Rentowności obligacji Francji i Niemiec poruszały się w przeciwnych kierunkach w minionym tygodniu, co czytelnie opisywało preferencje inwestorów w wyborze coraz węższego spektrum bezpiecznych przystani. Ta selekcja widoczna była w całej Europie.
Niestety, obligacje polskiego rządu znalazły się w gronie papierów, które taniały przez większą część tygodnia. Nie były jednak wyjątkiem – w tym samym czasie taniały też obligacje Czech, Rumunii, Słowacji czy Węgier. Nie chodziło jednak o przynależność do regionu (na szczęście, bo gdyby tak było, oznaczałoby to rosnącą wycenę ryzyka geopolitycznego), lecz po prostu do krajów o mniej stabilnych podstawach finansów publicznych. Taniały też obligacje Włoch, Grecji, Belgii, Hiszpanii i oczywiście Francji. W tych dniach pojawiło się wiele opinii wyznaczających Francji rolę katalizatora przyszłego kryzysu finansowego zdolnego rozsadzić strefę euro, a wraz z nią całą UE, więc w naturalny sposób obawy dotyczące Francji są przenoszone na kraje, które mają najwięcej do stracenia na negatywnym scenariuszu. Nawiasem mówiąc, to także czytelne oznaczenie rynkowe krajów, które na obecności w Unii najwięcej zyskują.
Na tle przecenianych papierów błyszczały obligacje Niemiec i Wielkiej Brytanii, co także jest wskazówką – wbrew komentarzom to nie przemiany społeczne są przedmiotem zainteresowania rynków. Źródłem narastającego zagrożenia kryzysem są zbyt wysokie deficyty budżetowe, zbyt wysokie zadłużenie, a przede wszystkim zbyt szybko rosnące koszty odsetkowe. Inwestorzy na globalnych rynkach szukają więc szalup ratunkowych i wsiadają do tych, w których, jak sądzą, szanse na przeczekanie niespokojnych dni są największe. Niemieckie papiery, jako również najpłynniejsze na Starym Kontynencie, są oczywistym wyborem. Ale w tych dniach zyskiwały też obligacje Danii i Finlandii, a więc krajów o najwyższych ocenach ratingowych.
Rentowność polskich obligacji nie wyznaczyła nowego szczytu (w przeciwieństwie do obligacji Francji czy Belgii), choć było do tego bardzo blisko (granica 6,5 proc. była testowana w środę i czwartek). Aukcja sprzedaży obligacji za 14 mld zł zakończyła się powodzeniem, ale przy mniejszym niż przed tygodniem popycie (18 mld zł wobec 20 mld zł tydzień wcześniej). Trzeba tu pamiętać, że w przetargach obligacji mogą brać udział tylko wybrane instytucje, które oczywiście mogą działać na zlecenie swoich klientów, w tym inwestorów zagranicznych. Wątpliwe jednak, żeby w ich oczach polskie obligacje prezentowały się atrakcyjnie przy słabnącym złotym i z ociągającą się z podwyżkami stóp RPP w tle. Z kolei słabe wyniki funduszy dłużnych przełożyły się we wrześniu na odpływy środków i w efekcie, ta część inwestorów również może mieć zmniejszone apetyty. Inaczej mówiąc – dealerom może być trudniej znaleźć chętnych do odsprzedania obligacji kupionych na przetargach. Do tego dochodzą kolejne powody, by nie kupować obligacji akurat teraz – drożejąca ponownie ropa, ryzyko eskalacji w Iranie czy najnowsze dane o rosnącej inflacji producentów (6,1 proc.).
Ratunkiem może okazać się… kontynuacja przeceny na rynkach akcji. Czwartkowe spadki na Wall Street wyraźnie wzmocniły obligacje USA (dziesięciolatki ponownie przełamały poziom 5 proc., tym razem przekraczając go od góry). To pomogło nieco uspokoić sytuację na rynku dłużnym w Europie w piątek, ale oddalenie od maksimów rentowności to za mało, by mieć nadzieję na trwały przełom. Jest to jednak przypomnienie – obligacje skarbowe mogą stać się wartościowym zabezpieczeniem portfeli w razie wystąpienia głębszej przeceny na giełdach.
Wszelkie przedstawione analizy, komentarze i konkluzje stanowią osobiste poglądy autora wyrażone w oparciu o posiadaną fachową wiedzę dotyczącą funkcjonowania rynku finansowego.



