Nowa matryca stawek VAT – stanowisko ZPP

Stanowisko Związku Przedsiębiorców i Pracodawców ws. projektu ustawy
o zmianie ustawy o podatku od towarów i usług oraz ustawy – ordynacja podatkowa z 8 listopada 2018 r.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców niejednokrotnie podkreślał potrzebę radykalnej zmiany matrycy stawek VAT. Z wielu eksperckich analiz, w tym również tych przeprowadzanych przez ZPP, jak i badań, jasno wynika że podatek VAT jest jednym z podatków najbardziej skomplikowanych i przysparzających przedsiębiorcom najwięcej problemów. Świadczyć może o tym choćby fakt, że Krajowa Informacja Skarbowa jest najczęściej pytana o podatek od towarów i usług pytana – spośród niemal 1,5 mln odpowiedzi udzielonych na telefoniczne pytania podatników, ponad 575 tys. dotyczyło VAT. Podobnie, ponad połowa wydanych w 2017 r. indywidualnych interpretacji przepisów prawa podatkowego, dotyczyła VAT (13,8 tys. spośród ponad 25 tys.). Poziom skomplikowania tej daniny wynika z wielu składowych, jednak nie sposób nie zauważyć, że jednym z głównych problemów w ramach podatku VAT – szczególnie z punktu widzenia przedsiębiorców – jest mnogość stawek i dotychczasowa konstrukcja ich matrycy.

Matryca stawek VAT opiera się w tej chwili na Polskiej Klasyfikacji Wyrobów i Usług i w istocie przyporządkowywane są w jej ramach do stawek bardzo konkretne rodzaje towarów, podzielone według trudnych do uzasadnienia kryteriów. Teoretycznie, ustawodawca dążył do tego, by żywność zdrowa, mniej przetworzona, była objęta niższą stawką podatku, niż żywność przetworzona. Z tego też wynika rozróżnienie opodatkowania pieczywa w zależności od jego terminu przydatności do spożycia i objęcie np. chleba tostowego wyższą stawką, niż chleba na zakwasie. Niestety, ustawodawca nie był w tym zamiarze konsekwentny i opodatkował choćby sosy na bazie musztardy wyżej, niż czystą musztardę. Jeśli dodamy do tego przykłady dosyć kuriozalne, choćby takie jak fakt preferencyjnego opodatkowania wafli i opłatków o zawartości wody przekraczającej 10 proc. masy (stawka 8 proc.), w odróżnieniu od pozostałych wafli i opłatków (regularna stawka 23 proc.), system stawek VAT jawi nam się jako nielogiczny, skomplikowany i nadmiernie rozdrobniony.

Tym samym, jak najbardziej pozytywnie należy ocenić aktywność projektodawcy ukierunkowaną na daleko idące uproszczenie go. W momencie, w którym w mediach pojawiały się pierwsze sygnały o zamiarze istotnej modyfikacji matrycy VAT, wydawać się mogło, że zmiana nie będzie miała charakteru rewolucyjnego – Ministerstwo Finansów zapowiadało bowiem po prostu zastosowanie innej klasyfikacji statystycznej. W gotowym projekcie ustawy i załączników do niej, ewidentnie widać jednak, że podstawowy cel, czyli radykalne uproszczenie systemu, został w dużej mierze osiągnięty. Należy więc uznać że przedmiotowy projekt ustawy to krok w dobrą stronę i ocenić go z zasady pozytywnie.

Zaproponowana przez projektodawcę matryca stawek VAT jest z gruntu dużo prostsza, niż ta obowiązująca w tej chwili. Wynika to z faktu, że poszczególnymi stawkami objęto możliwie szerokie grupy towarów, nie rozdrabniając ich, tak jak dzieje się to w tej chwili, na konkretne produkty. Dla przykładu, w aktualnym stanie prawnym, stawką 8 proc. objęte są choćby – niemal wszystkie osobno wymienione (!) – chili, papryka słodka, kwiat muszkatołowy, kardamon, anyż, majeranek, curry, tymianek, szafran, podczas gdy np. dla gałki muszkatołowej właściwa jest stawka 5 proc. Ze względu na poziom skomplikowania matrycy w odniesieniu do samych tylko przypraw, na gruncie praktyki pojawiła się wątpliwość, czy pojedyncze przyprawy powinny być opodatkowane taką samą stawką, jak mieszanki przypraw. Przyprawy w aktualnej matrycy rozróżniono również ze względu na stopień przetworzenia (przykładowo na surowe i suszone). Mając w pamięci, że omawiane problemy dotyczą tylko jednej, i to dosyć prozaicznej kategorii produktów, nie sposób dziwić się, że podatek VAT jest uznawany za najbardziej skomplikowany i problematyczny w polskim systemie, a mowa jest przecież w dalszym ciągu wyłącznie o stawkach. W zaproponowanym projekcie ustawy, a konkretnie załączniku do projektu ustawy o podatku od towarów i usług, do stawki 8 proc. przyporządkowano po prostu wszystkie przyprawy. Nie ulega wątpliwości, że zarówno z punktu widzenia praktycznego stosowania prawa podatkowego, jak i zdroworozsądkowej analizy, jest to rozwiązanie o wiele lepsze, niż to obowiązujące dotychczas.

Analogiczną operację, do tej wymienionej powyżej, przeprowadzono w odniesieniu do w zasadzie wszystkich kategorii towarów. W ten sposób znacznie uproszczono system i w tym kontekście należy działanie Ministerstwa Finansów zdecydowanie pochwalić i poprzeć. Matryca jest dużo prostsza i bardziej przejrzysta. Jednocześnie, projektodawca podkreśla, że przeprowadzone zmiany nie miały mieć charakteru fiskalnego, tj. nie miały służyć wzrostowi wpływów do budżetu. Należy tym twierdzeniom dać wiarę – pogrupowanie towarów, które do tej pory były wręcz enumeratywnie przypisywane do określonych stawek, w szersze kategorie, siłą rzeczy wiąże się z obniżeniem bądź podwyższeniem stawki podatku na niektóre z nich. Można stwierdzić, że radykalne uproszczenie matrycy, a takie zaproponował projektodawca, jest niemożliwe bez pewnych roszad w zakresie obowiązujących na określone towary stawek. Tym samym, należy uznać, że dyskusja dotycząca nowej matrycy powinna być skupiona wokół zagadnień systemowych i jej waloru prostoty. Zrozumiałe jest, że uwaga opinii publicznej koncentruje się przede wszystkim na wspomnianych już punktowych zmianach stawek. Wydaje się jednak, że w skali koszyka zakupów przeciętnego konsumenta, zmiany te w zasadzie równoważą się, a w każdym razie różnica pomiędzy obciążeniami podatkowymi w stanie obecnym, w porównaniu do stanu projektowanego, nie jest w żadnym stopniu istotna.

W ramach istotnych zmian wprowadzanych nowelizacją ustawy, należy uwzględnić nowość w postaci wiążących informacji stawkowych. Zgodnie z przepisami, WIS ma być decyzją wydawaną przez dyrektora izby administracji skarbowej, zawierającą klasyfikację towaru lub usługi oraz właściwą dla nich stawkę VAT. WIS ma mieć walor ochronny, co oznacza, że w przypadku, w którym dany towar będzie odpowiadał zawartemu w niej opisowi, organ podatkowy nie będzie miał możliwości kwestionowania wysokości stawki podatkowej stosowanej przez podatnika w oparciu o nią. Teoretycznie zatem, WIS będzie stanowiła szczególny rodzaj interpretacji podatkowej, jednak z uwagi na fakt, że grupy towarów przyporządkowane do stawek są możliwie szerokie, jej oddziaływanie ochronne może być silniejsze, niż w przypadku stosowanych dzisiaj interpretacji dot. stawek. Warto zaznaczyć, że WIS dotyczyć będą nie tylko kwestii wysokości podatku lecz również np. stosowania mechanizmu odwrotnego obciążenia.

Jakkolwiek pozytywnie nie oceniamy przedstawionego projektu matrycy VAT, należy zaznaczyć, że co do zasady, właściwym podejściem jest w naszym przekonaniu przyjęcie jednolitej stawki podatku. W ten sposób wyeliminowane zostałyby wszystkie problemy interpretacyjne w zakresie stawek (które – co do tego nie ma wątpliwości – nawet mimo daleko posuniętej prostoty zaproponowanego rozwiązania, i tak będą występowały), a otoczenie prawno-podatkowe dla przedsiębiorców zostałoby w istotnym stopniu uproszczone. Podstawowym argumentem przeciwko temu rozwiązaniu, który jest podnoszony w debacie publicznej, jest rzekomo druzgocący wpływ jednolitej stawki VAT na budżety gospodarstw domowych, szczególnie tych najmniej zamożnych. Wydaje się jednak, że nie jest to teza umocowana w rzeczywistości.

Zgodnie z raportem CenEA z 2015 r.[1] wydatki gospodarstw domowych w podziale na odpowiadające wydatkom stawki VAT były inne dla gospodarstw domowych zaliczanych do najuboższych niż dla gospodarstw zamożnych. W gospodarstwach najuboższych mniejszy był udział wydatków na towary i usługi zwolnione z VAT (6 proc. wobec 8,9 proc. dla gospodarstw najzamożniejszych), a także udział wydatków związanych z stawką VAT 23 proc. (47,8 proc. wobec 58,7 proc. gospodarstw najzamożniejszych). Wyjaśnieniem zjawiska jest większy udział w budżecie gospodarstw ubogich wydatków na dobra podstawowe, takie jak żywność, które często są objęte stawką VAT 5 proc. Z kolei gospodarstwa zamożne częściej korzystają z usług zwolnionych z podatku VAT, takich jak usługi medyczne, czy edukacyjne.nowej matrycy stawek VAT

Inna struktura opodatkowania VAT „koszyka” dóbr nabywanych przez gospodarstwa ubogie i zamożne nakazuje odpowiedzieć na pytanie jaka jest „przeciętna” stawka VAT płacona przez gospodarstwa domowe. Na podstawie przytoczonych już danych „przeciętną” stawkę VAT dla gospodarstw najuboższych można wyznaczyć na poziomie 14,7 proc., a dla najzamożniejszych na poziomie 15,7 proc. Wyniki potwierdzają zatem, że obecny system stawek VAT powoduje, że wydatki gospodarstw najuboższych są przeciętnie w mniejszym stopniu obciążone podatkiem VAT, ale różnica ta nie jest znaczna. Osłabia to argument jakoby ulgowe stawki VAT stanowiły istotny czynnik wsparcia dla ubogich gospodarstw domowych.

Oprócz analizy przeciętnej stawki VAT należy także zbadać jakim obciążeniem podatek ten jest dla budżetu domowego. W tym celu gospodarstwa domowe podzielono pod względem zamożności na 10 grup, tworząc rozkład decylowy. Zgodnie z dostępnymi danymi[2] wydatki z tytułu VAT pochłaniają nieco ponad 16 proc. dochodu najuboższych gospodarstw domowych (pierwszy decyl), następnie wartość ta przez 8 kolejnych decyli mieści się w przedziale 9 proc.-10,5 proc., by dla ostatniego decyla (najzamożniejsze gospodarstwa domowe) osiągnąć wartość około 7 proc.nowej matrycy stawek VAT 2

Biorąc pod uwagę prezentowany rozkład i wcześniejsze dotyczące przeciętnie płaconego VAT można założyć, że właśnie około 10 proc. gospodarstw domowych w sposób najbardziej dotkliwy odczułoby skutki wprowadzenia jednolitej stawki podatku VAT.

W rozważaniach na temat możliwego wprowadzenia jednolitej stawki VAT można zauważyć, że proponowane poziomy stawki jednolitej są dość zbieżne i najczęściej zawierające się w przedziale 15,5 proc.-17 proc. Przykładowo, w styczniu 2015 r. główny ekonomista Ministerstwa Finansów, Ludwik Kotecki stwierdził, że teoretycznie do rozważenia byłaby jednolita stawka VAT na poziomie 16 proc.-17 proc.[3] Jednocześnie Sławomir Horbaczewski stwierdził, że neutralna z punktu widzenia wpływów do budżetu byłaby stawka w granicach 15,5 proc.-16 proc.[4] Można także wskazać szereg wypowiedzi publicystyczno-politycznych, które także wskazują na stawkę VAT ze wskazanego przedziału. Biorąc pod uwagę wcześniej prezentowane dane oraz fakt, że UE wymaga stawki na poziomie co najmniej 15 proc., należy przyjąć ten rząd wielkości jako alternatywę dla systemu obecnego.

Wprowadzenie jednolitej stawki VAT na poziomie umownych 15 proc.-16 proc. miałoby zatem ceteris paribus niewielkie przełożenie na budżety gospodarstw domowych.

Reasumując, przedstawiony projekt ustawy należy ocenić pozytywnie, jako dalece upraszczający system, rekomendując jednocześnie przyjęcie jednolitej stawki VAT jako rozwiązania optymalnego.

Związek Przedsiębiorców i Pracodawców

[1] http://www.cenea.org.pl/images/stories/pdf/commentaries/raport1_vat_2.pdf

[2] http://www.cenea.org.pl/images/stories/pdf/commentaries/raport1_vat_2.pdf

[3] https://finanse.wp.pl/vat-16-proc-jednolita-stawka-najlepsza-6114855497205889a

[4] https://www.rp.pl/Opinie/303069902-Jednolita-stawka-pomoze-uzdrowic-VAT.html

Kurs funta na zjeżdżalni. Euro na razie stabilne

Euro miota się od jednych problemów do kolejnych. Dolar schował się w cień. Frank rośnie w siłę wraz ze wzrostem awersji do ryzyka. Najciekawiej na funcie, choć brytyjska waluta pewnie tęskni za spokojem.

Tabela. Maksima i minima głównych walut w PLN. Zakres: 10.12.2018-17.12.2018

Para walutowa EUR/PLN CHF/PLN USD/PLN GBP/PLN
Minimum 4,2770 3,7900 3,7424 4,7204
Maksimum 4,3044 3,8310 3,8120 4,7955

 

Kurs euro EUR/PLN

Kurs euro EUR/PLN            Wspólna waluta radzi sobie nadwyraz dobrze, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę tarapaty, w jakie wpadają co chwilę państwa Strefy. Ledwo temat Włoch zszedł z wokandy, a zagotowało się we Francji. Już kryzys zaufania do włoskiego długu wzbudził stare europejskie (choć o greckich rysach) demony. Zamieszanie we Francji może być dla strefy euro jeszcze bardziej bolesne. Już teraz analitycy liczą, ile straci francuska gospodarka na obecnych strajkach. Przy czym największe ryzyko jest tak naprawdę jeszcze przed nami. Macron zapowiedział serię ustępstw, które mogą spustoszyć budżet i doprowadzić do tego, że deficyt wymknie się spod kontroli.

Euro na razie pozostaje stabilne, zwłaszcza względem złotego. Jednak jeśli zaczną realizować się najbardziej pesymistyczne scenariusze, możemy obserwować znaczne przeceny wspólnej waluty.  Na razie kurs EURPLN cały czas waha się w granicach 4,27 zł – 4,31 zł. W tej wąskiej konsolidacji znajduje się już od trzech tygodni, co może sugerować rychłe jej opuszczenie.

Kurs dolara USD/PLN

Kurs dolara USD/PLN            Dolar w zeszłym tygodniu schował się trochę w cieniu innych walut. Kolejne zwroty akcji w wojnie handlowej nie przynoszą już tak zdecydowanej reakcji na rynkach. Ucichły też ataki administracji prezydenta na szefa FED, choć to zapewne jest podyktowane kapitulacją tego ostatniego. Teoretycznie takie wyciszenie nastrojów powinno wspomóc “zielonego”, jednak rynek wciąż rozgryza odejście FOMC w kierunku gołębiego gniazda.

Dolar już od dwóch miesięcy znajduje się w 12 groszowej konsolidacji, w ostatnim czasie jeszcze bardziej zawężając jej zakres. Trendy, jeśli nawet już się pojawiają, to są bardzo niestabilne i kończą się przeważnie na przestrzeni dwóch trzech sesji. Obecnie kurs USDPLN porusza się między oporem przy 3,81 zł, a wsparciem na 3,75 zł.

Kurs franka CHF/PLN

Kurs franka CHF/PLN            W takim środowisku nieźle sobie radzi frank szwajcarski. Na rynku widać wzrost awersji do ryzyka, przez co część kapitału ucieka do bezpiecznych przystani. Stąd właśnie biorą swoją siłę takie waluty jak jen czy frank. Kurs CHFPLN w zeszłym tygodniu zaatakował poziom 3,83 zł, który nie był widziany na tej parze od września. Co prawda w piątek udało się przełamać krótkoterminowy trend wzrostowy, co zostało potwierdzone retestem linii trendu, jednak nie zmienia to szerokiego układu, w którym frank drożeje już od ośmiu tygodni. Istnieje znaczna szansa, że jeszcze w tym tygodniu znowu będziemy testować poziom 3,83 zł. Wsparcia należy upatrywać w przedziale 3,79 zł – 3,80 zł i dopiero jego przełamanie może zasygnalizować większy ruch w dół.

Kurs funta GBP/PLN

Kurs funta GBP/PLN            Funt już od dwóch miesięcy jest dobijany kolejnymi doniesieniami o brexicie. W tym czasie potaniał o ponad 20 groszy i wcale nie jest powiedziane, że to już koniec. Co prawda okolice 4,72 zł wyglądają na całkiem dobre wsparcie, jednak funt obecnie znacznie bardziej znajduje się w objęciach plotek i doniesień o brexicie niż analizy technicznej. Za nami już 6 spadkowych tygodniowych świec, więc zatrzymanie takiego trendu może potrzebować sporej dawki determinacji.

Krzysztof Adamczak – dealer walutowy w Internetowykantor.pl

Kryteria dopuszczania akcji do obrotu na rynku regulowanym GPW

Od 1 stycznia 2019 r. decyzją Rady Nadzorczej oraz Zarządu Giełdy zacznie obowiązywać katalog przypadków służących ocenie spełniania przez emitentów jednego z wymogów dopuszczenia i wprowadzenia do obrotu giełdowego akcji i praw do akcji (PDA), jakim jest zgodność z zasadami publicznego charakteru obrotu giełdowego. Doprecyzowanie tego wymogu dotyczy zarówno pierwszych (debiuty), jak i kolejnych emisji instrumentów finansowych mających być przedmiotem obrotu giełdowego.

Celem wprowadzanych zmian jest doprecyzowanie okoliczności emisji akcji, które mogą zostać uznane przez GPW za niezgodne z zasadami publicznego charakteru obrotu giełdowego i zapobieganie ewentualnym negatywnym skutkom wprowadzania takich emisji do obrotu na rynku giełdowym.

Konsekwentnie podejmujemy działania zwiększające bezpieczeństwo obrotu na GPW. W tym celu przygotowaliśmy i zaprezentowaliśmy uczestnikom rynku wykaz okoliczności, które mogą zostać uznane przez Giełdę za niezgodne z zasadami publicznego charakteru obrotu giełdowego. Liczę, że doprecyzowanie przepisów giełdowych pozwoli uniknąć sytuacji, w której doszłoby do dopuszczenia i wprowadzenia do obrotu papierów wartościowych, które mogłyby budzić wątpliwości.– mówi Piotr Borowski, członek zarządu GPW.  Jednocześnie inwestorzy i same spółki otrzymują jasny przekaz, że pewne sytuacje i okoliczności znacząco zwiększają ryzyko, że dane akcje mogą nie spełnić regulaminowych warunków dopuszczenia i tym samym pozostać poza obrotem giełdowym – dodaje Piotr Borowski.

Okoliczności, które będą mogły skutkować odmową dopuszczenia lub wprowadzenia do obrotu giełdowego akcji lub praw do tych akcji, wyemitowanych z naruszeniem zasad publicznego charakteru obrotu giełdowego będą dotyczyć m.in. kwestii istotnie zróżnicowanych cen emisyjnych akcji, budzących wątpliwości wycen aktywów, obejmowania wnioskiem o dopuszczenie części emisji bez zgody akcjonariuszy, postępowań upadłościowych czy administracyjnych wobec emitentów.

Jeżeli w stosunku do danych akcji lub PDA zachodzić będzie którakolwiek z okoliczności wymienionych we Wspólnym Stanowisku w sprawie zasad publicznego charakteru obrotu giełdowego, emitent powinien podać informację o tym fakcie do wiadomości publicznej, jako istotną z punktu widzenia ryzyka odmowy dopuszczenia lub wprowadzenia tych papierów wartościowych do obrotu giełdowego.

Efekt paniki największym zagrożeniem dla sektora bankowego

Stress testy banków prowadzone są w laboratoryjnych warunkach.Trzeba zauważyć, że dotyczą tych banków, które mają dosyć komfortową sytuację – spora część pożyczek jest udzielana polskiemu rządowi. Stąd analizy te są pozytywne. Należy jednak pamiętać o sytuacjach życiowych nie do przewidzenia. Jeżeli dojdzie do wybuchu paniki, żaden system nie wytrzyma jego objawów.

– Zdarzają się wyjątkowe sytuacje, na które żaden system bankowy na świecie nie jest przygotowany. Efekt paniki jest zawsze najbardziej destabilizujący dla każdego systemu – powiedział serwisowi eNewsroom Andrzej Sadowski, prezydent Centrum im. Adama Smitha – Dzisiaj bardzo często można go wywołać. Bywa elementem cyberwojny, jaką prowadzi się na terytorium danego państwa – dla destabilizacji w różnych obszarach. Póki co, przynajmniej do równowartości 100 tysięcy euro, Polacy mogą być jednak przekonani, że ich pieniądze są bezpieczne – wyjaśnił Sadowski.

Przerwanie biegu przedawnienia zobowiązania podatkowego bez powiadomienia pełnomocnika

Organy skarbowe w ostatnim okresie wykazują się ogromną aktywnością w wydawaniu decyzji określających zobowiązania podatkowe. Istotnym zagadnieniem, które musi być brane przy tym pod uwagę jest to, iż zobowiązania podatkowe, co do zasady, ulegają przedawnieniu. Należy jednak pamiętać, iż przepisy Ordynacji podatkowej przewidują szereg przypadków, gdy bieg terminu przedawnienia może ulec zawieszeniu. Jednym z takich przypadków jest wszczęcie postępowania karnego skarbowego i powiadomienie o tym fakcie podatnika. Nie zawsze jednak dostarczenie takiej informacji podatnikowi oznacza zawieszenie biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, co otwiera organowi skarbowemu drogę, do czasami wieloletniej, procedury zmierzającej do określenia podatnikowi zobowiązań podatkowych w drodze decyzji.

Jakie są zasady?

Zgodnie z art. 70 § 1 Ordynacji podatkowej (Dz.U. 2018.0.800 t.j. – Ustawa z dnia 29 sierpnia 1997 r. – Ordynacja podatkowa) zobowiązania podatkowe ulegają przedawnieniu z upływem 5 lat, licząc od końca roku kalendarzowego, w którym upłynął termin płatności podatku. Należy tu podkreślić, iż w odróżnieniu od zobowiązań cywilnoprawnych w prawie podatkowym przedawnienie oznacza wygaśnięcie zobowiązania. Jest to zatem regulacja bardzo korzystna dla podatników. Zgodnie z art. 70 § 6 pkt 1) Ordynacji podatkowej bieg terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego nie rozpoczyna się, a rozpoczęty ulega zawieszeniu, z dniem wszczęcia postępowania w sprawie o przestępstwo skarbowe lub wykroczenie skarbowe, o którym podatnik został zawiadomiony, jeżeli podejrzenie popełnienia przestępstwa lub wykroczenia wiąże się z niewykonaniem tego zobowiązania.

Istotne jest, iż wystarczy wszczęcie postępowania w sprawie. Nie jest konieczne postawienie zarzutów, aby uzyskać efekt w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia. Jest to częsty przypadek, ponieważ postępowania karne skarbowe często są wszczynane przed wydaniem decyzji podatkowej, kiedy jeszcze nie można wskazać osoby podejrzanej o popełnienie przestępstwa lub wykroczenia karnego skarbowego.

Samo wszczęcie postępowania przygotowawczego jeszcze nie zawiesza biegu terminu przedawnienia. Konieczne jest powiadomienie o tym fakcie podatnika. Istotna jest zatem data, sposób powiadomienia oraz osoba, której powiadomienie zostanie doręczone. Tu dochodzimy do istoty problemu – co się dzieje, jeżeli w sprawie występuje pełnomocnik?

Diabeł tkwi w szczegółach

Zgodnie z art. 70c Ordynacji podatkowej organ podatkowy właściwy w sprawie zobowiązania podatkowego, z którego niewykonaniem wiąże się podejrzenie popełnienia przestępstwa skarbowego lub wykroczenia skarbowego, zawiadamia podatnika o nierozpoczęciu lub zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego w przypadku wszczęcia postępowania w sprawie popełnienia przestępstwa karnego skarbowego najpóźniej z upływem terminu przedawnienia.

Na gruncie powyższej regulacji powstał spór, kogo należy zawiadamiać o takim postępowaniu – samego podatnika, czy też może ustanowionego pełnomocnika. Zgodnie z art. 145 § 2 Ordynacji podatkowej to pełnomocnikowi, a nie stronie dokonuje się wszelkich doręczeń. Sądy administracyjne i organy skarbowe miały różne koncepcje odnośnie do doręczania pisma powiadamiającego o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego podatnikowi. Dotychczasowa praktyka i orzecznictwo były podzielone. Część sądów administracyjnych uznawała, iż powiadomienie o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia nie jest pismem w toku kontroli albo postępowania podatkowego i uznawała, iż doręczenie informacji o wszczęciu postępowania karnego skarbowego samemu podatnikowi, z pominięciem pełnomocnika, zawiesza termin przedawnienia podatkowego. Przykładowo można wymienić wyrok WSA w Łodzi z dnia 26 kwietnia 2018 r., sygn. akt. I SA/Łd 1120/17 albo wyrok WSA w Gdańsku z dnia 10 kwietnia 2018 r., sygn. akt. I SA/Gd 1706/17.

W orzecznictwie sądowym obecna jest także inna linia orzecznicza. Niektóre wojewódzkie sądy administracyjne stoją na stanowisku, iż zgodnie z art. 145 § 2 Ordynacji podatkowej wszelkie doręczenia związane ze sprawą podatkową powinny być doręczane przede wszystkim pełnomocnikowi podatnika, zaś doręczenie pisma informującego o zawieszeniu biegu terminu przedawnienia podatkowego podatnikowi z pominięciem pełnomocnika nie wywołuje skutku w postaci zawieszenia biegu terminu przedawnienia. Poglądy takie były reprezentowane m.in. przez WSA w Szczecinie (wyrok z dnia 12 marca 2018 r., sygn. akt. I SA/Sz 1062/17), WSA w Krakowie (wyrok z dnia 10 kwietnia 2018 r., sygn. akt I SA/Kr 26/18).

Ostatecznie zwyciężyła koncepcja korzystna dla podatników

Naczelny Sąd Administracyjny w wyroku z dnia 23 kwietnia 2018 r., sygn. akt II FSK 955/16, stwierdził, iż art. 70c Ordynacji podatkowej zobowiązuje organ podatkowy prowadzący postępowanie podatkowe do powiadamiania podatnika o nierozpoczęciu lub zawieszeniu biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, którego to postępowanie podatkowe dotyczy, w przypadku, o którym mowa w art. 70 § 6 pkt 1 Ordynacji podatkowej, oraz o rozpoczęciu lub dalszym biegu terminu przedawnienia po upływie okresu zawieszenia. Przepis art. 70c Ordynacji podatkowej służy zatem nie do zawiadomień dokonywanych na gruncie postępowania karnego czy karnego skarbowego, lecz do zawiadomienia strony postępowania o skutkach wszczęcia tych postępowań dla biegu terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, którego postępowanie podatkowe dotyczy. Pominięcie pełnomocnika w doręczeniu zawiadomienia na podstawie art. 70c Ordynacji podatkowej wywołuje zatem konsekwencje tożsame z pominięciem strony postępowania, co stanowi podstawę do wznowienia postępowania, stosownie do art. 240 § 1 pkt 4 Ordynacji podatkowej. Co więcej, doręczenie takiego postanowienia bezpośrednio stronie jest prawnie nieskuteczne.

Podsumowanie

Jak wynika z powyższego, zawsze należy bardzo dokładnie analizować akta postępowań podatkowych i zwracać uwagę nawet na pozornie nieistotne szczegóły. W sytuacji, gdy postępowania kontrolne i podatkowe toczą się często już po upływie pięcioletniego terminu przedawnienia zobowiązania podatkowego, ustalenie tak pozornie drobnego przeoczenia organów skarbowych może mieć dla podatnika pozytywne skutki poprzez stwierdzenie przedawnienia zobowiązania podatkowego, co praktycznie kończy sprawę.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

2018 rokiem sharing economy – rozwój transportu współdzielonego w Polsce

Zmiana myślenia o własności, potrzeba oszczędzania czasu i pieniędzy oraz rosnąca świadomość ekologiczna to czynniki, które wpłynęły na rozwój idei usług współdzielonych. Przykładem jest chociażby znaczny sukces firm oferujących alternatywne formy transportu.

Marcin Maliszewski, prezes marki blinkee.city
Marcin Maliszewski, prezes marki blinkee.city

W rozkwicie city sharingu, zwłaszcza w sektorze transportu indywidualnego, pomogła także moda na rozwiązania bazujące na aplikacjach mobilnych. W ciągu ostatniego roku na polskim rynku pojawiło się lub rozwinęło kilka różnych firm oferujących pojazdy na wynajem. Na tle rodzimej branży wyróżnia się marka blinkee.city, która końcówkę roku przypieczętowała sukcesem zbiórki społecznościowej na rzecz rozwoju w Skandynawii.

Ponad 5 milionów kilometrów sukcesu – skutery blinkee.city podsumowują rok

Kilkanaście nowych miast, 5 mln 600 tys. wyjeżdżonych przez użytkowników kilometrów, a do tego ponad 174 tys. zarejestrowanych użytkowników – w ten sposób można krótko podsumować drugi sezon funkcjonowania blinkee.city, czyli polskiej marki udostępniającej skutery elektryczne na wynajem. – blinkee.city to nie tylko usługa, ale coś znacznie więcej: nasi użytkownicy stworzyli wspólnie z nami społeczność, która wspiera się nawzajem i dzieli spostrzeżeniami dotyczącymi tego, co można jeszcze zmienić lub ulepszyć, aby wypracować optymalny model, spełniający oczekiwania użytkowników. Właśnie ze względu na liczne zapytania jesteśmy obecnie w fazie testów skuterów o większej mocy silnika. Jeśli wypadną one pozytywnie, być może włączymy wzmocnione pojazdy do naszej floty – mówi Marcin Maliszewski, prezes blinkee.city.

Rok 2019 pod znakiem ekspansji zagranicznej

Tylko w tym roku jednoślady pojawiły się w 11 nowych miastach, w tym w 4 zagranicznych metropoliach – Walencji, Budapeszcie, Splicie i Sztokholmie. To ostatnie miasto jest projektem szczególnym, bo do rozwijania usługi wynajmu skuterów w stolicy Szwecji marka blinkee.city zaprosiła polskich inwestorów, którym oddała w ręce 5,4 proc. udziałów szwedzkiej spółki. Wszystko odbyło się za pomocą crowdfundingu udziałowego, który tydzień temu zakończył się sukcesem, tzn. zebraniem ponad 200 tys. euro. – Od początku mieliśmy międzynarodowe ambicje, a sukces krajowy jeszcze nas ośmielił. Sztokholm to kolejny ważny przystanek, kilka naszych skuterów jeździło tam testowo jeszcze zanim zbiórka ruszyła. Dalszy plan zakłada rozwój w Malmö, Göteborgu i norweskim Oslo. A potem? Afryka i USA – mówi Marcin Maliszewski.

Skutery, rowery i… hulajnogi

Poza ekspansją na inne kraje, właściciele blinkee.city nie zamierzają zaniedbać Polski. Wciąż udoskonalają swoje skutery i rowery miejskie (także rowery elektryczne), a już na wiosnę flotę uzupełnią elektryczne hulajnogi. – To doskonałe rozwiązanie dla miejsc, w których istnieje potrzeba szybkiego przemieszczania się na niezbyt długich dystansach, np. w rejonach miasta zajętych gęsto przez biurowce – tłumaczy Marcin Maliszewski. blinkee.city jest otwarte na sugestie nowych lokalizacji swojej usługi. W przyszłym roku flota krajowa powiększy się na pewno co najmniej o 100 proc. Już dziś pewne jest, że skutery na wynajem pojawią się w Kielcach i Bydgoszczy.

Nasza skuterowa przygoda trwa, a my nie zamierzamy się zatrzymać. Chcemy szerzyć ideę scooter sharingu, m.in. po to, by propagować ekologiczne rozwiązania, które jednocześnie nie zmuszają nas do rezygnacji z wygody szybkiego przemieszczania się. W ty roku dzięki korzystaniu ze skuterów elektrycznych blinkee.city nasi użytkownicy zaoszczędzili 661 ton dwutlenku węgla – to najlepszy dowód na zasadność rozwijania transportu elektrycznego. W 2019 będziemy pracować nad rozwojem flot pojazdów w dotychczasowych miastach tak, by nasza usługa działała w swoim docelowym kształcie. Zależy nam też, by stać się marką międzynarodową. Czeka nas jeszcze więcej pracy, ale jesteśmy na to gotowi – mówi Marcin Maliszewski.

Podsumowanie 2018 roku na rynku obligacji i prognozy na 2019

Jeszcze na początku 2018 roku największych zagrożeń dla rodzimego rynku papierów dłużnych upatrywano głównie w czynnikach pochodzących
zza granicy, ostatecznie najwięcej powodów do zmartwień dały wydarzenia krajowe. W kwietniu inwestorami wstrząsnęły informacje związane ze spółką GetBack, a już kilka miesięcy później światło dzienne ujrzała tzw. afera KNF, która wywołała mocny spadek zaufania do rynku finansowego.

Paweł Opoka, dyrektor zarządzający, Aforti Holding / Grupa AFORTI
Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Nie zmienia to jednak faktu, że rynek Catalyst odnotował na koniec listopada 2018 roku wzrost o 14,2 mld złotych względem listopada 2017. Co więcej – dla wielu Inwestorów był on ciekawą alternatywą przede wszystkim względem osłabionego rynku akcji.  Tym samym, według ekspertów Aforti Holding rynek obligacji stara nie poddawać się presji i w 2019 roku skupi na sobie uwagę inwestorów.

W upływającym już 2018 roku, rodzimy rynek obligacji korporacyjnych spotkał się z pierwszym poważnym sprawdzianem, którego wynik może wpłynąć na jego dalsze postrzeganie przez inwestorów i tym samym efektywne funkcjonowanie.

Catalyst – wzrosty mimo rynkowych zawirowań

Na koniec listopada 2018 roku na rynku Catalyst notowane były obligacje korporacyjne o łącznej wartości 86,5 mld złotych. Oznacza to, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy rodzimy rynek papierów dłużnych odnotował wzrost o 14,2 mld złotych, co jest kontynuacją trwającego od kilku lat trendu wzrostowego. Nie zmienia to jednak faktu, że redukcji uległa wartość obrotów papierami dłużnymi, liczba emitentów oraz liczba zawieranych transakcji sesyjnych.

Z jednej strony utrzymujące się historycznie niskie stopy procentowe oraz dobra koniunktura gospodarcza stwarzają bardzo dobre warunki do lokowania środków na rynku papierów dłużnych. Jednak z drugiej strony, zaufanie inwestorów zostało mocno nadwyrężone przez wydarzenia związane z windykatorem GetBack oraz aferą KNF, która w istotny sposób wpłynęła na krajowy rynek obligacji. Nadużyciem byłoby jednak stwierdzenie, iż wciąż jeszcze młody rynek obligacji korporacyjnych czeka długoterminowy regres. Bieżące wydarzenia należy traktować raczej jako tymczasowe i będące cenną lekcją dla całego systemu nadzoru finansowego. Szkoda, że znów dzieje się to kosztem inwestorów oraz dobrze prosperujących przedsiębiorstw, dla których możliwość pozyskania kapitału na rynku papierów dłużnych stanowi często najkorzystniejszą z finansowych alternatyw.

Pierwsze sygnały dotyczące nieprawidłowości w spółce GetBack pojawiły się w kwietniu 2018 roku i jak się potem okazało, na inwestycji w papiery dłużne tej spółki stracić mogło nawet 9 tys. osób. Gdy większości inwestorów mogło się wówczas wydawać, że rynek obligacji korporacyjnych najgorsze ma już za sobą, z mediów napłynęły kolejne informacje związane z tzw. aferą KNF, które mocno wstrząsnęły papierami dłużnymi emitowanymi przez Getin Noble Bank (GNB) oraz Idea Bank (IB). Doprowadziło to do sytuacji, w której obligacje GNB w ciągu miesiąca potrafiły stracić 60 proc. swojej wartości. Tego typu incydenty w oczywisty sposób wpływają na ograniczenie zaufania inwestorów do rynku papierów dłużnych. Najlepszym przykładem odzwierciedlającym zachowanie osób lokujących dotychczas swoje środki w obligacje korporacyjne jest reakcja funduszy, w których mogliśmy zaobserwować niejednokrotnie zwiększoną skalę umarzania jednostek uczestnictwa.

Banki centralne a polski rynek obligacji

Odchodząc od wydarzeń krajowych, pewnego rodzaju zagrożeniem dla rynku obligacji pozostaje również możliwość normalizacji polityki monetarnej banków centralnych, czego przykładem są Stany Zjednoczone. Obserwujemy tam bowiem systematyczny wzrost stóp procentowych.  Nie jest jednak tajemnicą, iż redukcja podaży pieniądza na rynku w znaczący sposób ogranicza napływ nowych środków do instrumentów związanych z rynkiem papierów dłużnych, a sama już podwyżka stóp procentowych powoduje spadek wyceny papierów dostępnych aktualnie na rynku. Jest to szczególnie ważne w kontekście prowadzonej od kilku lat luźnej polityki pieniężnej, która była akceleratorem dla przedsiębiorstw szukających gotówki na rynku obligacji.

Należy jednak podkreślić, iż jastrzębie nastroje panujące za oceanem nie mają zbyt wiele wspólnego z polityką prowadzoną przez Europejski Bank Centralny, który planuje zakończenie programu QE w 2018 roku. Jednocześnie EBC z samą podwyżką stóp procentowych wstrzyma się prawdopodobnie do połowy przyszłego roku, a na pewno do momentu osiągnięcia swoich celów inflacyjnych. Decyzji o zacieśnianiu polityki monetarnej europejskim bankierom nie ułatwiają odczyty makroekonomiczne, które choćby w przypadku największej gospodarki strefy euro – Niemiec, pozostawiają wiele do życzenia. Dokładając od tego niepewność związaną z Brexitem, kłopoty systemu bankowego we Włoszech oraz problemy polityczne Hiszpanii czy też Francji, z dużą dozą prawdopodobieństwa można zakładać, iż ewentualne podwyżki stóp procentowych będą odkładane w czasie.

Podobnie wygląda sytuacja w Polsce, gdzie Rada Polityki Pieniężnej deklaruje utrzymanie stóp na stabilnym poziomie przynajmniej do końca 2019 roku. W przyspieszeniu tej decyzji nie pomaga utrzymująca się niska dynamika wzrostu cen, która wyniosła w listopadzie 1,2 proc., a po odliczeniu cen energii i żywności stanowiła zaledwie 0,7 proc.

Rok 2019 skupi na sobie uwagę inwestorów – w cenie obligacje korporacyjne i skarbowe

W ocenie ekspertów Aforti Holding w 2019 roku można jednak oczekiwać stabilizacji sytuacji na rynku obligacji korporacyjnych. Widoczny od lat trend wzrostowy w tym obszarze będzie próbował utrzymać się, chociaż w aktualnych rynkowych okolicznościach nie będzie to proste. Niemniej, doświadczeni inwestorzy powinni – podobnie jak w 2018 roku – zarobić na obligacjach skarbowych i korporacyjnych więcej niż na tradycyjnych lokatach bankowych.

Oczywiście należy założyć, że inwestorzy utrzymają swoją awersję do ryzyka, szczególnie w przypadku przedstawicieli sektora windykacyjnego czy deweloperskiego. Niemniej w przypadku papierów dłużnych emitowanych przez spółki o ugruntowanej pozycji, nadal będziemy obserwować przewagę popytu nad podażą, podobnie jak ma to miejsce w odniesieniu do obligacji skarbowych, które również stają się coraz powszechniejsze wśród polskich inwestorów indywidualnych.

Paweł Opoka, wiceprezes zarządu Aforti Holding / Grupa AFORTI

Przed spotkaniem FED. Co dalej z podwyżkami? Jak zareaguje kurs dolara?

Konsensus oczekuje, że podczas najbliższego spotkania Rezerwa Federalna zdecyduje się na kolejną podwyżkę stóp procentowych. Jednocześnie rynki spodziewają się, że w 2019 r. tempo dalszego zacieśniania polityki monetarnej w Stanach Zjednoczonych będzie zdecydowanie niższe niż w obecnym roku.

Ostatnie spotkanie FOMC podczas którego opublikowane zostały projekcje ekonomiczne banku odbyło się we wrześniu. Wtedy, obok oczekiwań dotyczących perspektyw gospodarczych, poznaliśmy również opinię decydentów względem kształtowania się stóp procentowych w USA w przyszłości. „Dot plot”, który jest graficzną formą prezentacji wspomnianych oczekiwań sugerował, że członkowie FOMC oceniają, iż w przyszłym roku stopy procentowe zostaną podniesione trzykrotnie. W ostatnich tygodniach oczekiwania rynku uległy jednak istotnej zmianie – wspomniany zwrot miał związek m.in. z dość „gołębią” retoryką ze strony przewodniczącego Rezerwy Federalnej – Jerome Powella.

Wrześniowy „dot plot” FOMC [26/09/2018]

Fed w środę da rynkom sygnał. Co dalej z podwyżkamiŹródło: Rezerwa Federalna, Thomson Reuters Datastream Data: 17/12/2018

Podczas konferencji w Nowym Jorku, która odbyła się pod koniec listopada, Powell stwierdził, że obecny poziom stóp procentowych (2-2,25%) znajduje się „tuż poniżej” szacowanego neutralnego poziomu. Neutralny poziom stóp pozwala na utrzymanie stabilnej dynamiki cen przy jednoczesnej ekspansji gospodarki zbieżnej z długoterminowym trendem. Ostatnie komentarze Powella są wyraźnym odejściem od jego dotychczasowej retoryki. Jeszcze w październiku przewodniczący FOMC twierdził, że główna stopa procentowa jest „daleka” od wspomnianego neutralnego poziomu. To bardzo istotna zmiana, która sugeruje, że Rezerwa Federalna może skłaniać się ku pauzie w kwestii podwyżek stóp procentowych. Jeżeli to nie nastąpi, możemy spodziewać się dużo bardziej wstrzemięźliwego tempa zacieśniania polityki monetarnej, niż decydenci zakładali jeszcze we wrześniu.

Prawdopodobnie głównym czynnikiem stojącym za bardziej zachowawczą retoryką decydentów FOMC jest brak presji inflacyjnej w Stanach Zjednoczonych. Dynamika cen mierzona wskaźnikiem CPI wyraźnie zwolniła od lata – jeszcze w lipcu inflacja wynosiła 3% w ujęciu rocznym, a już w listopadzie spadła do 2,2%. W ujęciu miesięcznym wzrost cen w listopadzie był zerowy. Tym samym Fed znajduje się pod mniejszą presją, żeby w najbliższych kwartałach kontynuować cykl zacieśniania polityki pieniężnej w tempie zbliżonym do tego z obecnego roku.

Inflacja w Stanach Zjednoczonych (2014-2018)

Inflacja w Stanach ZjednoczonychŹródło: Thomson Reuters Datastream Data: 17/12/2018

Mimo wyraźnej zmiany retoryki Fedu nadal oczekujemy, że podczas najbliższego spotkania FOMC zdecyduje się podnieść stopy procentowe o 25 punktów bazowych. Obecnie rynki wyceniają prawdopodobieństwo kolejnej podwyżki dość wysoko (w okolicy 70%), stąd inwestorzy będą w pierwszej kolejności wypatrywać zmian w najnowszym „dot plocie”.

Biorąc pod uwagę „gołębi” zwrot w retoryce Powella, spodziewamy się, że ścieżka stóp procentowych w „dot plocie” niemal na pewno ulegnie obniżeniu. Sądzimy również, że średnio oczekiwania mogą wskazać na zaledwie jedną podwyżkę stóp procentowych w 2019 r. Przypominamy, że jeszcze we wrześniu decydenci zakładali, że w najbliższym roku doświadczymy trzech podwyżek. Ponieważ samo obniżenie ścieżki z „dot plotu” jest już w sporym stopniu wyceniane przez rynki, jej możliwe mniejsze obniżenie mogłoby nawet wesprzeć dolara amerykańskiego w najbliższą środę.

Wyceny kontraktów fed fund futures sugerują, że rynek obecnie zakłada, że przyszły rok przyniesie zaledwie jedną podwyżkę stóp procentowych. Ma ona nastąpić w ostatnim kwartale 2019 r. W kontekście zmiany retoryki Fedu uznajemy te szacunki za całkiem realistyczne. Jesteśmy również zdania, że Fed wstrzyma cykl podwyżek stóp na co najmniej kilka kwartałów, aby ocenić, czy z odczytów o dynamice cen wyniknie potrzeba dalszego podnoszenia stóp procentowych. Nasza obecna prognoza zakłada zatem brak jakichkolwiek podwyżek stóp procentowych w USA w 2019 r. lub maksymalnie jedną podwyżkę stóp procentowych przed końcem przyszłego roku.

Brak podwyżek stóp Rezerwy Federalnej wzmacnia również naszą prognozę względem stabilnego kursu EUR/USD oraz wzmocnienia sporej części walut gospodarek wschodzących względem dolara amerykańskiego w 2019 r.

Autorzy: Analitycy Ebury: Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Plaga manipulacji oraz „oszustw” na tachografie

Dane z tachografu wskazują, że kierowca przejechał 1550 km, a mapa pokazuje, że pokonany dystans jest o 20% dłuższy. Co więcej, na karcie kierowcy zarejestrowano o ponad 50% krótszą drogę od rzeczywistej. Dlaczego kierowcy samochodów ciężarowych dopuszczają się manipulacji tachografów?

O manipulacji tachografem możemy mówić w momencie, gdy pojazd przemieszcza się, a w urządzeniu włączona jest funkcja „odpoczynek”. Truckerzy opracowali wiele metod fałszowania czasu jazdy – począwszy od celowego nieużycia karty kierowcy, korzystania z kilku kart, poprzez magnesy czy też złożone, kosztowne urządzenia wyspecjalizowane w celu fałszowania danych. Proceder dotyczy zarówno analogowych tachografów starszej generacji, których pracę można zakłócić magnesem, jak i nowszych, bardziej złożonych tachografów cyfrowych.

Plaga manipulacji tacho
Jedna z metod wykrywania manipulacji – oprogramowanie Tachoscan Control
Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO
Mateusz Włoch, ekspert firmy INELO

Emulator tachografu, kasownik błędu lub po prostu bloker, „Urządzenie do diagnozowania Twojego tachografu i żarówek energooszczędnych. (…) Informujemy, że sprzedawane przez nas urządzenie ma wiele innych właściwości.” [1] Co to oznacza? Każdy może kupić narzędzie fałszujące zapis czytnika cyfrowego. Cena? Ponad 2 000 PLN za trzy sztuki. – Im nowsza wersja tachografu, tym bardziej skomplikowane zabezpieczenia przed ingerencją – co za tym idzie – sposoby manipulacji nowszymi wersjami tachografów są znacznie bardziej kosztowne. Nie zniechęca to jednak kierowców do zainwestowania w tego typu mechanizmy, których koszt sięga nawet 2 000 euro. – komentuje Mateusz Włoch ekspert Inelo.

Kierowco, dlaczego?

Goniące terminy dostaw, wizja wysokich kar za niedopełnienie warunków umowy, niedobory kadrowe w transporcie drogowym, utrudnienia na drodze, chęć szybszego powrotu do domu… Powodów, dla których kierowcy dopuszczają się manipulacji zapisem tachografu, jest mnóstwo, a korzystanie z tych nielegalnych praktyk – szczególnie w ostatnim czasie – stało się niestety dość powszechne. W ciągu zaledwie trzech godzin kontroli Wojewódzka Inspekcja Transportu Drogowego w Bydgoszczy ujawniła aż sześć przypadków manipulacji tachografami.[2] Tego samego dnia na terenie województwa Wielkopolskiego wykryto aż 15 takich naruszeń.[3] A cztery dni wcześniej białostocka WITD zatrzymała do kontroli szofera korzystającego z trzech kart kierowcy, który sześciokrotne przekroczył maksymalny czas prowadzenia bez przerwy, czternastokrotnie skrócił wymagany dzienny odpoczynek. Łączna suma kar dla tego rekordzisty wyniosła 77 000 PLN[4]. WITD Rzeszów w podsumowaniu akcji kontrolnej wskazuje, że są sytuacje, w których kierowcy sami przyznają, że dopuścili się manipulacji.[5]

– Zdarza się, że przewoźnicy świadomie narażają się na ewentualne kary za manipulacje zapisem tachografu, gdyż koszty wynikające z niedopełnienia warunków umowy w kwestii dotrzymania terminu dostawy są zazwyczaj dużo wyższe. Skutkuje to zwiększeniem nacisku na efektywność pracownika, co przekłada się na naruszanie zasad czasu pracy kierowcy i bardzo często także manipulacje – zauważa Mateusz Włoch. – Ze sprawozdania z działalności Państwowej Inspekcji Pracy za 2017 r. wynika, że w minionym roku przeprowadzono łącznie 508 kontroli dotyczących przestrzegania przepisów czasu pracy i odpoczynków. W ponad 45% przypadków wykryto przekroczenie dziennego limitu czasu prowadzenia pojazdu. [6]dodaje ekspert Inelo.

Kary im nie straszne

– W ostatnim czasie obserwujemy wzmożone działania Komisji Europejskiej i innych organów ustawodawczych w zakresie prawnym, które mają na celu skutecznie ograniczyć powszechność manipulacji tacho wśród kierowców – zauważa ekspert Inelo. – Od 3 września 2018 r. obowiązuje nowy taryfikator ustawy o transporcie drogowym, który zwiększył kary za ingerencję w zapis tachografu. W Polsce sankcją za stosowanie nielegalnych praktyk jest mandat karny w wysokości po 2 000 PLN dla kierującego pojazdem i osoby zarządzającej transportem, oraz 10 000 PLN dla przewoźnika. Co łącznie może kosztować firmę 14 000 PLN – informuje Mateusz Włoch z Inelo.

Wspomniana ustawa zwiększa także zakres możliwości inspektorów. Pojazdy, wobec których istnieje podejrzenie stosowania nielegalnych praktyk, mogą zostać skierowane do wyspecjalizowanych warsztatów. – W przypadku, gdy badanie wykaże ingerencję w działanie urządzenia, zgodnie z nowym taryfikatorem, wszystkie koszty związane z kontrolą pokrywa przewoźnik. – tłumaczy Mateusz Włoch. – Kary finansowe to nie jedyne sankcje, które czekają firmy transportowe. Manipulacje tachografem uznawane są za najpoważniejsze z naruszeń, co oznacza, że Inspekcja Transportu Drogowego ma obowiązek ocenić „dobrą reputację przewoźnika”, co w efekcie może skutkować zawieszeniem licencji na wykonywanie przewozów. – dodaje. Warto zauważyć, że na terenie każdego z krajów obowiązują inne przepisy, które za manipulacje zapisami tachografów przewidują zróżnicowane kary – często znacznie wyższe niż w Polsce, a nawet 48-godzinne pozbawienie wolności.

Czy będzie lepiej?

Odpowiedzią na powszechność manipulacji są rozwiązania legislacyjne, ale także wprowadzenie tachografów IV generacji, które mają jeszcze skuteczniej ograniczać możliwość ingerencji w zapis. Ponadto, inspekcje będą w stanie dużo skuteczniej kontrolować pojazdy pod kątem manipulacji. Wszystkie te działania, mające na celu wyeliminowanie oszustw, są nastawione przede wszystkim na zwiększenie bezpieczeństwa na drogach, gdyż badania dowodzą, że przemęczony kierowca sprawia dokładnie takie samo zagrożenie jak pijany. Inspekcje walczą z manipulacjami przy pomocy rozwiązań prawnych, ale również sami przewoźnicy powinni zadbać, by w ich pojazdach kierowcy nie dopuszczali się tego procederu, który może skutkować nawet zawieszeniem licencji transportowej. – W szerokim pakiecie produktów i usług, które oferujemy firmom transportowym, znajdują się także oprogramowania, które pozwolą sprawdzić przewoźnikowi, czy w jego pojazdach są stosowane nielegalne praktyki – mówi Mateusz Włoch.  Plaga manipulacji zapisami tachografów to ogromny problem, z którym musi zmierzyć się branża transportowa. Niezwykle istotne jest podnoszenie świadomości w zakresie przestrzegania zasad czasu pracy, do których zobligowani są kierowcy. Czy groźba utraty licencji dla przewoźnika to wciąż za mało?

  1. [1] Przykład opisu jednego z narzędzi do zakłócania pracy tachografu.
  2. [2] http://www.witd.bydgoszcz.pl/AKTUALNOSCI/6-przypadkow-ingerencji-w-zapisy-tachografow-655.html
  3. [3] http://www.gitd.gov.pl/dla-mediow/aktualnosci/archiwum/15-przypadkow-manipulacji-tachografem
  4. [4] http://www.gitd.gov.pl/dla-mediow/aktualnosci/jazda-na-trzech-kartach.-40-ujawnionych-naruszen
  5. [5] https://witd.rzeszow.pl/338-naruszenie-przepisow-adr-i-ingerencja-w-zapisy-tachografu
  6. [6] https://www.pip.gov.pl/pl/f/v/192642/Sprawozdanie%20z%20dzialalnosci%20PIP%20w%202017.pdf

Opłata emisyjna – za paliwa i tak zapłacimy więcej

Polscy kierowcy ciągle płacą zbyt wiele za paliwa, bo detaliści nie kwapią się do obniżek cen adekwatnych do zmian na rynku hurtowym. Dlaczego tak się dzieje? Prawdopodobnie właściciele stacji benzynowych przygotowują się już do wprowadzenia nowej opłaty emisyjnej – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po bardzo silnych spadkach cen paliw w październiku i w listopadzie od ponad trzech tygodni na europejskim rynku hurtowym (ARA – Amsterdam-Rotterdam-Antwerpia) utrzymują się stabilne ceny. Benzyna w przeliczeniu na złote kosztuje ok. 1,40-1,50 za litr, a olej napędowy rafinerie oferują po 1,80-1,90 zł.

Z kolei detaliczne ceny paliw w Unii Europejskiej cały czas spadają w następstwie wcześniejszych obniżek na rynku hurtowym. Pomijając podatki i opłaty, litr benzyny bezołowiowej – według danych Komisji Europejskiej – kosztuje w UE średnio 52,3 eurocenta, czyli 2,25 zł, a oleju napędowego – 61,1 eurocenta, 2,62 zł. W obu przypadkach ceny w Polsce są wyższe niż średnie w UE i wynoszą 53 oraz 63 eurocenty (dane KE). Wydawać by się mogło, że różnice są nieznaczne, zwykle jednak to ceny paliw w naszym kraju, po wyłączeniu podatków i opłat, były niższe niż w UE. Dlaczego teraz nastąpiło odwrócenie relacji?

Diesel bez podatków niemal najdroższy w całej Unii

Chociaż zwykle analizowane są ceny paliw wraz z podatkami i innymi opłatami, warto przyjrzeć się wartościom z wyłączeniem tych składowych. Pozwolą one lepiej pokazać, dlaczego w naszym kraju paliwa, a zwłaszcza olej napędowy, kosztują niemal najwięcej w Unii.

Przez ostatnie lata marża (suma hurtowej i detalicznej) liczona jako różnica pomiędzy ceną na stacjach (z wyłączeniem podatków) a ceną ARA kształtowała się w Polsce na poziomie 40-60 gr na litrze w przypadku diesla. W Unii była ona wyższa – 50-70 gr. Różnice nie są zatem duże i wynikają z kosztów pracy, odległości od rafinerii czy opłat logistycznych. Np. w Szwecji czy Finlandii diesel jest drogi (nawet po wyłączeniu podatków) ze względu na stosunkowo niską gęstość zaludnienia i znaczne odległości dostawy.

W minionych tygodniach marża osiągnęła w naszym kraju niemal 1 zł na litrze oleju napędowego. Była to najwyższa wartość od co najmniej kilkunastu lat. Obecnie spadła ona do 88 gr. W Unii marża na dieslu także jest wysoka, ale nawet w szczycie była o kilka groszy niższa niż w Polsce, a w drugim tygodniu grudnia wynosiła 80 gr, czyli o 8 gr mniej niż nad Wisłą, chociaż zwykle w UE jest ona wyższa o ok. 10 gr/litr. Tylko w 5 z 28 unijnych państw olej napędowy, pomijając podatki, kosztuje więcej niż na polskich stacjach.

W dłuższym okresie nikt nie weźmie na siebie opłaty emisyjnej…

W Polsce od 2019 r. zostanie wprowadzony nowy podatek doliczany zarówno do ceny diesla, jak i benzyny bezołowiowej. Wyniesie on 8 gr netto na litrze. Do tego należy jeszcze dodać 23 proc. podatku VAT, co oznacza, że konsumenci powinni zapłacić ok. 10 gr więcej za każdy litr paliwa przy dystrybutorach w porównaniu do scenariusza bez nowych obciążeń fiskalnych.

Krajowe koncerny paliwowe komunikowały w ostatnich miesiącach, że przejmą na siebie koszty opłaty emisyjnej, tyle że w dłuższym okresie to całkowicie nierealne. Sugeruje to opinia Biura Analiz Sejmowych (BAS) oceniająca zmiany ustawy o biokomponentach i biopaliwach.

BAS pisze, że „w dłuższej perspektywie czasowej jej koszty [opłaty emisyjnej – przyp. aut.] zostaną w sposób bezpośredni lub pośredni przerzucone na nabywców, jak miało to miejsce w przypadku podatku od niektórych instytucji finansowych (tzw. podatku bankowego)”.

Ta dłuższa perspektywa nie jest jednak do końca określona. Rozkładanie opłaty może trwać tygodniami, zwłaszcza gdyby dominujące na rynku koncerny chciały wypełnić swoją obietnicę. To z kolei może oznaczać perspektywę znacznie niższej marży od początku roku dla pozostałych uczestników rynku, funkcjonujących całkowicie na komercyjnych zasadach.

…dlatego teraz płacimy za nią podwójnie

W rezultacie stacje paliw stały się niezwykle ostrożne w obniżkach cen, co pokazują rekordowe marże na oleju napędowym i wyższe, po wyłączeniu podatków, ceny diesla oraz benzyny w Polsce niż w Unii. A ile nas to wszystko kosztuje?

Ceny paliw w ujęciu netto mogą być średnio nawet o 15 gr wyższe na litrze, niż gdyby nie było ryzyk związanych z koniecznością utrzymania stałych cen po wprowadzeniu opłaty emisyjnej. To mniej więcej dwukrotność nowego obciążenia fiskalnego w paliwach. Ponieważ miesięcznie w Polsce sprzedaje się ok. 2 mld litrów paliw (dane BAS mówią o 25,5 mld rocznie), tylko w samym grudniu nabywcy benzyny czy diesla mogą stracić w sumie ponad 350 mln zł, doliczając jeszcze podatek VAT.

Finalnie więc przedsiębiorcy oraz konsumenci zaczęli ponosić podwójny koszt opłaty emisyjnej jeszcze przed jej wprowadzeniem, chociaż podobno nie mieli być nią obciążeni, nawet po wejściu opłaty w życie.

Płace rosną. Amerykańska giełda nurkuje

Kolejny raz GUS zaskoczył danymi z rynku pracy. Dane z Niemiec znów trochę słabsze. Amerykańska giełda po latach hossy notuje poważniejsze spadki.

Dobre dane dla pracowników w Polsce

Poznaliśmy wzrosty zatrudnienia oraz wynagrodzeń. Zatrudnienie zgodnie z oczekiwaniami rośnie o 3% w skali roku. Wynagrodzenia z kolei rosną o 7,7% wobec oczekiwanych 7,2%. Przeciętne wynagrodzenie to już niemal 5000 zł. Wynagrodzenia rosną najszybciej od 3 lat. Wyraźnie szybciej płace rosły ostatni raz na szczycie hossy w 2008 roku. Gorzej wypada wzrost zatrudnienia jest on najniższy od 2016 roku. Ten fenomen można jednak łatwo wytłumaczyć. W tym czasie bezrobocie wyraźnie spadło. Inaczej może rosnąć zatrudnienie przy ponad 8% bezrobocia a inaczej jak jest poniżej 6%. Obecnie skoro brakuje na rynku specjalistów firmy coraz częściej podkupują pracowników sobie wzajemnie to właśnie zjawisko tworzy presję na tak szybki wzrost wynagrodzeń. To właśnie to zjawisko może nas zbliżyć płacami do Europy Zachodniej znacznie skuteczniej niż zapowiadane działania premiera.

Dane z Niemiec

O tej samej godzinie co polskie płace publikowany był indeks instytutu IFO w Niemczech. Jest to wskaźnik mówiący o kondycji gospodarki naszych zachodnich sąsiadów. Wyniósł on 101 pkt i był o 0,8 pkt niższy od oczekiwań. Dane te nie spowodowały wyraźnych zmian na rynku, za to było widać w pierwszych minutach po publikacji sporą nerwowość gdzie inwestorzy nie wiedzieli w którą stronę rynek ruszy. Niemcy są najważniejszą gospodarką Unii Europejskiej. Słabsza sytuacja tego kraju szybko przekłada się na całe stowarzyszenie i jego wspólną walutę.

Korekta na amerykańskiej giełdzie

Główny amerykański indeks giełdowy S&P 500 spadł w ciągu trzech miesięcy z poziomów około 2950 pkt, kiedy to analitycy zastanawiali się czy pęknie bariera 3000 punktów, w okolice 2500 punktów. Brzmi to jak poważne załamanie. Warto jednak spojrzeć na amerykański rynek akcji w dłuższej perspektywie. W szczycie kryzysu indeks wyceniony był w 2009 roku na 666,79 punktu. Od tego czasu niemal każdy rok kończył się lepszym wynikiem niż poprzedni. Spadki w 2011 i 2015 wynosiły odpowiednio 0,04 punktu i 14,96 punktu. W szczytowym momencie indeks rósł o 2250 punktów. W rezultacie obecny spadek o 400 punktów nie wygląda już tak źle. Co nie zmienia faktu, że nie należy go lekceważyć. Giełdzie nie pomagają również rosnące stopy procentowe. Im wyższe stopy procentowe tym chętniej inwestorzy lokują kapitały w bezpieczniejszych obligacja. Z kolei kredyty inwestycyjne stają się droższe. Podobne spadki zaliczyło większość głównych indeksów giełdowych w krajach zachodnich.

Dzisiaj w kalendarzu danych makroekonomicznych warto zwrócić uwagę na:

  • 14:00 – Węgry – decyzja w sprawie stóp procentowych,
  • 14:30 – USA – pozwolenia na budowę domów.

Maciej Przygórzewski – główny analityk w Internetowykantor.pl i Walutomat.pl

Podsumowanie 2018 roku na rynku obligacji

Choć zapowiadał się jako przedłużenie dobrej passy, rok 2018 r. przyniósł załamanie wartości publicznych emisji obligacji korporacyjnych, co najmocniej było widać w III kwartale. Pod koniec roku rozpoczęła się powolna odbudowa rynku.

W 2018 r. emisje publiczne adresowane do inwestorów indywidualnych na podstawie prospektów emisyjnych warte były 910 mln zł, wobec 1,85 mld zł rok wcześniej – wynika z danych serwisu Obligacje.pl. A były podstawy by sądzić, że wartość emisji publicznych prędzej przekroczy po raz pierwszy 2 mld zł ze względu na wartość ważnych i oczekujących na zatwierdzenie prospektów, które są podstawą emisji. Ostatecznie jednak wartość ta spadła o połowę, a to nie oddaje w pełni rynkowych nastrojów – z 910 mln zł aż 600 mln zł przypadło na publiczne emisje PKN Orlen – końcowy wynik był więc mocno zależny od jednego tylko emitenta (rok wcześniej największy udział w emisjach osiągnął Getin Noble Bank i było to 17,8 proc.). Większość emisji miała miejsce w I półroczu. W trzecim kwartale nie przeprowadzono ani jednej emisji publicznej na podstawie prospektu, a rynek ożywił się dopiero w końcówce roku, gdy oferty przeprowadziły Kruk i Echo o łącznej wartości 80 mln zł.

Wraz z wartością rynku zmalała także skala zgłoszonego przez inwestorów popytu (z 3 mld zł do 1 mld zł), a także sama liczba inwestorów biorących udział w emisjach (z 15 tys. plus emisje GNB do niespełna 8 tys.), a także wartość średniego zapisu – do 130 tys. ze 177 tys. zł rok wcześniej.

Zmiany w przepisach

Nie można zrzucić odpowiedzialności za zmiany zachodzące na rynku na jedno tylko wydarzenie. Przed początkiem roku wydawało się, że najdonioślejszym z nich będzie implementacja MiFID II na polskim rynku, która faktycznie zaowocowała wydłużeniem terminów zapisów w dwóch pierwszych emisjach publicznych tego roku. Wdrożenie przepisów nałożyło na podmioty licencjonowane obowiązek przeprowadzenia ankiety wśród inwestorów, która określałaby preferowany i akceptowany przez nich poziom ryzyka inwestycji. Według nieoficjalnych i szczątkowych danych przeprowadzenie ankiety spowodowało znaczny (nawet 90 proc.) ubytek potencjalnych nabywców obligacji wśród klientów banków, a także – nieco mniejszy wśród klientów private bankingu. Ci ostatni dotychczas stanowili najsilniejszą (sądząc po wartości średnich zapisów) grupę nabywców obligacji wśród inwestorów indywidualnych.

Co więcej, pod koniec maja Komisja Nadzoru Finansowego wydała quasi rekomendację, w której zaleciła bankom by te nie prowadziły proaktywnej sprzedaży obligacji korporacyjnych klientom, którzy posiadają w nich aktywa mniejsze niż równowartość 100 tys. EUR. Prawdopodobnie właśnie te dwa wydarzenia (implementacja MiFID II i zalecenie KNF) możemy uznać za główną przyczynę zastoju na pierwotnym rynku obligacji korporacyjnych, przynajmniej gdy mowa o emisjach publicznych.

Nie ma przypadku w tym, że dystrybucję ostatniej emisji publicznej w kończącym się roku powierzono czterem niezależnym domom maklerskim, choć wcześniej obligacje Kruka (bo o nim mowa) rozprowadzał z sukcesem jeden z największych bankowych domów maklerskich.

„Zmiana warty” jest zapowiedzią podobnego sposobu dystrybucji kolejnych emisji obligacji – coraz częściej indywidualni inwestorzy będą musieli w tym względzie polegać na niezależnych domach maklerskich, które docelowo zastąpić mogą dotychczasowych hegemonów rynku, choć oczywiście będzie to proces długotrwały.

Nie jest to koniec formalnych zmian, jakie zaszły w tym roku. Nowelizacja pakietu ustaw, których celem jest wzmocnienie nadzoru m.in. nad rynkiem obligacji, wejdzie w życie 1 lipca przyszłego roku, ale już teraz wiadomo, że wszystkie emisje obligacji będą musiały być rejestrowane w Krajowym Depozycie Papierów Wartościowych. Rejestr ma być jawny, co powinno zwiększyć wiedzę inwestorów dotyczącą poszczególnych emitentów. Sam fakt rejestracji wykluczy zaś emisje zdematerializowane. Ponadto każda emisja prywatna będzie miała agenta emisji, który sprawdzi poprawność jej przeprowadzenia pod względem formalnym.

Warto też wspomnieć, że od tego roku zliberalizowano przepisy dotyczące najmniejszych emitentów. Emisje o wartości 1 mln EUR (w ciągu 12 miesięcy) mogą być przeprowadzane bez udziału firmy inwestycyjnej i bez zatwierdzania dokumentów przez KNF (wcześniej limit wynosił równowartość 100 tys. EUR).

Z kolei od 21 lipca przyszłego roku w życie mogą wejść zapisy znowelizowanej ustawy o ofercie publicznej, które wykluczą pojęcie emisji prywatnych. Jeśli nowelizacja zostanie zatwierdzona, każdy emitent przeprowadzający więcej niż jedną emisję obligacji rocznie, będzie musiał ubiegać się w KNF o zatwierdzenie memorandum informacyjnego lub prospektu, jeśli emisje mają być szeroko dostępne.

Najważniejsze wydarzenia

Bez wątpienia wydarzeniem o największej sile oddziaływania na inwestorów była ujawniona w kwietniu tzw. afera Getback. Firma windykacyjna zaniechała obsługi obligacji, a większość członków byłego już zarządu trafiła do aresztu z zarzutami działania na szkodę spółki (a tym samym jej wierzycieli). Poszkodowanych może być ponad 9 tys. inwestorów posiadających obligacje oraz kilka tysięcy inwestujących w fundusze sekurytyzowane zarządzane przez GetBack. Na razie nie wiadomo w jakim stopniu i kiedy posiadacze obligacji mogą zostać spłaceni. Kwota zobowiązań sięga 2,5 mld zł, aktualnie trwa proces uzgadniania propozycji układowych.

Niewypłacalność GetBacku i ujawnienie jego problemów dało początek wielu innym wydarzeniom i działaniom. Większość zmian w prawie, które miały miejsce w kolejnych miesiącach wypływa z chęci zapobiegnięcia pojawieniu się w przyszłości takich wypadków, ale skutkiem afery GetBacku była nie tylko zmiana przepisów, lecz także podejścia inwestorów.

Widać ją w mniejszej liczbie emisji publicznych, ale także we wzroście rentowności obligacji na Catalyst oraz we wzroście oferowanego inwestorom oprocentowania. Wspomniany już Kruk zaproponował w emisji publicznej oprocentowanie (marżę) o 35 pkt bazowych wyższą niż w ostatniej tego typu emisji sprzed dwóch lat. Echo podbiło oprocentowanie o 0,5 pkt proc. względem warunków oferowanych przed rokiem. Przykłady można mnożyć, nie wyłączając emisji PKN Orlen, który jeszcze w maju podniósł marżę o 0,2 pkt proc. (do 1,2 pkt proc. ponad WIBOR 6M) i skrócił okres wykupu o rok (do czterech lat) względem emisji z grudnia ub.r.

Jednak nie tylko o względy inwestorów indywidualnych toczy się gra. Na aferze GetBack straciły także fundusze obligacji korporacyjnych i to nie tylko te, które GetBack miały w portfelu. Wahania wyceny na rynku wtórym i odpływy z samych funduszy spowodowały, że ich zainteresowanie obejmowaniem nowych emisji było mniejsze, co naturalnie także przyczyniło się do wzrostu oferowanego oprocentowania. Inwestorzy na powrót zaczęli domagać się emisji zabezpieczonych, co z kolei sprawiło, że niektórzy emitenci odwrócili się od emisji w stronę finansowania bankowego. Banki także wymagają zabezpieczeń kredytowych, ale oprocentowanie kredytów jest niższe niż obligacji.

Pod koniec roku wydarzeniem istotnym dla rynku było ujawnienie tzw. afery KNF, lecz na Catalyst jej zasięg był ograniczony do obligacji Getin Noble Banku (i jedynej notowanej, niewielkiej emisji Idea Banku). Jeszcze w listopadzie potaniały one poniżej 50 proc. nominału w przypadku niektórych serii, osiągając ponad 50 proc. rentowność, ale miesiąc później rentowność wróciła w okolice 20-30 proc. brutto.

Sygnały poprawy

Udane emisje Echa i Kruka z IV kwartału oraz zapowiedzi ich ponowienia w niedługim czasie (lecz prawdopodobnie już w 2019 r.) to pierwsze sygnały ożywienia rynku emisji publicznych po tym jak przez cztery miesiące (od czerwca do października) nie przeprowadzono żadnej emisji publicznej. Poprzednio z tak długą przerwą mieliśmy do czynienia w 2012 r.

Nie brak chętnych do pozyskania finansowania z emisji obligacji, nawet jeśli jest ono droższe niż przed rokiem. Inwestorzy, którzy poszukują wyższych stóp zwrotu niż z lokat bankowych mogą być zainteresowani ich obejmowaniem (bezpośrednio lub pośrednio – przez fundusze inwestycyjne) – ale wymagania dotyczące jakości emitentów oraz oferowanego oprocentowania wzrosły. Rynek emitenta zmienił się w rynek inwestora, minusem jest jednak ograniczony dostęp do nowych emisji.

Emil Szweda dla Michael/Ström Dom Maklerski

Mobbing w pracy. Komu sprzyja orzecznictwo sądów?

Adwokat Bartłomiej Raczkowski, kancelaria Raczkowski Paruch
Adwokat Bartłomiej Raczkowski, kancelaria Raczkowski Paruch

Statystyki zniechęcają do rozpoczynania spraw przeciwko pracodawcom. Jednak w zdecydowanej większości przypadków dochodzi do nadużywania i błędnego pojmowania mobbingu. Często staje się on bronią w rękach osób, które ośmieszały czy poniżały innych. Sytuacji pokrzywdzonych nie ułatwia też ustawowa definicja nękania. Nawet orzecznictwo Sądu Najwyższego sugeruje inne rozwiązania, które łatwiej pozwalają osiągnąć zadośćuczynienie. Mowa tu przede wszystkim o roszczeniach związanych z ochroną dóbr osobistych czy molestowaniem. Wieloletni praktyk i znawca tematu, adwokat Bartłomiej Raczkowski, wskazuje długą listę przyczyn niepowodzeń pracowników w bataliach sądowych. 

Kto częściej przegrywa sprawy o mobbing – pracodawcy czy pracownicy?

Adw. Raczkowski: Zdecydowaną większość sporów wygrywają pracodawcy. Z mojej wieloletniej obserwacji wynika, że nawet 90% roszczeń mobbingowych jest po prostu nieuzasadnionych. Nie są one składane przez pokrzywdzonych pracowników, a ich geneza jest całkiem inna. Wiele spraw jest zemstą na firmie, próbą wzbogacenia się poprzez uzyskanie nienależnego odszkodowania lub manewrem zwiększenia presji na pracodawcy w celu wynegocjowania lepszej ugody w jakiejś innej sprawie. Te działania mają cele niezwiązane z tym, czy ktoś był mobbingowany, czy nie. Wszystkie te sprawy są więc przegrywane, bo nie ma mobbingu. I to najczęstszy przypadek. Oczywiście, mobbing  się zdarza i to często. Jednak jego rzeczywiste ofiary do sądu nie chodzą.

Co zatem jest błędnie postrzegane jako mobbing?

Adw. Raczkowski: Wiele spraw, które trafiają do sądów, bazuje na jednym schemacie. Mamy pracownika, który nie potrafi współżyć z otoczeniem i współpracować z innymi. Braki w inteligencji emocjonalnej nadrabia agresją, arogancją, nękaniem podwładnych, a często także przełożonych. Merytorycznie radzi sobie przeciętnie lub dobrze, więc jest tolerowany. Jednak coraz więcej osób skarży się na niego, w konsekwencji odchodzą ludzie z jego zespołu. Szefowie dostrzegają, że to mobber. Krzyczy na ludzi, ośmiesza i poniża. Atmosfera wokół niego gęstnieje. Firma zaczyna rozważać albo nawet sugerować zwolnienie. Oprawca zazwyczaj ucieka na L4 od psychiatry i mówi, że to z tego powodu, że jest szantażowany. Następnie idzie do sądu, przedstawiając siebie jako ofiarę.

Ustawowa definicja mobbingu jest zawiła. Czy to nie wpływa na liczbę przegranych spraw przez pracowników?

Adw. Raczkowski: Tak. Definicja mobbingu jest bardzo skomplikowana i źle napisana. Bardzo utrudnia dochodzenie roszczeń w tego typu sprawach. Trzeba bowiem spełnić kumulatywnie wszystkie ustawowe przesłanki, a jest ich 6. Czasem nawet, gdy ze strony kadry kierowniczej były zachowania złe czy nieetyczne, to udowodnienie literalnie mobbingu jest bardzo trudne, często wręcz niemożliwe. Wiele rzeczy, które są naganne i powinny być karane, nie mieści w tej karkołomnej definicji.

Sądy mają więc związane ręce?

Adw. Raczkowski: Czasami w sprawach, w których mobbing jest uznawany, naprawdę można dyskutować, czy wszystkie przesłanki zostały spełnione. Sądy patrzą na to łagodniej i rozsądnie podchodzą do tej nieporadności ustawodawcy, która odbiła się niekorzystnie na pracownikach. Jednak trzeba podkreślić, że nie ma nawału orzeczeń o mobbingu. Dzieje się tak, ponieważ dużo spraw kończy się ugodami. Bardzo częstą reakcją pracodawców jest poddanie się szantażowi. Wiedzą, że nie było mobbingu, ale jednak wolą zapłacić. Sprawa sądowa może trwać wiele lat i wiązać się z kosztami, dużą pracą administracyjną i „ciąganiem po sądach” pracowników w charakterze świadków.

Komu więc sprzyja orzecznictwo?

Adw. Raczkowski: Od dłuższego czasu zmierza ono w takim kierunku, że sugeruje dochodzenie innych, łatwiejszych roszczeń niż mobbing. Często zamiast niego łatwiej udowodnić molestowanie czy naruszenie dóbr osobistych. Sąd Najwyższy podpowiada nawet, że także wtedy, gdy pracownik upiera się przy mobbingu, a nie potrafi go udowodnić, sądy mogą samodzielnie w miejsce roszczeń z mobbingu zasądzać roszczenia za naruszenia dóbr osobistych.

Czy zatem pracodawcom, którym zarzuca się mobbing, łatwiej jest się bronić niż w innych sprawach?

Adw. Raczkowski: Oni bronią się przed roszczeniami mobbingowymi tak samo jak przed wszystkimi innymi. Ani lepiej, ani gorzej. Z praktyki widzę, że tego typu sprawy są wytaczane przede wszystkim przeciwko wielkim, międzynarodowym korporacjom. A to właśnie one zapewniają pracownikom cieplarniane warunki. Ale wielu wychodzi z założenia, że tam jest głęboka kieszeń, więc się opłaca iść do sądu. O wiele częściej do mobbingu dochodzi w małych firmach. Jednak ci pracodawcy twardo się bronią, nie uginają się i nie negocjują. Przeciwko nim jest mniej spraw wnoszonych w złej wierze, bo jest mniejsza szansa na to, że ugną się przed presją lub szantażem.

Czy przyczyną ewentualnej porażki pracownika może być zbyt szybkie skierowanie działań do sądu?

Adw. Raczkowski: W ustawowej definicji nie ma mowy o tym, jak długo musi trwać mobbing. Natomiast są poglądy oraz orzeczenia Sądu Najwyższego, że sześciomiesięczny okres może być uznawany za odpowiedni, ale nie jest to sztywny termin. Pracownicy bez szczególnych problemów ustalają, kiedy rozpoczęły się nieodpowiednie zachowania przełożonych. Jeżeli ktoś ma prawdziwą sprawę mobbingową, to wszystko udowodni. Pracodawca z nim nie wygra.

Rynek ubezpieczeń po III kw. 2018 r.

Po trzech kwartałach 2018 r., ubezpieczyciele wypłacili poszkodowanym i klientom prawie 31 mld zł. Najwięcej odszkodowań oraz zlikwidowanych szkód dotyczyło tradycyjnie ubezpieczeń komunikacyjnych.

  • Ponad 70 mld zł aktywów ubezpieczycieli to środki wspierające gospodarkę i finanse publiczne poprzez krajowe obligacje i inne papiery o stałej kwocie dochodu
  • Prawie 17 mld zł aktywów ubezpieczycieli to środki zainwestowane długoterminowo w akcje spółek z GPW i inne papiery o zmiennej kwocie dochodu
  • 1 mld zł podatku dochodowego do budżetu państwa
  • Ubezpieczyciele zebrali ponad 46 mld zł składek, o 0,3 proc. więcej niż rok wcześniej

Polsko-fińskie rozmowy o przyszłości e-administracji

Przedstawiciele Ministerstwa Cyfryzacji, rządu Finlandii oraz firmy Cybercom Group podczas spotkania roboczego wymienili się doświadczeniami związanymi z prowadzeniem projektów e-administracji. Spotkanie odbyło się w siedzibie Ministerstwa Cyfryzacji w Warszawie. Miało formułę otwartej dyskusji i dzielenia się wiedzą.

Przedstawiciele fińskiej agencji rządowej Centrum Rejestru Ludności, zajmującej się cyfryzacją dostępu do usług administracji publicznej, podczas spotkania z przedstawicielami Ministerstwa Cyfryzacji mówili o doświadczeniach związanych z projektem suomi.fi, czyli fińską platformą e-administracji. Ze strony fińskiej udział w spotkaniu wzięli Jani Ruuskanenem, menedżer zarządzający całym projektem suomi.fi oraz Teemu Tukiainen, menedżer odpowiedzialny za rozwój platformy, a polską administrację reprezentowali sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji Karol Okoński oraz dyrektor Departamentu Rozwoju Usług Cyfrowych Tomasz Napiórkowski wraz z zastępcami.Omówiono przede wszystkim kwestie elektronicznego potwierdzenia tożsamości obywateli, systemu doręczania oficjalnych dokumentów drogą elektroniczną oraz online’owego katalogu usług publicznych. Ważnym elementem dyskusji było również zagadnienie cyfrowej wymiany danych między krajami. Za przykład posłużył system, dzięki któremu od lat rządy Finlandii i Estonii wymieniają między sobą istotne informacje.

Administracja w Polsce intensywnie przebudowuje swoje portale usługowe, dostosowując je do oczekiwań obywateli. Wiele z rozwiązań wdrożonych w Finlandii jest też implementowanych w Polsce (jak e-usługi oparte o zdarzenia życiowe lub węzeł identyfikacji elektronicznej), ale w paru obszarach stoimy jeszcze przed ważnymi kierunkowymi decyzjami, stąd takie spotkanie jak z dojrzałą cyfrowo Finlandią są dla nas świetną okazją do szukania inspiracji i wymiany opinii. – Karol Okoński, sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji

Pośrednikiem, który pomógł zorganizować spotkanie jest firma Cybercom Polska.
Grupa Cybercom od wielu lat współpracuje z sektorem publicznym w Finlandii. Wspieramy procesy cyfryzacji dostępu do usług publicznych, m. in. rozwijając aplikacje mobilne dla fińskich obywateli. Cieszę się, że dzięki naszej pomocy doszło do tego spotkania i intensywnej oraz ciekawej dyskusji. Taka wymiana doświadczeń jest w mojej ocenie bardzo wartościowa – Marcin Siech, dyrektor zarządzający Cybercom Polska

To właśnie w polskim oddziale firmy Cybercom powstały i są rozwijane kluczowe aplikacje mobilne stanowiące część fińskiej platformy e-administracji. Pierwsza z nich to Suomi.fi -dzięki niej obywatele Finlandii mogą mieć dostęp do urzędowych dokumentów na swoich urządzeniach mobilnych. Inny przykład to aplikacja Soumi.fi Service Location. To baza zawierająca informacje o usługach publicznych dostępnych w Finlandii połączona z modułem Augmented Reality. Aplikacja pokazuje na mapie lokalizacje wszystkich urzędów państwowych i administracji lokalnej, ale zawiera także informacje o bibliotekach, basenach, parkometrach, boiskach sportowych, ośrodkach opieki dziennej, szkołach, ośrodkach zdrowia i innych usługach finansowanych z funduszy publicznych. Po uruchomieniu urządzenia mobilnego, kamera smartfona lub tabletu otwiera się i pokazuje krajobraz rozpościerający się przed użytkownikiem, a na górze ekranu wyświetlane są informacje o pobliskich punktach użyteczności publicznej.

To właśnie w polskim oddziale firmy Cybercom powstały i są rozwijane kluczowe aplikacje mobilne stanowiące część fińskiej platformy e-administracji. Pierwsza z nich to Suomi.fi -dzięki niej obywatele Finlandii mogą mieć dostęp do urzędowych dokumentów na swoich urządzeniach mobilnych. Inny przykład to aplikacja Soumi.fi Service Location. To baza zawierająca informacje o usługach publicznych dostępnych w Finlandii połączona z modułem Augmented Reality. Aplikacja pokazuje na mapie lokalizacje wszystkich urzędów państwowych i administracji lokalnej, ale zawiera także informacje o bibliotekach, basenach, parkometrach, boiskach sportowych, ośrodkach opieki dziennej, szkołach, ośrodkach zdrowia i innych usługach finansowanych z funduszy publicznych. Po uruchomieniu urządzenia mobilnego, kamera smartfona lub tabletu otwiera się i pokazuje krajobraz rozpościerający się przed użytkownikiem, a na górze ekranu wyświetlane są informacje o pobliskich punktach użyteczności publicznej.

Deloitte: Przed Bożym Narodzeniem różnice w cenach najpopularniejszych prezentów mogą sięgać ponad 100 proc.

Polacy deklarują, że prezenty chcą kupować wcześniej, a nie czekać z nimi do ostatniej chwili. Jak wygląda to w praktyce? Czy w tym roku zaoszczędzili ci, którzy prezenty kupili już w listopadzie, czy raczej ta grupa, która czekała z zakupami niemal do pierwszej gwiazdki? Jak wynika z kolejnej edycji „Świątecznego barometru cenowego”, przygotowanego przez ekspertów firmy doradczej Deloitte, wszystko zależy od kategorii produktów, które chcemy kupić. Analiza ofert 800 sklepów internetowych przeprowadzona we współpracy z firmą Dealavo pokazuje, że w okresie ostatnich tygodni (23 listopada – 10 grudnia br.) wzrastały przede wszystkim ceny gier komputerowych, konsol oraz zabawek. Eksperci Deloitte zalecają klientom dokładne przejrzenie ofert sklepów internetowych, gdyż różnice w cenach perfum, książek czy planszówek w tym samym dniu mogą sięgać ponad 100 proc.  

Z badania Deloitte „Zakupy świąteczne 2018” analizującego świąteczne zwyczaje zakupowe konsumentów wynika, że w tym roku blisko 30 proc. Polaków planowało zamknąć temat prezentów świątecznych jeszcze w listopadzie. Zapytani jednak o to, kiedy kupili świąteczny prezent w 2017 roku przyznają, że zostawili to na ostatnią chwilę.  – Zarówno w Polsce, jak i we Włoszech w ubiegłym roku 27 proc. respondentów nabywało prezenty w okresie od 15 do 24 grudnia. Być może wynika to z faktu, że dużo pracujemy i nie mamy czasu na zakupy. Niewykluczone jest także to, że część z nas liczy na to, że ceny tuż przed świętami będą niższe. Jak co roku postanowiliśmy sprawdzić, czy ich strategia była słuszna – mówi Agnieszka Szapiel, Menedżer w dziale konsultingu, Deloitte.

Dzięki raportowi „Zakupy świąteczne 2018” znane są kategorie produktów, które Polacy najchętniej wybierają jako prezenty dla najbliższych. Z tego powodu do analizy wybrano te najpopularniejsze: kosmetyki i perfumy, słodycze, książki, gry, zegarki, zabawki, muzykę, a także drobny sprzęt AGD, konsole, laptopy, okulary wirtualnej rzeczywistości (VR), planszówki, smartfony, artykuły sportowe, tablety, telewizory, DYI czy wearables (akcesoria oraz ubrania wyposażone w zaawansowane technologie).

Za pomocą oprogramowania Dealavo Smart Prices wyszukano konkretne oferty tych produktów, które poddano codziennemu monitoringowi w zakresie cen. Łącznie przebadano ponad 300 produktów, które znajdują się w ofercie blisko 800 sklepów online.

Przemyślana polityka cenowa

W ramach „Świątecznego barometru cenowego” eksperci Deloitte przeanalizowali łącznie około 8 000 cen produktów, które najczęściej wybieramy na prezenty dla najbliższych. W poniedziałek 10 grudnia br. cena 55 proc. z nich w porównaniu do Black Friday (23 listopada br.) nie uległa zmianie. Z kolei jedna czwarta (25 proc.) analizowanych cen odnotowała wzrost, a 20 proc. spadek. – Wyniki były podobne do zeszłorocznych, co pokazuje już pewną stałą tendencję. Sprzedawcy dość rozważnie i w przemyślany sposób kierują swoją polityką cenową – mówi Jakub Kot, Prezes Dealavo.

Nieco inaczej sytuacja wyglądała, gdy analizie poddano średnie ceny produktów, które najczęściej wybieramy na prezenty. W grudniu cena aż 56 proc. z nich wzrosła w porównaniu do Black Friday. Wzrost ten wynosił średnio 4,1 proc. Podobnie jak w ubiegłym roku, największe wzrosty dotyczyły gier komputerowych, konsol, tabletów, zabawek oraz muzyki. Większość cen wróciła do poziomu sprzed Black Friday. Co ciekawe, były również takie kategorie jak muzyka, w której wzrosty były dwukrotnie wyższe niż wcześniejsze spadki. Z kolei średnia cena 40 proc. produktów zmalała w porównaniu do Black Friday – spadek wyniósł 3,3 proc. Dotyczyło to m.in. smartfonów i telewizorów.

Ciekawym przykładem są gry, których średnia cena w porównaniu do Black Friday wzrosła o 5,5 proc. Dotyczyło to dziesięciu z trzynastu produktów, a w sześciu przypadkach wzrost ten był wyższy niż 5 proc. Dla przykładu God of War (PS4) podrożał aż o 21,6 proc. Choć należy pamiętać, że akurat ta gra w czasie Black Friday była mocno przeceniona, więc obecnie wróciła do ceny sprzed listopadowych obniżek. Tak samo było z grą FIFA 19 (PC).

Podobnie sytuacja wyglądała się z konsolami, wśród których sześć na siedem produktów 10 grudnia miało wyższe ceny niż 23 listopada. Wzrosty te sięgały maksymalnie 10 proc.

Duże niespodzianki cenowe mogły spotkać rodziców, którzy szukali zabawek dla swych dzieci. W przypadku 24 na 34 produktów w tej kategorii ceny w grudniu były wyższe niż pod koniec listopada. Za Plac Zabaw Dla Dzieci Playmobil 10 grudnia musieliśmy zapłacić więcej o 45,3 proc. niż w czasie Black Friday.

Wzmożony ruch później niż zwykle

Jak pokazuje badanie Deloitte, Polacy chcą podarować najbliższym przede wszystkim perfumy i kosmetyki, książki, a dzieciom zabawki. To właśnie w tych kategoriach w analizowanym okresie eksperci Deloitte zidentyfikowali różnice w cenach sięgające nawet ponad 100 proc. Dotyczyło to 50 ze 312 analizowanych produktów.

Liderami pod tym względem były perfumy, wśród których różnice cen aż 10 z 27 analizowanych produktów 10 grudnia sięgały ponad 100 proc. Podobny przypadek dotyczył wearables (5 z19 produktów). W kategorii planszówek różnice sięgały 91 proc., a książek i zabawek odpowiednio 75 i 74 proc. – Z kolei w przypadku laptopów, konsoli i telewizorów te różnice są znacznie mniejsze, co pokazuje spójność oraz stabilność polityki cenowej w tych kategoriach. Prawidłowość tę zauważyliśmy zarówno w Black Friday, jak i na początku grudnia – mówi Agnieszka Szapiel.

Część sprzedawców obniża cenę, m.in. po to, by znaleźć się na wysokiej pozycji w porównywarkach cenowych, a te, według badania „Zakupy Świąteczne 2018”, są źródłem inspiracji prezentowych dla prawie 40 proc. Polaków. Szczególnie dotyczy to sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Najpopularniejsze porównywarki są także bardzo dobrze pozycjonowane w wyszukiwarkach, które są dla nas podstawowym źródłem wiedzy o bożonarodzeniowych upominkach. Jak pokazują dane Gemius, liczba odsłon w Ceneo.pl w listopadzie wyniosła 156 mln, dla porównania we wrześniu było to 94 mln odsłon, a w październiku 97 mln odsłon. – W tym roku wzmożony ruch zakupowy wystąpił później niż miało to miejsce w 2017r. Liczba odsłon w październiku jest prawie taka sama jak we wrześniu, dopiero w listopadzie widać duże wzrosty, podczas gdy w zeszłym roku były one widoczne już w październiku – mówi Mateusz Mańkowski, konsultant w dziale konsultingu Deloitte.

Co ciekawe, z roku na rok widać mniejszy udział laptopów i komputerów jako sprzętu, z którego wchodzimy na strony wyszukiwarek cen. Udział smartfonów wzrósł z 35 proc. w listopadzie 2017 r. do 44 proc. w listopadzie 2018 r.

Które produkty mogą mieć największą obniżkę cenową, porównując okres przed świętami do noworocznych wyprzedaży? W ubiegłym roku (15 grudnia 2017 i 12 stycznia 2018 r.) były to gry. Ceny 12 z 19 z nich spadły w porównaniu z okresem przedświątecznym. Analogicznie stało się w przypadku smartfonów, choć spadki te nie były aż tak znaczące. Wynika to z tego, że ich ceny podlegają niewielkim fluktuacjom. W kategorii perfum siedem z dziesięciu z analizowanych zapachów podrożało w stosunku do 2017 r. Podobnie było z zabawkami. – Różnice średnich cen między grudniem a styczniem w większości przypadków nie powinny być znaczne, dlatego nie musimy się wstrzymywać przed zakupem prezentów pod choinkę, w tym zwłaszcza zabawek. Jedynymi produktami z których zakupem warto jednak  poczekać są smartfony i gry – mówi Mateusz Mańkowski.

Podsumowanie 2018 roku w gospodarce: Polska gospodarka na 5+

Wyższy od prognoz wzrost gospodarczy, konsumpcja prywatna powyżej oczekiwań i dobra koniunktura na rynku pracy – to zdaniem ekspertów Polskiego Instytutu Ekonomicznego kluczowe wydarzenia gospodarcze w mijającym 2018 roku. Dobrą sytuację potwierdzają również przedstawiciele firm, wśród których ponad 47 proc. deklaruje zwiększenie popytu na swoje usługi lub produkty, a niemal 18 proc. odczuło poprawę w dostępie do finansowania zewnętrznego.

Polska gospodarka zanotowała wzrost na poziomie 5%, co było wynikiem znacznie wyższym niż wszelkie prognozy z początku roku. Tempo wzrostu PKB w 2018 roku zostało niedoszacowane zarówno przez MFW, jak i NBP czy KE. Prognozy OECD zbliżyły się do rzeczywistości dopiero na jesieni – powiedział Piotr Arak, dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Tak duży wzrost zawdzięczamy przede wszystkim wysokiemu poziomowi konsumpcji, który wspomogła wysoka dynamika płac oraz niskie bezrobocie i inflacja.

Według badań Polskiego Instytutu Ekonomicznego wysoki wzrost PKB był widoczny także po stronie przedsiębiorstw. Popyt na produkty i usługi zanotował 47,2 proc. wzrostu zauważalnego przede wszystkim w dużych (66 proc.) i małych firmach (51,3 proc.). 17,8 proc. z nich wskazało wzrost dostępności zewnętrznego finansowania. Niepokoić może wzrost nasilenia zatorów płatniczych – odczuła je co piąta firma. Wśród dużych przedsiębiorstw aż 30 proc. wskazywało na wydłużenie terminów płatności.

Jak zauważa Andrzej Kubisiak, ekspert ds. rynku pracy Polskiego Instytutu Ekonomicznego, jednym z wiodących obszarów polskiej gospodarki w 2018 r. był rynek pracy: Od początku roku powstało 539 tys. miejsc pracy, co jest wynikiem o ponad 7,5 proc. wyższym od roku poprzedniego. Tak duży popyt na pracowników przełożył się na rekordowy poziom zatrudnienia w gospodarce i wyraźny spadek bierności zawodowej. Pracodawcy odczuwają natomiast wzrost kosztów pracy oraz niedobory kadrowe, co było szczególnie odczuwalne w małych firmach. Wiąże się to z coraz wyższymi wynagrodzeniami, które od 2010 roku wzrosły o ponad połowę – dodaje.

Ceny paliw na rynkach światowych były w 2018 r. o ok. 60 proc. wyższe w stosunku do 2016 r. Skala wzrostu cen ropy, węgla i gazu w Europie jest dość zbliżona – zauważa Janusz Chojna, kierownik zespołu handlu zagranicznego Polskiego Instytutu Ekonomicznego. Znacznie słabszy jest natomiast wzrost cen surowców nieenergetycznych, który w latach 2017-2018 wyniósł 8 proc. W 2017 r. nadwyżka obrotów towarowych w handlu zagranicznym Polski (2,5 mld zł) była wypadkową dodatniego salda obrotów towarami przetworzonymi (+29,9 mld zł) i ujemnego salda obrotów surowcami (-27,4 mld zł). Możliwy spadek ceny ropy w 2019 r. działałby w kierunku osłabienia wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych (szacunkowo o ok. 0,35 pp.) oraz poprawy salda bilansu handlowego (o ok. 7 mld zł).

Płace rosną coraz szybciej

Według danych GUS, w listopadzie średnie wynagrodzenie brutto w sektorze przedsiębiorstw wyniosło 4966,6 zł, co oznacza wzrost o 7,7 proc. w porównaniu do listopada ubiegłego roku. To dynamika wyższa niż się spodziewano, bowiem ekonomiści przewidywali, że płace wzrosną o 7,2 proc. Jednocześnie to jeden z najlepszych tegorocznych wyników. Mocniejszy, sięgający 7,8 proc. wzrost odnotowano jedynie w kwietniu. Wcześniej płace rosły silniej w 2008 r., u szczytu poprzedniego cyklu koniunktury. Na razie nie sprawdzają się więc prognozy, zakładające stopniowe obniżanie się dynamiki wzrostu wynagrodzeń, a ostatni miesiąc roku prawdopodobnie przyniesie jeszcze mocniejsze jej przyspieszenie. W przyszłym roku może już być z tym nieco gorzej, ale sytuacja na rynku pracy nadal będzie powodować presję płacową. Można oczekiwać, że średnie wynagrodzenie w firmach będzie rosnąć w tempie około 6 proc. lub nieco więcej.

Widać za to kontynuację osłabienia dynamiki wzrostu zatrudnienia. Co prawda w listopadzie w firmach przybyło ponad 5 tys. pracowników, ale to tylko 3 proc. więcej niż rok wcześniej. W poprzednich miesiącach zatrudnienie zwiększało się w tempie sięgającym 3,2 proc., a w pierwszej połowie roku nawet o 3,7 proc. Powodem obniżającej się dynamiki mogą być kłopoty z rekrutacją, ale także obawy o spowolnienie w gospodarce, połączone z silnym wzrostem kosztów pracy.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

Operatorzy muszą połączyć siły. Tego wymaga budowa sieci gigabitowych i wprowadzenie technologii 5G

Operatorzy muszą połączyć siły. Tego wymaga budowa sieci gigabitowych i wprowadzenie technologii 5G 1

Budowa sieci gigabitowych i 5G, czyli nowej generacja sieci komórkowej, zapoczątkują erę internetu gigabitowego i kolejny etap cyfrowej rewolucji. Dzięki temu możliwe będzie wdrożenie nowych usług, takich jak telemedycyna, internet rzeczy, samochody autonomiczne czy smart cities. Jednak, aby standardy te mogły się stać w Polsce faktem, potrzebne są inwestycje prywatnych operatorów. Firmy telekomunikacyjne i technologiczne łączą siły w dużych konsorcjach, by podołać temu wyzwaniu. To ogólnoświatowy trend, jednak regulatorzy rynku nadal patrzą na niego nieprzychylnie – ocenia Jerzy Straszewski, prezes PIKE. 

Piątej generacji nie można zbudować, wykorzystując wyłącznie technologie mobilne, ponieważ wymaga ona zastosowania anten małego zasięgu, które razem stworzą sieć 5G pozwalającą wprowadzić na rynek szeroki wachlarz nowoczesnych usług. 5G to w skrócie sztuczna inteligencja, samochody autonomiczne, nowoczesne technologie medyczne, które umożliwiają kontakt lekarza z pacjentem. Wszystko to wymaga bardzo szybkich łączy internetowych, podobnie zresztą jak internet rzeczy. Popularnym przykładem tego typu innowacyjnych rozwiązań jest lodówka, która sama dba o zaopatrzenie. Dzięki technologii 5G można będzie dostarczać takie usługi, a to dopiero początek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Straszewski, prezes Polskiej Izby Komunikacji Elektronicznej.

Większość ekspertów jest zgodna, że dalszy rozwój sieci gigabitowych i upowszechnienie 5G będą początkiem kolejnego etapu rewolucji technologicznej i umożliwią komunikację między maszynami oraz rozwój internetu rzeczy na masową skalę. Superszybki internet gigabitowy, oparty na sieciach światłowodowych i technologii 5G, przyspieszy też wdrażanie rozwiązań takich, jak smart city (np. analiza ruchu i prędkości pojazdów w czasie rzeczywistym do sterowania sygnalizacją świetlną) czy telemedycyna, umożliwi powstanie nowych produktów, usług i modeli biznesowych.

W Europie prace nad standardem 5G toczą się w ramach zainicjowanego przez Komisję Europejską programu METIS, w którym współpracują ze sobą operatorzy, dostawcy rozwiązań telekomunikacyjnych i europejskie uczelnie.

Technologia 5G jest pierwszym standardem, który łączy ze sobą sieci mobilne i szerokopasmowe. Bez sieci szerokopasmowych parametry 5G, które są potrzebne chociażby w samochodach autonomicznych, po prostu nie zostaną spełnione. Z tego punktu widzenia inwestycje w sieci mają olbrzymie znaczenie. Tymczasem znajdujemy się w sytuacji, w której Polska jest na 25. miejscu w oficjalnym rankingu UE Digital Scoreboard. Niestety, przez wiele lat nie udało nam się dogonić czołówki krajów europejskich i wciąż jesteśmy w ogonie, jeżeli chodzi o inwestycje w sieci stacjonarne – podkreśla Ireneusz Piecuch, partner w kancelarii CMS.

Piecuch ocenia, że liczba wyzwań związanych z rozwojem sieci 5G niepokojąco wzrasta. Obok niedostatecznych inwestycji w sieci szerokopasmowe wyzwaniem jest również promieniowanie elektromagnetyczne, tzw. PEM, które warunkuje rozwój sieci mobilnych. PEM z urządzeń sieci telekomunikacyjnych jest w ostatnich latach przedmiotem częstych skarg mieszkańców, pomimo że raport Generalnego Inspektoratu Ochrony Środowiska z 2016 roku pokazuje, że dopuszczalne normy pól elektromagnetycznych nie są w Polsce przekroczone.

Truizmem byłoby powiedzieć, że regulacje na ogół nie skłaniają operatorów do zwiększenia poziomu inwestycji, choć w założeniu tak właśnie powinno być. Mamy jedne z najniższych cen usług telekomunikacyjnych w Europie i z tego należy się cieszyć. Z drugiej strony operatorzy telekomunikacyjni muszą inwestować miliardy złotych w rozbudowę sieci, bo – jak przyznaje Ministerstwo Cyfryzacji – państwowej kasy nie wystarczy. Musimy więc znaleźć równowagę pomiędzy regulacjami ukierunkowanymi na konkurencję usług – co jest ważne dla samych konsumentów oraz konkurencję infrastrukturalną, czyli sposób pobudzenia inwestorów do tego, aby inwestowali więcej w sieci nowej generacji – podkreśla Ireneusz Piecuch.

Prezes Polskiej Izby Komunikacji Elektronicznej dodaje, że rozwój sieci 5G wymaga szeroko zakrojonej współpracy operatorów, ponieważ obecnie niewiele firm telekomunikacyjnych i technologicznych byłoby w stanie poradzić sobie w pojedynkę z takim projektem. Dlatego na rynku w ostatnich latach daje się zaobserwować fuzje i łączenie różnych przedsiębiorstw i technologii. W tym kierunku będzie zmierzał również rynek w Polsce.

W Polsce również mamy już do czynienia z takimi połączeniami. Cyfrowy Polsat i Play, a więc operator satelitarny i mobilny, łączą się w jeden organizm z Netią, która z kolei jest operatorem telekomunikacyjnym, ma szerokopasmowe łącza internetowe, a przy okazji jest również operatorem kablowym. Należy oczekiwać dalszych tego typu działań, choć nie budzą one zachwytu regulatorów. Powstaje pytanie dlaczego, ponieważ jest to tendencja ogólnoświatowa i bez współdziałania różnych technologii oraz łączenia firm w duże konsorcja, nie osiągnie się takich wyników, jakich wymaga technologia 5G – podkreśla Jerzy Straszewski.

Jak ocenia Straszewski, jedną z głównych barier w rozwijaniu elementów niezbędnych dla stworzenia sieci 5G jest właśnie niedostosowanie organów regulacyjnych do realiów współczesnego rynku telekomunikacyjnego.

Warszawska giełda stawia na blockchain. Na wdrożeniu technologii skorzystają też inne instytucje

Warszawska giełda stawia na blockchain. Na wdrożeniu technologii skorzystają też inne instytucje 2

Zaledwie 5 proc. spośród najważniejszych giełd na świecie stosuje technologię blockchain. Do tego grona dołącza polska Giełda Papierów Wartościowych, która w ubiegłym tygodniu podpisała porozumienie z resortem cyfryzacji. Początkowo rozwiązanie oparte o technologię rejestrów rozproszonych będzie stosowane tylko na rynku prywatnym. Głównym celem zastosowania technologii blockchain jest jednak opracowanie rozwiązań nie tylko dla inwestorów, lecz także dla administracji.

Ministerstwo Cyfryzacji i Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie w ubiegłym tygodniu podpisały porozumienie o współpracy w zakresie zastosowania technologii blockchain w przestrzeni publicznej. Po wdrożeniu na rynku kapitałowym analogiczne rozwiązania mają być wdrażane w kolejnych obszarach gospodarki i administracji.

Podpisane porozumienie pomiędzy GPW a Ministerstwem Cyfryzacji postanawia powołanie środowiska testowego, docelowo również możliwego do zastosowania już w masowym wykorzystaniu, do stworzenia rozwiązania opartego o technologię rejestrów rozproszonych. W pierwszej kolejności dla obrotu papierami wartościowymi na rynku prywatnym, czyli poza Giełdą Papierów Wartościowych, niemniej pozwalającego w bezpieczny sposób dokonywać obrotu akcjami tych przedsiębiorstw do pewnego limitu tej oferty publicznej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Karol Okoński, pełnomocnik rządu ds. cyberbezpieczeństwa z Ministerstwa Cyfryzacji.

Blockchain, czyli technologię oparta o system rejestrów rozproszonych, stosuje zaledwie 5 proc. największych giełd na świecie. Blisko 70 proc. dopiero pracuje nad jej wdrożeniem – wynika z raportu Nasdaq i Celent. Łączenie informacji w bloki, które tworzą łańcuch, sprawia, że zmiana danych transakcji w jednym bloku zmienia wszystkie bloki, to zaś stanowi o bezpieczeństwie i pewności danych zawartych w blockchain.

Początkowo blockchain będzie stosowany na rynku prywatnym. Młode spółki poszukujące kapitału mogą dzięki temu oferować inwestorom tokeny, które działają w oparciu o tę technologię. W przyszłości mogłaby ona być stosowana także w takich obszarach, m.in. do obsługi walnych zgromadzeń spółek i możliwości zdalnego głosowania.

Giełda chce bazować na doświadczeniach, które się pojawiają też na innych rynkach. Taki jest trend, żeby znajdować zastosowania tej technologii, wchodzić do nowych obszarów. Te środowiska nawet są nazywane piaskownicami, sugerując pewną zabawę czy eksperymentowanie, bo to daje większą swobodę działania, żeby to rozwiązanie było maksymalnie korzystne, z całą świadomością, że pierwsze kroki mogą być niekoniecznie skuteczne, ale bez konsekwencji – tłumaczy Karol Okoński.

Dziennie warszawska giełda produkuje 60–70 GB danych, dlatego niezbędne są systemy, które poradzą sobie z dużą liczbą danych. Blockchain poprawi ich bezpieczeństwo, a także przejrzystość emisji prywatnych. Jak jednak podkreśla przedstawiciel resortu cyfryzacji, w przyszłości na tych doświadczeniach będzie można rozwijać blockchain w innych dziedzinach gospodarki.

Analizując to rozwiązanie pod kątem cyberbezpieczeństwa, ale też pewnych rekomendacji, od razu jesteśmy w stanie szybciej niż w teoretycznym modelu rozpoznać te rzeczy, które wymagają szczególnej uwagi. Naszym celem jest wykorzystanie tego projektu do stworzenia standardów, którymi będziemy mogli się podzielić później z innymi instytucjami, zachęcając je do wykorzystania tej technologii, ale jednocześnie dając pewne wskazówki, które odpowiednio je ukierunkują i pozwolą uniknąć błędów lub po prostu przyspieszyć wdrożenie – przekonuje Karol Okoński.

Zjednoczone Emiraty Arabskie perspektywicznym rynkiem dla polskich firm. Na razie nie wykorzystują one w pełni jego potencjału

Zjednoczone Emiraty Arabskie perspektywicznym rynkiem dla polskich firm. Na razie nie wykorzystują one w pełni jego potencjału 3

Zjednoczone Emiraty Arabskie to jeden z rynków znajdujących się w centrum zainteresowania działań polskiego rządu jako odbiorców polskich produktów. Na razie działa na nim około stu firm z Polski. Według ambasadora naszego kraju w Abu Zabi jest tam miejsce na większą liczbę polskich przedsiębiorców i produktów „made in Poland”, szczególnie tych luksusowych.

Perspektywy [rozwoju współpracy – red.] są bardzo dobre, natomiast diabeł tkwi w szczegółach – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Robert Rostek, ambasador Polski w Państwie Zjednoczonych Emiratów Arabskich. – Polska i PZEA mają nieskrępowany dostęp do szeregu możliwości. Mamy największą Polonię w świecie arabskim, prawie 5 tys. osób. Mamy najlepszą sieć połączeń lotniczych z tym państwem – linie Emirates i Flydubai latają codziennie, Wizz Air lata trzy razy w tygodniu – oraz loty czarterowe, które obsługują Polaków udających się na urlopy czy szukających możliwości biznesowych.

Zjednoczone Emiraty Arabskie to dla Polski od dekady największy partner gospodarczy i handlowy w świecie arabskim. Wzajemne obroty handlowe za 2017 rok wyniosły 670 mln euro, przy czym eksport jest znacznie większy (491,4 mln euro). Tegoroczne wyniki eksportu (za okres styczeń – październik) są nieco słabsze – spadek wynosi 12 proc., za to import rośnie w podobnym tempie. Eksport podatny jest na duże, nawet kilkudziesięcioprocentowe wahania z roku na rok. Ok. 75 proc. importowanych przez PZEA towarów jest dalej reeksportowana do sąsiednich krajów w regionie. Za niemal połowę polskiego eksportu odpowiadały telefony komórkowe, udziały pozostałych produktów nie sięgały 3 proc. Z wyrobów żywnościowych Polska wysyła nad Zatokę Perską głównie wyroby czekoladowe i inne słodycze.

Mamy bazę, która pozwala zastanowić się nad tym, czy rozwijać te możliwości, w których Polska jest najsilniejsza, bo na rynku PZEA jest olbrzymia konkurencja. To nie jest tak, że polskich produktów nie ma na rynku emirackim, jest ponad sto polskich firm. które działają, ale ten rynek bardzo szybko się rozwija, co daje możliwości, żeby tę bazę poszerzać – mówi Robert Rostek. – To też nie jest tak, że każdy produkt można sprzedać, cena w Emiratach musi uwzględniać koszty transportu, przechowywania itd. Bardzo ważnym czynnikiem jest to, że rodowici mieszkańcy Emiratów dość skrupulatnie podchodzą do kwestii standardów w produkcji i sprzedaży żywności. W przypadku jakichkolwiek zastrzeżeń produkty są od razu odsyłane, więc nie możemy pozwolić sobie na jakiekolwiek błędy.

Gospodarka ZEA nie opiera się wyłącznie na naturalnych surowcach, jak ropa i gaz, ponieważ dzięki sukcesywnej dywersyfikacji w tej chwili stanowią one ok. połowy PKB całego państwa. Przez następne kilka lat prognozowany jest stopniowy wzrost udziału sektora niesurowcowego w gospodarce, głównie w branżach takich jak transport i logistyka, turystyka (biznesowa i wypoczynkowa), nieruchomości, usługi finansowe, a także coraz bardziej doinwestowanym sektorze przemysłowo-produkcyjny.

Mamy coraz liczniejszą grupę osób, które pracują w liniach lotniczych. Mamy bardzo dużo lekarzy, osób działających na rynku nieruchomości. Bardzo dobrze rozwija się również branża towarów luksusowych, bo Emiraty i region Zatoki przyciągają tego typu zainteresowanie – to są m.in. katamarany, łodzie, gdzie polskie firmy bardzo dobrze sobie radzą od dawien dawna – informuje ambasador Polski w ZEA. – Być może będzie tak, że się jakaś firma zainstaluje na stałe, co będzie początkiem ciekawego nowego projektu, o którym nie chciałbym dzisiaj mówić, ale to są szerokie branże, od bardzo małych firm po firmy większe.

Pod koniec 2014 r. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich ogłoszono program pt. „Strategia innowacji narodowej” (National Innovation Strategy), którego celem jest przekształcenie kraju w ciągu siedmiu lat w najbardziej innowacyjne państwo świata. Program obejmuje siedem priorytetowych obszarów innowacji, uznanych za kluczowe obszary – są to energia odnawialna, transport, technologia, edukacja, opieka zdrowotna, gospodarka wodna oraz eksploracja kosmosu.

W Emiratach można zarejestrować firmę w tzw. strefach wolnocłowych i tutaj Emiratczycy się chwalą, że można to zrobić w ciągu 20 minut. Opłacając wszystkie niezbędne składki, otrzymuje się numer rejestracji plus adres, który powoduje, że można funkcjonować w poszczególnych emiratach i to sprzyja biznesowi – ocenia Robert Rostek. – To jest formuła wprowadzona przez Emiratczyków parę lat temu i jak pokazuje rozwój tego kraju, doskonale się sprawdza na tym rynku, więc coraz częściej polski kapitał się pojawia.

W przypadku zakładania miejscowego przedstawicielstwa podstawową decyzją, która definiuje dozwolony zakres działalności biznesowej w ZEA, jest wybór formy i lokalizacji. Wybór ten dokonuje się głównie pomiędzy odpowiednią specjalną strefą ekonomiczną a pełnoprawną lokalizacją na bazie lokalnego prawa ZEA. Ta druga wymaga zawarcia umowy partnerskiej z obywatelem ZEA (tzw. sponsorem) mającym oficjalnie minimum 51 proc. udziałów w kapitale spółki. Ponieważ kontakty personalne są w tym regionie bardzo ważne, obecność na miejscu lub współpraca z przedstawicielem działającym w Emiratach są warunkiem sukcesu.

Szansą do wykorzystania przez polski biznes może być Expo 2020, które odbędzie się w Dubaju. Ale warto korzystać również z możliwości, jakie dają targi w mniejszej skali, które regularnie odbywają się w PZEA.

Warto też powiedzieć o największych targach w regionie, to jest tzw. Gulfood. W tym roku Polska miała jeden z największych pawilonów spośród krajów Europy Wschodniej – mówi ambasador Polski w ZEA. – Na przyszłych targach w lutym 2019 roku Polska będzie miała po raz pierwszy w historii tych targów pawilon w głównej hali. To będzie największa liczba wystawców, jeśli chodzi o polskie firmy, szeroko rozumianych artykułów spożywczych.

Dzieci bohaterów, którzy zginęli na służbie, objęte specjalną pomocą. Fundacja Dorastaj z Nami zapewnia im stypendia i pomaga w nauce

Dzieci bohaterów, którzy zginęli na służbie, objęte specjalną pomocą. Fundacja Dorastaj z Nami zapewnia im stypendia i pomaga w nauce 4

Ginący strażak, żołnierz czy policjant, prawdopodobnie w ostatniej chwili myślą o przyszłości swojej rodziny i mają jedną prośbę do nas wszystkich: żebyśmy pamiętali o ich dzieciach. My staramy się tę prośbę spełnić – mówi Magdalena Pawlak, prezes Fundacji Dorastaj z Nami, obejmującej pomocą dzieci bohaterów, którzy zginęli w trakcie pełnienia służby publicznej. Jak podkreśla, wśród Polaków chęć pomagania jest coraz większa, ale ważne, żeby robić to nie tylko przed świętami. Nie do przecenienia jest też wsparcie biznesu – zaangażowanie takich partnerów pozwala spotęgować zasięg i efekty działań charytatywnych.

 Polacy coraz częściej widzą potrzebę pomagania innym i są coraz hojniejsi. W ostatnich badaniach aż 70 proc. Polaków deklaruje, że pomaganie jest bardzo ważne i należy to robić. To wzrost o 5 pkt proc. na przestrzeni dwóch lat. Co równie ważne, aż 64 proc. Polaków deklaruje pracę w wolontariacie – mówi agencji Newseria Biznes Magdalena Pawlak, prezes zarządu Fundacji Dorastaj z Nami.

Badanie CBOS przeprowadzone na początku tego roku pokazuje, że wskaźnik zaangażowania Polaków w działalność organizacji społecznych i obywatelskich systematycznie rośnie, będąc aktualnie na najwyższym poziomie od 1988 roku. Polacy najchętniej udzielają się w organizacjach pomagających dzieciom (11 proc.) oraz osobom starszym, ubogim czy bezdomnym (10 proc.). Z cyklicznych badań dotyczących dobroczynności, które CBOS przeprowadza od 2006 roku, wynika, że zdecydowana większość Polaków (78 proc.) stara się pomagać potrzebującym. Najczęściej robi to w formie finansowej – mniej więcej 2/3 Polaków przynajmniej raz w roku przekazuje pieniądze na cele charytatywne, spory odsetek robi to nawet kilkukrotnie.

 My, jako zwykli ludzie, dużo czerpiemy, dając coś od siebie innym osobom – uważa Magdalena Pawlak.

Prezes Fundacji Dorastaj z Nami podkreśla też, że pomoc skierowana do potrzebujących powinna być przemyślana, ukierunkowana na konkretne efekty. Bardzo ważna jest też synergia pomiędzy organizacjami pozarządowymi a biznesem, z których każde ma inną wiedzę, doświadczenie i inne możliwości pomagania.

– Współpraca biznesu z organizacjami pozarządowymi to chyba najlepsza możliwa forma, a sposoby pomagania mogą być wszelakie. Mogą to być fundusze finansowe, pomoc rzeczowa albo wolontariat. My – jako fundacja – zachęcamy też indywidualne osoby do pomocy stałej. To bardzo ważne, aby pokazać ludziom, że pomagać można przez cały rok, i zachęcać, żeby wpłacali drobne, ale comiesięczne kwoty – podkreśla Magdalena Pawlak.

Fundacja Dorastaj z Nami pomaga dzieciom bohaterów – żołnierzy, strażaków, policjantów czy ratowników górskich, którzy zginęli na służbie – obejmując ich opieką do czasu ukończenia 25 roku życia. Dzięki funduszom od indywidualnych darczyńców i partnerów biznesowych funduje stypendia, które zabezpieczają byt tych dzieci albo pomagają im w nauce. Z tych pieniędzy finansowane są m.in. ciepłe obiady w szkole, korepetycje czy terapia z psychologiem. W ubiegłym roku fundacja przeznaczyła na swoją działalność programową ponad 811,5 tys. zł, współfinansując edukację dla 120 dzieci.

 Pomagają nam w tym zarówno firmy, jak i osoby indywidualne. Traktujemy to jako osobistą, małą misję, do której chcemy zaprosić jak najszersze grono. Oprócz tej warstwy finansowej, która jest bardzo istotna, liczy się pokazanie tym dzieciom, które straciły ojców lub matki, że praca ich rodziców była dla nas, jako społeczeństwa, bardzo ważna. W tym celu organizujemy specjalne akcje – mówi Magdalena Pawlak.

Taką akcją była zainaugurowana w ubiegłym roku kampania społeczna „Dla Ciebie zginął strażak, żołnierz, strażak, policjant, ratownik górski – a dla mnie tata”. Jej głównym celem było budowanie społecznego szacunku, świadomości i etosu służby publicznej. Fundacja stworzyła spoty radiowe i telewizyjne, wykorzystując archiwalne materiały informujące o wypadkach, w których zginęli funkcjonariusze. Zderzono je z narracją rodzinną. Kampania dotarła do przeszło miliona Polaków, spotykając się z dużym odzewem w social mediach.

– Nasza fundacja jest dość niezwykła, ponieważ została założona przez grono dwudziestu siedmiu firm, dlatego mamy dość szerokie doświadczenie we współpracy z biznesem. To pozwala nam realizować bardzo duże przedsięwzięcia i dosyć szeroko realizować tę pomoc. Bardzo istotne jest to, żeby te dwie gałęzie, czyli organizacja pozarządowa i biznes, mogły ze sobą współpracować, bo razem możemy zdziałać znacznie więcej – mówi prezes fundacji Magdalena Pawlak.

Prawie 200 tys. osób żyje z wirusem HCV, ale większość o tym nie wie. Nieleczony może prowadzić do przewlekłych chorób wątroby

Prawie 200 tys. osób żyje z wirusem HCV, ale większość o tym nie wie. Nieleczony może prowadzić do przewlekłych chorób wątroby 5

Co roku z powodu przewlekłych chorób wątroby umiera nawet 67 tys. osób. Większość przypadków przewlekłych chorób wątroby spowodowana jest nieprawidłową dietą oraz zakażeniem HCV i HBV.  Sam wirus HCV odpowiada za 3040 proc. tych chorób. Zakażonych może nim być blisko 200 tys. osób, ale wiele z nich o tym nie wie. Współczynnik wykrywalności HCV w Polsce wynosi ok. 15 proc. i jest jednym z najniższych w Europie. Większość pacjentów jest diagnozowana dopiero, gdy ma już marskość wątroby. Tymczasem we wczesnym stadium chorobę można całkowicie wyleczyć. Świadomość konsekwencji zakażeń wirusami zapalenia wątroby i możliwości profilaktyki może podnieść Ogólnopolski Prozdrowotny Program Edukacyjny „Zdrowa wątroba”, który obecnie jest w fazie pilotażu, a w 2019 roku ma objąć już cały kraj.

– W Polsce zakażonych HCV jest 170–200 tys. osób, czyli 0,5–1 proc. populacji. To podobna skala jak w wielu krajach europejskich. W naszych programach profilaktycznych skupiamy się na wykrywaniu zakażeń HCV. Pacjenci, którzy są zakażeni, najczęściej o tym nie wiedzą, ponieważ nie mają objawów klinicznych. Objawy pojawiają się dopiero wtedy, gdy pacjent ma marskość wątroby, a więc na bardzo późnym etapie zakażenia. Z drugiej strony 99 proc. tych pacjentów w tej chwili możemy skutecznie leczyć – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. dr hab. n. med. Anna Piekarska, kierownik Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii Uniwersytetu Medycznego w Łodzi.

Łącznie – według różnych szacunków – na przewlekłe choroby wątroby cierpi 400–500 tys. Polaków, a co roku umiera nawet 7 tys. osób, najczęściej z powodu alkoholowej choroby wątroby. Wirusowe choroby wątroby zostały uznane przez Światową Organizację Zdrowia za zagrożenie dla zdrowia publicznego. O ile dzięki szczepionce liczba chorób wywołanych przez wirus HBV będzie spadać, o tyle chorób, które wywołuje wirus HCV, będzie przybywać.

– Jeżeli adresujemy badania przesiewowe do tzw. grup ryzyka, czyli np. narkomanów albo osób tatuujących się, to większość z nas do nich nie należy. Natomiast jeśli powiemy, że każdy, kto miał kontakt z opieką medyczną w przeszłości, szczególnie w latach 70. czy 80., może być zakażony HCV, to okaże się, że do zbadania mamy ogromną populację. Każdy z nas może być zakażony, tylko o tym nie wie – przekonuje prof. Anna Piekarska.

Dla porównania w innych krajach europejskich współczynnik wykrywalności wynosi 30–50 proc., a w Skandynawii – ok. 80 proc. W Polsce od początku diagnostyki wirusa HCV przeciwciała wykryto jedynie u około 30–50 tys. osób. Większość zakażonych żyje więc w nieświadomości. Tymczasem eksperci przekonują, że wcześnie wykryte zakażenie wirusem HCV można łatwo leczyć.

 Wczesne wykrycie HCV oznacza uniknięcie wszelkich komplikacji związanych z samą chorobą. Najczęściej rozpoznania WZW typu C dokonuje się wtedy, kiedy pacjent ma zaawansowane dolegliwości. Dlatego też tak ważne jest, by wykryć tych pacjentów w okresie bezobjawowym. Leczenie jest również proste, nieskomplikowane i nieobarczone ryzykiem powikłań. To pozwala na bezkolizyjne przejście przez ten okres rozpoznania i leczenia, bez narażania się na powikłania – tłumaczy prof. dr hab. n. med. Jolanta Walusiak-Skorupa, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Pracy.

Większość Polaków do lekarzy chodzi bardzo rzadko, dlatego duża rola spoczywa na lekarzach medycyny pracy, którzy co roku przeprowadzają nawet 4,5 mln badań profilaktycznych. To u nich pacjent może się dowiedzieć o zagrożeniach związanych z przewlekłymi chorobami wątroby, szczególnie  jakie niesie ze sobą wirus HCV.

– Wszyscy pracownicy, którzy są narażeni na ryzyko zakażenia, mają odpowiednie badania, przede wszystkim pod postacią wykonywanych przeciwciał anty-HCV. W wielu innych narażeniach zawodowych wykonujemy oznaczenie parametrów wątrobowych, przede wszystkim aminotransferazy alaninowej. Jeśli jest ona podwyższona, również kierujemy pacjentów do dalszej diagnostyki – mówi prof. Jolanta Walusiak-Skorupa.

Od października 2018 roku trwa pilotaż programu „Zdrowa wątroba”. Jego celem jest zwiększenie świadomości zagrożeń, edukacja dotycząca profilaktyki przewlekłych chorób wątroby i badania przesiewowe w kierunku HCV w grupach ryzyka. Jak przekonują eksperci, to właśnie przekonanie potencjalnych chorych do badań jest najważniejsze, tym bardziej że są one niemal bezbolesne i trwają kilka minut.

Program jest realizowany pod patronatem PZH/NIZP (Państwowego Zakładu Higieny/ Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego), GIS (Głównego Inspektora Sanitarnego) i PTMP (Polskiego Towarzystwa Medycyny Pracy).

 Współpracujemy ze służbami medycyny pracy w całym kraju oraz z wybranymi  szpitalami, pilotażowo. W trakcie wizyt u lekarzy medycyny pracy albo na izbach przyjęć lub SOR-ach pacjenci dostają materiały edukacyjne dotyczące profilaktyki przewlekłych chorób wątroby i test anty-HCV, jeżeli są w grupie ryzyka. Do tego mamy określone procedury, żeby określić, kto może ten test przesiewowy wykonany. Ważne jest to, że to badanie trwa 2–3 minuty, a po 5–10 minutach mamy odpowiedź, czy kontakt z przeciwciałem wirusa zapalenia wątroby typu C miał miejsce – podkreśla Tomasz Jan Prycel, dyrektor zarządzający Stowarzyszeniem CEESTAHC, które jest organizatorem programu.

W ramach pilotażu przebadano dotychczas ok. 8 tys. osób, a kilkanaście tysięcy dostało materiały edukacyjne. Od 2019 roku skala programu będzie znacznie większa i obejmie całą Polskę.

– W przyszłym roku planujemy poszerzyć bazę współpracy ze służbami medycyny pracy o nowe podmioty i również będziemy współpracować z kilkoma szpitalami, tak aby móc określić na większej populacji zarówno efekty tego programu, jak i to, jak często te osoby z grupy ryzyka mają wyniki pozytywne tych testów – zapowiada Tomasz Jan Prycel.

Nowe technologie pomogą znaleźć piłkarskie talenty. Polska aplikacja sprawdzi wydajność zawodników oraz oceni pracę podczas treningów i spotkań

Nowe technologie pomogą znaleźć piłkarskie talenty. Polska aplikacja sprawdzi wydajność zawodników oraz oceni pracę podczas treningów i spotkań 6

W Polsce zarejestrowanych jest kilkaset tysięcy piłkarzy. Przynajmniej raz w miesiącu w piłkę nożną gra niemal 3 mln osób. Wypatrzyć prawdziwy talent może być trudno. Pomocą służą aplikacje, które sprawdzają wydolność sportowca, poziom wykonania założeń taktycznych i efektywność. Dla mniejszych klubów i dzieci, które dopiero zaczynają przygodę z piłką nożną, aplikacja Ludmo może stanowić prawdziwą rewolucję. Opracowana przez Polaków pozwala samemu monitorować postęp, a trenerowi wskazać, który zawodnik ma większy potencjał. System ma pomóc w odnajdywaniu futbolowych talentów i szlifowaniu ich umiejętności.

– Aplikacja Ludmo w dużym skrócie to Endomondo dla całej drużyny. Mierzy m.in. prędkość czy pokonywany dystans. Instalujemy aplikację na telefonie, dane wysyłamy na serwer, natomiast sam telefon umieszczamy w specjalnej kamizelce na plecach zawodnika i w ten sposób jesteśmy zgodni z regulacjami FIFA. Zawodnik może swobodnie trenować i rozgrywać mecze – tłumaczy w rozmowie z agencją Newseria Innowacje Krystian Duława, prezes i współzałożyciel spółki Ludmo.

Na rynku pojawia się coraz więcej aplikacji, które pomagają nie tylko amatorom uprawiania sportu, lecz także wyczynowym sportowcom. Dzięki czujnikom mierzą tętno, sprawdzają wydolność, podają liczbę spalonych kalorii czy przebiegniętych kilometrów. Najlepsze idą o krok dalej. Zapisują siłę uderzenia piłki, np. w tenisie ziemnym, podpowiadają, z jaką siłą wystarczy uderzyć, by przeciwnik miał problem z odbiorem.

Aplikacja stworzona przez Polaków działa zaś jak asystent trenera. Podpowiada to, na co sam trener nie ma szans zwrócić uwagi, a tym samym podaje informacje, które pomagają oddzielić prawdziwy talent od poprawnego zawodnika.

– Sama aplikacja służy jedynie do zbierania danych, wysyłania ich na serwer, a tam dopiero dane są przetwarzane i prezentowane trenerowi w formie prostego raportu. Podstawowymi informacjami, opartymi na czujniku GPS, z którego w głównej mierze korzystamy, jest prędkość i dystans, jaki zawodnik pokonał. Uwzględniając, że na te dane patrzymy w linii czasu, to tych raportów i statystyk można wyciągnąć bardzo wiele, tym bardziej mierząc i monitorując całą drużynę równocześnie. Możliwość porównywania zawodników między sobą jest ogromna – przekonuje Krystian Duława.

Do obsługi aplikacji wystarczy smartfon i specjalna kamizelka, do której wkłada się telefon. Aby móc korzystać z aplikacji, trener musi się zarejestrować na portalu internetowym i wypełnić dane o drużynie. Otrzyma wówczas kod aktywacyjny, który każdy zawodnik musi wpisać na swoim smartfonie. Dzięki temu aplikacje synchronizują się, a trener zyskuje z czujnika GPS i akcelerometru informacje o ruchu zawodników, maksymalnej i średniej prędkości oraz przebytym dystansie. Urządzenie wyświetla też szczegółowe informacje o aktywności zawodnika podczas treningu i meczu, np. wylicza procentowy stosunek sprintu do chodu czy bezczynności.

– Kwestią, jaką na chwilę obecną jeszcze dopracowujemy, są dane, które pochodzą z czujnika akceleracji. Jest to kolejny element, który obecnie jest standardowo montowany w telefonach, daje jednak bardzo czułe i dokładne dane odnośnie przyspieszenia, wyhamowań czy balansu ciała zawodnika, więc ta baza raportów, jakie trener otrzymuje, jest duża i nieustannie u nas rośnie – zapewnia współzałożyciel Ludmo.

Aplikacja niedługo ma być też połączona z czujnikiem badającym pracę serca. Rozbudowywany pakiet będzie też pokazywał np. której nogi zawodnik użył do podania i strzału. Trener sprawdzi też, czy obrońcy potrafią się ustawić w jednej linii i jak często skrzydłowi angażują się w grę defensywną.

– Sportowcy na najwyższym światowym poziomie od dawna już korzystają z czujników tego typu, my też w tym kierunku ruszyliśmy z pracami rozwojowymi, jednak nasze założenie bazuje na tym, że stawiamy na telefony komórkowe, które dają nam możliwości, ale mają też ograniczenia. Różnica w kosztach między drogimi czujnikami a telefonami jest na tyle znacząca, że nieznaczna zmiana w jakości pomiaru przy znaczącym obniżeniu kosztów daje nam możliwość znaczącego zwiększenia zasięgu naszego projektu – ocenia ekspert.

Z badania, które PZPN przeprowadził wspólnie z firmą Deloitte, wynika, że przynajmniej raz w miesiącu w piłkę nożną gra niemal 3 mln osób. Zarejestrowanych jest blisko 6,7 klubów i ok. 18,5 tys. drużyn. To właśnie dla tych najmniejszych, o skromniejszych możliwościach finansowych, przeznaczona jest aplikacja.

Według firmy badawczej WinterGreen Research rynek urządzeń wearables do mierzenia wydajności sportowej będzie wart w 2021 roku niemal 15 mld dol.

Instalacja polskiej firmy zamieni zużyte opony w farby, oleje czy gaz

Instalacja polskiej firmy zamieni zużyte opony w farby, oleje czy gaz 7

Tylko w tym roku Europa zużyje 350 mln, a świat niemal miliard opon. Choć część opon przerabiana jest na materiał lub energię, zdecydowana większość zużytych opon trafia na składowiska odpadów. W Polsce choć obowiązuje zakaz składowania opon, to konsumenci muszą ponosić coraz większe opłaty za ich oddawanie. Jak podkreślają eksperci, bardziej opłaca się je nielegalnie spalić. Polski start-up opracował rewolucyjną technologię pyrolizy, która pozwala wyprodukować z opon trzy rodzaje surowców. Oprócz ograniczenia emisji gazów, nowa metoda pozwala też na duże zyski.

– Syntoil 4R to instalacja, która przetwarza zużyte opony na przemysłowe produkty, które potem wracają do obiegu, do ponownej produkcji gumy i opon tym samym. Najpierw granulujemy opony, a potem granulat gumowy przetwarzamy w naszej instalacji. Powstaje w ten sposób np. sadza, z której można zrobić pigment do farb, oleje, które mogą być używane jako oleje napędowe, a także gaz, z którego produkujemy prąd, więc nasze instalacje są w całości autoenergetyczne – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Martyna Sztaba, współzałożycielka Syntoil.

Instalacja Syntoil 4R działa w oparciu o opracowany przez wrocławski start-up proces ciągły pyrolizy. Choć sam proces znany jest od dawna, to dzięki polskiej firmie jest bezpieczny dla środowiska i opłacalny dla konsumentów. Pozwala uzyskać z opon różnego rodzaju produkty: wysokiej jakości karbonizat o czystości blisko 99,7 proc. czystego węgla, wysokiej kaloryczności gaz, który może zostać użyty w agregatach prądotwórczych, oraz oleje, które mogą zostać użyte jako składnik do produkcji gumy, są też komponentem do produkcji olejów opałowych i rozpuszczalników organicznych. Dodatkowo żywice polimerowe mogą zastąpić cement.

– Wszystkie produkty, czyli oleje, gaz i karbonizat, mogą być ponownie używane w przemyśle, głównie używamy np. sadzy jako pigmentu do farb, ale te same produkty, oleje i karbonizat mogą być używane też w budownictwie, w nowych materiałach, np. jako składnik mieszanek betonowych i wtedy taki beton może mieć właściwości oleofobowe i hydrofobowe, co oznacza, że nie przyjmuje ani wody, ani oleju. Dzięki temu może być wykorzystany na lotniskach, które muszą zachować czystą i suchą powierzchnię – tłumaczy Martyna Sztaba.

Instalacja jest samowystarczalna energetycznie, bo powstały gaz służy do napędzania agregatów prądotwórczych do przeprowadzania całego procesu pyrolizy. Karbonizat natomiast ze względu na wysoki poziom czystości może być wykorzystywany do późniejszej produkcji m.in. filtrów do wody. Tym samym Syntoil 4R wpisuje się w politykę gospodarki obiegu zamkniętego, gdzie odpady wykorzystywane są w dalszej produkcji. Dodatkowo założyciele firmy podają, że jedna instalacja przerabia 6 tys. ton opon rocznie, a koszt zwraca się w 3 lata.

– Problem opon jest cały czas problemem kompletnie nierozwiązanym, tzn. np. polskie regulacje się wykluczają i system nie sprzyja temu, żeby ludzie faktycznie chcieli je recyklingować. Z jednej strony mamy zakaz składowania opon, z drugiej strony skoro nie ma składowania i właściwie konsumenci muszą ponosić coraz większe opłaty za oddawanie tych opon, to część ludzi woli je nielegalnie spalić, dlatego właściwie przez cały rok możemy w Polsce obserwować nielegalne podpalenia składowisk opon – twierdzi Martyna Sztaba.

Z danych Centrum Utylizacji Opon Organizacji Odzysku wynika, że co roku na rynek trafia kilkadziesiąt milionów opon. Średnio na świecie co roku zużywa się około miliarda. Zdecydowana większość trafia na wysypiska, bo ich recykling jest mało opłacalny.

Gedeon Richter Polska rozbuduje laboratorium dla obszaru nanotechnologii

Trudne negocjacje? O rynku najmu powierzchni biurowych.

Sławomir Lisiecki, Partner kancelarii Argon Legal
Sławomir Lisiecki, Partner kancelarii Argon Legal

Rynek powierzchni biurowych zmienia się dynamicznie, przynosząc wciąż nowe szanse, ale i zagrożenia podmiotom, które na nim operują. W samej Warszawie podaż powierzchni biurowych przekracza 5 milionów metrów kwadratowych, a w budowie jest kolejne 700 tys. W efekcie negocjacje najmowe zaczynają – od praktycznej strony – przypominać negocjacje w centrach handlowych: trzeba negocjować szybko i dużo, szukać rozwiązań kompromisowych, eliminować postanowienia niepraktyczne, „przegadane”, regulujące sytuacje, które się nigdy nie zdarzają (lub zdarzają bardzo rzadko), wypracowywać reguły wystarczająco chroniące interes „naszej” strony – akceptowalne jednak dla kontrahenta.

Rynek dojrzewa?

Na przestrzeni kilku ostatnich lat zapisy w umowach najmu zaczynają być postrzegane jako mniej kłopotliwe. Wydaje się, że jest to objaw postępującego dojrzewania rynku najmu powierzchni biurowych – strony negocjacji znają swoje wzajemne stanowiska i wiedzą, jakie warunki można uznać za rynkowe i na uzyskanie czego mają szansę. Jedynym obszarem, który wciąż wzbudza najwięcej emocji u negocjatorów są następstwa opóźnienia w przekazaniu lokalu, co prawdopodobnie wynika z tego, że najemcy większą wagę przykładają do dopasowania nowego najmu od obecnego, który wkrótce wygaśnie – chcąc ograniczyć konieczność płacenia czynszu „na zakładkę” z większą determinacją negocjują konsekwencje późniejszego przekazania lokalu do ich dyspozycji. W niechlubnej czołówce znajdują się także klauzule dotyczące kar umownych w przypadku wypowiedzenia umów oraz skutki zakłóceń w korzystaniu z lokalu.

Z mojej prawniczej perspektywy dużo więcej energii wymagają negocjacje postanowień dot. prac wykończeniowych. Czasy, gdy prawnicy przy kwestiach technicznych zamykali temat stwierdzeniem „a tutaj wstawimy załącznik przygotowany przez zespół techniczny”, odeszły niestety w przeszłość – jesteśmy zmuszeni douczać się w kwestiach technicznych i znacznie głębiej wchodzić w szczegóły opisujące prace, sposób ich realizacji i ponoszone koszty.

Kosztowne negocjacje

Wynegocjowanie umowy bywa czasochłonne. Wielokrotne spotkania, telekonferencje, komentarze na piśmie, uzgodnienia prawników, decyzje biznesowe, negocjacje kwestii technicznych – to realia prawie każdych negocjacji. Przedłużające się negocjacje mogą prowadzić do zagrożenia terminów ustalonych przez wynajmujących z bankami finansującymi, do wzrostu kosztów (prawnych, brokerskich), czasem – w obecnych realiach ostrej rywalizacji deweloperów – do utraty najemcy.

Jak skrócić czas negocjacji? Tu kluczowych jest kilka czynników:

  • A) możliwie prosta umowa,
  • B) kompetentny zespół (agent, leasing menedżer, prawnik, zespół techniczny, architekt),
  • C) możliwie szczegółowe wstępne uzgodnienie warunków w liście intencyjnym,
  • D) dobre przygotowanie do negocjacji,
  • E) koncentracja procesu negocjacji (kilka spotkań w krótkich odstępach czasu, szybkie przeredagowanie projektu umowy po negocjacjach)

Komentarz powstał w oparciu o wyniki raportu „Najbardziej sporne klauzule w umowach najmu powierzchni biurowych 2018”

Ruch motywowany to „szara strefa” w promocji aplikacji mobilnych

Ruch motywowany (tzw. incentive traffic) to „szara strefa” w promocji aplikacji mobilnych. Jak twierdzą eksperci Just Run App, podmiotu dedykowanego branży m-commerce, taki sposób pozyskiwania użytkowników sprawdza się jedynie w przypadku gier. Twórcy innych aplikacji mogą na tym działaniu więcej stracić niż zyskać.

Michał Pietruszka ze Spicy Mobile, kierujący zespołem Just Run App
Michał Pietruszka ze Spicy Mobile, kierujący zespołem Just Run App

„Ruch motywowany to bardzo ryzykowna praktyka rynkowa, jednak wciąż często stosowana przez firmy, których celem jest szybkie i niskokosztowe pozyskanie ruchu dla aplikacji mobilnej w postaci instalacji lub ocen” – przyznaje Michał Pietruszka ze Spicy Mobile, kierujący zespołem Just Run App. – „Użytkownik za działanie na rzecz promowanej aplikacji jest nagradzany w postaci cyfrowej waluty, dostępu do przedmiotów w grze lub do treści premium. Z oczywistych względów wydawca promowanej aplikacji nie powinien spodziewać się wysokiej stopy retencji – jest to bowiem ruch wytworzony sztucznie, w oderwaniu od rzeczywistych zainteresowań konsumentów”.

To nie jedyne wady ruchu motywowanego. Zdaniem eksperta taki sposób pozyskiwania charakteryzuje również małe zaangażowanie użytkowników, niespójność między rzeczywistą (tj. pozyskaną) a docelową grupą odbiorców, niska zdolność płatnicza, a także niski wskaźnik LTV (life-time value). Ta ostatnia metryka służy do określenia wartości użytkownika od momentu instalacji do ostatniej dokonanej przez niego transakcji. O zwrocie z inwestycji możemy mówić, jeśli wskaźnik LTV jest wyższy od kosztu pojedynczej instalacji. Zwykle, najwyższe LTV mają użytkownicy pozyskiwani w sposób organiczny.

„Wydawcy aplikacji inwestujący w incentive traffic muszą pamiętać, jak bardzo krótkowzroczna jest to strategia utrzymania się na rynku” – dodaje Michał Pietruszka. – „Celem większości aplikacji mobilnych jest pozyskanie lojalnych użytkowników. Tacy powiem powracają do aplikacji regularnie, są bardziej skłonni wydawać w niej pieniądze czy pozostawiać pozytywne komentarze i oceny w app marketach. W przypadku ruchu motywowanego pierwszy kontakt użytkownika z aplikacją jest tak naprawdę dziełem przypadku. Chociaż istnieje szansa, że ​​niektórzy użytkownicy faktycznie zaczną korzystać z aplikacji, nietrudno wyobrazić sobie, że ogromna większość użytkowników wykona czynności wymagane do uzyskania nagrody, a następnie usunie aplikację lub przestań z niej korzystać”.

Postawienie od początku na ruch niezwiązany z nagrodami umożliwia dotarcie do grupy docelowej – użytkowników, którzy widząc reklamę podejmą decyzję o instalacji aplikacji w oparciu o własne preferencje. Ten rodzaj ruchu kosztuje więcej, ale też wartość tak pozyskanych użytkowników jest dużo wyższa. W ruch motywowany mogą jednak inwestować twórcy gier mobilnych – i to z sukcesem. Jakość motywowanego ruchu zależy bowiem głównie od tego, jakie zaangażowanie jest motywowane, a także od tego, czym jest nagroda.

„Niski CPI nie ma znaczenia, jeśli użytkownicy nie angażują się w aplikację w sposób odpowiadający  celom biznesowym. Środowisko graczy skupione wokół jednej gry może być zainteresowane wypróbowaniem kolejnej, tym bardziej gdy obracamy się w tej samej kategorii, np. gier strategicznych czy logicznych. Co więcej, w przypadku gier mamy dużo możliwości atrakcyjnego nagradzania graczy. Nagrody są ściśle powiązane z ideą gry i odpowiadają na potrzeby użytkowników – działania motywujące nie zakłócają zatem naturalnego korzystania z aplikacji, a wręcz uzupełniają to doświadczenie o nową wartość” – podsumowuje Michał Pietruszka.

Biznes oczekuje nowoczesnego księgowania. Czy to już koniec „tradycyjnych” biur rachunkowych?

Zanoszą osobiście lub wysyłają pocztą – współcześni przedsiębiorcy wciąż dostarczają faktury do biur rachunkowych za pomocą tradycyjnych metod. I choć wcale nie mają na to czasu, to dla dobra biznesu będą to robić tak długo …aż konkurencyjne biuro zaoferuje nowocześniejsze rozwiązanie. W świecie, w którym do prowadzenia interesu wystarczy komputer z Internetem, możliwość zdalnej współpracy z księgowym to już biznesowy must-have.

W ostatnich kilkunastu latach nowe technologie diametralnie zmieniły oblicze sektora biznesowego. Transformacji uległy nie tylko narzędzia do świadczenia usług, ale przede wszystkim potrzeby przedsiębiorców. Na próżno szukać dzisiaj biznesmena, który nie korzysta z dóbr cyfryzacji. Zabiegany i zestresowany, zawsze wybierze rozwiązanie, które pozwoli mu zaoszczędzić czas i pieniądze. To duże wyzwanie zwłaszcza dla biur rachunkowych, które dotychczas stawiały w dużej mierze wyłącznie na osobisty kontakt z klientem.

Co ważne, współczesny biznes docenia kontakt “twarzą w twarz”, ale pod warunkiem, że nie jest do niego przymuszony. Przedsiębiorcy lubią mieć wybór, a umożliwienie im jego dokonania jest obecnie fundamentem świadczenia usług B2B. Biura rachunkowe stoją przed ogromną szansą na stworzenie kompleksowej, nowoczesnej oferty, która w pełni odpowie na potrzeby zapracowanych klientów. Nowe technologie bowiem nie tylko ułatwiają kontakty na linii księgowy – klient, ale przede wszystkim znacznie podnoszą satysfakcję obu stron ze współpracy.

Najtrudniejszy pierwszy krok

Właściciele tradycyjnych biur rachunkowych obawiają się, że zaawansowane rozwiązania okażą się zbyt skomplikowane w obsłudze nie tylko dla księgowych, ale też klientów. Jest to zupełnie racjonalny strach przed dużą zmianą, który można przezwyciężyć tylko poprzez pogłębianie wiedzy o specyfice działania dostępnych na rynku oprogramowań. Większość oferowanych systemów jest niezwykle prosta w obsłudze i wyposażona w intuicyjny interfejs, standardem jest również gwarantowane wsparcie wdrożeniowe i techniczne udzielane przez producentów.

A co z klientami biur? Współcześni przedsiębiorcy lubią technologiczne nowinki, ponieważ wiedzą, że służą do optymalizacji ich biznesu. I nawet jeśli nie są biegli w obsłudze najnowszych rozwiązań (co zdarza się coraz rzadziej!), to dzięki skrupulatnie zaplanowanym procedurom onboardingowym, nowy system szybko przestaje mieć przed nimi jakiekolwiek tajemnice.

Wdrożenie nowego oprogramowania może budzić niepokój – jako ludzie nie przepadamy za zmianami, nawet tymi dobrymi. Z doświadczenia wiem jednak, że obawy znikają wraz z pojawiającymi się korzyściami wynikającymi z automatyzacji procesów w biurze rachunkowym. Księgowi zaczynają mieć więcej czasu dla klientów, przedsiębiorcy z kolei są zadowoleni, że mają zdalny dostęp do dokumentów i powierzyli swój biznes nowoczesnej firmie. Najważniejsze to uświadomić sobie, że technologiczne zmiany ułatwiają nam pracę i nas w niej wspierają, a nie są zagrożeniem – tłumaczy Edyta Wojtas z BrainSHARE IT, firmy produkującej SaldeoSMART.

Win – win, czyli dlaczego warto podzielić się kontrolą

Jak spośród wszystkich programów wspierających księgowych wybrać ten idealny dla danego biura rachunkowego? Odpowiedź jest prosta: znaleźć taki, który umożliwia klientowi wystawianie faktur, zdalny kontakt z biurem oraz wgląd w firmowe dokumenty.

Przedsiębiorca wystawiający faktury poprzez udostępniony mu przez jego biuro program nie tylko ma pewność, że dokumenty są od razu trafiają do księgowego i są zapisywane w archiwum, ale też nie traci czasu i pieniędzy na poszukiwanie zewnętrznych oprogramowań służących wyłącznie do generowania faktur. Nie musi też pobierać dodatkowo plików, już nie wspominając o drukowaniu dokumentów i wysyłaniu (lub co gorsza: zanoszeniu) ich do księgowej – cały ten proces odbywa się zdalnie i nie wymaga od niego wygospodarowania czasu na stacjonarną wizytę w biurze. To również duże ułatwienie dla samych  pracowników biura, którzy procesują dokumenty na bieżąco i nie martwią się, że znowu otrzymają faktury na ostatnią chwilę.

Klienci chcą też mieć możliwość bezproblemowej kontroli dokumentów (np. poprzez wgląd do archiwum online), tworzenia analiz oraz zestawień, bo to zwiększa poczucie ich komfortu i bezpieczeństwa. Przedsiębiorcy nierzadko potrzebują konkretnych danych “tu i teraz”, bez oczekiwania na pomoc pracownika biura czy działu księgowości. Chcą polegać na eksperckiej wiedzy księgowych, ale też pragną być samodzielni tam, gdzie mogą zaoszczędzić choć trochę cennego czasu. Umożliwienie im skorzystania ze zdalnej obsługi księgowej jest teraz dla biur rachunkowych tzw. gamechangerem, który na długo zostawia konkurencję daleko w tyle – dodaje Edyta Wojtas z SaldeoSMART.

Dobrze wykonana praca księgowego wcale nie musi być okupiona mozolnym wysiłkiem, zwłaszcza jeśli można ją choć w niewielkiej części zautomatyzować. Nowoczesne oprogramowania dają biurom rachunkowym możliwość zoptymalizowania własnego biznesu i wyjścia do klientów z unikalną i w pełni dopasowaną do ich potrzeb ofertą. Aby jednak w pełni czerpać z dóbr technologii, należy w pierwszej kolejności zmienić do nich stosunek. Zaawansowane systemy nie są bowiem zagrożeniem dla biur rachunkowych, a opłacalną inwestycją w ich pracowników i klientów. Dlatego też zamiast zastanawiać się, jak nakłonić zdigitalizowanych przedsiębiorców do skorzystania z usług księgowych, najpierw warto nauczyć się porozumiewać w ich (cyfrowym) języku.

Polska atrakcyjna dla zagranicznych inwestorów

Paweł Kruszyński, Członek zarządu Grupy Assay
Paweł Kruszyński, Członek zarządu Grupy Assay

Aktywność zagranicznych inwestorów w Polsce utrzymuje się w ostatnich latach na dobrym i stabilnym poziomie. Według danych podawanych m.in. przez Polską Agencję Inwestycji i Handlu, w ubiegłym roku zagraniczne koncerny zainwestowały w Polsce aż 12.9 mld euro, co jest wynikiem wręcz nadspodziewanie dobrym, który plasuje nas wśród liderów europejskiego rynku. Warto jednak spojrzeć na sprawę szerzej i zastanowić się czy robimy wystarczająco dużo, aby zachęcić inwestorów do przychylnego spojrzenia w kierunku naszego kraju – mówi Paweł Kruszyński.

Polska Agencja Inwestycji i Handlu chwali się, że zagraniczne inwestycje po trzech kwartałach 2018 roku są warte aż o 70% więcej względem tego samego okresu w roku ubiegłym. Największym zainteresowaniem nasz rynek cieszy się wśród Belgów, Amerykanów, Niemców i Francuzów, ale pojawiają się też wyraźne sygnały o rosnącym potencjale wśród krajów Bliskiego Wschodu. Czy jednak faktycznie jest aż tak dobrze?

Polska ma obecnie bardzo wysoki potencjał inwestycyjny. Jesteśmy dynamicznie rozwijającym się rynkiem, bogatym w dobrze wykwalifikowane kadry z, w dalszym ciągu, dużo niższymi kosztami pracowniczymi niż większość krajów Unii Europejskiej. Inwestorzy są jednak często niepewni ulokowania pieniędzy nad Wisłą. Obawy dotyczą przede wszystkim kwestii podatkowych i zawiłych uregulowań prawnych. Inwestorom zależy na przejrzystej ścieżce działania, chcą mieć spokój.

Nie ulega przecież wątpliwości, że takie sprawy, jak chociażby ostatnie zawirowania wokół KNF, a więc instytucji, która z założenia ma dbać o rynek i zapobiegać nadużyciom, nie sprzyjają wizerunkowi Polski wśród zagranicznych inwestorów. Bloomberg pisał niespełna miesiąc temu o skandalu wokół Getin Noble banku oraz największym spadku indeksu banków/pożyczkobiorców od dwóch lat.

Wizerunek Polski w zachodnich mediach ma ogromny wpływ na nastroje zagranicznych inwestorów, tym bardziej że często poruszane są w nich tematy związane z sytuacją wewnętrzną w naszym kraju. Inwestorzy, którzy są zdecydowani na ulokowanie kapitału we wschodniej i środkowej Europie, często wybierają naszych sąsiadów lub np. Rumunię, która kusi niższymi kosztami pracy oraz uporządkowanymi relacjami z europejską wspólnotą.

Aby zachęcić inwestorów do zaangażowania środków w Polsce, Państwo musi spełnić podstawowe warunki: mieć jasne i przewidywalne prawo, stabilny wymiar sprawiedliwości oraz dobre warunki ekonomiczne i gospodarcze. Rywalizacja o zagraniczny kapitał jest nieustanna. Potencjalny inwestor porównuje powyższe czynniki i zestawia je z tym, co dany kraj może mu zaoferować extra. Każdy z czynników jest równie ważny, bo bardzo często podczas negocjacji decydują detale. Dlatego też twarde dane makroekonomiczne czy geopolityczne są równie ważne, co wizerunek kraju poza jego granicami i nie można udawać, że jest inaczej.

Warto zatem odnotować, że polskie władze starają się zachęcić inwestorów nowymi regulacjami prawnymi.  We wrześniu weszły w życie akty wykonawcze do ustawy z maja tego roku o wspieraniu nowych inwestycji i stworzeniu Polskiej Strefy Inwestycji. W teorii ustawa ma zagwarantować inwestorom szereg przywilejów, które zdecydowanie uatrakcyjniają polski rynek na tle konkurentów. Gwarantuje ona ogólnopolskie zwolnienia podatkowe na okres 10 – 15 lat, premie dla przedsięwzięć bezpośrednio przyczyniających się do wzrostu konkurencyjności i innowacyjności lokalnych gospodarek oraz, co być może najważniejsze, odejście od ograniczeń terytorialnych, dzięki czemu kapitał nie będzie musiał być lokowany w konkretnych strefach ekonomicznych, co często było dużym minusem dla zagranicznych przedsiębiorstw.

Widać więc, że staramy się odpowiadać na potrzeby inwestorów i przyciągać ich nad Wisłę. To dobry znak. Proces uatrakcyjniania polskiego rynku dla inwestorów musi być stały i dobrze przemyślany – aby dawał korzyści zarówno zagranicznemu kapitałowi, jak i krajowej gospodarce. Jeśli o to zadbamy i dodamy do tego poprawę wizerunku kraju na gruncie pozaekonomicznym, nie będziemy musieli martwić się o rezultaty.

Paweł Kruszyński, Członek zarządu Grupy Assay

Nowoczesne usługi biznesowe w Radomiu: 15 centrów, 1,9 tys. zatrudnionych

Według najnowszego raportu ABSL „Usługi biznesowe w Radomiu”, miasto ma szansę w najbliższych latach znacząco poprawić swoją pozycję na mapie nowoczesnych usług biznesowych. Dziś w Radomiu funkcjonuje 15 centrów usług dla biznesu, które dają zatrudnienie 1,9 tys. osób.

Radom – miasto z potencjałem

Według raportu Związku Liderów Sektora Usług Biznesowych (ABSL), w Radomiu działa obecnie 15 centrów usług dla biznesu, a wśród największych pracodawców znaleźć można takie firmy i instytucje jak Kantar Millward Brown, Iron Mountain, Medicover, Multimedia Interactive, Olitel, Telbridge, Centrum Informatyki Resortu Finansów, Centrum Powiadamiania Ratunkowego czy Opinia24. Zdaniem ekspertów ABSL, Radom ma duży potencjał wzrostu liczby centrów w najbliższych latach. Miasto aktywnie zabiega o przyciągnięcie nowych inwestorów – ABSL szacuje, że zatrudnienie w branży usług biznesowych może wzrosnąć do 5 tys. osób w roku 2025.

– W ostatnich latach obserwujemy wzrost zainteresowania Radomiem ze strony firm świadczących nowoczesne usługi dla biznesu. W naszym mieście działają już centra firm mających swoje główne siedziby m.in. w Szwecji, Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. To efekt naszej otwartości i działań nakierowanych na wspieranie rozwoju tego sektora. Jednocześnie jest to potwierdzenie atutów jakie ma nasze miasto. To przede wszystkim możliwość pozyskania dobrze wykształconych kadr, bliskość Warszawy i coraz lepsza dostępność komunikacyjna. Na obszarze, z którego można dojechać do Radomia w czasie poniżej 60 minut, mieszka ponad 1,3 miliona osób. Mamy też perspektywiczny rynek biurowy i w porównaniu na przykład ze stolicą czy innymi dużymi ośrodkami, jesteśmy konkurencyjni jeśli chodzi o koszty. Jednocześnie warto zwrócić uwagę na poprawiający się stan infrastruktury komunikacyjnej i komunalnej w samym mieście. Wartość trwających obecnie inwestycji to ponad 3 miliardy złotych. Mam tu na myśli m.in. lotnisko, przebudowę linii kolejowej Radom-Warszawa, inwestycje drogowe czy modernizację sieci wodno-kanalizacyjnej. Jestem przekonany, że to wszystko, w połączeniu z bardzo dobrymi opiniami jakie Radom ma wśród firm prowadzących działalność w naszym mieście, przełoży się na jeszcze większe zainteresowanie firm działających w sektorze nowoczesnych usług biznesowych – mówi prezydent Radomia Radosław Witkowski.

– W ciągu najbliższych dwóch lat Radom powinien być bardzo dobrze przygotowany do przyjęcia kolejnych inwestorów z sektora nowoczesnych usług biznesowych – w obszarze różnorodnych projektów outsourcingowych, usług wspólnych czy IT. Miastu z całą pewnością może pomóc pozyskanie rozpoznawalnej w branży firmy – to przyciąga zwykle kolejnych inwestorów, zgodnie z działaniem efektu „kuli śnieżnej”. Bliskość Radomia do Warszawy i poprawiająca się dostępność komunikacyjna jest również czynnikiem istotnym w kontekście tzw. deglomeracji instytucji centralnych, czyli możliwości zlokalizowania w Radomiu m.in. centrów operacyjnych pracujących np. na rzecz agend rządowych w Warszawie, mówi Paweł Panczyj, Chief Development Officer w ABSL.

Według raportu ABSL, o rosnącej atrakcyjności Radomia decydują takie czynniki jak bliskość Warszawy (w Radomiu mogą np. powstawać centra operacyjne pracujące na rzecz agend rządowych w Warszawie), możliwość pozyskania wykwalifikowanej i doświadczonej kadry (np. spośród osób, które dziś dojeżdżają do pracy w stolicy), perspektywiczny rynek biurowy, oferta dla inwestorów z branży usług biznesowych, niższe koszty w porównaniu z dużymi ośrodkami miejskimi czy aktywna polityka proinwestycyjna i rozbudowany system zachęt dla inwestorów. Radom to także drugi pod względem wielkości ośrodek akademicki w województwie mazowieckim (ponad 7 tys. studentów).

W Radomiu sukcesywnie poprawia się też jakość życia mieszkańców, co potwierdzają wyniki rankingów i dane statystyczne. Miasto wyróżnia się wysokim poziomem bezpieczeństwa, a także kapitałem społecznym mieszkańców. W Radomiu odbywa się wiele międzynarodowych imprez kulturalnych. Dzięki dużemu udziałowi terenów zielonych, rozbudowie sieci ścieżek rowerowych, bogatej ofercie transportu publicznego i stałej modernizacji taboru autobusowego, Radom rozwija się w sposób zrównoważony, dbając o stan środowiska naturalnego. Miasto ma również dobrze rozwiniętą sieć hoteli i centrów konferencyjnych.

Rynek pracy i zarobki w radomskich centrach biznesowych

Radomski rynek pracy charakteryzują niższe koszty płac w porównaniu do większych ośrodków miejskich w Polsce, w których rozwijają się centra usług biznesowych. Dla przykładu – w obszarze obsługi klienta pracownikom na stanowiskach specjalistycznych oferuje się wynagrodzenie w przedziale 2,5 – 4 tys. zł miesięcznie, a w obszarze finansów i księgowości jest to kwota w przedziale 3 – 6 tys. zł miesięcznie.

– Nie tylko niższe koszty pracownicze stanowią zachętę dla nowych inwestorów, ale także liczba dostępnych kandydatów. Pomimo sporych globalnych zmian na rynku pracy i trudności związanych z pozyskiwaniem pracowników, okresy rekrutacji na stanowiska administracyjne nie uległy drastycznej zmianie. Średniomiesięcznie udaje nam się pozyskać ok. 300 nowych kandydatów – podkreśla Izabela Mikulska-Pysiak, Senior Branch Manager w Randstad Polska, będącym strategicznym partnerem ABSL.

Rynek biurowy

Według danych JLL, zawartych w raporcie ABSL, całkowite zasoby powierzchni biurowej w Radomiu wynoszą 26,2 tys. m², a większość z nich została wybudowana po 2012 r. Jest to ilość zaspokajająca obecne potrzeby lokalnego rynku. Warto podkreślić, że w razie zapotrzebowania na dodatkową powierzchnię biurową, niektóre z istniejących projektów mogą zostać powiększone o kolejne budynki. Stopień wynajęcia istniejących powierzchni biurowych w Radomiu jest wysoki, o czym świadczy współczynnik pustostanów na poziomie 9,8%. Największe projekty ukończone w ostatnich dwóch latach to: Temida (2017), Radwag HQ (2018) oraz Kwadrum (2018). Na ukończeniu znajduje się budowa Eko Parku Radom.

– Mniejsze miasta rosną w siłę, przyciągając inwestorów znacznie mniej nasyconym rynkiem pracy, co zapewnia łatwiejszą rekrutację. To naturalnie napędza sektor biur, który, jak dobrze widać na przykładzie Radomia, oferuje coraz więcej wysokiej jakości projektów, dorównującym poziomem inwestycjom w największych miastach regionalnych. Rosnące zainteresowanie najemców Radomiem znajduje odzwierciedlenie w aktywności deweloperów działających w mieście. Łącznie, planują oni realizację 40 tys. mkw. powierzchni, z czego 5,2 tys. mkw. znajduje się w budowie już teraz – tłumaczy Karol Patynowski, Dyrektor ds. Rynków Regionalnych w firmie JLL, która jest partnerem strategicznym ABSL.

Polak musi pracować ponad dwa razy dłużej na nowy samochód niż Niemiec

Od stycznia do listopada 2018 r. Polacy zarejestrowali prawie 865 tys. używanych samochodów osobowych, podczas gdy nowych niemal o połowę mniej – ponad 486 tys.[1] Co więcej, 54% sprowadzonych aut ma ponad 10 lat. Skąd takie zainteresowanie używanymi pojazdami? Eksperci EFL w najnowszym raporcie „Nowy czy używany? Jakie samochody kupują Polacy” wskazują na dwa powody. Niskie płace – na Volkswagena Golfa z salonu statystyczny Polak musi pracować aż 19 miesięcy, podczas gdy Niemiec tylko 8.  Drugim czynnikiem jest szybka utrata wartości nowych aut.

– Niższe niż w Europie Zachodniej zarobki i wrodzona chęć do tego, by mieć więcej za mniej, przyniosły niebywałą popularność w naszym kraju samochodów używanych, która utrzymuje się od końca lat 90-tych. Obecnie jednak sytuacja się cywilizuje. Po pierwsze, klienci są coraz bardziej świadomi i zdają sobie sprawę, że cena to nie wszystko. Po drugie, nowe regulacje prawne dają nadzieję na ukrócenie procedur zaniżania przebiegu importowanych aut. Po trzecie, widoczna jest zmiana podejścia Polaków do kwestii posiadania samochodu. Do niedawna oczywistym był zakup czterech kółek na własność. Z roku na roku rośnie popularność leasingu i wynajmu, dzięki czemu możemy cieszyć się nowym autem bez konieczność angażowania wysokiego budżetu. To dotyczy przede wszystkim firm, dlatego następnym krokiem powinno być szersze umożliwienie korzystania z tych instrumentów finansowych osobom prywatnym. Dzięki temu udział konsumentów w rejestracja nowych osobówek będzie rósł i z czasem proporcje 70:30 z przewagą dla firm, odwrócą się z przewagą dla klientów indywidualnych – mówi Radosław Kuczyński, prezes EFL.

Od 2004 roku Polacy kupują więcej używanych aut niż nowych

Z danych Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego wynika, że w ciągu pierwszych 11 miesięcy tego roku do Polski zostało sprowadzonych 864 678 używanych samochodów osobowych (+6,9% r/r). To niemal tyle samo, ile w całym 2017 roku. W tym samym czasie Polacy kupili 486 499 nowych osobówek, o 11% więcej niż rok temu. Choć dynamika sprzedaży aut z salonu jest dużo wyższa niż aut importowanych, to jednak wolumenowo, Polacy zdecydowanie częściej decydują się na kilku- lub kilkunastoletnie auta. Graniczną datą było wejście Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku. W 2003 roku sprowadziliśmy ponad 30 tys. używanych aut osobowych, podczas gdy rok później już ponad 800 tys. Warto podkreślić, że w roku poprzedzającym akcesję Polski do UE, zarejestrowaliśmy ok. 10 razy mniej aut używanych niż nowych, podczas gdy rok później tendencja ta się odwróciła – ponad dwa razy więcej Polaków usiadło za kierownicą sprowadzonego auta niż nowego. Do dziś rokrocznie rejestrujemy zdecydowanie więcej importowanych aut niż tych z salonu.

Półtora roku pracy Polaka

Autorzy raportu EFL „Nowy czy używany? Jakie samochody kupują Polacy” wskazują na dwie główne przyczyny dużego zainteresowania Polaków zakupem używanych aut osobowych. Podstawowy powód to wciąż niskie zarobki, przez które nabycie osobówki z salonu za gotówkę przekracza możliwości finansowe większości mieszkańców naszego kraju. Wystarczy porównać sytuację Polaka z obywatelem Niemiec. Na przykładowego Volkswagena Golfa statystyczny Polak musi pracować aż 19 miesięcy, podczas gdy Niemiec tylko 8.[2]

Drugim powodem, który zniechęca do wizyt w salonie, jest duża utrata wartości nowych aut. W przypadku popularnych marek miejskich wynosi ona ok. 50% po 3 latach użytkowania – np. kupując nową Skodę Octawię za 100 tys. zł, po 3 latach stracimy na niej aż 50 tys. zł. Jeszcze gorzej sytuacja wygląda w przypadku marek luksusowych, gdzie spadek wartości może wynieść nawet 65%.

Firmy napędzają sprzedaż nowych aut

Kołem zamachowym rynku nowych samochodów osobowych pozostają firmy. Z danych PZPM wynika, że od stycznia do listopada br. do firm rejestrujących na regon dostarczono aż 350,7 tys. sztuk. To ponad 72% udziałów w rynku. Tylko 28% nabywców to klienci indywidualni. To, co dla Kowalskiego jest dużym i niezbyt opłacalnym wydatkiem, dla przedsiębiorstwa okazuje się inwestycją i często sposobem na optymalizację podatkową. Flota samochodowa pozwala zrobić tzw. „koszty” i nie obciąża jednorazowo firmowego budżetu. Przyczyną takiego stanu rzeczy są alternatywne formy finansowania, przede wszystkim leasing i wynajem. Udział firm zajmujących się leasingiem/CFM/RC w rynku od początku 2018 roku wynosi 48,8% (67,7% w rejestracjach licząc tylko nabywców instytucjonalnych).

– Liczymy, że ogólna sytuacja społeczno-gospodarcza w Polsce, na którą składa się m.in. rekordowo niskie bezrobocie, podwyżki wynagrodzeń czy program 500+, powinna przełożyć się na zwiększone zakupy nowych czterech kółek przez klientów indywidualnych. Jednak bez ingerencji władz uzyskanie takiego wyniku rejestracji nowych osobówek, w którym większy udział będą mieć konsumenci niż firmy, może okazać się bardzo trudne. Dobrym krokiem, w dobie mody na elektromobilność, może okazać się wsparcie finansowe przy zakupie aut elektrycznych. Dzięki temu, powinien wzrosnąć popyt na nowe cztery kółka, w dodatku te ekologiczne – mówi Radosław Kuczyński.

Pełna wersja raportu EFL „Nowy czy używany? Jakie samochody kupują Polacy.” jest dostępna na stronie https://efl.pl/biznes-i-ty/raport/

[1] Źródło: http://www.pzpm.org.pl/

[2] Dane do wyliczenia: cena VW Golfa w Polsce: 63 090 pln, cena VW Golfa w Niemczech: 79 000 pln, przeciętne wynagrodzenie Polaka: 3320 pln netto, przeciętne wynagrodzenie Niemca: 9875 pln netto

Joint venture spółek EDP Renewables i Shell wygrywa aukcję dla offshore w USA

Mayflower Wind Energy LLC, spółka joint venture stworzona przez EDP Renewables oraz Shell, zajmie się produkowaniem czystej energii z wiatru.

Warszawa 17 grudnia 2018 – Mayflower Wind Energy LLC (Mayflower) jest wstępnym zwycięzcą bloku nr 0521 w aukcji dla morskiej energetyki wiatrowej, przeprowadzonej przez amerykańskie Biuro ds. Zarządzania Energetyką Morską (Bureau of Ocean Energy Management – BOEM) w miniony piątek. Złożona przez Mayflower oferta na wyłączne prawo do rozwijania komercjalnych projektów wiatrowych na dzierżawionym terenie zewnętrznego szelfu kontynentalnego (OCS), opiewała na kwotę 135 milionów dolarów.

Mayflower to spółka joint venture, w której po połowie udziałów (50:50) mają EDPR Offshore North America LLC i Shell New Energies US LLC (Shell). Na wydzierżawionym terenie może stanąć farma o mocy nawet do niemal 1,6 GW, co wystarczyłoby do wyprodukowania czystej energii elektrycznej odpowiadającej zapotrzebowaniu ponad 680 000 gospodarstw domowych w stanie Massachusetts.

Wejście Mayflower na rynek morskich farm wiatrowych w Stanach Zjednoczonych to ekscytujące przedsięwzięcie, które pozwoli połączyć zdobyte na przestrzeni lat doświadczenia EDPR i Shell w rozwijaniu projektów offshore – mówi John Hartnett, dyrektor Mayflower. – Gratulujemy BOEM pomyślnego przeprowadzenia aukcji i cieszymy się na możliwość współpracy z lokalną społecznością i stowarzyszeniami, aby móc w pełni wykorzystać tę szansę.

Wzrost liczby ludności na świecie i poprawa standardów życia, idące w parze z potrzebą redukcji emisji gazów cieplarnianych, będą wymagały zmian w systemie energetycznym. Biorąc pod uwagę ten zmienny krajobraz, Shell poszukuje biznesowych rozwiązań na rozwijanie produkcji energii elektrycznej z odnawialnych źródeł, z uwzględnieniem projektów morskich farm wiatrowych, aby dostarczać klientom więcej czystej energii.

Wygrana Mayflower w aukcji otworzy przed EDPR nowe możliwości rozwoju na atrakcyjnym rynku morskiej energii wiatrowej i wpłynie tym samym na dywersyfikację opcji zyskownego, długofalowego wzrostu spółki przy zachowaniu zrównoważonego profilu ryzyka.

Mayflower rozpocznie prace nad oceną obszaru i podejmie formalne działania na rzecz rozwoju projektu, a po pozytywnej ocenie inwestycji, wybuduje farmę, która może być w pełni operacyjna już w połowie 2020 roku.

Technologia wsparciem w oszczędnościach w branży produkcyjnej

  • Przedsiębiorstwa produkcyjne działające w Polsce chętnie poszukują optymalizacji zużycia mediów;
  • Główne przyczyny to: możliwość nawet o 30 proc. mniejszego zużycia energii elektrycznej i wyeliminowanie kar za przekroczenia mocy oraz aspekty środowiskowe;
  • Klucz to świadomość realnego zużycia mediów, w czym niezbędne jest wykorzystanie nowoczesnych technologii.

Dane branżowych specjalistów wskazują, że straty energii w przedsiębiorstwach mogą sięgać nawet 50 proc.. Dlatego też przedsiębiorstwa i firmy działające w Polsce chętnie szukają możliwości optymalizacji zużycia. Jak to robią? Korzystając z nowoczesnych technologii.

Energia elektryczna, ale także pozostałe media jak woda i gaz są niezbędne w codziennym funkcjonowaniu przedsiębiorstw, także z branży produkcyjnej. Koszty ich nabycia często mają bezpośrednie przełożenie na cenę produktu końcowego. Tymczasem, jak wskazują specjaliści nawet 50 proc. mediów może być stracone przez brak wiedzy na temat ich zużycia i nieefektywne zarządzanie.

Według aktualnego raportu agencji konsultingowej Ayming 93 proc. przedsiębiorstw energochłonnych uważa, że wydatki na energię elektryczną odgrywają istotną rolę w kosztach produkcji. Co więcej, aż 69 proc. badanych widzi w swoim przedsiębiorstwie pola do optymalizacji kosztów energii elektrycznej, najczęściej w zakresie zwiększenia efektywności energetycznej procesów produkcji i ograniczeniu zużycia prądu w innych obszarach.

„Świadomość to klucz”

O ile kontrola zużycia mediów w mniejszych firmach może być łatwiejsza i sprowadza się do odczytów z licznika głównego, o tyle w przypadku większych przedsiębiorstw istnieje uzasadniona potrzeba wykorzystywania bardziej zaawansowanych rozwiązań. Powierzchnia zakładu produkcyjnego, zmienne w postaci różnych urządzeń pracujących w różnych trybach sprawiają, że oszacowanie realnego zużycia mediów jest praktycznie niemożliwe, a w dodatku zajmuje sporo czasu.

– Kluczowa jest świadomość kierownictwa o skali zjawiska. Otóż aż do 50 proc. mediów w budynkach się traci przez niewłaściwą logistykę i brak informacji o ich ubytkach. Co ważne, wśród decydentów firm produkcyjnych widoczny jest trend wykorzystania nowoczesnych technologii w zakresie monitoringu zużycia mediów  – mówi Tomasz Kiebus, product manager Grinn, zarządzający i odpowiedzialny za rozwój Rhino, nowoczesnego systemu wspierającego optymalizację procesów.

Co równie istotne według branżowych szacunków w I kwartale 2019 r. może nastąpić wzrost cen energii dla firm nawet w granicach 50 proc. Z uwagi m. in. na potrzebę utrzymania konkurencyjności cen produktów, firmy powinny szukać dodatkowych środków w innych obszarach, np. wdrażając nowoczesne technologie przemysłu 4.0.

– Instalacja systemów meteringowych zaowocowała wykorzystaniem wszystkich możliwości w obszarze redukcji kosztów, a zatem i optymalizacji całej produkcji. Stały monitoring parametrów, wgląd do szczegółowych danych pozwala nam również uniknąć kar za przekroczenie mocy zamówionej. Dzięki temu możemy zaoszczędzone środki inwestować w nowe, inteligentne rozwiązania, przy jednoczesnym przekonaniu co do bieżących kosztów mających wpływ na realizację budżetu  – mówi Łukasz Zieliński, główny mechanik i automatyk w Steinbacher, przedsiębiorstwa zajmującego się produkcją materiałów termoizolacyjnych. Gromadzenie danych za pośrednictwem systemu pozwoliło Steinbacherowi na natychmiastowe przeanalizowanie zużycia energii i dostosowanie poziomu mocy zamówionej.

Z nowoczesnych rozwiązań meteringowych korzysta także m. in. firma Wielton, jeden z czołowych producentów w branży transportowej na świecie. 8 hal produkcyjnych o łącznej powierzchni 26 tys. m2, monitorowanie zużycia gazu co 15 minut, pozwala kierownictwu uzyskać przegląd zużycia mediów podczas produkcji naczep i przyczep oraz zminimalizować przestoje maszyn. W tym przypadku równie ważne jest utrzymanie się w ustalonych granicach i uniknięcie kar za ich przekroczenie.

– Głównym celem wdrożenia zdalnego odczytu było ciągłe monitorowanie zużycia gazu, a teraz mamy stały dostęp do bieżących danych o zużyciu mediów i jesteśmy w stanie opracować długoterminową strategię oszczędzania i efektywnie zarządzać kosztami – mówi Tomasz Swedrak, dyrektor techniczny Wielton.

Skala oszczędności może być znacząca

Według obliczeń specjalistów wdrożenie rozwiązań systemowych pozwala zmniejszyć o 30 proc. zużycie energii poprzez optymalizację pracy maszyn. Dodatkowe oszczędności mogą wynikać z obserwacji instalacji gazu, sieci wodociągowych, wykorzystania skompresowanego powietrza czy nawet ubytków energii w przestrzeniach biurowych.

Ograniczenie zużycia mediów to nie tylko element wprowadzanych oszczędności, lecz także budowania przedsiębiorstwa przyjaznego środowisku

Szacuje się, że rynek w zakresie monitoringu zużycia mediów będzie rósł w tempie 10-procentowym, by w 2020 r. osiągnąć wartość 5,5 miliarda dolarów (dla porównania wartość rynku w 2011 r. oceniano na 1,7 miliarda).

Źródło: Dane własne Grinn

Silna i oryginalna marka biznesowa Wrocławia przekłada się na wyniki miasta w obszarze nowych inwestycji i rynku biurowego

Według European Best Destination[1] to najlepsza lokalizacja turystyczna w Europie w 2018 roku. Według Mercer[2] – jedno ze stu najlepszych miejsc do życia na świecie. Według inwestorów – wiodące polskie miasto dla inwestycji technologicznych i start-up’owych. Wrocław bez wątpienia znalazł na siebie pomysł, który procentuje i z sukcesem ściąga tutaj kolejne firmy, deweloperów i mieszkańców z innych części Polski i Europy.

Wrocław jest napędzany innowacjami, o czym świadczy największa liczba centrów IT oraz R&D w Polsce (według ABSL).

„Doskonały wizerunek Wrocławia sprawia, że jesteśmy jednym z miast pierwszego wyboru dla osób, poszukujących ambitnych wyzwań zawodowych i które chcą się relokować. To z kolei przekłada się na bardzo zasobny rynek pracy, będący podstawowym czynnikiem dla budowania atrakcyjności inwestycyjnej. Wszystkie te elementy znajdują odzwierciedlenie w liczbach. W ciągu ostatnich 12 lat Wrocław stał się miejscem dla ponad 200 zagranicznych projektów inwestycyjnych, które stworzyły ponad 95 000 miejsc pracy. W mieście działa też ponad 200 start-up’ów, kreujących kulturę innowacyjności i przyczyniających się do wzmacniania marki Wrocławia, jako polskiego zagłębia innowacji”, podkreśla Karolina Grzyb, Dyrektor Centrum Wspierania Biznesu, Agencja Rozwoju Aglomeracji Wrocławskiej.

Rynek biurowy we Wrocławiu kwitnie

Wrocław jest trzecim największym (po Warszawie i Krakowie) rynkiem nowoczesnych biur w Polsce i jedną z najszybciej rozwijających się lokalizacji biurowych w naszym kraju.

Katarzyna Krokosińska, dyrektor biura JLL we Wrocławiu
Katarzyna Krokosińska, dyrektor biura JLL we Wrocławiu

„Wyjątkowo wysoka aktywność deweloperska, którą obserwujemy we Wrocławiu otworzyła w drugim kwartale tego roku nowy rozdział w historii tutejszego rynku biurowego. Podaż powierzchni biurowej przekroczyła próg 1 mln mkw., co przekłada się na rosnące zainteresowanie inwestorów szukających nowych opcji dla rozwoju swojego portfela nieruchomościowego. Dowodem na to są transakcje dokonywane przez wiodących graczy na rynku inwestycyjnym – Globalworth Poland, Warburg-HIH Real Estate, Niam i wielu innych”, komentuje Katarzyna Krokosińska, dyrektor biura JLL we Wrocławiu.

Ciekawym zjawiskiem na wrocławskim rynku biurowym jest także formowanie się klastrów biurowych, co dobrze widać na przykładzie okolic Dworca Głównego.

„Nowe inwestycje komercyjne, takie jak Wroclavia, Sagittarius Business House, Komandorska 12 i Retro Office House, wraz z istniejącymi zasobami biurowymi i ulepszeniami infrastrukturalnymi, stworzyły lokalizację odpowiadającą Centralnemu Obszarowi Biznesowemu. Nowy hub biurowy to także plac Jana Pawła II, który jest atrakcyjnym punktem na mapie miasta ze względu na doskonałą dostępność transportu publicznego i bliskość centrum. Aktualnie w budowie pozostaje 210 000 mkw. powierzchni, która z pewnością wzmocni wiodące lokalizacje biurowe we Wrocławiu”, dodaje Katarzyna Krokosińska.

Największe obiekty biurowe w budowie

Budynek Powierzchnia (mkw.) Deweloper
Business Garden Wrocław – II faza 70 000 Vastint Poland
Cu Office 23 500 Buma / Reino Partners
Centrum Południe 23 300 Skanska Property Poland
City Forum 22 600 Archicom
Nowy Targ 19 400 Skanska Property Poland
Infinity 18 700 Avestus Real Estate Poland
Carbon Tower 17 600 Cavatina

Źródło: JLL, 2018

Aktywność deweloperska jest napędzana przez wysoki poziom popytu. W 2015 r. firmy podpisały we Wrocławiu umowy najmu na 127 000 mkw. Pozytywne tendencje utrzymały się również w 2016 r., aby już w 2017 pobić kolejny rekord – tym razem 169 500 mkw. Z kolei na koniec III kwartału 2018 r. popyt osiągnął bardzo dobry wynik 96 500 mkw. Ze względu na dużą chłonność wrocławskiego rynku wskaźnik powierzchni niewynajętej kształtuje się na optymalnym poziomie 9,7%. Najwyższe czynsze transakcyjne za metr kwadratowy miesięcznie wynoszą z kolei 13,7 – 14,5 euro.

Rynek pracy – usługi rządzą

Aglomeracja wrocławska jest jedną z głównych lokalizacji centrów usług biznesowych w Polsce, które zatrudniają już ponad 45 000 osób[3].

„Większość nowych inwestycji, a także najbardziej dynamiczne plany wzrostu zatrudnienia, obserwujemy w obszarze IT. Nowoczesne technologie są znakiem rozpoznawczym Wrocławia, a ten wizerunek jest wspierany przez wiele opcji rozwoju, które oferują lokalne firmy. Wrocław to dobry wybór zarówno na start kariery, jak i świetna lokalizacja dla uznanych specjalistów szukających ambitnych wyzwań i atrakcyjnego miejsca do życia”, podsumowuje Tomasz Kowalski, Branch Manager, HAYS Poland.

[1] https://www.europeanbestdestinations.com/european-best-destinations-2018/

[2] Raport Mercer „Quality of living 2018”

[3] Dane ABSL

W 2019 roku najemcy zapłacą więcej

W nadchodzącym roku najemcy muszą się liczyć ze znacznymi podwyżkami kosztów utrzymania nieruchomości, a tym samym podniesieniem opłat eksploatacyjnych.

Rok 2019 przyniesie najemcom znaczący wzrost niektórych pozycji wchodzących w skład budżetu operacyjnego. Podwyżki będą dotyczyć zarówno opłat za media, w szczególności energię elektryczną, jak i kosztów usług i serwisów – przede wszystkim ochrony i sprzątania.

Droższe usługi

Marzena Ciurzyńska, Dyrektor w Dziale Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International
Marzena Ciurzyńska, Dyrektor w Dziale Zarządzania Nieruchomościami w Colliers International

Po uważnej analizie budżetów operacyjnych, przygotowanych przez zarządców Colliers na najbliższe dwanaście miesięcy, już dziś możemy stwierdzić, że wzrost kosztów eksploatacyjnych w przyszłym roku będzie się wahał między 8-15% w stosunku do 2018 r. Oznacza to, że stawki opłat eksploatacyjnych będą wyższe o 1,5 – 3 zł/mkw. Jest to więcej niż łączne podwyżki w ciągu ostatnich kilku lat.

Wzrost kosztów usług serwisowych wynika przede wszystkim z kolejnego obligatoryjnego, regulowanego przepisami prawa, podniesienia minimalnej stawki godzinowej pracowników. Od nowego roku wyniesie ona 14,70 zł brutto.

Nie bez znaczenia jest też sytuacja na rynku pracy. Coraz większe trudności ze znalezieniem oraz zatrzymaniem pracowników wymuszają na pracodawcach stosowanie dodatkowych uposażeń i pozapłacowych benefitów dla pracowników. Według wstępnych wyliczeń wydatki związane z ochroną i sprzątaniem wzrosną w najbliższym czasie od 6% do 9% w skali roku, a jako że stanowią one nawet 8-10% wartości budżetu operacyjnego, stąd tak wysokie przełożenie na stawkę service charge. W związku z tą sytuacją zarządcy już dziś analizują szczegółowo zawarte kontrakty w celu optymalizacji kosztów.

Na wagę złota

Największy wpływ na wzrost kosztów eksploatacyjnych w przyszłym roku będą miały wyższe ceny energii elektrycznej. Według prognoz wzrost ten wyniesie nawet 60% w stosunku do obecnych cen. Z wyższymi stawkami będą musieli uporać się najemcy obiektów, dla których na 2019 r. zostały zawarte aneksy do  umowy na dostawę energii elektrycznej. Dotknie to większości nieruchomości, ponieważ zgodnie z przyjętą praktyką właściciele obiektów biurowych co roku podpisują aneksy do umów z dostawcami energii. Będzie to dotyczyło  wszystkich  budynków – zarówno tych dopiero oddawanych do użytku, jak i tych, które są już użytkowane.

Warto dodać, że media stanowią do 35 proc. kosztów budżetu, a wzrost cen energii elektrycznej nierzadko podniesie stawkę o około 1 do 2 zł/mkw.

Na 2019 się nie skończy

Według prognoz specjalistów ceny będą dalej rosnąć także w kolejnych latach. Na tak duże zmiany cen energii elektrycznej wpływa wiele czynników m.in.: wysokie notowania opłat za emisje CO2, wzrost cen ropy naftowej i gazu ziemnego, umacniające się światowe ceny węgla czy przyjęte i planowane zmiany regulacyjne na polskim rynku.

Na większość zmian, które zajdą w przyszłym roku, wpływu nie mają ani zarządcy nieruchomości, ani ich właściciele. Mogą jednak podejmować działania, które pozwolą najemcom w nieco mniejszym stopniu odczuć podwyżki. Zarządcy Colliers International przez cały 2018 r. monitorowali na bieżąco giełdowe ceny sprzedaży energii elektrycznej , aby móc rekomendować właścicielom nieruchomości optymalny moment zakupu energii lub zmiany dostawcy. Kolejnym działaniem podejmowanym wspólnie przez zarządców i najemców mogą być próby optymalizacji zużycia energii, zarówno w częściach wspólnych, jak i na powierzchniach najmu. Dla przykładu w starszych budynkach oszczędności można znaleźć, wymieniając oświetlenie na energooszczędne typu LED, czy wprowadzając optymalne harmonogramy pracy oświetlenia i  urządzeń  wentylacyjnych oraz klimatyzacyjnych.

Kolejną niestandardową  zmianą, z jaką muszą liczyć się najemcy jest wzrost cen gazu o około 25 proc. w porównaniu do roku 2018.

Według prognoz także kolejne lata nie rysują się optymistycznie, gdyż mogą przynieść kolejne podwyżki. Dlatego szczególnie ważne jest, aby zarządcy, dbając o interesy właścicieli i najemców, zwłaszcza teraz trzymali rękę na pulsie.

Pozew nazwa.pl przeciw dhosting.pl sp. z o.o., Mad Ventures Patryk Kozioł i Angry Bytes Krzysztof Kotkowicz

Oświadczenie nazwa.pl

W związku z zaistnieniem zdarzeń, które mogą uzasadniać naruszenie przepisów prawa oraz dobrego imienia spółki nazwa.pl przez firmy dhosting.pl sp. z o.o., Mad Ventures Patryk Kozioł i Angry Bytes Krzysztof Kotkowicz, w dniu 28.11.2018 r. spółka nazwa.pl sp. z o.o. złożyła w sądzie powszechnym wobec powyższych firm pozwy o zakazanie czynów nieuczciwej konkurencji oraz o zapłatę przez powyższe firmy po 20.000 zł na rzecz Fundacji Kultury Polskiej w Warszawie.
Nazwa.pl za wysoce nieetyczne i niezgodne z zasadami uczciwej konkurencji uważa konstruowanie oferty handlowej uzależnionej od przeniesienia usług od ściśle wskazanego dostawcy. Działanie mające na celu wymuszenie odpływu klientów poprzez oferowanie im darmowych usług tylko za to, że przeniosą je od nazwa.pl jest nieakceptowalne. W konsekwencji nieuczciwego postępowania wskazanych firm nazwa.pl złożyła stosowne pozwy i będzie dochodzić swoich praw. Działanie dhosting.pl i innych firm, które w ten naganny sposób próbowały przejąć klientów nazwa.pl, jest przykładem łamania zasad uczciwej konkurencji i narusza według nazwa.pl przepisy ustawy z dnia 16 kwietnia 1993 roku o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji (Dz. U. z 2003 r. Nr 153, poz. 1503 z późn. zm.).
Nazwa.pl od 21 lat buduje pozycję firmy nr 1 w zakresie rejestracji domen i usług hostingowych w oparciu o profesjonalizm oraz wysoki poziom obsługi klienta, a z jej usług skorzystało już ponad milion zadowolonych klientów, rejestrując ponad 4 miliony domen i aktywując ponad 500 tysięcy usług hostingowych.
Spółka nazwa.pl sp. z o.o. z całą stanowczością będzie dochodzić swoich praw i bronić swojego dobrego imienia na drodze sądowej. W postępowaniu sądowym nazwa.pl sp. z o.o. reprezentowana jest przez pełnomocnika, adwokata Jerzego Stachowicza, z Kancelarii Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP z siedzibą w Krakowie.
Wszelkie pytania związane z tokiem postępowania należy kierować do Kancelarii Stachowicz Ptak Adwokaci i Radcowie Prawni SP.
W imieniu spółki nazwa.pl sp. z o.o. Łukasz Matusik

Compliance – komplementarne usługi przy tworzeniu SSC

O usługach compliance można mówić wiele, bowiem temat zgodności z lokalnymi przepisami dotyczy różnych dziedzin. Szczególnie istotne, z punktu widzenia przedsiębiorcy, są usługi związane z księgowością i podatkami. Wyzwania, które wiążą się ze spełnieniem lokalnego, podatkowego compliance zależą od trudności prawa podatkowego.

Monika Nowecka – Wiceprezes Zarządu, Partner Zarządzająca Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars
Monika Nowecka – Wiceprezes Zarządu, Partner Zarządzająca Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars

Shared Services Center, czyli Centrum Usług Wspólnych

Biznes nie działa w próżni, a zmieniające się otoczenie gospodarcze umożliwia podejmowanie działań, których celem jest poprawa efektywności i budowanie przewagi konkurencyjnej. Koszty związane z zatrudnieniem, a także stale malejąca liczba wykwalifikowanych pracowników zmuszają do reorganizacji struktur w firmach. Dotyczy to w szczególności struktur międzynarodowych, gdzie technologia pozwala na optymalizacje procesów i ich transfer do lokalizacji tańszych. Centrum Usług Wspólnych umożliwia zredukowanie kosztów oraz skoncentrowanie się na głównej działalności firmy.

To właśnie te czynniki ukształtowały segment biznesu jakim są SCC. Szczególnie jeśli mówimy o księgowości i finansach. Co więcej, Polska jest jednym z wiodących krajów w rozwoju tego segmentu.

SSC w procesach księgowych

Stworzenie księgowego SSC to ujednolicenie procesów powtarzalnych, o dużych wolumenach oraz obniżenie kosztów ich realizacji. Coraz częściej wykorzystuje się w tym celu robotykę. Pozostaje jednak wypełnienie obowiązków sporządzania sprawozdań finansowych jednostkowych i skonsolidowanych oraz sporządzania deklaracji podatkowych we wszystkich lokalizacjach prowadzenia biznesu. W tych obszarach trudniej jest uzyskać efekt procesowania, ponieważ każdy kraj ma swoje prawa bilansowe i podatkowe, a do tego potrzebna jest wiedza ekspercka.

Polska staje się krajem szczególnym, gdyż nasze prawo podatkowe w ostatnim czasie znacznie się skomplikowało. Dlatego też, zarządzanie podatkami wiąże się z dużym ryzykiem. Organy podatkowe, mając coraz więcej uprawnień i narzędzi kontroli, mogą wiele transakcji uznać za nieważne.

Lokalny compliance

Na wszystkie problemy można znaleźć rozwiązanie, a jednym z nich jest outsourcing compliance lokalnego. Takie usługi mogą być realizowane od pełnego outsourcingu po rozwiązania hybrydowe, na przykład można posiadać własne struktury ze wsparciem outsourcera w zakresie doradztwa czy nadzoru.

Z kolei jeśli chodzi o firmy międzynarodowe czy globalne, tu na pomoc ze swoją ofertą przychodzą firmy o takim samym zasięgu geograficznym. Mazars, działając w 86 krajach świata oraz dysponując specjalistami z dużym doświadczeniem jest w stanie wesprzeć w obowiązkach z zakresu compliance firmy międzynarodowe i globalne.

Artykuł autorstwa Moniki Noweckiej Wiceprezes Zarządu, Partner Zarządzającej Działem Usług Księgowych i Kadrowo-Płacowych Mazars.

FedEx: 80% Polaków prezenty świąteczne kupi przez internet

Jak wynika z badania przeprowadzonego na zlecenie FedEx, w tym roku blisko 80% polskich konsumentów prezenty świąteczne kupi w sieci. Badanie przeprowadzone równolegle w Polsce, Czechach i na Węgrzech pokazuje, że podobny trend widać również w innych krajach regionu.

Jak pokazuje badanie, 79% Polaków, 82% Czechów i 72% Węgrów tegoroczne prezenty świąteczne kupi w sklepach internetowych. Z 27 milionami[1] internautów, Polska stanowi jeden z najbardziej rozwiniętych krajów regionu pod względem korzystania z sieci. Według danych firmy Gemius, Polscy internauci nie stronią od zakupów w sieci – przynajmniej raz zrobiło to 56%[2] z nich. Wiele wskazuje na to, że podczas tegorocznego sezonu świątecznego ten odsetek jeszcze wzrośnie.

Badanie zostało przeprowadzone na zlecenie FedEx Express przez Lightspeed Research (Grupa Kantar) w drugiej połowie listopada wśród konsumentów z Polski, Czech i Węgier. W każdym z krajów w badaniu wzięła udział reprezentatywna grupa 600 osób w wieku 18-89 lat. Badanie zostało przeprowadzone metodą CAWI.

Młodsi chętniej kupują w sieci?

Niekoniecznie… W każdym z badanych krajów, nieco inna grupa wiekowa okazała się najbardziej chętna, by poszukiwać prezentów świątecznych w sieci. – Wśród naszych czeskich sąsiadów, najmłodsza badana grupa faktycznie okazała się najbardziej zaznajomiona z tematem zakupów online. W grupie wiekowej 18-24, aż 89% badanych planuje świąteczne zakupy w sieci. W Polsce, dominują nieco starsi internauci (25-34 z wynikiem 89%), a na Węgrzech największe zainteresowanie wykazują badani w grupie 35-44 lata (78%) – komentuje Łukasz Wróbel, dyrektor zarządzający FedEx Express w Polsce.

Badanie pokazuje również wysokie zainteresowanie zakupami online wśród seniorów – ponad dwie trzecie (68%) badanych Polaków w wieku 65+ planuje prezenty kupić online. Podobnie wyglądają plany zakupowe węgierskich (72%) i czeskich (76%) seniorów.

Badanie pokazuje, że konsumenci w naszym regionie doceniają wygodę zakupów w internecie, a wielu z nich skorzysta w tym roku z oferty tysięcy europejskich e-sklepów. FedEx Express zdaje sobie sprawę z tego, jak ważna dla każdego internetowego przedsiębiorcy jest niezawodność i szybkość dostaw. Firma poczyniła wszelkie kroki, by podczas tegorocznego sezonu świątecznego jak najlepiej wesprzeć ich biznesy. FedEx wspiera szczególnie małe i średnie przedsiębiorstwa, oferując profesjonalne doradztwo m.in. w zakresie przygotowania dokumentacji związanej z odprawą celną. Zapewnia również szereg usług dodatkowych, w tym gwarantowaną dostawę w ciągu jednego dnia roboczego w niemal każde miejsce w Europie.

FedEx wspiera wiele biznesów działających w sieci, zarówno w Polsce, jak i na świecie, na co dzień współtworząc rynek handlu online, stąd nie jestem zaskoczony wynikami badania – mówi Łukasz Wróbel. – Konsumenci na całym świecie coraz bardziej doceniają wygodę tej formy zakupów, a przedsiębiorcy muszą dostosować się do tych trendów. Dla nas, e-commerce to ważny, rosnący globalnie rynek, dlatego stale pracujemy nad rozwojem naszej sieci połączeń – dodaje.

[1] http://pbi.org.pl/badanie-gemius-pbi/polski-internet-czerwcu-2018/

[2] https://www.gemius.pl/wszystkie-artykuly-aktualnosci/internauci-zaufali-e-sklepom-raport-e-commerce-w-polsce-2018-juz-dostepny.html

Koniec nadwyżki w handlu zagranicznym

Od 2015 r. Polska utrzymywała nadwyżkę w wymianie międzynarodowej. Rok 2018 polski handel zagraniczny zakończy jednak najprawdopodobniej na minusie, prognozują analitycy międzynarodowej instytucji płatniczej AKCENTA. Miroslav Novák, główny analityk firmy szacuje, że w 2019 r. tempo wzrostu eksportu pozostanie niższe niż dynamika importu i wyniesie odpowiednio 5-6% dla wywozu i dla 6-7% wwozu towarów. Duży wpływ na polską wymianę handlową będzie miał słabszy popyt na import w strefie euro, a przede wszystkim w Niemczech.

Przez ostatnie trzy lata Polska mogła cieszyć się dodatnim bilansem handlu zagranicznego. Na koniec 2015 r. w wymianie międzynarodowej kraj nad Wisłą po raz pierwszy od lat 90. wypracował dodatnie saldo, kończąc rok z blisko 2,4 mld euro nadwyżki. Wynik ten udało się jeszcze poprawić w kolejnym roku. W 2016 r. nadwyżka wyniosła już prawie 4 mld euro. W latach 2015-2016 dynamika wzrostu wartości eksportu była wyraźnie wyższa niż importu. Jednak już w roku 2017 trend ten uległ zmianie i wartość wwozu towarów do Polski rosła szybciej niż polska sprzedaż zagraniczna. Dostępne obecnie dane GUS za dziesięć miesięcy 2018 r. wskazują również na szybszy wzrost importu (9,5% r/r) niż eksportu (6,5% r/r) i pogłębiające się ujemne saldo wymiany handlowej, sięgające już -3,2 mld euro.

Wykres 1.Koniec nadwyżki w handlu zagranicznym

Rok 2019 wciąż z przewagą importu

Nadzieje na nadwyżkę w polskim handlu zagranicznym w 2018 r. są nikłe. Eksperci AKCENTY prognozują, że i w roku 2019 bilans pozostanie ujemny. W nadchodzącym roku zarówno eksport, jak i import będą wykazywać dodatnią dynamikę wzrostu, z lekką przewagą importu. Główny analityk AKCNETY, Miroslav Novák szacuje, że zagraniczna sprzedaż towarów z Polski powinna rosnąć w tempie ok. 5-6%, a import ok. 6-7%. – Na polski eksport w 2019 r. silnie oddziaływać będzie słabszy popyt ze strefy euro i Niemiec. Na horyzoncie widać bowiem spowolnienie gospodarcze w tych krajach. Z drugiej strony niska inflacja i wzrost płac w Polsce pozytywnie wpływają na siłę nabywczą polskich gospodarstw. Rosnąca konsumpcja będzie stymulować popyt na towary z zagranicy – tłumaczy analityk AKCENTY.

Spowolnienie gospodarcze w Niemczech jest spodziewane już od dłuższego czasu. Jego oznaki widać chociażby w wynikach PKB, który w III kwartale br. jest niższy o 0,2% względem poprzedniego kwartału, jak i innych wskaźników, np. Ifo czy PMI. Ewentualny głębszy kryzys w niemieckiej gospodarce i recesja to jedne z największych zagrożeń dla polskiego eksportu. Zachodni sąsiad jest największym odbiorcą polskiej sprzedaży zagranicznej. Kierunek ten odpowiada za 28% całego eksportu. Z kolei do strefy euro wędruje łącznie prawie 58% wysyłanych z Polski towarów. Sytuacja gospodarcza w tym regionie ma wiec ogromny wpływ na polską wymianę handlową. – Lekkie wyhamowanie gospodarki to jeszcze nie powód do dużego niepokoju. Po okresie bardzo szybkiego rozwoju gospodarka musi się od czasu do czasu trochę ostudzić. Jednak z drugiej strony nie możemy z całą pewnością wykluczyć nadchodzącej recesji. Możliwość realizacji tego czarnego scenariusza widziałbym np. w przypadku konfliktu handlowego między Unią Europejską a USA. Ograniczenia w handlu i spadek popytu na towary wytwarzane w UE najbardziej dotknęłyby Niemcy, które są potęgą eksportową – wyjaśnia Miroslav Novák. A to już poważne zagrożenie dla Polski, ostrzega analityk AKCENTY. Ekspert spodziewa się również, że nieco wolniej w 2019 r. będzie rosło także polskie PKB. Prognozowane przez AKCENTĘ tempo wzrostu miałoby wynieść 3-4%.

Pozytywne sygnały na 2019 r.

Potencjalne zagrożenia w 2019 r. nie powinny przysłonić optymistycznych prognoz. Analitycy AKCENTY spodziewają się, że w nadchodzącym roku złagodzi się wiele napięć, z którymi mieliśmy do czynienia w 2018 r. Wielka Brytania i Unia Europejska są na drodze do porozumienia w kwestii Brexitu. Sygnały uspokojenia się napięć w handlu międzynarodowym widać także na linii Chiny-USA. Ostatnie spotkanie Donalda Trumpa i Sekretarza Generalnego Komunistycznej Partii Chin Xi-Jinping’a na szczycie G20 uważane jest za punkt przełomowy we wzajemnych relacjach i możliwy początek poprawy stosunków między oboma krajami. – Osiągnięcie porozumienia handlowego między Chinami i USA wydaje się coraz bardziej prawdopodobne. Być może usłyszymy o nim już w pierwszej połowie nadchodzącego roku. Sądzę, że będzie to miało istotny wpływ na zmniejszenie negatywnych nastrojów na rynkach i globalnego ryzyka w 2019 r. – twierdzi Miroslav Novák z AKCENTY.

Spokojniejszy rynek walutowy

Analityk AKCENTY wskazuje, że uspokojenie się sytuacji na rynkach międzynarodowych pozytywnie wpłynie na wartość złotego. Złotówka skorzysta na pozytywnym rozwoju gospodarki światowej i zmniejszeniu się nerwowości na rynkach. Będzie także czerpać z silnego rozwoju polskiej gospodarki nawet w obliczu spowolnienia wzrostu PKB. Miroslav Novák prognozuje, że kurs polskiej waluty w stosunku do euro będzie oscylował wokół poziomu 4,25 w I kwartale 2019 r. W kolejnym kwartale znajdzie się w okolicach 4,20 EURPLN, a w drugiej połowie roku za 1 euro zapłacimy ok. 4,15 zł.

Spadek nerwowości na rynkach finansowych powinien w pierwszych miesiącach nowego roku przynieść także umocnienie się złotego względem dolara amerykańskiego. Prognozy Akcenty zakładają, że w I kwartale 2019 r. kurs na tej parze walutowej będzie notowany na poziomie ok. 3,60 USDPLN. W II kwartale powinien znaleźć się już w okolicach 3,50 USDPLN, a w dwóch ostatnich kwartałach w pobliżu 3,30 USDPLN.

Stopy procentowe w 2019 r.

W kwestii podnoszenia stóp procentowych, ekspert AKCENTY prognozuje, że Europejski Bank Centralny będzie w nadchodzącym roku bardzo ostrożny w zacieśnianiu polityki pieniężnej. – Pierwszej podwyżki stóp procentowych w strefie euro spodziewam się nie wcześniej niż w IV kwartale 2019 r. Z kolei w przypadku USA sądzę, że FED nadal będzie je podnosił, ale w znacznie wolniejszym tempie niż ten rok. Stopy procentowe w Stanach Zjednoczonych są już bowiem bardzo zbliżone do neutralnego poziomu i System Rezerwy Federalnej ma coraz mniejsze pole do kontynuacji szybkich podwyżek, jak miało to miejsce w 2017 i 2018 r. – mówi Miroslav Novák. Według analityka Akcenty, w Polsce NBP poczeka z podniesieniem stóp procentowych na ruch EBC i jest bardzo mało prawdopodobne, aby uczynił taki krok przed IV kwartałem 2019 r.