EBC zmienia prognozy wzrostu gospodarczego dla strefy euro

Podczas ostatniego spotkania Europejski Bank Centralny potwierdził, że wraz z końcem grudnia program luzowania ilościowego zostanie zakończony. Euro doświadczyło jednak osłabienia ze względu na sugestie, że perspektywa pierwszej od 2011 r. podwyżki stóp procentowych jest prawdopodobnie dość odległa.

Kurs USD/EUR i USD/PLN (13/12/2018)

kurs euro i dolaraŹródło: Thomson Reuters Data: 13/12/2018

Decydenci potwierdzili, że pomimo względnie słabych danych makroekonomicznych napływających ze strefy euro, Europejski Bank Centralny wraz z końcem roku przestanie skupować aktywa w ramach programu QE. EBC zaprzestanie dodatkowych zakupów mimo, iż tempo ekspansji gospodarczej w strefie euro jest najniższe od czterech lat, a inflacja bazowa nie wykazuje trendu wzrostowego, który miałby ją zbliżyć do celu inflacyjnego EBC. Dochody uzyskane z papierów wartościowych nabytych przez bank centralny będą jednocześnie reinwestowane nadal, dłużej niż wyznaczy moment „w którym Europejski Bank Centralny zdecyduje się na podniesienie kluczowych stóp procentowych”.

Podczas długo wyczekiwanej konferencji prasowej przewodniczący Mario Draghi utrzymał gołębią retorykę – i to w większym stopniu, niż spodziewała się tego większość rynku. Draghi podkreślił, że ostatnie dane dotyczące wzrostu gospodarczego były gorsze niż oczekiwano – jako przyczynę takiego stanu rzeczy przewodniczący EBC podał m.in. niższy popyt zewnętrzny. Najważniejszą częścią wypowiedzi Draghiego były kwestie związane z bilansem ryzyk, który jego zdaniem przesuwa się w negatywną stronę. To dość znaczna zmiana w retoryce przewodniczącego EBC, która może sugerować, że niewykluczone, iż wzrost PKB strefy euro będzie nadal wyhamowywał.

Tak jak oczekiwano, EBC postanowił obniżyć projekcję ścieżki wzrostu gospodarczego w strefie euro. Bank centralny spodziewa się obecnie, że tempo ekspansji gospodarczej państw bloku walutowego w 2018 r. wyniesie zaledwie 1,9% (jeszcze we wrześniu prognozy banku zakładały 2,0%), w 2019 r. natomiast Bank spodziewa się wzrostu rzędu 1,9% (we wrześniu było to 1,8%). Decydenci obniżyli również prognozę inflacji w 2019 r. z 1,7% do 1,6%, aczkolwiek prognoza tegorocznej dynamiki cen została podniesiona: z 1,7% do 1,8%.

Wspólna europejska waluta zareagowała na informacje i ton komunikacji lekką deprecjacją – euro w bezpośrednim następstwie spotkania osłabiło się o ok. 0,3% względem dolara amerykańskiego, który to odnotował umocnienie o podobnej skali w parze z polskim złotym. Komunikat EBC nie spowodował gwałtownej reakcji rynku walutowego, ponieważ większość deklaracji banku była oczekiwana przez rynek jeszcze przed samym spotkaniem.

Prognozy wzrostu gospodarczego EBC dla strefy euro [13 grudnia 2018]

prognozy wzrostu gospodarczego EBCŹródło: ECB/Thomson Reuters Datastream Data: 13/12/2018

Przewodniczący EBC potwierdził, że podczas spotkania w tym tygodniu decydenci nie dyskutowali nad terminem potencjalnej podwyżki stóp procentowych. Tak jak wspominaliśmy już wielokrotnie, nie uważamy, żeby bank centralny nawet rozważał zacieśnianie polityki monetarnej zanim nie zaobserwuje on wzrostu inflacji bazowej. Do tej pory nie obserwujemy żadnych wyraźnych zmian w tempie wzrostu bazowych cen. Oceniamy zatem, że podwyżka stóp procentowych w strefie euro raczej nie nastąpi przed czwartym kwartałem 2019 r., a bardziej prawdopodobna jest dopiero w pierwszym kwartale 2020 r., zakładając, że nie doświadczymy nagłego wzrostu inflacji bazowej.

Autor: Analitycy Ebury – Enrique Diaz-Alvarez, Matthew Ryan, Roman Ziruk

Goldman Sachs: globalni gracze zdominują rynek chmury. Specjalizacja szansą dla mniejszych?

Według raportu amerykańskiego banku Goldman Sachs, globalne wydatki firm na technologie cloud computing mają się do 2021 r. podwoić w stosunku do wartości sprzed roku. Za trzy lata będą one stanowiły już 15 proc. budżetów IT. Coraz większy udział w rynku chmury będą mieli 4 najwięksi gracze, mimo to analitycy zwracają uwagę, że znajdzie się na nim też miejsce dla innych, mniejszych dostawców. 

Przedstawiciele Goldman Sachs twierdzą, że obecne wydatki firm na chmurę stanowią zaledwie około 8 proc. budżetów IT. Przewidywany wzrost, który ma nastąpić do roku 2021, będzie więc znaczący. Wartość sprzedaży ma wówczas sięgnąć kwoty 116 mld dolarów. Obecnie spora część globalnego rynku chmury jest podzielona między 4 głównych światowych graczy – to Google, Amazon, Alibaba i Microsoft. Według raportu Goldman Sachs, w 2017 roku posiadali oni 54 proc. rynku, a w 2019 roku ten udział wzrośnie aż do 84 proc. Oznacza to, że do pozostałych graczy będzie należało zaledwie 16 proc. rynku. – Teoretycznie to niewiele, w praktyce, wciąż pozostanie do podziału ponad 20 mld dolarów. Jest więc się o co bić, zwłaszcza, że jest wiele firm, które z różnych powodów nie chcą współpracować z Amazonem czy Microsoftem. Jednym z nich może być tzw. vendor lock-in, czyli uzależnienie od jednego dostawcy – zwraca uwagę Maciej Krzyżanowski, prezes firmy CloudFerro, która na zlecenie Europejskiej Agencji Kosmicznej przetwarza w chmurze obliczeniowej ponad 10 PB danych z satelitów i realizuje usługi w oparciu o otwarte technologie OpenStack.

Specjalizuj się albo zgiń?

Jak twierdzą analitycy z Goldman Sachs: Heather Bellini, Heath Terry, Piyush Mubayi, Caroline Liu, Mark Grant i Ted Lin, mimo tego, że „wielka globalna czwórka” systematycznie powiększa swój udział w rynku chmury, nadal pozostanie na nim miejsce dla mniejszych firm. Jednak pod warunkiem, że zaoferują oni niszowe lub bardziej specjalistyczne rozwiązania niż giganci.

Popyt na chmurę obliczeniową jest coraz większy, jednak z oczywistych względów mniejszym dostawcom trudno jest konkurować na rynku z gigantami. Dysponują oni bowiem niemal nieograniczonymi zasobami finansowymi na marketing czy infrastrukturę. Można więc oferować albo usługi taniej, albo wprowadzić usługi dodane, albo też specjalizować w określonym obszarze rynku. W naszym przypadku przyjęcie takiej strategii było np. na tyle skuteczne, że pozwoliło pozyskiwać klientów za granicą – przekonuje Maciej Krzyżanowski z CloudFerro. Firma, obok kontraktu z ESA, ma na swoim koncie m.in. współpracę z Europejskim Centrum Prognoz Średnioterminowych (ECMWF – European Centre for Medium-Range Weather Forecasts) zajmującym się prognozowaniem pogody i analizami klimatu.

Sztuczna inteligencja w walce o rynek

O udziały w rynku chmury i stworzenie alternatywy dla największych operatorów walczą nie tylko mniejsi dostawcy, ale też i globalni gracze. Przykładem może być Oracle. Firma, której udziały w rynku chmury są mniejsze niż 4 konkurentów, ubiega się o fotel lidera w konkretnym segmencie: dużych firm. Chce przekonać do siebie m.in. rozwiązaniami autonomicznymi zwiększającymi bezpieczeństwo przetwarzania danych i możliwości analizowania informacji. Larry Ellison, na dorocznej konferencji Oracle OpenWorld powiedział wprost: „Amazon robi to źle” – rzucając rękawicę swojemu największemu rywalowi. W jej trakcie przedstawił wizję chmury drugiej generacji – znacznie tańszej i bezpieczniejszej od rozwiązania swojego konkurenta, stworzonej z myślą o bezpiecznym uruchamianiu dowolnych obciążeń. Podstawową różnicą są zastosowane technologie.

Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska
Piotr Witczyński, dyrektor generalny Oracle Polska

Do tej pory ze względu na współdzielenie infrastruktury klientów i infrastruktury kontroli chmury, jej operator miał dostęp do danych i oprogramowania klientów, a kod użytkownika mógł próbować ingerować w kody oprogramowania kontroli chmury. To istotna luka i wada współdzielonego modelu chmury, której pozbawiona jest chmura drugiej generacji – tłumaczy Piotr Witczyński, p.o. dyrektora generalnego Oracle Polska. 

Atutem Oracle w walce o klienta ma być też Oracle Autonomous Database (OAD) ― pierwsza i jedyna na rynku autonomiczna baza danych, pomagająca w zapobieganiu cyberatakom i kradzieży danych. To samoczynnie się zabezpieczająca i naprawiająca baza danych, w unikatowy sposób skanująca system pod kątem zagrożeń oraz aktualizująca zabezpieczenia bez konieczności przerywania pracy.

Jak wygląda polski rynek chmury?

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego udostępnionych jesienią 2018 roku, obecnie z płatnych usług chmury obliczeniowej korzysta w Polsce zaledwie 11,5 proc. przedsiębiorstw. Odsetek korzystających z chmury jest skorelowany z wielkością firmy – w największym stopniu chmurę wykorzystują duże firmy, zatrudniające przynajmniej 250 pracowników. Najbardziej popularne usługi wybierane przez polskich przedsiębiorców to udostępnianie w chmurze poczty, przechowywanie plików, korzystanie z oprogramowania biurowego, hostingu bazy danych, oprogramowania finansowo-księgowego oraz systemów CRM.

Według analiz firmy IDC, w roku 2017 polski rynek usług cloud computingu miał wartość 200 mln dolarów, natomiast w 2021 roku, ta kwota ma zbliżyć się do 300 mln dolarów. Jeśli chodzi o rynek globalny, wg badań Gartnera, w 2018 roku osiągnie on wartość ponad 305 mld dolarów, w 2021 r. ma on urosnąć do kwoty 411 mld dolarów.

Inflacyjny prezent na Święta

Ostateczne dane GUS dotyczące inflacji okazały się nieco gorsze, niż wskazywano we wstępnym szacunku. Wyniosła ona w listopadzie 1,3 proc. Wiele wskazuje na to, że ceny nie wzrosną za bardzo także w grudniu, więc konsumenci skorzystają przed Świętami z inflacyjnego prezentu, tym bardziej że ta swego rodzaju promocja może niedługo się skończyć.

Wstępny szacunek listopadowej inflacji pokazywał zaskakująco niewielki wzrost inflacji, sięgający 1,2 proc. Według ostatecznych wyliczeń wskaźnik cen towarów i usług konsumpcyjnych poszedł  jednak w górę o 1,3 proc. Wyższa wartość wskaźnika to prawdopodobnie efekt utrzymujących się wciąż znacznej dynamiki cen paliw, które były w listopadzie droższe niż przed rokiem o 10,6 proc., z czego benzyna podrożała o 7,3 proc. a olej napędowy aż o 15,3 proc. To, że inflacja nie wzrosła mocniej, to głównie zasługa dużej, sięgającej 5,9 proc. obniżki cen związanych z łącznością, w tym usług telekomunikacyjnych o 5,8 proc. i sprzętu aż o 10,2 proc. Stosunkowo niewiele, bo o zaledwie 0,7 proc. w górę poszły średnie ceny żywności. Tradycyjnie już potaniały odzież i obuwie, tym razem o 2,7 proc. Spośród głównych kategorii nadal mocno rosły koszty związane z edukacją (o 3 proc.) i zdrowiem (o 2,9 proc.). Wysoki, choć mniej dokuczliwy w codziennym życiu był sięgający 3,1 proc. wzrost cen w restauracjach i hotelach. Średnio o 3,9 proc. potaniały samochody osobowe.

Spośród artykułów spożywczych nadal mocno drożało pieczywo, za które trzeba było płacić aż o 8,8 proc. więcej niż rok wcześniej. O 9,4 proc. w górę poszły ceny warzyw, za to owoce potaniały aż o 14,3 proc. O 24,6 proc. mniej trzeba było płacić za cukier, a o 10,7 proc. za jaja. O 3,5 proc. potaniało mięso wieprzowe, nieco tańsze było też masło (o 2 proc.) i mleko (o 0,8 proc.).

Tak niewielki wzrost listopadowej inflacji w pewnej mierze zawdzięczamy bardzo wysokiemu poziomowi odniesienia z ubiegłego roku, gdy wskaźnik cen zwiększył się aż o 2,5 proc. W grudniu 2017 r. wyniósł 2,1 proc., a więc także był dość wysoki, co pozwala przypuszczać, że w obecnym roku grudniowa dynamika cen także będzie umiarkowana, choć raczej trochę wyższa niż w listopadzie. Gdyby silna przecena notowań ropy naftowej z ostatnich tygodni przełożyła się mocniej na spadek cen paliw na stacjach, można by nawet liczyć na powtórkę listopadowego wyniku, czyli 1,3 proc. lub niewiele więcej.

Według prognoz Departamentu Analiz Ekonomicznych NBP, w 2019 r. inflacja może sięgnąć nawet 3,2 proc., co ma wynikać głównie ze wzrostu cen surowców, przede wszystkim energetycznych, a więc ropy naftowej, węgla i gazu, a co za tym idzie także prądu, choć w przypadku tego ostatniego jest ostatnio najwięcej znaków zapytania.

Roman Przasnyski
Główny Analityk GERDA BROKER

EBC potwierdził zakończenie programu QE

W tym tygodniu podczas swojego posiedzenia Europejski Bank Centralny potwierdził, że pod koniec br. zakończy program QE. Sam program wart był ok. 2,6 bilionów EUR, a środki otrzymane z obligacji będą wg zapowiedzi EBC nadal reinwestowane w celu zachowania płynności na rynku.

Reinwestowanie tych środków pieniężnych będzie przebiegać jeszcze długo po zakończeniu programu QE i można oczekiwać wprowadzenia kolejnych kroków, które będą wspierać pożyczki w Europie, jak np. TLTRO. Podniesienia stóp procentowych można się spodziewać najwcześniej w drugiej połowie przyszłego roku. EBC dokonał także lekkich zmian w swoich makroekonomicznych prognozach. PKB strefy euro w tym roku powinien wg instytucji wzrosnąć o 1,9%, a inflacja osiągnąć poziom 1,8%. W 2019 i 2020 roku wzrost PKB powinien sięgać 1,7%, a w podobnym tempie powinna rosnąć również inflacja.

Ze względu na nerwową sytuację na rynkach złoty się osłabił i jego kurs w piątek rano był na poziomie 4,30 EUR/PLN. Kurs eurodolara w tym czasie wynosił 1,14 EUR/USD.

AKCENTA CZ a.s.

Mastercard i Polski Standard Płatności ogłaszają strategiczną współpracę

Mastercard i Polski Standard Płatności (PSP), operator systemu płatności mobilnych BLIK, ogłosiły strategiczną współpracę. W ramach partnerstwa, BLIK dostarczy wygodną i niezawodną platformę płatności mobilnych i online, obdarzoną zaufaniem milionów polskich konsumentów. Mastercard zapewni innowacyjne technologie płatnicze, rozpoznawalną na całym świecie markę oraz globalną sieć akceptacji.

Mastercard i PSP umożliwią użytkownikom BLIKA korzystanie z technologii zbliżeniowej we wszystkich punktach sprzedaży na świecie, akceptujących zbliżeniowe płatności Mastercard. Będzie to możliwe poprzez wykorzystanie usługi tokenizacyjnej Mastercard Digital Enablement Services (MDES). W ten sposób użytkownicy BLIK zyskają dostęp do wygodnych, bezpiecznych i szybkich płatności zbliżeniowych na całym świecie.

Dodatkowo, Mastercard i PSP zapewnią użytkownikom BLIKA realizację płatności w zagranicznym e-commerce, z wykorzystaniem opublikowanego niedawno przez organizację EMVCo standardu Secure Remote Commerce (SRC), jak tylko rozwiązanie będzie dostępne na rynku. Dzięki temu, użytkownicy będą mogli płacić BLIKIEM za zakupy online w zagranicznych e-sklepach.

Mastercard i Polski Standard Płatności będą również współpracować przy ekspansji BLIKA na nowe rynki, poza granicami Polski, poprzez pozyskiwanie klientów w innych krajach.

Dariusz Mazurkiewicz
Dariusz Mazurkiewicz

– Nawiązanie strategicznego sojuszu z Mastercard to kluczowy moment rozwoju polskiego systemu płatności mobilnych BLIK. Użytkownicy BLIKA będą mogli wkrótce płacić zbliżeniowo, nie tylko w Polsce, ale także na całym świecie. To także początek drogi do oferowania płatności BLIKIEM użytkownikom mobilnych aplikacji bankowych na całym świecie – mówi Dariusz Mazurkiewicz, prezes Polskiego Standardu Płatności, operatora BLIKA.

– W Mastercard bardzo cieszymy z tej współpracy i jesteśmy zmotywowani, aby zaoferować użytkownikom BLIK nowe funkcje, oparte o nasze innowacyjne i gwarantujące bezpieczeństwo technologie oraz globalny zasięg. Głównym celem naszego partnerstwa z PSP jest zaoferowanie nowych możliwości polskim konsumentom w czasie zakupów zarówno w kraju, jak i za granicą – komentuje Bartosz Ciołkowski, dyrektor generalny polskiego oddziału Mastercard Europe.

– Ta współpraca to przede wszystkim świetne wieści dla użytkowników BLIK. W aplikacjach banków zrealizują z BLIKIEM wszystkie swoje potrzeby płatnicze – mówi Piotr Puchalski, przewodniczący Rady Nadzorczej Polskiego Standardu Płatności.

Lexus i connected cars

Lexus stał się pierwszym producentem, który wraz z rządem australijskiego stanu Queensland rozpoczął prace nad wykorzystaniem technologii łączności pomiędzy infrastrukturą drogową, a pojazdami w celu zmniejszenia liczby wypadków. Prace obejmą również zarządzanie przepływem ruchu samochodowego i działania w celu zmniejszenia zatłoczenia na drogach oraz obniżenie zużycia paliwa i emisji spalin do atmosfery.Lexus RX connected car

Connected cars

Specjaliści przewidują, że do 2021 roku na drogach pojawi się prawie 400 mln samochodów na stałe połączonych z siecią – tak zwanych “connected cars”. Na drogi Australii już wkrótce wyjadą dwa specjalne przygotowane testowe modele – Lexus RX 450h F Sport. Luksusowe SUV-y zostaną wyposażone w systemy, które pozwolą komunikować się pojazdom między sobą oraz między drogową infrastrukturą. W tym celu zostanie wykorzystana sieć komórkowa 4G. Testy potrwają dwa lata.

Inteligentne systemy transportowe

Badania nad inteligentnymi systemami transportowymi obejmą między innymi system ostrzegania o zagrożeniach na drodze i awariach samochodu oraz wczesne ostrzeżenia pozwalające na uniknięcie kolizji z innymi uczestnikami ruchu drogowego – np. pieszymi i rowerzystami.

Dyrektor naczelny Lexus Australia, Scott Thompson, podkreślił, że projekt ten wygeneruje dane, które w ostateczności przyniosą wiele korzyści dla bezpieczeństwa ruchu drogowego w Australii.

„Nasz lokalny zespół inżynierów ściśle współpracuje z rządem Queensland. Jego zadaniem jest między innymi ocena skuteczności inteligentnych systemów transportowych przy równoczesnym poszerzeniu naszej wiedzy na temat przyswajalności tej technologii przez kierowców. Nasze samochody będą łączyły się z infrastrukturą oraz ze sobą, a wygenerowane dane zostaną zarejestrowane w celach dalszej analizy” – powiedział Scott Thompson, dyrektor naczelny Lexus Australia.

Co przyniesie przyszłość?

W przyszłości dwa doświadczalne Lexusy RX mają być wyposażone w szereg rozwiązań, pozwalających w pełni wykorzystać możliwości, jakie daje komunikacja samochodów z infrastrukturą oraz pomiędzy sobą. System powiadomi kierowcę o aktualnych limitach prędkości, niebezpieczeństwie przejechania na czerwonym świetle na najbliższym skrzyżowaniu, o tym, że samochód przed nim rozpoczął awaryjne hamowanie, bądź porusza się bardzo wolno czy o rowerzyście lub pieszym, który właśnie nacisnął na przycisk przełączający sygnalizację na przejściu dla pieszych.

Mocny SUV Lexusa

Biorące udział w testach auta to Lexusy RX 450h F Sport, wyposażone między innymi w systemy ostrzegający o niezamierzonej zmianie pasa ruchu, rozpoznawania znaków drogowych czy ochrony przedzderzeniowej z wykrywaniem pieszych. SUV-y Lexusa są napędzane napędem hybrydowym, w którym 3,5-litrowy motor V6 współpracuje z silnikiem elektrycznym. Napęd przekazywany jest na wszystkie koła.

EBC osłabił kurs euro i złotego

EBC umocnił europejski rynek długu. Spadły też rentowności polskich papierów. EBC osłabił euro i złotego informując, że bilans ryzyk przesuwa się w kierunku wyższego ryzyka słabszej koniunktury.

Rynek walutowy i stopy procentowej

W czwartek najważniejszym wydarzeniem na rynkach finansowych było decyzyjne posiedzenie EBC. W oczekiwaniu na wynik, a przede wszystkim konferencję prasową prezesa M.Draghiego kurs EUR/PLN oscylował w okolicach 4,29 przy EUR/USD notowanym lekko poniżej 1,14.

EBC nie zamierza podnieść stóp procentowych „do końca lata” 2019 roku, a przynajmniej tak długo, jak długo będzie to konieczne do zapewnienia dalszego trwałego zbliżania się inflacji do poziomu poniżej, ale blisko 2% w średnim okresie. Potwierdzono też ogłoszony w czerwcu zamiar całkowitego wygaszenia QE z końcem grudnia 2018 roku oraz wskazano, że odsetki oraz kapitał z zapadających papierów będą reinwestowane „przez dłuższy okres czasu” od momentu rozpoczęcia podnoszenia stóp procentowych. EBC przedstawił też nową projekcję makroekonomiczną, w której nieznacznie obniżono prognozy wzrostu PKB w 2018 oraz 2019 i jednocześnie podniesiono oczekiwania inflacyjne na 2018 i obniżono na 2019. Dla EBC bilans ryzyk przesuwa się obecnie w kierunku wyższego ryzyka słabszej koniunktury.

Zarówno treść komunikatu EBC jak i wypowiedzi prezesa Draghiego nie wniosły wiele nowego do oceny perspektyw polityki monetarnej EBC, niemniej euro osłabiło się wobec innych walut (kurs EUR/USD chwilowo spadł do 1,133), a rentowności europejskich obligacji obniżyły się (10Y Bund chwilowo testował 0,255%).

Spadki wspólnej waluty nie były jednak duże. Nastroje rynkowe podbudowywały doniesienia o porozumieniu jaki włoski rząd osiągnął z KE w sprawie przyszłorocznego deficytu, który ostatecznie ma wynieść 2,04%. Rentowności włoskich obligacji 10-letnich spadły w okolice 2,9%, a giełda w Rzymie jest, obok hiszpańskiej była najsilniejszą w strefie euro.

Ogólną poprawę klimatu dało się już zauważyć po tym jak premier T.May „przetrwała” na stanowisku szefa Partii Konserwatywnej po środowym wewnątrzpartyjnym głosowaniu votum zaufania. Zwycięstwo May niewiele jednak zmienia, szanse na ratyfikację projektu Brexitu w brytyjskim parlamencie nadal bowiem pozostają niewielkie (1/3 posłów partii premier stała się jej opozycją). Niemniej uspokojenie wokół Brexitu zostało pozytywnie przyjęte przez euro, któremu wyraźnie szkodziły wspierające dolara zawirowania wokół Wielkiej Brytanii.

To relatywnie gołębie posiedzenie EBC ważne jest z punktu widzenia złotego. Nie wydaje się bowiem możliwe, aby RPP zdecydowała się na podwyżkę stóp zanim uczyniłby to bank centralny strefy euro, a to oznacza możliwą stabilizację stóp NBP co najmniej do końca 2019 roku. Podobnie może być z SNB, który podczas czwartkowego posiedzenia również nie zmienił stóp procentowych (cel dla stopy LIBOR3M to -1,25 do -0,25). Bank zwrócił uwagę na „kruchą” równowagę na rynku walutowym i nadal mocnego CHF powtarzając przy tym, że niezbędne pozostaje utrzymanie polityki negatywnych stóp i gotowości do interwencji. Prezes banku T.Jordan wskazał przy tym, że dla banku bardzo ważne jest utrzymanie różnicy w stopach procentowych między Szwajcarią, a innymi gospodarkami.

W piątek w centrum uwagi znajdzie się finalna inflacja CPI i wynik na rachunku obrotów bieżących z Polski. Na świecie opublikowana zostaną kolejne dane z USA (sprzedaż, produkcja i PMI przetwórstwa) potwierdzając pozytywny obraz gospodarki USA.

Wykres dnia: W Szwajcarii stopy bez zmian. Dla SNB ważne jest utrzymanie stabilnej różnicy w stopach procentowych między Szwajcarią, a innymi gospodarkami, w tym głównie wobec EBC.

SNB ważne jest utrzymanie stabilnej różnicy w stopach procentowych między Szwajcarią
Źródło: Thomson Reuters

Autorzy / Źródło: Joanna Bachert, Arkadiusz Trzciołek / PKO Bank Polski

Czynniki etyczne i kulturowe przeciwko samochodom autonomicznym?

Technologia powstawania pojazdów autonomicznych przestaje być utopią, a staje się istotną częścią współczesnego przemysłu. Sztuczna inteligencja potrafi już reagować na zagrożenia i sytuacje kolizyjne  na drogach. Co jednak, gdy pojazd autonomiczny zdoła przewidzieć kolizję, ale nie będzie w stanie jej uniknąć? Czyje życie i zdrowie powinno być wówczas chronione: pasażerów, przechodniów, osób starszych, młodszych, a może zwierząt? Jak podkreślają eksperci Polskiego Instytutu Ekonomicznego, odpowiednie zbadanie aspektów moralnych i dopasowanie ich do zróżnicowanych warunków kulturowych może stanowić jedno z kluczowych wyzwań przy wdrożeniu nowego typu aut.

Światowi giganci motoryzacyjni i technologiczni prześcigają się w przygotowaniach do wdrożenia produkcji i użytkowania pierwszego samochodu autonomicznego. Gdy to nastąpi, będziemy mieli do czynienia z kolejną rewolucją w motoryzacji, która zmieni dotychczasowe środki transportu. Z raportu międzynarodowej grupy GEAR 2030 wynika, że w perspektywie 10-20 lat modele autonomiczne będą stanowić 20-30 proc. wszystkich pojazdów. Przekładając to na liczby całkowite i odwołując się do prognoz IHS Automotive, oznacza to, że do 2035 roku po światowych drogach będzie jeździć ponad 21 milionów autonomicznych aut. Jednak powodzenie tego planu zależy nie tylko od stworzenia odpowiednich ram prawnych, lecz także od odpowiedzenia sobie na pytanie na ile sztuczna inteligencja może decydować o życiu i śmierci. Nierozwiązanie tego dylematu może działać jak hamulec ręczny dla rozwoju i upowszechniania aut autonomicznychkomentuje Piotr Arak, Dyrektor Polskiego Instytutu Ekonomicznego.

Po raz pierwszy w historii stajemy przed koniecznością oddania decyzji moralnych w gestię maszyn sterowanych sztuczną inteligencją. Naukowcy z MIT zrealizowali eksperyment pod nazwą „Moral Machine”, który ma pomóc w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zaprogramować pojazdy autonomiczne? Kto powinien o tym decydować? Samochody autonomiczne programowane będą przez konkretnych ludzi, przedstawicieli określonych kręgów kulturowych, którzy mają specyficzne intuicje moralne, nie zawsze uniwersalnie podzielane. Projekt zyskał ogromną popularność: na platformie zgromadzono 40 milionów decyzji podjętych w 10 językach przez ludzi mieszkających w ponad 200 krajach. Okazało się, że wśród nich można wskazać pewne dominujące wśród badanych poglądy:

  • preferencja życia ludzi ponad życie zwierząt,
  • preferencja życia młodszych ponad starszych,
  • ocalenie większej liczby ludzkich istnień ponad mniejszą.

Wyniki badań wskazały na istotne różnice w poglądach w zależności od tego, do jakiej kultury należeli badani. Autorzy artykułu wyróżnili trzy grupy:

  1. kraje szeroko rozumianego Zachodu, do których należą Ameryka Północna i wiele krajów europejskich, w których dominuje kultura chrześcijańska, protestancka lub prawosławna. W tym gronie znalazła się m.in. Polska;
  2. kraje Wschodu, do których zaliczono wiele krajów dalekiego wschodu, takich jak Japonia czy Tajwan z ich kulturą konfucjańską, a także kraje islamskie, jak Indonezja czy Arabia Saudyjska;
  3. szeroko rozumiane kraje Południa, czyli kraje Ameryki Łacińskiej, Ameryki Centralnej oraz Południowej, a także kraje, w których silne są wpływy francuskie. Co ciekawe do tej kategorii badacze zaliczyli Czechy, Węgry i Słowację.

Polska na tle innych krajów

Okazało się, że preferencja, zgodnie z którą w przypadku kolizji należy dawać priorytet młodszym uczestnikom ruchu drogowego, była rzadziej wyrażana w krajach Wschodu, zaś zdecydowanie częściej w krajach Południa. Z drugiej strony, mieszkańcy krajów Południa wyrażali słabsze preferencje stawiania życia ludzi ponad życiem zwierząt w porównaniu z mieszkańcami dwóch pozostałych grup krajów. Co ciekawe, różnice w poglądach dają się przyporządkować do charakteru kultur właściwych grupom respondentów. Na przykład, mieszkańcy krajów Wschodu, o bardziej kolektywistycznej kulturze, częściej preferowali ratowanie życia starszych osób niż młodszych, podczas gdy w krajach Zachodu preferencja była odwrotna.

Ciekawie wygląda porównanie preferencji mieszkańców Polski i Francji. Mieszkańcy obu tych krajów mają podobne preferencje w odniesieniu do ratowania osób bardziej wysportowanych, przestrzegających prawa oraz ocalenia życia ludzi kosztem zwierząt. Francuzi zdecydowanie częściej niż Polacy wskazywali na konieczność ratowania osób młodszych kosztem starszych (w tym scenariusz Francja zajmuje pierwsze miejsce wśród 117 krajów) oraz kobiet kosztem mężczyzn, a także większej liczby ludzi kosztem mniejszej. Z kolei w zestawianiu z obywatelami Norwegii, Polacy w znacznie mniejszym stopniu przyznają priorytet pieszym. Poglądy naszych rodaków tym aspekcie można usytuować poniżej średniej światowej  – zajmują ostatnie miejsce wśród krajów UE.

Wyniki tych badań mają istotne znaczenie praktyczne. Z jednej strony, decydenci polityczni będą musieli wprowadzić do porządku prawnego przepisy regulujące kwestie decyzji moralnych podejmowanych przez sztuczną inteligencję. Dotychczas jedynym krajem, który wprowadził takie regulacje, są Niemcy. Z drugiej strony, korporacje motoryzacyjne, dostarczające swoje produkty na różne rynki, zarówno te o kulturze bardziej liberalnej, jak i bardziej kolektywistycznej, będą musiały wziąć pod uwagę odmienne preferencje mieszkańców i kryjące się za nimi intuicje moralne – podkreśla Tomasz Kwarciński, analityk w Polskim Instytucie Ekonomicznym. Niewykluczone również, że zaprogramowane przez zachodnich producentów pojazdy w długim okresie przyczynią się do zmiany pewnych głęboko zakorzenionych intuicji i w istocie przeprogramują nie tylko dotychczasowy sposób organizacji ruchu ulicznego, lecz także nasze myślenie na temat dobra i zła – podsumowuje Tomasz Kwarciński.

PLMVS gotowy na ocenę produktów leczniczych zgodnie z dyrektywą fałszywkową od 9 lutego 2019 r.

Lideo S.A., jako pierwsza firma w Polsce, podjęła się i pomyślnie przetestowała system weryfikacji autentyczności leków. Na bazie wyników można stwierdzić, że Polska jest gotowa w zakresie systemowym do weryfikowania produktów leczniczych od 9 lutego 2019 r. zgodnie z dyrektywą fałszywkową.

Warto zaznaczyć, że były to pierwsze testy w Polsce przeprowadzone od początku do końca procesu, czyli od  wprowadzenia leku do obrotu, aż do momentu wydania go pacjentowi.

– Proces testów był przedsięwzięciem na szeroką skalę i wymagał wielkiej precyzji, odpowiedniego zaplecza technologicznego, zespołu specjalistów informatycznych oraz znajomości procesu – tłumaczy Paweł Mieczkowski, Kierownik projektu i osoba odpowiedzialna za przeprowadzenie z ramienia Lideo S.A. testów systemu weryfikacji autentyczności leków PLMVS.

W praktyce proces wyglądał tak, że MAH, czyli producent leków (podmiot odpowiedzialny), wprowadził informacje do europejskiej bazy leków. System PLMVS administrowany przez Fundację KOWAL zsynchronizował się z europejską bazą, dzięki czemu mogliśmy zweryfikować wprowadzone przez MAH produkty lecznicze, czyli ogólnie mówiąc potwierdziliśmy ich autentyczność poprzez wydanie i zwrócenie kilku produktów leczniczych. Przeprowadziliśmy kompleksowe procedury zgodne z wytycznymi unijnymi i możemy na bazie wyników tych testów stwierdzić, że technologicznie jesteśmy w stanie właściwie weryfikować autentyczność leków i tym samym spełnić restrykcyjne wymogi dyrektywy – podsumowuje Mieczkowski z Lideo.

Testy były nieodłącznym i niezbędnym elementem w procesie właściwej implementacji dyrektywy fałszywkowej.

Unijna dyrektywa mówi, że od 9 lutego 2019 roku między innymi szpitale, apteki, hurtownie będą zobligowane do weryfikacji autentyczności pochodzenia leków przed ich podaniem lub wydaniem pacjentowi. Będzie to dotyczyć wszystkich leków na receptę (z nielicznymi wyjątkami) oraz leku OTC – Omeprazol w dwóch postaciach. Dlatego, aby taki proces uwierzytelniania był możliwy w Polsce, dnia 5 lipca 2017 roku została powołana Krajowa Organizacja Weryfikacji Autentyczności Leków – Fundacja KOWAL, jej cel stanowi budowa i administrowanie w Polsce informatycznym systemem weryfikacji autentyczności produktów leczniczych, który synchronizować się będzie z europejską bazą i umożliwi sprawną weryfikację leków. Administrowany przez Fundację KOWAL system został 30 listopada br. pozytywnie przetestowany przez Lideo.

– Wynik testów bardzo nas cieszy, bowiem miały one kluczowe znaczenie dla sprawdzenia stopnia przygotowania Polski do zmian w zakresie weryfikacji autentyczności leków na kilka miesięcy przed datą rozpoczęcia obowiązku weryfikacji produktów leczniczych zgodnie z Rozporządzeniem Delegowanym 2016/161. Nowe wytyczne UE są niezbędne dla zwiększenia bezpieczeństwa farmakoterapii pacjentów, poprawy mechanizmów kontroli obrotu lekami oraz wyeliminowania z rynku sfałszowanych produktów leczniczych, które stanowią poważne zagrożenie dla systemów ochrony zdrowia państw członkowskich. We współpracy z uczestnikami rynku farmaceutycznego robimy wszystko, by pacjenci w Polsce czuli się bezpiecznie i mieli pewność, że leki, które kupują w aptekach lub otrzymują w czasie hospitalizacji pochodzą z legalnych źródeł – mówi dr Michał Kaczmarski – Prezes Krajowej Organizacji Weryfikacji Autentyczności Leków (KOWAL).

Jak w praktyce będzie wyglądała weryfikacja leków?

Zgodnie z dyrektywą, producenci leków zobowiązani będą stosować podwójne zabezpieczenie umożliwiające poprawną weryfikację leków. Będą nimi: 1) zabezpieczenie uniemożliwiające niezauważone otwarcie opakowania oraz 2) unikalny dla każdego opakowania identyfikator „zaszyty” w kodzie 2D. Apteki przed wydaniem serializowanego produktu leczniczego będą musiały zeskanować kod 2D ulokowany na opakowaniu leku. Wówczas dedykowany system połączony z ogólnoeuropejską bazą danych, do której wprowadzane będą numery seryjne leków przez ich producentów, sprawdzi jego autentyczność. Jeśli aplikacja pokaże, że lek widnieje w bazie i jest autentyczny, można będzie go wydać pacjentowi.

Jeśli odczytany unikalny identyfikator nie wyświetli się w europejskiej bazie leków, wówczas producent leku zostanie automatycznie poinformowany o tym fakcie oraz podejmie odpowiednie działania zgodnie z zaleceniami lokalnych władz, określających zasady postępowania w przypadku wystąpienia alertu.

Dyrektywa fałszywkowa, wymaga skoordynowanych międzynarodowych działań w zakresie zapobiegania obecności na rynku fałszywych produktów leczniczych, odgrywa kluczową rolę w podniesieniu bezpieczeństwa leczenia pacjentów w Unii Europejskiej. Umożliwiając weryfikowanie autentyczności produktów leczniczych przed podaniem ich pacjentowi, stanowi ona wzmocnienie europejskiego systemu nadzoru nad bezpieczeństwem farmakoterapii. Wprowadzenie dyrektywy dotyczącej zwalczania sfałszowanych leków znacząco podniesie jakość świadczenia usług zdrowotnych pacjentom, eliminując z rynku leki pochodzące z nielegalnych źródeł.

Europejski Bank Centralny / EBC mniej gołębi niż oczekiwano

EBC nie zmienił głównych stóp procentowych (refinansowa: 0,00%, stopa kredytu w EBC: 0,25%, depozytowa: -0,40%). Bank zapowiedział, że utrzyma stopy na obecnym poziomie przynajmniej do lata 2019, potwierdził zakończenie programu QE z końcem 2018 i kontynuowanie reinwestycji środków z zapadających papierów (na długo po ew. podwyżkach stóp; decyzja w tej sprawie była jednogłośna). W ramach reinwestycji EBC utrzyma wysokość wolumenów skupionych papierów w poszczególnych programach (PSPP, ABSPP, CBPP3 i CSPP). Kluczem dla reinwestycji będzie pochodzenie zapadających papierów (PSPP) lub kapitalizacja rynkowa (pozostałe programy).

W komunikacie po posiedzeniu EBC zaznaczono, że popyt wewnętrzny wspierał ekspansję europejskiej gospodarki, pomimo słabszych od oczekiwań danych (sugerujących osłabienie jej impetu). W tym kontekście Mario Draghi zauważył, że rynki finansowe (które oddaliły oczekiwania na pierwsza podwyżkę stóp) dobrze rozumieją funkcję reakcji banku. EBC zaprezentował również nową projekcję makroekonomiczną: nieznacznie obniżono prognozy wzrostu PKB w 2018 i 2019, a także podniesiono prognozę inflacji na 2018 i obniżono na 2019. W horyzoncie prognozy inflacja ma zbliżać się do celu banku. Zaznaczono jednak, że presja inflacyjna pozostaje ograniczona, ale widać sygnały narastania presji kosztowej.projekcja inflacyjna EBC

Głównym przedmiotem dyskusji na posiedzeniu Rady była kwestia czynników ryzyka dla prognoz banku. EBC (jednogłośnie i wbrew oczekiwaniom) utrzymał sformułowanie o ich zrównoważonym bilansie. Zaznaczono jednak, że bilans ryzyk zbliża się do negatywnego. Mario Draghi nazwał nastawienie banku do gospodarki jako „ciągłe zaufanie przy zwiększonej ostrożności”.

Uważamy, że słabsze dane z gospodarki realnej obniżają szanse na podniesienie stopy refinansowej w 2019, co nie oznacza, że EBC nie dokona żadnej podwyżki stóp w przyszłym roku. Z uwagi na spowolnienie gospodarcze nie wykluczamy wprowadzenia operacji wspierających (utrzymujących) płynność, np. kolejnej fazy TLTRO. Jak zauważył M. Draghi kilku członków Rady (vs dwoje w październiku) poruszyło tę kwestię w dyskusji o przyszłych działaniach banku.

Źródło: PKO Bank Polski

Nienajlepsza kondycja finansowa polskich firm kurierskich

Z roku na rok rośnie popularność e-handlu, a wraz z nim branży kurierskiej. Rolę kurierów zauważamy szczególnie przed świętami Bożego Narodzenia, gdy udaje się im przebić przez korki i dostarczyć na czas prezenty kupione dla najbliższych. Większy popyt na usługi nie przekłada się jednak ani na wzorowe płatności wobec kontrahentów, ani na silną kondycję finansową. Jak wynika z danych BIG InfoMonitor oraz Bisnode, zaległości wobec dostawców i banków ma co dziesiąta firma z branży pocztowej i kurierskiej, średnio 41,3 tys. zł. Co druga jest w nienajlepszej sytuacji finansowej.

Rynek usług kurierskich rozwija się w Polsce w bardzo szybkim tempie. Na rozwój branży duży wpływ ma rosnąca popularność zakupów przez internet. Zgodnie z prognozami w roku 2018 całkowity wolumen paczek wzrośnie do poziomu 440 mln (o 11 proc. więcej niż w ubiegłym roku).[1] Z danych Gemius wynika, że trzy czwarte klientów, którzy dokonali zakupów online wybierają dostawę za pośrednictwem kuriera, a 78 proc. uznaje to za najwygodniejsze rozwiązanie, bo to co zamawiają trafia bezpośrednio pod ich drzwi.

Okres przedświąteczny to tradycyjnie boom na usługi kurierskie i to z roku na rok coraz większy. Chętniej bowiem kupujemy online. Według badania* przeprowadzonego na zlecenie BIG InfoMonitor przez Instytut ARC Rynek i Opinia, udział osób, które kupią w sieci wszystkie lub większość świątecznych prezentów wyniesie w 2018 r. 28 proc. Przeważająca część podarków w tradycyjnych sklepach kupi natomiast 41 proc. ankietowanych. Tymczasem przed rokiem relacje te wynosiły 26 proc. do 42 proc.kondycja finansowa firm kurierskichEksperci wyliczyli, że przedświąteczna gorączka powoduje, że czas oczekiwania na przesyłkę w listopadzie i grudniu wydłuża się o około trzy godziny i w efekcie średni termin dostawy pod drzwi zajmuje do 46 godzin.[2] Faktem jest też, że na kilka dni przed świętami, sprzedawcy zaczynają ostrzegać, że nie dają gwarancji, że przesyłka przed Wigilią dotrze do adresata i czasami niestety tak się dzieje.

W kwartał suma przeterminowanych płatności wzrosła o jedną czwartą

Problemem firm kurierskich jest jednak nie tylko nadmiar pracy, ale jak wynika z danych Rejestru Dłużników BIG InfoMonitor i bazy BIK, również opóźnianie płatności wobec kontrahentów i banków. Na 9 730 firm pocztowych i kurierskich (wśród których są przedsiębiorstwa aktywne, zawieszone lub już wyrejestrowane), problemy ma 964, czyli 9,9 proc. Oznacza to, że skala zjawiska i jego zasięg znacząco przewyższają problemy ogółu przedsiębiorstw, bo w całej gospodarce opóźnione płatności widoczne w BIG InfoMonitor oraz BIK, na minimum 30 dni i kwotę co najmniej 500 zł, ma 6,1 proc. firm.

– W większości przypadków problem dotyczy płatności wobec partnerów biznesowych, znacznie rzadziej zdarzają się opóźnienia wobec banków, co jest dość naturalne, zważywszy jak poważne konsekwencje wyciągają instytucje finansowe wobec niesolidnych dłużników – mówi Sławomir Grzelczak, prezes BIG InfoMonitor.

W branży pocztowej i kurierskiej sytuacja wygląda też inaczej w zależności od wielkości firmy. Wśród mikro i małych przedsiębiorstw (z CEIDG) przeterminowane zobowiązania pozakredytowe i kredytowe ma 9 proc., czyli co jedenasta firma. Ale już wśród spółek kapitałowych, problemy z solidnością płatniczą ma aż 25 proc., czyli co czwarta.

Łączna kwota zaległości firm z branży „Pozostała działalność pocztowa i kurierska” wyniosła na koniec września – 39,8 min zł, przy czym tylko w trzecim kwartale wzrosła o 8,4 mln zł. Wartość zaległości przypadająca na jednego niesolidnego dłużnika to obecnie 41,3 tys. zł. Przeterminowane długi wobec dostawców usług i towarów są jednak zdecydowanie niższe i wynoszą przeciętne 17,4 tys. zł. Ale kwotę podbijają nieterminowo obsługiwane kredyty, których średnia suma przekracza 92 tys. zł.

– Wydawać by się mogło, że rozwój cyfryzacji, która zmienia zwyczaje zakupowe Polaków, a także kolejne dyrektywy unijne liberalizujące prawo pocztowe, w tym najnowsza o zniesieniu geoblokady, spowodują, że branża usług kurierskich będzie w doskonałej kondycji finansowej. Tymczasem nasze dane wskazują, że jeden z jej ważnych elementów, czyli wypłacalność wobec kontrahentów biznesowych poważnie szwankuje – zauważa Sławomir Grzelczak.

Koszty pracy i paliwa nie pomagają sytuacji finansowej

Analiza wywiadowni gospodarczej Bisnode Polska dowodzi, że nie jest to wyłącznie efekt niskiej moralności płatniczej wynikającej z chęci funkcjonowania cudzym kosztem. Firmy zajmujące się działalnością pocztową i kurierską mimo, wydawałoby się sprzyjających warunków, wcale nie są w szczególnie silnej kondycji finansowej. Prawie połowa znajduje się w raczej słabej i słabej sytuacji. Najgorsze oceny zebrało aż 30 proc. przedsiębiorstw. Silną, czyli najlepszą kondycją, może się pochwalić 35 proc. ze 100 analizowanych przedsiębiorstw świadczących usługi kurierskie.

zwyczaje zwiazane z kupowaniem prezentówW ostatnich miesiącach klienci mogli odczuć, że usługi kurierskie nieco zdrożały. Do tej pory ceny dostawy paczek w Polsce należały do najniższych w Unii Europejskiej. Wynikało to przede wszystkim z niskich kosztów pracy. Firmy kurierskie, aby przyciągnąć pracowników były zmuszone jednak podnieść pensje. Do tego doszły też wyższe ceny paliwa. Branża pracuje nad tym, aby obniżać koszty. Mocno inwestuje m.in. w technologię, w tym drony, które zamiast kurierów będą w przyszłości dostarczać paczki. Eksperci przekonują, że zrewolucjonizują one rynek pocztowo-kurierski. Są bowiem w stanie transportować aż 95 proc. przesyłek, które dziś dowożone są przez kurierów drogą naziemną.

*Badanie przeprowadził Instytut ARC Rynek i Opinia metodą CAWI (Computer Assisted Web Interview), na reprezentatywnej próbie 1004 Polaków w wieku 25-65 lat, w listopadzie 2018 r.

[1] https://www.pwc.pl/pl/pdf/kep-raport-pwc.pdf
[2] http://di.com.pl/raport-2017-jak-radza-sobie-firmy-kurierskie-w-okresie-okoloswiatecznym-58870

Po EBC. Kurs euro do dolara w przedziale 1,13-1,15, do złotego 4,30

Mario Draghi to mistrz sprzedawania pozytywnego wizerunku stanu gospodarki Eurolandu i znany propagator optymistycznego spojrzenia na jej perspektywy. Jednak załamanie danych z tego roku i powrót niesnasek na scenę polityczną przy jednoczesnym pogorszeniu otoczenia zewnętrznego to kombinacja, wobec której nawet Draghi musiał skapitulować.

Prezes ECB zabrzmiał na konferencji łagodnie, gdyż każde inne nastawienie nie wytrzymałoby konfrontacji z faktami. Kolejne dowody tarapatów napływają już od rana pod postacią fatalnych wartości wskaźników makro z Chin i kontynuacji spadków PMI dla europejskich gospodarek.

Warto zauważyć, że usprawnienie komunikacji przez banki centralne (innymi słowy: wykładanie kawa na ławę zamierzeń na wiele kwartałów do przodu) sprawia, że historycznym decyzjom – a przecież za taką należy bezsprzecznie uznać wygaszenie skupu aktywów – nie towarzyszy wybuch zmienności na rynku walutowym, czy silne przetasowania na rynku obligacji. Na przetrawienie kroków ECB inwestorzy mieli wiele miesięcy.

Tak naprawdę momentem przełomowym staje się pierwszy sygnał, władze monetarne zaczynają zmieniać nastawienie. W przypadku ECB miało to miejsce w połowie 2017 roku, na konferencji w portugalskiej Sintrze. Piszę o tym nie bez kozery, gdyż rynek uważa, że obecnie do oficjalnego zwrotu w polityce szykuje się Fed, który nie będzie w stanie na przestrzeni roku czterokrotnie podnieść stóp. Bardzo prawdopodobne zatem jest, że czeka nas gołębia podwyżka w grudniu. Można powiedzieć, że Fed jest weteranem klubu banków centralnych podnoszących stopy procentowe. Inni jego członkowie (i kandydaci do klubu: RBA, RBNZ, ECB) widząc zawahanie Fed nie będą się kwapić do zacieśniania. Oznacza to, że przejście Rezerwy Federalnej do trybu uzależniania kolejnych kroków od informacji z gospodarki będzie skutkować wstrzemięźliwością w wycenie przyszłych kroków wszystkich banków centralnych. Szczególnie tych ustalających poziom stóp w gospodarkach związanych z siłą globalnej koniunktury. W rezultacie będzie to kaganiec na wzrosty rentowności długu USA, ale też czynnik ograniczający pole do aprecjacji innych walut dzięki kanałowi relatywnych stóp procentowych. Dolar nawet z balastem pod postacią zwrotu w komunikacji Fed w tej chwili nie ma sensownej alternatywy. Euro ma fatalne dane, funt – brexit, AUD i NZD – strach o Chiny, CAD – tanią ropę (kanadyjski benchmark Western Canadian Select wykazywał w tym roku gigantyczne dyskonto względem WTI) i sektor wydobywczy w gigantycznych tarapatach. Bardzo sceptycznie podchodzimy też do głosów wieszczących odbicie w przestrzeni emerging markets. Naszym zdaniem zawahanie Fed najlepiej zdyskontować pozwoli odbicie cen metali szlachetnych.

W przypadku EUR/USD naszym scenariuszem bazowym w obecnym środowisku jest utrzymanie przedziału wahań 1,13-1,15. EUR/PLN powrócił do 4,30, czyli środka szerszego przedziału, w którym porusza się kurs. Obecne poziomy są zgodne z naszymi średnioterminowymi szacunkami wartości godziwej.

Sporządził: Bartosz Sawicki DM TMS Brokers S.A.

Niemal 50 proc. konsumentów uważa sztuczną inteligencję za robota. To powszechny błąd

Sztuczna inteligencja to technologia, która obecnie wzbudza największe emocje. Prawie każdy ma już wyrobione zdanie na temat tego czym jest, jak działa i jak może zrewolucjonizować nasze codzienne życie lub usprawnić działanie biznesu. Jak wykazały jednak badania, przeprowadzone przez firmę VMware, prawie połowa z nas nie wie jak w istocie działa współczesne SI.

SI nie równa się robot

Według badań przeprowadzonych przez firmę VMware 45 proc. konsumentów uważa, że sztuczna inteligencja to bardziej „rzecz” niż zbiór inteligentnych algorytmów, usprawniających działanie systemów IT czy usług. Ankietę przeprowadzono na grupie ponad 5000 tys. konsumentów z Wlk. Brytanii, Francji i Niemiec. Eksperci tłumaczą, że wynik ten to efekt strachu przed innowacjami oraz z braku konkretnej definicji sztucznej inteligencji i edukacji w tym zakresie.

Joe Baguley, VP & CTO EMEA, VMware
Joe Baguley, VP & CTO EMEA, VMware

To jak ludzie postrzegają sztuczną inteligencję to tak naprawdę projekcja naszych lęków związanych ze wszelkimi innowacjami, które w najbliższych latach zmienią nasze codzienne życie. W efekcie, zamiast skupiać się na konkretach, błądzimy w fantazjach, które budzą poważne kontrowersje natury moralnej. Tworzymy skrajne wizje – od tysięcy autonomicznych samochodów na naszych drogach, przez masowe bezrobocie spowodowane automatyzacją każdego zawodu, po wojny robotów, prowadzone przez superinteligentne maszyny rodem z filmów o Terminatorze – komentuje Joe Baguley, wiceprezes i dyrektor ds. technologii w VMware.

Badania VMware wykazały, że ponad 50 proc. konsumentów na świecie oczekuje od firm i instytucji, wdrażających technologie kognitywne, rzetelnego przekazu o tym jak SI realnie może zmienić działanie biznesu i jaki to może mieć wpływ na ich np. doświadczenie z danej usługi.

Gdy człowiek to za mało…

Eksperci VMware w swoim raporcie tłumaczą, że obecnie istniejąca sztuczna inteligencja to przede wszystkim zaawansowane systemy i algorytmy, które usprawniają i optymalizują firmowe systemy IT, aplikacje, bazy danych, narzędzia i procedury. W taki właśnie sposób technologie kognitywne wykorzystuje chociażby brytyjski dostawca energii, National Grid. Firmowe drony zostały wyposażone w algorytmy uczenia maszynowego, by móc kontrolować działanie ponad 11 tys. km linii elektrycznych.

Optymalizacja biznesu nie brzmi tak ekscytująco jak superinteligentny robot. Rzecz w tym, że to właśnie w tym usprawnianiu leży prawda o rewolucji jaka czeka przedsiębiorstwa. Wykorzystują one w coraz większym stopniu chmury obliczeniowe, analitykę big data i nowoczesną infrastrukturę IT. A tym wszystkim trzeba zarządzać. Choć człowiek najlepiej sprawdza się w tej roli, ma swoje ograniczenia – szczególnie gdy firmowe systemy stają się coraz bardziej skomplikowane i rozbudowane, a jednocześnie firma chce działać szybko i efektywnie. Wówczas z pomocą przychodzi sztuczna inteligencja i machine learning – tłumaczy Joe Baguley z VMware.

Nauczyciel robotów

Wobec tak postawionych wniosków, ponownie pojawia się pytanie – czy sztuczna inteligencja zastąpi człowieka? Eksperci VMware w swojej analizie uspokajają, że obecnie istniejące SI nie jest w stanie działać bez nadzoru człowieka. I raczej tak pozostanie.

Ludzie nadal mają wpływ na to jak dane systemy mają być zaprojektowane i jak powinny działać. Tworzą procedury, wymagania i kryteria, których maszyna, w oparciu o machine learning, uczy się i wdraża, gdy zajdzie taka potrzeba. To już się dzieje np. samonaprawiające się bazy danych to właśnie taki efekt wykorzystania sztucznej inteligencji w branży IT. Technologie te mają już też wpływ na zwykłych konsumentów. Google wykorzystuje uczenie maszynowe do walki ze spamem, a Bank of America w swojej codziennej pracy z klientami wykorzystuje wirtualnych doradców. W każdym wypadku jednak sztuczna inteligencja działa w oparciu o zestaw zasad, które zostały wpojone jej przez człowieka. Obecne SI, w efekcie, bardziej przypomina dziecko, które trzeba nauczyć rozróżniać dobro od zła – twierdzi Joe Baguley.

Eksperci VMware przekonują, że w najbliższej przyszłości pełna sztuczna inteligencja będzie działała podobnie i nadal będzie potrzebować danych od człowieka. Różnica będzie polegać na tym, że sama określi kryteria działania i będzie w stanie zaproponować nieszablonowe rozwiązania danych problemów. Jednocześnie eksperci podkreślają, że w perspektywie następnych lat SI nie stanie się uniwersalnym remedium na wszystkie problemy.

Sztuczna inteligencja jest i pozostanie tylko narzędziem, a nie gotową strategią zmian. Przedsiębiorstwa muszą określić  swoje wymagania i technologiczne potrzeby, zanim zaczną myśleć nad wdrożeniem technologii kognitywnych. Tak jak w przypadku każdej innej innowacji – czy to jest chmura obliczeniowa, blockchain czy wirtualizacja serwerów – biznes musi wiedzieć, czy i do czego dana technologia jest mu potrzebna i jak może mu pomóc. Bez zrozumienia tego, SI to tylko kolejna modna technologia, która prędzej czy później może więcej stracić na swoim hype, niż zyskać – dodaje Joe Baguley.

Ekonomia zasilana przez SI

Jak wynika z analiz McKinsey & Company, wdrożenie sztucznej inteligencji przez przedsiębiorstwa będzie miało znaczący wpływ na gospodarkę. Do 2030 r. SI zwiększy jej wartość o 13 bilionów dolarów. Do tego czasu, zdaniem analityków, aż 70 proc. firm i organizacji na świecie będzie posiadało „na pokładzie” co najmniej jedno rozwiązanie technologiczne, bazujące na wykorzystaniu sztucznej inteligencji. Trend ten dociera także do Polski. Z analizy przeprowadzonej przez PwC wynika, że już dziś ponad połowa (53%) prezesów polskich firm i organizacji wskazuje SI jako priorytet inwestycyjny na najbliższe 3 lata.

Czy 66 miliardów na polską infrastrukturę będzie w pełni wykorzystane?

Opóźnienia w budowie polskich dróg czasami wynikają z winy wykonawców. Zazwyczaj pojawia się problem z firmami włoskimi, choć póki co kontrakty realizowane przez Astaldi nie wydają się być zagrożone. Wszystko zależne jest od tego, jak spółka poradzi sobie z procesem dogadania się ze swoimi wierzycielami i restrukturyzacją.

– Wydatkowanie pieniędzy w przypadku budowy dróg może odbywać się z pewnym opóźnieniem – pół roku albo rok w przypadku niektórych inwestycji – powiedział serwisowi eNewsroom Adrian Furgalski, wiceprezes ZDG TOR –   Nie ma to jednak większego wpływu na pozytywne zakończenie perspektywy finansowej pod względem środków unijnych. Cały czas istnieje problem na kolei, gdzie zaawansowanie jest zbyt wolne – biorąc chociażby po uwagę fundusz CEFs, z którego czerpiemy duże pieniądze. Część inwestycji musi zostać zakończona do 2020 roku. Widać, że w dalszym ciągu Minister Infrastruktury, czy też odpowiedzialny za środki unijne, nie może spać spokojnie. Nie ma gwarancji, że 66 milionów złotych z Krajowego Programu Kolejowego zostanie w tej perspektywie wykorzystane na infrastrukturę – wskazał Furgalski.

Raport PwC i ULI na temat atrakcyjności inwestycyjnej europejskich miast

Głównym wyzwaniem europejskiego rynku nieruchomości jest dostępność nowych klas aktywów – obawy o to wyraża 68% badanych podmiotów z tej branży. Dodatkowo, jedynie 28% respondentów (w porównaniu z 50% przed rokiem) uważa, że ilość kapitału dostępnego na potrzeby refinansowania lub nowych inwestycji wzrośnie – wynika z raportu „Emerging Trends in Real Estate – Europe 2019”, przygotowanego przez PwC oraz Urban Land Institute.

Coroczny raportu „Emerging Trends in Real Estate”, przygotowywany przez firmę doradczą PwC oraz Urban Land Institute, przedstawia sytuację na najważniejszych rynkach nieruchomości w Europie w sferze inwestycyjnej, deweloperskiej oraz finansowej. Najnowsza edycja powstał na podstawie rozmów z niemal 900 uznanymi ekspertami rynku nieruchomości w Europie, reprezentującymi czołowych  inwestorów, deweloperów, sektor finansowy oraz firmy doradcze.

Wraz z napływem kapitału do Europy jedną z głównych barier dla inwestycji nadal pozostaje dostępność odpowiednich aktywów. 68% uczestników badania PwC i ULI wskazuje to jako jedno z największych wyzwań, a 70% jest zdania, że najlepsze aktywa są przeszacowane.

Pod względem atrakcyjności poszczególnych obszarów najwyżej oceniane jest budownictwo mieszkaniowe. Również wysoko znajdują się nieruchomości magazynowe. Zauważalnym trendem jest coraz większe zainteresowanie inwestorów i deweloperów sektorami niszowymi. W pierwszej dziesiątce najatrakcyjniejszych ich zdaniem nieruchomości są m.in. domy opieki długoterminowej (domy seniora), elastyczne przestrzenie biurowe i centra danych.

Raport „Emerging Trends in Real Estate – Europe 2019” jak co roku zawiera także ranking miast europejskich pod względem ich atrakcyjności inwestycyjnej. Po raz pierwszy od kilku edycji Berlin stracił pozycję lidera i obecnie zajmuje drugie miejsce podium. Na pierwszym uplasowała się Lizbona, która w zeszłorocznym rankingu nie była nawet w dziesiątce najatrakcyjniejszych miast. Respondenci docenili przede wszystkim wysoką jakość życia w tej metropolii oraz niskie ryzyko geopolityczne. 3. lokatę zajmuje natomiast Dublin.

Warszawa awansowała w obecnym zestawieniu o dwie pozycje i obecnie plasuje się na 21. miejscu. Z innych miast regionu Europy Środkowo-Wschodniej jedynie Praga zajęła lepszą lokatę (19.).

„Warszawa jest niezmiennie wymieniana w wąskim gronie dwóch, trzech miast naszego regionu, w których warto inwestować. Ruch na stołecznych placach budów nie jest dziełem przypadku. Stabilny popyt na rynku biurowym generują nie tylko międzynarodowe korporacje, ale też rozwijające się polskie firmy, związane m.in. z branżą usług dla biznesu. To organizacje, które zdają sobie sprawę, że jakość kadr w Polsce na tle regionu jest bardzo wysoka. Liczę, że w kolejnych edycjach raportu pojawią się też np. Wrocław czy Kraków, a także inne miasta regionalne, w których dynamicznie rozwija się rynek biurowy, a także, podobnie jak w Warszawie, powstają nowe rodzaje aktywów – np. akademiki i mieszkania na wynajem” – podsumowuje Dorota Wysokińska-Kuzdra, przewodnicząca Urban Land Institute Poland.

„Jako biznesowa stolica kraju, którego gospodarka rośnie w najszybszym tempie w regionie, Warszawa jest atrakcyjnym miejscem do lokowania kapitału. W zakresie inwestycji na rynku biurowym, nasi respondenci z jednej strony nie kryli niepokoju wywołanego znaczną podażą powierzchni biurowej, z drugiej jednak zauważali, że jest ona uzasadniona wzrostem gospodarczym oraz popytem wewnętrznym. Kolejnym argumentem za wyborem Warszawy jest spory potencjał kadrowy, dlatego coraz bardziej zaawansowane procesy mogą być przenoszone do naszego kraju w ramach branży SSC. Ta branża też doskonale  pokazuje jak Polska awansuje w zakresie  usług value added, model wzrostu naszego kraju w oparciu o tanią siłą roboczą jest już na szczęście u schyłku. Branża SSC jest niezwykle ważna dla sektora nieruchomości, w szczególności dla sektora biurowego. Obecnie pracuje w niej blisko 280 tys. osób, do 2020 przewiduje się 340 tys. osób w branży SSC, co przeliczając na m2 zajmowanej powierzchni daje ok. 3 mln m2. Dodatkowo, proces Brexitu, o którym niezmiennie głośno, jest kolejną szansą dla rozwoju rynku biurowego w Warszawie” – mówi Kinga Barchoń, partner w PwC, lider zespołu ds. nieruchomości.

Ranking atrakcyjności miast

  Real Estate – Europe 2019 Real Estate – Europe 2018
1. Lizbona Berlin 1.
2. Berlin Kopenhaga i Frankfurt (ex aequo) 2.
3. Dublin
4. Madryt Monachium 4.
5. Frankfurt Madryt 5.
6. Amsterdam Hamburg 6.
7. Hamburg Dublin 7.
8. Helsinki Sztokholm 8.
9. Wiedeń Luksemburg 9.
10. Monachium Amsterdam 10.
21. Warszawa Warszawa 23.

Rośnie liczba katastrof naturalnych. Powodują o 20 proc. wyższe straty niż kilka lat temu

Rośnie liczba katastrof naturalnych. Powodują o 20 proc. wyższe straty niż kilka lat temu 1

Każda katastrofa naturalna kosztuje dziś gospodarkę znacznie więcej, niż miało to miejsce w przeszłości. Gdyby wielka powódź z 2010 roku miała miejsce w tym roku, straty przekroczyłyby 16 mld zł, czyli byłyby wyższe o ponad 20 proc. Takie zdarzenia przekładają się szczególnie na rynek ubezpieczeniowy. Eksperci zaznaczają, że Polacy muszą mieć świadomość ubezpieczenia zanim powstanie ryzyko. Ze względu na to, że ryzyko klimatyczne rośnie, trzeba szybko podjąć działania prewencyjne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

– Skala ryzyka klimatycznego rośnie. Powodzie, susze, trąby powietrzne czy ryzyka rolne, takie jak gradobicie, to ryzyka, które najbardziej nas dotyczą. One są związane z zachodzącymi zmianami klimatycznymi, w związku z tym nasza ekspozycja na ryzyko rośnie. Z drugiej strony wzrost zamożności kraju, rozbudowywana infrastruktura, liczba budynków i firm powodują, że każda katastrofa ma dużo większy wymiar gospodarczy strat, niż miało to miejsce w przeszłości – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jan Grzegorz Prądzyński, prezes Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Z raportu PIU i Deloitte „Klimat ryzyka. Jak prewencja i ubezpieczenia mogą ograniczyć wpływ katastrof naturalnych na otoczenie?” wynika, że w ciągu ostatniej dekady wzrosła średnia roczna liczba katastrof naturalnych (z 447 do 556), strat finansowych (ze 104 do 123 mld dol.) i ludzkich (z 26,9 do 31,4 tys. ofiar śmiertelnych).

– Susza w 2018 roku, zarówno jej efekt bezpośredni, jak i pośredni na gospodarkę, to koszt 2,6 mld zł, czyli 0,13 proc. polskiego PKB. To olbrzymia wielkość jak na jedno zdarzenie klimatyczne. Ponieważ klimat się zmienia, zdarzeń będzie coraz więcej, musimy szybko podjąć wszelkiego rodzaju działania prewencyjne i adaptacyjne – podkreśla Jan Grzegorz Prądzyński.

Gdyby powódź z 2010 roku miała miejsce w 2018 roku, straty sięgnęłyby 16,2 mld zł, czyli byłyby o 21 proc. wyższe niż wówczas. Przerwy w dostawie prądu, nawet 8-godzinne, spowodowałyby 2,6 mld zł strat.

– Kiedy zdarza się duża powódź, taka jak w 2010 roku, wówczas dla ubezpieczycieli jest to olbrzymi ciężar finansowy, ale musimy mieć świadomość, że oni są na to przygotowani. Są bardzo dobrze dokapitalizowani, mają bazę finansową, która pozwala im sprostać niemal wszystkim ryzykom katastroficznym, jakie wynikają z ubezpieczeń. Pamiętajmy, że odszkodowania są wypłacane ze składek, które płacą wszyscy ubezpieczeni, więc skoro ryzyka rosną, więcej osób musi się ubezpieczać – wskazuje Jan Grzegorz Prądzyński.

Problemem, także w Polsce, jest jednak stosunkowo niska świadomość ubezpieczeniowa. Objętych ubezpieczeniem jest ok. 60 proc. majątku zgromadzonego przez przedsiębiorstwa, podobny odsetek domów jednorodzinnych jest ubezpieczonych od ryzyka powodzi.

– Im większe są ryzyka, im większe są odszkodowania, tym bardziej stawki ubezpieczeniowe muszą rosnąć. Ubezpieczyciele starają się to minimalizować poprzez działania prewencyjne, jeżeli wiemy, że dany teren jest zalewowy, a są na nim zabudowania, to wówczas gmina powinna wyasygnować kwoty na to, żeby zbudować wały powodziowe. Do ubezpieczycieli też należy przekonywanie ludzi, żeby na takich terenach nie budować – przekonuje prezes PIU.

W odpowiedzi na rosnące koszty i podatność na katastrofy naturalne państwa członkowskie ONZ zawarły w 2015 roku w Sendai międzynarodowe porozumienie. Dokument przypisuje administracji centralnej główną rolę w zarządzaniu ryzykiem katastrof przy jednoczesnej współodpowiedzialności innych podmiotów, również z sektora prywatnego. Ubezpieczyciele są jedną z branż, które mają na to wpływ. Mają dwojaką rolę w zarządzaniu ryzykiem klimatycznym. Po pierwsze, edukują społeczeństwo w tym zakresie.

– Polacy muszą mieć świadomość, że trzeba się ubezpieczać zanim ryzyko powstanie. Z drugiej strony branża współpracuje z państwem, żeby działać prewencyjnie – mówi Jan Grzegorz Prądzyński. – Jeżeli wiemy, że coraz większe jest ryzyko suszy, to musimy dostosowywać nasze uprawy do tego ryzyka. Jeżeli wiemy, że jest ryzyko blackoutu, to musimy zmniejszyć zapotrzebowanie na elektryczność podczas suszy.

Problem na lotnisku w Gdańsku rozwiązany. System może już nawigować w trudnych warunkach pogodowych

Problem na lotnisku w Gdańsku rozwiązany. System może już nawigować w trudnych warunkach pogodowych 2

Problem na gdańskim lotnisku im. Lecha Wałęsy został rozwiązany. Od listopada nie działał tam system radionawigacyjny ILS, który umożliwia samolotom lądowanie w trudnych warunkach. Powodem było pominięcie przez firmę instalującą system specjalnych osłon, przez co anteny obsiadały ptaki, zakłócając jego działanie. Lotnisku groziły opóźnienia, konieczność odwoływania lotów i odsyłania pasażerów do innych portów. Polska Agencja Żeglugi Powietrznej kontaktowała się w tej sprawie bezpośrednio z  producentem systemu, który sprowadził niezbędne elementy ze Stanów Zjednoczonych. Montaż nowych osłon i testy bezpieczeństwa zostały już przeprowadzone, a system radionawigacyjny ILS II kategorii na gdańskim lotnisku działa już sprawnie.

– 5 grudnia pracownicy PAŻP sprawdzili system ILS, dokonano niezbędnych oblotów i przywrócono działanie II kategorii. Z uwagi na priorytet bezpieczeństwa i obowiązujące procedury pracownicy techniczni cały czas, na bieżąco sprawdzają funkcjonowanie systemu i na tę chwilę nie stwierdzono żadnych uchybień – podkreśla w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Paweł Łukaszewicz, rzecznik prasowy Polskiej Agencji Żeglugi Powietrznej.

ILS (ang. instrument landing system) to system radionawigacyjny, który wspomaga lądowanie samolotów przy ograniczonej widoczności, w trudnych warunkach pogodowych. Dzięki temu nie trzeba przekierowywać ich na inne lotniska. Im wyższa kategoria ILS, w tym trudniejszych warunkach pogodowych może wylądować samolot. ILS kategorii III teoretycznie umożliwia ten manewr przy niemal zerowej widoczności. Jednak, żeby umożliwić lądowanie na przykład w gęstej mgle, musi nadawać bardzo wyraźny sygnał.

Każdy większy port lotniczy ma co najmniej jeden kierunek podejścia obsługiwany przez ILS. Na gdańskim lotnisku od 2015 roku działa system ILS kategorii II. Jednak na początku listopada okazało się, że system ILS na gdańskim lotnisku nie działa, a ściślej, został obniżony z II do I kategorii.

– System ILS kategorii II jest znacznie dokładniejszy niż kategorii I. Pozwala na sprowadzenie samolotu przy mniejszej widzialności i poziomie mgieł znacznie bliżej ziemi. Występuje również III kategoria ILS, która jednak funkcjonuje tylko na jednym lotnisku w Polsce – na warszawskim Lotnisku Chopina –mówi ekspert lotniczy dr Tomasz Szymczak, prezes Polskiego Klubu Lotniczego – System anten ILS może być zakłócany przez różnego rodzaju drgania. Jeśli jest umiejscowiony blisko autostrad czy dróg ekspresowych, którymi jeżdżą ciężkie pojazdy, drgania mogą powodować niedokładność sygnału. Takie problemy miały już miejsce w Polsce na różnych lotniskach. Działanie systemu mogą zakłócać także ptaki.

W Gdańsku do wyłączenia ILS-u i obniżenia kategorii mogły się przyczynić właśnie ptaki, które obsiadały radiolatarnie na końcu drogi startowej, powodując zakłócenia.

 Powodem decyzji o obniżeniu kategorii systemu ILS na lotnisku w Gdańsku była zauważona seria nieprawidłowości w jego działaniu. Parametry przekraczały wymagane wartości dla II kategorii. PAŻP zwróciła się do polskiego dystrybutora systemu z prośbą o natychmiastowe zidentyfikowanie usterek i ich wyeliminowanie. Jednocześnie zwrócił się do nas amerykański producent z chęcią włączenia się do działania – mówi Paweł Łukaszewicz.

Początkowo pojawiały się informacje, że problemy z ILS-em na gdańskim lotnisku potrwają co najmniej dwa miesiące, a przewidywany termin usunięcia usterki i przywrócenia ILS II kategorii to koniec stycznia przyszłego roku. Anteny zostały wyprodukowane przez wykonawcę ze Stanów Zjednoczonych i stamtąd trzeba było również sprowadzić specjalne osłony przeciw ptactwu (system nadal obejmuje gwarancja, która wygasa dopiero w 2023 roku).

Jednak PAŻP udało się dużo szybciej dojść do porozumienia z producentem systemu, który sprowadził niezbędne elementy. Jak podaje portal Pasażer.com, na lotnisku w Gdańsku jest zainstalowanych 14 anten, do których trzeba było sprowadzić łącznie 196 osłon. Montaż nowych osłon i testy bezpieczeństwa zostały już przeprowadzone. System radionawigacyjny ILS II kategorii na gdańskim lotnisku działa sprawnie już od ubiegłego tygodnia.

Szybkie usunięcie usterki oznacza, że jedno z największych lotnisk w Polsce nie musi odwoływać lotów i odsyłać pasażerów do innych portów. Bez systemu radionawigacyjnego, który umożliwia samolotom lądowanie w trudnych warunkach, jego funkcjonowanie nadal byłoby utrudnione, a w przypadku załamania pogody – lotnisku groziłby wręcz paraliż. Przywrócenie działania systemu ILS jest również istotne ze względu na to, że w Gdańsku często mgła bywała przyczyną poważnych problemów na gdańskim lotnisku, zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym.

Port Lotniczy im. Lecha Wałęsy w I półroczu odnotował rekordowy wynik. Obsłużył ponad 2,3 mln pasażerów, czyli o ponad 10 proc. więcej niż w tym samym okresie rok wcześniej.

Trudne negocjacje w końcówce COP24 w Katowicach. Pozostało wiele kwestii spornych

Trudne negocjacje w końcówce COP24 w Katowicach. Pozostało wiele kwestii spornych 3

Dziś powinny się zakończyć negocjacje w ramach szczytu klimatycznego COP24 w Katowicach. Nie wiadomo jednak, czy negocjatorom reprezentującym 195 państw, które w 2015 roku przyjęły Porozumienie Paryskie, uda się ustalić kształt, w jakim będzie wdrażana ta międzynarodowa umowa. Wciąż są kwestie sporne do rozwiązania. Niewątpliwie najważniejsze jest ograniczenie efektu cieplarnianego – mówił minister Jerzy Kwieciński.

– Po szczycie paryskim był olbrzymi entuzjazm, kiedy szefom wielu krajów udało się uzgodnić porozumienie. Jednak znacznie łatwiej jest określić sobie cele, a trudniej je potem realizować. Problem jest z implementacją. Szczyt w Katowicach ma wypracować warunki osiągnięcia tych celów – tak, żeby system w skali całego świata był sprawny, żeby można było go monitorować i wnosić korekty. Temu mają służyć wypracowane zasady, tzw. rulebook – mówił agencji informacyjnej Newseria Biznes Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju.

Porozumienie Paryskie kładzie nacisk na radykalną redukcję gazów cieplarnianych i zahamowanie ocieplenia klimatu, które – według najnowszego raportu IPCC – spowoduje globalną katastrofę klimatyczną, jeżeli wzrost średniej temperatury na świecie nie zostanie szybko zatrzymany.

Negocjacje są trudne. W środę do Katowic – w celu ratowania rozmów – wrócił sekretarz generalny ONZ Antonio Guterres, który ostrzegł negocjatorów, że brak porozumienia będzie mieć katastrofalne skutki. Jeszcze wczoraj do rozstrzygnięcia pozostawało kilkaset kwestii spornych, dlatego możliwe, że rozmowy potrwają dłużej niż planowano.

 Niewątpliwie najważniejsze jest ograniczenie efektu cieplarnianego, emisji gazów cieplarnianych. Wszyscy to podkreślamy, ale generalnie chodzi o to, aby realizować Cele Zrównoważonego Rozwoju, których mamy 17. Są to nie tylko cele ustanowione na poziomie ONZ, lecz także mają one bezpośrednie przełożenie na działania w Unii Europejskiej i bardzo wielu krajach, również Polski. Nasza Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju – jak wskazuje się w Katowicach – jest jednym z najlepszych przykładów realizacji tych właśnie celów na poziomie krajowym – mówił Jerzy Kwieciński.

Przyjęte przez państwa członkowskie ONZ Cele Zrównoważonego Rozwoju 2030 dotyczą najważniejszych globalnych problemów, wśród których są również zmiany klimatyczne. Agenda ONZ obejmuje 17 takich celów i blisko 170 związanych z nimi zadań do realizacji. Są wśród nich m.in.: eliminacja ubóstwa we wszystkich jego formach na całym świecie, zapewnienie wszystkim ludziom dostępu do zrównoważonej energii po przystępnej cenie, zmniejszenie nierówności czy uczynienie miast bardziej zrównoważonymi.

– Chciałbym, żeby ten szczyt zakończył się pozytywnie, zakończył się uzgodnieniem nowych zasad realizacji celów ze szczytu paryskiego i żeby on również pokazał, że Polska jest w stanie realizować takie duże przedsięwzięcia. W trakcie tego szczytu ogłosiliśmy, że chcielibyśmy, aby Katowice były także organizatorem Światowego Szczytu Miejskiego w 2022 roku. To jest impreza na podobną skalę, dla około 20–30 tys. gości z całego świata. To byłaby nie tylko doskonała promocja dla Polski, Katowic i Śląska, lecz także do pokazania pozytywnych skutków transformacji, którą prowadzimy w Polsce – mówił Jerzy Kwieciński.

Konsumenci coraz częściej szukają mięs o zdrowszym składzie. Choć spożycie wołowiny rośnie, ciągle stanowi ułamek rynku

Konsumenci coraz częściej szukają mięs o zdrowszym składzie. Choć spożycie wołowiny rośnie, ciągle stanowi ułamek rynku 4

Wieprzowina i drób to wciąż dominujące gatunki mięsa na polskim rynku. Ich spożycie jest stabilne. Eksperci zaznaczają, że dwucyfrowo wzrasta rynek wołowiny, ale to wciąż niszowy produkt. Konsumenci zaczynają natomiast szukać wyrobów tradycyjnych, ekologicznych czy prozdrowotnych.

– Wielkość spożycia mięsa bardzo się nie zmienia. Jest ono w miarę stabilne w przypadku wieprzowiny czy drobiu, natomiast gorzej jest na rynku wołowiny, gdzie ten poziom w porównaniu do lat 2002–2003 spadł diametralnie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Witold Choiński, prezes zarządu związku Polskie Mięso. – Tutaj spożycie mamy na poziomie 2,2 kg na osobę i rok do roku rośnie o około 10–15 proc., natomiast jest to zbyt mało, żeby mówić, że jesteśmy konsumentami mięsa wołowego. Jest to głównie eksport, zwłaszcza do krajów Unii Europejskiej.

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2017 roku Polacy zjedli średnio po niemal 27 kg drobiu na głowę mieszkańca, po 39,8 kg wieprzowiny oraz zaledwie 2,3 kg wołowiny. Ten ostatni wynik i tak jest ponaddwukrotnie wyższy niż jeszcze dwa lata wcześniej (1,2 kg), lecz wciąż wyraźnie niższy niż w 2005 roku (3,9 kg).

Jak informuje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, co miesiąc z Polski eksportowanych jest ok. 40 tys. ton wołowiny, dwa razy tyle wieprzowiny i ok. 100 tys. ton drobiu, który wraca na pozaeuropejskie rynki po odzyskaniu przez Polskę statusu kraju wolnego od grypy ptaków.

– Trendy kształtują konsumenci. Zarówno Unia Europejska, jak i polscy konsumenci zaczynają szukać produktów innych niż te pospolite, z którymi dotąd mieli do czynienia – mówi Witold Choiński. – Chodzi o stawianie na produkty nowoczesne, funkcjonalne, innowacyjne, ekologiczne czy organiczne, produkty o ograniczonym obszarze pochodzenia, czyli tradycyjne, oznaczone znakiem GTS czy innymi znakami obowiązującymi w UE.

Skrót GTS oznacza Gwarantowaną Tradycyjną Specjalność. W przypadku Polski do takich produktów należą kabanosy, kiełbasa jałowcowa czy kiełbasa myśliwska. Zostały one zarejestrowane rozporządzeniem w Dzienniku Urzędowym Unii Europejskiej odpowiednio w październiku i kwietniu 2011 roku.

Konsumenci szukają nie tylko charakterystycznych specjalności, lecz także produktów szybkich w przygotowaniu, co widać m.in. po ofercie sklepów dyskontowych podsuwających kupującym gotowe do odgrzania lub dokończenia w końcowej fazie tradycyjne mięsa z przyprawami i dodatkami. Coraz uważniej czytający etykiety klienci wypatrują także produktów korzystnych dla zdrowia lub przeznaczonych dla określonej grupy wiekowej.

– Konsumenci są zapędzeni, więc szukają produktu, który mogą wrzucić do mikrofalówki czy innego urządzenia i szybko przygotować obiad – zauważa prezes zarządu związku Polskie Mięso. – Konsument stawia przede wszystkim na produkty prozdrowotne, czyli takie, które dają wartość dodaną, czy to z mniejszą zawartością soli, czy zwiększoną ilością selenu, czy z ograniczoną ilością cholesterolu. Te produkty są na topie.

M. Zalewski: zmiana w firmie powinna być oparta o sześć zasad. Sprawdzają się one także w życiu prywatnym

M. Zalewski: zmiana w firmie powinna być oparta o sześć zasad. Sprawdzają się one także w życiu prywatnym 5

Sześć zasad mindfulness, opracowane przez Martina Zalewskiego, eksperta w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm, to nie tylko recepta na budowanie życia prywatnego, lecz także sposób na konstruowanie życia zawodowego i transformację firmy. Dzięki sześciu kluczowym zasadom: autentyczności, pasji, odwadze, wdzięczności, współpracy i określeniu swojej roli w tym wszystkim, można osiągnąć sukces w wielu dziedzinach – przekonuje ekspert.

Martin Zalewski jest ekspertem w dziedzinie rozwoju cyfryzacji, transformacji firm oraz wprowadzania innowacji biznesowych. Jego profil „The Mindful Eye” na Instagramie obserwuje blisko 24 tys. osób. Na bazie swoich doświadczeń stworzył „Sześć zasad mindfulness”, które pokazują, jak filozofia bycia tu i teraz pomaga rozwijać nie tylko nas samych, lecz także biznes. Pierwszą zasadą jest autentyczność.

– Czyli wartość człowieka. Drugą będzie pasja – jeżeli czymś się pasjonuję, to tak naprawdę będę zauważonym przez społeczeństwo na najwyższym poziomie. Trzecie to odwaga. Dobrze wiedzieć, kim się jest, dobrze mieć pasję, ale jeżeli się nie zrobi z tym czegoś, to tak naprawdę wartość tego jest minimalna. Trzeba mieć więc odwagę, żeby zająć się swoją pasją i odpowiednio ją obronić – mówi agencji informacyjnej Newseria Martin Zalewski, ekspert w dziedzinie rozwoju cyfryzacji i transformacji firm.

Bardzo ważnym etapem jest też chwila refleksji i podziękowania. Niezależnie od tego, przez co przechodzi się w życiu, trzeba umieć być za to wdzięcznym. Aby więc zasypiać z pozytywną energią i mieć energetyzujący sen, który zapewni dobre samopoczucie następnego dnia, wieczorem powinno się dziękować za każde przeżycie mijającego dnia.

Piątą zasadą mindfulness jest kolaboracja – na gruncie profesjonalnym albo przyjaźń w życiu prywatnym. Ostatnia zasada to określenie, jaka w tym wszystkim jest moja rola tu i teraz. Do tego trzeba trochę refleksji, medytacji, trzeba czasami wyjść ze środowiska, żeby znaleźć siebie samego – mówi Martin Zalewski.

Zalewski podkreśla, że dla niego mindfulness to silne osadzenie w realiach oraz zrozumienie siebie w odniesieniu do swojej wizji życia i kontekstu środowiska. Sześć wymienionych zasad można uznać za kompetencje przyszłości, które w biznesie pozwolą skuteczniej docierać do klientów. Trzeba bowiem znać siebie, żeby akceptowali nas inni. Natomiast jeżeli ktoś nie jest autentyczny bądź nie wie, kim jest, to trudno mu być liderem, rozwijać zespół i inspirować do działania.

Używam tych sześć zasad mindfulness za dobre do stworzenia i budowania przedsiębiorstw albo transformacji cyfrowej, ponieważ każda firma musi być autentyczna, żeby odpowiednio była odebrana przez swojego klienta. Tak samo musi mieć pasję, musi wiedzieć, co jej imponuje, dlaczego walczy, żeby przynieść odpowiedni produkt czy odpowiedni serwis dla klienta, i do tego trzeba dużo odwagi – mówi Martin Zalewski.

Zdaniem Zalewskiego powinno się też uważnie słuchać, co jest ważne w życiu ludzi, z którymi się współpracuje, razem z nimi odkrywać znaczenie bycia tu i teraz, a co za tym idzie – potrzeby na nowe produkty i usługi.

Nanoroboty zaaplikują lek bezpośrednio do chorej tkanki i wyleczą raka. Przeszkodą w ich wdrożeniu może być jednak wysoki koszt operacji z ich udziałem

Nanoroboty zaaplikują lek bezpośrednio do chorej tkanki i wyleczą raka. Przeszkodą w ich wdrożeniu może być jednak wysoki koszt operacji z ich udziałem 6

Nanotechnologia może zrewolucjonizować rynek medyczny i systemy ochrony zdrowia. Szczególnie duże nadzieje wiązane są z pracami nad nanorobotami, które zdolne byłyby aplikować substancje lecznicze bezpośrednio do chorej tkanki i skutecznie walczyć np. z nowotworami. Problemem we wdrożeniu tego typu technologii może być jednak początkowo bardzo wysoki koszt związany z ich użyciem w procedurach medycznych. Inżynierowie i naukowcy coraz częściej wybierają materiały już dostępne, by innowacje medyczny mogły się pojawić na rynku jak najszybciej.

– Nanoroboty to technologia na pograniczu robotyki i medycyny. Gdy myślimy o robotach, to zwykle nam się kojarzy fabryka, gdzie jakieś ramię coś spawa, ale można sobie wyobrazić zbudowanie robota wielkości bakterii, którego moglibyśmy wcześniej zaprogramować i wstrzyknąć sobie milion takich robotów do krwiobiegu, żeby np. usuwały złogi w tętnicach, przenosiły lek dokładnie we wskazane miejsce czy robiły zdjęcia wewnątrz naczyń krwionośnych. Pomalutku na Wydziale Fizyki UW próbujemy się przyglądać, jak właściwie taki robot mógłby być zbudowany – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje dr hab. Piotr Wasylczyk, adiunkt  na wydziale fizyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Nanoroboty to urządzenia, które będą zdolne przeprowadzać zaprogramowane zadania w nanoskali. Bardzo precyzyjny, wręcz mikroskopowy zakres działania tych urządzeń sprawia, że duże nadzieje wiązane są z ich użyciem zwłaszcza w medycynie. Nanoroboty mogłyby być wykorzystywane m.in. do dawkowania leków bezpośrednio do chorych komórek. Mogłyby więc być bardzo skutecznym narzędziem w walce z nowotworami.

W Instytucie Inteligentnych Systemów im. Maxa Plancka został opracowany mikroskopijny robot zdolny bezpiecznie poruszać się w tkance oka, by zaaplikować lek w chore miejsce. Z kolei brytyjscy naukowcy z Uniwersytetu Exeter zbudowali prototyp robota inspirowanego budową plemnika, który mógłby być zdolny do poruszania się po całym układzie krwionośnym. Przed twórcami stoi jednak obecnie wyzwanie polegające na konieczności 500-krotnej miniaturyzacji urządzenia.

Przejście od fazy prototypu do końcowego efektu nie jest jednak jedynym problemem związanym z implementacją nowych technologii w medycynie. Drugim są koszty związane z procedurami medycznymi.

– Co z tego, że może za 10 lat będziemy mieli roboty, które będą potrafiły wykonać operację siatkówki prawie bez udziału albo zupełnie bez udziału człowieka, kiedy może się okazać, że taka operacja będzie kosztować milion dolarów i żaden państwowy system zdrowia nie będzie w stanie tego udźwignąć – twierdzi dr hab. Piotr Wasylczyk.

W Polsce droga prowadząca od odkrycia naukowego do użycia w ramach procedury medycznej jest bardzo długa. Na polskie przepisy nakładają się również dyrektywy narzucane przez Unię Europejską. W rezultacie komercjalizacja technologii opracowywanych w ramach programów grantowych jest bardzo utrudniona i odwleczona w czasie. Czas oczekiwania na rejestrację to nawet około 10 lat, podczas gdy czas trwania projektu finansowanego w ramach grantu to zwykle od 2 do 3 lat. Po upływie tego okresu następuje moment, w którym pomysłodawcom trudno jest uzyskać finansowanie kolejnych etapów wdrożenia, takich jak badania na zwierzętach czy badania kliniczne.

Przykładem technologii, której debiut może być znacznie odwleczony w czasie, są roboty przeznaczone do wykonywania operacji oka. Choć pierwsza operacja z użyciem robota witreoretinalnego sterowanego joystickiem została przeprowadzona eksperymentalnie na pacjencie w 2016 roku, to ogłoszenie jej jako nowego standardu w ramach procedur medycznych może nastąpić za kilka lub kilkanaście lat. Inżynierowie napotykają bowiem na szereg problemów, które utrudniają uzyskanie pozytywnej opinii w ramach oceny technologii medycznej.

– Jest tam niezliczona liczba problemów technologicznych i prawnych, począwszy od takich prostych: co ten robot ma zrobić, jak będzie już miał narzędzia w oku pacjenta i ten pacjent zacznie się ruszać nagle, co się zdarza podczas operacji nawet w całkowitej narkozie. Trzeba sobie nawet na takie pytania już bardzo wcześnie odpowiadać – przekonuje ekspert.

Dostrzeżenie tego problemu przez specjalistów w dziedzinie inżynierii medycznej poskutkowało powstaniem trendu gruntownie zmieniającego podejście do tworzenia nowoczesnych technologii dla ochrony zdrowia. Głównym celem staje się to, by koncepcyjna metoda leczenia miała szansę jak najszybciej zaistnieć na rynku i być dostępna dla szerokiej rzeszy pacjentów.

– Projektując coś od początku, myślimy o tym, czy to w ogóle ma szansę wejść na rynek i ilu pacjentów może z tego skorzystać. Godzimy się nawet czasami na rozwiązania może z punktu widzenia inżynierii nieoptymalne. Robimy to jednak z myślą o tym, by użyć materiałów, które już mają certyfikaty, bo to skróci czas wejścia na rynek o 10 lat. Taki materiał może nie jest najlepszym, jaki bym wybrał jako inżynier, ale pamiętając o tym, że to w końcu ma służyć ludziom, zdecyduję się na materiał gorszy, który dużo szybciej będzie się mógł pojawić na sali operacyjnej – tłumaczy naukowiec.

Według raportu MarketsandMarkets, globalny rynek rozwiązań IT w ochronie zdrowia ma do 2021 r. osiągnąć wartość 280 mld dol. Segment medycznych robotów do 2023 r. ma rosnąć w tempie 21 proc. średniorocznie, by osiągnąć wartość prawie 17 mld dol.

Nowe technologie usprawniają przeprowadzanie badań rynkowych. Przyszłością branży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i analizie emocji

Nowe technologie usprawniają przeprowadzanie badań rynkowych. Przyszłością branży rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji i analizie emocji 7

Metody przeprowadzania badań rynkowych stają się coraz bardziej innowacyjne. Nawet te tradycyjne, polegające na fizycznym zbieraniu informacji z rynku, mogą być znacznie przyspieszone dzięki platformom online. Tymczasem analizą reakcji i emocji konsumentów oraz ich wzorców zachowań zajmują się coraz częściej algorytmy uczenia maszynowego. Taka forma analityki rynkowej – zdaniem specjalistów – osiągnie w najbliższych latach bardzo dynamiczny wzrost.

Nowe technologie pozwalają na coraz dokładniejsze i głębsze analizowanie zachowań konsumenckich, a także ich emocji i opinii. Jednym z narzędzi zyskujących ostatnio bardzo mocno na znaczeniu jest analiza sentymentu, dzięki której można zbadać nacechowanie emocjonalne wypowiedzi zamieszczanych przez internautów np. w mediach społecznościowych. Analizą danych zebranych z wpisów i komentarzy zajmują się algorytmy uczenia maszynowego. Z takiego rozwiązania korzysta między innymi Uber. Dzięki niemu firma bada reakcje na wprowadzane innowacje i może w krótkim czasie reagować na zgłaszane uwagi.

– To, co stanie się w najbliższej przyszłości, będzie właściwie ekstrapolacją tego, co dzieje się w tej chwili, tzn. czeka nas dążenie do jak najbardziej precyzyjnego skierowania przekazu marketingowego do konsumenta, co się wiąże z tym, że firmy będą dążyć do tego, żeby jak najlepiej ich profilować. Mówimy tutaj oczywiście o wszelkich działaniach online, czyli np. monitorowaniu zachowań w social media, zachowań w internecie, a także tego, w jaki sposób klient zachowuje się w tradycyjnych placówkach badawczych, czyli po prostu sklepach – mówi agencji informacyjnej Newseria Innowacje Radosław Jeż, prezes zarządu Skilltelligence.

Z danych opracowanych przez Orbis Research wynika, że do 2020 roku rynek narzędzi sztucznej inteligencji zdolnych do identyfikowania i klasyfikowania emocji osiągnie wartość 24 mld dol. Z kolei sam rynek rozwiązań opartych na analizie sentymentu – według analityków z firmy Tractica – będzie wyceniany do 2025 roku na kwotę 3,8 mld dol. Dla porównania, wycena za 2017 rok sięgnęła 123 mln dol.

Nowe technologie służą jednak również poprawie wydajności i szybkości wykonywania tradycyjnych metod badania rynku opartych na fizycznym zbieraniu danych w miejscu sprzedaży. Jednym z takich rozwiązań jest platforma Skilltelligence Live. To narzędzie umożliwiające firmom bardzo szybkie dotarcie do precyzyjnej informacji rynkowej.

– Dzięki temu, że współpracujemy z kilkoma tysiącami osób na terenie całej Polski, z którymi komunikujemy się za pomocą aplikacji mobilnej, nasi klienci mają możliwość samodzielnego stworzenia pewnego scenariusza badawczego, zadania interesujących ich pytań bądź przygotowania skryptu czy scenariusza, o wykonanie którego będziemy później prosić naszych współpracowników w terenie i bardzo szybko uzyskać odpowiedzi na zadane pytania bądź informacje z rynku które ich interesują – mówi Radosław Jeż.

Klienci zlecający wykonanie badania mogą samodzielnie przygotować zestaw instrukcji, o których wykonanie zostaną poproszeni ankieterzy pracujący w terenie. Po zatwierdzeniu zlecenia automatycznie jest ono kierowane do osób mogących teoretycznie je wykonać. Takie podejście do organizacji pracy znacznie skraca czas potrzebny na wykonanie badania. Tym samym skraca się on z kilku lub kilkunastu dni nawet do kilku godzin. Rozwiązanie adresowane jest zarówno do małych, jak i średnich czy dużych firm.

– Klasyczne agencje ze swoimi zasobami terenowymi, za pomocą których mogą zbierać na rzecz swoich klientów dane z rynku, mają swoje ograniczenia, tzn. tych pracowników terenowych zawsze jest trochę za mało, żeby bardzo szybko dotrzeć do każdego dowolnego punktu w Polsce i oczywiście zbieranie tych danych trwa. W naszym przypadku, ponieważ współpracuje z nami na zasadzie dowolności kilka tysięcy osób na terenie całej Polski, uzyskanie kilkuset odpowiedzi na pytania ankietowe zajmuje kilkanaście minut, a odwiedzenie np. kilkuset sklepów również rozsianych po całej Polsce to jest kwestia kilku godzin – przekonuje ekspert.

Światowe przychody firm działających w branży badań rynkowych przekroczyły w 2017 roku wartość 45,8 mld dol. Według analityków MarketsandMarkets, rynek sztucznej inteligencji w marketingu będzie w 2025 r. wart 40 mld dol. Średnioroczne tempo wzrostu w najbliższych latach ma wynieść niemal 30 proc.

Wenezuela – wypłaty w oponach, brak gazu w krematorium

Braki wody, żywności, lekarstw, dramatyczne problemy służby zdrowia, wielki kryzys ekonomiczny… Gdy wydaje się, że mieszkańców Wenezueli prawdopodobnie już nic nie jest w stanie zaskoczyć, pojawiają się coraz tragiczniejsze doniesienia – pisze Marcin Lipka, główny analityk Cinkciarz.pl.

Po sierpniowej reformie walutowej w Wenezueli nie zostały nawet zgliszcza. Powiązanie boliwara z kryptowalutą petro załamało się nawet w oficjalnym kursie wymiany. Czarnorynkowy kurs dolara wzrósł 10-krotnie w ciągu niespełna czterech miesięcy i wynosi obecnie prawie 600 boliwarów – według danych Dolartoday.

Obliczana na podstawie kursu walutowego inflacja przekracza 100 tys. proc. Kontrolowane przez opozycję Zgromadzenie Narodowe wylicza ją nawet na 1 milion proc. Z kolei od dawna pękający rdzeń wenezuelskiej gospodarki, czyli przemysł naftowy, pogrążył się w całkowitej zapaści.

Dane agencji Bloomberg pokazują, że spośród pięciu rafinerii w Wenezueli pracuję tylko dwie. Jednak nawet te, które są czynne, jedynie częściowo wykorzystują swoje możliwości. W rezultacie zaledwie 15 proc. całkowitej mocy przerobowej ropy jest dostępne w państwowym koncernie naftowym. A to skazuje Wenezuelę na import paliw z zagranicy.

Sprowadzanie paliw to jednak również wyzwanie dla władz, a nie chodzi tylko o brak pieniędzy. Według doniesień Reutersa, który zapoznał się z dokumentami państwowego koncernu naftowego, transakcje są najczęściej barterowe. Wenezuela otrzymuje paliwo w zamian za ropę. Paliwo jednak nie zawsze dociera do finalnych odbiorców ze względu na masowe zwolnienia pracowników zajmujących transportem i dystrybucją, a także zaniedbaną i nieprzystosowaną do importu produktów rafineryjnych infrastrukturę.

Przez rok PKB w dół o 30 proc.

Choć to wydaje się niewyobrażalne, ale jeszcze w 2012 r. PKB na mieszkańca Polski oraz Wenezueli wyglądało bardzo podobnie i wyniosło odpowiednio 13,1 i 11,3 tys. dolarów – według danych MFW. Tymczasem pod koniec 2019 r., według szacunku Funduszu, PKB dla Polski ma wynieść 15 tys. USD, natomiast dla Wenezueli 3,1 tys. USD. Jak to możliwe?

Według kontrolowanego przez opozycję Zgromadzenia Narodowego tylko w trzecim kwartale 2018 r. PKB obniżyło się o 29,7 proc. r/r ze względu na załamanie konsumpcji oraz inwestycji. Nic nie wskazuje także na to, by sytuacja mogła się poprawić.

W kilka lat kraj opuściło blisko 3 mln ludzi. Braki dostaw wody czy elektryczności uniemożliwiają nawet podstawową działalność przedsiębiorstw. W tym tygodniu z kraju wycofał się m.in. przodujący producent opon na świecie, a zdecydował tak ze względu na trudności w pozyskaniu niezbędnych surowców. Swoim pracownikom odprawę wypłacono w oponach… Swoją drogą wszelkie komponenty do samochodów w Wenezueli to niezwykle deficytowe produkty, dlatego mogło to być nawet lepsze rozwiązanie niż wypłata rekompensat w tracącym z dnia na dzień boliwarze.

Inne firmy także drastycznie ograniczają swoją działalność w kraju. Dotyczy to zarówno producentów płatków śniadaniowych (państwo przejęło kontrolę nad opuszczoną przez Amerykanów fabryką), jak i np. producentów samochodów. Już rok temu miesięczna sprzedaż nowych aut spadła w Wenezueli do ok. 200 sztuk z 10 tys. w 2013 r. oraz nawet 40 tys. w 2007 r. Jeden globalnych dostawców środków czystości musiał zawiesić sprzedaż ze względu na brak kartonów do pakowania swoich produktów.

Reżim szuka pieniędzy…

Wydawałoby się, że reżim prezydenta Nicolasa Maduro przy takim gospodarczym załamaniu powinien szybko upaść. Na razie jednak przywódcy Wenezueli mają wsparcie wśród niektórych krajów. Maduro regularnie spotyka się z tureckim przywódcą, niedawno był także na Kremlu. Poza tym władze w Caracas również mają kontakty z Chinami oraz z Koreą Północną. Czasami również, któryś z byłych przywódców państw Europy pojawi się w otoczeniu Maduro. Ostatnio był to socjalista i były premier Hiszpanii Jose Luis Rodriguez Zapatero.

Jednak cierpliwość i hipotetyczne korzyści z pomocy dla Caracas już się wyczerpują.  Zarówno Chiny, jak i Rosja są zaniepokojone, że Wenezuela nie wywiązuje się z transportu ropy w zamian za udzieloną pomoc finansową.

Reuters obliczył, że od 2006 r. kredyty i pożyczki dla Wenezueli z Rosji miały wartość ok. 17 mld dolarów. Caracas natomiast tylko w 40 proc. wypełnia obiecane dla Moskwy transporty ropy (176 tys. baryłek dziennie). Wyższe dostawy tego surowca są realizowane do Chin (ok. 460 tys. baryłek dziennie), ale zaangażowanie Pekinu w Wenezueli Reuters szacuje na ok. 50 mld dolarów.

Zaciskającą się finansową pętlę na szyi reżimu Maduro dobrze pokazuje chęć transportu do kraju zgromadzonego w Banku Anglii złota. Opozycja szeroko protestuje przeciwko wydaniu ok. 14 ton kruszcu o wartości zbliżonej do 550 mln dolarów. W liście cytowanym przez Bloomberga lider opozycji na wygnaniu przestrzega, że byłoby to wykorzystane na pranie brudnych pieniędzy oraz korupcję.

…a obywatele nie mają spokoju nawet po śmierci

Gdy władze szukają pieniędzy, by utrzymać terror i skorumpowany reżim, z wielkimi problemami zmagają się zwykli ludzie. Często wykraczają one poza brak pieniędzy, żywności, leków, opieki zdrowotnej, środków transportu i higieny, elektryczności czy wody. Dochodzi nawet do tego, że mieszkańcy Wenezueli nie mogą godnie pochować swoich bliskich.

Reuters kilka dni temu opisał historię 27-letniej Wenezuelki, której ojciec zmarł na raka. Nie dość, że przez hiperinflację nie stać jej było na pogrzeb bliskiej osoby, to jeszcze w krematorium zabrakło gazu. Problemy z dostawą tego surowca oraz brak środków finansowych na przetrzymywanie ciała w oczekiwaniu na dostawę gazu zmusiły młodą kobietę do pochowania ojca w części cmentarza, która tradycyjnie jest zarezerwowana dla ciał niezidentyfikowanych zmarłych.

Prawdziwa innowacyjność smakuje inaczej – Irek Piętowski

Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking
Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking

Innowacyjność jest dziś na topie. Wiele organizacji o mocno przestarzałych procesach, niedopasowanej do współczesnych realiów kulturze czy obsłudze klienta z poprzedniej epoki szafuje tym słowem na lewo i prawo. Niektóre z nich uciekają się nawet do takich zabiegów, jak kampanie rebrandingowe, licząc, że ludzie uwierzą w ich życzeniowe nowatorstwo. Kiedy wizerunek nie ma pokrycia w rzeczywistości, zamiast zachwytu klientów czeka jedynie rozczarowanie.

Dla większości organizacji mowa o innowacjach sprowadza się wyłącznie do pudrowania. Dewaluacja tego pojęcia sprawiła, że firmy, które zasługują na miano innowacyjnych, muszą wznieść się ponad marketingowy szum konkurencji, aby zaprezentować swoją autentyczną odmienność. Na szczęście prawdziwe innowacje, osadzone w rzeczywistych potrzebach rynku, bronią się same.

Być innowacyjną firmą to niełatwe zadanie. Nowatorskie rozwiązania stwarzają potencjał do wzrostu. Niemniej, ich wprowadzenie wiąże się z pewną dozą ryzyka i nie zawsze przekłada na korzyści finansowe. To duży problem dla przedsiębiorstw z sektora MŚP, które liczą się z każdą złotówką. Od właściwego ulokowania kapitału zależy ich być albo nie być.

Z kolei duże organizacje mają działające do pewnego momentu, sprawdzone modele biznesowe, jednak są one mało elastyczne. Wśród pracowników rośnie świadomość, że należy dopasować się do potrzeb klientów, a te zmieniają się nieustannie. W praktyce okazuje się, że jest to bardzo trudne, przede wszystkim z powodu skali. Nie pomogą spore budżety, pozwalające na bezpieczne wprowadzenie innowacji, kiedy wszystko rozbija się o konserwatywny sposób myślenia, sprowadzający się do szukania bezpieczeństwa i minimalizowania ryzyka.

Równie istotną rolę odgrywa tu czynnik ludzki. Pracownikom łatwiej jest wykonywać powtarzalne i dobrze zdefiniowane zadania, niż szukać kreatywnych rozwiązań. Aby funkcjonować inaczej, potrzebna jest praktyka. Daniel H. Pink w książce Drive. Kompletnie nowe spojrzenie na motywację przytacza wyniki badania, które jednoznacznie dowodzą, że im wyższa nagroda za wykonanie schematycznego zadania, tym lepiej i szybciej nam ono wychodzi. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda w przypadku łamigłówek, których rozwiązanie jest nieoczywiste. Im wyższa nagroda, tym niższa kreatywność. Myśląc o tym, co możemy zyskać, odczuwamy coraz większą presję, a ta blokuje nasze kreatywne zdolności. W wielu firmach mamy do czynienia z takim paradoksem. Obciążenie zadaniami i presja na wyniki są tak duże, że nie tylko blokują kreatywność pracowników, lecz również ograbiają ich z produktywności. W efekcie wożą oni puste taczki. Są wieczne w niedoczasie ze swoimi podstawowymi zadaniami, nie mówiąc już o generowaniu nowych pomysłów, czy ich rozwijaniu.

Praktyka czyni innowatora

Gdy ludzie są zbyt obciążeni zadaniami, warto się zatrzymać i określić, które z nich są zbędne. Jest to bardzo trudne, lecz możliwe, i wcale nie znaczy, że połowę czasu pracy powinno się dedykować innowacjom. W takich firmach jak Facebook, gdzie odgrywają one kluczową rolę, do 20 proc. czasu poświęca się na eksplorację nowych pomysłów. Nawet 5 proc. to już bardzo dużo, jeśli wcześniej nie robiliśmy tego wcale. Poświęcając 10 proc., czyli mniej więcej pół dnia w każdym tygodniu, możemy spodziewać się realnych efektów.

Kreatywność w dużej mierze polega na dawaniu przestrzeni i niewypełnianiu jej na siłę. John Cleese, założyciel legendarnej grupy komików Monty Pythona powiedział kiedyś, że wystarczy utrzymać umysł w sporze z tematem w przyjazny, ale uporczywy sposób, a wcześniej czy później dostanie się nagrodę od swojej nieświadomości. Obejmując uwagą jakiś obszar, możemy być pewni, że w naszych głowach zaczną pojawiać się pomysły, niekoniecznie podczas zaplanowanej burzy mózgów. Czasem ma to miejsce np. pod prysznicem. Ważne, by stworzyć odpowiednią przestrzeń. Stephen King, który przed nastaniem ery Harry’ego Pottera był najlepiej zarabiającym pisarzem świata, funkcjonuje podobnie. Pomiędzy śniadaniem a lunchem zamyka się w pokoju, skupiając się wyłącznie na pracy twórczej. Jeśli ma gorszy dzień, napisze jedno zdanie, a innym razem np. cały rozdział, jednak zawsze poświęca na to z góry określony czas. To rodzaj dyscypliny czy nawet rytuału.

Dobrym wyznacznikiem innowacyjności jest liczba pomysłów pojawiających się każdego miesiąca lub liczba prototypów i testów. W ten sposób nie mierzymy efektów, ale samo działanie, nastawione na eksperymentowanie i eksplorację. Weźmy na przykład braci Eames, którzy stworzyli legendarny fotel Lounge Chair. Nie wymyślili go ni stąd, ni zowąd, lecz bardzo długo eksperymentowali z różnymi materiałami, naszkicowali wiele projektów, stworzyli liczne prototypy, z których spora część do niczego się nie nadawała. Cały ten wysiłek w końcu się opłacił. Wychodzę z założenia, że podstawą innowacyjności jest kreatywność, a ta nie zawsze musi mieć określony kierunek. Niestety, nasza kultura zbytnio jej nie sprzyja. W szkole głównie przyswajamy wiedzę. Nauka bada i opisuje to, co już istnieje. Kreatywność natomiast odnosi się do tego, co może być. Innowacyjna firma to taka, która nie boi się tego odkrywać.

Autorem artykułu jest Irek Piętowski, trener i konsultant innowacji w firmie DT makers, specjalizującej się w design thinking.

27 proc. firm nie planuje żadnych inwestycji w 2019 r.

  • 44 proc. przedsiębiorstw planuje w przyszłym roku inwestycje na podobnym poziomie jak w 2018 roku.
  • 12 proc. przewiduje, że ich inwestycje w 2019 roku będą mniejsze niż w tym roku, a 18 proc., że będą większe, 27 proc. nie planuje żadnych inwestycji.

Najgorzej plany inwestycyjne oceniają przedsiębiorstwa małe. Aż 30 proc. z nich nie planuje w przyszłym roku żadnych inwestycji. W przypadku firm średnich ten odsetek wynosi 19 proc., a dużych tylko 6 proc.

Z kolei 32 proc. przedsiębiorstw dużych przewiduje w przyszłym roku inwestycje większe niż w 2018 roku. Takie plany ma 17 proc. przedsiębiorstw średnich i małych.

Zdaniem przedsiębiorców wzrost inwestycji hamują: rosnące koszty zatrudnienia (18 proc.), gorsza sytuacja rynkowa, mniejszy popyt (14 proc.), niepewność sytuacji politycznej (10 proc.), częste zmiany w prawie, niejasne przepisy (10 proc.), przewidywane spowolnienie gospodarcze (6 proc.) oraz trudniejszy dostęp do finansowania (6 proc.).

Badanie zrealizowała firma SMARTSCOPE w listopadzie br., na reprezentatywnej grupie 300 małych, średnich i dużych przedsiębiorców, zatrudniających przynajmniej 10 pracowników, metodą CATI.

Innowacje niezbędne dla polskiej energetyki

Globalna polityka energetyczna jest coraz bardziej ambitna. Zgodnie ze sprawozdaniem Międzyrządowego Zespołu ds. Zmian Klimatu, aby utrzymać wzrost temperatury na świecie poniżej 1,5°C, do 2030 r. światowa emisja dwutlenku węgla musi spaść aż o 45 proc. w stosunku do poziomu z 2010 r., osiągając poziom „zero netto” około 2050 r. Przyjęte założenia to ogromne wyzwanie dla polskiej gospodarki. Krajowy system energetyczny opiera się głównie na węglu oraz niskoefektywnej, przestarzałej infrastrukturze. Niezbędne są szeroko zakrojone inwestycje zwiększające efektywność energetyczną przy jednoczesnym ograniczaniu emisji CO2.

Rosnąca „dziura” energetyczna

Polska zwiększa efektywność energetyczną dwukrotnie szybciej niż reszta UE. Nasza gospodarka jest jednak o 13% bardziej energochłonna niż w przypadku unijnej średniej. W efekcie rośnie zapotrzebowanie na energię elektryczną. Jej produkcja w 2017 r. była o ponad 3,7 TWh większa w stosunku do roku poprzedniego. Równocześnie narastają straty finansowe generowane przez przestarzałą infrastrukturę. Jak wynika z wyliczeń Biura Bezpieczeństwa Narodowego, z powodu złego stanu linii energetycznych, niskiej gęstości sieci oraz nieefektywnych rozwiązań technologicznych, odnotowujemy co roku ponad
7 proc. strat przesyłowych, o wartości 2 mld PLN.

Na niski poziomu efektywności polskiego systemu energetycznego wpływ ma również stan techniczny i wiek polskich elektrowni. Prawie jedna czwarta mocy wytwórczych w naszym kraju pochodzi z bloków o wieku starszym niż 40 lat, a 70% ma ponad 30 lat. Ponadto w większości nie spełniają on unijnych norm. Zgodnie z przepisami przyjętymi przez Komisję Europejską w 2017 r. elektrownie i duże ciepłownie działające na terenie UE do połowy 2021 r. muszą dostosować swoje emisje gazów oraz substancji szkodliwych do wymagań BAT (ang. Best Available Technology – Najlepszych Dostępnych Technologii). Normy te stanowią podstawę, na której organy ochrony środowiska wydawać będą pozwolenia na działalność przedsiębiorstw. Dla polskiego sektora energetycznego, szczególnie elektrowni węglowych, oznacza to konieczność poniesienia dużych wydatków na modernizację.

W efekcie ceny energii elektrycznej w Polsce systematycznie rosną. Z prognoz rynkowych wynika, że do 2035 r. średni koszt MWh wyniesie ponad 400 zł, co oznacza wzrost o przeszło 77% w stosunku do poziomu z 2015 r. Na wzrost cen energii elektrycznej w Polsce wpływ ma również coraz bardziej ambitna unijna polityka energetyczna. W czerwcu br. cel UE na 2030 r. dotyczący udziału energii ze źródeł odnawialnych (OZE) w miksie energetycznym został zwiększony do 32% przy jednoczesnym wymogu ograniczenia zużycia energii o blisko jedną trzecią. Równocześnie rosną koszty zakupu przez Polskę uprawnień do emisji CO2. W listopadzie br. ceny osiągnęły poziom ok. 20 EUR za tonę, co oznacza wzrost o blisko 200% w ciągu ostatniego roku.

Transformacja energetyczna jedynym wyjściem

W ocenie Europejskiego Instytutu Miedzi w polskich warunkach rozwiązaniem problemu zwiększenia bezpieczeństwa systemu energetycznego jest przed wszystkim poprawa efektywności energetycznej oraz rozwój odnawialnych źródeł energii (OZE), w tym morskiej energetyki wiatrowej, fotowoltaki i systemów solarnych.

Pierwsze morskie elektrownie wiatrowe mogą być podłączone do krajowej sieci już w 2025 r., a do 2035 mogłyby osiągnąć moc 13-15 GW, zaspakajając ok. 20% zapotrzebowania na energię elektryczną w Polsce. Pomogłoby to, przynajmniej częściowo, rozwiązać problem deficytu energetycznego, który do tego czasu może sięgnąć 13 GW.

W Polsce szybko rozwija się również sektor fotowoltaiki. W tym roku moc zainstalowana w systemach fotowoltaicznych wyniesie ok. 0,3 GW. Na koniec 2020 r. skumulowana moc we wszystkich instalacjach tego typu może przekroczyć już 1,2 GW, co oznacza wzrost o 300 proc. Tym samym fotowoltaika stanie się drugą technologią OZE o najszybszym tempie wzrostu, jednocześnie oferującą najniższe koszty produkcji energii elektrycznej. Eksperci szacują, że potencjał ten jest jeszcze większy. Niezbędne są jednak zmiany prawne ułatwiające rozwój technologii fotowoltaicznych o najkrótszych cyklach inwestycyjnych, a więc instalacji prosumenckich oraz małych farm fotowoltaicznych, które mogłyby osiągnąć pełną moc produkcyjną już w ciągu 2 lat. Pozwoliłoby to do 2020 r. zwiększyć zdolności produkcyjne o 2 GW

Inwestycje w OZE, będą również istotne dla realizacji rządowych planów rozwoju elektromobilności w Polsce. Zgodnie z przyjętymi założeniami do 2025 r. po krajowych drogach ma poruszać się 1 mln samochodów elektrycznych. Osiągnięcia tak gigantycznego skoku (na koniec 2017 r. w Polsce zarejestrowano przeszło 1 tys. nowych samochodów EV, w tym tylko nieco ponad 400 samochodów całkowicie elektrycznych) nie będzie możliwe bez budowy odpowiedniej infrastruktury, w tym publicznych stacji ładowania pojazdów. To z kolei pociągnie za sobą konieczność poniesienia dodatkowych nakładów na modernizację sieci, która będzie musiała sprostać zarówno większemu zapotrzebowaniu na energię elektryczną, jak i intensywnym wahaniom częstotliwości napięcia, a przede wszystkim zapewnić możliwość magazynowania energii.

W tym kontekście za pozytywne należy uznać kierunki zmian przyjęte przez Ministerstwo Energii w projekcie nowelizacji ustawy Prawo energetyczne. Propozycje resortu sprzyjają bowiem rozwojowi sektora magazynowania energii w Polsce, wyodrębniając go w praktyce jako czwarty element systemu elektroenergetycznego – obok generacji, transportu (tj. przesyłu i dystrybucji) oraz zużycia. Proponowane rozwiązania warto jednak traktować jako pierwszy krok w kierunku stworzenia właściwych ram regulacyjnych i struktury rynku, uwzględniających docelowo różne technologie magazynowania energii, zarówno obecne, jak i przyszłe, jeszcze nie znane. Technologie magazynowania energii są bowiem zróżnicowane i oferują wiele wartościowych zastosowań, nie tylko w kontekście sektora energii elektrycznej, ale także grzewczego, chłodzenia czy transportu.

Niezbędne zasoby

Realizacja procesu transformacji energetycznej, zarówno globalnej, jak i polskiej gospodarki, będzie wymagała dostępu, nie tylko do odnawialnych źródeł energii, ale również do surowców kopalnianych, w tym głównie miedzi, której Polska jest jednym z największych producentów na świecie.

Właściwości miedzi, takie jak wysoka przewodność elektryczna, trwałość czy przetwarzalność, czynią z niej kluczowy surowiec dla nowoczesnej gospodarki bazującej na odnawialnych źródłach energii. Oparte na miedzi i jej stopach technologie zwiększają efektywność energetyczną w kluczowych obszarach ‒ energetyce oraz przemyśle.

Z szacunków Europejskiego Instytutu Miedzi wynika, że każdy kilogram miedzi użyty w systemie energetycznym, w zależności od wykorzystywanej technologii, przynosi oszczędność pierwotnie wytworzonej energii od 500 do 50 000 kWh, obniżając koszty od 60 do 6000 EUR na poziomie UE. Pozwala to również na ograniczenie wydatków na funkcjonowanie systemu. W przypadku intensywnie używanych urządzeń elektrycznych, takich jak przewody, transformatory czy napędy elektryczne, łączna wartość strat energii w całym cyklu eksploatacji wielokrotnie przekracza cenę ich zakupu.

Atutem miedzi jest również możliwość poddawania surowca wielokrotnej przeróbce i recyklingowi bez utraty jej właściwości. Miedź odzyskiwana jest zarówno z produktów wycofywanych po zakończeniu eksploatacji, jak z odpadów poprodukcyjnych. Obecnie w ten sposób co roku pozyskuje się ok. 8,5 mln ton tego surowca. W skali globalnej współczynnik recyclingu ze złomu miedzianego wynosi 30 proc. W Europie liczba ta jest bliższa 45 proc. ­Warto też dodać, że z pracujących kabli i urządzeń odzyskuje się blisko 100 proc użytej w nich miedzi.

Mając na uwadze przyszłe bezpieczeństwo energetyczne Polski, solidarnie powinniśmy wspierać rozwój sektora miedziowego oraz nowoczesnych, efektywnych technologii wytwarzania, przesyłania i magazynowania energii elektrycznej.

Autorem tekstu jest: Michał Ramczykowski, Prezes Zarządu Europejskiego Instytutu Miedzi

Brexit – wszyscy zapłacimy za ambicje brytyjskich polityków

Spór o brexit nie zostanie rozstrzygnięty w kończącym się roku. Inwestorzy przyjęli to źle. Najnowsze dane z brytyjskiej gospodarki są słabe, a przecież do drugi nasz partner handlowy po Niemczech.

W brytyjskim parlamencie nie doszło do głosowania nad zawartym porozumieniem z UE. Negatywnie zareagowały giełdy i rynek walutowy, osłabił się nie tylko funt, ale także inne europejskie waluty, a wśród nich złoty.

– Rynki widzą tę sytuację w czarnych barwach – mówi w rozmowie z MarketNews24 dr Przemysław Kwiecień, główny ekonomista XTB.

Negatywne konsekwencje widać też w europejskiej w gospodarce, a szczególnie w brytyjskiej.

– Dane o produkcji za listopad w Wielkiej Brytanii były fatalne, czyli widać jak bardzo biznes obawia się o to co będzie dalej – komentuje dr P.Kwiecień. – Wszyscy zapłacimy za ambicje brytyjskich polityków.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności

Temat wyglądu krzywej dochodowości amerykańskich obligacji jest aktualnie jednym z najczęściej komentowanych. Fraza „spread na rentowności obligacji” przewija się każdego dnia wielokrotnie. Dlaczego właśnie rentowność obligacji teraz jest tak ważna? Dlaczego akurat teraz? Właśnie na te pytania postaramy się odpowiedzieć w niniejszym artykule.

Zanim dojdziemy do wątku, dlaczego temat krzywej dochodowości rozpala głowy analityków i traderów, przypomnijmy sobie, czym właściwie jest krzywa jest. Krzywa dochodowości to graficzna prezentacja połączonych ze sobą punktów odpowiadających rentownościom obligacji o różnym terminie do wykupu. W ramach tej prezentacji szereguje się obligacje wg terminów do wykupu od najkrótszego do najdłuższego.

Krzywa rentowności – przykład

Wykres poniżej przedstawia rentowności obligacji z terminem do wykupu od 2 lat do 30 lat. Linia niebieska przedstawia krzywą w jednym momencie czasu, a krzywa przerywana w innym – np. po dwóch miesiącach. Krzywa zmienia swoje położenie, gdyż wraz ze zmianą cen obligacji zmieniają się rentowności tych obligacji. Dla obserwatorów znaczenie ma zarówno bezwzględna wartość poszczególnych rentowności, jak i kierunek zmiany położenia krzywej.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 8
Źródło: bankier.pl

Na wykresie widać przebieg krzywej (kształt) w warunkach normalnych. To znaczy, że im dłuższym termin do wykupu, tym rentowność obligacji jest wyższa. Stoi za tym kilka czynników, ale najogólniej mówiąc, jest to skutek oczekiwań rynku co do przyszłych stóp procentowych. W sytuacji normalnej, gdy nie ma oczekiwań co do drastycznej zmiany układu stóp procentowych, krzywa jest rosnąca. Jednak, jeśli uczestnicy rynku spodziewają się, że w przyszłości może się coś wydarzyć, co wpłynie na ograniczenie wysokości stóp procentowych, to krzywa może zmienić nachylenie – będzie się spłaszczać.

Klasycznym przykładem jest sytuacja oczekiwania na cykl obniżek stóp procentowych, jaki miałby wykonać krajowy bank centralny. Wtedy krzywa będzie miała tendencję do wywłaszczania się, gdyż w kalkulacji długoterminowych stóp procentowych bierze się pod uwagę nieco niższe rentowności od aktualnych. W skrajnych przypadkach krzywa nie tylko zmienia nachylenie, ale i kształt. Ze wzrostowej robi się spadkowa – dochodzi do odwrócenia układu stóp procentowych. Na pewnym odcinku krzywej lub na jej całości dochodzi do sytuacji, gdy dłuższe terminy wykupu obligacji generują niższą rentowność. Nie są to przypadki częste, ale znamienne, gdyż są przejawem oczekiwań rynku na niższe stopy procentowe, a to zazwyczaj wynika z założenia o zbliżającej się recesji, która takie niższe stopy procentowe wymusza.

No i powoli dochodzimy do kluczowych w obecnej sytuacji wątków. Jedną z miar nachylenia krzywej dochodowości jest porównanie rentowności obligacji długoterminowych z rentownością obligacji o krótszym terminie. Mówi się wtedy o spreadzie i podaje się go w pkt. bazowych, czyli setnych częściach pkt. procentowego. Przykładowo jeśli obligacja 10-letnia notuje rentowność 3 proc., a obligacja 2-letnia rentowność 2 proc., to spread, czyli różnica między nimi wynosi 1 pkt. proc., czyli 100 pkt. bazowych (zawsze od rentowności obligacji o dłuższym terminie odejmujemy rentowność obligacji o krótszym terminie). W sytuacji normalnych warunków gospodarczych spread jest dodatni, ale zdarzają się okresy, gdy chwilowo przyjmuje wartości ujemne.

Obligacje amerykańskie a krzywa rentowności

Ostatnio emocje wzbudza właśnie spread między rentownością amerykańskich obligacji 10-letnich, a rentownością amerykańskich obligacji 2-letnich (spread 10-2). Przez większość czasu jest on dodatni, ale okazuje się, że kluczowe są momenty, gdy przyjmuje wartości ujemne. Jak pokazuje historia, niemal za każdym razem ujemny spread 10-2 oznaczał zbliżający się okres recesji w gospodarce amerykańskiej.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 9
Źródło: Twitter – @jsblokland

Na powyższym wykresie przedstawiony jest przebieg spreadu 10-2 w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat (linia niebieska). Szara strefa oznacza okres recesji w gospodarce. Łatwo zauważyć (zaznaczono na czerwono), że każda z nich była wcześniej sygnalizowana przez zejście spreadu pod poziom zero. Teraz spójrzmy na koniec wykresu i stanie się bardziej zrozumiałe, dlaczego spread budzi tyle emocji. Jego wartość w ostatnich miesiącach zbliża się do zera.

Istotne jest to, że dopiero ujemny spread miałby swoje złowieszcze znaczenie. Niska, ale wciąż dodatnia wartość jest tylko zagrożeniem, ale jeszcze nie daje podstaw do bicia w dzwony. Niewątpliwie zbliżanie się do poziomu zero sprzyja ocenie o rosnącym ryzyku pojawienia się sygnału negatywnego, a tym samym i recesji. Dotychczasowe zmiany historyczne pozwoliły na zbudowanie modelu, który szacuje prawdopodobieństwo kłopotów.

Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 10
Źródło: Twitter – @SoberLook

Na wykresie oś pionowa odpowiada szacunkowemu prawdopodobieństwu wystąpienia recesji w zależności od wartości spreadu 10-2, którą zaznaczono na osi poziomej.

W ostatnich dniach spread 10-2 zbliżył się do wartości 10 pkt. bazowych.
Sprawdź, jak reagują amerykańskie obligacje na krzywą rentowności 11
Źródło: Twitter – @jsblokland

Zatem na bazie tego modelu ryzyko recesji wzrosło do ok. 60 proc.

Jak wycena obligacji wpłynie na amerykańską gospodarkę?

Jakie z tego płyną wnioski? Dalszy spadek spreadu, czyli zbliżanie się rentowności obligacji 2 letnich do rentowności obligacji 10-letnich będzie przez rynek uznawane za przejaw rosnących obaw o przyszłość amerykańskiej gospodarki, co byłoby obciążeniem dla notowań tamtejszych akcji, czy dolara amerykańskiego.

Warto także widzieć, że nawet jeśli dojdzie do tego, że analizowany spread 10-2 osiągnie wartość ujemną, to i tak najprawdopodobniej sama recesja pojawi się dopiero w 2020 roku. Notuje się bowiem przesunięcie między momentem sygnału na spreadzie, a pojawieniem recesji, które wynosi średnio ponad 14 miesięcy. Innymi słowy, nawet jeśli spread miałby dziś spaść pod poziom zero, to recesji należałoby oczekiwać w roku 2020 z oceną prawdopodobieństwa na poziomie ponad 90 proc.

Dział Analiz Admiral Markets

Czwarta rewolucja przemysłowa – Klaus Schwab

Pierwsza rewolucja przemysłowa zakładała mechanizację produkcji dzięki wykorzystaniu energii wodnej i parowej, druga bazowała na energii elektrycznej, a trzecia na wprowadzeniu do przemysłu komputerów i automatyzacji procesów wytwórczych. Biorąc pod uwagę fakt, że od początku trzeciej rewolucji upłynęło jedynie 50 lat, obecna zmiana może być najważniejszą, najgłębszą i najszybszą w historii.

Nie chodzi tylko o tempo – nie mniej oszałamiający jest efekt skali. U podstawy czwartej rewolucji przemysłowej leży cyfryzacja, której skutkiem jest m.in. komunikacja komputer – komputer i komputer – człowiek. Jej istotą jest przeniesienie większości decyzji z gestii ludzi do kompetencji maszyn i zatarcie granic pomiędzy tym co biologiczne, a tym co cyfrowe. O tym, jak się przygotować do czwartej rewolucji przemysłowej pisze Klaus Schwab w swojej książce „Czwarta rewolucja przemysłowa”, której wydawcą w Polsce jest Wydawnictwo StudioEMKA. Publikacja dwukrotnie była omawiana podczas Forum Ekonomicznego w Davos. Mecenasem polskiego wydania jest firma doradcza Deloitte.

Współcześnie radykalne przemiany, których świadkami jesteśmy obecnie, nie są prostą kontynuacją trwającej od paru dekad trzeciej rewolucji przemysłowej. – To już etap następny, czyli czwarta rewolucja przemysłowa, która toczy się na naszych oczach z dynamiką, jakiej nie podlegały trzy poprzednie. Nie wynika z prostego wykorzystywania powstających zasobów materialnych i cyfrowych, ale z ich efektywnego połączenia czy wręcz zderzenia – mówi Wojciech Górniak, Dyrektor, Lider obszaru Digital Strategy & Transformation, Deloitte.

Rewolucyjna zmiana

Sztuczna inteligencja, łączność bezprzewodowa, automatyzacja, biotechnologia, nanotechnologia, big data, pojazdy autonomiczne, czyli technologie, które rozwijają się z prędkością dotąd nieznaną, zmieniają funkcjonowanie nie tylko biznesu, ale nas wszystkich. Klaus Schwab, który jest twórcą i przewodniczącym Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, w „Czwartej rewolucji przemysłowej” próbuje przewidzieć, jak zmiany technologiczne i biotechnologiczne wpłyną na powstanie nowych form produkcji, konsumpcji, komunikacji i społeczną mobilność. Książka na amerykańskim rynku została wydana w 2016 roku, a polskie wydanie zostało zaktualizowane. Ważnym elementem publikacji są rozważania na temat przyszłego kształtu światowej gospodarki, poddawanej procesom czwartej rewolucji oraz jej wpływu na kształt życia społecznego, a zwłaszcza na rynek pracy oraz tożsamość zawodową każdego z nas. – Spośród różnorakich i fascynujących wyzwań, które w związku z tym stoją dzisiaj przed nami, największym i najważniejszym zadaniem jest zrozumieć nową rewolucję technologiczną i odpowiednio ukierunkować jej przebieg. Aby okazało się to możliwe, konieczna jest, ni mniej, ni więcej, tylko transformacja ludzkości. Jestem bowiem przekonany, że swoją skalą, zakresem i stopniem skomplikowania czwarta rewolucja przemysłowa nie przypomina niczego, z czym jako ludzie mieliśmy dotąd do czynienia – pisze Klaus Schwab.

Szansa, ale i wyzwanie

Zdaniem autora podstawowym zadaniem czwartej rewolucji przemysłowej jest określenie sposobu współistnienia technologii i społeczeństwa. Aby tak się stało konieczna jest współpraca rządów, firm, środowiska akademickiego i społeczeństwa obywatelskiego. Nie ma bowiem kraju ani osoby, której w mniejszym lub większym stopniu ona by nie dotknęła. – Interakcje i współdziałanie są niezbędne do stworzenia pozytywnych, wspólnych i pełnych nadziei narracji, które umożliwią jednostkom i grupom ze wszystkich stron świata uczestniczenie w dokonujących się przemianach i czerpanie z nich korzyści – twierdzi Klaus Schwab.

Firma Deloitte od dłuższego czasu bada wpływ czwartej rewolucji przemysłowej i wynikającej z niej konieczności transformacji cyfrowej na zmianę strategii firm na całym świecie. Aż 94 proc. menedżerów, którzy wzięli udział w globalnym badaniu Deloitte, wskazuje, że transformacja cyfrowa jest najwyższym strategicznym celem ich organizacji, ale tylko 68 proc. jest zdania, że ma ona kluczowe znaczenie dla utrzymania rentowności. Najważniejszymi dwoma czynnikami napędzającymi transformację cyfrową są: poprawa produktywności i cele operacyjne. Czwarta rewolucja przemysłowa pozwala zwiększyć produktywność i przychody oraz zredukować poziom ryzyka. Nie brakuje jednak wyzwań. Trzeba liczyć się z możliwie nieprzychylną reakcją społeczną, związaną chociażby z wpływem automatyzacji na rynek pracy. Do tego dochodzi kwestia pracowników i ich umiejętności. Z jednej strony tylko 15 proc. respondentów w badaniu Deloitte wskazuje, że muszą znacznie zmienić skład i zestawy umiejętności, aby wspierać cyfrowe transformacje, a z drugiej dla 35 proc. badanych najważniejszym wyzwaniem organizacyjnym i kulturowym jest znalezienie, szkolenie i zatrzymanie odpowiednio utalentowanych ludzi. – Nasze badanie pokazało, że czwarta rewolucja przemysłowa przyjmowana jest przez przedsiębiorców z dużym entuzjazmem i zainteresowaniem. Jednak wyzwań i niepewności również nie brakuje. Należy pamiętać, o czym wyraźnie pisze w swojej książce Klaus Schwab, że istotą tej rewolucji jest autentyczne podążanie za innowacyjnością, a nie jedynie myśl o zwiększaniu efektywności – mówi Wojciech Górniak.

Przywróćmy polską banderę a staniemy się europejskim centrum zarządzania statkami

Na przestrzeni ostatnich 28 lat polska flota handlowa w żegludze międzynarodowej zmniejszyła się z 247 statków pływających pod polską banderą do 96 jednostek, z czego tylko 6 pływa aktualnie w narodowych barwach. Ludzie morza o przyczynach tego stanu dyskutują od lat i co jakiś czas temat ten poruszany jest w różnego rodzaju pracach legislacyjnych, jednakże jak dotąd bezskutecznie. Dlaczego warto przywrócić polską banderę?

– Po tylu straconych latach, czas zająć się problemem na poważnie i uregulować, to co istotne dla polskich armatorów i marynarzy. Przywrócenie polskiej bandery to dodatkowe setki milionów w budżecie naszego państwa, a Polska miałaby szansę stać się bałtyckim Singapurem – mówi Ireneusz Kuligowski, prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Gdzie zacumowały polskie statki?

W roku 1990 pod polską banderą zarejestrowanych było 247 statków dalekomorskich, jednakże czas transformacji gospodarczej zapomniał o ludziach morza i gospodarce morskiej, a statki musiały pływać i zarabiać na siebie. W wyniku wysokich obciążeń fiskalno – administracyjnych armatorzy zaczęli rejestrować swoje jednostki w krajach tzw. wygodnej bandery (flag of convenience – FOC), gdzie są uproszczone wymagania co do rejestracji, jak też znacznie mniejsze koszty zatrudnienia marynarzy. I tak rok, po roku, liczba statków, które pozostały w barwach narodowych zmalała do 6 jednostek.

– Co gorsza, w przeciwieństwie do Unii Europejskiej, gdzie problem zauważono już w latach 90. (pierwsze wytyczne w tej sprawie wydano jeszcze w ramach EWG w 1991, kolejne – w 2004, nowelizacje w 2009 i 2017), w Polsce nie stworzono też odrębnego systemu ubezpieczeń społecznych dla marynarzy – podkreśla prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Powyższe zaniedbania doprowadziły do sytuacji, w której ponad 38 tys. z prawie 40 tys. polskich marynarzy, wysokiej klasy specjalistów (Polska ma trzy uczelnie wyższe kształcące morską kadrę) pływa na statkach pod obcymi banderami. – Dodatkowym problemem są podatki. Wprowadzone przez art. 118 ustawy o pracy na morzu z 2015 r. zwolnienie z podatku dochodowego od osób fizycznych po przepracowaniu 183 dni, do dzisiaj nie weszło w życie, ponieważ nie uzyskano zgody Komisji Europejskiej. Tymczasem jest to światowy standard w żegludze, nie tylko w krajach EU / EOG – wyjaśnia Ireneusz Kuligowski. – Wisienką na torcie jest fakt, iż Polska nie zrealizowała też zobowiązań w zakresie ubezpieczeń społecznych wynikających z Konwencji o Pracy na Morzu z 2006 roku, stanowiącej o stworzeniu kompleksowego systemu ubezpieczeń społecznych dla marynarzy – dodaje prezes PZZS.

Czemu kraje FOC są tak atrakcyjne dla armatorów?

Jak wskazuje prezes Polskiego Związku Zarządców Statków, Ireneusz Kuligowski – to czysty rachunek ekonomiczny. Według badań World Maritime University w Malmö, od 50 do 60 proc. kosztów operacyjnych statku to koszty załogowe. Na przykład z danych statku m/s Koszalin (38 tys. DWT, którego załoga liczy 18 osób) wynika, że roczne koszty operacyjne pod flagą Bahamów wynoszą ponad 72,5 tys. zł, natomiast pod banderą polską prawie 668 tys. zł, z czego ponad 620 tys. zł stanowią składki na ubezpieczenie społeczne oraz składki na fundusze (FP, FGŚP, FEP, PFRON).

Jak przywrócić polską banderę?

Z inicjatywy Polskiego Związku Zarządców Statków przygotowano projekt ustawy zawierającej propozycje zmian niektórych ustaw mających na celu ułatwienie rejestracji pod polską banderą. Między innymi zmiany dotyczą stworzenie systemu ubezpieczeń dla marynarzy, zmniejszenie obciążeń armatorów z tego tytułu i zmiany podatkowe.

– Wprowadzając proponowane zmiany, przy założeniu przeflagowania 20 statków rocznie, budżet państwa poniósłby koszty rzędu 1,68 mln zł, jednocześnie pozyskując wpływy na ZUS i do budżetu na poziomie 6,1 mln zł, w tym 2,8 mln zł ze składek na ubezpieczenie zdrowotne i społeczne marynarzy. Z kolei skarb państwa w perspektywie dekady mógłby osiągnąć przychody w wysokości 247 mln zł (182 mln zł dochodu netto), natomiast wydatki w kwocie 92 mln zł, przy założeniu, iż wrócimy do poziomu zbliżonego z 1990 roku tj. około 200 statków pod polską banderą – wylicza Ireneusz Kuligowski.

Na przykład mniejsza od Polski Norwegia, mająca flotę złożoną z 1,9 tys. jednostek pozyskuje ze swojej bandery roczny przychód w wysokości 16,5 mld euro. Warto dodać, iż żegluga morska generuje ok. 40 proc. dochodów w ramach całej gospodarki morskiej (tak wynika z raportu Menon& DNV GL), a jedno miejsce pracy na morzu generuje do czterech miejsc pracy na lądzie.

–  Znając te wszystkie dane, śmiem twierdzić, że Polska ma wszelki potencjał, by stać się unikatowym w skali europejskiej centrum zarządzania statkami zarówno polskich jak i zagranicznych armatorów – podsumowuje Ireneusz Kuligowski, prezes Polskiego Związku Zarządców Statków.

Jest kierunek rozwoju ulic handlowych w centrum Warszawy

Urząd m.st. Warszawy oraz JLL wdrażają program pilotażowy, który ma zwiększyć atrakcyjność centrum w oczach potencjalnych najemców oraz klientów. Zmiany miałyby się rozpocząć od ul. Marszałkowskiej i Al.Jerozolimskich

Fragment ulicy Marszałkowskiej oraz Al. Jerozolimskich – to tutaj zostanie wdrożony program pilotażowy, mający na celu rozwój handlu śródmiejskiego w Warszawie. Strategia jest wynikiem trwających od maja do września tego roku badań, jakie przeprowadzili eksperci firmy doradczej JLL. Rekomendacje JLL odnoszą się zarówno do zmian natury urbanistycznej obszaru pilotażowego, polityki lokalowej, jak i pozostałych czynników wspierających rozwój handlu.

Na zlecenie Urzędu m.st. Warszawy zespół JLL przeprowadził trzy badania. Pierwsze z nich sprawdzało opinie konsumentów na temat handlu śródmiejskiego w stolicy. W drugim eksperci skupili się na sieciach handlowych, czyli potencjalnych najemcach, sprawdzając pożądany kierunek zmian oraz identyfikując bariery ich rozwoju. W trzecim kroku JLL przeanalizował ruch pieszych (tzw. footfall) w wybranym obszarze pilotażowym.

Michał Olszewski Warszawa prześcignie Berlin
Michał Olszewski: Warszawa prześcignie Berlin

„W wyniku przeprowadzonych przez JLL badań zaproponowano dwa obszary do wdrożenia programu pilotażowego – środkowy odcinek ulicy Marszałkowskiej od Placu Zbawiciela do Ronda Dmowskiego oraz wschodni odcinek Al. Jerozolimskich od Ronda Dmowskiego do Ronda de Gaulle’a. Wskazane miejsca to fragmenty głównych arterii komunikacyjnych centrum Warszawy, o ważnej funkcji tranzytowej, zarówno dla indywidualnych, jak i zbiorowych środków transportu. Jednocześnie są to odcinki, w których udział lokali miejskich jest znaczący, co jest istotne dla efektywności przeprowadzenia programu pilotażowego”, mówi Michał Olszewski, wiceprezydent Warszawy.

Wśród czynników, które mogą wesprzeć rozwój sektora handlowego w obu lokalizacjach, eksperci JLL zwrócili uwagę m.in. na wzrost ruchu pieszych, budowę pominiętej stacji metra A12 – Plac Konstytucji, czy stworzenie reprezentacyjnej, wysokiej jakości i zielonej przestrzeni publicznej. Dodatkowo, miasto powinno zadbać o to, aby zarządzanie lokalami w obu obszarach opierało się na spójnej strategii. Z kolei selekcja najemców miałaby się opierać nie tylko na kwestiach czynszowych, ale także na dążeniu do podniesienia jakości i unikalności oferty. Kluczowy jest też wpływ tych najemców na życie uliczne, a także atrakcyjność samych witryn sklepowych. W tej ostatniej kwestii z pewnością ważne będą konsultacje z ekspertami w dziedzinie marketingu.

Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL
Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL

„Kwestia estetyki jest kluczową, jeśli chodzi o zwiększenie potencjału handlowego obu lokalizacji. Aby przyciągnąć atrakcyjnych, wpisujących się w potrzeby warszawiaków najemców, miasto powinno zadbać o remonty zdewastowanych elewacji budynków. Na pewno potrzebne jest również nawiązanie współpracy z właścicielami prywatnych lokali, co powinno prowadzić do kompromisu w zakresie pożądanego typu najemców, czy w końcu – zachęcenie do wydłużenia godzin otwarcia lokali. Oczywiście ważne, aby ulice były przyjazne dla samych klientów i tu pojawia się konieczność przeanalizowania możliwości budowy dodatkowych przejść dla pieszych, co pozytywnie wpłynie na cyrkulację klientów. Podjęcie tych działań stwarza szansę, że obie lokalizacje staną się wizytówką miasta, tak jak ma to miejsce w przypadku zachodnioeuropejskich stolic”, podkreśla Jan Jakub Zombirt, Dyrektor, Dział Doradztwa Strategicznego, JLL.

Według ekspertów JLL, obecna kondycja sektora ulic handlowych wynika w znacznej mierze z braku spójnego wizerunku tych lokalizacji jako miejsca robienia zakupów. Wśród czynników ograniczających potencjał ich rozwoju JLL wymienia także m.in. niewielką liczbę lokali spełniających oczekiwania nowoczesnych najemców handlowych, popularność dużych galerii zlokalizowanych w centrum miasta, brak spójnej polityki miejskiej dotyczącej kształtowania ulic handlowych, rozdrobnioną strukturę właścicielską, czy ograniczenia konserwatorskie.

Samochód firmowy. Co zmienia się od 2019 roku?

23 października 2018 r. Sejm przyjął projekt nowelizacji ustaw PIT i CIT, w wyniku których, począwszy od 2019 r., na niekorzyść dla podatników zmienią się m.in. zasady rozpoznawania kosztów podatkowych z tytułu wydatków poniesionych na nabycie i użytkowanie samochodów w firmie. Wprowadzone zmiany w głównej mierze obejmą tych przedsiębiorców, którzy wykorzystują pojazdy firmowe do celów prywatnych i służbowych, jak również całą rzeszę firm, które korzystają z najbardziej popularnej formy finansowania pojazdów, jaką jest leasing. W rezultacie profiskalny charakter nowelizacji zmierza wprost do zwiększenia podstawy opodatkowania dla zdecydowanej większości podatników prowadzących działalność gospodarczą. Na tym tle wyróżnia się jednak kilka rozwiązań prawnych, które w efektywny sposób mogą zneutralizować wzrost obciążeń podatkowych związanych z użytkowaniem samochodów od 2019 r.

Najpierw VAT, teraz koszty

W pierwszej kolejności należy zauważyć, że ograniczenia w pełnym rozliczaniu wydatków związanych z nabyciem lub użytkowaniem samochodów wykorzystywanych zarówno na potrzeby działalności gospodarczej, jak i na cele prywatne, tj. do użytku mieszanego, zostały wprowadzone do ustawy VAT w 2014 r. Wówczas przyjęto, że firmy mają prawo do pełnego odliczenia podatku naliczonego z tytułu nabycia lub użytkowania pojazdu tylko wówczas, gdy pojazd jest wykorzystywany wyłącznie do działalności gospodarczej. Natomiast przy użytku mieszanym przedsiębiorcy przysługuje prawo do odliczenia wyłącznie 50% kwoty podatku VAT wynikającego z faktury.

Aktualnie ustawodawca uznał, że rozwiązania przyjęte w ustawie VAT powinny znaleźć swoje odzwierciedlenie również na gruncie ustaw o podatkach dochodowych. I tak od 2019 r. wszelkie wydatki związane z korzystaniem z samochodu osobowego w firmie także do innych celów niż działalność gospodarcza (np. paliwo, serwis, części, opłaty parkingowe) podlegać będą zaliczeniu do KUP w wysokości 75% wydatków. Prawo do pełnego zakwalifikowania wydatków do KUP będzie możliwe w przypadku wykorzystywania pojazdu wyłącznie do działalności gospodarczej, przy czym podatnik będzie musiał udowodnić takie przeznaczenie pojazdu poprzez szczegółowo prowadzoną ewidencję (np. ewidencja do celów VAT). Co ważne, w przypadku uznania przez organ, że firma nie jest w stanie udowodnić wyłącznie gospodarczego użytku pojazdu, przedsiębiorca zostanie pozbawiony pełnego zaliczenia wydatków w KUP i to począwszy od momentu nabycia pojazdu!

Limit amortyzacji w górę

Do tej pory użytkowanie pojazdów w firmie na podstawie zawartej umowy leasingu było znacznie korzystniejsze podatkowo od zakupu samochodu i jego późniejszej amortyzacji w firmie. Głównym powodem tych rozbieżności były przepisy ustawy PIT dotyczące limitowania do kwoty 20 000 EUR wydatków możliwych do odliczenia w postaci odpisów amortyzacyjnych z tytułu zużycia zakupionego samochodu osobowego. Ograniczenie kwotowe nie miało natomiast zastosowania m.in. do pojazdów leasingowanych, przez co ta forma użytkowania samochodu w firmie przynosiła znacznie większe korzyści podatkowe i zezwalała na rozliczanie w kosztach całej kwoty opłaty inicjalnej oraz rat leasingowych (w tym części kapitałowej i odsetkowej). Od 2019 r. zasady rozpoznawania kosztów z tytułu użytkowania pojazdu zostaną zrównane bez względu na formę korzystania z samochodu osobowego. Korzystną informacją jest jedynie fakt, że „limit kosztowy” zostanie podniesiony z kwoty 20 000 EUR do 150 000 PLN oraz z 30 000 EUR do 225 000 PLN dla pojazdów elektrycznych.

Co dalej z leasingiem?

W przypadku umowy leasingu operacyjnego, najmu lub dzierżawy zawartej po 1 stycznia 2019 r. nowelizacja przepisów oznacza, że ograniczenie w zaliczaniu opłat z tytułu ww. umów do kosztów podatkowych ustalone zostanie proporcją wartości leasingowanego samochodu do kwoty 150 000 PLN. Przedsiębiorca będzie zatem zobowiązany do obliczenia odpowiedniej części wydatku, który będzie mógł doliczyć do kosztów. Dla przykładu, jeśli firma weźmie w leasing pojazd o wartości 300 000 PLN, to w myśl znowelizowanych przepisów będzie mogła rozliczyć w kosztach jedynie 50% opłaty wstępnej oraz 50% wydatku na każdą kolejną ratę *100.

Ową proporcję będzie należało wyliczyć dla wszystkich leasingowanych samochodów oddzielnie, co z pewnością będzie się wiązało ze wzrostem kosztów administracyjnych.

W tym miejscu należy wyraźnie zaznaczyć, że obliczona w powyższy sposób proporcja nie będzie dotyczyła wydatków związanych z eksploatacją pojazdu. Ustawodawca rozstrzygnął bowiem, że od 2019 r. wszystkie wydatki związane z eksploatacją samochodu osobowego w użytku mieszanym będą stanowiły KUP w wysokości 75%, niezależnie od sposobu użytkowania pojazdu (zakup czy leasing).

Jak się przygotować na zmiany?

Nie ulega wątpliwości, że znowelizowane przepisy w głównej mierze uderzą w użytkowników drogich aut luksusowych. Jednocześnie ustawodawca pozostawił otwartą furtkę tym podatnikom, którzy do końca 2018 r. podpiszą nową umowę leasingu. Dla tych firm zostaną zachowane dotychczasowe, korzystne zasady rozliczania całości kosztów z tytułu rat leasingowych, aż do końca trwania umowy leasingu i to bez względu na moment wydania auta korzystającemu. Spodziewane zmiany nie obejmą również tych przedsiębiorców mających w planach po 1 stycznia 2019 r. wziąć w leasing auto, którego koszt nie przekroczy 150 000 PLN. Dla nich koszt leasingu (opłata inicjalna oraz raty leasingowe) wciąż będzie kosztem podatkowym w całości.

Autor: radca prawny Robert Nogacki, Kancelaria Prawna Skarbiec specjalizuje się w ochronie majątku, doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców oraz zarządzaniu sytuacjami kryzysowymi.

W jakim kierunku zmierza rynek mieszkaniowy w Polsce?

W ostatnim czasie często porównuje się obecną sytuację na rynku mieszkaniowym do boomu w latach 2006-2007 i następnie gwałtownego załamania w 2008 r. Czy rzeczywiście sytuacja jest podobna do tej sprzed dekady? Przed jakimi szansami i zagrożeniami stoi rynek deweloperski w 2019 r.? Na te i inne pytania odpowiada ekspert Michael/Ström Dom Maklerski.

Dane za trzeci kwartał 2018 r. potwierdzają pewne wyhamowywanie rynku. Już od początku roku obserwujemy spadek sprzedaży nowych mieszkań – według raportu REAS na sześciu głównych rynkach (Warszawa, Kraków, Trójmiasto, Wrocław, Poznań, Łódź) sprzedano w okresie lipiec-wrzesień jedynie 14,2 tys. mieszkań, czyli o 19 proc. mniej niż w trzecim kwartale 2017 r., a od początku roku 48,2 tys. mieszkań czyli o 10 proc. mniej niż w analogicznym okresie roku ubiegłego.

Dlaczego sprzedaż mieszkań zahamowała?

Powodów takiego stanu rzeczy należy naszym zdaniem szukać bardziej po stronie podażowej niż popytowej. Warto zwrócić uwagę, że w 2018 r. spadała nie tylko sprzedaż, ale również liczba mieszkań w ofercie. Oznacza to, że sprzedaż deweloperów rzeczywiście zmniejszyła się w liczbach bezwzględnych, ale gdyby spojrzeć na nią w relacji do oferty (na początek kwartału), to jest ona bardziej stabilna. Ewidentnie okres od połowy 2016 r. do końca 2017 r. był okresem największej hossy dla deweloperów mieszkaniowych, a rok 2018 przyniósł spowolnienie, jednak nie jest ono tak gwałtowne jak w 2008 r.

Zgodnie z podręcznikami makroekonomii i przykładami z przeszłości, przy typowym scenariuszu końca hossy i początku dekoniunktury następuje rozminięcie krzywych popytu i podaży. Popyt spada wyhamowany zbyt wysokimi cenami mieszkań i/lub rosnącymi stopami procentowymi, czyli wyższymi kosztami kredytu hipotecznego. W tym samym czasie inwestycje rozpoczęte 2-3 lata wcześniej powodują, że rozpędzona podaż jeszcze cały czas rośnie. Deweloperzy spodziewali się, że stale rosnące ceny mieszkań zrekompensują im wyższe koszty związane z droższymi gruntami i wyższymi kosztami robocizny. W momencie kiedy nadpodaż mieszkań trafia na rynek i nie znajduje chętnych kupców, następuje załamanie poziomu cen mieszkań, a uszczuplone przychody nie są w stanie pokryć poniesionych wcześniej kosztów. Obecne wyhamowanie sprzedaży nie spełnia warunków takiego scenariusza.

Zwłaszcza w 2017 r. obserwowaliśmy wzrost cen zarówno gruntów jak i kosztów budowy. Wydaje się jednak, że deweloperzy nie chcą powielać błędów z przeszłości jak np. w 2008 r., kiedy nadpodaż mieszkań doprowadziła do załamania cen i kryzysu na rynku. Dlatego firmy starają się kontrolować liczbę budowanych lub oddawanych mieszkań, aby utrzymać odpowiednie marże i rentowność – dzięki temu wyższe koszty są skuteczniej przerzucane na klientów. Nauczeni poprzednimi załamaniami bardziej rozsądnie dostosowują oferty, uważniej kupują grunty i nie „gonią” za rekordowymi wolumenami. Lepiej sprzedawać wolniej, ale po wyższych cenach. Liczba nowych mieszkań wprowadzanych do oferty odpowiada mniej więcej poziomom sprzedaży – oferta jest uzupełniana, a nie powiększana – w  latach 2015-2017 oscylowała w okolicy 50 tys. (na sześciu głównych rynkach), a w 2018 r. została odpowiednio zredukowana, podczas gdy w latach 2006-2007 gwałtownie rosła.

Szanse i zagrożenia dla rynku mieszkaniowego w Polsce

Na rynek mieszkaniowy w Polsce będzie oddziaływać wiele czynników –  mających zarówno pozytywny jak i negatywny efekt. Część z nich będzie miała obie te cechy jednocześnie, gdyż ich wpływ na branżę jest bardziej złożony. Poniżej chciałbym omówić najważniejsze z nich.

I tak do największych zagrożeń dla sektora deweloperskiego można zaliczyć ryzyko powstania bańki na rynku mieszkaniowym. Wynika to z trwającego nieprzerwanie od 2012 r. wzrostu cen mieszkań. Natomiast czynnikiem zmniejszającym to ryzyko jest mniej gwałtowna dynamika wzrostu tych cen (w porównaniu do sytuacji z lat 2006-2008) idąca w parze ze wzrostem wynagrodzeń.

Zjawiskiem, które może również negatywnie wpłynąć na rynek deweloperski jest niekorzystna tendencja demograficzna związana ze spadkiem liczby ludności i starzeniem się społeczeństwa. W dłuższym terminie może to zmniejszyć popyt na mieszkania. Z drugiej strony bogacenie się społeczeństwa wraz ze zmianami preferencji może powodować, że będzie rósł popyt na większe mieszkania o wyższym standardzie oraz więcej osób będzie miało zdolność kredytową.

Czynnikiem wciąż napędzającym popyt na rynku deweloperskim są niskie stopy procentowe, które według ostatnich komentarzy nie zmienią się przed 2020 r., (wcześniej przewidywano zmianę w 2019 r.). Aczkolwiek tu wiele zależy od tempa wzrostu stóp procentowych w UE – ewentualna szybsza podwyżka stóp przez EBC spowoduje prawdopodobnie analogiczną reakcję NBP. To z kolei przełoży się zarówno na wyższe koszty kredytów hipotecznych, jak i koszty finansowe ponoszone przez deweloperów. Jednak dopóki NBP będzie utrzymywał stopy procentowe na obecnym poziomie nie należy spodziewać się gwałtownego ograniczenia popytu.

Warto też zwrócić uwagę na rosnące ceny gruntów oraz problemy branży budowlanej, co przekłada się na wyższe ceny wykonawstwa. Może to negatywnie wpłynąć na marże uzyskiwane przez deweloperów. Podobnie może się zmniejszyć ich dostęp do taniego finansowania ze względu na perturbacje na polskim rynku finansowym.

Branża deweloperska będzie również musiała się zmierzyć ze zmianami prawnymi, jednak ich wpływ będzie mieszany. Mogą one bowiem wywołać zarówno negatywne skutki z punktu widzenia deweloperów (np. zamknięte rachunki powiernicze) jak i pozytywne (np. rządowe programy dopłat do zakupu i wynajmu mieszkań).

Podsumowanie

Jeżeli nie dojdzie do jakichś nieprzewidzianych zdarzeń, takich jak drastyczne zmiany prawne, globalny lub lokalny kryzys gospodarczy, raczej nie powinno dojść do nagłego załamania na miarę tego w 2008 r. Okres największej hossy mamy najprawdopodobniej za sobą, ale przejście z fazy boomu do fazy równowagi rynkowej następuje łagodnie. W naszej opinii nie należy się spodziewać skokowego spadku cen mieszkań, a wyhamowania tempa ich wzrostu i stabilizacji.

48% małych firm zakłada, że nie będzie w stanie sprostać obowiązkowi złożenia PIT-11 do Urzędu Skarbowego

Termin wysyłania PIT-11 za rok 2018 zbliża się nieuchronnie i dużo szybciej niż w latach ubiegłych. Wraz z nowym rokiem wprowadzone zostaną zmiany, które mogą uprzykrzyć życie wielu przedsiębiorcom. Jak pokazuje badanie przeprowadzone na zlecenie e-file, firmy obawiają się, że problematyczna może być dla nich nowa data i forma dostarczania dokumentów.

Zmiany dotyczące sposobu dostarczania do Urzędu Skarbowego PIT-11 za rok 2018 obejmują m.in dwie kwestie – pierwszą jest skrócony czas wysyłania dokumentów do urzędu skarbowego, który kończy się 31.01.2019, a drugą wprowadzony, już dla wszystkich przedsiębiorców, obowiązek wyłącznie elektronicznej wysyłki. Firma e-file, twórca aplikacji e-pity Płatnika do wystawiania, wysyłania przez pracodawców do Urzędu Skarbowego i dostarczania pracownikom PIT-11, wraz z agencją badawczą SW Reaserch przeprowadziła na początku grudnia tego roku badanie i zweryfikowała gotowość firm na wdrożenie nowych przepisów.

Małe firmy nie są gotowe na elektroniczne dostarczanie PIT-11

Co druga (52%) przebadana firma, w której pracuje do 9 osób, nie jest gotowa na elektroniczną wysyłkę dokumentów do Urzędu Skarbowego. Warto przy tym pamiętać, że to właśnie małe firmy po raz pierwszy staną przed obowiązkiem przesłania informacji o dochodach pracowników w wersji on-line. Do tej pory przedsiębiorstwa zatrudniające do 5 pracowników, w przeciwieństwie do większych, mogły PIT-11 do Urzędu Skarbowego przekazywać w formie papierowej drogą pocztową. Dopiero tegoroczne zmiany zmuszają je do przesyłania dokumentów elektronicznie, na co, jak pokazują badania, ponad połowa nie jest gotowa.

Średnie i duże firmy, dla których obowiązek elektronicznej wysyłki nie jest nowością, także nie czują się w pełni gotowe. Nieprzygotowanie na tym polu deklaruje 36% respondentów ze średnich firm (9-49 pracowników) i 18% z dużych firm (50-249 pracowników). Znaczące problemy mają także przedsiębiorcy z terenów wiejskich, spośród których 40% zadeklarowało brak gotowości na wysyłkę dokumentów on-line.

Czy przedsiębiorcy zdążą przed 31 stycznia?

PIT-11 za rok 2018 należy, w świetle nowych regulacji, dostarczyć do Urzędu Skarbowego aż o miesiąc wcześniej – do 31 stycznia 2019 roku. Niewielkie przedsiębiorstwa deklarują, że i te zmiany będą stanowić dla nich problem. Niemal połowa z nich (48%) może nie zdążyć na czas złożyć do Urzędu Skarbowego kompletu dokumentów dotyczących zarobków pracowników. Wśród średnich firm kłopot z dotrzymaniem terminu może mieć co trzeci ankietowany pracodawca (33%), a wśród dużych firm co dziesiąty (10%).

Spośród firm z terenów wiejskich spóźnienia obawia się 1/3 badanych, ale wielkość jednostki administracyjnej nie jest tutaj regułą, gdyż 1/4 przedsiębiorców z miast powyżej 500 tysięcy mieszańców także deklaruje, że może nie zdążyć.

Udostępniając program do elektronicznego wystawiania i wysyłania PIT-11, na przestrzeni lat zaobserwowaliśmy, kiedy pracodawcy przesyłają do Urzędu Skarbowego informacje o pracowniczych dochodach. Niestety, większość z nich zostawia ten obowiązek na ostatnią chwilę. Takie nawyki, tym bardziej w perspektywie nadchodzących zmian i skróconego czasu dostarczania dokumentów do Urzędu Skarbowego, mogą przysporzyć przedsiębiorcom sporo problemów – mówi Artur Kaczmarek, Dyrektor ds. komunikacji, marketingu i PR z firmy e-file – twórcy aplikacji e-pity Płatnika.

Przedsiębiorcy czują się niedoinformowani

Z badania wynika, że niemal co trzeci respondent (28%) nie orientuje się w nadchodzących zmianach. 44% deklaruje powierzchowną wiedzę na ten temat, lecz nie potrafi podać szczegółów. Jedynie 28% czuje się doskonale przygotowanych. Najlepiej zorientowani w sytuacji są młodzi przedsiębiorcy, mający nie więcej niż 24 lata, a najgorzej Ci po 50 roku życia – co trzeci z nich deklaruje, że nie wie w jaki sposób będzie musiał dostarczyć do Urzędu Skarbowego PITy-11 pracowników za rok 2018.

Zauważalna w badaniu jest zależność między liczbą pracowników, a stanem wiedzy pracodawców. Wraz ze wzrostem liczby zatrudnionych rośnie odsetek osób deklarujących dobry poziom wiedzy na temat zmian. Najlepiej poinformowane są duże firmy, zatrudniające wielu specjalistów i doradców. Przedsiębiorcy w tych małych czują się niedoinformowani, a przez to zaniepokojeni zbliżającym się nieuchronnie terminem wysyłki.

Przygotowane przez e-file badanie dostarcza alarmujących wniosków – znaczna część firm nie jest gotowa zmierzyć się z nadchodzącymi zmianami dotyczącymi PIT-11. Sporo problemów sprawia małym przedsiębiorstwom nałożony na nie obowiązek elektronicznej wysyłki informacji o dochodach pracowników, a także skrócony czas na przygotowanie wszystkich dokumentów, którego termin upływa 31 stycznia 2019. Bez względu jednak na wielkość firmy warto dopilnować terminowego złożenia PIT-11, by uniknąć ewentualnej grzywny. Nie ma możliwości, by PIT-u w ogóle nie złożyć, gdyż jest to ustawowy obowiązek pracodawcy i Urząd Skarbowy o takie informacje ostatecznie zawsze się upomni.

Badanie zostało zrealizowane na zlecenie firmy e-file w grudniu 2018 przez agencję SW RESEARCH metodą wywiadów on-line (CAWI) na panelu internetowym SW Panel. W ramach badania przeprowadzono 506 ankiet.

Straty okradanych przewoźników to 10 mld euro rocznie. Polacy chcą rozwiązać ten problem

Dziennie okradanych jest w całej UE średnio niemal 50 naczep. Polscy inżynierowie opracowali pionierski system ochrony samochodów ciężarowych, którzy może pomóc rozwiązać ten narastający problem w branży transportowej.

Branża transportowa zmaga się dziś z rosnącym zagrożeniem. Zarówno długie, jak i krótsze trasy ciężarówkami wiążą się między innymi z ryzykiem włamań do pojazdów, kradzieży towaru lub paliwa, czy zniszczenia mienia. Takie sytuacje to często przykra codzienność, z którą zmagać się muszą kierowcy i właściciele flot.

Liczba problemów związanych z kradzieżą lub dewastacją towaru jest znacznie poważniejsza niż wielomiesięczne lub nawet wieloletnie próby uzyskania odszkodowania. Straty ze wszystkich kradzieży dokonanych w 2016 roku w Unii Europejskiej wyniosły blisko 10 miliardów Euro. Według najnowszych danych, dziennie okradanych jest średnio niemal 50 naczep w całej UE – mówi Marcin Lewicki, CEO & Founder Sternkraft, odpowiadający za rozwój biznesu w Polsce i Europie.

Chcąc wyjść naprzeciw pilnej potrzebie wsparcia i podniesienia bezpieczeństwa branży TSL, grupa polskich inżynierów zaprojektowała system, który został następnie wdrożony przez niemieckich konstruktorów. W dalszej kolejności Polacy wykupili niemiecką firmę.

SafeWay to zaawansowana technologia zabezpieczająca transport, która może ograniczyć straty poniesione podczas napadów i włamań do minimum. To pierwszy tak zaawansowany system zabezpieczeń transportu, zbudowany w oparciu o pionierskie rozwiązania technologiczne, takie jak w pełni zintegrowany z panelem zarządzania system kamer i czujników. W jego tworzenie zaangażowani byli specjaliści z branży telematycznej, a do testów zaproszono nadzorców flot oraz samych kierowców.

Safeway to kompletne narzędzie do ochrony naczep TIR, również tych plandekowych, oraz baków paliwa, zapobiegające napaściom, kradzieżom i wandalizmowi, zapewniające bezpieczeństwo flocie i jej kierowcom. W odróżnieniu od innych dostępnych rozwiązań, system ten instalowany jest jedynie na naczepie pojazdu.

Kamery z kolei są narzędziem w rękach kierowcy – pozwalają na natychmiastową analizę sytuacji wokół pojazdu. Obraz z nich wędruje do panelu SafeWay w takiej postaci, aby kierowca w intuicyjny sposób wiedział, który podgląd odpowiada za daną część pojazdu. Operator panelu może przejść do pełnego widoku każdej z kamer, a także powiększać dany kadr, aby jeszcze lepiej ocenić  zagrożenie i odpowiednio wcześniej zareagować.

Specjalnie zaprojektowane moduły czujników laserowo-optycznych wnętrza naczepy SmartSensors wykrywają nawet najmniejsze zmiany położenia towaru bez autoryzacji przewoźnika. To najważniejsza i najbardziej innowacyjna część systemu Safeway. Moduł monitoringu zewnętrznego SafeTube jest natomiast sercem koordynującym pracę wszystkich podzespołów. Specjalne kamery, wysuwane automatycznie poza obrys naczepy podczas postoju, pokazują logiście otoczenie pojazdu znajdującego się w dowolnym miejscu na terenie Unii Europejskiej. Wszystkie dane filtrowane są przez algorytmy systemu i szyfrowaną siecią VPN trafiają do panelu w kabinie kierowcy i panelu zarządzania online.

Kamery z kolei pozwalają kierowcy na natychmiastową analizę sytuacji wokół pojazdu, dla logisty zaś przydają się przy problemach związanych z załadunkiem i rozładunkiem, kiedy to przewoźnik często niesłusznie obwiniany jest o uszkodzenia i braki w towarze. Obraz z kamer wędruje do panelu SafeWay w takiej postaci, aby kierowca w intuicyjny sposób wiedział, który podgląd odpowiada za daną część pojazdu. Operator panelu może przejść do pełnego widoku każdej z kamer, a także powiększać dany kadr, aby jeszcze lepiej przyjrzeć się potencjalnemu zagrożeniu.

Panel to urządzenie o niezwykle prostym interfejsie – tablet ma tylko trzy przyciski: uzbrój alarm, włącz tryb załadunku, oraz włącz alarm (tzw. panic button). Kierowca może też przejrzeć historię zdarzeń i filmy z nimi powiązane.

Inwestycja w system dla firm transportowych czy spedycyjnych oznacza bezkonkurencyjność w oczach Producenta i Dystrybutora, przekłada się też na liczbę i jakość kontraktów. Pomaga też objąć pozycję w technologicznej czołówce branży transportowej, której przyszłością jest monitoring i bezpieczeństwo naczep oraz zwiększenie bezpieczeństwa pracy kierowców – ocenia Marcin Lewicki.

Pierwsi klienci już po okresie testowym odnotowali widoczny spadek strat wynikających z niedostatecznie zabezpieczonych transportów.

Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018

Dziesięć innowacyjnych projektów w sześciu kategoriach – poznaliśmy zwycięzców ABSL Diamonds Awards, najbardziej prestiżowego konkursu branży nowoczesnych usług biznesowych, którego celem jest promocja nowatorskich rozwiązań i docenienie firm przyczyniających się do rozwoju branży. Zwycięzcy odebrali nagrody podczas uroczystej Gali w warszawskim Hotelu Intercontinental, w której udział wzięli najważniejsi przedstawiciele sektora nowoczesnych usług biznesowych, reprezentanci rządu, miast, świata nauki i mediów.                

Tegoroczna edycja konkursu była rekordowa – jury oceniło aż 110 projektów zgłoszonych przez 62 firmy w 6 kategoriach: doskonałość biznesowa (Business Excellence), tworzenie wartości dla klienta (Customer Experience), przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace), budowanie reputacji pracodawcy (Employer Branding), działalność społecznie odpowiedzialna (CSR) oraz rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education).

Innowacje są kluczowe dla centrów usług biznesowych, a nowoczesne usługi biznesowe to dziś jeden z najdynamiczniej rozwijających się sektorów polskiej gospodarki. To właśnie dzięki nowatorskim rozwiązaniom działające w naszym kraju centra są w stanie realizować coraz bardziej zaawansowane zadania, zajmować się złożonymi procesami, są coraz efektywniejsze. Tym bardziej cieszy, że do tegorocznej edycji konkursu zgłosiło się tak wiele firm , mówi Piotr Dziwok, prezes ABSL.

Podobnie jak w ubiegłym roku wyróżnione zostały zarówno największe, jak i te nieco mniejsze centra usług dla biznesu, dlatego w każdej kategorii przyznane zostały statuetki dla firm z grupy tzw. Tygrysów – firm zatrudniających mniej pracowników, działających na polskich rynku krócej niż 5 lat  oraz Lwów, czyli największych graczy w sektorze.

Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018Zwycięzcy ABSL Diamonds Awards 2018

Grupa LIONS

  • Kategoria: Doskonałość biznesowa (Business Excellence)
    Credit Suisse Polska za projekt digitalizacji procesów HR.
  • Kategoria: Tworzenie wartości dla klienta (Customer Experience)
    Shell Polska Sp. z o.o. za rozwiązanie, dzięki któremu w zaledwie 8 miesięcy podniesiono satysfakcję klienta firmy do 8,6 punktów w 10 stopniowej skali, co przełożyło się również na poprawę wyników finansowych.
  • Kategoria: Przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace)
    Schneider Electric za projekt mający na celu zwiększenie zaangażowania pracowników, którego rezultatem był wzrost satysfakcji z pracy, wykazany w corocznej ankiecie.
  • Kategoria: Budowanie reputacji pracodawcy (Employer Branding)
    Accenture Operations za kampanię skierowaną do pokolenia Y i Z, dzięki której znacząco wzrosła ilość złożonych aplikacji o pracę w Accenture
  • Kategoria: CSR
    UBS za zorganizowanie wyjazdu wakacyjnego dla grupy dzieci z ubogich rodzin.
  • Kategoria: Rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education)
    Hitachi za realizację – wspólnie z Uniwersytetem Ekonomicznym w Krakowie – programu nauczania, który umożliwi przyszłym specjalistom nabycie praktycznych umiejętności niezbędnych do pracy w międzynarodowych centrach usług biznesowych.

Grupa TIGERS

  • Kategoria: Doskonałość biznesowa (Business Excellence)
    Digital Teammates za wykorzystanie technologii robotyzacji do automatyzacji procesów, w której developerami robotów są osoby bez specjalistycznych kwalifikacji w zakresie IT.
  • Kategoria: Przyjazne środowisko pracy (Vibrant Workplace)
    TATE & LYLE GLOBAL SHARED SERVICES SP. Z O.O. za projekt złożony w sumie z 45 inicjatyw mających na celu zapewnienie dobrego samopoczucia pracowników w miejscu pracy
  • Kategoria: CSR
    KMD Polska Sp. z o.o. za stworzenie zautomatyzowanej instrukcji dla osób niosących pomoc w przypadku ataku serca.

Kategoria: Rozwój pracowników i edukacja (Talent Development & Education)
GlobalLogic S.A. – za szeroko zakrojony program edukacji, w ramach którego organizowano warsztaty, konferencje i szkolenia we współpracy z uczelniami wyższymi

Ostatnie w tym roku spotkanie Europejskiego Banku Centralnego

Ostatnie spotkanie Europejskiego Banku Centralnego w tym roku może przynieść istotne rozstrzygnięcia. Co stanie się z euro?

Dziś uwaga inwestorów skupi się na spotkaniu i konferencji prasowej Europejskiego Banku Centralnego. Rynek zdaje się oczekiwać dość gołębiego przekazu ze strony Banku. Niewykluczone, że EBC – uwzględniając ostatnie rozczarowujące dane o aktywności i bazowej dynamice cen – obniży projekcje wzrostu gospodarczego i inflacji. Niektórzy obserwatorzy oceniają również, że ton prezesa Draghiego może być nieco mniej optymistyczny, niż podczas wcześniejszych konferencji.

Naszym zdaniem, uwzględniając ograniczone oczekiwania rynku, istnieje nieco większa szansa, że spotkanie zaskoczy in plus, niż in minus, a Draghi pozostanie względnie optymistyczny, stawiając nacisk na (oczekiwane) zakończenie skupu aktywów w ramach programu QE. Negatywne pozycjonowanie względem euro i odsunięcie w czasie oczekiwań względem podwyżek stóp procentowych we wspólnym bloku sugerują, że jeśli ton prezesa Draghiego będzie bardziej pozytywny, niż szacują inwestorzy, euro mogłoby istotnie zyskiwać w relacji do dolara amerykańskiego, co powinno pomóc również złotemu.

SPOJRZENIE NA GŁÓWNE WALUTY

EUR

Kurs EUR/PLN w środę spadł o 0,2%, wahając się w widełkach 4,29-4,30. Dane makroekonomiczne ze strefy euro publikowane w tym tygodniu były dość dobre, jednak ich znaczenie pozostaje ograniczone: obecnie inwestorzy skupiają się przede wszystkim na wspomnianym wyżej spotkaniu Europejskiego Banku Centralnego oraz – do pewnego stopnia – na ewolucji sytuacji w Wielkiej Brytanii.

GBP

Kurs GBP/PLN w środę wzrósł o 0,5%, wahając się w widełkach 4,74-4,79. Funt brytyjski wczoraj zyskiwał również w relacji do głównych walut, w czym pomogły informacje o tym, iż premier May przetrwała wotum nieufności, co zabezpiecza ją przed podobnym procesem na najbliższe 12 miesięcy. Funt umocnienie rozpoczął jednak jeszcze przed głosowaniem, co sugeruje, że taki scenariusz był w większości wyceniany przez rynki.

Zgodnie z ostatnimi doniesieniami premier May ma dziś spotkać się z przewodniczącym Rady Europejskiej, Donaldem Tuskiem. Patrząc na ich ostatnie komentarze, nie wydają się jednak żeby europejscy oficjele byli skorzy do renegocjacji porozumienia, na czym zależy May. Problemem dla brytyjskich parlamentarzystów pozostaje m.in. kwestia granicy z Irlandią Północną i przyszłości obszaru. Nawet jeśli May udałoby się osiągnąć pewne ustępstwa ze strony UE (co w obecnym momencie nie wydaje się realistyczne) dalej nie wiadomo, czy jej porozumienie zostanie zaakceptowane przez brytyjski parlament, w związku z czym trudno oszacować, jaka przyszłość czeka Wielką Brytanię. Ta niepewność raczej nie pozwoli walucie na istotny wzrost w najbliższym czasie.

USD

Kurs USD/PLN w środę spadł o 0,7%, wahając się w widełkach 3,77-3,80. Dolar amerykański osłabił się w relacji do głównych walut i polskiego złotego. Wczorajsze dane o inflacji konsumenckiej w listopadzie w przeciwieństwie do tych o inflacji producentów z poprzedniego dnia nie zaskoczyły na plus, a okazały się w pełni zgodne z oczekiwaniami. Inflacja CPI spadła z poziomu 2,5% w październiku do 2,2% rocznie w listopadzie, bazowy indeks z kolei znalazł się w okolicy poziomu 2,2% w ujęciu rocznym, pozostając względnie stabilnym. W ujęciu ogólnym dane sugerują brak wzrostu presji inflacyjnej i zdają się umożliwiać Rezerwie Federalnej poczekanie na rozwój sytuacji i wyhamowanie tempa podwyżek stóp procentowych w przyszłym roku.

Dziś w drugiej części dnia warto zwrócić uwagę na cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA oraz na dane o cenach eksportowych i importowych w USA w listopadzie. Dla dolara prawdopodobnie największe znaczenie będzie miało jednak spotkanie i konferencja prasowa EBC.

KLUCZOWE PUBLIKACJE

  • 13:45 – decyzja EBC ws. stóp procentowych
  • 14:30 – konferencja prasowa EBC
  • 14:30 – wskaźnik cen eksportowych i importowych w USA w październiku
  • 14:30 – cotygodniowe dane o liczbie zadeklarowanych bezrobotnych w USA

Autor: Roman Ziruk, Ebury Polska

Miasta w symbiozie z naturą

Idea symbio-miast to sposób na wprowadzenie gospodarki o obiegu zamkniętym na poziomie lokalnym oparty na synergii między różnymi systemami miejskimi. W tym podejściu nie funkcjonują one całkowicie niezależnie od siebie: odpady mogą posłużyć do produkcji biogazu, a ciepło odpadowe z przemysłu może być wykorzystane w miejskim systemie ciepłowniczym. Nie jest to pieśń przyszłości – takie rozwiązania są już stosowane.

Miasto włączone w ekosystem na zasadzie symbiozy – tak najkrócej można opisać ideę symbio-miasta (SymbioCity). Stoi za nim założenie, że obieg materii w miastach powinien być zamknięty – należy zadbać o ponowne wykorzystanie odpadów w systemie miasta lub oddawanie ekosystemowi materii w takim samym stanie, w jakim została pobrana. Nie chodzi jednak po prostu o recykling, ponieważ trzeba dążyć do tego, by z przyrody pobierać jak najmniej oraz jak najmniej oddawać w takiej postaci, która może być dla niej szkodliwa.

Koncepcja symbio-miasta obejmuje szereg kluczowych elementów: architekturę, energetykę, planowanie krajobrazu, transport i zarządzanie ruchem, gospodarkę odpadami, funkcje miastotwórcze, przemysł i budynki oraz gospodarkę wodno-ściekową*.

Modelowa dzielnica

To opracowane 10 lat temu w Szwecji podejście znalazło swoje odzwierciedlenie w wielu ośrodkach miejskich na całym świecie. Modelowym przykładem jest dzielnica Hammarby Sjöstad w Sztokholmie. Tam ścieki oraz odpady są wykorzystywane do ogrzewania i chłodzenia pomieszczeń, a także produkcji energii elektrycznej i biogazu. Część zapotrzebowania na prąd pozwala pokryć również  energia z paneli fotowoltaicznych. Przyjazne środowisku instalacje mają też umożliwić ograniczenie zużycia wody do 100 l na osobę dziennie (czyli dwukrotnie mniej niż wynosi średnia dla mieszkańców Sztokholmu).

Ważnym elementem symbio-miasta jest także zrównoważony transport. Celem projektantów dzielnicy jest to, by 80% podróży mieszkańców oraz osób pracujących w dzielnicy odbywała się pieszo, rowerem lub transportem publicznym.

Nie tylko miasta

Zamknięcie obiegu nie musi dotyczyć tylko dużych ośrodków. Za przykład może posłużyć niewielka gmina Chagny we Francji. Z powstających tam odpadów miejscowy zakład metanizacji odpadów zaprojektowany, zbudowany i eksploatowany przez TIRU produkuje biogaz. Ten zaś zapewnia energię do wypalania dachówek w sąsiadującej fabryce. W tym samym zakładzie powstaje też wysokogatunkowy kompost wykorzystywany przez okolicznych rolników.

* Na podstawie: Czas wyzwań – czas odpowiedzi, czyli droga ku gospodarce o obiegu zamkniętym. Raport z okazji 350-lecia firmy Saint-Gobain, Instytut na rzecz Ekorozwoju, Warszawa 2015

Promowanie idei zrównoważonego rozwoju miast jest celem projektu ECO-MIASTO organizowanego przez Ambasadę Francji w Polsce i Centrum UNEP/GRID-Warszawa. ECO-MIASTO jest realizowane we współpracy z Renault Polska, SAUR Polska, Grupą Saint-Gobain, Ceetrus Polska, Dalkią i TIRU, a także WSPÓLNIE – Fundacją LafargeHolcim.

Cyfrowa reklama zewnętrzna wychodzi na pozycję lidera

Diana Polska
Diana Polska – Marketing & PR Manager w MyLED, odpowiedzialna m.in. za public relations, budowanie komunikacji marketingowej firmy oraz kreowanie kampanii na nośnikach DOOH, dostosowanych do potrzeb klientów. Pasjonuje się innowacyjnymi rozwiązaniami technologicznymi wykorzystywanymi w cyfrowej reklamie OOH oraz tworzeniem pozytywnego wizerunku marki.

W trzecim kwartale 2018 sprzedaż cyfrowej reklamy zewnętrznej na polskim rynku wyniosła ponad 12,8 mln zł. Jest to wzrost o 52,4% w porównaniu z analogicznym okresem ubiegłego roku. Co sprawia, że format ten staje się coraz popularniejszy? Jak wyglądają prognozy na przyszłe lata? O tym Diana Polska, Marketing & PR Manager MyLED.

Jak wynika z raportu WARC, wydatki na digital OOH wzrosły w tym roku do 37,3%. Dla porównania w 2017 odnotowano wzrost o 34,8%, w 2016 o 32,4%, natomiast w 2012 wzrost wyniósł 22,7%. Dynamiczny rozwój jest efektem stale zwiększającej się liczby nośników typu digital w przestrzeni miejskiej oraz szybkiego rozwoju technologicznego. Z roku na rok możliwości outdooru stają się też coraz większe, a tym samym zwiększa się jego zasięg. Rosnącą popularność zawdzięcza się również łączeniu reklamy w przestrzeni miejskiej z mobilem.

Zwiększenie wydatków na cyfrową reklamę zewnętrzną można zaobserwować nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Przewiduje się, że do 2021 roku będą one wzrastać regularnie o 10,1%.

Kreatywna reklama bliżej odbiorcy

Reklamodawcy coraz częściej dostrzegają zalety cyfrowej reklamy zewnętrznej. Według danych opublikowanych przez Amerykańskie Stowarzyszenie Reklamy Zewnętrznej (OAAA), cyfrowe tablice stanowią obecnie 21% wszystkich billboardów w tym kraju. Badania przeprowadzone przez Nielsen pokazują natomiast, że około 60% amerykańskich konsumentów widzi cyfrową tablicę reklamową raz w miesiącu, a 37% przynajmniej raz w tygodniu.

Branże, które najczęściej korzystają z tego formatu można podzielić na kilka sektorów. Pierwszym z nich jest handel, w tym również produkty z kategorii FMCG. Kolejny to branża telekomunikacyjna, a dokładniej znane marki telefonii komórkowej, które od lat walczą o pozycję lidera na rynku. Z cyfrowej reklamy zewnętrznej chętnie korzysta również branża motoryzacyjna. Jak wynika z badań Posterscope, na które powołuje się firma Lamar Advertising, aż 87,5% fanów motoryzacji zwraca uwagę na reklamy zewnętrzne związane z obszarem ich zainteresowania. Co więcej, 83% kierowców ma styczność z reklamą OOH, podczas gdy z reklamą telewizyjną tylko 41%.

W ostatnim czasie do wyżej wymienionych sektorów dołączyła branża e-commerce, której zależy przede wszystkim na przekierowaniu odbiorców cyfrowej reklamy do strony internetowej swojej marki. Świetnym przykładem tego typu realizacji jest kampania serwisu e-Bay, który uruchomił kreatywną kampanię opartą o dane pogodowe, czy też zrealizowana minionego lata kampania Airbnb, zachęcająca gospodarzy do wynajmowania gościom swoich mieszkań w okresie wakacji.

Przewaga nad tradycyjnym outdoorem

Siłą reklamy DOOH jest możliwość dotarcia do odbiorcy z dynamicznym, innowacyjnym przekazem w odpowiednim miejscu i czasie. Wzrost liczby cyfrowych nośników w przestrzeni miejskiej, szczególnie w miejscach o dużym natężeniu ruchu, zapewnia markom jeszcze lepsze dopasowanie contentu do grupy docelowej. Ten rodzaj reklamy daje marketerom także elastyczność planowania i realizacji kampanii. Dzięki umiejętnemu wykorzystaniu możliwości cyfrowej reklamy OOH w kreowaniu treści wyświetlanych na ekranach LED, reklamodawcy zyskują większy zasięg i rozpoznawalność wśród odbiorców. Wpływa to również na kreowanie pozytywnego wizerunku marki oraz efektywność działań marketingowych.

Herbaty nie uprawiamy, za to ją eksportujemy. Rynek herbaty w Polsce

Polacy mogą uważać przypadający 15 grudnia Międzynarodowy Dzień Herbaty za swoje święto. Polska od dawna jest postrzegana jako kraj herbaciarzy. Jesteśmy czwartym krajem w Europie o najwyższym jej spożyciu. Średnio Polak parzy rocznie napar z 1 kg liści. Więcej herbaty piją w Europie tylko Irlandczycy (zużywają 2,18 kg suszu), Brytyjczycy (1,93 kg) oraz Rosjanie (1,38 kg). Polska plasuje się również wysoko w zestawieniu globalnym. Znajdujemy się na dziewiątym miejscu i wyprzedzamy nawet takie kraje jak Japonia, Chiny czy Arabia Saudyjska.

Według danych Comtrade, w 2017 r. Polska sprowadziła 32,2 tys. ton herbaty, z czego większość, bo aż 28 tys. ton stanowiła herbata czarna. Polacy postrzegają ją jako niezbędny składnik codziennej diety, choć jednocześnie obserwowany jest trend zmniejszania konsumpcji herbat czarnych na rzecz herbat ziołowych i funkcjonalnych. Według raportu firmy Nielsen, znaczący udziały w rynku mają również herbaty: owocowe (14,8 proc.), ziołowe (12,1 proc.) oraz Earl Grey (11,1 proc.). Mniej Polaków wybiera herbatę zieloną, która stanowi 8,1 proc. rynku oraz czerwoną z udziałem na poziomie 1,3 proc., choć wraz ze zmianą trybu życia na zdrowszy, na horyzoncie rysują się już zmiany tych preferencji.

Polacy najchętniej kupują herbaty w torebkach, które odpowiadają za ok. 89 proc. wartości sprzedaży. Najczęściej piją herbatę bez dodatków, ewentualnie urozmaicają ją cytryną, słodzą miodem lub cukrem. Rzadziej dodają mleko, imbir czy syrop owocowy.

Jedna czwarta herbaty, która trafiła w 2017 roku do Polski, pochodziła z Kenii. Resztę przywieziono z Chin (16,5 proc.), Indii (16,3 proc.), Indonezji (8,8 proc.) i Sri Lanki (6,5 proc.). Sprowadzany surowiec jest niesfermentowany lub częściowo sfermentowany, a następnie w polskich zakładach liście są przetwarzane, pakowane i wysyłane do dystrybutorów. Co ciekawe, znaczące ilości herbaty z Polski są sprzedawane za granice i to w ilościach, które dają nam 14. pozycje w światowym eksporcie tego produktu. Eksportujemy herbatę głównie do Wielkiej Brytanii (16 proc. wolumenu całego eksportu z Polski w 2017 r.), Francji (15 proc.), Belgii (12 proc.), Szwecji (7,5 proc.), Holandii (6,5 proc.) i Włoch (6,3 proc.).

– Wspomniane 32,2 tys. ton herbaty zaimportowanej w 2017 r. było warte prawie 101 mln EUR, za to ponad 19,1 tys. ton wyeksportowanej herbaty w tym samym czasie warte było ponad 167,3 mln EUR. Co prawda pomiędzy 2016 i 2017 r. nastąpił spadek wolumenu i wartości eksportu herbaty, przy jednoczesnym wzroście wolumenu i wartości importu, ale i tak herbata eksportowana z Polski jest średnio trzykrotne droższa od tej importowanej – mówi Karolina Załuska, ekspert ds. Analiz Sektorowych i Rynków Rolnych w Banku BGŻ BNP Paribas.

Herbata jest – zaraz po wodzie – najczęściej spożywanym napojem na świecie. Otrzymuje się ją z liści (pączków) roślin herbaty chińskiej (Camellia sinensis). Napar z herbaty rozgrzewa, odpręża, pobudza, może wspomagać odchudzanie i ma właściwości zdrowotne (może np. wspomagać odporność i obniżanie poziomu cholesterolu). Dzięki obecności niewielkiej ilości kofeiny, herbata jest łagodnym stymulantem, redukującym uczucie zmęczenia. Uprawia się ją głównie w Chinach, Indiach, Kenii i na Sri Lance.

– Z danych FAO wynika, że w 2016 r. na całym świecie wyprodukowano 5,73 mln ton herbaty (czarnej, zielonej i innych), a globalny rynek herbaty wart był ok. 14,45 mld USD. Przewiduje się, że w najbliższych latach będzie on rósł i w 2024 roku osiągnie wartość 21,33 mld USD – dodaje Karolina Załuska z Banku BGŻ BNP Paribas.