Herkules skupił 4,65 mln walorów za blisko 20 mln zł

Herkules S.A., notowany na GPW lider wynajmu żurawi, nabył w ramach skupu akcji własnych 4,65 mln walorów w cenie 4,20 zł, stanowiących 11,4% kapitału zakładowego. Wypracowane wysokie przepływy operacyjne z ostatnich kwartałów pozwoliły przeprowadzić transzę skupu w wys. wielokrotnie wyższej wobec poprzednich rund. Spółka obecnie posiada już 16,3 proc. akcji przeznaczonych do umorzenia, a w listopadzie ubiegłego roku otrzymała postanowienie sądu rejestrowego o umorzeniu wcześniej nabytych około 2,6 mln walorów.

Przyjmowanie ofert sprzedaży w ramach skupu uchwalonego przez NWZA 20 listopada 2018 r. trwało od 17 grudnia 2018 r. do 4 stycznia 2019 r.. Obsługujący  transakcję Dom Maklerski Noble Securities dokonał 85,44% redukcji liczby zaoferowanych do nabycia akcji. Zawarcie umów sprzedaży na 4,65 mln walorów oraz rozliczenie transakcji nastąpi 10 stycznia.

– Konsekwentnie skupujemy akcje własne, których kurs giełdowy w ocenie Zarządu i Rady Nadzorczej nie odzwierciedla właściwie ich wartości wynikającej z potencjału Grupy Kapitałowej, jej perspektyw  i fundamentów. Wraz z umorzonymi walorami nabyliśmy już ponad 20% akcji, a obecnie Herkules S.A. dysponuje przeszło 16% walorów. Systematycznie umarzanie nabytych akcji powinno doprowadzić do  wzrostu wartości Grupy przypadającej na jedną akcję, co będzie korzystne dla wszystkich naszych akcjonariuszy. Jednocześnie umożliwiamy wyjście z inwestycji inwestorom, których nie satysfakcjonuje obecna cena rynkowa będąca pochodną niełatwej sytuacji na rynku kapitałowym w Polsce – mówi Grzegorz Żółcik, Prezes Zarządu Herkules S.A.

Herkules S.A. postrzega rok 2019, jako okres stabilnej, zbliżonej do minionego roku koniunktury, zwłaszcza w obszarze budownictwa kubaturowego (mieszkaniowego, komercyjnego itd.). Grupa stawia wciąż na rozwój podstawowego obszaru wynajmu żurawi wieżowych, których wykorzystanie jest od kilku kwartałów utrzymywane na bardzo wysokim poziomie. Firma na bieżąco analizuje i optymalizuje posiadane zasoby, m.in. ograniczając skalę biznesu żurawi hydraulicznych, czy wygaszając w 2018 r. segment transportu ponadgabarytowego.

– Wierzymy, że w kolejnych kwartałach koniunktura na rynku budowlanym będzie sprzyjać naszej działalności. Obecnie z poprzedniego Programu Skupu Akcji ogłoszonego w czerwcu 2018 r. do końca roku 2019 pozostało do nabycia jeszcze 1,5 mln akcji, jednocześnie  nadal chcemy pozostać spółką dywidendową. Liczymy, że koniunktura 2019 r. pozwoli nam zrealizować te cele. Wiele jednak zależy od bieżących potrzeb inwestycyjnych, otoczenia rynkowego  i ewentualnych akwizycji– podsumowuje Grzegorz Żółcik.

Poza ostatnio skupionymi akcjami, Spółka posiada 2 mln szt. wcześniej nabytych walorów w ramach przyjętego przez WZA w połowie minionego roku Programu obejmującego kupno 3,5 mln szt. akcji w terminie do końca 2019 r. W listopadzie 2018 r. Herkules otrzymał postanowienie sądu rejestrowego  o umorzeniu około 2,6 mln szt. akcji, stanowiących 6,08% ówczesnego kapitału zakładowego. Operacja wycofania umorzonych akcji z depozytu KDPW została wykonana 28 grudnia 2018 r. Po wyżej wspomnianej zmianie kapitał zakładowy wynosi 81.538.210 zł i dzieli się na 40.769.105 akcji.

– Ostatni skup objął rekordowo wysoki wolumen akcji, co wynikało z bardzo dobrej sytuacji  płynnościowej Herkulesa w 2018 roku. Wypracowane operacyjnie środki były częściowo przeznaczone na działania akwizycyjne, a wobec braku korzystnych rozstrzygnięć w tym zakresie, Walne Zgromadzenie Akcjonariuszy zdecydowało o kolejnym skupie akcji – dodaje Grzegorz Żółcik.

Grupa Herkules w ciągu trzech kwartałów 2018 roku osiągnęła zysk EBITDA rzędu 27,1 mln zł (+7,6% r/r) i zysk netto przypadający akcjonariuszom jednostki dominującej w wys. 7,2 mln zł (+15,2% r/r), przy przychodach rzędu 91,5 mln zł (wobec 95,7 mln zł r/r). Grupa odnotowała też wysokie przepływy pieniężne z działalności operacyjnej w wysokości 36,4 mln zł (wobec 24,5 mln zł).

Dolar słabszy, ale dziś odrabia straty

Poniedziałek przyniósł umocnienie euro i osłabienie dolara amerykańskiego – kurs EUR/USD zakończył dzień na plusie. Dziś jednak tendencja się odwróciła – może to być kwestia korekcyjnego odbicia, jak również wpływu gorszych odczytów ze strefy euro, które utrudniają aprecjację wspólnej waluty.

W kontekście wspomnianych odczytów: niemiecka produkcja przemysłowa w listopadzie spadła niemal o 2% w porównaniu do poprzedniego miesiąca, podczas gdy konsensus zakładał lekki wzrost. W dół zaktualizowany został również szacunek z poprzedniego miesiąca, pokazał głębszy spadek. Rozczarowujące odczyty produkcji przemysłowej sugerują, że problemy Niemiec, które w III kwartale ubiegłego roku odnotowały ujemny wzrost gospodarczy (-0,2% w ujęciu kwartalnym) trwały również w końcówce roku. Coraz bardziej prawdopodobnym jest, że wzrost w ostatnim kwartale ubiegłego roku również będzie ujemny, co oznaczałoby, że największa gospodarka strefy euro pogrążyła się w technicznej recesji.

Nie byłaby to pozytywna wiadomość zarówno dla strefy euro i Polski (oraz idąc dalej – dla euro, jak i złotego). Sytuacja w niemieckiej gospodarce w istotnym stopniu przekłada się na to, co dzieje się w całym wspólnym bloku oraz w naszym kraju. A ostatnio przybyło sygnałów sugerujących, że polski przemysł radzi sobie wyraźnie gorzej.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w poniedziałek wzrósł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Polski złoty w relacji do euro pozostaje względnie stabilny. Waluta wspólnego bloku wczoraj radziła sobie jednak wyjątkowo dobrze w parze z dolarem amerykańskim. Wczorajsze dane ze strefy euro w większości były dobre, jednak w większości drugorzędne. Wspomnieć można o dynamice sprzedaży detalicznej w strefie euro, która w listopadzie zaskoczyła na plus i wyniosła 0,6% w ujęciu miesięczny wobec oczekiwanego odczytu 0,2%. W górę poszedł również szacunek dynamiki w poprzednim miesiącu (z 0,3% do 0,6% miesięcznie).

GBP

Kurs GBP/PLN w poniedziałek spadł o 0,1%, wahając się w widełkach 4,78-4,79.  W czwartek brytyjska waluta zakończyła dzień osłabieniem w relacji do euro i polskiego złotego. Inwestorzy obecnie wyczekują na głosowanie w parlamencie w kwestii porozumienia ws. Brexitu. Do głosowania ma dojść w przyszłym tygodniu, 15 stycznia. Oczekuje się odrzucenia porozumienia w obecnym kształcie. Jeśli tak się stanie, znaczenie będzie miał stosunek głosów na „nie” i na „tak” – gdy różnica będzie niewielka, niewykluczone, że mimo opozycji ze strony UE, premier May będzie próbowała wynegocjować z Brukselą ustępstwa, które pomogą przekonać część głosujących na „nie” do zmiany stanowiska. Pojawiają się również informacje o próbach „wybadania” przez Brytyjczyków, czy uda się wydłużyć 2-letni okres negocjacji przed wyjściem Wielkiej Brytanii z UE, zakładany przez artykuł 50, który zakończyć ma się pod koniec marca.

USD

Kurs USD/PLN w poniedziałek spadł o 0,5%, wahając się w widełkach 3,74-3,76. Dolar wczoraj tracił również w relacji do głównych walut. Amerykańskiej walucie szkodziły m.in. informacje dotyczące pozytywnych nastrojów wokół negocjacji USA i Chin w kwestii handlu oraz komentarz Raphaela Bostica z FOMC, który stwierdził, że spodziewa się zaledwie jednej podwyżki stóp procentowych w tym roku, a nie dwóch, jak zakłada średnia prognoz z ostatniego „dot plotu”. Dolarowi nie pomogły również słabe dane: indeks ISM dla usług pokazał znaczący spadek w porównaniu z ubiegłym miesiącem (57,6 wobec 60,7) oraz oczekiwaniami (59,6). Wygląda na to, że gorsza aktywność widoczna w wielu istotnych globalnych gospodarkach zaczyna przekładać się na sytuację w USA.

Dziś opublikowane zostaną dane o handlu w Stanach Zjednoczonych w listopadzie, istotniejszy będzie jednak raport JOLTS dla Stanów Zjednoczonych w listopadzie. Są to co prawda nieco „wsteczne” dane, jednak pozwalają umiejscowić w kontekście pozostałe odczyty z rynku pracy.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 14:30 – dane o handlu w Stanach Zjednoczonych w listopadzie
  • 16:00 – dane JOLTS dla Stanów Zjednoczonych w listopadzie

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Kłopoty Niemiec to nasz kłopot

Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w listopadzie najbardziej od dekady. Inne dane z niemieckiej gospodarki również pokazują znacznie spowolnienie koniunktury, a nawet możliwość zagrożenia recesją. Publikacje makroekonomiczne z Niemiec to fatalne informacje dla Polski – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Już od dobrych kilku miesięcy niemiecka gospodarka wyraźnie niedomaga. W trzecim kwartale 2018 r. mieliśmy spadek PKB na poziomie 0,2 proc. k/k i słabiutki rozwój na poziomie 1,2 proc. r/r. Niemiecki bank centralny (Bundesbank) tłumaczył ten fakt głównie kwestiami regulacyjnymi w przemyśle motoryzacyjnym, co czasowo wstrzymywało produkcję w tym sektorze.

Niestety, wiele wskazuje na to, że problemy naszego zachodniego sąsiada nie są przejściowe i ograniczone tylko do nowych norm spalin. Mimo że niemiecka gospodarka jest jedną z najlepiej zarządzanych na świecie, kłopotów może być znacznie więcej, niż wcześniej sądzono.

Załamanie produkcji. Najgorzej od wielkiej recesji

Dramatem można określić dane o produkcji przemysłowej za listopad, które zostały opublikowane 8 stycznia. Spadła ona o 4,7 proc. r/r, czyli najbardziej od końca 2009 r. Czasami bywa, że tak silne, nagłe spadki są spowodowane czynnikami jednorazowymi, sezonowymi zaburzeniami (pogoda, liczba dni roboczych) czy wyraźnie ujemnym wkładem np. sektora energetycznego. Tym razem fatalnych danych nie da się jednak usprawiedliwić żadnymi nadzwyczajnymi wydarzeniami. Dlaczego?

 

Przede wszystkim negatywny trend jest widoczny już od dobrych kilku miesięcy. Jeszcze na przełomie lat 2017 i 2018 produkcja rosła w tempie ok. 6 proc. r/r. Jednak już od połowy ub.r. wahała się ona już blisko granicy 0. Teraz negatywny trend po prostu wyraźnie przyspieszył.

Nadchodzące problemy produkcji przemysłowej już od czerwca ub.r. sugerowały ujemne w relacji rok do roku zamówienia w przetwórstwie przemysłowym. Ich 5-miesięczna średnia r/r jest na poziomie minus 2,5 proc. po pięciu z rzędu ujemnych odczytach (w listopadzie było to minus 4,6 proc.).

Martwić może także fakt, że spowolnienie produkcji dotyczy wszystkich kluczowych komponentów. Ujemna dynamika dotyczyła zarówno sektora wydobywczego, budowlanego czy wytwarzania energii, jak i najważniejszego komponentu, czyli przetwórstwa przemysłowego (spadek o 4,8 proc. r/r). Również w podziale na dobra konsumpcyjne i inwestycyjne widać wyłącznie negatywne odczyty.

Słabość z drugiej połowy roku w niemieckim przemyśle potwierdza także fakt, że indeks produkcji (wyrównany sezonowo oraz o liczbę dni roboczych) jest obecnie na poziomie z początku 2017 r. Oznacza to, że półtora roku silnego wzrostu (początek 2017 – połowa 2018) zostało utracone zaledwie w 5 miesięcy (lipiec-listopad 2018).

Prognozy Bundesbanku. Śmiech przez łzy

Jamie Murray, szef europejskich ekonomistów Bloomberg Economics, w dzisiejszym komentarzu do danych z Niemiec sugerował, że spadek produkcji w przemysłowej w całym czwartym kwartale może spowodować obniżenie się PKB w ostatnim kwartale ub.r. na poziomie 0,3 proc. k/k. Oznaczałoby to, że niemiecka gospodarka zaliczyłaby techniczną recesję (dwa kwartały z rzędu spadku PKB).

Wydaje się jednak, że ta prognoza może być zbyt pesymistyczna, zwłaszcza że sprzedaż detaliczna w Niemczech jeszcze rośnie. Nie zmienia to jednak faktu, że rok 2018 (zwłaszcza jego druga połowa) był fatalny dla największej gospodarki strefy euro.

Porażką można nazwać także prognozy Budnesbanku z połowy grudnia ub.r. Już w czasie publikacji wydawały się one nierealne. Niemiecki bank centralny szacował trzy tygodnie temu wzrost na poziomie 1,5 proc. w 2018 r. Teraz nawet połowa tej wartości (0,7-0,8 proc.) będzie sukcesem, co oznacza, że zeszły rok był najgorszym dla Niemiec od kryzysu zadłużeniowego strefy euro. Wcześniej oczekiwano natomiast, że ubiegły rok może być jednym z najlepszych w minionej dekadzie (projekcje KE z zimy 2018 r.  zakładały wzrost dla Niemiec na 2,3 proc. w ub.r.).

Złe informacje dla Polski

Pomijając kwestie związane z przemysłem motoryzacyjnym, dane z Niemiec pokazują również, że wojna handlowa na linii USA-Chiny negatywnie przekłada się na nastroje przedsiębiorstw i redukuje ich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne zarówno globalnie, jak i w Europie.

Źle na kondycję strefy euro wpływają także wydarzenia we Włoszech, gdzie wielomiesięczna batalia z Komisją Europejską i szkodliwe pomysły na walkę z 20-letnią stagnacją gospodarczą niszczą i tak już niedoskonałe narzędzia KE do egzekucji podstawowych zasad fiskalnych Wspólnoty. Negatywnie wpłynęły również protesty we Francji i nieodpowiednia reakcja władz w Paryżu. Na to nakłada się brexit, który zwiększa ryzyka nie tylko dla Wielkiej Brytanii, ale również dla Unii Europejskiej.

Wszystkie te informacje sugerują, że perspektywy dla polskiej gospodarki znacznie się pogarszają ze względu na jej powiązania z Niemcami i całą strefą euro. Jak bardzo? Trudno w tym momencie powiedzieć, gdyż dzięki wysokiej konsumpcji i inwestycjom współfinansowanym z unijnych środków podstawowe wskaźniki mogą być stosunkowo długo silne. Rośnie jednak ryzyko, że po świetnym 2018 r. koniunktura w obecnym roku, a zwłaszcza w jego drugiej połowie, będzie znacznie słabsza, niż pokazuje to większość prognoz.

Inwestycje w elektrownie wiatrowe nadal opłacalne

W 2019 roku wciąż warto będzie inwestować w elektrownie wiatrowe –szczególnie, że ustawa odległościowa nadal obowiązuje. Pomimo tego, że rząd znowelizował ustawę o odnawialnych źródłach energii, pozostawił odległość dziesięciokrotności wysokości wiatraka od zabudowań. Pozwolenia na budowę wydane na starych zasadach zyskują na wartości. Nie pojawiają się natomiast nowe lokalizacje pod konstrukcje. Rośnie także wartość działających już elektrowni wiatrowych, bo nie da się pozyskać w tym celu nowych miejsce. Władze nie chcą zamykać obecnej drogi produkcji energii, ale budować nową – na morzu. Mówi się o tym już od wielu lat – co nie zmienia faktu, że farmy wiatrowe na lądzie będą nadal funkcjonować.

– W 2019 roku mamy zamiar wystartować w kolejnych aukcjach i uzyskać finansowanie na budowę kolejnych ośmiu elektrowni wiatrowych w portfolio. Dzięki temu inwestorzy nadal będą mogli cieszyć się kilkunastoprocentowymi stopami zwrotu z tego biznesu – powiedział serwisowi eNewsroom Tomasz Wiśniewski, wiceprezes Pracowni Finansowej – Minister Tobiszowski już kilka dni po oświadczeniu ministra Tchórzewskiego zdementował wcześniejsze informacje, jakoby po kilkunastu latach elektrownie wiatrowe miały być złomowane. Zwrócono uwagę, że rząd nie nowelizowałby ustawy o OZE – w której umożliwił dokonywanie tzw. repoweringu, czyli wymiany elektrowni na nowe po okresie ich eksploatacji. Nie obniżałby także podatków od nieruchomości – płaconych obecnie po staremu, od tego ile rzeczywiście warta jest nieruchomość – a nie od całej wartości wiatraka. Energetyka na lądzie będzie z pewnością istniała, a tego typu inwestycje mogą funkcjonować nawet kilkadziesiąt lat. Po 15-25 latach takie elektrownie wymienia się na nowe, nowocześniejsze i wydajniejsze, a spółka wiatrowa nadal zarabia – podkreślił Wiśniewski.

Banki kupują nowe domeny. Głównie jednak za granicą

Aż 40% instytucji finansowych z USA podjęło decyzję o zakupie dedykowanej ich branży domeny internetowej. W Europie, według danych CentralNic, na podobny krok zdecydowało się już 500 banków oraz firm ubezpieczeniowych. Do zakupu domen z końcówką „.bank”, polskie instytucje podchodzą jednak z dystansem.

Blisko 3 tysiące domen z końcówką .bank zarejestrowano od 2015 r. – wynika ze statystyk ntldstats.com. To z jednej strony niedużo, jeśli porównamy liczbę zarejestrowanych domen z tymi z końcówką .club (1,6 mln) czy .store (237 tys.). Z drugiej, trzeba pamiętać o tym, że domeny .bank są udostępniane jedynie bankom i to za znacznie większe pieniądze niż standardowe adresy – Aby stać się posiadaczem domeny .bank, trzeba zapłacić co najmniej 1500 dolarów. Trudno jednak uznać tę kwotę za zaporową. Na rynku domenowym zakup atrakcyjnych adresów opiewa nierzadko na kwoty kilku a nawet kilkunastu milionów dolarów. Z drugiej strony rejestracja domen z końcówką .com kosztuje kilkadziesiąt złotych. Oczywiście pod warunkiem, że są one wolne – zwraca uwagę Bartosz Gadzimski, właściciel firmy hostingowej Zenbox.

.Com nadal w cenie

Jeśli wierzyć statystykom, na świecie z adresu .bank korzysta około 2,5 tys. instytucji finansowych (ponad 500 domen jest w tej chwili zaparkowanych), na próżno w Internecie szukać jednak z tym rozszerzeniem witryn polskich banków. Mimo, że adres wydaje się być idealny dla takich instytucji jak choćby Alior, mBank, Santander czy Pekao. – Domena .bank jest ciekawa i atrakcyjna. Adres w sieci m.bank, alior.bank czy pekao.bank wydaje się być niejako dla banków naturalny, pozostaje jednak kwestia przekonania do niego polskich klientów, którzy przyzwyczaili się przez lata korzystania z Internetu do domen .pl. Jednocześnie dla banku myślącego o ekspansji na nowe rynki, zawsze atrakcyjniejszą domeną będzie ta z końcówką .com. Wynika to z lepszego pozycjonowania w wyszukiwarkach, większego prestiżu i zaufania klientów do takiej domeny – tłumaczy Grzegorz Żmijewski, ekspert branży ICT od lat zawodowo zajmujący się pozyskiwaniem międzynarodowych adresów WWW na zlecenie polskich firm. Ale i tutaj polskie banki są bardzo zachowawcze. Międzynarodowe adresy z końcówką .com posiadają m.in. Santander, Credit Bank czy ING – a więc duże, międzynarodowe grupy działające w skali globalnej.   

Doskonałym potwierdzeniem tezy, iż klasyczne domeny wciąż są w cenie, jest przykład Elona Muska, który poinformował niedawno, iż zakupił adres internetowy Tesla.com za kwotę aż 11 milionów dolarów. Tym samym, zajął on jedno z najwyższych miejsc na liście najdroższych adresów WWW w historii. Co więcej, ranking 20 najcenniejszych domen, przygotowany przez DNJournal składa się wyłącznie z adresów zwieńczonych końcówką .com. I niewiele wskazuje na to, by ta sytuacja miałaby szybko ulec zmianie. – W pierwszych trzech kwartałach 2018 roku zarejestrowaliśmy najwięcej domen z końcówką .com w historii. Ich liczba jest co prawda 6-krotnie niższa niż domen zarejestrowanych z końcówką.pl, jednak tendencja rejestracji domen „dotcomowych” jest wzrostowa. To istotne o tyle, że domeny z końcówką .com są trzykrotnie droższe od tych z końcówką .pl więc raczej trudno tu mówić o przypadku – podsumowuje Bartosz Gadzimski.

Warto również zwrócić uwagę na ubiegłoroczny ranking dwudziestu najdrożej sprzedanych nazw stron internetowych, w którym znalazły się jedynie dwie pozycje o odmiennych niż .com końcówkach. – Zainteresowanie nowymi domenami (nTLD) jest całkowicie zrozumiałe, ze względu na atrakcyjność adresu czy potrzebę wyróżnienia się, jednak ich popularyzacja – zwłaszcza w polskiej bankowości – nastąpi nieprędko. Do domen z tą końcówką miała zastrzeżenia Komisja Europejska. Wybór tego typu rozszerzenia wiąże się także z koniecznością poniesienia większych kosztów, wynikających choćby z potrzeby szczególnego zabezpieczenia tego typu domeny zgodnie z wymaganiami regulatora. Ponadto, bank musi również poinformować swoich klientów o zmianie dotychczasowego adresu, zmienić adresy mailowe a to wszystko kosztuje – zwraca uwagę Grzegorz Żmijewski, ekspert rynku teleinformatycznego.

Ważny punkt na drodze do ekspansji

W ostatnim czasie wiele instytucji finansowych zwracało uwagę na ekspansję na zagraniczne rynki. Mocno akcentował je Zbigniew Jagiełło, prezes PKO BP, w rozmowie z Parkietem. Zamiar otwarcia oddziałów w kolejnych państwach, w tym w USA, podkreślał także BGK SA. W Czechach oraz na Słowacji aktywnie działa już z kolei mBank, który także zapowiadał chęć wejścia do innych krajów UE a we wrześniu placówkę w Londynie otworzył Bank Pekao – Ekspansja może wpłynąć na zainteresowanie polskich banków domenami globalnymi najwyższego rzędu, które ułatwią dotarcie do zagranicznych klientów. Nie spodziewam się raczej zwiększonego zainteresowania domenami .bank – analizuje Grzegorz Żmijewski.

Warto przypomnieć tutaj przykład firmy NFON, która choć reprezentuje branżę telekomunikacyjną, doskonale obrazuje istotę „umiędzynarodowienia” serwisu WWW. Przedsiębiorstwo, wchodząc na rynek austriacki, postanowiło otworzyć swój lokalny oddział uruchamiając serwis internetowy z w lokalnej domenie krajowej „.at”. Pod tym adresem strona funkcjonowała aż 5 pięć lat do momentu zintegrowania jej z nowoutworzoną domeną .com, stworzoną z myślą o intensyfikacji ekspansji zagranicznej. Analizy statystyk odwiedzin po uruchomoieniu adresu z końcówką .com wywołała niemały szok. Ich liczba wzrosła o 90% w ciągu pierwszych 5 miesięcy, zaś liczba leadów generowanych tylko przez tzw. organiczne przekierowania z wyszukiwarki powiększyła się dwukrotnie.

Jak wynika z ostatniego opracowania firmy Verisign Domain Name Industry Brief, na koniec trzeciego kwartału 2018 roku w sieci funkcjonowało ok 342 milionów stron internetowych. Najwięcej z nich – dokładnie ponad 40%, stanowiły portale, do których „prowadziła” domena .com.

1/3 firm zwiększy zatrudnienie specjalistów IT w 2019

Według ostatniej analizy firmy Spicerworks – State of IT 2019, niemal jedna trzecia (29%) europejskich oraz północnoamerykańskich przedsiębiorstw zamierza zwiększyć w nadchodzącym roku skalę zatrudnienia specjalistów IT. Warto przy tym zaznaczyć, że na Starym Kontynencie konieczność wzmocnienia kadr IT dostrzega większa liczba organizacji (32%) niż w przypadku Ameryki Północnej (25%).

Bezpieczeństwo na pierwszym planie

Kluczowym obszarem, w którym eksperci będą poszukiwani – zarówno Europy jak i Północnej Ameryki – będzie cyberbezpieczeństwo. Zwiększenie liczby etatów w tym obszarze będzie priorytetem dla niemal połowy przedsiębiorstw po obu stronach Atlantyku.

– Zarządy firm, nie tylko ludzie od IT, coraz mocniej rozumieją, że w cyfrowych czasach cyberbezpieczeństwo to nowy paradygmat sprawnego działania. O bezpieczeństwie trzeba myśleć już na poziomie zakładania firmy, a potem projektowania każdego nowego produktu lub usługi. Wprowadzanie jakichkolwiek zabezpieczeń tuż po incydencie to wyrzucanie pieniędzy w błoto i firmy nie mogą już taktycznie reagować tu i teraz. By to osiągnąć, organizacje muszą współpracować ze specjalistami, którzy wiedzą jak odrzucić dotychczasową reaktywną politykę opartą na zabezpieczaniu sprzętu, na rzecz m.in. dojrzałych, wysoce bezpiecznych i zdefiniowanych programowo firmowych sieci czy inteligentnych systemów, wykorzystujących analitykę predyktywną – komentuje Richard Bennett, szef działu usług doradczych i konsultingowych na region EMEA w VMware, firmie specjalizującej się w innowacyjnych, programowych rozwiązaniach IT dla biznesu.

Europejskie organizacje, poza profesjonalistami z zakresu bezpieczeństwa środowisk IT, będą aktywnie poszukiwać także administratorów sprzętu IT tworzącego infrastrukturę teleinformatyczną, „wdrożeniowców” narzędzi oraz aplikacji u klientów, a także ekspertów ds. rozwiązań sieciowych. Pozyskanie nowego wsparcia dla działów IT ma pomóc przede wszystkim w stawieniu czoła najważniejszym wyzwaniom jakie są spodziewane w 2019 roku.

Do czołowych, respondenci zaliczają: odświeżenie infrastruktury w znaczeniu sprzętowym, bieżąca aktualizacja i upgrade oprogramowania czy zapewnienie firmowemu środowisku IT zgodności z regulacjami odnośnie bezpieczeństwa danych – w tym RODO.

– Ankietowani wskazali również, że potrzebują stałego podnoszenia kompetencji personelu z różnych działów z zakresu odporności na cyberzagrożenia. Zapotrzebowanie na ekspertów IT wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Jednak dostrzegalny jest nie tak mały odsetek przedsiębiorstw, które w obliczu problemu ze znalezieniem wykwalifikowanych specjalistów outsourcują część procesów informatycznych. Pewnym sygnałem wskazującym na przyspieszanie tego trendu jest fakt, że w ubiegłorocznej edycji badania Spiceworks – State of IT 2018, chęć poszerzenia kadr IT zgłosiło łącznie 45% firm, czyli o 16% więcej niż w aktualnej analizie – mówi Anna Węgrzyn, Menedżer ds. Zarządzania Zasobami Ludzkimi ze śląskiej firmy informatycznej BPSC.

Rolę szkoleń z obszaru cyberbezpieczeństwa podkreślono także w pytaniu o najbardziej efektywne rozwiązania z tego zakresu. Podnoszenie kompetencji kadr w rozpoznawaniu cyberzagrożeń i właściwym reagowaniu na przypadki różnego rodzaju incydentów mają dla respondentów większe znaczenie (59% głosów) niż oprogramowanie rozpoznające nieuprawnioną ingerencję w systemy IT (37%) czy narzędzia anty-ransowmare (37%).

Pensja głównym motywatorem

Najczęstszą przyczyną zmiany miejsca zatrudnienia jest zaś dla specjalistów IT perspektywa zwiększenia zarobków. Drugim determinantem okazało się podniesienie swoich umiejętności, zaś trzecie miejsce przypadło poprawie równowagi pomiędzy pracą a życiem prywatnym (work-life balance).

Autorzy opracowania wyszczególnili również aktualne mediany wynagrodzeń w sektorze IT. W Europie wyniosła ona 55 tys. euro, czyli blisko 236 tys. złotych rocznie. Co ciekawe, na największe kwoty mogą liczyć przedstawiciele generacji baby boomers, czyli najbardziej doświadczeni informatycy, których mediana zarobków wyniosła 65 tys. euro. Specjaliści IT generacji X zarabiają średnio 60 tys. euro, zaś millenialsi 50 tys. euro.

Pociąg do ryzyka ruszył

Warunki dla rajdu ryzyka zostały określone, lokomotywa ruszyła z peronu, ale teraz trzeba systematycznie dorzucać węgla do pieca, aby pociąg nie stanął. Nikt też nie zapomina, że tory wiodą przez stary las i w każdej chwili drzewo może się na nie przewalić. Wtorkowy handel na rynkach finansowych rozpoczyna się w atmosferze ostrożnego badania, czy droga przed lokomotywą jest czysta.

Tłumacząc tą pokrętną metaforę, prezes Fed Powell dał sygnał, że bank centralny pauzuje i nie zamierza szkodzić sentymentowi na rynkach. To pozwoli wyciągnąć z dołka indeksy giełdowe, surowce i waluty powiązane, ale jeśli rajd ryzyka ma trwać, systematycznie musi on być karmiony świeżymi informacjami, które go wzmocnią. Na horyzoncie są trzy tematy: rozmowy USA-Chiny, brexit i government shutdown. W pierwszej kwestii dopiero dziś startują w Pekinie rozmowy delegacji, które mogą, ale nie muszą załagodzić spór handlowy. Inwestorzy mają nadzieję na pozytywne doniesienia, ale swój entuzjazm trzymają w ryzach – w końcu Biały Dom nie zamierza łatwo odpuścić Chinom i planuje wywierać presję, gdzie się tylko da. To Chiny są już pod ścianą, by odblokować aktywność gospodarczą na rynki zewnętrzne, w przeciwnym wypadku spowolnienie gospodarcze może przybrać na sile. Sądzę jednak, że rynki są teraz w trybie, że wszystko nie będące sygnałem totalnego fiaska przyjmą za dobrą monetę, więc ryzyka są rozłożone niesymetrycznie.

Wracamy z tematem brexitu i odliczamy dni do głosowania w brytyjskim parlamencie nad projektem umowy brexitu, które ma mieć miejsce w następny wtorek 15 stycznia. Po świątecznej przerwie brytyjscy posłowie wracają jutro do obrad. Premier May szuka wsparcia w Brukseli za poprawkami do umowy, które przekonałyby przeciwnym parlamentarzystów. Tymczasem w londyńskich kuluarach mówi się, że ponad połowa partii May prawdopodobnie zagłosuje przeciwko projektowi. To podnosi niepewność wokół funta, nawet jeśli nieoficjalnym planem rządu jest przegrać w pierwszym głosowaniu i przed kolejną próbą postarać się o zapewnienia z UE dla poprawek do umowy. Trzymam się zdania, że szanse na przyjęcie porozumienia z UE są niedoszacowane i w rezultacie za miesiąc funt będzie wyżej. Po drodze jednak przyjdzie się zmierzyć z politycznymi gierkami konserwatywnych brexitowców i opozycji, przez co handel funtem nie będzie łatwą sprawą. Z porozumienia skorzysta nie tylko GBP, ale premia za ryzyko zeszłaby z całej Europy, a i w ujęciu globalnym byłby jeden problem do wykreślenia z listy.

Mija 18. dzień government shutdown bez oznak prędkiego zakończenia sporu między prezydentem Trumpem i Demokratami kontrolującymi Izbę Reprezentantów. Dziś w nocy prezydent USA Trump ma przemawiać w sprawie muru na granicy z Meksykiem i spekuluje się, że wykorzysta tę okazję do ogłoszenia stanu wyjątkowego, co pozwoli mu wykorzystać środki Departamentu Obrony na budowę muru. W ten sposób Trump chce obejść sprzeciw Kongresu (jego demokratycznej części) wobec przeznaczenia 5 mld USD na finansowanie muru. W ten sposób spór będzie eskalował, choć dla rynków będzie mieć istotne znaczenie dopiero wówczas, kiedy niepewność związana z otrzymywaniem zapłaty przez pracowników publicznych zacznie rzutować na sentyment konsumentów i firm. Bez tego tutaj także ryzyka są asymetrycznie rozłożone z większą reakcją na informację o zakończeniu government shutdown. W tym tygodniu jednak nie ma co na to liczyć.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Handel detaliczny w 2019 – jakie wyzwania czekają branżę

Innowacyjny, prosty, znający potrzeby klienta – taki powinien być sklep w 2019 roku.

Odpowiednie rozpoznanie potrzeb klientów i sprostanie ich zmieniającym się oczekiwaniom – to obecnie jedno z najważniejszych wyzwań dla branży handlu detalicznego. Co tak naprawdę dzisiaj oznacza pojęcie „nowoczesny sklep” i jakie wymagania musi spełnić jego właściciel, aby odnieść sukces?

Nowy Rok i święta Bożego Narodzenia to był doskonały czas dla branży handlu detalicznego. Według danych firmy Deloitte, polska rodzina zapłaciła za przygotowanie do tegorocznych świąt średnio 1168 złotych. To o 60 zł więcej niż w 2017 roku. W ostatnich latach konsumenci coraz bardziej zmieniają swoje wymagania i przyzwyczajenia dotyczące zakupów.

Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud
Marcin Dąbrowski, prezes zarządu Surge Cloud

Obecnie dla sieci handlowych najbardziej istotną grupą odbiorców stają się przedstawiciele młodych pokoleń, którzy są ciekawi nowych rozwiązań, mobilni i nie wyobrażają sobie życia bez internetumówi Marcin Dąbrowski, CEO Surge Cloud, firmy wprowadzającej innowacje w handlu stacjonarnym. – W odpowiedzi na ich potrzeby, sklepy stacjonarne starają się wprowadzać udogodnienia znane dotychczas ze sprzedaży internetowej, takie jak: personalizacja oferty, wykorzystanie urządzeń mobilnych czy sztucznej inteligencji dodaje.

Bardziej wartościowe dla klientów jest dzisiaj oferowanie odpowiednich produktów, a nie wszystkich towarów. Przy tak wielu ofertach na rynku zarówno w formie online jak i offline, konsumenci są zmęczeni podejmowaniem decyzji i oczekują jak największej pomocy w sprawnym przebrnięciu przez proces zakupowy.

Chcemy kupować szybciej i prościej

Nowoczesny sklep to taki, który nie skupia się tylko na przeprowadzeniu transakcji, ale na budowaniu z klientem głębszej relacji, która zaowocuje ponowną wizytą. Z badania firmy MasterCard wynika, że dla połowy polskich konsumentów kolejki do kas to najbardziej frustrujący element codziennych zakupów, a większość z nich chętnie skorzystałaby z całkowicie automatycznych sklepów.

Dzięki systemowi analitycznemu, działającemu w oparciu o odpowiednią infrastrukturę na bieżąco możemy poddawać analizie zachowania konsumentów. Jest to rozwiązanie bardziej precyzyjne np. od systemów wizyjnych i nieporównywalnie tańsze mówi Marcin Dąbrowski.

Przestrzeń handlowa dostosowana pod potrzeby klienta

Jak wynika z badań, 78 proc. klientów decyzję o zakupie wybranego produktu podejmuje dopiero w punkcie sprzedaży (InStore Media). Dlatego ocena produktów w sklepie przez klienta często zależy od ich ekspozycji. To właśnie odpowiednie umieszczenie towarów na półce czy regale może decydować o ich zakupie i zwiększeniu sprzedaży. Przykład? Produkty, na których sprzedaży zależy nam najbardziej, znajdują się najczęściej na wysokości wzroku klienta. Również rozmieszczanie opakowań na regałach powinno zaczynać się od najmniejszych opakowań na górze półki, po największe na dole. Warto także zauważyć, że produkty popularne często są umieszczane z przodu, a wielkogabarytowe blisko wejścia.

Z pomocą przychodzi tutaj również technologia, która może poinformować właściciela sklepu, w jaki sposób lepiej kontrolować wystawiane towary. Daje to lepszą kontrolę nad asortymentem oraz procesem sprzedażowym. W końcu jak mawiała Estée Lauder, amerykańska miliarderka, założycielka koncernu kosmetycznego: „Przyczyną niepowodzeń w sprzedaży nie jest zły produkt, lecz zły sprzedawca”.

Na jakie stanowiska najczęściej aplikowali Polacy w 2018 roku?

Nawet kilkuset kandydatów w ubiegłym roku stawało do walki w rekrutacji na stanowiska młodszego specjalisty ds. administracji. Nie mniejszym zainteresowaniem cieszyły się oferty pracy w działach HR jako konsultant lub młodszy konsultant ds. rekrutacji. Szukający pracy lawinowo odpowiadali także na ogłoszenia związane z pracą w zawodzie managera ds. marketingu. Na jakie stanowiska najczęściej aplikowali Polacy w 2018 roku?

Jak wynika z danych Grupy Progres w ścisłej czołówce specjalizacji, w których szczególnie chętnie chcieli pracować kandydaci w 2018 r. starający się o wybrane stanowisko, znajdowały się administracja, HR, marketing, obsługa klienta, produkcja, logistyka, sprzedaż oraz kadry i płace.

 Które stanowiska cieszyły się największym zainteresowaniem?

Peleton najpopularniejszych stanowisk, na które zgłaszało się kilkuset kandydatów otwiera młodszy specjalista ds. administracji. Według Iwony Biernat – Staweckiej, Specjalisty ds. rekrutacji Grupy Progres stanowiska administracyjne, zwłaszcza na niższych szczeblach, cieszą się niesłabnącą popularnością. Wpływ na to mogą mieć osoby dopiero rozpoczynające swoją ścieżkę kariery – corocznie rynek pracy zasila ponad 300 tys. absolwentów szkół wyższych, a ponad 1,2 mln osób jeszcze studiuje. Młodzi pracownicy oraz studenci poszukując pierwszej pracy, aplikują na stanowiska, którymi warto się pochwalić w CV. Z tego właśnie względu mniej doświadczeni kandydaci zwracają uwagę na szkolenia oferowane przez pracodawców oraz możliwą ścieżkę kariery.

Ogromnym zainteresowaniem cieszyły się również oferty pracy jako konsultant ds. rekrutacji i to bez względu na stopień zawodowy. Polacy chcieli być także managerami ds. marketingu, dyrektorami ds. strategii i rozwoju handlu oraz dyrektorami zakładów produkcyjnych. Ostatnia z dziedzin – produkcja budziła niesłabnące zainteresowanie zarówno w przypadku pracowników niższego jak i wyższego szczebla. – Stanowiska menadżerskie, takie jak manager ds. marketingu, dyrektor ds. strategii i rozwoju handlu oraz dyrektor produkcji są pożądane przez wielu kandydatów. Jako rekruter obserwuję dwie tendencje. Po pierwsze, osoby aplikujące na wyższe stanowiska są bardziej otwarte na rozmowy o zmianie pracy. Po drugie, awansu oczekują już przedstawiciele pokolenia Y, a niestety stanowiska menadżerskie są obsadzone przez pokolenie X, stąd też widać spore zainteresowanie stosunkowo młodych, ale doświadczonych pracowników, ogłoszeniami o pracę na wyższych szczeblach – zaznacza Iwona Biernat-Stawecka.

Z podsumowania wynika także, że w ubiegłym roku problemów ze znalezieniem kandydatów nie miały firmy szukające pracowników biurowych, inżynierów procesu, młodszych specjalistów ds. należności oraz młodszych bankierów. Chętnie odpowiadano również na ogłoszenia rekrutacyjne konsultantów ds. obsługi klienta. W grupie stanowisk, które wzbudzały ogromne zainteresowanie i o które rywalizowało kilkuset kandydatów znalazły się również inżynier projektów – konstruktor, specjalista ds. obsługi floty, manager ds. rozwoju biznesu oraz młodszy specjalista ds. legalizacji zatrudnienia cudzoziemców.

W informacji wykorzystano najnowsze dane Grupy Progres za 2018 r. analizujące 28 330 aplikacji na oferowane stanowiska.

Prawo karne skarbowe: ws. automatów do gry ustawionych w różnych lokalach

Urządzający grę na automatach w różnych miejscach bez ważnej koncesji na kasyno gry popełnia przestępstwo z art. 107 § 1 Kodeksu karnego skarbowego w każdym z tych miejsc. Nie można zastosować do takich działań konstrukcji czynu ciągłego, skoro nie spełniają one warunku tożsamości czynów – orzekł w wyroku z 30 października 2018 r. Sąd Okręgowy w Siedlcach (sygn. akt II Ka 58/18).

Zgodnie z art. 107 § 1 Kodeksu karnego skarbowego przestępstwo skarbowe przeciwko organizacji gier hazardowych popełnia ten, kto urządza lub prowadzi te gry wbrew przepisom ustawy lub warunkom koncesji, lub zezwolenia. Podlega wówczas karze grzywny do 720 stawek dziennych albo karze pozbawienia wolności do lat 3, albo obu tym karom łącznie. Przepis art. 6 § 2 Kodeksu karnego skarbowego stanowi, że „Dwa lub więcej zachowań, podjętych w krótkich odstępach czasu w wykonaniu tego samego zamiaru lub z wykorzystaniem takiej samej sposobności, uważa się za jeden czyn zabroniony; w zakresie czynów zabronionych polegających na uszczupleniu lub narażeniu na uszczuplenie należności publicznoprawnej za krótki odstęp czasu uważa się okres do 6 miesięcy” (Dz.U. 2018, poz. 1958).

Powaga rzeczy osądzonej

W listopadzie 2017 r. Sąd Rejonowy w Mińsku Mazowieckim uznał prezesa zarządu jednej ze spółek z o.o. za winnego urządzania i prowadzenia gry o wygrane rzeczowe i pieniężne przy wykorzystaniu automatów do gier w dwóch lokalach znajdujących się na terenach dwóch różnych miejscowości, bez posiadania wymaganej koncesji na kasyno gry, w krótkich odstępach czasu, w wykonaniu z góry powziętego zamiaru, w okresie od 1 czerwca 2015 r. do 16 czerwca 2016 r. (wyrok z 21.11.2017 r., sygn. akt II K 360/17).

Rozstrzygnięcie to w całości zaskarżyły obie strony procesu. Jednym z podniesionych przez oskarżonego zarzutów był zarzut powagi rzeczy osądzonej. Przepis art. 439 § 1 pkt 8 Kodeksu postępowania karnego nakazuje uchylić sądowi odwoławczemu zaskarżone orzeczenie, jeśli zostało ono wydane pomimo tego, że postępowanie karne co do tego samego czynu tej samej osoby zostało już prawomocnie zakończone (Dz.U. 1997 nr 89, poz. 555 ze zm.). Potwierdzeniem zaistnienia takiego stanu faktycznego były wyroki trzech innych sądów rejonowych, w których osądzono i skazano już oskarżonego za przestępstwa z art. 107 § 1 Kodeksu karnego skarbowego popełnione w okresie, w którym oskarżony dopuścił się przestępstw objętych zaskarżonym wyrokiem.

Konstrukcja czynu ciągłego

Zaskarżenie prokuratorskie dotyczyło przyjęcia przez sąd, że czyny oskarżonego zostały podjęte w krótkich odstępach czasu i wypełniając przesłanki art. 6 § 2 Kodeksu karnego skarbowego, zostały uznane za czyn ciągły. Prokurator wniósł o zmianę wyroku poprzez wyeliminowanie z niego konstrukcji czynu ciągłego i przyjęcie, że oskarżony dopuścił się dwóch oddzielnych czynów zabronionych.

Tożsamość czynów

Sąd Okręgowy w Siedlcach uznał za niezasadny podniesiony przez oskarżonego zarzut powagi rzeczy osądzonej. Stwierdził, że nie ujawniła się ustanowiona w art. 17 § 1 pkt 7 Kodeksu postępowania karnego przeszkoda procesowa, zakazująca wszczęcia postępowania w sytuacji, gdy postępowanie karne co do tego samego czynu tej samej osoby zostało już prawomocnie zakończone. Zdaniem sądu będące przedmiotem sprawy czyny zabronione nie mogą być uznane za kontynuację czynu ciągłego ujawnionych wcześniej i osądzonych zachowań sprawcy, z uwagi na brak wystąpienia przesłanki tożsamości tych czynów.

„(…) w przedmiotowej sprawie nie mogło być mowy o tożsamości czynów (…) mieliśmy do czynienia z różnymi automatami, wstawionymi do lokali w różnych miejscowościach (…) W tym stanie sprawy przyjęcie przez Sąd Rejonowy, iż oskarżony popełnił nie dwa odrębne przestępstwa z art. 107 § 1 kks, a jeden czyn ciągły kwalifikowany z art. 107 § 1 kks w zw. z art. 6 § 2 kks, było niedopuszczalne i wymagało korekty” (sygn. akt II Ka 58/18).

Od przedsiębiorcy wymaga się więcej

Poza zarzutem powagi rzeczy osądzonej, prezes zarządu spółki powołał się także na zamęt legislacyjny, jaki panował w zakresie urządzania gier hazardowych. Oskarżony wskazał, że przed 3 września 2015 r., czyli przed wejściem w życie nowelizacji ustawy o grach hazardowych (Dz.U. 2015, poz. 1201), urządzanie gier na automatach poza kasynem bez koncesji było legalne. Przywołał opinie prawne, interpretacje podatkowe, wyroki sądów powszechnych, które miały potwierdzać zasadność pozostawania przez niego w przekonaniu, że prowadzona przez niego działalność była legalna.

Sąd okręgowy orzekł, że przedsiębiorca, jak sam wykazał, prowadził swoją działalność, mając świadomość rozbieżności orzeczniczych i interpretacyjnych. Podejmował więc ryzyko gospodarcze, którego ewentualne skutki w postaci odpowiedzialności karnej minimalizował, gromadząc te właśnie opinie prawne, interpretacje podatkowe i orzeczenia sądów. Nie można zatem powiedzieć, że jego działania były nieumyślne. Cechował je bowiem cynizm i wyrachowanie.

„Od oskarżonego jako przedsiębiorcy należało wymagać oraz oczekiwać standardów i zachowań dużo rozważniejszych niż w przypadku zwykłego obywatela co do dostosowania tych zachowań do znanego mu, obowiązującego porządku prawnego. W ocenie Sądu Okręgowego trudno przyjąć, że oskarżony, który prowadził ten rodzaj działalności na dużą skalę, nie miał świadomości tego, że w polskim porządku prawnym działalność polegająca na urządzaniu gier hazardowych była zawsze działalnością koncesjonowaną (…)” (sygn. akt II Ka 58/18).

Prawo karne skarbowe i gospodarcze

Prawo karne skarbowe i gospodarcze tworzą dziś chyba najczęściej spotykany zlepek dwóch gałęzi prawa. Z odpowiedzialnością karną, jak również odpowiedzialnością karną skarbową muszą się liczyć wszyscy przedsiębiorcy prowadzący działalność gospodarczą, także prezesi i członkowie zarządu spółki. Tym bardziej że w dobie uszczelniania systemu podatkowego i walki z oszustwami gospodarczymi kary za przestępstwa skarbowe są coraz wyższe.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

Sklepy (nie)dalekiej przyszłości

Do 2020 r. doświadczenie zakupowe ma stać się ważniejsze od samego produktu,  a nawet jego ceny. Jednocześnie szacuje się, że w tym roku aż 100 milionów konsumentów będzie wykorzystywać elementy rozszerzonej rzeczywistości (AR) w procesie zakupowym. Niedługo stanie się ona tak popularna jak smartfony. Jakim innym zmianom będą podlegały sklepy i handel w niedalekiej przyszłości? Czego od handlu oczekują obecnie klienci?

Galerie doświadczeń – nowe funkcje sklepów

Jednym z kluczowych trendów A.D. 2019 jest zmiana funkcji samego sklepu. Zamiast być miejscem jedynie zakupu produktu, sklepy stają się swoistymi galeriami doświadczeń, gdzie konsumenci mogą przeżyć coś niecodziennego, nauczyć się nowej umiejętności lub po prostu miło spędzić czas. U źródeł tej zmiany leży chęć zaoferowania klientom sklepów stacjonarnych czegoś więcej, niż tylko niska cena i szeroki wachlarz asortymentu, jak to czyni e-commerce. Sklepy w realnej przestrzeni mogą zaoferować konsumentom coś unikatowego: emocje i kontakt z żywym człowiekiem.

Patryk Górczyński, ASM Sales Forc
Patryk Górczyński, dyrektor zarządzający ASM Sales Force

Nadążanie za ciągle zmieniającymi się potrzebami i wymaganiami konsumentów oraz odpowiednio szybka adaptacja działań marketingowych jest kluczem do zdobycia serca, a następnie portfeli konsumentów. Dlatego też w nowej rzeczywistości dotychczasowy sprzedawca przestaje jedynie sprzedawać. Jest doradcą konsumenta i wprowadza go w świat marki. Tak dzieje się już w Nowym Jorku, gdzie powstał flagowy sklep znanego koreańskiego producenta elektroniki. Niczego nie można w nim kupić, ale personel pomaga klientom doświadczyć pełnego spectrum możliwości ich technologii. Na podobnych założeniach został oparty Google Hardware Store. Wiedza, a także osobowość personelu w takim sklepie stają się częścią całościowego, emocjonalnego doświadczenia, którego nie da się łatwo zapomnieć – mówi Patryk Górczyński, dyrektor zarządzający ASM Sales Force Agency.

Sklepy konkurują z muzeami

Z tej perspektywy sklepy stacjonarne stają się konkurencją dla zupełnie nowej grupy miejsc, gdzie konsumenci dotychczas decydowali się spędzać czas wolny – kin, muzeów a nawet social mediów. Obecnie budowane galerie handlowe mocno inwestują w nowy trend, tworząc holistyczne kompleksy rozrywkowo-rekreacyjne, ze sprzedażą w tle. W centrum handlowym można więc posłuchać koncertu, pójść na fitness, a nawet zagrać mecz piłki nożnej na dachu budynku, jak to dzieje się w przypadku jednego ze sklepów azjatyckiej sieci Homeplus. Dodatkowo, marki próbują zaskoczyć swoich klientów, tworząc mutacje segmentów i nieoczywiste miejsca. Przykłady? Sklepy z odzieżą decydują się na wejście     w świat gastronomii i otwierają restauracje pod swoimi szyldami (np. Nordstrom, Armani, Urban Outfitters), a marki z kategorii “biżuteria i zegarki” jak Shinola, czy branży meblarskiej jak West Elm otwierają własne…hotele. Wszystko po to, aby zaoferować konsumentom doświadczenia, których nie zdobędą nigdzie indziej, a dzięki temu móc utrzymywać z nimi bliższe relacje i to na różnych poziomach.

Sklepy typu pop-up i personalizacja

Odpowiedzią sklepów na potrzeby konsumentów w 2019 r. jest także inne podejście do kwestii wielkości i personalizacji. Giganci tacy jak Walmart, Whole Foods, Sears, Lidl, Tesco czy Ikea już zaczęli otwierać mniejsze placówki, a nawet sklepy typu pop-up. Tam klienci nie tracą czasu na przejście przez olbrzymie hale, co pozytywnie wpływa na atmosferę panującą w sklepie jak i na nastroje kupujących. Niewielkie, tymczasowe przestrzenie handlowe stają się także idealnym rozwiązaniem dla firm online’owych chcących wykorzystać przewagi handlu offline, czyli bezpośredni kontakt z klientem. Na takie rozwiązanie postawił m.in. Amazon pokazując Loft for Xmas. Tesla w swej strategii także postawiła na pop-upowy showroom zamiast sieci salonów. Właśnie po to, aby wzmocnić relacje ze swoimi klientami, docierając do nich w niesztampowy sposób. W najbliższym czasie, fenomenowi sklepów o niewielkiej powierzchni będzie towarzyszyć także kolejny trend – odejście od masowej produkcji. Zastąpi ją personalizacja. Dlaczego? Ponieważ klienci coraz chętniej chcą brać udział w procesie powstawania produktów, tak aby nadać im indywidualny charakter. Takie możliwości daje konsumentom np. Shoes of Prey przy tworzeniu butów na obcasie. Klienci nie tylko chcą kupować produkty dokładnie odpowiadające ich zindywidualizowanym potrzebom, ale także te, za którymi stoją wartości wyższego rzędu. Szczególnie dla pokolenia millenialsów coraz ważniejsze stają się takie wartości jak odpowiedzialność społeczna oraz uczciwość marki, spójność i transparentność jej działań.

Innowacyjne wsparcie handlu

W 2019 r. wśród zmieniających się potrzeb i nawyków konsumenckich zaobserwujemy także coraz większą popularność narzędzi, wykorzystujących elementy rozszerzonej rzeczywistości (AR – augmented reality). Szacuje się, że w ciągu najbliższego roku 100 milionów konsumentów będzie aktywnie korzystać z AR w procesie zakupowym[1]. A skoro takie są preferencje klientów, to na sklepach ciąży obowiązek sprostania tym oczekiwaniom. Rynek handlu już kipi od kreatywnych pomysłów: od interaktywnych luster, sugerujących dodatkowe akcesoria w przymierzalni, po aplikacje pomagające zaprojektować model 3D wymarzonego samochodu. Wszechobecność innowacyjnych rozwiązań daje jeszcze większe pole do popisu dla sklepów, aby stworzyć niecodzienne,                a dzięki temu także niezapomniane, doświadczenie w miejscu zakupu. I tym samym na stałe znaleźć swoje miejsce w portfelu konsumenta.

[1] https://www.gartner.com/smarterwithgartner/gartner-predicts-2017-marketers-expect-the-unexpected/

Niepokojące dane z Niemiec. Co z ustawą antyfrankową

Niemiecka produkcja przemysłowa spadła o niemal 5%. Ustawa antyfrankowa bez destabilizowania systemu bankowego. Co to oznacza?

Niepokojące dane z Niemiec

Stało się to czego spodziewali się analitycy. Produkcja przemysłowa w Niemczech spadła w ujęciu rocznym. Nie przewidziano jednak skali zjawiska. Oczekiwania mówiły o 0,8%, spadek wyniósł jednak aż 4,7%. Warto jednak przyjrzeć się dokładniej danym. Z jednej strony za sporą część spadków odpowiedzialny jest przemysł motoryzacyjny, któremu wciąż czkawką odbija się afera z dieslami i emisją spalin. Z drugiej strony rozkład weekendów i dni wolnych powodował pod koniec roku duże przestoje w firmach produkcyjnych. Teoretycznie o recesji wedle przyjętej konwencji mówi się gdy PKB spada drugi kwartał z rzędu. W 3 kwartale PKB spadło o 0,2%. Jest zatem ryzyko, że do naszych zachodnich sąsiadów zapuka formalna recesja. Jaki to będzie mieć wpływ na Polskę? Najprawdopodobniej negatywny. Problemy głównego partnera handlowego zawsze wpływają niekorzystnie. Pamiętajmy, że złoty jest silnie powiązany z euro. W rezultacie jeżeli waluta europejska będzie tracić najprawdopodobniej w dół pójdzie również złotówka.

Co z ustawą antyfrankową

Wypowiedź Pawła Muchy, zastępcy szefa Kancelarii Prezydenta, wzbudziła poważne wątpliwości co do tego w jaką stronę ma iść ta ustawa. Powiedział on, że ustawa ta nie może zdestabilizować systemu bankowego. Biorąc pod uwagę dosyć trudną sytuację jednego z banków Leszka Czarneckiego nie wiadomo jak interpretować tą wiadomość. Z jednej strony zapowiedź dbania o stabilność systemu finansowego cieszy. Z drugiej strony oznacza to, że banki nie ponoszą większych kosztów. Kto zatem i czy w ogóle ktokolwiek położy pieniądze na rozwiązanie problemu. Może to oznaczać, że cała sprawa skończy się zatem na zmianach w programie wsparcia kredytobiorców znajdujących się w trudnej sytuacji. Już teraz mówi się o podniesieniu progu dochodowego umożliwiającego skorzystanie. Wedle deklaracji ma również powstać jakiś rodzaj funduszu, ale nie wiadomo kto i na jakich zasadach miałby na niego łożyć. Taki obrót sytuacji jest dużym zawodem dla kredytobiorców, którzy liczyli, że kredyty te zostaną odwrócone na kredyty złotowe. Ten postulat ma jednak poważną wadę. Z jednej strony jest to ryzyko systemowe dla banków. Z drugiej otwiera się wtedy pytanie o granicę tego typu interwencji państwa na rynku.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Mariusz Kulik podsumowuje działalność KiK Polska w 2018 r.

Przekroczenie liczby 250 sklepów, działalność prospołeczna, osiągnięcie 1.000.000 polubień na fanpage marki na Facebooku, a co za tym idzie utrwalanie wizerunku marki modnej i oferującej dobrej jakości produkty w atrakcyjnych cenach – tak w skrócie można podsumować 2018 rok w historii KiK w Polsce. Osiągnięcia na tych polach to obiecująca prognoza na 2019 rok.

KiK od kilku lat komunikuje, ale i wprowadza w życie plan intensywnego rozwoju sieci. Ostatnie 12 miesięcy przyniosło około 60 nowych sklepów KiK w Polsce, co daje ok. 36.000 mkw. dodatkowej powierzchni sprzedażowej. Tak duże tempo ekspansji wymaga jasno określonych planów.

Wszystkie nasze plany traktujemy jak zadania z datą realizacji. Są one ambitne – w skali roku otwieramy średnio jeden sklep tygodniowo – ale tylko takie cele pozwalają nam piąć się jeszcze wyżej i lepiej spełniać oczekiwania naszych klientów, którzy dają nam do zrozumienia, że chcą mieć KiK w swoim sąsiedztwie komentuje Mariusz Kulik, dyrektor generalny sieci sklepów KiK i dodaje – Widząc duże zainteresowanie naszym rozwojem jeszcze chętniej wprowadzamy w życie plany ekspansji KiK. Co nie oznacza, że pojawiamy się wszędzie i za wszelką cenę – wybór każdej lokalizacji jest poprzedzony szczegółową analizą różnych wskaźników, wśród których jedną z istotniejszych jest footfall, ale także – w przypadku centrów handlowych – tenant mix.

KiK w 2018 roku otworzył nowy rozdział swojej historii w Polsce, uruchamiając pierwszy wielkopowierzchniowy sklep – przestrzeń sprzedażową o powierzchni co najmniej 800 mkw.

Mariusz Kulik, dyrektor generalny KiK Polska
Mariusz Kulik, dyrektor generalny KiK Polska

W dzisiejszych czasach mamy do czynienia z coraz bardziej wymagającym klientem, dla którego liczą się różne aspekty zakupów i o którego uwagę jeszcze trudniej, czego rynek poprzez ograniczenie handlu wcale nie ułatwia. Ważna jest cena, jakość produktu, jego zgodność z panującymi trendami, ale także pozytywne doświadczenia z samego procesu zakupów i płynąca z nich przyjemność. Staramy się sprostać tym oczekiwaniom – w naszym DNA jest dyskont, więc i ceny konkurencyjne, dbamy o jakość produktów oraz o to, aby były modne. Modernizujemy oraz rozwijamy samą przestrzeń zakupową – stąd większy metraż, jeszcze bardziej przejrzysta ekspozycja i zastosowanie digital signange. Zmieniamy się, ale poruszamy się przy tym w ramach, które sami wyznaczyliśmy – ma być „korzystnie, modnie, z pomysłem” – mówi Mariusz Kulik.

Zintensyfikowane otwieranie kolejnych sklepów i kompleksowa modernizacja istniejących punktów to fundamentalne, ale nie jedyne działania KiK. – Otwierać sklepy to jedno, ale najważniejsze to budować i stale umacniać więź z klientami, bo w końcu to dzięki nim możemy mówić o jakimkolwiek sukcesie. Dlatego tym bardziej cieszy nas osiągnięcie 1.000.000 polubień na naszym fanpage’u na Facebooku i duża aktywność w social mediach KiK. Poza tym jeszcze mocniej stawiamy na obecność reklamową – w radio, telewizji, prasie drukowanej czy przestrzeni miejskiej – mówi dyrektor generalny KiK.

Nie od dziś wiadomo, że szczytny cel umie zjednoczyć. KiK, mając to na względzie, stawia na działalność CSR opartą w dużej mierze na zaangażowaniu swoich klientów. W sklepach KiK można spotkać skarbonki oznaczone logotypem Help and Hope. W 2018 roku datki wrzucane do nich przez klientów KiK wsparły edukacje, podnoszenie kwalifikacji i wyrównywanie szans społecznych dzieci i młodzieży z Fundacji Happy Kids i Fundacji Anny Dymnej „Mimo Wszystko”. Sieć w swoich działaniach wsparła również osoby z najuboższych regionów Bangladeszu, przekazując cały dochód ze sprzedaży kolekcji koszy z trawy morskiej i tkanych dywanów na ich rzecz.

2018 rok to dla KiK czas intensywny, ale owocny. W planach firmy jest dynamiczny rozwój (docelowo pod szyldem KiK ma w Polsce funkcjonować ok. 650 sklepów), a także dalsza działalność charytatywna i biznesowa. Jedno ma pozostać niezmienne – dbałość o klienta, który – zgodnie z nazwą brandu – jest królem.

Ronson Development podsumowuje wyniki sprzedaży i przekazania w 2018 roku

W 2018 roku Ronson Development zakontraktował sprzedaż 773 lokali wobec 815 rok wcześniej. Liczba lokali przekazanych klientom, które zostaną rozpoznane w rachunku wyników za ubiegły rok, wyniosła 764 wobec 833 w 2017 roku.

Andrzej Gutowski, dyrektor ds. sprzedaży i marketingu w Ronson Development– Po bardzo udanych pod względem sprzedaży trzech pierwszych kwartałach 2018 roku, w czwarty kwartał weszliśmy z mocno wyprzedaną ofertą. Ze względów proceduralnych, nowe projekty, z którymi planowaliśmy wystartować w ostatnich miesiącach ubiegłego roku, rozpoczniemy dopiero w 2019 roku. Dotyczy to m.in. naszej nowej dużej warszawskiej inwestycji Ursus Centralny oraz trzeciego etapu projektu Miasto Moje na Białołęce. W rezultacie, w samym czwartym kwartale 2018 roku zakontraktowaliśmy sprzedaż 134 lokali, co jest wynikiem nieco słabszym niż w poprzednich kwartałach – skomentował Andrzej Gutowski, członek zarządu, dyrektor ds. sprzedaży Ronson Development.

Największą popularnością wśród klientów Spółki w czwartym kwartale 2018 roku cieszyły się projekty: City Link na warszawskiej Woli (43 lokale sprzedane w tym okresie), szczecińska Panoramika (25 lokali) oraz wrocławskie Miasto Marina (23 lokale).

– W całym 2018 roku zakontraktowaliśmy sprzedaż łącznie 773 lokali. To wynik lepszy od naszych pierwotnych planów na ubiegły rok, zakładających sprzedaż ponad 750 lokali. Liczba ta nie uwzględnia przy tym rezerwacji na ponad 20 lokali w trzecim etapie projektu Miasto Moje w Warszawie, gdzie przedsprzedaż rozpoczęliśmy w ubiegłym roku, ale budowa rozpocznie się w tym roku. Jeśli dodalibyśmy te rezerwacje, to bylibyśmy blisko osiągnięcia sprzedaży na podobnym poziomie co w 2017 roku, kiedy znaleźliśmy nabywców na 815 lokali – wskazał Andrzej Gutowski.

Liczba lokali przekazywanych klientom (i rozpoznawanych w przychodach za dany okres) uzależniona jest głównie od harmonogramu realizacji inwestycji. – W czwartym kwartale 2018 roku nie kończyliśmy żadnego projektu. W tym okresie przekazaliśmy klientom lokale we wcześniej ukończonych inwestycjach. Łącznie było to 57 lokali, z czego 21 w ramach naszego prestiżowego projektu Nova Królikarnia. Są to głównie apartamenty o dużych metrażach i wysokiej średniej cenie jednostkowej, w związku z czym będą mieć one największy udział w przychodach za czwarty kwartał 2018 roku – powiedział Rami Geris, członek zarządu, dyrektor finansowy Ronson Development.

Liczba lokali przekazanych klientom w całym 2018 roku wyniosła 764 wobec 833 rok wcześniej.

Co drugi Polak nie zmieniłby miejsca zamieszkania w kraju dla etatu

Coraz lepsze warunki zatrudnienia w Polsce przekładają się na niską mobilność zarobkową. Obecnie ponad 90 proc. Polaków odrzuca plany wyjazdu za pracą, zarówno za granicę, jak i do innej części kraju. Jak wynika z dziewiątej edycji raportu „Migracje Zarobkowe Polaków” przygotowanego przez Work Service, głównym powodem braku zainteresowania relokacją wewnątrzkrajową jest atrakcyjna praca w miejscu zamieszkania. Jednocześnie ponad ¾ respondentów zmieniłoby zdanie pod warunkiem uzyskania miesięcznego wynagrodzenia powyżej średniej krajowej.

Jak pokazują wyniki dziewiątej edycji badania Work Service „Migracje Zarobkowe Polaków IX” zaledwie 5,2 proc. aktywnych i potencjalnych uczestników polskiego rynku pracy rozważa migrację w inne miejsce w Polsce w okresie najbliższych 6 miesięcy. Wśród pozostałych badanych aż 80 proc. zdecydowanie nie planuje migracji wewnętrznej, a 13,8 proc. „raczej” odrzuca taką perspektywę. Co ciekawe, respondenci deklarujący możliwość relokacji w ramach kraju (5,2 proc.) i emigracji zagranicznej (8,6 proc.) to w większości przypadków inne osoby, a akceptacja obu kierunków jest niemal dwukrotnie rzadsza wśród planujących zagraniczny wyjazd.

Choć badani przez Work Service Polacy obecnie są mało zainteresowani przeprowadzką do innej miejscowości w celu podjęcia pracy, to wyższe pensje mogłyby to zmienić. Aż dla 71 proc. ankietowanych zachętę do relokacji stanowiłoby wynagrodzenie przekraczające 4000 zł netto. Jest to o około 500 zł więcej niż aktualny poziom przeciętnej płacy w sektorze przedsiębiorstw. Warto również zwrócić uwagę, że decydując się na migrację wewnętrzną, większa odległość nie stanowi dla Polaków bariery. Ponad 55 proc. badanych wskazało, że byliby w stanie się przenieść za pracą na odległość przekraczającą 300 km od miejsca zamieszkania. Zapewne dużą rolę odgrywa w tym fakt, że w przypadku relokacji krajowej 6 na 10 Polaków chciałoby się przeprowadzić wraz z rodziną. Jest to niemal dwukrotnie wyższy odsetek niż w przypadku emigracji zagranicznej (30,3 proc.).Co drugi Polak nie zmieniłby miejsca zamieszkania w kraju dla etatu

– Paradoksalnie rekordowo niska stopa bezrobocia i silny popyt na pracowników na rodzimym rynku pracy przekładają się na niską mobilność Polaków wewnątrz kraju. Co drugi badany nie bierze pod uwagę poszukiwania nowego zatrudnienia w innej części kraju, ponieważ ma już atrakcyjną pracę w obecnym miejscu zamieszkania – mówi Tomasz Ślęzak, wiceprezes Work Service. – Z jednej strony to dobra wiadomość, bo pokazuje, że niska stopa bezrobocia w Polsce zwiększa zadowolenie z pracy, z drugiej jednak gorsza dla gospodarki. W wielu częściach kraju boleśnie odczuwalne są niedobory kadrowe. Bez napływu dodatkowych rąk do pracy pracodawcy mają i będą mieć trudności w podejmowaniu nowych zleceń czy nawet realizacji bieżących – dodaje Tomasz Ślęzak.

Co drugi Polak nie zmieniłby miejsca zamieszkania w kraju dla etatu 2Warto również zauważyć, że w przypadku emigracji zarobkowej kluczową barierę dla respondentów stanowi rozłąka z rodziną (65 proc.), a w sytuacji relokacji w ramach kraju ten czynnik znajduje się dopiero na drugiej pozycji (41 proc.). Może to być związane, m.in. z tym, że decydując się na przeprowadzkę do innej części Polski, większość badanych zamierza zabrać ze sobą rodzinę. Jako mniej ważne przeszkody respondenci niemal po równo (9-12 proc.) wskazali koszty najmu lub zakupu nieruchomości, czas dojazdów, możliwości znalezienia atrakcyjnej pracy, a także formalności związane z przeprowadzką i przeniesieniem dzieci ze szkoły.

***

Metodologia badania:

Dane prezentowane w ramach raportu Migracje Zarobkowe Polaków zostały przygotowane i opracowane na zlecenie Work Service S.A. przez instytut badawczy Kantar Millward Brown S.A. Badanie zostało zrealizowane w okresie 19-23 września 2018 r. Badanie zrealizowano na próbie N=593 osób pracujących, bezrobotnych, uczących się oraz przebywających na urlopach macierzyńskich i wychowawczych. Próbę dobrano z ogólnopolskiej reprezentatywnej próby dorosłych Polaków N=1000 (zgodnej ze strukturą populacji pod względem płci, wieku, wykształcenia oraz klasy wielkości i województwa miejsca zamieszkania). Wykluczono z niej osoby będące poza rynkiem pracy: emerytów, rencistów oraz osoby zajmujące się domem. Wyniki poddano procedurze ważenia na podstawie struktury zmiennych rekrutacyjnych wg danych GUS. Dokładność wyników zależy o liczebności analizowanej grupy i odsetka odpowiedzi. Maksymalny błąd pomiaru dla całej próby N=593 to +/- 4,1%. Badanie zostało przeprowadzone za pomocą wspomaganych komputerowo wywiadów telefonicznych w ramach projektu CATIBUS.

Przyszłość technologii kwantowych z udziałem Polaków

Międzynarodowe konsorcjum organizacji z sześciu krajów opracowało rekomendację pierwszych standardów protokołów kwantowych i przekazało je dzisiaj do Międzynarodowego Związku Telekomunikacyjnego (ITU), wyspecjalizowanej agendy ONZ zajmującej się standaryzacją i regulacją rynku telekomunikacyjnego. Wśród czternastu organizacji, które opracowały nowe normy komunikacji, znalazł się także zespół z Grupy Badawczej Kwantowych Technologii z Instytutu Fizyki Teoretycznej na Wydziale Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego, kierowanej przez dr hab. Magdalenę Stobińską.

Stobińska Group
Stobińska Group

Technologie kwantowe mogą znaleźć zastosowanie w zabezpieczaniu informacji przesyłanych w Internecie (kwantowa dystrybucja klucza), generowaniu liczb losowych (kwantowe generatory losowe), konstruowaniu bardzo czułych sond biologicznych i chemicznych (detekcja kwantowa) oraz mikroskopów o zwiększonej rozdzielczości (kwantowa metrologia). Efektem pracy konsorcjum, którym kierował Hudson Institute z Waszyngtonu, są dwie rekomendacje, dotyczące kwantowych źródeł entropii (losowości) oraz systemów kwantowej dystrybucji klucza. Międzynarodowy Związek Telekomunikacyjny, którego Polska jest członkiem od 1921 roku, zajmie się teraz przygotowaniem i upowszechnianiem na świecie nowych standardów.

Postęp w dziedzinie technologii kwantowych jest możliwy dzięki rozwojowi i miniaturyzacji komponentów systemów kwantowych, który dokonał się w ostatnich latach, rozpoczynając tzw. „drugą rewolucję kwantową” i przybliżając epokę rozpowszechnienia rozwiązań na nich opartych. W jej obliczu, konieczne jest przygotowanie międzynarodowych standardów, które określą wspólne zasady wykorzystywania technologii kwantowych w nauce i przemyśle.
Poza zespołem badawczym z Uniwersytetu Warszawskiego, pozostałymi sygnatariuszami rekomendacji były następujące podmioty: Armafex Partners LLC, Bra-ket Science, BrightApps LLC, Cambridge Quantum Computing, Ciena, Florida Atlantic University, Harris Corp, Hudson Institute, IDQuantique, Institute for National Defense & Security Research, MagiQ Technologies, QuantumXchange, Qubitekk, QuintessenceLabs, Rivada Networks, SK Telecom, oraz SPAWAR Systems Center Pacific.

Rynek ubezpieczeń: co nas czeka w 2019 roku?

Można się spodziewać, że 2019 r. będzie ciekawy dla polskiej branży ubezpieczeniowej. Przewidujemy najważniejsze tegoroczne zmiany.

Ubezpieczyciele zapłacą jeszcze więcej za wypadki na drodze

W przypadku ubezpieczeń komunikacyjnych, na pewno mamy do czynienia z ciekawym okresem. Spore podwyżki składek za obowiązkowe polisy OC, na szczęście dobiegły już końca. Nie kończą się natomiast wzrosty wypłat dla właścicieli zniszczonych pojazdów i ofiar wypadków drogowych. Można oczekiwać, że taki wzrostowy trend będzie widoczny również w 2019 r. Pewną zapowiedź stanowią dane Komisji Nadzoru Finansowego dotyczące pierwszych trzech kwartałów 2018 r.

Wspomniane statystyki KNF-u pokazują między innymi wzrost sumy wypłat z OC wynoszący aż 12% rocznie (I kw. – III kw. 2018 r./I kw. – III kw. 2017 r.). „Kolejny ciekawy wynik dotyczy zysku technicznego ze sprzedaży OC dla kierowców. W pierwszej połowie 2018 r. wspomniany zysk był prawie cztery razy większy niż w analogicznym okresie poprzedniego roku (styczeń – czerwiec 2017 r.). Po trzech kwartałach 2018 r. analogiczna różnica zysku technicznego była już tylko dwukrotna” – podkreśla Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Można oczekiwać, że w 2019 r. wypłaty z obowiązkowego OC dla kierowców będą rosły szybciej niż poprzednio. Wzrosty mogą być stymulowane między innymi przez coraz wyższą inflację oraz orzecznictwo sądów korzystne dla ofiar wypadków drogowych. Takie prognozy oczywiście źle wróżą w kontekście dalszych obniżek składki za OC komunikacyjne. Do optymizmu nie zachęca też planowany wzrost sum gwarancyjnych z obowiązkowych ubezpieczeń komunikacyjnych. „Szkody na poziomie zbliżonym do maksimum odpowiedzialności ubezpieczyciela zdarzają się rzadko. Tym niemniej, zakłady ubezpieczeń na pewno uwzględnią wzrost sum gwarancyjnych przy kalkulowaniu nowych składek za OC” – komentuje Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Cała branża wciąż czeka na standaryzację zadośćuczynień …

Na politykę cenową zakładów ubezpieczeń (dotyczącą obowiązkowych polis OC dla kierowców), na pewno wpłyną prace dotyczące standaryzacji zadośćuczynień, czyli świadczeń za szkody osobowe. Na razie nie możemy być zupełnie pewni, że wspomniane prace przebiegające pod egidą Komisji Nadzoru Finansowego, zakończą się jeszcze w 2019 r. Nawet jeśli standaryzacja zostanie wprowadzona rok później (w 2020 r.), to zakłady ubezpieczeń odpowiednio wcześniej uwzględnią ją w planach finansowych. Ostateczne ustalenia na pewno będą efektem trudnego kompromisu pomiędzy towarzystwami ubezpieczeń oraz instytucjami reprezentującymi poszkodowanych (m.in. Rzecznikiem Finansowym). „Rozsądnym podejściem musi też wykazać się Komisja Nadzoru Finansowego. W tym kontekście trzeba zdawać sobie sprawę, że standaryzacja bardzo korzystna dla poszkodowanych, skutkowałaby szybszym tempem wzrostu składek za obowiązkowe OC. Z punktu widzenia całej branży, potrzebne wydaje się nie tylko wyważone rozstrzygnięcie tematu standaryzacji zadośćuczynień. Ubezpieczyciele na pewno życzyliby sobie tego, żeby ostateczne rozstrzygnięcia były znane możliwie szybko” – mówi Paweł Kuczyński, prezes porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

W 2019 r. ubezpieczeniowe zmiany odczują nawet prawnicy

Warto zdawać sobie sprawę, że w 2019 r. nie tylko ubezpieczyciele, posiadacze polis oraz osoby poszkodowane odczują zmiany dotyczące ubezpieczeń. Wiele wskazuje na to, że nowy rok będzie bardzo ważny również dla licznych kancelarii prawnych, które obecnie zajmują się tematyką odszkodowawczą (głównie w kontekście wypadków drogowych). Takie kancelarie mają się bowiem stać przedmiotem regulacji ustawowych.

Plany regulacyjne rządu są różnie odbierane przez ubezpieczycieli oraz same kancelarie prawne. Zakłady ubezpieczeniowe dość przychylnym okiem patrzą na możliwość uregulowania działań prawników walczących o wyższe odszkodowania. Same kancelarie z zaniepokojeniem odnoszą się do ustawowych planów rządu. Trudno się temu dziwić, bo niektóre rozwiązania z senackiego projektu ustawy godzą w interesy branży odszkodowawczej. „Projekt ustawy o świadczeniu usług w zakresie dochodzenia roszczeń odszkodowawczych (wynikających z czynu niedozwolonego) przewiduje m.in. limit wynagrodzenia dla prawników wynoszący 20% odszkodowania uzyskanego przez klienta, a także wprowadzenie obowiązkowego OC dla doradców odszkodowawczych” – wymienia Andrzej Prajsnar, ekspert porównywarki ubezpieczeniowej Ubea.pl.

Jedynie 18 proc. Polaków planuje całoroczne wydatki. Największym obciążeniem dla budżetu są remonty i wakacyjne wyjazdy

Jedynie 18 proc. Polaków planuje całoroczne wydatki. Największym obciążeniem dla budżetu są remonty i wakacyjne wyjazdy 1

Styczeń to dobry moment na zaplanowanie wydatków na cały rok. W Polsce robi tak jednak zaledwie 18 proc. osób – wynika z Barometru Providenta. Ponad 40 proc. wskazuje, że największym obciążeniem dla domowego budżetu będą bieżące wydatki. Blisko co trzecia osoba zastanawia się, jak sfinansuje wakacyjny wyjazd, a 26 proc. – remont domu. Ponad połowa planujących już tegoroczne wydatki pokryje je ze swoich oszczędności, a 10 proc. już teraz myśli o pożyczce w banku lub instytucji finansowej.

– W ramach badania Barometr Providenta zapytaliśmy Polaków o ich plany związane z wydatkami w nowym, 2019 roku. Zakładamy, że większą część naszego budżetu pochłoną wydatki bieżące. 42 proc. ankietowanych mówi, że głównie na ten cel będzie przeznaczało środki. Niestety, jedynie 18 proc. badanych planuje wydatki z dużym wyprzedzeniem – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karolina Łuczak, kierownik biura prasowego i komunikacji wewnętrznej w Provident Polska.

Z Barometru Providenta wynika, że dla osób, które planują wydatki na cały rok, wyzwaniem będzie pokrycie kosztów remontu (17 proc.). Na odświeżenie mieszkania i domu wydadzą średnio 11,6 tys. zł. Dla 13 proc. trudne dla ich portfela będą wakacyjne wyjazdy, które będą kosztować ok. 3,6 tys. zł. Im starsze osoby, tym mniej planują przeznaczyć na ten cel.

– Osoby pomiędzy 25 a 34 rokiem życia planują na wakacje wydać już nie 3,6 tys. zł, ale ponad 4 tys. zł. Podobne wnioski płyną z badań, jeżeli mówimy o zakupie nowych samochodów. Taki wydatek planuje około 9 proc. wszystkich ankietowanych. Młodzi na ten cel chcą przeznaczyć około 42 tys. zł, natomiast ich rodzice, osoby powyżej 45. roku życia – 35 tys. zł – wskazuje Karolina Łuczak.

Średnio 1,8 tys. zł Polacy planują przeznaczyć w tym roku na sprzęt RTV i AGD, a 17 proc. w finansowych planach uwzględnia też wydatki na zdrowie – ok. 1,5 tys. (w przypadku osób w wieku 45–59 lat – ok. 2,2 tys. zł). Niewiele mniej osób zabezpiecza środki na spłatę kredytu (średnio 19 tys. zł) i na przygotowanie Bożego Narodzenia (ok. 660 zł), a kilka procent planuje w tym roku zakup domu czy wydatki związane z weselem.

– Połowa ankietowanych chce oszczędzać. 10 proc. będzie się posiłkowało kredytem w banku bądź w instytucji pożyczkowej. Kolejne 10 proc. zwróci się o wsparcie u rodziny i znajomych. Młode osoby częściej będą skłonne zaciągać kredyty. Ok. 14 proc. badanych wskazuje, że chętniej zwróci się o pomoc do najbliższych, a 13 proc. do instytucji finansowych – mówi ekspertka Providenta.

Z badania wynika też, że coraz więcej Polaków optymistycznie patrzy na swoje finanse. Połowa respondentów oczekuje poprawy swojej sytuacji materialnej, a co czwarty uważa, że nic się zmieni. Optymizm widać zarówno w zaplanowanych wydatkach, jak i kwotach, które zamierzamy wydawać.

– Warto jednak pamiętać o tym, że wszelkie wydatki najlepiej planować zdecydowanie wcześniej. Fakt, że 18 proc. Polaków planuje większe wydatki finansowe, nie jest zbyt optymistyczny. Bierzmy cały rok pod uwagę, nie róbmy zakupów, bo jest superokazja, tylko zastanówmy się, czy faktycznie potrzebujemy tego konkretnego sprzętu akurat w tym momencie i czy możemy sobie na to pozwolić, czy będziemy mieć środki na opłacenie rachunków i innych zobowiązań – apeluje Karolina Łuczak.

Dobre perspektywy dla gospodarki na nadchodzący rok. Kluczowym czynnikiem ryzyka jest brexit

Dobre perspektywy dla gospodarki na nadchodzący rok. Kluczowym czynnikiem ryzyka jest brexit 2

Mimo korekty w Europie w 2019 roku w Polsce nadal będzie obecny wzrost gospodarczy – ocenia Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Zdaniem eksperta głównymi motorami wzrostu pozostaną dalsza konsumpcja i wzrost wynagrodzeń oraz inwestycje publiczne i przedsiębiorstw prywatnych. Natomiast jednym z największych zagrożeń dla koniunktury i sytuacji polskich firm będzie twardy brexit, który odczują głównie firmy z branży finansowej i transportowej.

– Rok 2019 będzie okresem kolejnego wzrostu gospodarczego. Ministerstwo Finansów spodziewa się mniej więcej 4 proc., instytucje międzynarodowe – w zależności od optymizmu – szacują od 3,5 do 3,8–4 proc. Wzrost gospodarczy w Polsce nadal będzie gościł, choć nie będzie on tak intensywny jak w 2018 roku. Trzeba jednak pamiętać o tym, że przez cały ubiegły rok z kwartału na kwartał przekraczaliśmy kolejne projekcje, czyli gospodarka rozwijała się szybciej, niż oczekiwali tego analitycy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Jak podkreśla, podobnie było również w 2017 roku, kiedy ogólna stopa wzrostu gospodarczego wyniosła 4,6 proc., natomiast początkowe prognozy oscylowały wokół 3,8–3,9 proc.

– Tak samo, mam nadzieję, będzie i w tym roku. Natomiast spodziewamy się korekty we wszystkich państwach europejskich. Strefa euro zanotuje wzrost na poziomie niższym niż 2 proc. rdr. W niektórych krajach – takich jak Włochy, które mają intensywne problemy ze swoją gospodarką – wzrost może wynieść poniżej 1 proc. PKB. Polska będzie państwem, w którym utrzyma się dość wysoki i zrównoważony wzrost gospodarczy, czyli nie ma intensywnych różnic rocznych między stopami wzrostu, nasza gospodarka rozwija się w sposób stabilny i bardziej przewidywalny niż w innych krajach – ocenia Piotr Arak.

Kluczowym czynnikiem wzrostu, który napędza polską gospodarkę już od 3–4 lat, pozostaje konsumpcja indywidualna. Polskie gospodarstwa domowe wydają więcej na produkty i usługi m.in. dzięki zastrzykowi gotówki pochodzącej ze wzrostu wynagrodzeń oraz dodatkowych świadczeń społecznych, takich jak Rodzina 500+ czy chociażby wprowadzony w tym roku dodatek do wyprawki szkolnej. Drugim ważnym motorem wzrostu są inwestycje publiczne.

– W roku 2018 intensyfikacja wydatków i projektów infrastrukturalnych pochodzących z dofinansowania europejskiego była już na tyle duża, że miała istotny udział we wzroście naszej gospodarki. W 2019 roku ten czynnik nadal będzie elementem napędzającym. Spodziewamy się, że samorządy, które już zaplanowały swoje budżety, oraz administracja centralna, która wydatkuje i ma już zaplanowane poszczególne projekty infrastrukturalne, będą dalej napędzać naszą gospodarkę – mówi Piotr Arak.

Dodatkowym czynnikiem wpływającym na gospodarkę w nowym roku mogą się okazać zmiany legislacyjne, np. ukierunkowane na ograniczenie zatorów płatniczych wśród przedsiębiorstw czy uchwalona w ubiegłym roku reforma emerytalna i utworzenie Pracowniczych Planów Kapitałowych – czyli najważniejsza zmiana, jaka czeka pracodawców i pracowników w 2019 roku.

– Kolejnym elementem są inwestycje przedsiębiorstw przemysłowych. Stopa inwestycji rodzimych firm, które zajmują się produkcją, jest wysoka na tle naszego regionu. Problem mamy z inwestycjami po stronie firm kapitałowych. Stopa inwestycji jest ogółem niższa od średniej w regionie wyszehradzkim, przykładowo mówimy o 18 proc. vs 22 proc. w Czechach. Musimy patrzeć na to bardziej szczegółowo – nie tylko na to, ile polskie firmy inwestują w relacji do PKB, lecz także na wartości nominalne. Poszczególne kraje rozwijają się w różnym stopniu i mają różną wysokość wzrostu gospodarczego nawet przy mniejszej stopie inwestycji w relacji do wielkości gospodarki – mówi Piotr Arak.

Dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego podkreśla, że głównym czynnikiem ryzyka będzie pogorszenie światowej koniunktury, które może być efektem m.in. wojny celnej pomiędzy USA a Chinami.

– Pytanie również, jak poradzą sobie Włochy w momencie, w którym mają starcie z Komisją Europejską ze względu na wysokość swojego deficytu. Także deficyt we Francji będzie wyższy niż oczekiwany, co też może powodować napięcia, wpływać na wysokość kursu euro i tego, co się będzie działo w strefie euro – mówi Piotr Arak.

Dla polskich firm ogromnym czynnikiem ryzyka będzie również tzw. twardy brexit, czyli sytuacja, w której Wielkiej Brytanii i UE nie uda się podpisać umowy przed końcem marca br., kiedy mija ostateczny termin wyjścia Brytyjczyków ze Wspólnoty. Odczują go w szczególności firmy finansowe i transportowe, które mają na Wyspach dużą część swojego biznesu.

– Brexit będzie z pewnością tym wydarzeniem 2019 roku, które będzie mieć największe reperkusje gospodarcze. Natomiast Polska jest jednym z państw, które mogą najbardziej ucierpieć, zwłaszcza w momencie, w którym nie uda się podpisać dobrego i realnego porozumienia, bo polskie firmy muszą sobie jakoś poradzić – mówi Piotr Arak.

Operacje za pomocą robota da Vinci w kolejnym polskim szpitalu. Jego technologia uważana jest za przyszłość nowoczesnej chirurgii

Operacje za pomocą robota da Vinci w kolejnym polskim szpitalu. Jego technologia uważana jest za przyszłość nowoczesnej chirurgii 3

Warszawski Szpital Medicover dołącza do nielicznych polskich placówek oferujących zabiegi z wykorzystaniem robota da Vinci. Umożliwia  on wysoką precyzję przeprowadzania operacji oraz skraca okres rekonwalescencji pacjenta. Minimalizuje też ryzyko wystąpienia komplikacji oraz odczuwany przez chorego ból po zabiegu. Technologia ta, uważana za przyszłość nowoczesnej chirurgii, stosowana jest w niemal każdej dziedzinie medycyny, zwłaszcza w urologii, ginekologii, chirurgii ogólnej i kardiochirurgii. 

Opracowany pod koniec lat 90. i wprowadzony do użytku w 2001 roku robot da Vinci zrewolucjonizował współczesną chirurgię. Zastosowana w nim technologia pozwala na niezwykle precyzyjne wykonywanie zabiegów operacyjnych, także w trudno dostępnych rejonach ciała pacjenta. Robot składa się z czterech ramion – trzy z nich wyposażone są w narzędzia chirurgiczne, czwarte zaś dysponuje kamerą endoskopową. Ramiona mają tzw. sztuczny nadgarstek doskonale imitujący ruch ludzkiej ręki. Drugim elementem robota jest obsługiwana przez lekarza konsola chirurgiczna umożliwiająca manewrowanie ramionami oraz podgląd operowanego fragmentu ciała w technologii 3D, rozdzielczości HD i naturalnej kolorystyce.

– To kosmiczna technologia w sali operacyjnej pozwalająca na bardzo precyzyjne operowanie. Jest to zastosowanie technologii pod powiększeniem 10- czy 20-krotnym i narzędzi zminiaturyzowanych do długości 5 mm. Dzięki temu możemy dokładniej usunąć nowotwór, zarazem dokładniej zachowując tkanki potrzebne do dalszego funkcjonowania – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes dr Paweł Salwa, dyrektor Polskiego Centrum Urologii Robotycznej w Szpitalu Medicover.

Metoda da Vinci stosowana jest obecnie w niemal każdej dziedzinie chirurgii, zwłaszcza urologii, chirurgii ogólnej, ginekologii i kardiochirurgii. Jej wykorzystanie przekłada się na znacznie mniejszą liczbę komplikacji, często występujących po operacjach wykonywanych metodą laparoskopii, oraz minimalne obciążenie organizmu – pacjent traci bowiem znacznie mniej krwi. Nie bez znaczenia jest też fakt, że chory odczuwa mniejszy ból i szybciej wraca do zdrowia.

W zakresie urologii najczęściej przeprowadzanym zabiegiem jest radykalna prostatektomia, czyli całkowite usunięcie prostaty – zastosowanie technologii da Vinci pozwala na ograniczenie takich efektów ubocznych operacji jak nietrzymanie moczu oraz zaburzenia erekcji. Technologia ta sprawdza się również przy takich zabiegach jak usuwanie guzów nowotworowych, usunięcie macicy, pobieranie narządów do przeszczepu.

– W innych działach medycyny operacje, które wykonaliśmy, to na przykład wszczepienie nowej zastawki mitralnej do serca. W chirurgii ogólnej są to operacje bariatryczne, operacje przepuklin, szczególnie u pacjentów otyłych. Jest też cały zakres ginekologii operacyjnej – mówi Anna Nipanicz-Szałkowska, Dyrektor Szpitala Medicover

Lekarz musi przejść specjalne szkolenie, aby mógł operować za pomocą robota da Vinci. Może ono trwać nawet kilkanaście miesięcy, w zależności od indywidualnych predyspozycji chirurga. Na rynku medycznym dostępne są kursy przygotowujące do pracy w technologii da Vinci. Równie ważna jest jednak praktyka, czyli operowanie pacjentów pod okiem doświadczonego mentora. Liczne badania naukowe pokazują, że mistrzowski poziom lekarz osiąga po przeprowadzeniu co najmniej pięciuset tego rodzaju operacji.

 Sukces operacji przeprowadzanych w asyście robota da Vinci jest mocno uzależniony od doświadczenia operatora i zespołu asystującego, dlatego też Szpital Medicover rozpoczął współpracę z doktorem Pawłem Salwą. Ponad 900 przeprowadzonych operacji, w tym 120 w Szpitalu Medicover, plasuje go w światowej czołówce lekarzy, którzy są z pewnością najlepszymi ekspertami tej metody – mówi Anna Nipanicz-Szałkowska, dyrektor Szpitala Medicover.

– Jednym z ośrodków, który kształci przyszłych chirurgów robotycznych, jest Szpital Medicover w Warszawie, gdzie w ciągu ostatnich 6 miesięcy wykonaliśmy ponad 120 takich operacji. W swoim 7-letnim doświadczeniu z perspektywy konsoli da Vinci operowałem ponad 900 takich pacjentów – mówi dr Paweł Salwa.

W Polsce technologia da Vinci znajduje się na początkowym etapie rozwoju. W całym kraju jest tylko kilka szpitali dysponujących robotem, w tym warszawski Szpital Medicover. Decyzja o zakupie stanowiła element strategii rozwojowej placówki, która ma prowadzić do stworzenia najbardziej nowoczesnego ośrodka medycznego w Polsce.

– Zaczynamy rozwój robotyki w Szpitalu Medicover od procedur urologicznych. Poza urologią, myślimy również o zastosowaniu robota w ginekologii oraz w chirurgii, a także być może również w innych dziedzinach – mówi Anna Nipanicz-Szałkowska.

Pomaganie jest dziś łatwiejsze niż 100 lat temu. Kluczowe jest coraz większe zaangażowanie biznesu

Pomaganie jest dziś łatwiejsze niż 100 lat temu. Kluczowe jest coraz większe zaangażowanie biznesu 4

Na przestrzeni ostatnich dekad zmianie uległo zarówno podejście Polaków do dobroczynności, jak i do formy pomagania potrzebującym. Organizacje charytatywne to dziś wyspecjalizowane podmioty, które skutecznie docierają do potencjalnych darczyńców i angażują partnerów biznesowych. To zaś zwiększa zaangażowanie całego społeczeństwa. Dzięki temu dzisiaj łatwiej jest odpowiadać na konkretne potrzeby różnych grup. Tych wciąż jest bardzo dużo – od pomocy materialnej po opiekę nad chorymi czy wsparcie w wychowywaniu młodych ludzi.

– Dobroczynność w Polsce jest obecna praktycznie od 100 lat i w tym czasie profesjonalizowała się i stawała bardziej transparentna. Jest coraz bardziej oparta na nowoczesnych narzędzia i coraz więcej organizacji w sposób profesjonalny dociera do osób czy grup społecznych potrzebujących konkretnego wsparcia. Te organizacje określają konkretne potrzeby społeczne – mówi agencji Newseria Biznes Bogdan Kucharski, prezes BP w Polsce.

Jak podkreśla, już ponad 25 lat temu, kiedy koncern BP wszedł na polski rynek, zajmował się tematyką odpowiedzialności w biznesie. Dziś jest zaangażowany na stałe w sześć ogólnopolskich programów: Szlachetną Paczkę i Akademię Przyszłości Stowarzyszenia WIOSNA, Pajacyka Polskiej Akcji Humanitarnej, Pola Nadziei Towarzystwa Przyjaciół Chorych Hospicjum im. Św. Łazarza oraz TOPR i Stowarzyszenie SIEMACHA.

– Dzisiaj polska dobroczynność to duże i skutecznie działające organizacje, które są wyspecjalizowane w tym, co robią, mają jasno określone cele. Mają odpowiednie mechanizmy zbierania informacji, analizowania priorytetów, a później na ich podstawie celnie adresują konkretne potrzeby. Co więcej, te organizacje, które dzisiaj zajmują się dobroczynnością w Polsce, są też bardzo skuteczne zarówno w mobilizowaniu społeczeństwa, jak i partnerów biznesowych, takich jak chociażby firma BP – mówi Bogdan Kucharski.

Badanie CBOS przeprowadzone na początku tego roku pokazuje, że wskaźnik zaangażowania Polaków w działalność organizacji społecznych i obywatelskich rośnie, będąc aktualnie na najwyższym poziomie od kilkunastu lat. Polacy najchętniej udzielają się w organizacjach pomagających dzieciom (11 proc.) oraz osobom starszym i bezdomnym (10 proc.).

Społeczeństwo jest gotowe, żeby pomagać i chce to robić. Mamy teraz wielki apel w sprawie Jemenu i ludzie do nas dzwonią, że chcą nas wspierać. Nieoceniona jest też pomoc biznesu. W przypadku BP mówimy o pomocy przez wszystkie lata naszej działalności: od przekazywania paliwa do ciężarówek, które jeździły z pomocą, po dofinansowywanie posiłków w programie Pajacyk. Ta pomoc się rozwija – mówi Katarzyna Górska z Polskiej Akcji Humanitarnej.

Prezes Stowarzyszenia Wiosna Joanna Sadzik zwraca uwagę na to, że na przestrzeni ostatnich dekad zmianie uległo zarówno podejście Polaków do dobroczynności, jak i formy pomagania najbardziej potrzebującym.

– W czasach PRL zaprzeczono temu, że istnieją jakiekolwiek problemy socjalne – miało nie być bezrobocia, ludzi biednych, prostytucji, ludzi żebrzących. Każda osoba, która potrzebowała pomocy, była bardzo negatywnie oceniana. Pomagało się ewentualnie osobom chorym czy starszym, ale też w niewielkim zakresie. Tutaj dużą rolę odegrały oddolne inicjatywy opozycyjne, takie jak np. Komitet Obrony Robotników, które pomagały tym osobom, które ze względów politycznych nie mogły pracować, nie mogły zaspokoić podstawowych potrzeb swoich rodzin. Po 1989 roku mieliśmy kolejny okres wyzwań przez duży wzrost bezrobocia i rozwarstwienie społeczne – mówi Joanna Sadzik.

Stowarzyszenie Wiosna, organizator akcji Szlachetna Paczka, jest dziś jedną z największych organizacji dobroczynnych. Jej prezes podkreśla, że kluczem do efektywnego pomagania jest dokładne poznanie potrzeb osób czy rodzin, do których ta pomoc ma być skierowana.

 W programach Szlachetna Paczka i Akademia Przyszłości przygotowujemy pomoc skrojoną na miarę. Dokładnie poznajemy rodzinę, która potrzebuje pomocy, sprawdzamy, czego jej brakuje, żeby żyć normalnie, i na tę potrzebę odpowiadamy. Czasem jest to pomoc materialna, czasem prawna, lekarska albo organizacyjna, czyli np. zorganizowanie dojazdu do sąsiedniego miasta, gdzie jest praca. Podarowanie roweru czy maszyny do szycia potrafi zmienić całkowicie życie całej rodziny – mówi Joanna Sadzik.

Jak podkreśla, w 50 proc. rodzin, którym pomaga Stowarzyszenie Wiosna, są osoby współzależne. Często jest to chore dziecko, dla którego przynajmniej jeden z rodziców musiał zrezygnować z pracy zawodowej i przestał zarabiać na utrzymanie rodziny.

Oprócz pomocy materialnej, prawnej czy lekarskiej bardzo ważne jest społeczne włączenie osób zagrożonych wykluczeniem. Z drugiej strony zaangażowanie w działalność charytatywną czy prospołeczną może być istotnym elementem kształtującym osobowość, zwłaszcza w przypadku młodych ludzi.

– Dziś dom i szkoła pełnią najważniejsze funkcje wychowawcze. My, jako organizacja, od 25 lat walczymy o miejsce dla grup rówieśniczych, które mają ogromny wpływ na młodych ludzi, szczególnie wtedy, kiedy oni są o krok przed dorosłością. Rodzice powinni dbać o to, żeby ich pociechy miały odpowiednie towarzystwo, odpowiednie koleżanki i kolegów, ale żeby zobaczyli wielki potencjał wychowawczy w tych relacjach, które dzieci budują ze swoimi rówieśnikami – mówi ks. Andrzej Augustyński, przewodniczący Stowarzyszenia SIEMACHA.

Jan Krzysztof, naczelnik Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego, podkreśla z kolei fakt, że dobroczynność jest tym elementem, który pozwala organizacji funkcjonować. Na przestrzeni ostatnich lat i dekad stało się to łatwiejsze, ponieważ pojawiło się wiele nowych form dotarcia do darczyńców czy partnerów biznesowych wspierających TOPR.

 Tę dobroczynność podzieliłbym na dwie grupy. Pierwsza to dobroczynna działalność ratowników, którzy często pracują społecznie. Drugą jest ta dobroczynność, która pozwala nam funkcjonować. Ratownictwo w Tatrach od początku było bezpłatne, ale przecież kosztuje, więc te środki pochodzą zarówno od ratowanych, ich rodzin, jaki i w dużej mierze od dobroczyńców, darczyńców, sponsorów, od osób fizycznych, które chcą nas wesprzeć. Powstały nowe możliwości organizowania pomocy, zachęcania ludzi do niej, co przekłada się z kolei na skuteczność działań ratowniczych – mówi Jan Krzysztof.

Na profesjonalizację dobroczynności w Polsce w ostatnich dekadach zwraca również uwagę Jolanta Stokłosa z Towarzystwa Przyjaciół Chorych Hospicjum św. Łazarza. Aczkolwiek w przypadku hospicjów dużą ich część stanowią w tej chwili podmioty prywatne, działające bardziej na zasadach biznesowych niż charytatywnych.

 Zmieniła się opieka, powstała gałąź zwana medycyną paliatywną, więc hospicja traktuje się nie jako zryw ludzi dobrej woli, ale jako dział medycyny – mówi Jolanta Stokłosa. – Mamy jednak kłopot z osobami, które chciałyby się angażować, bo żeby stworzyć zespół hospicyjny, musi być przede wszystkim lekarz, pielęgniarka, psycholog, pracownik socjalny, fizjoterapeuta, ale też kapelan i wolontariusz, który poświęci swój czas.

Zmiany w polskiej dobroczynności na przestrzeni ostatniego stulecia w obszarach ratownictwa górskiego, opieki hospicyjnej, pomocy humanitarnej, wychowania rówieśniczego i angażowania różnych grup społecznych były tematem spotkania zorganizowanego przez BP w Polsce w Warszawie z okazji obchodów 100-lecia niepodległości.

Powolna rewolucja 4.0 w polskich firmach. Zależy od niej przyszłość przedsiębiorstw

Powolna rewolucja 4.0 w polskich firmach. Zależy od niej przyszłość przedsiębiorstw 5

Przemysł 4.0 należy do sześciu kluczowych megatrendów, które w najbliższych latach ukształtują globalną gospodarkę – uważa globalna firma doradcza Deloitte. Wdrażanie tej koncepcji to dziś dla przedsiębiorstw warunek utrzymania się na rynku, bez względu na ich wielkość i profil. Tymczasem w polskich firmach czwarta rewolucja przemysłowa przebiega bardzo powoli – ocenia Agnieszka Besiekierska, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr. Wynika to m.in. z niskiej świadomości prezesów i menadżerów, koncentracji na bieżącym działaniu bez oglądania się na otoczenie rynkowe albo przekonania o niezachwianej pozycji firmy na rynku. 

– W Polsce jesteśmy na bardzo niskim etapie zaawansowania we wdrażaniu Przemysłu 4.0. Wręcz pojawiają się głosy, że nie jesteśmy nawet na poziomie 3.0, co oznacza, że przed nami bardzo długa droga – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Agnieszka Besiekierska, adwokat, szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr.

Czwarta rewolucja przemysłowa, bazuje na rosnącym udziale nowych technologii w gospodarce, w szczególności w sektorze produkcyjnym. Dane z milionów czujników, połączonych internetem rzeczy, zapewniają w czasie rzeczywistym informacje niezbędne do optymalizowania biznesu, a robotyzacja w produkcji pozwala zwiększyć jej wydajność. Wpływ nowych technologii na przemysł i gospodarkę znajduje odzwierciedlenie niemal we wszystkich badaniach i statystykach. Z badań Deloitte wynika, że już ponad połowa największych firm na świecie rozpoczęła wdrażanie automatyzacji procesów z wykorzystaniem robotów, z kolei McKinsey Global Institute szacuje, że do 2030 roku roboty przejmą ok. 800 mln miejsc pracy. Według szacunków International Federation of Robotics do 2020 roku w fabrykach na całym świecie będzie zainstalowanych już ponad 1,7 mld robotów przemysłowych. Z kolei prognozy Gartnera zakładają, że do końca 2020 roku ok. 40 proc. procesów związanych z analizą danych będzie podlegać automatyzacji. Natomiast projekty z zakresu sztucznej inteligencji prowadzi już 72 proc. organizacji na całym świecie – wynika z badania SAS, Accenture Applied Intelligence, Intela i Forbes Insights.

– Przemysł 4.0 będzie polegać na współdziałaniu człowieka z robotem, maszyną, na szerokim zastosowaniu sztucznej inteligencji, analizy danych, internetu rzeczy. Pozwoli to na duże oszczędności, większą efektywność. Pewnie sprawi też, że część osób wypadnie z rynku pracy. Dlatego bardzo istotnym jest, aby wybiegać wprzód, mieć szerszą perspektywę, obserwować aktualne trendy i mieć świadomość technologiczną – podkreśla Agnieszka Besiekierska.

Globalna firma doradcza Deloitte zalicza Przemysł 4.0 do sześciu kluczowych megatrendów, które w najbliższych latach ukształtują globalną gospodarkę. Zdaniem analityków czwarta rewolucja przemysłowa pozwoli zwiększyć produktywność i przychody, a także zredukować poziom ryzyka dla wielu procesów biznesowych. Umożliwi także tworzenie całkiem nowych modeli biznesowych.

Eksperci podkreślają, że wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 to dziś dla przedsiębiorstw warunek utrzymania się na rynku, bez względu na ich wielkość i profil. Dlatego firmy, które nie chcą trafić na margines, muszą trzymać rękę na pulsie, śledzić trendy i się do nich dostosowywać.

– Aktualnie bardzo popularna jest metodyka agile, który przewiduje bardzo duże zaangażowanie również po stronie klienta, czyli odbiorcy nowego rozwiązania technologicznego, w proces jego tworzenia. Oczywiście można się wesprzeć i zdecydować się na doradcę technicznego, który będzie systematycznie chodził na spotkania, uczestniczył w pracach, ale należy mieć świadomość, że nikt tak dobrze jak my nie będzie rozumiał naszych potrzeb, nie będzie w stanie tych potrzeb przełożyć na funkcjonalności danego rozwiązania technologicznego – podkreśla Agnieszka Besiekierska.

Szefowa Praktyki Digitalizacji Biznesu w Kancelarii Noerr ocenia, że opóźnienie we wdrażaniu czwartej rewolucji przemysłowej wynika miedzy innymi z niskiej świadomości prezesów i menadżerów. Tymczasem koncepcja Przemysłu 4.0 wymaga nie tylko inwestycji w innowacje i cyfrowe technologie, lecz także zmiany kultury zarządzania.

– Wciąż pokutuje mentalność, że mnie to nie dotyczy, bo produkt jest na tyle dobry, że zawsze będzie istniał na rynku albo że nasza praca jest na tyle niepowtarzalna, że tylko człowiek może ją wykonać. My, prawnicy, często tak myślimy, co również jest błędem – mówi Agnieszka Besiekierska.

Tę opinię potwierdzają badania – z ubiegłorocznego raportu „Smart Industry Polska 2018”, przygotowanego przez Siemens we współpracy z Ministerstwem Przedsiębiorczości i Technologii, wynika, że 60 proc. przedsiębiorstw z sektora MŚP w ogóle nie zna koncepcji Przemysłu 4.0, a zaledwie 15,5 proc. uwzględnia ją w swojej strategii.

– W branży spożywczej wynika to w dużej mierze z tego, że w jej strukturze dominują małe i średnie firmy, które są skoncentrowane przede wszystkim na bieżącym zarządzaniu, działalności operacyjnej. Nie zastanawiają się nad globalnym otoczeniem biznesowym, co jest błędem – mówi Agnieszka Besiekierska.

Przyjęta na początku ubiegłego roku Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju zakłada utworzenie Polskiej Platformy Przemysłu 4.0, która będzie koncentrować na dostosowaniu polskiej gospodarki do wyzwań wynikających z czwartej rewolucji przemysłowej. W październiku ubiegłego roku Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o Fundacji Platforma Przemysłu Przyszłości, przedłożony przez ministra przedsiębiorczości i technologii.

Wdrażanie koncepcji Przemysłu 4.0 i cyfrowych technologii w gospodarce jest dla Polski o tyle istotne, że – według wyliczeń McKinsey & Company – cyfryzacja mogłaby przynieść krajowej gospodarce 275 mld zł dodatkowego PKB do 2025 roku i stać się jej nowym motorem napędowym wobec słabnącej podaży wykwalifikowanej siły roboczej czy napływu środków z UE.

Ogólnopolski Kongres Energetyczno-Ciepłowniczy POWERPOL już 14 i 15 stycznia w Warszawie

head

Przed nami 19. edycja Ogólnopolskiego Kongresu Energetyczno-Ciepłowniczego POWERPOL, który odbędzie się w dniach 14-15 stycznia 2019 r. w Warszawie w Hotelu Sofitel Victoria. Tematem przewodnim Kongresu jest „Rok 2019: Zrównoważony rozwój polskiej energetyki”.

Program Kongresu POWERPOL 2019 obejmuje następujący zakres tematyczny:

  • Co się wydarzy w energetyce w 2019 roku – perspektywa Rządu i przedsiębiorstw
  • Potencjał rynku ciepła i implikacje programu „Czyste powietrze”
  • Polski rynek energii i gazu
  • Horyzont 2050: Innowacje w obszarze wytwarzania, sieci, dystrybucji
  • Paliwo alternatywne – pod jakimi warunkami? Wstęp do gospodarki w obiegu zamkniętym
  • Priorytet elektromobilność

FORMULARZ ZGŁOSZENIOWY – ostatnie dni rejestracji

PROGRAM KONGRESU Z POTWIERDZONYMI PRELEGENTAMI

Zapraszamy do udziału! www.powerpol.pllogotypy

Timothy Manuel Dyrektorem Generalnym Terytorium East w Renault

Z dniem 1 lutego 2019 roku Timothy Manuel zostanie Dyrektorem Generalnym Terytorium East, zastępując na tym stanowisku Grzegorza Zalewskiego, który obejmie funkcję Członka Komitetu Dyrekcji Renault Retail Groupe i będzie odpowiedzialny za strategię sieci w Europie.   

TIMOTHY MANUEL
TIMOTHY MANUEL – RENAULT

Timothy Manuel ma 43 lata, jest absolwentem ESC Reims we Francji i ESB Business School Reutlingen w Niemczech. Swoją karierę zawodową rozpoczął w PricewaterhouseCoopers Management Consulting. Następnie dołączył do francuskiej firmy Kering skupiającej producentów marek luksusowych, w której przez osiem lat zajmował różne stanowiska, m.in. w dziale marketingu oraz zakupów. W 2011 roku rozpoczął pracę w sieci Speedy France, obejmując stanowisko Dyrektora ds. Zakupów, Marketingu i Handlu, a następnie został  Dyrektorem Sieci (330 sklepów we Francji). W roku 2013 związał się z firmą Bridgestone/Firestone, gdzie został Dyrektorem Handlowym w regionie EMEA i był odpowiedzialny za sprzedaż opon do samochodów osobowych oraz business unit działu moto. Od 2016 roku pracował w Toyota Lexus jako Dyrektor Zarządzający w Belgii i Luksemburgu.

Od 1 lutego 2019 roku Timothy Manuel dołączy do Grupy Renault, gdzie obejmie stanowisko Dyrektora Generalnego Terytorium East.

Grzegorz Zalewski przechodzi do Komitetu Dyrekcji Renault Retail Groupe. Będzie odpowiedzialny za strategię sieci w Europie.

Smart – słowo roku 2019!

Co wiemy o 2019? Analitycy twierdzą, że będzie to „SMARTny” rok, a innowacje znane z filmów science-fiction trafią do naszych kuchni, pomogą nam przyrządzić obiad, ustawią idealną temperaturę w salonie i przypomną o liście zakupów przed wyjściem z domu. To wszystko będzie możliwe za sprawą rozwiązań smart home. Jak podaje IDC 2019 to rok technologii, która odmieni nasze domy i mieszkania i stanie się wstępem do inteligentnych miast.

Przyśpieszmy wskazówki zegara, mamy rok 2022, na rynku sprzedaje się ponad 1,3 mld urządzeń dla inteligentnych domów. Technologia staje się tak powszechna, jak bieżąca woda. Domem zarządza technologiczny kamerdyner, czyli super inteligentny algorytm, oparty o sieci neuronowe. To nie jest technologiczna kopia mózgu, a jego technologiczny kuzyn, który funkcjonuje tak samo, jak jego biologiczny odpowiednik. Scenariusze filmów science-fiction już niedługo staną się rzeczywistością, o czym najlepiej świadczą dane firmy IDC (International Data Corporation).

Według najnowszych badań firmy analitycznej globalny rynek smart home urośnie w tym roku prawie o 30%. Wpływ na to ma przede wszystkim ilość sprzedanych urządzeń, która rośnie w bardzo szybkim tempie i w 2018 będzie ich już ponad 640 milionów. Zanosi się na smart rewolucję w naszych domach! „Każdy jest panem w swoim domu” – mówi stare przysłowie, które oznacza, że w obrębie swojego domostwa, jego właściciel może wszystko. Lada moment będzie ono już nieaktualne i wraz z kasetami wideo trafi na karty historii. Dlaczego?

„Dzięki wykorzystaniu technologii smart home możemy zarówno kontrolować, jak i sterować naszym domowym zaciszem z dowolnego miejsca na świecie, np. Tajlandii. Od niedawna wakacyjny czy służbowy wyjazd nie powoduje obawy przed powrotem do własnego lokum, oczywiście, jeżeli posiadasz zainstalowany system do inteligentnego domu. Jest to kamerdyner, ogrodnik i strażnik w jednym – tyle że w wersji wirtualnej.” – odpowiada Marcin Kotarski z Rettig Heating (właściciela marki Purmo) , producenta grzejników, ogrzewania płaszczyznowego oraz systemów smart home.

Porozmawiaj ze mną

Zgodnie z raportem opracowanym przez IDC najszybciej rozwijającą się kategorią urządzeń z grupy smart home będą inteligentne głośniki, które działają wykorzystując stały dostęp do sieci i integrację zaawansowanego asystenta opartego o sztuczną inteligencję. Świetnie radzą sobie z większością codziennych czynności – mogą zaplanować budzenie, przypomnieć o jutrzejszych opadach deszczu czy konieczności zrobienia odprawy lotniczej. Są też w stanie sterować systemowymi rozwiązaniami smart home, dopasowując warunki w domu do preferencji użytkownika. Prognoza przewiduje, że roczna złożona stopa wzrostu dla tej kategorii wyniesie niemal 40% między 2018 a 2022 rokiem.

“Technologia głosowa stanowi obecnie centrum rozwoju komunikacji człowieka z systemami IT. Jest to główna oś innowacji, która ma zapewnić bardziej naturalny model interakcji na linii człowiek – maszyna. Powiedzmy sobie szczerze – dotychczas korzystaliśmy z rozwiązań, które nie były ergonomiczne dla człowieka, by nie powiedzieć – nienaturalne. Idealnym przykładem jest klawiatura QWERTY, która wymaga długiego przystosowania. Rozpowszechnienie urządzeń z ekranem dotykowym uświadomiło nam, że mysz i klawiatura to wcale nie są najlepsze metody komunikacji z komputerem.” – tłumaczy Katarzyna Ciozda z Rettig Heating, europejskiego lidera w branży grzewczej i producenta systemu smart home.

Podczas gdy inteligentne głośniki pozostają dominującymi urządzeniami wyposażonymi w możliwość obsługi w najbardziej naturalny dla człowieka sposób – tj. poprzez mowę , coraz więcej typów urządzeń – takich jak termostaty czy kuchenki mikrofalowe – także wyposaża się w funkcję zarządzania poprzez użycie komend głosowych. Co więcej, wdraża w nich technologię, która pozwala na obsługę poprzez wykorzystanie inteligentnego asystenta, np. z głośnika. Dochodzi więc do sytuacji, gdy jedno smarturządzenie steruje drugim, a zyskuje na tym użytkownik. Pomimo szybkiego wzrostu, kategoria produktów inteligentnych głośników będzie trzecią co do wielkości siłą, która wpłynie na rozwój sektora smart home, szacuje IDC.

– „Ta funkcjonalność pomaga nie tylko zwiększyć liczbę punktów kontaktu dostępnych dla użytkowników, ale wspiera rozwój asystentów poprzez zwiększanie ilości obsługiwanych urządzeń oraz daje możliwość głębszego zrozumienia dla tego jak i kiedy użytkownicy podchodzą do realizacji różnych zadań” – powiedział Jitesh Ubrani , starszy analityk dla urządzeń mobilnych IDC Mobile Device Trackers.

Bohaterowie drugiego planu

Najbardziej wyobraźnie rozbudzają technologie odpowiedzialne za zarządzanie całym dobytkiem, natomiast największą dynamiką wzrostu będą cieszyć się inteligentne systemy rozrywki, zainstalowane w domach, do których zalicza się Smart TV czy przystawki do telewizora (np. Apple TV, Google Chromecast, Xiaomi Mibox TV). Przewiduje się, że ta kategoria produktowa będzie rejestrować roczną stopę wzrostu na poziomie 10,9% w ciągu najbliższych pięciu lat, osiągając 36,2% udziału w globalnym rynku inteligentnych rozwiązań dla domów poprzez dostarczenie 457 mln urządzeń.

Rozwiązania odpowiadające na zabezpieczenie dobytku – w tym czujniki drzwi i okien, zamki do drzwi i kamery IP – zajmą drugą pozycję, w 2022 stanowiąc 19,4% sprzedaży inteligentnych produktów. Przewiduje się, że w tej kategorii pięcioletnia stopa wzrostu na utrzyma się na poziomie 27%.

„Te optymistyczne prognozy wynikają z tego, że na rynku wciąż istnieje spora wyrwa, którą lada moment mamy nadzieję zapełnić. Dotychczas rozwiązania smart home zarezerwowane były dla dużych posiadłości. Dziś dzięki rozwojowi IoT, technologii, a przede wszystkim malejącym kosztom produkcji możemy dostarczyć produkt wysokiej jakości w atrakcyjnej cenie. Smart home przestaje więc być postrzegane jako dobrodziejstwo zarezerwowane dla zamożnych klientów” – analizuje Marcin Kotarski z Rettig Heating, producenta systemu Clever Home do inteligentnego domu.

Skąd tak nagły wzrost popularności tego typu rozwiązań?

Inteligentne, sprzężone ze sobą technologie, rozwijają się w imponującym tempie, dzięki efektowi synergii – jedna innowacja wspomaga drugą i razem sprawiają, że chociaż z podstaw matematyki doskonale wiadomo, że 1 + 1 = 2, to w tym określonym przypadku 1 + 1 = 3. Jak to możliwe?

„Jest to oczywiście daleko idące uproszczenie, ale smart home nie powstałby, gdyby nie zaangażowanie rozbudowanego AI, które z kolei opracowano poprzez wykorzystanie technologii uczenia maszynowego, ukierunkowanego na pracę na środowisku wielkich zbiorów danych. Według Microsoftu do 2020 roku będzie już 30 miliardów podłączonych urządzeń, a inteligentny dom będzie generował 50 GB danych każdego dnia.” – analizuje Marcin Kotarski z Rettig Heating i dodaje: – „Te innowacje są jak cyfrowe suplementy, które są niezbędne do rozwoju całego rynku inteligentnych rozwiązań dla domu. Bez nich i wiedzy jak je ze sobą połączyć żadna firma nie odniesie sukcesu.”

Mały ZUS – deklaracje tylko do 8 stycznia 2019

Wraz z początkiem 2019 roku małych przedsiębiorców czeka niezwykle pozytywna zmiana dotycząca składek ZUS. Od 1 stycznia 2019 roku osoby prowadzące działalność gospodarczą od co najmniej 2 lat, których przychód nie przekroczył jednocześnie w 2018 roku 63 tys. zł, będą mogli skorzystać z preferencyjnych składek na ubezpieczenie społeczne oraz Fundusz Pracy, uzależnionych od wysokości przychodów. Dzięki nowym zasadom część przedsiębiorców może płacić na ZUS o połowę mniej niż dotychczas, a nawet – w uzasadniach okolicznościach – 558 zł zamiast 1320 zł miesięcznie!

Co WAŻNE – przedsiębiorcy chcący skorzystać z ulgi, zobowiązani są złożyć odpowiednią deklarację w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych tylko do 8 stycznia 2018 roku! Eksperci Aforti przypominają jednocześnie główne założenia odnośnie zmian w przepisach dotyczących  składek na ZUS.

Nowe przepisy zakładają możliwość wpłat mniejszych kwot na ZUS niż obowiązująca aktualnie, zryczałtowana składka na poziomie ok. 1320 zł miesięcznie. Po skorzystaniu z preferencyjnych warunków przedsiębiorcy będą mogli opłacać składki na ubezpieczenie społeczne i Fundusz Pracy w wysokości uzależnionej od wartości osiągniętych przychodów.

Dla kogo niższy ZUS?

Nowe, niższe składki na ZUS będą mogli opłacać:

  • Osoby fizyczne prowadzące jednoosobową, pozarolniczą działalność gospodarczą, których roczny przychód nie przekracza 30-krotności minimalnego wynagrodzenia za pracę. Oznacza to, że
    w roku 2019 z niższych składek będą mogły skorzystać te firmy, których roczny przychódza 2018  rok nie przekracza 63 tys. zł
  • Wskazani powyżej przedsiębiorcy, którzy jednocześnie prowadzili działalność gospodarczą w 2018 roku przynajmniej przez okres 60 dni

Niższy ZUS nie dla wszystkich przedsiębiorców!

Eksperci Aforti Collections przypominają jednocześnie, że nie wszyscy przedsiębiorcy, których przychód w 2018 roku nie przekroczył kwoty 63 tys. zł będą mogli skorzystać z niższego ZUSu. W szczególności nowe przepisy – uzależniające wysokość składek ZUS od przychodu – nie dotyczą:

  • osób rozliczających podatek w formie karty podatkowej oraz korzystających z podmiotowego zwolnienia z VAT
  • osób podlegających ubezpieczeniom społecznym lub ubezpieczeniu zdrowotnemu także z tytułu innej, pozarolniczej działalności (np. jako wspólnik spółki jawnej)
  • przedsiębiorców wykonujących działalność gospodarczą na rzecz byłego pracodawcy, w tym samym zakresie, w jakim świadczyli pracę na podstawie umowy o pracę
  • przedsiębiorców korzystających już z preferencyjnych składek ZUS, tj. składek od zadeklarowanej kwoty nie niższej niż 30% minimalnego wynagrodzenia

Jaki przychód, taka składka na ZUS

Nowe przepisy zakładają jedynie uzależnienie od wysokości przychodów przedsiębiorcy składki na ubezpieczenie społeczne oraz składki na Fundusz Pracy. Nie dotyczą tym samym składki zdrowotnej, której wysokość pozostaje taka sama, jak dotychczas.

Zgodnie z nowym systemem, podstawę wymiaru składek stanowić będzie średni miesięczny przychód przedsiębiorcy, uzyskany w 2018 roku, pomnożony przez ustalony w ustawie współczynnik.

Przeciętny miesięczny przychód ustalany będzie według następującej zasady:

  • (Roczny przychód z roku poprzedniego / Liczba dni prowadzenia działalności w roku poprzednim) x 30

Z kolei wspomniany wyżej ustawowy współczynnik ustalany będzie zgodnie ze wzorem:

  • (Prognozowane przeciętne wynagrodzenie na dany rok / Minimalne wynagrodzenie obowiązujące w styczniu danego roku) x 0,24

W praktyce przelicznik składek ZUS dla małych przedsiębiorców będzie wyglądał następująco:

  • Przykładowy roczny przychód z działalności gospodarczej: 30 000 zł
    • Przeciętny miesięczny przychód w 2018 roku: [30 000 / (365 – 5)] * 30 = 2 500 zł
    • Prognozowane wynagrodzenie przedsiębiorcy na rok 2019: 4 765 zł
    • Minimalne wynagrodzenie za pracę obowiązujące w styczniu 2019 roku: 2 250 zł
    • Ustawowy współczynnikna rok 2019: (4765 / 2250) * 0,24 = 0,5083
    • Podstawa wymiaru składek: 2 500 * 0,5083 = 1270,67 zł
  • Przykładowe, dodatkowe okoliczności – zawieszona działalność na okres łącznie 5 dni
  • Dotychczasowa wysokość składek na ZUS – 1320 zł miesięcznie
  • WYSOKOŚĆ SKŁADEK NA ZUS W NOWYM SYSTEMIE – ŁĄCZNIE 778 zł miesięcznie, czyli mniej o 542 zł miesięcznie, a tym samym o 6 504 zł rocznie (dla przytoczonego przykładu)!
    • składka emerytalna:            19,52% * 1270,67 = 248,03 zł
    • składka rentowa:                  8,00% * 1270,67 = 101,65 zł
    • składka chorobowa:              2,45% * 1270,67 = 31,13 zł
    • składka wypadkowa:            1,67% * 1270,67 = 21,22 zł
    • składka na Fundusz Pracy:  2,45% * 1270,67 = 31,13 zł
    • składka zdrowotna (w dotychczasowej wysokości): ok. 345 zł

Co ważne, indywidualnie ustalona wysokość składek na ZUS będzie obowiązywała osobę prowadzącą działalność gospodarczą przez wszystkie miesiące 2019 roku. Eksperci Aforti Collections podkreślają ponadto, że ustawowego współczynnika przedsiębiorca nie będzie musiał obliczać samodzielnie, gdyż jego wartość będzie corocznie publikowana przez Prezesa ZUS.

Jednocześnie, zgodnie z nowymi przepisami, składki na ZUS nie mogą być niższe niż wysokość składek preferencyjnych, opłacanych przez nowych przedsiębiorców w okresie pierwszych dwóch lat prowadzenia działalności. Z kolei górną granicę składki liczonej od przychodu stanowi wartość normalnych składek ryczałtowych. Dla przykładu, w 2019 roku składki ZUS liczone od przychodu oscylować będą w przedziale między 558 zł a 1320 zł, a nowa wartość składek ZUS na rok 2020 rok zostanie ustalona po upływie kolejnych 12 miesięcy, na podstawie przychodów osiągniętych przez przedsiębiorcę w roku 2019.

Niższe składki na ZUS nie na zawsze

Eksperci Aforti Collections przypominają, że składki na ZUS uzależnione od przychodu nie będą przysługiwały bezterminowo. Uchwalona przez Sejm ustawa zakłada bowiem, iż przywilej ten będzie przysługiwać jedynie przez 36 miesięcy zawierających się w okresie kolejnych 60 miesięcy. Oznacza to, że przedsiębiorca może opłacać składki ZUS od przychodu przez okres 3 lat, po czym traci prawo do korzystania z tego przywileju i zobligowany jest – przez okres kolejnych 2 lat – do opłacania składek w normalnej wysokości. Co istotne – po upływie wskazanych 2 lat może nastąpić ponowne uzależnienie składek ZUS od przychodu.

Mniejszy ZUS – finansowy oddech dla najmniejszych przedsiębiorców

Według ekspertów Aforti Collections nowy system naliczania składek ZUS – bez względu na związane z nim ograniczenia – przyniesie z pewnością znaczącą ulgę finansową najmniejszym przedsiębiorcom, którzy nie zawsze byli w stanie wygenerować przychód pozwalający na opłacenie pełnych składek, nie wspominając o zyskach. Uzależnienie wysokości wpłat na ubezpieczenie społeczne i Fundusz Pracy od osiąganego przychodu może okazać się zatem niezwykle skutecznym narzędziem we wzmacnianiu kondycji finansowej przedsiębiorców z sektora MSP, a tym samym ogólnej koniunktury gospodarczej w kraju, za którą odpowiadają nie tylko wielkie koncerny, ale w znaczącej mierze również mikro, mali i średni przedsiębiorcy, do których to właśnie skierowana jest nowelizacja przepisów w zakresie składek ZUS.

Agnieszka Baran-Płomińska, Prezes Zarządu Aforti Collections / Grupa AFORTI

Data Management Platform, czyli sztuka monetyzowania danych

Każdy z nas zostawia po sobie cyfrowy ślad. Począwszy od profilu na Facebooku, a kończąc na formularzach rejestracyjnych i systemach szybkich płatności on-line. Tak tworzy się gigantyczna ilość danych, którymi codziennie zapełniamy bazy e-sklepów, portali internetowych i serwisów randkowych. W dzisiejszych czasach  ich posiadanie jest niezwykle istotne dla wszystkich działów marketingu i sprzedaży. Sztuką jest jednak odpowiednia analiza i zmonetyzowanie tych danych. Od lat pomagają w tym platformy DMP (Data Management Platform).

Czym jest DMP?

Grzegorz Sławatyński
Grzegorz Sławatyński, CEO Data Exchanger

DMP to zaawansowane oprogramowanie gromadzące i przetwarzające dane, które mogą zostać wykorzystane w działaniach marketingowych lub do celów analitycznych. DMP pozwala na zebranie możliwie największej ilości danych na temat naszych obecnych lub potencjalnych klientów. Dzięki tej platformie możemy zidentyfikować potrzeby klientów, np. analizując ich zachowanie na naszej stronie. Jeśli użytkownik często ogląda dany produkt w serwisie, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że go potrzebuje. W identyfikacji potrzeb klientów pomogą też zewnętrzne źródła informacji. Na przykład: użytkownik jest naszym klientem, ale nie odwiedza naszej strony, natomiast z zewnętrznych danych wiemy, że poszukuje zagranicznej wycieczki. Taka informacja może trafić do nas i jeśli jesteśmy np. biurem podróży, możemy wysłać odpowiedni komunikat poprzez kampanię online, mailing lub kontakt telefoniczny.

Bardzo ważnym elementem DMP są wszelkie dane. Nawet takie, które z naszego punktu widzenia mogą być mało przydatne. I tutaj pojawia się kolejna ważna funkcja platformy – analityka. Pozwala ona w gąszczu informacji, które posiadamy na temat naszych użytkowników, wyselekcjonować te istotne dla nas. Dzięki temu możemy m.in. zidentyfikować przyszłe potrzeby klientów. Na przykład, jeśli użytkownicy kupują sofę, może się okazać, że większość z nich kupi również w najbliższym czasie stolik. Posiadając taką wiedzę, możemy kierować dopasowane komunikaty odpowiednio wcześnie, aby użytkownik dokonał zakupu u nas. Analityka i dane pozwalają dowiedzieć się, dlaczego użytkownicy porzucają koszyki zakupowe czy w którym momencie rezygnują z zakupu. Jeśli posiadamy dostateczną ilość danych oraz dysponujemy odpowiednią analityką, możemy wiele powiedzieć na temat naszych użytkowników, ich zachowań i historii zakupowych.

Skąd pochodzą dane?

Ich źródłem może być dosłownie wszystko. Począwszy od 1st party data, czyli informacji pochodzących z własnej strony www, aplikacji mobilnej, sklepu internetowego, subskrypcji, kampanii lub systemu CRM. Drugim bardzo ważnym źródłem są dane zewnętrzne – 3rd party data. Pochodzą one, na przykład, z różnych stron www. Pozwalają dostarczyć większą liczbę informacji na temat naszych użytkowników, np. o demografii, geolokalizacji, zainteresowaniach, dochodach, historii zakupów i wyszukiwań w internecie. Analizując zachowanie użytkowników w sieci możemy dowiedzieć się, że poszukują np. nowego samochodu (czytając fora motoryzacyjne i ogłoszenia). Z kolei 2nd party data to dane, które możemy zdobyć w agencji reklamowej, domu mediowym, czy u wydawcy stron www. Dzięki temu źródłu zwiększymy zasięg reklamy o nowych odbiorców. DMP pozwala łączyć dane offline z online. Mogą to być informacje z CRM, sprzedażowe czy dane o zanieczyszczeniu powietrza w danym regionie (pozwala na wysłanie odpowiednich komunikatów do użytkowników).

DMP dla wydawców

DMP to doskonałe środowisko dla marketerów i reklamodawców. Oferuje im dotarcie do właściwego targetu, personalizację i efektywność kampanii przy jak najniższych kosztach (wskaźnik ROI). Platforma ta stała się również istotnym narzędziem analitycznym dla wydawców stron internetowych. Jakie korzyści przynosi im analiza użytkowników i segmentacja w DMP? Przede wszystkim podniesienie wskaźnika konwersji na stronie, czyli efektywniejsze zrealizowanie jakiegoś celu. Wyższa konwersja może dotyczyć np.: większej liczby rejestracji kont, subskrypcji newsletterowych i wejść na ważną podstronę. Dla właścicieli e-sklepów lepsza konwersja to po prostu zwiększenie ilości dokonanych zakupów. Dobrze przeprowadzona analiza zachowań użytkowników strony, pozwoli jej wydawcy dokonać zmian, które zaowocują dłuższymi sesjami i mniejszym współczynnikiem odrzuceń. Coraz częściej dane o użytkownikach sieci wykorzystywane są do personalizowania treści serwisów. Przykład? Młody mężczyzna wchodzi na stronę główną portalu aukcyjnego i automatycznie dostaje ofertę na zakup smartfonu, motocykla lub opon zimowych.

Można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że pojawienie się platform DMP miało wielki wpływ na współczesny e-biznes. Narzędzie to pozwoliło także wielu małym firmom poznać, ale także zrozumieć, kim jest ich klient i czego oczekuje. Technologia ta otworzyła nowe możliwości dla marketerów i handlowców. Jej odpowiednie wykorzystanie jest drogą do skutecznej sprzedaży.

Grzegorz Sławatyński, CEO Data Exchanger

Zmiany na rynku akcji nie przekładają się na wzrost zmienności na rynku walutowym

Rynek papierów udziałowych w ostatnim czasie charakteryzuje się znaczną zmiennością. Główne waluty i złoty pozostają jednak względnie stabilne.

Dość zaskakująca jak na okres świąteczny, wysoka zmienność rynku akcji nie przełożyła się na istotniejsze zmiany na rynku walutowym. Był jednak jeden wyjątek – 3 stycznia brak płynności na rynku w Tokio (ze względu na obchodzone tam święto) doprowadził do gwałtownej aprecjacji jena japońskiego, który w ciągu dosłownie kilku sekund zdołał umocnić się względem niemal wszystkich walut G10, tylko po to, żeby natychmiast utracić większość osiągniętych zysków. W okresie świątecznym jen umocnił się w relacji do walut G10, niemniej funt brytyjski, euro i dolar amerykański utrzymały się na poziomie podobnym do tego, na jakim rozpoczynały przerwę świąteczną.

Najistotniejszą zmianą, którą przyniósł okres świąteczny, było obniżenie oczekiwań inwestorów co do dalszych działań Rezerwy Federalnej. Obecnie rynki nie oczekują ani jednej podwyżki stóp procentowych w bieżącym roku. Z kolei pod koniec roku w pewnym niewielkim stopniu wyceniają one nawet obniżkę stóp Fedu. Uważamy ten pogląd za raczej sprzeczny z dość dobrymi odczytami danych w Stanach Zjednoczonych, czyli chociażby piątkowym raportem z amerykańskiego rynku pracy. Oczekujemy zatem, że w najbliższym czasie dojdzie do częściowej zmiany poglądu rynku i częściowego cofnięcia ostatnich zmian.

 

W najbliższym czasie istotniejsze od danych makroekonomicznych mogą okazać się wieści polityczne: coraz bardziej możliwym wydaje się zawarcie porozumienia w handlu między Stanami Zjednoczonymi a Chinami, a brytyjski parlament będzie kontynuował dyskusję nad porozumieniem o wyjściu z Unii Europejskiej (Withdrawal Agreement).

 

PLN

Polski złoty zakończył ubiegły tydzień w okolicy poziomu, na którym go rozpoczął zarówno w relacji do euro, jak i dolara amerykańskiego. Jednocześnie waluta osłabiła się w parze z funtem brytyjskim.

 

Miniony tydzień przyniósł dwa dość znaczące zaskoczenia na froncie makro. Po pierwsze, mocno zawiódł indeks PMI dla przemysłu, który spadł z poziomu 49,5 notowanego w listopadzie do zaledwie 47,6 w grudniu. Najniższy odczyt od kwietnia 2013 r. sugeruje wyraźne pogorszenie sytuacji w polskim przemyśle, co budzi dość silne obawy o perspektywy polskiej gospodarki. Odczyt nie oznacza jednak, że ekspansja polskiej gospodarki musi doświadczyć załamania – korelacja między danymi PMI dla przemysłu, a wzrostem PKB jest umiarkowana, a większość pozostałych danych z gospodarki pozostaje dobra.

W minionym tygodniu zaskoczyła również inflacja – dynamika CPI w grudniu wyniosła 1,1% w ujęciu rocznym, tym samym była najniższa od dwóch lat i wyraźnie niższa niż cel inflacyjny banku centralnego. Nie oznacza to jednak, że Rada Polityki Pieniężnej zacznie rozważać obniżki stóp procentowych – ostatnie zmiany dynamiki cen w istotnym stopniu związane są ze zmianami cen żywności i energii, a nie silnymi zmianami wewnętrznymi. W związku z tym RPP prawdopodobnie jedynie utwierdzi się w swoim stanowisku, że jeszcze nie nadszedł moment, w którym należałoby zacząć rozważać podwyżki stóp procentowych.

 

W tym tygodniu warto zwrócić uwagę na środowe spotkanie Rady Polityki Pieniężnej. Inwestorzy będą czekali na ocenę perspektyw zmian w polityce monetarnej w kontekście ostatnich odczytów inflacji.

GBP

Uwaga rynku obecnie zwrócona jest przede wszystkim na brytyjski parlament, który po przerwie świątecznej będzie kontynuował debatę nad umową określającą warunki wyjścia Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej. Oczekuje się, że pierwsze głosowanie odbędzie się już za tydzień, a w jego wyniku Withdrawal Agreement w obecnym kształcie najpewniej zostanie odrzucony. Najważniejszym pytaniem jest, czy przewaga głosów będzie na tyle duża, żeby premier May rozpoczęła próbę negocjacji dodatkowych ustępstw ze strony Unii Europejskiej. W tym momencie krótkie pozycje na funcie brytyjskim są jednocześnie bardzo popularne wśród inwestorów. W związku z tym, w przypadku jakichkolwiek pozytywnych wieści na temat Brexitu możemy spodziewać się dość gwałtownej aprecjacji szterlinga.

EUR

W ostatnich tygodniach wskaźniki sentymentu w strefie euro wskazały na słabość europejskich gospodarek. Indeksy aktywności biznesowej PMI we wszystkich sektorach odnotowywały wyraźne spadki – niemniej wciąż pozostają na poziomach, które sugerują ekspansję. Ciężko stwierdzić, w jakim stopniu zmiany indeksów odzwierciedlają negatywną atmosferę związaną z sytuacją Włoch, Brexitem, a także słabym sentymentem na rynku papierów udziałowych. Zanim jednak zdecydujemy się na zmianę prognoz dla wspólnej europejskiej waluty jak i całej strefy euro, będziemy chcieli zaczekać na publikacje makroekonomiczne dla bloku walutowego. W najbliższym tygodniu nie poznamy wielu istotnych danych makro ze strefy euro, stąd wspólna waluta prawdopodobnie będzie reagowała na informacje z zewnątrz.

USD

Gwałtowna zmiana oczekiwań inwestorów względem perspektyw polityki pieniężnej Rezerwy Federalnej wydają się nam nie do końca uzasadniona. Ostatnie dane z rynku pracy w Stanach Zjednoczonych wskazują na jego wyraźną siłę, kluczowy poziom kreacji miejsc pracy w grudniu był wyraźnie wyższy od zakładanego przez konsensus. Co istotne, widać, że poprawiające się warunki na rynku pracy prowadzą do wzrostu płac. Oznacza to, że w 2019 r. możemy się spodziewać wzrostu wydatków na konsumpcję. Naszym zdaniem obecnie nie ma istotnych sygnałów, które sugerowałyby recesję, w związku z czym sądzimy, że do zakończenia obecnego cyklu Rezerwa Federalna może podnieść stopy procentowe jeszcze jeden lub dwa razy, do poziomu 2,5-2,75%. Dość stabilny, ale niski poziom stóp procentowych powinien stanowić pewne wsparcie dla aktywów uznawanych za ryzykowne, w tym dla szczególnie słabo radzących sobie walut gospodarek wschodzących.

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

FED ugina się pod naciskiem Trumpa. Izba Gmin przegłosuje Brexit

Naciski przynoszą efekty. Polityka FED-u, przynajmniej w deklaracjach jego prezesa, łagodnieje. Brytyjczycy 15 stycznia zdecydują czy obecna umowa brexitowa zostanie zaakceptowana.

Presja na FED coraz skuteczniejsza

Naciski od samego prezydenta USA na Rezerwę Federalną przynoszą efekty. Jerome Powell, szef FED, zapowiedział możliwość złagodzenia podejścia do polityki monetarnej. Co to oznacza w praktyce? Najprawdopodobniej jest to zapowiedź wolniejszego wzrostu stóp procentowych w przyszłości lub nawet powstrzymania fali podwyżek. Drugą ważną kwestią, którą z punktu widzenia rynku robi FED to umarzanie części swoich środków. Wygenerował on imponującą sumę 3,5 biliona dolarów od początku kryzysu. Są to środki, za które kupowano aktywa z rynku. Obecnie część z nich jest wciąż reinwestowana, ale część nie i jest umarzana. To właśnie brak części z nich na rynkach zdaniem części analityków jest powodem ostatnich problemów amerykańskiej giełdy. Tutaj również wedle zapowiedzi szefa FED podejście jest elastyczne. Jeżeli uznają oni proces ten za problem mogą go spowolnić lub nawet wstrzymać. Co to oznacza dla rynków walutowych? Więcej środków na rynku oraz wolniej od oczekiwań rosnące stopy powinny osłabiać dolara. Pytanie ile z tego już jest zawarte w cenach.

Izba Gmin głosuje nad Brexitem

Przekładane głosowanie w sprawie umowy brexitowej ma odbyć się 15 stycznia. Temat był przenoszony na później, gdyż rząd szukał poparcia bojąc się porażki w głosowaniu. Co ciekawe projekt ma dwa problemy. Przeciwnicy brexitu deklarują, że będą głosować przeciw, bo nie chcą opuszczać struktur unijnych. Z kolei wśród konserwatystów popularny jest pogląd, że lepiej wystąpić bez wynegocjowanych warunków w ogóle niż na tych, wynegocjowanych przez ekipę Theresy May. Głosowanie zapowiada się zatem na porażkę rządu, chyba że doszło gdzieś do porozumienia. Jaki wpływ będzie mieć to na rynki walutowe? Przegrane głosowanie powinno zwiększyć znacząco zmienność na funcie. Jeżeli dojdzie.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych brak ważnych odczytów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Jak łatwo wykreować cenę kryptowaluty

Użytkownicy dwóch platform społecznościowych manipulowali cenami ponad 300 kryptowalut, w tym także bitcoina. Mediana wzrostów cen z tego tytułu wynosiła nawet ponad 20 proc. – pisze Bartosz Grejner, analityk rynkowy Cinkciarz.pl.

Chociaż w końcówce 2018 r. ceny kryptowalut znacznie spadły w relacji do stanu sprzed 12 miesięcy, to prób oszustw z wykorzystaniem wirtualnych walut było nadal wiele. Manipulacjami zajmowały się m.in. amerykański Departament Sprawiedliwości oraz SEC (odpowiednik polskiego KNF). Z tematem zmierzyli się też naukowcy z uniwersytetów w Nowym Meksyku, Tulsie i Tel Avivie, w badaniu pt. „Ekonomia schematów pompuj i porzuć na kryptowalutach”.

Przeanalizowali oni dane z dwóch platform społecznościowych: Telegram (aplikacja do komunikacji) oraz Discord (usługa do rozmów głosowych i tekstowych, bardzo popularna wśród graczy gier komputerowych). Obie usługi cieszą się bardzo dużym zainteresowaniem, korzysta z nich odpowiednio 130 i 200 milionów użytkowników. Z danych zebranych w okresie od stycznia do lipca 2018 r. zidentyfikowali oni 4818 sygnałów typu „pompuj i porzuć” (ang. „pump and dump”) – 3767 na Telegramie i 1051 na Discordzie. Schemat tej manipulacji polega na sztucznym pompowaniu ceny i sprzedawaniu tanio zakupionego instrumentu po wysokiej cenie, zanim ona z powrotem spadnie. We wspomnianym okresie, tylko na tych dwóch platformach, problem ten dotknął nieco ponad 300 kryptowalut (z istniejących obecnie ok. 2 tys.).

Im mniejsze, tym łatwiejsze

W dużej części przypadków użytkownicy nie kryli się specjalnie z używaniem słowa „pump” czy „dump”, pokazując jasno swoje intencje. Kanały te często miały także płatne plany członkowskie. Umożliwiały one użytkownikom otrzymanie dokładnych informacji, kiedy i gdzie nastąpi pompowanie ceny z większym wyprzedzeniem. Z reguły następowało ono na 24-48 godzin przed zaplanowaną manipulacją, a już nawet po kilku godzinach publikowali oni wyniki swoich operacji. Wielokrotnie stosowano kolaboracyjne pompowanie ceny (ang. collaboration pump). Na wielu kanałach w tym samym czasie boty publikowały nazwę kryptowaluty w celu zwiększenia obrotu (w efekcie osiągnięcia większego wystrzału ceny).

Taką manipulację tym łatwiej udaje się przeprowadzać, im mniejsza jest wartość rynkowa kryptowaluty. Dane ze wspomnianego na wstępie badania to potwierdzają. Schemat „pompuj i porzuć” najbardziej dochodowy okazywał się wśród kryptowalut, które były poniżej 500. miejsca wg rankingu Coinmarketcap.

Mediana (wartość środkowa) wzrostu cen osiągniętego przy sygnałach z Discorda wynosiła 23,23 proc., a przy tych z Telegrama 18,74 proc. Trudniej uzyskać podobny efekt w przypadku większych kryptowalutach, co nie oznacza, że byłoby to niemożliwe. Niemniej jednak dla 75 największych kryptowalut mediana wzrostu cen po sygnałach z Discorda osiągnęła poziom 3,51 proc., a z Telegrama 4,81 proc.

Bitcoin także ofiarą

Największą kryptowalutą cały czas pozostaje bitcoin, z ponad 50-procentowym udziałem w rynku. Nie chroni go to jednak przed manipulacją cenową. Mimo że tylko 1,7 proc. sygnałów z Discorda i Telegrama dotyczyło bitcoina, pokazuje to, że zjawisko pompowania i porzucania może dotykać każdej kryptowaluty.

Sam schemat „pump and dump” nie wiąże się oczywiście tylko z kryptowalutami. Problem ten od dawna dotyczy także tradycyjnych instrumentów finansowych, notowanych na giełdach, często tzw. penny stocks, czyli akcji spółek, których cena jest niższa od dolara. Dokładnie ten sam typ manipulacji mogliśmy obserwować w filmie pt. „Wilk z Wall Street”, opartym zresztą na autentycznych wydarzeniach. Jeżeli ktoś zagląda w folder spam w swojej skrzynce e-mail, część wiadomości może właśnie dotyczyć tego procederu. Kryptowaluty są na to szczególnie podatne ze względu na cały czas znikomy poziom ich uregulowania, sprzyja temu także rozproszenie notowań na wielu giełdach. Bez względu na ich bieżącą wartość należy mieć na uwadze, że część istotnych ruchów cenowych może być po prostu manipulacją, co tylko podwyższa ryzyko inwestycji, szczególnie w te mniejsze kryptowaluty.

Czeka nas niepewna dekada w branży budowlanej

Mimo boomu w budownictwie, wielu przedstawicieli branży z niepokojem patrzy w przyszłość. 1 na 5 zapytanych ocenia, że w nadchodzących 10 latach sytuacja społeczno-gospodarcza kraju nie będzie sprzyjała rozwojowi branży budowlanej. Najliczniejsza jest jednak grupa firm, które nie są w stanie ocenić, co może im przynieść przyszłość (38 proc.). Optymiści stanowią mniejszość w badaniu (37 proc.) – wynika z raportu EFL „Budownictwo przyszłości. Pod lupą”.

– 10 lat to bardzo długi okres, w którym może mieć miejsce wiele zmian kluczowych dla kondycji branży budowalnej między innymi w zakresie regulacji prawno-podatkowych, związanych z rynkiem pracy czy dotacjami unijnymi. Stąd i prognozowanie nie jest łatwe. Jednak to, co będzie dziać się w otoczeniu społeczno-gospodarczym, mocno koresponduje z tym, jak zarządzający firmami oceniają własną sytuacją oraz przyszłość. A wniosek z naszego badania nie jest optymistyczny. Zdecydowanie mniej firm ocenia perspektywy rozwoju w przyszłości jako dobre w porównaniu z minioną dekadą. O ile aż 57 proc. podmiotów było zdania, że sytuacja społeczno-gospodarcza w ostatnich 10 latach sprzyjała rozwojowi branży budowlanej w Polsce, to już jedynie 37 proc. wyraziło opinię, że będzie mu ona sprzyjać w ciągu najbliższych 10 lat – zauważył Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Najmłodsi boją się najbardziej

Biorąc pod uwagę wiek firmy, z najmniejszym optymizmem na kolejne 10 lat spoglądają najmłodsi przedstawiciele branży budowlanej. Aż 25 proc. przedsiębiorstw działających na rynku nie dłużej niż 5 lat spodziewa się, że w najbliższej dekadzie sytuacja społeczno-ekonomiczna nie będzie sprzyjać rozwojowi budownictwa. Do tego w tym segmencie firm najliczniejszą grupę stanowią te, które nie podejmują się prognozowania w tej kwestii (42 proc.). Relatywnie w lepszych barwach przyszłość widzą firmy o średnim wieku (11-15 lat) – 39 proc. postrzega przewidywany wpływ jako pozytywny.

Najwięksi najbardziej optymistyczni

Oceny perspektyw rozwoju branży budowlanej w najbliższych 10 latach różnią się również w zależności od wielkości firmy. Najwyższy odsetek podmiotów, które uważają, że sytuacja społeczno-gospodarcza w kraju w nadchodzącej dekadzie będzie sprzyjać rozwojowi branży, zaobserwowano wśród największych podmiotów sektora MŚP (39 proc.). Równocześnie, w tej samej grupie respondentów wyszczególnionej z uwagi na wielkość, zidentyfikowano także najwięcej osób wyrażających obawy w tym zakresie – 23 proc. reprezentantów średnich firm było zdania, iż sytuacja nie będzie sprzyjać rozwojowi budownictwa. Najbardziej niepewne przyszłości są firmy najmniejsze, zatrudniające do 9 pracowników – 41 proc. z nich nie wie, czego się spodziewać.

Najlepsze lata przed budownictwem komercyjnym

Jeśli spojrzymy na specjalizację firmy, na największych optymistów wyrastają podmioty z podsektora budownictwa niemieszkaniowego, czyli zajmujące się biurami, magazynami czy obiektami handlowymi. Zdaniem niemal połowy (47 proc.), sytuacja społeczno-gospodarcza w Polsce w nadchodzących 10 latach będzie sprzyjać rozwojowi branży. Z kolei najliczniej swoje obawy deklarowali przedstawiciele budownictwa inżynieryjnego (mosty, drogi) – zdaniem 28 proc. takich podmiotów nie będzie to dobry okres dla budownictwa (w przypadku budownictwa nie mieszkaniowego ten odsetek wyniósł tylko 13 proc. Natomiast najwięcej firm, które nie wiedzą, co przyniesie im kolejnych 10 lat, odpowiada za budownictwo mieszkaniowe (42 proc.).

TOP5 zagrożeń dla budownictwa

Co w szczególności może zagrozić rozwojowi branży budowlanej w ciągu najbliższych 10 lat? Eksperci EFL wskazują na 5 najważniejszych czynników.

– Po pierwsze, nie ma ludzi do pracy. Przedstawiciele branży nie konkurują o nich tylko między sobą, ale z innymi branżami takimi jak logistyka czy produkcja. W przypadku braku kadry, realizacja wielu projektów może być zagrożona. Po drugie, na rynku budowlanym widzimy już pierwsze symptomy kumulacji inwestycji budowlanych, wywołanej przede wszystkim koniecznością wykorzystania środków z UE przeznaczonych na inwestycje drogowe. W konsekwencji mamy do czynienia ze wzrostem cen materiałów budowlanych i usług, które skutkują odwoływaniem przetargów na roboty budowlane, gdyż nawet najniższe kwoty ofertowe są wyższe od funduszy posiadanych przez inwestora. Dalej, ze względu na wzrost kosztów budowy szefom wielu firm sen z powiek spędzają rozpoczęte wcześniej kontrakty. Pomimo wzrostu przychodów ze sprzedaży usług, firmy skarżą się na malejącą rentowność. Jak wynika z danych Euler Hermes, średnia rentowność przedsiębiorstw budowlanych po I kwartale 2018 roku spadła poniżej 1 proc., podczas gdy w tym samym okresie średnia rentowność sprzedaży polskich firm zbliżała się do 5 proc., a w przemyśle do prawie 7 proc. W końcu, na coraz trudniejszą sytuację w budowlance wpływają zmiany podatkowe. Między innymi odwrócony VAT, który od początku 2017 r. zaczął obowiązywać w branży budowlanej na usługi podwykonawcze, w przypadku wielu mniejszych firm powoduje trudności z utrzymaniem bieżącej płynności finansowej – wskazuje Radosław Woźniak, wiceprezes EFL S.A.

Pełna wersja raportu „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest dostępny pod adresem https://media.efl.pl/reports/16870.

Ósmy raz pod lupą

Raport „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” jest ósmym z kolei opracowaniem z serii „Pod lupą”. Pierwszy charakteryzował kondycję mikro-, małych i średnich firm w Polsce („MŚP pod lupą”, 2011), drugi poświęcony był sytuacji gospodarstw rolnych w Polsce („Agro pod lupą”, 2012). Trzecie opracowanie analizowało finansowe aspekty prowadzenia działalności transportowej w Polsce („Transport pod lupą”, 2013), czwarte – wsparcie młodych na rynku pracy („Młodzi na rynku pracy. Pod lupą”, 2014), piąte – innowacje („Innowacje w MŚP. Pod lupą”, 2015). Szósty raport przedstawiał inwestycje prowadzone przez MŚP w Polsce („Inwestycje w MŚP. Pod lupą”, 2016). Natomiast ubiegłoroczne, siódme wydanie, dotyczyło pokolenia milenialsów („Millenialsi w MŚP. Pod lupą”, 2017).

Raport przekazuje wielostronny obraz obszaru, jakim jest budownictwo, które jest kołem zamachowym gospodarki, stanowiąc trzecie źródło PKB w Polsce. Raport, podobnie jak w poprzednich edycjach, opiera się na badaniach opinii, rozbudowanych o szeroki kontekst problematyki związanej z budownictwem, inżynierią budowlaną, architekturą, urbanistyką i procesami społecznymi w obszarze zamieszkiwania. Źródłem treści są również opracowania branżowe (raporty sektora leasingu, bankowego, budowlanego), dane GUS, a także dostępna publicystyka dotycząca inwestycji infrastrukturalnych i mieszkalnictwa. Raport wzbogacają wywiady ze specjalistami wielu dziedzin wprost lub pośrednio związanych z budowaniem: architektami, urbanistami czy naukowcami.

Metodologia badania:

Badanie „Budownictwo przyszłości. Pod lupą” zostało zrealizowane przez Ecorys Polska na zlecenie EFL S.A. na reprezentatywnej grupie 500 firm z branży budowlanej (budownictwo mieszkaniowe, komercyjne, inżynieryjne, działalność projektowa) dobranych w sposób losowo-kwotowy. 40 proc. stanowili mikroprzedsiębiorcy zatrudniający do 9 osób, tyle samo mali przedsiębiorcy zatrudniający do 49 osób, a 20 proc. średni przedsiębiorcy z maksimum 249 osobami na pokładzie. Badanie wykonano metodą ilościową, techniką CATI (wywiad telefoniczny) od 7 czerwca do 4 lipca 2018 roku.

Polska będzie dla Ukraińców tranzytem do Niemiec

Jak polscy przedsiębiorcy mogą złagodzić skutki otwierania się niemieckiego rynku pracy?

Wielu przedsiębiorców w Polsce z obawą czekało na decyzję rządu Angeli Merkel w sprawie otwarcia niemieckiego rynku pracy. 19 grudnia 2018 r., rząd w Berlinie zatwierdził projekt nowej ustawy, która m.in. ogranicza przeszkody formalne w zatrudnianiu pracowników z krajów spoza UE. Na szczęście dla polskiej gospodarki, projekt musi przejść jeszcze ścieżkę legislacyjną i nowe prawo wejdzie w życie 1 stycznia 2020 r. Polscy przedsiębiorcy mają więc rok na przygotowanie się na ewentualny odpływ pracowników
z Ukrainy. To, że on nastąpi, jest pewne. Pytanie tylko, w jakim stopniu i jak możemy go zminimalizować. Stawką jest nawet 1,6 proc. PKB.

ZIEMIA (NIE) OBIECANA

Niemiecka gospodarka dotkliwie odczuwa brak rąk do pracy, a zwłaszcza brak specjalistów. Nowa ustawa ma ułatwić ich pozyskanie, głównie z Ukrainy. Na pierwszy rzut oka, otwarcie niemieckiego rynku pracy to obietnica świetlanej przyszłości dla Ukraińców. Na przeszkodzie stoi jednak nadal kilka barier, które mogą  spowolnić exodus.

Pierwsza, to roczny proces wdrożenia nowej ustawy, która ma scalić około 50 różnych regulacji. W dodatku, nowe prawo ma obowiązywać tylko 2,5 roku. Jeśli Bundestag uzna, że jest więcej minusów niż plusów, to ustawy nie przedłuży. Tym samym pryśnie perspektywa dłuższego zarobku, który mógłby zrekompensować wysokie koszty utrzymania w Niemczech. Niemieckie urzędy będą także weryfikować posiadane doświadczenie zawodowe. System kształcenia zawodowego w Niemczech jest specyficzny i znacznie odbiega od systemów funkcjonujących w innych krajach. Uznanie  kwalifikacji może nie być takie proste. Do otrzymania wizy uprawniającej do półrocznego pobytu w Niemczech i poszukiwania pracy, potrzebne będzie też odpowiednie wykształcenie (wyższe lub zawodowe) i znajomość języka niemieckiego.

Ta ostatnia jest drugą, bardzo ważną barierą. Język polski jest podobny do ukraińskiego, co pozwala Ukraińcom na podjęcie w Polsce pracy „od ręki”. Lepsza znajomość polskiego i odpowiednie kwalifikacje, dają zaś możliwość podjęcia bardziej specjalistycznej pracy, a nawet na stanowiskach kierowniczych. Niemieccy pracodawcy nie są tak elastyczni.

Z naszego doświadczenia w zatrudnianiu Polaków w dużych przedsiębiorstwach w Niemczech wiemy, że niemieccy pracodawcy nie stosują specjalnych taryf ulgowych wobec cudzoziemców, którzy przyjeżdżają do nich do pracy. Od pierwszego dnia traktują ich tak, jak każdego nowego niemieckiego pracownika i oczekują znajomości języka niemieckiego przynajmniej na poziomie B2. Mieliśmy nawet taki przypadek, że na stanowisko kierowcy wymagany był płynny niemiecki. – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w agencji zatrudnienia Trenkwalder.

Taryfy ulgowej może nie być również w organizacji pracy i życia w Niemczech, bo niemieccy pracodawcy oczekują samodzielności.

– W Polsce nauczyliśmy pracowników z Ukrainy „prowadzenia za rękę” od pierwszego dnia pobytu. Oprócz zapewnienia zakwaterowania oraz formalności związanych z legalizacją pobytu, pracownik z Ukrainy często otrzymuje wsparcie dwujęzycznego koordynatora, który pomoże mu się wdrożyć. W efekcie brak znajomości języka polskiego nie jest przeszkodą. – twierdzi Daniel Sola, kierownik projektów międzynarodowych w Trenkwalder. Z tego co wiem, na ten moment, niemieccy pracodawcy nie oferują zaplecza mieszkaniowego, a formalności związane z meldunkiem są skomplikowane. Nie ma także koordynatorów wspierających, a jeżeli są to raczej w ograniczonej ilości. Czas pokaże, czy w ciągu roku niemieccy pracodawcy przygotują podobne udogodnienia, jak w Polsce.  – dodaje Daniel Sola.

TRANZYT DO NIEMIEC

Pracownik z Ukrainy potrzebuje określonego czasu, aby zebrać pieniądze i pozwolić sobie na wyjazd do Polski. Na wyjazd do Niemiec potrzebne są dużo większe środki. Dlatego, nawet od stycznia 2020 r., raczej nie musimy obawiać się natychmiastowego odpływu ukraińskich pracowników.

– Spodziewamy się, że Polska stanie się miejscem tranzytowym dla pracowników z Ukrainy. Przez kilka miesięcy będą zarabiać u nas na wyjazd do Niemiec. Prawdopodobnie, stąd będą też szukać ewentualnego zatrudnienia w Niemczech. Nie mówimy więc o masowych wyjazdach, ale o stopniowym procesie. – podkreśla Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder.

Sami Ukraińcy pracujący w Polsce także nie zakładają scenariusza exodusu.

Wiele osób jest zainteresowanych ułatwieniami, jakie planuje rząd niemiecki, kuszą wyższe zarobki, ale Ukraińcy sami ostrożnie podchodzą do tego tematu i nie wyobrażam sobie, aby masowo wyjeżdżali w ciemno do Niemiec, jak tylko ten kraj otworzy im granice. Wiąże się to ze znacznie wyższymi kosztami, a przecież zanim ktoś znajdzie sobie pracę, to musi się wcześniej utrzymać, zapłacić za mieszkanie, tym bardziej, że Ukraińcy przebywający przez pierwszy okres na terenie Niemiec, nie mogą liczyć na wsparcie socjalne. Stąd przewiduję, że na początku będą wyjeżdżały pojedyncze osoby, a gdy się zaaklimatyzują, to będą rekomendować znajomym. – mówi Ihor  Brekhnich, koordynator zatrudniana obcokrajowców w Trenkwalder.

Dziś czas działa jeszcze na korzyść polskiego rynku pracy, nie oznacza to jednak, że polscy pracodawcy mogą spać spokojnie. Już teraz należy podjąć kroki, które pomogą minimalizować odpływ pracowników z Ukrainy.

JAK PRZYGOTOWAĆ SIĘ NA OTWARCIE NIEMIECKIEGO RYNKU?

Chociaż zdarza się, że pracownicy z Ukrainy zarabiają w Polsce więcej niż Polacy na tym samym stanowisku, to nadal nie jesteśmy w stanie konkurować wynagrodzeniem z niemieckimi pracodawcami.

Minimalne wynagrodzenie w euro, styczeń 2018 Polska Niemcy
480 1498

Źródło: Eurostat, luty 2018 (płaca minimalna w euro:  styczeń 2018) 

Co w takiej sytuacji mogą zrobić polscy przedsiębiorcy, żeby zatrzymać pracowników z Ukrainy?

Moim zdaniem nie ma sposobu na zatrzymanie pracownika, dla którego najważniejsze jest wynagrodzenie. A jest to większość niewykwalifikowanych pracowników produkcyjnych. Niemcy oferują wynagrodzenie  trzykrotnie wyższe niż w Polsce. Możemy natomiast powalczyć o pracowników wykwalifikowanych – specjalistów. Warto zaproponować im umowę na dłuższy okres lub na stałe, pomoc w osiedleniu się i sprowadzeniu rodziny. – mówi Ewelina Glińska-Kołodziej, dyrektor operacyjny w Trenkwalder.

Polskim przedsiębiorcom może pomóc mniejsza biurokracja. Chociażby usprawnienie wydawania dokumentacji. I tu apel do rządu i urzędników, bo dzisiaj proces legalizacji zatrudnienia, w zależności od urzędu, trwa nawet kilka tygodni. To czas, w którym ani pracownik, ani jego przyszły pracodawca nie zarabiają. Dla obywateli z Ukrainy to kluczowe, aby nie tracić czasu, ani nie ponosić niepotrzebnych kosztów w oczekiwaniu na podjęcie legalnej pracy w Polsce.

Ważnym argumentem do pozostania w Polsce może być również poczucie stabilizacji i informacja o perspektywie stałego zatrudnienia.

Pracodawcy, którzy chcieliby zatrudnić pracownika z Ukrainy na dłuższy czas, powinni jak najszybciej wystąpić o pozwolenie na pracę na długie okresy. To pomoże zatrzymać pracowników. Jednak wiemy, że dla wielu polskich firm procedury legalizacji pobytu oraz zatrudnienia są skomplikowane i czasochłonne. Do Trenkwalder zgłasza się coraz więcej pracodawców, którzy zlecają nam wykonanie tych czynności w ich imieniu. – mówi  Ewelina Glińska-Kołodziej.

Pracodawcy, którzy zatrudniają na krótkie okresy, czyli od trzech do sześciu miesięcy, mogą faktycznie mieć w przyszłości problemy kadrowe. Podobnie przedsiębiorcy, którzy oferują najniższe wynagrodzenia i już dziś mają dużą rotację wśród pracowników z Ukrainy. Ci powinni już teraz zastanowić się czy nie warto pomyśleć o pracownikach z bardziej odległych lokalizacji np. Bangladeszu lub Nepalu. Decyzję należy podejmować szybko, bo sam czas oczekiwania na wizy dla pracowników z tych krajów to nawet dziesięć miesięcy.

Prognozy inwestycyjne na 2019 rok – analitycy TMS Brokers S.A.

Rok 2018 zamyka się wysokim poziomem niepewności o perspektywy globalnej gospodarki i kierunek, w którym podążają rynki. Jak jednak wynika z raportu „Prognozy inwestycyjne 2019 – czy to już bessa?” przygotowanego przez TMS Brokers, nastroje już wkrótce mogą się poprawić. Eksperci w nowym roku upatrują wzrostów, m.in. wśród instrumentów takich jak złoto czy ropa naftowa WTI.

Wiele pytań o kondycję globalnej gospodarki wciąż pozostaje bez odpowiedzi, w tym te związane z protekcjonizmem w polityce handlowej, Brexitem, czy faktycznym stanem ekonomii Chin. To od nich w dużej mierze zależą decyzje podejmowane przez inwestorów w nowym roku. Jak wynika z publikacji TMS Brokers „Prognozy inwestycyjne 2019 – czy to już bessa?”, choć obecne nastroje nie są zbyt optymistyczne, koniec roku może zaowocować ich poprawą.

Konrad Białas– Pomimo trudnego czwartego kwartału, nie obserwujemy niekontrolowanej paniki na rynkach. To sugeruje, że inwestorzy nie porzucają wizji uspokojenia i wyjścia globalnej gospodarki z przejściowego dołka. Uważam, że światowa gospodarka jest w lepszej kondycji niż można sądzić po nerwowości rynków finansowych. Jednak aby zacząć myśleć optymistycznie, konieczne jest wyklarowanie sytuacji wokół najważniejszych źródeł niepewności – mówi Konrad Białas, główny ekonomista w TMS Brokers.

Instrumenty, na jakie warto zwrócić uwagę w kontekście możliwych wzrostów w 2019 roku to przede wszystkim złoto, ropa naftowa WTI oraz wybrane pary walutowe, w tym m.in. EUR/USD.

Po fatalnym roku na rynku metali szlachetnych, tegoroczny trend ma szansę się odwrócić. Analitycy upatrują wzrostów cen złota w spadającej rentowności obligacji skarbowych USA oraz ewentualnych turbulencjach na giełdach. Nie bez przyczyny kruszec nosi miano „bezpiecznej przystani”.

W przypadku ropy naftowej WTI, obecny pesymizm może odwrócić się wraz ze słabnięciem obaw o gigantyczną nadpodaż surowca. Wiąże się to z niestabilnością w państwach takich jak Angola, Nigeria, Libia czy Wenezuela.

Jeśli chodzi o pary walutowe, w przypadku EUR/USD, wzrost rentowności europejskich obligacji będzie zachęcać do powrotu kapitału inwestycyjnego na rynki Europy, ciągnąc euro do góry. Analitycy przewidują, że Europejski Bank Centralny zdecyduje się na podniesienie kosztu pieniądza we wrześniu 2019 r., ale rynek walutowy będzie się na to szykował jeszcze w drugim kwartale, budując popyt na euro.

Bartosz Sawicki TMSW raporcie „Prognozy inwestycyjne 2019 – czy to już bessa?” znalazły się również analizy związane z możliwymi spadkami. – W 2019 roku spodziewamy się kontynuacji turbulencji na rynkach giełdowych. Słabszy globalny wzrost i mniej korzystna polityka pieniężna głównych banków centralnych to główne argumenty za słabością koszyka tzw. emerging markets. W rezultacie, po silnych wzrostach w 2018 roku, pod szczególnie mocną presją może znaleźć się brazylijski rynek akcji – podkreśla Bartosz Sawicki, Kierownik Departamentu Analiz w TMS Brokers.

Jak zatem będzie wyglądać ogólna kondycja globalnej gospodarki w 2019 roku? Wzrost gospodarczy w USA powinien znajdować się powyżej średniej, pomimo zaników impulsów fiskalnych. W przypadku globalnego spowolnienia, źródłem ryzyka może natomiast okazać się wysoki deficyt budżetowy USA. W Europie wciąż głównymi punktami zapalnymi pozostają Brexit oraz kryzys we Włoszech. Prawdopodobnie osłabnie wzrost gospodarczy Chin, w związku z cłami nałożonymi przez administrację Donalda Trumpa. Nie można mówić jednak o załamaniu, bowiem chińskie władze dysponują szeroką paletą narzędzi, którymi mogą stymulować gospodarkę.

Więcej informacji na temat stanu światowych gospodarek, a także kluczowych wydarzeń na rynkach w 2019 roku znajduje się w raporcie „Prognozy inwestycyjne 2019 – czy to już bessa?”. Link do pobrania raportu: https://lp.tms.pl/lp,prognozy_2019

Debiut pierwszego polskiego ETF-a

  • Nowy ETF na indeks WIG20TR rozszerza ofertę produktów finansowych GPW 
  • Debiutujący Beta ETF to pierwszy polski ETF na warszawskim parkiecie

Na Głównym Rynku GPW zadebiutował dziś Beta ETF – pierwszy w historii warszawskiego parkietu całkowicie polski fundusz inwestycyjny typu ETF (Beta ETF WIG20TR) stworzony według polskiego prawa oraz utworzony i zarządzany przez polskich ekspertów. Emisję przeprowadził AgioFunds TFI, a oferującym i animatorem jest Dom Maklerski BOŚ. W rozwoju rynku ETF w Polsce, w roli koordynatora, bierze udział Beta Securities Poland.

Niezmiernie cieszy nas dzisiejszy debiut. Gratulujemy AgioFunds TFI oraz Beta Securities stworzenia pierwszego ETF-a fizycznie replikującego WIG20TR. To kolejny krok w rozwoju rynku ETF-ów. Tego typu produkty cieszą się dużą popularnością na światowych rynkach finansowych i podobnie będzie u nas. Liczę, że pojawienie się kolejnego ETF-a na parkiecie przyniesie nam wymierne korzyści w postaci wzrostu zainteresowania ofertą produktów GPW, a także przyciągnie nowych inwestorów krajowych i zagranicznych na naszym rynku kapitałowym. Zależy nam na tym, by kolejne tego typu instrumenty obejmowały także inne spółki spoza WIG20 – mówi Marek Dietl, Prezes GPW.

Beta ETF na indeks WIG20TR to odpowiedź na potrzeby inwestorów. Pozwala w prosty i przejrzysty sposób mieć udział we wzroście wartości i rozwoju największych polskich spółek giełdowych wchodzących w skład indeksu WIG20TR, którego wartość zależy również od dywidend wypłacanych posiadaczom akcji.

To historyczna chwila dla naszego rynku kapitałowego, a rok 2019 będzie rokiem ETF. Notowanie tego instrumentu na GPW czyni go łatwo dostępnym dla wszystkich grup inwestorów. Każdy kto posiada rachunek maklerski będzie mógł swobodnie kupować lub zbywać nasz ETF dokładnie na takich samych zasadach jak kupowane są akcje spółek, z tym że płynność na rynku ETF powinna być znacząco wyższa. Jestem przekonany, że produkt ten zyska wielu zwolenników i na stałe zagości w portfelach inwestorów – mówi Adam Dakowicz, Prezes AgioFunds TFI.

Biorąc pod uwagę trendy światowe Fundusze Beta ETF powinny stać się ważnym składnikiem portfeli inwestorów zainteresowanych płynnymi, nisko-kosztowymi i transparentnymi produktami inwestycyjnymi. Doradcy finansowi i asset managerowie uzyskają szybki i wydajny sposób budowania efektywnych portfeli inwestycyjnych.

Jesteśmy skoncentrowani na dostarczeniu rynkowi przejrzystych i efektywnych kosztowo funduszy typu ETF. Beta ETF WIG20TR jest pierwszym z serii funduszy, nad którymi pracujemy. Dzisiaj inwestorzy otrzymują możliwość prostego i taniego odwzorowania głównego indeksu warszawskiej giełdy. W najbliższym czasie pojawią się nowe propozycje, które z pewnością zainteresują zarówno polskich, jak i zagranicznych inwestorów. Mamy nadzieje, że inwestorzy docenią wysokie standardy zarządzania oraz profesjonalizm animatora – mówi Robert Sochacki, Członek Zarządu Beta Securities Poland.

26 listopada 2018 r. przedstawiciele GPW oraz AgioFunds TFI, Beta Securities Poland i Domu Maklerskiego BOŚ podpisali list intencyjny dotyczący współpracy na rzecz rozwoju nowych produktów na polskim rynku kapitałowym oraz edukacji inwestorów. Elementem współpracy jest debiut Beta ETF.

Cieszymy się, że udało nam się z sukcesem sfinalizować kilkumiesięczny proces przygotowań związanych z wprowadzeniem pierwszego polskiego ETF-a na rynek giełdowy. Wierzę, że dzisiejszy debiut będzie impulsem do rozwoju tego segmentu rynku kapitałowego, w którym chcemy aktywnie uczestniczyć – mówi Radosław Olszewski, Prezes DM BOŚ. – Naszym atutem jest wieloletnie doświadczenie w pełnieniu funkcji zarówno oferującego, jak i animatora. Jako animator będziemy dbać o jak najlepszą płynność, a inwestorom dodatkowo zaoferujemy promocyjną prowizję – dodaje.

ETF, czyli Exchange Traded Fund, to fundusz inwestycyjny notowany na giełdzie, którego zadaniem jest odzwierciedlanie zachowania się danego indeksu giełdowego. Jego funkcjonowanie jest regulowane przepisami unijnymi i krajowymi. Charakteryzuje się możliwością stałej (codziennej) kreacji i umarzania certyfikatów inwestycyjnych. Certyfikaty portfelowego funduszu inwestycyjnego zamkniętego, czyli w rozumieniu Regulaminu Giełdy tytuły uczestnictwa funduszu typu ETF, notowane są na warszawskiej giełdzie na  zasadach analogicznych jak akcje, w szczególności można je swobodnie kupować i sprzedawać, a ich płynność wspierana jest przez animatora.

AgioFunds TFI jest licencjonowanym Towarzystwem Funduszy Inwestycyjnych, działającym na mocy ustawy i pod nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego od 2009 roku. W ofercie Towarzystwa znajduje się kilkanaście funduszy inwestycyjnych otwartych i zamkniętych oraz kilkadziesiąt funduszy dedykowanych zamożnym inwestorom. Wartość aktywów pod zarządzaniem na koniec października wyniosła blisko 7 mld zł. AgioFunds TFI jest w 100% polską, prywatną i niezależną instytucją finansową, niezwiązaną kapitałowo z podmiotami korporacyjnymi rynku finansowego. Aspiracją Towarzystwa jest bycie liderem nowych segmentów rynku inwestycyjnego.

Dom Maklerski Banku Ochrony Środowiska jest jednym z wiodących podmiotów na rynku usług maklerskich w Polsce. Jest wieloletnim liderem rynku kontraktów terminowych, nagradzanym przez prezesa GPW za aktywność i działalność animatora. Biuro zapewnia swoim Klientom dostęp do rynków giełdowych, funduszy inwestycyjnych, rynku energii i rozwiązań emerytalnych. Wspiera inwestorów licznymi szkoleniami, analizami, rekomendacjami oraz komentarzami analityków.

Profesjonalni przestępcy czy obce służby specjalne stoją za cyberatakiem na niemieckich polityków?

Na podstawie informacji dostępnych w Internecie można stwierdzić, że przynajmniej od 5 grudnia były dostępne w sieci dane osobowe (imię, nazwisko, nr telefonu, adres, zdjęcia paszportów, numery kart kredytowych) niemieckich polityków oraz ich rozmowy, pracowników urzędów regionalnych tego kraju oraz niemieckich członków parlamentu UE i dziennikarzy. Najstarsze ujawnione dane pochodzą sprzed kilku lat.

Skutki incydentu mogą być istotne przede wszystkim z punktu widzenia prywatności osób, których dane zostały upublicznione. Potencjalnie również mogą mieć wpływ na wizerunek rządu lub funkcjonowanie organów państwa w krótkim terminie. Atakujący zadbał o to, aby ulokować ogromne ilości tych informacji w kilkudziesięciu miejscach w sieci. Celowo lub nie, na tym etapie ujawnione w sieci dane nie odnoszą się do polityków partii AfD. Poza tymczasowym zamieszaniem, główny motyw działania jest analizowany. Motyw polityczny powinien też zainteresować kontrwywiad niemiecki BfV. Na ten moment nie wiadomo też, w jaki sposób zdobyto te dane (rzecznik MSW nie potwierdził włamania do infrastruktury), ale zakres czasowy może wskazywać, że informacje zbierano przez dłuższy okres poprzez włamywanie się na konta mediów społecznościowych (Twitter, Facebook) czy konta email. Niewykluczone, że ktoś zdobył dostęp do archiwum takich danych. Trudno też stwierdzić czy te włamania są powiązane z jakimś innym atakiem na infrastrukturę rządową lub np. działaniem insidera.

Wyciek to utrapienie dla MSW oraz służby BSI – odpowiedzialnej za bezpieczeństwo teleinformatyczne w Niemczech. Nie da się w krótkim terminie sprawnie usunąć ujawnionych danych z sieci. Reaktywne działanie i blokowanie kont na Twitterze, które dystrybuowały linki do danych, można uznać za daremne. Służby powinny zbierać informacje o zagrożeniach, wykryć udostępnione publicznie dane na wczesnym etapie i zablokować do nich dostęp. Atak prawdopodobnie nie został wykryty przez służby (lub właściwie oceniony), bo dostępność danych w Internecie przez wiele tygodni wskazuje, że nikt nie zauważył nie szukał wskaźników takiego wycieku w sieci (albo robił to nieskutecznie). Charakter zdarzenia i jego organizacja może świadczyć o ponadprzeciętnych zdolnościach organizacyjnych i zasobach atakującego – istnieje szansa na udział lub inspiracje obcych służb specjalnych.

Bernard Loire pokieruje sprzedażą i marketingiem Mitsubishi Motors w Europie

Aby zaspokoić rosnące ambicje jednego z najbardziej wymagających regionów na świecie, Mitsubishi Motors Corporation (MMC) zdecydowało się utworzyć samodzielny oddział, zajmujący się sprzedażą i marketingiem w Europie, poszerzając obecne funkcje regionalnej obsługi posprzedażnej, dystrybucji części i logistyki w Europie.

Bernard Loire -Mitsubishi Motors
Bernard Loire -Mitsubishi Motors

Silna organizacja

Fundament, na którym stanie Mitsubishi Motors w Europie, to nowa organizacja, której celem jest polepszenie poziomu obsługi klientów i wyników firmy. Podzielono ją pomiędzy dwie różne lokalizacje w Holandii:

– Amstelveen, w pobliżu Amsterdamu, gdzie znajdzie się biuro prezesa i dyrektora generalnego, a także wzmocnione działy marketingu i sprzedaży, PR i prawny.

– Born, w pobliżu Maastricht, gdzie znajduje się Europejskie Centrum Części Zamiennych firmy o powierzchni 55 000 m? oraz działy posprzedaży, finansów i kontroli, a także zasobów ludzkich i IT.

Działania oddziału europejskiego, pod przewodnictwem prezesa i dyrektora generalnego – Bernarda Loire, przejmie nowy zespół wykonawczy, w którego skład wchodzą:

– Frank Krol – dyrektor ds. sprzedaży
– Alex Thomas – dyrektor ds. marketingu
– Ganesh Jawahar – dyrektor obsługi posprzedażnej

Wsparcie sprzedaży SUV-ów i elektryfikacji pojazdów

Ponadto utworzono specjalny departament „Pojazdów elektrycznych”, który ma wykorzystać i wzmocnić pozycję lidera w segmencie aut PHEV Mitsubishi Motors w Europie, zdobytą przez model Outlander PHEV od 2013 roku.

To ważny krok organizacyjny w perspektywie kolejnych inicjatyw związanych z rozwojem elektromobilności gamy MMC w Europie (kolejne projekty V2X, …) – jego cele będą skupione wokół rozszerzenia oferty zelektryfikowanych SUV-ów, które pojawią się w najbliższych latach.

Zwiększona obecność

Guillaume Cartier, starszy wiceprezes MMC ds. globalnego marketingu i sprzedaży, zarysował cele nowej europejskiej struktury w szerszym kontekście globalnym: „Z globalnego punktu widzenia Europa jest bardzo wyjątkowym rynkiem – nie dysponuje może największym wolumenem sprzedaży, ale tu kształtują się nowe regulacje i tu nadaje się ton nowym standardom jakości, technologii i wzornictwa.”

„Było dla nas oczywiste, że musimy wzmocnić naszą organizację w tym regionie, aby sprostać wyzwaniom, które stawia przed nami plan wprowadzenia kolejnej fali zelektryfikowanych SUV-ów. Jesteśmy pewni, że Bernard Loire i jego nowy zespół Mitsubishi Motors Europe będą na te wyzwania odpowiednio przygotowani.”

* z wyłączeniem Rosji i Ukrainy

7 stycznia 2019 r

Porzucenie bezpiecznych przystani i start rajdu ryzyka

Prezes Fed Powell w piątek dał inwestorom sygnał, który pozwala na start rajdu ryzyka i próbę wymazania ponurego obrazu rynków z końcówki ubiegłego roku. Razem z pozytywnym wydźwiękiem raportu NFP oraz tlącymi się nadziejami na postępy w rozmowach handlowych USA i Chin dostajemy mieszankę, która powinna przynieść porzucenie bezpiecznych przystani na rzecz odbicia akcji, surowców i walut ryzykownych.

Prezes Fed Powell powiedział w rynkom to, co chcieli usłyszeć – Fed nie będzie uparcie normalizował polityki, jeśli nie będzie do tego idealnych warunków, nie tylko w kraju, ale ogólnie na świecie. W ostatnich tygodniach determinacja Fed do kontynuowania podwyżek stóp procentowych i zacieśniania ilościowego byłą paliwem dla rozterek inwestorów obawiających się mocnego spowolnienia gospodarczego. Jakkolwiek Powell wyraził zadowolenie z bieżącej kondycji gospodarki USA, tak przyznał, że rynek ma świadomość z obaw, jakie krążą po rynkach, oraz z ryzyk globalnych. W efekcie polityka Fed będzie elastyczna i może szybko ulec zmianie, jeśli zajdzie potrzeba. To było to, co pozwoliło odmienić rynkowy sentyment. Fed jest gotów wziąć na wstrzymanie, jeśli pomoże to uspokoić sytuację rynkową (która w ocenie Fed, ale też i moim, jest przereagowaniem).

Na jak długo Fed wyłączy jastrzębi tryb? Na razie jest to nieistotne. Liczy się tylko to, że pojawił się impuls, który pozwala inwestorom na świeży start w 2019 rok z apetytem na ryzykowne aktywa. Na boku czeka sporo kapitału, który w ostatnim czasie został wyrzucony z rynku. Flash crash na walutach w ubiegłym tygodniu, załamanie Wall Street z 24 grudnia, spadkowa spirala cen ropy naftowej. Wszędzie tam długie pozycje zostały „wypłukane” i ich posiadacze mogą teraz ponownie wracać na rynek. Tymczasem w obecnych warunkach posiadacze krótkich pozycji mogą czuć się niekomfortowo i ich wychodzenie z rynku będzie dodatkową siłą pchającą ceny w górę. Dziś rano handel w Azji dołożył jeszcze jeden argument premiujący rajd ryzyka – startujące w tym tygodniu rozmowy handlowe USA-Chiny są odbierane jako powód do nadziei na postęp w negocjacjach.

Na FX zwycięzcami są waluty ryzykowne, szczególnie te powiązane z rynkiem towarowym i Chinami, a zatem AUD, NZD, CAD, NOK. Na rynkach wschodzących mocny jest ZAR. Traci USD, nie tyle przez gołębi zwrot Fed, co przez osłabienie znaczenia dolara jako „bezpiecznej przystani”. Podobny los powinien wkrótce czekać JPY i CHF. EUR/USD dalej pozostaje zamknięty w konsolidacji 1,13-1,15, ale sufit tego kanału wkrótce może znaleźć się pod presją. Tworzące się warunki mogą być przyjazne też dla złotego, problem jednak w tym, że Polska jest dla inwestorów nudnym tematem i nie ma chętnych do kupna PLN. To zamyka EUR/PLN w dobrze znanym przedziale 4,28-4,31, choć w najbliższych dniach powinno być łatwiej o dryf w dolnej połowie zakresu.

Konrad Białas
Dom Maklerski TMS Brokers S.A.

Odroczony termin płatności – co czwarta złotówka z zaległych należności przepada

Dwie na trzy firmy czekające ponad 60 dni na płatność od partnera biznesowego, nie dostają całości należności. Średnio tracą co czwartą złotówkę z przeterminowanej kwoty. Co dziesiątej z poszkodowanych firm zdarza się nie odzyskać nic – wynika z badania BIG InfoMonitor, na temat zatorów płatniczych.

Kilkumiesięczne oczekiwanie na płatność od kontrahenta kończy się szczęśliwie tylko dla co trzeciej firmy. Całość należności, opóźnianej  przez ponad 60 dni, uzyskuje około 37 proc. przedsiębiorstw. Zdecydowana większość dostaje za swoje usługi czy towary tylko część zapłaty, a zdarza się także, że nic. Wśród zgłaszających problemy z odzyskaniem całości należności przeciętnie nie udaje się odzyskać 27 proc. – wynika z badania* przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor wśród 500 mikro, małych i średnich firm.

JAKIEJ CZĘŚCI ZALEGŁYCH NALEŻNOŚCI NIE UDAJE SIĘ ODZYSKAĆ?

JAKIEJ CZĘŚCI ZALEGŁYCH NALEŻNOŚCI NIE UDAJE SIĘ ODZYSKAĆ
Źródło: BIG InfoMonitor

Najwięcej, bo ponad jedna czwarta przedsiębiorstw notujących straty z powodu braku płatności za dostarczone towary, czy zrealizowane usługi, wskazuje, że nie odzyskuje do 5 proc. należnych im pieniędzy. Jednak kolejne 20 proc. traci już ok. 10 proc. należności, a co szósta firma (18 proc.) nie dostaje między 11 a 20 proc. z oczekiwanej sumy. Na tym jednak nie koniec, bo co piątemu przedsiębiorstwu nie wpływa na konto od 21 do 80 proc. należności. Jedna na dziesięć firm, którym nie udaje się ściągnąć zapłaty, traci ponad 80 proc. lub wszystko.

FIRMOM MŚP ŚREDNIO NIE UDAJE SIĘ ODZYSKAĆ 27% PRZETERMINOWANYCH NALEŻNOŚCI

FIRMOM MŚP ŚREDNIO NIE UDAJE SIĘ ODZYSKAĆ 27% PRZETERMINOWANYCH NALEŻNOŚCI
Źródło: BIG InfoMonitor

– Nie ma wątpliwości, że nie są to statystyki napawające optymizmem i pozwalające myśleć, że jeśli kontrahent przeciąga płatność przez dwa miesiące, to nic wielkiego się nie dzieje i z pewnością za chwilę wszystko ureguluje. Praktyka pokazuje, że niestety tak nie jest i większość firm po upływie dwóch miesięcy od terminu płatności nie otrzyma całej sumy. Dlatego na pewno nie warto czekać z założonymi rękami – przestrzega Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor. – Inne z naszych badań pokazują jednak, że niemal 90 proc. firm, których kontrahenci nie płacą, boi się reagować. Chęć do działania odbiera im obawa o utratę kolejnych  potencjalnych zamówień. Jednak firmy, które upominają się o należność nadal utrzymują dobre relacje z 80 proc. partnerów biznesowych, a zapewne też egzekwują swoje należności – dodaje Sławomir Grzelczak.

czekanie na opóźnione płatności
Źródło: BIG InfoMonitor, Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm, sierpień 2018 r.

W IV kwartale minionego roku na brak uregulowania płatności przez kontrahenta przez okres przekraczający 60 dni od wyznaczonego terminu wskazało 54 proc. firm. To o 4 proc. więcej niż w poprzednim kwartale i najwięcej w ciągu ostatnich dwóch lat. Odsetek jest tak znaczący, mimo że przedsiębiorcy mówili wyłącznie o opóźnieniach, do których doszło w ciągu 6 miesięcy.

Jeśli firma nie płaci, warto jednak upominać się o pieniądze, bo dłużnik prędzej zapłaci temu, kto zabiega o płatność. Dobrą praktyką jest jak najszybsze wysłanie wezwania do zapłaty, zapowiadającego wpis do rejestru dłużników BIG. Firma-dłużnik nie będzie chciała dopuścić do tego, by wierzyciel wpisał ją do rejestru, bo przedsiębiorstwo, które znajdzie się w BIG z negatywnym wpisem ma utrudniony dostęp do kredytów, leasingu, faktoringu czy ofert telekomów, a gdy kontrahent sprawdza BIG to dochodzą do tego również kłopoty z transakcjami handlowymi.

Warto też odrobić lekcję przed każdym podpisaniem umowy i sprawdzić w Rejestrze Dłużników BIG InfoMonitor kontrahenta, nawet tego już dobrze znanego. Sytuacja wciąż się zmienia i nie ma gwarancji, że dana firma cały czas jest w zdrowej kondycji finansowej. Dlatego dobrze jest monitorować partnerów biznesowych w internecie, sprawdzać ich dokumenty w e-KRS. Rutyna i nieuzasadnione zaufanie mogą bowiem słono kosztować. W Rejestrze BIG InfoMonitor jest wpisanych obecnie blisko 232 tys. firm, które nie zapłaciły swoim kontrahentom niemal 5,5 mld zł. To najlepiej pokazuje, że nie wszystkie należności udaje się wyegzekwować.

*Badanie „Skaner MSP, wśród mikro, małych i średnich firm” przeprowadzone przez Instytut Badań i Rozwiązań B2B Keralla Research, na próbie 500 firm sprzedających z odroczonym terminem płatności, techniką wywiadów telefonicznych, październik 2018 r.

Twisto znosi opłaty dla spóźnialskich klientów

Fintech oferujący formułę zakupową „kup teraz, zapłać później” na jedno kliknięcie, zrezygnował z opłat dla klientów, którzy po trzech tygodniach od dokonania zakupu w sklepie internetowym nie uregulują rachunku. – Nasza usługa jest najwygodniejsza na rynku i bezpłatna dla klientów – mówi Michał Smida – założyciel Twisto.

Twisto to nowatorska formuła zakupowa, dzięki której klient ma aż 21 dni na zapłacenie za e-zakupy bez żadnych dodatkowych kosztów, a sklep internetowy otrzymuje płatność następnego dnia roboczego i nie ponosi żadnego ryzyka braku zapłaty. Dzięki wykorzystaniu zaawansowanego algorytmu, do dokonania zakupu z Twisto, z punktu widzenia klienta, wystarczy jedno kliknięcie.

Dotychczas, jeśli klient nie uregulował należności za zakupy w ciągu 3 tygodni, Twisto naliczało mu opłatę za świadczoną usługę w wysokości 10 zł za każde pięć dni opóźnienia (jednak nigdy nie więcej niż 50 zł lub 50 proc. wartości zamówienia). Od 1 stycznia opłaty dla spóźnialskich zostały zniesione.

– Z naszych usług  jest zadowolonych 97 proc. klientów. Potwierdzają to prowadzone przez Twisto badania satysfakcji. W przeciwieństwie do użytkowników innych rozwiązań, nasi klienci nie muszą się rejestrować, ani podawać wrażliwych danych osobowych, takich jak numer PESEL – mówi Michał Smida, założyciel Twisto. – Od 1 stycznia 2019 r. nasza usługa jest nie tylko najwygodniejsza na rynku, ale także bezpłatna, nawet dla spóźnialskich. Zdecydowaliśmy bowiem o zniesieniu opłat dla osób, które nie zapłacą za zakupy w ciągu 21 dni – dodaje.

Zniesienie opłat było możliwe przede wszystkim dlatego, że model biznesowy Twisto opiera się na prowizji pobieranej od sklepów internetowych. Dodatkowo specjalny algorytm Nikita, który w ciągu milisekund weryfikuje wiarygodność klienta, sprawia, że odsetek niezapłaconych rachunków po 21 dniach jest marginalny.

Kupując z Twisto klient zleca firmie usługę, w ramach której jest reprezentowany przed sklepem. Twisto dokonuje w jego imieniu płatności, pośredniczy w reklamacjach, umożliwia zapoznanie się z produktem, np. jego przymierzenie, dotknięcie, sprawdzenie zgodności z opisem zamówienia, przed dokonaniem zapłaty. W ten sposób Twisto przenosi doświadczenia ze sklepu stacjonarnego na zakupy internetowe.

– Klienci traktują Twisto jako rodzaj showroomu, w ramach którego mogą sprawdzić, czy kupiony przedmiot lub towar odpowiada ich oczekiwaniom. Nasza formuła zakupowa eliminuje ryzyko z jakim mogą się wiązać zakupów sieci i w ten sposób zachęca do kupowania przez internet również osoby, które dotąd tego nie robiły. Choć w imieniu klienta wykonujemy szereg czynności, to z jego perspektywy zakupy z Twisto sprowadzają się do jednego kliknięcia. Dotychczas osobom, które nie uregulowały rachunku w ciągu 21 dni zaczynaliśmy naliczać opłatę za świadczoną usługę. Od początku roku opłaty nie obowiązują – podsumowuje Michał Smida.

Za opóźnienie w uregulowaniu należności za zakupy, które przekroczy 3 tygodnie, klient zapłaci jedynie przewidziane w prawie cywilnym odsetki za opóźnienie w wysokości 14 proc. w skali roku (ich istnienie i wysokość reguluje kodeks cywilny i są pobierane np. w przypadku opóźnień za płatności w telekomunikacji i innych usługach). Oznacza to, że osoba, która dokona zakupu o wartości 100 zł i nie zapłaci za niego w ciągu 21 dni, po tygodniu od upływu tego okresu poniesie z tego tytułu 0,27 zł dodatkowych kosztów, po 2 tygodniach 0,54 zł, a po roku 14 zł.

Cyberatak to straty finansowe i wizerunkowe dla firm, zagrożenie dla klientów

Pomimo panującego ostatnio trendu dotyczącego cyberataków na coraz mniejsze firmy i organizacje należące do sektora MŚP, nadal zagrożone są także duże podmioty. Ataki na nie zapewniają relatywnie wysokie zyski. Spektakularnym przykładem, jaki miał miejsce w ostatnim czasie, jest atak na sieć hoteli Starwood, należących do firmy Marriott. Przez cztery lata jego trwania przedsiębiorcy byli w stanie w sposób nieautoryzowany wykraść dane ok. 500 milionów klientówW przypadku takiej sytuacji dla zaatakowanej firmy to nie tylko straty finansowe, ale i – być może bardziej dotkliwe – problemy wizerunkowe, spadek wartości akcji na giełdzie czy konieczność zadośćuczynienia roszczeniom wynikającym ze zbiorowego pozwu sądowego. W tym wypadku opiewał on na astronomiczną kwotę 12,5 miliarda dolarów. W przypadku małych organizacji, technologie mogą stanowić problem ze względu na koszty ich wdrażania i utrzymania. Na rynku pojawiają się oferty, dzięki którym niewielkie przedsiębiorstwa mogą uzyskiwać bezpieczeństwo na złożonym i zaawansowanym poziomie, dostępne w modelu subskrypcyjnym i serwowane bezpośrednio z chmury.

– Przykłady innych dużych firm pokazują, że nawet ugoda nie wyklucza wielomilionowych strat – powiedział serwisowi eNewsroom Radosław Wal z firmy Veronym – Innym przykładem cyberataku z tej samej branży – mniejszym jeśli chodzi o finanse, ale ciekawym z punktu widzenia zastosowanej socjotechniki – jest przejęcie kontroli w niewielkim rodzinnym hotelu. Przestępcy zaatakowali system sterowania elektronicznymi zamkami. Byli w stanie zaryglować wszystkie wejścia, przez co część gości nie mogła dostać się do swoich pokoi lub ich opuścić. Właściciele po krótkich negocjacjach zostali zmuszeni do zapłacenia okupu w wysokości kilkudziesięciu tysięcy euro celem odblokowania dostępu. Nie można stwierdzić ze stuprocentową pewnością, co zawiniło w obu tych przypadkach. Wiadomo na pewno, że w zminimalizowaniu ryzyka cyberataku pomóc może zadbanie jednocześnie o trzy obszary. Chodzi o bezpieczeństwo wynikające ze stosowanych technologii, procesów oraz ludzi. Jeśli chodzi o procesy sytuacja w Polsce nie jest najlepsza. Według statystyk jedynie 31 proc. firm ma usankcjonowaną politykę bezpieczeństwa i opracowane procedury reagowania na incydenty związane cyberatakami. Dla porównania – średnia światowa to ponad 90 proc., polskie podmioty mają więc wiele do nadrobienia. W kwestii ludzi ważne jest jak najszersze kształtowanie świadomości użytkowników w zakresie kultury bezpiecznego korzystania z Internetu. Dotyczy to podnoszenia kwalifikacji w obszarze security awareness i stałym utrzymywaniu higieny poruszania się w sieci. Póki co, nadal to człowiek wskazywany jest jako najsłabsze ogniwo całego łańcucha bezpieczeństwa – ocenił Wal.