Prawo dotyczące zakupów w sieci będzie jednolite w całej UE. Nowe przepisy budzą obawy branży

Branża e-commerce przygotowuje się do wdrożenia nowego prawa wynikającego z unijnej dyrektywy o prawach konsumentów. Niektóre jej zapisy budzą obawy przedsiębiorców, zwłaszcza że prace nad polską ustawą jeszcze się nie zakończyły. 

Dyrektywa Parlamentu Europejskiego 2011/83/UE, która ma wejść w życie w połowie 2014 r., ma ujednolicić przepisy dotyczące e-handlu w 28 państwach członkowskich.

 – Trochę obawiamy się unijnej dyrektywy konsumenckiej, gdyż nie do końca wiemy, w jaki sposób te przepisy będą interpretowane i jak będzie wyglądało ich wprowadzenie w życie. W tej chwili sprawa jest na agendzie organizacji zajmujących się prawami konsumenta oraz e-commerce w Polsce, zakładam więc, że tam zostaną wypracowane rozwiązania, które pozwolą pogodzić wymagania Unii Europejskiej i konsumentów z wygodą użytkownika i interesami samych sklepów – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jakub Radkowski, doradca zarządu Merlin.pl.

W Polsce prace nad ustawą o prawach konsumentów trwają – przyjęta 24 grudnia przez rząd została skierowana do prac w Sejmie.

 – Zgodnie z nowymi przepisami klient będzie miał 14 dni na zwrot produktu. W Polsce obecnie ma ustawowo 10, ale w naszym regulaminie i tak przewidujemy 30 dni, więc akurat w naszym przypadku wydłużenie tego terminu niewiele zmieni – mówi Radkowski.

Jego zdaniem większe problemy mogą sprawiać nowe obowiązki informacyjne. Dyrektywa wymaga od sprzedawców m.in. powiadomienia klienta o obowiązku pokrycia kosztów wysyłki zwracanego towaru – jeśli takiej informacji nie będzie, to koszty poniesie sprzedawca.

 – Uciążliwe mogą być wymagania dotyczące informowania o produkcie i transakcji – mówi Jakub Radkowski. – Tych informacji jest tak dużo, że ich podawanie może utrudniać klientowi zakupy. Pewne rzeczy, które są dla klienta oczywiste, dotyczące np. fiszki produktu, będą musiały być wielokrotnie mu wskazywane. Może to być męczące, a zakupy internetowe powinny być szybkie i wygodne.

Sprzedawca będzie musiał poinformować klienta również o tym, że pobrane przez niego pliki elektroniczne nie będą mogły być zwrócone. Jeśli tego nie uczyni, klient będzie mógł je zwrócić jak każdy inny towar. W pewnych przypadkach dyrektywa zwiększa też prawa sprzedawców – np. do odroczenia zwrotu pieniędzy, aby zbadać stan zwróconego towaru.

Rośnie popularność e-wizyt lekarskich i szkoleń online. Wzrosty sięgają kilkuset procent

Rynek porad lekarskich online będzie dynamicznie rósł – wynika z raportu Deloitte. Do rozwoju usług w sieci przyczynią się m.in. seniorzy, który coraz chętniej sięgają po smartfony. Rośnie także popularność edukacyjnych kursów internetowych. W tym roku liczba zapisów na takie zajęcia wzrośnie dwukrotnie, a za sześć lat e-edukacja ma stanowić 10 proc. całości edukacji.

 Ciekawym rozwiązaniem dostępnym przez internet są kursy, szkolenia i wykłady, czyli edukacja online. To przede wszystkim kursy MOOC, czyli Massive Open Online Courses. Są one nowoczesnymi odpowiednikami szkolnictwa wyższego i kursów doskonalenia zawodowego, a ich udział w rynku edukacyjnym będzie rósł – prognozuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Jakub Wróbel, starszy menedżer w dziale konsultingu Deloitte.

Według raportu firmy w tym roku zapisy na kursy online wzrosną dwukrotnie, przekraczając 10 milionów. Rosnąca świadomość nowych metod nauczania zwiększa inwestycje instytucji edukacyjnych w tym obszarze. Na razie problemem jest silny odpływ uczestników w trakcie nauki. W tym roku MOOC będzie miał zaledwie 0,2 proc. udziału w szkolnictwie wyższym. Ale trend wzrostowy jest wyraźny i dotyczy szczególnie szkoleń firmowych oraz osób kontynuujących edukację. Zdaniem menedżera z Deloitte pod koniec tej dekady udział edukacji online w rynku może wzrosnąć do 10 proc.

Szybko rośnie popularność telemedycyny, szczególnie e-wizyt lekarskich – kontaktu z lekarzem za pośrednictwem internetu.

 – Popularność tej formy usług medycznych rośnie szczególnie szybko w Ameryce Północnej: w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie – informuje Jakub Wróbel.

Według Deloitte’a w tym roku dojdzie na świecie do 100 milionów e-wizyt. To o 400 proc. więcej niż w roku 2012. W porównaniu do kosztów tradycyjnych wizyt e-porady pozwolą na oszczędności rzędu 5 miliardów dolarów. W Ameryce Północnej obniżenie kosztów będzie najbardziej znaczące – to 75 proc. całego rynku światowego. Unia Europejska na razie przyjęła plan w sprawie regulacji prawnych ułatwiających korzystanie z telemedycyny.

Teraz seniorzy

Rosnące zainteresowanie technologiami i usługami online widać wśród osób powyżej 55. roku życia. Co prawda największy udział w rynku smartfonów wciąż ma grupa wiekowa 18-54, ale to wśród seniorów najszybciej rośnie liczba nabywanych urządzeń. Osoby w zaawansowanym wieku wolniej opanowują nowinki techniczne, ale po pokonaniu bariery niepewności, stają się zaawansowanymi użytkownikami. W tym roku na świecie udział smartfonów w tej grupie zwiększy się do 45-50 proc. przy tempie wzrostu na poziomie 25 proc.

 – W Polsce jeszcze nie mówimy o tak wysokiej dynamice, ale trend wzrostowy będzie także zauważalny. Wynika on ze starzenia się społeczeństwa i z oferty producentów i operatorów telekomunikacyjnych, w której dominują zdecydowanie urządzenia typu smartfon – wyjaśnia ekspert.

PKP Intercity przyspiesza prace nad rozwiązaniami proklienckimi. W lutym poda szczegóły

PKP Intercity chce przyspieszyć uruchomienie kolejnych proklienckich działań handlowych. Te miały być wdrażane na dużą skalę w 2015 roku, ale, jak podkreśla nowy prezes, spółka już jest gotowa na ich wprowadzenie. Szczegóły mają być znane w ciągu najbliższego miesiąca. Spółka liczy, że nowych pasażerów zachęci do podróży udostępnienie sieci WiFi i multimediów w pociągach.

 W ciągu miesiąca ujawnimy szczegóły planu, łącznie z harmonogramem wdrażania poszczególnych akcji proklienckich – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Celejewski, od środy prezes PKP Intercity. – Obecna sytuacja zmodyfikowała nieco nasze założenia i z działaniami, które były przygotowane na dużą skalę od połowy 2014 roku i w przyszłym, będziemy chcieli wejść wcześniej.

Do tej pory wdrożono już ponad 30 różnych inicjatyw proklienckich: od ulepszeń w sprzedaży, poprawy komfortu podczas podróży, aż po lepszą obsługę posprzedażową. W planach jest kolejnych 25 inicjatyw do zrealizowania.

Nowy prezes PKP Intercity podkreśla, że 2014 będzie już drugim, bardzo trudnym rokiem dla spółki i jej pasażerów, głównie ze względu na liczne remonty i modernizację infrastruktury kolejowej.

 Chcemy wykorzystać te dwa ciężki lata ciężkie dla naszych podróżnych, żeby zmieniać produkt, zmieniać strukturalnie PKP Intercity tak, żeby w roku 2015 zwieńczyć całą serię działań proklienckich – wyjaśnia Celejewski.

Inicjatywy proklienckie to szansa na polepszenie sytuacji PKP Intercity. W roku 2013 r. spółce ubyło ponad 4 miliony klientów. Jednak władze spółki podkreślają, że podejmowane działania już przynoszą efekty, przynajmniej na niektórych połączeniach.

 – Prowadzimy wiele badań, które nam umożliwią lepiej dostosować ofertę i cenową, i produktową, i to przynosi skutek. Są trasy, na których PKP Intercity w zeszłym roku osiągnęło wzrosty, i są to głównie trasy dalekobieżne – zapewnia prezes. – Chcielibyśmy też przyspieszyć działania zmierzające do naprawy systemu transportu publicznego, czyli wspólnie z innymi kolejami odbudować ten system przez realizację modeli biznesowych przywiązanych do kolei aglomeracyjnych, miejskich i międzywojewódzkich.

Jednym z działań, które mają pomóc przyciągnąć nowych podróżnych, jest realizacja podpisanej wczoraj umowy z T-Mobile na dostawę internetu w pociągach. Ma to być nie tylko WiFi, ale także dostęp do zasobów rozrywki pokładowej, takich jak 40 pełnometrażowych filmów, do seriali, gier i bajek dla dzieci. Usługa ta ma zostać zapewniona do końca roku w 300 wagonach, na najpopularniejszych trasach krajowych i międzynarodowych. Poprawi to również jakość dostępu do wewnętrznej sieci internetowej PKP Intercity dla konduktorów, co ułatwi i przyspieszy zakup biletu w pociągu.

 Pierwszy raz wdrażamy w Polsce na tak dużą skalę dostęp do internetu i treści multimedialnych w naszych pociągach – mówi Celejewski. – W ciągu pierwszych trzech miesięcy działania usługi będzie nią objęte około 90 wagonów, czyli 3-4 składy. Cały kontrakt obejmujący pokrycie 300 wagonów spółki PKP Intercity urządzeniami umożliwiającymi dostęp do internetu oraz rozrywki pokładowej zostanie zrealizowany najpóźniej do końca roku.

Rozliczenie między kontrahentami odbędzie się na zasadzie barteru.

 Nasza spółka sprzedaje swoją niestandardową powierzchnię reklamową, znajdującą się w wagonach i na wagonach. Z drugiej strony T-Mobile realizuje po swojej stronie inwestycję zarówno jeśli chodzi o sprzęt, jak i o multimedia plus konserwację, utrzymanie i parametry dostępu – wyjaśnia prezes PKP Intercity.

Pasażerowie będą mieli dostęp do internetu o minimalnej prędkości 1,5 Mb/s. Początkowo sam dostęp do internetu będzie darmowy dla wszystkich użytkowników.

 W dalszej przyszłości zgodnie z umową usługa będzie gratisowa dla minimum 10 proc. wszystkich klientów – mówi Miroslav Rakowski, prezes T-Mobile Polska. – Jeszcze nie zdecydowaliśmy, jaka to będzie grupa, ale zakładam, że będą to głównie klienci naszej sieci. W przypadku filmów, jeszcze nie jest dopracowany model współpracy. Część zasobów na pewni będzie darmowa, a część płatna, np. dostęp do najnowszych produkcji.

NIK skontroluje we wszystkich województwach opiekę nad osobami bezdomnymi

Kontrola kończy się obecnie w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Delegatury NIK w pozostałych województwach już na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

W 2014 roku Izba w szczególny sposób przygląda się działaniom rządowym i samorządowym wspierającym polskie rodziny. Wychodzenie z bezdomności, zapobieganie poszerzaniu się zjawiska bezdomności, aktywizacja zawodowa bezdomnych – to ważne elementy polityki służącej rodzinie, w tym wypadku dotkniętej tragedią bezdomności któregoś z jej członków, najczęściej mężczyzn, ale także kobiet, w tym samotnych matek z dziećmi.

NIK dokładnie sprawdza:

w jaki sposób i w jakim stopniu gminy rozpoznają skalę zjawiska bezdomności?
czy przygotowano odpowiednią do tej skali liczbę miejsc w schroniskach?
jak wygląda współpraca różnych instytucji: MOPS, policji, straży gminnych, pogotowia, szpitali?
co zrobiono, aby zapobiegać poszerzaniu się bezdomności (np. aktywizacja zawodowa, pomoc w wyjściu z choroby alkoholowej)?
jak wykorzystywane są środki publiczne przeznaczone na wsparcie osób bezdomnych?
jak wyglądają standardy pobytu (noclegu) w schroniskach, noclegowniach, różnego rodzaju placówkach opieki?
jak wygląda realizacja programów rządowych dotyczących bezdomności i budownictwa socjalnego oraz realizacja indywidualnych programów wychodzenia z bezdomności?
jak wygląda przyznawanie lokali socjalnych?
Kontrola kończy się już w Warszawie, Katowicach, Łodzi, Lublinie, Szczecinie i Bydgoszczy. Łącznie badanych jest 38 różnych podmiotów głównie MOPS i schronisk.

Delegatury NIK w pozostałych województwach na początku lutego rozpoczną kontrole, w których sprawdzą jak wygląda pomoc świadczona osobom bezdomnym.

Zadania z zakresu pomocy osobom bezdomnym są finansowane ze środków własnych samorządów; ponadto każdego roku podmiotom i organizacjom pozarządowym przekazywane są dotacje z budżetu państwa na dofinansowanie programów wspierających wychodzenie z bezdomności.

NIK monitoruje pomoc dla osób bezdomnych przy okazji różnych kontroli.

Kontrole z ostatnich lat.

W przekazanej w 2011 roku Sejmowi informacji z wynikami kontroli, która m.in. dotyczyła pomocy świadczonej przez gminy osobom bezdomnym stwierdziliśmy, że:

W większości kontrolowanych gmin zapewniono schronienie osobom pozbawionym mieszkania, chcącym korzystać z domów i schronisk dla bezdomnych, noclegowni i ogrzewalni. W okresie zimowym występowały jednak zwiększone potrzeby, które zaspakajano poprzez uruchamianie doraźnych miejsc noclegowych.
W niektórych gminach, z powodu braku własnych schronisk, nielicznych bezdomnych kierowano do obiektów położonych na terenie sąsiednich gmin, finansując koszty ich pobytu.
Kontrolowane gminy zapewniały schronienie bezdomnym przede wszystkim poprzez organizacje pozarządowe (Caritas, Polski Komitet Pomocy Społecznej, Bractwo Miłosierdzia im. św. Brata Alberta i inne), z którymi zawierano stosowne umowy.

W części gmin zadania służące realizacji celów strategicznych związanych z bezdomnością zostały sformułowane ogólnikowo, bez określenia wymiernych celów i wskaźników umożliwiających ocenę ich wykonania. Spowodowane to było m.in. brakiem środków finansowych na budowę i utrzymanie pomieszczeń dla bezdomnych oraz niewielkimi potrzebami w tym zakresie.

Założone w strategiach części gmin cele były osiągane przede wszystkim w wyniku współpracy z organizacjami pozarządowymi, ale także wskutek realizacji, nielicznych wprawdzie, zadań inwestycyjnych. W jednej gminie (Pszczyna) nie zdołano utworzyć schroniska dla bezdomnych, przewidzianego w strategii gminnej.
W 2012 roku podczas kontroli rozpoznawczej stwierdzono istotne nieprawidłowości:

gminy nie posiadały wystarczającej wiedzy o liczbie osób bezdomnych na swoim terenie,
udzielana pomoc miała głównie charakter interwencyjny (doraźny),
nie zawierano prawidłowo porozumień z organizacjami prowadzącymi noclegownie na umieszczenie w nich osób bezdomnych.

Koordynacja polityki prorodzinnej w 2014 roku

Najwyższa Izba Kontroli przeprowadzi w 2014 r. kontrole dotyczące koordynacja polityki prorodzinnej.

Nakłady ze strony państwa na rzecz rodzin rozproszone na osiem resortów, wynoszą ok. 50 mld zł w skali roku i dotyczą około 50 różnych sposobów finansowania (strumieni finansowych). Wszystkie te wydatki, jak również wydatki realizowane przez jednostki samorządu terytorialnego, składają się na politykę prorodzinną państwa.

W kontroli NIK zbada:

jakimi narzędziami prawnymi, organizacyjnymi i finansowymi dysponuje państwo kształtując politykę prorodzinną;

jakich narzędzi prawnych, organizacyjnych i finansowych brakuje, aby lepiej tę politykę realizować;

jakie narzędzia prawne, organizacyjne i finansowe służące do kształtowania polityki prorodzinnej są prawidłowo wykorzystywane, a jakie niewłaściwie;

jak wygląda koordynacja polityki prorodzinnej i używanych do jej realizacji narzędzi prawnych organizacyjnych i finansowych – przez kogo i w jakim zakresie ta koordynacja jest podejmowana.

Drugim istotnym wątkiem będzie sposób koordynowania tych działań w ramach administracji rządowej. NIK chce, aby kontrola umożliwiła udzielenie odpowiedzi na pytanie, na ile obecnie stosowane rozwiązania w sposób spójny wspierają procesy zakładania i funkcjonowania rodzin.

Jak działa służba zdrowia w poszczególnych województwach

Wg Krajowego indeksu sprawności ochrony zdrowia 2014 pierwsze miejsca w kategorii poprawy stanu zdrowia mieszkańców zajmują województwa: zachodniopomorskie, pomorskie i mazowieckie. Najlepszą gospodarką finansową mogą pochwalić się: dolnośląskie, wielkopolskie, małopolskie i pomorskie, zaś w kategorii jakości ochrony zdrowia – uwzględniającej oprócz twardych danych także ocenę pacjentów – prowadzą województwa: opolskie, podlaskie i zachodniopomorskie.

Krajowy indeks sprawności ochrony zdrowia powstał w celu zbadania rzeczywistej skuteczności polskiego systemu ochrony zdrowia oraz pozyskania mierzalnych i porównywalnych wskaźników, na których będzie można oprzeć dyskusję publiczną.

„W ciągu ostatnich dwudziestu lat w wielu krajach ruszyły systemy oceny sprawności służby zdrowia, podczas gdy na naszym rynku takiego narzędzia brakuje. W efekcie ciężar dyskusji publicznej koncentruje się na jednostkowych zdarzeniach, a nie na zjawiskach o charakterze powszechnym i długotrwałym. Mamy nadzieję, że indeks przyczyni się do bardziej systematycznego gromadzenia i przetwarzania informacji o funkcjonowaniu systemu ochrony zdrowia, co w konsekwencji przełoży się na wyższą jakość debaty publicznej na temat potrzebnych zmian” – wyjaśnia genezę powstania indeksu Mariusz Ignatowicz, partner PwC, lider zespołu ds. ochrony zdrowia. „Idea indeksu – jako badania porównawczego tzw. benchmarku – jest wskazaniem, w którym województwie system ochrony zdrowia działa lepiej w konkretnej dziedzinie, a w której gorzej. Nie ma więc jednego zwycięzcy, ale są liderzy w poszczególnych kategoriach. Kolejnym krokiem powinna być analiza z czego wynika skuteczność danego województwa w konkretnym obszarze i co zrobić, aby uzyskać takie same efekty w innych województwach” – kontynuuje.

Indeks uwzględnia 44 wskaźniki, a poprzez system wag określa skuteczność ochrony zdrowia w trzech obszarach tzw. osiach: poprawy stanu zdrowia mieszkańców, gospodarki finansowej oraz jakości konsumenckiej opieki zdrowotnej.

„Pracując nad indeksem wyszliśmy z założenia, że w pierwszej kolejności od systemu zdrowia w Polsce oczekuje się trzech rzeczy: aby chronił i wpływał na poprawę stanu zdrowia mieszkańców, był efektywny i stabilny finansowo oraz aby pacjenci byli zadowoleni z jego funkcjonowania. Stąd w naszym badaniu prezentujemy wyniki w trzech wymiarach, uwzględniając – poza twardymi danymi – także ocenę z punktu widzenia pacjenta oraz przypisując poszczególnym wskaźnikom odpowiednie wagi” – wyjaśnia Bernard Waśko, dyrektor medyczny PwC.

Oś nr 1 – Poprawa stanu zdrowia

Najlepszy wynik osiągnięto w zakresie poprawy stanu zdrowia w województwie zachodniopomorskim (185 pkt) oraz pomorskim i mazowieckim (182 i 175 pkt). Kolejne cztery województwa: warmińsko-mazurskie, lubuskie, wielkopolskie i podlaskie nie pozostają daleko w tyle za trójką liderów. Na końcu listy znajdują się województwa kujawsko-pomorskie i łódzkie z wartościami odpowiednio 109 i 112 pkt.

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane w kategorie takie jak: (1) zapobieganie zgonom (np. odsetek żyjących co najmniej 5 lat od rozpoznania raka jelita grubego czy raka piersi jako jednych z najczęściej występujących nowotworów; skala pobierania narządów do przeszczepów od zmarłych), (2) zapobieganie zaostrzeniom stanu zdrowia (np. wskaźnik hospitalizacji z powodu niewydolności serca, wskaźnik hospitalizacji chorujących na przewlekłe choroby dolnych dróg oddechowych, hospitalizacja cukrzyków) oraz (3) prewencja chorób (w tym uczestnictwo w badaniach mamograficznych, cytologicznych, szczepieniach).

Oś nr 2 – Efektywna gospodarka finansowa

W osi efektywnej gospodarki finansowej na czele uplasowały się województwa: dolnośląskie (94 pkt), wielkopolskie (86 pkt) oraz małopolskie i pomorskie (po 83 pkt). Na końcu stawki znalazły się województwa: zachodniopomorskie (44 pkt) oraz podlaskie i lubelskie (49 pkt).

Na ten wynik składają się przede wszystkim wskaźniki pogrupowane jako m.in.: (1) sprawność alokacji środków (np. wydatki na opiekę długoterminową czy proporcja wydatków na leczenie pozaszpitalne do wydatków na leczenie szpitalne), (2) efektywność ekonomiczna prowadzonych terapii, (3)

zagregowane indywidualne wyniki poszczególnych placówek oraz (4) zarządzanie infrastrukturą (np. liczba łóżek szpitalnych na 10 tys. mieszkańców czy wskaźnik leczonych w ciągu roku przypadających na łóżko szpitalne).

Oś nr 3 – Jakość konsumencka opieki zdrowotnej

W osi jakości konsumenckiej na czele znajdują się województwa: opolskie (105 pkt), podlaskie i zachodniopomorskie (103 i 96 pkt.). Co ciekawe, są to te same województwa, które w osi gospodarki
finansowej znalazły się na końcu stawki. Na końcowych miejscach w osi jakości konsumenckiej ulokowały się województwa: łódzkie, pomorskie i świętokrzyskie (odpowiednio 27, 30 i 32 pkt.).

Jakość konsumencka opieki zdrowotnej mierzona jest m.in. poprzez (1) ocenę satysfakcji pacjenta, (2) czas oczekiwania, (3) dostępność geograficzną danej usługi czy (4) stopień uciążliwości skorzystania z usługi dla pacjenta (np. udział wydatków na zdrowie w przychodach gospodarstwa domowego, odsetek gospodarstw domowych, które zrezygnowały z zakupu leków lub wizyty u lekarza z powodów finansowych).

Krajowy Indeksu Sprawności Ochrony Zdrowia wzorowany jest na istniejących systemach międzynarodowych (WHO, OECD), brytyjskich, kanadyjskich, australijskich czy holenderskich.

„Patrząc jednak na analogiczne wskaźniki funkcjonujące na innych rynkach trzeba zaznaczyć, że niestety nie wszystkie informacje, które powinny zostać uwzględnione przy definiowaniu tego typu benchmarku są obecnie w Polsce dostępne. Przykładowo warto skoncentrować się także na monitorowaniu jakości procesów leczenia czy monitorowaniu zdarzeń niepożądanych takich jak np. powikłania. Jeśli indeks ma rzeczywiście obrazować funkcjonowanie opieki medycznej to musi obejmować szeroki zakres parametrów dotyczących skuteczności i bezpieczeństwa. Mamy więc nadzieję, że w przyszłości zestaw wskaźników będzie się zmieniał”– mówi Mariusz Ignatowicz, lider zespołu ds. ochrony zdrowia w PwC.

Do rozważenia pozostaje m.in.:

rola wskaźników pokazujących skalę tzw. nierówności w zdrowiu, wynikających z szeregu czynników jak np. pochodzenie etniczne, klasa społeczna, poziom zamożności.

większa rola wskaźników jakości opieki – obecnie wśród wskaźników ujęte są: przeżycie 5-letnie, hospitalizacje w chorobach przewlekłych uwzględnienie wskaźników bezpieczeństwa pacjenta w trakcie terapii, np. w szpitalu,

równowaga i reprezentacja większości głównych dziedzin medycyny – obecnie indeks obejmuje wskaźniki z zakresu chorób zakaźnych, onkologii, kardiologii, chorób układu oddechowego i psychiatrii)

optymalna reprezentacja wskaźników dotyczących różnych rodzajów opieki zdrowotnej.

Więcej informacji o Krajowym indeksie sprawności ochrony zdrowia

Obecny kształt indeksu sprawności ochrony zdrowia jest pierwszą próbą syntetycznej oceny sposobu działania systemu ochrony zdrowia w Polsce. Obok doświadczeń międzynarodowych, indeks opiera się na odgórnie ustalonych celach i wagach przypisanych poszczególnym cechom systemu ochrony zdrowia. W ramach przygotowywania indeksu autorzy przeprowadzili tzw. analizę wrażliwości, testując, na ile zmiana wag wskaźników i osi mogłaby wpłynąć na wyniki. Analiza pokazała, że możliwe są pewne przesunięcia w kolejności poszczególnych województw, lecz nie były one zasadnicze – raczej o 2–3 miejsca w szeregu. Więcej informacji na temat wskaźników wykorzystanych w ramach każdej z osi znajduje się w raporcie pod adresem http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Informacje o raporcie

Raport został przygotowany przez zespół www.dane-i-analizy.pl oraz firmę doradczą PwC. Autorzy wykorzystali międzynarodowe doświadczenia w opracowaniu mierników sprawności systemu ochrony zdrowia (health system performance measures – HSPM), aby podjąć próbę oceny działania polskiego systemu opieki zdrowotnej. Informacje konieczne do wyliczenia wskaźników zebrane zostały z dostępnych źródeł wyszczególnionych w raporcie (m.in. ZUS, NFZ, GUS, CSiOZ, PZH, KRN, MZ) oraz w ramach badania przeprowadzonego na populacji dorosłych Polaków w listopadzie 2013 r. Badanie zostało przeprowadzone dwukrotnie w formie wywiadów telefonicznych, podczas których łącznie ankietowano 2008 osób. Pełen raport znajduje się na stronie http://www.pwc.pl/pl/publikacje/index.jhtml

Intralogistyka w biznesowych rankingach

W styczniu ukazały się liczne zestawienia przedsiębiorstw, które najlepiej radziły sobie w ostatnich latach. W rankingach „Diamenty Forbesa” oraz „Gazele Biznesu” nie zabrakło przedstawicieli branży intralogistycznej. Prestiżowy ranking „Diamenty Forbesa” jest owocem współpracy magazynu oraz firmy konsultacyjnej Bisnode Polska.

Brane są w nim pod uwagę podmioty, które osiągnęły w 2012 r. przychody ze sprzedaży na poziomie przekraczającym 5 mln złotych. Spośród nich wybierane są te przedsiębiorstwa, których wartość rok do roku w okresie 2010-2012 rosła o co najmniej o 15%. Wycen dokonuje się metodą szwajcarską, uwzględniającą zarówno majątek, jak i dochody firm obliczone na podstawie przekazywanych do urzędów danych. Do zestawienia trafiają więc podmioty obiektywnie stabilne, wiarygodne i charakteryzujące się wysoką płynnością bieżącą.

Z kolei w zestawieniu „Gazele Biznesu” przygotowywanym od 2000 roku przez Puls Biznesu i wywiadownię gospodarczą Coface Poland znalazły się natomiast firmy, które w sektorze małych i średnich przedsiębiorstw rozwijają się najdynamiczniej i w ostatnich 3 latach odnotowywały wyłącznie wzrosty w zakresie przychodów ze sprzedaży.

W obydwu rankingach znalazł się STILL Polska – producent wózków widłowych i systemów intralogistycznych. – Mimo, że w branży maszyn i urządzeń budowlanych, drogowych i komunalnych liderzy notują straty, STILL Polska systematycznie notuje wzrosty sprzedaży i obrotów. Ostatni czas dla biznesu nie był łatwy i obronną ręką przeważnie wychodzili z niego najsilniejsi gracze. Nam udało się znacząco umocnić swoją wartość na rynku a także wypracować satysfakcjonujące zyski.– mówi Borys Wochna, Prezes Zarządu w STILL Polska. – Jesteśmy dumni, że zaufanie naszych klientów znajduje potwierdzenie w opiniach niezależnych ekspertów – dodaje Borys Wochna.

Fakt, że firma reprezentująca branżę intralogistyczną znalazła się w dwóch bardzo znaczących zestawieniach biznesowych to dobry zwiastun dla wszystkich jej przedstawicieli. Dowodzi bowiem, że nawet w trudnych czasach, możliwy jest w tym segmencie sukces i ciągły rozwój.

Z towarami niestandardowymi ostrożniej niż z jajkiem

Gdy procesy produkcyjne wymuszają na przedsiębiorcy konieczność przechowywania i transportowania materiałów niestandardowych, w tym chemikaliów czy cieczy niebezpiecznych, musi on zadbać o spełnienie określonych przez ustawodawcę wymogów i zapewnić odpowiednie wyposażenie magazynu. Które elementy powinny zwrócić jego szczególną uwagę?

Jeżeli w magazynie znajdują się substancje, które ze względu na swoje właściwości mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia człowieka lub powodować ryzyko powstania zniszczeń czy szkód materialnych – mamy do czynienia ze składowaniem towarów niebezpiecznych. Dla przedsiębiorcy oznacza to konieczność spełnienia określonych przez ustawodawcę wymogów, dotyczących zapewnienia bezpiecznych warunków pracy oraz eliminacji ryzyka wystąpienia wypadków w hali magazynowej.

– Wyposażając magazyn w zbiorniki służące do składowania substancji niebezpiecznych, należy wiedzieć, że muszą być one odpowiednio dobrane do rodzaju przechowywanego towaru oraz wyraźnie oznakowane – mówi Marcin Hankiewicz, ekspert sklepu Magazynuj.pl. Zgodnie z przepisami materiał, z którego wykonuje się tego typu zbiorniki musi być odporny na reakcje chemiczne, a samo wykonanie powodować, że obiekt nie ulegnie uszkodzeniu pod wpływem zawartości. Oczywiście zabronione jest przechowywanie materiałów niebezpiecznych w opakowaniach służących celom spożywczym!

Co na rynku:

Do jednych z najtrwalszych zbiorników do składowania i zabezpieczania beczek z cieczami wysokiego ryzyka należą wanny wychwytowe/ociekowe – polietylenowe i stalowe. Pierwsze cechują się bardzo wysoką trwałością i odpornością na działanie chemikaliów, przez co swoje zastosowanie znajdują przede wszystkim w składowaniu olejów, kwasów i substancji żrących. – Weźmy pod uwagę, że zastosowanie przy konstrukcji polietylenu powoduje, że w tego typu wannach można przechowywać nawet bardzo „agresywne” chemikalia – tłumaczy Marcin Hankiewicz.

Wśród pozostałych zalet wanien polietylowych można wskazać możliwość łączenia (np. w celu zyskania większej przestrzeni roboczej), zastosowanie nieprzesuwnych kratownic, które można łatwo wyczyścić oraz możliwość wyposażenia zbiornika w dodatkową rampę podjazdową ułatwiającą ustawianie beczek czy innych ciężkich pojemników. Taka rampa jest wykonana w trwałego oraz odpornego na chemikalia polietylenu i mocowana do modułów za pomocą zaczepów o małym kącie nachylenia.

Na rynku występują także wanny wychwytowe stalowe. Oprócz zastosowania typowego dla ich polietylowych odpowiedników, w tego typu pojemnikach można trzymać także materiały wysoce i silnie zapalne. – Dodajmy, że wanny można przewozić za pomocą wózków widłowych, dzięki czemu zachowujemy czystość i bezpieczeństwo w strefie składowania – mówi Marcin Hankiewicz.

Innym rodzajem zbiorników do przechowywania beczek z substancjami niebezpiecznymi są systemy mobilne, czyli ruchome wózki służące do przewozu i eksploatacji beczek, stanowiska zamykane przeznaczone do składowania pojemników, a także moduły – podwyższający oraz bazowy.

PAMIĘTAJ! Składując materiały niebezpieczne:

– używaj zbiorników przeznaczonych specjalnie do danego rodzaju substancji
– przestrzegaj zasad rotacji z zachowaniem dopuszczalnego czasu składowania poszczególnych materiałów
– ograniczaj ilości jednocześnie składowanych materiałów w zależności od przyjętych norm
– zachowaj odpowiedni układ rozmieszczenia materiałów, aby była możliwość przeprowadzania ewentualnej kontroli

Towarami, które wymagają odpowiedniego przechowywania są także materiały niestandardowe, w tym elementy drobne. W tym przypadku liczy się przede wszystkim usprawnienie procesu składowania, segregacji i transportu np. na linie produkcyjne, w czym pomagają różnego typu pojemniki i kuwety. Ich odpowiednia konstrukcja oraz szeroka gama kolorystyki i wymiarów pozwala na tworzenie schematów składowania, dzięki czemu uzyskujemy łatwy dostęp do towarów, możliwość określania procedury ich przepływu, składowania czy dostarczania. Zauważmy, że kuwety i pojemniki to nie tylko tanie, ale także praktyczne rozwiązania, których nie może zabraknąć w żadnym magazynie.

W procesie składowania drobnych elementów swoje zastosowanie mają również skrzyniopalety plastikowe wykorzystywane do przechowywania cieczy, granulatów, żywności, a także złomu i części metalowych czy odpadów przemysłowych. Charakteryzują się dużą trwałością, łatwością w zachowaniu czystości, odpornością na zniekształcenia oraz oddziaływanie zewnętrzne (wilgoć, drobnoustroje, czynniki atmosferyczne i inne). Ich wadą może być cena, wyższa od kosztu odpowiedników drewnianych, niemniej przewyższają tańsze alternatywy pod względem rozmaitości zastosowania, trwałości i wytrzymałości.

Wybierając elementy wyposażenia magazynów materiałów niebezpiecznych oraz niestandardowych pod uwagę należy brać nie tylko zasobność portfela, ale przede wszystkim względy bezpieczeństwa. Pamiętajmy, że przedsiębiorca jest zobligowany do stosowania określonych materiałów zarówno przepisami prawa, jak i specyficznymi wymaganiami składowanego towaru. Wszystko po to, by zapewnić odpowiedni komfort i poczucie bezpieczeństwa dla wszystkich osób przebywających w hali magazynowej i pracujących przy materiałach szkodliwych oraz niestandardowych.

Usługi motorem wzrostu polskiego rynku bezpieczeństwa IT

Dynamika rynku bezpieczeństwa IT w Polsce notuje w ostatnich paru latach stabilne tendencje wzrostowe. Według raportu PMR „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018” jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest dynamiczny rozwój segmentu usług, który w 2013 r. pod względem wartości notował w Polsce ponad dwukrotnie wyższe dynamiki niż rynek oprogramowania czy sprzętu.

Po 2009 r., kiedy nastąpił 5% spadek, w latach 2010-2012 rynek bezpieczeństwa IT w Polsce notował stabilne dynamiki wzrostowe. W 2012 r. osiągnęły one nawet 10% poziom. W 2013 r. dynamika utrzymała się na podobnym poziomie jak przed rokiem, na co istotnie wpłynęła polepszająca się sytuacja w segmencie usług. Z kolei negatywnym czynnikiem po dynamikę w 2013 r. było jej obniżanie się w segmentach oprogramowania oraz sprzętu.
Rynek usług w segmencie bezpieczeństwa IT

Dynamiczny wzrost rynku usług w ostatnich paru latach jest konsekwencją przede wszystkim niskiej penetracji rynku i co za tym idzie – niskiej bazy. Niższy wzrost tego segmentu przed 2013 r. wynikał z większej niepewności firm w obszarze inwestycji w IT, uwarunkowanej sytuacją makroekonomiczną. Niższe inwestycje w bezpieczeństwo IT dotyczyły nie tylko segmentów usług wdrożeniowych czy audytu (ukierunkowanych z natury na implementację nowych rozwiązań), ale nawet segmentu usług utrzymaniowych. Należy jednak zaznaczyć, że pomimo niższych wartości rynek nadal notował pozytywne dynamiki.

Jedną z bardziej popularnych usług w rynku bezpieczeństwa IT są usługi audytu teleinformatycznego. Według badania PMR przeprowadzonego w pierwszym kwartale 2013 r. na próbie 522 dużych firm, w okresie trzech lat poprzedzających badanie ponad połowa przedsiębiorstw (56%) przeprowadziła audyt bezpieczeństwa własnych systemów IT.

Usługi audytu bezpieczeństwa IT w Polsce znajdują się w ofercie zarówno wyspecjalizowanych dostawców, świadczących tego typu usługi bez rozróżnienia na wykorzystywane technologie, jak i dostawców zajmujących się określonymi grupami produktowymi czy technologiami. Osobną kwestią nadal pozostaje bardzo zróżnicowany poziom jakości świadczonych usług. Poza wciąż niskim poziomem nasycenia rynku, za taki stan rzeczy odpowiada ograniczona świadomość klientów końcowych w zakresie wyników audytu.

Wśród segmentów mniejszych, ale bardziej perspektywicznych należy wymienić usługi outsourcingu systemów bezpieczeństwa IT (Managed Security Services – MSS). Z racji wczesnej fazy rozwoju na tym rynku widoczne są nawet sprzeczne z sobą trendy. Według informacji uzyskanych od głównych dostawców, usługi MSS cieszyły się w 2013 r. w Polsce dynamicznie rosnącym zainteresowaniem klientów końcowych. Zainteresowanie to jednak nie przekładało się na konkretne decyzje zakupowe. Jedyną grupę klientów końcowych, która w 2013 r. decydowała się na zakup usług MSS, stanowiły oddziały firm międzynarodowych działających w Polsce. W przypadku tych podmiotów decyzje były podejmowane poza Polską – w Europie Zachodniej czy USA, gdzie korzystanie z tego typu usług znajduje się na znacznie wyższym poziomie.

Rynek usług MSS w Polsce ma przed sobą perspektywę dynamicznego wzrostu. Jednym z czynników oddziałujących pozytywnie na sprzedaż tego typu usług jest zwiększająca się liczba zagrożeń występujących w codziennym działaniu firmy. W celu zabezpieczenia się przed atakami firmy będą zmuszone do inwestycji w nowe rozwiązania oraz we własne kompetencje. Oznacza to zwiększenie kosztów związanych z obszarem działalności firmy, który nie jest jej podstawową aktywnością. Z kolei inwestycje te charakteryzuje wysoka dynamika wzrostowa, wyższa niż dynamika wzrostu budżetów na IT. Stwarza to próżnię do zagospodarowania dla usług MSS, ponieważ można je rozliczać w kosztach bieżących, pomijając tym samym wspomniane inwestycje.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek bezpieczeństwa IT w Polsce 2014. Prognozy rozwoju na lata 2014-2018”.

Prognozy rozwoju rynku budownictwa kolejowego w Polsce 2014

Wartość produkcji budowlano-montażowej z tytułu budownictwa kolejowego według ostatecznych danych GUS wyniosła w 2012 roku niespełna 3,1 mld zł. Szacunki dotyczące zakończonego właśnie 2013 roku są dużo lepsze (ok. 3,8 mld zł), jednak i tak stanowią zaledwie namiastkę tego, czego spodziewał się rynek. Zapowiadany od lat wzrost nakładów finansowych na inwestycje kolejowe najprawdopodobniej ziści się dopiero w pierwszych latach nowej perspektywy finansowej (2014-2015), które zarazem stanowią ostatni dozwolony przez przepisy unijne okres na realizację i rozliczenie budów ze starej perspektywy.

W poprzednich latach niejako główna przyczyną fatalnego stanu polskich torów był odwieczny problem finansowy, tj. brak środków. Dzięki znacznemu dofinansowaniu ze środków unijnych, liczne roboty na torach faktycznie ruszyły, choć ich realizacja przebiega nie tak szybko jak zakładano.

Zestawienie stanu jakościowego infrastruktury torowej z początku 2011 i 2013 dobitnie wskazuje, w trakcie tych dwóch lat poczynione zostały istotne kroki w celu poprawy stanu infrastruktury. Ocenę dobrą, a wiec torów które wymagały jedynie prac konserwacyjnych, na początku 2013 roku osiągnęło 43% krajowych torów wobec 36% w 2011. Udział tras o złym stanie technicznym zmniejszył się o 2 punkty procentowe, co w skali kraju jest sporym osiągnięciem.

Kierunek postępujących zmian wydaje się bardzo odpowiedni, jedynym co może martwić to ciągle niedostateczne tempo prac na poszczególnych inwestycjach i niedociągnięcia w procesach inwestycyjnych.

Niepokój budzi także fakt, że gro prac przeprowadzanych będzie w cieniu nieprzekraczalnego już terminu realizacyjnego tj. grudnia 2015, co na budowach o tej wielkości i tak wysokim stopniu skomplikowania może okazać się kwestią awykonalną. PKP wykorzystało już wszelkie dopuszczalne możliwości przesunięć terminowych i na więcej nie może sobie już pozwolić.

Gracze rynkowi z pewnym niepokojem spoglądają na sytuację w zakresie realizacji inwestycji obawiając się konieczności zwrotu części dofinansowania należnego PLK, co w ogólnym rozrachunku pogłębi i tak już niekorzystną sytuację finansową spółki. Należy jednak przyznać, że obecna sytuacja na kolei jest się przez rząd dobrze monitorowana. Widoczne jest to m.in. w efektach negocjacji z Komisją Europejską, która raz za razem zgadza się na ustępstwa w kwestii polskich kolei.

Mimo iż nie zgodzono się na transfer dofinansowania z kolei na drogi to pozostałe decyzje KE pozwalają myśleć o pełnym wykorzystaniu środków unijnych. Już w 2012 roku PLK otrzymała zgodę na wydatkowanie środków na mniej skomplikowane inwestycje określane jako rewitalizacje, które mogą być przeprowadzane szybciej – z mniejszą dozą prac przygotowawczych i biurokracji. Zaowocowało to kilkoma kontraktami o wartości kilkuset milionów złotych, które nie tylko będą w części refundowane, tego ale zapewnią też doraźną poprawę stanu infrastruktury – głównie używanej lokalnie.

Kolejnym gestem dobrej woli, który zapobiec ma cofnięcie dofinansowania, jest podwyższenie przez UE indeksu możliwego dofinansowania projektów do 80%. Dotyczy to także tych projektów które już są w fazie realizacji. Zatem pula środków unijnych będzie wykorzystana w większym stopniu, i nawet jeśli któraś z inwestycji się nie powiedzie, to przypisane jej dofinansowanie może rozłożyć się na projekty sprawniej przeprowadzane. W wyjątkowych sytuacjach rozważane może być także sfinansowanie zadania już zrealizowanego, co miało miejsce pod koniec 2013 r. kiedy część dofinansowania przyznana została kilku polskim miastom na realizację inwestycji tramwajowych.

Jednakże w przyszłości, dla sprawniejszego wykorzystania środków unijnych konieczna jest poprawa koordynacji procesów inwestycyjnych na kolei. Wraz z 2014 rokiem rozpoczął się kolejny okres finansowy, kiedy to PLK otrzyma jeszcze więcej środków na infrastrukturę, i niedopuszczalnym byłoby powtarzanie po raz kolejny tych samych błędów. Wystawianie tym samym cierpliwości unijnych urzędników na kolejną próbę może już zakończyć się inaczej dla inwestora mniej korzystnie.

Niniejsza informacja prasowa została przygotowana na podstawie danych zawartych w najnowszym raporcie firmy PMR pt. „Rynek budownictwa kolejowego w Polsce 2014 – Prognozy rozwoju na lata 2014-2019”.

Portal i platforma komunikacyjna monitorująca kompetencje pracowników

Wrocławianie znaleźli sposób na rewolucję na rynku IT. Ich rozwiązanie technologicznie może w ciągu kilku lat całkowicie odmienić sposób rekrutowania pracowników i rozwoju kariery zawodowej mieszkańców naszego kraju

Wielostornicowe, specjalnie drukowane testy kompetencji sprawdzane przez rekruterów, doradców zawodowych czy HR-owców za kilka lat odejdą całkowicie do lamusa. Bardzo szybko zastąpić je może portal i narzędzie w jednym: e-peers. Rozwiązanie to pozwala nie tylko diagnozować kompetencje, ale, co ważne dla firm, rozwijać te najbardziej kluczowe z nich z perspektywy rozwoju zawodowego pracowników. Program wymyślony i wdrożony we Wrocławiu, mieście które słynie z ciekawych projektów w branży IT, już niedługo może całkowicie zmienić sposób pracy działów HR. Wszystko to dzięki unikatowemu, uczącemu się algorytmowi, analizującemu profil i pozwalającemu na doskonalenie się i zdobywanie wiedzy przez użytkowników portalu.

– Wyjątkową i niesamowitą cechą algorytmu e-peers jest jego zdolność do samodzielnego uczenia się, dzięki wykorzystaniu siły społeczności – mówi Tomasz Tomaszewski, menadżer techniczny produktu i jeden z projektantów algorytmu. – Każdy użytkownik posiada swój unikalny profil, który odzwierciedla jego aktualną sytuacją zawodową. Korzystając z doświadczeń i rekomendacji osób o podobnej specyfice profilu, algorytm może samodzielnie uczyć się i proponować użytkownikom coraz lepsze ścieżki rozwoju kompetencji biznesowych. Algorytm dobiera najbardziej pasujące do stanowiska pracy kompetencje, ocenie ja za pomocą przygotowanego przez profesjonalistów badania i na końcu sugeruje sposób ich rozwoju. Pozwala to użytkownikom niezwykle skutecznie rozwijać kompetencje biznesowe przydatne w codziennej pracy.

Są już pierwsze firmy, które korzystały z e-peers jako narzędzia diagnozującego kompetencje swoich pracowników. Wśród nich jest BZ WBK Leasing SA – Takie narzędzia jak e-peers są dziś odpowiedzią na zmieniające się potrzeby obszarów związanych z HR – wyjaśnia Marta Żurowska, menadżer ds. rozwoju kompetencji sieci sprzedaży w BZ WBK Leasing. – Szczególnie ułatwiają pracę w przypadku rozległej sieci sprzedaży na dużym obszarze geograficznym Obecnie niezależnie od miejsca możliwe było zbadanie stosunkowo szybko kompetencji 157 pracowników. To dla nas bardzo istotne, bo jako firma stawiająca na merytoryczną jakość obsługi klienta musimy na bieżąco monitorować umiejętności zatrudnionych osób. Badanie 270 stopni z użyciem e-peers było pozytywnie odebrane przez osoby biorące w nim udział. Dzięki dużej ilości zebranych doświadczeń nasze działania za każdym kolejnym razem będą stawały się jeszcze bardziej efektywne. Dodatkowo, raport który powstał po jego wykonaniu, jest świetnym punktem wyjścia do rozmowy z pracownikiem na temat jego ścieżki kariery.

Czym zatem jest e-peers? Nie jest kolejnym portalem czy zestawem narzędzi przydatnych w procesie rekrutacji. To samodzielny, uczący się zbiór kilkuset rozwiązań pozwalających nie tylko na diagnozowanie, ale przede wszystkim rozwijanie kompetencji i umiejętności przydatnych w rozwoju zawodowym. Założeniem projektu jest pomoc w rozumieniu świata kompetencji, które coraz częściej decydują o zatrudnieniu, rozwoju kariery czy pozwalają na właściwe ukierunkowanie procesu kształcenia.

Projekt e-peers jest przygotowanych w ramach projektu dofinansowanego ze środków Unii Europejskiej pt.: „Stworzenie portalu umożliwiającego planowanie, podejmowanie i monitorowanie działań rozwojowych w ramach kompetencji biznesowych” – działanie 8.1 Programu Operacyjnego Innowacyjna Gospodarka.

Rok 2014 przełomowym dla PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A.

Ryszard Kardasz, Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A. wyjaśnia dlaczego rok 2014 będzie znamienny dla obu spółek i jaka będzie ich rola w utworzeniu planowanej, nowej Grupy Kapitałowej.

Dla obu kierowanych przeze mnie spółek rok 2014 będzie rokiem przełomowym z uwagi na planowane powstanie nowej Grupy Kapitałowej na bazie istniejącej Dywizji Elektronika. Nowopowstała Grupa ma planowo objąć PCO S.A. jako lidera i Bumar Elektronikę S.A., a ponadto spółki dawnej Dywizji Żołnierz oraz wybrane wojskowe zakłady remontowe – mówi Prezes Ryszard Kardasz. Utworzenie nowej Grupy Kapitałowej pozwoli na uzyskanie synergii przy realizacji kluczowych projektów w oparciu o wieloletnie doświadczenia spółek w tworzeniu potencjału polskiego przemysłu obronnego. Ponadto, połączenie kompetencji z zakresu optoelektroniki i elektroniki jest zgodne z trendami występującymi obecnie na światowym rynku zbrojeniowym – dodaje Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A

Wyzwania dla nowej Grupy Kapitałowej

Jednym z najważniejszych zadań na kolejny rok będzie aktywny udział spółek w realizacji programów MON: PCO jako lidera programu żołnierza przyszłości odpowiedzialnego za integrację poszczególnych elementów systemu, a Bumar Elektronika S.A. jako lidera w zakresie programu obrony przeciwlotniczej Tarcza Polski.

Poza dążeniem do utrzymania wiodącej pozycji na rynku krajowym, obie spółki będą zmierzać do poszerzenia grona odbiorców swoich produktów poprzez koncentrację działań eksportowych na wybranych rynkach zagranicznych. W planach mamy również dywersyfikację oferty spółek o produkty przeznaczone na rynek cywilny. Podsumowując, priorytetem obu spółek w roku 2014 będzie dostarczanie innowacyjnych rozwiązań obronnych nowej generacji. Spójna technologicznie oferta produktowa pozwoli spółkom na zachowanie konkurencyjnych cen – komentuje Prezes Ryszard Kardasz

Zmiany w strukturze polskiego przemysłu obronnego, a działania spółek

Ryszard Kardasz Prezes PCO S.A.
Ryszard Kardasz Prezes PCO S.A.

Powołanie Polskiej Grupy Zbrojeniowej i związane z tym plany restrukturyzacji polskiego przemysłu obronnego stanowią ogromną szansą rozwojową dla spółek Dywizji Elektronika. Nowa struktura może przyczynić się do wzrostu konkurencyjności polskiego przemysłu obronnego na tle Europy i świata. Dzięki koordynacji strategicznej większość projektów realizowana będzie w poszczególnych podgrupach, w tym w Dywizji Elektronika. Rozwiązanie to umożliwi efektywniejsze wykorzystanie zasobów spółek i przełoży się na rozwój nowoczesnych technologii i powstawanie innowacyjnych produktów – podsumowuje Ryszard Kardasz, Prezes PCO S.A. i Bumar Elektronika S.A.

Ericsson Application Awards 2014

Został jeszcze miesiąc na zgłoszenie do konkurs Ericsson Application Awards 2014. Ericsson Application Awards to konkurs globalny podzielony na dwie kategorie – studenci oraz firmy. Jury wybierze najlepsze nadesłane aplikacje z obszaru „Apps for Working Life”. W rozgrywce mogą wziąć udział studenci, ale również małe i średnie firmy z całego świata (poniżej 100 pracowników).

Tematem konkursu na rok 2014 są aplikacje dla życia zawodowego, wspierające wizję firmy Ericsson dotyczącą społeczeństwa sieciowego. Jakie aplikacje mogą pomóc w naszym codziennym życiu zawodowym zarówno teraz, jak i w przyszłości? W jaki sposób przyczyniamy się do tego, aby życie zawodowe stało się kontekstem, w którym ludzie są bardziej innowacyjni i lepiej współpracują?

Zgłoszenia aplikacji dla systemów Android i iOS przyjmowane są do 28 lutego 2014 r.

W Ericsson Application Awards 2013 do konkursu zgłosiły się 192 zespoły pochodzące z 52 krajów. Dwie studentki z Polski dotarły do samego finału, zajęły drugie miejsce w kategorii 'student’ i wygrały 10 tysięcy euro.

Zamiast czekać na drogówkę, wypełnij oświadczenie o winie

Pogoda, roztargnienie czy pośpiech – to główne przyczyny kolizji na drogach. Warto, by kierowcy zdawali sobie sprawę z czyhającego zagrożenia, szczególnie teraz, gdy warunki panujące za oknem sprzyjają kolizjom. Jednak nie zawsze da się dmuchać na zimne. Wystarczy moment i stłuczka gotowa. Co wtedy zrobić? Przede wszystkim warto wozić ze sobą wzór oświadczenia o winie i wraz z drugim kierowcą wypełnić je poprawnie na miejscu, bez wzywania policji.

Kolizja czy stłuczka nie należy do najprzyjemniejszych sytuacji w życiu kierowcy. Można się z nią jednak uporać szybko i sprawnie. Po pierwsze – dobrze do sprawy podejść ze spokojem. Nerwy i stres w sytuacji kolizji nie są dobrymi doradcami i mogą jedynie zaognić gorącą od emocji atmosferę. Po drugie – niezależnie od tego, czy jesteśmy sprawcą, czy osobą poszkodowaną, trzeba wspólnie spisać oświadczenie o winie.

Dobrze, gdy wzór takiego dokumentu wozimy w samochodzie, na wszelki wypadek. Jeśli jednak nie zabezpieczyliśmy się na taką okoliczność, można oświadczenie o winie spisać na kartce papieru. Co powinno się w nim znaleźć? Jak doradza Dariusz Radczyński z firmy PROAMA „Taki dokument powinien zawierać imiona i nazwiska uczestników kolizji, ich adresy oraz telefony kontaktowe. Numer polisy ubezpieczeniowej pojazdu sprawcy wypadku oraz jego miejsce ubezpieczenia. Dodatkowo należy również zawrzeć zakres uszkodzeń i opisać okoliczności zajścia zdarzenia. Pamiętajmy, że tak sporządzone oświadczenie muszą sprawdzić i własnoręcznie podpisać tak poszkodowany, jak i sprawca.”

Podczas dokumentowania szkody pomocne może okazać się wykonanie zdjęć uszkodzonych pojazdów. Im lepsza jakość takich zdjęć – tym lepiej. Jednak w dzisiejszych czasach nawet telefonem komórkowym możemy wykonać fotografię, dzięki której ubezpieczyciel będzie mógł dokładnie ocenić rozmiar uszkodzeń – zaznacza Dariusz Radczyński.

Oświadczenie o winie to dobry sposób na załatwienie formalności, polecany przez policję. Gdy dzwonimy na telefon alarmowy – choć zgłoszenia o kolizji czy stłuczce są przyjmowane – to ich rozpatrzenie odbywa się w drugiej kolejności. Zatem sporządzenie takiego dokumentu przez uczestników zdarzenia pozwala na zaoszczędzenie czasu i stresu związanego z długim oczekiwaniem. W praktyce jednak wiele osób boi się tego rozwiązania i decyduje się na wezwanie stróżów prawa.

Nie zawsze jednak oświadczenie winy warto spisywać. Zdarzają się takie sytuacje, kiedy nie można ryzykować i lepiej od razu wezwać policję. Należy to zrobić bezwarunkowo, gdy jedna ze stron nie ma prawa jazdy, dowodu rejestracyjnego lub polisy OC. Konieczne jest to również w sytuacji, gdy żadna ze stron nie chce przyznać się do winy lub jeden z uczestników jest nietrzeźwy.

Produkcja w Chinach przestaje się opłacać polskim firmom

CEO Magazyn Polska

Polskie firmy coraz częściej wycofują swoją produkcję z Chin albo rezygnują z zamiaru otwarcia tam fabryki, wybierając lokalizację w kraju. Powodem są stopniowo rosnące koszty pracy w Azji, co zmniejsza konkurencyjność tamtejszych lokalizacji. Poza tym posiadanie zakładów produkcyjnych w kraju pozwala na ograniczenie czasu produkcji i dostaw oraz szybkie reagowanie na zmieniające się potrzeby rynku.

 – Produkcję do Polski przenoszą głównie firmy z branż, w których coraz istotniejsza jest szybkość reakcji na potrzeby klienta, zmienność asortymentu produkcji i nieprzewidywalność – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Ireneusz Plaza, starszy konsultant firmy doradczej Staufen Polska.

Jako przykład podaje branżę meblarską i odzieżową. Dodatkowo problemem dla firm stają się rosnące koszty związane m.in. z transportem i przechowywaniem towaru, które przestają być rekompensowane przez niskie koszty pracy w krajach azjatyckich.

 – Transport z Chin do Polski plus składowanie towaru w magazynie, aby pokryć popyt na czas transportu i produkcji, powoduje, że nasze koszty rosną dramatycznie. A dzisiaj firmy walczą już nie o dziesiątki procent, lecz o 1-3 proc. zysku – wyjaśnia ekspert.

Właśnie dlatego, jak przekonuje Plaza, warto stosować tzw. quick response manufacturing (QRM), czyli system produkcji pozwalający na szybką reakcję na potrzeby rynku. Wiąże się on m.in. z redukcją poziomu zapasów i zwiększeniem elastyczności działania. Jest to sposób na poprawę pozycji konkurencyjnej. Zastosowanie tej metody pomogło m.in. firmie Zelmer. Dzięki otworzeniu fabryki w Polsce, a nie w Chinach, jej zdolności produkcyjne odnotowały 40-procentowy wzrost., magazynowane zapasy spadły o 45 proc., a moce linii produkcyjnych wzrosły o ponad 20 proc. 

 – QRM warto wprowadzić, jeśli dla wytwórcy ważne jest szybkie reagowanie na zmiany w wielkości czy asortymencie popytu – przekonuje Plaza. – Na przykład przedstawiciele Zelmera stwierdzili, że firma doszła do momentu, w którym popyt na jej produkty na rynku europejskim rósł, a przewaga konkurencyjna Chin pod względem kosztów malała. Pojawiła się potrzeba szybkiego reagowania na zmiany popytu. Została ona zaspokojona dzięki rozwinięciu produkcji w Polsce – dodaje rozmówca Newserii Biznes.

Quick response manufacturing oprócz zmniejszenia kosztów transportu i magazynowania produktów pozwala także na uniknięcie problemów związanych z odmiennością kulturową oraz ewentualnymi kryzysami politycznymi za granicą. Jest także wzmocnieniem dla gospodarki kraju, z którego pochodzi dane przedsiębiorstwo.

GPW pracuje nad nowymi dobrymi praktykami spółek giełdowych. Obecnie są zbyt rygorystyczne

Giełda Papierów Wartościowych chce zmienić „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW”. Dokument reguluje zasady ładu korporacyjnego w spółkach notowanych na warszawskim parkiecie. Jak podkreśla Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy, niektóre zawarte w nim zapisy mają charakter życzeniowy: są zbyt rygorystyczne i trudne do zrealizowania.

 – W niektórych przypadkach poprzeczka została przez dokument o dobrych praktykach postawiona zbyt wysoko – twierdzi Wiesław Rozłucki, prezes Rady Giełdy w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes. – Przykładem może być obowiązek transmisji walnego zgromadzenia czy publikowania raportów w języku angielskim. Gdy były one wprowadzane kilka lat temu, już wtedy uważałem, że są to nadmierne oczekiwania w stosunku do spółek giełdowych. I rzeczywistość potwierdziła moje obawy – przekonuje Rozłucki.

Pierwszy dokument dotyczący ładu korporacyjnego spółek na polskiej giełdzie „Dobre praktyki w spółkach publicznych” został uchwalony w 2002 r. przez Komitet Dobrych Praktyk, złożony z reprezentantów różnych związanych z rynkiem kapitałowym środowisk. 4 lipca 2007 r. Rada Nadzorcza Giełdy Papierów Wartościowych uchwaliła nowe zasady corporate governance w dokumencie „Dobre praktyki spółek notowanych na GPW”. Zmiany do dobrych praktyk wprowadzono w 2011 r.

14 stycznia br. GPW poinformowała o rozpoczęciu prac mających na celu kolejne przekształcenia w dokumencie dotyczącym zasad ładu korporacyjnego polskich spółek giełdowych. W internecie dostępne są ankiety dla inwestorów i emitentów dotyczące ich opinii na temat dobrych praktyk i kierunku przyszłych zmian.

Zdaniem Rozłuckiego tzw. dobre praktyki powinny być bardziej przyjazne spółkom giełdowym.

 – Powinny być ustanowione na poziomie wyższym od standardu, ale jednak nieprzekraczającym możliwości przeciętnej spółki –  twierdzi szef Rady Giełdy. – Chciałbym, żeby w obecnych pracach respektowano tę zasadę.

Jak podkreśla, ważne jest doprecyzowanie, co rozumie się pod pojęciem niezależnego członka rady nadzorczej.

 – Moim zdaniem trafna jest definicja autorstwa Komisji Europejskiej – mówi Rozłucki. – Polskie pojęcie członka niezależnego, zawarte w ustawie o rewidentach, jest inne i to wprowadza zamieszanie. To są dwie różne definicje i spółki mają z tym problem. Uważam, że instytucja niezależnego członka rady nadzorczej jest bardzo potrzebna. To kwestia, która od wielu lat nie znajduje dobrego rozwiązania.

Polska zmodernizuje sektor elektroenergetyczny dzięki przydziałowi bezpłatnych uprawnień do emisji CO2

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska zatwierdziła polski plan modernizacji sektora energii elektrycznej i związany z nim przydział 404,6 mln darmowych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Obejmuje on ponad 340 projektów inwestycyjnych, których łączna wartość to ponad 28 mld euro. Przydzielanie bezpłatnych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych pozwoli na częściowe sfinansowanie inwestycji.

 – Na razie nic nam nie grozi, mamy ciągłość dostaw energii elektrycznej, gazu czy paliw płynnych –  mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki. – Państwo musi jednak myśleć o realizacji polityki energetycznej, zwłaszcza elektroenergetyki, gdzie istnieje pewne niebezpieczeństwo niedoboru mocy za 3-4 lata.

Dziś 90 proc. energii elektrycznej w Polsce wytwarzane jest w elektrowniach węglowych, które powodują największą emisję CO2. Plan inwestycji w tym sektorze obejmuje ponad 340 projektów o łącznej wartości blisko 120 mld złotych. Częściowo będą one finansowane przez przydzielenie bezpłatnych uprawnień do emisji gazów cieplarnianych. Jak podkreślił Joaquin Almunia, wiceprzewodniczący KE odpowiedzialny za politykę konkurencji, inwestycje te pozwolą Polsce m.in. na dywersyfikację źródeł produkcji energii elektrycznej i przyczynią się do rozwoju krajowych rynków energetycznych.

 – Polska racjonalnie dywersyfikuje możliwość dostaw gazu ziemnego do kraju: budujemy gazoport, który powinien być oddany do użytku w tym roku, z niewielkim poślizgiem; budujemy transgraniczne połączenia między naszymi sąsiadami na południu i zachodzie. Czyli wpisujemy się konsekwentnie w koncepcję budowy wspólnego, konkurencyjnego europejskiego rynku energii elektrycznej i gazu – mówi Steinhoff. – Pamiętajmy o tym, jakie będą konsekwencje pakietu klimatyczno-energetycznego dla naszej elektroenergetyki.

W środę Komisja Europejska zaproponowała w ramach nowego projektu polityki energetycznej i klimatycznej UE zmniejszenie do 2030 roku emisji dwutlenku węgla o 40 proc. w porównaniu do poziomu z roku 1990. Przedstawiła też propozycję uznania za cel wzrost udziału energii ze źródeł odnawialnych do 27 proc. KE zaproponowała również nowe cele w obszarze efektywności energetycznej. 

 – Konsekwencje pakietu energetyczno-klimatycznego są dla nas problematyczne, szczególnie w kontekście fiaska konferencji w Kopenhadze i w Durbanie – mówi były wicepremier.

Na forum międzynarodowym wciąż nie udało się osiągnąć porozumienia ws. ochrony klimatu. Regulacje unijne są znacznie bardziej restrykcyjne niż w innych krajach rozwiniętych bądź rozwijających się.

 – Problem ochrony atmosfery ma charakter globalny, a nie lokalny i trzeba go rozwiązywać na poziomie globalnym – mówi Steinhoff. – Musimy przekonywać naszych pozaeuropejskich partnerów do podobnych regulacji, gdyż w przeciwnym razie w istotny sposób naruszymy zasadę równej konkurencji miedzy przedsiębiorcami europejskimi i pozaeuropejskimi – dodaje.

Jak zauważa były wicepremier, w pewnych branżach koszty związane z ochroną środowiska wynoszą 20-30 proc. wydatków i firmy, które ich nie ponoszą, są znacznie bardziej konkurencyjne.

Związek Firm Pożyczkowych nie obawia się regulacji. Sprzeciw budzi wprowadzenie limitu kosztów pożyczki

CEO Magazyn Polska

Regulacje rynku pożyczek pozabankowych to największe wyzwanie, jakie stoi przed firmami pożyczkowymi w tym roku. Branża liczy, że posłowie przychylą się do ich stanowiska i zrezygnują z wprowadzenia limitu kosztów pożyczek. Ministerstwo Finansów proponuje, aby maksymalny koszt pożyczki nie przekraczał 50 proc. wartości pożyczki.

 Największym wyzwaniem dla nas na przyszły rok będzie regulacja prawna dotycząca firm pożyczkowych i debata, która będzie się na ten temat toczyć w Sejmie – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Jarosław Ryba, prezes Związku Firm Pożyczkowych.  

Ministerstwo Finansów w swojej propozycji nowelizacji ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym zaproponowało podniesienie sankcji za nielegalne prowadzenie działalności bankowej, wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych w Ministerstwie Gospodarki oraz progu kapitału zakładowego dla nich na poziomie 200 tys. zł. Resort finansów zaproponował również nakaz wymiany informacji o klientach pomiędzy firmami pożyczkowymi i bankami, a także wprowadzenie limitów kosztów pożyczki. 

 – Liczymy na to, że posłowie przychylą się do głosów ekspertów oraz branży, i zrezygnują z limitowania cen pożyczek, natomiast pójdą w regulację systemową, czyli wprowadzenie rejestru firm pożyczkowych, uregulowanie zasad wymiany informacji pomiędzy sektorem bankowym a firmami pożyczkowymi, wprowadzenie wymogów kapitałowych i zakaz prowadzenia działalności dla osób skazanych wcześniej za przestępstwa finansowe – wymienia prezes ZFP.

Jak podkreśla, wszystkie te regulacje powinny przyczynić się do wzrostu bezpieczeństwa klientów korzystających z szybkich i łatwych pożyczek.

 – Liczymy na to, że dzięki regulacjom firmy pożyczkowe wpiszą się w krajobraz sektora finansowego, będą funkcjonować na w pełni jasnych zasadach jako ważny element tego sektora – mówi Jarosław Ryba.

Tym bardziej że – w ocenie ekspertów – znaczenie firm pożyczkowych, szczególnie tych udzielających pożyczek przez internet, będzie rosło.  

 – Sam rynek pożyczek w sieci rośnie wyjątkowo dynamicznie – przekonuje Ryba. – Do tej pory odpowiadał za 1/3 rynku wszystkich pożyczek pozabankowych, a według szacunków na koniec przyszłego roku może być to połowa, a nawet więcej.

W 2016 r. do Polskiej Żeglugi Morskiej trafi osiem nowych masowców. Zbuduje je za miliard dolarów stocznia chińska

W 2016 r. Polska Żegluga Morska powiększy swoją flotę o osiem nowych statków. Rywalizację o kontrakt wart ponad miliard dolarów wygrała chińska stocznia Yangfan. To nowa inwestycja po zakończonym w ubiegłym roku programie modernizacji floty armatora.

 – Od 2005 do 2013 realizowaliśmy plan inwestycyjny. Zakończył się z sukcesem – 38 statków o nośności 1,5 mln DWT [deadweight tonnes masa maksymalnego ładunku całkowitego statku w tonach – red.] zasiliło naszą flotę i rozpoczęliśmy sprawdzanie możliwości budowy nowych masowców w latach 2015-2020. Korzystając z bardzo dobrego rynku dla armatorów, jeżeli chodzi o stocznie, bo w tej chwili ze względu na kryzys w shippingu ceny statków są stosunkowo niskie, zdecydowaliśmy się na zamówienie nowych jednostek – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Paweł Szynkaruk, dyrektor naczelny PŻM.

Obecnie we flocie PŻM znajduje się 70 statków o łącznej nośności 70 mln DWT. W 2013 r. do eksploatacji weszły cztery nowe statki klasy panamax (czyli takie, które zmieszczą się w śluzach Kanału Panamskiego) – „Karpaty”, „Sudety”, „Beskidy” oraz „Tatry”. Wszystkie zostały zbudowane w stoczni w Tadotsu w Japonii, a nośność każdego z nich wynosi ponad 82 tys. DWT.

W ostatnich latach PŻM zamawiało statki głównie w Chinach, w stoczniach w Tianjin, Jingjiang, Nantong oraz Taizhou.

Pierwotnie plan modernizacji floty miał być realizowany do 2015 r., ale udało się go zakończyć już w ubiegłym roku. W jego wyniku połowa floty PŻM to nowe statki, a średni wiek okrętów zmalał o ponad połowę, z 17 do 8 lat. Najstarszym masowcem we flocie armatora jest w tej chwili „Armia Ludowa” z 1987 r. o nośności ponad 33 tys. DWT.

 – W tej chwili na bardzo ciężkim rynku żeglugowym te nowoczesne jednostki zapewniają nam dostęp do ładunku, zapewniają nam uznanie naszych kontrahentów. To jest dla nas najważniejsze, gdyż wszystkie jednostki zostały wybudowane w ścisłej kooperacji z naszymi długoletnimi klientami – podkreśla Szynkaruk.

Osiem nowych jednostek pozwoli jeszcze bardziej unowocześnić flotę PŻM. Do 2016 r. zbuduje je chińska stocznia Yangfan. Statki będą miały tzw. skrzynkową budowę ładowni, własne dźwigi oraz ekonomiczne silniki. Szynkaruk podkreśla szczególne znaczenie oszczędnych jednostek napędowych.

PŻM chciała budować statki w Polsce, ale żadna z krajowych stoczni nie zgłosiła chęci. Dlatego zapytania zostały rozesłane do stoczni zagranicznych.

 – Mieliśmy zaawansowane rozmowy i ze stoczniami japońskimi, i ze stoczniami chińskimi. Zwyciężył bardzo nowoczesny projekt już realizowany dla armatora włoskiego, więc w pewnym sensie sprawdzony. Parametry i założenia projektowe, o które nam chodziło, znalazły odzwierciedlenie w projekcie Delta Marine. Jakość jest gwarantowana przez najlepszych producentów europejskich, którzy zapewnią nam wyposażenie statku w tej stoczni. Wartość tego kontraktu to ponad 1 mld dolarów – mówi Szynkaruk.

W 2013 r. PŻM przewiozła 18,2 mln ton ładunków. Najwięcej, 5,2 mln ton, stanowiło zboże. Do tego doszło 8,7 mln ton ładunków przewiezionych w ramach czarterów czasowych, nie wliczanych do ogólnych statystyk. Tylko 3,5 proc. przewozów to ładunki transportowane w ramach stałych kontraktów – reszta to jednorazowe zlecenia i czartery czasowe.

TFI prognozują w tym roku dobre wyniki. Dyskusja o OFE przyciąga klientów do III filaru

Ten rok ma być lepszy dla towarzystw funduszy inwestycyjnych niż poprzedni, który i tak był najlepszy od sześciu lat. Analitycy prognozują wzrosty na giełdach, bo dyskusja na temat OFE już się praktycznie zakończyła i nie powinna dłużej hamować rozwoju rynków. Jej pozytywnym skutkiem jest to, że klienci w obawie przed niską emeryturą powinni chętniej i więcej wpłacać do III filaru.  

 – Dyskusje dotyczące OFE uświadomiły ludziom, a przynajmniej zasiały ziarno niepewności, że ich emerytury nie będą takie jakie sobie zakładają – wyjaśnia Marcin Dyl, prezes Izby Zarządzających Funduszami i Aktywami. – Niezależnie od tego, jak I i II filar jest poukładany, to i tak przewidywana stopa zastąpienia, kiedy ludzie będą przechodzili na emerytury, to jest około 30 proc.

To znaczy, że emeryci będą otrzymywali średnio 30 proc. tego, co zarabiają będąc aktywnymi zawodowo.

Zdaniem Dyla, świadomość niskich emerytur będzie motywować do oszczędzania długoterminiowego, w tym głównie w III filarze. Dlatego TFI spodziewają się zwiększonego napływu klientów, znacząco większego niż w ubiegłych latach.

Zeszły rok był dobry dla TFI – najlepszy od 2007 roku. Klienci wpłacili prawie 21,5 mld zł, najwięcej do funduszy gotówkowych i rynku pieniężnego – ok. 8 mld zł. Więcej niż w roku poprzednim dostały też fundusze akcji – prawie 3 mld zł. Fundusze mieszane zyskały prawie 2,3 mld zł.

 – Wzrost aktywów był spory, chociaż oczywiście część napływała do środków aktywów niepublicznych. Jeżeli chodzi o detal, to mieliśmy powolny wzrost lub stabilizacja wzrostu aktywów i powrót klientów – ocenia rok 2013 Marcin Dyl i dodaje, że obecny będzie jeszcze lepszy. – Dyskusja dotycząca OFE i II filaru chyba powoli się kończy. Te dyskusje i niepewność co do kształtu rynku hamowały pewne procesy i giełda warszawska była stosunkowo słabiej odbierana niż inne giełdy w regionie. Wydaje się, że rok 2014 pozwoli zdyskontować te różnice i słabość, która w zeszłym roku się pojawiła.

Według prognoz analityków, rynki, na których inwestują fundusze, będą w tym roku rosły, mimo trudnego początku stycznia. Jednak – jak podkreśla prezes IZFiA – pewna doza niepewności zawsze istnieje.

 – Najlepszym przykładem jest sytuacja z zeszłego roku, kiedy to dwa duże banki inwestycyjne dawały prognozy co do tego, w którą stronę podąży złoty i jeden mówił, że zdecydowanie w górę, a drugi  zdecydowanie w dół – przypomina Dyl. – Stan gospodarki amerykańskiej jest bardzo dobry, europejskiej  coraz lepszy, ale jeszcze nie wszystko wyszło na prostą i to odbicie się pokryzysowe jeszcze cały czas trwa.

Na przystąpieniu Polski do strefy euro najbardziej skorzystaliby rolnicy

CEO Magazyn Polska

To przede wszystkim rolnicy i polska wieś skorzystają na wejściu kraju do strefy euro. Dopłaty, które otrzymują i które stanowią prawie połowę dochodów rolników, uzależnione są od kursu walut, co naraża ich na ryzyko kursowe. Dodatkowo przeważająca część eksportu trafia na unijny rynek.

 – Wejście do strefy euro będzie opłacalne dla całej gospodarki, ale rolnicy i sektor rolniczy szczególnie na tym skorzystają – przekonuje w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Marek Zagórski, prezes Europejskiego Funduszu Rozwoju Wsi Polskiej. – Rolnictwo jest beneficjentem wsparcia w ramach Wspólnej Polityki Rolnej, gdzie obowiązuje euro. W związku z czym kurs przeliczeniowy jest sztywno ustalony raz w roku, co oznacza, że płatności bezpośrednie rolnicy dostają każdego roku inne, uzależnione od kursu i te wahania są każdego roku kilkuprocentowe

Przyznawana za 2013 rok tzw. Jednolita Płatność Obszarowa (JPO) do hektara była wyższa o blisko 100 zł od obowiązującej w poprzednim roku. Wynika to z kursu przeliczeniowego, który został przyjęty w 2013 roku przez Europejski Bank Centralny i był wyższy o 0,125 zł niż w 2012 roku (wtedy wynosił 4,1038 zł za euro). Kursy przeliczeniowe obowiązują we wszystkich państwach członkowskich, w których oficjalną walutą nie jest euro. 

 – Jest to ryzyko dla rolników, ale także dla płatnika, czyli dla polskiego budżetu, bo kurs euro/złoty może być różny, a jest sztywno określany. Około połowy dochodów rolników polskich pochodzi z transferów ze środków unijnych, czyli ten kurs jest niesłychanie ważny – dodaje Walenty Poczta, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Różnice kursowe mają także znacznie dla rolników i przedsiębiorców, których działalność jest związana z międzynarodową wymianą handlową. Eksperci podkreślają także znaczenie kosztów transakcyjnych, czyli kosztów przeliczenia kursu złotego na euro. 

 – Dla firm, które chcą się rozwijać, które chciałyby eksportować z Polski na rynek unijny, zmiana byłaby na tyle korzystniejsza, że ułatwiałaby taką ekspansję. Nie wiązałaby się z obawami, co do zmiany kursu na niekorzyść – mówi Marek Zagórski. – Zwłaszcza dotyczy to małych firm, które nie są w stanie sobie zabezpieczyć ryzyka kursowego w sposób odpowiedni. A w ogóle samo zabezpieczenie ryzyka kursowego kosztuje, więc siłą rzeczy to powoduje następną barierę polegającą na tym, że jest drożej.

A właśnie rolników ryzyko kursowe dotyka bardziej niż inne, mniej uzależnione od eksportu branże.

 – Sektor rolny bardziej niż inne jest powiązany poprzez walutę z całą Unią Europejską, ze strefą euro. Prawie jedna czwarta produkcji sektora rolno-spożywczego jest eksportowana, a z tego trzy czwarte trafia do krajów Unii Europejskiej, gdzie walutą jest euro. Zatem przejście na tę walutę eliminuje ryzyko kursowe i znacznie obniża koszty transakcyjne w tym handlu – dodaje Walenty Poczta, profesor Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu.

Jego zdaniem zagrożenia związane z przyjęciem wspólnej waluty dotyczą raczej kwestii makroekonomicznych, takich jak utrata możliwości prowadzenia własnej polityki pieniężnej przez NBP, natomiast polska wieś nie powinna się przyjęciem euro martwić.

 – Zagrożenia są przede wszystkim o charakterze makroekonomicznym, czyli rezygnacja z własnej polityki pieniężnej, z własnej polityki kursowej. Ale raczej nie wpłyną bezpośrednio na sektor rolniczy. Tylko pośrednio, bo jeśli wprowadzenie waluty byłoby źle przygotowane, to oddziaływałoby niekorzystnie na całokształt życia gospodarczego, w tym i na rolnictwo, i na wieś – uważa Walenty Poczta.

W nowej perspektywie budżetowej 2014-2020 środki przeznaczone na dopłaty bzpośrednie wyniosą 23,7 mld euro, pieniądze na Program Rozwoju Obszarów Wiejskich – 13,5 mld euro oraz 5,2 mld euro na wdrażanie polityki spójności na obszarach wiejskich. Średnio na hektar przypadnie ok. 240 euro.

Inteligentne mierniki zużycia energii elektrycznej mogą stać się celem hakerów

Coraz więcej dostawców energii montuje tzw. inteligentne liczniki, które są połączone z serwerami komputerowymi. Takie systemy wymagają silnych zabezpieczeń, bo włamanie do sieci może mieć poważne konsekwencje dla bezpieczeństwa całego kraju. Wraz z rozwojem inteligentnych domów zagrożenia będą się zwiększać.

 – Do naszych mierników energii podłączony jest serwer elektrowni. Pytanie, co ja mogę z takim miernikiem zrobić, jeżeli zhakuję go i za jego pomocą dostanę się do serwerowni, która steruje elektrownią. Można parę bardzo trudnych scenariuszy tej sytuacji wymyślić – przestrzega w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Krzysztof Wójtowicz, dyrektor zarządzający Check Point, firmy zajmującej się bezpieczeństwem w internecie.

Obecnie inteligentne mierniki energii elektrycznej wdrażają w Polsce Energa i Tauron. Takie urządzenia pozwalają na zbieranie większej liczby danych, a także m.in. na lepsze zarządzanie zużywaną energią, co może pomóc konsumentom w obniżeniu ich rachunków za prąd. Ale połączenie z sieciami komputerowymi dostawców stwarza ryzyko ataku hakerskiego.

Jak podkreśla Wójtowicz, możliwe staje się między innymi włamanie do systemu elektrowni i zakłócenie jej działalności. Przykładem takiego działania na wielką skalę jest złośliwe oprogramowanie o nazwie Stuxnet, które w latach 2008-2010 zaatakowało irańskie zakłady wzbogacania uranu w Natanz.

 – Atak Stuxnet spowodował, że w elektrowni w Iranie w pewnym momencie wirówki przestały pracować w odpowiednim trybie, co mogło doprowadzić do katastrofy. Wejście do inteligentnego systemu zakładu, który pełni kluczową dla gospodarki rolę, jest już sporym zagrożeniem – podkreśla Wójtowicz.

Dodaje, że przedsiębiorcy, którzy wdrażają inteligentne mierniki, są świadomi zagrożenia. Mają one mocne systemy elektronicznej ochrony przemysłowej i wciąż pracują nad ich ulepszaniem.

Zagrożenia będą się zwiększać w miarę rozwoju tzw. inteligentnych domów, czyli budynków wyposażonych w rozbudowane sieci komputerowe. W Polsce na razie ten obszar jest na wczesnym etapie rozwoju.

 – Inteligentne domy to w dużym skrócie przeniesienie na skalę trochę większą niż komputer inteligencji z sieci komputerowej – ocenia Wójtowicz. – W związku z powyższym myślenie na temat inteligentnego budynku to w ogóle myślenie na temat tzw. sieci teleinformatycznych, sieci przemysłowych, które z raczkowania w trybie automatyki zwykłej powoli wkraczają w dobę inteligentnych systemów.

Dla Polaków przy wyborze ubezpieczenia komunikacyjnego wciąż najważniejsza jest cena

CEO Magazyn Polska

Coraz większa konkurencja oraz możliwości szybkiego porównania cen sprawiły, że ich poziom się wyrównał, a ubezpieczyciele szukają innych sposobów na przekonanie do siebie konsumentów. Szczególnie agresywnie działają nowe firmy, które dopiero wchodzą do Polski i nie mają własnej bazy klientów. Starają się odbierać ich konkurencji, często zaniżając ceny.

 – Porównywarki ubezpieczeniowe, które zaczęły się pojawiać na rynku, powodują większą świadomość cen u klientów i pewnie też warunków ubezpieczenia. Aspekt cenowy ciągle dominuje na rynku w decyzjach podejmowanych o wyborze ubezpieczenia, jednak aspekt jakości i tego, co otrzymuje ubezpieczony w ramach tego pakietu ubezpieczeniowego, jest też coraz ważniejszy – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Marcin Mekler z firmy Sollers Consulting,

By poprawić wizerunek w oczach kierowców, wielu ubezpieczycieli unowocześnia swoje systemy likwidacji szkód. Szybka likwidacja szkody z polisy sprawcy to szansa na pozyskanie nowego klienta. Na wdrożenie nowego systemu likwidacji szkód zdecydowała się m.in. Warta. W firmie trwa obecnie pilotaż systemu.

 Jest to kompleksowa platforma obsługi likwidacji szkód, która ma za zadanie usprawnić przede wszystkim procesy po stronie ubezpieczyciela i zapewnić, żeby kierowcy, którzy zgłaszają szkody, zarówno z ubezpieczeń OC, jak i AC, byli obsługiwani szybciej i przede wszystkim, żeby poprawić efektywność – mówi Marcin Mekler z firmy Sollers Consulting, która współpracuje z Guidewire – dostawcą systemu do Warty.

Ubezpieczyciel nie ujawnia o ile proces likwidacji zostanie przyspieszony, ale – jak mówi Mekler – przełoży się to na zauważalny wzrost jakości po stronie obsługi klientów. Warta liczy na to, że klienci docenią zmiany.

 – Klienci coraz bardziej zwracają uwagę na jakość obsługi, nie tylko na cenę ubezpieczenia. Bo im bardziej ceny są porównywalne, a konkurencja na rynku jest dosyć duża, tym bardziej też klienci patrzą właśnie na jakość obsługi – uważa Mekler.

ING Otwarty Fundusz Emerytalny ma ponad 5% akcji ENEA S.A.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.
Fundusz poinformował, że nabył akcje w transakcjach na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie, rozliczonych w dniu 20 stycznia 2014 r. Wcześniej posiadał 11 296 751 akcji, tj. 2,56% kapitału zakładowego spółki.
W otrzymanym zawiadomieniu ING OFE informuje, że posiadane przez niego akcje uprawniają do 23 296 751 głosów na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy ENEA S.A., co stanowi 5,28% ogólnej liczby głosów.

ENEA S.A. otrzymała informację o zwiększeniu stanu posiadania akcji spółki przez ING Otwarty Fundusz Emerytalny. Z przesłanego zawiadomienia wynika, że w dniu 23 stycznia br. na rachunku papierów wartościowych Funduszu znajduje się 23 296 751 akcji spółki, co stanowi 5,28% jej kapitału zakładowego.

KGHM Polska Miedź S.A i Narodowe Centrum Badań i Rozwoju wspólnie finansują badania i rozwój (B+R) w przemyśle metali nieżelaznych

Rusza pierwszy z trzech konkursów w ramach Wspólnego Przedsięwzięcia CuBR, które jest efektem współpracy Narodowego Centrum Badań i Rozwoju oraz KGHM Polska Miedź S.A. Budżet pierwszego konkursu to 30 mln zł. Przedsięwzięcie Zrównoważony rozwój przemysłu metali nieżelaznych z wykorzystaniem innowacyjnych technologii – CuBR powstało dzięki zawarciu pierwszego w Polsce porozumienia dotyczącego finansowania B+R w przemyśle pomiędzy rządową agencją i międzynarodową korporacją. Na badania naukowe, prace rozwojowe i działania wspierające transfer ich wyników do przemysłu każdy z partnerów przeznaczy po 100 mln zł.

W dobie globalnej konkurencji inwestowanie w B+R to obowiązek nie tylko państwa, ale przede wszystkim przedsiębiorców i przedstawicieli przemysłu. Ten program to efekt modelowej współpracy sektora publicznego i prywatnego: przedsiębiorca nie tylko współfinansuje etap B+R, ale inicjuje określone prace badawczo-rozwojowe, deklarując przy tym czynny udział na etapie wdrożenia – mówi prof. Krzysztof Jan Kurzydłowski, dyrektor Narodowego Centrum Badań i Rozwoju.

CuBR obejmuje pełen zakres przemysłu wydobywczego. Finansowanie otrzymają wyłonione w konkursach innowacyjne badania i prace rozwojowe związane z nowymi technologiami wydobycia, procesami metalurgicznymi, przetworzonymi, nowymi wyrobami i ich recyklingiem przy jednoczesnym obniżeniu kosztów środowiskowych. Celem jest zwiększenie konkurencyjności polskiej gospodarki w obszarze przemysłu metali nieżelaznych: osiągnięcie istotnego postępu technologicznego oraz wypracowanie rozwiązań umacniających pozycję polskiej branży metali nieżelaznych jako uczestnika globalnego rynku.

Nie wyobrażam sobie przyszłości KGHM bez inwestycji w poszukiwanie nowych technologii i rozwiązań, szczególnie w prace badawczo-rozwojowe. Niezmiernie ważne jest to dla nas teraz, kiedy KGHM musi się mierzyć z konkurencją już na czterech kontynentach. Jestem przekonany, że wspólnie z NCBR potrafimy zainicjować, a potem wspierać badania i prace rozwojowe, które przyniosą efekty na światowym poziomie – zapewnia Herbert Wirth, prezes zarządu KGHM Polska Miedź SA.

Nabór w pierwszym konkursie ruszy 27 stycznia i potrwa do 27 marca 2014 r. O dofinansowanie mogą się ubiegać konsorcja naukowe zarówno jednostek naukowych z udziałem przedsiębiorców, jak i samych jednostek naukowych. Projekty mogą być realizowane od 12 do maksymalnie 36 miesięcy, a minimalna wartość dofinansowania to 3 mln zł.

Szczegółowe informacje są dostępne na stronie www.ncbr.gov.pl

Fundacja Bezpieczna Cyberprzestrzeń „Cyber-EXE Polska 2013”

Jednym z najczęstszych celów ataku hakerów na całym świecie są banki oraz inne instytucje finansowe. Często jednak, także w Polsce, nie są one dostatecznie przygotowane na odparcie cyberataków. Dlatego, jak wynika z ćwiczenia „Cyber-EXE Polska 2013”, instytucje finansowe nie powinny polegać wyłącznie na opracowanych procedurach. Ważnym jest natomiast, aby jak najczęściej ćwiczyć praktyczną obronę przed możliwymi cyberatakami. Niezbędna jest także ściślejsza współpraca pomiędzy bankami poprzez wymianę informacji o potencjalnych zagrożeniach i sposobach radzenia sobie z nimi.

Ćwiczenie „Cyber-EXE Polska 2013” zostało zorganizowane przez Fundację Bezpieczna Cyberprzestrzeń przy wsparciu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa oraz firmy doradczej Deloitte. Odbyło się ono 29 października 2013 roku, a udział w nim wzięło sześć polskich banków, które stanowiły reprezentatywną dla sektora grupę, tak pod względem ich typów, formy własności, jak i oferty bankowości internetowej i mobilnej. Ćwiczenie wspierane było przez szereg instytucji związanych z sektorem finansowym, patronami ćwiczenia były: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Związek Banków Polskich. Przedstawiciele powyższych instytucji byli zaangażowani jako bezpośredni obserwatorzy ćwiczenia.

Tego typu inicjatywa z udziałem instytucji finansowych została zrealizowana po raz pierwszy w Polsce. Wpisuje się ona w międzynarodowy trend organizacji takich projektów, które oceniane są jako nowoczesna i efektywna forma podnoszenia zdolności do reagowania na najgroźniejsze zagrożenia w sieci Internet. Szczegółowy opis przygotowań, przebiegu, a także analiza wyników oraz wnioski i rekomendacje znajdują się w raporcie: „Raport z ćwiczenia Cyber-EXE Polska 2013 w zakresie ochrony przed zagrożeniami z cyberprzestrzeni dla polskiego sektora bankowego”.

Krytyczne znaczenie technik teleinformatycznych w połączeniu ze szczególną rolą oraz wagą bankowości dla klientów, społeczeństwa, rynku i całej gospodarki sprawiło, że sektor bankowy stał się naturalnym i najlepszym kandydatem do udziału w ćwiczeniu. „Banki coraz częściej znajdują się na celowniku cyberprzestępców i dzieje się to również w Polsce, często także w ukryciu przed opinią publiczną. Nasza inicjatywa jest o tyle cenna, że powstała przy współpracy trzech sektorów: rządowego, prywatnego oraz organizacji pozarządowych. Jest to niezwykle ważne biorąc pod uwagę, że skuteczna walka o bezpieczeństwo IT będzie miała wtedy większy sens, gdy zjednoczy się w niej jak najwięcej zainteresowanych stron” – tłumaczy Mirosław Maj, Prezes Fundacji Bezpieczna Cyberprzestrzeń.

Większość z banków ma wypracowane procedury na wypadek wystąpienia sytuacji kryzysowej, także tej wynikającej z cyberzagrożenia. Jednak dopiero przećwiczenie ich, podczas symulowanego ataku, pozwala sprawdzić jak działają w praktyce. Wnioski, które uczestnicy mogą sformułować na podstawie ćwiczenia, mogą przyczynić się do wzmocnienia zdolności obronnych każdej organizacji, np. poprzez poprawę istniejących procedur oraz doskonalenie wiedzy i praktycznych umiejętności przez osoby funkcyjne i zespoły ludzkie wszystkich szczebli.

Podczas ćwiczenia banki musiały odpowiedzieć na dwa symulowane ataki teleinformatyczne. Pierwszym z nich był to atak typu DDoS, którego efektem było zablokowanie dostępu do stron internetowych banków i uniemożliwienie klientom przeprowadzania operacji bankowych. Drugim, bardziej zaawansowanym technologicznie, był ukierunkowany na banki atak typu APT (Advanced Persistant Threat). Jego celem było pozyskanie wrażliwych dla banków informacji i finansowy szantaż banku. Zdarzenia przewidziane w scenariuszu ćwiczenia wymagały od uczestników dużego zaangażowania i szybkich reakcji.

Każda z instytucji, która wzięła udział w Cyber-EXE Polska 2013, wyciągnęła wnioski z własnego przygotowania do odparcia cyberataku. Organizatorzy ćwiczenia dostrzegli jednak również szereg uwarunkowań, które dotyczą całego polskiego sektora bankowego. „Znajomość procedur w bankach jest wysoka, ale nie wystarczy, aby zapewnić bezpieczeństwo teleinformatyczne. Potrzebne są odpowiednie szkolenia, a przede wszystkim ćwiczenia praktyczne, które oddają obraz realnego ataku. Z naszego ćwiczenia wynika, że dość szybko następowała reakcja i zawiadomienie odpowiednich organów jak policja czy zespoły typu CERT , ale trudno powiedzieć, czy tak się dzieje również w rzeczywistości” – mówi Cezary Piekarski, Starszy Menedżer w Dziale Zarządzania Ryzykiem Deloitte.

Współpraca między bankami w zakresie bezpieczeństwa teleinformatycznego jest obszarem, którego potencjał nadal nie jest do końca wykorzystany. „Teoretycznie w obszarze bezpieczeństwa banki nie konkurują ze sobą. Podczas ćwiczenia zaobserwowaliśmy jednak, że nie wszystkie banki skorzystały z możliwości współpracy w odparciu ataków. Zdaję sobie sprawę, że w dobie walki o każdego klienta, pokazanie konkurencji swoich słabych punktów nie jest łatwą decyzją, ale w przypadku cyberataku, kolektywna obrona daje większe możliwości minimalizacji jego skutków niż samodzielne działania. Pamiętajmy także, że w ćwiczeniu ataki były symulowane, przypuszczam, że w rzeczywistej sytuacji skłonność do współpracy byłaby większa” – mówi Maciej Pyznar, główny specjalista w Wydziale Ochrony Infrastruktury Krytycznej Rządowego Centrum Bezpieczeństwa.

„Przeprowadzone przez nas ćwiczenie oraz sygnały płynące od uczestników upewniły nas, że takie inicjatywy powinny odbywać się regularnie, co najmniej raz na rok. Ważne jest także zaangażowanie w takie projekty odpowiednich organów ścigania oraz instytucji i organizacji, które mają duży wpływ na codzienne funkcjonowanie banków, jak choćby Komisji Nadzoru Finansowego czy Związku Banków Polskich” – mówi Mirosław Maj. „Instytucje finansowe muszą wiedzieć, że znajomość procedur to nie wszystko. Ważne jest zdobywanie aktualnej wiedzy, jak najczęstsze szkolenia oraz przede wszystkim wymiana informacji” – podsumowuje.

Cała publikacja „Cyber-EXE Polska 2013. Raport z ćwiczenia Cyber-EXE Polska 2013 w zakresie ochrony przed zagrożeniami z cyberprzestrzeni dla polskiego sektora bankowego. Przygotowanie, przebieg, analiza, wnioski i rekomendacje” jest dostępna na stronie www.cyberexepolska.pl oraz www.deloitte.com/pl/cyber lub www.deloitte.com/pl/CyberExePolska2013

Raport DNB Bank Polska i Deloitte: „Kierunki 2014. Made in Poland”

Polski przemysł, po raz pierwszy w historii, ma dużą szansę na trwałe zbudowanie silnej pozycji konkurencyjnej w Europie, a także wyparcie z rynków UE producentów z innych krajów europejskich. Analizy konkurencyjności polskich producentów oraz perspektyw i warunków ich rozwoju dokonał DNB Bank Polska z firmą doradczą Deloitte w raporcie „Kierunki 2014. Made in Poland”.

Przemysł stanowi prawie 25 proc. całej polskiej gospodarki – jest to poziom wyższy niż średnia w całej Unii Europejskiej (18,5 proc.) i porównywalny do samych Niemiec (25,8 proc.). Polskie firmy są konkurencyjne – głównie dzięki dużej elastyczności, wydajności produkcji, jakości wyrobów czy umiejętności kontroli kosztów – w tym utrzymywania kosztów pracy na rozsądnym poziomie. Czynniki te sprawiają, że rośnie produktywność polskich firm – obecnie sektor przemysłowy jest o około 23 proc. bardziej wydajny niż cała polska gospodarka. Na korzystny obraz konkurencyjności polskiego przemysłu wpływa również wysoka efektywność produkcji w stosunku do ponoszonych nakładów inwestycyjnych.

W ostatnich latach szczególnie silne wzrosty produktywności miały miejsce w branżach, które w dużym stopniu nastawione są na rynki zagraniczne, przede wszystkim rynek niemiecki. – Wysoki potencjał polskiego przemysłu widać szczególnie wyraźnie na przykładzie obecności na dużym i wymagającym rynku niemieckim. Podmioty kilkunastu polskich branż mają już dziś ugruntowaną pozycję na tym rynku i są na tyle konkurencyjne, że dynamiczna w wielu przypadkach ekspansja Chin nie zagraża polskiej produkcji – mówi Rafał Antczak, członek zarządu Deloitte Business Consulting.

Jeśli bliżej przyjrzeć się poszczególnym branżom, to wydajność pracy jest mocno zróżnicowana, co wynika z jednej strony z natury produkcji (mniej lub bardziej pracochłonnej lub kapitałochłonnej), a z drugiej – ze skali restrukturyzacji i prywatyzacji (w tym z udziałem kapitału zagranicznego), jaką poszczególne branże zrealizowały od początku transformacji ustrojowej w Polsce. – Polski eksport ma w dużej mierze charakter zaopatrzeniowy. Branże produkujące towary o wyższej wartości dodanej mają relatywnie mniejszy udział w imporcie Niemiec. Wyjątek od tej reguły stanowi polski przemysł motoryzacyjny, który jest niezwykle konkurencyjny, mówi Rafał Antczak. Udział eksportu w sprzedaży polskiej branży motoryzacyjnej stanowi aż 77 proc. i polski eksport skutecznie wypiera produkcję rozwiniętych gospodarek europejskich. Sprzyjają temu nadal niższe średnie ceny sprzedaży niż w UE (o prawie 20 proc.), a umiarkowany wzrost wynagrodzeń, znacznie poniżej wzrostu wydajności, zapewnia utrzymywanie tej korzystnej relacji.

Obok przemysłu motoryzacyjnego do najbardziej konkurencyjnych polskich branż zaliczyć należy takie sektory jak wyroby z metali, urządzenia elektryczne, przemysł tekstylny czy meblarski. Na drugim biegunie – branż najmniej konkurencyjnych – znalazły się: przemysł skórzany, energetyczny, wodny i poligrafia. – Uważamy, że polscy producenci mogą przez najbliższe lata utrzymywać konkurencyjność na rynku unijnym – pod warunkiem utrzymania efektywności produkcji i kontroli kosztów, w tym kosztów pracy, a także uważnego kalkulowania ryzyka inwestycyjnego – mówi Artur Tomaszewski, prezes zarządu DNB Bank Polska. – Są jednak branże – takie jak górnictwo i wydobycie, produkcja obuwia i wyrobów skórzanych, gdzie ceny relatywne są już zbliżone do unijnych, więc w takich przypadkach polski producent może konkurować tylko czynnikami poza-cenowymi – takimi jak niezawodność dostaw czy jakość produkcji, dodaje prezes Tomaszewski.

Uwaga na ryzyka

Tak korzystny obraz polskiego przemysłu nie oznacza, że jego perspektywy są wyłącznie świetlane i na horyzoncie nie widać żadnych zagrożeń. Oprócz konieczności stałej kontroli kosztów, w tym zwłaszcza utrzymywania kosztów pracy na niskim poziomie, należą do nich istniejące wciąż bariery prowadzenia działalności gospodarczej, a także edukacja, a przede wszystkim – ceny energii.

W tym pierwszym przypadku, choć Polska awansowała ostatnio w globalnym, prestiżowym rankingu swobody prowadzenia działalności gospodarczej 2014 Index of Economic Freedom (jest to wciąż zaledwie miejsce 50), to niektóre składowe indeksu wyglądają bardzo niejednorodnie. Np. z jednej strony okazuje się, że jesteśmy na trzecim miejscu na świecie pod względem dostępności kredytów dla firm, zaś z drugiej – Polska plasuje się na 137 miejscu (na 187 krajów) pod względem dostępności do sieci elektrycznej.

W obszarze edukacji, która przecież stanowi podstawę rozwoju, sytuacja też nie wygląda najlepiej. O ile na poziomie podstawowym i gimnazjalnym nie jest jeszcze najgorzej – wg. realizowanego przez OECD Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów PISA (ang. Programme for International Student Assessment) Polska plasuje się na 14 miejscu na 41 państw, to na poziomie uniwersyteckim – w Akademickim Rankingu Uniwersytetów przygotowywanym od 2003 roku przez badaczy Uniwersytetu Szanghajskiego, są tylko dwie polskie uczelnie (Uniwersytety: Warszawski i Jagielloński), które znajdują się między 400 i 500 miejscem na świecie. Dla porównania – w tym samym zestawieniu jest aż 150 uczelni amerykańskich, a z europejskich – 37 niemieckich, po 20 francuskich i włoskich, 11 szwedzkich i hiszpańskich.

A co z energią?

Zasadnicze znaczenie dla rozwoju sektora przemysłowego ma i będzie miała cena i stabilność dostaw energii. Globalny rynek surowców energetycznych wchodzi obecnie w korzystne dla Polski trendy. Wzrost podaży ropy naftowej ze źródeł niekonwencjonalnych (głównie tzw. ropy zamkniętej) w USA ma korzystny wpływ na prognozy cen ropy naftowej na świecie, które ulegają obecnie obniżeniu. Według prognoz amerykańskiej Energy Information Administration (EIA) – w latach 2014-2017 ceny ropy naftowej mają spadać do poziomu 90 dolarów za baryłkę. W latach 2017-2025 prognozowane ceny ropy będą o około 20 dolarów niższe niż według prognoz z 2010, 2011 i z 2013 r. oraz aż o 40 dolarów niższe niż według prognozy z 2012 r.

Podobnie sytuacja wygląda na rynku gazu. Od czasu długoterminowej prognozy EIA z 2009 r. przewidywana cena gazu ziemnego (na terminalu Henry Hub) spadła o ponad 50 proc. w 2012 r. – do poziomu 2,8 USD/mln BTU i o ponad 40 proc. w latach 2014-2017 – do poziomu 3,9-4,8 USD/mln BTU. Wstępna prognoza z 2014 r. praktycznie nie różni się od prognozy z 2013 r., więc można przyjąć, że do 2020 r. prognozy cen gazu są wysoce prawdopodobne. Rok 2020 stanowić może cezurę czasową dla prognoz długoterminowych, ponieważ w od tego okresu prognozowany jest dynamiczny wzrost wydobycia gazu łupkowego w Chinach (w Polsce zresztą też).

Rosnąca podaż ropy naftowej i gazu ziemnego sprawia, że silna do niedawna korelacja cen tych surowców uległa szybkiemu osłabieniu w 2009 r. Podobne zjawisko występuje na rynku węgla kamiennego, gdzie cena polskiego węgla poddana jest konkurencji węgla importowanego z innych krajów, w tym ze wschodu (z Ukrainy i Rosji). Z tego też powodu przewidywana cena węgla w Polsce nie będzie miała trendu wzrostowego, co jest dobrą perspektywą dla polskiego przemysłu (choć już niekoniecznie dla polskich kopalń). Korzystne dla Polski trendy na globalnych rynkach surowców energetycznych mogą niestety zostać zniweczone restrykcyjną polityką klimatyczną i regulacjami UE, które wpłynąć mogą na wzrost cen energii.

Mimo prognozowanych spadków cen surowców, oficjalne prognozy cen energii elektrycznej w Polsce przygotowywane przez ARE przewidują znaczący, bo prawie 2-krotny wzrost cen energii elektrycznej na rynku hurtowym do 2030 r. powodowany w dużej mierze rosnącym kosztem pozwoleń na emisję CO2.

– Jako bank specjalizujący się obsłudze klientów z sektora energetycznego i finansujący firmy działające w tym sektorze, nie do końca jesteśmy przekonani do prognoz ARE, przynajmniej w najbliższym okresie. W naszej ocenie, stanowisko ARE osłabiają: zarówno niepewność odnośnie realnych kosztów uprawnień do emisji CO2, jak również ryzyko że koszty inwestycyjne nie będą miały bezpośredniego wpływu na wzrost kosztów energii. Uważamy, że istnieje dostatecznie dużo czynników niepewności, aby jednoznacznie stwierdzić, że koszty energii istotnie wzrosną, mówi Artur Tomaszewski.

Konkluzje

– Nasza analiza polskiego przemysłu, której poświęcona jest większość Raportu „Kierunki 2014” daje zaskakujące rezultaty. Po pierwsze, wynika z niej, że Polska jest krajem o udziale przemysłu na poziomie Niemiec i powyżej wielu krajów UE. Po drugie, polski przemysł jest konkurencyjny, a jego produkty wypierają produkty innych krajów z rynku niemieckiego, który jest najbardziej konkurencyjny w UE. Wg nas, przewagi konkurencyjne Polskie nie zależą wyłącznie od niskich płac i słabszego kursu walutowego, ale przede wszystkim ze wzrostu wydajności i jakości produkcji. W naszym odczuciu, firmy nie powinny się również obawiać inwestycji, a to dlatego, że efektywność inwestycji w Polsce jest wciąż wysoka. Uważamy w końcu, że przyszłość przemysłu w Polsce zależy w największym stopniu od zdroworozsądkowej polityki polskich firm i polskiego rządu, podsumowuje Artur Tomaszewski.

Prezesi znów wierzą we wzrost przychodów i rozwój gospodarki światowej

Rośnie optymizm w Polsce i na świecie odnośnie rozwoju sytuacji makroekonomicznej w 2014 r. oraz możliwości uzyskania wzrostu przychodów w przedsiębiorstwach w tym roku. Zwiększa się otwartość firm na zatrudnianie nowych pracowników i coraz większego znaczenia nabierają wyzwania biznesowe, w tym pozyskanie pracowników o kluczowych umiejętnościach– wynika z przeprowadzonego przez PwC 17. corocznego badania „CEO Survey 2014”.

Zdecydowana większość zarządzających ankietowanych w badaniu CEO Survey 2014 (85%) przewiduje poprawę wyników finansowych swojej firmy w nadchodzących 12 miesiącach, a gdy przyjmiemy horyzont 3-letni grupa ta liczy już 90% respondentów w Polsce i 92% na świecie. Na naszym rynku rzadziej jednak spotykamy prezesów „bardzo” pewnych poprawy wyników w ciągu 12 miesięcy (30% podczas gdy na świecie 39%), jednak już w odniesieniu do horyzontu trzyletniego optymizm rośnie u nas szybciej niż na świecie – aż 58% ankietowanych prezesów jest „zdecydowanie pewnych”, że poprawi wynik finansowy w tym czasie (w porównaniu do 45% rok temu).

„W tym roku nastąpiło wyraźne odwrócenie trendu – po raz pierwszy od trzech lat obserwujemy wzrost pozytywnych nastrojów zarówno w perspektywie krótko-, jak i długoterminowej. Widać jednak wyraźnie, że deklarowany optymizm jest jednak obarczony sporą dawką niepewności” – podkreśla prof. Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC.
„Co ciekawe, polski optymizm w odniesieniu do najbliższych 12 miesięcy jest ostrożniejszy niż średnia globalna, jednak już w perspektywie 3 letniej polscy menedżerowie są znacznie bardziej optymistyczni od respondentów na świecie, w Europie Zachodniej, czy w Europie Centralnej.”

W horyzoncie rocznym poziom optymizmu polskich menadżerów jest podobny do obserwowanego w Europie Zachodniej. Zdecydowanie odbiegamy w tym roku od nastrojów naszego regionu, gdzie odnotowano spadek liczby optymistów z 42% do 37%.

Co ciekawe, zarówno polscy menadżerowie jak i zarządzający firmami na świecie bardziej optymistycznie oceniają przyszłość własnych przedsiębiorstw i stan gospodarki globalnej, niż sytuację swojej branży. Tylko 14% menadżerów w Polsce i 21% na świecie jest przekonanych o możliwości wzrostu sprzedaży w swojej branży, czyli dwukrotnie mniej niż w przypadku oceny sytuacji we własnej firmie.

Wzrost optymizmu co do przyszłości własnych firm, jest ściśle związany z tym jak ankietowani menadżerowie postrzegają sytuację globalną. Prawie połowa z ankietowanych prezesów firm na świecie i 40% w Polsce oczekuje przyspieszenia tempa rozwoju gospodarki światowej w ciągu najbliższych 12 miesięcy. Co ważne, nikt z ankietowanych w Polsce i jedynie 7% respondentów na świecie nie spodziewa się pogorszenia sytuacji w globalnej gospodarce w najbliższym roku (w zeszłym roku odpowiednio 44% i 28%).

„Zarządzający firmami zaczynają odzyskiwać zaufanie do kondycji gospodarki światowej i do perspektyw rozwojowych własnych firm ” – zauważa Olga Grygier – Siddons, prezes PwC w Polsce. Wciąż jednak uważają, że osiągnięcie wzrostu przychodów w pokryzysowych czasach pozostaje wyzwaniem – zdają sobie sprawę, że tempo rozwoju światowej gospodarki nie będzie zawrotne, a konkurencja coraz ostrzejsza. Bardzo dobrą informacją jest to, że polscy menadżerowie w przeciwieństwie do swoich kolegów z innych krajów naszego regionu powoli zaczynają odzyskiwać wiarę w siłę własnych firm”.

Spodziewane zmiany zatrudnienia

Wraz ze wzrostem optymizmu pojawiają się pozytywne sygnały dotyczące planów zatrudnienia – w Polsce 43% prezesów planuje wzrost zatrudnienia (27%w 2013 r.), jednocześnie jednak redukcję liczby pracowników rozważa praktycznie tyle samo firm co rok temu (odpowiednio 30% i 32% w 2013 r.). Na świecie już tylko 20% CEO spodziewa się redukcji personelu w ciągu najbliższych 12 miesięcy, a 50% przewiduje wzrost liczby zatrudnionych.

„Wraz z poprawą sytuacji ekonomicznej w Polsce zwiększa się otwartość firm na zatrudnianie nowych pracowników. Jednocześnie na podobnym poziomie utrzymuje się grupa firm pragnących redukować swoje zespoły, a to oznacza że nadchodzący rok może być okresem intensywnych przetasowań na rynku pracy. Sytuacja ta stwarza nowe szanse dla osób poszukujących lub pragnących zmienić miejsce zatrudnienia” – zauważa Witold Orłowski, główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Jak rozwijać biznes?

Około 1/3 ankietowanych w Polsce i na świecie uważa, że innowacje będą głównym motorem wzrostu ich przedsiębiorstw w najbliższym czasie. Tyle samo respondentów planuje wzmacniać obecność na istniejących rynkach (33% w Polsce i 30% na świecie)

Cechą wyróżniającą w tym roku polskich prezesów jest poszukiwanie szans rozwojowych w ekspansji globalnej – prawie 1/5 ankietowanych widzi możliwości wzrostu w wejściu na nowe rynki (na świecie 14%). Rok temu taką opcję rozważało 12%, a dwa lata temu jedynie 5%.

„Duże zainteresowanie polskich prezesów ekspansją zagraniczną jest zgodne z naszymi wcześniejszymi obserwacjami dotyczącymi priorytetów rozwojowych polskich przedsiębiorstw. Jest to często jedyna droga zwiększenia sprzedaży w sytuacji rosnącej konkurencji na naszym rynku. Polskie firmy z jednej strony coraz pewniej spoglądają na ustabilizowane i bardzo konkurencyjne rynki Europy Zachodniej, a z drugiej poszerza się ich perspektywa globalna” – zauważa Olga Grygier-Siddons prezes PwC w Polsce.

Blisko połowa ankietowanych (46%) wymienia kraje UE (poza Polską) jako priorytetowe rynki dla rozwoju firm, z czego 16% spogląda głównie na Niemcy, a 10% na sąsiednie kraje Europy Centralnej. Wciąż silna jest pozycja Rosji (9% wskazań), ale coraz śmielej pojawiają się także nowe kierunki takie jak Kraje Zatoki Perskiej, Turcja i Chiny.

Polska na mapie firm zagranicznych

Z map zarządzających firmami globalnymi nie znika także rynek polski. Polska zajmuje 24. miejsce pod względem liczby odpowiedzi dotyczących rynków priorytetowych w badaniu globalnym PwC – tuż za takimi krajami jak Turcja czy Malezja i tuż przed Hong-Kongiem, Włochami, czy Hiszpanią.

Nasza kraj jest natomiast zdecydowanym liderem w regionie Europy Centralnej. Jako jeden z trzech najważniejszych rynków, Polskę wskazuje około 2,5% ankietowanych w skali globalnej – 2 razy więcej niż Rumunię, 4 razy więcej niż Czechy i 8 razy więcej niż Węgry.

Główne wyzwania gospodarczo – polityczne

Potencjalna niestabilność kursów walutowych budzi na naszym rynku największe obawy wśród czynników gospodarczo – politycznych (68%wskazań). Jest to jedyny niekorzystny czynnik gospodarczy, którego menadżerowie w Polsce obawiają się bardziej niż zarządzający firmami na świecie.
W badaniu globalnym największy niepokój budzą trzy powiązane ze sobą potencjalne zjawiska: niepewny wzrost gospodarczy, reakcja rządów na deficyty i zadłużenie finansów publicznych oraz wzrost obciążeń podatkowych – obawia się ich około 70% respondentów. Czynniki te wciąż dominują choć w porównaniu do ubiegłego roku widzimy spadek wskazań średnio o 10 punktów procentowych.

Ciekawa jest wyjątkowo duża różnica w skali obaw dotyczących możliwego wzrostu obciążeń podatkowych pomiędzy menadżerami z Polski i reszty świata (50% wobec 70%). Być może znaczenie mają tutaj wypowiedzi nowego ministra finansów, który bardzo wyraźnie zapowiada reformy prawa podatkowego ułatwiające życie polskim przedsiębiorcom, co rynek odczytuje jako brak planów podnoszenia podatków (60% rok temu i 50% wskazań obecnie)

„Widzimy w tym roku w Polsce znacznie mniejsze obawy związane z rozwojem sytuacji makroekonomicznej, szybko rośnie natomiast znaczenie zagrożeń o charakterze biznesowym” – podkreśla Witold Orłowski. Odsetek obawiających się o tempo wzrostu gospodarczego spadł w Polsce z 88% w roku ubiegłym do 63% w tym roku, odsetek obawiających się o reakcji władz na deficyt i zadłużenie z 74% do 63%, a odsetek obawiających się wzrostu obciążeń podatkowych z 60% do 50%.

Główne wyzwania biznesowe – co będzie decydowało o przyszłości firm?

Wśród czynników biznesowych w ostatnich latach rośnie w Polsce i w skali globalnej zaniepokojenie możliwym brakiem dostępności do kluczowych umiejętności. Rok temu obawy takie wyrażało 58% ankietowanych na świecie, podczas gdy w tym roku wyzwania tego typu widzi już 63%. Problem dostępności wykwalifikowanych kadr zaczynają także coraz wyraźniej dostrzegać ankietowani w Polsce – niepokój o jakość zasobów ludzkich wyraziło w tym roku aż 55% polskich respondentów, w porównaniu do 37% w zeszłym roku.

„Może być to sporym wyzwaniem dla działów HR w firmach – ich pracownicy staną bowiem przed zadaniem poszukiwania nowych specjalistów, a dostępność kluczowych talentów, pomimo trwających zwolnień, będzie znacznie mniejsza niż w ostatnich latach. W tej sytuacji coraz ważniejsze stają się innowacyjne metody zachęcania i pozyskiwania cennych pracowników oraz zarządzanie talentami w przedsiębiorstwie” – podkreśla Olga Grygier-Siddons.
Zdaniem polskich ankietowanych czynnikiem, który w największym stopniu będzie determinował strategię firm w dłuższym okresie jest postęp technologiczny ( 85% wskazań w Polsce i 81% globalnie) oraz przemiany demograficzne (odpowiednio 53% i 60%). Jednocześnie tylko 35% prezesów w Polsce uważa, że ich działy badawczo rozwojowe oraz działy zasobów ludzkich są dobrze przygotowane do wyzwań, jakie stawia przed nimi przyszłość. Na świecie wskaźniki te wynoszą odpowiednio 28% i 34%.

„Cieszy fakt, iż polscy menadżerowie dostrzegają słabość swoich działów badawczo- rozwojowych oraz zasobów ludzkich. Innowacje realizowane dzięki zatrudnianiu najlepszych kadr będą podstawą konkurencyjności polskich przedsiębiorstw w nadchodzących latach. Z drugiej strony trzeba zauważyć, że wiele polskich firm wciąż pokłada nadzieję przede wszystkim w niskich kosztach produkcji. Taka strategia może zemścić się w przyszłości” – twierdzi Witold Orłowski główny doradca ekonomiczny PwC w Polsce.

Wyniki badań PwC wskazują, iż poważnym wyzwaniem dla wielu firm w Polsce będzie także restrukturyzacja działów zarządzania ryzykiem w przedsiębiorstwach. Aż 25% ankietowanych prezesów w Polsce uważa, iż nie są one przygotowane do nowych wyzwań globalnych.

Informacje o badaniu

Dla celów 17. corocznego światowego sondażu prezesów firmy PwC w ostatnim kwartale
2013 r. przeprowadzono 1344 badań ankietowych w 68 krajach. 442 badań ankietowych przeprowadzono w Europie, 445 w Azji i Oceanii, 165 w Ameryce Łacińskiej, 212 w Ameryce Północnej, 88 w Europie Środkowej i Wschodniej oraz 45 na Bliskim Wschodzie i 35 w Afryce. Polską edycję badania przeprowadzono w tym samym okresie. Wzięło w nim udział 40 respondentów. Pełen raport globalny wraz z wykresami można pobrać ze strony www.pwc.com/ceosurvey, zaś badanie polskie jest dostępne na stronie www.pwc.pl/ceosurvey Wyniki 17. dorocznego światowego sondażu prezesów spółek ogłoszono na konferencji prasowej w Davos w przeddzień dorocznego spotkania Światowego Forum Ekonomicznego. Nagrania z konferencji prasowej (w jakości telewizyjnej) oraz inne materiały pomocnicze można pobrać ze strony http://press.pwc.com. Webcast z pełnej konferencji prasowej można pobrać ze strony http://www.pwc.com/davoswebcast.

Historia TREBORD – dwoje ludzi i wielkie chęci tworzenia

Łączy ich pasja i zamiłowanie do unikatowych wyrobów. Są nie tylko rzemieślnikami, ale przede wszystkim wizjonerami, projektantami, oferującymi produkt skrojony na miarę – niczym najdroższy garnitur, w którym komfort klienta jest najważniejszy. TREBORD to dwoje ludzi i wielkie chęci tworzenia.

Czy produkcję i sprzedaż stołów wykonywanych ręcznie z wyselekcjonowanych kawałków drewna można uznać za nowatorski pomysł? Czy to biznes, którego prowadzenie opłaca się na tyle by rezygnować z pracy na etacie?

Dla Jacka Augustyniaka największą pasją jest marketing. Studiując ten kierunek, miał możliwość poznać jego teoretyczne podstawy, natomiast późniejsza praca w zawodzie, w jednej z bardziej znanych poznańskich spółek, pozwoliła wypracować odpowiednią praktykę i zyskać doświadczenie. – Mimo że praca była ambitna, a samo stanowisko – wymagające, pewnego dnia coś się we mnie zmieniło. Od zawsze lubiłem tworzyć i mieć wpływ na otaczającą rzeczywistość. Chyba właśnie dlaczego zaczęła mnie męczyć korporacyjna klatka oraz ukryta ambicja, by zrobić coś więcej – mówi z uśmiechem Jacek. Do zmiany trybu życia przez długi czas namawiał go jego przyjaciel, a zarazem wspólnik, ogromny pasjonat drewna Tomasz Jęsiek. Razem zapragnęli zerwać z otaczającą wszystkich masową produkcją mebli. Tomasz od zawsze niespokojny duch, pełny pasji do drzewa, które jak sam podkreśla – stanowi materiał nieograniczonych możliwości.

Początki studia TREBORD wcale nie były łatwe: – Musiałem podejść Jacka sposobem i postawić przed pewnego rodzaju wyzwaniem; pokazać, że prawdziwe drewno to nie meble z masowej produkcji – opowiada Tomasz Jęsiek. Sukces studia TREBORD to powrót do korzeni, do rzemiosła, ręcznej produkcji i małej manufaktury, w której każdy oddaje cząstkę siebie, by wykonać produkt indywidualnie dostosowany do oczekiwań klienta.

Tym, co wyróżnia TREBORD jest wyjątkowość, i unikatowość produktu, niedostępnego wcześniej na polskim rynku. Jacek i Tomasz to rzemieślnicy, z autorską pracownią, która stawia na indywidualne podejście do klienta i personalizowane zamówienia. To twórcy, którzy podchodzą do każdego stołu jak do małego dzieła sztuki, wkładając w nie duszę i dbając by produkt, którego najdrobniejszy element wykonywany jest ręcznie, posiadał należycie wysoką jakość i co najważniejsze – niepowtarzalność.

– Spod naszych rąk nigdy nie wyjdą dwa identyczne stoły, ponieważ ich kształt tworzy sama natura – dodaje Jacek. Właśnie to powoduje, że powstały biznes wpisał się w istniejącą na rynku niszę, niszę produktów sfokusowanych na wyrafinowanego klienta, otwartego na unikalne rozwiązania i uciekającego od powtarzalnej masowości.

Twórcy TREBORD postawili na mało znany w Polsce trend, produkcję ekskluzywnych stołów jadalnianych i kawowych, z wyższej półki cenowej, wykonywanych całkowicie ręcznie. O luksusie tych propozycji stanowi przede wszystkim blat, niezwykle widowiskowy element, o nieregularnym kształcie, zachowujący naturalne pęknięcia, a jednocześnie o cudownie gładkiej i przyjemnej w użytkowaniu fakturze. Jak mówią projektanci: – Zbliżamy naszego klienta do natury, zachęcamy do stworzenia we własnym zaciszu domowym miejsc wyjątkowych, miejsc ze stołem w roli głównej.

Do 10 tysięcy – tyle można zapłacić za stół jadalniany TREBORD wykonany z takich gatunków drzew jak np.: dąb, akacja, olcha, orzech czy nawet sekwoja. Każdy stół to efekt starannej obróbki ręcznej, która trwa nawet do 4 tygodni. Wydłużony czas rekompensuje produkt – wyjątkowy stół, o indywidualnym charakterze, w którego tworzeniu liczy się człowiek, jego talent oraz miłość do drewna. A to zawsze będzie miało swoją cenę.

Źródło: www.trebord.com

W Polsce jedna na osiem części samochodowych jest wadliwa

W 2013 r. aż 13% części było wadliwych i nie nadawało się do montażu w samochodach. To więcej niż w poprzednim roku i więcej niż wynosi średnia europejska – wynika z wewnętrznych danych Exact Systems, firmy kontrolującej jakość części samochodowych. Przedstawiciele spółki podkreślają, że samochód składa się średnio z ok. 8 tysięcy części i wada choćby jednej z nich może przyczynić się do poważnej awarii auta – potencjalnie niebezpiecznej i kosztownej dla właściciela.

W ubiegłym roku z taśm polskich fabryk zjechało tylko 575 tys. samochodów, czyli o prawie 10% mniej niż w 2012 r. 2013 rok jest piątym z kolei, w którym w Polsce notujemy spadki produkcji. Koncerny motoryzacyjne zlokalizowane w naszym kraju, żeby powrócić do poziomu zamówień sprzed kilku lat, muszą postawić na wprowadzenie nowych standardów jakości i wymogów wobec dostawców. W innym przypadku, stracimy pozycję konkurencyjną głownie na rzecz innych krajów rozwijających się takich jak Czechy, Rumunia czy Turcja – mówi Paweł Gos, prezes zarządu Exact Systems i ekspert Polskiej Izby Motoryzacji.

W Polsce jedna na osiem części jest wadliwa

Wadliwość części samochodowych w minionych dwunastu miesiącach wyniosła w Polsce 13%, czyli o dwa punkty procentowe więcej niż w 2012 r. Z jednej strony martwi nas wzrost liczby wykrytych przez nas wadliwych części, ale z drugiej strony zwracamy uwagę na pozytywne zjawisko: fabryki samochodów i dostawcy części z roku na rok coraz lepiej dbają o jakość produkowanych czy wykorzystywanych elementów. Dobitnie świadczą o tym nasze wyniki:

w 2013 r. w Polsce zlecono nam kontrolę ponad 240 mln podzespołów i części. To aż o 21% więcej niż w poprzednim roku – mówi Jacek Opala, dyrektor ds. rozwoju sprzedaży w Exact Systems. Do skrupulatnej kontroli jakości wykorzystywanych do montażu półproduktów coraz częściej skłaniają koncerny motoryzacyjne m.in. dane o kilkudziesięciu tysiącach samochodów wzywanych co roku do kampanii naprawczych oraz potencjalna utrata zaufania klientów.

Wadliwość części w Polsce – pomiędzy Rosją a Niemcami

Exact Systems w 2013 r. skontrolował w całej Europie blisko 500 mln części (+40% r/r), z czego aż 8% nie spełniło wymogów bezpieczeństwa. Jeśli spojrzymy na wadliwość części u naszych sąsiadów, możemy zaobserwować bardzo duże różnice. Podczas gdy w Rosji aż 39% przebadanych elementów nie nadawało się do montażu w samochodach, na drugim biegunie znajdują się rynki słowacki i niemiecki, gdzie wadliwość części samochodowych wyniosła odpowiednio tylko 3% i 6% – podkreśla Paweł Gos.

Warto podkreślić, że jakość polskiego rynku motoryzacyjnego była dotąd największym orężem w walce z konkurującymi z nami rynkami. Utrzymanie Top Quality własnej produkcji nie jest jednak łatwe, jeśli weźmiemy pod uwagę takie czynniki jak krótszy cykl życia modelu i związana z tym konieczność modyfikacji starego produktu lub wprowadzenia nowego. Dodatkowo producenci samochodów chcą wprowadzać na rynek nowe modele, bardziej zaawansowane technologicznie, bezpieczniejsze a zarazem tańsze od modelu poprzedniego.

W konsekwencji wymuszają na swoich poddostawcach redukcję kosztów, którzy szukają oszczędności między innymi w elementach wykorzystywanych do złożenia samochodu, jak również zwiększają normy wydajnościowe samej produkcji. Na tym cierpi niestety jakość, stąd sektor poddostawczy w Polsce musi zrobić wszystko, aby mimo nacisków ze strony producentów utrzymać ją na jak najwyższym poziomie – dodaje Opala.

Opel Meriva najmniej awaryjnym modelem

Do tej pory żadnen koncern nie zdołał wyprodukować bezawaryjnego auta, stąd klienci dokonując zakupu samochodu powinni się kierować najniższym poziomem wadliwości wśród danych modeli – radzi Jacek Opala. Na pytanie, które auta są najbezpiecznijesze, odpowiada ranking najmniej awaryjnych samochodów przygotowane przez Niemiecki Urząd Dozoru Technicznego (TUV).

Z raportu TUV2014 wynika, że wśród 2-3-letnich aut najbardziej niezawodnym jest Opel Meriva. Na kolejnych miejscach znalazły się: Mazda 2 oraz Toyota iQ. Wśród starszych aut liderem została Toyota Prius. Zestawienie zostało przygotowane na podstawie wyników okresowych przeglądów przeprowadzanych w stacjach diagnostycznych. Na rezultat danego modelu wpływała ilość wykrytych awarii i usterek, które mogły zagrażać kierowcy oraz innym uczestnikom ruchu.

10 trendów w rozwoju pracowników w roku 2014

Dynamiczne zmiany na rynkach międzynarodowych wpływały w ostatnich latach w znacznym stopniu na kondycję polskiej gospodarki. Światowe megatrendy i kolejne fale kryzysu oddziaływały na rynek, kształtując jego stan oraz sytuację biznesową firm i wybranych branż. Sposób myślenia o rozwoju pracowników oraz konkretne potrzeby z tym związane są więc wypadkową wspomnianych zjawisk globalnych oraz uwarunkowań charakterystycznych dla polskiego biznesu.

W minionym roku formalnie skończył się okres programowania Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007–2013 (PO KL). Projekty z tego okresu rozliczane będą do 2015 roku. Z drugiej strony pierwsze konkursy i środki na rozwój kompetencji pracowników w perspektywie 2014–2020 zostaną uruchomione nie wcześniej niż na przełomie 2014 i 2015 roku. Sytuacja ta spowodowana jest długotrwałym i wieloetapowym procesem ustalania kształtu nowego okresu programowania.

Jednak pieniądze unijne, to tylko jeden z kilku czynników, wpływających na branżę szkoleniowo-doradczą, które będziemy obserwować w 2014 roku. Pojawienie się części z nich przewidywaliśmy już w zeszłym roku, teraz doświadczamy wzrostu ich znaczenia. Bazując na naszych doświadczeniach, obserwacjach oraz raportach polskich i zagranicznych ośrodków badawczych, prezentujemy najważniejsze trendy w rozwoju pracowników w 2014 roku.

Trend 1. Nowa perspektywa finansowa EFS na lata 2014–2020

Strategia wykorzystania funduszy europejskich przez Polskę w latach 2014–2020 została określona w Umowie Partnerstwa, która jest dokumentem strategicznym zawierającym wzajemne zobowiązania Polski i Unii Europejskiej. Wynika z niej, że środki unijne wykorzystywane będą na dwóch poziomach – centralnym i regionalnym (wojewódzkim). Działania w obszarze szeroko rozumianego kapitału ludzkiego finansowane będą przede wszystkim w ramach regionalnych programów operacyjnych. Zgodnie z tym podejściem każde województwo stworzy osobny program operacyjny dotyczący tematyki finansowanej z EFS, a tylko nieliczne projekty wspierane będą centralnie. Nową wersją centralnego programu PO KL będzie Program Operacyjny Wiedza, Edukacja, Rozwój 2014–2020 (PO WER).

Istotnym działaniem w ramach Programu Operacyjnego Wiedza, Edukacja, Rozwój oraz Regionalnych Programów Operacyjnych (RPO) ma być zapewnienie warunków do kształcenia osób dorosłych, jak również podnoszenia i zmiany ich kwalifikacji zawodowych. Na wsparcie mogą liczyć działania związane ze szkoleniami pracowników, przede wszystkim z sektora MŚP. W perspektywie 2014–2020 postanowiono zreorganizować funkcjonowanie rynku szkoleniowo-doradczego poprzez ograniczenie roli strony podażowej (firmy szkoleniowe składające wnioski i administracja publiczna dokonująca ich wyboru) na rzecz wzmocnienia roli strony popytowej (przedsiębiorców i pracodawców). To odbiorca wsparcia będzie mógł samodzielnie, w ramach określonych wytycznych decydować o rodzaju i zakresie usługi rozwojowej. W tym celu w roku 2014 utworzony zostanie przez PARP Rejestr Usług Rozwojowych zawierający zarówno zweryfikowane pod względem wiarygodności i jakości świadczonych usług firmy szkoleniowe dopuszczone do realizacji usług rozwojowych współfinansowanych z EFS, jak i centralną bazę danych wszystkich usług rozwojowych oferowanych przez te firmy. Takie podejście pozwoli na zmniejszenie biurokracji, skrócenie czasu oczekiwania na dofinansowanie, eliminację nierzetelnych usługodawców, podniesienie jakości usług, a w efekcie lepsze dopasowanie działań rozwojowych do potrzeb beneficjentów środków unijnych i wyższy zwrot z inwestycji w rozwój pracowników.

W związku z planowanymi działaniami i oferowanym finansowaniem przewidujemy, że w roku 2014 zwiększy się gotowość małych i średnich firm do inwestowania w szkolenia i rozwój pracowników. Przeniesiona na pracodawców i przedsiębiorców odpowiedzialność za wybór ścieżek, treści i form rozwojowych będzie motywatorem do przemyślanej selekcji działań szkoleniowych oraz doradczych, których realizacja ściśle wiąże się z celami strategicznymi i planami biznesowymi firmy.

Trend 2. Dojrzewanie rynku szkoleniowo-doradczego

Firmy szkoleniowe, które w dużej części powstały i rozwijały się dzięki finansowaniu EFS, mierzyć się będą w 2014 roku ze skutkami zakończenia finansowania z budżetu 2007–2013 (finansowanie z budżetu 2014–2020 rozpocznie się w praktyce nie wcześniej niż w pierwszej połowie 2015 roku). W roku 2014 będziemy świadkami licznych przetasowań wśród usługodawców szkoleniowych, gdyż część z nich nie poradzi sobie bez wsparcia w postaci środków EFS. Liczba podmiotów na rynku zacznie maleć. Naturalną tego konsekwencją winna być konsolidacja rynku. Z całą pewnością zaostrzy się walka konkurencyjna. Firmy szkoleniowe będą walczyć o klienta albo jakością rozwiązań, albo niską ceną. Biorąc pod uwagę liczbę podmiotów szkoleniowych działających na rynku, klient stanie przed możliwością wybrania rozwiązania z szerokiego wachlarza ofert.

Trend 3. Joy of missing out

Codziennie dociera do nas ogromna ilość danych. Ma to przede wszystkim związek z rozwojem nowoczesnych technologii, komunikacji elektronicznej, smartfonów, mediów społecznościowych itp. Cały czas jesteśmy podłączeni do sieci umożliwiającej wymianę informacji i śledzenie nowości. W związku z tą sytuacją obserwuje się zjawisko zwane „Fear of missing out” (FOMO), oznaczające obawę przed wykluczeniem z przepływu informacji. Użytkownicy mediów społecznościowych nieustannie powiadamiają się nawzajem o tym, co robią i gdzie są. Tak samo często sprawdzają, co dzieje się u ich znajomych. Kiedy nie mają dostępu do tych informacji, odczuwają lęk.

Odmienne zjawisko obserwujemy w obszarze rozwoju pracowników. Na sile przybiera trend zwany „Joy of missing out” (JOMO) oznaczający radość z powodu ucieczki od natłoku informacji, zrezygnowania z technologii i mediów społecznościowych. Szybkie tempo funkcjonowania doprowadziło do wykształcenia się potrzeby zatrzymania się na chwilę i uświadomienia sobie, kim jestem, co robię, dokąd zmierzam. Zgodnie z JOMO koncentrujemy się na „tu i teraz” i wglądzie w siebie. W działalności szkoleniowej JOMO oznacza pracę nad poszerzaniem świadomości, docieraniem do prawdziwych, choć często ukrytych potrzeb, motywów, przekonań, do odkrywania wartości, które leżą u podstaw działania.

Na rynku usług rozwojowych w 2014 roku wzrośnie zainteresowanie formami szkoleniowymi, które umożliwiają pracę nad sobą w myśl idei JOMO, z pominięciem materiałów szkoleniowych, slajdów, technologii, czyli typowej scenerii sali szkoleniowej. Nadal rosnąć będzie znaczenie coachingu, który pozwala przyjrzeć się funkcjonowaniu człowieka w kontekście osobistym i zawodowym. Firmy szkoleniowe będą dopasowywać się do tych oczekiwań, w większym stopniu koncentrując się na warsztatach i treningach umożliwiających autorefleksję i modyfikując formy świadczenia usług rozwojowych zgodnie z trendem JOMO.

Trend 4. Zmiana paradygmatu przywództwa

Jednym z głównych wyzwań wielu organizacji jest nieustanna zmiana. Sytuacja na rynkach wciąż się zmienia, zasięg działania organizacji obejmuje niejednokrotnie zróżnicowane pod względem rozwoju rynki, a otoczenie jest niestabilne i nieprzewidywalne. Z tych względów można zaryzykować stwierdzenie, że sposób rozumienia przywództwa, jak i sam sposób liderowania znajdują się w sytuacji ciągłej zmiany. Model działania, który jest efektywny w pewnych warunkach, będzie nieefektywny i nieadekwatny w innych. Firmy, zdając sobie z tego sprawę, inwestują w programy rozwojowe, przygotowujące liderów do zarządzania niepewnością i zmianą.

Zmienia się także koncepcja przywództwa – lider nie jest już jednostką samotnie wyznaczającą kierunek działania organizacji. Przywództwo i poczucie odpowiedzialności z tym związane przenoszone są na wszystkie poziomy funkcjonowania organizacji. Obserwujemy modele przywództwa, w których lider wspiera pracowników, zachęcając ich i umożliwiając pełne wykorzystanie potencjału i umiejętności. Dzięki temu zyskuje możliwość delegowania zadań oraz włączania pracowników w proces podejmowania decyzji. Pracownicy z kolei czują się bardziej zaangażowani i odpowiedzialni.

Dla rynku szkoleń oznacza to, że menedżerowie średniego szczebla będą koncentrować się na rozwoju swoich kompetencji przywódczych. Doświadczą przy tym zmiany sposobu myślenia i funkcjonowania. Ich zadaniem będzie nie tylko zarządzanie, ale również przewodzenie ludziom. Pracodawcy będą dążyć do rozwoju kompetencji przywódczych menedżerów poprzez organizowanie długofalowych procesów rozwojowych lub krótszych warsztatów. Wzrośnie znaczenie warsztatów i symulacji kształtujących rozumienie procesów biznesowych oraz pozwalających lepiej planować i wdrażać działania mające na celu realizację strategii firmy. Szkolenia przeznaczone jeszcze kilka lat temu dla najwyższej kadry menedżerskiej będą coraz częściej adresowane do kadry średniej i niższej.

Trend 5. Praca zespołowa

W poprzednich latach przewidywaliśmy, że organizacje, które poprzez zwiększenie efektywności chcą osiągać lepsze wyniki biznesowe, będą dążyć do budowania kultury zespołowości. Bazując na naszych doświadczeniach i obserwacjach, doszliśmy do przekonania, że w firmach i pracownikach drzemie jeszcze dużo niewykorzystanego potencjału w tym zakresie. W dalszym ciągu praca zespołowa to niełatwy temat w polskich organizacjach. Dużo się o niej mówi, włącza się ją do wartości organizacyjnych, jednak efektywna współpraca nie jest jeszcze częstym zjawiskiem.
Firmy i menedżerowie, świadomi korzyści płynących z dobrej współpracy, coraz częściej deklarują gotowość rozwoju umiejętności pracy zespołowej. Odnosi się ona nie tylko do naturalnych i projektowych zespołów, lecz wiąże się także na przykład z efektywną współpracą między przedstawicielami różnych działów (likwidacja silosów) czy różnych pokoleń. Ważnym zagadnieniem jest więc identyfikacja i zrozumienie potrzeb oraz wartości, które leżą u podstaw różnych zachowań. Zewnętrzne firmy szkoleniowe organizują warsztaty poświęcone diagnozie zespołu i rozwojowi konkretnych kompetencji zespołowych, pracują także nad całymi projektami poświęconymi budowaniu kultury pracy zespołowej w firmie. Koncentracja i dążenie do pracy zespołowej jest trendem, którego rozwój przewidujemy w roku 2014 i którego istotny wpływ na funkcjonowanie branży szkoleniowej będziemy obserwować w kolejnych latach.
Trend 6. Pokolenia

Potencjalne zmiany związane z wchodzeniem na rynek pracy młodego pokolenia są tematem dyskusji i spekulacji od kilku lat. Zarządzanie międzypokoleniowe to temat aktualny, żeby nie powiedzieć modny. Liczne polskie i zagraniczne ośrodki badawcze koncentrują się na poznaniu tzw. pokolenia Y, które jest od niedawna czwartym pokoleniem aktywnym zawodowo. Zagadnieniem równie ważnym jest rola pokolenia 50+, coraz liczniej reprezentowanego na rynku pracy. Ze względu na niedobór talentów firmy zaczynają stosować strategie utrzymywania najbardziej doświadczonych pracowników, zachęcania ich do rozwoju i pozostania w grupie aktywnych zawodowo. W konsekwencji obserwujemy ścieranie się kilku pokoleń w tej samej organizacji, niejednokrotnie w tym samym zespole.

Przewidujemy, że firmy zaczną koncentrować się na budowaniu wartości dodanej wynikającej z różnorodności pokoleniowej. To właśnie różnorodność i umiejętność jej wykorzystania jest kluczem do sukcesów zespołów i organizacji. Jak postuluje Halley Bock, dyrektor generalna Fierce, Inc., źródłem przewagi konkurencyjnej jest wykorzystanie przez liderów atutów różnych pokoleń, dostarczenie nowoczesnych zasobów i narzędzi wszystkim pracownikom bez względu na wiek oraz stworzenie kultury zachęcającej ludzi z rożnych grup wiekowych do otwartego komunikowania się z sobą. Przed menedżerami stoi wyzwanie, aby zrozumieć i dostrzec te możliwości. W tym celu należy przełamać stereotypy, zmienić sposób myślenia o przedstawicielach poszczególnych pokoleń, a także rozwijać kompetencje menedżerskie w zakresie zarządzania zespołami wielopokoleniowymi. To rosnąca przestrzeń działań firm szkoleniowo-doradczych.

Trend 7. Zaangażowanie i (auto)motywacja

Budowanie kultury zaangażowania pracowników jest zagadnieniem często poruszanym w świetle wyzwań menedżerskich. Polscy liderzy wiedzą już, że istnieje związek między zaangażowaniem pracowników a wynikami biznesowymi firmy. Niejeden menedżer marzy o tym, by odkryć klucz do zaangażowania swoich ludzi, który pozwoli utrzymać je na niezmiennie wysokim poziomie. Coraz więcej działań rozwojowych zorientowanych jest na budowanie kultury silnego zaangażowania. Jak pokazują badania prowadzone w 2013 roku przez firmę Aon Hewitt, wskaźnik zaangażowania polskich pracowników systematycznie od 4 lat rośnie. Tegoroczna edycja badania Najlepsi Pracodawcy pokazuje, że zaangażowany jest co drugi pracownik badanych organizacji (51%). Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę zeszłoroczne badania nad wypaleniem zawodowym pracowników oraz ich przeciążeniem, sytuacja wygląda niepokojąco. Polacy czują się przeciążeni obowiązkami zawodowymi, na przemęczenie skarży się 2/3 pracowników, a 37% czuje, że na ich stanowisku powinny pracować przynajmniej dwie osoby.

W związku z powyższym działania rozwojowe będą bezpośrednio obejmowały programy i szkolenia, które pozwolą pracownikom zadbać o samorozwój, większą efektywność pracy i zdrowszy tryb życia. Zagadnienia takie jak radzenie sobie z wypaleniem zawodowym czy zachowanie równowagi między pracą a życiem osobistym będą stanowić treść warsztatów poświęconych poszukiwaniu motywacji i wartości, które są siłą napędową działania. Pracownicy uzyskają w ten sposób narzędzia do pracy nad automotywacją.

Stawiamy hipotezę, że odpowiedzialność za dalszy wzrost zaangażowania i motywacji do pracy nie leży wyłącznie po strony pracodawcy i organizacji. Motywacja jest umiejętnością, którą każdy z nas może w sobie rozwijać, a zatem możliwe jest nauczenie się wyzwalania w sobie optymalnego stanu do radzenia sobie z codziennymi obowiązkami zawodowymi, sytuacjami i celami. Przewidujemy, że w najbliższym roku będziemy obserwować wzrost znaczenia programów rozwojowych poświęconych tym zagadnieniom.

Trend 8. Experiential learning

Odwoływanie się do założeń koncepcji experiential learning to nie chwilowa moda, ale ważne zjawisko obecne w planach rozwojowych i działaniach szkoleniowych. Przyczyną jego rosnącej popularności jest konieczność odejścia od tradycyjnych form szkoleniowych – pracownicy mają niejednokrotnie dość klasycznych warsztatów bazujących na prezentacji, dyskusjach, ćwiczeniach czy odgrywaniu scenek. Szkoleniowcy coraz lepiej rozumieją znaczenie, jakie w zapamiętywaniu, rozwoju umiejętności i zmianie postaw odgrywa tzw. emocjonalny marker pamięci.
Organizacje planujące procesy rozwojowe pracowników zgłaszają zapotrzebowanie na niestandardowe i ciekawe formy szkoleniowe umożliwiające uczestnikom doświadczanie i przeżywanie własnych emocji. Opisywany już w poprzednich latach trend umacnia się więc w naszych realiach, powodując ogromne zmiany w nauczaniu. Gry symulacyjne stały się dobrze znaną i szeroko stosowaną klasyką experiential learning. Firmy działające na rynku szkoleniowo-doradczym inwestują w nowe formy warsztatów. Experiential learning daje możliwość doświadczenia całkowicie nowej sytuacji, wglądu we własne emocje, a w konsekwencji przewartościowania postaw i zachowań. Następnie uczestnicy analizują możliwości zastosowania przeżytych doświadczeń w zmaganiach z codziennymi wyzwaniami zawodowymi i prywatnymi.

Trend 9. Wzrost znaczenia technologii

Niezależnie od obecnego w praktyce szkoleniowej trendu JOMO (vide trend 3 powyżej), rozwija się trend technologiczny. W dalszym ciągu wspierają go te same czynniki, które początkowo zadecydowały o jego materializacji, tzn. praca zdalna, ograniczenia czasowe, utrata zainteresowania tradycyjnymi szkoleniami, nowe „cyfrowe” pokolenia. Istotną kwestią jest także fakt, iż rośnie liczba Polaków korzystających z technologii mobilnych. Według raportu Game Industry Trends 2013, ze smartfonów korzysta w tej chwili około 25–35% Polaków, z tabletów natomiast około 9%.
Szkolenia prowadzone w formie webinarów lub on-line jako telekonferencje będą w bieżącym roku jeszcze powszechniej stosowane. W codziennej praktyce dostrzegamy coraz większe zapotrzebowanie na tego typu rozwiązania, rośnie też liczba wydarzeń szkoleniowych tak prowadzonych. Umiejętność korzystania z narzędzi do komunikacji on-line będzie zatem w tym roku jedną z ważnych, rozwijanych kompetencji.

Z technologią wiąże się wiele różnych zjawisk i mechanizmów, które na świecie i w Polsce dopiero raczkują. Przykładem może być mobile learning, który jako koncepcja zyskuje na znaczeniu, lecz trudno na razie mówić o trendzie w skali rynkowej. Pomimo wzrostu w ostatnich latach, wg raportu State of Industry ASTD udział mobile learning w całkowitym czasie poświęconym na rozwój stanowi jedynie 1,5%. Ocena efektywności edukacyjnej wspomnianej metody nie jest na razie jednoznaczna.

Zjawiskiem równie istotnym w procesach rozwojowych jest gamifikacja, która przenosi mechanizmy znane z gier do procesów uczenia. Z naszego doświadczenia wynika, że będzie ona przeżywać dalszy rozkwit. Jednak w praktyce szkoleniowej niewiele firm potrafi to rozwiązanie wdrożyć i efektywnie wykorzystywać.

Trend 10. Systemowe rozwiązania e-learningowe

Zastanawiając się nad rolą nowoczesnych technologii w rozwiązaniach rozwojowych, warto wrócić do początków, czyli e-learningu. W tej chwili e-learning może błędnie zostać uznany za rozwiązanie, które było innowacyjne i atrakcyjne dla użytkowników wiele lat temu. Jednak pomimo przemijającej mody oraz wbrew popularnym opiniom stawiamy hipotezę, że e-learning rozwija się bardzo dobrze i będzie zyskiwał na znaczeniu w najbliższych latach. Mamy jednak na myśli e-learning w wersji 2.0 pod postacią dedykowanych portali rozwojowych.

Portal rozwojowy, realizowany w duchu e-learningu 2.0, oferuje użytkownikom możliwość współpracy. Procesowi rozwoju towarzyszy relacja między pracownikami, polegająca na dzieleniu się wiedzą. Portal umożliwia wzajemne motywowanie się, inspirowanie i zachęcanie do dzielenia się doświadczeniami. Pozwala na zdobywanie wiedzy od ekspertów czuwających nad merytoryczną jakością udostępnianych treści. Stanowi także miejsce spotkań z ekspertami podczas webinarów lub czatów. Dzięki wyżej wymienionym zaletom portale tego typu staną się z czasem odpowiedzią na szczególne potrzeby zgłaszane przez organizacje. Zdalny sposób pracy nie wyklucza systematyczności i inspirującego oddziaływania na pracowników. Organizacje będą z rosnącym zainteresowaniem rozpoznawać możliwości tego typu portali i wdrażać rozwiązania zaprojektowane pod konkretne potrzeby.

Finansowanie w Programie Infrastruktura i Środowisko. Dla kogo i na jakie cele przewidziano pieniądze?

Infrastruktura i Środowisko to program, na który przeznaczono w nadchodzących latach największe fundusze. Do wykorzystania będzie niemal 28 miliardów euro. Choć pieniądze w dużej mierze trafią do organów odpowiedzialnych za transport i energetykę, na dotacje do inwestycji będą mogły liczyć również przedsiębiorstwa i instytucje chcące zmniejszyć zużycie energii.

Cele i pieniądze

Z kwoty 27,5 mld euro, przeznaczonej w latach 2014-2020 na program „Infrastruktura i Środowisko” najwięcej, bo prawie 19,5 mld, można będzie wykorzystać na cele związane z „promowaniem zrównoważonego transportu i usuwanie niedoborów przepustowości w działaniu najważniejszych infrastruktur sieciowych”.

Cele dotyczące „ochrony środowiska naturalnego i wspierania efektywności wykorzystania zasobów” stanowią drugą pod względem wartości dotacji grupę. Do wydania na gospodarowanie odpadami i rekultywację zdegradowanych terenów przewidziano 4,3 mld euro.

Trzecią co do wielkości wartość funduszy przydzielono na „wspieranie przejścia na gospodarkę niskoemisyjną we wszystkich sektorach”. Do dyspozycji beneficjentów zainteresowanych zwiększaniem efektywności energetycznej i zastosowaniem odnawialnych źródeł energii będzie blisko 3,5 mld euro. Wydaje się, że właśnie ta grupa celów pozwoli ubiegać się o dotacje największej grupie podmiotów. – Brak jeszcze szczegółowych informacji na temat tego, jak dużą swobodę będą mieć zarządzający przedsiębiorstwami i środkami publicznymi w doborze celu dotowanych inwestycji – mówi Adam Gołąb, ekspert firmy Trilux. – Jeśli kryteria formalne będą dobrze sformułowane, jest szansa, że unijne wsparcie realnie przełoży się na wdrożenie innowacyjnych technologii – dodaje.

Gospodarka niskoemisyjna w praktyce

Według projektu Ministerstwa Infrastruktury i Rozwoju, w skład czwartej grupy celów tematycznych wchodzi siedem priorytetów inwestycyjnych (patrz Ramka 1).

Uogólniając, promowane i dotowane będą przede wszystkim instalacje pozwalające na wytwarzanie energii z odnawialnych źródeł oraz rozwiązania pozwalające na zmniejszenie zapotrzebowania energetycznego. – Pieniądze z programu Infrastruktura i Środowisko mogą być czynnikiem motywującym do inwestycji w technologie obniżające koszty energii przedsiębiorstwa – mówi Adam Gołąb z Trilux Polska. – W nowej turze finansowania możemy spodziewać się zarówno wsparcia projektów małych elektrownie wiatrowych, ociepleń budynków, jak i energooszczędnych systemów oświetlenia – dodaje.

W I kwartale 2014 r. powinny zostać opracowane szczegóły konkursów na konkretne działania promujące gospodarkę niskoemisyjną. Warto śledzić strony Ministerstwa i szukać programów, które pozwolą zrealizować pomysły na inwestycje, niezależnie czy będzie to instalacja kolektorów słonecznych na dachu domu mieszkalnego, zainstalowanie diodowego oświetlenia na jednej z ulic miasta lub gminy, czy też pełna modernizacja energetyczna budynków przedsiębiorstwa.

Analitycy DM mBanku rekomendują „Kupuj” dla akcji ENEA

0

Analitycy DM mBanku w raporcie z 15 stycznia podnieśli rekomendację dla Enei z „Akumuluj” do „Kupuj”. Cena docelowa jednej akcji wynosi 17,22 zł.

MEN chce wspólnego i darmowego podręcznika dla pierwszoklasistów. Może on zagrozić małym wydawnictwom

CEO Magazyn Polska

Do końca stycznia Ministerstwo Edukacji Narodowej ma ogłosić szczegóły pomysłu pojedynczego, darmowego podręcznika dla uczniów klas pierwszych. Prywatni wydawcy chcieliby, żeby podręcznik powstał w porozumieniu z nimi. Podkreślają, że nauczyciele powinni mieć wybór podręczników, bo to przekłada się na wyższy poziom nauczania.

Zgodnie z zapowiedziami premiera Donalda Tuska, już we wrześniu tego roku pierwszoklasiści w szkołach podstawowych mają otrzymać jeden darmowy podręcznik do wszystkich przedmiotów. MEN do końca stycznia chce ogłosić szczegóły tego projektu. Na razie nie wiadomo ani kto miałby go przygotować, ani kto będzie wydawcą. Największy problem mogą mieć ci wydawcy, którzy specjalizują się w podręcznikach dla najmłodszych uczniów.

Jarosław Matuszewski z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych wylicza możliwości: może zostać ogłoszony przetarg wśród wydawnictw lub może powstać zupełnie nowy podręcznik siłami resortu. Według niego podręczniki do pierwszej klasy to rynek warty ok. 70 mln zł, niecałe 10 proc. z całego rynku podręczników. O kierunku rozwoju tego rynku zadecydują MEN oraz Ośrodek Rozwoju Edukacji, agendy zajmującej się doskonaleniem nauczycieli oraz m.in. przygotowaniem e-podręczników.

 – Możemy sobie wyobrazić scenariusz, że tę ofertę podręcznika dla pierwszoklasisty realizujemy my, wydawcy komercyjni, we współpracy z ministerstwem czy Ośrodkiem Rozwoju Edukacji, że to jest nowy pomysł, wypracowany wspólnie. Nam jest łatwo sobie wyobrazić taką rzecz dlatego, że ona przede wszystkim idzie z duchem tego, co w polskiej edukacji się dzieje – ocenia w rozmowie z Newserią Biznes Jarosław Matuszewski, rzecznik Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych.

Równocześnie dodaje, że Karta Nauczyciela gwarantuje nauczycielom możliwość wyboru podręczników. Oznacza to, że oferta nie powinna zostać ograniczona do jednego podręcznika. To ma też przełożenie na wyniki uczniów. Według Jarosława Matuszewskiego z WSiP najlepsze wyniki w testach PISA (Program Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) osiągają te kraje, w których jest wybór podręczników, np. Finlandia i Niemcy. Polska w najnowszym rankingu PISA z grudnia ub.r. zajęła wysokie 13. miejsce na świecie, a 6. w Europie, i wyprzedziła Belgię i Niemcy.

Z kolei Grecja, gdzie obowiązują pojedyncze, narzucone przez państwo podręczniki zajęła jedno z ostatnich miejsc spośród przebadanych w Europie państw. Według Matuszewskiego brak wyboru książek w tym kraju tak bardzo obniżył poziom nauczania, że bardzo wiele rodziców decyduje się na posyłanie dzieci do popołudniowych szkół prywatnych. Dlatego jego zdaniem sensowne byłoby pozostawienie wyboru.

Pozostaje także kwestia czasu, jaki pozostał do rozpoczęcia kolejnego roku szkolnego. Premier chciałby, żeby nowa książka trafiła do uczniów już za siedem miesięcy. Według rzecznika WSiP, napisanie całkiem nowej książki od zera jest w tym czasie niemożliwe. Tym bardziej wskazana jest współpraca ministerstwa z komercyjnymi wydawcami.

 – Z naszego doświadczenia wynika, że na przygotowanie tego projektu w bardzo krótkim czasie mogą sobie pozwolić wyłącznie wydawcy, którzy na tym rynku operują. W związku z czym na pytanie, czy wzięlibyśmy w tym udział, odpowiadam – tak. I myślę, że taka samą odpowiedź znajdziemy u każdego wydawcy, który wydaje książki do edukacji wczesnoszkolnej – zapowiada Matuszewski.

Według przedstawicieli środowiska nauczycielskiego idea jest warta rozważenia, choć wstępna propozycja rządu wymaga pewnych modyfikacji. Po pierwsze, nie będzie to możliwe przed 2015 rokiem. Po drugie, zgodnie z prawem, trzeba zagwarantować nauczycielom możliwość wyboru podręcznika.

 – Taki podręcznik byłby możliwy do wdrożenia nie wcześniej niż 1 września 2015 roku – uważa Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Przygotowanie podręcznika dojrzałego metodycznie i uwzględniającego opinie ekspertów wymaga czasu.

Jednym z niedociągnięć propozycji premiera jest ograniczenie się do jednej książki. Zgodnie z ustawą podręcznik powinien obowiązywać na rynku trzy lata, a to z kolei wyklucza zamieszczanie w nim elementów do uzupełnienia, wycinania, rysowania czy naklejania.

 – Dlatego podręcznik nie może być jedną książką – twierdzi Broniarz. – Może to być 10–15 zeszytów, które będą tworzyły umownie jedną całość po to, żeby dziecko miało odrębną część czytankowo-lekturową, odrębną – ćwiczeniową. Wymieniana na nową byłaby tylko ta druga.

K. Rybiński: w tym roku może nas czekać krach giełdowy na niespotykaną skalę

CEO Magazyn Polska

Biliony dolarów i euro pompowane od kilku lat przez banki centralne w rynki finansowe nie trafiają do realnej gospodarki, tylko napędzają spekulacje uważa profesor Krzysztof Rybiński. Stąd wzrosty na wielu światowych giełdach w ubiegłym roku, ale i groźba pęknięcia bański spekulacyjnej i spektakularnego krachu.

 – Od  czterech lat największe banki centralne na świecie drukują pieniądze w skali dotąd niespotykanej. Te pieniądze nie trafiają do realnej gospodarki, bo kredyty dla firm cały czas spadają, tylko na rynki finansowe. Spekulanci wykorzystują te tanie pożyczki po 0 proc., wydrukowane dolary, euro, funty i jeny, żeby kupić akcje. I ceny akcji zostały podbite do poziomów, które można uznać za bardzo drogie – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes prof. Krzysztof Rybiński, ekonomista, rektor Akademii Finansów i Biznesu Vistula.

Dlatego, jego zdaniem, rośnie prawdopodobieństwo tego, że w którymś momencie jedna z giełd światowych zacznie gwałtownie spadać, wywołując efekt domina na całym świecie.

Jak podkreśla ekonomista, proces dodrukowania pieniędzy, który miał być lekiem na kryzys, który rozpoczął się w 2008 roku upadkiem banku Lehman Brothers,  może stać się przyczyną jeszcze większego krachu.

 – Banki centralne wspólnie z politykami i banksterami podjęły wówczas decyzję, by drukować pieniądze na masową skalę. Chciały ograniczyć ryzyko jeszcze głębszej i bardziej długotrwałej recesji. Problem polega na tym, że produkując pieniądze i pompując nimi ceny akcji, kupujemy sobie tylko czas. Ciągle bowiem rośnie ryzyko znacznie głębszego krachu, niż gdyby w ogóle tego druku nie było – przekonuje prof. Rybiński.

Ekonomista prognozuje, że kryzys może być nawet znacznie głębszy niż ten największy w historii, z lat 30. ubiegłego stulecia, a załamanie może nastąpić w kilku miejscach równocześnie.

 – Moim zdaniem 2014 rok to będzie rok czarnego łabędzia, czyli rzadkiego zdarzenia na rynkach finansowych o dramatycznych konsekwencjach – przestrzega ekonomista.

Koniec z wykorzystywaniem stażystów. Komisja Europejska chce podnieść jakość staży i praktyk

CEO Magazyn Polska

Komisja Europejska szuka sposobu na podniesienie jakości staży i praktyk zawodowych, które uczniowie i studenci odbywają w czasie nauki. Niedawno zakończyły się konsultacje społeczne w tej sprawie. Ich efektem jest dokument wyznaczający normy jakości zajęć Europejskie Ramy Jakości Staży i Praktyk. KE proponuje m.in., by staże, które trwają ponad miesiąc, były płatne.

Analizy dotyczące jakości staży i praktyk w krajach Wspólnoty zajęły Brukseli ponad dwa lata. Wyniki są dalekie od oczekiwanych.

 – W Europie ciągle mamy do czynienia z niską jakością staży i praktyk – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Piotr Palikowski, prezes Polskiego Stowarzyszenia Zarządzania Kadrami.

Jednym z powodów takiego stanu rzeczy jest światowy kryzys gospodarczy, wskutek którego w całej Europie znacząco wzrosło bezrobocie. Pracodawcy zwalniali pracowników etatowych, a wykonywane przez nich obowiązki powierzali stażystom i praktykantom. Ograniczali w ten sposób koszty prowadzenia działalności.

 – Komisja Europejska chce walczyć z takim podejściem, żeby pracodawcy przestali zastępować regularne, etatowe stanowiska bezpłatnymi stażami i praktykami, które bardzo często mają niską wartość edukacyjną – mówi Palikowski.

Komisja proponuje, by praktyki, które trwają dłużej niż miesiąc, były obligatoryjnie płatne. Poza tym młodzi ludzie mają uczyć się przydatnych umiejętności, które w przyszłości zaprocentują na rynku pracy.

 – Najlepsze staże i praktyki w Europie są w Niemczech, Danii, Holandii i Austrii, czyli w tych krajach, w których stopa bezrobocia wśród młodych osób jest na najniższym w Europie poziomie, w granicach 8 proc. – tłumaczy szef PSZK.

W tych krajach problem został rozwiązany systemowo. Młodzi ludzie w systemie kształcenia dualnego zdobywają nie tylko wiedzę teoretyczną, lecz także praktyczną, odbywając obowiązkowo liczne staże czy praktyki.

 – System kształcenia dualnego, który zakłada, w uproszczeniu, pół na pół wiedzy teoretycznej i praktycznej, sprawdza się niezależnie od branży – mówi Palikowski.

W Polsce bez stałego zajęcia pozostaje co trzecia młoda osoba, która wchodzi na rynek pracy. Według prognoz w ciągu kilku lat wskaźnik ten może wzrosnąć do 50 proc. Jeszcze gorzej jest w Grecji, Portugalii czy Hiszpanii, gdzie stopa bezrobocia wśród grupy absolwentów szkół i uczelni już teraz sięga 50 proc.

 – To dowód na to, że system przygotowania młodych do wejścia na rynek pracy jest po prostu nieefektywny – dodaje Piotr Palikowski.

Powstaną wojewódzkie plany transportowe. Mają rozwiązać problem komunikacji kolejowej między sąsiednimi regionami

Wojewódzkie plany transportowe powinny rozwiązać problem regionalnych połączeń kolejowych, które obejmują więcej niż jedno województwo. Obecnie samorządy szukają oszczędności na tzw. połączeniach stykowych, choć prawo, zdaniem eksperta, odpowiednio je reguluje. Plany transportowe zostaną opracowane w ciągu najbliższych miesięcy.

 – Na poziomie wojewódzkim plany transportowe muszą być uzgodnione między województwami. A więc województwo łódzkie musi uzgodnić swój plan z województwem kujawsko-pomorskim i odwrotnie. Co oznacza, że problem połączeń stykowych w tych planach transportowych będzie zapisany, uzgodniony i powinien zostać rozwiązany – ocenia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Biznes Bogusław Kowalski, pracownik naukowy Katedry Logistyki Wyższej Szkoły Bankowej w Bydgoszczy oraz ekspert Zespołu Doradców Gospodarczych TOR.

Problem z połączeniami stykowymi ujawnił się niedawno w odniesieniu do połączeń z Torunia i Włocławka do Kutna. Jest ono obsługiwane przez Arrivę RP na zlecenie samorządu województwa kujawsko-pomorskiego. Jednak końcowy odcinek o długości ok. 20 km przebiega w granicach województwa łódzkiego. Zgodnie z ustawą powinien on być finansowany przez marszałka tego województwa. Jednak ten jesienią ogłosił, że nie będzie dokładał do tych połączeń. W efekcie czego od 1 stycznia pociągi Arrivy RP dojeżdżały jedynie do przystanku Kaliska Kujawskie.

Po osiągnięciu porozumienia, od 15 stycznia pięć par pociągów z Włocławka i Torunia dziennie dojeżdża do Kutna, a płaci za nie kujawsko-pomorski urząd marszałkowski. W zamian łódzki samorząd finansuje obsługiwany przez Przewozy Regionalne pociąg REGIO z Łodzi do Torunia.

 – Problem polega na praktycznym stosowaniu przepisów, które – jak wszystko na to wskazuje – są wystarczające. Ustawa wyraźnie mówi o tym, że w połączeniach wojewódzkich kolejowych pociąg kończy bieg na najbliższej stacji węzłowej nawet, jeśli ta stacja jest poza granicami województwa. I w praktyce, podając przykład województwa mazowieckiego, Koleje Mazowieckie dojeżdżają do Łowicza, który jest już w województwie łódzkim, do Skierniewic, które też są w województwie łódzkim, czy na przykład do Łukowa, który jest w województwie lubelskim – podkreśla Kowalski.

W jego ocenie nie ma potrzeby zmiany prawa, a jedynie lepszego jego stosowania w praktyce. Problemem nie jest współpraca między samorządami, lecz ograniczenia finansowe.

Kowalski podkreśla, że samorządy powinny uczciwie przyznawać, że finansowanie połączeń stykowych im się nie opłaca. Wtedy będzie możliwa debata o zasadności takiej decyzji z punktu widzenia interesu publicznego. Zgadza się, że w niektórych przypadkach skasowanie takich tras może mieć miejsce, bo wraz z migracją Polaków do innych miast i zmianą struktury województw zmienia się zapotrzebowanie na połączenia kolejowe. Według Kowalskiego nie można do transportu, w tym także do połączeń stykowych, podchodzić dogmatycznie, bo czasem zmiana może skutkować lepszym spełnieniem oczekiwań podróżnych.

Problemy z połączeniami stykowymi powinny jednak zniknąć wraz z uchwaleniem wojewódzkich planów transportowych. Choć ustawowy termin dla samorządów to luty tego roku, Kowalski ocenia, że kilkumiesięcznych opóźnień nie da się uniknąć. Według niego jeszcze w tym roku plany zostaną jednak przyjęte.

 – Wtedy dopiero, jak będziemy mieli ten etap za sobą, będziemy mogli rzeczywiście dokonać oceny tego, czy plany transportowe wyeliminowały problem połączeń stykowych czy też nie i w związku z tym, czy jest ewentualnie potrzebna ingerencja legislacyjna poprzez zmianę prawa – ocenia Kowalski.

Polska branża chemiczna obawia się umowy USA-UE o wolnym handlu

CEO Magazyn Polska

Branża chemiczna obawia się konsekwencji podpisania umowy o wolnym handlu UE-USA. W Stanach Zjednoczonych nie ma tak silnych jak w UE regulacji klimatycznych, jest za to dostęp do taniego gazu łupkowego, co obniża koszty produkcji. Amerykański import może więc stanowić nierówną konkurencję dla przedsiębiorstw z Polski i innych krajów Unii.

 – Są trzy grupy potencjalnych zagrożeń umowy o wolnym handlu UE-USA – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Zenon Pokojski, wiceprezes zarządu Zakładów Azotowych „Puławy” SA z Grupy Azoty. – Pierwsza dotyczy sfery regulacji, która w UE w obszarze branży chemicznej wchodzi dosyć głęboko w rynek.

Chodzi o system REACH wymagający m.in. obowiązkowej rejestracji substancji chemicznych, oceny jej dokumentacji technicznej czy udzielania zezwoleń na wykorzystywanie substancji do produkcji oraz obrotu, jak również o pakiet energetyczno-klimatyczny. Regulacje związane z ochroną klimatu są w UE znacznie bardziej rygorystyczne, co zmniejsza konkurencyjność europejskich przedsiębiorstw chemicznych w porównaniu do amerykańskich, których te regulacje nie dotyczą.

 – Amerykanie na bazie swojego taniego gazu mogą produkować mocznik i nie respektować reguł wynikających z pakietu klimatycznego i z systemu REACH. Siłą rzeczy ich produkty będą znacznie tańsze, podobnie jak dziś np. rosyjska saletra amonowa. Istnieje więc ryzyko, że przegramy w konkurencji z nimi na samym starcie, pomimo że nasze instalacje są w wielu miejscach znacznie sprawniejsze – zauważa Zenon Pokojski.

Polscy producenci zwracają także uwagę na znacznie niższe ceny amerykańskiego gazu.

 – Druga nasza obawa dotyczy cen amerykańskiego gazu – mówi Pokojski. – Gaz łupkowy spowodował, że te ceny są w Stanach trzy, prawie czterokrotnie niższe niż w Europie.

Branża chemiczna obawia się także tego, jak po wejściu w życie umowy o wolnym handlu będzie wyglądać ochrona rynku przed dumpingiem.

 – Stany Zjednoczone potrafią na takie zagrożenia odpowiadać znacznie szybciej, np. jeśli chodzi o nałożenie embarga – mówi Pokojski. – W Unii Europejskiej taki proces trwa zwykle znacznie dłużej. Pytanie więc, czy będziemy potrafili bronić własnych rynków, czy będziemy w stanie reagować tak sprawnie i skutecznie jak Amerykanie – dodaje.

Pierwsza runda rozmów dotyczących Transatlantyckiego Partnerstwa Handlowo-Inwestycyjnego (Transatlantic Trade and Investment Partnership – TTIP) rozpoczęła się w lipcu ubiegłego roku. Od listopada 2013 r. trwa runda druga, mająca na celu osiągnięcie wstępnego porozumienia w kwestiach budzących najmniejsze kontrowersje. Negocjacje mają zostać zakończone w IV kwartale br. Według prognoz umowa ma zwiększyć PKB Unii o 119 mld euro rocznie, a Stanów Zjednoczonych – o 95 mld euro. Zwolennicy umowy wskazują także na wzrost zatrudnienia i wyjście gospodarek ze stanu recesji.

Podatek od sprzętu elektronicznego może wzrosnąć o kilka tysięcy procent. To wpłynie na ceny sprzętu

CEO Magazyn Polska

Organizacje zrzeszające twórców dążą do podwyższenia tzw. opłaty reprograficznej nakładanej na urządzenia elektroniczne, które służą do kopiowania utworów – nawet o kilka tysięcy procent. Chcą też zwiększyć katalog produktów nią objętych. Ma to podwyższyć rekompensatę dla twórców z tytułu kopiowania ich utworów na użytek prywatny. Jednak producenci sprzętu obawiają się, że nowe prawo doprowadzi do znaczącego wzrostu cen, na czym stracą zarówno oni, jak i konsumenci.

 – Według naszych badań ponad 90 proc. konsumentów nie zdaje sobie sprawy, że kupując sprzęt do odtwarzania filmów czy muzyki, płaci specjalny podatek, który rekompensuje twórcom to, że my na tym sprzęcie odtwarzamy filmy czy muzykę naszym znajomym mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Michał Kanownik, dyrektor Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego Branży RTV i IT.

Tzw. opłata reprograficzna ma w zamyśle wynagradzać autorom fakt, że w pewnych przypadkach prawo zezwala na legalne kopiowanie ich dzieł. Obecnie wynosi ona 0,05-3 proc. ceny urządzenia. Ostatnio organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, takie jak np. Stowarzyszenie Autorów ZAiKS, domagają się jej radykalnego podniesienia, a także objęcia nią innych sprzętów.

 – Część organizacji, które pobierają taką opłatę, zaproponowała, żeby ją podwyższyć nawet o 5,9 tys. proc., jeśli chodzi o już objęte nią urządzenia  mówi Kanownik. Proponują ponadto rozszerzyć katalog urządzeń objętych tym parapodatkiem o dodatkowe pozycje, m.in. tablety, smartfony, aparaty fotograficzne, kamery wideo czy telewizory. Spowoduje to bardzo odczuwalny wzrost ich cen.

Szacuje się, że doprowadzi to do wzrostu ceny smartfonów o 10-50 zł. Tanie laptopy mogą podrożeć o 50 zł, a nowoczesne ultrabooki – o 120 zł.

ZIPSEE zwraca też uwagę, że według propozycji organizacji twórców opłatą reprograficzną ma być objęty sprzęt, który nie jest wykorzystywany do kopiowania treści, tylko do ich odbioru – jak telewizory, bądź wręcz do tworzenia własnych dzieł – jak aparaty fotograficzne i kamery.

W 2013 r. organizacje reprezentujące twórców pobrały z tytułu parapodatku 27 mln zł. Część środków trafia do samych twórców, a część pozostaje na kontach organizacji. Według szacunków ZIPSEE, samo objęcie opłatą nowych urządzeń spowoduje wzrost dochodów organizacji twórczych o około 320-350 mln zł rocznie. Ostateczną decyzję w kwestii ewentualnych zmian w opłacie reprograficznej podejmie minister kultury i rząd.

  Zobaczymy, czy uwzględni on postulaty organizacji twórców, czy też weźmie pod uwagę zdanie przedsiębiorców z branży elektroniki użytkowej mówi Kanownik.

Przejęcie Reala przez Auchan nie zagrozi mniejszym sklepom. Bardziej powinny się one bać dyskontów

CEO Magazyn Polska

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zgodził się na przejęcie hipermarketu Real przez Auchan. Zgoda ta ma charakter warunkowy, gdyż Auchan będzie musiał w ciągu półtora roku od zakończenia transakcji sprzedać część swoich placówek. Zdaniem przedstawicieli środowiska właścicieli małych i średnich sklepów nie jest to zagrożenie dla mniejszych placówek. Groźniejszy jest dynamiczny rozwój dyskontów.

Sprzedane sklepy w Szczecinie, Białymstoku, Bielsku Białej, Sosnowcu, Wałbrzychu, Czeladzi, Legnicy i Rzeszowie będą musiały zostać przejęte od Reala. Ich nabywca będzie musiał uzyskać zgodę UOKiK i zagwarantować, że zachowają one swój handlowy charakter.

Porozumienie Auchan z Metro Group, właścicielem marki Real zostało zawarte jesienią 2012 r. Dotyczy przejęcia 91 hipermarketów nie tylko w Polsce, lecz także w Rosji, na Ukrainie i w Rumunii, jak również 13 rosyjskich i rumuńskich galerii handlowych. Zmiana ta zwiększy możliwości sieci w negocjacjach z producentami. Nie powinna jednak okazać się problematyczna dla polskich małych i średnich sklepów.

 Bezpośrednio nie będzie to miało istotnego znaczenia dla małych i średnich sieci handlowych. Jest to nieuchronna część procesu integracji – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Maciej Ptaszyński, dyrektor generalny Polskiej Izby Handlu. – Tak jak kiedyś znikły z rynku takie marki jak Hit, Geant, tak dzisiaj znika z rynku inna marka. Globalnie liczba tych hipermarketów nie ulegnie jednak zmianie.

Zdaniem Ptaszyńskiego zagrożeniem dla małych i średnich sklepów są dyskonty. Polska Izba Handlu apeluje do rządzących o działania ws. niekontrolowanego rozwoju sieci dyskontów. W opinii jej przedstawicieli zaburzają one równowagę polskiego handlu detalicznego.

 Co więcej w najbliższym czasie będą one wchodziły w segment małych sklepów, co jako małe i średnie sieci postrzegamy jako istotne zagrożenie dla naszego rozwoju. To dla nas spory problem, zwłaszcza że związany ze świętami wzrost sprzedaży w grudniu był znacznie mniejszy niż w 2012 r., a perspektywy na najbliższą przyszłość także nie nastrajają optymizmem – uważa dyrektor generalny PIH.

Nowe lotnisko w Berlinie nie zagrozi Lotnisku Chopina. Większy problem będą miały porty w Poznaniu, Wrocławiu i Zielonej Górze

CEO Magazyn Polska

Warszawskie Lotnisko Chopina po raz pierwszy przekroczyło w ubiegłym roku barierę 10 mln pasażerów. Wciąż jest jednak daleko w tyle za berlińskimi lotniskami, które obsłużyły ponad 26 mln podróżnych. Bartosz Głowacki ze „Skrzydlatej Polski” podkreśla, że przyszłość warszawskiego lotniska zależy przede wszystkim od losów LOT-u. Berlin odbiera bowiem podróżnych przede wszystkim lotniskom z zachodniej Polski.

Głowacki uspokaja, że obydwa warszawskie lotniska, czyli Lotnisko Chopina oraz Modlin, mają zapewniony byt. W 2013 r. łącznie obsłużyły ponad 11 mln pasażerów. Głowacki przypomina, że według prognoz liczba osób podróżujących z polskich lotnisk ma się w ciągu tej dekady podwoić. Okęcie i Modlin mają wystarczającą przepustowość i możliwości rozwoju, by obsłużyć tych pasażerów.

W jego ocenie otwarcie nowego lotniska w Berlinie, które zastąpi obecnie działające Tegel i Schönefeld, wiele nie zmieni. O bezpośredniej konkurencji z Warszawą nie należy mówić, bo stolice Polski i Niemiec dzieli ok. 600 km – zbyt daleko, by walczyć o tych samych pasażerów. Inaczej rzecz wygląda w wypadku Poznania, Wrocławia czy Zielonej Góry.

 – Bardziej zagrożone będą lotniska położone bliżej zachodniej granicy, Poznań, Wrocław. Już nie mówię o Zielonej Górze, które leży praktycznie przy samej granicy niemieckiej – mówi agencji informacyjnej Newseria Biznes Bartosz Głowacki.

Nie wiadomo jednak, kiedy nowe lotnisko im. Willy’ego Brandta zostanie otwarte. Pierwotnie miało działać już w 2010 r., ale po serii błędów w budowie terminale wciąż są zamknięte. Mogą przyjąć pierwszych pasażerów w tym lub następnym roku.

Zdaniem Bartosza Głowackiego zagrożenie dla lotniska na Okęciu kryje się zupełnie gdzie indziej.

 – Jest jeszcze jedna ważna kwestia – istnienie LOT-u. Jeżeli LOT upadnie, wówczas port lotniczy w Warszawie straci swoje znaczenie, ponieważ nie będzie to hub przewoźnika narodowego – podkreśla Głowacki.

Dodaje, że brakuje współpracy polskiego przewoźnika z Lotniskiem Chopina. LOT-owi brakuje także pomysłu na połączenia krajowe. Obecnie polski przewoźnik oferuje jedynie rejsy z portów regionalnych do Warszawy, zgodnie ze strategią budowy centrum przesiadkowego. Większość z nich jest obsługiwana odrzutowymi Embraerami 170 i 175, a także należącymi do Eurolotu Bombardierami Q400NG. Nie wiadomo jednak, czy wygasająca z końcem stycznia umowa między polskimi liniami zostanie przedłużona.

 – Kilka lat temu były małe samoloty, które dowoziły ludzi z mniejszych portów do hubu w Warszawie, to działało. Po czym nagle ktoś wpadł na pomysł, że może jednak wymyślimy coś innego i ten system zlikwidowano. Co ciekawe, od prawie 10 lat nie udaje się stworzyć polskiego przewoźnika niskokosztowego i w tę lukę wchodzą przewoźnicy zagraniczni, którzy też próbują umocnić się na rynku polskim, organizując tutaj połączenia krajowe – mówi Głowacki.

Od 2 kwietnia loty z Modlina do Gdańska i Wrocławia rozpocznie irlandzki niskokosztowy Ryanair.

 – Może jest to jakiś sygnał, ostatni dzwonek dla naszego narodowego przewoźnika, że coś z tym należy zrobić, żeby wkrótce nie okazało się, że już ani nie będzie LOT-u, ani Warszawa nie będzie hubem narodowego przewoźnika, tylko będzie podrzędnym lotniskiem zagranicznych linii lotniczych – ostrzega Głowacki.