania ryzyk dla globalnego ożywienia, co może skłaniać do redukcji ekspozycji w ryzykownych aktywach. Dziś pod lupę wzięte będą indeksy aktywności w sektorze usługowym z Wielkiej Brytanii i USA.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Nowe cyberwyzwania sektora finansowego

Tylko od sierpnia do października 2018 roku ze sklepu Google Play usunięto 29 fałszywych aplikacji bankowych, które zawierały trojany. Nastąpiło to dopiero po tym, jak zostały zainstalowane przez ponad 30 tys. użytkowników. Złośliwe oprogramowanie m.in. wykrada dane logowania, wiadomości SMS czy listy kontaktów. Jeden Android.banker.A2f8a zbierał je z ponad 200 różnych aplikacji bankowych[1]. Jakie kolejne wyzwania przyniesie branży finansowej nadchodzący rok?

Urządzenia mobilne na celowniku

Ochrona przed złośliwym oprogramowaniem jest coraz trudniejsza, ponieważ nie zawsze pochodzi ono z podejrzanych i niesprawdzonych źródeł. Ataki na urządzenia i aplikacje mobilne umożliwiają hakerom nie tylko kradzież danych, ale też przechwytywanie ruchu sieciowego przesyłanego pomiędzy użytkownikiem a jego bankiem czy monitorowanie transakcji finansowych dokonywanych przez internet. Zagrożeni są nie tylko konsumenci, ale i firmy – zainfekowane urządzenia mogą stać się bramą dostępu do sieci całej organizacji.

Szyfrowanie i botnety zagrożeniem dla sieci

Według danych z laboratorium FortiGuard Labs firmy Fortinet, już 72% ruchu sieciowego jest zaszyfrowane (w roku 2017 było to 55%). Pozwala to na ochronę wrażliwych danych i transakcji. Szyfrowanie może jednak też stanowić czynnik osłabiający wydajność zapór sieciowych i systemów wykrywania intruzów (IPS), ponieważ ogranicza możliwość szybkiego sprawdzania danych. W rezultacie coraz większy odsetek ruchu sieciowego może być analizowany pod kątem złośliwej aktywności jedynie pobieżnie, aby nie spowalniać ważnych transakcji finansowych. Sytuacji nie poprawia także zaniedbywanie przez wiele organizacji kwestii aktualizowania wszystkich urządzeń i systemów. Niezałatane luki wykorzystywane są m.in. przez coraz bardziej inteligentne, złożone i trudne do wykrycia botnety[2]. Mogą one pozostawać w sieci organizacji średnio przez ponad 10 dni (w 2017 roku było to więcej niż 7 dni). Wiele botów przerywa przy tym swoje działanie po wykryciu i wznawia je dopiero, gdy przywrócone zostaną standardowe operacje systemu. Jedynym sposobem jest wtedy odnalezienie i usunięcie „pacjenta zero”.

Nowe wyzwania wymuszają zmiany

Cyberataki są przeprowadzane w coraz szybszym tempie, a to oznacza mniej czasu na prewencję, wykrywanie i minimalizowanie ich skutków. Błyskawiczna reakcja staje się kluczowa, dlatego organizacje powinny zmienić swoją politykę cyberbezpieczeństwa. Konieczne jest odejście od rozwiązań z zakresu ochrony punktowej, manualnego zarządzania bezpieczeństwem czy ochrony jako reakcji na zagrożenie, które już wystąpiło.

Strategia powinna integrować wszystkie elementy systemu zabezpieczeń oraz zbierać i porównywać informacje o zagrożeniach. Wzrośnie również waga kontroli dostępu do sieci. Identyfikacja i nadzorowanie wszystkich urządzeń, także mobilnych oraz z zakresu IoT[3], umożliwi wczesne wykrywanie niestandardowej i podejrzanej aktywności.

Aby chronić klientów i transakcje, niektóre duże banki wprowadziły do swoich aplikacji także zabezpieczenia biometryczne. Nie wszystkie podmioty mają taką możliwość, jednak każdy powinien przynajmniej regularnie skanować sieć pod kątem fałszywych aplikacji, a po ich znalezieniu ostrzegać klientów i nakłaniać witryny czy sklepy do ich usuwania.

Warto również pamiętać o mechanizmach ochrony i edukowania samych konsumentów. Wielu cyberprzestępców wykorzystuje socjotechniki do wyłudzania danych, dlatego organizacje finansowe powinny przypominać klientom, o jakie dane może prosić oryginalna aplikacja lub konsultant, a o jakie nie – mówi Wojciech Ciesielski, menedżer Fortinet ds. sektora finansowego.

[1] https://www.scmagazineuk.com/android-banking-trojan-targets-232-apps/article/1473526

[2] Grupa komputerów zarażonych złośliwym oprogramowaniem, które pozwala twórcy na zdalne kontrolowanie urządzenia i wykorzystanie go do ataków.

[3] Ang. Internet of Things, internet rzeczy

W 2019 deweloperzy nie przeszarżują i zdołają utrzymać zadowalającą chłonność rynku

Rynek mieszkaniowy w Polsce od lat utrzymuje się w fazie wzrostowej, o czym najprzejrzyściej świadczy wzmożona aktywność deweloperów oraz popyt, jakim cieszą się ich projekty wśród kupujących. Najnowsze dane Głównego Urzędu Statystycznego za rok 2018 potwierdzają, że pozytywny trend wciąż trwa, choć tempo wzrostu wyraźnie osłabło. Czy to już pierwsze sygnały spowolnienia?

Od stycznia do grudnia deweloperzy i inwestorzy indywidualni łącznie oddali do użytku 111,5 tys. mieszkań przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem, tym samym śrubując rekord już trzeci rok z rzędu. Wynik ten, związany oczywiście z ogólną koniunkturą gospodarczą, wiernie odwzorowuje notowane w ostatnim czasie statystyki dotyczące mieszkań, których budowę rozpoczęto bądź na budowę których wydano pozwolenia lub dokonano zgłoszenia z projektem budowlanym.

Tendencja zwyżkowa utrzymuje się mniej więcej od roku 2012, kiedy to Polacy mogli odebrać klucze do 63,5 tys. lokali. Choć nieco ponad pół dekady później wynik ten został niemalże podwojony, tempo wzrostu wydaje się (przynajmniej na tę chwilę) wyraźnie słabnąć.

Michał Styś, Prezes Zarządu w firmie doradczej OPG Property Professionals
Michał Styś, Prezes Zarządu w firmie doradczej OPG Property Professionals

– Wzrost na poziomie 6% przywołuje na myśl lata 2014-2015, a więc tuż przed „boomem” budowlanym, co może świadczyć o większej ostrożności deweloperów i chęci dostosowania podaży do realnych możliwości nabywczych rynku – ocenia Michał Styś, Prezes Zarządu w firmie doradczej OPG Property Professionals.

Tabela 1. Mieszkania oddane do użytkowania w latach 1993-2018. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem.

Mieszkania oddane do użytkowania w latach 1993-2018. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem
Źródło: Opracowanie OPG Property Professionals na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego.

W Polsce będzie się jeszcze budować

Ciekawych informacji dostarcza rozbicie danych na poszczególne kwartały. Z analizy wynika, że deweloperzy rozpoczęli rok bardziej zachowawczo, aby „rozkręcić” się z podażą w drugiej połowie 2018. Od strony finansowej najwięcej transakcji przeprowadzono z kolei od stycznia do września. Blisko 60% oddanych w Polsce do użytku lokali zostało wówczas zakupionych za gotówkę.

– To był czas swoistego przegrupowania sił. Zyski ze sprzedaży poprzednich inwestycji umożliwiły deweloperom uruchomienie nowych projektów – ocenia Anna Osińska z biura sprzedaży osiedla ART MODERN w Łodzi, które w listopadzie rozpoczęło realizację drugiego etapu. – Niemniej, zapał budujących mogą hamować rosnące koszty materiałów, ograniczony dostęp do wykonawców oraz kurczący się w miastach zasób gruntów w dobrych lokalizacjach i przystępnych kosztowo. To wszystko przekłada się na ceny nieruchomości, które także mogą ograniczać popyt na mieszkania – dodaje.

Tabela 2. Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem w 2018 – zestawienie kwartalne.

Dane dla budownictwa mieszkaniowego przeznaczonego na sprzedaż i wynajem w 2018 – zestawienie kwartalne
Źródło: Opracowanie OPG Property Professionals na podstawie danych Głównego Urzędu Statystycznego.

Na poparcie słów ekspertki przytoczyć można statystyki mieszkań znajdujących się w trakcie realizacji oraz tych dopiero zgłaszanych. W ciągu ostatnich 12 miesięcy rozpoczęto budowę 131,6 tys. lokali, na kolejne 159,9 tys. wydano pozwolenia budowlane. Porównując bezpośrednio najnowsze dane GUS z tymi sprzed roku, moglibyśmy mówić o wzroście na poziomie 25%. Należy jednak pamiętać, że do stycznia 2018 projektów realizowanych przez inwestorów indywidualnych nie zaliczano w poczet inwestycji przeznaczonych na sprzedaż lub wynajem, nawet jeśli faktycznie przyświecał im taki cel.

Rynek mieszkaniowy w Polsce znalazł się w ciekawym momencie, gdyż o jego kształcie decyduje wiele czynników, często o przeciwstawnym charakterze. Wiele wskazuje na to, że pomimo rekordowo wysokiej aktywności, deweloperzy nie przeszarżują i w 2019 zdołają utrzymać zadowalającą chłonność rynku. Pytanie, jak słupki sprzedaży prezentować się będą za 2 lata i dalej?